Azja hucznie świętuje Nowy Rok Księżycowy, ale RBA nie dostarczył fajerwerków. Stopa procentowa w Australii pozostała bez zmian, a bank opiera się oczekiwaniom rynkowym, że po gołębim zwrocie Fed wszystkie inne banki powinny pójść tą samą drogą. Reszta rynku finansowego pozostaje w zawieszeniu w oczekiwaniu na świeże sygnały.
Bank Rezerwy Australii (RBA) podtrzymał swoje neutralne nastawienie, co dla części rynku było zaskoczeniem i domykanie krótkich pozycji w AUD pozwoliło na aprecjację waluty i wyjście na lidera wtorkowego handlu. Oświadczenie po posiedzeniu nie było bezkrytycznie pozytywne, ale też nie było przesiąknięte pesymizmem. Bank musiał przyznać, że ryzyka dla perspektyw wzrostu zwiększyły się po negatywnej stronie, szczególnie w otoczeniu globalnym. Ostatnie dane z gospodarki także rozczarowały, choć zdaniem RBA serie są dość zmienne i trzeba do nich podchodzić z rozwagą. Prognozy PKB i inflacji na ten i przyszły rok zostały nieco obniżone, ale ścieżka wzrostu gospodarczego dalej pozostaje powyżej potencjalnego. I przynajmniej na tej podstawie nieracjonalna byłaby zmiana nastawienia na gołębie. Kłóci się to jednak z oczekiwaniami rynku, który w ostatnich tygodniach zaczął dyskontować wyższe prawdopodobieństwo obniżki stopy procentowej w tym roku. Niepokojący skrót myślowy zaczął ogarniać inwestorów, według którego gołębi zwrot Fed dyktuje działania innym bankom centralnym. No to w przypadku RBA to się nie sprawdziło. Ostatnio słowo jeszcze nie zostało wypowiedziane, gdyż dziś w nocy przemawiać będzie prezesa RBA Phillip Lowe i zapewne dostarczy więcej szczegółowych informacji o przyjętej strategii. Jeśli jednak podtrzymane zostanie stanowisko, że następny ruch na stopie procentowej prawdopodobnie będzie w górę, AUD dostanie impuls, który będzie ciężko zignorować.
Odwracając teraz rynkowe oczekiwania wobec RBA (gołębi Fed implikuje gołębi zwrot innych banków), jeśli bankierzy centralni z Australii nie widzą podstaw to wyraźnej rewizji nastawienia, mimo że stan krajowej gospodarki jest gorszy od kondycji USA, to czy to nie wzmacnia argumentacji, że w zmianie retoryki Fed nie chodziło wyłącznie o zaspokojenie żądań rynków finansowych? Idąc tym tropem, gospodarka światowa zwalnia, ale nie aż tak, aby wymagałoby to skoordynowanego działania czołowych banków centralnych. Utwierdza mnie to w moim optymistycznym poglądzie na kondycję światowej gospodarki i apetyt na ryzyko w średnim terminie. Może warto też odgrzebać listę potencjalnych podwyżek stóp procentowych tam, gdzie jeszcze niedawno zaostrzenie polityki najlepiej rokowało. Bank Kanady, Norges Bank i Riksbank przychodzą mi pierwsze do głowy. Jeśli rynek przestanie wierzyć, że Fed jest influencerem dla innych banków centralnych, takie waluty jak CAD, NOK i SEK powinny błyszczeć.
W międzyczasie musimy zmierzyć się z marazmem rynkowym spowodowanym brakiem nowych impulsów. Obchody Nowego Roku Księżycowego wyłączają z obiegu debatę o sporze handlowym USA-Chiny. Dziś w nocy prezydent USA Trump wygłosi orędzie w Kongresie i poza tym, że podkreśli wspaniałość wszystkiego, co robi, nie spodziewałbym się przełomowych zapowiedzi. Ubogość katalizatorów dla ocieplenia rynkowego sentymentu podnosi ryzyko powrotu do gruntownego analizowania ryzyk dla globalnego ożywienia, co może skłaniać do redukcji ekspozycji w ryzykownych aktywach. Dziś pod lupę wzięte będą indeksy aktywności w sektorze usługowym z Wielkiej Brytanii i USA.
Tylko od sierpnia do października 2018 roku ze sklepu Google Play usunięto 29 fałszywych aplikacji bankowych, które zawierały trojany. Nastąpiło to dopiero po tym, jak zostały zainstalowane przez ponad 30 tys. użytkowników. Złośliwe oprogramowanie m.in. wykrada dane logowania, wiadomości SMS czy listy kontaktów. Jeden Android.banker.A2f8a zbierał je z ponad 200 różnych aplikacji bankowych[1]. Jakie kolejne wyzwania przyniesie branży finansowej nadchodzący rok?
Urządzenia mobilne na celowniku
Ochrona przed złośliwym oprogramowaniem jest coraz trudniejsza, ponieważ nie zawsze pochodzi ono z podejrzanych i niesprawdzonych źródeł. Ataki na urządzenia i aplikacje mobilne umożliwiają hakerom nie tylko kradzież danych, ale też przechwytywanie ruchu sieciowego przesyłanego pomiędzy użytkownikiem a jego bankiem czy monitorowanie transakcji finansowych dokonywanych przez internet. Zagrożeni są nie tylko konsumenci, ale i firmy – zainfekowane urządzenia mogą stać się bramą dostępu do sieci całej organizacji.
Szyfrowanie i botnety zagrożeniem dla sieci
Według danych z laboratorium FortiGuard Labs firmy Fortinet, już 72% ruchu sieciowego jest zaszyfrowane (w roku 2017 było to 55%). Pozwala to na ochronę wrażliwych danych i transakcji. Szyfrowanie może jednak też stanowić czynnik osłabiający wydajność zapór sieciowych i systemów wykrywania intruzów (IPS), ponieważ ogranicza możliwość szybkiego sprawdzania danych. W rezultacie coraz większy odsetek ruchu sieciowego może być analizowany pod kątem złośliwej aktywności jedynie pobieżnie, aby nie spowalniać ważnych transakcji finansowych. Sytuacji nie poprawia także zaniedbywanie przez wiele organizacji kwestii aktualizowania wszystkich urządzeń i systemów. Niezałatane luki wykorzystywane są m.in. przez coraz bardziej inteligentne, złożone i trudne do wykryciabotnety[2]. Mogą one pozostawać w sieci organizacji średnio przez ponad 10 dni (w 2017 roku było to więcej niż 7 dni). Wiele botów przerywa przy tym swoje działanie po wykryciu i wznawia je dopiero, gdy przywrócone zostaną standardowe operacje systemu. Jedynym sposobem jest wtedy odnalezienie i usunięcie „pacjenta zero”.
Nowe wyzwania wymuszają zmiany
Cyberataki są przeprowadzane w coraz szybszym tempie, a to oznacza mniej czasu na prewencję, wykrywanie i minimalizowanie ich skutków. Błyskawiczna reakcja staje się kluczowa, dlatego organizacje powinny zmienić swoją politykę cyberbezpieczeństwa. Konieczne jest odejście od rozwiązań z zakresu ochrony punktowej, manualnego zarządzania bezpieczeństwem czy ochrony jako reakcji na zagrożenie, które już wystąpiło.
Strategia powinna integrować wszystkie elementy systemu zabezpieczeń oraz zbierać i porównywać informacje o zagrożeniach. Wzrośnie również waga kontroli dostępu do sieci. Identyfikacja i nadzorowanie wszystkich urządzeń, także mobilnych oraz z zakresu IoT[3], umożliwi wczesne wykrywanie niestandardowej i podejrzanej aktywności.
Aby chronić klientów i transakcje, niektóre duże banki wprowadziły do swoich aplikacji także zabezpieczenia biometryczne. Nie wszystkie podmioty mają taką możliwość, jednak każdy powinien przynajmniej regularnie skanować sieć pod kątem fałszywych aplikacji, a po ich znalezieniu ostrzegać klientów i nakłaniać witryny czy sklepy do ich usuwania.
– Warto również pamiętać o mechanizmach ochrony i edukowania samych konsumentów. Wielu cyberprzestępców wykorzystuje socjotechniki do wyłudzania danych, dlatego organizacje finansowe powinny przypominać klientom, o jakie dane może prosić oryginalna aplikacja lub konsultant, a o jakie nie – mówi Wojciech Ciesielski, menedżer Fortinet ds. sektora finansowego.
Rynek mieszkaniowy w Polsce od lat utrzymuje się w fazie wzrostowej, o czym najprzejrzyściej świadczy wzmożona aktywność deweloperów oraz popyt, jakim cieszą się ich projekty wśród kupujących. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego za rok 2018 potwierdzają, że pozytywny trend wciąż trwa, choć tempo wzrostu wyraźnie osłabło. Czy to już pierwsze sygnały spowolnienia?
Od stycznia do grudnia deweloperzy i inwestorzy indywidualni łącznie oddali do użytku 111,5 tys. mieszkań przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem, tym samym śrubując rekord już trzeci rok z rzędu. Wynik ten, związany oczywiście z ogólną koniunkturą gospodarczą, wiernie odwzorowuje notowane w ostatnim czasie statystyki dotyczące mieszkań, których budowę rozpoczęto bądź na budowę których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym.
Tendencja zwyżkowa utrzymuje się mniej więcej od roku 2012, kiedy to Polacy mogli odebrać klucze do 63,5 tys. lokali. Choć nieco ponad pół dekady później wynik ten został niemalże podwojony, tempo wzrostu wydaje się (przynajmniej na tę chwilę) wyraźnie słabnąć.
Michał Styś, Prezes Zarządu w firmie doradczej OPG Property Professionals
– Wzrost na poziomie 6% przywołuje na myśl lata 2014-2015, a więc tuż przed „boomem” budowlanym, co może świadczyć o większej ostrożności deweloperów i chęci dostosowania podaży do realnych możliwości nabywczych rynku – ocenia Michał Styś, Prezes Zarządu w firmie doradczej OPG Property Professionals.
Tabela 1. Mieszkania oddane do użytkowania w latach 1993-2018. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem.
Źródło: Opracowanie OPG Property Professionals na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego.
W Polsce będzie się jeszcze budować
Ciekawych informacji dostarcza rozbicie danych na poszczególne kwartały. Z analizy wynika, że deweloperzy rozpoczęli rok bardziej zachowawczo, aby „rozkręcić” się z podażą w drugiej połowie 2018. Od strony finansowej najwięcej transakcji przeprowadzono z kolei od stycznia do września. Blisko 60% oddanych w Polsce do użytku lokali zostało wówczas zakupionych za gotówkę.
– To był czas swoistego przegrupowania sił. Zyski ze sprzedaży poprzednich inwestycji umożliwiły deweloperom uruchomienie nowych projektów – ocenia Anna Osińska z biura sprzedaży osiedla ART MODERN w Łodzi, które w listopadzie rozpoczęło realizację drugiego etapu. – Niemniej, zapał budujących mogą hamować rosnące koszty materiałów, ograniczony dostęp do wykonawców oraz kurczący się w miastach zasób gruntów w dobrych lokalizacjach i przystępnych kosztowo. To wszystko przekłada się na ceny nieruchomości, które także mogą ograniczać popyt na mieszkania – dodaje.
Tabela 2. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem w 2018 – zestawienie kwartalne.
Źródło: Opracowanie OPG Property Professionals na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Na poparcie słów ekspertki przytoczyć można statystyki mieszkań znajdujących się w trakcie realizacji oraz tych dopiero zgłaszanych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy rozpoczęto budowę 131,6 tys. lokali, na kolejne 159,9 tys. wydano pozwolenia budowlane. Porównując bezpośrednio najnowsze dane GUS z tymi sprzed roku, moglibyśmy mówić o wzroście na poziomie 25%. Należy jednak pamiętać, że do stycznia 2018 projektów realizowanych przez inwestorów indywidualnych nie zaliczano w poczet inwestycji przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem, nawet jeśli faktycznie przyświecał im taki cel.
Rynek mieszkaniowy w Polsce znalazł się w ciekawym momencie, gdyż o jego kształcie decyduje wiele czynników, często o przeciwstawnym charakterze. Wiele wskazuje na to, że pomimo rekordowo wysokiej aktywności, deweloperzy nie przeszarżują i w 2019 zdołają utrzymać zadowalającą chłonność rynku. Pytanie, jak słupki sprzedaży prezentować się będą za 2 lata i dalej?
Wystawiasz faktury z odroczonym terminem płatności, co zawsze wiąże się z ryzykiem zachwiania płynności finansowej? Aby temu zapobiec, skorzystaj z nowoczesnych usług finansowania. Postaw na faktoring online – rozwiązanie, dzięki któremu odzyskasz firmowe pieniądze bez bezpośredniego kontaktu z firmą faktoringową. Dowiedz się, jak to działa.
Chociaż faktoring kojarzy się przede wszystkim z usługami skierowanymi do dużych przedsiębiorstw, mogą z niego skorzystać także małe firmy. Dotyczy to w szczególności faktoringu internetowego – formy finansowania dostępnej bez wychodzenia z biura.
Na czym polega faktoring online?
Faktoring online to nowoczesna usługa finansowania bieżącej działalności, która nie wymaga bezpośredniego kontaktu z przedstawicielem firmy faktoringowej. Wszystkich formalności dopełnia się za pośrednictwem internetu – bez konieczności opuszczania siedziby firmy. To wyjście naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców, dla których każda minuta jest cenna i chcą jak najwięcej czasu przeznaczyć na działania prowadzące do realnego rozwoju firmy.
Zasada działania faktoringu internetowego sprowadza się do zaledwie kilku kroków. W przypadku usług oferowanych przez Idea Money cała procedura obejmuje:
wypełnienie formularza internetowego,
wprowadzenie faktury do systemu,
wypłatę środków – po pozytywnej weryfikacji wniosku.
Pieniądze mogą trafić do przedsiębiorcy jeszcze tego samego dnia, w którym zgłosił fakturę.
Faktoring online – poznaj jego zalety
Faktoring online łączy w sobie wszystkie walory klasycznego faktoringu i jednocześnie pozwala uzyskać dodatkowe profity. Na jego korzyść przemawiają takie argumenty jak:
szybka wypłata pieniędzy – jest to możliwe nawet w dniu wprowadzenia faktury do systemu,
możliwość swobodnego dysponowania środkami – nie dochodzi do ich długotrwałego zamrożenia,
zachowanie płynności finansowej – pieniądze można podejmować w dowolnym momencie,
możliwość rozwoju przedsiębiorstwa – środki przeznaczasz na inwestycje bez obaw o powstanie zatorów płatniczych.
Jeżeli wybierzesz faktoring online dostępny w Idea Money, możesz także liczyć na uproszczone procedury oraz na wypłatę środków w wysokości 100% wartości faktury.
Faktoring internetowy to usługa finansowa, dzięki której wszystkich formalności można dopełnić online – bezpośrednio sprzed ekranu komputera. Stanowi to duże udogodnienie – szczególnie dla tych przedsiębiorców, którzy nie lubią tracić czasu na podejmowanie zbędnych działań.
8 stycznia 2019 r. Rząd ostatecznie przyjął nową wersję projektu ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych. Głównym celem nowych regulacji jest zwiększenie skuteczności zwalczania poważnej przestępczości gospodarczej i skarbowej oraz ochrona tzw. sygnalistów, czyli osób sygnalizujących nieprawidłowości. Nowe przepisy nakładają jednak wobec przedsiębiorców szereg oczekiwań ze strony Państwa skutkujących wzrostem obciążeń administracyjnych.
Głównym uzasadnieniem zmian przepisów prawa w tym zakresie jest mała efektywność dotychczas obowiązujących przepisów prawa. Jak podkreśla Ministerstwo Sprawiedliwości w uzasadnieniu projektu: „W 2017 r. do sądów wpłynęło 14 spraw, w 2016 r. – 25, w 2015 r. – 14, w 2014 r. – 31 spraw, w 2013 r. – 26 spraw. Przeprowadzone analizy wskazują na nieznaczną wysokość kar nakładanych w trybie ustawy”.
Analizując kwestie efektywności obecnie obowiązujących przepisów, należy wyjść od przyjętej koncepcji odpowiedzialności podmiotu zbiorowego, która jest ściśle powiązana z uprzednim wykazaniem odpowiedzialności osoby fizycznej. Jest to więc odpowiedzialność o charakterze pochodnym, uzależniona od wyniku wcześniejszych postępowań. Dodatkowo należy wykazać związek osoby z podmiotem zbiorowym oraz działaniem w imieniu i interesie podmiotu zbiorowego. Na gruncie obecnie obowiązujących przepisów odpowiedzialność podmiotu zbiorowego sprowadza się więc do braku dochowania należytej staranności w wyborze pracowników oraz braku odpowiedniego nadzoru. Katalog sankcji obejmuje obecnie karę pieniężną (zgodnie z art. 7. Ustawy z dnia 28 października 2002 r. o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary: od 1000 zł do 5 mln zł, nie wyższą niż 3% przychodu w danym roku). Dodatkowo sąd może orzec jeden z zakazów określonych w art. 9 ustawy, utrudniających funkcjonowanie takiemu podmiotowi, jak np. zakaz promocji lub reklamy, zakaz dostępu do wsparcia ze środków publicznych, zakaz korzystania z pomocy organizacji międzynarodowych, których Polska jest członkiem, zakaz ubiegania się o zamówienia publiczne czy podanie wyroku do publicznej wiadomości.
Analizując słabości obecnie obowiązujących regulacji, Rząd zaproponował projekt nowych przepisów o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione, który zakłada m.in.:
rozszerzenie katalogu czynów zabronionych poprzez odejście od katalogu czynów zabronionych będących podstawą odpowiedzialności podmiotu zbiorowego na rzecz ogólnego katalogu przestępstw ściąganych z oskarżenia publicznego lub przestępstw skarbowych;
zmianę modelu odpowiedzialności poprzez rezygnację z wymogu uprzedniego uzyskiwania wyroku skazującego osobę fizyczną;
uwzględnienie w zakresie regulacji podmiotów zbiorowych mających siedzibę lub prowadzących działalność za granicą m.in. jeżeli czyn zabroniony został popełniony lub ma skutek na terytorium Polski;
nałożenie obowiązku wdrożenia przez podmioty zbiorowe rozwiązań w zakresie skutecznego wykrywania i zapobiegania popełnianiu czynów zabronionych;
zmianę w zakresie kar orzekanych wobec podmiotów zbiorowych poprzez podwyższenie wysokości kar pieniężnych do wysokości od 30 000 zł do 30 mln zł, a w ściśle określonych przypadkach nawet do 60 mln zł oraz możliwość rozwiązania podmiotu zbiorowego;
odpowiedzialność finansową i odszkodowawczą w przypadku uzyskania przez podmiot zbiorowy korzyści majątkowej z popełnionego czynu zabronionego.
Projektowane zmiany przewidują, że odpowiedzialność podmiotów zbiorowych zależna będzie przede wszystkim od:
wykazania faktu popełnienia czynu zabronionego,
wystąpienia winy w nadzorze, wyborze pracownika,
braku zapewnienia odpowiedniej organizacji, który doprowadził do popełnienia czynu zabronionego.
Nowe przepisy obejmują także regulacje chroniące tzw. sygnalistów, czyli osoby zgłaszające informacje o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu podmiotu zbiorowego. Koncepcję tzw. sygnalistów z perspektywy funkcjonowania przedsiębiorstwa należy uznać za wartościową, ponieważ umożliwia ona pozyskanie przez zarząd informacji o ewentualnych nieprawidłowościach na wczesnym etapie. W przypadku uzyskania określonego rodzaju informacji mających wpływ na odpowiedzialność podmiotu zbiorowego powstanie obowiązek przeprowadzenia wewnętrznego korporacyjnego postępowania wyjaśniającego. Jeżeli pomimo wiedzy podmiot zbiorowy nie usunie nieprawidłowości, sąd będzie mógł wymierzyć karę pieniężną do górnej granicy zwiększonej dwukrotnie.
Niezbędne jest zatem odpowiednie przygotowanie podmiotów zbiorowych do nowych przepisów. W szczególności przedsiębiorcy powinni zidentyfikować obszary potencjalnie narażone na ryzyko wystąpienia nieprawidłowości, a następnie dochować należytej staranności, aby wdrożyć skuteczne działania prewencyjne. Dobrą praktyką w tym zakresie jest stworzenie wewnętrznych procedur mających na celu wzrost efektywności organizacji w kontekście zapobiegania nadużyciom. Procedury powinny uwzględniać wewnętrzne zasady anonimowego informowania o nadużyciach. Jeżeli przedsiębiorstwu wcześniej uda się pozyskać wiedzę o potencjalnych nadużyciach, będzie w stanie efektywniej nimi zarządzać. Przed utworzeniem procedury warto przeprowadzić w przedsiębiorstwie audyt, celem identyfikacji obszarów narażonych na ryzyko oraz osób, które dopuszczają się nadużyć. W branżach szczególnie narażonych na ryzyko (np. branża paliwowa) zalecane jest zweryfikowanie polis ubezpieczeniowych pod kątem zabezpieczenia ewentualnej odpowiedzialności wynikającej z ustawy.
Na wdrożenie zmian przedsiębiorcy mają sześć miesięcy od daty ogłoszenia nowych przepisów w Dzienniku Ustaw.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Poziom ochrony środków w Pracowniczych Planach Kapitałowych został uwzględniony w ustawie. Jest on obecnie na możliwie najwyższym poziomie. Zapisane zostało explicite, że fundusze zgromadzone w PPK stanowią prywatną własność ich uczestników. To najlepsza i najpewniejsza gwarancja ich prawnego statusu. Czy teza o przyszłości pieniędzy z PPK, które mogą podzielić los środków z OFE jest więc słuszna? W przypadku Pracowniczych Planów Kapitałowych, nawet bez zapisu o prywatności środków – w oparciu o wszystkie inne elementy funkcjonowania programu, mają one zupełnie inny charakter niż Otwarte Fundusze Emerytalne. Działają jak środki zgromadzone w innych instrumentach funkcjonujących w ramach trzeciego filaru systemu emerytalnego (indywidualne konta emerytalne, indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego, pracownicze programy emerytalne).
– System PPK został zorganizowany w zupełnie odmienny sposób niż OFE. Przede wszystkim stanowi dobrowolny i dodatkowy system oszczędzania długoterminowego – powiedział serwisowi eNewsroomŁukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich – Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie jest zaangażowany w pobór składek oraz wypłatę świadczeń. PPK stanowią element trzeciego filaru systemu emerytalnego. OFE stanowiły natomiast integralną część obowiązkowego, powszechnego rozwiązania. Środki, którymi poprzedni system był zasilany, pochodziły z podziału obligatoryjnej publicznej składki pobieranej od wynagrodzeń. Ochrona prywatnego statusu środków z PPK została uzgodniona podczas długotrwałych konsultacji w ramach Rady Dialogu Społecznego. Wszyscy partnerzy społeczni w lipcu 2018 roku w zawartym porozumieniu zgodzili się z adekwatnością poziomu ochrony funduszy. To zapewnienie ma duże znaczenie ze względu na konieczność budowy zaufania do systemu oszczędzania. Jest szczególnie ważne po tym, jak wydarzenia związane z OFE wyraźnie je nadszarpnęły. Należy zaznaczać, że PPK to zupełnie inny system, w dużo większym stopniu gwarantujący prywatność gromadzonych środków – wyjaśnił Kozłowski.
Już od 1 lipca 2019 r. największe firmy, tzn. podmioty zatrudniające co najmniej 250 osób, muszą utworzyć Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). To ważny moment dla pracodawców i pracowników, który wymaga starannej analizy korzyści i kosztów. Z punktu widzenia przedsiębiorstw kluczową kwestią jest oszacowanie wpływu PPK na całkowite koszty pracy dla różnych scenariuszy ich wdrożenia. Z kolei pracownicy powinni przeanalizować, jak przystąpienie do PPK wpłynie na ich wynagrodzenia netto oraz możliwe do uzyskania świadczenia po przejściu na emeryturę. Poniżej przedstawiam kilka wskazówek jak należy podejść do takiej analizy i jakie są kluczowe czynniki, które warto wziąć pod uwagę.
Damian Olko, Starszy konsultant w zespole analiz ekonomicznych Deloitte
Perspektywa pracodawcy: wpływ na koszty pracy, czyli PPK jako substytut podwyżek
Wprowadzenie PPK po stronie pracodawcy nie oznacza tylko wyboru określonej oferty ze strony instytucji finansowej oraz wyboru wysokości składek (wysokość obowiązkowa po stronie pracodawcy to 1,5 proc., a maksymalna 4 proc.). Program powinien być impulsem do całościowego przeglądu i ewentualnej aktualizacji budżetu firmy, polityki wynagrodzeń i benefitów, ponieważ:
prognozowany w przeszłości wzrost kosztów pracy (w tym kosztów nagród i premii dla pracowników) nie uwzględniał dodatkowego kosztu z tytułu składki pracodawcy na PPK;
pracownicy mogą mieć różne preferencje dotyczące wielkości składki po stronie pracodawcy, która de facto jest alternatywą dla wyższego wynagrodzenia bazowego lub premii;
ustawa o PPK pozwala stosować go jako benefit, gdyż daje możliwość różnicowania wysokości składek w zależności od obiektywnych kryteriów np. stażu pracy czy stanowiska;
nie wszyscy pracownicy zostaną automatycznie zapisani do PPK (zapis obejmuje osoby w wieku od 19 do 55 lat).
Jeśli pracodawca nie posiada lub nie zdecyduje się założyć Pracowniczego Programu Emerytalnego na warunkach określonych w ustawie o PPK, to zgodnie z nią ma obowiązek zaoferować pracownikom PPK. Pracodawcy mają do wyboru (w porozumieniu z przedstawicielami pracowników) 2 podstawowe scenariusze wprowadzenia PPK oraz wiele pośrednich:
dowolny scenariusz pośredni (kompromis między podwyżką wynagrodzeń a wysokością składki do PPK), jeśli taki jest preferowany przez pracowników.
Moim zdaniem elastyczność w ustalaniu wysokości składki na PPK oraz możliwość jej różnicowania wśród pracowników jest zaletą programu, ale stawia pewne wyzwania pracodawcy. Dotyczy to przede wszystkim oszacowania wpływu na całkowite koszty pracy, jeśli firma decyduje się każdemu z pracowników zaoferować wybór między wysokością dodatkowej składki na PPK a wysokością podwyżki lub bonusów.
Wbrew pojawiającym się opiniom w debacie publicznej, z ekonomicznego punktu widzenia nie da się obronić tezy, że składka pracodawcy na PPK będzie dodatkowym świadczeniem, które nie wpłynie na dynamikę wynagrodzeń, a w konsekwencji – na otrzymywaną przez pracownika kwotę netto. Nie zmienia tego fakt, że składka pracodawcy na PPK nie jest częścią wynagrodzenia brutto pracownika (choć zwiększa podstawę opodatkowania, co ma istotne znaczenie dla osób przekraczających próg i płacących 32 proc. PIT). Jest to jedynie zapis księgowy, natomiast w rzeczywistości ekonomicznej składka pracodawcy na PPK wchodzi w skład całkowitego kosztu zatrudnienia konkretnego pracownika, który pracodawca porównuje z produktywnością pracy tej osoby. Jest to analogiczna sytuacja do tzw. składek pracownika i pracodawcy na ZUS (składka emerytalna i rentowa), gdzie obowiązujący podział ma charakter jedynie księgowy i zgodnie z badanami ekonomicznymi, prędzej czy później również składki pracodawcy przekładają się niższe wynagrodzenia netto pracownika. I nie może być inaczej – składka pracodawcy na ZUS czy PPK ostatecznie obciąża rezultat pracy danego pracownika, jest do niego przypisana.
Uważam za ważne, by pracodawcy wykorzystali najbliższe miesiące na zbadanie preferencji pracowników w taki sposób, który pokazywałby całość korzyści i kosztów z przystąpienia do PPK (a zwłaszcza wpływu składek na obecne wynagrodzenie netto jak i możliwości jego podwyżek w przyszłości). Robiąc takie badanie należy pamiętać, że istotny wpływ na wyniki może mieć kontekst, np. bieżąca koniunktura na rynku pracy oraz oczekiwania jej zmiany. Ponadto, deklaracje mogą istotnie różnić się od faktycznych decyzji, dlatego warto przed badaniem zadbać o dobre poinformowanie pracowników o szczegółach programu i dostępnych opcjach w firmie.
Równocześnie jest to dobry moment na przeprowadzenie symulacji dla różnych wariantów wdrożenia PPK w firmie. W celu oszacowania wpływu realizacji różnych scenariuszy na koszty pracy, należy przygotować dokładne dane dotyczące struktury zatrudnienia, płac, prognozy oraz wykorzystać model finansowy, który prognostycznie określi wpływ wprowadzenia PPK na koszty zatrudnienia w przedsiębiorstwie.
Perspektywa pracownika: wpływ PPK na wynagrodzenie netto oraz świadczenia na starość
Wybór z punktu widzenia pracownika dotyczy pozostania bądź nie w PPK. W drugim kroku, uczestnicy mogą wybrać wysokość składki, od bazowej 2 proc. do maksymalnej 4 proc. Te decyzje będą wpływać na wielkość wynagrodzenia netto, gdyż składki są odejmowane od kwoty brutto.
W perspektywie całego cyklu życia, PPK jest pewnego rodzaju zakładem o to, czy warto zrezygnować z części bieżącej konsumpcji po to, by móc konsumować więcej na starość. Ryzyko dotyczy tego, o ile będzie to „więcej” w porównaniu ze scenariuszem braku uczestnictwa w PPK i czy to „więcej” jest wystarczającą rekompensatą za odłożenie na przyszłość niektórych planów czy spełnienie potrzeb materialnych.
Myślę, że przy podejmowaniu tej decyzji każdy musi zastosować swoją subiektywną miarę „wynagrodzenia za cierpliwość”. Pewną pomocą w podejmowaniu decyzji mogą być dostępne w Internecie kalkulatory, ale „wpisać można wszystko”, dlatego warto oceniać krytycznie wyniki i założenia dla takich obliczeń, zderzając je z dostępną wiedzą i prognozami.
W ustawie o PPK przewidziano zachęty finansowe, które mają skłaniać pracowników do pozostania w programie po automatycznym zapisie – tj. 250 zł opłaty powitalnej i 240 zł dopłaty rocznej. W długim terminie – a taki należy przyjąć dla celów oszczędzania na emeryturę – wielkość odłożonych pieniędzy przez pracownika w PPK będzie zależeć od:
wysokości składki po stronie pracownika i pracodawcy (od 3 proc. do 8 proc., za wyjątkiem osób najmniej zarabiających);
wysokości wynagrodzenia brutto oraz tempa jego wzrostu w okresie oszczędzania w PPK;
stażu pracy, w czasie którego były opłacane składki na PPK, co zwiększa również liczbę otrzymanych dopłat rocznych od państwa;
wysokości realnych stóp wzrostu osiągniętych przez fundusz zdefiniowanej daty zarządzany przez instytucję finansową.
Warto zauważyć, że pracownik ma wpływ – mniejszy lub większy – na 3 pierwsze zmienne. Jako jednostka nie ma jednak wpływu na możliwe do osiągnięcia stopy zwrotu na rynku finansowym, a tym bardziej na faktycznie osiągnięte. Nie może jednak pomijać tego czynnika przy decydowaniu o tym, czy warto zostać w PPK, czy też nie. W długim terminie działa, tzw. efekt procentu składanego, co dobrze widać na przykładzie przedstawionym w poniższym zestawieniu.
Tabela. Zysk z oszczędności 100 zł w zależności od okresu oszczędzania oraz realnych stóp procentowych
Źródło: opracowanie własne
Zachętą do dłuższego pozostawania w programie PPK jest dopłata roczna w wysokości 240 zł, a także zwolnienie osiągniętego zysku z podatku od zysków kapitałowych. Każdy z pracowników musi jednak dokonać własnej oceny ryzyka politycznego i regulacyjnego, tzn. czy te zasady zostaną utrzymane w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat. Prywatna własność zgromadzonych oszczędności w PPK nie oznacza, że ustawodawca nie może zmienić zasad dotyczących zachęt finansowych i opodatkowania zgromadzonego kapitału.
Zakładając pozytywny scenariusz braku niekorzystnych dla pracownika zmian w PPK, wciąż pozostaje poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytanie: jaka jest możliwa do osiągnięcia realna roczna stopa zwrotu z ulokowanego kapitału? Niestety ekonomia nie pozwala odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, wskazując konkretną wartość. Można jednak wskazać czynniki, które będą pozytywnie bądź negatywnie wpływać na możliwy do osiągnięcia zysk, a także starać się go prognozować na podstawie:
prognozowanej realnej stopy wzrostu PKB Polski i najważniejszych gospodarek UE lub OECD w długim terminie;
prognozowanej wysokości stóp procentowych w Polsce i w najważniejszych gospodarkach UE lub OECD w długim terminie;
kondycji rynku finansowego w Polsce (zwłaszcza w zakresie odpowiedniej podaży aktywów np. spółek dywidendowych, dywersyfikacji branżowej, płynności itp.);
ustawy o PPK określającej politykę inwestycyjną funduszy zdefiniowanej daty.
Zgodnie z prognozami Ministerstwa Finansów[1], polska gospodarka będzie rosła coraz wolniej. To oznacza, że również wynagrodzenia w długim okresie będą rosły wolniej, a także stopy procentowe będą niższe. W największym skrócie, Polska wraz z bogaceniem się będzie się upodabniać do gospodarek Europy Zachodniej.
Wykres. Dynamika wzrostu realnego PKB w Polsce w latach 1996-2018 oraz prognoza Ministerstwa Finansów dla lat 2019-2050
Źródło: opracowanie własne
Oczywiście wzrost PKB Polski to tylko jeden z wielu czynników, który będzie wpływał na wysokość zysków z lokowania oszczędności w PPK. Część kapitału będzie inwestowana na rynkach zagranicznych, a więc będzie zależeć od kondycji tamtejszych gospodarek oraz – ogólnie – globalnych rynków finansowych. To zagadnienia zbyt obszerne na krótki artykuł, ale moim zdaniem ważny jest inny wniosek: powodzenie programu PPK i zadowolenie uczestników będzie silnie uzależnione od działań edukacyjnych i informacyjnych, a więc od obiektywnego przedstawienia korzyści, kosztów i ryzyk. Kalkulatory do obliczania opłacalności PPK nie są substytutem rzetelnej wiedzy i informacji, gdyż kluczowe są założenia do tych obliczeń i umiejętność interpretacji wyników.
Dobra kampania informacyjna na poziomie makro (krajowym) i mikro (w firmach) jest kluczowa, by pracownicy podejmowali decyzje zgodne z ich celami i oczekiwaniami, a także planami zawodowymi. To również pomoże pracodawcom w planowaniu budżetów na następne lata, które muszą uwzględniać wpływ PPK na koszty pracy.
Damian Olko, Starszy konsultant w zespole analiz ekonomicznych Deloitte
[1] Na potrzeby obliczeń scenariuszowych można przyjąć, że maksymalna możliwa podwyżka wynagrodzeń to funkcja ograniczeń budżetowych w firmie oraz istniejących warunków na rynku pracy, z kolei minimalna – przede wszystkim warunków na rynku pracy.
Pracownicy fizyczni to jedna z grup kandydatów, które są najbardziej intensywnie poszukiwane przez pracodawców. Jakich szefów cenią ci fachowcy? Według analiz Pracuj.pl w codziennej pracy chcą oni budować partnerskie relacje z przełożonymi, oparte na przejrzystych zasadach. To ważne wskazania dla rekruterów. O tym, jakich przełożonych szukają pracownicy fizyczni, mówią specjaliści Pracuj.pl i rynkowi eksperci.
Pracownicy fizyczni stali się w ostatnich kilkunastu miesiącach bohaterami rynku pracy. Bohaterami, których… czasem trudno znaleźć. Autorzy najnowszej edycji raportu „Barometr Zawodów 2018”, przygotowanego przez Ministerstwo Pracy, wyróżnili 31 „zawodów deficytowych” – czyli tych, w których pracodawcy zgłaszają niedobór kandydatów. Wiele wśród nich związanych jest z pracą fizyczną. W gronie specjalizacji wyróżnionych przez badaczy znalazły się stanowiska w branżach budowlanej, produkcyjnej oraz transportowej.
Początek roku to czas, w którym można się spodziewać dalszego wzrostu zainteresowania pracodawców pracownikami fizycznymi. Warto się więc zastanowić, jaki wpływ na postrzeganie pracy przez tą grupę mają przełożeni i jak właściwie postrzegają oni swoich szefów. W tym celu przyjrzeliśmy się badaniom Pracuj.pl dotyczącym pracowników fizycznych. Podobne pytanie eksperci zadali wcześniej w kontekście specjalistów, o czym pisaliśmy w tekście „Portret szefa. Polscy specjaliści o przełożonych”.
Dobry szef w cenie
Według raportu Pracuj.pl „Na tropie dobrej pracy”, jednym z głównych powodów zadowolenia pracowników fizycznych z obecnych miejsc zatrudnienia są właśnie dobre relacje z przełożonym. Wskazało je 43% pracowników fizycznych badanych przez Pracuj.pl. Ważniejszymi powodami zadowolenia z pracy były tylko dobra atmosfera w zespole oraz bliskość pracy do domu. Co ciekawe, 4 na 10 badanych mówiło, że zadowala ich w pracy brak nadmiernej kontroli ze strony przełożonego. Widać więc, jak dużą rolę dla tej grupy odgrywa szacunek w miejscu pracy.
Relacje społeczne w pracy są istotne dla pracowników fizycznych i wpływają na zadowolenie z pracodawcy. Ważna jest atmosfera w miejscu pracy i relacje z szefem, a także zaufanie, którego w polskich przedsiębiorstwach niekiedy brakuje. Badania pokazują, że zadowolenie pracownika zwiększa się, kiedy szef traktuje pracownika po partnersku, okazuje szacunek i potrafi dziękować za wykonywane zadania
— komentuje dr Justyna Sarnowska, socjolog z Uniwersytetu SWPS.
Co oczywiste, szefowie nie zawsze mają bezpośredni wpływ na decyzje pracowników fizycznych o zmianie pracy. Fachowców do jej zmiany zachęca często lepsze wynagrodzenie lub bardziej sprzyjające otoczenie. Tym, na co najczęściej narzekają w pracy, są bowiem niskie zarobki (42%), ciężkie warunki pracy (34%) i monotonia obowiązków (28%). Wypowiedzi badanych pokazują jednak, że dobry szef potrafi być istotnym czynnikiem, łagodzącym pracownikom niezadowolenie z innych obszarów pracy.
Pozytywni, ale bez konkretu
Jak w praktyce wygląda obraz szefów, jaki tworzą pracownicy fizyczni badani przez Pracuj.pl? Ocena przełożonych wypada pozytywnie, choć liczba zadowolonych spada, gdy zapytamy ich o bardziej wymierne wyrazy wsparcia od szefów, niż dobre słowo czy okazywany szacunek.
60% badanych przez nas pracowników fizycznych twierdzi, ze szefowie szanują ich zdanie i traktują po partnersku. Więcej niż połowa potwierdza, że są chwaleni przez przełożonych. Jednocześnie jednak tylko nieco ponad co trzeci jest doceniany za pomocą wymiernych narzędzi, np. dodatkowych wynagrodzeń. Sami szefowie są więc postrzegani przeważnie pozytywnie, ale gorsze wrażenie robią praktyczne warunki zatrudnienia, które oferują. Jaki jest tego efekt? Aż 77% z badanych przyjęłoby ofertę, która gwarantowałaby wyższe zarobki. Wszystkie te dane wskazują na fakt, że przy budowie relacji z pracownikami fizycznymi liczą się zarówno czynniki „miękkie”, jak i „twarde”
— przekonuje Łukasz Marciniak, ekspert Pracuj.pl, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Grupie Pracuj.
Nie zawsze w jednej drużynie
Pracownicy fizyczni zwracają szczególną uwagę na relacje społeczne w pracy. Ponad 40% fachowców, zapytanych o powód nieszukania nowej pracy odpowiada, że w obecnej firmie trzyma ich zgrany zespół i dobre stosunki z przełożonym. Potrzeba podtrzymywania więzi ze współpracownikami oznacza, że ważna jest atmosfera w miejscu pracy, a także wzajemne zaufanie. Co więcej, satysfakcja z pracy zwiększa się, gdy pracownik traktowany jest przez przełożonego po partnersku.
Dobre relacje pracowników fizycznych z przełożonymi i zespołem są bardzo istotne. Wciąż jest w tym obszarze sporo do zmiany. Nie wszystkie firmy inwestują w lojalizację fachowców oraz kompetencje zarządcze kierowników, mistrzów i brygadzistów. W konsekwencji na stanowiskach robotniczych mamy dużą większą rotację, a pozyskanie nowych pracowników jest coraz trudniejsze. Jednak dobrzy HR-owcy dysponują zapleczem metodycznym dotyczącym zarządzania pracownikami potrzebnym, by zmieniać sytuację. Robili to już wielokrotnie dla pracowników biurowych i ich przełożonych
— mówi Katarzyna Lorenc, Ekspert BCC ds. rynku pracy i efektywności zarządzania.
Z punktu widzenia marki pracodawcy, jednym z kluczowych czynników kontaktu z kandydatami jest zrozumienie ich potrzeb. Charakter pracy pracowników fizycznych ma wpływ na ich oczekiwania wobec pracodawców – trudne warunki, powtarzalność zadań czy fakt, że praca jest ciężka fizycznie. Pracodawca już podczas rekrutacji powinien w jasny sposób pokazywać, na czym polegać będzie ich praca i jak będzie wyglądało otoczenie. A szefowie powinni gwarantować z jednej strony wsparcie i pozytywną atmosferę w zespole, a z drugiej – być strażnikami obietnic, jakie firma złożyła wobec kandydata podczas rekrutacji.
Badania pracowników fizycznych pokazują, że w dziedzinie ich relacji z przełożonymi jest lepiej, niż np. przed kilkoma laty. To ważne, bo dobre relacje z szefami to niezwykle istotny czynnik spajający pracownika z firmą. Wzajemne zrozumienie i szacunek wzmagają lojalność oraz przywiązanie do miejsca pracy. Każdy biznes tworzą ludzie i to oni stoją za jego sukcesami. Ważne, aby za ludzką sympatią kryła się także jasna, przejrzysta polityka budowy firmy, wzmacniająca pozytywne relacje szefów z pracownikami
— podsumowuje Łukasz Marciniak.
Znaczny wzrost konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego i osiągnięcie wyniku3 proc. przychodów europejskiego rynku space do 2030 roku – to główne cele Krajowego Programu Kosmicznego, który właśnie wchodzi w życie. Polska przeznaczy na jego realizację blisko 250 mln zł.
W 2017 roku polski rząd przyjął dokument o nazwie Polska Strategia Kosmiczna. Opracowanie wyznacza cele, które sektor kosmiczny powinien zrealizować do 2030 roku. Do najważniejszych należy osiągnięcie 3 proc. udziału krajowego rynku space w obrocie europejskim, wzrost wykorzystania przez administrację publiczną danych satelitarnych oraz zapewnienie dostępu do nich polskim podmiotom. Równolegle, Polska Agencja Kosmiczna w bliskiej współpracy z podmiotami naukowymi i przemysłowymi oraz otoczeniem administracyjnym sektora kosmicznego, przygotowała Krajowy Program Kosmiczny na lata 2019 -2021. Zakłada on kilkadziesiąt działań, które mają wesprzeć polskie podmioty w osiągnięciu tych celów.
Zorganizowane wsparcie
– Celem tego programu jest przygotowanie gruntu do realizacji dużego Krajowego Programu Kosmicznego po roku 2021, poprzez wykrystalizowanie jego kierunków – mówi dr hab. Grzegorz Brona, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. – Istotne jest także wyłonienie najefektywniejszych narzędzi publicznego wsparcia i rozwój zaplecza dla podmiotów polskiego przemysłu kosmicznego, tak, aby mogły one realizować duże, strategiczne projekty na potrzeby kraju, ale też na rynku międzynarodowym. Chcieliśmy, aby Krajowy Program Kosmiczny 2019-2021 był realistyczny w kontekście finansowania możliwego do pozyskania na rozwój krajowego sektora kosmicznego w najbliższych latach, a jednocześnie, aby trafnie odzwierciedlał obecny poziom kompetencji i ambicje polskich podmiotów oraz trendy rozwoju światowego rynku kosmicznego.
Do najważniejszych założeń Krajowego Programu Kosmicznego należy zbudowanie systemu optymalnych narzędzi wsparcia finansowego, doradczego i edukacyjnego dla sektora oraz instytucji realizujących oraz wspierających polską politykę w tej dziedzinie. Przewidziane w nim działania ukierunkowane są na prywatne przedsiębiorstwa, jednostki naukowe, administrację rządową i samorządową, a także na działania edukacyjne oraz podnoszące świadomość społeczeństwa w zakresie wpływu technologii kosmicznych na rozwój gospodarczy kraju.
Paweł Rymaszewski (źródło ThoriumSpace)
– Opracowanie Programu to przede wszystkim szansa na zwiększenie świadomości istnienia sektora space w Polsce – mówi Paweł Rymaszewski prezes Thorium Space, polskiego producenta satelitów i kosmicznych urządzeń telekomunikacyjnych. – Zwłaszcza, że branża ta od kilku lat intensywnie się rozwija. Zrównoważona strategia pozwoli z jednej strony skalować zakres prowadzonych badań naukowych a z drugiej wspierać ich komercjalizację. Wiążą się z tym również większe możliwości w zakresie pozyskiwania wykfalifikowanej kadry oraz wsparcia finansowego, będącego zapleczem dla dalszych prac rozwojowych – dodaje.
Priorytetem duże projekty
Krajowy Program Kosmiczny 2019-2021 skupia się na inicjatywach związanych z rozwojem polskiego sektora kosmicznego wymagających wsparcia w najbliższych latach. Obejmuje działania, które pozwolą na optymalne wykorzystanie istniejących zasobów, programów i projektów uruchomionych przez podmioty już działające w Polsce, a także utrzymanie i rozwój obecnego potencjału technologicznego, naukowego i wojskowego krajowego sektora kosmicznego. Istotna jest także możliwość kontynuacji zapoczątkowanych działań w dłuższej perspektywie czasowej. Pozwoli to na zbudowanie ram organizacyjnych, finansowych i prawnych dla dużych projektów sektora do realizacji w ciągu kolejnych 10-15 lat.
Działania Krajowego Programu Kosmicznego zostały ujęte w osiem grup tematycznych: duże projekty, wsparcie sektora downstream, innowacje, otoczenie międzynarodowe, staże i szkolenia, edukacja, promocja oraz pozostałe projekty.
Najważniejszą część programu, angażującą 40 proc. jego budżetu, stanowią tzw. projekty duże, których realizacja jest kluczowa dla osiągnięcia pierwszego nadrzędnego celu Polskiej Strategii Kosmicznej – uzyskania przez krajową branżę kosmiczną odpowiedniego poziomu obrotów na europejskim rynku kosmicznym. Dotyczą one: wsparcia polskiej kosmicznej misji naukowej, rozwoju krajowego systemu świadomości sytuacyjnej w kosmosie, programu projektów zamawianych, rozwoju infrastruktury oraz programu polskich rakiet suborbitalnych. Zakłada również budowę narodowego systemu satelitarnej obserwacji Ziemi, a także stworzenie systemu wczesnego ostrzegania przed ewentualnymi zderzeniami satelitów na orbicie.
Szybszy rozwój wymaga wsparcia
– W ciągu ostatnich kilku lat sektor kosmiczny rozwija się w Polsce w ogromnym tempie – mówi Paweł Rymaszewski. – Jednak bardzo szybko rośnie on także poza granicami naszego kraju. Dlatego, aby nasze firmy mogły konkurować z europejskimi i światowymi potentatami w tej dziedzinie, konieczne są inwestycje, które pomogą im rozwinąć skrzydła. Na pewno istotne jest zwiększenie polskiego udziału finansowego w programach Europejskiej Agencji Kosmicznej i przeznaczenie odpowiednich środków na ważne projekty, które mogą być realizowane przez rodzime przedsiębiorstwa i jednostki naukowo-badawcze.
Budżet Krajowego Programu Kosmicznego 2019-2021 wynosi 248,4 mln zł. Obejmuje 111,4 mln zł, które zostaną przyznane Polskiej Agencji Kosmicznej na realizację projektu w latach 2019-2021, głównie na prace nad dużymi projektami (75 proc. kwoty) oraz 137 mln zł, które będą do dyspozycji pozostałych instytucji wspierających przedsięwzięcia krajowej branży kosmicznej.
Od początku roku zmianie uległy regulacje dotyczące handlu w niedzielę. Agencja mediowa Havas Media Group w połowie stycznia przeprowadziła badanie dotyczące podejścia Polaków do zmian w otwieraniu sklepów w niedzielę. To pierwsza fala cyklu badań, które agencja planuje realizować raz na kwartał. Badanie zostało przeprowadzone na internetowym panelu badawczym, na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków.
Rok 2019 przyniósł ze sobą kolejne zaostrzenie regulacji dotyczących handlu w niedziele. Zgodnie z postanowieniami zawartymi w ustawie, w tym roku zakupy będziemy mogli zrobić już tylko w jedną niedzielę w miesiącu. W naszym badaniu chcieliśmy sprawdzić jak Polacy podchodzą do tej zmiany, czy wiedzą, które niedziele będą w 2019 objęte zakazem handlu, ale także jak spędzają ten dzień, czy przyzwyczaili się do zakazu handlu i jak ogólnie podchodzą do tego typu zmian.
Okazuje się, że rok zakazu handlu sprawił, że jesteśmy dobrze zorientowani, w które niedziele możemy zrobić zakupy. Tegoroczne zaostrzenie handlu nie było dla nas zaskoczeniem. Ponad 60% badanych Polaków poprawnie wskazało, że od stycznia 2019 r. zakaz handlu nie obowiązuje tylko w ostatnią niedzielę miesiąca. Należy jednak zauważyć, że blisko ¼ badanych nie ma tego typu wiedzy – są to osoby, które za każdym razem muszą sprawdzać czy w niedzielę mogą zrobić zakupy.
Mimo sporej wiedzy i pewnego przyzwyczajenia do obowiązującego zakazu handlu, blisko 46% badanych wskazuje, że 2 niedziele nieobjęte zakazem handlu były znacznie lepszym rozwiązaniem (z tym stwierdzeniem szczególnie zgadzają się kobiety (49,8%) oraz mieszkańcy największych miast (52,7%).
Jak radzimy sobie z zakazem handlu?
Rok obowiązywania zakazu handlu sprawił, że Polacy przyzwyczaili się już do braku możliwości zrobienia zakupów w niedziele. Planujemy i robimy zakupy z wyprzedzeniem.
Szczególnie dobrze przygotowane do zakazu handlu są kobiety – 61,7% z nich robi zakupy z wyprzedzeniem (w grupie mężczyzn odsetek ten wynosi 48,3%). Z kolei mężczyźni częściej skłonni są zrobić zakupy przez internet (4,8% vs. 2,7% w grupie kobiet) lub poszukać sklepów otwartych w niedzielę (15,8%, kobiety – 8,6%). Sklepów otwartych w niedziele częściej poszukują też najmłodsi konsumenci, w wieku 18 – 24 lata (17,9%).
Mimo całkiem dobrej organizacji i przygotowania do braku możliwości zrobienia zakupów w niedziele, prawie 1/3[1] badanych Polaków deklaruje, że odczuwa negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu w niedziele. Badani wskazują, że szczególnie uciążliwy jest dla nich brak możliwości zrobienia awaryjnych, drobnych zakupów spożywczych, niezbędnych w momencie niespodziewanej wizyty gości lub gdy zabraknie czegoś do obiadu. Na tego typu niedogodność wskazuje około 20% Polaków. Około 10% badanych wskazuje również, że w związku z godzinami pracy i brakiem czasu na zakupy – zakaz handlu jest uciążliwy sam w sobie. Około 4,5% badanych obawia się negatywnych skutków ekonomicznych (m.in. spowolnienia gospodarczego, zwolnień, wyższych cen w sklepach, itp.)[2]
– Przeprowadzone przez nas badanie dotyczące zakazu handlu w niedziele pokazuje, że Polacy częściowo przystosowali się i przyzwyczaili do tej zmiany. Większość Polaków wie kiedy sklepy będą zamknięte i planuje zakupy z wyprzedzeniem. Musimy jednak pamiętać, że przystosowanie się do obowiązującego zakazu nie oznacza poparcia dla jego obowiązywania i akceptacji. Z naszych badań wynika, że 2 niedziele nieobjęte zakazem handlu były lepszym rozwiązaniem dla blisko 46% badanych. Podobny odsetek badanych jest zdania, że zakaz handlu w niedziele powinien zostać całkowicie zniesiony – w zeszłym roku ten odsetek wynosił około 37%. Na razie ciężko stwierdzić czy mamy tutaj do czynienia z tendencją wzrostową czy też jest to reakcja na kolejne zaostrzenie handlu. Na pewno będziemy tę kwestię monitorować w kolejnych falach tego badania – powiedziała Anna Ostrowska, Insight Specialist w Havas Media Group.
Informacje o badaniu: Badanie zostało przeprowadzone przez Havas Media Group w połowie stycznia, jest to pierwsza fala cyklu badań, które planujemy realizować raz na kwartał. Badanie zostało przeprowadzone na internetowym panelu badawczym, na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków.
Metodologia: CAWI
Wielkość próby: n=1077
[1] % RS, którzy odpowiedzieli na pytanie: Na ile zgadzasz się z poniższym stwierdzeniem: Odczuwam negatywne skutki zakazu handlu w niedziele. Odpowiedz na skali 1-7, gdzie 1 oznacza zdecydowanie się nie zgadzam, a 7 – zdecydowanie się zgadzam. W podsumowaniu przedstawiono sumę dla wskazań 5+6+7
[2] % RS, którzy odpowiedzieli na pytanie: Jakie negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu w niedziele odczuwasz? [pytanie otwarte]
Tuż przed końcem 2018 roku indeks niemieckiej giełdy papierów wartościowych skupiający akcje 30 największych spółek, DAX zanotował dołek wielotygodniowego spadku. Nowy rok rozpoczął się od zwyżki (notowania kontraktu CFD na ten indeks można znaleźć na naszej platformach MT4 i MT5). Wzrost wartości indeksu miał miejsce właściwie w oderwaniu od napływających danych makroekonomicznych. Słabsza od prognoz dynamika produkcji przemysłowej, czy niskie wskaźniki PMI stanowią tylko część pakietu danych, który mógł niepokoić. Szczególnie, sądząc po komentarzach w mediach – dane zaniepokoiły.
Źródło: Twitter – @acemarketu
Pojawienie się jednych danych nie zdecyduje o tym, czy będzie hossa, czy bessa
Mamy tu do czynienia ze splotem zjawisk, które dla stałych bywalców rynków finansowych (giełda, forex, rynki surowcowe) nie są niczym nowym. Po pierwsze, warto pamiętać, że żadna publikacja danych makro samodzielnie nie jest w stanie zmienić nastrojów rynkowych. W krótkim terminie tendencja na rynku jest generowana głównie przez nastroje uczestników (w tym wypadku przydatne mogą być wskaźniki sentymentu publikowane na naszej stronie. Gdy uznają, że warto kupować, to przeważa popyt. Rzeczą drugorzędną jest motywacja do kupna.
Czy stoi za tym nadzieja (otwarcie długich pozycji), czy strach (zamykanie krótkich pozycji), efekt jest taki sam – pojawiają się zlecenia kupna i ceny rosną.
Duża zmienność na rynku pojawia się w chwili zaskoczenia traderów
Drugi czynnik, który jest w tym wypadku klarowny to fakt, że mówimy o publikacjach danych makroekonomicznych, a więc czymś zaplanowanym (kalendarz jest znany). Tymczasem rynki poddają się zmienności tylko wtedy, gdy są czymś zaskoczone (ruch gwałtowny, acz krótki), lub się dostosowują (ruch wolny, acz bardziej trwały).
Czy dane makroekonomicznej mogą zaskoczyć? Owszem, opublikowana wielkość może odbiegać od poziomu oczekiwanego przez traderów, ale to wywołuje zwykle relatywnie niewielkie zmiany cen, gdyż rynek i tak zdążył już wcześniej poczynić pewne założenia co do tendencji wielkości publikowanych. Jedna rozbieżność raczej tych założeń nie zmieni, a jedynie może lekko skorygować.
Reakcje wywołują tylko najistotniejsze dane – PKB, stopy procentowe, bezrobocie, inflacja
Dodatkowo trzeba pamiętać, że skala reakcji rynku zależy zarówno od wielkości wspominanej rozbieżności, jak i istotności publikowanej wielkości makroekonomicznej. Czy dane o zamówieniach są mało znaczące? Można dyskutować. Dynamika produkcji okazała się słaba. To ważna publikacja, bo ma wpływ na prognozowanie zmiany PKB. Podkreśla to także fakt pojawienia się opinii, że gospodarka niemiecka wchodzi w fazę recesji – widać niepokój analityków. Skąd zatem zignorowanie takich wiadomości przez rynek?
Niemieckie dane nie mogły wywołać krachu
Zwróćmy uwagę, że sama negatywna wymowa opublikowanych danych nie była dla uczestników rynku zaskoczeniem. Słabsze dane o zmianie wielkości produkcji to nie nowina. Dodatkowo, kolejne miesiące mogą pokazać następne spadki. Już teraz to wiemy, bo są ku temu przesłanki, jak choćby pokazana poniżej zależność między zmianami wielkości produkcji, a zmianami wielkości zamówień na dobra pośrednie do tej produkcji potrzebne. Zmiany w zamówieniach wyprzedzają zmiany w produkcji o ok. 4 miesiące, a więc z wyprzedzeniem można zakładać pewne odczyty.
Poniższy wykres prezentuje dynamika produkcji przemysłowej (linia błękitna) zamówień na dobra pośrednie (linia granatowa) w Niemczech
Źródło: Twitter – @MikaelSarwe
Jasne, że tu nie chodzi o aptekarską dokładność, lecz łatwo stwierdzić, że znając ten wykres, można było zakładać, jaka będzie publikacja w listopadzie i jakie prawdopodobnie pojawią się dane za grudzień. Gdzie tu jest więc miejsce na zaskoczenie? Ono pojawiłoby się, gdyby sugestia danych wyprzedzających się nie ziściła.
Kluczowe jest szacowanie przyszłych danych, a nie emocjonowanie tymi, które już rynek ma w cenach
Dochodzimy wreszcie do kolejnego i kluczowego argumentu. Skoro rynki próbują wyprzedzać przyszłe zdarzenia w gospodarce i się do nich dostosowywać (do tego służy cała masa narzędzi „wyprzedzających”, miar ankietowych i sondowania nastrojów), to uczestnicy będą się wcześniej już pod te dane pozycjonować – zajmują pozycje przy zachowaniu zasad zarządzania ryzykiem (rozwinięcie tematu zarządzania ryzykiem znaleźć można również na naszym kanale na YT).
Innymi słowy, opublikowane ostatnio dane nie wywołały większej reakcji, bo ona już pojawiła się wcześniej. Wcześniejsza faza spadków to po części dopasowywanie się do pogarszających się prognoz. Tym samym obecne notowania tylko w niewielkim stopniu zależą od tego, co w tej chwili przynoszą publikowane właśnie dane (wspomniana rozbieżność między wielkością prognozowaną, a faktycznie opublikowaną), ale w większym stopniu wynikają z odpowiedzi na pytanie, co przyniosą kolejne miesiące, jak będzie wyglądał II i III kw.?
Na znaczące pogorszenie warunków gospodarczych i politycznych wskazuje najnowszy raport Global Risks, wydawany przy okazji Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Eksperci podkreślają w nim, że w 2018 roku znacznie zaostrzyły się spory handlowe, a pogarszające się stosunki międzynarodowe utrudniają przeciwdziałanie globalnym zagrożeniom. Spośród dziesięciu największych zagrożeń dla świata na nadchodzący rok siedem jest powiązanych z niestabilnością polityczną. Na drugim miejscu są zmiany klimatyczne.
– W raporcie wskazujemy trzy zasadnicze grupy ryzyk, które wpływają na prowadzenie biznesu i mogą stanowić bariery rozwojowe w tym zakresie. Należą do nich przede wszystkim ryzyka finansowe i ekonomiczne. Drugą kategorią są ryzyka geopolityczne i społeczne, a trzecią – ryzyka technologiczne, związane z cyberatakami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.
Global Risks Report jest przygotowany w oparciu o prognozy i opinie tysiąca ekspertów i decydentów z całego świata. W tym roku 90 proc. z nich spodziewa się kolejnych konfrontacji głównych potęg na płaszczyźnie gospodarczej. W ocenie ekspertów negatywne uwarunkowania gospodarcze stanowią zagrożenie dla współpracy międzynarodowej, a w 2019 roku można się spodziewać dalszego jej osłabienia. Zdaniem 85 proc. wzrośnie też ryzyko politycznej konfrontacji między głównymi graczami na arenie międzynarodowej.
W regionie CEE – jak wskazuje prezes Marsh Polska – największym zagrożeniem będzie natomiast stabilność polityczna w poszczególnych krajach.
– Globalne ryzyka, które stanowią bariery rozwojowe w prowadzeniu biznesu, często wyglądają trochę inaczej w ujęciu lokalnym. Patrząc z perspektywy polskiej czy subregionalnej – mam tu na myśli region Europy Środkowej i Wschodniej – głównymi zagrożeniami są sprawy o charakterze geopolitycznym, związane ze stabilnością polityczną w poszczególnych krajach i regionach – mówi Artur Grześkowiak.
Jak podkreśla, trudno jeszcze ocenić konsekwencje finansowe, jakie będzie mieć coraz większa niestabilność polityczna w ujęciu globalnym i konflikty, których można się spodziewać w nadchodzącym roku.
– Procesy takie jak brexit, problemy Wenezueli, niestabilność w regionie Dalekiego Wschodu – mowa głównie o Korei Północnej i Chinach – mogą wpłynąć na rynek finansowy w sposób, który dziś trudno jeszcze określić. Dostrzegamy też fakt, że ta niestabilność geopolityczna występuje również w regionach specjalizujących się w wydobywaniu ropy naftowej i gazu, co ma oczywiste przełożenie na potencjalny szok cenowy w tym obszarze i inne konsekwencje o charakterze finansowym – mówi Artur Grześkowiak.
Spośród dziesięciu największych zagrożeń, które prawdopodobnie nasilą się w 2019 roku, aż siedem jest powiązanych ze środowiskiem politycznym. Drugim najpoważniejszym – i najbardziej prawdopodobnym – zagrożeniem dla świata są z kolei zmiany klimatyczne: utrata bioróżnorodności, ekstremalne zjawiska pogodowe, słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych, katastrofy spowodowane działalnością człowieka i katastrofy naturalne. Wśród najbardziej dotkliwych, potencjalnych zagrożeń Global Risks Report wskazuje m.in. możliwy kryzys związany z dostępem do wody pitnej.
Ponad 50 proc. ekspertów uważa ekstremalne zjawiska pogodowe i zmiany klimatyczne za czynniki najbardziej zakłócające rozwój w ciągu najbliższych 10 lat. Reagowanie na te zjawiska wymaga zmiany polityki środowiskowej na niskoemisyjną, ale i znaczących nakładów inwestycyjnych na infrastrukturę, szacowanych na ok. 18 mld dol. do 2040 roku. Eksperci podkreślają, że rządy i przedsiębiorstwa muszą opracować strategie adaptacji do zmian klimatycznych i jak najszybciej zacząć je wdrażać.
Kolejny czynnik, który kształtuje globalną mapę ryzyk, to technologia. 2/3 ekspertów spodziewa się, że liczba oszustw i kradzieży tożsamości wzrośnie w 2019 roku, a ryzyka cybernetyczne są nadal postrzegane jako bardzo istotne i najbardziej prawdopodobne w nadchodzącym roku.
Prezes Marsh Polska wskazuje, że istotnym zagrożeniem – które wpływa na prowadzenie biznesu i może stanowić barierę rozwojową – jest też niekorzystna demografia i kwestie związane z motywowaniem pracowników.
– Bariera dostępu do wyspecjalizowanej kadry może być jedną z najbardziej poważnych barier rozwojowych przedsiębiorstw w Polsce. Obserwujemy to na co dzień, to powinno być tematem poważnej analizy po stronie przedsiębiorstw – mówi Artur Grześkowiak.
Paradoksalnie, podczas gdy na polskim rynku problemem jest niedobór kadr, w skali globalnej dużym zagrożeniem ekonomicznym jest wysokie bezrobocie, które może się przełożyć na destabilizację gospodarczą.
– Wysokie bezrobocie niezmiennie znajduje się na pierwszym miejscu spośród wszystkich ryzyk ekonomicznych zagrażających prowadzeniu biznesu. Jest to paradoksalne o tyle, że z polskiej perspektywy wskazujemy przede wszystkim brak dostępu wyspecjalizowanych kadr. Wskaźniki bezrobocia w Polsce i w naszym regionie są na stosunkowo niskie w porównaniu do innych krajów, podczas gdy w skali globalnej ryzyko bezrobocia jest jednym z podstawowych – mówi Artur Grześkowiak.
Global Risks Report wskazuje kluczowe ryzyka na 2019 rok – zarówno pod kątem prawdopodobieństwa ich wystąpienia, jak i skali strat, które mogłyby spowodować. W tegorocznym zestawieniu największych zagrożeń przeważają te związane z polityką, klimatem i technologią. Wśród pięciu najważniejszych trendów na nadchodzący rok eksperci wskazują natomiast (kolejno): zmiany klimatyczne, rosnące znaczenie technologii cyfrowych, coraz większą polaryzację społeczeństw oraz nierówności społeczne i wzmocnienie nastrojów narodowościowych w poszczególnych krajach.
– Światowe Forum Ekonomiczne i wydawany przy tej okazji Global Risks Report jest sygnałem ostrzegawczym dla przedsiębiorców i krajów wskazującym, jakie obszary warto zaadresować i nad czym pracować w kontekście ograniczania ryzyka. Tych znaków ostrzegawczych jest coraz więcej i warto do nich podchodzić poważnie – podkreśla Artur Grześkowiak, prezes Marsh Polska.
Raport Global Risks Report 2019 został opracowany we współpracy World Economic Forum, Marsh & McLennan Companies, Zurich Insurance Group i autorytetami akademickimi z uniwersytetów w Oxfordzie, Singapurze i Pennsylvanii.
Ponad 70 proc. Polaków nie chce, żeby politycy planowali im weekendy – wynika z badania przeprowadzonego dla Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Ustawę o zakazie handlu w niedziele trzeba wyrzucić do kosza, a wolne niedziele powinny mieć wszystkie branże – przekonuje prezes tej organizacji. Na zakazie handlu tracą przede wszystkim małe sklepy, które nie są w stanie poradzić sobie z agresywnymi promocjami największych sieci w piątki i soboty. Do tej pory zbankrutowało ok. 16 tys. sklepów – mówi Cezary Kaźmierczak.
– Niezadowolenie z powodu zakazu handlu w niedzielę będzie się pogłębiać. Do tej pory wszystko działo się w piękną pogodę, a teraz jest mróz, więc nie ma gdzie wyjść. Największe niezadowolenie z tego powodu jest w najmniejszych miejscowościach. Tam był taki zwyczaj, że w niedzielę szło się do kościoła, a później jechało z rodziną do centrum handlowego i to był ważny element obyczajowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Z badania Maison & Partners, przeprowadzonego na zlecenie ZPP, wynika, że 71 proc. Polaków uznaje, że zakaz handlu to naruszanie ich swobody konsumenckiej, a państwo nie powinno ustalać, jak obywatele spędzają niedziele. Niemal całkowity zakaz handlu w niedziele, który ma wejść w życie w 2020 roku, negatywnie odbiera 65 proc. Polaków. Najwięcej przeciwników ograniczenia handlu jest wśród osób w małych miastach (do 20 tys. mieszkańców).
– Już wiadomo, że zbankrutowało około 16 tys. sklepów, wzrost sprzedaży w sklepach do 300 mkw. jest o połowę mniejszy niż był rok wcześniej, czyli widać, że przy tak pędzącej gospodarce niedobrze się dzieje – podkreśla Cezary Kaźmierczak.
Firma Euromonitor International ocenia, że w 2019 roku z rynku może zniknąć 5,2 tys. małych sklepów. Przybędzie natomiast tych dużych i supermarketów – o blisko 2 tys. Ponad 60 proc. Polaków wciąż robi zakupy w niedziele, a w te wolne od handlu najczęściej w małych sklepach. Jednak stopniowo zmienia się wielkość zakupów. Największe sklepy, poprzez duże promocje, przyciągają klientów w dni poprzedzające niedziele wolne od handlu, więc klientom częściej opłaca się robić duże zakupy (1–2 razy w tygodniu). Zakaz handlu uderza więc w małe, często osiedlowe sklepy.
– Sieci próbują kształtować zwyczaj robienia zakupów raz w tygodniu. Służą temu dzikie promocje w piątki i w soboty. W latach 90. też były takie próby, ale wtedy Polaków nie było na to stać. Dzisiaj mają już pieniądze, żeby zrobić zakupy żywnościowe raz w tygodniu. Jeżeli sieciom uda się ukształtować taki zwyczaj, oznacza to trwałą i nieodwracalną zagładę polskiego małego handlu – przekonuje prezes ZPP.
Zdaniem Kaźmierczaka podobnie było na Węgrzech, gdzie niedziele wolne od handlu obowiązywały przez trzynaście miesięcy. Tam liczba małych sklepów spadła wówczas o 13 proc. Jednocześnie wzrosła skala zjawiska marnowania żywności.
– Ustawę trzeba w ogóle wycofać i wyrzucić do kosza. Trzeba wprowadzić w Kodeksie pracy prosty zapis, że każdy pracownik, nie tylko w handlu, ma prawo do dwóch wolnych niedziel w miesiącu – podkreśla Cezary Kaźmierczak.
Złoty w najbliższych tygodniach nie powinien zmienić wartości do euro, a szansą na jego aprecjację w dalszej części roku może być ewentualne osłabienie dolara, spowodowane niespełnieniem się zapowiedzi kolejnych podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W Polsce, mimo prawdopodobnego przyspieszenia inflacji, w tym roku podwyżek raczej nie będzie.
– Wartość złotego w ostatnich tygodniach czy miesiącach nie ulega zbytnim wahaniom, notowania EUR/PLN pozostają bardzo blisko poziomu 4,30 zł i chyba jeśli popatrzymy w perspektywie najbliższych tygodni, nic znaczącego tutaj nie powinno się dziać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Polska waluta jest stabilna i z tego powinni się cieszyć nie tylko polscy eksporterzy, ale stabilizacja notowań waluty to jest czynnik pozytywny z punktu widzenia gospodarki.
Od lipca 2018 roku, czyli od ponad pół roku za jedno euro trzeba było płacić od 4,25 do 4,35 zł. Stabilny pozostawał także dolar, którego wartość oscylowała wokół 3,70–3,80 zł. W ostatnim tygodniu amerykańska waluta zanotowała jednak niewielkie osłabienie wobec złotego i innych walut rynków wschodzących po komunikacie Fedu, czyli amerykańskiego banku centralnego, który na posiedzeniu 29–30 stycznia nie tylko nie podniósł po raz kolejny stóp procentowych, ale nie zawarł też w komunikacie zapowiedzi dalszych podwyżek stóp, obecnej jeszcze w grudniowym komentarzu. Zdaniem ekonomistów gołębie nastawienie Fedu będzie wpływać na umocnienie się walut takich jak złoty.
– Perspektywy krajowej waluty w największym stopniu powiązałbym z notowaniami dolara amerykańskiego, bowiem jesteśmy w bardzo ciekawym momencie – ocenia Rafał Sadoch. – Jeśli amerykańska waluta zaczęłaby tracić na wartości, to otworzyłaby się przestrzeń do aprecjacji złotego. Amerykański bank centralny, Jerome Powell w ostatnim czasie znacząco złagodził swoją retorykę, rynek w tym momencie już nie wycenia podwyżek stóp procentowych w 2019 roku w USA, Fed zakomunikował, że mogą być to jeszcze dwie podwyżki. Jeśli one się nie zmaterializują, jeśli ten koszt pieniądza w USA nie będzie dalej rósł, kapitał zacznie odpływać od amerykańskiej waluty i będzie szukał ujścia na rynkach wschodzących, w krajach naszego regionu.
Na podwyżki stóp nie zanosi się także na polskim rynku. Wprawdzie zgodnie z listopadowa projekcją Narodowego Banku Polskiego w 2019 roku inflacja powinna sięgnąć 3,2 proc., co jest poziomem wyższym od c celu inflacyjnego na poziomie 2,5 proc., ale po pierwsze w ostatnich kilkunastu miesiącach faktyczna inflacja okazywała się niższa od przewidywanej, po drugie spadek cen ropy naftowej będzie działał hamująco na ceny innych produktów, wreszcie nawet poziom 3,2 proc. pozostaje w paśmie dopuszczalnych wahań (1,5–3,5 proc.) i nie daje powodu do podwyżek stóp procentowych. „Uwzględniając wszystkie informacje, jakie napłynęły od poprzedniego posiedzenia Rady, oceniano jednak, że inflacja w 2019 r. może być istotnie niższa niż można było wcześniej oczekiwać” – głosi zapis dyskusji, jak toczyła się podczas styczniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej.
– Dynamika cen w 2019 roku będzie stopniowo odbijać, będziemy zmierzać w kierunku celu NBP, jakim jest 2,5 proc., średniorocznie to będzie wynik jeszcze nie do osiągnięcia w 2019 roku, pewnie dopiero w 2020 – prognozuje analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Dynamika cen odbija w związku z bardzo dobrą sytuacją na rynku pracy, mamy w portfelach coraz więcej, wydajemy i z tego tytułu należy oczekiwać wzrostu inflacji, ale nie możemy tutaj mówić absolutnie o jakimś zbyt dynamicznym wzroście cen, dlatego też RPP zapewne nie będzie podejmowała jakichkolwiek działań, stopy procentowe będą pozostawały stabilne. Jeśli chodzi o rozmowę dotyczącą zmiany kosztu pieniądza, to będzie dopiero dyskusja pod koniec 2019 roku.
Do 2030 roku po polskich drogach ma się poruszać blisko 870 tys. pojazdów z napędem elektrycznym, a w 2040 roku już blisko 2,5 mln. Rozwój elektromobilności to szansa dla polskiego KGHM, bo spowoduje gwałtowny wzrost zapotrzebowania na miedź i srebro. Miedziowy gigant testuje już samochody elektryczne, a wspólnie z Tauronem uruchamiają kolejne punkty ładowania pojazdów. Elektromobilność to nie tylko marketing. To biznes – przekonuje Ryszard Biernacki z KGHM Polska Miedź.
– Zakładam, że rozwój samochodów elektrycznych małych, do 3,5 t, będzie się rozwijał bardzo dynamicznie, natomiast potężny obszar do zagospodarowania to element pojazdów transportowych, w komunikacji miejskiej. Przykładem tego jest Jaworzno, gdzie już ponad 30 proc. autobusów jest autobusami elektrycznymi, miasto Polkowice, które ma dwa autobusy elektryczne i myśli o kolejnych, Zielona Góra. Jak popatrzymy na mapę, to tych pojazdów elektrycznych pojawia się bardzo dużo. My chcemy uczestniczyć w tym procesie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Biernacki, dyrektor naczelny ds. inżynierii produkcji w KGHM Polska Miedź.
Na koniec 2018 roku w Polsce było jedynie 2,5 tys. aut elektrycznych. W najbliższych latach ich liczba może jednak rosnąć lawinowo. Projekt Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030 zakłada, że do 2030 roku po polskich drogach będzie poruszało się ok. 870 tys. pojazdów z napędem elektrycznym. Dziesięć lat później ich liczba ma sięgnąć 2,4 mln. Rynek samochodów elektrycznych może zdominować transport, to zaś oznacza duże perspektywy dla KGHM.
– Rozwój elektromobilności to element, który pobudza popyt na miedź, miedź jest naszym głównym produktem. Srebro, miedź to są elementy, które znajdziemy w każdej instalacji elektroenergetycznej, w każdym urządzeniu, a w samochodach, chociażby w małym Leaf, jest 36 kg miedzi w samych bateriach. Instalacja elektryczna to miedź, instalacja do ładowania to również miedź, więc mówimy o budowaniu popytu na nasz główny produkt, ale jednocześnie chcemy uczestniczyć w rozwoju cywilizacji – podkreśla Ryszard Biernacki.
Miedź jest jednym z kluczowych materiałów używanych przy produkcji aut elektrycznych – w budowie silników, baterii, okablowaniu, także w stacjach ich ładowania. Zawierają kilkukrotnie więcej tego surowca niż spalinowe pojazdy. Według szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi do 2027 roku światowe zapotrzebowanie na ten surowiec wzrośnie o 1,7 mln ton.
– Industry 4.0 to dla nas KGHM 4.0. Modelujemy swój rozwój, swoją perspektywę działania na kolejne dziesiątki lat właśnie w oparciu o te technologie i te inicjatywy, które dzisiaj modelują nowoczesne społeczeństwo, nowoczesne zakłady, nowoczesne miasta – przekonuje ekspert.
Biernacki przypomina, że jednym ze strategicznych kierunków rozwoju firmy jest ekologia, bazująca przede wszystkim na elektromobilności. Wpisuje się w działalność CSR, ale też przyniesie wymierne korzyści finansowe.
– Chcemy modelować przyszłość w oparciu o ekologię, o zrównoważony rozwój, o ochronę środowiska. Wiele się mówi na temat wpływu naszych hut na środowisko, robimy wszystko, żeby nasze społeczeństwo żyło w środowisku czystym i bezpiecznym – wskazuje przedstawiciel KGHM.
Dlatego KGHM pod koniec 2018 roku rozpoczęło współpracę z Tauronem na rzecz rozwoju elektromobilności, m.in. poprzez budowę stacji ładowania pojazdów elektrycznych. W 2019 roku ma powstać ok. dziesięciu punktów, przede wszystkim w okolicach S3.
– Współpraca z Tauron również jest nakierowana na wprowadzenie standardu do rozliczeń za pobraną energię elektryczną. Chcemy, żeby to było łatwe, przyjemne i przede wszystkim niedrogie, bo im niższe będą koszty eksploatacji samochodów elektrycznych, tym więcej ich się pojawi na naszych drogach – przekonuje Biernacki.
KGHM testuje też pierwsze samochody elektryczne. Już pierwsze analizy ekonomiczne wskazały, że to korzystne rozwiązanie.
– To nie są samochody zabawki, to nie są samochody dla marketingu, mają pracować na rzecz KGHM. Analizujemy kolejne modele, kolejne pojazdy dla służb serwisowych, służb dyspozytorskich i to są pierwsze samochody, które w KGHM zaczynają funkcjonować. Kolejne będą elementem wymiany samochodów spalinowych, które są już wyeksploatowane, zamortyzowane na samochody elektryczne, których koszt eksploatacji będzie porównywalny, a zakładamy, że niższy niż samochodów spalinowych – zapowiada Ryszard Biernacki.
Co trzeci Polak nie radzi sobie z prawidłowym rozpoznawaniem emocji. Ponad połowa czasem działa pod wpływem emocji, ale tylko 6 proc. potrafi je regulować. Tymczasem na rynku pracy zapotrzebowanie na inteligencję emocjonalną jest coraz większe. Zdaniem ekspertów iloraz inteligencji tylko w 20 proc. gwarantuje sukces w życiu. Znacznie ważniejsze są inne czynniki, w tym empatia i umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków. Rozwijanie inteligencji emocjonalnej opłaca się wszystkim w biznesie. Polepsza kreatywność, pozytywnie wpływa na relacje – podkreśla Marzena Martyniak, założycielka Instytutu Rozwoju Emocji.
– Inteligencja emocjonalna to zbiór określonych umiejętności, w skład których wchodzą m.in. umiejętność rozpoznawania emocji, rozumienia emocji, ich nazywania, wyrażania i prawidłowego regulowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marzena Martyniak, założycielka Instytutu Rozwoju Emocji, który zajmuje się rozwijaniem inteligencji emocjonalnej. – Nasze badania pozwalają sprawdzić, który komponent z inteligencji emocjonalnej jest takim, który rzeczywiście należałoby poprawić, a ma znaczący wpływ na to, jak wygląda miejsce pracy, wydajność pracowników czy edukacja dziecięca.
Z badania świadomości emocjonalnej Instytutu Rozwoju Emocji wynika, że choć inteligencja emocjonalna jest niezbędna na rynku pracy, to większość Polaków nie potrafi regulować emocji. Zaledwie 35 proc. ma problemy z prawidłowym ich rozpoznaniem. Ponad połowa myśli, że czasem działa pod wpływem emocji, ale tylko 6 proc. potrafi je regulować. Blisko 50 proc. przyznaje, że odpowiednie emocje pozwalają im się skupić na zadaniu, ok. 30 proc. nie potrafi tego wykorzystywać.
– W Polsce mamy duży problem związany z regulowaniem emocji, słabo rozumiemy znaczenie poszczególnych emocji, dość słabo rozpoznajemy te emocje, nie tylko na twarzy, lecz także to, co nam przekazuje nasze ciało, ton głosu. Po treningu trwającym 3–4 miesiące te umiejętności się poprawiają. Lepiej rozpoznajemy emocje, mamy lepsze strategie regulowania emocji oraz wyrażamy emocje w taki sposób, że są one czytelne dla drugiej osoby – podkreśla Marzena Martyniak.
Choć 86 proc. badanych myśli, że rozumie, dlaczego ludzie czują się w określony sposób, to tylko 13 proc. ma wgląd w emocje innych. Co za tym idzie – nie zawsze potrafimy reagować w odpowiedni sposób w sytuacjach kryzysowych, mamy problem z nazwaniem także swoich emocji i ich prawidłowym wyrażaniem.
– Największy problem jest z emocją złości, często mylimy gniew, złość, zawiść, zazdrość, mamy ubogi słownik emocji, stąd też reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Błędnie interpretujemy znaczenie tzw. emocji złożonych – zaznacza ekspertka.
Założycielka Instytutu Rozwoju Emocji podkreśla, że polska edukacja nie przykłada dużej wagi do kompetencji miękkich, w tym do rozwoju inteligencji emocjonalnej. Tymczasem o sukcesie zawodowym tyko w 20 proc. decyduje wysoki iloraz inteligencji. Zdecydowanie ważniejsze są inne czynniki, np. pracodawcy jako cechę dobrego menadżera najczęściej wskazują na budowanie pozytywnych emocji i nawiązywanie więzi z innymi ludźmi.
– Rozwijanie inteligencji emocjonalnej w biznesie opłaca się zarówno pracownikom niższego szczebla, jak i przede wszystkim pracownikom wyższego szczebla, ponieważ to oni nadają charakter i ton emocjonalny w miejscu pracy. Korzyści przekładają się na wydajność pracowników, inteligencja emocjonalna polepsza kreatywność i poprawiają się relacje interpersonalne, więc zarówno komunikacja ulega poprawie, jak i wydajność pracowników, jest mniejsza rotacja i zdecydowanie przyjemniej się pracuje – przekonuje Marzena Martyniak.
Rosną możliwości robotów. Dzięki sensorom potrafią wyczuć, czy dany przedmiot jest duży czy mały, twardy czy delikatny. W ten sposób zyskują te same zdolności, które ma człowiek. Tym samym pojawia się coraz więcej możliwości zastosowania robotów. Tradycyjne roboty przemysłowe będą stopniowo zastępowane przez te współpracujące, które wchodzą w interakcje z ludźmi. Powoli zbliżamy się do ideału, a roboty będą zdolne do przejęcia całego szereg różnych zadań – przekonują eksperci.
– Roboty współpracujące można stosować właściwie w każdej branży – w idealnej sytuacji takiego robota można byłoby wziąć na ramię i przejść się po fabryce, by mógł ją przeskanować i ocenić, w czym może pomóc i jakie zadania może przejąć. Tak daleko jeszcze nie zaszliśmy, ale myślę, że właśnie w tym kierunku powoli podążamy. W miarę jak zbliżamy się do tego ideału, roboty będą zdolne do przejęcia całego szeregu różnych zadań lub przynajmniej będą w stanie pomóc w ich realizacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Enrico Krog Iversen z firmy OnRobot.
Roboty już od lat są codziennością w przemyśle – zastępują ludzi w produkcji i magazynach, szybciej i skuteczniej wykonując powtarzalne prace. Rozwój technologii sprawia jednak, że roboty towarzyszą już niemal w każdej dziedzinie życia. Coraz bardziej popularne stają się roboty współpracujące, zaprojektowane do pracy z ludźmi, a przy tym bardzo dokładne i bardziej świadome niż urządzenia przemysłowe.
– Dzisiejsze roboty są niezwykle zaawansowane, zwłaszcza pod względem możliwości ich programowania. To, jakie elementy są w stanie obsłużyć, zależy przede wszystkim od doboru chwytaków i manipulatorów. Oczywiście możemy obsługiwać bardzo duże przedmioty, ale również niezwykle małe, np. mikroskopijne śrubki. To kwestia przygotowania odpowiednich narzędzi – mówi Enrico Krog Iversen.
W robotach współpracujących wykorzystuje się rozwiązania sterowania, które zapewniają bezpieczeństwo pracy, są tańsze niż tradycyjne, a przy tym mogą być stosowane przy niezwykle precyzyjnych czynnościach. To zaś jest możliwe dzięki specjalnym chwytakom mocowanym bezpośrednio do ramienia robota.
– W grę wchodzą solidne materiały, takie jak metal czy tworzywa sztuczne, ale też materiały bardzo delikatne – jak świeże owoce jagodowe albo jajka. Dzięki sensorom, roboty są w stanie wyczuć, czy dany przedmiot jest duży czy mały, twardy czy delikatny. Ostatecznie robot zyskuje te same zdolności, jakie posiada człowiek. Kiedy patrzymy na przedmiot albo go dotykamy, wiemy, czy jest kruchy czy twardy, jaki jest jego rozmiar – a teraz, dzięki naszej pracy, roboty też to wiedzą – tłumaczy Enrico Krog Iversen.
Dzięki czujnikom siły i momentu obrotowego, roboty przemysłowe zyskują zmysł dotyku. Mogą w ten sposób zautomatyzować zadania, które w przeciwnym razie wymagałyby sprawności ludzkiej dłoni. Dodatkowo szybka instalacja i proste programowanie chwytaków i czujników pozwala zaoszczędzić czas podczas cykli produkcyjnych, zwiększają wydajność i zapewniają szybsze zyski – ocenia się, że czas zwrotu z inwestycji w robota współpracującego jest szybszy niż dla maszyn tradycyjnych i wynosi mniej niż 200 dni.
– Branża robotów współpracujących rozwija się w kierunku coraz łatwiejszego programowania. Obecnie nadal musimy korzystać z tradycyjnych robotów przemysłowych do zastosowań w systemach współpracy – istnieje podział pomiędzy robotami przemysłowymi a robotami współpracującymi. Dzięki wchodzącym na rynek nowym technologiom ten podział będzie się zacierał i dojdziemy do sytuacji, w której wszystkie roboty będą funkcjonować w modelu współpracy – twierdzi ekspert.
Firma badawcza Loup Ventures szacuje, że do 2025 roku co trzeci sprzedawany robot będzie można określić mianem współpracującego. Wartość globalnego rynku robotów ma zaś do tego czasu sięgnąć 34 mld dol.
Przy okazji premiery polskiej wersji językowej Asystenta Google eksperci od cyberbezpieczeństwa uspokajają – usługa jest w pełni bezpieczna i niepodatna na ataki hakerskie. Zdarzały się jednak przypadki łamania ich zabezpieczeń przez hakerów, które pozwalały podsłuchiwać użytkowników przez 24 godziny na dobę. Po przejęciu kontroli hakerzy mogą mieć dostęp do danych zebranych przez asystenta. Specjaliści radzą więc, by zwracać uwagę na to, jakie informacje są wypowiadane w obecności asystenta.
– Asystent Google jest usługą dużego giganta technologicznego, któremu również zdarzały się wpadki, jeśli chodzi o wycieki danych osobowych, danych wrażliwych. Jeśli chodzi natomiast o tę konkretną usługę, to nie znaleziono dotychczas podatności, które wskazywałyby na to, by nasze dane mogły zostać skompromitowane, czyli np. mogłyby wyciec lub zostać wykorzystane w niecnych celach przez cyberprzestępców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.
Usługa oferowana przez Google opiera się na obsłudze poleceń głosowych, wspieranej przez algorytmy uczenia maszynowego. Dzięki temu asystent jest zdolny wyszukiwać informacje w internecie, zarządzać urządzeniami w ramach inteligentnego domu, a także zarządzać kalendarzem czy robić zakupy. W związku z tym, że aplikacja wymaga dostępu do mikrofonu, użytkownicy obawiają się, że mogą być podsłuchiwani.
– Teoretycznie istnieje taka funkcjonalność, by asystenci Google mogli nas podsłuchiwać cały czas, wbrew naszej woli, natomiast użytkowanie tego urządzenia zakłada, że jest ono włączone, gotowe do użycia, tylko wówczas, gdy naciśniemy przycisk, wtedy, kiedy je uruchomimy, natomiast były inne przypadki, niekoniecznie związane z asystentem Google, tylko z innymi asystentami, np. Alexą od Amazon, która miała taką podatność umożliwiającą nasłuchiwanie użytkownika 24 godziny na dobę – wskazuje Kamil Gapiński.
Firma Checkmarx zajmująca się testami bezpieczeństwa pokazała, jak Alexa może zostać zhakowana, by wykorzystać ją np. do szpiegowania i nagrywania. Kiedy Alexa działa zgodnie z przeznaczeniem budzi się, gdy słyszy słowo „Alexa”, wykonuje ograniczony skrypt dla aktywowanej aplikacji, nagrywa interakcję użytkownika ze skryptem i wyłącza się po wykonaniu żądanej odpowiedzi. Haker musi więc włamać się i zmodyfikować tę ściśle kontrolowaną sekwencję. Eksperci Checkmarx zhakowali Alexę za pomocą innej aplikacji – kalkulatora – i zmusili asystenta do nagrywania wszystkiego, nawet bez jej obudzenia.
– Jeśli chodzi o inne urządzenia, typu internet rzeczy od Google, był też taki przypadek, jeśli chodzi o Google Home Mini, który także współpracuje z asystentem. Wadliwa partia tego urządzenia także nasłuchiwała osobę podczas wykonywania różnych czynności w domu, urządzenie było uszkodzone. Niewykluczone jest, że jakiś haker będzie chciał taką lukę wykorzystać – mówi ekspert z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.
Dane dźwiękowe zgromadzone przez asystenta Google są przechowywane na serwerze firmy. Są one potrzebne do optymalizacji usług oferowanych przez nią i dokładanie do nich kolejnych funkcjonalności zgodnych z oczekiwaniami użytkowników. Dokładne miejsce przechowywania danych zebranych przez asystenta jest jednak trudne do określenia.
– To są miliony serwerów rozmieszczone w kilkudziesięciu lokalizacjach na całym świecie, trudno jest zlokalizować, gdzie nasze dane są rzeczywiście przesyłane, natomiast jeżeli nie chcemy, by pewne nasze próbki dźwiękowe czy cała nasza aktywność były tam przesyłane, możemy je po prostu usuwać za pomocą funkcjonalności, jaką jest zarządzanie aktywnością użytkownika. Tam mamy dostęp do wszystkiego, co zostało nagrane, przetworzone przez asystenta Google, mamy pewną kontrolę nad tym – twierdzi Kamil Gapiński.
Zdaniem specjalisty bezpieczeństwo naszych danych jest współmierne do akceptowanego przez użytkowników ryzyka. Ważne jest jednak, by nie zdawać się tylko na wiarę w zabezpieczenia, lecz także mieć świadomość tego, które z danych przekazywanych asystentowi mogą być danymi wrażliwymi. Dostawcy inteligentnych rozwiązań z zakresu internetu rzeczy coraz częściej mają świadomość niechęci użytkowników do bycia inwigilowanym. Przykładem może być inteligentna kamera Angree, która odwraca się, kiedy zarejestruje, że w domu zjawił się już właściciel. Potrzebny jest jednak standard, który zapewni bezpieczeństwo danych.
– Asystent Google jest również usługą związaną z trendem internetu rzeczy. Wydaje się, że nie tylko ta konkretna usługa czy inne urządzenia tego typu wymagają wprowadzania pewnych minimalnych standardów dla użytkownika, np. by wszystkie urządzenia internetu rzeczy wymagały np. szyfrowanej komunikacji. Czy to telewizory, czy odkurzacze powinny wymuszać na użytkowniku zmianę domyślnego hasła. Takie minimalne standardy dla urządzeń internetu rzeczy powinny zostać wprowadzone na poziomie regulacji, ale obawiam się, że to jest na razie długa droga – wskazuje ekspert.
Według danych opublikowanych przez Market Research Future światowy rynek asystentów głosowych do 2023 roku ma być wyceniany na około 7,8 mld dol. Prognozowane tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie 39 proc. średniorocznie.
Na rynku zauważalny jest trend polegający na podwyższeniu ceny każdej nieruchomości, która określana jest mianem apartamentu. Standardowe mieszkanie od apartamentu znacznie się jednak różni (za wyjątkiem lokalizacji, która w tym wypadku jest niezależna od wybieranego standardu) i warto o tym wiedzieć, kiedy szuka się apartamentu na wynajem.
Przestrzeń – najważniejsze kryterium
Apartament musi być przestronny. Doradcy biura Loco Real Estate (loco-estate.com) podpowiadają jednak, że mieszkanie po przekroczeniu 60 czy nawet 100 metrów nie staje się od razu apartamentem. Chodzi raczej o wykorzystanie dostępnej przestrzeni, co wiąże się między innymi z wyraźnym oddzieleniem części dziennej mieszkania od nocnej. Atutem takich lokali są również dodatkowe pomieszczenia takie jak garderoba czy duży balkon lub taras.
Cicho, ale blisko
Tym, co wyraźnie odróżnia apartament od mieszkania, jest otoczenie. Trawnik na zamkniętym osiedlu nie czyni z mieszkań apartamentów. Prywatny park, ogród na dachu albo ogród zimowy przy lokalach na ostatnim piętrze – zdecydowanie bardziej. Przede wszystkim jednak apartamenty urządza się w budynkach osłoniętych przed hałasem miasta, ale jednocześnie położonych blisko arterii komunikacyjnych i punktów usługowych. Nie da się osiągnąć ciszy w sąsiedztwie szkoły, dworca kolejowego ani głównej ulicy w mieście. Niemniej jednak w każdej dzielnicy Warszawy, tak samo zresztą jak i innych miast, można znaleźć takie inwestycje, które pozwolą na wybór cichego apartamentu, a jednocześnie będą dobrze skomunikowane z bliższym i dalszym otoczeniem.
Wykończenie
Teoretycznie można mieszkanie wykończyć materiałami najwyższej klasy albo obniżyć standard apartamentu najtańszymi panelami. Można, ale przecież się tego nie robi. Nawet dobrze utrzymane mieszkanie będzie jednak najczęściej wykończone materiałami ze średniej półki. Będą one pozwalały na wygodne korzystanie z lokalu, ale zabraknie im tej subtelnej elegancji, która cechuje wnętrza luksusowe – takie przecież mają być apartamenty. Nie bez powodu wiele inwestuje się w ich wykończenie: apartamenty mają dać coś więcej niż tylko wygodę. Mają być miejscami zupełnie wyjątkowymi. Dlatego też paradoksalnie jednym z najlepszych sposobów na odróżnienie mieszkania od apartamentu jest pobieżne obejrzenie zdjęć: jeśli lokal jest poprawny i schludny, będą to fotografie mieszkania. Jeśli natomiast naszą uwagę zwrócą zarówno nowoczesne połączenia użytych materiałów (np. cegły i szkła czy drewna z surowym betonem – w każdym wypadku wysokiej klasy), jak i designerskie wykończenie (w postaci nietypowego oświetlenia czy unikalnych mebli), to znak, że oglądamy właśnie apartament, w którym za aranżację wnętrza odpowiadali dedykowani temu specjaliści.
Nowa propozycja UOKiK przewiduje nowelizację ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Wprowadzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego jest alternatywą dla poprzedniego pomysłu – likwidacji otwartych rachunków powierniczych bez zabezpieczenia.
– Jeśli doszłoby do likwidacji otwartych rachunków powierniczych bez zabezpieczenia to groziło by to prawdziwą katastrofą dla rynku deweloperskiego, więc całe szczęście, że ten pomysł jest już nieaktualny, natomiast pojawił się drugi, czyli Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, za pomocą, którego były by zbierane pieniądze na pokrycie strat, gdyby zbankrutował deweloper, albo bank – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.
Wpłata na rzecz DFG dla zamkniętego rachunku powierniczego ma nie przekroczyć 1 proc., dla rachunku otwartego ma wynosić maksymalnie 5 procent.
– Ten pięcioprocentowy poziom mógłby wywołać wiele szkód. Gdyby od każdego mieszkania przez dłuższy czas trzeba było by wpłacać po 5 procent, mieszkania by podrożały – mówi J.Jędrzyński, Rynek Pierwotny.
– Zobaczymy jak to się wszystko potoczy, kiedy ta ustawa zostanie uchwalona. Miejmy nadzieję, że to nie będzie tak znacząca opłata, która by spowodowała, że rynek mieszkaniowy poważnie to odczuje – mówi Michał Rudnicki, Emmerson Realty.
– Sytuacja na rynku się zmienia i trzeba jak najszybciej wprowadzić dodatkowe zabezpieczenia na wypadek, gdyby niektórzy deweloperzy nie poradzili sobie z nową sytuacją – mówi Jarosław Sadowski, Expander.
W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny; Michał Rudnicki, Emmerson Realty, Aleksander Skirmuntt, Maxon i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.
Bibby Financial Services – niezależna od banków firma faktoringowa, odnotowała w 2018 r. w Polsce, wzrost obrotów o ponad 22 proc. Sfinansowała ponad 8 tys. więcej faktur niż w roku poprzednim i ma już ponad 800 klientów.
– W minionym roku wykupiliśmy rekordowe 285 tys. wierzytelności – mówi Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services. – Rosnąca popularność naszych usług i wartość sfinansowanych faktur przełożyły się na satysfakcjonujące wyniki finansowe.
W 2018 roku firma miała w swoim portfelu blisko 20 tys. kontrahentów. Obroty wzrosły o ponad 1/5 rok do roku, co jest bardzo dobrym wynikiem na tle całej branży. Znacząco zwiększyła się też liczba obsługiwanych przez firmę klientów – z 748 do 839. Pod względem liczby klientów spółka od lat znajduje się w pierwszej piątce.
Rok 2018 był dobry dla całej branży faktoringowej. 24 firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów (PZF) osiągnęły przychody na poziomie 242,8 mld złotych, co stanowi wzrost o 27,6 proc. w stosunku do roku poprzedniego. W tym okresie faktorzy obsłużyli aż 14,5 mln faktur zgłoszonych do finansowania przez blisko 17 tys. firm.
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
– Tak jak oczekiwaliśmy, czwarty kwartał 2018 roku okazał się być równie dobry, co pozostałe kwartały, dzięki czemu ubiegłoroczny zysk był rekordowy – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Klienci coraz częściej przekonują się do faktoringu, gdyż jest dopasowany do każdej firmy i jej możliwości, ma proste i szybkie procedury, nie trzeba ustanawiać dla niego twardych zabezpieczeń, a wzrost sprzedaży przedsiębiorstwa elastycznie przekłada się na wzrost limitu finansowania.
Bibby Financial Services oferuje faktoring z regresem, bez regresu, dla transportu, eksportowy, odwrotny i dla małych firm, a także kartę paliwową dzięki której, firmy mogą płacić za paliwo fakturami.
Od ponad roku ceny kryptowalut stopniowo spadają. Żeby przetrwać tzw. rynek niedźwiedzia, część inwestorów angażuje się w proces zwany stakingiem. Umożliwia on osiąganie zysku, nawet gdy ceny kryptowalut tkwią w martwym punkcie – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.
Wartość jednego bitcoina oscyluje obecnie wokół 3,5 tys. dolarów, przy bardzo małym (jak na kryptowaluty) przedziale zmienności. Adaptacja kryptowalut do systemu finansowego i życia codziennego nie nastąpiła w takim stopniu, jak tego oczekiwano jeszcze rok temu. Obecny stan cenowy jest tego efektem. Nic dziwnego więc, że ludzie czy firmy zaangażowane w kryptowalutowy biznes szukają alternatywnych sposobów, by osiągać zysk.
Czasami opłaca się włożyć walutę do portfela
Jednym z nich jest tzw. staking. Alternatywa dla kopania kryptowalut polega na umieszczaniu posiadanych kryptowalut w specjalnych portfelach cyfrowych, które pomagają w potwierdzaniu transakcji i tworzeniu nowych bloków dodawanych do sieci blockchain. W nagrodę otrzymuje się nowe „monety”. Proces ten, wykorzystujący protokół „Proof-of-Stake”, nie jest niczym nowym, ale jego główną przewagą nad kopaniem (protokół „Proof-of-Work”, którego używa m.in. bitcoin) jest brak konieczności posiadania specjistycznego sprzętu.
W zależności od kilku czynników, m.in. rodzaju kryptowaluty i ilości, jaką poświęcamy do tego procesu, zwrot mieścić się w przedziale od ułamka do nawet kilkuset procent, wg danych Poslist.org. Obecnie nieco ponad 100 kryptowalut obsługuje protokół PoS i niedługo do tego grona dołączyć ma także ethereum. Jeżeli ktoś nabywa kryptowalutę z zamiarem odsprzedaży po wyższej cenie, staking jest optymalnym rozwiązaniem, które może zwiększać zysk z inwestycji (lub w pewnym stopniu ograniczać stratę). Można to porównać do dywidendy, jaką otrzymujemy z akcji na giełdzie.
Miriada możliwości, ale reguł ciągle brak
Strategia ta przekładałaby się na największy zwrot, gdyby ceny kryptowalut rosły. Wprawdzie może ona przynosić zysk, nawet jeśli tego wzrostu nie obserwujemy, ale wiąże się też ryzykiem. Poza tym, że trzeba zaufać usługodawcy, powierzając swoją kryptowalutę, zmiany cen mogą mocno ograniczyć opłacalność całego procesu. Staking trwa zwykle kilka lub nawet kilkadziesiąt godzin. Jeżeli w tym czasie nastąpi spadek ceny danej kryptowaluty, można de facto na stakingu stracić więcej, niż na sprzedaży. To z kolei dwa główne minusy całego procesu w porównaniu do tradycyjnego kopania kryptowalut i protokołu Proof-of-Work.
Różnorodność opcji wykorzystania kryptowalut wskazuje na ich duży potencjał, ale przede wszystkim technologii blockchain, na której większość z nich bazuje. Dopóki jednak nie będziemy obserwować większego poziomu uregulowania tego rynku, co powstrzymuje konsumentów oraz instytucje finansowe przed zwiększeniem zaufania do kryptowalut, dopóty staking pozostanie relatywnie niszowy.
W ubiegłym roku popyt na rynku nieruchomości biurowych sięgnął 1,5 mln mkw. Do użytku oddano 744 000 mkw. biur, a kolejne 1,6 mln jest w budowie.
Jak wynika z raportu JLL, 2018 był kolejnym dobrym rokiem dla polskiej gospodarki (szacowany wzrost PKB osiągnął 5,3%[1] – najlepszy wynik od 2007 roku), co miało bezpośrednie przełożenie na mocny popyt na biura oraz wysoką aktywność deweloperską. Jednym z najciekawszym trendów był dynamiczny przyrost elastycznych powierzchni do pracy („flex”).
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
„Wzrost tzw. sektora flex to m.in. rezultat rozwijających się w zawrotnym tempie start-up’ów, które właśnie w Polsce mają bardzo dogodne warunki do tworzenia swojego biznesu. Jak wynika z rankingu CEOWORLD Magazine, jesteśmy 7. na świecie i 3. w Europie najbardziej przyjaznym rynkiem dla firm tego typu. Naturalnym miejscem dla start-upów są elastyczne, sprzyjające kreatywności i networkingowi biura, chociaż przestrzenie flex zyskują na popularności również wśród korporacji. W efekcie, główni operatorzy przestrzeni flex oferują już 230 000 mkw. biur, z czego 60 000 mkw. poza Warszawą”, komentuje Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL.
Popyt – Kraków liderem poza stolicą
Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL
„Aktywność najemców w ubiegłym roku zamknęła się na poziomie blisko 1,5 mln mkw., z czego prawie 645 000 mkw. powierzchni wynajęto poza Warszawą. Na czele rynków regionalnych niezmiennie stoi Kraków, w którym podpisano umowy najmu na prawie 210 000 mkw. Stanowiło to 32% całkowitego popytu na biura zarejestrowanego poza stolicą. Świetny wynik zarejestrował również Wrocław, blisko rekordu z zeszłego roku”, tłumaczy Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL.
Największe transakcje najmu na polskim rynku biurowym w ubiegłym roku zawarły takie firmy jak: Deloitte w Warszawie (22 100 mkw., Q22), IBM we Wrocławiu (17 800 mkw., Wojdyła Business Park), Santander Bank we Wrocławiu (17 000 mkw., budynek na potrzeby własne) i Nokia – również we Wrocławiu (16 200 mkw., Green Towers).
Podaż – regiony idą po 5 milionów
„W 2018 r. rynek biurowy w Polsce wzbogacił się o 744 000 mkw. nowoczesnych biur, z czego ponad 500 000 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W rezultacie, łączne zasoby powierzchni w kraju przekroczyły granicę 10 mln mkw.”, wylicza Łukasz Dziedzic.
Największe ukończone w ubiegłym roku projekty biurowe przypadły na główne miasta poza Warszawą. Należą do nich: Olivia Star i Olivia Prime A w Trójmieście, Sagittarius Business House we Wrocławiu, Ogrodowa Office w Łodzi oraz Equal Business Park C w Krakowie.
„Aktywność deweloperów wynosi aktualnie ponad 1,6 mln mkw. z czego w Warszawie buduje się 720 000 mkw. Poza stolicą powstaje 900 000 mkw. i biorąc pod uwagę planowane terminy oddania do użytku szeregu obiektów spodziewamy się, że w 2019 r. łączne zasoby biurowe na rynkach regionalnych przekroczą granicę 5 mln mkw.”, dodaje Karol Patynowski.
Największym projektem biurowym w budowie w Warszawie jest obecnie Varso Place (deweloper: HB Reavis; powierzchnia ponad 100 000 mkw.) , a poza nią Business Garden we Wrocławiu (deweloper: Vastint Poland; powierzchnia 70 000 mkw.).
Dostępne powierzchnie biurowe i czynsze
W rezultacie silnego zapotrzebowania na biura na przestrzeni roku wskaźnik powierzchni niewynajętej spadł we wszystkich głównych ośrodkach biznesowych w kraju. Na koniec 2018 roku poziom pustostanów w Warszawie wynosił 8,7% (najmniej od 2012 r.) , a poza nią 8,4%. Najniższy wskaźnik wakatów cechuje Szczecin (5,1%), a najwyższy Lublin (15,4%). Dostępne powierzchnie stanowią 8,5% całkowitych istniejących zasobów biurowych w kraju.
W szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 euro do 23,5 euro / mkw. /miesiąc, a poza nim od 11 euro do 15 euro/ mkw. / miesiąc. Poza Warszawą, najwyższe stawki najmu charakteryzują Kraków (13,5 – 14,6 euro / mkw. / miesiąc), Poznań (13,6 – 14,5 euro / mkw/ miesiąc) i Wrocław (13,7 – 14,5 euro / mkw. / miesiąc), podczas gdy najniższe odnotowuje Lublin (10,5 – 11,5 euro / mkw. / miesiąc).
Czynsze rosną coraz szybciej w całej Europie przy postępującej kompresji stóp kapitalizacji
Stawki czynszowe w sektorze nieruchomości logistycznych wzrosły w ujęciu rocznym najszybciej od ponad dekady
W 2019 roku stopy kapitalizacji dla nieruchomości handlowych wzrosną na ponad 40% rynków przy zerowym lub ujemnym wzroście czynszów
Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że w czwartym kwartale 2018 roku pozytywne trendy utrzymały się na większości europejskich rynków nieruchomości komercyjnych.
Nigel Almond, Dyrektor Capital Markets Research w Cushman & Wakefield
„Katalizatorem wzrostów w czwartym kwartale – tak jak w całym roku 2018 – były głównie nieruchomości biurowe i logistyczne. W ujęciu rocznym czynsze w budynkach biurowych w Europie wzrosły o 2,6% – jest to najszybsze tempo wzrostu w skali roku od przeszło pięciu lat. Z kolei na rynku nieruchomości logistycznych odnotowano wzrost stawek czynszowych o 2,3% rok do roku, co oznacza, że rosły one najszybciej od ponad dekady.
Jednocześnie czynsze za wynajem powierzchni handlowych w Europie obniżyły się w ujęciu kwartalnym o 0,1% w porównaniu ze spadkiem o 0,4% w trzecim kwartale, ale w skali całego ubiegłego roku nieznacznie wzrosły”. – Nigel Almond, dyrektor zespołu ds. analiz danych w firmie Cushman & Wakefield
W czwartym kwartale stopy kapitalizacji ponownie zmniejszyły się na wszystkich rynkach europejskich, przy czym najbardziej w sektorze nieruchomości logistycznych – o 20 pb. Było to spowodowane przez silny popyt ze strony inwestorów i wzrost czynszów. Kompresja stóp kapitalizacji dla nieruchomości biurowych i handlowych wyniosła odpowiednio 6 pb i 2 pb.
Budapeszt jako jedyny rynek spośród 46 miast monitorowanych przez Cushman & Wakefield odnotował w czwartym kwartale wzrost czynszów i kompresję stóp kapitalizacji we wszystkich sektorach nieruchomości. Zawdzięcza to dobrej koniunkturze gospodarczej oraz silnemu popytowi ze strony najemców i inwestorów. Czynsze za wynajem lokali przy głównych ulicach handlowych wzrosły w tym czasie o 7,1%, do czego przyczynił się duży wzrost zysków realnych i konsumpcji oraz rosnąca popularność zakupów w tego typu lokalizacjach, między innymi wśród turystów. Czynsze w sektorze logistycznym wzrosły siódmy kwartał z rzędu (+2,4%) wskutek rosnących kosztów realizacji inwestycji budowlanych i niewielkiej podaży powierzchni magazynowej.
Jakub Budych, Starszy konsultant w dziale rynków kapitałowych Cushman & Wakefield Polska, dodaje:„W 2018 roku na europejskim rynku nieruchomości obserwowano dalszą kompresję stóp kapitalizacji. Spośród trzech głównych sektorów, największy spadek stóp kapitalizacji – o blisko 47 pb do średniego poziomu 5,71% – został zarejestrowany w sektorze nieruchomości logistycznych. W regionie CEE trend ten został utrzymany jednak dynamika kompresji średniej stopy kapitalizacji była niższa. Przeciętne poziom stopy kapitalizacji dla obiektów przemysłowych w regionie kształtują się obecnie na poziomie 6,77% z perspektywą do dalszej kompresji.
Średni europejski poziom stóp kapitalizacji dla biur kontynuował trend spadkowy osiągając poziom 4,36%. Najlepsze biurowce w regionie CEE zanotowały średni poziom stóp kapitalizacji 5.26% o blisko 36 pb niższy niż rok wcześniej. W średnioterminowej perspektywie, oczekujemy dalszej kompresji średnich wartości stóp kapitalizacji dla nieruchomości biurowych w Europie, jednak o mniejszej dynamice niż dotychczas.
W przypadku najlepszych nieruchomości handlowych w Europie, średnia kompresja stóp kapitalizacji w 2018 roku wyniosła jedynie 7 pb. Region CEE charakteryzował się nieco większą dynamiką spadku, w wyniku której średnia stopa kapitalizacji dla obiektów handlowych zbliżyła się do poziomu 5,31%.
W najbliższym czasie można się jednak spodziewać niewielkiego wzrostu średniej stopy w Europie, na co w głównej mierze wpływ będzie miała prognoza podwyższenia stóp kapitalizacji w Wielkiej Brytanii, Francji, krajach Beneluxu oraz Skandynawii. W regionie CEE jednak oczekujemy stabilizacji stóp kapitalizacji dla najlepszych obiektów handlowych”.
Nieruchomości biurowe
Czynsze za wynajem powierzchni biurowych w Europie wzrosły o 0,7% w czwartym kwartale 2018 roku oraz o 2,6% w ujęciu rocznym. Nie odnotowano spadków na żadnym rynku. Stawki czynszowe w czwartym kwartale wzrosły na 15 spośród 47 monitorowanych rynków, przy czym najbardziej w Glasgow (+6,7%), Barcelonie (+3,9%) i Brukseli (+3,3%). Czynsze w sektorze biurowym rosły nieprzerwanie przez cały ubiegły rok – o ponad 0,5% kwartalnie we wszystkich czterech kwartałach.
Największy wzrost w ujęciu rocznym (+15,2%) odnotowała Barcelona wskutek niewystarczającej podaży powierzchni biurowej w budynkach o wysokim standardzie. Na drugim miejscu uplasował się Berlin (+13,8%) ze względu na dynamiczny rozwój gospodarki, silny popyt i ograniczoną podaż. Duża aktywność najemców i malejąca dostępność nowej powierzchni biurowej spowodowały wzrost czynszów w najbardziej atrakcyjnych budynkach w pięciu miastach regionalnych Wielkiej Brytanii. Z kolei we Włoszech rekordowy wolumen transakcji najmu na rynku biurowym przełożył się w ostatnich 12 miesiącach na wzrost czynszów o 7,4% w Mediolanie i o 5% w Rzymie.
W czwartym kwartale średnie stopy kapitalizacji dla nieruchomości biurowych w Europie obniżyły się o 6 pb do poziomu 4,36%. Na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy znaczną kompresję odnotowano w Niemczech (-26 pb), krajach Beneluksu (-22 pb) i Europie Środkowo-Wschodniej (-36 pb). Z opublikowanych danych wynika, że stopy kapitalizacji we Francji spadły już do minimalnego poziomu, a na rynkach semi-core i nordyckich uległy nieznacznej kompresji w ujęciu kwartalnym i rocznym. Z kolei w Wielkiej Brytanii stopy kapitalizacji wzrosły w skali zarówno kwartalnej, jak i rocznej – głównie wskutek ich wzrostu w czwartym kwartale o 25 pb do 3,75% w londyńskiej dzielnicy West End.
Nieruchomości logistyczne
Czynsze za wynajem powierzchni logistycznych kontynuowały trend wzrostowy w całej Europie – wzrosły o 0,9% w czwartym kwartale 2018 roku i o 2,3% w ujęciu rocznym. Na przestrzeni ostatniego roku odnotowano wzrosty na blisko połowie spośród 46 monitorowanych rynków, natomiast w czwartym kwartale w mniejszej liczbie lokalizacji – przede wszystkim w Dublinie (+5,3%), Londynie (+3,3%), Moskwie (+2,9%) i Budapeszcie (+2.4%).
Stopy kapitalizacji dla nieruchomości logistycznych spadły na ponad połowie spośród monitorowanych rynków. W skali całego kontynentu obniżyły się o 20 pb do poziomu 5,71% – była to największa zmiana od ponad trzech lat. W ujęciu kwartalnym stopy kapitalizacji zmniejszyły się najbardziej w Niemczech (-38 pb), Belgii (-25 pb), we Włoszech (-25 pb) oraz w Holandii (-23 pb). Do ich kompresji na wielu rynkach przyczynia się silny popyt, stosunkowo niewielka podaż oraz prognozowany wzrost czynszów.
Nigel Almond dodaje:„Duży wzrost czynszów i kompresja stóp kapitalizacji dla nieruchomości logistycznych w czwartym kwartale świadczą o nadal dobrej kondycji tego sektora w ostatnich 12 miesiącach. W wielu krajach mamy do czynienia z niewystarczającą podażą obiektów logistycznych – dotyczy to zarówno rynków najmu, jak i kapitałowych. Przewidujemy, że w 2019 roku czynsze będą nadal rosły, ale tempo kompresji stóp kapitalizacji może spowolnić”.
Główne ulice handlowe
Pomimo spadku o 0,1% w czwartym kwartale, czynsze za wynajem lokali przy głównych ulicach handlowych Europy utrzymały się na względnie stabilnym poziomie w ujęciu rocznym. Nie zmieniły się w minionym kwartale na ponad 80% monitorowanych rynków, a nieznacznie wzrosły tylko na kilku w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (o 7,1% w Budapeszcie i 4,0% w Sofii), w krajach semi-core (o 4,3% w Rzymie i 1,8% w Barcelonie), a także w Wielkiej Brytanii (o 2,0% w Leeds i o 1,8% w Manchesterze). W ciągu roku stawki czynszowe utrzymały się na niezmienionym poziomie na ponad połowie rynków. W najbliższym czasie raczej nie wzrosną znacząco z powodu coraz większych obaw związanych z ekspansją sektora e-commerce – w 2019 roku pozostaną na dotychczasowym poziomie lub spadną na ponad 60% rynków.
Obawy te wpływają na nastroje wśród inwestorów – spośród wszystkich kategorii aktywów nieruchomości handlowe odnotowały w czwartym kwartale spadek stóp kapitalizacji o 2 pb. Wskutek wzrostu czynszów stopy kapitalizacji zmniejszyły się w ciągu kwartału o 25 pb w Budapeszcie i Sofii. Duże zmiany zaobserwowano także w Warszawie (-25 pb) i Amsterdamie (-15 pb). W minionym roku stopy kapitalizacji wzrosły na prawie jednej czwartej spośród monitorowanych rynków, w tym w ostatnim kwartale w Edynburgu, Glasgow i Oslo (+25 pb) oraz w Brukseli (+10 pb).
Nigel Almond konkluduje:„Stopy kapitalizacji są obecnie najniższe od 10 lat, a ze względu na duże prawdopodobieństwo ujemnego lub minimalnego wzrostu czynszów, ich wartości mogą wzrosnąć w 2019 roku nawet na 40% rynków”.
* Noty
Raport DNA of Real Estate monitoruje czynsze i stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości w 46 miastach europejskich.
Kraje nordyckie: Dania, Finlandia, Norwegia i Szwecja. Kraje Beneluksu obejmują Belgię, Luksemburg i Holandię. Do rynków semi-core zalicza się Irlandię, Włochy, Portugalię i Hiszpanię. Rynki Europy Środkowo-Wschodniej to: Bratysława, Czechy, Węgry, Polska i Rumunia.
Odpowiedzialna produkcja żywności ma trzy wymiary: środowiskowy, prawny i komercyjny. Musimy wytwarzać więcej produktów wysokiej jakości zużywając mniej zasobów, przestrzegać norm oraz odpowiadać na potrzeby świadomych konsumentów – to najważniejsze wnioski z konferencji „Żywność pod presją? Odpowiedzialna produkcja, świadoma konsumpcja”, która otworzyła drugą edycję targów Agro Days. Dni Hodowcy.
Eksperci, którzy zostali zaproszeni do debaty na temat odpowiedzialnej produkcji i świadomej konsumpcji żywności, zwracali szczególną uwagę na to, że o jakości produktów, które trafiają na nasze stoły trzeba myśleć już na bardzo wczesnym etapie.
– Dziś mówimy już o całym łańcuchu produkcji żywności, w którym odpowiedzialność podzielona jest na poszczególne jego ogniwa. Musimy mieć świadomość, jak nasza część łańcucha produkcyjnego wpływa na pozostałe. W przypadku De Heus, mamy określone oczekiwania wobec zaopatrzenia w surowce, ale pamiętamy też o hodowcach, którym dostarczamy nasze produkty – podkreślał Adam Zaleski, dyrektor generalny De Heus.
Odpowiedzialna produkcja żywności ma trzy aspekty, na który również konsumenci bardzo zwracają uwagę. Kluczowa jest troska o środowisko, ale jednocześnie musimy skupić się na wyżywieniu rosnącej liczby ludności na świecie. Dzięki rozsądnemu gospodarowaniu i wykorzystywaniu nowych technologii możemy produkować więcej, zużywając mniej zasobów środowiskowych.
Jak zaznaczył Sylwester Mierzejewski, wiceprezydent Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka: Dzisiejsza jakość produktów to efekt wieloletniej i ciężkiej pracy hodowlanej. Dzięki temu osiągamy światowe wyniki w produkcji żywności.
Drugim elementem odpowiedzialnej produkcji jest szacunek do obowiązującego prawa. Nie zawsze jest ono idealne, ale tworzone jest z troski o konsumenta i jakość wytwarzanych produktów. Oznacza to produkcję bezpieczną, etyczną i humanitarną.
– Odpowiedzialna produkcja to przede wszystkim produkcja zdrowej żywności. W Polsce ma ona długą tradycję, która wywodzi się z prowadzenia rodzinnych gospodarstw. Nasza żywność jest dobrze kontrolowana, wysokiej jakości. Dzięki temu eksportujemy ją na cały świat. To ogromy powód do dumy – zaznaczył Mariusz Gołębiowski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Rolników „Ojczyzna”.
To wszystko przekłada się na trzeci aspekt produkcji, czyli element komercyjny. Produkcja musi być prowadzona ze świadomością odpowiedzialności za finalny produkt na każdym etapie jego wytwarzania. – My jako producent pasz nie myślimy o tym, że produkujemy żywność dla zwierząt, ale dla nas, dla ludzi, ponieważ to w jaki sposób będą karmione zwierzęta, bezpośrednio przekłada się na produkty, które znajdujemy w sklepach – dodał Adam Zaleski.
W świadomości polskich konsumentów nadal istnieje wiele mitów na temat produkcji żywności. Najczęściej dotyczą one stosowania hormonów, antybiotyków i żywności GMO.
– Połączenie producent-konsument jest niezwykle istotne. My staramy się słuchać konsumenta, ale musimy też walczyć z wieloma mitami, które towarzyszą produkcji żywności. Stosowanie hormonów w Polsce jest zakazane od ponad 20 lat, antybiotyki podawane są tylko i wyłącznie z przepisu lekarza i pod jego nadzorem. Te wszystkie kwestie są uregulowane prawnie – mówił Łukasz Dominiak, dyrektor Krajowej Rady Drobiarstwa.
Do sprawy odniósł się również Sylwester Mierzejewski, wiceprezydent Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka:
– Produkty non-GMO to wyłącznie moda, która wpływa jedynie na zwiększenie kosztów produkcji. Jako polscy producenci żywności produkujemy bardzo dobrą żywność i jesteśmy obecni na całym świecie.
Świadoma konsumpcja to odpowiedzialne zakupy, wiedza o pochodzeniu produktu oraz sposobie jego wytwarzania.
– Bardzo mnie cieszy to, że żywność i jedzenie są ważne dla konsumentów, o czym świadczy duża popularność wszelkiego rodzaju programów telewizyjnych, które są temu poświęcone. To bardzo dobry trend, który wzmacnia również świadomość – powiedział Bartosz Urbaniak, szef Bankowości Agro BGŻ BNP Paribas na Europę Śr.-Wsch. i Afrykę.
Co więcej, Polacy nie tylko kupują w sposób przemyślany, ale również świadomie wybierają restauracje, w których jedzą.
– Jako kucharze musimy się dostosowywać do zmieniających się oczekiwań konsumentów, które nie zawsze są tylko modą na dany sposób odżywania. Coraz częściej w restauracjach możemy zobaczyć, że w menu znajdują się informacje na temat pochodzenia produktów, które wykorzystano do przygotowania dań. To również świadczy o tym, że klienci chcą świadomie decydować o tym co jedzą – powiedział Damian Kordas, kucharz, zwycięzca programu Masterchef.
Chcemy kupować zdrową żywność, ze sprawdzonych źródeł
Już 40% mieszkańców Polski deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu kupuje zdrową żywość – wynika z badań przeprowadzonych przez agencję badawczą MANDS na zlecenie De Heus. Jako miejsca, w których najchętniej dokonują zakupu respondenci wskazują sklepy specjalistyczne mięsne, warzywniak oraz zakupy bezpośrednio od rolników.
Zdrowa żywność to krótka lista składników
Respondenci, którzy wzięli udział w badaniu Zwyczaje zakupowe i żywieniowe konsumentów, zdrową żywność określają jako:
produkty z krótką listą składników,
bez konserwantów,
bez fosforanów,
produkowane z dala od głównych ciągów komunikacyjnych.
Zdrowa żywność to szersze pojęcie, obejmujące bardziej sposób żywienia niż konkretne produkty. Dotyczy również sposobu organizowania zakupów – rozdzielania rodzajów produktów na różne sklepy, czytania etykiet – wszystko to ma na celu zapewnienie sobie poczucia, że zdrowo się odżywiamy. Ogólnopolskie badanie pokazało, że ponad 40% respondentów kupuje zdrową żywność przynajmniej raz w tygodniu, a tylko 10% nigdy tego nie robi.
Żywność kupujemy ze sprawdzonego źródła
Najczęściej kupujemy pieczywo, warzywa i owoce – niemal codziennie, 2-3 razy w tygodniu wędliny i nabiał, a co najmniej raz w tygodniu mięso, jaja i produkty ekologiczne. Produkty przed zakupem oceniamy po wyglądzie, składzie, zapachu i cenie. Dla respondentów biorących udział w badaniu ważne jest również, aby kupowane produkty pochodziły z Polski – oznacza to dla nich wysoką jakość.
Kompetentni menedżerowie potrafią z charyzmą motywować i inspirować zespoły. Dzięki temu ich członkowie z zapałem angażują się w realizację wspólnych celów i osiągają zamierzone wyniki, co bezpośrednio przyczynia się do rozwoju firmy. Właśnie dlatego zdolni liderzy są od zawsze tak pożądani na rynku pracy. Tylko jak ich znaleźć i – co trudniejsze – przekonać do zmiany zatrudnienia, skoro zazwyczaj wcale nie szukają nowej posady?
Obecna sytuacja na rynku pracy sprawia, że obsadzenie stanowisk – szczególnie menedżerskich – już kolejny rok z rzędu spędza sen z powiek przedstawicielom działów personalnych i właścicielom firm. Duża jest bowiem zarówno odpowiedzialność za zaproszenie do współpracy osoby z oczekiwanymi kompetencjami oraz utożsamiającej się z celami firmy, jak i trudność z dotarciem do takiego kandydata.
Najpierw sprawdź własne zasoby
Przed rozpoczęciem działań związanych z rekrutacją menedżerów (podobnie specjalistów) w pierwszej kolejności dokładnie określ i opisz profil stanowiska wraz z niezbędnymi kompetencjami, umiejętnościami i doświadczeniem pozwalającym na realizację zadań z nim związanych. Następnie przyjrzyj się wewnętrznym zasobom firmy. Być może podczas analizy pracowników poszczególnych zespołów wyłonisz spośród nich osobę zasługującą na awans? Może np. okaże się, że dobry specjalista jest na takim etapie rozwoju, na którym powierzone mu zadania nie są już wystarczające, a przy tym na co dzień przejawia zdolności do zarządzania zespołem i sprawdzi się także w koordynacji pracy innych osób? Widząc taki potencjał, przełożony lub dział personalny może określić kluczowe obszary kompetencyjne do rozwoju i pomóc wewnętrznemu kandydatowi w ich uzupełnianiu. Bez wątpienia atutem takiej osoby będzie znajomość funkcjonowania przedsiębiorstwa „od wewnątrz”. Możliwość rozwoju w ramach wewnętrznej struktury organizacji pozytywnie wpływa również na motywację oraz zaangażowanie zespołu, co przekłada się na osiągane przez niego wyniki. Natomiast jeśli po weryfikacji wewnętrznych zasobów personalnych nie dostrzegasz wśród swoich pracowników pretendenta do awansu na stanowisko do obsadzenia, jedynym rozwiązaniem jest wyjście na zewnątrz organizacji.
Spójrz na rekrutację z innej strony
Poszukiwanie pracownika kojarzy się zwykle z ogłoszeniami zamieszczanymi na portalach rekrutacyjnych, w zakładkach „kariera” na firmowych stronach internetowych czy tematycznych grupach w mediach społecznościowych. W przypadku stanowisk menedżerskich i wysokospecjalistycznych takie działania zwykle się nie sprawdzają. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – twoje oferty najprawdopodobniej nie dotrą do osób, z którymi chciałbyś podjąć współpracę, ponieważ zazwyczaj są one już zatrudnione i wcale nie myślą o zmianie w tym zakresie. – Gdy zależy nam na podjęciu współpracy z menedżerami lub specjalistami wyższego szczebla, konieczne jest przyjęcie bardziej zaawansowanej strategii niż w przypadku „klasycznych” rekrutacji. Do kandydatów pasywnych, czyli tych, którzy nie szukają pracy, najskuteczniej dociera się bezpośrednio, wykorzystując tzw. metodę direct searchlub head huntingu – mówi Elżbieta Majewska-Drąg, starszy konsultant ds. rekrutacji w firmie szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Pracownicy działów personalnych czasem próbują zrealizować je we własnym zakresie, np. poprzez branżowe portale społecznościowe, jednak możliwość dotarcia do ekspertów z konkurencji bywa dla nich mocno ograniczona. Jest tak chociażby ze względu na limitowany zasób czasu, którym dysponują oraz chęć przestrzegania dobrych praktyk wskazujących na to, że nie wypada im kontaktować się z przedstawicielami firm, z którymi współpracują lub też bezpośrednio konkurują. Ponadto w większości przypadków nawet trudno znaleźć nazwisko osoby na danym stanowisku. Właśnie dlatego wiele przedsiębiorstw na tym etapie decyduje się na współpracę z firmami zewnętrznymi wyspecjalizowanymi w poszukiwaniu kadry najwyższego szczebla.
Nie mów nikomu
Chcąc nawiązać kontakt z konkretnymi osobami niezbędna jest znajomość nie tylko branży, ale też metod dotarcia do jej najlepszych przedstawicieli. Bardzo ważnym aspektem prowadzenia takiego procesu jest indywidualne podejście do kandydatów oraz dyskrecja – zwykle nie chcą oni, żeby obecny pracodawca wiedział, że rozważają pracę dla konkurencji. – W pierwszej kolejności razem z klientem określamy szczegółowo profil idealnego kandydata. Następnie weryfikujemy jego zbieżność z ekspertami, których CV już posiadamy we własnej bazie. Korzystamy z networkingu i rekomendacji zewnętrznych. Podejmujemy działania direct search i – oczywiście za zgodą klienta – head hunting. Kolejnym etapem jest nawiązanie kontaktu z wybranymi osobami i zachęcenie ich do rozważenia zmiany pracy. Potrzebujemy do tego dobrych argumentów, stąd niezwykle ważna jest atrakcyjność oferty, którą przedstawimy. Z drugiej strony, im więcej dowiemy się o danym kandydacie pasywnym i jego aspiracjach, tym lepiej będziemy mogli dopasować proponowane mu warunki pracy. Równocześnie zwiększy się prawdopodobieństwo, że znajdziemy właśnie tę osobę, z którą klient podejmie owocną współpracę – zauważa Elżbieta Majewska-Drąg z Integra Consulting Poland.
W dobie problemów z pozyskiwaniem kadry najwyższego szczebla eksperci podpowiadają, by optymalizować działania oraz łączyć kilka metod i źródeł dotarcia do kandydatów. W ten sposób zwiększysz bowiem szanse na powodzenie procesu rekrutacyjnego. Warto na bieżąco obserwować rozwój pracowników i poprzez planowanie ścieżek kariery budować ich specjalistyczne, jak i menedżerskie kompetencje. Połączenie tego ze stałą współpracą z wspierającym partnerem biznesowym w obszarze rekrutacji i selekcji może zapewnić stały research rynku oraz kontakty do najlepszych przedstawicieli danej branży. Jednorazowe wsparcie przy kluczowych projektach np. wysokiego szczebla poszerzy możliwości dotarcia do kandydatów, z którymi będąc w bezpośredniej konkurencji działy HR nie mogą sobie pozwolić na kontakt. – Ważne jest, aby firma planując swoją strategię marketingową, budowała nie tylko pozycję na rynku w kontekście konkurencji czy pozyskiwania nowych klientów, ale także była widoczna i atrakcyjna dla potencjalnych kandydatów z branży. Te wszystkie elementy połączone ze sobą znacznie zwiększają skuteczność rekrutacji, szczególnie na stanowiska menedżerskie i wysokospecjalistyczne – podsumowuje Elżbieta Majewska-Drąg z Integra Consulting Poland.
Operator telekomunikacyjny NEXERA, który buduje i udostępnia w modelu hurtowym nowoczesną dostępową sieć światłowodową, podwyższa swój kapitał. Tym samym warszawska spółka znalazła się w gronie największych operatorów telekomunikacyjnych w kraju. Podwyższenie kapitału jest związane z ekspansją i komercjalizacją sieci światłowodowej, w której zasięgu do końca 2021 roku znajdzie się ponad 0,5 mln gospodarstw domowych w 4 regionach Polski.
NEXERA, pierwszy w Polsce operator hurtowy światłowodowej sieci dostępowej o dużej skali zwiększa kapitał. W lutym kapitał zakładowy operatora przekroczy poziom 100 mln zł. Tym samym znajdzie się on w ścisłym gronie dziesięciu największych firm telekomunikacyjnych w Polsce pod względem posiadanego kapitału.
– Wytężona praca w ubiegłym roku sprawiła, że teraz działamy już w pełnym trybie operacyjnym i jesteśmy przygotowani na osiągnięcie dużej skali biznesowej. Zwiększanie kapitału pomaga nam w utrzymaniu dynamicznego tempa rozwoju, a poziom 100 mln jest szczególnie ważny dla firmy, której symboliczna data powstania, to czerwiec 2017 roku, czyli półtora roku temu – mówi Jacek Wiśniewski, Prezes Zarządu NEXERY i dodaje – Miniony rok był przede wszystkim czasem intensywnej budowy naszej światłowodowej sieci dostępowej. Prace prowadzone były jednocześnie we wszystkich 14 obszarach POPC, w których NEXERA wygrała konkursy w 2017 i 2018 roku. Udało nam się zbudować solidne fundamenty pod komercjalizację naszej sieci w 2019 roku. W tym roku chcemy również doprowadzić światłowód do kolejnych gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, eliminując internetowe „białe plamy” na mapie Polski – mówi Jacek Wiśniewski.
W 2018 r. NEXERZE udało się osiągnąć gotowość świadczenia usług w wybranych obszarach. Docelowo w zasięgu sieci NEXERY znajdzie się ponad 0,5 mln gospodarstw domowych w ponad 73 powiatach i miastach na prawach powiatu. Z tych obszarów, aż 300 tys. gospodarstw zyska dostęp do szerokopasmowego Internetu w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. To szczególnie istotne informacje dla operatorów detalicznych, którzy dzięki hurtowemu dostępowi do sieci NEXERY mogą rozwijać swój biznes. Firma kierowana przez Jacka Wiśniewskiego podpisała pierwsze umowy już w ubiegłym roku. Wśród 5 operatorów, którzy tworzą obecne grono klientów NEXERY jest dwóch ogólnopolskich — Orange Polska oraz T‑Mobile Polska i trzech obecnie działających lokalnie. Mowa tutaj o firmach i-Tel oraz E-Punkt Systemy Informatyczne z województwa świętokrzyskiego, a także o RFC z siedzibą w województwie kujawsko-pomorskim.
Dzięki zwycięstwu w zorganizowanym na początku 2018 roku przez NASK przetargu na dostawę łączy dla OSE (Operatora Sieci Edukacyjnej) w regionach: Świętokrzyskim, Łódzkim, oraz w regionie Warmii i Mazur, NEXERA podpisała również wieloletnią umowę na świadczenie dla OSE usługi transmisji danych do szkół w tych regionach. Firma odpowiada za umożliwienie przyłączenia lokalnych placówek edukacyjnych do szybkiego Internetu o przepustowości symetrycznej min. 100Mb/s. W ubiegłym roku pierwsze usługi hurtowe zostały już uruchomione i są dostępne w ponad 500 jednostkach oświatowych. W tym roku operator sfinalizuje proces uruchamiania usług dla szkół. Tym samym aż 2 600 szkół z ponad 70 powiatów będzie mogło korzystać z dostępu do Internetu dzięki szybkim i stabilnym łączom światłowodowym.
Szybkie tempo podpisywania umów z operatorami, jeszcze w trakcie budowy sieci, to efekt naszej elastycznej oferty hurtowej, z której jesteśmy dumni oraz tego, że jako pierwszy beneficjent POPC 2 uzyskaliśmy akceptację Regulatora dla naszej Oferty Hurtowej oraz Cennika Usług transmisji danych w szkołach – mówi Paweł Biarda, członek Zarządu NEXERY ds. Sprzedaży i Rozwoju Biznesu. – To także efektciężkiej pracy całego naszego zespołu – dodaje.
W 2018 roku NEXERA zbudowała instalację o łącznej długości ponad 6 tys. kilometrów, a większa jej część została zainstalowana napowietrznie – na słupach energetycznych bądź telekomunikacyjnych. Prace budowlane obejmowały rozwój aktywnej część infrastruktury sieci NEXERY. – W 1 650 lokalizacjach zainstalowane zostały urządzenia aktywne (CPE), zamontowano ponad 1 100 szafek ulicznych, a w nich ponad 900 urządzeń OLT (Optical Line Terminal) i blisko 200 urządzeń ION (IP/Optical Network). Urządzenia te zarządzają przepływem danych w naszych sieciach we wszystkich 14 obszarach. W każdym z nich uruchomiliśmy punkt agregacji (wymiany ruchu) dla usługi transferu danych do szkół (PWR) i punkt dostępu do usługi BSA (PDU BSA) – tłumaczy David Leverett, Członek Zarządu NEXERY ds. Planowania i Budowy Sieci i dodaje – W tym roku zamierzamy objąć zasięgiem swojej sieci również ponad 2 600 szkół, które dostęp do szybkiego Internetu otrzymają dzięki Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej.
W ubiegłym roku w wybranych lokalizacjach NEXERA, wspólnie z operatorami detalicznymi przeprowadzała testy sieci i usług. Próby wypadły pozytywnie i jesienią 2018 roku uruchomiono pierwsze usługi komercyjne. W najbliższych miesiącach firma będzie koncentrowała się na obejmowaniu zasięgiem sieci kolejnych gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a także na komercjalizacji swojej infrastruktury.
Pierwsze usługi, to także pierwsze przychody. Choć środki na realizację naszego projektu gwarantują nam udziałowcy, a finansowanie zapewniają międzynarodowe i krajowe banki, to wpływ przychodów w 2018 roku jest miłą przygrywką przed kolejnymi latami. – mówi Paweł Hordyński, Członek Zarządu NEXERY ds. Finansowych.
2019 będzie dla NEXERY również czasem intensywnych działań edukacyjnych i komunikacyjnych, skierowanych przede wszystkim do mieszkańców 4 regionów. Będą oni mogli dowiedzieć się, jakie korzyści płyną z dostępu do szybkiego Internetu w domu i pracy oraz dlaczego warto wybrać usługi dostarczone na nowoczesnej światłowodowej infrastrukturze operatora hurtowego.
Pozytywne informacje z Polski oraz słabszy dolar amerykański pomogły złotemu, jednak nie na długo. Ostatecznie waluta zyskała przede wszystkim w parze ze słabym funtem brytyjskim.
Ostatnie spotkanie Rezerwy Federalnej zaskoczyło rynki finansowe znacznie bardziej gołębim tonem niż oczekiwał tego konsensus. Tym samym wyraźnie spadło prawdopodobieństwo jakichkolwiek podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w 2019 roku. Bardziej ryzykowne aktywa zareagowały, zgodnie z oczekiwaniami, gwałtownym ożywieniem, podczas gdy dolar amerykański doświadczył istotnej wyprzedaży. Na osłabieniu USD zyskały przede wszystkim waluty krajów-eksporterów, czyli korona norweska, dolar nowozelandzki, australijski i kanadyjski, a także niemal wszystkie najważniejsze waluty gospodarek wschodzących z wyłączeniem meksykańskiego peso.
Najgorzej radzącą sobie główną walutą w ubiegłym tygodniu okazał się funt brytyjski. Po kilku tygodniach umiarkowanej aprecjacji, walucie zaszkodził powrót ryzyka tzw. Brexitu bez umowy. Szterling zakończył ubiegły tydzień osłabieniem względem wszystkich głównych walut, jak i złotego.
Liczba istotnych publikacji makroekonomicznych w tym tygodniu będzie dość ograniczona. Rynek walutowy najpewniej będzie reagował przede wszystkim na informacje ze świata polityki, a zwłaszcza te dotyczące negocjacji ws. Brexitu, a także te związane z rozmowami o handlu na linii USA-Chiny.
PLN
Polski złoty w relacji do euro zakończył tydzień na poziomie zbliżonym do tego, na którym go rozpoczął. Ubiegły tydzień przyniósł jednak pewną dość znaczącą zmianę w relacji do poprzednich tygodni: w czwartek złoty doznał silnej aprecjacji, a kurs EUR/PLN spadł do okolic 4,26, wychodząc z kanału cenowego w którym para znajdowała się od kilku miesięcy i osiągając najniższy poziom od sierpnia. W piątek złoty jednak deprecjonował, a kurs EUR/PLN powrócił do wspomnianego kanału. Oprócz względnej słabości amerykańskiej waluty, pod koniec ubiegłego tygodnia złotego wspierały bardzo dobre informacje o stanie polskiej gospodarki. Wstępne szacunki GUS pokazały, że PKB Polski w 2018 roku wzrósł o 5,1%, nieznacznie powyżej prognoz konsensusu ekonomistów. W ubiegłym tygodniu poznaliśmy również odczyt styczniowego indeksu PMI dla polskiego przemysłu. Wzrósł on z poziomu 47,6, który osiągnął na koniec ubiegłego roku i znalazł się na poziomie 48,2 – nieco wyższym, niż szacował konsensus, nadal jednak sporo poniżej granicy ekspansji.
Kluczowym wydarzeniem w kraju będzie środowe spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Istotniejsza od samej decyzji ws. stóp procentowych (trudno wyobrazić sobie obecnie ich zmianę) będzie konferencja prasowa po spotkaniu.
GBP
Ubiegły tydzień nie był łaskawy dla funta brytyjskiego. Izba Gmin poparła wniosek, w którym Theresa May została zobowiązana do ponownego zwrócenia się do Unii Europejskiej w celu uzyskania dalszych ustępstw w umowie regulującej wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Negocjatorzy ze strony UE stwierdzili jednak, że jest to niemożliwe. W związku z powyższym, mimo że nadal postrzegamy przesunięcie wejścia w życie Brexitu jako najbardziej prawdopodobny scenariusz, gwałtownie wzrosło prawdopodobieństwo Brexitu bez umowy. Na rosnące prawdopodobieństwa wystąpienia tzw. twardego Brexitu gwałtownie zareagowały rynki, co poskutkowało znaczną deprecjacją funta, zwłaszcza w relacji do euro. Do krótkoterminowego pogorszenia sentymentu do funta swoją cegiełkę dołożył też Nissan. Producent samochodów ogłosił w weekend, że zamierza wycofać się z planów produkcji pojazdów typu SUV w Wielkiej Brytanii ze względu na ryzyko związane z Brexitem.
EUR
Ubiegły tydzień przyniósł zarówno pozytywne, jak i negatywne sygnały ze strefy euro. Niepokojące wieści o włoskim PKB zostały zrównoważone przez wyższy od oczekiwanego odczyt danych o inflacji bazowej w styczniu. Rynki walutowe zaczęły nieco wyżej wyceniać euro, jednak nie tylko ze względu na przyspieszenie dynamiki cen, ale – co jeszcze ważniejsze – walucie pomogło bardzo gołębie posiedzenie FOMC. Jeżeli obecne warunki gospodarcze we wspólnym bloku istotnie się nie pogorszą, euro powinno doświadczać umiarkowanej aprecjacji, w czasie, gdy rynki będą „trawić” wspomniany gołębi zwrot Rezerwy Federalnej.
USD
Retoryka Rezerwy Federalnej w zeszłym tygodniu była dużo mniej restrykcyjna niż zakładały rynki – „gołębi” zwrot FOMC potwierdził ton przewodniczącego komitetu Jerome Powella podczas konferencji prasowej. W trakcie swojego oświadczenia, Powell zasugerował, że w przypadku braku makroekonomicznych niespodzianek, Rezerwa Federalna, póki co kończy zacieśniać politykę monetarną, i od tego czasu będzie działać wyłącznie na podstawie danych makroekonomicznych. Po tym oświadczeniu dolar amerykański niemal natychmiast osłabił się względem wszystkich głównych walut, na co pozytywnie zareagowały rynki finansowe na całym świecie. Dane o sytuacji na rynku pracy w sektorach pozarolniczych nie powinny istotnie zmienić opinii Rezerwy Federalnej. Wysokiemu wskaźnikowi kreacji miejsc pracy nadal towarzyszy umiarkowany wzrost płac, który w ujęciu realnym wynosi około 1%. „Gołębi” zwrot Rezerwy Federalnej wspiera nasz pogląd zakładający ogólne umocnienie walut rynków wschodzących.
Pracodawcy coraz częściej decydują się na formy rekrutacji, które pozwalają poznać różne kompetencje kandydata – nie tylko te zawodowe, ale także społeczne. Skutecznym przykładem takich działań jest warsztat dający korzyści zarówno uczestnikom, jak i organizatorom.
Dla uczestników warsztat w siedzibie potencjalnego pracodawcy to przede wszystkim olbrzymia dawka praktycznej wiedzy. Podczas takich zajęć nie chodzi przecież tylko o poznanie przykładowo obsługi aplikacji biznesowej, ale przede wszystkim o doświadczenie jej codziennego zastosowania.
Warsztat dla studentów jest także silnym punktem w CV. Udział w nim pokazuje zaangażowanie we własny rozwój, motywację do poszukiwania różnych źródeł wiedzy czy świadomość biznesowych trendów.
Nieformalna atmosfera spotkań pozwala także czuć się swobodnie i bez skrępowania włączyć się w dyskusję. To z kolei rozwija kompetencje społeczne oraz przygotowuje młodych ludzi na przyszłe debaty z przełożonym czy współpracownikami.
Prawdziwy człowiek zamiast CV
Dla pracodawców warsztat jest szansą nie tylko na poznanie twardych kompetencji potencjalnego pracownika, ale także jego osobowości dzięki interakcji z innymi. Pozwala on na obserwację naturalnego zachowania kandydata. Stanowi to ciekawą alternatywę dla standardowych form rekrutacji – na przykład rozmowy kwalifikacyjnej.
– Warsztat umożliwia poznanie prawdziwego człowieka, przyszłego członka danego zespołu, nie tylko kandydata z ciekawym CV – mówi Alicja Domasłowska, Koordynator w Fundacji Rozwoju Talentów. – Dodatkowo pracodawcy mają pewność, że każda osoba, która bierze udział w zajęciach, jest zmotywowana do samorozwoju, a to świetne podwaliny pod udaną współpracę w przyszłości – dodaje.
Przykładem warsztatów, które dają szansę na zrekrutowanie młodych pracowników jest projekt społeczny ExcelDay™ prowadzony przez Fundację Rozwoju Talentów. Jego podstawa to transfer wiedzy pomiędzy doświadczonymi pracownikami a studentami wchodzącymi na rynek pracy. Motywem przewodnim jest praktyczne wykorzystanie oprogramowania Microsoft Excel.
Fundacja zajmuje się także promocją autorskich warsztatów prestiżowych pracodawców. Kolejna szansa na owocną współpracę pojawi się już wiosną. – Wielu pracodawców ma kreatywne, autorskie pomysły na warsztaty dla studentów. My jako Fundacja pomagamy wówczas w znalezieniu odpowiednich uczestników tak, aby grupa mogła efektywnie ze sobą współpracować – dodaje Domasłowska.
Benefity dla pracodawców
Jakie benefity z organizacji warsztatów widzą dla siebie pracodawcy? – Największą korzyścią z udziału w ExcelDay™ jest dla nas możliwość pokazania się jako firmy, w której można zrobić pierwsze kroki na swojej drodze rozwoju zawodowego – mówi Szymon Pawelka z Transgoument Polska (Selgros Cash&Carry). Spotkanie ze studentami to okazja do zaprezentowania organizacji jako solidnego pracodawcy otwartego na kontakt z młodymi ludźmi, czyli po prostu do budowania marki pracodawcy.
– Jedną z wartości Leroy Merlin jest dzielenie się wiedzą, dlatego udział w projekcie społecznym ExcelDay™ ma dla nas szczególne znaczenie. To okazja, aby wesprzeć osoby wchodzące na rynek pracy i pokazać, w jaki sposób wykorzystujemy Excela w codziennej pracy – mówi Emilia Pedrycz, Specjalista ds. Employer Brandingu w Leroy Merlin. – Niezmiernie cieszy nas fakt, że bierzemy udział w tym projekcie, ponieważ wpisuje się on w naszą Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju, w której stawiamy mocno m.in. na edukację zarówno naszych współpracowników, jak i klientów – dodaje. Warsztaty aktywizują bowiem i organizatorów, i uczestników.
Fundacja Rozwoju Talentów rozpoczęła już proces nawiązywania partnerstw do wiosennej edycji ExcelDay™ oraz rekrutacji na staże, warsztaty oraz wolontariaty. – Zapraszamy do współpracy wszystkich pracodawców, którzy doceniają potencjał nowatorskich form rekrutacji. Fundacja zajmuje się nie tylko organizacją i promocją swoich projektów, ale także marketingiem rekrutacyjnym oraz selekcją kandydatów pod konkretne wymagania partnerów. Dzięki temu razem tworzymy wyższej jakości rynek pracy oraz ułatwiamy młodym ludziom start kariery – kończy Domasłowska.
Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w grudniu 2018 wyniósł 15 960 mln EUR. Zmniejszył się tym samym w stosunku do wartości notowanych dla listopada o 20,3%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 2,0%. Wielkość eksportu w styczniu z przyczyn sezonowych może okazać się istotnie wyższa w stosunku do wypracowanej w grudniu.
Grudzień to miesiąc, w którym działalność eksportowa ulega wyraźnemu zmniejszeniu. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszym jest znacznie mniejsze zaopatrzenie na rzecz handlu detalicznego. Handlowcy bowiem przygotowują się do wzmożonej sprzedaży w okresie świąteczno-noworocznym jeszcze w październiku i listopadzie. W grudniu natomiast realizują już jedynie końcówki zamówień. Drugim powodem jest mniejsza aktywność zakupowa firm produkcyjnych w zakresie zakupu surowców, komponentów i półproduktów niezbędnych do ich produkcji. Firmy nie mając jeszcze ostatecznej puli zamówień na rok następny starają się nie przesadzać z zapasami, zwłaszcza w okresie tuż przed dokonywaniem rocznej sprawozdawczości (gdzie lepiej w dokumentach prezentuje się większy zasób środków na rachunku niż zapasów na magazynie).
W roku 2018 w eksporcie wyjątkowo wysoki był październik, a korekta sprzedaży zanotowana w listopadzie miała jedynie kosmetyczne rozmiary. W konsekwencji zmniejszenie sprzedaży w grudniu mogło być głębsze niż zazwyczaj i wynieść 20,3% wobec spadku o 16,4% w roku 2017. Roczna dynamika sprzedaży mogła więc obniżyć się do 2,0% z 7,1% w listopadzie i 12,1% w październiku.
Wyniki eksportu z początku 2018 roku prezentowały się lepiej niż zakładały to wcześniejsze prognozy. Odbudowa dynamiki eksportu postępowała szybciej niż w oczekiwano. Jednak w ostatnich miesiącach, u naszych głównych partnerów handlowych, nastąpiło równoczesne osłabienie bieżącej aktywności gospodarczej oraz pogorszenie perspektyw gospodarczych dla najbliższych kwartałów. W konsekwencji, notowane w ostatnich miesiącach roku dynamiki eksportu są wyraźnie mniejsze od prognozowanych.
Zmiany eksportu
2018 (szac.)
2019 (prog.)
2020 (prog.)
Eksport ogółem
5,9%
6,6%
8,3%
Niemcy
8,5%
7,1%
8,6%
Pozostałe kraje strefy euro
5,5%
6,9%
8,0%
Kraje UE nie będące w strefie euro
5,0%
6,1%
8,1%
Pozostałe kraje rozwinięte
5,1%
7,1%
9,4%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej
6,3%
7,5%
9,8%
Kraje rozwijające się
1,7%
3,5%
6,4%
W grudniu złoty nieznacznie wzmocnił się wobec euro o 0,3% do 4,2905 lecz równocześnie okazał się o 2,1% słabszy niż przed rokiem. Zmiany te poprawiły pozycję konkurencyjną naszych eksporterów. Jeszcze korzystniej prezentowała się sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W grudniu co prawda złoty wzmocnił się w stosunku do tej waluty – o 0,5% do 3,7691 ale był jednocześnie słabszy niż przed rokiem o 6,2%.
Według Narodowego Banku Polskiego po jedenastu miesiącach 2018 roku eksport wyniósł 197 874 mln EUR i okazał się o 6,2% większy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – XI 2018 r. 204 300 mln EUR okazał się wyższy niż przed dwunastoma miesiącami o 7,1%.
Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2019 – 2020 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży z 213,8 mld EUR w roku 2018 do odpowiednio 227,8 mld EUR (o 6,6%) w roku 2019 oraz do 246,7 mld EUR (o 8,3%) w roku 2020.
Początek lutego obfituje w wiadomości z polskiego sektora kosmicznego. Polska w świecie robotyki stawia coraz mocniejsze kroki, zarówno w tej przemysłowej oraz mobilnej, jak i kosmicznej. Mamy także coraz większe zapotrzebowanie na kadry w przemyśle kosmicznym, związane z obserwowanym przez nas od kilku lat rosnącym potencjałem polskich firm i instytucji oraz ich uczestnictwem w coraz większej ilości misji i projektów kosmicznych – mówi Wicepremier Jarosław Gowin.
Właśnie rozpoczęła się rejestracja drużyn do piątej już edycji European Rover Challenge. Ta prestiżowa, międzynarodowa impreza z roku na rok przyciąga coraz więcej pasjonatów kosmosu i robotyki. Zawody w 2018 roku cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Do udziału w nich zgłosiło się aż 65 drużyn z 20 krajów z całego świata. To prawdziwy rekord, który działa na nas – organizatorów, bardzo motywująco – mówi Łukasz Wilczyński, Prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej. Poprzez różnorodność wydarzeń towarzyszących zawodom staramy się pokazać, jak prężnie rozwija się w naszym kraju obszar kosmiczno-robotyczny i jak stale zwiększają się możliwości udziału w nim wszystkich, którzy mają we krwi kosmiczne DNA. Mamy świadomość, że dzięki takim wydarzeniom jak ERC, które zostało wpisane do Krajowego Programu Kosmicznego, coraz więcej młodych ludzi, studentów uczelni technicznych, odkrywa i rozwija w sobie pasję, która staje się potem kluczem do kariery w branży kosmicznej. W planach organizatorów jest także konferencja oraz warsztaty mentoringowo-biznesowe, będące platformą wymiany informacji, wiedzy i możliwości rozwoju w obszarze nauki, biznesu, nowych technologii i kosmosu.
Ponadto Prezes Polskiej Agencji Kosmicznej Grzegorz Brona ogłosił międzynarodową współpracę Polski z europejskim konsorcjum robotycznym Strategiczny Klaster Badawczy PERASPERA, koncertującym się na planowaniu, rozwoju i harmonizacji technologii robotyki kosmicznej. Zadaniem klastra PERASPERA jest opracowanie mapy drogowej rozwoju technologii robotycznych w Europie oraz wspieranie Komisji Europejskiej w organizacji przetargów na rozwiązania z obszaru robotyki w ramach programu Horyzont 2020 i jego kolejnej edycji, Horyzont Europa. Robotyka kosmiczna jest niewątpliwie jednym z obszarów najsilniejszego wzrostu polskiego sektora kosmicznego. Dlatego tak ważne dla nas było przystąpienie do europejskiego klastra PERASPERA. Nasze członkostwo pozwala na lepsze wpływanie na europejską politykę rozwoju technologii robotycznych oraz pełne uwzględnienie doświadczenia i ambicji naszego krajowego sektora kosmicznego – podkreśla Grzegorz Brona.
Na gospodarza European Rover Challenge w 2019 roku została wybrana Politechnika Świętokrzyska, której uczelniana drużyna już kilkukrotnie odnosiła sukcesy podczas zawodów. Dający wiele możliwości teren kampusu Politechniki, doskonała lokalizacja w centrum miasta, a przede wszystkim zaangażowanie tej prestiżowej uczelni technicznej w rozwój polskiego obszaru kosmiczno-robotycznego, to tylko niektóre z aspektów wpływających na decyzję o lokalizacji tegorocznej edycji ERC. European Rover Challenge to nie tylko zawody młodych pasjonatów techniki. To przede wszystkim testowanie rozwiązań tzw. high technology. Ich organizacja na Politechnice Świętokrzyskiej to potwierdzenie prestiżu naszej uczelni, która w ostatnim okresie wyraźnie ukierunkowuje się na współpracę z przemysłem i rozwój nowoczesnych technologii. To także uznanie dla naszych dotychczasowych sukcesów w tym zakresie– mówi prof. Wiesław Trąmpczyński, Rektor Politechniki Świętokrzyskiej. Ze swej strony zrobimy wszystko by zawody wypadły jak najlepiej – dodaje.
Międzynarodowe Zawody Robotów Marsjańskich ERC nie po raz pierwszy będą gościć na terenie województwa świętokrzyskiego. To podkieleckie Podzamcze koło Chęcin było areną pierwszych zmagań robotów marsjańskich w 2014 roku. European Rover Challenge doskonale wpisuje się w Strategię Województwa Świętokrzyskiego, której jednym z głównych celów jest koncentracja na budowie kapitału ludzkiego i bazy dla innowacyjnej gospodarki. ERC przyczynia się także do poprawy klimatu dla innowacji, upowszechnienia nowych technologii oraz komercjalizacji wiedzy w regionie, który od dawna dostrzega w tym szansę rozwoju w najbardziej nowoczesnych branżach – podsumowuje Marszałek Województwa Świętokrzyskiego Andrzej Bętkowski.
Współorganizatorami European Rover Challenge 2019 są Europejska Fundacja Kosmiczna, Mars Society Polska, Specjalna Strefa Ekonomiczna „Starachowice” S.A. oraz Politechnika Świętokrzyska.
Z roku na rok buduje się i oddaje do użytku coraz więcej mieszkań. W roku 2018 tak jak prognozowano pobity został rekord oddanych do użytku lokali – przekazano ich aż o 3,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Więcej jest też wydawanych pozwoleń na budowy, co przekłada się na zwiększenie ogólnego zasobu. Jest to także szansa na pobudzenie rynku najmu, który w ostatnich latach zyskuje na znaczeniu.
Najnowsze dane GUS podają, że w ciągu całego roku 2018 oddano do użytku 184,8 tys. mieszkań. Deweloperzy przekazali do użytkowania 111,6 tys. lokali (60,4 proc. ogółu mieszkań), podczas gdy inwestorzy indywidualni 66,7 tys. (36,1 proc. ogółu). Łącznie zbudowali oni 96,5 proc. ogółu mieszkań oddanych do użytkowania w 2018 roku. Dla porównania w 2017 roku było to 178 tys. lokali. Jak komentuje Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem: – Na tegoroczny wzrost znaczący wpływ mieli deweloperzy oferujący mieszkania przeznaczone na sprzedaż lub wynajem.Należy się spodziewać nie tylko transakcji nastawionych głównie na sprzedaż. Wzrasta zainteresowanie inwestorów całymi pakietami mieszkań, a nie pojedynczymi lokalami, przeznaczonymi na wynajem.
W krajach Europy Zachodniej, a w szczególności w Niemczech, blisko co druga osoba nie mieszka w posiadanym na własność lokum, tylko korzysta z wygodnej opcji wynajmu. – Warto podkreślić, że umowa najmu mieszkania na dziesięć, a czasami nawet na piętnaście, dwadzieścia lat nie jest niczym wyjątkowym u naszych zachodnich sąsiadów. W Polsce dla młodych ludzi ten sektor jest coraz atrakcyjniejszy.Rynek wynajmu stanowi integralną część rynku mieszkaniowego – dodaje Rafał Malik.
W 2018 roku rozpoczęto budowę 221,9 tys. mieszkań, co dało wzrost rzędu 7,7 proc. w porównaniu do roku 2017. Wydano także o 2,7 proc. więcej pozwoleń na rozpoczęcie budowy lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym (257 tys.). Najmniejszy udział w ogólnej liczbie lokali oddanych do użytkowania miało budownictwo spółdzielcze notujące także wzrost (3,0 tys. wobec 2,3 tys. w 2017 roku). W pozostałych formach budownictwa (społeczne czynszowe, komunalne i zakładowe) ogółem oddano do użytkowania 3,5 tys. mieszkań, odnotowując tym samym wzrost o 6,0 proc. względem roku ubiegłego.
Rozwijające się w rekordowym tempie budownictwo mieszkaniowe może realnie pobudzić rynek najmu. Te doskonałe wyniki tylko potwierdzają, że w Polsce istnieje duże pole do rozwoju. Zdają sobie z tego sprawę inwestorzy, także ci instytucjonalni. – Fundusz Mieszkań na Wynajem jako pierwszy dostrzegł w tego typu najmie potencjał, za sprawą nowego pokolenia konsumentów, wpisujących się w trend mobilności. Dziś jeśli zechcą, to mogą mieszkać w Gdańsku, za pół roku w Warszawie, a za rok wybrać miasto za granicą. Dlatego wolą wynajmować, a własność nie stanowi dla nich priorytetu. Dodatkowo dalszemu rozwojowi mobilności zawodowej sprzyja znakomita sytuacja na rynku pracy – podkreśla ekspert.
Z danych GUS wynika, że stopa bezrobocia w grudniu 2018 r. wyniosła zaledwie 5,8 proc.
Dla dużej grupy przedsiębiorców rok nie rozpoczął się zbyt optymistycznie. Zakład Ubezpieczeń Społecznych przedstawił wysokość składki zdrowotnej na rok 2019. Co miesiąc przedsiębiorca będzie musiał zapłacić 1316, 97 zł, czyli o 88,27 zł więcej. Niestety, nie wpłynie to dobrze na kondycję wielu, zwłaszcza niewielkich firm.
Karolina Serwańska z agencji Polski HR
Dla polskich przedsiębiorców zapowiada się trudny rok. W dalszym ciągu firmy muszą zmagać się ze zbyt małą liczbą pracowników oraz wyższymi oczekiwaniami finansowymi już pracujących. Chociaż według ZUS zatrudnienie wzrasta, liczba pracowników nadal jest niewystarczająca w stosunku do coraz większych potrzeb przedsiębiorców. Państwo dodatkowo zwiększa obciążeni finansowe w postaci wyższej składki ZUS. Wyższa kwota ubezpieczenia najmocniej uderzy w niewielkie firmy zatrudniające do 10 pracowników. Już w tym momencie koszty zatrudnienia pracownika na umowie o pracę są bardzo wysokie. Koszty pracy, które ponosi pracodawca już w zasadzie wynoszą ponad 40%, wyższa składka wpłynie bezpośrednio na wzrost tego wolumenu. Dodając do tego rosnące oczekiwania pracowników i inne koszty związane z utrzymaniem firmy, może okazać się, że wielu przedsiębiorców będzie rozważać rentowność prowadzenia własnego biznesu.
Dla wielu firm, zwłaszcza tych działających nieopodal granic naszego państwa, kuszące może być zarejestrowanie działalności poza granicami kraju, chociażby w sąsiednich Czechach. Przenoszenie produkcji poza granice Polski to trend, którego nasilenia możemy się spodziewać. Wynika to z chęci zmniejszenia kosztów prowadzenia biznesu. Uważam, że w perspektywie kilku najbliższych lat, o ile w stosunku państwa do przedsiębiorców nic się nie zmieni, duże korporacje będą wypierać małych przedsiębiorców. Małym firmom będzie po prostu bardzo trudno udźwignąć rosnące koszty utrzymania pracowników, a co za tym idzie prowadzenia działalności.
Wiele firm, chcąc ratować sytuację finansową zdecyduje się zapewne na redukcję zatrudnienia. Powinniśmy się więc przygotować na wzrost bezrobocia i znikanie z rynku małych przedsiębiorców.
W dalszej perspektywie może to oznaczać coraz większą automatyzację i zastąpienie pracowników maszynami. Oczywiście automatyzacja nie dotknie wszystkich branży. Jednak tam, gdzie to możliwe, czyli chociażby w fabrykach, magazynach powinniśmy być na to przygotowani. Zastąpienie pracowników przez urządzenia, które poza konserwacją nie generują praktycznie żadnych dodatkowych kosztów, to raczej nie uniknione zjawisko. Początkowo koszt zakupu, czy w niektórych przypadkach skonstruowania odpowiedniego urządzenia mogą być dość wysokie, jednak w dłuższej perspektywie taka inwestycje będzie bardzo opłacalna.
W środowisku osób zajmujących się rynkiem pracy coraz częściej słychać opinię, że w perspektywie 2- 3 dekad umowy o pracę odejdą w zapomnienie. Koszty związane z utrzymaniem pracownika to jeden z powodów. Zmienia się też podejście pracowników do tzw. etatu, który jeszcze dla pokolenia naszych rodziców dawał poczucie bezpieczeństwa. Obecni 20-30 latkowie, po pierwsze sami chcą decydować, kiedy i w jakim miejscu chcą pracować, po drugie nie wierzą w system emerytalny.
Podwyżka składki ZUS odbije się negatywnie na stanie Polskiej gospodarki. Stracą na tym zarówno pracownicy, jak i pracodawcy, którzy ponoszą coraz większe koszty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Jeżeli będą one rosły, musimy liczyć się z negatywnymi konsekwencjami.
Komentarz dotyczący zmiany wysokości składki ubezpieczeniowej i konsekwencji dla przedsiębiorców przygotowany przez Karolinę Serwańską – dyrektor zarządzającą w agencji pośrednictwa pracy Polski HR
Raport NIK: błędy urzędników, wysokie podatki, a przede wszystkim skomplikowane prawo – główną przeszkodą prowadzenia działalności.
„Kontrola w urzędach skarbowych i Ministerstwie Finansów pokazała, że skomplikowany charakter przepisów prawa oraz częste jego zmiany mogą w dalszym ciągu stanowić główną barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej” – stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli w opublikowanym 2 stycznia 2019 r. podsumowaniu raportu na temat „Barier prawnych w rozwoju firm rodzinnych w Polsce”. NIK wskazała w nim między innymi na dużą liczbę błędów popełnianych przez urzędników.
Na wstępie swego raportu NIK przywołała wyniki przeprowadzonego na zlecenie Związku Pracodawców Polskich badania: „Bariery prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce”, w którym przedsiębiorcy wśród największych barier w prowadzeniu firmy w 2015 i 2017 r. wskazali: niestabilność prawa, nadmiar obowiązków biurokratycznych, koszty pracy, samowolne i arbitralne decyzje urzędników, skomplikowane prawo gospodarcze, wysokie podatki, urzędy i urzędnicy, powolne rozstrzyganie sporów sądowych, kontrole urzędu skarbowego i innych instytucji oraz bariery inwestycyjne.
Aż 55% uchylonych interpretacji podatkowych i ponad 45% uchylonych decyzji
Przeprowadzone przez NIK badania objęły I kwartał 2018 r. W tym okresie NIK stwierdziła aż 55% uchylonych przez sądy administracyjne interpretacji indywidualnych wydawanych przez organy podatkowe i aż 29,1% uchylonych decyzji podatkowych przez organy drugiej instancji i 16,1% uchyleń tych decyzji przez wojewódzkie sądy administracyjne. Co więcej, przedsiębiorcy niejednokrotnie uzyskiwali od fiskusa interpretacje podatkowe sprzeczne z interpretacją wydaną w innym czasie lub przez inny organ. Liczba takich, uznanych za rozbieżne, interpretacji w badanym okresie wyniosła 130.
Jak podsumowuje prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski: „W ocenie NIK wprowadzone zmiany legislacyjne nie przyczyniają się w pełni do skutecznej likwidacji barier w rozwoju firm (…) Skomplikowane przepisy i częste zmiany w prawie to wciąż jedne z największych barier w prowadzeniu działalności gospodarczej. Ich efektem jest duża liczba błędów popełnianych zarówno przez urzędników, jak i podatników w interpretowaniu i stosowaniu prawa”.
Zdaniem 73% przedsiębiorców od 2017 r. warunki do prowadzenia działalności gospodarczej nie uległy polepszeniu. 37% badanych uważa nawet, że część z nowo wprowadzonych rozwiązań nie tylko nie ułatwia, ale wprost utrudnia prowadzenie firmy.
Przedsiębiorca, prawnik, księgowy, headhunter i doradca podatkowy
98% ankietowanych przedsiębiorców wśród największych barier w prowadzeniu działalności gospodarczej wymieniło koszty zatrudnienia, a 95,9% – niedobór wykwalifikowanych pracowników. Jednocześnie niemal wszyscy przyznali również, że największą przeszkodą w prowadzeniu działalności gospodarczej jest złożoność przepisów podatkowych lub brak jednolitych interpretacji (94,9%) oraz zbyt długi okres oczekiwania na wydanie interpretacji podatkowej (75,7%). Aż 87,9% przedsiębiorców uważa, że na prowadzenie działalności duży wpływ ma częstotliwość zmian w prawie, a także wysokość podatków i opłat – 90% przedsiębiorców.
Skomplikowany i powolny system fiskalny oraz obostrzenia nakładane przez przepisy regulujące obrót gospodarczy wymagają więc dziś od przedsiębiorców posiadania o wiele większej wiedzy prawnej niż dotychczas lub zatrudnienia prawnika – najlepiej eksperta w dziedzinie prawa podatkowego, który będzie w stanie zrekompensować brak tej wiedzy.
Urzędnicy naruszają prawo i „wkręcają w karuzele VAT” bez udowodnienia
W opublikowanym przez NIK raporcie mowa jest także o naruszeniu zasad prowadzenia postępowań podatkowych w połowie skontrolowanych urzędów skarbowych. Ma to swoje odzwierciedlenie w orzecznictwie. Wśród głównych przyczyn uchylania decyzji organów podatkowych przez organy drugiej instancji oraz sądy, Dyrektor Departamentu Poboru Podatków wskazał m.in.: braki w materiale dowodowym, niewyjaśnianie wszystkich okoliczności stanu faktycznego sprawy, błędne określanie wysokości zobowiązania podatkowego, a także brak dostatecznego udowodnienia, że przedsiębiorca nie działał w dobrej wierze lub zachował się niedbale, dokonując transakcji stanowiącej ogniwo w łańcuchu karuzeli VAT.
Wśród przyczyn licznie uchylonych interpretacji indywidualnych, zwłaszcza w zakresie podatku VAT i akcyzowego, twórcy raportu wymieniają: odmienną linię orzeczniczą organów podatkowych od prezentowanej w orzecznictwie sądów administracyjnych, ale również odmienną linię orzeczniczą od przyjętej przez organy podatkowe w przypadku niejednolitej (rozbieżnej) linii orzecznictwa podatkowego. Dla przykładu, w I kwartale 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że: „Pewność co do prawidłowości postępowania opartego na treści otrzymanej interpretacji urzędowej nie może prowadzić podatnika w swoistą „pułapkę prawną”, gdy interpretacja indywidualna zostanie nieuwzględniona, powodując wymierne szkody majątkowe u podatnika” (wyrok z 20.02.2018 r., sygn. akt III SA/Wa 1896/17).
Urzędnik kontra przedsiębiorca
Na otrzymane w czerwcu 2017 r. w toku interpelacji poselskiej zapytanie „ilu naczelników urzędów skarbowych poniosło konsekwencje z tytułu przedłużania zwrotu podatku VAT?”, Ministerstwo Finansów odpowiedziało: „W latach 2014-2017 nie odnotowano żadnego wpływu odwołania do Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych od orzeczeń Komisji Orzekającej I instancji, które odnosiłyby się do spraw, gdzie obwinionym był naczelnik urzędu skarbowego” (odpowiedź Ministerstwa Finansów na interpelację poselską nr 13405 z 13.06.2017 r.).
Tymczasem wystarczy zapoznać się z najnowszym – precedensowym orzeczeniem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, który uchylił niekorzystne dla przedsiębiorcy postanowienie Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej dotyczące sytuacji, w których Dyrektor odmawiał wydania indywidualnej interpretacji podatkowej, powołując się na rzekomą sztuczność konstrukcji (wyrok WSA w Gliwicach z 28.11.2018 r., sygn. akt I SA/Gl 995/18).
Na podstawie powyższego nasuwa się wniosek, że w zakresie odpowiedzialności za swoje działania, urzędników fiskusa obowiązuje zasada: „lepiej uniewinnić 100 winnych, niż skazać jednego niewinnego”. W odniesieniu do przedsiębiorców wydaje się obowiązywać zasada odwrotna. Podobnie jest w przypadku walki na argumenty. Przywołana sztuczność konstrukcji jest jednym z takich argumentów, na które organom podatkowym łatwo się powołać, ale bardzo trudno je uzasadnić i obronić przed sądem.
Pomimo że przeprowadzona w I kwartale 2018 r. kontrola dotyczyła firm rodzinnych, to jak zaznaczyła NIK: „Badanie ilościowe na reprezentatywnej próbie przedsiębiorstw sektora MŚP nie wykazało istotnych różnic między przedsiębiorczością rodzinną a pozostałymi firmami sektora MŚP pod względem cech strukturalnych (…). Nie stwierdzono również istotnych różnic ze względu na percepcję największych barier w rozwoju polskiej przedsiębiorczości, jak i działań, jakie powinny zostać podjęte w celu poprawy warunków prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce” (Informacja o wynikach kontroli NIK: „Bariery prawne w rozwoju firm rodzinnych w Polsce”, nr ewid. 26/2018/P/18/072/LKI).
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Dlaczego dobrze rozwinięty rynek obligacji korporacyjnych może powstrzymać negatywne skutki kryzysu finansowego? W świetle oczekiwanego globalnego spowolnienia gospodarczego miejmy nadzieję, że 2018 rok był tylko chwilowym przestojem w rozwoju tego rynku w Polsce.
Ekonomiści z NBP opublikowali ostatnio ciekawe badania, które pokazują co napędzało rozwój rynku obligacji korporacyjnych w Azji po 1995 roku[1]. Można z nich wyciągnąć ciekawe wnioski odnośnie naszego rodzimego rynku obligacji korporacyjnych.
Rynki azjatyckie doświadczyły w latach 1997-1999 dotkliwego kryzysu finansowego, który był de facto wynikiem pułapki jaką zastawił na nich ich własny wcześniejszy sukces. Azjatyckie tygrysy przeżywały bardzo szybki wzrost gospodarczy finansowany napływem zagranicznego kapitału, który za pośrednictwem banków był pompowany do firm w formie kredytów (denominowanych głównie w walutach zagranicznych). Wtedy wydawało się, że gospodarki takich krajów jak Korea Południowa, Tajlandia czy Malezja mają solidne fundamenty i są atrakcyjną lokatą kapitału. Jednak azjatycki rynek finansowy tamtych lat był słabo rozwinięty i nieuregulowany. Okazało się, że wiele inwestycji jest nie do końca trafionych, a do tego trzeba było uwolnić kursy lokalnych walut, przez co nastąpiła ich szybka deprecjacja, a wartość kredytów zagranicznych poszybowała w górę zwiększając realne zadłużenie przedsiębiorstw i powodując kryzys finansowy. Firmy nie były w stanie się dalej finansować, ponieważ zagraniczni inwestorzy zakręcili kurek z kapitałem, co prowadziło do masowych upadłości.
Silna zależność gospodarki od rynku bankowego była postrzegana jako jedna z głównych słabości krajów azjatyckich w 1997 r. Po kryzysie azjatyccy ustawodawcy podjęli kilka inicjatyw mających na celu wykreowanie rozwoju rynku obligacji korporacyjnych. W 2003 i w 2004 r. w czasie spotkań przedstawicieli banków centralnych Azji Wschodniej i Pacyfiku powołano Asian Bond Fund 1 i Asian Bond Fund 2 (fundusze inwestujące w obligacji korporacyjne i skarbowe krajów azjatyckich), a ASEAN stworzyło Asian Bond Market Initiative (szeroko rozumiany pakiet działań mających na celu rozwój rynku obligacji). W latach 1998-2008 azjatycki rynek obligacji pod kątem outstandingu wzrósł o 217 proc., przy czym rynek obligacji rządowych wzrósł o 275 proc., a obligacji korporacyjnych o 66 proc.
Co ciekawe, zaobserwowano znaczący wzrost outstandingu oraz nowych emisji obligacji korporacyjnych w okresie kryzysu finansowego z 2008 r. – w latach 2005-2009 wartość nowych emisji obligacji korporacyjnych wzrosła o 331 proc.! Pokazuje to, że starania regulatorów rynku poskutkowały tym, że rynek obligacji korporacyjnych zadziałał jako alternatywa dla systemu bankowego, który był zamrożony i niechętnie udzielał finansowania po upadku Lehman Brothers. Gdyby porównać gospodarkę do jadącego samochodu, to kołem, które złapało gumę w 2008 r. był system bankowy, a rola koła zapasowego przypadła rynkowi obligacji korporacyjnych.
W 2017 roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy rekomendował, aby rządy krajów rozwijających się zwracały szczególną uwagę na rozwój krajowych rynków finansowych (zarówno akcji jak i obligacji), ponieważ te są szansą na zwiększenie odporności na globalne szoki. Zgodnie z teorią „zapasowego koła” rynek kapitałowy może być alternatywą, kiedy rynek bankowy nie może zostać wykorzystany. Możliwość pozyskania płynności dla firm w momencie spowolnienia gospodarczego jest kluczowa, aby nie pogłębiać negatywnych efektów kryzysu.
Dodatkowo dane empiryczne dla rynku azjatyckiego pokazują, że duże znaczenie dla rozwoju rynku obligacji korporacyjnych ma rynek obligacji skarbowych. Jeśli dany rząd emituje stosunkowo dużo długu to fundusze inwestycyjne są bardziej skłonne obejmować obligacje rządowe zastępując nimi obligacje korporacyjne – podaż kształtuje strukturę popytu.
Polska w przeciwieństwie do kilku krajów z naszego regionu ma potencjał do rozwoju rynku obligacji korporacyjnych. Mniejsze kraje mają mniejszą możliwość rozwinięcia płynnego rynku, bo trudniej im przyciągnąć duże firmy, aby pozyskiwały tam kapitał. Nasza gospodarka jest największa w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, więc pod tym kątem mamy pewną przewagę.
Ponadto z przeprowadzonych badań wynika, że dobrze rozwinięty system bankowy jest bardziej katalizatorem niż zagrożeniem dla rozwoju rynku obligacji korporacyjnych (a można powiedzieć, że polskie banki są w dobrej kondycji, jeśli weźmie się pod uwagę chociażby pierwsze i trzecie miejsce PKO BP i Pekao SA w stress testach EBA). Wytłumaczeniem tej zależności wydaje się fakt, że banki pełnią istotną rolę przy organizacji emisji dla firm jako market makers i brokerzy.
Z kolei rozwój rynku akcji ma negatywny wpływ na rynek obligacji; tutaj występuje raczej efekt substytucji – jeśli firmy mogą łatwo pozyskiwać finansowanie poprzez emisję akcji, nie muszą emitować obligacji. O kondycji polskiej giełdy wiele się mówi w ostatnich latach i raczej nie są to opinie pozytywne – mankamentami są niska płynność, przeregulowanie, mała ilość IPO. Ponadto porównując do giełd zachodnich (DAX, SP500) na polskiej giełdzie ostatnie 10 lat to raczej trend boczny – nie doświadczyliśmy takiej hossy jak Amerykanie czy Niemcy, przez co nastawienie inwestorów do GPW jest co najmniej sceptyczne.
Ostatnie lata to rzeczywiście dynamiczny rozwój rodzimego rynku obligacji korporacyjnych. Ich outstadnding (obligacji korporacyjnych notowanych na rynku Catalyst) wzrósł z 46 mld zł na koniec 2012 r. do 81 mld na koniec 2Q18 (+75 proc.), a obecnie znajduje się na poziomie 76 mld zł. To zahamowanie wzrostu to efekt GetBacku. Inwestorzy stracili zaufanie do rynku obligacji korporacyjnych, co przełożyło się na trudności w przeprowadzaniu emisji. Wartość emisji publicznych przeprowadzonych w 2018 r. to zalewie 910 mln zł w porównaniu do 1,85 mld zł rok wcześniej. Ponadto 600 z 910 mln zł dotyczyło emisji PKN Orlen (aczkolwiek w 2017 r. największym emitentem również był PKN Orlen, pozyskując 700 mln zł).
W świetle obecnych odczytów makroekonomicznych pokazujących, że znajdujemy się w szczycie cyklu koniunkturalnego, a 2019 r. przyniesie spowolnienie, ustawodawcy i regulatorzy rynku powinni się zastanowić nad rozwiązaniami, które zmitygują negatywne efekty ewentualnego kryzysu gospodarczego. Ostatnie projekty ustaw, jak np. ta o emisjach prywatnych raczej nie ułatwią firmom pozyskiwania finansowania poprzez emisje obligacji. Aczkolwiek, z całą pewnością należy stworzyć solidne ramy systemowe, aby uniknąć kolejnych nieuczciwych emitentów.
Na razie, Polska gospodarka ze swoim 5 proc. wzrostem PKB przypomina samochód mknący po równej autostradzie, ale przed nami zaczynają rysować się wyboje w postaci przyśpieszającej inflacji, brexitu, wojen handlowych, czy słabych odczytów makroekonomicznych w UE. Warto więc upewnić się, że mamy w bagażniku sprawne koło zapasowe. Rozwój rynku obligacji korporacyjnych nie powstrzyma wystąpienia kryzysu finansowego, ale może zmitygować jego skutki.
Wojciech Bartosik, analityk, Michael/Ström Dom Maklerski
[1] Kowalewski O. i Pisany P. (2018). What drove the corporate bond markets in Asia after 1995?. NBP Working Paper No. 285
Projekt nowej ustawy imigracyjnej w Niemczech wywołał popłoch wśród polskich przedsiębiorców, którzy obawiają się odpływu Ukraińców z Polski i braku rąk do pracy. Eksperci uspokajają: wymagania Niemców są tak wysokie, że sprostają im tylko nieliczni.
Jeśli parlament uchwali nową ustawę, to od 2020 r. niemiecki rynek pracy otworzy się na pracowników spoza Unii Europejskiej. Nasz zachodni sąsiad chce przyciągnąć m.in. Ukraińców, którzy obecnie są najsilniejszą napływową grupą pracowniczą w Polsce. Pracują u nas zarówno na podrzędnych stanowiskach jak i wymagających wysokich kwalifikacji zawodowych. Właśnie po tę drugą grupę chcą sięgnąć Niemcy, oferując im wyższe niż w Polsce zarobki i pół roku legalnego pobytu na szukanie pracy. Zmiana ustawy ma poszerzyć możliwości ich zatrudniania. Zakłada, że cudzoziemcy będą mogli pracować we wszystkich zawodach odpowiadających ich kwalifikacjom, a nie wyłącznie w tych, gdzie istnieje szczególne zapotrzebowanie na pracowników.
– Niemieckie inicjatywy legislacyjne z pewnością wymagają rozważnej obserwacji, ale obawy dotyczące odpływu siły roboczej z Polski są przedwczesne – mówi adwokat Joanna Torbé, ekspertka prawa pracy Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – W proponowanym projekcie nowych przepisów widać tendencje do ułatwiania podejmowania zatrudnienia w Niemczech Ukraińcom, którzy mają uznane kwalifikacje – podkreśla.
Oznacza to, że według nowych niemieckich przepisów, aby zostać legalnym pracownikiem Ukraińcy będą musieli m.in. znać język niemiecki i mieć wystarczającą ilość pieniędzy, aby się utrzymać do czasu, aż znajdą pracę i udowodnią swoje kwalifikacje.
Agencja prowadzi za rękę
W Polsce Ukraińcy mają ułatwiony start. Często nie muszą znać języka polskiego, łatwiej im znaleźć tu pracę, bo jest to możliwe aż w 286 zawodach. W znalezieniu zatrudnienia pomaga im wiele agencji pracy.
– Wiele z agencji, które zrzeszamy ma swoje przedstawicielstwa na Ukrainie i tam załatwiane są wszelkie niezbędne formalności. Ukraińcy, po przyjeździe do Polski, mają zapewnioną nie tylko pracę, ale również mieszkanie z niskim czynszem i naukę języka – mówi Karina Knyż-Grzywa, dyrektor biura SAZ.
Mówiący po ukraińsku koordynatorzy z agencji pracy pomagają też w początkowym etapie aklimatyzacji – w założeniu konta bankowego, uzyskaniu abonamentu telefonicznego, zapisaniu dzieci do żłobka, przedszkola czy szkoły.
Zdaniem Anastasii Serdiuk, starszej specjalistki ds. legalizacji pobytu spółki SAS Logistic wyjazd z Polski do Niemiec może być opłacalny osobom z bardzo wysokimi kwalifikacjami lub tym, które wyjadą tam na dwa, trzy miesiące i na miejscu, mimo wyższych zarobków, będą bardzo oszczędzać.
– Koszty życia są tam dużo wyższe. Nie każdego też będzie stać, żeby opłacić sam wyjazd, mieszkanie i kaucję za nie, a do tego mieć odłożone pieniądze na zabezpieczenie swojego pobytu. Wyzwaniem jest też samodzielne znalezienie pracy. Ograniczony będzie również krąg osób, które będą mogły skorzystać z ułatwień w podjęciu zatrudnienia na terytorium Niemiec. Chodzi tu o pracowników wykwalifikowanych, którzy wykażą się również znajomością języka niemieckiego. Zatem zmiany nie dotyczą wszystkich Ukraińców a jedynie tych, którzy spełniają te kryteria. Udowodnienie posiadania ww. kompetencji może się okazać kłopotliwe i czasochłonne – mówi Anastasia Serdiuk.
W Polsce jak w domu
Ukraińców przyjeżdża coraz więcej. Potwierdzają to wyniki ankiety, jaką Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia przeprowadziło w styczniu 2019 wśród swoich firm członkowskich. Te, które zatrudniają Ukraińców od 3 lat, co roku zatrudniają średnio 10 proc. więcej. Choć średnia wynosi około kilkunastu procent Ukraińców w stosunku do Polaków, to zdarzają się też takie agencje, gdzie stanowią oni zdecydowaną większość personelu. Są wśród nich zarówno studenci, pracownicy tymczasowi i ci, którzy przyjechali tu z całymi rodzinami. Większość przyjeżdżających do naszego kraju, zostaje tu od pół do półtora roku. Część sprowadza rodzinę. Podkreślają, że mają stąd blisko do rodzinnych stron, język polski jest bardzo podobny do ukraińskiego i łatwo się go nauczyć, podobna jest kultura. W Polsce Ukrainiec czuje się jak w domu i proces aklimatyzacji w tym kraju jest bardzo szybki właśnie ze względu na kulturowe podobieństwo. Oprócz tego, że może tu żyć na względnie dobrym poziomie, to właśnie wspólne słowiańskie korzenie sprawiają, że tak wielu sprowadza tu całe rodziny.
Anastasia Serdiuk z SAS Logistic wylicza, że życie w Polsce, mimo niższych zarobków jest bardziej opłacalne.
– Średnio Ukrainiec zarabia w zakładzie produkcyjnym 2,5 tys. zł. netto. Jeśli pracuje przez agencję to ma zapewnione mieszkanie, gdzie płaci niewysoki czynsz rzędu 100-200 zł za miesiąc lub niewiele więcej, jeśli mieszka w dużym mieście. Nawet jeśli wyda jeszcze 50 zł za dojazd do pracy i 400 na jedzenie, to zostaje mu spora kwota na życie. W Niemczech wyda dużo więcej na mieszkanie, transport i żywność i niekoniecznie w kieszeni zostanie mu tyle, ile by chciał. Jak to będzie naprawdę okaże się, kiedy pierwsze osoby tam wyjadą – mówi Serdiuk.
Wyzwanie i szansa
Artur Kornatowski, dyrektor wsparcia produktu Grupy Impel przyznaje, że w ubiegłym roku widać było wyraźną zmianę podejścia do pracy w Polsce obywateli Ukrainy.
– Wielu z nich osiedliło się w Polsce i zaczynają tutaj nie tylko pracować, ale też układać sobie życie. To ważne, bo są oni pracownikami, którzy mają dziś bardzo duży udział w naszym rynku zatrudnienia – mówi Artur Kornatowski.
– Ciekawym trendem, który obserwujemy, jest zwiększenie się zatrudnienia pracowników z Ukrainy w administracji biurowej. Do tej pory były to głównie stanowiska w handlu lub branży budowlanej. Może się to okazać świetnym lekarstwem na deficyt kadrowy. Nie mamy jeszcze zbyt wielu managerów z Ukrainy, ale niewykluczone, że i tutaj stopniowo zacznie się coś zmieniać – dodaje Artur Skiba, prezes agencji Antal.
Firmy działające na rynku rekrutacyjnym starają się też postrzegać zapowiadane zmiany w Niemczech w kategoriach szans.
– Z pewnością część polskich agencji będzie próbowała rozwijać swoje usługi w Niemczech na bazie już wypracowanych kontaktów i doświadczeń – mówi Artur Kornatowski.
Artur Skiba dodaje z kolei, że na polskim rynku pracy wiele zmienić może brexit. Niewykluczone, że spowoduje on, iż więcej Polaków zdecyduje się na powrót do kraju.
Przeprowadzony wśród Ukraińców Polsce sondaż firmy Work Service wykazał, że 59 proc. ankietowanych wykazało chęć przeprowadzki do Niemiec, jeśli tylko ustawa o emigracji zostanie przyjęta. Oznacza to, że już dziś muszą zacząć naukę języka niemieckiego, oszczędzać pieniądze i przygotować się na życie w innej kulturze i dalej od rodzinnych stron. To duże wyzwanie, zwłaszcza dla całych rodzin, które już zadomowiły się w Polsce. Z całą pewnością nie można stwierdzić, że polityczny ruch Niemiec sprawi, że ucierpi na tym polska gospodarka, a przynajmniej nie w stopniu, w jakim prognozuje się to dzisiaj.
Ubiegły rok w polskiej branży IT przyniósł 32,6 mld zł przychodu. PMR przewiduje, że w 2019 r. dynamika wzrostu powinna wynieść około 4,8 proc., co oznacza szacunkowe przychody na poziomie 34,2 mld złotych. O trendach w nadchodzącym roku dla polskiej branży IT opowiada Robert Strzelecki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej TenderHut.
Robert Strzelecki, prezes spółki TenderHut S.A.
Kooperacja na rynku IT
Polskie firmy mają ogromny potencjał, wiedzę i niezwykle zdolnych programistów plasujących się w światowej czołówce. Jednak to wciąż za mało, aby osiągnąć sukces – szczególnie na rynkach międzynarodowych. Ostatnio można zaobserwować ciekawy proces, a mianowicie zamiast konkurować, firmy IT zaczynają ze sobą współpracować, aby móc zrealizować duży projekt od A do Z. Ciekawą inicjatywą, wpisującą się w potrzebę łączenia się jest stowarzyszenie SoDA (Software Development Association Poland) – związek pracodawców sektora IT, który powstał pod koniec ubiegłego roku. Dzięki tej inicjatywie, firmy dzielą się pracownikami, a czasami nawet zleceniami. –Coraz więcej firm tworzących oprogramowanie, zlecenia pozyskuje spoza Polski, a tam klienci oczekują kompleksowego podejścia i szybkich terminów. Takim kryteriom mogą sprostać jedynie firmy posiadające duże zasoby w postaci wyspecjalizowanych zespołów. Co ciekawe, na trendzie związanym z kooperacją zyskują mniejsze ośrodki takie jak: Białystok, Szczecin, Olsztyn czy Przemyśl, które do tej pory miały zbyt małą liczbę programistów, żeby zdobyć duże kontrakty– podsumowuje Strzelecki.
Konsolidacja rynku
Coraz większa presja płacowa, brak pracownika, brak wystarczającego kapitału inwestycyjnego – to codzienność polskiego rynku usług IT. Szacuje się, że w Polsce brakuje na obecną chwilę ok. 50 tys. pracowników sektora. Taka sytuacja powoduje, że koszty pracy są coraz większe, a co za tym idzie tylko duże podmioty mogą utrzymywać odpowiednio wykfalifikowane zespoły. To główny powód, dla którego rynek firm IT w Polsce mocno się konsoliduje. Jak wygląda to z perspektywy przedsiębiorcy? – Usługi IT nie mogą dziś istnieć bez silnej sprzedaży, marketingu czy po prostu rozpoznawalnej marki. Tylko silni gracze mogą konkurować o zlecenia dostępne na międzynarodowych rynkach. Mniejsze firmy przyłączają się do liderów branży nastawionych na błyskawiczny rozwój, bo wiedzą, że to także jest dla nich szansa na przeskalowanie swojego działania. Taką drogę objął właśnie TenderHut, który przez kolejne lata notowany był jako najszybciej rozwijająca się firma w Polsce, co docenili eksperci z Deloitte czy Financial Times– tłumaczy Strzelecki. – Co ważne konsolidacja nie oznacza wykluczenia dla byłych właścicieli. Przeważnie nadal aktywnie angażują się w życie firmy, pełniąc kluczowe role w organizacji. Stają się udziałowcami dużej, prężnie rozwijającej się firmy oraz poprzez zwiększenie skali działania w pełni mogą rozwinąć swój potencjał działając na międzynarodową skalę– dodaje Strzelecki.
Globalne rynki – kierunek kraje G20
W dobie globalizacji przed polskimi firmami otworem stoją rynki światowe. Ma na to wpływ kilka aspektów. Przede wszystkim rodzimi programiści cieszą się bardzo dużym uznaniem na całym świecie. Co roku Polska zajmuje wysokie miejsca w światowych rankingach. W dodatku biorąc pod uwagę koszt polskiego programisty na tle globalnych stawek, firmy znad Wisły nadal są konkurencyjne. – Ciekawym kierunkiem pozyskania zleceń jest Japonia. Jest to rynek bardzo konserwatywny i każda zmiana na nim jest prawie rewolucją. Obecnie większość systemów na rynku japońskim to systemy stare (legacy) i są utrzymywane w metodykach ciężkich. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszą się wszystkie kwestie związane z programowaniem zwinnym, a firmy europejskie postrzegane są jako jedne z najlepszych w tym obszarze. W dodatku jest to trzecia gospodarka na świecie z bardzo dużymi brakami kadrowymi. Biznes w Japonii oparty jest na relacjach, przywiązaniu do protokołu oraz dużej dawce cierpliwości. W ubiegłym roku nawiązaliśmy tam pierwsze relacje, w tym roku ponownie pojawimy się w Japonii z misją gospodarczą. Mimo, iż sam proces pozyskania kontraktu jest wieloetapowy i czasochłonny uważamy, że warto angażować swój czas w budowanie trwałych relacji opartych na zaufaniu i profesjonalizmie – mówi Strzelecki.
Lokalny rynek z coraz mniejszą liczbą specjalistów IT
Dużym wyzwaniem stojącym przed polskimi firmami jest ogólna sytuacja na lokalnym (polskim) rynku usług IT. Software House skupiają swoją aktywność na rynkach zachodnich, gdzie są w stanie zarobić znacznie więcej niż na projektach realizowanych w Polsce. Taki trend obecnie powoduje spadek zainteresowania firm IT rynkiem polskim, a co za tym idzie krajowy przedsiębiorca będzie miał znacznie ograniczony dostęp zarówno do usług, jak i pracowników z sektora IT. – Obecnie młody programista nie jest zainteresowany odtwórczą pracą. Jego celem zawodowym jest rozkręcenie własnego start-up’u, praca pełna wyzwań dla międzynarodowych koncernów czy rozwijanie unikalnych technologii. Stawki za godzinę pracy programisty na świecie są podobne, z tą różnicą, że w Polsce stawka ta jest w złotówkach, a za granicą roboczogodziny liczone są w euro, funtach czy dolarach. Taka sytuacja powoduje z jednej strony duży wzrost przychodów w polskim sektorze IT, ale pozostawia niestety rodzimy rynek z dużymi niedoborami. Część firm coraz przyjaźniej patrzy na wschód, za pracownikami obsługującymi po stronie IT infrastrukturę czy procesy w firmie – tłumaczy Strzelecki.
Konkurencyjność
Wspomniane przy okazji konsolidacji oczekiwania klientów – głównie zagranicznych – to szansa dla polskich firm na zaistnienie na międzynarodowych rynkach. Jednak, aby to miało miejsce rodzimi przedsiębiorcy powinni zmienić podejście do biznesu. Jaka jest najlepsza recepta na sukces? – W naszej Grupie Kapitałowej podchodzimy do zagadnienia konkurencyjności w nieco inny sposób niż większość firm na rynku. Po pierwsze jesteśmy grupą spółek, które posiadają określone profile działalności, ale ich działania i zasoby można ze sobą łączyć. Większość firm na rynku raczej pozostaje w obrębie jednej specjalizacji. Drugim wyróżnikiem jest elastyczność, jaką dajemy naszym klientom. Wynika ona trochę z wspomnianej wcześniej działalności w ramach grupy kapitałowej, jednak to coś więcej niż tylko czerpanie z zasobów spółek córek. Niedawno otworzyliśmy kolejną spółkę, która jest odpowiedzią na dużą potrzebę elastyczności. ExtraHut – bo o niej mowa – koncentruje się na działaniach z zakresu User Experance, designie aplikacji mobilnych, aplikacji webowych i serwisów internetowych. Przewagą konkurencyjną jest mobilny zespół ekspertów, który jest w stanie w ciągu 48 godzin znaleźć się u klienta w dowolnym miejscu na ziemi i razem z nim na miejscu zmapować zagadnienie, po czym przygotować prototyp rozwiązania. Takie podejście pozwala na maksymalne skrócenie procesu powstawania zamówionych aplikacji – to właśnie konkurencyjność, będzie w tym i kolejnych latach świadczyła o sukcesie – mówi Strzelecki.
Własne produkty
Firmy IT nie powinny być tylko wykonawcami projektów. Model, w którym Software House tworzy platformy SaaS i jest zarazem właścicielem licencji, stanowi ciekawą drogę dla rozwoju całej firmy. Dobrze zaprojektowana platforma SaaS pozwala na duży stopień skalowalności. Konfiguracja usług jest na tyle intuicyjna, że odbywa się bez udziału czynnika generującego koszty, czyli programisty. Dzięki temu klient nie ponosi kosztów związanych programowaniem poszczególnych funkcjonalności i może masowo wdrożyć rozwiązanie, a właściciel licencji skupia się na rozwijaniu oprogramowania i dodawaniu kolejnych funkcjonalności obejmujących całe segmenty rynku. Wiele tego typu platform powstanie jako oddolne inicjatywy pracowników. Pracownicy Googla 20% czasu poświęcają na rozwijanie własnych projektów, które mogą być potem wdrażane w firmie. Obecnie na polskim rynku można obserwować trend polegający na tym, że firmy IT same rozwijają oprogramowanie, które następnie komercjalizują. Takie podejście jest ciekawe, jednak wymaga odpowiedniej skali działania i finansowania. Koszty wewnętrznych wdrożeń są oczywiście niższe niż zewnętrznie rozwijane oprogramowanie, jednak zajmują one zasoby i czas, który firma mogłaby przeznaczyć na realizację komercyjnych projektów. Korzyścią w takiej sytuacji jest bez wątpienia możliwość elastycznego dostosowania aplikacji, która została stworzona przez samych pracowników firmy. – Doskonałym przykładem tego trendu jest stworzona przez naszych specjalistów aplikacja Zonifero. Projekt ten powstał wewnątrz naszej firmy jako rozwiązanie problemów, z którymi sami się borykaliśmy. Dziś Zonifero – czyli aplikacja do zarządzania przestrzenią biurową to niezależna marka posiadająca oddzielne struktury sprzedażowe i wdrożeniowe będąc naszym sztandarowym przykładem skalowalnego rozwiązania SaaS – podsumowuje Robert Strzelecki.
Medicover Stomatologia wzmocnił się o 12 nowych gabinetów stomatologicznych, trzy samodzielne pracownie RTG oraz blisko 55-osobowy zespół specjalistów – stomatologów, radiologów, higienistów i pracowników administracyjnych. To efekty ostatniej akwizycji, w wyniku której do firmy dołączyły trzy nowe marki – Profesjonalne Studio Stomatologii Addent Kraków, Addent Andrychów oraz 5dent Kraków. Kliniki wyspecjalizowane są w zakresie implantologii, protetyki i stomatologii estetycznej.
Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia
Kliniki Addent Kraków, Addent Andrychów oraz 5dent Kraków zapewniają pełen zakres usług stomatologicznych, posiadają przy tym szerokie doświadczenia w obszarze protetyki, implantologii, kompleksowych procedur implantologiczno-protetycznych oraz stomatologii estetycznej. Nowa inwestycja jest wyrazem realizacji strategii Medicover Stomatologia ukierunkowanej na zwiększenie dostępności do jakościowych usług stomatologicznych w południowej Polsce. Pozwoli ona na wzmocnienie naszej pozycji w Krakowie, ale również na rozszerzenie zasięgu działania o Andrychów – Addent jest w tym mieście wiodącą kliniką
-– mówi Wioletta Januszczyk, Dyrektor Zarządzająca Medicover Stomatologia.
Założycielem i właścicielem kliniki jest dr n. med. Tomasz Nowak, specjalista chirurgii stomatologicznej, dwukrotny laureat Platinum Preferred Award, przyznawanej najlepszym stomatologom, zajmującym się upowszechnianiem leczenia implantologicznego i mającym szczególne osiągnięcia w tej dziedzinie.
Implantologia to dziedzina, w którą od lat silnie inwestujemy – zarówno poprzez kształcenie personelu, jak i rozwój metod leczenia oraz zakup nowoczesnych technologii i sprzętu. W 2017 jako pierwszy gabinet w południowej Polsce wszczepiliśmy pacjentowi implant w systemie Replicate, czyli indywidualnie zaprojektowany implant z zastosowaniem systemu CAD/CAM
-– mówi dr n. med. Tomasz Nowak, założyciel Addent Kraków, Addent Andrychów oraz 5dent Kraków.
W zakresie prac protetycznych specjaliści Addent Kraków, Addent Andrychów i 5dent Kraków korzystają z technik CAD/CAM, które znacznie zwiększają jakość wykonywanych prac. W ramach leczenia protetycznego pacjenci mogą skorzystać zarówno z klasycznych koron i mostów, jaki i wysoce estetycznych koron i mostów pełnoceramicznych oraz odbudowy na implantach. Wysokie standardy oraz szerokość oferty w obszarze stomatologii estetycznej podyktowane są rosnącymi potrzebami pacjentów, którzy oprócz zdrowych zębów, oczekują również efektów wizualnych.
Pacjenci mogą korzystać w naszych klinikach z wielu usług, które pomagają uzyskać piękny i naturalny uśmiech, m.in. z zabiegu wybielania zębów, wysoce estetycznego wypełnienia ubytków czy korekty dziąseł
-– mówi dr n. med. Tomasz Nowak.
W zakresie stomatologii estetycznej, nowy partner wzbogaci nasze portfolio o kompetencje w obszarze stomatologii anti-aging. To dziedzina, która skupia się na procesach starzeniowych uzębienia i całego uśmiechu. W ramach tzw. stomatologicznego liftingu twarzy, z zastosowaniem najnowocześniejszych rozwiązań z zakresu stomatologii zachowawczej, chirurgii i implanto-protetyki, możliwe jest odwrócenie wszystkich procesów patologicznych i uzyskanie efektu „podniesienia twarzy”
-– dodaje Wioletta Januszczyk.
Kliniki Addent Kraków, Addent Andrychów oraz 5dent Kraków wyposażone są w najnowocześniejszy sprzęt stomatologiczny, m.in. mikroskopy, tomografy komputerowe 3D, młynek do zębów, który umożliwia wytworzenie własnopochodnego materiału kościozastępczego, systemy mechanicznego opracowywania kanałów w endodoncji.
W swojej codziennej praktyce nasi specjaliści sięgają zarówno po nowoczesne technologie, jak i innowacyjne rozwiązania. Korzystamy m.in. z możliwości, jakie daje piezochirurgia, czyli innowacyjna technika chirurgii kostnej, we wszystkich procedurach chirurgicznych pracujemy z osoczem bogatopłytkowym, co pozwala osiągnąć najlepsze wyniki gojenia. Przy zabiegach chirurgiczno-implantologicznych stawiamy na materiał własny pacjenta, dlatego używamy urządzenia Kometa BIO, pozwalającego wytworzyć materiał kościotwórczy z zębów własnych pacjenta
-– mówi dr n. med. Tomasz Nowak.
Przejęte kliniki zlokalizowane są w Krakowie przy ul. Walerego Eljasza Radzikowskiego 18(Addent Kraków) i przy ul. Józefa Mackiewicza 17 (5dent Kraków) oraz w Andrychowie przy ul. Krakowskiej 93 A (Addent Andrychów). Dzięki akwizycji firmę wzmocni 12 gabinetów dentystycznych, trzy samodzielne pracownie RTG oraz blisko 55-osobowy zespół specjalistów – stomatologów, radiologów, higienistów i pracowników administracyjnych.
To kolejny już zakup Medicover Stomatologia na przestrzeni ostatnich lat. Do tej pory do sieci dołączyła klinika Śmigiel Implant Master Clinic (2018), kompleks gabinetów Stoma-Dental (2018), jedno z najnowocześniejszych laboratoriów inżynierii dentystycznej w Polsce – Yellow-Med (2018), wrocławski Royal Dent (2018), Prestige Dent (2017) oraz DentaCare (2016).
Dlaczego ubiegły rok był tak wyjątkowy i tak istotnie wzrosła wartość udzielonych kredytów? Udzielono ich ponad 200 tys. na kwotę około 53 mld zł. W IV kwartale 2018 roku nastąpił jednak spadek o kilkanaście procent w porównaniu do IV kwartału 2017 roku.
– Czy kwota ponad 50 mld zł w przypadku kredytów hipotecznych w przeciągu całego roku jest duża czy mała ?– pyta Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.
– Ubiegły rok rzeczywiście był wyjątkowy, ponieważ takiej kwoty udzielonych kredytów nie mieliśmy od 2008 roku. W dużej mierze rekordowe wartości były też wynikiem tego, że bardzo rosły ceny mieszkań – mówi Jarosław Sadowski, Expander.
Czy w 2019 r. będziemy mieć tak duże poczucie bezpieczeństwa jakie mieliśmy biorąc kredyt w 2018 roku? – Jarosław Mikołaj Skoczeń Emmerson
– Wydaje się, że na tym rynku drastycznych zmian nie będzie. Co prawda jest prognozowane spowolnienie gospodarcze, ale raczej w tym roku stopy procentowe się nie zmienią –wyjaśnia Jarosław Sadowski, Expander.
– Mamy moment stabilizacji. Banki też przewidują, że w tym roku sprzedaż kredytów będzie na bardzo podobnym poziomie jak w zeszłym roku. Większym problemem jest według mnie podaż mieszkań, dlatego że projekty, które są w tracie realizacji zostaną zrealizowane, natomiast zobaczymy jak to będzie wyglądało w III, IV kwartale, kiedy trzeba będzie wprowadzać nowe. Tutaj mamy olbrzymi problem z zakontraktowaniem generalnych wykonawców, żeby przy poziomach cenowych akceptowalnych przez klientów można było zacząć budować – mówi Michał Rudnicki, Emmerson Realty.
– Czy te ceny, które są na rynku nie gwarantują powodzenia inwestycji od strony finansowej? Czy metr kwadratowy wcale nie jest taki drogi jak nam się wydawało? – dopytuje Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.
– W najgorszej sytuacji są firmy budowlane i deweloperzy, którzy zakontraktowali budowę dwa lata temu czy półtora roku temu. (…) Nowe projekty są już kontraktowane po nowej cenie, czyli deweloper z góry zakłada, że w tej lokalizacji będzie musiał wziąć więcej pieniędzy za te mieszkania, bo wykonawcę np. grunt będzie kosztował więcej – tłumaczy Aleksander Skirmuntt,Maxon.
– Ja jestem przekonany, że jeszcze w tym roku nastąpi korekta cen, zarówno materiałów budowlanych jak i gruntów, a za tym powinna pójść stabilizacja cen mieszkań – prognozuje Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.
W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny; Michał Rudnicki, Emmerson Realty, Aleksander Skirmuntt, Maxon i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.
Toyota dostarczy do Arabii Saudyjskiej pilotażową flotę samochodów elektrycznych na ogniwa paliwowe, zasilanych sprężonym wodorem. Sedany Mirai zamówiły firmy Saudi Aramco i Air Products, które otworzą w tym roku pierwszą stację wodorową w tym kraju. Arabia Saudyjska to drugi obok Zjednoczonych Emiratów Arabskich kraj na Bliskim Wschodzie, który inwestuje w technologię wodorową i elektryczne samochody na wodór Toyoty.
Koncern Saudi Aramco zawarł umowę z amerykańską firmą Air Products na budowę pierwszej stacji tankowania wodoru w Arabii Saudyjskiej. Saudi Aramco, największy na świecie eksporter ropy naftowej, chce w ten sposób rozpocząć inwestycje w czyste technologie w królestwie Saudów. Toyota, największy promotor samochodów wodorowych na świecie, produkuje swój pierwszy wodorowy model – sedana Mirai, od 2014 roku, zaś badania nad technologią wodorowych ogniw paliwowych prowadzi od ponad dwóch dekad.
Wodór w Arabii Saudyjskiej
Saudyjska stacja tankowania wodoru powstanie w Dhahran Techno Valley Science Park na wschodzie kraju, w pobliżu Bahrajnu. Ma zostać uruchomiona w drugim kwartale 2019 roku.
„Wodorowe ogniwa paliwowe to wydajny sposób na elektryfikację transportu, dzięki któremu nie trzeba rezygnować z łatwego tankowania trwającego kilka minut i jazdy na długich dystansach” – powiedział Ahmad Al Khowaiter, dyrektor techniczny Saudi Aramco. – „Użycie wodoru produkowanego z ropy lub gazu do napędzania elektrycznych samochodów na ogniwa paliwowe to świetny sposób na wykorzystanie ropy w czystym transporcie” – dodał.
Podpisana w ostatnich dniach umowa między Saudi Aramco i Air Products to nie pierwszy przypadek współpracy między tymi firmami. W ubiegłym roku oba koncerny stworzyły razem z trzecim partnerem – saudyjską firmą Acwa Power – spółkę joint venture, której zadaniem jest opracowanie instalacji do gazyfikacji, produkującej prąd i wodór. Inwestycja o wartości 8 miliardów dolarów została ulokowana w Jazan Economic City nad Morzem Czerwonym.
Arabia Saudyjska to nie jedyny kraj na Półwyspie Arabskim, który wspólnie z Toyotą wprowadza do użytku samochody na wodór. W 2018 roku władze Dubaju uruchomiły pilotażowy program wodorowych taksówek – w tej roli również obsadzono Toyotę Mirai. Kilka miesięcy wcześniej Toyota we współpracy z francuskim producentem wodoru Air Liquide oraz swoim oficjalnym dystrybutorem w Emiratach, Al-Futtaim Motors, uruchomiła pierwszą stację wodorową w Dubaju i rozpoczęła budowę kolejnej w Abu Zabi.
Technologie wodorowe Toyoty
Toyota Mirai jest dostępna w sprzedaży na wybranych rynkach od 4 lat i do końca 2018 roku jej łączna sprzedaż na świecie wyniosła 7 750 aut. W 2020 roku Toyota planuje uruchomić nowe linie produkcyjne, by zwiększyć roczną produkcję samochodów na ogniwa paliwowe z około 3 000 aut obecnie do 30 000 egz.
Toyota zaczęła prowadzić badania nad napędem elektrycznym zasilanym wodorowymi ogniwami paliwowymi w 1992 roku – 5 lat przed rynkowym debiutem Priusa, którego wejście na rynek to początek epoki elektryfikacji samochodów osobowych. Efektem tych prac jest Toyota Mirai – średniej wielkości sedan, który pozwala komfortowo podróżować nawet na długich dystansach bez koniczności długotrwałego ładowania akumulatorów i bez emisji spalin czy CO2. Auto tankuje się wodorem przez kilka minut, a napełnione zbiorniki zapewniają zasięg około 500 km przy normalnym użytkowaniu i nawet do 700 km przy oszczędnej jeździe. Średnie zużycie energii z wodoru odpowiada spalaniu 4,2 l benzyny na 100 km. Auto jest przy tym całkiem dynamiczne – elektryczny silnik o mocy 154 KM rozpędza sedana do 100 km/h w 9,6 s, a moment obrotowy 335 Nm dostępny w pełnym zakresie prędkości od chwili ruszenia sprawia, że Mirai jest zrywny i przyspiesza liniowo.
Toyota Mirai zadebiutowała w grudniu 2014 roku w Japonii, a od 2015 roku jest obecna w Europie i Stanach Zjednoczonych. W tym roku model wchodzi na rynek kanadyjski, a do wprowadzenia go do sprzedaży przygotowują się kolejne kraje, w tym Australia. W Polsce dwie pierwsze stacje tankowania wodoru zostaną uruchomione w 2021 roku. Inwestorem jest spółka Lotos, która wybuduje dystrybutory tego pierwiastka na swoich stacjach paliwowych w Warszawie i Gdańsku.
Japonia stawia na wodór
Współpraca Toyoty z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi ma strategiczne znaczenie także dla Japonii, która liczy na masowy import wodoru z regionu pod postacią amoniaku. Japonia – kraj zaawansowanych technologii, lecz pozbawiony własnych paliw kopalnych, realizuje strategiczny program przestawiania rodzimej gospodarki na technologie wodorowe. Szeroka adaptacja wodoru w gospodarce dotyczy zarówno transportu, jak i energetyki, ciepłownictwa czy przemysłu, a Toyota jest jednym z głównych realizatorów rządowej polityki. Rok temu Toyota, Nissan i Honda oraz inni partnerzy z sektora infrastruktury i finansów powołali konsorcjum, które w szybkim tempie zbuduje w całej Japonii 160 stacji wodorowych. Oprócz tego Toyota tworzy punkty tankowania tego paliwa na własną rękę. W 2018 roku Japonia jako pierwszy kraj na świecie przekroczył liczbę 100 działających stacji wodorowych.
Toyota nie ogranicza się do produkcji wodorowych samochodów osobowych. Największy japoński koncern motoryzacyjny oferuje także oparte na technologii ogniw paliwowych autobusy miejskie i samochody dostawcze oraz wspólnie z East Japan Railway Company pracuje nad elektrycznymi lokomotywami na wodór.
Wodór to powszechnie występujący, czysty i bezpieczny nośnik energii, wykorzystywany jako paliwo oraz gaz przemysłowy. Jego produkcja może stanowić wygodne uzupełnienie odnawialnych źródeł energii jako metoda magazynowania nadwyżek energetycznych generowanych z wiatru, słońca lub elektrowni wodnych. Źródłem pierwiastka może być wiele różnych materiałów, w tym odpady rolne i komunalne oraz woda. Można go przechowywać w postaci płynnej lub sprężonego gazu, zapewniając wysoką gęstość energii.
Do produkcji energii z wodoru służą ogniwa paliwowe, które emitują wyłącznie parę wodną. Proces ten jest całkowicie skalowalny – energię z wodoru można produkować zarówno w dużych elektrowniach, jak i w niewielkich przydomowych instalacjach oraz oczywiście w samochodach. Japonia wykorzystuje tę zaletę, włączając pojazdy na wodór – w tym miejskie autobusy – do systemów reagowania kryzysowego w razie naturalnych katastrof – każda Toyota Mirai z napełnionymi zbiornikami może zasilać prądem gospodarstwo domowe przez 5 dni. Dysponujące znacznie większymi zapasami wodoru autobusy miejskie mogą stanowić źródła zasilania dla ośrodków ewakuacji czy szpitali.