W czwartym kwartale 2016 roku w domenie .pl zarejestrowano łącznie 247 605 nowych nazw, a co trzecia umowa na rejestrację i utrzymanie nazwy domeny .pl zawierana była za pośrednictwem spółki nazwa.pl.
W minionym roku rejestr domeny .pl zwiększył się o 1 055 971 nazw. Oznacza to, że w 2016 roku nową domenę rejestrowano średnio co 30 sekund. Na koniec minionego roku rejestr liczył 2 703 165 aktywnych nazw, zarejestrowanych przez 1 025 472 abonentów. Warto zauważyć, że na koniec 2016 r. rejestr rodzimej domeny znajdował się na 6 pozycji spośród największych rejestrów z krajów Unii Europejskiej.
– Roczny wolumen nowych rejestracji nazw w domenie .pl od kilku lat oscyluje wokół 1 mln adresów, za wyjątkiem rekordowego 2015 roku, kiedy to zrealizowano 1,12 mln zamówień. Osiągnięcie przez rejestr poziomu 3 mln obsługiwanych nazw będzie zależne od efektywności odnowień, który to wskaźnik w ujęciu 3 kwartałów 2016 roku wykazywał nieznaczny trend zniżkowy – mówi Anna Konieczna, Menedżer Produktu w nazwa.pl sp. z o.o.
Nazwy w rejestrze domeny .pl najczęściej rejestrują abonenci posiadający polski adres (niemal 95%), przy czym najwięcej nazw w ubiegłym roku zarejestrowali mieszkańcy województwa mazowieckiego (ponad 25% wszystkich nazw). Najmniejszą aktywność zanotowano w świętokrzyskim.
Źródło: Opracowanie własne na postawie raportu NASK za IV kw. 2016
W ostatnim kwartale 2016 roku największą grupę abonentów rejestru (23,36%) obsługiwała nazwa.pl, utrzymując tym samym – nieprzerwanie od czwartego kwartału 2013 roku – pozycję lidera rynku. Jednocześnie udział krakowskiej spółki w obsłudze nazw w domenie .pl wyniósł 20,53%, cechując się najwyższą dynamiką wzrostu wśród polskich rejestratorów.
Źródło: Opracowanie własne na postawie raportu NASK za IV kw. 2016
Wśród abonentów domeny .pl nadal dominują organizacje i przedsiębiorstwa. Zaledwie co trzecia nazwa w rejestrze w 2016 roku była utrzymywana na rzecz osoby fizycznej. W IV kwartale ta dysproporcja była jeszcze większa i wynosiła odpowiednio 70% do 30%.
Na koniec grudnia 2016 roku w Programie Partnerskim NASK uczestniczyło 212 rejestratorów z 26 krajów świata, w tym 130 z Polski.
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Ostatni raport pozycji największych graczy na rynku mogą się okazać bardzo interesujące, ponieważ tuż za rogiem kolejna podwyżka stóp procentowych, a na kontraktach terminowych trwa wyraźny odwrót od Dolara amerykańskiego. Poniżej została przedstawiona tabela podsumowująca aktualne pozycje dużych graczy.
Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców
Źródło: Opracowanie własne
– pozycji długich lub krótkich zostało otwarte więcej niż zamknięte. Obecna strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Obecna strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkich
Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT
Po przeanalizowaniu raportu Commitment of Traders najlepiej przedstawiają się trzy instrumenty: euro, srebro oraz ropa naftowa WTI.
Euro
Pozycje funduszy lewarowanych na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie
Źródło: Cmegroup
W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane po raz kolejny domknęli prawie 6 000 kontraktów krótkich pozycji oraz otworzyli niespełna 6 000 pozycji długich. Od listopada 2016 roku fundusze lewarowane domykają swoje krótkie pozycję na euro. Niemniej jednak niepokojącym zjawiskiem może być również niechęć do otwierania pozycji długich. Na dzień dzisiejszy wygląda to bardziej wzrostowo, niż spadkowo.
Na wykresie tygodniowym zostało obronione wsparcie utworzone przez dołek w marcu 2015 roku. Formacja Pin Bara na wsparciu sugeruje mocniejsze odbicie, bazowym scenariuszem pozostanie wzrost kursu pary walutowej EUR/USD w okolicę poziomu 1.085.
EUR/USD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Srebro
Od początku roku na notowaniach srebra trwa bardzo silny rajd. Piątkowy raport COT potwierdza północny kierunek, niemniej jednak po tak dużym wzroście przyda się korekta.
Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie
Źródło: Cmegroup
Zarządzający od 8 tygodniu powiększają długie pozycje na rynku srebra jednocześnie likwidując pozycje krótkie. Niebezpieczeństwem jest korekta, której prawdopodobieństwo pojawienia się z każdym tygodniem rośnie.
Notowania srebra, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie dziennym została pokonana strefa wsparcia 17.85. Niemniej jednak do zakończenia impulsu wzrostowego niedźwiedzie muszą jeszcze pokonać linie trendu wzrostowego, co może okazać się trudniejszym zadaniem.
WTI
Ropa naftowa jest jednym z najciekawszych instrumentów. Powodów jest kilka, ale do głównego należy zbyt duży optymizm, który widać w analizach analityków oraz w pozycjonowaniu się zarządzających.
Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie
Źródło: Cmegroup
Zbyt duży optymizm na rynku ropy naftowej widać po linii zielonej, która jest najwyżej w historii. Jeżeli dojdzie do nagłego odwrócenia na rynku ropy naftowej, to wszyscy, którzy trzymają pozycje długie będą zmuszeni do ich natychmiastowego zamknięcia. Będzie to jednoznaczne z efektem domina i bardzo mocnym impulsem spadkowym, który może być kontynuowany.
Notowania ropy naftowej WTI
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie tygodniowym trwa walka o utrzymanie wsparcia w okolicy 52 USD za baryłkę. Po jego przełamaniu niedźwiedzie otworzą sobie drogę do poziomu 45 USD za baryłkę.
Przyszłością dronów mogą się okazać inteligentne technologie sterowania i stabilizacji lotu oparte na logice rozmytej. Nowe rozwiązanie, nad którym pracuje wrocławska firma Sky Tronic, może zastąpić obecnie stosowane klasyczne metody sterowania lotem. Może to być przełom w nawigacji, dzięki któremu loty będą bardziej precyzyjne i bezpieczniejsze. Drony mogą ułatwiać pracę m.in. ratowników górskich. Sky Tronic liczy, że nowy model sterowania w ciągu kilku lat zdominuje światowy rynek dronów oraz będzie można go stosować w różnych typach i rodzajach bezzałogowych statków powietrznych.
– Nowoczesna technologia będzie dawała pewną przewagę nad obecnie dostępnymi na rynku rozwiązaniami. Liczymy, że w krótkim czasie wejdzie ona na rynek i zdominuje całą branżę bezzałogowego lotnictwa cywilnego oraz wojskowego. Na naszym rozwiązaniu mogą skorzystać producenci bezzałogowych statków powietrznych i użytkownicy końcowi wykorzystujący drony w swojej działalności gospodarczej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Szlachetko, dyrektor ds. badań i rozwoju Sky Tronic.
Wrocławska firma opracowała innowacyjne systemy sterowania lotem dla bezzałogowych statków powietrznych oparte na rozmytych regulatorach stabilizacji lotu FLC (ang. Fuzzy Logic Controller). Zapewniają one poprawę efektywności sterowania i bezpieczne wykonywanie misji, nawet w trudnych i zmiennych warunkach terenowych i klimatycznych, np. silne podmuchy wiatru, zrzucanie ładunku itp.
– W taki rozmyty sposób można określać pewne własności obiektu i sterowania, żeby w łatwy sposób wyciągnąć wnioski, jak ustabilizować taki obiekt w locie. To daje bardzo dużą przewagę, ponieważ nie musimy w sposób bezpośredni znać modelu matematycznego i wykonywać wszystkich obliczeń, ale na podstawie niedoszacowanej metody wnioskowania rozmytego sterować obiektem – tłumaczy Szlachetko.
Dotychczas w dronach stosowano metodę opartą na technologii PID, czyli regulatorze proporcjonalno-całkująco-różniczkującym, który jest mało odporny na zakłócenia zewnętrzne i wewnętrzne drona. Metoda opracowana przez Sky Tronic – jak wskazuje Szlachetko – na rynku nie ma bezpośredniego konkurenta.
– Oczywiście na całym rynku dronów, które mają wykonywać określone zadania, konkurencja w Polsce jest spora, zarówno w usługach związanych z samymi lotami, jak i ewentualną produkcją dronów – zaznacza Szlachetko.
Polski rynek dronów w 2016 roku był wart nieco ponad 200 mln zł i w ciągu roku wzrósł o 22,7 proc. (dane Instytutu Mikromakro). Spadła natomiast produkcja dronów i obecnie wynosi wartościowo 12 proc. rynku (przy 21 proc. rok wcześniej). W ocenie ekspertów Instytutu Mikromakro to efekt przede wszystkim braku znaczących zamówień ze strony wojska. Natomiast światowy potencjał zastosowania technologii dronowych według ekspertów firmy doradczej PwC przekracza 127 mld dol.
Jak podkreśla Szlachetko, jednym z potencjalnych odbiorców nowych dronów jest budownictwo. Drony mogą być wykorzystywane w takich procesach jak audyt inwestycji, skanowanie laserowe czy analiza termiczna.
– Nawiązaliśmy pierwsze kontakty z firmami z zakresu inspekcji termograficznych czy wizyjnych obiektów inżynieryjnych. Mamy nadzieję, że w krótkim czasie będziemy w stanie przetestować nasze prototypy w rzeczywistych warunkach – mówi Bogusław Szlachetko.
Technologia opracowana przez Sky Tronic powinna też zainteresować służby mundurowe, m.in: policję, straż pożarną, straż leśną, służby zarządzania kryzysowego, bezpieczeństwa publicznego oraz wojsko. Szlachetko liczy, że w ciągu kilku lat firma zdobędzie mocną pozycję na rynku. Według założeń do 2021 roku ma osiągnąć ok. 15 proc. udziału w rynku bezzałogowego lotnictwa w Polsce i ok. 0,5 proc. w rynku światowym.
– System oparty o rozmyte reguły będzie zwiększał bezpieczeństwo lotów, ponieważ będzie odporny na różnego rodzaju zakłócenia – przekonuje dyrektor ds. B+R w Sky Tronic. – Jest on w stanie skompensować wszystkie zdarzenia nieprzewidywalne, losowe, bo oferuje znacznie szerszy zakres pracy regulatora.
Ze względu na większe bezpieczeństwo lotów maszyny mogą trafić również do ratownictwa górskiego i wspierać akcje poszukiwania osób zaginionych oraz poszkodowanych czy monitorowania lawin śnieżnych w Polsce, Europie i na całym świecie. Służące dziś do tego celu helikoptery nie zawsze mogą zostać wykorzystane, a dodatkowo wiąże się to z wysokimi kosztami.
– Dotarcie ratowników w sposób tradycyjny zajmuje dość dużo czasu, a to czas gra w takich sytuacjach istotną rolę. Drony mogą odszukać poszkodowanych znacznie szybciej niż ratownicy i mogą dostarczyć podstawowe środki medyczne czy lekką odzież termiczną – ocenia Szlachetko.
Sky Tronic podpisała już list intencyjny z Grupą Karkonoską GOPR. Ratownicy mają testować prototyp bezzałogowego śmigłowca ratowniczego w akcjach poszukiwawczych i ratowniczych.
– Dotychczas nasze rozwiązania prowadzone były w wersji laboratoryjnej. Testy, które przeprowadzimy, będą już w symulowanych warunkach akcji ratowniczych – zapowiada Bogusław Szlachetko.
Polska to eldorado dla twórców gier komputerowych – ocenia Paweł Leskowicz, dyrektor zarządzający Tate Multimedia. Szacuje się, że krajowy rynek gamingowy wart jest ok. 1,8 mld zł, a gry produkuje ok. 300 firm. Sektor może też liczyć na wsparcie rządu – aby zwiększyć konkurencyjność polskich producentów, powstał program GameINN. Dla młodych to szansa na rozwój własnego biznesu, a dla polskiej gospodarki możliwość zatrzymania w kraju najbardziej przedsiębiorczych osób.
– Imponujący rozwój firm i producentów gier komputerowych w Polsce powoduje, że wiele osób z zagranicy może określać ten rynek mianem „eldorado” –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Leskowicz, dyrektor zarządzający Tate Multimedia. – Perspektywy wzrostu polskiego rynku gamingowego są wyższe niż w innych krajach. Tempo wzrostu to 10 proc., przy 6–8 proc. w innych krajach.
Agencja Rozwoju Przemysłu ocenia, że rynek gamingowy w Polsce wart jest ok. 1,8 mld zł. Jeszcze rok wcześniej było to 1,5 mld zł. Polski sektor gier stanowi ok. 0,6 proc. globalnego rynku, w tym roku udział może sięgnąć 1 proc. W kraju działa blisko 300 firm produkujących gry. Zdaniem eksperta perspektywy są optymistyczne, zwłaszcza że potencjał branży gier wideo dostrzegł już polski rząd.
– Polski rynek, tak jak francuski lata temu, otrzymał od rządu wsparcie i dobrze, że rząd i minister Jarosław Gowin zwrócili uwagę na to, jak ważny jest ten sektor dla polskiej gospodarki. Dobrym znakiem jest też program gamingowy, w którym uczestniczyliśmy – wskazuje Leskowicz.
Już w exposé premier Szydło zapowiadała wsparcie dla przemysłu gier komputerowych. W 2016 roku Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło pierwszy konkurs w ramach programu sektorowego GameINN. Ma on zwiększyć konkurencyjność krajowych producentów gier na globalnym rynku do 2023 roku. W pierwszym konkursie dofinansowanie uzyskało 38 projektów na łączną kwotę 116 mln zł. Granty mają być przyznawane co roku.
– Istotne jednak, by w naszym kraju nie zdarzyło się to, co we Francji. Tam również wprowadzono podobny program, ale pieniądze zostały źle wykorzystane i rozdane w mało profesjonalny sposób. W efekcie zamknięto dużo firm działających w branży, a młodzi utalentowani ludzie wyjechali z kraju. W Polsce laureaci programu to firmy, które mają już doświadczenie. Mam nadzieję, że takie programy pozwolą im na większy rozwój, a to przełoży się na całą gospodarkę – ocenia dyrektor Tate Multimedia.
Polski rząd podkreśla, że zaawansowana technologicznie branża produkcji gier wideo jest kluczowa z punktu widzenia państwa stawiającego na innowacje i rozwój, a kierowanie środków do tego sektora wesprze inteligentną reindustrializację.
W 2016 roku Agencja Rozwoju Przemysłu wspólnie z Uniwersytetem Śląskim i powiatem cieszyńskim stworzyli akcelerator gier wideo. Głównym celem inicjatywy jest zatrzymywanie w Polsce osób, które kończą kierunki związane z projektowaniem gier, i specjalistów, którzy już pracują w branży.
– Jeśli gospodarka daje sygnały, że młodzi ludzie mogą znaleźć pracę lub stworzyć swój własny biznes w tych dziedzinach, gdzie czują się swobodnie, m.in. w innowacjach, programowaniu, twórczości artystycznej, to wówczas nie będą oni wyjeżdżać z Polski. Zostaną w kraju, bo będą czuli, że nie tylko chodzi o pieniądze, lecz także o atmosferę, która wspiera innowacje, przedsiębiorczość i chęć realizacji własnych marzeń – przekonuje Paweł Leskowicz.
Wady słuchu stały się chorobą cywilizacyjną. Na świecie ponad miliard osób zmaga się z problemami słuchowymi, które wpływają na codzienne funkcjonowanie. W Polsce poważnie uszkodzony słuch ma 900 tys. osób, a ok. 40 tys. nie słyszy w ogóle. Postęp w medycynie sprawia, że dziś lekarze są w stanie pomóc większości osobom z zaburzeniami słuchu. Polska jest pod tym względem liderem. To istotne, bo wady słuchu generują duże koszty, zarówno społeczne, jak i ekonomiczne.
– Liczba dzieci, które rodzą się z niedosłuchem, jest stała. Natomiast nasze społeczeństwo starzeje się i pojawia się duża grupa osób w podeszłym wieku z niedosłuchem. Inną kwestią są warunki, w jakich żyjemy, czyli zaśmiecenie dźwiękami otoczenia. Podniósł się średni poziom dźwięku otoczenia, co nie pozostaje bez wpływu na nasz słuch i na ewentualnie powstające patologie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Elżbieta Włodarczyk, ordynator Oddziału Kliniki Audiologii i Foniatrii w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.
Szacuje się, że problem ze słuchem ma w Polsce ok. 900 tys. osób, a 40–50 tys. nie słyszy niemal w ogóle. Niedosłuch najczęściej występuje u seniorów. Blisko trzy czwarte 70-latków ma częściową głuchotę, w przedziale wiekowym 80–100 lat odsetek ten wynosi ok. 80 proc. Z problemami słuchowymi zmagają się jednak coraz młodsi ludzie. W dodatku zaburzenia słuchu mają też najmłodsi. W szkołach problem dotyczy nawet 20 proc. dzieci.
Jak wskazuje dr Włodarczyk, kłopoty ze słuchem stają się chorobą cywilizacyjną i generują wysokie koszty ekonomiczne i społeczne.
– Taki pacjent wymaga opieki specjalistycznej, często zabiegów operacyjnych. Innej grupie można pomóc, stosując aparaty słuchowe, u kolejnych pacjentów trzeba zastosować protezy wszczepialne. Z tym wiążą się nakłady finansowe – wymienia Elżbieta Włodarczyk. – Z kolei kosztem społecznym jest funkcjonowanie pacjenta w otoczeniu do czasu otrzymania specjalistycznej pomocy. Jeżeli pojawia się niedosłuch, to następuje wycofanie pacjenta z życia rodzinnego czy społecznego, zamknięcie w sobie.
O funkcjonowaniu człowieka w 94 proc. decyduje zdolność komunikacji. Dzieci z problemami słuchowymi mogą się gorzej rozwijać, często mają problemy w szkole i kontaktach z rówieśnikami. U osób starszych zaburzenia słuchu wiążą się z podwyższonym ryzykiem zachorowania na Alzheimera. Sytuacja jest jednak coraz lepsza i niemal każda grupa pacjentów ma szanse na skuteczne leczenie.
– Pewnej grupie pacjentów można pomóc operacją. To są tzw. niedosłuchy przewodzeniowe, powstające z powodu patologii ucha zewnętrznego czy ucha środkowego. Takie operacje wykonywano dawniej, choć techniki operacyjne i kunszt operatorów są coraz lepsze – zaznacza ordynator w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.
U części pacjentów z trwałym uszkodzeniem słuchu pomóc mogą aparaty słuchowe. W terapii często wykorzystuje się implanty ślimakowe ucha środkowego czy urządzenia na przewodnictwo kostne, które bezpośrednio stymuluje ucho wewnętrzne.
Pierwsze wszczepienie implantów ślimakowych u niesłyszącego dorosłego i dziecka w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu miało miejsce 25 lat temu. W polskiej otochirurgii te zabiegi były przełomowe i rozpoczęły leczenie głuchoty.
W Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu przeprowadzono dotychczas ok. 400 tys. zabiegów chirurgicznych i wprowadzono 200 nowych programów klinicznych. Łącznie pod opieką instytutu znajduje się 5 tys. osób z wszczepionymi implantami. Jak wskazuje dr Włodarczyk, w Polsce pacjenci mają dostęp do wielu najnowocześniejszych technologii jako pierwsi na świecie, a czasem jako jedyni.
– Wszczepienie implantu to historia najnowszej audiologii, najnowszych możliwości w leczeniu. Wszystkie protezy wszczepialne, czyli implanty ślimakowe i aparaty wszczepialne do ucha środkowego, to nowy rozdział, którego dawniej nie było – przekonuje dr n. med. Elżbieta Włodarczyk. – Polska rzeczywiście ma się czym pochwalić. Jest pionierem w wielu aspektach, jak choćby w badaniach przesiewowych słuchu noworodków i dzieci w wieku szkolnym.
3 marca obchodzony był Światowy Dzień Ochrony Słuchu. Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że ponad 328 mln dorosłych i 32 mln dzieci na całym świecie ma znaczny lub głęboki niedosłuch. Eksperci Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu szacują, że z problemami słuchowymi zmaga się nawet 1 mld osób.
CETA, czyli umowa gospodarczo-handlowa między Kanadą a Unią Europejską, jest demonizowana – ocenia Łukasz Rozbicki, analityk MM Prime TFI. Bezpodstawne wydają się zarzuty, że europejski rynek zaleje żywność modyfikowana genetycznie. Zniesienie 99 proc. ceł zwiększy unijny eksport do Kanady, co wpłynie na poprawę sytuacji na rynku pracy. Komisja Europejska szacuje, że na każdy 1 mld euro, który UE zarabia na eksporcie, przypada 14 tys. dodatkowych miejsc pracy. Polska może być jednym z beneficjentów porozumienia – zyskają rolnictwo i eksporterzy.
W połowie lutego Parlament Europejski zatwierdził unijno-kanadyjską umowę o wolnym handlu CETA. Ostateczne wdrożenie umowy będzie zależało od jej ratyfikacji przez kraje członkowskie UE.
– Wydaje się, że Polska będzie większym beneficjentem tej umowy. Jesteśmy eksporterem netto do Kanady, więc teoretycznie polscy przedsiębiorcy powinni więcej zyskać. Towary takie jak odzież, produkty rolnicze, maszyny czy meble staną się bardziej konkurencyjne, a przez to eksport do Kanady będzie mógł się jeszcze zwiększyć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Rozbicki, analityk MM Prime TFI.
Umowa gospodarczo-handlowa pomiędzy UE a Kanadą ma znieść 99 proc. ceł we wzajemnym handlu. Korzyści z CETA dla Unii Europejskiej szacuje się na 11 mld euro (8 mld euro dla Kanady). Ma być to przede wszystkim efekt stworzenia nowych miejsc pracy i liberalizacji handlu, która doprowadzi do pobudzenia wzrostu gospodarczego. Dzięki umowie Kanada stanie się dla Unii istotnym partnerem, zwłaszcza że coraz mniej prawdopodobne staje się podpisanie umowy TTIP ze Stanami Zjednoczonymi. CETA ma jednak sporo przeciwników, którzy obawiają się negatywnych skutków dla europejskich gospodarek.
– Punktów spornych jest dużo. Przede wszystkim za benchmark przyjmuje się umowę NAFTA i negatywne skutki dla Meksyku. Ale akurat w tym przypadku stroną jest Unia Europejska, dużo większa gospodarka niż kanadyjska, więc tej umowy w ten sposób nie można porównywać – przekonuje analityk.
NAFTA, czyli umowa między Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem, doprowadziła w Meksyku do utraty miejsc pracy w rolnictwie, znaczącego spadku PKB i zalewu rynku przez tańszą żywność modyfikowaną genetycznie.
– Druga kwestia to typowe przy umowach liberalizujących cła profity dla dużych korporacji. Oczywiście one będą, ale będą też profity dla mniejszych firm. Powinni zyskać polscy eksporterzy, m.in. mebli, również polskie rolnictwo – ocenia Rozbicki. – Jest też kwestia importu żywności genetycznie zmodyfikowanej, taniej pszenicy czy taniego rzepaku kanadyjskiego. Ale z drugiej strony są odpowiednie kontyngenty w tej umowie, które będą chronić polskich rolników. Wydaje mi się, że pod tym względem umowa jest nieco demonizowana.
Umowa zakłada, że produkty importowane z Kanady do Unii Europejskiej będą musiały spełniać europejskie wymogi, w tym również przepisy dotyczące GMO. Dlatego część ekspertów przekonuje, że na porozumienie należy patrzeć, jak na szanse dla małych polskich producentów, dla których cła były dotychczas barierą wejścia na kanadyjski rynek.
– Dla rynku rolnego umowa CETA może być pozytywna, ponieważ polscy rolnicy, producenci nabiału i innej żywności mogą skorzystać na liberalizacji barier celnych. Z drugiej strony wydaje mi się, że napływ żywności genetycznie zmodyfikowanej nie grozi nam tak bardzo, chociażby ze względu na to, że polscy konsumenci stają się coraz bardziej świadomi i w dużej mierze wolą polską żywność niż importowaną – wskazuje analityk MM Prime TFI.
Głównymi beneficjentami umowy z Kanadą w Polsce mogą być firmy produkujące maszyny, meble, urządzenia elektryczne i produkty przemysłu lotniczego, bo to właśnie przede wszystkim te produkty trafiają na rynek kanadyjski. W ubiegłym roku eksport do Kanady sięgnął 1,8 mld dol. kanadyjskich (przy imporcie nieco powyżej 300 mln dol.). Zyskać mogą też producenci nabiału, hodowcy drobiu i wieprzowiny. Z kolei wzrost importu produktów kanadyjskich zwiększy wybór i obniży ceny.
– Umowa CETA powinna wpłynąć pozytywnie na inwestycje oraz na poziom zaufania, bo tak naprawdę w przypadku dużych inwestycji liczy się stabilność prawna – przekonuje ekspert.
Wartość polskich inwestycji w Kanadzie w 2015 roku wyniosła 752 mln dol., co stanowiło ok. 3 proc. wszystkich polskich inwestycji zagranicznych.
Przeciwnicy umowy wskazują na ryzyko związane z tym, że wprowadzony umową mechanizm chroniący inwestorów przed niekorzystnymi zmianami prawa uderzy w finanse publiczne poszczególnych krajów. Z takiego narzędzia częściej korzystają jednak europejskie przedsiębiorstwa. Zresztą, jak pokazują statystyki, 45 proc. wyroków w tego typu sprawach zapada na korzyść państw, a na korzyść firm – 22 proc.
– Fakt, że korporacje będą mogły pozywać państwa, jest o tyle pozytywny, że gwarantuje w jakiś sposób stabilność. Z drugiej strony, nie można przesadzać, że będzie to furtka dla korporacji, ponieważ spory w sądach miały miejsce wcześniej, przed podpisaniem tej umowy, a statystycznie i tak więcej pozwów jest rozstrzyganych na korzyść państw niż na korzyść korporacji – mówi Łukasz Rozbicki.
Jak podkreśla, pozytywne jest to, że dla firm ze Starego Kontynentu zwiększy się dostępność do kanadyjskiego rynku zamówień publicznych.
Z badań wynika, że 97 proc. zagranicznych inwestorów obecnych w Polsce chciałoby ulokować tu kolejne projekty. Przyczyniają się do tego dostępność wykwalifikowanej kadry i stabilność ekonomiczno-gospodarcza. Potwierdza to coraz wyższa pozycja Polski w rankingu inwestycyjnym Doing Business Banku Światowego. Komisja Europejska szacuje, że polskie PKB urośnie w tym roku o 3,2 proc. Na tle rosnącej niepewności politycznej i gospodarczej w Europie, Polska wciąż wypada bardzo atrakcyjnie w oczach zagranicznych inwestorów i przyciąga rekordową liczbę projektów.
– Przed Europą stoi wiele wyzwań, zarówno na froncie ekonomicznym, jak i politycznym. W ostatnim czasie mieliśmy kilka nieprzewidzianych zdarzeń. Jednym z nich był wynik referendum w Wielkiej Brytanii. Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Unii Europejskiej była dużym zaskoczeniem, ale mamy nadzieję, że brexit nie zachwieje ani europejską, ani brytyjską gospodarką – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Peter Mather, wiceprezes koncernu BP Group na region Europy.
Jak wynika z prognoz Komisji Europejskiej, po raz pierwszy od niemal dziesięciu lat gospodarka wszystkich państw członkowskich UE będzie w najbliższym czasie stabilnie rosła. Listopadowe prognozy zakładały, że w tym roku wzrost gospodarczy w strefie euro wyniesie 1,5 proc., natomiast w 2018 roku sięgnie 1,7 proc. Komisja Europejska zrewidowała jednak te prognozy, zakładając, że wzrost w obu przypadkach będzie większy o 0,1 pkt proc. w stosunku do pierwotnych założeń (czyli 1,6 proc. w 2017 roku oraz 1,8 proc. w 2018 roku).
Prognozy na nadchodzące lata są jednak obarczone większym niż zwykle ryzykiem. Wiąże się to z niepewną sytuacją polityczną. Europa wciąż boryka się ze skutkami kryzysu finansowego, na co dodatkowo nałożył się kryzys migracyjny. Zmiana na fotelu prezydenckim w USA wywołała niepewność na rynkach i postawiła pod znakiem zapytania przyszłość wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Dodatkowo we Francji i Holandii, które są filarami zjednoczonej UE, odbędą się w tym roku wybory, w których duże szanse mają eurosceptyczne ugrupowania. Stabilnością Wspólnoty mocno zachwiało też czerwcowe referendum dotyczące brexitu.
– Najbliższe lata, kiedy Brytyjczycy będą negocjować warunki wyjścia z Unii, bez wątpienia będą trudnym okresem dla całej Europy – przewiduje Peter Mather.
Na tym tle wiceprezes koncernu BP na Europę dobrze ocenia perspektywy rozwoju i atrakcyjność inwestycyjną polskiej gospodarki. Polska jest jednym z niewielu państw członkowskich Unii, które od kilku lat utrzymują wzrost gospodarczy.
– Na szczęście polska gospodarka stabilnie rośnie, i to od wielu lat. Jest to jeden z najszybciej rozwijających się krajów europejskich i myślę, że utrzyma swoją silną pozycję w Europie – mówi Peter Mather.
W 2016 roku wzrost PKB w kraju sięgnął 2,8 proc. i był niższy od oczekiwań głównie za sprawą niskich inwestycji. Komisja Europejska jednak prognozuje, że w tym oraz w przyszłym roku wzrośnie wykorzystanie unijnych funduszy i nastąpi odbicie w inwestycjach publicznych. Więcej inwestować będzie również sektor prywatny. Zgodnie z prognozą KE polskie PKB ma w tym roku wzrosnąć o 3,2 proc. Natomiast Bank Światowy prognozuje w bieżącym roku wzrost gospodarczy na poziomie 3,1 proc.
– Polska ma stabilną gospodarkę i stabilny system polityczny. Jej zaletą są też pracowite i dobrze wykształcone kadry. Stopa bezrobocia jest relatywnie niska, a wzrost PKB należy do najwyższych w Europie. To wszystko sprawia, że Polska jest wciąż dobrym miejscem do inwestowania – ocenia Peter Mather.
W najnowszym raporcie „Doing Business 2017” Banku Światowego Polska awansowała na 24. pozycję (na 190) w gronie państw, które najbardziej sprzyjają prowadzeniu biznesu. Atutem jest wykwalifikowana kadra, wydajność i relatywnie niskie koszty pracy, wielkość rynku i stabilność ekonomiczno-gospodarcza. Istotna jest również duża dostępność gruntów inwestycyjnych i coraz lepsza infrastruktura. Aby poprawić otoczenie inwestycyjne, rząd powinien jednak uprościć płacenie podatków, dochodzenie roszczeń i zakładanie spółki. Te procesy są w Polsce bardziej czasochłonne niż w innych krajach UE.
Zdecydowana większość zagranicznych inwestorów deklaruje chęć ponownych inwestycji na polskim rynku. Z badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych we współpracy z Grant Thornton oraz bankiem HSBC wynika, że 97 proc. ponownie ulokowałoby inwestycję w Polsce pomimo minusów takich jak duża zmienność i niejasność przepisów prawnych, skomplikowany system podatkowy czy biurokracja.
Dobry klimat inwestycyjny w Polsce potwierdzają również ubiegłoroczne statystyki PAIiIZ, z których wynika, że wysokość ubiegłorocznych nakładów była rekordowa i przekroczyła 1,74 mld euro. Jednym z liderów inwestycji była branża motoryzacyjna. Wiceprezes BP Group na region Europy podkreśla, że paliwowy koncern wciąż widzi dla siebie duże możliwości rozwoju i inwestowania na polskim rynku.
– BP jest obecne na polskim rynku od 25 lat. Mamy tu ponad 520 stacji i zatrudniamy 3,5 tysiąca pracowników. Rozwój firmy świadczy o naszym entuzjastycznym nastawieniu do polskiej gospodarki i tempa, w jakim ona rośnie – mówi Peter Mather.
W ciągu ćwierćwiecza swojej obecności w Polsce koncern BP zainwestował przeszło 1,5 mld dolarów. Firma zamierza w kolejnym okresie otwierać średnio 30 nowych stacji rocznie i zwiększać zatrudnienie.
Ultraluksusowe Zegarki szwajcarskiej marki Atelier de Monaco są wykonywane na indywidualne zamówienie, ręcznie grawerowane i zdobione szlachetnymi kruszcami. Każdy model to minidzieło sztuki zegarmistrzowskiej, którego cena może sięgnąć nawet 250 tys. euro. Dlatego kupują je nie tylko dobrze sytuowani klienci o wysokich wymaganiach, lecz także koronowane głowy.
– Naszymi klientami są nie tylko pasjonaci zegarków, lecz także koronowane głowy. Wykonaliśmy piękny, unikalny zegarek dla księcia Alberta z Monako, byliśmy zaproszeni do jego pałacu. Ponadto wykonaliśmy zegarek dla księcia Kataru, który kupuje ich wiele. Także piłkarze chętnie noszą nasze wyroby – mówi agencji informacyjnej Newseria Pim Koeslag, założyciel i prezes Atelier de Monaco.
Założona kilka lat temu marka tworzy ręcznie unikalne i wysoce zaawansowane technologiczne zegarki przeznaczone dla wymagających klientów. Ich ceny wahają się od 25 tys. do nawet 250 tys. euro. Siedziba firmy mieści się w Genewie. Atelier de Monaco jest jednym z pięciu szwajcarskich brandów, które mają w swoim portfolio zegarek z Pieczęcią Genewską, będącą poświadczeniem najwyższej jakości.
– Nasze zegarki są bardzo skomplikowane z technologicznego punktu widzenia. Składają się z sześciu wewnętrznych elementów, które w całości produkujemy własnoręcznie – mówi Pim Koeslag.
– Wszystkie mechanizmy są opracowywane od zera w manufakturze Atelier de Monaco. Są to małe dzieła sztuki, wykonywane nierzadko na indywidualne zlecenie klienta, który może precyzyjnie określić, jak ma wyglądać jego zegarek. Cała roczna produkcja firmy waha się od 150 do maksymalnie 200 sztuk, więc można śmiało powiedzieć, że jest to manufaktura z prawdziwego zdarzenia – mówi Dariusz Chlastawa z Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków.
Luksusowe zegarki Atelier de Monaco kilka dni temu można było zobaczyć w warszawskiej Galerii Mokotów, która skupia designerskie i prestiżowe marki. Prezentację unikalnych modeli w strefie The Designer Gallery współorganizował Klub Miłośników Zegarów i Zegarków. Znalazł się wśród nich także model z kompilacją wiecznego kalendarza, którego wskazania można dowolnie ustawiać w łatwy sposób za pomocą koronki. To autorskie, unikalne rozwiązanie manufaktury Atelier de Monaco.
– Co to jest wieczny kalendarz? Każdy, kto miał do czynienia z zegarkiem mechanicznym, wie, że datę należy raz na jakiś czas skorygować. Natomiast wieczny kalendarz jest mechanizmem zegarkowym, w którym nie ma żadnej elektroniki. Mimo to zawsze wie, czy w danym miesiącu mamy trzydzieści czy trzydzieści jeden dni oraz czy kolejny rok jest rokiem zwykłym czy przestępnym. Nie trzeba przestawiać zegarka. Atelier de Monaco stworzyło wyjątkowy wieczny kalendarz, obsługiwany w prosty sposób tylko za pomocą jednej koronki – mówi Dariusz Chlastawa.
Zegarki Atelier de Monaco są nie tylko wysoce zaawansowane technologicznie, lecz także wyglądają jak minidzieła sztuki. Tarczę każdego modelu zdobi mikroskopijny, ręczny grawerunek. Klient, na którego zamówienie wykonywany jest zegarek, może na indywidualne życzenie sprecyzować, co ma przedstawiać tarcza czasomierza i jakie będą poszczególne zdobienia.
– Wykonują je ręcznie osoby, które są w stanie wyrzeźbić w tarczy zegarka dowolną rzecz. Można przynieść portret swojej ukochanej i grawerzy odwzorują go z tyłu na deklu zegarka. Podobnie można zażyczyć sobie specjalnych dekoracji mechanizmu. Zegarek jest składany ręcznie – mówi Dariusz Chlastawa.
Personalizacja i indywidualny projekt to nie są jedyne luksusowe elementy zegarków Atelier de Monaco. Do zdobienia i wykończenia czasomierzy marka używa wyłącznie szlachetnych materiałów, takich jak białe złoto lub platyna.
– Z punktu widzenia sztuki zdobniczej i zegarmistrzowskiej są to urządzenia na najwyższym poziomie – mówi Dariusz Chlastawa.
The Designer Gallery to strefa utworzona w warszawskiej Galerii Mokotów z myślą o miłośnikach mody, designu i sztuki. Obok polskich i zagranicznych marek premium organizowane są w niej pokazy, wystawy sztuki i spotkania z projektantami.
Prezes Fed-u Janet Yellen oraz jej zastępca Stanley Fisher zakończą dziś tydzień przemówień członków Fed-u.
Nie powinny one jednak zmienić oczekiwań rynkowych co do marcowej podwyżki stóp procentowych. Jak wiadomo nawet dotychczasowi „gołębi” członkowie nie wykluczają podwyżki za 2 tygodnie więc można uznać że jest ona już w cenie. Wiceprezes Fed-u przemawiać będzie o godzinie 18:30 natomiast Janet Yellen pół godziny później. Na dolarze widzimy więc dziś względny spokój. Para EURUSD rośnie 0,5% handlując w pobliżu poziomu 1,0560 a para USDJPY handluje od rana w pobliżu poziomu 114,40. W relacji do dolara zaczął się natomiast umacniać złoty, za dolara należy obecnie płacić jedynie 4,07 PLN.
W Japonii pojawiła się inflacja po raz pierwszy od grudnia 2015 roku.
Natomiast jest to wzrost jedynie 0,1% czyli wciąż daleko od celu inflacyjnego Banku Japonii na poziomie 2%. Z mocnym wzrostem inflacji zmaga się natomiast Turcja gdzie w lutym przekroczyła ona 10%, po raz pierwszy od 5 lat. Turecka lira nie zareagowała zbyt negatywnie na te dane, trzeba jednak zaznaczyć iż w dniu wczorajszym straciła ona do dolara ponad 2%. Obecnie za dolara trzeba płacić około 3,72 liry.
Słabsze od oczekiwań rynkowych odczyty produkcyjnego i usługowego PMI dla Wielkiej Brytanii wskazują iż oczekiwane od czasu ogłoszenia Brexitu spowolnienie gospodarcze w końcu nadchodzi.
Według prognoz analityków w I kwartale tego roku PKB urośnie jedynie 0,4%. To może być najsłabsze tempo wzrostu od ponad roku. Funt brytyjski tanieje więc szósty dzień z rzędu. Para GBPUSD traci 0,2% handlując w pobliżu poziomu 1,2240, a para EURGBP rośnie aż 0,9% handlując w pobliżu poziomu 0,8640. Funt tanieje też w relacji do złotego, a para GBPLN tanieje 0,8% handlując w pobliżu poziomu 4,98.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Przyszły tydzień na rynkach zapowiada się bardzo interesująco. Kalendarz publikacji zostanie otwarty przez Australię w poniedziałek, natomiast zamknięty zostanie przez Stany Zjednoczone. Harmonogram najważniejszych danych gospodarczych na przyszły tydzień znajduje się poniżej.
Grafika numer 1: Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro
Źródło: Admiral Markets
W każdym dniu tygodnia otrzymamy sporo informacji, ale dwa ostatnie dni przyszłotygodniowej sesji mogą okazać się kluczowe dla kursu euro oraz dolara amerykańskiego.
Czwartek – Europa
Będzie się działo, oj będzie. O godzinie 13:45 poznamy stopy procentowe w Strefie Euro. W tym przypadku bez zaskoczenia – bez zmian. Aczkolwiek inwestorzy z sokolim wypatrują konferencji z udziałem Mario Draghiego. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta, ostatnie dane dot. inflacji zaskakują in plus. W ramach przypomnienia, Europejski Bank Centralny prowadzi program luzowania ilościowego, który przy rosnącej inflacji (powyżej celu inflacyjnego banku) może okazać się bardzo destruktywny dla gospodarek należących do wspólnoty.
Wykres numer 1: Inflacja HICP Niemcy (linia biała) oraz HICP Strefa Euro (żółty)
Źródło: Bloomberg
Ostatnie dane pochodzące z Eurostatu wskazują na mocno odbijającą inflację rok do roku. Inflacja w Strefie Euro w lutym wyniosła 2.0 proc. rok do roku, a jeszcze rok temu każdy obawiał się deflacji. Ze względu na efekt bazy możemy spodziewać się, że najbliższe odczyty inflacji (przynajmniej do lipca) 2017 roku będą powyżej oczekiwań.
Dlatego też konferencja z udziałem Szefa Europejskiego Banku Centralnego będzie bardzo emocjonujące. Mario Draghi w swoim wystąpieniu będzie musiał odnieść się do aktualnych danych ze Strefy Euro, a w szczególności z gospodarki Niemieckiej, w której inflacja w miesiącu lutym wyniosła 2.2 proc. Rosnąca inflacja powinna doprowadzić do zmodyfikowania programu QE, co przełożyłoby się na umocnienie euro. Z drugiej strony status quo, czyli prowadzenie niezmienionej polityki monetarnej przy rosnącej inflacji będzie wyniszczające dla wspólnej waluty, do czego najważniejszy kraj w Strefie Euro nie dopuści.
Piątek Stany Zjednoczone
Piątek należy do Stanów Zjednoczonych oraz publikacji danych z amerykańskiego rynku pracy. Dane o nowych miejscach pracy w sektorze pozarolniczym ukażą się standardowo o godzinie 14:30. Prognozowana ilość nowych miejsc pracy jest na poziomie 185 tysięcy, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie?
Wykres numer 2: Nowe miejsca pracy w sektorze pozarolniczym. Kolor zielony – prognoza ; kolor czerwony – aktualny odczyt
Źródło: Bloomberg
Jak widać na powyższym wykresie, prognozy są „spłaszczone” względem aktualnych odczytów. Idąc dalej, nie możemy na nich polegać. Właśnie z tego powodu podczas publikacji amerykańskich danych z rynku pracy dochodzi do tak dużych ruchów na rynkach finansowych. Należy także pamiętać, że o odczyty powyżej 200 tysięcy nowych miejsc pracy będzie coraz trudniej, ponieważ gospodarka USA znajduje się w okolicy pełnego zatrudnienia.
Rynki do obserwacji
Zmiana nastawienia Europejskiego Banku Centralnego do dalszego luzowania ilościowego połączona z jastrzębią Rezerwą Federalną powinno niekorzystnie wpłynąć na ceny metali szlachetnych.
Wykres numer 3: notowania złota, interwal dzienny
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie dziennym notowania złota przełamały ostatnią linię trendu wzrostowego. Wyprzedaż została powstrzymana przez strefę wsparcia 1225-1235 USD za uncję. Najgorszym scenariuszem dla kruszcu będzie dalsze zacieśnianie monetarne w Stanach Zjednoczonych oraz zapowiedź szybszego wychodzenia z programu luzowania ilościowego w Europie.
Kolejnym ciekawym instrumentem do obserwacji może być indeks S&P 500, na którym już od dawna nie zaobserwowaliśmy żadnej mocniejszej korekty.
Wykres numer 4: Indeks S&P 500, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Powodów do korekty jest kilka, ale najważniejszym jest zbyt duży optymizm co do dalszych wzrostów. Według wskaźnika sentymentu opracowanego przez Bank of America Merrill Lynch optymizm jest zbyt duży, aby został utrzymany.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do hossy w USA. Trwa już prawie 8 lat, a teraz dodatkowo została przedłużona przez oczekiwania inwestorów dotyczące planów gospodarczych Donalda Trumpa i „odbicie” zysków spółek. A jakie wygląda sytuacja w Europie Zachodniej?
Po okresie dosyć długiej stagnacji, a w kilku krajach nawet recesji, ogólny obraz sytuacji gospodarczej i rynkowej w Europie Zachodniej jest bardzo dobry. Właściwie najlepszy od kilku lat. Rosnące dynamiki PKB, pozytywne odczyty wskaźników wyprzedzających sentyment konsumentów, inwestorów czy przedsiębiorców oraz systematyczna poprawa sytuacji na rynku pracy tworzą dosyć mocny fundament do stabilnego rozwoju.
Ryzyka polityczne słabsze niż silne fundamenty gospodarcze
Pozostają oczywiście pewne ryzyka polityczne. Dosyć jasna jest sytuacja w Niemczech. Niezależnie czy następne wybory wygra partia obecnej kanclerz Angeli Merkel, czy partia byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza to nie powinno to mieć większego wpływu na rynek. Natomiast największą niepewność wywołują obecnie wybory we Francji, gdzie dużym poparciem cieszy się liderka Frontu Narodowego Marine Le Pen. Nieco w cieniu Francji pozostaje teraz Grecja, która dopiero w przyszłym roku będzie miała sporą pulę długu do spłacenia. Dopiero po wyłonieniu nowych władz w największych krajach Europy, wróci pytanie „Co dalej zrobić z Grecją?”.
Gdyby na jednej szali położyć wszystkie ryzyka polityczne, a na drugiej ogólny obraz sytuacji gospodarczej w Europie to zobaczylibyśmy, że szala przechyla się na korzyść twardych danych makroekonomicznych. Dla osób, które nie boją się dużej zmienności (w Europie zmienność w ostatnich latach była większa niż w USA) to rynek europejski może być właściwym miejscem do inwestycji.
lndeks cen konsumpcyjnych w strefie euro spadł do 2%, spełniając tym samym inflacyjny cel EBC. W normalnych okolicznościach oznaczałoby to wcześniejsze zacieśnienie polityki monetarnej. Możliwe jest wiec, ze w niedalekiej przyszłości będziemy świadkami spekulacji o ukończeniu programu QE, jednak raczej nie samego podniesienia stóp procentowych.
Mario Draghi już wcześniej wspomniał, że do zmiany stóp procentowych w strefie euro inflacja musi nie tylko osiągnąć poziom 2% w średnim okresie, ale pokazać, że jest trwała i zrównoważona. W tym momencie nie możemy oczekiwać, że wkrótce nastąpią poważne zmiany w polityce monetarnej EBC. Co więcej, luźna polityka monetarna zasadniczo pomaga problematycznym krajom strefy euro, które bez niej mogłyby się borykać z dużo większymi wyzwaniami, szczególnie w sferze budżetowej.
W tym tygodniu poznalismy także wyniki szwajcarskiego PKB, który w IV kwartale ubiegłego roku spowolnił wzrost, notując jedynie o 0,1% wyższy wynik. Spowolnienie to znajduje odzwierciedlenie w kursie polskiego złotego do franka szwajcarskiego. Umacnianie się złotówki względem CHF wspiera dodatkowo stabilność w europejskiej i globalnej gospodarce.
Polska waluta w tym tygodniu umacniała się. W piątek rano kurs złotego oscylował wokół poziomu 4,29 EUR/PLN i 4,03 CHF/PLN. Kurs eurodolara zanotowany na koniec tygodnia wynosił 1,05 EUR/USD.
W ostatnich miesiącach w Polsce znacznie wzrosły ceny żywności, paliw i ubezpieczeń samochodowych. Jednak ogólny poziom inflacji w naszym kraju przez kilkanaście lat nie odbiegał wyraźnie od średniej unijnej, a niektóre produkty i usługi staniały o połowę – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Według danych Eurostatu za styczeń br. sprzedawana w Polsce żywność zdrożała o 3.6 proc. w ujęciu rocznym. Silnie wzrosły ceny m.in.: świeżych ryb (o 9.6 proc. r/r), masła (o 19 proc. r/r), owoców (o 8.7 proc. r/r), cukru (o 26.8 proc. r/r). Dużo więcej kosztuje także korzystanie z samochodu. W porównaniu do stycznia 2016 r. aż o 18.9 proc. więcej płacimy za litr diesla i 15.1 proc. więcej za benzynę bezołowiową. Większe podwyżki cen paliw w Unii odnotowano tylko w Estonii.
Pozostając przy temacie transportu, Europejski Urząd Statystyczny publikuje dane o zmianach cen ubezpieczenia komunikacyjnego dla konsumentów. W Polsce nastąpił spektakularny wzrost – 21.2 proc. r/r. To o ponad dwa razy więcej niż w drugiej na liście największych podwyżek Litwie. Co ciekawe, w innych krajach wspólnoty wzrosty cen polis komunikacyjnych były stosunkowo niewielkie, a w Bułgarii czy Portugalii doszło nawet do spadków – odpowiednio o 6.3 i 9.9 proc.
13 burzliwych lat, a my w normie
Ostatnie zmiany cen są szczególnie niekorzystne dla osób mających dochody poniżej średniej. Zwykle to ta grupa obywateli przeznacza znaczną część swoich zarobków na żywność czy transport. Obowiązkowego OC nie da się zastąpić żadnym innym produktem czy usługą, co wywołuje szczególnie negatywne skutki dla domowego budżetu.
Z drugiej jednak strony warto zwrócić uwagę, że ostatnie wzrosty cen paliw wynikają z faktu, że akurat rok temu mieliśmy ich wyraźny spadek. Natomiast bieżąca sytuacja na rynku ropy naftowej nie wskazuje, by w kolejnych kwartałach powtórzyły się blisko 100-procentowe podwyżki.
Pocieszający jest także fakt, że ceny niektórych produktów żywnościowych nie w pełni wynikają z globalnej sytuacji. To częściowo efekt lokalnych zaburzeń produkcji związanych z pogodą. W Chinach styczniowe ceny żywności wzrosły o 2.7 proc. r/r przy średniej z 5 lat na poziomie 3.8 proc. r/r, w Stanach Zjednoczonych spadły w ujęciu rocznym o 1.9 proc.
Patrząc na kwestię inflacji w dłuższym terminie, także nie powinniśmy być zbyt mocno zaniepokojeni. Od wejścia Polski do Unii w 2004 r. gospodarka światowa przeżyła poważny kryzys. Byliśmy również świadkami hossy i bessy na rynku surowców, wahania złotego były olbrzymie, a strefie euro groził nawet rozpad. Przez te burzliwe 13 lat średnioroczna inflacja w Polsce wynosiła jednak akceptowalne 2.1 proc., w Unii 1.8 proc,. a w strefie euro i Niemczech 1.6 proc.
Z naszego regionu negatywnie wyróżniają się głównie Węgry, gdzie w porównaniu z 2004 r. koszyk wydatków konsumentów jest droższy o 56 proc., co oznacza średnioroczny poziom inflacji w okolicach 3.5 proc. W rezultacie można powiedzieć, że polskie zmiany cen w długim terminie nie odbiegają od stabilnych unijnych wartości, co należy odebrać pozytywnie.
Odzież i latanie o połowę taniej
Zestawienie samych zmian cen niewiele nam mówi o faktycznej sile nabywczej konsumentów. Do pełniejszej analizy brakuje danych o wynagrodzeniach. Te jednak w Polsce przez 13 lat wzrosły z 2325 zł do 4277 zł, czyli średniorocznie o 4.8 proc. i o 2.7 pkt proc. szybciej niż ceny. Z kolei na Węgrzech przeciętna podwyżka pensji każdego roku wyniosła 5.4 proc., ale biorąc pod uwagę znaczny wzrost kosztów utrzymania (3.5 proc.), realnie było to jedynie 1.9 proc.
Często w analizach skupiamy się na kategoriach, gdzie wzrost cen wybija się ponad przeciętną. Obecnie żywność i napoje w Polsce są o 43 proc. droższe niż w 2004 r., co daje nam średnioroczny wzrost o 2.8 proc. Istnieją jednak produkty, które wyraźnie staniały przez ostatnie lata.
Do nich zalicza się przede wszystkim odzież i obuwie. Według danych Eurostat i GUS przez 156 miesięcznych odczytów inflacji tylko trzy razy powyższa kategoria osiągnęła wzrost w ujęciu rocznym. Od 2004 r. nominalny spadek cen odzieży i obuwia wyniósł 50 proc. (średniorocznie 5.2 proc.).
Nie należy zapominać, że przez 13 lat nastąpił nominalny wzrost wynagrodzeń o 84 proc. W wymiarze realnym, czyli po uwzględnieniu niższych cen i wyższych dochodów, zakup odzieży i obuwia jest o 73 proc. tańszy niż w 2004 r. Patrząc na tę kwestię z drugiej strony, przed wejściem do UE nabywanie produktów z tej kategorii stanowiło prawie czterokrotnie większe obciążenia domowego budżetu niż obecnie. Bardzo podobne spadki cen i realnych kosztów dotyczą również pasażerskiego transportu lotniczego (odpowiednio o 48.5 proc. i o 72 proc.).
Reasumując, ostatni skok cen żywności, paliw czy ubezpieczeń jest dotkliwy i stanowi poważne obciążenie dla budżetów Polaków. Istnieje jednak względnie niewielkie ryzyko, by przełożyły się on na uporczywy i pochłaniający całość przeciętnych podwyżek wynagrodzeń wzrost inflacji.
Jak wynika z analizy Biura Informacji Kredytowej, 41 proc. łącznej kwoty do spłaty spośród wszystkich kobiet posiadają panie w wieku 35–44 lat. Jest to kwota 112 mld zł. Łącznie wszystkie panie mają do spłaty 271,58 mld zł, na co składają się wszystkie rodzaje produktów kredytowych, jednak dominują kredyty gotówkowe (47 proc.). Choć kobiety są mniej ukredytowione* niż mężczyźni (47 proc. kobiet ma czynny kredyt w stosunku do 50 proc. mężczyzn), to właśnie panie – bez względu na wiek, charakteryzują się większą skłonnością do terminowego regulowania swoich zobowiązań kredytowych.
Kredyty Polek w liczbach
Na grudzień 2016 r. wśród wszystkich kredytobiorców blisko 51% to Polki (7,77 mln), które posiadały 13,42 mln czynnych produktów kredytowych, rozumianych jako kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, karty kredytowe i limity kredytowe, opiewających na łączną kwotę do spłaty 271,58 mld zł. Warto podkreślić, że kobiety lepiej od mężczyzn radzą sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań – spośród 1,29 mln kredytobiorców opóźniających się ponad 90-dni ze spłatą kredytu, kobiety są w mniejszości, stanowiąc 45%. Spośród 13,42 mln posiadanych przez Polki produktów kredytowych prawie połowa (47%) to kredyty konsumpcyjne o wartości do spłaty 63 mld zł (23% udział w łącznej kwocie do spłaty). Z kolei, z tytułu zaciągniętych kredytów mieszkaniowych do spłaty pozostaje paniom prawie 73% łącznej wartości zadłużenia – 198,85 mld.
– Naturalnym zjawiskiem, występującym równolegle na rynku kredytowym jest z jednej strony wysoki udział kredytów konsumpcyjnych, dominujących pod względem liczby, a z drugiej – kredytów mieszkaniowych, wyróżniających się w zakresie wartości – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK.
– Kredyty konsumpcyjne zaciągane są w związku z finansowaniem zakupów sprzętu RTV, AGD, samochodów oraz finansowania innych bieżących potrzeb związanych z codziennym życiem. Średnia kwota zaciąganego kredytu konsumpcyjnego w 2016 r. wynosiła 10 956 zł. Natomiast decyzja o zakupie nieruchomości jest bardzo poważną decyzją, na lata. Często zakup nieruchomości jest wspierany wysokim długoterminowym kredytem bankowym (średnia wartość zaciąganego kredytu mieszkaniowego w 2016 r. wynosiła 214,3 tys. zł), zaciąganym zazwyczaj z partnerem. Ponadto warto zwrócić uwagę na to, że kredyty konsumpcyjne zaciągane są często przez pojedynczych kredytobiorców, a w przypadku kredytów mieszkaniowych dominuje dwóch lub więcej współkredytobiorców.
Finansowy portret współczesnej Polki
Analizując przekrój wiekowy Polek posiadających czynny produkt kredytowy, można zauważyć duże zróżnicowanie. Najbardziej ukredytowione są panie wieku 35 – 44 lata – sześć na dziesięć kobiet w tym wieku posiada czynny produkt kredytowy. One też posiadają najwięcej produktów kredytowych o łącznej wartości do spłaty 112,00 mld zł., co stanowi 41 proc. wśród populacji kobiet. Średnia kwota do spłaty przypadająca na tę grupę kobiet wynosi 65 596 zł.
– Na taką strukturę ukredytowienia wpływ ma kilka czynników, m.in. wiek określający najwyższą aktywność zawodową, a tym samym najwyższe dochody. Ponadto w tym wieku występują największe potrzeby konsumpcyjne, choćby związane z utrzymaniem rodziny, oraz mieszkaniowe – tłumaczy prof. Waldemar Rogowski z BIK. – Warto podkreślić, że grupa ta charakteryzuje się terminowym regulowaniem swoich zobowiązań – udział kredytów opóźnionych w tej grupie wynosi ok. 6,7 proc., podczas gdy młodsze koleżanki w wieku 18-24 lata mają udział w opóźnieniach bliski 10 proc. a nieco starsze ( 45 – 54 lata) 7,0 proc.
Cechującą kobiety większą dbałość o terminowe regulowanie zobowiązań niż mężczyzn, potwierdzają także dane z analiz Biura Informacji Gospodarczej – BIG InfoMonitor. Liczba kobiet posiadających zaległe zobowiązania wynosi 601,5 tys. i jest o 463,2 tys. niższa niż liczba dłużników płci męskiej. Średnie zaległości kobiet, notowane w BIG InfoMonitor to 17 619 zł, są to przeważnie niespłacone pożyczki, nieuregulowane rachunki za usługi telekomunikacyjne, rachunki za media oraz opóźnione raty kredytów.
– Na liście rekordzistów pod względem zadłużenia, sporządzanej dla poszczególnych województw, były do niedawna dwie kobiety – mówi Halina Kochalska, rzecznik BIG InfoMonitor. Jednak, jak wynika z ostatniego Raportu InfoDług, do niechlubnego grona rekordzistów dłużników dołączyła trzecia pani. Jest to 43-letnia mieszkanka regionu dolnośląskiego z długiem na ponad 21 mln zł. – dodaje rzeczniczka BIG-u.
Predyspozycje w zarządzaniu
Współczesne kobiety są aktywne, odważne i otwarte na nowe pomysły i wyzwania. Dlatego coraz częściej nie boją się realizować swoich planów zawodowych, obejmując ważne stanowiska na równi z mężczyznami. Jednak, jak potwierdzają liczne badania, poważna różnica w rozwoju zawodowym obu płci dotyczy uwarunkowań życia rodzinnego i obowiązków opiekuńczych wobec małych dzieci. Kobiety muszą godzić te role i jeśli nie podejmują wyzwania w postaci własnego biznesu czy kontynuacji pracy zawodowej, to przejmują odpowiedzialność za rodzinę i dom, przejmując zarządzanie domowym budżetem oraz skrupulatnie planując wydatki.
Kobiety zdecydowanie częściej deklarują, że panują nad swoimi wydatkami oraz dokładnie wiedzą co się dzieje z ich pieniędzmi. Przykładem może być wynik badania opinii przeprowadzonego przez TNS*, w którym aż 61 proc. kobiet potwierdziło, że stosuje zasadę opłacania najważniejszych rachunków zaraz, jak tylko pojawią się środki na koncie, podczas gdy w ten sposób postępuje tylko 51 proc. mężczyzn. Ponadto panowie przyznali, że takie rzeczy jak opłaty zostawiają na koniec miesiąca, a swoich wydatków nie planują dokładnie. Tymczasem prawie połowa kobiet twierdzi, że skrupulatnie planuje swoje wydatki, natomiast wśród mężczyzn odsetek ten wynosi jedynie 38 proc.
Zróżnicowanie regionalne
BIK przeanalizował również poziom ukredytowienia kobiet w poszczególnych regionach Polski. Statystycznie najbardziej ukredytowione są panie w rejonie północno-zachodnim kraju, w województwach dolnośląskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim i lubuskim – w tym ostatnim aż 52 proc. mieszkanek posiada czynny produkt kredytowy. Natomiast największą wartość do spłaty mają mieszkanki województwa mazowieckiego. Przypada na nie prawie ¼ wartości łącznej kwoty kredytów wszystkich Polek posiadających zobowiązania kredytowe. Interesująca jest także obserwacja, że 65% kobiet z województwa mazowieckiego mieszka w aglomeracji warszawskiej a przypada na nie 85% kwoty do spłaty mieszkanek Mazowsza i aż 20% kwoty do spłaty wszystkich Polek.
– Tak duży udział w wartości łącznej kwoty do spłaty mieszkanek Mazowsza wynika głównie z posiadanych przez nie kredytów mieszkaniowych na wyższe kwoty, co natomiast jest determinowane cenami nieruchomości szczególnie w stolicy, gdzie średnia cena m2 oferowanej przez dewelopera nieruchomości w Warszawie wynosiła w 2016 r. powyżej 8 tys. zł. – wyjaśnia prof. Rogowski .
* Ukredytowienie – relacja liczby osób posiadających czynne zobowiązanie kredytowe z danego przedziału wiekowego, województwa, wielkości miejscowości w stosunku do liczby dorosłych osób z danego przedziału wiekowego, województwa, wielkości miejscowości.
** Opracowanie na podstawie danych TNS, 25.02.2015 r. z Audytu Bankowości Detalicznej Q3 i Q4 2014 r. dla Biura Informacji Kredytowej.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., poinformowała o wejściu do jej akcjonariatu nowego inwestora – Pana Adama Łanoszki. Spółka konsekwentnie realizuje przyjęty plan rozwoju całej Grupy Kapitałowej.
Emitent poinformował o przekroczeniu progu 10% głosów na jego WZA przez Pana Adama Łanoszkę. Po dokonanych transakcjach posiada on obecnie 887.630 szt. akcji Spółki, stanowiących 17,96% udziału w jej kapitale zakładowym oraz 12,00% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Zarząd Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. liczy, że oprócz zaangażowania kapitałowego będzie mógł również współpracować z nowym Akcjonariuszem na poziomie operacyjnym, wykorzystując jego doświadczenie rynkowe, co pozwoli na jeszcze bardziej dynamiczny rozwój Spółki.
„Zarząd jest zadowolony ze współpracy z Panem Adamem Łanoszką, akcjonariuszem posiadającym doświadczenie w branży windykacyjnej w tym w sektorze B2B i jednocześnie dużą znajomość rynku finansowego, która jest dla nas ogromną wartością. Nasza Spółka oprócz działalności windykacyjnej i prawnej zamierza rozwijać w coraz większym zakresie usługi finansowania wierzytelności, czyli mikrofaktoringu wykupu wybranych wierzytelności B2B, zaliczkowej windykacji itp. Rozwój tych usług zapewni dywersyfikację przychodów Spółki i ich dalszy wzrost. Liczymy, że nawiązana współpraca zapewni Spółce dostęp do finansowania, co przełoży się z kolei na wzrost jej wartości, co jest celem wszystkich inwestorów.” – komentuje Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
„Swoją decyzję o inwestycji w Kancelaria Prawna–Inkaso WEC S.A. podjąłem po szczegółowej analizie fundamentalnej Spółki, jak i branży, w której ona funkcjonuje. Doceniając kompetencje i fachowość Zarządu przy sprzyjającej sytuacji makroekonomicznej zjawisk gospodarczych występujących w kraju, perspektywa rozwoju dla Spółki daje uzasadnione podstawy do optymizmu (przy modelu inwestycji długoterminowej). Będę wspomagał i wspierał Spółkę w segmencie finansowym, który zapewni swoisty bufor bezpieczeństwa do rozwijania nowych usług, niezbędnych dla jej dalszego dynamicznego rozwoju. Jako akcjonariusz mniejszościowy w pełni akceptuję strategię i politykę dywidendową przyjętą przez Spółkę, która czyni ją jeszcze bardziej transparentną i wiarygodną w oczach inwestorów lokujących środki na rynku NewConnect. Uważam, że obecna wycena Spółki przy rozwijaniu przyjętego modelu biznesowego daje akcjonariuszom dużą przestrzeń do osiągnięcia satysfakcjonującej stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału.” – ocenia Adam Łanoszka.
Spółka zanotowała w 4 kw. 2016 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w kwocie 119 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 1.505 tys. zł. Z kolei w całym 2016 r. zysk netto Grupy Kapitałowej Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. sięgnął ponad 541 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 5.637 tys. zł. Emitent poprawia swoje wyniki finansowe dzięki skutecznej realizacji strategii rozwoju oraz konsekwentnemu zwiększaniu sprzedaży usług mikrofaktoringu, a także realizowaniu zakupów wybranych wierzytelności z sektora B2B. W listopadzie 2016 r. Spółka przeprowadziła emisję obligacji serii A, z której pozyskała środki w wysokości 823 tys. zł. Pozyskane środki są przeznaczane na rozwój nowej usługi – mikroFaktoring WEC.
Ponad 20 mld zł wydano w ubiegłym roku na nowe „M” nad Wisłą. Duży udział mieli w tym nabywcy inwestycyjni, którzy nadal mocno zaznaczają swoją obecność. Wiele więc wskazuje na to, że 2017 r. zamknie się z podobnym wynikiem.
Według REAS, w ubiegłym roku kwota transakcji zawieranych na pierwotnym rynku nieruchomości w głównych polskich miastach wyniosła 24,5 mld zł. Bez nabywców inwestycyjnych suma ta była by znacznie niższa. – Świadczą o tym dane NBP na temat gotówkowych zakupów nowych lokali w 7 miastach. Choć dotychczasowe statystyki obejmują jedynie za 3 kwartały 2016 r., wynika z nich, że Polacy wydali na nowe lokale aż 10,4 mld zł gotówki, o ponad 30 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Idąc tym tropem, można zaryzykować stwierdzenie, że w całym 2016 r. Polacy mogli wydać na nowe mieszkania nawet 14-15 mld zł. To oznacza, że większa część rekordowego wyniku zanotowanego przez REAS jest zasługą właśnie zakupów za pieniądze wyciągnięte ze „skarpet” – zauważa Bartosz Turek, analityk Open Finance.
I w tym roku deweloperzy dalej powinni chwalić się dobrą sprzedażą mieszkań, dzięki nabywcom inwestycyjnym – Moim zdaniem 2017 r. może być równie dobry jak poprzedni rok. Nadal rośnie popularność najmu na rynku, a nowe mieszkania w dobrych lokalizacjach szybko znajdują najemców, co przyciąga inwestorów – zapewnia Marcin Krasoń, analityk rynku nieruchomości Home Broker. Dodaje jednak, że ta passa deweloperów nie będzie trwać wiecznie. W pewnym momencie rynek się nasyci lub sytuacja zmieni się na tyle, że popyt spadnie i część firm może mieć kłopot z upłynnieniem wybudowanych mieszkań.
Bez załamania popytu
Jak zauważa Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl, inwestycje mieszkaniowe były w ostatnich latach jedyną rozsądna alternatywą dla lokowania nadwyżek finansowych co bardziej zasobnych rodaków. Teraz realia się zmieniają: giełda powraca z niebytu, strumień kapitałów płynie na rynek kapitałowy i do TFI. Kwestią czasu są też podwyżki stóp procentowych i oprocentowania lokat – Stąd też w najbliższych miesiącach należy oczekiwać stopniowego osłabiania tendencji zakupów inwestycyjnych mieszkań, jednak bez cech załamania tego typu popytu – prognozuje Jarosław Jędrzyński.
Również program „Mieszkanie Plus”, który ma dostarczyć na rynek tanie lokale na wynajem, może do zahamować dzisiejsze zapędy inwestycyjne. – Ale czy tak się stanie i w jakim stopniu inwestorzy odczują wpływ tego programu, przekonamy się najwcześniej za 2-3 lata, gdy na rynku najmu zaczną się pojawiać „rządowe” budynki. Poza tym, projekty realizowane w ramach „Mieszkania Plus” mają szansę na powodzenie raczej na obrzeżach dużych aglomeracji lub w mniejszych miejscowościach czyli lokalizacjach, które raczej nie wzbudzają szczególnego zainteresowania inwestycyjnego – przekonuje Ewa Kumorek-Fedor, dyrektor zarządzający w Value Communication, wyspecjalizowanej m.in. w obsłudze firm z branży nieruchomości.
Bartosz Turek, wskazując na spodziewane podwyżki stawek WIBOR oraz na ilości środków, które mogą trafić na rynek z dopłat w ramach MdM, szacuje, że całkowite przychody w 2017 roku będą o kilka procent niższe niż w 2016 r.
Lokum w pakiecie
W jakie mieszkania dziś celują inwestorzy? – Niezmiennie największym zainteresowaniem cieszą się oferty „popularne”, czyli relatywnie nieduże, np. dwupokojowe o powierzchni 40-45 mkw. lub „trójki” liczące 50-55 mkw. Tak jest w każdym dużym mieście. Lokale takie są dobrym rozwiązaniem zarówno dla singli, młodych par, w mieszkaniu takim zmieści się też rodzina z dzieckiem. Statystyczny klient zwraca uwagę przede wszystkim na cenę i lokalizację. Oczywiście nie znaczy to, że nie sprzedają się mieszkania luksusowe, ale to cena mieszkania jest kluczowa – wyjaśnia Marcin Krasoń.
Ewa Kumorek-Fedor dodaje, że lokale o dobrych, kompaktowych rozkładach, w atrakcyjnych lokalizacjach i rozsądnie wycenione, często znikają z oferty dewelopera jeszcze przed wbiciem pierwszej łopaty w ziemię. Kupują je przede wszystkim właśnie inwestorzy, uzyskując przy tym kilku – kilkunastoprocentowe upusty. Coraz większym zainteresowaniem na rynku pierwotnym cieszą się również zakupy pakietowe – inwestorzy podpisują umowy na kilka a czasem nawet kilkanaście mieszkań i to w jednym projekcie. – W zeszłym roku mieliśmy np. transakcję 20 mieszkań kupowanych przez jednego inwestora na jednym projekcie Manufaktura Stare Miasto francuskiego dewelopera w Poznaniu, Oczywiście tych, którzy dysponują tak dużymi środkami jest niewielu, więc znacznie więcej transakcji inwestycyjnych dotyczy kupowania pojedynczych mieszkań – zauważa Bartosz Jankowski, dyrektor rynku pierwotnego w Home Broker. Zwraca też uwagę na inny trend: Od ubiegłego roku nasila się popularność grupowych zakupów. – W takiej sytuacji łączymy zwykle kilkunastu, kilkudziesięciu chętnych z deweloperem pragnącym zrobić szybką przedsprzedaż na projekcie. Do zakontraktowania dochodzi szybko bo zwykle 10-20 proc. mieszkań jest niezbędnych do uruchomienia kredytu inwestycyjnego z banku. Takie grupowe transakcje realizujemy praktycznie w każdym miesiącu i dotyczą największych miast w Polsce. Sądzę, że ta tendencja będzie również w 2017r. – prognozuje Bartosz Jankowski.
Z drugiej strony, do nabywców inwestycyjnych coraz częściej dociera, że zakup mieszkania na wynajem nie jest bezobsługowym rozwiązaniem porównywalnym do bankowej lokaty. – Aby na wynajmie zarobić 2-3 razy więcej niż na depozycie, potrzebny jest nakład pracy właściciela. Mieszkanie trzeba przecież kupić, wykończyć, wyposażyć, znaleźć najemcę, monitorować jego stan, rozliczać i reagować na awarie. Popularnością cieszą się więc nie tylko zwykłe mieszkania na wynajem, ale też lokale użytkowe jako mniej wymagające i uważane za kolejny stopień wtajemniczenia w rynek wynajmu nieruchomości, a także nieruchomości zarządzane (condohotele) i sama usługa zarządzania wynajmem, w której to zewnętrzna firma za część comiesięcznego przychodu zajmie się wszystkimi formalnościami – opowiada Bartosz Turek.
Nowoczesne gry mobilne wykorzystują dwa modele monetyzacji. „Free to play” jest pierwszym z nich, gdzie gracz nic nie musi płacić za grę. Może przez jakiś czas – nawet długi – korzystać z danej gry. Oczekując czegoś ekstra od gry – np. sprezentowania innym graczom nowej zbroi lub lepszej broni – musi zacząć wydawać pieniądze. Drugą metodą monetyzacji jest popularny model reklamowy – gracz gra za darmo, ale pojawiają się reklamy, bez obejrzenia których nie ma możliwości kontynuowania rozgrywki. Może to być również sposobem na uzyskanie dodatkowej waluty w grze. Najważniejsze jest, aby gracz obejrzał reklamę. Starszym modelem – sprawdzającym się w niszowych aplikacjach – jest model premium. Przy tym modelu monetyzacji z góry płacimy za całą aplikację, bez dokupowania w przyszłości elementów do niej. Deweloperom w takim przypadku nie zależy na jak największej ilości czasu spędzonego gracza przy ich produkcie.
– Model premium ma sens wyłącznie przy odpowiednio dobrym produkcie i przy wsparciu platform takich, jak Google Play i iTunes – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Mularczyk, prezes i założyciel MythicOwl – Sytuacja polskich deweloperów jest słabsza ze względu na utrudniony kontakt z platformami, które nie skupiają się na polskim rynku. Nie jest niemożliwa współpraca naszych producentów z platformami, lecz deweloper z Anglii może mieć łatwiejszy do nich dostęp. Dobrym sposobem rozprzestrzeniania informacji o produkcie są konferencje i spotkania branżowe. Od zeszłego roku MythicOwl aktywnie uczestniczy w tego typu wydarzeniach, starając się pokazywać swoje projekty i zainteresować nimi prasę oraz platformy – powiedział Mularczyk.
Rynek akcji wreszcie zaczął się przejmować tym, że Fed może być bardziej agresywny w podwyżkach stop procentowych w tym roku, przez co inwestorzy stracili zaufanie do ryzykownych aktywów. Dziś uwaga skupia się na wystąpieniu prezes Fed Yellen, która powinna podtrzymać wysokość szanse na podwyżkę w marcu. Jednak kluczowym pytaniem dla rynków jest, co Fed zrobi dalej?
Różnica między zachowaniem rynków wczoraj, a w poprzednich dniach, jest taka, że na siłę dolara odpowiedział rynek akcji, co pociągnęło za sobą awersję do innych ryzykownych aktywów. Wcześniej rynek akcji wykazywał względną odporność na zaostrzenie tonu Fed i wzrost oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych. Brało się to z tego, że dla rynków finansowych kompletnie nie ma znaczenia, czy kolejna podwyżka będzie miała miejsce w marcu, maju lub czerwcu pod warunkiem, że perspektywy dla łącznej liczby ruchów do końca roku nie ulegną zmianie. Od początku roku wycena rynku stopy protonowej wskazuje dyskontowanie trochę ponad dwóch podwyżek w tym roku (teraz ok. 65 pb). Jednak jeśli Fed dokona podwyżki w marcu i pozostanie jastrzębi na przyszłość, rynek przestawi swoje oczekiwania na 3-4 podwyżki po 25 pb do końca roku. Te korekta oczekiwań pociągnie w górę rentowności obligacji skarbowych USD, co będzie ciosem dla walut surowcowych i walut rynków wschodzących. Biorąc pod uwagę, że stopniowo gaśnie euforia związana z oczekiwaniami ekspansji fiskalnej administracji Trumpa, możemy dostać mieszankę, która przyniesie ostudzenie rynku akcji. Nie mówimy tutaj o głębokiej przecenie, ale zdrowej korekcie przegrzanego rynku. Przecież spadek S&P500 o 0,6 proc. w czwartek nie oznacza jeszcze całkowitego zwrotu w nastawieniu inwestorów. Jednak wydaje się, że z obecnego położenia będzie łatwiej stworzyć atmosferę risk-off, niż budować pozytywny sentyment.
Jak w tym klimacie zostanie odebrane dzisiejsze przemówienie prezes Fed Yellen (a także wystąpienie wiceprezesa Fischera)? Przy wyśrubowanych oczekiwaniach względem marcowej podwyżki (88 proc.) są minimalne szanse, aby Yellen jeszcze bardziej je wzmocniła. Jednocześnie byłoby bez sensu, gdyby miała zaprzeczać sygnałom wysyłanym w tym tygodniu przez innych członków FOMC. Powinniśmy usłyszeć, że ruch w marcu pozostaje opcją i nakreślona ścieżka trzech podwyżek do końca roku jest zasadna przy obecnym stanie gospodarki. Wpływowe dla rynków będzie, na ile Yellen rozbudzi debatę o bardziej stromej ścieżce polityki monetarnej w kolejnych miesiącach i latach. Jeśli pojawią się komentarze, że ambitna ekspansja fiskalna otwiera drogę do szybsze zacieśniania, USD dostanie solidny wiatr w żagle na koniec tygodnia.
Przebieg piątkowego handlu odbędzie się pod dyktando wyczekiwania przemówienia Yellen o 19:00 i obserwacji zachowanie rynków akcji w Europie i USA.
Jeśli indeksy giełdowe nie podniosą się, w inwestorach bezie narastać wątpliwość, że korekta czyha za rogiem i samospełniające się prognoza pociągnie risk-off dalej. W takim wypadku będzie trudno o silniejsze wzrosty USD/JPY, za to AUD i NZD będą dalej się osuwać. EUR/USD dalej szanuje kluczowy opór blisko 1,05, co jednak jednocześnie czyni go nudną parą. GBP/USD zatrzymał spadki przed 1,2250, ale słabszy PMI dla usług może być idealnym pretekstem, by pociągnąć funta niżej. Po południu ISM dla usług z USA ma pozostać ponad 56 pkt – zdrowy poziom, choć dla USD dziś raczej drugorzędny (może za to pokrzepić Wall Street).
Firmy nie radzą sobie z wykrywaniem incydentów bezpieczeństwa. Przedsiębiorcy identyfikują bardzo mało cyberataków. 83% badanych przedsiębiorstw w ciągu roku wykryło od zera do pięciu incydentów. Dwie trzecie ankietowanych firm uważa, że pracownicy są najsłabszym ogniwem organizacji pod względem podatności na cyberataki, ale z drugiej strony zbyt mało uwagi przykładają do szkoleń – wynika z badania EY, Chubb i CubeResearch „Cyberbezpieczeństwo firm”.
Podatność na cyberataki
W minionych 12 miesiącach osiem na dziesięć firm zanotowało od zera do pięciu znaczących incydentów naruszenia bezpieczeństwa. Jedna na dziewięć firm padła ofiarą cyberataków od pięciu do dziesięciu razy. 6% badanych doświadczyło więcej niż 10 incydentów.
Najczęściej wskazywano ataki malwarowe (68% badanych), działania pracowników (44%) oraz utratę danych z powodu awarii sprzętu (39%). Te incydenty są zdaniem respondentów także największymi zagrożeniami dla ich firm.
– Wyniki wskazują, że firmy nie radzą sobie z wykrywaniem ataków. Organizacje identyfikują bardzo mało incydentów, a wśród tych wykrytych dominują łatwe do zaobserwowania takie jak infekcja ransomware czy utrata danych w wyniku awarii. Pojawia się obawa czy brak poczucia zagrożenia nie wynika właśnie z braku możliwości zaobserwowania incydentów bezpieczeństwa – mówi Aleksander Ludynia, Doświadczony Menedżer w Zespole Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY. – Wciąż zdarza się, że słyszymy, że danej firmy „cyberataki nie dotyczą”. Warto się wtedy zastanowić czy tak faktycznie jest, czy też może dana firma jest już ofiarą cyberprzestępców, ale jeszcze o tym nie wie – dodaje Tomasz Dyrda, Dyrektor w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY.
Człowiek najsłabszym ogniwem
Dla większości badanych przedsiębiorstw, najsłabszym ogniwem w kontekście bezpieczeństwa organizacji jest nie sprzęt, oprogramowanie czy procedury, lecz człowiek – pracownik firmy. Takiego zdania jest aż 64% respondentów. – Badanie pokazuje, że przeszkolenie z zakresu bezpieczeństwa IT, przyjęcia na siebie odpowiedzialności za przestrzeganie zasad (przecież podpisaliśmy procedurę bezpieczeństwa) i odświeżanie wiedzy nie wystarcza. Listy trywialnych haseł, pokazujące ignorowanie podstawowych zasad ich tworzenia, lekceważenie zaleceń i procedur szyfrowania danych, otwieranie maili phishingowych – to tylko ułamek błędów, które popełniają ludzie, a jednocześnie użytkownicy urządzeń i systemów IT – ostrzega Tomasz Dyrda. – Pracownicy firm ciągle darzeni są sporym zaufaniem swoich pracodawców. Dodatkowo wiele ataków prowadzonych jest za pomocą przejętych kont administratorów, dlatego także ich działania powinny podlegać szczególnej kontroli i monitorowaniu – uważa Aleksander Ludynia. Na dalszych miejscach wśród przyczyn cyberzagrożeń, znaleźli się przestępcy komputerowi – wymieniani przez ponad połowę respondentów (57%), oraz przestarzałe oprogramowanie (40%).
Zabezpieczenia z XX wieku
Mimo nasilającego się zagrożenia ze strony cyberprzestępców i coraz większej liczby udanych ataków, firmy opierają swoją obronę na technologiach stworzonych w latach 80-tych ubiegłego wieku. Jak wynika z badania EY, Chubb i CubeResearch „Cyberbezpieczeństwo firm” są to przede wszystkim programy antywirusowe (93%) i zapory ogniowe (89%). Popularność́ innych sposobów zabezpieczenia w badanych firmach nie przekroczyła jednej trzeciej. – Wiele firm wskazuje, że boryka się z incydentami polegającymi na utracie danych, co może prowadzić do wniosku, że firmy nie radzą sobie również z tworzeniem kopii zapasowych kluczowych zasobów informatycznych. Patrząc na wyniki badania wydaje się, że konieczne są intensywne zmiany w podejściu polskich firm do kwestii bezpieczeństwa systemów informatycznych – mówi Aleksander Ludynia, Doświadczony Menedżer w Zespole Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY.
Kiedy już zaatakują…
Zaledwie 7% firm posiada system informowania o incydentach, działający w trybie 24/7/365, do którego podłączone są wszystkie istotne systemy teleinformatyczne. Aż 43% firm nie posiada żadnego systemu ostrzegania. Bodźcem do bardziej intensywnych działań w obszarze bezpieczeństwa IT jest atak hakerski. W sytuacji kryzysowej, zarząd firmy widzi na bieżąco jak skuteczne są plany reakcji i struktury odpowiedzialne za bezpieczeństwo IT. Badania w tym obszarze nie nastrajają optymistycznie. – Niestety, w wielu przypadkach ataki są skuteczne – czy to działania socjotechniczne (ostatnio popularna fala ataków „na prezesa”), wymuszenia okupu (ransomware), czy też ukierunkowane działania hakerów. Firmy ponoszą realne straty i dopiero po takim „zimnym prysznicu” następuje refleksja i próba zrozumienia, w jaki sposób i z kim działać, żeby w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji – mówi Grzegorz Idzikowski, Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY. – Jedynie co ósma firma ma zarówno odpowiedni plan oraz zespół i może sprawnie koordynować działania w obliczu zagrożenia – dodaje.
Lepiej zapobiegać niż leczyć
Chociaż firmy zdają sobie sprawę ze znaczenia ludzi dla bezpieczeństwa całego systemu, niewiele z tą wiedzą robią. Okazuje się, że aż 41% pracowników nie uczestniczyło w żadnym szkoleniu na temat bezpieczeństwa w sieci, a w prawie jednej trzeciej badanych firm nie ma procedury postępowania w sytuacji zagrożenia cybernetycznego.
Aż trzy czwarte respondentów badania EY, Chubb i CubeResearch „Cyberbezpieczeństwo firm”stwierdziło, że przeprowadziło w firmie testy bezpieczeństwa, wprawdzie jedynie co piąta firma (21%) zrobiła to w ciągu ostatniego roku, ale wynik ten można uznać za wysoki. Jednak samo wykonanie to tylko pierwszy etap, na którym większość badanych się zatrzymuje. Tylko 15% firm twierdzi, że wnioski z audytu zostały wdrożone w życie.
Innym sposobem zapobiegania konsekwencjom finansowym incydentów bezpieczeństwa jest transfer części ryzyka na ubezpieczyciela. – W procesie transferu ryzyka sprawdzane są zasady bezpieczeństwa informatycznego, zarzadzania ryzykiem i tzw. higiena informatyczna firmy – twierdzi Marta Paruch z CHUBB. – Mimo że polisa ubezpieczeniowa nie jest remedium na wszelkie problemy, ma możliwość zmniejszenia ponoszonych przez firmę konsekwencji. Ubezpieczyciel może bowiem wziąć „na siebie” część ryzyka poprzez pokrywanie kosztów prawników w przypadku roszczeń pokrzywdzonych w związku z ujawnieniem ich danych niezgodnie z przepisami prawa wraz z zapłatą kar administracyjnych nałożonych przez organy regulacyjne, kosztów doradców PR i informatyków śledczych – dodaje.
O badaniu
Autorami badania „Cyberbezpieczeństwo firm” są konsultanci CubeResearch, EY oraz Chubb. Badanie składało się z dwóch części – badania zasadniczego, gdzie na zadane pytania odpowiadały osoby na co dzień zajmujące się problematyką cyberbezpieczeństwa firm oraz badania dodatkowego zrealizowanego na pracownikach firm. Badanie zasadnicze zrealizowano w listopadzie 2016 na próbie 350 firm. Badanie dodatkowe zrealizowano na próbie 500 pracowników zatrudnionych w polskich firmach.
Michał Stanek Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej źródło: AgioFunds TFI S.A.
Mimo że koniec miesiąca stał pod znakiem spadków, sygnalizujących możliwość wejścia rynku akcji w fazę realizacji zysków, luty należał pod wieloma względami do najbardziej udanych dla byków miesięcy w ostatnim czasie i przyniósł wiele pozytywnych sygnałów, świadczących o trwałym charakterze wzrostowej tendencji, rozpoczętej w połowie ubiegłego roku.
WIG20 nie tylko po raz kolejny znalazł się w gronie najlepiej zachowujących się wskaźników na świecie, ale jeszcze umocnił swoją w nim pozycję, ustępując pod względem skali zwyżki nieznacznie jedynie indeksom giełd w Kijowie i Bukareszcie. Sięgająca 6,5 proc. dynamika wzrostu naszego wskaźnika okazała się niemal czterokrotnie wyższa niż średnia dla rynków wschodzących. Prawie 5 proc. korekcyjny spadek, zanotowany w ostatnich dniach lutego jest w tym kontekście zjawiskiem zupełnie naturalnym, a jego impet nie powinien specjalnie zaskakiwać. Warto zauważyć, że przed jego wystąpieniem WIG20 zyskiwał od początku lutego 10 proc., co dawało najlepszy miesięczny wynik od lipca 2009 r. Indeks wrócił jednocześnie do obszaru konsolidacji, w której utrzymywał się od połowy 2012 do połowy 2015 r. i wiele wskazuje, że po przejściowym ochłodzeniu nastojów, nie zadowoli się przebywaniem w okolicach jego dolnego ograniczenia, lecz podejmie próbę kontynuacji ruchu w górę. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że sprzyjające okoliczności techniczne mają szanse otrzymać solidne wsparcie ze strony poprawiających się czynników makroekonomicznych. Z tego ostatniego punktu widzenia, nieprzypadkowa zdaje się być korelacja ze wspomnianym wskaźnikiem z Rumunii, czyli kraju przodującego na naszym kontynencie pod względem dynamiki wzrostu gospodarczego. Wszystko wskazuje na to, że globalny kapitał zaczął dostrzegać atuty i potencjał naszego regionu, w tym jego względną odporność na ewentualne niekorzystne zjawiska, jakie mogą pojawić się w przypadku pozostałych przedstawicieli emerging markets.
Fundamentalne uzasadnienie dla poprawy sytuacja na warszawskim parkiecie można też dostrzec obserwując zachowanie wskaźników branżowych. W lutym liderem wzrostów były spółki paliwowe, korzystające częściowo z dobrej koniunktury na rynku surowca, częściowo zaś z efektów zmian ograniczających szarą strefę, przekładających się wyraźnie na poprawę wyników finansowych spółek. Mocną pozycję utrzymywał też WIG Budownictwo, dyskontujący perspektywę ożywienia w inwestycjach, w tym głównie związanych z projektami współfinansowanymi ze środków Unii Europejskiej. Warto zwrócić uwagę, że w przypadku tego wskaźnika, który od początku roku zyskał już prawie 20 proc., korekta z ostatnich dni lutego przybrała formę ruchu bocznego, co świadczy o tym, że inwestorzy niechętnie pozbywali się walorów firm, o których wiadomo, że mają szansę na osiąganie dobrych wyników w horyzoncie najbliższych dwóch-trzech lat. Z rosnącej siły i poprawiających się nastrojów konsumentów zaczynają korzystać spółki z branży odzieżowej, które wcześniej nie zachwycały ani wynikami finansowymi, ani zachowaniem kursów akcji. Nieźle radziły sobie także WIG Banki i WIG Energetyka, w przypadku których rolę odgrywały zarówno perspektywy poprawy koniunktury, jak i aktywność kapitału zagranicznego.
Choć wszystko wskazuje na to, że ten ostatni czynnik był w ostatnim czasie głównym motorem zwyżek na naszym parkiecie, i że za jego sprawą możemy być narażeni na większą zmienność, w związku z prawdopodobnymi wahaniami nastrojów na światowych giełdach, coraz więcej sygnałów świadczy o rosnącej aktywności rodzimych inwestorów. Świadczą o tym dane dotyczące zwiększonych napływów pieniędzy do akcyjnych funduszy inwestycyjnych, czy ostatnie dane GPW, mówiące o pierwszym od dłuższego czasu wzroście udziału w obrotach graczy indywidualnych. Potwierdzeniem tej tezy może być także zachowanie się indeksu najmniejszych spółek, czyli segmentu uchodzącego za domenę krajowych graczy indywidualnych. W jego przypadku widoczny jest zarówno trwający od początku roku wzrost wolumenu obrotów, jak i brak oznak pogorszenia się nastrojów w ostatnich dniach lutego. Wzrost zaangażowania krajowego kapitału, szukającego wyższych zysków w warunkach utrzymujących się rekordowo niskich stóp procentowych, a jednocześnie nasilającej się inflacji, może być czynnikiem jeśli nie przesądzającym o kontynuacji hossy, to z pewnością elementem jej sprzyjającym.
Wypożyczalnie miejskich samochodów w systemie car-sharingu są na świecie coraz popularniejsze. Jedno takie auto może zastąpić kilkanaście prywatnych. Szacuje się, że liczba osób korzystających z takich rozwiązań przekroczy w 2025 roku 36 mln. Pierwsze wypożyczalnie powstają też w Polsce. W drugiej połowie 2017 roku usługa powinna ruszyć w Warszawie. System ma liczyć początkowo ok. 300 pojazdów.
– Potencjał rozwoju rynku warszawskiego jest co najmniej kilkukrotny. Ale oczywiście to mieszkańcy muszą pokazać, jak istotny jest dla nich car-sharing i w jakim stopniu warto rozwijać ten system – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Jeż, dyrektor ds. rozwoju BikeU, spółki z Grupy Egis, która wspólnie z Communauto i Grupą PSA chce stworzyć samoobsługowy system wypożyczalni samochodów w Warszawie.
Instytucja car-sharingu staje się coraz popularniejsza. Z danych Frost & Sullivan wynika, że liczba abonentów korzystających z tego typu przedsięwzięć wzrośnie z 7,9 miliona w 2015 roku do ponad 36 milionów w 2025 roku, a liczba pojazdów ze 112 tys. do 427 tys. Choć w Polsce samoobsługowe wypożyczalnie samochodów są jeszcze stosunkowo mało znane, to ich liczba powoli rośnie. Car-sharing działa już w Krakowie i Wrocławiu. W II połowie tego roku wypożyczalnia powinna ruszyć także w Warszawie – władze miasta prowadzą dialog negocjacyjny między innymi z Grupą Egis, Communauto i Grupą PSA, które dzięki doświadczeniu z innych rynków mają możliwość szybko i sprawnie wdrożyć projekt w stolicy.
– System car-sharingu powinien zapewnić szeroki wachlarz taryf dla mieszkańców tak, aby można było z samochodu skorzystać zarówno w krótkoterminowych wypożyczeniach, jak i w przypadku wyjazdów na większe zakupy czy spędzenia czasu z rodziną poza miastem. To nie ma być system do krótkich przejazdów, ale system, który ma motywować użytkownika do pozostawienia lub rezygnacji z własnego samochodu – tłumaczy Marcin Jeż.
Doświadczenie krajów zachodnich, gdzie car-sharing jest bardziej powszechny, pokazują, że jeden pojazd w takim systemie zastępuje nawet kilkanaście samochodów prywatnych. Po dołączeniu do usługi 25 proc. użytkowników rezygnuje z zakupu własnego pojazdu i jeździ o 44 proc. mniej niż przeciętny kierowca. Jednocześnie rośnie średnia czasu, w którym wykorzystywany jest pojazd – godzina w przypadku prywatnego samochodu do 8 godzin przy wypożyczanym aucie.
– Dlatego oferowany samochód musi być odpowiednio większy, tak aby osoba, która ma się zdecydować na tego typu zamianę, mogła wybrać auto w segmencie, który spełnia jego oczekiwania. To nie tylko studenci, lecz także rodziny z dziećmi. Im większa będzie grupa, do której potrzeb produkt będzie dostosowany, tym system będzie lepszy i lepsze będzie miał perspektywy rozwoju – przekonuje przedstawiciel Grupy Egis.
Aby móc skorzystać z pojazdu, trzeba będzie się zarejestrować w systemie i zarezerwować wolny pojazd. Wypożyczanie ma być możliwe nie tylko za pomocą strony internetowej, lecz także aplikacji mobilnej. Samochody będzie można wypożyczyć i oddać w dowolnym wskazanym miejscu parkingowym, nie tylko tam, skąd pojazd został wypożyczony. Warszawa przy poszukiwaniu firmy, która miała obsłużyć system, wskazywała, że pojazdy mają mieć przebieg nie większy niż 100 tys. km i być co najwyżej czteroletnie.
– Najważniejszy jest wariant bazowy, który będzie odpowiadał mieszkańcom. Powinien się zaczynać się od 300 samochodów tak, by miał sens i możliwości rozwoju na przyszłość, te zaś są praktycznie nieograniczone. W miastach są różne projekty, nawet takie składające się z tysięcy samochodów, ale np. w Berlinie czy w Madrycie systemy składają się np. z 350–500 pojazdów. Obecnie jednak najważniejsza jest baza do dalszego rozwoju – podkreśla Jeż.
Użytkownicy będą płacili za minutę użytkowania samochodu.
– Rozwiązanie w założeniu ma być przystępne cenowo, zarówno dla przeciętnego studenta, jak i dla rodziny z dziećmi. Nie może to być konkurencja dla taksówek, ale interesująca alternatywa w przystępnych cenach – wskazuje Marcin Jeż.
Rosnące ceny energii elektrycznej pobudzają popyt na oświetlenie LED. Technologia ta stanowi już większość sprzedaży na polskim rynku. Na rosnącej sprzedaży chcą skorzystać polscy producenci oświetlenia i planują intensywną ekspansję zagraniczną.
– Widzimy znaczny wzrost udziału sprzedaży oświetlenia LED-owego w całości handlu prowadzonego przez naszą firmę – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogdan Skorupka, dyrektor segmentu oświetlenia przemysłowego w ES-SYSTEM. – Spodziewamy się utrzymania dynamiki wzrostu. Sądzimy, że w ciągu kilku lat sprzedaż oświetlenia tradycyjnego będzie odpowiadać za niewielki ułamek naszych przychodów.
Jak podkreśla, dziś LED-y odpowiadają za 60 proc. sprzedaży, podczas gdy w 2014 roku ich udział był dwukrotnie mniejszy.
Eksperci zaznaczają, że ta technologia to jedno z najbardziej innowacyjnych rozwiązań oświetleniowych ostatnich dziesięcioleci. Głównym plusem tej technologii jest jej energooszczędność. Jak wynika z danych portalu e-instalacje.pl, LED-y mogą być eksploatowane co najmniej cztery razy dłużej niż tradycyjne żarówki, co pozwala między innymi na oświetlenie bez przerwy (zarówno w dzień, jak i w nocy) całych ciągów komunikacyjnych. Dlatego LED-y są coraz chętniej wykorzystywane we wnętrzach komercyjnych czy obiektach użyteczności publicznej, gdzie światło musi być włączone 24 godziny na dobę. W technologię tę inwestują także samorządy oraz producenci aut, którzy stosują ją w światłach stopu, pozycyjnych czy kierunkowskazów.
– ES-SYSTEM jest firmą, która w zakresie profesjonalnego oświetlenia dostarcza rozwiązania dla praktycznie wszystkich segmentów rynku. Jesteśmy aktywni w oświetleniu zewnętrznym, drogowym, miejskim, również iluminacyjnym. Mamy szeroką ofertę w zakresie oświetlenia awaryjnego – wymienia Skorupka. – Główne segmenty rynku, na których się skupiamy, to jednak oświetlenie architektoniczne, czyli obiekty biurowe, handlowe i wszelkie budynki użyteczności publicznej oraz rynek oświetlenia przemysłowego.
LED-y znajdują także szerokie zastosowanie w gospodarstwach domowych, gdzie poza funkcją oświetleniową pełnią także funkcję ozdobną. Moda na nie sprawiła, że polski rynek stał się bardzo konkurencyjny.
– To może być źródłem pewnych problemów dla naszych klientów, dlatego że oświetlenie LED-owe w przeciwieństwie do tradycyjnych rozwiązań oświetleniowych jest bardzo skomplikowane technologicznie. Bez odpowiedniej wiedzy bardzo trudno jest dostarczyć na rynek rozwiązania wysokiej jakości – mówi Bogdan Skorupka.
Mimo dużej konkurencji polskie firmy dobrze sobie radzą na krajowym rynku. Chcą także zintensyfikować sprzedaż zagraniczną.
– Polscy producenci oświetlenia stoją przed dużą szansą zwiększenia aktywności na rynkach zagranicznych, szczególnie tych, które doceniają jakość przy zachowaniu optymalnych kosztów – podkreśla dyrektor w ES-SYSTEM. – Jako członek Unii Europejskiej jesteśmy postrzegani jako dostawcy wiarygodnych rozwiązań oświetleniowych, bo spełniających surowe wymagania techniczne stawiane przez Unię Europejską. To rzeczywiście jest pewną przewagą konkurencyjną. Jesteśmy w stanie dostarczyć bardzo wysokiej jakości skomplikowane urządzenia elektroniczne i oprawy LED przy ciągle racjonalnym poziomie kosztów.
Niedobory kadrowe w określonych branżach zmuszają pracodawców do zaciętej walki o pracowników. W przypadku deficytowych zawodów – niektórych stanowisk technicznych i inżynierskich – w ostatnich dwóch latach wynagrodzenia wzrosły nawet o 30 proc. wobec blisko 8-proc. wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. Firmy szukają inżynierów czy specjalistów od IT już wśród studentów drugiego i trzeciego roku. Lukę kadrową starają się zmniejszyć także same uczelnie, oferując stypendia i programy wsparcia.
Studia inżynierskie, mimo że należą do jednych z najtrudniejszych, od kilku lat cieszą się coraz większą popularnością, i to kosztem nauk humanistycznych. Do kierunków ścisłych kandydatów zachęcają zarówno realia rynkowe, firmy, jak i same uczelnie. Przykładem tego typu działań jest realizowany od 2007 roku program „Dziewczyny na politechniki”. W jego efekcie w ciągu sześciu lat nastąpił blisko 40-proc. wzrost liczby absolwentek uczelni politechnicznych.
– Młodzi ludzie już dostrzegli, że studia inżynierskie gwarantują pracę. Najbardziej popularny kierunek to automatyka i robotyka, który wyprzedził informatykę, plasując ją na drugiej pozycji. Trzecie miejsce zajmuje biotechnologia – mówi agencji Newserii Biznes Aleksandra Figura, team leader z firmy doradztwa personalnego People.
Wciąż jednak liczba inżynierów kończących studia jest mniej niż pracy. Wysoki popyt na pracowników z wykształceniem inżynierskim potwierdzają m.in. dane publikowane przez Politechnikę Wrocławską. Wynika z nich, że 70 proc. absolwentów uczelni po odebraniu dyplomu na znalezienie pracy potrzebuje mniej niż jednego kwartału. Po kolejnym kwartale dołącza do nich kolejne 20 proc. inżynierów kończących tę szkołę.
– Rynek pracy zmaga się z niedoborem inżynierów. Jest on widoczny do tego stopnia, że pracodawcy zapraszają na pierwsze praktyki i staże już studentów drugiego i trzeciego roku najbardziej popularnych kierunków – podkreśla Aleksandra Figura.
Przyciąganie i utrzymanie w firmie pracowników to dla pracodawców duże wyzwanie.
– Oprócz wiedzy technicznej, która jest bardzo istotna, poszukiwane są kompetencje miękkie. W przypadku zawodów inżynierskich duże znaczenie mają zdolności komunikacyjne, umiejętność pracy zespołowej, orientacja na klienta wewnątrz i na zewnątrz firmy oraz orientacja na osiągnięcia, która umożliwia realizowanie celów zawodowych –wyjaśnia Aleksandra Figura.
Pracodawcy sięgają więc po najczęściej wykorzystywane narzędzie, czyli wzrost płac. Figura podkreśla, że w przypadku najbardziej deficytowych stanowisk technicznych i inżynierskich w ciągu ostatnich dwóch lat przeciętne wynagrodzenia wzrosły o około 20–30 proc. W tym samym czasie średnie pensje w całej gospodarce narodowej zwiększyły się o blisko 8 proc. Dla inżynierów jednak nie zawsze wystarczająca jest sama motywacja finansowa. Oprócz wysokich wynagrodzeń zatrudnieni mogą liczyć także na szeroki pakiet pozapłacowych benefitów obejmujących nie tylko ubezpieczenia medyczne, karnety sportowe, lecz także możliwości rozwoju.
– Dla inżynierów kluczowe są narzędzia, systemy, maszyny, na których pracują i które pozwolą im rozwijać swoją wiedzę i umiejętności. W związku z tym ważne jest, aby firma sama inwestowała w nowe technologie oraz umożliwiała swoim pracownikom dodatkowy rozwój np. poprzez szkolenia w zagranicznych fabrykach czy centralach firm – zauważa Aleksandra Figura.
Jak podkreśla, niewiele firm, które borykają się z niedoborem kadrowym, dostrzega potrzebę wprowadzenia zmian, które pomogłyby przyciągać talenty.
– Prym we wdrażaniu takich nowoczesnych rozwiązań wiedzie branża IT, która najszybciej dostrzega i wprowadza zmiany w zakresie budowania swojego wizerunku oraz zachowania profesjonalnych standardów w obszarze rekrutacji – stwierdza ekspertka
W czerwcu ubiegłego roku liczba posiadaczy smartfonów w Polsce po raz pierwszy w historii przekroczyła 60 proc. Oznacza to, że aktywnie korzystało z nich 20 mln osób powyżej 15 roku życia. Ich popularyzacja doprowadziła do dynamicznego wzrostu rynku aplikacji mobilnych. Z najpopularniejszych korzysta po kilkanaście milionów użytkowników, a zasięg oscyluje w przedziale 40–53 proc. O sukcesie danej aplikacji często decyduje jej użyteczność i bezpieczeństwo korzystania z niej.
– Jak wynika z badań przeprowadzonych przez TNS Polska, w połowie 2016 roku na polskim rynku mieliśmy 61 proc. telefonów nazywanych smartfonami. Tendencja wzrostowa trochę spowolniła, natomiast rośnie świadomość użytkowników, do czego te urządzenia służą i jak możemy je w pełni wykorzystywać –mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Bochenek, członek zarządu SkyCash Poland.
W czerwcu ubiegłego roku ze smartfonów korzystało blisko 20 mln Polaków w wieku powyżej 15 lat – wskazuje raport TNS Polska. Oznacza to, że w ciągu roku liczba urządzeń tego typu wzrosła o milion sztuk. Smartfony cieszą się największą popularnością wśród najmłodszych użytkowników. W grupie wiekowej 15–19 lat korzysta z nich przeszło 90 proc. badanych.
– Smartfony, poza standardową funkcją telefonu, mają mnóstwo dodatkowych funkcji, które wymyślają producenci, począwszy od aparatów fotograficznych a skończywszy na możliwości identyfikacji touchpadem, mierzeniu tętna i wielu innych udogodnieniach – wymienia Piotr Bochenek.
Efektem upowszechnienia smartfonów jest dynamiczny rozwój rynku aplikacji mobilnych. Jak wynika z badań PBI/Gemius, w styczniu najpopularniejsza była aplikacja Google, z której korzysta prawie 15 mln internautów. Jej zasięg to 53,2 proc. Na kolejnych miejscach znalazły się aplikacje YouTube (13,6 mln i 49,7 proc.), Messenger (prawie 11 mln i prawie 40 proc. zasięgu) i Mapy (10 mln użytkowników i 36,9 proc. zasięgu).
– W aplikacjach widzimy dążenie do tego, aby były wielofunkcyjne, nie tylko służące do jednej czynności. Przykładowo nasza aplikacja – SkyCash – daje dostęp do kilku usług, począwszy od telekomunikacyjnych, komunikacyjnych, na których głównie bazujemy, skończywszy na możliwości zapłaty rachunków i wypłaty pieniędzy – wyjaśnia Bochenek.
Aplikacje mobilne cieszą się tak dużą popularnością, gdyż mają znaczną przewagę nad stronami internetowymi, nawet tymi, które dostosowane są do wyświetlania na ekranie smartfona lub tabletu. Wynika to z tego, że aplikacje wykorzystują pełną paletę możliwości oferowanych przez dane urządzenie.
– Mówimy tu o aparacie fotograficznym, który może służyć do odczytu kodu, który sczytuje np. dane do faktury. Możemy również skorzystać z touchpada, który może służyć do identyfikacji biometrycznej W telefonie możemy również określić swoją pozycję i na tej podstawie dostajemy specjalną ofertę w miejscu, w którym się znajdujemy – wylicza członek zarządu SkyCash Poland.
Ekspert podkreśla, że korzystanie z aplikacji na urządzeniach mobilnych jest równie bezpieczne, jak korzystanie z oprogramowania stosowanego w komputerach stacjonarnych.
– To sam klient decyduje o tym, w jaki sposób zabezpieczy swoje dane. W przypadku płatności może na przykład wybrać opcję autoryzacji jednym kliknięciem bądź zdefiniować sobie każdorazowo potwierdzenie indywidualnym kodem bądź dodatkowo kodem PIN, który jest przypisany do tej aplikacji jako forma zabezpieczenia – wyjaśnia.
Jak podaje agencja Spicy Mobile, najpopularniejsze aplikacje polskiego autorstwa przeznaczone dla systemu operacyjnego Android, to OLX i Allegro, które miały w grudniu 2016 roku odpowiednio ponad 2,1 mln oraz blisko 1,5 mln aktywnych użytkowników. Z kolei liczby wywołań za pośrednictwem smartfona lub innego urządzenia mobilnego w pierwszym przypadku przekroczyła 90 mln, a w drugim 55 mln. Pod tym względem liderem było GG – 139 mln.
Jakość ma ogromne znaczenie w opiece nad seniorami, a do tego potrzeba odpowiedniej wiedzy – podkreśliła królowa Szwecji Sylwia Sommerlath. Jej Królewska Mość odwiedziła Polskę, aby promować wysokie standardy w opiece nad osobami starszymi i cierpiącymi na demencję. Jej zdaniem kluczową rolę w budowaniu jakości usług będzie miał wysoko wykwalifikowany personel pielęgniarski. Znaczenie opieki senioralnej w służbie zdrowia w kolejnych latach będzie dynamicznie rosnąć wraz ze starzeniem się społeczeństwa. W 2040 roku co trzeci Polak będzie miał więcej niż 60 lat.
– Przez ostatnie 20 lat usilnie pracowałam na rzecz podniesienia świadomości w kwestii opieki nad ludźmi starszymi, w tym również osobami cierpiącymi na demencję. Fundamentem naszego działania jest opieka paliatywna skupiona na człowieku i kontrola symptomów. Istotne są również wsparcie rodzin, praca zespołowa, komunikacja i wzajemne relacje – podkreślała podczas swojej wizyty w Polsce Jej Królewska Mość Sylwia Sommerlath, Królowa Szwecji.
Królowa odwiedziła Polskę na zaproszenie Medicover i Fundacji Medicover. Okazją do zaproszenia był finał konkursu o Nagrodę Pielęgniarską Królowej Sylwii, w którym studenci pielęgniarstwa przedstawiali swoje propozycje usprawnienia opieki nad osobami starszymi. Pierwszą edycję konkursu wygrała Natalia Duszeńska z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jej projekt „Na marzenia nigdy nie jest za późno” proponuje stworzenie organizacji łączącej chorych z osobami, które chcą im pomóc, a w spełnianie marzeń seniorów angażować się mają organizacje pozarządowe i władze samorządowe.
– Potrzebujemy większej wiedzy i lepszej edukacji, by móc się opiekować ludźmi z demencją i innymi schorzeniami. Dlatego też z wielką przyjemnością odwiedzam dom opieki Józefina. Pierwszą tego typu placówkę w Polsce, certyfikowaną przez naszą fundację. Jej celem jest podnoszenie jakości życia osób cierpiących na demencję i ich rodzin – podkreśliła królowa Szwecji.
Placówka w Józefowie jako pierwsza w Polsce otrzymała certyfikat Swedish Care International. Placówka zgodnie ze standardami fundacji Stiftelsen Silviahemmet, założonej przez Jej Wysokość Królową Szwecji, szkoli wszystkich pracowników. Opiekunowie mają się skupić na możliwościach podopiecznych i stworzyć im warunki do prowadzenia możliwie aktywnego życia.
– Praca pielęgniarek jest bardzo bliska sercu królowej, dlatego była bardzo zainteresowana tym, żeby się spotkać i poznać nasz zespół. Stąd wizyta w domu opieki Medicover Senior w Józefowie oraz w szpitalu Medicover w Wilanowie w Warszawie – mówi agencji Newseria Biznes Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover.
– Mieliśmy okazję porozmawiać o znaczeniu zawodu pielęgniarki oraz położnej, a także o ich prestiżu. Wizyta królowej Szwecji miała zwrócić uwagę właśnie na wagę tych zawodów. Dyskutowaliśmy o naszych obowiązkach, o tym, co jest ważne, a co trudne w zawodzie pielęgniarki, w jaki sposób organizujemy pracę i zapewniamy bezpieczeństwo naszym pacjentom – mówi dr n. med. Honorata Sokolnicka, dyrektor ds. pielęgniarstwa w szpitalu Medicover.
Znaczenie tych zawodów będzie stopniowo rosło. Według prognoz GUS w 2020 roku co czwarty Polak przekroczy 60 lat. W 2050 roku liczba seniorów wzrośnie z ponad 8 mln do 13,7 mln (40,4 proc. społeczeństwa). Wymusza to prace nad polityką senioralną, ta zaś w Polsce dopiero raczkuje. Osoby starsze wymagają odpowiedniej opieki medycznej dostosowanej do ich potrzeb i rodzaju schorzeń. Jak jednak wskazuje NIK, w Polsce brakuje systemu opieki medycznej nad pacjentami w podeszłym wieku. Ok. 30 proc. miejsc pobytowych i opieki dostarczają podmioty prywatne.
– Opieka pielęgniarek i opiekunów medycznych ma tu kluczowe znaczenie. Kompleksowa opieka to nie tylko spędzanie czasu z taką osobą, lecz także zajęcia terapeutyczne, rehabilitacja ruchowa, opieka nad fizjologią – przekonuje Marek Kubicki, dyrektor zarządzający Medicover Senior. – Opieka nad osobami starszymi w Polsce nie jest tak dobrze zorganizowana, jak powinna być. Przy starzejącym się społeczeństwie, przy innym modelu rodziny, w którym dzieci pracujące w miastach lub za granicą nie mają możliwości opiekowania się rodzicami, coraz więcej osób będzie kierowanych do takich domów jak nasze placówki – dodaje Kubicki.
Jak podkreśla, to trudna decyzja dla rodziny, tym bardziej domy opieki powinny spełniać jak najwyższe standardy.
– Oferta Medicover Senior proponuje osobom starszym opiekę dzienną i opiekę na zasadzie pobytu w domu opieki Józefina. Przebywające tam osoby mają zapewnioną opiekę odpowiednich specjalistów, terapeutów, zajęcia terapeutyczne, które pomagają im rozwijać zdolności myślenia, kojarzenia i pamięć. W tym wieku to właśnie pamięć stanowi największe wyzwanie dla tych osób, dlatego proponujemy specjalne ćwiczenia, które pozwalają przedłużyć zdolność normalnego funkcjonowania – tłumaczy Artur Białkowski, wiceprezes Medicover.
Badanie opinii publicznej „Attitudes towards ageing” przygotowane na zlecenie Bupa wskazuje, że dla 90 proc. badanych największą wartością jest zdrowie, a dla 70 proc. – samodzielność życiowa. Fakt, że w wieku senioralnym może tego zabraknąć, niepokoi 69 proc. ankietowanych. Połowa badanych boi się poważnej choroby, a 60 proc. – wystąpienia demencji i co za tym idzie – uzależnienia się od innych.
Huckleberry Games S.A., Spółka z branży gier komputerowych, przesunęła termin debiutu gry „Edengrad” na Steam. Spółka przygotowuje się także do debiutu na rynku NewConnect, który stanowi jeden z głównych celów w jej strategii rozwoju.
Premiera gry „Edengrad” na platformie Steam została przesunięta, gdyż wymagane było wdrożenie kilku poprawek, aby gra lepiej się sprzedawała w sklepie. Dzięki tym modyfikacjom produkcja ta będzie mogła jeszcze lepiej sprzedawać się na rynkach zagranicznych zarówno na zachodnich, jak i wschodnich. Huckleberry Games S.A. współpracuje obecnie ze Steamem w celu ustalenia właściwego kierunku rozwoju gry „Edengrad” oraz wdrożenia zalecanych ulepszeń, które pozwolą na zwiększenie liczby graczy.
„Edengrad jest już na tyle gotowy, aby mógł zostać wydany w wersji Early Access. Gra będzie sprzedawana w cenie 12$ lub 12Euro. Mimo, że premiera zaplanowana jest już za kilka tygodni to dokładną datę ogłosimy oficjalnie w dniu 11 marca br. przez oficjalne kanały komunikacyjne Edengradu – Facebook’a oraz stronę internetową.” – komentuje Patryk Borowski, Prezes Zarządu Spółki Huckleberry Games S.A.
Spółka przygotowuje się aktualnie do złożenia w najbliższym czasie wniosku o rejestrację swoich akcji w KDPW i kompletuje niezbędną dokumentację. Kolejnym krokiem będzie złożenie wniosku do GPW w Warszawie o wprowadzenie do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect akcji Emitenta. Zarząd Huckleberry Games S.A. przewiduje, że debiut Spółki na rynku NewConnect powinien nastąpić do końca 2 kw. 2017 r.
Huckleberry Games S.A. z oferty publicznej akcji serii E pozyskała blisko 2,05 mln zł. W ramach przeprowadzonej oferty publicznej Spółka dokonała przydziału 102.439 szt. akcji serii E, na które zapisy złożyło 133 inwestorów. Cena emisyjna wynosiła 20,00 zł za 1 akcję. Środki pozyskane przez Huckleberry Games S.A. zostaną przeznaczone na produkcję nowych gier na komputery PC, konsole i urządzenia VR oraz na przygotowanie aplikacji mobilnej do gry „Edengrad”.
Spółka podpisała w lutym 2017 r. umowę z notowanym na rynku NewConnect podmiotem – Blue Ocean Media S.A., której przedmiotem jest współpraca przy wspólnym rozwijaniu i prowadzeniu projektów biznesowych polegających na tworzeniu lub dystrybucji gier komputerowych oraz gier video na wczesnym etapie rozwoju.
Huckleberry Games S.A. zajmuje się produkcją innowacyjnych gier typu MMORPG i pracuje obecnie na produkcją wieloosobowej gry o nazwie „Edengrad”. Spółka do produkcji swoich gier wykorzystuje nowoczesny silnik unity3d. Serwer użyty przy produkcji gry „Edengrad” jest autorską technologią Spółki, a metody w nim wykorzystane są innowacyjne na skalę światową. Spółka chce również przygotować aplikację mobilną dla graczy „Edengradu”, w której będą się oni komunikowali z innymi graczami oraz otrzymywali powiadomienia o akcjach dziejących się w grze m.in. rozpoczęciu wojen, sprzedanym przedmiocie na aukcji (w grze) oraz promocjach w sklepie z przedmiotami premium. Strategia Rozwoju Huckleberry Games S.A. zakłada dalsze realizowanie bardzo innowacyjnych gier. W najbliższym czasie Spółka będzie zajmowała się produkcją gry „Edengrad: Arena”, która będzie przeznaczona na urządzenia VR. Następną bardzo ważną produkcją studia Huckleberry Games S.A. będzie gra RPG „Stay Hungry” przeznaczona na komputery PC oraz konsole. Jej premiera w wersji Early Access została planowana na rok 2017/2018.
Jednym z Akcjonariuszy Huckleberry Games S.A. jest notowany na rynku NewConnect fundusz kapitałowy – ERNE VENTURES. W lutym 2015 r. fundusz zainwestował w Huckleberry Games S.A. środki, które umożliwiły Spółce realizację prac nad rozwojem gry „Edengrad”.
Świat oraz Unia Europejska przechodzą kolejne etapy rozwoju sieci teleinformatycznej – od sieci miedzianych, HFC, światłowodów, do sieci bezprzewodowych. Przy obecnych trendach, zaawansowaniu prac UE oraz potrzebie stworzenia nowej generacji sieci obsługującej ruch M2M (machine-to-machine), zakończy się to budową tzw. sieci 5G.
– Unia przyjęła dokument budowy sieci 5G jako wzorcowy – powiedział agencji eNewsroom.pl Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji KIGEIT – Dyskusja na temat projektu odbyła się w listopadzie zeszłego roku, gdzie sprawozdawcą dokumentu jest polski poseł – Michał Boni. Wymogiem będzie doprowadzenie budowy wszystkich bezprzewodowych stacji 5G, które będą się znajdować praktycznie przy każdym skrzyżowaniu i na każdym budynku. Zadanie jest proste – należy kłaść światłowód jak najbliżej użytkownika końcowego i zakończyć to bezprzewodową stacją 5G – podsumował Kamiński.
Inwestorzy giełdowi przywitali marzec w szampańskich nastrojach. Pomogły dobre dane makroekonomiczne i nadzieje związane z polityką prezydenta Trumpa. Nie przeszkodziła natomiast wizja podwyżek stóp procentowych w USA i drożejący dolar.
Środowa sesja na europejskich parkietach upłynęła pod znakiem silnych wzrostów. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się GPW. O godzinie 15:36 indeks WIG20 rósł o 2,9% do 2254,60 pkt., podczas gdy niemiecki DAX zyskiwał 1,6%, francuski CAC40 1,96%, a amerykański S&P500 0,86%.
W gronie największych spółek wchodzących w skład indeksu WIG20 pozytywnie wyróżniają się banki i spółki i spółki paliwowe (mBank +6,2%, PKO BP +5,2%, Lotos +4,85%, Alior Bank +3,9%, PKN Orlen +3,2%), co jest tendencją obserwowaną również na wielu innych europejskich parkietach. Negatywnie wyróżnia się natomiast Energa, która koryguje wtorkowy silny wzrost o 4,2%. Jednakże akcje tej spółki wciąż mają spory potencjał wzrostowy.
Obserwowana poprawa nastrojów na giełdach to połączonych efekt pozytywnych danych makroekonomicznych, nadziei związanych z przyszłą polityką fiskalną prowadzoną przez administrację prezydenta Donalda Trumpa, a także wpływ drożejących surowców.
Inwestorzy poznali całą serię indeksów PMI dla sektora przemysłowego od Japonii, przez Chiny, aż po Europę. A w kolejce jeszcze czekają analogiczne dane z USA. W zdecydowanej większości przypadków indeksy te pozostały na wysokich poziomach, często przekraczając rynkowe oczekiwania, i tym samym wpisując się w scenariusz obserwowanego przyspieszenia gospodarczego na świecie. I tak np. indeks PMI dla polskiego sektora przemysłowego wprawdzie w lutym ukształtował się na poziomie 54,2 pkt. wobec prognozowanych 54,8 pkt. i wobec takiej samej wartości w styczniu, ale wciąż wskazuje on na silny rozwój tego sektora, zapowiadając utrzymanie się wysokiej dynamiki wzrostu produkcji w najbliższych miesiącach.
Pozytywne dane z Chin wskazały natomiast na poprawę kondycji tamtejszej gospodarki i znalazły przełożenie na wzrost cen miedzi, co w połączeniu z drożejącą również dziś ropą, wspiera spółki wydobywcze na giełdach.
Ceny akcji na giełdach rosną również dlatego, że na rynku wciąż żywe są nadzieje na stymulację fiskalną w USA. I to pomimo tego, że w nocnym wystąpieniu przed połączonymi izbami Kongresu, prezydent USA unikał konkretów na ten temat, powtarzając jedynie ogólniki z kampanii wyborczej. Te ogólniki jednak inwestorom wystarczają. Dalej kupują oni rynkowe plotki. W tym układzie sygnałem do końca zwyżki byłaby prezentacja szczegółów reform.
We wzrostach nie przeszkadza natomiast rosnące prawdopodobieństwo marcowej podwyżki stóp procentowych przez Fed (w ciągu 3. tygodni wzrosło ono do 82%) i związane z tym umocnienie dolara. Nie można jednak ignorować tego ryzyka. Wyższe rentowności amerykańskich obligacji i mocny dolar to poważne zagrożenia dla rynków wschodzących, dla których w skrajnym przypadku może to się zakończyć nawet kryzysem długu. Dlatego wprawdzie teraz jest to ignorowane, ale na dłuższą metę będzie mieć znaczenie.
Sytuacja na wykresie indeksu WIG20 wskazuje na silną dominację strony popytowej, która po 3. dniach korekty, odzyskała inicjatywę i kontynuuje zapoczątkowane w listopadzie wzrosty. Celem dla tego indeksu niezmiennie są okolice 2300 pkt. Wyjście wyżej może być już bardzo trudne. Nie tylko dlatego, że nad giełdami będą wisiały wspomniane wcześniej ryzyka związane z amerykańską polityką monetarną i dolarem, ale również z uwagi na ryzyka związane z europejską polityką, czy też coraz większe wykupienie rynków akcji, co już wkrótce może skutkować dłuższą i silniejszą realizacją zysków.
Dobre nastroje na rynkach globalnych, a jednocześnie mocny dolar i coraz większe szanse na podwyżkę stóp procentowych w USA, przekładają się dziś na umocnienie złotego do euro i szwajcarskiego franka, przy jednoczesnym osłabieniu do dolara. Kurs EUR/PLN testuje poziom 4,3020 zł, USD/PLN 4,0860 zł, a CHF/PLN 4,0360 zł.
Dzień dzisiejszy na światowych giełdach prawdopodobnie upłynie pod znakiem korekty dzisiejszych mocnych wzrostów. Szczególnie, że w kalendarzu brak jest ważnych publikacji, które mogłyby stać się pretekstem do kontynuacji tej wzrostowej tendencji. Rynek walutowy natomiast ponownie zacznie mocniej zwracać uwagę na kwestię stóp procentowych w USA i na ryzyka z tym związane. Wrócić też może temat europejskiej polityki.
Dolar zgodnie z naszymi założeniami dalej znajduje się w konsolidacji pomiędzy 4,10 a 4.05. Nasz bazowy scenariusz został wczoraj zrealizowany. Na fali osłabienia się dolara na wszystkich rynkach, zaksięgował formację geometryczną 1 do 1 na poziomie 4,05, a następnie się odbił w kierunku środka kanału. O poranku Klienci ergokantor.pl za dolara płacili 4,07. Obecnie zalecamy ostrożność, gdyż kurs USDPLN jest zależny od sentymentu rynku i kierunku głównej pary walutowej. Naszym scenariuszem bazowym jest ruch w dół i ponowny retest poziomu 4,05, a po jego przełamaniu ruch w kierunku 4 złotych. Następnie początkiem przyszłego tygodnia powinno dojść do impulsu wzrostowego do poziomu co najmniej 4,10. Dalszy kierunek zostanie wyznaczony po decyzji o podniesieniu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W przypadku alternatywnym należy założyć ruch od razu w górę do poziomu 4,10 i konsolidację na tym poziomie.
USD / PLN
źródło: opracowanie własne ergokantor.pl
GBP / PLN
Na funcie wczoraj doszło do silnego impulsu spadkowego. Zakładaliśmy wyłamanie z kanału wzrostowego i spadek ceny do poziomu 5,01, a finalnie nawet do 4,97 w krótkim terminie. Wczorajszy impuls spadkowy ściągnął cenę o ponad 7 groszy do poziomu 4,98, realizując nasz scenariusz bazowy. Obecnie naszym zdaniem powinno dojść do przynajmniej lekkiej korekty do poziomu 5,03, gdzie nastąpi decyzja inwestorów, w jakim kierunku pójdzie cena. Ponieważ ogólny trend rynkowy na funcie wskazuje deprecjacja brytyjskiej waluty, dlatego oczekujemy, że w przyszłym tygodniu może dojść do kolejnego silnego osłabienia funta, co pozwalało myśleć o przetestowaniu lokalnych dołków na poziomie 4,95. W przypadku wzrostów oporem pozostaje dolne ograniczenie kanału wzrostowego.
źródło: opracowanie własne ergokantor.pl
EUR / PLN
Scenariusz bazowy o wyrysowaniu prawego ramienia formacji RGR został zrealizowany. Wczoraj EUR w internetowym kantorze ergokantor.pl można było kupić po 4,27 zł. EURPLN kolejny raz zareagował na linię trendową wyrysowaną po dołkach mierzonych od listopada 2015 roku. Naszym zdaniem, po krótkiej konsolidacji powinno dojść do przełamania linii trendowej i kierunku w stronę 4,25 czy nawet 4,22, gdzie wypada zakończenie bardzo dużej formacji geometrycznej 1 do 1 z interwału tygodniowego. Wtedy zrealizowałaby się formacja RGR także na interwale tygodniowym, o czym wielokrotnie już pisaliśmy od grudnia. W przypadku korekty w górę oporem jest lokalny szczyt na poziomie 4,32.
Po kilku latach marazmu na rynku funduszy inwestycyjnych zaczynają rysować się przed nim ciekawe perspektywy. Światowa gospodarka rozwija się szybciej, co dobrze wróży funduszom akcji. Ryzyko wzrostu inflacji szkodzi obligacjom, ale wcale nie są one na straconej pozycji.
4,8 mld zł – tyle fundusze inwestycyjne pozyskały pieniędzy od klientów detalicznych w 2016 r. Jest to wartość netto, czyli już po odjęciu kwot umorzeń i wypłat. Największym wzięciem cieszyły się fundusze absolutnej stopy zwrotu, do których napłynęło 3 336 mld zł (brutto bez uwzględnienia umorzeń). Fundusze gotówkowe pozyskały 2 567 mld zł. Dłużnym funduszom Polacy powierzyli 1 620 mld zł. Do pozostałych kategorii funduszy trafiło 1 934 mld zł.
Złą passę kontynuowały natomiast fundusze akcji polskich, które trzeci rok z rzędu odnotowały spadek wpłat. W 2016 r. saldo wyniosło -1,3 mld zł. Odwrót od tej klasy aktywów dotyczył wszystkich funduszy łącznie z funduszami małych i średnich spółek, które w ubiegłym roku radziły sobie całkiem nieźle.
2016 r. był bowiem rokiem sporych paradoksów. Polacy, podobnie jak w poprzednich dwóch latach wybierali inwestycje w bezpieczne instrumenty. Tymczasem w ubiegłym roku taka strategia wcale nie dawała gwarancji utrzymania wartości zainwestowanego kapitału. Jedna czwarta funduszy obligacji, w minionych latach przynoszących niemały zysk, a generalnie uważanych za bezpieczne, zakończyła 2016 r. stratą. Z drugiej strony mamy fundusze akcji, z których najlepsze uzyskały średnie zwroty rzędu 9 proc. Szczególnie dobre wyniki dały inwestycje w segment małych i średnich spółek, które w drugiej połowie roku zaczęły zyskiwać na wartości. Przeciętny wynik funduszy w tej kategorii to 13 proc.
Czarnym koniem okazały się surowce, na które mało kto stawiał na początku 2016 r. Tymczasem to właśnie na tym rynku funduszom udało się osiągnąć największe dynamiki w ubiegłym roku.
W co warto inwestować
Końcówka 2016 r. i początek 2017 r. to słaby okres do rynku i funduszy obligacji wywołany masową migracją na rynek kapitałowy w związku z oczekiwaniami, że wygrana Donalda Trumpa napędzi inflację i wzrost gospodarczy w USA. Obligacje niekoniecznie znalazły się na straconej pozycji. Przynajmniej w średnim terminie. Obecnie rynek znajduje się pod silną presją spotęgowaną dodatkowo wypowiedziami szefowej FED, która ostatnio zajęła mocno jastrzębie stanowisko, co może sugerować realizację scenariusza podwyżek stóp procentowych. W krótkim terminie wypracowanie dodatniego wyniku będzie wymagało nie małego talentu od zarządzających funduszami obligacji.
Nadal atrakcyjny jest natomiast rynek obligacji korporacyjnych, który w Polsce staje się coraz bardziej nasycony. Papiery dłużne dużych krajowych firm dają przyzwoitą stopę zwrotu przy bardzo ograniczonym ryzyku inwestycyjnym.
MiSie na celowniku
Ciekawie rysują się perspektywy krajowego rynku akcyjnego. Silny popyt pod koniec 2016 r. i na początku bieżącego nastraja optymistycznie również na kolejne miesiące. Podstawę do takich oczekiwań daje spodziewany wzrost nakładów inwestycyjnych krajowych firm, jaki wreszcie powinien nastąpić w II połowie roku, jak też odblokowanie napływu unijnych funduszy z bieżącej perspektywy budżetowej. Pojawia się szansa na wzrost wyników dużych spółek, ale też średnich i małych. Warto przypomnieć 2013 r., kiedy puchły portfele funduszy inwestujących w MiSie, rosnących na środkach z unijnej kasy.
Jeśli chodzi o rynki zagraniczne, to mocno niepewne są prognozy dla giełd amerykańskich. Akcje są już przewartościowane, ale z drugiej strony paliwem napędzającym dalsze wzrosty są oczekiwania związane z polityką ekonomiczną nowego prezydenta. Dobre wskaźniki wyprzedzające z amerykańskiej gospodarki mogą sugerować utrzymanie dobrej koniunktury za oceanem przez kilka kwartałów.
Na innych rynkach wciąż gorącym tematem jest Brazylia, co widać po wciąż rosnącej Bovespie, aczkolwiek wydaje się, że trudno będzie wskaźnikowi z São Paolo powtórzyć rekordy z 2016 r. Wśród atrakcyjnych rynków warto również wymienić Rosję, która w 2016 r. przyniosła inwestorom wysokie zwroty poniesionych nakładów.
2017 r. podobnie jak miniony rok charakteryzować się będzie dużą zmiennością. Tym razem jednak mamy do czynienia z mocniejszym ożywieniem gospodarczym na świecie stwarzającymi szanse na realizację korzystnych inwestycji. Tym bardziej, że trend wzrostowy wydaje się dość trwały. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego dynamika światowego PKB wyniesie 3,4 proc. w tym roku i 3,6 proc. w 2018 r. O ile w 2016 r. inwestorzy koncentrowali się głównie na ochronie kapitału to w tym roku rysują się ciekawe możliwości pomnożenia kapitału. 2017 r. może być rokiem funduszy inwestycyjnych.
Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Ronson Europe zdecydowało wczoraj o wypłacie zaliczkowej dywidendy z zysku za 2016 r. w wysokości 0,09 zł na akcję.
Dzień dywidendy został ustalony na 17 marca, a dzień wypłaty dywidendy na 23 marca 2017 r. Dywidendą nie będą objęte akcje własne Spółki, które Ronson Europe odkupił w celu umorzenia od Global City Holdings pod koniec ubiegłego roku, i które właśnie zostały umorzone.
Wypłata zaliczkowej dywidendy w wysokości 0,09 zł za akcję (łącznie prawie 14,8 mln zł) jest zgodna z rekomendacją zarządu oraz rady nadzorczej i jest możliwa dzięki bardzo dobrej sytuacji płynnościowej Spółki. Ponadto, dzięki przyspieszeniu wypłaty dywidendy, wcześniej nastąpi ostateczne rozliczenie ceny, jaką Spółka otrzyma w związku ze sprzedażą projektu Nova Królikarnia w grudniu 2016 r. Ronson sprzedał ten projekt na rzecz Global City Holdings za łączną cenę 175,1 mln zł. Kwota prawie 140,9 mln zł została rozliczona w ramach transakcji odkupu przez Spółkę akcji własnych od GCH, a blisko 34,3 mln zł to płatność w gotówce. Bezpośrednio po sfinalizowaniu umowy Ronson otrzymał 24,4 mln zł, a 9,9 mln zł ma zostać zapłacone przez GCH po walnym zgromadzeniu w sprawie wypłaty dywidendy za 2016 r. Dzięki wypłacie dywidendy zaliczkowej, kwota 9,9 mln zł od GCH trafi do Spółki w najbliższych dniach.
Uchwalona dywidenda zaliczkowa przypadająca na jedną akcję jest wyższa niż rekordowa dotychczas dywidenda za 2015 rok wypłacona w ubiegłym roku (tj. 0,08 zł na akcję). Niewykluczone, że podczas zwyczajnego walnego zgromadzenia podsumowującego 2016 rok akcjonariusze zdecydują o dodatkowej wypłacie.
Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie zdecydowało także o powołaniu Panów Ereza Tika oraz Alona Havera na członków zarządu Spółki (jako Dyrektorów Zarządzających B), którzy zastąpili Panów Ereza Yoskovitza oraz Roya Vishnovizkiego. Zmian dokonano również w radzie nadzorczej Spółki. Do jej składu powołani zostali: Pani Mikhal Shapira oraz Panowie Ofer Kadouri i Alon Kadouri. Osoby te zastąpiły Panów Marka Segalla, Yaira Shilhava oraz Reuvena Sharoniego. Powyższe zmiany w zarządzie i radzie nadzorczej są konsekwencją zmian właścicielskich, jakie zaszły w Ronson Europe pod koniec ubiegłego roku. Po odkupieniu przez Spółkę akcji własnych od GCH i ich umorzeniu, efektywny udział wiodącego akcjonariusza branżowego, tj. Luzon Group (d. U. Dori Group), wzrósł z niespełna 40% do około 66%.
Do sierpnia 2018 roku, w oparciu o znowelizowaną ustawę o usługach płatniczych, banki mają obowiązek wprowadzenia tzw. rachunku podstawowego. Warto sprawdzić, czy taka opcja jest już dostępna na rynku, gdyż oznacza darmowe konto i m.in. 5 bezpłatnych wypłat z bankomatu w miesiącu. To atrakcyjna oferta np. dla emerytów.
Jeszcze parę lat temu kilka polskich banków zapewniało usługi preferowane dla seniorów, ale dość szybko się z nich wycofało. Instytucje finansowe zrezygnowały z tego rodzaju produktów, ponieważ były dla nich nieopłacalne. Powszechnie wiadomo, że emeryci nie są najzamożniejszą grupą społeczną w Polsce, choć oczywiście nie wszyscy z nich mają bardzo niskie emerytury. Jednak nawet ci, którzy pobierają wysokie świadczenia i dysponują zgromadzonym przez lata majątkiem, zwykle starają się nie ponosić znaczących kosztów obsługi.
– W Europie Zachodniej jest dużo więcej produktów bankowych dedykowanych dla seniorów, ponieważ oni zwykle dysponują znacznie większym kapitałem, niż ich polscy odpowiednicy. Z tego względu, częściej inwestują swoje środki np. w lokaty czy też obligacje, czyli tzw. bezpieczne formy oszczędzania. Powierzone pieniądze generują konkretne zyski dla instytucji finansowych, do których wpływają. W polskich realiach dość trudno to osiągnąć, biorąc pod uwagę możliwości większości emerytów. Dlatego, dotąd nie było wielu ofert skierowanych do konsumentów w tej grupie wiekowej. Ale wkrótce to się zmieni – mówi Jarosław Sadowski, Główny Analityk Expander Advisors.
W lutym br. weszła w życie ustawa o usługach płatniczych, która zobowiązuje banki do wprowadzenia tzw. rachunku podstawowego. Nie dość, że jest on bezpłatny, to jeszcze pozwala na wykonanie kilku darmowych transakcji. Nie zapłacimy za 5 krajowych przelewów w miesiącu i tyle samo wypłat z bankomatów. Dopiero od kolejnej operacji bank ma prawo naliczać opłatę. Jednak, jak zapewnia Jarosław Sadowski, nie może ona być zbyt wysoka, czyli przekraczać średniej prowizji stosowanej przez dany bank w ostatnich 12 miesiącach. Ponadto, użytkownikom przysługuje, bez żadnych dodatkowych kosztów, karta płatnicza.
– Zdecydowanie zmieni się sytuacja seniorów, którzy nie korzystają z bankowości internetowej i wolą przyjść do oddziału, by tam zlecić przelew. Dotychczas, ograniczały ich dość wysokie opłaty za obsługę w banku. Trzeba podkreślić, że koszt jednego przelewu, wykonywanego w placówce, może sięgać nawet kilkunastu złotych. Dla emerytów, ale nie tylko dla nich, kilka podobnych transakcji to oczywiście spory wydatek oraz znacząca strata. Dlatego, przede wszystkim najstarsza grupa konsumentów miała dotąd duży problem ze znalezieniem dla siebie optymalnej oferty – wyjaśnia Jarosław Sadowski.
Należy jednak wyraźnie podkreślić, że rachunek podstawowy przysługuje osobom, które w momencie wnioskowania nie posiadają żadnego innego konta bankowego. Seniorzy, korzystający obecnie z obsługi jakiegokolwiek banku, jeśli nie chcą już ponosić kosztów z nią związanych, mogą po prostu zrezygnować, a następnie – skorzystać z nowej, bezpłatnej opcji. Powinni tylko sprawdzić, kiedy będzie ona dostępna w ich najbliższej placówce. Oczywiście nie wszyscy emeryci będą zainteresowani tego typu rozwiązaniem.
– Osoby, decydujące się na tzw. rachunek podstawowy, nie będą mogły korzystać z powiązanych z nim produktów kredytowych, czyli np. debetu. Sama oferta bezpłatnego konta powinna być niemal identyczna we wszystkich bankach. Ale one różnią się między sobą. Mają np. inne systemy internetowe i lokalizacje swoich oddziałów. Dlatego, jeśli konsument będzie niezadowolony z obsługi, ma szansę otworzyć rachunek podstawowy w innym banku lub zamienić go na tzw. standardowy rachunek. Ten ostatni może być już płatny. W niektórych bankach jego koszty nie będą jednak znacznie wyższe dla seniorów, korzystających obecnie z „tańszej” bankowości internetowej – dodaje Jarosław Sadowski.
Jak zaznacza ekspert, rachunek podstawowy jest dostępny nie tylko dla seniorów, ale dla wszystkich tych osób, które nie posiadają jeszcze konta bankowego albo zlikwidują obecnie posiadane. Ta usługa może więc być również atrakcyjna dla młodego człowieka, np. studenta, znajdującego na początku swojej kariery zawodowej. Zwłaszcza, jeśli nie ma jeszcze zgromadzonego własnego kapitału i sporadycznie wykonuje przelewy, darmowy rachunek z kilkoma bezpłatnymi operacjami bankowymi okaże się dla niego bardzo korzystny.
Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 54,1proc. rdr do poziomu 21,3 mld zł
Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń – 1,1 mld zł (+61,9 proc. rdr)
Wzrost wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 4,2 proc. rdr do poziomu 575,3 tys. szt.
Wzrost łącznej wartości obrotu obligacjami na TBSP o 54,6 proc. rdr do poziomu 33,9 mld zł
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem o 18 proc. rdr do poziomu 10,1 TWh
Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku wyniosła w lutym 2017 r. 21,6 mld zł, czyli o 53,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła rok do roku o 54,1 proc., do poziomu 21,3 mld zł, a średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w lutym 2017 r. poziom 1,1 mld zł, o 61,9 proc. wyższy niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec lutego 2017 r. wyniosła 58 300,37 pkt i była o 28,3 proc. wyższa niż rok temu.
Również na rynku NewConnect odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 36,3 proc. rok do roku. W ramach arkusza zleceń wartość obrotu akcjami na rynku alternatywnym GPW wyniosła 183,1 mln zł (+34,8 proc. rdr).
W lutym 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 609,1 tys. szt., o 4,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 329,4 tys. szt., co oznacza spadek o 12,7 proc. wobec lutego 2016 r. Pozostałe kontrakty terminowe odnotowały wzrost wolumenu obrotu rok do roku: kontrakty na akcje – o 52,9 proc., kontrakty na waluty – o 14,5, a kontrakty na stopy procentowe – wzrost blisko 180-krotny. Wolumen obrotu opcjami wyniósł w lutym br. 35,6 tys. szt., o 105,9 proc. więcej niż rok wcześniej.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec lutego 2017 r. 83,4 mld zł, co oznacza wzrost o 18,9 proc. rok do roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła rok do roku o 5,5 proc., do poziomu 176,0 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w lutym br. 33,9 mld zł i była o 54,6 proc. wyższa niż rok wcześniej, przy czym wzrost wartości obrotu w samych transakcjach warunkowym był ponad 20-krotny.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w lutym 2017 r. 10,2 TWh, o 18,0 proc. więcej niż rok wcześniej, przy czym największa dynamikę wzrostu odnotowano na rynku spot, gdzie wolumen obrotu wzrósł o 30,1 proc. osiągając poziom 2,5 TWh. Z kolei łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w lutym 2017 r. wyniósł 6,3 TWh, czyli o 42,4 proc. mniej niż rok wcześniej.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2] na rynkach spot i terminowym wyniósł 4,7 TWh co oznacza spadek o 25,4 proc. w stosunku do lutego 2016 r. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wyniósł w lutym 2017 r. 34,4 ktoe[3].
Kapitalizacja 433 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec lutego 2017 r. wyniosła 625,7 mld zł. Łączna kapitalizacja 486 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec lutego 2017 r. 1 230,8 mld zł.
W lutym 2017 r. nie było debiutów na Głównym Rynku ani na rynku NewConnect. W lutym 2017 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, o 1 mniej niż rok wcześniej.
Dane z USA pozostają solidne, a kolejne głosy z Fed otwierają drogę do podwyżki w najbliższym czasie. A jednak USD nie kwapi się do rozpędzenia zwyżek. Techniczne opory pozostają ważne, tak samo jak wątpliwości, czy rzeczywiście Fed stać na ruch już w marcu? Pozytywny sentyment wspiera waluty ryzykowne, a rajd rynku akcji jest zachętą dla wzrostów USD/JPY.
Jeśli nawet Lael Brainard, czołowy gołąb Fed, twierdzi, że podwyżka stóp procentowych w krótkim czasie byłaby stosowna, to szanse na ruch o 25 pb 15 marca mają prawo wynosić obecnie ok. 80 proc. Dane z gospodarki również są sprzyjające. Wczoraj indeks PCE Core wskazał, że inflacja jest blisko celu Fed, z kolei zapiski w Bezowej Księdze Fed zawierały zmiany w stronę sygnalizacji poprawy sytuacji ekonomicznej. Naturalnie wiele się jeszcze może zdarzyć przez najbliższe dwa tygodnie, a chociażby czerwiec ubiegłego roku pokazał, że jeden rozczarowujący raport z rynku pracy jest w stanie całkowicie pogrzebać niemal pewną podwyżkę. Dane o zatrudnieniu poznamy dopiero 10 marca, a w międzyczasie rynek pozostanie skupiony na komentarzach z Fed. Jest mało realne, aby jutro prezes Fed Yellen i wiceprezes Fischer mieli nie potwierdzić ostatniego wzrostu oczekiwań na podwyżkę, więc USD wciąż pole do podtrzymania pędu.
A jednak dynamika zwyżek nie powala. Nawet można powiedzieć więcej – w kluczowych przypadkach pary dolarowe utrzymały poległy na ataku istotnych barier, co przyniosło przejściowy „odwrót rozczarowania”. Głównym przykładem jest tutaj EUR/USD, dalej siedzący ponad 1,05. GBP/USD ma za sobą techniczne przełamanie 1,2350, ale już na USD/JPY wyjście ponad 114 jest słabe w porównaniu z rajdem rynku akcji. Rynek dolara wyraźnie nie nadąża za wzrostem oczekiwań na podwyżkę Fed, co mówi nam dwie rzeczy. Po pierwsze, podwojenie prawdopodobieństwa podwyżki w czasie krótszym niż tydzień budzi wątpliwości, że albo ruch Fed już jest całkowicie zdyskontowany i dolarowi bardziej nie pomoże, albo rynek stopy procentowej się zapędził i grozi mu korekta, która pociągnie za sobą dolara. Po drugie, w środowisku analitycznym rozkład głosów za i przeciw podwyżce w marcu nie jest tak jednoznaczny, co może hamować apetyt na USD. Osobiście wydarzenia ostatnich dni nie wywarły na mnie aż tak silnego wrażenia, by postawić wszystko na podwyżkę na najbliższym posiedzeniu. Efektem ubocznym podwyżki w marcu jest przesunięcie dyskusji z 2-3 podwyżek w tym roku do 3-4 – istotnie jastrzębi zwrot w sytuacji, kiedy rynek wycenia trochę ponad dwa kroki do grudnia. Równie dobrze Janet Yellen może wykorzystać konferencję prasową 15 marca do przygotowania rynków na ruch w maju, co podtrzyma obecne oczekiwania wysoko, ale nie zacieśni bardziej warunków finansowych w USA (np. kosztów kredytów o zmiennym oprocentowaniu). Z tego punktu widzenia jestem w stanie zrozumieć rezerwę rynku USD, a na crossy patrzę z uwzględnieniem innych czynników. Rynek szanuje poziomy techniczne, więc akceleracja spadków EUR/USD zdaje się możliwa dopiero po złamaniu 1,0495. Solidny apetyt na ryzyko będzie wsparciem dla AUD, NZD i walut rynków wschodzących, ale jednocześnie napędza rynki akcji, co tworzy korzystne warunki dla wzrostów USD/JPY z najbliższym oporem dopiero przy 115.
Kalendarz w czwartek nie daje podstaw do oczekiwania wzrostu zmienności. Wstępne szacunki CPI z Eurolandu powinny wskazać wzrost z 1,8 proc. do 2 proc. r/r, co oznacza powrót do celu ECB pierwszy raz od stycznia 2013 r. Jednocześnie inflacja bazowa ma pozostać na 0,9 proc., stąd można zapomnieć o prędkim zwrocie ECB w jastrzębią stronę. Po południu dynamika PKB z Kanady może być istotna dla CAD, a wnioski o zasiłek dla bezrobotnych z USA są drugorzędne.
Pod względem liczby ofert pracy dla PR-owców 2016 rok był najlepszy od ośmiu lat – wynika z raportu PRoto.pl. Osób do obsługi public relations szukają przede wszystkim firmy z sektora technologicznego. W ubiegłym roku odpowiadały one za ponad 12 proc. publikowanych ofert, podczas gdy w 2014 roku było to jedynie 3 proc. Eksperci zauważają, że zapotrzebowanie na specjalistów ds. komunikacji wynika z tego, że trzeba przetłumaczyć nowinki technologiczne na język zrozumiały dla każdego typu odbiorcy.
– Rok 2016 był bardzo ciekawy pod kątem analizy rynku ofert pracy. W serwisie PRoto.pl pojawiło się najwięcej ofert od 2008 roku. Dominowały przede wszystkim oferty agencji PR – od nich pochodziło 42 proc. publikacji, ale aktywne były także firmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Magdalena Wosińska, redaktor PRoto.pl.
Łącznie na PRoto.pl w ubiegłym roku opublikowano blisko 1,9 tys. ofert. Najlepszym miesiącem na szukanie pracy dla PR-owców był marzec (208 ogłoszeń), najsłabszym – grudzień (108). Średnio każdego miesiąca PR-owcy mogli znaleźć 150 ogłoszeń dla siebie. Ze strony firm pochodziło ponad 790 zgłoszeń, co oznacza 15-proc. wzrost względem 2015 roku.
– Branża technologiczna najczęściej „puszczała oko” do PR-owców. W rzeczywistości coraz bardziej wirtualnej, ciekawej nie tylko dla pasjonatów, lecz także dla zwykłych zjadaczy chleba, rolą specjalistów ds. komunikacji będzie przetłumaczenie nowinek technologicznych na język zrozumiały dla każdego typu odbiorcy. Stąd zwrot w kierunku PR-u nie dziwi – ocenia Wosińska.
Jeszcze w 2014 roku ogłoszenia od firm z sektora IT stanowiły jedynie 3 proc. publikacji. W ubiegłym roku na 341 ogłoszeń, w których wskazano branżę, jaką mieliby obsługiwać PR-owcy, 97 dotyczyło branży IT (ponad 12 proc.). Dynamiczny wzrost zainteresowania przez firmy z sektora IT osobami związanymi z PR wskazuje, że znajomość nowych technologii będzie dużym atutem na rynku pracy.
– Najmniejsze problemy w znalezieniu pracy mieli specjaliści, największe – menadżerowie i dyrektorzy. W 2016 roku pojawiły się jedynie 72 oferty dla menadżerów. Dla porównania w 2011 roku 393 razy mogli oni znaleźć dla siebie nową pracę – zaznacza redaktor PRoto.pl.
Firmy poszukujące pracowników zazwyczaj decydowały się na specjalistów (508 publikacji). W drugiej kolejności kierowały ogłoszenia do konsultantów i asystentów (148), do menadżerów i dyrektorów ogłoszeń było zaledwie 25. Z kolei agencje szukają konsultantów (531 – 77 proc. ogłoszeń), praktykantów (259) i specjalistów (237), na wyższe stanowiska liczba ogłoszeń sięgnęła 45. Tym samym łącznie do menadżerów i dyrektorów skierowanych było 4 proc. ogłoszeń.
– Najłatwiej PR-owcy pracę mogli znaleźć w Warszawie. Na województwo mazowieckie przypadło 71 proc. publikacji, czyli ponad 1,3 tysiąca. Dla porównania, w województwie dolnośląskim, które zajęło drugie miejsce, ofert było ponad 140. To jest naprawdę duża różnica – podkreśla Magdalena Wosińska.
Na trzecim miejscu znalazło się województwo małopolskie (123 ogłoszenia).
W ostatnich czterech latach liczba klientów, którzy korzystają z assistance, wzrosła ponaddwukrotnie i przekracza dziś 2,6 mln. Polacy przestają postrzegać usługi pomocowe wyłącznie jako wsparcie przy kłopotach z autem. Assistance samochodowe wciąż jest najbardziej powszechne, ale szybko rośnie popularność segmentu medycznego i turystycznego. Usługi pomocowe cieszą się niemal 100-procentowym wskaźnikiem zadowolenia klientów. Coraz częściej z takich pakietów, powszechnych dotąd w dużych miastach, korzystają mieszkańcy mniejszych miejscowości.
– W ubiegłym roku z usług assistance skorzystała rekordowa liczba Polaków. W ciągu ostatnich czterech lat nastąpił ponaddwukrotny wzrost liczby klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.
Z usług assistance w 2016 roku skorzystało ponad 2,6 mln Polaków. Dla porównania jeszcze w 2013 roku pakiet pomocowy miało 1,1 mln klientów. Badanie Ipsos – przeprowadzone w styczniu na zlecenie Mondial Assistance – pokazało, że rośnie nie tylko wykorzystanie, lecz także świadomość dotycząca tego rodzaju usług.
– Assistance stał się zwykłą usługą, z której Polacy powszechnie korzystają. Nie jest już postrzegany jako niedostępny, luksusowy i drogi – mówi Tomasz Frączek. – Coraz częściej usługi assistance są wykorzystywane poza dużymi ośrodkami miejskimi, w miejscowościach od 20 do 50 tysięcy mieszkańców. Tam wzrost popularności assistance jest najbardziej dynamiczny.
Z badania „Rynek usług assistance widziany oczami klientów” wynika, że Polacy przestają powoli postrzegać ten rodzaj usług wyłącznie jako wsparcie w razie kłopotów z samochodem. Rośnie liczba klientów, którzy rozumieją assistance jako szeroko pojęte usługi pomocowe i ratunkowe (tak deklaruje 49 proc. badanych, wzrost o 15 pkt proc. rok do roku), które są dopełnieniem tradycyjnego ubezpieczenia.
– Około 75 proc. klientów postrzega usługi assistance jako dobry dodatek do głównej polisy ubezpieczeniowej lub usług bankowych – mówi Tomasz Frączek.
Assistance samochodowe wciąż jest jednak najpopularniejszą usługą wśród Polaków (84 proc.). Na drugim miejscu znalazło się wsparcie medyczne, zapewniające na przykład domowe wizyty lekarskie (80 proc.). Kolejny pod względem popularności jest assistance turystyczne/podróżne (66 proc.) oraz domowe (60 proc., spadek o 9 pkt proc.). Mężczyźni jako najbardziej potrzebny i przydatny uważają assistance samochodowy.
– Kobiety, które są w większym stopniu odpowiedzialne za zdrowie rodziny, bardziej cenią usługi pomocy medycznej, na przykład wizyty domowe. Dalej plasują się usługi turystyczne i pomoc assistance poza granicami kraju – mówi Tomasz Frączek.
Jak wynika z badania Ipsos, typowym posiadaczem usług assistance jest mężczyzna (59 proc.) z wyższym wykształceniem, mieszkający w trzyosobowym lub większym gospodarstwie domowym, w dużym mieście, powyżej 200 tys. mieszkańców.
– Z usług assistance korzystają przede wszystkim osoby z wyższym wykształceniem, pracownicy biurowi, specjaliści, także osoby na stanowiskach kierowniczych. Zwykle mają rodziny, mieszkają w gospodarstwach domowych liczących przynajmniej trzy osoby. W dużej części są to też mieszkańcy dużych miast. Obserwujemy jednak, że proporcja przechyla się nieco na korzyść małych miasteczek, w których rośnie liczba posiadaczy assistance – mówi Anna Karczmarczuk, prezes zarządu Ipsos Polska.
Ze statystyk wynika, że klienci, którzy przynajmniej raz skorzystali z usług pomocowych, chętnie sięgają po nie ponownie. Wyraźnie wzrosła liczba osób, które wykorzystują pakiet assistance częściej niż raz do roku. Dotyczy to w szczególności usług dodawanych do produktów bankowych. Jeszcze dwa lata temu klienci bankowości korzystali z pomocy dwa razy w roku, a teraz średnia wzrosła do 2,5. Świadczy to o pozytywnych doświadczeniach konsumentów, którzy zetknęli się z usługami assistance.
– Usługi assistance cieszą się bardzo wysokim wskaźnikiem zadowolenia klientów, niedoścignionym dla innych branż. Pakiety pomocowe są również postrzegane jako najbardziej atrakcyjne produkty ubezpieczeniowe, zarówno w bankach, jak i w towarzystwach ubezpieczeniowych – mówi Tomasz Frączek.
Jak wynika z szóstej edycji badania przeprowadzonego na zlecenie Mondial Assistance, pakiety pomocowe (samochodowe, medyczne, turystyczne i domowe) mają 95-proc. wskaźnik satysfakcji klienta. To poziom bardzo wysoki dla sektora usług, nie tylko finansowych. Zdaniem branżowych ekspertów tłumaczy to ciągły rozwój assistance pomimo trudnych warunków w branży finansowej.
– Obecnie modne i potrzebne są cyberusługi, czyli ubezpieczenia i assistance w zakresie cyberprzestępstw. Podobnie usługi, które wynikają ze zmian technologicznych, jak telemedycyna, teleassistance, telepomoc. W tym segmencie chcemy mocno się rozwijać. Zamierzamy też wprowadzić nowe produkty dla seniorów. O nich coraz więcej się mówi, ale niewiele się robi w tym zakresie. Planujemy to zmienić – prezes Mondial Assistance.
Blisko 80 proc. polskich firm prowadzi własną stronę internetową, a połowa jest aktywna w mediach społecznościowych. Szacuje się, że 200 tys. firm jest w stanie płacić za pozyskanie zleceń z internetu. Firma Fachowcy.pl, która oferuje kompleksową obsługę obecności przedsiębiorstw w sieci, obsługuje 2 tys. firm usługowych i producentów. Docelowo chce zdobyć 30–40 tys. klientów. Spółka planuje też ekspansję zagraniczną, na początek w Wielkiej Brytanii.
– Strona internetowa to istotny element pozyskania zleceń z internetu. Kiedyś dla firmy usługowej świat był prosty, wystarczyło być w papierowej książce telefonicznej i mieć zlecenia. Po 2000 roku zaczęło to przechodzić do katalogu w internecie, ale od 2005 roku wszystko zaczęło się komplikować. Przedsiębiorca nie był już w stanie zająć się jednocześnie reklamą, budową strony i jej pozycjonowaniem, posiadaniem domeny, serwera i poczty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Surmacki, prezes zarządu Fachowcy.pl, która oferuje kompleksową obsługę obecności firmy w internecie.
Według raportu „Biznes w sieci” przygotowanego przez IAB Polska, Ministerstwo Rozwoju oraz PwC wynika, że 80 proc. firm ma własną stronę internetową, blisko połowa (46 proc.) jest aktywna w mediach społecznościowych. Jednocześnie tylko 40 proc. monitoruje strony internetowe pod kątem obecności własnej i konkurencji, a co czwarta sprawdza pod tym względem media społecznościowe. Jak wskazuje Surmacki, mniejszym firmom trudno jest zadbać o odpowiednią pozycję w sieci, większość działa wyrywkowo i w ten sposób traci potencjalnych klientów.
– Nasza firma przywraca porządek rzeczy. Przedsiębiorca ma jeden podmiot, któremu płaci abonament, a ten robi za niego wszystko. To oznacza działania w trzech obszarach. Dbamy o to, aby firma była widoczna w internecie, co obejmuje działania reklamowe, żeby przedsiębiorca miał stronę internetową, która sprzedaje. Nie wizytówkę w internecie, ale prawdziwą stronę, która przy wysokiej konkurencji będzie potrafiła przekonać potencjalnego klienta do skorzystania z jej usług. Dbamy też, by każdy klient, który chce się skontaktować z przedsiębiorcą, był zawsze obsłużony – wymienia Surmacki.
Spółka Fachowcy.pl oprócz obsługi strony czy promowania firmy w sieci i social media zapewnia również przedsiębiorcom narzędzia służące do pozyskiwania w internecie zleceń i nowych klientów. Prezes firmy ocenia, że zapotrzebowanie na tego typu usługi jest duże, bo rynek w Polsce jest bardzo głęboki.
– Panorama Firm i Polskie Książki Telefoniczne, czyli dwa największe katalogi, miały historycznie w sumie 200 tysięcy klientów. To były biznesy z przychodami rocznymi ponad 200 milionów złotych każdy. W Polsce jest więc 200 tysięcy firm, które stać na płacenie 2–3 tysięcy złotych, bo taka była średnia roczna wartość klienta w tych dwóch katalogach za to, żeby pozyskiwać zlecenia dla swoich biznesów – przekonuje prezes Fachowcy.pl.
Część firm opracowuje plan działania w sieci we własnym zakresie, inni korzystają z usług freelancerów i agencji interaktywnych. Te jednak obejmują jedynie część działań koniecznych w internecie, dlatego zdaniem Surmackiego oferowane kompleksowe usługi powinny się sprawdzić na rynku.
– Roczna wartość naszej usługi to średnio 3 tysiące złotych. Widzimy, że jest potencjał na to, żeby z klientów, których kiedyś miała Panorama Firm i Polskie Książki Telefoniczne, zdobyć 15–20 procent rynku, czyli mieć ok. 30 tysięcy klientów – ocenia ekspert.
Na koniec 2016 roku firma świadczy usługi dla ok. 2 tysięcy klientów. To przede wszystkim małe i średnie firmy z sektora usług i producentów, poza sektorem e-commerce. Fachowcy.pl planuje też ekspansję na zagraniczne rynki, na początek chce wejść do Wielkiej Brytanii, a środki na to przeznaczy ze sprzedaży obligacji.
– Na Wyspach samych tylko firm założonych przez Polaków jest prawie 200 tysięcy, więc dostrzegamy tam bardzo duży potencjał w tym obszarze. Równie interesujący jest dla nas oczywiście obszar angielskich firm – podkreśla Piotr Surmacki.
Sektor finansowy czeka na rozporządzenie Ministra Finansów ws. wykonania dyrektywy CRD IV, zmieniającej zasady wynagrodzeń w bankach. Ma ono zostać podpisane na dniach i wejść w życie 1 maja 2017 r. Zdaniem Katarzyny Sarek-Sadurskiej duże banki nie powinny mieć większych problemów z wprowadzeniem nowych zasad. Wiele z nich już je wdrożyło na polecenie swoich zagranicznych centrali. Natomiast małe banki, np. spółdzielcze, mogą mieć z tym problem.
– Częściowo regulacje CRD IV są już wprowadzone w prawie bankowym, ale obecnie sektor finansowy z niepokojem oczekuje na rozporządzenie Ministra Finansów, które w szczegółach pokaże, w jaki sposób tę dyrektywę CRD IV implementować do systemów wynagrodzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Sarek-Sadurska, radca prawny, szefowa działu wynagrodzeń w sektorze finansowym w Kancelarii Raczkowski Paruch.
Dyrektywa CRD IV (Capital Requirements Directive) została uchwalona w 2013 roku i jest kolejnym etapem wprowadzania zmian w sektorze finansowym w odpowiedzi na kryzys finansowy w latach 2007–2009. Reguluje ona kwestię wynagrodzeń tych pracowników banków, którzy podejmują kluczowe decyzje łączące się z dużym ryzykiem dla banku. Często lwia część wynagrodzeń tych osób zależna była od krótkoterminowych wyników banków, więc nie zawsze byli oni wystarczająco skupieni na wynikach długofalowych. Dyrektywa CRD IV zmienia tę praktykę. Ogranicza ruchomą część zarobków do maksymalnie 100 proc. stałego wynagrodzenia i kładzie nacisk na premie za zyski długoterminowe. Wprowadza też zasadę wypłaty co najmniej połowy premii w instrumentach finansowych (np. w akcjach), tak aby wysokość premii wprost uzależnić od kondycji pracodawcy w dłuższej perspektywie.
– Dla działu HR, compliance, działu prawnego, rad nadzorczych i zarządów banków to są bardzo poważne zmiany i wiążą się z dużym nakładem pracy –przekonuje Katarzyna Sarek-Sadurska. – Trzeba przede wszystkim opracować, ustalić i wdrożyć politykę wynagrodzeń dla tzw. risk takerów, czyli tych pracowników banku, którzy ponoszą główne ryzyko i podejmują najważniejsze decyzje. W praktyce są to członkowie zarządu i dyrektorzy, ale też często będą to poszczególni pracownicy, którzy mają np. prawo podejmować decyzję o przyznaniu bardzo wysokich kredytów. W związku z tym może się okazać, że w mniejszych bankach nawet 30 czy 40 proc. załogi będzie objęte nowymi regulacjami.
Zdaniem prawniczki nowy system w praktyce zacznie funkcjonować za 1–2 lata, choć w część banków wprowadziła już zasady z dyrektywy mimo braku rozporządzenia. Duże instytucje, zwłaszcza te, których centrale znajdują się poza Polską, są na zmiany gotowe, bo wprowadziły je na polecenie swoich spółek matek. Natomiast mogą one być problemem dla małych banków, np. spółdzielczych.
– Małe banki mają bardzo małą skalę działalności. Przykładowo banki spółdzielcze nie operują aż tak wielkimi kredytami, dużymi środkami, ale też u nich wynagrodzenia są dużo mniejsze i mniej liczebna jest załoga. W ich przypadkach tak zwanym risk-takerem może być wysoki odsetek załogi – mówi szefowa działu wynagrodzeń w sektorze finansowym w Kancelarii Raczkowski Paruch. – Ograniczanie tym pracownikom prawa do wypłaty niewielkich już premii w gotówce z odroczeniem wypłaty na 3 lata będzie dla tej grupy kłopotliwe.
W tej sytuacji pomocny może się okazać zaproponowany w dyrektywie mechanizm proporcjonalności.
– Dyrektywa pozwala w niektórych przypadkach odejść od jej stosowania, jeżeli to jest zgodne z tzw. zasadą proporcjonalności. Nie do końca wiadomo, co to znaczy. Cały czas czekamy na to, czy Komisja Nadzoru Finansowego da nam jakieś wskazówki, czy pomoże bankom spółdzielczym w stosowaniu dyrektywy CRD IV – mówi radca prawny Katarzyna Sarek-Sadurska.
W lutym indeks PMI® polskiego sektora przemysłowego (Wskaźnik Managerów Logistyki) zarejestrował 54,2 punktu, co wskazuje na kontynuację kilkumiesięcznego trendu sygnalizującego poprawę w polskim sektorze przemysłowym.
Jak podała firma badawcza IHS Markit, wskaźnik PMI dla Polski był nieznacznie niższy niż w grudniu 2016 r. (54,3 pkt) i w styczniu br. (54,8 pkt), ale wciąż powyżej długoterminowej średniej.
W minionym miesiącu polska produkcja przemysłowa po raz kolejny odnotowała wzrost, co było spowodowane rosnącą liczbą nowych zamówień, również tych eksportowych, głównie z rynku europejskiego i amerykańskiego. Jednocześnie ponownie spadł poziom zaległości produkcyjnych.
Polscy przedsiębiorcy w lutym po raz kolejny odczuli wzrost kosztów produkcji, co przełożyło się na ceny sprzedaży, które rosły czwarty miesiąc z rzędu i najmocniej od prawie roku.
Wysoki poziom indeksu PMI sygnalizuje postępujący wzrost sektora przemysłowego w najbliższych miesiącach. Według IHS Markit, zagrożeniem dla prognoz może być ryzyko wzrostu cen, które na razie jest niwelowane przez spodziewane korzyści wynikające z postępującej poprawy koniunktury.
27 lutego br. Centrum Dydaktyczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – Konferencja „CePT – Platformą rozwoju innowacyjnej medycyny”.
Ponad 300 osób – przedstawicieli nauki, biznesu oraz administracji państwowej spotkało się 27 lutego br. w Centrum Dydaktycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego podczas konferencji „CePT – Platformą rozwoju innowacyjnej medycyny”. Celem wydarzenia zainicjowanego przez Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii (CePT) było zainicjowanie poważnej, merytorycznej dyskusji na temat współpracy nauki, biznesu i rządu w obszarze bioinnowacji.
Chociaż w ciągu ostatnich 10 lat wydatki na innowacje podwoiły się, nadal znajdujemy się w dziesiątce krajów europejskich, w których stanowią one mniej niż 1 proc PKB. Pierwsza ustawa o innowacyjności, podpisana w listopadzie 2016 roku, dzięki zachętom w postaci ulg podatkowych, ustabilizowaniu finansowania komercjalizacji wyników badań naukowych czy ułatwień proceduralnych ma przyczynić się do osiągnięcia w 2020 roku poziomu wydatków na badania i rozwój w wysokości 1,7% PKB. Obecnie polscy naukowcy prowadzą projekty badawcze, których nie powstydziłyby się największe ośrodki B+R na świecie, jednak brak funduszy i strategicznych programów wspierających polską naukę, powoduje, że niewiele z nich ma szansę na wdrożenie. Od 30 lat nie pojawił się chociażby żaden innowacyjny lek rodzimej produkcji.
– „W Polce nie brakuje ani innowacyjnych pomysłów, ani inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy są w stanie wyznaczyć nowe kierunki rozwoju branży biotechnologicznej na skalę ogólnoświatową. To ogromna szansa dla naszego kraju, a to czy i w jaki sposób ją wykorzystamy, może mieć kluczowe znaczenie dla transformacji Polski w gospodarkę innowacyjną i opartą na wiedzy.” – powiedział prof. Mirosław Wielgoś, Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Rząd zaprasza naukę i biznes do współpracy
W trakcie konferencji dyskutowano nad możliwymi działaniami, które przyspieszyłyby rozwój polskiej innowacyjności. Zarówno reprezentanci świata nauki, jak i przedstawiciele biznesu, podkreślali, że innowacyjność powinna być wspierana przez państwo, a odpowiednie regulacje prawne i podatkowe mogą przyczynić się do integracji obu środowisk. Co istotne, według uczestników konferencji CEPT, zaproponowane rozwiązania legislacyjne powinny odpowiadać na rzeczywiste potrzeby zarówno przedsiębiorstw, jak
i instytutów badawczych.
– „Rozpoczęliśmy prace nad drugą ustawą o innowacyjności, która jeszcze bardziej ma zachęcić przedsiębiorców i naukowców do współpracy, aby Polska rzeczywiście rozwijała się innowacyjnie.” – powiedział Piotr Ziółkowski, Doradca Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który z ramienia Ministra Jarosława Gowina uczestniczył w konferencji.
W imieniu Ministra Jarosława Gowina, Piotr Ziółkowski zaprosił też uczestniczących w wydarzeniu przedstawicieli środowiska naukowego oraz reprezentantów firm i inwestorów działających w obszarze Life Science do wystosowania listu otwartego do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Zawarte w nim uwagi i sugestie miałyby pomóc w pracach nad ustawą, która ma wprowadzić szereg zmian prawnych i ulg zachęcających przedsiębiorców do inwestowania w badania i rozwój.
– „Jestem tu dzisiaj przede wszystkim po to, aby Państwa wysłuchać i te spostrzeżenia zabrać do ministerstwa. Chciałbym też Państwa zachęcić do tego, aby efektem dzisiejszego spotkania, Państwa debat i rozmów, był list skierowany do nas, do ministerstwa, z Państwa uwagami, które warto, abyśmy uwzględnili w pracach nad drugą ustawą o innowacyjności.” – dodał Piotr Ziółkowski.
Finansowy ciężar komercjalizacji badań przytłacza naukę i biznes
Jak podkreślali uczestnicy konferencji, wyzwaniem dla polskiej biotechnologii wciąż jest wyjście poza etap badań wstępnych i tworzenia prototypów. Dotyczy to zarówno sektora naukowego, jak również firm farmaceutycznych. Szacuje się, że wprowadzenie na rynek nowego, innowacyjnego leku kosztuje minimum 1 mld. dolarów. Skąd tak wysokie koszty?
– „Niektórzy mówią, że mamy do czynienia z bardzo silną presją regulatorów, inni wskazują na zachłanność firm farmaceutycznych. Tymczasem prawda jest taka, że mamy do czynienia z zupełnie różną technologią leków, nad którymi pracujemy.To już nie są technologie prostych cząsteczek chemicznych. To są bardzo zaawansowane leki biotechnologiczne.” – zaznaczył dr Jerzy Pieczykolan z Celon Pharma S.A.
Według danych przytoczonych przez Jerzego Pieczykolana, koszty rozwoju nowych terapii na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat wzrosły ponad czternastokrotnie. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oscylowały średnio na poziomie 179 milionów dolarów, obecnie wynoszą ponad 2,5 miliarda. W Polsce nie ma podmiotów, które mogłyby samodzielnie udźwignąć taki ciężar finansowy, dlatego niezwykle istotną kwestią jest zacieśnienie współpracy pomiędzy firmami farmaceutycznymi i instytutami naukowymi. A ta, aby mogła być efektywna, musi opierać się na zrozumieniu wzajemnych potrzeb.
– „Dla środowiska naukowego liczą się odkrycia, dla firm z kolei najważniejsze są wdrożenia i ochrona własności intelektualnej.Konieczne jest zrozumienie motywacji i celu, do którego każda ze stron dąży.Pomijając aspekty prawne i finansowe, to jedno z największych wyzwań procesu transferu technologii w Polsce.” – dodał dr Marcin Szumowski z OncoArendi Therapeutics S.A.
Według Marcina Szumowskiego kolejną istotną kwestią dla sprawnego i efektywnego transferu technologii pomiędzy instytutami badawczymi a sektorem biznesowym są zespoły naukowe, których członkowie będą posiadać nie tylko wykształcenie kierunkowe, ale również doświadczenie w przemyśle, co może wpłynąć na lepsze zrozumienie potrzeb przedsiębiorstw.
Zasypać „Dolinę Śmierci” pomiędzy nauką a biznesem
Uważa się, że między światem nauki a światem biznesu rozciąga się „Dolina Śmierci”. Powoli ta dolina zostaje zasypywana dzięki inicjatywom naukowców i przedsiębiorców. Współpraca obu środowisk jest niezbędna dla tworzenia gospodarki opartej na wiedzy, a proces komercjalizacji nie jest możliwy bez nauki na najwyższym poziomie.
– „Polska nauka osiągnęła pewien stopień doskonałości, dzięki któremu może generować innowacje. Powstaje coraz więcej dynamicznych, dobrze rozwijających się firm, które zaczynają zwracać się w stronę nauki. To zjawisko jest stosunkowo nowe, ale niesie dużo nadziei.” – powiedział Prof. Jerzy Duszyński, Prezes Polskiej Akademii Nauk.
Według przedstawicieli biznesu, również sektor naukowy coraz bardziej otwiera się na biznes.
– „W ostatnim czasie obserwujemy zwiększoną aktywność uczelni, co postrzegamy jako sytuację bardzo pozytywną. Coraz częściej kontaktują się z nami naukowcy lub biura transferu technologii, dzięki temu wiele kwestii udaje nam się załatwić o wiele szybciej.” – stwierdził dr Marcin Szumowski z OncoArendi Therapeutics S.A.
W drugiej części konferencji, naukowcy z CePT zaprezentowali innowacyjne projekty realizowane we współpracy z sektorem biznesu oraz aktualnie prowadzone badania, które mogą mieć ogromne znaczenie dla poprawy jakości życia, m.in. osobisty monitor hemodializy, bioniczna trzustka, nowe metody immunoterapii nowotworów, nieinwazyjne metody diagnostyczne w onkologii czy substancja chroniąca przed alergią niklową.
Wydarzeniu towarzyszyła także wystawa projektów badawczych realizowanych przez instytucje wchodzące w skład centrum naukowo-badawczego CePT oraz firmy z sektora Life Science.