Krwawy poniedziałek

Po piątkowej sesji, na której wyraźnie już czuć było panikę, nietrudno dostrzec kierunki ucieczki inwestorów od ryzyka. Rolę bezpiecznej przystani przejęła od dolara najwyraźniej wspólna waluta. Jej kurs wzrósł o prawie 1,2 proc., w ciągu trzech ostatnich dni aż o 3 proc., osiągając poziom najwyższy od dwóch miesięcy, a w poniedziałek rano dotarł niemal do 1,15 dolara przebijając majowy lokalny szczyt. Pewne znaczenie w tym ruchu mogły mieć jednak także względy techniczne i spekulacyjne. Wystraszeni gracze przypomnieli sobie również o złocie. Notowania kruszcu w minionym tygodniu skoczyły o 4 proc. i o 7 proc. od dołka z początku sierpnia. W cenie były też obligacje skarbowe, ale tylko te najbardziej pewne, czyli niemieckie, brytyjskie i amerykańskie.

Skala i dynamika spadków na głównych giełdach światowych, pozwala spodziewać się w najbliższym czasie przynajmniej chwilowego odreagowania, choć na razie nie widać impulsu, który mógłby do tego skłonić. Może się on jednak pojawić w każdej chwili, choćby ze strony Chin lub przedstawicieli Fed i EBC, których wystąpienia są planowane w tym tygodniu. Poniedziałkowe poranne tąpnięcie, w wyniku którego indeksy w Szanghaju i Shenzen traciły po 8-9 proc., tłumaczone jest rozczarowaniem, że chińskie władze jeszcze nie przystąpiły do działania. Ta rynkowa „prowokacja” może szybko przynieść efekt.

Rekordowe wyniki Vivid Games dzięki lepszej monetyzacji graczy. Przychody z „Real Boxing 1” przewyższają oczekiwania spółki

0

Roy Huppert, członek zarządu Vivid Games SA

Zysk netto Vivid Games SA w II kwartale 2015 roku wyniósł 0,95 mln zł (wzrost o 93 proc. rok do roku). Rosnące wpływy spółka zawdzięcza głównie oferowanej w systemie free-to-play grze „Real Boxing 1”. Zarząd liczy, że druga część symulacji pozwoli na jeszcze większy wzrost przychodów. Producent w najbliższym czasie planuje wydać jeszcze dwa tytuły – „Metal Fist” oraz „Real Casino”. Budżet każdego z nich wyniesie 3-5 mln złotych.

– W tym roku kończymy już produkcję „Real Boxing 2”, to jest nasz najnowszy tytuł, który zgodnie z zapowiedzią będzie wydany już na przełomie III i IV kw. – mówi Roy Huppert, członek zarządu Vivid Games SA.

Przedstawiciel bydgoskiej spółki informuje również, że rozpoczęła się już produkcja kolejnego tytułu – „Metal Fist”, który ma trafić na rynek w I półroczu 2016 roku. Na drugą połowę przyszłego roku zaplanowano natomiast dystrybucję gry „Real Casino”.

– Ogólnie mamy zajęty kalendarz, cały czas sprzedajemy gry „Real Boxing 1”, coraz lepsze wyniki osiągamy na naszych użytkownikach, jesteśmy w stanie coraz lepiej ich monetyzować, na co też liczymy w przypadku wydawania i produkcji gry „Real Boxing 2” – wyjaśnia dyrektor finansowy Vivid Games SA.

Rozmówca tłumaczy, że będzie to produkcja nowego rodzaju, od podstaw tworzona w modelu free-to-play. Roy Huppert liczy na to, że zastosowane elementy skłonią użytkowników do większego zaangażowania i przełożą się na lepszą monetyzację gry.

– Widzimy, że przychody z tytułu użytkowników na „Real Boxing 1” rosną i w tym momencie przewyższają nasze oczekiwania. Jesteśmy z tego zadowoleni – ocenia Huppert.

W II kwartale 2015 roku deweloper osiągnął ponad 4,1 mln złotych przychodów ze sprzedaży (wzrost o 47 proc. rok do roku). Za znaczną część wpływów odpowiada „Real Boxing 1”. Obecnie gra ma około 3-3,5 mln aktywnych użytkowników, a przeciętne przychody przypadające na jednego gracza już teraz są na poziomie, który spółka planowała osiągnąć dopiero za kilka miesięcy. Druga część sportowego symulatora niesie ze sobą jeszcze większe możliwości monetyzacji.

– Potencjał formuły free-to-play jest potężny i mamy nadzieję, że etapami dojdziemy do tych standardów, jakie są możliwe do osiągania nie tylko w Polsce, lecz także na Zachodzie. Wiążemy pewne nadzieje z tym modelem – tłumaczy dyrektor finansowy.

Gra „Real Boxing 1” oferowana jest przez kanały dystrybucyjne Apple oraz Google Play. W ostatnim czasie spółka zaistniała również w Ameryce Południowej oraz Azji.

– Najbardziej interesującymi dla nas rynkami pod kątem przychodowym są rynki anglosaskie, Stany Zjednoczone, Europa, gdzie zamożność klientów przekłada się też na wydatki związane z grą – zaznacza rozmówca.

Roy Huppert zwraca jednak uwagę na bardzo duży potencjał dalekowschodnich rynków, które generują aż 50 proc. przychodów z całego rynku gier mobilnych. Spółka liczy na to, że „Real Boxing 2” zyska spore uznanie wśród graczy w Azji. W realizacji tego celu ma pomóc m.in. współpraca z lokalnymi wydawcami.

Akcje spółki Vivid Games od 2012 roku notowane są na rynku NewConnect. W piątek NWZA spółki podjęło decyzję o wprowadzenie akcji wszystkich serii na rynek główny GPW.

Podniesienie kwoty wolnej od podatku może oznaczać wpływy do budżetu mniejsze o 20 mld zł

Andrzej Puncewicz

Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł oznacza, że w kieszeni najbiedniejszych podatników zostanie 900 zł. Przełoży się to na niższe wpływy do budżetu nawet o 20 mld zł, jednak część pieniędzy wróci do budżetu w postaci podatków obrotowych – akcyzy i VAT. W Polsce kwota wolna od podatku jest jedną z najniższych w Europie, w ciągu dziesięciu lat wzrosła zaledwie o 11 proc. W efekcie podatek dochodowy płacą również osoby, których dochody nie przekraczają minimum egzystencji.

Dzisiaj kwota wolna od podatku, którą ma prawo uwzględnić każdy z podatników przy rozliczeniu rocznym, wynosi 3091 zł. Zgodnie z deklaracjami prezydenta Andrzeja Dudy oraz Prawa i Sprawiedliwości miałaby ona ulec istotnemu podwyższeniu, mówi się o poziomie 8 tys. zł – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Puncewicz, doradca podatkowy Crido Taxand. – Mamy 24 mln podatników i ulga będzie dotyczyła każdego z nich. Możliwe do osiągnięcia będzie nawet 900 zł, ale dla tych osób, których odchody roczne osiągają ten poziom minimalny – co najmniej 8 tys. zł.

Podwyższenie kwoty wolnej od podatku oznacza mniejsze wpływy do budżetu. Eksperci CenEA wyliczyli, że może to być powyżej 20 mld zł, to jednak kwota maksymalna. Ostatecznie kwota będzie znacznie mniejsza, bo na dodatkowe 900 zł w kieszeni mogą liczyć te osoby, które miesięcznie zarabiają co najmniej 1538 zł. Ale z takiego samego powodu korzyści najuboższych będą niższe.

Zdaniem Puncewicza ubytek budżetowy będzie zapewne niższy, bo część pieniędzy wróci do państwa w postaci innych podatków.

Jeżeli te dodatkowe pieniądze wydamy na papierosy, alkohol, to państwo skorzysta w bardzo znaczącym stopniu, bo to towary obciążone akcyzą. Jeżeli to będzie żywność, to w istotnie mniejszym. Uważam, że 20-30 proc. pieniędzy, które zostają w rękach podatników, wróci do Skarbu Państwa w tej czy innej formie – ocenia ekspert Crido Taxand.

Puncewicz podkreśla, że zapowiadane zmiany będą największymi w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych.

Kwota wolna od podatku w Polsce jest znacznie niższa niż w innych krajach europejskich. Z raportu „Praca w UE – podatki i składki” firmy PwC wynika, że w ponad połowie krajów Unii kwota ta jest wyższa. W przeliczeniu na euro w Polsce zwolnione z podatku jest 750 euro. To 21 razy mniej niż w Finlandii (ponad 16 tys. euro), 14 razy mniej niż w Wielkiej Brytanii (13,5 tys.) czy ponad 11 razy mniej niż w Niemczech (8,3 tys.).

Jeżeli przeanalizujemy jakiś kraj Unii Europejskiej, to tam ta kwota wolna od PIT będzie z reguły wyższa co najmniej kilkukrotnie. W mojej ocenie utrzymywanie jej w Polsce na poziomie 3 tys. zł może budzić wątpliwości. To jest kwota niższa niż minimum socjalne – przekonuje Puncewicz.

W ciągu dziesięciu lat w Polsce wszystkie ceny wzrosły o ponad 32 proc., a kwota wolna od podatku – zaledwie o 11 proc. Kiedy rozpoczęły się przemiany gospodarcze, była ona warta nawet osiem pensji minimalnych, po 10 latach – cztery, obecnie to mniej niż dwie. Od 2009 roku pozostaje na niezmienionym poziomie. Tracą na tym najubożsi, bo nawet ci, których dochody nie przekraczają wysokości minimum egzystencji, muszą płacić podatek dochodowy.

Oczywiście osobną kwestią jest finansowanie tego w taki sposób, żeby zbilansować dochody samorządów i sektora publicznego. Ale opodatkowywanie dochodów, które nie wystarczają osobie je osiągającej na przeżycie nie jest działaniem racjonalnym. W związku z tym podwyższenie do takie poziomu, który w dalszym ciągu pozostaje na granicy minimum socjalnego, wydaje się działaniem potrzebnym – podkreśla Andrzej Puncewicz.

W I półroczu kary za zmowy cenowe wyniosły na świecie ponad 3 mld dolarów. Ich wartość znacząco spadła w UE

Małgorzata Kozak

3,17 mld dolarów – tyle wyniosły kary za zmowy cenowe nałożone w I półroczu przez organy antymonopolowe na całym świecie. To o 2 mld mniej niż przed rokiem. Do tego spadku przyczyniła się Unia Europejska, gdzie kary wyniosły zaledwie 94 mln dolarów (przy prawie 2 mld przed rokiem), choć wynik za cały rok ma być porównywalny do ubiegłorocznego.

W przypadku porozumień cenowych, które dotyczą nie tylko rynku krajowego, właściwa jest Komisja Europejska, która z pełną konsekwencją ściga zmowy cenowe. Co ważne, komisja również kładzie bardzo duży nacisk na niedzielenie wtórne rynków na rynki krajowe. Na to przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę przy planowaniu swojej polityki dystrybucyjnej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Kozak, radca prawny w Kancelarii Affre i Wspólnicy.

Co do zasady, ustalanie między producentem a dystrybutorem minimalnych lub sztywnych cen sprzedaży to naruszenie praw konkurencji. Mniej szkodliwe dla rynku są uzgodnienia w sprawie cen maksymalnych i rekomendowanych. Istotne jednak, by w przypadku firm działających na rynkach europejskich cena nie była zależna od kraju.

To by oznaczało, że tak naprawdę wracamy do starych granic. Producent nie może ustalić, że w Polsce produkt będzie kosztował X, a w Niemczech X + 50 proc. Należy tak prowadzić swoją politykę handlową, żeby w Europie panowała wolna konkurencja cenowa. Nie może też blokować konkurencji między swoimi dystrybutorami – przekonuje Kozak.

Z raportu „Global Cartel Enforcement” przygotowanego przez kancelarię Allen & Overy wynika, że w pierwszym półroczu 2015 roku w UE wysokość nałożonych kar za zmowy cenowe wyniosła 93,6 mln dolarów. W analogicznym okresie ubiegłego roku było to 1,95 mld dolarów, jednak trwają postępowania w sektorze usług finansowych oraz producentów kondensatorów. Powinny zakończyć się jeszcze w tym roku, dlatego w ujęciu rocznym wysokość kar powinna być zbliżona do 2014 roku.

Zmowy cenowe dotyczą przede wszystkim określonych branż bądź sektorów, gdzie jest stosunkowo niewielka transparentność rynku, przedsiębiorcy znają się, bywają na spotkaniach, także nieformalnych – wskazuje ekspertka Kancelarii Affre i Wspólnicy.

Gwarantem prawidłowego funkcjonowania rynku jest konkurencja cenowa. Jej brak powoduje, że ceny są wysokie i spada jakość towarów, na czym tracą konsumenci. Zmowy cenowe dotykają też producentów czy dystrybutorów, a część z nich przez nie upada. Istotne w tego typu nielegalnych porozumieniach jest nie tylko prawo, lecz także sama etyka prowadzenia biznesu.

Suma nałożonych w I połowie roku kar za zmowy cenowe wynosi globalnie 3,17 mld dolarów, o 2 mld mniej niż w I połowie 2014. Najbardziej aktywne pod tym względem są Stany Zjednoczone – 2,7 mld dolarów kar nałożonych w I półroczu przewyższa sumę kar z rekordowych 2012 i 2013 roku.

Rynek pożyczek pozabankowych wart ponad 5 mld zł. Klienci pożyczają coraz więcej, a ich świadomość rośnie

0

Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit

Jak wynika z prognozy Związku Firm Pożyczkowych, aż 5,1 mld zł może być w tym roku warty rynek pożyczek pozabankowych. W porównaniu z 2014 rokiem to wzrost o 24 proc. W przyszłym roku dynamika wzrostu może być nieco niższa, ale klienci mają być lepiej chronieni dzięki nowym regulacjom. Sejm kończy prace nad ustawą, która je wprowadzi.

Jak wynika z prognoz ZFP, w przyszłym roku wartość pożyczek udzielonych ogółem może wynieść 6 mld zł. Prognozowany wzrost rynku to 18 proc. To nieco mniej niż w ostatnich dwóch latach (w 2014 r. – 28 proc., a prognozy na ten rok mówią o 24 proc.), ale wynika to m.in. z rosnącej konkurencji wewnątrz sektora i ze strony banków. Prognozy na przyszły rok uwzględniają zaś wejście w życie regulacji rynku, dzięki którym klienci mają być lepiej chronieni.

Dostarczamy produkt, który – jak każdy inny kredyt bankowy – jest zgodny z ustawą o kredycie konsumenckim. Czyli spełniamy wszystkie wymogi narzucone przez ustawodawcę. Jeżeli mówimy o pożyczkach, które są dostarczane przez firmy ogłaszające się na przysłowiowym słupie, nikt tego nie kontroluje – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kaczmarski, dyrektor operacyjny NetCredit.

Ustawa antylichwiarska ma umożliwić skuteczne eliminowanie z obrotu gospodarczego podmiotów działających bez zezwolenia, a w szczególności firm prowadzących działalność z zamiarem oszustwa. Chodzi o pobieranie nadmiernych, nieuzasadnionych opłat związanych z udzieleniem i obsługą pożyczki. Dla branży pożyczkowej zostaną wprowadzone wymogi dotyczące wysokości kapitału zakładowego, będzie to co najmniej 200 tys. zł.

Oczekujemy silnego wsparcia państwa, by poprzez regulacje wyznaczyło, które podmioty mogą świadczyć tego typu usługi. To jest szczególnie ważne dla osób korzystających z takich usług. Oczekujemy też wsparcia w zakresie edukacji społeczeństwa. Ludzie muszą być bardziej świadomi tego, po co sięgają – mówi Kaczmarski.

Jak wynika z raportu PwC, w 2013 roku z oferty firm pożyczkowych korzystało blisko 1,4 mln Polaków, a liczba klientów stale rośnie.

Przy braniu pożyczki krótkoterminowej należy zwrócić uwagę na to, z jaką firmą mamy do czynienia, czy jest znana, czy dysponuje odpowiednim kapitałem, czy potrafi doradzić, czy taka pożyczka jest faktycznie dla nas – mówi dyrektor operacyjny NetCredit.

Ekspert radzi, żeby nie korzystać z ofert tych firm, które nie chcą podpisać umowy. Nie warto również podpisywać umowy, która jest niezrozumiała, ponieważ pożyczka może wówczas okazać się dla klienta wyjątkowo kosztowna. Część firm oferuje prawdziwie lichwiarskie warunki. Oprocentowanie nie może co prawda przekraczać 10 proc. (4-krotność stopy lombardowej), firmy pożyczkowe mają jednak wolną rękę w pobieraniu opłat dodatkowych. To ma zmienić nowa ustawa.

Zawsze należy pytać, ile mamy do oddania. To najprostsze rozwiązanie. Osobiście nie polecam współpracy z firmami, które ogłaszają się na słupie czy drzewie, bo w ten sposób firma chce się ukryć, nie chce być szeroko rozpoznawana – podkreśla Kaczmarski.

Proponowane przepisy zakładają wprowadzenie limitu dotyczącego maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu, do 25 proc. całkowitej kwoty kredytu i 30 proc. tej kwoty w stosunku rocznym. Dla branży pożyczkowej zostaną również wprowadzone wymogi dotyczące prowadzenia działalności. Firmy powinny mieć kapitał zakładowy w wysokości co najmniej 200 tys. zł, utworzony ze środków niepochodzących z pożyczek. Potrzebny jest jednak nadzór nad wszystkimi firmami udzielającymi pożyczek.

Takim uregulowanym rynkiem jest sektor bankowy – przypomina ekspert. – Tak samo mogłoby być ze spółkami należącymi do rynku pożyczek krótkoterminowych. Mógłby zostać stworzony rejestr firm, które podlegałyby kontroli. Musiałyby wtedy spełniać pewne wymagania i standardy narzucone przez ustawodawcę i wypracowane przy współpracy z nami, z firmami, które w tej chwili świadczą tego typu usługi – przekonuje Piotr Kaczmarski.

Na ostatnim przed wakacjami posiedzeniu Senat wprowadził 12 doprecyzowujących poprawek do proponowanych przepisów.

Big data, chmury obliczeniowe i internet rzeczy zmieniają biznes. Połączenie tych technologii daje nowe możliwości

Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska

Firmy IT obserwują rosnącą popularność rozwiązań z zakresu big data i chmury obliczeniowej. Jednoczesne wykorzystanie dwóch najpopularniejszych technologii – chmury obliczeniowej i big data – daje coraz więcej możliwości rozwijania biznesu. Na rynku widoczny jest również trend łączenia tych technologii z urządzeniami mobilnymi i internetem rzeczy.

Oprócz zainteresowania chmurą widzimy również duże zainteresowanie obszarem big data, czyli analizowaniem danych, zarówno strukturalnych, jak i niestrukturalnych, z czego można wyciągać bardzo ciekawe wnioski. Klienci zaczynają z nami pracować nad wyciągnięciem wartości z danych, które powoli stają się cennym środkiem trwałym w przedsiębiorstwie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska.

Jak podkreśla Witczyński, Oracle jest jedną z firm, które wyznaczają nowe trendy na rynku nowych technologii, a nie tylko podążają za nimi. Dlatego widząc rosnące zainteresowanie klientów chmurami obliczeniowymi, pracuje nad coraz to nowszymi i bardziej zaawansowanymi technologiami. Są one wykorzystywane w wielu procesach, także bardziej skomplikowanych, związanych z big data, integracją czy tworzeniem aplikacji mobilnych.

Dla klientów spółki wykorzystanie chmury może być nie tylko korzystne cenowo, lecz także możliwe do szybkiego wdrożenia. Żeby jednak przekonać ich o użyteczności takiego rozwiązania, chmury muszą być coraz bardziej zaawansowane. Dlatego Oracle niedawno rozszerzył katalog usług dostępnych w tej technologii.

W czerwcu Oracle ogłosił udostępnienie kolejnych 24 usług w chmurze. Przede wszystkim w obszarze technologii. Dotyczy bardzo ciekawych rozwiązań, w szczególności narzędzi do tworzenia aplikacji mobilnych w chmurze czy big data w chmurze – wyjaśnia Witczyński.

Dodaje, że kolejnym trendem jest rosnąca popularność internetu rzeczy, czyli podłączania do sieci różnego rodzaju urządzeń lub sensorów. Im więcej takich urządzeń, tym więcej danych, które można analizować, by np. lepiej zarządzać zużyciem energii.

Służą do tego nie tylko urządzenia mobilne, mamy do czynienia także z sensorami, które w sposób ciągły zbierają dane. Dzięki takim narzędziom jak big data można te dane ciekawie przeanalizować i wyciągnąć z tego wnioski wartościowe dla biznesu – tłumaczy Witczyński.

Witczyński podaje przykład zespołu Oracle Team USA. Łodzie reprezentujące ten klub i wspierane przez Oracle zwyciężyły w dwóch ostatnich edycjach Pucharu Ameryki, czyli najbardziej prestiżowych pełnomorskich regat. Jak wyjaśnia Witczyński, jedną z przewag, jaką Oracle Team USA miał nad rywalami, był lepszy dostęp do danych. Dzięki kilku tysiącom czujników na łodziach zespoły na lądzie na bieżąco otrzymywała dane i mogły lepiej reagować m.in. na warunki atmosferyczne. Oracle Team USA będzie bronił tytułu w regatach w 2017 r. na Bermudach.

Dla nabywców nieruchomości coraz ważniejsza od ceny jest jakość wykonania mieszkania i jego otoczenie

Mariusz Kurzac

Większość kredytów hipotecznych wciąż zaciąganych jest na mieszkania z rynku wtórnego. Klienci coraz częściej szukają jednak lokali na rynku pierwotnym i coraz większą wagę przywiązują do jakości i standardu ich wykończenia. Ważne jest dla nich również otoczenie inwestycji. Rosnące wymagania oznaczają jednak wyższe ceny lokali.

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie rynkiem pierwotnym – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Kurzac, dyrektor generalny analizującej rynek nieruchomości spółki Cenatorium. – Ludzie poszukują trochę lepszego standardu wykończenia w momencie zakupu mieszkania. Stąd rynek pierwotny w naturalny sposób spotyka się z ich większym zainteresowaniem.

Choć na rynku obrotu mieszkaniami wciąż przeważają transakcje z rynku wtórnego, to z danych Centrum AMRON wynika, że w sześciu największych miastach Polski dwa na pięć mieszkań kupowanych jest od dewelopera i proporcja ta od lat zmienia się na korzyść rynku pierwotnego (z wyjątkiem kryzysowego 2011 roku). Przeciętne ceny są natomiast o około 10-22,5 proc. (w zależności od miasta) wyższe na rynku pierwotnym.

Dzisiaj coraz większą rolę odgrywa dobra lokalizacja, a więc bliskie sąsiedztwo parku, przedszkola, szkoły, kina, sklepów – przekonuje Mariusz Kurzac. – Oczywiście liczy się także jakość budynku. Obiekt z wielkiej płyty, czyli stary, postawiony w latach 70. czy 80., będzie wart mniej niż wybudowany między 2005 a 2014 rokiem. Choć ogólna zasada jest taka, że im dalej od centralnych, atrakcyjnych lokalizacji, tym ceny niższe.

Widać to także na warszawskim, największym w kraju, rynku nieruchomości. Obecnie w stolicy mieszka ponad 1,7 mln osób i z roku na rok jest ich coraz więcej. Jak wynika z szacunków przedstawionych podczas organizowanej przez m.st. Warszawę oraz Polski Związek Firm Deweloperskich konferencji Warsaw Days do 2035 roku w stolicy będzie mieszkać ok. 1,9 mln Polaków.

Przykładem zróżnicowania cenowego niech będzie porównanie Białołęki, Bemowa, Bielan i Żoliborza, albo, z drugiej strony Ursusa, Ochoty i Mokotowa – wskazuje Mariusz Kurzac. – Ceny na Żoliborzu będą zdecydowanie wyższe niż na Bemowie. Ale z kolei wartość lokalu na Bemowie przekroczy cenę podobnej nieruchomości na Białołęce. Oczywiście Śródmieście jest najbardziej atrakcyjną lokalizacją, między innymi dla przedsiębiorców, więc mieszkania będą tam najdroższe.

Coraz większe wagę kupujący przywiązują jednak do jakości samej nieruchomości, usytuowania względem stron świata, położenia itp. Ogólnie im wyżej, tym wyższa także cena. Mieszkania na parterze cieszą się dużo mniejszym zainteresowaniem.

Ludzie bardziej zamożni szukają apartamentów na górnych piętrach, najlepiej z widokiem na park, rzekę bądź jakąś ładną okolicę – precyzuje dyrektor Mariusz Kurzac. – Jeszcze kilka lat temu zainteresowanie było mniejsze. Społeczeństwo było mniej zamożne, a poza tym brakowało tego rodzaju obiektów w ofercie. Bardzo niewiele było mieszkań na dwunastym czy dziesiątym piętrze o powierzchni 150 czy 200 metrów, mających duży taras i dodatkowe udogodnienia.

Stopniowe wdrażanie się w obowiązki w pracy łagodzi objawy powakacyjnego spadku formy

Pourlopowa chandra dotyka blisko 80 proc. Polaków. Objawia się ona m.in. niechęcią do pracy, rozdrażnieniem i problemami z koncentracją. Aby uniknąć powakacyjnej depresji warto stopniowo wdrażać się w zawodową rutynę i zadbać o relaks po pracy.

Zdecydowana większość ludzi cierpi na spadek formy tuż po powrocie z wakacyjnego wyjazdu. Badania naukowców z Uniwersytetu Stanowego w Waszyngtonie pokazały, że wydajność pracowników wracających z urlopu wynosi zaledwie 40 proc. W Polsce na pourlopowe przygnębienie skarży się 80 proc. pracowników. Przypadłość ta, nazywana syndromem post-holiday spleen, objawia się rozkojarzeniem, niemożnością skupienia uwagi na obowiązkach zawodowych, bólami głowy, przygnębieniem i rozdrażnieniem.

– Mamy poczucie, że nie damy sobie rady z obowiązkami, że mamy już dosyć pracy. Czasami myślimy wtedy, że dobrze byłoby już skończyć z danym zawodem, że nie damy sobie rady z projektem, pojawiają się różnego rodzaju przygnębiające myśli – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Kucewicz, psycholog.

Stan pourlopowej chandry utrzymuje się zazwyczaj od kilku dni do dwóch tygodni. Nie należy się tym niepokoić, chyba że przygnębienie i poczucie zniechęcenia nie mijają po tym czasie. Wtedy warto skontaktować się ze specjalistą, może to być bowiem początek głębszych zaburzeń nastroju. Aby złagodzić skutki pierwszego dnia w pracy, warto łagodnie wchodzić w nowy tryb funkcjonowania. Dobrym rozwiązaniem jest powrót z wakacyjnego wyjazdu przynajmniej dzień wcześniej. Większość Polaków popełnia błąd, wykupując wyjazd do niedzieli, w efekcie w poniedziałek nie są w stanie przystosować się do nowej rzeczywistości.

Jest coś takiego jak rozdrażnienie czy wahanie nastroju wynikające z tego, że nagle z błogości, z plaży rzucamy się od razu w wir obowiązków. Dobrze jest przejść  to wszystko stopniowo. Najpierw wziąć dzień wolny lub wrócić z urlopu 1-2 dni wcześniej i spokojnie dostosować się do warunków np. życia miejskiego, jeśli żyjemy w mieście – mówi Katarzyna Kucewicz.

Psychologowie radzą także stopniowe powracanie do obowiązków w pracy. Nie należy już pierwszego dnia nadrabiać pourlopowych zaległości, ale dać sobie trzy dni na powolne zaadaptowanie się do sytuacji. Warto też pomyśleć o relaksie po pracy, np. na spotkaniach z przyjaciółmi, zajęciach sportowych.

– Warto zrelaksować się po pracy. Dobry będzie spacer czy jakiś sport, który pomaga wytwarzać endorfiny. Dobre na łagodzenie takich stresów są także masaże, zwłaszcza twarzy – mówi Katarzyna Kucewicz.

Eksperci radzą też, by bezpośrednio po powrocie z wakacyjnego wyjazdu powstrzymać się od podejmowania ważnych decyzji, zarówno zawodowych, jak i osobistych. Człowiek pozostaje wówczas pod wpływem endorfin po udanym urlopie, a jednocześnie przygnębienia spowodowanego powrotem do codziennej rutyny. Podjęte w takim stanie psychicznych decyzje mogą być zbyt pochopne.

Wyprawka szkolna 2015 – od 301 do 700 zł dla jednego dziecka

Od 301 do 700 zł – tyle, według tegorocznego badania PAYBACK Opinion Poll (POP), przeznaczy na zakupy szkolne 63% Polaków. Większość ankietowanych (90%) środki na wyprawkę weźmie z bieżącego budżetu domowego.

Jak wynika z badania PAYBACK, wśród rodziców wzrasta świadomość nt. refundacji na podręczniki, oferowanej przez państwo.

Jak wynika z badania PAYBACK Opinion Poll (POP), w 2015, podobnie jak w roku ubiegłym, ponad 60% Polaków wyda na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka kwotę od 301 do 700 zł. 1/4 planuje przeznaczyć na ten cel nie więcej niż 300 zł, a 6% od 701 do 1200 zł. Według tegorocznego badania POP, połowa Polaków kupuje przybory szkolne tuż przed pierwszym dzwonkiem lub na początku września. Zakupy na ostatnią chwilę mogą tłumaczyć nieprzemyślane wydatki. 49% Polaków przyznaje, że choć starają się kupować jedynie niezbędne rzeczy, zdarza im się spontanicznie dorzucić coś do koszyka. 36% skompletowało połowę wyprawki w lipcu i na początku sierpnia. Prawie co piąty ankietowany (17%) posiada już niemal wszystkie potrzebne przybory.

Refundacja – ilu Polaków skorzysta?

Dla 65% badanych, koszt przyborów i podręczników wyniesie tyle samo lub mniej niż rok temu. 35% ankietowanych deklaruje, że początek roku szkolnego będzie dla nich oznaczał większe wydatki niż w 2014r. Środki na wyprawkę pochodzić będą głównie z bieżącego budżetu domowego (90%). 4% ankietowanych planuje skorzystać z kredytu.
Z roku na rok wśród rodziców wzrasta wiedza na temat refundacji wyprawki, o którą mogą się ubiegać. W dalszym ciągu jednak 32% nie zna zasad przyznawania takiego dofinansowania (47% – 2014). Z refundacji planuje skorzystać 11% Polaków biorących udział w ankiecie PAYBACK.

Do szkoły: biegiem, marsz!

Po pomoce szkolne większość Polaków (42%) uda się do super- lub hipermarketów, 28% kupi je w szkole. Poza nowym plecakiem (45%), obuwiem i odzieżą szkolną (59%) oraz przyborami szkolnymi (76%), rodzice zamierzają kupić w tym roku urządzenie elektroniczne. Najczęściej będzie to laptop (15%) lub tablet (12%). W obu przypadkach to spadek o 11% w stosunku do ubiegłego roku.

W 2013 i 2014 roku popularny był zakup książek w Internecie. Jak wynika z ankiety POP, w tym roku po podręczniki niemal połowa ankietowanych Polaków uda się do księgarni (48%). Zakupy w sieci planuje zrobić 36% badanych. To spadek o 11% w stosunku do roku ubiegłego. 51% zapytanych przez PAYBACK rodziców planuje zakup wyłącznie nowych podręczników. 29% kupi w połowie książki nowe, a w połowie używane. Co 10 badany deklaruje, że w większości lub wyłącznie nabędzie egzemplarze z drugiej ręki.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Alina Stahl (BIK) o ryzyku poręczania kredytów

0

W Polsce aż 480 tys. osób poręcza 391 tys. kredytów. Niestety, aż 10% z nich jest spłacane z opóźnieniem. Ktoś cię prosi, byś został żyrantem? Zanim wyrazisz zgodę, dobrze się zastanów.

Przed podjęciem decyzji powinniśmy przeanalizować zarówno sytuację finansową kredytobiorcy, jak i swoją własną. Weźmy pod uwagę to, czy nie ma ryzyka, że w najbliższym czasie nasze zarobki się pogorszą, ani czy nie będziemy potrzebowali niedługo sami zaciągnąć pożyczki. Pamiętajmy, że poręczanie obniża naszą zdolność kredytową.

„Jako poręczyciel mamy prawo uczestniczyć w ustalaniu treści umowy. Co ważne, nie musimy poręczać całej kwoty – wolno nam ograniczyć się np. do części kredytu bez odsetek karnych. Warto również, aby w umowie znalazł się zapis, że jeżeli kredytobiorca przestanie zwracać pieniądze, w pierwszej kolejności zabezpieczeniem spłaty będzie jego majątek, a dopiero później zostanie obciążony poręczyciel” – mówi serwisowi infoWire.pl Alina Stahl z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Jeśli pożyczka jest spłacana w terminie, na naszą prośbę bank może zwolnić nas z poręczania.

„O tym, co się dzieje z poręczanym kredytem, dowiemy się z raportu BIK bądź za pośrednictwem usługi Alerty BIK. Jeśli z niej skorzystamy, będziemy otrzymywali informacje o spłacie rat, ale także zostaniemy powiadomieni w sytuacji, gdy ktoś spróbuje wyłudzić pożyczkę na nasze dane” – informuje ekspertka.

Wyniki Grupy Getin Noble Bank po I półroczu 2015 r.

W pierwszym półroczu 2015 roku Grupa kapitałowa Getin Noble Banku wypracowała 209 mln PLN zysku netto. Zgodnie z zapowiedziami, Bank znacząco obniżył koszt finansowania, mimo zawirowań na rynku w związku z aprecjacją CHF. Na koniec czerwca br. suma bilansowa Banku wynosiła 70,4 mld PLN.

Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku
Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku. Fot.: Getin Noble Bank

„W ostatnich kwartałach znacząco obniżyliśmy koszt finansowania oraz wartość odpisów. Bez uwzględnienia opłat na rzecz BFG oraz KNF, koszty działania Banku utrzymują się od dwunastu miesięcy na niezmienionym poziomie” – powiedział Krzysztof Rosiński, Prezes Zarządu Getin Noble Banku. „Wyraźnemu wzmocnieniu uległa również pozycja kapitałowa Banku. W ciągu roku podwyższyliśmy wskaźniki CAR od 0,7 p.p. i CET1 o 1,1 p.p” – dodaje.

Pierwsze półrocze 2015 roku to niewątpliwy sukces należącej do Grupy spółki Getin Leasing. Jest ona obecnie liderem rynku finansowania pojazdów poprzez leasing. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. wartość wyleasingowanego przez Spółkę mienia wyniosła 1,5 mld PLN, co stanowi wzrost o 30% w ujęciu rok do roku. Rozwój leasingu jest kolejnym etapem wzmacniania pozycji Grupy Getin Noble Banku jako lidera w segmencie finansowania pojazdów. W pierwszym półroczu 2015 roku wartość udzielonych kredytów samochodowych osiągnęła poziom 717 mln PLN. Bank posiada obecnie ponad 50% udział w tym rynku.

Getin Noble Bank kontynuuje działania związane z budową portfela szybko rotujących kredytów. W ciągu zaledwie 12 miesięcy saldo kredytów gotówkowych wzrosło o 0,9 mld PLN (+31% r/r), co częściowo przyczyniło się do kompensacji niższych przychodów odsetkowych będących efektem obniżenia stopy lombardowej. Tylko w pierwszym półroczu br. wartość sprzedaży kredytów gotówkowych osiągnęła poziom ponad 1,2 mld PLN.

Bank kontynuuje politykę budowy bezpiecznej struktury aktywów i pasywów, zarówno
w przekroju walutowym, jak i płynnościowym. Na koniec czerwca br. saldo kredytów Getin Noble Banku wynosiło 50,3 mld PLN, a saldo depozytów 55,2 mld PLN. Bank utrzymuje silną pozycję płynnościową (wskaźnik K/D wynosi 91,2%). Zgodnie z zapowiedziami Bank systematycznie obniża koszt depozytów (-55 p.b. od początku br.). W drugim kwartale wskaźnik NIM wzrósł do 1,7 p.p.

Systematyczne zmiany w ofercie przekładają się na znaczący wzrost aktywności Klientów korzystających z ROR oraz kont oszczędnościowych. Bank odnotował wzrost salda środków zdeponowanych na kontach oszczędnościowych z 3,2 mld PLN do 3,9 mld PLN przy spadku średniego oprocentowania o 0,3%. Od momentu wdrożenia strategii Getin UP Bank odnotował ponad dwuipółkrotny wzrost liczby transakcji kartami płatniczymi. Widoczny jest również wzrost transakcyjności kart (blisko 6 transakcji na jedną kartą w czerwcu 2015).

Zgodnie z przyjęta strategią Bank kontynuuje działania związane ze sprzedażą NPL.
W pierwszym półroczu wartość kapitału sprzedanych portfeli kredytów nieregularnych wyniosła ponad 1 mld PLN. Warto również podkreślić, że wszystkie zrealizowane do tej pory transakcje sprzedaży miały pozytywny wpływ na rachunek wyników. Ambicją Banku jest sprzedaż w 2015 roku NPL o wartości netto powyżej 1,8 mld PLN. W drugim kwartale 2015 roku Bank odnotował rekordowo niski poziom odpisów na poziomie 66,9 mln (spadek o 47,9% q/q).

Na koniec czerwca 2015 roku skonsolidowany współczynnik wypłacalności CET1 (pro-forma z uwzględnieniem całości wyniku za pierwszą połowę 2015 roku) wynosił 10,0%, a łączny współczynnik wypłacalności CAR 13,2%. Oba wskaźniki kapitałowe znajdują się powyżej wymogów regulacyjnych.

Nawet o 10-15 proc. będą niższe plony zbóż podstawowych w Polsce, a zbiory kukurydzy mogą zmniejszyć się o 30 proc. w porównaniu do ubiegłego roku

Rekordowo wysokie temperatury i brak opadów w ostatnich tygodniach spowodowały niedobory wody w większości województw. Najtrudniejsza sytuacja jest w środkowej, północnej i wschodniej części kraju. Te czynniki oraz niewielka ilość opadów w okresie wiosennym, czyli w okresie wschodów i kształtowania się systemów korzeniowych, sprawiły, że jakość i wysokość zbiorów będzie na niższym poziomie niż w ubiegłym roku.

Na podstawie dotychczasowych zbiorów oraz z informacji uzyskanych od wybranych producentów, Bank BGŻ BNP Paribas szacuje, że największe straty mogą wystąpić zwłaszcza w uprawach kukurydzy ( do 30 proc.), zbóż jarych i rzepaku (ok. 10-15 proc.) oraz w użytkach zielonych (ok. 40 proc.)

Istotnie ucierpieć mogą także niektóre uprawy warzywne (cebula, kalafior, marchew i ziemniaki), a wśród owoców maliny. W mniejszym stopniu zaś straty dotyczyć będą owoców z drzew (jabłka) – jednak te dane będą znane dopiero po zbiorach. Dodatkowo, konsekwencją niekorzystnych warunków atmosferycznych jest również zwiększone zagrożenie pożarowe oraz niebezpieczeństwo przesunięcia w czasie jesiennych prac polowych, zwłaszcza na glebach ciężkich i gliniastych.

– Bank BGŻ BNP Paribas uważnie obserwuje rozwój wydarzeń i na bieżąco monitoruje wyniki żniw oraz notowania na rynkach żywnościowych. Jako lider w finasowaniu Agrobiznesu jesteśmy przygotowani na różne scenariusze – powiedział Bartosz Urbaniak, członek Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas odpowiedzialny za obszar MŚP i Agro. Dodał, że w zależności od rozwoju sytuacji będą podejmowane odpowiednie działania, zarówno na szczeblu systemowym, jak i podczas indywidualnych rozmów z rolnikami. – Działania, jakie możemy zaoferować, mogą obejmować między innymi zmiany w harmonogramie spłat, w tym np. prolongaty. Dzięki współpracy z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) Bank posiada w ofercie kredyty na warunkach preferencyjnych oraz dysponuje wystarczającym limitem na ich udzielanie. Spośród tych kredytów pomocna może okazać się nasza oferta linii klęskowych, dostępna po ogłoszeniu klęski oraz wydaniu odpowiedniej decyzji przez rząd i przyznaniu specjalnego limitu przez ARiMR. Już teraz jesteśmy gotowi do rozmów z naszymi klientami – podkreśla Bartosz Urbaniak.

Podobna sytuacja pogodowa występuje w dużej części Europy. Poziom dochodowości rolnictwa zależy zarówno od wysokości plonów, jaki i osiąganych cen płodów, które w przypadku spadku produkcji mogą rosnąć. Ostateczne straty będzie można oszacować na podstawie danych o zbiorach z rynków światowych, które mają największy wpływ na kształt cen.

Chiński Juan stabilny względem USD nawet do I połowy 2016 r.

Wyniki Fast Finance S.A. po I półroczu 2015 r.

Fast Finance S.A., notowana na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych spółka specjalizująca się w obsłudze wierzytelności detalicznych, w I półroczu 2015 r. wypracowała zysk netto w wysokości 4,3 mln zł przy przychodach na poziomie 14 mln zł. Spółka konsekwentnie zmniejsza wskaźniki zadłużenia – na koniec czerwca dług netto stanowił 0,9x kapitału własnego.

Wypracowane w I półroczu 2015 r. przychody netto ze sprzedaży wyniosły 13.950 tys. zł i były nieznaczne niższe niż w tym samym okresie roku ubiegłego, natomiast przychody operacyjne wzrosły o 103% (do 1.069 tys. zł) a przychody finansowe o 3,7% (do 2.005 tys. zł). Największy udział w przychodach ogółem miały utrzymujące się stabilne wpływy z tytułu odzyskiwanych wierzytelności.

Pierwsze półrocze 2015 r. FAST FINANCE zakończyła zyskiem netto w wysokości prawie 4.3 mln zł, co oznacza wzrost o 1,2% r/r., zysk operacyjny wyniósł 6.6 mln zł (nieznaczny spadek o 0,2% r/r)., a zysk na działalności przed opodatkowaniem 5.331 tys. zł, tj. o 1,6% więcej niż na koniec I pół. 2014 r.

Obserwujemy wzrost wartości zaległych zobowiązań oraz rosnący poziom zadłużenia w Polsce, dlatego oczekujemy solidnych wyników biznesowych w nadchodzących latach. Z kolei nasza sytuacja finansowa jest stabilna – w pierwszym półroczu nabyliśmy w celu umorzenia obligacje o łącznej wartości nominalnej 5,9 mln zł, co w połączeniu ze wzrostem kapitałów własnych wynikającym z zatrzymania w spółce zysku za rok 2014 r. ze spokojem pozwala planować II półrocze – komentuje wyniki Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE S.A.

Wskaźniki rentowności spółki odzwierciedlają stabilne wyniki firmy, wszystkie osiągają dodatnie wartości, a w przypadku rentowności podstawowej działalności operacyjnej oraz wyniku netto, FAST FINANCE zanotował wzrost w stosunku do wartości osiągniętych w tym samym okresie roku 2014.

Rynki pełne ryzyka, inwestorzy szukają bezpiecznych przystani

Sytuacja na rynkach finansowych jest coraz bardziej niepokojąca. Mocno zniżkują już nie tylko giełdy krajów zaliczanych do emerging markets, ale także tych najbardziej rozwiniętych. Obawy przed zapaścią chińskiej gospodarki powodują niepokój na całym świecie. Niemiecki DAX od 5 sierpnia stracił ponad 10 proc., spadając poniżej ważnego poziomu wsparcia. W tym samym czasie indeks w Szanghaju poszedł w dół o zaledwie 2,5 proc.

Coraz gorzej wygląda sytuacja na parkiecie amerykańskim. S&P500 jest o ponad 4 proc. niżej od niedawnego szczytu a Dow Jones stracił ponad 6 proc. Oba wskaźniki jednocześnie wyszły dołem z trwającej od kilku miesięcy tendencji bocznej, potwierdzając pogorszenie się nastrojów. Co ciekawe, mocne spadki pojawiły się w reakcji na sygnały o przesunięciu momentu podwyżki stóp procentowych z września na grudzień. To ważna zmiana nastawienia inwestorów, którzy do tej pory oddalenie terminu rozpoczęcia zaostrzania polityki pieniężnej odbierali pozytywnie. Tym razem przeważyły obawy dotyczące gospodarki.

Jeśli do tego dodamy utrzymywanie się, a nawet pogłębianie fatalnej tendencji na rynku surowców, otrzymujemy obraz zdecydowanie zniechęcający do inwestowania w aktywa obarczone ryzykiem. Inwestorzy na świecie wyraźnie ich unikają, na co wskazują wzrost notowań złota i mocne spadki rentowności obligacji skarbowych państw o najwyższej wiarygodności finansowej. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, niż radzić naszym graczom podobne podejście i poszukiwanie licznych dostępnych na polskim rynku bezpiecznych alternatyw. Najbardziej godne polecenia są aktywa odporne na złą koniunkturę i nieskorelowane z rynkami akcji, a więc fundusze papierów dłużnych, nieruchomości oraz wierzytelności.

Michał Stanek
Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej AgioFunds TFI S.A.

Nowe wybory w Grecji

Widmo przyspieszonych wyborów w Grecji było zawsze tym, co rzucało rynkami w górę i w dół. Teraz jest inaczej: Aleksis Cipras podał się do dymisji, a rynki nie reagują. Kolejny kraj nie wytrzymał administracyjnych kursów wymiany i uwolnił walutę. Dzisiaj poznamy wskaźniki koniunktury dla najważniejszych gospodarek.

Wiadomością dnia było wczorajsze podanie się Aleksisa Ciprasa do dymisji. Co prawda nowy rząd będzie próbował tworzyć lider Nowej Demokracji, ale szanse na powodzenie tej formuły nie są za duże. Z tego powodu mówi się o rozpisaniu nowych wyborów już we wrześniu. Są to pierwsze nowe wybory w Grecji, na które rynki nie zareagowały paniką. Był krótki moment osłabiania się złotego względem głównych walut, ale przyzwyczajono nas, że po czymś takim to dolar od razu startuje w górę o co najmniej 5 groszy, a tu nic z tych rzeczy.

Kazachstan został kolejnym krajem zmuszonym przez sytuację rynkową do urealnienia kursu waluty. Oczywiście można było utrzymywać fikcję jeszcze tygodniami/miesiącami, ale widzieliśmy już wiele razy jak to się kończy. Tenge, bo tak nazywa się waluta Kazachstanu, osłabiło się po uwolnieniu kursu o 28%. Warto zwrócić uwagę, że jest to kolejny kraj, który dewaluuje swoją walutę nie tyle przez słabość własnej gospodarki, co przez siłę dolara.

Waluty krajów wyrażane w USD mają ostatnio dużo problemów, a spodziewane umocnienie dolara po podwyżce stóp procentowych w USA może się odbić poważnym problemem w wielu krajach nie mających elastycznych kursów walut. Słabsze tenge spowoduje straty wartości oszczędności obywateli wyrażone w USD, aczkolwiek zwiększy konkurencyjność gospodarki. Są również kraje, które nie decydują się na upłynnienie kursu waluty, a jedynie ją dewaluują. Dobrym przykładem jest tu Wietnam, który osłabił donga o 5% w tym tygodniu. Jest również wariant pośredni jak w Chinach, gdzie nie uwolniono kursu wymiany, ale kurs administracyjny bardziej bierze pod uwagę potrzeby rynku.

Wczoraj poznaliśmy gorsze od oczekiwań dane z Wielkiej Brytanii. Co prawda wskaźnik zamówień według CBI wzrósł, ale znacznie ważniejszymi danymi była sprzedaż detaliczna, która okazała się być o 0,2% mniejsza od oczekiwań. Dane te spowodowały osłabianie się funta wobec innych walut. Tuż przed danymi funt znajdował się w okolicach 5,90 zł, by zakończyć dzień aż 5 groszy niżej. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych nie zaskoczyła rynków, za to zrobiły to poranne dane z Państwa Środka. Chiński PMI dla przemysłu wynosi zaledwie 47,1 pkt i znajduje się wyraźnie poniżej symbolicznej granicy 50 pkt oddzielającej rozwój od recesji.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na pozostałe indeksy PMI dla głównych światowych gospodarek.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 21.08.2015
Komentarz walutowy 21.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 21.05.2015 do 21.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerszej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega w okolicach 4,1650, a kolejnego wsparcia należy teraz oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji. Dla ruchu w górę oporem jest ostatnie maksimum na 4,2400.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 21.08.2015
Komentarz walutowy 21.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 21.05.2015 do 21.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest 3,8350. Jeżeli przebicie poziomu 3,8700 się potwierdzi kolejnym ważnym oporem będzie najpierw wspomniane 3,9000 a następnie są maksima na 3,9350.

USD/PLN

Komentarz walutowy 21.08.2015
Komentarz walutowy 21.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 21.05.2015 do 21.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Wsparciem do wczoraj było dolne ograniczenie trendu na 3,7450. Po jego przebiciu kolejnym ważnym poziomem są minima na 3,7100.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 21.08.2015
Komentarz walutowy 21.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 21.05.2015 do 21.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.

Akcje neutralnie, obligacje głównie korporacyjne

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

O nastawieniu do rynków globalnych rozmawiamy z Radosławem Piotrowskim, zarządzającym funduszami Union Investment TFI.

W lipcu został uruchomiony subfundusz UniDynamiczna Alokacja Aktywów. Jakie jest nastawienie Union Investment TFI do światowych rynków? Czy w obecnej sytuacji są Państwo skłonni zaryzykować, czy może podchodzą do alokacji bardziej zachowawczo?

W obliczu globalnych czynników ryzyka nasze obecne nastawienie do rynków jest neutralne. To oznacza, że nasza alokacja taktyczna w akcjach jest obecnie równa alokacji modelowej/strategicznej. Dodatkowych źródeł zysku nie szukamy jednak w obligacjach, a w neutralnych rynkowo pomysłach inwestycyjnych.

Jakie rynki akcji Państwo preferują?

Z pewnością te krajów rozwiniętych. Bowiem akcji państw rozwijających się zdecydowanie niedoważamy w portfelu. Obecnie jedynym jasnym punktem na rynkach wschodzących (emerging markets) są Indie. Na rynkach rozwiniętych (to ogromny obszar) siłą rzeczy inwestujemy na giełdzie amerykańskiej. Również poza głównym indeksem S&P 500 – ze względu na obecność w nim niezbyt perspektywicznych spółek energetycznych, materiałowych (surowcowych) czy użyteczności publicznej. Dodatkowej wartości szukamy w amerykańskich spółkach technologicznych. Do rynków rozwiniętych, które preferujemy, należy także Japonia oraz – mimo różnych czynników ryzyka – strefa euro. Wskazuje się, że dużym zagrożeniem dla gospodarek europejskich jest sytuacja w Chinach. Zwróćmy jednak uwagę, że eksport ze strefy euro do Państwa Środka stanowi ok. 6%, a branże motoryzacyjna i dóbr luksusowych są tam narażone na niepewną sytuację. Wobec tego dewaluacja jena będzie miała raczej ograniczony zasięg.

A dlaczego cieplej patrzą Państwo na Japonię?

Jest ku temu kilka przesłanek. Po pierwsze, bardzo dobre wyniki finansowe japońskich spółek za II kwartał 2015 r. (całościowo ponad 20-procentowy wzrost r/r). Po drugie, wciąż atrakcyjna wycena akcji pomimo silnych wzrostów na giełdzie. Po trzecie, spółki zwiększają efektywność i cechują się korzystną relacją zwrotu z kapitału do wskaźnika cena/wartość księgowa. W Japonii akcje wspiera (oprócz fundamentów) ekspansywna polityka monetarna japońskiego banku centralnego: niskie stopy procentowe, program luzowania ilościowego (tzw. dodruk pieniądza) oraz przeprowadzane przez rząd reformy. Warto też wspomnieć o nieprzerwanym od miesięcy napływie kapitału na japoński rynek akcji.

A Polska i nasz region?

Na polskiej giełdzie szczególnie atrakcyjne wydają nam się małe i średnie spółki. Sprzyja im otoczenie makroekonomiczne, a poza tym są one mniej podatne na ryzyko polityczne w Polsce. W Europie Środkowo-Wschodniej w dalszym ciągu widzimy potencjał na Węgrzech, gdzie zmniejszenie obciążeń publiczno-prawnych dla sektora bankowego powinno przełożyć się pozytywnie na zachowanie akcji banków, takich jak OTP Bank.

Na koniec pytanie o obligacje – jak je Państwo oceniają?

Globalnie największy potencjał widzimy w europejskich obligacjach korporacyjnych o ratingu spekulacyjnym z uwagi na ich atrakcyjną rentowność, spread oraz niewielki (w porównaniu z amerykańskimi odpowiednikami) udział sektora energetyczno-paliwowego. Dobrym rozwiązaniem – szczególnie w zestawieniu z klasycznymi obligacjami skarbowymi – są także papiery korporacyjne z ratingiem inwestycyjnym oraz instrumenty pieniężne. Choć z uwagi na ograniczoną rentowność poleca się je przede wszystkim inwestorom o mniejszej skłonności do ryzyka.

NIK o zaniedbaniach i naruszeniu zasad polityki antykorupcyjnej w GDDKiA

2

Oddziały Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad nie dbają o ustalanie terminów prac i robót na drogach krajowych w taki sposób, by naprawy nie utrudniały podróżowania i nie były przeprowadzane w porach największego natężenia ruchu. W dodatku internetowy informator Dyrekcji o utrudnieniach zawiera nieaktualne i nierzetelne informacje i kierowcy zamiast skorzystać z objazdów, stoją w korkach. NIK zwraca także uwagę na łamanie zasad polityki antykorupcyjnej przez pracowników łódzkiego Oddziału Generalnej Dyrekcji.
Skontrolowane sześć oddziałów Generalnej Dyrekcji – w Łodzi, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Szczecinie i Olsztynie – zarządza prawie 7 tys. km dróg krajowych. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak drogowcy dbali o bieżące utrzymanie dróg, jak koordynowali remonty, i jak ich działania wpłynęły na komfort jazdy użytkowników dróg.

Kontrolerzy NIK szczególnie dużo zastrzeżeń mają do funkcjonowania oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Łodzi.

Tamtejszy odział nie uzgadniał z wykonawcami robót dokładnych terminów i przedziałów godzinowych prowadzenia remontów tak, by w jak najmniejszym stopniu utrudniały one kierowcom podróżowanie. W efekcie dopuszczono do zajmowania przez wykonawców robót pasa ruchu w porach największego natężenia ruchu, uznając że jedynymi wyznacznikami dla rozpoczęcia robót jest dobra pogoda i fakt, by prace nie kolidowały z innymi na danym odcinku drogi.

NIK zwraca również uwagę, że kierowcy podróżujący po drogach krajowych nie mogą mieć pewności, że informacje o remontach i utrudnieniach w ruchu – zamieszczane na stronie internetowej Generalnej Dyrekcji są aktualne i rzetelne. Stwierdzono bowiem przypadki, w których nie poinformowano kierowców o pracach drogowych na newralgicznych odcinkach dróg, bądź zamieszczone zapowiedzi nie wskazywały na utrudnienia, które de facto powstały.

Umowy z wykonawcami na bieżące utrzymanie dróg przewidywały ich kompleksowe utrzymanie, naprawę nawierzchni, poboczy, chodników i systemu odwodnienia, ale nie zawierały jednolitych zasad określających częstotliwość i terminy wykonywania takich prac jak: usuwanie zanieczyszczeń i martwych zwierząt, mycia i wymiany znaków oraz mycia ekranów akustycznych.

Zdaniem kontrolerów, którzy stwierdzili w trakcie kontroli uszkodzenia i usterki barier ochronnych, ekranów akustycznych, elementów konstrukcyjnych wiaduktów, a także niewyraźne oznakowanie pionowe i poziome dróg, drogowcy sprawowali niedostateczny nadzór nad firmami, które zajmowały się tymi zadaniami. W ocenie NIK użytkownicy dróg krajowych mają prawo oczekiwać porównywalnych standardów ich utrzymania, bez względu na to, kto jest wykonawcą usług.

Oddział w Łodzi nie był właściwie przygotowany na wypadek wystąpienia zdarzeń nadzwyczajnych na drogach krajowych: nie miał opracowanych planów ani procedur ratowniczych (za wyjątkiem płatnych autostrad), określających sposób postępowania w takich sytuacjach (np. sposobu szybkiego dotarcia na miejsce wypadku, gdy tworzą się korki lub metody wyznaczania objazdów). Takie plany Generalna Dyrekcja w Łodzi zaczęła opracowywać dopiero w trakcie kontroli NIK.

Dyrektor Oddziału zamiast nawiązać dobrą współpracę z Państwową Strażą Pożarną, weszła z nią w spór kompetencyjny. Zdarzało się często, że strażacy w trakcie akcji ratowniczych nie mogli skontaktować się z zarządcą drogi, zarządca nie pojawiał się na miejscu zdarzenia lub odmawiał przyjęcia miejsca po wypadku. Wyniki kontroli wskazują również na niewłaściwe utrzymanie infrastruktury drogowej. Kontrolerzy ujawnili np. uszkodzone, nieoznakowane lub niewłaściwie działające hydranty oraz brak możliwości szybkiego otwarcia bram wjazdowych na Miejscu Obsługi Podróżnych.

W łódzkim Oddziale odnotowano także przypadki oczywistego konfliktu interesów. Np. w rozstrzyganiu przetargów na dyżury przy zimowym utrzymaniu dróg brały udział osoby, które powinny zostać wyłączone z takich postępowań, ze względu na uzasadnione wątpliwości co do ich bezstronności, ponieważ ich małżonkowie byli zatrudnieni u wykonawcy, który wygrał przetarg. Co więcej, osoby te złożyły wcześniej oświadczenia o braku przesłanek do wyłączenia ich z postępowania.

Ponadto pracownicy łódzkiego Oddziału Generalnej Dyrekcji wykonywali zlecenia dla firm, które wygrywały przetargi ogłaszane przez Oddział. Prace zlecane były zgodnie z prawem i wykonywane „po godzinach”, jednak także tu dochodziło do nieprawidłowości. Podczas pełnienia zleconych, stacjonarnych dyżurów przy zimowym utrzymaniu dróg dla podmiotów zewnętrznych, pracownicy wykonywali jednocześnie inne prace – na rzecz Oddziału i przypisane im przez przełożonych z Oddziału. Przykładowo drogowcy zamiast sprawdzać – w ramach zlecenia – aktualne prognozy pogody i monitorować z dyżurek sytuację na drogach, robili objazdy lub przeprowadzali interwencje na drogach dla „podstawowego pracodawcy”. W dodatku wykorzystywali do tego służbowe samochody. Oznacza to, że zlecone wykonawcom usługi faktycznie nie zostały wykonane, choć oddział za nie zapłacił.

Przedsiębiorca z kolei opłacił w rzeczywistości nie czynności, które zlecił, ale codzienne obowiązki pracowników Oddziału (m.in. paliwo i wykorzystanie samochodów). W sumie koszty związane z używaniem samochodów służbowych oraz wydatki na niewykonane umowy wyniosły w 2014 r. ponad 17 tys. zł. Sami pracownicy wskazują, że podobne praktyki stosowane były w łódzkim oddziale od co najmniej 2007 r., a dyrekcja o tym wiedziała.

Zdarzało się również, że pracownicy pełniący dyżury przy zimowym utrzymaniu dróg zatwierdzali protokoły odbioru za te usługi oraz jednocześnie sprawdzali faktury za ich realizację. Tym samym naruszyli zasady polityki antykorupcyjnej obowiązujące w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Nieprawidłowości w innych oddziałach Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad:

  • nierzetelnie weryfikowano oferty wykonawców na zimowe utrzymanie dróg;
  • występowały opóźnienia w przygotowaniach do sezonu zimowego, drogowcy nie zapewnili odpowiednich zapasów np. soli, piasku do zimowego utrzymania dróg;
  • obowiązkowe objazdy i kontrole dróg krajowych przeprowadzano niezgodnie z przyjętymi zasadami, nierzetelne dokumentowano te czynności lub wręcz wpisywano do rejestrów przypadki niewłaściwego utrzymania dróg dopiero po wskazaniu ich przez kontrolerów Najwyższej Izby Kontroli;
  • drogowcy z Krakowa zapłacili blisko 600 tys. zł za zlecenie, przed terminem jego faktycznego wykonania.

Wnioski

NIK zwraca uwagę na przypadki bardzo poważnych utrudnień dla użytkowników dróg, jakie stwarzają remonty i prace drogowe na drogach krajowych przeprowadzane w porze największego ruchu, w trakcie weekendów, a także w okresie wakacyjnym, gdy Polacy tłumnie wyjeżdżają na wypoczynek. W ocenie NIK Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad powinna tak koordynować remonty i prace utrzymaniowe na drogach, by w jak najmniejszym stopniu były one uciążliwe dla użytkowników dróg. Izba zwraca również uwagę na potrzebę podawania w komunikatach internetowych aktualnych informacji o utrudnieniach, tak by kierowcy mieli szanse na optymalne zaplanowanie podróży.

Szczególny niepokój NIK budzi sytuacja w łódzkim oddziale GDDKiA. Skala nieprawidłowości w łódzkim Oddziale Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad świadczy o niewystarczającym nadzorze i kompetencjach kierownictwa Oddziału. Opierając się na ustaleniach kontroli Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła niezasadność zajmowania stanowiska przez Dyrektora Oddziału w Łodzi i wystąpiła w tej sprawie do Dyrektora Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Medicalgorithmics mimo stałych przychodów w dolarach nie boi się zmiany kursu. Spółkę chroni 60-procentowa marża

0

Piotr Żółkiewicz

Od czasu osiągnięcia progu rentowności w 2010 roku przychody i zyski spółki Medicalgorithmics dynamicznie rosną. Dzięki wysokiej innowacyjności i niewielkiej konkurencji przeciętny poziom marż handlowych wynosi 60 procent rocznie. Problemem do tej pory były niewystarczające moce produkcyjne spółki, jednak po dokonaniu ostatnich inwestycji wzrosły aż ośmiokrotnie.

Notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie spółka Medicalgorithmics zajmuje się sprzedażą urządzeń i oprogramowania o nazwie PocketECG, służącego do analizy pracy serca. Przedmiotem działalności jest także sprzedaż usług przetwarzania oraz analizy danych w sektorze telemedycznym.

– Mamy to szczęście, że przez te 9 już lat prowadzenia spółki w Polsce nie napotkaliśmy żadnych większych problemów ze strony otoczenia. Oczywiście, mieliśmy trudny okres na samym początku, kiedy przez 4 lata mieliśmy wyłącznie koszty i żadnych przychodów – tłumaczy Piotr Żółkiewicz, członek rady nadzorczej spółki Medicalgorithmics.

Pierwsze przychody ze sprzedaży na poziomie 4,1 miliona złotych spółka wypracowała w 2010 roku. Od tego czasu ich wielkość rośnie. W ubiegłym roku było to już prawie 29,7 miliona złotych. Podobnie wygląda sytuacja na poziomie wyniku z działalności operacyjnej. Na przestrzeni ostatnich czterech lat zysk spółki Medicalgorithmics wzrósł z 1,9 do 13,9 miliona złotych.

– Ryzyka występują w każdej branży, tylko albo je widać, albo nie. W ostatnich latach mieliśmy kilka takich momentów, które wydawały nam się ryzykowne, na szczęście z każdym sobie jakoś poradziliśmy. W tej chwili nie widzimy żadnego bezpośredniego zagrożenia – ocenia członek rady nadzorczej Medicalgorithmics.

W ostatnim roku spółka dokonała bardzo dużych inwestycji oraz znacząco zwiększyła poziom zatrudnienia. W IV kwartale 2014 roku zarząd spółki podjął decyzję o przeniesieniu zakładu produkcyjnego w Gdańsku i zwiększeniu mocy produkcyjnych.

– Faktycznie zdarzało się, szczególnie pod koniec 2012 roku i w 2013 roku, że zainteresowanie klientów naszą technologią i zapotrzebowanie na produkty było tak duże, że kolejka oczekujących na nasze urządzenia momentami wynosiła 12 miesięcy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Żółkiewicz.

Obecnie Medicalgorithmics jest w stanie wyprodukować ośmiokrotnie więcej urządzeń i jak ocenia Piotr Żółkiewicz, posiadane moce są w pełni wystarczające. Przedstawiciel spółki zwraca także uwagę na bardzo wysoki poziom marż handlowych osiąganych przez spółkę. W ostatnich latach było to przeciętnie 60 procent.

– Marże są bardzo wysokie. Średnio przez ostatnie lata udaje nam się wypracować marże na poziomie netto, już po podatku dochodowym, na poziomie 60 proc. To potrafi się wahać z kwartału na kwartał, ale średniorocznie to jest taka wartość – tłumaczy wiceprezes Medicalgorithmics.

Piotr Żółkiewicz zaznacza jednak, że wysokość marż handlowych jest mocno uzależniona od poziomu kursów walutowych. Większość przychodów generowanych przez spółkę pochodzi z Azji oraz obu Ameryk i denominowana jest w dolarach amerykańskich. Według członka rady nadzorczej Medicalgorithmics tak wysokie marże są efektem wysokiej innowacyjności oferowanego produktu i tego, że obecnie spółka nie ma na świecie zbyt dużej konkurencji.

– Dzięki wysokim marżom nie musimy aż tak bardzo przejmować się dolarem. Z tego względu nie mamy polityki hedgingowej, ponieważ zahedgować jest łatwo kontrakt na budowę mostu. Natomiast wiemy, że przez kolejne lata będziemy mieć przychody w dolarze, a koszty związane z tymi przychodami będą niewielkie, więc tego już tak łatwo się nie da zahedgować. – wyjaśnia Żółkiewicz.

Medicalgorithmics jest już od blisko 4 lat obecna na warszawskiej giełdzie. Debiut na rynku NewConnect miał miejsce w 2012 roku, a od lutego 2014 roku akcjami spółki można handlować na głównym parkiecie GPW.

W lipcu bankructwo ogłosiło 69 przedsiębiorstw. Głównym powodem były opóźnienia w płatnościach należności przez kontrahentów

Michał Winiarski

Liczba upadłości firm w lipcu wzrosła do 69 (w czerwcu upadło 61), jednak w skali roku spadła (w lipcu 2014 roku zbankrutowało 79 przedsiębiorstw). Krajowy rynek ubezpieczeń należności obserwuje te procesy i szybko się zmienia. Rośnie liczba firm korzystających z takich polis, a o klienta walczy coraz więcej podmiotów. Przeciętny termin regulowania należności w transakcjach między krajowymi firmami wynosi około 24 dni, ale kontrahenci płacą średnio 20 dni po upływie terminu.

Najczęstsza przyczyną niespłacania należności przez firmę jest to, że jej też ktoś nie zapłacił na czas – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Winiarski, dyrektor oddziału zajmującej się tego rodzaju działalnością firmy Kupeg w Polsce. – Mogą oczywiście zdarzyć się błędy w zarządzaniu, komuś zabraknie gotówki, bo przeinwestował. Natomiast najczęściej jest tak, że kontrahent nie płaci firmie, w związku z czym ona też nie ma pieniędzy, żeby wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec dostawców.

Według opublikowanego w maju br. raportu „Barometr Praktyk Płatniczych” firmy Atradius przeciętny termin płatności w transakcjach B2B (między krajowymi przedsiębiorstwami) wyniósł w Polsce 24 dni od daty wystawienia faktury. Średnio kontrahenci dokonują płatności 20 dni po upływie terminu. To oznacza, że firmy oczekują na płatności ok. 46 dni od wystawienia faktury.

Jak wynika z danych Euler Hermes w lipcu br. opublikowano 69 orzeczeń o upadłości firm. W czerwcu było ich 61. Rok temu skala upadłości była jednak znacznie większa. W lipcu 2014 r. zbankrutowało 79 podmiotów.

W Polsce do tej pory rzadko stosowano upadłość, żeby zakończyć działalność firmy, czy też po to, żeby ją zrestrukturyzować. Upadłości było relatywnie mało w stosunku do statystyk zachodnich. Wygląda jednak na to, że rynek się cywilizuje i firmy w sposób bardziej uregulowany kończą żywot albo restrukturyzują swoje długi – mówi Winiarski. – Myślę, że to jest pozytywny trend, że nie zamykamy firmy na klucz i nie uciekamy przed wierzycielami, tylko robimy to w sposób cywilizowany, przed sądem.

Przed niezapłaconymi fakturami można się zabezpieczyć. Jak wyjaśnia dyrektor firmy Kupeg, polisa kosztuje zazwyczaj ułamek procenta obrotu.

Zgłasza się cały obrót do ubezpieczenia i część ceny, mniej niż 1 proc., trzeba oddać ubezpieczycielowi jako składkę – mówi Winiarski. – W zależności od tego, w jaki sposób firma kończy żywot, najczęściej odzyskujemy 70-80 proc. jeszcze przed wypłatą odszkodowania.

Jak podkreśla Winiarski, polski rynek ubezpieczeń należności mniej więcej od połowy ubiegłego roku bardzo mocno się zmienia. Rośnie zainteresowanie klientów polisami. Dodatkowo pojawia się na nim coraz więcej podmiotów i powiększa się dostępna oferta.

Na rynku jest jeden dominujący ubezpieczyciel, który ma około 50 proc. rynku. Myślę, że za pięć lat będzie to wyglądało zupełnie inaczej. Żeby być numerem jeden, nie będzie trzeba mieć 50 proc. rynku, tylko wystarczy dwadzieścia kilka procent – mówi Winiarski. – Wzrost rynku będzie podążał za tym, jak rośnie gospodarka, czyli miedzy 3 a 5 proc.

Ustawa o ustroju rolnym czeka na podpis prezydenta. Od maja 2016 roku obcokrajowcy bez ograniczeń będą mogli kupować ziemię w Polsce

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR)

W maju przyszłego roku kończy się czas przejściowy w wolnym obrocie polską ziemią. Prawo w innych krajach europejskich w uprzywilejowanej pozycji stawia miejscowych rolników. Zdaniem Krajowej Rady Izb Rolniczych ustawa o ustroju rolnym wprowadzająca w Polsce podobne preferencje powinna być jak najszybciej podpisana przez prezydenta. W ubiegłym roku obcokrajowcy nabyli niecały tysiąc hektarów krajowych gruntów.

Maj 2016 roku, kiedy to uwolniona zostanie w Polsce sprzedaż ziemi, zbliża się nieuchronnie. Jeżeli nie wprowadzimy przepisów, które decyzją prezydenta mogą być dzisiaj podpisane lub nie, to obcokrajowcy i rodzimi biznesmeni mogą zacząć masowo kupować polską ziemię. Nie tylko Ci, którzy będą chcieli ją uprawiać, lecz także Ci, którzy będą ją traktowali jako korzystną lokatę kapitału – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR).

W traktacie akcesyjnym, na mocy którego Polska w 2004 roku weszła do Unii Europejskiej, znalazł się dwunastoletni zakaz sprzedaży ziemi. Był on podyktowany obawą strony polskiej, że po wejściu kraju do Wspólnoty bogatsi rolnicy z zachodnich państw będą mogli za bezcen kupować krajowe działki.

Działka jest dosyć łakomym kąskiem, bardzo pewnym sposobem lokowania kapitału – zauważa Wiktor Szmulewicz. – Ich ceny cały czas rosną i nie ma dzisiaj ryzyka, że mogą zacząć spadać.

Jak wynika z raportu Lion’s Banku, od wejścia Polski do UE ceny ziemi rolnej w Polsce nieprzerwanie rosną. W ciągu 10 lat wzrosły o ok. 400 proc. Za jeden hektar trzeba zapłacić średnio ok. 7,7 tys. euro. Tymczasem przeciętna wartość rynkowa takiej samej nieruchomości na terenie Unii Europejskiej wynosi 17,9 tys. euro. Najwięcej za hektar ziemi rolnej trzeba zapłacić na Malcie (130 tys. euro). Najtańszy jest on na terenie państw bałtyckich (od 1 tys. do 2 tys. euro).

System dopłat bezpośrednich powoduje, że grunty są lepszą inwestycją niż lokowanie kapitałów w inne strefy finansów, giełdę, obligacje czy fundusze inwestycyjne – przekonuje Szmulewicz. – Niektórzy więc inwestują w takie nieruchomości, przez co ziemia robi się droga i dla producentów jest coraz bardziej niedostępna. Zdarza się, że uprawiają oni ziemię, której właścicielem jest już zupełnie inna osoba biorąca dopłaty.

Zdaniem KRIR po 2016 roku potrzebne będą nowe regulacje prawne. Ważne jest przede wszystkim, aby prezydent podpisał ustawę o ustroju rolnym, która bardziej kieruje ziemię w stronę tych, którzy chcą ją uprawiać. Wprowadza ona bowiem m.in. obowiązek zamieszkiwania przez co najmniej pięć lat w danej gminie oraz obowiązek osobistego prowadzenia gospodarstwa.

Tak się dzieje w innych krajach, to nie są tylko przepisy dla Polski – argumentuje Szmulewicz. – To samo wprowadzili Węgrzy, od wielu lat stosują takie rozwiązania Francuzi oraz Niemcy, którzy bronią się przed wykupem ziemi przez Holendrów i Duńczyków, u  których ziemia jest jeszcze droższa. Każdy z krajów zgadza się, że wolno obracać nieruchomościami gruntowymi w dowolny sposób, ale stawia kilka wymagań. Sądzę, że ustawa jest ważna i trzeba ją podpisać.

Nabycie ziemi przez obcokrajowca wymaga obecnie zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jak wynika z ostatniego sprawozdania MSW, w ubiegłym roku cudzoziemcy uzyskali 271 zezwoleń na nabycie nieruchomości gruntowych o łącznej powierzchni ponad 1000 ha (rok wcześniej było ich 252 na 697 ha). Najwięcej dotyczyło działek położonych w województwach wielkopolskim (194 ha), lubuskim (163 ha), warmińsko-mazurskim (159 ha), łódzkim (91 ha), mazowieckim (78 ha), pomorskim (75 ha). Kupującymi najczęściej byli obywatele Ukrainy (59 zezwoleń na nabycie do 20 ha), Niemiec (36 zezwoleń, 78 ha), Holandii (15 zezwoleń), Francji (13 zezwoleń, 138 ha), Białorusi (13 zezwoleń, 1 ha). Pod względem powierzchni dominował kapitał holenderski. W 2014 roku obywatele tego kraju kupili łącznie 484 ha nieruchomości, a więc prawie połowę wszystkich objętych procedurą zezwolenia.

Rynek nieruchomości komercyjnych zdominowany jest przez zagraniczne podmioty. Polskie firmy szukają sposobu na umocnienie pozycji

Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

Konsolidacja i wyspecjalizowanie w obsłudze nieruchomości prywatnych – to szansa dla krajowych firm na zaistnienie na rynku zarządzania nieruchomościami. Segment powierzchni komercyjnych jest zdominowany przez graczy międzynarodowych, ale szansa tkwi w mieszkaniówce, która będzie się dynamicznie rozwijała w najbliższych latach.

Rynek zarządzania nieruchomościami komercyjnymi został nasycony. Dominują na nim duże podmioty, międzynarodowe korporacje, które zarządzają najważniejszymi nieruchomościami – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami. – Uważam, że polskie podmioty nie mają w tym segmencie szans z uwagi na to, że większość tego rynku stanowią światowi gracze, dla których wygodniej jest współpracować nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach z jednym podmiotem, który świadczy usługi zarządzania.

Inaczej wygląda jednak sytuacja na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Działają na nim przede wszystkim wciąż silne – mimo częstych zmian prawa –spółdzielnie mieszkaniowe, ale jest na nim również miejsce dla polskich firm.

Mariusz Łubiński zauważa, że w tym segmencie rynku krajowi zarządcy nieruchomości mają pole do rozwoju, bo sam rynek będzie rósł. Według niego przez ok. 15 najbliższych lat liczba mieszkań będzie stale rosła, czego rezultatem będzie zwiększone zapotrzebowanie na usługi firm administrujących i zarządzających nieruchomościami. Żeby jednak wykorzystać ten trend, polskie firmy muszą się łączyć lub wyspecjalizować się w usługach administrowania dla krajowych podmiotów.

Bardzo ciekawy jest ten segment rynku, na którym są prywatni gracze. Tam konsolidacja będzie następowała na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze więksi gracze będą przejmowali coraz więcej nieruchomości od mniejszych graczy. Po drugie będą następowały fuzje spółek i przejmowanie mniejszych podmiotów przez większych graczy – prognozuje Łubiński.

Konsolidacja firm pozwoli uzyskać większy efekt skali, który jest główną przewagą zarządców. Duże portfolio nieruchomości pozwala im negocjować korzystne ceny od usługodawców, m.in. ochrony, firm sprzątających czy firm konserwacyjnych.

Na rynku pojawili się gracze z Europy Środkowej i Wschodniej, którzy są zainteresowani przejmowaniem poszczególnych spółek i ich portfeli zarządzanych nieruchomości. Wiem, że było wiele podmiotów z zachodniej Europy, które też interesowały się naszym rynkiem, jednak ze względu na stawki zarządzania i rentowność, która kształtuje się na poziomie kilku procent, wycofali się z tego pomysłu – mówi Łubiński.

Zaznacza również, że wzmocnienie polskich spółek jest konieczne, bo choć teraz rynek mieszkaniowy rośnie, to prognozy długoterminowe są znacznie gorsze.

Jak szacuje GUS, w 2050 roku liczba ludności zmniejszy się o około 10 proc. i bardzo niekorzystnie zmieni się struktura demograficzna. Ponad 50 proc. mężczyzn będzie powyżej 51 roku życia, a ponad połowa kobiet – powyżej 56 roku życia. Siłą napędową tego rynku są osoby z przedziału 15-46 lat, które dokonują większość transakcji. Trend ten będzie najmniej odczuwalny w dużych metropoliach, dlatego deweloperzy przeniosą się ze swoimi inwestycjami do dużych miast – wyjaśnia Łubiński.

Duże miasta będą więc bardzo atrakcyjne dla zarządców nieruchomości.

Admus zarządza i administruje warszawskimi zasobami mieszkaniowymi należącymi do wspólnot mieszkaniowych, spółdzielni i obiektami użyteczności publicznej. Ma w portfolio 150 obiektów o łącznej powierzchni 850 tys. mkw.

23-proc. stawka VAT na e-booki hamuje ich sprzedaż

Roman Namysłowski

Zróżnicowanie stawki podatku VAT dla książek papierowych (5 proc.) i elektronicznych (23 proc.) sprzyja patologiom. Powoduje, że rynek e-booków rośnie wolniej ze względu na wysokie ceny produktów, rozwija się także szara strefa i nielegalne ściąganie książek z internetu. To jednak problem nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach członkowskich UE, bo wynika z przepisów unijnych. Zmiana byłaby łatwa do przeprowadzenia, ale wymaga woli politycznej wszystkich państw.

Różnica w wysokości podatku VAT powoduje, że książki tradycyjne, papierowe są dużo tańsze od elektronicznych, co może zniechęcać potencjalnych klientów do kupowania e-booków – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Namysłowski, doradca podatkowy w firmie konsultingowej Crido Taxand. – Warunki konkurowania między podmiotami są nierówne. Jest to przedmiotem sporu pomiędzy przedsiębiorcami oferującymi e-booki a Ministerstwem Finansów i organami podatkowymi.

Sprzedaż książek tradycyjnych obłożona jest preferencyjną, wynoszącą 5 proc., stawką podatku VAT. Do wydań elektronicznych natomiast doliczany jest podatek w standardowej wysokości, wynoszącej 23 proc. Tymczasem przedmiotem transakcji, jak przekonuje Namysłowski, jest przecież przede wszystkim treść. Forma, w jakiej zostanie ona przekazana, nie powinna mieć kluczowego znaczenia podczas naliczania podatku.

Dla przeciętnego konsumenta nie ma znaczenia to, czy kupuje określoną treść w formie e-booka, czy wersji papierowej. W obu przypadkach otrzymuje bowiem to samo – uważa Namysłowski. – W związku z tym organy skarbowe powinny stosować identyczne zasady wobec wydawcy tradycyjnego i elektronicznego. Dzisiaj jednak tak się nie dzieje. To prowadzi do nierównych warunków konkurowania na rynku.

Przyczyną nierówności są jednak przepisy unijne. Zgodnie z nimi książki tradycyjne, niezależnie od nośnika, na którym są umieszczane, mogą korzystać z obniżonego VAT-u. Natomiast usługi elektroniczne, do których zaliczane są e-booki, powinny być opodatkowane stawką podstawową (w Polsce 23 proc.)

E-booki wiążą się z możliwością pobierania książki, przesyłania jej e-mailem, kupowania w e-sklepie, więc jest to usługa elektroniczna i na podstawie dzisiejszych przepisów dyrektywy – czytanych wprost – powinna być ona opodatkowana stawką podstawową – wskazuje Roman Namysłowski. – Ale mamy jeszcze interpretacje prawa, m.in. zasadę neutralności, która mówi, że należy identycznie traktować takie same sytuacje gospodarcze.

W sporach z organami podatkowymi wielokrotnie wskazywano, że w przypadku e-booków i książek tradycyjnych powinno się taką zasadę stosować.

W związku z tym nawet jeżeli z dyrektywy wynika, że książka papierowa może być opodatkowana stawką obniżoną, a usługa elektroniczna podstawową, to państwa członkowskie powinny ujednolicić zasadę i stosować jedną stawkę – ocenia ekspert Crido Taxand.

Ale na to nie ma politycznej zgody. W rezultacie niemal we wszystkich systemach poszczególnych krajów Unii Europejskiej jest podobne zróżnicowanie. Komisja Europejska, jak twierdzi Roman Namysłowski, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że taka sytuacja prowadzi do patologii. Nie tylko wpływa na konkurencyjność podmiotów funkcjonujących na rynku, lecz także na decyzje konsumentów. Sprzyja to również rozwojowi takich zjawisk, jak wyłudzenia podatku czy szara strefa, które w wielu krajach, a w Polsce szczególnie, kwitnie.

Książki są nielegalnie ściągane, kopiowane i dystrybuowane – mówi Namysłowski. – Elektronika jest najbardziej narażona na tego rodzaju praktyki. A wysoka stawka VAT tylko im sprzyja.

Zmiana tej sytuacji nie byłaby trudna do przeprowadzenia, wymaga jednak jednomyślności wszystkich państw członkowskich.

Polacy płacą za badania laboratoryjne, mimo że są one refundowane przez NFZ. Część lekarzy niechętnie wypisuje skierowania

Dariusz Rembisz

Lekarze rodzinni mają coraz większe możliwości w zakresie kierowania na badania diagnostyczne. Zwiększanie ich uprawnień ma na celu nie tylko zmniejszenie kolejek do specjalistów, lecz także przyspieszenie procesu diagnostyki i wdrażania skutecznej terapii. Część lekarzy niechętnie korzysta jednak z nowych uprawnień – pacjenci skarżą się, że nie wypisują oni skierowań na badania, więc muszą płacić za nie z własnej kieszeni.

1 stycznia 2015 roku weszły w życie przepisy zmieniające zakres kompetencji lekarzy pierwszego kontaktu. Jedną ze zmian była nowa lista badań przysługujących pacjentowi w ramach podstawowej opieki zdrowotnej. Pula została poszerzona m.in. o spirometrię, PSA, FT3 i FT4, USG nerek, tarczycy, ślinianek i moszny. Wszystkie te badania opłacane są przez Narodowy Fundusz Zdrowia, wchodzą zatem w skład stawki kapitacyjnej przeznaczonej dla pacjenta z listy aktywnej każdej poradni podstawowej opieki zdrowotnej. Zdaniem ekspertów część lekarzy rodzinnych niechętnie wypisuje jednak skierowania na te badania.

Oczywiście może to być dobry sygnał, który mówi o tym, że lekarz rodzinny jest bardzo dobrze przygotowany merytorycznie i potrafi ukierunkować paletę badań diagnostycznych, aby one stanowiły podstawę do realizacji świadczeń specjalistycznych czy hospitalizacyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Dariusz Rembisz, specjalista medycyny rodzinnej. – Niestety, często zdarzają się sytuacje, że lekarze rodzinni po prostu nie chcą tych skierowań wydawać, być może z niechęci. Czasami wynika to z pewnych oszczędności czy uzgodnień organizacyjnych, które są wewnętrzną sprawą danej placówki ochrony zdrowia.

Lekarze rodzinni bronią swoich decyzji, twierdząc, że skierowanie na badania musi być uzasadnione, natomiast pacjenci często domagają się ich z błahych powodów.

Dr Rembisz podkreśla, że w niektórych przychodniach podstawowej opieki zdrowotnej występuje problem odwrotny – lekarze rodzinni wydają zbyt dużo skierowań na badania laboratoryjne i diagnostyczne, co znacznie uszczupla budżet placówki. Z kolei taka postawa lekarzy rodzinnych wynika po części z empatii wobec pacjenta, a po części ze zbyt małej wiedzy.

Od lekarza rodzinnego wymagamy wiedzy merytorycznej, bo to ona wpływa na to, jakie badania i ile będzie zlecał dany lekarz. Im większa wiedza, tym zbiór tych badań będzie lepiej dobrany, a więc z jednej strony będzie efektywny diagnostycznie, a z drugiej strony efektywny finansowo dla danej placówki – mówi dr Dariusz Rembisz.

Nowe rozwiązania wprowadzone przez resort zdrowia mają wpłynąć na lepsze i bardziej efektywne ukierunkowanie diagnostyki. Zakres badań laboratoryjnych i diagnostycznych jest obecnie bardzo duży. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że zamierzony efekt osiągnie się jedynie wtedy, kiedy połączy się szerokie kompetencje lekarzy rodzinnych w zakresie zlecania badań z ich wiedzą i dobrą wolą.

Rynek słonych przekąsek notuje nieznaczny wzrost. Polacy wierni tradycyjnym smakom i wymagający wobec nowości

Małgorzata Skonieczna

W 2014 roku o 1 proc. wzrosła wartość rynku słonych przekąsek. Sprzedaż chipsów ziemniaczanych, które mają blisko połowę rynku, była większa o 3 proc. Polacy są wierni tradycyjnym smakom, ale lubią też czasem wypróbować nowości. Wśród nowych produktów rośnie przede wszystkim popularność przekąsek wielozbożowych.

W Polsce najpopularniejsze smaki słonych przekąsek to zielona cebulka oraz papryka. To są dwa smaki, które dominują niezmiennie od dwudziestu paru lat. Co roku wprowadzamy różne warianty, ponieważ Polacy są konsumentami bardzo wymagającymi. Są bardzo otwarci na nowe smaki, nowe kształty, nowe oferty i chcą mieć możliwość spróbowania czegoś innego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Skonieczna, dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej na Europę Centralną w PepsiCo.

Rynek słonych przekąsek w Polsce wzrósł w zeszłym roku tylko o ok. 1 proc. Podobne tempo jest spodziewane w kolejnych latach. 44 proc. tego rynku pod względem wartości stanowią chipsy ziemniaczane,  na które w zeszłym roku Polacy wydali o 3 proc. więcej niż w 2013 r. O połowę mniej popularne są chrupki i prażynki (22 proc. rynku), a jeszcze mniej paluszki i krakersy (18 proc.) oraz orzeszki (8 proc.). Minimalny udział w rynku mają popcorn oraz chipsy kukurydziane (nachosy).

Jak podkreśla Skonieczna, określone upodobania Polaków wymuszają na producentach żywności określone działania.

Dla nas bardzo istotne jest to, aby produkty, które wprowadzamy, odpowiadały oczekiwaniom Polaków. Przykładem jest wprowadzony w ubiegłym roku napój Pepsi Max, którego formuła była przygotowywana właśnie specjalnie na rynek polski i tylko tu jest dystrybuowana – tłumaczy Małgorzata Skonieczna.

Podobnie jest ze słonymi przekąskami – wiele z nich ma specyficzny smak lub kształt i wiele jest dostępnych tylko na rynku polskim. Co ciekawe, jak zwraca uwagę Skonieczna, smaki Polaków na emigracji nie różnią się od tych w kraju. Dlatego sprzedawcy na rynkach zagranicznych, gdzie są duże skupiska Polonii, kupują w Polsce przekąski przygotowywane specjalnie pod kątem naszego kraju.

Spośród słonych przekąsek Polacy najchętniej wybierają klasyczne chipsy ziemniaczane, które stanowią 60 proc. całej kategorii chipsów. Skonieczna dodaje, że mimo tego konserwatyzmu w doborze smaków Polacy chętnie próbują nowości. Jedną z nich są przekąski wielozbożowe. W portfolio PepsiCo jest marka Sunbites – to kolejny produkt, który PepsiCo opracowało z myślą o rynku polskim. W odpowiedzi na rosnącą popularność tego produktu spółka w tym roku wprowadziła do sprzedaży nowe smaki, nowe kształty i typy tych przekąsek. Jak podkreśla ekspertka, to też ma dla konsumentów znaczenie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Pieniądze już płyną do Grecji. A reformy? Ich wprowadzenie graniczy z cudem

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Parlamenty krajów należących do strefy euro przyjęły trzeci program pomocowy dla Grecji. Pieniądze już płyną do Aten. Jednak patrząc na plan reform, które musi wprowadzić pogrążony w kryzysie kraj, można liczyć tylko na cud, że cała operacja zakończy się sukcesem. Dlaczego? Komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

W połowie lipca na szczycie strefy euro w Brukseli po kilkunastu godzinach rozmów w końcu uzgodniono plan trzeciego programu pomocy dla Grecji. Jego wartość sięga 86 mld euro. Już wtedy opisano dokładnie plan dość ambitnych reform, które muszą wprowadzić Ateny, by otrzymać pierwszą transzę pomocy oraz kolejne płatności w nadchodzących kwartałach.

Naszą uwagę zwracały zwłaszcza zapisy o głębokich reformach systemu emerytalnego, administracji publicznej, prawa, rynku produktów oraz podatków. To nie wszystko. Grecja musi również sprywatyzować majątek państwowy o wartości 50 mld euro. Te pieniądze mają być przeznaczone na dokapitalizowanie banków, spłatę zadłużenia oraz inwestycje.

Już kilka dni po publikacji bardzo ambitnego planu wyprzedaży krajowego majątku zwracaliśmy uwagę, że taka kwota jest praktycznie niemożliwa do zdobycia. Te wątpliwości potwierdza już opublikowany m.in. przez „Financial Times” oraz „The Wall Street Journal” dokument. Stworzyły go grupy robocze złożone z przedstawicieli wierzycieli oraz Grecji, wspólnie uzgadniając szczegółowe plany reform.

W protokole z ich ustaleń (Memorandum of Understanding „MoU”, 11 sierpnia 2015 r.) w sekcji dotyczącej prywatyzacji zapisano, że Grecja pozyska w latach 2015, 2016 i 2017 odpowiednio: 1.4 mld euro, 3.7 mld euro oraz 1,3 mld euro. Łącznie to niewiele ponad 10 proc. z tego, co zostało przyjęte w lipcowym porozumieniu. Nawet jeżeli w kolejnych latach prywatyzacja nadal będzie realizowana, to całe 86 mld. euro pomocy zostanie przekazane Grecji. To oznacza, że Ateny nie będą miały zachęty, aby tę mozolną pracę kontynuować, a ich wierzyciele pozostaną praktycznie bez gwarancji zwrotu pożyczonych pieniędzy.

Nierealnie ambitny plan

Choć sprawy finansowe wydają się kluczowe, to jednak uwagę skupiają również inne kwestie zawarte w memorandum. Według opisanych w opracowaniu założeń, greckie państwo ma być praktycznie zbudowane od nowa, a wszystkie ustawy dotyczące głębokich zmian kraju mają być przegłosowane do końca bieżącego roku.

Dokument zapowiada walkę ze „skomplikowanym prawem, niewydajną administracją, polityczną ingerencją, hojną amnestią (podatkową – red.) oraz chronicznie słabą egzekucją”. Podobnie ambitne działania mają dotyczyć reform systemu emerytalnego. W tym przypadku możliwość wcześniejszego otrzymania świadczeń powinna zostać praktycznie zlikwidowana. Poza tym ich wypłata ma być w większym stopniu uzależniona od wysokości wcześniejszych wpłat. Wzrosnąć ma także składka zdrowotna pobierana od świadczeń.

Gruntowne zmiany dotkną także systemu opieki zdrowotnej. Szczegóły są bardzo precyzyjnie dopracowane. Ustalono nawet, jaki procent leków generycznych ma być oferowany pacjentom.

Grecja ma także zreformować cały system szkolnictwa, zarówno na poziomie podstawowym, jak i uniwersyteckim. Dodatkowo Ateny zobowiązały się do wprowadzenia deregulacji zawodów, reformy prawa, prowadzenia działań antykorupcyjnych oraz „promowania profesjonalizmu i niezależności Greckiego Urzędu Statystycznego”.

Warto jeszcze raz podkreślić, że wiele z tych reform ma zostać przeprowadzona do końca roku, a te kluczowe – do października. Wtedy odbędzie się ich pierwsza ocena. Jeżeli wierzyciele uznają, że nie są one wprowadzane w prawidłowy sposób, wtedy kolejne raty pomocy zostaną wstrzymane. W takiej sytuacji, bez pieniędzy z zewnątrz, Grecja natychmiast ponownie stanie na granicy bankructwa, a dyskusja o jej wyjściu ze strefy euro znów wróci na czołówki gazet.

Możliwy tylko cud

Nawet w dobrze zarządzanym kraju przeprowadzenie tak głębokich zmian jest bardzo trudne do wykonania. Tymczasem Grecja nie dość, że funkcjonuje jedynie dzięki pomocy z zewnątrz, to jeszcze jest pogrążona w głębokim kryzysie bankowym, a efektywność państwa jest dodatkowo ograniczona ze względu na kontrolę przepływu kapitału.

Jest bardzo prawdopodobne, że grecki premier Aleksis Tsipras w ciągu najbliższych kilku dni poprosi parlament o wotum zaufania. Prawdopodobnie go nie otrzyma, ale chce wykorzystać swoją popularność do zdobycia stabilnej większości parlamentarnej w nowych wyborach. Można jednak przypuszczać, że prowadzenie kampanii dodatkowo utrudni pracę nad koniecznymi ustawami oraz ich wprowadzeniem. Nawet zakładając dobrą wolę administracji w Atenach, prowadzenie kampanii wyborczej utrudni proces legislacji.

Podsumowując, tylko prawdziwy cud pozwoli Grecji podnieść się z olbrzymiego kryzysu i nadrobić wiele lat zaniedbań. Niestety zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest, że cała operacja zakończy się porażką, a za kilka miesięcy uwaga światowych mediów finansowych ponownie skupi się na Atenach.

Wydatki na wyjazdy wakacyjne Polaków wyniosą w 2015 roku ponad 20 mld zł

Jak wynika z najnowszego raportu KPMG, w 2015 roku prawie połowa Polaków wyjedzie lub już była na wakacjach wydając przy tym w sumie ponad 20 mld zł. Przeciętny koszt wyjazdu krajowego to 1,9 tys. zł, a wyjazdu zagranicznego 4,6 tys. zł. Największą popularnością cieszą się wakacje w kraju. Tylko jedna trzecia osób udających się na wyjazd decyduje się na wyjazd za granicę. Wśród najpopularniejszych kierunków zagranicznych wycieczek są Chorwacja, Hiszpania, Włochy, a także Grecja. Większość osób wyjeżdzających na wakacje organizuje swój wypoczynek na własną rękę.

Chorwacja wakacjeJak wynika z raportu KPMG Polacy wydadzą na wyjazdy wakacyjne 20,2 mld zł, z czego 10,6 mld zł stanowią wydatki na wyjazdy krajowe, a 9,6 mld zł – na wyjazdy zagraniczne. Średni koszt wyjazdu krajowego wynosi 1,9 tys. zł, a wyjazdu zagranicznego 4,6 tys. zł. Z wyjazdem wakacyjnym wiążą się tradycyjnie zakupy pamiątek, na które w kraju przeznaczymy 200 zł (na gospodarstwo domowe), a za granicą dwa razy więcej.

Wydatki polskich gospodarstw domowych poniesione na wyjazdy wakacyjne w 2015 roku*

Wydatki polskich gospodarstw domowych poniesione na wyjazdy wakacyjne w 2015 roku
* Wydatki obejmują wyjazdy rodzinne i indywidualne, dodatkowo Polacy na kolonie swoich dzieci wydadzą ok. 830 mln zł.
Źródło: Raport KPMG w Polsce „Wakacyjne wyjazdy Polaków” Edycja 2015

Polskie morze i Chorwacja najpopularniejszymi kierunkami wakacyjnymi

Wśród Polaków udających się na wyjazd wakacyjny w 2015 roku 68% decyduje się na wyjazd krajowy. Jedna trzecia Polaków spędzi lub spędziło co najmniej jeden wyjazd za granicą.

40% Polaków spędzających wakacje w kraju decyduje się na polskie wybrzeże. Znacznie rzadziej Polacy wybierają wakacje w górach czy nad jeziorem. Wśród trzech najpopularniejszych zagranicznych celów podróży znalazły się: Chorwacja, Hiszpania oraz Włochy.

Czwarte miejsce zajmuje Grecja, która mimo kryzysu wciąż przyciąga polskich turystów. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez KPMG, ostatnie wydarzenia w Grecji, Turcji i Tunezji nie mają istotnego wpływu na decyzje Polaków dotyczące wyboru miejsca na wakacje. Aż 86% ankietowanych Polaków nie rozważało wakacyjnego wyjazdu turystycznego do tych krajów – bez względu na aktualne wydarzenia. 5% ankietowanych deklaruje, że mimo ostatnich wydarzeń i tak odbyło lub odbędzie podróż do wymienionych krajów. 9% Polaków zmodyfikowało swoje plany, najczęściej zmieniając cel podróży.

Kierunki wakacyjnych wyjazdów Polaków

Kierunki wakacyjnych wyjazdów Polaków 2015
Źródło: Raport KPMG w Polsce „Wakacyjne wyjazdy Polaków” Edycja 2015

Większość Polaków preferuje odpoczynek pasywny

Główną formą spędzania urlopu są plażowanie i inne formy odpoczynku pasywnego, zarówno w Polsce (głównym celem w przypadku 57% wyjazdów), jak i za granicą (głównym celem w przypadku 48% wyjazdów). Na drugim miejscu jest zwiedzanie (21% wyjazdów w Polsce, 35% wyjazdów zagranicznych). Trzecie miejsce zajmuje uprawianie sportu (odpowiednio 18% i 10%).

Internet ważnym źródłem informacji podczas organizacji wakacji

Większość Polaków wyjeżdzających na wakacje organizuje swój wypoczynek na własną rękę. Jedynie 12% Polaków skorzysta z oferty biur podróży. Polacy planujący turystyczne wyjazdy wakacyjne polegają przede wszystkim na własnym doświadczeniu. Aż 67% respondentów zadeklarowało, że podczas organizowania wyjazdu kieruje się własnym doświadczeniem – wybiera sprawdzone przez siebie miejsca wypoczynku. 61% z nich rozważa decyzję o wyjeździe pod wpływem rekomendacji rodziny i znajomych.

Z przeprowadzonego przez nas badania wynika, że 60% Polaków podczas planowania wakacyjnego wyjazdu turystycznego korzysta z Internetu. Odwiedzają oni zarówno fora internetowe, internetowe porównywarki cen, jak i portale społecznościowe oraz blogi. Internet niewątpliwie odgrywa dużą rolę podczas planowania wyjazdów turystycznych. Gdy Polacy są już zdecydowani dokonać zakupu lub rezerwacji wyjazdu, chętniej korzystają z tradycyjnych sposobów, jak rezerwacja telefoniczna

– mówi Mariusz Szlachta, dyrektor w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.

Wśród najczęściej wskazywanych sposobów rezerwacji lub zakupu wyjazdów turystycznych po rezerwacji telefonicznej znajduje się także wizyta w stacjonarnym lub internetowym biurze podróży. Portale zakupów grupowych wykorzystywane są w minimalnym stopniu – zaledwie 2% ankietowanych Polaków wskazało ten sposób dokonywania rezerwacji lub zakupu wyjazdu.

Sposoby dokonania rezerwacji lub zakupu turystycznych wyjazdów wakacyjnych

Sposoby dokonania rezerwacji lub zakupu turystycznyc wyjazdów wakacyjnych
Źródło: Raport KPMG w Polsce „Wakacyjne wyjazdy Polaków” Edycja 2015

 

 

NIK o restrukturyzacji szpitala w Gorzowie Wlkp.

Samodzielny Publiczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wlkp. (SPSW) świadczył usługi medyczne dla ok. 350 tys. mieszkańców Gorzowa Wlkp. i północnej części województwa lubuskiego. Do tej pory żaden samorząd w Polsce nie przekształcił tak dużego szpitala, borykającego się z wielomilionowym długiem, jednym z największych w kraju. Na szpitalu ciążyło realne zagrożenie likwidacji, a tym samym ograniczenie dostępu do usług medycznych pacjentom z północnej części województwa.

Delegatura NIK w Zielonej Górze trzykrotnie w latach 2005-2012 kontrolowała SPSW w zakresie prowadzonych działań restrukturyzacyjnych, każdorazowo oceniając je negatywnie. W wystąpieniu pokontrolnym skierowanym w dniu 28 czerwca 2012 r. do Marszałka Województwa Lubuskiego, po kontroli przeprowadzonej w SPSW, Najwyższa Izba Kontroli sformułowała uwagę, że samodzielna spłata zobowiązań SPSW w oparciu o uzyskiwane przychody z działalności podstawowej nie jest realna i w ocenie NIK wymagała będzie pomocy organu założycielskiego lub państwa. W lutym 2013 r. samorząd województwa przyjął uchwałę w sprawie przekształcenia SPSW w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, a w dniu 29 sierpnia 2013 r. Zarząd Województwa dokonał przekształcenia SPSW w spółkę.

Działania samorządu województwa podjęte w 2013 r. w celu oddłużenia SPSW oraz przekształcenia go w spółkę kapitałową zapewniły nowo utworzonemu podmiotowi w pierwszym roku działalności stabilność finansową i odpowiednie warunki wykonywania działalności leczniczej.

Oddłużenie szpitala było możliwe dzięki pozyskaniu z budżetu państwa, na zasadach przewidzianych w ustawie z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej (uodl), dotacji celowych w łącznej wysokości 104,8 mln zł, które wydatkowano zgodnie z przeznaczeniem. Wynegocjowano także z wierzycielami umorzenia części przejętych zobowiązań.

Realizacja przez SPSW programu naprawczego, w szczególności w zakresie racjonalizacji zatrudnienia i usprawnienia sposobu zarządzania oraz jego oddłużenie przez Województwo Lubuskie, a następnie zwiększenie przez Spółkę efektywności działalności leczniczej wraz ze wzrostem wartości kontraktów zawartych z Lubuskim Oddziałem Wojewódzkim NFZ, umożliwiło Spółce w pierwszym roku obrachunkowym (od 6 września 2013 r. do 31 grudnia 2014 r.) osiągnięcie zysku netto w kwocie 29.880,5 tys. zł, który był ponad ośmiokrotnie większy niż ostatni wynik finansowy poprzednika.

Na tle tej korzystnej sytuacji, NIK zwraca uwagę, że w kolejnych latach działalności, Spółka będzie ponosiła znaczne wydatki wynikające z konieczności przystosowania urządzeń i pomieszczeń do wymogów art. 22 ust. 1 uodl oraz wyeliminowania nieprawidłowości ujawnionych w trakcie kontroli przeprowadzonych przez Państwowy Powiatowy Inspektorat Sanitarny w Gorzowie Wlkp. Wzrosną również raty spłaty pożyczki udzielonej przez Samorząd Województwa Lubuskiego. Istnieje także zagrożenie poniesienia dodatkowych kosztów, w wysokości ponad 19 mln zł, związanych ze sprawami odszkodowawczymi z okresu działalności SPSW, prowadzonymi przez sądy oraz Wojewódzką Komisję ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Pogorszenie sytuacji finansowej przewiduje również sama Spółka, która na 2015 r. zaplanowała zysk netto w wysokości 2.580,5 tys. zł.

Uwzględniając powyższe zagrożenia, utrzymaniu korzystnych wyników finansowych Spółki może sprzyjać dywersyfikacja źródeł uzyskiwanych przychodów poprzez zwiększenie zakresu komercyjnych świadczeń zdrowotnych, jak również sprawne zarządzanie Spółką i właściwa jakość nadzoru właścicielskiego sprawowanego przez SWL. Z kolei realizacja zaplanowanych działań modernizacyjnych wymagać będzie aktywnych działań w celu pozyskania środków finansowych z Unii Europejskiej oraz z programów rządowych. Jednak w ocenie NIK, Spółka przed przystąpieniem do realizacji modernizacji powinna dla każdego etapu przeprowadzić rachunek ekonomiczny ich wpływu na przychody i wynik finansowy, ażeby nie doprowadzić do przeinwestowania, a tym samym pogorszenia kondycji ekonomicznej.

Atom i Mondo – to nazwy instytucji, o których będzie zapewne wkrótce głośno

Bank, który ostrzeże klienta o tym, że za chwilę zabraknie mu pieniędzy. I który zaproponuje szybką pożyczkę, a nie czeka aż będzie można pobrać karną opłatę za ujemne saldo. Bank, który zwróci uwagę na niespodziewanie wysoki rachunek i da o tym znać natychmiast wysyłając powiadomienie na smartfona. Bank, który wie, że właśnie jesteś za granicą i poinformuje cię z góry jakiego używa przelicznika przy płatnościach kartą. Tak mają działać nowe mobilne banki, które lada chwila wejdą na brytyjski rynek.

mondoAtom i Mondo – to nazwy instytucji, o których będzie zapewne wkrótce głośno. Po latach zastoju na bankowym rynku na Wyspach tamtejszy nadzór dał sygnał, że ma zamiar przychylniej patrzeć na nowych graczy. Cztery największe banki w Wielkiej Brytanii mają łącznie 77-procentowy udział w rynku bankowości detalicznej. Przez wiele lat nie wydawano nowych licencji. Trend przełamał w 2010 r. Metro Bank, który stał się pierwszym od stu lat nowym graczem wchodzącym na podwórko opanowane przez Barclays, HSBC, RBS i Lloyds.

W ciągu najbliższych lat Bank of England może wydać aż kilkanaście nowych licencji. Świeży powiew w bankowym światku mają zapewnić m.in. startupy, często finansowane przez kapitał wysokiego ryzyka. Regulatorzy rynku znacznie złagodzili podejście do debiutantów. Nowi kandydaci mogą liczyć na obniżone wymagania dotyczące kapitału na start (8 mln funtów zamiast 50 mln), łagodniejsze wymogi dotyczące funduszy własnych najwyższej jakości (4,5% Tier 1) oraz 5-letni okres po przyznaniu warunkowej zgody na działalność przeznaczony na dokapitalizowanie biznesu.

Założenie nowego banku, z punktu widzenia dawców kapitału, staje się mniej ryzykownym przedsięwzięciem, a proces uzyskiwania zezwolenia skrócił się do 6-12 miesięcy. Jeśli dodać do tego korzystny klimat dla inwestycji w sektor tzw. fintech (technologii finansowych), to nic dziwnego, że znajdują się chętni, by spróbować swoich sił w starciu z dotychczasowymi potentatami.

Mobilnie, inteligentnie, w czasie rzeczywistym

Nowe pokolenie banków stawia na wykorzystanie najnowszych technologii. Atom Bank ma początkowo być instytucją dostępną wyłącznie za pomocą smartfona. Dopiero w późniejszym czasie planowane jest uruchomienie bankowości internetowej. Aby zapewnić swoim klientom dostęp do podstawowych usług związanych z gotówką (skup czeków, obsługa wpłat), Atom będzie jednak korzystał z pomocy partnera – jednego z „klasycznych” banków.

Mondo określa się mianem „banku, dla ludzi którzy nie lubią banków”. Startup buduje biznes od zera, łącznie z własnym systemem IT, który ma mu dać przewagę nad powolnie działającymi „dinozaurami” bankowego rynku. Podstawą relacji z klientem ma być aplikacja mobilna, ale oparta na nieco innych założeniach niż to, co proponują dzisiaj banki.

Zamiast tabelek z historią transakcji główną rolę odgrywać ma odświeżany w czasie rzeczywistym „feed” zawierający ostatnie zdarzenia w finansach klienta. Transakcje automatycznie oznaczane są ikonami miejsc, w których dokonano płatności oraz hashtagami ułatwiającymi analizowanie wydatków. Istotną rolę mają odgrywać powiadomienia, za pomocą których bank informuje natychmiast np. o ostatnich operacjach, wysokości wydatków w danym dniu, podejrzanych transakcjach, niecodziennym wzroście stałych obciążeń (np. rachunków), niebezpieczeństwie wpadnięcia w debet itp.

Rewolucjoniści zderzą się z rynkiem

Nowi konkurenci chcą trafić przede wszystkim do serc młodszych klientów – pokolenia przyzwyczajonego do prostoty mobilnych usług typowej np. dla aplikacji Uber. Tempo działania starych banków, biurokracja są dla nich frustrujące. Mondo i Atom spodziewają się, że zapewniając podstawowe usługi bankowe i przyciągając do siebie tę grupę będą mogły później rozbudowywać ofertę o kolejne produkty i „rosnąć” wraz z nią.

Pod wieloma względami ambicje nowych banków, którym drogę wskazały wcześniej takie przedsięwzięcia jak Moven i Simple, przypominają zapowiedzi pierwszych banków wirtualnych sprzed ponad 15 lat. Wówczas także zapowiadano, że dzięki niższym kosztom działania, nowym technologiom Internetowi konkurenci zmiotą z rynku „marmurowych” poprzedników. Nic takiego się nie stało – bankowość okazała się trudniejszym biznesem niż wydawało się niektórym, a „dinozaury” skutecznie dostosowały się do nowych okoliczności. Nawet jeśli bankowym startupom nie uda się osiągnąć odpowiedniej do przetrwania skali, to zapewne zdefiniują one na nowo słowo „bankowość mobilna”.

autor: Michał Kisiel

Czy przewalutowanie spłaci kredyt w całości?

Przewalutowanie kredytu, w myśl przyjętych przez Sejm przepisów, w określonych przypadkach może doprowadzić do obniżenia salda zadłużenia znacznie poniżej salda analogicznego kredytu złotowego. W skrajnych przypadkach może oznaczać także całkowitą spłatę zobowiązania. Zasady rozliczania różnic w saldach zadłużenia oraz wysokości zapłaconych rat kapitałowo-odsetkowych powodują, że dla kredytów zaciągniętych na okres do 10-15 lat przewalutowanie może doprowadzić do ich całkowitej spłaty.

Ustawa przyjęta przez Sejm przewiduje, że przewalutowanie kredytu frankowego nastąpi po kursie z dnia poprzedzającego złożenie wniosku o przewalutowanie. Jednocześnie bank będzie miał obowiązek obliczenia, jakie byłoby saldo zadłużenia z tytułu kredytu, gdyby w tym samym czasie kredytobiorca zaciągnął kredyt złotowy. Warto przeanalizować to na dwóch przypadkach, tj. kredytów zaciągniętych w tym samym czasie, ale na różne okresy spłaty.

Założenia:

  • kwota kredytu – 300 tysięcy złotych,
  • marża kredytu w CHF – 1,5 p.p.,
  • okres kredytowania – Kredyt na 1 – 25 lat; Kredyt nr 2 – 10 lat,
  • uruchomienie kredytów – jednorazowo w lipcu 2008 roku,
  • spłata kredytów w ratach równych,
  • podczas przeliczeń uwzględniony średni kurs NBP pomniejszony o 3% (w dniu uruchomienia kredytu) lub powiększony o 3% (w dniu spłaty rat),
  • kurs przewalutowania – 3,8235 – kurs kupna NBP z dnia 19.08.2015.

Po ponad 7 latach spłaty kredytu aktualne zadłużenie kredytów frankowych wynosi dla kredytu nr 1 – 457 449 i dla kredytu nr 2 – 195 566. Gdyby w tym samym czasie kredytobiorca wybrał kredyt złotowy, to dzisiaj zadłużenie wynosiłoby odpowiednio 252 052 i 110 245 złotych. Zgodnie z przepisami ustawy umorzeniu podlegałoby 90% kwoty stanowiącej różnicę sald między kredytami w CHF i PLN, a kredytobiorca musiałby spłacić pozostałe 10%.

Kredyt nr 1 – 25 lat Kredyt nr 2 – 10 lat
Aktualne zadłużenie przed przewalutowaniem 457 449 195 566
Saldo zadłużenia po przewalutowaniu 252 052 110 245
Różnica w saldach 205 397 85 321
Kwota podlegająca umorzeniu 184 857 76 799
Kwota do spłaty przez kredytobiorcę 20 540 8 532

Źródło: obliczenia własne Notus Doradcy Finansowi

Zatem po przewalutowaniu kredytobiorca ma do spłaty w pierwszym przypadku łącznie 272 592, z czego 252 052 kredytu zabezpieczonego hipotecznie oraz 20 540 kredytu niezabezpieczonego hipotecznie. W drugim przypadku jest to analogicznie 110 245 oraz 8 532, co łącznie daje kwotę 118 777.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na zastrzeżenie w ustawie w Art. 5 Ust. 4, co należy zrobić w przypadku, gdy różnica w saldach kredytu w CHF i PLN jest ujemna. Wówczas kwota ta nie podlega umorzeniu i całości stanowi zobowiązanie kredytobiorcy. Przy obecnych kursach CHF/PLN sytuacja taka jest praktycznie niemożliwa, ale ustawodawca na wszelki wypadek takie zastrzeżenie zawarł.

Rozliczenie różnic w ratach kapitałowo-odsetkowych

Warunkiem przewalutowania kredytu i umorzenia zdecydowanej większości różnicy w saldach jest konieczność rozliczenia także różnic w zapłaconych ratach kapitałowo-odsetkowych kredytów złotowego i frankowego. Zgodnie z Art.5 Ust. 1 Pkt. 3 od sumy rat, jakie zapłaciłby kredytobiorca wybierając kredyt w rodzimej walucie, należy odjąć sumę rat, jakie zostały zapłacone przy kredycie w CHF. W większości przypadków w dotychczasowym okresie spłaty kredytobiorcy walutowi w sumie zapłacili mniej, niż kredytobiorcy złotowi. Oznacza to, że kwota wyliczona zgodnie z Art. 5 Ust. 1 pkt. 3) będzie dodatnia, jednak nie zawsze. Kwota ta będzie ujemna dla osób, które zadłużyły się w połowie 2008 roku, a więc w czasie, gdy kurs franka zbliżał się do 2 złotych. Więcej niż kredytobiorcy złotowi zapłaciły też osoby, które zadłużyły się przy wyższych kursach, ale wybrały relatywnie krótki okres spłaty. Nawet, jeśli kredyt został uruchomiony w 2006 roku, ale np. tylko na 10 lat, to kredyt ten został niemal już w całości spłacony, ale niemal przez cały okres spłaty kurs walutowy było dużo wyższy od kursu uruchomienia.

Kredyt nr 1 – 25 lat Kredyt nr 2 – 10 lat
Kwota zapłaconych rat kredytu w CHF (w zł) 179 384 398 618
Kwota zapłaconych rat kredytu w PLN 155 943 277 354
Różnica między kredytem w PLN i CHF -23 441 -121 264

Źródło: obliczenia własne Notus Doradcy Finansowi

Ustawa nie przewiduje jednak, co należy zrobić w sytuacji, gdy różnica w wysokości zapłaconych rat przy kredycie złotowym i walutowym jest ujemna. Wspomniany wcześniej Art.5 Ust. 4 mówi tylko o przypadku, gdy ujemną wartość przyjmie różnica sald, a nie różnica zapłaconych rat.

Jakie zobowiązanie ma kredytobiorca?

Po przewalutowaniu kredytu kolejnym etapem jest ustalenie kwoty zobowiązania kredytobiorcy. Zgodnie z Art. 5 Ust. 1 jest to suma kwot: salda kredytu w PLN, różnicy sald między kredytami CHF i PLN z uwzględnieniem umorzenia 90% oraz kwota stanowiąca różnicę pomiędzy zapłaconymi ratami kapitałowo-odsetkowymi kredytu w PLN i CHF.

Kredyt nr 1 – 25 lat Kredyt nr 2 – 10 lat
Saldo kredytu w PLN (Art. 5 Ust. 1 pkt 1)) 252 052 110 245
Różnica sald kredyt CHF i PLN z uwzględnieniem umorzenia 90% (Art. 5 Ust. 1 pkt 2)) 20 540 8 532
Różnica rat kapitałowo-odsetkowych (Art. 5 Ust. 1 pkt 3)) -23 441 -121 264
Razem 249 151 -2487

Źródło: obliczenia własne Notus Doradcy Finansowi

Ciekawy wynik otrzymujemy w przypadku kredytu zaciągniętego na 10 lat. Różnica w wysokości zapłaconych rat kredytów w PLN i CHF jest na tyle duża, że przekracza saldo nowego kredytu w PLN. W tym przypadku raczej nie należy oczekiwać, że bank po takim przewalutowaniu i rozliczeniu różnic sald i zapłaconych rat będzie kredytobiorcy jeszcze niespełna 2,5 tys. złotych oddawał. Art. 5 ustawy mówi, że w ten sposób zostaje wyznaczone zobowiązanie kredytobiorcy. W tej sytuacji kredytobiorca ma wierzytelność względem banku, więc nie można jej nazwać zobowiązaniem. Można jednak oczekiwać, że w takiej sytuacji zobowiązanie kredytobiorcy będzie wynosić 0 złotych i kredyt zostanie całkowicie spłacony. W innej sytuacji saldo zadłużenia zostanie obniżone, tak jak w przykładowym kredycie na 25 lat. Art. 5 ustawy wyraźnie mówi, że nowe zobowiązanie kredytobiorcy to suma wymienionych kwot, a jednocześnie ustawa zastrzega co należy zrobić z „minusem”, ale tylko tym, który pojawi się przy rozliczeniu sald kredytów walutowego i złotego.

Michał Krajkowski
Główny Analityk
Notus Doradcy Finansowi

Sytuacja w Turcji oraz wyniki spółek z GPW za II kwartał 2015 r.

17 sierpnia w Turcji odbyła się kolejna tura rozmów koalicyjnych. Próba skonstruowania rządu przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) zakończyła się tak jak poprzednie – fiaskiem. W tej sytuacji rodzi się pytanie, kiedy sytuacja na tureckiej scenie politycznej w końcu się ustabilizuje. Ostatnie sondaże wskazują, że rozpisanie nowych wyborów parlamentarnych byłoby na rękę partii rządzącej. Nie można więc wykluczyć, że AKP celowo unika osiągnięcia porozumienia, na które zostało zaledwie kilka dni. W tym kontekście ogłoszenie nowych wyborów wydaje się prawdopodobnym scenariuszem. W Turcji (podobnie jak w Polsce) ryzyko polityczne zniechęca inwestorów do odważniejszych ruchów. To odbija się m.in. na tureckiej lirze i cenach akcji na giełdzie w Stambule.

Wygrana AKP uspokoiłaby turecką giełdę

Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI

Zmianie sytuacji na tureckim parkiecie na lepsze niewątpliwie pomogłoby odzyskanie większości parlamentarnej przez AKP. Dzięki temu skończyłyby się przepychanki polityczne i przywrócono by porządek gospodarczy. Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy, Turcji szkodzi mocny dolar, a relacja amerykańskiej waluty do liry jest dla tamtejszej gospodarki i spółek coraz bardziej niekorzystna.

GPW: Przyzwoite wyniki kwartalne polskich spółek

W Polsce trwa sezon publikacji wyników spółek giełdowych za II kwartał 2015 r. Generalnie są one przyzwoite, choć oczywiście nie wszystkie. Gorsze dane finansowe niż w zeszłym roku zaprezentował m.in. sektor bankowy. W środowisku niskich stóp procentowych nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Dlatego inwestorzy przyjmują te wyniki ze spokojem. Całościowy obraz WIG jest pozytywny. Widać, że polskie firmy korzystają na ożywieniu gospodarczym zarówno w Polsce, jak i w Europie Zachodniej.

Inwestorzy powinni obserwować juana

Negatywnie na rynki akcji może wpłynąć spowolnienie gospodarcze w Chinach oraz – w jego następstwie – polityka chińskich władz. Dewaluacja kursu juana (w relacji do dolara), której dokonał w zeszłym tygodniu Ludowy Bank Chin, wywołała tąpnięcie w USA i krajach strefy euro. A to dlatego, że taki układ na mapie walutowej może się odbić na atrakcyjności towarów eksportowanych z Zachodu do Chin. Spory udział w eksporcie do Państwa Środka mają nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy. Warto zatem obserwować zmiany w parach walutowych euro i juan oraz dolar i juan (a w kontekście tej drugiej – także ruchy ze strony amerykańskiej Rezerwy Federalnej).

Fałszywe ogłoszenia o pracę. Złodzieje kradną tożsamość i wyłudzają pożyczki w bankach

Redaktorzy portalu Bankier.pl otrzymali zgłoszenia od czytelników o fałszywych ogłoszeniach o pracę, które pojawiły się w serwisie OLX. Tym razem oszuści podszywają się pod firmy UPS i Blue Media. W procesie weryfikacji proszą o przesłanie przelewu na 1 zł na wskazany rachunek bankowy.

UWAGA

Taki przelew nie służy do weryfikacji kandydata na pracownika, ale do aktywacji konta w banku bez naszej wiedzy. W ten sposób złodzieje kradną tożsamość i wyłudzają pożyczki w bankach. Niedawno świętokrzyska policja informowała o złapaniu rodzeństwa, które oszukało w ten sposób ponad 70 osób i wyłudziło kredyty na kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Na czym polega przekręt?

Większość banków oferuje klientom możliwość zdalnej aktywacji konta przelewem. Klient wypełnia wniosek na stronie internetowej banku i zamiast czekać na kuriera, potwierdza swoją tożsamość wysyłając na wskazany przez bank rachunek z innego banku. W przelewie przychodzącym są bowiem wszelkie niezbędne dane pozwalające zweryfikować, czy dane we wniosku są prawidłowe.

Oszuści wykorzystują tę technikę do zakładania kont na słupy. Zamieszczają ogłoszenia o pracę, a kandydatów proszą o przesyłanie CV oraz kserokopii dokumentów. Posiadając dane kandydata, wypełniają bez jego wiedzy w jego imieniu wniosek na stronie banku o otwarcie konta. Bank prosi o wykonanie przelewu na 1 zł i podaje numer rachunku. Oszuści przekazują ten numer konta potencjalnej ofierze z prośbą o wykonanie przelewu weryfikującego tożsamość kandydata do pracy. W rzeczywistości przelew ten nie weryfikuje pracownika, a aktywuje konto w banku.

Takie konto służy potem do otwierania kolejnych rachunków, wyłudzania pożyczek, prania brudnych pieniędzy czy przyjmowania należności za fikcyjne towary wystawiane na internetowych aukcjach.

Tym razem czytelnicy donieśli nam o ogłoszeniach zamieszczonych rzekomo przez firmę kurierską UPS. Na jednym z etapów rekrutacji osoba aplikująca proszona jest o wysłanie przelewu na 1 zł na rachunek firmy Blue Media. –  Firma Blue Media to firma pośrednicząca między naszą firmą, a Panem. Jak tylko dokona Pan przelewu dodatkowo dostaniemy adnotację, iż wykonał Pan przelew. Blue Media to ogólnopolska, rzetelna firma mająca tysiące zadowolonych klientów w całej Polsce. Ma podpisane umowy z setkami firm, także z UPS Polska – przekonuje oszustka w korespondencji z kandydatem.

– Oczywiście działalnością rekrutacyjną się nie zajmujemy, a z tą panią nie mamy nic wspólnego – mówi rzecznik firmy Blue Media  Andrzej Jędrzejczak. Także przedstawiciele firmy kurierskiej UPS zapewnili nas, że nigdy nie wymagają od kandydatów do pracy wykonania przelewu na 1 zł.

Kradzieże tożsamości za pomocą „kont na przelew” to sprawa, która coraz mocniej uwiera banki. W jednej z wydanych ostatnio rekomendacji Związek Banków Polskich zasugerował, by banki rozpoczęły dyskusję nad rezygnacją z tej usługi. Dopóki jednak decyzja nie zapadnie, należy zachować szczególną ostrożność.

Pamiętajmy, żadna firma nie prosi kandydatów do pracy o wykonanie przelewu na 1 zł. Jeśli spotkamy się z taką prośbą, możemy być pewni, że jest to próba oszustwa. Zachowajmy też szczególną ostrożność przy wysyłaniu potencjalnym pracodawcom innych wrażliwych dokumentów – na przykład skanów dowodów tożsamości. Jeśli pracodawca będzie rzeczywiście zainteresowany naszą kandydaturą, zaprosi nas do biura na rozmowę i tam zweryfikuje tożsamość.

Jaki dostaniemy rabat od dewelopera? Do jakiej kwoty poszukujemy najczęściej mieszkań w Warszawie, a ile możemy wydać w innych miastach?

Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl sprawdzili, jakie możliwości nabywcze mają obecnie klienci deweloperów.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

Granicę całkowitego wydatku na zakup mieszkania wyznacza cel zakupu i możliwości finansowe nabywców. Klienci poszukujący lokali dla rodziny, w których planują mieszkać przynajmniej kilka lat, najczęściej podejmują decyzje w oparciu o swoją zdolność kredytową, a ta warunkowana jest w dużej mierze aktualnymi stopami procentowymi. Ich niski poziom w ostatnich kwartałach miał istotny wpływ na wzrost siły nabywczej Polaków kupujących mieszkania. Wciąż utrzymuje się również duże zainteresowanie zakupem mieszkań przez osoby dokonujące zakupów inwestycyjnych, dla których zakup nieruchomości pod wynajem jest bardziej atrakcyjny niż nisko oprocentowane lokaty bankowe. Dla tej grupy nabywców czynnikiem ważniejszym od ceny jest możliwa do uzyskania stopa zwrotu z inwestycji.

Na rynku warszawskim nabywcy najczęściej chcą wydać nie więcej niż 380 – 430 tys. zł, a barierę psychologiczną wyznacza konieczność wydania kwoty 500 tys. zł. Takie lokale dostępne są w inwestycjach Mała Praga, Osiedle Przy Promenadzie oraz Osiedle Krzemowe w warszawskim Mokotowie oraz na Targówku przy ul. Poborzańskiej. Dla porównania we Wrocławiu na popularnym i atrakcyjnym Osiedlu Graniczna klienci chętnie kupują mieszkania trzypokojowe o powierzchni 60 – 65 m kw. w cenach do 350 tys. zł, a barierę psychologiczną wyznacza kwota 400 tys. zł. W Krakowie jest podobnie.

W naszej ofercie jest obecnie 20 projektów w 5 miastach. Cyklicznie staramy się przygotowywać akcje promocyjne dla wybranych grup mieszkań w postaci niższej ceny lub elastyczniejszego harmonogramu wpłat.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

Klienci najczęściej poszukują mieszkań dwu i trzypokojowych. Takie mieszkania o metrażu od 35 do 50 m kw. w Warszawie można kupić w cenie 200 – 300 tys. zł. Klienci mogą obecnie liczyć na bardzo dobre ceny w naszej inwestycji Viva Garden na Białołęce, gdzie sprzedajemy ostatnie mieszkania. W pozostałych osiedlach ceny są stałe i nie podlegają negocjacjom, ponieważ znajdują się na bardzo atrakcyjnym poziomie.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Większość klientów kupujących w Warszawie najchętniej przeznaczyłaby na mieszkanie kwotę w granicach 400 tys. zł. Od dawna realizujemy stałą strategię dla ryku warszawskiego, w myśl której, koncentrujemy się na dobrze przemyślanej i wygodnej lokalizacji i ofercie, dostosowanej do potrzeb lokalnego nabywcy. Dużą wagę przywiązujemy także do jakości i estetyki budynków. Zawsze zastanawiamy się najpierw, jak nasi mieszkańcy chcieliby mieszkać i czego potrzebują. Staramy się rozsądnie projektować zarówno mieszkania, jak i cennik, stąd też nie stosujemy w zasadzie promocji, czy zachęt cenowych. Moim zdaniem olbrzymią przewagą naszej oferty jest rosnąca ilość lokali w zróżnicowanych i przemyślanych lokalizacjach. Dzięki temu coraz więcej osób poszukujących nowego mieszkania może poznać jakość Matexi w swoim wymarzonym rejonie miasta.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

W Warszawie znacząca grupa nabywców to osoby, które liczą się z wydatkiem ok. 300-400 tysięcy złotych na mieszkanie, podczas gdy w pozostałych miastach kwoty te są na niższym poziomie. Stawiając klienta na pierwszym miejscu Polnord dba także o atrakcyjne warunki finansowe zakupu mieszkania. Wiele mieszkań w naszej ofercie, m.in. w Brzozowym Zakątku w Warszawie, kwalifikuje się do dopłaty w rządowym programem MdM. Ponadto proponujemy liczne promocje na wybrane lokale w popularnych inwestycjach zarówno w Warszawie, jak również np. w gdańskim projekcie 2 Potoki, który jest też objęty gwarancją najniższej ceny, czy w Tęczowym Lesie w Olsztynie, gdzie wykończoną pod klucz kawalerkę można kupić już za 165 tys. zł.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Trudno jest jednoznacznie określić maksymalny pułap kwotowy, ponieważ jest on zależny od wielu czynników. Nadal najbardziej poszukiwane są niewielkie mieszkania i to właśnie w tym segmencie najważniejszym kryterium wyboru jest cena. Na obrzeżach Warszawy można znaleźć mieszkania w przedziale cenowym 180-190 tys. złotych, jednak inwestycje dobrze skomunikowane z centrum miasta i obszarami o silnej zabudowie biurowej oferują lokale mieszkalne w cenach oscylujących wokół 300 tys. zł.

Nasza nowa inwestycja Przy Solipskiej zlokalizowana w warszawskiej dzielnicy Włochy została przygotowana właśnie w odpowiedzi na potrzeby klientów, szukających niewielkich mieszkań. Najtańszy lokal w tym kameralnym projekcie oferowany jest w cenie 186 tys. zł brutto, a trzypokojowe mieszkania o powierzchni 54 m kw. z własnym ogródkiem stanowią wyjątkową ofertę, pozwalającą wykorzystać prywatną, zieloną przestrzeń.

Z początkiem września nasi klienci będą mogli spodziewać się nowych promocji w inwestycji Wizja Mokotów, zlokalizowanej w warszawskim Mokotowie.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Klienci poszukują zazwyczaj dwupokojowych mieszkań o metrażu około 40-50 m kw. W Warszawie cena takich lokali kształtuje się w okolicach 300-400 tys. zł i taką kwotą dysponują zwykle nabywcy. Właśnie o takiej powierzchni mieszkania staramy się proponować w nowych inwestycjach. Jeśli klienci poszukują dużych mieszkań łączymy mniejsze lokale, tworząc takie, które spełniają potrzeby kupujących.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

W Warszawie klienci najczęściej poszukują mieszkań w cenie do 400 tys. zł, zwracając przy tym uwagę na bonusy, które oferują deweloperzy. We wszystkich inwestycjach Marvipolu nabywcy mogą liczyć na upusty cenowe lub promocje, które pojawiają się cyklicznie i są dopasowane do aktualnych potrzeb klientów. W sierpniu osoby, które odwiedziły biura sprzedaży Marvipolu mogły wybrać jedną z wielu propozycji rabatów – wykończenie pod klucz już od 99 zł za metr kw., garaż lub komórkę w cenie mieszkania, zwolnienie z czynszu przez określony czas, czy dopłatę do kredytu.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży J.W. Construction Holding S.A.

Gro klientów to osoby poszukujące dwu i trzypokojowych mieszkań do kwoty 300 tys. zł w Warszawie i nieco niższej cenie w pozostałych miastach. J.W. Construction przykładając wielką wagę do tego, aby oferta spółki odpowiadała, zarówno gustom jak i możliwościom finansowym klientów, oferuje mieszkania w konkurencyjnych cenach. W naszej najbardziej pożądanej lokalizacji, w przedsprzedaży trzeciego etapu inwestycji Bliska Wola w Warszawie można nabyć jednopokojowe mieszkanie w cenie 179 tys. zł. Dobrze rozplanowane, gotowe do zamieszkania lokale są dostępne w osiedlach: Zielona Dolina – w cenie od 4390 zł za m kw., a ostatnie domy w programie MdM w osiedlu Villa Campina w podwarszawskich Kaputach, gdzie klienci mogą zyskać nawet do 80 tys. zł rządowej dopłaty do kredytu. W Katowicach w inwestycji Nowe Tysiąclecie oferujemy z kolei lokale z rabatem do 25 tys. zł.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży w firmie Dolcan

Większość kupujących decyduje się na lokale w cenie do 400 tys. złotych i metrażu do 60 m kw., tyczy się to inwestycji we wszystkich lokalizacjach. Są to najczęściej klienci korzystający z kredytów. Konsumenci kupujący za gotówkę często decydujący się na mieszkania w wyższych kwotach oraz wybierają gotowe lokale z segmentu premium np. domy w inwestycji Wellhome Zacisze, czy segmenty w Osiedlu Magenta. Przygotowaliśmy również ofertę dla osób, które na zakup mieszkania mogą przeznaczyć mniejsze kwoty lub kupują lokale z myślą o inwestowaniu – w Miasteczku Rubikon lokale są dostępne już od 150 tys. złotych netto.

Rabat, który klient może uzyskać dla lokalu nie objętego wcześniej promocją, mieści się w przedziale 5-7 proc. wartości mieszkania. Oferujemy ponadto szereg innych profitów, jak dodatkowe miejsce postojowe, pomieszczenie gospodarcze, opłacony roczny czynsz, wykończenie w cenie, bony wykończeniowe.

Aktualnie wprowadziliśmy promocję w osiedlu Kamyk Zielony w warszawskiej Białołęce, gdzie klienci w cenie zakupu otrzymują aż 80 m kw. dodatkowej powierzchni w formie wysokiego poddasza. Tym samym kupujący staje się właścicielem dwa razy większego mieszkania, z własnym ogrodem, miejscem parkingowym oraz instalacją kominkową, w cenie jaka była przewidziana dla mniejszego lokalu.

W inwestycji Miasteczko Rubikon w warszawskich Włochach oferujemy wykończenie w cenie lokalu oraz karty prezentowe do sieci sklepów IKEA. Ponadto stworzyliśmy specjalny pakiet dla inwestora – z dodatkowym kompleksowym wyposażeniem (obejmującym meble i pościel), gotowym pod wynajem.

W pozostałych inwestycjach oferujemy duże rabaty cenowe. Mieszkania w warszawskiej Ochocie można kupić oszczędzając do 80 tys. zł. W projektach Skierniewicka City oraz Ogrody Ochota, objętych tą promocją, pozostały ostatnie mieszkania.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

W inwestycji Hubertus w Warszawie preferowaną przez klientów kwotą zakupu mieszkań jest 500 – 600 tys. zł, natomiast w gdańskim Wolnym Mieście wybierane są mieszkania w cenie 300 tys. zł. Różnica wynika z poziomu wynagrodzeń, a w konsekwencji możliwości kredytowych nabywców. Ze względu na bardzo dobre tempo sprzedaży nie przeprowadzamy akcji promocyjnych. Większe rabaty oferujemy osobom, którzy kupują kolejne mieszkania w naszych inwestycjach. Ostatnio zawieramy coraz więcej transakcji z tymi samymi klientami na trzecie lub kolejne mieszkanie. Przeceniamy mniej popularne lokale np. 3 pokojowe o powierzchni 90 m kw.

Ewa Gwiazdowska, dyrektor finansowa w Atlas Estates

W Warszawie, gdzie działa Atlas Estates, stawki za metr kwadratowy mieszkania wynoszą średnio ponad 7,5 tys. zł. Ceny są wyższe niż w innych miastach, ale wynika to z mechanizmów rynkowych, takich jak ceny ziemi, czy dostępność nowych lokali w stosunku do popytu. Również w obrębie jednego miasta stawki bardzo się różnią. W stolicy można znaleźć zarówno oferty wycenione na 5 tys. zł za m kw., jak i na ponad 10 tys. zł za m kw. lub więcej.

Atlas Estates stosuje politykę, zgodnie z którą oferujemy lokale tylko w stolicy, w dobrych lokalizacjach blisko centrum oraz o ponadprzeciętnym standardzie wykończenia. Z tego wynikają nasze ceny, które odpowiadają jakości produktu. Należy zauważyć, że oferta dobrze dopasowana do profilu klienta, do którego jest skierowana, cieszy się zainteresowaniem bez względu na segment cenowy. Jednocześnie okresowo uatrakcyjniamy nasze stawki w ramach promocji, jak na przykład obecnie na ostatnie mieszkania w inwestycji ConceptHouse Mokotów.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Bardzo ciężko jest precyzyjnie określić maksymalną kwotę, którą klienci najczęściej przeznaczają na zakup mieszkania. Naszym zdaniem tę kwestię zawsze należy rozpatrywać indywidualnie, ponieważ ma na nią wpływ cały szereg czynników, począwszy od atrakcyjności lokalizacji, rozmieszczenia i funkcjonalności mieszkań, aż po sposób finansowania zakupu. Dodatkowo, należy wziąć pod uwagę również takie elementy, jak charakterystykę inwestycji i zakres usług deweloperskich, z których korzysta dany nabywca. W naszych warszawskich projektach Stacja Kazimierz i Miasto Wola, średnia cena zakupu mieszkania oscyluje wokół 350 – 400 tys. zł. Dużym powodzeniem cieszą się jednak również duże lokale, w przypadku których łączna cena transakcyjna jest zdecydowanie wyższa.
Jeśli chodzi o różnego rodzaju promocje i zachęty dla klientów, na bieżąco monitorujemy rynek i staramy się odpowiadać na oczekiwania osób zainteresowanych mieszkaniami w naszych projektach.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Activ Investment prowadzi inwestycje w Krakowie, Katowicach oraz Wrocławiu. Patrząc przez pryzmat wcześniejszych i obecnie prowadzonych inwestycji możemy stwierdzić, iż w tych miastach najchętniej kupowane są mieszkania do 250 tys. zł. Takich mieszkań mamy w ofercie najwięcej. Mieszkania droższe także znajdują swoich nabywców, jednak proces ich sprzedaży jest dłuższy.

Dla osób, które zdecydują się na zakup mieszkania w inwestycji Skarbowców II we Wrocławiu, mamy przygotowaliśmy promocję w postaci miejsc postojowych w cenie mieszkania. Klienci mają także możliwość nabycia mieszkań w atrakcyjnych cenach w przedsprzedaży, która prowadzona jest obecnie w osiedlach Konopnicka City Park oraz Banacha w Krakowie, jak również w Osiedlu Karoliny w Katowicach.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Rozliczenie płatności w chińskim juanie może przynieść znaczące korzyści polskim przedsiębiorcom

Według danych GUS polski eksport do Chin cały czas rośnie – w I kw. 2015 r. polscy przedsiębiorcy kupili towary z Chin o wartości 4,8 mld euro. Chiny to obecnie także największy partner handlowy Polski w Azji pod względem wartości wymiany handlowej ogółem oraz wielkości importu. Pomimo tego, iż coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na kooperację z Państwem Środka, często decyzja o rozpoczęciu współpracy z azjatyckim kontrahentem jest trudniejsza niż w przypadku wyboru tego z Europy.

Według badań przeprowadzonych przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych oraz KPMG, aż 81% średnich firm za najbardziej ograniczające czynniki współpracy z chińskimi firmami uważa odległość, a co za tym idzie wynikające z niej koszty. Problematyczna jest także inna kultura prowadzenia biznesu, odmienne warunki prowadzenia działalności gospodarczej, a także rozliczenia transakcji walutowych. – W przypadku importu z Chin, często zdarza się, że importer proszony jest np. o przekazanie pieniędzy na konto prywatne właściciela firmy, ponieważ ten chce w ten sposób uniknąć opodatkowania. Nierzadko praktykowane jest otwarcie akredytywy – mówi Jakub Makurat Dyrektor Generalny Ebury Polska, firmy specjalizującej się w zarządzaniu ryzykiem kursowym oraz realizacji transakcji walutowych – także tych w walutach odległych krajów.

Większość polskich firm współpracujących z chińskimi kontrahentami rozlicza się głównie w dolarach amerykańskich. Nie konieczne jest to jednak idealne rozwiązanie ani dla chińskich czy polskich firm. Wymiana lokalnej waluty na dolara naraża jednak obie strony na ryzyko kursowe. – Pierwszy kwartał 2015 roku był trudnym czasem dla tych importerów, którzy rozliczali się w amerykańskim dolarze. Na przestrzeni tylko 6 miesięcy różnice kursowe wyniosły prawie 40 groszy – w styczniu za dolara płaciliśmy około 3,55 zł, jednak pół roku później kurs amerykańskiej waluty poszybował w górę do poziomu 3,92 zł  w międzyczasie osiągając nawet 3,95 zł – dodaje Jakub Makurat.

Lokalna waluta czyli chiński juan sanowi alternatywę do dolara w rozliczeniach z kontrahentem z Chin. Ryzyko kursowe można skutecznie zminimalizować jeśli przedsiębiorca zdecyduje się na rozliczanie transakcji bezpośrednio w ich  rodzimej walucie. – Taki sposób rozliczeń niweluje także podwójne przewalutowanie transakcji, co z jednej strony upraszcza cały proces, a z drugiej eliminuje dodatkowe koszty, jakie przedsiębiorca musi ponieść z tytułu przewalutowania. Stosowanie rozliczeń w lokalnej walucie może także w dużym stopniu przyczynić się do zwiększenia pola negocjacji między kontrahentami oraz pomóc w budowaniu lepszych relacji z chińskim partnerem – dodaje Jakub Makurat.

Jednak nawet firmy rozliczające się w juanie powinny rozważyć odpowiednie zabezpieczenie ryzyka kursowego tej waluty, np. poprzez użycie kontraktów terminowych. – Pozwalają̨ one zakupić lub sprzedać juana po z góry określonym kursie i  w określonej  dacie, co w znacznym stopniu ogranicza ryzyko związane z wahaniem tej waluty. Dodatkowo, takie rozwiązanie umożliwia importerowi odpowiednie zaplanowanie kosztów i ochronę marży. Tym bardziej mając na uwadze wydarzenia ostatnich dni, kiedy chiński juan został administracyjne zdewaluowany, polscy eksporterzy i importerzy  powinni w szczególny sposób zwracać uwagę na ochronę swoich marż– mówi Jakub Makurat.

Mimo, iż znacząca liczba instytucji zagranicznych oferuje rozliczenia w juanie, w Polsce wciąż wiele banków nie umożliwia przedsiębiorcom realizacji takich transakcji stosując wysokie spready i opłaty transakcyjne. Również czas rozliczeń transakcji jest dosyć długi – nawet do dwóch tygodni. Odpowiedni usługodawca, który posiada doświadczenie w swojej ofercie CNY rozliczy płatność taniej i szybciej. – W Ebury współpracujemy z największymi podmiotami międzynarodowego rynku walutowego i dzięki temu jesteśmy w stanie zaoferować  atrakcyjny kurs wymiany oraz sprawnie przeprowadzić transakcje – nawet te w walutach postrzeganych przez polskie firmy jako egzotyczne – wyjaśnia Jakub Makurat. Ebury umożliwia dostęp do ponad 140 różnych walut, w tym walut odległych krajów takich jak rupia indyjska, chiński juan, real brazylijski, thajski bat, meksykańskie peso czy kenijski szyling.

Według analityków Ebury na kurs PLN/CNY nadal będzie wpływać utrzymująca się w Polsce deflacja oraz niska główna stopa procentowa. – Spodziewamy się, że te czynniki będą kształtować stabilny kurs wobec EUR przez następne 18 miesięcy, szczególnie biorąc pod uwagę skup aktywów w strefie euro. To z kolei doprowadzi do deprecjacji złotego w stosunku do CNY w 2016 i 2017 roku – mówi Enrique Diaz, Dyrektor ds. Oceny Ryzyka w Ebury.

Polacy posiadają 6,2 mln kart kredytowych w tym 3,8 mln aktywnych

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w portfelach Polaków jest 6,2 mln rachunków kart kredytowych, z czego 3,8 mln aktywnych, czyli takich, na których występuje zadłużenie minimum 200 zł.

W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, liczba aktywnych kart kredytowych nie uległa zmianie (3,8 mln w 2014 r.), o 200 tys. spadła natomiast liczba rachunków (6,4 mln w 2014 r.).

Najwięcej kart kredytowych znajduje się w portfelach osób w średnim wieku pomiędzy 35 a 59 r.ż. (45%). Posiadanie tego środka płatniczego deklaruje co druga osoba z wykształceniem wyższym (51%), oraz 37% osób z wykształceniem średnim. Zdecydowanie najmniej liczną grupę stanowią młodzi – jedynie 19% posiadaczy kart kredytowych to osoby w wieku 18 – 24 lat.*

– Jako główne korzyści płynące z posiadania karty kredytowej Polacy wymieniają wygodę płacenia, łatwy dostęp do dodatkowych finansów oraz elastyczność zarządzania środkami. Uzasadnia to wybór tego produktu przez osoby wykształcone, świadome zalet wynikających z korzystania z kredytu na karcie podczas okresu bezodsetkowego. Ponadto, dla blisko połowy ankietowanych kluczowe są dodatkowe walory karty kredytowej, takie jak możliwość rezerwowania hoteli, lotów oraz wypożyczania samochodów, co jest dla osób aktywnych zawodowo nieodłącznym elementem zarówno podróży służbowych, jak również wakacyjnych wyjazdów- mówi Sławomir Grzybek Dyrektor Departamentu Business Intelligence w Biurze Informacji Kredytowej S.A.

Blisko 40% Polaków jako główne korzyści wynikające z aktywnego korzystania z karty kredytowej wskazało zniżki u partnerów banku, programy rabatowe oraz lojalnościowe. Dostęp do tych benefitów jest także głównym powodem, dla którego aż 44% ankietowanych byłoby skłonnych wyrobić kartę w innym banku, niż ten, w którym mają główny rachunek. Dla 37% osób kluczowym argumentem za skorzystaniem z oferty innego banku byłaby akceptowalność karty na całym świecie. Na ofertę konkurencji decydują się również osoby, którym zależy na zwrocie określonego % wydatków na karcie (29% wskazań) oraz możliwości zbierania punktów i wymieniania ich na nagrody (23%).

– Racjonalne podejście Polaków do narzędzia płatniczego, jakim jest karta kredytowa, widoczne jest również w poziomie wykorzystania przyznanych limitów. Według danych na czerwiec br. właściciele kart wykorzystują średnio 40% przyznanych limitów. W przypadku osób aktywnie korzystających z kart, czyli posiadających zadłużenie na minimum 200 zł, wykorzystanie przyznanych limitów jest wyższe i wynosi 55%. Średni limit na przyznanych kartach kredytowych w I półroczu tego roku wyniósł 4 174 zł, w porównaniu do 3 868 zł w 2014 r. – wyjaśnia Sławomir Grzybek.

Pomimo wzrostu świadomości korzyści związanych z użytkowaniem kart kredytowych, ponad 30% Polaków jako powód braku karty kredytowej wymienia obawy związane z ukrytymi opłatami, utratą kontroli nad wydatkami oraz wysokim oprocentowaniem. Dla co czwartego ankietowanego problemem jest brak samokontroli ponoszonych wydatków, a w efekcie wpadnięcie w tzw. pętlę długów. Dane Biura Informacje Kredytowej wskazują natomiast, że problem nieterminowego regulowania zadłużenia dotyczy coraz mniejszej liczby Polaków. Obecnie ponad 90-dniowe opóźnienie w obsłudze zadłużenia ma 472 tysiące właścicieli kart kredytowych (na 4,8 mln osób posiadających karty), przed rokiem było ich o 100 tysięcy więcej.

*”Wiarygodność finansowa Polaków”, raport BIK i Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, MillwardBrown, marzec 2014. Badanie zrealizowane na reprezentatywnej próbie 1001 respondentów Polaków w wieku powyżej 18 lat.

Wielkość polskiego rynku wierzytelności

Liczba obsługiwanych wierzytelności przez spółki zarządzające wierzytelnościami, zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, w I kwartale 2015 roku po raz pierwszy w historii badania przekroczyła 9 milionów sztuk. Jednocześnie, po raz pierwszy ich wartość przekroczyła 58 mld PLN. Dane, zawarte w najnowszym raporcie KPF: „Wielkość polskiego rynku wierzytelności” pokazują, że od końca 2010 roku rynek zarządzania wierzytelnościami znajduje się w stabilnym trendzie wzrostowym.

WARTOŚĆ OBSŁUGIWANYCH WIERZYTELNOŚCI

O ile liczba wierzytelności, zarządzanych przez firmy, uczestniczące w badaniu, w ciągu 5 lat wzrosła 2,5-krotnie, o tyle ich nominalna wartość w tym okresie zwiększyła się prawie 3-krotnie – z 20,5 mld PLN na koniec 2010 do ponad 58 mld PLN na początku 2015 roku. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku, kiedy nominalna wartość portfeli osiągnęła blisko 46 mld PLN, wzrost wyniósł 26,7%.

W całym okresie objętym badaniem Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, od czwartego kwartału 2010 roku poczynając, średnia wartość jednej obsługiwanej przez Członka KPF wierzytelności wahała się między 5,4 a 6,8 tys. PLN, którą to osiągnięto w szczytowym okresie, przypadający na marzec 2013 roku. Warto odnotować, że o ile w 2014 roku utrzymywała się ona na poziomie 6,6-6,7 tys. PLN, o tyle w I kwartale br. spadła do 6,34 tys. PLN.

Przeciętne tempo wartości obsługiwanych wierzytelności w relacji kwartał do kwartału, przez ostatnie dwa lata, rosło na poziomie 5,7%. Uwzględniając natomiast tylko pierwsze kwartały i zmiany w stosunku rocznym, wzrost wartości wyniósł średnio 28%.

– W badaniu KPF udział biorą liderzy polskiego rynku zarządzania wierzytelnościami, którzy są Członkami KPF. Dynamiczny rozwój tego rynku w ostatnich latach jest w znacznym stopniu moderowany wzrostem zaufania pomiędzy jego głównymi uczestnikami – sektora bankowego, telekomunikacyjnego i sektora firm zarządzających wierzytelnościami. Ryzyko pogorszenia reputacji i zaufania rynkowego do wierzyciela pierwotnego, jakie pojawia się zawsze przy sprzedaży wierzytelności, nie odgrywa dziś praktycznie żadnej istotnej roli – zauważa Andrzej Roter, Dyrektor Generalny KPF.

DOMINUJĄCE ZNACZENIE WIERZYTELNOŚCI SEKURYTYZOWANYCH

Łączna liczba obsługiwanych przez biorących udział w badaniu Członków KPF na początku 2015 wyniosła 9,16 mln sztuk, co w stosunku do poprzedniego kwartału oznacza przyrost na poziomie 7,8%, a w liczbach bezwzględnych przekłada się to na 660 tysięcy sztuk. Jeśli natomiast zestawić tę liczbę z danymi z analogicznego okresu 2014, to dynamika wzrostu zwiększyła się o blisko 1/3 – wówczas w portfelach spółek zarządzających wierzytelnościami znajdowało 6,96 mln sztuk wierzytelności.

Ponad połowa spośród 9,16 mln wierzytelności, znajdowała się w portfelach obsługiwanych na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych – w I kwartale br. było ich ponad 4,8 mln sztuk. Jeszcze w marcu 2013 roku liczba wierzytelności, zawierających się w tej kategorii nie przekraczała 2,7 mln – zatem w ciągu dwóch lat nastąpił przyrost o 80%! O skali zmian w tym zakresie świadczy fakt, że w 2010 roku odsetek wierzytelności, zarządzanych na rzecz własnych funduszy oscylował wokół 20% ogółu wierzytelności.

Jakkolwiek pod względem ilościowym zdecydowanie mniej jest wierzytelności, obsługiwanych w imieniu innych funduszy sekurytyzacyjnych, bo 760 tysięcy, jednak zważywszy, że w I kwartale 2014 było ich zaledwie 60 tysięcy, to okazuje się, że ich liczba wzrosła aż 13-krotnie.

Przedstawiciele firm, biorących udział w badaniu, dokonali oceny koniunktury zarówno w odniesieniu do rynku obrotu wierzytelnościami, jak i windykacji na zlecenie. Zdecydowanie korzystniej praktycy rynku oceniają segment obrotu wierzytelnościami. Porównując koniunkturę do roku ubiegłego, 72,5% z nich określa ją jako „dobrą” lub „raczej dobrą”, a odsetek z optymizmem, spoglądających w przyszłość, jest jeszcze wyższy: 90% respondentów pozytywnie ocenia sytuację w perspektywie najbliższego roku, a prawie 87% – w okresie od 1 roku do trzech lat.

– Ważnym czynnikiem wzrostu rynku zarządzania wierzytelnościami było przyjęcie przez Członków KPF, bez wątpienia liderów tego rynku, zasad dobrych praktyk windykacyjnych. Poddanie się monitorowaniu przez Komisję Etyki zwiększyło praktyczną wartość tego działania dla utrwaleniu standardów praktyk windykacyjnych. To uznanie i wdrożenie do praktyki podstawowej dziś zasady filozofii windykacji, iż zobowiązany do spłaty długu to klient, jest gwarancją utrzymania trendu wzrostowego. Mam nadzieję, że świadomość tego faktu w takim samym stopniu stanie się udziałem i filozofią działania wszystkich menedżerów tego sektora- mówi Andrzej Roter.

Badanie, każdorazowo wieńczone raportem „Wielkość polskiego rynku wierzytelności”, realizowane jest przez KPF co kwartał od 2011 roku. W najnowszym wzięło udział 16 podmiotów, a w tej liczbie liderzy sektora o dominującym udziale w rynku zarządzania wierzytelnościami.