Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie

Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie 1

Z inteligentnych systemów transportowych, które pozwalają usprawnić komunikację i zarządzać nią, korzysta już większość zachodnioeuropejskich metropolii. Takie projekty coraz częściej wdrażają również duże polskie miasta jak Warszawa czy Poznań. Korzyścią jest nie tylko ekologia, lecz także poprawa bezpieczeństwa i płynności ruchu drogowego. Wyzwaniem pozostaje integracja różnych inteligentnych systemów w skali całego miasta, tak aby usprawnić zarządzanie nim i zapewnić mieszkańcom dostęp do przydatnych informacji.

– Polskie miasta dobrze radzą sobie z wdrażaniem inteligentnych systemów transportowych. Można wręcz powiedzieć, że bardzo dobrze, zważywszy, że w porównaniu do krajów Europy Zachodniej systemy ITS są w Polsce nowością – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Litwin, członek zarządu Stowarzyszenia Inteligentne Systemy Transportowe ITS Polska.

Zadaniem Inteligentnych Systemów Transportowych (ITS) jest rozwiązanie problemów, które stwarza narastający ruch drogowy, za pomocą nowoczesnych technologii. Przykładowo, dzięki nim kierowcy mogą w czasie rzeczywistym sprawdzić, w którym punkcie miasta są korki, a pasażerowie transportu publicznego – dowiedzieć się, za ile czasu przyjedzie tramwaj lub autobus.

Duże doświadczenie we wdrażaniu systemów ITS mają zachodnioeuropejskie metropolie takie jak Amsterdam, Paryż czy Londyn. Technologie coraz częściej zarządzają i usprawniają komunikację również w polskich miastach.

– Mówimy tutaj o technologiach, które służą upłynnieniu ruchu, ale również o innowacjach związanych na przykład ze zużyciem energii. Są to zmodernizowane sterowniki i lampy sygnalizacyjne, czyli podstawowe elementy techniczne, które pozwalają miastom oszczędzić energię – mówi Krzysztof Witoń, kierownik produktu z pionu ITS, branży Mobility w Siemens sp. z o.o.

Zdaniem Marka Litwina ze Stowarzyszenia ITS wdrażanie inteligentnych systemów transportowych w polskich miastach okazało się sukcesem. Jednak polskie projekty i rozwiązania charakteryzuje duża złożoność.

– Mamy swój sposób wdrażania systemów ITS. Jest on unikalny, dlatego że budowaliśmy go praktycznie od podstaw. Specyfika polskich wdrożeń polega na tym, że lawinowo powstały systemy o bardzo dużym stopniu złożoności, co pokazuje przykład Poznania, Krakowa czy Białegostoku. Można wymienić również Zarząd Dróg Wojewódzkich w Bydgoszczy z systemem ewidencjonowania i zarządzania ruchem na drogach czy karty miejskie, które zostały wdrożone jako część dużych projektów związanych z zarządzaniem transportem publicznym – mówi Marek Litwin.

Dariusz Obcowski, dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp. z o.o., zwraca uwagę na to, że w kontekście technologii usprawniających transport również istotne są te, które wpływają na przepływ informacji i ich bezpieczeństwo. Największym wyzwaniem natomiast jest obecnie konieczność ich zintegrowania, tak aby mogły się uzupełniać nawzajem, usprawniać ruch drogowy i aby mogli szeroko korzystać z nich pasażerowie i kierowcy.

– Wydaje się, że niezmiernie istotnym elementem jest kwestia integracji wszystkich tych rozwiązań. Do tej pory w Polsce robiliśmy to zespołowo, definiując pewne sprecyzowane obszary. Dzisiaj wyzwaniem jest to, żeby te technologie były integrowane i nie służyły tylko jednemu użytkownikowi, żeby można było korzystać z informacji w sposób kompleksowy i zintegrowany – podkreśla Dariusz Obcowski.

Główne korzyści, jakie przynosi dużym miastom zastosowanie inteligentnych systemów zarządzania ruchem, to poprawa bezpieczeństwa, zwiększona mobilność i usprawniona komunikacja. Nie bez znaczenia jest również ekologia i aspekt ochrony środowiska, szczególnie ważny w miastach, które borykają się z problemem smogu lub dużymi korkami.

– Z jednej strony porządkujemy ruch, a mieszkańcy przestają błądzić po mieście. Z drugiej strony ograniczamy zbędny ruch, a tam, gdzie jest taka potrzeba – usprawniamy go. Ma to ogromy wpływ na to, ile substancji szkodliwych generujemy do środowiska i niezaprzeczalnie zwiększa bezpieczeństwo ruchu – zaznacza Dariusz Obcowski.

Dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp z.o.o. zauważa, że inteligentne systemy transportowe wpisują się w trend smart cities, czyli inteligentnych miast, które z pomocą technologii usprawniają ich funkcjonowanie i odpowiadają na potrzeby mieszkańców.

– Kluczem do efektywnego zarządzania jest połączenie różnych rozwiązań i inteligentnych systemów w skali całego miasta. Wciąż jednak dużym wyzwaniem jest integracja i możliwość wykorzystywania dobrodziejstw płynących z rozwiązań ITS-owych i smart city adresowanych do różnych użytkowników. W tym momencie nie wykorzystujemy informacji zbieranych przez systemy w 100 proc. W tym obszarze jest jeszcze spore pole do wykorzystania – mówi Dariusz Obcowski.

Technologiczny koncern, który był jednym z prekursorów rozwiązań dedykowanych dla smart cities, stworzył niedawno sygnalizatory, które redukują zużycie energii o 80 proc. w stosunku do typowych sygnalizatorów ledowych. Przy zachowaniu odpowiedniego bezpieczeństwa pozwalają one na zużycie zaledwie 1 wata (W) energii.

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy 2

Po wygaśnięciu unijnej siedmiolatki w 2020 roku, fundusze przeznaczone na instrumenty zwrotne dla samorządów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie. W miarę jak kredytobiorcy będą spłacać pożyczki zaciągnięte z unijnych środków, pieniądze będą wracać do regionalnej kasy. Według rządowych pomysłów zarządzać nimi mogłyby regionalne Fundusze Rozwoju, które będą finansować kolejne programy pomocowe dla województw.  

– W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 przyjmujemy różne role w zależności od programów. Najczęstszą jest rola menadżera funduszu funduszy w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, które realizujemy z samorządami województw. W sumie podpiszemy umowy z piętnastką samorządów, obecnie jest ich dwanaście. Będziemy realizowali programy, których celem jest między innymi wsparcie instrumentami zwrotnymi małych i średnich przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Cieszyński, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Celem Regionalnych Programów Operacyjnych jest wsparcie gospodarczego, społecznego i infrastrukturalnego rozwoju poszczególnych województw. Programy są źródłem środków unijnych, które finansują projekty i inwestycje w tych trzech kluczowych obszarach.

Beneficjentami tych środków mogą być między innymi jednostki samorządowe, służby publiczne, instytucje kulturalne i ochrona zdrowia. Część funduszy w porozumieniu z samorządem trafia też do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, pod warunkiem że ich działalność wpisuje się w branże i sektory gospodarki kluczowe dla danego województwa.

Poza przedsiębiorczością na finansowanie unijnymi pieniędzmi z RPO mogą liczyć projekty związane z budową i modernizacją nowych dróg, koleją i transportem, cyfryzacją, bezpieczeństwem energetycznym, nauką i poprawą sytuacji na rynku pracy. Projekty do finansowania w ramach RPO są wyłaniane na podstawie ustawy wdrożeniowej, której nowelizacja jest aktualnie procedowana w Sejmie.

Projekt zakłada między innymi większą rolę wojewodów we wdrażaniu funduszy unijnych zarządzanych przez marszałków. Ma to zwiększyć efektywność i szybkość wydatkowania unijnych środków, w tym również przez firmy. Na mocy nowych regulacji zostaną ograniczone formalności, a przedsiębiorcy będą szybciej uzyskiwać informacje o przyznaniu dotacji.

Jak podkreśla członek zarządu BGK Przemysław Cieszyński, dysponowanie środkami z Regionalnych Programów Operacyjnych jest ważnym zadaniem krajowego banku rozwoju.

– Będziemy wspierać rynek pracy, konkretnie chodzi o pomoc bezrobotnym w zakładaniu małych firm, oraz projekty związane z rewitalizacją miast i termomodernizacją budynków, gdzie beneficjentami są między innymi spółdzielnie mieszkaniowe, TBS-y i  urzędy gminne – mówi Przemysław Cieszyński.

Łączna kwota wsparcia instrumentami zwrotnymi w obecnej siedmiolatce wynosi 11 mld zł. W poprzedniej perspektywie Bank Gospodarstwa Krajowego dysponował 2,7 mld zł, co oznacza, że znacząco wzrosła skala wydatkowanych środków i wachlarz instrumentów finansowych.

– Jeśli chodzi o podział środków, to w piętnastu programach regionalnych zapisana jest kwota 6,8 mld zł. Mamy też krajowy program operacyjny Polska Cyfrowa, którego wartość sięga 1 mld zł. Ponadto jest również kilka innych, między innymi program wsparcia dla Polski Wschodniej w zakresie drobnych inwestycji z obszaru turystyki – mówi Przemysław Cieszyński.

Pod koniec kwietnia BGK rozpisał przetarg, w którym chce wyłonić pośredników w rozdysponowaniu 480 mln zł pochodzących z programu Polska Cyfrowa, na instrumenty zwrotne dla operatorów i podmiotów zapewniających dostęp do szybkiego internetu. Te mogą liczyć na dofinansowania sięgające maksymalnie 10 mln zł.

Zdaniem członka zarządu BGK po 2020 roku, czyli po wygaśnięciu obecnej, unijnej siedmiolatki, możliwe będzie uruchomienie kolejnych programów finansowanych ze środków spłacanych w ramach instrumentów zwrotnych. Jeden z możliwych scenariuszy zakłada, że pieniądze będą do dyspozycji nowo utworzonych tzw. Regionalnych Funduszy Rozwoju, które będą wydatkować je na konkretne projekty, w zależności od potrzeb regionu.

– Kiedy beneficjenci spłacają instrumenty zwrotne, czyli kredyty i pożyczki, powstają fundusze, na podstawie których można tworzyć nowe programy. Te nie będą już ograniczone reżimem narzuconym przez Komisję Europejską. Mogą być dowolnie wydatkowane na cele publiczne, w zależności od potrzeb danego regionu. Mówi się o instytucjach nazywanych Regionalnymi Funduszami Rozwoju, które będą zasilane tymi właśnie środkami. Największą zaletą instrumentów zwrotnych w tej perspektywie jest właśnie to, że ich wykorzystanie może być wielokrotne – mówi Przemysław Cieszyński, członek zarządu banku Gospodarstwa Krajowego.

W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 dla samorządów przeznaczonych jest łącznie około 32,3 mld euro, co stanowi 40 proc. całości funduszy unijnych.

Do końca kwietnia Bank Gospodarstwa Krajowego zrealizował z bieżącej perspektywy finansowej płatności na łączną kwotę 21,4 mld zł.

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń 3

Ponad 200 tys. komputerów, 150 państw, 50 tys. dol. okupu, paraliż międzynarodowych korporacji, szpitali, instytucji rządowych i transportu – to bilans największej w dotychczasowej historii fali cyberataków, które hakerzy przeprowadzili w ubiegłym tygodniu za pomocą oprogramowania WannaCry. Eksperci nie mają wątpliwości, że w tym roku należy się spodziewać kolejnych tego typu zdarzeń.

– W ostatnich dniach doszło do kilku głośnych medialnie ataków hakerskich. Można powiedzieć, że jesteśmy na wojnie. W dzisiejszym świecie cyberataki są narzędziem takim jak maczeta czy pistolet, służącym do zadania ciosu, a wszystko sprowadza się do pieniędzy. Wojny raczej nie wygramy, ale możemy starać się o wygranie kolejnej bitwy, albo raczej – o poniesienie możliwie najmniejszych strat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ślaski, główny konsultant do spraw sieci w Atende.

Piątkowy globalny cyberatak w ciągu niecałej doby objął swoim zasięgiem ponad 150 państw i 200 tys. komputerów z systemem operacyjnym Windows. Jego ofiarami padli nie tylko indywidualni użytkownicy, lecz także korporacje oraz instytucje publiczne. Ucierpiały m.in. niemieckie linie kolejowe Deutsche Bahn, Nissan, FedEx, Telefonica, rosyjskie banki i urzędy, indyjskie linie lotnicze Shaheen Airlines oraz włoskie uniwersytety. Francuski koncern motoryzacyjny Renault musiał zawiesić produkcję.

Z ogromnymi problemami borykała się też brytyjska służba zdrowia. Cyberatak dotknął między innymi największe londyńskie szpitale, a lekarze stracili dostęp do służbowych komputerów. Część planowanych wizyt i zabiegów odwołano, a pacjenci zostali rozwiezieni karetkami do innych placówek. Eksperci ocenili, że ubiegłotygodniowy atak hakerski był największym w dotychczasowej historii.

– Ekrany z informacją o tym, że pliki zostały zaszyfrowane i należy wpłacić okup w bitcoinach pojawił się wszędzie: na ekranach komputerów na dworcach kolejowych, gdzie zwykle wyświetlane są informacje o rozkładzie jazdy, w salach szkoleniowych, w miejscach publicznych. Ten atak sam się sprzedał, wszystkie media go podchwyciły. Z drugiej strony dobrze się stało, bo ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, że takie ataki grożą każdemu, mogą zaatakować cenne elementy infrastruktury, szpitale czy elektrownie – mówi Robert Ślaski.

Atak został przeprowadzony za pomocą WannaCry – złośliwego i bardzo skutecznego oprogramowania typu ransomware (które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu) oraz Eternal Blue – exploita (narzędzie do wykorzystywania błędów w oprogramowaniu) stworzonego przez amerykańską Narodową Agencję Bezpieczeństwa. Jak podaje zespół CERT Polska, exploit został już wcześniej wykradziony i publicznie udostępniony przez grupę hakerską Shadow Brokers.

Do przeprowadzenia piątkowego globalnego cyberataku hakerzy wykorzystali lukę w systemie operacyjnym Windows. Ta została wykryta już na przełomie lutego i marca, a Microsoft wydał aktualizację oprogramowania. Zarażone komputery najprawdopodobniej nie zostały wcześniej zaktualizowane.

Ekspert Atende Robert Ślaski podkreśla, że podstawą zapobiegania podobnym zagrożeniom jest korzystanie z wiedzy eksperckiej celem przeprowadzenia cyklicznych audytów bezpieczeństwa. Ważna jest także edukacja i wzrost świadomości użytkowników sieci w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Wbrew pozorom większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem powoduje czynnik ludzki. Nie dotyczy to personelu technicznego, który jest dość dobrze wyedukowany, ale raczej zwykłych użytkowników. Dlatego należy prowadzić cykliczne, zmasowane kampanie informacyjne i szkolenia dotyczące cyberbezpieczeństwa czy kierować chociażby na stronę CERT Polska, gdzie są publikowane comiesięczne biuletyny, a w krótkim, dwustronicowym formacie opisano, czym jest wirus, jak się  zachować w przypadku ataku, co grozi w przypadku otwierania plików niewiadomego pochodzenia etc. Trzeba być czujnym, pilnować tego, co dzieje się w cyberświecie – przestrzega Robert Ślaski.

W momencie, gdy atak mamy już za sobą, warto do współpracy zaangażować zewnętrznych ekspertów, którzy pomogą w przeprowadzeniu dokładnej analizy po włamaniowej i dostarczą wskazówek dotyczących zabezpieczeń na przyszłość.

Oprogramowanie WannaCry rozprzestrzeniało się za pomocą zainfekowanych e-maili. Następnie szyfrowało pliki i blokowało ekran komputera, żądając okupu w bitcoinach w wysokości od 300 do 600 dol. Europol podał, że wykrycie hakerów, którzy stoją za WannaCry będzie bardzo trudne (na razie wyklucza się możliwość, że stał za nim rząd któregoś z państw). Komercyjny sukces ataku był jednak relatywnie niewielki, zważywszy na jego skalę: na wpłacenie okupu zdecydowało się tylko ok. 200 osób, a całkowita kwota wpłat wyniosła ok. 50 tys. dol. – poinformował CERT Polska.

Ubiegłotygodniowy, największy jak dotychczas cyberatak tylko w ograniczonym stopniu dotyczył polskich internautów i instytucji. Jak poinformował zespół CERT Polska, w całym kraju doszło do 1235 infekcji WannaCry (co stanowi 0,65 proc. w globalnej skali). Wciąż niewyjaśniona pozostaje sprawa ataku na rządowe Centrum Projektów Cyfrowa Polska, o którym informował branżowy „Niebezpiecznik”. Śledztwo w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy prowadzi policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Nie wiemy na razie zbyt wiele o ataku na polską instytucję publiczną. W tej sprawie padło bardzo dużo pytań i mało odpowiedzi. Z tego, co wiem, pani minister Streżyńska musiała zainterweniować, żeby w ogóle wyjawiono tę informację – mówi Robert Ślaski.

Ekspert grupy Atende zaznacza, że ubiegłotygodniowy globalny atak powinien być przestrogą dla firm i przedsiębiorstw, żeby w większym zakresie zadbały o cyfrowe bezpieczeństwo. Atak hakerski wiąże się bowiem z realnymi stratami finansowymi i koniecznością wstrzymania całej działalności.

– W każdej organizacji powinna być osoba odpowiedzialna za ten obszar. Bez tego firmy może nie być. Jeżeli pliki zostaną zaszyfrowane, wszystko stanie, co w tym przypadku potwierdza przykład szpitali czy zakładów produkcyjnych. Taka przerwa w działaniu dla firmy jest jak pożar – mówi Robert Ślaski.

Globalny atak WannaCry zatrzymał 22-letni bloger i badacz ds. cyberbezpieczeństwa Mark Hutchins, który odkrył, że halerzy stojący za atakiem pozostawili niezarejestrowaną domenę w charakterze „wyłącznika bezpieczeństwa”. Za 10 dol. wykupił domenę i powstrzymał dalsze rozprzestrzenianie się złośliwego oprogramowania. Eksperci są jednak zgodni, że oprogramowanie będzie modyfikowane i ze 100-procentową pewnością można się spodziewać podobnych ataków.

– Rozwiązania firm i instytucji nigdy nie będą wystarczające. Zawsze powtarzam, że jesteśmy na wojnie. Tej wojny nie widać, rakiety nie latają, ludzie nie biegają z karabinami, ona się rozgrywa w cyberprzestrzeni, w internecie głównie, aczkolwiek również na terytorium firm – mówi Robert Ślaski.

Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Fortinet przestrzegała niedawno, że ubiegłoroczna fala ataków ransomware była tylko początkiem. W 2017 roku należy się spodziewać wzmożonych ataków i kradzieży lub blokady dostępu do danych w celu wymuszeń i szantażu. Koszty okupów w przypadku takich ataków będą coraz wyższe. Przed nasilonymi atakami ransomware ostrzega też Marsh Polska w swoim raporcie „Cyber Risks 2017”.

Maszyny już zastępują prawników i lekarzy. Nauka pamięciowa i matematyka przestaną być potrzebne?

Za kilka lat sztuczna inteligencja zdemokratyzuje dostęp do analizy danych. Dlatego, należy zmienić system edukacji. Według S. Starzyńskiego, odpowiadał on potrzebom rynku 200 lat temu. Teraz trzeba uczyć dzieci innowacyjnego rozwiązywania problemów, z którymi komputery nie będą radzić sobie jeszcze przez 20-40 lat. 

Jak przewiduje prezes instytutu badawczego ABR SESTA, w Polsce proces zastępowania pracowników przez roboty i SI (sztuczną inteligencję) będzie znacznie wolniejszy, niż w Europie Zachodniej. W naszym kraju wynagrodzenia dla pracowników są jeszcze stosunkowo niskie, dlatego wciąż nie opłaca się inwestować w tak nowoczesne systemy. Ale za kilka lat to się zmieni, gdyż koszty robotyzacji już maleją, a wydatki firm, związane z zatrudnianiem personelu, zwiększają się. Świadczy o tym np. wprowadzenie wyższej stawki minimalnej. Zdaniem eksperta, będzie podobnie jak w Chinach. Gdy wzrosły tam koszty pracy, na wschodnim wybrzeżu zaczęły powstawać fabryki, w których obecnie pracują prawie same maszyny.

– W niektórych branżach zastępowanie ludzi robotami i SI nastąpi bardzo szybko, w innych – nieco później. Jednak zmiany te są nieuniknione. Dlatego, już teraz należy zrewolucjonizować system edukacji, aby przygotować młodzież do życia w zupełnie nowej rzeczywistości. Nauka powinna być nastawiona na rozwój kreatywnego myślenia i empatii, gdyż póki co, maszyny nie posiadają takich umiejętności. Każdy zawód, który polega na powtarzaniu tych samych czynności i nie wymaga pomysłowości, zostanie wcześniej czy później wyparty z rynku – mówi Sebastian Starzyński.

Prezes instytutu badawczego ABR SESTA zauważa, że obecnie większość samolotów na świecie lata głównie na autopilotach. Mogą one startować i lądować bez pomocy człowieka. Piloci siedzą w kokpitach ze względu na wciąż obowiązujące prawodawstwo, w celu zwiększenia poczucia bezpieczeństwa pasażerów, a także na wypadek nieprzewidzianych trudności. Podobna robotyzacja czeka inne środki transportu. Według Sebastiana Starzyńskiego, za kilka lat w naszym kraju kierowcy taksówek i ciężarówek masowo będą zastępowani przez roboty. Przepisy ruchu drogowego mogą spowolnić ten proces, ale na pewno go nie zatrzymają.

– W Polsce potrzeba jeszcze ok. 7 lat na udoskonalenie technologii i zmianę legislacji, aby roboty mogły w pełni zastąpić zawodowych kierowców. Wówczas zatrudnianie osób do obsługi aut stanie się oczywistą stratą pieniędzy. Człowiek, jak wiadomo, wymaga odpoczynku od pracy. Natomiast, ciężarówki autonomiczne będą jeździły przez 24 godziny na dobę. Ponadto, jazda samochodami, sterowanymi przez maszyny, stanie się dużo bezpieczniejsza, niż prowadzonymi przez ludzi. Według dostępnych statystyk, ich wypadkowość jest wielokrotnie niższa w zestawieniu z pojazdami prowadzonymi przez ludzi – podkreśla Sebastian Starzyński.

Ekspert zaznacza, że wielbiciele „jazdy za kółkiem” będą kontrolowani przez system autonomiczny, obowiązkowo zainstalowany w każdym pojeździe. Nie pozwoli on już jechać kierowcy np. 150 km na godzinę po terenie zabudowanym. Oznacza to, że w przyszłości mogą zniknąć mandaty za zbyt szybką prędkość na drodze. Jednak, przede wszystkim tzw. piraci drogowi przestaną narażać życie niewinnych osób dla własnej zabawy. Jak stwierdza Sebastian Starzyński, z samochodami na własność będzie tak, jak obecnie z końmi. Staną się rozrywką dla pasjonatów. Stopniowo będzie maleć liczba osób prowadzących tradycyjne pojazdy. Na rynku zaczną dominować autonomiczne kapsuły, pozbawione kierownicy, za to wyposażone np. w stolik dla pasażerów.

– Obecnie w USA, Japonii, Chinach, a także w Europie Zachodniej są już wdrażane systemy, które znacznie lepiej radzą sobie z odtwarzaniem i stosowaniem przepisów. Przykładem jest IBM Watson, ale pojawiają się też nowe rozwiązania, które ułatwiają przeglądanie spraw sądowych. Optymalizują pracę prawników w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje prawo precedensowe. Trzeba wiedzieć, że aż ok. 70% pracy amerykańskich prawników polega na czytaniu dokumentów i zaznaczaniu fragmentów do dalszej analizy. Superkomputer robi to szybciej i dokładniej – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Jak dodaje ekspert, IBM, Microsoft i Google tworzą obecnie sprzęty do oceniania zdjęć RTG i USG. To jest typowy „machine learning”, czyli sztuczna inteligencja o wąskiej specjalizacji. Maszyny, wyprodukowane w celu analizy obrazów, wykonują to znacznie szybciej i dokładniej, niż lekarze z wieloletnim stażem pracy. Zdarzają się przypadki, że nawet profesorowie medycyny nie pamiętają objawów niezwykle rzadkich chorób, o których czytali jedynie na studiach. SI nie zapomina o niczym, jeśli dobrze działa. W przyszłości sztuczna inteligencja będzie przeprowadzała wywiad z pacjentem, nie tylko zadając mu pytania, jak obecnie czyni to lekarz. W trakcie rozmowy zbada krew, tętno, ale też mimikę, ton głosu, ruch gałek ocznych i wiele innych informacji, zapisanych w ludzkim ciele.

– W porównaniu z SI, lekarz nie będzie miał szans na tak dokładne i szybkie zbadanie chorego. Sztuczna inteligencja będzie zbierała i kumulowała dane o stanie fizycznym i psychicznym człowieka. To znacznie więcej, niż obecnie mogą zrobić ludzie. Przechowywanie w pamięci wiedzy na temat milionów badanych pacjentów jest nieosiągalne dla człowieka, podobnie jak ukończenie wszystkich specjalizacji medycznych i zdobycie w nich doświadczenia. Tymczasem, jedno urządzenie ma mieć zapisane informacje z każdej specjalności, wyniki badań i studia wcześniejszych przypadków – zapewnia Sebastian Starzyński.

Jednak w pracy lekarza ważna jest nie tylko profesjonalna wiedza, ale również empatia. Maszyna jeszcze długo nie zastąpi potrzebnej rozmowy z pacjentem, np. po przeżytej traumie. Komputery mogą czytać emocje i naśladować je, ale to ludzie mają prawdziwe uczucia. Są nam one potrzebne do tego, aby oceniać, czego potrzebują inni, m.in. klienci, w zmieniającym się świecie. Według eksperta, maszyny szybko tego nie zrozumieją, bo raczej będą działać, zgodnie z wyznaczonymi wcześniej schematami.  Dlatego właśnie dzieci w szkole powinny rozwijać w sobie te zdolności.

– W mojej opinii, zdolności matematyczne i analityczne przestaną być cenione, ponieważ komputery liczą o wiele sprawniej i szybciej od ludzi. Podobnie jest z zapamiętywaniem szeregu informacji, czego wciąż oczekuje się od dzieci i młodzieży w szkołach. Generalnie maszyny lepiej wykonują wszelkie czynności, które wymagają analizy dużej ilości danych, liczb i procesów myślowych. Przykładem tego jest gra w szachy, którą arcymistrz Garri Kasparow przegrał z Deep Blue w 1996 roku. Rosjanin przewidywał wówczas 3 operacje na sekundę, tymczasem komputer – 3 miliony – przypomina Sebastian Starzyński.

Jak przewiduje ekspert, dostęp do sztucznej inteligencji będzie bardzo demokratyczny, podobnie jak dziś powszechne używanie smartfonów. Zaczną pojawiać się aplikacje typu osobisty asystent SI. Będą wspierać ludzi w codziennych czynnościach i decyzjach, np. dotyczących ubioru. Tego typu systemy będą właściwie działać, jeśli nauczymy ich swoich przyzwyczajeń, planów, gustów oraz zdobytej przez nas wiedzy o świecie. Bardzo ważna stanie się umiejętność uczenia sztucznej inteligencji, aby pracowała na naszą korzyść. Osoby, które jako pierwsze oswoją i wprowadzą ją do swojego życia, staną się najbardziej produktywne i zdobędą ogromną przewagę nad pozostałą częścią społeczeństwa.

– Moim zdaniem, za 5 lat osobisty asystent SI będzie już zupełnie powszechnym produktem na rynku, a za 7 lat stanie się tak popularny, jak obecnie większość aplikacji na smartformy. Duży wybór tego typu systemów sprawi, że konsumenci nie będą w stanie używać wszystkich rodzajów „podręcznej” sztucznej inteligencji. Z czasem pojawią się również pomocnicy SI, wspierający nas w zarządzaniu innymi asystentami aplikacjami – podsumowuje Sebastian Starzyński.

Między Polską a Ukrainą rodzi się nowa wymiana gospodarcza

Sytuacja polityczna Ukrainy od lat ewoluuje w kierunku standardów zachodnich. Całe mnóstwo działań, które czyni Polska i Unia Europejska, dają naszym sąsiadom perspektywę zbliżenia z Europą. Polsce zależy na tym, aby relacje gospodarcze z Ukrainą były czytelne, bezpieczne i zrozumiałe dla naszych przedsiębiorców. Dzięki temu inwestować mogliby przedstawiciele małego i średniego biznesu. Te relacje budują trwałą strukturę stosunków gospodarczych pomiędzy sąsiadami.

– Przedsiębiorcy zachodni zainwestowali na Ukrainie w zeszłym roku ponad 4,4 mld dolarów. Rodzi się jednak pytanie – czy to inwestycje portfelowe, ogromnych grup kapitałowych, które potrafią doskonale ubezpieczać się nawet na niepewnym rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Kolibski, prezes Europejskiego Instytutu Nieruchomości – Pamiętajmy, że jesteśmy predystynowani do tego, aby właśnie polski biznes rozwijał się na Ukrainie. Na Ukrainie, zarówno w kręgach uniwersyteckich, jaki i klasycznego ukraińskiego biznesu oraz samorządów miast – widać, że wschodni partnerzy widzą w nas sojusznika w drodze do Unii Europejskiej. Jednolita od lat polityka w tym względzie doprowadziła w końcu do tego, że od 1 lipca Ukraińcy będą mogli podróżować po UE bez wiz. Było to ogromne wyzwanie dla Europy, ale także dla Ukrainy – aby przygotować struktury wewnętrzne tak, żeby paszporty biometryczne, będące postawą do ruchu bezwizowego, były dostępne dla mieszkańców Ukrainy. Dziś różne statystyki pokazują, że w zależności od regionu, gotowość do odwiedzania innych okręgów lub krajów jest niewielka. Wschodnia Ukraina na ogół nie podróżuje, a jej zachodnia część z racji związków z Polską robi to znacznie częściej. Są to dłuższe wyjazdy, także do pracy. Nie można zapominać, że w naszym kraju, według statystyk, pracuje na stałe około miliona osób zza wschodniej granicy. Nie są to już tylko pracownicy rolni, wspomagający mazowieckich hodowców warzyw i owoców. To także wykwalifikowani specjaliści w branży budowlanej, czy informatycznej. Zaczyna się więc normalna wymiana gospodarcza pomiędzy przedsiębiorcami polskimi i ukraińskimi. Już nie tylko polski biznes, ale także firmy zagraniczne, które od lat posiadają w naszym kraju przedstawicielstwa i spółki, patrzą z ogromnym zainteresowaniem na rynek ukraiński. Być może staniemy się realną drogą dla inwestowania tam kapitału europejskiego – ocenia Kolibski.

Wsparcie, jakiego przedsiębiorcy nie potrzebują

Posłowie Nowoczesnej chcą wliczać okres prowadzenia działalności gospodarczej do stażu pracy. Ich pomysł ma wyrównać szanse w dostępie do stanowisk w administracji publicznej – tyle, że przedsiębiorcom taka pomoc nie jest zwyczajnie potrzebna.

Projekt Nowoczesnej to odrębna ustawa „o wliczaniu okresów prowadzenia działalności gospodarczej do pracowniczego stażu pracy oraz do stażu wymaganego od kandydatów na określone stanowiska”. Doprowadziłaby ona w rzeczywistości do zrównania umów o pracę z innymi formami zarobkowania. Czas prowadzenia własnej firmy, ale też wykonywania np. umowy zlecenia byłby wliczany do stażu pracy. Odpowiednia jego długość stanowi gwarancję nabycia m.in. dłuższego wymiaru urlopu oraz dłuższego okres wypowiedzenia umowy.

Zrównywanie umów o pracę z umowami prawa cywilnego jest jednak niebezpieczne, ponieważ prowadzi do zacierania różnic pomiędzy nimi. Tym samym stosowanie umów cywilnoprawnych i omijanie Kodeksu Pracy zostałoby wręcz usankcjonowane – a dąży się przecież do czegoś wręcz przeciwnego. Skutki projektu Nowoczesnej byłyby więc daleko idące i dlatego nie zgadzamy się na wprowadzenie takiego rozwiązania.

Projekt, jak wynika z uzasadnienia, zmierza także do wyrównania szans osób prowadzących własną działalność w dostępie do stanowisk w administracji publicznej. Wymagają one bowiem posiadania określonego pracowniczego stażu pracy. Czyli celem projektu jest de facto ułatwienie przedsiębiorcom podejmowania pracy w administracji.

Ten cel jest kuriozalny bo przecież należy promować przedsiębiorczość, a nie wzrost zatrudnienia w administracji. Czy posłowie chcą odciągać biznes od prowadzenia firm i zamieniać ich w urzędników? Tak widzą rolę przedsiębiorców w naszym kraju? Z takim myśleniem trudno jest nam się zgodzić.

Problem, który posłowie chcą rozwiązać z punktu widzenia przedsiębiorców, nie należy do najbardziej palących. Ponadto zgłoszona przez nich propozycja nie jest proprzedsiębiorcza, nie stanowi wsparcia jakie faktycznie jest potrzebne. To czego trzeba jak najszybciej to: przyjazne otoczenie prawne dla prowadzenia działalności, uproszczenie procedur zakładania firmy (która przez ostatnie zmiany prawne uległa wydłużeniu), ograniczenie barier administracyjnych oraz niższe składki i podatki. Oczekujemy działań, które uwolnią potencjał polskich firm i ułatwią ich rozwój. Dlatego popieramy rozwiązania ujęte w Konstytucji Biznesu, która przewiduje tzw. wakacje od opłacania składek ubezpieczeniowych, ale też inne przedstawiane propozycje w tym koncepcję „mała firma, mały ZUS”. Wymagają one pewnych modyfikacji, niemniej jednak ich kierunek jest słuszny. Tym kierunkiem powinni podążać posłowie zgłaszając swoje pomysły legislacyjne – zamiast proponować rozwiązania, które są nieprzemyślane i nie stanowią odpowiedzi na realne problemy.

Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generlanego, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji, Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

Microsoft i Silvermedia S.A. będą wspólnie rozwijać europejską telemedycynę

Porozumienie o współpracy na rzecz rozwoju i tworzenia usług telemedycznych dla pacjentów zostało podpisane w trakcie odbywającej się w Zabrzu konferencji MedTrends 2017. Firmę Microsoft reprezentował Sławomir Połukord, dyrektor ds. rozwoju biznesu w Microsoft, natomiast z ramienia Silvermedia dokument podpisał Ireneusz Wochlik, Prezes Silvermedia. Na jego mocy rozwiązania na rzecz telemedycyny dostarczane przez spółkę Silvermedia będą wspierane przez technologie chmury obliczeniowej Microsoft.

Transformacja rynku usług medycznych to proces stałej ewolucji, który zatacza coraz szersze kręgi także w Polsce. Konsultacje kardiologiczne przez komunikatory, zastosowanie aplikacji monitorujących poszczególne parametry ciała, zaawansowane algorytmy wspierające monitoring stanu zdrowia pacjentów stają się elementem codzienności w polskiej medycynie. Co więcej, aktywne wykorzystywanie technologii informatycznych wyznacza także Europejska Agenda Cyfrowa, na mocy której jednym z fundamentalnych działań powinny być inicjatywy dążące do poprawy sytuacji gospodarczej i dążenie do zrównoważonego rozwoju społeczeństwa w cyfrowej przyszłości.

„Telemedycyna to nie tylko oszczędność czasu spędzonego w kolejkach. To przede wszystkim oszczędność czasu potrzebnego do uratowania ludzkiego życia, odpowiednio wczesnego wykrycia potencjalnego zagrożenia czy postawienia właściwej diagnozy w momencie, kiedy pacjent nie ma możliwości spotkania z lekarzem” – powiedział Wojciech Życzyński, członek zarządu Microsoft. „Proces tworzenia odpowiednich narzędzi to nie jednorazowe działanie, ale systematyczne prace R&D zmierzające do optymalizacji działania systemów, wzbogacania ich o nowe funkcjonalności, które jeszcze lepiej pomogą pacjentom. To dla nas bardzo ważne, że algorytmy i usługi telemedyczne projektowane przez Silvermedia będą pomagały pacjentom wykorzystując również możliwości chmury Microsoft” – dodał Wojciech Życzyński.

Wśród rozwiązań telemedycznych dostarczanych przez Silvermedia są autorskie algorytmy analizujące sygnały biomedyczne. Pomagają one w zdalnej diagnostyce schorzeń poprzez definiowanie normalnych stanów funkcjonowania organizmu pacjenta, a następnie ocenę powstających anomalii. Są one stosowane m.in. w kardiologii (analizują zapis EKG i pomagają diagnozować choroby serca), audiologii (umożliwiają zdalne prowadzenia badań słuchu u dzieci), alergologii (wspierają diagnozę alergii i astmy), diabetologii, psychiatrii oraz wielu innych obszarach medycyny.

„Chmura obliczeniowa Microsoft to świetne miejsce do prac R&D z obszaru telemedycyny i możliwość szybkiego skalowania ich wyników. Te cechy skłoniły nas do stworzenia wspólnego przedsięwzięcia w postaci otwartego laboratorium telemedycznego, do którego chcemy zaprosić startup’y zainteresowane tą tematyką. Przygotowane środowiska będą pozwalały na testowanie swoich pomysłów i produktów z pomocą ekspertów dziedzinowych. Najlepsze rozwiązania będą mogły liczyć również na wsparcie przy komercjalizacji” – powiedział Ireneusz Wochlik z Silvermedia.

Obustronne porozumienie dotyczy m.in. wymiany wiedzy i doświadczeń związanych z wdrażaniem usług informatycznych na rynku medycznym, rozwoju i możliwości jakie niesie chmura obliczeniowa oraz bezpieczeństwa przechowywanych w tym modelu danych, ich analizy i zarządzania. Dodatkowo technologie chmury dostarczane przez Microsoft będą sukcesywnie wprowadzane w produktach telemedycznych Silvermedia.

Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

W ciągu roku odsetek potencjalnych emigrantów zmniejszył się o ponad 5 p.p. i dziś chęć wyjazdu z kraju deklaruje niespełna 14% Polaków – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VI” przygotowanego przez Work Service. Wśród osób rozważających opuszczenie Polski 1 na 5 badanych wybiera się do Wielkiej Brytanii, która znów jest najpopularniejszym kierunkiem. Niepokojące jest, że grupą wiekową najbardziej skłonną do wyjazdu są osoby młode między 18 a 24 rokiem życia. Niezmiennie głównym powodem emigracji są wyższe zarobki, a Polacy najchętniej wyjadą na ok. 3 miesiące, co wiąże się z pracą sezonową.

Z szóstej edycji raportu „Migracje zarobkowe Polaków” wynika, że 13,7% Polaków rozważa wyjazd z kraju – to 9% dorosłej populacji Polski czyli ponad 2,8 mln osób. Najwięcej naszych rodaków chce opuścić kraj na ok. 3 miesiące – taką deklarację złożyło 29% spośród tych, którzy myślą o emigracji.

Przed nami okres wzmożonej pracy sezonowej, która co roku cieszy się dużą popularnością wśród Polaków. Wyjazd za granicę w okresie wakacyjnym pozwala w krótkim czasie uzyskać dochody kilkakrotnie wyższe niż w analogicznym czasie w Polsce. Stąd też wzrost zainteresowania wyjazdem z kraju w porównaniu z badaniem przeprowadzonym pół roku temu, emigrację deklarowało wtedy 12% Polaków. Ważniejszy jest jednak spadek, który nastąpił w ciągu 12 miesięcy, aż o 5 p.p. Jest on w dużej mierze efektem coraz lepszej sytuacji na polskim rynku pracy – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

Kto myśli o emigracji?

Najbardziej skłonne do wyjazdu są osoby młode, między 18 a 24 rokiem życia. Stanowią oni 40% wszystkich planujących emigrację. W porównaniu z badaniem sprzed roku to wzrost o 10 p.p. O wyjeździe myślą przede wszystkim ci, którzy nie mają wyższego wykształcenia (84%). Wśród nich najwięcej jest Polaków po szkole średniej –  37%. Do emigracji przekonane są głównie osoby żyjące na wsi oraz w miejscowościach do 100 tysięcy mieszkańców – stanowią 60% wszystkich deklarujących chęć wyjazdu z kraju. Z kolei 59% potencjalnych emigrantów to osoby posiadające zatrudnienie, co dodatkowo uderzy w rynek pracy, który już teraz cierpi na niedobory pracowników. Najwięcej Polaków myślących o opuszczeniu kraju mieszka w północnej jego części.

Co może szczególnie niepokoić to fakt, że dominującą grupą wiekową, która rozważa emigrację są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia. Czy ich deklaracje zapowiadają ucieczkę przed perspektywą niskich płac, skutkami gorszego wykształcenia czy przed niskim poziomem urbanizacji regionów kraju z których pochodzą? Czy też odzwierciedlają inne, mniej tradycyjne powody decyzji migracyjnych? To ważne pytania jeśli pod uwagę brać będziemy miejsce zamieszkania, wykształcenie i deklarowane dochody potencjalnych emigrantów. Aż 53% z nich zarabia poniżej 2000 zł netto miesięcznie – komentuje Krzysztof Blusz, Wiceprezes Zarządu WiseEuropa.Kto myśli o emigracji

Powody i bariery emigracji bez zmian

Wciąż najważniejszym czynnikiem skłaniającym Polaków do emigracji są wyższe zarobki, deklaruje to 70% badanych. Na drugim miejscu jest natomiast wyższy standard życia (40%), który odnotował największy wzrost, aż o 18 p.p. Co ciekawe, jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki sprzed pół roku, to Polacy coraz większą uwagę przywiązują do korzystniejszego systemu podatkowego (26%) i bezpieczniejszego położenia geograficznego (15%). Niezmiennie najważniejszym powodem zniechęcającym do wyjazdu z kraju jest przywiązanie do rodziny i przyjaciół w Polsce (72%). Warto zwrócić uwagę, że aż 35% nie decyduje się na emigrację z powodu atrakcyjnej pracy. Dla 1 na 5 osób istotną barierą jest natomiast nieznajomość języków obcych.

***Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 27 marca-2 kwietnia 2017 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=662 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=662 to +/-3,88%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

 

Grupa Ergis po I kw. 2017 r.

Grupa ERGIS, lider przetwórstwa tworzyw sztucznych w Europie Środkowo–Wschodniej, zanotowała w I kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży sięgające 183,4 mln zł (wzrost o 6,3%). Wynik operacyjny w tym okresie wyniósł 11,2 mln zł (wzrost o 8,3%), EBITDA 17 mln zł (wzrost
o 2,8 %) a wynik netto sięgnął 8,4 mln zł (wzrost o 22,2%).

Na uwagę zasługuje wyraźna poprawa, o 9,5%, wartości marży brutto na sprzedaży – sięgnęła ona 29,8 mln w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł rok wcześniej. Jest to efekt przeprowadzonej restrukturyzacji w spółkach niemieckich oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji. W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln w porównaniu do 16,5 mln w analogicznym okresie 2016 roku.

Zgodnie z zapowiedziami, Grupa prowadzi budowę kolejnej linii do ekstruzji folii nanoErgis® w zakładzie w Oławie, której uruchomienie jest planowane przed terminem – są szanse na rozpoczęcie produkcji już w lipcu. Grupa podjęła także decyzję o inwestycji w nową linię do produkcji folii i laminatów z PET w MKF-ERGIS GmbH w Berlinie.

Rada Nadzorcza poparła rekomendację Zarządu dla Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w sprawie wypłaty dywidendy za 2016 rok w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii Spółki.

WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

Wyniki finansowe Grupy ERGIS w I kwartale 2017 roku przedstawia poniższa tabela:

w tys. PLN  I kw. 2017 I kw. 2016 Dynamika
Przychody ze sprzedaży 183 400 172 579 +6,3%
Zysk operacyjny 11 171 10 315 +8,3%
Zysk brutto 10 539 8 812 +19,6%
EBITDA 17 034 16 569 +2,8%
Zysk netto 8 431 6 902 +22,2%

W I kwartale 2017 roku ceny surowców strategicznych były wyższe niż w IV kwartale 2016 (od 2,5% do 18%). Również w porównaniu z I kwartałem 2016 roku ceny większości surowców, z wyjątkiem LLDPE oraz płatków PET (gdzie odnotowano niewielkie spadki), były o kilkanaście procent wyższe. Przychody ze sprzedaży Grupy w I kwartale 2017 były wyższe o 6,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, przy średnim kursie PLN/EUR niższym o 1,5%.

Rentowność brutto sprzedaży za I kwartał 2017 roku była w Grupie Ergis nieznacznie wyższa niż w analogicznym okresie roku 2016 i wyniosła 16,3% (wobec 15,8%), a wartość marży wyraźnie przekroczyła ubiegłoroczną (29,8 mln zł w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł w analogicznym okresie 2016). Jest to efekt restrukturyzacji przeprowadzonej w Dywizji Folii Twardych oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji.

W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln zł w porównaniu do
16,5 mln zł w analogicznym okresie 2016 roku.

Wyniki za I kwartał 2017 roku rok oceniam jako dobre. Konsekwentne wdrażanie nowych produktów i technologii (nanoErgis®) oraz skuteczna restrukturyzacja pozwoliły zrealizować w I kwartale 2017 roku wynik netto lepszy niż w I kwartale 2016 roku, mimo znacznego wzrostu cen surowców, ograniczającego marże na sprzedaży wielu produktów – powiedział Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS SA.

Pozytywnie oceniając obecną sytuację Spółki, Zarząd zdecydował o zarekomendowaniu WZA wypłaty dywidendy w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii firmy – dodał Tadeusz Nowicki.

Polscy przedsiębiorcy za zmianami w systemie podatkowym

Dla większości badanej grupy przedsiębiorców obecny system podatkowy jest nieodpowiedni, a 92% z nich uważa, że system powinien zostać uproszczony – tak wynika z badania przeprowadzonego przez prof. Dominikę Maison z Wydziału Psychologii UW na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. W ocenie badanej grupy przedsiębiorców lepszym rozwiązaniem byłby podatek wyliczany jako procent od sprzedaży firm lub wprowadzenie stałej wartości procentowej podatku od funduszu płac.

Badanie „Przedsiębiorcy o podatkach” przeprowadzone przez firmę Maison&Partners pokazuje, że zdecydowana większość badanej grupy (aż 92%) jest za uproszczeniem dotychczasowego systemu podatkowego, który postrzegany jest jako nieprzyjazny, niesprawiedliwy, skomplikowany i niezrozumiały. Blisko połowa badanej grupy przedsiębiorców (41%), głównie najdłużej funkcjonujących na rynku oraz z sektora usług, opowiada się za liniowym systemem podatkowym. Podatek progresywny popiera ponad dwukrotnie mniej osób (17%), są to najczęściej przedsiębiorcy z sektora produkcji.
Ocena istniejącego systemu podatkowego przez przedsiębiorców jest bardziej negatywna od oceny tego samego systemu przez Polaków. Przedsiębiorcy znacznie częściej niż ogół społeczeństwa wiedzą, jaki system podatkowy preferują, a co zapewne za tym idzie, mają większą wiedzę na temat systemu podatkowego w Polsce – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Badana grupa przedsiębiorców została również zapytana o ocenę propozycji nowych rozwiązań systemów podatkowych. Pierwsza z nich dotyczyła wprowadzenia nowego systemu podatkowego wyliczanego jako procent od sprzedaży firm. Spotkała się ona z bardzo dużą aprobatą – blisko 90% badanej grupy uważa, że taki system byłby lepszy od obecnego, a w przypadku wprowadzenia takiego systemu w Polsce, aż 80% deklaruje poparcie dla takiej decyzji. Są to przedsiębiorcy z każdego sektora rynku, jednak istotnie częściej przedsiębiorcy działający w usługach (86%) i produkcji (76%). Najmniej przedsiębiorców z sektora handlu deklaruje poparcie dla tej propozycji, ale cały czas jest to blisko 70%.

Opinie przedsiębiorców na temat obecnie panującego systemu podatkowego są zbliżone do tego, co sądzą o nim zwykli obywatele. Jest to przede wszystkim system zbyt skomplikowany, często niesprawiedliwy i dlatego wymagający zmian. Przedstawione propozycje nowych rozwiązań systemu podatkowego w Polsce są przez obie grupy, zarówno przedsiębiorców, jak i wszystkich Polaków, postrzegane jako zdecydowanie lepsze od dotychczasowych, a przede wszystkim jako takie, które przyniosą korzyść wszystkim: każdemu obywatelowi, państwu i samym przedsiębiorcom – mówi prof. Dominika Maison z Wydziału Psychologii UW, autorka badania.

Druga oceniona przez badaną grupę przedsiębiorców propozycja dotyczyła wprowadzenia takiego systemu podatkowego, który byłby wyliczany jako stała wartość procentowa podatku od funduszu płac (w wysokości 25%). Ta propozycja spotkała się z równie dużym poparciem – aż 89% badanej grupy wyraziło opinię, że taki system powinien zostać wprowadzony w Polsce. Popierany jest on w badanej grupie przedsiębiorców niezależnie od sektora, w jakim działa firma i stażu na rynku pracy. Obie propozycje nowych systemów podatkowych (procent od sprzedaży firm oraz 25% z funduszu płac) są postrzegane jako przynoszące korzyści wszystkim: państwu, przedsiębiorcom i obywatelom (ponad 50% badanej grupy przedsiębiorców ma taką opinię w przypadku obu systemów). Systemy te są również podobnie oceniane jako przynoszące korzyści dla samego Państwa (12% w przypadku procentu od sprzedaży firm i 13% w przypadku 25% z funduszu płac). Natomiast różnicę w postrzeganiu obu systemów można dostrzec we wskazaniu korzyści dla samych obywateli i przedsiębiorców. System podatkowy oparty na procencie od sprzedaży firm wydaje się badanym przedsiębiorcom nieco bardziej korzystny dla samych obywateli (24% vs. 12%), natomiast oparty na 25% od funduszu płac jako bardziej korzystny dla nich samych, niż dla obywateli (17% vs. 8%).

Warto zwrócić uwagę, że w badaniu opinii ogółu Polaków, przeprowadzonym w lutym 2017 r. na zlecenie ZPP, zdecydowana większość, bo aż 70%, chciałaby by ich podatki były rozliczane przez pracodawcę. Opinia ta pojawia się nawet w grupie osób, które rozliczają się samodzielnie – ponad połowa z nich chętnie przerzuciłaby ten obowiązek na swoich pracodawców. Tymczasem jak pokazuje najnowsze badanie, opinie przedsiębiorców na temat rozliczania podatków swoich pracowników są podzielone – blisko połowa (45%) badanej grupy zgadza się, aby ten obowiązek leżał po ich stronie, jednak dość duża grupa (55%) nie chciałaby, aby taka zmiana została wprowadzona.

Badanie przedsiębiorców dopełniło nam obraz postrzegania obecnego systemu podatkowego, który zarówno przez ogół Polaków, jak i osoby prowadzące działalność w sektorze MSP jest oceniany zdecydowanie negatywnie jako zbyt skomplikowany i nieprzyjazny. Wydaje się, że nowy system oparty o procent od sprzedaży firm byłby w opinii zarówno przedsiębiorców, jak i ogółu Polaków, zdecydowanie lepszy od dotychczasowych rozwiązań – uważa Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Badanie zostało zrealizowane przez firmę Maison&Partners na przełomie marca i kwietnia 2017 roku na próbie 464 przedsiębiorców. Jego celem było poznanie opinii przedsiębiorców na temat obecnego systemu podatkowego oraz postrzeganie propozycji nowych rozwiązań. Niektóre wyniki badania zostały porównane z wynikami analogicznego badania wśród ogółu Polaków, przeprowadzonego tą samą metodą na Ogólnopolskim Panelu badawczym Ariadna w lutym 2017 r. na ogólnopolskiej próbie N=1063, reprezentatywnej dla ogółu Polaków ze względu na płeć, wiek i wielkość miejsca zamieszkania.

Średni dług seniora to 12,3 tys. zł

Z danych KRD wynika, że polscy seniorzy toną w długach. Tylko w ciągu roku ich zadłużenie wzrosło o 40 proc. a sam dług sięga blisko 3 mld zł.[1] Powodem są nie tylko pożyczki zaciągane na spłatę bieżących zobowiązań oraz pomoc rodzinie i wnukom, ale również jedne z najniższych emerytur w Europie. Równie ważny jest brak regularnych wpływów, które – poza emeryturą lub rentą – mogłyby wzmacniać domowy budżet. Przykłady? Możliwość dorabiania, wynajmowanie mieszkania, renta dożywotnia. To ważne, zwłaszcza, że 73 proc. emerytów żyje samotnie, a 36 proc. nie może liczyć na wsparcie bliskich[2].

Z Krajowego Rejestru Długów wynika, że najbardziej zadłużone są kobiety – 0aż 62 proc. seniorek boryka się z problemami finansowymi. Wiele z nich to wdowy, które musiały przejąć długi współmałżonków. Według statystyk GUS mężczyźni żyją średnio 74 lata, podczas gdy kobiety dożywają 82 lat. Przejęte długi to dużo mniejszy problem niż zaciąganie pożyczek i kredytów, zwłaszcza na bieżące potrzeby lub pomoc dzieciom i wnukom. Z danych KRD wynika, że średni dług osoby starszej to 12,3 tys. zł. Tymczasem według GUS przeciętna emerytura to 2082,47 zł brutto, czyli ok. 1727 netto. Ile emerytur musiałby oddać przeciętny senior, by spłacić zobowiązania?

Na co brakuje pieniędzy?

Aż 21 proc. długów senioralnych stanowią zobowiązania wobec banków i innych instytucji pożyczkowych. Blisko 20 proc. to niezapłacone rachunki za czynsz, wodę, prąd i gaz. Z kolei 13 proc. to płatności za abonament telewizyjny, Internet, czy telefon. Emeryci często nie regulują też długów alimentacyjnych (5 proc.) i nie płacą mandatów za jazdę komunikacją miejską bez ważnego biletu (2 proc.). – Trzeba przyznać, że polscy seniorzy nie mają pieniędzy nie tylko na czynsz i leki, ale również na podstawowe potrzeby, nie wspominając o przyjemnościach, wakacjach, remoncie mieszkania – przyznaje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – Z najnowszego badania opinii, które zrealizowaliśmy na początku 2017 roku wynika, że  ponad 60 proc. emerytów zainteresowało się ofertą renty dożywotniej właśnie z powodu złej sytuacji finansowej. Na drugim miejscu (52 proc.) znalazła się sytuacja rodzinna: brak spadkobierców, złe relacje w rodzinne, samotność. Ponad 73 proc. osób starszych przyznało, że czuje się samotna, a 36 proc. z nich nie może liczyć na niczyją pomoc[3] – dodaje. Samotność, wykluczenie społeczne i problemy finansowe są codziennością osób starszych, do tego dochodzi niewiedza na temat dodatkowych źródeł dochodu, które mogłyby wzmocnić domowy budżet np. gotówki zamrożonej w nieruchomości.

Dodatkowe finansowanie

– Z naszego badania wynika że dzięki rencie dożywotniej co trzeci senior mógł spłacić swoje zobowiązania finansowe. W moim odczuciu problemem nie jest brak dostępnych rozwiązań, ale brak wiedzy wśród osób starszych, brak profesjonalnego doradztwa ze strony państwa, a czasem odpowiednich przepisów – mówi Robert Majkowski, Prezes Zarządu Funduszu Hipotecznego DOM. Przykładem może być renta dożywotnia, czyli usługa dzięki której osoby starsze posiadające nieruchomość mogą otrzymać dodatkowe, dożywotnie świadczenie. W zamian za przekazanie prawa własności do domu lub mieszkania, mogą one otrzymywać comiesięczną rentę  i mieszkać w swoim lokum, co gwarantuje im służebność osobista mieszkania wpisana do księgi wieczystej. Szacowana wartość aktywów, które można uruchomić dzięki rencie dożywotniej przekracza w Polsce 1 bilion złotych. Taka jest wartość nieruchomości, które można dzięki tej usłudze „zamienić” na rentę dożywotnią. Tymczasem liczba emerytów, którzy zdecydowali się na to rozwiązanie wciąż jest niewielka. Z danych KPF wynika, że dotychczas z usług funduszy hipotecznych skorzystało około pół tysiąca osób, a fundusze wypłaciły seniorom blisko 10 mln świadczeń. Patrząc na bardziej rozwinięte rynki, chociażby Wielką Brytanię, to wciąż mało.

Doradztwo ze strony Państwa

– Jednym z najważniejszych elementów poprawy sytuacji finansowej seniorów powinno być doradcze wsparcie ze strony Państwa, do czego już kilka lat temu nawoływał Rzecznik Praw Obywatelskich – podkreśla Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. Takie doradztwo działa z powodzeniem w wielu krajach m.in. w Wielkiej Brytanii. W Brytanii, w 2014 roku wprowadzono zmiany w sposobie dostępu seniorów do ich emerytur. Przed ogłoszeniem zmian ¾ osób, które osiągnęły wiek emerytalny wybierało opcję wypłaty emerytury w określonej wysokości, co dawało im gwarancję dochodów do końca życia. Wprowadzenie reformy dało emerytom niespotykany dotąd wachlarz możliwości dostępu do swoich oszczędności, a jednocześnie umożliwiło ludziom podejmowanie decyzji finansowych, które mogłyby skutkować w przyszłości niższym dochodem w późniejszym okresie życia. Okazało się bowiem, że zaraz po przejściu na emeryturę ludzie niedoszacowują długości swojego życia przez co ryzykują, że przed śmiercią skończą im się pieniądze. To właśnie dlatego brytyjski rząd wprowadził usługę Pension Wise, która oferuje darmowy dostęp do bezstronnych porad na temat możliwości finansowych dla seniorów, którzy osiągnęli wiek emerytalny. Brytyjski Rząd uruchomił też projekt pod nazwą Financial Advice Market Review (Przegląd Rynku Doradztwa Finansowego) mający wypełnić lukę w doradztwie dla osób, które nie posiadają wystarczających środków finansowych. Projekt uzupełniający usługę Pension Wise będzie dawać seniorom możliwość m.in. analizy wysokości środków, jakie można otrzymać poprzez upłynnienie kapitału zamrożonego w nieruchomości. W tym zakresie analizowane będą scenariusze sprzedaży, wynajęcia lub zamiany nieruchomości oraz skorzystania z hipoteki odwróconej. Podobne doradztwo, w dopasowanej do naszego kraju i demografii formie, warto byłoby wprowadzić również w Polsce.

[1] Badanie „Seniorzy toną w długach” przeprowadzone przez KRD, opublikowane w styczniu 2017 r.
https://krd.pl/Centrum-prasowe/Informacje-prasowe/2017/Zadluzone-jest-zycie-staruszka—emeryci-tona-w-dlugach

[2] Badanie opinii przeprowadzone w lutym 2017 roku wśród Klientów Funduszu Hipotecznego DOM. Liczba badanych: 134 os.

[3] Badanie opinii przeprowadzone w lutym 2017 roku wśród Klientów Funduszu Hipotecznego DOM. Liczba badanych: 134 os.

Deloitte: Polscy CFO opowiadają się za pogłębioną integracją Unii Europejskiej

Wśród dyrektorów finansowych (CFO) w Polsce rośnie poczucie niepewności. Aż siedmiu na dziesięciu badanych uważa, że mamy obecnie do czynienia z wysokim poziomem niepewności ekonomicznej. W Europie Zachodniej taką opinię wyraża aż 61 proc. CFO. Z kolei 72 proc. polskich CFO prognozuje, że wzrost gospodarczy nie przekroczy w 2017 roku 2,5 proc. PKB. Jak wynika z kolejnej edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „CFO Survey”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, po Brexicie wielu menedżerów obawia się dezintegracji Unii Europejskiej. W odróżnieniu jednak od zachodnich kolegów, polscy CFO nie zgadzają się z opinią, że ratunkiem dla UE jest Europa „dwóch prędkości”.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się. Tempo wzrostu w roku 2016 nie osiągnęło poziomu planowanego w budżecie (3,6 proc.) ale okazało się zgodne z prognozami dyrektorów finansowych (ok. 3 proc.).

Obecna edycja, która była przeprowadzona od lutego do marca tego roku, pokazała, że optymizm netto polskich dyrektorów finansowych systematycznie spada od drugiej połowy 2015 roku i jest najniższy od 2013 roku, niższy niż w czasach kryzysu ukraińskiego. Optymizm netto, rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są optymistyczne pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji, spadł do poziomu 17proc. (21 proc. rok temu).

Odnosząc sytuację Polski do pozostałych krajów w Europie widać wyraźnie, że poziom optymizmu w naszym kraju okazuje się niższy niż w wielu krajach Europy. Optymizm netto ważony skalą PKB poszczególnych krajów wynosi 25 procent dla badanych państw i 25 proc. dla krajów unijnych.  „Skoro nastroje polskich CFO w roku 2017 nadal się obniżają, to można się spodziewać utrzymania wzrostu PKB na obecnym poziomie około 3 proc., zamiast prognozowanych w Budżecie Państwa 3,6 proc.” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner, Lider Programu CFO w Polsce.

Aż 72 proc. CFO prognozuje, że wzrost gospodarczy nie przekroczy 2,5 proc. PKB. Największa grupa (69 proc.) wskazuje jednak na wzrost w przedziale 1,6- 3,5 proc. Z kolei 54 proc. CFO oczekuje inflacji poniżej 2 proc. Dyrektorzy finansowi zakładają więc istotny impuls inflacyjny, który mógłby być efektem programu 500+, podniesienia płacy minimalnej lub wdrożenia innych obietnic obecnego rządu.

Zdaniem 28 proc. dyrektorów bezrobocie utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Jednak aż 48 proc. badanych uważa, że będzie się ono dalej obniżać, co jest zgodne z prognozą rządu. Prognozy kursu euro wskazują na to, że wartość złotówki będzie utrzymywać się na wysokim poziomie. Aż 78 proc. dyrektorów uważa, że będzie on się kształtował w przedziale 4,20-4,50 zł.

Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce wciąż rośnie. Aż siedmiu na dziesięciu badanych (71 proc.) uważa, że mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności. Pół roku wcześniej było to 64 proc. Zaledwie 11 proc. uważa poziom niepewności za standardowy, podczas gdy w poprzedniej fali badania było to aż 28 proc. Również CFO z Europy Zachodniej odczuwają wysoki poziom niepewności – tam zdecydowana większość (61 proc.) dyrektorów odpowiedzialnych za finanse uważa, że obecnie niepewność jest wyższa niż przeciętnie – jest to spowodowane Brexitem i innymi wyzwaniami geopolitycznymi. „Polska należy do grupy krajów, które charakteryzują się wysokim poziomem niepewności. Wśród krajów, gdzie ten wynik jest jeszcze wyższy są Wielka Brytania, Niemcy, Grecja, Turcja i Irlandia. Z kolei na drugim biegunie znalazły się państwa skandynawskie, w tym szczególnie Norwegia, gdzie na wysoki poziom niepewności wskazywało jedynie 19 proc. dyrektorów finansowych” – mówi Robert Nowak, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte. Nie zmienia się jednak liczba CFO w Polsce, którzy uważają, że obecnie panuje dobry czas na podejmowanie ryzyka (28 proc.). To tyle samo co pół roku wcześniej i jest to poziom normalny. We wszystkich badanych krajach jedna trzecia badanych uznała, że to jest dobry moment na podejmowanie ryzyka, a w krajach strefy euro było to jeden punkt procentowy więcej.

Wśród największych ryzyk dla prowadzeniu biznesu w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy (źródeł niepewności gospodarczej) ankietowani z Polski wskazali niestabilne prawo gospodarcze i podatkowe (53 proc.), rosnące koszty operacyjne (48 proc.), a na trzecim wzrost regulacji związanych z prowadzeniem biznesu (39 proc.). Polscy CFO obawiają się również presji cenowej i braku wykwalifikowanych pracowników. W ośmiu z dziewiętnastu krajów jako najważniejsze ryzyko respondenci wskazywali niepewność geopolityczną lub ekonomiczną.

Maleje nieznacznie liczba przedsiębiorstw, które planują wzrost przychodów w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy (76 proc. w porównaniu do 83 proc. w poprzedniej fali badania). Wciąż jednak to jest lepszy wynik niż średnia dla wszystkich badanych krajów, która wynosi 69 proc. Połowa firm w kraju uważa, że poprawią się również jej wyniki rentowności operacyjnej. Do poziomu 53 proc. z 50 proc. pół roku temu wzrósł odsetek ankietowanych, które w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy planują wzrost inwestycji. Aż 51 proc. badanych CFO w Polsce uważa, że w tym samym czasie zwiększy się liczba pracowników w ich firmach. Jedynie 12 proc. dyrektorów finansowych jest przeciwnego zdania.

Po pół roku przerwy na szczyt priorytetów polskich CFO powrócił wzrost przychodów na obecnych i nowych rynkach (odpowiednio 63 i 59 proc. wskazań). Redukcja kosztów bezpośrednich niezmiennie znajduje się na trzecim miejscu.

Kredyt bankowy jest nadal zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania. Aż 67 proc. badanych oceniło tę formę jako atrakcyjną (pół roku wcześniej 66 proc.). Średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 50 proc. Utrzymuje się ocena dostępności kredytów. Aż 90 proc. dyrektorów finansowych w Polsce uważa, że są one normalnie lub łatwo dostępne. „Zjawiska związane z szeregiem zmian dotyczących sektora bankowego takich, jak podatek bankowy, przewalutowanie kredytów frankowych oraz upadłości banków spółdzielczych nie wpłynęły więc bardzo istotnie na dostępność kredytów i zacieśnienie polityki kredytowej banków” – ocenia Piotr Świętochowski, Dyrektor w dziale Audit & Assurance, Deloitte.

Połowa badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu. Niemniej rośnie liczba CFO spodziewających się znacznego wzrostu aktywności rynku M&A (13 proc.).

29 proc. CFO w Polsce uważa, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że po Wielkiej Brytanii następni członkowie opuszczą Unię Europejską w ciągu kolejnych pięciu lat. Najwyżej to prawdopodobieństwo oceniono we Włoszech (62 proc. badanych). Zdaniem wielu CFO, Brexit wprowadzi bariery taryfowe i pozataryfowe, które zwiększą koszty obrotu gospodarczego, wydłużą czasy dostaw i wpłyną na zmniejszenie konkurencyjności towarów z Polski. Z kolei 23 proc. jest zdania, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE wprowadzi również utrudnienia wynikające z innych wymogów obrotu handlowego.

Zdaniem CFO z badanych krajów europejskich, Unia Europejskiej osiągnie największy sukces poprzez stworzenie Europy dwóch prędkości. Taką opcję wskazało aż 47 proc. menedżerów we wszystkich badanych krajach. CFO w Polsce uważają, że sukces Unii Europejskiej będzie zależał od dalszej ekonomicznej i politycznej integracji (58 proc.). Zdaniem 15 proc. CFO w Polsce bardziej korzystna byłaby droga tzw. różnych prędkości. Zaledwie 38 proc. Badanych CFO w Europie wybrało dalszą integrację UE jako strategię przyszłego sukcesu UE.

„Wahnięcia nastrojów i rosnący poziom niepewności ekonomicznej wśród polskich CFO wiążą się z niewiadomą, która pojawiła się po Brexicie i innych wydarzeniach politycznych w Europie, ale także z zapowiedziami zmian w polskim prawie gospodarczym i podatkowym. Nadal jednak, co bardzo ważne, dyrektorzy finansowi wierzą w potencjał i sukces swoich firm, co pokazuje, że nauczyli się funkcjonować w każdych warunkach gospodarczych” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

Ryzyko warte oszacowania

Identyfikacja ryzyka,  jakie niesie za sobą przetwarzanie danych osobowych przez firmę, nie jest prosta, składa się z kilku etapów. Przedsiębiorcy powinni jednak ją regularnie przeprowadzać, by móc wdrażać odpowiednie narzędzia zabezpieczajace. Gdy zacznie obowiązywać europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) wyniki przeprowadzonych analiz ryzyka staną się podstawą do określania, jakie zabezpieczenia będą adekwatne do istniejących zagrożeń i pozwolą uniknać niezgodności z prawem prowadzonych przez firmę procesów.

Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24
Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24

Ryzykiem określane jest takie działanie przedsiębiorcy (administratora danych), które wraz z upływem czasu może doprowadzić do jego niezgodności z przepisami prawa. Potencjalnym ryzykiem może być obarczony proces, który sam w sobie jeszcze nie stanowi naruszenia przepisów prawa ochrony danych osobowych, jednak w wyniku braku postępowania z tym ryzykiem może on być przyczyną powstania niezgodności. Przykładowo pozyskiwanie danych osobowych potencjalnych klientów bez wymaganej zgody na prowadzenie marketingu bezpośredniego drogą elektroniczną (np. mailing) samo w sobie nie jest jeszcze niezgodnością. Należy jednak zauważyć, że kolejnym krokiem w tym procesie będzie wysyłka niezamówionych informacji handlowych drogą elektroniczną, co już stanowi dużą niezgodnością – wyjaśnia Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych osobowych, ODO 24.

Identyfikacja potencjalnych ryzyk wymaga czujności i umiejętności przewidywania kolejnych zdarzeń przez ABI (Administratora Bezpieczeństwa Informacji), a po wejściu w życie RODO – IOD (Inspektora Ochrony Danych), który odpowiada za ochronę danych osobowych w danym podmiocie. Wielu początkujących ABI nie sięga do takich narzędzi pracy jak klasyfikacja ryzyka ze względu na to, że postrzega je jako skomplikowane. Wpływa to negatywnie na firmy, które nie są odpowiednio przygotowane na potencjalne niebezpieczeństwa.

Jak wskazuje ekspert ODO 24 przy przeprowadzaniu pierwszego szacowania ryzyka ochrony danych osobowych warto rozważyć zastosowanie metody składającej się z czterech etapów. Szacowanie należy przede wszystkim rozpocząć od identyfikacji kategorii danych i ich wartości (określenia czy dane, które przetwarza firma są tzw. zwykłe czy wrażliwe). Kolejnym krokiem jest zidentyfikowanie istniejących zagrożeń, by ją odpowiednio wykonać musimy wiedzieć, gdzie znajdują się dane i w jakiej formie się one przechowywane – elektronicznej czy papierowej. Trzecim etapem jest określenie następstw zdiagnozowanych niebezpieczeństw – ocena jak utrata określonej kategorii danych w konkretnym procesie wpłynie na całą organizację, np. zatrzymane zostaną krytyczne dla firmy procesy, dojdzie do zerwania umów przez klientów lub kontroli GIODO i konsekwencji z niej wynikających. Warto zaznaczyć, że należy dokonać klasyfikacji zidentyfikowanych ryzyk – czyli określić wysokość ryzyk w stosunku do poszczególnych procesów. Wynikiem całego procesu jest określenie jakie działania wobec ryzyk powinny zostać podjęte przez organizacje, np. jakie zabezpieczenia muszą być zastosowane, by uniknąć negatywnych konsekwencji w stosunku do konkretnej kategorii danych, która znajduje się w określonej lokalizacji – mówi  Konrad Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.

25 maja 2018 r. wraz z rozpoczęciem obowiązywania przepisów RODO każdy przedsiębiorca będzie musiał przeprowadzać ocenę skutków przetwarzania danych osobowych jeszcze przed rozpoczęciem tego procesu. Dlatego warto już teraz  zdobywać doświadczenie w identyfikacji ryzyk przetwarzania danych osobowych, mimo że obecnie obowiązujące przepisy nie nakładają obowiązku szacowania ryzyka.

Wyniki Grupy Impel po I kwartale 2017 r.

Grupa Impel – osiągnęła w pierwszym kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży na poziomie 545,9 mln zł, co oznacza wzrost w stosunku do ubiegłego roku o 74,5 mln zł tj. 15,8%. Grupa wypracowała zysk operacyjny w wysokości 9 mln zł, zysk netto osiągnął natomiast poziom 2,5 mln zł. 

Wzrost przychodów ze sprzedaży odnotowano we wszystkich głównych obszarach działalności Grupy Impel. W I kwartale 2017r. wzrosły one w segmencie Facility Management o  51 mln zł w stosunku do I kwartału 2016 r. i wyniosły 409,9 mln zł. Industrial Services osiągnął poziom 47,6 mln zł, zwiększając przychody o 13 mln, natomiast Digital Services & BPO osiągnęły 88,5 mln zł, zwiększając sprzedaż o 10 mln zł.

Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.
Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.

Szczególnie pozytywnie oceniamy wyniki segmentu FM w linii Bezpieczeństwo, który osiągnął najwyższy udział nowej sprzedaży we wzroście przychodów. Rozpoczęliśmy  współpracę z Grupą Volkswagen w zakresie obsługi fabryk VW Motor Poland, Sitech Polska oraz VW Poznań, fabryk zlokalizowanych w Poznaniu oraz we Wrześni. Zawarliśmy kontrakty również z Grupą Ciech oraz Leonardo – PZL Świdnik. Wszystkie kontrakty łącznie zwiększają przychody Grupy Impel o ponad 22 mln złotych rocznie i mają charakter długoterminowy. Potwierdza się strategia koncentracji na wybranych segmentach, która  umocniła naszą pozycję w przemyśle. Równie priorytetowo traktujemy wzmocnienie obecności w branżach: finansowej, spożywczej, budowlanej, a także w sektorach: wojskowym, rynku nieruchomości oraz handlu. Skupiamy się na selektywnej sprzedaży, która w kalkulacji musi osiągać zakładane parametry rentowności w oparciu o prawidłową wycenę kosztów pracy uwzględniających podwyżki wynikające ze zmiany przepisów prawa. Zwracamy również uwagę, iż z dniem 1 stycznia br. wydzielony został jako samodzielny segment Industrial Services, co oznacza realizację naszych planów w zakresie rozwoju usług na rzecz klienta przemysłowego. Ten segment bazuje na wysokospecjalistycznych technologiach i pracy w specyficznym reżimie na bardzo wymagającym rynku. Fakt wydzielenia i usamodzielnienia tej działalności w ramach segmentu, przyniosło poprawę wyniku już w pierwszym kwartale i budzi nasze nadzieje na dalszy wzrost znaczenia tych usług w portfolio Grupy. ” – mówi Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel SA.

W dniu 28 marca br. Rada Nadzorcza powołała z dniem 1 kwietnia w skład zarządu Impel SA Pana Mirosława Grebera, powierzając mu nadzór nad całością działań handlowych oraz marketingowych.

Głównym celem w pionie handlowym, wynikającym z nowej strategii jest zintegrowanie wszystkich procesów, zarówno w dotarciu do strategicznych klientów jak i zarządzaniu opieką posprzedażową we wszystkich segmentach rynku, w których działa Grupa Impel. Docieramy tam z wysokospecjalistyczną ofertą, uwzględniającą charakterystykę klienta z dogłębną analizą posprzedażową w zakresie logiki produktowo–cenowej. Zwiększamy wykorzystanie nowoczesnych narzędzi, takich jak: efektywne bazy klientów, contact center, efektywne przekazywanie i monitorowanie szans sprzedażowych, zamykając proces jednolitym systemem pomiaru. Pan Mirosław Greber odpowiedzialny jest również za rozwój sprzedaży zintegrowanej. Obserwujemy skłonność rynku do kupowania pakietów usług, ponieważ zwiększa się zaangażowanie i wzmacnia relacja klient-usługodawca. Dzięki takiemu podejściu budujemy przewagi konkurencyjne w naszym biznesie, ale równocześnie dajmy wymierne korzyści usługobiorcom. Konsekwentna koncentracja naszej uwagi na produkcie i obszarze handlowym prowadzi do celu, jakim jest efektywność ekonomiczna całej Grupy i ograniczone konkurowania niską ceną”  – dodaje Grzegorz Dzik.

Istotne znaczenie dla wyników pierwszego kwartału mają wprowadzone od 1 stycznia 2017 roku nowe przepisy wprowadzające minimalną stawę godzinową na umowę zlecenie.

Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA
Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA

 „Przez cały okres trwających już trzeci rok zmian przepisów, czyli „ozusowania” do wysokości minimalnego wynagrodzenia umów-zleceń, wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej na umowach zleceniach,  wprowadzenia do przetargów wymogu umów o pracę oraz likwidację jedynego kryterium – najniższej ceny, prowadzimy aktywną kampanię informacyjną wobec rynku i klientów. Uświadamiamy, że zawieranie umów na nasze usługi musi uwzględniać uchwalone przez ustawodawcę zmiany, a przetargi oparte wyłącznie na kryterium „najniższa cena” są negatywne dla obydwu stron. Kalkulacje, które opierają się na zaniżonej cenie i braku godziwego wynagrodzenia dla pracowników świadczących usługi są zmorą współczesnej rzeczywistości gospodarczej w Polsce. Jednakże, w pierwszym kwartale obserwujemy już pozytywne rezultaty naszych działań, ponieważ plany waloryzacji wszystkich kontraktów na dzień 31 marca 2017 r. zostały zrealizowane w 99 procentach. W sytuacji rosnących kosztów pracy, nasz zysk operacyjny wyniósł 9 mln zł, a mimo to rentowność realizowanych usług obniżyła się. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nasza branża najtrudniejszy okres ma już za sobą i na przestrzeni następnych okresów będziemy obserwować sukcesywną stabilizację rentowności – wyjaśnia Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA.

Grupa Impel wciąż poszukuje możliwości rozwoju swojej działalności, dlatego wzmacnia rolę procesów biznesowych i IT w strukturze oferowanych usług. Powołany w roku 2016 obszar działalności Digital Services & Business Process Outsourcing skupia w sobie wszystkie usługi specjalistyczne, bazujące na wysokiej rentowności i uniezależnione od zmiany przepisów związanych z kosztem pracy.

Wyniki obszaru Digital Services & Business Process Outsourcing budzą satysfakcję w linii Informatyka. Promujemy sprzedaż rozwiązań e-commerce, które usprawniają komunikację z klientem, rozpoznają jego potrzeby. Dzięki zastosowaniu systemu Hybris, klient w jednym miejscu odnajdzie wszystkie potrzebne dane. Dzięki temu osiąga zwielokrotnianą sprzedaż swoich produktów. Opieka nad klientem, śledzenie jego potrzeb, egzekucja realizacji usługi którą zakupił, szukanie potencjału do dalszej sprzedaży, odbywają się za pośrednictwem narzędzi informatycznych. Analiza gromadzonych danych o klientach i jego potrzebach to przyszłość każdego biznesu. Dzięki posiadaniu własnych zasobów informatycznych, w tym możliwości rozwoju aplikacji czy centrum kompetencyjnego SAP, chcemy być prekursorem rozwiązań wdrażanych dla klientów w obszarze Facility Management czy Industrial Services” – przekonuje Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA.

Branża zmienia się, ale w dalszym ciągu sytuacja walki cenowej pomiędzy konkurentami przy rosnących z jednej strony oczekiwaniach płacowych pracowników, z drugiej zmiany przepisów jest widoczna. Odstąpiliśmy od realizacji wielu umów, które przestały być opłacalne. Nowa sprzedaż w linii, która najbardziej doświadczyła zmian przepisów, czyli usług porządkowo-czystościowych, jest również obiecująca (pozyskane kontrakty Bank PKO BP, Getin Noble Bank, Open Finance), co stanowi dobry prognostyk. Grupa zdecydowała o uprządkowaniu procesów wewnętrznych, które wzmocnią działania zewnętrze i przyczynią się do trwałego wzrostu biznesu.

Wzmocnienie obszaru handlowego musi być poparte wewnętrznymi zmianami. Jedną z nich jest efektywne zarządzanie kapitałem. Nasze działania koncentrują się wokół zwiększania efektywności poprzez podpisywanie kontraktów z krótszym terminem płatności oraz bardzo dobrze działającej windykacji należności. Przyglądamy się każdej wydanej złotówce, a dotychczasowe oraz nowe kontrakty podlegają szczególnej ocenie efektywności ekonomicznej i ocenie płynności finansowej. Tylko spójne działania zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą Grupie Impel rozwijać się i kreować nowe oblicze usług w Polsce” – podkreśla Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel SA.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017

Ostatni miesiąc nie był zbyt łaskawy dla notowań srebra, które znalazło się pod presją sprzedających. Od początku tygodnia na rynek przyszła korekta, która zatrzymała się w okolicy oporu 16.850-16.980. Co więcej, oscylator stochastyczny wskazuje na wykupienie rynku i zaczyna powoli zawracać. Analiza techniczna wskazuje jeden kierunek, czyli kontynuację trendu spadkowego, ale czy tak się stanie?

Notowania srebra, interwał dzienny

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017 4

Źródło: Admiral Markets

Tego dowiemy się dopiero po kilku dniach, ale spoglądając na wyższy interwał czasowy możemy wysnuć inną analizę, czyli kierunek południowy. Na interwale tygodniowym po raz kolejny odbiliśmy się od mocnego wsparcia 15.80-16.20. Analizując oscylator stochastyczny możemy dojść do innego wniosku, rynek jest wyprzedany, czas na większe odbicie.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na chwile obecną notowania srebra mogą powrócić w okolicę linii trendu spadkowego, ale na samym początku muszą przerwać wcześniej wspomniany opór na interwale dziennym. Analiza fundamentalna w dalszym ciągu wspiera północny kierunek, który widzimy na wykresie tygodniowym.

Od paru miesięcy globalna produkcja srebra spada, co możemy zawdzięczać bardzo niskim cenom. Od stycznia do marca, czwarty producent srebra na świecie – Chile zmniejszyło swoją produkcję o 26 procent rok do roku.

Produkcja srebra w Chile

Produkcja srebra w Chile

Źródło: SRSrocco Report

Wydobycie srebra spadło z 383.8 ton do 283.4 ton w 2017 roku. Chile nie jest wyjątkiem, bowiem jest to trend światowy.

Co dalej z PLN?

Ostatnie umocnienie złotego zawdzięczamy zarówno czynnikom lokalnym, jak i globalnym. Polski złoty podąża śladami walut z naszego regionu, napędzany jest także poprzez dobre dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki. Wczorajsza publikacja danych PKB za I kw. 2017 roku (4 proc. R/R) potwierdza dobrą kondycje naszej gospodarki. Niemniej jednak na horyzoncie czają się problemy, które na chwile obecną są ignorowane przez inwestorów. Niepokojące sygnały z chińskiej gospodarki oraz kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych (pomimo gorszych danych z gospodarki) może na giełdy sprowadzić korektę. W ostateczności przełoży się to na wzrost awersji do ryzyka, czyli odpływ kapitału z bardziej ryzykownych aktywów, do których należy PLN. Reasumując, dalsze długoterminowe umocnienie złotego stoi pod znakiem zapytania.

Notowania USD/PLN, interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017 5

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym notowania USD/PLN dotarły w okolicę strefy popytu 3.70-3.77. Po tak mocnym i długim rajdzie umacniającym polskiego złotego w stosunku do dolara amerykańskiego przydałoby się odreagowanie. Warto również zauważyć, że została pokonana linia trendu wzrostowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W 2016 roku obroty Grupy Muszkieterów w Polsce przekroczyły 6,5 mld zł

W 2016 roku Grupa Muszkieterów w Polsce osiągnęła 6 miliardów 523 miliony  zł  obrotów, odnotowując tym samym wzrost w tym zakresie o 11,3 proc. rok do roku. W tym czasie Muszkieterowie otworzyli 11 supermarketów Intermarché i 13 Bricomarché. Obecnie Grupa Muszkieterów tworzona jest przez 298 polskich przedsiębiorców,  zarządzających łącznie  374 sklepami.

Najlepszy rok w historii Bricomarché w Polsce

Wchodząca w skład Grupy Muszkieterów sieć supermarketów typu „dom i ogród” Bricomarché, wypracowała w 2016 roku obroty w wysokości 1,83 mld zł, osiągając tym samym ponad 25 proc. wzrost rok do roku. Jednocześnie Bricomarché zanotowało blisko 22 proc. wzrost liczby klientów, co oznacza, że był to najlepszy rok w historii sieci w Polsce.

Poprzez otwarcie  sklepu Bricomarché w poznańskiej Galerii Pestka na koniec kwietnia br., sieć rozpoczęła realizowanie strategii wchodzenia do dużych miast. Poznański Bricomarché powstał w miejsce dawnego Praktikera. Nie jest to jednak pierwsza lokalizacja należąca wcześniej do konkurencji, w której pojawiły się supermarkety Bricomarché. W 2016 roku sieć przejęła 4 lokalizacje po sieci NOMI. Dzięki tej strategii Bricomarché oferuje klientom asortyment na powierzchniach sprzedaży wynoszących kilka tysięcy m2.

Bricomarché zakłada przekroczenie do końca 2017 roku 2 mld zł obrotów. Ponadto zaplanowano w tym czasie co najmniej 15 otwarć nowych sklepów, tak aby na zakończenie  IV kwartału 2017 roku działało łącznie minimum 149 marketów sieci w Polsce.

Swój udział w rynku DIY na koniec 2016 roku, Bricomarché szacuje na ok. 11 proc. Wzmacniając swoją pozycję czwartego gracza w Polsce.

Grupa Muszkieterów działa w Polsce już od 20 lat. Wypracowała sobie w tym czasie pozycję solidnego partnera biznesowego i pracodawcy. Tutejszy rynek, mimo, że jest ukształtowany, charakteryzuje się dużą dynamiką  i  potencjałem wzrostu, dlatego mamy bardzo ambitne plany, nie tylko na najbliższy rok, ale również w perspektywie długoterminowej komentuje David de Bosschère Prezes Grupy Muszkieterów w PolsceW przypadku Bricomarché nasze plany zakładają rozwój organiczny oraz poprzez przejęcia, tak by docelowo zająć pozycję w pierwszej trójce sieci DIY w Polsce – dodaje David de Bosschère.

Dobry rok dla Intermarché

Sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wygenerowała blisko 4,7 mld zł obrotów, odnotowując tym samym wzrost w tym zakresie o 6,7 proc. rok do roku. W 2016 roku Intermarché otworzyło 11 nowych sklepów, co oznacza, że na koniec roku działało ich łącznie 232.

Intermarché w trosce o wygodę klientów stale rozszerza również sieć przysklepowych stacji paliw. Intermarché jest liderem w tym segmencie, bowiem obecnie obok marketów operują aż 62 stacje. Sieć stawia sobie za cel, by w przyszłości, tam gdzie będzie to możliwe, działały one  przy każdym istniejącym supermarkecie Intermarché.

Od 2015 roku klienci wybranych supermarketów Intermarché mają możliwość zamawiania towarów przez Internet i odbierania zapakowanych produktów w sklepie w specjalnie przygotowanej do tego strefie odbioru – to usługa o nazwie Drive Light.

W październiku 2016 roku Intermarché rozpoczęło natomiast testy Drive Accueil. W tym przypadku po odbiór produktów zamówionych online, klient zgłasza się do punktu obsługi klienta w sklepie. Usługa Drive w tej wersji jest oferowana przez Intermarché w Katowicach, przy ul. Armii Krajowej 188.

Głównymi atutami Drive są dla klienta przede wszystkim wygoda i oszczędność czasu – może on bowiem zrobić zakupy przez Internet i szybko je odebrać np. w drodze z pracy do domu.

Mamy świadomość tego, że konsumenci podejmują decyzje zakupowe z coraz większą rozwagą, dlatego Intermarché na bieżąco udoskonala ofertę oraz koncepty swoich sklepów. Oczekiwania w stosunku do tradycyjnych sklepów nieustannie rosną, ale staramy się im sprostać, dostrzegając potencjał również branży spożywczej mówi David de Bosschère, Prezes Grupy Muszkieterów w Polsce.

Huawei coraz bliżej strategicznej współpracy z HAWE Telekom. Umowa ma pomóc w restrukturyzacji polskiej spółki

Huawei coraz bliżej strategicznej współpracy z HAWE Telekom. Umowa ma pomóc w restrukturyzacji polskiej spółki 6

Dobra sytuacja na rynku telekomunikacyjnym i współpraca technologiczna z Huawei pozwolą HAWE Telekom zwiększyć przychody i zaspokoić wierzycieli. Operatorzy komórkowi przechodzą na mobilne sieci nowej generacji 5G, rozwijają się też usługi machine to machine oraz internet rzeczy. Będzie to sprzyjać HAWE Telekom, podobnie jak współpraca technologiczna i finansowa z Huawei. Umowa powinna zostać podpisana do końca maja.

Liczymy bardzo na współpracę z Huawei, które jest liderem w rozwiązaniach technologicznych. Obecnie to na technologii budowany jest świat. Przed nami zmiana systemu z 4G na 5G, współpraca machine to machine, wszędzie otacza nas internet, technologie liczą się coraz bardziej. Jako spółka, korzystając z zaplecza badawczo-rozwojowego i rozwiązań technologicznych, możemy zaoferować naszym kontrahentom wysoko specjalistyczne usługi, które tym samym zwiększą nasze przychody – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Paweł Paluchowski, prezes zarządu HAWE Telekom w restrukturyzacji oraz prezes zarządu HAWE SA w restrukturyzacji.

Szacuje się, że wartość rynku telekomunikacji w Polsce łącznie z segmentami telefonii komórkowej, stacjonarnej, dostępu do internetu i usług płatnej telewizji przekroczyła 42 mld zł (dane PMR). Od 2020 roku ma się rozpocząć era zastosowań technologii 5G, zamiast dotychczas stosowanej 4G. Ma to umożliwić nie tylko wyższą prędkość transmisji danych, lecz także obsługę większej liczby urządzeń o różnych wymaganiach pod względem przepustowości sieci. Rozwijają się też usługi M2M (machine to machine). Na koniec I połowy 2016 roku w modelu M2M aktywnych było 2,23 mln kart SIM. Rozwijający się rynek sprzyja HAWE Telekom, które świadczy tego typu usługi telekomunikacyjne. Korzystna jest także współpraca z Huawei.

Potencjał HAWE Telekom jest bardzo duży. Taki partner jak Huawei, lider na rynku światowym, szuka firm z bardzo dużym potencjałem. Cieszymy się, że właśnie taki partner dołączył do nas i będziemy mogli z nim ten biznes rozwijać. Liczymy, że potencjał zauważą również nasi wierzyciele i dzięki temu będziemy mogli wypracować odpowiednie propozycje układowe, które pozwolą ostatecznie spłacić wierzycieli i dalej rozwijać nasz biznes – mówi Paluchowski.

W marcu został podpisany list intencyjny, zgodnie z którym Huawei Polska ma pomóc w znalezieniu partnerów, którzy byliby zainteresowani finansowaniem projektów i samej Grupy HAWE. Współpraca technologiczna zakłada m.in. certyfikację i szkolenie personelu HAWE Telekom w zakresie serwisowania i wdrażania technologii Huawei i wspólną realizację projektów w ramach ogłaszanych przetargów w branży. Umowa dotycząca współpracy technologicznej, handlowej oraz finansowej ma zostać podpisana z końcem maja tego roku.

Zaczęliśmy od współpracy technologicznej. Nasza sieć otrzymała nowy system DWDM – przypomina prezes HAWE Telekom.

HAWE Telekom za pomocą techniki DWDM (Dense Wavelength Division Multiplexing) modernizuje sieć światłowodową, aby uzyskać połączenia o przepływności nawet 8 Tb/s. Inwestycja łącznie ma obejmować 4 tys. km sieci, na której będzie instalowany system Huawei OSN 8800.

Teraz wchodzimy w nowy etap współpracy handlowej, gdzie liczymy, że będziemy partnerem sprzedażowym dla Huawei. Wchodzimy w obszar współpracy technologicznej, gdzie będziemy się wymieniali doświadczeniami. Liczymy na doświadczenie Huawei w najbardziej zaawansowanych i nowoczesnych rozwiązaniach technologicznych i współpracy w zakresie finansowania działalności operacyjnej – przyznaje Paluchowski.

Jak mówi prezes HAWE Telekom, firma znajduje się obecnie w procesie restrukturyzacji, zgodnie z decyzją sądu z początku kwietnia tego roku. Zakup od Huawei systemu DWDM daje możliwość świadczenia niemal wszystkich oferowanych przez telekomy usług dla operatorów telekomunikacyjnych. Pozwala także na pozyskanie nowych klientów i tym samym stanowi pierwszy krok do poprawy sytuacji firmy i zaspokojenia wierzycieli.

Liczymy na to, że podpisany list intencyjny będzie przyczynkiem tego, aby szybciej zrealizować propozycje układowe, które złożyliśmy na ręce rady wierzycieli i sądu. To wstępne propozycje układowe, które mają rozpocząć dyskusję i negocjacje między spółką a wierzycielami i pomóc wypracować ostateczne propozycje, które będą złożone do sądu, aby przeprowadzić zgromadzenie wierzycieli i żeby układ został pozytywnie zakończony – podkreśla Paweł Paluchowski.

Polacy zbudują kapsułę Hyperloop. Środek transportu będzie mógł przewozić ludzi w tempie 1000 km/h

Polacy zbudują kapsułę Hyperloop. Środek transportu będzie mógł przewozić ludzi w tempie 1000 km/h 7

Polski zespół Hyper Poland University Team jako jeden z 24 ekip z całego świata zakwalifikował się do finału drugiej edycji konkursu SpaceX, polegającego na stworzeniu projektu kapsuły Hyperloop. Finał odbędzie się latem, natomiast już wcześniej pojawił się inny sukces – dzięki zakończonej w piątek zbiórce udało się zebrać odpowiednią ilość funduszy do budowy pełnowymiarowego prototypu.

Hyperloop to projekt nowego, niezwykle szybkiego środka transportu, który ma duże szanse na to, by okazać się przełomem komunikacyjnym. Kapsuła z pasażerami będzie się poruszać w specjalnym tunelu, w którym zostanie obniżone ciśnienie. W warunkach podobnych do tych, które panują około 10 km nad poziomem morza, zmniejszy się opór powietrza, co pozwoli na jazdę z prędkością nawet 1000 km/h przy zachowaniu relatywnie niskich kosztów transportu.

Hyperloop jest koncepcją nowego środka transportu, który ma w przyszłości zrewolucjonizować sposób, w jaki będziemy się poruszać. Można powiedzieć, że jest to połączenie trochę samolotu, trochę pociągu. Z tego względu samolotu, że chcemy poruszać się bardzo szybko. Mamy tu na myśli prędkość do 1000 kilometrów na godzinę, czyli znacząco szybciej niż przeciętny samolot. A kolej pociągu dlatego, że chcemy się poruszać pomiędzy centrami miast, czyli na przykład z Warszawy do Wrocławia, unikając problemów, jakie mamy na lotniskach, takich jak dojazd czy trwające długo odprawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Radziszewski, członek zespołu Hyper Poland University Team, student Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa na Politechnice Warszawskiej.

Docelowa kapsuła ma mieć kilkanaście metrów długości i pomieści do 30 osób. Będzie poruszała się w tunelu o średnicy ponad 3 metrów, osiągając prędkość zbliżoną do 1000 km/h

Obecnie w zespole uniwersyteckim zajmujemy się mniejszą kapsułą testową, o długości 4 metrów i wysokości około 1 metra, która jest platformą testową docelowych rozwiązań. Ona ma wziąć udział w konkursie, w którym zadaniem będzie osiągnięcie jak największej prędkości – wyjaśnia Paweł Radziszewski.

Członek zespołu Hyper Poland twierdzi, że infrastruktura powiązana z tą technologią ma przypominać tradycyjną sieć kolejową.

Co więcej można powiedzieć, że Hyperloop byłby czymś w rodzaju metra międzymiejskiego. Mam tu na myśli rurę, w której będą puszczane wagoniki, kapsuły co kilka minut. Dzięki temu każdy pasażer będzie mógł wyruszyć w trasę wtedy, kiedy będzie sobie życzył – podkreśla Paweł Radziszewski.

Koszt wyprodukowania prototypu kapsuły to kwota rzędu kilkuset tysięcy złotych. Gra jest jednak warta świeczki, bowiem technologia znacząco skróci czas podróży.

Hyperloop jest też czymś w rodzaju kolejki magnetycznej, przy czym różnica jest taka, że po pierwsze nie mamy torów, tylko będziemy lewitować nad powierzchnią toru, a drugą istotną różnicą jest to, że poruszamy się w rurze. Czyli mamy bardzo niskie ciśnienie, prawie próżnię – dodaje Paweł Radziszewski.

Najważniejsze jest jednak to, że polski zespół młodych inżynierów ma spore szanse na zwycięstwo w wielkim finale.

Stawialiśmy na najprostsze rozwiązania skomplikowanych problemów. Cały dobór materiału przebiegał w bardzo skomplikowany sposób, ponieważ dobrać optymalne współczynniki właściwości materiałów było bardzo trudno przy założeniu, że będzie się to łączyło także z niską ceną – opowiada Paweł Sobczak, członek zespołu Hyper Poland.

W ostatnich dniach zespół Hyper Poland osiągnął za to inny sukces – zbiórka funduszy na budowę pełnowymiarowego prototypu w skali 1:1 okazała się bardziej niż udana.

– Zorganizowaliśmy kampanię crowdfundingową, na której udało się zebrać ponad 180 tysięcy złotych na przygotowanie tego pojazdu i wysłanie go do Stanów. Ta kwota będzie wykorzystana przez studentów na zakup części, materiałów do wybudowania tego pojazdu, wysłania go do Stanów i przetestowania na zawodach –  podsumowuje Krzysztof Tabiszewski, koordynator zespołu Hyper Poland.

Producenci oprogramowania dla grafików komputerowych postawili na sztuczną inteligencję. W czasie rzeczywistym analizuje ruch ręki artysty i przewiduje kształty, które mają powstać

Producenci oprogramowania dla grafików komputerowych postawili na sztuczną inteligencję. W czasie rzeczywistym analizuje ruch ręki artysty i przewiduje kształty, które mają powstać 8

Twórcy programów graficznych takich jak CorelDRAW Graphics Suite 2017 czy platforma Adobe Sensei coraz częściej wykorzystują sztuczną inteligencję oraz elementy uczenia maszynowego. Najnowocześniejsze programy wykorzystywane do przerabiania zdjęć oraz tworzenia grafiki potrafią gromadzić wiedzę o naszych nawykach, rozpoznawać zamierzenia oraz lepiej zinterpretować ruchy cyfrowego pióra czy pędzla.

Niedawno na rynku pojawił się nowy pakiet programów graficznych CorelDRAW Graphics Suite w wersji 2017. Jedną z najciekawszych innowacji w nowej wersji aplikacji jest narzędzie LiveSketch, które na bieżąco analizuje ruchy grafika i wspiera go w pracy, na bieżąco poprawiając jego ruchy i domyślając się, jaki kształt rysunku będzie oczekiwany. Na dodatek inteligenty asystent jest wyjątkowo przyjazny, naturalny w użyciu, a swoim charakterem przypomina tradycyjne szkicowanie.

Poza zmianą nazewnictwa najważniejszą rzeczą jest zastosowanie nowych technologii: zarówno sieci neuronowych, jak i sztucznej inteligencji w świeżym narzędziu LiveSketch, które nawiązuje do takiego prawdziwego szkicowania. Program ma za zadanie skrócić odległość pomiędzy kartką, ołówkiem a naszym mózgiem, w którym rodzi się cały pomysł – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Aleksy Pawluczuk z Wydziału Form Przemysłowych ASP w Krakowie.

Pakiet CorelDRAW Graphics Suite 2017 został stworzony specjalnie na potrzeby systemu Windows, co oznacza, że zawiera szereg innowacji, które mają poprawić komfort pracy w tym systemie. Program pozwala korzystać z zaawansowanych urządzeń obsługiwanych rysikiem i dotykiem, w tym z produktów z serii Microsoft Surface oraz monitorów Ultra HD 5K.

Cześć z tych rzeczy to po prostu nowe technologie, które zostały ukryte wewnątrz aplikacji. Znajdziemy tam również takie rzeczy, jak możliwość pracy na wielu ekranach, obsługa bardzo wysokiej rozdzielczości, rzędu 5K i wyżej, możliwość przebudowy całego interfejsu pod kątem rozdzielczości, a także nowe rzeczy w postaci np. zmian ikonek, zarówno wielkości, jak i kolorów, zmian węzłów kontrolnych itd. Plus oczywiście dodatkowy kontent, który możemy sobie bezpośrednio z aplikacji wrzucić, czyli to będą rozszerzenia, dodatkowe programy i tak dalej, dostępne od razu po włączeniu programu – tłumaczy Aleksy Pawluczuk.

Narzędzie LiveSketch w czasie rzeczywistym analizuje ruchy osoby używającej pióra lub myszki i pomaga opracowywać grafiki wektorowe w sposób odzwierciedlający rysowanie na papierze, co  znacząco ułatwia pracę użytkownikowi.

Jest to analiza ruchów za pomocą narzędzi takich jak pióro Wacoma czy paru innych producentów, które następnie są scalane zależnie od parametrów, które sobie ustawimy. Program uczy się, rozpoznaje nasze zamierzenia i następnie tworzy z kilku kresek jedną czy jakieś inne jeszcze, które sobie stworzymy, zależnie od ustawionych parametrów przetwarzania takich kresek – mówi Aleksy Pawluczuk.

Jak twierdzi ekspert, pakiet CorelDRAW jest na tyle wszechstronny, że może być używany niemal w każdej dziedzinie związanej z tworzeniem i obróbką grafiki. Najnowsza wersja programu przyczynia się do zwiększenia wydajności, dzięki usprawnieniom toku pracy wprowadzonym na życzenie klientów.

Jeżeli popatrzymy sobie, gdzie stosuje się CorelDRAW, to tak naprawdę nie ma żadnej dziedziny życia zawodowego, w której nie byłby stosowany. Natomiast zastosowanie sztucznej inteligencji na pewno ułatwi niesamowicie pracę w wielu przypadkach, szczególnie początek procesu projektowania, tam gdzie szkicujemy, poprawiamy pewne rzeczy  – twierdzi Aleksy Pawluczuk.

CorelDRAW to nie jedyny program na rynku, który wykorzystuje sztuczną inteligencję i elementy uczenia maszynowego. Warto zwrócić również uwagę choćby na Adobe Sensei ­– platformę, która naśladuje inne istniejące zdjęcia, tworząc unikalną perspektywę i modyfikacje na przykład dla naszego zdjęcia typu selfie. Program ten przenosi mobilną fotografię na zupełnie inny poziom. Specjalista prognozuje, że w przyszłości coraz więcej programów graficznych będzie dążyło do ułatwienia nam pracy.

Podobne narzędzie znajdziemy jeszcze w Ilustratorze, nie dokładnie takie samo, bo nie działa z użyciem sztucznej inteligencji i sieci neuronowych, ale znajdziemy coś takiego. Oprócz tego pojawiło się kilka mniej znanych narzędzi, programów, które w podobny sposób funkcjonują, np. rysujemy sobie trójkącik, dwa kółeczka, on z tego robi sobie wycinek pizzy. To jest właśnie też zastosowanie tego typu technologii. Myślę, że większość programów będzie dążyła w tę stronę, chodzi o ułatwianie pracy z programem graficznym – przekonuje Aleksy Pawluczuk.

Zaawansowane programy graficzne typu CorelDRAW to rozwiązania nie tylko dla zawodowych grafików, lecz także dla wszystkich osób, które chcą zmaksymalizować wykorzystywanie potencjału twórczego.

Myślę, że CorelDRAW idealnie nadaje się zarówno dla zawodowych grafików, osób, które pracują konceptualnie, jak i tych, którzy wykorzystują program do produkcji reklamy czy druku. Ponadto program znajdzie uznanie wśród projektantów, wszelkiego rodzaju designerów od samochodów, do wszelkich produktów, które na początku szkicuje się na papierze, zanim to przeobrazi się w postać np. projektów 3D – wylicza Aleksy Pawluczuk.

Pakiet CorelDRAW Graphics Suite 2017 jest dostępny w m.in. w polskiej wersji językowej. Cena pełnej wersji programu wynosi 2699 zł. Co istotne, Corel zdecydował się przejść na roczny cykl życia produktu, co oznacza, że każdego roku doczekamy się obszernej aktualizacji.

Zmiana nazwy produktu związana jest z tym, że wprowadzamy nowy, roczny cykl życia produktu, czyli przechodzimy po prostu na roczny, a nie dwuletni cykl, jak to było w poprzednich przypadkach – podsumowuje Sylwia Tomalska, sales manager na Europę Wschodnią w Corel Corporation.

Polski start-up wspiera proces badań klinicznych i redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek

Polski start-up wspiera proces badań klinicznych i redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek 9

Głównym celem projektu Monitor jest obniżenie wysokich kosztów wprowadzania nowych leków na rynek. Będzie to możliwe dzięki zdalnemu dostępowi do danych pacjentów, którzy są zaangażowani w badania kliniczne. Przy okazji jednak to także wymowny dowód na to, że inwestowanie w start-upy coraz bardziej się opłaca.

Wprowadzenie nowego leku na rynek może kosztować blisko 500–600 mln dol., a więc w przeliczeniu na złotówki daje to miliardowe kwoty. Jest to między innymi związane z koniecznością zaangażowania wielu specjalistów prowadzących badania kliniczne, a także dodatkowe osoby, które im w tym pomagają i nadzorują cały proces. Dużo środków i czasu pochłania również prowadzenie szczegółowej dokumentacji badań, więc w sumie już etap badań klinicznych stanowić może do 40 proc. wszystkich kosztów wdrożenia leku. Dodatkowo jest on też często odpowiedzialny za opóźnienie, wydłużenie całego procesu.

Polski start-up Monitor CR chce szukać oszczędności właśnie na etapie badań klinicznych leku. Ma to być możliwe dzięki zastosowaniu specjalnie opracowanego oprogramowania, które w znacznym stopniu zautomatyzuje kwestię nadzoru nad ośrodkami badawczymi zajmującymi się nowym lekiem.

Projekt Monitor wchodzi w proces przygotowywania nowych leków do wprowadzenia na rynek jeszcze na etapie badań klinicznych. To one stanowią nawet 40 proc. całkowitych kosztów wdrożenia leku, a na dodatek często opóźniają cały proces. Powód jest prosty – zajmujący się nimi eksperci to lekarze, obarczeni na co dzień wieloma innymi obowiązkami i zadaniami, którzy z trudem znajdują czas na dodatkowe działania.

Dzięki uproszczeniu procedur i zdalnemu dostępowi do danych pacjentów redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek. Innowacyjny system ma się sprawdzić zarówno w Polsce, jak i całej Europie.

— Chodzi o bardzo istotny i kosztowny element w działaniach, na który przeznaczane są setki milionów dolarów. Mam na myśli proces wprowadzania nowego leku na rynek. Koszt takiego przedsięwzięcia to ponad miliard dolarów. Około 70 proc. tej wartości zajmują badania kliniczne nad lekiem, które są prowadzone w szeregu ośrodków, często rozlokowanych w różnych krajach. Z kolei koszty monitorowania badań klinicznych stanowią ok. 40 proc.

Wcześniej tego typu projekt pomimo potencjału nie miał szans powodzenia, bowiem problem stanowiły zarówno przepisy prawne, jak i kiepska organizacja służby zdrowia.

– Zmiany legislacyjne, postępująca cyfryzacja czy digitalizacja szpitali, także w Polsce, umożliwiły wprowadzanie na rynek produktu, którego biznesowa sensowność była potencjalnie identyfikowana znacznie wcześniej. Niestety, z różnych powodów prawnych oraz trwającego do dzisiaj tradycyjnego analogowego prowadzenia dokumentacji przez szpitale tego typu projekt po prostu nie mógł się udać – twierdzi Piotr Koral.

Wciąż obowiązujący stary model polega na delegowaniu osób fizycznych, tzw. monitorów, którzy kursują z różnego rodzaju dokumentacją pomiędzy szpitalem, w którym są prowadzone badania kliniczne, a zleceniodawcą badania lub sponsorem, u którego składają raport. Aby to zmienić, na zlecenie spółki Monitor CR zostało opracowane oprogramowanie, które w połączeniu z aplikacjami wykorzystywanymi w szpitalu umożliwi zdalny dostęp do danych pacjentów zaangażowanych w badania kliniczne.

– Wszystko jest oczywiście anonimowe, stąd wszelkie kwestie prawne zostały zachowane. Krótko mówiąc, całkowita eliminacja monitorów nie jest możliwa, natomiast znaczące ograniczenie jak najbardziej. Co równie istotne, oprogramowanie znacząco przyspieszy te wszystkie mozolne procesy, a tym samym pozwoli oszczędzić bardzo dużo pieniędzy — mówi Piotr Koral.

Projekt Monitor już na starcie został dostrzeżony i doceniony. Finalny produkt ma szansę trafić do największych potentatów na rynku.

– Stopniowo zaczynamy wchodzić na rynek z gotowym produktem, zyskując zainteresowanie wielu poważnych graczy. Nie jest kwestią przypadku, że spółka Monitor CR w ubiegłym roku otrzymała dofinansowanie z programu Horyzont 2020, została zidentyfikowana jako jeden z najbardziej interesujących startupowych projektów w Europie – podsumowuje Piotr Koral.

Aby projekt dobrnął do końcowego etapu, musiał przejść długą i krętą drogę. Dopiero teraz, po niespełna trzech latach, produkt jest w pełni gotowy do tego, by zaprezentować go potencjalnym nabywcom.

– Projekt Monitor z formalnego punktu widzenia obejmuje dwie spółki: Monitor CR i Monitor SM. Projekt, którego inwestor zgłosił się do Investin pięć lat temu, startował na poziomie surowego pomysłu. Obecnie jesteśmy na dobrej drodze do gotowego produktu i prowadzimy już rozmowy z pierwszymi poważnymi klientami zainteresowanymi jego odbiorem – podsumowuje Piotr Koral.

79% kandydatów do pracy ma wrażenie, że nikt nie zapoznał się z ich aplikacją

Kandydaci do pracy czują się ignorowani przez rekruterów. Aż 8 na 10 ma poczucie, że nikt nie przejrzał ich aplikacji, a tylko co piąty otrzymał informację o przyczynach niezatrudnienia. Tak wynika z badania „Candidate Experience 2017” zrealizowanego przez eRecruiter i Koalicję na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Eksperci zwracają uwagę, że pracodawcy nie budują relacji z niezatrudnionymi kandydatami. Najczęściej zachowują ich CV w bazie (78%) oraz zapraszają do śledzenia zakładki „Kariera” (54%).

– Kandydaci, którzy w odpowiedzi na ofertę pracy wysyłają swoją aplikację, najczęściej nie otrzymują żadnej informacji zwrotnej ze strony pracodawcy. To jeden z najsmutniejszych wniosków tegorocznej edycji badania „Candidate Experience”. Z doświadczeń uczestników rekrutacji wynika również, że spora część pracodawców nie stosuje dobrych praktyk w zakresie informowania o zakończeniu procesu naboru lub przyczynach niezatrudnienia. Aby zminimalizować te negatywne doświadczenia i oszczędzić czas, rekrutujący mają do dyspozycji technologię i specjalne platformy do zarządzania rekrutacjami. Usprawniają one komunikację z kandydatami, umożliwiając wysyłkę wiadomości ze statusem procesu do wielu uczestników jednocześnie. Nie zajmuje to dużo czasu, a kandydat nie czuje się lekceważony – zwraca uwagę Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter oraz koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Kandydaci oczekują odpowiedzi

Większość przedstawicieli działów HR zgadza się, że warto dbać o kandydatów w procesie rekrutacji. Niestety, praktyka wygląda inaczej. Po pierwsze, aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji. Po drugie, widać rozbieżności między elementami, które zdaniem kandydatów powinny być standardem podczas rekrutacji, oraz tymi faktycznie stosowanymi przez pracodawców. Dla 86% aplikujących standardem powinno być informowanie o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Z takim działaniem spotkało się zaledwie 39% kandydatów. Ponadto, 8 na 10 specjalistów oczekuje od pracodawców informacji o przyczynach niezatrudnienia. Taki zwyczaj ma zaledwie co piąta firma.

Pracodawcy zapominają o niezatrudnionych kandydatach

Podtrzymywanie relacji z wartościowymi kandydatami, którzy z określonych przyczyn nie zostali zatrudnieni, to ważny element candidate experience. Jednak wyniki badania eRecruiter wskazują, że firmy ograniczają się w tym obszarze do biernych działań. Najczęściej pracodawcy zachowują CV kandydatów w bazie (78%), ale tylko 42% zagląda do zgromadzonych CV przy okazji każdej rekrutacji. Najczęściej wtedy, gdy otrzyma zbyt mało zgłoszeń na opublikowane ogłoszenie o pracę.

Paweł Bechciński, Dyrektor ds. Rekrutacji i Rozwoju Zasobów Ludzkich, SUEZ Polska, podkreśla, że firmy wciąż nie wykorzystują w odpowiednim zakresie baz danych i zasobów, które już posiadają. – Obecnie nie możemy pozwolić sobie na stratę żadnego wartościowego kandydata, nie tylko przyszłego, ale też tego, który już do nas zaaplikował i wykazał się inicjatywą oraz chęcią pracy w organizacji. W naszej firmie zbieramy większość życiorysów w ramach tzw. rekrutacji ogólnej, w której kandydaci sami spontanicznie przesyłają nam aplikacje. Dziennie otrzymujemy ok. 20 życiorysów, co w skali roku daje kilka tysięcy potencjalnych kandydatów do pracy. Warto zwrócić uwagę, jaki to jest kapitał dla firmy. Przy wybranych procesach rekrutacyjnych, nie musimy publikować nowego ogłoszenia o pracę i czekać na spływające CV. Dzięki eRecruiter, możemy skorzystać z zasobów, które już mamy, co zdecydowanie ogranicza koszty i czas rekrutacji – mówi Paweł Bechciński z SUEZ Polska.

Wśród innych sposobów podtrzymywania relacji z niezatrudnionymi kandydatami, rekruterzy wskazali zachęcanie do śledzenia zakładki „Kariera” (54%) oraz informowanie o bieżących rekrutacjach (26%). Niestety, niewielki odsetek firm – zaledwie 19% – decyduje się pytać kandydatów o ich wrażenia i opinie na temat procesu rekrutacyjnego, w którym wzięli udział.

– Troska o dobre relacje z kandydatami to bardzo istotny element rekrutacyjny, który przekłada się na wizerunek firmy. Jednak często zapomina się, że dotyczy to również dbania o kandydatów, którzy nie zostali zatrudnieni. Takie osoby mogą zostać ponownie zaproszone do kolejnych rekrutacji, co w konsekwencji skróci czas prowadzonych procesów i znacząco ułatwi pracę działu HR. Pracodawcy, jeśli nie chcą, aby odrzucony kandydat był ich piętą Achillesa, powinni optymalizować projekty rekrutacyjne poprzez odpowiednie narzędzia HR i praktyki, na które wskazują sami kandydaci – mówi Julia Urbańska z eRecruiter.

***

Metodologia badania

  1. edycja badania „Candidate Experience” składa się z dwóch części. Opinie kandydatów na temat rekrutacji zostały zebrane na zlecenie eRecruiter i przeprowadzone na użytkownikach portalu Pracuj.pl  zajmujących stanowiska specjalistyczne, menedżerskie i wyższe, posiadających co najmniej 2-letnie doświadczenie zawodowe. Badanie zostało zrealizowane w dniach 11-26.01.2017. Ankietę wypełniło łącznie 1961 osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy brały udział w procesie rekrutacyjnym. Opinie pracodawców zostały zebrane w ramach badania „Candidate Experience”, przeprowadzonego przez eRecruiter, wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 19.01-7.02.2017. Ankietę wypełniło łącznie 536 osób.

Badanie „Candidate Experience” zostało przeprowadzone z inicjatywy eRecruiter oraz Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Partnerem badania jest Great Digital. Koalicja istnieje od kwietnia 2013 r. i liczy ponad 300 firm, które chcą promować dobre praktyki w rekrutacji.

Polska firma stworzyła testy medyczne oparte o biosensory. Pozwolą one zdiagnozować bez kontaktu z lekarzem obecność wirusów i bakterii i nowotworów

Polska firma stworzyła testy medyczne oparte o biosensory. Pozwolą one zdiagnozować bez kontaktu z lekarzem obecność wirusów i bakterii i nowotworów 10

SensDX opracowuje i wdraża testy oparte o biosensory, które w kilka minut pomogą zdiagnozować choroby górnych dróg oddechowych albo dróg rodnych. To innowacyjne rozwiązanie nie tylko usprawni działanie służby zdrowia, lecz także pozwoli zaoszczędzić czas pacjenta i oszczędzi chorej osobie konieczności wychodzenia z domu. Pierwsze testy pojawią się na rynku już w 2018 roku. 

Postawienie odpowiedniej diagnozy w możliwie najkrótszym czasie to klucz do skutecznej terapii i szybkiego wyleczenia pacjenta. Właśnie dlatego start-up SensDX pracuje nad rozwiązaniami diagnostycznymi, które będą czułe, szybkie, proste w użyciu, w przystępnej cenie i przed wszystkim szeroko dostępne tak, aby każdy miał możliwość przebadania się w zaciszu własnego domu.

Firma SensDX zajmuje się opracowywaniem i wdrażaniem nowych testów w  oparciu o biosensory, czyli urządzenia, które wykorzystują zarówno biologiczne elementy, jak i części elektroniczne, służące do odczytywania wyników – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Dawid Nidzworski, pomysłodawca i współzałożyciel firmy, po czym dodaje – Tego typu rozwiązanie produkujemy w tym momencie już w naszej firmie – jest to płytka, która jest obudowywana elementami biologicznymi, przeciwciałami, które wykrywają konkretne antygeny w celu wykrycia np. wirusa grypy lub bakterii.

Firma SensDX pracuje nad rozwiązaniami, które wykryją nie tylko choroby dróg oddechowych, lecz także dróg rodnych. Ta sama platforma ma wykryć również m.in. markery nowotworowe.

Testy górnych dróg oddechowych, dróg rodnych czy testy onkologiczne, różnią się w zależności od tego, co chcemy wykryć. Wszystkie testy charakteryzuje ta sama podstawa, to znaczy urządzenie, które będzie takie samo dla wszystkich opracowywanych testów. Dzięki temu mamy uniwersalną platformę do różnych testów – komentuje Dawid Nidzworski.

Twórcy zaznaczają, że testy będą przygotowywane w dwóch wariantach: dla indywidualnego pacjenta oraz do stosowania w gabinetach lekarskich, szpitalach, przychodniach, laboratoriach, a nawet aptekach. Wszystkie informacje o stanie zdrowia pacjenta będzie można odczytać za pomocą aplikacji mobilnej.

Zastosowanie nowoczesnych miniaturowych technologii pozwala na opracowanie testów, które każdy przeciętny polski domownik będzie mógł zrobić u siebie. Chcemy nie tyle ograniczyć dostęp do lekarza, co usprawnić proces leczenia, proces diagnostyki tak, aby przeciętny Kowalski mógł bez problemu zdiagnozować się w domu, wysłać wynik do lekarza i w przypadku lekkich infekcji czy małych problemów otrzymać poradę natychmiast przez internet – wyjaśnia Dawid Nidzworski.

Współzałożyciel firmy SensDX podkreśla, że rozwiązanie zostało docenione przez Komisję Europejską, Narodowe Centrum Badań, Mazowiecką Jednostkę Wdrażania Programów Unijnych, jak i dużego zewnętrznego inwestora. To wsparcie finansowe pozwoliło na sfinansowanie badań i rozwoju firmy.

Finansujemy badania z kilku źródeł, jesteśmy laureatami czterech różnych projektów, grantów badawczych, rozmawiamy i kończymy rozmowy z inwestorem branżowym oraz finansujemy badania ze środków własnych – wylicza Dawid Nidzworski.

Pierwszym testem, który firma zamierza wprowadzić na rynek jest, Flu SensDX. Sensor potwierdzi obecność wirusa grypy w wymazach z gardła pacjenta.

Pierwsze testy pojawią się w połowie przyszłego roku. Na początku wprowadzimy Flu SensDX, który pozwoli wykryć wirusa grupy w wymazie górnych dróg oddechowych. To rozwiązanie będzie naszym pierwszym flagowym produktem, ale już w tym momencie pracujemy nad kolejnym rozwiązaniami, które mamy nadzieję, w kolejnych latach będą sukcesywnie przez nas wprowadzane – prognozuje Dawid Nidzworski.

Inna wersja tzw. „Trump trade”

Rynki przeszły od trybu kupowania ryzyka w stronę porzucania USD, gdyż przybywa skandali wokół prezydenta Trumpa. USD jest niżej, korzystają JPY, EUR i złoto. Awersja do ryzyka zaczyna przedzierać się przez rynek akcji, ale też waluty ryzykowne. Rajd złotego zaczyna hamować.

Ciąg przyczyno-skutkowy popularyzowany od początku roku zakładał, że prezydent Donald Trump przeforsowuje ambitny program gospodarczy, który przyspieszy ożywienie w USA, co przełoży się na wzrost presji inflacyjnej i zachęci Fed do większej liczby podwyżek stóp procentowych. Jednak jeśli wyrzucimy pierwszy element łańcucha, cały projekt się rozpada. I to jest teraz główny problem dla dolara. Po tym, jak wczoraj świat obiegły informacje, że Trump zdradził rosyjskiemu ministrowi spraw wewnętrznych tajne informacje dotyczące Państwa Islamskiego, dziś media donoszą, że w lutym prezydent USA prosił ówczesnego szefa FBI Comeya, aby zakończyć śledztwo w sprawie kontaktów byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Flynna z Rosjanami (kontakty okazały się prawdą, a Flynn skłamał w tej sprawie wiceprezydentowi Pence’owi). Choć Biały Dom dementuje prasowe rewelacje, niepewność na rynku pozostaje. I nie chodzi już o zwykłe porzucanie tzw. „Trump trade”, który od listopada stał za dolarem. Jeśli prasowe doniesienia okażą się szukaniem sensacji, reformy administracji Trumpa zostaną tylko trochę opóźnione. Jednak na ten moment realnym staje się ryzyko impeachmentu, co straszy rynki i czyni dolara wyjątkowo nielubianym. Według firmy bukmacherskiej PredictWise szanse na to, że Trumpa nie utrzyma prezydentury do końca 2017 r., wzrosły do 28 proc.

Doniesienia uderzają mocno w USD. Rentowności 10-letnich obligacji spadają, co daje jasny sygnał dla zniżek USD/JPY w poszukiwaniu „bezpiecznej przystani”. Ale dolar traci też mocno względem euro. Zagrożenia impeachmentem potrzebują ostatnie nadzieje tych, którzy trzymali krótkie pozycje w EUR/USD od listopada i zwycięstwa Trumpa w wyborach. Jeśli dorzucimy do tego wygraną Macrona w wyborach we Francji i umacnianie siły partii kanclerz Merkel w lokalnych wyborach w ostatni weekend oraz dobre dane z Eurolandu, otrzymujemy wszystkie argumenty, by nie pozostawać na krótkiej pozycji. Przekroczenie 1,11 może być dopiero początkiem ruchu, jeśli prasowe rewelacje mają umocowanie w dowodach. W dniu wyborów w USA szczyt EUR/USD był na 1,13. Nic poza tym się teraz nie liczy.

Dla złotego i walut rynków wschodzących sytuacja się komplikuje. Jeśli program gospodarczy Trumpa zostanie wstrzymany, rynkom wschodzących przestaje grozić wizja zacieśniania monetarnego Fed. Ale jeśli obawy o impeachment wystraszą inwestorów na Wall Street, a za tym ruszy globalna wyprzedaż aktywów ryzykownych, wówczas złoty ma więcej do stracenia niż zyskania. Nocny pobyt EUR/PLN poniżej 4,18 okazał się krótkotrwały, ale jeśli rynki światowe pozostaną spokojne, apetyt na złotego nie zniknie. Dziś poznamy decyzję RPP, gdzie stopy powinny pozostać bez zmian. Inflacja pozostaje poniżej celu NBP, a wzrost gospodarczy odbija po ubiegłorocznym spowolnieniu. Taki obraz gospodarczy jest spójny z dotychczas wyrażanymi przez członków RPP poglądami. Pozwala to teraz na kontynuację polityki „wait-and-see”, zezwalając na dalsze przyspieszanie ożywienia. W drugiej połowie roku widzimy nasilenie pozytywnych ryzyk dla ścieżki inflacji, które wpłyną na zaostrzenie retoryki RPP, a finalnie przyniosą pierwszą podwyżkę w listopadzie, ale na razie przekaz z Rady pozostanie neutralny.

Z innych danych uwagę przykuwa raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii. Spowolnienie dynamiki wynagrodzeń przy rosnącej inflacji implikuje drenaż realnych dochodów gospodarstw domowych, co będzie ciążyć na sile ożywienia gospodarczego w kolejnych kwartałach. Dynamika zatrudnienia już jest o połowę niższa niż przed referendum w sprawie Brexitu. Naszym zdaniem nie ma tu miejsca na podwyżki stóp procentowych BoE, a dla GBP oznacza więcej powodów do obaw i przeceny. Słabe dane posłużą jako potwierdzenie tej tezy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Frank najtańszy od dwóch lat. Czy kurs spadnie poniżej 3,5 zł?

Stabilniejsza sytuacja polityczna i gospodarcza w strefie euro wpływa na spadek kursu franka do najniższego poziomu od dwóch lat. Czy można liczyć na prawdziwy przełom, trwałe osłabienie szwajcarskiej waluty i wycenę poniżej granicy 3,5 zł? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy na rynkach panują burzliwe nastroje, inwestorzy od lat lgną do franka (CHF) niczym do bezpiecznej przystani. Szwajcarska waluta wyraźnie zyskiwała np. podczas światowego kryzysu na przełomie lat 2008 i 2009 oraz w 2011 r., kiedy w posadach chwiała się strefa euro.

Ważnym momentem dla franka było również uwolnienie kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) na początku 2015 r. Od tego czasu średnia wycena CHF była blisko granicy 4 zł. Warto także zauważyć, że po każdym z wymienionych wydarzeń notowania franka korygowały się, ale nie wracały do poprzednich poziomów. Czy w związku z lepszą sytuacją gospodarczą na świecie oraz stabilizacją w strefie euro można liczyć na długoterminowe osłabienie się szwajcarskiej waluty?

Jest silnie przewartościowany

Praktycznie podczas każdego oficjalnego wystąpienia przedstawiciele SNB podkreślają, że szwajcarska waluta jest zbyt mocna. – Frank pozostaje silnie przewartościowany – mówił Thomas Jordan, prezes SNB, 11 maja br. w Zurychu. W podobnym tonie wypowiadała się również pod koniec marca Andrea Maechler, członkini Rady Gubernatorów.

Każdy komunikat po posiedzeniu władz monetarnych także podkreśla fakt silnego przewartościowania franka, konieczność kontynuacji polityki ujemnych stóp procentowych oraz interwencji rynkowych, które mają na celu przeciwdziałanie umocnieniu szwajcarskiej waluty.

Jaka jest skala przewartościowania franka? Według opublikowanego w grudniu 2016 r. raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) na temat Szwajcarii, średni kurs w 2015 r. był przewartościowany o 16-23 proc. (model EBA REER). Ponieważ dziś frank jest o ok. 5 proc. słabszy w relacji do koszyka walut krajów wchodzących w skład wymiany handlowej ze Szwajcarią, to aktualne przewartościowanie można szacować na ok. 15 proc.

Coraz więcej argumentów za osłabieniem CHF

Informacja o fundamentalnym przewartościowaniu wcale nie musi oznaczać, że wartość franka szybko wróci do równowagi. Istnieje jednak coraz więcej powodów, by siła szwajcarskiej waluty zaczęła powoli ustępować.

Przede wszystkim mamy do czynienia ze stabilizacją sytuacji politycznej oraz gospodarczej w strefie euro. Biorąc pod uwagę wynik wyborów we Francji oraz w Holandii, a także sondaże w Niemczech, ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty zauważalnie się zmniejszyło. Kupowanie franka w celu zabezpieczenia się przed negatywnym rozwojem sytuacji w Europie wydaje się coraz mniej uzasadnione.

Warto także zwrócić uwagę, że przetrzymywanie kapitału w bezpiecznych szwajcarskich aktywach może narażać na straty, jeżeli frank nie będzie zyskiwał na wartości. Stopy procentowe są na ujemnym poziomie, a obligacje skarbowe aż do 10-letniego terminu zapadalności mają negatywne rentowności.

Najprawdopodobniej również SNB nadal będzie stosował bardzo łagodną politykę pieniężną połączoną z interwencjami walutowymi. Wycofanie się z niej w najbliższych latach jest bardzo mało prawdopodobne. To powinien być kolejny argument, by napływ kapitału do Szwajcarii zakładający wzmocnienie się franka został ograniczony.

Idealny moment na przełom?

Zmniejszenie się ryzyk w globalnej gospodarce i stabilizacja w strefie euro, połączone z ujemnymi stopami procentowymi w Szwajcarii oraz interwencjami SNB w celu osłabienia franka, to idealny scenariusz na osłabienie się franka.

W najbliższych miesiącach, jeżeli sytuacja nie ulegnie znacznemu pogorszeniu w strefie euro, powinniśmy obserwować powolny spadek wartości szwajcarskiej waluty. Realnym scenariuszem jest obniżenie się CHF o ok. 5 proc. do końca roku, czyli spadek do przedziału 3,65-3,7 zł.

W bardzo optymistycznym rozwoju sytuacji, czyli zredukowaniu większości przewartościowania franka, można nawet oczekiwać obniżenia się kursu poniżej granicy 3,5 zł. Ten scenariusz wymagałby jednak przynajmniej kilku kwartałów stabilnej sytuacji globalnej i praktycznie całkowitego zanegowania ryzyka rozpadu strefy euro. Na razie jest jeszcze zbyt wcześnie, by liczyć na tak fundamentalny przełom.

Złoty ciągle umacnia się

Słabość dolara była dominującym wczoraj motywem na rynkach. Niewiele pozostało też ze wzrostów na rynku ropy, obserwowanych w poniedziałek. Słabo wypadł też warszawski parkiet giełdowy.

Indeks WIG20 tracił na wczorajszym zamknięciu 1.55%. Spadki nabrały tempa dokładnie o godzinie 10:00, kiedy to opublikowano zaskakująco dobre dane z polskiej gospodarki. W pierwszym kwartale rozwijała się w tempie 4%. Optymistyczne prognozy zakładały wynik na poziomie 3.9%. Lepsze dane posłużyły zatem za pretekst do realizacji zysków, ze wzrostów jakie obserwowaliśmy ostatnio. Natomiast polski złoty wyraźnie wczoraj umacniał się – zarówno względem dolara jak i euro.

Tymczasem oddział Fed z Atlanty podwyższył we wtorek swoje prognozy dotyczące tempa wzrostu PKB w USA. W drugim kwartale gospodarka amerykańska ma rozwijać się w tempie 4.1%. Dziś natomiast kończy się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Rynek nie oczekuje żadnych zmian w wysokości stóp procentowych. Nieco wcześniej z Wielkiej Brytanii napłyną natomiast dane z tamtejszego rynku pracy. Prognozowana stopa bezrobocia to 4.7%.

eurpln17052017r

Polski złoty od początku roku znajduje się w trendzie wzrostowym. Rynek EUR/PLN pokonał niedawno wsparcie na 4.25. Jeśli szybko nie nastąpi powrót ponad tę barierę, droga do kolejnych spadków będzie otwarta. Logicznym celem wydaje się poziom 4.10. Tam też krzyżują się kolejne linie wsparcia. Wskaźnik RSI wspiera niedźwiedzi i dopóki nie pokona poziomu 50 punktów nie ma szans na zmianę nastrojów.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna dobrze rozpoczęła drugi kwartał 2017r.

Dobrze rozpoczęty drugi kwartał – pięć pozwoleń związanych z nakładami inwestycyjnymi o wartości ponad 650 mln złotych, wydanych w minionych tygodniach – pozwala liczyć Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej S.A. (KSSE S.A.) na zamknięcie roku z jednym z najlepszych wyników w jej historii.

Plany KSSE S.A. na 2017 rok zakładają pozyskanie 25 nowych projektów inwestycyjnych o wartości przekraczającej miliard złotych, związanych z utworzeniem ponad tysiąca nowych miejsc pracy. Parametry dwunastu zezwoleń, dotychczas udzielonych przez KSSE S.A. w 2017 roku, w tym czterech wydanych przedstawicielom sektora MŚP, pozwoliły największej polskiej specjalnej strefie ekonomicznej w znacznym stopniu zrealizować roczny plan dotyczący wartości inwestycji (łącznie od początku roku zadeklarowano nie mniej niż 930 mln złotych nakładów inwestycyjnych) oraz ponad 50 proc. założeń co do liczby nowych miejsc pracy (łącznie zadeklarowano blisko 550 nowych miejsc pracy).

– Komentując plany KSSE na rozpoczynający się rok podkreślałem, że mimo nieprzewidywalności biznesu jesteśmy optymistami jeśli chodzi o efekty naszej pracy. Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się osiągnięcia tak pozytywnych rezultatów już w połowie maja. Oczywiście nie wpływa to na intensywność naszych starań w pozyskiwaniu kolejnych inwestorów, a przed nami stoją nowe wyzwania. Nasz bardzo dobry wynik w pierwszych miesiącach 2017 roku potwierdza również, że SSE rzetelnie wypełniają postawione przed nimi zadania, o czym wspominał niedawno prezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu,  pan Tomasz Pisula – mówi Piotr Wojaczek, prezes zarządu KSSE S.A.

Pięć udzielonych w minionych tygodniach zezwoleń dotyczy projektów, które w KSSE będą realizować amerykański Guradian w Częstochowie, włoski Sest-Luve i niemiecki Hirschvogel Components w Gliwicach, polski przedstawiciel sektora MŚP firma Extral w Żorach – które rozwijają działalność w Strefie oraz nowy inwestor, polska firma Ekoprobud która rozpocznie działalność w Krapkowicach.

Swoje zakłady w Częstochowie będzie rozbudowywał Guardian, amerykański producent szkła. W związku z projektem, którego celem jest zwiększenie produkcji szkła płaskiego wysokiej jakości, spółka zadeklarowała nie mniej. Pod względem wartości inwestycji to dotychczas największy z tegorocznych projektów w KSSE.

Na zwiększenie inwestycji w Gliwicach zdecydowała się Sest-Luve, włoska firma z branży maszynowej. Celem projektu, o wartości 132 mln złotych związanego z zatrudnieniem 50 nowych pracowników, jest budowa nowej hali produkcyjnej i zwiększenie mocy produkcyjnych wymienników ciepła w urządzeniach chłodniczych.

O rozbudowie zakładu w Gliwicach zdecydował również Hirschvogel Components. Nakłady deklarowane przez niemiecką firmę, w związku z realizacją projektu, obejmują ponad 85 mln złotych wydatków inwestycyjnych oraz stworzenie 50 nowych miejsc pracy. Inwestycja reprezentanta branży motoryzacyjnej obejmie wyposażenie fabryki w nowe maszyny i linie technologiczne, niezbędne do zwiększenia zakresu produkcji podzespołów silników samochodowych, skrzyń biegów oraz układów przeniesienia napędu.

W Żorach zakres swojej działalności poszerzy polska firma Extral. Reprezentujący sektor MŚP oraz branżę metalową wytwórca profili aluminiowych, zrealizuje projekt o wartości 50 mln złotych, związany z utworzeniem 25 nowych miejsc pracy.

Nowym inwestorem w KSSE będzie reprezentująca branżę chemiczną, polska firma Ekoprobud. Celem jej projektu o wartości 3,7 mln złotych, będzie budowa innowacyjnej wytwórni mas bitumicznych, wykorzystywanych do budowy dróg. Reprezentujący sektor MŚP Ekoprobud, zatrudni ośmiu nowych pracowników.

Od początku 2017 roku Katowicka SSE S.A., obok przyznanych w ostatnich tygodniach, udzieliła jeszcze siedmiu zezwoleń. Nowymi inwestorami zostały Bito Technika Magazynowa w Ujeździe, Pomarez w Bytomiu, dwaj przedstawiciele sektora MŚP z Częstochowy: PMS4i i Promatek Media Julia Pogorzelska, a także niemiecki Hengst w Gogolinie, który rozpoczął już budowę swojego zakładu oraz realizujący w Dąbrowie Górniczej kolejny swój projekt w KSSE, włoski przedstawiciel sektora motoryzacyjnego, firma Brembo. Ustalono również warunki projektu inwestycyjnego Rockwell Automation, który realizowany będzie w Katowicach, na gruntach włączonych w ramach przeprowadzonego z końcem grudnia 2016 roku poszerzenia KSSE o nowe tereny.

W kolejnych tygodniach spodziewane jest rozstrzygnięcie kolejnych ośmiu postępowań dotyczących udzielenia zezwolenia na działalność w KSSE.

Wzrost PKB w krajach UE, w tym w Polsce, przyspieszył

PKB w krajach UE28 wzrósł r/r w 1.kwartale 2017 r. o 2 proc. (wyrównany sezonowo) – podał Eurostat. W Polsce PKB wzrósł o 4,1 proc. r/r (wyrównany sezonowo)- poinformował GUS we wstępnym szacunku.

W krajach UE w 1. kwartale 2017 r. część gospodarek wyraźnie zaczęła rosnąć. Wśród 21 krajów UE28 (7 jeszcze nie podało danych dotyczących PKB), 11 wykazało znacznie silniejsze wzrosty PKB niż w ostatnich 4 kwartałach. W grupie tej jest, i to na 2. miejscu, polska gospodarka ze wzrostem na poziomie 4,1 proc. (r/r wyrównany sezonowo, a niewyrównany sezonowy – na poziomie 4,0 proc.).

Do gospodarek, które wyraźnie przyspieszyły należą przede wszystkich kraje nowej UE – Rumunia (5,6 proc.), Polska, Litwa (tak jak Polska 4,1 proc.), Łotwa (3,9 proc.), Węgry (3,7 proc.) oraz Czechy (2,9 proc.). Ale szybciej rosną także niektóre gospodarki „starej” UE, m.in. Portugalia, Cypr, Finlandia, W. Brytania. Ciągle bardzo dobrą dynamikę PKB wykazuje Hiszpania, Holandia, Bułgaria. W efekcie gospodarka unijna wzrosła w 1. kwartale o 2 proc.

Może powoli zaczynamy rozwiązywać nasze europejskie problemy, tak polityczne, jak i gospodarcze. Oby.

Polska na tym tle wygląda bardzo dobrze. Wskazywały na znacznie silniejszy wzrost gospodarczy niż w 2016 r. spływające co miesiąc dane z przemysłu, budownictwa, a przede wszystkim te dotyczące skłonności Polaków do konsumpcji.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w 1. kwartale br. prawie dwa razy szybciej niż w 2016 r., a produkcja budowlano-montażowa wyraźnie odbiła od dna i urosła o prawie 4 proc.

Miejmy nadzieję, że silniej rósł nie tylko przemysł i budownictwo, ale i pozostałe sektory polskiej gospodarki.

Gospodarstwa domowe w dalszym ciągu zwiększały swoją skłonność do konsumpcji – sprzedaż detaliczna wzrosła w 1. kwartale br. o ponad 7 proc. (w cenach stałych), o prawie ¼ szybciej niż w 2016 r.

Eksporterzy także znakomicie sobie radzili, bo ich sprzedaż na rynki zagraniczne wzrosła w ciągu 3. pierwszych miesięcy 2017 r. o prawie 9 proc. (w PLN). Jednak nie mogli dać oni wkładu we wzrost polskiego PKB ze względu na silny wzrost importu (o 12 proc.). To efekt „szału” konsumentów.

Niewiadomą pozostają jedynie inwestycje. Trudno zakładać, że wzrosły one tak silnie jak pozostałe składniki PKB. A tak naprawdę to od nich zależy wzrost polskiej gospodarki w średnim i długim okresie. Miejmy nadzieję, że jeśli nie w 1. kwartale, to w kolejnych uporamy się z zamówieniami publicznymi i zdecydowanie ruszą inwestycje finansowane z funduszy unijnych, inwestycje publiczne. Przedsiębiorcy natomiast uznają, że nie mogą marnować coraz większej liczby szans, które pojawiają się na rynku polskim i rynkach zagranicznych, i zaczną inwestować na znacznie większą skalę mimo ryzyk politycznych i regulacyjnych. A politycy jednak dojrzeją do minimalizowania, a nie zwiększania tych ryzyk.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Wyniki finansowe FAST FINANCE w I kwartale 2017 roku

FAST FINANCE spółka notowana na GPW, specjalizująca się w obsłudze wierzytelności detalicznych – wypracowała w I kwartale 2017 roku skonsolidowany zysk netto na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu roku poprzedniego w wysokości 2,0 mln zł (-3,7%). Spółka podwyższyła swój kapitał własny o 12,1% r/r do wysokości 72,1 mln zł oraz obniżyła wskaźnik zadłużenia finansowego, do poziomu 0,43.

W I kwartale 2017 roku FAST FINANCE wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży w wysokości 6,5 mln zł (-51,8% r/r). Spółka w tym okresie znacząco zmniejszyła sprzedaż pakietów wierzytelności (-97,8% r/r), natomiast przychody z kluczowej działalności Spółki, czyli spłat wierzytelności, ukształtowały się na poziomie 5,9 mln zł – spadek o 8,9% r/r.

Zysk operacyjny był na poziomie zbliżonym do I kwartału roku poprzedniego: 3,0 mln zł (-5,8%), a zysk netto wyniósł 2,0 mln zł (-3,7%). To tylko nieznaczne obniżenie poziomu zysku netto, przy zmniejszeniu w I kwartale 2017 roku przychodów ze sprzedaży, to zasługa obniżenia kosztów ogólnego zarządu (z 3,4 mln zł do 2,7 mln zł). Z racji ograniczenia sprzedaży wierzytelności oraz zmniejszenia kosztów poprawie uległy wskaźniki rentowności: marża EBIT wyniosła 46,4% (+22,6 p.p. r/r), a marża zysku netto ukształtowała się na poziomie 31,2% (poprawa o 15,6 p.p. r/r).

Spółka podwyższyła swój kapitał własny o 12,1% r/r do wysokości 72,1 mln zł, obniżyła zobowiązania krótkoterminowe o 55,5% przy minimalnym wzroście zobowiązań długoterminowych o 8,4%.

FAST FINANCE konsekwentnie obniża zadłużenie finansowe – na koniec marca 2017 roku wartość wskaźnika długu netto do kapitału własnego FAST FINANCE spadła o 38,6% r/r i wyniosła 0,43.

W bieżącym roku kontynuujemy nasze założenia z roku poprzedniego – obniżanie zadłużenia finansowego oraz kosztów działalności. Na początku 2017 roku uporządkowaliśmy kwestie dotyczące zobowiązań z obligacji i rozpoczęliśmy kolejne negocjacje z zagranicznym inwestorem. Nasza współpraca ma doprowadzić do zapewnienia FAST FINANCE dodatkowych źródeł finansowania oraz zwiększenia bezpieczeństwa działalności – komentuje Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE S.A.

W I kwartale 2017 r. Spółka dokonała wykupu 466 szt. obligacji serii M oraz wszystkich obligacji serii F i G. Źródłem finansowania transakcji była emisja prywatna obligacji serii P w wysokości 9,5 mln zł oraz umowa zbycia certyfikatów funduszu „FAST FINANCE NSFIZ” za łączną kwotę ponad 15 mln zł (FAST FINANCE nadal pozostaje w roli zarządzającego funduszem). Umowa została podpisana z partnerem zagranicznym, specjalizującym się w venture financing.

W skonsolidowanym sprawozdaniu finansowym za I kwartał 2017 roku dokonano zmian zasad rachunkowości, które mają istotny wpływ na wielkość danych finansowych prezentowanych za porównywalne okresy (przekształcone zostały także dane finansowe za okres porównywalny, tj. na dzień 31 marca 2016 r).

Columbus Energy S.A. notuje ponad 1 mln zł zysku netto w 1 kw. 2017 r.

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, wypracowała w 1 kw. 2017 r. ponad 1 mln zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 6,37 mln zł. Spółka rozwija sprzedaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego i dynamicznie rozbudowuje portfel klientów.

Osiągnięte przez Emitenta wyniki finansowe wykazują wyraźną poprawę, bowiem w 1 kw. 2016 r. wartość jego przychodów netto ze sprzedaży wynosiła 374 tys. zł, a strata netto sięgnęła 66 tys. zł. Taka progresja wynikowa jest rezultatem rozwijania innowacyjnego produktu Columbus Energy S.A. – „Abonamentu na Słońce”, który pozwala Spółce budować przewagę konkurencyjną i umacniać pozycję lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. W 1 kw. br., czyli zimowym okresie sprzedażowym, Emitent zamontował ponad 270 instalacji fotowoltaicznych, co jest zgodne z przyjętym planem sprzedażowym, a zakontraktował 500 nowych umów. Columbus Energy S.A. prowadzi obecnie działania rozwojowe w obszarze działu handlowego oraz kontynuuje negocjacje ze swoimi kontrahentami w zakresie realizacji finansowania planowanych projektów, co powinno pozwolić na utrzymanie wysokiego tempa rozwoju Spółki.

„Na świecie są tylko dwie wygrywające technologie w branży energetycznej. To fotowoltaika i magazyny energii. Columbus Energy idealnie wpisuje się w tą logikę i kontynuuje swój rozwój właśnie na tym rynku. Stajemy się powoli dojrzałą organizacją, co będziemy sukcesywnie pokazywać w kolejnych raportach. Rynek fotowoltaiki w Polsce rośnie szybciej niż firmy, które na nim powstają. Zauważyliśmy ostatnio, że nawet tacy giganci jak Innogy czy IKEA zaczynają podążać naszymi śladami, co pokazuje, że wybraliśmy odpowiednią branżę i dobrą drogę rozwoju. Innowacja produktowa zawarta w abonamentowej formule finansowania instalacji fotowoltaicznych dla właścicieli domów staje się coraz bardziej popularna i zrozumiała dla klientów. Jeśli instalacja ma się sama spłacić z oszczędności, to kto by nie chciał jej mieć?” – wyjaśnia Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W 1 kw. 2017 r. Spółka przeprowadziła z sukcesem dwie emisje obligacji, z których pozyskała środki finansowe w łącznej wysokości 5,45 mln zł. Zostaną one przeznaczone na montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego. W marcu tego roku Columbus Energy S.A. podpisała również umowę współpracy z Nest Bank S.A., dzięki czemu zapewnione zostało finansowanie dla jej klientów. Nest Bank S.A. zobowiązał się do przekazywania na rachunek Spółki środków finansowych wynikających z umów zawartych z jej klientami. Zawarta umowa umożliwi Emitentowi realizowanie jeszcze większej liczby instalacji.

Głównym celem Columbus Energy S.A. na 2017 r. jest zamontowanie min. 2.500 instalacji fotowoltaicznych oraz zakontraktowanie 4.000 klientów na zakup instalacji, z czego 80% w przypadku obu celów sprzedażowych ma stanowić program abonamentowy. Spółka chce również rozpocząć realizację zakontraktowanych zleceń w sektorze sakralnym i Jednostek Samorządu Terytorialnego oraz wdrożyć do sprzedaży nowy produkt – „termomodernizacja domów” w abonamencie.

„Emisje obligacji niewątpliwie poprawiły nasz cash flow i dały nam swobodę w rozbudowie sieci sprzedaży. Dzisiaj kontraktujemy już ponad 200 klientów miesięcznie, a ten trend powinien się jeszcze mocno poprawić. Liczymy na to, że 3 kw.2017 r. będzie przełomowy i uda nam się w tym roku przeprowadzić realizację jeszcze 2.500 instalacji. W dalszym ciągu pracujemy nad uruchomieniem programu termomodernizacji domów jednorodzinnych, co szerzej postaramy się opisać i przedstawić w raporcie za 2 kw. 2017 r. Fakt jest natomiast jeden – rozwijamy się w bardzo wysokim tempie, rynek odpowiada fantastycznie, a grono naszych klientów szybko się powiększa. To oznacza, że przyszłość naszej firmy będzie bardzo ciekawa i pozytywna.” – podsumowuje Prezes Zieliński.

 

W 2016 r. Spółka zanotowała zysk netto na poziomie jednostkowym w kwocie ponad 160 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 8.419 tys. zł.

Czy Polska tak samo skorzysta na Nowym Jedwabnym Szlaku, jak inne kraje UE?

Niemieccy przedsiębiorcy entuzjastycznie reagują na koncepcję nowej sieci transportowej, łączącej Europę z Chinami. Rosjanie już tworzą z Azjatami wspólne węzły szybkich kolei. U nas brakuje jednoznacznego stanowiska rządu i publicznej debaty na temat współpracy z Państwem Środka w celu rozwoju polskiej gospodarki.

Od kilku lat Chiny wyraźnie stawiają na kolej w obsłudze ruchu handlowego z Europą, choć ten środek lokomocji jest droższy, niż transport morski. Jednak przewóz pociągiem zajmuje obecnie zaledwie dwa tygodnie, a statkiem – około miesiąca. Systematycznie rośnie liczba kursów torami, łączącymi Państwo Środka ze Starym Kontynentem. Kolejne kraje europejskie przyjmują składy towarowe z Chin, osiągając najdłuższe w historii, regularne trasy do 13 tys. kilometrów. To o 40% więcej, w porównaniu z legendarną Koleją Transsyberyjską.

Towary wyruszają z okolic Szanghaju. Jadą przez Kazachstan, Rosję, Białoruś, Polskę, Niemcy, Francję i docierają do Hiszpanii. W 2016 roku tą drogą miało przybyć do Europy w sumie 400 składów. Na 2017 rok przewiduje się ich aż 1000. Najszybsza i najczęściej używana do przewozu towarów trasa kolejowa z Chin do Europy łączy Chengdu z Łodzią. Według Chen Zhongwei, dyrektora Biura Portu i Logistyki w Chengdu, podróż w jedną stronę na tym odcinku trwa ok. 10 dni. Do pokonania jest blisko dziesięć tysięcy kilometrów. Tę drogę wykorzystują przede wszystkim przedsiębiorcy z Europy Zachodniej, ponieważ pociągi z Polski jadą do kolejnych krajów europejskich. Natomiast, Chińczycy od 2016 roku intensyfikują w promocję Nowego Jedwabnego Szlaku. Stawiają sobie za cel transport kolejowy, trwający w przyszłości, według ich planów, zaledwie 2 dni.

(Nie)jednoznaczne stanowisko

Nasz rząd oficjalnie wyraża entuzjazm wobec rozwoju szlaków transportowych, łączących Polskę z Państwem Środka. Podczas ostatniego spotkania z prezydentem Chin, Xi Jinpingiem, Beata Szydło wyraziła, że liczy, iż partnerstwo strategiczne z Chinami przyniesie „korzystne dla obu stron i wymierne efekty w relacjach gospodarczych”. Jednak, jak dotąd w praktyce rząd podchodził z dużą rezerwą do tej koncepcji. Może świadczyć o tym fakt, że nie wsparł on chińskiej oferty budowy w Łodzi wielkiego terminalu. Miał tam bowiem powstać kolejowy dworzec przeładunkowy w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Obecnie ruch ten wykorzystuje istniejącą, przestarzałą infrastrukturę kolejową w naszym kraju. Natomiast, Agencja Mienia Wojskowego odwołała przetarg na sprzedaż, spełniającej wszelkie wymogi, gotowej architektonicznie od kilku lat, działki w Łodzi dla polsko-chińskiej spółki. Prawdopodobnie wskutek tej decyzji Chińczycy odwołali całkowicie swoje plany, dotyczące inwestycji w Łodzi.

Wymiana towarów i usług, stymulowana i kontrolowana przez nową światową potęgę, wkracza ryzykownie w obszar autonomiczności interesów państw, których dotyczy. Warto zadać sobie pytanie, czy zamiast bać się tego rozwiązania, warto jednak współpracować w tym zakresie z Chińczykami. Oczywiście oferta Pekinu może przynieść Polsce zarówno korzyści w rozwoju infrastruktury handlu międzynarodowego, jak i potencjalne uzależnienie od stanu gospodarki Państwa Środka. W sensie strategicznym, pojawia się więc ryzyko, które wymaga uważnej analizy naszego Ministerstwa Rozwoju.

Rząd powinien przedstawić jednoznaczne stanowisko wobec Nowego Jedwabnego Szlaku i w przypadku akceptacji, rozpocząć jego promocję w Polsce. Obecnie tego nie doświadczamy. Dlatego, polski biznes nie potrafi jeszcze dokładnie określić inwestycji, które stanowiłyby realną odpowiedź na propozycję Państwa Środka. Ale, nawet bez decyzji władz, sektory infrastruktury krytycznej w naszym kraju mogą zostać szybko włączone do tego projektu. Nastąpi to w wyniku spodziewanych przejęć przedsiębiorstw przez kapitał płynący z Pekinu. Dla polskich firm to atrakcyjna i niepowtarzalna szansa na szybki rozwój. Stałyby się one globalnymi graczami rynkowymi oraz bramą ekspansji chińskiego biznesu w UE.

Miliardowe korzyści

Podobnie, jak w przypadku historycznej drogi, Nowy Jedwabny Szlak ma być wielkim, rozgałęzionym labiryntem dróg, linii kolejowych i rurociągów. Kluczowy odcinek będzie prowadził przez Azję Środkową, pozostałe przez Iran i Turcję. Stambuł ma być miejscem skrzyżowania kilku tras, w tym lądowych z morskimi. Kolejny ważny węzeł komunikacyjny połączy chińską sieć kolei dużych prędkości z Moskwą. Po jego zakończeniu, czas podróży między Pekinem i stolicą Rosji spadnie z obecnych 6,5 dnia do zaledwie 33 godzin. W przyszłości podobne zespoły stacji i posterunków, jako nowe węzły ruchu kolejowego, mają być zlokalizowane w Rotterdamie, Duisburgu oraz Berlinie. Warto dodać, że po wizytach chińskiego premiera Li Keqiang w Duisburgu, pozytywne stanowisko lokalnego rządu wywołuje duży entuzjazm niemieckich firm.

Od listopada ubiegłego roku, co tydzień wyjeżdża pociąg z Chengdu, stolicy prowincji Sichuan, do Rotterdamu, na bazie obecnej, przestarzałej infrastruktury kolejowej. Według Chen Jie, zastępcy dyrektora generalnego firmy Chengdu International Railway Service Ltd, która zarządza eksploatacją kolei ekspresowej, ładunek obejmuje głównie maszyny i elektronikę, artykuły produkowane w Syczuanie. W drodze powrotnej transportowane są m.in. komponenty elektroniczne, mleko w proszku dla niemowląt, wino i piwo. Polska jak na razie wydaje się jedynie ważnym elementem tej trasy transportowej.

Europa jeszcze nie uruchomiła konstrukcji swoich nowych węzłów kolejowych w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Ostatnio Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Jyrki Katainen, powiedział, że kraje członkowskie UE nie podpiszą deklaracji szczytu Pasa i Szlaku. Dodał też, że KE nie dostała możliwości negocjowania tekstu. Ale w Azji Środkowej trwa wielka budowa. Chińscy przedsiębiorcy zaplanowali zawarcie kontraktów w licznych krajach, wzdłuż planowanych dróg. Można zatem przewidywać, że nie zrezygnują z tego projektu. Po trzech dekadach wewnętrznego rozwoju, Państwo Środka ulokowało ogromny kapitał w projekty zagraniczne. Dla przykładu, już teraz Chiny zainwestowały wiele miliardów dolarów w umowach w Kazachstanie, a 15 miliardów w Uzbekistanie. Kolejne 8 miliardów dolarów pożyczek udzielono Turkmenistanowi, a miliard więcej otrzymał Tadżykistan. Zaangażowanie Chin w tych państwach, według tamtejszych dokumentów rządowych, osiągnęło „poziom strategiczny”.

Chiny są już największym partnerem handlowym dla wszystkich byłych, azjatyckich republik socjalistycznych Związku Radzieckiego, z wyjątkiem Uzbekistanu. Państwo Środka inwestuje w modernizacje infrastruktury krytycznej tych krajów. Zaczynając od rurociągów gazowych, tworzy własny zespół państw, nazywanych w świecie wspólnie jako Pipelineistan. Chiny dążą do uniezależnienia postsowieckich krajów azjatyckich od rosyjskiej infrastruktury energetycznej. Ponadto, modernizują siatkę transportową, zgodnie z celami Nowego Jedwabnego Szlaku.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński, Szef zespołu Inicjatywa 51GoShanghai

Digital Single Market – prawdziwe urzeczywistnienie idei Wspólnot Europejskich?

Od początku procesu integracji europejskiej głównym jej filarem było znoszenie barier w wymianie ekonomicznej i wiązanie ze sobą gospodarek państw członkowskich. Zaczęło się od węgla i stali, lecz Wspólnoty szybko poszerzyły zakres współpracy. Współcześnie rynek wewnętrzny UE opiera o się cztery zasady swobodnego przepływu: towarów, osób, usług i kapitału. Wraz ze znacznym postępem i wzrostem znaczenia digitalizacji, Komisja Europejska planuje stworzenie ram integracji również w tym obszarze, z gwarancją poszanowania dla czterech swobód. Tym samym Digital Single Market (DSM) w swoim założeniu ma być realizacją podstawowej idei UE.

Digital Single Market – początek

O strategii DSM zaczęło się mówić pod koniec 2014 roku. Według pomysłodawców, jest to krok konieczny i poniekąd przenoszący integrację europejską do sieci. W maju 2015 r. opublikowany został plan strategii opartej o trzy główne założenia i cele: zwiększenie dostępności do cyfrowych dóbr i usług na obszarze UE, polepszanie warunków do rozwoju i innowacji w usługach oferowanych przez sieć, wzrost europejskiej e-gospodarki. Przy czym również kilka głównych przyczyn mówiących o potrzebie wdrożenia DSM.

Przy tym Komisja Europejska wskazuje na kilka interesujących faktów mówiących o konieczności pogłębiania integracji w cyfrowym świecie. Aktualnie, z różnych przyczyn, aż ponad połowa transakcji transgranicznych jest blokowana (tzw. geobloking) i nie może dojść do skutku, co jest jawną i istotną barierą w cyfrowej integracji gospodarek państw UE. Ponadto, dzięki ujednoliceniu porządku prawnego, firmy mogłyby zaoszczędzić na usługach kancelarii prawnych i tłumaczeniach, dzięki harmonizacji prawa i regulacji na poszczególnych rynkach. Zakupy przez Internet to również oszczędność. Szacunki także pokazują, że dzięki e-commerce konsumenci w UE na zakupy wydają mniej aż o 11 mld Euro niż by wydawali robiąc te same zakupy wyłącznie w sklepach tradycyjnych. Dlatego też inwestowanie w rozwój handlu internetowego stał się jednym ze strategicznych celów gospodarczych Unii.

Dodatkowo, co bardzo istotne, aktualnie tylko 59% Europejczyków ma dostęp do sieci G4, a w najbliższej przyszłości przewiduje się, że aż 90% miejsc pracy będzie wymagało posiadania umiejętności poruszania się po cyfrowym świecie. Stąd tworzenie DSM ma przysłużyć się również przyśpieszeniu edukacji i cyfryzacji społeczeństwa, oraz eliminacji zjawiska wykluczenia cyfrowego.

Oczywiście DSM nie polega wyłącznie na znoszeniu istniejących barier – zakłada również szereg inwestycji w rozwój technologii i infrastruktury. Sama Komisja Europejska ogłosiła, że realizację DSM będzie chciała wesprzeć potężną kwotą 50 mld Euro.

Pierwsze szacunki mówią, że dzięki wdrożeniu DSM europejska gospodarka całościowo może zyskać nawet 415 miliardów Euro. Do tego oczywiście większe możliwości rozwoju będą miały firmy operujące dotychczas wyłącznie na rynkach poszczególnych państw członkowskich. Finalnie zyskać mają konsumenci – poprzez zwiększenie konkurencyjności w Internecie, dostępności dóbr, poprawę infrastruktury technologicznej, ujednolicenie prawa, nowe miejsca pracy.

Główne zmiany

Digital Single Market to potężny, wielowarstwowy projekt dotyczący różnych powiązanych ze sobą elementów. Jednym z kroków na drodze do jego realizacji ma być zakończenie nieuprawnionego geoblokowania, które zdaniem Komisji Europejskiej jest formą dyskryminacji ze względu na kraj zamieszkiwania. W praktyce oznaczałoby to zniesienie ograniczeń w dostępie do cyfrowych treści oraz ofert dostępnych dla mieszkańców innego kraju członkowskiego (np. swobodny dostęp mieszkańca Polski do oferty platformy filmowej działającej na terenie Szwecji). W efekcie zostałaby skasowana możliwość segmentacji i ograniczania oferty danego dostawcy cyfrowych produktów i usług, zależnie od kraju.

Ponadto w planach znajduje się położenie większego nacisku na respektowanie praw konsumenckich. Chodzi tu szczególnie o doprecyzowanie czym są nieuczciwe praktyki w przypadku handlu przez Internet (w tym zapisy w regulaminie, prawo zwrotu, informacje o przedsiębiorcy, promocje, prawo reklamowe etc.). W tym celu powstaje również specjalny dokument mający za zadanie ułatwić krajom współpracę i doprowadzić do ujednolicenia panujących zasad. Jest to także jeden z elementów ułatwiania transgranicznego e-handlu w ogóle.

Poza ochroną prawną konsumenta, wdrożenie DSM wpłynie korzystnie również na ceny towarów i usług sprzedawanych online. Będzie to spowodowane zwiększeniem liczby podmiotów konkurujących na rynku, ale również poszerzeniem zasięgu działania takich firm, jak SOFORT, która dostarcza sklepom internetowym tanie i bezpieczne rozwiązanie dla płatności online. Ma ona w wielu wypadkach bezpośrednie przełożenie na obniżenie cen oferowanych klientom e-sklepów. Dzięki idei DSM, SOFORT współpracuje obecnie z 36 000 sklepami, dając tym samym dostęp do swoich płatności 180 mln potencjalnym klientom.

Oprócz kwestii praw konsumenckich, istotnym elementem tworzącym DSM są nowe ramy dla praw autorskich (np. odnoście muzyki czy filmów). To konieczne, jeśli projekt DSM zakłada uwolnienie dostępu do różnych treści cyfrowych z poszczególnych rynków dla obywateli innych państw UE. Kolejna sprawa to planowane partnerstwo z branżą technologiczną i inwestycje w celu zapewnienia większego poziomu bezpieczeństwa przepływu i przechowywania danych.

W przypadku integracji gospodarczej istotne jest stworzenie przepisów antymonopolowych, chroniących rynek i gwarantujących wolną konkurencję. Stąd naturalnie podobne regulacje mają być wprowadzone dla europejskiego e-commerce i prace nad nimi są już w toku. Z tym także powiązane są plany zmian w obszarze VAT dla transgranicznego e-handlu. W związku z różnymi stawkami tego podatku na poszczególnych rynkach, planowane jest upowszechnienie jednego wspólnego mechanizmu rejestracji transakcji i płatności, upraszczających procedury, a także ulepszenia procesu kontroli podatkowej w przypadku transakcji transgranicznych, czy nawet zwolnienie z VAT w przypadku zakupów za niewielkie kwoty.

W ramach tworzenia jednolitego rynku cyfrowego w Unii Europejskiej planowane także inwestycje w infrastrukturę. Przede wszystkim chodzi tu o wspieranie wdrażania sieci 5G oraz darmowego dostępu do Wi-Fi w miejscach publicznych. Istotnym elementem jest także dążenie do standaryzacji, aby wszystkie urządzenia były w stanie połączyć się i udostępniać dane między sobą – niezależnie od producenta czy systemu operacyjnego.

Dynamiczne tempo zmian

Przedstawione pokrótce projekty zmian, które zresztą w dużej mierze są już wdrażane, pokazują jak wiele nas czeka w najbliższym czasie. Szczególnie, że wszystkie główne założenia Digital Single Market zgodnie z planem mają być wprowadzone do 2020 roku. To bardzo wyraźny znak, który pokazuje jak dla Unii Europejskiej istotny jest rozwój gospodarki elektronicznej oraz stworzenie ram prawnych ją wspierającą. Nie ma się co dziwić – jeśli w 2015 r. udział e-commerce w PKB Unii Europejskiej szacowany był na 2,59%, to w 2020 roku wartość ta ma być nawet dwa razy większa[1]. Wydaje się również, że podobna dynamika przyrostu znaczenia e-commerce będzie się utrzymywać także w latach następnych. Chyba żadna gałąź gospodarki nie rozwija się tak dynamicznie. Co dodatkowo ważne, przez to że jest to relatywnie nowy obszar działalności gospodarczej, który ciągle się zmienia, stwarza to konieczność wypracowania odpowiedniego ładu prawnego dla tego wycinka naszej rzeczywistości. Oczywiście patrząc jak cyfrowy świat się zmienia, niebawem może się okazać, że będą konieczne kolejne zmiany, a założenia przyjęte w ramach strategii Digital Single Market będą wymagały rewizji i dalszego rozszerzenia.

Hans Hoffmann, Director International Sales, SOFORT GmbH

[1] Ecommerce Europe “European B2C E-commerce Report 2016”

Wystartowały zapisy do największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Młodzi zawodnicy pojadą na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne

Wystartowały zapisy do największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Młodzi zawodnicy pojadą na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne 11

Nutella Mini Tour de Pologne to największa w Europie impreza kolarska dla dzieci i młodzieży, podczas której swoje kariery zaczynali Katarzyna Niewiadoma i Michał Kwiatkowski, którzy dziś wliczają się do światowej czołówki. Jubileuszowa, dziesiąta edycja wyścigu będzie gościć w sześciu głównych miastach Polski, a młodzi zawodnicy wystartują na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Zapisy potrwają do 24 lipca. 

– Dzisiaj nie jest ważne to, ilu z tych młodych ludzi zostanie sportowcami wyczynowymi. Ważne, żeby zarazić ich pasją, miłością do sportu, a na pewno w przyszłości pojawi się kilku zawodników na najwyższym, światowym poziomie. Poprzez takie imprezy i kontakt ze sportowcami dzieci mają okazję poznać tą dyscyplinę. Warto ją upowszechniać, łącząc to z promocją i zachęcaniem młodych ludzi do trenowania – mówi agencji informacyjnej Newseria minister sportu Witold Bańka.

We wtorek 16 maja wystartowały zapisy do Nutella Mini Tour de Pologne, największej imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży w Europie organizowanej po raz dziesiąty. Tegoroczna edycja będzie gościć łącznie w sześciu miastach Polski (w Krakowie, Katowicach, Szczyrku, Zabrzu, Rzeszowie, Zakopanem). Dotychczas w Nutella Mini Tour de Pologne wzięło już udział ponad 12 tys. młodych miłośników dwóch kółek, a część z nich została profesjonalnymi sportowcami.

– Na tej imprezie pierwsze kroki stawiali między innymi Michał Kwiatkowski, aktualny mistrz świata zawodowców, Rafał Majka i Kasia Niewiadoma. Mini Tour de Pologne odkrywa nowe talenty. W każdej edycji przewija się około 3,5–4 tys. dzieciaków. Startują w tej samej atmosferze i w tej samej oprawie, w której jadą później zawodowcy. Jest takie samo zainteresowanie mediów, takie samo podium do dekoracji zwycięzców. Dla tych dzieci to naprawdę wielka frajda –mówi Czesław Lang,

Wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata zaznacza, że celem imprezy jest nie tylko promocja kolarstwa, lecz także wychowanie poprzez sport. Podczas Nutella Mini Tour de Pologne młodzi zawodnicy mogą przez chwilę poczuć się jak wyczynowi sportowcy, ponieważ wyścigi odbywają się na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne UCI WorldTour, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Natomiast zwycięzcy są dekorowani na tym samym podium, na którym stają triumfatorzy Tour de Pologne.

Największej w Europie imprezie kolarskiej dla młodzieży od wielu lat patronuje Michał Kwiatkowski – obecnie zawodnik profesjonalnej drużyny kolarskiej Team SKY i mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego z 2014 roku, który pierwsze kroki w tej dyscyplinie stawiał właśnie podczas Nutella Mini Tour de Pologne.

– W zawodach mogą brać udział dzieci od 8 do 14 roku życia, w trzech kategoriach wiekowych, z podziałem na chłopców i na dziewczęta. Aby się zgłosić, wystarczy wejść na stronę Mini Tour de Pologne. Tam, w specjalnej zakładce, można zgłosić każdego uczestnika, który spełnia wymagania wyścigu. Każdy z uczestników, który weźmie w nim udział, otrzyma bezpłatny pakiet startowy, kask, bidon i profesjonalną koszulkę kolarską – mówi Sebastian Tołwiński z  Ferrero Polska, sponsora zawodów Nutella Mini Tour de Pologne.

Udział w kolarskim wyścigu jest bezpłatny, a zapisy na stronie www.minitourdepologne.pl potrwają do 24 lipca lub do wyczerpania miejsc (decyduje kolejność zapisów, a liczba miejsc jest ograniczona ze względów bezpieczeństwa). Rodzice lub opiekunowie mogą zgłaszać dzieci poprzez stronę internetową wydarzenia. Tam zostaną również podane wyniki wszystkich sześciu etapów, które w lipcu i sierpniu odbędą się w głównych miastach Polski.

Młodzi zawodnicy wystartują w nich z podziałem na płeć i trzy kategorie wiekowe: 8–10 lat, 11–12 lat oraz 13–14 lat. Trzecia grupa jest zamknięta i przeznaczona wyłącznie dla młodzieży z licencją kolarską. Natomiast w dwóch młodszych grupach wiekowych każde dziecko może spróbować swoich sił na wyznaczonej trasie. Jak podkreśla Czesław Lang, pierwszy polski zawodowy kolarz i wieloletni dyrektor generalny Tour de Pologne UCI World Tour, dla wielu z nich może to być początek nowej pasji.

– Kolarstwo jest takim sportem, który trzeba pokochać i złapać bakcyla. Jeżeli ktoś przyjedzie, zobaczy tą atmosferę, kolory i tysiące kibiców na trasie, to zakocha się w tej dyscyplinie – mówi Czesław Lang, srebrny medalista igrzysk olimpijskich w Moskwie – W Polsce kolarstwo cieszy się dużą popularnością, bo ma przepiękną historię. Mamy mistrzów świata, mistrzów i wicemistrzów olimpijskich. Był moment załamania, ale teraz rower przeżywa renesans, dzięki takim zawodnikom jak Majka, Kwiatkowski, Kaśka Niewiadoma, Wiśniowski czy Bodnar. Tour de Pologne, które się obywa w ciągu tygodnia, w ciągu tygodnia gromadzi na żywo 3,5 mln ludzi, którzy przychodzą oglądać kolarzy. To mówi samo za siebie – dodaje.

– Objęliśmy patronat nad imprezą, ponieważ takie projekty, których zadaniem jest rozpowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży, są nam niezwykle przyjazne. Cieszę się też, że kolarstwo, jedna z najpopularniejszych w Polsce dyscyplin sportu, domyka piramidę szkoleniową. Powstały szkółki kolarskie: w 2016 roku było 148 szkółek, w których regularnie trenowało ponad 2 tys. dzieci. Teraz będzie ich zdecydowanie więcej. Polski Związek Kolarski uruchamia wojewódzkie ośrodki szkoleniowe, do tego dochodzi szkolenie kadr narodowych. To pełna piramida szkoleniowa, której zadaniem jest przygotowanie młodych ludzi do sportu wyczynowego na najwyższym poziomie. Jestem przekonany, że przed tą dyscypliną sportu naprawdę świetna przyszłość – mówi minister sportu Witold Bańka.

Dobre perspektywy przed producentami betonu. Materiał ten wraca do łask w budownictwie mieszkaniowym i architekturze wnętrz

Dobre perspektywy przed producentami betonu. Materiał ten wraca do łask w budownictwie mieszkaniowym i architekturze wnętrz 12

Dobra sytuacja branży betonowej w Polsce. Na koniec 2016 roku wielkość produkcji betonu towarowego przekroczyła 20 mln metrów sześciennych. W dużej mierze to efekt natężenia prac w segmencie budownictwa mieszkaniowego, gdzie produkcja urosła o 6 proc., a w 2016 roku oddano o 10 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej. Ze względu na dużą dostępność i niewysoką cenę beton jako budulec jest trudny do zastąpienia. Coraz częściej materiał ten znajduje zastosowanie w architekturze wnętrz.

– Branża betonu towarowego znajduje się w dobrej sytuacji, a przemysł betonowy jest doinwestowany. Standard wytwórni jest bardzo wysoki, po części wymuszony procesem inwestycyjnym. Duży jest także potencjał branży. Mamy ok. 955 wytwórni betonu towarowego w Polsce. Jeżeli przyjąć, że nowoczesna wytwórnia jest w stanie wyprodukować w ciągu roku kilkadziesiąt tysięcy metrów sześciennych betonu, to potencjał sięga 50 mln metrów –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Marciniak, prezes Stowarzyszenia Producentów Betonu Towarowego w Polsce.

Dane SPBT wskazują, że w 2016 roku wielkość produkcji betonu towarowego wyniosła 20,3 mln metrów sześciennych, nieco więcej niż w 2015 roku. Brak znaczącego wzrostu zapotrzebowania to skutek przesunięć przetargowych inwestycji infrastrukturalnych finansowanych ze środków Unii Europejskiej na lata 2014–2020 i spadek wartości produkcji budowlano-montażowej (ponad 14 proc. rdr.). Duże natężenie prac wystąpiło natomiast w segmencie budownictwa mieszkaniowego (wzrost produkcji o 6 proc.). W tym roku na rynku budowlanym można się spodziewać ożywienia, co w połączeniu z coraz większą liczbą wytwórni sprawia, że sytuacja branży betonu będzie się poprawiać.

 Rynek jest konkurencyjny. Dla wykonawców to argument za tym, żeby beton był materiałem pierwszego wyboru. Można go uzyskać bez problemu, betoniarnie są usytuowane w całej Polsce. Do tego dochodzi wielki postęp technologiczny. Norma polska mówi, że beton należy zabudować w określonym czasie kilkudziesięciu minut od pierwszego kontaktu cementu z wodą. Obecnie poprzez chemię budowlaną ten czas znacząco się wydłuża – tłumaczy Marciniak.

Jak przekonuje Marciniak, beton jest niezbędny w budownictwie, zwłaszcza na etapie konstrukcji. Lepszy sprzęt, jakim dysponują producenci, pozwala na podanie betonu na wyższą wysokość, a obecnie pompy do betonu na podwoziach samochodowych mają zdolność do pompowania betonu na wysokość ponad 70 metrów.

– Ponadto pomieszczenia czy budynki jedno- i wielorodzinne wykonane w technologii betonowej mają bardzo dużą rozpiętość, a więc aranżacja tego wnętrza nawet przy kondygnacjach powtarzalnych może być zupełnie różna. Wyzwaniem jest, żebyśmy potrafili materiał konstrukcyjny, jakim jest beton, stosować jako materiał wykończeniowy. Do niedawana płyty z betonu architektonicznego do wnętrz były bardzo drogie, importowane. Obecnie produkuje się je w Polsce i są firmy, które potrafią beton architektoniczny czy widokowy zastosować jako element wnętrza lub elewacji – podkreśla Maciej Marciniak.

Jak przekonuje Marciniak, produkcja betonu powinna rosnąć. Dobry poziom usprzętowienia polskich producentów betonu towarowego w połączeniu z coraz lepszą sytuacją w budownictwie sprawiają, że najbliższe lata mogą być dla producentów bardzo udane. Konieczna jest jednak zmiana nastawienia do betonu wynikająca czasem z niewiedzy, a czasem ze złych doświadczeń z przeszłości.

– Mamy bardzo dużo do zrobienia, żeby przez architektów, a potem przez praktykę zmienić przekonanie, że beton jest zimny. Bo on naprawdę potrafi być piękny – wskazuje prezes SPBT.

W Polsce działa 530 producentów betonu towarowego, którzy dysponują ponad 900 instalacjami produkcyjnymi, 2,9 tys. betonowozami i 650 pompami do betonu. Jak wskazuje prezes SPBT, struktura branży jest zrównoważona.

– Ponad 40 proc. stanowią firmy wywodzące się z koncernów cementowych. Podobną liczbę stanowią polskie firmy rodzime, niezależne od przemysłu cementowego, ten segment się bardzo prężnie rozwija. Kilka procent to firmy zagraniczne, niepowiązane z cementem, które inwestują na terenie Polski. Myślę, że jest to bardzo zdrowa struktura i konkurencyjna dla klienta – ocenia ekspert.

Tylko co czwarty Polak ma indywidualną polisę na życie. Podejście do planowania przyszłości zmienia się po narodzinach dzieci

Tylko co czwarty Polak ma indywidualną polisę na życie. Podejście do planowania przyszłości zmienia się po narodzinach dzieci 13

Prawie połowa Polaków regularnie i długoterminowo odkłada pieniądze. Jednak tylko 25 proc. jest objętych indywidualnym ubezpieczeniem na życie, a większość korzysta z produktów finansowych, które są obowiązkowe albo dodawane przy okazji. Podejście Polaków do oszczędzania i planowania przyszłości znacząco się zmienia, kiedy pojawiają się dzieci. Zmienia się również postawa pokolenia obecnych 20 i 30-latków, którzy wykazują coraz większą dojrzałość finansową.

– Już prawie połowa Polaków deklaruje, że oszczędza długoterminowo na cele emerytalne. W grupie wiekowej 45–50 lat ten odsetek jest jeszcze wyższy i sięga dwóch trzecich, co zrozumiałe. Jednak optymistycznym prognostykiem na przyszłość jest to, że w grupie młodych ludzi, w wieku 25–30 lat, długoterminowe oszczędzanie na emeryturę deklaruje jedna trzecia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Nestorowicz, dyrektor ds. badań i analiz rynkowych w Nationale-Nederlanden.

Jak wynika z raportu „Dojrzałość finansowa Polaków”, który Nationale-Nederlanden przygotowało wspólnie z firmą badawczą Gfk, pieniądze na emeryturę odkłada 43 proc. Polaków, a ten odsetek rośnie wraz z wiekiem. Dla blisko połowy osób (42 proc.), które długoterminowo i regularnie odkładają pieniądze, najważniejszą cechą produktu oszczędnościowego jest ochrona zgromadzonego kapitału.

– Najważniejszą cechą produktu oszczędnościowego jest ochrona kapitału, co oznacza, że taki produkt musi gwarantować, że tyle pieniędzy, ile włożyliśmy, tyle wyjmiemy i na pewno na nim nie stracimy. Taką ochronę kapitału powinna gwarantować instytucja finansowa lub firma ubezpieczeniowa. Polacy nie chcą sami ponosić takiego ryzyka. Drugą najistotniejszą cechą produktu oszczędnościowego powinna być możliwość regularnego odkładania nawet niewielkich kwot, na co wskazuje 37 proc. badanych – mówi Michał Nestorowicz.

Tylko co czwarty (25 proc.) Polak jest objęty indywidualną polisą na życie, którą wykupił samodzielnie. Zdecydowana większość korzysta z produktów, które dostaje niejako przy okazji – przykładem jest ubezpieczenie grupowe w miejscu pracy. Większość ma również obowiązkowe ubezpieczenie komunikacyjne OC i polisę mieszkania lub domu.

Jak wynika z badania „Dojrzałość finansowa Polaków”, podejście do oszczędzania i planowania na przyszłość zmienia się, kiedy pojawiają się dzieci. W grupie rodziców odsetek osób objętych indywidualną polisą na życie sięga 30 proc., podczas gdy wśród osób, które nie mają dzieci, takie ubezpieczenie ma zaledwie co piąty Polak (18 proc.).

– Dzieci to najważniejszy impuls, żeby myśleć o przyszłości. Kiedy jesteśmy sami, a nawet w związku, ta przyszłość finansowa nie jest tak ważna. Natomiast kiedy pojawia się dziecko, widać bardzo wyraźny wzrost zainteresowania finansami i zabezpieczeniem przyszłości dziecka. Psychologowie i socjologowie uważają, że dojrzałość osiągamy dopiero wtedy, kiedy jesteśmy w stanie brać odpowiedzialność za innych i zawierać długoterminowe zobowiązania. Ta granica wyznacza też dojrzałość finansową, ponieważ kiedy zakładamy rodzinę, pojawiają się dzieci, to bardzo zmienia się podejście do finansów – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że podejście do oszczędzania i przyszłości w dużej mierze zależy również od związku. Osoby w związkach partnerskich bardziej odpowiedzialnie podchodzą do planowania finansów i indywidualnego zabezpieczenia swojej przyszłości, w przeciwieństwie do małżeństw, w których odpowiedzialność niejako rozkłada się na dwoje.

– Bardzo interesującym wnioskiem z badań jest to, że osoby pozostające w związkach partnerskich i nieformalnych bardziej przykładają uwagę do zabezpieczenia swojej przyszłości. Natomiast współmałżonkom wydaje się, że jeżeli została złożona przysięga i pozostają w małżeństwie, to w razie problemów druga osoba o nich zadba, choć wcale niekoniecznie musi tak być  – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Optymistycznym wnioskiem płynącym z badań jest to, że prawie połowa nieubezpieczonych Polaków planuje wykupić indywidualną polisę w ciągu najbliższych 2 lat. Najczęściej taki zamiar deklarują 20 i 30-latkowie oraz osoby, które mają dzieci.

– Najwięcej osób, które chcą wykupić indywidualne ubezpieczenie, jest oczywiście w grupie tych, którzy mają dzieci. Bardzo ciekawym jest, że największa intencjonalność zakupu takiego produktu jest wśród dwudziestolatków i trzydziestolatków, co oznacza, że powoli zmieniamy się w społeczeństwo dojrzałe i odpowiedzialne finansowo. To dobry znak na przyszłość – mówi Michał Nestorowicz.

Socjolog dr Tomasz Sobierajski z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że mimo to znajomość instrumentów finansowych i ubezpieczeniowych wciąż jest wśród Polaków relatywnie niska.

– Mam wrażenie, że Polacy chcą myśleć, że ta przyszłość finansowa jest dla nich ważna, nie są jednak jeszcze do końca świadomi narzędzi i instrumentów, które mają. Nie wykorzystują w pełni narzędzi, na przykład internetu, do tego, żeby tę przyszłość zaplanować. Bardziej ma to miejsce w ich głowach niż w realnych działaniach – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Delegowanie pracowników może przestać być opłacalne dla polskich pracodawców. W EU trwają prace nad zmianami w prawie

Delegowanie pracowników może przestać być opłacalne dla polskich pracodawców. W EU trwają prace nad zmianami w prawie 14

Zmiany w przepisach o delegowaniu pracowników proponowane przez Komisję Europejską, choć z założenia mają poprawić warunki pracy takich osób, w praktyce mogą sprawić, że ich miejsca pracy będą zagrożone. Wysyłanie pracowników za granicę stanie się bowiem nieopłacalne dla ich pracodawców – uważa prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. W ten sposób firmy z zamożnych krajów unijnych po cichu pozbędą się konkurencji z Europy Środkowo-Wschodniej.

Komisja Europejska chce zmienić dokładnie trzy zasady. Pierwszą Komisja promuje pod hasłem równej konkurencji, walki z nieuczciwą konkurencją – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Tymczasem ta zasada będzie się opierała na tym, że polski pracodawca, który wyśle pracownika za granicę, będzie musiał ponieść wszystkie koszty z tym związane, dokładnie na tych samych zasadach, jakie obowiązują firmy lokalnie, a dodatkowo zapewnić zakwaterowanie, wyżywienie, transport oraz ponieść dodatkowe opłaty administracyjne. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie wycenił te dodatkowe obciążenia na prawie 30 proc. całkowitych kosztów pracy.

Obecnie obowiązująca od 1996 roku dyrektywa 96/71/WE nakłada na pracodawcę obowiązek zapewnienia pracownikowi wysyłanemu do pracy za granicę wynagrodzenia co najmniej równego płacy minimalnej obowiązującej w kraju przyjmującym. Jeśli forsowane przez bogate kraje Unii nowe zasady wejdą w życie, delegowany pracownik będzie musiał otrzymywać wszystkie składowe wynagrodzenia oraz dodatki i premie wynikające z lokalnych regulacji, w tym układów zbiorowych. Będzie to wymagało dużego zaangażowania czasu na dokładne poznanie miejscowych przepisów. Zwiększy to znacznie ryzyko i koszty działalności. Państwom przyjmującym i lokalnym związkom da natomiast możliwość manipulowania tymi zasadami tak, żeby praca zagranicznych pracowników przestała być opłacalna.

 Drugi obszar, zupełnie niezależny, to wysuwane przez Komisję Europejską hasło równej płacy. Ale jeżeli spojrzymy na propozycję tego przepisu, to zauważymy, że nie chodzi o to samo wynagrodzenie, tylko o te same zasady wynagradzania. Oznacza to w praktyce, że pracownicy, którzy zarabiają więcej niż płacę minimalną, będą zarabiać dokładnie tyle samo, co dziś – ocenia Stefan Schwarz. – Natomiast uciążliwości dla ich pracodawców, związane z wyliczeniem tych wynagrodzeń w krajach, gdzie składa się na nie kilkadziesiąt różnych elementów, będą ogromne. Powstaje więc pytanie, czy to jest z myślą o pracowniku, czy przeciwko jego pracodawcy.

Wątpliwości Inicjatywy Mobilności Pracy budzi także kwestia ograniczenia maksymalnego czasu delegowania. Komisja Europejska chce, by mogło ono trwać najwyżej dwa lata, a w niektórych przypadkach zaledwie do 6 miesięcy. Po tym czasie pracownik zostałby w całości objęty miejscowym kodeksem pracy, a w konsekwencji stracił ochronę z tytułu polskich przepisów.

 Abstrahując od tego, czy w ogóle jest to zgodne z traktatem unijnym, to znowu nie jest dokładnie tak jak Komisja mówi. W przepisie nie chodzi o skrócenie czasu delegowania jednego pracownika, ale o ograniczenie tego czasu w odniesieniu również do danego miejsca pracy – tłumaczy ekspert.

Możliwa byłaby więc jego zdaniem sytuacja, w której polska firma nie mogłaby się podjąć wykonania prac na przykład na placu budowy, na którym wcześniej podobne prace były wykonywane już przez pracowników delegowanych, nawet jeśli byli zatrudnieni u innego pracodawcy i pochodzili z innego kraju.

– W niektórych przypadkach polski pracownik, który przyjechał do danego kraju na kilka dni, byłby traktowany jak ktoś, kto tam wykonuje pracę na stałe. Jeżeli np. popadnie w konflikt ze swoim pracodawcą, będzie musiał go pozwać w tym kraju według lokalnych zasad i w obcym języku. I znowu pytanie, czy to jest dla pracownika, czy to jest przeciwko pracodawcy – mówi Stefan Schwarz.

Przeciwko wprowadzeniu nowych zasad najgłośniej protestuje Polska, która w ubiegłym roku wysłała do innych krajów UE ponad 500 tys. pracowników. Z efektów świadczonych przez nich fachowych usług korzysta nie tylko polska gospodarka, lecz także zagraniczni kontrahenci polskich firm i ich klienci. Polski sprzeciw popierają także inne państwa: Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Chorwacja, Węgry, Łotwa, Litwa, Rumunia i Słowacja. Został on formalnie wyrażony w formie skierowanej do Komisji tzw. żółtej kartki, która została jednak przez Komisję w całości odrzucona. Był to pierwszy przypadek w historii wspólnoty odrzucenia przez Komisję Europejską w całości postulatów państw korzystających z tej procedury.

Europa w tym momencie jest podzielona na pół. Jedna połowa twierdzi, że te przepisy są dla pracowników, żeby było bardziej równo i sprawiedliwie. Natomiast druga połowa mówi, że zmiany są wymierzone przeciwko pracodawcom  właśnie po to, żeby nie było równo – mówi Stefan Schwarz. – Sytuacja polityczna w Europie jest coraz bardziej napięta, a duża aktywność i sukcesy polskich firm za granicą zaczynają być widoczne, coraz częściej denerwują opinię publiczną w bogatych państwach UE. Przynajmniej tak sądzi połowa posłów w Parlamencie Europejskim. Zdaniem ekspertów natomiast nowe zasady mają nie tyle polepszyć warunki pracy pracowników delegowanych, ile ograniczyć ich liczbę, czyli po prostu odesłać ich do domu.

Uchwalenie ustawy o funduszach nieruchomościowych będzie sprzyjać rozwojowi rynku budowlanego i polskiej giełdy. Zachęci Polaków do inwestowania

Uchwalenie ustawy o funduszach nieruchomościowych będzie sprzyjać rozwojowi rynku budowlanego i polskiej giełdy. Zachęci Polaków do inwestowania 15

Zgodnie z deklaracją rządu już w maju ma się pojawić nowy projekt ustawy o REIT-ach, czyli funduszach nieruchomościowych, w które inwestować można nawet niewielkie kwoty, partycypując w ogromnych inwestycjach. Zdaniem szefowej Griffin Premium RE, spółki, która już działa w tej formule, uregulowanie prawne działalności REIT-ów zwiększy zainteresowanie obywateli inwestowaniem na rynku nieruchomości. Zwłaszcza że będzie ich na nie stać.

– Dzisiaj toczy się debata społeczna na temat wprowadzenia REIT-u w Polsce, trwają też prace związane z legislacją REIT-ową. My już dzisiaj działamy w formule REIT-owej, więc mocno kibicujemy tej ustawie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes zarządu spółki Griffin Premium RE. – Jeśli ona będzie wprowadzona w kształcie odpowiednim dla naszego biznesu i korzystnym dla naszych akcjonariuszy, to na pewno zechcemy się przekształcić w spółkę prawa polskiego REIT-owego. Niemniej już dzisiaj działamy jak REIT, czyli zarządzamy nieruchomościami tak, żeby przynosiły długoletni dochód i wszystkie środki wypracowane będziemy wypłacać w formie dywidendy.

REIT to skrót od angielskiego „real estate investment trust”. To rodzaj funduszu nieruchomości inwestującego w duże projekty takie jak centra handlowe czy biurowce, a także w nieruchomości mieszkaniowe. Przeważnie są notowane na giełdach. Raz w roku wypłacają swoim udziałowcom dywidendę i przeznaczają na nią zdecydowaną większość wypracowanych środków. Dopiero w momencie wypłaty podlega ona opodatkowaniu. Żeby kupić swoją „cegiełkę” w takim funduszu, wystarczą niewielkie środki, a nie jak zazwyczaj na rynku nieruchomości kwoty idące w setki tysięcy czy miliony złotych.

– Kibicujemy rozwojowi legislacji REIT-owej, bo uważamy, że to będzie bardzo duży bodziec do dalszego rozwoju rynku nieruchomości w Polsce, a także rynku kapitałowego w Polsce i myślę, że zwiększy też świadomość społeczną związaną z oszczędzaniem i długoletnim inwestowaniem nastawionym na stabilne, ale przewidywalne zyski – prognozuje Wysokińska-Kuzdra.

Pierwszy projekt ustawy Ministerstwo Finansów przedstawiło jesienią. Zgodnie z jego założeniami kapitał zakładowy funduszu musiałby wynosić co najmniej 60 mln zł, a 90 proc. zysków miałoby być wypłacane tytułem dywidendy. Po krytycznych uwagach środowiska postanowiło jednak go zrewidować, a nowy projekt zapowiadany jest jeszcze na maj. Wiadomo np., że ma dopuszczać inwestowanie w mieszkania na wynajem.

– Rynek nieruchomości komercyjnych to jest rynek dużych liczb, wartość przeciętnej nieruchomości to są dziesiątki, setki nawet milionów euro, co jest z definicji wyzwaniem dla inwestora indywidualnego, ale niekiedy nawet dla inwestora instytucjonalnego – mówi prezes Griffin Premium RE, kwietniowego debiutanta na warszawskim parkiecie. – Żeby zainwestować w akcje Griffin Premium RE w ramach ofert publicznych, wystarczyło 130 zł, więc mając 130 zł, można było się stać w jakimś kawałku właścicielem którejś z naszych nieruchomości – Hali Koszyki, Centrum Biurowego Lubicz, Green Horizon w Łodzi czy dowolnej innej. Oczywiście teraz po debiucie to pewnie wystarczy nawet jedną akcję kupić, więc ta bariera wejścia w ogóle jest zniwelowana.

Griffin Premium RE ma 9 nieruchomości biurowych w pięciu miastach Polski, których wartość przekracza 2,2 mld zł. Wśród nich są cztery biurowce w Warszawie oraz niedawno oddana do użytku Hala Koszyki o funkcji handlowej i biurowej, biurowce w Łodzi i Krakowie oraz obiekty biurowo-handlowe we Wrocławiu i Katowicach.

Z emisji nowych spółka akcji pozyskała 28 mln euro netto na powiększenie portfela nieruchomości. W planach na najbliższe 1,5 roku – 2 lata jest zakup budynku biurowego West Link we Wrocławiu za 18 mln euro oraz 25 proc. trzech inwestycji w Warszawie (dwa etapy Beethovena Business Park na Mokotowie oraz mieszkaniowa inwestycja na bliskiej Woli – Browary Warszawskie) z opcją pierwokupu pozostałych udziałów po wybudowaniu obiektów. Na ten cel przeznaczone zostanie pozostałe 10 mln euro pozyskane z emisji.

– West Link będziemy finalizować na początku przyszłego roku, wtedy będzie wybudowany, te trzy projekty warszawskie są teraz na początku budowy, więc będą gotowe na koniec 2018 roku lub w połowie 2019 roku. Tymi środkami z emisji zapewniamy rozwój portfela o dodatkowe 171 mln euro – tłumaczy Wysokińska-Kuzdra. – Pierwsza dywidenda za trzy kwartały 2017 roku będzie wypłacona w 2018 roku, natomiast kolejne dywidendy będą już wypłacane w 2019 roku za 2018 rok itd.

Jak zapewnia, roczna stopa zwrotu dla inwestorów powinna wynieść około 6,5 proc., co jest wynikiem znacząco lepszym od np. lokaty bankowej.

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatruje odwołania w przetargu na viaTOLL. Termin wyłonienia nowego operatora może stanąć pod znakiem zapytania

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatruje odwołania w przetargu na viaTOLL. Termin wyłonienia nowego operatora może stanąć pod znakiem zapytania 16

Kapsch Telematic Services, dotychczasowy operator elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL, oraz konsorcjum Skyways odwołały się od decyzji Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, która zaprosiła wszystkie 9 zainteresowanych konsorcjów do udziału w kolejnym etapie postępowania. Do końca roku GDDKiA chce wyłonić w nim nowego zarządcę sytemu poboru opłat od kierowców. Zarówno Kapsch, jak i Skyways dowodzą, że pozostałe firmy nie spełniają wszystkich wymaganych warunków. Krajowa Izba Odwoławcza na dziś wyznaczyła termin rozpatrzenia zażaleń. 

– W maju zostały złożone dwa odwołania w postępowaniu dotyczącym viaTOLL, które obecnie czekają na rozstrzygnięcie w Krajowej Izbie Odwoławczej. Spodziewamy się ich w najbliższym czasie, w ciągu 2–3 tygodni. Jeśli będą dla nas korzystne, to będziemy kontynuowali postępowanie, żeby we wrześniu móc opracować nową specyfikację warunków zamówienia i aby wykonawcy mogli złożyć oferty. Chcemy na przełomie 2017–2018 roku rozstrzygnąć przetarg i podpisać umowę z nowym operatorem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kondraciuk, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad.

Odwołania od decyzji GDDKiA, która dopuściła do udziału w postępowaniu na nowego operatora systemu poboru opłat viaTOLL wszystkie zainteresowane podmioty złożyły 2 maja br. Kapsch Telematic Services oraz konsorcjum Skyways. Podmioty wskazują, że pozostałe firmy nie spełniają ich zdaniem warunków wymaganych do udziału w kolejnym etapie.

Zarówno GDDKiA, jak i pozostali uczestnicy nie zgadzają się z treścią odwołań Kapsch i Skyways. Krajowa Izba Odwoławcza nie wyznaczyła jeszcze terminu rozprawy, jednak GDDKiA wspólnie z grupą doradców prawnych i technicznych jest w trakcie opracowywania odpowiedzi na poszczególne zarzuty.

Po konsultacji z resortem infrastruktury GDDKiA zdecydowała się pomimo odwołań finalizować prace nad materiałami oraz obszarami do dialogu, które zostaną przekazane uczestnikom w II etapie postępowania na nowego operatora viaTOLL.

Jak poinformował rzecznik GDDKiA Jan Krynicki, z uwagi na możliwość wykorzystania środków ochrony prawnej przez poszczególnych uczestników postępowania, trudno jest przewidzieć termin zakończenia konkursu i podpisania umowy z nowym operatorem viaTOLL.

Obecny harmonogram zakłada, że w lipcu zakończy się dialog konkurencyjny z zainteresowanymi firmami, a we wrześniu GDDKiA przekaże finalną specyfikację zamówienia. Nowy kontrakt miałby zostać zawarty na przełomie obecnego i 2018 roku. Te terminy są jednak uzależnione od wyniku rozpatrzenia odwołań i decyzji Krajowej Izby Odwoławczej.

Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad Krzysztof Kondraciuk zauważa, że celem będzie w przyszłości zwiększenie wpływów, które elektroniczny system poboru opłat od kierowców przynosi do budżetu.

– Od początku funkcjonowania viaTOLL  zebrał kwotę prawie 7,7 mld zł. Daje to mniej więcej około  5 mln dziennie, aczkolwiek zawsze jest jakiś niedosyt. Ta kwota mogłaby być wyższa, ale wszystko przed nami. Oczywiście będziemy się starali objąć systemem viaTOLL jeszcze kilkaset kilometrów dróg i zwiększyć te dochody. Ostateczną decyzję podejmie jednak resort infrastruktury – mówi Krzysztof Kondraciuk.

System viaTOLL od początku swojego istnienia zwiększył przychody o 80 proc. (do 7,8 mld zł), podczas gdy koszty obsługi systemu wzrosły jedynie o 20 proc. (z 228 mln zł w 2012 roku do 255 mln zł w 2016 roku). Rentowność systemu dla Skarbu Państwa mogłaby być jeszcze wyższa, jeśli obejmie on zakładaną pierwotnie sieć dróg. Każde kolejne rozszerzenie istotnie zwiększa przychody, nie mając przy tym znaczącego wpływu na koszty obsługi systemu. Pozyskanie dodatkowych 100 mln zł przychodu to 1,7 mln kosztów. Koszty całej inwestycji budowy systemu viaTOLL zwróciły się już po 17 miesiącach jego funkcjonowania. System jest prawie całkowicie szczelny, co oznacza, że niemal każdy, kto ma płacić za przejazd, robi to.

GDDKiA, wyłaniając operatora w przetargu, zadecyduje o tym, jak będzie wyglądał nowy viaTOLL. Kapsch, dotychczasowy zarządca systemu chce rozwijać obecny system radiowy wsparty siecią bramownic. Część podmiotów z kolei oparła swoje pomysły na technologii satelitarnej. Wyłoniony w przetargu nowy operator viaTOLL będzie nie tylko odpowiadał za miliardowe przychody do budżetu państwa, lecz także będzie zarządzał bazą wrażliwych danych milionów kierowców i bazą kompletnych informacji o ruchu drogowym w całym kraju.

– Szukamy innowacji, nowych rozwiązań. Nic nie zostało rozstrzygnięte, ponieważ jest to dialog konkurencyjny, wykonawcy proponują na razie pewne rozwiązania. Postaramy się wybrać te najbardziej optymalne i nowoczesne – zapowiada Krzysztof Kondraciuk.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych viaTOLL został wprowadzony w lipcu 2011 roku i zastąpił karty opłaty drogowej (winiety). Z viaTOLL obowiązkowo muszą korzystać kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Utrzymaniem systemu na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zajmuje się spółka Kapsch Telematic Services, której kontrakt wygasa w 2018 roku.

W grudniu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosiła postępowanie, w którym ma zostać wyłoniony nowy operator viaTOLL. Wnioski o dopuszczenie do udziału w postępowaniu złożyło dziewięć podmiotów. Na liście oferentów są: słowacki SkyToll, konsorcjum, w skład którego wchodzą Comarch i Orange Polska, austriacki Kapsch (dotychczasowy zarządca), konsorcjum powołane przez T-Systems i Strabag, i-CELL (narodowy operator podobnego systemu na Węgrzech), niemiecki Vitronic, francuska Grupa Egis w konsorcjum z TK Telekom, włoski AutostradeTech oraz Neurosoft i ID Block Systems – oba pochodzące z Polski.

W kwietniu odbyły się trzy rundy pytań oraz wyjaśnień i uzupełnień wniosków. Po rozpatrzeniu zgłoszeń GDDKiA orzekła, że wszystkie podmioty spełniają wymagane warunki i zostaną zaproszone do dalszego udziału w postępowaniu. GDDKiA chce zawrzeć umowę z nowym operatorem krajowego systemu poboru opłat drogowych viaTOLL na sześć lat (od 3 listopada 2018 r. do 2 listopada 2024 r). Obecnie operatorem viaTOLL jest Kapsch Telematic Services, z którym umowa wygasa w listopadzie przyszłego roku.

Filip Grzegorczyk nowym prezesem Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska

Promowanie polskich firm i technologii, inicjowanie projektów i regulacji na rynku energetycznym, aktywne wspieranie innowacji to tylko niektóre z priorytetów działalności Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska, której nowym prezesem został 16 maja Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Izba Gospodarcza Energetyki i Ochrony Środowiskaspełnia kluczową rolę w tworzeniu pozytywnego obrazu polskiej energetyki i efektywnie moderuje dyskusję o przyszłości i promocji osiągnięć branży energetycznej. Przewodnicząc Izbie będę się starał, aby była ona inicjatorem i wsparciem dla projektów ministerialnych, ponieważ IGEiOŚ posiada wszelkie kompetencje do generowania trendów w polskiej energetyce, zarówno pod kątem projektów jak i regulacji – mówi  Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

Zadania Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska realizowane są poprzez różnego rodzaju działania, z których ważniejsze to: współpraca z organami administracji państwowej, organizacjami społecznymi i gospodarczymi, organizowanie szkoleń, doradztwa ekonomicznego technicznego i organizacyjnego, współpraca i wymiana doświadczeń z krajowymi i zagranicznymi izbami przemysłowo-handlowymi, a także organizacjami samorządowymi, tworzenie banku informacji gospodarczych, finansowych i innych, niezbędnych w działalności gospodarczej członków Izby.

Wyniki Polnord S.A. po I kwartale 2017r.

W I kwartale 2017 r., według danych ważonych udziałami Polnord S.A., Spółka odnotowała 21 proc. wzrost sprzedaży mieszkań, osiągając tym samym rekordowy wynik w historii firmy. Grupa Polnord wypracowała 12,9 mln skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży w porównaniu do 69,4 mln zł rok wcześniej. Zysk brutto ze sprzedaży wyniósł w tym okresie 3,2 mln zł. Grupa odnotowała 5,5 mln zł straty w porównaniu do 183 tys. zł zysku w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Wyniki finansowe są zgodne z naszymi przewidywaniami. Wpływ na poziom osiągniętych przychodów miało przekazanie klientom 47 lokali, co wynika z dwuletniego cyklu realizacji inwestycji. W kolejnych okresach spodziewamy się znacznego wzrostu liczby podpisanych aktów własnościowych, co pozytywnie może wpłynąć na nasze wyniki już w II kwartale – mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA. –  Konsekwentnie realizujemy strategię przyjętą na lata 2016-2019, reorganizując pracę Spółki i przystosowując ją do nowych wyzwań. Działania te znalazły już swe odzwierciedlenie w rekordowej liczbie 336 sprzedanych lokali w I kwartale. Warto też zauważyć, że w analizowanym okresie osiągnęliśmy marże brutto ze sprzedaży na poziomie 25 %, co daje wzrost o 7 punktów procentowych w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego a poziom rentowności był wyższy niż zakładał konsensus rynkowy.

Dzięki uruchamianiu średnio jednej nowej inwestycji w miesiącu, Polnord zmierza do zabudowy całego posiadanego banku ziemi, który pozwala zrealizować ok. 1 mln mkw. powierzchni mieszkalnej i użytkowej. Zgodnie z przyjętą strategią, Spółka koncentruje się na najbardziej perspektywicznych rynkach, jakimi są Warszawa i Trójmiasto. W I kwartale br. Spółka uruchomiła realizację dwóch projektów: Chabrowe Wzgórze w Kowalach koło Gdańska (44 lokale) z terminem realizacji na koniec 2017 r. oraz Fotoplastykon w Gdańsku (153 lokale), który zostanie oddany do użytkowania w II połowie 2018 r. Spółka w  2017 r. planuje wprowadzić do oferty około 1450 mieszkań i osiągnąć sprzedaż na poziomie ok. 1250 lokali. Według przyjętej strategii najpóźniej w 2019 roku Spółka zamierza osiągnąć roczną sprzedaż na poziomie 1500 lokali przy przychodach wynoszących 500 mln zł.

Co może dać firmie informacja zwrotna od… kandydata?

Nowy trend HR i Employer Brandingu to analiza tzw. candidate experience, czyli doświadczeń wyniesionych przez kandydatów z procesu rekrutacyjnego. Dotyczy to wszystkich, łącznie z tymi, którzy odpadli z procesu na dowolnym etapie. Idea zdobyła branżę szturmem, jednak realia pokazują, że od słów do czynów droga daleka.

Zjawisko rynku pracownika odcisnęło piętno na wielu procesach rekrutacji, przyczyniając się do drastycznego zmniejszenia liczby pozyskanych aplikacji, rezygnacji kandydatów na różnych etapach procesu rekrutacji, odrzucania przez nich ofert pracy lub rezygnacji z zatrudnienia krótko przez ustalonym terminem rozpoczęcia pracy. Remedium na takie sytuacje może być analiza doświadczenia kandydatów, czyli candidate experience. Przeprowadzone przez Antal, Profit House oraz ROC Polska wśród dyrektorów HR badanie sprawdza, jak organizacje podeszły do kwestii wdrożenia tej koncepcji we własnych strategiach.

Prawie 40% firm nie pyta kandydata o wrażenia

Jakie działania z zakresu candidate experience są stosowane w Państwa firmie
HR Business Class Trendy 2017. Badanie Antal, ROC Polska i Profit House

36% respondentów deklaruje projektowanie procesu rekrutacji na podstawie maksymalizacji satysfakcji kandydatów, 17% pracodawców prowadzi regularny monitoring satysfakcji kandydatów, a 19% korzysta z rozwiązań technologicznych w tym zakresie. Co należy to takich rozwiązań? „Przykładem mogą być coraz bardziej popularne systemy ATS, czyli Aplicant Tracking Systems, ułatwiające udzielanie informacji zwrotnej kandydatom uczestniczącym w procesie. Ważne są także przyjazne i projektowane z dbałością o potencjalnych kandydatów firmowe zakładki kariera i formularze aplikacyjne” – wyjaśnia Anna Piotrowska – Banasiak, dyrektor rozwoju w Antal.

Jednak aż 39% respondentów nie analizuje doświadczeń kandydatów w ogóle. „To niepokojący wynik dla całej branży, a dla poszczególnych firm – utrata unikalnej wiedzy, umożliwiającej spożytkowanie rekrutacji do budowy silnej marki pracodawcy” – dodaje Anna Piotrowska – Banasiak i podkreśla, że w długofalowym ujęciu taka analiza pozwoliłaby także na zdefiniowanie i wyeliminowanie tych elementów procesów, które przekładają się na stratę kandydatów.

Pracowników o doświadczenia pytamy chętniej

Nieco lepiej wypadają w polskich organizacjach analizy doświadczenia pracowników, które regularnie realizowane są w połowie badanych firm.

Jakie działania z zakresu employee experience są stosowane w Państwa firmie
HR Business Class Trendy 2017. Badanie Antal, ROC Polska i Profit House

Dobrze przeprowadzone badanie satysfakcji i zaangażowania wskazuje strony, które warto wzmocnić w komunikacji, i najważniejsze obszary wymagające pilnej interwencji. Tak zidentyfikowane przewagi konkurencyjne i ryzyka powinny być przyczynkiem do działań z obszaru budowania wizerunku pracodawcy” – wyjaśnia Małgorzata Pukropek, HR Consulting Manager w Antal.

Co trzecia badana firma stara się kształtować doświadczenia pracowników, mając na celu maksymalizację ich satysfakcji, a 20% organizacji inwestuje w tym celu w nowoczesne rozwiązania technologiczne. Jednak aż 26% respondentów deklaruje, że ich firma nie analizuje employee experience.

Wyniki badania budują zatem niepokojący obraz polskich firm, które w sposób mniej lub bardziej świadomy pozwalają uciec sporym zasobom informacji, mogących polepszyć ich wizerunek jako pracodawców, ograniczyć rotację i przyciągnąć dobrze dopasowanych kandydatów. Wiele sposobów badania doświadczeń i kandydatów, i pracowników, jest relatywnie niskonakładowych w wymiarze budżetowym, można więc stwierdzić, że to najwyższa pora, aby przestać ten temat poruszać w rozmowach, a zacząć – w działaniach.