O zakupie produktu w dużej mierze decydują zmysły. Kolory, muzyka czy zapach mogą zwiększyć sprzedaż o kilkanaście procent

O zakupie produktu w dużej mierze decydują zmysły. Kolory, muzyka czy zapach mogą zwiększyć sprzedaż o kilkanaście procent 1

Marketing sensoryczny może mieć ogromne znaczenie dla podjęcia decyzji o zakupie – podkreśla dr Marek Borowiński, specjalista ds. psychologii koloru w Shop Doctor. Impulsy zmysłowe odpowiadają nawet w 80 proc. za reakcję mózgu. Wzrok i słuch wpływają na odczucia innych zmysłów. Dlatego właściwe zastosowanie muzyki czy zapachów może zwiększyć wyniki sprzedażowe firm o kilkanaście procent. Oddziaływać na zmysły można również poprzez media społecznościowe.

– Marketing sensoryczny to zaangażowanie wszystkich zmysłów po to, aby przywiązać klientów do marki i produktów. Marki wykorzystują wszystkie zmysły, czyli wzrok, węch, słuch oraz odczuwanie temperatury. Chodzi o to, aby wytworzyło się nam pozytywne skojarzenie z marką i abyśmy na poziomie emocjonalnym mieli w stosunku do niej bardzo przyjazne i sympatyczne emocje – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Marek Borowiński, specjalista ds. visual merchandisingu i psychologii koloru w Shop Doctor.

W 80 proc. za reakcję mózgu odpowiadają impulsy zmysłowe. Odpowiednio dobrane do produktu elementy marketingu sensorycznego mogą wpłynąć na podjęcie decyzji o zakupie i zwiększyć sprzedaż o kilkanaście procent. Z badań przeprowadzonych przez firmę IMS wynika, że średnia wizyta w sklepie z przyjemną muzyką jest o 20 proc. dłuższa niż w pozostałych placówkach. 90 proc. badanych wskazało, że muzyka jest zdecydowanie lub raczej niezbędna w miejscu sprzedaży.

– Niektóre marki, np. odzieżowe, mają swój zapach. Kiedy wchodzę do galerii, już czuję, że dana sieć jest obecna, bo wpoiła we mnie i we wszystkich nabywcach tego typu skojarzenie. W sklepach piekarniczo-cukierniczych modny jest wypiek na miejscu. Zapach ciasta powoduje, że od razu robimy się głodni, a człowiek głodny kupi więcej – podkreśla Borowiński.

Marketing sensoryczny pełni też ważną rolę w sklepach z wyposażeniem domu i materiałami budowlanymi, gdzie można samemu sprawdzić, jak działają poszczególne urządzenia. W takim przypadku to bodźce dotykowe decydują o zakupie.

– Klienci mają dodatkowe odczucia, mogą coś przekręcić, otworzyć, a jeśli salony sprzedają ogrodzenia – wyjść na zewnątrz i zobaczyć dane ogrodzenie – wskazuje ekspert. – Jeżeli dany salon sprzedaży potrafi ściągnąć klientów i w odpowiedni sposób zaprezentować produkt, to notuje sukces sprzedażowy.

Jak przekonuje Borowiński, podobne techniki wykorzystują salony samochodowe. Marketing sensoryczny wpływa na odczuwanie przyjemności z jazdy, m.in. klimatyzacja, włączona muzyka czy przyjemny zapach. Aroma- i audiomarketing na coraz szerszą skalę zaczynają stosować również banki.

Na ocenę marki wpływa też wygoda robienia zakupów i komfort obsługi. Wykorzystują to placówki usługowe, które oferują klientom czekającym w kolejce np. wygodne kanapy i fotele. Wystrój wnętrza, wygoda, odpowiedni dobór tkanin wpływają na wizerunek firmy. Jak wskazuje ekspert, postrzegamy je wówczas jako pewne.

Marketing sensoryczny może być wykorzystywany nie tylko w punktach sprzedaży bezpośredniej, lecz także w mediach społecznościowych.

– Tam istotny jest zmysł wzroku i słuchu. Jeżeli firma chce oddziaływać na klientów, to będzie to zadaniem osoby, która to sfilmuje i pokaże. W zależności od tego, jak produkt zostanie pokazany, jaka będzie muzyka i obraz, to może zadziałać, ponieważ wzrok i słuch wpływają na odczucia innych zmysłów. Nigdy jednak nie będzie to takie oddziaływanie jak w stacjonarnym punkcie sprzedaży – ocenia dr Marek Borowiński.

Networking to nie wymiana wizytówek obliczona na zysk. Umiejętnie stosowany pomaga rozwinąć firmę

Networking to nie wymiana wizytówek obliczona na zysk. Umiejętnie stosowany pomaga rozwinąć firmę 2

Budowanie i podtrzymywanie relacji, czyli networking, to skuteczne narzędzie rozwijania biznesu. Pomaga pozyskiwać klientów i partnerów handlowych. Jego popularność w Polsce rośnie, szczególnie wśród przedsiębiorców, którzy dopiero stawiają w biznesie pierwsze kroki.

Networking to bardzo ważny element nie tylko relacji biznesowych, lecz także międzyludzkich. Umożliwia nawiązywanie kontaktów, pozyskiwanie informacji, buduje dobrą przestrzeń służącą konfrontowaniu swojego pomysłu biznesowego z kimś bardziej doświadczonym. To taka kompleksowa wymiana wiedzy, szansa na zdobywanie dodatkowych umiejętności, a później solidarne dzielenie się nimi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Czekaj, wiceprezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet.

Networking, czyli umiejętność nawiązywania i podtrzymywania sieci kontaktów, zyskuje na znaczeniu w kontekście biznesowym. Coraz więcej przedsiębiorców postrzega go jako skuteczne narzędzie rozwijania firmy, ponieważ umożliwia pozyskiwanie klientów, znalezienie partnerów i zwolenników oferowanych usług czy produktów, a przede wszystkim sprzyja tworzeniu się trwałych relacji zawodowych.

Wbrew stereotypom networking ma niewiele wspólnego z kolekcjonowaniem wizytówek. Wymaga za to pewnych umiejętności interpersonalnych. Poznawanie przedsiębiorców, ekspertów i specjalistów z różnych branż dzięki udziałowi w specjalistycznych konferencjach, szkoleniach czy warsztatach należy traktować jako szansę opowiedzenia o swojej koncepcji biznesowej. To także pewnego rodzaju analiza rynku. Często finałem takich rozmów jest deklaracja współpracy i wieloletnie kontrakty, czyli obustronne korzyści. W networkingu ważna rola przypada zasadzie wzajemności.

Celem networkingu jest udzielanie sobie wzajemnej pomocy i wsparcia. Mając w gronie wsparcia znajomego prawnika albo księgowego, można skorzystać z jego pomocy, a później odwdzięczyć się pomocą, informacjami ze swojej sfery działań biznesowych. Dodatkową korzyścią jest wymiana wiedzy, możliwość uzyskania wsparcia i zasięgnięcia dobrej rady osoby bardziej doświadczonej. To istotne zwłaszcza dla przedsiębiorców, którzy w biznesie stawiają dopiero pierwsze kroki.

– Osoby, które zaczynają swoją przygodę z biznesem, często działają samotnie. W odróżnieniu od korporacji i dużych firm, nie mają za sobą wsparcia zespołu. Dlatego możliwość skonfrontowania pewnych opinii, przypuszczeń z kimś, kto przecierał podobne szlaki wcześniej jest bezcenna. Może wzmocnić naszą osobistą barierę ochronną. Czasami skłania do zmodyfikowania pomysłu, bezpieczniejszego osadzenia go w realiach rynku. Ponadto dzięki relacjom networkingowym rodzą się trwałe partnerstwa strategiczne, zyskuje się liczne grono klientów – mówi Dorota Czekaj.

Networking jest przydatny w każdej branży: począwszy od usług, a skończywszy na produkcji. Fundacja Przedsiębiorczych Kobiet od kilku lat organizuje spotkania networkingowe dla kobiet, które prowadzą własne biznesy lub dopiero stawiają w nim pierwsze kroki. Cieszą się one dużym zainteresowaniem i mają wierną grupę zwolenniczek. Zdaniem wiceprezeski organizacji w przeciwieństwie do mężczyzn kobietom dużo łatwiej przychodzi nawiązywanie kontaktów. Trudności sprawia im czasami przekucie relacji o charakterze towarzyskim w relację biznesową.

Myślę, że kobiety bardziej doceniają znaczenie networkingu. Szczególnie w momencie, w którym podejmują decyzję o założeniu własnej firmy. Wtedy potrzeba skorzystania z doświadczeń innych kobiet, którym udało się osiągnąć sukces albo są na podobnym etapie, jest bardzo duża – mówi Dorota Czekaj.

Zdaniem wiceprezeski Fundacji Przedsiębiorczych Kobiet na networking jest coraz większe zapotrzebowanie, mimo że w Polsce stawia pierwsze znaczące kroki.

Świadczy o tym chociażby popularność naszych spotkań. W ciągu czterech lat naszej pracy zorganizowałyśmy ponad setkę spotkań networkingowych dla kobiet, w których wzięło udział 15 tys. uczestniczek – mówi Dorota Czekaj.

Akcje promocyjne i konkursy wiążą się z obowiązkami podatkowymi. Wiele firm popełnia w tej kwestii błędy

Akcje promocyjne i konkursy wiążą się z obowiązkami podatkowymi. Wiele firm popełnia w tej kwestii błędy 3

Konkursy i promocje pomagają budować markę i pozyskiwać nowych klientów, dlatego firmy coraz chętniej z nich korzystają. Muszą jednak pamiętać o obowiązkach podatkowych, jakie się z takimi akcjami wiążą. Wątpliwości przedsiębiorców dotyczą m.in. możliwości zaliczenia kosztów z tym związanych do kosztów uzyskania przychodu. W określonych przypadkach podatnicy mogą też zostać zobligowani do odprowadzenia 10-proc. podatku od nagród.

W praktyce przedsiębiorcy, którzy przeprowadzają akcje promocyjne, najczęściej pomijają aspekt podatkowy takich działań. Ich celem jest rozpropagowanie działalności firmy. Warto jednak pamiętać o tym, że jeżeli w razie kontroli podatkowej lub skarbowej uprawnione organy dopatrzą się niedopełnienia obowiązku podatkowego, to podatnik będzie miał z tego tytułu problemy – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Jankowska, konsultant podatkowy w kancelarii doradztwa podatkowego i księgowego Advicero Tax.

Akcje marketingowe, konkursy i promocje albo rozdawanie gadżetów reklamowych to dla większości firm sposób na wypromowanie marki, zwiększenie sprzedaży i pozyskanie nowych klientów. Organizując akcję promocyjną, firma musi jednak zadbać o to, żeby właściwie ją rozliczyć. W przeciwnym wypadku narazi się na konsekwencje podatkowe.

Częste pytanie związane z rozliczaniem akcji promocyjnych dotyczy tego, czy koszty związane z tymi akcjami promocyjnymi mogą stanowić koszty uzyskania przychodu w podatku dochodowym.

– Co do zasady mogą, ponieważ niezaprzeczalnie te koszty są ponoszone w celu otrzymania lub zwiększenia przychodu – podpowiada konsultant podatkowy Elżbieta Jankowska.

Firma, która organizuje akcje promocyjną, może też zostać zobowiązana do odprowadzenia zryczałtowanego podatku od nagród, które wydaje uczestnikom konkursów lub swoim klientom. Stawka tego podatku wynosi 10 proc. i powinna zostać odprowadzona od wartości nagrody, jednak przewidziane są różnego rodzaju zwolnienia podatkowe od tej reguły.

Przykładowo, jeśli nagradzanym nie jest stricte osoba fizyczna, tylko osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą lub osoba prawna, to wówczas taki podatek nie powinien być odprowadzany – mówi Elżbieta Jankowska.

Konsultant prawny z kancelarii Advicero Tax podkreśla, że firma organizująca kampanię promocyjną powinna każdorazowo sprawdzić, z jakimi obowiązkami podatkowymi będzie się ona wiązać, czy może podlegać pod przewidziane w ustawie zwolnienia podatkowe i czy można dokładnie wyliczyć koszty zorganizowania takiej akcji i uzyskania przychodu.

– Dobrze jest od razu poznać możliwe skutki podatkowe. Lepiej zapobiegać, niż potem zwalczać ewentualne negatywne skutki. Najlepiej skontaktować się z doradcą podatkowym lub z organami podatkowymi, które w wielu przypadkach również służą podatnikowi pomocą – wskazuje Elżbieta Jankowska.

Przedsiębiorca, który chce rozwiać ewentualne wątpliwości, może się skontaktować z biurem Krajowej Informacji Podatkowej. Pod specjanym numerem infolinii może uzyskać od konsultanta informacje dotyczące rozliczeń i obowiązków fiskalnych. Nie musi w tym celu podawać żadnych swoich danych.

W przypadku poważniejszych wątpliwości warto wnioskować o indywidualną interpretację podatkową, która w razie przyszłych problemów może uchronić podatnika przed częścią konsekwencji karno-skarbowych lub podatkowych – wskazuje Elżbieta Jankowska.

Przedsiębiorca, który skorzystał z innych źródeł informacji, ale wciąż ma wątpliwości co do zakresu i stosowania prawa podatkowego, może wystąpić o wydanie interpretacji indywidualnej. W imieniu Ministerstwa Finansów przygotowują ją dyrektorzy pięciu izb skarbowych (w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, w Katowicach i Bydgoszczy).

Aby złożyć wniosek, trzeba wypełnić odpowiedni formularz dostępny na stronie KIP lub resortu finansów i wnieść opłatę. Indywidualna interpretacja na wniosek podatnika jest wydawana w terminie maksymalnie 3 miesięcy od wystąpienia z taką prośbą. Podatnik, który w rozliczeniu zastosuje się do treści interpretacji, nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karno-skarbowej, nie zostaną mu naliczone odsetki za zwłokę, a w niektórych przypadkach może nawet zostać zwolniony z obowiązku zapłaty podatku.

Miasta inwestują w technologię LED. Wymiana oświetlenia może przynieść nawet 80-proc. oszczędności energii

Miasta inwestują w technologię LED. Wymiana oświetlenia może przynieść nawet 80-proc. oszczędności energii 4

Lampy LED odpowiadają już za 60 proc. sprzedaży oświetlenia. Rynek szybko rośnie, zwłaszcza że ze względu na jakość i funkcjonalność technologia LED jest w stanie zastąpić większość dotychczas stosowanych źródeł światła. Oświetlenie to jest coraz częściej stosowane w biurach, zakładach przemysłowych oraz na ulicach miast. Również większość przetargów w drogownictwie jest rozpisanych z myślą o tej technologii – podkreśla Grzegorz Kurzydłowski, dyrektor generalny Co-Unity B.V., przedstawiciela Toshiba Lighting w Polsce. Oszczędności zużytej energii, jakie można uzyskać, stosując technologię LED, sięgają nawet 80 proc.

– Światło LED coraz szybciej wchodzi na rynek, nie tylko do zwykłych domów, lecz także do przemysłu. Jakość światła jest na tyle dobra, że zastępuje wszystkie dotychczasowe źródła światła, łącznie z technologią fluorescencyjną i metalohalogenkową. Pod względem jakości LED wcale im nie ustępuje, a w wielu przypadkach jest nawet dużo lepszy i co najważniejsze oszczędniejszy – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Kurzydłowski, dyrektor generalny CO-Unity BV.

Oświetlenie LED jest jednym z szybciej rozwijających się rynków na świecie. Szacuje się, że nawet za 60 proc. sprzedaży oświetlenia odpowiada LED. Wedle grupy LUG do 2020 roku będzie to już 70 proc., a wartość rynku LED może wynieść 64 mld euro.

– Sam LED nie jest nowinką, ale nowinką jest to, w jaki sposób go wykorzystujemy. LED nie tylko daje światło, lecz także da się nim sterować, dobierać odpowiednią barwę światła, natężenie czy inne parametry, co poszerza spektrum zastosowań tych lamp – zaznacza Grzegorz Kurzydłowski.

Jak tłumaczy ekspert, przewagą LED jest możliwość oświetlenia dokładnie tego fragmentu, który chcemy. Nie ma efektu zaśmiecenia światłem jak przy oświetleniu tradycyjnym.

– LED jest nie tylko energooszczędny. Dokładając do niego sterowanie, możliwość doboru parametrów światła oraz optykę, jesteśmy w stanie uzyskać bardzo duże korzyści. Nie tylko poprawiamy jakość światła, ale jednocześnie zmniejszamy tzw. zanieczyszczenie światłem naszego otoczenia – wymienia dyrektor generalny CO-Unity BV.

To wszystko sprawia, że zalety technologii LED docenili konsumenci. To już nie tylko źródło światła, lecz także ze względu na oprawę oświetleniową element wystroju wnętrza. Wyższe dochody społeczeństwa to także większy popyt na produkty oświetleniowe o wysokich walorach estetycznych, a jednocześnie energooszczędnych. Tym samym rynek lamp LED-owych będzie rosnąć w siłę.

– Jeśli popatrzymy na przeciętną półkę sklepu oferującego źródła światła, 90 proc. oferty skierowanej do konsumenta stanowi właśnie LED – zaznacza Grzegorz Kurzydłowski.

Z badań przeprowadzonych przez Co-Unity wynika, że 60 proc. Polaków nie wie, jaki jest koszt użytkowania zwykłej żarówki. Większość jest jednak świadoma przewagi ekologicznej technologii LED, która wypiera dotychczas stosowane oświetlenie również w przemyśle. Coraz częściej na tego typu światła decydują się biura. Również instalacje oświetleniowe przy drogach wymieniane są na LED.

– Przeciętny słup oświetleniowy zużywa ponad 200 W mocy. Dzięki technologii LED-owej jesteśmy w stanie zmniejszyć zużycie prądu co najmniej o połowę, a przy zastosowaniu sterowania jeszcze więcej. Może to być nawet 80 proc. oszczędności na prądzie. Jest duże zainteresowanie, co widać po przetargach. Praktycznie większość obecnie otwartych przetargów na oświetlenie jest już rozpisanych z myślą o technologii LED-owej – podkreśla Grzegorz Kurzydłowski.

Eksport w tym roku może wzrosnąć o 8 proc. Zwiększy się sprzedaż do Europy Wschodniej i krajów rozwiniętych spoza UE

Eksport w tym roku może wzrosnąć o 8 proc. Zwiększy się sprzedaż do Europy Wschodniej i krajów rozwiniętych spoza UE 5

Polski eksport w tym roku może wzrosnąć o blisko 8 proc., przy zaledwie 2 proc. wzroście w 2016 roku – ocenia Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE. Wyniki może poprawić przede wszystkim sprzedaż na Wschód. Już w ubiegłym roku sprzedaży na Białoruś i Ukrainę wzrosła o 6,5 proc. Dynamicznie powinna rosnąć także sprzedaż do krajów unijnych i rozwiniętych spoza UE. Duża niepewność związana jest z popytem w krajach rozwijających się. Pomóc może wsparcie od państwa i dyplomacja gospodarcza.

– Eksport w ubiegłym roku wzrósł w ujęciu statystyk eurowych o nieco ponad 2 procent. To wynik nie do końca na miarę naszych oczekiwań. Na początku ubiegłego roku spodziewaliśmy się nieco lepszych statystyk. Jednak pod koniec roku, po gorszych nastrojach konsumentów i przedsiębiorców w krajach naszych głównych partnerów, widać było, że wyniki mogą być słabsze – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

W 2016 roku wartość eksportu z Polski wyniosła 183,6 mld euro (wzrost o 2,3 proc.) przy imporcie na poziomie 178,7 mld euro (wzrost o 0,9 proc.). Tym samym nadwyżka w handlu zagranicznym ukształtowała się na rekordowym poziomie 4,7 mld euro przy 3,6 mld w 2015 roku. Ubiegły rok przyniósł poprawę sprzedaży przede wszystkim na Wschód.

– Przez dłuższy czas mieliśmy systematyczne spadki eksportu do Rosji, Białorusi i Ukrainy. Było to związane z kilkoma elementami. Przede wszystkim z sankcjami, ale i też z pogorszeniem sytuacji ekonomicznej w tych krajach. Widzimy, że przeszliśmy już najgorszy moment i zaczynamy odbudowywać naszą pozycję eksportową, jaką niegdyś mieliśmy – ocenia Soroczyński. – Dynamika sprzedaży może sięgnąć nawet 8–9 proc. w skali roku.

W ubiegłym roku eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej wzrósł o 6,5 proc. Szybko rósł także eksport do krajów rozwiniętych spoza Unii, m.in. Japonii, Kanady i Stanów Zjednoczonych – o 6,7 proc.

– Wydaje się, że w 2017 roku powinniśmy zwiększyć eksport o ok. 8 proc. do 190 mld euro. To będzie przede wszystkim efekt wyższych dynamik sprzedaży na rynki europejskie. Dobrych wyników oczekujemy przede wszystkim w sprzedaży do Niemiec, ale również do innych krajów strefy euro – analizuje ekonomista KUKE.

W 2016 roku ponad 27 proc. polskiego eksportu trafiło do Niemiec (wzrost o 3,1 proc. do 50 mld euro). Sprzedaż do pozostałych krajów strefy euro wzrosła o blisko 2 proc. do 53,6 mld euro. W przypadku krajów unijnych spoza strefy euro wzrost wyniósł 2,8 proc. W tym roku tempo wzrostu powinno być większe.

– Dobrze będą się też prezentowały wyniki sprzedaży do krajów wysokorozwiniętych poza UE – do Kanady, Stanów Zjednoczonych czy Japonii. Wzorem 2016 roku dynamiki sprzedaży powinny być wysokie, ponieważ nasi przedsiębiorcy coraz śmielej wchodzą na te rynki – prognozuje Soroczyński.

Niewiadomą może być eksport do krajów rozwijających się. W 2016 roku udział sprzedaży do tych krajów spadł z 9 do 8,3 proc., a wartość sprzedaży spadła o 6 proc.

– Trudno jeszcze wyrokować, co się stało. Myślę, że była to kwestia nieciągłości dostaw. W tym roku na tych rynkach powinna się już pojawić tendencja wzrostowa – przekonuje ekonomista KUKE.

Polskie firmy coraz śmielej wychodzą na zagraniczne rynki, również małe i średnie przedsiębiorstwa. Barierą bywa jednak nieznajomość wymogów obcego prawa i reguł panujących na danym rynku, zwłaszcza w krajach odległych kulturowo i geograficznie.

– W sposób naturalny ryzyko jest zawsze obecne w sprzedaży eksportowej. Im dalej od naszego kraju i im bardziej odmienny jest system filozofii prowadzenia biznesu, tym większą niepewność odczuwają przedsiębiorcy. Tam też potrzebują największego wsparcia, zwłaszcza w rozpraszaniu ryzyka, tak by nie zostawali sami z ewentualnymi problemami – podkreśla Piotr Soroczyński.

Mniej niż połowa osób 55+ jest aktywna zawodowo. Resort pracy chce zachęcać do późniejszego przechodzenia na emeryturę

Mniej niż połowa osób 55+ jest aktywna zawodowo. Resort pracy chce zachęcać do późniejszego przechodzenia na emeryturę 6

Obniżenie wieku emerytalnego, które zacznie obowiązywać od 1 października tego roku, ma sprawić, że sami ubezpieczeni będą decydować o dalszej karierze zawodowej. Do dłuższej aktywności zawodowej może ich przekonać świadomość, że wysokość emerytury jest uzależniona od długości okresu pracy i wysokości opłacanych składek, a także od średniej długości życia po osiągnięciu wieku emerytalnego. W Polsce aktywność zawodowa seniorów należy do niższej w Europie. Średni wiek wyjścia z rynku pracy w Polsce to nieco ponad 60 lat.

Od października wiek emerytalny zostanie obniżony dla kobiet do 60, a dla mężczyzn do 65 roku życia.

– Zakłada to zmianę filozofii podejścia do momentu osiągnięcia wieku emerytalnego. Podwyższenie wieku emerytalnego docelowo do 67 lat dla kobiet i dla mężczyzn w 2012 roku było przerzuceniem ciężaru podjęcia decyzji o momencie zakończenia aktywności zawodowej z ubezpieczonego na ustawodawcę. Obniżenie wieku zakłada, że ubezpieczony będzie sam decydował o tym, kiedy zakończyć swoją aktywność zawodową – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Zieleniecki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Aktywnych zawodowo jest obecnie ok. 16 mln Polaków. Nieco ponad 4 mln to osoby, które ukończyły 50 lat, wśród nich 2,5 mln to osoby 55+. Stopa zatrudnienia w grupie wiekowej 55–64 wynosi 42,5 proc. i należy do niższych w Europie. Spośród osób w przedziale wiekowym 65–69 lat pracuje mniej niż 10 proc. Pod względem wykorzystania potencjału osób w tym wieku na rynku pracy jesteśmy w ogonie, na 30. miejscu wśród 34 krajów OECD (ranking Golden Age Index).

– Ubezpieczeni mają różne kwalifikacje i różną sytuację na rynku pracy. Część z nich może bez większego problemu kontynuować zatrudnienie również po osiągnięciu wieku emerytalnego. Ale są też tacy, którzy mają z tym problem z uwagi na kwalifikacje zawodowe – tłumaczy Zieleniecki.

Czynnikiem, który mógłby przekonać o przedłużeniu aktywności zawodowej, jest ustalenie wysokości emerytury w zależności od długości okresu pracy. Obecnie emerytura obliczana jest na podstawie ilorazu sumy zwaloryzowanych składek i średniego dalszego trwania życia w momencie przejścia na emeryturę.

– Im bardziej odroczymy moment przejścia na emeryturę, tym bardziej zwiększamy podstawę wymiaru emerytury. Zwiększamy wkład emerytalny pochodzący ze składek, a skracamy statystyczną długość okresu pobierania świadczenia. Nasze świadczenie znacząco rośnie – wskazuje wiceminister.

Obecnie relacja wynagrodzenia do wysokości emerytury wynosi ok. 48 proc. Ekonomiści oceniają, że w 2050 roku może to być 25–30 proc. Już teraz średnie świadczenie wypłacane emerytom nie przekracza 2,1 tys. zł. W przyszłości może być o blisko połowę niższe. Z badania „Sytuacja na rynku consumer finance” zrealizowanego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że 76 proc. osób ma świadomość, że przyszła emerytura nie zagwarantuje im odpowiedniego poziomu życia.

– Rolą ZUS-u, także Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, jest edukowanie i uświadamianie ubezpieczonym, że długość okresu opłacania składek oraz wysokość składek i moment zakończenia aktywności zawodowej bezpośrednio wpływają na wysokość naszego świadczenia emerytalnego – podkreśla Marcin Zieleniecki.

Niemal co trzecia firma w Polsce jest zarządzana przez kobietę

Przedsiębiorczość kobiet ma swoje źródło nie tylko w możliwościach, jakie daje świat biznesu, ale też w trudnych warunkach życiowych, kiedy jej podstawą jest wytrwałość. Zawsze jednak do rozwoju firm prowadzonych przez kobiety potrzebne są szczególnie sprzyjające warunki, w tym dostęp do usług finansowych i ułatwienia dla biznesu. Pozwalają one przezwyciężyć dwie najważniejsze przeszkody, które zniechęcają kobiety do prowadzenia własnej firmy – uprzedzenia społeczne oraz mniejsze możliwości rozwoju. Takie wnioski wynikają z przygotowanego po raz pierwszy rankingu firmy  Mastercard dotyczącego przedsiębiorczości kobiet.

Raport Mastercard potwierdza, że Polki są przedsiębiorcze. 29,6% firm w kraju jest zarządzanych przez kobiety. To dobry wynik, który daje Polsce 11. pozycję na 54 przebadane kraje na całym świecie i 3. w Europie (po Rosji i Hiszpanii). Najwyższe wskaźniki procentowe dotyczące przedsiębiorczości kobiet odnotowano w krajach o niższych dochodach, takich jak np. Uganda (34,8%), Bangladesz (31,6%) czy Wietnam (31,4%), ale tam zjawisko to ma swoje źródło raczej w biedzie niż w atrakcyjnych możliwościach biznesowych.

Kraje z największym udziałem procentowym firm prowadzonych przez kobiety:

  1. Uganda – 34,8%
  2. Botswana – 34,6%
  3. Nowa Zelandia – 33,3%
  4. Rosja – 32,6%
  5. Australia – 32,4%

  1. Polska – 29,6%

Przedsiębiorczość kobiet nie zawsze wynika z dobrych warunków, jakie tworzy im się do rozwoju w biznesie. Obrazuje to wskaźnik Mastercard Index of Women Entrepreneurs, obejmujący różnorodne czynniki decydujące o możliwościach, jakie świat biznesu daje kobietom w poszczególnych krajach. Polska  zajęła w tym rankingu 24. pozycję na 54 badane kraje, a więc widocznie niższą niż wskazywałby na to odsetek firm kierowanych przez kobiety.

Kraje oferujące najlepsze warunki do prowadzenia własnej działalności przez kobiety, wskaźnik Mastercard Index of Women Entrepreneurs:

  1. Nowa Zelandia – 74,4 pkt.
  2. Kanada – 72,4 pkt.
  3. Stany Zjednoczone – 69,9 pkt.
  4. Szwecja – 69,6 pkt.
  5. Singapur – 69,5 pkt.

  1. Polska – 64 pkt.

W skład zestawienia Mastercard Index of Women Entrepreneurs wchodzą trzy wskaźniki częściowe. Pierwszy dotyczy poziomu równouprawnienia w biznesie i obejmuje takie kryteria jak liczba kobiet na stanowiskach kierowniczych, specjalistycznych i technicznych, a także udział kobiet w kierowaniu firmami i ich ogólna pozycja na rynku pracy. Pod tym względem Polska zajmuje 22. pozycję, czyli znajduje się w środku stawki (najlepiej wypadają Filipiny, Tajlandia i Botswana, czyli kraje rozwijające się). Druga część składowa indeksu dotyczy dostępu kobiet do wiedzy i zasobów finansowych, co obejmuje m.in. dostęp do studiów, włączenie finansowe kobiet i ich udział w oszczędnościach i pożyczkach dla biznesu. Tu Polska zajmuje odległe 36. miejsce (na podium znajdują się Singapur, Nowa Zelandia i RPA). Trzecią część indeksu stanowi wsparcie dla biznesu, co obejmuje m.in. łatwość prowadzenia firmy, kulturowe postrzeganie kobiet w roli przedsiębiorcy czy jakość zarządzania. W tym aspekcie Polska plasuje się na 18. pozycji (liderami są kraje bogate: oprócz „państw-miast” takich jak Singapur i Hong-Kong, są to Nowa Zelandia, Dania i Szwecja).

Według rankingu Mastercard w krajach, w których występują sprzyjające warunki, zwiększa się liczba przedsiębiorców motywowanych przez możliwości biznesowe (dla których motorem do działania jest chęć rozwoju). Natomiast w krajach cechujących się mniej korzystnymi warunkami pojawiają się raczej przedsiębiorcy motywowani biedą (dla których motorem do działania jest konieczność przetrwania). W rankingu zbadano różne czynniki, które zachęcają — i zniechęcają — kobiety przedsiębiorców do działania.

Zgodnie z wynikami, największymi przeszkodami w prowadzeniu przez kobiety działalności biznesowej są: brak środków finansowych/kapitału inwestycyjnego, ograniczenia prawne i nieudolność instytucji, brak wiary we własne możliwości i w predyspozycje do prowadzenia firmy, obawa przed porażką, uwarunkowania społeczno-kulturowe oraz brak wykształcenia i doświadczenia. W prawie wszystkich 54 badanych krajach rozwój kobiet-przedsiębiorców jest hamowany przez co najmniej jedno z tych ograniczeń.

Oblicza kobiecej przedsiębiorczości w różnych krajach:

  • Co zachęca do działania kobiety przedsiębiorców na rynkach rozwijających się? Wytrwałość. Listę krajów, gdzie udział w rynku firm prowadzonych przez kobiety jest największy, otwierają Uganda (34,8%), Bangladesz (31,6%), Wietnam (31,4%) czy Chiny (30,9 %). W gospodarkach tych kobiety wykorzystują możliwości biznesowe, które nie wynikają jedynie z zasobów wiedzy i innowacyjnych rozwiązań.
  • Jednak sukces firmy nie zależy wyłącznie od wytrwałości. Aby przedsiębiorcze kobiety mogły odnieść sukces, potrzebują dostępu do produktów i usług finansowych, ułatwień w prowadzeniu firmy, mocnego wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz wysokiej jakości zarządzania. Kraje, które zajęły pięć pierwszych miejsc pod tym względem, to: Nowa Zelandia (74,4), Kanada (72,4), Stany Zjednoczone (69,9), Szwecja (69,6) i Singapur (69,5).
  • W innych krajach — takich jak Filipiny (68,4; 8. miejsce), Peru (64,3; 23. miejsce), Malezja (63,9; 25. miejsce), Chiny (61,3; 31. miejsce) i Meksyk (59,1; 40. miejsce) — warunki do prowadzenia działalności nie są tak korzystne, ale lokalne środowisko przedsiębiorców jest bardzo prężne i można w nim dostrzec wiele możliwości biznesowych, a przedsiębiorcy, którzy odnieśli sukces, cieszą się powszechnym szacunkiem. Kobiety-przedsiębiorcy często są więc motywowane silną chęcią odniesienia sukcesu.
  • Niskie miejsca w rankingu takich krajów, jak Indie (41,7; 49. miejsce), Arabia Saudyjska (37,2; 52. miejsce) czy Egipt (34,0; 53. miejsce), wynikają z uprzedzeń społecznych wobec kobiet, które mocno ograniczają szanse pań na pełnienie funkcji liderów w firmach i korzystanie z możliwości biznesowych.

O rankingu Mastercard Index of Women Entrepreneurs

W celu opracowania wyników użyto 12 wskaźników głównych i 25 wskaźników szczegółowych do zbadania 54 gospodarek w regionie Dalekiego Wschodu, Bliskiego Wschodu i Afryki, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej i Europy. Kraje te, reprezentujące 78,6% kobiet aktywnych zawodowo na całym świecie, różnią się pod względem badanych efektów awansu kobiet, zasobów wiedzy i środków finansowych oraz przyjaznych warunków do prowadzenia działalności.

Ranking Mastercard dotyczący przedsiębiorczości kobiet określa ich zdolność do wykorzystywania możliwości biznesowych dostępnych dzięki sprzyjającym warunkom w ich środowiskach lokalnych. Został on opracowany na podstawie sumy ważonej następujących trzech składników:

  1. Efekty awansu kobiet (poziom uprzedzeń społecznych wobec kobiet jako współpracownic, przywódczyń politycznych i biznesowych, a także ich sytuacja finansowa oraz skłonność do zajmowania się przedsiębiorczością).
  2. Zasoby wiedzy i środki finansowe (poziom dostępu kobiet do podstawowych usług finansowych, zaawansowanej wiedzy oraz wsparcia dla MŚP).
  3. Przyjazne warunki do prowadzenia działalności (ogólne wrażenie łatwości prowadzenia lokalnej firmy, jakość zarządzania na szczeblu lokalnym, poziom bezpieczeństwa z punktu widzenia kobiet i kulturowe postrzeganie wkładu kobiety w utrzymanie gospodarstwa domowego).

Dane to zamrożony kapitał firm – polskie przedsiębiorstwa nie wiedzą, jak z nich korzystać

Choć liczba danych w Sieci przekroczyła już zawrotny próg 11 Zettabajtów (ZB), to cyfrowy potop dopiero przed nami. Wedle szacunków IDC w 2025 w internecie będzie ponad 180 Zettabajtów danych. Lawinowe tempo produkcji cyfrowych informacji nie idzie jednak w parze z ich realnym wykorzystaniem przez firmy: odsetek danych wykorzystywanych przez przedsiębiorców od lat balansuje w przedziale 20-30 proc. Mimo że przedsiębiorstwa zgromadziły w swoich systemach CRM już wystarczająco dużo informacji umożliwiających zrozumienie rynku, konkurencji czy profilu klienta, to nadal nie wiedzą, jak należy je monetyzować bądź robić z nich biznesowy użytek. Dane stają się tym samym zamrożonym kapitałem w wielu firmach.

Fetysz mierzony terabajtami

Według firmy badawczej Oracle globalny rynek internetowych danych rozwija się w tempie około 40 proc. rok do roku. Realnie jednak, jak twierdzi IDC, firmy wykorzystują dziś raptem 30 proc. całego wolumenu Big Data. Choć gromadzą dane w swoich systemach CRM (1st party data) bądź kupują dane od zewnętrznych dostawców (tzw. 3rd party data), to często nie posiadają wiedzy i umiejętności, pozwalających na spieniężenie tych informacji bądź wykorzystanie ich do optymalizacji procesów sprzedażowych, organizacyjnych czy w mechanizmach odpowiadających za pozyskiwanie nowych klientów. Realny użytek, jaki firma robi z danych, nadal pozostaje niewielki.

Gdzieś po drodze umknęło firmom, po co tak naprawdę potrzebują danych i korzystają z pomocy analityków. Temat Big Data został zawłaszczony przez magię coraz większych liczb. Firmy fetyszyzują Big Data, prześcigając się w liczbie przetwarzanych terabajtów każdego dnia. Tymczasem gra powinna toczyć się o inną stawkę. A mianowicie o to, jaki procent zgromadzonych przez siebie danych firma potrafi zmonetyzować? Jaki odsetek tych informacji realnie przydaje się jej każdego dnia? Dane często stanowią zamrożony kapitał firm. To, że jakieś przedsiębiorstwo w swoim systemie CRM zgromadziło osiem razy więcej danych o klientach niż inne nie oznacza jeszcze, że jest ono osiem razy skuteczniejsze. Przestańmy tylko gromadzić dane i zacznijmy w końcu próbować je zrozumieć, aby móc je spieniężyć. W tym tkwi różnica między podejściem data harvesting a data science, które rozwijamy w naszym biznesi. – mówi Michał Grams, prezes zarządu TogetherData, pierwszego w Polsce Data Science House, pomagającego firmom w monetyzacji Big Dat i optymalizacji procesów biznesowych, dzięki wykorzystaniu nowych metod wzbogacania danych (data enrichment).

Na polskim rynku walka między przedsiębiorstwami toczy się zatem nie tyle o dostęp do danych czy o ilość informacji, jakie udało się zgromadzić. Prawdziwą wartością jest zdolność firm do spieniężania własnych zasobów cyfrowych oraz ciągła aktualizacja i weryfikacja zmagazynowanych przez siebie informacji. Ta ostatnia odbywa się poprzez wystawienie swoich danych na próbę, jaką jest wspomniany wcześniej data enrichment, czyli wzbogacenie danych z firmowych systemów CRM o nowe, świeże dane z innych źródeł. Pozwalają one polskim firmom odsiać z ich CRM-ów dane bezwartościowe i osiągnąć większą skuteczności w dotarciu do klienta. A w konsekwencji: uzyskać jego pełny, 360-stopniowy profil.

Big Data – big challenge? Monetyzacja danych wyzwaniem dla firm

Jak twierdzi firma badawcza Deloitte to właśnie monetyzacja danych będzie jednym z największych wyzwań, przed jakimi staną firmy w tej dekadzie. Sporo jest jeszcze do zrobienia, zwłaszcza jeśli patrzymy na nasz kontynent. Firmy z Europy, ze średnim wynikiem 58 proc. zysków wygenerowanych dzięki danym, ustępują miejsca choćby azjatyckim tygrysom (63 proc.). Tak wynika z najnowszego raportu Economist Intelligence Unit, w którym przebadano 476 spółek IT z całego świata. Aż 60 proc. przedsiębiorców odnotowało wzrost przychodów dzięki wykorzystaniu cyfrowych informacji w praktyce, zaś kolejne 83 proc. stwierdziło, że wykorzystanie danych w ich usługach i produktach pozwoliło im osiągnąć większe profity. IDC twierdzi, że do końca tego roku produkty i usługi informatyczne wykorzystujące Big Data, przyniosą jednej trzeciej firm z listy Fortune 500 dwukrotnie wyższe przychody niż produkty i usługi niekorzystające z danych. Jednak dla polskich firm monetyzacja Big Data wciąż pozostaje terra incognita.

W obszarze monetyzacji Big Data Polska jest nadal rynkiem raczkującym. Wiele naszych firm nie zdaje sobie sprawy z wagi cyfrowego kapitału, który udało im się zgromadzić. Rzadko kiedy potrafią oszacować precyzyjnie wartość posiadanych przez siebie informacji. Albo w ogóle nie korzystają z danych, albo nie wiedzą, jak z nich korzystać, wskutek czego wyciągają z nich często mylne wnioski. Raptem co piąta firma nad Wisłą deklaruje analizę strumieni wielkich zbiorów danych, które przez nią przepływają. To jeden z najniższych wskaźników w Europie. I to jest problem fundamentalny, z którego wynikają wszystkie pozostałe bolączki cyfrowe polskich przedsiębiorstw: brak umiejętności obchodzenia się z danymi, za którym idzie brak wiedzy, jak je monetyzować. Chcemy wypełnić tę lukę dzięki naszym badaczom danych – mówi Paweł Brach, wiceprezes zarządu TogetherData.

Dane zgromadzone w systemach CRM i ERP, dwóch największych silosach informacyjnych w firmach, mogą okazać się dla nich prawdziwą żyłą złota. Pod warunkiem, że przedsiębiorstwa potrafią je przefiltrować, przesiać, odrzucić zdublowane i zdezaktualizowane informacje oraz wyłowić z tego cyfrowego potopu te dane, które odwzorowują stan faktyczny.

– Takiego „dekodowania” firma nie przeprowadzi na własną rękę i bez otwarcia się na dane pochodzące z nowych źródeł, np. z mediów społecznościowych, forów dyskusyjnych, portali aukcyjnych czy zdigitalizowanych dokumentów. Mimo że firmy mają u siebie Big Data, to nie wiedzą, jak mogą na nich zarobić. To kwestia braku twardych kompetencji analitycznych, które posiadają doświadczone zespoły osób o profilu data scientist, łączące miękkie i twarde umiejętności, dzięki którym mogą dostrzegać wartość w danych – dodaje Paweł Brach.

Stary/nowy świat danych: offline

Z badaczy danych, korzystają dziś również banki czy sektor fin-tech, w tym instytucje finansowe czy firmy windykacyjne. Mogą one wykorzystywać dane np. w sytuacjach zarządzania ryzykiem czy do przewidywania i wygaszania potencjalnych kryzysów. Do tego potrzebne jest im jednak uzyskanie szerszej perspektywy. A taką zapewniają badacze danych. W Polsce wpadli oni na pomysł, by posiadane przez firmy dane rozszerzyć o te obszary, których do tej pory firmy nie brały pod uwagę – np. o profile dłużników.

– Robimy to, czego nie zrobiła dotychczas żadna firma w Polsce: rozwijamy marketing windykacyjny. Wiążemy dane online z danymi analogowymi, które pierwotnie miały postać np. dokumentów, skanów czy korespondencji z dłużnikiem. Krótko mówiąc: bierzemy pod uwagę cały świat dokumentów offline, które firmy przechowują u siebie w zdigitalizowanej formie. Opracowaliśmy własną technologię inteligentnego rozpoznawania pól i rubryk w takich dokumentach, tzw. Offline Data Recognition System, dzięki któremu to inteligentny algorytm wyszukuje informacje za człowieka – mówi Michał Grams, prezes zarządu TogetherData – Nasz system identyfikuje w dokumentach kluczowe dla klienta informacje i pobiera je, a następnie osadza w szerszym kontekście, jakim jest wiedza zdobyta podczas naszych analiz danych online. Nakładając na siebie dane z tych dwóch światów: offline i online, firma może dowiedzieć się o dłużniku znacznie więcej niż miało to miejsce dotychczas. W ten sposób automatyzujemy proces odszukiwania dłużnika. Nie sortujemy papierków w poszukiwaniu kluczowych informacji. Robi to nasz program, który – jak z puzzli – układa jego profil. To pierwszy krok w kierunku monetyzacji danych. Nasi badacze danych integrują dane z całej internetowej ścieżki aktywności użytkownika, np. z sieci społecznościowych, portali aukcyjnych, forów itd. Dzięki temu uzyskujemy realny obraz internauty: człowieka z krwi i kości, a nie internetowego widma czy cookiesa. Znając potrzeby i zainteresowania takiego człowieka wiemy, jak należy do niego mówić, co mu zaoferować a czasami również – np. jeśli jest dłużnikiem – jak można mu pomóc – dodaje Michał Grams.

Nie ma już firm bez danych

Dane stały się dzisiaj nową walutą biznesową, która przepływa praktycznie przez każdą firmę. W epoce cyfrowej nawet te przedsiębiorstwa, które jeszcze nie wykorzystują i nie monetyzują cyfrowych informacji, prędzej niż później będą musiały stawić im czoła. IDC twierdzi, że już w 2019 roku 40 proc. projektów informatycznych będzie skoncentrowanych wokół tworzenia nowych usług cyfrowych oraz nowych strumieni przychodów firm, opartych właśnie na monetyzacji danych. Przedsiębiorcy muszą jednak mieć na uwadze, że nie wystarczy zgromadzić dane, lecz również nauczyć się je monetyzować.

Współczesne firmy są dziś nie tylko oferentami konkretnych produktów czy usług. Są również właścicielami rzadkich niekiedy danych, dotyczących klientów korzystających z ich usług oraz kupujących produkowane przez firmę towary. Przedsiębiorcy mogą te dane spieniężyć pośrednio lub bezpośrednio, o ile zaangażują w ten proces badaczy danych. A wygląda na to, że ci w najbliższych latach będą mieli ręce pełne roboty, ponieważ biznes będzie ich rozchwytywał jak ciepłe bułeczki.

Według raportu Research & Markets rynek rozwiązań z zakresu data science w ubiegłym roku wynosił „tylko” 19,58 mld dolarów. W 2021 roku rozwiązania z tego obszaru będą warte już – bagatela – 101,37 mld dolarów. Tempo wzrostu jest dwucyfrowe i sięga 38,9 proc. rokrocznie. Oznacza to, że data science będzie jednym z kamieni węgielnych nowej, cyfrowej epoki w biznesie, której głównymi budowniczymi będzie nie kto inny, jak badacze danych.

Popyt na kredyty w lutym 2017 r.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +6,7% w lutym 2017 r. Oznacza to, że w lutym 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 6,7% w porównaniu z lutym 2016 r.

– Po bardzo dużej liczbie wniosków złożonych w styczniu br. w związku z ubieganiem się o dofinansowanie z programu MdM, w lutym wartość wniosków złożonych o kredyty mieszkaniowe ustabilizowała się na poprzednio notowanych poziomach. W porównaniu do roku poprzedniego, w przeliczeniu na dzień roboczy, wartość złożonych wniosków wzrosła o 6,7%. Uwagę zwraca to, że o kredyty mieszkaniowe zawnioskowało mniej klientów (32,8 tys. osób w porównaniu do 36,0 tys. osób rok wcześniej), za to klienci wnioskowali o ok. 10% wyższe kwoty kredytów. Wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu w pewnym stopniu może być powiązany z tym, że rok wcześniej w lutym nadal przyjmowane były wnioski w ramach programu MdM, które w większości dotyczyły zakupu średnio niższej wartości nieruchomości – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła +3,9% w lutym 2017 r. Oznacza to, że w lutym 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę wyższą o 3,9% w porównaniu z lutym 2016 r.

– Sytuacja na rynku kredytów konsumpcyjnych wygląda stabilnie. Uwzględniając układ dni roboczych spodziewamy się podobnej sprzedaży kredytów konsumpcyjnych jak rok wcześniej. Dobrą informacją jest to, że w lutym br., w przeliczeniu na dzień roboczy,  klienci zawnioskowali o 3,9% wyższa wartość kredytów – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.

Aktualne informacje o rynku kredytowym publikowane są na:  www.media.bik.pl/publikacje

Metodyka indeksów:

Wskaźnik BIK Indeks – PKK obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy, po wyłączeniu zapytań kredytowych na kwoty powyżej 200 tys. zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 30 dniach. Kredyty konsumpcyjne to łącznie: kredyty gotówkowe, kredyty ratalne, karty kredytowe oraz limity kredytowe.

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach.

Metodyka BIK indeks – PKK oraz BIK Indeks – PKM została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeksy są publikowane co miesiąc.

Inteligentne domy kuszą cyberprzestępców

Urządzenia typu smart są coraz częściej wykorzystywane w naszych domach. Dzięki rozwojowi internetu rzeczy (Internet of Things, IoT) inteligentne budynki mogą być przez nas zdalnie sterowane oraz automatycznie reagować na zmiany środowiska. Prowadzi to do maksymalizacji ich funkcjonalności, poprawy komfortu życia oraz zmniejszenia kosztów eksploatacji. Czy jednak możemy czuć się w nich bezpieczni?

Systemy elektroniczne, które zamieniają nasze mieszkania w tzw. inteligentne domy zyskują na popularności. Pozwalają za pomocą aplikacji lub portalu internetowego kontrolować ogrzewanie, chłodzenie, oświetlenie, zamki drzwiowe, kamery monitorujące, systemy alarmowe, a także inne urządzenia, z których na co dzień korzystamy. Prawie dwie trzecie Polaków chciałoby mieszkać w takich budynkach – wynika z badania przeprowadzonego przez MEC Analitics & Insight dla Somfy Polska.

Damian Gąska
Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24

Niewiele jednak osób zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest odpowiednia konfiguracja wszystkich znajdujących się w budynku urządzeń IoT, która wykonana w nieodpowiedni sposób naraża nasz dom i rodzinę na utratę bezpieczeństwa wirtualnego. Powiązanie ich z internetem stwarza cyberprzestępcom możliwość włamania. Wyobraźmy sobie sytuację, w której zainwestowaliśmy dziesiątki tysięcy złotych w wyposażenie naszego domu w kamery monitoringu, system alarmowy ze zintegrowanymi czujnikami ruchu lub automatyczne zamki. Jeśli instalacje tego rodzaju powierzyliśmy nierzetelnej firmie lub wykonywaliśmy je we własnym zakresie z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że nie są one prawidłowo skonfigurowane, a tym samym skutecznie chronione oraz łatwo jest przejąć nad nimi kontrolę. W takiej sytuacji osoby nieuprawnione mogą wykorzystać zainstalowany system do uzyskania informacji o naszej nieobecności i wybrać najlepszy czas na włamanie do budynku. Mogą również wyłączyć instalację alarmową czy otworzyć zamki bez użycia siły – mówi Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24.

Zdaniem ekspertów obecny poziom zagrożenia cyberatakami na inteligentne domy jest stosunkowo niski. Nie oznacza to jednak, że się one nie zdarzają. Wystarczy przypomnieć sobie choćby atak hakerów z 2016 roku na dwa inteligentne apartamenty w Finlandii, który zablokował system ogrzewania oraz dostawę ciepłej wody. Jak zatem zabezpieczyć się przed tego rodzaju zagrożeniami? Niestety nie ma jednoznacznej i zwięzłej odpowiedzi, ponieważ odpowiedniej konfiguracji wymagają wszystkie urządzenia podłączone do systemu inteligentnego domu. Bardzo ważne są przemyślane decyzje na etapie projektowania systemu, w tym sposób integracji pracy poszczególnych jego elementów, m.in. powinno się odseparować sieć systemu urządzeń odpowiedzialnych za funkcje na zewnątrz budynku od tych wewnętrznych. Podstawą uodporniania naszego systemu jest również odpowiednia konfiguracja punktu dostępowego sieci internet – np. silne hasło dostępowe do panelu administracyjnego routera czy filtracja adresów MAC. Nie można zapominać też o odpowiednim zabezpieczeniu urządzeń, za pomocą których steruje się całym systemem. Ponadto warto zwrócić uwagę na to, by transmisja danych przez aplikacje bezpieczeństwa realizowana była szyfrowanym kanałem – radzi ekspert ODO 24. Na świecie nie ma rozwiązań, które zapewnią pełny stan bezpieczeństwa teleinformatycznego. Można jedynie dążyć do osiągnięcia pewnego, akceptowalnego poziomu ryzyka.

Warren Buffett radzi unikać aktywnie zarządzanych funduszy

Warren Buffett, jeden z najbogatszych ludzi świata, radzi inwestorom, by unikali aktywnie zarządzanych funduszy: „Gdy biliony dolarów zarządzane są przez Wall Street, to nie klienci, tylko zarządzający czerpią ponadprzeciętne zyski”. Trudno spierać się z tą logiką, ale czy aktywnie zarządzane fundusze muszą być zawsze gorsze? – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Buffett, nazywany przez media „Wyrocznią z Omahy” (Oracle of Omaha), to według najnowszego rankingu Forbesa drugi najbogatszy człowiek świata (stan na koniec lutego br.). Jego majątek wyceniany jest na 76,3 mld dol., o 10 mld dol. mniej od Billa Gatesa. Co roku, od ponad pół wieku, Buffet publikuje list do akcjonariuszy Berkshire Hathaway. W tym roku Buffet w zrobił to 25 lutego. Radzi w nim inwestorom małym i dużym trzymać się funduszy indeksowych (pasywnych), które charakteryzują się niskimi kosztami w porównaniu do tych aktywnie zarządzanych.

Buffett wygra milion dolarów?

To nie jest pierwszy przypadek, kiedy Buffett wykazuje się tak dużym zaufaniem wobec funduszy, które śledzą indeksy. Był tak pewny swoich przekonań, że w czasie kryzysu finansowego w USA w 2007 r. założył się z funduszem Protege Partners o milion dolarów, iż fundusz (Vanguard) śledzący amerykański indeks S&P 500 osiągnie lepszą stopę zwrotu przez 10 lat niż pięć dowolnie wybranych przez Protege funduszy. Zakład kończy się 31 grudnia w tym roku, a w liście Buffetta czytamy, że grupa funduszy osiągnęłaby 220 tys. dol. zysku (z 1 mln dol. inwestycji), podczas, gdy fundusz indeksowy 854 tys. dol. Zwycięstwo Buffetta jest więc praktycznie przesądzone, a zyski z zakładu mają zostać przeznaczone na cele charytatywne.

Według „Wyroczni z Omahy” problem ograniczonego zysku tych funduszy leży w ogromnych kosztach, jakie ponoszą klienci. W swoim liście do akcjonariuszy szacuje, że 60 proc. wszystkich zysków z tych pięciu funduszy trafiło do zarządzających, mimo że osiągnęli oni gorszy wynik niż cały indeks. Mimo to aktywnie zarządzane fundusze są cały czas dominującym typem na Wall Street. Według agencji informacyjnej Bloomberg zarządzają one 5,14 bln dol., podczas gdy pasywne – tylko 4,26 bln dol. Różnica ta jednak stopniowo się zmniejsza. W ub.r. z funduszy aktywnie zarządzanych na Wall Street wycofano 340 mld dol., podczas gdy pasywne zyskały 505 mld dol.

Z argumentami Warrena Buffetta trudno dyskutować. W końcu 86-letni amerykański miliarder ma ogromne doświadczenie, wiedzę i sukcesy jako inwestor. Jednak aktywnie zarządzane fundusze nie w każdym przypadku muszą być gorsze od swoich pasywnych odpowiedników.

Aktywne, pasywne zarządzanie – na czym polega?

Aktywne zarządzanie polega na pokonaniu rynku, tj. konkretnie ustalonego indeksu (tzw. benchmarku), do którego wyników będziemy się odnosić. W efekcie oznacza to, że zdajemy się na wiedzę, doświadczenie i umiejętności zarządzających w doborze aktywów (m.in. akcji, towarów, obligacji), które okażą się najbardziej zyskowne. Głównym, choć tylko potencjalnym, plusem tego podejścia jest możliwość osiągnięcia wyższej stopy zwrotu niż rynek.

Jest to możliwe nie tylko dzięki większej swobodzie w doborze właściwych aktywów, ale także w selekcji odpowiednich instrumentów finansowych na dany czas (np. opcji lub kontraktów terminowych). Pozwalają one zabezpieczyć się przed stratami, gdy sytuacja na rynku się pogorszy. Aktywna strategia ponadto umożliwia wyjście z konkretnych pozycji czy sektorów gospodarki, które aktualnie mogą być w gorszej kondycji. Również zarządzanie podatkami może być elastyczniejsze – sprzedaż stratnych pozycji przed końcem roku podatkowego będzie zmniejszała należność podatkową, wynikającą z osiągniętych zysków.

Pasywne zarządzanie oznacza z kolei próbę jak najdokładniejszego odwzorowania konkretnego indeksu. Innymi słowy – jeżeli udział Banku X w portfelu polskiego indeksu WIG20 stanowi 14.4 proc., to udział Banku X w pasywnie zarządzanym funduszu również będzie wynosił 14,4 proc. Ta bardzo prosta metodologia konstrukcji sprawia, że już na pierwszy rzut oka widzimy, iż eliminuje ryzyko, a zarazem potencjalne korzyści, wynikające z czynnika ludzkiego w zarządzaniu funduszem. Dzięki temu też fundusze implementujące tę strategię będą posiadały niższe koszty, co jest jednym z głównych argumentów Buffetta przemawiających za tym typem funduszy. Niższe koszty wynikają również z dużo mniejszej częstotliwości kupna/sprzedaży różnego rodzaju aktywów, poza okresowym dostosowywaniem do składu indeksu – np. waga poszczególnych spółek w składzie WIG20 ulega zmianie w czasie, gdyż zmieniają się ceny.

Który typ funduszy więc wybrać?

To pytanie inwestorzy zadają sobie od kilkudziesięciu lat i nie mają jednoznacznej odpowiedzi. Logika podpowiada, że mniej ryzykowną opcją mogą okazać się fundusze pasywne, gdyż wyeliminowany jest czynnik ludzki z zarządzania. Możemy też znów odwołać się do “Wyroczni z Omahy”. W liście do akcjonariuszy na 2014 r. Warren Buffett napisał, że w razie swojej śmierci pozostawi majątek dla żony w 90 proc. w pasywnym funduszu indeksowym S&P 500 (Vanguard) oraz 10 proc. w obligacjach skarbu państwa.

„Co przyniosły inwestycje zagraniczne” – Relacja z debaty

Wpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu – prezentacja wyników raportu specjalnego, opracowanego z inicjatywy 14 międzynarodowych izb gospodarczych oraz debaty panelowej w Ministerstwie Rozwoju.

Wartość zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce na koniec 2015 roku sięgnęła 712,1 mld zł czyli aż 39,6% PKB. Firmy z kapitałem zagranicznym zatrudniają jedną trzecią wszystkich osób pracujących w gospodarce narodowej oraz odpowiadają za dwie trzecie eksportu – to jeden z kluczowych wniosków raportu prezentowanego w środę 01 marca podczas konferencji w Ministerstwie Rozwoju.

Konferencję otworzył Prezes Portugalsko-Polskiej Izby Handlowej Jao Bras Jorge, który podkreślił, że pozytywny wpływ inwestycji zagranicznych w Polsce widać nie tylko we wskaźnikach makroekonomicznych, ale przede wszystkim jest widoczny i odczuwalny przez polskie społeczeństwo, większy dobrobyt i stabilność rozwoju.

Następnie wiceminister rozwoju Witold Słowik odczytał list wicepremiera, ministra rozwoju i finansów Mateusza Morawieckiego, skierowany do uczestników konferencji. „Państwo polskie ceni wszystkie inicjatywy i projekty inwestorów zagranicznych, jednak szczególnie potrzebuje i wspiera te inwestycje, które tworzą wysokopłatne, wyspecjalizowane miejsca pracy, ulokowane również poza dużymi miastami, tworzą centra badań i rozwoju, budują mosty między nauką a biznesem” – napisał wicepremier.

Prezentację wyników raportu przeprowadził autor – główny ekonomista instytutu analitycznego Polityka Insight – Adam Czerniak, który omówił kluczowe tezy raportu. Zwrócił on uwagę, że na przestrzeni ostatnich 25 lat inwestycje zagraniczne napływały do Polski stale, nawet w okresie światowego kryzysu w 2008 nie było odpływu inwestycji. Autor raportu podkreślił także, że wzrost produktywności przedsiębiorstw dzięki pojawieniu się inwestora zagranicznego dotyczył w Polsce całych branż i łańcucha dostawców oraz kooperantów. Polscy przedsiębiorcy skutecznie potrafili wykorzystać zagraniczne modele biznesowe i doświadczenia, by zmieniać i rozwijać swoje firmy.

Podczas debaty panelowej z udziałem Pani Iwony Chojnowskiej-Haponik z Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu oraz przedstawicieli największych inwestorów narodowych na polskim rynku dobitnie wybrzmiały słowa François Colombié, członka Rady Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej, który uważa, że inwestycje to partnerstwo, to relacja odporna na kryzysy światowe i zapewniająca polskiej gospodarce zrównoważony rozwój. Prezes Peter Baudrexl z Izby Niemieckiej, jako przedstawiciel największej grupy inwestorów w Polsce, podkreślał w debacie znaczenie wiarygodnej komunikacji rządu, spójnego i przejrzystego prawa, które stymuluje nowe decyzje inwestycyjne, szczególnie inwestycje w wysoko zaawansowane technologie. W pełni zgadzał się z tą opinią przedstawiciel Amerykańskiej Izby Handlowej – Tony Housh, który nie miał wątpliwości, że otwarcie danego sektora na inwestycje przyciąga kolejne firmy, a największą wartością polskiego rynku jako odbiorcy inwestycji jest wykwalifikowana i zdolna siła robocza. To potwierdziła w debacie przedstawicielka PAIH, Pani Iwona Chojnowska-Haponik, która wskazała, że największymi odbiorcami inwestycji zagranicznych w skali światowej są kraje wysoko rozwinięte, a Polska w globalnym rankingu atrakcyjności inwestycyjnej zajmuje wciąż odległe miejsce i jest to niewątpliwie ogromna szansa i potencjał na zmiany. W tym kontekście Prezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej, Antoni Reczek podkreślił, że bez rozwoju uczelni technicznych, bez zmian w edukacji wyższej trudno będzie Polsce zmienić pozycję w tym rankingu. Wyniki raportu jednoznacznie wskazują, że inwestycje zagraniczne pozytywnie zmieniły podejście do jakości produktów i usług, certyfikacji i standaryzacji, które są nieodzownym elementem innowacyjnego rozwoju.

Uczestnicy debaty zgodnie podkreślili na zakończenie, że prognozowanie przyszłości dla inwestycji zagranicznych w Polsce jest trudne, ale symbioza inwestorów zagranicznych z lokalnymi społecznościami jest w Polsce jednym z najsilniejszych czynników pobudzających re-inwestycje, a rządowy program Strategia Zrównoważonego Rozwoju jest dobrym punktem wyjścia do rozwoju międzynarodowej współpracy i zwiększania atrakcyjności inwestycyjnej Polski.

Pełna wersja raportu o wpływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu, opracowanego na zlecenie 14 międzynarodowych izb gospodarczych dostępna jest do pobrania na stronie www.inwestycjezagraniczne.com

Długoterminowe spojrzenie na srebro

Przez ostatnie 5 lat rynek nie był zbyt łaskawy dla notowań srebra, które zostało przecenione z 50 USD za jedną uncję do 17 USD. Aczkolwiek to już przeszło do historii, inteligentni inwestorzy już dawno zaczęli budować pozycję na tym kruszcu, cały 2016 oraz początek 2017 roku pokazuje, że się nie mylą.

Przez pięć lat trendu spadkowego produkcja srebra stała się tak nieopłacalna, że pojawił się jego deficyt, analitycy prognozują utrzymanie się takiego stanu przez kilka najbliższych lat.

Deficyt srebra na tle notowań metalu

Deficyt srebra na tle notowań metalu

Źródło: Bloomberg ; Silver Institute

Pięcioletni spadek notowań srebra doprowadził do poważnego deficytu srebra. Popyt jest o wiele większy niż podaż. Według
Silver Institute od 2013 roku mamy do czynienia z deficytem srebra powyżej 10 procent. Reasumując, jeżeli taki stan rzeczy zostanie utrzymany, to w pewnym momencie notowania srebra mogą wystrzelić o kilkanaście/kilkadziesiąt procent w skali roku.

Dodatkowo według ostatnich danych
World Bureau of Metal Statistics prze ostatnie 36 miesięcy miesięczna produkcja spadła o ponad 9 procent, a sama produkcja złota spada od początku 2015 roku.

Miesięczna produkcja srebra na tle notowań kruszcu, 36- miesięczna zmiana srebra

Miesięczna produkcja srebra na tle notowań kruszcu, 36- miesięczna zmiana srebra

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie linia pomarańczowa przedstawia miesięczną produkcję srebra, na biało została zaznaczona aktualna cena, natomiast na dolnym wykresie 36 miesięczna zmiana produkcji. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w 2005 oraz 2006 roku, wystarczy zobaczyć na wykres notowań srebra, aby wiedzieć co nastąpiło potem.

Atrakcyjne ceny doprowadziły również do wzrostu popytu inwestycyjnego oraz przemysłowego, zostało to zobrazowane na poniższej infografice.

Popyt na złoto

Popyt na złoto

Źródło: Bloomberg

Od 2016 roku inwestorzy zaczęli zgłaszać popyt inwestycyjny, na srebra natomiast w 2017 roku analitycy spodziewają się nasilenia tego zjawiska. Popyt inwestycyjny poprzez fundusze typu ETF został przedstawiony na fioletowo, na żółto zaznaczono popyt płynący ze strony przemysłu.

Jak wiemy, srebro uważane jest jako gorsze od złota. Niemniej jednak wyceniając złoto w uncjach srebra okaże się, że jest niedowartościowane względem tego pierwszego metalu.

Gold/Silver Ratio

Gold/Silver Ratio

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie cena złota została podzielona przez uncję złota. Na prawej skali widać zatem ile uncji srebra potrzebujemy aby nabyć jedną uncję złota. W przypadku, gdy musimy zapłacić powyżej 65 uncji srebra za jedną uncję złota możemy mówić, że złoto jest drogie względem srebra. Gdy potrzebujemy jedynie 40 uncji srebra na jedną uncję złota, to mamy do czynienia z odwrotną sytuacją.

Notowania srebra, wykres tygodniowy

Silver

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym notowania srebra odbiły się od strefy podaży 18.30-18.60. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń po 9 tygodniach wzrostów było bardzo duże. Aktualnym wsparciem dla srebra cały czas pozostaje strefa 15.80-16.30. Bazowym scenariuszem pozostanie dalszy wzrost notowań srebra w okolicę szczytu z 2016 roku.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

BioMaxima S.A. podwaja wartość przychodów z eksportu

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, osiągnęła w pierwszych dwóch miesiącach 2017 r. ponad 21% wzrost przychodów netto ze sprzedaży ogółem oraz podwoiła wartość eksportu w porównaniu do 2016 roku.

W dwóch pierwszych miesiącach 2017 r. wartość przychodów netto ze sprzedaży Emitenta wynosiła 4.645 tys. zł wobec 3.822 tys. zł w tym samym okresie 2016 r. BioMaxima S.A. zanotowała wzrost przychodów w ujęciu rdr. praktycznie we wszystkich grupach asortymentowych oprócz aparatury. Największy, ponad 150% wzrost został osiągnięty przez Spółkę w segmencie mikrobiologii, która jest obecnie wiodącym segmentem zarówno na rynku krajowym, jak i w eksporcie. Zarząd Spółki jest przekonany, że realizowany kierunek rozwoju pozwoli utrzymać wysoką dynamikę zwiększania przychodów.

„Dynamika przychodów Spółki rozpędza się. W wyniku zeszłorocznego połączenia z Biocorp Polska, obserwujemy pozytywny efekt poszerzenia bazy klientów o sektor przemysłowy, co z jednej strony wpływa na stabilizację sezonowości przychodów, z którą mieliśmy do czynienia przy koncentracji na sektorze publicznym, a z drugiej strony będzie miało również pozytywny wpływ na rentowność sprzedaży.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. nadal pozostaje aktywna w zakresie ekspansji na rynkach zagranicznych i sprzedaży eksportowej, której wartość w okresie styczeń-luty 2017 r. wyniosła 1.378 tys. zł. W analogicznym okresie 2016 r. było to odpowiednio 657 tys. zł, co stanowi o ponad 109% dynamice w ujęciu rdr. W lutym br. przedstawiciele Spółki uczestniczyli w targach MedLab – największej na świecie wystawie diagnostyki laboratoryjnej połączonej z kongresem, która odbywała się w Dubaju. Zainteresowanie produktami BioMaxima S.A. było najwyższe w historii, co pozwala Zarządowi Spółki z dużym optymizmem spoglądać na dalszy rozwój sprzedaży eksportowej.

„Oczekujemy dalszego wzrostu eksportu, ponieważ docieramy z nowym asortymentem do dotychczasowych odbiorców oraz zwiększamy bazę dystrybutorów. Środki uzyskane w ramach programu ‘GO to Brand’ zapewnią nam dodatkowe możliwości rozwoju eksportu na kolejne lata.” – podsumowuje Prezes Urban.

W lutym 2017 r. Spółce przyznane zostało dofinansowanie w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, Działanie 3.3: „Wsparcie promocji oraz internacjonalizacji innowacyjnych przedsiębiorstw”, poddziałanie 3.3.3 „Wsparcie MŚP w promocji marek produktowych – GO to Brand”. Całkowita kwota przyznanej dotacji wynosi 598.860 zł, co stanowi 60% wydatków kwalifikowanych. Dofinansowanie zostanie przeznaczone przez Emitenta w latach 2017-2019 na wsparcie udziału w zagranicznych wystawach branżowych, co pozwoli na wejście na nowe zagraniczne rynki sprzedażowe, umożliwiając tym samym wzrost przychodów ze sprzedaży eksportowej.

Spółka wypracowała w 2016 r. zysk netto w wysokości 1.398 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 28.745 tys. zł. W ubiegłym roku Emitent wypłacił swoim Akcjonariuszom dywidendę z zysku osiągniętego w 2015 r. w wysokości 0,20 zł na akcję. Rok wcześniej kwota wypłaconej przez Spółkę dywidendy wynosiła 0,10 zł na akcję.

BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu umocniła swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii oraz znacząco zwiększyła przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.

Roszkowski: Rząd wycofał się z Caracali, bo śmigłowce wielofunkcyjne są za drogie

Poprzedni rząd wybrał Caracale jako śmigłowce, które miałyby spełniać wiele funkcji w polskim wojsku – również zastąpić postsowieckie jednostki. Ten wybór został zablokowany dlatego, że polska armia szuka śmigłowców wielofunkcyjnych. Poszukiwane są śmigłowce ratunkowe, morskie, dla służb specjalnych oraz transportowe. W przypadku rozwiązania spełniającego wszystkie te funkcje – śmigłowce są bardzo drogie. Maszyny te nie są produkowane jak samochody – seryjnie. W dużej części to jest ręczna praca oraz ręczne montowanie podzespołów, a ich sprzedaż na świecie nie jest duża. Dlatego nowy rząd zdecydował się rozbić przetargi na poszczególne grupy. Poszczególne firmy specjalizujące się w produkcji śmigłowców mają przewagę.

– Odrębnie skierowano zapytania ofertowe do firm produkujących śmigłowce dla wojska, a osobno do firm produkujących śmigłowce ratunkowe, transportowe czy morskie – powiedział agencji eNewroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Przestrzeń ta została rozbita przez racjonalność cenową. Wybrani poprzednio dostawcy francuscy – w przypadku otrzymania zamówienia – nie mieli takiej jednostki i musieli ją przeprojektować specjalnie pod dosyć nietypowe zamówienie. Tak duże zamówienia wojskowe – mowa o dziesiątkach miliardów złotych – w każdym cywilizowanym państwie stają się kwestią polityczną. Wytransferowanie kilkunastu lub kilkudziesięciu miliardów złotych do innego – bez znaczenia, że sojuszniczego – państwa powoduje, że może ono otworzyć nowe miejsca pracy lub budować swoją infrastrukturę. Wielokrotnie w tego typu przypadkach jest stosowany offset lub inne „wymiany” za tak duże kontrakty – powiedział Roszkowski.

Polska może zyskać na przejęciu Opla przez PSA

Jacek Opala Exact Systems
Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

Konsolidacja rynku motoryzacyjnego widoczna jest już od kilku lat i teraz tak naprawdę zaczyna się rozkręcać. Pierwsze znaczne fuzje i przejęcia mogliśmy zaobserwować już w 2007 roku, jednak to ostatnie dwa lata (2015-2016) były rekordowe w tym zakresie. Przykładem może być koncern ZF Friedrichshafen, który zdecydował się przejąć zakłady TRW Automotive, czy też decyzja Fiata w sprawie zakupu Chryslera i w konsekwencji powstanie FCA Group. Głównym katalizatorem dla dalszych działań w obszarze M&A w Europie i na świecie będzie konieczność nadążania za szybkimi zmianami technologii motoryzacyjnej.

Globalnie, producenci ścigają się nie tylko w obszarze poprawy technologii silników, aby spełniać normy rządowe. Zaczyna się również konkurowanie w budowaniu pojazdów elektrycznych, hybrydowych czy tych z autonomiczną zdolnością jazdy. I to właśnie w celu zagwarantowania sobie właściwego tempa innowacji mamy do czynienia z przejęciami. Branża chętnie się konsoliduje, poprzez nabywanie przedsiębiorstw, w celu zwiększenia wydajności, poprawy wyników finansowych i wzrostu marż. Wynika to  również z chęci zwiększenia skali swojej działalności poprzez globalną obecność i różnorodność oferty. Im większa skala działalności, tym większa siła zakupowa, która ma przełożenie na koszty funkcjonowania, a w konsekwencji pozwala znacznie zmniejszyć liczbę bezpośrednich dostawców materiałów.

Przejęcie Opla dla PSA: oszczędności, dostęp do technologii, zbudowanie dobrej marki

Po przyłączeniu Opla do PSA, francuski producent stanie się drugim największym producentem w Europie. Powyżej opisane powody, dla których przedsiębiorstwa wybierają się na zakupy, są aktualne również dla przejęcia dokonanego przez PSA. Francuski koncern w ten sposób zwiększy swoje zdolności produkcyjne i liczy na oszczędności wynikające z dokonanego zakupu poprzez obniżenie kosztów ogólnych. Po drugie, ważny jest też dostęp do technologii. Ponadto, dzięki temu, że Opel to marka rozpoznawalna w Europie, przejęcie może pomóc francuskiemu producentowi w walce z krzywdzącymi stereotypami, które mimo iż niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, realnie wpływają na decyzje zakupowe np. u nas w Polsce. Francuskie auta (świetnie sprzedające się we Francji) w porównaniu do japońskich czy nieśmiertelnych niemieckich mają nienajlepszą opinię w naszej części Europy i słabe wyniki sprzedaży.

O rebrandingu nie ma mowy

Rebranding – według mnie nie wchodzi w grę. Kroki, jakie PSA wykonała w ramach wydzielenia marki DS z Citroena pokazują chęć zbudowania różnorodności w grupie. Podobną strategię obrał VW, który posiada wiele marek (np. Audi, Seat czy Skoda) i nigdy nie zdecydował się na wyeliminowanie żadnej z nich, wręcz odwrotnie dba o wyróżnienia w różnych segmentach i przedziałach cenowych. Jeśli PSA miałby wykonać jakieś ruchy, to ewentualnie może nim być transformacja Vauxhalla w Opla.

Polska może zyskać w przyszłości

Scenariusz dla Polski? Moim zdaniem, nie mamy większych podstaw do poważnych obaw. Fabryki w naszym kraju są wydajne i nowoczesne, co w połączeniu z relatywnie niskimi kosztami pracy oraz łatwym dostępem do kadry inżynierskiej jest gwarancją utrzymania miejsc pracy. Co więcej, w gliwickiej fabryce w przyszłości możliwe jest też uruchomienie produkcji jakiegoś modelu z innych marek, które PSA posiada.

5. obszarów, w których Big Data rewolucjonizuje marketing

Piotr Prajsnar - CEO Cloud Technologies
Piotr Prajsnar – CEO Cloud Technologies

Wchodzimy w erę cyfrowej gospodarki napędzanej przez gigantyczne zbiory danych. Na sukces w nowej rzeczywistości będą mogły liczyć te firmy, które zgłębią sztukę ich monetyzacji. Proces ten polega na wykorzystaniu cyfrowych informacji zawartych w Big Data do sprzedaży, marketingu czy optymalizacji działań biznesowych. Marketerzy na całym świecie sięgają po obszerne zasoby nieustrukturyzowanych cyfrowych informacji. O tym, jak je wykorzystują opowiada Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Nie tak dawno temu Bill Gates uparcie twierdził, że nikomu nie będzie potrzebne więcej, niż 640 kb pamięci. Były to czasy, w których system operacyjny, dziś jednego z najbogatszych ludzi świata, instalowało się z dyskietek, a o połączeniu z Internetem w Polsce marzyli tylko nieliczni entuzjaści nowych technologii. Na szeroką skalę doczekali się go dopiero w 1996 roku, gdy telekomunikacja Polska uruchomiła numer „0202122” i przy piskach prężącego się modemu w końcu można było połączyć się z międzynarodową siecią. Od tej pamiętnej daty mięło już 17 lat, Internet stał się niemal tak powszechny jak telefon, a sposób w jaki z niego korzystamy uległ całkowitej transformacji.

Nietrafione proroctwo twórcy systemu Windows brzmi dziś jak niefortunny żart. W sklepach trudno znaleźć komputery posiadające mniej niż 4GB pamięci RAM, a pojemność dysków twardych liczymy już w terabajtach. Z raportu „Data Never Sleeps 4.0” wynika, że w ciągu jednej minuty Internauci przeglądają ponad 159 tys. stron, publikują 400 godzin materiałów wideo w serwisie YouTube i dzielą się ponad 216 tys. zdjęć na Facebooku. Tylko w Stanach Zjednoczonych, za pośrednictwem sieci bezprzewodowej, w ciągu 60 sekund pobiera się ponad 18 milionów megabajtów danych. Internet stał się gigantycznym zbiorem informacji na temat swoich użytkowników, którzy pozostawiają je w nim bardziej lub mniej świadomie. Przeciętnego Kowalskiego obchodzą one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Do niedawna podobną wartość przypisywało im większość przedsiębiorstw, jednak okres ten dobiegł właśnie końca. Dane stają się towarem chodliwym, jak gorące bułeczki, a jeszcze cenniejsze mają być systemy umożliwiające ich analizę i monetyzację.

IDC prognozuje, że do 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie, zaś liderzy cyfrowej transformacji zwiększą ilość danych wychodzących co najmniej 500-krotnie. Zdaniem ekspertów z amerykańskiej firmy analitycznej, sukces gospodarki cyfrowej będzie zależał od zdolności do budowania solidnych „strumieni danych”, wychodzących i wpływających do przedsiębiorstwa. W roku 2016 wartość globalnego rynku danych i analityki biznesowej poszła mocno w górę. Wycenia się go już na 130 mld dolarów. To o ponad 18 mld dolarów więcej niż w roku poprzednim. Z prognoz wynika, że w kolejnych latach rynek będzie rósł w tempie dwucyfrowym, a w 2020 roku przekroczy próg 203 mld dolarów. Według analizy przeprowadzonej przez Regalix, przychody firm, które zdecydowały się wykorzystać w działaniach marketingowych analitykę danych wzrosły nawet o ponad 50 proc. Nic więc dziwnego, że aż 40 proc. marketerów wykorzystuje lub zamierza niebawem skorzystać z danych w swoich działaniach. Oto 5. obszarów, w których Big Data staje się najważniejszym katalizatorem rozwoju marketingu.

  1.     Zrozumieć klienta

Jednym z najtrudniejszych zadań jakie stoją przed każdą firmą jest zrozumienie sposobu w jaki myślą i funkcjonują jej klienci. Taka wiedza pozwala nie tylko dopasować ofertę do ich realnych potrzeb, lecz także pomaga w utrzymywaniu relacji konsumenckich. Poznanie szczegółowego profilu klienta pomaga w opracowaniu skutecznych kampanii reklamowych, a analiza jego aktywności w sieci, historii zakupów i ważnych życiowych wydarzeń, takich jak np. rozpoczęcie nowego związku czy zmiana pracy, umożliwia firmom przesyłanie ofert „szytych na miarę”. Sekret tkwi w połączeniu danych wygenerowanych wewnątrz przedsiębiorstwa tzw. 1st party z danymi zewnętrznymi, czyli 3rd party. Do ich analizy wykorzystywane są specjalistyczne algorytmy.

Sięgnęła po nie np. brytyjska firma HMV, specjalizująca się w sprzedaży produktów multimedialnych, niezadowolona z wyników tradycyjnych kampanii mailingowych, kierowanych do szerokiego grona odbiorców. Zastąpiono je systemem rekomendacji, który analizując strumień kliknięć swoich klientów oraz ich zakupowe preferencje, przesyła im spersonalizowane rekomendacje. Dane wykorzystane do generowania wiadomości e-mail dopasowanych do indywidualnego profilu klienta pozwoliły uzyskać ich otwieralność na poziomie 70 proc. na urządzeniach mobilnych i 50 proc. na komputerach PC.

T-Mobile z kolei, wykorzystuje dane typu 1st party, by ograniczyć migrację klientów. W tym celu specjalny algorytm sprawdza rozmowy wykonywane na numery zarejestrowane u innych operatorów. Jeśli ich liczba rośnie, może to oznaczać, że rodzina lub przyjaciele zmienili dostawcę usług telekomunikacyjnych i istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że klient pójdzie w ich ślady. Wykorzystując takie analizy do działań marketingowych, T-mobile zmniejszył współczynnik odpływu abonentów o 50% w ciągu zaledwie jednego kwartału.

  1.     Nowa jakość w kampaniach banerowych

Według prognoz eMarketera, w 2017 r. w Europie Zachodniej na reklamę on-line marketerzy wydadzą prawie 38 mld dolarów, a do roku 2020 przypadnie na nią prawie 42 proc. wszystkich wydatków na reklamę. Również polskie firmy chętnie decydują się na działania marketingowe w sieci. Z badań GUS wynika, że w 2016 roku było to już 27,7 proc. przedsiębiorstw. Niestety, jedynie 6,9% rodzimych przedsiębiorstw korzysta z geolokalizacji, by wyświetlać reklamy w oparciu o geograficzne położenie internautów. Podobnie wygląda sytuacja z dopasowaniem reklam do zainteresowań użytkowników sieci. W zaledwie 7,3 proc. przypadków reklamodawcy wykorzystują ich wcześniejszą aktywność, by wyodrębnić odpowiednio sprofilowaną grupę, a następnie dotrzeć do niej z dopasowanym przekazem.

Reklamy publikowane „na chybił trafił” stały się zmorą użytkowników sieci na całym świecie. Internauci, przytłoczeni atakującymi zewsząd krzykliwymi banerami, które nawet w najmniejszym stopniu nie trafiają w ich potrzeby czy zainteresowania, na szeroką skalę instalują wtyczki blokujące ich wyświetlanie. Według raportu OnAudience.com, z narzędzi typu AdBlock korzystają na świecie najchętniej Polacy, aż 42 proc. odsłon w naszym kraju jest blokowanych. Jak podaje serwis eMarketer, w 2016 r. z powodu takiego oprogramowania globalne straty wydawców sięgnęły nawet 27 mld dolarów.

Receptą na kryzys są rozwiązania korzystające z Big Data do precyzyjnego targetowania odbiorców z wąskiej grupy docelowej. Odbiorcy tak wyświetlanych reklam wybierani są przez głęboką analizę ich aktywności, możliwą dzięki informacjom dostarczanym przez pliki cookies. Największą hurtownią tego typu danych w Europie i zarazem jedną z największych na świecie jest polska firma Cloud Technologies, która przetwarza już 3 mld anonimowych profili internautów. Agencja Audience Network korzystając z danych dostarczonych przez Cloud Technologies zrealizowała kampanię dla jednej z wiodących firm ubezpieczeniowych. Efekt? 50 proc. wzrost liczby konwersji, przy kosztach niższych o 33 proc. Koszt za kliknięcie spadł o 48 proc.

  1.     Sprawniejsza segmentacja klientów

Segmentacja, czyli dzielenie klientów na grupy, według ich charakterystyki i zachowania, to standardowe działanie, umożliwiające m.in. zrozumienie ich potrzeb i dopasowanie do nich oferty oraz marketingowej komunikacji. Dzięki Big Data proces ten można usprawnić, a sama segmentacja staje się bardziej precyzyjna. Można również pozyskać informacje z zakresu stylu i stadiów życia, decyzji zakupowych, czy też kluczowych wydarzeń. Odpowiednio zbierane i przetwarzane dane pozwalają również określić, w jaki sposób klienci korzystają z produktu oraz wyodrębnić zaniedbane segmenty, dla których należy przygotować lub zoptymalizować działania marketingowe.

Big Data okazuje się również zbawienna przy zarządzaniu polityką cenową, dostarczając np. informacji, ile poszczególne segmenty klientów są w stanie zapłacić za dany produkt lub usługę. Za sprawą takiej segmentacji Bank of America zmienił sposób postrzegania swoich klientów. Doprowadziło to do zmiany utartego sloganu marketingowego, który wcześniej zachęcał do wykorzystania hipoteki domu, by posłać dzieci do szkoły, na taki, który namawia do zaciągnięcia podobnego kredytu, by realizować swoje osobiste pragnienia: „Use the value of your home to do what you always wanted to do”. W efekcie, współczynnik konwersji wzrósł dziesięciokrotnie.

Co więcej, Big Data pomaga wyodrębnić strategiczną grupę klientów, którzy charakteryzują się np. lojalnością względem marki. Caesars Entertainment, właściciel sieci kasyn, korzysta z narzędzi analitycznych, by poprawić relacje z kluczowymi, najbardziej oddanymi i zyskownymi graczami. Wykorzystuje w tym celu strumień kliknięć, dane z programu lojalnościowego oraz dane z automatów do gry.

  1.     Siła wielu kanałów

Interakcja klienta z marką odbywa się dziś za pośrednictwem wielu kanałów. Dopiero analiza wszystkich strumieni danych za pośrednictwem systemów DMP (Data Managing Platform) daje holistyczny obraz „customer journey”, czyli historii wszystkich takich interakcji. W ten sposób firmy mogą ocenić skuteczność poszczególnych kanałów i w oparciu o te dane planować kampanie marketingowe i optymalizować budżety reklamowe. Korzystając z narzędzi analitycznych marketerzy mogą dopracować treści tak, by lepiej pasowały do poszczególnych kanałów komunikacji. HDFC, jeden z największych banków w Indiach, korzystając z głębokiej analizy historii interakcji z klientami, spersonalizował komunikację w wybranych kanałach, optymalizując tzw. customer experience. Integracja danych z serwisu internetowego banku z systemem zarządzającym bankomatami pozwoliła m.in. zautomatyzować proces wyboru języka, co doprowadziło do redukcji kosztów operacyjnych, skracając czas korzystania z maszyn o 40 proc.

  1.     Drugie życie systemów CRM, ERP i BI

Internet rośnie jak na drożdżach. Z szacunków Oracle wynika, że rokrocznie ilość danych online zwiększa się o 40 proc, a w 2016 przekroczyła próg 10 Zettabajtów. Systemy, które nie czerpią z nich pełnymi garściami nie mają racji bytu w cyfrowej gospodarce. Badacze Gartnera prognozują, że dzięki analityce Big Data do 2020 r. aż 80% procesów biznesowych w firmach zostanie zmodernizowanych. Jednym z głównych motorów tej modernizacji będzie „data enrichment”, czyli zasilanie systemów firmowych danymi typu 3rd party. Dla przedsiębiorstw, takie rozwiązanie oznacza zupełnie nowy rozdział w sprzedaży, marketingu i analityce biznesowej. Umożliwia ono nie tylko lepsze rozpoznanie profilu klienta i uzyskanie jego 360-stopniowej oceny, lecz także pozyskanie nowych, wartościowych kontrahentów.

Proces ten jest skuteczny na tyle, na ile firma dysponuje jakościowymi danymi, czyli tzw. „hot data”. O tym, czy dane mieszczą się w tej kategorii decyduje ich aktualność. Zbiory powinny być regularnie oczyszczane i aktualizowane, ponieważ obecne w nich parametry, takie jak np. parametry geograficzne czy „intencje zakupowe” użytkownika, mają zazwyczaj charakter tymczasowy. W interesie firm nie jest więc gromadzenie jak największej ilości danych, których przechowywanie kosztuje krocie, lecz raczej sprawne oczyszczanie generowanych i przechowywanych danych oraz uzyskanie dostępu do aktualnych profili internautów. W cenie są zatem te dane, które hurtownie Big Data ­dostarczają w modelu real-time.

Siemens Mobility Data Services by usprawnić procesy logistyczne, przetwarza dane pochodzące z tysięcy sensorów, pociągów, szyn kolejowych i łańcuchów dostawy, razem z danymi dotyczącymi procesów naprawczych oraz pogody. Połączenie w jednym systemie wszystkich kluczowych strumieni informacji pomogło firmie praktycznie wyeliminować przestoje i sprawić, że transport stał się szybszy, bezpieczniejszy i bardziej energooszczędny. Nowoczesny system korzystający z Big Data skutecznie przewiduje awarie zapewniając nieprzerwany łańcuch dostaw.

Zła pogoda utrudnia nie tylko transport, ale również wpływa niekorzystnie na wyniki hoteli, redukując zakwaterowanie. Sieć hoteli Red Roof Inn postanowiła odwrócić ten trend i docierając z reklamą do niedoszłych pasażerów odwołanych lotów, którzy w pośpiechu szukają noclegu lub postanawiają czekać na kolejny samolot na lotnisku. W tym celu połączono m.in. źródła danych na temat pogody, anulowanych lotów, hoteli znajdujących się w pobliżu lotnisk oraz stanu ich zapełnienia, by korzystając z geolokalizacji realizować skuteczniejsze kampanie mobilne. Wykorzystanie Big Data okazało się strzałem w dziesiątkę, który zwiększył obroty sieci.

Region CEE – Ziemia Obiecana dla sektora BSS?

Sektor BSS rozwija się dynamicznie w Polsce i Europie Centralnej już od dwóch dekad. Czy ta dobra passa będzie trwać w kolejnym roku, a nawet dziesięcioleciu? Jeśli nie tu, to gdzie branża nowoczesnych usług dla biznesu będzie się lokować? Oto kilka czynników, które zdaniem ekspertów, mogą mieć znaczący wpływ na kierunek i kształt rozwoju sektora BSS w regionie CEE w najbliższych latach.

Duże miasta vs. lokalizacje regionalne

Dzięki już blisko dwudziestoletniej historii rozwoju sektor BSS mocno ewoluował i jasno określa swoje potrzeby. Coraz mocniej widoczne jest zainteresowanie inwestorów lokalizacjami regionalnymi. Duży wpływ na rozwój branży nowoczesnych usług dla biznesu w tej części Europy będzie miała świadomość poszczególnych samorządów na temat oczekiwań tego sektora. Część miast zdaje sobie sprawę z potrzeb rynku, a część zdecydowanie nie. Oczekują one, że inwestorzy sami się pojawią i powiedzą „tak, tu jest moje miejsce i tu będę się rozwijać”, a dopiero potem ruszy cała machina budowy biur, edukacji pracowników itd. Niestety tak nie będzie. Przy obecnej gotowej ofercie wielu miast regionalnych, to te aglomeracje, które już zrobiły pierwsze kroki w obszarach rozumienia potrzeb branży BSS, zbudowania odpowiedniej infrastruktury biurowej, czy też odpowiedniego wyprofilowania kierunków nauczania, będą szybko pozyskiwać nowych inwestorów, a „śpiochy” nadal projekty BSS będą widzieć tylko w snach – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio. Eksperci prognozują, że w obliczu rosnących obecnie kosztach prowadzenia biznesu w dużych aglomeracjach sektor BSS będzie rozwijał się głównie w miastach regionalnych, jednak mylą się Ci, którzy myślą, że duże miasta całkowicie odpadną z wyścigu o biznes usługowy. Atuty dużych miast są nie do podważenia, lecz dynamika rozwoju sektora powinna tu nieco wyhamować – dodaje Wiktor Doktór.

Jakość to pieniądz

Na globalnej mapie centrów BPO i SSC wciąż zachodzą zmiany. Wynika to z coraz większej aktywności europejskiego biznesu, który bardziej jest skłonny korzystać z modelu nearshoringowego, niż offshoringowego. A to sprzyja rozwojowi BSS w regionie Europy Wschodniej i Centralnej. Popularne, tanie kierunki, takie jak Indie, Chiny czy Filipiny znacznie mocniej muszą się postarać o klienta europejskiego, niż dostawcy usług z regionu CEE. Dlaczego? Multijęzyczność, bieżąca komunikacja, różnice kulturowe, to tylko wybrane wyzwania, z którymi zmaga się europejski klient. Polska i region CEE radzą sobie z nimi znacznie lepiej, aczkolwiek wyzwaniem jest koszt świadczonych usług – mówi prezes Fundacji Pro Progressio. Rozwój rynku nowoczesnych usług dla biznesu będzie zatem zależał od tego, czym będą się kierować w kolejnych miesiącach zarówno inwestorzy SSC/BPO jak i klienci branży. Obserwując obecne zachowania, bardziej istotne są takie czynniki, jak jakość, kompleksowość i szybka komunikacja, a zarazem innowacyjne podejście do prowadzenia projektów. Kwestie kosztowe schodzą na drugi plan. Czy firmy wytrwają przy tym podejściu? A może kwestie finansowe wezmą górę? O tym przekonamy się już w kolejnych miesiącach.

Kadry na czas

Szybki rozwój sektora BSS w Europie ma swoje skutki w postaci braków kadrowych. Trend ten szczególnie widoczny jest w branży IT, ale nie tylko. Zapotrzebowanie na księgowych, analityków, specjalistów władających wieloma językami obcymi wciąż rośnie. Dalszy rozwój branży nowoczesnych usług dla biznesu będzie niewątpliwie zależał od tego, czy środowiska edukacyjne nadążą z kształceniem kadr, aby na czas odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynku. Może to stanowić wyzwanie, jeśli nie we wszystkich krajach regionu CEE, to na pewno w niektórych z miast – komentuje Wiktor Doktór.

Nadążyć za rynkiem

Im dłuższa historia rozwoju sektora BSS, tym większa dojrzałość rynku i jego wszystkich graczy. Zarówno miasta, firmy doradcze, agencje nieruchomości, firmy rekrutacyjne jak i branżowe stowarzyszenia czy kadra kierownicza branży BSS coraz lepiej rozumie potrzeby branży, jej kierunki rozwoju, szybciej określa zagrożenia, ale też i szybciej znajduje dla siebie szanse na zmiany, usprawnienia, optymalizacje i dalszy rozwój.  Dynamiczne zmiany na globalnej mapie BSS sprawiają, że część z międzynarodowych ośrodków badawczych, które do tej pory były wyznacznikami pewnych trendów, zaczyna na nie reagować z coraz większym opóźnieniem. Dobrym przykładem tego zjawiska jest Tholons, którego doroczne raporty stanowiły niemal „biblię” dla wielu międzynarodowych inwestorów, którzy rok do roku śledzili listę TOP 100 BPO locations. Już w ubiegłym roku raport Tholonsa był opublikowany z opóźnieniem (zazwyczaj pojawia się w styczniu, a pojawił się w lutym), a w tym roku w marcu nadal nic nie wiadomo o kolejnej edycji wyników tego badania – zauważa Wiktor Doktór. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że raport ten był głównie przygotowywany z myślą o inwestorach zza Atlantyku, których dynamika ekspansji BPO ewidentnie zwolniła. To klient europejski się znacznie bardziej uaktywnił i w kontekście tego rynkowi brakuje rzetelnej analizy atrakcyjności lokalizacji BPO. Przy jednoczesnych zmianach gospodarczych i politycznych na kontynencie europejskim zbudowanie dobrych rekomendacji może stanowić wyzwanie zarówno dla firm doradczych, analitycznych jak i dla samych inwestorów – mówi prezes Fundacji Pro Progressio.

Wielkie siedziby vs multilokacyjność

Kolejnym pytaniem, jakie można sobie zadać prognozując kierunki rozwoju sektora BSS jest kwestia dotycząca samych centrów operacyjnych. Czy firmy preferować będą tworzenie dużych ośrodków operacyjnych, czy mniejsze centra w wielu lokalizacjach? W Polsce i w całym regionie CEE funkcjonuje równolegle kilka modeli:

– duże jednolokalizacyjne centra operacyjne, jak np. MoneyGram w Warszawie, czy Infosys w Łodzi, (druga firma ma kilka innych centrów na terenie Europy),

– duże centra, które po osiągnięciu pewnej wielkości rozwijane są w wielu lokalizacjach, jak np. State Street w Krakowie i Gdańsku,

– średniej wielkości centra zatrudniające od kilkudziesięciu do kilkuset osób w wielu miastach jak np. Sii, czy Mobica.

Wpływ na wybór modelu ma kilka czynników, między innymi perspektywa kierownictwa firmy, wyzwania rekrutacyjne, dostępności powierzchni biurowych, logistyka. Jaki model będzie przeważał w kolejnych miesiącach? Fundacja Pro Progressio stawia na ten, multilokacyjny przy dynamicznym rozwoju centrów operacyjnych w miastach regionalnych. Czy zdanie to będą podzielać przedstawiciele miast, deweloperów czy biznesu? O tym będzie można przekonać się już 15 marca w Cannes (Francja) podczas targów i konferencji MIPIM, gdzie o przyszłości rozwoju branży BSS będziemy rozmawiali z Prezydentem Miasta Poznania oraz Prezesami i Dyrektorami takich firm jak Griffin Real Estate, Mercedes-Benz Manufacturing Polska, Skanska Commercial Development Europe, Noerr LLP oraz HB Reavis- mówi Wiktor Doktór.

Polki mają trudniej na rynku pracy?

Kobiety na rynku pracy czują się mniej pewnie niż mężczyźni. Blisko 24% z nich boi się utraty pracy, a co gorsza niepewność przekłada się negatywnie zarobki. Z badań Work Service S.A. wynika, że w 2016 roku podwyżkę dostały jedynie 4 na 10 kobiet, a z kolei blisko połowa mężczyzn. W efekcie powstają różnice w pensjach – Panie mają je o 8% mniejsze. To jednak wynik lepszy niż np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, gdzie różnice w płacach są jeszcze większe. Ostatnie dane pokazują również, że kobiet jest mniej na stanowiskach menedżerskich i w radach nadzorczych, a dodatkowo pracują krócej niż mężczyźni. To dodatkowo sprawia, że statystycznie zarabiają gorzej.

Mimo coraz lepszej sytuacji na rynku pracy i spadającego bezrobocia kobiety wciąż czują się mniej pewnie niż mężczyźni. Pokazuje to raport przygotowany przez Work Service S.A. Utraty pracy boi się blisko 24% kobiet, w porównaniu z mężczyznami to wynik o 10 p.p. wyższy. Wśród wszystkich osób niepewnych o swoje zatrudnienie ponad połowa (56%) to właśnie kobiety.

To nie jedyna różnica zawodowa, na którą wpływa płeć pracowników. W ubiegłym roku Panie rzadziej dostawały podwyżki. Z „Barometru Rynku Pracy VII” wynika, że na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy wyższe wynagrodzenie otrzymało 40% kobiet. Jednak w tym samym czasie podwyżkę dostała blisko połowa mężczyzn.

Niestety mniejsze poczucie pewności kobiet na rynku pracy jest widoczne po stronie zarobkowej. Dobitnie pokazało to nasze badanie, z którego wynika, że tylko nieco ponad 6% kobiet wystąpiło z własnej inicjatywy o wyższe wynagrodzenie. Co więcej jedynie 18% Polek otrzymało podwyżki z inicjatywy pracodawców, podczas gdy co czwarty polski mężczyzna otrzymał wyższą płace na wniosek przełożonego. To w głównej mierze brak równowagi w podwyżkach ma przełożenie na zarobki, które wciąż wśród Pań są niższe niż u Panów. Według danych Eurostatu różnica wynosi około 8% – mówi Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz i Komunikacji Work Service S.A.polki na rynku pracy

Polki na tle Europy

Jednak pod względem dysproporcji w zarobkach Polska pozytywnie wyróżnia się na tle państw Unii Europejskiej. Mniejsza różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn występuje tylko w 5 krajach – Rumunii, Luksemburgu, Włoszech, Belgii i Słowenii. To oznacza, że pod względem wynagrodzeń Polki są mniej dyskryminowane niż np. kobiety we Francji (15,5%), Wielkiej Brytanii (20,9%) czy w Niemczech (22,3%).

Różnice zarobkowe nad Wisłą są jednak dużo większe jeśli weźmiemy pod uwagę tylko kadrę menedżerską – wynoszą blisko 28%. Pocieszające jest jednak to, że wśród krajów unijnych Polska jest druga pod względem procentowego udziału kobiet na tych stanowiskach kierowniczych – aż 44%. Gorzej natomiast wygląda aktywność Pań w radach nadzorczych, gdzie można liczyć na wysokie płace. Pracę w nich znajduje 170 tys. osób, ale tylko 1 osoba na 3 członków to właśnie kobieta.

Z jednej strony mniejszy udział kobiet na najwyższych stanowiskach przekłada się na niższe uśrednione wyniki wynagrodzeń. Z drugiej zaś negatywnie na statystyki płacowe wpływa przepracowany czas. Dane GUS wskazują, że kobiety pracują mniej niż mężczyźni, średnio o 4 godziny tygodniowo. W związku z tym, że w Polsce wiele osób wynagradzana jest za godzinę to skoro panie mniej pracują to mniej też zarabiają – podsumowuje Andrzej Kubisiak.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach „Barometru Rynku Pracy VII” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI okresie 16-20.01.2017 r.
  • Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI okresie 16-20.01.2017 r.

Jak szybko odzyskać sprzęt od niewypłacalnego leasingobiorcy?

Leasing jest dziś jedną z popularniejszych form korzystania ze sprzętu w polskich firmach, zwłaszcza tego najkosztowniejszego. Jest korzystny dla leasingobiorcy – umożliwia rozliczenie podatku VAT oraz nie wymaga zaangażowania własnego kapitału. Co zrobić, jeśli jednak to my jesteśmy leasingodawcą, a nasz klient nie płaci nam rat zgodnie z umową? O zaletach leasingowego outsourcingu windykacyjnego opowiada Mateusz Panek, ekspert i Kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA.

Zabezpiecz swój portfel i wizerunek

Niewypłacalny leasingobiorca może generować szereg problemów, z których najszybciej odczuwalnym jest zaburzenie płynności finansowej firmy. W momencie podpisania umowy leasingowej obie strony – leasingodawca i leasingobiorca – umawiają się na konkretne warunki. To zazwyczaj przekazanie danego sprzętu za ustalone miesięczne raty. Co zrobić, jeśli nasz kontrahent przestaje je płacić w terminie lub, co gorsza, w ogóle nie reguluje zaciągniętego zobowiązania? Powinniśmy wtedy podjąć kroki windykacyjne. W takiej sytuacji najlepiej skorzystać z usług firmy zewnętrznej. Po pierwsze, profesjonalne firmy windykacyjne dzięki profilowi swojej działalności mają dużo większe doświadczenie w egzekwowaniu należności niż wewnętrzne działy windykacyjne firm. Drugim aspektem korzystnym dla leasingodawcy jest brak bezpośredniego kontaktu firmy z leasingobiorcą. Wpływa to znacząco na wizerunek firmy ubiegającej się o swoje należności, gdyż mimo wszystko przeprowadzanie działań windykacyjnych wciąż budzi obawy. Z tego względu profesjonalne firmy windykacyjne kierują się szeregiem etycznych zasad, według których przeprowadzają windykację oraz okołowindykacyjne procesy biznesowe bez szkody wizerunkowej dla klienta.

Wiele firm także przy działaniach terenowych korzysta ze swoich wewnętrznych działów windykacyjnych, jednak te zazwyczaj nie dysponują bogatym doświadczeniem, a co za tym idzie skutecznością przeprowadzania podobnych procesów – mówi Mateusz Panek, ekspert i Kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA. – Nasz Dział Obsługi Zleceń Leasingowych w Lindorff SA dysponuje ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w branży. Powstał jako jedna z pierwszych struktur firmy. Tak „wiekowe” know-how jest dla klienta istotnym elementem wyboru organu windykującego, gdyż to od niego w dużej mierze uzależniona jest jakość, czas oraz skuteczność działań. Na przykład, jeśli zgłosi się do nas klient z potrzebą odbioru samochodu osobowego, to naszą „wizytówką” będzie ponad 15 tys. odebranych samochodów osobowych w historii firmy. W naszej branży każdy przypadek należy traktować indywidualnie – tylko takie podejście pozwala budować kulturę i system pracy w długoterminowym rozrachunku.

Przedmiotem windykacji w zakresie leasingu mogą być rzeczy, które różnią się nie tylko przeznaczeniem, ale także gabarytami i mobilnością. Oprócz samochodów osobowych to także ciągniki siodłowe, naczepy, sprzęt budowlany, przemysłowy czy rolniczy. Działania zakończone odbiorem lub zabezpieczeniem przedmiotu windykacji nie powinny trwać dłużej niż kilkanaście dni od chwili zlecenia. Działania windykacyjne można wtedy podzielić na kilka etapów:

  1. Rozpoczęcie windykacji terenowej, podczas której windykator musi dotrzeć do leasingobiorcy, a to często niełatwe zdanie – zwłaszcza, gdy zaprzestanie płacenia rat jest świadomą decyzją, a sam leasingobiorca utrudnia kontakt.
  2. Zabezpieczenie sprzętu – zadaniem windykatora jest sprawne i odpowiednie zbadanie przedmiotu, udokumentowanie działań oraz zabezpieczenie sprzętu do późniejszego transportu.
  3. Transport – zapewnienie transportu zabezpieczonego sprzętu oraz późniejsze magazynowanie go.
  4. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przywłaszczenia przedmiotu w przypadku braku odbioru lub spłaty.

Duże doświadczenie oraz umiejętność sprawnego przeprowadzenia windykacji na różnych płaszczyznach jest wynikiem indywidualnego podejścia do każdego zadania, a jednocześnie zgranego zespołu, który umie odnaleźć się w każdej nowej sytuacji – wykorzystując do tego już sprawdzone metody – dodaje Mateusz Panek. – Dużym atutem jest przydzielanie do konkretnego terytorium ludzi, którzy dobrze je znają dzięki pozazawodowym płaszczyznom – np. z powodu wychowywania się w danej okolicy. Dzięki temu windykator dokładnie zna zasady lokalnej ekonomii i system działania lokalnych przedsiębiorstw. To powoduje, że np. nie marnujemy czasu na podróż pod oficjalny adres przedsiębiorstwa, gdy wiemy, iż na podanej ulicy dana firma się nie mieści i jest to jedynie „wirtualny” adres do przesyłania poczty. Od razu podejmujemy działania, które mają na celu ustalić właściwy adres firmy i sprzętów, za które leasingobiorca nie płaci.

Obecnie technologia pozwala na stałe monitorowanie przez klienta zleconego zadania. Firma Lindorff SA oferuje system monitorowania online z dostępem 24h na dobę, przy czym każdy klient zlecający ma swojego dedykowanego opiekuna. Zapewnia to sprawną komunikację na każdym etapie działań (także w tradycyjny sposób, np. telefonicznie) i eliminuje problemy komunikacyjne na linii klient-usługodawca. Ponadto pracowników terenowych obowiązuje kodeks etyczny. Dzięki stosowaniu się do niego windykator nie jest postrzegany przez leasingobiorcę jako obiekt zagrożenia, co często wywołuje nieprzewidywalne zachowania nierzetelnego leasingobiorcy. Drugi aspekt to po raz kolejny atut wizerunkowy. Profesjonalnie przeprowadzona procedura wpływa na psychologiczne postrzeganie sytuacji i mniej problemowe przeprowadzenie całego procesu, a także późniejszą opinię na temat firmy klienta.

Dzięki doświadczeniu profesjonalnej firmy windykacyjnej możemy zyskać nie tylko na czasie, ale także zaoszczędzić pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na wyegzekwowanie należności w inny sposób. To możliwe m.in. dzięki wypracowanej siatce kontaktów potrzebnych w całym procesie logistycznym: dostawców, firm transportowych czy nawet techników ciężkich sprzętów budowlanych. Pozwala to firmie windykacyjnej korzystnie przewidzieć wszystkie koszty, zaplanować logistykę, a dzięki częstym kontaktom z podwykonawcami uzyskiwać korzystne rabaty.

Dla Niemców atrakcyjność inwestycyjna Polski jest dość przeciętna

Dla firm z Niemiec największym atutem Polski jest jej położenie geograficzne. Pod innym względami Polska jest w środku stawki państw, ze względu na ich atrakcyjność dla inwestorów.

Wśród atutów Polski nie jest już wymieniana w pierwszej kolejności tania siła robocza.

– Ponad 40 proc. zysków niemieckie firmy działające w Polsce reinwestują, wydając dużo na wdrażanie nowych technologii i podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Włodarczyk-Moczkowska z Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej, prezes Gothaer TU SA.

W Polsce jest mniej biznesowych odrzutowców niż w Czechach. Popularność prywatnych czarterów będzie jednak rosnąć

W Polsce jest mniej biznesowych odrzutowców niż w Czechach. Popularność prywatnych czarterów będzie jednak rosnąć 7

Prywatne czartery biznesowych odrzutowców jeszcze nie cieszą się w Polsce dużą popularnością, ale wraz ze wzrostem zamożności Polaków może się to zmienić. Samolot na prywatny użytek ma w tej chwili nie więcej niż trzydzieści osób w całym kraju. Pod tym względem Polska plasuje się za dużo mniejszymi Czechami, gdzie prywatne samoloty ma prawie dwa razy więcej zamożnych obywateli.

– Lotnictwo biznesowe na polskim rynku jest dość słabo rozwinięte. Szacujemy, że tylko kilkadziesiąt osób regularnie korzysta z business jetów. Kilkuset sporadycznie wynajmuje odrzutowce biznesowe. Prywatne samoloty na własność ma mniej niż trzydzieści osób w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Benke, prezes zarządu linii Jet Story, największego na polskim rynku przewoźnika dyspozycyjnego.

Prywatne loty biznesowe to odpowiedź na zapotrzebowanie biznesmenów, menadżerów i bardziej zamożnych klientów. Ich podstawowym plusem jest oszczędność czasu i wygoda. Samolot z pilotem i stewardessą można wynająć bez zapowiedzi na 2–3 godziny przed podróżą. Nie trzeba stać w długiej kolejce do odprawy, czas oczekiwania w terminalu jest skrócony do minimum, a pasażer może się pojawić na lotnisku nawet kilka minut przed odlotem. Do tego prywatny przewoźnik zadba o wygody na pokładzie luksusowego samolotu i zapewni transport z lotniska do wyznaczonego celu podróży.

– Największym plusem lotnictwa biznesowego jest oszczędność czasu. Nie tylko w powietrzu, lecz także na ziemi, bo pasażer może wsiąść do samolotu nawet pięć minut przed wylotem, nie musi czekać godzinę czy półtorej. Liczy się też prywatność. To, że w terminalu ani w samolocie nie ma tłumu, pasażer jest sam i nikt mu nie przeszkadza, dostaje luksusowy posiłek, nikt nie podsłuchuje rozmów – wylicza Jakub Benke.

W Polsce ta usługa nie jest jeszcze zbyt powszechna, ale w Stanach Zjednoczonych, Rosji i krajach zachodniej Europy cieszy się rosnącą popularnością. Smart Jet przytacza dane, z których wynika, że w USA jest około 11 tys. prywatnych samolotów biznesowych, co stanowi ponad dwie trzecie (70 proc.) całego rynku. Druga pozycja w globalnym rankingu przypada Europie, a najwięcej business jetów mają Niemcy, Brytyjczycy i Austriacy.

– W Polsce jest blisko trzydzieści odrzutowców biznesowych. To niewiele w przeliczeniu na liczbę mieszkańców i PKB. W Czechach, które mają gorszy wskaźnik i są dużo mniejsze, liczba prywatnych samolotów sięga pięćdziesięciu. Z kolei w Rosji, Niemczech czy Francji te liczby są nieporównywalne, bo tam tradycja luksusu jest dużo dłuższa. Liczymy na pewien przełom i na przyspieszenie polskiego rynku tak, aby przynajmniej dogonić Czechy, które są znacznie do przodu – mówi Jakub Benke.

Widełki cenowe w przypadku wynajęcia prywatnego samolotu są bardzo rozległe. Lot prywatnym samolotem na krótkim dystansie zaczyna się od kilkunastu tysięcy złotych, a kończy nawet na kilkuset – w przypadku długich tras międzykontynentalnych, którymi latają ciężkie odrzutowce.

– Pik wykorzystania odrzutowców biznesowych przypada na lato. Wbrew nazwie te maszyny służą zwykle do podróży w prywatnych celach. Są to wyloty na południe Europy, najczęściej do Włoch, Francji, na Teneryfę, czasami do Londynu. Mimo że jesteśmy polskim przewoźnikiem, to 90 proc. lotów wykonujemy dla klientów zagranicznych. Naszą sztandarową trasą jest przelot między Moskwą a Niceą lub Genewą – mówi Jakub Benke.

Maksymalnie kilkuosobowe prywatne samoloty nie wymagają takiej infrastruktury, jak regularne lotnictwo rejsowe. W Polsce jest kilkadziesiąt niewielkich lotnisk przystosowanych technicznie do lądowania małych samolotów.

– W Warszawie mamy świetną infrastrukturę. Jest Terminal General Aviation na Lotnisku Chopina w Warszawie, podobne terminale mamy też we Wrocławiu i Krakowie. Nie można powiedzieć, że infrastruktura lotnicza jest rozwinięta, ale to nie hamuje rozwoju rynku. Jeżeli przybędzie klientów, czarterów i prywatnych samolotów, których wciąż jest stosunkowo niewiele, to infrastruktura dogoni rynek – mówi prezes prywatnego przewoźnika Jet Story.

W najbliższych tygodniach złoto może tanieć. Możliwy powrót do niskich poziomów z grudnia

W najbliższych tygodniach złoto może tanieć. Możliwy powrót do niskich poziomów z grudnia 8

Najbliższe tygodnie mogą przynieść spadki na rynku złota w okolice minimów z grudnia 2016 roku – przewiduje Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego BOŚ. Oznaczałoby to, że surowiec czeka przecena o co najmniej 7–8 proc. Głównymi czynnikami, które mogą wywołać spadki, są ryzyka polityczne w Europie i Stanach Zjednoczonych oraz oczekiwane przez inwestorów podwyższanie stóp procentowych przez amerykański bank centralny.

Jeżeli patrzymy na ostatnie dwa miesiące, czyli krótkoterminową perspektywę, to tendencja na rynku złota jest wzrostowa. Natomiast jeżeli spojrzymy na sytuację szerzej, w horyzoncie pół roku czy kilku lat, to widzimy jednak trend spadkowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk rynku surowców w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska.

Krótkoterminowy trend wzrostowy na rynku złota widoczny jest już od połowy grudnia 2016 roku. Od tego czasu cena jednej uncji wzrosła o blisko 10 proc. i na początku marca tego roku osiągnęła poziom w okolicach 1230–1250 dol. Mimo ostatnich wzrostów aktualne notowania są o ok. 7–8 proc. niższe niż jeszcze pół roku temu.

Ostatnio notowania rosły głównie ze względu na politykę. Inwestorzy obawiali się tego, jaka będzie sytuacja polityczna w Europie. Zresztą nadal się tego obawiają, bo przed nami ważne wybory w kilku krajach europejskich – wyjaśnia Sierakowska. – Inwestorzy również obawiali się tego, jakie mogą być dalsze działania nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który jest mało przewidywalny.

Analityk DM BOŚ jest zdania, że kolejne tygodnie mogą przynieść zatrzymanie krótkoterminowego trendu wzrostowego na rynku złota. Do ryzyka politycznego mogą dołączyć także kwestie związane z amerykańską polityką monetarną.

W ostatnim czasie przedstawiciele Fedu sugerowali, że najbliższa podwyżka stóp procentowych może mieć miejsce już w marcu. Jeśli tak by się zdarzyło, to prawdopodobnie dla inwestorów będzie to impuls do wyprzedaży złota, chociażby krótkoterminowy – prognozuje ekspertka.

Aktualne wyceny kontraktów terminowych notowanych na giełdzie CME w Chicago wskazują na ok. 80-proc. prawdopodobieństwo, że FED podniesie stopy procentowe już podczas marcowego posiedzenia. Wyższe stopy procentowe to z kolei czynnik wspierający wartość dolara amerykańskiego. Zdaniem Sierakowskiej silny dolar to zła wiadomość dla osób inwestujących w złoto.

Notowania złota są ściśle i odwrotnie powiązane z wartością amerykańskiego dolara, więc bardzo często sytuacja na rynku walut w istotny sposób przekłada się na ceny złota. Drugą kwestią jest polityka. Kwestie polityczne są bardzo często w stanie zachwiać notowaniami złota, choć raczej krótkoterminowo – tłumaczy Sierakowska.

Inwestorzy oczekują, że po marcowej podwyżce Fed będzie podnosił koszt pieniądza także w kolejnych miesiącach. Jak wynika z wycen kontraktów terminowych na stopy procentowe, rynek oczekuje, że w ciągu roku ich poziom wzrośnie do ok. 1,80 proc. (obecnie jest to 0,75 proc.). Ekspertka DM BOŚ uważa, że realizacja takiego scenariusza grozi spadkiem cen złota w okolice minimów z grudnia 2016 roku (ok. 1125 dolarów za uncję). Wiele zależy także od rynków giełdowych.

– Notowania złota na pewno radzą sobie lepiej, gdy na rynku akcji mamy do czynienia z większą niepewnością albo ze spadkami. Wtedy złoto staje się atrakcyjną alternatywą – tłumaczy Sierakowska.

Zaznacza jednak, że taka zależność działa w obie strony. Kiedy na rynku akcyjnym panuje hossa, złoto traci na znaczeniu i przestaje być dla inwestorów tak atrakcyjne jak w czasach bessy.

Rośnie zainteresowanie usługami outsourcingowymi w Polsce. Do firm z branży może trafić nawet 20 proc. więcej procesów biznesowych

Rośnie zainteresowanie usługami outsourcingowymi w Polsce. Do firm z branży może trafić nawet 20 proc. więcej procesów biznesowych 9

Dobre perspektywy przed rynkiem usług dla biznesu w Polsce. W ostatnich latach roczne tempo wzrostu sięgało 20 proc. Eksperci wskazują, że największe polskie miasta są nasycone centrami, ale wciąż duży potencjał mają regionalne rynki, przede wszystkim na wschodzie kraju. Sektor usług dla biznesu coraz bardziej się specjalizuje, a obsługa klienta dywersyfikuje kanały kontaktu. Obecny rok w branży może upłynąć pod znakiem przejęć i konsolidacji. Do firm outsourcingowych może trafić ok. 20 proc. więcej procesów biznesowych.

W ubiegłym roku zauważyliśmy bardzo dynamiczny wzrost zainteresowania usługami outsourcingowymi. Można tu rozróżnić zarówno sektor BPO/SSC, jak i sektor call center i contact center, gdzie wzrost wynosi 7–8 procent w skali roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Szul, country manager w Transcom Worldwide Poland.

Polska staje się jednym z największych rynków usług dla biznesu. Pod względem zatrudnienia jest liderem w Europie, a globalnie plasuje się na 3. miejscu. Z danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) wynika, że w Polsce działa 936 centrów usług wspólnych, które zatrudniają łącznie 212 tys. osób. Szacunki mówią, że do 2020 roku liczba pracowników wzrośnie do 300 tys. Roczne tempo wzrostu branży sięga 20 proc. Z firmami działającymi w Polsce coraz chętniej nawiązują współpracę największe światowe marki.

Duże miasta są już bardzo mocno obsadzone przez sektor usług wspólnych. Tam biznes call contact center musi konkurować z centrami usług wspólnych. Odnajdujemy za to duży potencjał w mniejszych miastach. Dzięki nowym technologiom można tam otwierać ośrodki o mniejszej liczbie stanowisk. Jednocześnie na tych rynkach jest duży zasób potencjalnych pracowników, którzy docenią ten sektor i oferty pracy – ocenia Szul.

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu rozwija się w 40 polskich miastach. Najwięcej centrów znajduje się w największych aglomeracjach. Pod względem ich liczby liderem jest Warszawa (160 centrów usług wspólnych), jednak pod względem zatrudnienia ustępuje stolicy Małopolski. W Krakowie branża skupia 50 tys. pracowników (przy ponad 37 tys. w Warszawie). Trzecią największą lokalizacją dla sektora jest Wrocław.

– Obecnie w centrum zainteresowania znajdą się miasta na wschód od Wisły. To na pewno Białystok, Lublin i kilka mniejszych ośrodków, m.in. Radom – ocenia Szul.

Jak przekonuje, w centrach obsługi klienta zachodzą poważne zmiany. Coraz większy nacisk kładziony jest na multikanałowość.

– Przyzwyczailiśmy się myśleć o call center jako miejscu, gdzie świadczy się usługi na słuchawkach. Dzisiaj trend jest zupełnie inny – widzimy to zarówno na polskim rynku, jak i za granicą. Obsługa klienta to również e-mail, czat, webczat, wideokonferencje i wszystkie kanały social media – przekonuje przedstawiciel Transcom Worldwide Poland.

Szul prognozuje, że w tym roku w dalszym ciągu będziemy mieć do czynienia z konsolidacją rynku. Jego potencjał jest jednak na tyle duży, że wciąż będzie przyciągać kolejnych światowych graczy.

Szacuje się także, że klienci, którzy już współpracują z firmami outsourcingowymi z sektora call contact center, przekażą do 20 procent więcej biznesu do outsourcera – wskazuje Marek Szul.

Konfederacja Lewiatan: 76 proc. przedsiębiorców odczuwa niepewność związaną z działaniami rządu

Konfederacja Lewiatan: 76 proc. przedsiębiorców odczuwa niepewność związaną z działaniami rządu 10

Połowa przedsiębiorców negatywnie ocenia możliwości prowadzenia biznesu w tym roku – wynika z badania Konfederacji Lewiatan. Jedną z najczęściej wymienianych barier jest niepewna sytuacja gospodarcza i polityczna. Może to wpłynąć na ostateczne decyzje inwestycyjne firm, chociaż ponad połowa dużych podmiotów deklaruje zamiar zwiększania w tym roku inwestycji. Od tego i od tempa uruchomienia inwestycji publicznych z wykorzystaniem środków unijnych będzie zależał tegoroczny wzrost PKB.

 W 2017 roku czeka nas duża niepewność, zarówno globalna, jak i wewnętrzna. Kontekst globalny jest w tym roku wyjątkowo ważny. Po pierwsze, mamy zmianę na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych, a Donald Trump zapowiedział wiele zmian, które mogą mieć istotny wpływ na gospodarkę globalną, a tym samym także na polską – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Jeszcze na finiszu kampanii wyborczej Donald Trump zapowiadał wsparcie inwestycji w infrastrukturę na kwotę biliona dol. w ciągu 10 lat przy wykorzystaniu partnerstwa publiczno-prywatnego oraz inwestycji prywatnych.

To oznacza, że z całego świata kapitał będzie spływał do Stanów Zjednoczonych, a nam może go brakować. Jeśli będziemy chcieli go pozyskać, będziemy musieli za niego znacznie więcej zapłacić – ocenia ekonomistka.

Bank Światowy ocenia, że indeks niepewności jest obecnie na najwyższym poziomie od 1997 roku, czyli od początku publikacji wskaźnika. Wpływ na to mają wybory w krajach, które generują 30 proc. światowego PKB, m.in. we Francji i w Niemczech. W wiosennych wyborach prezydenckich we Francji jedną z głównych kandydatek pozostaje Marine Le Pen, liderka Frontu Narodowego, która zapowiada po wygranych wyborach referendum ws. członkostwa Francji w UE. W Niemczech zaś kanclerz Angela Merkel nie może być pewna reelekcji we wrześniowych wyborach. 15 marca nowe władze wybiorą także Holendrzy. Sondaże dają przewagę antyeuropejskiej Partii Wolności Geerta Wildersa.

– Wyniki wyborów w Europie są trudne do przewidzenia, czy wygra opcja prounijna, czy antyunijna. To także będzie miało ogromne znaczenie dla samej Unii, a tym samym dla Polski i polskiej gospodarki. A do tego dochodzi brexit – tłumaczy Starczewska-Krzysztoszek.

Jak podkreśla główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan, także w Polsce brakuje pewności, że regulacje prawne się nie zmienią. 72 proc. badanych przez tę organizację przedsiębiorców obawia się w tym roku zmian w prawie i działań administracji.

Rząd zapowiedział, że 2017 rok będzie rokiem dla gospodarki. Sygnały, które płyną z rządu, jednak tego nie potwierdzają. Rząd powinien się zobowiązać, że nie będzie wprowadzać żadnych utrudnień, nowych podatków, a te obowiązujące nie wzrosną, nie będzie żadnych dodatkowych obciążeń administracyjnych. Dopóki takiego sygnału nie będzie, to mam poważne wątpliwości, czy inwestycje zostaną uruchomione na tę skalę, na jaką powinny – podkreśla dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Głównym hamulcem wzrostu PKB w 2016 r. były inwestycje. Zapaść inwestycyjna była zauważalna już od początku ubiegłego roku i mocno nasiliła się w drugim kwartale (spadek o 7,7 proc.). W drugiej połowie roku zaczęła hamować, jednak w skali roku inwestycje spadły w sumie o 5,5 proc. W sektorze publicznym inwestycje spadły przez niską absorpcję środków unijnych z perspektywy na lata 2014–2020, podobnie jak w całym regionie.

– Pieniądze unijne powinniśmy wykorzystać do 2020 roku, plus dwa lata na rozliczenie, czyli do 2022. Czasu jest coraz mniej, za to coraz większe są potrzeby gospodarki, żeby środki unijne wykorzystać, a rusza to bardzo wolno. Wydaje się, że deklaracje są już tak silne ze strony rządu, że pieniądze zostaną uruchomione i rzeczywiście będziemy mieć silny impuls inwestycyjny ze strony środków publicznych, przede wszystkim europejskich – zaznacza Starczewska-Krzysztoszek.

Tempo wzrostu gospodarczego będzie zależne również od sprzedaży zagranicznej. W ubiegłym roku polski eksport wzrósł o 2,3 proc. do 183,6 mld euro (przy wzroście 7,8 proc. rok wcześniej). Eksport do UE, czyli głównego partnera handlowego Polski, wzrósł o 2,6 proc. (do 146,3 mld euro). W tym roku tempo to może przyspieszyć, bo poprawia się kondycja unijnej gospodarki. Zdaniem ekonomistki Konfederacji Lewiatan, pozytywny wpływ eksportu na wzrost PKB może jednak zostać ograniczony przez rosnący import.

 Jeśli konsumpcja ruszy dynamicznie, o ok. 5 proc., to oznacza konieczność zwiększania importu. Tym samym relacje między eksportem a importem spowodują, że eksport netto nie będzie tym czynnikiem, który doprowadzi do wzrostu gospodarczego. Jest szansa, że w 2017 roku wzrost gospodarczy będzie wyższy niż rok temu, ale nie tak wysoki, jak zostało to założone w budżecie. Szacujemy, że będzie to 3,13,2 proc.. Będzie on głównie bazował na bardzo silnej konsumpcji indywidualnej i na inwestycjach ze źródeł publicznych, w tym z Unii Europejskiej – ocenia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. 

8 marca w całej Polsce odbędą się kolejne manifestacje. Zaangażowanie społeczne największe od 30 lat

8 marca w całej Polsce odbędą się kolejne manifestacje. Zaangażowanie społeczne największe od 30 lat 11

Jutro na ulicach polskich miast odbędą się protesty w Ramach Międzynarodowego Strajku Kobiet. Manifestacje mają przypomnieć ubiegłoroczny Czarny Protest, który był wyrazem sprzeciwu wobec zaostrzenia prawa aborcyjnego. Zdaniem socjologów coraz bardziej wyraźny konflikt w społeczeństwie powoduje, że rośnie zaangażowanie Polaków w sprawy polityczno-społeczne. Jeżeli nie zmieni się retoryka elit politycznych, to skutki nasilających się protestów trudno będzie przewidzieć.

Poziom zaangażowania politycznego Polaków jest bardzo niski. W ciągu ostatnich trzech dekad utrzymywał się na poziomie mniej więcej 1–4 proc. całego społeczeństwa, to naprawdę niewiele. Natomiast ostatnie wydarzenia, nie tylko Czarny Protest, lecz także inne manifestacje w ciągu ostatniego roku, pokazały, że rośnie zaangażowanie Polaków w akcje protestacyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Magdalena Nowak-Paralusz, socjolog i politolog z Wyższej Szkoły Bankowej.

Czarny Protest, który 3 października ubiegłego roku odbył się na ulicach większości polskich miast, był wyrazem sprzeciwu wobec rządowych planów radykalnego zaostrzenia prawa aborcyjnego. W największej manifestacji w Warszawie według oficjalnych danych policji uczestniczyło ponad 17 tys. osób. Charakterystycznym elementem protestu był czarny strój uczestników, stąd nazwa Czarny Poniedziałek. Ogólnopolska akcja odniosła oczekiwany skutek – rząd wycofał się z kontrowersyjnej ustawy procedowanej w Sejmie.

Zdaniem socjolożki z Wyższej Szkoły Bankowej Czarny Protest pokazał niespotykane w ciągu ostatnich trzech dekad zaangażowanie Polaków w sprawy społeczno-polityczne. Poza tym przyciągnął nie tylko obrońców kompromisu aborcyjnego, lecz także tych, którzy chcieli zamanifestować swój sprzeciw w ogóle wobec polityki rządowej.

Czarny Protest był wyrazem społecznej potrzeby. Społeczeństwo wyszło na ulice manifestować swoje poglądy i postawy wobec tego, co reprezentują elity polityczne. Z tego faktu powinniśmy się cieszyć, ponieważ pokazuje przejście od homo sovieticus, czyli ubezwłasnowolnionego człowieka, do człowieka zaangażowanego, do sytuacji, w której ludzie wychodzą na ulicę, żeby protestować oraz pokazać, co myślą i czego potrzebują – mówi dr Magdalena Nowak-Paralusz.

W tegoroczny Dzień Kobiet planowana jest powtórka Czarnego Protestu. Na ulicach Warszawy i w wielu miastach Polski odbędą się manifestacje w ramach Międzynarodowego Strajku Kobiet, którego motywem przewodnim jest sprzeciw wobec nacjonalizmu. Równolegle kobiety będą tego dnia manifestować na ulicach miast w 40 krajach świata.

W Polsce, podobnie jak poprzednio, charakterystycznym elementem protestów będzie czarny strój uczestników. Poza sprzeciwem wobec nacjonalizmu i feministycznymi hasłami jednym z głównych przyczynków tegorocznego strajku jest rządowy projekt ustawy, według którego antykoncepcja awaryjna będzie wydawana wyłącznie na podstawie recepty wypisanej przez lekarza, przez co dostęp do niej zostanie bardzo ograniczony.

Różnica pomiędzy październikowym protestem a tym planowanym na 8 marca jest zasadnicza. Poprzednio Polki i Polacy walczyli o swoje, protestowali przeciwko planowanym zmianom, które miały dotknąć ich bezpośrednio. Natomiast manifestacje w Dzień Kobiet odbędą się w ramach Międzynarodowego Strajku Kobiet, który dotyczy głównie walki z nacjonalizmem zalewającym świat. To nie dotyka Polaków tak bezpośrednio, dlatego trzeba się spodziewać, że zaangażowanie społeczne będzie z pewnością zdecydowanie mniejsze niż w październiku – podkreśla dr Magdalena Nowak-Paralusz.

Zdaniem socjolożki charakterystyczna dla obu protestów jest rola mediów społecznościowych, które w obecnych czasach odgrywają znaczącą rolę w angażowaniu społeczeństwa w sprawy społeczno-polityczne. Zwłaszcza młode pokolenie organizuje się najpierw wirtualnie, a dopiero potem przenosi swoje działania do rzeczywistości i wychodzi na ulice w obronie swoich wartości.

Społeczeństwo, które chce wyrazić swój sprzeciw wobec władzy, pokazuje to w tradycyjny sposób, wychodząc na ulice i protestując. Natomiast Czarny Protest pokazał, że media społecznościowe bardzo zaktywizowały Polaków do zaangażowania, choćby do założenia czarnego stroju. Poza kolorem, który miał symbolizować utożsamianie się z ideą protestu, można było zrobić sobie zdjęcie albo zalajkować i w ten sposób również wziąć udział w strajku, nie wychodząc na ulicę. Tradycyjne formy sprzeciwu będą coraz mniej angażowały społeczeństwo, ponieważ nie każdy z młodych ludzi ma czas, żeby wyjść i zaprotestować, natomiast lajkowanie czy oznaczenie hashtagiem nie jest problemem – uważa dr Magdalena Nowak-Paralusz.

Coraz częstsze manifestacje – zbliżone zarówno do prawej, jak i lewej strony sceny politycznej – wskazują bardzo dużą polaryzację polskiego społeczeństwa, ale i niespotykany dotąd poziom aktywności politycznej. Zdaniem socjolożki z tego właśnie wynika rosnące zaangażowanie Polaków w sprawy społeczno-polityczne.

– Mamy tak nasilony konflikt, że ludzie się mobilizują, ponieważ każdy utożsamia się z określoną ideą i chce jej bronić. Natomiast politycy w swoich przekazach dążą do jeszcze większego podziału, który pozwala na realizację politycznych interesów poszczególnych partii według zasady dziel i rządź. Jeżeli ta retoryka się nie zmieni, a protesty przybiorą na sile, to skończą się pokojowe manifestacje, a rozpoczną się takie protesty, których skutków nikt nie będzie w stanie przewidzieć – wskazuje dr Magdalena Nowak-Paralusz.

Media społecznościowe to nie tylko rozrywka. Nowe aplikacje ułatwiają poszukiwanie pracy i kontakt z pracodawcami

Media społecznościowe to nie tylko rozrywka. Nowe aplikacje ułatwiają poszukiwanie pracy i kontakt z pracodawcami 12

Social media stopniowo zmieniają swój charakter. Facebook przestaje być jedynie platformą do komunikacji między znajomymi. Nowe funkcje wspierają proces ubiegania się o pracę i kontakt z pracodawcą – podkreśla Joanna Jałowiec, redaktor naczelna PRoto.pl. Serwisy intensyfikują także walkę z fałszywymi informacjami. W lutym Google oficjalnie wprowadził Fact-Checking, narzędzie pozwalające weryfikować pojawiające się newsy.

– Redakcja oksfordzkiego słownika uznała, że słowem 2016 roku jest wyrażenie „post-prawda”. Problem dotyczy nie tylko świata mediów czy polityki, lecz także uderza w takie firmy jak Google. W lutym gigant z Mountain View zaprezentował oficjalnie Fact-Checking, narzędzie, które ma służyć do oddzielania wiarygodnych treści od tych, które opierają się na dezinformacji i plotce – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna portalu PRoto.pl.

Wyrażenie „post-prawda” było w 2015 roku używane ok. 2 tys. proc. częściej niż jeszcze w 2014 roku. W sieci suche fakty mają drugorzędne znaczenie, istotne staje się odwoływanie do emocji i przekonań. Wprowadzenie Fact-Checking Google zapowiedział już w październiku. W ubiegłym miesiącu narzędzie to zaczęło oficjalnie działać.

– Koncern zapowiedział, że będzie weryfikować treści, które pojawiają się w internecie i natychmiast usuwać artykuły, które okażą się fałszywe. Google działa w Funduszu Inicjatyw Cyfrowych, które wspierają różne projekty mające jak najlepiej weryfikować treści przed publikacją. Właśnie w tym zakresie gigant wsparł ostatnio m.in. włoskich naukowców, którzy opracowali specjalną aplikację służącą do oddzielania treści fałszywych od prawdziwych – tłumaczy Joanna Jałowiec.

Luty był też kolejnym miesiącem zmian w mediach społecznościowych. Facebook przestaje być platformą służącą głównie do komunikacji między znajomymi czy promocji firm. Wprowadzane udogodnienia pozwalają na grupowe rozmowy, a dzięki aplikacji Marketplace Facebook zaczyna działać podobnie do Allegro i innych serwisów ogłoszeniowych. Nowe ułatwienie, które właśnie zostało wprowadzone, ma też wspomagać kontakt między pracodawcą a potencjalnym pracownikiem i usprawnić proces aplikacji o pracę.

– Nowe funkcje mają ułatwić kontakt. Pracodawcy będą mogli np. przeglądać zgłoszenia i komunikować się z kandydatami poprzez Messengera. Jeśli użytkownicy będą zainteresowani jakąś ofertą, wystarczy, że w nią klikną i będą mogli aplikować na dane stanowisko. Funkcja jest obecnie dostępna w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, ale myślę, że kiedy dotrze do Europy, spotka się z dużym zainteresowaniem marek – przekonuje redaktor naczelna PRoto.pl.

Zmiany wprowadza także Instagram. Portal, z którego korzysta ok. 600 mln użytkowników, wprowadza galerie zdjęć, czyli możliwość dodawania do jednego posta wielu materiałów jednocześnie, do 10 zdjęć lub filmów. To opcja znana choćby z Facebooka, a na Instagramie dotychczas dostępna jedynie dla części reklamodawców. Aplikacja jest dostępna mobilnie na Androida oraz na iOS.

– Specjaliści twierdzą, że funkcja albumu na Instagramie pozwoli na zwiększenie zaangażowania użytkowników. Będzie można w łatwy i przejrzysty sposób zaprezentować np. przepis na jakąś potrawę czy instrukcję wykonania danego działania. Opcja pomoże tym samym promować się na Instagramie reklamodawcom, a także działać influencerom, którzy bardzo często zamieszczają na swoich kanałach poradnikowe treści – ocenia Joanna Jałowiec.

Motoryzacyjni giganci coraz częściej wybierają Polskę. Będzie tysiące nowych miejsc pracy

1,7 miliarda euro – tyle w ubiegłym roku wyniosły nakłady inwestycyjne w projektach realizowanych przy wsparciu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Jednym z liderów inwestycji zagranicznych była branża motoryzacyjna. W Polsce zostały ulokowane fabryki takich międzynarodowych koncernów jak Daimler, Volkswagen czy Toyota. Znajdzie w nich pracę kilka tysięcy osób.

Miniony rok Polska Agencja Inwestycji i Handlu zakończyła z 64 pozytywnymi decyzjami i rekordowymi nakładami inwestycyjnymi na poziomie 1,74 mld euro. Dzięki zapoczątkowanym w 2016 roku projektom powstanie ponad 16 tys. nowych miejsc pracy.

Miniony rok był rekordowy dla inwestycji w Polsce, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Nakłady inwestycyjne wzrosły ponad dwukrotnie do 1,7 mld euro, a dzięki inwestycjom powstanie ponad 16 tys. miejsc pracy. Najważniejsze decyzje inwestycyjne podjęły w ubiegłym roku międzynarodowe korporacje takie jak Daimler, pokazując, że Polska jest stabilną i atrakcyjną destynacją dla inwestorów zagranicznych – mówi Krzysztof Senger, członek zarządu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Polska potentatem w sektorze motoryzacyjnym

Jak wynika ze statystyk agencji, 12 projektów zrealizowano w sektorze motoryzacyjnym. Wśród kluczowych inwestorów, którzy w 2016 roku pojawili się albo reinwestowali na polskim rynku, są globalne marki, takie jak Daimler, który w Jaworze zbuduje fabrykę silników samochodowych nowej generacji oraz Toyota planująca otworzyć w Wałbrzychu fabrykę automatycznych skrzyń biegów. Japoński koncern chce też rozbudować zakład silników w Jelczu-Laskowicach. Koszt obu inwestycji wyniesie 650 mln euro. Kolejny motoryzacyjny gigant – Volkswagen w październiku ubiegłego roku w Białężycach koło Wrześni oddał do użytku zakład produkujący auta dostawcze, który powstał kosztem 800 mln euro.

Polska jest potentatem w sektorze motoryzacyjnym, zarówno pasażerskim, jak i komercyjnym. Także w sektorze zaawansowanych usług dla biznesu i branżach produkcyjnych związanych z zaawansowanymi technologiami. Jesteśmy hubem automotive, który przyciąga dużo technologicznych i innowacyjnych rozwiązań. Potwierdza to inwestycja LG Chem i inne projekty z tego sektora – dodaje Krzysztof Senger.

Inwestycja koreańskiego LG Chem była jedną z największych w ubiegłym roku. W podwrocławskich Biskupicach Podgórnych firma rozpoczęła budowę fabryki, w której produkowane będą baterie litowe do samochodów elektrycznych. LG Chem zainwestuje w zakład 1,3 mld zł, tworząc tysiąc nowych miejsc pracy.

Potencjał kadrowy Polski przyciąga zagranicznych inwestorów

Jak twierdzą eksperci, Polska to doskonałe miejsce do inwestowania i rozwijania biznesu. W czasach światowego kryzysu ekonomicznego nasz kraj umocnił swoją pozycję nie tylko w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, ale całego kontynentu. Międzynarodowe raporty podkreślają stabilność gospodarczą i polityczną Polski, duży rynek wewnętrzny, korzystne regulacje podatkowe, a także coraz bardziej atrakcyjną infrastrukturę. Mocno rozwinięty i stabilny rynek części oraz komponentów do budowy aut, składający się z ponad 600 fabryk, który zapewnia sprawniejszą logistykę, niższe koszty transportu i pewniejszy łańcuch dostaw to bez wątpienia jedna z najważniejszych przewag konkurencyjnych naszej branży motoryzacyjnej. Zagraniczni inwestorzy podkreślają również dostępność dobrze wykształconych i kompetentnych kadr.

Zagraniczne koncerny, chcąc wykorzystać  potencjał polskich kadr do rozwoju własnych biznesów, coraz chętniej otwierają w Polsce nowe inwestycje. Nasi pracownicy postrzegani są jako wysoko wykwalifikowani i konkurencyjni pod względem finansowym. Atutem polskiej branży motoryzacyjnej jest bardzo dobra kadra inżynieryjna, mocno przedsiębiorcza i myśląca poza schematami. Dzięki temu większość najlepszych pod względem procesowym i jakościowym zakładów należących do korporacji to polskie oddziały. Warto zwrócić uwagę również na to, że coraz więcej młodych Polaków podejmuje studia techniczne, co jest odpowiedzią na potrzeby inwestorów. Należy bowiem pamiętać, że zakłady produkcyjne, nie zatrudniają tylko pracowników szeregowych, ale również wysoko wykwalifikowane kadry menedżerskie, które powinny posiadać kompetencje techniczne – mówi Konrad Królikowski, Associate Manager w Relyon Recruitment & IT Services, firmie specjalizującej się m.in. w rekrutacjach kadry kierowniczej i specjalistycznej dla branży motoryzacyjnej.

Jak wynika z deklaracji inwestorów, w zakładach Toyoty, Daimlera, Volkswagena i LG Chem zatrudnienie znajdzie ponad 4 tys. pracowników.

Nowy autonomiczny prototyp Toyota Research Institute

Toyota Research Institute (TRI) przedstawiła prototyp autonomicznego samochodu drugiej generacji, pierwszy w całości opracowany przez TRI. Lexus LS 600hL został wyposażony w lidar, radar i kamerę, które umożliwiają samodzielne poruszanie się bez całkowitego polegania na precyzyjnych mapach. Prototypowy Lexus został zaprezentowany podczas Prius Challenge Event na torze Sonoma Raceway w Kalifornii.

Nowy prototyp autonomicznego samochodu stanowi bazę dla dwóch programów badawczych TRI: w kierunku całkowicie autonomicznego prowadzenia (Chauffeur) oraz systemów wspierania kierowcy, które monitorują otoczenie i w przypadku niedostatecznej koncentracji kierowcy, gorszych warunków na drodze lub w niebezpiecznych sytuacjach ostrzegają o ryzyku kolizji albo w razie potrzeby przejmują kontrolę nad pojazdem, by zapobiec zderzeniu (Guardian). Celem Toyoty jest opracowanie takiej technologii, która umożliwi autonomicznym samochodom poruszanie się bez żadnych ograniczeń zasięgu.

Systemy bezpieczeństwa czynnego, które już częściowo realizują założenia systemu Guardian, są już dostępne na rynku. Należą do nich system automatycznego hamowania w razie ryzyka zderzenia oraz aktywny tempomat. Wyższy poziom zaawansowania reprezentuje system ITS Connect, który umożliwia wymianę kluczowych dla bezpieczeństwa informacji wzajemnie między pojazdami oraz urządzeniami infrastruktury drogowej, takimi jak sygnalizatory świetlne. Pilotażowa wersja tego systemu została już wprowadzona w wybranych regionach Japonii oraz w kilku modelach Toyoty, m.in. w nowym Priusie. Toyota Research Institute pracuje m.in. nad możliwościami wykorzystania do tego celu sztucznej inteligencji, technologii uczenia się maszyn oraz systemów łączności.

Lexus LS 600hL to wydłużona wersja czwartej generacji flagowej limuzyny Lexusa o napędzie hybrydowym. Jednostka napędowa o łącznej mocy 445 KM (327 kW) wykorzystuje wolnossący, pięciolitrowy silnik V8 dual VVT-i z bezpośrednim wtryskiem D-4S, współpracujący z silnikami elektrycznymi poprzez przekładnię planetarną e-CVT, pełniącą jednocześnie rolę bezstopniowej, automatycznej skrzyni biegów. Osiągając prędkość maksymalną 250 km/h i przyspieszenie od 0 do 100 km/h w 6,1 sekundy, Lexus LS 600hL zużywa średnio w cyklu mieszanym zaledwie 8,6 l benzyny na 100 km. W tym roku do oferty trafia piąta generacja modelu w wersji Lexus LS 500 z turbodoładowanym silnikiem V6 oraz Lexus LS 500h z napędem hybrydowym.

Toyota Research Institute to spółka badawcza powołana przez Toyotę w styczniu 2016 roku. Jej zadaniem jest wdrażanie wyników badań do projektowania i rozwoju produktów. Japoński koncern przeznaczył na jej rozwój w ciągu 5 lat miliard dolarów. TRI ma za zadanie realizację 4 celów. Pierwszy to poprawa bezpieczeństwa samochodów i stworzenie pojazdu, który uniknie wypadku w każdych okolicznościach, bez względu na umiejętności kierowcy. Drugim celem jest umożliwienie korzystania z samochodów osobom starszym i niepełnosprawnym. TRI zajmuje się także przenoszeniem technologii opracowywanych na potrzeby samochodów do robotów domowych. Czwartym celem jest zastosowanie wiedzy z dziedziny sztucznej inteligencji oraz uczenia się maszyn w pracach nad nowymi materiałami.

Profile zawodowe – 5 wskazówek, jak budować w nich wizerunek.

89% polskich specjalistów i menedżerów posiada swój profil zawodowy w Internecie – tak wynika z badania Antal. To jednak tylko połowa sukcesu! Pora zmienić swoje „wirtualne CV” w efektywną przestrzeń budowania relacji biznesowych i marki osobistej, czyli tzw. personal branding.

89% pracowników posiada profile zawodowe, ale mało kto korzysta z ich potencjałuWedług badania Antal zdecydowana większość (74%) polskich specjalistów i menedżerów posiada aktualne profile na platformach LinkedIn i / lub GoldenLine, a 15% pracowników jest tam obecnych, ale nie przywiązuje wagi do tego, aby treść oddawała bieżącą sytuację zawodową. Jedynie 11% pracowników z poziomu specjalisty i menedżera profilu zawodowego w sieci nie posiada w ogóle. Jeśli jednak chcemy, aby nasz profil zawodowy był czymś więcej niż zawieszonym w sieci życiorysem, warto zapoznać się ze wskazówkami, które pomogą nam zoptymalizować tę przestrzeń i sprawią, że z pozoru statyczna strona będzie miała realny wpływ na naszą markę osobistą.

  1. Podsumuj, dlaczego warto Cię poznać. Stanowisko to nie wszystko. Miejsce na opis pod imieniem i nazwiskiem (tzw. headline) często wykorzystujemy na bieżącą nazwę stanowiska oraz nazwę firmy. To nie jest najbardziej skuteczny sposób. Aby zwiększyć zainteresowanie swoim profilem, warto wpisać tam krótki opis, będący esencją naszego doświadczenia, np. „Menedżer zespołu księgowego z biegłym niemieckim i francuskim” lub „Ekspert zarządzania marką w sektorze finansowym, fan nowych mediów”, „Grafik – freelancer z doświadczeniem w projektach korporacyjnych”. Określ i wykorzystaj słowa kluczowe, czyli frazy, po wpisaniu których zainteresowany twoim doświadczeniem rekruter powinien trafić prosto na twój profil. Dobry headline odpowiada na pytanie „W czym ten użytkownik może mi pomóc?”.
  1. Zadbaj o profil tak, jak dbasz o dress code na spotkaniu biznesowym. Pierwsze wrażenie ma znaczenie, również w sieci. Zadbaj o to, by inni użytkownicy zaglądając na Twój profil widzieli profesjonalistę. Wybierz odpowiednie zdjęcie. Nie beznamiętny portret en face, który masz także w paszporcie, ale też nie skadrowany fragment zdjęcia grupowego. Wybierz biznesowe zdjęcie w dobrej jakości. Sprawdź, czy w tekstach nie ma literówek oraz błędów gramatycznych (jeżeli prowadzisz profil w języku obcym, nie bój się poprosić znajomego native speakera o korektę).
  1. Bądź eksperckim głosem swojej branży. W Polsce nadal pokutuje wrażenie, że pracownik aktywny na platformach biznesowych to pracownik myślący o odejściu z firmy. Tymczasem portale zawodowe to idealna przestrzeń na pogłębianie wiedzy eksperckiej, sposób na „bycie na bieżąco” i miejsce wirtualnych spotkań z kolegami i koleżankami po fachu. Udostępniaj codziennie ciekawe materiały branżowymi lub badania rynku, a jeżeli chcesz pójść krok dalej – zacznij tworzyć własne treści. Pokaż, że znasz swój biznes od podszewki.
  1. Nie publikuj treści prywatnych. Opisana w poprzednim punkcie aktywność odnosi się jedynie do rozmów o szeroko pojętej tematyce zawodowej. Plagą portali zawodowych są posty użytkowników, którzy traktują te platformy jako idealne miejsce do podzielenia się zabawną zagadką lub rodzinnym zdjęciem z urlopu. Udostępnianie takich treści może sprowadzić na użytkownika falę nieprzychylnych komentarzy i pogorszeniem dotychczasowego profesjonalnego wizerunku. „Od tego są sieci społecznościowe” – grzmią LinkedInowi i GoldenLine’owi puryści. I mają rację.
  1. Reaguj na wiadomości zgodnie z kulturą biznesową. Skrzynki odbiorcze na portalach biznesowych są często pełne nietrafionych zaproszeń do procesów rekrutacyjnych, które po prostu ignorujemy. Jednak udzielanie odpowiedzi na wszystkie, nawet takie wiadomości to nawyk, który się opłaca. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że chociaż obecnie możemy nie być zainteresowani zmianą pracy, to jednak z dużym prawdopodobieństwem w bliższej lub dalszej przyszłości taka sytuacja nastąpi. Odpisz rekruterowi uczciwie, że chociaż teraz nie zamierzasz angażować się w proces rekrutacyjny, to warto zachować do siebie kontakt. Doprecyzuj, jakimi stanowiskami możesz się zainteresować, jeżeli to otrzymane w wiadomości nie jest dobrze dobrane do Twoich oczekiwań. Jeśli proponowany proces jest ewidentną pomyłką (oferta pochodzi z innej branży lub np. jest propozycją stażu studenckiego, a Ty od kilku lat piastujesz menedżerską rolę), zastanów się, czy warto wrzucać screen wiadomości ze zgryźliwym komentarzem na własny profil biznesowy? Oczywiście, masz szansę rozbić bank komentarzy i polubień od innych użytkowników, a publicznie linczowany rekruter „dostanie nauczkę”, jednak tym samym możesz zrazić innych użytkowników do kontaktu ze sobą. A być może właśnie oni mają ofertę, która z nawiązką spełniłaby Twoje oczekiwania. Warto więc traktować każdą próbę nawiązania kontaktu z Tobą, jak spotkanie na wydarzeniu branżowym. Gdy ktoś podchodzi do Ciebie i zadaje Ci dowolne pytanie, prawdopodobnie nie odwracasz się do niego plecami i nie odchodzisz w przeciwnym kierunku? Traktuj portale biznesowe, jak takie spotkanie. Im szybciej to zaakceptujesz, tym więcej korzyści zdobędziesz.

Przegląd wydarzeń bierzącego tygodnia

Raport z amerykańskiego rynku pracy może oznaczać być albo nie być dla marcowej podwyżki. Wycena rynkowa ruchu Fed za niecałe dwa tygodnie sięga niemal 90 proc., więc w przypadku rozczarowania danymi USD znajdzie się w opałach. Ponadto mamy decyzję banków centralnych z Australii, Polski i Eurolandu. To nie jest jeszcze czas na ruch ze strony ECB, natomiast komentarz do decyzji i nowe prognozy mogą stanowić wartościową wskazówkę dla przyszłych decyzji.

Przyszły tydzień: NFP, ECB, RPP, RBA, rynek pracy Kanady

Raport z rynku pracy (pt) będzie głównym wydarzeniem dla USD, który może przesądzać o marcowej podwyżce stóp procentowych. Nie jest całkowicie do wykluczenia, że silnie rozczarowujący odczyt może odwlec Fed od decyzji, jednakże dotychczas dostępne sygnały z rynku pracy sugerują, że jest to mało realne – np. liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w tym tygodniu była najniższa od 1973 r. Zatem już raport NFP zaskoczy negatywnie, będzie to wynikało z jednorazowych zdarzeń niż będzie stanowić zapowiedź zmiany trendu. Konsensus zakłada wzrost zatrudnienia NFP o 185 tys. (poprz. 227 tys.) przy spadku stopy bezrobocia o 0,1 pkt proc. do 4,7 proc. Większa uwaga będzie jednak dotyczyć dynamiki płac po słabym wyniku w styczniu (0,1 proc. m/m). Odbicie o 0,3 proc. powinno wystarczyć, by podtrzymać jastrzębie oczekiwania względem ścieżki polityki Fed. Z samego banku centralnego usłyszymy jedynie Kashkariego (pon), zanim decydenci wejdą w okres zamknięty przed posiedzeniem FOMC zaplanowanym na 14-15 marca. Inne dane (zamówienia przemysłowe, bilans handlowy) będą na drugim planie.

W Europie czwartkowa decyzja ECB jest głównym wydarzeniem. Nie oczekujemy zmian w nastawieniu, biorąc pod uwagę, że strategia skupu aktywów jest ustalona do końca roku. Ewentualne rozważania dotyczące procesu odchodzenia od QE nie pojawią się do czasu wyklarowania sytuacji po stronie ryzyk politycznych, na co teraz zdecydowanie za wcześnie. Uwaga skupi się na nowych prognozach makroekonomicznych, gdzie prawdopodobne są niewielkie korekty w górę dla inflacji i wzrostu. Wokół konferencji prezesa ECB Draghiego ryzyka przeważają po pozytywnej dla EUR stronie, jeśli podkreślony zostanie pozytywny rozwój sytuacji gospodarczej w Eurolandzie.

Z Wielkiej Brytanii produkcja przemysłowa i handel zagraniczny zostaną opublikowane w piątek. Produkcja przemysłowa i wytwórcza silnie zakończyły poprzedni rok wzrostem ponad 4 proc. r/r. Styczeń może przynieść odreagowanie, choć przeciw temu poglądowi przemawiają solidne odczyty indeksu PMI. Rozczarowanie będzie miało silniejszy wpływ na funta, biorąc pod uwagę mnożące się oznaki, że niepewność wokół Brexitu nie pozwoli na silniejsze przyspieszanie ożywienia gospodarczego.

Z mniejszych gospodarek europejskich, w Szwajcarii tygodniowy raport o depozytach na żądanie (pon) dostarczy informacji, jak aktywny musi być SNB w interweniowaniu na rynku franka. Od początku roku dyspozytywny urosły już o 20 mld CHF, z czego spora część jest związana z uchronieniem EUR/CHF przed zejściem pod 1,06. W Norwegii dane o produkcji przesyłowej (wt) i CPI (pt) będą ostatnią dawką informacji przed posiedzeniem Norges Banku w kolejnym tygodniu. NOK miał za sobą dobry początek roku, ale pogorszenie nastrojów rynkowych i spadki cen ropy będą skłaniać inwestorów do redukcji pozycji. W Szwecji kalendarz jest pusty. Ostrożnie podchodzimy do SEK, który może cierpieć na wzroście awersji do ryzyka w Europie.

W tym tygodniu odbywać się będzie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, gdzie najbardziej prawdopodobne jest utrzymanie stopy referencyjnej na 1,5 proc. (decyzja w środę). Powinniśmy ponownie usłyszeć, że Rada nie widzi podstaw do zmiany neutralnego nastawienia w najbliższych miesiącach. Interesującym dodatkiem będzie prezentacja nowych prognoz makroekonomicznych i interesujące będzie, na ile seria lepszych danych z gospodarki przełożyła się na podwyższenie ścieżki inflacji i wzrostu PKB. Jeśli prognozy będą przemawiać za wzrostem oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych w drugim półroczu, złoty może reagować pozytywnie, choć zagrożeniem następnych dni dla waluty jest zewnętrzny wzrost awersji do ryzyka. W tym ostatnim widzimy dominujący czynnik nadchodzących tygodni i podtrzymujemy oczekiwania wyższych poziomów EUR/PLN w marcu.

Z Japonii otrzymamy saldo rachunku bieżącego i rewizję PKB za IV kw. (śr). Po danych o PKB oczekuje się podniesienia szacunku do 1,6 proc. z 1 proc. (stopa zannualizowana) na bazie silniejszej postawy sektora przemysłowego zarówno w kwestii produkcji, jak i wydatków inwestycyjnych. Jednak dla JPY istotne będzie kształtowanie się nastrojów rynkowych i kierunek wybrany przez rentowności długu USA. Jeśli rynek długu będzie oporny w dyskontowaniu agresywniejszej polityki Fed, a rynek akcji na świecie przejdzie w korektę, USD/JPY utraci szanse na złamanie 115.

W Australii na pierwszym planie jest decyzja RBA (wt), względem której powszechnie oczekuje się utrzymania stopy kasowej na 1,5 proc. Większa uwaga będzie skupiona na komunikacie dotyczącym przyszłej ścieżki. Oznaki poprawy ożywienia w ujęciu globalnym i krajowym przemawiają za optymistycznym stanowiskiem umniejszającym szanse na powrót obniżek. Jakkolwiek jeszcze za wcześnie, aby RBA sygnalizował podwyżki, komunikat może posłużyć do ponownego uwzględniania w wycenie rynkowych stóp procentowych szans na podwyżkę przed końcem roku. W ten sposób AUD może zachowywać się lepiej od innych walut w dobie szerokiej aprecjacji USD. Z innych wydarzeń, po styczniowej sprzedaży detalicznej (pon) oczekuje się wzrostu o 0,3 proc. m/m, który ma wymazać rozczarowanie grudniowym spadkiem (-0,1 proc.). Kalendarz z Nowej Zelandii oferuje drugorzędne publikacje z rynku mieszkaniowego i kiwi będzie podlegał pod kształtowanie się globalnego apetytu na ryzyko i sentymentu względem USD.

W Kanadzie na pierwszy plan wychodzi raport z rynku pracy za luty (pt). W ciągu ostatnich sześciu miesięcy za każdym razem zmiana zatrudnienia wypadała bardziej optymistycznie niż wskazywał konsensus, więc kolejny odczyt w tym tonie może być wspierający dla CAD. Z drugiej strony w mijającym tygodniu BoC zbagatelizował lepsze dane z gospodarki, pozostając skupionym na ryzykach zewnętrznych. W rezultacie rynek może mieć mniejszą chęć partycypować w umocnieniu CAD, gdyby dane ponownie zaskoczyły. Poza tym, we wtorek poznamy dane o handlu zagranicznym, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach odnotowana została nadwyżka. Kolejny silny odczyt w styczniu może wskazywać na pozytywny wpływ popytu globalnego na sytuację Kanady – i może to uspokoiłoby BoC.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs franka i funta spada. Euro oraz dolar w konsolidacji

Przed nami ważny tydzień dla złotego. Decyzja RPP oraz konferencja Adama Glapińskiego. EBC również decyduje o koszcie pieniądze. Rynek czeka na słowa Mario Draghiego. Podwyżka stóp w USA praktycznie przesądzona.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 27.02.2017-06.03.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2730 4,0055 4,0415 4,9600
Maksimum 4,3184 4,0545 4,0960 5,0800

Kurs EUR/PLN

EURPLN.H1

Kurs EURPLN na początku lutego zakończył trend spadkowy. W przeciągu dwóch miesięcy wspólna waluta potaniała o blisko 25 groszy, schodząc do poziomu 4,28 zł. Ostatni raz euro tyle kosztowało w połowie października. Przez ostatni miesiąc kurs utrzymywał się w relatywnie wąskim przedziale między 4,29 zł a 4,32 zł. W tym czasie kurs dwukrotnie próbował wybić się z konsolidacji, jednak zarówno próba byków, jak i niedźwiedzi okazały się nieskuteczne. Wspólnej walucie w najbliższym czasie może szkodzić ryzyko polityczne związane z wyborami w Holandii oraz we Francji. Co pewien czas powraca też temat Grecji. Pokonanie poziomu 4,27 zł jest jak najbardziej możliwe, jednak nie powinno to skutkować większą przeceną. Niedaleko znajdują się kolejne wsparcia, które będzie ciężko przełamać.

Kurs CHF/PLN

CHFPLNH1

Frank od połowy lutego sukcesywnie tanieje. Robi to jednak powoli, przy niewielkiej zmienności. Od osiągnięcia lokalne szczytu na poziomie 4,07 zł potaniał o 4 grosze. Zbliża się do ważnego wsparcia przy równych 4,00 zł. Na początku lutego poziom ten skutecznie zadziałał, odwracając przynajmniej na chwilę ruch. Wszystko wskazuje na to, że dopiero trwałe pokonanie tego wsparcia lub oporu znajdującego się przy 4,07 zł, wygeneruje większy trend. W obu przypadkach można się spodziewać 10-groszowego ruchu.

Kurs USD/PLN

USDPLN.H1

Kurs USDPLN na początku lutego rozpoczął trzytygodniowy trend wzrostowy. W tym czasie podrożał o około 12 groszy. Dwa tygodnie temu dotarł do poziomu 4,095 zł, który okazał się nie do przebicia. Okazuje się, że ten ruch był zaledwie korektą trendu spadkowego, który trwa od początku roku. W ostatnim czasie głównym tematem pozostaje marcowa podwyżka stóp, która po ostatnich wypowiedziach członków Fed wydaje się przesądzona. Co więcej, Yellen dokłada wszelkich starań, by na nowo przekonać rynki do scenariusza trzech podwyżek w 2017 roku. Te działania mają jednak ograniczony wpływ na notowania dolara.

Kurs GBP/PLN

GBPPLNH1

Brytyjska waluta znajduje się obecnie w ważnym, z punktu widzenia analizy technicznej, momencie. Przez ostatnie dwa tygodnie obserwowaliśmy wyraźne osłabienie funta, które sprowadziło kurs GBPPLN w okolice solidnego wsparcia. Na wykresie powstał klin. Jego wybicie będzie niezwykle ważne i może zdefiniować ruch na najbliższe tygodnie. Za funtem przemawia strefa 4,96 – 4,97 zł, która okazała się skuteczna zarówno w styczniu, jak i w lutym. Obrona tego poziomu może skutkować powrotem w okolice 5,10 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Banki centralne na pierwszym planie

Decyzje oraz konferencje prezesów NBP oraz EBC, w piątek ważne dane z USA.

Spokojny poniedziałek.

Początek tygodnia nie przynosi żadnych przełomowych informacji. Nie oznacza to jednak, że zabraknie dzisiaj emocji. Kolejne dni przyniosą istotne wydarzenia na wielu rynkach, dlatego już dziś będzie można zaobserwować ustawianie się inwestorów pod wybrane scenariusze. Od rana na wielu parach walutowych obserwowana jest zwiększona zmienność. Dotyczy to przede wszystkim dolara.

Decyzje o stopach procentowych.

Już jutro rozpocznie się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, która ma zdecydować o przyszłym koszcie pieniądza w Polsce. Decyzja zostanie ogłoszona na konferencji następnego dnia. Rynek nie oczekuje zmian ani w stopach procentowych, ani nawet w przekazie podczas konferencji. Sytuacja od ostatniego posiedzenia niewiele się zmieniła, a ostatni komunikat był dość jednoznaczny. W tym roku raczej nie należy oczekiwać zmian w parametrach polityki pieniężnej.

W czwartek decyzje w sprawie stóp procentowych ogłosi EBC. Tu sytuacja tylko z pozoru jest równie klarowna. Mario Draghi nie jest skłonny do odcięcia europejskiego sektora bankowego od kroplówki w postaci programu QE. Rośnie jednak presja na Włocha zarówno w czynnikach wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Inflacja w strefie euro dotarła już do celu bankierów centralnych, a w niektórych gospodarkach strefy nawet go przekroczyła. Działania FEDu także będą wywierały coraz większy nacisk. Oczywiście prawdopodobieństwo zmian w programie QE już teraz jest marginalne. Niewykluczone jednak, że Mario Draghi zmieni ton wypowiedzi na bardziej jastrzębi, co zapewne skutkowałoby większymi ruchami na euro.

Co zrobi Fed?

Zeszły tydzień minął pod znakiem jastrzębich wypowiedzi kolejnych członków Rezerwy Federalnej. Momentem kulminacyjnym była piątkowa wypowiedź Janet Yellen, która wydaję się jednoznacznie przesądziła marcową podwyżkę. Na chwilę obecną ostatnia przeszkodą w realizacji tego scenariusza jest odczyt z amerykańskiego rynku pracy. Tylko naprawdę fatalne dane mogą opóźnić podwyżkę. Fed ostatnio zrobił wiele, by rynki na nowo uwierzyły w trzy takie ruchy w 2017 roku. Warto jednak brać poprawkę na to, że w ostatnich latach FOMC nie jest zbyt słowne.

Krzysztof Adamczak – analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport dotyczący rynku biurowego w najdynamiczniej rozwijającej się strefie Warszawy – City Centre

Otwarcie II linii metra oraz wzmożona aktywność deweloperów w rejonie Ronda Daszyńskiego na warszawskiej Woli spowodowała prawdziwy rozkwit tej części Warszawy w ostatnich latach. W raporcie „Rynek Biurowy w Strefie City Centre West” eksperci firmy CBRE objaśniają proces rozwoju nowej strefy biznesowej w Warszawie oraz przedstawiają jej najważniejsze cechy.

Strefa biurowa CCW jest położona 1 km na zachód od Centralnego Obszaru Biznesowego (CBD) i graniczy od zachodu z ul. Karolkową, od wschodu z al. Jana Pawła II, od północy z al. Solidarności i od południa z ul. Koszykową. Pomimo niewielkich rozmiarów dzielnicy – 2,5 km2, znajduje się w niej ponad pół miliona mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, co przewyższa podaż powierzchni biurowej w większości miast regionalnych w Polsce m.in. w Poznaniu oraz w Łodzi. Tylko w 2016 roku oddane do użytku zostały tutaj aż 3 projekty biurowe: Warsaw Spire (wieża), Proximo I oraz Prime Corporate Centre. Pod koniec 2016 roku w CCW w fazie budowy znajdowało się około ¼ całkowitej powierzchni budowanej w Warszawie.

CCW to nie tylko biurowce, to również bardzo dobrze skomunikowany fragment miasta, rozwijający się w zrównoważony sposób. Projekty tu powstające łączą w sobie wiele funkcji i tworzą nowe przestrzenie publiczne. Po zakończeniu tych inwestycji strefa CCW ma szansę stać się miejscem wyróżniającym się nie tylko w Warszawie, ale także w Europie.

„Wola to dzisiaj najdynamiczniej rozwijająca się dzielnica Warszawy. Projekty urbanistyczne tej skali zazwyczaj powstają poza ścisłym centrum, a w Warszawie to nie tylko centralna lokalizacja, ale też dzięki II linii metra, dobrze skomunikowany fragment miasta, rozwijający się w bardzo zrównoważony sposób. Służą temu nie tylko już uchwalone plany miejscowe, ale również wspólna inicjatywa deweloperów i miasta stołecznego Warszawa pod nazwą „Nowa Towarowa”. To wyjątkowa inicjatywa, dzięki której udało się wywołać dyskusję o roli przestrzeni publicznej w dynamicznie przekształcającej się części Woli, a także wypracować propozycje nowych rozwiązań budujących lokalną tożsamość tego rejonu Warszawy.” komentuje Michał Olszewski, Zastępca Prezydenta m.st. Warszawy

Łukasz Kałędkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych, CBRE_hq
Łukasz Kałędkiewicz, Senior Director, Head of Advisory & Transaction Services, Office, CBRE

Łukasz Kałędkiewicz, Szef działu biurowego, CBRE dodaje: „Nowe projekty, które pojawiły na mapie Warszawy w rejonie Ronda Daszyńskiego wpłyną nie tylko na zmianę krajobrazu biurowego stolicy, ale również na zmianę struktury funkcjonowania miasta. Dynamicznie zmieniająca się część Woli ma szansę stać się przeciwwagą dla CBD, oferującą wysokiej klasy powierzchnie biurowe w bliskiej odległości do centrum. Powstające tu projekty mieszkaniowe, handlowe, rozrywkowe i kulturalne uczynią z Woli jedną z najatrakcyjniejszych dzielnic Warszawy do życia i pracy.”

Co inżynier musi wiedzieć o przemyśle 4.0

Pojęcie Przemysłu 4.0 jest od dłuższego czasu szeroko poruszane w kręgach przemysłowych, ale również gospodarczych. Przestawienie przemysłu na wykorzystanie zaawansowanych technologii stanowi cel nie tylko samej branży, ale również rządów. Zanim jednak przejdziemy do wdrażania tych rozwiązań warto dokładnie poznać, czym w praktyce jest Przemysł 4.0.

Całość koncepcji zastosowania nowych technologii w przemyśle opiera się na jakości danych. To one są kluczem do prawidłowego zarządzania procesem. Dane i ich prawidłowe zaimplikowanie w urządzeniach jest tym bardziej istotne, gdyż mamy coraz więcej urządzeń i różnych protokołów komunikacyjnych. Wśród użytkowników urządzeń automatyki przemysłowej znane są już standardy w których obsługa 4 różnych protokołów komunikacyjnych w tym samym czasie jest możliwa i jest nawet standardem. Do tego są również gotowe drivery do takich urządzeń, jak regulatory temperatury, roboty przemysłowe, napędy, przekaźniki bezpieczeństwa, systemy wizyjne, w końcu uniwersalne protokoły jak Modbus, CoDeSys, CAN Open.

Kiedy mówimy o Industry 4.0 musimy także poruszyć temat elastycznego oprogramowania do zarządzania dużą ilością danych. Jako przykład praktycznego zastosowania tej koncepcji możemy podać np. oprogramowanie Blue Open Studio. Program ten pozwala na swobodne przesyłanie danych, bezpośrednio z paneli operatorskich do każdego rodzaju baz danych ( Microsoft SQL, MySQL , Access itp. ), różnych języków programowania VBA, C+, C# oraz łączy rozproszone systemy sterownia w jeden spójny system SCADA. Dodatkowo możliwe jest podłączenie wielu rozproszonych HMI w jeden system, gdzie każdy panel może mieć połączenie z sterownikami, falownikami, kontrolerami robotów lub innymi urządzeniami automatyki jednocześnie. Mamy więc dostęp do ogromnej ilości danych, które możemy wykorzystać do dalszej analizy. Wysyłając dane alarmów czy próbkowania bezpośrednio do bazy danych możemy w bardzo łatwy sposób wpłynąć bezpośrednio na wzrost wskaźnika OEE(Overall Equipment Effectiveness) lub wyeliminować np. Mikroprzestoje

Wymienione rozwiązania znane są inżynierom pracującym w zakładach przemysłowych, jednak technologia przemysłu 4.0 idzie dalej i pojawiają się nowe rozwiązania, które wpływają na jakość procesu produkcji. Jeśli zakład produkcyjny chce być nowoczesny i obniżać koszty produkcji to musi dziś korzystać z tych rozwiązań –  mówi Marcin Nawak, Dyrektor Sprzedaży Pro-Face by Schneider Electric.

Co dziś daje Industry 4.0?

Aby przybliżyć ten proces posłużymy się konkretnym przykładem rozwiązania systemu „Pro-face connect”. Pozwala on na transparentne programowanie oraz monitorowanie pracy podłączonych do panelu peryferiów ( PLC, roboty, systemy wizyjne itp) jaki i samego HMI. W momencie , kiedy HMI pracuje na obiekcie przemysłowym a po Ethernecie mamy wpięte do niego urządzenia zewnętrznych firm (PLC, napędy, regulatory itp.)  to dzięki tej usłudze jesteśmy w stanie zobaczyć je w taki sposób jak by były one na naszym biurku. Oczywiście internet po stronie klienta nie musi mieć stałego publicznego adresu IP, nie musimy również otwierać żadnych portów w sieci oraz przeprowadzać skomplikowanej parametryzacji serwerów VPN. Jedyne co musimy zrobić to dostarczyć internet do HMI. Co więcej daje to pełne bezpieczeństwo połączenia, które jest gwarantowane certyfikowanym rozwiązaniem, a wykorzystanie w HMI dwóch oddzielnych kart ethernetowych pozwala odseparować sieć przemysłową od internetu, dzięki czemu jest to rozwiązanie w pełni bezpieczne. Poza tym integrator pracuje na swoim komputerze, gdzie posiada zainstalowane wszelkie konieczne narzędzia programistyczne, tym samym nie musi łączyć się zdalnie z zewnętrznymi komputerami, na których musiałby zapewnić dodatkowe oprogramowanie. Proface connect jest w pełni uniwersalnym narzędziem i nie ogranicza się do konkretnych dostawców sprzętu automatyki.

Za pojęciem Przemysłu 4.0 powinno kryć się przed wszystkim ułatwienie pracy automatykom, a za tym musi stać technologia. To jak ważne są rozwiązania wprowadzające nas w nową erą pokazuje fakt, iż tegoroczne targi Hannover Messe odbywają się właśnie pod tym hasłem. To pokazuje, że warto mocniej zainteresować się technologiami przyszłości.

Nowe strategie finansowe kluczem do rozwoju firm w dobie transformacji cyfrowej

Świat biznesu się zmienia. Przedsiębiorstwa nie oczekują już, że ich park maszynowy, aktualnie posiadany sprzęt czy technologie będą mogły zapewnić im konkurencyjną pozycję na rynku przez całą dekadę. Internet rzeczy (Internet of Things (IoT)) sprawia, że działanie sprzętu i technologii może być zdalnie monitorowane, analizowane i udoskonalane. Ich funkcjonowanie jest łatwiejsze do przewidzenia , a także bardziej wydajne. Dzięki rozwojowi wirtualnego świata  nowe produkty i usługi szybciej trafiają na rynek.

Wszystkie te zmiany sprawiają, że  dostawcy finansowania dostosowują oferowane produkty do potrzeb rynku, czyli  nowe rozwiązania finansowe opierają się na oczekiwanych  biznesowych współczynnikach efektywności  otrzymywanych dzięki stosowaniu finansowanego sprzętu i technologii.

„Płatność za wyniki” (pay-for-outcomes)

W ciągu ostatnich kilku lat znacząco wzrosła dostępność i zainteresowanie modelem opartym na płatnościach za wyniki przedsiębiorstwa w porównaniu do rozwiązań polegających na korzystaniu z technologii, która według nabywcy miałaby przynosić korzyści przedsiębiorstwu. Pojawienie się nowej generacji rozwiązań cyfrowych, które łączą ludzi, technologie i organizacje, sprawiło, że możliwe stało się bardziej precyzyjne dostosowanie płatności przedsiębiorstw sektora prywatnego lub publicznego do spodziewanych korzyści biznesowych. Kwestia ta jest obecnie coraz szerzej dyskutowana jako możliwy model w sektorze opieki zdrowotnej,[1] produkcyjnym,[2] budowlanym oraz infrastruktury.[3] Kwestie finansowe i technologiczne zostały połączone w zintegrowanej ofercie, gdzie dostawca rozwiązań proponuje przedsiębiorstwom możliwość płatności za spodziewane biznesowe efekty, takie jak poprawa produktywności, optymalizacja czasu eksploatacji, konkretny wzrost wydajności, obniżenie kosztów lub zmniejszenie zużycia energii.

Możliwość płacenia za wyniki biznesowe ułatwia planowanie finansowe w sektorze produkcyjnym, usługach, przy planowaniu i rozwoju infrastruktury oraz w służbie zdrowia. Nie tylko koszty stają się bardziej przejrzyste –unika się również ryzyka, że technologia się zestarzeje, a kapitał zostanie zamrożony.

„Wyniki biznesowe” mogą przybierać różne formy, w zależności od priorytetów organizacji-użytkownika końcowego.

Przedsiębiorstwa produkcyjne zazwyczaj skupiają się na jednym (lub kilku) z czterech efektów: obniżeniu kosztów na jednostkę wytworzonego produktu (np. poprzez szybsze tempo produkcji, zredukowany czas ustawiania produkcji itd.); zredukowaniu ogólnych kosztów operacyjnych (na przykład, niższe zużycie energii); zdolności (i odpowiedniej sprawności), by dostarczyć każdemu klientowi różne modele produktu bez żadnych dodatkowych kosztów; szybszym rozwoju produktu (np. poprzez zdolność przeprowadzania wirtualnych badań). Wszystkie one prowadzą do wzrostu zdolności do konkurowania, umożliwiają penetrację nowych rynków oraz ogólny wzrost przedsiębiorstwa.

W sektorach budownictwa oraz infrastruktury, a także w sektorze usługowym pożądane wyniki biznesowe to: obniżenie zużycia energii i ograniczenie negatywnego wpływu na środowisko naturalne (poprzez oświetlenie, ogrzewanie, klimatyzację itd.), poprawa zabezpieczeń (poprzez inteligentne systemy dostarczające dane na temat działań człowieka), poprawa bezpieczeństwa (funkcje związane z IoT pozwalają budynkom „mówić” i maksymalizować efekt zastosowania środków bezpieczeństwa, jak również optymalizować reakcję w przypadku zagrożenia) oraz analiza zużycia (poprzez IoT – jest to kluczowa funkcja, dzięki której przedsiębiorstwa mogą optymalizować wydajność swoich nieruchomości).

W sektorze opieki zdrowotnej najistotniejszymi współczynnikami efektywności są: lepsza jakość i większa dokładność  działań diagnostycznych i terapeutycznych (by poprawić wyniki leczenia pacjenta), obniżenie kosztu jednostkowego procedury medycznej (konsultacji, diagnostyki, zabiegu chirurgicznego, innej formy leczenia), zwiększenie się liczby pacjentów (więcej osób otrzymuje większą liczbę procedur medycznych przy ograniczonej powierzchni lokalowej i zasobach ludzkich), oraz wczesna i precyzyjna diagnostyka (by poprawić rokowania pacjenta i uniknąć bolesnego, kosztownego i długotrwałego leczenia przewlekłych chorób).

Aby oferować profesjonalne rozwiązania finansowe oparte na wynikach, konieczna jest gruntowna wiedza na temat stosowanych technologii oraz ich wpływu na przedsiębiorstwo użytkownika[4]. Ta niemalże dogłębna znajomość technologii i jej zastosowań nie jest czymś, co mógłby zaoferować zwykły usługodawca finansowy. W tym przypadku potrzebna jest specjalistyczna wiedza i szerokie doświadczenie, jak również bliska relacja pomiędzy dostawcą rozwiązania technologicznego i partnerem finansowy.

“Cyfrowa rewolucja wymusza zmiany, które z jednej strony stwarzają szanse dla nowych graczy a jednocześnie są wyzwaniem dla wielu obecnych liderów na rynku. Zmiany te następują w trzech obszarach:

Zmiany modeli operacyjnych (automatyzacja, wykorzystanie „smart” infrastruktury,cyfrowa prototypizacja i testowanie itp.), Zmiany modeli biznesowych – sposobu w jaki wartość jest tworzona, dostarczana i spieniężana, Zmiana modelu interakcji z klientem (wymiar społecznościowy, analiza potrzeb on-line, marketing w sieci itp.).

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości – PARP.

Źródło: https://badania.parp.gov.pl/files/74/75/77/394/21078.pdf

„Płatność za korzystanie” (pay-to-use)

Prawdopodobnie obok modelu „płatności za wyniki”, ważną rolę w zapewnianiu dostępu do najnowszych osiągnięć w zakresie technologii i sprzętu w dalszym ciągu będą odgrywać rozwiązania typu „pay per use”( „płatność za korzystanie”). Rozwiązania te, bazujące na metodach finansowania takich jak leasing, wynajem i alternatywne finansowanie pozabankowe, stopniowo umacniały się w ciągu ostatnich 20 lat. Przedsiębiorstwa pragnęły pozyskiwać niezbędną technologię, a jednocześnie rozłożyć płatności na cały okres, w którym uzyskują korzyści dzięki stosowaniu tego sprzętu, maszyn czy technologii. Te rozwiązania stawały się popularne, ponieważ zapewniały przedsiębiorstwom dostęp do wymaganej technologii, umożliwiającej im konkurowanie na rynku, bez konieczności zainwestowania kapitału „z góry”. Korzyści płynące z korzystania ze sprzętu dopasowane były z grubsza do rozłożonych w czasie płatności, a jednocześnie możliwe było uniknięcie ryzyka zestarzenia się technologii.

Modele typu „płatność za korzystanie” umożliwiają producentom, podmiotom ochrony zdrowia, a nawet samorządom miejskim przeprowadzenie koniecznych modernizacji technologicznych i korzystanie z generowanych w ten sposób wyników biznesowych. Modele te również ewoluują, przybierając bardziej złożone formy, które są w stanie przejąć i zaadaptować nowoczesne trendy na rynkach technologicznych.

Nasze badanie sugeruje, że obydwa modele finansowania – model typu „płatność za wyniki” i model „płatność za korzystanie” – będą w dalszym ciągu zyskiwać na popularności. Dzięki nim organizacje otrzymują jedną, zintegrowaną ofertę, skupiającą w sobie elementy takie jak dostęp do technologii, utrzymanie i konserwacja sprzętu, finansowanie, modernizacja czy wsparcie klienta. Zintegrowane rozwiązania finansowe (co, oznacza, że finansowanie stanowi nieodłączną część oferty sprzedaży) będą w dalszym ciągu zyskiwać na znaczeniu jako jeden z kluczowych czynników umożliwiających funkcjonowanie modeli biznesowych typu „płatność za wyniki”.

Autor: Joanna Szajner, Marketing Director , Siemens Financial Services

Niniejszy artykuł powstał w oparciu o wnioski płynące z badań Siemens Financial Services (w Polsce – Siemens Finance). Pełna wersja raportu „Wyniki i szanse” jest dostępna do pobrania tutaj: https://www.siemens.com/global/en/home/products/financing.html

[1] AT Kearney, “Building Value-based Healthcare Business Models,” 2013.

[2] University of Cambridge, Institute for Manufacturing, “Making the Shift to Services,” październik 2014; “Information Age, How the Internet of Things is Changing Business Models,”4 maja, 2016.

[3] Navigant Research, Energy Service Company Market Overview, 2015.

[4] Patrz, np: McKinsey, “Digitizing the Value Chain,” marzec 2015; Industry Week, a Transatlantic Race to Digital Manufacturing, 25 sierpnia, 2016.

Podsumowanie obrotów na rynkach Towarowej Giełdy Energii w lutym 2017 r.

  • Całkowity wolumen transakcji zawartych na rynkach gazu ziemnego w lutym 2017 roku wyniósł 10 160 607 MWh, wzrastając łącznie na rynkach spot i terminowym o 18,0 proc. r/r.
  • W lutym 2017 roku giełda odnotowała niższe obroty energią elektryczną – o 17,1 proc. w skali miesięcznej oraz 42,4 proc. w porównaniu do zeszłego roku.

Gaz ziemny

Całkowity wolumen transakcji zawartych na rynkach gazu ziemnego w lutym br. wyniósł 10 160 607 MWh, co oznacza wzrost o 18,0 proc. r/r. Na Rynku Dnia Następnego i Bieżącego gazu (RDNiBg) wolumen wyniósł 2 492 019 MWh, wzrastając r/r o 30,1 proc. Na wolumen ten złożyło się 2 129 904 MWh w obrocie na RDNg (wzrost o 44,2 proc. r/r) oraz 362 115 MWh na RDBg (spadek o 17,5 proc. r/r). Wolumen obrotu na RTT wzrósł natomiast o 14,6 proc. r/r, do poziomu 7 668 588 MWh.

Średnioważona cena na RDNiBg wyniosła w lutym 93,11 zł/MWh, czyli o 0,06 zł/MWh więcej niż w styczniu br. Na RTT cena średnioważona kontraktu z dostawą w roku 2018 (GAS_BASE_Y-18) wyniosła 87,47 zł/MWh, czyli o 2,14 zł/MWh mniej od ceny z notowań tego kontraktu w styczniu.

Energia elektryczna

Wolumen obrotu energią elektryczną na TGE wyniósł w lutym 2017 roku 6 253 879 MWh, a więc o 42,4 proc. mniej niż w lutym roku 2016. Na rynku spot wolumen spadł rok do roku o 1,1 proc. do poziomu 2 127 310 MWh. Spadek r/r na Rynku Terminowym Towarowym (RTT) wyniósł, przy wolumenie obrotu 4 126 569 MWh, 52,6 proc.

Średnioważona cena BASE na Rynku Dnia Następnego ukształtowała się w lutym na poziomie 154,75 zł/MWh, spadając m/m o 9,29 zł/MWh. Z kolei na RTT średnioważona cena kontraktu rocznego z dostawą pasmową w roku 2018 (BASE_Y-18) wyniosła 159,20 zł/MWh, co oznacza spadek o 1,39 zł/MWh w stosunku do ceny z notowań tego kontraktu w styczniu br.

Prawa majątkowe

Łączny wolumen obrotu prawami majątkowymi dla energii elektrycznej wyniósł w lutym br. 4 655 584 MWh. Oznacza to spadek w stosunku do lutego ubiegłego roku o 25,4 proc.

Wolumen obrotu samymi zielonymi certyfikatami (instrumenty PMOZE i PMOZE_A na Rynku Praw Majątkowych oraz instrumenty na RTT) ukształtował się w lutym na poziomie 1 587 310 MWh, a więc o 41,7 proc. niższym niż w lutym roku 2016. Cena średnioważona na sesjach RPM wyniosła dla instrumentu PMOZE_A 36,38 zł/MWh, czyli o 1,60 zł/MWh mniej niż w styczniu br.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi dla efektywności energetycznej (instrument PMEF) wyniósł 34 357 toe. Oznacza to wzrost r/r o 168,4 proc. Średnioważona cena sesyjna dla tego instrumentu spadła m/m o 190,48 zł/toe, poziomu 1 028,90 zł/toe.

Rejestr Gwarancji Pochodzenia

W lutym 2017 r. w Rejestrze Gwarancji Pochodzenia zawarto transakcje o wolumenie 12 973 MWh, dla których cena średnioważona wyniosła 0,55 zł/MWh.

Nowi uczestnicy

Na koniec lutego 2017 r. status członka na Rynku Towarów Giełdowych (RTG) miało 71 spółek.

W Rejestrze Świadectw Pochodzenia prowadzonym przez Towarową Giełdę Energii na 28 lutego 2017 r. członkami rejestru było 3061 podmiotów, w lutym przybyło ich 42.

Status członka Rejestru Gwarancji Pochodzenia posiada 273 podmiotów.

Spółka Columbus Energy S.A. podpisała umowę z Nest Bank

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała umowę współpracy z Nest Bank S.A., na mocy której bank zobowiązał się do finansowania klientów Spółki. Podpisana umowa pozwoli Emitentowi realizować założenia przyjętej strategii rozwoju.

Columbus Energy S.A. podpisała w dniu 06.03.2017 r. z Nest Bank S.A. umowę współpracy, przez którą Bank zobowiązał się finansować klientów, którzy spełnią warunki określone w odpowiedniej ofercie produktowej. Przedmiotowa umowa zawarta została na czas nieoznaczony. Nest Bank S.A. zobowiązał się do przekazywania na rachunek Spółki środków finansowych wynikających z umów podpisanych z jej klientami. Zawarcie umowy z Nest Bank S.A. stanowi pierwszy etap zaangażowania we współpracę, polegający na współfinansowaniu klientów oraz jest kontynuacją podpisanego w grudniu 2016 r. przez obie strony listu intencyjnego. Dzięki pozyskaniu partnera finansowego Columbus Energy S.A. będzie mógł realizować przyjęty plan rozwoju sprzedaży swojego produktu montażu instalacji fotowoltaicznych w ramach „Abonamentu na Słońce”.

Pracowaliśmy nad konstrukcją współpracy od wielu miesięcy. Z naszej perspektywy ta umowa to pierwszy etap współpracy, który spowoduje uruchomienie współfinansowania zakupu przez Klienta Abonamentu Na Słońce, gdzie NEST BANK i Columbus Energy współfinansują zakup instalacji. Pracujemy już nad następnym etapem współpracy, który w przeciągu 2-3 miesięcy powinien się zamienić na kolejne porozumienie. Potem pozostanie ostatnia kwestia zapisana w liście intencyjnym z grudnia 2016 r., tj. próba przymierzenia się do odsprzedaży wierzytelności już wygenerowanych i działających na dachach naszych klientów instalacji. Dla Columbus Energy to kamień milowy, który poprawi cashflow, wyniki finansowe i co najważniejsze zbliża nas do realizacji prognoz finansowych. Jest to również element strategii, którą realizujemy aktualnie zgodnie z planem.” – wyjaśnia Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

Spółka w 2016 r. wypracowała na poziomie jednostkowym zysk netto w kwocie ponad 220 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 8.511 tys. zł. Pod koniec ub. roku rozpoczęte zostały montaże instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego, czyli długoterminowego, indeksowanego rocznie finansowania klientów indywidualnych. Columbus Energy S.A. w grudniu 2016 r. przedstawiła zaktualizowaną strategię rozwoju na lata 2016-2020 oraz nowe prognozy finansowe, co było związane z wejściem w finalny etap negocjacji z instytucjami finansowymi oraz pozytywną weryfikacją wskaźników sprzedażowych nowego produktu – „Abonament na Słońce”, którego największą przewagą konkurencyjną jest niezależność od regulacji prawnych w zakresie prawa energetycznego, a także niezależność od dotacji dla właścicieli domów jednorodzinnych. Do końca 2020 r. Spółka zamierza zrealizować łącznie 34.000 montaży instalacji fotowoltaicznych oraz osiągnąć 70 mln zł zysku netto w 2020 r.

Tylko Columbus Energy proponuje dzisiaj właścicielowi domu jednorodzinnego finansowanie fotowoltaiki, gdzie z oszczędności spłaca całość inwestycji w ramach abonamentu. To daje nam na tyle dużą przewagę nad rynkiem, że możemy się rozwijać, zwiększać sprzedaż i budować kolejne oddziały w Polsce. Klienci przyjęli ten produkt z entuzjazmem, wiedząc, że nie jest to zwykła umowa kredytowa, a jest to abonament, w którym nie dołożą złotówki przez lata użytkowania instalacji. To proste. Skoro najniższy abonament wynosi 119 zł miesięcznie, a oszczędności już w pierwszym roku przekroczą 1500 zł to dlaczego ktoś nie chciałby mieć takiego urządzenia?” – zakończył Prezes Zieliński.

Głównym celem dla Columbus Energy S.A. jest ugruntowanie pozycji lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. Spółka chce również przenieść notowania akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie, co ma nastąpić już w 2017 r. Emitent począwszy od 2018 r. planuje przeznaczać do 50% wypracowywanego zysku netto na wypłatę dywidendy dla Akcjonariuszy. Zgodnie z przyjętą strategią rozwoju Columbus Energy S.A. zamierza stać się podmiotem świadczącym kompleksowe usługi energetyczne w zakresie energii elektrycznej, ciepła oraz chłodu z wykorzystaniem nowych technologii, m.in. fotowoltaiki, pomp ciepła, a także termomodernizacji, czyli wizja dla tzw. Ery Energetyki Rozproszonej. Spółka chce łączyć te usługi z ich długoterminowym finansowaniem oraz stale rozbudowywać swoją ofertę o nowe produkty i nowe segmenty ich odbiorców.

Izba Skarbowa w Gdańsku odda spółce Polnord ponad 3 mln zł nadpłaconego podatku

Izba Skarbowa w Gdańsku wydała decyzję o zwrocie nadpłaconego podatku  spółce Polnord za 1999 r. Deweloper otrzyma zwrot wpłaconych kwot wraz z oprocentowaniem nadpłaty w szacowanej wysokości ok. 3.277.317 zł.

Zobowiązanie podatkowe, które podlega zwrotowi związane było z kosztami poniesionymi przez spółkę Budownictwo Energetyczne „ENERGOBUDOWA” S.A., z którą Polnord S.A. połączył się w 2003 roku.  W 2006 Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej podjął decyzję o wyłączeniu z rachunku podatkowego części kosztów poniesionych przez Energobudowa S.A. w 1999 roku, zobowiązując Polnord S.A., jako następcę prawnego spółki do uregulowania zobowiązania podatkowego powstałego w wyniku tej decyzji. Polnord S.A. wielokrotnie odwoływał się od tych decyzji, wskazując m.in. na przedawnienie zobowiązań z 1999 roku.

W związku z wydanym w dniu 8 października 2013 r wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego SK 40/12 będącym podstawą do wznowienia postępowania dotyczącego zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób prawnych za 1999 r. Polnord uzyskał możliwość ubiegania się o zwrot przedawnionego zobowiązania podatkowego zabezpieczonego hipoteką przymusową.

Decyzją z 20 lutego 2017 roku Izba Skarbowa w Gdańsku potwierdziła stanowisko dewelopera, że zobowiązanie za 1999 r. przedawniło się, wydając stosowną i prawomocną decyzję o zwrocie nadpłaconego podatku wraz z odsetkami.

Nadpłata podatku dochodowego od osób prawnych wynosi ok. 1,4 mln zł, natomiast odsetki 1,7 mln zł, co da łącznie kwotę 3,2 mln zł.

Cieszę się, z pozytywnego dla nas rozwiązania tej sprawy – mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA. Decyzja gdańskiej Izby Skarbowej jest w pewnym sensie symboliczna, pokazuje bowiem, że przedsiębiorcy nie są na bezwzględnie straconej pozycji w sporze z urzędnikami skarbowymidodaje Prezes Polnordu.

Komentarz walutowy – 6.03.2017

Nasz scenariusz na ruch w konsolidacji się sprawdził w całości. W piątek najpierw doszedł do górnego kanału konsolidacji lekko poniżej 4,10 by na wskutek osłabienia się dolara na szerokim rynku zamknąć notowania na poziomie 4,05. W dalszej perspektywie cena dolara zależy głównie od tego jak inwestorzy wycenią 80% prawdopodobieństwo na podwyżkę stóp procentowych w marcu.

Nadchodzące tygodnie będą jednymi z trudniejszych do handlowania dolarem, gdyż w najbliższych dniach mamy posiedzenie EBC, piątkowe peyrolls czyli istotne dane z rynku pracy Stanów Zjednoczonych aż w końcu decyzja FED-u o stopach procentowych. W tej chwili wsparciem dla USDPLN jest poziom 4,0420 i w przypadku jego pokonania droga do 3,98 będzie stała otworem. W przypadku wzrostów opór znajduje się na poziomie FIBO 38% w rejonach 4,0940 a w przypadku jego pokonania droga do 4,15 otwarta.

Kurs USD/PLN

Komentarz walutowy dla par USDPLN
źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Kurs EUR/PLN

Komentarz walutowy dla par EURPLN
źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Euro po zaksięgowaniu lokalnego dołka na 4,2770, na wskutek piątkowej fali osłabienia się dolara odbił do poziomu 4,31. Dopóki cena nie pokona trwale poziomu 4,32 w dalszym ciągu będziemy oczekiwać umocnienia się złotówki w stosunku do euro. Wsparciem dale pozostają lokalne dołki na poziomie 4,2770.

Kurs GBP/PLN

Funt, zgodnie z naszym scenariuszem, osłabił się w stosunku do PLN, testując dołki z początku lutego na poziomie 4,97. W tym rejonie uaktywnił się popyt, któremu nie będzie łatwo pokonać istotny opór w rejonie 5,02. Na tym poziomie wypada górne ograniczenie potencjalnej formacji 1 do 1 największej korekty w lokalnym impulsie spadkowym. Ponadto mamy tutaj do czynienia z price action to znaczy z miejscem gdzie cena już wielokrotnie powstrzymywała popyt lub podaż.

Komentarz walutowy dla par GBPPLN
źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.