W I półroczu eksport wzrósł o ponad 5 proc. Firmy szukają alternatywy dla wschodnich rynków

CEO Magazyn Polska

W I połowie roku eksport wzrósł o 5,4 proc. Rośnie sprzedaż do państw Unii Europejskiej. Duży wzrost zanotowano również na rynkach rozwijających się – m.in. w Algierii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej. Potencjał wśród polskich przedsiębiorców jest jednak większy. Szersza wiedza na temat rynków, z którymi można handlować, i fachowe wsparcie prawne mogłyby sprawić, że tempo wzrostu eksportu przyspieszy.

– Według danych GUS po pięciu miesiącach 2014 roku polski eksport wzrósł o 7 proc. To wynik zaskakująco dobry, wyraźnie wyższy niż przyrost PKB, który nastąpił w tym samym okresie. Oznacza to, że polski przemysł budzi się, znajduje nowe rynki zbytu, rozwija się, bazując na pozytywnych trendach z innych gospodarek, głównie Unii Europejskiej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kuniewicz, dyrektor generalny w Bibby Financial Services.

Wedle danych Ministerstwa Gospodarki z całego półrocza wartość eksportu towarów wyniosła 80 mld euro. Wzrost wprawdzie nieco wyhamował (+5,4 proc.), ale w skali roku szacowany jest na 9 proc. Znacząco zmniejszyła się sprzedaż na rynki wschodnie (o blisko 12 proc.), na co wpłynęła trudna sytuacja polityczna i konflikt handlowy Rosji z krajami europejskimi. Eksport na Ukrainę zmalał o 26,4 proc., a do Rosji – o 10,7 proc.

Zdaniem Krzysztofa Kuniewicza mimo skomplikowanej sytuacji na Wschodzie polscy eksporterzy dobrze sobie radzą.

Wzrósł eksport do krajów unijnych (łącznie o ponad 7 proc.) – przede wszystkim do Finlandii (o 23,8 proc.), Hiszpanii (22,3 proc.) i na Łotwę (21,5 proc.). Dynamicznie zwiększyła się też sprzedaż do krajów rozwijających się – ponad dwukrotnie do Algierii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich (64 proc.) i Arabii Saudyjskiej (45,5 proc.). Eksporterzy sprzedali również więcej do Kanady (28,4 proc.) oraz Australii (34,7 proc.). Nowe rynki zbytu i wzrost eksportu na Zachód oraz do krajów rozwijających się mogą zniwelować skutki rosyjskiego embarga. Eksporterzy jednak wskazują, że potrzebna jest im dodatkowa wiedza na temat innych rynków i wsparcie w ich zdobywaniu.

Bibby Financial Services od kilku lat prowadzi badania wśród małych i średnich firm. Wśród tych przedsiębiorców w zasadzie niezmiennie widzimy bardzo wyraźną potrzebę jak największej wiedzy o innych rynkach – podkreśla Kuniewicz.

Spośród firm badanych przez Bibby Financial Services 20 proc. deklaruje, że do podjęcia współpracy handlowej mogłaby ich zmotywować pomoc w sprawdzeniu wiarygodności i wypłacalności kontrahenta. Sprzedaż mogłaby być wyższa, gdyby przedsiębiorcy mieli większą wiedzę o rynkach, z którymi można handlować lub o targach, na które warto pojechać (15 proc. badanych). Pomóc mogłaby także fachowa pomoc prawna (13 proc.). Mali i średni przedsiębiorcy oczekują także korzystnego finansowania.

Jeśli jesteśmy w stanie sprawić, że firmy będą miały więcej informacji i zapewnić im finansowanie, to jesteśmy w stanie sprawić, że będą eksportowali więcej. To szczególnie istotne w dzisiejszych, coraz bardziej skomplikowanych czasach, kiedy ryzyko związane z eksportem na Wschód jest coraz większe. Firmy będą szukały rynków zbytu tam, gdzie embarga nie ma – podsumowuje Krzysztof Kuniewicz.

Resort gospodarki prognozuje, że w całym roku wzrost eksportu wyniesie 9 proc. do poziomu 168,9 mld euro. Zastrzega jednak, że prognozy te obarczone są dużym ryzykiem. Z jednej strony, pozytywnie oddziaływać będzie oczekiwane na ożywienie na rynkach unijnych, szczególnie w strefie euro. Z drugiej, wiele zależy od rozwoju sytuacji na Wschodzie.

Polska za mało wspiera innowacyjność. Przez to zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie w rankingach

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorcy w Polsce narzekają na brak warunków do inwestowania w innowacyjność. Tylko jedna czwarta z nich jest zadowolona z obecnej sytuacji. Przez to Polska należy do najmniej innowacyjnych krajów w Europie – w rankingu Global Innovation Index 2014 znalazła się na 45. miejscu, za krajami bałtyckimi, Czechami i Słowacją, a nawet Bułgarią i Mołdawią.

Dzisiaj wszyscy w Polsce jesteśmy przekonani, że nie zrobimy skoku cywilizacyjnego na miarę naszych ambicji, jeżeli nie będziemy inwestować w innowacyjność. Wiedzą o tym również przedsiębiorcy. Firmy skarżą się jednak na to, że nie zawsze klimat do inwestycji w innowacyjność w Polsce jest sprzyjający. Tylko 25 proc. badanych mówi, że Polska ma sprzyjające ku temu warunki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich

Z Barometru Innowacji GE 2014 wynika, że aż trzy czwarte przedsiębiorców działających w Polsce krytykuje niekorzystne warunki do inwestowania w innowacje. Podobnie sytuację w naszym kraju oceniają firmy z innych rynków (badanych było 26 krajów). To ma przełożenie na statystyki. Tegoroczny ranking Global Innovation Index plasuje Polskę wśród najmniej innowacyjnych krajów w Europie. Pod względem ogólnej oceny spośród krajów unijnych gorzej wypada tylko Grecja (50. miejsce na świecie) oraz Rumunia (55.).

Pod względem kapitału ludzkiego Polska jest 43., ale wyprzedzają nas m.in. Białoruś i Czarnogóra. Nieco gorzej jest w obszarze infrastruktury (49. miejsce), a znacznie słabiej wypadamy pod względem produkcji technologicznej i wiedzy (53. miejsce), zaawansowania rynku (70. miejsce) oraz zaawansowania biznesu (64. miejsce). Światowym liderem innowacyjności jest Szwajcaria, a na kolejnych miejscach znalazła się Wielka Brytania, Szwecja, Finlandia i Holandia.

Ranking Global Innovation Index podkreśla także, że nawet kraje z regionu, które startowały z podobnego poziomu 25 lat temu, są dziś bardziej innowacyjne. Estonia została sklasyfikowana na 24. miejscu, Czechy na 26., a Łotwa na 34. Beata Stelmach podkreśla jednak, że rzeczywistość nie jest aż tak zła.

Statystyki nie do końca odzwierciedlają faktyczny stan zaawansowania rozwoju naszej gospodarki oraz zaawansowania naszych przedsiębiorstw w inwestycje innowacyjne. Sama transformacja była jedna wielką innowacyjnością – przekonuje prezes GE w Polsce. ‒ Jesteśmy dużo większym rynkiem i dużo większą gospodarką, przez to faktycznie podstawowe nadrabianie zaległości dało się bardziej znać aniżeli w krajach mniejszych, takich jak kraje bałtyckie. Właściwie dzisiaj możemy powiedzieć, że Polska mocno się wyróżnia.

Stelmach zaznacza, że z powodu rozmiarów polskiej gospodarki wprowadzanie innowacji jest nieco trudniejsze. Jednak w niektórych sektorach, np. w energetyce, konieczność modernizacji infrastruktury napędzi inwestycje.

Wiele się dyskutuje o bezpieczeństwie energetycznym, ale to nie jest nic innego jak nadrabianie zaległości. W naszym systemie ponad 70 proc. całej infrastruktury energetycznej jest przestarzałe, ma powyżej 30 lat. Siłą rzeczy musimy dziś inwestować w modernizację bądź w nowe rozwiązania. A skoro w nowe, to nie sięgamy do rozwiązań, które były sprawdzone wiele lat temu, tylko szukamy tych najnowocześniejszych  – podkreśla Stelmach.

Dodaje, że takie innowacje jak te w energetyce nie byłyby możliwe bez wsparcia państwa. Jednak tylko 17 proc. ankietowanych przez GE przedsiębiorców uważa, że aktywność państwa w tym zakresie jest wystarczająca, a co piąty twierdzi, że środki kierowane z budżetu na innowacyjność są wystarczające. Prawie wszyscy badani zgodnie stwierdzili, że rząd powinien lepiej zadbać o dostosowanie programów studiów do potrzeb przedsiębiorców (96 proc.) i zwiększyć ochronę własności intelektualnej, by umożliwić firmom bliższą współpracę (95 proc.).

Sprzedaż tabletów i phabletów nie tak dynamiczna. Zyskiwać będą laptopy i smartfony ze średniej półki

CEO Magazyn Polska

Tablety nie sprzedają się już tak dobrze, jak w ostatnich latach. Klienci wracają za to do większych i wygodniejszych w pracy laptopów. Eksperci z ABC Data oczekują, że sprzedaż tych urządzeń będzie się zwiększać. Wśród smartfonów największą popularnością cieszy się środkowy segment rynku, czyli rozsądna jakość za rozsądną cenę.

Sprzedaż tabletów nie rośnie już tak szybko, jak przez ostatnie kilka lat. Rynek miał co prawda na to nadzieję, klientom także się wydawało, że tablet w ich rękach zastąpi notebook. Okazało się, że jednak funkcjonalność tabletu nie jest wystarczająca do codziennej pracy. W związku z tym oczekujemy powrotu do nieco wyższego poziomu sprzedaży notebooków. Komputery, które były masowo kupowane dwa, trzy lata temu, teraz będą wymieniane i nie na tablety, a na notebooki. Patrzymy też z nadzieją na taniejące tablety z systemem Windows – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Garszczyński z ABC Data.

Jego zdaniem również sprzedaż phabletów nie satysfakcjonuje producentów. Na polskim rynku te urządzenia, łączące tablety i smartfony, nie przyjęły się tak dobrze jak w Azji.

Na rynku azjatyckim jest absolutne szaleństwo na punkcie phabletów. U nas przeważnie klienci mają i tablet, i telefon. Phablet jest urządzeniem niewygodnym w codziennym telefonowaniu, w związku z tym raczej nie zastępuje smartfona, a ten jest z kolei za mały, by codziennie korzystać z internetu – ocenia Garszczyński.

Polacy za to coraz bardziej świadomie wybierają smartfony, decydując się na określony zestaw możliwości i dopasowaną do tego zakresu cenę, rezygnując z najdroższych ofert dostępnych na rynku. Co ważne, zdecydowana większość klientów od dawna korzysta ze smartfonów i tylko wymienia stary model na nowszy, znają więc swoje oczekiwania i funkcjonalności, które są im potrzebne.

Jeszcze dwa, trzy lata temu było tak, że pod uwagę braliśmy urządzenia najdroższe i najtańsze. Dzisiaj coraz częściej decydujemy się na urządzenia z środkowego segment rynku, które mają dobrą jakość i rozsądny zestaw funkcji za bardzo sensowne pieniądze – przekonuje przedstawiciel ABC Data.

Zdaniem Garszczyńskiego na tym zyskują producenci, którzy sprzedają produkty polskich marek, jak np. Colorovo, dostępna w ofercie ABC Data, oraz tych producentów zagranicznych, którzy oferują swoje urządzenia w rozsądnych cenach.

 Ceny urządzeń mobilnych z środkowego segmentu kształtują się w granicach 500-700 zł. Kwota ta stanowi jedną trzecią, a czasami nawet połowę ceny najdroższych urządzeń rynkowych liderów. – mówi Garszczyński. – To jest segment bardzo lukratywny, rosnący zarówno w tabletach, jak i w smartfonach. Dzisiaj w tej cenie jesteśmy w stanie nabyć urządzenie, które oferuje 90 proc. funkcji tych najdroższych urządzeń.

Coraz częściej Polacy biorą pod uwagę przy wyborze nie liczbę funkcji systemu danego urządzenia, lecz wielkość i jakość ekranu, jakość mechaniczną oraz oferowany serwis. Mniejsze znaczenia ma marka, a świadomość, że dane urządzenie to rynkowa nowość, traci na znaczeniu.

Garszczyński zwraca również uwagę na fakt, że coraz więcej urządzeń sprzedaje się w niezależnej dystrybucji.

Klient raczej nie chce wiązać się kontraktami z operatorem, bo nie chce kupować tych urządzeń w najdroższym systemie ratalnym. Oferty operatorów często się zmieniają, więc jeśli klient nie jest związany kontraktem, to może zmienić ofertę na bardziej korzystną i lepiej pasującą do jego potrzeb – uważa przedstawiciel ABC Data.

Jesienią ruszy Fundusz Mieszkań na Wynajem. Dzięki niemu ceny najmu na rynku mogą być niższe

CEO Magazyn Polska

Pierwsze mieszkania z funduszu stworzonego przez BGK zostaną wynajęte na preferencyjnych warunkach pod koniec 2014 roku. Bank informuje, że podpisał już listy intencyjne dotyczące zakupu 680 mieszkań w Warszawie, Trójmieście i we Wrocławiu. Te na najbardziej zaawansowanym etapie budowy powinny być gotowe późną jesienią. W dłuższej perspektywie niższe ceny najmu oferowane przez fundusz mogą obniżyć stawki na rynku.

Bank Gospodarstwa Krajowego planuje przeznaczyć na inwestycje na rynku najmu 5 mld zł i w ciągu 5 lat zakupić ok. 20 tys. mieszkań w największych polskich miastach. Na początku pojawienie się nawet tak znaczącego gracza nie powinno wpłynąć na wysokość czynszów na rynku. Z czasem jednak może się to zmienić.

Im więcej takich mieszkań trafi na rynek, tym odpowiednio to oddziaływanie będzie większe. Jeżeli będzie to udział kilkuprocentowy, pewnie tego nie odczujemy jako potencjalni właściciele wynajmowanych mieszkań. Jeżeli udział ten się zwiększy do 10-15 proc., może to jednak wpłynąć w jakiś sposób na rynek ‒ ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Janicki, prezes zarządu spółki Inwestycje MSW, firmy prowadzącej m.in. działalność w zakresie obrotu i pośrednictwa na rynku nieruchomości. ‒ Pozostaje pytanie, w jaki sposób fundusz będzie podchodzić do obliczania czynszu najmu, czy zastosuje stawki rynkowe, czy będzie starał się agresywnie wchodząc na rynek, nieco ceny dumpingować i w ten sposób przejmować potencjalnych najemców z dotychczasowego rynku.

Wtedy właściciele nieruchomości prawdopodobnie też zaczną obniżać stawki najmu.

Rynek najmu w Polsce jest znacznie mniej rozwinięty niż w innych krajach. Większość Polaków woli mieć nieruchomości na własność, wychodząc z założenia, że jeśli już trzeba co miesiąc płacić, to zamiast czynszu lepiej spłacać raty kredytu hipotecznego. Wynajem to w Polsce stan przejściowy.

W odczuciu społecznym jest traktowany o wiele niżej niż posiadanie nieruchomości, która jest aktywem własnego majątku ‒ zauważa prezes Janicki. ‒ Na Zachodzie ta tendencja jest odwrotna ‒ często inwestowanie w nieruchomości sprowadza się do tego, że nieruchomość kupuje się w miejscu, gdzie stopa zwrotu jest najwyższa, natomiast własne potrzeby mieszkaniowe realizuje się na rynku najmu.

Jeżeli Polacy na wynajem zaczną patrzeć podobnie jak mieszkańcy państw bogatszej części Europy, to polski rynek ma szansę na rozwój. Jak wynika z danych Eurostatu, w Polsce najem komercyjny to ok. 4 proc. rynku; u naszych zachodnich sąsiadów odsetek jest cztery razy większy, a w Szwajcarii mieszkanie wynajmuje ponad połowa społeczeństwa.

Mimo to kupno mieszkania pod wynajem może być dobrą inwestycją. Wybierając ten sposób ulokowania swoich pieniędzy, warto ocenić potencjał lokalnego rynku, cenę i możliwe zyski. Źle wybrany lokal może oznaczać klapę finansową, gdy dochody nie będą rekompensować kosztów zakupu.

Przede wszystkim, jak we wszystkich nieruchomościach, ważna jest lokalizacja ‒ doradza Sebastian Janicki. ‒ W drugiej kolejności to oczywiście koszty, które będzie nam generować nieruchomość i dochód, jaki możemy uzyskać z czynszu najmu. Czynsz będzie zresztą determinowany sąsiedztwem takiej nieruchomości.

Od tego, jakie mieszkanie może zaoferować inwestor, zależy, na jakiego klienta może liczyć. Wyboru lokalu powinno się więc dokonywać z myślą o pożądanym typie przyszłego najemcy. Warto już wtedy określić jego profil, pod niego przygotować mieszkanie i ocenić, jakiego czynszu można zażądać.

Jeżeli będzie to lokal dla studentów, wyposażamy go zgodnie z ich oczekiwaniami. Inaczej wyposażamy, jeśli miałby to być najemca biznesowy lub rodziny ‒ podkreśla Sebastian Janicki.

Od tego, na jakiego najemcę właściciel lokalu się nastawia, zależy też okres, w którym mieszkanie wynająć najłatwiej. Na rynku największy ruch panuje pod koniec wakacji, gdy mieszkań szukają studenci. W pozostałych miesiącach na rynku widać lekką nadpodaż lokali, a wtedy to najemcy dyktują ceny.

Polacy chętnie sięgają po soki i nektary owocowe. Dzienne spożycie jest jednak wciąż małe

CEO Magazyn Polska

Rośnie powoli sprzedaż soków i nektarów owocowych. Pod względem konsumpcji zbliżamy się do średniej unijnej, choć wciąż pijemy mniej niż zalecają eksperci. Zwiększenie spożycia i sprzedaży soków pomogłoby zagospodarować przynajmniej część z nadpodaży jabłek. Do produkcji napojów owocowych zużywa się 260 tys. ton jabłek rocznie.

Jesteśmy blisko średniej europejskiej z rocznym spożyciem soków i nektarów na poziomie około 700 mln litrów. Zajmujemy pod tym względem szóstą pozycję w Europie – mówi agencji Newseria Julian Pawlak, prezes Stowarzyszenia Krajowej Unii Producentów Soków.

Rocznie Polak wypija ok. 19 litrów soków i nektarów (z czego 11,7 litrów to soki). To niewiele mniej od średniej europejskiej (21 litrów), choć do liderów zestawienia dużo nam brakuje (w Niemczech 32 litry, w Austrii 26 litrów).

Jak wynika z badań Nielsena, sok jabłkowy jest drugim, po pomarańczowym, najczęściej wybieranym sokiem w Polsce. Do wyprodukowania 1 litra potrzeba ok. sześciu owoców. W obliczu embarga na polskie jabłka nałożonego przez Rosję zwiększenie sprzedaży i konsumpcji napojów jabłkowych pomogłoby zagospodarować nadmiar owoców na rynku. Polska jest największym eksporterem jabłek na świecie. Związek Sadowników RP szacuje, że w 2013 wyeksportowanych został ponad milion ton tych owoców, z czego zdecydowana większość (800 tys. ton) trafiła do Rosji.

Statystyczny Polak wypija rocznie trzy litry soku i nektaru jabłkowego. Chcielibyśmy podwoić tę ilość. To oznaczałoby 260 tys. ton jabłek więcej na produkcję. W świetle rosyjskiego embarga to istotna ilość – podkreśla Pawlak.

Według Stowarzyszenia KUPS rynek soków i nektarów jest rozwojowy. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca spożywać dziennie 400 gramów owoców podzielonych na pięć porcji. Szklanka soku (200 ml) to ekwiwalent jednej zalecanej porcji. Krajowa Unia Producentów Soków podaje, że statystyczny Polak wypija 82,5 szklanek w ciągu roku, co oznacza jedną co 4-5 dni (45 ml dziennie).

Często słyszy się, że soki są kaloryczne, ale nie do końca jest to prawda. W 100 ml, w zależności od rodzaju soku, jest od 30 do 50 kalorii. Dla porównania w 100 gramach pieczywa jest około 200 kalorii – argumentuje prezes Stowarzyszenia Krajowej Unii Producentów Soków.

Rynek soków, nektarów i napojów wart jest ok. 3,5 mld zł. Połowę rynku pod względem ilościowym stanowią napoje owocowe – chętnie kupowane przez Polaków przede wszystkim ze względu na cenę.

Co dziesiąty Polak pracuje ponad 60 godzin tygodniowo

CEO Magazyn Polska

Co czwarty Polak spędza w pracy od 41 do 50 godzin tygodniowo, a 12 proc. powyżej 60 godzin – wynika z badań CBOS. Najczęściej tłumaczymy to związaną z wykonywaniem obowiązków służbowych pasją. Czasem jest to po prostu pracoholizm. Niewielu pracoholików potrafi odpoczywać i korzystać z czasu wolnego.

 Pracujemy dużo więcej niż inne narody europejskie. Patrząc na kodeks pracy, powinniśmy spędzać w pracy najwyżej 40 godzin, ale często na naszych zawodowych zajęciach zależy nam dużo bardziej niż innym Europejczykom i jesteśmy w stanie wiele dla pracy poświęcić, łącznie z czasem, który należałby się nam czy rodzinie – mówi agencji informacyjnej Newseria Iwona Kowalewski, pedagog i specjalistka w zakresie nowoczesnych metod edukacji ze spółki SITA.

Jak wynika z badania CBOS, aż trzy czwarte Polaków lubi swoją pracę, w tym jedna trzecia nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ogólne zadowolenie z charakteru aktywności zawodowej najsilniejsze jest wśród osób o najwyższych dochodach, czyli prywatnych przedsiębiorców i pracowników średniego szczebla. Niekiedy jednak zbytnie zaangażowanie przeradza się w uzależnienie zwane pracoholizmem.

Trudno stwierdzić, czy Polacy są pracoholikami, bo taka aktywność ma raczej charakter unikalny, jednostkowy i trudno ją diagnozować w odniesieniu do całych grup społecznych – wskazuje Iwona Kowalewski. – Czas spędzany przez Polaków w pracy wskazuje jednak, że mamy do czynienia z niepokojącymi symptomami tej choroby.

W krótkim okresie zdaniem specjalistki firmy SITA większe zaangażowanie w wymagający poświęcenia problem jest zrozumiałe. Na przykład jeśli pracownik zajmuje się ambitnym projektem, w którego realizacji ma odegrać kluczową rolę, a efekty powinny przynieść mu satysfakcję lub wręcz odmienić ścieżkę kariery zawodowej.

Na dłuższą metę całkowite poświęcenie się pracy niesie ze sobą jednak poważne konsekwencje. Często wiąże się to z problemami w życiu prywatnym czy niską samooceną. Jeśli taka sytuacja trwa, może spowodować utratę bliskich, zdrowia czy chęci do życia.

Kiedyś modne było powiedzenie, że należy osiem godzin w ciągu doby przeznaczyć na sen, kolejne osiem na pracę i tyle samo na odpoczynek – przypomina Kowalewski. – Już od dawna nikt nie poświęca ośmiu godzin na odpoczynek, a warto.

Jak podkreśla, umiejętność odpoczywania i przeznaczanie na relaks odpowiedniej ilości czasu jest warunkiem, by praca była dla nas satysfakcjonująca. Może też uchronić nas przed pracoholizmem.

Pasjonatów od pracoholików odróżnia fakt, że rozumieją znaczenie odpoczynku i regeneracji – twierdzi Iwona Kowalewski. – Jeżeli dzień pracy zaczniemy kilkunastoma minutami odprężenia, podczas których nabierzemy dystansu i perspektywy do codziennych zadań, i podobnie go zakończymy, będzie to skutkować lepszą pamięcią, koncentracją i pomysłami, zarówno dotyczącymi życia zawodowego, jak i osobistego.

Problem w tym, że dla wielu osób wejście w stan relaksu bez poczucia winy i związanego z tym napięcia, jest trudne, czasem niemożliwe.

Koniec ze spadkami cen ropy. Ceny paliw na stacjach obecnie o kilkanaście groszy niższe niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Od połowy czerwca ropa brent staniała o ponad 11 proc. W czwartek na londyńskiej giełdzie za baryłkę tego surowca płacono 102,71 dol. Analitycy rynków surowcowych oceniają, że trend spadkowy wkrótce może się skończyć, jednak zdecydowanego odbicia cen w najbliższych miesiącach raczej nie będzie. To pozytywna informacja dla polskich kierowców.

Dzisiaj pomimo trudnych warunków geopolitycznych cena jest na w miarę stabilnym poziomie – mówi Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych. – Biorąc pod uwagę ostatnie trzy lata widać, że wahania cen nie są znaczące. Ceny kształtują się między 95 a 115 dolarów. Na razie nie sprawdzają się prognozy, które mówiły o cenie 200 dolarów, a nawet 300 dolarów za baryłkę ropy. Byłaby to dla nas i dla gospodarki cena nieakceptowalna.

Jak zauważa, zdecydowanego odbicia cen raczej nie będzie, chyba że konflikt na Wschodzie przerodzi się w konflikt globalny. Żadnemu z głównych graczy na rynku ropy naftowej nie opłaca się wszczynanie gospodarczej wojny paliwowej.

Nie leży ona ani w interesie Europy, Rosji, ani Stanów Zjednoczonych – mówi Halina Pupacz. – Trzeba pamiętać, że dostawy rosyjskiej ropy do Europy to są dostawy również do rafinerii rosyjskich, bo dzisiaj europejskie rafinerie są w rękach właścicieli rosyjskich, więc zablokowanie dostaw byłoby również odcięciem dopływu surowca do własnych rafinerii.

Rosja nie ma też szans na szybkie przekierowanie eksportu ropy na inne rynki. Inne kraje nie są przygotowane do zastąpienia Unii Europejskiej w roli głównego odbiorcy ropy rosyjskiej, zarówno pod względem cen, które byłyby w stanie zapłacić, jak i parametrów technicznych (rosyjska ropa jest gorszej jakości niż klasyczny brent).

Mimo że eksport ropy naftowej z Rosji do Chin, Indonezji i innych krajów wciąż rośnie, nadal jest on na zbyt niskim poziomie, by kraje te mogły zastąpić Europę w roli głównego importera rosyjskiego surowca – mówi prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Brak zdecydowanego odbicia notowań na rynku ropy powinien oznaczać również brak podwyżek cen paliw na stacjach benzynowych. W ostatnim tygodniu kierowcy mieli powody do zadowolenia, bo zarówno benzyna, jak i olej napędowy potaniały. Nie odnotowano również wzrostów cen autogazu (dane PIPP z 20 sierpnia). Litr Pb95 kosztuje średnio 5,35 zł, oleju napędowego – 5,23 zł, a LPG – 2,66 zł.

Rzeczywiście średnie ceny paliw są w stosunku do ubiegłego roku niższe: cena oleju napędowego jest niższa średnio o ok. 14 gr, natomiast cena benzyny jest niższa o 18 gr. Konsumenci i cała gospodarka odbiera ten pozytywny sygnał z rynku paliwowego na pewną korzyść, wartość dodaną w postaci niższych cen paliw – mówi Halina Pupacz.

CD Projekt: W ciągu kilku tygodni pojawi się testowa wersja gry „The Witcher: Battle Arena” dla użytkowników Androida. Premiera w IV kwartale 2014 r.

Ruszają zapisy do testowej wersji gry „The Witcher: Battle Arena”, która ma być dostępna za darmo na urządzeniach mobilnych. Producent zapowiada, że nie będzie ukrytych opłat, które mają zwiększyć szanse na zwycięstwo, ale gra ma zarabiać na mikropłatnościach od graczy, którzy będą chcieli się wyróżnić, np. strojem. CD Projekt zapowiedział premierę nowej gry na IV kwartał tego roku.

Liczb nie podajemy, ale ,,sky is the limit’’, czyli w tym momencie nie ustalamy żadnego limitu. Mamy nadzieję, że będzie bardzo dużo zainteresowanych, ale oczywiście nie wszystkie osoby będą mogły się dostać do programu beta [wersji testowej red.], ponieważ nie wszystkie telefony, smartfony czy tablety spełniają wymagania sprzętowe. Nasza firma jest znana z tego, że mamy bardzo duże przywiązanie do jakości obrazu i do jakości wizualnej naszych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tadeusz Zieliński, project manager w CD Projekt.

Według Zielińskiego gra będzie wymagała posiadania najlepszych smartfonów i tabletów dostępnych na rynku. Testy będą prowadzone jedynie na urządzeniach z systemem Android i mają ruszyć w przeciągu kilku tygodni. CD Projekt spodziewa się, że jego pierwsza gra na platformy mobilne okaże się sukcesem dzięki sile marki, jaką jest Wiedźmin.

Mieliśmy spotkania z różnymi partnerami, większość z nich gra w Wiedźmina pierwszego i drugiego, może nie wszyscy, ale bardzo wiele osób to nasi fani – twierdzi Zieliński.

Zdobycie szerokiej bazy graczy ma zapewnić także upowszechniający się model free to play, zgodnie z którym nie trzeba płacić jednorazowo sporej sumy za produkt, jaką jest gra. Wszystkie funkcjonalności gry mają być dostępne bez dodatkowych odpłatności, a jedynie poprzez wyniki w rozgrywkach. Równocześnie CD Projekt wejdzie w nowy, dynamicznie rozwijający się segment rynku, na którym będzie mógł łatwo zwiększać przychody, rozszerzając funkcjonalności w ramach gry.

Najlepszym przykładem tego, ile pieniędzy można zarobić na rynku mobilnym, jest Angry Birds”. To są miliony, jeżeli nie miliardy dolarów. Oczywiście to wszystko jest oparte na mikropłatnościach znajdujących się w grach. Ludzie wolą wydawać mniejsze pieniądze, ale częściej, niż jednorazowo płacić. To jest nieprzebrane morze pieniędzy – uważa projekt manager w CD Projekt.

Zdaniem Zielińskiego „The Witcher: Battle Arena” ma ten sam model płynnościowy i gatunek co gra na PC „League Of Legend”, która jest najważniejsza grą w tym segmencie na świecie. Według szacunków w zeszłym roku zarobiła ona 630 mln dolarów.

Zgodnie z zapowiedziami CD Projekt „The Witcher: Battle Arena” ma zarabiać na chęci odróżnienia się graczy od innych, co jest powszechnie spotykanym modelem biznesowym w innych grach. Zieliński dodaje, że nie będą to jednak ukryte czy wymuszone opłaty, ani też takie, które faworyzowałyby płacących w rozgrywkach. Ponadto wszystkie ceny w grze będą podane w zwykłych walutach, dzięki czemu gracze nie będą obciążania spreadami przy zakupie wirtualnych walut na potrzeby gry.

W związku z tym zrezygnowaliśmy z takich elementów, jak pay to win, najbardziej klasycznego modelu zarabiania, czyli dawanie graczom mocy w grze za pieniądze. To jest absolutnie niezgodne z naszą filozofią jako firmy i graczy – podkreśla Tadeusz Zieliński.

Niezadowolony turysta ma prawo do reklamacji, nawet w przypadku ofert last minute

0

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej turystów wie, że nieudany wyjazd można zareklamować. W ubiegłym roku do Europejskiego Centrum Konsumenckiego w Polsce wpłynęło blisko 1,5 tys. zażaleń na przewoźników i organizatorów wycieczek. Ważne jest, żeby na miejscu wypoczynku dokumentować (np. zdjęciami) wszelkie nieprawidłowości i niedogodności. Części problemów turyści mogą uniknąć przed wyjazdem, dokładnie zapoznając się z umową, jaką podpisują z organizatorem, i doprecyzowując niejasne określenia w niej zawarte.

Każdą wycieczkę, która jest niezgodna z umową, jaką zawarliśmy z biurem podróży, możemy reklamować. Bez względu na to, czy kupiliśmy wycieczkę taniej, czy drożej, first minute, last minute, mamy takie same prawa – mówi agencji Newseria Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W ubiegłym roku do europejskich centrów konsumenckich w Unii Europejskiej wpłynęło 32 tys. skarg. W Polsce odnotowano blisko 1,5 tys. zażaleń, przede wszystkim na transport i biura podróży.

Ważne, by w trakcie wycieczki dokumentować wszystkie wady – stan hotelu, pokoju, niezgodny z gwarantowanym w ofercie widok z balkonu czy odległość od plaży. Zdjęcia będą dowodem podczas reklamacji, podobnie jak zeznania innych osób i potwierdzenie niedogodności przez rezydenta lub pilota wycieczki. Niektóre usterki, szczególnie te, które łatwo usunąć, można zgłaszać rezydentowi bezpośrednio na miejscu wypoczynku. Po powrocie w ciągu 30 dni można zareklamować jednak każdą nieprawidłowość. Tyle samo czasu na odpowiedź ma też biuro podróży.

Każdy turysta zanim kupi wycieczkę, powinien dokładnie przeczytać umowę. W kontrakcie jest sprecyzowane, z kim zawieramy umowę, czyli kto faktycznie jest organizatorem wycieczki. Może się zdarzyć, że kupimy ją u agenta, a organizatorem będzie biuro z innego miasta. To ma bardzo duże znaczenie przy składaniu reklamacji, ponieważ składamy ją do organizatora wycieczki, a nie do agenta – podkreśla Majchrzak.

Im więcej informacji zostanie sprecyzowanych przed podpisaniem umowy, tym lepiej dla kupującego. Warto dokładnie sprawdzić te warunki, gdzie brakuje konkretnych danych – np. „blisko plaży”, „z ładnym widokiem” czy w „zacisznej okolicy”.

Na przykład dla turysty niedaleko plaży oznacza to, że z hotelu może wyjść po prostu na plażę, a zdarza się, że żeby dojść na te plażę, turysta musi pokonać bardzo ruchliwą drogę. Im więcej rzeczy sprecyzujemy przed podpisaniem umowy, tym lepiej dla nas – radzi ekspertka UOKiK.

Ważne jest także, by sprawdzić, czy organizator ma możliwość podniesienia ceny wycieczki. Powinno to być wyraźnie przewidziane w umowie. Jeśli taki zapis w niej jest, koszty po stronie klienta rzeczywiście mogą okazać się wyższe, ale tylko w trzech sytuacjach.

Majchrzak przypomina, że wykupione wakacje mogą okazać się droższe w przypadku wzrostu ceny transportu, kosztów paliwa i opłat lotniskowych.

Chodzi o wzrost kosztów transportu, opłat lotniskowych, urzędowych, w tym podatków, a także kosztów paliwa. Jeżeli biuro podnosi nam cenę wycieczki przed wyjazdem, to musi nas o tym poinformować i przedstawić wpływ tych czynników na zmianę ceny wycieczki. Konsument, który nie zgadza się na to, aby cena jego wycieczki wzrosła, np. gdy nie stać go na dopłatę, ma prawo zrezygnować z dojazdu i odzyskać wszystkie do tej pory wpłacone pieniądze – zaznacza ekspertka.

Warto też pamiętać, że jeśli do wyjazdu zostało mniej niż 20 dni, cena nie może wzrosnąć.

Przy składaniu reklamacji konsument powinien określić, jakie są jego oczekiwania. Pomóc w oszacowaniu strat może rzecznik konsumentów lub też tabela frankfurcka – dokument, który wskazuje, jaki procentowo wpływ na cenę mogą mieć określone nieprawidłowości i niedogodności (np. monotonny jadłospis czy hałas w nocy).

Turysta zazwyczaj może się spodziewać obniżenia ceny wycieczki. Zdarza się również, że dostanie zniżkę na kolejne imprezy. To klient decyduje o tym, czego żąda od biura podróży, dlatego że turysta sam wie, ile dokładnie zapłacił za tę wycieczkę, jakie nieprawidłowości i niedogodności go spotkały podczas tej imprezy – mówi Agnieszka Majchrzak.

Z tabeli frankfurckiej można skorzystać również w przypadku starań o odszkodowanie za uszkodzony lub zgubiony bagaż.

Jeżeli nie wiemy, jak napisać reklamację, jak zabrać się do oszacowania naszego roszczenia i odszkodowania, to pamiętajmy, że możemy liczyć na bezpłatną poradę miejskiego lub powiatowego rzecznika konsumentów. Możemy również zgłosić się do jednej z organizacji konsumenckich, na przykład Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Możemy także zadzwonić pod bezpłatny numer infolinii 800 007 707 – podsumowuje ekspertka.

Przedsiębiorcy z Dolnośląskiego – spieszcie się po ostatnie dotacje!

Jeszcze tylko do 16 września dolnośląscy przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dofinansowanie ze Schematu 1.1.A2 Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Dolnośląskiego (RPO WD). Do podziału jest ponad 29 mln zł. To doskonała okazja na realizację inwestycji w firmie przy wsparciu z Unii Europejskiej jeszcze w tym roku. Konkurs przeznaczony jest jednak dla bardzo zdeterminowanych przedsiębiorców – projekty muszą zostać zrealizowane do końca listopada 2014 r.

Zbliża się moment uruchomienia programów dotacyjnych z nowego budżetu UE na lata 2014-2020. Dokładne terminy rozpoczęcia konkursów i warunki udziału w nich nie są jeszcze jednak znane. Dolnośląscy przedsiębiorcy, którzy chcą unowocześnić swoją działalność mają szansę zrobić to przy wsparciu z Unii jeszcze w tym roku. Trwa bowiem nabór wniosków do Schematu 1.1.A2 RPO WD. W ramach tego programu dotacyjnego prowadzący działalność gospodarczą mogą otrzymać zwrot nawet 50% kosztów inwestycji, które dotyczą innowacji produktowych lub procesowych na poziomie przedsiębiorstwa. Terminy obowiązujące w konkursie są napięte, warto więc zapoznać się z wymaganiami stawianymi wnioskodawcom, aby lepiej przygotować aplikację.

Prostsze zasady
Konkurs przeznaczony jest dla małych, średnich i mikro- przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność gospodarczą w województwie dolnośląskim przez co najmniej 2 lata. Mogą oni zdobyć wsparcie w postaci refundacji maksymalnie połowy kosztów kwalifikowanych poniesionych w ramach realizacji projektu. Obowiązują jednak ograniczenia co do wartości tych wydatków oraz ich rodzaju. Minimalna ich kwota nie może być niższa niż 100 tys. zł, a maksymalna nie może z kolei przekroczyć 1,6 mln zł. Do kosztów kwalifikowanych zaliczane są wyłączenie wydatki na zakup ruchomych środków trwałych oraz wartości niematerialnych i prawnych, a także specjalistycznych szkoleń oraz usług doradczych ściśle związanych z realizacją projektu. Mimo tych ograniczeń konkurs daje bardzo wiele możliwości, a w porównaniu do poprzednich naborów znacznie zwiększono dostępność dotacji dla szerszego grona firm. – Przede wszystkim obniżono wymagania co do samej innowacyjności. Obecnie warunkiem koniecznym nie jest już, aby sięgała ona poziomu regionu, kraju czy świata, a jedynie samego przedsiębiorstwa. Dzięki temu po dotacje mogą sięgnąć mniej zaawansowane technologicznie firmy na przeprowadzenie prostszych inwestycji polegających, np. na zakupie maszyn lub urządzeń ulepszających obecnie oferowane przez przedsiębiorstwo produkty – mówi Irmina Jankowska, Konsultant ds. funduszy UE w firmie ECDF, specjalizującej się w pozyskiwaniu finansowania dla MŚP. Ponadto, aby ułatwić dostęp do dofinansowania zmieniono kryterium „Doświadczenie Wnioskodawcy”, które dotychczas preferowało podmioty mogące pochwalić się doświadczeniem w realizacji projektów unijnych. Teraz dodatkowe punkty przyznawane będą firmom, które nie korzystały dotąd z dotacji.

Trudniejsze terminy
Wymogi dotyczące innowacyjności zeszły na drugi plan w obecnym naborze do Schematu 1.1.A2 RPO WD. Zastąpiły je jednak kryteria premiujące stopień zaawansowania realizacji projektu. Nic dziwnego – prace z nim związane muszą zakończyć się do 30 listopada. Dlatego też najwyżej oceniane będą projekty będące już w realizacji lub całkowicie zrealizowane. – W większości konkursów dotacyjnych projekt można rozpocząć dopiero po złożeniu wniosku. W przypadku tego naboru, organizatorzy otworzyli pewną „furtkę”. Inwestycje można zacząć realizować już od dnia ogłoszenia konkursu, czyli od 17 lipca. Dzięki temu przedsiębiorcy zyskują kilka tygodni na podjęcie działań związanych z przeprowadzaniem projektu przed złożeniem wniosku i tym samym na zyskanie dodatkowych punktów – tłumaczy Irmina Jankowska z ECDF.

Ze względu na wymagające terminy, organizatorowi konkursu – Dolnośląskiej Instytucji Pośredniczącej, zależy na przyznaniu dofinansowania tym wnioskodawcom, którzy udowodnią swoją zdolność i determinację do realizacji projektu. Dlatego wyższą ocenę zdobędą aplikacje, z których będzie jasno wynikać, że przedsiębiorca jest w trakcie realizacji inwestycji bądź zrealizował ją w całości, bez wiedzy czy otrzyma dotację. Ponadto premiowane będą podmioty, które zadeklarują wolę uzyskania wsparcia niższego niż maksymalnie dla nich dostępne. I tak jeśli wnioskodawca zapewni wkład własny na poziomie co najmniej 20 punktów procentowych większy od minimalnego, może liczyć na aż 4 punkty przy ocenie wniosku.

Zdobądź bonus

Wprowadzone zmiany, ułatwiające pozyskanie dotacji na mniej innowacyjne projekty, mogą przełożyć się na spore zainteresowanie konkursem dolnośląskich przedsiębiorców. Tym bardziej, że niewiele jeszcze wiadomo o programach z nowej perspektywy finansowej. Zainteresowani tym rodzajem wsparcia z UE powinni więc postarać się, aby uzyskać jak najwyższą liczbę punktów. Maksymalnie, za spełnienie kryteriów merytorycznych i sektorowych, można ich zdobyć 37. We wniosku warto podkreślić te aspekty inwestycji, które są dodatkowo punktowane. I tak premiowane będą projekty oparte o patenty lub zgłoszenia patentowe, wykorzystujące prowadzone lub zakupione wyniki prac badawczo-rozwojowych, pozytywnie wpływające na środowisko, prowadzące do wzrostu zatrudnienia czy mające wpływ na rozwój społeczeństwa informacyjnego. – Planując inwestycję, która ma być dofinansowana ze Schematu 1.1.A2 RPO WD, warto zastanowić się nad jej lokalizacją. Bonus punktowy można otrzymać za umiejscowienie jej na obszarach wiejskich i małych miast, a także w obszarach miejskich charakteryzujących się, np. występowaniem niekorzystnych trendów demograficznych, wysokim poziomem bezrobocia, ubóstwa czy niskim wskaźnikiem prowadzenia działalności gospodarczej – radzi Irmina Jankowska z ECDF. Ponadto warto postawić na współpracę z jednostką naukową oraz z co najmniej dwoma innymi przedsiębiorcami z regionu przy realizacji projektu. Każdy punkt się liczy, a dofinansowanie otrzymają tylko ci wnioskodawcy, którzy zdobędą ich najwięcej.

W sierpniu niemal 74 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników zmalał o 6 punktów proc. Obecnie 42 proc. Polaków jest zdecydowanie przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 32 proc.

Odsetek zwolenników przyjęcia euro wzrósł w porównaniu do pomiaru lipcowego o 6 punktów proc. Obecnie jest ich łącznie ponad 22 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 5 proc., 17 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro.

Jedynie 4 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do 80 proc. Jedynie wśród respondentów młodych odsetek przeciwników wynosi poniżej 70 proc. Mniej przeciwników wprowadzenia euro jest wśród respondentów młodych, do 29 roku życia (65 proc.) oraz wśród respondentów studiujących (56 proc.).

Wysokie odsetki przeciwników przyjęcia euro występują wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań. Liczniej występują oni wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (85 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (59 proc.).

Informacje o badaniu
Sierpniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 7-11 sierpnia 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

4-procentowy wzrost rynku kosmetyków do pielęgnacji twarzy w Polsce

W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku polski rynek kosmetyków do pielęgnacji twarzy odnotował w porównaniu do analogicznego okresu w latach ubiegłych 4-procentowy wzrost w ujęciu ilościowym oraz 1-procentowy spadek w ujęciu wartościowym.

Analizowana kategoria kosmetyków do pielęgnacji twarzy obejmuje kremy, maseczki, mleczka i toniki do twarzy.

Z analiz Panelu Gospodarstw Domowych GfK wynika, że w okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku niewiele ponad 70 proc. polskich gospodarstw domowych zakupiło produkty z kategorii kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Około 61 proc. gospodarstw domowych przynajmniej raz w ciągu 12 miesięcy kupiło krem do twarzy, 51 proc. mleczko i tonik, a 22 proc. – maseczkę do twarzy.

W ciągu monitorowanych 12 miesięcy pojedyncze polskie gospodarstwo domowe wydało na kosmetyki do pielęgnacji twarzy średnio 120 zł. W skali całego kraju daje to zakupy o łącznej wartości na poziomie 1,2 mld zł. Biorąc pod uwagę częstotliwość zakupu kosmetyków do pielęgnacji twarzy, w podanym okresie polskie gospodarstwa domowe kupowały produkty z tej kategorii przeciętnie 7 razy. Wartość zakupu podczas pojedynczej wizyty w sklepie wyniosła średnio 18 złotych.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, kosmetyki do pielęgnacji twarzy kupowano głównie w sklepach drogeryjno-perfumeryjnych. W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku udział tego kanału dystrybucji w zakupach całej kategorii, dokonywanych przez polskie gospodarstwa domowe, wyniósł 65 proc. w ujęciu wartościowym oraz 58 proc. w ujęciu ilościowym. Z kolei łączny udział hipermarketów, supermarketów i dyskontów w zakupach całej kategorii wyniósł 27 proc. w ujęciu ilościowym i 17 proc. w ujęciu wartościowym. Z roku na rok coraz mniejsze znaczenie w zakupach kosmetyków do pielęgnacji twarzy odgrywa sprzedaż bezpośrednia.

Martyna Chruślińska, analityk kategorii w Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „Udział ilościowy produktów markowych w rynku kosmetyków do pielęgnacji twarzy szacuje się na poziomie 89 proc. Liderami na rynku są marki Ziaja, Garnier i Nivea. Wśród marek własnych sieci największe znaczenie mają produkty sieci Biedronka i Rossmann, których łączny udział ilościowy stanowi 9 proc. Jedynie 2 na 10 gospodarstw domowych zakupiło w analizowanym okresie kosmetyk do pielęgnacji twarzy marki własnej sieci. Nieufność wobec produktów niemarkowych w zakupach kategorii może stanowić istotną barierę w rozwoju marek własnych sieci”.

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Praca w grupie zabija indywidualności?

Efektywne i zgrane zespoły pracownicze to siła i podstawa działania organizacji. Czy jednak osiągnięcie najwyższego poziomu zespołowości i integracji pracy to wciąż zysk dla firmy, czy może już zagrożenie, związane chociażby z zagładą indywidualności?

Właściwie w każdym przypadku odpowiedź na powyższe pytanie brzmi: mocny, efektywny, perfekcyjnie współpracujący team się opłaca. Nie można jednak oczywiście odbierać znaczenia pewnym elementom charakteryzującym daną firmę. Liczy się bowiem rodzaj samej pracy, jej etapowość oraz kultura i wielkość całej organizacji. Team w małej firmie to bowiem coś innego, niż funkcjonujące w dużej organizacji zespoły ludzi, zazwyczaj tożsame z wyspecjalizowanymi w odmiennych działaniach departamentami. Nie mniej jednak zgrany, mocny zespół to zysk, a elementy niezbędne przy prowadzeniu firmy pomagają zachować równowagę między integracją, a indywidualnością. Istotne jest jednak przede wszystkim właściwe ustalenie celów indywidualnych i zbiorowych. Następnie należy sięgnąć po narzędzia, których działanie ma jednocześnie charakter wzmacniający zespół wewnętrznie, jak też decyduje właśnie o przeciwdziałaniu zagładzie indywidualności.

Ocena pracowników

Pierwsze z istotnych narzędzi to ocena pracownika. Powinna ona łączyć dwa obszary jego funkcjonowania w firmie. Pierwszy z nich dotyczy efektywności całego teamu, a więc stopnia realizacji założeń i celów stawianych przed zespołem. Współodpowiedzialność za wyniki stanowi istotny impuls integracyjny, jak i motywacyjny dla poszczególnych pracowników. W prawdzie jest ona też pewnym zagrożeniem dotyczącym pojawienia się w teamie „intruzów” – osób nieefektywnych, stawiających na zaangażowanie pozostałych współpracowników, jednakże w dobrze działającym zespole ich kariera kończy się w tempie błyskawicznym – mówi Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET. Drugi obszar oceny pracownika, dzięki któremu możliwe jest zachowanie i wyróżnienie indywidualności, dotyczy jego pracy indywidualnej. Ocena poszczególnych osób pozwala nie tylko im się wykazać, ale także zdiagnozować „słabsze ogniwa” czyli pracowników, których zaangażowanie czy też kompetencje nie współgrają z tym, co reprezentują inni, efektywni członkowie teamu.

Motywacja

Kolejnym sposobem walki z zatraceniem indywidualności jest realizowany program motywacji. Wewnętrzne konkursy i zmagania wcale nie muszą kłócić pracowników. Pod warunkiem, że prowadzone są one na płaszczyźnie fair play, stanowią czynnik zdrowej rywalizacji, a ta z kolei zapobiega marazmowi i zboczeniu z drogi zawodowego rozwoju. Wciąż nie wszyscy doceniają wartość programów motywacyjnych w organizacji. Tymczasem wysiłek włożony w ich zaprojektowanie i realizację ma naprawdę namacalne efekty. Są one bowiem nie tylko elementem podnoszącym efektywność całych zespołów pracowniczych, ale przede wszystkim pozwalają także wyłonić „perełki” – indywidualności w które warto zainwestować w sposób szczególny.

Co najmniej 10 mld zł straci polska gospodarka na konflikcie między Rosją a Ukrainą

Eksport Polski do Rosji to jest około 5 proc., a od kilku miesięcy już systematycznie maleje. Z tych 5 proc. zaledwie 7 proc. to jest eksport warzyw i owoców, żywności ogółem. Ale chciałabym zwrócić uwagę jeszcze na jeden czynnik – polski przedsiębiorca, który eksportował do Rosji, musiał być w swojej historii bardzo elastyczny, ponieważ historia embarg, zakazów, testów i zatrzymań jest bardzo długa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Aleksandra Bluj, analityk rynku stopy procentowej Ipopema Securities.

W pierwszym kwartale 2014 r wartość eksportu do Rosji spadła o 7,1 proc., a na Ukrainę – o ponad 20 proc. w ujęciu rocznym, wynika z danych Ministerstwa Gospodarki. Analitycy resortu szacują, że koszt wprowadzenia sankcji UE na Rosję oraz embargo ze strony Kremla wyniesie w tym roku około 0,6 pkt proc. PKB. To oznacza, że zgodnie z prognozami MG polska gospodarka urośnie w tym roku o 2,7 proc., zamiast prognozowanych wcześniej 3,3 proc.

W przypadku Rosji największe spadki zanotowano w eksporcie części i akcesoriów do pojazdów silnikowych (-34 proc.), świeżych jabłek i gruszek (-30 proc.) i obuwia (-20 proc.). Według NBP do najbardziej narażonych na pogorszenie relacji handlowych z Rosją i Ukrainą należą producenci chemikaliów, odzieży, tekstyliów, maszyn oraz elektroniki. Mimo spadku wywozu do tych krajów w I kwartale eksporterzy z ww. branż zanotowali w tym okresie wzrost eksportu ogółem, który zwiększył się o 6,6 proc. rok do roku. Ciekawostką jest to, że mimo embarga na eksport wieprzowiny do Rosji i na Ukrainę w I kwartale branża mięsna zanotowała minimalny wzrost eksportu – twierdzą analitycy NBP.

– Kiedy doszło do zakazu eksportu wieprzowiny na rynek rosyjski, bardzo dobrze zareagowali polscy przedsiębiorcy, który dogadali się z przedsiębiorcami z Europy Zachodniej. Polskie mięso szło na eksport spokojnie i w bardzo atrakcyjnych dla Zachodu cenach – wskazuje Aleksandra Bluj.

W pierwszych trzech miesiącach 2014 r. całkowity eksport na rynki strefy euro zwiększył się o 11,1 proc., z kolei wywóz na pozostałe rynki UE wzrósł o 7,8 proc. rok do roku. Obok utrzymującego się napięcia i ryzyka związanego z dalszą eskalacją działań wojennych, reorientację polskiego eksportu wspierał także słabnące rubel oraz hrywna. Ponadto niewykluczone są kolejne sankcje wymierzone przeciw Rosji, która może reagować dalszymi restrykcjami w relacjach z Polską.

– Dodatkowe pytanie dotyczy tego, jak Rosja zareaguje polityką gazową na jakiekolwiek dalsze sankcje i pytanie jest o te czynniki pośrednie. Czynnik rosyjsko-ukraiński przygotowuje nas do takiego stadium wyczekiwania na to, co się jeszcze stanie od strony politycznej, fundamentalnie rynkowej i paramilitarnej. Nikt o tym nie rozmawia, my się jednak tego boimy – twierdzi Bluj.

W 2013 r. polski eksport do Rosji osiągnął wartość 8,1 mld euro, czyli równowartość ok. 2 proc. PKB, z kolei wywóz na rynek ukraiński – 4,3 mld euro (ok. 1,1 proc. PKB Polski). To pokazuje skalę możliwych dalszych strat dla polskiej gospodarki, jeśli sytuacja gospodarcza i polityczna w obu krajach będzie się w dalszym ciągu komplikować.

Poza embargiem ze strony Rosji Polska może odczuć unijne sankcje także poprzez ich negatywny wpływ na zamówienia i inwestycje w niemieckiej gospodarce. Dotyczy to zwłaszcza firm chemicznych i zbrojeniowych z nad Renu, które są ważnymi eksporterami na rynek rosyjski, a z drugiej stron mają wielu podwykonawców i kooperantów w Polsce. Zdaniem Aleksandry Bluj na razie jednak nie widać negatywnych sygnałów w niemieckim przemyśle.

– Niemcy też mają kontakty handlowe z Rosją, chociaż to Rosja bardziej potrzebuje Niemiec, to te czynniki czy te sektory, które są najbardziej wystawione na ryzyko utraty rynków zbytu czy utraty jakichkolwiek intratnych kontraktów z Rosją, to są najczęściej sektory chemiczne. Wydaje się, że na chwilę obecną te sankcje, które zostały wprowadzone, nie wpływają tak bezpośrednio na Niemcy – uważa analityk Ipopema Securities.

Największa gospodarka strefy euro wciąż cieszy się relatywnie dobrą koniunkturą w porównaniu z innymi państwami ze wspólną walutą. Stabilna sytuacja gospodarcza – razem z szokiem po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu przez prorosyjskich rebeliantów – wpłynęła na zmianę nastawienia niemieckiej opinii publicznej i biznesu. Wcześniej Niemcy byli przeciwni jakimkolwiek sankcjom sektorowym.

– Ale oczywiście mamy jeszcze południe Europy, mamy Francję, która jest rzeczywiście obecnie bardzo słaba gospodarczo i ciągnie wzrost gospodarczy Europy w dół. Mamy też cały sektor bankowy, w którym konsekwencji embarg i działań sektora bankowego czy też finansowego z Rosji trudno nam na chwilę obecną ocenić – uważa analityk Ipopema Securities.

Zdaniem części komentatorów trudna sytuacja gospodarcza we Francji sprawia, że rządzący nie chcą zrezygnować z wywołującego kontrowersję kontraktu na dostawę do Rosji okrętów wojennych Mistral. Francja – do zmiany stanowiska Berlina – była również w gronie największych oponentów zaostrzenia sankcji.

Rynki południa Europy mogą stać się czarnymi końmi inwestycji

W sierpniu inwestorzy kupili 2-letnie niemieckie obligacje z ujemną rentownością do wykupu, po raz pierwszy od maja 2013 r. Równocześnie rentowność 10-letnich bundów bije kolejne rekordy i obecnie jest już poniżej 1 proc. Obligacje są drogie w niemal całej Europie, dlatego kupujący – poza tymi poszukującymi bezpiecznej lokaty kapitału – powinni się zwrócić w stronę rynków akcji, zwłaszcza w wybranych gospodarkach wschodzących.

– Europa jest w sytuacji, w której opłaca się tracić pieniądze. Niemieckie obligacje notowane są obecnie przy ujemnych rentownościach, co znaczy, że inwestorzy kupując je, stracą pieniądze zamiast zarobić. Jest kilka powodów, które sprawiły, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji. Po pierwsze, to oczekiwanie deflacji, czyli spadku cen w strefie euro. Po drugie, to rekordowo luźna polityka Europejskiego Banku Centralnego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Zaremba, główny ekonomista Saturn TFI SA.

Kolejne przyczyny, z powodu których inwestorzy godzą się na lokowanie pieniędzy ze stratą, to prognozowane spowolnienie gospodarcze w strefie euro oraz konflikt na wschodzie Europy, który wciąż jest daleki od wygaszenia. Według Zaremby w krótkim horyzoncie czasowym trudno znaleźć jakieś potencjalne czynniki, które mogłyby doprowadzić do silnego wzrostu rentowności obligacji.

– Pamiętajmy też, że gdybyśmy mieli kilkadziesiąt milionów euro i chcielibyśmy je gdzieś bezpiecznie przechować, to też trzeba by za to w jakiś sposób zapłacić, więc te ujemne stopy procentowe są w pewien sposób naturalne – dodaje Zaremba.

Z drugiej jednak strony szacunki ekonomistów dotyczące naturalnej stopy procentowej pokazują, że może być ona ujemna jedynie w krótkim okresie. Wynika to przede wszystkim stąd, że ludzie wolą bieżącą konsumpcję tego samego dobra od konsumpcji w przyszłym okresie, która jest zawsze niepewna. Stąd też inwestorzy chcący osiągać dodatnią stopę zwrotu powinni lokować kapitał na rynkach wschodzących – uważa główny ekonomista Saturn TFI.

– Jeżeli zakładamy, że scenariusz wzrostu gospodarczego na świecie się utrzyma, a wydaje mi się, że taki powinniśmy przyjąć za bazowy, to zwracałbym uwagę przede wszystkim na rynki wschodzące – Azja Południowo-Wschodnia łącznie z Chinami, całkiem nieźle zachować może się także Ameryka Południowa i wydaje mi się, że peryferie strefy euro, czyli te kraje, które przez ostatnie kilka lat były maruderami, jak Hiszpania, Portugalia, być może nawet Grecja, mają teraz szansę stać się czarnymi końmi – twierdzi Zaremba.

Z powodu napięć geopolitycznych w ostatnich miesiącach rynki Europy Środkowo-Wschodniej radziły sobie słabiej od giełd w krajach rozwiniętych. Odpływ kapitału z tego regionu zwiększył atrakcyjność wycen spółek, które potaniały, tym bardziej że perspektywy wzrostu gospodarczego w Polsce czy na Węgrzech są lepsze niż np. w strefie euro. Są one relatywnie tanie także w porównaniu z tureckimi, gdzie przemysł wydaje się spowalniać, a sytuacja finansowa gospodarki nad Bosforem jest krucha – twierdzi ekonomista.

– Z dużą ostrożnością podchodziłbym z kolei do rynków obligacji, które choć straciły w ostatnim czasie trochę, na przykład w Czechach czy na Węgrzech, to w Polsce trzymają się bardzo silnie. I mimo że dyskontują tym samym bardzo niską inflację, ucieczkę do bezpiecznych aktywów czy pewne oznaki spowolnienia gospodarczego, to wydaje mi się, że ten poziom wycen jest już trochę napięty – podsumowuje Adam Zaremba.

Wzrastają przychody GK LPP, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Zysk netto w I połowie br. wzrósł o niemal 10 proc.

Skonsolidowane przychody grupy modowej LPP wyniosły w I półroczu 2014 r. 2,13 mld zł i jest to wzrost w ujęciu rocznym o 22,4 proc.

Najwięcej przychodów pochodzi ze sprzedaży w krajach Unii Europejskiej – 1,63 mld zł. Ponad 500 mln zł pochodzi ze sprzedaży w krajach spoza Unii. Drugim największym rynkiem poza Polską jest dla LPP Rosja z przychodami po I półroczu rzędu 415,9 mln zł i wzrostem o prawie 20 proc. w stosunku do I półrocza ub.r. W Polsce przychody w omawianym okresie wyniosły 1,4 mld zł i były wyższe o prawie 23 proc. rdr.

Zysk netto spółki, do której należą takie marki, jak Reserved, House, czy Cropp wzrosły o 9,8 proc. do poziomu 152,7 mln zł.

W I półroczu roku GK LPP otworzyła 168 sklepów zwiększając tym samym całkowitą liczbę butików do 1 488 sklepów, z czego za granicą 91 sklepów.

– W I półroczu w salonach Reserved zrealizowano sprzedaż w wysokości 1 055 200 tys. zł, w placówkach Cropp 330 400 tys. zł, House 269 200 tys. zł, Mohito 243 400 tys. zł. zaś w Sinsay 88 600 tys. zł. – wyjaśnia spółka w raporcie finansowym.

Odzieżowy Bytom miał 1,13 mln zł zysku w I półroczu po stracie 1,2 mln zł rok temu

Spółka Bytom, zajmująca się szyciem i sprzedażą odzieży męskiej, zarobiła w I półroczu 2014 r. 1,13 mln zł. To znaczna poprawa w stosunku do ubiegłego roku, gdy pierwsze dwa kwartały zakończyły się stratą netto na poziomie 1,2 mln zł.

Na lepszy wynik złożyła się zarówno wyższa sprzedaż, jak i ograniczenie kosztów.

Przychody spółki wzrosły w I półroczu do 46 mln zł z 38,1 mln zł rok temu. Z tego aż 41,25 mln zł pochodziło ze sprzedaży detalicznej, co oznaczało wzrost o 26 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Sprzedaż hurtowa przyniosła spółce 3,16 mln zł, co oznacza wzrost o 47 proc.

Zysk operacyjny Bytomia wyniósł 1,35 mln zł wobec straty 91 tys. zł rok temu.

New World Resources zanotował stratę w wysokości 57 mln euro, prawie 8-krotnie mniejszą rdr dzięki obniżeniu kosztów

Spółka New World Resources Plc zanotowała przychody za pierwsze półrocze 2014 r. w wysokości 346,34 mln euro; to spadek o 20 proc. rdr.

Strata z działalności kontynuowanej wyniosła po I poł. niecałe 57 mln zł. To mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku, kiedy było to niemal 400 mln euro.

– Pomimo że zanotowaliśmy stratę wynoszącą niemal 57 milionów euro za sześć miesięcy, licząc do końca czerwca 2014 r. (co jest odpowiednikiem straty podstawowej wynoszącej 0,22 euro na akcję), jest to znaczna poprawa w wynikach w porównaniu do analogicznego okresu w 2013 r., w którym odnotowaliśmy podstawową stratę z działalności kontynuowanej wynoszącą 1,52 euro na akcję – wyjaśnił prezes NWR Gareth Penny w komunikacie. – Stanowi to świadectwo naszych nieustannych wysiłków na rzecz obniżania kosztów i ujednolicania działalności. Gotówkowe jednostkowe koszty wydobycia zostały obniżone o 24 proc. do 64 euro za tonę (19 proc. przy stałym kursie walutowym), a ponadto jesteśmy 6 miesięcy do przodu z osiągnięciem celu, którym jest uśrednienie kosztów wydobycia na poziomie nieznacznie odbiegającym od kwoty 65 euro do końca tego roku (włączając w to kopalnię Paskov).

Spółce udało się obniżyć koszty o 36 proc. do 299 mln euro.

Średnia zrealizowana przez NWR cena węgla koksującego była na poziomie 87 euro za tonę, to spadek o 15 proc. Średnia zrealizowana cena węgla energetycznego w wysokości 58 euro za tonę, czyli o 4 proc. więcej.

Sprzedaż węgla przez firmę dzieli się na: węgiel koksujący – 63 proc. i węgiel energetyczny – 37 proc. sprzedaży.

NWR po I półrpoczu br. miała także zapasy węgla na poziomie 858kt, czyli p 14 proc. rdr.

Dom Development poprawia przychody, ale przez rosnące koszty notuje spadek zysku netto

Skonsolidowane przychody dewelopera Dom Development wyniosły w I poł. 2014 r. 361,6 mln zł., czyli o 6,2 proc. więcej niż w tym samym okresie ub.r.

Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej był o ponad 60 proc. niższy rdr i wyniósł 10,9 mln zł.

Mniejszy zysk był spowodowany głównie wyższym rdr o 18 proc. rdr, kosztem własnym sprzedaży, który wyniósł 340,2 mln zł, wyższymi kosztami zarządu i wyższymi pozostałymi kosztami operacyjnymi.

Dom Development zakończył w I półroczu roku budowę inwestycji: III etap osiedla Derby, Młyny Królewskie, I etap Klasyków, IIb etap osiedla Wilno, III etap osiedla Adria oraz Willa na Harfowej. To razem 1116 mieszkań w standardzie popularnym. Rozpoczął natomiast budowę 1312 mieszkań, w tym 133 luksusowych apartamentów w inwestycji Rezydencja Mokotów.

Globe Trade Center powiększa stratę z powodu utraty wartości nieruchomości inwestycyjnych i projektów mieszkaniowych

Przychody operacyjne wyniosły w tym czasie 32,78 mln euro wobec 30,27 mln euro w II kwartale 2014. To o ponad 8 proc, lepszy wynik rdr.

Globe Trade Center, deweloper, specjalizujący się w powierzchniach komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej, miał 70 mln euro starty w II kwartale wobec 48,23 mln euro rok temu.

– Strata netto w okresie 3 miesięcy zakończonym 30 czerwca 2014 r. wyniosła 291 586 zł w porównaniu do 213 609 zł straty w okresie 3 miesięcy zakończonym 30 czerwca 2013 r. na skutek rozpoznania straty z aktualizacji wartości aktywów/utraty wartości nieruchomości inwestycyjnych i utraty wartości projektów mieszkaniowych grupy – tłumaczą autorzy sprawozdania finansowego GTC.

Na dzień 30 czerwca 2014 r. portfel Grupy w Polsce, Rumunii, na Węgrzech, Chorwacji, Serbii, Bułgarii i Słowacji obejmował 28 ukończonych nieruchomości komercyjnych o łącznej powierzchni najmu netto wynoszącej około 589 tys. mkw., wybudowane mieszkania i domy o łącznej powierzchni mieszkalnej 40 tys. mkw., grunty przeznaczone pod zabudowę komercyjną o szacunkowej powierzchni około 1,1 miliona mkw. i pod zabudowę mieszkaniową – o szacunkowej powierzchni około 483 tys. mkw.

Grupa działa w Polsce oraz w Rumunii, na Węgrzech, w Chorwacji, Serbii, Bułgarii, na Słowacji oraz w Czechach. Dodatkowo Grupa posiada grunty przeznaczone pod zabudowę na Ukrainie i w Rosji.

Redan ponosi stratę częściowo z powodu sytuacji na Ukrainie

W pierwszym półroczu 2014 rok Grupa Redan zanotowała stratę netto w wysokości 2,043 mln zł. To nieco mniej w porównaniu do ub.r., kiedy strata wyniosła 2,2 mln zł, wynika ze skonsolidowanego raportu finansowego.

– W związku z faktem, iż w pierwszym półroczu 2014 r. ujawniło się obciążenie w postaci podatku dochodowego, wynik netto był o 1,3 mln zł niższy rdr. Ponadto w wyniku osłabienia głównie hrywny ukraińskiej zostały wygenerowane ujemne różnice kursowe z przeliczenia sprawozdań zagranicznych jednostek zależnych w kwocie 4,1 mln zł, co spowodowało, że strata całkowita wyniosła -6,1 mln zł w porównaniu do +0,7 mln zł rok temu – wyjaśnia spółka w raporcie.

Przychody grupy kapitałowej wyniosły 226,2 mln zł. To 7,3 proc. więcej niż w I półroczu 2013 r.

Zysk ze sprzedaży natomiast wzrósł o ponad 1000 proc. do poziomu 3,4 mln zł. Rok wcześniej było to niecałe 300 tys. zł.

– Poprawa wyników – z wyłączeniem wpływu Ukrainy na część modową – jest konsekwencją zmian strategii oraz jej konsekwentnego wdrażania w obu segmentach działalności Grupy. Negatywnie na wyniki części modowej, a tym samym całej grupy, wpłynęła sytuacja polityczna na Ukrainie – tłumaczą autorzy raportu.

Otmuchów poprawia zysk netto o kilkaset procent dzięki restrukturyzacji i wzrostu efektywności

ZPC Otmuchów S.A., producent słodyczy i słonych przekąsek w segmencie private label, zanotował w I półroczu przychody w wysokości 138,2 mln zł i jest to wzrost o 4,4 proc. Przychody ze sprzedaży wyniosły w tym czasie 136,55 mln zł wocec 130,45 mln zł rok temu.

Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej w I półroczu 2014 r. wyniósł 5,3 mln zł; to 8-krotnie więcej niż w tym samym okresie ub.r.

– Dobre wyniki potwierdzają słuszność podjętych w ubiegłym roku działań restrukturyzacyjnych. Grupa szybko poprawia swoją efektywność biznesową co, jak wierzymy, pozwoli nam sprostać wyzwaniom wynikającym z niestabilności na rynku niektórych kluczowych surowców jak np. czekolada czy miazga sezamowa – powiedział Mariusz Popek, prezes zarządu ZPC Otmuchów.

– Na poprawę wyników Grupy wpływ ma również zwiększenie sprzedaży eksportowej. W I połowie roku udział eksportu w całości sprzedaży wyniósł ok 14 proc., co oznacza wzrost o 2,5 pkt. proc. wobec stanu przed rokiem. Największy wzrost sprzedaży spółka obserwuje na rynku niemieckim. Kolejne rynki, które będą ważne dla Otmuchowa w kolejnych okresach to m.in. Wielka Brytania, a także kraje Europy Centralnej (Węgry, Rumunia, Bułgaria, Czechy oraz Słowacja) – wyjaśnia spółka w komunikacie.

PPL wyda 250 mln zł na restrukturyzację zatrudnienia

Restrukturyzacja zatrudnienia w PP Porty Lotnicze będzie kosztować ok. 250 mln zł. Z pracy odejdzie ok. 800 osób. Według planu dzięki zmianom w ciągu trzech lat spółka ma zacząć na siebie zarabiać.

Koszty wynikają z uzgodnionych odpraw zapisanych w rozwiązanym 10 marca zakładowym układzie zbiorowym pracy. Zgodnie z nim pracownicy odchodzący z PPL mogli liczyć na równowartość nawet 3-letniej pensji po zaledwie 10 latach spędzonych w spółce.

Po zwolnieniach do uzupełnienia będzie 300 miejsc pracy, czyli netto kadry firmy zostaną odchudzone o 500 osób. Po zakończeniu zmian w PPL ma być ok. 1700 pracowników.

‒ Porty lotnicze są w procesie głębokiej restrukturyzacji. Do końca czerwca w ramach programu dobrowolnych odejść z pracy odeszło ok. 500 osób i w tej chwili zatrudnienie zmniejszyło się do poziomu 1700 osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy PPL. ‒ Łącznie z przedsiębiorstwa odejdzie ok. 800 osób, 300 osób jeszcze do końca tego roku. Na część stanowisk opuszczonych przez osoby korzystające z programu dobrowolnych odejść musieliśmy jednak ogłosić nabory.

Przybylski podkreśla, że zatrudnienie dotyczy stanowisk, na których brak obsady zakłócałby funkcjonowanie lotniska, m.in. dotyczy to Służby Ochrony Lotniska.

Tauron w I półroczu zanotował spadek przychodów o prawie 5 proc., a zysku netto – o ponad 14 proc.

Skonsolidowane przychody Grupy Kapitałowej Tauron Polska Energia S.A. spadły w I półroczu 2014 r. o 4,9 proc. rdr do poziomu 9,23 mld zł.

Spadki przychodów zanotowano głównie w sprzedaży energii cieplnej – o 20,5 proc. do poziomu 343,5 mln zł, energii elektrycznej – o 7,4 proc. do poziomu 5,23 mld zł, a także węgla – o 36,6 proc. do poziomu 196,4 mln zł.

Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej spadł natomiast o 14 proc. w ujęciu rocznym i wyniósł 730,3 mln zł.

Największy udział w zysku netto miała sprzedaż – 700 mln zł, natomiast największą stratę zanotował segment wytwarzania – 110,5 mln zł. Także segment wydobycia zanotował stratę netto w wysokości 23,8 mln zł.

8 z 9 ofert na przebudowę 2 odcinków trasy S7 na niższą kwotę niż chce wydać GDDKiA

Łącznie 9 konsorcjów i firm wystartowało w dwóch przetargach na dwa odcinki drogi S7 w okolicach Nidzicy. Droga powinna być gotowa w ciągu 20 miesięcy od podpisania umowy, czyli za ok. 2 lata.

GDDKiA Otworzyła oferty na budowę dwóch odcinków trasy S7 prowadzącej od Gdańska do przejścia granicznego ze Słowacją przez Warszawę. Na budowę pierwszego – Nidzica Północ-Nidzica Południe (9,1 km) jest 5 ofert, drugiego – Nidzica Południe-Napierki (13,6 km) – 4 oferty. Planowane podpisanie umowy dla obu inwestycji to IV kwartał br.

Na budowę odcinka Nidzica Północ – Nidzica Południe GDDKiA chce przeznaczyć 268,97 mln zł brutto. Czterech z pięciu oferentów podało w ofertach cenę niższą niż próg zamawiającego. Odcinek chce budować 5 konsorcjów: Przedsiębiorstwo Budownictwa Drogowo-Inżynieryjnego z Torunia razem z Erbudem za 239,7 mln zł brutto, Aldesa Construcciones Polska razem z Aldesą Construcciones S.A. z Hiszpanii za 246,7 mln zł, Mostostal Kraków z Ferrovialem Agromanem z Hiszpanii za 235,3 mln zł, Przedsiębiorstwo Budowy Dróg i Mostów, wraz ze spółką Planeta z Torunia i Przedsiębiorstwem Budownictwa Lądowego Mazowieckie Mosty za 335,7 mln zł oraz – z najniższą ofertą – Strabag 229,4 mln zł.

Na budowę odcinka od węzła Nidzica Południe (bez węzła) do miejscowości Napierki o długości około 13,6 km Generalna Dyrekcja chce przeznaczyć 310,4 mln zł brutto. W tym przypadku każda z firm oferuje prace za mniejsza kwotę. Do przetargu przystąpiły: Budimex za 286,8 mln zł. Astaldi S.p.A. z Włoch za 295,7 mln zł, Energopol-Szczecin za 275,5 mln zł oraz oferujący najniższą cenę Heilit+Woerner z Wrocławia – za 263,1 mln zł.

Wszystkie oferty wskazują na 20-miesięczny czas trwania robót i 10-letnią gwarancję, dlatego nie będzie to miało znaczenia przy wyborze wykonawcy. GDDKiA zakładała, że obydwa kryteria będą miały każdy po 5 proc. udziałów w wyborze.

Kolejnym etapem przetargu będzie weryfikacja złożonych ofert oraz Kontrola Uprzednia Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych.

Inwestycja polegać będzie na budowie dwujezdniowej drogi ekspresowej S7 wraz z budową dróg serwisowych, remontem wybranych dróg lokalnych, budową obiektów inżynierskich oraz obiektów ochrony środowiska. Powstaną cztery węzły drogowe – „Nidzica Północ”, „Nidzica Południe”, „Powierż”, „Napierki”.

BOŚ na koniec I poł. br. miał 11,97 mld zł kredytów netto u klientów

Nieznacznie spadła wartość udzielonych kredytów przez BOŚ. Bank ma mniej pieniędzy u klientów detalicznych i podmiotów finansów publicznych, nieco więcej – w porównaniu z końcem ub.r. – u firm.

Bank Ochrony Środowiska zanotował na koniec półrocza kredyty i pożyczki udzielone klientom detalicznym netto w wysokości 4,75 mld zł. Na koniec ubiegłego roku było to nieco więcej, 4,79 mld zł. Klienci korporacyjni byli zadłużeni na koniec półrocza na sumę 4,53 mld zł, o 4,6 proc. większa niż na koniec 2013 r. Spadła wartość kredytów udzielonych finansom publicznym. Na koniec półrocza było to 2,69 mld zł, o 8,2 proc. mniej niż na koniec ub.r. Łącznie jest to 11,97 mld zł, o niecały procent mniej niż koniec półrocza wcześniej.

W kredytach i pożyczkach udzielonych klientom znajdują się kredyty preferencyjne z dopłatami do odsetek od NFOŚiGW i WFOŚiGW, które w na koniec I poł. 2014 r. miały 3,5-proc. udział w wartości kredytów w porównaniu do 3,8 proc. na koniec 2013 r.

Bardzo dobre nastroje w amerykańskim przemyśle. PMI skoczył w sierpniu do 58 pkt.

Indeks PMI, obrazujący nastroje osób odpowiedzialnych za zakupy w firmach przemysłowych, skoczył w sierpniu w Stanach Zjednoczonych do 58 pkt. Oczekiwano wyniku na poziomie 55,7 pkt.

W lipcu indeks znajdował się na poziomie 55,8 pkt.

Jak piszą analitycy Markit Economics, w sierpniu widać wzrost zarówno w poziomach produkcji, zatrudnieniu, jak i nowych zamówieniach.

Wzrost zatrudnienia jest najszybszy od marca 2013 roku, a poziom produkcji, jak i nowych zamówień rosną szybciej od oczekiwań.

– Oczekuję, że te wskaźniki będą ogólnie niezłe, sporo powyżej wartości, w tym przypadku 50 punktów, która sygnalizuje długookresową średnią, i będą potwierdzały, że to ożywienie gospodarcze na chwilę obecną jest dość wartkie – mówił agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers jeszcze przed publikacja danych. – Nigdy nie możemy być pewni tego, że to ożywienie ma charakter bardzo trwały i czeka nas pięć lat dobrej koniunktury. W tym przypadku wydaje się mieć ono względnie solidne podstawy, bo nie jest ożywieniem opartym wyłącznie o jeden czynnik czy sektor gospodarki.

Wyniki spółek odzieżowych Wojas, Bytom, Monnari i Gino Rossi mają największy potencjał wzrostu wyników

Sprzedaż odzieży rosła w pierwszym półroczu trzy razy szybciej niż ogólna sprzedaż detaliczna w Polsce. Branży sprzyjała dobra pogoda, która pozwoliła uzyskać wysokie marże na kolekcjach wiosenno-letnich. Inwestorzy chętnie kupowali akcje spółek odzieżowych od 2013 r., licząc na dynamiczny wzrost wyników. W tym gronie najlepiej powinny wypaść: Bytom, Monnari, Wojas oraz Gino Rossi – prognozował jeszcze przed publikacją wyników dwóch pierwszych spółek Marcin Stebakow z DM Banku BPS.

– Wszystkie spółki, które odrobiły lekcje z kryzysowych lat, czyli cięły koszty i skupiły się na produkcie, będą miały dobre wyniki, którym jeszcze pomogła pogoda w całym pierwszym półroczu. Krótka zima pozwoliła na to, by wprowadzić kolekcji już w marcu do sklepów. Dzięki temu zainkasowanie pierwszej wysokiej marży było już widoczne w wynikach z I kwartału. Dalej ciepła pogoda sprawiła, że II kwartał też będzie dobry. Widzieliśmy to po dwucyfrowych dynamikach sprzedaży miesięcznej raportowanej przez spółki Wojas, Monnari, Bytom czy CCC – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS.

Monnari, które podało wyniki dwa dni temu, zwiększyło zysk w II kwartale do 6,42 mln zł z 4,43 mln zł przed rokiem. Bytom w pierwszym półroczu miał 46 mln zł przychodów wobec 38 mln zł rok temu i wypracował 1,13 mln zł zysku netto, podczas gdy rok temu miał 1,2 mln zł straty.

Rosnące wyceny wielu spółek odzieżowych przez cały 2013 r. wskazują, że inwestorzy od dłuższego czasu spodziewają się istotnej poprawy wyników. Silny wzrost zysków zwiększy atrakcyjność bieżącej wyceny, mierzonej wskaźnikiem cena/zysk.

– Dwie najbardziej rosnące spółki w 2013 roku to Bytom i Monnari – urosły po 430 proc. Teraz muszą nadgonić wynikami te wysokie wyceny i wtedy inwestorzy zobaczą, że skoro poprawiają się wyniki, to jednak ta cena opłacana wówczas nie była zbyt wygórowana – wskazuje Stebakow.

Kurs akcji Monnari pierwszego dnia po publikacji wyników wzrósł o 1,82 proc.

Według dyrektora w DM Banku BPS CCC może zwiększyć zysk nawet o kilkadziesiąt procent.

– Spółka szacuje, że marża będzie powyżej 10 proc., tak mówił prezes CCC Piotr Nowjalis, co przy 2 mld przychodów daje proste przełożenie, że to może być 200 mln zł na poziomie netto, dla porównania w zeszłym roku było to 120-125 mln zł – mówi Marcin Stebakow.

Solidne wyniki za II kwartał pokaże także Gino Rossi, który notuje poprawę marż i wychodzi z kryzysu. Obok segmentu obuwniczego, dobrze radzi sobie w tej spółce moda damska pod marką Simple – ocenia analityk. W segmencie mody damskiej gorzej radzi sobie Solar, którego sprzedaż nie rośnie, oraz Deni Cler w ramach Vistuli, która notuje spadki.

– Mam taką teorię, że klientki wybierają bardziej Monnari i Simple kosztem właśnie Deni Cler i Solara, dlatego te marki tracą, a raportowane miesięcznie wyniki sprzedaży nie są aż tak dobre, jak tych dwóch wcześniej wspomnianych przeze mnie spółek. Ale ogólnie uważam, że wyniki za pierwsze półrocze czy za II kwartał będą w tej branży dobre – twierdzi dyrektor w DM Banku BPS.

W przypadku LPP istotnym czynnikiem ryzyka jest dalszy rozwój konfliktu między Rosją a Ukrainą. Gdańska spółka ma silną ekspozycje na obu tych rynkach, co było powodem dość silnej przeceny akcji od początku 2014 r. Jak twierdzi Stebakow, wyniki w następnych kwartałach będą silnie zdeterminowane przez zmiany kursu rubla oraz hrywny wobec złotego, chyba że LPP zdecyduje się zamienić część należności na tamtych rynkach na kapitał.

W przypadku polskiego rynku kontynuacja pozytywnych tendencji z pierwszej połowy roku będzie zależała głównie od pogody w miesiącach jesiennych, kiedy jest sprzedawana odzież zimowa z najwyższą marżą. Według dyrektora w DM Banku BPS ewentualne wyhamowanie sprzedaży detalicznej nie dotknie rynku odzieży, który był w okresie styczeń-czerwiec 2014 r. najszybciej rosnącą kategorią. Sprzedaż ubrań, butów i dodatków wzrosła o 15,6 proc. w ujęciu rocznym, podczas gdy całkowita sprzedaż detaliczna jedynie o 5 proc.

– Według mnie największy potencjał wzrostu mają spółki Wojas, Bytom, Monnari i Gino Rossi. CCC też ze względu na rozwój za granicą. Tego potencjału nie widzę na chwilę obecną w Solarze i Redanie, bo spółki te mają problem z segmentem modowym – przewiduje Marcin Stebakow.

Redan miał w I półroczu stratę netto w wysokości 2 mln zł, minimalnie niższą niż przed rokiem. Przychody wyniosły 226 mln zł wobec niespełna 211 mln zł rok temu.

Zbyt szybkie wprowadzanie składek ZUS w umowach zleceniach może zaowocować negatywnym wpływem na rynek pracy

Na skutki przyspieszenia reformy narażone są przede wszystkim osoby zatrudnione w sektorze: „administrowanie i działalność wspierająca” – wynika z ekspertyzy Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych (WISE Institute) przygotowanej na zlecenie Konfederacji Lewiatan.
Każdy z 4 scenariuszy – określający konsekwencje przyszłego oskładkowania umów zleceń – pokazuje również, że 12-miesięczny okres vacatio legis w znacznym stopniu łagodzi niepożądane następstwa zmian, które zostały uwzględnione w nowej ustawie. Co istotne, korzyści te dotyczą wszystkich uczestników rynku: zarówno pracowników, jak i pracodawców oraz budżetu państwa.Planowane przez polski rząd zmiany dotyczące funkcjonowania umów zleceń i umów o dzieło mają za cel poprawę sytuacji pracowników. Pracodawcy – z uwagi na istotne oszczędności – coraz częściej decydują się bowiem na korzystanie z umów zleceń, co w naturalny sposób wpływa na niższy zakres bezpieczeństwa zatrudnionych. Mimo społecznie słusznych postulatów, lekarstwa na podstawowy problem – dostosowania przedsiębiorstw i pracujących w nich osób do nowych warunków rynkowych – dotychczas nie przedstawiono.
Odpowiedzią na brak pogłębionej analizy są wyniki ekspertyzy przeprowadzonej przez WISE. Według badań warszawskiego Instytutu zapewnienie przedsiębiorcom minimum 12-miesięcznego vacatio legis w znaczącym stopniu wpłynie na złagodzenie skutków potencjalnego ozusowania umów zleceń obowiązkową składką ZUS. Potwierdzają to 4 symulacje scenariuszy, prezentujących reakcje uczestników rynku pracy na zmiany w ustawie:Scenariusz nr 1. Przedsiębiorcy dążą do równowagi makroekonomicznej: redukują udział umów o pracę na korzyść oskładkowanych umów zleceń:
• Pracodawcy decydują się na całkowite odejście od umów o pracę na korzyść oskładkowanych umów zleceń.
• Zadaniem przedsiębiorcy jest zbilansowanie kontraktów, czyli zachowanie dotychczasowego poziomu rentowności firmy.
• W przypadku 3-miesięcznego vacatio legis, przejście z umowy o pracę na oskładkowaną umowę zlecenie będzie dotyczyło 56% etatowych pracowników.
• Wydłużenie okresu przejściowego do 12 miesięcy pozwala pracodawcom na odpowiednie dostosowanie, które skutkuje wyraźnie mniejszą migracją na poziomie 26% i 30 punktów procentowych mniej w porównaniu do 3-miesięcznego vacatio legis.

Scenariusz nr 2. Przedsiębiorcy dążą do równowagi mikroekonomicznej: redukują część pracowników:
• Przedsiębiorcy redukują kadry do momentu, w którym pracownik zarabia na swoje wynagrodzenie i jest rentowny. W ten sposób firmy będą redukowały zatrudnienie o około 8%. Decyzja ta jest także równoznaczna ze zmniejszeniem skali wykonywanej pracy lub obniżeniu jej jakości.
• Wprowadzenie 3-miesięcznego vacatio legis pozwala na zbilansowanie kontraktu po zmniejszeniu liczby pracujących na umowę zlecenie o 7%.
• 12-miesięczny okres przejściowy przyczyni się do konieczności ograniczenia kadr jedynie o 3%.

Scenariusz nr 3. Przedsiębiorcy stosują wariant mieszany: redukują część pracowników oraz przenoszą część pracowników z umowy o pracę na rzecz oskładkowanej umowy zlecenia:
• Przedsiębiorca dywersyfiikuje ryzyko, które powstanie po wprowadzeniu oskładkowania umów zleceń.
• W tym wypadku zachowanie rentowności przy 3-miesięcznym vacatio legis wiązać się będzie z koniecznością transferu z umów o pracę na umowy zlecenia 8% personelu przy jednoczesnej redukcji pracujących na umowy zlecenia o 6%.
• Jeśli okres przejściowy będzie wynosił 12 miesięcy, bilansowanie kontraktu zapewni konwersja do umów zleceń 9% zatrudnionych oraz redukcja pracujących na umowy zlecenie jedynie o 2%.

Scenariusz nr 4. Przedsiębiorcy wchodzą w szarą strefę: część pracowników otrzymuje wynagrodzenie netto bez umowy:
• Zdecydowanie najbardziej niepożądany scenariusz, bo wiąże się z łamaniem prawa przez pracodawców.
• Biorąc pod uwagę możliwość jego zaistnienia, zwraca uwagę fakt, że aby kontrakt mógł się zbilansować także po oskładkowaniu umów zlecenia, migracja do szarej strefy dotknie około 30% zleceniobiorców w przypadku 3-miesięcznego vacatio legis.
• Wydłużenie okresu do 12 miesięcy pozwoli z kolei ograniczyć przepływ zleceniobiorców do szarej strefy o ponad połowę (50%).

Opisane wyżej scenariusze – mimo tego, że przedstawiają różne strategie przedsiębiorstw dążących do optymalizacji swoich działań w zmienionych warunkach biznesowych – potwierdzają pozytywny wpływ wydłużonego vacatio legis na wszystkich uczestników rynku pracy. Warto bowiem zwrócić uwagę, że prócz czynników fundamentalnych, do jakich należą: poziom zatrudnienia i skala działalności, odpowiednio długi okres przejściowy gwarantuje także bezpieczeństwo wpływów do budżetu państwa, gdyż zapobiega drastycznemu wzrostowi przepływu pracowników do szarej strefy.

Konfederacja Lewiatan

Firmy lepiej oceniają przyszłość niż obecny rok

W 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie są ostrożne w swoich decyzjach dotyczących zatrudniania, wynagradzania i inwestycji. Natomiast bardziej optymistycznie spoglądają na 2015 rok – wynika z badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.”, przygotowanego przez Konfederację Lewiatan.
Polska gospodarka rosła 1. połowie 2014 r. w tempie 2-krotnie szybszym niż w 2013 r. bazując na spożyciu indywidualnym, inwestycjach (głównie przedsiębiorstw) oraz eksporcie netto. Prawie 50 proc. PKB wytworzyły mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa. One też zatrudniają ok. 60 proc. osób zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw (a pracuje w nich 70 proc. pracujących w sektorze przedsiębiorstw). Inwestycje w ok. 50 proc. realizowane są właśnie przez MMŚP. Tylko w eksporcie uczestniczą w relatywnie mniejszym stopniu. Dlatego bardzo ważne jest, szczególnie w kontekście narastającego kryzysu rosyjskiego, jak MMŚP oceniają koniunkturę gospodarczą i jakie mają plany jeszcze na ten rok i na 2015 r. – czy prognozują wzrost przychodów, czy będą zatrudniać i podnosić wynagrodzenia, jakie mają plany inwestycyjne, czy wzrośnie ich zainteresowanie rynkami zewnętrznymi? Jak widzą możliwości wzrostu eksportu? Czy będą wdrażać innowacje produktowe, kupować nowe technologie? I czy będą panują w większym stopniu korzystać z kredytów? Od ich decyzji w tych obszarach zależeć będzie bowiem stan naszej gospodarki, to czy uda się utrzymać wzrost gospodarczy w 2014 r. na poziomie ponad 3 proc., a w 2015 r. przyspieszyć do blisko 4 proc.Ostrożne oceny 2014 roku
Wyniki badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.” wskazują, że w 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie są w swoich decyzjach dotyczących zatrudniania, wynagradzania, inwestycji ostrożne. Badanie było przeprowadzone w okresie 06 maja-18 lipca br., czyli w czasie, gdy firmy mogły już odczuwać pierwsze gospodarcze konsekwencje pogarszania się sytuacji politycznej między Rosją a Ukrainą, ale przede wszystkim mogły już oceniać potencjalny rozwój sytuacji i dostosowywać do tych ocen swoje plany na rok bieżący. Tym bardziej, że od dawna wiedzą, że Rosja wykorzystywała, wykorzystuje i zapewne będzie wykorzystywała „broń” handlową dla realizacji swoich politycznych celów. Z punktu widzenia firm z sektora MMŚP sytuacja gospodarcza obarczona jest zatem znacznie większymi ryzykami niż jeszcze w końcu ubiegłego roku, co firmy włączają do swoich bieżących kalkulacji biznesowych.W efekcie ciągle dużo, bo ponad 20 proc. MMŚP, obawia się spadku przychodów w 2014 r. (w stosunku do 2013 r.), ale o poprawie sytuacji jest przekonane ponad 36 proc. firm. Jednak widać wyraźną różnicę między firmami średnimi a mikro- i małymi. Firmy średnie (zatrudnienie 50-249) nie widzą w tak szarych barwach możliwości zwiększania przychodów, jak firmy małe, a szczególnie mikro. A to przecież wśród nich jest najwięcej eksporterów, bo blisko 50 proc., z których 2/3 prognozuje w 2014 r. wzrost sprzedaży na eksport.
Silne różnice występują także między poszczególnymi sektorami gospodarki – obaw nie widać wśród firm z sektora informacja i komunikacja, a także wśród firm z sektora opieka zdrowotna i pomoc społeczna. Badania MMŚP z poprzednich lat wskazują, że rozwój mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z sektora informacja i komunikacja jest w relatywnie niewielkim stopniu zależny od koniunktury gospodarczej, co dobrze rokuje tak tym przedsiębiorstwo, jak i polskiej gospodarce, bowiem ten sektor jest jednym z nowocześniejszych. Natomiast dobre oceny sytuacji w 2014 r. firm z sektora opieka zdrowotna wskazują na zmiany w strukturze demograficznej polskiego społeczeństwa, a także na większe zainteresowanie zdrowiem i większą o niego dbałość, co byłoby trudne do uzyskania, gdyby dochody polskich gospodarstw domowych nie rosły.

Niewielki wzrost zatrudnienia

Ostrożność i wstrzemięźliwość MMŚP dotycząca sytuacji gospodarczej i możliwości rozwojowych firm w 2014 r. w największym stopniu dotyczy skłonności do zatrudniania. Mniej firm niż w 2013 r. deklaruje wzrost zatrudnienia, ale jednocześnie mniej firm rozważa zwolnienia pracowników. Widać wyraźne oczekiwanie na rozwój sytuacji geopolitycznej. Szczególnie mikroprzedsiębiorstwa są ostrożne w decyzjach związanych z zatrudnieniem. Małe i średnie firmy widzą przestrzeń do wzrostu zatrudnienia w 2014 r., ale jest ona niewielka. Zatem sytuacja na rynku pracy będzie się w br. poprawiała, ale w niewielkim stopniu i zapewne głównie dzięki firmom dużym.

Tę ostrożność widać także patrząc na MMŚP przez sektory gospodarki. Poza przemysłem i opieką zdrowotną, gdzie nieco więcej firm niż w innych sektorach (ponad 16 proc.) zwiększyło w 2014 r. zatrudnienie lub planuje jeszcze jego wzrost, w pozostałych sekcja gospodarki plany dotyczące wzrostu zatrudnienia są niewielkie, a w sektorze obsługa nieruchomości będziemy dalej obserwować spadki.

Dużo lepiej wyglądają plany dotyczące wynagrodzeń. Widać wyraźnie, że firmy – już nie tylko ze względu na prawo pracy, ale także na niepewność wynikającą z sytuacji geopolitycznej – wolą podnosić wynagrodzenia, zatrudniać w godzinach nadliczbowych, niż zwiększać zatrudnienie. Zdecydowanie więcej bowiem firm planuje wzrost wynagrodzeń niż wzrost zatrudnienia. Aczkolwiek w większości sektorów gospodarki skłonność do wzrostu wynagrodzeń jest mniejsza niż w 2013 r.

Niestety ostrożność dotknie także w 2014 r. inwestycji, których wzrost deklaruje mniej firm niż w 2013 r. Jednak i w tym przypadku można liczyć na firmy z sektora informacja i komunikacja oraz firmy oferujące usługi opieki zdrowotnej.

Jednak te firmy, które planują inwestycje, myślą o wprowadzaniu na rynek nowych produktów i usług, a także o zakupie nowych technologii.

Jednocześnie w 2014 r. nie zwiększy się skłonność MMŚP do korzystania z kredytów bankowych – tylko 6 proc. firm zwiększyła lub planuje jeszcze zwiększyć swoje zadłużenie w bankach. Ale także ok. 6 proc. firm zmniejszyło lub zmniejszy jeszcze w br. swoje zadłużenie w bankach. Potwierdza to obawy MMŚP dotyczące rozwoju sytuacji geopolitycznej – firmy nie chcą zwiększać zadłużenia w bankach obawiając się, czy będą w stanie je spłacić, jeśli sprawy zewnętrzne potoczą się niekorzystnie.

Lepsze perspektywy w przyszłym roku

Prognozy MMŚP na 2015 r. są znacznie bardziej optymistyczne, co nie oznacza, że wszystkie firmy widzą swoje możliwości rozwojowe w jasnych barwach. Ten optymizm wyrażany przez MMŚP wynika zapewne z dotychczasowych doświadczeń we współpracy gospodarczej z Rosją – nakładane w latach poprzednich embarga nie trwały długo i nie dotyczyły bardzo dużych grup produktów. Jednak tym razem może być inaczej, czego jak widać MMSP nie biorą pod uwagę. Poza mikroprzedsiębiorstwami, wśród których prawie 15 proc. prognozuje spadki przychodów. (wśród średnich firm jest to niespełna 4 proc.). Rok 2015 ma być kolejnym dobrym rokiem dla firm z sektora informacja i komunikacja, ale do tych firm dołączą przedsiębiorstwa z sektora działalność profesjonalna, naukowa i techniczna, a także firmy przemysłowe.

W tym kontekście ciekawie wyglądają prognozy MMŚP dotyczące zatrudnienia – bowiem tu ciągle widać wstrzemięźliwość w deklaracjach zwiększania liczby pracowników. Sytuacja ma być lepsza niż w 2014 r., ale nie odpowiadająca prognozom dotyczącym wzrostu przychodów, wynagrodzeń, czy inwestycji. We wszystkich sektorach gospodarki zatrudnieni powinno nieznacznie wzrosnąć – w największym stopniu w … informacji i komunikacji, ale także w przemyśle. Najsłabsza będzie sytuacja w sektorze rolno-spożywczym. MMŚP oceniają, że sytuacja geopolityczna poprawi się, ale jednocześnie nie deklarują większej skłonności do zatrudniania. Pokazuje to jak duże znaczenie mają dla firm z sektora MMŚP regulacje prawne dotyczące rynku pracy.

MMŚP prognozując wyraźny wzrost możliwości rozwojowych w 2015 r. (przychody) jednocześnie zakładają wzrosty wynagrodzeń – dwa razy więcej firm planuje w 2015 r. podnieść wynagrodzenia niż zwiększyć zatrudnienie. Plany takie mają wszystkie firmy, niezależnie od wielkości. Wynagrodzenia mają rosnąć we wszystkich sektorach gospodarki, ale najbardziej „otwarte” na ich wzrost są firmy z sektora informacja i komunikacja, a także firmy przemysłowe oraz prowadzące działalność profesjonalną, naukową i techniczną. Pokazuje to, gdzie mogą być wąskie gardła na rynku pracy, gdzie popyt na pracowników może przewyższać ich podaż.

Plany inwestycyjne MMŚP na 2015 r. są większe niż w 2014 r., ale i do inwestycji firmy podchodzą ostrożnie. Na pewno można (jak zwykle) liczyć na firmy z sektora informacja i komunikacja, a także – ale w nieco mniejszym stopniu niż w 2013 i 2014 r. – na firmy świadczące usługi opieki zdrowotnej.

Wyniki badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.” wskazują, że MMŚP starają się uwzględniać w swoich bieżących planach biznesowych możliwy rozwój sytuacji, stąd ich ostrożność w zatrudnianiu, inwestycjach, a także ocenie możliwości wzrostu przychodów w 2014 r. Jednocześnie jednak te, które zakładają, że osiągną wzrost – planują inwestycje, i co ważne – inwestycje w innowacje produktowe i zakup nowych technologii, co dobrze rokuje na przyszłość.

Natomiast ich oceny dotyczące możliwości rozwoju w 2015 r. pokazują, że będą w stanie „zapanować” nad ryzykami, które ograniczają ich biznesy dzisiaj, co dobrze rokuje wzrostowi naszej gospodarki w przyszłym roku.
*/ Dane wykorzystane do opracowania tej informacji prasowej pochodzą z badania przygotowanego przez Konfederację Lewiatan w ramach projektu „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.”. Wywiady realizowało CBOS. Badanie zostało przeprowadzone w okresie 06 maja – 18 lipca 2014 r. na losowej próbie 1100 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. To już 12. edycja badania sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw realizowana przez Konfederację Lewiatan.

Prezentacja dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek

Konfederacja Lewiatan

 

W lipcu br. produkcja przemysłowa była o 2,3 proc. wyższa niż rok wcześniej – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Trzeci kwartał zaczął się w przemyśle dobrze, nie ziściły się obawy przedsiębiorstw, że przyjdzie głębsze załamanie.

Mimo wyraźnych sygnałów płynących z ostatniego odczytu wskaźnika PMI oraz z badania koniunktury gospodarczej GUS, wskazujących na spadek zamówień tak krajowych, jak i zagranicznych, produkcja sprzedana przemysłu w lipcu wzrosła silniej niż w czerwcu i to przy znacznie wyższej bazie (lipiec 2013 -106,3, czerwiec 2013 – 103,0). Dobrze ma się przetwórstwo przemysłowe. Co prawda, jego 3,3 proc. wzrost nie jest na miarę naszych potrzeb i oczekiwań, ale i tak jest dwukrotnie wyższy niż w czerwcu i też osiągnięty przy wyższej bazie.

Ciągle natomiast słabnie górnictwo – w lipcu spadek był silniejszy niż w czerwcu. Niezbyt dobrze radzi sobie również energetyka.

Nadal zbyt dużo działów przemysłu odnotowuje spadek produkcji (10). Szczególnie niepokoi sytuacja w działach „pozostały sprzęt transportowy” (-13,3 proc.), „chemikalia i produkcja chemiczna” oraz „artykuły spożywcze” (-2,3 proc.). W przypadku artykułów spożywczych możemy się spodziewać pogorszenia koniunktury w kolejnych miesiącach w związku z rosyjskim embargiem na wiele naszych towarów rolno-spożywczych.

Cieszy natomiast, że wśród 24 działów rosnących znajdują się przede wszystkim te związane z eksportem, m.in. producenci mebli, pojazdów samochodowych, maszyn i urządzeń, urządzeń elektrycznych. Widać, że nasze firmy mają ciągle silną pozycję na rynkach zagranicznych, co pozwala prognozować utrzymanie w trzecim kwartale 6-7 proc. dynamiki eksportu, nawet mimo zawirowań na rynku rosyjskim.

Kłopoty przeżywa budownictwo. Po niezłej wiośnie, w lipcu odnotowaliśmy niewielki 1,1 proc. wzrost przy bardzo niskiej bazie w lipcu 2013 roku (94,8). Co prawda , w stosunku do ubiegłego roku wzrosła wartość produkcji firm prowadzących budowę obiektów inżynierii lądowej i wodnej, a także realizujących roboty specjalistyczne, jednak w porównaniu z czerwcem spadek był znaczący, co dziwi, bo dla tych firm wakacje to najlepszy okres. Możliwe, że to efekt przesuwania fakturowania kolejnych etapów budów na późniejsze miesiące. A na pewno to efekt nie uruchomienia jeszcze pieniędzy unijnych, bowiem negocjacje z KE dotyczące Programów Operacyjnych ciągle trwają.

Konfederacja Lewiatan

Innowacyjne firmy zatrudniają znacznie chętniej niż inne

Nowe miejsca pracy częściej tworzą mniejsze firmy (do 500 pracowników), ponieważ przejmują one część zadań od dużych koncernów. Analitycy ADP Polska szacują, że wzrost zatrudnienia w sektorze tzw. nowoczesnej gospodarki w ciągu roku może sięgnąć 5 proc. W ślad za tym wzrostem powinno podążać również zapotrzebowanie na nowych pracowników w innych sektorach.

Jak wynika z ostatniego raportu ADP Polska, dostawcy rozwiązań do zarządzania kapitałem ludzkim, motorem wzrostu zatrudnienia w Polsce są firmy tzw. nowoczesnej gospodarki. Pod tym pojęciem firma rozumie przedsiębiorstwa innowacyjne, stosujące zaawansowane technologie i elastyczne organizacyjnie, które są liderami w swoich branżach. W drugim kwartale br. przyjęły one do pracy o 3,72 proc. więcej osób niż w tym samym okresie ub.r. Podobne wyniki notowane są w sektorze produkcyjnym i usługowym. W skali półrocza wzrost był jeszcze większy i wyniósł 4,06 proc.

– Traktujemy nowoczesną gospodarkę jako awangardę rynku. To firmy, które wyznaczają trendy pozostałym przedsiębiorstwom i notują lepsze wyniki finansowe. Podobnie dzieje się w innych krajach – komentuje Dariusz Terlecki, dyrektor sprzedaży i marketingu ADP Polska.

Przedsiębiorstwa tzw. nowoczesnej gospodarki, jak wyjaśnia dyrektor z ADP Polska, są bardziej innowacyjne i otwarte na nowe pomysły. W efekcie łatwiej dostosowują się do trudniejszych sytuacji. Z szybszym wzrostem zatrudnienia związane są rosnące nakłady inwestycyjne.

– W przypadku firm tzw. nowoczesnej gospodarki przedsięwzięcia takie są bardziej przemyślane – uważa Terlecki. – To są pieniądze wydawane nie tylko na nowe technologie, lecz także na rozwiązania organizacyjne, takie jak outsourcing. Firmy nowoczesne starają się specjalizować w swojej aktywności i skupiać na tym, co daje im przewagę na rynku oraz najszybszy wzrost przychodów i zysków. Natomiast wszystkie inne, poboczne obowiązki starają się oddać profesjonalistom, czyli firmą zajmującym się outsourcingiem.

Przedsiębiorstwa usługowe zaczynają podążać śladem produkcyjnych, małe biorą przykład z większych, a wzrost zatrudnienia zaczyna dotyczyć również firm z tzw. tradycyjnej gospodarki.

– To system naczyń połączonych – tłumaczy Dariusz Terlecki. – Zlecenia przepływają pomiędzy firmami większymi i mniejszymi z różnych sektorów, gałęzi i branż. Takiego zbliżenia należało oczekiwać.

Szybciej jednak, jak wynika z danych ADP Polska, rośnie zapotrzebowanie na pracę ze strony mniejszych, zatrudniających do 500 osób, przedsiębiorstw.

– Duże firmy często amortyzują wzrost liczby zleceń eksportem zadań do wykonawców i podwykonawców, również firm zewnętrznych, które outsourcują od nich poszczególne aktywności – wyjaśnia Dariusz Terlecki. – Dlatego wzrost zleceń w dużych firmach rozkłada się na zdania, które są zlecane własnym pracownikom, załodze i firmom zewnętrznym. Większy przyrost zatrudnienia w mniejszych przedsiębiorstwach wynika często z tego, że wykonują one zlecenia większych podmiotów.

Terlecki wskazuje, że okres od stycznia do czerwca br. to pierwsze od dwóch lat kwartały, podczas których Główny Urząd Statystyczny odnotował wzrost zatrudnienia w gospodarce. Na razie był on minimalny (wzrost o 0,7 proc. w II kw. i 0,5 proc. w I półroczu), ale w średniej perspektywie dwóch, trzech lat, zdaniem rozmówcy Newseria Biznes, będzie jednak postępować. W całym roku ADP Polska spodziewa się tam przyrostu etatów o ok. 5 proc.

– W kolejnych kwartałach zatrudnienie w całej gospodarce będzie wzrastać, bo tendencja jest stabilna – mówi Terlecki. – Potwierdzają to inne wskaźniki ekonomiczne. Gdy dwa lata temu wskazywaliśmy, że cała gospodarki jednak się odbije i podąży śladem sektora nowoczesnego, wielu nam nie ufało. Obecnie patrzą na wskaźniki GUS z niedowierzaniem. Minęło bowiem kilka miesięcy i rzeczywiście mamy do czynienia z taką sytuacją.

Według specjalisty ADP Polska wzrost zatrudnienia w tradycyjnej gospodarce będzie jednak powolny.

– W III kwartale nie nastąpi przełom – twierdzi Dariusz Terlecki. – W ciągu dwóch, trzech latach wzrost zatrudnienia będzie przypominał raczej maraton niż sprint. Nie ma bowiem takich zjawisk w gospodarce, których skutkiem mógłby być lawinowy przyrost zleceń i zapotrzebowania na pracę.

Zapaść w żegludze śródlądowej. To najsłabiej wykorzystywana gałąź transportu

Inicjatywy samorządów, takie jak przekop przez Mierzeję Wiślaną lub port przeładunkowy w Solcu Kujawskim, mogą wzmocnić pozycję żeglugi śródlądowej w Polsce. Obecnie to najsłabiej wykorzystywana gałąź transportu w kraju. Jest jednak szansa na jej ożywienie, bo ekologiczny transport rzekami i kanałami wspiera Unia Europejska. W Polsce brakuje jednak zarówno infrastruktury, jak i floty.

‒ Żegluga śródlądowa w Polsce przeżywa ciągle okres stagnacji. Owszem, są pewne symptomy ożywienia, ale na tle Unii Europejskiej polska żegluga wygląda bardzo słabo – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. ‒ Paradoksalnie tę potrzebę bardziej doceniają samorządy, zwłaszcza wojewódzkie, które tworzą różnego rodzaju inicjatywy, występują z projektami ożywienia żeglugi w różnych miejscach. W Strategii Rozwoju Transportu są zapisane określone wskazówki, ale niewiele w tym zakresie się robi.

Kowalski podkreśla, że o ile dzięki unijnym środkom w ciągu ostatnich lat dokonano wielu inwestycji w innych gałęziach transportu, a kolejne modernizacje są zaplanowane w wieloletnich strategiach, żegluga śródlądowa była do tej pory pomijana. Jej udział w przewozach ładunków zmalał według GUS-u z 0,8 proc. w 2001 r. do 0,3 proc. w 2013 r. Choć w ub.r. odnotowano wzrost masy przewiezionych ładunków o ok. 10 proc., to równocześnie o prawie 6 proc. zmalała praca przewozowa.

Dla porównania w 2011 r. w Holandii żegluga śródlądowa stanowiła prawie 37 proc. całego transportu lądowego, a w Niemczech ponad 11 proc. Unijna średnia wyniosła ponad 6 proc.

‒ Jest to o tyle zaskakujące, że dysponujemy odpowiednią siecią rzek. Mamy szlak wzdłuż Odry, na niektórych odcinkach Wisła jest żeglowna. Są kanały, w dużej mierze jednak zaniedbane. Przede wszystkim brak nakładów ze strony państwa na infrastrukturę, która by tę żeglugę umożliwiała, jest przyczyną tego załamania – podkreśla Kowalski.

W Polsce jest 3655 kilometrów śródlądowych dróg wodnych. Jak wynika z danych GUS-u, w latach 60. było ich 4756 kilometrów, czyli o ponad 30 proc. więcej. Do tego tylko niecałe 6 proc. (214 kilometrów) spełnia obecnie wymogi dróg międzynarodowych. Reszta to drogi o znaczeniu regionalnym, którymi pływać mogą tylko niewielkie jednostki.

W Polsce brakuje też nowoczesnej floty. Spośród 209 zarejestrowanych pchaczy i holowników do barek ok. 75 proc. ma ponad 34 lata, a nie ma ani jednej jednostki, która ma mniej niż 13 lat.

Kowalski zauważa, że zmienić tę sytuację mogą inicjatywy samorządów, jak przekop przez Mierzeję Wiślaną wraz z rewitalizacją portu w Elblągu lub stworzenie portu przeładunkowego w Solcu Kujawskim, który odciążyłby trójmiejskie porty morskie. Do tego na Polskę presję wywierać będzie Unia, bo transport wodny jest jednym z najtańszych i najbardziej ekologicznych.

‒ W polityce transportowej UE żegluga jest stawiana na równi z koleją jako bezpieczna i ekologiczna forma transportu, dlatego jest silny nacisk na to, by ją rozwijać – mówi Kowalski. ‒ Może się okazać, że główne szlaki lądowe, przynajmniej na wybranych odcinkach, będą przeżywały okres przeciążenia. To rodzi też określone konsekwencje dla bezpieczeństwa ruchu.

Dodaje, że Polska powinna wykorzystać korzystny układ głównych rzek, łączących duże miasta z portami morskimi. Tradycyjnie żegluga śródlądowa była wykorzystywana przede wszystkim do transportu węgla i rud (w 2013 r. te kategorie towarów stanowiły łącznie ponad 62 proc. udziału w masie ładunków w żegludze śródlądowej), jak jednak Kowalski podkreśla, szansą jest również transport kontenerowy.

‒ Być może jest to nawet bardziej przyszłościowa forma przewozów, czyli połączenie przewozów żeglugą śródlądową z żeglugą morską albo transportem kolejowym i drogowym. W takiej konfiguracji na wybranych odcinkach żegluga może być realną alternatywą, obniżającą koszty transportu i koszty zewnętrzne w postaci negatywnego oddziaływania na środowisko – przekonuje Kowalski.

Dodaje, że nie można zapominać o przewozie osób. W Bydgoszczy tramwaje wodne stały się jednym z elementów miejskiego systemu komunikacji zbiorowej. To właśnie tabor pasażerski według GUS-u jest najnowocześniejszy w Polsce – ponad 20 proc. spośród 102 zarejestrowanych jednostek ma mniej niż 13 lat. W 2013 r. żegluga śródlądowa przewiozła nieco ponad milion pasażerów.

Rodzinne firmy mogą zyskiwać przewagę dzięki wysokiej specjalizacji

Dzięki wyspecjalizowaniu się w danej dziedzinie rodzinne przedsiębiorstwa mogą zyskiwać przewagę nad dużymi koncernami. Wprawdzie w Polsce biznesy pozostające w rękach jednej rodziny od wielu pokoleń nie są powszechne, ale – jak podkreślają przedstawiciele takich firm – od transformacji ustrojowej stopniowo rosną w siłę.

W Polsce według różnych szacunków funkcjonuje 1,8-2 mln małych i średnich przedsiębiorstw. Wypracowują one większość PKB i stanowią podstawę gospodarki. Dużą część tego stanowią firmy rodzinne. Jak wynika z danych Inicjatywy Firmy Rodzinne, w UE 60 proc. przedsiębiorstw to właśnie firmy rodzinne, a spośród 250 największych spółek na paryskiej giełdzie ponad połowa startowała jako rodzinny biznes.

– Firmy rodzinne w naszym kraju dopiero się rozwijają, ale mają przed sobą wielką perspektywę – mówi Elżbieta Grycan, współwłaścicielka rodzinnej firmy Grycan. – W Brazylii są firmy, które prowadzą działalność od 80 pokoleń. Polacy zaczęli budować takie przedsiębiorstwa w zasadzie dopiero po transformacji ustrojowej. Nie możemy się więc pochwalić takimi firmami, jakie funkcjonują w Brazylii. W Polsce najdalej drugie lub trzecie pokolenie prowadzi firmę, uruchomioną tuż przed drugą wojną światową.

Polska gospodarka jest jednak atrakcyjna dla rodzinnych biznesów. Takie firmy najczęściej prowadzą działalność w ściśle określonej specjalizacji i wiążą z nią swoją przyszłość. I to może być ich przewagą na rynku. W tym segmencie przedsiębiorstw rzadko zdarzają się sytuacje całkowitej zmiany branży. Znacznie częściej firmy opanowują swoje rzemiosło do perfekcji.

– Na przykład Ferrero Rocher jest firmą rodzinną, a jej obroty sięgają miliardów euro – mówi Elżbieta Grycan. – Takie firmy mogą konkurować wysoką specjalizacją i ciągłym zgłębianiem danej dziedziny. Na spotkaniach z przedstawicielami firm rodzinnych słucham opowieści ludzi, którzy zaczynali od niewielkiego biznesu 25 lat temu, a teraz prowadzą duże firmy. Na pewnym etapie okazywało się, że ci ludzie znają się na tym, co robią, i dobrze wiedzą, jak to robić.

Jak podkreśla, równie ważne jak specjalizacja jest także odpowiednie podejście do prowadzonego biznesu. A to w firmach rodzinnych jest nieco inne niż w innych przedsiębiorstwach.

– Firma rodzinna myśli o rozwoju, nie satysfakcjonuje się tylko tym, co w danym momencie przynosi zysk, ale dokonuje pewnych inwestycji na przyszłość, myśląc o dzieciach czy wnukach, którym chce później przekazać firmę – uważa Elżbieta Grycan.

Pod obecną marką (Grycan – Lody od pokoleń) firma funkcjonuje od 10 lat. Posiada blisko 130 lodziarni w kraju i współpracuje z partnerami w krajach europejskich i azjatyckich.

W tym roku ze spółki zarządzającej Lotniskiem Chopina odejdzie 800 osób

Przemysław Przybylski
Około 250 mln złotych będzie kosztowało Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” odejście z pracy ok. 800 osób. Dzięki restrukturyzacji zatrudnienia w ciągu niespełna trzech lat spółka wyjdzie na prostą i zacznie na siebie zarabiać. Ponieważ część osób korzystających z programu dobrowolnych odejść trzeba zastąpić, całkowite zatrudnienie w spółce zarządzającej warszawskim Lotniskiem Chopina zmniejszy się o ok. 500 osób.

‒ Porty lotnicze są w procesie głębokiej restrukturyzacji. Do końca czerwca w ramach programu dobrowolnych odejść z pracy odeszło ok. 500 osób i w tej chwili zatrudnienie zmniejszyło się do poziomu 1700 osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy PPL. ‒ Łącznie z przedsiębiorstwa odejdzie ok. 800 osób, 300 osób jeszcze do końca tego roku. Na część stanowisk opuszczonych przez osoby korzystające z programu dobrowolnych odejść musieliśmy jednak ogłosić nabory.

Przybylski podkreśla, że dotyczy to stanowisk, na których brak obsady zakłócałby funkcjonowanie lotniska, m.in. dotyczy to Służby Ochrony Lotniska. Na początku czerwca lotnisko ogłosiło nabór 230 pracowników do tej służby. Łącznie do pracy spółka przyjmie ok. 300 nowych pracowników, przez co zatrudnienie netto zmniejszy się w porównaniu ze stanem sprzed rozpoczęcia restrukturyzacji o ok. 500 osób. Po zakończeniu zmian w PPL ma być ok. 1700 pracowników.

Odejście 800 osób będzie kosztować spółkę 250 mln zł. Wynika to m.in. z kosztów odpraw zapisanych w rozwiązanym 10 marca zakładowym układzie zbiorowym pracy. Według niego pracownicy odchodzący z PPL mogli liczyć na równowartość nawet 3-letniej pensji po zaledwie 10 latach spędzonych w spółce.

‒ Szacujemy, że koszt restrukturyzacji zatrudnienia zwróci nam się w przeciągu niespełna trzech lat, czyli o podobną kwotę zmniejszy się fundusz wynagrodzeń w przedsiębiorstwie. To znaczy, że w przeciągu trzech lat wyjdziemy na prostą i przedsiębiorstwo będzie mogło znów na siebie zarabiać – prognozuje Przybylski.

Dodaje, że nie ma już groźby strajku pracowników. Negocjowany jest nowy zakładowy układ zbiorowy pracy. Termin zakończenia tych negocjacji to koniec września i Przybylski ocenia, że uda się go dotrzymać.

Poza restrukturyzacją zatrudnienia trwa także opracowywanie nowej strategii PPL oraz poprawa wydajności i efektywności kosztowej przedsiębiorstwa.

Zmiany w spółce zarządzającej Lotniskiem Chopina i posiadającej udziały w niemal wszystkich polskich portach regionalnych były niezbędne, bo w 2013 r. PPL mógł stracić nawet 50 mln zł. Do tego 800 z 2,2 tys. pracowników spółki było zatrudnionych w administracji, a zgodnie z informacjami podawanymi przez „Rzeczpospolitą”, aż 50 proc. kosztów PPL stanowił fundusz pracy. Zadanie poprawy wyników spółki dostał dyrektor naczelny PPL Michał Kaczmarzyk, który w lutym br. zastąpił na tym stanowisku Michała Marca.

DM mBanku: Sprzedaż samochodów w Europie będzie dalej rosnąć. Akcje Boryszewa są już jednak za drogie

CEO Magazyn Polska

Boryszew korzysta na wzroście sprzedaży samochodów w Niemczech i pozostałych krajach strefy euro. Spółka pracuje również nad poprawą marż i rozważa inwestycje na zagranicznych rynkach wraz z niemieckimi koncernami. Analitycy DM mBanku prognozują znaczącą poprawę wyników, począwszy od II kwartału 2014 r., ale ich zdaniem potencjału do dalszego wzrostu cen akcji już nie ma.

Od momentu scalenia akcji 2 kwietnia br. kurs akcji Boryszewa wzrósł o niemal 25 proc.

Spółka Boryszew bardzo dobrze zachowywała się na warszawskim parkiecie od początku roku. Było to efektem bardzo dobrych nastrojów wokół branży automotive. Sprzedaż nowych aut na Starym Kontynencie odnotowywała pozytywne dynamiki od początku roku zarówno na peryferiach, czyli w Hiszpanii i Portugalii, jak i w gospodarce niemieckiej, która najwięcej tych aut konsumuje. Akcje Boryszewa korzystały zarówno na bardzo dobrym otoczeniu sprzedażowym dla nowych aut, jak i na rosnących wynikach finansowych spółki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Szkopek, analityk Domu Maklerskiego mBanku.

Analityk DM mBanku prognozuje, że sprzedaż samochodów w Europie będzie rosła także w drugiej połowie 2014 r. Po jednorazowym spadku w czerwcu w następnym miesiącu zanotowano pozytywną dynamikę sprzedaży na Starym Kontynencie. W rezultacie wyniki finansowe Boryszewa mają być znacząco lepsze, począwszy od drugiego kwartału br.

Z uwagi na niską bazę wyników w roku poprzednim, ponieważ Boryszew dopiero co restrukturyzuje swoje aktywa produkcyjne, zakładamy, że dynamika będzie dosyć wysoka. Natomiast z uwagi na to, że dzisiejsza wycena również jest stosunkowo wysoka w porównaniu z wynikami, stajemy się coraz bardziej pesymistyczni, jeśli chodzi o potencjał wzrostu akcji spółki – twierdzi Szkopek.

Jego zdaniem aktualna wycena Boryszewa jest wysoka w porównaniu z zagranicznymi spółkami z tej samej branży. Bieżący wskaźnik cena/zysk przekracza 100, z kolei wskaźnik cena/wartość księgowa jest wyższy od 2.

Akcje Boryszewa wyceniane są dzisiaj z dwucyfrową premią w stosunku zarówno do poddostawców europejskich, jak i amerykańskich na rynkach alternatywnych, co również może przemawiać za tym, że potencjał spółki ulega wyczerpaniu. W przypadku wyceny Boryszewa trzeba też uwzględnić dosyć wysokie zadłużenie, które dzisiaj sięga czterokrotności wartości EBITDA generowanej przez grupę za ostatnie cztery kwartały. Zestawiając to z tym, że spółka się rozwija i dużo wydaje na rozwój, można przypuszczać, że w przyszłości zadłużenie może być problematyczne – uważa Jakub Szkopek.

Szczególnie dobry pod względem wyników dla Boryszewa ma być 2015 r. Obok dalszego wzrostu sprzedaży nowych pojazdów oraz części samochodowych, spółka powinna poprawić marże dzięki restrukturyzacji aktywów produkcyjnych, które nabywała od 2010 r. Dla długoterminowych perspektyw Boryszewa kluczowy będzie rozwój współpracy z partnerami na niemieckim rynku, zwłaszcza z Volkswagenem, do którego trafia około 70 proc. produkcji Grupy.

W ostatnim czasie obserwujemy zainteresowanie ze strony Volkswagena czy innych koncernów niemieckich, by produkować w miejscach, które są strategiczne z punktu widzenia tych koncernów. W Rosji Boryszew w kooperacji z Volkswagenem stawiał swoją fabrykę, niewykluczone, że taka współpraca będzie miała miejsce także na innych kontynentach – mówi analityk DM mBanku.

Coca-Cola zapowiada kolejne inwestycje w Polsce. Pracuje także nad nowymi produktami

0

CEO Magazyn Polska

Po zakończeniu rozbudowy zakładu produkcyjnego w Radzyminie Coca-Cola zapowiada kolejne projekty w Polsce. To dowód na to, że z polskim rynkiem koncern wiąże duże nadzieje. Przedstawiciele firmy zapowiadają również inwestycje w rozwój produktów ze swojego portfolio, bo – jak podkreślają – Polacy lubią nowości.

Jak zapewnia Coca-Cola, polski rynek jest ważny dla koncernu. Świadczą o tym prowadzone i planowane inwestycje. W maju firma zakończyła trzyletnie przedsięwzięcie w Radzyminie, swoim największym w Polsce zakładzie produkcyjnym. Inwestycja kosztowała ok. 170 mln zł. Rozbudowany został zakład, centrum logistyczne oraz zautomatyzowano magazyn.

To bardzo duże przedsięwzięcie, dzięki któremu nasze moce produkcyjne wzrosną o około 63 proc. – podkreśla Iwona Jacaszek, dyrektor ds. korporacyjnych spółki Coca-Cola HBC w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Dużą wagę koncern przywiązuje do inwestycji w swoje marki i rozwój produktów. Zdaniem Jacaszek Polacy są otwarci na nowości. To stwarza możliwości modyfikacji istniejących produktów. Przykładowo na rynek wprowadzono Sprite, jeden z najpopularniejszych napojów gazowanych, z dodatkiem naturalnego słodzika, stewii. Dzięki temu kaloryczność napoju spadła o ok. jedną trzecią. Ale zdaniem Iwony Jacaszek konsumenci oczekują także zupełnych nowości.

To pole do popisu dla producentów napojów funkcjonalnych, do których dodawane są witaminy, owocowych zawierających nie tylko owoce, lecz także zioła, oraz produktów na bazie herbaty. Możliwości jest sporo. Niemal wszyscy producenci idą w tym kierunku – wskazuje Iwona Jacaszek.

Coca-Cola jest liderem polskiego rynku napojów bezalkoholowych. Ze swoim sztandarowym produktem króluje na półce napojów gazowanych. Zajmuje także wysoką pozycję na rynku herbat.

W naszym portfolio znajdują się produkty ze wszystkich kategorii. Będziemy więc proponować sporo nowości – zapewnia dyrektor ds. korporacyjnych Coca-Cola HBC.

Jej zdaniem producenci i dystrybutorzy napojów muszą zwracać uwagę nie tylko na zmieniające się przyzwyczajenia klientów w kwestii smaków i rodzajów wybieranych napojów, lecz także w kwestii miejsca robienia zakupów. Od kilku lat zamiast do hipermarketów konsumenci coraz częściej kierują się w stronę dyskontów. Zakupy chcą robić również w usytuowanych blisko miejsca zamieszkania sklepach typu convenience. Trend ten zauważyli na przykład właściciele dużych sieci, takich jak Carrefour czy Tesco, którzy w ostatnich miesiącach rozwijają sklepy mniejsze, na przykład Carrefour Express. Szybko rośnie także kanał sprzedaży poprzez stacje benzynowe. Charakterystycznym trendem rynkowym – zdaniem Iwony Jacaszek – jest rozwój sieci sklepów specjalistycznych, czyli oferujących takie produkty, jak dania regionalne czy żywność ekologiczną.

Dyrektor w Coca-Cola HBC podkreśla, że koncern dba również o inne potrzeby konsumentów. W tym celu inwestuje w komunikację marketingową zarówno całej firmy, jak i poszczególnych marek ze swojego portfolio.

Zaczęliśmy właśnie kampanię „Czujesz to? Powiedz to piosenką” – informuje Jacaszek. – To ciąg dalszy kampanii „Connect” z zeszłego roku, podczas której na produktach umieściliśmy imiona, dając konsumentom możliwość indywidualizacji. To coś unikatowego na polskim rynku, co obrazuje, jak bardzo dbamy o konsumentów. Sprowadziliśmy także do Polski Puchar FIFA. Kibice mogli przyjść, zobaczyć i zrobić zdjęcia.

Polska ma szanse stać się liderem usług biznesowych na świecie

CEO Magazyn Polska

Coraz lepiej wykształceni absolwenci wchodzący na rynek pracy, współpraca przedsiębiorstw z uczelniami, kompetentna i etyczna kadra oraz wypracowana przez ostatnie dziesięć lat renoma, to dlatego coraz więcej korporacji poszukuje w Polsce firm do obsługi procesów biznesowych. Jak wynika z danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych, w ciągu ostatnich pięciu lat ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki tej branży.

Zarówno w centrach outsourcingu procesów biznesowych (BPO), jak i w centrach usług wspólnych (SSC) dynamicznie rośnie zatrudnienie. W ubiegłym roku działające na terenie Polski centra dawały pracę ponad 100 tys. osób. W ciągu ostatnich pięciu lat, jak wskazują eksperci skupiającego firmy tej branży Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych w Polsce (Association of Business Service Leaders in Poland, w skrócie ABSL), ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki centom usług i obsługi biznesu.

Jak tłumaczy Jolanta Jaworska, wiceprezes zarządu ABSL, Polska wybierana jest przez międzynarodowe korporacje, ponieważ to największy kraj Europy Środkowo-Wschodniej, z ogromnym potencjałem na rynku pracy i dobrymi prognozami gospodarczymi.

W polskich centrach usług pracuje dużo młodych ludzi z coraz lepszym wykształceniem wyjaśnia Jolanta Jaworska.  Myślę, że na wybór Polski wpływ ma również kreatywność pracowników, ich etyczna postawa i już ugruntowana renoma.

Pierwsze centra usług wspólnych i centra outsourcingowe zaczęły pojawiać się w Polsce ponad 10 lat temu. Na początku zajmowały się one głównie obsługą najprostszych procesów.

Sprawdziły się, więc nad Wisłą zaczęli zamawiać usługi najwięksi zachodni gracze. Miejscowe przedsiębiorstwa także przekonały się, że nie wszystkie procesy muszą wykonywać samodzielnie. Obecnie kolejne, wielkie firmy światowe przyglądają się polskiemu rynkowi mówi Jaworska.  Również oferta polskiego rządu, jeżeli chodzi o wsparcie finansowe dla rozwoju tego sektora, korzystnie wpływa na potencjał firm działających w tej branży.

Popyt na krajowe centra usług biznesowych rośnie gwałtownie. Według ubiegłorocznego rankingu fDi Markets dziennika „Financial Times” Polska zajmuje trzecie miejsce na świecie w branży, ustępując jedynie tradycyjnym liderom, Indiom i Malezji.

Po boomie w Indiach, gdzie setki tysięcy osób pracują w tym sektorze, Polska ma szansę przejąć najbardziej wyrafinowane usługi, na przykład finansowe uważa wiceprezes ABSL.Również dlatego, że leży w Europie i łatwiej stąd obsługiwać inne rynki UE. Ważnym atutem są także kompetencje personelu: niektóre centra oferują obsługę w 25-30 językach obcych. Pozwala to wykonywać prace na najwyższym, światowym poziomie.

Region Europy Środkowo-Wschodniej, w którym wiodącą rolę odgrywa nasz kraj (ponad 40 proc. etatów), zajął natomiast pierwsze miejsce pod względem liczby zajmujących się rozwojem i utrzymaniem aplikacji placówek ADM (Application Development and Maintenance) oraz trzecie, po Ameryce Północnej i Europie Zachodniej, w zakresie świadczonych na rzecz dużych korporacji zleceń informatycznych. Polska jest także największym dostawcą usług inżynieryjnych oraz bazującej na wiedzy obsługi prac badawczo-rozwojowych.

 Kraje Europy Zachodniej co prawda bardzo chętnie widziałyby u siebie tego typu miejsca pracy, dobrze wynagradzane, dla osób młodych, z wyższym wykształceniem mówi Jaworska.  Chociaż oferta Polski pod tym względem może nie jest najlepsza, to jednak jeżeli poskłada się różne elementy, wypada w miarę korzystnie.

Jak podkreśla, ważnym atutem jest coraz bliższa współpraca nauki i biznesu, dzięki czemu uczelnie dostosowują swoje programy do potrzeb rynku pracy.

Przez to polscy absolwenci, którzy wkraczają na rynek pracy, mają coraz lepsze kwalifikacje. To wszystko są elementy, które powodują, że Polska pod względem potencjału w dalszym ciągu powinna być mocnym graczem w Europie Centralnej, a we Wschodniej zdecydowanym liderem wskazuje Jaworska.

Polacy coraz częściej uprawiają sport. Najbardziej aktywni są mieszkańcy dużych miast

CEO Magazyn Polska

Ponad 40 proc. Polaków regularnie uprawia sport. Cztery lata temu deklarował to co czwarty dorosły. Choć daleko nam jeszcze do Skandynawów (ok. 66-70 proc.), to widać, że Polacy ćwiczą coraz chętniej. Najbardziej aktywni są mieszkańcy większych aglomeracji, przede wszystkim ze względu na duży wybór obiektów sportowych i proponowanych zajęć. Najczęściej chodzą na siłownię, fitness i basen.

Ostatni raport Eurobarometru Komisji Europejskiej pokazuje, że 41 proc. Polaków ćwiczy przynajmniej raz w tygodniu. To plasuje nas w środku stawki w Europie. Liderami są kraje skandynawskie – w Szwecji 70 proc., w Danii 68 proc., a w Finlandii 66 proc. społeczeństwa ćwiczy regularnie – mówi agencji Newseria Bartłomiej Niedbał z Benefit Systems, który opublikował raport „Jak ćwiczą Polacy”.

Aktywny tryb życia staje się coraz bardziej popularny. W 2010 roku regularne uprawianie sportu (co najmniej raz w tygodniu) deklarowało 25 proc. Polaków. Duży wpływ mają na to organizowane masowe imprezy sportowe. Na rynku pojawia się też coraz więcej ofert klubów fitness, siłowni, basenów, kursów tańca czy sztuk walki itp. Widać to również po rosnącej liczbie użytkowników kart MultiSport, uprawniających do korzystania z ofert większości obiektów sportowych. W październiku ubiegłego roku korzystało z nich 441 tys. osób, rok wcześniej – 379 tys.

Z naszych analiz i obserwacji wynika, że ta tendencja się utrzymuje. Podobnego wzrostu spodziewamy się w kolejnych okresach – ocenia Niedbał.

Najbardziej aktywni są mieszkańcy województwa mazowieckiego (30 proc. wszystkich wizyt w obiektach sportowych), dolnośląskiego (15 proc.) i małopolskiego (13 proc.). W największych miastach mają siedziby firmy i korporacje, które coraz częściej oferują pracownikom takie pozapłacowe bonusy, jak karnety, więcej jest też obiektów sportowych.

Upodobania Polaków do rodzaju uprawianego sportu od kilku lat się nie zmieniają.

Najbardziej popularne wśród użytkowników kart są trzy dyscypliny. Zajęcia fitness wybiera 41 proc. użytkowników, basen – 22 proc., a siłownię – około 20 proc. użytkowników – mówi Niedbał.

Wciąż niewiele osób decyduje się na taniec, squash czy sztuki walki – po ok. 3 proc.

Sport uprawiamy najczęściej na początku tygodnia. Im dalszy dzień tygodnia, tym mniejsza aktywność.

W poniedziałki i wtorki ćwiczy około 17 proc. użytkowników karty MultiSport. Najpopularniejsze godziny to niezmiennie między 17 a 21, czyli po pracy – podkreśla Bartłomiej Niedbał.

Firmy zamiast leasingu coraz częściej decydują się na długoterminowy wynajem aut

Polscy przedsiębiorcy zamiast kupować samochody coraz częściej decydują się na wynajem długoterminowy. Z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) wynika, że w II kwartale ten sposób finansowania floty wzrósł o 12,8 proc. rok do roku.

Z raportu Instytutu Keralla Research przeprowadzonego na zlecenie Carefleet wynika, że ponad 77 proc. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców zna usługę wynajmu długoterminowego samochodów. W 2009 roku wiedziała o niej nieco ponad połowa firm.

Analizy PZWLP, organizacji, która skupia 16 największych graczy wśród firm zajmujących się wynajmem i leasingiem pojazdów, wskazują, że pierwsza połowa roku była dla branży bardzo udana. Wynajem długoterminowy aut w Polsce rozwijał się w tempie ponad 5-proc. (w I połowie ub.r. było to 3,3 proc.). W samym II kwartale wzrost wyniósł ponad 12 proc. rok do roku. Okres od kwietnia do czerwca był dla firm z tej branży udany również pod względem liczby nowych aut zakupionych w salonach.

Według danych prezentowanych przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów około 30 proc. zarejestrowanych nowych samochodów osobowych jeździ w formule wynajmu długoterminowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu, którego członkiem jest PZWLP.

16 należących do PZWLP firm kupiło w II kwartale łącznie prawie 14 tys. aut (z danych instytutu SAMAR za II kwartał wynika, że łączna liczba nowych pojazdów w firmach to 48 tys., uwzględniając wszystkie rodzaje podmiotów i sposoby finansowania).

Po pierwszej połowie roku flota finansowana i zarządzana przez firmy członkowskie Związku to blisko 120 tys. samochodów osobowych i dostawczych (choć te ostatnie mają niewielki udział w rynku).

Gros rynku to jest leasing operacyjny, w którym amortyzacji dokonuje finansujący, czyli firma leasingowa, a przedsiębiorca zalicza w całości do kosztów uzyskania przychodu ratę kapitałową i odsetkową. Natomiast w przypadku drugiego segmentu rynku, bazującego na rozliczeniach w ramach ustawy o rachunkowości, sytuacja jest odwrotna: mamy do czynienia z leasingiem finansowym jako tym, który dominuje, a w dużo mniejszym stopniu z leasingiem operacyjnym, czyli tam, gdzie finansujący przejmuje na sobie ryzyko zagospodarowania przedmiotu leasingu po zakończeniu umowy – wyjaśnia Sugajski.

Trzy czwarte tej grupy 120 tys. aut stanowią pojazdy użytkowane w ramach leasingu operacyjnego z pełną obsługą (administracyjną i serwisową) – to najbardziej popularna wśród przedsiębiorców usługa, również w Europie. W II kwartale tempo wzrostu tej metody leasingowania aut wyniosło ponad 9 proc.

Rynek wynajmu długoterminowego ma duży potencjał rozwoju. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Carefleet wynika, że na razie tylko co trzeci przedsiębiorca woli korzystać z pojazdu niż być jego właścicielem. Ponad 60 proc. wciąż uznaje, że lepiej mieć go na własność.