Wykorzystanie drukarki 3D w produkcji detali do defibrylatorów i kardiomonitorów

Druk 3D coraz śmielej wkracza do produkcji urządzeń medycznych. Sprawdza się przede wszystkim w prototypowaniu i wytwarzaniu małych serii różnych elementów. Śląska firma Emtel wykorzystuje technologię druku 3D do prototypowania, a nawet produkcji specjalnie wyselekcjonowanych detali do defibrylatorów i kardiomonitorów. Daje jej to dużą redukcję kosztów produkcji konkretnych części oraz kilkukrotną oszczędność czasu.

Prototyp obudowy został wykonany za pomocą drukarki 3D _ Kardiomonitor modułowy [1] Firmy wytwarzające sprzęt medyczny często koncentrują się na produkcji małoseryjnej. Ciągłość pracy w takim przypadku uzależniona jest od dostawców zewnętrznych i ceny, którą zaproponują, a która zazwyczaj jest wyższa, gdy w grę wchodzi produkcja jednostkowa. O konkurencyjności producentów aparatury medycznej decyduje natomiast ciągłe ulepszanie urządzeń, wiążące się z budowaniem i testowaniem prototypów. Optymalnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, którzy chcą uniknąć wysokich kosztów i przestojów w pracy oraz bez przeszkód przygotowywać nowe wersje swoich urządzeń, może okazać się wprowadzenie technologii druku 3D.

W defibrylatorach firmy Emtel znajdują się wydrukowane części karaksu dławika _ wykorzystanie w produkcji małoseryjnej [1]– Technologia druku przestrzennego pozwala skrócić czas potrzebny konstruktorom i inżynierom na stworzenie i przetestowanie produktów. Obecnie druk 3D przestał jednak być postrzegany jako narzędzie służące tylko do prototypowania, ewoluując w kierunku drukowania ostatecznych produktów. W porównaniu z tradycyjnymi metodami może pozytywnie wpłynąć na czas i koszt produkcji. Dzieje się tak poprzez podnoszenie jakości, niezawodności i zakresu dostępnych materiałów w najtańszej technologii druku FDM/FFF – mówi Mateusz Sidorowicz z firmy 3DGence, produkującej drukarki 3D.
Firma Emtel, polski producent elektronicznej aparatury medycznej, wdrożył technologię druku 3D i używa jej zarówno w procesie prototypowania, jak i wytwarzania gotowych wyselekcjonowanych elementów urządzeń.

– Drukujemy przy pomocy drukarki 3DGence szereg różnych detali mechanicznych, które mogły, bez pogorszenia wytrzymałości i jakości, zastąpić niektóre, stosowane do tej pory w naszych wyrobach wykonane tradycyjną obróbką elementy aluminiowe czy z tworzyw sztucznych. Zastosowanie technologii druku 3D pozwala nam na bardziej elastyczne dostosowanie się do bieżących potrzeb produkcyjnych, zmniejszenie kosztów, a także pewnego rodzaju swobodę przy projektowaniu nowych urządzeń – mówi Wojciech Przybycień z firmy Emtel.

W przypadku prototypowania technologia 3D służy firmie do budowania modeli obudów kardiomonitorów. Wcześniej Emtel zlecał ich przygotowanie firmie zewnętrznej, co podnosiło koszty i wydłużało czas trwania całego procesu. Dzięki drukowi 3D przedsiębiorstwo osiągnęło w tym zakresie dziesięciokrotną redukcję kosztów i skrócenie produkcji obudowy z 30 do 5 dni.

Defibrylatory produkowane przez Emtel wyposażone są w wydrukowane w 3D karkasy dławika.

– Firmy produkcyjne czasami są postawione przed problemami związanymi z zakończeniem produkcji elementów czy podzespołów dostarczanych przez podwykonawców zewnętrznych. W takich sytuacjach najczęściej wystarczającym rozwiązaniem jest poszukanie innego poddostawcy, gorzej jest jednak w przypadku produkcji jednostkowej lub małoseryjnej. W naszej firmie wyjściem z sytuacji okazał się druk 3D. Posiadanie drukarki 3D takiej marki jak 3DGence i dobra znajomość jej możliwości w zasadzie od razu nasunęły rozwiązanie problemu, czyli własny projekt i produkcja karkasów na potrzeby defibrylatora – dodaje Wojciech Przybycień z firmy Emtel.

Wprowadzenie technologii addytywnej do produkcji urządzeń medycznych sprawiło, że Emtel sam może decydować o czasie i liczbie drukowanych detali, a ich koszt uległ redukcji od trzech do pięciu razy. Przedstawiciele firmy podkreślają jednak, że każda decyzja wprowadzenia do produkcji urządzeń elementów drukowanych jest poprzedzona analizą ryzyka i testami potwierdzającymi słuszność zastosowania.

CBRE: wykorzystaj lokalizację biura, by zrekrutować najlepszych

Pracodawcy coraz częściej traktują lokalizację biura jako długookresową inwestycję w employer branding – wynika z najnowszej publikacji CBRE „Po pierwsze człowiek! Czyli jak stworzyć idealną przestrzeń do pracy”. Kluczowe są bliskość punktów handlowych, sportowych, gastronomicznych i zieleni, ale przede wszystkim dobry dojazd – komfortowy zajmuje nie więcej niż 30 min. Eksperci CBRE wskazują, jak wykorzystać te zalety biura w skutecznej rekrutacji najlepszych pracowników.

– Coraz wyższe wynagrodzenia, unikalne benefity, duża elastyczność – pracodawcy prześcigają się, aby zrekrutować i zatrzymać wartościowych kandydatów. Coraz częściej inwestują w dobrą lokalizację nowego biura firmy. To bardzo dobry krok – atmosfera w pracy i czas dojazdu do biura to elementy, które pracownicy najczęściej wymieniają jako decydujące przy wyborze przez nich oferty zatrudnienia – mówi Igor Czmyr, Szef działu Strategii Środowiska Pracy w CBRE.

Tramwajem do centrum

Biuro z dobrym dojazdem to takie, które mieści się blisko głównych węzłów komunikacyjnych, najlepiej położone w centrum miasta. „Dobry dojazd” może dotyczyć zarówno transportu publicznego, jak również głównych arterii i tras wylotowych. Obecnie – ze względu na aspekt ekonomiczny i ekologiczny – warto zwrócić uwagę również na dużą dostępność komunikacji miejskiej. Co ciekawe, najbardziej ceniony jest transport szynowy – oznacza mniejsze ryzyko straty czasu w korkach.

Położenie w centralnej części miasta jest istotne nie tylko dlatego, by szybko dojechać do pracy. Daje również dużo możliwości spędzania czasu po jej zakończeniu. Jak wynika z badania CBRE „Millenials Live Work Play CBRE”, pokolenie, do którego obecnie należy najwięcej pracowników, poświęca aż 10 dni w miesiącu na rekreację i rozrywkę. Takie osoby z pewnością sprawdzą, jak daleko będą mieć z biura do punktów gastronomicznych, siłowni, basenów, kin czy centrów handlowych. Kolejnym elementem, na który warto zwrócić uwagę, jest bliskość zieleni – czynią okolicę bardziej przyjazną.

HR-owe korzyści na kilku płaszczyznach

Dobra lokalizacja biura zwiększa szanse firmy w rywalizacji o najlepszych pracowników, zmniejsza rotację obecnych oraz wpływa pozytywnie na efekty pracy. Kluczowe jest, by informować o niej już na etapie ogłoszenia rekrutacyjnego. Pracownik, który ma do wyboru kilka ofert pracy, dużo szybciej zdecyduje się na tę w lepszej lokalizacji.

To także ważne narzędzie przeciwdziałania rotacji w zespołach. Jak wynika z analiz CBRE, w Warszawie i dużych miastach komfortowy czas dojazdu wynosi do 30 minut, a optymalny do 45 minut. W skali tygodnia oznacza to aż od 5 do 7 godzin poświęcanych na dojazd. Krótszy czas dojazdu do pracy przekłada się na jej efekty – pracownik, który spędza mniej czasu w komunikacji miejskiej czy w porannych korkach, jest bardziej wypoczęty i produktywny.

Komfortowe biuro z dobrą lokalizacją warto promować także poprzez np. organizację spotkań w firmie z osobami z zewnątrz, publikowanie zdjęć na Facebooku, czy nawet wirtualny spacer, dostępny na stronie internetowej.

Tam gdzie konsument, tam i marka

To konsument wybiera dziś dogodny dla niego sposób komunikacji z marką. Niezależnie od kanału, oczekuje kompetentnej i szybkiej odpowiedzi. Dla firm oznacza to konieczność bycia dostępnym 24 godziny na dobę – czy są w stanie sprostać oczekiwaniom?

Kontakt z marką w social media a potrzeba walidacji

Klienci szukają kontaktu z marką w miejscu, w którym jest on dla nich najwygodniejszy. Coraz częściej stawiają więc na kanały social media. W odpowiedzi, marki chcąc pozostawać w kontakcie ze swoimi konsumentami, coraz sprawniej integrują kanały społecznościowe z procesami obsługi klienta. Mogąc wejść w interakcję z firmą w wybranym przez niego miejscu, konsument czuje do niej zaufanie i chętniej dokonuje zakupu.

To jednak nie koniec. Kiedy konsument dokona już decyzji to wie, że w każdym momencie może dopytać o dostawę, zwrot czy reklamację. Tę potrzebę walidacji poprzez bezpośredni kontakt z marką najlepiej widać w procesie sprzedaży przez Internet, która jest wspierana kampaniami na Facebooku czy Instagramie. Firmy, które często reklamują swoje produkty i usługi w mediach społecznościowych powinny być przygotowane na to, że pod postami sponsorowanymi potencjalni klienci będą zadawać im pytania.

Jeszcze marketing czy już obsługa klienta?

W trakcie trwania kampanii w social media, gdzie użytkownicy mogą komentować dane reklamy, dyskusja dotycząca zakupu czy użytkowania produktu staje się zbiorowa. Osoby potencjalnie zainteresowane, bądź chcące dowiedzieć się czegoś na temat danej marki, nierzadko podejmują decyzje na podstawie komentarzy.

Można to porównać do tworzonego „na żywo” FAQ czy skryptu jakim posługują się pracownicy obsługi klienta w call center. Gdy raz powstanie, w ciągu cyklu życia posta, będzie „obsługiwać” innych użytkowników.

Skutecznie oznacza tu i teraz

Według badań, aż 75% konsumentów, zadając pytanie firmie w social media, oczekuje odpowiedzi w ciągu 5 minut. Dla wielu firm to wciąż niełatwe wyzwanie, ale standardem na Facebooku jest obietnica, że dana strona „zazwyczaj odpowiada w ciągu godziny”.

Organizacje, które rozumieją, że znaczna część ich klientów woli być obsługiwana przez kanały społecznościowe mierzą już nie tylko zasięg czy zaangażowanie użytkowników. Równie istotne są dla nich wskaźniki związane z obsługą klienta w social media.

Wielu klientów Play traktuje Facebooka jako podstawowy kanał komunikacji z marką. Stąd też kluczowa jest sprawna moderacja wszystkich komentarzy trafiających do nas. NapoleonCat okazał się być bardzo pomocny w usprawnieniu tego procesu – mówi Paulina Kłeczek z Play.

Wykorzystanie tego narzędzia przez dział Obsługi Klienta Play we współpracy z moderatorami agencji Plej pozwoliło na skrócenie czasu reakcji na wątki związane z obsługą Klienta o 66% w okresie trzech miesiący od rozpoczęcia współpracy z NapoleonCat – dodaje.

Czy rozmawiam z robotem?

Marki, które dostają dużą ilość zapytań w społecznościach, aby usprawnić proces obsługi korzystają z tak zwanej automatycznej moderacji. Wbrew negatywnym opiniom, jej celem nie jest scedowanie wszystkiego na robota. To narzędzie ma pomóc w przefiltrowaniu informacji oraz reakcję na te, którymi w danej chwili nie może zająć się pracownik.

Jeśli automatyczna moderacja jest wsparciem i nie zastępuje ludzkiej komunikacji, wówczas korzystanie z niej poprawia jakość komunikacji marka-klient. Narzędzia umożliwiające programowanie odpowiedzi na przewidywalne pytania pomagają pracownikom obsługi klienta skupić się na udzieleniu odpowiedzi na bardziej złożone zapytania.

Social customer care, czyli skracanie dystansu

Coraz częściej mówi się już nie tyle o obsłudze klienta, ile o „opiece” nad nim. Rozmowy z konsumentami prowadzone w kanałach społecznościowych mają przecież nieco inny charakter niż te na infolinii. Swobodniej przechodzimy w nich z klientem „na ty”, spotykając się z nim w sprzyjających rozmowie okolicznościach. Daje to większe możliwości personalizacji komunikatu oraz stwarza warunki, w których możemy precyzyjniej odpowiedzieć na potrzeby klienta.

Pomimo włączenia kanałów społecznościowych w procesy obsługi klienta, powinniśmy zachować odpowiedni tone of voice i pamiętać, że to my jako marka jesteśmy gościem w jego świecie. Klient jest u siebie i zdecydował poświęcić nam kawałek swojego czasu. Doceńmy to.

Autor: Zofia Górska, Marketing Manager NapoleonCat

Rewolucja podatkowa w 2019 r. Zmiany w podatkach

W 2019 roku w podatkach zmienia się tak dużo, że jedynym słowem, które pasuje jest „rewolucja”. Rząd zakłada, że w 2019 do budżetu z tytułu PIT, CIT i VAT wpłynie aż o 50 miliardów złotych więcej.

Leasing na nowo

Może to nie jest zmiana, która obejmie największą liczbę osób, ale z pewnością jest ona najgłośniejsza. A to dlatego, że i firmom leasingowym i motoryzacyjnym zależy na tym, żeby sprzedaż była na maksymalnym poziomie.

W zasadzie kończy się pełne odliczanie kosztów użytkowania samochodów dla mikro i małych przedsiębiorców, którym auto służy zarówno do celów służbowych jak i czasem prywatnych. Podrzucenie dziecka do szkoły w drodze do pracy może być ryzykowne. Pełne zaliczenie do kosztów wydatków związanych z używaniem auta będzie możliwe tylko w przypadku prowadzenia ewidencji wykorzystywania samochodu. W przypadku kontroli urzędnik skarbowy będzie mógł zakwestionować, dlaczego z punku A do punktu B pojechaliśmy wybierając okrężną, a nie najkrótszą drogę. I nie wytłumaczymy się, że najkrótsza była zakorkowana, a nam zależało na czasie. Co innego w dużych firmach, gdzie pracownik przyjeżdża do pracy swoim autem lub komunikacją miejską i w razie potrzeby tam wsiada do auta służbowego, które oddaje wychodząc z firmy.

Mocno dyskusyjny aspekt zmian dotyczy wartości aut, które można leasingować. Dziś nie jest to ograniczone. Nowe przepisy wprowadzają limit 150 tys. złotych wartości auta, od którego koszty w całości można rozliczać. Zatem kupowanie samochodu za pół miliona przestanie się opłacać, bo nadwyżki nie będzie można wrzucić w koszty.

Kwota wolna coraz wyższa…

…ale nie dla wszystkich. Suma, od której nie trzeba odprowadzać podatku regularnie rośnie, ale nie dla każdego. Za 2017 r. wynosiła maksymalnie 6 600 zł., a w 2019 jest to już 8 000 zł. Trzeba jednak pamiętać, że im większy dochód tym kwota wolna jest niższa. Zatem podatnik, który zarobi do 8 000 zł nie zapłaci ani złotówki podatku dochodowego. Potem kwota wolna zacznie spadać do poziomu 3 091 złotych przy dochodzie 13 000 złotych i utrzyma się na nim aż do poziomu 85 528 złotych dochodu rocznego. Powyżej tego poziomu znowu zacznie się jej stopniowe zmniejszanie, aż do momentu osiągnięcia dochodu 127 000 zł rocznie – powyżej tego pułapu kwota wolna od podatku nie występuje. Zatem zarabiający najwięcej nie skorzystają z tej ulgi.

Nowość – „danina solidarnościowa”

Najbardziej zamożni podatnicy będą musieli pogodzić się z jeszcze jednym podatkiem – tzw. daniną solidarnościową. Pieniądze najbogatszych zasilą fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych. Chodzi jednak o podatników zarabiających co najmniej milion złotych rocznie, co odpowiada co najmniej w wysokości 86 000 złotych miesięcznie. Nadwyżka ponad próg wyniesie 4 procent. Fiskus obliczając podatek dla tych osób będzie mógł łączyć dochody z różnych źródeł. Przepisy mówią o sumowaniu

dochodów rozliczanych na formularzach PIT-36, PIT-36L, PIT-38 i PIT-40A, oczywiście
z pomniejszeniem o koszty podatków i obowiązkowe składki na ZUS. Co ciekawe rząd szacuje, że z tego tytułu wpłynie do budżetu 2 miliardy złotych.

Małe firmy – mały CIT

Na tym przepisie z kolei mają zyskać ci najmniejsi. Zgodnie z pomysłem, firmy których przychód ze sprzedaży nie przekroczył w całym roku 1,2 mln euro mogą skorzystać z obniżonej stawki CIT. Dotyczy to zatem firmy do których wpływa około 5 milionów złotych rocznie. Preferencja obejmie również przedsiębiorców rozpoczynających działalność. Oni także zapłacą 9-procentowy podatek od dochodu. Trzeba jednak pamiętać, że z ulgi nie skorzystają Ci, którzy swoją większą firmę podzielili na kilka mniejszych tak, by żadna z nich nie przekraczała wyznaczonego limitu. Jest to już kolejna obniżka tej stawki – w zeszłym roku spadała ona z 19 do 15%. Ministerstwo Finansów ocenia, że podatki według niższej stawki będzie płaciło aż 400 tysięcy firm.

Coś na koniec, czyli exit tax

Na koniec działalności gospodarczej prowadzonej w Polsce… Podatek od niezrealizowanych zysków w związku z przeniesieniem aktywów firmy do innego państwa. Ustawodawca tłumaczy to prawem do opodatkowania dochodów, które zostały wypracowane w czasie, w którym podatnik prowadził działalność w Polsce. Mówiąc jednak wprost, wszystkie firmy, które będą marzyły o rajach podatkowych i podejmą decyzję o przeniesieniu działalności właśnie tam, zanim się wyprowadzą, zapłacą odpowiedni podatek. No chyba, że z przenosin zrezygnują, bo przestaną się one opłacać.

Tekst powstał w ramach współpracy z ekspertami portalu edukacyjnego Viem.pl

Pacjenci mogą mieć problemy z zakupem leków

9 lutego br. mija termin wdrożenia w Polsce Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) 2016/161. Od tego dnia nowo wprowadzane do obrotu serie leków będą zabezpieczone unikatowym kodem dwuwymiarowym, zawierającym informacje m.in. o indywidualnym numerze opakowania, który pozwoli sprawdzić autentyczność leku przed wydaniem go pacjentowi z apteki.

Polskie apteki dołożyły wszelkich starań, aby przygotować się do wdrożenia systemu weryfikacji autentyczności leków w wyznaczonym terminie. Zakupiły konieczny sprzęt, w tym czytniki 2D niezbędne do skanowania nowych kodów, rozpoczęły szkolenie pracowników, poniosły koszty dostosowania funkcjonujących programów aptecznych do nowych zadań oraz zgłosiły swoją gotowość do Fundacji KOWAL – operatora systemu w Polsce.

Niestety, na dwa dni przed godziną „zero” – jak wynika z informacji, którymi dysponujemy – nawet 30% aptek w Polsce, mimo najszczerszych chęci, ciągle nie uzyskało dostępu do platformy umożliwiającej weryfikację i wycofywanie z apteki potencjalnie sfałszowanych produktów.

Przyczyn tego stanu jest kilka – apteki nie otrzymały do tej pory od operatora systemu stosownych PIN-ów, albo okazały się one niepoprawne, błędne okazały się dane apteki bądź system informatyczny z różnych przyczyn nie działa. Z uwagi na krótki czas pozostały do startu systemu weryfikacji, apteki nie zdążą, nie ze swojej winy, lecz z winy opieszałości organizatorów systemu, usunąć wymienionych przeszkód.

Z kolei apteki, którym udało się przejść rejestrację pomyślnie, po 9 lutego br. może zalać fala fałszywych „czerwonych alertów”, gdyż wielu producentów leków już wcześniej wprowadziło do obrotu opakowania z kodem 2D, nie zasilając nimi równocześnie baz danych systemu weryfikującego (z uwagi na brak takiego obowiązku). Nie ma gwarancji, że dane te zostaną później uzupełnione w systemie. Ponieważ apteka nie dysponuje datą zwolnienia serii leku, a jedynie datą jego ważności, po 9 lutego br. powinna skanować dostawy wszystkich leków, które mają kody. W przypadku tych „nieuzupełnionych” wyświetli się komunikat o braku kodu, a zatem sugerujący możliwość sfałszowania.

Farmaceuci i właściciele aptek nie mają żadnej regulacji określającej sposób postępowania, jeśli powyższa sytuacja wystąpi. Nie wiedzą, czy wydać lek pacjentowi, czy odłożyć na półkę, czy też zwrócić lek do hurtowni i co zrobić, jeśli takie alerty będą pojawiały się często? A czy będą – nie wiadomo, bo nie było możliwości i czasu na przetestowanie systemu. Wiadomo za to, że polski system dystrybucji leków nie jest przygotowany na taką ewentualność.

Mając na uwadze powagę sytuacji, a także konieczność zapewnienia bezpieczeństwa lekowego Polaków, organizacje pracodawców apelują do władz publicznych o wydanie w trybie pilnym oficjalnego stanowiska, w którym jasno wyjaśnione będą zasady postępowania i obowiązki związane z weryfikacją autentyczności leków po 9 lutym br. (w szczególności działania w przypadku fałszywych alertów), dopóki system sprawdzania autentyczności leków w Polsce nie stanie się sprawny i stabilny. Dotychczasowa komunikacja płynąca jedynie od podmiotu o charakterze prywatnym, jakim jest Fundacja KOWAL, jest niewystarczająca, a nadto nie może stanowić dla aptek wiążących stanowisk.

Niezbędnym elementem stanowiska Ministra Zdrowia oraz Głównego Inspektora Farmaceutycznego powinno być także jasne wskazanie, że apteki w odpowiednim okresie przejściowym nie będą ponosiły żadnych negatywnych konsekwencji związanych z problemami dotyczącymi systemu weryfikacji autentyczności leków (podobne komunikaty były publikowane w odniesieniu do państwowego Zintegrowanego Systemu Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi).

Jest pierwsza decyzja UOKiK w aferze GetBacku. Polski Dom Maklerski zapłaci 2 mln zł kary, a pieniądze trafią na edukację finansową Polaków

Jest pierwsza decyzja UOKiK w aferze GetBacku. Polski Dom Maklerski zapłaci 2 mln zł kary, a pieniądze trafią na edukację finansową Polaków 1

Polski Dom Maklerski ma zapłacić ponad 2 mln zł kary za stosowanie niedozwolonych klauzul w umowach przy sprzedaży obligacji korporacyjnych firmy GetBack – postanowił UOKiK. Dzięki tej decyzji klienci, którzy na tych transakcjach stracili swoje oszczędności, będą mogli łatwiej dochodzić swoich roszczeń. UOKiK wszczął również postępowanie przeciwko znajdującej się w restrukturyzacji spółce GetBack, której zarzuca wprowadzanie klientów w błąd przy sprzedaży swoich obligacji korporacyjnych.

– Bardzo wielu polskich klientów padło w ostatnich latach ofiarą obligacji GetBack. Firma okazała się niewypłacalna. Obligacje GetBack były oferowane poprzez szereg różnych podmiotów, m.in. przez Polski Dom Maklerski. Stwierdziliśmy, że stosowana przez PDM klauzula tak naprawdę ogranicza prawa konsumentów, czyli jest klauzulą niedozwoloną. W związku z tym nałożyliśmy na firmę karę w wysokości 2 mln zł – uzasadnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Polski Dom Maklerski przygotowywał dla GetBack dokumentację związaną z emisjami obligacji i je obsługiwał oraz – głównie we współpracy z Idea Bankiem – oferował obligacje klientom.

Zapis na obligacje odbywał drogą elektroniczną, poprzez specjalny formularz, który zazwyczaj wypełniał pracownik banku, a nie  klient. W formularzu znajdowało się oświadczenie, że nabywcy obligacji nie usłyszeli ani nie dostali żadnych informacji, które byłyby sprzeczne z tym, co jest napisane w Propozycji Nabycia Obligacji lub Warunkach Emisji Obligacji. Klient nie mógł wysłać formularza bez zaakceptowania tego punktu, nawet jeśli faktycznie było inaczej. UOKiK stwierdził, że jest to klauzula niedozwolona i nałożył na PDM dokładnie 2 074 483 zł kary pieniężnej.

 Uwzględniliśmy przy tym długość stosowania klauzuli, dokuczliwość dla konsumentów oraz fakt, że wielu klientów to osoby w wieku 65 lat lub więcej –mówi Marek Niechciał. – Środki z tej kary trafią nie do Skarbu Państwa, ale do Funduszu Edukacji Finansowej Polaków, co oznacza, że zostaną przeznaczone na edukację i zwiększanie świadomości Polaków dotyczącej rynków finansowych.

O rozstrzygnięciu UOKiK Polski Dom Maklerski musi zawiadomić listem poleconym wszystkich klientów, którzy nabyli obligacje GetBack za jego pośrednictwem. Decyzja jest na razie nieprawomocna, PDM może się od niej odwołać w ciągu miesiąca od jej doręczenia.

– Co nasza decyzja oznacza dla konsumentów? Przede wszystkim będzie im łatwiej dochodzić roszczeń wobec podmiotów zaangażowanych w sprzedaż obligacji – GetBack, Idea Bank i PDM, który był na końcu łańcucha, kontaktował się z klientami. Jednak gdyby nie te poprzednie etapy, konsument nie trafiłby na ten toksyczny produkt – mówi prezes UOKiK.

Decyzja UOKiK otwiera klientom możliwość dochodzenia swoich roszczeń, bo z prawnego puntu widzenia klauzula niedozwolona nie ma mocy wiążącej. Jeśli więc pracownik PDM lub Idea Banku wprowadził konsumenta w błąd podczas oferowania obligacji, może on złożyć reklamację i zażądać zwrotu wpłaconych kwot.

UOKiK ogłosił, że wszczął również postępowanie przeciw znajdującej się w restrukturyzacji spółce GetBack.

– Co zarzucamy spółce? Oszukiwanie konsumentów na temat swojej stabilnej sytuacji finansowej, tego, że oferta jest ekskluzywna czy ograniczona w czasie oraz bezpieczna. Niekiedy spółka informowała przez swoich pracowników, że obligacje są nawet zabezpieczone przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Wszystkie te elementy oferty były nieprawdziwe. Władze spółki już w 2017 roku wiedziały, że sytuacja firmy jest trudna i oszukiwały konsumentów, oferując obligacje, które były niespłacalne – wyjaśnia Marek Niechciał.

Jeżeli zarzuty się potwierdzą, spółce grozi kara finansowa – do 10 proc. jej obrotu za każde naruszenie.

Od października ub.r. toczy się również postępowanie przeciw Idea Bankowi. Oprócz rozpowszechniania nieprawdziwych informacji przy oferowaniu obligacji GetBack UOKiK zarzuca bankowi stosowanie missellingu, czyli oferowanie produktów niedopasowanych do potrzeb klientów. Łącznie UOKiK prowadzi osiem postępowań w sprawie możliwych nieprawidłowości przy oferowaniu produktów finansowych związanych z GetBackiem.

RPP bez większego wpływu na kurs złotego

Środa 6 lutego na rynku walutowym upłynęła pod znakiem dalszej stabilizacji kursu EUR/USD (nieco poniżej 1,14) oraz kursu EUR/PLN (blisko 4,29). Głównymi wydarzeniami dnia było orędzie o stanie państwa (State of the Union) prezydenta D. Trumpa oraz publikacja danych o zamówieniach przemysłowych w Niemczech. Z wydarzeń krajowych kluczowa była konferencja po posiedzeniu RPP.

Odnosząc się do amerykańsko-chińskiego sporu handlowego D. Trump bazował na swojej wcześniejszej retoryce o „kradzieży własności intelektualnej i amerykańskiego bogactwa” przez chińczyków. Aby jednak nie pogarszać atmosfery toczących się ostatnio w sprzyjającym klimacie bilateralnych rozmów handlowych, prezydent USA podkreślał, że nie wini Chin za to, że podejmując działania we własnym interesie, doprowadziły do osłabienia potęgi przemysłowej USA. Za taki stan rzeczy obarczył poprzednie administracje, które jego zdaniem nie zrobiły nic, aby ukrócić szkodliwe praktyki chińskich firm. Trump zaznaczył również, że w dalszym ciągu będzie dążył do zbudowania muru na południowej granicy „lub innych instalacji powstrzymujących jej nielegalne przekraczanie” nawet za cenę wprowadzenia stanu wyjątkowego w przygranicznych stanach, aczkolwiek wolałby w tej kwestii pójść na kompromis z Kongresem. W celu dodatkowego pobudzenia gospodarki, wobec częściowo wygasających w drugiej połowie br. ulg podatkowych (wprowadzonych na początku 2018 r.), zapowiedział również rozpoczęcie prac nad rządowym programem rewitalizacji infrastruktury transportowej.

Przemówienie D. Trumpa nie wpłynęło istotnie na kurs EUR/USD. Nieznaczne przekroczenie poziomu 1,14 nastąpiło dopiero po porannej publikacji danych o nowych zamówieniach przemysłowych w Niemczech, które okazały się wyraźnie gorsze od oczekiwań (-1,6% w grudniu w skali miesiąc do miesiąca vs. oczekiwane 0,3% oraz -0,2% poprzednio).

Kurs EUR/PLN przez cały dzień fluktuował wokół poziomu 4,29. Wyraźnie gorsze dane z Niemiec nie zmieniły notowań złotego, podobnie jak decyzja RPP po pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie oraz podtrzymania retoryki o braku konieczności zmiany stóp procentowych w tym i w przyszłym roku.

Na rynku stopy procentowej dzień przebiegał spokojnie. Rentowności na rynkach bazowych lekko spadły, podczas gdy polska krzywa praktycznie nie uległa zmianie. Rada Polityki Pieniężnej nie zaskoczyła inwestorów ani decyzją o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ani retoryką odnośnie przyszłości. W dniu dzisiejszym Ministerstwo Finansów przeprowadzi przetarg obligacji. Zaoferowane zostaną obligacje hurtowe pięciu serii (OK0521, PS0424, WZ0524, WZ0528 , DS1029) z okresem zapadalności w latach 2021-2029 o łącznej wartości nominalnej od 3 do 6 mld zł.

Mniejsza skala nowych zamówień przemysłowych w Niemczech póki co bez większego wpływu na notowania kursu EUR/PLN.

Mniejsza skala nowych zamówień przemysłowych w Niemczech póki co bez większego wpływu na notowania kursu EUR
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Jarosław Kosaty, Artur Płuska / PKO Bank Polski

Coraz więcej ofert pracy zdalnej. Kto będzie pracować z domu w 2019 roku?

Nowe technologie umożliwiają pracę z dowolnego miejsca na świecie, z czego chętnie korzystają polscy pracownicy. Już 60 proc. z nich może wykonywać swoje obowiązki poza biurem. Sprawdziliśmy, w których branżach pojawia się najwięcej ofert pracy zdalnej.

Choć w Polsce formuła pracy zdalnej wciąż nie jest tak powszechna jak na Zachodzie, z najnowszych badań przeprowadzonych przez Michael Page wynika, że możliwość realizacji swoich obowiązków poza biurem ma już sześciu na dziesięciu pracowników. Co trzeci badany (33 proc.) korzysta z tego przywileju co najmniej 4 razy w miesiącu, a 35 proc. nie pojawia się w biurze średnio raz w miesiącu bądź rzadziej.

Co warte doprecyzowania, bynajmniej nie chodzi o osoby zarabiające przez klikanie w reklamy, wypełnianie ankiet, skręcanie długopisów i inne tego typu zajęcia obarczone sporym ryzykiem, wiążącym się z wykonywaniem koszmarnie nudnych prac za marne grosze, a w skrajnych przypadkach – utratą sporej sumy za sprawą naciągaczy. Mowa o poważnych ofertach pracy zdalnej – za rozsądną pensję, z gwarancją pełnoetatowego zatrudnienia na podstawie umowy o pracę lub B2B.

Kto może pracować zdalnie w 2019 roku?

Jak wynika z najnowszych danych międzynarodowej agencji zatrudnienia Randstad, przygotowanych na prośbę szkoły programowania online Kodilla.com, obecnie najwięcej ofert całkowicie zdalnej pracy otrzymują przedstawiciele handlowi, kierownicy ds. kluczowych klientów (key account manager) i kierownicy ds. sprzedaży (sales manager), czyli osoby, które większość obowiązków wykonują w terenie i muszą mieć bezpośredni kontakt z klientami.

Osobom, które zajmują się sprzedażą bezpośrednią, pozyskiwaniem czy bieżącą obsługą klientów zdecydowanie łatwiej jest wykonywać określone zadania biurowe i administracyjne poza firmą, choć oferty pracy zdalnej dotyczą także innych profesji – wyjaśnia Mateusz Żydek, ekspert z Randstad, i dodaje: – Sporo propozycji kierowanych jest do branży kreatywnej, grafików, copywriterów, specjalistów ds. social media czy tłumaczy.

Co ciekawe, w niektórych branżach – zwłaszcza w IT, praca poza biurem to wręcz norma. – Aż 7 na 10 ofert dla specjalistów IT, które znajdują się w naszej bazie ogłoszeniowej, zawiera propozycje pracy zdalnej – wyjaśnia Mateusz Żydek.

Poza tym z ofert pracy zdalnej korzystają też osoby, które z racji innych obowiązków nie są stanie pracować w biurze czy nawet w pełnym wymiarze czasu. Mowa głównie o studentach oraz osobach na urlopach macierzyńskich, tacierzyńskich, wychowawczych. Najwięcej propozycji pracy dotyczy wspierania procesów e-commerce, biurowych, analitycznych.

50 proc. więcej ofert niż jeszcze rok temu

Piotr Nowosielski z portalu Just Join IT, w którym można znaleźć setki ofert pracy – w tym przypadku dla programistów, z roku na rok zauważa 50-procentowy wzrost liczby ogłoszeń z propozycją pracy zdalnej. – W Polsce taki model oferują już dziesiątki pracodawców. Możliwość pracy zdalnej jest jednak przeznaczona przede wszystkim dla osób z przynajmniej dwu lub trzyletnim doświadczeniem, posiadających większe umiejętności w zakresie samoorganizacji. W przypadku tzw. juniorów oferty pracy zdalnej spotykane są rzadziej – analizuje.

Według Eweliny Podhorodeckiej, lidera zespołu wsparcia absolwentów w szkole programowania online Kodilla.com, to dość zrozumiałe. – Pracodawcy wolą, żeby osoby początkujące wypełniały swoje obowiązki pod ich okiem. Nie chodzi wyłącznie o kontrolę, lecz także o to, aby mogli szybciej przyswoić nową wiedzę, lepiej poznać firmę, zintegrować się z pozostałymi pracownikami oraz nauczyć się pracy w zespole.

Nie jest to jednak regułą. Osoby, które mają mniejsze doświadczenie, ale wykazują się dobrą samoorganizacją, mają odpowiednio wysoki poziom umiejętności, a także są komunikatywne, bardzo szybko mogą uzyskać zgodę na pracę poza biurem lub jeśli dobrze zaprezentują się podczas procesu rekrutacyjnego, nawet od razu znaleźć taką pracę. Przykładem jest Szymon Polanowski, jeden z kursantów Kodilla.com.

– Mieszkam we Włocławku, pracuję w Wielkiej Brytanii – mówi Szymon, którego kariera zaczęła się rozwijać w dość niespodziewany sposób. – Studiowałem zarządzanie nieruchomościami, później pracowałem w eksporcie, sprzedawałem krzesła biurowe, prowadziłem też księgowość międzynarodową. W końcu żona, która jest graficzką, namówiła mnie, żebym coś zmienił.

Po kilku miesiącach prób nauki na własną rękę zapisał się na bootcamp Front-end Developer w szkole programowania online. – Jeszcze zanim ukończyłem szkolenie, znalazłem pracę w brytyjskiej firmie. Obsługuję zdalnie sklepy internetowe, w tym tworzę szablony HTML i CSS, czyli korzystam z wiedzy zdobytej podczas kursu programowania. Wieczorami kontynuuję naukę. Choć bootcamp nadal trwa, już dostaję pensję dwukrotnie wyższą niż wcześniej – opowiada.

Zawodowy jet lag

Możliwość pracy zdalnej powoduje, że coraz więcej osób decyduje się na poszukiwanie zatrudnienia za granicą. Trzeba jednak pamiętać, że podstawą jest tutaj język obcy. Liczy się też przynajmniej dwu, trzyletnie doświadczenie w branży.

Ale o ile praca zdalna w Europie nie wywołuje właściwie żadnych perturbacji, bo wszystko i tak odbywa się w internecie, o tyle wyzwaniem może być np. Azja Wschodnia.

To zupełnie inna strefa czasowa. Przesunięcie rzędu 7 godzin powoduje, że wspólny czas „biurowy” programisty oraz klienta to raptem jedna czy dwie godziny dziennie – tłumaczy Andrzej Jaromin, senior java developer, który obecnie realizuje projekty dla klienta z Singapuru. – Często jest jednak tak, że nie jest się jedyną pracującą osobą z europejskiej strefy czasowej. Wtedy możliwe jest realizowanie zadań z ludźmi z tej samej bądź zbliżonej strefy, co niweluje poczucie pozostawienia kogoś samemu sobie.

Jak podkreśla Andrzej Jaromin, praca zdalna wymaga samodyscypliny i zaawansowania przynajmniej na poziomie gwarantującym w miarę samodzielne rozwiązywanie problemów. Nie jest ona więc rekomendowana dla osób rozpoczynających swoją karierę, ale warto taki cel sobie określić i do niego zmierzać.

Taka praca może dać mnóstwo satysfakcji. Można programować z domu nie tracąc czasu w korkach albo… wyjechać na tydzień na Maltę i kodować stamtąd, popołudniami korzystając z uroków tropikalnej wyspy – dodaje.

Swoboda daje lepsze efekty

Z badań przeprowadzonych przez szwajcarską firmę IWG wspierającą m.in. wydajność w przedsiębiorstwach wynika, że model, który dla wielu pracodawców jeszcze niedawno był nie do zaakceptowania, powoli staje się standardem. Po przebadaniu 18 tys. osób z niemal setki międzynarodowych przedsiębiorstw okazało się, że ponad połowa z nich może pracować z domu przez większość tygodnia.

Jeśli dasz ludziom pracę tam, gdzie muszą ją wykonywać, a nie tam, gdzie im każesz, stają się bardziej produktywni – podsumowuje Mark Dixon, dyrektor generalny IWG.

W Polsce z tej samej filozofii korzysta międzynarodowa firma ubezpieczeniowa Aviva, która kandydatów do pracy przyciąga między innymi takim hasłem: „Szukamy specjalistów, którym nie zawsze jest po drodze do biura”. Tuż nad nim czytamy, że w Avivie można pracować zdalnie przez 4 dni w tygodniu.

Co ciekawe, ta sama zasada wkracza również w sferę edukacji. Coraz więcej kursów i szkoleń można przejść nie ruszając się z domu, za pośrednictwem internetu.

Uczymy online, bo to o wiele bardziej elastyczna forma nauki niż studia czy nawet szkolenia stacjonarne. Tym samym przygotowujemy kursantów na ewentualność pracy zdalnej, którą w przyszłości będą mogli wykonywać z domu, nawet, jeśli będą to tylko dwa dni w tygodniu. Nie stoi nad nimi nauczyciel, podobnie jak w pracy nie będzie stał nad nimi szef. Jeśli są w stanie ukończyć wielomiesięczny, wymagający uwagi i poświęcenia bootcamp, na pewno poradzą sobie z pracą zdalną w firmie IT, która przyjmie ich do pracy – podsumowuje Marcin Kosedowski, ekspert ds. rynku szkoleniowego z Kodilla.com.

Cryptominery atakują

W zeszłym roku cryptominery zaraziły ponad 10 razy więcej organizacji niż ransomware, jednak wciąż ten rodzaj zagrożenia jest niedoceniany przez firmy – to główny wniosek drugiej części Raportu Bezpieczeństwa, stworzonego przez analityków firmy Check Point Software Technologies. Największy procentowy udział tego typu ataków zaobserwowano na kontynentach amerykańskich (42%).Cryptominery atakują biznes

W Raporcie Bezpieczeństwa opisano w jaki sposób narzędzia używane do popełniania cyberprzestępstw, zostały zdemokratyzowane – stały się powszechni wykorzystywane przez każdego, kto zechce za nie zapłacić. Zjawisko nazwano “malware-as-a-service”. Badacze firmy Check Point prezentują znaczny wzrost zaawansowanych ataków zaprojektowanych w sposób niewidoczny dla firmowych działów ds. bezpieczeństwa. Pokazują również rodzaje cyberataków, które specjaliści od zabezpieczeń uznają za największe zagrożenia dla organizacji, w których pracują.

Wg analityków, główną zmorą firm były niewykryte cryptominery pracujące w sieciach korporacyjnych. Cryptominery zaraziły ponad 10 razy więcej organizacji niż ransomware w 2018 roku, ale tylko jeden na pięciu pracowników bezpieczeństwa IT był świadomy, że sieć należąca do jego firmy została zarażona złośliwym oprogramowaniem. 37% firm na świecie zostało zaatakowanych cryptominerami w 2018 roku i 20% firm jest nadal co tydzień celem tego typu ataków, pomimo 80% spadku wartości kryptowalut.

Zagrożenie spowodowane przez cryptominery jest jednak często niedoceniane. Spośród ekspertów zapytanych o to, co jest największym zagrożeniem dla ich firm, tylko 16% odpowiedziało, że cryptomining. Pozostałe odpowiedzi to: ataki DDoS (34%), wycieki danych (53%), ransomware (54%) i phishing (66%). Jest to niepokojące, gdyż cryptominery mogą stanowić ukryty backdoor służący do pobrania i uruchomienia innych typów złośliwego oprogramowania.

Eksperci Check Pointa, zwracają również uwagę na rozwój malware-as-a-service, czyli udostępnianie złośliwego oprogramowania jako płatnej usługi. Przykładowo, przypadek GandCrab Ransomware-as-a-Service affiliate ukazuje, w jaki sposób amatorzy mogą czerpać zyski z tego typu działań. Użytkownicy CandCrab zachowują 60% z okupów wpłaconych przez ofiary, a developerzy pobierają pozostałe 40%. GandCrab ma ponad 80 aktywnych partnerów i w ciągu dwóch miesięcy w 2018 roku zainfekował ponad 50 000 ofiar, wymuszając okupy w łącznej wysokości około 300 000 – 600 000 dolarów.

– Druga część naszego Raportu Bezpieczeństwa 2019 pokazuje, w jaki sposób cyberprzestępcy rozwijają nowe, trudniejsze do wykrycia techniki i nowe modele biznesowe, takie jak np. programy partnerskie złośliwego oprogramowania, w celu maksymalizacji zysków, jednocześnie redukując ryzyko złapania. Nie możemy jednak powiedzieć, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal: pomimo tego, że ataki w 2018 roku były rzadziej wykrywane, nadal stanowiły niebezpieczeństwo i ryzyko strat dla firm – powiedział Peter Alexander, szef działu Marketingu firmy Check Point Software Technologies.

Raport Bezpieczeństwa 2019 firmy Check Point opiera się na danych pochodzących z Check Point ThreatCloud, największej, kolaboracyjnej sieci powstałej w celu walki z cyberprzestępczością, która dostarcza danych o zagrożeniach i trendach ataków z globalnej sieci wykrywaczy zagrożeń, z badań Check Point w ostatnich 12 miesiącach oraz z nowej ankiety dla specjalistów IT i kadry zarządzającej, która bada gotowość na nowoczesne zagrożenia. Raport ten analizuje najnowsze zagrożenia w różnych sektorach gospodarki, a także zawiera kompleksowy przegląd trendów dotyczących złośliwego oprogramowania, nowopowstałych wektorów wycieków danych oraz ataków na struktury państwowe. Zawarto w nim również analizy ekspertów firmy Check Point, aby pomóc organizacjom zrozumieć i przygotować się na teraźniejsze i przyszłe złożone cyberzagrożenia piątej generacji.

ID Logistics podsumowuje IV kwartał i przychody za 2018 rok

Firma ID Logistics podsumowała działalność za rok 2018. Przychody operatora w IV kwartale wzrosły o 9,2 proc. (12,8 proc. w ujęciu like-for-like) i osiągnęły poziom 374 mln EUR. Wyniki za cały rok 2018 są równie świetne, Grupa ID Logistics uzyskała w tym czasie przychody większe o 6,1 proc. (9,3 proc w ujęciu like-for-like), które wyniosły 1,410 mld EUR.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, tak skomentował wyniki: „W 2018 roku, kwartał po kwartale, tempo wzrostu przychodów przyspieszyło, zarówno we Francji, jak i na rynkach międzynarodowych. Tak dobry wynik pozwala nam sądzić, że rok 2019 będzie równie dynamiczny”.

PRZYSPIESZENIE TEMPA WZROSTU PRZYCHODÓW

W IV kwartale we Francji, rynku macierzystym Grupy, ID Logistics odnotował wzrost przychodów o 10,7 proc. a w całym roku o 8,4 proc. Osiągnięcie tak dobrego wyniku było możliwe dzięki umacnianiu współpracy ze stałymi klientami oraz rozpoczęciu realizacji 6 nowych kontraktów. Znacząco wzrosły też przychody Grupy ID Logistics wygenerowane z działalności na rynkach międzynarodowych. W IV kw. zwiększyły się one o 14,7 proc. w ujęciu like-for-like, a w ciągu całego 2018 roku – o 10,2 proc. Wszystkie kraje osiągnęły bardzo dobre wyniki, głównie dzięki pozytywnym trendom rynkowym oraz 10 nowym kontraktom. Przy uwzględnieniu wpływu efektów walutowych oraz rozliczeń hiperinflacyjnej gospodarki Argentyny, wzrost przychodów w IV kw. wyniósł 7,9 proc. a całego roku 4 proc.

ROZWÓJ NOWEGO BIZNESU

Grupa ID Logistics jest stale zapraszana do udziału w licznych, konkurencyjnych przetargach. Dzięki dobremu pozycjonowaniu na rynku usług logistycznych, operator odnosi sukcesy, wygrywając i rozpoczynając realizację nowych kontraktów.

We Francji grupa Descours et Cabaud (wiodąca francuska firma oferująca wyposażenie dla branży przemysłowej i budowlanej) po raz kolejny zaufała ID Logistics, podpisując drugą umowę na zarządzanie jej platformą logistyczną „Grand Ouest”. Operator będzie wspierał klienta w reorganizacji jego procesów logistycznych przez wdrożenie w magazynie (o powierzchni 24 tys. m²) zautomatyzowanych systemów kompletacji. Chodzi tutaj m.in. o takie systemy jak regały Radio Shuttles, stacje kompletacji czy Goods to Man (urządzenia, które przywożą towar do magazyniera obsługującego stanowiska, np. pobierania, pakowania). W Rosji ID Logistics wzmocnił współpracę z Uniconf, jednym z liderów rosyjskiego rynku wyrobów cukierniczych, posiadającego ponad 30 oddziałów w całym kraju. Operator planuje uruchomienie nowego centralnego hubu o powierzchni 37 tys. m², obsługującego centrum dystrybucji, e-commerce i co-packing. W Holandii ID Logistics uruchamia dla MediaMarkt magazyn o powierzchni 70 tys. m², który będzie odpowiadał za zaopatrzenie 49 sklepów sieci MediaMarkt oraz obsługę kanału sprzedaży e-commerce. W IV kw. ID Logistics kontynuował ekspansję na rynkach międzynarodowych i rozszerzył zasięg geograficzny działalności o kolejny kraj – Chile. Tym samym Grupa teraz obecna jest w 18 krajach na świecie. W Chile operator zarządza co-packingiem w magazynie firmy Unilever w Santiago. W drugim magazynie o powierzchni 50 tys. m², którego uruchomienie zaplanowano na I kw. 2019 roku, ID Logistics będzie zarządzać logistyką produktów żywnościowych oraz Home&Personal Care.

ID LOGISTICS W POLSCE

W 2018 roku ID Logistics w Polsce, podobnie jak w pozostałych oddziałach na świecie, utrzymał dynamiczne tempo rozwoju. Firma znacząco rozszerzyła współpracę z klientami, wzmacniając zakres obsługi magazynowej i świadczonych usług.  Duży nacisk położono także na testowanie i wdrażanie w magazynach innowacyjnych rozwiązań logistycznych, tak aby zapewnić klientom jak najbardziej efektywne wsparcie w zarządzaniu łańcuchami dostaw.

„Bardzo dobre wyniki osiągnięte zarówno w IV kwartale jak i całym 2018 roku dają nam solidną podstawę do dalszego, dynamicznego rozwoju. Jednocześnie będziemy umacniać naszą pozycję na rynku dedykowanej logistyki kontraktowej, w której się specjalizujemy. Dalej będziemy rozszerzać i pogłębiać współpracę z obecnymi klientami oraz docierać do nowych firm z branży tradycyjnych i specjalistycznych sieci handlowych, FMCG, e-commerce, odzieżowej i kosmetycznej”  zapowiada Sylwia Dunn, business development director, ID Logistics.

PERSPEKTYWY ROZWOJU

Dzięki konsekwentnej realizacji strategii „pure player” w logistyce kontraktowej, jakości portfolio klientów oraz szerokiemu zasięgowi geograficznemu usług, Grupa ID Logistics jest dobrze przygotowana do dalszego wzrostu organicznego.

Alimenty – ile, dla kogo, do końca życia?

Nowe przepisy dotyczące poprawy skuteczności egzekucji alimentów przewidują nałożenie grzywny na pracodawcę za ukrywanie faktu zatrudnienia dłużnika alimentacyjnego. Wprowadzają również pierwszeństwo w zatrudnieniu przy robotach drogowych dla osób uchylających się od płacenia świadczeń oraz wyższe kryterium dochodowe przy ich przyznawaniu – o tym w jaki sposób nowe prawo ma pomóc w ściąganiu świadczeń mówi adw. dr Anna Malicka-Ochtera, prawnik ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, wspólnik w Spółce Adwokatów Malicki i Wspólnicy sp.j.

adw. dr Anna Malicka-Ochtera, prawnik ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, wspólnik w Spółce Adwokatów Malicki i Wspólnicy sp.j.
adw. dr Anna Malicka-Ochtera, prawnik ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, wspólnik w Spółce Adwokatów Malicki i Wspólnicy sp.j.

W ciągu ostatnich dwóch lat ponad dwukrotnie wzrosła liczba osób zgłoszonych do prokuratury ze względu na uchylanie się od obowiązku płacenia alimentów. Na wysokim poziomie utrzymuje się też liczba skazań. Pomimo tego długów w Polsce nie spłaca wciąż ponad 300 tysięcy osób. Nowelizacja ustawy ma na celu ułatwienie ściągania alimentów. Jakich zmian mogą spodziewać się Polacy?

Jakie zmiany?

Ustawodawca wprowadza szereg przepisów, które mają ułatwić osobom uprawnionym do otrzymywania alimentów ich skuteczne egzekwowanie. Wzięto pod uwagę faktyczne przypadki, w których zobowiązani do płacenia uchylają się od tego obowiązku. I tak nieuczciwym pracodawcom, którzy wypłacają pracownikom wyższe wynagrodzenia – ponad kwotę wynikającą z umowy, z pominięciem potrąceń na zaspokojenie roszczeń alimentacyjnych – będzie groziła kara grzywny do 45 tysięcy złotych. Z kolei dzięki elektronicznej korespondencji z ZUS komornicy uzyskają dostęp do aktualizowanych danych dłużników, które pozwolą na ustalenie źródeł dochodów. Zgodnie z brzmieniem ustawy takie dane będą też dostępne dla sądów czy organów podatkowych.

Zmienia się także kryterium dochodowe obywateli uprawnionych do otrzymywania świadczeń alimentacyjnych. Fundusz alimentacyjny będzie mógł je wypłacać tym, w którym dochód rodziny w przeliczeniu na osobę nie przekracza 800 zł, a nie jak dotychczas 725 zł.

Dla kogo alimenty?

Obowiązek alimentacyjny dotyczy zazwyczaj rodziców, zdarzają się jednak sytuacje, gdy to na dzieci spada konieczność wywiązania się z tego świadczenia. Alimenty stanowią formę dostarczania środków utrzymania, lub w miarę potrzeby środków wychowania, krewnym w linii prostej i rodzeństwu. W ten sposób mają zostać zabezpieczone podstawowe potrzeby osób uprawnionych do alimentacji takie jak: wyżywienie, ubranie, opieka medyczna i mieszkania. W przypadku dzieci dochodzą do tego środki wychowawcze. W praktyce oznacza to wypłacanie środków pozwalającym im się uczyć i rozwijać w kierunkach, w których wykazują uzdolnienia.

Alimenty, czyli ile?

Orzeczona przez sąd ostateczna wysokość alimentów zależy od usprawiedliwionych potrzeb uprawnionych do ich pobierania, jak i jak zarobkowych oraz majątkowych możliwości zobowiązanego do alimentacji. Co szczególnie istotne, kwota zasądzonych alimentów nie wynika jedynie z aktualnych dochodów zobowiązanego, a stanowi konsekwencję możliwości zarobkowych i majątkowych, które przy dołożeniu należytej staranności, stosownie do swych sił umysłowych i fizycznych, powinny wykorzystywać osoby zobowiązane do alimentacji. Sąd powołuje się w tym przypadku na zasadę równej stopy życiowej, zgodnie z którą standard życia dziecka powinien odpowiadać standardowi życia jego rodziców. To zabezpieczenie na wypadek, gdyby wykazujący niskie dochody rodzic prowadził wyjątkowo wystawny tryb życia przy wykazywaniu niskich dochodów. Sąd nie uwzględni także zmiany w sytuacji finansowej zobowiązanego do alimentacji w przypadku, gdy bez ważnego powodu pozbył się części lub całości majątku, zrezygnował z pracy czy też zmienił ją na taką dającą mniejsze dochody.

Alimenty do końca życia?

Sąd nie decyduje o przysługiwaniu i wysokości alimentów raz na zawsze. Ten obowiązek może zostać zmniejszony, zwiększony, a nawet zniesiony. Dzieje się tak w przypadku utraty pracy, przejścia na emeryturę lub choroby osoby płacącej alimenty. O uchylenie obowiązku alimentacyjnego mogą starać się także rodzice, których dorosłe dzieci nie wykonują kroków w kierunku usamodzielnienia się. Podobnie o uchylenie może starać się zobowiązane dziecko, które zostało o alimenty pozwane przez przemocowego lub uzależnionego od alkoholu rodzica, co przekładało się na wzajemne relacje.

adw. dr Anna Malicka-Ochtera, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Wrocław, Spółka Adwokatów Malicki i Wspólnicy sp.j. we Wrocławiu

Brexitowy labirynt

Fala odpływu kapitału od ryzykownych aktywów zdominowała handel w ostatnich godzinach, posiłkując się rozczarowującymi odczytami z Australii i Nowej Zelandii. USD jest mocniejszy przy szarpanym handlu na rynku akcji i surowców. Dziś wielki dzień dla funta z decyzją Banku Anglii i wizytą premier May w Brukseli. Złoty słabnie do 4,30 za euro po bezszumnym posiedzeniu RPP.

Nie oczekuję niczego wyjątkowego po decyzji Banku Anglii z jednego prostego powodu: brexit. Nie brakuje niepewności wokół brexitu i to w kluczowych kwestiach terminu oraz formy (porozumienie vs no-deal), a to silny argument, by nie forsować zmian w polityce monetarnej, nawet jeśli wysoka dynamika płac i inflacja powyżej celu przemawiają za podwyżką stopy procentowej już teraz. W obliczu mnogości scenariuszy brexitu bezsilniejszym rozwiązaniem dla decydentów jest utrzymanie nieklarownego języka z podtrzymaniem określenia o „ograniczonym i stopniowym” tempie podwyżek. Spodziewam się, że bank centralny będzie się starał nie wprowadzać dodatkowego zamętu na funcie oraz pozostałych brytyjskich aktywach i prędzej ograniczy swój dzisiejszy przekaz do minimum.

Więcej emocji może wywołaj natomiast wizyta premier Wielkiej Brytanii Theresy May w Brukseli, gdzie spotka się m.in. z szefem KE Junckerem i unijnym negocjatorem brexitu Barnierem. May jedzie z zadaniem wynegocjowania zastąpienia backstopu „alternatywnymi ustaleniami”, nad którymi pracuje specjalna grupa w partii torysów. Choć UE wielokrotnie podkreślała, że wyklucza negocjacje porozumienia (ratyfikowanego w listopadzie), to jednocześnie przyjrzy się propozycji Brytyjczyków. A jaka jest ta propozycja? To nie do końca jest jasne. Stąd nie dziwią wczorajsze mocne słowa przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, że „zastanawiał się, jak wygląda specjalne miejsce w piekle dla tych, którzy promowali brexit bez nawet szkicu planu tego, jak go bezpiecznie przeprowadzić”. Nie liczę na postępy po dzisiejszych rozmowach, a prędzej spodziewałbym się negatywnej oprawy prasowej. Premier chyba też nie spodziewa się przełomu, gdyż brytyjska prasa zdążył donieść, że May chce przełożyć przyszłotygodniowe głosowanie nad tzw. „Planem C” brexitu, a odroczenie daty rozstania z UE (29 marca) zdaje się być nieuniknione. Pytanie, czy więcej czasu na bezproduktywne debaty w brytyjskim parlamencie będzie czymś dobrym dla funta?

Dziś rano EUR/PLN flirtuje z 4,30, co bardziej jest wyrazem pogorszenia się sentymentu wobec ryzykownych aktywów niż konsekwencją wczorajszego przekazu z Rady Polityki Pieniężnej. Ani komunikat, ani konferencja nie przysporzyły niespodzianek. Stopa referencyjna została utrzymana na 1,5 proc., a prezes Glapiński stwierdził, że „w Polsce nie zanosi się obecnie na żadną zmianę stóp procentowych” – ani w górę, ani w dół – a Rada nie dyskutuje o zmianach. Pewną ciekawostką były słowa Grażyny Ancyparowicz, zdaniem której stopy proc. mogą pozostać bez zmian do końca 2019 r., a „w jakiejś mierze” także w 2020 r. Nie jest to tak stanowcza deklaracja, jak słowa Glapińskiego sprzed miesiąca (stopy bez zmian do końca kadencji w 2022 r.). To jednak zbyt słaby sygnał, by otworzyć dyskusję o kierunku polityki monetarnej w 2020 r. Polityka pieniężna na razie pozostaje na autopilocie z bardzo ograniczonym wpływem na złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Lekcja prawa dla fiskusa: decyzje trzeba doręczać właściwym adresatom

Trafiła kosa na kamień, czyli jak nieznajomość prawa może zadziałać na niekorzyść fiskusa. Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 21 grudnia 2018 r. uchylił postanowienie organu, mimo uchybienia przez spółkę terminu do złożenia odwołania, bo organ dokonał doręczenia, ale do niewłaściwego jej oddziału (wyrok WSA w Opolu, sygn. akt I SA/Op 335/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Załatwienie sprawy przez organy podatkowe powinno nastąpić bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w ciągu miesiąca od dnia wszczęcia postępowania, lub nie później niż w ciągu dwóch miesięcy w przypadku sprawy szczególnie skomplikowanej, a zwrot nadpłaconego VAT – w terminie 60-ciu lub 25-ciu dni. Jednakże „o każdym przypadku niezałatwienia sprawy we właściwym terminie organ podatkowy obowiązany jest zawiadomić stronę, podając przyczyny niedotrzymania terminu i wskazując nowy termin załatwienia sprawy” (art. 140 § 1 Ordynacji podatkowej, dalej: o.p., Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.). Art. 87 ust. 2 zd. 2 ustawy o podatku od towarów i usług stanowi również, że naczelnik urzędu skarbowego może przedłużyć termin zwrotu nadpłaconego przez podatnika podatku VAT, gdy uzna, że „zasadność zwrotu wymaga dodatkowego zweryfikowania” (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.).

To właśnie takie furtki pozwalają fiskusowi na wielokrotne przedłużanie terminów załatwienia sprawy i wstrzymywanie latami należnych przedsiębiorcom zwrotów VAT. Czasem zdarza się jednak, że to podatnicy potrafią wykorzystać furtki, choć może trafniej należałoby je nazwać „błędami fiskusa”, które właśnie podatnikom pozwalają na wydłużenie czy też zachowanie terminu do załatwienia spraw, gdy ten zdaniem fiskusa już upłynął.

Odwołanie złożone po terminie

Decyzją z 4 grudnia 2017 r. organ pierwszej instancji odmówił m.in. stwierdzenia nadpłaty i jednocześnie określił jednej ze spółek wysokość zobowiązania w podatku od nieruchomości za 2013 r. Decyzję doręczył pracownikowi upoważnionemu do odbioru korespondencji w siedzibie jednego z oddziałów spółki 7 grudnia 2017 r., wraz z adnotacją o możliwości odwołania się od tej decyzji w terminie 14 dni, z którego to prawa spółka skorzystała.

Organ drugiej instancji, postanowieniem z 13 sierpnia 2018 r., odmówił rozpatrzenia odwołania spółki, stwierdzając uchybienie przez nią terminu do jego wniesienia. Jak ustalił organ odwoławczy, zaskarżona decyzja organu pierwszej instancji została doręczona spółce 7 grudnia 2017 r. Termin na wniesienie środka odwoławczego upływał zatem z dniem 21 grudnia 2017 r. I choć taka data widniała na odwołaniu spółki, to jednak stempel pocztowy na kopercie oraz informacja Poczty Polskiej dotycząca śledzenia przesyłek stwierdzały nadanie odwołania w dniu 22 grudnia 2017 r. Tym samym organ uznał odwołanie za złożone po terminie.

Decyzja doręczona niewłaściwemu adresatowi

W odpowiedzi spółka wskazała, że zgodnie z art. 3 pkt 4 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o zasadach uczestnictwa przedsiębiorców zagranicznych i innych osób zagranicznych w obrocie gospodarczym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej (Dz.U. z 2018 r., poz. 649) oddział jest wyodrębnioną i samodzielną organizacyjnie częścią działalności gospodarczej. Sprawa dotyczy podatku od nieruchomości położonych na terenie organizacyjnie przydzielonym do oddziału X i to prokurenci oddziału X byli uprawnieni do złożenia wniosku oraz reprezentowania spółki i składania środków zaskarżenia w postępowaniu o stwierdzenie nadpłaty. Dlatego to oddział X, a nie pracownik oddziału Y, był adresatem przedmiotowego postępowania.

Spółka podniosła więc, że w braku skutecznego doręczenia decyzji nie doszło nawet do rozpoczęcia biegu terminu na wniesienie od niej odwołania. Nie ma znaczenia fakt zapoznania się przez skarżącą z treścią zaskarżanej decyzji, bo nie weszła ona do obrotu prawnego i nie wejdzie, dopóki nie zostanie prawidłowo doręczona.

Skoro nie ma informacji, do czego umocowany, to znaczy, że umocowany do wszystkiego

Zdaniem organu drugiej instancji na podstawie lektury informacji zamieszczonych w KRS nie ma przeciwwskazań, by oddział Y mógł być adresatem postępowania, skoro jest jednym z miejsc wykonywania działalności przez spółkę. Rejestr przedsiębiorców nie wskazuje, co stanowi przedmiot działalności danego oddziału, a jedynie samej spółki. Nie określono w nim zakresu prokury oddziałowej, stąd pokrywa się on z zakresem prokury każdego innego prokurenta spółki.

A jednak informacje były jasne

WSA w Opolu uchylił postanowienie organu drugiej instancji, przyznając spółce rację, że decyzja nie została wprowadzona do obrotu prawnego z uwagi na brak jej prawidłowego doręczenia. Jak wskazał Sąd, z KRS wyraźnie wynika, że spółka posiada odrębne oddziały, w tym X i Y, dla których udzielono odrębnych prokur oddziałowych łącznych, umocowujących do dokonywania czynności jedynie w zakresie działalności konkretnego oddziału. Zatem w rejestrze tym jasno określono zakres poszczególnych prokur oddziałowych. Sąd zauważył również, że organy adresujące i dokonujące doręczeń w przedmiotowym postępowaniu podatkowym nie dostrzegły rozbieżności, która powinna wzbudzić ich czujność, że kolejne pisma kierowały do oddziału Y, podczas gdy odpowiedzi na nie udzielał za każdym razem oddział X. Także we wniosku o stwierdzenie nadpłaty spółka podała adres oddziału X, jako właściwy do korespondencji w tym postępowaniu.

„(…) w toku postępowania organy podatkowe podejmują wszelkie niezbędne działania w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy w postępowaniu podatkowym i są nadto obowiązane zebrać i w sposób wyczerpujący rozpatrzyć cały materiał dowodowy. (…) organ odwoławczy winien przeprowadzić postępowanie, w trakcie którego powinien poddać w pierwszej kolejności dopuszczalność odwołania (tym bardziej w sytuacji gdy adresatem decyzji i podmiotem wnoszącym odwołanie są różne oddziały Spółki) umocowanie osób reprezentujących Spółkę do określonego działania w jej imieniu, a dopiero następnie poddać kontroli terminowość jego wniesienia” (sygn. akt I SA/Op 335/18).

Gdy stroną są przedsiębiorcy, fiskus zapomina o zasadach

Jeśli chodzi o postępowanie podatkowe, to obowiązują w nim m.in. takie podstawowe zasady, jak: zasada praworządności, zgodnie z którą organy podatkowe działają na podstawie przepisów prawa (art. 120 o.p.), a postępowanie prowadzą w sposób budzący do nich zaufanie (art. 121 § 1 o.p.) czy zasada podejmowania przez organy wszelkich niezbędnych działań w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy (art. 122 o.p.).

Niestety, gdy chodzi o postępowanie, którego stroną są przedsiębiorcy, zasady te niejednokrotnie zdają się nie obowiązywać. Organy nie tylko dopuszczają się naruszeń prawa, często rażących, ale również wykorzystują dostępne w tym prawie furtki, by „nie puścić” schwytanego już w sidła kontroli podatnika. Dla przykładu, choć załatwienie sprawy podatkowej powinno nastąpić w ustalonych prawem terminach, to jednak tuż przed ich upływem organy zawiadamiają przedsiębiorców o ich wydłużeniu.

„(…) jeżeli organy podatkowe w okresie biegu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie wykonywały w stosunku do podatnika żadnych czynności ukierunkowanych na kontrolę albo ewentualną egzekucję należności, upływ czasu może zasadnie wzmacniać domniemanie prawidłowości rozliczenia się podatnika ze zobowiązania podatkowego. (…) długi termin przedawnienia, wyznaczający jednocześnie horyzont czasowy prowadzenia przez organy podatkowe oraz organy kontroli skarbowej postępowań względem podatników, może rodzić trudności w rzetelnym ich przeprowadzeniu, stając się w rezultacie swoistą pułapką również na uczciwych podatników” (wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 19.06.2012 r., sygn. akt P 41/10).

Nieznajomość prawa – błąd, czy świadome działanie?

Obarczone jeszcze większym ciężarem gatunkowym są błędy czy też uchybienia niedopuszczone prawem, a których względem przedsiębiorców dopuszczają się organy. Przykładem takich działań fiskusa są próby przedłużenia terminu zwrotu VAT poprzez same tylko wydanie postanowienia o przedłużeniu:

„Postępowanie podatkowe powinno być prowadzone w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych. Zasada ta oznacza m.in., że uchybienia organu prowadzącego postępowanie nie mogą powodować ujemnych następstw dla obywatela, który działa w dobrej wierze i w zaufaniu do treści otrzymanej decyzji (postanowienia). Jeżeli zatem podatnikowi nie doręczono postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu różnicy podatku przed upływem terminu (…), to tym samym ma on uprawnione przekonanie, że zwrot różnicy podatku nastąpi w terminie 60 dni (ust. 2) lub 25 dni (ust. 6) od dnia złożenia rozliczenia” (I FSK 255/17 – Wyrok NSA 23 kwietnia 2018 r.).

Wielokrotnie organy wydawały postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT nawet na kilka dni lub na dzień przed upływem terminu kontroli zasadności oczekiwanego przez przedsiębiorcę zwrotu. Choć sądy przyznawały rację podatnikom, że przed upływem terminu zwrotu postanowienie musi zostać podatnikowi doręczone, nie zmienia to faktu, że fiskus mógł okazać się wygranym wobec tych przedsiębiorców, którzy na sądową walkę w obronie swoich praw się nie zdecydowali. Także w niniejszej sprawie, gdyby nie wiedza z zakresu prawa i wsparcie pełnomocnika w osobie doradcy podatkowego, przedsiębiorca znów padłby ofiarą urzędniczego błędu. Pytanie, czy to błąd, czy świadome działanie?

„W aktach sprawy brak jest przy tym jakichkolwiek dowodów, iż organy podatkowe w ogóle poddawały, na jakimkolwiek etapie postępowania chociażby wstępnej weryfikacji, umocowania prokurentów tych oddziałów Spółki, do działania w jej imieniu w ramach tego postępowania. To zagadnienie pojawiło się dopiero w stanowisku Kolegium zajętym w odpowiedzi na skargę i wywołane zostało zarzutami samej skarżącej” (wyrok WSA w Opolu, sygn. akt I SA/Op 335/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inwestycyjne rekordy w Polsce i Europie Środkowo – Wschodniej

Kraje regionu CEE sfinalizowały transakcje nieruchomościowe o wartości 13,23 mld euro. Na Polskę przypadło aż 7,2 mld euro – to najlepszy wynik w historii tego rynku.

Według JLL, wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej w 2018 r. przekroczyła 13,2 mld euro. Polska z rezultatem 7,2 mld euro pobiła swój rekord z 2006 r. (5,05 mld euro). Na kolejnych miejscach uplasowały się Czechy (ponad 2,5 mld euro), Węgry (ponad 1,85 mld euro), Rumunia (ok. 900 mln euro) i Słowacja (ok. 820 mln euro).

„Wynik 13,23 mld euro osiągnięty w 2018 roku oznacza, że wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej wzrosła o 11% rok do roku, trzeci rok z rzędu ustanawiając nowy rekord dla regionu. Odnotowaliśmy bardzo znaczący wzrost w Polsce – do imponujących 7,2 mld euro. Ciekawym zjawiskiem był rosnący udział rodzimego kapitału w łącznej wartości nieruchomościowych transakcji inwestycyjnych w Czechach i na Węgrzech – odpowiednio 50% i 60% – ten trend utrzyma się również w 2019. W tym roku spodziewamy się dalszego, silnego zainteresowania aktywami na rynkach CEE, choć prawdopodobnie już nie tak spektakularnego wyniku transakcyjnego. Według naszych prognoz, wartość umów kupna/sprzedaży nieruchomości w regionie w 2019 wyniesie około 11 mld euro”, wylicza Mike Atwell, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Polska prowadzi w regionie notując aż 2,2 mld wzrostu w porównaniu z 2017

Inwestycje na polskim rynku nieruchomości komercyjnych rosły już czwarty rok z rzędu, kończąc 2018 wynikiem 7,2 mld euro. To prawie o 2,2 mld euro wyższy rezultat niż w do tej pory najlepszym 2006 r.

„Ubiegły rok był dla Polski wyjątkowy pod wieloma względami. W większości klas aktywów zaobserwowano wyraźną kompresję stóp kapitalizacji. W ciągu roku zawarto prawie 100 transakcji, w tym największą sprzedaż portfela nieruchomości handlowych w historii polskiego rynku na kwotę ok. miliarda euro. Mieliśmy też do czynienia z największą liczbą – siedmiu – transakcji portfelowych zawartych w ciągu jednego roku w sektorze nieruchomości magazynowych. Transakcje o wartości aż 2,75 mld euro zawarto w sektorze biurowym, 2,47 mld euro – w handlowym, a 1,84 mld euro – na rynku magazynowym. Po raz pierwszy od kilku lat w Polsce nieruchomości biurowe osiągnęły lepsze wyniki pod względem wartości niż handlowe, stając się produktami inwestycyjnymi pierwszego wyboru”, komentuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

Ponadto, w sektorze nieruchomości hotelowych właścicieli zmieniły aktywa o wartości 120 mln euro.

Nieruchomości handlowe z największą transakcją w historii polskiego rynku

Łączna wartość transakcji na polskim rynku handlowym sięgnęła w ubiegłym roku 2,47 mld euro. Największą transakcją była sprzedaż portfela 28 nieruchomości handlowych ARES / AXA / Apollo Rida do Chariot Top Group na łączną kwotę około 1 mld euro. Inne kluczowe transakcje to: sprzedaż Wars Sawa Junior w Warszawie przez PFCEE (fundusz zarządzany przez CBRE Global Investors) do Atrium European Real Estate za 301,5 mln euro i Galerii Katowickiej przez Meyer Bergman do EPF za nieujawnioną kwotę.

Stopy kapitalizacji dla obiektów handlowych typu “prime” plasują się na poziomie 4,9%, dla aktywów przy głównych ulicach handlowych wynoszą 4%, a parków handlowych 6,8%.

Sektor biurowy w Polsce z rekordem

W sektorze biurowym, po raz drugi w historii wartość transakcji inwestycyjnych przekroczyła 2 mld, sięgając aż 2,75 mld euro. To o 20% lepszy wynik niż w do tej pory rekordowym 2006 roku.

Kluczowe warszawskie transakcje biurowe obejmowały: przejęcie budynków C i D w kompleksie Gdański Business Center od HB Reavis przez SIM w imieniu EPF, za nieco ponad 200 mln euro; zakup Lumen i Skylight od Unibail-Rodamco-Westfield przez Globalworth za ok. 190 mln euro oraz przejęcie CEDET przez GLL Partner w imieniu azjatyckiego klienta od Immobel za prawie 130 mln euro.

Do kluczowych transakcji poza Warszawą należało przejęcie portfela biurowego Skanska przez NIAM za prawie 173 mln euro.

Stopy kapitalizacji dla obiektów biurowych najwyższej klasy w Warszawie wynoszą obecnie 4,75%, a poza nią 6%.

Najlepsze jak dotąd wyniki dla magazynów w Polsce

Wartość transakcji magazynowych sięgnęła 1,84 mld euro. Rynek zdominowały transakcje portfelowe, wśród których należy wymienić portfel Encore zakupiony przez Mapletree od Hillwood na ok. 320 mln euro; portfel Prologis zakupiony również przez Mapletree za około 260 mln euro; portfel Och-Ziff zakupiony przez Griffin / Redefine za około 195 mln euro; portfel Azurite przejęty przez Blackstone od Goodmana za ok. 190 mln euro i portfel Hines nabyty przez Blackstone za ok. 140 mln euro.

Stopy kapitalizacji obiektów magazynowych wynoszą 6,5%, a w przypadku nieruchomości z długim okresem najmu – około 5,5%. Projekty w obrębie Warszawy to ok 5,25%.

Hotele dopełniają krajobraz inwestycyjny

W 2018 r. polski rynek hotelowy odnotował transakcje o wartości ok. 120 mln euro w rezultacie kupna Holiday Inn w Warszawie i Park Inn w Krakowie przez Union Investment, a także transakcji portfelowej obejmującej sześć obiektów Puro Hotels w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Warszawie i Gdańsku, gdzie 30% udziałów przejęła spółka Family Investments 3.

JLL uczestniczy w transakcjach o wartości 3 mld euro

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

„Wartość transakcji inwestycyjnych z udziałem JLL w 2018 w Polsce to ok. 3 mld euro. Doradzaliśmy w najbardziej spektakularnych transakcjach, w tym m.in. sprzedaży portfela 28 nieruchomości handlowych po stronie ARES / AXA / Apollo Rida, sprzedaży Galerii Katowickiej – po stronie Meyer Bergman, kupna biurowca Gdański Business Center –  po stronie EPF, sprzedaży Warsaw Spire – po stronie Ghelamco, czy sprzedaży Lumen & Skylight – po stronie Unibail-Rodamco-Westfield, jak również kupna portfolio dziewięciu logistycznych nieruchomości Panattoni – w imieniu Redefine / Griffin”, podsumowuje Tomasz Trzósło.

Czy zmniejsza się metraż budowanych mieszkań

Czy w nowych inwestycjach projektowane są mieszkania o mniejszej powierzchni niż dotąd, by nadal były dostępne dla szerokiej grupy nabywców przy rosnących cenach za metr? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Zdecydowanie nadal jest popyt na małe, kompaktowe mieszkania, widoczny w każdym segmencie rynku, zarówno w inwestycjach skierowanych do klienta inwestycyjnego, jak i poszukującego mieszkania dla zaspokojenia własnych potrzeb. Trend ten przybiera na sile, przede wszystkim z uwagi na rosnące ceny. W kolejnych miesiącach powinien być jeszcze bardziej widoczny. Należy zaznaczyć też, że od 1. stycznia 2018 roku zmieniły się warunki techniczne, które ułatwiły projektowanie mniejszych mieszkań.

Andrzej Gutowski, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Ronson Development

Mieszkania kompaktowe to już stały element naszej oferty, dlatego nie planujemy budowy lokali mniejszych niż dotychczas. Musimy brać pod uwagę aspekty prawne, a przede wszystkim wygodę przyszłych mieszkańców. Lokale o niewielkich metrażach oczywiście nadal są ważnym elementem wielu naszych inwestycji. Popularnością cieszą się na osiedlach z segmentu popularnego, gdzie klienci kupują zazwyczaj pierwsze, własne mieszkanie, a także w lokalizacjach szczególnie interesujących klientów inwestycyjnych.

Na pewno mieszkania kompaktowe będą przeważały w naszej, nowej, warszawskiej inwestycji Ursus Centralny i w kolejnym etapie Miasta Mojego na stołecznej Białołęce. Z kolei w przypadku osiedli prestiżowych, gdzie kupowane są mieszkania docelowe, takich jak Nova Królikarnia, klienci oczekują lokali o średnich i dużych metrażach, dlatego w takich projektach mieszkań kompaktowych nie przewidujemy.

Wojciech Duda, wiceprezes zarządu w Duda Development

W tej chwili nie planujemy tego rodzaju zmian. Tworząc budynki wielorodzinne, chcielibyśmy raczej kontynuować naszą dotychczasową strategię łączenia w jednym projekcie przestronnych i niewielkich mieszkań, co pozwala nam kierować naszą ofertę do szerokiego grona nabywców o różnorodnym zakresie potrzeb.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W przygotowaniu mamy dwie inwestycje i kolejny etap projektu Wolne Miasto w Gdańsku.

Każda z nich ma ofertę dostosowaną do lokalizacji i segmentu rynku, w jakim się plasuje.

Rynek jest stabilny i w perspektywie jednego cyklu budowlanego dość przewidywalny. Nie planujemy nagłych zmian w projektach, bo nie ma ku temu powodów.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Planujemy budowę mniejszych mieszkań niż dotychczas. Tego typu lokale pojawią się w najnowszym projekcie firmy Metro Park na pograniczu Bielan i Żoliborza, w pobliżu stacji Metro Słodowiec. Oferta będzie skierowana głównie do inwestorów, a także singli i par, którym zależy przede wszystkim na przystępnej cenie całkowitej za lokal i dobrej lokalizacji.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Widząc trendy i zachowania klientów, coraz częściej kupujących mieszkania w celach inwestycyjnych, od dawna obraliśmy taką strategię. Przykładowo, w naszej, nowej inwestycji Willa Wiślana na warszawskim Tarchominie zaprojektowaliśmy dwupokojowe mieszkania o metrażu od 28 mkw.

Piotr Tarkowski, pełnomocnik zarządu Allcon Osiedla

Obecna sytuacja na rynku: niskie stopy procentowe, wysoka zdolność kredytowa, rosnące płace sprzyjają decyzjom zakupowym. Rosnące ceny nieruchomości z naszego punktu widzenia nie są przesłanką do budowania mniejszych mieszkań. Nasza strategia polega na dopasowaniu oferty do potrzeb poszczególnych grup docelowych. Cena jest parametrem, na który składa się wiele składowych, a dla nas najważniejsze jest to, żeby każdy klient znalazł w naszych biurach w Trójmieście ofertę dopasowaną do swoich potrzeb. W związku z powyższym możemy zaproponować mieszkania w cenie poniżej 200 tys. zł, ale również komfortowe apartamenty w prestiżowych lokalizacji w kwocie przekraczającej 5 milionów złotych.

Marcin Antczak, prezes FB Antczak

Planując nową inwestycję każdorazowo dopasowujemy metraże mieszkań do aktualnych trendów i zapotrzebowania. To dla nas podstawowe kryterium. Jeśli wzrośnie zapotrzebowanie na mniejsze lokale, będziemy to rozważać. W tej chwili jednak takich ruchów nie planujemy.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Obserwujemy kierunki rozwoju rynku i analizujemy różne scenariusze konstruowania oferty i prowadzenia kolejnych projektów.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

W naszej opinii popyt na rynku jest na wysokim poziomie i nie ma potrzeby zmieniać struktury oferty. Mamy inwestycje zróżnicowane pod względem cen i metraży i taką strategię zamierzamy kontynuować. W segmencie mieszkań popularnych oferujemy kawalerki od trzydziestu paru metrów do dużych mieszkań o powierzchni ponad 100 mkw. W segmencie apartamentów na wynajem i condohoteli zdarzają się mniejsze lokale o metrażu dwudziestu kilku mkw.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Szukając optymalizacji kosztów zakupu mieszkania, klienci decydują się na wybór lokalizacji oddalonej od centrum miasta. Istnieje również grupa klientów mniej wrażliwych cenowo.
Cena całkowita mieszkania to wypadkowa wielu czynników, na które składa się zarówno metraż, ustawność i doświetlenie wnętrz, jak i standard osiedla. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom naszych klientów, prezentujemy szeroką ofertę o zróżnicowanym metrażu, od kompaktowych dwójek, po wielopokojowe mieszkania rodzinne.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Paradoksalnie tendencja w tym obszarze jest zupełnie odwrotna. W ubiegłym roku zauważyliśmy, że mimo wzrostu cen klienci byli zainteresowani coraz większymi mieszkaniami. Kupowane teraz mieszkania są większe o około 10 proc. Klienci poszukają większych przestrzeni, które pozwalają im na aranżację wnętrz według własnych upodobań i zapotrzebowania. Myślę, że ta tendencja będzie się utrzymywać w 2019 roku.

Autor: Dompress.pl

Polski transport w 2019 r.: popyt na usługi podobny jak w minionym roku, ale droga bardziej wyboista

Według GUS w 2018 r. wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w sektorze transportu utrzymał się w trendzie rosnącym, wskazując na wysoki optymizm przedsiębiorców. Choć w 2019 r. na horyzoncie pojawia się coraz więcej wyzwań, to analitycy sektora TSL z Santander Bank Polska prognozują, że popyt na usługi transportowe polskich przewoźników utrzyma się na poziomie zbliżonym do notowanego w 2018 r.

W 2018 r. przewoźnicy nie narzekali na brak zleceń: przewozy towarów realizowane przez krajowe firmy transportowe, liczone w tonach, wzrosły aż o 18,1% r/r (najmocniej od 2012 r.) . Jak mówi Martyna Dziubak, analityk ds. sektora TSL w Santander Bank Polska, krajowe firmy korzystały na rosnącym zapotrzebowaniu na usługi transportowe na największych rynkach unijnych.

W gospodarce europejskiej było nieźle, więc w transporcie też

W 2018 r. wysokiemu popytowi konsumpcyjnemu w Unii Europejskiej towarzyszyła rosnąca produkcja przemysłowa i wzrost wymiany handlowej. Według danych Eurostatu w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. eksport w UE wzrósł o 4,7%, a import o 5,4% r/r. Zwiększyła się tym samym rola polskich przewoźników w przewozie towarów między innymi krajami Unii Europejskiej oraz w kabotażu.

Rozwój branży potwierdzają także dane dotyczące liczby rejestracji nowych samochodów ciężarowych (>3,5 t), która wg Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego od 2015 r. jest w ciągłym trendzie wzrostowym. W 2018 r. liczba rejestracji wzrosła o 8,0%, do 29,9 tys. sztuk. Polscy przewoźnicy międzynarodowi mogą więc pochwalić się nowoczesną flotą. Zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, w 2017 r. 77% pojazdów ciężarowych z Polski posiadało normę emisji spalin Euro5 lub Euro6.

Pod górkę z rynkiem pracy

Według prognoz Business Monitor International , w latach 2018-2020 masa towarów przewieziona przez polskie firmy transportem drogowym powinna rosnąć w rocznym tempie 4,7-5,0%, a wykonana praca przewozowa w tempie 3,5-3,7%. Jakie będą utrudnienia? Przede wszystkim to, co już od dłuższego czasu jest ogromnym problemem branży, czyli niedobór pracowników i presja płacowa. Dodatkowo, są nimi też m.in. wyższy stopień uregulowania sektora, a w dłuższej perspektywie ewentualny twardy Brexit.

Kłopoty z brakiem kierowców już od dłuższego czasu ograniczają możliwości przewozowe firm transportowych. Według analiz GUS, właśnie niedobór siły roboczej, obok kosztów zatrudnienia, jest najczęściej wymienianą przez przewoźników barierą w prowadzeniu działalności. – Szacuje się, że niedobór kierowców na polskim rynku sięga około 100 tys. etatów . Polskie firmy ratują się więc zatrudnianiem pracowników zza granicy i tylko dzięki temu przeciętne zatrudnienie w sektorze transportu lądowego nadal jest w trendzie rosnącym. Wg danych GUS w okresie styczeń-październik 2018 r. zwiększyło się ono o 8,6% r/r. – przypomina Martyna Dziubak z Santander Bank Polska.

Jednocześnie, wg przewidywań Santander Bank Polska, w branży transportowej należy się spodziewać dalszej presji na wynagrodzenia. – Problem bariery językowej dla Ukraińców powinien w pewnym stopniu ograniczyć skutki liberalizacji niemieckich przepisów dotyczących zatrudniania pracowników z Ukrainy, ale z punktu widzenia branży potrzebne są też ułatwienia m.in. w organizacji pobytu w Polsce dla rodziny pracownika z zagranicy – zaznacza ekspertka Santander Bank Polska.

Realny koszt paliwa

Po okresie znaczącego wzrostu w październiku 2018 r. cena ropy Brent zaczęła wyraźnie spadać, głównie wskutek zwiększonej podaży. W listopadzie br. pierwszy raz od października 2017 r. odnotowała poziom poniżej 60 USD za baryłkę. Wg prognozy JP Morgan z listopada 2018 r. średni poziom ceny ropy Brent w 2019 r. wyniesie 73 USD za baryłkę, czyli porównywalnie do 2018 r. Dane European Automobile Manufacturers’ Association (ACEA) wskazują, że w przeciętnej strukturze kosztów eksploatacyjnych przewoźników w Europie właśnie paliwo zajmuje w niej pierwsze miejsce (30%).
Co bardzo ważne, dla branży coraz bardziej istotny staje się nie tylko koszt paliwa, ale i koszt jego spalania. W połowie listopada 2018 r. Parlament Europejski poparł obniżenie emisji CO2 o 20% do 2025 r. oraz o 35% do 2030 r. w stosunku do roku 2019 r. Nowe normy emisji spalin oraz zakazy ruchu dla aut z silnikiem diesla będą wymuszać konieczność inwestycji w nowy tabor. – Coraz bardziej powszechne stają się zakazy eksploatacji starszych aut z silnikiem diesla. Przykładowo, od 1 września 2019 r. na niektórych obszarach Zagłębia Ruhry będą mogły jeździć auta tylko z normą emisji Euro6 – dodaje Martyna Dziubak

Protekcjonizm drogowy

Decyzje Unii Europejskiej dotkną także polską branżę transportową w innych sferach jej działalności. Jednym z największych wyzwań dla sektora są planowane zmiany regulacji prawnych. W lipcu 2020 r. na terenie UE wejdą w życie przepisy o pracownikach delegowanych, według których kierowca podlega prawu pracy kraju, na terenie którego przebywa. Natomiast w celu dostosowania nowych regulacji do specyfiki sektora jest przygotowywany tzw. Pakiet Mobilności. Nadal jednak w organach Unii Europejskiej nie ma jednomyślności co do kształtu przepisów dotyczących transportu. Na początku stycznia 2019 r. Komisja ds. Transportu i Turystyki odrzuciła dwa z trzech sprawozdań przyjętych w grudniu przez Parlament Europejski jako jego stanowisko negocjacyjne w sprawie Pakietu Mobilności. Tym samym przedłuża się niepewność, co do przyszłego kształtu rynku i skutków nowych regulacji dla krajowych przewoźników. Martyna Dziubak z Santander Bank Polska podkreśla, że proponowane do tej pory zmiany będą prawdopodobnie dużym wyzwaniem administracyjnym, a tym samym kosztowym obciążeniem dla przewoźników drogowych.

Brexit

W 2019 r. dodatkowym wyzwaniem dla polskiej branży transportowej może być Brexit. Komisja Europejska wdrożyła w grudniu 2018 r. plan awaryjny, wg którego do końca 2019 r. zezwoliła podmiotom ze Zjednoczonego Królestwa na przewóz towarów do Unii Europejskiej, pod warunkiem, że Zjednoczone Królestwo przyzna unijnym przewoźnikom drogowym towarów równoważne prawa . Martyna Dziubak z Santander Bank Polska zwraca przy tym uwagę, że Zjednoczone Królestwo jest dla polskich firm transportowych siódmym krajem pod względem przewiezionej masy eksportowanych towarów i czwartym pod względem wykonanej pracy przewozowej. Czarny scenariusz w postaci powrotu ceł i szlabanów na granicach Wielkiej Brytanii staje się coraz bardziej realny, co będzie stanowiło duże wyzwanie dla polskiego sektora transportowego.

ZUS traci, szara strefa się powiększa

Dla jednoosobowych firm składki na ubezpieczenia społeczne stanowią pokaźną część kosztów. Bywają też powodem zamykania działalności. Istniejące ulgi dla początkujących przedsiębiorstw pomagają doraźnie, a z tzw. małego ZUS-u nie wszyscy mogą skorzystać. Eksperci postulują wprowadzenie opłat od dochodów lub przychodów. Takie rozwiązanie dla indywidualnych działalności gospodarczych i małych spółek gwarantowałoby, że nie zbankrutują. Skłoniłoby też rzeszę osób do wyjścia z szarej strefy, a jednocześnie zapewniłoby im świadczenia emerytalne w przyszłości. Podobne regulacje stosuje szereg państw Unii Europejskiej. W Polsce system przywilejów i odmiennego traktowania różnych grup zawodowych pochłania ok. 20 mld zł rocznie i zasadniczo utrudnia wprowadzenie kompleksowych zmian.

ZUS dla niewielkich

Obowiązujące w Polsce ulgi w składkach dla początkujących firm i tzw. mały ZUS dla przedsiębiorców o niewielkich dochodach z reguły mają charakter doraźny. Wojciech Nagel, ekspert ds. ubezpieczeń społecznych i pracy z Business Centre Club (BCC), przypomina, że dyskusja zrównania praw i obowiązków ubezpieczonych trwa od czasu wprowadzenia emerytur pomostowych, a nasiliła się po zmianach w OFE. Nie wypracowano jednak dobrych alternatyw, ponieważ system emerytalny wciąż podlega presji politycznej. Poszczególne grupy zawodowe są traktowane w rozmaity, nierówny sposób.

– Przedsiębiorcy zabezpieczają się na przyszłość we własnym zakresie. I właśnie ta grupa powinna być jako pierwsza objęta pełną reformą emerytalno-rentową. Oznacza to, że składka na ZUS musi wynosić tyle, ile potrzeba, aby zagwarantować minimalne wsparcie socjalne na czas emerytury. Nie powinno się wymagać od przedsiębiorców opłacania wysokich składek społecznych, tylko dbać o to, by jak najwięcej pieniędzy zostawało w ich portfelach – uważa Andrzej Lazarowicz, prezes Web INnovative Software, spółki udostępniającej narzędzia księgowości internetowej.

Z kolei Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), twierdzi, że nie jest możliwe znalezienie optymalnego wspólnego mianownika dla tak dużej i niejednorodnej grupy, jak prawie 1,6 mln osób prowadzących działalność gospodarczą, zgłoszonych do ubezpieczenia emerytalno-rentowego w ZUS. Obecne składki dla części jednoosobowych firm nie stanowią istotnego obciążenia, lecz dla pozostałych są dość poważnym ciężarem. Dlatego też ich wysokość nie powinna być ustalana kwotowo, lecz procentowo w relacji do wypracowanego wyniku finansowego.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

– Minimalne opłaty powinny być ustalane w takiej wysokości, aby nie obciążały za bardzo miesięcznego budżetu przedsiębiorcy i pozwoliły mu na rozwój firmy. Z drugiej zaś strony należy pamiętać o tym, że wpłacone do ZUS składki społeczne wpływają na późniejsze świadczenia, w tym na zasiłek chorobowy czy macierzyński, a także na rentę lub emeryturę. Dla danego rozwiązania ustalana jest minimalna podstawa, od której należy je opłacać. Można jednak podnieść sobie tę bazę, tj. kwotę w 2019 r. maksymalnie do 11107,50 zł, by uzyskać w przyszłości wyższe świadczenia z ZUS-u – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt.

Zdaniem głównego ekonomisty FPP, składki powinny być obligatoryjnie powiązane z realnym efektem ekonomicznym prowadzonej działalności gospodarczej oraz wynikającymi z tego rzeczywistymi możliwościami finansowymi firmy. Stała i równa dla wszystkich wysokość jest głównym źródłem kontrowersji związanych z rozliczeniami indywidualnych przedsiębiorców z ZUS. Dla przykładu, podatek dochodowy zależy od tego, co przedsiębiorcy uda się wypracować, natomiast obowiązkowe ubezpieczenia społeczne są oderwane od jego działalności. I to należy zmienić.

Trudne zadanie

– Nie jest łatwo znaleźć rozwiązanie sprawiedliwe i odpowiadające wszystkim przedsiębiorcom. Możliwość opłacania składek od przychodu jest dobrym krokiem do obniżenia ich kosztów. Możliwe byłoby też ich ustalanie na podstawie przychodu, a może nawet dochodu z poprzedniego miesiąca. Zmuszałoby ono jednak do comiesięcznego przesyłania odpowiednich dokumentów, ale byłoby uzależnione od faktycznych zarobków przedsiębiorcy. Należałoby też ustalić zawsze opłacane minimum, by zniechęcić do ewentualnego zaniżania przychodów – uważa Aneta Socha-Jaworska.

Andrzej Lazarowicz wskazuje, że część firm osiąga wysokie przychody przy także wysokich kosztach, co obniża ich dochody. W takiej sytuacji składki od przychodu nie muszą być dobrym rozwiązaniem. Nawet ponoszone straty nie wpływają na możliwość przystąpienia do już istniejącego tzw. małego ZUS-u. Osoby prowadzące działalność handlową ze względu na ciągły obrót pieniądzem mają niewielkie szanse na skorzystanie z takiego przywileju.

– Docelowo powinniśmy dążyć do budowy systemu, którego konstrukcja nie wymaga wprowadzania szeregu odstępstw od generalnych reguł i ustanawiania szczególnych preferencji dla wybranych grup. Ogólnie obowiązujące zasady powinny umożliwiać właściwe funkcjonowanie i rozwój wszystkim przedsiębiorcom – informuje Łukasz Kozłowski.

Jak zauważa Aneta Socha-Jaworska, obecnie przy maksymalnym skorzystaniu z ulg można przez prawie 67 miesięcy opłacać niższe składki. Jednak później przedsiębiorcy z niewielkimi przychodami mogą mieć duży problem. Już utrata jednego klienta może doprowadzić do spadku obrotów. Dlatego warto pomyśleć nad takimi rozwiązaniami, które pozwolą kontynuować mały biznes lub przeczekać trudniejszy okres, bez konieczności ponoszenia wysokich opłat z tytułu składek na ZUS.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

–  Podstawa wymiaru składek może być bowiem ustalana w oparciu o dane finansowe, które i tak już są raportowane przez przedsiębiorców na potrzeby rozliczeń podatkowych. Podobne rozwiązania funkcjonują w wielu państwach UE, m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji, Austrii, Belgii, Czechach czy we Włoszech. Można stwierdzić, że opłacanie składek przez przedsiębiorców proporcjonalnie do dochodu jest standardem w rozwiniętych gospodarkach – komentuje Łukasz Kozłowski.

Korzyści dla ZUS

Z kolei prezes Web INnovative Software proponuje wyłączenie przedsiębiorców z dzisiejszego systemu emerytalno-rentowego (w przypadku składek społecznych). Sugeruje, że być może dobrym rozwiązaniem okazałoby się powrócenie do systemu poboru jednego zobowiązania podatkowego, w którym zawierałby się od razu ten minimalny społeczny ZUS zapewniający zabezpieczenie socjalne na czas niezdolności do pracy.

– Obecne stawki prowadzą do tego, że działalność gospodarcza jest często zamykana po wygaśnięciu okresu, w którym możliwe jest płacenie obniżonych składek. Drobna przedsiębiorczość funkcjonuje poza formalnym obrotem gospodarczym. Natomiast wprowadzenie proporcjonalnych składek zamiast kwotowych może przynieść różny efekt, w zależności od przyjętej wysokości stawki oraz reguł obliczania podstawy wymiaru. Szacujemy, że proponowana przez nas reforma zwiększyłaby roczne wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o ok. 7,8 mld zł – przekonuje główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Natomiast według ekspert inFaktu, obniżenie składek dla drobnych przedsiębiorców z pewnością przyniosłoby ZUS-owi korzyści. Dalsze prowadzenie firmy będzie się bowiem opłacało, a osoby działające w szarej strefie mogą stwierdzić, że omijanie prawa nie jest dla nich korzystne. Jeśli obciążenia nie będą za duże, zdecydują się na ich opłacanie, jednocześnie zapewniając sobie prawo do zasiłków, renty czy emerytury. A ubezpieczyciel zyska kolejne środki regularnie zasilające jego budżet.

– By stworzyć długoterminowe i stabilne rozwiązanie dla przedsiębiorców, należy zrównać uprawnienia i obowiązki wszystkich pracujących w Polsce osób. Do tej pory w kraju obowiązuje rozgałęziony system przywilejów emerytalnych, które pochłaniają ok. 20 mld zł rocznie. Z tego powodu nie da się wypracować i wdrożyć rozwiązań systemowych. Te bowiem kosztują, a pieniądze są wydawane tam, gdzie zapewniają pewne polityczne względy – podsumowuje Wojciech Nagel z Business Centre Club.

Na zakazie handlu zyskują dyskonty

W 3q18 nastąpiło odwrócenie trendu wzrostowego przychodów w handlu detalicznym–przychody zmalały o 0,6% r/r;ograniczenie kosztów o 2,3% r/r pozytywnie wpłynęło na wynik finansowy w 3q18.

W 4q18 utrzymała się wysoka dynamika wzrostu sprzedaży detalicznej (7,5% r/r vs 8,0% r/r w 3q18), co sugeruje zwiększenie przychodów branży w 4q18.

Zakaz handlu w niedziele powoduje:

  • nasilenie akcji promocyjnych sprzyjających zwiększeniu zakupów (szczególnie w piątki i soboty) w dyskontach i supermarketach kosztem tradycyjnych sklepów;
  • zwiększenie przez sklepy odzieżowe i obuwnicze nakładów inwestycyjnych na rozwój sprzedaży internetowej oraz na ekspansję sieci w kraju i za granicą.

W najbliższych kwartałach możliwe jest spowolnienie wzrostu przychodów detalu. Sprzedaż nadal będzie wspierana przez silny popyt konsumpcyjny, jednak oczekiwane spowolnienie gospodarcze może powodować, że konsumenci będą szukać okazji głównie w dyskontach. Negatywnie na zyski wpływać będzie ograniczenie liczby niedziel handlowych, presja ze strony pracowników na zwiększenie wynagrodzeń oraz niska inflacja.

Znaczny spadek notowań wybranych krajowych spółek handlowych w 4q18 sugeruje słabszy wzrost przychodów branży w 4q18.

Sprzedaż detaliczna vs przychody*

Sprzedaż detaliczna vs przychody
Źródło: GUS, PKO Bank Polski;

* przychody 3q18; sprzedaż detaliczna 4q18

Źródło/Autor PKO Bank Polski

Crowdfunding urośnie w Polsce do 700 milionów zł w 2019 roku

Rynek finansowania społecznościowego odnotuje w bieżącym roku ponad 140% wzrostu. Natomiast wartość jego mobilnej wersji, po raz pierwszy w historii, będzie większa niż połowa wartości całego polskiego rynku. Co wpływa na dynamiczne wzrosty w tej branży i czym jeszcze zaskoczą platformy crowdfundingowe w 2019 roku?

Bez względu na fakt z jakim rodzajem projektu crowdfundingu mamy do czynienia, czy jest to przedsięwzięcie biznesowe, kulturalne, naukowe, społeczne czy charytatywne Polacy bardzo chętnie i już masowo angażują się w finansowe ich wspieranie. Analizując zarówno wyniki z 2018 roku tego rynku, jak i prognozy na bieżący rok, można uznać, że obecny będzie dla crowdfundingu w Polsce rokiem przełomu. Po raz pierwszy w historii wartość mobilnego finansowania społecznościowego przekroczy połowę wartość całej branży.

– Wartość rynku crowdfundingu wzrośnie w tym roku do 0,7 miliardów zł, tj. o 141,4%, a mobilnego zwiększy się o 165% do poziomu 392 milinów zł. Zatem finansowanie społecznościowe na komórkach i tabletach stanowić będzie aż 56% wartości całego rynku. – prognozuje Tomasz Chołast, współzałożyciel zrzutka.pl.

Wzrost dynamiki rynku crowdfundingu mobilnego jest pokłosiem praktycznie już pełnej smartfonizacji polskiego społeczeństwa, bardzo dużych postępów w dostosowania się w 2018 roku platform finansowania społecznościowego do wymogów małych ekranów i potrzeb ich użytkowników, wzrostu wartości całego rynku finansowania społecznościowego oraz zwiększenie udziału transakcji mobilnych do ponad połowy wartości całego rynku.

W przypadku zrzutka.pl, wicelidera rynku crowdfundingu w Polsce i największej platformy, na której można sfinansować każdy rodzaj projektu, mobilne transakcji stanowiły aż 75% w ubiegłym roku. Zatem wynik platformy jest zdecydowanie lepszy niż średnia dla całego rynku finansowania społecznościowego w Polsce, która w ubiegłym roku wyniosła 48%. – Na początku zeszłego roku estymowaliśmy, że uzyskamy wynik na poziomie 72% mobilnych transakcji, a po zamknięciu 2018 r. okazało się, że było ich 76%. komentuje Tomasz Chołast z zrzutka.pl.

Podsumowując 2018 rok na zrzutka.pl warto zauważyć, że ilość zrzutek założonych w ubiegłym roku zwiększyła się o 293.1% w stosunku do 2017 r., uzyskując wynik 166 486. Liczba wpłat wyniosła ponad 660 tysięcy, co oznacza wzrost o 123% w stosunku do 2017; jednocześnie w ubiegłym roku, a dokładniej 29 listopada 2018 r. o godz. 17:57:02, w serwisie została zaksięgowana milionowa wpłata. Łączna suma wpłat w całym poprzednim roku przekroczyła 42 mln zł, a obecnie licząc od początku istnienia serwisu jest to już ponad 75 mln zł.

Także 2019 rok zapowiada się bardzo obiecująco, zarówno pod kątem wyników oglądalności, liczby zrzutek, wpłat, jak i wprowadzanych nowości. – Biorąc pod uwagę fakt, że plany na 2019 rok mamy ambitne, a niektóre projekty są jeszcze na wczesnym etapie wdrożenia, to ujawnimy jedynie te, które oddamy do użytku w najbliższym czasie. – mówi Tomasz Chołast z zrzutka.pl. – Już w lutym br. zaprezentujemy nową wersję aplikacji mobilnej, w której oprócz nowego wyglądu oraz UX-a, zaoferujemy unikatową na rynku funkcjonalność, tj. rozliczenia między znajomymi poprzez zrzutki. – podsumowuje Chołast. Dzięki niej użytkownicy będą mogli zbilansować swoje wydatki ze znajomymi, a wszystko zakończy się zrzutką, która w prosty i natychmiastowy sposób pozwoli na uregulowanie między sobą wspólnych wydatków.

Auxilia S.A. realizuje kolejną transakcję w ramach umowy z PHI Wierzytelności

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, zawarła kolejną transakcję dotyczącą należności z pozyskanych spraw odszkodowawczych o całkowitej szacunkowej wartości na poziomie ok. 1,04 mln zł. Zrealizowany kontrakt z PHI Wierzytelności S.A. nastąpił w ramach umowy ramowej zawartej w grudniu 2018 r.

Emitent realizując umowę ramową podpisaną ze spółką PHI Wierzytelności S.A. zawarł z tym podmiotem umowy, zgodnie z którymi nastąpiła transakcja zbycia wierzytelności o łącznej szacunkowej wartości wynoszącej ok. 1,04 mln zł. Aktywa będące przedmiotem powyższych umów są wierzytelnościami przyszłymi stanowiącymi wynagrodzenie Spółki ze spraw odszkodowawczych pozyskanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Jest to już kolejna umowa zawarta pomiędzy spółkami, bowiem w grudniu ub. roku Auxilia S.A. dokonała transakcji zbycia wierzytelności, których całkowita wartość sięgała ok. 1,03 mln zł. Zarząd Spółki zamierza cały czas monitorować efekty nawiązanej współpracy i na tej podstawie będzie podejmować odpowiednie decyzje w celu jak najbardziej efektywnego wykorzystania jej potencjału do dynamizacji wypracowywanych wyników finansowych, m.in. wzrostu przychodów oraz zwiększenia rentowności.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Spółka bardzo pozytywnie ocenia współpracę z PHI Wierzytelności i wiąże z nią duże oczekiwania. Systematyczna realizacja transakcji w oparciu o zawartą w grudniu ramową umowę o współpracy pozwoli Spółce na wzmocnienie poziomu przepływów pieniężnych oraz na dynamiczny rozwój biznesu. Daje też możliwość wprowadzania na rynek nowych innowacyjnych produktów.” – podkreśla Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A. „Wydaje się, że współpraca z naszym partnerem biznesowym przełoży się na istotny wzrost przychodów Spółki w 2019 r.” – podsumowuje Kamila Barszczewska.

Auxilia S.A. w grudniu 2018 r. podpisała z PHI Wierzytelności S.A. umowę ramową o współpracy, która określa ogólne zasady i warunki zawierania transakcji pomiędzy podmiotami w zakresie nabywania wierzytelności Spółki przez kontrahenta. Emitent przewiduje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy wyniosą ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym, co powinno mieć pozytywny wpływ na jego przychody ze sprzedaży oraz wynik netto.

Spółka przeprowadziła pod koniec 2018 r. emisję obligacji serii B, z której pozyskała 1,32 mln zł. Inwestorzy objęli łącznie 1.320 szt. papierów dłużnych o wartości nominalnej 1.000 zł każdy. Termin wykupu zabezpieczonych obligacji serii B został wyznaczony na dzień 18.06.2020 r.

Na początku stycznia 2019 r. Auxilia S.A. dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2.773 tys. zł. Celem tej emisji było pozyskanie środków na finansowanie bieżącej działalności Spółki przede wszystkim na stworzenie nowych oddziałów, zwiększanie zespołów sprzedażowych w istniejących oddziałach oraz na finansowanie obsługi spraw klientów pozyskanych w wyniku rozbudowy działu sprzedaży.

W 3 kw. 2018 r. zysk netto Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. przekroczył 22 tys. zł, a jej przychody netto sięgnęły prawie 2.087 tys. zł, podczas gdy rok temu strata netto wynosiła 476 tys. zł. Po trzech kwartałach 2018 r. skonsolidowany zysk netto Spółki ukształtował się na poziomie 707 tys. zł przy przychodach netto w wysokości 7.675 tys. zł.

Protekcjonizm Unii Europejskiej, czyli pieniądze dla rodzimych firm i bariery wejścia

Protekcjonizm w Unii Europejskiej objawia się dwoma elementami. Z jednej strony to nielegalna pomoc publiczna, którą częściej uzyskują firmy pochodzące z danego kraju. Są to także bariery pozataryfowe, które wprowadzają dane państwa. Może być to np. konieczność rejestracji w danym systemie, który przewiduje ustawodawstwo krajowe – ale nie traktaty europejskie. Prowadzi to do uiszczania dodatkowych opłat, które nie powinny być wymagane – ze względu na konkurowanie na podobnych warunkach we wszystkich krajach. Polityka protekcjonistyczna Wspólnoty Europejskiej skutkuje także przekazywaniem środków przez dane państwo rodzimym firmom. Różnego rodzaju działania, regulacje i wytyczne pozwalają na transfer pieniędzy z sektora finansowego do własnych firm. Niemcy przekazują swoim podmiotom, działającym na krajowym rynku – rekordowe 40 miliardów euro. W Polsce pomoc ta, często piętnowana przez dziennikarzy, wynosi jedynie 4 miliardy euro.

– Badania Komisji Europejskiej potwierdzają, że Polska nie chroni dodatkowo swojego rynku pracy i nie utrudnia wejścia – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Arak, prezes Polskiego Instytut Ekonomicznego – Biorąc pod uwagę przewlekłe postępowania administracyjne i wprowadzanie barier na Zachodzie, cały region Europy Środkowo-Wschodniej wypada pod tym względem lepiej. Głośnym elementem działań protekcjonistycznych Unii Europejskiej jest przypadek zagranicznych – w tym też polskich – pracowników delegowanych. Wyjeżdżający do pracy za granicę w ramach jednego przedsiębiorstwa otrzymywali wynagrodzenie ustalone przez firmę na terenie Polski. Komisja Europejska oraz wiele państw członkowskich – także Francja i Niemcy – domagali się unormowania i wyrównania płac do poziomu wynagrodzeń minimalnych danego kraju – podkreślił Arak.

Tylko połowa kierowców porównuje ceny ubezpieczeń komunikacyjnych przed zakupem polisy. Tracą na tym nawet kilkaset złotych

Tylko połowa kierowców porównuje ceny ubezpieczeń komunikacyjnych przed zakupem polisy. Tracą na tym nawet kilkaset złotych 2

Polacy ufają zazwyczaj ubezpieczycielowi, u którego mieli wykupioną polisę. Przy przedłużaniu OC nie sprawdzają cen, dlatego często przepłacają za ubezpieczenie. Mogą na tym stracić od kilkudziesięciu do nawet kilkuset złotych – wynika z badania mfind. Warto porównywać, szukać ubezpieczenia i nie ufać temu, że oferta, którą otrzymujemy w odnowieniu, jest najkorzystniejsza cenowo – przekonuje Bartłomiej Salwiński, członek zarządu mfind.

– Różnice w cenach ubezpieczeń komunikacyjnych są olbrzymie. Jest to bardzo często kilkadziesiąt procent. Kierowcy, którzy nie porównują składek ubezpieczenia OC, przepłacają za te polisy zupełnie niepotrzebnie. Zakres ubezpieczenia OC jest regulowany ustawą ubezpieczeniową, dla każdego ubezpieczyciela jest identyczny, a różnice cen wynikają wyłącznie z tego, jaki system aktuarialny ma dany ubezpieczyciel. Dla jednych klientów dana firma będzie więc bardzo atrakcyjna, natomiast ta sama firma dla innego klienta może być jedną z droższych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Salwiński, członek zarządu mfind.

Z danych mfind wynika, że choć na ubezpieczeniu samochodu można sporo zaoszczędzić, większość Polaków nie porównuje cen ubezpieczycieli. Robi to zaledwie połowa kierowców. Z raportu Deloitte „European-Motor-Insurance-Study” wynika, że w skali od 0 do 10, która określa gotowość do zmiany dostawcy usług ubezpieczeniowych, Polska z wynikiem 4,4 plasuje się pośrodku stawki. Dane mfind wskazują jednak, że w praktyce robi to znacznie mniej osób. Dla porównania, w Wielkiej Brytanii wskaźnik utrzymuje się na poziomie ponad 6 pkt., a 60 proc. osób ubezpiecza samochody przez porównywarki. Na ich tle Polacy nie wypadają najlepiej.

– Nawet, jeżeli kierowcy porównują ceny ubezpieczeń komunikacyjnych, to robią to w ograniczonym zakresie. Na stu kierowców pięćdziesięciu porówna ceny ubezpieczeń, ale zrobi to raptem w dwóch, trzech firmach ubezpieczeniowych. To nie wystarcza. Kierowcy powinni sprawdzać stawki w około 10 firmach ubezpieczeniowych, by otrzymać atrakcyjną cenowo ofertę – przekonuje Bartłomiej Salwiński.

Badanie mfind wskazuje, że statystyczny kierowca w Polsce korzysta z tej samej firmy ubezpieczeniowej przez trzy lata. Tymczasem porównanie cen ubezpieczycieli może przynieść realne oszczędności. Przykładowo dla jednego z mieszkańców Gdańska różnica między najwyższą, a najniższą składką wyniosła nawet 800 złotych.

– Kierowca, który nie porówna składek ubezpieczenia, zaufa ubezpieczycielowi, w którym miał wykupioną polisę w roku ubiegłym, może stracić od kilkudziesięciu do kilkuset złotych na odnowieniu. Dlatego warto porównać polisy i wybrać ubezpieczyciela, który proponuje cenę najtańszą, bo nie zapominajmy, że OC jest regulowane ustawowo i w każdej firmie ubezpieczeniowej polisa ta ma taki sam zakres – wskazuje ekspert mfind.

Obowiązujące w Polsce przepisy ułatwiają pozostanie przy dotychczas wybranym ubezpieczycielu. Zgodnie z prawem, jeśli tylko polisa OC została opłacona, to ubezpieczenie odnawia się automatycznie na następny rok.

– Kierowcy się przyzwyczaili, że oferta odnowieniowa u ubezpieczyciela jest bardzo łatwa do zakupu. Ubezpieczyciele przesyłają ofertę na kolejny rok z 14-dniowym okresem wyprzedzającym rozpoczęcie ochrony ubezpieczeniowej. Tymczasem sprawdzając oferty u innych ubezpieczycieli, często mamy możliwość skorzystania z oferty dla nowych klientów i cena za ubezpieczenie jest po prostu korzystniejsza – tłumaczy Salwiński.

Większość Polaków z przyzwyczajenia przy wyborze ubezpieczyciela korzysta z dwóch–trzech największych firm. Tymczasem każdy ubezpieczyciel stosuje inne metody przy ustalaniu wysokości składki za OC. Najczęściej pod uwagę bierze się wiek kierowców (im młodszy tym wyższa stawka) czy miasto zarejestrowania pojazdu (najwięcej trzeba zapłacić w dużych miastach). Dodatkowo eksperci oceniają, że w 2019 roku klienci mogą liczyć na atrakcyjne zniżki. Jeszcze w grudniu 2018 średnia cena transakcyjna polisy OC wyniosła 618 złotych – o blisko 10 proc. mniej niż rok wcześniej. Ceny powinny utrzymywać się na takim poziomie.

– Rok 2018 był rokiem stabilnym pod względem ceny ubezpieczenia OC. Na początku roku 2019 zobaczyliśmy nawet niewielki spadek, natomiast nie zapominajmy, że najwyższe wzrosty cen były w 2017 roku, kiedy ceny dla wielu klientów podskoczyły o blisko 100 proc. Warto porównywać, szukać ubezpieczenia i nie ufać, że ta oferta, którą otrzymujemy w odnowieniu, jest najkorzystniejsza cenowo – przekonuje Bartłomiej Salwiński.

BP stawia na ofertę usług cyfrowych oraz ładowanie aut elektrycznych. Będzie także rozwijać stacje własne oraz partnerskie

BP stawia na ofertę usług cyfrowych oraz ładowanie aut elektrycznych. Będzie także rozwijać stacje własne oraz partnerskie 3

Współpraca z partnerami – właścicielami stacji to kluczowy punkt strategii rozwoju BP. Marka, która zarządza siecią ponad 550 stacji paliw w całej Polsce, rozpoczęła od oferty paliwowej i lojalnościowej, a obecnie przedstawia swoim partnerom ofertę kawiarni oraz sklepów typu convenience. Zamierza ją rozszerzyć m.in. o usługi cyfrowe i ładowanie aut elektrycznych. Zmiany dotyczące mobilności, a więc pojazdy ekologiczne, autonomiczne i carsharing, będą w najbliższych latach kluczowe dla rozwoju BP.

Sektor DODO [sieci partnerskie, Dealer Owned Dealer Operated – red.] jest niezwykle istotny dla naszej strategii rozwoju w Polsce. Działamy tu od przeszło 25 lat. Zarówno sieć stacji własnych, jak i sieć stacji partnerskich rozwijają się w tym samym tempie. Nasze ambicje wzrostu w Polsce są ogromne. Chcemy zwiększyć naszą obecność na rynku poprzez rozwój w obu segmentach stacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alex Jensen, VP Retail Europe and Global Marketing, BP.

Jak podkreśla, koncern rozwija globalna działalność nie tylko w oparciu o stacje będące jego własnością, współpraca z partnerami jest segmentem uzupełniającym o strategicznym znaczeniu. BP zarządza ponad 550 stacjami w całej Polsce, z czego prawie połowę stanowią stacje partnerskie.

– W segmencie COCO, czyli stacji własnych BP [Company Owned Company Operated – red.], mamy możliwość wypróbowywania nowych rozwiązań. Jesteśmy właścicielem i możemy podejmować tam wszystkie decyzje. Następnie możemy zobaczyć, co się sprawdza i przekazać tę wiedzę partnerom. Właśnie to próbujemy robić – podkreśla Alex Jensen.

Sieć BP od pewnego czasu sukcesywnie poszerza swoją ofertę pozapaliwową i wprowadza na swoich stacjach dodatkowe usługi. Jako pierwsza weszła dekadę temu na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę. Marka liczy już ponad czterysta kawiarni w całej Polsce – więcej niż restauracja McDonald’s. BP rozwija też własny format sklepów typu convenience z kompleksową ofertą dla klientów, którzy chcą szybko zrobić codzienne zakupy przy okazji tankowania samochodu. Ich asortyment stale rośnie, obejmując kilka tysięcy produktów, w tym np. zdrową żywność, bezglutenowe przekąski, napoje czy szybkie dania na wynos.

Rozpoczęliśmy od oferty paliwowej i lojalnościowej, a obecnie z rosnącym zaangażowaniem przedstawiamy naszym partnerom ofertę Wild Bean Café oraz coraz szerszą ofertę sklepową – mówi Alex Jensen. – To jeszcze nie wszystko. 2019 będzie kluczowym rokiem, w którym będziemy wprowadzać więcej tego typu ofert na rynek. W przyszłości chcielibyśmy przedstawić partnerom oferty usług cyfrowych i ładowania pojazdów elektrycznych.

Rok temu BP rozpoczęło współpracę z amerykańską firmą FreeWire Technologies, która produkuje mobilne systemy do szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych. Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, to odpowiedź na pojawiające się wymagania z zakresu mobilności. Wraz z rosnącym popytem na auta elektryczne usługa ich ładowania będzie stanowiła coraz ważniejszą część działalności stacji paliw. Szacunki koncernu mówią o wzroście liczby pojazdów elektrycznych na świecie do 100 mln w perspektywie 2035 roku (6 proc. floty).

Ostatnio BP Ventures, oddział BP zajmujący się inwestycjami, ulokował kapitał w chińskiej spółce PowerShare, liderze w dziedzinie zintegrowanych rozwiązań sprzętowych i oprogramowania do ładowania pojazdów elektrycznych. PowerShare stworzył platformę online łączącą kierowców pojazdów elektrycznych, operatorów stacji ładowania oraz dostawców energii, upraszczając proces ładowania pojazdów od momentu wyszukania stacji po zapłatę za pobraną energię. Działający w chmurze system PowerShare umożliwia również dostawcom energii optymalizację działalności poprzez stałe monitorowanie i utrzymywanie równowagi pomiędzy zapotrzebowaniem na energię ze strony pojazdów a możliwościami sieci.

W Polsce operatorzy ładowarek natrafiają na problemy z infrastrukturą energetyczną i przepustowością instalacji. Dlatego przygotowanie naszego rynku do intensywnego rozwoju elektromobilności będzie wymagało jeszcze trochę czasu – podkreślają przedstawiciele BP. – W najbliższym czasie planujemy uruchomienie kilku pilotażowych lokalizacji.

BP koncentruje się także na innych trendach związanych ze zmianami w mobilności, a więc np. na carsharingu. W 2018 roku koncern zainwestował w wynajem aut na minuty w Poznaniu oraz w projekt wypożyczalni aut Sixt DriveSmart by BP.

Jak podkreśla Alex Jensen, poza ofertą konsumencką BP ma bardzo silną pozycję również w kwestii tego, jak rozbudowuje i utrzymuje w ujęciu długoterminowym swoją ofertę B2B.

Odnosi się to zarówno do naszego segmentu flotowego, jak i współpracy z partnerami. Na podstawie badań realizowanych wspólnie z nimi i operatorami floty możemy stwierdzić, że BP ma silną pozycję na wszystkich rynkach w zakresie zaufania, jakimi darzą nas partnerzy B2B. Oczywiście po części odnosi się to do naszej oferty B2B – tego, czy zapewniamy odpowiedni poziom rzetelności i dostaw, czy nasza oferta jest atrakcyjna na rynku – mówi Alex Jensen.

W Polsce jest ponad 220 tys. mkw. wspólnych powierzchni biurowych. Firmy coraz chętniej się do nich przenoszą

W Polsce jest ponad 220 tys. mkw. wspólnych powierzchni biurowych. Firmy coraz chętniej się do nich przenoszą 4

Rośnie popyt na elastyczne miejsca pracy. W Polsce przynajmniej raz dziennie poza miejscem zatrudnienia pracuje 30 proc. pracowników. Ze wspólnych powierzchni biurowych korzystają nie tylko freelancerzy i start-upy, lecz także duże firmy. Zdecydowana większość przedsiębiorstw w Polsce ocenia, że umożliwienie pracy z dowolnego miejsca pozwala utrzymać pracowników. Jak wynika z danych JLL, sektor flex (coworki, biura serwisowane i hybrydowe) oferuje w Polsce ok. 220 tys. mkw. powierzchni, a ich liczba dynamicznie rośnie.

– Przestrzenie coworkingowe mają bardzo wiele zalet, począwszy od tego, że biura budowane są w formule plug and play, czyli są od razu do użycia, poprzez w pełni wyposażone kuchnie, lobby, budki do spotkań 1 na 1, w pełni wyposażone sale konferencyjne. Firmy mają możliwość rozpoczęcia pracy w tych przestrzeniach od razu. Dodatkowym, bardzo dużym atutem przestrzeni coworkingowej są aspekty związane ze wspólnotą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kwinta, senior community manager w Mindspace Koszyki.

Dla osób, które decydują się na coworking, to możliwość poznania nowych osób i nawiązania kontaktów biznesowych.

 Już 50 proc. członków Mindspace globalnie prowadzi ze sobą interesy. Poznali się właśnie w u nas – wskazuje Michał Kwinta.

Z danych JLL wynika, że obecnie rynek flex obejmuje 220 tys. mkw., a zdecydowana większość takich biur znajduje się w Warszawie. W ostatnich latach ten sektor rósł w tempie 3040 proc. rocznie, a ostatni rok przyniósł wzrost o 100 proc. (III kwartał 2018 vs III kwartał 2017). W 2018 roku (dane do końca września) co czwarty wynajęty metr kwadratowy biura w centrum Warszawy był przestrzenią elastyczną.

Coworking to dobre rozwiązanie dla małych firm i start-upów, które dopiero budują swoją pozycję. To coraz większa grupa. Dzięki współdzieleniu przestrzeni mogą zaoszczędzić na wynajmie powierzchni biurowej, a środki przeznaczyć na rozwój biznesu.

– Start-upy i freelancerzy wybierają rozwiązania coworkingowe przede wszystkim ze względu na elastyczność w wynajmie biura i wyborze produktu oraz elastyczność, która pozwala im spokojnie myśleć o biznesie, podczas gdy zarządzający przestrzeniami coworkingowymi zajmują się całą resztą. Osoby mające członkostwo w Mindspace Koszyki mogą bezpłatnie korzystać ze wszystkich lokalizacji firmy na całym świecie. Mamy 28 biur w 13 miastach, więc w ramach członkostwa w Warszawie można na przykład zorganizować sobie spotkanie biznesowe w Berlinie, Londynie, Amsterdamie, Bukareszcie czy w USA – przekonuje Michał Kwinta.

Jeśli zdecydują się na coworking, przestrzeń mogą wynająć na krótki czas, a w ramach jednej opłaty zyskują dostęp do internetu, możliwość drukowania czy korzystania z sal konferencyjnych.

– Minimalny okres najmu to miesiąc, więc firmy nie muszą się przejmować długimi umowami najmu, szczególnie firmy młode, które nie wiedzą, jak będzie wyglądała ich przyszłość. Nasze przestrzenie są dostosowane do ich potrzeb. Rozumiemy, że biznes czasami może mieć przestój, w związku z tym dajemy możliwość zmniejszenia biura, z którego się korzysta – mówi przedstawiciel Mindspace Koszyki.

Coworking nie musi oznaczać dużych kosztów, wynajęcie miejsca to wydatek kilkuset złotych miesięcznie.

 Hot desk, czyli najprostsza forma współpracy, zaczyna się od 840 zł netto miesięcznie. Dedicated desk, czyli miejsce dedykowane, to koszt 1260 zł netto, natomiast w przypadku prywatnych biur ceny zaczynają się od 1950 zł netto od osoby – wskazuje Michał Kwinta.

Coworking coraz częściej wykorzystują też duże przedsiębiorstwa. Badania przeprowadzone przez Spaces wskazują, że na świecie blisko połowa pracowników pracuje zdalnie przez ponad pół tygodnia. Także w Polsce firmy oferują możliwość pracy zdalnej. IWG podaje, że niemal 80 proc. polskich przedsiębiorstw umożliwienie pracy z dowolnego miejsca pozwoliło zatrzymać najbardziej utalentowanych pracowników.

– Coraz częściej na korzystanie z przestrzeni coworkingowej decydują się duże firmy, przede wszystkim ze względu na aspekty HR-owe. Rynek pracy to głównie ludzie młodzi, którzy urodzili się w latach 80. i 90. W ich przypadku klasyczne systemy benefitowe w postaci kart medycznych czy sportowych już się nie sprawdzają. Firmy poszukują czegoś nowego i to właśnie dają im przestrzenie coworkingowe. Networking, możliwość poznawania innych ludzi, innych firm, mnóstwo zajęć, które się tutaj odbywają, tylko wzbogacają ofertę firm w oczach pracowników – podkreśla Michał Kwinta.

15 proc. ludzi cierpi z powodu szumów usznych. Do ich powstawania może się przyczyniać amatorska i źle prowadzona aktywność fizyczna

15 proc. ludzi cierpi z powodu szumów usznych. Do ich powstawania może się przyczyniać amatorska i źle prowadzona aktywność fizyczna 5

Rodzaj treningu powinien być dostosowany do poziomu stresu psychicznego – uważają eksperci. Po pełnym negatywnych wrażeń dniu należy ćwiczyć bardzo krótko, skupiając się wyłącznie na dolnych partiach ciała, lub wcale. W przeciwnym wypadku można doprowadzić do silnych zaburzeń hormonalnych, których następstwem jest m.in. upośledzenie słuchu lub szumy uszne.

Szumy uszne to natrętne dźwięki, takie jak trzaski, dzwonienie czy piski, słyszalne wyłącznie przez osoby cierpiące na tę dolegliwość. Same w sobie nie stanowią choroby, znacznie pogarszają jednak jakość życia, bardzo często prowadząc nawet do poważnych stanów nerwowych i lękowych. Pacjenci nie są w stanie odpocząć, nie mogą skupić uwagi, mają problemy ze snem, a przez to są stale rozdrażnieni – niekiedy muszą zasięgać pomocy psychoterapeuty. Szumy uszne na całym świecie stają się coraz powszechniejszą dolegliwością, występującą równie często u kobiet, jak i mężczyzn, bez względu na wiek.

 Globalnie 15 proc. społeczeństwa ma problemy z szumami usznymi jako patologią słuchu. Niestety, problem rozwija się dosyć szybko u młodych ludzi, mamy bardzo dużo pacjentów między 20 a 40 rokiem życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Adam Pabiś, neurobiolog, audiolog z Kinetic Centrum Nowoczesnej Audiologii.

Szumy uszne mogą być objawem poważnej choroby, m.in. otosklerozy, guza mózgu lub zapalenia ucha środkowego, najczęściej jednak ich przyczyną jest uszkodzenie komórek słuchowych ucha wewnętrznego. W jego efekcie znajdujące się w ślimaku neurony pracują z prędkością znacznie przekraczającą prawidłowe 20–30 Hz.

 Jeżeli neuron zaczyna osiągać prędkość 80–90 Hz, to jest to już dosłownie dźwięk, który słyszymy w głowie, w uchu albo przy uchu. Jest to szum, który jest generowany przez populację neuronów, która nagle została odcięta od stymulacji – mówi dr Adam Pabiś.

Bezpośrednią przyczyną powstawania szumów usznych jest nagły ubytek słuchu. Może to nastąpić m.in. na skutek silnego stresu, ekspozycji na długotrwały i gwałtowny hałas, podwyższonego ciśnienia krwi, zaburzeń wewnętrznych organizmu na skutek nieprawidłowej diety lub wahań hormonalnych czy siedzącego trybu życia prowadzącego do niedokrwienia ucha wewnętrznego. Nagły ubytek słuchu może być także efektem gwałtownego stresu fizycznego, np. podczas niewłaściwego uprawiania sportu, zwłaszcza połączonego ze stresem psychicznym.

– Amatorski i źle poprowadzony wysiłek fizyczny może się przyczynić każdego dnia do powstania szumów usznych. Mamy bardzo dużo stresu psychicznego i jeżeli ktoś miał bardzo trudny dzień w pracy i idzie biegać wieczorem, to już wtedy wiemy, że możemy doświadczyć nagłego ubytku słuchu i szumów usznych – mówi dr Adam Pabiś.

Organizm człowieka dysponuje 100 proc. energii, którą w ciągu dnia zużywa na procesy adaptacyjne w trakcie stresu psychicznego i fizycznego. Na skutek trudnego, obfitującego w nerwowe sytuacje dnia zużycie tej energii może sięgać nawet 80 proc. – każdy dodatkowy wysiłek fizyczny powoduje wówczas, że organizm sięga do rezerw energii. Odbywa się to ze szkodą dla samopoczucia człowieka, zwalnia bowiem metabolizm i zmienia się poziom hormonów. Co więcej, podczas aktywności fizycznej wydzielany jest kortyzol – hormon, którego zadaniem jest ukierunkowanie krwi do mięśni szkieletowych.

– Jeżeli było dużo kortyzolu z tytułu stresu psychicznego i idziemy biegać, to jest kolejny wyrzut kortyzolu. A nadmiar kortyzolu niszczy komórki słuchowe, więc doprowadza to do nagłego ubytku słuchu i do szumu usznego – mówi dr Adam Pabiś.

Aby uchronić się przed uszkodzeniem słuchu, przed rozpoczęciem treningu należy zweryfikować poziom stresu psychicznego. Jeśli jest on wysoki, aktywność fizyczna nie powinna trwać dłużej niż kilka minut. Warto wybierać wówczas ćwiczenia angażujące dolne partie mięśni – mają one mniejszą ilość unerwienia aferentnego, co ma znaczny wpływ na szybkość wyrzutu kortyzolu. Przy niskim poziomie stresu psychicznego można trenować dłużej i skupiać się na górnych partiach ciała. Należy jednak pamiętać o tym, żeby nie łączyć ćwiczeń dolnych i górnych partii mięśni, co prowadzi do nadmiernej produkcji kortyzolu, oraz unikać interwałów.

– Jeżeli idziemy biegać wieczorem ze słuchawkami, to musimy pamiętać, że do godziny 20.00 możemy słuchać głośno muzyki, nic się nie stanie, bo w uchu wewnętrznym produkuje się bardzo dużo białek neurotroficznych, ale po godzinie 20.00 białka produkują się w bardzo małej ilości i wtedy dochodzi najczęściej do urazów akustycznych – mówi dr Adam Pabiś.

Warto też pamiętać o tym, że przetrenowanie zwłaszcza na treningu aerobowym czy takie jak jak popularne wśród Polaków bieganie i jazda na rowerze, gdzie nie dostosowujemy poziomu stresu fizycznego do poziomu stresu psychicznego w ciągu dnia, mogą prowadzić do silnych zaburzeń hormonalnych, a tym samym zwiększać prawdopodobieństwo niedokrwienia ucha wewnętrznego i mikrozawału ślimaka.

Komercyjne wykorzystywanie dronów w Polsce zostało prawnie uregulowane. Pozwoli to na rozwój rynku i pojawienie się zupełnie nowych usług

Komercyjne wykorzystywanie dronów w Polsce zostało prawnie uregulowane. Pozwoli to na rozwój rynku i pojawienie się zupełnie nowych usług 6

Dzięki wprowadzanym właśnie nowym przepisom polska przestrzeń powietrzna ma być bardziej przyjazna dronom. Zdjęcie barier może oznaczać rozwój sektora lotów autonomicznych w Polsce. Kluczowe jest jednak zapewnienie bezpieczeństwa tak, by nieskoordynowany ruch dronów nikomu nie zagroził. Możliwości szerszego wykorzystania dronów są jednak ogromne – skontrolują bezpieczeństwo imprez masowych, złapią piratów drogowych, mogą też przyspieszyć przesyłkę leków i sprzętu medycznego.

– Rynek dronów wymaga z jednej strony jasnych, klarownych reguł, z drugiej strony jest rynkiem najbardziej innowacyjnym, jeśli chodzi o sektor lotniczy. Konieczne jest zaangażowanie państwa, które może korzystać z dronów jako dostarczycieli usług. To jest dobre zarówno dla państwa, które działa w ten sposób efektywnie, oszczędnie i skutecznie, z drugiej strony jest to stymulowanie koniunktury na tej najbardziej innowacyjnej z gałęzi związanych z lotnictwem – mówi agencji Newseria Innowacje Mikołaj Wild, wiceminister infrastruktury.

Polska jako jeden z pierwszych krajów wprowadziła przepisy, które regulują komercyjne wykorzystywanie dronów. Ostatnio Ministerstwo Infrastruktury wydało nowe rozporządzenie, które ułatwia zdobycie pozwoleń na sterowanie dronami ważącymi do pięciu kilogramów. Znikają ograniczenia, rośnie za to liczba miejsc, w których będzie można uzyskać pozwolenie. Mniejsze są też restrykcje związane z korzystaniem z profesjonalnych dronów.

– Loty poza zasięgiem wzroku to loty wykonywane przez operatorów przy coraz większym udziale technologii autonomicznych. Wiemy, że technologie autonomiczne to przyszłość i będą zyskiwać w transporcie. Zmiany, które zostają wprowadzone rozporządzeniem, zmniejszają wymogi formalne, jeśli chodzi o prowadzenie tego rodzaju lotów – tłumaczy Mikołaj Wild.

Krótszy jest już czas ubiegania się o pozwolenie na dalekie loty dronem, poza zasięg wzroku operatora – z trzech miesięcy do zaledwie tygodnia. Drony będą też bardziej niezależne. Nowe rozporządzenie umożliwia sekwencje dalekich lotów bez ingerencji człowieka. Urząd Lotnictwa Cywilnego podaje, że dynamicznie rośnie liczba osób, które mają odpowiednie kwalifikacje potwierdzone świadectwem – jest ich już ponad 10 tysięcy.

Liczba zastosowań bezzałogowych statków powietrznych w celach komercyjnych i w wykonywaniu zadań administracji publicznej będzie mogła rosnąć jeszcze dynamiczniej. Drony zarejestrują obraz, spatrolują granice i drogi, będą stanowiły wsparcie dla akcji ratunkowych, lecz także udokumentują straty i sprawdzą skażenie wód i upraw. Mogą też być alternatywą dla zwykłych załogowych statków powietrznych. Pokazują to doświadczenia innych krajów – w Hiszpanii drony będą używane do łapania piratów drogowych, w USA będą awaryjnie dostarczać sprzęt medyczny czy zlokalizują telefony komórkowe w trudnym środowisku.

– W ten sposób pozostajemy w dialogu, nie ma sytuacji, w której nakładamy na użytkowników i podmioty, które korzystają komercyjnie z dronów, takie ciężary, których nie są w stanie unieść, w związku z czym nie rejestrują swoich lotów, jak to miało miejsce w przeszłości. 30-kilka zarejestrowanych dronów, zważywszy na fakt, że rozporządzenie weszło dosłownie kilka dni temu, to jest dopiero początek drogi – zapewnia minister.

Dzięki nowym regulacjom w Polsce przestają istnieć bariery rozwoju na rynku dronów. Tym samym będzie rosła zarówno liczba dronów, jak i wykonywane przez nie zadania. Wciąż jednak istnieje potrzeba wprowadzenia regulacji w zakresie ochrony prywatności i bezpieczeństwa.

– Chodzi o to, żeby drony były bezpieczne, żeby nigdy nie mogły zagrozić obywatelom przez nieskoordynowany ruch. Jednocześnie potrzebujemy wprowadzić regulacje, które uporządkują rynek, które nie będą stanowić ograniczeń, tylko tak jak reguły prawa o ruchu drogowym wskażą, w jaki sposób sektor dronowy może się harmonijnie rozwijać – zapowiada Mikołaj Wild.

Polski Instytut Ekonomiczny ocenia, że wartość rynku dronów do 2026 roku wyniesie 3,26 mld zł, ale wartość dla całej gospodarki może sięgnąć nawet 576 mld zł.

Nowoczesna technologia pozwoli osobom po udarze czy z chorobą Alzheimera porozumieć się z otoczeniem. Innowacyjny system komunikacji pomoże także dzieciom

Nowoczesna technologia pozwoli osobom po udarze czy z chorobą Alzheimera porozumieć się z otoczeniem. Innowacyjny system komunikacji pomoże także dzieciom 7

Rehabilitacja osób po udarach, wybudzonych ze śpiączki i w innych ciężkich stanach neurologicznych jest zazwyczaj długa i trudna. Dzięki nowym technologiom komunikacja z nimi jest jednak znacznie łatwiejsza. Nowe urządzenia potrafią śledzić ruch gałek ocznych, dzięki czemu chorzy mają realną szansę sygnalizować swoje potrzeby. Dodatkowo wykonywanie ćwiczeń przy użyciu wzroku jest też rehabilitacją ważnych powiązań w mózgu, co pozytywnie wpływa na koncentrację, pamięć i emocje osób chorych.

– Neurorehabilitacja to ciągłe stymulowanie konkretnych ośrodków w naszym mózgu. W przypadku eye trackingu polega to przede wszystkim na tym, że na ekranie monitora pokazywane są różnego rodzaju obrazy, grafiki i tym właśnie stymuluje się uszkodzone części mózgu. Mózg jako zaawansowana maszyneria naszego organizmu ma bardzo ciekawą zdolność, tzw. neuroplastyczność – uszkodzone części jest w stanie przenieść do innych części, które działają prawidłowo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Martyna Zielińska z AssisTech.

Nowoczesne urządzenia mogą się okazać przełomem w rehabilitacji osób w ciężkich stanach neurologicznych, ale też w ich komunikacji z otoczeniem. W sytuacji, kiedy pacjent pozostaje unieruchomiony i nie jest w stanie skomunikować się z otoczeniem za pomocą mowy czy gestów, ruchy gałek ocznych są jedyną formą kontaktu. Śledzenie aktywności wzrokowej pacjenta pozwala sprawdzić, co konkretnie przyciąga uwagę chorego na wyświetlanym ekranie, a wszystkie jego reakcje są analizowane. Chory może też sterować komputerem poprzez wybieranie za pomocą wzroku konkretnych elementów.

– Narzędzie C-Eye wykorzystuje neurorehabilitację w kilku aspektach – w badaniu i rozwoju funkcji poznawczych, funkcji mowy, wzroku, słuchu, koordynacji słuchu i wzroku, pamięci i rozumowania. C-Eye jest kompletnym, całościowym systemem neurorehabilitacji dla chorych z bardzo poważnymi wadami bądź uszkodzeniami neurologicznymi – podkreśla Martyna Zielińska.

Choć uszkodzone komórki nerwowe nie ulegają naprawie, to istnieją inne mechanizmy, które umożliwiają poprawę stanu pacjenta – jeśli normalne sygnalizowanie potrzeb jest niemożliwe, rozwijają się inne aspekty, jak pamięć czy percepcja. C-Eye to umożliwia, np. poprzez wykonywanie przez pacjenta specjalnych zadań przy użyciu wzroku. Stymulowane są wówczas wzrok, słuch i funkcje poznawcze.

Choć narzędzie sprawdza się przede wszystkim u osób z chorobą Alzheimera czy po udarach, sprawdzi się także przy terapii dzieci.

– Obecnie C-Eye wykorzystywany jest w wielu placówkach leczniczo-opiekuńczych, w szpitalach, w szkołach specjalnych. Opracowujemy nowe wersje językowe dla zagranicznych partnerów, dla Stanów Zjednoczonych i Chin. Prowadzimy bardzo szeroki projekt badawczy, którego celem jest stworzenie kompleksowego systemu edukacyjno-rehabilitacyjnego dla dzieci w szkołach – zapowiada Martyna Zielińska.

Transparency Market Research ocenia, że do 2024 roku rynek urządzeń do neurorehabilitacji osiągnie wartość 3,2 mld dol., a średnie roczne tempo wzrostu przekroczy 15 proc.

Coface podniósł oceny ryzyka 9 krajów. Sektor motoryzacyjny w Polsce w dół

Rosnąca liczba problemów, takich jak wzrastające ryzyko polityczne, znaczne wahania cen surowców, jak również ograniczenia podaży, przyczyniła się do spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego w skali globalnej pod koniec 2018 r. i położyła się cieniem na prognozy na rok 2019 (3 proc. w 2019 r., po 3,2 proc. w latach 2017-2018). Tym razem to Europa Zachodnia odczuła skutki spowolnienia szybciej niż Stany Zjednoczone. Coface spodziewa się wzrostu liczby niewypłacalnych przedsiębiorstw w dwudziestu krajach Europy (z 26 objętych analizą) – o +1,2 proc. w strefie euro oraz o +6,5 proc. w Europie Środkowej. Taki wzrost ryzyka kredytowego dla przedsiębiorstw wynika ze spadku koniunktury, a także z utrzymującej się niepewnej sytuacji politycznej.

Czynniki te miały negatywny wpływ w szczególności na sektor motoryzacyjny. Po około ośmioletnim okresie wzrostu zaczyna on obecnie wykazywać tendencję spadkową. Potrzeba inwestycji, zwiększona konkurencyjność, zmiana stylu życia konsumentów oraz niezbędne dostosowanie się do nowych standardów zapobiegających zanieczyszczeniu środowiska – muszą zostać spełnione w kontekście dojrzałości rynku chińskiego, jak również narastającego protekcjonizmu. Taki rozwój wydarzeń skłonił Coface do obniżenia oceny dla sektora motoryzacyjnego do ryzyka średniego niemal we wszystkich krajach zachodnioeuropejskich, a także w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast w Ameryce Łacińskiej i Ameryce Północnej do ryzyka wysokiego.

Ryzyko polityczne będzie nadal stanowić poważny problem w Europie w 2019 roku. Wskaźnik Coface dotyczący ryzyka społecznego osiągnął swój najwyższy poziom od 2010 r. Takie rodzaje ryzyka pojawiają się często podczas wyborów. Należy zatem obserwować wybory w Grecji, jak również ewentualne przyspieszone wybory we Włoszech, w Hiszpanii i Niemczech. Zwiększające się niezadowolenie społeczne i wzrost popularności partii antyeuropejskich stają się na tyle istotne, że mogą doprowadzić po wyborach (które odbędą się w maju 2019 r.) do powstania bardzo podzielonego Parlamentu Europejskiego.

„Pierwszy raz od czasu kryzysu zadłużenia publicznego z lat 2011–2012, w tym roku przedsiębiorstwa muszą stawić czoła jednocześnie dwóm problemom – spadkowi koniunktury i ryzyku politycznemu”– powiedział Julien Marcilly, główny ekonomista Coface.

Gospodarki wschodzące nadal podatne na zagrożenia

Obecnie panująca sytuacja na świecie wywiera zróżnicowany wpływ na gospodarki krajów wschodzących. Spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro (prognozowane +1,6 proc. w 2019 r.) i w Stanach Zjednoczonych (+2,3 proc.) naraża rynki wschodzące na wystąpienie efektu domina, szczególnie w konsekwencji wymiany handlowej. Przewiduje się, że w tym roku tempo wzrostu w handlu światowym będzie nadal spadać (wg Coface tylko +2,3 proc. w tym roku). Jednakże, spowolnienie dynamiki wzrostu w Stanach Zjednoczonych ma także pozytywny skutek – mniejsze prawdopodobieństwo podwyższenia poziomu stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną zmniejsza ryzyko odpływu kapitału z rynków wschodzących.

W tym roku należy obserwować czynniki ryzyka politycznego w gospodarkach krajów wschodzących, w tym w Afryce, w której obywatele mają obecnie do dyspozycji więcej możliwości wyrażania swojego niezadowolenia (wskaźnik dostępności internetu potroił się od 2010 r.), w kontekście napiętego kalendarza wyborczego (Nigeria, RPA i Algieria).

Jednak, mimo niepewnej sytuacji politycznej i w zakresie bezpieczeństwa, Coface zwraca uwagę na bardziej pozytywne perspektywy dla Mozambiku (obecnie D), w którym odnotowano najwyższy poziom rezerw dewizowych od 2014 r., a tempo wzrostu gospodarczego przekracza 3 proc., oraz Rwandy (A4), gdzie notuje się stałą poprawę klimatu dla biznesu, a tempo wprowadzania reform zostało utrzymane.

Coface podnosi oceny krajowe gospodarek opartych na przemyśle naftowym, w których ceny ropy utrzymują się na umiarkowanym poziomie mimo niestabilnej sytuacji. Należą do nich: Angola (obecnie C)Azerbejdżan (B), Kanada (A2), Zjednoczone Emiraty Arabskie (A3) oraz Trynidad i Tobago (B).

Liban to jak na razie jedyny kraj, któremu obniżono w tym roku ocenę (obecnie D) z uwagi na utrzymującą się trudną sytuację gospodarczą.

Komentarz po spotkaniu RPP – Stopy procentowe w Polsce pozostaną stabilne

Stopy procentowe w Polsce pozostaną stabilne. Wzrost gospodarczy w 2018 r. może wynieść powyżej 4%.

RPP podjęła dziś decyzję w sprawie stóp procentowych. Interesujące w kontekście owej decyzji było to, jak późno nadeszła – dopiero o godzinie 14:45. Zazwyczaj ruch ogłaszany jest mniej więcej godzinę lub dwie wcześniej. Na informację o stopach procentowych Rada kazała inwestorom czekać najdłużej od ponad czterech lat. Nie oznacza to jednak, że spotkanie przyniosło istotne zmiany. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%.

W kontekście spotkania Rady warto wspomnieć, że istotnie nie zmienił się ton prezesa Glapińskiego i dwóch pozostałych członków RPP obecnych na konferencji (prof. Grażyny Ancyparowicz i dr hab. Eryka Łona). Prezes Rady powtarza, że w najbliższej przyszłości nie spodziewa się podwyżek stóp procentowych. Zgodnie z jego oceną stopy procentowe mają pozostać stabilne w tym roku, z dużym prawdopodobieństwem nie zmienią się również w przyszłym.

W kontekście sytuacji gospodarczej, w oświadczeniu Rada Polityki Pieniężnej zwraca uwagę na pogorszenie koniunktury globalnej i wzrost ryzyk. Prezes Glapiński jednak nadal pozytywnie wyraża się na temat bieżącej sytuacji w kraju, wielokrotnie wspominając o „cudzie gospodarczym”. Jednocześnie w trakcie konferencji członkowie RPP stwierdzili, że niewykluczone, iż wzrost PKB w Polsce w bieżącym roku wyniesie ponad 4%. W związku z tym można spekulować, że w górę pójdzie projekcja wzrostu gospodarczego DAE NBP (listopadowa sugeruje wzrost w 2019 r. na poziomie bliskim 3,6%).

Podsumowując: zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe pozostaną niezmienione prawdopodobnie przez całość 2019 r. a może i dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Świetne prognozy MFW. Polski dług ostro w dół

Najnowsze dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do PKB spadnie poniżej 45 proc. w 2020 r. To o niemal 9 pkt proc. mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r. – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) opublikował najnowsze prognozy dla Polski w opracowaniu Article IV Consultation. Fundusz przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej potencjalnego tempa wzrostu (ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do 3 kwartału 2018 r.) oraz zaskakująco dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i np. wpływy do ZUS-u.

Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus. Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Znacznie ciekawszym elementem publikacji jest natomiast analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Uległa ona zasadniczej poprawie w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku. Co przede wszystkim pomogło uzyskać tak świetny wynik?

Dług poniżej 45 proc. PKB

Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Jest to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do np.  zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” (WPFP) uchwalonego przez Radę Ministrów.

W „WPFP” zadłużenie do PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne. Zresztą prognozy „WPFP” nie były realizowane z sukcesem ze względu na finalnie niższy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe od zapowiedzi oszczędności.

Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne w analogicznym raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc. To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Wyrastamy z długu…

Przede wszystkim w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc. To oznacza bardzo silne zwiększenie mianownika w formule dług do PKB.

Z kolei w przypadku wartości deficytu, który wpływa na licznik, wartości zostały zrewidowane w dół. Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek deficyt wyniesie w 2018 r. oraz w 2019 odpowiednio 0,9 oraz 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 zarówno w 2018, jak i w 2019 r. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.

Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż spodziewano się wydatkami, które także są efektem przede wszystkim dobrej koniunktury zewnętrznej i wzrostu zatrudnienia  związanego z imigracją. Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur czy redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

…ale konieczna wyjątkowa ostrożność

Cześć z tych sprzyjających trendów nadal powinna być widoczna w 2019 r., co pokazuje wzrost powyżej potencjału. Kolejne lata (po 2020) będą już znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej, mała jest szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.

Kluczowe więc teraz jest utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych i założenie, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.

Jacy pracownicy byli poszukiwani w styczniu 2019 roku? Raport GoldenLine

W styczniu 2019 za pośrednictwem Wyszukiwarki Kandydatów wiadomość od rekrutera otrzymały 25 324 osoby posiadające profil zawodowy w serwisie GoldenLine. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów: IT – rozwój oprogramowania, Inżynieria, Finanse/Ekonomia, Produkcja oraz Sprzedaż. Najwięcej wiadomości rekruterzy wysłali do osób mieszkających w województwie mazowieckim, śląskim i dolnośląskim, a także do tych w wieku 27-36 lat.Jacy pracownicy byli poszukiwani w styczniu 2019 roku

Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów?

Wyszukiwarka Kandydatów wspiera pracodawców w bezpośrednim dotarciu do kandydatów. W styczniu 2018 roku wiadomość od rekrutera z zaproszeniem do procesu rekrutacji za pośrednictwem GoldenLine otrzymało 25 324 użytkowników posiadających profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, wśród osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, 16% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT – rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (13%), na trzecim zaś Finanse/Ekonomia (11%). Tuż za podium uplasowały się osoby ze specjalizacją Produkcja (10%) oraz Sprzedaż (9% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, miało zaznaczoną na profilu tę specjalizację).

Jaki jest wiek poszukiwanych pracowników?

W styczniu 2019 roku najwięcej ofert otrzymali kandydaci pomiędzy 27. a 36. rokiem życia; 52% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, było w tym wieku. 8% zapytanych przez rekrutera osób było w wieku 18 – 26 lat. Z kolei 25% osób, które zostały bezpośrednio zaproszone do procesu rekrutacji, znalazło się w przedziale wiekowym 37 – 44 lata.

Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?

W styczniu na GoldenLine najwięcej wiadomości od rekrutera otrzymały osoby mieszkające w województwie mazowieckim (25%), śląskim (13%), dolnośląskim (13%), małopolskim (11%) i wielkopolskim (10%). Przy tym największe zapotrzebowanie rekrutacyjne jest w dużych miastach – spośród osób, które otrzymały w ubiegłym miesiącu wiadomość od rekrutera, 18% mieszka w Warszawie, 8% we Wrocławiu, 8% w Krakowie, 6% w Poznaniu oraz 4% w Łodzi.

Znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?

Znajomość języków obcych również jest istotna dla rekruterów. Wśród 25 324 osób, które otrzymały na GoldenLine zaproszenie do procesu rekrutacji bezpośrednio od pracodawcy, 82% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 31% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (10% użytkowników). Język francuski oraz język hiszpański zna 5% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji.

Jakich pracowników poszukiwali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?

W styczniu 2019 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 3 010 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (17%), śląskie (10%), dolnośląskie (9%), małopolskie (8%) oraz łódzkie (7%).

Jak wynika z analiz GoldenLine, największa liczba ofert była skierowana do osób pracujących w obszarze Produkcja i objęła 21% wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (15%), Obsługa klienta/Call Center (13% wszystkich ofert), Inżynieria/Elektronika/Technologia (12% ofert) oraz Budownictwo/Geodezja (7%).

Kurs dolara zwyżkuje po danych z USA

Informacje płynące z USA wspierają umocnienie dolara względem euro. Ten sam ruch jest wspierany przez słabsze dane z Niemiec. Rada Polityki Pieniężnej i stopy procentowe w Polsce.

Dobre dane wsparły dolara

Indeks PMI dla usług wyniósł dokładnie tyle co oczekiwano. 54,2 punktu to co prawda o 0,2 punktu mniej niż przed miesiącem, ale wciąż wyraźnie powyżej granicy 50 punktów symbolicznie rozdzielającej rozwój od recesji. Raport ISM dla usług wyniósł z kolei 56,7 punktu to dobry wynik chociaż nieznacznie gorszy od oczekiwań. Dane te pomogły umacniać się dolarowi względem głównych walut.

Zadyszka Niemiec

Zamówienia w niemieckim przemyśle spadają w ujęciu rocznym o 7% po uwzględnieniu czynników sezonowych. Są to gorsze od oczekiwań danych, ale analitycy nie mieli złudzeń, że dobrze nie będzie. Dlatego właśnie prognozowali spadek o 5,7%. Są to kolejne już słabsze dane pokazujące, że główny motor napędowy Unii Europejskiej ma problemy. Słabsze dane pozwoliły przedłużyć rajd dolara, który od kilku dni wyraźnie umacnia się względem euro.

Stopy procentowe w Polsce

Dzisiaj posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Analitycy nie mają wątpliwości, nie dojdzie dzisiaj do podwyżek stóp procentowych. Ważniejsza będzie konferencja prasowa po samym spotkaniu. Coraz głośniejsze są komentarze, że podwyżki stóp procentowych w Polsce w ogóle się nie odbędą. Nie tylko do końca 2019 roku jak dotychczas sądzono, ale nawet dłużej. Coraz więcej osób przewiduje, że w przypadku spowolnienia w Europie mogłoby dojść nawet do obniżki. Gdyby RPP obniżała stopy procentowe byłaby to negatywna informacja dla notowań klienta.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – handel zagraniczny

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

National Sales Congress – druga edycja już 28 marca 2019 na PGE Narodowym

National Sales Congress

To wydarzenie dedykowane managerom i dyrektorom sprzedaży, charakteryzujące się kompleksowym zakresem tematycznym oraz wysoką merytoryką wystąpień uznanych praktyków, trenerów biznesu i wykładowców programów MBA.

Pierwsza edycja okazała się wielkim sukcesem gromadząc ponad 500 uczestników – managerów wyższego szczebla, dyrektorów oraz przedstawicieli zarządów firm.

Całości przyświeca idea dążenia do mistrzostwa w swojej dziedzinie, dlatego w bloku poświęconym motywacji będzie można posłuchać m.in. prelekcji Mistrzów Świata: Jakuba B. Bączka – złotego medalisty Mistrzostw Świata jako trener mentalny kadry narodowej siatkarzy oraz Jerzego Górskiego – Mistrza Świata Double Ironman, którego historia zainspirowała twórców filmu „Najlepszy”.

National Sales Congress to aż cztery wydarzenia jednego dnia:

Kongres sprzedażowy – 10 tematów z zakresu skutecznej sprzedaży, negocjacji handlowych, personal brandingu i social sellingu. Wśród prelegentów. m.in. Jacek Kotarbiński – ekonomista, uznany autorytet i międzynarodowy ekspert w zakresie marketingu, rozwoju innowacji i zarządzania sprzedażą, Nikolay Kirov – wykładowca na studiach MBA, doradca w zakresie negocjacji, budowania relacji w biznesie i rozwoju, Agnieszka Grostal – wieloletni praktyk sprzedaży, strateg działań sprzedażowych i marketingowych, Wojciech Szaniawski – czołowy polski ekspert ds. kreowania wizerunku, współpracujący m.in. z Grzegorzem Krychowiakiem i Jerzym Dudkiem.

Kongres Managerów – program poświęcony zarządzaniu sprzedażą i zespołami handlowymi. Możliwość uczestniczenia w wystąpieniach profesorów kierunków MBA i EMBA – najbardziej prestiżowych na świecie kwalifikacji menadżerskich. Na scenie wystąpią m.in. Andrzej Falkowski -profesor zwyczajny, dyrektor Instytutu Psychologii Ekonomicznej, Karina Popieluch – wykładowca MBA, trener biznesu, wieloletni praktyk zarządzania sprzedażą oraz Bogdan Sosnowski – Business Sales Director Indirect Channel w PLAY (P4 Sp. z o.o.).

Warsztaty “”Trening pokonywania obiekcji w oparciu o indywidualny mechanizm oporu “trudnego” klienta” prowadzone przez Sebastiana Goszcza – który doda sportowego ducha dzięki blisko 20-letniemu doświadczeniu w zarządzaniu zespołami i sprzedażą w branży fitness.

Networking biznesowy – świetna okazja do nawiązania nowych relacji biznesowych dzięki moderowanej strefie przez Akademię Rekomendacji Grzegorza Turniaka

Udział w Kongresie potwierdzony jest certyfikatem sygnowanym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce oraz Kirov Strategic Negotiators – wiodąca w Polsce firma szkoleniowo-konsultingowa specjalizująca się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych,.

Więcej informacji na: www.nationalsales.pl

Możemy spodziewać się stabilizacji lub niewielkiego wzrostu bezrobocia

W styczniu bezrobocie wzrosło i może być jeszcze wyższe. W najbliższych miesiącach przedsiębiorcy nie będą już tak znacząco podnosili wynagrodzeń, jak to miało miejsce w ubiegłym roku.

Stopa bezrobocia w styczniu br. wyniosła 6,2 proc. i w porównaniu do grudnia ubiegłego roku wzrosła o 0,4 pkt. proc. Zgodnie z prognozami, dane resortu pracy wskazują na zakończenie okresu systematycznej poprawy sytuacji na rynku pracy. W kolejnych miesiącach możemy się spodziewać stabilizacji lub niewielkiego wzrostu stopy bezrobocia i liczby zarejestrowanych bezrobotnych.

W styczniu 2019 roku mamy do czynienia ze wzrostem stopy bezrobocia o 0,4 pkt proc., co zdecydowanie przewyższa poziom zmian odnotowywanych w analogicznym okresie, w latach ubiegłych. To pozwala postawić tezę, że wzrost bezrobocia ma inne przyczyny niż tylko sezonowość rynku pracy.

Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy ponownie przekroczyła 1 mln. Mimo tego, że wartości wskaźników stopy bezrobocia i liczby bezrobotnych są korzystniejsze niż rok temu, to widać wyraźnie, że rynek pracy wchodzi w fazę osłabienia dynamiki wzrostu liczby pracujących i zapotrzebowania na pracę. W konsekwencji w najbliższych miesiącach wzrost wynagrodzeń nie będzie już tak znaczący jak w roku ubiegłym.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Polacy chcą mieć wpływ na działania HR i cenią wymagającego szefa

Czasy, w których pracownik był wyłącznie narzędziem w rękach pracodawcy i posłusznie wykonywał powierzone mu obowiązki odchodzą do lamusa. Aż 92% Polaków chce mieć wpływ na działania HR, rozwój firmy i uczestniczyć w tworzeniu kultury organizacji – wynika z raportu „Cztery osobowości – jeden rynek pracy” przygotowanego przez Antal i Sodexo.

Obecnie pracownicy mają znacznie wyższą świadomość wpływu na firmę, niż miało to miejsce kiedyś. Ten fakt dotyczy już wszystkich pokoleń funkcjonujących na rynku pracy. Polacy duże znaczenie przykładają do możliwości decydowania o kierunkach rozwoju organizacji i kształtowania jej kultury. Jak wynika z raportu „Cztery osobowości – jeden rynek pracy” zdecydowana większość, bo aż 92% pracowników chce mieć wpływ na działania HR w firmie.

Polacy doskonale wiedzą, że stanowią istotne ogniwo firmy oraz znakomicie orientują się w realiach rynku pracy. Nie chcą być biernym elementem struktury organizacji, ale aktywnie kształtować jej kulturę i sposób zarządzania. Dlatego obecnie zespoły HR – poza polityką wynagrodzeń finansowych, świadczeniami motywacyjnymi i rozwojowymi – stawiają na tworzenie pozytywnych emocji związanych z pracą i daną organizacją. Jednym z przykładów jest np. wdrażanie pracowników w działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu i zrównoważonego rozwoju czy wsparcie zdrowego stylu życia. Tego rodzaju aktywności przynoszą obopólne korzyści: pracownicy czują się potrzebni i doceniani przez pracodawcę, a pracodawca zyskuje zaangażowany i lojalny zespół.
-Artur Skiba, prezes firmy rekrutacyjnej Antal

Oczekiwania wobec szefa

Na styl zarządzania i rozwój zespołów niezmiennie mają wpływ liderzy. Raport „Cztery osobowości – jeden rynek pracy” wyraźnie pokazuje, że Polacy u swoich szefów cenią sprawiedliwość. Przełożony powinien być wymagający i mobilizować do działania – takiego zdania jest 74% pracowników, jedynie 26% woli postawę przyjacielską. Ważne jest także dostrzeganie obaw i rozumienie potrzeb.

Jakie potrzeby mają pracownicy? Z raportu wynika, że w pracy nieco więcej niż połowa Polaków, bo 66%, chce podjąć się realizacji nowych zadań czy wziąć na siebie odpowiedzialność za zespół. Znacznie więcej, bo 92% chce samodzielnie decydować o własnym rozwoju, m.in. zdecydować na jakie szkolenie pójdzie, czy mieć wpływ na ofertę świadczeń pozapłacowych. Warto na tę potrzebę odpowiedzieć i tworząc system motywacyjny zaproponować model kafeteryjny, z którego pracownik sam wybierze interesujące go szkolenia. Dobrze jest także pozwolić mu zdecydować, czy woli dofinansowanie posiłków, czy może bilety do kina.
-Monika Sielicka-Hamala, Dyrektor Działu Zarządzania Zasobami Ludzkimi Sodexo Benefits and Rewards Services Polska

Raport „Cztery osobowości – jeden rynek pracy” opracowany przez Antal i Sodexo prezentuje oczekiwania pracowników wobec idealnego pracodawcy, w tym te odnoszące się do czasu i miejsca pracy, wynagrodzenia i świadczeń pozapłacowych. To także skarbnica wiedzy nt. atmosfery, jaką Polacy preferują w organizacji, stylu komunikacji i zarządzania. Raport jest źródłem informacji na temat sposobów motywacji pracownika w zależności od jego osobistych preferencji, doświadczenia, a także branży tj. handel, IT czy finanse.

Grupa Recykl zawarła umowę na II część prac budowlanych oraz zamówiła linię technologiczną dla nowego zakładu w Chełmie

Grupa Recykl, lider rynku zagospodarowywania odpadów poużytkowych w postaci zużytych opon, podpisał ostatnie umowy w zakresie realizacji nowego zakładu produkcyjnego w Chełmie. Prace budowlane zakończą się w połowie bieżącego roku, a linia produkcyjna zostanie dostarczona i uruchomiona  do końca lipca. Jednocześnie firma zaktualizowała oczekiwany termin rozruchu zakładu i start działalności operacyjnej z IV na III kwartał 2019 roku.

Grupa Recykl jesienią minionego roku podpisała umowę z wykonawcą I części prac budowlanych, obejmujących głównie budowę hali produkcyjnej, laboratorium jakości i zaplecza socjalnego. Wartość prac wynosi 9,912 mln zł, a ich termin zakończenie upływa wiosną bieżącego roku. Obecnie zawarto umowę na II, ostatnią część prac (dotyczących budowy biura, placów i boksów magazynowych oraz dróg wewnętrznych i uzbrojenia terenu) na kwotę 10,18 mln zł, które zakończą się w połowie roku. Ponadto w ostatnim czasie zarząd firmy zawarł kluczową umowę z wieloletnim partnerem, duńskim koncernu Eldan Recykling, na dostawę kompletnej linii technologicznej na kwotę 5,482 mln euro, tj. ok. 23,5 mln zł.

Podpisaliśmy ostatnie umowy z dostawcą linii technologicznej oraz wykonawcą II części prac budowlanych. Jednocześnie informujemy o wyższym łącznym koszcie inwestycji, który wyniesie  50  mln zł. To skutek wzrostu nakładów na roboty budowlane, jak też uwzględnienia wszystkich elementów projektu, wykraczających poza koszty kwalifikowane projektu B+R, realizowanego wspólnie z PAPR. Liczymy, że uda nam się rozpocząć działalność operacyjną nieco wcześniej wobec pierwotnych założeń, czyli w III kwartale bieżącego roku – Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Zarządu Grupy Recykl.

Firma w ostatnim czasie uzyskała ze strony Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej  certyfikację znaków towarowych, co pozwala jej na sprzedaż produktów i usług w formie marek własnych. Jeden z nich dotyczy produktu, którego wytwarzanie planowane jest w nowym zakładzie w Chełmie. Pięć zarejestrowanych znaków towarowych obejmuje produkty GreenGran (już sprzedawany granulat), Polirub i Xerit (produkty powstałe w toku badań z NCBiR), Smapol (granulat z grupy mieszanek SMA, planowany do produkcji w Chełmie) oraz Oponum (projekt sprzedaży internetowej opon używanych). Okres rejestracji znaków upływa 19 lipca 2028 roku, a przed jego upływem możliwe jest jego przedłużenie.

Rejestracja znaków towarowych to kolejny sukces, który pozwoli sprzedawać nasze produkty na rynku europejskim w formie marek własnych. To buduje rozpoznawalność i pozycję Grupy Recykl, co jest szczególnie istotne w kontekście nowych produktów wytwarzanych w Chełmie. Chcemy oferować je także klientom spoza Europy – dodał Maciej Jasiewicz.

Mariusz Hoszowski: Jak pozyskać pracownika z zagranicy?

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Kluczowym elementem zachowania ciągłości działalności przedsiębiorstwa jest kadra pracownicza. W zeszłym roku polscy pracodawcy mieli duże problemy z uzupełnianiem braków etatowych rodzimymi pracownikami, stąd ich uwaga została skierowana w stronę potencjału pracowniczego cudzoziemców. Jak wygląda proces pozyskiwania pracowników z zagranicy? Czy robienie tego „na własną rękę” jest dobrym rozwiązaniem? Na te pytania odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Pozyskiwanie i kierowanie zasobami ludzkimi w polskich przedsiębiorstwach staje się coraz bardziej problematyczne. Jak się okazuje, rosnący problem z zapełnianiem braków kadrowych oraz niskie bezrobocie doprowadziło do sytuacji, w której pracownicy zagraniczni przestali być sposobem na oszczędność, lecz stali się ratunkiem dla funkcjonowania wielu polskich firm. Aby móc zachować stabilność prowadzonego biznesu, pracodawcy zaczęli na własną rękę poszukiwać i rekrutować obcokrajowców. Jednak, czy taki proces faktycznie można przeprowadzić samodzielnie?

S jak samodzielność

Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, jeżeli pracodawca poszukuje jednego lub niewielkiej ilości osób z zamiarem zatrudnienia ich na stałe i zapewnienia im relokacji oraz odpowiednich warunków do życia, to teoretycznie może się podjąć takiego zadania. Jednak w przypadku chęci utrzymania określonego i długofalowego poziomu zatrudnienia osób spoza Polski, musimy skorzystać z usług wyspecjalizowanej firmy: „Podjęcie się samodzielnej rekrutacji pracownika z zagranicy często wiąże się z wieloma zagrożeniami. Ze względu na aktualną strukturę rynków pracy wielu krajów europejskich, przed potencjalnymi kandydatami otwiera się ogromny wachlarz możliwości zatrudnienia, oczywiście nie koniecznie w Polsce. Częstym przypadkiem jest również pozyskiwanie pracowników o wiele niższych kwalifikacjach lub wyrabianie na koszt pracodawcy dokumentów, dzięki którym zagraniczny pracownik przekroczy granicę i skieruje się w stronę konkurencyjnych rynków”.

Dodatkowym utrudnieniem dla samodzielnego uzupełnienia kadry pracowniczej cudzoziemcami jest również proces legalizacji pobytu. Kolejki do zarejestrowania dokumentów w większości polskich placówek dyplomatycznych na Wschodzie są bardzo długie, a czas oczekiwania może wynosić nawet kilka miesięcy. „W ostatnim czasie w naszym kraju były planowane ułatwienia w pozyskiwaniu pracowników z zagranicy – chodzi tu dokładnie o zmiany legislacyjne, pozwalające przedłużyć okres pobytu takiego pracownika w Polsce oraz ułatwiające cały proces. Niestety, projekty te zostały anulowane, pozostawiając Polskę w tyle za swoimi sąsiadami, ułatwiającymi z roku na rok dostęp do swoich rynków pracy. Patrząc więc na działanie samych urzędów wojewódzkich i ich półtoraroczne wydawanie decyzji o kartach pobytu, wielu przedsiębiorców może mieć wyjątkowe trudności z samodzielnym przejściem niedogodności generowanych przez tę ogromną machinę prawną” – mówi Mariusz Hoszowski.

Popularna wśród pracodawców rekrutacja poprzez ogłoszenia w prasie i Internecie również niesie za sobą wiele komplikacji – wydłużenie czasu poszukiwania, pozyskanie gorszej jakości pracownika oraz brak opłacalności samego przedsięwzięcia. Czy w takim wypadku rozwiązaniem jest skorzystanie z usług agencji pracy lub firmy outsourcingowych?

Supermoce i rozległe kontakty

Pracodawca decydujący się na współpracę z agencjami pracy może liczyć na całkowicie inny tryb pozyskiwania kadry pracowniczej. Posiadając własne przedstawicielstwo, struktury, pracowników i partnerów biznesowych w różnych punktach za granicą, agencje pracy i firmy outsourcingowe posiadają stałe źródło dopływu wszelkiego rodzaju pracowników. „Mówiąc tylko o Ukrainie – nasza firma poszukuje pracowników poprzez sieć pięciuset współpracowników – partnerów biznesowych lub przedstawicielstwa. W przypadku innych krajów, ilość tych punktów nie jest aż tak imponująca, jednak w porównaniu z możliwościami pojedynczej firmy, to proces poszukiwania nie sprowadza się jedynie do publikacji ogłoszenia w gazecie.” – mówi Prezes firmy Smart Work.

A jak wygląda sama współpraca takiej instytucji z klientem? Jak mówi Mariusz Hoszowski, kluczem każdej kooperacji jest odpowiednie rozpoznanie potrzeb danej firmy. „Podstawową kwestią jest poznanie struktury firmy i określenie jej aktualnych wymagań dotyczących rodzaju pracy, kwalifikacji pracowników oraz zmianowości. Oprócz tego, istotnym czynnikiem jest lokalizacja zakładu pracy i miejscowego rynku nieruchomości, potrzebnego w procesie relokacji zagranicznych pracowników. Jak widać, jest to bardzo złożony proces logistyczno-koncepcyjny, na podstawie którego w późniejszym czasie poszukiwani są w kilkuset miejscach pracownicy o odpowiednich dla danego klienta kwalifikacjach”.

Podgląd współpracy

Jak zatem wygląda współpraca z agencją pracy – na przykład taką jak Smart Work? „Do każdego klienta zostaje przydzielony konkretny opiekun. Oprócz tego, do zakładów pracy trafiają koordynatorzy, odpowiedzialni za wprowadzenie zagranicznych pracowników do pracy, nadzór nad ich zadaniami oraz rozwiązywaniem ich problemów legislacyjnych i pobytowych. Ilości zasobów kadrowych są elastycznie dobierane i stanowią przedłużenie struktur organizacyjnych klienta. Warto zaznaczyć, iż w kwestii nie sprawdzania się danego pracownika na konkretnym stanowisku, zostaje on zastąpiony bardziej odpowiednią osobą, a jemu samemu proponowane jest inne zajęcie lub przeniesienie do innego zakładu pracy. Współpraca jest więc dogodna jest nie tylko dla klienta, ale również dla dostarczanego przez nas pracownika.” – wyjaśnia prezes Smart Work.

FedEx Express skróci czas doręczeń przesyłek w Europie

Dzięki wykorzystaniu rozbudowanej sieci drogowej TNT, FedEx jest teraz w stanie zaproponować jeszcze szybsze doręczenia przesyłek ekonomicznych na terenie Europy.

Oferowane przez FedEx przesyłki Intra-European Economy to jedna z najczęściej wybieranych usług przez europejskich klientów firmy. Standardowy termin ich doręczenia na terenie UE wynosi od 2 do 5 dni roboczych. Na trasach, na których oferowana jest usługa FedEx Economy, oszczędność czasu sięgnie 40%. Ten kolejny ważny krok w kierunku pełnej integracji operacyjnej obu firm, pozwoli na zwiększenie efektywności doręczeń i dalszą poprawę jakości świadczonych usług.

Bert Nappier - prezes FedEx Express i dyrektor TNT
Bert Nappier – prezes FedEx Express i dyrektor TNT

Zarówno dla naszych klientów, jak i pracowników, jest to bardzo istotne wydarzenie, wyraźnie pokazujące, jak integracja obu organizacji pozwala nam zaoferować usługę szybszą i jeszcze lepiej dopasowaną do potrzeb europejskich przedsiębiorców” – mówi Bert Nappier, prezes FedEX Express i CEO TNT. „Dzięki integracji z TNT budujemy największy w Europie biznes logistyczny, a połączenie naszych sieci przesyłek ekonomicznych to kolejny krok w tym kierunku” – dodaje.

Skrócenie czasów doręczeń przesyłek zostanie wprowadzone w pierwszej kolejności w Niemczech, Wielkiej Brytanii, krajach Beneluksu, Polsce oraz Hiszpanii. Kolejne kraje europejskie  będą włączane do projektu w 2019 r. w miarę łączenia kolejnych oddziałów FedEx i TNT w Europie, przesyłki będą doręczać kurierzy w uniformach z logotypami obu firm. W trosce o wygodę klientów, bez zmian pozostaną natomiast systemy zarządzania przesyłkami, wsparcia klientów, a także fakturowania.

Dzięki integracji z TNT, FedEx Express znacząco wzmocnił swoją pozycję na rynku europejskim. Sieć drogowa TNT składa się tu z 55000 obsługiwanych tygodniowo tras, pomiędzy ponad 540 oddziałami w 45 europejskich państwach. Jeszcze przed przejęciem TNT, FedEx posiadał w Europie 39 samolotów, ponad 5000 pojazdów i operował z 46 europejskich lotnisk.

Na Uniwersytecie Warszawskim opracowano nowatorskie urządzenie do monitorowania hemodializ

Na Uniwersytecie Warszawskim opracowano nowatorskie urządzenie do monitorowania hemodializ. Poddaje ono chemicznej analizie płyn podializacyjny, co pozwoli zwiększyć efektywność prowadzonych terapii i przełoży się na poprawę jakości życia pacjentów. Podnosi także bezpieczeństwo samego zabiegu.

Prototyp urządzenia znajduje się w fazie intensywnych testów prowadzonych we współpracy z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym. Analizator bezobsługowo wykonuje ciągły pomiar toksyn usuwanych z organizmu pacjenta w płynie podializacyjnym. Dzięki temu metoda działania jest dla pacjenta całkowicie nieinwazyjna. Lekarz i personel obsługujący pracę maszyn do hemodializy (tzw. sztucznych nerek), dzięki wynalazkowi może śledzić bieżący postęp zabiegu i uzyskuje ilościową informację o efektywności prowadzonej terapii, co pozwala podjąć decyzję o optymalnym momencie zakończenia zabiegu (skróceniu lub wydłużeniu zabiegu), a także sprawdzać, czy sam zabieg przebiega prawidłowo i odpowiednio zareagować.

Opracowane na Uniwersytecie Warszawskim rozwiązanie przeszło wstępne fazy badań, w trakcie których potwierdzono jego skuteczność. Wynalazek rozwijany jest przez uniwersytecką spółkę spin off – Microanalysis, założoną przy wsparciu Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii (UOTT).

Na czym polega przełom?

Standardowo krew pacjentów poddawanych hemodializom analizuje się raz na kilka tygodni. W oparciu o wyniki badania wykonywanego przed i po zabiegu oraz indywidualną charakterystykę pacjenta lekarz planuje, zgodnie z ustalonymi regułami, m.in. częstotliwość i czas trwania kolejnych dializ. Nie jest jednak w stanie uwzględnić wielu czynników wpływających na efektywność pojedynczych zabiegów, ponieważ zmieniają się one z dnia na dzień. Przez to czas trwania planowanych hemodializ jest w pewnym stopniu wyznaczany teoretycznie i nie odzwierciedla bieżących potrzeb pacjenta. Opracowany analizator można zintegrować z dowolnym modelem sztucznej nerki, co pozwala monitorować każdy proces hemodializy w czasie rzeczywistym, w oparciu o prezentowane na bieżąco dane.

Zastosowanie urządzenia oznacza także wzrost bezpieczeństwa hemodializy. Jeśli zabieg prowadzony jest nieprawidłowo, dodatkowe urządzenie monitorujące wykryje natychmiast taki problem, co wyeliminuje występujące niekiedy sytuacje, w których pomimo przetaczania krwi nie jest ona oczyszczana z toksyn. Co prawda, jeśli jedna dializa nie będzie przeprowadzona prawidłowo, nie spowoduje to znaczącego uszczerbku na zdrowiu pacjenta, ale z pewnością wpłynie na jego ogólne samopoczucie, a jeśli taka sytuacja będzie się powtarzać, znacząco zwiększa to ryzyko powikłań podializacyjnych (zespół niewyrównania, cukrzycy, hiperfosfatemii).

„Nasze urządzenie ma charakter uniwersalny – działa z każdym modelem sztucznej nerki. Działa także w sposób selektywny – w płynie podializacyjnym znajdują się różne toksyny, m.in. mocznik, kreatynina i fosforany – tzw. toksyny wzorcowe. Nasz analizator oznacza te substancje w czasie rzeczywistym. Na bieżąco można obserwować, że ilość toksyn w płynie w trakcie trwania dializy się zmniejsza aż do pożądanego poziomu, co pozwala skrócić czas uciążliwego zabiegu. Na podstawie danych z monitorowania poziomu i zawartości toksyn, lekarz prowadzący może stwierdzić, jak dobrze jest wykonana dializa, a także wyciągnąć różne inne wnioski do wykorzystania w terapii i w leczeniu przyszłych pacjentów” – tłumaczy dr hab. Łukasz Tymecki.

Komercjalizacja

Koncepcja urządzenia monitorującego wykorzystującego w 100% metody chemiczne jest jak dotąd unikalna. Firmy produkujące sztuczne nerki oferują ich doposażenie w podzespoły monitorujące dializę, ale uzyskują one dane o dializie w oparciu o pomiar fizykochemiczny, np. poprzez pomiar przewodnictwa dializatu. Przy tym implementacja tych dodatkowych elementów wydatnie zwiększa cenę aparatu do dializy. Tymczasem urządzenie rozwijane przez Microanalysis stanowi jedynie ułamek ceny sztucznej nerki.

„Uruchomienie spółki to kolejny krok na drodze od pracy naukowej do wdrożenia wynalazku w realnym życiu. Na tym etapie zależy nam, aby przejść z fazy badań i testów do fazy rynkowej. Analizator daje nadzieję wielu dializowanym pacjentom na podniesienie jakości ich życia i zwiększenie bezpieczeństwa. Również z perspektywy lekarzy możliwość bieżącego analizowania danych z procesu hemodializy stwarza duże możliwości udoskonalania obecnie stosowanych reguł postępowania w terapiach” – mówi dr hab. Łukasz Tymecki.

Komercjalizacja projektu jest jednak wyzwaniem. Przygotowanie produktu do sprzedaży wymaga zaangażowania znacznych środków. Najważniejsze cele spółki to przede wszystkim potwierdzenie poprawności pracy urządzenia w kolejnych testach. Istnieje także potrzeba jego udoskonalenia na poziomie konstrukcyjnym – chodzi o optymalizację ergonomii użytkowania i warstwy wizualizacji danych.

„Jesteśmy chemikami, konstruktorami, ale wciąż brakuje nam kompetencji elektronicznych, inżynierskich. Do rozwinięcia projektu potrzeba ekspertów sprzętowych. Powstała spółka będzie poszukiwać ludzi i funduszy, którzy są niezbędni, żeby projekt doprowadzić do szczęśliwego finału” – mówi mgr Michał Michalec.

„Rynek medyczny jest żywo zainteresowany wynalazkiem rozwijanym przez Microanalysis. Dowodzą tego pierwsze rozmowy na temat komercjalizacji, w tym także z potencjalnymi partnerami zagranicznymi, którzy chcą współpracować ze spółką spin off. Na tym etapie wciąż rozważane są różne modele współpracy – zarówno sprzedaż licencji, jak również oferowanie gotowych urządzeń” – mówi dr Robert Dwiliński, dyrektor Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii UW.

Jak w wielu podobnych przypadkach, wynalazek został opracowany w oparciu o prowadzone badania podstawowe realizowane przez dr. hab. Łukasza Tymeckiego i mgr. Michała Michalca na Wydziale Chemii UW, założycieli spółki spin off Microanalysis. Prace nad stworzeniem osobistego monitora dializ bazującego na informacjach, które można uzyskać z płynu podializacyjnego, prowadzone są od 2011 roku. Od początku ich celem było opracowanie nowych, miniaturowych metod detekcji chemicznej do stworzenia przenośnych, tanich urządzeń, które pozwolą podnieść jakość życia dializowanych pacjentów.

Hemodializa: w oczekiwaniu na przeszczep

Według danych podawanych przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Dializowanych, na niewydolność nerek cierpi w Polsce blisko 4,5 mln osób. Jednak ogromnej większości z nich nigdy nie zostanie postawiona diagnoza. Choroby nerek pozostają niezdiagnozowane, ponieważ zwykle bardzo długo nie dają żadnych objawów. Niewydolność nerek ma bardzo duży wpływ na powikłania związane z innymi chorobami, a czasem to inne choroby wywołują niewydolność nerek.

Gdy nerki przestają prawidłowo działać, konieczna jest terapia nerkozastępcza. Jedyną metodą leczenia skrajnej niewydolności nerek jest transplantacja. Przeszczepiona nerka może przejąć wszystkie funkcje usuniętego, uszkodzonego narządu. Jednak ze względu na czas oczekiwania na przeszczep nerki (od roku do kilku lat), stosowane są metody leczenia nerkozastępczego. Jedną z nich jest hemodializa. Zabiegi te są prowadzone w Polsce w sieci 300 stacji dializ i rocznie jest im poddawanych ok. 19 tys. pacjentów. Na przeszczep nerki każdego roku może liczyć tylko ok. 1 tys. dializowanych.

Hemodializa to zabieg ratujący życie, w którym wykorzystuje się specjalne urządzenie – dializator do usuwania toksyn oraz nadmiaru wody z krwi. W trakcie zabiegu, krew z tętnicy pacjenta przepływa do urządzenia, gdzie jest na bieżąco oczyszczana i następnie wraca do organizmu. Standardowo, hemodializy przeprowadza się w warunkach ambulatoryjnych. Trwają zwykle kilka godzin (od 4 do 8) i są prowadzone kilka (najczęściej 3) razy w tygodniu. Wielu pacjentów dializowanych w takim trybie narzeka na złe samopoczucie i rozmaite dolegliwości. Konieczność takiego leczenia jest również uciążliwa i utrudnia wykonywanie pracy zawodowej. Dlatego wprowadzane są programy dializ wykonywanych codziennie (skraca się ich czas do 2-3 godzin) lub w innym trybie, dializy otrzewnowej, w nocy (czas takiej dializy to od 8 do 12 godzin). W każdym wariancie jakość życia pacjentów jest bardzo obniżona. Są oni zobowiązani m.in. do przyjmowania szeregu leków, stosowania odpowiedniej diety i ograniczania przyjmowania płynów. Pojawiają się również powikłania.

Oczywiście największy problem hemodializy z punktu widzenia pacjenta to czas jej trwania oraz duża częstotliwość zabiegów. Poza samym zabiegiem, do stacji trzeba dojechać. Wokół zabiegów planowane jest całe życie pacjenta i osób bliskich.

Na czas trwania hemodializy ma wpływ ciężar ciała pacjenta, tempo przepływu krwi, dieta, ilość przyjmowanych płynów, a także ilość toksyn w organizmie. Rozwijany przez Microanalysis analizator chemiczny umożliwia spersonalizowanie zabiegu. Terapia jest monitorowana w czasie rzeczywistym, co pozwala na dokładne określenie momentu, w którym krew została odpowiednio oczyszczona i zabieg można zakończyć. Dzięki temu każda dializa jest dostosowana do aktualnych, rzeczywistych potrzeb pacjenta i może trwać krócej.

„Wykorzystanie wiarygodnego monitoringu hemodializ w czasie rzeczywistym pozwoliłoby zweryfikować i udoskonalić obecnie stosowane procedury medyczne i modele matematyczne określające działania dializ. Dzięki zgromadzonym danym można będzie lepiej prognozować, jakie parametry ustalić na początku terapii i każdego zabiegu” – mówi mgr Michał Michalec.

Błyskawiczne testy przy łóżku pacjenta

Wynalazek Microanalysis wpisuje się w coraz bardziej popularną koncepcję wykonywania medycznych testów diagnostycznych w miejscu opieki nad pacjentem (ang. Point of Care Diagnostics). Badania realizowane „przy łóżku” chorego dostarczają informacji znacznie szybciej niż w modelu tradycyjnym, gdzie po pobraniu materiału do testów, są one wykonywane w oddalonych laboratoriach, a na wyniki oczekuje się godzinami lub dniami – w tym okresie opieka musi odbywać się bez tych informacji.

Praktycznie natychmiastowy dostęp do wyników testów pozwala na podniesienie jakości opieki nad chorym i skrócenie czasu terapii. Możliwe staje się także wykonywanie testów w miejscach, w których nie ma w pobliżu stacji diagnostycznych. Ostatecznie oznacza to znaczne oszczędności w skali całego systemu ochrony zdrowia.

Jakie zmiany czekają nas na rynku kredytów w 2019 roku?

W 2019 roku stopy procentowe w Polsce nie zostaną podwyższone ze względu na to, że obecnie mamy bardzo niską inflację. W grudniu 2018 r.  Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła je bez zmian. Czego jednak możemy się spodziewać, gdyby sytuacja uległa zmianie?

– Banki będą zmuszone wprowadzić pewne ograniczenia, czyli kredytobiorcy będą musieli mieć wyższą zdolność kredytową, wyższy dochód – mówi Karolina Dąbrowska, Dyrektor Produktów Bankowych w Expander.

Banki obawiając się, że prognozowane spowolnienie gospodarcze zwiększy liczbę osób niezdolnych do terminowych spłat rat kredytów, zaczną wymagać wyższych zdolności kredytowych.

– Kolejnym ograniczeniem, które banki zaczęły wprowadzać jest ograniczenie wieku. Kredyt musi zostać spłacony przed uzyskaniem wieku emerytalnego – wyjaśnia K. Dąbrowska, Dyrektor Produktów Bankowych w Expander.