Sieć Biedronka po raz kolejny nagrodzi pisarza i ilustratora książki dla dzieci. Na zwycięzców czeka po 100 tys. zł i debiut wydawniczy

– Piórko to konkurs literacki adresowany do tych, którzy lubią pisać, ale z tego zajęcia nie zrobili jeszcze sposobu na życie. Nagradzamy debiutantów, a oprócz gratyfikacji finansowej efektem tego projektu jest wydanie zwycięskiej książki i jej dystrybucja w sieci Biedronka – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka i jeden z jurorów konkursu. W tym roku odbywa się już jego siódma edycja, a książki dla dzieci nagrodzone w sześciu poprzednich sprzedały się w ponad 320 tys. egzemplarzy. W tym roku wszystkie doczekają się wznowienia.

– Jesteśmy przekonani, że warto wspierać czytelnictwo, bo mądre książki i wartościowe opowieści o życiu wzbogacają dzieci o coś bardzo wartościowego, pewien bagaż, z którym idą dalej w świat. Z tego przekonania zrodził się pomysł, aby wspierać talenty literackie i graficzne, które dzięki konkursowi Piórko oraz promocji książki w ponad 3 tys. sklepów sieci Biedronka w całej Polsce mają szansę na swój pierwszy literacki sukces. Po sześciu edycjach konkursu wiemy, że w wielu przypadkach to jest dopiero początek ich dalszej kariery – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa.

Jak podkreśla, z roku na rok coraz więcej osób kupuje książki nagrodzone w konkursie Piórko. Sprzedają się bardzo dobrze we wszystkich sklepach sieci Biedronka, zarówno w mniejszych miejscowościach, jak i w największych polskich miastach.

– Wiemy, że jest bardzo duże grono klientów, którzy czekają na kolejną nagrodzoną pozycję i nowy debiut w naszej ofercie. Porównując sprzedaż zwycięskich książek w kolejnych latach, widzimy, że jest coraz większa. Przy okazji kolejnych konkursów wznawiamy również wcześniejsze publikacje konkursowe, bo wiemy, że te książki mają wielu fanów i sporo osób poszukuje ich w sklepach – dodaje dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Pierwsza edycja konkursu odbyła się w 2015 roku, a projekt od początku cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem debiutujących twórców oraz małych czytelników. Łącznie w pięciu edycjach zgłoszonych zostało blisko 22 tys. prac tekstowych i graficznych. Na liście nagrodzonych pozycji są: „Szary domek”, „Córka bajarza”, „Nieustraszony Strach na Wróble”, „Mały Saj i wielka przygoda”, „O królewiczu, który się odważył” i ubiegłoroczny debiut – „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”. Wszystkie pozycje sprzedały się w sumie w ponad 320 tys. egzemplarzy.

–  Zwycięstwo w zeszłorocznej edycji konkursu Piórko było dla mnie bardzo dużym wyróżnieniem. Zważywszy, że w jury zasiadały postacie nieprzypadkowe, tym większa radość w sercu – mówi Agnieszka Syczyło, autorka „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”.

Laureatka nie ukrywa, że jej aktywność zawodowa jest zupełnie niezwiązana z pisaniem i jej twórczość to działalność amatorska i hobbystyczna, a do dziś trafiała głównie do szuflady.

– Nawet po informacji o tym, że moje opowiadanie zwyciężyło, nie sądziłam, że może to być jakiś przełom w mojej twórczości. Moment, w którym uwierzyłam w swój sukces, przyszedł znacznie później. Tak na dobrą sprawę wtedy, kiedy rzeczywiście fizycznie mogłam wziąć książkę do ręki i spłynął na mnie ten splendor, odrobina chwały, której w takim momencie doświadcza autor. To było bardzo miłe przeżycie. Jest to w pewien sposób budujące i zachęcające do tego, żeby coś z tym pisaniem dalej zrobić. Mam nadzieję, że dla mnie to nie jest jeszcze koniec kariery pisarskiej – podkreśla Agnieszka Syczyło.

Ubiegłoroczny harmonogram konkursu Piórko został nieco zakłócony przez pandemię. Przesunęły się terminy składania prac, rozstrzygnięcia i informacji o wygranej.

– Do mnie ta informacja dotarła w kwietniu, a był to miesiąc moich urodzin, więc tym większa była moja radość z takiego prezentu. Na oficjalne ogłoszenie musiałam poczekać do czerwca, a na publikację do listopada. Mam nadzieję, że w tym roku pandemia już nikomu nie pokrzyżuje planów – dodaje laureatka.

Konkurs Piórko skierowany jest do debiutujących pisarzy i ilustratorów, których zadaniem jest stworzenie książki dla dzieci w wieku 4–10 lat. Zgłoszenia w tegorocznej edycji przyjmowane są do 22 marca, a 30 września książka ma być dostępna w sprzedaży. Zgłoszone prace oceni profesjonalne jury, w skład którego wchodzą pisarze, dziennikarze i osoby związane z literaturą dziecięcą.

– Do 22 marca włącznie każdy zapalony literat, który chciałby zmierzyć się w konkursie i chciałby wysłać swoją propozycję tekstu książki dla dzieci, może to zrobić na stronie piorko.biedronka.pl – wskazuje Arkadiusz Mierzwa.

Laureaci konkursu Piórko – autor książki i ilustrator – otrzymają po 100 tys. zł. To jedna z najwyższych nagród finansowych w konkursach literackich organizowanych w Polsce.

Blockchain może zrewolucjonizować sporządzanie testamentów. Za nowymi technologiami musi jednak podążyć prawo

Testament sporządza zaledwie 8 proc. Polaków. Wykorzystanie nowych technologii mogłoby ten odsetek znacząco zwiększyć. Część stanów  w USA wprowadziła już możliwość tworzenia, podpisywania i przechowywania testamentu online. Technologia blockchain pozwala stworzyć praktycznie niemożliwy do zhakowania łańcuch. – Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, niezależnie od technologii, w którym został sporządzony, można nim podpisać również testament – wskazuje radca prawny Aldona Leszczyńska.

– Stajemy się społeczeństwem cyfrowym. Pandemia spowodowała, że ten proces przybrał na sile. Dlatego jedną z istotniejszych zmian w prawie byłoby umożliwienie sporządzenia testamentu w wersji komputerowej, podpisanego własnoręcznie. W tej chwili, żeby testament był ważny, musi być napisany w całości odręcznie i odręcznie podpisany – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aldona Leszczyńska, radca prawny i wspólnik w Kancelarii GWW.

Prawo spadkowe w Polsce od lat praktycznie się nie zmienia. Testament musi być własnoręcznie sporządzony przez spadkodawcę, żaden element nie może zostać przygotowany za pośrednictwem osoby trzeciej, za pomocą komputera czy maszyny do pisania. Podobnie jest w większości krajów europejskich.

Nowa technologia, która coraz szerzej wkracza w większość dziedzin życia, skutecznie rewolucjonizuje także prawo i administrację. Choćby w Polsce możliwe jest podpisywanie dokumentów cyfrowo, za pomocą profilu zaufanego. Prawo spadkowe pozostaje jednak oporne na zmiany. W efekcie testamenty przygotowuje zaledwie 8 proc. Polaków po 45. roku życia (badanie Kantar Polska), przeważnie u notariusza. Jednocześnie jednak 31 proc. zwraca uwagę na wysokie koszty sporządzenia takiego dokumentu.

– Gdyby była taka możliwość, by testament mógł być napisany maszynowo czy komputerowo i podpisany odręcznie, liczba osób sporządzających testament pewnie by się zwiększyła – twierdzi wspólnik w Kancelarii GWW. – Nowe technologie mogą i są wykorzystywane w sporządzaniu testamentów w wielu państwach na świecie, głównie w państwach anglosaskich, w niektórych stanach Stanów Zjednoczonych. W Europie jest to jednak rzadkość.

W USA sądy pozwalają już np. na zdalnie składane pod przysięgą oświadczenia czy e-zeznania w wirtualnych salach sądowych. Część stanów wprowadziła też elektroniczne testamenty, m.in. Nevada czy Indiana. Użytkownik tworzy testament online i przekazuje go notariuszowi online, który następnie prowadzi czat wideo z użytkownikiem. Notariusz zadaje użytkownikowi kilka pytań, poświadcza notarialnie dokumenty i odsyła. Testament można następnie przechowywać online.

Choć dla części osób e-testamenty są mniej bezpieczne od tych tradycyjnych, to np. technologia blockchain sprawia, że są praktycznie nie do podważenia. Osoba, która chce sporządzić testament, powinna wyznaczyć osobistego pełnomocnika (depozytariusza kluczowego). Po tym, jak opiekun klucza formalnie zaakceptuje swoją rolę w sieci, zakodowany testament można przesłać do łańcucha bloków. Notariusz i świadkowie mogą potwierdzić w sieci, za pomocą klucza kryptograficznego, że spadkodawca chciał, aby ten dokument działał jako testament, a cała transakcja zostaje zarejestrowana w bloku ze znacznikiem czasu.

– Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, w jakiejkolwiek technologii byłby sporządzony, to można nim podpisać również testament, który powinien być ważny. Jest to na pewno novum, to się zmienia w wielu państwach i jest dopuszczalne, natomiast w Europie na razie jest to pomysł raczkujący – zauważa Aldona Leszczyńska.

Sztuczna inteligencja i robotyka zmieniają edukację. Ich rola zwiększyła się zwłaszcza w dobie pandemii

Robotyka coraz szerzej wkracza do edukacji. Roboty uczą już języków obcych, wykorzystują kodowanie dotykowe, zwiększają koncentrację uczniów, wspomagają nauczanie inżynierii i matematyki, pomagają też najmłodszym z autyzmem. Przykładów maszyn, które pomagają nauczycielom, jest jednak znacznie więcej, a ich rolę podkreśliła pandemia. – Tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems.

– Robotyka w edukacji dopiero zaczyna się rozwijać, ale widać, że ten trend jest bardzo obiecujący, a sytuacja z pandemią pokazała, że faktycznie może mieć to sens. Jest to jeden z driverów, który powoduje, że nowoczesne technologie, sztuczna inteligencja, robotyka w szczególności, rozwijają się, a użytkownicy końcowi coraz bardziej doceniają jej zastosowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems. – W świecie naukowym już od kilku lat prowadzone są badania nad możliwościami i korzyściami, jakie te technologie robotyczne oferują, w szczególności w edukacji, również w edukacji dzieci w wieku przedszkolnym.

World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje. To sprawia, że edukacja musi przejść metamorfozę, by przygotować najmłodszych do zmieniającego się rynku pracy. Nauczyciele nie zawsze potrafią i mają narzędzia, by wprowadzić dzieci w nowe technologie. Ich rolę coraz częściej przejmują roboty.

Dla przykładu Cubelets to małe bloki robotów, które wykorzystują kodowanie dotykowe, wspierają współpracę, umiejętności komunikacyjne, pracę zespołową, myślenie komputerowe i krytyczne czy kodowanie. Roboty Pepper i NAO z kolei zwiększają koncentrację uczniów, sprzyjają kreatywności, poprawiają motywację, umiejętności analityczne, wspierają rozwój społeczny i emocjonalny.

– Żyjemy w tzw. świecie VUCA (Volatility – zmienność, Uncertainty – niepewność, Complexity – złożoność i Ambiguity – niejednoznaczność – przyp. red.) ogólnych warunków i sytuacji, który się bardzo szybko zmienia, i rozwój technologii będzie miał duży wpływ np. na strukturę zatrudnienia w niedalekiej przyszłości, a jednocześnie zmiany demograficzne powodują, że dostęp do edukacji nie jest niestety równy. Wiele dzieci jest w pewien sposób zaniedbanych edukacyjnie, rośnie grupa tych, które mają szereg różnych problemów rozwojowych. Tam technologia może wspierać proces edukacyjny – przekonuje Paweł Zarzycki.

Pandemia unaoczniła, że sztuczna inteligencja i robotyka mają olbrzymie znaczenie w edukacji. Kiedy nauczanie przeniosło się do sieci, niejednokrotnie okazywało się, że nauczycielom brakuje odpowiednich narzędzi do takiej formy nauki.

– Wiele ośrodków, zarówno prywatnych, jak i badawczych, pracuje nad zastosowaniem tych technologii, z jednej strony w sposób hybrydowy, czyli w szkole, w klasie, tam, gdzie roboty mogą być dodatkowym pomocnikiem, bardziej kolegą niż nauczycielem. Ale z drugiej strony wszędzie tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia ekspert.

Na znaczeniu w edukacji zyskuje sztuczna inteligencja. Pomaga się dowiedzieć, co uczeń robi, a czego nie, budując spersonalizowany harmonogram nauki z uwzględnieniem luk w wiedzy. W ten sposób SI dostosowuje program do specyficznych potrzeb uczniów, zwiększając ich efektywność.

– Proste, zwykłe urządzenie nie będzie w stanie efektywnie wspierać procesu edukacyjnego, dlatego wykorzystanie sztucznej inteligencji pomaga np. w zbudowaniu spersonalizowanych robotów, które potrafią dopasowywać swój sposób interakcji do postępów danego dziecka, do jego stanu emocjonalnego, do jego bieżących problemów, wyzwań czy rozwijania talentów. Zastosowanie sztucznej inteligencji w tych narzędziach robotycznych ma duże znaczenie – podkreśla prezes SmartLife Robotics.

Coraz większa ekspozycja na „inteligentną” technologię rodzi pytania dotyczące sposobów, w jakie dzieci ją rozumieją i jak mogą się z nią uczyć. Dlatego powstają platformy, na których dzieci uczestniczą w kreatywnych zajęciach programistycznych, uczą się, jak tworzyć gry, programować roboty i trenować własne modele sztucznej inteligencji.

– Na MIT prowadzony jest taki projekt Cognimates, który pokazuje bardzo małym dzieciom w wieku przedszkolnym, jak działa sztuczna inteligencja, jak się z nią obchodzić, buduje zaufanie do inteligentnych rozwiązań. Dzieci w wieku przedszkolnym są w stanie samodzielnie zbudować w ciągu kilku tygodni działające rozwiązanie wykorzystujące sztuczną inteligencję, np. rozpoznawanie obrazów, rozpoznawanie twarzy czy mowy – wskazuje ekspert.

Jak ocenia, inteligentne roboty i platformy nie zastąpią nauczycieli, na pewno jednak w coraz większym stopniu będą wspomagać ich pracę. Już teraz w szkołach wykorzystywane są roboty, które na podstawie lekcji prowadzonych przez nauczyciela pomagają lepiej przyswoić wiedzę. Z kolei humanoidalny robot Kaspar wspiera dzieci cierpiące na autyzm lub mające problemy z komunikacją. Działa jako mediator społeczny, ucząc dzieci komunikowania się i interakcji z innymi ludźmi. Kaspar jest również w stanie samodzielnie reagować na dotyk, pomagając dzieciom z autyzmem uczyć się akceptowanych społecznie interakcji dotykowych.

 Obserwujemy ogromny skok cywilizacyjny, jeśli chodzi o dostępne technologie, jak druk 3D, moc obliczeniowa, przetwarzanie w chmurze, algorytmy sztucznej inteligencji. To powoduje, że dzisiaj niewielkie, małe firmy wszędzie na świecie pracują nad takimi rozwiązaniami i w ciągu dosłownie kilku miesięcy są w stanie proponować nowe rozwiązania, wdrażać je i komercjalizować – wskazuje Paweł Zarzycki.

Co powie Powell?

Środowe posiedzenie FOMC będzie kluczowym punktem dla rynku walutowego w tym tygodniu. Inwestorzy czekają na ocenę Fedu dotyczącą zarówno sytuacji na rynku obligacji, jak i stanu amerykańskiej gospodarki. Od wyniku posiedzenia zależą dalsze nastroje na rynku i perspektywy wyceny dolara amerykańskiego.

Decydenci Fedu stoją w obliczu rosnących rentowności obligacji skarbowych i danych w znacznej mierze lepszych od oczekiwań. Spodziewamy się, że przewodniczący FOMC (pol. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku) Jerome Powell o krótkoterminowych perspektywach będzie wypowiadać się z optymizmem. Mimo to uważamy, że w dużej mierze utrzyma niedawną retorykę, dystansując się od założeń rynku o szybszym niż spodziewane zacieśnieniu polityki monetarnej. Naszym zdaniem Powell będzie miał prawdopodobnie trudne zadanie, starając się wyrazić optymizm i jednocześnie przekonać rynki, że Fed zignoruje krótkoterminowy wzrost inflacji i w przewidywalnej przyszłości utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Poniżej pokrótce przedstawiamy, jakie trzy tematy naszym zdaniem będą najważniejsze w kontekście najbliższego posiedzenia FOMC i jak może ono wpłynąć na rynek walutowy.

Wypowiedzi Powella na temat wyprzedaży na rynku obligacji

W przeciwieństwie do członków EBC Powell przyjął spokojne stanowisko wobec gwałtownej wyprzedaży na globalnych rynkach obligacji w bieżącym roku, kiedy to rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych przekroczyła poziom 1,6%, znajdując się najwyżej od ponad roku (Wykres 1). Powell na początku miesiąca wyraził pogląd, że wyprzedaż ta nie była chaotyczna, jednocześnie zaznaczył jednak, że „jeśli warunki ulegną istotnej zmianie, komitet jest przygotowany do użycia narzędzi, które mają wesprzeć osiągnięcie wyznaczonych celów”.

Wykres 1: Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA (marzec ‘20 – marzec ‘21)Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Nie uważamy, że Powell będzie próbował wykorzystać swoją retorykę do obniżenia rentowności obligacji w tym tygodniu, w przeciwieństwie do prezes EBC Christine Lagarde. Sądzimy, że prezes Fedu zamiast tego prawdopodobnie użyje języka, który zarówno złagodzi oczekiwania inflacyjne, jak i uspokoi zakłady inwestorów oczekujących wyższych stóp procentowych i rychłego wycofania się Fedu ze skupu aktywów. Bez wątpienia powtórzy, że Fed pozostaje w trybie oczekiwania, wskazując jednocześnie na znaczny zastój w gospodarce i zaznaczając, że wszelkie wzrosty inflacji będą przejściowe. Spodziewamy się, że ponownie stwierdzi, że przed Fedem długa droga, by osiągnąć cel, którym jest pełne zatrudnienie i inflacja utrzymująca się na średnim poziomie 2%.

Nowe prognozy PKB i inflacji

Uczestnicy rynku będą w środę przyglądać się uważnie również publikacji zrewidowanych prognoz FOMC dotyczących wzrostu gospodarczego i inflacji. W minionych tygodniach dane makroekonomiczne dotyczące amerykańskiej gospodarki w większości pozytywnie zaskakiwały. Złagodzenie restrykcji i imponujący postęp szczepień w USA spowodowały, że inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższego wzrostu w nadchodzących miesiącach. Zatwierdzony niedawno przez prezydenta Bidena pakiet stymulacyjny w wysokości 1,9 bln dolarów, który obejmuje bezpośrednie wypłaty 1400 dolarów amerykańskim obywatelom, również będzie wspierać aktywność gospodarczą i może spowodować znaczący wzrost zatrudnienia przed końcem roku. Dlatego spodziewamy się dość istotnej korekty w górę prognozy wzrostu gospodarczego w 2021 roku z 4,2%, przewidywanych w grudniu, i korekty w dół prognozy bezrobocia.

Ogólny pogląd dotyczący inflacji zakłada, że bardzo możliwe, że przekroczy ona 2-procentowy cel Fedu w najbliższych miesiącach, więc rewizja prognozy na 2021 rok jest w tym tygodniu prawdopodobna. Inflacja bazowa w USA w lutym zaskoczyła nieco in minus, notując najniższy od ośmiu miesięcy poziom 1,3% w ujęciu rocznym. Oczekuje się jednak, że ten spadkowy trend odwróci się w kwietniu, po roku od restrykcyjnych lockdownów, które zamroziły gospodarkę i zahamowały aktywność konsumencką. Dużym zmartwieniem dla inwestorów nie będzie to, czy inflacja przekroczy cel Fedu, ale na jak długo. Według naszych przewidywań zarówno prognozy Fedu, jak i towarzyszące im komunikaty będą podkreślać, że prawdopodobnie będzie to przejściowe i spowodowane, przynajmniej częściowo, jednorazowym wzrostem cen energii.

Uważamy, że Fed nie będzie zaniepokojony wzrostem inflacji powyżej założonego celu 2% w tym roku, jeśli uzna go za przejściowy. Warto pamiętać, że preferowana przez Rezerwę Federalną miara inflacji, indeks PCE, od października 2018 roku każdego miesiąca pokazuje dynamikę niższą niż 2% (Wykres 2). Oznacza to, że inflacja musiałaby utrzymywać się powyżej celu 2% przez długi czas, by indeks ten osiągnął średnio ponad 2%.

Wykres 2: Inflacja PCE w USA (2014 – 2021)Inflacja PCE w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Zrewidowane prognozy stóp procentowych

Równolegle do projekcji makroekonomicznych FOMC opublikuje na posiedzeniu także kwartalne prognozy stóp procentowych (swój „dot plot”). Na grudniowym zebraniu tylko jeden z siedemnastu członków Fedu spodziewał się ich podwyżki w 2022 roku, a pięciu – do końca 2023 roku (Wykres 3).

Wykres 3: „Dot plot” FOMC (grudzień 2020)Dot plot

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Chociaż uważamy za mało prawdopodobne, by mediana prognoz wskazywała na pierwszą podwyżkę w 2023 roku, spodziewamy się przynajmniej, że kilku dodatkowych członków Fed będzie przewidywać wyższe stopy w ciągu najbliższych trzech lat. Zmiana mediany na pokazującą podwyżki przed 2024 rokiem byłaby bardziej zgodna z wyceną rynku, który spodziewa się jednej pełnej podwyżki w pierwszym kwartale 2023 roku. Stałoby to jednak w opozycji do niedawnej narracji przewodniczącego Powella, który deklarował, że stopy pozostaną niezmienione w przewidywalnej przyszłości.

Jak może zareagować rynek?

W ujęciu ogólnym uważamy, że Fed będzie starał się nie wprowadzać zamieszania na posiedzeniu w tym tygodniu i pozostawi wszelkie znaczące zmiany w zakresie komunikacji z rynkiem dotyczącej przyszłych działań na lato. Kluczowe będzie raczej to, czy Powell zdoła przekonać inwestorów, że bank centralny zignoruje tymczasowe wzrosty inflacji. Jeśli to się uda, rentowności obligacji prawdopodobnie spadną, a dolar doświadczy deprecjacji. Jednocześnie zbiór komunikatów wskazujących na całkowity brak troski o wyższe rentowności długoterminowych skarbowych papierów dłużnych prawdopodobnie prowadziłby do kolejnej wyprzedaży obligacji. Historycznie można by oczekiwać, że drugi scenariusz byłby pozytywny dla dolara. Nie jest dla nas jednak zupełnie jasne, czy otwarcie inflacjonistyczna postawa Rezerwy Federalnej powinna być optymistyczna dla amerykańskiej waluty.

Posiedzenie FOMC i jego konsekwencje będą miały znaczenie nie tylko dla dolara, ale też dla szerokiego rynku, w tym dla złotego. Uspokojenie sytuacji na amerykańskim rynku obligacji i słabszy dolar powinny korzystnie oddziaływać na złotego. Z drugiej strony alternatywny scenariusz, w którym na rynek wraca niepokój, mógłby wywrzeć dodatkową presję na polską walutę.

Decyzje i nowe projekcje Fedu poznamy o 19:00 w środę; konferencja prasowa Powella rozpocznie się o 19:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Ponad połowa społeczeństwa chce się zaszczepić. Największe zaufanie budzi preparat Pfizera

Prawie 52% Polaków chce się zaszczepić przeciw COVID-19. Wśród chętnych przeważają seniorzy po 60. roku życia, mieszkańcy dużych miast oraz osoby z wyższym wykształceniem. Natomiast największy opór wykazują rodacy w wieku 30-39 lat, zamieszkali na wsiach, a także posiadający podstawowe i gimnazjalne wykształcenie. Ankietowani, gdyby mieli wybór, najchętniej przyjęliby preparat Pfizera – 29,5%. W dalszej kolejności wskazują Johnson & Johnson – przeszło 11%, firmę Moderna – prawie 9%, jak również AstraZeneca – ponad 3%. Dla nieco ponad 15% nie ma znaczenia, który byłby to środek. Z kolei 29% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania.szczepienie polaków

Badanie zrealizowane w ostatni weekend przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykazało, że 51,6% Polaków chce przyjąć szczepionkę przeciw COVID-19. Natomiast 30,5% ankietowanych nie ma takiego zamiaru. 14,3% respondentów jest niezdecydowanych.

– Fakt, że 30,5% Polaków nie chce się zaszczepić, może oznaczać, że np. wiele z tych osób już przechorowało koronawirusa i czuje się bezpiecznie. Jednak na pewno nie dotyczy to wszystkich. Skala niechęci do jednej z największych zdobyczy medycyny jest dla mnie przerażająca – wyznaje dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego SPZOZ w Krakowie.

Chęć zaczepienia deklarują przede wszystkim osoby powyżej 60. roku życia. Następni w kolejności są Polacy mający 40-49 lat, a za nimi – rodacy w wieku 50-59 lat. Największe zainteresowanie szczepieniami występuje w miastach liczących ponad 500 tys. ludności. Potem są ośrodki, w których mieszka od 100 tys. do 200 tys. osób. Wśród chętnych przeważają ludzie z wyższym i ze średnim wykształceniem.

– Głównie chcą się szczepić najstarsze osoby, które czują się najbardziej zagrożone. I nie ma w tym nic dziwnego. Jednak ta tendencja się zmienia, bo coraz częściej młodzi ludzie ciężko przechodzą zakażenie. Najwięcej zwolenników jest wśród najlepiej wykształconych Polaków, mieszkających w dużych miastach. Oni często obawiają się, że przez chorobę mogliby stracić nie tylko zdrowie, ale też pracę – mówi Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH.

Z badania również wynika, że nie chcą się zaszczepić głównie Polacy w wieku 30-39 lat, mieszkańcy wsi i miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności. Przeważnie są to ludzie z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym.

– Trzeba przyznać, że mieszkańcy wsi i małych miast żyją zdecydowanie wolniej niż osoby zamieszkałe w dużych aglomeracjach. Nawet gdy chorują, to z reguły pod względem psychicznym przechodzą to łagodniej od swoich rówieśników z wielkich miast – zwraca uwagę ekspert z UCE RESEARCH.

Gdyby była możliwość wyboru, najwięcej chętnych przyjęłoby szczepionkę koncernu Pfizer – 29,5%. Następnie badani wskazują preparat Johnson & Johnson – 11,3%, a potem – firmy Moderna – 8,8%. Dopiero dalej w zestawieniu jest AstraZeneca – 3,4%, a także Sputnik V – 1,9%. Środek chińskiej produkcji chciałby przyjąć tylko 1% ankietowanych. Dla 15,1% zainteresowanych szczepionką nie ma żadnego znaczenia, która by to była. 29,1% jest jeszcze niezdecydowanych.

– Największa popularność preparatu Pfizera może wynikać z tego, że od początku był rekomendowany dla wszystkich grup wiekowych. Z kolei szczepionka AstraZeneca, która również jest dobra, była niezręcznie wprowadzana na rynek. Nie zalecano jej seniorom z uwagi na nieukończone wówczas badania kliniczne – wyjaśnia dr Friediger.

Szczepionka Pfizera jest najpopularniejsza wśród seniorów, mieszkańców miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności i osób z wyższym wykształceniem. Johnson & Johnson również budzi największe zaufanie w gronie najstarszych Polaków, ale także pośród ludzi zamieszkałych w największych miastach i posiadających zasadnicze wykształcenie. Z kolei preparat firmy Moderna cieszy się szczególnym zainteresowaniem w grupie wiekowej 20-29 lat, w ośrodkach miejskich liczących od 100 tys. do 200 tys. mieszkańców i wśród osób z wyższym wykształceniem. Natomiast AstraZeneca jest najczęściej wskazywana przez ludzi w wieku 18-29 lat, żyjących w niewielkich miejscowościach i mających zasadnicze lub najniższe wykształcenie.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 12-14.03.2021 r. przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Wzięło w nim udział 1001 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Euro znów dąży do 4,60 zł

Spokój na rynkach wbrew pozorom nie przysłużył się polskiemu złotemu. Inwestorzy wciąż nie są pewni, czy Polska nie będzie dążyć do sztucznego osłabiania waluty, a to nie służy inwestowaniu w złotego.

Złoty znów w odwrocie

Po ostatnim dotarciu kursu EURPLN do poziomu 4,60 mieliśmy wyraźną 3 groszową korektę. Od tego czasu w ciągu tygodnia widzieliśmy powolny ruch w górę i znów jesteśmy świadkami nieśmiałego ataku na okolice 4,60 zł za jedno euro. Ostatnie wypowiedzi prezesa NBP, mówiące o gotowości banku do kolejnych interwencji na rynku, odstraszyły inwestorów chętnych do gry na umocnienie polskiej waluty. Dlatego do momentu aż nie pojawi się jakiś wyraźny sygnał, np. w postaci dobrych danych makroekonomicznych powinniśmy przyzwyczaić się do słabszego złotego.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy wyraźnie lepszy od oczekiwań indeks instytutu ZEW. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro pomagają wspólnej walucie iść w górę. W rezultacie od publikacji widzimy odbicie euro względem głównych walut w tym dolara, gdzie ostatnimi dniami po przebiciu w dół poziomu 1,20 dolara za jedno euro zmienność wyraźnie spadła. Jedyną istotną walutą, która zyskuje do euro dzisiaj, jest frank, który odrabia straty po ostatniej wyraźnej przecenie.

Rumunia nie zmienia stóp procentowych

Na wczorajszym posiedzeniu Narodowego Banku Rumunii nie doszło do zmiany stóp procentowych. W rezultacie pozostały one na poziomie 1,25%. Gdyby nie Chorwacja byłby to najwyższy poziom obserwowany obecnie w całej Unii Europejskiej. Patrząc na lekki spadek rumuńskiej waluty, inwestorzy trochę liczyli na zapowiedzi podwyżek stóp procentowych. Powodem tych oczekiwań jest rosnąca inflacja. Która po dołku na poziomie 2,1% pod koniec 2020 roku znów przekroczyła 3%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
14:15 – USA – wykorzystanie mocy produkcyjnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Klienci e-sklepów narzekają na słabą obsługę

Jak stracić klienta i zrazić do siebie ludzi? To proste – fatalną jakością obsługi. Jak wynika z badania GlobalWebIndex, aż 3 na 5 osób podczas zakupów w sieci, najbardziej obawia się kiepskiej jakości serwisu. Niepewność budzi także słaba reputacja marki. Łaska klienta na pstrym koniu jeździ. Czy można go ujarzmić?

W hollywoodzkim hicie pt. “Jak stracić chłopaka w 10 dni” Benjamin Barry, grany przez Matthew McConaughey, robi wszystko, żeby zatrzymać przy sobie partnerkę, mimo że jej kapryśny charakter niejednokrotnie wyprowadza go z równowagi. Ta analogia doskonale pasuje do relacji między właścicielami sklepów online, a ich klientami. Dla jasności, to ci drudzy mają humorki.

Igranie z ogniem

Mimo że w ubiegłym roku całkowita światowa sprzedaż detaliczna spadła o 3% (do 23,84 bln USD), to e-commerce ma się świetnie. Jeżeli globalny handel jest tortem, to kawałek o nazwie “sprzedaż online” wart jest 4,28 bln USD. W czasie, gdy cała branża notowała ujemne wyniki, retail e-commerce mógł poszczycić się wzrostem na poziomie 27,6%.

Gigantyczny wzrost zainteresowania zakupami online, wynikający z trwania pandemii i cyklicznych lockdownów, spowodował że firmy zaczęły przykładać większą wagę do ścieżki zakupowej klienta. Studiowanie preferencji internauty i umiejętność wykorzystania danych do angażowania jego uwagi, stały się kluczowymi elementami budowy odnoszącego sukcesy sklepu internetowego – zauważa Bartosz Ferenc, współzałożyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie

Kolejną próbą odpowiedzi na pytanie: jak nie stracić klienta w sieci, jest najnowszy raport Connecting the Dots, autorstwa GlobalWebIndex. Jego twórcy podjęli próbę wskazania czynników, które niepokoją klienta w momencie, gdy planuje zrobić zakupy w sieci. O opinię poproszono 8 tys. respondentów z Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Indii, Chin, Stanów Zjednoczonych i Brazylii.

Pierwszy wniosek, jaki powinien trafić do notatnika przedsiębiorcy, brzmi: nic nie potrafi zniechęcić klientów do finalizacji zakupów skuteczniej niż słabej jakości obsługa. Aż 60% ankietowanych wskazało właśnie na ten aspekt. Na drugim miejscu znalazła się reputacja miejsca, w którym potencjalnie chcemy dokonać zakupu. Niewiele niższy wynik – na poziomie 50% – potwierdza, że zła passa medialna lub historie krążące na forach internetowych, mogą realnie zaszkodzić firmie.

Reputację buduje się latami, a stracić ją można niemal natychmiast. Jak podaje serwis Newvoicemedia, wystarczy zaledwie jedno negatywne doświadczenie, by ponad połowa klientów już nigdy nie podjęła współpracy z firmą, która zawodzi swojego klienta. Natomiast to tylko jeden z elementów układanki. Z działaniem firmy jest jak z łańcuchem, który jest równie mocny, co jego najsłabsze ogniwo. Dlatego chcąc osiągnąć sukces, nie możemy zaniedbać żadnego z aspektów funkcjonowania przedsiębiorstwa, a biznes musi rozwijać się organicznie – uważa Bartosz Ferenc, do którego należą również takie marki, jak jedna z największych agencji Google ads w Polsce Sembot.com czy największy w branży sklep internetowy MDC.pl.

Grupa pościgowa

Na kolejnych miejscach rankingu, opracowanego przez GlobalWebIndex, znalazły się: słabe wyniki w zakresie ochrony środowiska (39%), warunki pracy poniżej obowiązujących standardów (31%), niewystarczająca różnorodność dostawców i produktów (24%), ignorowanie kwestii społecznych i politycznych (15%), brak zróżnicowania w zakresie zatrudnionych pracowników (14%) i niewystarczająca  różnorodność wśród kadry kierowniczej wyższego szczebla (11%).

Ze zrealizowanych badań jasno wynika, że dziś – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – klienci oczekują od organizacji odpowiedzialnego podejścia do kwestii, które są dla nich istotne. Biznes przestał być bytem pozbawionym osobowości. Managerowie A.D. 2021 muszą bacznie śledzić to, co dzieje się w społeczeństwie i respektować wartości swoich klientów, a wręcz wychodzić im naprzeciw. Dzięki analityce i wielkim zbiorom danych, biznes może nareszcie podejmować takie decyzje na podstawie informacji i liczb, niemal chłodnej statystyki, a nie kierując się wyłącznie intuicją – uważa współtwórca CENTEO.pl.

Badania IDC pokazują, że organizacje, które w swoich działaniach kierowały się empatią, szybko dostosowały się do wyzwań, jakie przyniosła pandemia. Co więcej, eksperci firmy konsultingowej przewidują, że ta cecha będzie miała jeszcze większe znaczenie w okresie po COVID-19.

Jak twierdzi Lawrence Cheok, senior research manager z firmy konsultingowej IDC, w szczytowym momencie kryzysu organizacje, które wykazały się empatią wobec klienta, szybko się przystosowały. W sytuacji powrotu do normalności te najbardziej empatyczne będą mogły rozwijać się szybciej niż konkurencja głucha na potrzeby klienta. Dlatego przedsiębiorstwa muszą pozostać głęboko zintegrowane z otoczeniem, rozumieć swoją sytuację i nadal działać w sposób, który buduje zaufanie. To ważny drogowskaz dla biznesu, który w czasie postcovidowych zawirowań, niczym saper, nie może pozwolić sobie na popełnienie błędu.

Podobnego zdania jest Piotr Chwidziewicz, Head of Growth w Symetrii, agencji odpowiadającej za organizację UXalliance Design Leaders Masterclass – programu o międzynarodowej renomie i kadrze trenerów, dedykowany liderom zespołów UX.

Przytoczone wyniki badań nie są zaskoczeniem. Klienci, przyzwyczajeni do wysokiego poziomu doświadczeń w kontakcie z usługą, oczekują tego samego od każdego oferenta, niezależnie od branży czy punktu styku klienta z marką. Pojawia się pytanie, jak osiągnąć i utrzymać wysoki poziom UX? Wystarczy przyjrzeć się firmom, które odniosły sukces. Dostrzegamy coraz częściej, że uzyskanie prawdziwej biznesowej wartości dzięki działaniom UX jest możliwe, gdy utalentowani specjaliści mają wsparcie zmotywowanych i silnych liderów obszaru designu. Lider kompetencji design to przede wszystkim osoba, której zależy. Zależy na tym, by klient rzeczywiście był w centrum zainteresowania firmy, która dzięki temu osiągnie dobre efekty biznesowe a jednocześnie będzie świetnym miejscem do pracy – uważa Chwidziewicz.

Billennium otwiera biuro we Frankfurcie

Billennium, polska spółka dostarczająca rozwiązania oraz usługi IT dla biznesu, 1 marca otworzyła biuro we Frankfurcie nad Menem. Za rozwój nowego oddziału odpowiada Nina Nourafrouz, managerka z międzynarodowym doświadczeniem w dostarczaniu i wdrażaniu kompleksowych rozwiązań programistycznych.

Głównym celem powstania Billennium GmbH jest wzmocnienie pozycji firmy w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria, Liechtenstein). Billennium od wielu lat dostarcza swoje usługi i rozwiązania organizacjom działającym na tych rynkach, a otwarcie nowego oddziału zwiększy lokalne zaangażowanie firmy w przeprowadzanie klientów przez proces cyfrowej transformacji i wsparcie ich bieżących potrzeb IT. Jest to kontynuacja strategii międzynarodowego rozwoju spółki, która do tej pory posiadała swoje oddziały zagraniczne w Malezji, Indiach i Stanach Zjednoczonych.

Rozwój Billennium GmbH został powierzony Ninie Nourafrouz, która w nowo powstałym oddziale objęła stanowisko Chief Operating Officera regionu DACH. Jej działania będą wspierane przez Emilię Dryżałowską, Senior Operations Managera, odpowiadającą za ekspansję Billennium na rynkach międzynarodowych.

Od jakiegoś czasu możemy zaobserwować rosnące i pilne potrzeby w zakresie IT firm z regionu DACH, zarówno w bieżącej działalności, jak i przeprowadzenia przez proces cyfrowej transformacji czy wejścia do chmury obliczeniowej. Dla organizacji z tych rynków Billennium jest bardzo wartościowym i wiarygodnym partnerem, z dobrymi referencjami i atrakcyjną ofertą. To przede wszystkim szeroki zakres usług naszych dwudziestu trzech Centrów Kompetencyjnych, potrafiących spełnić niemal wszystkie współczesne potrzeby biznesowe w obszarze IT. Posiadamy także duże doświadczenie w prowadzeniu projektów ponad granicami. Model follow-the-sun, w którym działamy dzięki rozproszonym zespołom specjalistów, pozwala nam na bardzo elastyczne podejście do projektów realizowanych w każdym miejscu na świecie. Za rozwój nowego biura odpowiada Nina Nourafrouz, managerka z międzynarodowym doświadczeniem, doskonałą znajomością branży i regionu DACH. Jestem pewien, że dzięki połączeniu silnych stron Billennium z doświadczeniem oraz kompetencjami Niny, odniesiemy sukces na kolejnym rynku – powiedział Michał Halagiera, Chief Growth Officer w Billennium.

Vixa Games S.A. zapowiada kilka premier przed debiutem na NewConnect

Vixa Games, producent i wydawca gier wideo, specjalizujący się w casualowych rozgrywkach z segmentu indie premium, w 2021 roku wprowadzi do sprzedaży kilka projektów ze swojego portfolio. Studio udostępni Love Colors na Nintendo Switch i PC, Dino Galaxy Tennis na komputery stacjonarne oraz konsole Nintendo Switch, Play Station 4, Xbox One oraz The Crackpet Show. Ten ostatni początkowo będzie dostępny w wersji demo na PC. Pełny projekt trafi na platformę Steam do końca br., a następnie na japońską konsolę. Jednym z najważniejszych celów spółki jest debiut na rynku NewConnect, który planowany jest na początku 2022 roku.

– Intensyfikujemy działania skoncentrowane wokół premier naszych projektów. Do połowy br. planujemy udostępnić graczom Love Colors i Dino Galaxy Tennis w wersjach na Nintendo Switch i PC. Ponadto nie wykluczamy udostępnienia Dino Galaxy Tennis na PlayStation 4 i Xbox One. W czerwcu, podczas Festiwalu Gier Steam pokażemy demo The Crackpet Show. Premierę finalnego projektu gry przewidujemy do końca roku. Model biznesowy naszej spółki zakłada wieloplatformowość naszych tytułów, aby mogła w nie zagrać jak największa liczba graczy.  – informuje Juliusz Mićko, prezes zarządu Vixa Games.

Dino Galaxy Tennis to rozgrywka, która łączy sportową rywalizację z zabawą.  Podczas meczu tenisa gracz wcieli się w rolę dinozaura, którego celem będzie wygranie galaktycznego turnieju. – Dino Galaxy Tennis to casualowagra przeznaczona do tzw. lokalnego trybu wieloosobowego. Osią gry są galaktyczne zawody tenisowe rozgrywane na planetach, z których każda posiada elementy zmieniające rozgrywkę. Gracze wcielają się rolę dinozaurów ze specjalnymi umiejętnościami astro-tenisowymi. W grze dostępne są tryby współpracy dla maksymalnie 4 osób. Gra zawiera również pełny tryb fabularny dla jednego gracza oraz różne tryby wyzwań pobocznych. – dodaje Juliusz Mićko.

Love Colors, z portfolio produkcyjnego Vixa Games, obecnie jest dostępny w wersji na iOS i Android, to dotychczas jeden z najpopularniejszych tytułów Spółki. Kooperacyjna gra, w której użytkownik maluje obrazy, już niebawem zadebiutuje także na japońskiej konsoli, a następnie w wersji na PC.

Ostatnia tegoroczna propozycja Studia – The Crackpet Show – to kreskówkowa gra z gatunku roguelite oferująca rozgrywkę opartą na współpracy pomiędzy graczami. – W grze wcielamy się w zwierzęcych uczestników postapokaliptycznego turnieju, transmitowanego w mediach w formie show. Gracze będą musieli stawić czoła niezliczonym hordom wrogów i eksplorując podziemia, zdobyć popularność i sławę wśród widzów. Celem rozgrywki jest zostanie gwiazdą telewizji, a jest to możliwe tylko poprzez pokonanie przeciwników we wszystkich sezonach show. – dodaje prezes Vixa Games.

W poprzednich latach Studio produkowało i wydawało gry na urządzenia mobilne. Od 2020 roku Spółka specjalizuje się w tworzeniu średniobudżetowych gier indie premium. Model produkcyjny opiera się na tworzeniu co najmniej dwóch tytułów jednocześnie, a okres prac nad każdym pojedynczym tytułem szacowany jest na ok. 12 miesięcy. Budżet produkcyjny jednej nie przekracza 1,5 mln zł.

Najpopularniejszym dotychczas wydanym tytułem Studia jest Jumping Joe & Friends (łącznie około 150 tys. sprzedanych kopii na Nintendo Switch).

W 2022 roku Spółka chce zadebiutować na rynku NewConnect. W tym celu, w lutym br., Vixa Games została zarejestrowana w formie spółki akcyjnej. – Giełda stanowi dla nas naturalną przestrzeń dla pozyskania środków na rozwój oraz zwiększenie wiarygodności naszej spółki wśród inwestorów oraz partnerów krajowych i zagranicznych. Mamy ambitne plany i jasno sprecyzowane cele, jesteśmy gotowi by stać się spółką publiczną. Liczymy, że debiut nastąpi w perspektywie roku. – komentuje Juliusz Mićko.

Ukraińcy zarabiają w Polsce trzy razy więcej niż w ojczyźnie

Polska, mimo pandemii, pozostaje atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej dla pracowników ze wschodu, głównie z Ukrainy. Czynnikiem decydującym są względy ekonomiczne, bo o ile ceny żywności w Polsce i na Ukrainie są zbliżone to zarobki dzieli przepaść. Obecnie płaca minimalna na Ukrainie jest o 70% niższa niż w Polsce.

Pandemia nie zniechęciła obywateli państw wschodnich do pracy w Polsce. Według danych ZUS na koniec 2020 roku w Polsce było ubezpieczonych niemal o 55 tys. cudzoziemców więcej niż przed pandemią. Trzech na czterech cudzoziemców pracujących w Polsce pochodzi z Ukrainy, a kolejną największą grupę pracowników z zagranicy stanowią Białorusini (6,9%). Według raportu agencji pracy OTTO Work Force Central Europe dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce są wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji plasują się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%).

Koszyk zakupowy w Polsce i państwach wschodnich

Zarobki na Ukrainie, czy w innych państwach wschodnich, są wciąż niewspółmierne do kosztów życia, dlatego ich obywatele tak chętnie pracują w Polsce. Obecnie płaca minimalna na Ukrainie wynosi około 618 zł netto, podczas gdy w Polsce minimum jakie musi otrzymać pracownik to 2062 zł netto, czyli ponad 3 razy więcej. Z kolei porównanie koszyków zakupowych w Polsce i w krajach wschodnich, opracowane przez OTTO Work Force Central Europe, pokazuje, że koszty utrzymania pozostają na zbliżonym poziomie. W porównywanych koszykach zakupowych znalazły się podstawowe artykuły spożywcze w takich samych ilościach: chleb biały, mleko w kartonie, masło, jajka, ser żółty, schab, cukier, mąka pszenna biała, ryż biały, makaron, ziemniaki, jabłka. Zestawienie pokazuje, że za zakupy podstawowych produktów spożywczych, według uśrednionych cen największych supermarketów w danym kraju, trzeba zapłacić tyle samo na Ukrainie co w Polsce. Oznacza to, że aby zrobić takie same zakupy na Ukrainie trzeba pracować niemal dwa dni, a w Polsce pół dnia. Podobnie sytuacja wygląda na Białorusi i w Mołdawii, tam także widać dużą dysproporcję między poziomem wynagrodzenia a kosztami życia.

“Wybuch pandemii i pogorszenie sytuacji gospodarczej w wielu państwach sprawiły, że zainteresowanie cudzoziemców ze wschodu pracą w Polsce wzrosło w ostatnim czasie. Największą grupę pracowników tymczasowych stanowią niezmiennie obywatele Ukrainy, ale mamy także wielu pracowników z Białorusi i Mołdawii. Główną motywacją do przyjazdu do Polski jest oczywiście czynnik ekonomiczny. Zarobki na Ukrainie są wciąż niewspółmierne do kosztów życia, a bezrobocie na Ukrainie kształtuje się już na poziomie 9,5%” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.koszyk zakupowy – opracowanie OTTO Work Force Central Europe

Ponad 50 proc. wzrostu zysku netto Grupy R22 w 2020 r.

Notowana na GPW grupa technologiczna R22 wypracowała rekordowe wyniki finansowe. W samym IV kwartale 2020 r. przychody wyniosły 70,9 mln zł (+48 proc. r/r), znormalizowana EBITDA 18,4 mln zł (+36 proc. r/r), a skorygowany zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 5,7 mln zł (+56 proc. r/r). Dynamiczny wzrost wyników R22 to z efekt rozwoju organicznego związanego m.in. z rosnącym rynkiem e-commerce oraz cyfryzacją życia gospodarczego, jak również pierwszej zagranicznej akwizycji w segmencie CPaaS.

W całym 2020 r. kalendarzowym Grupa osiągnęła 222,7 mln zł przychodów (+31 proc. r/r), skorygowana EBITDA wyniosła 61,6 mln zł (+26 proc. r/r), a skorygowany zysk netto 22,1 mln zł (+61 proc. r/r). W związku z udanym wdrożeniem marki cyber_Folks, spółka zdecydowała o zaprzestaniu promowania marek Linuxpl.com i Hekko.pl oraz częściowym odpisaniu ich wartości. Utworzenie odpisu zmniejszyło wynik operacyjny IV kwartału 2020 r. o 2,1 mln zł, a zysk netto o 1,7 mln zł.

– Miniony rok bardzo dobrze pokazał, że rozwój Grupy R22 jest napędzany zarówno przez działania organiczne, jak i akwizycje. Konsekwentne prace optymalizacyjne i rozwojowe w obszarze dotychczasowej działalności oraz skuteczna realizacja przejęć przyczyniły się do wypracowania rekordowych wyników. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

W segmencie CPaaS Grupa osiągnęła 43,4 mln zł przychodów, czyli aż o 90 proc. więcej niż rok wcześniej. Znormalizowany wynik EBITDA wyniósł 8,9 mln zł i był o 50 proc. wyższy r/r. Od IV kwartału Grupa konsoliduje wyniki przejętej we wrześniu czeskiej spółki ProfiSMS, która w minionym kwartale osiągnęła 12,5 mln zł przychodów i 2,2 mln zł zysku EBITDA.

– Podwojenie przychodów w segmencie CPaaS to mniej więcej po równo efekt działań organicznych oraz akwizycji ProfiSMS. To pierwsza międzynarodowa akwizycja przeprowadzona przez Vercom. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, ze to był dobry krok, dlatego nie wykluczamy realizacji kolejnych przejęć. Chcemy też zwiększyć rentowność czeskiej spółki, głównie dzięki dodatkowej sprzedaży wyżej marżowych usług jak mail czy push. – komentuje Jakub Dwernicki.

W segmencie hostingu Grupa osiągnęła 22,8 mln zł przychodów, czyli o 6 proc. więcej niż rok wcześniej. Znormalizowany wynik EBITDA wyniósł 7,9 mln zł i był o 16 proc. wyższy r/r. W 2020 r. Grupa wprowadziła na rynek markę cyber_Folks, pod którą jest już ponad 100 tys. klientów. Dotychczas rebranding dotyczył marek Linuxpl.com oraz Hekko, w 2021 r. planowane jest dołączenie kolejnych marek.

– Wychodzimy poza schemat firmy hostingowej, w kierunku dostarczania dodatkowej wartości dla klienta. To podejście pokazaliśmy wprowadzając markę cyber_Folks na rynek. W tym roku będziemy ją dalej rozwijać, zastępując nią kolejne starsze marki. Pierwsze efekty tych działań widać w bardzo dobrych wynikach osiągniętych w całości dzięki działaniom na dotychczasowej grupie klientów oraz organicznego pozyskania nowych klientów. W perspektywie najbliższych kwartałów chcemy utrzymać podobne tempo wzrostu organicznego, nie wykluczamy też akwizycji. – dodaje Dwernicki.

Marka cyber_Folks została wprowadzona na bazie działalności prowadzonej pod znakami towarowymi Linuxpl.com (od kwietnia 2020 r.) oraz Hekko.pl (od października 2020 r.). Konsekwencją decyzji o ograniczeniu dalszego promowania tych marek jest utworzenie częściowego odpisu wartości znaków towarowych Linuxpl.com oraz Hekko.pl. Utworzenie odpisu zmniejszy zysk operacyjny Grupy R22 o 2,1 mln zł oraz zysk netto o niecałe 1,7 mln zł. Odpis nie ma wpływu na wynik EBITDA i z uwagi na charakter niegotówkowy nie ma wpływy na przepływy pieniężne.

Jesteśmy spółką technologiczną, a nasza działalność jest mocno związana z rynkiem e-commerce. Wspieramy przedsiębiorców w obecności w internecie oraz cyfryzacji i automatyzacji procesów biznesowych, w szczególności związanych z kontaktem z klientem. Sprzyjają nam trendy rynkowe i zmiana przyzwyczajań konsumentów. Co ważne, to przyśpieszenie widocznych od lat trendów. Chcemy dalej je skutecznie wykorzystywać i rozwijać się korzystając z obu sił napędowych. – puentuje Jakub Dwernicki.

(tys. zł) 12M 2019 12M 2020 Zmiana Q4 2019 Q4 2020 Zmiana
01.01.2019-31.12.2019 01.01.2020-31.12.2020 01.09.2019-31.12.2019 01.09.2020-31.12.2020
Przychody ze sprzedaży 169 530 222 724 31% 47 752 70 863 48%
EBIT 31 642 40 993 30% 8 770 10 841 24%
Skorygowana EBITDA1) 48 625 61 357 26% 13 643 18 160 33%
Koszty transakcyjne 1 505 1 027 -32% 531 734 38%
Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jedn. dom. 13 763 20 469 49% 3 626 3 997 10%
Odpis z tyt. utraty wartości znaków towarowych z uwzględnieniem tarczy podatkowej 0 1 673 0 1 673
Skorygowany zysk nett dla akcjonariuszy jedn. dom.2) 13 763 22 142 61% 3 626 5 670 56%
  • Skorygowana EBITDA nie uwzględnia kosztów transakcyjnych.
  • Skorygowany zysk netto nie uwzględnia odpisu z tytułu utraty wartości znaków towarowych, z uwzględnieniem tarczy podatkowej.

Walka ze smogiem za pomocą kija i marchewki. W Polsce konieczne jest jedno i drugie!

Od 1 lipca 2021 r. rozpocznie się rejestracja źródeł ogrzewania w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB). Kto nie poinformuje, czym ogrzewa swój dom lub mieszkanie, zapłaci grzywnę. Ale przewidziana jest też i nagroda – dofinansowanie termomodernizacji.

Każdy właściciel budynku lub jego zarządca powinien zapamiętać tę datę – 1 lipca 2021 r. Od tego dnia zacznie obowiązywać nakaz składania deklaracji „o użytkowanych źródłach ciepła i spalania paliw”.

Pełniąca obowiązki głównego inspektora nadzoru budowlanego Dorota Cabańska poinformowała 15 marca 2021 r. na konferencji prasowej, że do 30 czerwca zostanie w tym celu uruchomiona Centralna Ewidencja Emisyjności Budynków. Będą w niej gromadzone informacje na temat ogrzewania wszystkich budynków w Polsce. Jest ich ok. 5 mln.Czy ogrzewamy domy

 

Utworzenie Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków jest dobrym pomysłem. Przede wszystkim, rząd i samorządy będą wiedziały, jaki jest stan techniczny budynków oraz czym są one ogrzewane. Dzięki temu łatwiej będzie przygotować odpowiednie programy wsparcia termomodernizacji. Przypomnę, że w ramach programu Czyste Powietrze rząd chce przeznaczyć na ten cel ponad 100 mld zł.

Do CEEB ma być wpisywanych dużo więcej informacji, np. to, z jakich programów wsparcia korzystał właściciel danego budynku. Chodzi o to, żeby uniknąć wielokrotnego dofinansowania tych samych przedsięwzięć. Np. na wymianę kotła grzewczego lub okien właściciel budynku może obecnie dostać pieniądze w ramach różnych programów pomocowych, bo udzielające takiego wsparcia instytucje nie są w stanie tego zweryfikować.

Ponadto z CEEB będzie się można dowiedzieć, czy właściciel domu lub mieszkania korzysta z dodatku mieszkaniowego, dodatku energetycznego albo zasiłku na ogrzewanie. Przekonujące jest wyjaśnienie rządu, że tego typu dane umożliwią identyfikację budynków zamieszkiwanych przez potencjalne osoby ubogie energetycznie. Ubóstwo energetyczne oznacza, że taka osoba stoi przed dylematem: ciepły kaloryfer czy jedzenie lub leki. Według Instytutu Badań Strukturalnych, skala ubóstwa energetycznego w naszym kraju jest ogromna. Dotyka ono najczęściej właścicieli domów jednorodzinnych w małych miejscowościach. Mogą oni liczyć, że ich rachunki za ogrzewanie radykalnie spadną, bo państwo i gmina sfinansują niemal w całości termomodernizację domu i wymianę tzw. kopciucha na nowoczesny kocioł grzewczy.  Rząd słusznie zwraca uwagę, że smog i zanieczyszczenie powietrza są ściśle związane ze zjawiskiem ubóstwa energetycznego.Struktura zużycia energii

Deklarację „o użytkowanych źródłach ciepła i spalania paliw” będzie można złożyć w urzędzie gminy w formie papierowej lub wypełniając elektroniczny formularz w Internecie. Właściciele i zarządcy już istniejących domów i mieszkań dostali rok na dopełnienie tej formalności. Ci, którzy zaczną ogrzewać nowo wybudowane albo zmienią sposób ogrzewania, na złożenie deklaracji będą mieli 14 dni. Nie warto lekceważyć tego obowiązku, bo grozi za to grzywna w wysokości do 500 zł. W razie odmowy przyjęcia mandatu sprawa trafi do sądu, a wówczas grzywna może być nawet dziesięciokrotnie wyższa.

Co ważne, grzywna za przekroczenie terminu nie będzie nakładana z automatu. W ustawie wprowadzono możliwość zastosowania tzw. czynnego żalu. Chodzi o to, że kara upiecze się temu, kto zdąży złożyć deklaracje, zanim wójt, burmistrz lub prezydent miasta „poweźmie wiadomość o popełnieniu wykroczenia”. W praktyce można się więc spodziewać, że urzędnicy „przypomną” o obowiązku złożenia deklaracji, zanim wystawią mandat.

Takie sankcje wydają się konieczne. W przeciwnym razie najprawdopodobniej nie wszyscy właściciele domów ogrzewanych tzw. kopciuchami, zechcieliby to ujawnić. Niestety, palenie śmieci, w tym różnego rodzaju tworzyw sztucznych, jest w naszym kraju popularnym sposobem „domowej utylizacji”. Może o tym świadczyć przykład podkrakowskiej gminy Wielka Wieś. Jej wójt Krzysztof Wołos opowiadał, że w 2019 r. gmina postanowiła zinwentaryzować wszystkie budynki właśnie pod kątem ogrzewania. Stosowną ankietę zgodziło się wypełnić dobrowolnie aż 90% właścicieli budynków. Pozostali odmawiali tłumacząc to m.in. brakiem podstawy prawnej.

Tym, którzy kontestują tego rodzaju rozwiązaniu przypomnę dramatyczne statystyki pokazujące skutki zanieczyszczenia powietrza w naszym kraju. Jak ocenia Europejska Agencja Środowiska w Polsce z powodu smogu umiera rocznie ok. 46 tys. osób. Mniej więcej tyle samo ofiar pochłonęła do tej pory pandemia COVID-19.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Pobrexitowy spór i drażliwy temat szczepionek

Niezdecydowanie przebija się z handlu na rynkach finansowych w oczekiwaniu na serię ważnych wydarzeń. Kolejna zielona sesja na Wall Street wczoraj wlewa optymizm w inwestorów, ale na boku uwagę przyciąga pobrexitowy spór i wątpliwości wokół jednego rodzaju szczepionki w Europie.

Od strony stricte rynkowych czynników mamy posuchę, co przynosi błądzenie cen aktywów. Giełdy realizacją umiarkowane wzrosty w oparciu o optymizm dotyczący ożywienia globalnego, ale pisząc to nie wiadomo który już raz sam przyznaję, że jest to uniwersalna wymówka, by kupować akcje, jeśli nie ma innego katalizatora. Cofnięcie rentowności 10-latek USA do 1,59 proc. także można uznać za argument za nieuciekaniem od ryzykownych aktywów. Ale na FX zmiany są bardziej szumem niż czymkolwiek więcej. Wystarczy powiedzieć, że w przestrzeni G10 nietypową parą najbardziej zyskujących są dolar nowozelandzki i frank szwajcarski. Inwestorzy niewątpliwe nie angażują się w poważniejsze decyzje inwestycyjne, czekając na impulsy z kluczowych wydarzeń tego tygodnia – posiedzenie FOMC w środę, ale też Norges Bank i Bank Anglii w czwartek oraz Bank Japonii w piątek.

Zmora brexitu przypomina o sobie, co na rynku pozbawionym kierunku jest pretekstem dobrym, jak każdy inny, by wywierać lekką presję na funta. UE rozpoczyna postępowanie prawne przeciwko Wielkiej Brytanii w związku z „naruszeniem umowy brexitu” po tym, jak Londyn oświadczył, że od 1 kwietnia tymczasowo odstąpi od wymagania dodatkowych dokumentów celnych przy przesyłaniu żywności między Wielką Brytanią a Irlandią Północną. Biorąc pod uwagę, że Irlandia Północna otrzymała specjalne traktowanie w ramach brexitu dla zachowania spójności wyspy Irlandii, Morze Irlandzkie jest z punktu handlowego granicą między Wielką Brytanią a UE. Jakkolwiek postepowanie prawne brzmi niepokojąco, Komisja Europejska wciąż wyciąga rękę dla polubownych rozmów, więc nie wdziałbym w sporze istotnego czynnika ryzyka dla funta. A bynajmniej nie takiego, który przesłoniłby główny czynnik wspierający GBP w ostatnim czasie, tj. wysokie tempo szczepień przeciw COVID-19, dużo większe niż w UE.

A temat szczepionek staje się drażliwy na kontynencie wraz z rosnącą liczbą państw (już 15), które wstrzymują wykorzystanie szczepionki AstraZeneca po doniesieniach o przypadkach zakrzepicy żył mózgowych u pacjentów. Brak jest jednoznacznych dowodów, że istnieje związek między szczepionką i schorzeniem, a Światowa Organizacja Zdrowia twierdzi, że nie ma powodu, by wstrzymywać szczepienia. Intersujące, że rządy w Europie decydują się na działania prewencyjne, podczas gdy np. Australia nie widzi zagrożenia. Niewykluczone, że polityka wkrada się w proces szczepień, a wątpliwości wokół szczepionki AZ są idealną wymówką dla rozczarowującego tempa szczepień na kontynencie. Europejska Agencja Leków ma w czwartek wydać opinię i prawdopodobnie nie zabroni użycia szczepionki AZ, co powinno zakończyć ten mini-kryzys. Przynajmniej euro nie odczuwa szczególnej presji z tego tytułu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Optymalizacja kosztów i generowanie dodatkowych źródeł dochodu jednym z powodów wyboru technologii cloud

Liderzy rynkowi zgodnie twierdzą, że chmura publiczna jest rozwiązaniem, które stało się standardem, a wdrożenie tej technologii w przedsiębiorstwie zmienia sposób jego funkcjonowania w wielu obszarach. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte i ICAN Institute „Chmura publiczna w Polsce” przygotowanym przy wsparciu merytorycznym Google Cloud, migrację do chmury w polskich firmach najczęściej inicjują dyrektorzy IT. Z kolei najbardziej sceptyczni są prezesi (31 proc.) i dyrektorzy finansowi (15 proc.). Eksperci wskazują jednak, że to właśnie CFO mogą być jednymi z największych beneficjentów wdrożenia tej technologii. Ponad połowa badanych zadeklarowała, że korzystanie z chmury może przynieść oszczędności na poziomie 5-15 proc.

Z raportu wynika, że zarządy firm zdają sobie sprawę z korzyści płynących z chmury, natomiast ich wiedza w tym obszarze jest dość powierzchowna. Od decyzji dotyczącej wdrożenia powstrzymują ich różne bariery, nie zawsze mające pokrycie w rzeczywistości. CIO (dyrektorzy działów IT), którzy nie korzystają z chmury publicznej wskazali, że najczęstsze przeszkody w implementacji to niższe bezpieczeństwo (43 proc.), trudności w integracji systemów i danych (38 proc.), a także złożoność architektury w chmurze (37 proc.).

Warto zaznaczyć, że 32 proc. ankietowanych obawia się wzrostu kosztów w trakcie wdrożenia – efektu tzw. bańki migracyjnej. Obserwacja rynku oraz doświadczenia projektowe pozwalają nam jednak stwierdzić, że dobrze przygotowane i prawidłowo przeprowadzone procesy implementacji tej technologii gwarantują relatywnie szybki zwrot z inwestycji, a dzięki wdrożeniu chmury firma może się dalej rozwijać. Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu wynika, że z pomocą technologii cloud przedsiębiorstwom udało się usprawnić wiele procesów, co przyczyniło się także do zwiększenia ich przychodów  – mówi Marcin Knieć, dyrektor w zespole Cloud Engineering, Deloitte.

Szereg korzyści

Z raportu wynika, że w opinii szefów IT najbardziej sceptyczny względem wdrożenia chmury jest prezes (31 proc.), a w nieco mniejszym stopniu dyrektor finansowy (15 proc.) i operacyjny (7 proc.) Badanych zapytano również, co skłoniło ich do inwestycji w chmurę. 54 proc. CIO wskazało, że przekonało ich zwiększenie skalowalności i dostępności do mocy obliczeniowych. Ponad połowa zdecydowała się na wdrożenie, zachęcona optymalizacją kosztów oraz swobodnym zarządzaniem dostępem do aplikacji i mocy obliczeniowych w chmurze. Jak zaznaczają eksperci Deloitte, na początku drogi firmy oczekują optymalizacji kosztowej, jednak aspekt finansowy istotnie traci na ważności przy kolejnych wdrożeniach.

Aż 82 proc. badanych wskazuje, że przyjęcie rozwiązania wpłynęło na wzrost innowacyjności ich firmy. Wśród korzyści migracji do chmur podawano najczęściej skalowalność i elastyczność infrastruktury (68 proc.), a także uproszczenie zarządzania tym obszarem (50 proc.). Prawie połowa wskazała na oszczędność kosztów.

Prawie połowa dyrektorów finansowych, którzy wzięli udział w webinarach Deloitte poświęconych technologiom chmurowym stwierdziła, że chmura będzie miała kluczowe znaczenie dla wydajności ich organizacji finansowych w ciągu dwóch najbliższych lat. Niewątpliwą zaletą wykorzystania chmury z perspektywy CFO jest uniknięcie jednorazowych, znacznych inwestycji i rozłożenie wydatków na dłuższy okres w formie opłaty subskrypcyjnej. 14 proc. ankietowanych jako zaletę korzystania z tej technologii podało również zmianę modelu kosztów z CAPEX, czyli wydatków kapitałowych na OPEX – wydatki operacyjne – mówi Paweł Spławski, partner, lider programu CFO w Deloitte.

Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że w tym przypadku należy wziąć pod uwagę rodzaj podpisywanej umowy. Niektóre typy usług chmurowych mogą być sklasyfikowane jako usługi leasingu i w rezultacie prowadzić do ich ujęcia w bilansie podobnie do CAPEX.

Nie wszystkie dane już w chmurze

Z raportu Deloitte wynika, że ponad połowa firm rozwija chmurę publiczną głównie we własnym zakresie, z niewielkim wsparciem zewnętrznego dostawcy. Co trzecia firma potrzebowała wyraźnie większej

pomocy, a tylko 15 proc. poradziło sobie z tym procesem całkowicie samodzielnie.

Warto oprzeć się na doświadczeniach i współpracy z zewnętrznymi partnerami już na wczesnych etapach. Sukces, także finansowy, wdrożenia technologii chmurowych zależy głównie od prawidłowo przeprowadzonych procesów zarządzania zmianą w obszarze organizacyjnym oraz ludzkim, a także prawidłowej identyfikacji obszarów prawnych i podatkowych, o które należy zadbać już na etapie negocjowania umów. Jeśli w chmurze mają być przetwarzane dane osobowe, w szczególności dane klientów instytucji finansowych, proces wdrożenia może stanowić jeszcze większe wyzwanie ze względu na wymogi regulacyjne dotyczące ochrony konsumenta i jego danych osobowych, a także wymogi z zakresu cyberbezpieczeństwamówi Mateusz Ordyk, radca prawny, partner w kancelarii Deloitte Legal.

Zdecydowana większość firm (73 proc.), które już korzystają z chmury publicznej, przechowuje w niej tylko jedną piątą swoich danych. Tylko nieliczne (2 proc.) przeniosły do niej ponad połowę, a były to najczęściej rozwiązania biurowe (54 proc.), środowiska zapasowe do systemów IT, kopie zapasowe i archiwizacja danych (48 proc.)

W najbliższych trzech latach aż 59 proc. dużych firm zamierza przenieść do chmury systemy finansowo-księgowe. Oznacza to, że dyrektorzy finansowi staną się bezpośrednimi beneficjentami takiej migracji. Wraz z wdrożeniem nowego systemu w chmurze, usprawnieniu i automatyzacji mogą ulec procesy podatkowe w organizacji, co w efekcie pozwoli znacząco usprawnić działanie pionu finansowo-księgowego oraz ograniczyć ryzyko wystąpienia błędów w obszarze rozliczeń podatkowych. Daje to większy komfort Członkom Zarządów i CFO, na których ciąży ryzyko odpowiedzialności osobistej za nieprawidłowości w  obszarze podatkowym – mówi Anna Rączkowska, Dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Tylko co trzecia firma (33 proc.) nie była w stanie określić wielkości oczekiwanych oszczędności z migracji do chmury publicznej. Połowa (56 proc.) zakładała oszczędności na poziomie 5–15 proc., przy czym zdecydowana większość (89 proc.) ten cel zrealizowała. Należy jednak zwrócić uwagę, że oszczędności płynące z chmury uzyskane w pierwszym okresie wdrożeń to dopiero początek spodziewanych korzyści finansowych. W kolejnych, bardziej dojrzałych etapach wykorzystania cloud computing, oprócz dalszych optymalizacji kosztowych należy zakładać wzrost przychodów oraz zysków płynący z nowych źródeł przychodów czy dalszych optymalizacji procesów biznesowych w organizacji.

Aż 77 proc. badanych stwierdziło, że skutek wdrożenia chmury przekroczył ich oczekiwania, a co dziesiąty (10 proc.), że przekroczyło je w sposób znaczny. Niemal wszyscy są zadowoleni z efektów optymalizacji kosztów (92 proc.), skalowalności struktury (92 proc.), zwiększenia bezpieczeństwa (87 proc.), standaryzacji infrastruktury (91 proc.) i zwiększenia szybkości działania IT (95 proc.).

Jak zadbać o najważniejsze potrzeby pracowników?

Według popularnej teorii z obszaru motywacji chętnie podejmujemy się aktywności, które pozwalają nam zaspokoić  trzy fundamentalne potrzeby. Mówiąca o tym teoria autodeterminacji jest powszechnie wykorzystywana, m.in.: przy projektowaniu gier komputerowych, promowaniu prozdrowotnych zachowań czy też budowaniu angażujących programów edukacyjnych. Badaczki z Uniwersytetu SWPS i Uniwersytetu Gdańskiego na przykładzie jednej z polskich firm pokazały, jak korzystając z założeń teorii autodeterminacji można wzmacniać poczucie sensu pracy pracowników i jednocześnie nieść korzyść lokalnym społecznościom.

Autonomia, kompetencja i relacje – to elementy, które są niezbędne do odczuwania wewnętrznej motywacji[1]. W kontekście zawodowym autonomia oznacza, że pracownik zamiast czuć się jedynie trybikiem w organizacyjnej maszynerii, ma wpływ na sposób wykonywanej przez siebie pracy i swobodnie wyraża własne zdanie. Zaspakajanie potrzeby kompetencji wiąże się z posiadaniem odpowiednich zasobów do wykonywania powierzonych zadań, a także z możliwością rozwoju i nabywania nowych umiejętności. Potrzeba relacji może natomiast zostać zaopiekowana, gdy pracownik czuje, że w pracy jest częścią większej całości i otaczają go życzliwe i pomocne osoby. Poszukując pozytywnych praktyk organizacyjnych, badaczki odkryły, że wolontariat pracowniczy może być dobrym narzędziem do wzmacniania poczucia sensu wśród pracowników, o ile zaprojektuje się go tak, że pozwala spełniać te trzy fundamentalne potrzeby. Psycholożki swoje wnioski zaprezentowały na podstawie studium przypadku jednej z polskich firm produkcyjnych, analizując filmy employer brandingowe oraz prowadząc wywiady z pracownikami różnych szczebli organizacyjnych tj. pracownikami fizycznymi, biurowymi oraz managerami.

Co daje wolontariat?

W badanej organizacji pracownicy byli odpowiedzialni za opracowanie zasad funkcjonowania wolontariatu, który wspiera lokalną społeczność i środowisko. Każdy z pracowników ma możliwość zgłosić swój pomysł na konkretne działania pomocowe. Przykładem realizowanych akcji jest np.: odnawianie mieszkania potrzebującej rodzinie, organizowanie korepetycji dla dzieci mających trudności w nauce czy dbanie o tereny zielone i sadzenie drzew. Pracownicy mogą organizować i wybierać działania, które są spójne z ich wartościami i mocnymi stronami, co łączy się z poczuciem wpływu i zaspokajaniem potrzeby autonomii. Opisując działania wolontaryjne, pracownicy często podkreślali, że mogą wykorzystywać posiadane przez siebie umiejętności i doceniać dotychczasowe doświadczenia np. umiejętność przeprowadzenia remontu oraz rozwijać nowe kompetencje, np. organizować eventy. Dzięki temu, że udzielana pomoc wiąże się z konkretną aktywnością i możliwością obserwowania efektów swoich działań, pracownicy wzmacniają swoje poczucie sprawstwa. Jest to ważny i skuteczny aspekt wolontariatu pracowniczego, odróżniający go od popularnych akcji polegających na zbiórce pieniędzy. W analizowanym przypadku potrzeba relacji jest wzmacniana przez pracowników dzięki możliwości bezpośredniego kontaktu z odbiorcami pomocy, ale też wspólnemu, drużynowemu działaniu. Osoby biorące udział w wywiadach często podkreślały, że doceniają możliwość wspólnego celebrowania sukcesów w pomaganiu, ale też udzielania sobie wsparcia w sytuacjach trudnych. Wspólne pomaganie budowało tożsamość zespołową – dla pracowników ważne było to, że jako pracownicy są w stanie razem realizować znaczące cele.

Choć wolontariat pracowniczy może być przykładem działań CSR-owych, w ramach których firmy budują swój pozytywny wizerunek na zewnątrz, przeprowadzone badanie pokazało pozytywne skutki takiej aktywności dla samych pracowników. W innym projekcie badawczym Malwina Puchalska-Kamińska wraz z dr Agnieszką Czerw i dr Martą Roczniewską wykazały, że budowanie poczucia sensu pracy wiąże się przekonaniem pracowników, że moja praca jest dobra dla mnie (pozwala mi się rozwijać i wykorzystywać moje zasoby), ale też przynosi korzyść „czemuś większemu” np. społeczności lokalnej czy środowisku naturalnemu. Badaczki podkreślają, że dobrze zaprojektowany wolontariat pracowniczy może służyć zarówno szczytnym celom, ale też korzystnie oddziaływać na motywację i poczucie sensu pracy pracowników.

***

Opisywana analiza przypadku została opublikowana w trybie open access w BMC Research Notes.

Link do publikacji:

https://bmcresnotes.biomedcentral.com/articles/10.1186/s13104-020-05432-4

[1] Teoria autodeterminacji, Deci i Ryan.

Krajowy Plan Odbudowy musi być konsultowany z samorządami i przedsiębiorcami

W ostatnich dniach wiele dyskutuje się o tym, jaki kształt powinien przybrać Krajowy Plan Odbudowy oraz jakie priorytety powinny zostać obrane, by spełnić oczekiwania przedsiębiorców. Celem planu odbudowy jest poprawa sytuacji gospodarczej po wyniszczającym czasie pandemii koronawirusa. Jak mówią eksperci obecne założenia należy oceniać pozytywnie, ale nadal brakuje konkretów, które pozwolą na stwierdzenie, że Krajowy Plan Odbudowy będzie sprawiedliwie sprzyjać przedsiębiorcom.

Przedsiębiorcy potrzebują konkretniejszych informacji

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie jest zainteresowana aktywnym uczestniczeniem we wszelkich pracach oraz konsultacjach związanych z Krajowym Planem Odbudowy. Wiele wskazuje na to, że do Polski jeszcze w 2021 roku może trafić ogromna pula środków europejskich, które mają być przeznaczone na niwelowanie gospodarczych skutków wyniszczającego czasu pandemii koronawirusa. Przedstawione przez Premiera Mateusza Morawieckiego założenia zakładają oparcie Krajowego Planu Odbudowy na pięciu filarach: poprawa konkurencyjności gospodarki, cyfryzacja, mobilna i inteligentna Polska, sprawny sektor zdrowia oraz zmiany w zakresie klimatu. Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk filary nie budzą kontrowersji. Brakuje jednak wciąż konkretów, które pozwolą przedsiębiorcom na odnalezienie się w zarysie całej strategii na wychodzenie z covidowego kryzysu.

– Podzielam obawy samorządowców i znacznej części przedsiębiorców, że Krajowy Plan Odbudowy ubrany został w bardzo zgrabne ogólniki, bez przedstawienia konkretnych informacji jak wyglądać będzie dystrybucja środków finansowych pomiędzy filary czy tego, kto konkretnie będzie mógł skorzystać z pieniędzy, które trafią do Polski. Jesteśmy świadomi, że nie wszystkie pieniądze trafią do przedsiębiorców w formie pożyczek czy dotacji, ale pojawiają się już pytania od przedsiębiorców: czy my w ogóle zakwalifikujemy się do pomocy czy będzie ona wpompowana do budżetu Państwa? – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Unia Metropolii Polskich przygotowała komunikat w którym apeluje o to, by głos samorządowców był bardziej wysłuchiwany w procesie tworzenia Krajowego Planu Odbudowy. Przedsiębiorcy również zgłaszają akces do dyskusji o tym planie. Nie będzie dobrego planu odbudowy bez głosu i wiedzy przedsiębiorców oraz samorządowców – dodaje Hanna Mojsiuk.

  Samorząd to krwioobieg państwa. Pozbawiony sprawności doprowadzi do zawału

Jak mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny to samorząd ma wpływ na nasze życie i decyduje o tym co dla nas najistotniejsze. Dlatego dziwi i zdumiewa traktowanie samorządu jako beneficjenta drugiej kategorii.

– Samorząd terytorialny jako organ w dużej mierze niezależny, samorządny i posiadający rozległe kompetencje jest często niewygodny, bo pozostaje poza kontrolą władz centralnych. Ale to samorząd reprezentując swoich mieszkańców, wie najlepiej co w danej gminie jest ważne i istotne. Jakie inwestycje i wsparcie jest potrzebne i najbardziej skuteczne. Jakie działania wpiszą się w strategię rozwoju i pozwolą być bardziej nowoczesnym, innowacyjnym i przyjaznym do życia miejscem. Samorząd to krwioobieg państwa. Pozbawiony sprawności doprowadzi do zawału – dodaje Dyrektor Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zamierza aktywnie uczestniczyć w kreowaniu Krajowego Planu Odbudowy. Mamy nadzieje, że głos naszych przedsiębiorców będzie wysłuchiwany.

Globalny długoterminowy koszt wpływu pandemii na młodych to 44 biliony USD

Edukacja, rynek pracy i zdrowie psychiczne to trzy obszary, które w przypadku młodego pokolenia najsilniej odczują wpływ COVID-19. Krótkoterminowy koszt w skali całego świata to 1,7 biliona USD. Składają się na niego koszty walki z problemami psychicznymi (407 miliardów USD) i bezrobociem wśród młodych (1,3 biliona USD). Długoterminowe koszty wpływu pandemii na edukację i rynek pracy będą znacznie wyższe – szacowane są na 44 biliony USD. W kontekście zmniejszonego z powodu pandemii zwrotu z inwestycji w edukację, spodziewany jest spadek wynagrodzeń o 6,2 proc., który obejmie cały okres zatrudnienia młodego pokolenia, czyli ok. 45 lat. Z kolei długoterminowe oddziaływanie na rynek pracy to niższe przez 15 lat pensje młodych pracowników o 4 proc. względem „normalnych” czasów. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Corona generation. Growing up in a pandemic”.

Koszty pandemii COVID-19 dla młodego pokolenia zostały przedstawione w podziale na
3 obszary: edukację, zdrowie oraz rynek pracy. Jak pokazała analiza, w krótkim okresie koszty wyniosą 1,7 biliona USD, a złożą się na to koszty ochrony zdrowia psychicznego oraz skutki wzrostu bezrobocia wśród młodych. Wśród szacowanych na 44 biliony USD kosztów długoterminowych najważniejszym elementem jest wynikający z ograniczenia dostępu do edukacji i obliczany na 21 bilionów USD spadek przyszłych dochodów mierzony na przestrzeni 45-letniej kariery zawodowej młodych pracowników. Drugą istotną składową są obliczane na 15,5 biliona USD koszty wzrostu trwałego bezrobocia, a także szacowane na 5,7 biliona USD koszty wynikające ze spadku wynagrodzeń młodych pracowników
w nadchodzącym 15-leciu.długoterminowy koszt wpływu pandemii na młodych

Strata edukacyjna sprawi, że postpandemiczny rynek pracy będzie mniej przyjazny

Strata edukacyjna spowodowana pandemią ma źródło przede wszystkim w takich czynnikach jak czasowe lub permanentne zamknięcie szkół, zdalne nauczanie będące
w świetle badań mniej skuteczną formą przekazywania wiedzy niż tradycyjne lekcje,
a także pogłębienie różnic edukacyjnych między gorzej sytuowanymi grupami społecznymi a tymi bardziej uprzywilejowanymi. Zależnie od kontekstu kulturowego,
w wybranych krajach i regionach większej straty edukacyjnej mogą doświadczyć młode kobiety.

Młodzi pracownicy zostali w szczególny sposób dotknięci skutkami koronakryzysu.
W 2020 r. ogólny wzrost bezrobocia na świecie wyniósł 3,7 proc., ale wśród młodych było to aż 8,7 proc. Wśród osób najbardziej narażonych w czasie kryzysu COVID-19 znajduje się 1,6 miliarda pracowników gospodarki nieformalnej. Stanowią oni połowę światowej siły roboczej i pracują w sektorach, w których odnotowano znaczną utratę miejsc pracy
i których przychody znacząco spadły. W 2020 r. całkowite koszty finansowe pandemii dla młodych ludzi sięgnęły 1,3 biliona USD, co odpowiada 1,5 proc. światowego PKB.

Szacuje się, że dzisiejsi przedstawiciele młodego pokolenia będą w przyszłości zarabiać
o ponad 6 proc. mniej w związku z reperkusjami pandemii. Szczególnie dotkliwej straty doświadczą osoby pracujące w gospodarkach o wysokich dochodach, gdzie utrata wartości bieżącej netto w zarobkach każdego roku wyniesie 750 USD. W przypadku gospodarek o średnich dochodach kwota ta wyniesie rocznie 420-510 USD, zaś w krajach o niskich dochodach 400 USD. Jeśli zsumujemy stratę w postaci niższych przyszłych płac młodych ludzi, to otrzymamy kwotę 465,8 mld USD w skali roku, co stanowi ponad 0,5% światowego PKB, zaś biorąc pod uwagę cały cykl życia zawodowego (45 lat), COVID-19 spowoduje, że młodzi ludzie będą zarabiać prawie 21 bilionów dolarów mniej. Co ciekawe, największej straty doświadczą absolwenci uczelni wyższych, w przypadku mężczyzn sięgnie ona 56 tys. USD, zaś w przypadku kobiet 43 tys. USD.

Kosztowne pogorszenie kondycji psychicznej

Oprócz pogorszenia sytuacji życiowej konkretnych jednostek oraz kosztów społecznych
z tego wynikających, spadek dobrostanu psychicznego niesie za sobą wymierne koszty ekonomiczne. Całkowity roczny wzrost kosztów spowodowanych rosnącymi problemami w sferze zdrowia psychicznego związanymi z COVID-19 wynosi 0,49% globalnego PKB, co przekłada się na kwotę 407 miliardów USD. Z tego 185,5 miliardów USD to bezpośrednie dodatkowe wydatki w sektorze opieki zdrowotnej, 79,6 mld USD stanowią koszty ponoszone na wzmocnienie programów zabezpieczenia społecznego, zaś dalsze 141,9 mld USD to koszty pośrednie będące skutkiem niższego zatrudnienia oraz spadku produktywności.

Na pogorszenie kondycji psychicznej młodego pokolenia wpływają głównie osłabienie ich szans na rynku pracy, spadek perspektyw stabilnego zatrudnienia, skutki izolacji społecznej i stres wynikający z potencjalnych skutków zarażenia koronawirusem. Gorszy start na rynku pracy tworzy z kolei ryzyka społeczne w postaci spadku liczby zawieranych małżeństw, wzrostu liczby rozwodów, obniżonej dzietności, sprzyja także wzrostowi patologii społecznych, na czele z przestępczością czy alkoholizmem. Ponadto, możemy zaobserwować kilka innych problemów związanych z systemem opieki zdrowotnej. Należą do nich przede wszystkim dostęp do specjalistów (psychiatrów, psychologów
i terapeutów), liczba opuszczonych hospitalizacji pacjentów chorych psychicznie oraz negatywny wpływ COVID-19 na jakość terapii osób z zaburzeniami psychicznymi. Koszty COVID-19 w obszarze zdrowia psychicznego wahają się w zależności od regionu i wynoszą 0,53% PKB na Bliskim Wschodzie i w Afryce, 0,52% PKB w Azji Wschodniej i Pacyfiku, 0,49% PKB w Europie i Azji Środkowej, 0,44% PKB w Ameryka Północna, 0,41% PKB w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach oraz 0,38% PKB w Azji Południowej.

Jak złagodzić skutki koronakryzysu dla młodych?

Chociaż całkowite zniwelowanie kosztów pandemii COVID-19 i jej wpływu na sytuację młodych ludzi będzie niemożliwe, to jednak można wskazać szereg działań, których wdrożenie pozwoli złagodzić negatywne skutki koronakryzysu. Po pierwsze, kluczowe będzie podniesienie nakładów na edukację oraz towarzyszący im program wyrównywania strat w wiedzy, umiejętnościach i kwalifikacjach młodego pokolenia. Jest to warunek konieczny przyszłej konkurencyjności młodych ludzi na rynku pracy. Ponadto, ważne jest zwiększenie strumienia środków przeznaczanych na zdrowie psychiczne. Lawinowy wzrost problemów psychicznych wynikających z sytuacji pandemicznej wśród młodych ludzi pokazał, że aby uniknąć efektu straconego pokolenia niezbędne jest wzmocnienie nie tylko tych segmentów ochrony zdrowia, które zajmują się bezpośrednio pacjentami zakażonymi COVID-19, ale także tych oferujących wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego.

Niezbędna jest dalsza antycykliczna polityka gospodarcza w postaci stymulacji fiskalnej nakierowanej na zmniejszenie poziomu bezrobocia wśród młodych ludzi. W tym pakiecie powinny znaleźć się takie działania jak dofinansowanie wynagrodzeń, wydłużone bezpośrednie wsparcie dla przedsiębiorstw oraz aktywne polityki rynku pracy wspierające kształtowanie takich umiejętności, na jakie aktualnie jest zapotrzebowanie. To pozwoli uniknąć negatywnych efektów długotrwałego bezrobocia zarówno dla całej gospodarki,
w postaci osłabienia przyszłego odbicia, jak i szoku dla młodego pokolenia wchodzącego w życie społeczne i zawodowe. Rządy powinny skupić się na tworzeniu podwalin pod przyszłą odporność gospodarki na różnego rodzaju szoki
– mówi Krzysztof Kutwa, analityk zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego, autor raportu.

Kobieta na rynku pracy – jak zmienił się rynek pracy dla kobiet od momentu pojawienia się pandemii

HR, handel, obsługa klienta, marketing i część stanowisk w IT – to tutaj w ciągu minionego roku kobiety najczęściej znajdowały zatrudnienie. Najtrudniej było im natomiast znaleźć pracę w obszarach szczególnie dotkniętych przez pandemię, czyli w branży lotniczej czy gastronomii.

O tym, jak zmienił się rynek pracy dla kobiet od momentu pojawienia się pandemii i związanych z nią ograniczeń, mówi wspólna analiza szkoły programowania online Kodilla.com i międzynarodowej agencji zatrudnienia Randstad. Grupę badawczą stanowiło 10 tys. pań, a zestawienie objęło okres od marca 2020 do lutego 2021, a także analogiczny przedział rok wcześniej (marzec 2019 – luty 2020), gdy jeszcze nikt nawet nie wyobrażał sobie tego, co nastąpi w najbliższej przyszłości. Jak mówi Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Randstad Polska, analiza przyniosła nowe spojrzenie na cały rynek pracy pokazując, w których branżach kobiety częściej niż przed pandemią zdobywały zatrudnienie.

Gdzie kobiety najchętniej szukają pracy?

Z badań Randstad i Kodilla.com wynika, że w okresie od marca 2020 do lutego 2021, na stanowiska w branży HR aplikowało aż 89% kobiet więcej niż jeszcze rok wcześniej.  – To sektor, który i tak jest mocno sfeminizowany, jednak to nie obecność kobiet jest tu najciekawsza, lecz aktywność tej branży w pandemicznej rzeczywistości. Większe zapotrzebowanie na rekruterów oznacza bowiem więcej procesów rekrutacyjnych, co optymistycznie świadczy o kierunku, w którym zmierza polski rynek pracy – tłumaczy Mateusz Żydek.

Poza tym, oprócz sektora HR, panie częściej niż w przed pandemią decydowały się na zatrudnienie przede wszystkim w handlu (szczególnie na stanowiskach zdalnych związanych z e-commerce), a także w sprzedaży (z możliwością pracy online) i marketingu, głównie digitalowym.

To kolejne potwierdzenie ogromnej roli, jaką nowe technologie odegrały w naszym życiu w ciągu ostatniego roku. Najmniejsze szkody pandemia wyrządziła bowiem w sektorach mocno scyfryzowanych. Widać to na przykładzie branży IT, która jako jedna z niewielu – mimo pandemii – notowała wzrosty – mówi Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, przywołując najnowszy raport Gartnera, zgodnie z którym światowe wydatki na ten sektor mają w 2021 roku wynieść 3,2 biliona dolarów, czyli o 6% więcej niż w roku ubiegłym.

Jak dodaje Magdalena Rogóż, 2020 rok przyniósł także wzrost zainteresowania pań branżą IT – liczba aplikacji na oferty, szczególnie na IT managerki oraz specjalistki DevOps, wzrosła kilkukrotnie w stosunku do analogicznego okresu w 2019, a odsetek kobiet uczestniczących w kursach programowania – zwiększył się o 10%.

Zwykle kobiety stanowią ok. 30% naszych kursantów. Tymczasem od momentu luzowania obostrzeń COVID-owych i odmrażania wielu procesów rekrutacyjnych, systematycznie rośnie, obecnie klarując się na poziomie ponad 40% – tłumaczy Magdalena Rogóż.

Z badania Randstad wynika ponadto, że od marca 2020 roku kobiety większą uwagę zaczęły kierować w stronę obszarów związanych z rynkiem badań medycznych i medycyny. Spadły natomiast aplikacje w sektorach, które zostały szczególnie dotknięte przez pandemię (branża lotnicza, gastronomia), ale także w obszarze finansów, poza controllingiem (kontrola budżetowa firm), gdzie kobiety nadal chętnie aplikowały.

TOP 10 najczęściej wybieranych stanowisk pracy przez kobiety

(źródło: Randstad, 03.2020-02.2021)

  1. HR (specjalista)
  2. HR (asystent)
  3. Sprzedaż (asystent)
  4. Marketing (specjalista)
  5. Handel (manager)
  6. IT (inżynier DevOps)
  7. Handel (asystent)
  8. Finanse (kontroler)
  9. Kadry i płace (specjalista)
  10. IT (manager)

Polki ostrożne w wyborze nowego zawodu

Dziś niemal trzy czwarte pracujących w biznesie Polek obawia się o dalszy rozwój kariery zawodowej, a ponad połowa ankietowanych ma wątpliwości odnośnie kontynuowania rozwoju zawodowego u obecnego pracodawcy, jak wynika z najnowszego raportu Deloitte „Wpływ pandemii na perspektywy rozwoju zawodowego kobiet w biznesie”. Problemem jest tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym, co pandemia jeszcze bardziej zaostrzyła.

Tę tendencję widać m.in. na przykładzie pań zapisujących się na szkolenia z programowania. Jak mówi Magdalena Rogóż z Kodilla.com dziś to głównie specjalistki, które wcześniej zajmowały stanowiska managerskie, pracowały w marketingu lub jako graficzki. W kontekście marzeń o karierze w IT są jednak znacznie ostrożniejsze niż mężczyźni i zanim ostatecznie podejmą decyzję o przekwalifikowaniu, dobrze się do tego przygotowują.

Panowie są skłonni znacznie szybciej zmienić zawód, z kolei panie szukają możliwości na tyle elastycznych, aby nie musiały porzucać dotychczasowego trybu życia. Część z nich, zapisując się na nasze szkolenia, jest na urlopach macierzyńskich. Nie chcą wracać do obecnej pracy, ale nie chcą się też zwalniać, nie mając niczego pewnego w zamian. Wykorzystują czas, który mają na naukę nowych umiejętności, czyli w tym przypadku programowania – tłumaczy Magdalena Rogóż.

Pandemia szansą na lepszą pracę?

Jak wynika z raportu Deloitte, aż 78% badanych Polek pracuje w biurze rzadziej niż kiedyś. Przy czym 42% pracowało stacjonarnie przed pandemią przez minimum jeden dzień w tygodniu, a po jej wybuchu przeszło w pełni na pracę z domu. Dziś zdalnie na cały etat pracuje 43% ankietowanych, gdy wcześniej było to zaledwie 4%.

Według Klaudii Jarych – Konsultantki Zmiany Zawodowej i współtwórczyni portalu Dookoła Pracy, to ogromna szansa dla osób, które od dawna zastanawiają się nad tym, by coś zmienić w swoim zawodowym życiu.

Pandemia nie tylko nie jest przeszkodą na tej drodze, ale wręcz może być bodźcem do redefiniowania swojego pomysłu na siebie i bardziej świadomych wyborów. Dzięki temu, że większość firm pracuje teraz zdalnie, pojawiło się też więcej możliwości na znalezienie zatrudnienia poza miejscem stałego zamieszkania. To czas na wsłuchanie się w nasze wartości, uświadomienie sobie swoich przewag konkurencyjnych, jak i stworzenie planu uzupełnienia luk w kompetencjach – przekonuje Klaudia Jarych, która prowadzi konsultacje i szkolenia dla osób myślących o przebranżowieniu.

Jak dodaje, sama została niedawno znaleziona przez headhuntera, który proponował jej nową posadę, mimo że wcale jej nie szukała i podobnie jak inne panie podchodzi do takich propozycji bardzo ostrożnie.

Dlaczego kobiety bardziej analizują decyzje o zawodowych zmianach? Często jest to spowodowane względami rodzinnymi, ale też tym, że kobiety na rynku pracy nie zawsze w pełni w siebie wierzą. Zamiast jednak skupiać się na słabszych stronach, powinnyśmy świadomie pracować nad tymi mocnymi. W takich branżach jak IT wciąż jest mniej kobiet niż mężczyzn, ale gdy już tam trafiamy, to jesteśmy świetnie przygotowane i doskonale wiemy, jak ma wyglądać nasza kariera – mówi Klaudia Jarych.

Co zatem robić, gdy nasza sytuacja zawodowa się pogorszyła, nasza branża znalazła się w trudniejszej sytuacji? Czy czekać na poprawę, czy szukać nowej drogi?

Przede wszystkim postawić na siebie i dać sobie szansę na rozwój głęboko ukrytego w nas potencjału. Świat zbyt szybko pędzi do przodu, by stać w miejscu i nie zastanawiać się nad swoją przeszłością. Ostateczną decyzję o zmianie należy podjąć jednak rozważnie i w pełni świadomie – podsumowuje ekspertka.

Oprac. Kodilla.com

Skutki likwidacji działalności gospodarczej w świetle przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych

Likwidacja działalności gospodarczej z perspektywy podatkowej wiąże się z wieloma konsekwencjami wynikającymi z przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Podatnicy mają obowiązek prawidłowego rozliczenia się z fiskusem, uwzględniając spis z natury, konieczność przygotowania wykazu majątku, złożenia odpowiednich deklaracji podatkowych czy uwzględnienia w rozliczeniach podatkowych kwot przeterminowanych zobowiązań i należności.

Wykaz składników majątku

Podatnicy dokonujący likwidacji działalności gospodarczej powinni zgodnie z art. 24 ust. 3 ustawy o PIT sporządzić wykaz składników majątku na dzień likwidacji. Obligatoryjnymi elementami takiego wykazu są: liczba porządkowa, nazwa składnia, data nabycia, kwota wydatków a nabycie, w tym zaliczona do kosztów podatkowych, wartość początkowa, metoda amortyzacji oraz suma odpisów amortyzacyjnych na dzień likwidacji.

Głównym celem przygotowanego wykazu jest ustalenie dochodu ze sprzedaży składników majątku po dokonanej likwidacji, ponieważ zgodnie z art. 14 ust. 2 pkt 17 lit. A ustawy o PIT przychodami z działalności gospodarczej są także przychody wynikające ze zbycia pozostałej części majątku po likwidacji. Należy jednak zaznaczyć, że na podatniku spoczywa jedynie obowiązek przygotowania takiego spisu, co nie łączy się z obowiązkiem jego wyceny.

Skutki sprzedaży majątku trwałego uwzględnia się w PIT-36 lub PIT-36L za rok podatkowy, w którym one wystąpiły. Warto tu więc podkreślić, że w przypadku otrzymania składników majątku w związku z likwidacją działalności, przychód z działalności powstaje dopiero w momencie odpłatnego zbycia tych składników, jeżeli upłynęło mniej niż 6 lat, a zbycie następuje w ramach działalności gospodarczej (interpretacja Dyrektora KIS z dnia 31 lipca 2020 r., sygn. akt 0113-KDIPT2-3.4011.393.2020.2.SJ).

Spis z natury

Co do zasady spis z natury należy sporządzić także na datę likwidacji działalności gospodarczej. Spis z natury dotyczy towarów handlowych, materiałów (surowców), półwyrobów, produkcji w toku, a także wyrobów gotowych czy braków oraz odpadów. W terminie 7 dni od sporządzenia spisu z natury związanego z likwidacją działalności przedsiębiorca powinien o nim zawiadomić właściwy urząd skarbowy.

Sposób wyceny składników objętych spisem z natury różni się w zależności od kategorii składnika. Składniki objęte spisem powinny zostać wycenione w terminie 14 dni od zakończenia spisu. Zasadniczo towary i materiały będą wyceniane według cen zakupu/nabycia albo według cen rynkowych z daty sporządzenia spisu; półwyroby, wyroby gotowe, a także braki powinny być wyceniane według kosztów wytworzenia; w przypadku odpadów użytkowych ich wartość określa się w drodze oszacowania, biorąc pod uwagę przydatność do dalszego użytkowania.

Spis z natury powinien stanowić ostatni wpis w podatkowej księdze przychodów i rozchodów. Ponadto winien być wzięty pod uwagę przy ustalaniu dochodu z działalności gospodarczej, tj. powinien być uwzględniony przy kalkulacji podatku dochodowego. Podatnik nie ma obowiązku informowania urzędu skarbowego o sporządzonym spisie.

Zatory płatnicze

Od 1 stycznia 2020 r. obowiązują przepisy tzw. ulgi na złe długi w podatkach dochodowych. W myśl tych regulacji po upływie 90 dni od terminu zapłaty wierzyciel ma prawo, a dłużnik obowiązek dokonania korekty podstawy opodatkowania. Jeżeli prawo/obowiązek powstaje po likwidacji działalności gospodarczej podatnika PIT, to zmniejszenia/zwiększenia podstawy opodatkowania dokonuje się za rok podatkowy, w którym nastąpiła likwidacja działalności. Przykładowo więc, jeżeli podatnik w kwietniu wykonał usługę za 10 000 zł netto, dla której termin zapłaty upłynął 30 kwietnia 2020 r. i w 2020 r. nie otrzymał zapłaty za tę usługę, a w dniu 11 listopada 2020 r. zakończył działalność, to w rozliczeniu za 2020 r. wykaże zmniejszenie podstawy opodatkowania o kwotę 10 000 zł. Jeżeli jednak środki te odzyska np. w kolejnym roku, to zobowiązany będzie do dokonania korekty wstecznej uprzednio złożonego zeznania podatkowego za 2020 r., tj. rok, w którym dokonano likwidacji działalności gospodarczej.

Z kolei w przypadku podatnika, który będzie likwidowany i posiada nieuregulowane zobowiązania, będzie on zobowiązany do odpowiedniego podwyższenia podstawy opodatkowania i uwzględnienia podatku od niezapłaconych zobowiązań w rozliczeniu podatkowym, w którym dokonuje likwidacji. Analogicznie jak powyżej, w przypadku spłaty zobowiązania np. na skutek skutecznego postępowania egzekucyjnego podatnik będzie mógł dokonać wstecznej korekty zeznania podatkowego.

Obowiązek archiwizacji dokumentacji

Obowiązek archiwizacji dokumentacji przez przedawnienia nie wynika bezpośrednio z przepisów ustawy o PIT, lecz z Ordynacji podatkowej. Niemniej dotyczy on nie tylko faktur, ale także innych dokumentów rozliczeniowych oraz potwierdzających poniesione koszty. Obowiązek archiwizacji kończy się po upływie 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiła likwidacja działalności gospodarczej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Krajowy Plan Odbudowy omija targi

– W Krajowym Planie Odbudowy całkowicie pomija się promocję naszej gospodarki. Brakuje choćby jednej złotówki na wsparcie branży targowej, tak mocno związanej zawsze z pomocą dla polskiego biznesu w działaniach proeksportowych! – uważają przedstawiciele branży targowej. Ich zdaniem, nadmienia się obecną przewagę importu nad eksportem zarówno usług, jak i produktów i konieczność zmiany proporcji w tym względzie i próżno tu szukać choćby jednego słowa na temat podjęcia konkretnych działań w tej materii.

  • Szumne deklaracje o największych od drugiej wojny światowej środkach skierowanych do naszej gospodarki na odbudowę możliwości produkcyjnych oraz usługowych okazują się być jedynie pustymi frazesami.
  • W rzeczywistości ignorują one pomoc dla firm bądź – w najlepszym wypadku – ograniczają ją do poziomu zbliżającego się do zera.
  • Targi jako jedno z głównych narzędzi wsparcia gospodarki potrzebują dziś pomocy sektorowej, tym bardziej, że ich ponowny start cały czas stoi pod znakiem zapytania ze względu na sprzeczne scenariusze sytuacji epidemicznej.

Krajowy Plan Odbudowy (KPO) dysponuje ogromnymi środkami na po pandemiczną aktywizacje polskiej gospodarki. Od samego początku budzi on nadzieję rodzimych przedsiębiorców – tych przede wszystkim, którzy od roku muszą wstrzymywać się ze swoją działalnością. Dotyczy to branży targowej, która w ciągu ostatnich 30 lat miała ogromny wkład w promocje każdej gałęzi naszej ekonomii. Im więcej jednak szczegółów o Planie wiadomo, tym więcej zastrzeżeń. Dziś główne pytania dotyczą tego, czy branża targowa – wraz z całą infrastrukturą tzw. przemysłu spotkań – liczyć może w ogóle na jakiekolwiek wsparcie z Planu.

– Autorzy projektu Planu skreślają w nim od razu, i to w sposób bezwzględny, wszelkie dziedziny gospodarki, które wymagają kontaktów bezpośrednich pomiędzy dostawcami i odbiorcami produktów i usług – zauważa Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej i wskazuje, że taka strategia określona w KPO to brak możliwości skorzystania ze środków UE dla wszystkich firm z branż gastronomicznej oraz spotkań, eventów, konferencji i targów. – Chodzi więc o dziesiątki, a może nawet setki, tysięcy firm działających w usługach. Wiele z nich na przestrzeni ostatnich 30 lat wypracowało sobie znaczącą pozycję na świecie, stając się swego rodzaju symbolem rozwoju polskiej gospodarki na świecie. Przedsiębiorstwa targowe – np. projektujące i budujące przestrzenie wystawiennicze na najważniejszych branżowych imprezach – najwyraźniej muszą poradzić sobie same, co i tak robią niemal od początku pandemii – konstatuje Paweł Montewka i dodaje, że podobnie jest z innymi podmiotami, z którymi takie podmioty współpracują – np. z dostawcami elementów meblarskich czy metaloplastycznych czy innych usług koniecznych dla funkcjonowania targów.

Analiza projektu Planu nastraja go raczej pesymistycznie. – Na faktyczną realizację celu strategicznego – odbudowę potencjału rozwojowego gospodarki przewidziano zaledwie skromne środki. Duże zaś – przeznaczone są m.in. na stopniowe odchodzenie od paliw stałych na rzecz OZE, przy czym bez wyboru tańszego wariantu tworzenia dużej ilości mikro elektrowni słonecznych, lecz postawiono od razu na mega farmy wiatrowe w specjalnej strefie ekonomicznej Bałtyku. Rozwiązanie tyle kontrowersyjne, co chyba najdroższe z możliwych. Spore kwoty zostały przeznaczone dla instytutów badawczych oraz dla dużych przedsiębiorstw – najczęściej wielkich spółek skarbu Państwa, które i tak dysponują bardzo korzystnymi możliwościami finansowymi, a teraz dodatkowo będą mogły z tych środków zmodernizować swój potencjał produkcyjno – wytwórczy, a także wydać je na poprawę pracy administracji publicznej – obawia się Paweł Montewka. Reprezentujący Komitet Obrony Branży Targowej Krzysztof Szofer przypomina z kolei, że doraźnie wprowadzane u nas tzw. tarcze pomocowe, jako główny wyznacznik, kto może stać się ich beneficjentem, ustanowiły określone numery PKD. – Wszystkie dotychczasowe rządowe edycje programów wsparcia, z żelazną wręcz konsekwencją, pomijają prawie 90 procent firm pracujących dla targów. Powodem jest właśnie ich „zły” PKD. Dzieje się tak, pomimo apeli i wyjaśnień branży znajdującej się dziś na skraju upadku. 73.11.Z, bo o nim mowa, to właśnie ten numer, który cały czas jest poza listą zakwalifikowanych do pomocy przedsiębiorstw – zwraca uwagę Krzysztof Szofer, odwołując się do wsparcia, z jakiego korzystają przedsiębiorcy w innych krajach UE.

– We Francji, a zwłaszcza – w bliższych nam Niemczech przyznanie pomocy zależy wyłącznie od spadku przychodów w firmach. Dodatkowo – na początku tego roku rząd w Berlinie przeznaczył aż 642 milionów euro sektorowego wsparcia dla wszystkich gospodarczych podmiotów, które pracują dla branżowych imprez targowych. Dzięki temu mają one sporą szansę dotrwać do lepszych czasów, aby od razu zabrać się za szybką odbudowę tego segmentu odpowiedzialnego za promocję gospodarki – opisuje Krzysztof Szofer. Tłumaczy, że u nas zaś, adresatami Programu Odbudowy mają być między innymi przedsiębiorcy i przedsiębiorstwa, które otrzymają środki na dywersyfikację profilu działalności i odbudowę inwestycji, zarówno w sektorach najbardziej dotkniętych skutkami pandemii (np. turystyka, kultura, gastronomia i handel) oraz nowe inwestycje na rozbudowę potencjału innowacji, elektromobliności, wdrożenia zielonych technologii i produktów oraz rozwoju aplikacji i usług w zakresie cyfryzacji. – Ale jak to wygląda w rzeczywistości, widać dopiero po alokacji środków – mówi i przedstawia wyniki bardziej szczegółowej analizy.

– Autorzy projektu przeznaczają kwotę 4,133 mld EUR na odporność i konkurencyjność gospodarki, 4,262 mld EUR na system ochrony zdrowia, 3.034 mld EUR na transformację cyfrową, aż 6,1 mld EUR na zieloną transformację dotyczącą transportu i mobilności oraz 6,4  mld EUR na zieloną energię. Jak widać, taki podział środków ewidentnie przeznacza na działania bezpośrednie w obszar gospodarki kwotę około 17,3% ze środków bezzwrotnych na gospodarkę – wylicza, uważając, że taka proporcja podziału środków z pewnością byłaby dobra w czasach normalnej prosperity gospodarczej. W dobie kryzysu spowodowanego COVID 19 jest zaś kompletnym absurdem. – Kwota około 16 mld PLN na pomoc dla firm dotkniętych w sposób szczególny epidemią – zamrożonych często przez okres bliski półtora roku – to mniej niż przeznaczono na jedną tylko tarczę – PFR 2.0. Pieniądze te miałby zostać przeznaczone na inwestowanie firm w przebranżowienie oraz stwarzanie tzw. drugich filarów produkcji oraz świadczenia usług. To bardzo mała suma, jak na potrzeby gospodarcze naszych firm – wskazuje Krzysztof Szofer i przygląda się, jak została kwota 4,133 mld EUR podzielona. – Wyznaczono szereg celów pośrednich, i tak celem o sygnaturze A1.1.1 jest wspieranie inwestycji w przedsiębiorstwach – na ten cel wyasygnowano – uwaga aż 300 mln EUR !!! – wskazuje, opisując pozostałe cele komponentu. – Na przykład inwestycje w skrócenie łańcucha dostaw rolno- spożywczych – 500 mln EUR /,a zatem inwestycja bardzo ważna, bo chyba wszyscy doświadczamy, jak często dostawy do sklepów spożywczych są nieregularne i jak mocno odczuwamy braki na półkach/, wsparcie zielonych rozwiązań w przedsiębiorstwach obniżających emisję gospodarki – 400 mln EUR /, co w czasach, kiedy firmy stoją na krawędzi bankructwa, postawi je na nogi, poprawiając z pewnością poziom emisji szkodliwych substancji/ czy też przygotowanie terenów inwestycyjnych – kwota 350 mln EUR  /skoro nie mamy pieniędzy na bieżące funkcjonowanie, na pewno zainteresujemy się terenami inwestycyjnymi/ – komentuje.

Jego zdaniem swoiste kuriozum w dobie kryzysu to przeznaczenie na mobilność bezzałogową kwoty 164 mln EUR. I tak, jak zauważa, kwota prawie 4 mld EUR kurczy się do faktycznej kwoty około 300 mln EUR.

Kolejne ciekawe, wskazane przez niego, elementy programu odbudowy to:

  1. Kwota 3,201 mld EUR na poprawę efektywności energetycznej budynków mieszkalnych – czy to dziś na pewno idealne narzędzie pomocy do podniesienia się ze stanu kryzysu gospodarki?,
  2. Wsparcie rozwoju nowoczesnego uczenia się – 543 mln EUR – adresatem pomocy jest MEN
  3. Ważny gospodarczo program opieki nad dziećmi do lat 3 – 381 mln EUR z docelową pomocą dla 9000 osób
  4. Program przeznaczony dla ministerstw oraz administracji publicznej zwiększający cyberbezpieczeństwo 443 mln EUR,
  5. E-usługi wspomagające działanie administracji publicznej z kwotą 457 mln EUR,
  6. I może nieco mniej dyskusyjny, ale bardzo kosztowny – program rozwoju technologii wodorowych i paliw alternatywnych z kwotą 797 mln EUR

Bez komentarza pozostawia inwestycje w ochronę zdrowia oraz zieloną energię, która oparta została o farmy wiatrowe posadowione na Bałtyku.

Projekt Krajowego Programu Odbudowy i Zwiększania Odporności KPO to dokument przedstawiony do konsultacji jako odpowiedź rządu RP na europejski instrument RRF – Recovery and Resilience Facility. – Zgodnie z nazwą oraz momentem, w którym powstaje ten program, przeznaczony jest on na odbudowę gospodarki po epidemii COVID 19 oraz na zwiększenie odporności gospodarki na pojawiające się zjawiska kryzysowe – mówi Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej. Wymienia, na co pójść mają te środki.

W ramach tego programu przewidziano dla Polski kwotę 58,1 mld EUR, które rozdzielono na środki bezzwrotne 23,9 mld EUR oraz zwrotne na poziomie 34,2 mld EUR. Zgodnie z sześcioma rekomendowanymi przez UE filarami, środki powinny być dystrybułowane na:

1.zieloną transformację,

2.transformację cyfrową,

3.inteligentny i trwały wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu,

4.spójność społeczną terytorialną,

5.opiekę zdrowotną oraz odporność gospodarczą, społeczną i instytucjonalną,

6.politykę na rzecz następnego pokolenia – taką jak edukacja i rozwijanie umiejętności.

– Już na pierwszy rzut oka widać, że takie priorytety to zupełnie co innego niż główny cel, jaki miał przyświecać powstaniu programu, czyli niwelowanie gospodarczych i społecznych skutków epidemii COVID 19 – zauważa Paweł Montewka i tłumaczy:

– Jak widać, na faktyczną realizację celu strategicznego – odbudowę potencjału rozwojowego gospodarki przewidziano środki bardzo skromne, a może wręcz symboliczne. Duże środki przeznaczone są na stopniowe odchodzenie od paliw stałych na rzecz OZE, ale nie wybrano tutaj tańszego wariantu tworzenia dużej ilości mikro elektrowni słonecznych, tylko postawiono na farmy wiatrowe w specjalnej strefie ekonomicznej Bałtyku. Rozwiązanie tyle kontrowersyjne, co chyba najdroższe z możliwych. Spore kwoty zostały przeznaczone dla instytutów badawczych oraz dla dużych przedsiębiorstw – najczęściej dużych spółek skarbu Państwa, które będą mogły z tych środków zmodernizować swój potencjał produkcyjno – wytwórczy, a także na poprawę pracy administracji publicznej – opisuje możliwe przeznaczenie środków z Planu Paweł Montewka i pyta:

– Co z tego, że będziemy dysponować ocieplonym i ogrzanym przez OZE mieszkaniem, jeśli nie będziemy mieli pracy, a co za tym idzie, środków do życia? Program KPO dotyczy wsparcia wybranych branż, na których władza, zdaniem autorów, mogłaby zarobić pieniądze lub zbić kapitał polityczny. Nie jest to jednak w ogóle program odbudowy najbardziej poszkodowanych przez COVID 19 przedsiębiorstw. Całkowity brak w nim np. branży, która od ponad roku pozostaje zamknięta i pozostanie w tym stanie przez jeszcze co najmniej pół roku – branży spotkań z takimi wiodącymi segmentami jak np. targi – zwraca uwagę.

Jego zdaniem, projekt KPO przedstawiony do konsultacji to dokument posiadający jedną bardzo ważną wadę – ma źle wykonaną alokację środków. – Największe nakłady należy przeznaczyć na odbudowę naszego potencjału gospodarczego, na wsparcie przedsiębiorstw w zakresie poszukiwania nowych dróg rozwoju – przebranżowienie oraz na intensywną promocję w miarę dobrze funkcjonujących firm, które mimo pandemicznej sytuacji, gotowe są na nawiązanie kontaktów handlowych z partnerami w Europie i na świecie. W tym właśnie zakresie rola targów jest nieoceniona – podsumowuje Paweł Montewka.

W Polsce działa około 4 i pół tysiąca firm pracujących dla targów. Wiele z nich to także podwykonawcy dla zagranicznych organizatorów targów – np. z Niemiec. Na imprezy targowe w Polsce – głównie w Poznaniu, Kielcach, Gdańsku czy Krakowie, przyjeżdżały dziesiątki tysięcy gości także zza granicy. Brali udział m.in. w targach Budma czy Amberif. Choć w ciągu ostatniego roku swoją działalność zakończyły specjalizujące się w organizacji branżowych imprez podmioty Expo Silesia czy Expo Mazury, znaczna większość firm tego sektora wciąż chce wznowienia stałej aktywności. Z przeprowadzonych przez Międzynarodowe Targi Poznańskie badań wynika, że prawie 90% przedsiębiorstw oczekuje z niecierpliwością możliwości powrotu do tradycyjnych targów. Obecne straty branży targowej sięgają 2 miliardów złotych i stale się powiększają.

Ile gier komputerowych może kupić statystyczny Polak?

Statystyczny Polak za swoje wynagrodzenie może teoretycznie zakupić 142 gry na platformie Steam. To blisko dwa razy więcej niż 15 lat temu, ale też prawie pięć razy mniej niż obecnie może nabyć statystyczny Islandczyk – wyjaśniają eksperci z wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games.

Ceny gier na przestrzeni lat nie zmieniły się znacząco. Zmieniało się natomiast wynagrodzenie oraz kursy walut, czyli czynniki, które wpływają na to jak kształtuje się „indeks gier video” (nawiązując do indeksu Big Maka lub Coca-Coli).

– Polska wypada w tym rankingu kiepsko, ponieważ zajmuje ostatnie miejsce wśród europejskich krajów należących do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), której dane dot. wynagrodzeń brutto, do 2019 roku, zostały wykorzystane do obliczeń. W ustaleniu wartości indeksu wzięliśmy również pod uwagę średnią cenę gry na Steam według spysteam.com, a także kurs dolara i euro z ostatniego dnia roku w latach 2004-2019 – tłumaczy Chris Bain senior strategy advisor z notowanego na GPW wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games.

Kto liderem?

Najbliżej Polski w tym zestawieniu jest Litwa i Łotwa, gdzie kupimy odpowiednio o 6 i 22 gry więcej miesięcznie. Te bałtyckie kraje, uwzględniając też Estonię, plasują się przed biało-czerwonymi również w rankingu tempa wzrostu, choć tym razem zajmujemy w nim jedną z czołowych pozycji, bo czwartą. Wobec 2004 roku statystyczny Polak może kupić dwukrotnie więcej gier (dokładnie o 104%), a w prowadzącej w tym zestawieniu Łotwie obywatel może poszerzyć swoją kolekcję aż o 257% więcej gier niż 15 lat wcześniej. Jedynym krajem, w którym odnotowano ujemny wynik (-7%) jest Grecja, gdzie za wynagrodzenie z 2019 można było pozyskać 180 tytułów (wobec 195 w 2004).

Najwięcej gier za miesięczną pensję kupią obywatele USA (601), Szwajcarii (608), Luksemburga (673) oraz Islandii (695).

– Są to wartości teoretyczne, gdyż do obliczeń przyjęto wynagrodzenie brutto, które jest obniżane w zależności od stawek podatkowych obowiązujących w poszczególnych krajach – tłumaczy Chris Bain.

Gry nie drożeją

Średnie nominalne ceny gier utrzymują się na podobnym poziomie od 15 lat, pomimo znaczących wzrostów kosztów produkcji. Wynika to m.in. przyzwyczajeń rynku i faktu, że ceny największych tytułów praktycznie się nie zmieniły i wynoszą 60 dolarów. Co prawda wydawanych jest ich więcej niż w 2004 roku, ale też rośnie liczba tańszych gier, produkcji mniejszych studiów.

W związku z ogólnym wzrostem wynagrodzeń gracze mogą sobie pozwolić na większe zakupy, choć np. w przypadku Polski ten wzrost mógłby być jeszcze większy, gdyby nie silny dolar w ostatnich kilku latach, gdy utrzymywał się on na poziomie powyżej 3,75zł. W 2004 roku był warty 3,1zł i w późniejszym okresie nie przekraczał granicy 3zł.

– Co ciekawe, realna wartość złotówki, uwzględniająca inflację spadła wobec 2004 roku o blisko 34%.Oznacza to, że w 2019 za tę samą nominalną kwotę można było kupić ok. 1.34 mniej produktów. W przypadku gier komputerowych ta tendencja jest odwrotna. Za mniejszą kwotą możemy zapewnić sobie jeszcze więcej rozrywki – podsumowuje ekspert z All in! Games.

Upadłość Spółki bez majątku

Coraz więcej spółek kapitałowych (z ograniczoną odpowiedzialnością i spółek akcyjnych) nie reguluje swoich zobowiązań przez okres dłuższy niż 3 miesiące. O ile niewypłacalność powstała faktycznie z powodu COVID-19, można skorzystać z moratorium na składanie wniosków upadłościowych. Jeśli jednak niewypłacalność powstała z innego powodu, spółka powinna złożyć wniosek o upadłość. A co w sytuacji, gdy spółka nie ma majątku umożliwiającego przeprowadzenie procedury upadłościowej? Wyjaśniają to eksperci firmy doradczej Lege Advisors.

Sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania lub wystarcza jedynie na zaspokojenie tych kosztów”. Ten zapis w prawie upadłościowym wynika z faktu, iż postępowanie upadłościowe jest egzekucją generalną, czyli prowadzoną w interesie wierzycieli, nie dłużnika. Tak więc, jeżeli nie ma szans na zaspokojenie w choćby minimalnym stopniu roszczeń wierzycieli, prowadzenie takiego postępowania nie ma praktycznego sensu.

– Z naszych doświadczeń wynika, że szacunkowa wartość nieobciążonego majątku jakim powinna dysponować spółka, składając wniosek o upadłość, to minimum kilkadziesiąt tysięcy złotych. W przeciwnym wypadku jest duże prawdopodobieństwo, że sąd oddali wniosek z uwagi na niewystarczający majątek.tłumaczy Norbert Banaszek, ekspert z firmy doradczej Lege Advisors. Warto również zaznaczyć, iż w wielu sytuacjach koszty postępowania i inne zobowiązania, które będą musiały być pokryte z masy upadłości, np. wynagrodzenia pracowników zatrudnionych w momencie ogłoszenia upadłości, mogą być znacznie wyższe i sięgać setek tysięcy a nawet milionów złotych. dodaje.

Czy warto zatem składać wniosek o upadłość, ponosić koszty opłaty sądowej i koszty zaliczki, skoro i tak wniosek zostanie oddalony?

Po dokładnej analizie przepisów okazuje się, że w pewnych sytuacjach nie jest to działanie pozbawione sensu. I jest opłacalne dla organu reprezentującego spółkę. Zgodnie z art. 21 Prawa upadłościowego, dłużnik jest obowiązany nie później niż w terminie 30 dni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości, zgłosić w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości. Zgodnie z art. 11 ust. 1 Prawa upadłościowego dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Zgodnie z ust. 2 i 3 powyższego przepisu uważa się, że dłużnik utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych, jeżeli opóźnienie w wykonaniu tych zobowiązań przekracza 3 miesiące lub zobowiązania pieniężne spółki przekraczają wartość jej majątku – stan ten powinien utrzymywać się przez okres przekraczający dwadzieścia cztery miesiące.

Gdy sytuacja finansowa spółki pogarsza się od dłuższego czasu, oddalenie wniosku o upadłość z powodu niewystarczającego majątku, może być uznane za niezłożenie wniosku na czas ze wszystkimi konsekwencjami. Czasami jednak firma może znaleźć się w stanie niewypłacalności na skutek incydentalnego, niezależnego od niej zdarzenia. Wtedy złożenie wniosku, oczywiście z zachowaniem terminu, byłoby uzasadnione. Należy więc podkreślić, że do uniknięcia odpowiedzialności zarządu najważniejsze jest złożenie wniosku w ustawowym terminie. Badając odpowiedzialność zarządu, sąd każdorazowo powinien ustalić właściwy termin na złożenie wniosku, uwzględniając sytuację indywidualną spółki.

Poważnym argumentem jest także odpowiedzialność zarządu spółek z ograniczoną odpowiedzialnością wynikająca z Kodeksu Spółek Handlowych. Według jego zapisów, gdy egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za jej zobowiązania. Członek zarządu może jednak uwolnić się od odpowiedzialności, jeżeli wykaże, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym samym czasie wydano postanowienie o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo o zatwierdzeniu układu.”mówi Szymon Mojzesowicz, ekspert z firmy doradczej Lege Advisors.

W przypadku spółek osobowych istnieje solidarna odpowiedzialność wspólników za zobowiązania spółki. A więc w przypadku, gdy egzekucja z majątku firmy okaże się bezskuteczna, wierzyciel może prowadzić egzekucję z majątku dłużnika. Kwestia upadłości osób fizycznych prowadzących działalność, jak również spółek osobowych, stanowi odrębne zagadnienie z uwagi na nieograniczoną odpowiedzialność majątkową dłużnika.

Jakie są sankcje za niezłożenie wniosku o upadłość spółki we właściwym terminie?

„Kto, będąc członkiem zarządu spółki albo likwidatorem, nie zgłasza wniosek o upadłość spółki Poznań handlowej, pomimo powstania warunków uzasadniających według przepisów upadłość spółki, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku” (art. 586 KSH). Wobec osoby uprawnionej do reprezentacji spółki, uchylającej się od obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, sąd dodatkowo może nałożyć zakaz prowadzenia działalności gospodarczej.

Podsumowując, należy składać wniosek o ogłoszenie upadłości, kiedy jeszcze spółka dysponuje majątkiem na przeprowadzenie postępowania. Samo złożenie wniosku, który zostaje przez sąd oddalony z uwagi na brak majątku, nie zapewnia ochrony przed odpowiedzialnością karną i cywilną, co potwierdza orzecznictwo sądów.wyjaśnia Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Najbliższa edycja DIMAQ Voice Online już 30 marca

Zapraszamy na kolejne bezpłatne, wirtualne spotkanie dla entuzjastów digital marketingu. Marcowa edycja DIMAQ Voice, który emitowany jest na platformie streamingowej, odbędzie się 30.03, w godzinach 15:00 – 16:35.

Podczas najbliższego spotkania DIMAQ VOICE wysłuchamy trzech prelekcji. Wystąpią: Agnieszka Zwolan, Content Marketing Specialist w Rocket Jobs i Just Join IT; Piotr Mrzygłód, Interim Manager, Architekt Marketingu; Maciej Fronczak, Programmatic Media Partner w IT/ES & PT RTB House.

Prelekcja I, godz. 15:05:

„Wykorzystywanie fun contentu w komunikacji marki – case study Rocket Jobs”

Agnieszka Zwolan, Rocket Jobs i Just Join IT

Powszechnie wiadomo, że śmiech to zdrowie. Nawet ten przez łzy nieraz przynosi ukojenie, a wręcz bywa jedyną drogą na błyskotliwe komentowanie szarej codzienności. Jednak… czy żartobliwy styl można wykorzystać do zwiększenia konwersji? A można, jak najbardziej!

Podczas prelekcji dowiesz się:

– jaką rolę gra znajomości branży i grupy odbiorców oraz jak ważne jest, by trafiać z odpowiednim komunikatem,

– memy a marketing – jak zwiększyć konwersje za pomocą fun contentu,

– kto robi to dobrze i dlaczego jest to Rocket Jobs 🙂

Prelekcja II, godz. 15:35:

„Opowiadanie marki w modelu bajki, czyli zapomnij o podróży bohatera Campbella!”

Piotr Mrzygłód, Interim Manager, Architekt Marketingu

Co ma wspólnego bajka z Twoją marką? Wszystko! Jeśli jej nie opowiesz w ciekawy sposób nie zostanie zapamiętana i powtarzana. Różne są modele opowiadania – niektóre z nich są szczególnie przydatne w marketingu. W trakcie prelekcji poznasz konkretne modele opowiadania marki wraz z Case Studies.

Prelekcja III, godz. 16:05:

„Programmatic Video – szansa na wzrost w 2021?”

Maciej Fronczak, Programmatic Media Partner w IT/ES & PT RTB House

Ostatni rok był pełen niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów akcji, jak zachowa się Programmatic Video w 2021? Czy będzie on dźwignią nowych zmian, które pozwolą na utrzymanie wzrostu rynku digital w Europie?

Podczas prelekcji dowiesz się:

– jakie zmiany na rynku programmatic zaszły w 2020 roku,

– jaki był wzrost rynku programmatic,

– jakie są rodzaje reklamy Video,

– jakie są trendy video w 2021 roku, a jaka jest przyszłość reklamy video, czyli co dalej?

Akredytacja DIMAQ

Posiadacze certyfikatów DIMAQ za udział w wydarzeniu otrzymują od 5 do 7 punktów recertyfikacyjnych. Szczegóły punktacji dla Uczestnika i Prelegenta znajdują się stronie: https://dimaq.pl/dimaq-voice-online/

Link do bezpłatnej rejestracji jest TU.

Bądź na bieżąco z DIMAQ Voice! Dołącz do wydarzenia na Facebooku.

Zostań prelegentem DV Online!

Nieustannie przyjmujemy zgłoszenia od osób, które chcą spróbować swoich sił jako prelegent/ka podczas DV Online. Jeśli masz ciekawy temat, którym chciałbyś/abyś podzielić się z naszą widownią nie zwlekaj, wyślij zgłoszenie wypełniając krótki formularz.

Co możesz zyskać będąc prelegentem DIMAQ Voice?

  • Jeśli jesteś posiadaczem certyfikatu DIMAQ, możesz zdobyć nawet 40 pkt recertyfikacyjnych (25 gwarantowane, dodatkowo do 15 pkt w zależności od ocen publiczności)
  • Wzmocnisz swój ekspercki wizerunek
  • Zaprezentujesz ciekawe rozwiązania/case’y swojej firmy

Aby zostać prelegentem DIMAQ Voice nie musisz posiadać certyfikatu DIMAQ. Jeśli Twoja prezentacja będzie oryginalna i spełni określone wymagania merytoryczne, na pewno odezwiemy się w celu omówienia szczegółów i zaplanowania dogodnego terminu wystąpienia.

Materiał eksperta – Giganci i debiutanci ramię w ramię na podbój… kosmosu

Podbój kosmosu nie jest już wyłącznie domeną Rosjan, Amerykanów, czy samego Elona Muska. Coraz więcej spółek interesuje się tzw. space-industry, której wstępna wycena pobudza wyobraźnię zarówno dużych graczy, jak i całkowicie raczkujących start-upów. Czy tylko kwestie finansowe przemawiają do portfeli początkujących przedsiębiorców? Niekoniecznie.

Kosmos z kosmiczną wyceną

Jak podaje redakcja BBC, wartość globalnego sektora kosmicznego (i gałęzi powiązanych) szacowana jest na 380 mld dolarów, spośród których 60 proc. stanowią inwestycje przedsiębiorstw komercyjnych. Według szacunków jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie — Morgan Stanley & Co. — branża jest wyjątkowo dynamiczna, ponieważ do roku 2040 ma osiągnąć poziom co najmniej 1 bln dolarów. Większym optymizmem dzielą się analitycy Bank of America, którzy uważają, że tylko w ciągu dekady globalna wartość sektora ulegnie potrojeniu, łapiąc pułap 1,4 bln dolarów. W tym momencie pojawia się jednak pytanie — czy na tak odważne szacunki wpłynie pandemia?

— Podczas gdy COVID-19 doprowadził do opóźnień w niektórych programach publicznych i prywatnych, nie wydaje się, aby epidemia miała negatywny wpływ na ogólne inwestycje. Może to w dużej mierze wynikać z faktu, iż większość wydatków w kosmosie to wydatki typu business-to-business/government (B2B/G), które zazwyczaj wracają do normy szybciej niż wydatki typu business-to-consumer (B2C) — wyjaśniał w ubiegłorocznej notatce do inwestorów Ron Epstein, analityk z Bank of America.

Branża dla majętnych? Duża szansa dla start-upów

Pomimo obiecujących wycen, sektor kosmiczny nie serwuje ambitnym start-upom prostego debiutu. Wysoka bariera wejścia powoduje, że według Scotta Campbella z Deloitte Ventures za 75 proc. udziałów odpowiada wyłącznie 7 spółek. Nadzieją na obniżenie kosztów jest jednak ewolucja technologii operacyjnej. M.in. dzięki młodym przedsiębiorstwom obecnie branża coraz bardziej interesuje się tzw. nano satelitami, których waga wynosi do 50 kg, a koszt wysłania na orbitę waha się od 100 tys. dolarów do 1 mln. Dla porównania, tradycyjne satelity ważą od 2 do 6 ton (a więc gabarytami przypominają pełnowymiarowy autobus) i koszt “transportu” tego typu obiektu na orbitę geostacjonarną wynosi od 0,5 mln do aż 3 mld dolarów.

Co za tym idzie, młode spółki coraz chętniej wchodzą we współpracę z dużymi graczami, aby popyt i podaż na eksploatację orbity systematycznie obniżał koszty operacyjne. Duża część spółek technologicznych chce mieć “własną” satelitę, która zapewniałaby niezależny sygnał, jednak dynamiczne zainteresowanie samodzielną emisją sygnałów pobudza również spółki specjalizujące się w zarządzaniu danymi. To również nisza, którą są w stanie zagospodarować ambitne start-upy.

Do 2011 roku branża kosmiczna była raczej domeną sektora rządowego. Układ sił zmieniły deklaracje Baracka Obamy, który zachęcił prywatnych przedsiębiorców do inwestowania w technologie satelitarne. Na samym przykładzie Wielkiej Brytanii można wskazać, że młode biznesy zareagowały na odzew strony amerykańskiej. Według BBC, 10 lat temu tylko w UK działały 234 spółki zajmujące się branżą kosmiczną. W 2018 roku z kolei — aż 948.

Mniejsze spółki w gotowości

Przedstawiciele brytyjskiego VC Seraphim Capital szacują, że obecnie na orbicie znajduje się mniej niż 9 tys. satelit. Licząc od 2016 roku, za 10 proc. wszystkich obiektów odpowiadało 5 firm: OneWeb, SpaceX, Planet, Spire oraz Amazon. Nie oznacza to jednak, że mniejsze spółki pozostają w tyle. W perspektywie najbliższych 4 lat aż 200 start-upów i dojrzałych przedsiębiorstw ze skromniejszym kapitałem, aniżeli globalne koncerny planują wysłać na orbitę około 25 tys. satelit. Jeśli pierwotne założenia spółek znajdą odzwierciedlenie w faktycznej realizacji, to właśnie start-upy, które wejdą na rynek, mogą zmienić zasady gry nie tylko w branży kosmicznej.

Powód? Przede wszystkim zastosowanie nano satelit. System kosmiczny oparty na mniejszych obiektach jest w stanie zrewolucjonizować technologię chmury, a także przesyłu danych. Sam Microsoft wraz z SpaceX chce zainwestować w rozwój modułów, które nie tylko byłyby buforem dla przesyłu informacji, ale również platformą do informowania o pogodzie, co jest w stanie zmodernizować systemy dla sektora rolniczego. W tych kategoriach mogą odnaleźć się właśnie mniejsze spółki i start-upy, które zajęłyby się wizją gigantów na płaszczyźnie realizacji projektów.

Z polskiej perspektywy podbój kosmosu może wydawać się nieco abstrakcyjny, jednak cała otoczka branży jest jak najbardziej dostępna dla krajowych przedsiębiorców. Jeśli nadwiślańskie start-upy uważnie prześledzą poczynania dużych koncernów, mogą trafić na pewną prawidłowość. Microsoft łączący siły ze SpaceX, Richard Branson zapowiada nowy projekt Virgin Orbit — wszystkie te spółki potrzebują odpowiedniej infrastruktury i przede wszystkim — podwykonawców.

Analiza danych satelitarnych, budowa nano satelit, koordynacja transportu sprzętu do baz serwisowych i kosmodromów. Te i wiele innych nisz nadal nie jest zagospodarowanych. W tym właśnie miejscu pojawia się przestrzeń dla ambitnych start-upów.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

EBC i NBP zaniepokojone wzrostem rentowności obligacji

Wydarzeniem minionego tygodnia było posiedzenie EBC na którym podjęto decyzję o przyśpieszeniu zakupów z programu PEPP w drugim kwartale w związku z dynamicznie rosnącymi rentownościami obligacji. ECB chce przeciwdziałać nadmiernemu wzrostowi rentowności, żeby utrzymać wysoką efektywność luźnej polityki monetarnej prowadzonej przez bank centralny. Tego samego dnia NBP wydał komunikat, że przygląda się sytuacji na rynkach finansowych i jest gotów modyfikować swój program skupu aktywów jeśli zajdzie taka potrzeba. Widać, że NBP również zaczyna się niepokoić wzrostem rentowności polskiego długu.

Wydarzeniem bieżącego tygodnia będzie posiedzenie FED, które odbędzie się w środę. Inwestorzy z uwagą będą śledzić komentarze amerykańskich bankierów centralnych dotyczące ich spojrzenia na ostatnie dynamiczne wzrosty rentowności obligacji skarbowych. Ponadto spłynie szereg danych z polskiej gospodarki: w środę poznamy dane o wynagrodzeniach oraz zatrudnieniu, w czwartek dane o produkcji przemysłowej, a w piątek sprzedaż detaliczna i produkcja budowlano-montażowa.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Premier M. Morawiecki w środę z wizytą w Paryżu. Energetyka jądrowa będzie jednym z kluczowych tematów spotkania z Emmanuelem Macronem

Istnieje szansa, żeby Trójkąt Weimarski zaistniał na nowo. Francja potrzebuje nowej dynamiki w Europie, a Polska poszukuje nowych partnerstw po zmianie w Białym Domu i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – mówi Monika Constant, dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. Jak wskazuje, środowa wizyta premiera Mateusza Morawieckiego w Paryżu ma zacieśnić polsko-francuskie relacje gospodarcze, a obaj politycy będą rozmawiać m.in. o transformacji energetycznej i budowie pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej, której Francuzi mogliby partnerować.

Celem wizyty premiera Morawieckiego w Paryżu jest zbliżenie tych dwóch krajów, przede wszystkim w obszarze gospodarczym. To jest kontynuacja rozmów, które w zeszłym roku rozpoczął Emmanuel Macron, odwiedzając Polskę, i które kontynuował m.in. wicepremier Gowin w zeszłym tygodniu. Płaszczyzn do współpracy pomiędzy Polską i Francją jest wiele, ale żeby one mogły zafunkcjonować, potrzebne są właśnie tego typu spotkania – mówi Monika Constant.

W środę, 17 marca premier Mateusz Morawiecki leci do Paryża, gdzie spotka się z prezydentem Emmanuelem Macronem. Szef polskiego rządu, podczas piątkowej konferencji prasowej w Lublinie, poinformował, że agenda spotkania będzie dotyczyć m.in. zagadnień kluczowych dla Europy oraz współpracy gospodarczej w najbardziej strategicznych sektorach po zakończeniu pandemii COVID-19.

Tematy, które premier Morawiecki będzie poruszał w Paryżu, nie są proste ani krótkie – mówi dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. – Rozmawiamy przecież m.in. o współpracy w obszarze szeroko rozumianej energetyki, projektach infrastrukturalnych, bieżącej wymianie handlowej, jak i wszystkich tych tematach, które w tym momencie są bardzo ważne dla Europy, czyli np. nowy Zielony Ład. To już pokazuje, jak wiele jest obszarów, o których premier Morawiecki będzie mógł rozmawiać w środę.

Jednym z kluczowych tematów omawianych przez obu polityków ma być energetyka jądrowa. Polska podpisała już co prawda ze Stanami Zjednoczonymi umowę na projekt i wykonanie elektrowni atomowej (pierwszy blok ma być gotowy w 2033 roku), ale Francja przedstawiła własną kontrofertę. O możliwościach współpracy i sfinansowania polskiego atomu mówił już m.in. ambasador Francji w Polsce Frédéric Billet. Z kolei w lutym br. w Warszawie gościł Jean Bernard Lévy, CEO największego francuskiego koncernu energetycznego EDF, który spotkał się z pełnomocnikiem rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, Piotrem Naimskim. Ten zaś już wcześniej deklarował, że rząd będzie rozmawiać z każdym, kto przedstawi warunki zgodne z założeniami polskiego programu energetyki jądrowej.

Oczywiście Francja, dysponując energią atomową, chciałaby zaproponować Polsce współpracę w tym obszarze. Francja jest największym operatorem cywilnych elektrowni jądrowych, więc naturalnie ma bardzo ciekawą, kompleksową ofertę dla Polski, zaadaptowaną już do potrzeb europejskich – mówi Monika Constant.

Francuzi są w Europie postrzegani jako eksperci od energetyki jądrowej. Ogłoszony w latach 70. tzw. Plan Messmera zaowocował budową 58 reaktorów, a francuski miks energetyczny jest oparty na atomie w blisko 75 proc. W skali całej Europy Francja jest liderem pod względem poziomu pozyskiwania energii z reaktorów atomowych.

Polsce zależy na partnerze, który jest w stanie przygotować potencjalne elektrownie jądrowe zarówno od strony koncepcyjnej, jak i w aspekcie budowy, utrzymania tych reaktorów i przede wszystkim sfinansowania tego projektu. Wydaje się, że Francja będzie przygotowywać właśnie taką, kompleksową ofertę, dostosowaną do potrzeb Polski – mówi dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Jak wskazuje, w obszarze transformacji energetycznej tematem polsko-francuskich rozmów może też być np. wykorzystanie wodoru. Lista potencjalnych obszarów współpracy jest bowiem dużo dłuższa i są na niej także inwestycje zagraniczne i duże projekty infrastrukturalne.

Francja jest jednym z największych inwestorów zagranicznych w Polsce, zainwestowała tutaj prawie 100 mld zł i stworzyła ponad 200 tys. miejsc pracy. My doliczyliśmy się ponad 1,1 tys. firm z francuskim kapitałem obecnych w Polsce, więc mamy już solidną podstawę do stwierdzenia, że ta współpraca jest bardzo mocna – mówi Monika Constant. – Mówiliśmy o atomie, o wykorzystaniu wodoru, stworzeniu wspólnego czempiona w produkcji baterii dla elektromobilności i chcielibyśmy, żeby te tematy były zgłębiane. Wiemy też, że Polska będzie rozwijała swoją infrastrukturę m.in. poprzez budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego. Francja jest bardzo zainteresowana wzięciem udziału w tym projekcie, dysponuje olbrzymim doświadczeniem w projektowaniu, wykonawstwie i utrzymaniu infrastruktury kolejowej, drogowej czy turystycznej. Okazuje się więc, że tych obszarów, w których Francja może wspierać Polskę w jej rozwoju, jest bardzo wiele.

Według wstępnych danych GUS za 2020 rok Francja pozostaje czwartym największym partnerem handlowym Polski pod względem wartości obrotów towarowych. To również czwarty największy rynek eksportowy (5,6 proc. udziału w polskim eksporcie ogółem) i szósty kierunek polskiego importu (3,4 proc. udziału). Polska zajmuje natomiast 10. pozycję na liście największych odbiorców francuskich towarów, plasując się równocześnie na 10. miejscu wśród głównych dostawców towarów do Francji.

Co istotne, dwustronna wymiana handlowa między Polską i Francją rośnie z każdym rokiem. Co prawda w ubiegłym roku – ze względu na pandemię COVID-19 – polski eksport do Francji zmniejszył się o 4,5 proc. w porównaniu z 2019 rokiem (do poziomu 13,320 mld euro), jednak równocześnie nastąpił wzrost eksportu artykułów rolno-spożywczych (ok. 8 proc.) oraz wyrobów przemysłu wysokiej techniki (o 3 proc.). Z kolei polski import z Francji w ubiegłym roku zmniejszył się o ok. 10,2 proc. i wyniósł ponad 7,7 mld euro. Ogółem obustronne obroty towarowe zmniejszyły się o 6,7 proc. (z poziomu ok. 22,6 mld euro do ok. 21 mld euro), jednak Polska – mimo kryzysu związanego z pandemią – zachowała dodatnie saldo obrotów towarowych z Francją (5,5 mld euro).

Francuskie firmy reinwestują w Polsce, chcą tutaj zostać na dłużej i to jest miarą tych obustronnych relacji. Ale na poziomie politycznym konieczne są wizyty i rozmowy, żeby dalej wzmacniać tę współpracę, żeby pojawiały się kolejne jej obszary. Bez dialogu nie ma dobrej współpracy, dlatego chcemy, żeby był  on kontynuowany. Ta środowa wizyta będzie kolejnym przykładem rozwijania tego dialogu pomiędzy Polską a Francją – mówi dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

Środowa wizyta premiera Mateusza Morawieckiego we Francji będzie pierwszą od ponad trzech lat. Wcześniej, w lutym 2020 roku do Warszawy przyleciał prezydent Emmanuel Macron, ale obustronny dialog chwilowo przerwała pandemia COVID-19. Dopiero w ubiegłym tygodniu wicepremier Jarosław Gowin poleciał do Paryża, gdzie spotkał się z ministrem gospodarki, finansów i odbudowy Republiki Francuskiej Bruno Le Maire’em oraz z przewodniczącym Senatu Republiki Francuskiej Gérardem Larcherem. Politycy rozmawiali m.in. o perspektywach współpracy polskiego i francuskiego przemysłu, eliminacji barier na jednolitym rynku oraz wzmocnieniu współpracy gospodarczej w ramach Trójkąta Weimarskiego.

Istnieje szansa, żeby Trójkąt Weimarski zaistniał na nowo. Francja potrzebuje nowej dynamiki w Europie, a Polska poszukuje nowych partnerstw po zmianie w Białym Domu i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wydaje się, że Trójkąt Weimarski jest idealnym miejscem ku temu, żeby odnaleźć swoje miejsce, żeby nadać nową dynamikę tej europejskiej gospodarce. Francja, Niemcy i Polska to wielkie kraje, które współpracując, rozmawiając i działając są w stanie znowu popchnąć Unię Europejską do tego, aby miała ofertę konkurującą z innymi mocarstwami – mówi Monika Constant.

Wpływ pandemii na gospodarkę będzie widoczny przez kolejne pięć lat. To zmiany klimatyczne i cyberataki pozostają jednak największym zagrożeniem dla biznesu

Ryzyka środowiskowe i brak konkretnych działań wymierzonych w zmiany klimatu pozostają największym zagrożeniem społeczno-gospodarczym – wynika z nowej edycji Global Risks Report 2021, opracowywanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym. Na tegorocznej liście zagrożeń wysoko uplasowała się też pandemia, która zwiększyła z kolei ekspozycję firm na cyberataki i ryzyka technologiczne. Według prognoz ekspertów wpływ COVID-19 na gospodarkę będzie widoczny jeszcze przez następne trzy–pięć lat. Będzie również widoczny w wielu sektorach ubezpieczeń, m.in. cyberpolisach i ubezpieczeniach należności.

– Każdego roku wydajemy Global Risks Report, w którym przedstawiamy główne – zdaniem ponad 100 tys. respondentów – zagrożenia i ryzyka. W tegorocznej edycji możemy wyróżnić trzy grupy ryzyk. Są to ryzyka środowiskowe, technologiczne i społeczne, wśród których znalazły się też zagrożenia związane z chorobami zakaźnymi i zjawiskami pandemicznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Zmiany klimatu i ryzyka związane z degradacją środowiska wciąż znajdują się na szczycie listy największych globalnych zagrożeń, zarówno pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia, jak i dotkliwości wywołanych przez nie szkód – wynika z Global Risks Report 2021, opracowywanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, przedstawicielami biznesu i autorytetami akademickimi, m.in. Uniwersytetu Oksfordzkiego i Uniwersytetu Pensylwanii. Eksperci prognozują, że podziały społeczne, niepewność i niepokój – spotęgowane pandemią COVID-19 – dodatkowo utrudnią międzynarodową współpracę w celu przeciwdziałania zmianom klimatu i degradacji środowiska.

– W ubiegłym roku na 10 najbardziej prawdopodobnych zagrożeń i najbardziej dotkliwych pod względem skali zniszczeń i strat aż osiem było związanych właśnie ze środowiskiem. W tym roku jest podobnie. Ryzyka nagłych zmian pogodowych, katastrofy ekologicznej i niepowodzenia polityki związanej z poprawą klimatu nadal są wiodące – wyjaśnia Artur Grześkowiak. – Widoczne są jednak też inne zagrożenia, m.in. te o charakterze technologicznym, związane z zagadnieniami regulacyjnymi na rynku cybernetycznym, awariami systemów cybernetycznych i nierównowagą w świecie cyfrowym.

Większe znaczenie ryzyka technologicznego w tegorocznej edycji raportu może wynikać z faktu, że pandemia na wielu firmach wymusiła zmianę modelu biznesowego, migrację do online’u i wdrożenie pracy zdalnej na masową skalę. To zwiększyło ich ekspozycję na ataki cybernetyczne. Firmy w miarę wdrażania nowych narzędzi cyfrowych odkrywają nowe luki w zabezpieczeniach, a home office spowodował utratę kontroli pracodawców nad przestrzeganiem procedur bezpieczeństwa.

– Obserwujemy w związku z tym zwiększone zainteresowanie cyberpolisami. Klienci, którzy do tej pory nie zdecydowali się na ich zakup, w ostatnim roku podjęli taką decyzję. Natomiast ci, którzy mieli je już wcześniej, zdecydowali się na zakup polis nadwyżkowych. Dotyczy to głównie grupy klientów, których operacje znacznie urosły w wyniku pandemii albo ich biznes jest mocno internetowy. Niemniej jednak wszyscy deklarują, że w związku z przejściem na tryb pracy zdalnej obawiają się ryzyk związanych z obszarem cyber. Dane od ubezpieczycieli pokazują zresztą, że aż 80 proc. wszystkich ataków ransomware dotyczyło pracowników pracujących właśnie w trybie home office – tłumaczy Małgorzata Splett, dyrektor Działu Ubezpieczeń Finansowych i Transakcyjnych w Marsh Polska.

Raport Global Risks, wydawany przy okazji Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, od 15 lat ostrzegał przed ryzykiem wybuchu globalnej pandemii. Te ostrzeżenia ziściły się w 2020 roku, a eksperci prognozują, że wpływ COVID-19 na gospodarkę będzie widoczny jeszcze przez następne trzy–pięć lat.

– W horyzoncie trzech–pięciu lat tegoroczny raport wskazuje głównie na ryzyka o charakterze ekonomicznym, m.in. kryzys fiskalny, zadłużeniowy czy związany z wyceną aktywów przedsiębiorstw. W tym kontekście naszą uwagę zwraca raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego dotyczący firm zombie, czyli takich, które nie są w stanie obsługiwać swojego zadłużenia w ramach bieżącej działalności. Ich odsetek na rozwiniętych rynkach mieści się w przedziale 20–30 proc. Dekadę temu było ich mniej niż 10 proc. To pozwala postawić tezę, że wraz z nasilającymi się skutkami pandemii ekonomiczne kłopoty przedsiębiorstw mogą narastać i prowadzić do kryzysów – mówi prezes Marsh Polska.

Problemy gospodarcze wywołane pandemią i lockdownami mają przełożenie na wiele segmentów rynku ubezpieczeń. Efekty widać m.in. w polisach D&O, czyli ubezpieczeniach odpowiedzialności cywilnej przeznaczonych np. dla członków zarządów, prokurentów i członków rad nadzorczych. COVID-19 pogorszył już i tak ciężką sytuację na tym rynku.

– Mierzymy się ze wzrostami kosztów takich polis, ale i problemem z dostępnością sum ubezpieczenia na rynku. Ubezpieczyciele obawiają się kryzysu i spowolnienia gospodarczego, które zawsze przynoszą trend wzrostowy w szkodach z polis D&O. Tak było w latach 2008–2011 – wskazuje Małgorzata Splett. – Menedżerowie firm, którzy podejmują decyzje w trakcie pandemii, być może będą z nich rozliczani przez nowych właścicieli i nowe zarządy. Dlatego myślę, że z uruchamianiem polis D&O będziemy mieć do czynienia może jeszcze nie teraz, ale za kilka miesięcy, a nawet lat.

Kolejnym segmentem rynku ubezpieczeń, który zyskuje na znaczeniu w obliczu kryzysu gospodarczego, są ubezpieczenia należności handlowych. Jak wskazują eksperci Marsh Polska, nawet 80 proc. obrotu gospodarczego odbywa się w kredycie kupieckim, który wymaga ubezpieczenia. Ponadto firmy, które szukają kontrahentów za granicą, muszą oferować im konkurencyjne warunki współpracy, a jednym z nich jest odroczony termin płatności. Tego typu transakcje też wymagają zabezpieczenia. W sytuacji zawirowań gospodarczych i rosnącego ryzyka ubezpieczyciele mogą obniżyć limity ubezpieczeń lub nawet wycofać oferty dla niektórych branż czy rynków. Taka decyzja może oznaczać, że firmy nie będą miały odpowiednio zabezpieczonej płynności finansowej.

Dlatego w połowie ubiegłego roku rząd przygotował program wsparcia dla rynku ubezpieczeń należności handlowych. Nowy instrument wsparcia miał umożliwić zakładom ubezpieczeń scedowanie części ryzyka na Skarb Państwa w zamian za przekazanie części składki ubezpieczeniowej.

– ​W Polsce tego typu program wsparcia rządowego w 2020 roku nie wszedł w życie. Rozmowy z rządem koordynowane przez PIU były rozpoczęte już w kwietniu, natomiast nie zakończyły się sukcesem z uwagi na to, że sytuacja w polskiej gospodarce, a także globalnie nie była aż tak zła, jak na to prognoza pierwotnie wskazywała. Sam fakt rozpoczęcia rozmów pozwolił na uniknięcie masowych redukcji limitów, do których część ubezpieczycieli się przygotowywała już w maju. Od stycznia 2021 roku rozmowy są ponownie prowadzone. Nie wiemy, czy zakończą się sukcesem w pierwszym półroczu tego roku, wszystko zależy od tego, jakie będą prognozy co do rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce – mówi Marcin Olczak, dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w Marsh Polska.

W uzasadnieniu do ustawy, która wprowadziła program wsparcia, rząd podał, że w 2019 roku wartość ubezpieczonych transakcji handlowych polskich firm wyniosła 534 mld zł. W zależności od rozwoju sytuacji pandemicznej istniało ryzyko, że ubezpieczyciele – w obawie przed wzrostem niewypłacalności przedsiębiorstw – zredukują swoją ekspozycję o 20–50 proc., co mogłoby oznaczać pomniejszenie dostępnego finansowania w postaci linii kredytowych o 80 mld zł.

Małopolska szykuje się na wielkie inwestycje związane z organizacją igrzysk europejskich. Do 2023 roku planowane są nowe drogi, połączenia kolejowe i modernizacja infrastruktury sportowej

Kraków i Małopolska liczą, że igrzyska europejskie w 2023 roku dadzą impuls do rozwoju turystyki, która mocno ucierpiała w wyniku pandemii COVID-19, i branż powiązanych. Władze samorządów podkreślają, że będzie to koło zamachowe dla całej lokalnej gospodarki. Tym bardziej że organizacja imprezy pociągnie za sobą duże inwestycje w infrastrukturę drogową i kolejową. Również niektóre obiekty sportowe będą musiały przejść modernizację.

Kraków i region Małopolska będą gospodarzami igrzysk europejskich, które po raz trzeci odbędą się w 2023 roku. Pierwsza edycja tej imprezy odbyła się w 2015 roku w Baku, stolicy Azerbejdżanu, a druga w 2019 roku w białoruskim Mińsku. Wtedy też, na walnym zgromadzeniu Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC), zapadła jednomyślna decyzja o powierzeniu organizacji kolejnych igrzysk Krakowowi i Małopolsce.

– Wpływ igrzysk w 2023 roku na Kraków i Małopolskę będzie znaczny, ponieważ będzie to jedna z pierwszych – o ile nie pierwsza – impreza po zakończeniu pandemii na tak dużą skalę. To oznacza wielu przyjezdnych, którzy pomogą rozkręcać hotele, przemysł gastronomiczny, komunikację i całą przedsiębiorczość w regionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa.

– Jeżeli w tej chwili mamy do czynienia z recesją gospodarczą, która jest skutkiem epidemii, to niewątpliwie igrzyska europejskie w 2023 roku mogą być bardzo dużym kołem zamachowym, które pozwoli nam w sposób przyspieszony wyjść z tej recesji – ocenia Witold Kozłowski, marszałek województwa małopolskiego.

Samorządy zaangażowane w organizację imprezy liczą na promocję i impuls rozwojowy dla turystyki. Tysiące polskich i zagranicznych turystów, którzy przyjadą na igrzyska, mają pomóc przewoźnikom, touroperatorom, właścicielom hoteli i obiektów noclegowych stanąć na nogi po zapaści związanej z COVID-19. W 2019 roku Kraków odwiedziło 14,5 mln turystów, a w ubiegłym roku przez pandemię, lockdown i zastój rynku lotniczego ich liczba spadła o połowę i byli to głównie goście z kraju.

– Igrzyska spowodują rozhulanie przedsiębiorczości turystycznej w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu – mówi Jacek Majchrowski. – Wiadomo, że będą one też pewnego rodzaju kosztem, będą wymagały wyłożenia funduszy, nie tylko na promocję, lecz także na infrastrukturę. Jedna sprawa to infrastruktura sportowa, która większości mieszkańców może mniej dotyczy, ale też jest potrzebna. Te igrzyska mają być inne niż w Baku, bez wielkiego zadęcia. Generalnie mają się odbywać na już istniejących obiektach, które trzeba jednak przystosować i to też wymaga wkładu finansowego.

We wstępnym programie imprezy jest 26 dyscyplin, w tym m.in. łucznictwo, kajakarstwo, kolarstwo, szermierka, strzelectwo sportowe, tenis stołowy, triathlon, siatkówka i zapasy. Pełna lista będzie znana najprawdopodobniej w kwietniu, kiedy EOC zakończy rozmowy ze wszystkimi europejskimi federacjami. Organizatorzy wybierają dyscypliny ze względu na istniejącą bazę sportową. Ma to zminimalizować koszty, bo – jak zauważa Polska Organizacja Turystyczna – nie będzie potrzeby budowania nowych aren sportowych.

– Siłą rzeczy wiele aren sportowych będzie musiało przejść pewien lifting, ale część obiektów jest nowa. Przykładem jest chociażby hala sportowa Jaskółka w Tarnowie, oddana do użytku w ubiegłym roku. Oczywiście każdy obiekt trzeba przystosować do rozgrywania igrzysk i konkretnych dyscyplin, ale to nie będą duże prace ani wydatki – wyjaśnia Witold Kozłowski. – To będą igrzyska o specjalnym charakterze na zasadzie elastyczności i oszczędności. Nie szuka się dyscyplin tylko po to, żeby powstawały nowe obiekty.

Według wstępnych ustaleń sportowe zmagania w ramach III IE w 2023 roku będą się odbywać w Krakowie i głównych miastach Małopolski, m.in. w Zakopanem, Tarnowie i Krynicy. Chęć współorganizacji igrzysk wyraził też przy rządowym wsparciu Śląsk, który dysponuje rozwiniętą infrastrukturą sportową dla lekkoatletyki (Stadion Śląski w Chorzowie, w ubiegłym roku przemianowany na Narodowy Stadion Lekkoatletyczny).

Organizacja igrzysk oznacza jednak inwestycje nie tylko w bazę sportową, lecz także infrastrukturę transportową (np. połączenie lotniska Balice z Krakowem).

– Aby kibice mogli się dostać do Zakopanego, Tarnowa, Bochni czy Krynicy, musi istnieć sieć połączeń drogowych i kolejowych – podkreśla prezydent Krakowa.

Te inwestycje mogą się okazać dużo droższe. Większość z nich ma jednak zostać sfinansowana z budżetu centralnego. Oprócz Krakowa i Małopolski w organizację IE jest bowiem zaangażowany także polski rząd. Pod koniec ubiegłego roku w Ministerstwie Aktywów Państwowych zostało utworzone specjalne Biuro Koordynacji Igrzysk Europejskich Kraków-Małopolska 2023, nadzorowane przez wicepremiera Jacka Sasina.

Wiele nowych słów i militarne porównania. Pandemia zmieniła także polszczyznę

Nowa sytuacja wymaga nowych określeń i tak też się stało w przypadku pandemii. Przez koronawirusa w języku polskim pojawiło się wiele nowych wyrazów, inne – do tej pory używane tylko przez specjalistów – weszły do codziennego użycia, popularna stała się także militarna retoryka. Nie zabrakło także memów i reakcji prześmiewczych, które pozwalają oswoić nieznaną, a przez to budzącą lęk rzeczywistość. Zdaniem Michała Rusinka, byłego sekretarza Wisławy Szymborskiej, a teraz prezesa fundacji jej imienia, ludzie dobrze poradzili sobie z tym zadaniem dzięki poczuciu humoru.

– Generalnie takie sytuacje jak pandemia to są sytuacje lękowe. Nagle cały świat się zmienia, nie wiemy, co będzie dalej, więc musimy sobie jakoś radzić. Myślę, że poradziliśmy sobie z tym całkiem nieźle i to w dużej mierze dzięki różnym zabiegom językowym. Możemy zakląć rzeczywistość i język właśnie do tego służy – mówi agencji Newseria Biznes Michał Rusinek. – Do naszego języka weszły różne określenia związane z koronawirusem, COVID-em, trochę określeń medycznych, np. tajemniczy szpital jednoimienny. Pojawiły się też kwarantanna i lockdown, z którym sobie nie poradziliśmy językowo, musieliśmy go zachować w wersji angielskiej.

Namnożyło się także określeń związanych z utrudnieniami okazji towarzyskich, których zostaliśmy pozbawieni podczas lockdownu – koronaparty, koronalia, koronaferie, powstały także koronakryzys, samoizolacja (dobrowolna kwarantanna), prześmiewczy „koronaświrus” czy nauczanie zdalne, hybrydowe i stacjonarne. Do codziennego użycia weszło też słowo „maseczka”, do tej pory popularne wśród lekarzy i przedstawicieli innych zawodów, którzy stosowali takie zabezpieczenie jeszcze przed pandemią.

W języku polskich polityków dominowała metaforyka militarna: mówiono o ataku koronawirusa, tarczach antykryzysowych i finansowych czy o pracownikach medycznych jako znajdujących się na pierwszej linii frontu walki z pandemią. Michał Rusinek zwraca uwagę, że w języku angielskim takie określenie nie funkcjonowało, zamiast tego używano słowa „key”, czyli „kluczowi”.

 Kiedy zostaliśmy zamknięci w domu i zmuszeni do rozmów przez różnego rodzaju programy online, pojawiło się też sporo określeń związanych z ich nazwami – zwraca uwagę prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. – Akurat w Polsce Zoom nie jest bardzo popularny, ale w innych krajach, gdzie tak jest, bardzo mi się podoba określenie zoombie na kogoś, kto zbyt długo siedzi przed Zoomem i jest już trochę jak zombie. Właściwie wszyscy my, prowadzący zajęcia ze studentami, tak jak ja, jesteśmy takimi zoombie. Bardzo mi się podoba też mem przedstawiający Kartezjusza, który nie mówi: „Cogito ergo sum”, tylko: „Covido ergo Zoom”.

Przytacza też sytuację, z którą zetknął się osobiście podczas spotkania z dziećmi, również prowadzonego zdalnie za pomocą jednej z platform. Gdy zaczął mówić, jedno z dzieci krzyknęło: proszę pana, jest pan zmutowany. Chodziło o wyciszony mikrofon od angielskiego słowa „mute”, ale po polsku znakomicie kojarzy się ono ze sferą związaną z wirusem.

Wydaje mi się, że w innych językach kreatywność była nawet większa. Przykładowo w języku rosyjskim pojawiła się nowa kategoria „sididomcy”, czyli ci, którzy siedzą w domu z powodu koronawirusa, albo „pogulyancy”, czyli ci, którzy mimo wszystko chodzą na spacery w tym okresie – wymienia Michał Rusinek.

Komory hiperbaryczne pomagają pozbyć się powikłań po przejściu COVID-19. Polski start-up opracował ich tańszą alternatywę

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że samo zapalenie płuc jest przyczyną 800 tys. zgonów rocznie. Szacuje się, że nawet 40 proc. z nich można by zapobiec dzięki dostępności tlenoterapii. Tlenoterapia hiperbaryczna poprawia zaś stan chorych na COVID-19, wspiera też rekonwalescencję ozdrowieńców. Badania izraelskich naukowców udowodniły, że terapie tlenem hiperbarycznym opóźniają efekty starzenia mózgu. Dlatego popularność komór hiperbarycznych będzie rosnąć. Polska firma Omnioxy opracowała tzw. łagodne komory, o niższym ciśnieniu niż te stosowane w placówkach medycznych.

– Komory hiperbaryczne są coraz częściej wykorzystywane do wspomagania regeneracji osób po COVID-zie, które system w zasadzie pozostawia samym sobie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Cegielski, prezes Omnioxy. – Zdarza się, że mają one powikłania, trudności z wydolnością organizmu, z oddychaniem, mają różnego rodzaju schorzenia pocovidowe, a system o nich zapomina. Trafiają do gabinetów tlenoterapii hiperbarycznej, żeby przyspieszyć regenerację organizmu.

Tlen jest podstawowym lekiem stosowanym w opiece nad pacjentami na wszystkich poziomach systemu opieki zdrowotnej, w tym w chirurgii, urazach, niewydolności serca, astmie, zapaleniu płuc oraz opiece nad matką i dzieckiem. Według Światowej Organizacji Zdrowia samo zapalenie płuc jest przyczyną 800 tys. zgonów rocznie. Nawet 40 proc. z nich można by uniknąć dzięki dostępności tlenoterapii. Pandemia koronawirusa nie tylko zwiększyła zapotrzebowanie na sam tlen. Wzrosła również popularność komór hiperbarycznych.

Już w kilka miesięcy po wybuchu pandemii badania dr. Zhong Yanglinga, dyrektora Wydziału Tlenów Hiperbarycznych w szpitalu w Wuhan, wykazały, że terapia tlenem hiperbarycznym zmniejsza objawy u chorych, znacząco wspomaga też rekonwalescencję ozdrowieńców.

– Odkąd mamy problem z koronawirusem, zauważyliśmy wzrost sprzedaży komór hiperbarycznych, które zakupują najczęściej gabinety czy jednostki sanatoryjne do tego, żeby pomagać ludziom wrócić do zdrowia po przejściu COVID-a. Obecnie około 20 proc. naszej sprzedaży jest tam skierowana – ocenia Adam Cegielski.

Tlen hiperbaryczny ma zdolność dostarczania znacznej ilości dodatkowego tlenu do krwiobiegu i może pomóc w okresach niedotlenienia. Wyższe ciśnienie umożliwia przenikanie większych ilości tlenu przez zagęszczoną i objętą stanem zapalnym tkankę płuc do krwiobiegu. Komory hiperbaryczne były popularne już od dawna, na tyle że kilka lat temu amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków wyjaśniała, że terapia jest zatwierdzona tylko do kilkunastu rodzajów leczenia, od oparzeń po głębokie rany i zatrucia tlenkiem węgla, zaś nie pomaga przy raku czy autyzmie. Komory okazały się jednak niezbędne przy koronawirusie.

– Bardzo często po przejściu COVID-a osoby mają problemy z wydolnością organizmu, z oddychaniem i komora hiperbaryczna może być świetnym sposobem na to, żeby takich powikłań się pozbyć. Trzeba to robić w konsultacji z lekarzem, ale jest to jeden z niewielu bardzo naturalnych, nieinwazyjnych sposobów na to, żeby zwiększyć regenerację organizmu i przyspieszyć powrót do zdrowia – wskazuje prezes Omnioxy.

Polski start-up stworzył tańszą alternatywę dla zwykłych komór hiperbarycznych. Omnioxy mają niższe ciśnienie niż komory w placówkach medycznych, ale nadają się dla sportowców, rehabilitacji po udarze czy w walce z koronawirusem.

– Mamy dwóch sportowców amatorów, którzy uprawiali triathlon i przeszli COVID, a teraz nie mogą wejść wyżej po schodach, bo mają zadyszkę. Przechodzą właśnie serię kilkudziesięciu zabiegów, jesteśmy na razie po około dwóch tygodniach, ale już po pierwszych zabiegach mieli większą wydolność – mówi Adam Cegielski.

Polski rynek komór hiperbarycznych jest stosunkowo niewielki. W USA dostępnych jest 12 tys. komór, w Polsce ok. 300. Sytuacja może się jednak zmienić, właśnie dzięki polskiemu start-upowi. Omnioxy są równie skuteczne co komory stosowane w sanatoriach, ale znacznie tańsze i łatwiej dostępne.

– Żebyśmy osiągnęli takie nasycenie rynku, jakie jest w Stanach Zjednoczonych, to w Polsce, przeliczając liczbę mieszkańców, powinno tych komór być około 1,1 tys. A w USA cały czas ich sprzedaż rośnie, więc rynek jest bardzo wzrostowy. Moim marzeniem jest, żeby każda osoba, którą stać na luksusowy samochód, miała też w domu komorę hiperbaryczną – podkreśla prezes Omnioxy.

Komunikacja w czasie rzeczywistym wchodzi na wyższy poziom. Sztuczna inteligencja pomoże w komunikowaniu się m.in. rekruterom

Komunikacja online w czasie rzeczywistym jest już wykorzystywana niemal wszędzie. Zarówno firmy, które przeniosły swoje konferencje prasowe czy eventy do internetu, jak również szkoły czy administracja państwowa masowo korzystają z narzędzi online. Tych na rynku pojawia się coraz więcej, a w wyścigu z takimi platformami jak Zoom, Microsot Teams czy Google Meet stanął także start-up z Gdańska. Jego platforma do komunikacji w czasie rzeczywistym pozwala na dołączenie do spotkania za pomocą jednego kliknięcia, ale przy tym optymalizuje jakość do ruchu i połączenia internetowego. W przyszłości to sztuczna inteligencja może przejąć rynek komunikacji internetowej, zwłaszcza na rynku pracy zdalnej.

– W trudnym czasie pandemii komunikacja online’owa jest wykorzystywana praktycznie wszędzie. Począwszy od naszych dzieci w szkole po duże spółki czy korporacje – na każdym z tych etapów wykorzystujemy komunikację online zarówno do tworzenia eventów hybrydowych, jak i w pełni online’owych. Niezależnie od tego, czy chcemy spotkać się z kimś jeden na jeden, omówić jakieś ciekawe, trudne zagadnienie, czy chcemy zakomunikować coś do szerokiego gremium naszych odbiorców – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Filip Rau, dyrektor ds. sprzedaży w RTCLab.

Z badań Koalicji Bezpieczni w Pracy z 2020 roku wynika, że przed pandemią koronawirusa tylko 16 proc. pracodawców oferowało możliwość pracy zdalnej. W czasie pandemii odsetek firm, w których wprowadzono pracę zdalną, urósł do 95 proc., a aż 57 proc. pracodawców chce utrzymania pracy zdalnej także po pandemii. Co ciekawe, odsetek pracowników, którzy także chcieliby pracować zdalnie, jest niższy (47 proc.).

Wraz z boomem na pracę czy naukę zdalną nastąpił także wysyp rozwiązań do komunikacji online. Można je podzielić na te wymagające zainstalowania aplikacji, jak również te bazujące tylko na przeglądarkach, czyli tzw. Web Browser Basic. Start-up z Gdańska poszedł jeszcze o krok dalej.

– Internet został przeciążony w czasie pandemii. Każdy obecnie chciałby wrzucać content 4K z szerokim pasmem, ale rzeczywiście do tego też trzeba się przygotować. Przeglądarki mają swoje ograniczenia i tutaj właśnie pojawia się nasza innowacyjność, nasz kod, który jest w stanie się dostosować do przeglądarki, do komputera, który ma użytkownik, uczestnik danego wydarzenia, czy do pasma internetowego, jakie ma zagwarantowane i na jakim może pracować – podkreśla Filip Rau.

Platforma LiveWebinar od RTCLab jest konfigurowalna i umożliwia dostosowanie do preferencji i potrzeb użytkownika. Można np. spersonalizować platformę, dodając własne logo czy integrując z domeną. Od strony technicznej rozwiązanie nie wymaga żadnej ingerencji uczestnika. Wystarczy tylko kliknięcie w link i użytkownik może korzystać z narzędzia. Całość komunikacji odbywa się bezpośrednio w przeglądarce. Start-up wykorzystuje inteligentne algorytmy, żeby zoptymalizować ruch, połączenie internetowe i jakość komunikacji.

– Ludzie się utożsamiają już ze spotkaniami i komunikacją online. Ten rynek w tę stronę pójdzie – przekonuje dyrektor ds. sprzedaży w RTCLab. – Sztuczna inteligencja może nam pozwolić na zautomatyzowanie pewnych procesów związanych z komunikacją.

Bezpośrednia analiza rozmów prowadzonych w czasie rzeczywistym za pomocą algorytmów sztucznej inteligencji może być krokiem milowym dla komunikacji wideo. Już dziś polskie start-upy stosują rozwiązania do inteligentnych transkrypcji rozmów konferencyjnych. Aplikacja Kristalic analizuje zapis rozmowy i tworzy odpowiednio spersonalizowane notatki, wskazując  na ważne momenty i informacje podczas spotkania. Kolejnym etapem może być analiza rozmówcy na podstawie jego głosu, twarzy czy gestykulacji, co ma już miejsce w niektórych aplikacjach dla rekruterów w USA.

– Biorąc pod uwagę procesy rekrutacyjne, które na dzisiaj bardzo mocno zostały uzależnione od pandemii i w całości przeniosły się do internetu, możemy cały taki proces zautomatyzować i to już od momentu, gdy automatycznie wykonujemy telefon, rozpoznajemy intencję rozmówcy. Gdy dostajemy informację, że ten użytkownik może zostać zaproszony na spotkanie, automatycznie zostaje utworzony link do takiego spotkania na naszej platformie i przesłany uczestnikowi. Skracamy czas, jaki rekruter potrzebuje na rozpoznanie kandydatów. Robiąc to w sposób automatyczny, planuje wyłącznie te spotkania, które są dla niego najistotniejsze, najbardziej wartościowe – wskazuje Filip Rau.

Trzecia fala pandemii blokuje umocnienie złotego

Inwestorzy zwracają coraz większą uwagę na rosnącą zmienność rynkowych stóp procentowych. Jednocześnie waluty emerging markets zyskują, wspierane przez wyższe ceny surowców i wzrost apetytu na ryzyko. Polskiemu złotemu w umocnieniu przeszkadza jednak pogarszająca się sytuacja epidemiczna w kraju.

Co warto zauważyć, historyczna korelacja między wyższymi rentownościami amerykańskich obligacji i silniejszym dolarem aktualnie nie znajduje odzwierciedlenia w cenie waluty. Euro nie osłabiło się w parze z dolarem amerykańskim, choć rentowności obligacji europejskich spadły w ujęciu tygodniowym, ściągnięte w dół przez gołębie posiedzenie EBC. Zwycięzcami minionego tygodnia były surowcowe waluty G10 (korona norweska oraz dolary australijski i kanadyjski) i waluty krajów Ameryki Łacińskiej, wspierane przez wyższe ceny ropy naftowej.

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia będzie marcowe posiedzenie Rezerwy Federalnej. Mimo że zmiana w polityce pieniężnej nie jest oczekiwana, to rynki będą skupione na reakcji decydentów na znaczny wzrost rentowności długoterminowych papierów skarbowych i na wyraźny skok rynkowych oczekiwań podwyżek stóp procentowych w 2023 roku, które stoją w opozycji do prognozy Fedu. Tydzień dla walut G10 zamkną czwartkowe wieści po posiedzeniu Banku Anglii.

PLN

Miniony tydzień był dla złotego znacznie spokojniejszy niż dwa poprzednie. Spadek rentowności amerykańskich obligacji w pierwszej części tygodnia i słabość dolara amerykańskiego sprzyjały złotemu, niemniej pogorszenie sytuacji epidemicznej oraz nowe restrykcje nie pozwoliły walucie na wyraźne odbicie. Większe obostrzenia objęły teraz m.in. województwo mazowieckie, generujące niemal 1/4 PKB Polski.

Sytuacja epidemiczna w regionie zróżnicowała się. Patrząc na kraje, którym poświęcamy szczególną uwagę, pogorszenie sytuacji obserwujemy na Węgrzech i w Polsce, z kolei lepiej radzą sobie Czechy. Różnice w zachowaniu walut zdają się odzwierciedlać tę sytuację. Sugeruje nam to, że złoty powinien otrzymać wewnętrzny impuls do aprecjacji, jeśli krajowe restrykcje nie będą zaostrzane, a sytuacja epidemiczna w perspektywie kolejnych tygodni ulegnie poprawie.

W tym tygodniu codziennie czekają nas istotne publikacje makroekonomiczne z Polski, dotyczące w większości lutego. Nie powinny mieć one jednak istotnego znaczenia dla złotego. Wśród informacji krajowych znacznie ważniejsze będą wieści z frontu walki z COVID-19.

EUR

EBC dał jasno do zrozumienia, że w przeciwieństwie do Fedu obawia się wzrostu rentowności obligacji i jego potencjalnego wpływu na ożywienie gospodarki. Bank centralny ogłosił, że w ramach nadzwyczajnego programu zakupów w czasie pandemii (pandemic emergency purchase programme – PEPP) będzie szybciej skupował obligacje skarbowe, by przeciwdziałać wzrostowi rentowności. Ku naszemu pewnemu zaskoczeniu, prognoza PKB na ten rok pozostała niemal niezmieniona pomimo powolnego tempa szczepień w krajach strefy euro. Inflacja w tym roku zgodnie z projekcją EBC ma natomiast tymczasowo przyspieszyć.

Co ciekawe, ani istotna informacja o zmianach w tempie skupu obligacji, ani niskie tempo szczepień w krajach europejskich i utrzymywanie się dość wysokiej liczby nowych zakażeń nie wpłynęły znacząco na euro. Porównując z podobnymi, głównymi walutami, euro zakończyło tydzień gdzieś w połowie stawki. Uważamy, że ta odporność jest znacząca i widzimy potencjał do umocnienia euro, jeśli i kiedy kraje europejskie przyspieszą ze szczepieniami.

USD

Amerykańskie obligacje skarbowe w minionym tygodniu po krótkotrwałym wzroście ostatecznie ponowiły wyprzedaż. Amplituda ruchów była jednak stosunkowo niewielka, a duże aukcje obligacji skarbowych nie zaburzyły sytuacji na rynku. Podczas gdy inflacja w lutym ukształtowała się mniej więcej tak, jak się spodziewano, inne dane o wysokiej częstotliwości (takie jak te o liczbie składanych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych) generalnie okazują się lepsze od oczekiwań.

Jak wspomnieliśmy wyżej, w tym tygodniu kluczowe dla dolara będzie posiedzenie Rezerwy Federalnej. Będziemy uważnie przyglądać się aktualizacji prognoz gospodarczych FOMC i wszelkim potencjalnym próbom powstrzymania wzrostu rentowności obligacji. Podczas konferencji prasowej z pewnością zostanie poruszony szczególnie temat rozbieżności między prognozami decydentów dotyczącymi braku podwyżek stóp procentowych do 2023 roku a rynkiem, który zaczął wyceniać pełną podwyżkę na początku owego roku.

GBP

Trudno obecnie ocenić rzeczywisty stan brytyjskiej gospodarki. Na dane rzutują bowiem nie tylko lockdowny, ale też potencjalnie przejściowy kryzys handlu z UE spowodowany brexitem. Bardzo dobre wyniki Wielkiej Brytanii w zakresie szczepień wspierały funta, szczególnie w stosunku do euro, ale prawdopodobnie jest to już zawarte w cenie waluty, która obecnie bez przekonania porusza się w wąskim kanale tak w parze z euro, jak i dolarem amerykańskim.

Posiedzenie Banku Anglii w tym tygodniu może stanowić wsparcie dla funta. Oczekuje się, że retoryka tamtejszych decydentów będzie bardziej optymistyczna ze względu na sukces dotyczący szczepień i stosunkowo silne wsparcie fiskalne ogłoszone przez rząd Johnsona.

CHF

Spadek rentowności długoterminowych papierów skarbowych w USA w pierwszej połowie tygodnia dał frankowi odetchnąć i sprawił, że para EUR/CHF zakończyła tydzień jedynie nieznacznie wyżej. To istotna zmiana po kilku tygodniach silnej wyprzedaży szwajcarskiej waluty. Niemniej z racji wciąż pozytywnego sentymentu do ryzyka frank pozostał w zeszłym tygodniu jedną z najgorzej radzących sobie walut G10, podobnie jak inne safe haven.

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) powinien z zadowoleniem przyjąć słabość franka. Ostatnie dane sugerują, że bank nie był bardzo aktywny na rynku w ostatnich miesiącach. Dane dotyczące depozytów na żądanie, które służą jako wskaźnik zastępczy obrazujący skalę interwencji SNB, pokazały, że ich stan pozostał praktycznie niezmieniony od września ub.r.

Biorąc pod uwagę ograniczoną skalę interwencji SNB i bardzo ograniczoną liczbę publikacji ekonomicznych ze Szwajcarii w tym tygodniu, wahania rynkowego sentymentu i wieści z zewnątrz powinny okazać się dla franka kluczowe w najbliższych dniach.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Coraz więcej złota w rezerwach Narodowego Banku Polskiego

Narodowy Bank Polski w ciągu kilku lat chce dokupić dodatkowe 100 ton złota w ramach zwiększenia rezerwy ­– wskazywał Adam Glapiński, Prezes NBP. Czy to dobra strategia? Czemu ma służyć takie działanie? Wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Banki centralne na całym świecie znów traktują złoto jako istotny składnik rezerw. Co więcej, od dłuższego czasu obserwuje się wzrost znaczenia tego kruszcu na rynkach kapitałowych. Zainteresowanie nim tłumaczone jest także niepewną i zmieniającą się sytuacją polityczną.

Warto wiedzieć, że królewski kruszec jest aktywem rezerwowym, które dywersyfikuje ryzyko geopolityczne w czasie kryzysów oraz w okresie napięć w sferze politycznej. Złoto jest bezpieczną przystanią. Zazwyczaj – w niespokojnych czasach – jego wartość rośnie, dzięki czemu może ono zabezpieczać siłę finansową Polski. Daje ono również pewnego rodzaju niezależność, ponieważ nie jest związane z nim ryzyko kredytowe, a także bezpośrednio polityka gospodarcza konkretnego kraju. Dlatego państwo posiadające duże rezerwy złota jest bardziej wiarygodne w oczach inwestorów i pożyczkodawców.

Według danych NBP, Polska posiada już prawie 230 ton złota. Pod tym względem Narodowy Bank Polski zajmuje 22. miejsce wśród banków centralnych na świecie. Ponadto w ciągu kilku lat planuje dokupić dodatkowe 100 ton złota. Warto wiedzieć, że NBP wykorzystuje korektę ceny kruszcu do powiększenia zapasów w lepszej cenie. Jest to przemyślana i dobra strategia, ponieważ w długoterminowych analizach trend nadal jest wzrostowy, więc możemy się spodziewać, że pomimo stosunkowo spokojnych kilku miesięcy, ceny złota nadal będą się zwiększać.

Według raportu Światowej Rady Złota podsumowującego 2020 rok, w ub.r. banki centralne zasiliły globalne rezerwy złota o 273 tony kruszcu. Zmiana kierunku w 3. kwartale zachwiała jednak dotychczasowym wizerunkiem banków centralnych jako nabywców złota. Z drugiej strony liczba banków centralnych nabywających złoto ponownie przewyższyła liczbę sprzedających, przy czym za większość zakupów odpowiadały rynki wschodzące, które w dużej mierze mają niższy udział w całkowych rezerwach złota. Jedno jest pewne – warto w najbliższym czasie obserwować ruchy banków centralnych w tym zakresie.

Ceny rosną

Na koniunkturę gospodarczą polskie firmy patrzą z największą nadzieją od ponad półtora roku. Jednak ten powiew optymizmu zbudowany jest na przewidywaniach, że inflacja będzie wysoka.

PMI w lutym wypadł bardzo dobrze. Indeks wzrósł z 51,9 pkt do 53,4 pkt. To najlepszy wynik od czerwca 2018 r. Rosnąć powinny zamówienia, produkcja i zatrudnienie.

Wskaźniki PMI pokazują, czy koniunktura w przemyśle wygląda dobrze, czy niedobrze, ale tym razem w przypadku wskaźnika dla Polski zdecydowanie na pierwsze miejsce wychodzi inflacja.

Inflacja jest już mocno wpisana w finansową strategię firm. Polskie przedsiębiorstwa raportują największy wzrost cen wyrobów gotowych od ponad siedemnastu lat. Przyczyną jest najszybszy wzrost kosztów produkcji od dekady, spowodowany niedoborem materiałów na światowych rynkach, problemami logistycznymi na granicach państw, a także osłabieniem złotego.

– Polski przemysł radzi sobie dobrze, dostosował się do warunków, które spowodowała pandemia, ale istotne jest też, że przy ograniczeniach dotyczących korzystania z usług jako konsumenci chętniej wydajemy swoje dochody na dobra przemysłowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Przemysłowi sprzyjają też wyniki w handlu zagranicznym, polski eksport bronił się dobrze.

Natomiast największym powodem do niepokoju staja się rosnące koszty. Nie jest przecież pewne, że tymi kosztami uda się obciążyć klientów. Zwłaszcza, że wzrost cen wyrobów gotowych miałby okazać się najwyższy od 17 lat.

– Ważne jest jak należy czytać wyprzedzające wskaźniki koniunktury PMI, bo tu akurat pokazują z jaką presją cenową spotykają się obecnie przedsiębiorstwa, a to nie oznacza jeszcze, że koszty te uda im się przenieść na finalnego konsumenta – wyjaśnia ekspert XTB. – I właśnie na rynku toczy się gra o to, w jakim stopniu uda się to zrealizować.

Istotne jest, że ostatnie tygodnie przyniosły bardzo duży wzrost cen surowców na światowych giełdach towarowych. Może to być efekt gier spekulacyjnych, jednak to byłoby optymistyczne założenie przy prognozowaniu inflacji. Ta jednak wydaje się nadciągać z różnych stron, wywołując tzw. spiralę inflacyjną. O wiele więcej będziemy wiedzieć dopiero wówczas, gdy skończą się lockdowny i poznamy jaki jest popyt po pandemii.

Raport Ericsson: jak 5G może napędzać inteligentny rozwój obszarów wiejskich

Polska może stać się liderem technologii 5G w Europie. Nasz kraj dzięki wprowadzeniu technologii 5G może zyskać około 15 mld euro, zajmując czwarte miejsce na trzydzieści krajów europejskich badanych w raporcie Analysys Mason. Inteligentne rolnictwo i szerokopasmowe łącza mobilne na terenach wiejskich mogą przynieść Polsce korzyści rzędu 5 mld euro.  Po produkcji i logistyce, to właśnie rolnictwo jest drugim najbardziej perspektywicznie rozwijającym się sektorem gospodarki w kontekście wykorzystania technologii 5G.

Technologia 5G przyczyni się do rozwoju bardziej zrównoważonego rolnictwa oraz wzmocnienia integracji gospodarczej na obszarach wiejskich. 5G jako technologia łączności mobilnej, która charakteryzuje się bardzo dużą przepustowością łączy oraz minimalnym opóźnieniem, stanowi platformę dla setek a nawet tysięcy połączonych ze sobą czujników w ramach Internetu Rzeczy. Mogą być one wykorzystywane do monitorowania zwierząt hodowlanych czy gromadzenia danych w czasie rzeczywistym na temat warunków gleby, upraw i powietrza.

Dane pozyskiwane z czujników pozwolą określić na przykład gdzie gleba wymaga nawodnienia, co pomoże ograniczyć zużycie wody na potrzeby upraw. Dzięki stałej analizie składu gleby nawozy będą mogły być stosowane praktycznie miejscowo, a ich skład będzie ograniczony do minimum. Będzie to skutkować również zmniejszeniem śladu węglowego. Sektor rolniczy odpowiada za ok. 10% wszystkich gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery.

Droga do odnowy

Jak podkreśla przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, nie da się zbudować Europy równych szans, jeśli 40% Europejczyków mieszkających na obszarach wiejskich nadal nie będzie miało dostępu do szybkich łączy szerokopasmowych. Taką opinię podzielają uczestnicy międzynarodowej konferencji „Droga do odnowy: jak 5G może napędzać inteligentny rozwój obszarów wiejskich?”, podczas której przeanalizowano wpływ 5G na poprawę łączności na europejskich obszarach wiejskich i możliwości cyfryzacji rolnictwa. Podczas wydarzenia głos zabrali m.in. Marie Hogan, szefowa działu Mobile Broadband and IoT w firmie Ericsson, Pekka Pesonen, sekretarz generalny Copa Cogeca, europejskiej organizacji zrzeszającej krajowe i lokalne związki rolnicze, Franc Bogovič, poseł Parlamentu Europejskiego, który przewodzi inicjatywie „Smart Villages” w PE oraz Juan Manuel Velasco Leon z Dyrekcji Generalnej ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi Komisji Europejskiej.

Problemem najbliższych dekad będzie zaspokojenie zapotrzebowania świata na żywność. Do 2050 roku liczba mieszkańców Ziemi wzrośnie do ponad 9 mld, co oznacza, że będziemy musieli wyprodukować około 70% więcej żywności[1]. Sytuację komplikują zmiany klimatyczne, bo z każdym 1°C wzrostu średniej temperatury zbiory kukurydzy zmniejszą się o 7,4%, a pszenicy o 6%[2]. Dlatego wiele osób upatruje nadzieje w nowych technologiach, które wprowadzą rolnictwo na wyższy poziom. Wykorzystanie autonomicznych maszyn rolniczych, monitoring upraw w czasie rzeczywistym, sztuczna inteligencja oraz aplikacje wspomagające zarządzanie gospodarstwem – to wszystko przy wsparciu technologii 5G może pomóc rolnikom zwielokrotnić zbiory, zaspokajając potrzeby świata w żywność.

Mobilny internet szerokopasmowy jako jedyny efektywny sposób łączności

Kryzys związany z pandemią Covid-19 pokazał, jak ważna jest łączność. Tymczasem mniej więcej połowa obywateli Europy mieszka na obszarach wiejskich i potrzebuje szybkich, bezpiecznych i niezawodnych łączy do pracy, nauki i zdalnego dostępu do usług publicznych, takich jak np. opieka zdrowotna. Kryzys ujawnił również wielką przepaść cyfrową jaka powstała w ostatnich latach między obszarami miejskimi i wiejskimi.

Oprócz zwiększenia wydajności i zrównoważonego rozwoju w rolnictwie, prelegenci omówili także rolę 5G i łączności bezprzewodowej w poprawie standardów życia na obszarach wiejskich. Marie Hogan podkreśliła, że technologia 5G może zapewnić dostęp do szerokopasmowego łącza w modelu bezprzewodowym (FWA) na obszarach, gdzie dostarczenie tego typu łączności za pomocą kabli czy innych rozwiązań jest niepraktyczne i nieekonomiczne. To z kolei przełoży się bezpośrednio na połączenie przedsiębiorstw wiejskich z szerszą gospodarką oraz wsparcie tworzenia nowych biznesów i miejsc pracy. Z kolei Pekka Pesonen podkreślił również to, że zapewnienie szybkich łączy internetowych na obszarach wiejskich może wpłynąć pozytywnie na kiełkujący w Europie trend migracji mieszkańców miast na wieś i przyczynić się do istnego „renasansu obszarów wiejskich”.

Pesonen przekonywał także, że samo rolnictwo nie pozostaje w tyle, dzięki ciągłym inwestycjom rolników w nowoczesne technologie. Jednak sektor ten jest hamowany przez nieodpowiednią infrastrukturę cyfrową na obszarach wiejskich. Zauważył, że choć europejskie rolnictwo wyprzedza obecnie światowych konkurentów pod względem zastosowania technologii cyfrowych, nie ma gwarancji, że za dekadę nadal będzie liderem. Pesonen podkreślił, że sukces Europejskiego Zielonego Ładu zależy w dużej mierze od zapewnienia łączności szerokopasmowej.

Polska u progu 5G

W Polsce jesteśmy już na drodze do upowszechnienia komunikacji w sieciach 5G, które dzięki dużej przepustowości łącza i praktycznie zerowym opóźnieniom otworzą przed rolnictwem nowe możliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G.

Ericsson jest aktywnym promotorem rozwiązań 5G w Polsce – wdrożył pierwszą komercyjną sieć 5G w Polsce z firmą Polkomtel, 5G w sieci Play, sieć testową w Warszawie z Orange oraz kampus 5G na Politechnice Łódzkiej. Firma współpracuje z operatorami, ośrodkami badawczo-rozwojowymi, środowiskiem akademickim oraz ze start-upami i przemysłem.

Ericsson posiada obecnie ponad 127 komercyjnych umów 5G, z których
79 to aktywne sieci działające w 40 krajach. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G. Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP (standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

[1]http://www.fao.org/fileadmin/templates/wsfs/docs/expert_paper/How_to_Feed_the_World_in_2050.pdf

[2]https://www.pnas.org/content/114/35/9326

Pandemia zaostrza apetyt na modernizację aplikacji – w grze sztuczna inteligencja i przetwarzanie na krawędzi

Raport F5 State of Application Strategy 2021[1] podkreśla wpływ pandemii na przyśpieszenie transformacji cyfrowej na całym świecie, ze szczególnym naciskiem na wykorzystanie sztucznej inteligencji, telemetrii i wdrożeń w środowiskach wielochmurowych. Wysiłki organizacji podejmowane dla transformacji pogłębiają się i nabierają tempa – znajdziemy w analizie.

Wynika to z potrzeby poprawy łączności, zredukowania opóźnień, zapewnienia ochrony i zwiększenia zasięgu analityki opartej o dane. Analiza F5 wskazuje także zwiększone zainteresowanie chmurą, rozwiązaniami w formie usług (SaaS), przetwarzaniem na krawędzi sieci i technologiami ochrony oraz dostarczania aplikacji.

COVID znacznie przyśpieszył globalną transformację. Postęp, który w normalnych warunkach mógłby zająć dekadę, prześlizgnął się dosłownie w rok. Więcej organizacji niż kiedykolwiek dotąd zmodernizowało i wdrożyło aplikacje (oraz technologie wspierające ich ochronę i dostarczanie) bliżej użytkowników. Dodajmy do tego wykorzystanie przetwarzania brzegowego i mamy nieprawdopodobną przestrzeń biznesową dla aplikacji adaptacyjnych. Takich, które mogą się samodzielnie rozwijać, chronić i naprawiać bez względu na środowisko, w którym są dostarczane czy sposób ich użycia – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland.

Trzykrotny wzrost dla adaptacji SI, dwukrotny dla modernizacji

Wskaźnik przyjęcia sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które są wyznacznikiem późnego etapu transformacji cyfrowej, wzrósł r/r ponad trzykrotnie, do 56%. Co więcej, 57% respondentów przyśpieszyło ekspansję cyfrową – to 31% wzrost od zeszłego roku. Wskaźnik pokazuje, jak mocno skupiono się na automatyzacji procesów biznesowych, orkiestracji i digital workflow – poprzez łączenie różnych aplikacji (usług) celem tworzenia płynnych doświadczeń cyfrowych dla użytkowników. Ten sam cel jest także osiągany dzięki łączeniu interfejsów API.

Wzrok przykuwa także 133% wzrost r/r respondentów, którzy przyznają, że modernizują aplikacje wewnętrzne czy klienckie – obecnie jest to praktyka stosowana przez 77% przebadanego audytorium. Dwie-trzecie respondentów korzystało z co najmniej dwóch metod tworzenia nowoczesnych obciążeń (kombinacja tradycyjnych i nowoczesnych komponentów aplikacji, które powstały w wyniku modernizacji).

Inne, wybiegające w przyszłość spostrzeżenia raportu wskazują, że ponad połowa respondentów traktuje infrastrukturę jako kod. Organizacje wykorzystujące podobne podejście są dwa razy bardziej skłonne do częstszego wdrażania aplikacji, nawet gdy korzystają z automatyzacji. Są także cztery razy bardziej skłonne do pełnej automatyzacji pipeline’ów aplikacji oraz dwa razy bardziej prawdopodobne jest, że ponad połowa ich aplikacyjnego portfolio została wdrożona przy użyciu w pełni zautomatyzowanych potoków.

Trendy i zmiany w architekturze. 87% przebadanych będzie wykorzystywała aplikacje oraz architektury nowoczesne obok tradycyjnych (11% wzrost w stosunku do 2020 r) . Niemal połowa wszystkich organizacji, a 30% więcej r/r, twierdzi, że zarządza przynajmniej pięcioma różnymi architekturami. Prawie 50% przebadanych zgadza się, że pandemia była kluczowym czynnikiem w przyśpieszeniu ruchu do chmury i SaaS. Aż 68% hostuje w chmurze przynajmniej część ochrony aplikacyjnej i technologii dostarczania, które pełnią (wg. 80% badanych)  krytyczne role wspomagające obsługę klienta (doświadczenie użytkownika) i umowy SLA. Ochrona w modelu SaaS została określona jako główny cel strategiczny organizacji w ciągu najbliższych dwóch do pięciu lat. Jednocześnie organizacje przygotowują się do rozwiązania złożoności architektonicznej wynikającej z dodawania SaaS, rozwiązań brzegowych, utrzymania on-premises i środowisk wielochmurowych oraz modernizacji aplikacji. 

Przetwarzanie brzegowe będzie bardzo istotne w 2021 roku. 76% przebadanych zaimplementowało albo planuje właśnie wdrożenia na krawędzi. Jako główne czynniki implementacji wskazywane są poprawiona wydajność aplikacji i zbieranie danych analitycznych. Ponadto, 39% uważa, że przetwarzanie brzegowe będzie strategicznie ważne w nadchodzących latach, a 15% z nich już hostuje ochronę i dostarczanie aplikacji na brzegu sieci.

Ciekawym przypadkiem wykorzystania krawędzi są także kwestie zarządzania współczesnymi zasobami ludzkimi: 42% respondentów raportu będzie w pełni wspierać zdalną pracę w możliwej do przewidzenia przyszłości. Tylko 15% planuje powrót pracowników do biur.

Dane są, brakuje wiedzy i kompetencji w obszarze ich wykorzystania

Ponad 50% respondentów deklaruje, że już dysponuje narzędziami potrzebnymi do raportowania prawidłowego działania aplikacji krytycznych dla biznesu. Niemniej, alarmująco dużo – 95% z nich twierdzi, że brakuje im wiedzy, którą można czerpać z funkcjonujących u nich rozwiązań do monitorowania i analityki. Dane zbierane przez narzędzia organizacji są wykorzystywane głównie w rozwiązywaniu problemów, następnie do wstępnego ostrzegania przed problemami z wydajnością. Niepokojące jest, że jedynie 12% ankietowanych przekazuje te dane do jednostek biznesowych, a mniej niż 24% organizacji wykorzystuje dane i wiedzę do kontrolowania, znajdowania potencjalnych degradacji wydajności.

W przypadku monitorowania komponentów modernizujących aplikacje, 62% uczestników badania mierzy wydajność tylko w kategoriach czasu odpowiedzi.

Ponad 80% ankietowanych, świadomych konieczności poprawy, twierdzi, że dane i telemetria są „bardzo istotne” dla ich planów ochrony, a ponad 50% spodziewa się korzystnego wpływu sztucznej inteligencji na ten obszar.

Niedaleka przyszłość

Tylko organizacje posiadające odpowiednią kombinację wiedzy pochodzącej z danych i automatyzacji będą w stanie sortować przytłaczającą ilość danych, rozpoznawać zbliżające się problemy z dostępnością i wydajnością oraz działać wystarczająco szybko, aby im zapobiec. Do tego czasu, wiele z organizacji nie będzie w stanie w pełni wykorzystać swoich postępów w cyfrowej transformacji czy wygenerować niezbędnej prędkości dla biznesu napędzanego sztuczną inteligencją. Będzie to wymagało strategii aplikacyjnej, która zawiera ochronę aplikacyjną i rozwiązania technologii dostarczania, które podążają za aplikacjami, nawet gdy wdrożenia będą dokonywane w wielu środowiskach, coraz bliżej użytkownika i na krawędzi sieci – podsumowuje Ireneusz Wiśniewski.

[1] www.f5.com/state-of-application-strategy-report  Raport reprezentuje ponad 1500 respondentów z całego świata z różnych branż, rozmiarów organizacji i ról zawodowych. Badanie skupiło się na decydentach IT, aby jak najlepiej podkreślić priorytety, obawy i oczekiwania osób najbardziej odpowiedzialnych za sprostanie najtrudniejszym wyzwaniom współczesnej gospodarki cyfrowej. Ich odpowiedzi razem tworzą obraz tego, jak organizacje rozwijają strategie aplikacji, żeby lepiej służyć potrzebom klientów. Tegoroczny raport został zmieniony na Raport o stanie strategii aplikacji (wcześniej nosił nazwę Raport o stanie usług aplikacji).

Rekordowe wyniki GPW za 2020 r.

  • W 2020 r. Grupa Kapitałowa GPW wypracowała rekordowe przychody ze sprzedaży w wysokości 403,8 mln zł.
  • Może pochwalić się też rekordowym zyskiem EBITDA – 224,6 mln zł.
  • GPW osiągnęła też jeden z najwyższych w swojej historii zysk netto, który przekroczył 151 mln zł.
  • Obroty sesyjne na Głównym Rynku GPW wzrosły w 2020 r. o ponad 50%, natomiast handel akcjami na rynku NewConnect zwiększył się o przeszło 900%.
  • W ubiegłym roku giełda wypłaciła swoim akcjonariuszom dywidendę w wysokości ponad 100 mln zł.

Mieliśmy rekordowe przychody, rekordowy wynik EBITDA w historii Giełdy, a także jeden z najwyższych poziomów zysku netto, który przekroczył 151 mln złotych – powiedział Piotr Borowski, członek zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w cotygodniowym Wideokomentarzu GPW zamieszczonym na oficjalnym profilu GPW w mediach społecznościowych.

Ubiegłoroczne przychody ze sprzedaży GK GPW wyniosły 403,8 mln zł, zysk EBITDA sięgnął 224,6 mln zł, czyli o 31,4 mln zł więcej niż w 2019 r. Zysk netto Grupy Kapitałowej GPW po raz trzeci w ciągu ostatnich czterech lat przekroczył 150 mln zł i wyniósł w 2020 r. 151,4 mln zł. Obroty sesyjne na Głównym Rynku GPW wzrosły w minionym roku o ponad połowę, natomiast handel akcjami na rynku NewConnect zwiększył się przeszło dziewięciokrotnie.

W ubiegłym roku zadebiutowało 6 spółek na Głównym Rynku Giełdy Papierów Wartościowych, w tym mieliśmy debiut wszechczasów, czyli spółki Allegro. Natomiast na rynku NewConnect zadebiutowało 14 spółek. Wartość debiutów wyniosła 9,6 mld zł – podsumował Piotr Borowski. Dodał, że spółki giełdowe wyemitowały też dodatkowe akcje w ramach tzw. emisji wtórnych o wartości prawie 2 mld zł.

Pomimo turbulencji społecznych i gospodarczych spowodowanych pandemią koronawirusa 2020 r. był dla warszawskiej giełdy okresem dynamicznego rozwoju. GPW stała się liderem w Europie pod względem  wzrostu obrotów na rynku, który wyniósł +56,1% rdr. Drugi w zestawieniu rynek Nasdaq krajów nordyckich i bałtyckich wzrósł o 37,7%. W ubiegłym roku giełda wypłaciła swoim akcjonariuszom dywidendę w wysokości ponad 100 mln zł.

Warszawska giełda nie była obojętna wobec problemów spowodowanych pandemią i w ubiegłym roku wielokrotnie okazywała wsparcie dla spółek oraz solidarność społeczną. – GPW wspierała walkę z COVID-19. Obniżyliśmy opłaty za notowanie akcji dla małych i średnich spółek. Przeznaczyliśmy także prawie 1 mln 700 tys. zł na wyposażenie placówek medycznych w sprzęt potrzebny do walki z pandemią  – podkreśla Piotr Borowski.

Miniony rok był też czasem intensywnej realizacji kolejnych elementów strategii #GPW2022. Uruchomiony został Giełdowy Rynek Rolny, na którym odbywa się dziś handel pszenicą, żytem i kukurydzą. Spółka GPW Benchmark uzyskała zezwolenie na prowadzenie działalności administratora m.in. kluczowego wskaźnika referencyjnego WIBOR, a GPW Tech rozpoczął przygotowania do komercjalizacji pierwszych rozwiązań technologicznych.

Pandemia napędziła sprzedaż sprzętu IT

Ostatni rok to wzmożona i można powiedzieć, niekiedy błyskawiczna rewolucja, jeśli chodzi o sprzęt komputerowy i wszelkie wdrożenia umożliwiające pracę, naukę i zabawę bez wychodzenia z domu. W większości zmiany dotyczyły zakupu nowego sprzętu. Praktycznie każdy dostawca oferujący rozwiązania mobilne takie jak laptopy, notebooki, tablety lub inne urządzenia peryferyjne odczuł duży wzrost sprzedaży w ostatnich miesiącach. Te często dwucyfrowe dynamiki, sięgające nawet 40-60%. Drugi element to wdrożenie rozwiązań pozwalających na pracę i naukę zdalną. Jest to cały szereg rozwiązań obejmujących obsługę pracy zdalnej, zarządzanie i raportowanie, transmisje spotkań online czy współdzielenie plików w pracy biurowej. Pandemia przyspieszyła także decyzje o uruchomieniu procedur i rozpoczęciu większych inwestycji w firmach. Widzimy więcej zapytań czy rozstrzygnięć przetargów w obszarze bardziej złożonych implementacji IT opartych o technologie czołowych dostawców, jak i te robione na zamówienie. Jeśli chodzi o rozrywkę i spędzanie wolnego czasu, wiele osób zrozumiało ze można doskonale spędzić wolny czas nie wychodząc z domu. Dużą popularnością cieszył się nie tylko sprzęt komputerowy umożliwiający pracę naukę, ale też wszelkie gadżety dostarczające rozrywki. Gaming niewątpliwie okazał się jedną z branż, która w czasie pandemii zyskała. Czy ten przez utrzyma się przez kolejne miesiące i lata? 2021 widzimy niesłabnące zapotrzebowanie na sprzęt, natomiast zauważamy problem z dostępnością towaru zarówno w Europie jaki i w Chinach. W kolejnych latach nie spodziewałbym się rekordów w słupkach sprzedaży. Ciekawym zjawiskiem jest również moda, albo nawet trend na produkty refabrykowane. Mowa tutaj nie tylko o sprzęcie w postaci telefonów komórkowych popularnych marek – choć od nich wszystko się zaczyna. Sądzę, że refabrykacji będą poddawane coraz ciekawsze segmenty rynku IT.

Piotr Kawecki, Prezes Zarządu ITBoom Sp. z o.o.

Bariery do kariery, czyli z jakimi wyzwaniami mierzą się kobiety na kierowniczych stanowiskach?

Jedna czwarta kobiet na menedżerskich stanowiskach czuje się niedoceniana w miejscu pracy. Mimo wysokiego stanowiska i pełnienia odpowiedzialnej funkcji, 61% badanych kobiet postrzega swoją rolę w firmie jako wspierającą a nie przywódczą, a 40% uważa swoje osiągnięcia za przeciętne. Jakie wnioski płyną z najnowszego badania Clue PR pt. Bariery do kariery? Z jakimi przeszkodami na drodze do rozwoju zawodowego kobiety muszą się mierzyć najczęściej? 

Ogólnopolskie badanie przeprowadzone w styczniu br. na zlecenie Clue PR[1] na panelu Ariadna na wyselekcjonowanej grupie ponad 450 kobiet na kierowniczych stanowiskach ukazuje różne aspekty wyzwań i przeszkód, z jakimi stykają się kobiety na swojej drodze zawodowej. Autorki badania dr Marta Bierca (SWPS) i Alicja Wysocka Świtała, partnerka zarządzająca Clue PR, zapytały kobiety zarówno o systemowe ograniczenia, jak i stereotypy, z którymi muszą walczyć na co dzień. Celem badania było zmapowanie całej siatki ograniczeń, jaka sprawia, że kobiety, mimo równościowych haseł zawartych w regulaminach i statutach firm mają utrudnioną drogę do awansów. Autorki badania wzięły również pod lupę całe spectrum opresyjnych sposobów zachowania podczas spotkań czy zebrań – ironicznych uśmiechów, pomijania wypowiedzi kobiet, wykluczających rozmów z innymi mężczyznami bez dopuszczania kobiet, jak również nagminnego przerywania kobietom ich wypowiedzi. Z jakimi przeszkodami muszą się mierzyć na co dzień kobiety, które zajmują stanowiska kierownicze i jak wiele sufitów na co dzień muszą przebić, żeby móc zajmować stanowiska równie eksponowane, co ich koledzy?

Opiekunka, nie liderka

Po pierwsze, kobiety dostrzegają różnice w traktowaniu płci przy decydowaniu przez zarządy firm o awansach i podwyżkach – 1 na 5 kobiet uważa, że płeć ma znaczenie przy decyzji o awansie pracownika i również 1 na 5 kobiet uważa, że zarobki na tych samych stanowiskach różnią się pomiędzy płciami, co zresztą zostało udowodnione w wielu badaniach o różnicach płacowych. Najbardziej zaskakujące i niepokojące różnice leżą jednak w postrzeganiu samych siebie i swojej roli przez kobiety na kierowniczych stanowiskach. 61% kobiet uważa swoją funkcję w organizacji za wspierającą – a przecież badane były kobiety, które pełnią role zarządcze w firmie, czyli wynika z tego, że kobiety nie postrzegają samych siebie jako przywódczyń. 37% badanych kobiet postrzega siebie jako „pomocnicę”, a 25% jako „opiekunkę”. Jako liderkę – mimo, że w rzeczywistości są to właśnie liderki w swoich środowiskach pracy – widzi siebie jedynie 27% badanych kobiet.

Kobiety chcą się rozwijać i zdobywać nowe kompetencje – 53% badanych kobiet deklaruje, że chce zajść dalej i wyżej, a 59% jest pewne siebie i uważa, że podejmowanie decyzji nie przychodzi im z trudnością. Zarazem jednak aż 40% kobiet uważa swoje osiągnięcia za przeciętne, czyli tym samym je pomniejsza. Otoczenie niestety przyczynia się do tego – 25% kobiet czuje się w pracy niedoceniana, a mniej niż połowa badanych kobiet (45%) uważa, że firma wspiera ich rozwój zawodowy. Ważna jest dana, która pokazuje, że kobiety są nieustająco porównywane z mężczyznami – 29% kobiet uważa, że musi się starać bardziej niż ich koledzy, żeby osiągnąć to samo, co mężczyźni.

Cicho o osiągnięciach, półgłosem o awansach

Pomimo iż wiele kobiet deklaruje chęć zwiększania zakresu odpowiedzialności w pracy, na co dzień bardzo dyskretnie komunikuje swoją siłę i osiągnięcia. Podobnie jest z reakcjami otoczenia, które często deprecjonuje i wręcz dosłownie ucisza kobiety, również te zajmujące eksponowane stanowiska w firmach i zarządach. 34% badanych kobiet deklaruje, że zabieranie głosu przychodzi im z trudnością. Co ciekawe staranie się o awans jest zawsze wyzwaniem dla niemal połowy respondentek, niezależnie od tego, czy przełożonym jest kobieta czy mężczyzna – dla 44% staranie się o awans u kobiety dyrektorki, a dla 48% u mężczyzny-dyrektora jest określane jako trudne. Ponad 30% kobiet nie lubi się sprzeciwiać przełożonemu, nawet gdy to one mają rację; 34% nie chce się sprzeciwiać przełożonej kobiecie, a 31% mężczyźnie.

Niebagatelny wpływ na samoocenę kobiet i ich przebojowość mają wszystkie sposoby zachowania, które systematycznie – chociaż często w ukrytej i niejawnej formie – wtłaczają kobiety w role posłusznych i cichych pracownic na pozycjach wspierających – a nie menedżerek decyzyjnych w kluczowych obszarach. Co ciekawe, opresyjne zachowania są również udziałem kobiet wobec kobiet. Nagminne wobec badanych kobiet są pytania o ich życie prywatne (23% kobiet doświadcza tego ze strony mężczyzn, 26% ze strony innych kobiet), komentowanie wyglądu (21% ze strony mężczyzn, 22% ze stron kobiet), przerywanie wypowiedzi (19% ze strony mężczyzn i aż 23% ze strony kobiet), traktowanie z góry, z wyższością (19% vs. 20%). 14% badanych kobiet ma wrażenie, że mężczyźni podważają ich kompetencje, a 16%, że robią to inne kobiety. Jednym słowem, kobiety realizujące się w strukturach firm mają do czynienia z całym arsenałem opresyjnych sposobów zachowania. Jedynie jedna na cztery badane kobiety wskazuje, że nie doświadczyła żadnego z powyższych opresyjnych zachowań w środowisku pracy.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na ograniczanie rozwoju i potencjału zawodowego kobiet jest ich zaangażowanie w sprawy domowe. Tylko 17% kobiet zdecydowanie się zgadza ze stwierdzeniem, że aby osiągnąć obecny sukces nie musiało poświęcić życia osobistego, a zarazem 39% uważa, że aby osiągnąć większy sukces musiałoby poświęcić życie rodzinne i skupić się na pracy. Źródło obciążeń kobiet leży również w podziale obowiązków w domu, którego fundamentem od lat jest wyraźna dysproporcja. 61% deklaruje, że ma więcej obowiązków domowych niż partnerzy, a prawie jedna czwarta kobiet (23%) ma wyrzuty sumienia, że zaniedbuje życie osobiste kosztem kariery. Wynika z tego, że do umożliwienia rozwoju zawodowego kobiet potrzebne są zarówno zmiany systemowe, jak i w świadomości społecznej.

[1] N=458 kobiet na stanowiskach decyzyjnych lub kierowniczych; wiek 18+, próba ogólnopolska, 60% pracuje ponad 5 lat w obecnym miejscu pracy; panel Ariadna, styczeń 2021, metoda CAWI

Stabilizacja na walutach i szaleństwo na kryptowalutach

Koniec tygodnia przyniósł stabilizację na rynkach walutowych. Dużo jednak działo się na kryptowalutach, gdzie przez niskie stopy procentowe i brak alternatyw inwestycyjnych płynie bardzo szeroki strumień pieniędzy.

Lepsze dane z Europy

W piątek poznaliśmy pakiet lepszych od oczekiwań danych ze strefy euro. Produkcja przemysłowa rośnie szybciej, niż oczekiwali analitycy, co pozwalało się w piątek odbić euro względem dolara. Nie przeszkodziły w tym nawet lepsze dane z USA. Po południu poznaliśmy Raport Uniwersytetu Michigan, pomimo wyraźnego przekroczenia oczekiwań nie odwrócił on ogólnej tendencji na rynku. Pomimo tego umocnienie poniedziałek rozpoczął się korektą tego ruchu bez wyraźnych powodów w danych makroekonomicznych.

Dane z Chin

W Państwie Środka wskaźniki makroekonomiczne z racji tego, że odnoszą się do pandemicznych odczytów sprzed roku, wyglądają niesamowicie. Wzrost inwestycji w aglomeracjach wyniósł 35% względem zeszłego roku. Produkcja przemysłowa wzrosła o 35,1%, a sprzedaż detaliczna o 33,8%. Patrząc na te dane widać, że gospodarka nadrobiła sporą część z zeszłorocznych spadków. Podobna sytuacja szykuje się zresztą w Europie, gdzie pomimo bardzo słabego roku państwa wracają na ścieżkę wzrostów.

Weekendowe kryptoszaleństwo

W weekend najpopularniejsza kryptowaluta świata, czyli bitcoin po raz pierwszy w historii przebiła 60 000 dolarów. Ostatni szczyt wynosił niecałe 57 500 dolarów, teraz po niecałym miesiącu znaleźliśmy się niemal 4 tysiące wyżej. Coraz częściej wskazuje się na bitcoina jako alternatywę dla złota. Wielu analityków ma z tym duże problemy, nie zmienia to faktu, że patrząc na kapitalizację tej kryptowaluty widać, że wyższą ma zaledwie 5 korporacji na świecie, co pokazuje skalę zjawiska. Na razie wszystko idzie w górę, nie wiadomo jednak, co się stanie, gdy ktoś postanowi sprzedać.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl