eBay: Co trzeci Polak dostaje co najmniej jeden niechciany prezent na Święta

Z najnowszego badania eBay przeprowadzonego przez Kantar TNS wynika, że co trzeci Polak otrzymał w ubiegłym roku co najmniej jeden niechciany podarunek na Święta. Co robimy z prezentami, które niekoniecznie przypadły nam do gustu i jakie zachowania uważamy za złamanie świątecznej etykiety?

W grudniu świąteczny szał zakupów trwa w najlepsze. Średnio każdy z nas kupi w tym roku 7 prezentów i wyda na nie łącznie około 530 zł. Jak się okazuje, dosyć często z prezentami nie trafiamy w gusta obdarowanych – ponad 30% ankietowanych deklaruje, że otrzymało w ubiegłym roku co najmniej jeden niechciany prezent. Gdzie trafiają prezenty, które nie do końca spełniają nasze oczekiwania? Zdecydowanie najwięcej osób (42%) zachowuje podarowaną rzecz i tylko co dziesiąta osoba decyduje się na jej sprzedaż. Dlaczego? W większości uważamy, że takie działanie jest zwyczajnie niegrzeczne. Zdarza się również, że oddajemy niechciany podarunek w formie prezentu dla kogoś innego.

Niechciany prezent 1

Co zatem należy zrobić, żeby uniknąć świątecznego faux pas? Jak wynika z badania przeprowadzonego przez eBay, należy przede wszystkim celować w prezenty, które odzwierciedlają zainteresowania i osobowość obdarowanego. Aż 46% respondentów przyznaje, że właśnie taki prezent otrzymałoby najchętniej.Świąteczna etykieta

 – Znalezienie prezentu, który wpisuje się w często wyszukane zainteresowania naszych najbliższych, nie jest łatwym zadaniem. Żeby ułatwić polskim kupującym świąteczne zakupy, udostępniliśmy dziesiątki ofert z darmową i szybką wysyłką do Polski z całego świata. W ten sposób chcemy zachęcać do znalezienia idealnych prezentów, które będą odzwierciedlać osobowość i nawet najbardziej oryginalne hobby. Na pewno jest z czego wybierać, bo oferta eBay sięgnęła w tym roku ponad 1,1 miliarda produktów – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay.

Wyniki badania potwierdzają, że ponad połowa polskich kupujących co najmniej raz kupiła świąteczny prezent online m.in. dlatego, że konkretnej rzeczy nie udało się znaleźć nigdzie indziej. Prezenty kupujemy także od sprzedawców zza granicy: najczęściej są to zabawki, biżuteria, kosmetyki, i ubrania.

***

W listopadzie eBay uruchomił na polskim rynku program „Okazje”, w ramach którego limitowane oferty z darmową dostawą objęte są rabatami od 20 do nawet 90 procent. Poza Polską, program z sukcesem funkcjonuje już na wielu innych rynkach, m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, USA, Francji, czy Hiszpanii.

Przemyślana ekspansja zagraniczna kluczem do sukcesu

Rozpoczęcie działalności poza granicami kraju powinno poprzedzać opracowanie solidnej, długofalowej strategii. Warto, by uwzględniała ona skrupulatne badanie docelowego rynku, zaplanowanie dedykowanych lokalnej grupie docelowej działań marketingowych i sprzedażowych oraz realną analizę opłacalności eksportu.

W 2016 roku polski eksport wzrósł o 2,3 proc., a jego wartość sięgała prawie 184 mln EUR. W pierwszym półroczu 2017 roku eksport wzrósł o 8 proc.[1]. Wspomniane dane pokazują, że polskie firmy coraz śmielej wychodzą poza granice naszego kraju. Rozpoczęcie działalności na rynkach zagranicznych wiąże się jednak z wieloma wyzwaniami i wymaga rzetelnego przygotowania się.

Eksport receptą na stagnację i zaspokojenie ambicji

Dlaczego firmy decydują się na ekspansję zagraniczną? Z jednej strony ma to miejsce w momencie, gdy organizacja dobrze prosperuje, ale jej właściciele wciąż mają chęć i ambicje na dalszy wzrost przychodów. Międzynarodowe skalowanie biznesu staje się więc kolejnym, naturalnym krokiem na drodze rozwoju przedsiębiorstwa. Z drugiej strony to też często remedium na stagnację czy też ograniczone pole do rozwoju oferty na rynku wewnętrznym. Osiągnięcie pewnego, nieprzekraczalnego pułapu zmusza przedsiębiorców do poszukiwania nowych szans na zwiększanie zysków. Internacjonalizacja biznesu popłaca – poza aspektami czysto finansowymi, to szansa na budowanie sieci cennych kontaktów handlowych, czerpanie nowej wiedzy na temat danej branży, rozwój kompetencji pracowników, czy też okazja do promocji polskich brandów na arenie międzynarodowej. Poszerzanie działalności o kolejne rynki oznacza też budowanie szerokiego zasięgu i grupy odbiorców oraz wzrost przewagi konkurencyjnej. Zanim jednak zdecydujemy się na ekspansją zagraniczną, warto wziąć pod uwagę czynniki, które mogą wpłynąć na pomyślność podboju międzynarodowych rynków przez naszą firmę.

Rzetelne badanie rynku to podstawa

Zanim przystąpimy do dalekosiężnych planów ekspansji, warto zaplanować rzetelną strategię rozwoju naszej firmy poza granicami kraju. Pierwszym krokiem w tym kierunku powinno być namierzenie rynku (lub rynków), na których chcemy rozwijać swoją działalność i analiza jego potencjału. – Badanie rynku powinno uwzględniać poznanie lokalnej specyfiki danego kraju – jego historii, kultury, mentalności mieszkańców, etykiety biznesowej czy charakterystyki branży. Kolejna sprawa to analiza rynku pod kątem konkurencji, cen i dostępności towarów czy usług, które oferujemy. Należy przy tym wziąć pod uwagę np. konieczność dostosowania naszej oferty do lokalnych warunków, a także pozyskania niezbędnych certyfikatów czy uprawnień – mówi Wojciech Kryński, współwłaściciel firmy Ground Frost, zajmującej się usługami z zakresu modelowania finansowego, a w szczególności wycenami przedsiębiorstw, wartości niematerialnych oraz instrumentów finansowych. W końcu warto też kierować swoją uwagę na te kraje, gdzie mamy już kontakty i partnerstwa handlowe oraz gdzie barierą wejścia nie są zawiłe regulacje i formalności związane z eksportem produktów czy usług. W tym kontekście przydatne jest wsparcie podmiotów, które ułatwiają wejście rodzimym firmom na międzynarodowe rynku oraz korzystanie z rozwiązań rządowych czy unijnych stymulujących polski eksport. Kolejny temat to zaplanowanie formy wejścia na dany rynek, tzn. czy chcemy działać bezpośrednio czy np. poprzez lokalnych przedstawicieli. Istotny jest również dobór kanałów sprzedaży, narzędzi promocji, jak również logistyki. Warto dokładnie zdefiniować i przeanalizować grupę docelową i lokalne wzory zachowań konsumenckich, zadbać o stronę internetową dedykowaną lokalnym odbiorcom oraz zaplanować dostosowaną do ich specyfiki i oczekiwań strategię komunikacji.

Zaplanuj długofalowy budżet

– Zebrane informacje powinny posłużyć nam do opracowania analizy opłacalności ekspansji zagranicznej, na którą składa się zestawienie kosztów produkcji i działań marketingowych z przewidywanymi zyskami. Musimy przy tym uwzględnić potencjalne ryzyka związane z wejściem na zagraniczny rynek, np. zmiany kursów walutowych oraz warunków polityczno-administracyjnych, problemy z płynnością finansową, rosnącą konkurencję czy zmienne koszty prowadzenia działalności gospodarczej – mówi Wojciech Kryński z Ground Frost. W związku z tym wspomniana analiza powinna obejmować działania długofalowe.

Trzeba też pamiętać, że każda ekspansja, a szczególnie zagraniczna przynosi nowe koszty. Konieczne jest utworzenie nowego biura, często w stolicy innego kraju, gdzie czynsze są zwykle najwyższe. Dodatkowo sukces może być osiągnięty tylko, gdy działalność tam będziemy kontrolować tak, jak działalność we własnym kraju (a nawet bardziej). Trzeba koniecznie zatrudnić oddanych firmie ludzi, czasami oznacza to konieczność wysłania tam obecnych pracowników, co będzie generowało koszty (mieszkania, przeloty, często też dodatki za rozłąkę lub konieczność sprowadzenia rodziny). Istotne jest również, aby mieć na uwadze, iż polskie firmy zwykle nie mają doświadczenia w zagranicznej ekspansji. To powoduje, że muszą zabudżetować koszty błędów i porażek, nawet jeżeli ostatecznie decyzja zakończy się sukcesem. Firmom z zachodniej Europy czy USA, które dokonują ekspansji od dziesiątek lat, łatwiej jest zdobywać nowe rynki, gdyż mają doświadczenie, know-how w tym zakresie, a wręcz gotowe procedury. Właściciele polskich firm muszą się liczyć z płaceniem „frycowego” wynikającego z chęci naśladowania zagranicznych konkurentów bez odpowiedniego zaplecza infrastrukturalnego. Jednak z czasem te braki będą nadrabiane.

Pamiętajmy, że wchodząc na rynki zagraniczne zaczynamy praktycznie od zera, zwykle z nieznaną nikomu marką, sukces nie przyjdzie więc z dnia na dzień i może wymagać od nas zwiększonych nakładów finansowych oraz osobowych. Dlatego, przy pracy nad strategią ekspansji zagranicznej powinniśmy zakładać nie optymistyczne, a realne scenariusze rozwoju.

[1] https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/polski-eksport-do-ue-rzad-wspiera-polski,244,0,2368244.html

Bank Kanady nie daje rady

Środowe notowania zostały zdominowane przez komunikat płynący z Banku Kanady, który pozostawiając benchmarkową stopę O/N niezmienionym poziomie zdecydował się na podtrzymanie ostrożnego podejścia wobec dalszego zacieśniania. Za chwilowym „wait-and-see” przemawia nie tylko inflacja CPI podbita czynnikami o charakterze tymczasowym, ale również rewizja tempa wzrostu ważąca na szacunkach luki popytowej. Dodatkowy cios w siłę dolara kanadyjskiego wymierzyły przetasowania na światowym rynku ropy – obecnie baryłka West Texas Intermediate (-2,3 proc.) wraca w okolicę poziomu 56,30 USD, wówczas gdy Brent (-2,0 proc.) osuwa się tuż pod 61,60 USD.

Obecnie miano najsilniej przecenionej waluty koszyka G10 dzierży szwedzka korona (-0,8 proc.), która miała za sobą całkiem udaną wtorkową sesję. W połowie dnia SEK znalazł wsparcie w wypowiedzi Pera Janssona, wiceprezesa Riksbanku, opowiadającego się za utrzymaniem obecnie obowiązującego celu oraz bazowaniu na oczekiwaniach inflacyjnych. Zdecydowanie mniej spektakularny ruch notuje GBP/USD, który na koniec dnia próbuje utrzymać się stosunkowo blisko poziomu 1,3390. Chwilowy cios w wycenę funta szterlinga (-0,4 proc.) wymierzyła Demokratyczna Partia Unionistyczna poprzez zablokowanie osiągnięcia konsensusu w trakcie środowych negocjacji. Dzisiejszej sile dolara w dalszej mierze opiera się japoński jen (0,2 proc.), który w trakcie azjatyckiej części sesji może ponownie zaatakować poziom 112,00.

W paczce danych napływających z amerykańskiej gospodarki na pierwszy plan próbowały się wysunąć świeże szacunki zmiany zatrudnienia wyliczone przez ADP. Wartość na poziomie 190 tys. etatów była szeroko spodziewana przez rynkowy konsensus, aczkolwiek za zaskakującą należy uznać dekompozycję w podziale na sektory – tym bardziej, że wczorajszy spadek subindeksu zatrudnienia w pozaprodukcyjnym ISM nie sugerował dominującego wpływu usług (155 tys.). Zmienność na rynku surowców energetycznych chwilowo podbił raport Departamentu Energii USA, który wskazał na spadek rezerw ropy o 5,6 mln baryłek. Zbliżoną wartość zmiany stanów zapasów sugerował wczorajszy raport API, gdzie opublikowano wartość o 129 tys. wyższą.

Środa na europejskich parkietach nie należała do stosunkowo udanych. Ze spadkowych nastrojów skutecznie wyłamała się giełda w Londynie, na czele której stanął Whitbread z imponującą zwyżką na poziomie 7,6 proc. Za powyższych ruchem stoi informacja o 3,4 proc. udziale Sachem Head Capital Management. W cieniu zwyżki właściciela Costa Coffee znalazło się British American Tobacco (3,7 proc.), któremu udało się wrócić nad średnią z ostatnich 50 notowań. Euforyczne nastroje wśród spółek indeksu FTSE 100 (0,3 proc.) studził Hammerson planujący pozyskanie Intu Properties za kwotę 3,4 mld GBP. Na fali powrotu optymizmu spółek z sektora technologicznego nie znalazł się Micro Focus, którego 1,9 proc. zniżce starał się wtórować Worldpay (-1,8 proc.).

Zejście pod okrągłe 13 000 pkt odnotował frankfurcki DAX (-0,4 proc.), którego ruch w stronę południa ponownie podsycał Volkswagen (-2,8 proc.). Wczorajszym doniesieniom o zmianach w chińskim prawie w zakresie emisji spalin przez pojazdy mechaniczne udało się przyćmić wyraźnie lepsze perspektywy w brazylijskim sektorze motoryzacyjnym. Po drugiej stronie niemieckiej giełdy znalazły się walory ProSiebenSatu.1 (2,9 proc.) za sprawą przychylnej wypowiedzi prezesa spółki, który pozostaje nie tylko optymistą w sprawie planowanych przejęć, ale również silnych trendów sprzedażowych przy rosnącej konkurencyjności kanału internetowego.

Giełdowy pesymizm uderzył również w spółki notowane przy Książęcej, którym udało się uplasować indeks WIG 20 (-0,5 proc.) tuż pod okrągłym poziomem 2 400 pkt. Do dzisiejszej zniżki najsilniej przyczynił się Cyfrowy Polsat (-4,8 proc.) przełamujący średnią z ostatnich 200 notowań za sprawą realizacji zysków po wezwaniu na akcje Netii (-0,6 proc.). Udanej sesji również nie notują bankowi giganci – na koniec dnia walory Banku Pekao oraz PKO Banku Polskiego znalazły się odpowiednio 2,6 proc. oraz 2,4 proc. niżej względem wczorajszego zamknięcia. Na szczycie polskiej giełdy znalazły się spółki z sektora paliwowego. Dzisiejsze wzrosty Orlenu (2,8 proc.) przebił Lotos (3,5 proc.), który zdecydował się na kupno 80 tys. ton słodkiej amerykańskiej ropy.

Kolejną pechową sesję z rzędu obserwuje się na rynku metali szlachetnych. Dzisiejszej zniżce srebra (-0,9 proc.) oraz platyny (-1,7 proc.) przeciwstawia się pallad, który zdołał wypracować ruch na poziomie 0,8 proc. W przypadku złota należy mówić o próbie zachowania status quo wynikającego z wczorajszego zamknięcia – obecnie uncja żółtego kruszcu jest wyceniana po 1 264,60 USD, tj. zaledwie 0,1 proc. taniej niż obserwowano to na koniec wtorkowej sesji.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Kolejne dni powinny przynieść dalsze osłabienie złotego

Presja na wzrost krótkiego końca krzywej zostanie utrzymana. Zgodnie z oczekiwaniami gołębi wydźwięk grudniowego posiedzenia RPP negatywnie wpłynął na złotego, a kolejne dni powinny przynieść jego dalsze osłabienie.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Wtorkowa sesja na krajowym rynku finansowym upływała w oczekiwaniu na komunikat, a jeszcze bardziej na konferencję prasową po decyzyjnym posiedzeniu RPP. W oczekiwaniu na wyniki grudniowego spotkania złoty nadal oscylował w okolicach 4,20 na EURPLN, co miało miejsce przy pozycjonujących się notowaniach euro do dolara w okolicach 1,186. W tym samym czasie na rynku długu doszło do spadku rentowności obligacji skarbowych, widocznego głównie na dłuższym końcu krzywej dochodowości. Powodem umocnienia notowań papierów była głównie poprawa nastrojów na rynkach bazowych.

Zgodnie z oczekiwaniami RPP pozostawiła stopy NBP na niezmienionych wysokościach, utrzymując tym samym główną stawkę rynkową na historycznie niskim poziomie 1,5%. Treść komunikatu pozostała bez większych zmian. Zgodnie z oczekiwaniami Rada odniosła się do wysokiej dynamiki PKB w III kw. wskazując, że motorem wzrostu była wysoka dynamiki konsumpcji i eksportu netto oraz wzrost inwestycji publicznych. Rada zwróciła uwagę na utrzymującą się jednocześnie ujemną dynamikę inwestycji prywatnych oraz rosnącą inflację głównie dzięki cenom żywności i paliw przy wciąż niskiej inflacji bazowej. W rezultacie nie tylko prezes NBP, ale też dwaj pozostali członkowie Rady obecni na konferencji prasowej (Eryk Łon i Rafał Sura) wypowiadali się w gołębim tonie, a Adam Glapiński podtrzymał oczekiwanie co do stabilizacji stóp w 2018 r. (dodając jednak, że nie wszyscy członkowie Rady muszą ten pogląd podzielać).

Po konferencji RPP złoty lekko tracił na wartości, zmianom nie uległy zaś notowania obligacji. Zapewne gdyby nie słabsze dane z USA (w listopadzie indeks ISM dla usług spadł do 57,4 z 60,1 miesiąc wcześniej) wzrosty EURPLN byłyby wyraźniejsze. Niemniej w najbliższym czasie można spodziewać się pogłębienia przeceny naszej waluty.

Po posiedzeniu Rady scenariusz dla rynku stopy procentowej również nie uległ zmianie. Nie jest wykluczone, że w najbliższych tygodniach publikowane dane makroekonomiczne dalej tworzyć będą presję na RPP i determinować wzrost rentowności instrumentów na krótkim końcu krzywej dochodowości. Ta presja powinna być, jak dotychczas, bardziej widoczna na rynku instrumentów pochodnych. W przypadku papierów skarbowych ten negatywny efekt będzie łagodzony przez niską podaż papierów skarbowych. Jedynym z głównych argumentów przemawiających za tym scenariuszem jest bardzo konserwatywny i umiarkowany scenariusz makroekonomiczny dla Polski prezentowany przez NBP (m.in. w zakresie wzrostu płac, inflacji i PKB). W efekcie pod wpływem publikowanych kolejnych danych część członków Rady może nieco zaostrzać swoją retorykę determinując wzrosty notowań instrumentów krótkoterminowych.

We wtorek, obok RPP presję na PLN wywierała też sytuacja na szerokim rynku, na którym wspólna waluta pozostawała pod presją dość słabych danych gospodarczych. W listopadzie indeks PMI dla sektora usług w strefie euro wyniósł 56,2 pkt (co było zgodne z oczekiwaniami), zaś dla Niemiec rozczarował pokazując wartości 54,3 pkt wobec 54,9 oczekiwanych (co więcej indeks ten okazał się też niższy od październikowego wyniku na poziomie 54,7 pkt). Do tego październikowa sprzedaż detaliczna w krajach wspólnoty spadła o 1,1% m/m wobec -0,7% prognozowanych przez ekonomistów. Optymizmem powiało jedynie z Francji, gdzie odczyt PMI dla usług, który przekroczył 60 pkt. okazał się wyższy od odczytu z Niemiec czy z Włoch. Notowania euro oparte są na kondycji wielu państw, a w największym stopniu z Niemiec, stąd zapewne ta mająca miejsce podczas wtorkowej sesji europejskiej stabilizacja pary EURUSD.

W środę, 6 grudnia dzieci będą liczyły na prezenty, zaś inwestorzy na tzw. raj Świętego Mikołaja. Sam kalendarz makro nie zawiera zbyt wielu kluczowych danych. Uwagę przyciągać mogą statystyki z amerykańskiego rynku pracy (raport ADP i wydajność pracy w 3Q17). Z punktu widzenia złotego ciekawsza będzie dopiero piątkowa sesja, podczas której poznamy bilans handlowy Chin za listopad oraz comiesięczny raport amerykańskiego Biura Statystyki Pracy. Oczekiwane słabe dane Państwa Środka i raport NFP (przypieczętowujący trzecią w tym roku i piątą od grudniowej z 2015 rozpoczynającej obecny cykl podwyżkę stóp w USA) powinny umocnić dolara, co nastąpiłoby z nikorzyścią dla złotego.Bieżąca retoryka RPP pozostaje bardzo łagodna

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki

Źródło: PKO Bank Polski

 

Mikołajkowa przecena złotego, koniec dobrej passy polskiej waluty

Złoty słabnie przez gorsze nastroje na świecie i brak wsparcia ze strony RPP. To będzie słaby grudzień dla niego. Wiele wskazuje na to, że pod koniec listopada zostały wyznaczone dołki na EUR/PLN i USD/PLN.

Środa na rynku walutowym upływa pod znakiem osłabienia złotego, po tym jak wczoraj w sposób nieudany próbował on umocnić się do euro i został przeceniony w relacji do dolara. O godzinie 14:01 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2165 zł wobec 4,2090 zł we wtorek na koniec dnia, podczas gdy notowania USD/PLN podskoczyły do 3,5687 zł z 3,5584 zł. Osłabienie złotego koresponduje ze słabym zachowaniem innych walut regionu. W tym węgierskiego forinta, czeskiej korony i tureckiej liry.

Złoty słabnie w reakcji na pogorszenie klimatu inwestycyjnego na świecie i związany z tym wzrost awersji do ryzyka, brak wsparcia ze strony Rady Polityki Pieniężnej, a także w reakcji na rosnące obawy przez tzw. zamknięciem rządu w USA (to dodatkowo zwiększa awersję do ryzyka) i wobec perspektywy spadku kursu EUR/USD.

Ważnym negatywnym aspektem, który może na dłużej zaszkodzić złotemu, jest brak wsparcia ze strony Rady Polityki Pieniężnej. Wczoraj Rada nie tylko pozostawiła stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie, ale też zignorowała listopadowy skok inflacji do 2,5 proc. rok do roku, podtrzymując swą gołębią retorykę. To dodatkowo zakotwicza oczekiwania na pierwszą podwyżkę stóp w Polsce w ostatnim kwartale 2018 roku, co w sytuacji rosnącego kosztu pieniądza na świecie (np. w USA), będzie w najbliższym czasie działać na niekorzyść złotego, osłabiając go do koszyka walut.

Innym argumentem przemawiającym na niekorzyść złotego jest rosnące prawdopodobieństwo spadku kursu EUR/USD, jakie pojawia się w perspektywie publikowanych w tym tygodniu serii danych z amerykańskiego rynku pracy (pierwsze dane już dziś) oraz przyszłotygodniowego posiedzenia amerykańskiego Fedu, które ponad wszelką wątpliwość zakończy się 3. w tym roku podwyżką stóp procentowych w USA. Spadek EUR/USD tradycyjnie zaś wymusi osłabienie rodzimej waluty. Zwłaszcza teraz, gdy brakuje nowego paliwa do jej umocnienia.

Bez wpływu na złotego pozostaje zaś polityka i spekulacje odnośnie rekonstrukcji rządu. Nawet jeżeli obejmie ona również wymianę premier Beaty Szydło na wicepremiera Mateusza Morawieckiego. W sytuacja gdy gospodarka szybko się rozwija, inwestorzy ignorują wszelkie ryzyko polityczne. Zwłaszcza, że ewentualna rekonstrukcja tak naprawdę niewiele zmieni w polityce rządu.

Układ sił na wykresach polskich par wskazuje na rosnące prawdopodobieństwo wzrostów EUR/PLN i USD/PLN, czyli przeceny złotego. Wykres dzienny EUR/PLN, po tym jak w zeszłym tygodniu zawrócił z poziomu ważnej strefy wsparcia 4,19-4,20 zł, obecnie atakuje 2-miesięczną linię trendu spadkowego. Jej pokonanie, a zwłaszcza powrót powyżej oporu na 4,22 zł, ostatecznie zakończy trwający od końca września impuls spadkowy, otwierając drogę do 4,25-4,26 zł.

Wykres dzienny USD/PLN, testując najwyższe poziomy od 22 listopada, jednocześnie atakuje październikowy dołek na 3,5687 zł. Jeżeli atak się powiedzie, to razem z listopadowym zwrotem z wrześniowego dołka, powinno to ostatecznie zatrzymać długoterminowy trend spadkowy na dolarze. Ostatecznym sygnałem końca trendu będzie jednak dopiero wybicie ponad 3,62 zł, gdzie obecnie znajduje się 11-miesięczna linia trendu spadkowego.

Podsumowując, zanosi się na to, że dobra passa złotego skończyła się, a grudzień będzie stał pod znakiem jego osłabienia. Sugeruje to nie tylko analiza wykresów, ale przede wszystkim gołębie nastawienie RPP w sytuacji, gdy stopy na świecie będą rosły. Jak również niekorzystny dla walut rynków wschodzących wzrost stóp procentowych w USA (podwyżka już za tydzień). Jeżeli w to wszystko wmiesza się jeszcze silniejsza korekta na giełdach, co po serii rekordów kiedyś musi nastąpić, to inwestorzy dostaną jeszcze jeden argument przeciwko złotemu.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Czy MedTechowe startupy uleczą polską gospodarkę?

Są młodzi, ambitni i rozwijają technologie, których nie powstydziłyby się globalne koncerny. Polskie startupy MedTechowe to obecnie jedne z najbardziej innowacyjnych spółek na europejskim rynku wyrobów medycznych, który według szacunków organizacji MedTech Europe, generuje przychody na poziomie 100 mld euro rocznie. W ślad za pionierami takimi jak Braster, który stworzył urządzenie do domowego badania raka piersi, błyskawicznie podąża nowa generacja rodzimych startupów technologicznych. Dysponuje ona nie tylko innowacyjnymi pomysłami i doskonałym zapleczem kadrowym, ale również dostępem do 11 mld euro unijnych środków na naukę w ciągu najbliższych pięciu lat.

Statystyki pokazują, że branża medyczna pozostaje najbardziej innowacyjną dziedziną technologii. W 2016 roku do Europejskiego Biura Patentowego trafiło ponad 12 tys. aplikacji dotyczących technologii medycznych – niemal 1,5 tys. więcej niż w znajdującej się na drugim miejscu branży komunikacji cyfrowej. Szacuje się, że na europejskim rynku 95 proc. firm działających w obszarze MedTech to małe i średnie podmioty, w tym innowacyjne startupy technologiczne, których rozwiązania coraz częściej skupiają uwagę inwestorów i dużych koncernów farmaceutycznych.

Szansa dla polskiej gospodarki

Według Magdaleny Jabłońskiej, dyrektor operacyjnej MIT Enterprise Forum Poland, jednego z wiodących na rynku programów akceleracyjnych, polskie startupy należą obecnie do grona najzdolniejszych w Europie twórców nowoczesnych urządzeń do diagnozowania i leczenia pacjentów. Akcelerator wspiera młode firmy technologiczne m.in. z branży MedTech w ramach Ścieżki Zdrowie realizowanej we współpracy z Grupą Adamed. Jak twierdzi Magdalena Jabłońska, komercjalizacja oferowanych przez nie rozwiązań może przełożyć się na rozwój specjalizacji polskiej gospodarki.

– To technologie przyszłości, które mają szansę zmienić oblicze medycyny. Działające w kraju startupy opracowują rozwiązania odznaczające się potencjałem do komercjalizacji nie tylko na rynku polskim, ale również rynkach międzynarodowych – przekonuje Jabłońska. – Mamy obecnie w Polsce klimat bardzo sprzyjający rozwojowi innowacji oraz koncentracji na branżach wysokich technologii. Dzięki środkom pochodzącym z Funduszy Europejskich, powstającym programom akceleracyjnym oraz rosnącej otwartości dużych przedsiębiorstw na współpracę ze startupami, młodzi przedsiębiorcy mogą wreszcie na poważnie myśleć o komercjalizacji swoich technologii. Należy wykorzystać ten potencjał. Dobrze prosperująca branża MedTech może mieć kluczowe znaczenie dla transformacji Polski w gospodarkę innowacyjną i opartą na wiedzy – dodaje.

Celem programu MIT Enterprise Forum Poland jest połączenie potencjału początkujących, kreatywnych przedsiębiorców z infrastrukturą, doświadczeniem oraz zasobami dużych korporacji po to, aby zwiększyć ich szansę na rynkowy sukces. Projekt wspierany jest grantem uzyskanym w pilotażowym konkursie ScaleUp, realizowanym w ramach rządowego programu StartInPoland. Dzięki temu startupy biorące udział w programie otrzymują szansę pozyskania środków na dalszy rozwój działalności.

Efektywne programy akceleracji wspierające współpracę dużych przedsiębiorstw ze startupami mają istotne znaczenie dla rozwoju innowacyjności. Dostrzegamy ogromny potencjał tkwiący w technologiach medycznych rozwijanych przez polskie startupy, dlatego znajdują się one w obszarze zainteresowania pilotażu ScaleUp– mówi Anna Brussa z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która odpowiada za realizację programu ScaleUp. – Według prognoz, to jedne z kluczowych technologii XXI wieku, stąd istotne jest tworzenie w Polsce warunków dla rozwoju tego rodzaju innowacji – dodaje.

Trampolina dla innowacji

W ramach programu MIT Enterprise Forum Poland startupy ze Ścieżki Zdrowie uzyskują m.in. wsparcie merytoryczne i mentoringowe specjalistów dziedzinowych Grupy Adamed, dostęp do infrastruktury laboratoryjnej, czy możliwość konsultacji projektu z liderami opinii w wybranych obszarach terapeutycznych. Do tej pory akcelerację pod patronatem Grupy Adamed przeszło ponad 10 startupów. Wśród nich znalazły się m.in. SensoriumLab – firma rozwijająca telemonitoring pacjentów zagrożonych wysiękiem opłucnowym; Cycle – startup, który tworzy inteligentny sensor i aplikację monitorującą cykl owulacyjny kobiet w celu ułatwienia poczęcia dziecka, Medical Simulation Technologies – oferujący pierwszy na świecie symulator echokardiografii przezprzełykowej bazujący na rzeczywistych danych z tomografii komputerowej, czy POLTISS – zespół rozwijający i wprowadzający na rynek technologie nowoczesnych wstrzykiwalnych biomateriałów polimerowych, w szczególności do zastosowań medycznych w rekonstrukcji i regeneracji tkanek miękkich.

Dla młodej firmy technologicznej współpraca z dużym przedsiębiorstwem takim jak Grupa Adamed  to nie tylko szansa weryfikacji rynkowego potencjału proponowanego rozwiązania, ale też możliwość zdobycia referencyjnego klienta. To z kolei otwiera dalsze drzwi i umożliwia szybszy rozwój – przekonuje Marcin Szczeciński, Kierownik ds. Inwestycji Kapitałowych w Grupie Adamed. – W drugiej edycji programu MIT Enterprise Forum Poland znalazły się dwa zespoły, których technologie mogą zostać wykorzystane w procesie produkcji leków. Obecnie trwają badania pilotażowe, które potwierdzą możliwości wykorzystania tych technologii w farmacji – dodaje.

Czego potrzebują MedTechowe startupy?

Do trzeciej, trwającej obecnie, edycji programu MIT Enterprise Forum Poland zgłosiły się kolejne MedTechowe startupy, rozwijające unikalne technologie, w tym m.in. metody lepszej i szybszej diagnozy raka przy użyciu machine oraz deep learning czy aplikacji mobilnej dedykowanej pacjentom onkologicznym, która wspiera terapię i życie z chorobą nowotworową. Od akceleracji oczekują dopracowania modelu biznesowego, ale również branżowych porad doświadczonych mentorów. Cel jest jeden: jak najszybciej skomercjalizować technologię i zacząć na niej zarabiać.

– Mieliśmy okazję współpracować z Grupą Adamed w ramach pierwszej edycji programu MIT Enterprise Forum Poland. Do dziś pozostajemy w kontakcie z naszym mentorem, dzieląc się z nim swoimi wątpliwościami i prosząc o rady – mówi Katarzyna Michalak-Magda, prezes Poltreg, startupu, który rozwija nowatorską metodę leczenia cukrzycy typu I. – Dla startupów, które są na początku drogi, taki mentoring i wskazanie – „tą drogą nie idźcie”,  jest równie ważne, co „twarde”, kapitałowe i infrastrukturalne wsparcie, bo pozwala optymalnie wykorzystywać te dwa ostatnie zasoby – dodaje.

Jak przekonuje Marcin Szczeciński z Grupy Adamed, ze względu na szeroki obszar zainteresowań branży MedTech, trudno mówić o jednym modelu wsparcia w rozwoju początkującego startupu.

W Ścieżce Zdrowie mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanymi startupami. Przedmiot ich działalności obejmuje tak różne obszary jak urządzenia medyczne, technologie symulacyjne w medycynie, technologie związane z procesami wytwarzania w farmacji czy nowe produkty lecznicze – twierdzi Szczeciński. – Jeden zespół może potrzebować dostępu do know-how, inny do środowiska pilotażowego, jeszcze inny wsparcia w tzw. otwarciu drzwi instytucji trzeciej, z którą współpraca jest kluczowa dla dalszych badań nad produktem. Dlatego zasadą jest „szycie” modelu współpracy na miarę – dodaje.

Według prognoz światowy rynek sprzedaży nowoczesnych technologii medycznych w 2022 roku osiągnie wartość 529.8 miliardów dolarów. Jak raportuje Evaluate, jest to znacząca zmiana w stosunku do odnotowanej w 2015 roku, w raporcie World Preview 2016, kwoty 371 miliardów.

Opieszałość we wdrażaniu przemysłowego Internetu rzeczy odbije się czkawką. Eksperci ostrzegają przed konsekwencjami

System ERP to ucieleśnienie cyfrowych pragnień wielu przedsiębiorstw produkcyjnych. W branży temat przemysłu 4.0 nie schodzi z języków, dziennikarze poświęcają mu kolejne strony specjalistycznych magazynów, a zachodnie firmy inwestują krocie, by za sprawą nowych technologii zyskać przewagę nad konkurencją. Taka atmosfera przynagla do działania. Coś przecież należy zrobić, by nie zostać w tyle. Zazwyczaj pada na system ERP, a wraz z jego implementacją – bardziej lub mniej udaną – cyfrowy apetyt zarządu doczekuje się zaspokojenia. Uczucie sytości jest jednak iluzją, ponieważ potrzeby przedsiębiorstw są diametralnie większe. 

Przeciętnej wielkości firma. Przez korytarz przeciska się dwóch mężczyzn w sile wieku. Jeden z nich ma długie, związane w kucyk włosy i sklejone plastrem okulary. Drugi, o posturze wychudzonego skoczka narciarskiego, ubrany jest w golf i jasne jeansy, a przed sobą pcha wózek po brzegi załadowany ciężkimi kartonami, które zwróciły uwagę mijanych po drodze pracowników do tego stopnia, że wokół tajemniczych nieznajomych i dzierżonego przez nich ładunku zebrał się tłum towarzyszących w pochodzie gapiów. Zainteresowanie zakamuflowanym pod grubymi warstwami kartonu sprzętem jest zrozumiała. Kryje się pod nimi komputer i to nie byle jaki, bo pierwszy, jaki kiedykolwiek pojawił się w tej firmie. Nikt do końca nie wie, czego właściwie można się po nim spodziewać, ale wszyscy z szacunkiem spoglądają na informatyków, którzy zdają się posiadać tajemną, niemal kabalistyczną wiedzę i niebawem za jej sprawą przytaszczona przez nich maszyna wyda pierwsze piskliwe dźwięki. Dźwięki zwiastujące początek nowej ery, w której komputery rewolucjonizować będą kolejne biurowe procesy. Dziś, kiedy na każdym stanowisku pracy znajduje się laptop, lub chociażby komputer stacjonarny, taka historia zdaje się być kuriozalna, jednak nie tak dawno temu podobne sceny można było zobaczyć niemal w każdym przedsiębiorstwie. Z czasem okazywało się, że sam komputer to za mało. Dokupowano kolejny hardware: drukarki, skanery, czytniki i inwestowano w specjalistyczne oprogramowanie. Zakup komputera w żadnej mierze nie był ukończeniem procesu informatyzacji, lecz zaledwie jego początkiem. Podobnie sprawa ma się z cyfryzacją i oprogramowaniem ERP – jej świętym Graalem. W mniemaniu wielu firm z branży produkcyjnej to właśnie wraz z jego implementacją proces cyfryzacji dobiega upragnionego końca. Nic bardziej mylnego. Wdrożenie oprogramowania do zarządzania przedsiębiorstwem jest zaledwie początkiem tego procesu – otwarciem drzwi do jego kolejnych etapów.

Kazanowa wśród oprogramowania

Do systemów ERP wzdychają zarówno członkowie zarządu, jak i etatowi informatycy. Zauroczenie to nie jest fanaberią, która może i przystoi nastolatkom, ale na pewno nie poważnym profesjonalistom. Znajduje ono uzasadnienie w licznych funkcjach i zastosowaniach tej osławionej klasy systemów komputerowych. Nic więc dziwnego, że w segmencie dużych i średnich firm rynek ERP z roku na rok jest coraz bardziej nasycony. Jeśli wierzyć danym GUS, to już w 2015 r. co druga firma zatrudniająca powyżej 50 pracowników dysponowała systemem tej klasy. W przypadku firm zatrudniających powyżej 250 pracowników penetracja ERP jest jeszcze większa. Z raportu wynika, że aż 90 proc. z nich wdrożyło już system wspierający zarządzanie. Nasycenie nie oznacza jednak, że na rynku brakuje chętnych na zakup takiego rozwiązania. –  Firmy rozwijają się nieustannie, pojawiają się nowe potrzeby, a oprogramowanie, które wystarczało jeszcze 5 lat temu, dziś nie spełnia wszystkich wymogów. W takiej sytuacji konieczna jest zazwyczaj kosztowna i trudna w realizacji modernizacja. Na ratunek przychodzą proste w integracji zewnętrze rozwiązania w chmurze obliczeniowej, takie jak np. moduły MPS (Master Production Schedule) przeznaczone do planowania produkcji. Jednak nie wszystkie firmy decydują się na integrację zewnętrznych aplikacji, dostrzegając liczne korzyści w zmianie przestarzałego systemu ERP na nowy, wspierający większość obszarów ich działalności. To lepsze rozwiązanie niż wprowadzanie drogich, skomplikowanych i czasochłonnych modyfikacji w sędziwym już oprogramowaniu – tłumaczy Piotr Rojek z DSR, firmy specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach informatycznych dla branży produkcyjnej. Opisana przez niego rewolucja często wiąże się z migracją do chmury. ERP w modelu SaaS kuszą ceną, stosunkowo krótkim czasem potrzebnym na wdrożenie, dostępnością z praktycznie z każdego miejsca z dostępem do Internetu oraz łatwością w integracji z innymi narzędziami. Te cechy sprawiają, że systemy stacjonarne mają tracić na znaczeniu. Dominacja chmury zdaje się być nieunikniona, trudno natomiast dokładnie określić, kiedy do szeroko zakrojonej migracji dojdzie na polskim rynku.

ERP zmiennym jest

Systemy do zarządzania przedsiębiorstwem nie stoją w miejscu, a dostawcy najbardziej popularnych rozwiązań na rynku przepisują swoje oprogramowanie i udoskonalają je nieustannie. Nie mówi się o tym głośno, ale na rynku ERP trwa mała rewolucja, której katalizatorem jest nie tylko szał na chmurę obliczeniową, lecz również rozwój innych, mniej znanych technologii.  Zmiany można dostrzec zarówno w wymiarze funkcjonalnym, jak i technologicznym. Według Piotra Rojka z DSR, w tym pierwszym obserwujemy ekspansję systemów ERP w dziedzinach, które dotychczas były wspierane przez inne, mniejsze systemy, takie jak np. CRM (Customer Relationship Management), MES (Manufacturing Execution System) czy SFC (Shop Floor Control). – Warto zwrócić również uwagę na funkcję rozpoznawania przychodów (revenue recognition), która pojawiła się w systemach ERP ze względu na regulacje prawne. Takie zmiany zaszły również w oferowanym przez nas systemie do zarządzania przedsiębiorstwem QAD – przekonuje ekspert.

W sferze technologicznej przełomowy dla branży okazał się rozwój ESB, specjalistycznych szyn danych, które pozwalają przedsiębiorstwom na korzystanie z wielu odmiennych rozwiązań. Za ich pomocą można z łatwością integrować narzędzia informatyczne pochodzące od różnych producentów. To spore ułatwienie, na które czekało wielu dyrektorów IT. Duży wpływ na rynek systemów ERP mają również zmiany dotyczące sposobu kupowania oprogramowania. Wcześniej za takie zakupy odpowiadał dział IT, a dziś w dużej mierze dokonywane są one przez poszczególne departamenty, które coraz bardziej rozumieją wpływ technologii na realizowane przez siebie procesy biznesowe. Od zespołu IT oczekuje się przede wszystkim integracji oprogramowania.

Życie po wdrożeniu ERP

Rozwój szyny ESB i popularyzacja oprogramowania w modelu SaaS sprawiły, że integracja rozwiązań pochodzących od różnych producentów stała się dużo prostsza. Systemy ERP obejmują wprawdzie wiele obszarów działalności firmy produkcyjnej, jednak wciąż pozostaje sporo sfer do zagospodarowania. Ponadto, nowe rozwiązania technologiczne takie, jak chociażby przemysłowy internet rzeczy czy nowoczesne systemy do analityki danych wnoszą do firmy nieznaną dotąd wartość, przyczyniając się m.in. do optymalizacji procesów wewnętrznych i redukcji kosztów. – System ERP można uznać za serce organizacji. Pełni kluczową funkcję, lecz nie jest samowystarczalne. Dopiero we współpracy z innymi organami tworzy ono sprawnie funkcjonujący organizm. Wiele przedsiębiorstw inwestuje niebagatelnego kwoty w cyfrowe serce pomijające mniejsze organy, bez których nie sposób osiągnąć zadowalających efektów – wyjaśnia Rojek. Jego zdaniem spora część firm przemysłowych posiada wiekowe systemy ERP, które nie obejmują obszarów stricte związanych z produkcją. Często jest to trudne w integracji oprogramowanie, którego nie można zaktualizować do nowszej wersji. W takiej sytuacji konieczna jest jego wymiana. Zarządy firm korzystających z systemów do zarządzania przedsiębiorstwem, które opłaca się modyfikować i łączyć z zewnętrznymi modułami mają spory dylemat: inwestować w długą i kosztowną wymianę ERP na rozwiązanie obejmując szerokie spektrum działalności firmy, czy skupić się na wdrażaniu i integracji mniejszych systemów, takich jak np. MES czy SFC. Jedno jest pewno: większość procesów zachodzących w firmie produkcyjnej powinno ulec cyfryzacji, a nawet najbardziej rozbudowane ERP nie są w stanie tego dokonać. Nie jest to jednak powód do zmartwień, gdyż różnorodność rozwiązań dostępnych na rynku sprawia, że z pomocą specjalistów polscy producenci mogą wznieść się ponad standardy przemysłu 4.0 czerpiąc z tego liczne korzyści. By tak się stało konieczna jest świadomość, że ERP to zaledwie początek tej fascynującej podróży, której największym wyzwaniem nie jest zakup nowych technologii, lecz zmiana myślenia i sposoby funkcjonowania pracowników na każdym szczeblu.

Ethereum – analiza techniczna i badanie użyteczności

Zainteresowanie światem kryptowalut rośnie razem z ceną Bitcoina. Czym wyższa, tym większa ilość osób zainteresowana jest jego wydobyciem, spekulacją czy też arbitrażem. Eksperci, którzy obecni są na rynku długo wiedzą iż jest to kolejna bańka spekulacyjna i nie wiadomo jak się zakończy. Mają stu procentową rację. Jedynym problemem jest odpowiedź na pytanie „kiedy się zakończy”. Czy kapitalizacja kryptowalut zdąży wzrosnąć jeszcze dwukrotnie czy stokrotnie?

Odstawiając na bok myśl o bańce spekulacyjnej należy zastanowić się, która kryptowaluta jest godna naszego zainteresowania. Na samym początku warto dodać, że analiza fundamentalna tego rynku jest niemożliwa, ale analiza pomiędzy różnymi kryptowalutami i ich użytecznością już tak.

Użyteczność kryptowalut

Wirtualne waluty oparte na technologii Blockchain powstały z myślą o szybkich płatnościach zagranicznych oraz wymianie handlowej, a nie czystej spekulacji. Z tego powodu użyteczność danej waluty może zostać zmierzona za pomocą ilości unikalnych transakcji w trakcie jednego dnia. uzytecznosc waluty

Źródło: bitinfocharts

Pod względem ilości unikalnych transakcji pierwszą walutą jest Ethereum, następnie Bitcoin. Na samym końcu znalazł się Bitcoin Cash oraz Litecoin. Pomimo tego, że Bitcoin jest pierwszą kryptowalutą na rynku, to Ethereum szczyci się większą użytecznością. W związku z tym warto przyjrzeć się bliżej Ethereum.

Ethereum i market cap

Głównym czynnikiem wyznaczającym trend jednej kryptowaluty jest szeroki rynek mierzony jego kapitalizacją. Rosnąca kapitalizacja sprzyja dalszej aprecjacji mniej oraz bardziej znanych kryptowalut.

kapitalizacja kryptowalut

Źródło: coinmarketcap.com

Od 12 maja do dnia dzisiejszego kapitalizacja rynku kryptowalut (linia niebieska) wzrosła o 520 procent. Z kolei cena Ethereum o 500 procent. Powstała mała luka, która zważając na rosnącą użyteczność ETH prawdopodobnie zostanie wypełniona.

ETHBTC

W ostatnim czasie aprecjacja Bitcoina była o wiele mocniejsza niż Ethereum. Natomiast z użytecznością danej kryptowaluty jest inaczej, większe znaczenie ma ta druga. Patrząc na cenę ETH w BTC okazuje się, że pierwsza waluta staje się bardzo atrakcyjna.

ethbtc

Źródło: Coingecko

Powyższy wykres przedstawia ETH wycenianą w BTC. Znaleźliśmy się na poziomie z kwietnia tego roku. Reasumując, potencjał wzrostowy Ethereum jest o wiele większy niż Bitcoina (wzrost procentowy).

ETH/USD – analiza techniczna

Notowania ETH/USD znajdują się ponad długoterminową średnią 200 EMA. W samym 2017 roku średnia krocząca dwa razy zdołała powstrzymać wyprzedaż.

Ostatnio zapoczątkowany impuls wzrostowy pokonał opór na poziomie 415 USD, jest to krótkoterminowe wsparcie. Aczkolwiek analizując poprzednie korekty i impulsy wzrostowe bardziej prawdopodobne jest, że notowania zaliczą spadek w okolicę Fibo 23.6, czyli w okolicę wsparcia 331-346 USD. W tamtym miejscu prawdopodobnie również będzie przebiegać średnia krocząca, co tylko prawdopodobnie wzmocni potencjał do kontynuacji ruchu wzrostowego.

Notowania ETHUSD, interwał dzienny

Notowania ETHUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Pomimo sygnałów zapowiadających dalsze wzrosty należy pamiętać, iż kryptowaluty charakteryzują się bardzo dużą zmiennością oraz nieprzewidywalnością.

Wielki Brat ma chrapkę na insekty. Powstaje globalna sieć wykrywania… komarów!

Naukowcy z Uniwersytetu Oxfordzkiego opracowali oprogramowanie, które na podstawie dźwięku wydawanego przez komary potrafi nie tylko określić ich gatunek, lecz również śledzić ruch i mapować pokonywane trasy. Wbrew pozorom, projekt nie powstał z myślą o turystach pragnących spędzić czas na świeżym powietrzu z dala od irytujących insektów. Globalna sieć wykrywania komarów to poważne przedsięwzięcie medyczne, którego podstawowym celem jest walka z malarią.

Śledzenie komarów na ogromnych obszarach to ciężkie w realizacji przedsięwzięcie, a jeszcze trudniejszym zadaniem jest ich identyfikacja. Brytyjskim uczonym udało się znaleźć sposób, który dotychczas zabijały podobne inicjatywy w zarodku. Do szpiegowania komarów postanowili zaprzęgnąć urządzenia, które w ostatnich latach biją rekordy popularności – smartfony. Po zainstalowaniu aplikacji MozzWear urządzenie wyłapuje dźwięk wydawany przez owady w czasie lotu, po czym wysyła zebrane dane na globalny serwer. – Wykorzystanie smartfonów do zbierania danych z otoczenia nie jest czymś nowym. Na podobnej zasadzie działają głosowe komendy w takich systemach jak IOS czy Android, a popularna aplikacja Shazam wsłuchując się w utwór muzyczny potrafi z niezwykłą precyzją zidentyfikować jego autora. Z czasem podobnych rozwiązań będzie coraz więcej – tłumaczy Mikołaj Szymański, Managing Partner w agencji interaktywnej KERRIS, specjalizującej się m.in. w projektowaniu aplikacji mobilnych.

By globalna sieć śledzenia komarów działała z należytą precyzją, konieczne będzie zaangażowanie na szeroką skalę społeczeństwa. Z pewnością można liczyć na nie w krajach, gdzie malaria każdego roku przynosi śmiertelne żniwo. Jak podaje UNICEF, 600 milionów ludzi zmaga się z malarią co roku, z czego aż milion umiera na skutek zakażenia. Najczęściej są to dzieci poniżej piątego roku życia zamieszkujące Afrykę Subsaharyjską. Naukowcy dwoją się i troją w poszukiwaniu skutecznego sposobu na walkę z chorobą, przenoszoną przez komara widliszka. Obok komara brzęczącego jest to najbardziej rozpowszechniony gatunek w Polsce, na szczęście, z powodu zimnego klimatu pierwotniaki wywołujące malarię nie przechodzą nad Wisłą pełnego cyklu rozwojowego. W krajach klimatu tropikalnego i subtropikalnego sprawy mają się zupełnie inaczej, a unikanie kontaktu z owadami wciąż stanowi najlepszy sposób zapobiegania infekcji.

 Uczeniem maszynowym w komara

Yunpeng Li z Uniwersytetu Oksfordzkiego, współtwórca aplikacja MozzWear, miał nie lada orzech do zgryzienia. Jak zaprogramować system, by ten odróżniał komary na podstawie wydawanych przez nie dźwięków. Pomocna okazała się sztuczna inteligencja, a dokładnie jej zaawansowana forma – uczenie maszynowe, wykorzystujące do sprawnego rozumowania ogromne zbiory cyfrowych informacji.

Po raz pierwszy komputer za sprawą uczenia maszynowego już w 1990 roku odczytał pismo ręczne i przeformatowywał je na czcionkę komputerową. Dziś dysponujemy dużo bardziej rozwiniętą wersją tej technologii, jednak w wielu aspektach wciąż borykamy się z podobnymi problemami: brakiem wystarczającej ilości zdigitalizowanych danych oraz niewystarczającą mocą obliczeniową. Mimo to, sztuczna inteligencja rozwija się dynamicznie i szturmem zdobywa kolejne branże, robiąc w nich małą rewolucję. Spotkamy ją m.in. w bankowości, reklamie internetowej, ubezpieczeniach, medycynie i przemyśle – wyjaśnia Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies, firmy wykorzystującej uczenie maszynowe w Big Data marketingu i monetyzacji danych.

Z relacji Yunpenga Li wynika, że największym problemem na jaki natknęli się uczeni z prestiżowej angielskiej uczelni był właśnie brak danych, na podstawie których komputer mógł samemu nauczyć się rozpoznawać gatunki komarów. Szybko podjęto decyzję o stworzeniu potrzebnej biblioteki. W projekt włączyli się koledzy z placówki i naukowcy obywatelscy, którzy dniami i nocami nagrywali poszczególne gatunki irytujących owadów. Wykorzystano również nagrania komarów zrealizowane przez amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób oraz stacjonującą w Kenii jednostkę badawczą wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych. – Precyzja, z jaką udaje się wykryć przenoszącego malarię komary widliszki jest imponująca – powiedział Li na łamach MIT Technology Review. Obecnie udaje się je identyfikować z dokładnością na poziomie 72 proc., jednak projekt jest nadal w trakcie rozwoju i wraz ze zwiększającą się bazą danych procent ten ma odpowiednio rosnąć.

Rozpoznawanie poszczególnych gatunków komarów to nie jedyna funkcja globalnej sieci wykrywania komarów. – Uczenie maszynowe otwiera przed nami ogromne możliwości. Niektóre samochody autonomiczne za jego sprawą nie tylko uczą się bezpiecznej jazdy, lecz również przewidują zachowania innych uczestników ruchu. Podobnie może rozwinąć się globalna sieć wykrywania komarów. Jest szansa, że sztuczna inteligencja nauczy się zachowania komarów na tyle dobrze, że z dużą dokładnością będzie w stanie określać, jaką trasę obejmą insekty i z wyprzedzeniem ostrzegać przed nimi użytkowników aplikacji. Na tym polega analityka predyktywna. Podobne mechanizmy wykorzystuje się w Big Data marketingu, by zmaksymalizować skuteczność reklamy internetowej – dodaje Piotr Prajsnar. Prowadzona przez niego firma analizuje dane o użytkownikach sieci z ponad 40 rynków, przetwarzając 9 mld anonimowych profili internautów, z czego sporą część stanowią urządzenia mobilne.

RPP nie zmienia stóp

W czasie zakończonego we wtorek dwudniowego posiedzenia Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian. Oznacza to, że stopa referencyjna pozostanie w wysokości 1,5%, stopa lombardowa 2,5%, stopa depozytowa 0,5%, a stopa redyskonta weksli 1,75%. Rada uważa, że inflacja utrzyma się w pobliżu celu. Co więcej, mimo oczekiwań niektórych inwestorów w kwestii podniesienia stóp Adam Glapiński, prezes NBP, podtrzymał swoje stanowisko, że nie ulegną one zmianie do końca 2018 r. W efekcie złotówka nieco traci na wartości wobec głównych walut światowych. Ponadto RPP podjęła uchwałę, że od 1 stycznia 2018 r. wysokość oprocentowania rezerwy obowiązkowej wyniesie 0,5%.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,36%), a zyskuje do euro (+0,31%), brytyjskiego funta (+0,15%), dolara kanadyjskiego (+0,37%) oraz dolara australijskiego (+0,94%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,183, GBP/USD – 1,341, USD/CAD – 1,27, AUD/USD – 0,758 i USD/JPY – 112,2. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,75%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. Złotówka traci do głównych walut. W środę rano dolar kosztuje 3,56 zł, euro – ponad 4,21 zł, funt – niemal 4,78 zł, a frank szwajcarski – 3,61 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,16%, frankfurcki indeks DAX – 0,08%, a paryski indeks CAC 40 – 0,26%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,37%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,56%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 0,74%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei stracił 1,97%, chiński indeks Shanghai Composite – 0,29%, a hongkoński indeks Hang Seng – 2,15%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,86 USD (+0,65%), a ropy WTI – 57,62 USD (+0,26%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 66 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach idzie w dół. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1268 USD. To 7 USD mniej (-0,55%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
    1:30 – Australia – PKB (r/r), III kw. – 2,8% (prognoza 3%)
  • 8:00 – Niemcy – Zamówienia w przemyśle (r/r), październik – 6,9% (prognoza 7%)
  • 9:15 – Szwajcaria – Inflacja CPI (r/r), listopad – 0,8% (prognoza 0,9%)
  • 13:00 – USA – Wnioski o kredyt hipoteczny, tydzień (poprzednio -3,1%)
  • 14:30 – USA – Jednostkowe koszty pracy (k/k), III kw. (prognoza 0,2%)
  • 14:30 – USA – Wydajność pracy (k/k), III kw. (prognoza 3,3%)
  • 16:00 – Kanada – Decyzja Banku Kanady ws. stóp procentowych, grudzień

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Bitcoin przekroczył 12 500 dolarów. Stopy procentowe bez zmian

Prezes NBP podtrzymuje wolniejszy niż dotychczasowy scenariusz wzrostu stóp procentowych w Polsce. Korekta ostatnich wzrostów w Japonii. Szaleństwo cenowe na Bitcoinie dalej trwa.

Do kiedy stopy procentowe pozostaną bez zmian?

Na wczorajszej konferencji prasowej prezes NBP Adam Glapiński powtórzył swoją wypowiedź na temat terminu zmiany stóp procentowych. Jest to w dalszym ciągu koniec 2018 roku. Warto zwrócić uwagę, że jest to dłuższy horyzont niż dotychczas oczekiwany przez analityków przełom drugiego i trzeciego kwartału. Co powoduje tą ocenę? Kluczowe jest połączenie dwóch elementów. Po pierwsze rośnie gospodarka i to nie tylko konsumpcja wewnętrzna, ale również inwestycje. Po drugie obecne projekcje inflacji nawet nie zbliżają się do poziomu 3,5%. Jest to wartość od której można mówić o przekroczeniu celu inflacyjnego wynoszącego 2,5% +/- 1%. Jaki ma to wpływ na złotego? Obecnie inwestorzy już wycenili częściowo przyszłe wzrosty stóp procentowych. Jeżeli zmienią zdanie i będą odwracać pozycję może to wpłynąć negatywnie na złotego względem głównych walut.

Wyraźna korekta w Japonii

Główny indeks Nikkei zaliczył dzisiaj niemalże 2% spadek. Jest jeszcze jedna okoliczność na którą warto spojrzeć. Kurs znajdował się bardzo blisko listopadowych szczytów, będących maksimum notowań od ponad dwóch dekad. Pomimo tych spadków w ciagu roku i tak zyskał ponad 20%. Nie ma zatem mowy o panice. Co to zatem jest? Wygląda na domykanie zyskownych pozycji przed końcem roku kalendarzowego. Warto zwrócić uwagę, że za spadkami nie stoi osłabianie się jena co byłoby oznaką ucieczki kapitału z kraju.

Bitcoin przekroczył 12 500 dolarów

Podczas gdy ostatnie miesiące na rynkach walutowych nie przynoszą zbyt wielu zmian wiele osób coraz uważniej patrzy na kryptowaluty. Rynek, który jeszcze niedawno nie był brany realnie pod uwagę w tym tygodniu przekroczył PKB Czech. Cały “sektor” kryptowalut to obecnie około ¾ PKB Polski. Co napędza ten szał? Nie tylko wielkość rynku rośnie, ale również się profesjonalizuje. Już wkrótce renomowane instytucje wypuszczą kontrakty na kurs bitcoina. Pojawiają się projekty stworzenia jednego wyznaczonego wspólnego kursu, co znacznie ułatwi analizę rynku składającego się z wielu niezależnie kwotujących giełd. Otwartym wciąż pozostaje pytanie dlaczego ludzie w ogóle chcą posiadać Bitcoina i czy wprowadzenie wspomnianej profesjonalizacji nie spowoduje gwałtownej korekty ostatnich wzrostów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP z rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Alior Bank ogłasza powstanie akceleratora pomysłów dla sektora Fintech

Alior Bank ogłosił powstanie unikalnego programu akceleracyjnego dla startupów technologicznych. Do głównych zadań zlokalizowanego w Warszawie akceleratora będzie należało poszukiwanie innowacyjnych pomysłów wśród start-upów technologicznych, prowadzenie ich w zakresie opracowywania elementów biznesowych, współtworzenie z nimi wartości dodanej dla klientów Alior Banku oraz wsparcie finansowe. Do programu bank zamierza przyjmować m.in. projekty znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju. W ramach tworzonego akceleratora bank udostępni zewnętrznym podmiotom zbudowaną na technologii IBM platformę do rozwoju swoich rozwiązań opartą o środowisko OpenAPI i wdrażaną przez firmę TUATARA.

W październiku 2017 r. Alior Bank ogłosił plan wdrożenia strategii „Cyfrowego buntownika”, której jednym z filarów jest zbudowanie ekosystemu partnerów z sektora Fintech. – Nasz cel to zbudowanie 20 partnerstw do 2020 roku, czyli w horyzoncie realizacji strategii „Cyfrowego buntownika” – mówi Michał Chyczewski, wiceprezes Zarządu Alior Banku, pełniący funkcję prezesa. – Mamy ambicję być bankiem pierwszego wyboru dla Fintechów w Europie – dodaje.

Akcelerator pomysłów

Do udziału w akceleratorze Alior Bank wyselekcjonuje grupę start-upów, których pomysły będą wnosiły wartość dodaną dla usług banku świadczonych klientom. Bank będzie poszukiwał potencjalnych partnerów nie tylko w Polsce oraz w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, ale także poza Starym Kontynentem.

Nasz zespół analizuje propozycje rozwiązań Fintechów z Europy, Izraela i Stanów Zjednoczonych. Zidentyfikowaliśmy już interesującą grupę potencjalnych partnerów i prowadzimy z nimi rozmowy – mówi Bruno Ferreira, Dyrektor Zarządzający w Alior Banku.

Każdy z partnerów, z którym Alior Bank podejmie współpracę, może liczyć na wsparcie doradcy z nowo powstałego Departamentu Fintech oraz mentora, który pomoże mu w zbudowaniu odpowiedniego modelu biznesowego i poprowadzi współpracę z właściwą jednostką biznesową banku. Do współpracy z partnerami Bank chce zaangażować liczną grupę swoich pracowników, mogących zaoferować zróżnicowane kompetencje biznesowe.

Przygotowaliśmy kompleksowy program akceleracyjny dla naszych partnerów. Wierzymy, że to przedsięwzięcie może być pomostem między błyskawicznie rozwijającym się światem Fintech a Alior Bankiem – otwartym na pomysły z zewnątrz, mającym unikalne biznesowe know-how i portfel klientów, którym dostarczamy usługi na najwyższym światowym poziomie – zapewnia Mariusz Ożga, Dyrektor ds. Projektów FinTech.

Program akceleracyjny zakłada także wsparcie dla partnerów w dostępie do wewnętrznego lub zewnętrznego finansowania (finansowanie typu seed, partnerzy oraz potencjalnie CVC).

Chcemy naszym partnerom pomóc w zdobyciu funduszy na rozwój w ramach Alior Banku oraz poza nim. Wierzymy, że zmieni to rynek rozwiązań Fintech w Polsce i w regionie – mówi Bruno Ferreira i dodaje: – Do 2020 roku Alior Bank zamierza corocznie zainwestować w innowacje ok. 100 mln zł, w tym w partnerstwa oraz w przedsięwzięcia z sektora Fintech 15-20 mln zł rocznie.

Alior Bank na nowo definiuje swój ekosystem zarządzania procesami innowacyjnymi

Powstanie akceleratora jest elementem szerszego projektu utworzenia najnowocześniejszego w Europie Środkowej i Wschodniej kompleksowego ekosystemu zarządzania procesami wspierającymi innowacyjność. Idea nowego modelu innowacyjności oparta jest o dwa ośrodki: Centrum Innowacji – jednostkę banku, która zajmie się crowdsourcingiem pomysłów wewnątrz Alior Banku, oraz Departament Fintech – który będzie wspierał inicjatywy przygotowywane wspólnie z partnerami zewnętrznymi, w tym te w ramach akceleratora. Obie jednostki znajdą swoje miejsce w nowoczesnej przestrzeni Innowacji, zlokalizowanej w Warsaw Spire w Warszawie. Jej otwarcie jest planowane na maj 2018 r.

Alior Bank wybiera IBM i TUATARĘ jako dostawców rozwiązania Open API

Alior Bank chce być pierwszą instytucją finansową w Polsce, która zbuduje dedykowane środowisko testowe (tzw. Sandbox) dla swoich partnerów. Zostanie ono udostępnione zewnętrznym deweloperom oraz fintechom do prac nad produktami tworzonymi w ramach akceleratora oraz do uzyskania zgodności z przyszłymi wymaganiami regulacji PSD2. Alior Bank zdecydował, że rozwiązanie IBM API Connect spełnia wszystkie wymagania technologiczne banku, wykorzystanie platformy znacząco przyspieszy proces prototypowania, projektowania i dostosowywania rozwiązań przed udostępnieniem ich klientom. Są nimi przede wszystkim bezpieczeństwo, efektywność prac oraz skalowalność powstałych rozwiązań. Rozwiązanie IBM API Connect przez niezależne ośrodki analityczne jest uznawane za czołowe rozwiązanie tego typu na świecie.

W ostatnim badaniu przeprowadzonym przez IBM Institute for Business Value[1], 57 procent menedżerów instytucji finansowych przyznało, że granice między tradycyjnym bankiem a konkurencją z innych sektorów gospodarki się zacierają – powiedział Jarosław Szymczuk, Dyrektor Generalny IBM Polska. – Wiodące banki przyjmują obecnie na siebie rolę platformy, która integruje ofertę różnych dostawców, przy zachowaniu bezpieczeństwa operacji, co tradycyjnie było największą przewagą banków na rynku. Banki, które w ten sposób zredefiniują swoją rolę, będą w stanie wykorzystać korzyści płynące ze współpracy z innymi podmiotami ekosystemu gospodarczego, takimi jak startupy i fintechy, przy zwiększeniu innowacyjności usług oferowanych klientom.

IBM API Connect zostanie dostarczone i wdrożone przez polską firmę TUATARA, tworzącą rozwiązania biznesowe w oparciu o innowacyjne technologie, która do projektu wnosi międzynarodowe doświadczenie z implementacji rozwiązań API.

Z dumą pomożemy Alior Bankowi realizować strategię „Cyfrowego buntownika”. Wierzymy, że otwarcie na współpracę z partnerami za pośrednictwem nowoczesnych narzędzi gospodarki cyfrowej, doda skrzydeł rozwojowi API Economy w Polsce. Uruchamiamy właśnie projekt w jednym z krajów Zatoki Perskiej, który udowadnia, że współpraca między podmiotami z różnych branż owocuje nie tylko pozytywnym wpływem na rozpowszechnianie kultury innowacyjności, ale także tworzy nowe źródła przychodu dla każdego z uczestników wymiany – przekonuje Bogdan Nowopolski, Chief Executive Officer firmy TUATARA.

[1] Badanie IBM Institute for Business Value „Realizing tomorrow today — Digital Reinvention in banking”: https://ibm.co/2BA4On4

LS Tech-Homes S.A. osiąga coraz wyższe zyski

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, po trzech kwartałach 2017 r. zanotowała 5,4 mln zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 23,1 mln zł. Emitent realizuje kontrakty znajdujące się w portfelu zamówień i liczy na bardzo udany 2018 r.

W samym 3 kw. 2017 r. Spółka wypracowała zysk netto w wysokości 669 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 6.642 tys. zł. Rok wcześniej strata netto LS Tech-Homes S.A. wynosiła 2.063 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 443 tys. zł. Emitent odnotowuje znaczącą poprawę wyników finansowych dzięki realizacji zagranicznych kontraktów oraz zwiększaniu wartości portfela zamówień. Spółka w ten sposób efektywnie wykorzystuje moce produkcyjne swoich pięciu zakładów. Zarząd LS Tech-Homes S.A. bardzo dobrze ocenia osiągnięte wyniki finansowe i jest przekonany, że przyjęty kierunek rozwoju pozwoli na umacnianie pozycji rynkowej w branży budownictwa modułowego.

„Jesteśmy niezwykle zadowoleni z wyników finansowych Spółki w tym roku, bowiem pokazują one, że nasza transformacja i koncentracja na budownictwie modułowym przynosi oczekiwane rezultaty. Kluczowe znaczenie dla wzrostu przychodów i zysków ma oczywiście zwiększanie sprzedaży na rynkach zagranicznych, co konsekwentnie realizujemy. Środki pozyskane z emisji obligacji umożliwiają nam prowadzenie kontraktów zagranicznych. Pracujemy także nad dalszą rozbudową portfela zamówień i liczymy, że wkrótce będziemy mogli poinformować rynek o kolejnych umowach.” – komentuje Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki LS Tech-Homes S.A.

W październiku br. Spółka podpisała 3 protokoły negocjacyjne z kontrahentami z Niemiec na wyprodukowanie, dostarczenie i zmontowanie domów modułowych wraz z niezbędną infrastrukturą. Łączna wartość tych kontraktów wynosi ponad 9 mln EUR brutto. Portfel zamówień LS Tech-Homes S.A. wzrośnie w ten sposób do ok. 165 mln zł. Znaczna część przychodów z realizacji tych kontraktów przypadnie na 2018 r. Spółka prowadzi również negocjacje z zagranicznymi partnerami w zakresie kolejnych kontraktów.

LS Tech-Homes S.A. przeprowadziła w tym roku 6 emisji obligacji i pozyskała z nich prawie 25 mln zł. Środki te są przeznaczane na realizację zagranicznych kontraktów. Ekspansja zagraniczna stanowi jeden z głównych elementów strategii rozwoju Emitenta, a oferowana przez niego technologia odnotowuje niezwykle wysokie zainteresowanie na rynkach zagranicznych, gdyż cechuje się ona wysoką powtarzalnością standardu wykonania oraz niedostępną dla technik konwencjonalnych szybkością montażu.

LS Tech-Homes S.A. jest Spółką notowaną na rynku NewConnect od czerwca 2012 r. oraz liderem w produkcji paneli kompozytowych w technologii SIP w Europie, które są wykorzystywane do budowy jedno- i wielorodzinnych domów oraz obiektów przemysłowych. Dynamiczny rozwój Emitenta jest możliwy dzięki zapleczu produkcyjnemu w pięciu zakładach: w Czechowicach-Dziedzicach, Studzienicach, Pszczynie oraz dwóch fabrykach w Koniecwałdzie. Spółka planuje przenieść notowania swoich akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie.

Branża rekrutacyjna bierze RODO w swoje ręce. Powstanie Kodeks ochrony danych osobowych w rekrutacji

Już niedługo podmioty z branży rekrutacyjnej zyskają cenne wsparcie w prowadzeniu rekrutacji zgodnej z przepisami Rozporządzenia o ochronie danych osobowych. Dzięki inicjatywie Pracuj.pl – czołowego serwisu pracy w Polsce, oraz eRecruitera – dostawcy najczęściej wykorzystywanego systemu do rekrutacji, podmioty z szeroko rozumianej branży rekrutacyjnej spotkają się, by wspólnie opracować kodeks postępowania administratorów danych osobowych, czyli „Kodeks ochrony danych osobowych w rekrutacji”. Nad pracami czuwać będzie patron merytoryczny inicjatywy GKK Gumularz Kozieł Kozik Radcowie Prawni.

RODO wywołuje niepokój u rekrutujących

Rozporządzenie ogólne w sprawie ochrony danych osobowych (RODO), które zacznie być stosowane w Polsce od 25 maja 2018 r. gruntownie modyfikuje obecny system ochrony danych osobowych. Nowe przepisy wymuszą szereg zmian w dotychczasowym podejściu do prowadzenia procesów rekrutacyjnych, w tym głównie do pozyskiwania, wykorzystywania i ochrony danych osobowych kandydatów. Do zmian zaliczyć można np. rozszerzenie obowiązku informacyjnego względem kandydatów, poszerzenie zakresu praw kandydatów w dostępie do swoich danych oraz nowe zasady pozyskiwania zgód na przetwarzanie danych osobowych. Nowe przepisy niejednokrotnie wywołują niepokój u rekrutujących, a także generują wiele pytań po stronie pracodawców, dotyczących tego, jak prawidłowo rekrutować, aby nie narażać się na dotkliwe sankcje.

Rozporządzenie umożliwia uściślanie przepisów w ramach branży

RODO oparte jest o system tzw. risk based approach wymagający identyfikacji ryzyk i wdrożenia adekwatnych środków. Jednocześnie nie uściśla tych środków pozostawiając w tym zakresie swobodę. Rozporządzenie zawiera jedynie ogólne wytyczne, które nie precyzują szczegółowych mechanizmów ochrony danych osobowych w poszczególnych branżach czy sektorach. Stąd wiele wątpliwości i obaw po stronie podmiotów w branży rekrutacyjnej – tłumaczy dr Mirosław Gumularz, radca prawny z GKK Gumularz Kozieł Kozik Radcowie Prawni.

W przepisach RODO przewidziano jednak możliwość stworzenia kodeksów postępowania dla poszczególnych branż, których celem jest doprecyzowanie postanowień rozporządzenia, szczególnie w zakresie rekomendacji środków technicznych i organizacyjnych służących realizacji wymogów RODO np. w zakresie bezpieczeństwa danych. Co ważne, zgodnie z RODO, stosowanie zatwierdzonych kodeksów postępowania będzie istotnym elementem dla stwierdzenia przestrzegania przez administratora ciążących na nim obowiązków.

Kodeks będzie cennym wparciem podmiotów w branży rekrutacyjnej

Zbliżające się zmiany sprawiły, że spółki z Grupy Pracuj tj. czołowy serwis pracy – Pracuj.pl oraz dostawca najczęściej wykorzystywanego narzędzia do rekrutacji – eRecruiter (inicjatorzy projektu), liderzy w branży HR, przy współpracy z GKK Gumularz Kozieł Kozik Radcowie Prawni (partner merytoryczny) postanowili udzielić wsparcia podmiotom branży rekrutacyjnej i opracować „Kodeks ochrony danych osobowych w rekrutacji”.

Jak mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl: Zmiany prawa, z którymi przyjdzie się zmierzyć wszystkim podmiotom związanym z rekrutacją pracowników, wywołują obecnie niemało emocji. Jesteśmy zdania, że wpłyną one pozytywnie na jakość i bezpieczeństwo przetwarzania danych osobowych, ale żeby tak się stało, trzeba się odpowiednio przygotować. Jako lider na rynku usług rekrutacyjnych poczuliśmy się w obowiązku odpowiedzieć na potrzeby rekrutujących, w tym również naszych Klientów i zainicjować dyskusję o podstawach działania w nowych realiach prawnych. Jesteśmy przekonani, że powstanie kodeks dobrych praktyk, który będzie wsparciem dla osób rekrutujących.

– Naszym celem jest wypracowanie dokumentu, który zidentyfikuje najistotniejsze problemy związane z przetwarzaniem danych osobowych na etapie rekrutacji i określi ich dozwolone ramy w obrębie regulacji ochrony danych osobowych. Mając na uwadze realia prowadzenia procesów rekrutacyjnych na polskim rynku chcemy, aby powstający kodeks uwzględniał także nowoczesne metody rekrutacji związane m.in. z wykorzystaniem profilowania czy biometrii, które w obecnej sytuacji również wywołują wiele emocji po stronie rekrutujących – dodaje Adam Wielebski, Dyrektor Sprzedaży w eRecruiter.

Zamierzonym efektem prac będzie zatwierdzenie dokumentu przez GIODO, co potwierdzi rangę prawną dokumentu.

Każdy ma szansę uczestniczyć w projekcie

Inicjatorom prac nad kodeksem zależy, aby dokument był efektem pracy szeroko rozumianej branży rekrutacyjnej, dlatego zachęcają do współpracy różne grupy zainteresowanych podmiotów. Zarówno organizacje zrzeszające przedsiębiorców – pracodawców, w tym w ramach branży rekrutacyjnej (fundacje, stowarzyszenia, etc.), jak i indywidualne osoby – specjalistów branży rekrutacyjnej – zainteresowane tworzeniem „konstytucji dla branży rekrutacji”.

Pierwsze spotkanie robocze planowane jest już w styczniu 2018 roku. Celem spotkania będzie określenie ram współpracy branży rekrutacji, stworzenie grup roboczych oraz harmonogramu prac. Wszystkie osoby zainteresowane wzięciem udziału w opracowywaniu tego dokumentu lub chcące monitorować postęp prac nad kodeksem, mogą zgłosić się za pośrednictwem strony www.RODOwrekrutacji.pl. Informacje o postępach prac będą systematycznie publikowane na stronie. Ze względów organizacyjnych o udziale indywidualnych podmiotów w spotkaniu organizacyjnym decydować będzie kolejność zgłoszeń.

Trendy w HR, czyli co teraz ma znaczenie w zarządzaniu zasobami ludzkimi

W ciągu najbliższych miesięcy aż 55% firm w Polsce planuje znaczący wzrost inwestycji w zarządzanie pracownikami – wynika z badania Deloitte „Trendy HR 2017. Zmiana zasad w erze cyfryzacji”.[i] Raport pokazuje, jakie wyzwania stoją przed liderami biznesu i HR w zmieniającym się otoczeniu społecznym, demograficznym, ekonomicznym i cyfrowym. – Podążanie za trendami to element niezbędny w osiąganiu sukcesu firmy – mówi Robert Strzelecki, wiceprezes ds. operacyjnych w TenderHut.

Cyfrowa rewolucja wkracza do działów HR

Robert Strzelecki, wiceprezes spółki TenderHut S.A.
Robert Strzelecki, wiceprezes spółki TenderHut S.A.

W miarę postępującej cyfryzacji, szefowie firm i działów HR powinni rozważyć zastosowanie przełomowych technologii, które mogą pomóc zaspokoić potrzeby kadrowe. Dane wskazują, że 56% firm modyfikuje programy kadrowe w taki sposób, by umożliwiały korzystanie z narzędzi cyfrowych i mobilnych, zaś 33% już korzysta z różnych form aplikacji opartych o sztuczną inteligencję, służących rozwiązywaniu problemów z zakresu HR.[ii] Dla przedsiębiorców każda innowacja, która pomoże w usprawnieniu działania ich firmy jest ważna. Większość pracowników to młodzi ludzie, których zarówno praca, jak i życie prywatne bazują na smartfonach, aplikacjach mobilnych i innych możliwościach, jakie daje im rozwijająca się nieustannie technologia. Nowością w polskich biurach jest aplikacja Zonifero, która pełni funkcję biurowego organizera. Jej pomysłodawcą i twórcą jest Robert Strzelecki, który z problemem organizacyjnym zetknął się we własnej firmie.  – Ludzie z jednego budynku, jeśli muszą załatwić coś w innym, czasami marnują nawet kilkadziesiąt minut, by dotrzeć do odpowiedniego pomieszczenia i znaleźć osobę, z którą chcą porozmawiać. Duże biurowce naprawdę mogą kojarzyć się z labiryntami.

Wykorzystując Zonifero można zobaczyć, gdzie kto siedzi, zarezerwować salę konferencyjną, znaleźć numery telefonów do współpracowników, wysłać informację, że potrzebujesz się pilnie z konkretną osobą skontaktować, czy nawet zgłaszać usterki lub pomysły na ulepszenie biura. To wszystko bardzo usprawnia codzienne funkcjonowanie w pracy – przekonuje Robert Strzelecki. Dla firm istotne jest, by iść z postępem technologicznym i dlatego by usprawnić działanie firmy coraz więcej rzeczy robimy on-line.

Budowanie organizacji przyszłości to priorytet

Zmiany technologiczne zachodzą w bardzo szybkim tempie, całkowicie przekształcając nasze życie, pracę i sposoby komunikowania się. Firmy również dostosowują się do tych zmian. Dla niemal 90% szefów działów HR i prezesów firm na całym świecie, budowanie organizacji przyszłości jest priorytetem. Wiele firm wdraża u siebie modele organizacji przedsiębiorstwa opierające się na coraz silniejszym trendzie pracy w sieci. – Biznes dziś robi się wirtualnie: spotkania on-line są coraz popularniejsze, bo nad jednym projektem czasem pracują specjaliści z kilku krajów. To, co parę lat temu wydawało się niemożliwe, dziś staje się codziennością – dodaje Strzelecki. Zdaniem Deloitte tylko 35% specjalistów HR uznaje, że poziom wydajności ich działów jest „dobry” lub „bardzo dobry”, a jedynie 11% respondentów wie, jak stworzyć organizację przyszłości. Warto jednak pamiętać, że nie wszystko opiera się na działaniach w sieci. Pracodawcy muszą brać pod uwagę, że istnieją pewne wymogi i standardy, które muszą spełnić, by ludziom pracowało się lepiej.

Co pod sufitem piszczy ?

Jak wynika z badań, w Polsce tylko 2% stanowisk w pracy spełnia standardy ergonomii, a niecała połowa spełnia te wymogi tylko częściowo.[iii] Badanie miało na celu uświadomić pracodawcom, że nieodpowiednie warunki pracy nie tylko pogarszają ich wizerunek, ale również narażają ich na koszty spowodowane zwolnieniami chorobowymi  oraz związaną z tym niższą wydajnością pracy.

Warto jednak zauważyć, że z roku na rok coraz więcej właścicieli firm i przedsiębiorców jest zainteresowanych tym tematem i widzi potrzebę dostosowania biur do wymogów prawnych z uwzględnieniem wysokich standardów wykończenia i wyposażenia. Rośnie świadomość, że poprawa komfortu pracy w biurze przyniesie widoczne efekty i przede wszystkim przełoży się na jakość wykonywanych zadań – mówi Paweł Gossa, prezes firmy INVESTCOVER, która zajmuje się realizacją projektów inwestycyjnych związanych z budową i modernizacją obiektów biurowych.

 Niewiele osób zdaje sobie sprawę na przykład z tego, że brak sufitów podwieszanych, z którymi coraz częściej spotykamy się w nowoczesnych biurach może generować problemy akustyczne związane z szumami wysokiej częstotliwości. Źródłem tych szumów jest duża ilość urządzeń technicznych montowanych pod sufitem typu fancoile, klimakonwektory, zawory ograniczające przepływ cieczy, czy też przepływ samego powietrza w kanałach wentylacyjnych. Kolejny problem związany jest z echem i pogłosem, których źródłem są odbijające się dźwięki od elewacji, powierzchni ścian w tym ścian szklanych, sufitów oraz twardego wyposażenia. Wszystkie te elementy, o ile nie zostaną podjęte odpowiednie kroki zapobiegawcze, mogą obniżać jakość środowiska pracy i przyczyniać się do problemów z koncentracją pracowników, zmniejszając tym samych ich efektywność w pracy. To tylko przykład, ale pokazuje, że o przestrzeni biurowej należy myśleć poczynając od najmniejszych detali. Stad też ze względu na złożoność całego procesu inwestycyjnego, a także wiele czynników mających bezpośrednie przełożenie na efekt końcowy wiele firm decyduje się powierzyć zadanie związane z zarządzaniem projektem modernizacji czy aranżacji biura profesjonalistom, którzy potrafią poskładać i połączyć wszystkie elementy tak by uzyskać zamierzony efekt w wyznaczonym czasie i budżecie – dodaje Paweł Gossa.

Efektywność zależy od zaplanowania przestrzeni

Jest  wiele czynników, które wpływają na jakość naszej pracy, jednak przestrzeń biurowa odgrywa tu kluczową rolę. Dziś klasyczne pomieszczenia z biurkami stają się pomału przeżytkiem – ludzie w biurze chcą czuć się swobodnie. Właśnie dlatego coraz częściej w biurach odchodzi się od tradycyjnych rozwiązań, na rzecz przestrzeni pobudzających kreatywność. Era open space’ów z przydzielonym każdemu pracownikowi biurkiem powoli ustępuje miejsca nowemu, bardziej mobilnemu modelowi biura, jakim jest Activity BasedWorking.[iv] Powierzchnia biurowa nie jest podzielona na pojedyncze stanowiska pracy, lecz na strefy przeznaczone do wykonywania konkretnych zadań. Pracownicy mają możliwość wybierania miejsca pracy zgodnie z zadaniem, nad którym aktualnie pracują. Sposób pracy jest więc elastycznie dopasowywany do ich potrzeb. Miejsce pracy wcale nie musi się więc składać z przydzielonego biurka z krzesłem. – W wielu firmach tworzone są przestrzenie do swobodnej komunikacji i rozmów, co jest ważne, ponieważ pracownicy lubią przedyskutować z kimś swój pomysł, poradzić się drugiej osoby, czy wymienić doświadczenia. Równie ważne są miejsca do spędzania wolnego czasu,  odpoczynku i przestrzeń, w której pracownicy będą mogli skupić się na pracy, tak, żeby nikt im nie przeszkadzał. Podział na strefy to naturalny kierunek, w który wynika z potrzeb zmieniającego się stylu pracy, dlatego coraz więcej przedsiębiorstw idzie za tym trendem – mówi Paweł Gossa.

„Constant feedback”

W najbliższym czasie działy personalne będą poświęcać dużo uwagi procesom związanym z tzw. „miękkim HR”. Jak się okazuje, według badania przeprowadzonego przez Deloitte, aż 58% menedżerów wyższego szczebla twierdzi, że tradycyjne metody zarządzania wydajnością nie zwiększają zaangażowania pracowników, ani ich efektywności. W związku z tym, roczne oceny pracownicze powoli odchodzą do lamusa, a ich miejsce zajmuje nowy trend – tzw. constant feedback. Jest to nowe podejście do zarządzania efektywnością, oparte na bezpośrednim i częstym kontakcie między pracownikiem i menedżerem, przy wykorzystaniu opinii innych współpracowników. Pozytywna informacja zwrotna przyczynia się do wzrostu motywacji, a co za tym idzie – zadowolenia z wykonywanej pracy. Konstruktywny feedback może być także siłą napędową do wprowadzenia zmian. Nowoczesne zarządzanie zasobami ludzkimi jest nieodzownym elementem składającym się na sukces firmy.

Trendy przodujące obecnie w HR, takie jak stosowanie przełomowych i innowacyjnych technologii, kształcenie i rozwój czy informacja zwrotna udzielana na bieżąco, mają ogromny wpływ na jakość pracy w przedsiębiorstwach i pracodawcy powinni o tym pamiętać.

  • [i]http://www.pulshr.pl/rekrutacja/trendy-hr-2017-polscy-przedsiebiorcy-skupiaja-sie-na-pozyskiwaniu-talentow,42266.html
  • [ii]https://businessinsider.com.pl/strategie/zarzadzanie/raport-deloitte-global-human-capital-trends-2017/htexrrp
  • [iii] https://www.ergotest.pl/
  • [iv] https://porady.pracuj.pl/activity-based-working-nowy-trend-w-biurach/

RPP wciąż gołębia

Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła głównych stóp procentowych NBP (stopa referencyjna: 1,50%).

Rada zdecydowała o obniżce do 0,50% stopy oprocentowania środków utrzymywanych jako rezerwa obowiązkowa w banku centralnym (co do zasady 3,5% depozytów: obecnie ok. 42 mld PLN oprocentowanych do końca roku na 1,35%). Zmiana ta miała wg deklaracji RPP charakter techniczny i doprowadzi do ujednolicenia oprocentowania środków składanych w NBP w formie transakcji depozytowych oraz tych utrzymywanych na rachunku rezerwy obowiązkowej (w części objętej wymogiem). Pozwoli ona NBP wygospodarować w przyszłym roku przynajmniej 360 mln PLN dodatkowego zysku (przy zał. niemalejącej stopy rezerwy i rosnącego poziomu depozytów). Jednocześnie jednak osłabi to rentowność banków w przyszłym roku, co w obliczu postępującego wzrostu wymogów regulacyjnych (wzrost bufora zabezpieczającego, wzrost wag ryzyka dla kredytów walutowych, wejście w życie MSSF 9 vs zastąpienie „4% bufora KNF” 3% buforem ryzyka systemowego) może się przełożyć na zacieśnienie ich akcji kredytowej.

Wymowa komunikatu pozostała gołębia. RPP podkreśliła w nim m.in. stabilny poziom wynagrodzeń i wyhamowanie dynamiki jednostkowych kosztów pracy w 3q17 oraz niebazowy charakter wzrostu inflacji (argumenty wspierające gołębie skrzydło). Podtrzymała też konkluzję, że bieżący poziom stóp sprzyja utrzymaniu zrównoważonego wzrostu i równowagi makroekonomicznej.

Podczas konferencji Prezes A. Glapiński ocenił, że bieżące dane wzmacniają jego przekonanie o potrzebie utrzymania stóp procentowych bez zmian do końca 2018r. W jego ocenie bieżąca bardzo dobra sytuacja makroekonomiczna Polski (zrównoważony wzrost, ożywienie inwestycji, brak napięć na rynku pracy, inflacja w celu NBP) potwierdza słuszność prowadzonej dotychczas przez RPP polityki i oznacza, że nie wymaga ona żadnych zmian. Deklaracja ta jest kwintesencją różnicy pomiędzy RPP a naszym postrzeganiem polityki pieniężnej. W naszej ocenie bieżąca bardzo dobra kondycja gospodarki jest w warunkach coraz bardziej rozgrzanego rynku pracy wskazaniem do stopniowego podnoszenia stóp procentowych, a nie argumentem za ich stabilizacją.

Istotnym elementem determinującym nastawienie RPP pozostaje kurs złotego. A. Glapiński podkreślił umocnienie polskiej waluty względem euro o 6% co – w jego ocenie – jest istotnym zacieśnieniem polityki pieniężnej.

Osiągnięcie przez stopę inflacji CPI celu NBP w listopadzie (najprawdopodobniej) nie przełożyło się na złożenie wniosków o podwyżkę stóp przez żadnego z jastrzębich członków Rady. Naszym zdaniem wynika to z oczekiwanego osłabienia inflacji na przełomie roku oraz wciąż niskiej dynamiki inwestycji. Wobec powyższego spodziewamy się, że pierwsze wnioski mogą się pojawić w 2q18 (po odbiciu inflacji od marca i dalszym przyspieszeniu inwestycji publicznych). Podwyżki stóp spodziewamy się natomiast dopiero pod koniec przyszłego roku.

Węgierska gospodarka wzrosła w 3q17 o 3,9% r/r wobec 3,3% r/r w 2q17, a jej wynik jest o 0,3 pkt. proc. wyższy niż wskazywał szacunek flash. Konsumpcja w sektorze gospodarstw domowych wzrosła o 4,7% r/r (vs. 4,8% r/r w 2q17), wspierana niewątpliwie przez bardzo dobrą sytuację na rynku pracy (szybki wzrost płac i niskie bezrobocie). Inwestycje już trzeci kwartał z rzędu odnotowały wzrost przekraczający 20% r/r, co jest związane z niską bazą z 2016r., kiedy (podobnie jak w Polsce) dopiero uruchamiano środki z nowej perspektywy finansowej UE. W gospodarce węgierskiej import rośnie wyraźnie szybciej niż eksport. W konsekwencji saldo wymiany z zagranicą ograniczyło roczną dynamikę PKB w 3q17 o 3,2 pp. W danych widać więc pogorszenie równowagi zewnętrznej gospodarki. W naszej ocenie bieżąca sytuacja w gospodarce nie uzasadnia dalszego luzowania polityki pieniężnej prowadzonego przez MNB.

Wzrost sprzedaży detalicznej w strefie euro wyhamował w październiku do 0,4% r/r z 4,0% r/r we wrześniu. Spowolnienie było oczekiwane i odzwierciedlało w głównej mierze niższe zakupy odzieży i obuwia w obliczu nietypowo wysokich temperatur, Rekordowe nastroje konsumentów w listopadzie sugerują, że sprzedaż odbije w kolejnych miesiącach, a konsumpcja pozostanie filarem wzrostu PKB.

Listopadowe odczyty indeksów nastrojów ISM wskazują na potencjał do wyższego niż odnotowywany przed sezonem huraganowym (ok. 180 tys.) wzrostu zatrudnienia w amerykańskim sektorze pozarolniczym.RPP wciąż gołębia

Źródło: PKO Bank Polski

Obligacje przychodowe powinny uzupełniać fundusze unijne w finansowaniu inwestycji samorządowych

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w trzecim kwartale tego roku jednostki samorządu terytorialnego przeznaczyły na inwestycje blisko 8 mld zł, czyli aż o 44 proc. więcej niż rok temu[1]. Tak duży wzrost był możliwy głównie dzięki uruchomieniu środków europejskich z perspektywy unijnej na lata 2014 – 2020. Zdaniem ekspertów Banku DNB, aby utrzymać lub wręcz przyspieszyć tempo inwestycyjne, władze samorządowe powinny w większym stopniu niż dotychczas korzystać z obligacji przychodowych.

Małgorzata Zielińska, Dyrektor Biura Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA
Małgorzata Zielińska, Dyrektor Biura Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA

W pierwszym kwartale tego roku nakłady inwestycyjne jednostek samorządu terytorialnego wyniosły 1,84 mld zł, a w drugim 4,1 mld zł. – Suma blisko 8 mld zł w III kwartale jest więc znacznie lepszym wynikiem w porównaniu do dwóch pierwszych kwartałów, a także do roku poprzedniego, w którym na skutek braku pieniędzy unijnych mieliśmy do czynienia ze znacznym spadkiem inwestycji – wyjaśnia Małgorzata Zielińska, Dyrektor Biura Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA.  – Wydatki inwestycyjne JST w okresie lipiec-wrzesień wzrosły rok do roku aż o 45 proc. – dodaje.

To przede wszystkim od dostępności środków unijnych uzależniona jest dynamika wzrostów inwestycyjnych w samorządach terytorialnych. Pokazują to dane Krajowej Rady Regionalnych Izb Obrachunkowych. Wydatki inwestycyjne JST w latach 2014 i 2015, czyli w ostatnich dwóch, w których wydawano pieniądze z poprzedniej perspektywy unijnej, wynosiły odpowiednio blisko 40 i ponad 37,2 mld zł, z czego środki unijne miały udział na poziomie 38,2 oraz 29,8 proc. Dla porównania, w ubiegłym roku, suma ta wynosiła nieco ponad 24,4 mld zł, z czego środki unijne miały udział jedynie w wysokości 6,9 proc.

Dane te pokazują, że inwestycje w samorządach są silne skorelowane z dopływem unijnych pieniędzy, a tym samym uzależnione od ich dostępności. Tymczasem władze samorządowe mają do dyspozycji inne narzędzia, dzięki którym mogą sfinansować zaplanowane przez siebie inwestycje i w sposób znacznie bardziej harmonijny realizować założone cele. Jednym z nich są obligacje przychodowe, które pozwalają zdywersyfikować źródło środków inwestycyjnych – mówi Małgorzata Zielińska.

Obligacje przychodowe, emitowane zazwyczaj na okres 10-15 lat, pozwalają sfinansować, m.in. projekty związane z gospodarką wodną, rozbudową transportu publicznego czy budownictwem komunalnym. Jako że nie wlicza się ich do wskaźnika zadłużenia samorządów, mogą one wspierać realizację regionalnych i lokalnych przedsięwzięć, niezależnie od innych instrumentów wykorzystywanych przez JST. Obligacje może wyemitować jedna gmina lub grupa jednostek samorządu terytorialnego, na przykład z sąsiadujących ze sobą, które chcą sfinansować wspólną inwestycję.

Przeprowadziliśmy pierwszą na polskim rynku emisję obligacji przychodowych dla gmin zrzeszonych w związku. Był to Wałbrzyski Związek Wodociągów i Kanalizacji, zrzeszający dziewięć gmin, który wyemitował obligacje przychodowe o wartości 107 mln zł. Pieniądze zostały przeznaczone na refinansowanie zadłużenia zaciągniętego na projekty wodno-kanalizacyjne – mówi Małgorzata Zielińska. Jak dodaje, do zalet obligacji należy również przejrzysta konstrukcja, gwarancja wypłacalności emitenta czy też mechanizm gromadzenia przychodów. – W przypadku obligacji przychodowych mamy także sporą elastyczność finansowania zarówno w zakresie kwot, jaki i terminów emisji oraz wykupu poszczególnych serii. Istotna jest także krótka procedura związana z pozyskaniem środków, czyli maksymalnie 30 dni od podjęcia uchwały w sprawie obligacji. Jest więc to rozwiązanie elastyczne i szybko dostępne – wyjaśnia Małgorzata Zielińska.

W latach 2005 – 2017 w Polsce jednostki samorządu terytorialnego wyemitowały obligację przychodowe na łączną kwotę ponad 1,5 mld zł. W ostatnich latach najaktywniejszą gminą pod tym względem jest Wałbrzych. – W najbliższych latach spodziewamy się, że popularność obligacji przychodowych będzie rosła i wartość tego typu emisji powinna sięgnąć kilku miliardów złotych. Są one bardzo atrakcyjnym produktem nie tylko na inwestycje, które przynoszą przychody z przedsięwzięcia, ale też i na inne inwestycje, na przykład drogi. W takiej sytuacji zabezpieczeniem transakcji jest przychód z innego przedsięwzięcia. Co ważne gminy, które mają obawy przed tego typu rozwiązaniem, mogą wziąć udział w bezpłatnych warsztatach dotyczących praktycznych aspektów emisji obligacji przychodowych – podsumowuje Małgorzata Zielińska.

[1] Ministerstwo Finansów, Departament Finansów Samorządu Terytorialnego, Wykonanie budżetów jednostek samorządu terytorialnego za 3 kwartały 2017 r., 2017.11.17

OPONEO.PL: 132 mln przychodów w listopadzie 2017

Rynek powoli traci cierpliwość do funta, złoty nie zmienia poziomów

Posiedzenie RPP nie przyniosło niespodzianek, a prezes NBP Glapiński powtórzył swoje przekonanie o utrzymaniu stóp procentowych bez zmian do końca 2018 r. Dla złotego to kolejny powód, by tkwić w miejscu zapatrzonym na sytuację na zewnątrz, gdzie także niewiele się dzieje. Dolar czeka na ustawę podatkową i rynek pracy, zamrażając w miejscu EUR/USD. W centrum uwagi jest funt targany brexitową sagą. Dziś w centrum uwagi decyzja Banku Kanady.

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopę referencyjną na 1,50 proc., a jedyną zmianą było obniżenie wysokości oprocentowania środków rezerwy obowiązkowej do 0,5 proc. z 1,35 proc. począwszy od 1 stycznia 2018 r. Rada tłumaczyła decyzję dalszym porządkowaniem narzędzi polityki pieniężnej. Obniżka po za tym, że jest niewielkim obciążeniem dla banków komercyjnych i poprawi zysk NBP o ok. 0,4 mld zł, nic nie zmienia w interpretacji nastawienia RPP. Jak oczekiwaliśmy, prezes Glapiński stwierdził, że ostatni zestaw danych z Polski (wysoki PKB, inflacja przy celu) w ogóle nie zmienił jego nastawienia i dalej spodziewa się on, że stopy nie będą zmieniane do końca 2018 r. Ryzyka przestrzelenia celu inflacyjnego zostały oddalone, gdyż za główny czynnik podwyższający inflację uznaje się wysokie ceny żywności i energii, za to inflacja bazowa pozostaje słaba. W rezultacie trudno oczekiwać, aby na rynku prędko obudziły się jastrzębie oczekiwania, które mogłyby wpłynąć na rynek walutowy i długu. EUR/PLN pozostaje zakotwiczony w przedziale 4,20-4,22 pozostawiony na pastwę czynników zewnętrznych. Trzymamy się zdania, że po ostatnich spadkach EUR/PLN jest wyprzedany bez siły do sforsowania na dobre 4,20 i z ryzykiem technicznego odejścia w stronę 4,23.

Brexitowa saga trwa i tym razem nie daje powodów do zadowolenia dla kupujących funta. W nocy artykuł The Telegraph uderzył w GBP wskazując na niestabilność rządu brytyjskiego. Boris Johnson i Michael Gove mają przewodzić rewolcie w rządzie Theresy May w obawie, że dąży ona do tzw. „łagodnego Brexitu”. Nie jest to pierwszy raz, kiedy nazwiska Johnsona i Gove’a pojawiają się w temacie sprzeciwu polityce May, to jednak informacja zyskuje na istotności na finiszu rozmów zamykających tegoroczną fazę negocjacji z UE. Od wczoraj nierozwiązanym problemem jest kwestia granic na wyspie Irlandii. Bruksela wyznaczyła koniec tego tygodnia jako ostateczny termin wykrystalizowania porozumienia, co daje nam jeszcze trzy dni na komunikaty, wypowiedzi, zwroty akcji itd. Rynek powoli traci cierpliwość do GBP.

Dziś po południu mamy decyzje Banku Kanady. Oczekujemy, że Bank Kanady poprzestanie w tym roku na dwóch podwyżkach stopy procentowej i dziś utrzyma stopę overnight na 1 proc. Choć kluczowe dane z gospodarki pozostają solidne, to jednak brak oznak przyspieszenia inflacji sugeruje ostrożny ton w odniesieniu do zmian polityki monetarnej. Ostatnio prezes Poloz twierdził, że potrzebuje czasu na ocenę wpływu dotychczasowych podwyżek na gospodarkę i powtórzenie tego w grudniowym komunikacie może zabrzmieć zbyt neutralnie dla jastrzębio nastawionego rynku. Rynek już wycenia pełną podwyżkę o 25 pb do marca 2018 r., co w mojej ocenie wydaje się za dużo. Podkreślenie w komunikacie czynników ryzyka (silna waluta, zadłużenie gospodarstw domowych, NAFTA) dla perspektyw gospodarczych byłoby kubłem zimnej wody na głowy posiadaczy długich pozycji w CAD, przynosząc silny odwrót po ostatnim rajdzie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Symulator wirtualnej rzeczywistości rozwinie umiejętności młodych chirurgów. Pozwoli na nauczenie się eksperymentalnej metody operowania bez pozostawiania blizn

Symulator wirtualnej rzeczywistości rozwinie umiejętności młodych chirurgów. Pozwoli na nauczenie się eksperymentalnej metody operowania bez pozostawiania blizn 1

Wirtualna rzeczywistość coraz śmielej wkracza na rynek medyczny. Stworzony przez Polaka symulator chirurgii endoskopowej pozwala szkolić młodych, niedoświadczonych lekarzy. To pierwsze tego typu urządzenie na świecie, które umożliwia przeprowadzenie symulacji zabiegu w eksperymentalnej technice chirurgii przez naturalne otwory ciała. W odróżnieniu od tradycyjnej endoskopii, zabiegi takie nie pozostawiają na ciele blizn. Szkolenie lekarzy na symulatorach zmniejsza ryzyko błędów lekarskich i ogranicza koszty.

Celem projektu NOViSE jest opracowanie symulatora wirtualnej rzeczywistości umożliwiającego lekarzom naukę chirurgii endoskopowej. Urządzenie jako pierwsze na świecie pozwala przeprowadzać symulacje eksperymentalnych operacji chirurgicznych w technice NOTES (Natural orifice transluminal endoscopic surgery), czyli chirurgii przez naturalne otwory ciała. Tego typu zabiegi nie pozostawiają zewnętrznych blizn na ciele pacjenta.

– Polega to na tym, że wprowadzamy giętki endoskop, np. przez gardło pacjenta, przebijamy żołądek od środka, aby dostać się do jamy brzusznej i wykonać procedury, które aktualnie wykonywane są laparoskopowo, czyli cholecystektomię – usunięcie pęcherzyka żółciowego czy appendektomię – wycięcie wyrostka robaczkowego. Przez to, że jest to wewnętrzna rana, to ona goi się dużo szybciej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Przemysław Korzeniowski z Imperial College w Londynie, lider projektu NOViSE.

Symulator NOViSE znajduje przede wszystkim zastosowanie w szkoleniu chirurgów. System oferuje w pełni kontrolowane, powtarzalne i przewidywalne środowisko szkoleniowe. Dzięki temu lekarze mogą zdobywać i doskonalić swoje umiejętności bez narażania zdrowia i życia pacjentów.

– Badania potwierdzają, że lekarze szkoleni na symulatorach operują szybciej, popełniają mniej błędów, co przekłada się z kolei na niższe koszty opieki zdrowotnej, ale nie tylko, takie symulatory mogą zostać użyte np. do planowania zabiegów chirurgicznych, w szczególności w neurochirurgii czy nawet opracowywania nowych metod i technik chirurgii, opracowywania nowych przyrządów chirurgicznych, a nawet – to bardzo przyszłościowe – do szkolenia autonomicznych robotów chirurgicznych – podkreśla dr Przemysław Korzeniowski.

NOViSE ma szansę znaleźć zastosowanie nie tylko w centrach szkoleniowych, lecz także w większych szpitalach. Symulator może bowiem być używany nie tylko do nauki, lecz także do rozgrzewki doświadczonego chirurga przed zabiegiem. Obecnie projekt jest w trakcie walidacji, trwają badania drugiego komercyjnego prototypu symulatora. Twórcy prowadzą już rozmowy z kilkoma firmami na temat jego komercjalizacji.

– Rzeczywistość wirtualna to środowisko, w którym możemy się czegoś nauczyć w wirtualnym środowisku i przenieść te umiejętności do świata realnego. Oczywiście cały czas rozwój i zwiększanie mocy komputerów sprawia, że symulatory są coraz bardziej realistyczne, obsługują coraz więcej procedur, ten efekt nauczania jest coraz lepszy – zauważa lider projektu NOViSE.

Jak wynika z danych Grand View Research, światowy rynek wirtualnej rzeczywistości w medycynie w ubiegłym roku osiągnął wartość ponad 568 mln dol. Według szacunków liczba ta w najbliższych latach może rosnąć w tempie blisko 30 proc. średniorocznie.

Specjalna bransoletka wielkości zegarka pomoże przewidzieć atak padaczki. Zmierzy także poziom stresu u dzieci z autyzmem

Specjalna bransoletka wielkości zegarka pomoże przewidzieć atak padaczki. Zmierzy także poziom <a title=stresu u dzieci z autyzmem" title="Specjalna bransoletka wielkości zegarka pomoże przewidzieć atak padaczki. Zmierzy także poziom stresu u dzieci z autyzmem" />

stresu-u-dzieci-z-autyzmem.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Bransoletka GSR to wynalazek, który może pomóc w diagnozie poziomu stresu u dzieci z autyzmem. Urządzenie mierzy odpowiedź psychogalwaniczną skóry, zatem wykrywa pojawiający się pot, wywoływany przez stresujące sytuacje. Zdaniem ekspertów dzięki takiej metodzie, w przyszłości możliwe będzie także przewidywanie ataków padaczki u osób z epilepsją.

– Obecnie mamy dwa kierunki zastosowania. Pierwszym jest kierunek medyczny, to zastosowanie wśród pacjentów z napadami padaczkowymi. Drugim jest kierunek, w którym będziemy chcieli diagnozować poziom stresu u dzieci podczas terapii i diagnostyki autyzmu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Soluch, prezes zarządu firmy Neuro Device Group.

Zasada działania bransoletki GSR opiera się na powiązaniu reakcji zachodzących w mózgu z obwodowym układem nerwowym. Dla przykładu, gdy zaczynamy się stresować, nasza skóra wydziela więcej potu. Ta ciecz jest wykrywana przez sensory w bransoletce, które mierzą tzw. odpowiedź psychogalwaniczną skóry. Dzięki temu jesteśmy w stanie oszacować poziom stresu.

– Kontakt z terapeutą jest dla dzieci na tyle szczególnym momentem, który warunkuje poziom stresu i jeżeli dziecko zbyt mocno się zestresuje, dzięki tej bransoletce terapeuta będzie wiedział, kiedy na chwilę wycofać się z takiego kontaktu – mówi Paweł Soluch z firmy Neuro Device Group.

Epilepsja jest czwartą pod względem częstotliwości występowania chorobą neurologiczną, dotykającą osób w każdym wieku. Jak wynika z danych Epilepsy Foundation, na całym świecie żyje z nią ok. 65 mln osób, w tym ok. 400 tys. Polaków. Jedna trzecia chorych zmaga się z niekontrolowanymi napadami padaczkowymi. Takim osobom wynalazek Neuro Device Group ma szansę pomóc i podnieść ich komfort życia.

– Są pewne teorie, hipotezy, które mówią o tym, że taki stres powiększa się na kilka minut przed nastąpieniem napadu padaczkowego. W związku z tym są próby zastosowania tego typu bransoletki wśród pacjentów z napadami padaczkowymi. Ta bransoletka miałaby przewidywać, czy taki napad się za chwilę pojawi i alarmować zarówno samego pacjenta, jak i opiekuna o zaistnieniu takiego faktu – twierdzi ekspert.

Twórcy bransoletki GSR proponują również jej wykorzystanie do pomiaru stresu u pracowników i reakcji na wypalenie zawodowe. Pracodawcy mogliby jemu zapobiegać dzięki systemowi, który zbierałby dane dotyczące poziomu stresu zatrudnionych wraz z informacjami płynącymi z ankiet.

– Bransoletka może też mierzyć poziom zaangażowania, czyli chęci wykonania jakiejś pracy na najwyższym poziomie. Tego typu pomiary można stosować również w treningach zawodów, które wymagają bardzo dużej uwagi w wykonywaniu, jak np. lekarz, kontroler lotów czy pilot – zauważa Paweł Soluch.

Podczas treningu będzie możliwe określenie elementów, które danej osobie sprawiają najwięcej trudności. Dzięki temu proces szkolenia będzie można zindywidualizować tak, aby przyszły pracownik był jak najbardziej wydajny i efektywny.

Historia bransoletki GSR sięga 2011 roku, kiedy jej twórcy przygotowali dla Szkoły Policyjnej w Szczytnie odpowiednik wykrywacza kłamstw, zamknięty w niedużej obudowie, która umożliwiała jego noszenie przez cały czas. Pierwszy prototyp nie był tak poręczny jak obecnie, ale dzięki niemu trener mógł analizować poziom stresu u policjanta podczas treningu i dobierać poziom trudności wykonywanych przez funkcjonariusza zadań.

Aktualnie wynalazek Neuro Device znajduje się w fazie testów. Urządzenie powinno być dostępne na rynku w III kwartale 2018 roku.

W Polsce powstanie trzecia co do wielkości sieć badawcza w Europie. Prace będą prowadzone na zlecenie przedsiębiorców

W Polsce powstanie trzecia co do wielkości sieć badawcza w Europie. Prace będą prowadzone na zlecenie przedsiębiorców 2

W pierwszym kwartale 2018 roku zacznie działać Sieć Badawcza Łukasiewicz. W jej skład wejdzie ponad trzydzieści polskich jednostek naukowych. Będzie to trzecia co do wielkości sieć badawcza w Europie. Celem projektu jest lepsze i efektywniejsze wykorzystanie potencjału instytutów badawczych w Polsce. Badania w ramach sieci będą prowadzone na zlecenie przedsiębiorców.

– Sieć Badawcza Łukasiewicz to pomysł na stworzenie systemu, w którym zdecydowanie lepiej, efektywniej wykorzystamy potencjał prawie 1/4 polskich instytutów badawczych, to kilkanaście tysięcy pracowników naukowych, którzy są specjalnie po to, żeby prowadzić badania na zlecenie przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Sieć badawcza Łukasiewicz będzie działała w ramach aktualnie działających instytutów badawczych. Powstanie jednak Centrum Sieci Badawczej Łukasiewicz, które będzie pełniło rolę zarówno wspierającą instytuty, jak i promującą je na zewnątrz. Powołanie Sieci Łukasiewicz ma w zdecydowany sposób poprawić cały system funkcjonowania innowacji w Polsce. Do tej pory był on rozdrobniony, a poszczególne instytuty rywalizowały ze sobą zamiast współpracować przy projektach o charakterze ponadlokalnym. Od przyszłego roku ma się to zmienić.

– Bierzemy to wszystko do jednej organizacji, pozostawiamy autonomię instytutom, ale mówimy: głównym celem sieci jest nagradzanie tych, którzy potrafią budować projekty nie we własnym instytucie, lecz wspólnie z innymi instytutami. Tylko projekty, które będą ponadinstytutowe, są projektami, których skala jest tak duża, że jest interesująca dla biznesu i jest w stanie się przebić także na arenę międzynarodową – informuje wiceminister nauki dr Piotr Dardziński.

Sieć Badawcza Łukasiewicz skonsoliduje aktualnie nadzorowane przez ministra rozwoju instytuty badawcze oraz kilka instytutów Ministerstwa Cyfryzacji i Ministerstwa Energii. Dzięki temu powstanie – według wiceministra – trzecia pod względem wielkości, po niemieckiej i francuskiej, sieć badawcza w Europie.

– To kilkanaście tysięcy pracowników naukowych, którzy są po to, żeby prowadzić badania na zlecenie przedsiębiorców, więc naukowcy powinni cały czas słuchać, obserwować, oglądać, co dzieje się w gospodarce, i trochę wyprzedzać procesy gospodarcze, ale zdecydowanie bardziej być zorientowanymi na produkty, technologie, a nie na publikacje – mówi dr Piotr Dardziński.

Powołanie sieci ma usprawnić komunikację pomiędzy przedsiębiorcami a instytutami badawczymi. Przedstawiciel firmy będzie mógł przyjść do Centrum Łukasiewicza, które koordynuje prace instytutów, i zwrócić się o pomoc przy swoim projekcie.

– Powie nam: mam takie potrzeby, takie problemy, poszukuję takich rozwiązań, proszę powiedzieć, czy jesteście w stanie to zrobić. Ponieważ Łukasiewicz dysponuje portfolio kompetencji, które są zawarte w pracownikach trzydziestu pięciu instytutów, a także infrastruktury, która jest zawarta w ponad trzydziestu pięciu instytutach, jest w stanie przygotować ofertę, która obejmuje wszystkie elementy: badania, budowanie prototypowania, certyfikowanie, na końcu być może także doradzania w obszarze budowania modeli biznesowych – mówi podsekretarz stanu w MNiSW.

Jak wynika z raportu opracowanego przez Najwyższą Izbę Kontroli, polskie instytuty naukowe nie wykorzystują w pełni swojego potencjału badawczego. W znikomym stopniu prowadzą też działalność wdrożeniową, a ta jest ich ustawowym obowiązkiem. W Polsce jedynie 20 proc. opatentowanych wynalazków znajduje zastosowanie w praktyce. Natomiast w krajach wysoko rozwiniętych wykorzystanie mniej niż połowy uzyskanych patentów uważa się za nieefektywne.

Wybór patrona sieci nie jest przypadkowy. Ignacy Łukasiewicz, wynalazca lampy naftowej i twórca przemysłu naftowego, nie tylko dokonał przełomowego odkrycia, lecz także zbudował przemysł z nim związany.

– O ile wszyscy znają Łukasiewicza jako odkrywcę, o tyle zdecydowanie mniej ludzi wie, że Łukasiewicz oprócz tego był bardzo zamożnym człowiekiem, który dzielił się swoim bogactwem z innymi – dodaje dr Piotr Dardziński.

Projekt ustawy dotyczącej powołania Sieci Łukasiewicz ma trafić do Sejmu jeszcze w tym roku. Nowe prawo powinno wejść w życie w pierwszym kwartale 2018 roku.

Szyfrowanie najskuteczniejszym sposobem na zabezpieczenie danych

Duże korporacje dysponują z reguły znacznym budżetem i zespołem specjalistów, który może pozwolić sobie na podjęcie procesu analizy i wypracowanie decyzji, która pozwoli na wdrożenie strategii działania przedsiębiorstwa w zakresie cyberbezpieczeństwa. Inaczej jest w przypadku obywateli. Ostatnio dużym problemem był Ransomware – oprogramowanie, które w celu osiągnięcia korzyści i wymuszenia okupu szyfruje dane na dyskach. Można zabezpieczyć się przed tym szyfrując je samemu. W ten sposób nie traci się poufności danych. Jest to jeden z trzech czynników bezpieczeństwa, obok integralności i dostępności. Użytkownik może wskazać, jakie dane stanowią dla niego szczególną ważność. Polscy policjanci wskazują, że w kwestii cyberprzestępczości bardzo dużym problemem jest prywatność i przejmowanie danych osobowych. To szczególny kapitał, który powinien być chroniony.

– Istnieje wiele popularnych portali internetowych, które pomagają zdobyć wiedzę w tym zakresie. Wymaga to jednak zaangażowania. Trzeba śledzić trendy i czytać najnowsze informacje na ten temat, a źródeł wiedzy jest coraz więcej. Jest to konieczne, jeżeli chcemy być bezpieczni – powiedział serwisowi eNewsroom Artur Szachno, ekspert UseCrypt – Należy stosować rozwiązania, do których mamy zaufanie i nie zostały skompromitowane. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak dużo unikalnych danych jest produkowanych za pomocą urządzeń cyfrowych i na nich zapisywanych. Najlepiej zapisywać jej w chmurze, ale żeby tam były bezpieczne – powinny być zaszyfrowane. Jednym z rodzimych rozwiązań, które chroni dane, jest program kryptograficzny UseCrypt. Aplikacja ta pozwala na bezpieczne archiwizowanie, przechowywanie i udostępnianie danych na urządzeniach lokalnych oraz w chmurach. To elastyczne rozwiązanie przeznaczone dla indywidualnych użytkowników, małych i średnich firm, ale także odpowiednie do wdrożenia w dużych korporacjach. Z UseCrypt korzystają już biura rachunkowe, kancelarie prawne, administracja publiczna, a nawet szpitale – dodał Szachno.

W przyszłości Twoje dziecko będzie wykonywało zawód, który jeszcze nie istnieje. Jak je do tego przygotować?

65% obecnych uczniów szkół podstawowych będzie realizowało profesje, które dopiero powstaną w odpowiedzi na potrzeby dynamicznie zmieniających się realiów. Jednak niezależnie od wyboru kierunku studiów, kluczowa stanie się umiejętność ciągłego oduczania się zdobytych wcześniej kompetencji i uczenia nowych rozwiązań. To będzie dotyczyło większości branż, także spoza obszaru nowych technologii. Ponadto, rynek pracy będzie wymagał od liderów sprawnego zarządzania zespołami rozproszonymi po całym świecie. Do tego potrzebna okaże się zdolność organizowania działań i sprawowania kontroli na odległość.

Wśród najbardziej potrzebnych profesji są dziś zawody, które powstały dopiero w ciągu ostatnich 10 lat. Zaistniały m.in. wraz z rozwojem takich dziedzin, jak Big Data (w uproszczeniu – duże zbiory informacji), Business Intelligence (analityka biznesowa), AI (sztuczna inteligencja) czy Machine Learning (samouczenie się maszyn). Przykładem jednej z takich specjalności może być Data Engineer. Jego praca może polegać m.in. na zbieraniu szerokich danych i przygotowywaniu ich do obróbki. Zakres obowiązków bywa różny w zależności od firmy i jej potrzeb.

– Bezpieczeństwo informacji, rozwiązania chmurowe, programowanie, nanotechnologia, biotechnologia i automatyka to obszary, w których będzie powstawało coraz więcej nowych specjalizacji. Technologia będzie górowała nad resztą dziedzin, ale nie skończy się zapotrzebowanie na humanistów. Niektóre profesje zostaną dostosowane do potrzeb zmieniającej się rzeczywistości. Przykładem tego już dziś może być rozwój psychologii zachowań w sieci. Na pewno też nie stracą na znaczeniu studia biznesowe – mówi Izabela Bartnicka, Senior Consultant z międzynarodowej firmy rekrutacyjnej Hudson.

Dynamiczny postęp będzie zmuszał ludzi do ciągłego zmieniania ich schematów myślenia. Potrzebne będą otwarte umysły, nie tylko na nowości technologiczne. W innych dziedzinach, np. w medycynie czy w kosmetologii, też będą pojawiały się odkrycia. Konieczne okaże się efektywne wdrażanie nieznanych dziś wzorców postępowania zarówno w handlu, usługach, edukacji, jak i w wielu innych sektorach. Chcąc przygotować swoje dziecko do takich wymagań przyszłości, warto szukać dla niego zajęć lub ćwiczeń rozwijających umiejętność przetwarzania informacji, wnioskowania i argumentacji logicznej.

– W przyszłości bardzo istotne będzie szybkie nabywanie nowych umiejętności, odpowiednich dla każdej specjalizacji, a przede wszystkim sprawne oduczanie się i uczenie się na nowo. Te kompetencje wielu badaczy wskazuje jako najistotniejsze dla pracowników, bez względu na branżę i specjalizację. Jest to związane z tym, że świat i wiedza o nim będą zmieniały się coraz szybciej – przekonuje Izabela Bartnicka.

Według raportu The World Econimics Forum – The future of Jobs, wiedza, jaką dziś zdobywają studenci uczelni technicznych podczas pierwszego roku nauki, aż w 50% przestaje być aktualna, gdy kończą oni studia. To, właśnie obrazuje, jak ważna staje się już dziś elastyczność intelektualna. Krytyczne myślenie i umiejętność rozwiązywania złożonych problemów przydadzą się w każdym zawodzie. Posyłając dziecko na studia, można poradzić mu, aby wybierało zajęcia oparte na pracy projektowej. Warto by brało udział w dyskusjach i debatach.

– Lider przyszłości będzie musiał poradzić sobie z dużą ilością danych. Absolutnie nie chodzi o naukę pamięciową, jaka wciąż jest obecna w szkołach. W celu przechowywania informacji człowiek będzie miał do dyspozycji m.in. sztuczną inteligencję. Dla przywódcy najważniejsze stanie się łączenie różnych komunikatów i wyciąganie z nich wniosków. Dane w biznesie będą służyć nie tyle raportowaniu tego, co już się wydarzyło, ale przewidywaniu np. zagrożeń – stwierdza Izabela Bartnicka.

W związku z tym, warto uczyć dziecko samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na własne pytania i odróżniania opinii od faktów. Oczywiście to nie wystarczy, aby odniosło sukces w dorosłym życiu. Jak twierdzi ekspert, z czasem coraz więcej osób będzie chciało wykonywać pracę zdalną z dowolnego miejsca na świecie i osobiście zarządzać swoim czasem. To będzie wymagało odnalezienia się w tzw. środowisku pracy poza nią, co oczywiście nie będzie łatwe. Osoby zarządzające zespołami będą musiały nauczyć się projektować współpracę rozproszonych specjalistów. I to okaże się dla nich sporym wyzwaniem.

Prezenty dla pracowników a podatek

Święta Bożego Narodzenia tuż, tuż i wielu pracodawców myśli o obdarowaniu swoich pracowników prezentami. Należy przy tym pamiętać, że stanowią one świadczenie rzeczowe i podlegają opodatkowaniu na takich samych zasadach jak wynagrodzenie. Oczywiście są pewne wyjątki…

Po pierwsze podatku nie trzeba odprowadzać od prezentów mających wymiar symboliczny, np. kwiatów, statuetek, medali. Podobnie jest w przypadku upominków, które zatrudnieni będą wykorzystywać w pracy, takich jak kalendarze czy notatniki. Trzecim rodzajem prezentów nieobjętych opodatkowaniem są te finansowane z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych (ZFŚS). Musi jednak zostać spełnionych kilka warunków.

Przede wszystkim zakup takich prezentów nie może naruszać przepisów regulaminu ZFŚS. Poza tym upominki dla poszczególnych pracowników powinny mieć różną wartość, w zależności od ich sytuacji materialnej. Wreszcie wartość prezentów finansowanych z ZFŚS nie może przekraczać rocznego limitu zwolnienia. „Obecnie wynosi on 380 zł […]. Od nowego roku wzrośnie do 1000 zł” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Małgorzata Samborska, doradca podatkowy w firmie Grant Thornton.

Systemy ogrzewania stają się coraz bardziej inteligentne. Mogą obniżyć rachunki o 30 procent

Systemy ogrzewania stają się coraz bardziej inteligentne. Mogą obniżyć rachunki o 30 procent 3

Zmniejszenie temperatury wewnątrz mieszkania o 1 stopień Celsjusza oznacza rachunki za ogrzewanie niższe o 6 proc. Dzięki rozwiązaniom z obszaru smart home takie sterowanie systemami ogrzewania staje się proste i dostępne dla każdego. Urządzenia, które umożliwiają kontrolowanie ogrzewania za pośrednictwem specjalnej aplikacji w smartfonie, mogą się przełożyć na znaczne oszczędności w rachunkach, sięgające nawet 30 proc. rocznie. Szansę w tym widzi firma innogy Polska, która we współpracy z duńską firmą Danfoss wprowadza do oferty usługę inteligentnego ogrzewania polegającą na najmie termostatów sterujących na grzejniki.

 Systemy ogrzewania zdecydowanie zmierzają w kierunku digitalizacji. Wykorzystujemy najnowsze technologie, które możemy łączyć z aplikacjami na smartfony. Inteligentne ogrzewanie polega na tym, że możemy zoptymalizować warunki panujące wewnątrz pomieszczeń, jednocześnie obniżając rachunki za ogrzewanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Jędrzejczak, prezes zarządu Danfoss Poland.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie francuskiej firmy Somfy, prawie dwie trzecie Polaków deklaruje zainteresowanie inteligentnymi rozwiązaniami typu smart home. Więcej niż połowa uważa, że w ciągu najbliższych lat każdy będzie mógł sterować domowymi urządzeniami z poziomu smartfona lub tabletu.

Systemy typu smart home, czyli inteligentne rozwiązania dla domu, są coraz częściej poszukiwane przez klientów. Te najpopularniejsze dotyczą bezpieczeństwa, sterowania oświetleniem, telewizją i dźwiękiem, inteligentnego sprzętu AGD czy zarządzania klimatyzacją i ogrzewaniem. innogy Polska chce wpisać się w ten trend. Firma nawiązała współpracę z Danfoss, duńskim liderem w dziedzinie ogrzewania, i wprowadziła usługę Inteligentne Ogrzewanie, która obejmuje najem termostatów sterujących na grzejniki.

– Dotychczas innogy promowała, sprzedawała i wynajmowała produkty z zakresu inteligentnej energii elektrycznej – oświetlenie LED oraz inteligentne gniazdka. Teraz wspólnie stworzyliśmy dla klientów ofertę, która pozwala na zaoszczędzenie do 30 proc. na kosztach ogrzewania poprzez stosowanie termostatów Danfoss. Są one dostępne dla klientów innogy od 1 grudnia – wyjaśnia Janusz Moroz, członek zarządu innogy Polska.

Klienci indywidualni innogy będą mogli korzystać z dwóch rodzajów produktów z obszaru smart heating. Pierwszy to Danfoss Eko, który pozwala na sterowanie ogrzewaniem mieszkania poprzez Bluetooth. Drugi – przeznaczony do większych powierzchni – jest oparty na sterowaniu sygnałem wi-fi, dzięki czemu użytkownik może otwierać i zamykać zawory Danfoss za pomocą aplikacji na telefonie komórkowym.

– Nasze rozwiązanie jest skierowane właściwie do wszystkich – do osób mieszkających w apartamentach, budynkach wielorodzinnych i w domach jednorodzinnych, ponieważ działa na grzejnikach, ale może też być zintegrowane na przykład z ogrzewaniem podłogowym – mówi Adam Jędrzejczak.

Termostaty są proste w instalacji, gotowe do działania w ciągu minuty i kompatybilne z większością zaworów grzejnikowych. Największą korzyścią inteligentnego ogrzewania mają być oszczędności, sięgające nawet 30 proc. w skali roku.

– Oszczędności mogą być bardzo duże, w zależności od wielkości mieszkania i typu ogrzewania. Oferta będzie pozwalać na wynajem termostatów od 4,90 zł miesięcznie przez okres 3 lat. Po tym czasie klient będzie mógł je otrzymać za symboliczną złotówkę. Przy małym koszcie miesięcznym, można uzyskać znaczne oszczędności na ogrzewaniu – mówi Janusz Moroz.

Pracownicy Poczty Polskiej dostaną w tym roku drugą podwyżkę. Spółka na wynagrodzenia przeznacza rocznie ponad 4,2 mld zł

Pracownicy Poczty Polskiej dostaną w tym roku drugą podwyżkę. Spółka na wynagrodzenia przeznacza rocznie ponad 4,2 mld zł 4

Druga w tym roku podwyżka wynagrodzenia to efekt podpisanego właśnie porozumienia zarządu Poczty Polskiej ze związkami zawodowymi. W ciągu ostatnich miesięcy pensje osób najmniej zarabiających wzrosły w spółce o 520 zł, a od maja obowiązuje także nowy system premiowania. Tylko w tym roku Poczta Polska przeznaczy na wynagrodzenia dla swoich 80 tys. pracowników ponad 4,2 mld zł, czyli o ponad 500 mln zł więcej niż w ubiegłym.

Poczta Polska jest największym w Polsce pracodawcą, który zatrudnia niemal 80 tys. pracowników, z czego około 23 tys. to listonosze.

– Pierwsza od ośmiu lat podwyżka wynagrodzeń pracowników była w zeszłym roku. W tym również zarząd podniósł wynagrodzenia. Trzeba pamiętać o tym, że w Poczcie Polskiej pracuje blisko 80 tys. pracowników. Podwyżka o chociażby 100 zł to dla spółki koszt blisko 12 mln zł w skali miesiąca. Rocznie daje to ponad 144 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Siwek, rzecznik prasowy Poczty Polskiej. 

Największa część kosztów bieżącej działalności spółki – około 70 proc. – to koszty pracy. Spółka zatrudnia na podstawie umów o pracę. W 2016 pocztowcy otrzymali podwyżki wynagrodzeń zasadniczych o 250 zł. Od maja otrzymują regularnie wypłacaną na nowych zasadach premię, a po czerwcowej i właśnie wynegocjowanej podwyżce osoby najmniej zarabiające dostają ok. 520 zł więcej miesięcznie.

Dodatkowo każdy pracownik może otrzymać premię, nawet 954 zł licząc kwartalnie. Osoby, które przepracują w firmie co najmniej rok, otrzymują w październiku premię roczną, a po trzech latach – dodatek stażowy. Jego wysokość rośnie o 1 proc. z każdym kolejnym rokiem pracy, aż do 20 proc. wynagrodzenia zasadniczego.

Średnie wynagrodzenie całkowite dla pracowników eksploatacji (m.in. listonosze, pracownicy obsługi klienta, pracownicy sortowni, pracownicy ochrony, kierowcy) wynosi po tegorocznych podwyżkach 3625 zł. Zarobki mają dalej wzrastać, jeżeli spółce uda się doprowadzić do zwiększenia dochodów. Cel to wyrównanie miesięcznych wynagrodzeń do poziomu średniej krajowej.

W tym roku przeznaczyliśmy 116 mln zł na podwyżki. Całkowity budżet na wynagrodzenia dla pracowników Poczty Polskiej to aż 4 mld zł rocznie. To kwota, którą musimy zarobić. W tym roku zwiększyliśmy sprzedaż paczek, dynamicznie rozwija się rynek KEP. Mamy duży wzrost w e-commerce, bo Polacy robią coraz więcej zakupów internetowych. Dzięki temu przychody Poczty Polskiej wzrosły i zarząd mógł zdecydować o podwyżkach – podkreśla Justyna Siwek. 

E-commerce i rynek paczkowo-logistyczny to dwa główne obszary, na które Poczta Polska postawiła w swojej nowej strategii na lata 2017–2021. Plan zakłada, że przychody z obsługi korespondencji będą spadać, za to wzrosną przychody z tytułu KEP (przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczkowe) – z obecnych 14 proc. do poziomu 27 proc. w 2021 roku. Prognozy spółki zakładają, że do tego czasu jej całkowite przychody sięgną już 6,9 mld zł (wzrost o 25 proc. z obecnych 5,5 mld zł).

Umocnienie pozycji Poczty Polskiej w obszarze e-commerce będzie wymagać sporych inwestycji. Spółka ma w planach m.in. budowę Centralnego Hubu Logistycznego, rozbudowę infrastruktury i systemów informatycznych. Ważnym aspektem ma być poprawa warunków pracy pocztowców. Inwestycje w zakup sorterów, wózków widłowych i skanerów, które planuje spółka, przełożą się na usprawnienie procesów i zmniejszenie ilości pracy fizycznej.

Dla Poczty Polskiej i jej rozwoju ważne są dwie sprawy. Po pierwsze, inwestycje w ludzi, czyli stały wzrost wynagrodzeń pracowników. Równie ważne są także inwestycje w infrastrukturę. Musimy wymieniać flotę samochodów, kupować maszyny, nowoczesne sortery, które obsłużą rosnące wolumeny paczek. Wszystkie te decyzje muszą być zrównoważone i zbilansowane – podkreśla Justyna Siwek.

Zgodnie z nową strategią Poczty Polskiej inwestycje mają się przełożyć na wzrost przychodów, co umożliwi wzrost wynagrodzeń. Po trzech kwartałach tego roku kondycja finansowa spółki jest stabilna. Kluczowy jest dla niej ostatni, czwarty kwartał roku i okres przedświąteczny.

W związku z okresem przedświątecznym Poczta Polska szuka w tej chwili pracowników sezonowych. W tym roku zwiększyliśmy łączne zatrudnienie o ponad 2,5 tys. pracowników. Teraz dodatkowo szukamy tysiąc osób, które pomogą naszym stałym pracownikom w przedświątecznym szczycie, kiedy liczba przesyłek jest największa – mówi rzeczniczka spółki.

Szczyt przedświąteczny to dla Poczty Polskiej najgorętszy i najtrudniejszy okres w całym roku. Już w październiku spółka dostarczyła o 116 proc. paczek więcej. Ponieważ zakupy prezentów przez internet cały czas zyskują na popularności, liczba przesyłek nadanych w tym roku może pobić wszystkie dotychczasowe rekordy. Dlatego Poczta Polska intensyfikuje działania, a jej pracę koordynuje całodobowe centrum monitoringu. Od 25 listopada w Warszawie paczki są doręczane do klientów również w soboty, a w grudniu taka opcja została też wprowadzona w innych miastach.

TVP ponownie stawia na Zakopane. J. Kurski: To będzie sylwester z przytupem

TVP ponownie stawia na Zakopane. J. Kurski: To będzie sylwester z przytupem 5

Sylwester Marzeń z Dwójką ponownie zawita do Zakopanego. Po ubiegłorocznym koncercie, który przyciągnął 50 tys. publiczności na żywo i średnio 3,5 mln przed telewizorami, TVP liczy na powtórkę sukcesu. – To będzie sylwester z przytupem – zapewnia prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Mają to zapewnić różnorodni artyści polscy i zagraniczni, których TVP zaprosiło do współpracy. Wśród nich są Zenek Martyniuk, Margaret, Maryla Rodowicz, Ania Dąbrowska, Kombi, Thomas Anders z Modern Talking czy duet Filatov & Karas.

Zakopane to magiczne miejsce, jedyne w swoim rodzaju, w którym może się odbyć narodowy sylwester, ponieważ 150 tys. ludzi przyjeżdża do tego miasta. Każda polska gmina, każdy powiat, każde miasto jest tutaj reprezentowane przez turystów. Każdy chciałby chociaż raz w życiu spędzić sylwestra w Zakopanem. Dzięki TVP będzie to możliwe. Plejada fantastycznych wykonawców, polskich i zagranicznych, sprawi, że to będzie sylwester z przytupem, bombowy, wystrzałowy – mówi agencji Newseria Jacek Kurski, prezes zarządu Telewizji Polskiej.

Ubiegłoroczny Sylwester z Dwójką okazał się hitem stacji. Koncert oglądało ok. 50 tys. osób na żywo oraz 3,5 mln widzów. To największa grupa z 13 mln Polaków, którzy spędzili ten wieczór przed telewizorami. W czasie noworocznego toastu oglądalność wzrosła do 4,2 mln Polaków, a występ Zenona Martyniuka obejrzało 5 mln osób.

W tym roku TVP liczy na podobny sukces. Gwiazdora disco polo nie zabraknie wśród tegorocznych artystów. Na zakopiańskiej scenie pojawią się również takie gwiazdy polskiej sceny muzycznej jak Maryla Rodowicz, Kombi, Urszula, Krzysztof Cugowski i Wanda Kwietniewska oraz Bayer Full. Młode pokolenie będzie reprezentowane przez Red Lips, Michała Szpaka i Martę Gałuszewską – zwyciężczynię ostatniej edycji „The Voice of Poland”, a także Margaret.

Zaśpiewamy piosenki znane i lubiane. Oprócz tego będę się starała przemycić piosenki nieznane, ale za to lubiane i znane przeze mnie. Nie wiem, czy reżyser się zgodzi, więc zobaczymy. Ponieważ w tym roku wydałam swój drugi album „Monkey business”, chciałabym się podzielić z widzami tym albumem i tym wydarzeniem, które było dość istotne w tym roku – mówi Margaret.

TVP zaprosiło także gwiazdy zagraniczne. Największe swoje przeboje zaśpiewają Thomas Anders z Modern Talking, Limahl, Eruption, United Nations czy duet Filatov & Karas.

Imprezę poprowadzą Rafał Brzozowski i Izabella Krzan, prowadzący teleturnieju „Koło fortuny”, który po wielu latach wrócił na antenę TVP2.

– Będzie to dla mnie podwójna rola, ponieważ będę współprowadzącym razem z Izą Krzan, dla której to jest debiut telewizyjny podczas tak dużej imprezy na żywo. Nasza współpraca w programie idzie nam coraz lepiej, więc myślę, że da się tę energię z programu przenieść później na scenę. Oprócz tego będę śpiewał swoje piosenki i fragmenty największych tegorocznych przebojów – mówi Rafał Brzozowski.

Prowadzącą parę wesprą bardziej doświadczeni w takich imprezach koledzy: Tomasz Kammel i Barbara Kurdej-Szatan.

Ja również zaśpiewam podczas koncertu duet z moim mężem Rafałem Szatanem – mówi Barbara Kurdej-Szatan. – To będzie miks różnych utworów, ale nie zdradzę jakich, niech to będzie niespodzianka. Na pewno dobraliśmy takie, żeby rozkręcić publiczność.

Jak podkreślają prowadzący, koncert z pewnością przyciągnie rzeszę telewidzów, bo stacja stawia na najpopularniejsze hity, przy których w tym roku bawiła się cała Polska.

Chcemy stworzyć dobrą atmosferę przed sceną po to, żeby ją przenieść przed telewizory – jeżeli publiczność oglądająca sylwestra będzie widziała, że my się dobrze bawimy na miejscu, to na pewno będzie się to udzielało również w domach – podkreśla Rafał Brzozowski.

98 proc. czterolatków ma niedobory witaminy D w diecie, natomiast 50 proc. spożywa zdecydowanie za mało wapnia

98 proc. czterolatków ma niedobory witaminy D w diecie, natomiast 50 proc. spożywa zdecydowanie za mało wapnia 6

Dieta polskich przedszkolaków jest uboga w wapń i witaminę D – wynika z ogólnopolskiego badania nad zawartością wapnia i witaminy D w dietach dzieci w wieku 4 lat. Eksperci podkreślają, że są to składniki kluczowe dla prawidłowego rozwoju kości, zębów oraz układu odpornościowego. Dieta dzieci w wieku przedszkolnym powinna być bogata w produkty mleczne, są one najlepszym źródłem łatwo przyswajalnego wapnia. Warto szukać takich, które są wzbogacone w witaminę D.

Wapń i witamina D to składniki odżywcze niezwykle istotne dla prawidłowego rozwoju organizmu dziecka. Witamina D wpływa na budowę kości i zębów, pomaga kształtować system odpornościowy oraz układ nerwowy. Wapń jest równie istotnym składnikiem budującym zdrowe i mocne kości, warunkuje ponadto prawidłowy wzrost dziecka. Dziecko w wieku przedszkolnym powinno otrzymywać 1000 mg tego pierwiastka dziennie.

– Witamina D i wapń to składniki diety, które powinny występować wspólnie. Wapń jest odpowiedzialny za budowanie mocnych kości, natomiast witamina D sprzyja wchłanianiu wapnia – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Jaworska, specjalista ds. żywienia.

Dzienne zapotrzebowanie na witaminę D dla dziecka w wieku od roku do 18 lat wynosi 600–1000 IU. Aby je zaspokoić, w diecie dziecka powinny się znaleźć takie produkty jak ryby, zwłaszcza węgorz, pstrąg i śledź, a także jaja i produkty mleczne. Te ostatnie są jednocześnie najlepszym, bo łatwo przyswajalnym, źródłem wapnia.

– Produkty mleczne są bardzo istotne w diecie dziecka – w piramidzie żywienia stanowią one całe jedno piętro. Bardzo ważne jest również to, aby dieta dziecka była urozmaicona i zawierała produkty ze wszystkich  grup produktów spożywczych – mówi Karolina Jaworska.

Instytut Żywności i Żywienia rekomenduje 3–4 porcje produktów mlecznych dziennie dla dziecka. Jedną porcję może stanowić kubeczek serka, jogurtu lub kefiru czy szklanka mleka. Nie należy profilaktycznie wykluczać produktów mlecznych z diety dziecka przy podejrzeniu alergii na białka mleka lub nietolerancji na laktozę. Warto pamiętać o tym, że jogurty i sery zawierają znacznie mniejszą ilość laktozy niż mleko.

– Jeśli podejrzewamy u dziecka alergię, należy przede wszystkim wspólnie z lekarzem dokonać stosownych testów. Jeżeli po testach istnieją odpowiednie przesłanki, to przy współpracy z dietetykiem należy wykluczyć takie produkty z diety albo je ograniczyć. Natomiast nie we wszystkich przypadkach należy je wykluczać całkowicie – mówi Karolina Jaworska.

Z badań wynika, że w Polsce dieta dzieci w wieku przedszkolnym jest zbyt uboga zarówno w wapń, jak i w witaminę D. 50 proc. czterolatków ma niedobory wapnia, natomiast aż 98 proc. dzieci otrzymuje zbyt mało witaminy D wraz z dietą. W dużej mierze wynika to z niedostatecznej wiedzy rodziców na temat kluczowej roli, jaką składniki te odgrywają w funkcjonowaniu małego organizmu. Dorośli często nie wiedzą, jakie są normy odnośnie dziennego zapotrzebowania na witaminę D i wapń, nie znają także najlepszych źródeł tych składników.

 Ważne jest dokładne czytanie etykiet, to właśnie tam zawsze mamy informację, co dany produkt zawiera. Producenci często zmieniają skład, więc warto być na bieżąco i czytać składy, szukać składników, które są dla nas korzystne, np. produktów wzbogaconych w witaminę D – mówi Karolina Jaworska.

Interaktywne zabawki zagrożeniem dla prywatności. Gromadzone w nich dane mogą zostać skradzione

Interaktywne zabawki zagrożeniem dla prywatności. Gromadzone w nich dane mogą zostać skradzione 7

Przed zakupem interaktywnej zabawki dla dziecka, która łączy się z internetem, trzeba koniecznie sprawdzić jej producenta, politykę prywatności i bezpieczeństwa – przestrzegło w tym roku FBI. Taka niepozorna zabawka może zostać szybko i łatwo zhakowana albo – dzięki wbudowanym kamerom i mikrofonom – posłużyć jako urządzenie szpiegowskie, które będzie podsłuchiwać otoczenie dziecka. Nowoczesne, elektroniczne zabawki rejestrują i gromadzą też duże ilości informacji, które mogą zostać wykradzione albo użyte w niewłaściwy sposób.

 W przypadku zabawek, które mają urządzenia rejestrujące, mikrofon czy kamerę, najpoważniejszym zagrożeniem jest to, że są one podłączone do internetu i komunikują się z infrastrukturą producenta. Decydując się na zakup tego typu elektroniki dla dzieci, trzeba wiedzieć, że istnieje potencjalne ryzyko ujawnienia tych informacji – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Pieleszek, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Elektroniczne, interaktywne zabawki dla dzieci cieszą się ogromną popularnością, a ich sprzedaż rośnie zwłaszcza w okresie przedświątecznym. Są wyposażone w kamery, czujniki czy mikrofony, systemy komunikacji bluetooth i wi-fi. Dzięki połączeniu z internetem można je podłączyć do tabletu czy smartfona i sterować za pomocą aplikacji. Dziecko może rozmawiać z taką zabawką i zadawać jej pytania, a aplikacja zmienia tekst mówiony w pisany i udziela odpowiedzi na podstawie informacji znalezionych w sieci.

 Takie zabawki naśladują naturalną postać, rozpoznają mowę dzieci, które często przekazują im swoje tajemnice, opowiadają o swoim życiu, mówią, do jakiej chodzą szkoły, gdzie mieszkają i jak nazywają się rodzice. Wszystkie te informacje spływają na serwer producenta, tam są analizowane i przetwarzane, tak żeby zabawka naturalnie rozmawiała z dzieckiem, na przykład naśladując mowę bajkowej postaci. Dziecko jest bezbronne i będzie szczerze mówić do tej zabawki różne rzeczy, które znajdą się w infrastrukturze producenta – mówi Marcin Pieleszek.

Ekspert Wyższej Szkoły Bankowej radzi, żeby przed zakupem elektronicznej, interaktywnej zabawki w prezencie dla dziecka dokładnie sprawdzić jej producenta, zapoznać się z polityką prywatności i bezpieczeństwa. Dobrze jest też zasięgnąć opinii znajomych, poczytać opinie na internetowych forach albo serwisy poświęcone bezpieczeństwu teleinformatycznemu, gdzie można znaleźć przykłady dotyczące konkretnych zabawek i marek.

Jeżeli decydujemy się kupić dziecku zabawkę, która rejestruje dźwięk, obraz i przesyła te dane do internetu, możemy zmniejszyć ryzyko, decydując się na zakup od sprawdzonego, znanego producenta. Pewne ryzyko i tak zawsze pozostaje. Informacje, które zostały w bazach danych producenta tej zabawki, powinny być odpowiednio chronione, ale one już z naszego domu wyszły i nie ma stuprocentowej gwarancji, że tak rzeczywiście będzie – mówi Marcin Pieleszek.

Nowoczesne, elektroniczne zabawki rejestrują i gromadzą duże ilości informacji, które mogą zostać wykradzione albo użyte w niewłaściwy sposób. Z drugiej strony ze względu na słabe zabezpieczenia albo wręcz ich brak mogą szybko i łatwo zostać zhakowane.

Niebezpieczeństwo tkwi nie tylko w tym, że informacje są przekazywane do internetu czy producenta zabawki, bo inne osoby też mogą uzyskać do niej dostęp. Na filmikach w znanym serwisie wideo można zobaczyć, jak hakuje się taką zabawkę, która zaczyna na przykład mówić brzydkie słowa. Na zasadzie eksperymentu pokazano, jak uzyskać dostęp do takiej zabawki i że może to zrobić przykładowo sąsiad zza ściany. Oczywiście nie wszystkie urządzenia i nie wszyscy producenci są na to podatni – mówi Marcin Pieleszek.

W lipcu tego roku oficjalnie ostrzeżenie przed zabawkami, które łączą się z internetem, wydało FBI. Amerykańskie biuro śledcze przestrzegło, że mogą one naruszać prywatność dziecka i zagrażać jego bezpieczeństwu albo śledzić otoczenie dziecka i codzienne życie całej rodziny, a później przekazywać takie informacje cyberprzestępcom. FBI zaleca, żeby wybierać te zabawki, które łączą się z internetem przez protokoły szyfrujące zabezpieczone silnym hasłem i zwracać uwagę na to, czy producent często aktualizuje oprogramowanie dotyczące zabezpieczeń.

Wiosną tego roku w mediach głośno było o interwencji niemieckiego urzędu regulacyjnego (Bundesnetzagentur), który nakazał wycofać ze sprzedaży interaktywne lalki Cayla, które – za pośrednictwem Bluetooth – mogły służyć jako urządzenia szpiegowskie, podsłuchiwać otoczenie dziecka czy transmitować reklamy (zabawka reklamuje inne marki, wspominając o nich podczas rozmowy z dzieckiem).

Branża PR wraca do sektora publicznego. W przyszłym roku spodziewa się dużego wzrostu przychodów

Branża PR wraca do sektora publicznego. W przyszłym roku spodziewa się dużego wzrostu przychodów 8

Wzrost zainteresowania zagranicznych firm oraz przetargi spółek Skarbu Państwa na usługi PR to dwa czynniki, które w 2018 roku bardzo pozytywnie wpłyną na kondycję finansową tej branży – ocenia Związek Firm Public Relations. Paradoksalnie, przysłużyła się jej również publiczna dyskusja o fake newsach i większa transparentność – opublikowanie rankingu przychodów agencji z profesjonalnych usług PR i – po raz pierwszy – zestawienia średnich płac. W nadchodzącym roku branża PR liczy na dwucyfrowy wzrost przychodów. 

 Muszę powiedzieć, że 2017 rok kończymy w dobrych nastrojach. Rok temu byliśmy po wyborach w USA, brexicie, wszyscy w niepewności czekaliśmy na to, co się wydarzy w czasie wyborów w Holandii, potem we Francji i Niemczech. Horyzonty dla naszej branży nie były obiecujące. Branża, której zadaniem jest mówienie o prawdzie, była pod silną presją. W tym momencie jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Szczepański, prezes Związku Firm Public Relations.

Automatyzacja treści, schyłek mediów opiniotwórczych, coraz silniejsza pozycja mediów społecznościowych i rosnące znaczenie strategicznego doradztwa w usługach public relations – to główne trendy i wyzwania dla tej branży w ostatnim czasie. Za to w mijającym roku silny pozytywny wpływ na jej kondycję miała dobra koniunktura w UE, która przełożyła się też na rynek polski. Firmy i agencje z tej branży notowały duże zainteresowanie profesjonalnymi usługami PR ze strony zagranicznych spółek.

– Z drugiej strony widzimy też, że spółki Skarbu Państwa wracają do naszej branży. Jesteśmy po kilku bardzo ważnych przetargach. Widzimy powrót sektora publicznego do profesjonalnych usług PR – mówi Grzegorz Szczepański.

Po wyborach i zmianie rządów w Polsce branża PR przestała być przez jakiś czas obecna w sektorze publicznym, jednak w ostatnich miesiącach spółki Skarbu Państwa znów zaczęły organizować przetargi na tego typu usługi, co powinno mieć odzwierciedlenie w wynikach finansowych branży w 2018 roku.

Ostatnie miesiące w branży public relations upłynęły również pod znakiem zjawiska fake news. Fałszywe, spreparowane informacje rozprzestrzeniają się w sieci efektem kuli śnieżnej i mają większe grono odbiorów niż wiarygodne newsy. Zarówno dla mediów – tradycyjnych i społecznościowych, jak i dla branży PR to narastający problem, który powoduje spadek społecznego zaufania.

 Mamy za sobą cały rok dyskusji o fake newsach, która paradoksalnie bardzo pomogła branży PR. Nareszcie możemy powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak czarny PR – to jest po prostu kłamstwo, obmowa, fake news czy po prostu dezinformacja – mówi Grzegorz Szczepański.

Prezes Związku Firm Public Relations podkreśla, że w ciągu ostatniego roku branża zaczęła być bardziej transparentna. Opublikowana została kolejna, piąta edycja rankingu przychodów agencji z profesjonalnych usług PR (fee income) oraz – po raz pierwszy – zestawienie średnich płac, które ma pomóc bardziej świadomie kształtować politykę personalną firm PR-owych. Agencje, wiedząc, jak kształtują się zarobki w branży PR, mogą zweryfikować własną siatkę wynagrodzeń, uniknąć niedomówień podczas rozmów o pracę i zaprezentować się jako rzetelny pracodawca. Z punktu widzenia employer brandingu jawność systemu płac oznacza dla agencji PR-owych same korzyści.

– W przyszłym roku największe nadzieje wiążemy z dialogiem branżowym, który odsłoni mechanizmy tego, w jaki sposób wyceniamy nasze usługi. Ze strony klientów, z którymi prowadzimy dialog branżowy, też obserwujemy wolę zrozumienia tego, w jaki sposób oni dokonują oceny atrakcyjności naszych ofert. Przyszły rok zapowiada się bardzo obiecująco – mówi Grzegorz Szczepański.

Według ostatniego raportu ZFPR, w 2016 roku 19 polskich firm PR-owych zarobiło łącznie 119,7 mln zł – czyli o 3,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Prezes ZFPR prognozuje, że przyszłoroczny wzrost będzie już dwucyfrowy, głównie dzięki przetargom organizowanym przez sektor publiczny. Z drugiej strony – w górę pójdą również stawki usług public relations, co będzie efektem wyższych składek ZUS w związku z planowanym zniesieniem limitów dla najlepiej zarabiających oraz wykluczeniem branży komunikacji marketingowej z możliwości stosowania podwyższonych kosztów uzyskania przychodów z tytułu przeniesienia praw autorskich za pracę kreatywną.

– Widzimy, że poprawia się ogólna kondycja spółek, które zlecają nam pracę. Niestety, koszty tej pracy rosną w związku z dwiema ustawami, które zostały przygotowane od strony podatkowej. Jednak klienci wydają się już przygotowani na to, że część tych kosztów będzie przeniesiona na nich w postaci delikatnie wyższych stawek za usługi public relations – mówi Grzegorz Szczepański.

Związek Firm Public Relations to organizacja zrzeszająca blisko 40 profesjonalnych agencji PR, której celem jest reprezentacja branży oraz dbałość o standardy etyczne i zawodowe w usługach PR-owych. Od kilkunastu lat ZFPR jest organizatorem Złotych Spinaczy – konkursu promującego najlepsze projekty z dziedziny PR. Tegoroczne nagrody zostały wręczone w ubiegły piątek.

Jarosław Mikos prezesem Polskich ePłatności SA (PeP)

Jarosław Mikos
Jarosław Mikos

Jarosław Mikos został powołany na stanowisko prezesa zarządu Polskich ePłatności SA. Po półtora roku kierowania firmą z funkcji prezesa zrezygnował Janusz Diemko.

5-go grudnia 2017 r. Janusz Diemko złożył rezygnację z pełnienia funkcji Prezesa Zarządu Polskich ePłatności S.A. Rada Nadzorcza PeP SA rezygnację przyjęła i zdecydowała o powołaniu na to stanowisko Pana Jarosława Mikosa.

Janusz Diemko dołączył do firmy w lipcu 2016 r. Do głównych celów jego misji należały rozbudowa sieci terminali płatniczych oraz konsolidacja rynku.

Cele, które akcjonariusze postawili przed Januszem zostały osiągnięte. Firma znacząco powiększyła sieć terminali oraz niedawno przejęła biznes płatności elektronicznych od spółki Kolporter. W rezultacie, skala biznesu PeP uległa niemal podwojeniu. Dla Janusza Diemko oznacza to zakończenie jego misji. Tym samym, postanowił on przejść do rady nadzorczej firmy.

„Bardzo doceniamy efekty pracy Janusza, który dołączając do firmy i rozpoczynając szeroką ekspansję spółki na rynku usług płatniczych, zbudował solidne fundamenty dla kolejnego etapu rozwoju tego biznesu. Był to już kolejny raz w jego karierze, kiedy Janusz prowadził spółkę dla funduszu Innova Capital.” – powiedział Krzysztof Kulig, Senior Partner w Innova Capital, nadzorujący inwestycję funduszu w PeP SA.

„W następnym etapie rozwoju Polskich ePłatności będziemy chcieli poszerzyć ofertę produktową m.in. o działalność w obszarze płatności dla e-commerce. Prace w tym zakresie są mocno zaawansowane. Jestem przekonany, że kompetencje merytoryczne Jarka Mikosa, zdolność budowania sprawnych, szybko rosnących organizacji oraz zrozumienie rynku e-commerce wyniesione z WP pozwolą nam przenieść firmę na kolejny poziom jej rozwoju.” – dodaje Janusz Bober, Przewodniczący Rady Nadzorczej Polskie ePłatności SA.

Przemysław Kwiecień: w 2018 inflacja spadnie poniżej 2%

Ceny wzrosły o 2,5 proc. To dokładnie tyle, ile wynosi cel inflacyjny. We wtorek RPP nie podniosła stóp procentowych, co nie było zaskoczeniem. Jednak staje się pewne, że wkrótce będą podwyższone, pozostaje pytanie kiedy to się stanie.

W listopadzie ceny wzrosły o 0,5 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca, a o 2,5 proc w ciągu 12 miesięcy. – Dla konsumentów jest to o tyle dotkliwe, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, że drożeje żywność – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Mamy bardzo wysoki wzrost gospodarczy, rekordowo niską stopę bezrobocia i inflację bliską celu inflacyjnego, jednak nie ma powodu, aby RPP miała się śpieszyć z podwyżką. Ekspert XTB ocenia, że w przyszłym roku inflacja będzie niższa i wyniesie poniżej 2,0 proc. Co nie oznacza, że nie będzie podwyżki stóp procentowych w 2018 r. Nawet jeżeli obecnie są takie deklaracje ze strony NBP.

– Niektóre banki centralne reagowały podwyżkami przed osiągnięciem celu inflacyjnego – mówi dr P.Kwiecień.

Podwyżki będą, tylko kiedy. Czy dopiero na początku 2019 roku

Europa w świetnej formie

Nastroje w europejskim sektorze usługowym w dalszej mierze pozostają dość satysfakcjonujące – przynajmniej tak wynika ze świeżo zrewidowanych wskaźników PMI dla wiodących gospodarek Starego Kontynentu, co napawa optymizmem przed szacunkami dynamiki PKB za ostatnie trzy miesiące roku. Dzisiejsze szacunki indeksu ISM nie były aż tak łaskawe dla amerykańskiego sektora nieprzemysłowego. Wskazanie rzędu 57,4 pkt (konsensus: 59,0 pkt) to nie tylko pokłosie spadku subindeksu kosztowego, ale również odczuwalnie mniejszej liczby nowych zamówień czy chwilowej stabilizacji trendów w zatrudnieniu.

Miano najsilniej zwyżkujących komponentów koszyka G10 zyskują waluty skandynawskie – norweska (0,4 proc.) oraz szwedzka korona (0,4 proc.). W ich cieniu pozostaje nowozelandzki dolar (0,3 proc.), który znalazł oparcie w jastrzębich komentarzach Granta Spencera, p.o. gubernatora RBNZ, w sprawie zwiększenia wagi stabilności wzrostu gospodarczego oraz sytuacji na rynku pracy kosztem perspektyw inflacji. Napływ pozytywnych danych tylko chwilowo pomógł kanadyjskiemu dolarowi (-0,1 proc.) – w tym przypadku mowa o październikowych szacunkach wymiany handlowej, która zaskoczyła rynkowe oczekiwania (-1,5 mld CAD, konsensus: -2,7 mld) z racji na wyższy wolumen eksportu przedsiębiorstw z sektora chemicznego. Pod presją gorszego indeksu PMI dla sektora usługowego (53,8 pkt, poprzednio: 55,6 pkt) znalazł się funt szterling (-0,2 proc.) próbujący ustabilizować kurs GBP/USD w okolicach 1,3440. Obecnie listę zamyka euro (-0,4 proc.), które próbuje utrzymać EUR/USD nad 1,1820.

W trakcie wtorkowych notowań swoje pięć minut miała polska gospodarka z racji na finał dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. O ile decyzja w sprawie pozostawienia głównych parametrów na niezmienionych poziomach nie powinna nikogo dziwić, o tyle ruch w stronę obniżenia oprocentowania rezerw obowiązkowych traktuje się jako ukłon w stronę zwiększenia zyskowności Narodowego Banku Polskiego. Komunikat po decyzji nie należy do przełomowych, bowiem ponownie zwrócono uwagę na słabość cen bazowych, występowanie czynników zewnętrznych ważących na inflacji CPI oraz konieczności utrzymania stóp na obecnych poziomach z racji na przeciwdziałanie nierównowagom. W regionie przecenę złotego (-0,4 proc.) przebijają węgierski forint (-0,5 proc.) oraz czeska korona (-0,6 proc.). Obecnie miano lidera walut Emerging Markets zyskuje turecka lira (0,9 proc.), która ma perspektywę uplasowania USD/TRY wyraźnie poniżej 3,8400. Na koniec dnia EUR/PLN oscyluje przy 4,2050, USD/PLN wraca nad 3,5600, GBP/PLN stabilizuje się przy 4,7850, a CHF/PLN plasuje się 30 pipsów nad 3,6000.

Sesja na europejskich parkietach obfitowała w wyraźny podział sentymentu. Dość blisko poziomów z wczorajszego zamknięcia znalazł się frankfurcki DAX (-0,1 proc.), w czołówce którego ponownie znalazł się jeden z beneficjentów reformy podatkowej – Fresenius. Z jego 1,8 proc. zwyżką zrównał się dzisiejszy skok Deutsche Börse (1,8 proc.), które planuje przeprowadzić w przyszłym roku skup akcji własnych na kwotę 200 mln EUR. Na fali poprawy nastrojów w światowym sektorze technologicznym znalazł się zamykający wczorajszą listę Infineon (2,0 proc.). Apetyt na wyjście nad kreskę skutecznie ograniczyły walory Volkswagena (-1,5 proc.) za sprawą planów chińskich władz w sprawie ograniczenia emisji generowanej przez pojazdy mechaniczne. Dość nisko znalazł się również ThyssenKrupp (-1,3 proc.) mający perspektywę ugody ze związkami zawodowymi.

Bardziej spektakularną zniżkę mają za sobą spółki zamykające spis komponentów londyńskiego FTSE 100 (-0,2 proc.). Na ich czele z przeceną rzędu 2,5 proc. znalazły się akcje Anglo American (-2,5 proc.), którym usilnie wtórowało Glencore (-2,3 proc.) oraz Rio Tinto (-2,0 proc.). Wśród europejskich spółek wydobywczych zdecydowanie mniej udany wtorek ma za sobą KGHM (-4,1 proc.) wracający w okolicę styczniowych poziomów. Na fali realizacji wczorajszych zysków znalazła się Jastrzębska Spółka Węglowa (-2,8 proc.), której przecenę próbowały niwelować Energa (3,2 proc.) oraz Cyfrowy Polsat (4,8 proc.). Liderem notowań indeksu WIG 20 (0,2 proc.) został Lotos (5,4 proc.) nie przejmujący się obniżką ceny docelowej przez mBank (-2,2 proc.) czy zaraportowanym przez Orlen (2,8 proc.) spadkiem marży rafineryjnej do poziomu 5,80 USD za baryłkę.

Na rynku metali przemysłowych uwagę inwestorów zwraca pokaźna przecena marcowych kontraktów na miedź (-4,6 proc.). Wtorek nie jest również łaskawy dla metali szlachetnych, gdzie odczuwalnej przecenie srebra (-1,6 proc.) towarzyszy powrót złota (-1,0 proc.) do poziomu 1 263 USD za uncję. Ze spadkowych nastrojów próbuje wyłamać się ropa naftowa. Na koniec dnia baryłka West Texas Intermediate jest ponownie kwotowana po 57,80 USD, tj. 0,6 proc. wyżej względem poniedziałkowego zamknięcia.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Magazyny typu „cross-dock” – coraz bardziej popularne wśród najemców

Dlaczego tego typu magazyny są tak ważne w procesie transportowym? Czym powinny się charakteryzować takie obiekty? Jaka jest ich dostępność na rynku?

Coraz silniejsza konkurencja cenowa oraz rosnące koszty wywołane presją płacową ze strony pracowników na rynku transportowym powodują, że wśród firm prowadzących dystrybucję rośnie zainteresowanie magazynami typu cross-dock (przeładunkowymi).

Magazyny typu cross-dock pozwalają na optymalizację kosztów związanych z dostawą towaru do odbiorcy na odcinku tzw. ostatniej mili w dystrybucji. Ostatnia mila to w języku logistyków określenie ostatniego odcinka transportu towaru od lokalnego hubu (magazynu) do odbiorcy. Firma transportowa łączy w lokalnym hubie dystrybucyjnym towary od różnych nadawców i wysyła je do miejsca docelowego jednym samochodem. Podobnie dzieje się w odwrotnym kierunku, tzn. towar od wielu lokalnych nadawców dostarczany jest wieloma pojazdami, a następnie jest przeładowywany i konsolidowany na auta jadące w danym kierunku. Zorganizowanie procesu przeładunkowego nie jest łatwe i wymaga wiedzy na temat logistyki magazynowej, ale pozwala na wygenerowanie znacznych oszczędności m. in. poprzez skrócenie trasy dostawy, jak również ograniczenie czasu składowania towarów w magazynie oraz emisji CO2.

To, co odróżnia magazyn cross-dock od standardowego budynku, to jego podstawowa funkcja, czyli krótkoterminowe składowanie towaru. Szybka rotacja towarów powoduje, że nie trzeba wyposażać go w regały, co z kolei ma wpływ na wysokość hali. Standardowe magazyny klasy A muszą zapewnić co najmniej 10 m wysokości dla przestrzeni składowej, tymczasem dla magazynu przeładunkowego wysokość 6 m jest w zupełności wystarczająca. Niższy magazyn to także mniejsza kubatura budynku, czyli niższe koszty ogrzewania. Dodatkowo, doświetlenie przestrzeni w tego typu obiektach, czy to światłem naturalnym, czy też sztucznym, jest znacznie łatwiejsze.

Standardowo magazyny wyposażane są w świetliki dające 2% światła dziennego. Na powierzchni przeładunkowej ten parametr powinien wynosić 5%, a ponieważ powierzchnia nie jest zabudowana regałami, jest to stosunkowo łatwo osiągnąć.

Duża ilość operacji przeładunkowych sprawia, że tego typu magazyn powinien mieć wystarczającą liczbę bram i doków. W standardzie oferuje się 1 dok na około 300 mkw. powierzchni magazynu, do zorganizowania logistyki „ostatniej mili” jest to zdecydowane za mało. Zakłada się, że optymalny magazyn cross-dock ma około 48 m głębokości, co przy umieszczeniu bram po obu stronach hali zwiększa ten współczynnik do około 110 mkw. na jedną bramę. Planując rozmieszczenie doków należy pamiętać również, że część operacji wykonywana będzie z wykorzystaniem mniejszych pojazdów. Logistyka miejska rozwija się w bardzo szybkim tempie, więc wykorzystanie małych pojazdów w transporcie będzie coraz bardziej powszechne. Dlatego część doków powinna zostać odpowiednio przystosowana.

Kształt magazynu cross-dok także jest dość istotny – jak już wspomniano wcześniej uznaje się, że optymalnie powinien on mieć około 48 m głębokości, co pozwoli na przygotowanie stref odkładczych po obu stronach budynku oraz na zapewnienie sprawnej komunikacji pomiędzy nimi. Elementami, które taką komunikację mogą zakłócać są słupy nośne, na których opiera się konstrukcja dachu – im jest ich mniej i im są one bardziej oddalone od strefy przy bramach, tym lepiej.

Ze względu na kształt działek deweloperzy często oferują tzw. „oszukany” cross-dock, nazywany często „L-shape”. To nic innego jak moduł narożny standardowego magazynu, w którym bramy zlokalizowane są na sąsiadujących ze sobą ścianach. O ile taki kształt pozwala na uzyskanie dobrego współczynnika liczby bram do powierzchni magazynu, to organizacja stref odkładczych i ruchu wózków jest bardzo utrudniona.

Przy dużej ilości operacji przeładunkowych zapewnienie w okresie zimowym minimalnej wymaganej temperatury pracy (14oC) jest praktycznie niemożliwe. Teoretycznie można byłoby zastosować dmuchawy z ciepłym powietrzem, ale w praktyce takiego rozwiązania się nie stosuje. Trudno bowiem wykonać rzetelną kalkulację opłacalności takiego rozwiązania. Być może warto postąpić całkiem inaczej, tj. ograniczyć liczbę urządzeń grzewczych, wziąwszy pod uwagę, że obowiązek zapewnienia temperatury 14oC nie ma charakteru bezwzględnego i odstępstwa od tej zasady są możliwe. Wymaga to jednak dokładnej analizy i odpowiednich regulacji wewnętrznych w przedsiębiorstwie.

Cross-docking cieszy się coraz większą popularnością wszędzie tam, gdzie niezbędna jest sprawna dystrybucja towarów, ale podaż powierzchni spełniających powyższe kryteria jest bardzo niewielka. O ile deweloperzy są skłonni dostarczyć budynek typu L-shape, ponieważ zachowują standardową głębokość magazynu, to obiekty o głębokości ok 48 m są dostępne jedynie w przypadkach, kiedy na inny kształt zabudowy nie pozwala działka. Oczywiście w przypadku obiektów BTS konstrukcja płytkiego magazynu jest jak najbardziej możliwa. Potencjalny najemca musi się jednak liczyć z umową na okres minimum 7-10 lat.

Cena za wynajem powierzchni do cross-dockingu może być wyższa od ceny wynajmu standardowego obiektu nawet o około 60-70%, co spowodowane jest gorszym współczynnikiem wykorzystania powierzchni działki pod zabudowę oraz wyższymi kosztami budowy, na które wpływają przede wszystkim większa liczba bram, placów manewrowych i parkingów dla ciężarówek.

W odniesieniu do oczekiwanych 6 m wysokości, należy zaznaczyć, że takie budynki nie są oferowane w żadnej formie wynajmu. W niektórych przypadkach wiąże się to z koniecznością zawarcia umowy BTO, czyli przeniesienia własności przez dewelopera na zamawiającego po zakończeniu inwestycji.

Podsumowując, zapotrzebowanie na nowoczesne magazyny do cross-dockingu będzie na pewno rosło. Należy mieć nadzieję, że deweloperzy będą podążali za tymi potrzebami i umożliwią potencjalnym najemcom korzystanie z powierzchni zbliżonych do „ideału”.

Autor: Maciej Szczepański, Business Development Manager w dziale powierzchni przemysłowych i logistycznych, Cushman & Wakefield

Premie i podwyżki – jasna sprawa czy wielka niewiadoma?

Jak wynika z badania Pracuj.pl „Czy pieniądze szczęścia nie dają?”, 77% pracujących Polaków przynajmniej raz w życiu zawodowym dostało premię. Jednak nie wszyscy pracujący Polacy znają zasady przyznawania premii w swojej organizacji. Z zasadami przyznawania podwyżek sytuacja wygląda jeszcze gorzej – zna je zaledwie 64% ankietowanych. Pracuj.pl zachęca do dyskusji o zarobkach – by zwiększyć komfort pracy zarówno pracowników, jak i pracodawców.Premie i podwyżki – jasna sprawa czy wielka niewiadoma

Niejasne reguły

Wyniki badania Pracuj.pl Czy pieniądze szczęścia nie dają?* pokazują, że ponad połowa pracujących Polaków otrzymała podwyżkę w przeciągu ostatniego roku. Niestety, prawie jedna trzecia badanych nie wie, na jakich zasadach podwyżki w ich firmie są przyznawane. Sytuacja w kwestii premii wygląda podobnie – aż 25% pracowników nie zna zasad ich przyznawania. Wśród ankietowanych, najbardziej świadomi są pracownicy zarabiający najwięcej, bo powyżej 4 tys. na rękę – prawie 80% z nich deklaruje znajomość zasad przyznawania premii. Tymczasem tylko niewiele ponad połowa osób o najniższych zarobkach (poniżej 1500 zł netto) zna te wytyczne. Podobnie znajomość, lub może raczej nieznajomość, zasad wygląda w przypadku podwyżek.

Wiem mniej więcej, ile premii powinienem dostać, ale przyznaję, że nigdy nie wyliczam dokładnie tej kwoty, bo jest to dosyć skomplikowane. Moja korporacja ma specjalny algorytm, który bazuje na moich wynikach, wynikach finansowych firmy, poziomie stanowiska, ocenie przełożonego, czy rezultatach działu. Byłoby lepiej, gdyby premię wyliczało się w jakiś prostszy sposób. Rafał, Inżynier w firmie budowlanej

W firmie w której pracuję, premie w marketingu są uznaniowe, daje się je okazjonalnie. Nie ma także określonych zasad przyznawania podwyżek. W tym obszarze, wiele zależy od szefa i kwestia podwyżki jest do końca zazwyczaj wielką niewiadomą. Gdyby takie zasady się pojawiły, byłaby to zmiana na lepsze. Malwina, zajmująca się reklamą w wydawnictwie

Pracodawcy świadomi problemu

Coraz więcej firm w Polsce zdaje sobie sprawę, że brak transparentności w przyznawaniu premii czy podwyżek to duży minus zarówno dla obecnych pracowników, jak i kandydatów do pracy. Dlatego najlepsi pracodawcy, wzorem zachodnich trendów, starają się budować bardziej przejrzyste systemy wynagradzania – tak, aby każdy pracownik wiedział, za co i kiedy może zostać dodatkowo wynagrodzony. W niektórych organizacjach tworzone jest nawet stanowisko reward managera czy eksperta ds. płac, odpowiedzialnego za politykę płacową i systemy motywacyjne pracowników, w tym także formułowanie czytelnych zasad premii i podwyżek. Takie stanowiska i jasne zasady są potrzebne, tym bardziej, że wśród pracowników silne jest przekonanie, że o podwyżkę trzeba się ubiegać – może to wynikać z faktu, że, jak wynika z badania Pracuj.pl, blisko 40% pracujących Polaków w przeszłości ubiegało się o podwyżkę, jednak jej nie otrzymało.

Premie i podwyżki – jasna sprawa czy wielka niewiadoma 2Za dość niepokojący można uznać fakt, iż nadal istnieje duża grupa pracowników, którzy deklarują, że przyznawanie premii lub zwiększanie pensji w firmach, w których pracują, jest nietransparentne. Taka sytuacja jest niekorzystna dla pracodawców oraz może mieć szkodliwy wpływ na wyniki firmy, ponieważ prowadzi to często do konfliktów i braku poczucia stabilności oraz docenienia wśród pracowników. Dr Tomasz Sobierajski, Socjolog, ISNS UW

Zasady jasne już na rozmowie o pracę

O zasady przyznawania premii i podwyżek warto pytać już na rozmowie kwalifikacyjnej. Premie to istotny składnik wynagrodzenia, a kwestia podwyżek jest ważna pod kątem zaangażowania pracowników oraz dalszej kariery w danym przedsiębiorstwie. Fakt ten wskazują również badania przeprowadzone przez firmę Deloitte Pierwsze kroki na rynku pracy – dla 44% respondentów, zadania zwiększające motywację to takie, które dają szansę na awans, podwyżkę czy dodatkowe nagrody. Podwyżki są istotne pod względem zaangażowania w pracę również dla ponad 51% menedżerów oraz dla prawie 40% ekspertów.

Pracownicy często zapominają zapytać o kwestię podwyżek na etapie rozmowy o pracę. Tymczasem warto ustalić, jaki system podnoszenia pensji obowiązuje w danej firmie – czy podwyżki przyznaje się w określonych przedziałach czasowych, jakich kwot można się spodziewać i co decyduje o podwyżkach: uznanie szefa, spełnienie jasno określonych celów okresowych, a może wyniki finansowe firmy. Jeśli okaże się, że potencjalny pracodawca nie ma określonych zasad przyznawania podwyżek, to też jest pewien sygnał – wtedy warto skupić się na negocjacji początkowej pensji.

Maciej Bąk, Ekspert ds. raportów wynagrodzeń w Grupie Pracuj

Podsumowując

  • 77% pracujących Polaków przynajmniej raz w zawodowym życiu dostało premię.
  • 25% pracowników nie zna zasad przyznawania premii, które obowiązują w ich firmie, a prawie jedna trzecia badanych nie wie, na jakich zasadach przyznawane są podwyżki.
  • Zasady przyznawania podwyżek i premii lepiej znają osoby zarabiające powyżej 4 tys. na rękę – prawie 80% z nich deklaruje znajomość zasad przyznawania premii.
  • Ponad połowa pracujących Polaków otrzymała podwyżkę w przeciągu ostatniego roku.

Badanie „Czy pieniądze szczęścia nie dają?”, zrealizowane przez Kantar TNS na zlecenie Pracuj.pl, N=1001, wrzesień 2017

Stopy procentowe bez zmian. Koniec dobrej passy złotego?

Stopy procentowe w Polsce nie zmieniły się i jeszcze długo się nie zmienią. Zmiany natomiast prawdopodobnie będą mieć miejsce w rządzie. Złoty pozostaje nieczuły na te czynniki, lekko zyskując do koszyka walut. Jego dobra passa jednak zbliża się do końca.

Na zakończonym dziś posiedzeniu, zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami, Rada Polityki Pieniężnej (RPP) nie zmieniła stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na rekordowo niskim poziomie 1,50 proc.

Decyzja Rady nie wywołała emocji na krajowym rynku walutowym. We wtorek złoty nieznacznie się umacnia do koszyka walut, co kontrastuje z osłabieniem węgierskiego forinta i czeskiej korony oraz pogorszeniem klimatu inwestycyjnego w Europie, ale wpisuje się we wczorajsze odreagowanie piątkowej przeceny złotego i koresponduje ze wzrostami na giełdzie w Warszawie. O godzinie 14:01 za euro trzeba było zapłacić 4,2030 zł, dolar kosztował 3,5470 zł, a szwajcarski frank 3,5990 zł. Do końca dnia ten układ sił może jeszcze się zmienić.

Stopy procentowe w Polsce pozostają rekordowo niskie od marca 2015 roku, gdy Rada obniżyła je po raz ostatni, tnąc główną z nich o 50 punktów bazowych (pb) z ówczesnego poziomu 2 proc. Rynek oczekuje, że kolejnym ruchem będzie ich podwyżka. Jednak nie stanie się to wcześniej niż w IV kwartale 2018 roku. Oczekiwania te są tak mocno zakotwiczone, że nie zdołało na nie wpłynąć nawet niespodziewane przyspieszenie inflacji w w listopadzie, która wzrosła do 2,5 proc. w relacji rocznej (i wróciła do celu inflacyjnego) z 2,1 proc. w październiku, rozmijając się z prognozą na poziomie 2,3 proc.

Bez wpływu na złotego pozostają też medialne doniesienia o zmianie na fotelu premiera. Zgodnie z nimi, premier Beatę Szydło miałby zastąpić wicepremier Mateusz Morawiecki. Taka wymiana, jakkolwiek implikuje niepewności, jak chociażby to, kto będzie zajmował się resortami gospodarczymi, w praktyce niewiele zmienia. Roszady będą mieć tylko charakter kadrowy, a polityka rządu pozostanie taka sama. Po drugie, dopóki polska gospodarka mocno prze do przodu, tematy polityczne znajdują się zdecydowanie na drugim, a być może nawet i trzecim planie. Dlatego ewentualna wymiana premiera, powiązana nawet z głęboką rekonstrukcją rządu, jakkolwiek chwilowo mogą podnieść zmienność na złotym, to nie wywołają żadnych trwałych zmian.

O ile decyzja RPP pozostała bez wpływu na złotego, to już zaplanowana na godzinę 16:00 konferencja prasowa po posiedzeniu, taki wpływ już może mieć. Należy oczekiwać, że członkowie Rady podtrzymają swoją gołębia retorykę, ignorując listopadowy wyskok inflacji i sugerując jej spadek w kolejnych miesiącach (przemawia za tym efekt bazy). Tym samym prezes Glapiński po raz kolejny zapewne powtórzy swoją opinię, że w 2018 roku nie będzie argumentów przemawiających za wzrostem stóp w Polsce. To zaś może prowokować już realizację zysków, a więc osłabienie złotego, przez tych uczestników rynku, którzy zakładali szybsze podwyżki stóp. Szczególnie, że w grudniu będzie brakować nowego paliwa do umocnienia złotego, a perspektywa wzrostu stóp w USA w połowie miesiąca, czy też napędzanego reformą podatków umocnienia dolara, będzie tworzyć podażową presję na złotego i inne waluty rynków wschodzących.

Z punktu widzenia kształtowania się sytuacji na wykresie dziennym EUR/PLN, kluczowym wsparciem jest testowana w ubiegłym tygodniu strefa 4,19-4,20 zł, a oporem okolice 4,22 zł. Pokonanie jednej z tych barier może skutkować ruchem nawet o 5 gr. Na gruncie analizy wykresu wzrosty wydają się być bardziej prawdopodobne niż spadki.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily

Dzisiejsza konferencja RPP to jednak miecz obosieczny. Ewentualna zmiana retoryki przez Radę, czyli zaostrzenie jej stanowiska i ciche zasygnalizowanie, że istnieje prawdopodobieństwo wcześniejszej podwyżki niż w ostatnim kwartale 2018 roku, będzie dużym zaskoczeniem, które musiałoby zaowocować skokowym umocnieniem polskiej waluty. Proces ten zapewne byłby kontynuowany w kolejnych dniach, sprowadzając notowania głównych walut w dół o 3-5 groszy. Niemniej jednak, byłaby to już ostatnia okazja w tym roku do wygenerowania takiej popytowej fali na złotym, a końcówka roku prawdopodobnie i tak upłynie pod znakiem realizacji zysków.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Kontrola podatkowa na życzenie

W październiku 2017 r. Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego opublikowała projekt nowej ordynacji podatkowej. Jednym z zaproponowanych rozwiązań jest wprowadzenie konsultacji podatkowych pomiędzy organem i podatnikiem, które w  założeniu mają rozwiać wątpliwości przedsiębiorcy co do prawidłowości dokonanych rozliczeń podatkowych.

Jak to zwykle jednak w podatkach bywa, diabeł tkwi w szczegółach, a koncepcje zmian zmierzające do uproszczenia systemu podatkowego nierzadko odbiegają od założonych postulatów i jeszcze bardziej komplikują sytuację prawno-podatkową firm. Warto zatem bliżej przyjrzeć się proponowanym rozwiązaniom i ustrzec się ewentualnych nieścisłości.

„Audyt na zamówienie”

Projekt nowej ordynacji podatkowej wprowadza m.in. procedurę szczególną mającą na celu konsultację skutków podatkowych transakcji. W trybie konsultacji zobowiązany będzie mógł wystąpić do organu podatkowego z wnioskiem o uzyskanie wiążącego potwierdzenia konsekwencji podatkowych opisanych w tym wniosku zdarzeń lub procesów gospodarczych. W przeciwieństwie do postępowania w sprawie wydania interpretacji indywidualnej, w ramach procedury konsultacyjnej będą dokonywane ustalenia faktyczne, prowadzone będzie postępowanie dowodowe, a także będą się odbywać uzgodnienia między organami podatkowymi a podatnikami. Tym samym organ nie ograniczy się w swoim rozstrzygnięciu wyłącznie do opisu stanu faktycznego przedstawionego w treści wniosku, tak jak to ma miejsce przy ubieganiu się o interpretację, ale dokona kompleksowej – przynajmniej tak wynika z treści projektu – oceny zdarzeń gospodarczych mających wpływ na wysokość zobowiązania podatkowego.

Tryb postępowania zakłada, że organ podatkowy I instancji właściwy do poboru danego podatku na wniosek zainteresowanego i po przeprowadzeniu z nim konsultacji wyda decyzję w sprawie skutków podatkowych czynności lub zdarzeń, których dokonał bądź w których brał udział. Zakres przedmiotowy konsultacji będzie obejmował czynności lub zdarzenia, w rezultacie których dochodzi do przeniesienia własności składników majątku lub przekazania ich do używania, udzielania pożyczek lub kredytów, jak również procesów restrukturyzacyjnych w firmie. Przepisy zostały skonstruowane w taki sposób, aby obejmowały wyłącznie takie transakcje gospodarcze, które charakteryzują się znacznym stopniem skomplikowania i są obarczone dużym ryzykiem podatkowym.

Konsultacje z konsekwencjami

Samo złożenie wniosku o wszczęcie konsultacji nie oznacza jednak, że rozstrzygnięcie władcze organu będzie korzystne dla podatnika. Decyzja wymiarowa w sprawie skutków podatkowych dokonanej transakcji wywoła bowiem podobne skutki prawne jak decyzja określająca wysokość zobowiązania podatkowego wydana w toku postępowania podatkowego, m.in. przewiduje się tryb odwoławczy oraz sądową kontrolę rozstrzygnięć organów podatkowych. W rezultacie, jeśli ustalenia organu co do istoty sprawy w drodze przeprowadzonych konsultacji będą niekorzystne dla wnioskującego, wówczas przedsiębiorca będzie mógł dochodzić swoich praw przed sądami administracyjnymi, ale cały proceder może potrwać nawet kilka lat.

Nie ma nic za darmo

Jak łatwo zauważyć, wydanie decyzji w ramach konsultacji będzie wiązało się z wniesieniem stosownej opłaty. Projektodawca uzależnił wysokość opłaty od rozmiarów i wartości transakcji będącej przedmiotem wniosku. Przykładowo opłata za wniosek o konsultację złożony przez dużego przedsiębiorcę wyniesie 1% wartości transakcji będącej przedmiotem wniosku, jednak nie mniej niż 5 tys. zł i nie więcej niż 100 tys. zł. Co więcej, jeśli zainteresowany wystąpi o konsultację w sprawie skutków podatkowych więcej niż jednej transakcji albo więcej niż jednego podatku, organ zażąda odrębnej opłaty od każdej transakcji oraz każdego podatku. Przepis ten jest kalką regulacji dotyczących opłat za wydanie interpretacji indywidualnych, które od wielu lat wywołują wzmożoną krytykę podatników i pełnomocników. Wprowadzenie takiego rozwiązania może spowodować, że fiskus w sposób uznaniowy będzie dokonywał sztucznych podziałów na mniejsze transakcje, podczas gdy ciężarem kosztów takiego postępowania w całości zostanie obarczony przedsiębiorca.

Zakres ochrony – przewidywania a rzeczywistość

Innym mankamentem opisywanej procedury jest zastrzeżenie, zgodnie z którym decyzja wymiarowa może dotyczyć skutków podatkowych wyłącznie tych transakcji, które wystąpiły przed złożeniem przez podatnika wniosku o wszczęcie konsultacji. Nie jest zatem możliwe uzyskanie w takim trybie ochrony prawnej w odniesieniu do dopiero co planowanych transakcji. Prowadzi to do absurdalnych wniosków, ponieważ firmy, które dokonały rozliczeń wbrew temu, co orzeknie fiskus, same będą raportowały organom schemat swojego postępowania i narażały się na konsekwencje prawne, natomiast nie otrzymają w zamian żadnej wiążącej opinii organu na etapie projektowania swoich strategii biznesowych i podejmowania decyzji finansowych.

Z treści projektu ustawy wynika także, że do wniosku o wszczęcie konsultacji należy załączyć dokumentację dotyczącą dokonanej transakcji, w szczególności oryginały lub kopie umów. Postępowanie dowodowe nie musi jednak ograniczać się do dokumentacji przedstawionej przez wnioskującego, a organ prowadzący konsultację dostaje de facto wolną rękę w zakresie gromadzenia materiału dowodowego. Taki zapis może budzić uzasadnione obawy przedsiębiorców w sytuacji, gdy organy będą wykorzystywały zdobytą dokumentację firm w innych postępowaniach, niemających związku z prowadzonymi konsultacjami.

Powyższe argumenty dają do zrozumienia, że pomimo dobrej woli i przekonania projektodawcy, iż procedura konsultacji ma na celu ułatwienie prowadzenia biznesu, może się okazać, że skorzystanie z niej uderzy rykoszetem na firmie i wywoła niepożądane skutki prawno-podatkowe.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

W ciągu 2017 r. wartość bitcoina urosła o ponad 1000%

W ciągu 2017 r. wartość kryptowaluty bictoin urosła o ponad 1000%, ustanawiając dziesiątki różnych rekordów. Niedawno jeden bitcoin przekroczył granicę 11 tys. USD i nadal idzie w górę, osiągając we wtorek rano kurs 11 728 USD. Wartość bitcoina jest już większa niż wielkich międzynarodowych koncernów i znanych światowych marek (kapitalizacja rynkowa wynosi 195 mld USD). Niektórzy analitycy i inwestorzy ostrzegają, że koniec tej bańki spekulacyjnej jest bliski (np. Nouriel Roubini, Jim Rogers, Ken Griffin), a inni, że bitcion nadal będzie zyskiwał (np. John McAfee, Michael Novogratz, Maks Keiser). Na razie jeszcze szybciej niż bitcoin rośnie kryptowaluta ethereum, której wartość od początku 2017 r. podniosła się aż o 5500%.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do głównych walut: do euro (-0,23%), brytyjskiego funta (-0,11%), dolara kanadyjskiego (-0,5%), dolara australijskiego (-0,78%) oraz japońskiego jena (-0,26%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,187, GBP/USD – 1,344, USD/CAD – 1,265, AUD/USD – 0,765 i USD/JPY – 112,6. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,04%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka minimalnie umacnia się do głównych walut. We wtorek rano dolar kosztuje 3,54 zł, euro – poniżej 4,21 zł, funt – 4,76 zł, a frank szwajcarski – 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,53%, frankfurcki indeks DAX – 1,53%, a paryski indeks CAC 40 – 1,36%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,11%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,22%, a brazylijski indeks Bovespa zyskał 1,14%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei stracił 0,37%, chiński indeks Shanghai Composite – 0,18%, a hongkoński indeks Hang Seng – 0,99%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej idą w dół. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,45 USD (-2,05%), a ropy WTI – 57,47 USD (-1,55%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca obniżyła się o 1 USD do 66 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych spadkach idzie w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1275 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

2:45 – Chiny – PMI dla usług, listopad – 51,9 pkt. (prognoza 51,5 pkt.)
4:30 – Australia – Decyzja RBA ws. stóp procentowych, grudzień – bez zmian
9:55 – Niemcy – PMI dla usług, listopad (prognoza 54,9 pkt.)
10:00 – Strefa euro – PMI dla usług, listopad (prognoza 56,2 pkt.)
10:30 – Wielka Brytania – PMI dla usług, listopad (prognoza 55 pkt.)
14:30 – USA – Saldo bilansu handlowego, październik (prognoza -47,5 mld USD)
15:45 – USA – PMI dla usług, listopad (prognoza 54,7 pkt.)
16:00 – USA – ISM dla usług, listopad (prognoza 59,1 pkt.)
16:00 – Polska – Komunikat po posiedzeniu RPP, grudzień (decyzja ws. stóp procentowych)
17:30 – Niemcy – Wystąpienie szefa Bundesbanku

Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

Podsumowanie 2017 r. w branży ubezpieczeniowej oraz prognozy na rok 2018

O tym, co wydarzyło się w 2017 r. i co czeka branżę ubezpieczeniową w roku 2018 mówi Michał Kwasek z ANG Spółdzielni.

  • Pomimo widma wejścia w życie nowej ustawy o pośrednictwie ubezpieczeniowym, rok 2017 minął w branży głównie pod znakiem działań pozalegislacyjnych.
  • Obserwowaliśmy wzmożone działania w sektorze ubezpieczeń medycznych, a także pierwsze kroki w stronę ochrony przed cyberatakami.
  • W 2018 r. możemy spodziewać się przede wszystkim bogatszej oferty ubezpieczeń spersonalizowanych.

Michał KwasekJeszcze w 2016 r. wiedzieliśmy, że niebawem przyjdzie nam się zmierzyć z nową ustawą o pośrednictwie ubezpieczeniowym. Jednak jej wprowadzenie zajmie więcej czasu niż na początku sądziliśmy. I choć widmo zmian nadal istnieje i ustawa na pewno prędzej czy później wejdzie w życie, branża pośrednictwa ubezpieczeniowego zdaje się ten fakt bagatelizować. Ubezpieczeniowcy z wieloma regulacjami mierzą się już od lat i skóra na ich plecach odpowiednio już stwardniała. Niejedną zmianę prawa widzieli, widzieli też wdrażanie tych zmian w życie. Niestety, w tym przypadku doświadczenie i wynikający z tego spokój może faktycznie okazać się niebezpieczny i finalnie zgubny.

Kancelarie odszkodowawcze groźniejsze niż KNF i UOKiK

Kłopoty mogą bowiem przyjść z najmniej oczekiwanego i spodziewanego kierunku… Nowa ustawa regulująca pośrednictwo ubezpieczeniowe ma bowiem wejść w życie w końcówce lutego 2018 r, jednak jej uchwalenie może zostać odroczone w czasie. Oby, ponieważ na dzisiaj spora część branży ubezpieczeniowej zupełnie nadchodzącymi zmianami się nie przejmuje. A powinna. Niewątpliwie przydałoby się te kilka miesięcy więcej. Najważniejszą nadchodzącą zmianą jest konieczność badania potrzeb klienta, coś niby oczywistego, co większość praktyków tego rynku robi od zawsze. I właśnie dlatego te nowe przepisy ci praktycy bagatelizują. W ich podejściu do klienta zmieni się faktycznie niewiele. Dużo zmieni się jednak w dokumentowaniu i ewentualnym udowodnieniu tego, co faktycznie powiedziało się klientowi. Co ważne, razy mogą przyjść nie od strony najbardziej oczywistej, czyli z KNF-u czy UOKiK, w tej rozgrywce mogą je wymierzać kancelarie odszkodowawcze. Warto zatem zadbać o odpowiednią infrastrukturę i procedury zabezpieczające przed takimi ewentualnymi sporami. Na rynku ubezpieczeniowym widoczna również będzie konsolidacja, jako nieunikniona konsekwencja nadchodzących zmian.

2018 rokiem ubezpieczeń zdrowotnych, porównywarek i insurtechów

Nadchodzący rok 2018 będzie zatem upływał pod znakiem prób skutecznej adaptacji do nowej rzeczywistości legislacyjnej, w której zarówno części kredytowej, jak i ubezpieczeniowej rynku pośrednictwa przyjdzie żyć. W ubezpieczeniach widoczne powinny być jeszcze trzy trendy.

Na dzisiaj już 2,1 mln Polaków korzysta z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Ostatni okres, to dominacja prywatnych zakładów medycznych, oferujących bezpośredni zakup abonamentu medycznego. Ich dotychczasowa skuteczność może jednak stać się ich przekleństwem. Zbyt duży sukces skutkuje obserwowanym spadkiem jakości, w efekcie którego klienci mogą zechcieć migrować w produkty oferowane przez Towarzystwa Ubezpieczeniowe, które dają zdecydowanie szerszą ofertę placówek, a tym samym dostępność, co przecież w tym produkcie jest najważniejsze. Zmiana biegu rzeki klientów w sektorze ubezpieczeń zdrowotnych może być jednym z ważniejszych wydarzeń 2018 r.

Pierwsze, obserwowane w 2017 r. cyberataki mogą natomiast skutkować rozwojem oferty produktowej chroniącej klientów przed ich konsekwencjami. Dziś popyt na takie produkty jest niewielki, a więc i podaż znikoma. Rok 2018 powinien jednak przynieść istotną zmianę w tym segmencie rynku.

W branży ubezpieczeniowej widać także apetyt na nowe, niszowe ryzyka i personalizowanie budowanych przez Towarzystwa ofert. Malejąca marża na dotychczasowych produktach, rosnąca świadomość, a w ślad za nią wymagania klientów, rosnące wymagania legislacyjne, technologia umożliwiająca bardzo precyzyjną analizę potrzeb – to wszystko skutkować będzie koniecznością istotnej zmiany w percepcji, otwartości na nowości i apetycie na nowe ryzyka po stronie ubezpieczycieli. W 2018 r. obserwować będziemy zatem drugą młodość porównywarek ubezpieczeniowych, indywidualnych, bądź dedykowanych wąskim grupom odbiorców ofert i wreszcie przecierających pierwsze szlaki projektów insurtechowych.

Wydaje nam się, że przez kilka ostatnich lat przygotowaliśmy się do nadchodzących zmian. Cechy, które od kilku już lat przyświecają naszej misji tworzenia Spółdzielni, czyli organizacji ludzi i dla ludzi, dzisiaj stają się bardzo pożądane. Budujemy naszą tożsamość już kilka lat i wiemy doskonale, że organizacji odpowiedzialnej społecznie nie da się zbudować z dnia na dzień. Innego sposobu myślenia nie da się także narzucić czy wdrożyć korporacyjnym zarządzeniem. Czas więc pokaże, jak ze zmianami w branży ubezpieczeniowej poradzą sobie inne firmy pośrednictwa i czy nasze podejście do prowadzenia organizacji zdało egzamin.