Deficyt kompetencji IT staje się jednym z kluczowych ryzyk biznesowych firm

Przez lata brak specjalistów IT traktowany był jako wyzwanie rekrutacyjne, z którym musiały poradzić sobie działy HR. Tymczasem skala i charakter niedoboru kompetencji technologicznych sprawiają, że problem ten coraz częściej dotyka fundamentów działalności firm – ich zdolności do rozwoju, innowacji oraz realizacji długoterminowej strategii. Dane z badania Scalo pokazują, że deficyt kompetencji IT nie jest już kwestią operacyjną, lecz jednym z kluczowych ryzyk biznesowych, z którym mierzą się dziś duże polskie organizacje – twierdzi Anna Stanek, Head of Growth, Scalo.

Braki kompetencyjne – bariera na drodze wzrostu

Choć kwestia niedoborów kadrowych najczęściej leży w gestii działów HR, firmy coraz częściej zauważają, że w przypadku braku kompetencji IT problem ten ma poważne konsekwencje. Funkcjonując w dobie digitalizacji, AI i ciągłych technologicznych innowacji, przedsiębiorstwa – szczególnie te większe – potrzebują solidnego zaplecza informatycznego, pozwalającego na utrzymanie sprawności systemów, wdrażanie nowych rozwiązań, a co za tym idzie, podnoszenie konkurencyjności. Szybko działająca witryna czy system obsługi zamówień to tylko wierzchołek góry lodowej – pod powierzchnią dużych organizacji zachodzą dziennie tysiące procesów, często wymagających współdziałania wielu aplikacji i środowisk. Brak specjalistów do obsługi tej technologicznej machiny może prowadzić do paraliżu działalności całej firmy. A to tylko pierwszy problem…

Walka o konkurencyjność i uwagę klientów to ciągła zmiana: zabieganie o nowsze, lepsze, wygodniejsze rozwiązania. Wiele firm planuje oprzeć swoją strategię innowacyjności na filarach AI i machine learningu. Wraz z rozwojem technologii coraz bardziej na znaczeniu zyskują również cyberbezpieczeństwo, Software Development czy Dev Ops. Sęk w tym, że ekspertów z tych dziedzin ciągle brakuje – jak pokazują wyniki badania Scalo „Deficyt kompetencji IT i sposoby jego przezwyciężania”, aż 56% dużych firm mierzy się z niedoborem wysoko wykwalifikowanych fachowców IT. W efekcie przedsiębiorstwa stają naprzeciw poważnej bariery, która wstrzymuje ich wzrost – mimo że coraz częściej wiedzą, jakich rozwiązań technologicznych potrzebują, nie mają siły wykonawczej, aby je wdrożyć. Taki stan rzeczy deklaruje 59% dużych organizacji, według których braki w kompetencjach IT hamują ich rozwój oraz innowacje.

Rosnące koszty i malejąca skuteczność klasycznej rekrutacji

W obliczu wspomnianych braków kadrowych, specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi starają się zniwelować je, wzmagając wysiłki rekrutacyjne, jednak efekt często jest mizerny. Powód? Popyt na zaawansowane kompetencje developerskie przewyższa podaż, a działania HR nie stanowią tu remedium. Procesy rekrutacyjne potrafią ciągnąć się miesiącami, nie przynosząc oczekiwanych rezultatów, podczas gdy projekty i stanowiska pozostają nieobsadzone – trudności ze znalezieniem odpowiednich kandydatów w ciągu ostatniego roku deklaruje 32% dużych polskich firm. Z podobnym skutkiem kończą się wewnętrzne próby przekwalifikowania pracowników IT z innych obszarów – wyzwania technologiczne zwyczajnie pojawiają się i zmieniają szybciej, niż proces przyswajania wiedzy przez człowieka jest w stanie nadążyć.

Co więcej, jeśli już firmie uda się znaleźć właściwego kandydata, często koszt jego pozyskania i utrzymania może okazać się bardzo wysoki. W naszym badaniu aż 57% firm zauważyło wzrost kosztów zatrudnienia specjalistów IT, co doskonale odzwierciedla realia rynku. Znajdując się w niewielkiej grupie ścisłego zainteresowania, developerzy liczą na preferencyjne stawki. Rośnie też ryzyko ze strony konkurencji, która może zechcieć skusić ich lepszym wynagrodzeniem.

Skoro więc rozwiązanie problemu nie leży w zwiększeniu budżetu rekrutacyjnego, a standardowe metody budowania zaplecza IT zawodzą, czy istnieje sensowna alternatywa? Jeśli firma chce ruszyć naprzód bez zbędnej zwłoki, wartym rozwagi rozwiązaniem jest nawiązanie współpracy z zaufanym partnerem outsourcingowym.

Kontrola nad kompetencjami IT jako element zarządzania ryzykiem

Coraz więcej przedsiębiorstw przyjmuje dojrzałą perspektywę, traktując dostęp do kompetencji IT jako element ciągłości biznesowej. Jego utrzymanie wchodzi więc w skład szerszej strategii firmy, dzięki czemu jest ona w stanie szybko i skutecznie reagować na zmiany rynkowe, wdrażać nowe technologie i realizować wszelkie projekty, jakich w danym momencie potrzebuje. W tej filozofii outsourcing oraz elastyczne modele współpracy stają się narzędziem działającym na rzecz rozwoju i ograniczania ryzyka.

Skoro mowa o adresowaniu zagrożeń i szans – obie kategorie mają pewien wspólny mianownik: często pojawiają się z zaskoczenia, tak, że nie sposób ich przewidzieć. Ma to szczególne zastosowanie w przypadku rozwoju technologicznego, który w ostatnich latach serwował rynkowi nowe narzędzia i trendy niemal co kwartał. Nadążenie za zmianą wymaga więc elastyczności, możliwości dynamicznego dostosowania się do nowych realiów. Korzystając z outsourcingu, firma może dowolnie skalować oraz zmieniać zespół developerów, pozyskując dokładnie te kompetencje, których właśnie potrzebuje. Co więcej, może tego dokonać niemal natychmiast, korzystając z zasobów właściwego dostawcy IT – kluczowe znaczenie ma bowiem nie tylko kto może wykonać usługę, lecz również jak szybko i na jakich warunkach.

Za rozwiązaniem tym przemawia nie tylko teoria i analiza, lecz również popularność jego zastosowania – 45% dużych polskich firm korzysta z outsourcingu, aby uzupełnić braki kompetencyjne. Przedsiębiorcy doceniają jego praktyczność, a biorąc pod uwagę niską skuteczność rekrutacji, również efektywność kosztową. Podobnie jak szybkie tempo rozwoju technologii, trend ten pozostanie z nami na dłużej – 41% ankietowanych firm planuje nie tylko utrzymać, ale również zwiększyć wykorzystanie outsourcingu w ciągu najbliższych dwóch lat.

Mierząc się z brakiem kompetencji IT, warto potraktować to zagadnienie szerzej – zamiast chwilowej trudności kadrowej, dostrzec w nim ryzyko stagnacji i potencjalne zagrożenie dla konkurencyjności całego biznesu. Możliwość nadążenia za tempem zmian oraz utrzymania atrakcyjności oferty to dla wielu firm ich „być albo nie być”. Kiedy więc zaplecze technologiczne przedsiębiorstwa jest niewystarczające, a proces rekrutacyjny nie przynosi oczekiwanych efektów, sugeruję przemyśleć zmianę strategii. Wkomponowanie współpracy z zaufanym dostawcą outsourcingu w biznesplan pozwala wejść na wyższy poziom stabilności, dynamiki i bezpieczeństwa, dzięki gotowości do działania niezależnie od tego, gdzie i kiedy zastanie nas potrzeba.

Cena srebra bije kolejne rekordy – coraz bliżej 100 dolarów za uncję

Napięcia wokół Grenlandii przyniosły kolejny rekord ceny srebra. Eskalacja konfliktu związanego z planami przejęcia wyspy przez USA pchnęła srebro i metale szlachetne do nowych rekordów cenowych. Notowania srebra osiągnęły poziom 94,75 dolara i wciąż utrzymują się w jego pobliżu. To bezpośrednia reakcja rynku na zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczące ceł na towary z ośmiu państw europejskich, w tym z Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, które sprzeciwiają się USA. Nowe taryfy mają wejść w życie 1 lutego i wyniosą 10 proc., a w czerwcu wzrosną do 25 proc. W nocy prezydent USA zagroził także dodatkowymi cłami na poziomie 200 proc. na produkty z Francji, po tym jak prezydent Macron odmówił udziału w tworzonej przez Stany Zjednoczone Radzie Pokoju. Od początku roku cena srebra wzrosła już o niemal 33 proc. Srebro znajduje się także coraz bliżej psychologicznej granicy 100 dolarów za uncję.

Początek 2026 roku to czas spektakularnych wzrostów na rynku metali szlachetnych. Najmocniej wyróżnia się właśnie srebro, którego tegoroczna zwyżka przekracza już dwukrotnie wynik amerykańskiego indeksu S&P500 z całego 2025 roku. Za rajdem na rynku surowców stoi kilka czynników: rosnąca niepewność geopolityczna, oczekiwania na dalsze spadki stóp procentowych na świecie, słabość dolara oraz ograniczona podaż fizycznego metalu. W pierwszych miesiącach roku kluczowym motorem wzrostów jest ponowny wzrost niepewności. Ataki na niezależność amerykańskiej Rezerwy Federalnej, napięcia geopolityczne (Iran, Wenezuela, Grenlandia) oraz ryzyka polityczne znacząco zwiększyły popyt na srebro jako bezpieczną przystań.

Coraz więcej mówi się też o relacji cenowej złota do srebra, która obrazuje ile uncji srebra można kupić zamiast jednej uncję złota. Spadła ona do poziomu około 50, czyli najniżej od 2012 roku. W ciągu zaledwie trzech kwartałów relacja ta obniżyła się o połowę, co jasno pokazuje, że srebro zyskiwało szybciej niż złoto. To także sygnał, że rotacja surowcowa przesunęła się wyraźnie na korzyść srebra. Jednocześnie tak silne rozciągnięcie tej relacji sugeruje, że w przypadku korekty to właśnie srebro może być bardziej narażone na dynamiczne spadki.

Srebro uzyskuje obecnie podwójne wsparcia. Z jednej strony to surowiec strategiczny, szeroko wykorzystywany w przemyśle. Z drugiej – rynek zmaga się z trwałym niedoborem podaży. W wielu zastosowaniach metal ten zużywany jest bezpowrotnie, co utrudnia jego odzysk i czyni deficyty bardziej prawdopodobnymi niż w przypadku złota. Popyt napędzany jest przez sektory przyszłości: elektronikę, fotowoltaikę, infrastrukturę centrów danych oraz rozwój sztucznej inteligencji. W środowiskach zdominowanych przez nowe technologie srebro historycznie reaguje szybciej i mocniej niż złoto. Ale działa to również w drugą stronę, a jakiekolwiek rozczarowanie związane z potencjałem AI może równie szybko schłodzić notowania metalu.

Rynek zaczyna wyceniać ekstremalną zmienność. Wskaźnik 30-dniowej implikowanej zmienności dla ETF-u SLV osiągnął 0,78, co w skali roku przekłada się na około 80 proc. w ujęciu rocznym. To wartości rzadko spotykane – zazwyczaj zmienność mieści się w przedziale 30-40 proc. Tak wysoki odczyt oznacza oczekiwane ruchy cen rzędu 20-25 proc. w ciągu miesiąca i sygnalizuje wyjątkowo nerwową atmosferę wokół rynku srebra.

Srebro znajduje się obecnie w fazie silnie rozciągniętego rajdu. W takich warunkach najlepszą strategią dla inwestorów pozostaje cierpliwość i unikanie pogoni za ceną. Lepsze poziomy mogą pojawić się wraz z naturalnymi korektami wewnątrz trendu.  Jednocześnie kluczowa będzie ocena czy fundamenty wzrostu pozostają nienaruszone. Niepewność wciąż towarzyszy rynkowi, ale potrafi też szybko zniknąć. Spadające rentowności amerykańskich obligacji i słabszy dolar mogą nadal wspierać wzrosty. A przynajmniej ograniczyć skalę ewentualnej korekty, jeśli inwestorzy zdecydują się na realizację zysków w krótkim terminie.

Grudzień w galeriach handlowych na wyraźnym plusie. Trzy niedziele handlowe zrównoważyły zamkniętą Wigilię

0

Końcówka 2025 roku przyniosła w polskich centrach handlowych wyraźne ożywienie. Mimo że Wigilia po raz pierwszy była dniem ustawowo wolnym od handlu, grudniowa odwiedzalność wzrosła aż o 4 proc. r/r – wynika z najnowszych danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH). Kluczowym czynnikiem sukcesu okazał się kalendarz z trzema niedzielami handlowymi.

Ostatnie tygodnie minionego roku potwierdziły stabilizację trendu powrotu klientów do zakupów stacjonarnych. Wynik odwiedzalności (footfall) wyższy o 4 proc. wskazuje, że Polacy skumulowali swoje przedświąteczne aktywności właśnie w grudniu.

Eksperci PRCH zwracają uwagę na kluczową rolę trzech niedziel handlowych, które poprzedziły Święta Bożego Narodzenia. To właśnie one skutecznie zrównoważyły brak możliwości handlu 24 grudnia. Dane te potwierdzają tezę, że konsumenci chętnie korzystają z możliwości zakupów w niedziele, jeśli tylko prawo na to pozwala. Pełny obraz kondycji branży (w tym dane o obrotach za grudzień) poznamy na przełomie stycznia i lutego.

Listopadowa zadyszka przez kalendarz

Zanim rynek wszedł w fazę grudniowego wzrostu, w listopadzie 2025 r. odnotowano korektę wyników. W ujęciu rocznym obroty spadły o 2,3 proc., a odwiedzalność o 3,2 proc. PRCH wyjaśnia, że główną przyczyną był niekorzystny układ kalendarza – w porównaniu do 2024 roku handlowcom ubył jeden dzień pracy.

Dodatkowo, układ dni wolnych (Wszystkich Świętych w sobotę oraz Święto Niepodległości we wtorek) stworzył okazję do długiego weekendu, co sprzyjało wyjazdom turystycznym, a nie wizytom w galeriach. Mimo spadków ogólnych, duże obiekty handlowe wykazały się największą odpornością, utrzymując dodatnią dynamikę obrotów (+0,2 proc.), podczas gdy mniejsze formaty notowały spadki. Geograficznie, pozytywne trendy utrzymały się w aglomeracjach Białegostoku i Krakowa.

Galerie miejscem spotkań, a nie tylko zakupów

Mimo słabszego listopada pod względem sprzedaży towarów, dane PRCH pokazują wyraźną ewolucję funkcji centrów handlowych. Klienci coraz częściej odwiedzają je nie po produkty, ale po doświadczenia. W listopadzie wyraźne wzrosty zanotowano w kategoriach „czasu wolnego”:

  • Usługi: +7,0 proc.
  • Rozrywka: +6,5 proc.
  • Gastronomia (restauracje i kawiarnie): +4,0 proc.
  • Zdrowie i uroda: +4,0 proc.

Data Act, AI Act, DSA: zgodność przestaje być „projektem prawnym”, staje się strategią IT

Europa wchodzi w nową fazę kształtowania gospodarki cyfrowej. Kolejne regulacje – od Data Act, przez Digital Services Act, po AI Act – tworzą spójny system zasad dotyczących dostępu do danych, transparentności technologii oraz odpowiedzialności dostawców usług cyfrowych. Firmy działające w Polsce i w całej Europie muszą dziś nie tylko dostosować swoje procesy, lecz także podjąć strategiczne decyzje dotyczące architektury danych, bezpieczeństwa informacji, wykorzystania sztucznej inteligencji i współpracy z partnerami technologicznymi. Nowe ramy prawne coraz wyraźniej wpływają na modele biznesowe, inwestycje i codzienne funkcjonowanie organizacji – od sektora przemysłowego po usługi cyfrowe.​​

Europa wzmacnia fundamenty gospodarki cyfrowej

Data Act wszedł w życie 11 stycznia 2024 r., ustanawiając zasady dostępu do danych generowanych przez urządzenia i usługi. AI Act obowiązuje od 1 sierpnia 2024 r. i wprowadza ramy regulacyjne dla systemów sztucznej inteligencji. Digital Services Act obowiązuje od 17 lutego 2024 r. i reguluje odpowiedzialność platform internetowych oraz bezpieczeństwo użytkowników. Choć każde z tych rozporządzeń dotyczy innego obszaru, razem tworzą spójny system, który ma zwiększyć bezpieczeństwo cyfrowe, ograniczyć zależność od pojedynczych dostawców technologii i zapewnić przejrzystość działania usług.

– To rzeczywiście przełomowy moment dla europejskiego rynku cyfrowego. Nowe regulacje realnie zmieniają sposób, w jaki firmy projektują swoje strategie technologiczne i zarządzają danymi. Widzimy, że Data Act, AI Act i DSA tworzą ramy, które wymuszają większą przejrzystość i bezpieczeństwo. Organizacje, które potraktują te zmiany jako szansę, zyskają przewagę konkurencyjną w obszarze zaufania i odporności biznesowej i my będziemy się nad tym elementem skupiać w Polsce – podkreśla Artur Kmiecik, Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

Nowe obowiązki dla firm – regulacje, które zmieniają codzienność biznesu

Data Act znacząco wzmacnia prawa użytkowników do danych generowanych przez urządzenia i usługi. W praktyce oznacza to konieczność zapewnienia ich dostępności, interoperacyjności i możliwości przenoszenia między usługami chmurowymi.

AI Act nakłada na przedsiębiorstwa obowiązki związane z dokumentacją danych, oceną ryzyka oraz nadzorem nad systemami wysokiego ryzyka. Firmy muszą stworzyć procedury, które pozwolą wykazać, że stosowane modele działają w sposób bezpieczny, przejrzysty i zgodny z przepisami.

DSA z kolei wprowadza jednolite zasady funkcjonowania platform – od transparentności algorytmów, przez raportowanie zagrożeń, po odpowiedzialność za treści. To wymusza na firmach przegląd procesów, które do tej pory często traktowano jako wewnętrzną politykę, a nie obowiązek prawny.

Dane stają się strategicznym zasobem – firmy modernizują architekturę i procesy

Wprowadzenie Data Act oznacza konieczność reorganizacji całego cyklu życia danych. Firmy muszą nie tylko zapewnić ich dostępność użytkownikom, ale także zmodernizować systemy, by dane były uporządkowane, ujednolicone i możliwe do udostępnienia w bezpieczny sposób.

W praktyce oznacza to przegląd polityk zarządzania danymi, renegocjowanie umów chmurowych, budowanie nowych mechanizmów integracji i aktualizację procesów bezpieczeństwa. Wielu producentów IoT już projektuje urządzenia tak, by dane były „łatwo i bezpiecznie dostępne”, co potwierdzają analizy White & Case.

To zmiana, która przenika całą organizację – od działów technicznych, po prawne i operacyjne.

Sztuczna inteligencja pod nadzorem – firmy uczą się nowych standardów

AI Act to pierwsza na świecie kompleksowa regulacja systemów sztucznej inteligencji. Wymaga od firm dokumentowania danych, wprowadzania procedur bezpieczeństwa, kontroli dostawców oraz zapewnienia przejrzystości działania systemów. UE przewiduje też wysokie sankcje – nawet do 7% globalnego obrotu.

– Sztuczna inteligencja wchodzi w etap dojrzałości – od innowacji i pierwszych wdrożeń do regulacji. To wymaga od firm nie tylko nowych procedur, ale też zmiany kultury organizacyjnej: procesy, dokumentacja i transparentność stają się kluczowe. AI Act i  Data Act redefiniuje podejście do danych – z zasobu technicznego stają się one strategicznym elementem modelu biznesowego. Firmy, które szybko dostosują architekturę i procesy, będą nie tylko zgodne z prawem, ale też lepiej przygotowane na wykorzystanie danych i sztucznej inteligencji – podkreśla Artur Kmiecik, Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

To wymusza nie tylko zmiany technologiczne, ale też przesunięcia odpowiedzialności na poziomie zarządczym i operacyjnym – od tworzenia nowych procedur, po powoływanie ról odpowiedzialnych za nadzór nad AI.

DSA zmienia zasady gry – jeden poziom przejrzystości dla wszystkich usług cyfrowych

Digital Services Act wymaga od platform internetowych przejrzystości algorytmów, raportowania ryzyka oraz usprawnionej moderacji treści. Zmiana ma zapewnić użytkownikom większe bezpieczeństwo, a biznesowi – klarowne zasady działania. DSA łączy się z Data Act i AI Act, tworząc trójstopniowy system regulacyjny, który wpływa na każdy etap tworzenia usług: od projektu, przez działanie w czasie rzeczywistym, po odpowiedzialność za skutki.

Dla firm w Polsce oznacza to konieczność wdrożenia procesów, które wcześniej były jedynie „dobrą praktyką”, a dziś stają się obowiązkiem – szczególnie w obszarach usług cyfrowych, platform e-commerce i produktów opartych na danych.

Regulacje jako impuls do rozwoju – przewaga dla firm, które działają szybciej

Komisja Europejska podkreśla, że nowe regulacje mają wzmocnić konkurencyjność europejskiej gospodarki i uniezależnić ją od pojedynczych dostawców technologii.

W Polsce firmy coraz częściej traktują je jako możliwość podniesienia standardów bezpieczeństwa, uporządkowania danych i zwiększenia zaufania klientów. To również okazja do budowania nowych przewag – od lepszego zarządzania informacją, przez bezpieczniejsze wykorzystanie AI, po sprawniejsze dostosowanie produktów do wymogów całego rynku UE.

Przedsiębiorstwa, które zdecydują się na szybkie i świadome wdrożenie nowych regulacji, będą mogły nie tylko zapewnić zgodność, ale też zyskać przewagę technologiczną i reputacyjną. Cyfrowa niezależność staje się jednym z kluczowych elementów odporności biznesu – i kierunkiem, który w najbliższych latach będzie definiował europejski krajobraz gospodarczy.

UOKiK bierze na celownik „dark patterns”. Manipulacje w e-commerce pod lupą

W dobie niezwykłej popularności zakupów w internecie coraz częściej spotkać się można z technikami uważanymi za manipulacyjne, które stosują, lub stosowały nawet bardzo popularne platformy sprzedażowe. Analizując działania Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) można przypuszczać, że w najbliższych miesiącach kontynuowana będzie szczegółowa analiza praktyk określanych jako „dark patterns”.

Praktyki „dark patterns” nie są zdefiniowane w unijnym lub polskim prawie konkurencji. Zwykle mają one wspólne cechy: manipulacyjny charakter praktyki stosowanej w przestrzeni wirtualnej, mający prowadzić do podjęcia przez konsumentów decyzji zakupowych, których mogliby nie podjąć, mając pełne informacje o praktykach sprzedającego. Warto też pamiętać, że niektóre z praktyk zostały wprost umieszczone na tzw. „czarniej liście” praktyk zakazanych w Ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (UPNPR), co często wykorzystuje Prezes UOKiK w swoich decyzjach.

„Niektóre z praktyk „dark patterns” są zakazane per se, tj. bez potrzeby badania ich okoliczności, co wynika z umieszczenia ich w ustawie UPNPR, np.: fałszywe twierdzenia o ograniczonej dostępności produktu, sugerowanie wyjątkowości oferty, gdy jej nie ma, czy ukryte koszty dodawane na końcu procesu zakupowego.” – mówi Marcin Rudnik, partner w kancelarii Wolf Theiss.

Fikcyjne liczniki i preselekcja zmorą polskiego e-commerce?

Pod koniec 2024 r., Prezes UOKiK wziął udział w globalnym przeglądzie pod kątem praktyk sprzedażowych mogących kwalifikować się jako „dark patterns” w internecie. W ramach tzw. sweep days (od angielskiego słowa „wymiatać” – w tym przypadku złe praktyki marketingowe), przebadano strony internetowe i aplikacje mobilne 642 przedsiębiorców. Przegląd wykazał, że 75,7 proc. z nich stosowało co najmniej jedną taką praktykę, a 66,8 proc. dwie lub więcej[1].

Na gruncie polskim, na połowie z 10 przebadanych stron internetowych znaleziono przynajmniej jedną niedozwoloną praktykę. Najczęstszą była preselekcja, czyli wybranie i zaznaczenie za konsumenta jednej z możliwych opcji np. najdroższej, co sprawia, że aby cofnąć ten wybór konsument musi aktywnie „odznaczyć” uprzednio narzuconą, często mniej korzystną opcję.

Do często występujących praktyk typu „dark patterns” zaliczane są także liczniki pokazujące fikcyjny czas do końca obowiązywania promocji lub niekończące się okazyjne obniżki cen, czy niezgodne z rzeczywistością informowanie, ile kupujących zainteresowanych jest daną ofertą lub który z produktów jest najczęściej wybierany. Zdarzają się także przypadki automatycznego (tj. bez zgody konsumenta) uzupełniania koszyka użytkownika o dodatkowe produkty (np. ubezpieczenie), czy utrudnianie rezygnacji z subskrypcji lub newslettera, np. poprzez mnożenie dodatkowych pytań czy wymaganie podjęcia szeregu dodatkowych czynności przez konsumenta.

„Przykładów takich praktyk może być jednak dużo więcej i mogą one przybierać różne formy oraz potencjalnie ewoluować wraz z rozwojem technologii. Każdorazowo stosowanie przez przedsiębiorców różnego rodzaju zachęt wobec konsumentów powinno więc być poprzedzone analizą, czy mogą one zostać w danym przypadku uznane za niezgodą z prawem konsumenckim technikę marketingową. Z racji braku zamkniętego katalogu praktyk „dark patterns”, każdy przypadek niejednoznacznej praktyki, potencjalnie prowadzącej do podjęcia niedoinformowanej decyzji zakupowej przez konsumenta w przestrzeni wirtualnej może być przedmiotem badania i spotkać się z reakcją organu odpowiedzialnego za ochronę konsumentów”  – podkreśla Aleksandra Niski z kancelarii Wolf Theiss.

O tym jak ważny jest to aspekt działania UOKiK, może świadczyć także informacja zapowiadająca na marzec 2026 r. konferencję o wdrażaniu sztucznej inteligencji w administracji publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem badań nad praktykami „dark patterns” i praktycznym zastosowaniem AI w postępowaniach egzekucyjnych.

Dotkliwe kary Prezesa UOKiK

Pamiętać należy, że w przypadku uznania przez Prezesa UOKiK danej praktyki za wprowadzającą lub mogącą wprowadzić w błąd i naruszającą zbiorowe interesy konsumentów, możliwe jest nałożenie na przedsiębiorcę kary w wysokości do 10% obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary, a także zobowiązanie przedsiębiorcy do usunięcia trwających skutków naruszenia w sposób wskazany w decyzji. Wynika to wprost z Art. 24 Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Co więcej, mamy już wiele przykładów takich kar, które nałożono na przedsiębiorców działających na terenie Polski.

Przykładowo – jedna z głównych internetowych platform sprzedażowych na rynku została ukarana kwotą 17 mln zł za praktykę „dark patterns”. Niedozwoloną praktyką było w ocenie UOKiK podawanie informacji na temat terminu dostawy oraz ilości dostępnego towaru w sposób wprowadzający w błąd.

„Co istotne, w ocenie organu na możliwość wprowadzenia w błąd konsumenta nie wpłynął w omawianej sprawie fakt, iż informacja o szacunkowym charakterze dostępności i terminów dostaw wynikała z regulaminu serwisu internetowego, ponieważ, jak wskazał organ, sposób wskazywania informacji na stronie produktowej towaru był precyzyjny (dokładność co do liczby dostępnych sztuk i konkretnej daty), wzmacniając przekonanie konsumenta o ich prawdziwości, a informacja o szacunkowym terminie dostawy nie była wprost przekazywana konsumentom na etapie zamówienia produktu.” – komentuje Aleksandra Niski.

Jest to szczególnie ważne dla przedsiębiorców, z których wielu podejmuje ciągłe starania mające na celu sprostanie coraz to ostrzejszym wymaganiom w zakresie zgodności z prawem konsumenckim, skupiające się przede wszystkim na odpowiednim uregulowaniu kwestii dotyczących uprawnień i obowiązków konsumenta w regulaminie sklepu/platformy dostępnym na stronie internetowej. Jak wynika jednak z ostatniej praktyki Prezesa UOKiK, poprzestanie na ustanowieniu odpowiedniego regulaminu nie jest obecnie bezpiecznym rozwiązaniem, a kwestia jednoznacznego przedstawienia treści na tzw. „ścieżce zakupowej” konsumenta nie powinna być zagadnieniem drugorzędnym.” – dodaje Marcin Rudnik.

Kolejnym, ukaranym niedawno (w 2025 r.) podmiotem była firma zajmująca się handlem elektronicznym z siedzibą w Warszawie (prawie 15 mln zł) za rozpowszechnianie na stronach internetowych www.born2be.pl oraz www.renee.pl prawdziwej informacji o stosowanej obniżce cenowej w sposób mogący wprowadzić konsumentów w błąd co do faktycznego istnienia szczególnej korzyści zakupowej.

Prezes UOKiK prowadzi także między innymi postępowanie wobec znanej platformy działającej na rynku dostaw na żądanie, obejmujących jedzenie czy artykuły codziennego użytku, w związku z podejrzeniem stosowania praktyki tzw. „drop pricing”. Polega ona na dodawaniu na ostatnim etapie składania zamówienia niezapowiedzianych wcześniej dodatkowych, obowiązkowych opłat, co uniemożliwia konsumentom porównanie cen w trakcie wyboru towaru lub usługi i może oznaczać, że będą musieli zapłacić więcej, choć wydawało im się, że wybierają tańszą opcję cenową.

Jak zapewnić zgodność z prawem konkurencji?

Jak podkreśla Marcin Rudnik, biorąc pod uwagę dotychczasową bardzo rygorystyczną praktykę Prezesa UOKiK, z punktu widzenia przedsiębiorcy kluczowe jest projektowanie całej ścieżki zakupowej konsumenta (a nie tylko regulaminu sklepu internetowego) w przestrzeni wirtualnej w sposób nie tylko atrakcyjny, ale też jasny i przystępny, pozwalający konsumentowi na podjęcie świadomej decyzji, co wpłynie na zmniejszenie ryzyka ze strony prawnej.

[1] https://uokik.gov.pl/wielkie-wymiatanie-zlych-praktyk-w-e-commerce

Firmy inwestują w dane i GenAI, ale brakuje zasobów: 48% wskazuje bariery budżetowe

0

Dyrektorzy ds. danych (CDO) coraz częściej występują w roli strategów, którzy tworzą fundamenty pod decyzje oparte na danych i skalowanie AI. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Chief Data Officer Survey 2025” zmianę coraz wyraźniej widać w priorytetach i zasobach firm – 73 proc. respondentów inwestuje w technologie zarządzania danymi i data governance, a 54 proc. odnotowało wzrost wielkości swoich zespołów w ostatnich 12 miesiącach. Jednak nawet przy rosnących inwestycjach tempo zmian spowalniają konkurujące w firmie priorytety – 47 proc. liderów jest zdania, że ograniczają one pełne wykorzystanie potencjału danych.

Raport Deloitte „Chief Data Officer Survey 2025” opracowany na podstawie czwartej edycji corocznego badania prowadzonego na dziewięciu rynkach, w tym polskim, pokazuje, jak zmienia się rola CDO oraz priorytety i wyzwania związane z zarządzaniem danymi w warunkach rosnącej presji na wykazanie ich wartości biznesowej. Publikacja opisuje m.in. zmiany w budżetach przeznaczanych na obszar danych i organizacji zespołów, a także wnioski dotyczące priorytetów CDO, ich udziału we wdrażaniu AI i GenAI oraz sposobów mierzenia efektów inicjatyw w obszarze danych.

Otrzymane wyniki pokazują, że organizacje wciąż dbają o fundamenty: 51 proc. CDO wskazuje data governance jako priorytet w ostatnich 12 miesiącach, co wiąże się m.in. z rosnącą skalą wykorzystania AI i potrzebą uporządkowania zasad zarządzania danymi. Równocześnie eksperci z tego zakresu podejmują działania, aby zapewnić użyteczność danych teraz i w przyszłości: 73 proc. stawia na technologie zarządzania danymi, 70 proc. rozwija strategię AI i samą technologię, a 66 proc. inwestuje w kompetencje związane z pracą w tym obszarze. Dodatkowo, CDO w przedsiębiorstwach koncentrują się na rozwoju produktów danych i możliwości samoobsługowych (85 proc.).

Rozbudowa kompetencji i struktur data przyspiesza

Niezależnie od deklarowanego poziomu dojrzałości, przedsiębiorstwa konsekwentnie rozwijają i finansują kompetencje związane z architekturą danych, data governance oraz data science, ale akcenty rozkładają się inaczej w zależności od etapu rozwoju praktyki zarzadzania danymi w organizacji. To, od czego firmy zaczynają, nie jest przypadkowe: uporządkowanie danych i zasad ich zarządzania to warunek konieczny, żeby wykorzystać AI na szerszą skalę i zagwarantować wiarygodność rezultatów. Firmy o niższej deklarowanej dojrzałości koncentrują się na kompetencjach z zakresu zarządzania danymi, inżynierii danych i kształtowania kultury organizacyjnej na nich opartej, podczas gdy bardziej dojrzałe podmioty skupiają się na budowaniu i pozyskiwaniu zaawansowanych kompetencji w dziedzinie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oraz na komunikacji, która ma przygotować grunt pod wykorzystanie tych technologii w skali całego przedsiębiorstwa – podkreśla Krzysztof Wnuk, dyrektor, lider praktyki Data Strategy, Governance & Architecture w Deloitte.

Równolegle widać wzrost nakładów – ponad 40 proc. CDO wskazuje, że budżet na zarządzanie danymi w ich organizacji zwiększył się w ostatnim roku, a 56 proc. deklaruje wzrost całkowitych wydatków na ten obszar, co sugeruje, że inwestycje w data governance wykraczają poza budżety pozostające w bezpośredniej dyspozycji CDO.

Wzrost inwestycji w obszar data widać także w podejściu do zasobów ludzkich. 54 proc. badanych CDO potwierdza, że w ostatnim roku powiększyło swoje zespoły, a 63 proc. spodziewa się dalszego wzrostu zatrudnienia w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. W globalnych organizacjach CDO odpowiadają dziś za centralne zespoły danych liczące średnio 76 osób i zarządzają średnio 9 bezpośrednimi podwładnymi. Jednocześnie, mimo rosnących nakładów i rozbudowy struktur, ograniczenia budżetowe i dostępność zasobów pozostają istotną barierą w szerszym wdrażaniu AI, na co wskazuje niemal połowa (48 proc.) respondentów.

Wskaźniki odzwierciedlające efekt inicjatyw

Ponad 60 proc. ankietowanych CDO deklaruje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy inicjatywy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i analityki przyniosły organizacjom konkretne korzyści biznesowe. Co drugi lider wskazuje przy tym na dwa najbardziej widoczne rezultaty, czyli usprawnienie procesów oraz poprawę zgodności regulacyjnej. Wraz z rosnącymi inwestycjami i rozbudową zespołów rośnie też znaczenie mierzenia efektów, dlatego CDO najczęściej koncentrują się na KPI, które bezpośrednio pokazują wpływ tych działań na sprawność funkcjonowania organizacji.

Z perspektywy polskiego rynku przez długi czas działania w zakresie zarządzania danymi koncentrowały się porządkowaniu fundamentów: architektury, standardów i ładu danych. Dziś te elementy stają się standardem. Obecnie coraz większe znaczenie zyskuje osiąganie mierzalnych efektów, rozumianych już nie tylko jako usprawnienie procesów czy zapewnienie zgodności regulacyjnej, ale to, w jakim stopniu dane przyczyniają się do wzrostu przychodów i innowacyjności biznesu.  Widać to wyraźnie w KPI, które przesuwają się z mierników technicznych w stronę biznesowych. Najczęściej jest to efektywność operacyjna, ale obok niej pojawiają się też wskaźniki związane z compliance i satysfakcją klientów, szczególnie w usługach finansowych. W biznesie coraz częściej spotykamy KPI powiązane ze zwrotem z inwestycji oraz wzrostem sprzedaży i przychodów, a w sektorze publicznym z oszczędnością czasu i jakością usług mówi Krzysztof Wnuk.

Jednocześnie autorzy raportu wskazują, że sama rola lidera ds. danych w organizacjach wyraźnie się zmienia. 42 proc. badanych raportuje dziś do CIO (wobec 23 proc. w 2024 r.), a rozpoznawalność funkcji CDO na poziomie CEO wzrosła w ciągu roku z 49 proc. do 86 proc. Tymczasem ponad połowa CDO ocenia swój wpływ jako mniejszy niż innych członków kierownictwa, choć 46 proc. z nich przewiduje, że w perspektywie pięciu lat staną się jednymi z najbardziej wpływowych liderów w najwyższej kadrze zarządzającej.

O raporcie:

Raport Chief Data Officer 2025 to czwarta edycja corocznego badania, która prezentuje perspektywę na ewolucję roli Chief Data Officer (CDO), jako strategicznego lidera odpowiedzialnego za generowanie wartości z zasobów danych organizacji. W badaniu wzięło udział 81 respondentów z 9 krajów: Niderlandów, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii, Niemiec, Norwegii, Rumunii, Bułgarii oraz Austrii. Objęło sektory takie jak usługi finansowe, instytucje publiczne, telekomunikacja, media i technologia, energetyka, opieka zdrowotna, a także handel.

Biofund sprzedaje 2,1 mln akcji Medicalgorithmics za blisko 70 mln zł

Akcje Medicalgorithmics S.A., działającego w skali globalnej innowatora branży EKG i obrazowej diagnostyki kardiologicznej, zostały nabyte przez czołowe polskie OFE, TFI oraz fundacje rodzinne. Fundusz Biofund Capital Management LLC, główny akcjonariusz Medicalgorithmics, ponownie zwiększył instytucjonalną bazę akcjonariuszy spółki sprzedając 2,1 mln akcji Spółki o wartości niemal 70 mln zł. Transakcja jest odpowiedzią na duży popyt złożony przez inwestorów po ogłoszeniu przez Spółkę przełomowych szacunkowych wyników za IV kwartał 2025 r.

Jednocześnie fundusz Biofund złożył Spółce wiążącą ofertę obejmującą zawarcie 12-miesięcznej umowy lock-up oraz znaczące obniżenie kosztów finansowania pożyczki udzielonej w 2024 r. Fundusz zobowiązał się również do podjęcia negocjacji w sprawie konwersji pożyczki wraz z odsetkami na akcje Spółki.

Notowany na GPW medtech skutecznie przeszedł pierwszy etap transformacji, stawiając na rozwój innowacyjnego oprogramowania do diagnostyki kardiologicznej. Efektem jest podpisanie rekordowej liczby umów, w skutek czego odnotowano ponadprzeciętną dynamikę wzrostu przychodów oraz powrót do rentowności EBITDA.

– Medicalgorithmics znajduje się obecnie w najlepszym momencie odkąd zainwestowaliśmy w tę Spółkę. Przekształciliśmy ją w technologicznego innowatora, którego unikalne algorytmy AI potwierdzone przez publikację w magazynie Nature podbijają świat. Spółka, która jeszcze kilka lat temu borykała się z wieloma wyzwaniami, obecnie notuje kilkudziesięcioprocentowe dynamiki wzrostu, dodatni wynik EBITDA oraz zdobywa nowe kontrakty w kolejnych krajach. Nie dziwi nas więc zainteresowanie czołowych polskich instytucji finansowych – komentuje współzałożyciel Biofund i jeden z ojców data mining, znany naukowiec prof. Paul Lewicki.

Polski medtech podpisał w ubiegłym roku rekordowe 20 umów (więcej niż w 2024 roku: 14), co przełożyło się na istotny wzrost kursu akcji (+85% w 2025). Przełomowy okazał się jednak czwarty kwartał ur. Spółka odnotowała w tym okresie szacunkowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 10,2 mln zł, co daje wzrost na poziomie +74% r/r oraz +42% q/q. Jednocześnie Spółka odnotowała dodatni szacunkowy wynik EBITDA na poziomie 1,0 mln zł. Zmiana modelu biznesowego oraz wejście na ścieżkę wzrostu okazały się możliwe dzięki inwestycji funduszu Biofund oraz objęciu sterów nad Spółką przez dra Krisa Siemionowa, jednego z udziałowców i założycielu funduszu.

Cieszymy się, ze Spółka zyskuje uznanie wśród wielu czołowych polskich instytucji finansowych, które zgłosiły popyt na niemal 70 mln zł. Znalazł się w tym gronie naprawdę duży, wiodący polski fundusz. O wierze inwestorów w potencjał Medicalgorithmics może świadczyć m.in. niskie dyskonto pomiędzy ceną rynkową, a ceną transakcyjną. – informuje dr Kris Siemionow, Prezes Medicalgorithmics oraz udziałowiec Biofund Capital Management – Pomimo sprzedaży istotnego pakietu akcji zamierzamy długoterminowo wspierać Medicalgorithmics, zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami. Biofund pozostaje największym akcjonariuszem Spółki i planuje kontynuować bliską współpracę, która okazała się być tak bardzo owocna przez ostatnie 2 lata – dodaje.

W ramach przedmiotowej transakcji Biofund zaoferował Spółce zmianę warunków Umowy Pożyczki w sposób istotnie obniżający koszty finansowania – w szczególności rezygnację z prawa do 3% prowizji od przychodów od nowych klientów, obniżenie oprocentowania pożyczki z 18,5% do 14% oraz wydłużenie terminów zapadalności spłaty o 6 miesięcy. Zadeklarował również gotowość objęcia 12-miesięcznym lock-up wszystkich akcji posiadanych przez Biofund oraz podjęcia negocjacji dotyczących konwersji wspomnianej pożyczki w kwocie 3 mln USD (kapitał wraz z naliczonymi odsetkami) na akcje.

Biofund Capital Management LLC to amerykański fundusz inwestycyjny typu venture capital z siedzibą w Miami na Florydzie. Firma koncentruje się na sektorze Life Science, medycynie oraz nowoczesnych technologiach medycznych. Fundusz został założony przez dwóch wybitnych przedstawicieli amerykańskiego świata medycznego i naukowego z polskim pochodzeniem : dr. n. med. Krisa Siemionowa – chirurga i przedsiębiorcę medycznego oraz prof. Paula Lewickiego – pioniera w dziedzinie Data Mining i założyciela firmy StatSoft, twórcy systemu STATISTICA. W portfolio inwestycyjnym funduszu Biofund znajdują się takie spółki jak Biometryks, Dystrogen Therapeutics oraz Dystrogen Gene Therapies.

W ramach transakcji Biofund Capital Management LLC sprzedał 2,1 mln akcji, które stanowią około 21% wszystkich akcji Medicalgorithmics.

AI redefiniuje rynek pracy. Dla firm ważniejsze stają się umiejętności niż dyplom

Oto propozycja artykułu informacyjnego, utrzymana w podobnej objętości i tonie, opracowana na podstawie dostarczonych danych.

AI redefiniuje rynek pracy. Dla firm ważniejsze stają się umiejętności niż dyplom

Rozwój sztucznej inteligencji wymusza na pracodawcach zmianę strategii zatrudnienia. Jak wynika z najnowszego raportu EFL „Wykształcenie czy doświadczenie? Co pomaga w biznesie. Pod lupą”, niemal połowa przedsiębiorców (47%) przyznaje, że w dobie AI wyżej ceni praktyczne umiejętności kandydata niż jego formalne wykształcenie. Trend ten jest najsilniejszy w średnich firmach oraz sektorach produkcyjnych i usługowych.

Rynek pracy znajduje się w fazie transformacji. Choć wciąż 51% firm deklaruje przywiązanie do tradycyjnego modelu, w którym kluczowa jest wiedza teoretyczna, szala powoli przechyla się na stronę kompetencji praktycznych. Zmianę tę napędza konieczność szybkiej adaptacji do nowych narzędzi cyfrowych.

– Sztuczna inteligencja zmienia kryteria rekrutacji. Coraz częściej kluczowe staje się to, co kandydat realnie potrafi, jak szybko się uczy i jak adaptuje do nowych modeli pracy, a nie wyłącznie to, jaką wiedzę posiada na papierze – wyjaśnia Paweł Bojko, wiceprezes zarządu EFL. Ekspert podkreśla, że w nowoczesnym biznesie gotowość do pracy z algorytmami staje się jednym z fundamentalnych wymogów, a nie tylko dodatkowym atutem w CV.

Duży może więcej (i wymaga więcej)

Raport EFL wyraźnie wskazuje na korelację między wielkością firmy a podejściem do rekrutacji. Im większa i bardziej dojrzała cyfrowo organizacja, tym chętniej stawia na praktyków.

Średnie firmy (50–249 pracowników): Aż 71% z nich deklaruje, że pod wpływem AI priorytetem stały się umiejętności, a nie wykształcenie. Wiąże się to z faktem, że 75% podmiotów tej wielkości już wykorzystuje sztuczną inteligencję w codziennej pracy.

Mikrofirmy: Tutaj sytuacja wygląda odwrotnie. Jedynie 31% najmniejszych przedsiębiorców zmieniło podejście do rekrutacji, a aż 68% wciąż preferuje wiedzę teoretyczną. Wynika to z niskiej adopcji technologii – zaledwie 17% mikrofirm korzysta z rozwiązań opartych na AI.

Produkcja i usługi na czele zmian

Rewolucja kompetencyjna jest najbardziej widoczna w branżach, gdzie technologia bezpośrednio wpływa na efektywność procesów. Liderami zmian są sektory produkcji oraz usług. W tych obszarach ponad trzy czwarte firm (76%) wskazuje, że w erze sztucznej inteligencji kompetencje praktyczne dominują nad teorią.

To właśnie w tych sektorach automatyzacja i praca z inteligentnymi narzędziami stają się codziennością. Zdolność pracownika do obsługi tych systemów decyduje o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstwa. Jak podsumowują autorzy raportu, odchodzenie od wymogu „papierowej wiedzy” na rzecz realnego know-how nie jest chwilową modą, lecz trwałą konsekwencją cyfryzacji biznesu.

Steven Davis zastępuje Romana Skowrońskiego na stanowisku szefa Peakside w regionie CEE

Peakside Capital Advisors wzmacnia strukturę zarządczą w Europie Środkowo-Wschodniej. Steven Davis objął stanowisko Dyrektora Zarządzającego na region CEE i przejął odpowiedzialność za rozwój oraz działalność spółki na wszystkich rynkach regionu.

W nowej roli Steven Davis będzie nadzorował platformy inwestycyjne i deweloperskie Peakside w regionie CEE, w tym w Polsce oraz na pozostałych kluczowych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Jego zadaniem będzie dalszy rozwój działalności spółki, wzmacnianie efektywności operacyjnej oraz ścisła współpraca z lokalnymi zespołami zarządzającymi.

Steven Davis jest doświadczonym menedżerem i deweloperem nieruchomości, posiadającym kompleksowe kompetencje obejmujące cały cykl inwestycyjny – od akwizycji i finansowania, przez procesy planistyczne i realizację inwestycji, po sprzedaż, marketing oraz leasing. W trakcie swojej kariery zawodowej zrealizował ponad 20 000 lokali mieszkaniowych, uczestniczył w rozwoju ponad 400 000 mkw. powierzchni biurowej oraz 100 000 mkw. powierzchni handlowej, a także projektów z sektora nieruchomości logistycznych i przemysłowych.

Jego doświadczenie obejmuje wszystkie kluczowe segmenty rynku nieruchomości komercyjnych – mieszkaniowy, biurowy, handlowy, hotelowy oraz przemysłowy. Projekty realizował zarówno w formule inwestycji typu greenfield, jak i poprzez przejęcia portfeli oraz pojedynczych aktywów.

Przed dołączeniem do Peakside Steven Davis pełnił funkcję Chief Operating Officer w spółce notowanej na giełdzie, zarządzającej aktywami o wartości około 2,5 mld euro. Współpracował również z renomowanymi partnerami instytucjonalnymi, w tym Goldman Sachs, GE, Pirelli Real Estate oraz Grove Investment Fund. W trakcie swojej kariery w Europie Środkowo-Wschodniej odpowiadał za budowę i rozwój platform deweloperskich na wielu rynkach, m.in. w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech, w Niemczech, Chorwacji oraz Serbii.

Steven Davis jest postrzegany jako lider o silnych kompetencjach przywódczych, skutecznie budujący zespoły, wspierający współpracę między strukturami oraz konsekwentnie realizujący długoterminowe cele biznesowe w oparciu o jasną strategię i wysoką dyscyplinę operacyjną.

– Steven wnosi unikalne połączenie międzynarodowego doświadczenia deweloperskiego oraz dogłębnej wiedzy operacyjnej obejmującej wszystkie segmenty nieruchomości komercyjnych, w tym sektor logistyczny i przemysłowy. Jego regionalna perspektywa oraz styl przywództwa będą istotnym wsparciem dla dalszego rozwoju Peakside w Europie Środkowo-Wschodniej, zgodnie z długoterminową strategią spółki – powiedział Stefan Aumann, Founding Partner w Peakside Capital.

Steven Davis zastąpił Romana Skowrońskiego, który od 2019 roku odpowiadał za rozwój działalności Peakside w Polsce.

Kurczą się zasoby biurowe Warszawy. Budynki zmieniają funkcję na mieszkaniową i edukacyjną, pustostany najniższe od lat

Rynek biurowy w Warszawie wchodzi w fazę wyraźnego niedoboru powierzchni, szczególnie w centralnych lokalizacjach. Na koniec 2025 r. poziom pustostanów spadł do 9,1 proc., a w ścisłym centrum miasta wolne pozostaje już tylko około 5–6 proc. powierzchni – wskazują najnowsze dane CBRE. Jednocześnie nowa podaż pozostaje bardzo ograniczona, a rekordowy popyt w dużej mierze opiera się na renegocjacjach istniejących umów.

Odsetek wolnych przestrzeni biurowych w Warszawie systematycznie spada. Po przekroczeniu w trzecim kwartale 2025 r. granicy 10 proc., na koniec roku wskaźnik wakatów obniżył się do 9,1 proc. Widać jednak spore różnice pomiędzy dzielnicami. W centralnym obszarze miasta poziom pustostanów spadł do 6,2 proc., a na Zachodnich Obrzeżach Centrum do 5,5 proc. Z kolei w lokalizacjach poza centrum dostępność pozostaje wyższa i wynosi 11,6 proc., przy czym na Służewcu sięga 18,2 proc.

–  Kurczą się również zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie. Na koniec 2025 r. wyniosły 6,23 mln mkw., wobec 6,29 mln mkw. rok wcześniej. Ten spadek przestrzeni to efekt coraz częstszych zmian funkcji istniejących budynków. Biurowce są przekształcane m.in. w obiekty edukacyjne, medyczne, sportowe lub mieszkaniowe. Skala nowej podaży jest zbyt mała, aby zrekompensować te ubytki – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektorka działu badań i analiz rynku w CBRE.

W czwartym kwartale 2025 r. nie oddano do użytku żadnego nowego biurowca. W całym roku pozwolenie na użytkowanie uzyskały jedynie dwa większe projekty (The Bridge i Office House), co przełożyło się na 88,7 tys. mkw. nowej powierzchni. Obecnie w budowie lub przebudowie, z terminem oddania do 2028 r., znajduje się około 200 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Rekordowy popyt, ale głównie dzięki renegocjacjom

Czwarty kwartał 2025 r. przyniósł rekordowy wolumen transakcji – łączny popyt wyniósł 309,9 tys. mkw. W całym 2025 r. najemcy zakontraktowali 794,1 tys. mkw. powierzchni biurowej. Warto jednak podkreślić, że wysoki popyt w dużej mierze wynikał z przedłużeń już istniejących umów. W samym czwartym kwartale 64 proc. transakcji stanowiły renegocjacje, a 32 proc. nowe umowy. W ujęciu rocznym struktura była bardziej zrównoważona, choć nadal z przewagą renegocjacji. Stanowiły one 51 proc., a nowe umowy objęły 40 proc. Kolejne kilka procent to ekspansje.

Najaktywniejsze lokalizacje i sektory

W całym 2025 r. największy udział w popycie odnotowano w strefie Zachodnich Obrzeży Centrum (22,8 proc.) oraz na Służewcu (22,7 proc.). Pod względem branż dominował sektor przemysłowy, który odpowiadał za 14 proc. całkowitego popytu, przed IT (13 proc.) oraz usługami dla biznesu (11 proc.).

Czy w bankowości będzie jeszcze miejsce dla człowieka?

Według ekspertów SAS, rok 2026 zapowiada się jako moment przełomowy – czas, gdy tzw. agentic AI, czyli półautonomiczne systemy zdolne do samodzielnego działania, wejdą do produkcyjnego użycia w bankach na szeroką skalę.

20 stycznia 2026 Jeszcze kilka lat temu sztuczna inteligencja w bankowości była traktowana głównie jako ciekawy eksperyment lub obietnica odległej przyszłości. Dziś wchodzimy w etap, w którym AI przestaje być dodatkiem do procesów, a zaczyna je realnie współtworzyć. Agentic AI przejmie znaczącą część codziennych zadań operacyjnych: obsługę zapytań klientów, koordynację procesów, podejmowanie decyzji w oparciu o jasno zdefiniowane reguły i mechanizmy wyjaśnialności.

Bankowość przyszłości będzie oparta na inteligentnych agentach, którzy potrafią działać szybko, konsekwentnie i na ogromną skalę. To fundamentalnie zmieni sposób projektowania operacji bankowych oraz sposób mierzenia wartości wdrożeń AI. Nie przez liczbę pilotaży, lecz przez realny wpływ na wyniki finansowe i jakość zarządzania ryzykiem – mówi Miłosz Trawczyński, Senior Executive, Consulting & AI Solutions, SAS Polska.

Skala inwestycji mówi sama za siebie. Według IDC sektor finansowy wyda na sztuczną inteligencję ponad 67 miliardów dolarów do 2028 roku. Największy wzrost dotyczyć będzie rozwiązań produkcyjnych związanych z podejmowaniem decyzji i automatyzacją operacji. Bankowość wychodzi z fazy „proof of concept” i wchodzi w etap produkcyjnego wykorzystania AI. Zwyciężą te instytucje, które potrafią zamienić pilotaże w zysk, a wymogi regulacyjne w przewagę konkurencyjną.

Kolejna rewolucja w zarządzaniu danymi

Równolegle generatywna AI zacznie odgrywać kluczową rolę w obszarze danych nieustrukturyzowanych. Do tej pory banki świetnie radziły sobie z analizą danych tabelarycznych i liczbowych. Tymczasem ponad 80% danych w organizacjach ma postać tekstów, dokumentów, maili, nagrań czy obrazów, a ich wolumen rośnie nawet o 50–60% rocznie. W 2026 roku generatywna AI stanie się dla danych nieustrukturyzowanych tym, czym statystyka była dla danych ustrukturyzowanych.

Dzięki tzw. agentom wiedzy, opartym na dużych modelach językowych i technologii RAG (Retrieval Augmented Generation), banki będą mogły zamieniać ogromne zasoby wcześniej niewykorzystywanych informacji w szybkie, konkretne odpowiedzi biznesowe. Pozwoli to przyspieszyć procesy decyzyjne, lepiej zarządzać ryzykiem i przejść z reaktywnego podejścia do proaktywnego, opartego na inteligentnej analizie.

Druga strona medalu

Jednocześnie pojawiają się nowe ryzyka. Hasło „Pomocy, mój agent AI oszalał i kupił czajnik za 800zł” brzmi jak żart, ale doskonale oddaje nadchodzące wyzwania. Wraz z rozwojem tzw. agentic commerce, czyli handlu prowadzonego przez autonomiczne systemy, banki będą musiały mierzyć się z falą sporów dotyczących transakcji, których klient nigdy świadomie nie zatwierdził. Zespoły antyfraudowe staną przed nowymi zagrożeniami, bo przestępcy nauczą się przejmować kontrolę nad agentami AI lub podszywać się pod legalne systemy.

W praktyce oznacza to, że banki będą musiały uwierzytelniać nie tylko ludzi, ale również narzędzia AI działające w ich imieniu. Pojawią się nowe mechanizmy kontroli, takie jak tokeny agentowe, sygnatury behawioralne czy dynamiczna ocena ryzyka. To zupełnie nowa warstwa bezpieczeństwa, która zwiększa złożoność i tak już trudnej walki z przestępczością finansową – mówi Marta Prus-Wójciuk, Head of Fraud Practice, SAS Central Europe.

Największą ilością problemów obarczony będzie obszar przeciwdziałania przestępczości finansowej. Rynek narzędzi AML i antyfraudowych stoi przed ogromnym wyzwaniem modernizacji. Wiele obecnych platform opiera się na przestarzałych systemach, które nie nadążają za nowymi typami oszustw i praniem pieniędzy. Próby „doczepiania” AI do starych technologii często kończą się rozczarowaniem. Przyszłość należy do rozwiązań projektowanych od początku jako cloud-native i AI-first, zdolnych do wykrywania złożonych, dynamicznych wzorców w czasie rzeczywistym.

Badania wśród specjalistów AML pokazują jednoznacznie: sztuczna inteligencja nie jest już opcją, lecz koniecznością. Banki, które postawią na wyjaśnialną AI i decyzje podejmowane w czasie rzeczywistym, zyskają istotną przewagę w obszarze zgodności regulacyjnej i zarządzania ryzykiem – dodaje Marta Prus-Wójciuk.

AI zmieni również sposób funkcjonowania rynków kapitałowych. W obszarze obligacji korporacyjnych rosnąć będzie znaczenie ilościowych strategii kredytowych, wspieranych przez modele, które potrafią błyskawicznie uwzględniać nowe informacje, dane alternatywne i wskaźniki wyprzedzające. Zespoły inwestycyjne odejdą od pracy opartej głównie na ratingach, na rzecz elastycznych modeli uczenia maszynowego, które przekładają różnorodne sygnały na konkretne decyzje inwestycyjne. Warunkiem sukcesu pozostanie jednak solidne zarządzanie danymi i ryzykiem modeli.

A co z człowiekiem?

Odpowiedź brzmi: nie znika on, ale zmienia sposób działania. Człowiek przestaje być wykonawcą powtarzalnych zadań, a staje się projektantem, nadzorcą i strażnikiem sensu. To ludzie będą definiować cele, wartości, zasady odpowiedzialności i granice autonomii AI. To oni będą odpowiadać za etykę, zgodność regulacyjną, interpretację wyników i podejmowanie decyzji w sytuacjach niejednoznacznych.

Bankowość jutra nie będzie bankowością „bez ludzi”. Będzie bankowością, w której człowiek i sztuczna inteligencja realizują różne zadania: AI zajmuje się skalą, szybkością i analizą, a człowiek zaufaniem, odpowiedzialnością i strategicznym myśleniem. Paradoksalnie więc im bardziej zaawansowana technologia, tym większe znaczenie roli człowieka. Bo to nie algorytmy ponoszą odpowiedzialność wobec klientów i społeczeństwa, lecz instytucje, które je wdrażają – mówi Miłosz Trawczyński.

Wynajem? Tak, ale tylko na dłużej. Coraz mniej osób wynajmuje mieszkania na krócej niż kilka miesięcy

Oferty najmów krótkoterminowych znikają z portali informacyjnych i ogłoszeniowych. Takich sytuacji jest coraz więcej i wynika to z kilku czynników: administrowanie mieszkaniami wynajmowanymi np. na jedną czy dwie noce jest coraz trudniejsze i coraz droższe. Taki wynajem cieszy się dużym zainteresowaniem klientów i turystów, ale generuje także częste protesty wspólnot mieszkaniowych i właścicieli budynków.

Wynajem na krótko, problemy na długo. Deweloperzy i wspólnoty mieszkaniowe za dłuższymi wynajmami

Wynajem krótkoterminowy np. na jedną noc, kilka nocy czy na tydzień, to dla wielu przedsiębiorców, właścicieli mieszkań czy deweloperów atrakcyjna okazja do generowania sporych przychodów. Najem taki jest zwykle bardziej intratny niż najem np. na rok z góry, ale jednocześnie trudniejszy, bo każdy wynajmujący to zupełnie inna historia. Zdarza się, że klienci wynajmują mieszkania, by zrobić w nim imprezę, poszaleć na wyjeździe poza swoje miejsce zamieszkania. Często tacy klienci, będąc w mieszkaniu kilka dni, nie zwracają uwagi na porządek w lokalu i zostawiają po sobie śmieci, a czasem nawet dochodzi do wandalizmu.

Jak mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości, zdarza się coraz częściej, że inwestorzy są wręcz zmuszani do tego, by rezygnować z najmu krótkoterminowego.

– Takie sytuacje zdarzają się często i trochę można powiedzieć, że to efekt zachowania klientów. Jeżeli mamy budynek mieszany, gdzie połowa mieszkań to lokale na wynajem, a połowa to lokale zamieszkałe przez standardowych lokatorów to trudno się dziwić, że całonocne imprezy, dewastacje na klatkach schodowych czy głośne zachowanie może im przeszkadzać. Nie każdy się tak zachowuje, ale zdarzają się sytuacje, że wynajem mieszkania na dwie-trzy noce, nawet gdy przyjazd do innego miasta spowodowany jest wyjazdem służbowym, to i tak kończy się głośną imprezą. Co ciekawe, zgłoszenia często dotyczą cudzoziemców np. w ostatnio w Krakowie spotkałem się z sytuacją, że w wynajętym mieszkaniu zorganizowano wieczór kawalerski. Konieczny był później remont tego miejsca, a wynajem skończył się interwencją policji – mówi Mirosław Król.

– Wynajmują zarówno właściciele prywatni jak i deweloperzy, którzy nie chcą, by ich mieszkania stały puste. Rezygnacja z najmu krótkoterminowego jest zwykle efektem tego, że najem generuje problemy dla standardowych lokatorów – mówi Mirosław Król.

Największy problem jest w prestiżowych lokalizacjach

Jak dodaje ekspert rynku nieruchomości bardzo często problem z najmem krótkoterminowym i problemowymi lokatorami dotyczy… bardzo luksusowych nieruchomości.

– Oczywiście w standardowych mieszkaniach też zdarzają się sugestie, że najem krótkoterminowy jest niemile widziany, ale w luksusowych nieruchomościach problem jest poważniejszy. Spotkałem się już z takimi sytuacjami w Warszawie, Poznaniu czy w Szczecinie, że to właśnie w najbardziej prestiżowych budynkach najem na jedną czy dwie noce kończył się wielkimi imprezami, zniszczeniami, awanturami na klatkach schodowych czy innymi zachowaniami i sytuacjami, które sprawiają problem i niszczą prestiż budynku – mówi Król. – Po co kupiłem apartament za dwa miliony złotych jeżeli w windzie spotykam głośnych i pijanych ludzi? Spotykam się z takimi komentarzami – dodaje ekspert.

– Właściciele mieszkań, deweloperzy, zaznaczając więc podczas transakcji, że zakup mieszkania wiąże się ze zgodą, że lokal będzie wynajmowany na konkretny czas np. nie krócej niż rok, choć zdarzają się także sytuacje, że ta granica wynajmu jest krótsza np. jeden miesiąc. Tak, by nie był to wynajem „na imprezę” czy „na krótki wypad”. Właściciele obiektów chcą się chronić przed sytuacji, gdy wynajem będzie mocno eksploatować cały budynek i sprawiać wszystkim mieszkańcom problem – mówi Mirosław Król.

Dodajmy, że nie każdemu właścicielowi mieszkania takie regulacje się podobają. Czasem jednak nie ma innego wyjścia, a sytuacji, że mieszkania na krótki wynajem znikają z ofert platform internetowych jest coraz więcej.

Bregal Unternehmerkapital przejmuje pakiet większościowy w INPS (właściciel SwipBox)

Fundusze zarządzane przez BU Bregal Unternehmerkapital („BU”), wiodącego inwestora mid-cap z siedzibą w regionie DACH, uzgodniły warunki z EIFO (Duńskim Funduszem Eksportu i Inwestycji) oraz Grupą Clausen dotyczące nabycia pakietu większościowego w spółce INPS, holdingu stojącym za SwipBox International A/S.

Partnerstwo to stanowi naturalny, kolejny etap rozwoju SwipBox. Dzięki długoterminowemu wsparciu EIFO oraz Grupy Clausen, SwipBox zbudował solidne fundamenty i rozwinął się w finansowo stabilną spółkę, dysponującą sprawdzonym rozwiązaniem oraz wyraźnym potencjałem dalszej skali. Współpraca z BU pozwala SwipBox przyspieszyć ekspansję międzynarodową i umocnić pozycję wiodącego, europejskiego dostawcy automatów paczkowych.

Znaleźliśmy długoterminowego partnera o bogatym doświadczeniu w technologii przemysłowej i skalowalnych biznesach platformowych. BU realnie wzmocni oraz przyspieszy wzrost SwipBox w całej Europie – mówi Jan C. von Backhaus, przewodniczący rady nadzorczej INPS i SwipBox. 

BU doskonale zna rynek i mocno wierzy w nasz biznes, naszych ludzi oraz długoterminowy potencjał spółki. Razem przeniesiemy SwipBox na kolejny poziom. Szczególnie cieszy mnie fakt, że SwipBox pozostanie w 100% niezależnym dostawcą automatów paczkowych dla wszystkich operatorów kurierskich obecnych na rynku – dodaje Jens Rom, CEO SwipBox.

Pierwotni inwestorzy SwipBox – rodzina Danfoss oraz EIFO – wybrali nas jako kolejnego właściciela większościowego i długoterminowego partnera w dalszym rozwoju spółki. Pozwoli to SwipBox jeszcze skuteczniej współpracować zarówno z nowymi, jak i obecnymi klientami oraz wspierać ich wzrost na kluczowych rynkach europejskich, takich jak Niemcy – zauważa Kasper Sorensen, partner w BU.

SwipBox jest wyjątkowo dobrze pozycjonowany w jednym z najszybciej rosnących segmentów rozwiązań dla ostatniej mili. Wyróżniająca się technologia automatów paczkowych zasilanych bateryjnie, silna chmurowa platforma programowa oraz długoletnie relacje z klientami dają spółce wyraźną przewagę konkurencyjną. Z niecierpliwością czekamy na współpracę z zespołem SwipBox przy skalowaniu biznesu w Europie – zarówno poprzez wzrost organiczny, jak i selektywne akwizycje – oraz na aktywne budowanie wartości, aby w długim terminie jeszcze bardziej wzmocnić pozycję rynkową spółki – podsumowuje Felix Werdin, partner w BU.

W ramach transakcji zespół zarządzający SwipBox zainwestuje w spółkę i będzie kontynuować realizację długoterminowej strategii wzrostu. Strony uzgodniły, że nie będą ujawniać warunków finansowych transakcji. Kluczowe postanowienia zostały uzgodnione w grudniu 2025 roku, a finalizacja transakcji jest spodziewana po spełnieniu standardowych warunków regulacyjnych i operacyjnych w pierwszym kwartale 2026 roku.

BU Bregal Unternehmerkapital („BU”) to wiodąca firma inwestycyjna posiadająca biura w Zugu, Monachium, Mediolanie oraz Londynie. Zarządzając aktywami o wartości ponad 7 mld euro (AUM), BU jest największym inwestorem mid-cap z siedzibą w regionie DACH. Fundusze zarządzane przez BU koncentrują się na inwestycjach w średniej wielkości spółki w regionie DACH oraz krajach sąsiednich. Kierując się misją bycia partnerem pierwszego wyboru dla przedsiębiorców i firm rodzinnych, BU współpracuje z liderami rynkowymi oraz tzw. „ukrytymi czempionami”, dysponującymi silnymi zespołami zarządzającymi i potencjałem dynamicznego wzrostu. Od momentu założenia w 2015 roku fundusze wspierane przez BU zainwestowały w ponad 160 spółek, zatrudniających łącznie blisko 32 tys. pracowników, tworząc przy tym ponad 11 tys. nowych miejsc pracy. BU wspiera przedsiębiorców jako partner strategiczny w rozwoju, internacjonalizacji i cyfryzacji ich biznesów, pomagając jednocześnie w budowaniu trwałej wartości w sposób odpowiedzialny, z myślą o kolejnych pokoleniach.

Rynek pracy w energetyce przyspiesza. OZE i offshore napędzają popyt na specjalistów

Transformacja energetyczna wyraźnie zmienia krajobraz rynku pracy w Polsce. Jak wynika z „Przeglądu wynagrodzeń 2026” przygotowanego przez firmę rekrutacyjną Michael Page, tempo wzrostu płac w energetyce stabilizuje się, jednak zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów – szczególnie w obszarze OZE, magazynów energii i projektów offshore – pozostaje bardzo wysokie. To nadal rynek pracownika, ale głównie dla osób dysponujących unikatowymi kompetencjami technicznymi i doświadczeniem projektowym.

Szybki rozwój sektora energetycznego, zwłaszcza odnawialnych źródeł energii, sprawia, że pracodawcy poszukują kandydatów z coraz szerszymi i bardziej wyspecjalizowanymi kompetencjami. Największym zainteresowaniem cieszą się inżynierowie – projektanci instalacji, specjaliści od przyłączeń, automatycy, eksperci od systemów SCADA, których wynagrodzenia w Warszawie sięgają średnio od ok. 14-15 tys. zł brutto do 19-21 tys. zł w przypadku ról seniorskich. Według danych z „Przeglądu Wynagrodzeń 2026” firmy Michael Page, wysoko wyceniani są również grid managerowie. Ze względu na kluczową rolę w procesach przyłączeniowych mogą liczyć na wynagrodzenia powyżej 20 tys. zł., a w górnych widełkach nawet 35 tys. zł. Równolegle rośnie znaczenie ról deweloperskich i projektowych. Land acquisition managerowie, odpowiedzialni za zabezpieczanie gruntów pod inwestycje OZE, osiągają średnio ok. 16 tys. zł, a doświadczeni specjaliści nawet 18 tys. zł. Wind project developerzy i project managerowie w OZE zarabiają od 19 do 25 tys. zł, natomiast w projektach offshore stawki są wyraźnie wyższe i sięgają średnio 31 tys. zł, z górnym poziomem nawet 34 tys. zł. Coraz większą rolę odgrywają również kompetencje analityczne – energy market analysis managerowie oraz eksperci danych energetycznych osiągają wynagrodzenia na poziomie 18-20 tys. zł, wspierając firmy w prognozowaniu i optymalizacji produkcji oraz popytu na energię.

Stabilizacja płac, ale wyjątkowi specjaliści nadal dyktują warunki

„Przegląd Wynagrodzeń 2026” firmy Michael Page pokazuje wyraźną stabilizację wynagrodzeń w branży odnawialnych źródeł energii. – Jeszcze kilka lat temu rynek przeżywał gwałtowne wzrosty płac i każdy specjalista mógł liczyć na znaczące podwyżki. Teraz stawki się wyrównują, a firmy coraz częściej stawiają na doświadczenie i konkretne kompetencje techniczne, nie na sam potencjał – podkreśla Antoni Komsta, principal consultant w Michael Page.

Ofert pracy nie brakuje, jednak są one kierowane głównie do kandydatów posiadających doświadczenie zarówno po stronie projektowej, jak i realizacyjnej. Szczególnym wyzwaniem pozostaje rekrutacja ekspertów w obszarze energetyki wiatrowej na morzu, ponieważ liczba specjalistów z odpowiednim doświadczeniem jest wciąż bardzo ograniczona.

– Firmy, które rozwijają projekty offshore, często nie mają czasu na długotrwałe szkolenia i potrzebują kandydatów gotowych do sprawnego wejścia w projekt. To powoduje, że są skłonne wręcz przepłacić za doświadczonych ekspertów. Ten sam mechanizm obserwowaliśmy wcześniej w fotowoltaice, gdzie na początku również brakowało specjalistów, a rynek wynagradzał ich wyjątkowo hojnie – dodaje Antoni Komsta.

Kompetencje miękkie i benefity zamiast kolejnych podwyżek

Wysoki poziom wynagrodzeń sprawia, że pracodawcy coraz częściej konkurują o talenty nie tylko płacą, ale również pakietem benefitów. Kandydaci zwracają dużą uwagę na elastyczne modele pracy, work-life balance oraz dodatkowe świadczenia. W odpowiedzi firmy oferują m.in. dopłaty do ekologicznego transportu, wsparcie w instalacji domowych systemów OZE czy rozbudowane programy rozwojowe.

Edukacja nie nadąża za transformacją energetyczną

Ekspert Michael Page podkreślają, że jednym z kluczowych wyzwań dla branży pozostaje luka kompetencyjna wynikająca z niedostosowanego systemu edukacji. – Polska edukacja i rynek pracy nie nadążają za tempem rozwoju odnawialnych źródeł energii, szczególnie w obszarze offshore. Poza Trójmiastem i Szczecinem trudno znaleźć uczelnie, które realnie przygotowują do pracy w tym sektorze. Uczelnie techniczne dopiero zaczynają dostosowywać ofertę edukacyjną do transformacji energetycznej, a wiele programów nauczania nadal opiera się na przestarzałych technologiach – mówi Antoni Komsta.

Unijne regulacje klimatyczne wymuszają przyspieszenie transformacji energetycznej, co otwiera nowe możliwości inwestycyjne i tworzy kolejne miejsca pracy. Jednocześnie brak specjalistów sprawia, że część projektów realizowana jest przy udziale zagranicznych firm. – Transformacja energetyczna może być więc zarówno szansą, jak i ryzykiem. Zyskają ci, którzy są otwarci na rozwój i zdobywanie nowych kompetencji. Z kolei dla kandydatów, którzy „utknęli” w starych schematach i nie chcą się uczyć, transformacja może być ryzykiem utraty pozycji na rynku pracy – podkreśla ekspert Michael Page.

Rynek pracownika – ale nie dla wszystkich

Energetyka pozostaje więc rynkiem pracownika, szczególnie dla osób z unikatowymi kompetencjami technicznymi i doświadczeniem projektowym. W przypadku kandydatów z krótszym stażem konkurencja jest jednak coraz większa, a procesy rekrutacyjne – bardziej selektywne. Dla deficytowych ról, takich jak inżynierowie stacji transformatorowych czy specjaliści elektroenergetyki, rekrutacje trwają nawet kilka miesięcy i kończą się wyborem spośród wąskiej grupy starannie dopasowanych kandydatów.

ORLEN odkrył złoże gazu na Morzu Północnym

0

ORLEN Upstream Norway wspólnie z Equinor odkryli nowe zasoby gazu ziemnego na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Wielkość złoża, nazwanego Sissel, pozwoli koncernowi wydobyć i przesłać do Polski prawie miliard metrów sześciennych gazu.

Odkrycia dokonano na obszarze koncesji PL1137, zlokalizowanej w centralnej części Morza Północnego, 250 km na południowy zachód od Stavanger. Wiercenia poszukiwawcze rozpoczęły się w grudniu 2025 roku i zakończyły w ciągu 39 dni pomimo trudnych warunków pogodowych. Wykonany odwiert poszukiwawczy, o długości całkowitej 4359 metrów, natrafił na zasoby gazu ziemnego z domieszką kondensatu szacowane na 6,3–28,3 mln baryłek ekwiwalentu ropy.

– Sukces prac poszukiwawczych na złożu Sissel, z którego będziemy mogli pozyskać nawet miliard metrów sześciennych gazu, wzmacnia portfel naszych aktywów w Norwegii i stanowi kolejny krok w kierunku realizacji celów strategicznych Grupy ORLEN. Norweski gaz ma kluczowe znaczenie dla zapewnienia stabilnych dostaw dla naszych klientów. Dowodzi tego początek tego roku, kiedy odnotowaliśmy rekordowe zapotrzebowanie ze strony energetyki, firm oraz gospodarstw domowych – sięgające 100 mln metrów sześciennych w ciągu doby. W odpowiedzi zwiększyliśmy import surowca, również przez gazociąg Baltic Pipe, którym do Polski sprowadzamy gaz z Norweskiego Szelfu Kontynentalnego – powiedział Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN. – Jako spółka kluczowa dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, jesteśmy zdeterminowani nadal rozwijać współpracę z naszymi norweskimi partnerami w oparciu o własne wydobycie na szelfie.

Złoże Sissel może być przyłączone do infrastruktury położonego pięć kilometrów na północ złoża Utgard za pomocą podwodnego rurociągu. Samo Utgard jest podłączone do kompleksu platform wybudowanych pierwotnie w celu eksploatacji złóż Sleipner Øst i Sleipner Vest. To jeden z hubów produkcyjnych ORLEN na Norweskim Szelfie Kontynentalnym obejmujący, oprócz obu Sleipnerów oraz Utgard, złoża Gungne i Gina Krog. W 2025 r. wydobycie w rejonie Sleipner odpowiadało za ok. 30 proc. całkowitej produkcji ORLEN w Norwegii. W tym roku koncern planuje uruchomienie na tym obszarze kolejnego złoża o nazwie Eirin.

– Odkrycie Sissel potwierdza skuteczność naszej strategii poszukiwawczej, skoncentrowanej na obszarach w pobliżu już istniejącej infrastruktury wydobywczej. Nowo odkryte zasoby mogą być podłączone do już działających instalacji, co umożliwi ich szybkie zagospodarowanie i ograniczy koszt inwestycji. Jednocześnie, eksploatacja Sissel pozwoli zrekompensować naturalny spadek wydobycia ze złoża Utgard, tym samym przedłużając okres wykorzystania posiadanej przez nas infrastruktury. Dzięki takiemu podejściu dbamy o jak największą efektywność ekonomiczną i operacyjną obszaru upstream, jednocześnie zapewniając stabilne dostawy gazu do naszych odbiorców w Polsce i Europie Środkowej – powiedział Wiesław Prugar, Członek Zarządu ORLEN ds. Upstream.

Udziałowcami koncesji PL1137 są w równych częściach ORLEN Upstream Norway i Equinor, który jest operatorem. ORLEN nabył udziały w koncesji dzięki zrealizowanemu w 2024 r. przejęciu spółki KUFPEC Norway.

Potencjalne zagospodarowanie złoża Sissel uzależnione jest od wspólnej decyzji partnerów koncesyjnych, podjętej na podstawie wyników analiz ekonomicznych, technicznych i operacyjnych projektu.

Nieruchomości na początku 2026 r.: mocne magazyny, ostrożny kapitał, biura przed odbiciem

0

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wchodzi w 2026 rok w dobrej kondycji i z potencjałem wzrostu. Magazyny utrzymują pozycję jednego z najsilniejszych sektorów w Europie. Ograniczona podaż powierzchni biurowej otwiera drogę do odbudowy aktywności deweloperskiej, a inwestorzy – mimo większej ostrożności – nie tracą zaufania do Polski – mówi Piotr Kaszyński, Partner Zarządzający Newmark Polska.

Ostatnie kilkanaście miesięcy potwierdziło trwałe wzmacnianie pozycji Polski w gospodarce europejskiej. – Przekroczenie 1 biliona dolarów PKB i wejście do grona najbardziej uprzemysłowionych gospodarek świata jest nie tylko symbolicznym kamieniem milowym, ale dowodem na skuteczność transformacji ostatniej dekady. Dziś Polska nie jest już rynkiem goniącym, lecz aktywnie współkształtuje kierunek zmian w regionie – zapewnia Piotr Kaszyński. Ekspert podkreśla, że chociaż położenie geopolityczne pozostaje stałym elementem analiz, to inwestorzy i przedsiębiorcy doceniają również stabilność regulacyjną, wysoką jakość infrastruktury oraz dostęp do wykwalifikowanych specjalistów w naszym kraju.

Rynek magazynowy: wielka szóstka nadal rządzi

Polski sektor magazynowy pozostaje jednym z kluczowych segmentów rynku nieruchomości komercyjnych i nadal przyciąga uwagę międzynarodowych inwestorów. W poprzednim roku deweloperzy utrzymali stabilne tempo realizacji nowych projektów, zwiększając całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej do ok. 37 mln mkw. pod koniec 2025 r. Co więcej, biorąc pod uwagę wolumen powierzchni pozostającej w budowie, analitycy Newmark Polska spodziewają się, że w bieżącym roku na rynek trafią kolejne około 2 mln mkw. nowych magazynów.

Najwięcej hal produkcyjno-magazynowych nadal powstawało w województwach: mazowieckim, pomorskim, śląskim i dolnośląskim oraz w mniejszym zakresie w łódzkim i wielkopolskim – gdzie w sumie trafiło ponad 80 proc. nowej podaży.

– Przewaga tych lokalizacji wynika nie tylko z korzystnego położenia, dobrej komunikacji i rozwiniętej logistyki, ale również z dostępu do wykwalifikowanych pracowników. Największe regiony magazynowe tworzą razem kompleksową i zróżnicowaną ofertę – od lokalizacji przy dużych lotniskach, przez dostęp do portów morskich, po sąsiedztwo zachodniej granicy czy klastrów przemysłowych. Dzięki temu firmy o bardzo różnych potrzebach operacyjnych mogą znaleźć w Polsce miejsce precyzyjnie dopasowane do swojej działalności, co dodatkowo wzmacnia stabilność całego rynku – podkreśla Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

Stabilny popyt na hale i mniej przeprowadzek

Większa ostrożność była zauważalna po stronie najemców magazynowych. Przyczyniło się to do przesunięcia w strukturze popytu w stronę renegocjacji, które w ubiegłym roku stanowiły ponad połowę wszystkich transakcji. – Przedsiębiorcy dokładniej analizowali lokalizacje i standardy nowych obiektów, chcąc mieć pewność, że relokacja rzeczywiście poprawiłaby efektywność operacyjną ich firmy. Część najemców, których działalność nie wymaga zaawansowanych rozwiązań, decydowała się na pozostanie w starszych, mniej nowoczesnych magazynach, które nadal spełniają ich potrzeby. Innym powodem przedłużania dotychczasowych kontraktów była obawa o utratę części pracowników w efekcie przeprowadzki – wyjaśnia Piotr Kaszyński.

Mimo większej liczby renegocjacji, Partner Zarządzający Newmark Polska zapewnia, że fundamenty rynku pozostają solidne. – Rozwój e-commerce, logistyki ostatniej mili oraz postępująca modernizacja infrastruktury drogowej, kolejowej i portowej sprawiają, że całkowity popyt w minionym roku utrzymał się na szacunkowym poziomie około 6 mln mkw., zbliżonym do wyniku z roku 2024. Spodziewamy się, że w tym roku potrzeby na magazyny będą stopniowo rosły. Deweloperzy, dysponując przygotowanymi gruntami, mogą w stosunkowo krótkim czasie zareagować na większe zapotrzebowanie, co powinno pomóc w utrzymaniu płynności podaży – zapewnia Kaszyński.

Trwa walka o duże, nowoczesne biura

Jedną z największych przemian w ostatnich latach przeszedł rynek biurowy. Technologia dała firmom niespotykaną dotąd elastyczność, ale biuro wciąż pozostaje miejscem, w którym organizacje budują kulturę i realnie wzmacniają swoją przewagę konkurencyjną. – Taki dualizm mocno wpłynął na sposób podejmowania decyzji przez najemców, którzy coraz bardziej doceniają długofalową wartość biur: lokalizację, jakość techniczną czy otoczenie usługowe. Tymczasem podaż tych najbardziej pożądanych – dużych i nowoczesnych modułów w topowych lokalizacjach jest ograniczona, co wiele firm zmusza do przemyślenia swoich strategii – informuje Kaszyński.

W 2025 roku po raz pierwszy w tak dużej skali obserwowaliśmy kurczenie się zasobu biurowego. Tempo wycofywania starszych budynków było szybsze niż dopływ nowej podaży. Dlaczego? – Najemcy oczekują wysokiej jakości, a część obiektów sprzed dwóch czy trzech dekad nie jest w stanie sprostać współczesnym wymogom technologicznym ani środowiskowym. Właściciele coraz częściej decydują się na modernizacje, a to wiąże się z czasowym wyłączeniem obiektów z użytku, albo całkowitą zmianę ich funkcji, co pogłębia lukę podażową na rynku biurowym – odpowiada Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

W Warszawie i w regionach

Jednocześnie – szczególnie w Warszawie – coraz wyraźniej widać różnice w chłonności poszczególnych rejonów miasta. W centralnych lokalizacjach każdy dobrze położony i nowoczesny metr kwadratowy powierzchni biurowej znika z rynku błyskawicznie, podczas gdy na obrzeżach miasta nadal można znaleźć wolne moduły, choć wymagające dokładniejszej analizy pod względem jakości, dostępności komunikacyjnej i zaplecza usługowego.

W ośrodkach regionalnych wysoki poziom pustostanów mógłby wskazywać na przewagę negocjacyjną najemców. – Ten zasób jest jednak silnie rozproszony i często nie spełnia wymagań jakościowych firm, zwłaszcza tych oczekujących wyższych standardów powierzchni. Najbardziej widoczne jest to przy zapotrzebowaniu na większe biura, ponieważ przedsiębiorstwa poszukujące powierzchni powyżej 5 tys. mkw. praktycznie nie mają realnych alternatyw. W regionach niemal nie powstają nowe, nowoczesne projekty, dlatego nawet tam, gdzie teoretycznie dostępnych biur jest dużo, faktyczny wybór pozostaje ograniczony. W konsekwencji dla wielu firm pozostanie w dotychczasowym budynku staje się jedyną realną opcją, jeśli potrzebują dużej, dobrze skomunikowanej powierzchni, spełniającej normy ESG. Tendencję tę potwierdzają również liczby – udział renegocjacji w całkowitym popycie na głównych rynkach biurowych w ubiegłym roku utrzymywał się na wysokim poziomie, sięgając około 50 proc. – informuje Piotr Kaszyński.

Starsze i nowsze – rynek dwóch prędkości

Jednocześnie rosnące koszty realizacji budynków ścierają się z defensywną strategią wielu funduszy oraz oczekiwaniem wysokich stóp zwrotu. Piotr Kaszyński dodaje, że kapitał szuka przede wszystkim bezpieczeństwa, a nie agresywnych zakupów. W praktyce oznacza to dłuższe utrzymywanie aktywów w portfelach właścicieli oraz selektywne uruchamianie nowych projektów – wyłącznie w lokalizacjach o najwyższym potencjale komercyjnym. Taki model działania sprawia, że w kolejnych latach dostępność powierzchni w wysokim standardzie będzie stopniowo spadać, a najemcy będą musieli planować swoje decyzje z większym wyprzedzeniem i większą determinacją, niż dotychczas.

– W 2026 roku ta układanka się nie zmieni. Podaż nowych biur będzie nadal niewystarczająca, a całkowite zasoby już spadły i wynoszą około 13 mln mkw. Najemcy wielkopowierzchniowi wciąż będą rywalizować o nieliczne dostępne opcje. W najbardziej pożądanych budynkach dostępność będzie maleć, w starszych – rosnąć, co jeszcze mocniej podkreśli dwutorowość rynku. Renegocjacje pozostaną istotnym elementem struktury popytu. Dla najemców oznacza to konieczność wcześniejszego układania strategii i szybszego podejmowania decyzji – komentuje Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

Ostrożny optymizm oparty na faktach

Polski rynek nieruchomości komercyjnych zakończył 2025 rok w dobrej kondycji i z jasno zarysowanym kierunkiem rozwoju. – Sektor magazynowy utrzymał wysoką aktywność i dziś stoi przed kolejną falą popytu napędzaną przez e-commerce, produkcję oraz relokacje łańcuchów dostaw. Na rynku biurowym ograniczona podaż stworzyła przestrzeń do odbudowy aktywności deweloperskiej, a firmy coraz śmielej planują rozwój w najlepiej przygotowanych lokalizacjach. Jednocześnie inwestorzy – mimo większej selektywności – postrzegają Polskę jako stabilny i skalowalny rynek, który w 2026 roku może ponownie przyciągnąć większy kapitał. Wiele sygnałów wskazuje na to, że 2026 rok przyniesie stopniowe odbicie, budowane raczej na stabilnych fundamentach niż gwałtownym wzroście – podsumowuje Piotr Kaszyński, Partner Zarządzający Newmark Polska.

ROBYG i TAG podsumowują 2025: ponad 2800 zakontraktowanych lokali i mocne odbicie sprzedaży w II półroczu

W 2025 r. Grupa TAG zakontraktowała ponad 2800 lokali z czego ROBYG zakontraktował ponad 2570 lokali. Dodatkowo Grupa TAG zrealizowała i rozpoznała w przychodach ponad 2380 lokali, ponad 2070 lokali zostało przekazanych klientom, a blisko 310 lokali wprowadzono na wynajem. ROBYG zrealizował i przekazał klientom około 1700 lokali. Ponadto ROBYG konsekwentnie rozbudowuje swój bank ziemi, który obejmuje ponad 21 000 lokali (łącznie z ofertą) w całej Polsce. ROBYG aktywnie poszukuje również nowych terenów inwestycyjnych. W 2025 roku Grupa ROBYG pozyskała nowe źródła finansowania o łącznej wartości 735 mln zł. Na tę kwotę złożyły się emisje trzech serii obligacji – PF, PG oraz PH – o łącznej wartości nominalnej 475 mln zł. Ponadto Grupa ROBYG przedłużyła umowy kredytów rewolwingowych, jednocześnie zwiększając ich łączny limit o 110 mln zł, a także podpisała nowe umowy kredytów projektowych o łącznej wartości 150 mln zł. W całym 2025 roku Grupa TAG w Polsce podpisała nowe umowy zakupu gruntów o łącznej wartości około 400 mln zł.

„Rok 2025 był dla Grupy ROBYG okresem dynamicznego wzrostu i potwierdził, że rynek mieszkaniowy w Polsce nadal ma silne fundamenty. Szczególnie dobrym sygnałem było znaczące odbicie sprzedaży w drugiej połowie roku – w trzecim i czwartym kwartale sprzedaliśmy o ponad 40% więcej mieszkań niż w pierwszym półroczu. To jasno pokazało, że popyt nie wygasa, zwłaszcza w największych aglomeracjach – gdzie rosnące potrzeby mieszkaniowe, intensywne migracje wewnętrzne oraz coraz większe znaczenie rynku najmu generują stały napływ klientów. W 2025 roku utrzymaliśmy bardzo dobrą dynamikę sprzedaży, a nasze rozpoznawalne lokalizacje, kompetencje wykonawcze oraz szeroka oferta pozwoliły nam skutecznie odpowiadać na potrzeby zarówno osób kupujących na własne cele, jak i inwestorów. Największy popyt dotyczył mieszkań kompaktowych – funkcjonalnych 2- i małych 3-pokoi o metrażach do 55 m², które pozostają najbardziej uniwersalne i dostępne cenowo. Rosło także zainteresowanie mieszkaniami o podwyższonym standardzie energetycznym, co wpisuje się w kierunek rozwoju naszych inwestycji i rosnące oczekiwania klientów dotyczące kosztów utrzymania. W mijającym roku obserwowaliśmy również zmianę w zachowaniach nabywców – decyzje zakupowe były podejmowane coraz bardziej świadomie, a kluczowego znaczenia nabrały funkcjonalność, efektywne układy mieszkań, dobra komunikacja oraz jakość części wspólnych. Z drugiej strony, mimo wymagającego otoczenia makroekonomicznego, popyt pozostał stabilny, a nasza oferta nadal cieszyła się dużym zainteresowaniem. Rok 2025 był także czasem umacniania technologicznego w branży. Prefabrykacja, wyższe parametry energetyczne budynków oraz rozwój narzędzi cyfrowych w procesie projektowym i wykonawczym zaczęły odgrywać coraz większą rolę. Dla ROBYG jest to kierunek naturalny – budujemy inwestycje nowoczesne, energooszczędne i oparte na rozwiązaniach, które podnoszą komfort mieszkańców i ograniczają koszty eksploatacji. Z optymizmem patrzymy na rok 2026. Oczekujemy, że stabilizacja stóp procentowych oraz poprawa dostępności kredytów mieszkaniowych będą wspierały popyt. Rynek pozostanie aktywny, szczególnie w dużych miastach, gdzie deficyt nowych mieszkań jest ciągle widoczny. Największymi wyzwaniami dla rynku będą nadal rosnące koszty realizacji inwestycji, dostępność gruntów oraz presja regulacyjna związana z energooszczędnością. Jednak ROBYG jest do tych wyzwań dobrze przygotowany – dysponujemy solidnym bankiem ziemi, gotowymi projektami i zespołem, który potrafi skutecznie realizować inwestycje w wymagającym otoczeniu. Podsumowując, rok 2025 kończymy mocną pozycją i bardzo dobrymi wynikami sprzedaży, a 2026 rok traktujemy jako czas dalszego rozwoju i umacniania przewag konkurencyjnych – z korzyścią zarówno dla naszych klientów, jak i inwestorów” – wskazał Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG i Vantage.

Rok 2025 był dla rynku mieszkaniowego w Polsce czasem stabilizacji po okresie intensywnych wahań koniunktury. Choć popyt pozostawał wysoki, rynek stał się bardziej selektywny, a decyzje klientów – bardziej świadome. W największych aglomeracjach, gdzie podaż nowych projektów jest tradycyjnie ograniczona, sprzedaż utrzymywała się na dobrym poziomie. W mniejszych miastach rynek był zróżnicowany, a tempo transakcji zależało głównie od lokalizacji, dostępności komunikacji oraz jakości oferowanych inwestycji. Klienci coraz częściej analizują koszty użytkowania i zwracają uwagę na rozwiązania obniżające zużycie energii — od lepszej izolacji po instalacje fotowoltaiczne. Patrząc w przyszłość, rok 2026 przyniesie kontynuację kilku kluczowych trendów. Najważniejszym z nich będzie dalsza popularność mieszkań kompaktowych, które pozostaną podstawą popytu. Największym wyzwaniem dla rynku pozostanie ograniczona dostępność gruntów w dużych miastach. Z kolei ceny mieszkań, według obecnych prognoz, będą rosły umiarkowanie. Rynek mieszkaniowy wchodzi w kolejną fazę dojrzewania: bardziej racjonalny, bardziej efektywny i coraz bardziej świadomy zarówno po stronie klientów, jak i deweloperów” – powiedział Eyal Keltsh, prezes zarządu ROBYG i Vantage.

W 2024 roku Grupa TAG w Polsce (Grupy Deweloperskie ROBYG i Vantage) pozyskała finansowanie w łącznej kwocie 991,5 mln zł. W styczniu 2025 r. ROBYG, spółka z Grupy TAG, z sukcesem wyemitowała nową serię obligacji o wartości 250 mln zł, w maju 2025 r. zakończono subskrypcję kolejnej serii obligacji o wartości 150 mln zł, zaś w październiku przydzielono obligacje niezabezpieczonych serii PH o wartości 75 mln zł. ROBYG spłacił obligacje o wartości nominalnej 210 mln zł w 2024 r. i 61,8 mln zł w 2025 r.

W 2025 i 2024 roku ROBYG zrealizował szereg działań, mających na celu zminimalizowanie negatywnego wpływu na środowisko. Wszystkie osiedla ukończone w 2025 oraz w 2024 roku są zgodne z Zielonym Standardem – wewnętrzną regulacją oficjalnie przyjętą przez Zarząd, która określa w jaki sposób projektować budynki i wykonywać prace budowlane, aby były bardziej zrównoważone środowiskowo. Już 100% energii elektrycznej na budowie jest zeroemisyjna zgodnie zakupionymi gwarancjami pochodzenia, a 88% zbudowanych budynków mieszkaniowych wielorodzinnych w 2025 oraz w 2024 roku ma zapotrzebowanie na energię pierwotną (EP) o 10% niższe od wymaganego. Zgodność z taksonomią UE od 2026 r. dla wszystkich nowych projektów budowlanych realizowanych przez ROBYG na rzecz rozwoju portfela najmu Vantage Rent to kolejny ambitny cel w ramach modelu biznesowego Grupy. Ponadto firma dba o różnorodność w miejscu pracy – w 2024 r. kobiety stanowiły 73,8% pracowników, a 50% wyższej kadry zarządzającej to kobiety.

Ponadto Grupa ROBYG jako pierwszy deweloper w Polsce powołała instytucję Rzecznika Klienta – to ekspertka wspierająca klientów na każdym etapie kontaktu z firmą. Nowa rola ma wzmocnić zaufanie i zapewnić realne wsparcie klientom, a także służyć radą i dodatkowymi wyjaśnieniami. Inicjatywa jest częścią szerszych działań Grupy ROBYG na rzecz poprawy doświadczenia klienta i budowania nowoczesnych standardów w branży nieruchomości. ROBYG wprowadził także nowy segment sprzedaży – ofertę premium Grand Selection. Dostępne są najwyższej klasy apartamenty w wyjątkowych, prestiżowych lokalizacjach: w Warszawie w inwestycji Royal Residence oraz w Trójmieście w projektach: Nowa Wałowa, Nadmotławie i Wendy. ROBYG już planuje kolejne propozycje należące do tej linii – w Poznaniu i innych miastach, gdzie prowadzi działalność.

ROBYG to ponad 33.000 sprzedanych lokali i ponad 90.000 zadowolonych klientów.

Najważniejsze dane ROBYG:

  2020 2021 2022 2023 2024
Umowy deweloperskie i przedwstępne 2738 4308 2144 3488 1900
Lokale uznane w przychodach 2715 2940 3500 3359 2300
Przychody 1,11 mld zł 1,3 mld zł 1,5 mld zł 1,8 mld zł 1,3 mld zł

Fabrity z kompletem umów ramowych na prace dla unijnej agencji FRONTEX

Najnowsza umowa ramowa z Europejską Agencją Straży Granicznej i Przybrzeżnej (FRONTEX) dotyczy prac o budżecie do 186,5 mln EUR netto. To już trzecia, największa umowa technologicznej Grupy Fabrity [GPW: FAB] podpisana z tym klientem z perspektywą przychodów na najbliższe lata. Łączny potencjalny budżet projektów agencji FRONTEX, w których realizacji może uczestniczyć Fabrity, to nawet blisko 300 mln EUR (około 1,3 mld zł).

Styczniowa umowa ramowa dotyczy usług związanych z projektowaniem, wdrażaniem, zarządzaniem, obsługą i wsparciem systemów informatycznych w modelu Time & Means (DESOPS) i obejmuje ponad 70 profili kompetencyjnych, w tym w obszarach Cyberbezpieczeństwa, Cloud i Data. Umowa ramowa została zawarta na okres 24 miesięcy z możliwością automatycznego przedłużenia maksymalnie dwukrotnie o kolejne 12 miesięcy – łącznie do czterech lat. Formuła umowy zakłada, że Grupa Fabrity znajduje się w wąskim gronie 10 wykonawców, którzy będą mogli zawierać kontrakty wykonawcze na świadczenie usług (maksymalny budżet to 186,5 mln EUR). Z kolei w czerwcu zeszłego roku Grupa Fabrity zawarła dwie umowy ramowe z agencją FRONTEX, których łączny maksymalny budżet to 112,5 mln EUR (szczegóły znajdują się w raportach bieżących). Umowy te zostały zawarte również na okres 24 miesięcy z możliwością przedłużenia maksymalnie do czterech lat i dotyczą świadczenia usług w zakresie projektowania, rozwoju, utrzymania i wsparcia systemów informatycznych w modelu „on-site”, „near-site” i „far-site”. Ich zakres obejmuje m.in. rozwój i wdrażanie aplikacji, integrację danych i systemów, analizę biznesową, zarządzanie projektami, architekturę IT, cyberbezpieczeństwo oraz doradztwo technologiczne.

Naszym atutem jest jakość usług i zdolność do budowania długoterminowych relacji z klientami, wśród których wiodącą rolę odgrywają międzynarodowe korporacje, duże firmy i instytucje publiczne. Komplet umów ramowych na wspieranie agencji FRONTEX, o które się staraliśmy, potwierdza naszą atrakcyjność jako solidnego partnera do realizacji złożonych, krytycznie ważnych zadań IT. W grudniu mówiliśmy o przedłużeniu współpracy z PKP PLK, naszym klientem od 10 lat, teraz informujemy o rozwijaniu współpracy z FRONTEX-em, z którym pracujemy od 2016 roku wskazuje Tomasz Burczyński, Prezes Zarządu Fabrity S.A.

Umowy z agencją FRONTEX i PKP są spójne z realizowaną strategią Grupy Fabrity, która w ramach rozwoju biznesu stawia tematycznie na cyberbezpieczeństwo, wykorzystanie AI, outsourcing usług IT, budowę rozwiązań cyfrowych i rozwiązania e-commerce.

Celem Fabrity pozostaje bycie wysoko wyspecjalizowanym partnerem dużych przedsiębiorstw i organizacji publicznych, świadczącym kompleksowe usługi związane z transformacją cyfrową w skali międzynarodowej. Działania sprzedażowe prowadzone są zarówno na rynku polskim, jak i na rynkach zagranicznych – Niemcy, Austria, Szwajcaria – tzw. kraje DACH oraz na pozostałych rynkach UE i w Wielkiej Brytanii. Spółka spodziewa się również istotnych oszczędności kosztowych od roku 2026 w ślad za zakończeniem transformacji struktury Grupy i zmniejszeniem liczebności Zarządu,  outsourcingiem części procesów operacyjnych, takich jak księgowość oraz kadry i płace, zmianą lokalizacji warszawskiego biura.

Trump grozi cłami za Grenlandię. Risk-off bez „silnego dolara”: sygnał, że ryzyko leży po stronie USA, nie UE

  • Donald Trump zagroził wprowadzeniem od 1 lutego 10% ceł na towary z ośmiu krajów europejskich: Danii, Norwegii, Szwecji, Francji, Niemiec, Holandii, Finlandii oraz Wielkiej Brytanii. Groźba ceł została powiązana z żądaniem, aby USA mogły kupić Grenlandię.
  • Europa działa dwutorowo: z jednej strony przywódcy próbują deeskalować napięcie, z drugiej – instytucje UE analizują możliwe działania odwetowe, w tym użycie Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi (Anti-Coercion Instrument, ACI).
  • Jak wyjaśnia Charu Chanana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank, rynki potraktowały tę sytuację raczej jako ryzyko związane z polityką i instytucjami USA, a nie jako prosty sygnał „sprzedawaj Europę”: dolar się osłabił, aktywa bezpieczne radziły sobie lepiej, a złoto i srebro osiągnęły historyczne maksima.

Co się wydarzyło?

W weekend prezydent Trump zagroził kolejną rundą ceł na towary z Danii, Norwegii, Szwecji, Francji, Niemiec, Holandii, Finlandii oraz Wielkiej Brytanii. Według doniesień medialnych chodzi o 10% od 1 lutego, z możliwością dalszego podnoszenia stawek.

Groźba ceł została powiązana z żądaniem, aby Stany Zjednoczone mogły kupić Grenlandię, co sprawia, że nie jest to klasyczny spór handlowy oparty na bilansie wymiany, lecz element geopolitycznego targowania się. To istotna różnica, ponieważ zakres możliwych scenariuszy jest szerszy i mniej liniowy (negocjacje, opóźnienie, eskalacja), a rynki w takich sytuacjach zwykle agresywnie wyceniają ryzyko nagłych, nagłówkowych ruchów cen.

Europa stara się uniknąć eskalacji, ale jednocześnie sygnalizuje, że nie pozostanie bierna.

  • Ambasadorowie państw UE uzgodnili, że należy zintensyfikować działania mające zniechęcić USA do eskalacji.
  • Przywódcy europejscy zaplanowali dalszą koordynację działań, w tym szczyt jeszcze w bieżącym tygodniu.
  • Równolegle trwają rozmowy o możliwych działaniach odwetowych, w tym o reaktywacji dużego pakietu zawieszonych ceł oraz potencjalnym użyciu Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi (ACI), który ma zastosowanie w sytuacjach, gdy UE uznaje, że jest poddawana presji politycznej lub ekonomicznej.

Kluczowe daty i potencjalne katalizatory

Kluczowym sygnałem będzie przejście od retoryki do realnych decyzji politycznych, dlatego tak duże znaczenie mają konkretne daty: 1 lutego jako potencjalny start ceł na poziomie 10% oraz 1 czerwca jako możliwy moment ich podniesienia do 25%. Po stronie europejskiej liczy się nie tylko sam nagłówek, ale także ścieżka decyzyjna – czym innym jest symboliczne wspomnienie Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi jako sygnału politycznego, a czym innym formalne uruchomienie tego mechanizmu.

  • 1 lutego – wskazywany termin wejścia w życie ceł.
  • Forum Ekonomiczne w Davos – wystąpienie Donalda Trumpa w środę; możliwy punkt zwrotny dla retoryki (deeskalacja lub zaostrzenie tonu).
  • Czwartkowy szczyt UE – pytanie, czy Unia ograniczy się do klasycznych ceł odwetowych, czy zacznie realnie uruchamiać mechanizmy ACI.

Jak reagują rynki?

Jak tłumaczy Charana, kluczowym problemem jest to, że cła są dziś wykorzystywane jako narzędzie nacisku w niemal każdej sprawie, a nie wyłącznie w handlu. To sprawia, że premia za ryzyko staje się bardziej trwała, ponieważ wachlarz możliwych scenariuszy jest szerszy i trudniejszy do zabezpieczenia. Warto zwrócić uwagę, że reakcja rynków ma charakter „risk-off”, ale bez klasycznego umocnienia dolara, przy jednoczesnej względnej stabilności euro. Sugeruje to, że inwestorzy postrzegają obecną sytuację równie mocno jako szok geopolityczny i instytucjonalny, a nie tylko jako zagrożenie dla wzrostu gospodarczego.

  • Dolar amerykański osłabił się, a kapitał przesunął się w stronę klasycznych bezpiecznych przystani, takich jak jen japoński i frank szwajcarski. To bardziej pasuje do narracji o „niepewności wokół USA” niż o czysto europejskim szoku.
  • Złoto i srebro wysłały najmocniejszy sygnał – oba metale osiągnęły w poniedziałek nowe rekordy historyczne. Cena spot złota była w okolicach 4600 USD, a srebro zbliżyło się do 90 USD, chwilowo przebijając wcześniejsze maksima w trakcie dnia.
  • Aktywa ryzykowne wyglądały krucho przy ograniczonej płynności (rynki USA były zamknięte z powodu święta MLK Day), co sprzyja wyolbrzymianiu ruchów, które później mogą się cofać po powrocie pełnej płynności.

Co dalej? Trzy scenariusze i ich implikacje

Poniższe scenariusze i szacunki prawdopodobieństw to opinia autora do celów dyskusyjnych, a nie prognoza ani rekomendacja inwestycyjna.

  • Scenariusz bazowy (50–60%): Groźby mają głównie charakter negocjacyjny, dochodzi do rozmów, a finałem jest częściowe wycofanie się z ceł lub ich opóźnienie. W tym scenariuszu należy utrzymać niewielkie zabezpieczenia, ponieważ jego koszt może być wysoki, jeśli sytuacja szybko się uspokoi.
  • Scenariusz negatywny (30–40%): Cła 10% wchodzą w życie 1 lutego, a Europa odpowiada umiarkowanymi działaniami odwetowymi. Inwestorzy mogą zwiększać zabezpieczenia na ryzyko europejskie, preferować spółki jakościowe i defensywne oraz ograniczać ekspozycję na sektory silnie uzależnione od eksportu.
  • Scenariusz skrajny (10%): Odwet rozszerza się na usługi, zamówienia publiczne lub przepływy kapitałowe, a konflikt staje się strukturalny, a nie epizodyczny. W takim układzie rosną korelacje między rynkami, a „dywersyfikacja geograficzna” działa słabiej. Potrzebne są jawne zabezpieczenia na ryzyko skrajne oraz większy udział aktywów bezpiecznych.

Nastawienie typu „TACO” („Trump Always Chickens Out” – Trump zawsze się wycofuje) wciąż może dominować, ponieważ rynki wielokrotnie widziały, jak groźby celne były łagodzone, odkładane w czasie lub wykorzystywane jedynie jako element negocjacji. To może ograniczać krótkoterminowe szkody. Ryzyko polega jednak na tym, że takie podejście sprzyja nadmiernej pewności siebie – jeśli tym razem dojdzie do realnych działań, korekta wycen może być gwałtowniejsza, bo pozycjonowanie poszło zbyt daleko w stronę założenia, że „sprawa sama się rozmyje”.

Jak się pozycjonować?

  1. Metale szlachetne: gra na premię za niepewność, ale z uwzględnieniem ryzyka tłumu

Scenariusz bazowy: Złoto i srebro biją rekordy i są traktowane jako preferowane zabezpieczenie przed niepewnością polityczną i ryzykiem utraty zaufania. Mogą pozostawać wspierane tak długo, jak narracja dotyczy niepewności i ryzyka politycznego, a nie tylko dynamiki wzrostu.

Kluczowe ryzyko: Po rekordowych poziomach zagrożeniem są gwałtowne korekty po nagłówkach o deeskalacji lub wzroście realnych rentowności. Wchodzenie w rynek bez określonego ryzyka może być bolesne.

  1. FX: handel kanałem „niepewności wokół USA”

Scenariusz bazowy: Jeżeli pogarszają się nagłówki, rynki mogą wyrażać awersję do ryzyka poprzez umocnienie JPY i CHF, podczas gdy USD nie zawsze zachowuje się jak automatyczny hedge w okresie ryzyka politycznego w USA.

Kluczowe ryzyko: Szybkie uspokojenie sytuacji może spowodować powrót kapitału do USD i gwałtowne zwężenie zmienności.

  1. Akcje: od ogólnej ekspozycji na rynek do selektywnego podejścia

Scenariusz bazowy: Jeżeli cła pozostaną realnym zagrożeniem, europejskie rynki mogą charakteryzować się większym zróżnicowaniem – zarówno między krajami, jak i sektorami. Indeksy krajów wymienionych w groźbie celnej mogą reagować szybciej, podczas gdy rynki „poza listą” mogą początkowo wyglądać stabilniej. Równie ważne staje się rozróżnienie wygranych i przegranych sektorowych: spółki eksportowe i cykliczne są bardziej wrażliwe na nagłówki, natomiast defensywa oraz sektory z „premią geopolityczną” mogą wypadać lepiej.

Kluczowe ryzyko: „Poza listą” nie oznacza „odporne”. Jeżeli konflikt rozszerzy się na relację UE–USA jako całość, korelacje wzrosną i rynki pozornie bezpieczniejsze zostaną wciągnięte z pewnym opóźnieniem. Szybka deeskalacja z kolei może spowodować powrót do szerokiej bety i dotkliwą korektę w obszarze spółek defensywnych, podczas gdy eksporterzy szybko odrobią straty.

  1. Obligacje: wykorzystanie ruchów rentowności do oceny, czy ryzyko pochodzi z USA

Scenariusz bazowy: Jeżeli rynki traktują sytuację jako ryzyko instytucjonalne w Stanach Zjednoczonych, może pojawić się popyt na aktywa bezpieczne nawet w sytuacji słabego USD. Rentowności pomagają odróżnić klasyczne „risk-off” od sytuacji, w której dolar spada z innych powodów.

Kluczowe ryzyko: Rentowności mogą mocno reagować na niezwiązane z tematem czynniki (inflacja, wypowiedzi bankierów centralnych), co utrudnia przypisywanie ruchów tylko do wątku ceł.

  1. Zmienność: zabezpieczenie przed nagłymi ruchami

Scenariusz bazowy: Gdy rynki kierują się polityką, ceny potrafią gwałtownie przeskakiwać poziomy. W takich sytuacjach narzędzia z ograniczonym ryzykiem mogą być rozsądniejsze niż stop-lossy, które przy lukach cenowych mogą się nie zrealizować.

Kluczowe ryzyko: Jeśli wiadomości zaczną się uspokajać, zabezpieczenia szybko tracą wartość, więc liczy się zarówno moment wejścia, jak i wielkość pozycji.

Instrumenty rynku walutowego (FX) oraz kontrakty CFD są złożonymi produktami finansowymi i wiążą się z wysokim ryzykiem szybkiej utraty kapitału ze względu na zastosowanie dźwigni finansowej. 61% rachunków inwestorów detalicznych traci środki podczas handlu kontraktami CFD i instrumentami FX u tego dostawcy. Przed podjęciem decyzji inwestycyjnej upewnij się, że w pełni rozumiesz mechanizm działania tych instrumentów oraz poziom ryzyka, który jesteś w stanie zaakceptować.

Massmedica wprowadza Omnibotics Apollo: druga generacja robotyki do endoprotezoplastyki kolana w Polsce

Massmedica S.A. wprowadza na polski rynek drugą generację zaawansowanego systemu robotycznego Omnibotics – Omnibotics Apollo. Jest to jedna z najbardziej dojrzałych i klinicznie potwierdzonych technologii wspomagających endoprotezoplastykę stawu kolanowego. System został opracowany przez firmę Corin i od ponad dekady jest stosowany w wielu krajach, w tym w Polsce, z udokumentowaną skutecznością i bezpieczeństwem potwierdzonym licznymi publikacjami naukowymi.

Omnibotics wyróżnia się przede wszystkim podejściem opartym na osiowaniu kinematycznym (Kinematic Alignment). W przeciwieństwie do większości konkurencyjnych rozwiązań, które bazują na osiowaniu mechanicznym (Mechanical Alignment), czyli ustawianiu kończyny w idealnie prostej osi geometrycznej, Omnibotics skupia się na odtworzeniu naturalnej anatomii i fizjologii ruchu pacjenta. Tradycyjne metody często prowadzą do ograniczonej ruchomości i dyskomfortu, mimo poprawnych wyników radiologicznych.

„Omnibotics to technologia w pełni sprawdzona, bezpieczna i poparta solidnymi wynikami klinicznymi, która odtwarza naturalną biomechanikę ruchu kolana każdego pacjenta.  Naszym celem było udostępnienie pacjentom systemu, który nie wymusza idealnie prostej osi kończyny, lecz pozwala zachować naturalną anatomię i funkcję stawu, co przekłada się na mniejsze bóle i szybszy powrót do pełnej sprawności.” – mówi Marek Młodzianowski, Prezes Zarządu Massmedica S.A.

Dzięki zaawansowanym czujnikom i algorytmom sztucznej inteligencji robot w czasie rzeczywistym analizuje kinematykę kolana – jego ruch, napięcie więzadeł i indywidualną geometrię – aby zaplanować cięcia kostne i ustawienie implantów, które odtwarzają naturalną oś ruchu i napięcie tkanek miękkich, zamiast je wymuszać. Kluczowym elementem jest unikalny moduł BalanceBot™, który mierzy równowagę więzadłową przed wykonaniem resekcji kości, umożliwiając idealne zbalansowanie stawu.

„Omnibotics Apollo to nowa era w ortopedii — technologia, która łączy precyzję robotyki z indywidualnym podejściem do pacjenta, przywracając mu naturalną swobodę ruchu i komfort. System pracuje w wybranych polskich szpitalach, gdzie jego zastosowanie przekłada się na wymierne korzyści dla pacjentów i zespołów chirurgicznych, zwiększając efektywność i bezpieczeństwo operacji” – mówi Marek Młodzianowski, Prezes Zarządu Massmedica S.A.

Wyniki badań klinicznych potwierdzają skuteczność tego podejścia. Pacjenci operowani z użyciem Omnibotics doświadczają mniejszego bólu, większego zakresu ruchu, szybszego powrotu do aktywności oraz wyższego zadowolenia z efektów zabiegu w porównaniu z metodami konwencjonalnymi. Co ważne, system przekłada się na realną poprawę jakości życia, a nie tylko na dobre wyniki obrazowe.

Obecnie roboty Omnibotics pracują już w wybranych polskich szpitalach, przynosząc wymierne korzyści zarówno pacjentom, jak i zespołom chirurgicznym. System zwiększa precyzję i bezpieczeństwo zabiegów, ale przede wszystkim poprawia ich funkcjonalne efekty, przywracając pacjentom komfort i naturalność ruchu.

Omnibotics to symbol nowego etapu w ortopedii – powrotu do indywidualności i fizjologii pacjenta, w którym technologia jest narzędziem do przywracania wysokiej jakości życia.

Grenlandzki gambit Trumpa na nowo wzbudza obawy o wojnę handlową

Do czego zdążyliśmy już przywyknąć, Donald Trump w ciągu weekendu ponownie wywrócił do góry nogami globalne relacje handlowe, grożąc nałożeniem wyższych ceł na osiem europejskich krajów, które sprzeciwiają się przejęciu Grenlandii przez USA.

Kluczowe punkty:

  • PLN ulega skromnemu osłabieniu po posiedzeniu RPP.
  • Trump grozi cłami państwom oponującym przeciwko przejęciu Grenlandii.
  • Wyższe cła mają wejść w życie w lutym.
  • Dane z USA wskazują na niewielką liczbę zwolnień.
  • Wskaźniki PMI w strefie euro powinny potwierdzić ożywienie.
  • Brytyjska gospodarka odbija w listopadzie.

Amerykańskie cła dla Danii, Finlandii, Francji, Holandii, Niemiec, Norwegii, Szwecji i Wielkiej Brytanii mają zostać zwiększone o 10 pp., jeśli umowa ws. przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone nie zostanie zawarta do 1 lutego, a następnie o 15 pp., jeśli porozumienie nie zostanie osiągnięte przed 1 czerwca. Nie wiadomo, jak miałyby wyglądać dalsze działania Stanów Zjednoczonych. Trump nie pierwszy raz używa gróźb celnych jako taktyki negocjacyjnej i narzędzia przymusu, by przeforsować swoje racje na arenie międzynarodowej. Dania nie zamierza jednak sprzedawać wyspy, a inne europejskie kraje nie wydają się skłonne do przystania na żądania Trumpa.

Tym razem pierwsza reakcja na rynku walutowym była ograniczona i wciąż nie widać oznak, by handel „sell America” rozhulał się na nowo. Nie wyciągamy pochopnych wniosków. To nie pierwsza taka sytuacja – w większości przypadków Trump nie spełniał swoich gróźb, a nawet jeśli, to prędko się z nich wycofywał. Spodziewamy się powtórki, nieprzewidywalność administracji w Białym Domu oznacza jednak, że niczego nie możemy być pewni.

Nad Wisłą uwaga skupiła się na pierwszym w tym roku posiedzeniu RPP. Nie przyniosło ono rewelacji, ale utwierdziło rynki w przekonaniu, że przed nami kolejne obniżki stóp procentowych. W naszej opinii wsparło to w pewnym stopniu skromną wyprzedaż złotego.

Przed nami pierwsze dane makroekonomiczne za 2026 r. – wstępne wskaźniki PMI dla głównych gospodarek (piątek 23.01). Rynki powinny koncentrować się jednak przede wszystkim na doniesieniach dotyczących zaostrzenia wojny handlowej po obu stronach Atlantyku, przede wszystkim na reakcji Europy. Szczególnie wyczuleni będziemy na wszelkie oznaki powrotu trendu „sell America”, który obserwowaliśmy w kwietniu.

PLN

Choć ubiegłotygodniowe posiedzenie RPP – zgodnie z oczekiwaniami – nie przyniosło cięcia stóp procentowych, sygnały płynące z czwartkowej konferencji prasowej prezesa Adama Glapińskiego można uznać za umiarkowanie gołębie. Wsparło to w naszej opinii skromną wyprzedaż złotego – kurs EUR/PLN został w czwartkowe popołudnie wybity z bardzo ciasnego przedziału, w którym oscylował od początku roku. Podobnego ruchu nie odnotowaliśmy na pozostałych walutach regionu, co sugeruje, że kwestie krajowe odegrały kluczową rolę.

Czwartkowe wypowiedzi prezesa Glapińskiego nie były nadmiernie zawoalowane. Przyznał on, że istnieje przestrzeń do dalszych obniżek stóp procentowych, prawdopodobnie do okolic 3,5%. Choć nie stanowi to może większego zaskoczenia, mogło rozwiać wątpliwości największych sceptyków dotyczące perspektyw dalszego rozluźniania polityki monetarnej w Polsce. Fundamentalne znaczenie w owej kwestii ma ścieżka inflacji, która zgodnie z wypowiedziami prezesa ma kierować się w dół. Jednym z istotniejszych ryzyk w tym zakresie jest dynamika wynagrodzeń – czwartek (22.01) pokaże, na jakim poziomie znalazła się ona w grudniu.

EUR

Widzimy już wyraźnie oznaki tego, że potężna stymulacja fiskalna w Niemczech oddziałuje w pożądany sposób na aktywność gospodarczą w strefie euro. Produkcja przemysłowa w listopadzie zaskoczyła w górę, notując zdrowy wzrost rzędu 2,5%. Nie bylibyśmy zaskoczeni, gdyby styczniowe wskaźniki PMI (piątek 23.01) wzbudziły podobny entuzjazm, co zakłada w tej chwili konsensus ekonomiczny.

Na wszelkie pozytywne zaskoczenia w danych euro powinno reagować umocnieniem. Warto jednak zaznaczyć, że obawy geopolityczne dotyczące Grenlandii i nowych amerykańskich ceł mogą mieć przez jakiś czas większą siłę oddziaływania. Główną obawą jest to, że najnowsze działania protekcjonistyczne USA zagrożą warunkom umowy handlowej między nimi a UE i wywołają wyniszczającą wojnę handlową, która przyniosłaby spustoszenie i zaszkodziła globalnemu wzrostowi. Mówi się, że Trump ostatecznie zawsze tchórzy i choć podejrzewamy, że ponownie tak będzie, póki do tego nie dojdzie – należy spodziewać się podwyższonej zmienności na rynkach.

USD

Dolar wykazuje się odpornością w obliczu obaw o degradację instytucjonalną w USA. Wiadomości o dochodzeniu karnym Trumpa względem prezesa FOMC Jerome’a Powella miały dotąd ograniczony wpływ na walutę – rynki prawdopodobnie nie spodziewają się, by sprawa ta zaszła znacznie dalej. Dobre dane makroekonomiczne i silne wyniki rynków akcji jak na razie wspierają dolara. Nowe deklaracje bezrobocia z ubiegłego tygodnia potwierdziły, że mimo ostatniego spadku w tworzeniu nowych miejsc pracy, liczba zwolnień pozostaje niska, Fed może więc jeszcze przez jakiś czas nie podejmować żadnych działań.

W kalendarzu na ten tydzień wyróżnia się raport dotyczący listopadowej inflacji PCE (czwartek 22.01). Najważniejszym czynnikiem w krótkim terminie będzie jednak raczej nowa fala niepewności w kontekście polityki handlowej. Nie wywołała ona jak dotąd istotnej reakcji rynków, a dolar utrzymał swoją pozycją, sytuacja może jednak ulec zmianie w mgnieniu oka, jeśli Trump dalej będzie próbował wymusić porozumienie w sprawie Grenlandii.

GBP

Ubiegły tydzień przyniósł w końcu pozytywne wieści dotyczące stanu brytyjskiej gospodarki pod postacią znacznych zaskoczeń w górę ostatnimi odczytami PKB i produkcji przemysłowej. Gospodarka radziła sobie w listopadzie zaskakująco dobrze mimo dużej niepewności otaczającej jesienny budżet. Nie dajemy się jednak ponieść emocjom – miesięczny PKB jest z reguły silnie zmienny, zaś niewielki spadek aktywności w październiku sugeruje, że gospodarka wzrosła w IV kwartale prawdopodobnie o zaledwie 0,1–0,2%, co w zasadzie odpowiada stagnacji. Mimo to rynki swap w dalszym ciągu odsuwają zakłady za kolejnymi cięciami stóp procentowych Banku Anglii (obniżka o 25 pb. jest wyceniania w pełni dopiero na czerwiec).

Najnowsze dane z brytyjskiego rynku pracy (wtorek 20.01) nabierają dodatkowego znaczenia, mają bowiem potwierdzić gwałtowny spadek tworzenia nowych miejsc pracy obserwowany w ostatnich miesiącach. Poza oficjalną stopą bezrobocia szczególnie istotna będzie dla nas zmiana liczby zatrudnionych w grudniu. Oczekiwany następnego dnia wzrost inflacji (środa 21.01) powinien potwierdzić słuszność ostrożnego podejścia Komitetu Polityki Pieniężnej do dalszego rozluźniania polityki monetarnej – jeśli tak się stanie, może to wesprzeć nieco funta.

Waloryzacja czynszu niższa, ale rachunki rosną

Najemcy mieszkań w 2026 r. mogą odczuć wzrost kosztów nie tylko z powodu waloryzacji czynszu. Z analiz portalu GetHome.pl wynika, że choć taka inflacyjna podwyżka jest dziś znacznie niższa niż w poprzednich latach, to rosnące opłaty za media sprawiają, że łączny koszt utrzymania mieszkania nadal wyraźnie rośnie.

– Do długoterminowych umów najmu, czyli zawieranych na dłużej niż rok, rekomendowane jest wpisanie tzw. klauzuli waloryzacyjnej. Dzięki niej właściciel mieszkania może automatycznie podwyższyć czynsz o średnioroczny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych. Najemca nie może zakwestionować takiej podwyżki, choć z drugiej strony zyskuje przewidywalność wydatków – przypomina Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl.

Prezes Głównego Urzędu Statystycznego właśnie ogłosił, że w 2025 r. – podobnie jak rok wcześniej – średnioroczny wskaźnik inflacji wyniósł 3,6%. Oznacza to, że w przypadku czynszu w wysokości 3 tys. zł tegoroczna podwyżka, zwykle dokonywana w lutym, może wynieść 108 zł, o ile wynajmujący zdecyduje się skorzystać z przysługującego mu prawa.

To ograniczenie wynika z przepisów chroniących najemców przed nadmiernymi wzrostami czynszu. W praktyce właściciele mieszkań unikają przekraczania tego progu, aby zachować dobre relacje z lokatorami.

Bez klauzuli waloryzacyjnej w umowie najmu automatyczna podwyżka o wskaźnik inflacji nie jest możliwa. Wynajmujący musi wówczas zastosować co najmniej 3-miesięczny okres wypowiedzenia czynszu. Takie wypowiedzenie umowy najmu powinno być pod rygorem nieważności dokonane na piśmie, co oznacza, że nie wchodzi w grę wysłanie najemcy sms’a albo mejla z informacją o zmianie czynszu.Waloryzacja czynszu 2026-inflacyjna

Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl podkreśla, że dzięki spadkowi inflacji tegoroczna waloryzacja czynszu jest relatywnie niska na tle ostatnich lat. Dla porównania, w 2023 r. sięgała ona 14,4%, a rok później – 11,4%. Z drugiej strony część właścicieli rezygnuje z waloryzacji czynszu lub stosuje ją rzadziej niż co roku.

Właściciele mieszkań coraz częściej zdają sobie sprawę, że budżety najemców nie są z gumy. Tym bardziej że na najemców przerzucane są także inne koszty związane z utrzymaniem lokalu – zauważa Marek Wielgo.

Do czynszu dochodzą bowiem opłaty za ogrzewanie, wodę, odprowadzenie ścieków, odbiór odpadów oraz rachunki za energię elektryczną.

Niestety, utrzymanie mieszkania jest jedną z najszybciej rosnących pozycji w budżetach domowych wielu polskich rodzin – komentuje ekspert portalu GetHome.pl.

Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), w 2025 r. opłaty za mieszkanie, w tym koszty mediów, były o 7,3% wyższe niż rok wcześniej. Tempo wzrostu było więc wyższe od ogólnego wskaźnika inflacji. Najbardziej dotkliwe okazały się podwyżki opłat za wywóz śmieci, które wzrosły o 11,6% rok do roku. Koszty zaopatrzenia w wodę zwiększyły się o 8,4%, a odprowadzania ścieków – o 7,3%. Energia elektryczna podrożała średnio o 13,3%, a gaz – o 10,2%. Jedynie opłaty za energię cieplną, które wzrosły o 3,1%, rosły wolniej niż inflacja.Waloryzacja czynszu 2026 r-opłaty

Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl, zwraca również uwagę na specyfikę polskiego rynku najmu. Na warunkach rynkowych umowy są zawierane na najczęściej rok lub nawet krócej (studenci). Wtedy stosowanie klauzuli waloryzacyjnej nie jest potrzebne. Dla wynajmujących wygaśnięcie umowy jest okazją do tego, aby podnieść czynsz lub pożegnać się z najemcą, który przysparzał kłopotów. Z kolei dla najemcy zawarcie umowy na rok może być na rękę, bo np. może mu się trafić korzystniejsza oferta. Oczywiście możliwe jest też przedłużenie takiej rocznej umowy, ale właściciela nie krępują wówczas żadne ograniczenia dotyczące podwyżki czynszu. Podniesie go, jeśli tylko warunki rynkowe mu na to pozwolą.

Według danych GUS, opłaty na rzecz właścicieli mieszkań wzrosły w ubiegłym roku średnio o 4,3%. W dużym uproszczeniu taki rynkowy sposób „waloryzacji” czynszu był więc dla najemców mniej korzystny niż mechanizm inflacyjny. Jednak w dwóch wcześniejszych latach to właśnie dopuszczalna waloryzacja czynszu o wskaźnik inflacji okazywała się dla nich gorszą opcją.Waloryzacja czynszu 2026-podwyżka czynszu

Ekspert GetHome.pl przyznaje, że w warunkach rosnących kosztów utrzymania mieszkania coraz większego znaczenia nabiera strategia samych najemców. Część z nich decyduje się na negocjowanie wysokości czynszu przy przedłużaniu umowy, zwłaszcza jeśli są terminowymi i bezproblemowymi lokatorami. Inni wybierają umowy zawierane na krótszy okres, które dają większą elastyczność i możliwość reagowania na zmieniającą się sytuację rynkową.

Cła „do czasu kupna Grenlandii”. Trump grozi Europie taryfami od 1 lutego, rynki kupują dolara i złoto

Domknięcie pierwszego roku prezydentury w USA jest pełne niespodzianek. Po styczniowej operacji w Wenezueli pojawia się zapowiedź nowych ceł, wymierzonych w państwa utrudniające zakup Grenlandii. W tle dane gospodarcze z Chin umacniają juana.

Cła do czasu kupna Grenlandii!

W weekend prezydent USA zapowiedział nałożenie ceł na państwa, które uniemożliwiają mu zakup Grenlandii. Pierwsze taryfy mają wejść w życie 1 lutego i objąć osiem europejskich krajów. Co więcej, mają one obowiązywać do czasu sfinalizowania transakcji i z czasem rosnąć. Pojawia się tutaj niestety bardzo ryzykowny wątek: czy jeżeli Grenlandia jest na sprzedaż, to czy na pewno USA są jedynym zainteresowanym? Chińska oferta mogłaby bardzo zaskoczyć Amerykanów w tej niebezpiecznej grze. Patrząc na argumentacje o bazach militarnych, nadal nie wiadomo, dlaczego miałaby być potrzebna cała wyspa. Jeszcze rok temu mało kto potraktowałby takie informacje poważnie, ale od początku kadencji minął raptem rok, a 1 lutego jest dopiero za dwa tygodnie – do tego czasu może się jeszcze wiele wydarzyć. Problem w tym, że jak pokazuje praktyka ostatnich dwunastu miesięcy, zmiany nie zawsze były lepsze. Co to oznacza dla rynków? Istotne jest to, że uderzenie w główne gospodarki Unii Europejskiej oraz Wielką Brytanię nie jest ruchem marginalnym. Dodatkowe 10% ceł może zatem wpłynąć negatywnie na portfele Amerykanów. W roku wyborczym jest to odważny ruch, tym bardziej że prawdopodobnie usztywni dalsze decyzje FED. Przynajmniej do zmiany na stanowisku prezesa.

Jak reagują rynki?

Inwestorzy, widząc potencjalnie rosnącą inflację i oddalające się obniżki stóp procentowych w USA, kupują dolara. Jednocześnie coraz ostrożniej patrzą na walutę europejską. Ostatni raz tak silnego dolara względem euro widzieliśmy w listopadzie. Solidarnie z euro traci również funt brytyjski. W górę idzie natomiast złoto, które znów bije rekordy wszechczasów. Dzisiaj pierwszy raz przebiliśmy poziom 4650 USD za uncję. Do psychologicznej bariery 5000 USD zostaje naprawdę niewiele. Jak wyglądają amerykańskie indeksy giełdowe, dowiemy się dopiero wieczorem, ale w Europie widać wyraźny odwrót nie tylko na walutach. Polski złoty na razie zachowuje się stabilnie, ale trzeba też pamiętać, że Polska nie została na razie „ukarana” za wspieranie Grenlandii.

Lepsze dane z Chin

Dzisiaj w nocy poznaliśmy dane z Państwa Środka. Ceny nieruchomości w ujęciu rocznym spadły o 2,7%, co pokazuje, że bańka spekulacyjna na tamtejszym rynku nadal nie została rozładowana. Ważniejsze jednak są dane o PKB. W IV kwartale wzrost PKB zwolnił do 4,5%, czyli wynik o 0,1% powyżej oczekiwań. Lepiej od prognoz wypadła produkcja przemysłowa, ale słabiej natomiast sprzedaż detaliczna. Czwarty już miesiąc z rzędu spadają inwestycje w aglomeracjach miejskich i spadek ten się pogłębia. Dla inwestorów najważniejsze jednak były dane o PKB – to właśnie dlatego juan zyskuje dzisiaj rano względem dolara i to mimo wydarzeń na rynku globalnym.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Rumunia – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – Kanada – inflacja konsumencka.

MF chce podnieść VAT na bezalkoholowe odpowiedniki alkoholu. Rzecznik MŚP ostrzega przed kosztami dla firm

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt podniesienia stawki podatku od towarów i usług na bezalkoholowe odpowiedniki napojów alkoholowych. Spowoduje to wzrost cen detalicznych na takie produkty, jak również na napoje z dodatkiem kofeiny lub tauryny. Odnosząc się do tej propozycji, Rzecznik MŚP zwraca uwagę, że przedsiębiorcy będą musieli przygotować się na poniesienie kosztów wynikających ze zmian, związanych zwłaszcza z odpowiednimi korektami w systemach sprzedażowych (kasy fiskalne, systemy księgowe, modyfikacja bazy towarów). Negatywny wpływ najsilniej odczują małe podmioty działające w branży handlowej i gastronomicznej (małe sklepy, restauracje, kawiarnie), które działają na niskim poziomie marży, mają wysokie koszty stałe i ograniczoną możliwość przeniesienia kosztów na konsumenta. Szczególnie dotkliwe skutki spadną na małych, lokalnych producentów napojów bezalkoholowych. Minister Majewska krytycznie odnosi się do faktu, że w Ocenie Skutków Regulacji pominięto koszty, które będą musieli ponieść przedsiębiorcy.

Rzecznik MŚP zwraca te z uwagę, że jest to kolejny projekt ustawy przygotowany przez Ministerstwo Finansów, w którym przewiduje się istotne podniesienie stawek podatku bez zapewnienia odpowiednio długiego okresu konsultacji publicznych. W związku z tym Agnieszka Majewska wnosi o ponowną, pogłębioną analizę kosztów ustawy dla sektora MŚP, wydłużenie vacatio legis oraz przeprowadzenie działań informacyjnych adresowanych do przedsiębiorców. Zaplanowane wejście w życie zmian z dniem 1 lipca 2026 r. może być zbyt krótkim okresem na przygotowanie się najmniejszych przedsiębiorców do nowych obowiązków i dostosowanie systemów sprzedażowych, oznaczeń produktów oraz procedur księgowych, aby uniknąć chaosu w obrocie i ryzyka błędów w rozliczeniach.

Złoto z nowym rekordem po zapowiedziach ceł Trumpa

Złoto ustanowiło w poniedziałek nowe historyczne maksimum w reakcji na zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczące możliwych ceł wobec europejskich krajów oraz narastające napięcia geopolityczne związane z Grenlandią. Inwestorzy, zaniepokojeni ryzykiem nowej wojny handlowej i wzrostem globalnej niepewności, ponownie skierowali kapitał w stronę aktywów uznawanych za bezpieczne.

Poniedziałkowe notowania złota wpisują się w wyjątkową fazę rynku metali szlachetnych. Cena spot złota ustanowiła nowe all-time high na poziomie ok. 4690 dolarów za uncję, a srebro również sięgnęło rekordowych okolic 94 USD/oz. To bezprecedensowa reakcja rynków na eskalację napięć geopolitycznych i handlowych.

Geopolityka znów na pierwszym planie

Głównym impulsem ostatnich wzrostów stały się zapowiedzi nałożenia ceł przez prezydenta Donalda Trumpa na osiem europejskich krajów, jeśli nie zgodzą się one na negocjacje w sprawie sprzedaży Grenlandii. Te groźby taryfowe, obejmujące m.in. Francję, Niemcy i Wielką Brytanię, zwiększyły ryzyko globalnej wojny handlowej i od razu odbiły się na notowaniach akcji oraz walutach.

Takie zachowanie rynku ma solidne ekonomiczne podstawy. Groźba taryf zaczyna wyglądać jak potencjalny początek nowej spirali napięć handlowych na linii USA–Europa, co z kolei podkopuje apetyt na ryzyko i wzmacnia popyt na bezpieczne przystanie. Dolar osłabł, a inwestorzy przenieśli kapitał do aktywów obronnych typowych właśnie dla okresów niepewności – złota, franka szwajcarskiego czy jena japońskiego.

Rynek złota już od dłuższego czasu dyskontuje oczekiwania kolejnych obniżek stóp procentowych przez Fed i słabsze dane makroekonomiczne, co wcześniej przyciągało inwestorów do metalu. Teraz dochodzi do tego bardzo konkretny impuls geopolityczny i ryzyko rozlania się konfliktów handlowych na największe gospodarki świata.

Nie jest wykluczone, że jeśli retoryka taryfowa zostanie utrzymana lub eskalowana, a Europa faktycznie odpowie kontrcłami na amerykańskie działania, doprowadzi to do jeszcze większej zmienności na rynkach finansowych. Dla złota to kolejny argument stojący po stronie dalszego popytu – zarówno inwestorów, jak i banków centralnych, które szukają sposobów na zabezpieczenie rezerw w coraz bardziej niestabilnym otoczeniu.

Seria ATH na początku roku

Warto przypomnieć, że już w pierwszej połowie stycznia cena kruszcu ustanowiła trzy nowe rekordy wszech czasów, przekraczając poziom 4640 dolarów za uncję. To kontynuacja wyjątkowej passy z 2025 roku, w którym złoto ustanowiło aż 54 historyczne maksima.

Niezmiennie katalizatorem wzrostów pozostają napięcia geopolityczne. Eskalacja sytuacji w Iranie, krwawe protesty, groźby blokady cieśniny Ormuz oraz agresywna retoryka administracji USA wywołały falę masowego popytu na złoto. A teraz doszły do tego bezprecedensowe dyskusje o możliwej aneksji Grenlandii i zaangażowaniu sił NATO.

Jednym z kluczowych czynników są też narastające obawy o niezależność Rezerwy Federalnej USA. Po ujawnieniu przez Jerome’a Powella informacji o możliwych zarzutach karnych związanych z kosztami renowacji siedziby Fed, rynki zareagowały nerwowo. Szef Fed otwarcie zasugerował, że sprawa może być formą politycznej presji.

Sytuację dodatkowo pogorszyły słabe dane z amerykańskiego rynku pracy. W grudniu 2025 roku w USA powstało zaledwie 50 tys. nowych miejsc pracy, znacząco poniżej oczekiwań. To wzmocniło przekonanie, że w 2026 roku Fed będzie zmuszony do dalszych obniżek stóp procentowych.

Prognozy: 5000 USD coraz bliżej

Analitycy coraz śmielej mówią o dalszych wzrostach. Citigroup i Metals Daily prognozują, że poziom 5000 dolarów za uncję złota może zostać osiągnięty już w pierwszym kwartale 2026 roku, a srebro może dojść do 100 dolarów. Ross Norman z Metals Daily zakłada średnią cenę złota w całym roku na poziomie 5375 USD, z możliwym maksimum sięgającym nawet 6400 USD.

Nawet jeśli po drodze pojawią się korekty, fundamenty tej hossy pozostają nienaruszone. Banki centralne, napięcia geopolityczne i erozja zaufania do walut fiducjarnych tworzą mieszankę, która sprzyja metalom szlachetnym

„Eko” pod lupą UOKiK: reklama środowiskowa musi być jasna, pełna i weryfikowalna

0

Hasła takie jak „zrównoważony”, „odpowiedzialny” czy „lepszy dla ludzi i planety” stały się jednymi z najmocniejszych argumentów sprzedażowych. Coraz częściej to właśnie one przesądzają o kliknięciu „kupuję”, wyborze „eko-dostawy” czy dopłacie do rzekomo bardziej przyjaznej środowisku opcji. Wraz z rosnącą wrażliwością ekologiczną konsumentów rośnie jednak także ryzyko nadużyć – tzw. greenwashingu, czyli tworzenia wizerunku proekologicznego bez realnego pokrycia w faktach.

Właśnie temu zjawisku przygląda się obecnie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Prezes UOKiK postawił zarzuty trzem dużym spółkom: Bolt, Tchibo oraz Zara. W każdym przypadku chodzi o możliwe wprowadzanie konsumentów w błąd poprzez nieprecyzyjne lub niepełne komunikaty środowiskowe. Jeśli zarzuty się potwierdzą, firmom grożą kary sięgające nawet 10 proc. obrotu za każdą zakwestionowaną praktykę.

Dlaczego „eko” zobowiązuje bardziej niż zwykła reklama?

Jak podkreśla prezes UOKiK Tomasz Chróstny, polscy konsumenci należą do najbardziej ufnych w Unii Europejskiej wobec deklaracji o ekologiczności produktów i usług. To oznacza, że zielone hasła mają realny wpływ na decyzje zakupowe. W takiej sytuacji przedsiębiorcy mają szczególną odpowiedzialność: ich komunikaty muszą być jasne, kompletne i możliwe do zweryfikowania. Niedopowiedzenia dotyczące skali, warunków czy ograniczeń mogą sprawić, że konsument podejmie decyzję w oparciu o fałszywie „zielony” obraz.

Bolt: „bezemisyjne przejazdy” tylko z nazwy?

W przypadku Bolt wątpliwości UOKiK budzi sposób komunikowania „bezemisyjności” pojazdów oraz deklaracje dotyczące korzystania z „100 proc. energii odnawialnej”. Hasła te mogą sugerować, że większość usług realizowana jest pojazdami elektrycznymi lub że przejazdy są neutralne klimatycznie w pełnym cyklu życia pojazdu.

Tymczasem – jak wskazuje urząd – zasadnicza część przejazdów nadal odbywa się samochodami spalinowymi, a udział pojazdów elektrycznych jest marginalny. Dodatkowo określenie „bezemisyjne” może odnosić się wyłącznie do etapu jazdy, a nie do produkcji energii, wytworzenia pojazdu czy utylizacji baterii. Podobnie jest z deklaracją „100 proc. energii odnawialnej”, która w praktyce może opierać się głównie na certyfikatach pochodzenia energii (EAC), a nie na fizycznym zakupie energii z OZE. Bez jasnego wyjaśnienia tych mechanizmów konsument może zostać wprowadzony w błąd.

Tchibo: kiedy „eko” oznacza zaledwie 10 proc.

W sklepie internetowym i aplikacji Tchibo wiele produktów oznaczono jako „eko”, „zrównoważone” lub symbolem zielonego listka. Problem polega na tym, że konsument nie otrzymuje jednoznacznej informacji, jakie kryteria musi spełnić produkt, by otrzymać takie wyróżnienie.

UOKiK zwraca uwagę, że część oznaczonych w ten sposób produktów w dużej mierze wykonana jest z materiałów syntetycznych pochodzących z surowców kopalnych. W przypadku tzw. wyrobów twardych zdarzało się, że status „eko” otrzymywał produkt zawierający jedynie ok. 10 proc. materiałów z recyklingu. Tak niskie progi mogą tworzyć mylne wrażenie wysokiej ekologiczności.

Osobne zastrzeżenia dotyczą kapsułek Cafissimo. Komunikaty sugerowały, że kapsułki „wracają do obiegu materiałowego” po wyrzuceniu do żółtego pojemnika. Ograniczenie tej deklaracji – obowiązujące wyłącznie w Niemczech i Austrii – było wskazane jedynie drobnym dopiskiem, w dodatku w języku obcym. W realiach polskiego systemu gospodarki odpadami nieopróżnione kapsułki często w ogóle nie są recyklingowane, co czyni przekaz marketingowy co najmniej nieprecyzyjnym.

Zara i „Join Life”: ambitne cele bez skali i granic

Program „Join Life” marki Zara ma prezentować działania firmy na rzecz środowiska i zrównoważonego rozwoju. W praktyce jednak – zdaniem UOKiK – komunikacja opierała się na bardzo ogólnych hasłach: „100 proc. energii z OZE”, „zero waste”, „zerowa emisja netto”, realizacja „Celów zrównoważonego rozwoju ONZ”.

Problemem nie jest samo mówienie o celach, lecz brak informacji o ich rzeczywistym zakresie. Konsument mógł odnieść wrażenie, że dotyczą one całej działalności firmy lub że zakup konkretnego produktu realnie wspiera te inicjatywy. Tymczasem przykładowo hasło „zero waste we własnych obiektach” w Polsce mogło dotyczyć zaledwie jednego sklepu w całej sieci. Podobnie oznaczenia certyfikatów na kartach produktów – podany procent surowca i skrót certyfikatu mogą sugerować znacznie większy udział materiałów certyfikowanych, niż ma to miejsce w rzeczywistości.

Ekościema pod lupą urzędu

Sprawy Bolt, Tchibo i Zary to kolejny etap działań UOKiK przeciwko greenwashingowi. Wcześniej zarzuty w podobnych sprawach usłyszały m.in. Allegro, DHL, DPD czy InPost. Wspólnym mianownikiem jest wykorzystywanie „zielonych” haseł, które odnoszą się tylko do fragmentu działalności, opierają się na niepełnych danych lub nie pokazują jasno warunków ich obowiązywania.

Jantar Unity turystycznym przebojem w Szczecinie. Przyciągnął turystów z Niemiec i Czech. „Przywraca wiarę w silną gospodarkę morską”

Gigantycznym sukcesem okazał się chrzest oraz ekspozycja promu Jantar Unity w Szczecinie. Jednostka cumowała w Szczecinie od czwartku do niedzieli. W sobotę odbył się jej uroczysty chrzest, a w niedzielę zwiedzali go mieszkańcy i turyści. Jednostka ta od tego tygodnia używana będzie na trasę do Szwecji. Na co dzień odpływać będzie ze Świnoujścia. – Ten prom obudził nas z pewnego letargu, pokazał nam spektakularność i siłę Szczecina jako morskiego miasta. Widziałam w sobotę na chrzcie wzruszonych ludzi. Musimy trzymać ten poziom i nie pozwalać zapomnieć mieszańcom i gospodarce, że w transporcie morskim i kulturze marynistycznym tkwi wielka siła – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Prom przyciągnął uwagę. „Byli turyści z Niemiec i z Czech”

Jantar Unity to najnowocześniejsza jednostka, która będzie pływać na Bałtyku. Prom pomieści 450 pasażerów, a jego linia załadunku to 4100 metrów. Prom jest nie tylko estetyczny, komfortowy i funkcjonalny, ale także bardzo przydatny naszej gospodarce morskiej. Polscy armatorzy od lat tracą rynek na rzecz niemieckiej konkurencji. Dzięki Jantar Unity będzie szansa, by skutecznie rzucić wyzwanie innym przewoźnikom.

– Jantar Unity udowodnił w ostatnich dniach skutecznie, że siła naszych morskich aspiracji jest wielka. To ważne wydarzenie, bo my już się odzwyczailiśmy od takich spektakularnych momentów jak chrzest jednostki w samym centrum Szczecina. To moment niczym niegdysiejsze wodowania wielkich statków w szczecińskiej stoczni. Wydarzenie ważne symbolicznie, ale to także praktyczna dobra wiadomość dla naszej gospodarki. Podejmujemy wyzwanie walki o rynek przewozów promowych na Bałtyku. To jest jednostka, która będzie naszą dumą – mówi Hanna Mojsiuk.

Wielkie znaczenie miały także uroczystości w Szczecinie.

– Prom u nabrzeży Wałów Chrobrego to widok spektakularny – dodaje prezes Mojsiuk.

– Jednostkę odwiedziło w niedzielę 5 tysięcy osób. Goście ustawiali się od świtu. Byli turyści z Niemiec i z Czech. Przecież to promocyjny skarb, który Unity Line fantastycznie wykorzystało. Szczecin znów znalazł się w pozytywnym kontekście na ustach całej Polski. Życzę jednostce sukcesu frekwencyjnego i udanych kursów w nowym sezonie – mówi Hanna Mojsiuk.

Z inicjatywy Północnej Izby Gospodarczej Unity Line zostało w sobotę uhonorowane Gryfem Zachodniopomorskim. W uroczystości wzięli udział: wiceminister infrastruktury Arkadiusz Marchewka, marszałek województwa Olgierd Geblewicz, prezes Hanna Mojsiuk, a Gryf wręczony został dyrektorowi Unity Line Pawłowi Pluto-Prądzyńskiemu.

„Prom można budować albo zbudować”

Eksperci gospodarki morskiej zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej nie kryją pozytywnych komentarzy względem inwestycji.

 – Miałem osobistą przyjemność i zaszczyt płynąć na Jantarze w rejsie ze Świnoujścia do Szczecina. Nasi armatorzy czekali na nowe promy od 2014 roku, kiedy powstała koncepcja Polskiej Grupy Promowej i już wtedy zapadła decyzja o budowie dwóch nowych RoPaxów o napędzie LNG i ponad 4000 LM. W końcu po 11 latach się doczekali. Kolejny będzie we flocie pod koniec tego roku – mówi ekspert ds. gospodarki morskiej Rafał Zahorski.

– Nie ma wątpliwości, że inwestycja jest spektakularna i bardzo wyczekiwana także przez sektor TSL. Nowy prom będzie mieć najdłuższa linię załadunkową ze wszystkich promów w polskiej flocie. To otwiera nowe możliwości transportu między Polską, a Skandynawią, a jednocześnie zwiększa potencjał naszych przewoźników drogowych i logistyki. Ta destynacja jest nadal popularna, ale przewoźnicy i klienci mocno patrzą na koszty, więc od nich będzie zależało, jak wielkie będzie zainteresowanie promami po stronie sektora TSL. Jesteśmy jednak dobrej myśli – mówi Laura Hołowacz, prezes Grupy CSL.

– Cała uroczystość była przepiękna, a promy są nam niesamowicie potrzebne zarówno pod kątem transportu pasażerskiego jak i samochodowego – dodaje Laura Hołowacz.

 – Projekt budowy jednostki Jantar Unity został dopięty dzięki determinacji, fachowości i sprawnej organizacji. Dzięki dobrej kooperacji armatora, stoczni oraz strony rządowej projekt nie utknął na etapie założeń, tylko został dowieziony do końca. Jak mówi znana w branży maksyma: „statek można budować albo zbudować”. Ten statek został zbudowany: w polskiej stoczni, dla polskiego armatora, w realnej współpracy z administracją państwową – dodaje Bartłomiej Stępień, prezes zarządu firmy Elektryka Morska.

Medicalgorithmics wchodzi do Ameryki Południowej. Spółka podpisała umowę z Sharp Tech, czołowym dystrybutorem z Peru

Medicalgorithmics, notowany na GPW twórca innowacyjnej platformy i algorytmów AI do analizy EKG podpisał umowę z pierwszym partnerem z Ameryki Południowej – firmą Sharp Tech, czołowym peruwiańskim dystrybutorem oprogramowania i sprzętu medycznego. Umowa obejmuje dystrybucję oprogramowania DRP, algorytmów DRAI, a także urządzeń Kardiobeat.ai oraz Pocket ECG na terenie Peru. Podpisanie kontraktu z peruwiańskim dystrybutorem jest efektem wielu miesięcy pracy promocyjno-marketingowej na terenie regionu LATAM, w tym uczestnictwa w konferencjach branżowych.

To już druga umowa podpisana przez nas w tym roku. Jest ona o tyle istotna, że otwiera nas na zupełnie nowy, bardzo duży rynek usług kardiologicznych. Nasi specjaliści od kilku miesięcy biorą aktywny udział w promowaniu naszych usług w LATAM, w tym w ostatnim czasie podczas ważnych wydarzeń branżowych w Buenos Aires oraz w Santiago de Chile. Podpisanie umowy z peruwiańskim dystrybutorem pozwala nam zaoferować nasze usługi i urządzenia w Peru, co stanowi bazę do dalszej ekspansji w tym regionie. Jest bowiem o co walczyć. Południowoamerykański rynek usług EKG jest wyceniany na niespełna 2,5 mld USD, a w wielu krajach regionu usługi telemedyczne zdobywają coraz większą popularność m.in. dzięki inwestycjom rządowym. To idealny moment dla naszej Spółki – komentuje podpisanie umowy dr Kris Siemionow, CEO Medicalgorithmics.

Sharp Technologies to wiodący peruwiański dystrybutor rozwiązań technologicznych do zdalnego monitorowania pacjentów, diagnostyki i telemedycyny wspieranych przez sztuczną inteligencję. Rozwiązania oferowane przez firmę spełniają najwyższe standardy jakości. Wśród usług dostępnych dla klientów nowego partnera znajdują się m.in. nowoczesne urządzenia do zdalnego monitorowania pracy serca oraz śledzenia najważniejszych pomiarów życiowych.

Umowa z Sharp Tech to już druga umowa zawarta w 2026 r.  Na początku stycznia innowator branży EKG nawiązał współpracę z amerykańskim IDTF – CardioDiagnostics, który specjalizuje się w rozwiązaniach dla opieki kardiologicznej z naciskiem na monitorowanie pracy serca i diagnostykę zdalną poprzez chmurowe oprogramowanie i urządzenia do klinicznego monitoringu elektro­kardiograficznego. Zgodnie z umową Spółka dostarczy partnerowi innowacyjne algorytmy AI do analizy badań EKG – Deep Rythm AI (DRAI)

Cały 2025 rok był dla Medicalgorithmics rekordowy. Notowany na GPW medtech bardzo dynamicznie się rozwijał, zdobywając nowych i aktywując kolejnych klientów – podpisał rekordowe 20 umów (więcej niż w 2024 roku: 14), co przełożyło się na istotny wzrost kursu akcji (+85% w 2025). Przełomowy okazał się czwarty kwartał ur. Spółka odnotowała w tym okresie szacunkowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 10,2 mln zł, co daje wzrost na poziomie +74% r/r oraz +42% q/q. Jednocześnie Spółka odnotowała dodatni szacunkowy wynik EBITDA na poziomie 1,0 mln zł. Ponadprzeciętne wyniki odnotowane przez Spółkę są efektem konsekwentnej budowy skali wynikającej ze skutecznej transformacji modelu biznesowego, który opiera się na sprzedaży oprogramowania do analizy EKG, a także na rozwoju projektów R&D na czele z przełomową technologią VCAST.

NCBR ogłosił nabór na projekty STEP IPCEI w obszarze biotechnologii

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło nabór STEP IPCEI w ramach środków programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. Wystartować w nim mogą wyłącznie przedsiębiorstwa, które są wskazane jako partnerzy stowarzyszeni w decyzji Komisji Europejskiej w sprawie inicjatywy IPCEI Med4Cure, dotyczącej ważnych projektów stanowiących przedmiot europejskiego zainteresowania w obszarze produktów opieki zdrowotnej i innowacyjnych procesów produkcji farmaceutyków.

IPCEI Med4Cure ma na celu rozwój sektora medycznego i branży opieki zdrowotnej w Unii Europejskiej. Obejmuje odkrywanie nowych leków, zwłaszcza tych przeznaczonych do leczenia rzadkich chorób oraz wprowadzanie innowacyjnych metod produkcji farmaceutycznej, stąd powiązanie naboru z celami Platformy na rzecz Technologii Strategicznych dla Europy (STEP) – wsparcie skierowane jest na rozwój technologii krytycznych oraz technologii mających na celu ochronę i wzmacnianie odpowiednich łańcuchów wartości technologii krytycznych w sektorze biotechnologii.

Zgłoszone projekty muszą przewidywać ten sam cel i obejmować te same zadania, które zostały określone dla partnera stowarzyszonego we wniosku złożonym do IPCEI Med4Cure.

Nabór wniosków o dofinansowanie potrwa od 30 stycznia do 25 lutego 2026 r. (w ostatnim dniu naboru do godz. 16:00). Na wyłonione projekty przeznaczony jest budżet w wysokości 120 mln zł. Dofinansowanie mogą otrzymać projekty, które obejmują badania przemysłowe i prace rozwojowe.

Nabór STEP IPCEI jest realizowany w ramach Działania 05.01. „Fundusz Wsparcia Technologii Krytycznych” programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki.

UE–Mercosur: test, który może zdecydować o przyszłości Unii

Realizacja umowy handlowej z Mercosurem to jeden z kluczowych testów dla funkcjonowania UE. Być może nawet to jedna z tych rzeczy, które zdecydują o przetrwaniu Unii jako takiej.

Czy umowa handlowa z krajami Mercosuru i ewentualne kolejne umowy tego typu jest potrzebna europejskim gospodarkom? Tak. Czy jej wdrożenie jest niekorzystne dla unijnych rolników? Dla niektórych tak, inni być może skorzystają. Wszyscy oni są natomiast objęci systemem dość solidnych zabezpieczeń. Ostateczny efekt umowy zależy od sprawności instytucji europejskich w realizacji zasad, których przestrzeganie obiecała obywatelom (w tym rolnikom!) Wspólnota.

Kraje Mercosuru tworzą duży rynek: wraz z UE mają 700 mln mieszkańców i wytwarzają 20 proc. światowego PKB. Dotychczas ich obszar był chroniony wysokimi barierami celnymi. Ich obniżenie ma być korzystne dla Unii. Z obliczeń przedstawionych przez Dyrekcję Generalną ds. Handlu Komisji Europejskiej wynika, że dzięki podpisaniu umowy o wolnym handlu z Mercosurem unijny PKB od roku 2040 zwiększy się o 77 mld euro. Dla łaknącej wzrostu europejskiej gospodarki, będącej pod presją chińskiej produkcji oraz amerykańskich polityk handlowych, to kwota z pewnością nie do pogardzenia. I o to się właściwie nikt nie spiera.

Wątpliwości pojawiają się, gdy dyskusja zwraca się ku sektorowi rolno-spożywczemu i rolnikom. Kraje Mercosuru to potężni, wręcz wiodący na świecie producenci rolni. Wytwarzają zdecydowanie więcej żywności niż im potrzeba. Produkują niemal dwukrotnie więcej cukru, zbóż czy roślin oleistych i około 40 proc. więcej mięsa, warzyw i owoców niż sami konsumują. Produkują w wielkiej skali, nie ograniczeni normami, jakie Unia Europejska nakłada na swoich producentów.

Nic zatem dziwnego, że podpisanie z nimi umowy o wolnym handlu, gdy słychać o milionach ton zbóż czy dziesiątkach tysięcy ton mięsa zwalnianych z ceł, budzi niepokój pracujących po „słabszej” stronie rolników. Prognozowanie konkretnych efektów umowy wymaga jednak szczegółowych analiz obecnej sytuacji handlowej i produkcyjnej.

Jednym z obszarów rynku rolnego, o których się najbardziej dyskutuje, jest produkcja wołowiny. Warto więc spojrzeć nieco bliżej, jak tutaj wygląda sytuacja rynkowa w kontekście relacji UE-Mercosur.

Zapisy umowy mówią o wprowadzeniu kontyngentu celnego (tariff rate quota – TRQ) na poziomie 99 tys. ton mięsa wołowego. Przy czym nie jest to kontyngent bezcłowy – obowiązywać będzie stawka 7,5 proc. Kontyngent dzieli się na mięso świeże lub schłodzone (54,45 tys. ton) i mięso mrożone (44,55 tys. ton). To produkty o odmiennym przeznaczeniu, konkurujące na różnych rynkach docelowych. Wołowina świeża lub schłodzona to produkt premium, używany w restauracjach lub sprzedawany w handlu detalicznym. Wołowina mrożona przeznaczona jest do dalszego przetwórstwa i nie konkuruje z wołowiną świeżą pochodzenia unijnego.

Umowa UE-Mercosur nie oznacza też wprowadzenia na rynek Wspólnoty dodatkowych ilości mięsa w wysokości kontyngentu, bo wołowina z krajów Mercosuru już jest w Unii. Szacuje się, że w 2024 r. zaimportowano ok. 105 tys. ton wołowiny świeżej oraz 68 tys. ton mrożonej.  Z tego import w ramach już istniejących kontyngentów o obniżonej stawce celnej wyniósł 60 tys. ton wołowiny świeżej i 64 tys. ton mrożonej. Zatem w 2024 r. sprowadzano 45 tys. ton wołowiny świeżej i 4 tys. ton mrożonej z pełną, bardzo wysoką stawką celną.

Efekt, jakiego należałoby się spodziewać, to objęcie kontyngentem jak największej części mięsa w pełni oclonego. Zatem dodatkowa jego ilość na rynku, będąca efektem umowy to 9-10 tys. ton wołowiny świeżej oraz ok. 40 tys. ton mrożonej.

W popularnym przekazie kwestia wołowiny świeżej jest głównym problemem dla producentów w UE. Tymczasem kilkukrotnie większy wolumen dotyczy napływu mięsa mrożonego. Aby ocenić skalę zmiany dotyczącej wołowiny świeżej warto wspomnieć, że jej eksport z Polski wyniósł w 2024 r. ok. 330 tys. ton. Mowa więc o ilościach odpowiadających zaledwie 3 proc. polskiego eksportu. Może to mieć wpływ na cenę rynkową, ale nie będzie to w żadnej mierze wpływ decydujący.

A jaki będzie szerszy efekt umowy? Wspomniana analiza Dyrekcji Generalnej ds. Handlu określa go dla różnych obszarów rynku rolnego. Po pełnym wejściu umowy w życie zmniejszenie wartości produkcji sektora rolnego miałoby wynieść ok 2,5 mld euro. Jeśli podzielić to przez liczbę gospodarstw w całej UE, wyniesie to średnio ok. 500 euro rocznie na każde. Gdyby wziąć pod uwagę jedynie gospodarstwa większe niż 10 ha (mniejsze uznając za nierynkowe), byłoby to ok. 2000 euro. Warto przy tym zaznaczyć, że te przybliżone kwoty dotyczą przychodów, a nie zysku.

Biorąc pod uwagę potencjalne straty, ale i nastawienie dużej grupy społecznej do umowy z krajami Mercosuru, wprowadzono w niej szereg rozwiązań zabezpieczających interesy rolników. Dla produktów wrażliwych kontyngenty będą rosły stopniowo, przez kilka lat. Towary trafiające do UE z Mercosuru będą musiały spełniać unijne normy producenckie (wykorzystanie antybiotyków i pestycydów czy dobrostan zwierząt). W razie podejrzenia, że normy nie są spełniane, UE ma obowiązek wstrzymać dostawy tych produktów, dopóki problem nie zostanie rozwiązany.

Ewentualne wszczęcie postępowania antydumpingowego wobec krajów Mercosuru ma nastąpić, gdy o ponad 5 proc. wzrośnie wolumen ich eksportu do UE lub nastąpi taki spadek ceny (w ujęciu rok do roku) produktów wrażliwych, takich jak wołowina, drób, ryż, miód, jaja, czosnek, etanol oraz cukier. Rewizja listy produktów wrażliwych ma się odbywać co trzy miesiące. Postępowanie może być również wszczęte nawet wtedy, gdy te progi nie zostaną przekroczone, ale sytuacja na rynku danego produktu zdecydowanie się pogorszy, np. wystąpi długotrwały spadek cen w krajach członkowskich. Komisja Europejska będzie zmuszona do przeprowadzenia dochodzenia antydumpingowego w trzy miesiące, a dla produktów wrażliwych – w dwa.

Dodatkowo środki tymczasowo zapobiegawcze dla produktów wrażliwych mają być wprowadzane maksymalnie do 14 dni od wszczęcia dochodzenia. Fundusz w wysokości 45 mld euro, przeznaczony na wsparcie rolników poszkodowanych przez umowę, a zawarty w budżecie wspólnoty na lata 2028-2034, będzie mógł zostać uruchomiony już w 2028 r. Choć to kwota pochodząca z budżetu, który i tak miał zostać przeznaczony na rolnictwo, to wcześniejszy dostęp powinien wzmocnić poczucie stabilizacji u producentów rolnych.

Przed znaczącym wzrostem eksportu surowców z Mercosuru do UE chroni też struktura światowego handlu. Eksport surowców rolnych z tych krajów kierowany jest głównie do Chin i innych krajów Azji. Brazylia czy Argentyna nie porzucą tych rynków, a azjatyccy klienci wciąż będą żywotnie zainteresowani nieprzerwanym dostawami towarów, ze względu na niski poziom samowystarczalności żywnościowej.

Czy instytucje unijne poradzą sobie z kontrolą realizacji zapisów umowy? Bruksela ma wystarczające zasoby, aby to właściwie realizować, choć w powszechnej opinii jej działanie nie było dotychczas wzorem skuteczności i efektywności.

Realizacja umowy z Mercosurem to jeden z kluczowych testów dla funkcjonowania UE. Być może nawet to jedna z tych rzeczy, które zdecydują o przetrwaniu Unii jako takiej. Europejscy interesariusze umowy, którzy dziś są sceptyczni, muszą zostać przekonani, że ich interesy są właściwie pilnowane oraz że odniosą zyski z pozytywnych jej efektów w całej gospodarce unijnej. Przecież w ostatecznym rozrachunków funkcjonowanie w bogatszym otoczeniu ekonomicznym będzie korzystniejsze dla każdego.

Grzegorz Kozieja
————————-

Autor jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich, dyrektorem Departamentu Analiz Food&Agro i Specjalizacji Sektorowych w BNP Paribas Bank Polska.

Rynek biurowy w Warszawie w IV kwartale 2025 r. – dane PINK

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) opublikowała zagregowane dane dotyczące warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowych w IV kwartale 2025 roku. Źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (Avison Young, Axi Immo, BNP Paribas Real Estate Poland, CBRE, Colliers, Cushman & Wakefield, JLL, Knight Frank, Newmark Polska i Savills), a informacje dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych projektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

Na koniec grudnia 2025 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły niemal 6 232 400 mkw.

W IV kwartale 2025 roku na warszawskim rynku nie oddano do użytku żadnej nowoczesnej powierzchni biurowej.

Na koniec IV kwartału 2025 roku w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 9,1% (spadek o 0,6 pp. w porównaniu z poprzednim kwartałem oraz spadek o 1,5 pp. w odniesieniu do analogicznego okresu w 2024 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła 564 700 m kw. W strefach centralnych współczynnik pustostanów kształtował się na poziomie 6,1%, natomiast poza centrum osiągnął wartość 11,6%.

W IV kwartale 2025 roku popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe wyniósł blisko
309 900 mkw., osiągając rekordowy poziom kwartalny w historii monitorowania rynku.
Największym zainteresowaniem najemców w badanym okresie cieszyły się strefy Centrum oraz Służewiec.

W okresie od początku października do końca grudnia 2025 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł renegocjacjom – Pozostałe 0,3% przypadło na umowy na potrzeby własne.

Gdzie szukać pracy w 2026? Cztery sektory odporne na spowolnienie

Według wielu ekspertów nadchodzące 12 miesięcy to kolejny okres gospodarczych wyzwań dla Polski. Będzie to również czas, w którym firmy ostrożniej podejdą do planów zatrudnieniowych. Niemal 2/3 organizacji chce utrzymać zatrudnienie na tym samym poziomie co w 2025 roku. Nie oznacza to jednak, że cały rynek pracy hamuje. Są sektory, gdzie zapotrzebowanie na pracowników utrzymuje się na stabilnym poziomie.

Tomasz Szklarski, ekspert do spraw rynku pracy i współtwórca platformy Enpulse, służącej do badania i budowania zaangażowania pracowników, opowiada o tym, które sektory gospodarki będą stanowić filar rynku pracy w 2026 roku i gdzie szukać zatrudnienia.

Logistyka i transport

Jednym z kluczowych obszarów napędzających rynek pracy jest logistyka i transport. To sektor, w którym pracowników brakuje już od lat. Według szacunków związku pracodawców „Transport i Logistyka Polska” branża potrzebuje dziś nawet 150 tysięcy kierowców. Problemy kadrowe dotyczą również stanowisk zarządczych i specjalistycznych. To problem, który nie znika wraz ze zmianą koniunktury.

Polska stanowi hub logistyczny dla innych krajów – u nas stale budują się nowe magazyny i centra logistyczne. To oznacza, że tych rąk do pracy cały czas jest mało. Dodatkowo logistykę trudno zautomatyzować z dnia na dzień. Te procesy postępują, ale przeszkodą wciąż są koszty tej transformacji, znacznie wyższe niż koszty ludzkie. Oznacza to, że zapotrzebowanie na pracę ludzką w logistyce i transporcie pozostanie wysokie także w kolejnych latach – podkreśla Tomasz Szklarski.

Produkcja żywności

Na tle wahań koniunktury wyróżnia się branża, która od lat pozostaje stabilna – produkcja żywności. Znaczenie tej branży wyraźnie podkreślają dane statystyczne. W 2024 roku Polska znalazła się w pierwszej piątce producentów żywności w Unii Europejskiej. Tempo wzrostu przekraczało 4 proc. rocznie i należało do najwyższych w Europie. To wskazuje, że sektor rolno-spożywczy jest jednym z bardziej przewidywalnych obszarów rynku pracy.

Sektor rolno-spożywczy cały czas rośnie, a to generuje stały popyt na nowe kadry. Nie mamy tu do czynienia z przejściową modą czy sezonowym skokiem zainteresowania, lecz z głębokim, strukturalnym deficytem rąk do pracy, co potwierdzają oficjalne raporty OECD. Nawet w obliczu wyraźnego hamowania PKB, przedsiębiorstwa z tego segmentu unikają drastycznych redukcji etatów czy masowych zwolnień, stając się bezpieczną przystanią na rynku – wyjaśnia Tomasz Szklarski.

Inwestycje infrastrukturalne

Kolejnym filarem rynku pracy w nadchodzących latach będą inwestycje infrastrukturalne. Rozbudowa dróg, modernizacja autostrad i duże projekty transportowe oznaczają realne zapotrzebowanie na pracę ludzi. Według analiz firmy doradczej Kearney, sama realizacja Centralnego Portu Komunikacyjnego może wygenerować nawet około 95 tysięcy dodatkowych miejsc pracy w szczytowym okresie budowy.

– Inwestycje infrastrukturalne to koło zamachowe wykraczające daleko poza samą „budowlankę”. Przy realizacji takich projektów pracę znajdują przecież także inni specjaliści. GUS mówi konkretnie: każda złotówka wpompowana w infrastrukturę generuje od 1,5 do 2 etatów w zupełnie innych sektorach. Oznacza to, że duże budowy realnie napędzają koniunkturę w całej gospodarce, tworząc miejsca pracy tam, gdzie na pierwszy rzut oka byśmy się ich nie spodziewali – wskazuje Tomasz Szklarski.

Transformacja energetyczna

Transformacja energetyczna jest jednym z największych wyzwań, z którymi będzie mierzyć się polska gospodarka w najbliższych latach. Szacunki pokazują, że do 2030 roku zielone sektory energetyki mogą stworzyć w Polsce nawet kilkaset tysięcy miejsc pracy. Dotyczy to nie tylko samej energetyki, ale także branż powiązanych – od budownictwa po usługi.

– Transformacja energetyczna to hasło, za którym często widzimy tylko technologię. Prawda jest jednak taka, że bez ludzi ten proces po prostu nie ruszy z miejsca. Nowoczesne systemy trzeba przecież zaprojektować, zbudować, a potem przez lata serwisować. To sprawia, że mówimy o zapotrzebowaniu na cały wachlarz specjalistów – od wysokiej klasy inżynierów, po pracowników technicznych dbających o ciągłość ruchu – podkreśla Tomasz Szklarski.

BNP Paribas: globalna gospodarka w fazie umiarkowanego, stabilnego wzrostu. Polska wyróżnia się odpornością

Zgodnie z najnowszymi analizami biura maklerskiego Banku BNP Paribas, globalna gospodarka wchodzi w fazę umiarkowanego, ale relatywnie stabilnego wzrostu, wspieranego przez łagodniejszą politykę monetarną, inwestycje infrastrukturalne oraz stopniowe wygaszanie części szoków geopolitycznych i handlowych. W tym otoczeniu polska gospodarka wyróżnia się odpornością, jednak dla krajowego biznesu nadchodzące kwartały nie będą pozbawione istotnych wyzwań, wymagających ostrożnego zarządzania ryzykiem i płynnością. 

Jednym z kluczowych czynników kształtujących warunki prowadzenia działalności pozostaje niepewność w globalnym handlu. Choć wpływ amerykańskich taryf na Polskę oceniany jest jako ograniczony w porównaniu z innymi krajami regionu, przedsiębiorstwa działające w międzynarodowych łańcuchach dostaw muszą liczyć się z okresowymi zakłóceniami popytu, zmiennością kursów walutowych oraz presją na marże. Jednocześnie utrzymujące się napięcia geopolityczne, zwłaszcza w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie, wciąż oddziałują na koszty energii i transportu, co przekłada się na warunki funkcjonowania wielu branż przemysłowych i handlowych.

Finansowanie bieżącej działalności

Na poziomie krajowym relatywnie dobra koniunktura, wspierana przez konsumpcję prywatną i napływ środków unijnych, stwarza szanse rozwojowe, ale równocześnie podnosi wymagania wobec firm w zakresie finansowania bieżącej działalności. Wysoki poziom aktywności inwestycyjnej, szczególnie w budownictwie, infrastrukturze i przemyśle, oznacza konieczność ponoszenia znaczących nakładów jeszcze przed uzyskaniem przychodów. W takim otoczeniu coraz większego znaczenia nabiera zdolność do elastycznego zarządzania kapitałem obrotowym oraz dostosowywania struktury finansowania do cyklu operacyjnego przedsiębiorstwa.

Dodatkowym wyzwaniem pozostaje otoczenie stóp procentowych. Choć prognozy wskazują na dalsze, stopniowe łagodzenie polityki pieniężnej w Polsce, proces ten będzie rozciągnięty w czasie i uzależniony od ścieżki inflacji. Oznacza to, że koszt pieniądza nadal pozostanie istotnym elementem kalkulacji biznesowych, a decyzje inwestycyjne będą wymagać większej dyscypliny finansowej i ostrożności w zarządzaniu należnościami oraz zobowiązaniami.

W tym kontekście polski biznes funkcjonuje dziś na styku szans i ryzyk. Z jednej strony korzysta z relatywnie stabilnego wzrostu gospodarczego, solidnego popytu wewnętrznego i perspektywy dalszych inwestycji publicznych. Z drugiej musi mierzyć się z niepewnością regulacyjną, presją kosztową oraz wydłużającymi się cyklami rozliczeń w relacjach handlowych. Skuteczne poruszanie się w takim środowisku wymaga nie tylko trafnej oceny trendów makroekonomicznych, ale również sprawnego zarządzania finansami operacyjnymi, które coraz częściej staje się jednym z kluczowych elementów przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstw.

Wzrost kosztów operacyjnych

Istotnym wyzwaniem dla polskich firm pozostaje także rynek pracy, który mimo pierwszych sygnałów ochłodzenia nadal charakteryzuje się relatywnie niską dostępnością wykwalifikowanych pracowników oraz presją płacową. Wzrost wynagrodzeń, choć wspiera konsumpcję, zwiększa koszty operacyjne przedsiębiorstw i ogranicza przestrzeń do przerzucania podwyżek cen na odbiorców końcowych. Dla wielu firm oznacza to konieczność dalszej automatyzacji procesów, inwestycji w technologie cyfrowe oraz optymalizacji struktur organizacyjnych, co z kolei wymaga stabilnego zaplecza finansowego i długofalowego planowania.

Równolegle coraz większą rolę w strategiach biznesowych odgrywa transformacja energetyczna i technologiczna. Rosnące inwestycje w odnawialne źródła energii, efektywność energetyczną oraz infrastrukturę związaną z cyfryzacją i sztuczną inteligencją tworzą nowe możliwości rozwoju, ale wiążą się także z podwyższonym zapotrzebowaniem na kapitał oraz dłuższym horyzontem zwrotu z inwestycji. W warunkach zmiennego otoczenia makroekonomicznego przedsiębiorstwa muszą więc umiejętnie bilansować ambicje rozwojowe z bieżącą stabilnością finansową, zwracając szczególną uwagę na synchronizację przepływów pieniężnych.

Nie bez znaczenia pozostaje również kwestia płynności w relacjach handlowych, zwłaszcza w okresach wzmożonej aktywności gospodarczej. Wraz z rosnącą skalą działalności i wydłużającymi się terminami płatności, wzrasta znaczenie narzędzi pozwalających na utrzymanie ciągłości finansowej bez nadmiernego obciążania bilansu. W praktyce coraz częściej decyduje to o zdolności firm do terminowego regulowania zobowiązań, wykorzystywania pojawiających się okazji rynkowych oraz zachowania odporności na przejściowe wstrząsy. W takim otoczeniu przewagę zyskują przedsiębiorstwa, które potrafią łączyć ostrożność finansową z elastycznym podejściem do zarządzania kapitałem w codziennej działalności.

Umowa UE–Indie ma zostać podpisana 27 stycznia 2026 r.

Umowa UE–Indie ma zostać podpisana 27 stycznia 2026 r. Rolnictwo wyłączone z porozumienia.

Negocjacje nad przełomową umową o wolnym handlu między Unią Europejską a Indiami wchodzą w fazę finalną, a przedstawiciele handlu z Indii i UE wskazują, że porozumienie ma zostać sformalizowane 27 stycznia 2026 r. w Nowym Delhi podczas szczytu UE–Indie z udziałem liderów obu stron. Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, oraz przewodniczący Rady Europejskiej António Costa mają podpisać umowę z premierem Narendrą Modim.

Zgodnie z potwierdzonymi doniesieniami, umowa nie obejmie sektora rolnego, który pozostaje strategicznie chroniony przez Indie — rolnictwo jest uważane za politycznie bardzo wrażliwy obszar i zatrudnia znaczną część siły roboczej kraju. W efekcie dostęp do indyjskiego rynku produktów rolnych został pozostawiony poza zakresem tego porozumienia.

Jednocześnie porozumienie ma objąć szeroki zakres handlu towarami przemysłowymi, usługami, inwestycjami oraz współpracą regulacyjną i technologiczną, co może znacząco pogłębić relacje gospodarcze między UE a Indiami i otworzyć dostęp do rynku liczącego niemal 25% światowej populacji.

Oczekuje się, że umowa przyniesie m.in. znaczące obniżki ceł, w tym na europejskie wina i alkohole objęte dziś nawet ok. 150-proc. stawkami, które mają zostać radykalnie zredukowane, ułatwienia w dostępie do rynku indyjskiego dla towarów przemysłowych i usług, ochronę inwestycji oraz zasady współpracy regulacyjnej.

Oczekuje się, że umowa przyniesie m.in. znaczące obniżki ceł na wiele towarów przemysłowych i produktów handlowych, przy silnym nacisku UE na redukcję bardzo wysokich indyjskich stawek na kluczowe europejskie eksporty, w tym m.in. samochody, a także ułatwienia w dostępie do rynku indyjskiego dla towarów i usług, ochronę inwestycji oraz ramy współpracy regulacyjnej.

– To będzie największa i najbardziej ambitna umowa handlowa, jaką UE kiedykolwiek zawarła z krajem spoza Europy. Skorzystają na niej przede wszystkim ci, którzy zaczną działać jeszcze przed jej podpisaniem – ocenia dr Judyta Latymowicz, ekspertka ds. relacji polsko-indyjskich.

Indie, z ponad 1,4 mld konsumentów i będące dziś jedną z największych gospodarek świata, stają się kluczowym partnerem handlowym Unii Europejskiej. W warunkach globalnych napięć geopolitycznych, fragmentacji łańcuchów dostaw i wzrostu protekcjonizmu, współpraca z Indiami przestaje być alternatywą – staje się strategiczną koniecznością.

Z polskiej perspektywy stawka jest szczególnie wysoka. Indie coraz wyraźniej wyrastają na jeden z kluczowych kierunków ekspansji dla polskiego biznesu – zarówno jako rynek zbytu, zaplecze produkcyjne, jak i centrum technologiczno-usługowe. Finalizacja umowy UE–Indie zmieni reguły gry dla europejskich firm działających w tym regionie i znacząco podniesie presję konkurencyjną na rynku indyjskim. Eksperci podkreślają jednak, że sama umowa handlowa nie rozwiąże wszystkich wyzwań. Indie pozostają rynkiem złożonym regulacyjnie, kulturowo i administracyjnie, co wymaga od przedsiębiorców świadomego przygotowania.

– FTA nie zastąpi pracy po stronie przedsiębiorcy. Kluczowe pozostaną decyzje dotyczące modelu wejścia na rynek, lokalnych partnerów, zgodności regulacyjnej i ochrony inwestycji. Firmy, które odrobią te lekcje wcześniej, zyskają realną przewagę kosztową i czasową – podkreśla dr Latymowicz.

Podpisanie porozumienia 27 stycznia 2026 r. będzie symbolicznym zwieńczeniem nowego etapu relacji gospodarczych UE–Indie. Dla biznesu oznacza to konieczność zmiany perspektywy — z biernego oczekiwania na aktywne planowanie.

– Umowa o wolnym handlu nie jest nagrodą za cierpliwość, tylko narzędziem dla przygotowanych. Dla firm to jasny sygnał: albo zaczynamy działać teraz, albo oddajemy pole konkurencji – podsumowuje dr Judyta Latymowicz.

Inwestorzy ostrożniejsi przez geopolitykę, ale fundamenty polskiego rynku magazynowego pozostają stabilne

Polska pozostaje jednym z kluczowych rynków magazynowych w Europie, oferując nowoczesne zasoby i stabilne fundamenty rozwoju. Choć konkurencja w regionie CEE rośnie, a inwestorzy działają ostrożniej w obliczu niepewności geopolitycznej, rynek wciąż wykazuje odporność. W 2025 roku motorem wzrostu była Warszawa, a prognozy na kolejne lata wskazują na stopniowe ożywienie popytu.

Z perspektywy Europy pozycja polskiego rynku magazynowego pozostaje dobra. Polska jest piątym największym rynkiem magazynowym, z relatywnie młodym i nowoczesnym zasobem. W regionie CEE konkurujemy dziś nie tylko z Czechami, ale coraz częściej także z Rumunią i Węgrami, szczególnie w kontekście kosztów pracy i energii. Mimo to stabilność rynku i jego potencjał wciąż pozostają istotnym atutem.

W 2025 r. zdecydowanym liderem wzrostu rynku magazynowego w kraju była Warszawa, silny był również Górny Śląsk. Inwestorzy z zainteresowaniem patrzyli także na Szczecin. Słabiej wypadły Wrocław i Poznań. Struktura najemców pozostaje stabilna: produkcja odpowiada za ok. 20 proc. popytu. Widać też odbicie w branży logistycznej – po spadku poniżej 30 proc. w ubiegłym roku, obecnie sektor ponownie zaczyna rosnąć. Dalszy rozwój e-commerce może dodatkowo wzmocnić ten trend w kolejnym roku.

Trendy w magazynach

Jednym z kluczowych trendów na polskim rynku magazynowym pozostaje spadek udziału projektów spekulacyjnych. Ten kierunek najprawdopodobniej utrzyma się lub pozostanie na zbliżonym poziomie w kolejnych miesiącach. W praktyce oznacza to mniejszą dostępność gotowej powierzchni i wydłużenie czasu wejścia na rynek – najemcy muszą dziś liczyć się z okresem oczekiwania rzędu 6–7 miesięcy. Strona podażowa dopasowuje się do popytu. Mamy obecnie do czynienia z rynkiem najemcy. Niższy popyt sprawia, że strona podażowa konkuruje o klientów, a procesy decyzyjne się wydłużają. Część firm rozważa zakup gruntów i realizację własnych obiektów, a długość umów najmu stopniowo się wydłuża, nawet do 12–15 lat.

Może wzrosnąć jednak zapotrzebowanie na powierzchnię ze strony wewnętrznego rynku, ze względu na duży wzrost gospodarczy. Będzie to odczuwalne szczególnie w Warszawie i w centrum kraju. To właśnie te regiony najszybciej reagują na poprawę kondycji gospodarki i wzrost konsumpcji.

Na rynek silnie wpływa również sytuacja geopolityczna. Nieprzewidywalność na rynkach globalnych, wojna w Ukrainie oraz zmiany polityczne powodują, że inwestorzy i firmy działają bardziej zachowawczo. Widać skracanie horyzontów decyzyjnych i większą ostrożność w podejmowaniu strategicznych inwestycji, co nie sprzyja bardzo szybkiemu wzrostowi, choć rynek nadal rozwija się stabilnie.

Prognozy na 2026 r.

Patrząc w przyszłość, nastroje są umiarkowanie optymistyczne. Od sierpnia i września bieżącego roku widać wzrost liczby zapytań ze strony klientów, co może przełożyć się na wyraźniejsze ożywienie w przyszłym roku, a jeszcze mocniej w kolejnym. Potencjalne zakończenie wojny oraz poprawa sytuacji gospodarczej w Europie Zachodniej, zwłaszcza w Niemczech, mogą szczególnie wpłynąć na odbudowę popytu na zachodniej ścianie kraju – w rejonie Poznania, Wrocławia i Zielonej Góry.

ORLEN rozwija portfel OZE. Kolejna farma PV dostarczy energię płockiej rafinerii

0

Płocka rafineria ORLENU będzie produkowała energię odnawialną. W bezpośrednim sąsiedztwie zakładu powstanie farma fotowoltaiczna o mocy około 40 MW. Instalacja umożliwi wyprodukowanie w skali roku blisko 45 tys. MWh energii elektrycznej. To ilość, która pozwoliłaby naładować pół miliona samochodów elektrycznych lub pokryć zapotrzebowanie na energię dla około 15 tys. gospodarstw domowych. Inwestycja wzmacnia portfel odnawialnych źródeł energii koncernu i stanowi kolejny krok w konsekwentnie realizowanej strategii transformacji energetycznej Grupy ORLEN.

– Zapowiedzieliśmy przyspieszenie rozwoju odnawialnych źródeł energii i dotrzymujemy słowa. Kolejny projekt farmy fotowoltaicznej w Płocku wzmacnia nasz portfel OZE i realnie wspiera transformację energetyczną Grupy ORLEN. Dzięki tej decyzji rozwijamy nasze zeroemisyjne moce i wzmacniamy bezpieczeństwo energetyczne kluczowego zakładu koncernu. Nie zatrzymujemy się. Uważnie analizujemy kolejne projekty na rynku, aby maksymalnie wykorzystać nadarzające się szanse i dalej budować siłę i wartość ORLENU – podkreśla Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN.

Nowa farma to kolejna inwestycja OZE zintegrowana z infrastrukturą produkcyjną ORLEN. Dzięki lokalizacji w sąsiedztwie płockiego zakładu, instalacja zostanie przyłączona do wewnętrznej sieci elektroenergetycznej rafinerii, co umożliwi wykorzystanie wytwarzanej energii na potrzeby operacyjne.

Farma w Płocku będzie drugą – po instalacji o mocy 44,2 MW w Możejkach – największą inwestycją fotowoltaiczną Grupy ORLEN przyłączoną bezpośrednio do zakładu produkcyjnego, i trzecią elektrownią fotowoltaiczną w Płocku. Na terenie zakładu funkcjonuje już farma PV o mocy 4,8 MW. W trakcie budowy jest też farma o mocy do 2 MW.

Realizacja projektu przyniesie szereg korzyści, w tym obniżenie kosztów energii elektrycznej zużywanej przez płocki zakład oraz możliwość dalszej rozbudowy instalacji m.in. o magazyny energii poprawiające elastyczność systemu i zwiększające efektywność zarządzania produkcją.

Planowana inwestycja jest wynikiem nabycia przez ORLEN 100 proc. udziałów w spółce RES Project 5 należącej do Grupy PNE, posiadającej prawa do realizacji projektu farmy fotowoltaicznej.

Zgodnie z harmonogramem, w 2026 roku ORLEN planuje wybór wykonawcy i podpisanie umowy na realizację inwestycji. Uruchomienie farmy przewidywane jest na początek 2028 roku.

Dynamiczny rozwój OZE w Grupie ORLEN

W III kwartale 2025 r. Grupa ORLEN dysponowała łączną mocą 1647 MW w odnawialnych źródłach energii, w tym 698 MW w instalacjach fotowoltaicznych, 619 MW w energetyce wiatrowej, 203 MW w energetyce wodnej oraz 128 MW w biopaliwach.

Koncern, poprzez rozwój projektów własnych i akwizycje, powiększa portfel mocy OZE i w konsekwencji realizuje cel strategiczny rozbudowy aktywów energetyki odnawialnej do 9 GW w 2030 i 12,8 GW w 2035 roku. Segment Energy będzie oparty o nisko- i zeroemisyjne źródła, co pozwoli Grupie ORLEN dekarbonizować produkcję i rozwijać zrównoważoną ofertę produktową.

Nabycie projektu fotowoltaicznego w Płocku wpisuje się w konsekwentnie realizowaną strategię zwiększania udziału własnej, czystej energii i wzmacniania kompetencji w obszarze OZE.

„Ostatni dzwonek” na dopłaty: do połowy stycznia wykorzystano ponad 92% budżetu programu „NaszEauto”

Według danych z końca grudnia 2025 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 132 775 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). Przez dwanaście miesięcy ubiegłego roku ich liczba zwiększyła się o 52 749  szt., czyli o 118% więcej niż w analogicznym okresie 2024 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Pod koniec grudnia 2025 r. po polskich drogach jeździło 237 649 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 121 606 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 116 043 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 11 672 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec grudnia składała się z 28 456 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 274 287 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 1 854 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 1 731 szt., zaś wodorowe – 123 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec grudnia 2025 r. w Polsce funkcjonowały 11 762 ogólnodostępne punkty ładowania pojazdów elektrycznych. 37% z nich (4 399) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 63% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW.

Pod względem liczby rejestracji BEV grudzień 2025 r. był najlepszym miesiącem w historii polskiej elektromobilności – z salonów wyjechało ok. 7,7 tys. nowych, osobowych „elektryków”. Przez 12 miesięcy takich pojazdów przekroczył 7%. Łącznie w ubiegłym roku w Polsce przybyło prawie 53 tys. tys. samochodów całkowicie elektrycznych – ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej. Bardzo symboliczny jest fakt, że operatorzy w 2025 r. uruchomili znacznie więcej nowych, ogólnodostępnych punktów DC (ok. 1,73 tys.) niż AC (ok. 1,37 tys.). Liczba punktów wzdłuż sieci TEN-T wzrosła o ponad 63%. Po tak dobrych wynikach, w rok 2026 wchodzimy z umiarkowanym optymizmem. Do połowy stycznia wykorzystano już ponad 92% budżetu programu „NaszEauto”, a zatem może być to dosłownie ostatni dzwonek na nabycie „elektryka” z dopłatą.  Dlatego w odróżnieniu do lat poprzednich, najlepsze wyniki rejestracji BEV zostaną odnotowane w pierwszych tygodniach a nie pod koniec roku. W kolejnych miesiącach zakończenie programu wsparcia zrównoważą w pewnym stopniu m.in. nowe limity amortyzacji samochodów na gruncie ustaw o podatku dochodowym mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

Licznik Elektromobilności: 2025 absolutnie rekordowym rokiem na polskim rynku samochodów elektrycznych

– Grudzień 2025, podobnie jak cały rok okazały się być rekordowe pod względem rejestracji nowych samochodów zeroemisyjnych. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że jest to wynik działania bardzo atrakcyjnego systemu dopłat, w którym kwoty dofinansowania do samochodów osobowych i dostawczych mogły wynieść odpowiednio 40 i 70 tys. zł. Niestety, biorąc pod uwagę informacje z Ministerstwa Klimatu i Środowiska, że w najbliższym czasie podobny program raczej nie pojawi się, można spodziewać się, że ten rok zamkniemy wynikiem gorszym niż rok poprzedni. Należy jednak mieć nadzieję, że efekt popularyzatorski, z jakim mamy do czynienia dzięki działaniu programu dopłat, spowoduje, że choć wyniki w roku 2026 będą niższe, jednak nie tak znacząco. Nie bez znaczenia jest też fakt, że coraz więcej firm wdraża politykę ESG (Environmental, Social, Governance), która wiąże się m.in. z koniecznością zakupu pewnej liczby samochodów zeroemisyjnych do flot firmowych. Na miniony rok 2025 patrzymy więc z dużą satysfakcją, ale i z optymizmem czekamy na wyniki w roku 2026 – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Konsolidacja i reorganizacja szpitali: nowe ramy prawne mają wzmocnić bezpieczeństwo finansowe placówek

Reforma szpitalnictwa, która weszła w życie, nie jest początkiem „rewolucji”, lecz długo oczekiwanym etapem porządkowania systemu. Daje realną szansę na racjonalizację sieci szpitali, większą efektywność i większe bezpieczeństwo finansowe. Nowe przepisy o reorganizacji i konsolidacji placówek wreszcie stwarzają ramy prawne, które pozwalają myśleć o ochronie zdrowia w sposób systemowy, a nie interwencyjny. Kluczem do sukcesu będzie partnerstwo pomiędzy Ministerstwem Zdrowia, NFZ i samorządami, ale także aktywne włączenie środowisk eksperckich i organizacji branżowych, które mogą wesprzeć proces merytorycznie i operacyjnie. Healthcare Poland i Polska Federacja Szpitali (PFSz) deklarują pełną współpracę w zakresie audytu jakości, doradztwa procesowego, oceny ryzyk i wdrażania standardów zarządzania.

Z perspektywy Healthcare Poland Foundation i Polskiej Federacji Szpitali kluczowe jest, by reformie towarzyszyło przejście z reaktywnego finansowania do zarządzania opartego na danych i jakości. Placówki muszą zyskać narzędzia analityczne, a nie tylko nowe przepisy. Reforma w praktyce powinna być wsparciem dla liderów szpitali, którzy już dziś wdrażają modele efektywnościowe i kultury jakości – od cyfrowego obiegu danych po raportowanie ESG i zarządzanie energią.

Nie jest to nowy pomysł – podobne modele transformacyjne funkcjonują od lat w krajach OECD. W Danii, Finlandii czy Holandii reformy konsolidacyjne doprowadziły do powstania zintegrowanych sieci szpitalnych, które działają na zasadzie centrów kompetencji i współdzielonych zasobów. Polska reforma idzie w tym samym kierunku, dostosowując się do realiów demograficznych i ekonomicznych regionów.

– To, co dziś nazywamy „reformą”, w rzeczywistości jest procesem transformacji, który od kilku lat dojrzewał w środowisku. W tym sensie nie jest to zmiana nagła, lecz rezultat ewolucji – zrozumienia, że model rozproszony, w którym każdy szpital działa w izolacji, nie jest w stanie sprostać wymaganiom nowoczesnej medycyny i ekonomiki zdrowia. To również moment, by Centrum Jakości, Audytu i Transformacji przy Healthcare Poland wskazało konkretne ścieżki dla szpitali przechodzących przez proces restrukturyzacji. Centrum opracowało zestaw narzędzi, które pozwalają łączyć ocenę jakości klinicznej z audytami energetycznymi, finansowymi i procesowymi. Dzięki temu możliwe jest wprowadzenie w życie reformy w sposób mierzony i kontrolowany – tak, by każda zmiana miała swój efekt końcowy w postaci bezpieczeństwa pacjenta i stabilności finansowej. Reforma szpitalnictwa nie jest rewolucją, lecz ewolucją w stronę dojrzałego, partnerskiego systemu opieki zdrowotnej. Polska ma szansę uczynić z niej przykład, jak zmieniać złożony system w sposób odpowiedzialny i oparty na jakości – mówi Michał Dybowski, Prezes Healthcare Poland Foundation, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju Polskiej Federacji Szpitali, Forum Ekspertów Ad Rem.

Reforma jest nie tyle kolejnym aktem legislacyjnym, ale momentem budowania nowego ładu w systemie ochrony zdrowia – opartego na faktach, zaufaniu i transparentności. To nie koniec drogi, lecz początek etapu, w którym polskie szpitale mogą stać się bardziej odporne, przewidywalne i gotowe na europejskie standardy jakości.

Zadłużenie emerytów spadło o 1,4 mld zł w pięć lat. Tylko 4% emerytów ma długi

Babcie i dziadkowie coraz częściej mogą odetchnąć w kwestii finansów. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że ich zadłużenie spadło o 1,4 mld zł w ciągu ostatnich pięciu lat. Dług osób w wieku emerytalnym sięga 5 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2021 roku wynosił 6,4 mld zł. Znacznie zmniejszyła się również liczba dłużników wśród emerytów. Seniorzy dłużej pozostają aktywni zawodowo, a wiele firm chętnie ich zatrudnia. Z danych resortu pracy wynika, że wśród osób aktywnych na rynku pracy mężczyźni pracują średnio do 69. roku życia, a kobiety do 66.

Emeryci stanowią już jedną piątą wszystkich mieszkańców Polski. Jest ich 7,39 mln, wynika z najnowszych danych GUS. Jedynie niecałe 4 proc. z nich ma długi, wskazują statystyki KRD. Nieuregulowane zobowiązania dotyczą 271,5 tys. osób i wynoszą nieco ponad 5 mld zł. Do spłaty każdy ma przeciętnie 18,7 tys. zł. Choć to wciąż znaczące liczby, to ich spadek zaobserwowany w ostatnich latach jest imponujący.

Żyjemy i pracujemy dłużej

Dane resortu pracy wskazują, że w ciągu ostatnich dziewięciu lat liczba emerytów aktywnych zawodowo wzrosła o ponad połowę. Seniorzy są mile widziani na rynku pracy. Ze statystyk Grupy Progres wynika, że 23 proc. firm planuje w najbliższym czasie przyjąć do zespołu pracownika na emeryturze, a 6 proc. wprost zachęca ich do aplikowania. Jak wskazuje GUS, wśród osób w wieku 60-69 lat pracuje 1,2 mln, a wśród starszych niż 70 lat – 197,6 tys. Spłacaniu swoich zobowiązań w pewnym stopniu sprzyjają również wyższe emerytury. Średnia taka wypłata w 2024 r. wyniosła 3862,61 zł, co oznacza wzrost o 14 proc. w ujęciu rocznym. To jednak wciąż tylko połowa przeciętnego wynagrodzenia za pracę.

Dłuższej aktywności zawodowej sprzyja również lepsze zdrowie. Po pandemicznym spadku przeciętnej długości życia w Polsce, wskaźnik znów zaczął rosnąć. Wydłuża się również prognozowany wiek życia w zdrowiu. Według GUS-u w 2024 r. wyniósł on blisko 61,62 roku dla mężczyzn i 65,32 roku dla kobiet, czyli o odpowiednio 0,3 roku i o 0,7 roku więcej w ujęciu rocznym.

Kobiety żyją dłużej, a ich emerytury często są niższe niż mężczyzn, dlatego szczególnie ważne jest, by z wyprzedzeniem zadbały o swoją przyszłość finansową. Z danych KRD wynika, że przynajmniej w przypadku zadłużenia sytuacja pań jest nieco lepsza niż panów. Dług kobiet w wieku emerytalnym sięga 2,3 mld zł, podczas gdy dług mężczyzn wynosi 2,8 mld zł. Natomiast samych dłużniczek jest już więcej. Zobowiązania ma 138,8 tys. kobiet wobec 132,7 tys. mężczyzn – dodaje Adam Łącki.

Z perspektywy odzyskiwania należności widać, że seniorzy znacznie częściej niż młode osoby reagują na pierwszy kontakt i wybierają ugodę, zamiast przeciągać sprawę.

Gdy dług powstanie, rzadko wynika z nadmiernej konsumpcji, a częściej z jakiegoś zdarzenia: śmierci partnera, poręczenia zakupów ratalnych dla członków rodziny czy wysokich kosztów leczenia. Kiedy negocjatorzy kontaktują się z seniorami, ich działania opierają się na transparentności, tak aby zrozumiale przedstawić podstawę długu i zaproponować możliwość spłaty w ratach, które będą adekwatne do możliwości finansowych dłużnika. Seniorzy są dość przewidywalni płatniczo, ale wrażliwi na niejasne zapisy i odczuwają wówczas stres. Cierpliwe wyjaśnianie jest szczególnie ważne, bo ta grupa spłaca, gdy rozumie „za co” i „ile dokładnie” powinna zwrócić pieniędzy. Dla wielu emerytów dług stanowi powód do głębokiego wstydu, a możliwość jego uregulowania przyjmują z ulgą – wyjaśnia Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Najwięcej emerytów na Mazowszu

Dane KRD wskazują, że najwyższe długi mają seniorzy mieszkający na Mazowszu. Sięgają one 778,2 mln zł, a liczba dłużników wynosi 34,1 tys. Warto jednak zauważyć, że to w tym województwie mieszka najwięcej emerytów w Polsce, czyli 1,2 mln. Drugim, zarówno pod względem zadłużenia jak i liczebności przedstawicieli starszego pokolenia, jest Śląsk. Osoby na emeryturze do spłaty mają tam prawie 721 mln zł, a zadłużonych jest 37,8 tys. Na trzecim miejscu znajduje się Dolny Śląsk, gdzie niespłacone zobowiązania ma 25,6 tys. seniorów, a ich łączny dług wynosi blisko 470 mln zł.

Najniższym zadłużeniem wyróżnia się województwo podlaskie – sięga ono tam 89,5 mln zł. Dłużników jest 4,6 tys. To region, w którym również liczba emerytów jest niska w porównaniu do reszty kraju i wynosi 267,2 tys. osób. Relatywnie nieduże problemy finansowe mają również starsi mieszkańcy Świętokrzyskiego – dług sięga tam 106,4 mln zł, które do spłaty ma niemal 5,7 tys. seniorów. Z kolei na Podkarpaciu zobowiązania wynoszą 113,2 mln zł, a liczba dłużników – 6,2 tys.

Komu zalegają

Emeryci największą kwotę – 3 mld zł, są winni funduszom sekurytyzacyjnym. Znaczną część zadłużenia stanowią zobowiązania alimentacyjne, które wynoszą 904,4 mln zł. Na zwrot czekają również instytucje finansowe, takie jak banki, SKOK-i, czy firmy pożyczkowe – to 333,3 mln zł. Seniorzy mają też długi mieszkaniowe (67,8 mln zł) oraz telekomunikacyjne (66,5 mln zł).

Zadłużenie seniorów spada. Tylko w ciągu ostatniego roku zdołali spłacić sporą część długu swoim największym wierzycielom. Fundusze sekurytyzacyjne odzyskały 674,5 mln zł, o ponad 192 mln zł zmniejszyło się ich zadłużenie wobec instytucji finansowych, a 160 mln zł zwrócili podmiotom państwowym i samorządowym. Długi mieszkaniowe spadły o prawie 16 mln zł, natomiast telekomunikacyjne pozostały prawie bez zmian.

Retail po nowemu: inspiracja, rekomendacje i pierwszy kontakt z marką decydują o koszyku

0

Decyzje zakupowe coraz rzadziej zapadają przy półce lub na etapie porównywania cen. Dane z badania „Adyen Index: Retail Report 2025” pokazują, że kluczowe wybory podejmowane są znacznie wcześniej – na etapie inspiracji, personalizowanych rekomendacji i pierwszego kontaktu z marką. Agentic commerce, dynamiczny rozwój social commerce oraz coraz niższa tolerancja dla „tarć” w procesie zakupowym wyznaczają nowe standardy handlu.

Po pierwsze: nadchodzi era prawdziwych wdrożeń AI

Przez ostatnie lata sztuczna inteligencja była dla wielu marek polem eksperymentów i testów pilotażowych. Dziś coraz wyraźniej widać, że wchodzi w fazę realnych, skalowanych wdrożeń biznesowych. Polscy konsumenci chętnie sięgają po technologie wspierające decyzje zakupowe – aż 52 proc. badanych przyznaje, że AI stanowi dla nich dużą pomoc w tym zakresie. Co więcej, 37 proc. badanych korzystało w ostatnich 12 miesiącach z asystentów AI podczas zakupów, a 51 proc. pozytywnie ocenia integrację narzędzi wyszukiwania opartych na AI w interfejsach sklepów.

Wraz z rozwojem AI wchodzimy w etap tzw. agentic commerce, w którym inteligentne systemy nie tylko wspierają decyzje konsumentów, ale aktywnie uczestniczą w procesie zakupowym. To ogromna zmiana dla rynku: to, co dla klientów oznacza uproszczenie wyboru, dla firm może prowadzić do ryzyka utraty wyróżnialności i sprowadzenia oferty do poziomu czystej porównywalności. Dlatego kluczowe staje się strategiczne podejście do tego kanału – tak, aby agentic commerce wzmacniał personalizację, lojalność i przewagę konkurencyjną marek, a nie ograniczał sprzedaży wyłącznie do ceny. W perspektywie długoterminowej wygrywać będą te organizacje, które potrafią połączyć innowację z zachowaniem kontroli nad doświadczeniem klienta, relacją z klientem i własnym modelem biznesowym – komentuje Matouš Michněvič, Country Manager CEE w Adyen.

Po drugie: social commerce jako impuls do zakupu

Coraz wyraźniej zaznacza się rola social commerce w procesie zakupowym. Już 31 proc. badanych deklaruje, że korzysta z platform społecznościowych do robienia zakupów. Tyle samo częściej sięga po produkty uznawane za modne właśnie w tym kanale. Co więcej, 38 proc. respondentów przyznaje, że jest bardziej lojalnych wobec marek, które umożliwiają zakup produktów bezpośrednio po ich obejrzeniu na platformach społecznościowych. Social media przestają być wyłącznie źródłem inspiracji, a stają się realnym kanałem sprzedaży i jednym z kluczowych pól walki o uwagę oraz decyzję klienta.

Social commerce przestaje być dodatkiem do e-commerce, a staje się jednym z jego głównych motorów wzrostu, bo łączy moment inspiracji z momentem zakupu w jednym, płynnym doświadczeniu. Klienci podejmują decyzje tam, gdzie konsumują treści – a marki, które potrafią w tym samym środowisku zapewnić szybkie, niezawodne i bezpieczne płatności, wygrywają walkę o konwersję. To model sprzedaży, który nie tylko poszerza zasięg bez generowania dodatkowych barier, ale też buduje zaufanie poprzez widoczne rekomendacje i dostarcza firmom bezcennych danych o tym, co naprawdę napędza sprzedaż – wyjaśnia Matouš Michněvič.

Po trzecie: hiperpersonalizacja w czasie rzeczywistym

O personalizacji mówi się od lat, ale 2026 rok to moment, w którym marki wchodzą w etap hiperpersonalizacji. Nie chodzi już o pojedyncze rekomendacje, ale o całe doświadczenie zakupowe projektowane pod konkretnego klienta – w czasie rzeczywistym i w każdym punkcie styku. Co ważne, konsumenci coraz częściej to doceniają: 40 proc. badanych uważa za pomocne, gdy marka analizuje ich historię zakupów i przeglądania, aby podpowiadać oferty. Jednocześnie niemal połowa (46 proc.) przyznaje, że obecne programy lojalnościowe są niedopasowane do ich realnych potrzeb. To wyraźny sygnał, że wiele marek mówi o personalizacji więcej, niż faktycznie ją realizuje.

– Wyzwaniem nie jest dziś brak danych, tylko brak unified commerce. Marki dysponują informacjami o klientach, lecz są one rozrzucone między kanałami, systemami i zespołami. Efekt? Klient dostaje „spersonalizowane” komunikaty, które nie składają się w jedno spójne doświadczenie. Dopóki firmy nie połączą sprzedaży, płatności i danych w jeden system, hiperpersonalizacja pozostanie bardziej obietnicą niż rzeczywistością – tłumaczy ekspert Adyen.

Po czwarte: brak tarć oraz immersyjne doświadczenia

W 2026 roku retail coraz wyraźniej dzieli się na dwa porządki: maksymalną prostotę transakcji i maksymalną atrakcyjność doświadczenia. Z jednej strony konsumenci nie mają dziś żadnej cierpliwości do „tarcia” w procesie zakupu – 39 proc. rezygnuje, jeśli checkout trwa zbyt długo, a 22 proc. chciałoby ograniczyć wpisywanie danych do absolutnego minimum. Równie ważna staje się swoboda poruszania się między kanałami: 55 proc. badanych deklaruje większą lojalność wobec marek, które pozwalają kupić online i zwrócić towar w sklepie stacjonarnym.

Z drugiej strony, gdy klienci decydują się na wizytę w sklepie, oczekują czegoś więcej niż tylko półek z produktami – 59 proc. wybiera kasy samoobsługowe, a 34 proc. mówi wprost, że sklepy stacjonarne muszą oferować ciekawsze, bardziej angażujące doświadczenia, np. w formie VR/AR czy wydarzeń specjalnych.

O badaniu

Badanie Adyen Index: Retail Report 2025 przeprowadzono między 26.02.2025 a 12.03.2025 br. na grupie 41 tys. konsumentów i 14 tys. przedsiębiorstw handlowych. Ankietowani pochodzili m.in. z: Polski, Wielkiej Brytanii, USA, Kanady, Brazylii, Meksyku, Francji, Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Portugalii, Holandii, Belgii, Danii, Norwegii, Szwecji, Estonii, Łotwy, Litwy, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Singapuru, Malezji, Hongkongu, Japonii i Australii, Indii oraz Chin. W Polsce badaniem objętych zostało 1001 konsumentów oraz 500 przedsiębiorstw.