Co dziesiąty producent opakowań nie płaci na czas, choć kondycja branży jest świetna

Zdecydowana większość – 81 proc. firm z branży opakowań prężnie się rozwija i jest w co najmniej  dobrej kondycji finansowej. Na 10 485 firm w Polsce zajmujących się tą działalnością problemy finansowe związane z nieterminowym regulowaniem zobowiązań kredytowych i pozkredytowych ma 1 047. Ich łączne zadłużenie  wynosi  117,7 mln zł –  wynika z danych BIK i BIG InfoMonitor.

W analizie przeprowadzonej przez BIG InfoMonitor i BIK wzięliśmy pod uwagę: produkcję opakowań drewnianych, produkcję papieru falistego i tektury falistej oraz opakowań z papieru i tektury, produkcję opakowań z tworzyw sztucznych, produkcję pojemników metalowych i opakowań z metali. Łącznie 10 485 firm. Przeterminowane płatności wobec banków i kontrahentów na sumę 117,7  mln zł  ma 1 047 z nich. Najliczniejszą grupę z zatorami finansowymi stanowią firmy produkujące opakowania drewniane (3 242) oraz z tworzyw sztucznych (2 534), ale najwyższa wartość zaległych zobowiązań przypada na firmy wytwarzające  opakowania z papieru – 46,6 mln zł.

Przeciętna zaległość przekracza 112 tys. zł

Patrząc na wyniki finansowe firm opakowaniowych można śmiało stwierdzić, że   na tle gospodarki wyróżniają się one pozytywnie. W ujęciu makro, rentowność firm z tej branży przekracza  średnią. Co istotne bardzo dobra  rentowność nie jest jedynie cechą wybranych firm, lecz zdecydowanej większości. – Jeśli chodzi o przeciętne zadłużenie firm posiadających problemy to również przekracza ono  średnią dla firm, ale  akurat wynika z  wysokiej  kapitałochłonności tego biznesu, ponieważ produkcja opiera się o kosztowne, wysoko zautomatyzowane urządzenia – wyjaśnia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.  – Obserwowany stosunkowo wysoki przeciętny poziom zaległości podmiotu – 112,4 tys. zł – może także uzasadniać dynamicznie rosnący poziom realizowanych inwestycji. Wśród producentów opakowań panuje co do  prognozowanej koniunktury, a to mobilizuje branżę do dalszej ekspansji rynkowej  – dodaje Sławomir Grzelczak.

Dwie na trzy firmy w bardzo dobrej kondycji finansowej

Z przeprowadzonej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska oceny kondycji finansowej polskich firm z branży opakowań, wynika, że jedynie niewielka część z nich –  poniżej 20 proc. – znajduje się w słabej i bardzo  złej sytuacji  finansowej*.

Dwie na trzy firmy w bardzo dobrej kondycji finansowej
Źródło: Bisnode Polska

Niemal dwie trzecie (64 proc.)  firm z branży opakowań charakteryzuje  się bardzo dobrą kondycją  finansową, a blisko 17 proc. dobrą.  Szczególnie korzystnie wyróżniają się  producenci opakowań drewnianych, najsłabiej na tle branży wypadają natomiast producenci  opakowań  szklanych. Spośród nich  ponad 31 proc.  jest w sytuacji słabej i bardzo złej.

Zyski rosną ponad 7 procent rocznie

Z kolei z analizy finansowej przygotowanej przez  Bisnode Polska dla 1000  firm produkujących opakowania, wynika, że w 2015 r. sprzedaż analizowanych podmiotów przekroczyła wartość  43,3 mld zł i była o 6,9 proc. wyższa niż w 2014 r.  Jednocześnie zysk  badanego tysiąca firm, w których zatrudnionych jest 63 tys. osób, wzrósł rok do roku o 7,4 proc. – z 2,7 mld zł w 2014 r. do ponad 2,9 mld za 2015 r.

Zakładając, że średni roczny przychód  firmy to 43 mln zł, a średni zysk – 2,9 mln zł, natomiast średni dług zgormadzony w bazach BIG InfoMonitor i BIK to 112,4 tys. zł, to zaległy dług  stanowi  0,3 proc. przychodu  i  3,9 proc. zysku.

Cechą charakterystyczną branży jest nie tylko dobra kondycja finansowa firm, ale również niewielka konsolidacja w porównaniu z innymi sektorami. W branży działa prawie 43  proc. małych firm i blisko 37 proc. mikrofirm.

W branży działa prawie 43  proc. małych firm i blisko 37 proc. mikrofirm
Źródło: Bisnode Polska

Jednocześnie to jednak mniej niż 4 proc. największych  spółek odpowiada za blisko 42 proc.  całkowitego przychodu 1000 analizowanych  firm z branży.

Jednocześnie to jednak mniej niż 4 proc. największych  spółek odpowiada za blisko 42 proc.  całkowitego przychodu 1000 analizowanych  firm z branży.
Źródło: Bisnode Polska

W ostatnich latach branża w ujęciu globalnym rozwija się w tempie kilku procent rocznie. Wymiana międzynarodowa, rozwój produkcji pakowanych towarów, wzrost roli e-commerce kształtują optymistyczne prognozy długoterminowe dla opakowań. W Polsce trendy są podobne a nawet bardziej korzystne.

Eksport dodatkową szansą

Podstawowym źródłem potencjału dla branży jest popyt rynku krajowego. Wzrost zamożności społeczeństwa i konsumpcji dalej będzie  przenosił się na wzrost zużycia opakowań. Drugą ogromną szansę dla polskich opakowań stanowią zamówienia krajowych firm produkujących na eksport. Eksport rośnie szybciej od całej gospodarki, więc i dla przemysłu opakowań tempo rozwoju powinno być zauważalnie szybsze od tempa wzrostu PKB. Trzecim czynnikiem wzmacniającym dynamikę rozwoju przemysłu opakowaniowego będzie eksport samych opakowań.

Oferta polskich producentów jest już na wysokim europejskim poziomie, a krajowe firmy zdobyły wiarygodność w oczach zagranicznych kontrahentów. Średni udział eksportu bezpośredniego w sprzedaży producentów opakowań sięga około 40 proc. Dla wielu naszych klientów z tej branży eksport staje się podstawą  strategii sprzedażowych – komentuje Roman Nagler, dyrektor kredytowy ds. sektorów w BZ WBK.

* Według wywiadowni gospodarczej Bisnode, na ocenę kondycji finansowej firm z branży opakowań bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe. Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

Autentyczność, wspólnotowość i zrównoważony rozwój zdeterminują rozwój marketingu w najbliższych latach

Foresight kulturowy to przewidywanie nadchodzących zmian w wartościach, aspiracjach oraz wzorcach konsumpcji związanych z kulturą dnia codziennego. Jak wynika z najnowszego raportu „Foresight Kulturowy 2025”, przygotowanego przez zespół Stratosfera by Deloitte, w przeciągu najbliższych 5-10 lat najmocniejszy wpływ na przekaz marketingowy i relacje z konsumentami będą miały: akcentowanie dbałości o środowisko, potrzeba autentyczności oraz wspólnotowości.

„Wartości i aspiracje, które analizujemy w raporcie są istotne dlatego, że to właśnie od nich zależy, co konsumenci będą chcieli kupować i za co gotowi będą płacić wyższą cenę. Znajdują się one pod stałym wpływem trendów kulturowo-rynkowych i zmieniają się dynamicznie w czasie” – mówi Krzysztof Najder, Senior Advisor w Deloitte.

To, co dzieje się i zmienia w marketingu, odzwierciedla procesy i przemiany zachodzące w szeroko rozumianej kulturze, a nawet w życiu społecznym. „Foresight kulturowy powinien zatem odgrywać kluczową rolę w każdym procesie marketingu strategicznego i być elementem budowy silnych marek” – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Deloitte.

Według ekspertów Deloitte, od pewnego czasu wyłaniają się trzy główne supertrendy, które bezpośrednio oddziałują na aspiracje i zachowania konsumenckie.

Pierwszy z nich to Zrównoważenie, zgodnie z którym odpowiedzialność za środowisko jest ważną wartością dla klientów, która przejawia się m.in. w wyborze nabywanych i konsumowanych przez nich dóbr oraz usług. W marketingu zrównoważenie objawia się poprzez pojawianie się marek, które, obok zapewnienia oczekiwanych przez odbiorców korzyści, wykazują się wrażliwością środowiskową. Może to być związana z marką własność produktowa (jak napęd elektryczny czy użycie w produkcji surowców wtórnych) lub proekologiczne działanie, do którego marka się zobowiązuje.

Drugi trend to Autentyczność, związany ze światem wartości prostoty i naturalności. Jest ona odpowiedzią na zbytnie uzależnienie społeczeństwa od technologii. Przykładowo autentyczność może być widoczna poprzez uwypuklanie w przekazie marketingowym niskiego przetworzenia użytych składników czy materiałów oraz prostoty receptur i metod produkcji. Efekt ten osiągany może być zarówno przez związanie z nią odpowiednich własności produktowych, jak i elementów symbolicznych, jak na przykład odpowiednio skonstruowanego mitu założycielskiego wiążącego markę z dawnymi, „autentycznymi” recepturami czy metodami produkcji.

Trzeci trend, dotyczący bardziej życia społecznego niż dóbr i konsumpcji, to Wspólnotowość, zgodnie z którą przynależenie do grupy społecznej nie powinno być okupywane rezygnacją z własnej niezależności i indywidualności. Ujawniła się ona w ciągu ostatnich paru lat jako reakcja na dwa różne zjawiska: kryzys ekonomiczny i dynamiczny wzrost platform społecznościowych (social media, crowdfunding i crowdsourcing).

Kryzys podkopał wiarę w stabilność i autorytet zinstytucjonalizowanego świata państw i korporacji, a upowszechniające się platformy społecznościowe pokazały, że możliwe jest funkcjonowanie społeczne i ekonomiczne niezależne od tradycyjnych instytucji i nieoddające im części naszej indywidualności i swobody wyboru. Na poziomie zjawisk rynkowych namacalnym rezultatem wspólnotowości jest gwałtowny spadek wiary konsumentów w instytucjonalną, scentralizowaną i ekspercką komunikację reklamową, typową dla marketingu konsumpcyjnego i politycznego ostatnich kilkudziesięciu lat. Towarzyszy temu proporcjonalny wzrost zaufania do komunikacji, której nadawcą jest własna, na ogół internetowa, wspólnota danej osoby. „Spektakularny przykład tego zjawiska widzieliśmy w czasie niedawnych wyborów prezydenckich w USA. Marketing nie ma wyjścia – musi się do niego przystosować lub zginie w obecnej formie” – komentuje Krzysztof Najder.

W raporcie wyodrębniono pięć obszarów życia codziennego, w stosunku do których opisano przewidywania i trendy, które będą decydować w kolejnych latach o rozwoju marketingu.

  1. Jedzenie: żywność jako taka oraz miejsca i sposoby konsumpcji.
  2. Wygląd: postrzeganie ciała i płci, dbanie o siebie.
  3. Rodzina: związki i role społeczne oparte na pokrewieństwie i bliskości, wychowywanie dzieci.
  4. Praca: wzorce wypełniania obowiązków zawodowych, kariera, relacja pomiędzy czasem pracy a czasem wolnym.
  5. Rzeczy: przedmioty, które wytwarzamy i którymi się otaczamy oraz formy ich posiadania.

„Raport wykorzystuje stworzoną przez Stratosferę i rozwijaną w kolejnych edycjach koncepcję Kompromisu Kulturowego, zgodnie z którą trendy pojawiające się w kulturze i na rynku oparte są na kompromisach pomiędzy codziennymi potrzebami konsumentów, takimi jak przyjemność, doskonałość, przynależność, a ich kulturowymi aspiracjami, przede wszystkim odpowiedzialności za świat, naturalności i indywidualności” – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Deloitte.

Raport jest praktycznym źródłem wiedzy i inspiracji przydatnym zarówno w procesach tworzenia innowacji produktowych, jak i w pracy nad pozycjonowaniem i komunikacją marek. Najnowsza edycja jest już trzecią tego typu publikacją stworzoną przez zespół.

Prognoza dla kursu dolara i euro

Jeśli wierzyć wskazaniom ADP, nic już nie stoi na przeszkodzie marcowej podwyżce Fed. Dolar pozostaje mocny w ślad za odpowiedzią rynku długu USA. W Europie nie brakuje oczekiwań na jastrzębie wzmianki w dzisiejszym komunikacie ECB, nawet jeśli nie leży to w interesie samego banku centralnego. Jeśli EUR/USD znajdzie powód, by podejść wyżej, będzie to zaproszenie do sprzedaży przed raportem NFP i decyzją Fed.

Wczorajszy raport ADP o zmianie zatrudnienia w USA w lutym wyraźnie obudził oczekiwania na równie solidny odczyt w rządowym raporcie NFP w piątek. Według ADP zatrudnienie w sektorze prywatnym przyrosło o imponujące 298 tys. miejsc., zaskakując rynek (konsensus: 190 tys.). Choć ADP i NFP nie są ze sobą idealnie skorelowane, to jednak kierunek w ostatnim czasie bywa spójny. Miesiąc temu wynik ADP był o 76 tys. wyższy do prognoz, po czym zaskoczenie w NFP sięgnęło 47 tys. Nic dziwnego więc, że analitycy zaczęli rewidować w górę swoje szacunki dla jutrzejszego odczytu – spośród 85 prognostów ankietowanych przez Bloomberga aż 16 podniosło wczoraj swoje szacunki z najniższą prognoz na 215 tys. W rezultacie konsensus skoczył do 200 tys. ze 185 tys. w zeszły piątek. Oczekiwania szybują wysoko i ciągną za sobą rentowności obligacji skarbowych USA oraz dolara.

Oprocentowanie 10-latek na 2,58 proc. było wczoraj najwyżej do grudnia i jeśli 2,6 proc. zostanie przełamane, będzie to silny sygnał, by podeprzeć rajd USD na dłużej. Do tego potrzeba potwierdzenia w raporcie NFP w piątek i sygnału z Fed w przyszłym tygodniu, że dopuszczalne są więcej niż trzy podwyżki w tym roku. Pierwsze jest bardzo realne, o ile dynamika płac nie rozczaruje, natomiast drugie będzie niewiadomą aż do przyszłej środy.
Nim dobrniemy do NFP, dziś czeka nas decyzja ECB, co do której oczekiwania też są wygórowane. Poprawa sytuacji gospodarczej w strefie euro jest oczywista i musiała zostać zauważona przez Radę Prezesów ECB, stąd rynek nastawia się na jastrzębie zmiany w komunikacie i wydźwięku konferencji prasowej prezesa Draghiego. To dlatego EUR/USD ociąga się z wyceną siły dolara w porównaniu z innymi crossami. Nie ma dyskusji co do tego, że stopy procentowe i parametry programu skupu aktywów zostaną pozostawione bez zmian. Jednak ryzyka leżą w nowych prognozach gospodarczych. Zbyt duża rewizja prognoz w górę obudzi spekulacje, że luzowanie ECB staje się zbędne. Ale już podwyższenie projekcji inflacji CPI na 2017 r., ale bez korekty na kolejne lata lub zostawienie bez zmian prognozy inflacji bazowe będzie łatwe do zbagatelizowania przez Draghiego i prezes przeniesie uwagę na negatywne ryzyka czyhające w przyszłości. W ten sposób może ugasić jastrzębie zacięcie komunikatu. EUR/USD może odnotować wstępny skok po odczytaniu prognoz, ale na koniec dnia dla rynku będzie to tylko zaproszenie do zajęcia lepsze pozycji przed jutrzejszym NFP.

Więcej zamieszania pojawi się, jeśli ECB zdecyduje się na zmiany w „forward guidance” i usunie fragment o tym, że stopy mogą znaleźć się na „niższych poziomach”. Będzie to silny impuls dla kapitału krótkoterminowego i EUR/USD może poszybować ponad 1,07. Jednak biorąc pod uwagę stan gospodarki Eurolandu, wykluczając kolejne obniżki, ECB stwierdzi oczywiste, a jednocześnie w żadnym razie nie zbliży się do decyzji o odejściu od luzowania. Stąd mało realne, aby długoterminowy kapitał podłączył się pod ruch, obawiając się ryzyk politycznych. EUR może obronić umocnienie na crossach, ale EUR/USD wciąż będzie miał przed sobą do wycenienia zaostrzenie polityki Fed, co finalnie przygasi wzrosty.

EUR/PLN bez większych wahań przyjął stanowisko Rady Polityki Pieniężnej. Pomimo podwyższenia prognoz wzrost PKB i inflacji, komunikat po posiedzeniu pozostał w zasadzie niezmieniony od lutego. Rada podkreśla zewnętrzny charakter czynników podbijających inflację, na które nie ma wpływu, ale które powinny wygasać w kolejnych miesiącach, kiedy ceny surowców na rynkach światowych się ustabilizują. Powtórzony został fragment, że „ryzyko trwałego przekroczenia celu inflacyjnego w średnim okresie jest ograniczone”. Rada pozostaje przy stanowisku „wait-and-see”, a prezes NBP Glapiński podtrzymał opinię, że stopy nie powinny ulec zmianie co najmniej do końca roku. Naszym zdaniem Rada potrzebuje silniejszych danych z krajowej gospodarki, by zacząć rozważać wcześniejsze podwyżki, jednak takich nie otrzyma wcześniej, jak w drugim półroczu. Podtrzymujemy oczekiwania na pierwszą podwyżkę w listopadzie, ale na razie polityka monetarna nie stanowi żadnego impulsu dla złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

IV edycja konkursu Kraków Business Starter

Myślisz o założeniu własnej firmy, stworzeniu swojego produktu bądź usługi, ale boisz się porażki? Masz pomysł w głowie, ale nie wiesz jak przekuć go w biznes? Szukasz wiedzy i funduszy na start? Zgłoś się do konkursu Kraków Business Starter. Aplikacje w konkursie otwarte są do końca marca.

IV edycja konkursu Kraków Business Starter

StartUp Now in Kraków

Kraków Business Starter (KBS) to lokalna edycja konkursu Poland Business Starter (PBS) i ma swój odpowiednik również we Wrocławiu. Konkurs skierowany jest przede wszystkim do młodych, przedsiębiorczych osób, które mają pomysł na siebie i chcą podjąć wyzwanie realizacji swoich biznesowych marzeń. Udział w KBS daje szansę na rozwój własnej firmy w Akademickim Inkubatorze Przedsiębiorczości (AIP). Kolejną wartością uczestnictwa w programie KBS jest także możliwość rozwoju swoich kompetencji, zdobycie doświadczenia i zaistnienie w świecie biznesu. Inicjatywa została zapoczątkowana przez AIP i firmę UBS. UBS jest instytucją finansową, która m.in. świadczy usługi przedsiębiorcom, odnoszącym znaczące sukcesy na całym świecie, a powodzenie poprzednich edycji pozwala wierzyć, że dzięki Poland Business Starter powstaną firmy, których losy potoczą się podobnie.

– Program powstał w ramach rozwijania naszej strategii CSR, której jednym z głównych założeń jest działanie na rzecz społeczności lokalnej. Poland Business Starter przyciąga utalentowanych studentów i absolwentów, którzy dzięki naszej pomocy nie boją się ryzykować i budować swoich planów biznesowych. Dzięki temu nasi beneficjenci przyczyniają się też do prężnego rozwoju miast, w których zamierzają działać – podsumowuje Michał Stępień, UBS Country Head Poland.

Akademia wiedzy Kraków Business Starter

Konkurs KBS to kompleksowa propozycja szkoleniowo-grantowa, dlatego też w ramach IV etapu uczestnicy otrzymają pakiet szkoleniowy wraz z dodatkowymi warsztatami, prowadzonymi przez praktyków biznesowych, m.in. certyfikowanych trenerów, na co dzień pracowników UBS. Spośród pełnej oferty szkoleniowej uczestnicy będą mieli możliwość wyboru najbardziej przydatnych z ich punktu widzenia szkoleń, dostosowanych do ich faktycznych potrzeb. Osoby, które ukończą tę część otrzymają certyfikaty firmowane przez UBS i AIP.

– Zauważyliśmy, że na rynku nie ma takiego programu, który nie tylko daje możliwości finansowania najlepszych pomysłów, ale przez niemalże cały rok wspiera młodych ludzi w ich działaniach, począwszy od fazy zrodzenia się pomysłu, poprzez dawkę solidnej wiedzy, aż po możliwość przetestowania tej wiedzy w praktyce. Tak narodził się pomysł stworzenia konkursu, który w dalszym ciągu możemy kontynuować  – mówi Sebastian Kolisz, Partner Zarządzający AIP.

W poprzednich edycjach zostało zgłoszonych ponad 300 projektów. To z nich zostali wyłonieni finaliści, którzy odnoszą dzisiaj sukcesy na rynku. Można tu przytoczyć m.in. firmę Jaki warun, która stworzyła profesjonalny serwis dla osób wspinających się po skałach. Oferuje on unikalne dane, dotyczące warunków pogodowych – pochodzące z kamer (zbudowanych w oparciu o własną technologię) zainstalowanych w centralnych punktach rejonów wspinaczkowych. Innymi pomysłami są: LEKKA Furniture – firma zajmująca się renowacją, sprzedażą i projektowaniem mebli, do produkcji których wykorzystywane są odnawialne surowce; czy też projekt Spacegear, oparty na tworzeniu innowacyjnych systemów napędowych do dronów.

– Kraków Business Starter to świetny początek dla każdego, kto marzy o własnej firmie. Dla nas były to nie tylko inspirujące wykłady doświadczonych trenerów, ale też motywacja, aby z każdym etapem konkursu stawiać sobie nowe postanowienia i je realizować. Dzięki KBS mieliśmy dodatkową motywację, aby rozwijać firmę i prezentować swoje osiągnięcia! – wyznaje Ewelina Lekka, właścicielka LEKKA Furniture

Jak aplikować?

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy wypełnić formularz on-line, w którym należy umieścić m.in. dane osobowe, informacje o wykształceniu, profilu działalności firmy wraz z opisem pomysłu biznesowego. Formularz rejestracyjny znajduje się na stronie internetowej: www.krakowbusinessstarter.pl. Pierwszy etap rekrutacji już trwa, a zgłoszenia przyjmowane są do 31 marca 2017 roku.

Zderzenie z rzeczywistością

Trzeci etap projektu to tzw. okres inkubacji, trwający 6 miesięcy, podczas którego 10 uczestników konkursu będzie miało możliwość zweryfikować i przetestować swój pomysł na biznes. W ramach programu preinkubacji w AIP Kraków każda firma otrzyma: osobowość prawną, dzięki czemu nie będzie zmuszona płacić składek ZUS, obsługę księgową oraz prawną, dostęp do przestrzeni biurowej, mentoring oraz możliwość uczestnictwa w wydarzeniach i spotkaniach networkingowych, organizowanych przez AIP Kraków.

Po okresie bezpłatnej inkubacji najlepsze projekty otrzymają nagrodę w wysokości do  10 000 zł.  Wyboru zwycięzców dokona Komisja Konkursowa, składająca się z przedstawicieli AIP Kraków oraz Mecenasa działań AIP Kraków, firmy UBS.
Więcej informacji o konkursie możemy uzyskać na stronie projektu: www.krakowbusinessstarter.pl

Europejskie firmy nie są gotowe na GDPR

W maju 2018 roku wejdzie w życie rozporządzenie GDPR regulujące zasady przechowywania i przetwarzania danych osobowych na terenie Unii Europejskiej. Mimo, że konsekwencje niezastosowania się do rozporządzeń ustalonych przez organy Wspólnoty są niezwykle dotkliwe, jedynie 3% firm działających na rynkach unijnych jest przygotowanych na nadchodzące zmiany[1]. Obecnie, zdecydowana większość organizacji nie spełnia wymogów GDPR oraz nie dysponuje skutecznymi narzędziami umożliwiającymi lokalizowanie danych osobowych wewnątrz organizacji.

Głównym założeniem rozporządzenia GDPR (General Data Protection Regulation), które wejdzie w życie 28 maja 2018 roku, jest ujednolicenie przepisów o ochronie danych osobowych na terenie Unii Europejskiej. Rozwiązanie to może stanowić ułatwienie dla dużych organizacji operujących w różnych krajach, dla których wprowadzenie jednolitych procedur na wielu rynkach wiąże się z redukcją kosztów i uproszczeniem polityki wewnętrznej. Z drugiej strony, regulacja niesie ze sobą ogromne wyzwania dla firm, które do tej pory nie przywiązywały odpowiedniej wagi do kwestii przetwarzania danych osobowych.

Na podstawie nowego rozporządzenia GDPR:

  • firmy muszą przedstawić zasady polityki ochrony prywatności oraz opisać je przejrzystym i zrozumiałym językiem;
  • firmy i instytucje muszą posiadać wyraźną zgodę na zbieranie wszystkich danych, które gromadzą, a administratorzy danych muszą być w stanie wykazać istnienie takiej zgody, która może być w każdej chwili wycofana;
  • podmioty zatrudniające powyżej 250 pracowników muszą powołać inspektora ochrony danych;
  • użytkownicy zyskają prawo do informacji, kiedy ich dane dostały się w niepowołane ręce;
  • użytkownicy muszą mieć prawo do bycia zapomnianym (oznacza to, że klient może zgłosić się do danej instytucji z prośbą o usunięcie wszystkich informacji, które go dotyczą);
  • użytkownicy muszą mieć prawo do przeniesienia swoich danych do innego usługodawcy.

Nieznajomość zasad wynikających z GDPR może wiązać się z ogromnymi kosztami. W świetle nowego rozporządzenia, organizacje będą zobowiązane do przekazania, w ciągu 72 godzin, właściwym organom i potencjalnie poszkodowanym klientom informacji dotyczących jakiegokolwiek naruszenia bezpieczeństwa ich danych. W innym wypadku, firma może spodziewać się kary w wysokości do 20 milionów Euro, bądź 4% globalnych rocznych obrotów. Co ważne, kary mają charakter administracyjny, dla organu zajmującego się sprawą nie będą więc istotne przyczyny, a sam fakt zaistnienia naruszenia przepisów.

IP niczym PESEL

Z perspektywy biznesu posiadanie dużej ilości danych pozwala lepiej zrozumieć klientów i zmieniające się trendy rynkowe, ale może także wpływać na podejmowanie trafnych decyzji. Nie dziwi zatem fakt, że organizacje powszechnie wdrażają nowe technologie umożliwiające zbieranie informacji, m.in. dotyczących preferencji zakupowych czy aktywności w Internecie. Jednak sposób wykorzystania niektórych rozwiązań umożliwiających masowe gromadzenie i przetwarzanie informacji nie zawsze jest zgodny z regulacjami dotyczącymi ochrony danych osobowych.

Głównym celem GDPR jest zapewnienie prywatności obywatelom Unii Europejskiej, co powoduje, że od maja 2018 roku organizacje z terenu Wspólnoty będą mogły gromadzić i przetwarzać tylko te dane, które są potrzebne w ich działalności. Przykładowo, jeśli firma dotychczas w kontakcie z klientami wykorzystywała wyłącznie takie dane, jak imię, nazwisko i adres mailowy, nie może w swoim formularzu umieszczać prośby o podanie numeru telefonu. Rozporządzenie GDPR przewiduje większą elastyczność w zbieraniu danych, jeśli informacje będą szyfrowane.

Ochrona prywatności i wrażliwych danych jest jednym z priorytetów Unii Europejskiej, co znalazło odzwierciedlenie w ostatecznym kształcie rozporządzenia GDPR. Głównym założeniem regulacji w ramach tzw. privacy by design jest zmniejszenie ilości danych gromadzonych przez firmy i zachęcenie przedsiębiorstw do pozyskiwania tylko tych informacji, które są im potrzebne. To właśnie dane są fundamentem działalności każdej organizacji, dlatego ich ochrona powinna stanowić strategiczny cel współczesnej firmy – mówi Miłosz Trawczyński, Business Consulting Manager w SAS.

Jednym z ważniejszych elementów nowego rozporządzenia jest zaktualizowana definicja danych osobowych. Według regulacji unijnej, dane osobowe to wszystkie informacje dotyczące osoby fizycznej, które umożliwiają jej identyfikację. W rozumieniu GDPR, adres IP oraz identyfikatory zamieszczone w tzw. ciasteczkach (cookies) są więc danymi osobowymi podobnie jak PESEL czy NIP.

Namierzyć dane osobowe

Chcąc upewnić się, że polityka firmy jest zgodna z GDPR organizacje muszą w pierwszej kolejności uporządkować informacje, którymi dysponują oraz zlokalizować wśród nich dane osobowe. W wielu przypadkach będzie to dużym wyzwaniem, gdyż przedsiębiorstwa często nie dysponują odpowiednimi do tego celu narzędziami. Wejście w życie GDPR z pewnością wpłynie na wzrost zainteresowania rozwiązaniami klasy data management.

Technologie do zarządzania danymi umożliwiają identyfikowanie danych osobowych,  analizowanie ich przepływu, regulowanie i rejestrowanie dostępu do informacji, szyfrowanie informacji poufnych, definiowanie zasad zarządzania danymi w organizacji. Po wejściu w życie dyrektywy GDPR firmy będą musiały nie tylko nauczyć się porządkować dane, ale przede wszystkim zapewnić im odpowiednią ochronę. Rozwiązania do zarządzania danymi pozwalają łączyć dane bez potrzeby przenoszenia ich pomiędzy poszczególnymi zbiorami, co znacznie zmniejsza ryzyko zagrożeń dla informacji wrażliwych. Ponadto, możliwe jest zarządzanie incydentami oraz szybkie uzyskanie raportu dotyczącego ewentualnej próby wykradzenia danych, dzięki czemu firma może poinformować o tym fakcie odpowiednie organy.

Rewolucyjne zmiany w biznesie

GDPR znacząco zmieni podejście do profilowania danych. Twórcy rozporządzenia podkreślają, że wykorzystywanie informacji do tworzenia profilu klienta nie może w żaden sposób dyskryminować go i ograniczać jego dostępu do poszczególnych usług. Ma to ogromne znaczenie m.in. dla sektora finansowego, w którym powszechnie wykorzystuje się dane dotyczące klientów np. w procesie skoringu kredytowego (oceny czy klient spełnia warunki udzielenia kredytu).

Po wejściu w życie dyrektywy GDPR klient ma prawo do tego, by nie podlegać decyzji, która opiera się wyłącznie na zautomatyzowanym przetwarzaniu danych. W praktyce oznacza to, że nie można będzie odmówić wynajmu mieszkania lub udzielenia pożyczki na podstawie informacji dostępnych np. na portalach społecznościowych. Niezgodne z GDPR będzie również wnioskowanie o cechach osoby fizycznej. Przykładowo nie będzie można uznać, że ktoś choruje na daną chorobę na podstawie posiadanych danych o jej objawach. Ten element rozporządzenia GDPR może wpłynąć na pracę towarzystw ubezpieczeniowych, m.in. w zakresie obliczania wysokości składek.

Nie ulega wątpliwości, że GDPR wpłynie na procedury wewnętrzne firm z różnych sektorów gospodarki. Ograniczenia jakie niesie ze sobą nowa regulacja sprawią, że biznes będzie musiał zmienić podejście do przetwarzania, ochrony oraz wykorzystywania danych osobowych. Technologie data management mogą pomóc wypracować nowe modele działania, które będą zgodne z nadchodzącymi normami prawnymi – tłumaczy Miłosz Trawczyński.

[1] Global Survey: GDPR has ramification for any company that does business with citizens of the EU, Dimensional Research na zlecenie Dell, 2016

Ceny surowców będą stabilne przez następne 10-20 lat. To zmusi Rosję do bardziej ugodowej polityki wobec UE i USA

Zdaniem prof. Gomułki, problemy ekonomiczne Rosji, trwające już od 3 lat, wynikają głównie z niskich notowań surowców. Te zaś obniża m.in. wzrost produkcji ropy i gazu w USA, w oparciu o gaz łupkowy. W tej sytuacji państwo Putina mocno ogranicza wydatki na wojsko oraz traci swoją pozycję na arenie międzynarodowej.    

Według danych z końca 2016 roku, wydobycie ropy naftowej w Federacji Rosyjskiej w ub. roku, dzięki nowym odkryciom, miało przekroczyć 550 mln ton, a pozyskiwanie gazu ziemnego – 650 mld m3. Jednak dochody ze sprzedaży tych surowców za granicę przestały już czynić państwo Putina światową potęgą gospodarczą. Wynika to z tego, że w ostatnich latach nastąpiło silne obniżenie cen energii na światowych rynkach do poziomów niewiele wyższych od jednostkowych kosztów wydobycia w Rosji. I zdaniem prof. Stanisława Gomułki, ta sytuacja będzie się utrzymywać przez najbliższe lata.

– Ceny surowców są kształtowane przez globalne rynki. Ze względu na zróżnicowane interesy producentów, ograniczenie konkurencji przez OPEC jest stosunkowo niewielkie. Niskie notowania wynikają przede wszystkim ze znacznego wzrostu produkcji ropy i gazu w USA, w oparciu o gaz łupkowy. Co więcej, pojawili się nowi poważni producenci ropy naftowej, tzn. Iran i Irak. Duże znaczenie ma też ograniczenie zużycia ropy i gazu na świecie w odpowiedzi na rosnące zagrożenia ekologiczne. Zwiększyła się też produkcja energii ze źródeł odnawialnych. Te czynniki prawdopodobnie podtrzymają obecne, umiarkowane ceny energii, może nawet przez 10-20 lat – przewiduje prof. Gomułka.

Główny ekonomista Business Centre Club wyjaśnia, że niskie ceny surowców energetycznych zaczynają już mieć poważny wpływ na wydatki wojskowe Rosji. W związku z tym, zmuszają ją do bardziej ugodowej polityki w relacjach z Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi. Dlatego, w ocenie eksperta, strategiczna sytuacja Europy i USA jest korzystna. Oczywiście gracze po obu stronach Atlantyku rozumieją, że ambicje wielkomocarstwowe Rosji nie znikną. Wszak ich podstawą są siły nuklearne.

– Pod względem zasobu i jakości broni jądrowej, Rosja jest supermocarstwem mniej więcej równorzędnym ze Stanami Zjednoczonymi. I dla niej ten fakt wystarczy do tego, żeby czuć się światową potęgą militarną i żądać „odpowiedniego” traktowania na globalnej scenie politycznej. W kolejnych latach będziemy mieć do czynienia z sytuacją, w której Federacja Rosyjska tak właśnie będzie postrzegana przez Zachód, mimo że siła gospodarcza państwa Putina jest stosunkowo niewielka – prognozuje prof. Gomułka.

Ponad połowa internautów uważa, że w sieci trudniej zachować bezpieczeństwo niż w życiu

Ponad połowa internautów uważa, że w sieci trudniej zachować bezpieczeństwo niż w życiu 1

W 2016 roku blisko 700 mln ludzi w 21 krajach padło ofiarą cyberprzestępców – wynika z raportu Norton by Symantec. W 17 krajach, gdzie badanie przeprowadzono w 2015 i w 2016 roku, wzrost wyniósł 10 proc. w ujęciu rocznym. W wielu przypadkach winne są niedostateczne zabezpieczenia i brak świadomości zagrożeń. Większość internautów nie potrafi rozpoznać fałszywego e-maila z zawirusowanym załącznikiem. Trzy czwarte wie, że powinni chronić swoje dane w sieci, ale mimo to przekazuje innym swoje hasła.

– Jeśli mówimy o największych zagrożeniach, to od strony technicznej mówimy przede wszystkim o atakach oportunistycznych, czyli przejmowaniu komputerów przez przestępców po to, żeby mogli je wykorzystać do dowolnego celu. To są przestrzeń dyskowa, moc obliczeniowa, łącze internetowe, dzięki którym można rozsyłać spam i przeprowadzać ataki popularnie zwane DDos, czyli blokujące jakieś usługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Jaroszewski, kierownik CERT Polska w NASK.

Popularnym zagrożeniem jest też ransomware, czyli oprogramowanie, które blokuje komputery, szyfruje ich zawartość i żąda okupu za odzyskanie plików albo grozi upublicznieniem danych. Jak podkreśla Jaroszewski, zarówno firmy, jak i użytkownicy indywidualni powinni być świadomi, że prędzej czy później do takiego incydentu może dojść. Dlatego trzeba się nastawić na zapobieganie.

– Jeśli już do ataku dojdzie, to Kowalskiemu trudno jest sobie poradzić z jego konsekwencjami. Zostaje nam zaniesienie komputera do serwisu i liczenie na to, że coś się uda zrobić. Czyli po fakcie jesteśmy w kropce – mówi Przemysław Jaroszewski. – Wprawdzie nigdy nie uda się nam zabezpieczyć w stu procentach, ale możemy minimalizować ryzyko, wykazując się zdrowym rozsądkiem i dowiadując się jak najwięcej o zagrożeniach.

Badania Norton by Symantec wskazują, że większość badanych nie wie, jak odróżnić fałszywe e-maile od prawdziwych. Tylko połowa internautów zachowuje w takim przypadku ostrożność.

– Jeśli nie jesteśmy świadomi, że otwierając np. dokumenty PDF, możemy sobie zrobić krzywdę, to nie będziemy ostrożnie postępowali – mówi kierownik CERT Polska

Kluczowym mechanizmem jest zabezpieczenie własnej tożsamości w internecie. Za pośrednictwem sieci konsumenci załatwiają coraz więcej spraw – począwszy od zakupów, rozmów z doradcami finansowymi, kończąc na transakcjach finansowych w bankowości internetowej. Coraz częściej przenoszą tam także swoje prywatne dokumenty i zdjęcia, korzystając z popularnych chmur, które dają możliwość dostępu do  tych danych z każdego miejsca na świecie.

– Często dochodzi do ataku przez przejęcie konta w poczcie czy w mediach społecznościowych. Większość szanujących się usługodawców od dawna stosuje dwustopniowe uwierzytelnianie, czyli oprócz nazwy użytkownika, hasła, jest też kod przysyłany SMS-em czy token sprzętowy. Furorę robią sprzętowe rozwiązania kryptograficzne – urządzenia wielkości niedużego pendrive&HASH39;a, które tworzą drugi składnik uwierzytelnienia znacznie bezpieczniejszy niż np. SMS. Takie rzeczy są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego za nieduże pieniądze, a stosowane są już w tej chwili przez większość szanujących się portali społecznościowych czy takich usługodawców – wyjaśnia Jaroszewski.

Do CERT trafia rocznie kilka tysięcy zgłoszeń dotyczących cyberataków, zarówno od firm, jak i od użytkowników indywidualnych. Jak podkreśla Jaroszewski, to wciąż niewystarczająca skala w porównaniu do liczby ataków.

– Firmy boją się o reputację, o to, że informacja o ataku wycieknie i będzie to miało skutki biznesowe. Trudno się temu dziwić, ale taka postawa nie służy poprawie bezpieczeństwa innych. Im więcej wiemy o nowych atakach, tym lepiej jesteśmy w stanie ochronić siebie. Tej kultury jeszcze brakuje – mówi kierownik CERT Polska w NASK.

Z badania EY, Chubb i CubeResearch wynika, że w ubiegłym roku osiem na dziesięć firm zanotowało do pięciu znaczących naruszeń bezpieczeństwa. 6 proc. doświadczyło więcej niż 10 incydentów. Firmy nie radzą sobie jednak z wykrywaniem incydentów bezpieczeństwa. Te, które udaje się zidentyfikować, są zwykle łatwe do zaobserwowania, jak ataki oprogramowaniem ransomware czy utrata danych w wyniku awarii. 43 proc. badanych firm nie ma żadnego systemu ostrzegania.

– Na pewno inwestycje firm w cybezabezpiecznia będą zwiększane. Z jednej strony są wymuszane przez coraz większe regulacje w tym zakresie, czyli nowe normy prawne, zarówno rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych i dyrektywę o ochronie sieci informacji, jak i przez regulatorów, którzy nakładają obowiązki na konkretne sektory związane z lepszym dbaniem o bezpieczeństwo – mówi Przemysław Jaroszewski. – Coraz częściej firmy zmieniają nastawienie. Przestają traktować bezpieczeństwo jako koszt, a zaczynają jako inwestycję, która pozwoli uniknąć kosztownych skutków incydentów.

Rośnie popularność dodatkowych ubezpieczeń medycznych. Zainteresowanie nimi zwiększyło się o prawie 30 proc.

Rośnie popularność dodatkowych ubezpieczeń medycznych. Zainteresowanie nimi zwiększyło się o prawie 30 proc. 2

Coraz więcej Polaków jest objętych dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym. W okresie od stycznia do września ubiegłego roku na zakup prywatnej polisy zdecydowało się blisko 30 proc. więcej Polaków niż jeszcze rok wcześniej. Najpopularniejsze są ubezpieczenia grupowe najczęściej oferowane przez pracodawców w ramach pakietu socjalnego. Na wykupienie dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego dla pracowników decyduje się już prawie co druga firma. To zarazem jedne z najbardziej pożądanych przez pracowników benefitów.

Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi. Nadal są to jednak produkty niszowe – mówi agencji informacyjnej  Newseria Biznes Dorota Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Z informacji PIU wynika, że po trzech kwartałach 2016 roku liczba osób mających prywatne ubezpieczenie zdrowotne zwiększyła się o 28 proc. rok do roku i sięgnęła 1,76 mln. Największą popularnością cieszą się grupowe polisy wykupywane przez pracodawców, którymi objętych jest 1,4 mln osób (dane na koniec III kw. ub.r.).

Ubezpieczenia grupowe są najczęściej oferowanym i najbardziej pożądanym elementem pakietu socjalnego. Z opublikowanego przez Sedlak&Sedlak raportu „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników w 2015 roku” wynika, że blisko połowa (48 proc.) przedsiębiorstw finansuje pracownikom dodatkowy pakiet opieki medycznej, a takie świadczenie jest najbardziej pożądanym benefitem dla 51 proc. pracowników.

Rozszerza się grono pracodawców, którzy wykupują pracownikom polisy grupowe. Nie jest to już domena wyłącznie dużych korporacji. Obserwujemy, że takie benefity oferuje swoim pracownikom coraz więcej małych i średnich przedsiębiorstw oraz organów administracji publicznej. Z punktu widzenia pracodawcy jest to uzasadnione, ponieważ pracownik, który nie bierze częstych zwolnień lekarskich, ma większą wartość, podobnie jak ten, który nie przychodzi chory do pracy i nie zaraża innych. Badania wskazują, że wykupienie dodatkowych pakietów ubezpieczeń zdrowotnych dla pracowników zdecydowanie wpływa na poziom absencji – mówi Dorota Fal.

Około 350 tys. Polaków ma indywidualnie wykupione dodatkowe ubezpieczenie medyczne. Jak wynika z danych PIU, po trzech kwartałach ubiegłego roku składka przypisana brutto w tym segmencie sięgnęła 399,1 mln zł. Rosnące zainteresowanie Polaków prywatnymi ubezpieczeniami jest spowodowane głównie niedoskonałością systemu publicznej służby zdrowia.

Dodatkowe ubezpieczenia niczym puzzle musi pasować do publicznego systemu opieki zdrowotnej i reagować na jego niedoskonałości. W Polsce jest to przede wszystkim słaba dostępność do lekarzy specjalistów i części procedur szpitalnych, zwłaszcza procedur zabiegowych. W związku z tym, brzydko mówiąc, im gorzej i trudniej w publicznej opiece zdrowotnej, tym większe zainteresowanie produktami prywatnymi – wyjaśnia Dorota Fal.

Zdaniem ekspertki Polskiej Izby Ubezpieczeń trudno prognozować, jak ukształtują się trendy w sprzedaży prywatnych ubezpieczeń medycznych. Z pewnością ten segment będzie w najbliższych latach notował dynamiczny wzrost. Jak informuje PIU, rośnie również zainteresowanie polisami lekowymi, które uniezależniają wydatki pacjentów na leki od zmian refundacyjnych.

Wirtualna rzeczywistość może zwiększyć efektywność pracowników. Inwestuje w nią coraz więcej firm

Wirtualna rzeczywistość może zwiększyć efektywność pracowników. Inwestuje w nią coraz więcej firm 3

Kolejne miesiące na rynku IT upłyną pod znakiem wirtualnej rzeczywistości, internetu rzeczy i machine learningu. Po nowe technologie coraz częściej sięgają firmy, które w ten sposób chcą zwiększać efektywność pracowników i eliminować błędy. Innowacyjne rozwiązania zyskują popularność także wśród użytkowników indywidualnych, którzy budują dzięki nim inteligentne domy. Przy tak szybkim rozwoju technologii coraz większą rolę będzie odgrywało cyberbezpieczeństwo – ocenia Robert Strzelecki, wiceprezes zarządu TenderHut.

W ubiegłym roku IDC szacowało, że wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości (VR i AR) może wzrosnąć z 5,2 mld dol. w 2016 roku do 162 mld dol. w 2020 roku. W dużej mierze to efekt szerszego zastosowania tych technologii w biznesie i nauce.

– Widzimy wiele różnego rodzaju sygnałów świadczących o tym, że wirtualna rzeczywistość może być używana przez serwisy sprzętu czy osoby oddalone, pracujące w laboratoriach i ośrodkach badawczych. Daje ona duże możliwości pokazania dodatkowych informacji tej osobie. Nie musi odrywać wzroku i przerywać czynności, którą wykonuje. To oznacza duże możliwości dla firm w zwiększaniu efektywności pracy pracowników czy zmniejszeniu ewentualnych problemów i błędów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Strzelecki, wiceprezes zarządu TenderHut.

W ostatnim czasie dynamicznie rosną także nakłady na internet rzeczy. Według prognoz IDC w przyszłym roku inwestycje w ten segment wyniosą 3,7 mld dol., a w 2020 roku – 5,4 mld, co daje ponad 20-proc. tempo rok do roku. Veeam Software ocenia, że zasób danych pozyskiwanych przez firmy może w 2018 roku sięgnąć 400 zettabajtów.

Komunikujące się ze sobą „myślące” urządzenia służą m.in. do monitorowania pojazdów czy procesów produkcyjnych. Coraz częściej znajdują one zastosowanie także w inteligentnych domach.

– Na rynku pojawia się bardzo dużo rozwiązań związanych z inteligentnym domem czy inteligentnym miastem. Istnieje tendencja do komputeryzowania i automatyzowania całych aglomeracji, więc to na pewno będzie ważny temat w tym roku – przekonuje wiceprezes TenderHut.

Jednym z głównych trendów w kolejnych miesiącach roku może stać się machine learning. Rozwiązania z zakresu uczenia się maszynowego to podstawa sztucznej inteligencji. Umożliwiają one analizę ogromnej ilości danych. IDC ocenia, że już w 2020 roku wartość rynku inteligentnych aplikacji sięgnie 40 mld dol. Rośnie też liczba oferowanych usług, które pomagają rozwiązywać problemy, analizować zdarzenia i wskazywać najlepsze rozwiązania.

– Możemy się spodziewać, że nasze budynki będą potrafiły przewidzieć, że trzeba zamknąć okna w budynku, bo nadchodzi wichura. Kurierzy będą używali machine learningu, żeby wybierać najlepszą ścieżkę dostarczenia przesyłki czy najlepszego poddostawcę, który będzie mógł przejąć przesyłkę i dostarczyć ją szybciej niż firma kurierska – tłumaczy Robert Strzelecki.

Rozwój nowych technologii i aplikacji może przynieść duże korzyści, niestety niesie ze sobą również większe ryzyko cyberataków, których celem jest przede wszystkim kradzież danych. Raport PwC Global Economic Crime Survey 2016 wskazuje, że z tego zagrożenia zdaje sobie sprawę coraz więcej firm. Ponad połowa amerykańskich przedsiębiorstw przyznała, że padła ofiarą ataków hakerów w ciągu ostatnich dwóch lat. Z programu szacowania cyberzagrożeń firmy Fortinet wynika, że 40 proc. ataków wymierzonych jest w sektor finansowy.

– Otacza nas coraz więcej systemów informatycznych. Coraz więcej z nich będzie przechowywało dane, które zainteresują hakerów, więc będą bardziej podatne na włamania. Rośnie liczba użytkowników systemów informatycznych i ich zachowanie będzie kluczowe w utrzymaniu poufności danych – podkreśla Robert Strzelecki.

Eksperci wskazują, że błąd ludzki lub zaniedbanie są najsłabszym ogniwem w procedurach cyberbezpieczeństwa. Do wycieku danych mogą się przyczynić zbyt słabe hasło dostępu lub nierozważne otwarcie załącznika.

Polskie firmy biotechnologiczne pracują nad stworzeniem innowacyjnych leków i terapii. Problemem jest brak funduszy

Polskie firmy biotechnologiczne pracują nad stworzeniem innowacyjnych leków i terapii. Problemem jest brak funduszy 4

Sektor biotechnologiczny w Polsce rozwija się coraz szybciej. Głównym kierunkiem rozwoju są nowe metody diagnostyczne i terapeutyczne w nowotworach, chorobach neurologicznych i cywilizacyjnych. Dużym problemem niezmiennie pozostaje jednak brak pieniędzy na prace badawczo-rozwojowe oraz niedostateczna współpraca pomiędzy środowiskiem naukowym a biznesem. 

– Głównym kierunkiem rozwoju biotechnologii jest w tej chwili opracowanie nowych metod terapeutycznych lub diagnostycznych w chorobach związanych z układem nerwowym, chorobach nowotworowych, a także chorobach cywilizacyjnych takich jak otyłość czy ogólnie mówiąc, syndrom metaboliczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Witold Konopka, wicedyrektor Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego Polskiej Akademii Nauk.

Największym problemem polskiego sektora biotechnologii jest niezmiennie dostęp do kapitału. Przeprowadzenie badań, które mają w przyszłości doprowadzić do opracowania nowego leku, to koszt sięgający co najmniej kilkunastu milionów złotych. Trudno pozyskać te pieniądze z publicznych funduszy. Utrudniony dostęp do finansowania powoduje, że jak tylko w polskich firmach pojawia się przełomowe odkrycie, to licencja jest wykupywana przez zagraniczne koncerny.

Z przeprowadzonego w ubiegłym roku badania firmy doradczej Deloitte „Biotechnologia w Polsce. Branżowy punkt widzenia” wynika, że 57 proc. biotechnologicznych spółek jako główną barierę rozwoju wskazuje właśnie utrudniony dostęp do finansowania. Dwie trzecie z nich wiąże swoje finansowe plany z polskimi i zagranicznymi funduszami typu private equity i venture capital

– W porównaniu z innymi krajami Polska wypada w badaniach biotechnologicznych całkiem nieźle. Jednak ciągle wydajemy za mało na innowacje w zakresie biotechnologii. Polska jest jednym z niewielu krajów w Unii Europejskiej, którego budżet przeznaczany na naukę nie przekracza 1 proc. PKB – mówi dr Witold Konopka.

Wicedyrektor Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN podkreśla konieczność współpracy świata nauki, administracji rządowej i biznesu, co przełożyłoby się na rozwój całego sektora biotechnologii. Problematyczna jest kwestia zaufania. Naukowcy często obawiają się, że współpraca z firmą nad projektem zakończy się utratą kontroli. W biznesie często panuje przekonanie, że to co polskie nie może być dobre.

– Pojawiają się pierwsze jaskółki, ale ciągle brakuje dobrze opracowanego systemu transferu technologii, dzięki któremu biznes mógłby łatwo kontaktować się z naukowcami – mówi dr Witold Konopka. – Problem z naukowcami jest taki, że ciągle są zbyt mało otwarci na wdrażanie własnych pomysłów. W efekcie biznes, który musi zainwestować swoje pieniądze, ma trudności z dostępem i wyłuskaniem najlepszych pomysłów.

Jak podkreśla, krokiem w dobrą stronę jest mała ustawa o innowacyjności, która weszła w życie z początkiem tego roku. Nowe przepisy uprościły proces komercjalizacji wynalazków na uczelniach i wprowadziły szereg ulg podatkowych i ułatwień proceduralnych dla organizacji, które inwestują w badania i rozwój. Ustawa o innowacyjności ma zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki i przyczynić się do osiągnięcia w 2020 roku poziomu wydatków na B+R sięgającego 1,7 proc. całego polskiego PKB.

Ten proces mogłoby przyspieszyć objęcie rządową kuratelą współpracy biznesu i środowiska naukowego oraz stworzenie strategicznych programów.

– Aby wspierać polskich naukowców, szczególnie takich, którzy wyjeżdżają za granicę na staże podoktorskie, trzeba zachęcić ich do powrotu, stwarzając odpowiednie warunki finansowe i odpowiednią infrastrukturę badawczą, żeby mogli pracować w warunkach podobnych jak w krajach wysokorozwiniętych. Aparatura naukowa nie jest najgorsza, natomiast pod względem warunków pracy ciągle jesteśmy w tyle za pozostałymi krajami ze światowej czołówki – mówi dr Witold Konopka.

Jak podkreśla, trzeba też lepiej wykorzystywać potencjał kształconych kadr. Na polskich uczelniach jest bardzo duża liczba doktorantów, z których ponad połowa nie zamierza kontynuować kariery naukowej.

Z ostatnich danych GUS wynika, że w 2015 roku działalność w obszarze biotechnologii prowadziło 160 spółek. W ciągu dwunastu miesięcy ich liczba zwiększyła się o niemal jedną trzecią. Wewnętrzne nakłady, które przedsiębiorstwa poniosły w 2015 roku w związku z rozwojem działalności w sektorze biotechnologicznym, wyniosły 989 mln zł. Firma doradcza Deloitte szacuje, do 2019 roku cały sektor biotechnologiczny będzie rosnąć w 9-proc. tempie, a jego łączne przychody mogą przekroczyć 444,9 mld dol.

Nowe zalecenia Komisji Europejskiej dla e-handlu. Koniec z geoblokowaniem i ingerencją w ceny w zależności od kraju kupującego

Nowe zalecenia Komisji Europejskiej dla e-handlu. Koniec z geoblokowaniem i ingerencją w ceny w zależności od kraju kupującego 5

Eksperci zauważają, że gdyby jednolity rynek cyfrowy działał w pełni, toby gospodarka Unii Europejskiej mogła zyskać 415 mld euro rocznie. Dlatego Komisja Europejska zapowiada walkę z ograniczeniami w e-commerce. Główne grzechy przedsiębiorców to geoblokowanie, ograniczona dostępność asortymentu czy oddziaływanie na ceny.

– Handel elektroniczny jest kołem zamachowym gospodarki europejskiej i światowej. Okazuje się, że wolność panująca w internecie nagle jest limitowana przez regulacje, które tak naprawdę nie są nowe, jak Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej oraz polska ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów. Sektor e-handlu zaczyna być obejmowany takimi regulacjami, a przedsiębiorcy działający w e-commerce będą musieli przestrzegać stosownych uregulowań, które będą rzutowały wprost na ich model biznesowy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Fornalczyk, założyciel Comper.

Dotychczas sektor e-commerce nie był w żaden sposób kontrolowany przez organy antymonopolowe. Ogłoszenie przez Komisję Europejską stworzenia jednolitego rynku cyfrowego sprawiło, że krajowe urzędy rozpoczęły walkę z nieuczciwymi praktykami w e-handlu. W lutym Komisja Europejska wszczęła postępowania w sprawie nieuczciwych praktyk w 15 przedsiębiorstwach. Jak wskazuje Fornalczyk, to tylko kwestia czasu, kiedy również UOKiK będzie badał polskich przedsiębiorców.

– Te regulacje to m.in. przeciwdziałanie geoblokowaniu, czyli żeby każdy obywatel naszego kraju mógł kupować w każdym sklepie internetowym za granicą, a zagraniczni konsumenci mogli kupować u nas. Nie będzie można narzucać cen odsprzedaży czy w jakikolwiek sposób ingerować w ceny, które będzie publikował na stronach internetowych niezależny dystrybutor. Również dostawcy nie będą mogli wpływać na to, jaki asortyment oraz w jaki sposób będzie plasowany w sklepach. Nie jest to bezwzględny zakaz, takie działania będą musiały być robione z większym rozmysłem niż dotychczas. Będzie musiało być wprowadzone zarządzanie ryzykiem antymonopolowym – wymienia ekspert.

Dotychczas sami producenci często wprowadzali geoblokadę, która umożliwiała odmowę dostępu do stron z innych państw Unii Europejskiej lub zmianę ceny zależnie od lokalizacji klienta. W ten sposób producenci próbują maksymalizować zyski ze sprzedaży, jednak zdaniem Komisji ograniczanie dostępu do towarów czy usług ze względu na miejsce zamieszkania, przeczy idei jednolitego cyfrowego rynku.

Geoblokowanie w różnych formach stosuje od 28 do 63 proc. e-sklepów w UE. Częściej blokowane są zakupy konsumentów z „nowych” państw członkowskich. Z badań przeprowadzonych przez Politykę Insight wynika, że blisko połowa polskich konsumentów spotkała się z odmową dostarczenia do Polski zakupów z zagranicznego e-sklepu. 21 proc. nie mogło zapłacić za zakupy polską kartą płatniczą.

– Stosowanie się do przepisów będzie oznaczało dla sprzedawców, że zanim wprowadzą nową ofertę czy nowy sposób dystrybuowania, będą musieli przeanalizować, czy nie narażają się na ryzyko naruszenia prawa antymonopolowego, czyli zapłacenia kary lub odszkodowania osobom, które zostaną w ten sposób poszkodowane – wskazuje Fornalczyk.

Zdaniem eksperta wprowadzenie regulacji będzie dla przedsiębiorców nie utrudnieniem, ale szansą rozwoju.

– Takie przepisy mogą paradoksalnie wspierać innowacyjność polskich przedsiębiorców w e-commerce – przekonuje.

Na zmianach skorzystają też konsumenci. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że obecnie rynki internetowe są przede wszystkim rynkami krajowymi. Tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw sprzedaje za granicę, a 15 proc. kupujących pochodzi z innego państwa Unii Europejskiej.

– Nowe przepisy dla zwykłego Kowalskiego oznaczają na pewno zwiększenie możliwości wyboru i dostępu do źródeł zaopatrzenia, najprawdopodobniej również lepsze oferty, choć niekoniecznie tańsze. Z pewnością będzie wyższa użyteczność dla konsumenta – ocenia założyciel Comper.

Fornalczyk przekonuje, że regulacje są dobrze znane przedsiębiorstwom, jednak dopiero teraz urzędy antymonopolowe przechodzą z teorii do praktyki, sprawdzają regulacje i dbają o konsumenta.

– Dlatego im szybciej przedsiębiorcy zweryfikują swoje podejście biznesowe, stosując np. narzędzia z zakresu competition clearance, czyli audytu antymonopolowego, tym mniejsze ryzyko będą ponosić – podkreśla ekspert. – Jeżeli wdrożone zostaną narzędzia analizy antymonopolowej, które są pochodną narzędzi marketingowych, to może się okazać, że sami przedsiębiorcy będą w stanie tak zorganizować biznes, że zyskają przewagę konkurencyjną. W internecie są dwie najważniejsze rzeczy: rzetelność dostawcy i szybkość działania. Jeśli ktoś zaśpi i nie przewidzi zmian, które właściwie już się dzieją, to może się okazać, że za chwilę albo będzie musiał się tanio sprzedać, albo wypadnie z rynku – ocenia Maciej Fornalczyk.

Od 2018 roku kasy fiskalne będą połączone z centralnym systemem fiskusa. Budżet państwa może zyskać ponad 6 mld zł

Od 2018 roku kasy fiskalne będą połączone z centralnym systemem fiskusa. Budżet państwa może zyskać ponad 6 mld zł 6

Do 2020 roku wszystkie działające w polskich firmach kasy fiskalne, czyli ponad 1,8 mln urządzeń, będą musiały być połączone z centralnym systemem administracji podatkowej. Rząd chce przez e-paragony poprawić skuteczność kontroli skarbowych i uszczelnić wpływy z podatków. Ma to przynieść korzyści budżetowe w kwocie ponad 6,8 mld zł. Przedsiębiorcy będą mieli trzy lata na wymianę urządzeń.

– Ministerstwo Rozwoju wraz z resortem finansów pracuje nad nowym rozporządzeniem określającym warunki techniczne dla kas fiskalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Urbanowicz, prezes zarządu Elzab, producenta kas fiskalnych. – W skrócie chodzi o to, aby kasy fiskalne, które do tej pory były offline’owe, stały się urządzeniami online’owe. Ministerstwo zyska dostęp w czasie rzeczywistym do danych ze wszystkich punktów sprzedaży. Używając tzw. big data analysis, porówna trendy, przeanalizuje przebieg handlu pojedynczego punktu i łatwiej wychwyci nieprawidłowości.

Decyzję o zmianach w sposobie rejestrowania transakcji handlowych i nałożeniu na przedsiębiorców obowiązku posiadania kas fiskalnych, łączących się z centralnym serwerem, rząd podjął w ubiegłym roku. Nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2018 r. Według Ministerstwa Finansów u przedsiębiorców znajduje się obecnie około 2 mln kas fiskalnych.

– Naszym zdaniem dzisiaj kas fiskalnych jest nieco mniej, około 1,5 mln. Duża część nie jest aktywna, ale nie została wyrejestrowana i formalnie jest w statystyce – przekonuje Krzysztof Urbanowicz.

Głównym celem wprowadzenia nowych kas jest uszczelnienie systemu i poprawa ściągalności podatków, m.in. VAT. Przykłady innych krajów pokazują, że jest to możliwe. Dla przykładu na Węgrzech wymiana 220 tys. kas fiskalnych na online’owe spowodowała wzrost wpływów z podatku VAT o 190 mln euro (dane za 2015 rok).

KPMG szacuje, że objęcie systemem ok. miliona kas fiskalnych w Polsce wygeneruje dodatkowe wpływy z podatku VAT w wysokości ponad 2,8 mld zł rocznie. Doliczając do tego wpływy z tytułu podatków dochodowych i zwiększenie efektywności kontroli podatkowych korzyści mogą przekroczyć 6,8 mld zł.

– Na Węgrzech rząd Viktora Orbána przesuwał cztery razy termin wdrożenia nowego systemu ze względu na to, że cały proces legislacyjny nie był konsultowany z branżą fiskalną. W Polsce ten proces jest robiony dużo lepiej, bo są ciągłe konsultacje z branża fiskalną, czyli z Krajową Izbą Gospodarczą Elektroniki i Telekomunikacji oraz z branżą urządzeń terminalowych do obsługi kart płatniczych – mówi Krzysztof Urbanowicz.

Z opublikowanej w sierpniu opinii Polskiej Izby Handlu wynika, że wymiana kas dla przedsiębiorców będzie się wiązać z wysokimi kosztami. Eksperci oszacowali ich wysokość na ok. 4 mld zł. Ma to być jednak proces rozłożony na lata.

– Ministerstwo przewiduje obecnie trzyletni harmonogram wdrożenia nowych rozwiązań, co oznacza, że w latach 2018–2020 roku wszystkie urządzenia offline’owe powinny zostać wymienione na online’owe­ ­– podkreśla Urbanowicz.

Każdego roku i tak ok. 20 proc. przedsiębiorców wymienia urządzenia na nowe, a dodatkowo dostosowane do nowego prawa kasy będzie można kupić znacznie wcześniej. Producenci tych urządzeń już przygotowują się do zmian. Na rynku dostępne są kasy fiskalne online ready, które w momencie ukończenia prac nad centralnym systemem będą mogły być do niego podłączone.

– Taka kasa jest w tej chwili tylko nieznacznie droższa od tradycyjnej. Za to my bierzemy na siebie dostosowanie kasy do wymogów nowego prawa w dowolnym okresie od stycznia 2018 roku do końca 2020 roku. Klienta będzie to kosztować 200 zł – wyjaśnia Krzysztof Urbanowicz.

Jak podkreśla, wprowadzenie rejestru paragonów będzie korzystne nie tylko dla budżetu państwa, lecz także dla firm mimo konieczności poniesienia kosztów wymiany i dostosowania kas. Jedną z korzyści jest ograniczenie nieuczciwej konkurencji – nowe rozwiązanie będzie bowiem eliminować lub poważnie utrudniać możliwość obchodzenia przepisów.

Nowoczesny najemca – jakie wymagania stawia branża BPO?

Usługi dla biznesu to motor napędowy rozwoju biur w Polsce. Zagraniczne centra BPO zajmują już 51% powierzchni wynajętych w Krakowie, 46% w Łodzi i 39% we Wrocławiu. Jakich biurowców potrzebują nowoczesne firmy i jak zmieniają standardy rynku nieruchomości?

W Polsce w sektorze nowoczesnych usług biznesowych pracuje już ponad 200 tys. osób, a według prognoz, do 2020 roku liczba ta wzrośnie do 300 tys. To jeden z najszybciej rozwijających się segmentów naszej gospodarki. Konkurencja o pracowników jest w nim coraz większa, a specjaliści na wagę złota.

Pokolenie Y dyktuje standardy

Firmy muszą więc oferować atrakcyjne warunki zatrudnienia. A pracownicy branży BPO to nawet w 90% przedstawiciele pokolenia Y, stawiający niestandardowe wymagania i oczekujący już znacznie więcej, niż wysokich zarobków. Aby przyciągnąć do firmy specjalistów i zatrzymać ich na dłużej, biuro musi być miejscem, w którym chce się pracować – mówi Edyta Matusz-Bulińska, Office Manager agencji interaktywnej PromoHolding. – Stawiamy więc na przestrzenie wspierające kreatywność i komunikację, ale też umożliwiające relaks.  – dodaje. Coraz częściej w biurach instaluje się hamaki, sale gier czy siłownie. W Danii wprowadzono nawet obowiązek zapewnienia pracownikom stojąco-siedzących biurek. Mają one zwiększyć komfort pracy i co za tym idzie – także wydajność.

Przede wszystkim elastyczność

Pod względem wymagań technicznych branża zwraca uwagę m.in. na bezpieczeństwo budynku czy zielone certyfikaty, jak BREEAM lub LEED – mówi Anna Sopel, specjalista ds. wynajmu krakowskiego dewelopera MIX Biura. Nic dziwnego zapewniają one efektywniejszą eksploatację biura i oszczędności, podnoszą też produktywność i zadowolenie pracowników, m.in. dzięki właściwej wentylacji czy systemom oświetlenia – tłumaczy. Najważniejsza jest jednak elastyczność biura. Nawet 70% zagranicznych firm z branży BPO planuje zwiększyć zajmowaną powierzchnię oraz zatrudnienie w ciągu dwóch lat. Przestrzeń biurowa powinna to uwzględniać i umożliwiać. Układ typu open space, minimalna ilość elementów konstrukcyjnych, dowolność w aranżacji wnętrza czy duże przeszklenia okienne to obowiązkowe elementy.

W centrum? Niekoniecznie..

Lokalizacja biura ma zawsze duże znaczenie. Łatwe (i szybkie) dotarcie do pracy to priorytet dla pracowników pokolenia Y, a więc i pracodawców. Dlatego w cenie są biurowce świetnie skomunikowane z innymi częściami miasta, z dostępem do ścieżek rowerowych czy nawet stacji szybkiej kolei. – W wyborze biura kierowaliśmy się dobrym dostępem do komunikacji i bliskością węzła komunikacyjnego na Rondzie Ofiar Katynia oraz obwodnicy Krakowa – mówi Marcin Kaczmarek, Dyrektor Oddziału Coface w Krakowie, wynajmującego powierzchnię w budynku BBC 9 przy ul. Jasnogórskiej 9. – Dzięki temu prawie wszyscy pracownicy mają teraz bliżej do pracy, a czas dojazdu skrócił się aż o 20 minut – dodaje.

Standardy rynku nieruchomości, tak jak wymogi najemców, ciągle ewoluują w poszczególnych branżach. Sektor BPO oczekuje od deweloperów przede wszystkim rozwiązań szytych na miarę oraz przestrzeni odpowiadającej jego dynamice i wzrostowi zatrudnienia. Szatnie z prysznicami to już standard teraz liczy się przede wszystkim ergonomia pracy i atrakcyjna przestrzeń, która będzie dla firm ważnym atutem w poszukiwaniu pracowników.

Dolar umacnia się po dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy

Prywatny instytut ADP ogłosił, iż w lutym utworzono 298 tys. nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym, znacznie powyżej oczekiwanej liczby 187 tys. Jest to dobry prognostyk przed piątkowymi oficjalnymi danymi z amerykańskiego Departamentu Pracy. Obecnie prognozuje się iż „payrollsy” wyniosą 190 tys. za luty co oznaczałoby stabilny przyrost nowych miejsc pracy na poziomie w pobliżu 200 tys. miesięcznie, który jest widoczny od 6 miesiecy.

Po publikacji danych z USA indeks dolarowy agencji Bloomberg umocnił się o około 0,4%. Para EURUSD osłabiła się do poziomu 1,0534, a para USDJPY umocniła się do poziomu 114,75. Traci też nasza waluta, za dolara trzeba już płacić ponad 4,08 zł. Gdyby  piątkowe dane zaskoczyły pozytywnie tak jak dzisiejszy raport, czyli pokazały przyrost nowych miejsc pracy w lutym na poziomie w okolicy 300 tys.,  można spodziewać się dalszego umocnienia dolara.

Funt brytyjski nieznacznie traci na wartości po ogłoszeniu brytyjskiego budżetu na 2017 rok. Pomimo iż Kanclerz Skarbu Philip Hammond widzi wzrost gospodarczy na poziomie 2% w tym roku, to deficyt budżetowy może wynieść aż 51,7 miliardów funtów. Para GBPUSD traci obecnie 0,3% i handluje w pobliżu poziomu 1,2160, najniżej od połowy stycznia. Para EURGBP zyskuje 0,3% i handluje w pobliżu poziomu 0,8670. Funt tanieje też w relacji do złotego, za jednego szterlinga należy obecnie płacić jedynie 4,96 zł.  

Rynki czekają na jutrzejsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, pomimo iż nikt nie oczekuje, że obecny poziom stóp procentowych czy rozmiar programu QE zostanie zmieniony. Z drugiej strony inwestorzy czekają na prognozy Banku dotyczące poziomu inflacji w kolejnych kwartałach roku po tym jak wzrosła ona w lutym aż do 2%.

Ropa naftowa WTI tanieje dziś 0,5% a ropa Brent 0,4% w oczekiwaniu na oficjalne rządowe dane o stanie amerykańskich zapasów surowca. Wczoraj Amerykański Instytut Naftowy ogłosił, iż zapasy urosły aż o 11,6 miliona baryłek w zeszłym tygodniu. Jeśli dzisiaj będziemy mieli potwierdzenie tych danych, będzie to już 9 z rzędu tydzień rosnących zapasów. Ministrowie państw OPEC dopiero w maju zadecydują czy rozszerzą porozumienie o cięciu produkcji.   Za baryłkę ropy WTI należy obecnie płacić 52,5 dolarów, natomiast za baryłkę ropy Brent 55,40 dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Jerzy Aleksandrowicz: Zakupy dla wojsk Obrony Terytorialnej mają ruszyć pełną parą

Zakupy dla wojsk Obrony Terytorialnej mają ruszyć pełną parą. Kwestią podstawową pozostaje to, że nie wiemy dokładnie jakie zadania przypadać będą tej formacji. Oczywiście im nowocześniejszym wyposażeniem będzie dysponowała formacji, tym lepiej. Jednak czy cały wysiłek nie powinien być skoncentrowany na jednostkach frontowych? Czy polski przemysł powinien odegrać tu kluczową rolę? Więcej w materiale wideo.

Rynek DIY w Polsce wzrósł o ponad 5% r/r w 2016 r.

W ubiegłym roku wartość całkowitego rynku DIY w Polsce (suma wartości sprzedaży produktów niezbędnych do budowy oraz remontu, produktów dekoracyjnych, artykułów ogrodowych oraz narzędzi, kupowanych zarówno przez klientów indywidualnych i instytucjonalnych) wzrosła o 5,3% do 51,9 mld zł, wynika z danych umieszczonych w raporcie PMR „Rynek DIY w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022.”

Rynek detaliczny (sprzedaż do klientów indywidualnych oraz firm budowlanych i remontowych działających na ich zlecenie) w 2016 r. miał 57% udziału w całkowitym rynku DIY. Dobra sytuacja na rynku mieszkaniowym, rosnące wydatki na utrzymanie gospodarstwa domowego, a także wzrost liczby Polaków planujących przeprowadzenie remontu (m.in. za sprawą wypłat z programu Rodzina 500+) sprawia, że prognozy rozwoju dla rynku są bardzo pozytywne – nawet w przypadku realizacji pesymistycznego scenariusza rozwoju sytuacji, wartość rynku detalicznego w okresie 2017-2022 nie spadnie.

Z drugiej strony, na horyzoncie widać też pewne zagrożenia. Największe z nich stanowi możliwe wprowadzenie zakazu handlu w niedziele. Oznaczałoby to poważne utrudnienie dla wielu konsumentów, którzy w tygodniu pracują i jedynym okresem, w którym mają czas na dłuższe odwiedziny w sklepie w celu zrobienia większych zakupów, jest weekend. Wprowadzenie zakazu zmniejszyłoby liczbę dni, w które możliwe jest taka wizyta z jednego do dwóch. Jednak biorąc pod uwagę aktualne doniesienia z Sejmu, gdzie procedowany jest projekt, istnieje szansa, że zakaz wprowadzany będzie stopniowo, co rozłoży w czasie negatywne skutki dla rynku. Inne zagrożenia dla rynku to zakończenie popularnego programu Mieszkanie dla Młodych w 2018 r., co może mieć negatywny wpływ na rynek mieszkaniowy, a także ryzyko ponownego wprowadzenia podatku od handlu detalicznego.

Rynek DIY w Polsce w 2016Największym graczem na polskim rynku DIY jest brytyjska grupa Kingfisher, właściciel sieci Castorama i Brico Depot. W 2016 r. lider posiadał 12% udziału w całkowitym rynku DIY. Wyniki reprezentatywnego badania przeprowadzonego w styczniu 2017 r. na potrzeby raportu na grupie ponad tysiąca respondentów pokazały, że Castorama jest również najlepiej rozpoznawalną siecią sklepów DIY w Polsce – markę tę zna 89% Polaków. W pierwszej piątce największych pod względem udziałów graczy na rynku znajdują się jeszcze: francuskie Leroy Merlin i Bricomarche, niemieckie OBI oraz polska sieć PSB-Mrówka należąca do grupy Polskie Składy Budowlane.

Co ciekawe, na liście 10 największych graczy na polskim rynku DIY znajdują się dwie sieci spożywcze – francuskie Auchan i brytyjskie Tesco.

Choć asortyment DIY w spożywczych sklepach wielkopowierzchniowych jest bardzo ograniczony i ma jedynie charakter suplementarny do podstawowej oferty, a sieci sklepów spożywczych nie stanowią bezpośredniej konkurencji dla sklepów DIY, to ze względu na dużą skalę ich działalności (duża liczba sklepów i klientów, wysokie całkowite przychody) osiągają one dość wysoką sprzedaż produktów DIY. Te same czynniki tłumaczą szybko rosnącą sprzedaż produktów DIY w sieciach dyskontowych, takich jak Biedronka i Lidl. Ze względu na bardzo dużą liczbę sklepów oraz popularność tego formatu wśród Polaków, nawet niewielka liczba produktów DIY (najczęściej sprzedawanych sezonowo lub w ramach jednorazowych akcji) sprawia, że osiągany przez nie przychód z tego typu artykułów jest wysoki w skali rynku DIY.

Jak rozwija się sektor pożyczek pozabankowych online?

Za początek rynku kredytów pozabankowych można przyjąć rok 1974, gdy grupie rzemieślników z Bangladeszu pożyczono 27 dolarów na spłatę długów i rozkręcenie własnego interesu. Pożyczkodawcą był profesor ekonomii MuhammadYunus. To w jego głowie narodził się pomysł udzielania mikrokredytów. Na całym świecie milionom osób pomogły one poprawić swój byt, a Yunus w 2006 roku otrzymał za swój pomysł pokojową nagrodę Nobla.

Owa grupa rzemieślników spotkała się z tym samym problemem, z jakim borykają się miliony ludzi na całym świecie: ze względu na sztywne i restrykcyjne wymogi banków, nie mogą liczyć na przyznanie im kredytów. Przede wszystkim powodowane to jest brakiem odpowiedniej zdolności kredytowej, ale i skomplikowanym procesem gromadzenia dokumentacji na etapie wnioskowania, i często niezrozumiałymi dla przeciętnego obywatela procedurami.

Muhammad Yunus założył Grameen Bank, który do dziś udziela mikrokredytów. Jego śladem ruszyło wielu pożyczkodawców i z czasem na rynku finansowym zaczął rozwijać się osobny sektor pożyczek pozabankowych. Internet naturalnie wspomógł jego rozwój: w Polsce rynek pożyczek online zaczął się rozwijać ok. 2010 roku, gdy do Polski zaczęły ściągać firmy z zagranicznym kapitałem.

Rozwój pożyczek online

Procedura udzielania pożyczek w 2010 r. była o wiele bardziej skomplikowana, w porównaniu z obecną sytuacją. Firmy pożyczkowe musiały utrzymywać sztab ludzi, którzy zawierali z klientami umowy przez telefon. Prowadzono również punkty sprzedaży, do których pożyczkobiorca musiał się udać w celu podpisania potrzebnych dokumentów oraz współpracowano z sieciami pośrednictwa, dysponującymi swoimi własnymi, terenowymi punktami. Z czasem ułatwiono procedurę i zaczęto wysyłać kurierów z umowami do klientów.

Obecnie cały proces przeprowadzany jest online. Na przykład w Mikrorata.pl do otrzymania pożyczki wymagana jest jedynie identyfikacja osoby poprzez dowód osobisty oraz posiadanie telefonu komórkowego i konta osobistego w banku, na które przelewane są środki. Internet nie tylko przyspieszył i zabezpieczył całą procedurę, ale też pozwolił na wyszukanie najlepszych ofert za pomocą porównywarek online i aplikacji mobilnych.

Rynek pożyczek online coraz bardziej się rozwija, odnotowując coroczny, kilkunastoprocentowy wzrost. Pojawiają się na nim nowe instytucje, dzięki czemu stale obniżane są ceny i zwiększa się atrakcyjność produktów finansowych. Głośne afery finansowe (np. Amber Gold) sprawiają, że w mediach pojawiają się materiały edukujące społeczeństwo w zakresie finansów, dzięki czemu – co potwierdzają statystyki – rośnie świadomość ekonomiczna Polaków. Podchodzą oni do pieniądza inaczej, niż jeszcze 10 lat temu: coraz częściej traktowany jest nie jako cel sam w sobie, a narzędzie służące do jego osiągnięcia. Kredyty pozabankowe stanowią dźwignię finansową, wspieraną przez wrodzoną przedsiębiorczość Polaków. Młodzi ludzie, wchodzący na rynek pracy, nie chcą mieć nad sobą szefów i rozkręcają własne biznesy. Ze względu na wiek i ryzyko, jakie niesie udzielenie im kredytu, nie są jednak atrakcyjnymi klientami dla banków. Wszystkie te czynniki wpływają na rozwój szybkich kredytów.

Pozytywne zmiany

Oprócz rozwoju, w sektorze mikropożyczek zachodzą też inne pozytywne zmiany. Zauważyć można postępującą konsolidację branży – przedsiębiorstwa pożyczkowe zrzeszają się w organizacjach, takich jak Związek Firm Pożyczkowych oraz Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych. Tym samym bronią interesów nie tylko swoich, ale też klientów, za sprawą skutecznego lobbingu zmian legislacyjnych, który chroni branżę przez nieuczciwymi praktykami. Klienci są również chronieni przez rząd – jeszcze rok temu przyjęto w marcu tzw. ustawę antylichwiarską, regulującą rynek.

O ile zapowiadana nowelizacja ustawy nie padnie ofiarą politycznych rozgrywek, instytucje oferujące mikropożyczki mogą wspomóc rozwój gospodarki, poprzez wejście w segment będący do tej pory domeną banków. Firmy, takie jak Mikrorata.pl, już teraz zaczynają oferować dogodne wydłużenie okresów spłaty, dzięki czemu pożyczki stają się coraz bardziej atrakcyjne dla Polaków. Zwiększane są też kwoty, jakie można pożyczyć w instytucjach pozabankowych. Pozwala to na walkę czy wręcz eliminację szarej sfery – wciąż wypełnionej nieuczciwymi, lichwiarskimi firmami.

Autorem komentarza jest Jan Wolf, analityk Mikrorata.pl

Inwestorzy zagraniczni: Polska nie jest już krajem o taniej sile roboczej

Inwestorzy zagraniczni ze Szwajcarii bardzo wysoko oceniają Polskę ze względu na dużą liczbę pracowników z wykształceniem wyższym, poziom motywacji zawodowej i efektywność pracy. Na rynku widać jednak zapaść w systemie szkolnictwa zawodowego. Liczba szkół kształcących w zawodzie systematycznie spada.

Polsko-Szwajcarska Izba Gospodarcza przeprowadza ankiety wśród inwestorów z tego kraju, stosując 21 kryteriów. Choć zatrudnieni pracownicy są bardzo wysoko oceniani, to coraz bardziej brakuje na rynku pracy osób z wykształceniem zawodowym. Natomiast taniość siły roboczej, to jest tylko argument chętnie powtarzany przez polityków – inwestorzy natomiast  wymieniają to jako atut dopiero na 14-15 miejscu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Ulrich Schwendimann z Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej.

Na co inwestorzy zagraniczni w Polsce narzekają najbardziej

Największe problemy dla inwestorów zainteresowanych Polską dotyczą zmienności prawa, skomplikowanego systemu podatkowego i zbyt wydłużonego procesu inwestycyjnego związanego z procedurą uzyskiwania różnych urzędowych pozwoleń.

– Problemem przestały być niedostatki infrastrukturalne, pod tym względem Polska bardzo się zmieniła – mówi w rozmowie z MarketNews24 Iwona Chojnowska-Haponik, dyrektor Departamentu Inwestycji Zagranicznych w Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Globalne przychody firm farmaceutycznych wyniosły w 2016 roku ponad bilion dolarów

Do roku 2020 połowa globalnych wydatków na służbę zdrowia (ok. 4 bln dolarów) będzie przeznaczana na trzy grupy chorób, będące głównymi przyczynami zgonów: choroby układu krążenia, nowotwory i choroby układu oddechowego. Starzejące się społeczeństwa, a co się z tym wiąże większa liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe, a także dynamiczny rozwój na rynkach wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów firm farmaceutycznych, biotechnologicznych i technologii medycznej. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport „2017 global life sciences outlook. Thriving in today’s uncertain market”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, branża ta znajduje się pod coraz większą presją cenową i wymogiem zwiększonej efektywności, a z drugiej strony rosnącymi oczekiwaniami pacjentów. Wszystko to sprawia, że wydatki na opiekę zdrowotną w skali globalnej w roku 2020 wzrosną do 8,7 bilionów dolarów.

W 2015 roku globalne wydatki na opiekę zdrowotną wyniosły 7 bln dolarów, co stanowiło 10,4 proc. globalnego PKB. Według raportu „2017 global life sciences outlook. Thriving in today’s uncertain market” za trzy lata będzie to 10,5 proc. PKB. Wzrost wydatków rządowych na służbę zdrowia, wyrażonych jako procent PKB, będzie szybszy w krajach o niskim dochodzie na mieszkańca.

Analizując tempo wzrostu wydatków na opiekę zdrowotną do 2020 roku, widać różnice pomiędzy poszczególnymi regionami. W Europie Zachodniej będzie to jedynie 4 proc., w Ameryce Południowej 2,4 proc., Ameryce Północnej 4,3 proc., podczas gdy w Azji i Australii będzie to 5 proc., a w gospodarkach będących w fazie transformacji aż 7,5 proc. „Wyzwania związane ze świadczeniem i finansowaniem usług zdrowotnych na świecie pozostają od kilku lat te same i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się zmienić w tym zakresie w roku 2017. Rośnie popyt i związane z nim wydatki, co wynika ze starzenia się społeczeństwa. Coraz powszechniejsze stają się choroby przewlekłe i zakaźne, a co za tym idzie opracowywane są kosztowne innowacje. Jednocześnie zwiększają się wiedza, świadomość i oczekiwania pacjentów” – wyjaśnia Oliver Murphy, Partner, Lider zespołu Life Sciences w Deloitte.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także wyjątkowo konkurencyjnych. W 2016 roku jej szacunkowe przychody na całym świecie wyniosły 1,038 bln dolarów, czyli wzrosły o 2,1 proc. w porównaniu do 2015 roku. Kolejne lata są jeszcze bardziej optymistyczne. Według przewidywań Deloitte w 2020 roku przychody sektora farmaceutycznego w skali globalnej mają sięgnąć 1,263 bln dolarów, czyli będą rosnąć średnio o 4,4 proc. rocznie. Wzrostu wydatków na wyroby farmaceutyczne oczekuje się we wszystkich regionach. W tym roku pozytywne skutki ożywienia gospodarczego powinny odczuć rynki farmaceutyczne w Rosji i Ameryce Łacińskiej. „Warto zauważyć, że dziesięć największych firm farmaceutycznych odpowiada za około 35 proc. przychodów firm farmaceutycznych osiągniętych w 2015 roku. Od kilku lat coraz większe znaczenie na rynku farmaceutyków odgrywają producenci leków generycznych, którzy ze względu na ich niższe ceny nie notują tak wysokich marż jak producenci leków patentowych” – mówi Oliver Murphy. Przychody osiągane przez producentów leków generycznych wyniosły w 2016 roku 86 mld dolarów. Za trzy lata będzie to 112 mld dolarów.

Od kilku lat globalna branża biotechnologiczna jest w bardziej stabilnej kondycji. Przychody firm z tego sektora wyniosły w 2016 roku 293,5 mld dolarów. Według prognoz za cztery lata mają one wzrosnąć do 314,7 mld dolarów. Do wzrostu tego znacząco przyczynią się większe nakłady na inwestycje w sektorze biotechnologicznym, w szczególności na rynkach wschodzących, a branżę czeka dalsza komercjalizacja, która ułatwi zaspokajanie potrzeb starzejącego się społeczeństwa w krajach rozwiniętych. Co ciekawe w roku 2015 biofarmaceutyki stanowiły siedem z dziesięciu najczęściej sprzedawanych leków na świecie. Leki wytwarzane przez sektor biotechnologiczny przeznaczone są głównie do walki z nowotworami, chorobą Alzheimera, chorobami układu krążenia, cukrzycą, stwardnieniem rozsianym, HIV/AIDS oraz artretyzmem.

Tak jak leki generyczne zagrażają pozycji leków oryginalnych, tak leki biopodobne mogą odebrać część rynku droższym biofarmaceutykom. Unia Europejska dopuściła do obrotu pierwszy lek biopodobny w roku 2006. Od tego czasu pojawiło się ich ponad 700. Na większych rynkach, np. w Europie, organy nadzoru i płatnicy dostrzegli potencjalne korzyści finansowe związane z lekami biopodobnymi i podejmują działania na rzecz upowszechnienia ich stosowania. Według analityków do roku 2020 rynek leków biopodobnych osiągnie wartość 25-35 mld dolarów.

Równie pozytywne sygnały płyną z firm związanych z technologią medyczną, których przychody w 2016 roku wyniosły 388 mld dolarów, a w 2020 roku będzie to już 478 mld dolarów. Wiele firm korzysta z najnowszych wynalazków technologicznych i opracowuje cyfrowe rozwiązania z obszaru ochrony zdrowia, korzystając z medycznych aplikacji mobilnych, technologii czujnikowej, analizy danych i sztucznej inteligencji. Przewiduje się, że w ciągu dwudziestu lub nawet dziesięciu lat większość urządzeń będzie miała wbudowane czujniki. Nowe podręczne urządzenia diagnostyczne z wbudowanymi elementami sztucznej inteligencji zrewolucjonizują podstawową opiekę medyczną oferowaną poza gabinetem lekarskim. Diagnostyka i elementy sztucznej inteligencji zapoczątkują erę „medycyny spersonalizowanej”.

W raporcie „2017 global life sciences outlook. Thriving in today’s uncertain market” przeanalizowano także wyniki finansowe dystrybutorów leków. Ich przychody z 810 mld dolarów w ub. roku wzrosną do ponad biliona w 2019 roku.

Presja cenowa to zjawisko, które od kilku lat stało się codziennością branży farmaceutycznej. Firmy farmaceutyczne skupiają się, więc na określonych obszarach, takich jak poszukiwanie skutecznych leków na raka. Naciskani przez interesariuszy, w tym regulatorów muszą uczyć się działać efektywnie i obniżać koszty działalności. Jednocześnie jednak koszty wprowadzenia nowych leków nigdy nie były takie wysokie jak obecnie. Koszt całego procesu, począwszy od badań leku do jego wprowadzenia na rynek wzrósł z 1,188 mld dolarów w 2010 roku do 1,539 mld w 2016 roku. W ostatnich latach najwięcej funduszy na badania i rozwój na rynku leków płynęło z USA – było to aż 70-80 proc. Teraz w tym obszarze uaktywniły się również inne kraje, w tym państwa azjatyckie.

Wydatki na R&D w sektorze farmaceutycznym wyniosły w 2015 roku 149,8 mld dolarów, według szacunków mają one wzrastać o 2,8 proc. rocznie, do 182 mld dolarów w 2022 roku. Obecnie w fazie badań jest około 7 tys. nowych leków.

Konieczność ciągłej innowacyjności i inwestycji w badania i rozwój skłania firmy farmaceutyczne do większej aktywności na rynku M&A, szczególnie wśród podmiotów, które mogą pochwalić się innowacyjnymi rozwiązaniami. W 2015 roku wartość 236 transakcji M&A w tym sektorze wyniosła 403 mld dolarów.

„Obecny popyt na usługi zdrowotne i wyzwania finansowe raczej się nie zmienią w najbliższej, a także dalszej przyszłości. Firmy o ugruntowanej pozycji, dostawcy nowoczesnych i przełomowych technologii oraz rządy opracowują nowe rozwiązania, aby zwiększyć dostęp do usług medycznych, poprawić ich jakość, a także kontrolować koszty. Dziś jest za wcześnie, by powiedzieć, czy wysiłki te przynoszą przewidywane rezultaty w postaci oszczędności” – podsumowuje Oliver Murphy.

Wartość polskich inwestycji w Hiszpanii to 220-230 mln euro

W Hiszpanii działa ponad 20 dużych firm z polskim kapitałem. Największe inwestycje przeprowadziła Grupa Boryszew SA i Asseco Poland SA, czyli dwie spółki, których właściciele znajdują się na liście 100 najbogatszych Polaków, Roman Karkosik i Adam Góral.

– Wartość polskich inwestycji w Hiszpanii to 220-230 mln euro – mówi w rozmowie z MarketNews24 Stefan Bekir Assanowicz, prezes rady Polsko-Hiszpańskiej Izby Gospodarczej, prezes Rubau Polska sp. z o.o.

W Hiszpanii przebywa na stałe 130-140 tys. Polaków, wielu z nich założyło małe firmy, przede wszystkim związane z usługami.

Piotr Soleniec dyrektorem finansowym w Cloud Technologies

Piotr Soleniec
Piotr Soleniec

Piotr Soleniec objął stanowisko Chief Financial Officer w Cloud Technologies S.A., największej hurtowni danych w Europie, zbierającej i analizującej informacje o zainteresowaniach internautów. W zakresie jego obowiązków będzie m.in. kształtowanie i realizacja finansowej strategii firmy oraz realizacja projektów inwestycyjnych i akwizycyjnych. Wcześniej był związany z ICENTIS Capital.

Piotr Soleniec jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku „Finanse i Bankowość” oraz członkiem ACCA, prestiżowej międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów z zakresu finansów, rachunkowości i zarządzania. Posiada ponad dziesięcioletnie doświadczenie w obszarze strategicznego doradztwa finansowego, kupna i sprzedaży spółek, przygotowania ofert publicznych, oceny potencjału inwestycyjnego firm oraz realizacji procesów due dilligence.

Przez ostatnie 5 lat był związany z ICENTIS Capital, inwestorem private equity, gdzie jako dyrektor inwestycyjny odpowiadał m.in. za identyfikację i analizę potencjalnych spółek portfelowych, ich wycenę, a także całościową realizację transakcji kapitałowych. W ramach współpracy z ICENTIS pełnił rolę CFO u dwóch inwestycjach partnerów ICENTIS – w spółce Solumverbum Sp. z o.o. oraz Fundacji ETO. Odpowiadał również za obsługę znaczących projektów korporacyjnych (m.in. inwestycji oraz dezinwestycji) w RUCH S.A. – spółce zarządzanej przez ICENTIS w imieniu inwestora Eton Park. Równocześnie od 2016 roku pełnił funkcję doradcy zarządu Sygnity S.A., gdzie odpowiadał za realizację procesów akwizycyjnych.

Wcześniej, przez 6 lat współpracował z Central Europe Trust – Polska, gdzie zajmował kolejno stanowiska analityka, konsultanta, associate oraz senior associate. W ramach współpracy z CET zajmował się projektami z zakresu fuzji i przejęć, IPO, doradztwa strategicznego oraz doradztwa w zakresie corporate finance.

W Cloud Technologies będzie odpowiadał za tworzenie i realizację strategii finansowej firmy, a także za projekty inwestycyjne, identyfikację potencjalnych akwizycji oraz ich realizację. W skład grupy – obok OnAudience Ltd, spółki powołanej w celu rozwoju międzynarodowej działalności Cloud Technologies – wchodzi także Audience Network, agencja nowych technologii specjalizująca się w realizacji targetowanych kampanii reklamowych online z wykorzystaniem danych.

W Polsce rośnie rynek magazynów samoobsługowych

  • Chociaż rynek magazynów samoobsługowych w Polsce jest w powijakach, powoli wyrasta na lidera w Europie Środkowo-Wschodniej.
  • W Polsce jest obecnie 11 tego typu magazynów, najwięcej w woj. mazowieckim, wielkopolskim i śląskim.
  • Według Federation of European Self Storage Associations (FEDESSA), największym wyzwaniem dla rynku w Polsce jest brak świadomości istnienia tego typu oferty, pomimo jej rozwoju.

Europa Zachodnia daleko z przodu

Magazyny samoobsługowe mają swoje pięć minut. W Europie jest już  2746 tego typu obiektów. Ich łączna powierzchnia wynosi ponad 7,77 miliona metrów kwadratowych. Tylko w ciągu ostatniego roku na kontynencie powstało aż 149 self storage. Co ciekawe, 85% wszystkich magazynów w Europie znajduje się w 6 krajach –  w Niemczech, Hiszpanii, Francji, Szwecji, Holandii i Wielkiej Brytanii.  Ten ostatni kraj ze swoimi 1077 magazynami jest obecnie liderem na europejskim rynku, mając w nim aż 39% udział. Dla porównania, Francja ma 12,4% udziału w rynku, Hiszpania 11,4%, Holandia 10,3%, Niemcy 6,2% a Szwecja 4,7% – podaje w swoim raporcie FEDESSA.

Polski rynek w powijakach

Jak na tym tle wypada nasz kraj? Obok Węgier (13 magazynów) jesteśmy jednym z najdynamiczniej rozwijających się rynków w Europie Środkowo -Wschodniej. Ze swoimi 11 magazynami Polska ma obecnie  niewielki, bo 0,4% udział w europejskim rynku, mimo to daleko w tyle zostawiając Litwę (1 magazyn), Estonię i Łotwę (po 2 magazyny) oraz Czechy (3 magazyny). – Polski rynek self storage jest młody, ale rozwojowy i z dużym potencjałem. Tylko w ciągu ostatniego roku na obrzeżach dużych miast powstały 4  nowe magazyny. Co ciekawe, inwestują zarówno duże firmy, posiadające sieci magazynów za granicą, jak również lokalni przedsiębiorcy, widzący w tym dobry, aczkolwiek wciąż niszowy i przyszłościowy biznes – mówi Jarosław Nowakowski dyrektor generalny Grupy Kapitałowej Amtra, do której należą magazyny Sejfboksy w Sosnowcu.

Nie wiemy nic o self storage

Ostrożność inwestorów jest zrozumiała. W tej części Europy popyt na tego typu powierzchnię dopiero się rodzi. Niestety Polska ma obecnie najniższy wskaźnik świadomości istnienia na rynku oferty self storage. Jak wyliczyła FEDESSA zaledwie 1 na 10 Polaków wie o istnieniu magazynów samoobsługowych w kraju. Taki wynik nie dziwi, ale też nie odstrasza przedstawicieli rynku. – Magazyny samoobsługowe w Polsce obecne są od 5 lat, ale dopiero ostatnie 2 lata przynoszą nowe inwestycje oraz zainteresowanie istniejącymi obiektami – mówi Jarosław Nowakowski.  W jego ocenie jest kilka czynników, które w najbliższych 10 latach mogą rozruszać rynek nad Wisłą.

 – Po pierwsze już dziś popyt nakręca rynek mieszkaniowy, zwłaszcza rynek pierwotny.  Szukając oszczędności, coraz więcej osób decyduje się na mieszkania bez komórek, piwnic, strychów. Także deweloperzy rezygnują z proponowania takiej powierzchni. W perspektywie 5 lat od zakupu te osoby zaczną szukać dodatkowej przestrzeni do przechowywania. I tu pojawia się szansa dla magazynów. Po drugie coraz większa skłonność do migracji Polaków, także do migracji zarobkowej za granicę, sprawia, że poszukujemy bezpiecznych przechowalni swoich rzeczy na czas wyjazdu. Po trzecie rośnie rynek e-commerce, a to właśnie sklepy internetowe, traktujące magazyny samoobsługowe jak tańsze i bardziej elastyczne zaplecze logistyczne, są dziś głównym najemcą biznesowym self storage – wyjaśnia przedstawiciel Sejfboksów.

Co oferuje rynek?

W ocenie ekspertów, ta kiełkująca potrzeba tworzy młody, ale bardzo ciekawy rynek, który pomimo swoich niedoskonałości ma już sporo do zaoferowania. Póki co w Polsce dominują przede wszystkim magazyny samoobsługowe w olbrzymich halach, mające najczęściej postać metalowych skrytek lub boksów. To również najpopularniejszy typ magazynów w Europie Zachodniej.  Nieco mniej jednorodna jest natomiast oferta najmu. W self storage znajdziemy zarówno boksy mające 1 m sześcienny (najmniejsza powierzchnia), boksy mające od 1-4 m kw., jak również przechowalnie porównywalne z garażami mające 7-10 m kw. W porównaniu z innymi krajami Europy, Polska ma jedne z najniższych cen najmu. Za miesięczny wynajem boksu o pow. 1 m kw. trzeba zapłacić 80 zł netto – taką cenę mają m.in. sosnowieckie Sejfboksy.  Dla porównania w Niemczech średnia cena miesięcznego wynajmu wynosi ok. 100 zł, a w Holandii 84 zł. Taniej jest tylko na Węgrzech – ok. 50 zł zł i na Litwie ok. 52 zł. Najdrożej jest z kolei w Szwajcarii. Za miesięczny wynajem 1 m kw. trzeba zapłacić tam ok. 240 zł. W zestawieniu z reszta Europy różnią nas nie tylko ceny, ale także lokalizacja magazynów. W Polsce self storage powstają wyłącznie na obrzeżach dużych miast i aglomeracji.  Hale z boksami znajdziemy m.in. pod Warszawą, Poznaniem, Wrocławiem, Katowicami i w Sosnowcu.

Cyfrowa transformacja produkcji: analityka Big Data katalizatorem rozwoju

Cyfrowa rewolucja wpływa na każdą sferę naszego życia, nic więc dziwnego, że zmiany dotknęły również sektor przemysłowy. Aż 47 proc. wytwórców wiąże duże oczekiwania z analityką Big Data, a wyniki finansowe firm za rok 2016 pokazują, że wdrożenie takiej analityki usprawnia nie tylko produkcję, lecz wprost przekłada się na wyniki firmy. Zdaniem Ashley Stirrup z firmy Talend, co dziesiąte przedsiębiorstwo z głównego amerykańskiego indeksu giełdowego S&P 500 straci swoją pozycję z powodu opieszałości w cyfryzacji i wykorzystaniu Big Data.

Informatyzacja i robotyzacja przedsiębiorstw to kroki milowe, które zrewolucjonizowały produkcję na całym świecie. Zmiany widoczne były gołym okiem: w fabrykach pojawiły się maszyny, które w krótkim czasie wykonywały tygodniową pracę całego zespołu wyspecjalizowanych pracowników, a cały szereg skomplikowanych procesów został zoptymalizowany dzięki informatyzacji. Trudno było przegapić taką transformację, nie dostrzec nowego sprzętu, oprogramowania, innej metodyki czy szybujących coraz wyżej wyników. Dziś odbywa się równie istotna rewolucja, choć zdecydowanie bardziej w cieniu. Jej sztandarowym hasłem jest Big Data. Wyznacza ona nowe standardy w obszarze funkcjonowania przedsiębiorstw i zarządzania produkcją.

Liczby, które mówią

Ashley Stirrup, Chief Marketing Officer w firmie Talend, prognozuje, że w 2017 r. 1 na 10 przedsiębiorstw z głównego amerykańskiego indeksu giełdowego S&P 500 straci swoją pozycję z powodu opieszałości w cyfryzacji i wdrażaniu analityki Big Data. Nie jest on w swoich prognozach odosobniony. Podobne zdanie mają eksperci IDC, którzy mówią wprost:  w cyfrowej gospodarce sukces odniosą te firmy, które nie tylko zbudują skuteczne źródła przepływu i gromadzenia danych, lecz także zyskają zdolność ich monetyzacji. Posłużmy się konkretnym przykładem: fabryka generuje około 4 bilionów próbek informacji rocznie, a jedna próbka równoznaczna jest z jednym odczytem z maszyny. Zgromadzenie samych informacji niewiele da. Dopiero ich analiza i w konsekwencji monetyzacja pozwoli np. na eliminację przestojów. Będzie to możliwe dzięki odpowiedniej synchronizacji procesów oraz nieprzerwanemu dostępowi do wszystkich potrzebnych części, produktów czy surowców.

O tym, jak istotna jest analityka wielkich zbiorów danych pochodzących z różnych źródeł świadczy badanie “The Digital Factory: Game-Changing Technologies That Will Transform Manufacturing Industry” przeprowadzone przez Pierfrancesco Manenti. 47 proc. wytwórców uważa, że analityka Big Data będzie miała ogromny wpływ na wydajność ich przedsiębiorstw i stanowić będzie trzon cyfrowych fabryk przyszłości. Z kolei 49 proc. badanych oczekuje, że zmniejszy ona koszty operacyjne i przyczyni się do efektywniejszego wykorzystywania zasobów.

Nowe jest lepsze

Czym różni się analityka Big Data od analityki, z którą zazwyczaj mamy do czynienia obecnie? W dużym uproszczeniu tym, że analizuje się dane z wielu źródeł. Dotychczasowe formy zbierania danych i raportowania przy pomocy Excela, systemów ERP czy też tradycyjnych systemów BI są dość ograniczone i zawężone do niewielkich zbiorów danych. Wymagają  predefiniowania, nie pozwalają zagłębiać się w dane na wystarczającym poziomie lub wcale i nie posiadają odpowiednich algorytmów analitycznych. Są wrażliwe na błędy użytkownika. Największym problemem jest jednak to, że dane w większości przypadków nie są powiązane asocjacyjnie.

Nowoczesne oprogramowanie analityczne, korzystające z zasobów Big Data, wyróżnia się szybkością generowania raportów, łatwością dostosowania ich do indywidualnych potrzeb, możliwością swobodnego zagłębiania się w dane oraz rozbudowanymi możliwościami analizy i wizualizacji. Ponadto, oferują one możliwość współpracy online oraz gwarantują tak pożądaną przez wszystkich mobilność.

Dotychczas analizowano tylko niektóre dane, które pod względem przydatności znajdowały się na samym czubku piramidy. Działo się tak dlatego, że proces gromadzenia i przetwarzania takich informacji był żmudny i kosztowny, brakowało odpowiednich narzędzi pomiarowych, magazynujących, porządkujących czy analitycznych. Poza tym brakowało nowoczesnych systemów analitycznych, które korzystając z inteligentnych algorytmów mogą zmieniać je na informacje przydatne w podejmowaniu bardziej lub mniej strategicznych decyzji. Dziś sytuacja ma się zupełnie inaczej a nowoczesne systemy mogą nie tylko zbierać dane o dużej objętości, dużej zmienności lub dużej różnorodności i rozdzielczości, lecz także przeprowadzają ich analizy. Zarządzanie poszczególnymi działami, jak i całym przedsiębiorstwem, dzięki takim narzędziom daje nowe możliwości, przyczynia się do oszczędności i pozwala zyskać przewagę nad konkurencją – tłumaczy Grzegorz Pawłowski z firmy DSR.

Deszcz korzyści

Doświadczenia pokazują, że Big Data w przedsiębiorstwie produkcyjnym przyczynia się do maksymalizacji efektywności operacji logistycznych – magazynowania, transportu i dystrybucji – a także optymalizacji stanów magazynowych czy też obsługi i analizy dokumentacji wysyłek i dostaw. Dzięki analizie dużych zbiorów danych lepiej zarządza się rotacją produktów przy zwiększającej się ich różnorodności i rosnących oczekiwaniach klientów. Możliwe staje się także monitorowanie wszystkich wskaźników KPI, takich jak np. kosztu materiałów na wyrób, średniego czasu naprawy, Ilości reklamacji wewnętrznych i zewnętrznych, rotacji pracowników, poziomu zapasów czy liczby przestojów.

. Dzięki nowoczesnemu systemowi BI pracownicy różnych szczebli zarzadzania mają możliwość łatwej analizy wielu wskaźników koniecznych do efektywnego kierowania produkcją. Mogą m.in.: sprawdzić udział braków w całkowitej produkcji, kontrolować koszty fabryki, analizować efektywność pracy maszyn i statystyki produkcji, a także monitorować czas realizacji zlecenia produkcyjnego – zwraca uwagę Grzegorz Pawłowski z firmy DSR.

Przydatność takich systemów dobrze opisuje badanie „LNS Research i MESA International 2013-2014”, które dowodzi, że analityka Big Data u 46 proc. firm poprawiła planowanie produkcji, a u 45 proc. pomogła zrozumieć wyniki przedsiębiorstwa, dzięki porównaniu wielu miar. 39 proc. respondentów uznało, że taka analityka umożliwiła szybsze wsparcie i serwisowanie klientów, z kolei 38 proc. zwróciło uwagę na przydatność alertów realizowanych w czasie rzeczywistym na podstawie aktualnych danych produkcyjnych. To jednak nie wszystko. 36 proc. ankietowanych chwali sobie odpowiednią korelację wyników produkcyjnych i biznesowych oraz możliwość porównywania wyników kilku zakładów, 31 proc. zwraca uwagę na możliwość modelowania planów predykcyjnych, a 30 proc. wskazuje na poprawę współpracy z dostawcami. Te wyniki dają do myślenia.

Płeć benefitów czyli kobiety na rynku pracy

Dzień Kobiet skłania do refleksji na temat sytuacji kobiet na rynku pracy. Niestety refleksje dotyczące ich zarobków, zajmowanych przez nich stanowisk oraz preferencji nie są optymistyczne. Choć jak wynika z danych HRK kobiety są cenionymi pracownikami, a pracodawcy wyróżniają je nie tylko za kompetencje, ale i za inteligencję emocjonalną, łatwość i chęć współpracy oraz skłonność do kompromisów.

Według najnowszych danych Eurostatu Polska jest w czołówce krajów, w których kobiety zajmują stanowiska menedżerskie. Jak wynika z raportu, 44% osób na stanowiskach zarządczych w Polsce to panie. Jest to tak wysoka liczba, że możemy tu mówić niemal o parytecie. Ten wynik stawia nas w chlubnej czołówce państw o najwyższym współczynniku zatrudnienia kobiet menedżerów. Nieco gorzej wygląda sytuacja, kiedy spojrzymy na te same dane, ale z punktu widzenia różnicy w zarobkach – tutaj niestety Polska z wynikiem 27,7% plasuje się na szarym końcu. Jaki z tego wniosek? Że polskie kobiety na tle swoich koleżanek z Europy zajmują wysoko eksponowane stanowiska za pensje znacznie odbiegające od wynagrodzeń mężczyzn.

Czy to oznacza, że Polki są dobrze wykształcone, mają szerokie kwalifikacje i kompetencje, zajmują wysokie stanowiska – ale nie potrafią zadbać o swe wynagrodzenie? Jak wynika z praktyki ekspertów HRK –  dla kobiet pensja jest ważnym, ale nie jedynym czynnikiem decydującym o podjęciu pracy.

Płeć benefitów pracowniczych

Jak zauważa, Joanna Wyrębowska z HRK z jej praktyki rekrutacyjnej nie wynika, żeby pracodawcy przygotowywali dla kobiet jakieś szczególne oferty związane z benefitami.

Coraz powszechniejsze jest obecnie podejście pracodawców zwane „kafeterią”, co oznacza, że pracownik może sam wybierać benefity z puli oferowanej przez pracodawcę. W ofercie zazwyczaj jest opieka medyczna, karta sportowa, bilety do kina, by wymienić te najpowszechniejsze, ale także wiele innych charakterystycznych dla danej firmy czy jej kultury organizacyjnej – wyjaśnia Joanna Wyrębowska z HRK – Dopiero analiza dokonana za jakiś czas mogłaby nam pokazać czy kobiety częściej wybierają z takiej puli konkretny rodzaj benefitów. Warto zauważyć, że pracodawcy coraz częściej rezygnują z kart sportowych na rzeczy drużyn pracowniczych, które mogą występować na różnych lokalnych i ogólnopolskich wydarzeniach w barwach firmy – dodaje Joanna Wyrębowska.

Alicja Popiołkiewicz, ekspert HRK, dodaje, że w trakcie rozmów o pracę kobiety najczęściej pytają o dodatkowe benefity w postaci karnetów na siłownię, opiekę medyczną dla siebie i rodziny, a także możliwość dodatkowych kursów doszkalających. Panie często są zainteresowane także biletami do kina i teatru.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku pań będących mamami. Według raportu HRK „Work-life balance. Niewykorzystany potencjał” część pracodawców oferuje paniom spodziewającym się dziecka zmniejszony wymiar czasu pracy, umożliwiają im w ostatnich miesiącach ciąży także pracę zdalną. Kobiety w ciąży mogą również korzystać z dogodnie położonych miejsc parkingowych, specjalnych krzeseł lub toreb na laptopa, mają do dyspozycji pomieszczenia, w których mogą wypocząć. Inne firmy pokrywają koszty udziału obojga rodziców w zajęciach prywatnej szkoły rodzenia lub nawet koszt porodu w prywatnej klinice.

Gdy przychodzi czas rozwiązania, mamy otrzymują od pracodawców wyprawki dla noworodków, dodatkowe „becikowe”, „wózkowe” czy „pampersowe”. Kwoty dofinansowania wahają się od 200 do 2000 zł. W ramach polityki work-life balance pracodawcy przygotowują też specjalne przewodniki dotyczące praw rodziców wynikających zarówno z oferowanych przez firmę programów wsparcia, jak i z Kodeksu Pracy.

Oddzielną grupę stanowią świadczenia dla mam przebywających na urlopach macierzyńskich. W ofertach pracodawców pojawia się tu np. dodatkowy płatny urlop macierzyński oraz wiele świadczeń, których celem jest utrzymanie przez pracownika kontaktu z zespołem i firmą. Część pracodawców umożliwia mamom korzystanie w czasie urlopu z firmowych narzędzi – telefonu, laptopa, konta e-mail, czasem samochodu służbowego. Standardem w dużych firmach staje się inwestowanie w pokój dla matki z dzieckiem, gdzie można nakarmić i przewinąć malucha.

Za co pracodawcy cenią kobiety?

Mimo że ocena każdego pracownika niezależnie od płci wynika z jego kompetencji i indywidualnych wyników pracy, to według ekspertów firmy HRK pracodawcy dostrzegają pewne cechy właściwe  kobietom na rynku pracy.

Uważam, że kobiety cenione są w dużej mierze za swój wizerunek pracownika, na który składają się zarówno kompetencje, jak i umiejętności interpersonalne oraz coraz ważniejsza dla współczesnych pracodawców inteligencja emocjonalna. Z moich rozmów z pracodawcami wynika, że kobiety cechuje bardzo dobra organizacja czasu pracy, upór w dążeniu do celów, skrupulatność i wysokie umiejętności budowania relacji – mówi Alicja Popiołkiewicz, ekspert firmy HRK.

Opinię tę potwierdza Joanna Wyrębowska, dodając, że kobiety są bardzo kreatywne, elastyczne, precyzyjne oraz są bardziej niż mężczyźni nastawione na współpracę i dążenie do kompromisu. Jak zauważa ekspertka HRK, organizacje, w których pracują pracownicy obu płci, łatwiej adaptują się do zmieniającej się sytuacji na rynku pracy oraz mają większą łatwość w zarządzaniu pracownikami wewnątrz firmy.

Kobiety a zarobki

Jak wynika z cytowanych danych Eurostatu, kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. Dzieje się tak w całej Europie, jest tak i w Polsce. Jak wynika z praktyki ekspertów HRK, kobiety same mają kłopot z wysoką oceną swych kompetencji, co ma wpływ na ich podejście negocjacyjne. Jak zaznacza Joanna Wyrębowska, w przypadku tzw. „białych kołnierzyków” pracodawcy nie mają innych, wyższych lub niższych, oczekiwań wobec kobiet. Ekspertka HRK zwraca uwagę, że luka płacowa w przypadku menedżerów może wynikać właśnie z tego, że kobiety mają dużo gorsze zdanie o swych kompetencjach, co wpływa na ich potencjał negocjacyjny i w konsekwencji przekłada się na niższe pensje na tych samych stanowiskach. Choć, na co zwraca uwagę Alicja Popiołkiewicz, niższe oczekiwania finansowe kobiet nie są regułą, zatem może wkrótce kobiety będą obiektywniej oceniać swe możliwości i coraz śmielej podchodzić do negocjacji finansowych.

Oczekiwania kobiet wobec miejsca pracy

Alicja Popiołkiewicz mówi, iż z jej praktyki wynika, że kobiety oczekują dużej stabilności zatrudnienia oraz poczucia bezpieczeństwa. Dla kobiet liczy się także możliwość elastycznych godzin pracy czy też możliwość pracy zdalnej, co wynika z potrzeby godzenia życia zawodowego oraz rodzinnego. Joanna Wyrębowska dodaje, że kobiety często pytają również o warunki związane z potencjalnym urlopem macierzyńskim. Ważne są także lokalizacja miejsca pracy i łatwość dojazdu z miejsca zamieszkania.

Jak wynika z raportu GUS Kobiety i mężczyźni na rynku pracy 2016, aktywność zawodowa kobiet rośnie, a największe szanse na zatrudnienie mają kobiety z wyższym wykształceniem. Ważne jest, by umiały zadbać warunki, w jakich pracują, oraz doceniały swe kompetencje zawodowe i potrafiły negocjować odpowiednie warunki finansowe.

Raport: Zarobki Polek w 2016 roku

Luka płacowa, czyli różnica pomiędzy zarobkami mężczyzn i kobiet, to niestety nadal zjawisko powszechne. Jak kształtowała się sytuacja polskich kobiet na rynku pracy w ubiegłym roku? Czy istnieją obszary, w których to kobiety zarabiają więcej? Ekspert Pracuj.pl Maciej Bąk na podstawie danych portalu zarobki.pracuj.pl odpowiada na pytania dotyczące sytuacji zarobkowej kobiet w Polsce.

Polka w pracy

Jak wynika z raportu GUS Kobiety i mężczyźni na rynku pracy 2016 przeciętne wynagrodzenie kobiet jest wciąż niższe niż wynagrodzenie mężczyzn – w październiku 2014 roku różnica ta wyniosła 764 zł. Mężczyźni w 2014 r. osiągali wynagrodzenie o 9% wyższe od średniego, natomiast kobiety o 9,5% niższe. Oznacza to, że przeciętne wynagrodzenie kobiet było w 2014 roku o 17% niższe niż przeciętne wynagrodzenie mężczyzn.

Ciekawe wnioski nasuwają się z dokładniejszej analizy skrajnych wynagrodzeń. Otóż wśród pracowników o najniższych dochodach różnica zarobków kobiet i mężczyzn jest niewielka. Natomiast już wśród najlepiej zarabiających różnice te są bardzo wyraźne. Jak wynika z danych GUS średnie wynagrodzenie w grupie najlepiej zarabiających kobiet stanowiło 77% średniego wynagrodzenia najlepiej zarabiających mężczyzn.

Luka płacowa w Polsce – na ile prawdziwa?

Jak wskazuje ekspert Pracuj.pl Maciej Bąk, według danych pochodzących z ankiet zebranych w serwisie zarobki.pracuj.pl* w 2016 roku, luka płacowa liczona jako różnica miesięcznego wynagrodzenia mężczyzn i kobiet w odniesieniu do płac mężczyzn, wyniosła 18,8% i zwiększyła się w porównaniu do zeszłego roku o 1,4 punktu procentowego (w 2016 roku wynosiła 17,4%). Szczegółowa analiza wskazuje jednak obszary i specjalizacje, w których różnice płac kobiet i mężczyzn nie są tak znaczne lub w których to kobiety zarabiają więcej.

Ekspert Pracuj.pl podkreśla, że kiedy zestawimy ze sobą różnice w płacach mężczyzn i kobiet na tych samych stanowiskach i z takim samym doświadczeniem zawodowym okazuje się, że na 634 takich porównań, w ponad połowie przypadków, różnice w płacach mężczyzn i kobiet nie przekraczały 10%.

Różnice w zarobkach na poziomie 10% są możliwe choćby z tego powodu, że większość przedsiębiorstw tworzy systemy wynagrodzeniowe dopuszczające tzw. widełki (przedział wynagrodzeń przypisanych do danego stanowiska). To, w którym miejscu w obrębie tych widełek znajduje się dany pracownik determinowane jest przeważnie w trakcie negocjacji płacowych podczas zatrudniania i rozmów okresowych. Na takie zróżnicowanie mogą mieć wpływ umiejętności negocjacyjne i skłonność do podejmowania rozmów na ten temat.  – zauważa Maciej Bąk.

W jakich obszarach to kobiety wiodą prym w zarobkach?

Zgodnie z danymi serwisu zarobki.pracuj.pl, w niektórych obszarach i specjalizacjach – stanowiących 1/5 badanych kategorii – kobiety zarabiają na podobnym poziomie lub lepiej od mężczyzn. Na przeciętne pensje wyższe od mężczyzn, pracując na podobnych stanowiskach i z podobnym doświadczeniem, mogą liczyć panie zatrudnione w takich obszarach, jak: Media/Rozrywka, PR, Marketing oraz Call Center.

Wśród specjalistek z doświadczeniem krótszym niż rok, na wyższe przeciętnie wynagrodzenie od mężczyzn mogą liczyć kobiety zatrudnione w obszarze IT-Administracja, ze specjalizacją administrowanie systemami (zarobki wyższe o ponad 30%) oraz specjalistki bankowości inwestycyjnej (zarobki wyższe o ponad 15%).

W grupie pań z doświadczeniem od 3 do 10 lat, wynagrodzenie o 20% wyższe od kolegów z pracy, mogą otrzymać ekspertki odpowiedzialne za reklamę/copywriting/kreację, produkcje i realizację w obszarze media/sztuka/rozrywka oraz specjalistki ds. zarządzania marką.

Panie na kierowniczych stanowiskach, z co najmniej 10-letnim doświadczeniem, zarabiają przeważnie więcej od panów w marketingu (przeciętnie o ponad 1/3 pensji) oraz w obszarze związanym z prawem – prawniczki po aplikacji mogą liczyć na przeciętne zarobki nieco ponad jedną piątą wyższe od panów na takim stanowisku.

Jakie mogą być przyczyny luki płacowej?

Według cytowanego raportu GUS, na wysokość zarobków ma wpływ fakt, iż kobiety ponad 2-krotnie częściej niż mężczyźni pracują w niepełnym wy­miarze czasu pracy – blisko 11% spośród nich wykonuje pracę w niepełnym wymiarze. Raport podaje, że mężczyźni pracują przeciętnie o 4 godziny dłużej w tygodniu niż kobiety. 78,8% mężczyzn pracuje przynajmniej 40 godzin tygodniowo, dla kobiet ten odsetek wynosi 65,8%. Zgodnie z danymi GUS główną przyczyną pracy kobiety w mniejszym wymiarze godzin, jest znacznie częstsze korzystanie z urlopów opiekuńczych w porównaniu z mężczyznami.

Dane z serwisu zarobki.pracuj.pl wskazują, że do najważniejszych przyczyn luki placowej należy również rodzaj specjalizacji zawodowej, w której pracują kobiety oraz udział kobiet i mężczyzn w kategorii wyżej płatnych stanowiskach kierowniczych. Analiza najlepiej opłacanych specjalizacji i nałożony na nią udział kobiet i mężczyzn w poszczególnych specjalizacjach, pozwala dostrzec, że wybór ścieżki zawodowej nie pozostaje jednak bez wpływu na wysokość zarobków.

Polki na rynku pracy w 2016 roku. Raport zarobki.pracuj.pl
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Oznacza to, że wśród 10 obszarów w których przeciętne płace są najwyższe, aż w 7 mężczyźni stanowią większość zatrudnionych. W wiodącym obszarze IT – Rozwój oprogramowania (programiści, architekci oprogramowania) na każdych 8 mężczyzn przypada tylko jedna kobieta.

Z kolei w 10 obszarach z najniższymi przeciętnymi płacami sytuacja się odwraca i w 7 z nich to kobiety stanowią większość.

Polki na rynku pracy w 2016 roku. Raport zarobki.pracuj.pl
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Kobiety na najwyższych stanowiskach a luka płacowa

Jak wynika z danych serwisu zarobki.pracuj.pl, wśród dyrektorów średnio na każdych trzech mężczyzn przypada jedna kobieta. Skrajnymi przypadkami w tym zestawieniu są obszary marketingu i IT. W marketingu (gdzie przeciętne pensje kobiet dyrektorów są wyższe) na kierowniczych stanowiskach mężczyzn jest o 60% więcej niż kobiet, a w IT (gdzie zarobki mężczyzn są o ponad 1/4 wyższe) na 23 mężczyzn dyrektorów przypada tylko jedna kobieta. Takie różnice nie mogą pozostać bez wpływu na wysokość pensji kobiet i mężczyzn na stanowiskach dyrektorskich we wszystkich obszarach.

Polki na rynku pracy w 2016 roku. Raport zarobki.pracuj.pl
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Czynniki, które wpływają na lukę płacową

Luka płacowa istnieje i według danych serwisu zarobki.pracuj.pl wyniosła w Polsce w 2016 roku przeciętnie ponad 18%. Wpływ na nią, jak wynika z powyższych rozważań, może mieć klika czynników. Jednym z nich jest fakt, iż statystycznie kobiety pracują nieco krócej od mężczyzn,. Potwierdzone badaniami (Women Don’t Ask: Negotiation and the Gender Divide, L. Babcock i S. Lascheverdane) niższe skłonności kobiet do negocjacji podczas zatrudniania i rozmów o podwyżkach, przekładają się również na częstsze plasowanie się w dolnej części widełek płacowych proponowanych przez pracodawcę. Co więcej, nie bez znaczenia pozostaje aspekt mniejszego udziału kobiet na stanowiskach zarządczych oraz w obszarach, w których przeciętne zarobki specjalistów są najwyższe.

Polska nadal najbardziej interesującym obszarem inwestycyjnym w regionie CEE

Wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w 2016 roku wyniosła blisko 4,6 mld euro. To najwyższy wynik od rekordowego 2006 roku. Największą część transakcji stanowiły nieruchomości handlowe – 43% i biurowe – 39%. Polska jest największym rynkiem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Atrakcyjne stopy kapitalizacji i stabilna sytuacja gospodarcza – to czynniki, które przyciągają zagranicznych inwestorów do Polski – wynika z corocznego raportu firmy doradczej EY „Poland. The real state of real estate”.

Polska po raz kolejny była liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem wolumenu transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych.Polska nadal najbardziej interesującym obszarem inwestycyjnym w Europie Środkowo-Wschodniej

– W Polsce zawarto co trzecią transakcję w regionie. Na drugim miejscu znalazły się Czechy (ok. 30%udziału w rynku). Dużą dynamikę wzrostu można zaobserwować na Węgrzech, gdzie w ujęciu rocznym wartość zawartych tam transakcji wzrosła ponad dwukrotnie. Natomiast cały region zanotował wzrost na poziomie 40% – mówi Anna Kicińska, Lider Grupy Doradztwa Nieruchomości EY w regionie CSE.

Mieszkania na fali wznoszącej

Miniony rok był ponownie rekordowy również dla deweloperów mieszkaniowych pod względem liczby sprzedanych i wprowadzonych do sprzedaży lokali. W ujęciu rocznym liczba sprzedanych mieszkań wzrosła o ponad 20%. W sumie nabywcy kupili ponad 62 tys. nowych lokali. Deweloperzy oddali niemal 78,5 tys. nowych mieszkań. O 10% wzrosła także liczba uzyskanych przez nich pozwoleń na budowę. W 2017 można nadal spodziewać się wysokich wyników. W minionym roku podrożały mieszkania w najlepszych lokalizacjach i o wyższym standardzie – przede wszystkim w Warszawie i w Trójmieście. W pozostałych lokalizacjach ceny utrzymywały się na dość stabilnym poziomie.Polska nadal najbardziej interesującym obszarem inwestycyjnym w Europie Środkowo-Wschodniej -2

– Popyt na rynku mieszkaniowym to z jednej strony efekt utrzymujących się niskich stóp procentowych, ogromnego zainteresowania ze strony inwestorów prywatnych a także popularności programu MDM – mówi Katarzyna Lubaś, ekspert w Grupie Rynku Nieruchomości EY. W minionym roku rozpoczęły się prace nad przygotowaniem rządowego programu „Mieszkanie plus”, którego celem jest budowa 6 tys. mieszkań na wynajem po niższych stawkach. – Swój udział w ubiegłorocznych wynikach sprzedaży mieszkań zaznaczyli także inwestorzy instytucjonalni. Coraz większą popularnością cieszą się zakupy pakietowe mieszkań przeznaczonych na wynajem dokonywane przez międzynarodowe fundusze nieruchomościowe. Interesujące wydają się również nowe, rozwijające się segmenty rynku a przede wszystkim mieszkania dla studentów – dodaje Katarzyna Lubaś.

Rekordowy rok dla biur

W 2016 roku oddano do użytku rekordową powierzchnię biurową, która wyniosła aż 900 tys. m.kw. Oznacza to, że łączna powierzchnia biurowa przekroczyła już 9 mln m.kw.

Należy zauważyć, iż bardzo istotnym sektorem generującym popyt na powierzchnię biurową w Polsce jest sektor usług profesjonalnych dla biznesu. Takich centrów jest już w Polsce około tysiąca.

– Rozwinięta infrastruktura, duża liczba wykwalifikowanych absolwentów uczelni wyższych i niższe koszty pracy niż w Europie Zachodniej przyciągają nowych inwestorów w tym sektorze. To przekłada się na coroczny wzrost popytu na rynku nieruchomości biurowych – mówi Anna Kicińska. Nadal najwięcej biur powstaje w Warszawie, na dalszych miejscach jest Kraków, Trójmiasto, Łódź i Wrocław. – Brexit może dodatkowo zwiększyć zainteresowanie zagranicznych inwestorów Polską, a tym samym przełożyć się na wzrost popytu na nowe powierzchnie – dodaje.

Duże zmiany w handlu

Jak wynika z raportu EY „Poland. The real state of real estate”, w minionym roku oddano do użytku 460 tys. m.kw. powierzchni handlowych. Ten rok może być jeszcze lepszy. – Na tym rynku nadal obserwujemy kilka trendów. Po pierwsze deweloperzy są nadal aktywni w małych i średnich miastach, gdzie powstają mniejsze galerie handlowe typu strip mall. Po drugie prawie połowa centrów handlowych w Polsce powstała przed 2004 rokiem, dlatego wiele z nich jest obecnie unowocześnianych i modernizowanych, w części też rozbudowywanych. Zwiększa się w nich powierzchnię przeznaczaną na rozrywkę kosztem części spożywczej. Klienci szukają teraz sposobów na szybsze i łatwiejsze zakupy – centra handlowe muszą dopasować się do tych oczekiwań – mówi Anna Kicińska. W 2016 roku po raz pierwszy zamknięto centrum handlowe w Polsce, w Sosnowcu (CH Sosnowiec), zniknęła najstarsza w Polsce sieć supermarketów Marcpol, a Alma Market zamknęła swoje sklepy z powodu trudnej sytuacji finansowej.

Stabilny wzrost na rynku hotelowym

Rynek hotelowy w Polsce dynamicznie się rozwija. Przede wszystkim za sprawą stabilnego wzrostu gospodarczego, rosnącej popularności Polski jako kierunku wakacyjnego i rozwoju turystyki medycznej. Innym istotnym czynnikiem jest rozwój sektora centrów usług wspólnych i profesjonalnych usług dla biznesu. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba skategoryzowanych hoteli w Polsce przekroczyła 2450 a liczba pokoi 126 tys. Jednak zaledwie 14% obiektów to hotele sieciowe, podczas gdy w innych krajach jest to średnio 30%. Nowe inwestycje koncentrują się przede wszystkim w największych miastach i kurortach.

Duży popyt na magazyny

Inwestorzy także chętnie lokują kapitał w branży magazynowej. Polska, ze względu na swoje centralne położenie oraz coraz lepszą i bardziej rozbudowaną sieć dróg i autostrad, jest bardzo atrakcyjnym miejscem dla firm logistycznych. Obecnie powierzchnia magazynowa przekracza tu 11 mln m.kw. W budowie jest dalsze 1,5 mln – z czego 75% jest już wynajęte. – Ubiegły rok był także rekordowy dla rynku magazynów. Do użytku oddano o prawie 30% więcej powierzchni niż rok wcześniej – mówi Anna Kicińska. Do rozwoju tego rynku przyczynia się także rozwój e-handlu, w którym rolę tradycyjnych powierzchni handlowych pełnią magazyny. Stosunkowo nowym formatem są magazyny samoobsługowe dla mniejszych firm.

Inwestor ciągle zagraniczny

Ciągle ponad 90% inwestorów stanowią inwestorzy zagraniczni. W minionym roku były to przede wszystkim podmioty z kapitałem z RPA, a także Stanów Zjednoczonych, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. – Obserwujemy rosnące zainteresowanie inwestorów także z Azji oraz Bliskiego Wschodu. Inwestor z Polski to ciągle rzadkość. Na naszym rynku to zaledwie kilka procent, podczas gdy np. w Czechach czy na Węgrzech udział rodzimego kapitału stanowi nawet 30%. Nowe narzędzia inwestycyjne – REITy, które już wkrótce mają być dostępne, mogą zmienić te proporcje, jak miało to miejsce w ww. krajach – zauważa Anna Kicińska.

W oczekiwaniu na REITy

Koniec 2016 roku obfitował w zmiany dotykające branżę nieruchomości. Wprowadzone w tym okresie regulacje zmieniły zasady opodatkowania funduszy inwestycyjnych, co znacznie ograniczyło efektywność podatkową wielu struktur wykorzystywanych dotychczas do inwestowania na rynku nieruchomości. Pojawił się także długo oczekiwany projekt ustawy dotyczący polskiego odpowiednika Real Estate Investment Trusts (REITs), czyli spółek rynku wynajmu nieruchomości. Próba wprowadzenia nowego rodzaju podmiotu, który dałby szerszy dostęp do rynku nieruchomości także mniejszym, lokalnym inwestorom, została odebrana bardzo pozytywnie, chociaż sam projekt ustawy wymaga jeszcze dopracowania. W konsekwencji, na przełomie roku niemożliwe było przekształcenie dotychczasowych struktur funduszowych w struktury oparte o REIT, co dla wielu inwestorów było i nadal pozostaje pożądaną opcją. Zgodnie z aktualnymi zapowiedziami Ministerstwa Finansów, ustawa w ostatecznym kształcie powinna wejść w życie na przełomie 2017/ 2018 r.

Z pozostałych zmian warte odnotowania są dalsze działania nakierowane na uszczelnienie systemu podatkowego, obejmujące wprowadzenie ogólnej klauzuli dotyczącej unikania opodatkowania, wymóg dostarczania danych w formie jednolitego pliku kontrolnego, czy też zmiany w podatku VAT dotyczące rozliczania podatku przez podwykonawców oraz przywracające dodatkowe sankcje w tym podatku. Intensyfikacja kontroli dotyczących zwrotów podatku VAT przy nabyciu nieruchomości oraz próby reklasyfikacji tych transakcji na obejmujące sprzedaż przedsiębiorstwa albo jego zorganizowanej części, choć nie wytrzymały dotąd krytyki sądów administracyjnych, to przyczyniły się do wzrostu niepewności na rynku nieruchomości oraz wpłynęły na częstsze obecnie przeprowadzanie transakcji w formie zakupu udziałów w spółce posiadającej nieruchomość, niż zakupu bezpośrednio samej nieruchomości. – Wiele z przedstawionych powyżej zmian wydarzyło się niezmiernie szybko, bądź stanowiło zwrot w ugruntowanej praktyce postępowania władz skarbowych. Dla inwestorów i innych przedstawicieli branży nieruchomości najważniejsza jest stabilność i przewidywalność rynku oraz zasad, którymi on się kieruje. W obecnych czasach dynamika zmian powoduje, że bliska współpraca z doradcą – który jest przewodnikiem po błyskawicznie zmieniającym się świecie – staje się wręcz nieodzownym elementem realiów biznesowych – podsumowuje Tomasz Ożdziński, doradca podatkowy, dyrektor w Grupie Doradztwa Nieruchomości EY w Polsce.

Zmiany w prawie

– Najistotniejszą zmianą w przepisach regulujących obrót nieruchomościami uchwaloną w 2016 roku była z pewnością zmiana w zakresie gospodarowania gruntami rolnymi. Uszczelnienie systemu spowodowało nie tylko zamierzone ograniczenie nabywania nieruchomości rolnych przez cudzoziemców, ale również znacząco utrudniło wszelkie inne transakcje lub restrukturyzacje z udziałem nie tylko nieruchomości rolnych, ale również udziałów albo akcji spółek mających w swoich zasobach grunty rolne – mówi Piotr Woźniak, radca prawny w kancelarii EY Law. Istotną zmianą, choć pozostającą trochę w cieniu innych, było wprowadzenie elektronicznego systemu zgłaszania transakcji w księgach wieczystych przez notariuszy. Od 1 lipca 2016 roku notariusze są zobligowani zamieszczać informację o przeniesieniu własności bezpośrednio po podpisaniu aktu notarialnego. Informacja taka jest od razu widoczna w księdze wieczystej, co znacząco wpływa na bezpieczeństwo samej transakcji i zapobiega nadużyciom.

Aktualnie Rada Ministrów pracuje nad istotnymi dla rynku projektami ustaw. Do najważniejszych należą w szczególności:

  • projekt ustawy dotyczący polskiego odpowiednika Real Estate Investment Trusts (REITs), czyli spółek rynku wynajmu nieruchomości,
  • projekt ustawy o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego we własność, która zgodnie z zamiarem ustawodawcy polegać będzie na uwłaszczeniu właścicieli mieszkań w budynkach wybudowanych na gruntach oddanych w użytkowanie wieczyste oraz
  • projekt Kodeksu architektoniczno-budowlanego, którego uchwalenie z jednej strony będzie miało pozytywne skutki w zakresie ujednolicenia i zgromadzenia w jednym akcie prawnym przepisów różnych ustaw regulujących prawne aspekty procesu budowlanego, niemniej jego wprowadzenie może skutkować również ograniczeniem możliwości zabudowy terenów niezurbanizowanych.

Ransomware jako usługa – cyberbprzestępczy model biznesowy

Fala ransomware nie zwalnia. Łączna suma okupów zapłaconych za odblokowanie dostępu do danych wyniosła w zeszłym roku ponad miliard dolarów. Obecnie każda osoba skłonna do podjęcia cyberprzestępczej działalności może skorzystać z gotowych narzędzi do przeprowadzania tego typu ataków w modelu Ransomware-as-a-Service. Ich twórcy reklamują się, obiecując m.in. konkretne zyski czy funkcje utrudnionego wykrycia.

Łatwość, z jaką dziś można przeprowadzić atak ransomware, sprawia, że skala tego zagrożenia stale nabiera rozpędu. Na cyberprzestępczych podziemnych forach pojawia się coraz więcej programów dostępnych za jednorazową opłatą lub oferujących możliwość podziału zysków z udanych ataków. Działając w ten sposób, twórcy tych narzędzi skupiają wokół kryminalnego procederu całe armie współpracowników.

By lepiej zrozumieć ten problem, przyjrzyjmy się, jakie programy królują obecnie w cyberprzestępczym półświatku.

HOSTMAN

hostmanCena: 9,95 USD (podstawowa wersja), 49,95 USD (pełna wersja)

HOSTMAN pojawił się na forach w styczniu tego roku. Jego twórcy zapewniają, że oprócz szyfrowania danych, program ma funkcję robaka – co nie jest typowe dla ransomware’u. Funkcja ta sprawia, że HOSTMAN może znacznie łatwiej rozprzestrzeniać się na kolejne urządzenia, zbierając większe żniwo. Autorzy HOSTMANA chwalą się również, że program daje możliwość dostosowania m.in. kwoty żądanego okupu czy adresu Bitcoin do jego przekazania.

Przestępcy oczywiście zaznaczają, że ich produkt jest przeznaczony wyłącznie do celów edukacyjnych. Nie przeszkadza im to jednak w informowaniu, że można na nim potencjalnie zarobić od 300 do 3000 USD.

FLUX Ransomware

flux
Reklamy oprogramowania RaaS przypominają materiały promujące legalne programy

Cena: 45 USD (wersja build), 150 USD (kod źródłowy)

FLUX Ransomware również zadebiutował na początku 2017 r. Oferuje on szyfrowanie danych w trybie offline. Z punktu widzenia cyberprzestępcy zaletą szyfrowania offline jest brak generowania zaburzeń w ruchu sieciowym, co utrudnia wykrycie wrogiej aktywności. Jego wadą jest jednak fakt, że wiele ofiar zainfekowanych tą odmianą może użyć tego samego deszyfratora lub klucza.

Twórcy programu promują go jako trudny do wykrycia. Robią to, pokazując skany raportów oprogramowania antywirusowego, które ma problemy z jego identyfikacją.

Ransomware Affiliate Network (RAN)

raas5Cena: darmowy

Podział zysków: 25% dla autorów programu, 75% dla użytkownika (w przypadku ponad 100 000 instalacji miesięcznie: 15% dla autorów, 85% dla użytkownika)

Ta odmiana jest oferowana za darmo, ale zyski z udanych ataków zawierają prowizję dla autorów.

Jak piszą sami twórcy, „jesteśmy programistami, nie spamerami”, więc nie reklamują szczególnie swojego dzieła. Poszukują oni użytkowników doświadczonych w szerzeniu złośliwego oprogramowania i celują w masowe kampanie dotykające ponad 100 000 ofiar. Jak twierdzą, pracują też nad oprogramowaniem ransomware na MacOS i Androida. RAN wspiera różne wersje językowe: rosyjską, angielską, niemiecką i chińską.

Ransomware podobny do Locky

Cena: darmowy

Podział zysków: 20% dla autorów, 80% dla użytkownika

W pełni funkcjonalny ransomware, który wykorzystuje szyfrowanie podobne do znanych odmian, takich jak Locky, ale nie ma konkretnej nazwy. Program używa zarówno algorytmów RSA, jak i AES oraz wymaga połączenia z Internetem do przesłania właściwego klucza deszyfrującego. Jak do tej pory nie opracowano sposobu na odszyfrowanie zablokowanych tą metodą danych bez opłacenia okupu i uzyskania klucza od przestępców.

To tylko kilka przykładów pokazujących zasadę działania modelu Ransomware-as-a-Service. Wciąż powstają nowe wersje oprogramowania tego typu. Można się np. spodziewać wzmożonej liczby ataków ransomware na Internet rzeczy. Jednak ostatecznie cena za skorzystanie z nich może być znacznie wyższa niż doraźne zyski.

Wszyscy skłonni do skorzystania z oprogramowania w modelu Ransomware-as-a-Service muszą mieć świadomość, że nikt im nie zapewni gwarancji anonimowości i ujścia na sucho z popełnionym przestępstwem. Dostawcy zabezpieczeń nieustannie ulepszają metody wykrycia, a świadomość na temat zagrożeń rośnie. Pozornie łatwy zarobek może się więc skończyć pobytem za kratkami przestrzega Robert Dąbrowski, SE Manager w firmie Fortinet.

Producenci motoryzacyjni liczą na nowe inwestycje, ale połowa z nich obawia się konkurencji ze strony innych krajów

Jacek Opala Exact Systems
Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

– Inwestycje, które zdaniem zapytanych przez nas przedstawicieli automotive są główną składową szybkiego wzrostu sektora, nabrały wyjątkowego rozpędu w ubiegłym roku. Jak podaje Polska Agencja Inwestycji i Handlu (daw. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych), motoryzacja w 2016 roku była najbardziej dynamicznym sektorem pod względem wartości zlokalizowanych w naszym kraju inwestycji zagranicznych, która wyniosła ponad 916 mln euro. Na taki urodzaj inwestycyjny liczą producenci motoryzacyjni także w tym roku, co jest jak najbardziej uzasadnione. Powoli zmienia się percepcja Polski. Projekty Daimlera, Toyoty i LG pokazują, że nie jesteśmy tylko montownią, lecz atrakcyjnym miejscem na inwestycje w nowe technologie, bo silniki to najbardziej zaawansowane rozwiązania. Polska między innymi wymieniana jest w gronie faworytów jako lokalizacja centrum logistycznego Mercedesa czy też fabryki Tesli – mówi Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

Polska inwestycjami stoi, Niemcy i Słowacja technologiami

Z raportu „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” największą szansę na rozwój motobranży w Polsce, przedstawiciele sektora widzą w produkcji nowych modeli aut (28 proc. odpowiedzi; 2015: 18 proc.) oraz w uruchomieniu nowego zakładu produkcyjnego (24 proc.). Dopiero na trzecim miejscu zostały wskazane nowe technologie (21 proc.). W ten czynnik rozwoju, w porównaniu do przedstawicieli kraju nad Wisłą, wierzą dużo bardziej przedstawiciele innych krajów europejskich. W Niemczech aż 53 proc., w Czechach zaś 44 proc. zapytanych to technologiczni optymiści i właśnie innowacyjność wymieniają jako najlepszą możliwość rozwoju sektora. Na Słowacji natomiast najwięcej osób liczy na uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego (32 proc.) oraz poprawę jakości produkowanych wyrobów (32 proc.). Co ciekawe, przedstawiciele automotive w Rosji najczęściej mają nadzieję na produkcję w ich kraju nowego modelu samochodu (36 proc.).

Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Wiara w inwestycje w naszym kraju to zapewne pochodna tego, że w ciągu ostatnich miesięcy dowiadywaliśmy się o uruchomieniu nowych, bądź rozszerzeniu produkcji obecnych zakładów motoryzacyjnych o nowe linie produkcyjne. Odnotować tu należy chociażby otwarcie nowej fabryki samochodów dostawczych czy rozbudowę zakładu produkującego obecnie silniki hybrydowe o produkcję nowoczesnych przekładni do napędów hybrydowych. Sukcesy te są bez wątpienia efektem lat przygotowań i negocjacji. Oczywistym jest również, że w pobliżu dużych zakładów otwierają się firmy produkujące części i podzespoły dla przemysłu motoryzacyjnego, co wpływa na oszczędność kosztów transportu i skrócenie czasu realizacji zamówień – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Konkurencja depcze nam po piętach

Konkurencja ze strony innych państw (48 proc.), wzrost kosztów pracy (47 proc.) oraz pogorszenie otoczenia gospodarczo-politycznego (46 proc.) to trzy główne czynniki mogące zahamować rozwój automotive w Polsce. Warto też podkreślić, że co trzeci ankietowany uważa, że rządowe organizacje zbyt słabo promują polskie atuty na świecie. W Niemczech natomiast aż trzy czwarte przedstawicieli automotive obawia się wzrostu kosztów pracy (73 proc.), podobnie w Czechach ten element zdaniem największej części respondentów jest zagrożeniem rozwoju motobranży w przyszłości (38 proc.). W Rosji ponad połowa respondentów zwraca uwagę na pogorszenie się otoczenia gospodarczo-politycznego, wzrost konkurencyjności innych państw oraz słabą promocję.

Polska stała się modna wśród firm motoryzacyjnych, które poszukują nowych lokalizacji pod swoje fabryki. W regionie dysponujemy największą liczbą wykształconych pracowników, a naszym atutem paradoksalnie może też być brak własnej marki samochodu osobowego. Jednak musimy pamiętać, że bliskie nam rynki takie jak Czechy czy Słowacja stanowią silną konkurencję. Nie ma między nami dużych różnic kulturowych, a i te biznesowe bywają niewielkie. W tym kontekście bardzo ważne jest wsparcie instytucji rządowych, które powinny jeszcze silniej promować polską markę na arenie międzynarodowej motoryzacji – podsumowuje Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

Metodologia badania

Badanie „Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 413 respondentów z 5 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji.

Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od lipca do września 2016 roku.

M. Kiepas: Decyzja RPP nie będzia miała większego wpływu na kurs złotego

Kończące się dziś dwudniowe posiedzenie RPP nie wpłynie na notowania złotego, który w dalszym ciągu powinien pozostawać przede wszystkim pod wpływem czynników globalnych.

Środowe przedpołudnie upływa pod znakiem słabszego złotego w relacji do głównych walut. O godzinie 10:30 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3130 zł, USD/PLN 4,0880 zł, a CHF/PLN 4,0340 zł. To zachowanie jest zbieżne z tym jak zachowują się inne waluty regionu i nie ma nic wspólnego z kończącym się dziś dwudniowym posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Koreluje ono też ze spadkiem notowań EUR/USD, po tym jak w poniedziałek kolejny raz nie udało się tej parze wybić  powyżej krótkoterminowych oporów zlokalizowanych ponad 1,06.

Wydarzeniem dnia na krajowym rynku walutowym jest wspomniane posiedzenie RPP. Około południa inwestorzy powinni poznać decyzję Rady ws. stóp procentowych, a o godzinie 16:00 zostanie opublikowany komunikat po posiedzeniu, najnowsze prognozy PKB i inflacji dla Polski, a także rozpocznie się konferencja prasowa.

Będzie to jednak wydarzenie tylko w teorii. Jest pewne, że RPP nie zmieni stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na poziomie 1,50%. Istotnie nie zmieni się również retoryka Rady pomimo, że na obecnym posiedzeniu poznamy najnowsze prognozy wzrostu gospodarczego i inflacji, które będą zrewidowane w górę.

Należy oczekiwać, że Rada w dalszym ciągu będzie utrzymywać, iż obserwowany na początku roku silny skok inflacji (w lutym prawdopodobnie wzrosła ona do 2,2% R/R, żeby w kolejnych miesiącach sięgnąć 2,5% R/R) jest przejściowy, a dynamika PKB wpisuje się we wcześniej założony scenariusz bazowy. Dlatego też podtrzymane zostaną przez nią dotychczasowe deklarację, że czas na podwyżki kosztu pieniądza w Polsce będzie dopiero w przyszłym roku. To zaś jest zgodne z rynkowym konsensusem.

Dużo większy wpływ na notowania złotego niż posiedzenie RPP będą dziś miały impulsy płynące z rynków zagranicznych. Już częściowo proces ten obserwujemy. Po południu dodatkowym czynnikiem wpływającym na decyzje inwestorów będzie publikacja raportu ADP nt. sytuacji na amerykańskim rynku pracy (godz. 14:15). Oczekuje się, że w lutym w tamtejszym sektorze prywatnym przybyło 190 tys. miejsc pracy, po tym jak w styczniu było to wzrost o 246 tys. Dane te mogą nie tylko uruchomić spekulacje przed piątkową publikacją raportu o zatrudnieniu, bezrobociu i płacach, ale też przed przyszłotygodniowym posiedzeniem Fed, podczas którego prawdopodobnie zapadnie decyzja o podwyższeniu stóp procentowych w USA.

Z punktu widzenia krajowej waluty, im lepsze będą dzisiejsze dane z USA, tym większa pewność marcowej podwyżki i mocniejszy dolar, a więc i większa presja na osłabienie złotego. Nie tylko wobec dolara, ale też wobec innych walut.

Obserwowane obecnie osłabienie złotego w żadne sposób nie wpływa na zmianę układu sił na wykresach. Tu sytuacja pozostaje niezmienna już od ponad miesiąca. Po tym jak na początku lutego spadek EUR/PLN poniżej 4,30 zł, USD/PLN poniżej 4 zł, a CHF/PLN w okolice 4 zł, został wykorzystany do zakupów tych walut, a trwający od grudnia proces umocnienia złotego zakończony, obecnie brakuje nowych silnych impulsów do umocnienia złotego. Wszystko wydaje się bowiem już być w cenach. Jednocześnie utrzymujące się relatywnie dobre nastroje na świecie sprawiają, że ten lutowy zwrot nie zapoczątkował jeszcze silniejszego osłabienia się złotego. To jednak w tej chwili bardzo realny scenariusz na przyszłość. Ewentualne trwałe pogorszenie nastrojów na świecie lub nieco gorsze dane płynące z polskiej gospodarki (podważające dotychczasową wiarę w siłę odbicia gospodarczego), może skutkować wzrostem kursów głównych walut o 5-10 gr.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Dziś decyzja RPP w sprawie wysokości stóp procentowych

Na rynkach na razie spokojnie. Trwa wyczekiwanie na decyzje Banków Centralnych. Dziś stopy procentowe ogłosi RPP, a jutro EBC. W piątek najważniejsze odczyty tego tygodnia. Poznamy dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych, które mogą przesądzić o marcowej podwyżce stóp.

Środowy poranek

Dzień na rynkach zaczął się bez większych zmian. Spoglądając na kalendarz makroekonomiczny dalsza część dnia również nie powinna przynieść diametralnych zmian. Z rana jedynym istotnym odczytem, na który warto zwrócić uwagę była publikacja produkcji przemysłowej w Niemczech. U naszych zachodnich sąsiadów rośnie ona z miesiąca na miesiąc o 2,8%, co jest wynikiem lepszym od oczekiwań.

Decyzja RPP

Dziś kończy się dwudniowe posiedzenie polskich władz monetarnych. Po południu poznamy jaka została podjęta decyzja w sprawie wysokości stóp procentowych, a ok. godziny 16:00 zostanie wydany komunikat dotyczący przyszłej polityki. Inwestorzy są wręcz przekonani, że najbliższa zmiana stóp procentowych w Polsce nastąpi dopiero w 2018 roku. Zdaje się również, że retoryka podczas popołudniowego wystąpienia nie będzie znacznie odbiegała od dotychczasowej. Wszystko to sprawi, że już kolejny dzień nie będziemy prawdopodobnie świadkami większych ruchów na parach złotówkowych. Na początku dnia frank wyceniany jest na 4,02 zł, funt na 4,96 zł, dolar na 4,07 zł, a za wspólną walutę zapłacimy 4,30 zł.

Wstęp do NFP

Zwyczajowo przed opublikowaniem raportu NFP poznajemy odczyt ADP.  Jest to wskaźnik, który zazwyczaj poprawnie sugeruje czego należy się spodziewać po “payrollsach”. Jego publikacja została zaplanowana na dzisiaj na godzinę 14:15 czasu polskiego. Jest to publikacja na tyle istotna, bo dobry piątkowy odczyt NFP może praktycznie przesądzić o marcowej podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, która już i tak jest bardzo wysoko wyceniana. Prezentacja raportu ADP będzie dziś prawdopodobnie jedynym momentem, w którym zostanie odnotowana większa zmienność na rynkach.

Przystanek EBC

Zanim jednak poznamy piątkowe dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych, czwartek również powinien przynieść nam trochę emocji i zmienności. Na jutro bowiem przewidziana jest publikacja decyzji Europejskiego Banku Centralnego dotycząca stóp procentowych. Chociaż inwestorzy nie spodziewają się żadnych zmian, to już tradycyjna konferencja Mario Draghiego może, chociaż jak to ostatnio bywało, nie musi  wywołać poruszenie na rynkach. Inwestorzy po cichu liczą na jakieś wskazówki co do prowadzenia dalszej polityki monetarnej w Europie, a przede wszystkim kolejnych deklaracji w sprawie programu QE.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Raport: „Zużycie energii w budynkach biurowych”

Budynki odpowiadają za ponad 40% zużycia energii w Europie, a niemal 75% z nich charakteryzuje się niską efektywnością energetyczną. W związku z tym, coraz większą wagę przywiązuje się do uzyskania zielonych certyfikatów zarówno dla istniejących, jak i nowo budowanych obiektów. Ich efektywność energetyczna oceniana jest na podstawie modelowania i symulacji energetycznej. Jak dotąd nie było jednak analizy pokazującej rzeczywiste zużycie energii budynku: jaki wpływ na jej wysokość mają zastosowane innowacyjne systemy, odpowiednie zarządzanie, specyfika i oczekiwany komfort najemcy. Powyższe kwestie zostały szczegółowo przedstawione w pierwszym w Europie raporcie analizującym budynki biurowe w Polsce, opracowanym przez trzech partnerów – Skanska, Go4Energy i Cushman & Wakefield.

Raport „Zużycie energii w budynkach biurowych” to efekt współpracy specjalistów z trzech dziedzin: doświadczonego dewelopera budynków biurowych – firmy Skanska, ekspertów w zakresie certyfikacji środowiskowej Go4Energy oraz zarządców nieruchomości firmy doradczej Cushman & Wakefield. Partnerzy projektu przeanalizowali dane z 20 budynków biurowych w Polsce obejmujących 16 budynków certyfikowanych w systemach LEED oraz BREEAM.

Waldemar Olbryk, dyrektor zarządzający funkcji wsparcia Skanska
Waldemar Olbryk, dyrektor zarządzający funkcji wsparcia Skanska

– W ciągu ostatnich lat zgromadziliśmy szereg danych na temat funkcjonowania budowanych przez nas zielonych budynków biurowych. Aby zweryfikować, jak założenia projektowe sprawdzają się w praktyce, potrzebowaliśmy porównać działanie naszych budynków z innymi referencyjnymi biurowcami w Polsce. Okazało się, że na rynku brakuje szczegółowych i kompleksowych analiz, które moglibyśmy wykorzystać w naszych działaniach deweloperskich. Razem z naszymi partnerami zdecydowaliśmy się więc na przygotowanie pełnej analizy, która objęła różne budynki funkcjonujące na polskim rynku biurowym, o różnej charakterystyce oraz różnym wieku i specyfikacji środowiskowej – wyjaśnia Waldemar Olbryk, dyrektor zarządzający funkcji wsparcia Skanska.

Przeprowadzone badania podkreśliły ogromne znaczenie roli użytkowników-najemców w zużyciu energii w budynku. Dzięki zastosowanym metodom obliczeniowym po raz pierwszy udało się wydzielić profil energetyczny najemcy z profilu budynku.

Piotr Bartkiewicz, partner firmy Go4Energy
Piotr Bartkiewicz, partner firmy Go4Energy

– Do tej pory podczas projektowania modeli energetycznych specyfika działalności najemców w ogóle nie była brana pod uwagę. W analizowanych obiektach udział energii elektrycznej zużywanej przez najemców w całkowitym bilansie energetycznym budynku wahał się od 14% do 65%. Stanowiło to punkt wyjścia do opracowania nowej metody oceny budynków, która oddziela charakterystykę obiektu od zużycia energii na potrzeby najemców – wyjaśnia Piotr Bartkiewicz, partner firmy Go4Energy.

Analiza pokazała, że dzięki właściwej eksploatacji nawet starsze budynki, wybudowane zgodnie z zasadami zrównoważonego budownictwa mogą się charakteryzować wysoką efektywnością energetyczną, przy jednoczesnym zachowaniu komfortowego środowiska pracy.

Zuzanna Paciorkiewicz, MRICS, Partner, Dział Zarządzania Nieruchomościami Cushman & Wakefield
Zuzanna Paciorkiewicz, MRICS, Partner, Dział Zarządzania Nieruchomościami Cushman & Wakefield

– Największy potencjał do oszczędzania energii wykazały budynki wykonane w ciągu ostatnich 6 lat. Oszczędności te sięgają 32%, co dowodzi opłacalności korzystania z zastosowanych na etapie projektowym i wykonawczym rozwiązań. Poprzez odpowiednie zarządzanie nieruchomościami możemy identyfikować obszary, w których zużycie energii jest nieracjonalne i wprowadzać odpowiednie korekty pracy systemów lub modernizacje – komentuje Zuzanna Paciorkiewicz, MRICS, Partner, Dział Zarządzania Nieruchomościami Cushman & Wakefield.

Raport potwierdza, że do zapewnienia optymalnego zużycia energii w budynku niezbędna jest współpraca zespołów projektowych z zarządcami i obsługą techniczną. Pionierskie badanie posłuży do stworzenia właściwych narzędzi do bieżącej, efektywnej kontroli nad gospodarką energetyczną budynków oraz pełniejszego wykorzystania dostępnych instalacji. Kolejnym krokiem w projektowaniu wydajnych energetycznie budynków biurowych jest wykorzystanie zebranej w raporcie wiedzy. Dzięki analizie cyklu życia istniejących budynków, proces udoskonalania prototypów podczas tworzenia kolejnych inwestycji stanie się łatwiejszy. Powstały raport to również narzędzie, które pomoże w edukacji najemców, jasno określając korzyści płynące z budowania w zgodzie ze standardami zrównoważonego rozwoju. Raport ma charakter otwarty i będzie w najbliższych latach uzupełniany o kolejne dane. Dzięki temu możliwe będzie przeprowadzenie pełnej analizy energetycznej każdego budynku biurowego oraz porównanie ich parametrów użytkowych na tle już przebadanych obiektów.

Wzrost rynku leasingu w 2017 roku zostanie równomiernie wypracowany przez pojazdy i maszyny

2017 rok będzie ósmym z rzędu, w którym rynek leasingu w Polsce wzrośnie. Będzie to dynamika na poziomie 16,5% r/r i w odróżnieniu od 2016 roku zostanie osiągnięta dzięki równomiernym wzrostom w segmencie pojazdów oraz maszyn i urządzeń. Ponadto, po kilku latach przestoju, branża odnotuje wzrost na rynku nieruchomości.

W 2017 roku rozwojowi branży leasingowej w Polsce będzie sprzyjać kilka czynników. Po pierwsze, nie ulegnie zmianie otoczenie prawne, które jest bardzo ważne dla prowadzenia biznesu przez klientów firm leasingowych. Po drugie, wiemy także, że przez najbliższe 2 lata zostaną utrzymane przepisy dotyczące odliczenia podatku VAT od samochodów osobowych, co jest oczywiście czynnikiem wspierającym rozwój największego segmentu branży leasingowej, czyli finansowania pojazdów. Po trzecie, w drugiej części roku zostanie rozwiązany „worek” ze wsparciem unijnym.

W tym roku rynek leasingu będzie rósł w sposób dużo bardziej zrównoważony, niż miało to miejsce w 2016 roku. Oczekujemy nie tylko zbliżonej do roku poprzedniego dynamiki w segmencie pojazdów osobowych i ciężkich, ale także dwucyfrowego wzrostu w segmencie maszyn i urządzeń. Dynamika tego rynku będzie wynikała przede wszystkim z wykorzystania środków unijnych jak również z konieczności odnowienia parków maszynowych. Wykorzystanie mocy produkcyjnych na koniec 2016 roku było na poziomie aż 80%, co wskazuje na konieczność odnowienia lub uzupełniania parków maszynowych w tym roku.

Miniony rok był wyjątkowym rokiem nie tylko dla całej branży, ale także dla EFL, który dotrzymał kroku bardzo dynamicznie rozwijającemu się sektorowi MŚP w Polsce. Po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę wartości finansowania w wysokości 5 mld zł, a w ostatnim miesiącu 2016 roku zrealizowaliśmy sprzedaż na poziomie powyżej 500 mln zł. W całym 2017 roku EFL spodziewa się wzrostu swojego biznesu na poziomie zbliżonym do rynkowego.

Elektryczna i cyfrowa przyszłość branży motoryzacyjnej

Według ponad połowy przedstawicieli branży elektromobilność będzie kluczowym trendem na rynku motoryzacyjnym do 2025 r. Jak wynika z badania „Global Executive Survey 2017” przeprowadzonego przez KPMG International, aż 85 proc. menedżerów jest przekonanych, że w przyszłości większy zysk będzie można uzyskać z rozwijania cyfrowych ekosystemów. Ponad 80 proc. menedżerów z firm motoryzacyjnych uważa, że w bliskiej przyszłości nastąpi znacząca zmiana modelu biznesowego tego sektora. Cyfrowa rewolucja spowoduje także, że do 2025 r. 50 proc. indywidualnych właścicieli samochodów nie będzie chciało korzystać z auta jako właściciel.

Rozwój pojazdów z napędem elektrycznym najważniejszym trendem w motoryzacji

Według 953 przedstawicieli kadry zarządzającej z branży motoryzacyjnej z 42 krajów rozwój pojazdów z napędem elektrycznym będzie kluczowym trendem na rynku do 2025 r. Na to zjawisko wskazało 50 proc. respondentów i tym samym elektromobilność po raz pierwszy w historii badania stała się najważniejszym trendem w tym sektorze.

Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce
Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce

W ciągu ostatniego roku elektromobilność znacząco zyskała na popularności wśród ankietowanych menedżerów – podczas edycji badania z 2015 r. zajęła dopiero 9. miejsce, a w zeszłym roku uplasowała się na 2. pozycji. Planowane restrykcje prawne, mające na celu ograniczenie bądź zakaz rejestrowania samochodów z silnikami spalinowymi sprawiły, że producenci samochodów muszą reagować na zmieniające się otoczenie. Trend ten jest również zauważalny w Polsce, gdzie rząd w ramach strategii rozwoju elektromobilności planuje, że po polskich drogach do 2025 r. poruszać się będzie 1 milion pojazdów elektrycznych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Pomimo że zdecydowana większość menedżerów (76 proc.) twierdzi, że klasyczne silniki spalinowe jeszcze przez długi czas będą ważniejsze niż napędy elektryczne, jednocześnie przyznają, że taki typ silnika będzie tracił na popularności w oczach opinii publicznej. Podobnie jest z silnikami napędzanymi olejem napędowym. Co drugi menedżer wskazuje, że diesele będą pierwszym rodzajem napędu, który zniknie z taśm produkcyjnych większości koncernów samochodowych. Jest to z pewnością niepokojąca informacja dla niektórych producentów, biorąc pod uwagę ich prognozy dotyczące wskaźnika udziału w rynku samochodów z silnikami diesla, wynoszących dla tego rodzaju napędu ponad 60 proc.

Badanie pokazuje jednak, że sama produkcja pojazdów elektrycznych nie wystarczy by doszło do przełomu, ponieważ istnieje wiele wątpliwości i pytań odnośnie jednolitych standardów, infrastruktury, dostaw energii, a także do czego takie pojazdy miałyby służyć – czy wyłącznie do jazdy po mieście, czy również do jazdy w dłuższe trasy. W istocie aż 62 proc. menedżerów twierdzi, że elektromobilność skazana jest na porażkę, głównie z powodu problemów z rozwojem infrastruktury do ładowania. Jednocześnie 78 proc. respondentów uważa, że przełomowym rozwiązaniem będą pojazdy elektryczne oparte na ogniwach paliwowych (FCEV), które nie stwarzają takich problemów – można je szybko tankować na stacjach benzynowych. Oczywiście technologia ta dopiero raczkuje i z pewnością również i tutaj pojawią się pytania związane np. z bezpieczeństwem korzystania z tego rodzaju napędu – dodaje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

W tegorocznej edycji badania KPMG na trzecim miejscu wśród wiodących trendów w branży motoryzacyjnej znalazł się rozwój napędów elektrycznych opartych na ogniwach paliwowych (47 proc.). Jednocześnie 49 proc. respondentów jako trend mający wpływ na kształt rynku motoryzacyjnego wskazało digitalizację i zdolność łączenia się pojazdów z otoczeniem. Niewiele mniej istotnymi trendami będą: rozwój pojazdów hybrydowych (44 proc.), wzrost na rynkach wschodzących (43 proc.), wykorzystanie platform i standaryzacji modułów (40 proc.) oraz Big Data/dane generowane przez użytkowników pojazdów (39 proc.). W porównaniu z poprzednią edycją badania spadło znaczenie usług mobilnościowych na żądanie (39 proc.). Niezmiennie w porównaniu z ubiegłą edycją badania, ostatnie miejsca zajmują: pojazdy samojezdne (37 proc.), zmniejszanie pojemności i optymalizacja silników spalinowych (ang. downsizing – 31 proc.), a także racjonalizacja produkcji w Europie Zachodniej (31 proc.).

Wzrost znaczenia cyfrowych ekosystemów w dochodach sektora motoryzacyjnego

Z badania KPMG wynika, że sama produkcja pojazdów nie będzie stanowić najważniejszego źródła dochodów w łańcuchu dostaw branży motoryzacyjnej – aż 85 proc. menedżerów jest przekonanych, że w przyszłości większy zysk będzie można uzyskać z rozwijania cyfrowych ekosystemów niż z samej sprzedaży samochodów. W związku z tym prawie 3/4 respondentów uważa, że model mierzenia udziału rynkowego na podstawie liczby sprzedanych sztuk samochodów jest nieaktualny. Zdolność łączenia się pojazdów z otoczeniem będzie generować źródła dochodów w oparciu o wzrost sprzedaży w całym cyklu życia produktu. Zdecydowana większość menedżerów twierdzi, że jeden samochód podłączony do świata cyfrowego może generować większe przychody w całym cyklu swojego życia niż 10 samochodów „odciętych” od świata wirtualnego.

Znajdujemy się obecnie w czasach, kiedy świat cyfrowy i analogowy przenikają się. Zapewne nie dojdzie do ich pełnego połączenia – powstanie nowy wymiar, w którym oba te światy zaczną ze sobą współdziałać. Nowy system połączy wszystkich uczestników rynku, od klientów, poprzez firmy ICT, aż do tradycyjnych dostawców części i podzespołów. Dokonująca się rewolucja, której jesteśmy świadkami, zmieni łańcuch wartości w branży motoryzacyjnej, jednak nie jesteśmy jeszcze w stanie stwierdzić, kto jakie miejsce w nim zajmie. Na dłuższą metę na rynku utrzymają się tylko ci gracze, którzy będą dominować zarówno w kwestii ilości klientów, jak i w zdolności zbierania i analizowania związanych z nimi danych. Sukces producentów samochodowych nie będzie już oceniany wyłącznie na podstawie ilości sprzedanych samochodów, ale również na podstawie wartości klienta w całym cyklu życia danego produktu – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Zmiana modelu biznesowego wyzwaniem dla producentów samochodów

Aż 83 proc. respondentów badania KPMG uważa, że branżę motoryzacyjną czeka znacząca zmiana modelu biznesowego. Cyfrowa rewolucja spowoduje lepsze wykorzystanie zasobów i efektywniejszy sposób użycia samochodu co doprowadzi do spadku sprzedaży aut. Zarządzający z branży motoryzacyjnej wskazują, że do 2025 r. 50 proc. dzisiejszych właścicieli samochodów nie będzie chciało posiadać samochodu, co oznacza duże wyzwanie dla producentów samochodów. Ponadto branża motoryzacyjna będzie musiała się zmierzyć z konkurencją ze strony nowych graczy na rynku. Z przeprowadzonego badania wynika, że zdecydowana większość menedżerów twierdzi (82 proc.), że do 2020 r. jedna z firm z Doliny Krzemowej wyprodukuje swój autorski samochód.

Preferowanym przez menedżerów branży motoryzacyjnej nowym modelem będzie produkcja samochodów oraz uruchomienie własnych platform cyfrowych, by oferować klientowi szereg usług w czasie całego życia produktu. Niemniej jednak, co czwarty ankietowany jest w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której firmy samochodowe będą jedynie producentami aut na zlecenie firm ICT, które będą zarządzać relacjami z klientem.

Nestlé i Coca-Colą przestaną współpracować przy produkcji i dystrybucji napojów marki Nestea

Po ponad 15 latach Nestlé i Coca-Cola podjęły decyzję o zakończeniu współpracy przy produkcji i dystrybucji napojów marki Nestea. Z początkiem 2018 roku, istniejąca od 2001, spółka joint venture Beverage Partners Worldwide przejdzie do historii.

1 stycznia 2018 roku, wraz z wygaśnięciem umowy pomiędzy Nestlé i Coca-Colą, firmy przestaną współpracować przy produkcji i dystrybucji napojów marki Nestea. Zmiana ta podyktowana jest rozwojem rynku herbat gotowych do spożycia i planami Nestlé wobec marki Nestea.

Od 2018 roku marką Nestea będzie zarządzać Nestlé Waters. W kilku krajach, w tym w USA, już obecnie ma to miejsce. Od przyszłego roku Nestlé Waters przejmie kontrolę nad marką Nestea we wszystkich krajach europejskich, które nie są objęte umowami licencyjnymi.

Ponadto firmy uzgodniły, że po zakończeniu współpracy, Coca-Cola zachowa licencję na produkcję i sprzedaż Nestea w Kanadzie, Hiszpanii, Portugalii, Andorze, Rumunii, na Węgrzech oraz w Bułgarii.

Coraz więcej kobiet w Polsce na stanowiskach kierowniczych

Aż 40% osób zasiadających na wysokich stanowiskach menedżerskich w średnich i dużych firmach w Polsce to kobiety – wynika z badania „Women in Business 2017”. Wśród 36 badanych państw wyprzedzają nas pod tym względem tylko Rosja (47%) i Indonezja (46%). Ten sam wynik co Polska osiągnęły Estonia i Filipiny. Na końcu stawki znajdują się Japonia (7%), Argentyna (15%), Indie (17%) i Niemcy (18%).

Warto zauważyć, że odsetek kobiet wśród osób zajmujących kierownicze stanowiska w polskich przedsiębiorstwach rośnie. W ostatnim roku był to wzrost o kilka punktów procentowych. Znamienne jest również to, że tylko w 13% badanych średnich i dużych firm w Polsce na wysokim stanowisku menedżerskim nie ma żadnej kobiety, podczas gdy średnia dla wszystkich krajów objętych badaniem wynosi 36%.

Gorzej wypadamy, jeśli chodzi o docieranie kobiet na biznesowy szczyt. W naszym kraju tylko 8% prezesów i dyrektorów zarządzających to przedstawicielki płci pięknej. Wśród badanych państw jest to 11 wynik od końca. W Polsce kobiety zasiadające na stanowisku kierowniczym to głównie dyrektorzy finansowi (46% osób na tym stanowisku to właśnie kobiety), dyrektorzy HR (25%) i dyrektorzy kontrolingu (21%).

„Wniosek z naszego badania jest taki, że Polska na tle świata jest bardzo dobrym miejscem dla kobiet, które chcą pracować, chcą się realizować, widzą siebie w biznesie. W Polsce kobietom relatywnie łatwo dochodzi się do wysokich stanowisk i robią to one stosunkowo często” – stwierdza w wywiadzie Jacek Kowalczyk, dyrektor marketingu i PR z firmy Grant Thornton.

Wypadki przy pracy – ile tracą pracodawcy?

W 2015 roku w wypadkach przy pracy zostało poszkodowanych 87 622 osób, aż 304 zmarły. W sumie pracownicy, którzy ulegli wypadkom przebywali 3 692 574 dni na zwolnieniach lekarskich. Jak pokazują wyliczenia W&W Consulting, koszty z tym związane ponoszone przez pracodawców wynosiły średnio 15 217,42 zł lub nawet 23 071,689 zł, w zależności od formy zastępstwa. Co ważne – konsekwencje finansowe to tylko jeden z aspektów – koszty społeczne związane z leczeniem i rekonwalescencją poszkodowanych były znacznie wyższe.

Według danych GUS aktywni zawodowo Polacy, a więc narażeni na wypadki przy pracy, stanowią grupę 16,3 mln osób. Dane pokazują, że zwolnienie lekarskie po tego typu zdarzeniu w 2015 roku trwało średnio 42,3 dnia. – Koszt jednego dnia absencji chorobowej w Polsce, który ponosi pracodawca, wynosi średnio 359,75 zł lub 545,43 zł. Kwota ta zależy od tego, czy został zatrudniony pracownik na zastępstwo, czy praca została rozdysponowana pomiędzy zespół, który otrzyma wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny. Oznacza to, że w 2015 roku koszty związane wypadkami przy pracy przypadające na jednego poszkodowanego wyniosły średnio 15 217,42 zł lub nawet 23 071,689 zł – tłumaczy Łukasz Wawrzyniak, główny specjalista ds. BHP w W&W Consulting.

Dane GUS wskazują, że suma wypłacanych świadczeń z funduszu wypadkowego, w związku z wypadkami przy pracy, co roku przekracza 5 miliardów złotych, co stanowi według obliczeń EY 0,3 proc. PKB Polski. Jednak koszty związane z wypadkami przy pracy należy rozpatrywać w znacznie szerszym kontekście społecznym, który ponoszą wszyscy obywatele, np. leczenia w służbie publicznej lub wypłaty renty w przypadku orzeczenia niezdolności do pracy. Szacunki Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa mówią, że mogą one wynosić pomiędzy 2,6 proc. a 5,9 proc. PKB w 15 krajach tzw. „starej” Unii Europejskiej. Z kolei według szacunków Międzynarodowej Organizacji Pracy koszty społeczne ponoszone przez kraje uprzemysłowione mogą sięgać poziomu 4 proc. PKB.

Które branże są najbardziej narażone na koszty związane z wypadkami przy pracy?

Branże, w których pracownicy w 2015 roku najczęściej ulegali wypadkom przy pracy to przetwórstwo przemysłowe (ponad 32 proc.), handel i naprawa pojazdów samochodowych (ponad 13 proc.), opieka zdrowotna i pomoc społeczna (10 proc.). – Najczęstszą przyczyną wypadków przy pracy jest nieprawidłowe zachowanie pracownika – z tego wynika niemal 60 proc. odnotowanych w 2015 roku zdarzeń. Pozostałymi najczęstszymi przyczynami wypadków były: niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków , co było powodem 8,6 proc. wypadków oraz niekorzystanie lub niewłaściwe posługiwanie się narzędziami lub wyposażeniem, co spowodowało 7,5 proc. zdarzeń – wylicza Łukasz Wawrzyniak.

Wypadki, choć kosztowne, na szczęście w większości nie są groźne

Jak wskazują dane GUS do najczęstszych urazów w wypadkach przy pracy, które miały miejsce w 2015 roku,  należały uszkodzenia rąk (43,3 proc.) i nóg (34,6 proc.). Jednak niemal połowa, bo 44 proc. spośród odnotowanych urazów była powierzchowna. ¼ poszkodowanych miała zwichnięcie, skręcenie i naderwanie lub przemieszczenie, natomiast złamania kości dotyczyły niemal co 5 poszkodowanego (17 proc.). – Pomimo, tego, że większość urazów, które nastąpiły w czasie wypadków przy pracy nie była groźna dla życia, ani nie spowodowała długotrwałej niezdolności do pracy, równocześnie uniemożliwiały one wykonywanie obowiązków zawodowych. Dla pracodawców oznacza to wymierne koszty związane z wypłatą pensji w czasie zwolnienia lekarskiego, zastępstwem lub zmniejszoną wydajnością pracy firmy – podsumowuje Łukasz Wawrzyniak.

Kobiety siłą branży komunikacji i PR

Powinny dziwić pytania dotyczące podziału na kobiety i mężczyzn w biznesie. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a jedynie genetyka podzieliła nas na płciowość. Nie ma w tej chwili różnic pomiędzy ludźmi, ale pomiędzy ich kompetencjami. W każdej dziedzinie liczy się to, co ludzie potrafią i co są w stanie zaoferować sobie wzajemnie lub danej organizacji.

W środowisku marketingu, komunikacji, PR-u oraz digitalu dominują kobiety. Zazwyczaj zajmują one najwyższe stanowiska, zdobywają laury kobiet biznesu, wspaniale prowadzą działalność gospodarczą, posiadają wiele cech brakujących mężczyznom oraz lepiej od nich zarządzają kadrą.

– Nie jest to kwestia wyzwolenia, ale prawdziwej wartości wnoszonej przez kobiety – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Pawlikowski, Chairman & CEO Publicis Communication Poland – W odróżnieniu do kobiet, mężczyźni nie posiadają umiejętności rozpoznania emocji oraz inteligencji. W naszym środowisku bardzo często zdarzają się sytuacje, że małżeństwa lub pary zajmują bardzo eksponowane stanowiska menedżerskie.

Tabor nowy fabrycznie a modernizowany – komentarz Marcina Guryniuka

Marcin Garyniuk
Marcin Guryniuk, Prezes zarządu Polskiego Taboru Szynowego

Stosunek jakości do ceny, oferta krótko, średnio i długoterminowego leasingu czy brak potrzeby inwestowania w dedykowaną bazę serwisową. Tylko przemyślana oraz kompleksowa modernizacja EZT EN57, przeprowadzona według efektywnej kosztowo dokumentacji konstrukcyjnej w oparciu o sprawdzone rozwiązania technologiczne, stanowi atrakcyjną alternatywę dla zupełnie nowych składów. Modernizacja jednostek może być bardziej zasadna od budowy nowego pojazdu, pod warunkiem że spełnia określone kryteria. Najważniejszą kwestią jest to, aby pojazdy wywiązywały się ze swojej roli, były komfortowe zarówno dla pasażerów, jak i przewoźników. Przede wszystkim, pociąg nie może odbiegać standardem od nowego pojazdu. Za jego przewagę konkurencyjną należy uznać fakt, że nie wymaga tworzenia nowych baz serwisowych czy nadmiernych inwestycji w szkolenie personelu, tak jak to bywa w przypadku wypuszczania na tory zupełnie nowych modeli. Liczy się także czas, a ten w przypadku modernizacji można zdecydowanie skrócić, choćby ze względu na to, że udoskonalamy sprawdzone, a nie testujemy prototyp na organizmie żywym, jakim jest pasażer i operator regionalny.

Gruntowna modernizacja musi zakładać wymierną poprawę cech eksploatacyjnych pojazdu, komfort podróżowania, komfort pracy maszynisty, a także uwzględniać nowoczesny design. Kluczem do sukcesu jest jednak modernizacja ostoi oraz wózków, czyli najbardziej newralgicznych elementów EZT. Sytuacje, w których ostoja pęka po zderzeniu z przeszkodą, a wózki nie są w stanie wytłumić wstrząsów, mają bezpośredni wpływ na pojawiające się wątpliwości na temat zasadności modernizacji. Oczekiwania pasażerów i przewoźników sukcesywnie rosną. Może je zaspokoić wyłącznie produkt z najwyższej półki, który poprzez stosunek jakości do ceny bez kompromisów w żaden sposób nie obniża komfortu eksploatacji przez operatora. Istotna jest równowaga pomiędzy korzystaniem ze sprawdzonych zasobów a wdrażaniem kosztownych innowacji. Pojazd w pełni klimatyzowany, wielofunkcyjny, wyposażony w nowoczesne systemy multimedialne, zapewniający szereg udogodnień dla osób o ograniczonej mobilności ruchowej oraz posiadający wymagane właściwości rozruchowe i hamowania, to nie jest opis całkowicie nowego modelu, ale właśnie zmodernizowanego.

Segmenty rynku EZT są silnie zróżnicowane, co powoduje konieczność przyjęcia założeń zwiększających porównywalność poszczególnych opcji inwestycyjnych. W ostatnich latach jest zauważalny wzrost zakresów przeprowadzonych modernizacji szczególnie w obszarze jakości i ergonomii dla użytkownika. W praktyce jednak, w przypadku zastępowania EN57 przez nowe EZT, nominalna liczba nowych miejsc w składach różni się od tych dostępnych w zastępowanych EN57. Wymiana ekwiwalentna w zasadzie nie występuje. Zarówno zmodernizowany, jak i fabrycznie nowy tabor umożliwiają przewoźnikowi stworzenie wartościowej oferty dla klienta, czyli pasażera. W porównaniu do głębokiej modernizacji, koszt wdrożenia całkowicie nowego konceptu EZT może być jednak nawet ponad dwukrotnie wyższy, a zrealizowany cel jest dokładnie taki sam. Nikt nikogo nie zmusza do tego, żeby zmodernizowanymi EZT EN57 jeździć nawet ok. 30 lat, ale daje to zabezpieczenie czasowe na przygotowanie całej infrastruktury oraz gospodarki, a więc i zasobności portfela zakupowego, na skuteczne przyjęcie i implementację nowatorskich projektów. Doskonałym przykładem może być branża motoryzacyjna, która realizuje ekologiczne rozwiązania w postaci samochodów napędzanych energią elektryczną etapowo i w oparciu o długofalową strategię, zakładającą współistnienie wszystkich rodzajów napędów. Stanowisko podmiotów zaangażowanych w budowę nowych składów jest zasadne, lecz to ewolucja, a nie rewolucja skutecznie przygotuje rodzime zaplecze na wybitną myśl techniczną polskich konstruktorów docenianą na wielu rynkach. Decyzja o wyborze nowego lub zmodernizowanego taboru powinna być przemyślana i opierać się na dokładnej analizie kosztów nabycia oraz użytkowania w ramach długoterminowego planowania strategicznego.

Marcin Guryniuk, Prezes zarządu Polskiego Taboru Szynowego

WikiLeaks ujawnia „hakerskie narzędzia” CIA | Komentarz Matthew Ravdena

Matthew Ravden, wiceprezes firmy Balabit
Matthew Ravden, wiceprezes firmy Balabit

Na WikiLeaks pojawiła się publikacja o kryptonimie Vault7 zawierająca szczegóły i opis narzędzi wykorzystujących luki w oprogramowaniu iOS, Android i Windows. Zakładając, że te doniesienia są prawdziwe (a wydają się być autentyczne), to dla szeroko rozumianej opinii publicznej szokująca może być informacja o tym, jak potężnymi narzędziami dysponują organizacje sponsorowane przez rządy niektórych państw, a których celem jest zdobywanie informacji. Okazuje się, że służyć temu mogą telewizory, smartfony, a właściwie dowolne urządzenia podłączone do sieci.

Jednak dla osób związanych z branżą bezpieczeństwa informacje te nie są szczególne zaskakująca. Zasoby, jakimi dysponują CIA, MI5, czy FSB umożliwiają im właściwie wszystko. Można powiedzieć, że organizacje te funkcjonują według zupełnie innych reguł, niż reszta społeczeństwa.

Na ironię zakrawa więc fakt, że pomimo tych wszystkich możliwości i technologii, CIA nie jest w stanie prawidłowo nadzorować własnego personelu. Potrafią włamać się na telewizor Samsunga, ale nie potrafią namierzyć nietypowego zachowania użytkownika na własnym serwerze albo nietypowego zrzutu wrażliwych danych dostępu.

Wśród specjalistów zajmujących się bezpieczeństwem danych od dawna wiadomo, że największym zagrożeniem dla organizacji są tak zwani uprzywilejowani użytkownicy, czyli ci, którzy mają szczególne uprawnienia dostępu do infrastruktury i danych organizacji. Jedna osoba o odpowiednich uprawnieniach może wywołać nieprawdopodobne straty i chaos.

Najwyraźniej wnioski z afery Snowdena nie zostały wyciągnięte, a oczywistym jest, że konieczny jest lepszy monitoring użytkowników i lepsza analityka.”