Inwestycje w start-upy rosną zbyt wolno. Skłonność funduszy do ryzyka jest mniejsza niż na Zachodzie

Inwestycje w start-upy rosną zbyt wolno. Skłonność funduszy do ryzyka jest mniejsza niż na Zachodzie 1

Innowacyjność pomysłu i jego potencjał globalizacyjny oraz podejście biznesowe pomysłodawcy – na te czynniki zwracają inwestorzy, wybierając start-upy, które warto wesprzeć finansowo. Ich skłonność do inwestowania jest jednak w Polsce dużo mniejsza niż na bardziej rozwiniętych rynkach. Eksperci zaznaczają, że to też kwestia przygotowania projektów – rodzime uczelnie nie są przygotowane do komercjalizacji wynalazków i współpracy z biznesem, a większość projektów ubiegających się o wsparcie inwestorów jest na wczesnym etapie naukowo-badawczym.

– W polskich warunkach inwestycje w start-upy to nadal trudny temat. W stosunku do rynków zagranicznych pojawia się relatywnie niewiele dobrych pomysłów, a skłonność funduszy do ryzyka jest dużo mniejsza. Z roku na rok jest jedna coraz lepiej i pojawia się coraz więcej inwestycji z branży usług informatycznych czy e-usług związanych z e-commerce. W ciągu niemal dwóch ostatnich lat w naszym portfelu pojawiło się ponad 20 inwestycji kapitałowych w takie spółki e-informatyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Girek, prezes zarządu Cube.itg, giełdowej spółki informatycznej.

Wybierając start-upy, w które warto zainwestować, fundusze zwracają uwagę na innowacyjność i oryginalność pomysłu oraz potencjał odniesienia sukcesu na rynku. Liczy się również wiara pomysłodawcy w swój pomysł, poparta jego zaangażowaniem kapitałowym, które gwarantuje, że w stu procentach poświęci się on realizacji przedsięwzięcia. Trzecim, istotnym czynnikiem jest potencjał globalizacyjny start-upu.

– Potencjał polskich start-upów jest bardzo duży i sama chęć wychodzenia na rynki zagraniczne jest również wyjściem naprzeciw oczekiwaniom inwestorów. Nasze start-upy różnią się jednak od amerykańskich czy izraelskich, które mają dostęp do większych rynków. Dzisiaj tym, na co zwracamy uwagę przy potencjale globalizacyjnym, jest możliwość przeznaczenia części finansowania właśnie na wyjście na większe, dużo bardziej rozwinięte rynki. Panuje na nich większa konkurencja, która szybko weryfikuje pomysł biznesowy – mówi Marek Girek.

W oczach inwestorów największy potencjał mają obecnie start-upy związane z rynkiem IT i internetem rzeczy. To branża, która rozwija się dynamicznie w skali globalnej. Internet of Things, a w szczególności rozwiązania z zakresu medycyny stwarzają polskim start-upom potencjał globalizacyjny i możliwość rozwoju poza polskim rynkiem.

Prezes Cube.itg zauważa, że inwestorzy wykładają na rozwój wybranych start-upów duże środki finansowe, stąd ich oczekiwania w stosunku do pomysłodawcy przedsięwzięcia są bardzo wysokie.

– Oczekujemy przede wszystkim podejścia biznesowego, które przełoży się na pomysł realizacyjny i pewną stopę zwrotu, w którą uwierzy nasz komitet inwestycyjny. Zaangażowanie, pomysł, jego potencjał globalizacyjny oraz wiara pomysłodawcy w swój biznes potwierdzona własnym wkładem finansowym są czynnikami, które przesądzają o wsparciu. My na swoje sposoby i dostępną nam wiedzą weryfikujemy dany pomysł lub technologię i sprawdzamy, czy podobnych rozwiązań nie ma już gdzieś na świecie – mówi Marek Girek.

Charakterystyczne dla polskiego rynku start-upów jest to, że pojawiające się pomysły są głęboko zakorzenione w nauce i często na wstępnym etapie naukowo-badawczym, który jest zbyt wczesny z punktu widzenia inwestora. Rynek nie jest na tyle dojrzały, aby przygotować pomysły i innowacje powstające na polskich uczelniach do etapu, w którym inwestor mógłby się zaangażować kapitałowo.

– Część inwestorów nie chce projektów na etapie naukowo-badawczym, a takich mamy najwięcej. Pomysłodawcy powinni raczej celować w projekty naukowo-badawcze finansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju czy Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, które trafiają do funduszy inwestycyjnych. Tam odsiew projektów na etapie badawczym jest dość duży, a różnica pomiędzy start-upami zgłoszonymi a tymi wybranymi do finansowania jest bardzo duża. Na naszym przykładzie, z ponad 200 przebadanych technologii do dofinansowania wybranych zostało tylko 10 proc. – mówi Marek Girek.

Day trading, czyli jak umiejętnie inwestować na rynku Forex

Day trading na rynku walutowym lub inaczej rynku Forex, oferuje szerokie możliwości inwestycyjne w porównaniu z tradycyjnymi rynkami finansowymi. Jest to strategia krótkoterminowego inwestowania w waluty, polegająca na otwieraniu i zamykaniu pozycji walutowej w tym samym dniu w celu osiągnięcia zysków wynikających ze zmian kursów walut w trakcie dnia. Day trading jest też najczęstszym sposobem inwestycji na rynku Forex, dlatego warto przyjrzeć się korzyściom i ryzykom wynikającym z takiej strategii inwestycyjnej.

Day trading: Forex versus Giełda

Kluczową przewagą day tradingu na rynku Forex wobec tradycyjnych rynków giełdowych jest to, że inwestorzy zamiast czekać często przez wiele miesięcy lub lat na wzrost wartości akcji, które posiadają w swoim portfelu, mogą czerpać zyski z codziennych wzrostów lub spadków wartości waluty. W przeciwieństwie do rynku akcji, nie istnieją też żadne ograniczenia dotyczące krótkiej sprzedaży waluty. Oznacza to, że inwestor na rynku Forex może zarabiać zarówno w trakcie hossy jak i bessy. Są inwestorzy, którzy starają się osiągnąć zyski dzięki niewielkiej aprecjacji lub deprecjacji na wartości waluty. Rynek Forex zapewnia im doskonałą płynność, gdyż jest on największym rynkiem finansowym na świecie. Płynność na rynku akcyjnym jest niestabilna, a dodatkowo ograniczona przez z góry ustalone godziny handlu. Na rynku Forex nie ma takiego problemu, gdyż w przypadku głównych par walutowych handel trwa 24 godziny na dobę 5 dni w tygodniu – od poniedziałku do piątku włącznie.

Ryzyka związane z day tradingiem na rynku Forex

Rynek Forex zachowuje się inaczej niż inne rynki finansowe. Jego szybkość, zmienność i ogromny rozmiar są niepodobne do niczego innego w świecie finansów. W przeciwieństwie do rynków giełdowych nie jest on w żaden sposób kontrolowany – nie rządzi nim żadne pojedyncze wydarzenie, osoba lub reguła.

Dlatego też rynki walutowe są bardzo spekulacyjne i niestabilne z natury. Każda waluta może stać się bardzo kosztowna lub tania w stosunku do jednej lub wszystkich innych walut w przeciągu kilku dni, godzin a czasami nawet kilku minut. Ten nieprzewidywalny charakter kursów walut, jednak przyciąga wielu inwestorów do inwestycji na rynku walutowym.

Każdy świadomy inwestor przed rozpoczęciem inwestycji day trading na rynku Forex powinien zapoznać się z ryzykiem kursowym charakterystycznym dla tego rynku. W trakcie inwestycji day trading ryzykowne mogą być m.in.:

  • Przypadkowe korekty kursów walutowych
  • Gwałtowne wahania kursów walutowych
  • Zmienne rynki, oferujące możliwość szybkich zysków/strat
  • Rozbieżności pomiędzy kwotowaniami ze strony banków

Są to obszary, na które każdy day trader powinien zwracać uwagę zarówno przed jak i w trakcie handlu. Należy również przedsięwziąć odpowiednie kroki, aby zminimalizować potencjalną stratę, która może powstać w wyniku wystąpienia ryzyka kursowego.

Umiejętne wykorzystanie dźwigni finansowej

Użycie dźwigni finansowej w trakcie day tradingu na rynku Forex oznacza, że każdy ruch na rynku będzie miał proporcjonalnie większy wpływ na zainwestowane pod pozycją walutową pieniądze. To może działać zarówno korzystnie, jak i niekorzystnie dla inwestora. Z jednej strony, możemy szybko wygenerować stopę zwrotu rzędu kilkudziesięciu lub nawet kilkuset procent w stosunku do zainwestowanych pieniędzy. Z drugiej strony, istnieje ryzyko utraty większej części zainwestowanych pieniędzy i potrzeby dopłaty dodatkowych środków, aby utrzymać otwartą, stratną pozycję walutową. Natomiast jeśli nie dopłacimy środków w odpowiednio szybkim czasie, istnieje ryzyko, że pozycja zamknie się ze stratą równą całości zainwestowanych pieniędzy. Umiejętne stosowanie strategii Stop Loss lub Limit Order może znacznie obniżyć tego typu ryzyko. Kolejna bardzo ważna zasada to inwestowanie jedynie pieniędzy, na których stratę możemy sobie pozwolić.

Redukcja ryzyka podczas day tradingu

Jednym z możliwych sposobów na zminimalizowanie ryzyka podczas day tradingu jest stosowanie twardej dyscypliny inwestycyjnej. Przed otworzeniem pozycji inwestor powinien wiedzieć, dlaczego chce ją otworzyć na tym właśnie poziomie oraz ustalić odpowiedni poziom Stop Loss i Take Profit. Dyscyplina polega również na akceptacji wcześniej założonych Stop Lossów i nieuleganiu pokusie dokładania pieniędzy do tracącej pozycji, która osiągnęła już swój pierwotny poziom Stop Loss.

Dobrą decyzją będzie również nauka handlu przy użyciu analizy fundamentalnej. Zrozumienie fundamentalnych zasad inwestycji wymaga również zrozumienia metod analizy technicznej. Kiedy fundamentalne i techniczne sygnały wskazują na ten sam kierunek, mamy zwiększoną szansę na odniesienie sukcesu, szczególnie dodając do tego umiejętne zasady zarządzania pieniędzmi. Podstawową zasadą inwestycyjną jest postępowanie zgodnie z tzw. „regułą kciuka”: tj. otwieranie długich lub neutralnych pozycji w trakcie hossy oraz krótkich i neutralnych pozycji w trakcie bessy. W samej analizie technicznej powinno używać się prostych poziomów wsparć i oporu, poziomów Fibonacciego, średnich ruchomych oraz wskaźników wykupienia/wyprzedania rynku.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Brytyjska gospodarka może dostać zadyszki pomimo silnego wzrostu PKB w zeszłym roku

PKB w Wielkiej Brytanii urosło 0,7 proc. w IV kwartale 2016 roku, co jest rewizją wcześniejszej estymacji wzrostu na poziomie 0,6 proc. Natomiast w ujęciu rok do roku, wzrost PKB zrewidowano w dół z 2,2 proc. do 2,0 proc. Dane można uznać za mieszane, natomiast po ich publikacji funt tanieje. Para GBPUSD traci około 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2450, a para GBPJPY traci aż 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 140,60. Jedynie wobec euro szterling zachowuje się neutralnie, bo para EURGBP pozostaje w pobliżu poziomu 0,8450. 

Przyczyną słabej kondycji funta jest rozłożenie składowych odpowiedzialnych za wzrost PKB. Silny wzrost można głównie zawdzięczać wzrostom przychodów z wymiany handlowej oraz rosnącym wydatkom konsumentów. Z drugiej strony widzimy silny spadek inwestycji biznesowych. W tym roku ciężko będzie jednak osiągnąć podobną dynamikę wzrostu. Zbliża się zapowiadany na koniec marca termin uruchomienia tzw. formalnej procedury Brexitu. Sam przebieg negocjacji może mieć negatywny wpływ nie tylko na wycenę funta, ale również na wpływy z wymiany handlowej po ograniczeniu bezkosztowego dostępu do wspólnego unijnego rynku, czy dalsze postrzeganie Londynu jako światowego centrum finansów.

W dniu dzisiejszym inwestorzy oczekują na publikacje tzw. „minutek” z ostatniego posiedzenia Fed-u na przełomie stycznia i lutego. Po ostatnich komentarzach jastrzębich członków Fed-u, którzy nie wykluczają kolejnej podwyżki stóp już w marcu, interesujące będzie, co poszczególni członkowie Fed-u komunikowali między sobą na ten temat podczas oficjalnego posiedzenia. Obecnie kontrakty na stopy procentowe wyceniają już na 43 proc. podwyżkę stóp na marcowym posiedzeniu Fed-u. Dlatego też dolar handluje w miarę stabilnie przed tą ważną dla rynku publikacją. Para EURUSD traci 0,2 proc., handlując w pobliżu poziomu 1,0510, a para USDJPY traci 0,6 proc., handlując w pobliżu poziomu 113,00. Natomiast dolar nieznacznie zyskuje do złotówki, a para USDPLN handluje już niecały grosz poniżej poziomu 4,10.

Ropa naftowa traci dziś ponad 1 proc. na wartości w oczekiwaniu na kluczowy dla rynków raport odnośnie stanu amerykańskich zapasów surowca. Spodziewany jest 4 z kolei tydzień mocnych wzrostów zapasów na poziomie zbliżonym do 10 mln baryłek. Rynek coraz bardziej przestaje wierzyć, iż uzgodnione przez członków OPEC na listopadowym szczycie limity produkcji będą wystarczające, aby zmniejszyć tempo narastania rekordowych zapasów surowca. CEO Total S.A., Patrick Pouyanne twierdzi, iż OPEC oraz Rosja będą zmuszone przedłużyć ich półroczne porozumienie odnośnie cięcia produkcji, jeśli chcą doprowadzić do zmniejszenia globalnego stanu zapasów. Z kolei ABN Amro Bank NV ostrzega, że jeśli cięcia produkcji nie zostaną kontynuowane w drugiej połowie roku, to ceny ropy mogą ostro tąpnąć do poziomu 30 dolarów za baryłkę. Obecnie za baryłkę ropy WTI należy płacić ok. 53,60 dolarów, natomiast za baryłkę ropy Brent ok. 55,90 dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

CVC Capital Partners właścicielem firmy Żabka Polska

CVC Capital Partners (“CVC”), jedna z wiodących firm private equity i doradztwa inwestycyjnego na świecie, ogłosiła dzisiaj, że poprzez swoje fundusze, nabyła spółkę Żabka Polska (“Żabka”) od Mid Europa Partners. Do sfinalizowania akwizycji wystarczy już tylko pozyskanie koniecznych zgód wynikających z uwarunkowań prawnych.

Żabka Polska jest właścicielem sieci sklepów spożywczych segmentu „modern convenience” działających pod markami Żabka i Freshmarket. Przez dziewiętnaście lat swego działania Żabka zdobyła pozycję lidera tego segmentu. Zaczynając od pierwszych sklepów w Poznaniu, urosła do ogólnopolskiej sieci posiadającej ok. 4.500 sklepów franczyzowych prowadzonych przez ok. 3.000 przedsiębiorców.

István Szőke, Partner w CVC, powiedział: “Jestem zadowolony, że mogę ogłosić drugą inwestycję CVC w Polsce, co świadczy o naszym długoterminowym zaangażowaniu w tym kraju i całym regionie Europy Środkowej. Mamy silny zespół w Warszawie oraz globalny zasięg, a więc dwie rzeczy, które są niezbędne do tego, aby skutecznie wspierać rozwój naszych spółek w Polsce.”

Krzysztof Krawczyk, szef CVC w Polsce, dodał: “Żabka jest niekwestionowanym liderem w segmencie „modern convenience”, posiadającym wysokiej jakości model biznesowy i utalentowany zespół. Cieszymy się na współpracę z Zarządem, aby jak najlepiej wykorzystać potencjał rynkowy i rozwijać wspólnie z franczyzobiorcami  obecną sieć sklepów tworząc tym samym w obrębie segmentu modern convenience standard do naśladowania na świecie.”

Tomasz Suchański, Prezes Zarządu Żabki, dodał: “Cieszę się z możliwości współpracy z CVC – inwestorem, który może się pochwalić ogromnym doświadczeniem w budowaniu wielu silnych rynkowo przedsiębiorstw, których sukces wypracowywał z wieloma partnerami. Międzynarodowe doświadczenie w branży detalicznej oraz zrozumienie lokalnego rynku są bezcennym kapitałem dla dalszego rozwoju Żabki.”

Na rynku pojawiła się inteligentna opaska wykorzystująca technologie z NASA. Wraz z aplikacją w kilka minut pomaga zarządzać stresem

Na rynku pojawiła się inteligentna opaska wykorzystująca technologie z NASA. Wraz z aplikacją w kilka minut pomaga zarządzać <a title=stresem" title="Na rynku pojawiła się inteligentna opaska wykorzystująca technologie z NASA. Wraz z aplikacją w kilka minut pomaga zarządzać stresem" />

stresem.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Stres zabiera nam energię życiową, jeżeli nad nim nie panujemy i go nie kontrolujemy, ma on negatywny wpływ jakość snu, powoduje zmęczenie i pogorszenie samopoczucia. Dlatego tak ważne jest umiejętne zarządzanie oddechem. Pomóc w tym może chociażby specjalna inteligentna opaska, która zmierzy tętno, a w połączeniu z aplikacją pomoże nam zapanować nad złymi emocjami i stresem, a co za tym idzie – odbudować poziom energii potrzebny do prawidłowego funkcjonowania.

Inteligentna opaska posiada czuły sensor EKG. Wystarczy, że przyłożymy palec na 2-10 sekund, żeby uzyskać pomiar tak dokładny, jak na sprzęcie medycznym. Dzięki temu, będziemy wiedzieć, kiedy zwolnić tempo i dostosować je do swojej wydolności. Już po 30 sekundach dostajemy także odpowiedź, jaką energią w danej chwili dysponuje nasz organizm.

– Opaska MiVia Essential 350 wykorzystuje sensor EKG w połączeniu z technologią, która pochodzi z NASA. Opaska działa na zasadzie przewodzenia impulsu elektrycznego przez ciało. Wszystko jest bezpieczne. Sensor EKG cechuje się bardzo wysoką dokładnością pomiaru tętna, bicia serca. Dodatkowo, co ważne, pobiera bardzo mało prądu, przekłada się to na bardzo długą pracę urządzenia – mówi agencji Newseria Lifestyle Marcin Gutkiewicz, marketing manager na region Europy Środkowej i Wschodniej MiTAC Europe.

Urządzenie z włączonym Bluetoothem, z włączonymi powiadomieniami, z pomiarem tętna może pracować bez przerwy przez co najmniej 5 dni. Jest ono również połączone z aplikacją, którą można zainstalować na smartfonie. To pozwala na pełne zarządzanie stresem poprzez trening oddechem.

– Ta funkcja wywodzi się z kultury Dalekiego Wschodu, gdzie rozwijana jest od bardzo dawna. Ludzie tam sobie radzą ze stresem w inny sposób niż my tutaj. Przede wszystkim spokój, oddech, kontrola oddechu i właśnie ta opaska w połączeniu z aplikacją potrafi nam pomóc zapanować nad tymi złymi emocjami, nad stresem, nad wyzwoleniem energii, bo tak naprawdę stres zjada naszą energię i potem nie mamy siły na nic więcej, więc jedno wynika z drugiego – mówi Marcin Gutkiewicz.

Regularne wykonywanie pomiarów jest bardzo istotne, a dzięki takiej „elektronicznej obroży” można monitorować swój stan zdrowia na bieżąco i bez większego wysiłku. Opaska jednocześnie kontroluje również ANS, czyli metaboliczny wiek naszego organizmu.

– Według metryki ja mogę mieć na przykład 35 lat, ale mój organizm może być tak zmęczony, że system czy aplikacja pokaże, że mój wiek to jest 45 lat. Jest to spowodowane dużą ilością stresu, przepracowaniem, złym trybem życia, niezarządzaniem stresem, czyli odpływem tej pozytywnej energii z naszego organizmu – tłumaczy Marcin Gutkiewicz.

Właśnie dzięki aplikacji do zarządzania oddechem możemy odbudować ten poziom energii i jednocześnie umiejętnie zarządzać stresem.

– Stres zabiera nam energię życiową, jeżeli nad nim nie panujemy i go nie kontrolujemy, przekłada się to potem na jakość snu, na kolejny dzień, potem się to kumuluje. Po miesiącu można powiedzieć, że już potrzebujemy urlopu przy dużej dawce stresu. Dlatego zarządzanie oddechem i stresem jest tak ważne w dzisiejszych czasach – wyjaśnia Marcin Gutkiewicz.

Wiele osób pochłoniętych obowiązkami prywatnymi i zawodowymi zapomina  lub nie ma czasu na odpoczynek, regenerację organizmu i czy odprężające ćwiczenia. Opaska wraz z aplikacją w kilka minut pomaga odbudować energię i pozbyć się stresu.

YouTube rezygnuje z długich reklam. Materiały promocyjne mają być lepiej dopasowywane do odbiorcy

YouTube rezygnuje z długich reklam. Materiały promocyjne mają być lepiej dopasowywane do odbiorcy 2

Styczeń był miesiącem kolejnych nowości w mediach społecznościowych. Instagram planuje wprowadzenie nowych opcji dla reklamodawców, a Facebook zapowiedział zmiany w pozycjonowaniu filmów. Największe zmiany czekają jednak serwis YouTube, który będzie pozycjonował materiały promocyjne zgodnie z preferencjami swoich użytkowników. Od przyszłego roku mają z niego zniknąć długie, 30-sekundowe klipy promocyjne, których nie da się ominąć.

Liczba treści wideo na Facebooku sukcesywnie wzrasta. Pod koniec stycznia społecznościowy gigant zapowiedział zmianę algorytmu pozycjonowania dłuższych filmów w aktualnościach. Serwis wprowadził nowy parametr – „procent ukończenia”, czyli informację o tym, jaka część nagrania została obejrzana przez danego użytkownika.

Obejrzenie długiego filmu wymaga od użytkowników większego zaangażowania niż w przypadku krótkich nagrań wideo. Dlatego informacja, że dany materiał został wyświetlony w całości lub przynajmniej w większym procencie, będzie dla serwisu sygnałem, że nagranie było interesujące. Dzięki temu Facebook będzie mógł lepiej dopasowywać kolejne klipy proponowane w aktualnościach.

– Zmiana ma zostać wprowadzona w najbliższych tygodniach. Co to oznacza dla marketerów? Może się zdarzyć tak, że dłuższe filmy będą miały większe zasięgi kosztem krótkich treści – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna PRoto.pl.

Z funkcji Stories zwanej po polsku „relacjami”, którą w sierpniu ubiegłego roku wprowadził Instagram, korzysta już ponad 150 mln użytkowników. Funkcja zapożyczona ze Snapchata umożliwia dzielenie się ze znajomymi zdjęciami, które znikają po upływie 24 godzin. Teraz serwis zapowiedział wprowadzenie kolejnych zmian i nowych opcji dla reklamodawców. Pierwszą z nich będą statystyki dotyczące „relacji”, dostępne w biznesowej części serwisu. Dzięki nim firmy będą miały dostęp do takich danych jak zasięg, liczba wyświetleń czy odpowiedzi w Instagram Stories.

– Druga nowa opcja to reklamy pełnoekranowe. Na razie nowe opcje będą działać w Stanach Zjednoczonych – mówi Joanna Jałowiec. – Zmiany wprowadzane w aplikacji Instagram nie dziwią, ponieważ jedna trzecia treści wyświetlanych w najbardziej popularnych relacjach jest tworzona przez firmy. Według statystyk 70 proc. użytkowników Instagrama obserwuje w serwisie przynajmniej jedną firmę.

Rewolucję w ostatnich dniach zapowiedział też YouTube. Począwszy od przyszłego roku, z serwisu znikną 30-sekundowe reklamy, których użytkownicy nie mogą pominąć. Materiały promocyjne na YouTubie mają być również bardziej przyjazne i lepiej dopasowane do odbiorców.

– Co zaskakujące, w erze big data i monitorowania naszych poczynań jako konsumentów dotychczas reklamy na platformie YouTube były wyświetlane przypadkowo. Właściciel platformy, czyli Google, zapowiedział zmiany. Reklamy na YouTube będą dopasowywane do tego, czego szukaliśmy w wyszukiwarkach, podobnie jak ma to miejsce w innych serwisach – mówi Joanna Jałowiec.

Zmiany wprowadzają również serwisy Twitter i Periscope, które rozwijają formaty wideo i za przykładem konkurencji wprowadzają opcje video live 360 stopni, która pozwala użytkownikom na interaktywną obserwację tego, co widać dookoła nadawcy komunikatu.

Redaktor naczelna PRoto.pl podkreśla też wydarzenie, które zwróciło w styczniu uwagę social mediów. W ubiegłym miesiącu Donald Trump został zaprzysiężony na kolejnego prezydenta Stanów Zjednoczonych i przejął konta swojego poprzednika w serwisach społecznościowych. Administracja Baracka Obamy była bardzo aktywna w social media i przez blisko osiem lat stworzyła kontent w postaci prawie 30 tys. tweetów i tysięcy nagrań wideo, a za czasów prezydentury Obamy Biały Dom opracował strategię cyfryzacji. Dlatego po zmianie w fotelu prezydenckim podjęto starania, aby ten kontent w całości zachować.

– Treści trafiły do archiwów i są wciąż dostępne, ale przykładowo konto POTUS, które wcześniej prowadził Barack Obama, teraz zostało oznaczone cyferką POTUS44 oznaczającą 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych – mówi Joanna Jałowiec.

Polski przemysł kosmiczny szuka pracowników. Brakuje osób wykształconych w tym zakresie

Polski przemysł kosmiczny szuka pracowników. Brakuje osób wykształconych w tym zakresie 3

Polski rynek kosmiczny szybko się rozwija. Rośnie też zapotrzebowanie na specjalistów z branży. Choć polskie uczelnie oferują kierunki związane z przemysłem kosmicznym, brakuje osób wykształconych ściśle w tym zakresie. Potrzebni są jednak również programiści, inżynierowie czy elektronicy. Wraz z rozwojem przemysłu będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników.

– Na rynku jest mało ludzi wykształconych w kierunkach kosmicznych, choć polskie uczelnie kształcą w tym zakresie. Nie tylko pozyskujemy ludzi, którzy są związani z branżą kosmiczną, lecz także przyjmujemy elektroników, programistów, ludzi, którzy mają wyspecjalizowaną wiedzę i umiejętności – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Zwoliński, prezes SatRevolution.

Eksperci podkreślają, że bolączką polskiego przemysłu kosmicznego jest brak wykwalifikowanej kadry inżynierskiej. Dotychczas z powodu słabo rozwiniętego przemysłu naukowcy pracowali poza granicami kraju. Choć pojawiają się kierunki na niektórych uczelniach, które przygotowują do pracy w tym sektorze rynku, zapotrzebowanie firm jest znacznie większe, zwłaszcza że w ostatnich kilku latach przemysł kosmiczny w Polsce notuje dynamiczne wzrosty. Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że do 2030 roku obroty rodzimych firm z sektora kosmicznego mają wynosić co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów tej branży w Europie.

– W tym roku planujemy powiększenie naszego zespołu. Obecnie liczy on 10 osób, planujemy, żeby przybyło około 20 osób. Chcemy pozyskać 40 mln zł finansowania, będziemy więc bardzo mocno rozwijać naszą firmę i chcielibyśmy za dwa lata zatrudniać około 200–250 fachowców od tworzenia satelitów – zapowiada prezes SatRevolution.

Opracowane przez spółkę dwa satelity – Światowid i Rusałka – mają obrazować ziemię, testować systemy telekomunikacyjne i badać wytrzymałość na promieniowanie. Docelowo firma chce stworzyć fabrykę nanosatelitów i stać się istotnym graczem na światowym rynku. Już ok. 2020 roku stworzony system ma przynosić zyski. Rozwój firmy oznacza większe zapotrzebowanie na specjalistów, nie tylko z samego przemysłu kosmicznego.

– Na pokładzie mamy optyka, inżynierów elektroników, programistów embedded i programistów do zarządzania danymi, mamy techników, którzy zajmują się lutowaniem i przygotowywaniem podzespołów. Wraz ze wzrostem naszych potrzeb i rozwojem firmy będziemy przyjmować coraz większą liczbę specjalistów z różnych dziedzin – wskazuje Zwoliński.

Jak podkreśla prezes SatRevolution, w Polsce nie ma jeszcze dużej konkurencji między firmami o pozyskanie najlepszych pracowników. Polski przemysł kosmiczny zaczął się rozwijać po przystąpieniu Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w 2012 roku. Firm w branży jest jednak coraz więcej. Jeszcze w 2012 roku na specjalnym portalu internetowym ESA było zarejestrowanych nieco mniej niż 50 polskich podmiotów zainteresowanych udziałem w przetargach. Obecnie jest ich już ponad 300.

– W naszym kraju przemysłu kosmicznego prawie w ogóle jeszcze nie ma. To pojedyncze firmy rozsiane po Polsce, które zatrudniają w sumie dziesiątki osób, nie setki. Obecnie nikt nie musi ze sobą walczyć o pozyskanie pracownika. Liczymy jednak na większe zainteresowanie ze strony młodych ludzi pracą w tym sektorze – przyznaje ekspert.

Kształcenie kadr na nowych kierunkach studiów związanych z przemysłem kosmicznym jest jednym z priorytetów przyjętej w ubiegłym roku Polskiej Strategii Kosmicznej. Dodatkowo Agencja Rozwoju Przemysłu i Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego organizują konkurs dla absolwentów studiów na kierunkach technicznych i młodych naukowców „Rozwój kadr sektora kosmicznego”, gdzie najlepsi mogą liczyć na staż w renomowanych firmach działających na rynku.

– Przemysł kosmiczny jest jedną z najważniejszych działalności. Co roku wydaje on około 330 mld dol. na produkcję satelitów, ich wynoszenie, produkowanie części i podzespołów. Dla porównania rynek gier to rocznie 90 mld dol. Dlatego zachęcam wszystkich młodych do sektora kosmicznego, to ciekawa przygoda i daje perspektywę długotrwałego rozwoju oraz zdobywania nowych doświadczeń i umiejętności – przekonuje Grzegorz Zwoliński.

Do 2020 roku Polska może się nie wywiązać z unijnych wytycznych w sprawie OZE

Do 2020 roku Polska może się nie wywiązać z unijnych wytycznych w sprawie OZE 4

Do 2020 roku udział OZE w polskim miksie energetycznym na wzrosnąć do 15 proc. – wynika z unijnego pakietu energetycznego. Zdaniem Grzegorza Wiśniewskiego z Instytutu Energetyki Odnawialnej nasz kraj może mieć jednak kłopoty z realizacją tego celu. Powodem jest niższa od oczekiwań wielkość inwestycji w sektorze oraz brak przejrzystych przepisów prawnych.

– Perspektywy, jeśli chodzi o energetykę odnawialną, są niedobre, natomiast jak popatrzymy na trendy, to zaczynamy się odchylać od realizacji celu na 2020 rok, który wynosi 15 proc. udziału energii z OZE w polskim miksie energetycznym. Jesteśmy na poziomie 13 proc. i tak naprawdę udział energii odnawialnej zamiast rosnąć spada – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Wiśniewski prezes zarządu Instytut Energetyki Odnawialnej.

Zgodnie z unijnymi wytycznymi do 2020 roku udział OZE w polskim miksie energetycznym ma wynieść przynajmniej 15 proc. Natomiast w przypadku perspektywy obejmującej 2030 rok przewiduje się, że energia pochodząca ze źródeł odnawialnych – głównie energii słonecznej, wiatru oraz biomasy –stanowić będzie 1/4 całkowitej produkcji energetycznej naszego kraju.

– Na rynku energii elektrycznej w ogóle mamy obecnie do czynienia z dość dziwną sytuacją, ponieważ 2016 rok pokazał spadek inwestycji i to dotyczy zarówno energetyki konwencjonalnej, jak i energetyki odnawialnej. Jednocześnie przy spadku inwestycji nastąpił wzrost cen energii – mówi agencji Newseria Grzegorz Wiśniewski prezes zarządu Instytut Energetyki Odnawialnej.

Według informacji Urzędu Regulacji Energetyki w IV kwartale 2016 roku średnia cena sprzedaży energii elektrycznej wyniosła 169,57 zł/MWh. Był to co prawda wynik nieznacznie niższy niż w II i III kwartale, ale za to wyższy niż w I kwartale ubiegłego roku, kiedy średnia cena energii wynosiła 167,45 zł/MWh.

Ekspert dodaje, że spore oczekiwania rynek pokładał w pierwszej w historii aukcji OZE przeprowadzonej pod koniec grudnia 2016 roku przez Urząd Regulacji Energetyki. W jej ramach odbyły się cztery oddzielne licytacje, podczas których zakontraktowano sprzedaż 7,31 TWh energii elektrycznej z OZE, za co oferenci dostaną 1,1 mld zł. W sumie w aukcji skuteczne oferty złożyło 209 podmiotów.

– Miały się pojawić inwestycje po rozstrzygnięciu na koniec ubiegłego roku aukcji na energię z odnawialnych źródeł energii. Okazało się, że z wielkiej chmury był mały deszcz, bo przybędzie tylko 70 MW nowych mocy w fotowoltaice i kilka pojedynczych projektów wiatrowych – zauważa Wiśniewski

– Osiągnięte wyniki na pewno nie są dobrą perspektywą dla energetyki odnawialnej. Tym bardziej że brakuje szeregu przepisów wykonawczych w dalszym ciągu i nie wiadomo, kiedy będzie ogłoszona aukcja OZE w 2017 roku, a do tego inwestorzy mają aż dwa lata na to, żeby te 70 MW nowo zakontraktowanych mocy zrealizować – podsumowuje Wiśniewski.

Jak wynika z opublikowanego w czerwcu 2016 roku raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej, w 2016 roku zainstalowana moc polskich systemów fotowoltaicznych wynosiła niespełna 120 MW. Dla porównania w Niemczech w przeliczeniu na jednego mieszkańca zainstalowana moc jest ponad 200-krotnie wyższa.

Sklepy internetowe pod lupą fiskusa. Urzędy skarbowe znajdują wiele nieprawidłowości

Sklepy internetowe pod lupą fiskusa. Urzędy skarbowe znajdują wiele nieprawidłowości 5

Ostatnie lata to okres dynamicznego wzrostu e-handlu. Rynek wart jest ponad 36 mld zł, a w sklepach internetowych kupuje już połowa internautów. Dynamiczny rozwój sektora sprawia, że pojawiają się nowe ryzyka podatkowe, z którymi przedsiębiorcy nie zawsze są w stanie sobie poradzić. Dlatego branży uważnie przyglądają się urzędy skarbowe. Edukacja podatkowa pozwoli wyeliminować obszary, w których fiskus mógłby zidentyfikować nadużycia – ocenia Katarzyna Klimkiewicz-Deplano z firmy Advicero Tax.

– Handel elektroniczny jest gałęzią biznesu, która w ostatnich latach bardzo mocno się rozwija. Pojawia się dużo nowych sklepów sprzedających tylko online, a dodatkowo wiele stacjonarnych sklepów przechodzi na platformę internetową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Klimkiewicz-Deplano, partner i doradca podatkowy w Advicero Tax.

Z badania Gemius wynika, że blisko połowa internautów robi zakupy w sieci. Obecnie na polskim rynku działa ok. 20 tys. internetowych sklepów, z czego ponad 7 tys. powstało w 2016 roku. Jeszcze dekadę temu ich liczba nie przekraczała 3 tys.

– Również organy podatkowe zauważyły ten nowy, szybko rosnący sektor. Pojawiają się nowe ryzyka podatkowe, którym przedsiębiorcy nie zawsze są w stanie sprostać – tłumaczy Klimkiewicz-Deplano.

Branża e-commerce coraz częściej znajduje się na celowniku fiskusa. Została wskazana w Krajowym Planie Działań Administracji Podatkowej jako jeden z sektorów, który będzie się znajdował w polu zainteresowania organów podatkowych.

– Największe problemy w zakresie bieżącej działalności sprawia korzystanie lub niekorzystanie z kas fiskalnych. Rozporządzenia, które obowiązują w Polsce, wprowadzają pewne zwolnienia z obowiązku ewidencjonowania sprzedaży przez internet na kasach fiskalnych, natomiast warunki, żeby móc z takiego zwolnienia skorzystać, są dość specyficzne i nie zawsze tak samo rozumiane przez przedsiębiorcę i urząd skarbowy – wskazuje ekspertka Advicero Tax.

Resort rozwoju wskazuje na najczęstsze nieprawidłowości podatkowe popełniane przez sklepy internetowe. Dokonywanie sprzedaży z pominięciem kasy rejestrującej znalazło się w czołówce (143 przypadki). Problemem jest też niewykazywanie faktycznych dochodów (322 przypadki), odliczanie podatku naliczonego z faktur dokumentujących zakup towarów i usług, z tytułu których podatnikowi nie przysługuje prawo do odliczenia (159) czy niedokonywanie wpłat zaliczek na podatek dochodowy w ciągu roku (153).

– Sklepy internetowe często kupują towary, które następnie sprzedają za granicą albo sprzedają polskie towary za granicę. Pojawia się szereg kwestii związanych z rozliczeniem podatku VAT od takich nabyć albo sprzedaży. Z tym wiążą się takie zagadnienie jak transakcje łańcuchowe, kiedy trzeba w odpowiedni sposób zidentyfikować kraj, w którym się wykazuje należny VAT. Mamy tzw. sprzedaż wysyłkową, gdzie również są specyficzne regulacje podatkowe – wymienia Katarzyna Klimkiewicz-Deplano.

Teoretycznie miejscem opodatkowania jest ten kraj, do którego dostarczane są towary. Jeśli jednak wartość sprzedaży dokonywanej przez polski e-sklep nie przekroczy w danym i poprzednim roku podatkowym limitu dla danego kraju, do którego trafia dostawa, opodatkowanie następuje w Polsce. Każdy kraj ma inne limity.

– Przedsiębiorcy muszą się też zmierzyć z kontrolami podatkowymi. W ostatnich latach obserwujemy wzmożenie kontroli podatkowych prowadzonych przez urzędy skarbowe i urzędy kontroli skarbowej. Branża e-commerce jest polem doświadczalnym dla tych organów. Z jednej strony jest tam dużo nowych kwestii podatkowych, z drugiej strony organy często liczą na to, że spotkają się z brakiem doświadczenia i niewiedzą podatników – przypomina Klimkiewicz-Deplano.

Przedsiębiorcy nie zawsze wiedzą, jak rozliczyć podatek, jak go wykazać ani jak przygotować się do kontroli skarbówki. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że różne typy akcji promocyjnych oznaczają skutki podatkowe. Jak podkreśla ekspertka, najważniejsza jest edukacja podatkowa. Dlatego eksperci Advicero Tax pod patronatem Izby Gospodarki Elektronicznej przygotowali poradnik „E-commerce pod lupą fiskusa”, w którym tłumaczą podatkowe i księgowe aspekty prowadzenia działalności w sieci. Wskazują też, na które obszary zwrócić uwagę.

– Dobrym narzędziem jest składanie zapytań organom podatkowym poprzez wnioski o interpretację. Taki wniosek jest świetnym narzędziem dla podatnika, żeby pokazać organowi swój tok rozumowania i interpretacji przepisów, a organ podatkowy może się odnieść w sposób pisemny do stanowiska podatnika. To sprawia, że możliwości kwestionowania podejścia podatnika przez organy podatkowe będzie dużo mniej – przypomina Katarzyna Klimkiewicz-Deplano.

Mobilnie płaci nawet 80 proc. użytkowników smartfonów i tabletów. Transakcje mają być coraz prostsze i szybsze

Mobilnie płaci nawet 80 proc. użytkowników smartfonów i tabletów. Transakcje mają być coraz prostsze i szybsze 6

Urządzenia mobilne zawładnęły rynkiem płatniczym w Polsce. Już blisko 80 proc. użytkowników smartfonów i tabletów płaci za ich pomocą. Na popularności zyskują także smartwatche, inteligentne opaski czy breloki z wbudowaną kartą płatniczą. Banki pracują nad nowymi możliwościami płatności. Hasło przewodnie tych prac to one-click. Chodzi o to, by transakcje były łatwe, szybkie i bezpieczne – ocenia Piotr Bochenek ze SkyCash Polska.

– Urządzenia typu smartfon, tablet czy smartwatch zawładnęły rynkiem. Użytkownicy chcą je wykorzystywać do czegoś więcej niż tylko do przeglądania internetu, a płatności są czymś naturalnym, co chcieliby realizować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bochenek, członek zarządu SkyCash Polska.

Z badań GlobalStats wynika, że w Polsce ponad 60 proc. ruchu w sieci generują urządzenia mobilne. Raport MasterCard wskazuje zaś, że 62 proc. polskich internautów codziennie korzysta z internetu mobilnego. Oprócz przeglądania portali społecznościowych i informacyjnych, to właśnie płatności mobilne są jedną z najpopularniejszych czynności.

– Pod względem płatności mobilnych Polska na tle świata i Europy wygląda bardzo dobrze. W Europie pod względem popularyzacji tej formy płatności jesteśmy na drugim miejscu za Turcją, na świecie też plasujemy się bardzo wysoko. Takie płatności są rynkiem rozwijającym się, a nasz rynek jest idealny do tego, żeby wprowadzać na nim innowacje – przekonuje Bochenek.

Popularność innowacyjnych form płatności rośnie w całej Europie. Z raportu „Visa 2016 Digital Payments Study” wynika, że potroiła się liczba osób korzystających z płatności mobilnych. Polska znajduje się wśród pięciu krajów rosnących najszybciej na rynku nowoczesnych form płatności. Już 79 proc. konsumentów przyznaje, że płaci przy użyciu urządzeń przenośnych. Banki idą z duchem czasu i udostępniają klientom coraz to nowsze rozwiązania.

– Rynek płatności mobilnych jest rynkiem bardzo rozdrobnionym, z dużą liczbą różnych trendów. Możemy płacić za pośrednictwem zbliżenia telefonu komórkowego, kodu wygenerowanego w urządzeniu, całą transakcję można też zrealizować bezpośrednio w zainstalowanej aplikacji – wymienia ekspert.

Konsumenci w Polsce mają możliwość nie tylko płatności za pomocą smartfonów. Banki stopniowo będą też wprowadzać na szerszą skalę płatności za pomocą gadżetów – do sprzedaży trafiły zegarki, a nawet breloki czy maskotki, którymi można płacić zbliżeniowo.

Zdaniem eksperta rynek nowoczesnych form płatności będzie systematycznie rósł. Potencjał wciąż jest duży, bo polscy konsumenci bardzo szybko przyjmują nowinki techniczne.

– Istnieje możliwość przyspieszenia i uproszczenia transakcji. Nadrzędne hasło to łatwość, szybkość i bezpieczeństwo. Model tzw. jednego klawisza – one click – jest tym trendem, do którego zmierza rynek – zapowiada Piotr Bochenek.

Z badania Visa wynika, że w Europie ponad połowa użytkowników urządzeń mobilnych regularnie płaci za ich pomocą. W 2015 roku odsetek ten wynosił 18 proc. W ciągu roku znacznie spadł za to odsetek konsumentów deklarujących, że nigdy nie zamierzają dokonywać płatności na urządzeniach mobilnych (z 38 proc. do 12 proc.).

Krajowy rynek diagnostyki laboratoryjnej będzie rósł o ok. 8 proc. rocznie. Polskie firmy umacniają swoją pozycję za granicą

Krajowy rynek diagnostyki laboratoryjnej będzie rósł o ok. 8 proc. rocznie. Polskie firmy umacniają swoją pozycję za granicą 7

Wartość rynku diagnostyki laboratoryjnej wynosi ponad 1,4 mld zł. W kolejnych latach oczekiwany jest dynamiczny wzrost, o ok. 8 proc. rocznie – prognozuje firm PMR. Dla polskich firm szczególnie atrakcyjny jest segment mikrobiologii – ze względu na wymóg przeprowadzania testów mikrobiologicznych przez przemysł.

Wartość polskiego rynku diagnostyki in vitro (diagnostyki laboratoryjnej) firma PMR szacuje na około 1,4 mld zł. W kolejnych latach ma rosnąć o ok. 8 proc. rocznie, by w 2021 roku sięgnąć 2,2 mld zł. Czynnikiem, który napędza ten rynek, jest wzrost znaczenia działań prewencyjnych oraz wczesnego wykrywania chorób. W ostatnich latach dynamicznie rośnie zwłaszcza segment mikrobiologii przemysłowej dedykowanej farmacji, rynkowi spożywczemu i kosmetycznemu oraz badaniom wody. Jego wartość wzrasta średnio o kilkanaście procent rocznie.

– Na tym rynku mikrobiologia stanowi niewiele ponad 5 proc., natomiast ten segment – zwłaszcza po stronie przemysłu – rośnie bardzo szybko. Polskie prawo w ostatnich latach było harmonizowane z prawem europejskim, co wymusiło na krajowych producentach stosowanie znacznie większej liczby testów mikrobiologicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaximy.

Notowana na NewConnect spółka z sektora life sciences jest jednym z dwóch na polskim rynku producentów odczynników do diagnostyki in vitro. W połowie ubiegłego roku BioMaxima przejęła Biocorp Polska, który specjalizuje się właśnie w mikrobiologii przemysłowej. Po połączeniu obu spółek udział mikrobiologii w przychodach BioMaximy ma wzrosnąć o połowę, do 40 proc., a firma umocni swoją pozycję w szybko rosnącym segmencie mikrobiologii przemysłowej.

– Widzimy dalsze możliwości rozwoju w tym segmencie zarówno w Polsce, jak i na rynkach eksportowych – mówi Łukasz Urban.

Umożliwi jej to konkurowanie z większymi podmiotami na rynku diagnostyki in vitro.

– Na rynku diagnostyki in vitro mamy do czynienia z dużymi, silnie skonsolidowanymi dostawcami, takimi jak Roche, Abbott czy Siemens, podczas gdy rynek mikrobiologii to zwykle mniejsze i bardziej wyspecjalizowane firmy. Ponieważ rynek ma taką specyfikę, jesteśmy w stanie wygenerować w mikrobiologii większe marże i jako lokalny producent możemy być bardziej konkurencyjni w porównaniu z dużymi koncernami – mówi prezes zarządu BioMaximy.

Dzięki połączeniu z Biocorpem spółka umocni również swoją pozycję eksportową. Na wszystkich rynkach zagranicznych, na których operuje, BioMaxima będzie mogła zaoferować teraz zarówno produkty z segmentu mikrobiologii klinicznej, jak i mikrobiologii przemysłowej. Obecnie spółka zaopatruje w nie 2 tys. laboratoriów w Polsce oraz zagranicznych kontrahentów na 60 rynkach zagranicznych, m.in.: na Litwie, Łotwie, w Rumunii i we Francji.

– Biocorp wniósł duży udział w rynku ukraińskim, Czech, Słowacji, Danii i Szwecji. Natomiast BioMaxima z dotychczasową ofertą jest obecna niemal na 50 rynkach zagranicznych, między innymi w Azji. W ostatnim czasie wzrost zanotowaliśmy w szczególności na rynkach bliskowschodnich. Kraje takie jak Indonezja, Filipiny czy Indie to nasze rosnące rynki eksportowe. Rozwijamy się nie tylko w Europie, lecz także globalnie – podkreśla Łukasz Urban.

Umacnianiu pozycji BioMaximy na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej ma się przysłużyć się również zakup dwóch spółek w Rumunii: Qias Roco i Istar, który firma sfinalizowała w tym roku. Strategia BioMaximy zakłada prowadzenie działań, które służą konsolidacji rynku biotechnologicznego.

Według zapowiedzi spółki, w tym roku zamierza ona przeznaczyć 5 mln zł na inwestycje, w tym centrum badawczo-rozwojowe, które powstaje w Lublinie. Dzięki ostatnim przejęciom BioMaxima spodziewa się również w tym roku wzrostu przychodów wynikającego z rozszerzenia wachlarza usług i bazy klientów.

W 2016 roku BioMaxima wypracowała ponad 28 mln zł przychodów ze sprzedaży wobec 23 mln zł przed rokiem. Eksport wzrósł niemal o 25 proc.

Stolica będzie bardziej eko. W ciągu trzech lat na ulice Warszawy wyjedzie 130 nowych elektrobusów

Stolica będzie bardziej eko. W ciągu trzech lat na ulice Warszawy wyjedzie 130 nowych elektrobusów 8

Jeszcze w tym roku Warszawa będzie dysponować flotą trzydziestu nowoczesnych autobusów elektrycznych. Do 2020 roku stolica planuje zakupić w sumie 130 takich pojazdów, a na terenie miasta powstaje sieć pantografów do ładowania autobusów elektrycznych. Z koleji w podpoznańskiej fabryce Solarisa powstaje pierwszy w Polsce przegubowy autobus elektryczny, który trafi w najbliższych miesiącach na testy do MZA. Dzięki inwestycjom warszawski transport będzie bardziej ekologiczny.

– Zamierzamy w tym roku kupić 90 autobusów, w tym dziesięć autobusów elektrycznych oraz pięć autobusów przegubowych na gaz CNG. Pozostałe pojazdy to autobusy tradycyjnie na olej napędowy, natomiast z silnikami spełniającymi najbardziej rygorystyczne normy emisji spalin, czyli Euro sześć. W tym przypadku będzie to 40 autobusów przegubowych i 35 autobusów klasy maxi o długości 12 metrów bez przegubów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie.

W połowie lutego miejska spółka ogłosiła przetarg na zakup 80 autobusów. W skład zamówienia wchodzi 40 pojazdów przegubowych z silnikami spełniającymi rygorystyczną normę spalin Euro VI, 35 pojazdów klasy maxi o długości 12 metrów oraz pięć autobusów przegubowych na gaz CNG. Drugi z ogłoszonych przez MZA przetargów dotyczy zakupu 10 autobusów elektrycznych o długości 12 metrów.

Termin składania ofert w postępowaniach przetargowych mija 24 marca. Fabrycznie nowe pojazdy mają zostać dostarczone jeszcze w tym roku. Zastąpią one Solarisy Urbino 15, wycofywane z eksploatacji Jelcze M121M oraz MAN-y NM 223, a także autobusy MAN NG 313.

W ubiegłym miesiącu lubelska fabryka Ursus dostarczyła już miastu 10 nowych 12-metrowych pojazdów elektrycznych. Kontrakt z MZA był wart 25 mln zł. Elektrobusy zaczną wozić pasażerów najprawdopodobniej w wakacje.

– Mamy bardzo rozbudowane plany zakupu elektrobusów. W tej chwili mamy w swojej flocie 10 tego typu pojazdów. W wakacje, na przełomie lipca i sierpnia, dojadą kolejne autobusy – będzie to 10 pojazdów marki Ursus, pochodzących z fabryki w Lublinie. W sumie nasza flota elektrobusów będzie liczyła 30 pojazdów. Natomiast w najbliższych latach, prawdopodobnie w 2018 lub 2019 roku z wykorzystaniem funduszy unijnych zakupimy 130 pojazdów elektrycznych. Tym razem będą to autobusy przegubowe o długości 18 metrów – zapowiada rzecznik MZA Adam Stawicki.

Pierwsze elektryczne autobusy MZA zamówiły już w 2015 roku (dziesięć 12-metrowych Solarisów). Włącznie z ogłoszonym w tym miesiącu przetargiem, Warszawa jeszcze w tym roku będzie dysponować flotą łącznie 30 takich pojazdów.

Strategia miejskiej spółki zakłada natomiast, że do 2020 roku po stołecznych ulicach będzie kursować już w sumie 130 elektrobusów, zakupionych przy wsparciu unijnych funduszy. Ekologiczny tabor ma wozić pasażerów m.in. po reprezentacyjnym Trakcie Królewskim.

Obecnie kupione rok temu elektrobusy Solarisa obsługują stołeczną linię 222. Rzecznik MZA informuje, że nie jest jeszcze przesądzone, na jakiej trasie będą wozić pasażerów nowe autobusy elektryczne marki Ursus, które wyjadą na trasę na przełomie lipca i sierpnia.

W połowie stycznia na pętli stołecznej linii autobusowej 222 przy ulicy Spartańskiej pojawiła się już pierwsza ładowarka pantografowa dla autobusów elektrycznych. Łącze energetyczne zostanie uruchomione wiosną. Docelowo Warszawa będzie mieć ich dziewiętnaście.

– Nowością są też tegoroczne testy autobusów. Po raz pierwszy będziemy testowali przegubowy autobus elektryczny. Będą to pojazdy IV generacji modelu Urbino Solaris. Będzie to też pierwszy pojazd tego typu wyprodukowany przez Solarisa i pierwszy autobus przegubowy z podwójnym systemem ładowania, czyli za pomocą złącza plug-in oraz za pomocą pantografu, który umożliwia doładowywanie na pętli – mówi Adam Stawicki.

Przegubowy elektrobus powstaje w fabryce Solarisa niedaleko Poznania i w ciągu najbliższych miesięcy ma trafić na testy do warszawskich Miejskich Zakładów Autobusowych. Będzie to pierwszy przegubowy elektrobus nie tylko w stolicy, ale i w Polsce – podkreśla spółka.

Stołeczne Miejskie Zakłady Autobusowe są jednym z największych przedsiębiorstw komunikacyjnych w Europie. Codziennie wysyłają na warszawskie ulice ponad 1,2 tys. autobusów. MZA są również jednym z europejskich pionierów we wdrażaniu elektrycznej i niskoemisyjnej floty do obsługi komunikacji miejskiej. Część tych inwestycji spółka będzie finansować z europejskiego funduszu ZeEUS (Zero Emission Urban Bus System), który wspiera wprowadzanie autobusów elektrycznych w Europie. W programie uczestniczą również m.in. Barcelona, Londyn, Paryż, Sztokholm i inne europejskie miasta, które otrzymują dofinansowanie na zakup ładowarek i pojazdów elektrycznych.

Warszawska komunikacja miejska przewiozła w ubiegłym roku rekordową ilość pasażerów. Szacunkowa liczba przejazdów w komunikacji miejskiej sięgnęła 1136 mln (o pięć milionów więcej rok do roku). Z Warszawskiego Badania Ruchu 2015 wynika, że warszawiacy w ciągu jednej doby wykonują ok. 3,35 mln podróży.

– Nasze inwestycje zakupowe wynikają z wieloletniej umowy podpisanej z Zarządem Transportu Miejskiego. ZTM obserwuje tzw. potoki pasażerskie, monitoruje liczbę pasażerów w autobusach i w tramwajach i na tej podstawie określa swoje potrzeby. Z kolei my, na podstawie tych wyliczeń, określamy liczbę i modele autobusów, które są potrzebne – mówi Adam Stawicki.

Ceny w towarów i usług wzrosną w tym roku średnio o 2 proc. Na wyższej inflacji zyska budżet państwa

Ceny w towarów i usług wzrosną w tym roku średnio o 2 proc. Na wyższej inflacji zyska budżet państwa 9

Wzrost cen konsumpcyjnych w styczniu 2017 roku był najwyższy od grudnia 2012 roku. W dodatku z miesiąca na miesiąc dynamika szybko przyspiesza. Choć może to budzić niepokój konsumentów, bo zagraża ich sile nabywczej, która w ostatnich latach rosła, to zdaniem ekspertów dla budżetu to dobra wiadomość. O ile inflacja nie rozpędzi się za bardzo.

– Z punktu widzenia budżetu państwa wyższa inflacja oznacza wyższe wpływy do budżetu, czyli w tym przypadku minister finansów jest zainteresowany tym, aby mieć większe wpływy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zainteresowany nakręcaniem spirali inflacyjnej, bo zarówno dla ministra finansów, jak i dla prezesa banku centralnego najlepsza jest sytuacja, kiedy cena pieniądza jest stabilna w czasie. Tym niemniej korzyści wynikające z wyższej inflacji są oczywiste – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale.

Inflacja, choć wciąż pozostaje poniżej celu inflacyjnego, w ciągu raptem dwóch miesięcy znalazła się w paśmie wahań od tegoż celu, czyli widełkach 1,5–3,5 proc. W styczniu wskaźnik cen towarów i usług wzrósł o 1,8 proc. rok do roku, co jest poziomem najwyższym od ponad czterech lat. W dodatku to o cały punkt procentowy więcej niż przed miesiącem. Jeszcze w listopadzie ceny były na poziomie sprzed roku, a do października włącznie – spadały.

W ustawie budżetowej założono średnioroczny poziom inflacji na poziomie 1,3 proc., czyli niższy niż ta osiągnęła już w pierwszym miesiącu roku. Wyższe ceny oznaczają wyższe nominalnie wpływy z podatków. Zdaniem głównego ekonomisty Société Générale, choć pomoże to budżetowi, to nie będzie odgrywało decydującej roli.

– Według moich szacunków tegoroczna inflacja będzie w okolicach 2 proc. Tę nadwyżkę w średniej inflacji zobaczymy w wyższych dochodach budżetowych – mówi Janecki. – Wyższa inflacja prawdopodobnie nie będzie kluczem do realizacji tegorocznego budżetu, ponieważ wiele elementów składa się jednak na to, jaki będzie ostateczny deficyt. Sądzę, że tutaj dużo będzie zależało od polityki uszczelniania wpływów z VAT-u, walki z szarą strefą. To jest element, który będzie kluczowy z punktu widzenia łącznych wpływów do budżetu.

Ekonomista przypomina również, że wiele zależy od struktury PKB, czyli stopnia, w jakim inwestycje, konsumpcja i eksport netto składają się na wzrost gospodarczy. W przypadku przewagi tego ostatniego czynnika, wpływy budżetowe są niższe, niż w sytuacji, kiedy wzrost generują inwestycje i konsumpcja. Wiele wskazuje jednak na to, że inwestycje powinny ruszyć, co będzie znaczącą odmianą po słabym pod tym względem 2016 roku, a konsumpcja, mimo że po pierwszym kwartale wygaśnie efekt 500+, będzie trzymała się mocno.

– Sądzę, że w strukturze PKB ten rok będzie podobny do 2016 roku, czyli będzie głównie oparty o konsumpcję. W części już powinniśmy zobaczyć dodatkowo ten element inwestycji, którego brakowało w ubiegłym roku. W tym roku już prawdopodobnie dynamika inwestycji będzie na małym plusie i to też w pewien sposób pomoże osiągnąć w mojej ocenie wzrost gospodarczy powyżej 3 proc. – przewiduje Jarosław Janecki.

Średnio siedmiu na dziesięciu Polaków zadowolonych ze swojej pracy. Wpływa to na wyższe przychody firm

Zaangażowanie i satysfakcja pracowników wpływa na ich efektywność i bezpośrednio przekłada się na przychody firmy. Dlatego coraz więcej pracodawców buduje politykę personalną ukierunkowaną na zadowolenie zatrudnionych osób. Kluczowa w tym procesie jest dobra, transparentna komunikacja, kultura feedbacku, przyjazne środowisko pracy i zapewnienie pracownikom możliwości rozwoju – wskazuje Agnieszka Przybyłek, odpowiedzialna za HR w koncernie Brown-Forman.

– Jedną z najważniejszych rzeczy, które wpływają na zaangażowanie naszych pracowników, jest leadership – styl przywództwa, który daje ludziom możliwość podejmowania własnych decyzji i zapewnia im informację zwrotną. To może być zarówno konstruktywny feedback w sytuacji, w której trzeba coś poprawić, jak i docenienie pracowników za to, co i jak robią. Ważna jest też transparentność, poczucie współwłaścicielstwa za podejmowane decyzje, jasno sprecyzowane cele i komunikacja. Ludzie muszą wiedzieć, na co mają wpływ i czego się od nich oczekuje. Wtedy jest fair play – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Przybyłek, dyrektor HR na Polskę i Turcję w koncernie Brown-Forman, który otrzymał niedawno tytuł „Najlepszego Pracodawcy 2016” w badaniu globalnej firmy doradczej Aon Hewitt.

Zadowolenie z pracy deklaruje średnio siedmiu na dziesięciu Polaków – wynika z ubiegłorocznego „Barometru Pracownika”, czyli międzynarodowego badania satysfakcji przeprowadzonego przez Ipsos. Autorzy podkreślili, że dobre samopoczucie i satysfakcja pracowników wpływają na ich efektywność i w prostej linii przekładają się na przychody przedsiębiorstwa. Dlatego coraz więcej firm stawia na budowanie zaangażowania swoich pracowników jako najważniejszy element polityki personalnej i HR-u.

Agnieszka Przybyłek podkreśla, że kluczowe w tym procesie jest budowanie kultury pracy opartej na feedbacku i angażowanie pracowników w ważne dla firmy przedsięwzięcia.

Dbamy o kulturę feedbacku do tego stopnia, że sami, jako zarząd, prosimy naszych pracowników o informacje zwrotne. Feedback jest integralną częścią naszego sposobu pracy i wspólnej komunikacji. Dzielimy się z pracownikami informacjami po dużych, ważnych spotkaniach. Przykładowo, pracujemy właśnie nad strategią firmy na kolejne 10 lat – współtworzy ją nie tylko zarząd, lecz także pracownicy – mówi Agnieszka Przybyłek.

Na satysfakcję i poziom zaangażowania pracowników pozytywnie wpływa możliwość samorealizacji, zdobywania nowych umiejętności i jasno określona ścieżka rozwoju. Liczy się również stabilność i ugruntowana pozycja marki na rynku, która przekłada się na poziom bezpieczeństwa pracowników.

– Kolejną ważną rzeczą jest środowisko pracy. Liczą się takie drobne rzeczy, jak to, że pracownicy mają możliwość zjedzenia w pracy dobrego posiłku, mają zapewnione owoce, warzywa, zdrowe przekąski. Dzięki naturalnej integracji między naszymi pracownikami – w pracy i poza nią – osoby zatrudnione w Brown-Forman postrzegają naszą firmę nie tylko jako miejsce pracy, lecz także przestrzeń i środowisko, w którym chcą spędzać czas – wskazuje Agnieszka Przybyłek.

Pierwszym i najważniejszym elementem polityki personalnej jest transparentna komunikacja oparta na dialogu z pracownikami. Właściwie prowadzona komunikacja w przedsiębiorstwie nie powinna się ograniczać do przepływu informacji z góry na dół, czyli z poziomu kadry zarządzającej do szeregowych pracowników. Powinna się opierać na dialogu. Dotyczy to zarówno najwyższego szczebla zarządu, odpowiedzialnego za cały biznes, jak i menadżerów liniowych.

– Stawiamy właśnie na dialog, a nie na komunikację top to down. Bardzo dbamy o to, żeby nasze zespoły wspólnie ze sobą pracowały. Unikamy podejścia silosowego, chcemy, żeby ludzie pracowali ze sobą w zespołach interdyscyplinarnych. To na pewno wpływa na poziom zaangażowania – uważa dyrektor HR w Brown-Forman.

Brown-Forman znalazł się w gronie wyróżnionych tytułem „Najlepszego Pracodawcy 2016” przyznawanym przez globalną firmę doradczą Aon Hewitt na podstawie opinii pracowników. To największe badanie zaangażowania pracowników w Polsce. Aon rok do roku wyłania firmy, które tworzą najlepsze miejsca pracy pod kątem zaangażowania pracowników, angażującego przywództwa, kultury wysokich wyników i wiarygodnej marki pracodawcy.

Agnieszka Przybyłek zwraca uwagę na to, że wskaźnik zaangażowania pracowników w Brown-Forman od ostatniego badania w 2014 r. wzrósł niemal dwukrotnie z poziomu 39 do 76 proc. Jest to efekt szeregu wprowadzonych w tym czasie rozwiązań i procesów.

W badaniu Aon Hewitt pracownicy koncernu docenili najbardziej pozapłacowe benefity (85 proc.), akceptację indywidualnych różnorodności (80 proc.), współpracę w zespołach i pomiędzy nimi (85 proc.), różnorodność i dopasowanie zadań (79 proc.), jak również kładzenie dużego nacisku na odpowiedzialne i etyczne prowadzenie biznesu (79 proc.).

– Tym, co odzwierciedla zaangażowanie pracowników, jest styl, w jakim pracują i jak zachowują się na co dzień. Codziennie widzę, że ludzie rzeczywiście troszczą się o ten biznes, jakby był ich własnym. Przychodzą z własnymi pomysłami, z diagnozą problemów, przewidując, że coś się może wydarzyć, i sugerując rozwiązania. Dla mnie najlepszą miarą zaangażowania naszego zespołu jest też atmosfera, w jakiej pracownicy na co dzień działają – mówi Agnieszka Przybyłek.

Brown-Forman Corporation to międzynarodowa korporacja, która w Polsce jest jednym z największych dystrybutorów mocnych alkoholi premium. W jej portfolio znajdują się marki takie jak Finlandia Vodka, Jack Daniel’s, Woodford Reserve, Chambord, Herradura czy El Jimador.

Dzieci będą mogły samodzielnie wyrażać zgodę na przetwarzanie danych osobowych w internecie. Nie zawsze będzie to bezpieczne

Dzieci będą mogły samodzielnie wyrażać zgodę na przetwarzanie danych osobowych w internecie. Nie zawsze będzie to bezpieczne 10

Nowe unijne przepisy dotyczące ochrony danych osobowych wskazują, że zgodę na ich przetwarzanie w internecie będą mogły udzielać samodzielnie dzieci. Krajowe ustawy mogą ustanowić własną granicę wiekową, ale nie niższą niż 13 lat. Wyrażenie zgody na przetwarzanie danych osobowych ma konsekwencje prawne. Trzeba brać pod uwagę, że dzieci są szczególnie narażone na zagrożenia w cyfrowym świecie – przypomina Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

– Problematyka zgody wyrażanej przez dziecko na korzystanie z usług społeczeństwa informacyjnego jest zagadnieniem niezwykle złożonym, zarówno prawnym, jak i psychologicznym. Niesie też ze sobą poważne konsekwencje społeczne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

W maju 2018 roku mają wejść w życie nowe unijne przepisy dotyczące ochrony danych osobowych. Zgody na przetwarzanie danych osobowych w internecie będą mogły udzielać samodzielnie dzieci, które ukończyły 16 lat, choć w krajowych ustawach tę granicę można obniżyć do 13 lat. Dotychczas – w przypadku korzystania z poczty elektronicznej, gier czy portali społecznościowych – w regulaminie zwykle były określone wymogi wiekowe. Jednak dostawcy tych usług w zakresie dotyczącym ochrony danych nie mieli ani możliwości, ani wprost obowiązku weryfikowania wieku użytkownika. Nowe przepisy mają to zmienić.

– Rozporządzenie europejskie przewiduje, że dzieckiem jest osoba, która nie ukończyła 18 lat, ale ta kategoria nie jest jednolita. Od 16 roku życia dzieci mogą swobodnie wyrażać zgodę na korzystanie z usług społeczeństwa informacyjnego, ale wiek może być obniżony, maksymalnie do 13 roku życia – tłumaczy Bielak-Jomaa.

Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych i Rzecznik Praw Dziecka zainicjowali dyskusję, od ilu lat dzieci powinny móc same wyrażać zgodę na wykorzystanie ich danych osobowych. Eksperci podkreślają, że dzieci powinny być szczególnie chronione, przede wszystkim przed określonymi treściami. Dlatego zaniżanie wieku, w którym mogą one samodzielnie wyrażać zgodę na korzystanie z usług społeczeństwa informacyjnego, może okazać się niebezpieczne.

– Zgoda jest wyrażeniem woli, które ma swoje konsekwencje prawne. Trzeba też patrzeć na to z punktu widzenia bezpieczeństwa dziecka w internecie, możliwości korzystania przez niego z dobrodziejstwa sieci, ale i zagrożeń, które się tam znajdują – podkreśla Edyta Bielak-Jomaa.

Wśród wpływających do GIODO skarg te, które dotyczą przetwarzania danych osobowych dzieci stanowią na razie znikomą część. Z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych dzieci korzystających z usług społeczeństwa informacyjnego mogą wiązać się nowe problemy, m.in. jak postępować w przypadku błędu popełnionego przy składaniu oświadczenia woli i czy zgodę wyrażoną w imieniu dziecka przez rodzica będzie można odwołać, np. po osiągnięciu pełnoletniości.

– Nie wiadomo, w jaki sposób będziemy oceniać zakupy dokonywane przez 13-letnie dziecko albo jego udział w grze, gdzie stawką są pieniądze. Co z odwołaniem zgody i jakie konsekwencje ma odwołanie zgody przez dziecko, które tę zgodę uprzednio złożyło, albo jak będzie wyglądał problem potwierdzania przez rodzica czy opiekuna zgody w przypadku dziecka, które nie ma prawa do swobodnego działania w tym zakresie – analizuje Edyta Bielak-Jomaa.

Niezbyt dobre wiadomości dla ropy naftowej

Notowania ropy naftowej już od ponad 5 tygodni poruszają się w konsolidacji. Spora część rynku przekonana jest, że notowania powinny wybić się w górę, ale patrząc na „twarde” fakty może nigdy do tego nie dojść. Z jednej strony mamy ograniczenie produkcji Państw OPEC, które powinno przywrócić równowagę pomiędzy popytem i podażą. W teorii wszystko wygląda świetnie, ale pamiętajmy, że OPEC nie ma monopolu na rynek czarnego złota i nie jest to sytuacja taka sama jak sprzed piętnastu lat, gdzie Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową miała o wiele więcej do powiedzenia.

Pierwszym ciosem dla ropy naftowej mogą być rosnące zapasy ropy naftowej, które znajdują się na swoim historycznym maksimum.

Niezbyt dobre wiadomości dla ropy naftowej 11

Źródło: Bloomberg

Drugim ciosem może okazać się wzrost liczby wież wiertniczych w Stanach Zjednoczonych, który powiązany jest z ceną ropy naftowej. Czym wyższe ceny, tym większa liczba odwiertów i odwrotnie. Zależność ta została przedstawiona na poniższym wykresie.

Niezbyt dobre wiadomości dla ropy naftowej 12

Źródło: Bloomberg

Oczywiście sam wzrost odwiertów nie wpływa w tej samej chwili na wzrost produkcji, ale trend jest widoczny i jednoznaczny.

Niezbyt dobre wiadomości dla ropy naftowej 13

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie przedstawiono zależność pomiędzy produkcją ropy w Stanach Zjednoczonych oraz liczbą aktywnych wież wiertniczych. Produkcja jest opóźniona względem szybów (należy zaznaczyć, że liczba wież wiertniczych została przesunięta w czasie do przodu, tak aby korelacja została lepiej odwzorowana).

Ostatnim ciosem dla ceny ropy naftowej może być zbyt duży optymizm. Pozycje na kontraktach terminowych jednoznacznie wskazują, że na chwile obecną inwestorzy nastawieni są byczo do rynku. Niemniej jednak pozycje netto znalazły się na swoich maksimach, zatem kto będzie wstanie pociągnąć ceny dalej w górę?

Niezbyt dobre wiadomości dla ropy naftowej 14

Źródło: Bloomberg

Po drugie, jeżeli do głosu dojdą „twarde” dane, to możemy mieć do czynienia z efektem domina, czyli każdy w pośpiechu będzie chciał zamknąć długie pozycje. Najbliższe tygodnie powinny wyjaśnić sytuację.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

 

Podsumowanie Giełdowego Indeksu Produkcji – styczeń 2017

Liczby mówią same za siebie: w branży produkcyjnej zapanował wyjątkowy optymizm i wiele wskazuje na to, że trend wzrostowy w najbliższym czasie utrzyma się na satysfakcjonującym poziomie. Dobrze ilustruje to wskaźnik nowych zamówień w przemyśle. Określa on popyt na wyroby i usługi, dlatego zwykle służy do oceny przyszłego poziomu produkcji.

Według analiz GUS, nowe zamówienia w przemyśle w grudniu wzrosły o 53% w ujęciu rok do roku, co w porównaniu do 17,3% w listopadzie stanowi bardzo dobry wynik. W ujęciu miesięcznym wzrost ten wyniósł 25,3%, w porównaniu do 4,3% w listopadzie.  Rosły również zamówienia na eksport (wzrost o 28,6% rdr).

Doskonałe wyniki przemysłu znalazły także odzwierciedlenie w bardzo dobrym odczycie wskaźnika PMI badającego nastroje wśród pracowników branży produkcyjnej. W grudniu wyniósł on 54,3 pkt. Również wśród naszych największych partnerów handlowych PMI w grudniu osiągnął bardzo wysoki poziom. Warto w tym miejscu wspomnieć o PMI dla Niemiec (55,6), Holandii (57,3), Austrii (56,3), Czech (53,8), Francji (53,5) czy Włoch (53,2). Ogólnie, dla całej strefy Euro, PMI wyniósł w grudniu 53,7, co powinno pozytywnie przełożyć się na dalszy wzrost koniunktury wśród naszych rodzimych producentów.

PMI Polski zaskakuje w ostatnim czasie pozytywnie już nie pierwszy raz. Pisaliśmy o rekordowej serii 27 pozytywnych odczytów PMI, warto jednak dodatkowo zwrócić uwagę na fakt, że PMI dla Polski wybija się również na tle innych państw, których gospodarki charakteryzują się podobnym udziałem produkcji w PKB (ok. 19%). Od kilku miesięcy niekwestionowanym liderem w tym obszarze jest gospodarka niemiecka, dla której większość odczytów w roku 2016 przekroczyło granicę 55 punktów – zwraca uwagę Maciej Zaręba konsultant z firmy DSR, pomysłodawca Giełdowego Indeksu Produkcji.

Rośnie wartość firm

Korzystając z doskonałej koniunktury u naszego największego partnera handlowego, polskie spółki produkcyjne ustawicznie zwiększały poziom produkcji, do tej pory nie zawsze wpływało to jednak na ich wycenę rynkową. Bez wątpienia duży wpływ na to miały czynniki osłabiające atrakcyjność naszej giełdy w ogóle, wśród których najistotniejszym w tej chwili wydaje się być ryzyko polityczne. Mechanizm tzw. suwaka, który ma na celu migrację kapitału OFE z GPW na specjalne subkonta ZUS, to kolejny przykład czynnika wpływającego negatywnie na poziom cen spółek notowanych na GPW. Na szczęście ma on coraz mniejsze znaczenie, a według Ministerstwa Finansów, niedługo zostanie w pełni  wyeliminowany. Co więcej, spór polityczny przyjął w ostatnim czasie łagodniejszą formę, więc jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, polską giełdę czekają długie miesiące odrabiania zaległości. Można się spodziewać systematycznego zwiększania wyceny notowanych na niej spółek – analizuje Maciej Zaręba.

Główne indeksy warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych kontynuowały wzrosty zapoczątkowane pod koniec zeszłego roku. Najwięcej zyskały spółki wchodzące w skład indeksu mWIG40, który w styczniu wzrósł o ponad 10%. Również najważniejsze indeksy rosły w bardzo przyzwoitym tempie: WIG20 urósł o niecałe 6%, a WIG zanotował wzrost na poziomie 6,92%. Na tym tle wzrost indeksu GIP o 6,5% wygląda bardzo dobrze i wskazuje na to, że spółki z branży produkcyjnej będą cieszyły się większą atencją inwestorów.

Liderzy zyskali nawet 30%

– Dotychczasowe motory wzrostu indeksu GIP, czyli spółki określane przez nas mianem projektantów (LPP, CCC i Vistula) tym razem rozczarowały. Brak istotnych czynników mogących wpłynąć na kursy tych spółek sugeruje, że doszło do korekty trendu wzrostowego: LPP stracił w styczniu najwięcej, bo prawie 10%, cenę akcji Vistuli skorygowano o 5,5%, natomiast CCC wzrosło o 1,9%, co nie dziwi po 50% wzroście przychodów w grudniu rdr. Niestety, wynik ten okazał się znacznie gorszy od pozostałych spółek wchodzących w skład GIP, co ograniczyło potencjał wzrostowy całego indeksu w styczniu – zwraca uwagę Maciej Zaręba z DSR.

Pomijając te pojedyncze przypadki należy odnotować, że aż jedna trzecia spółek w minionym miesiącu zyskała na wartości powyżej 20%. Pełną listę tych spółek prezentuje poniższa tabela:

Spółka wzrost MV
INDYKPOL S.A. 31,3%
SYNTHOS S.A. 30,2%
BYTOM S.A. 27,7%
RAFAKO S.A. 22,4%
IMPEXMETAL S.A. 21,9%
LIBET S.A. 19,2%
CIECH S.A. 17,8%
ERGIS S.A. 17,0%
MERCATOR MEDICAL S.A. 14,4%
NEWAG S.A. 13,9%
APATOR S.A. 13,0%
SELVITA S.A. 12,0%
MABION S.A. 11,6%
STALPRODUKT S.A. 11,4%
LUBAWA S.A. 11,2%
POZBUD T&R S.A. 10,8%
VIGO SYSTEM S.A. 10,8%
GRUPA AZOTY S.A. 10,6%
FABRYKI MEBLI FORTE S.A. 10,6%
ZAKŁADY AZOTOWE PUŁAWY S.A. 10,2%

 

Na podium w styczniu znalazły się: INDYKPOL (wzrost o 31,3%), SYNTHOS (+30,2%) i BYTOM (+27,7%). Wrocławska spółka produkująca mięsa i przetwory indycze osiągnęła w styczniu doskonały wynik, mimo niepokojących sygnałów płynących z innych krajów, które wstrzymały import drobiu z Polski. – Wcześniej wycena akcji tej spółki znajdowała się pod silną presją w związku z szalejącą epidemią ptasiej grypy i rosnącym protekcjonizmem w kolejnych krajach europejskich. Mimo to, Indykpol potrafił odnaleźć się w tych trudnych warunkach, zwiększając swoje przychody, udowadniając swoją siłę i zyskując w oczach inwestorów – zwraca uwagę Maciej Zaręba z DSR. SYNTHOS to jeden z największych producentów surowców chemicznych w Polsce. Europejski lider w produkcji kauczuków emulsyjnych i polistyrenu do spieniania (EPS) zyskał w ostatnim czasie na wzroście cen tych surowców. Praktycznie cały wzrost wartości został wypracowany w ostatnich dniach stycznia. Jak widać dopiero kilka dużych kontraktów zawartych przez spółki grupy kapitałowej w połączeniu ze wspomnianym wzrostem wartości cen podziałało zachęcająco na inwestorów.

Spółka BYTOM prowadzi sprzedaż detaliczną w sieci własnych sklepów pod marką Bytom na terenie Polski oraz sprzedaż hurtową pod marką Intermoda. BYTOM, podobnie jak inne spółki odzieżowe zwiększa swoje przychody praktycznie od początku swojego istnienia. Jest to kolejny przykład polskiej firmy, która skupia się na projektowaniu i sprzedaży, wyprowadzając jednocześnie proces produkcji poza swoje struktury. Co prawda w 2016 roku największy wzrost przychodów w tej branży zanotowała spółka CCC (38,3% rdr), ale 17% osiągnięte przez BYTOM w całym 2016 i prawie 25% wzrost przychodów w grudniu rok do roku to bardzo dobry wynik.  Przełożył się on na istotny wzrost ceny akcji spółki w pierwszym miesiącu 2017 roku.

Dobre prognozy dla produkcji

W ujęciu sektorowym najwięcej w styczniu dały zarobić spółki z branży chemicznej, które średnio zyskały 13.6% wartości kontynuując trend wzrostowy, którego początki sięgają połowy listopada. Ostatnie trzy miesiące są rewelacyjne nie tylko dla spółek chemicznych wchodzących w skład indeksu GIP, ale ogólnie dla całej branży chemicznej. WIG_CHEM wzrósł od tego czasu ponad 46%!

W poprzednich analizach przewidzieliśmy trzy kolejne miesiące wzrostów indeksu GIP. Tym razem nasza analiza przynosi równie ciekawe perspektywy dla polskich spółek produkcyjnych, oczywiście jeśli czynniki globalne i polityczne nie zahamują dalszego wzrostu wartości spółek notowanych na polskim parkiecie. Na dowód bardzo dobrych nastrojów panujących w branży produkcyjnej można przytoczyć najświeższy odczyt indeksu PMI za styczeń 2017, który wyniósł 54,8 pkt – konkluduje Maciej Zaręba z DSR.

Irlandczycy eksportują coraz więcej na polski rynek. Tamtejsze firmy chętniej również inwestują nad Wisłą

Irlandczycy eksportują coraz więcej na polski rynek. Tamtejsze firmy chętniej również inwestują nad Wisłą 15

Wymiana handlowa między Polską a Irlandią rośnie w tempie 15–20 proc. rocznie. Irlandczycy eksportują do Polski między innymi produkty i usługi wykorzystywane w rolnictwie, wyroby medyczne i zaawansowane technologie IT. Wzrasta również wartość eksportu irlandzkiej żywności do Polski. Państwo, dla którego sprzedaż zagraniczna stanowi ponad 80 proc. całego PKB, chce zminimalizować skutki brexitu, mocno zacieśniając współpracę z rynkami europejskimi, w tym również z Polską.

Z danych GUS wynika, że w 2015 roku import z Irlandii do Polski wynosił blisko 1,5 mld euro, a eksport – ponad 625 mln euro.

– Współpraca między Polską a Irlandią układa się bardzo dobrze, rośnie o 15–20 proc. rocznie. Eksport z Irlandii do Polski przeważa. Nie ma jednej kategorii produktów czy usług, które dominują w eksporcie. Irlandia jest mocna w produktach i usługach z zakresu wysokich technologii. Stanowią one około 40 proc. całego eksportu Irlandii. Natomiast z Polski eksportowane są m.in. produkty IT, medyczne, maszyny rolnicze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Siepracki, dyrektor warszawskiego biura Enterprise Ireland, rządowej agendy wspierającej rozwój małych i średnich przedsiębiorstw irlandzkich.

Pod względem wielkości eksportu Polska zajmuje dwunastą pozycję na liście głównych kontrahentów handlowych Irlandii. Konieczność zacieśnienia współpracy handlowej z Polską podkreślał irlandzki premier Enda Kenny podczas swojej wizyty w Warszawie na początku lutego. Irlandzki rząd chce zminimalizować skutki ekonomiczne i handlowe brexitu poprzez rozwijanie stosunków gospodarczych z państwami europejskimi i poszukiwania nowych rynków eksportowych. Według danych przytaczanych przez Enterprise Ireland sprzedaż na rynki zagraniczne stanowi ponad 80 proc. całego PKB Irlandii.

– Największą gałęzią przemysłu w Irlandii jest rolnictwo, ponieważ wyspa jest zielona i trawa rośnie tam przez cały rok. Dzięki temu kraj produkuje żywność dla 35–40 mln ludzi, która musi być eksportowana. Żywność jest jedną z głównych branż eksportowych – zaznacza Bartosz Siepracki.

W trakcie pobytu w Polsce premier Enda Kenny zadeklarował wsparcie dla przedsięwzięć realizowanych wspólnie przez polskie i irlandzkie przedsiębiorstwa. Zainaugurował również działalność środkowoeuropejskiego biura irlandzkiej rady do spraw żywności Bord Bia. Jednym z jej zadań jest promocja irlandzkiej żywności na rynkach państw europejskich, w tym również w Polsce. Działalność Bord Bia ma się również przyczynić do nawiązania relacji biznesowych z polskimi przedsiębiorstwami.

W ostatnich latach eksport irlandzkiej żywności do Polski dynamicznie rósł. W 2016 roku zwiększył się o 15 proc., osiągając wartość 185 mln euro. Irlandzcy producenci eksportują na polski rynek głównie przetworzoną żywność, nabiał i mleko w proszku, alkohol i wołowinę. Są też jednym z wiodących światowych producentów zaawansowanych technologicznie maszyn rolniczych.

Maszyny i rozwiązania dla rolnictwa są bardzo zaawansowane. Przykładowo, jedna z firm, które wspieramy na polskim rynku, oferuje inteligentne rozwiązanie do monitorowania krów. Jeżeli krowa jest cielna i cielak jest w drodze, to urządzenie wysyła SMS do rolnika, który może na czas dotrzeć i odebrać poród – przytacza Bartosz Siepracki.

Jak podkreśla dyrektor warszawskiego biura Enterprise Ireland, w Polsce ma swoje biura około 50 irlandzkich firm. Wśród nich są przedsiębiorstwa informatyczne, inżynierskie, rolnicze i handlowe. Wśród kluczowych irlandzkich inwestorów jest wrocławska firma Connected Health, która działa w obszarze IT i zatrudnia w Polsce ponad 150 osób. W większości są to inżynierowie, którzy pracują nad produktami i usługami medycznymi nowej generacji, które pozwalają m.in. na monitorowanie stanu zdrowia pacjenta.

Jednym z największych na polskim rynku przedsiębiorstw z irlandzkim rodowodem jest również Grupa CRH, do której należą zakłady cementowe Ożarów. Natomiast w ostatnim czasie swoje biuro w warszawie otworzyła firma 3D4Medical, która na całym świecie ma ponad 12 mln użytkowników swojej aplikacji, działającej podobnie jak wirtualny atlas anatomiczny. Program jest często wykorzystywany jako pomoc naukowa dla uczniów i studentów.

– Obecnie 3D4Medical zatrudnia w Warszawie 17 osób, ale planuje mocno rozwinąć ten zespół, ponieważ pracuje nad nowymi produktami. Kolejną firmą, która również rozważa inwestycję w Polsce, jest MagGrow. Przedsiębiorstwo specjalizuje się w technologii rolniczej, która pozwala zmniejszyć koszty oprysków na polach. Wykorzystuje do tego urządzenia, które namagnetyzowują cząsteczki pestycydów i dzięki temu wykorzystanie wody i jej straty są znacznie mniejsze. MagGrow chce prowadzić w Polsce działalność sprzedażową, ale planuje również ulokować tutaj część produkcji – mówi Bartosz Siepracki.

150 mln zł trafi na staże i praktyki dla studentów w przedsiębiorstwach. Środki będą przeznaczane m.in. na wynagrodzenia stażystów

150 mln zł trafi na staże i praktyki dla studentów w przedsiębiorstwach. Środki będą przeznaczane m.in. na wynagrodzenia stażystów 16

6 marca rozpocznie się nabór wniosków w drugim konkursie programu „Studiujesz? Praktykuj!”. Przewidziane w budżecie 150 mln zł umożliwi uczelniom stworzenie programów staży i praktyk związanych bezpośrednio z kierunkami studiów. Warunkiem jest bliska współpraca z przedsiębiorstwami tak, by studenci stażyści mogli w praktyce wykorzystać zdobywaną na uczelniach wiedzę. To ułatwi im start w zawodową przyszłość – podkreślają przedstawiciele Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, które ogłosiło konkurs.

– Konkurs „Studiujesz? Praktykuj!” pozwala studentom zdobywać doświadczenie, w praktyce korzystać ze zdobytej na uczelni wiedzy teoretycznej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Gąsiorkiewicz-Płonka, dyrektor działu rozwoju kadry naukowej w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR). – To pierwszy kontakt studenta z przedsiębiorstwem pozwalający na skonfrontowanie tego, czego dotychczas się nauczył, z rzeczywistością biznesową. Przedsiębiorcy natomiast mogą sprawdzić, czy kształcące kadry uczelnie faktycznie odpowiadają na ich potrzeby i mogą tam szukać potencjalnych przyszłych pracowników.

Ogłoszony przez NCBiR program „Studiujesz? Praktykuj!” jest skierowany do studentów, ale poprzez uczelnie, które w ramach konkursów składają wnioski. Dzięki pozyskanym środkom szkoły wyższe we współpracy z przedsiębiorcami opracują i zrealizują program staży i praktyk.

– Patrząc na edycję z 2015 roku, podczas której wpłynęło ponad 370 wniosków, liczymy, że tegoroczna będzie podobna pod względem liczby zgłoszeń i wnioskowanej kwoty dofinansowania – ocenia Paulina Gąsiorkiewicz-Płonka. – Uczelnie są zainteresowane konkursem i wsparciem finansowym. Do tego rodzaju przedsięwzięć zawsze zgłasza się większa liczba szkół wyższych niż do innych.

Na realizację ubiegłorocznej edycji wydano 145 mln zł. W tegorocznej przewidziany budżet to 150 mln zł. Przeciętny koszt przypadający na jednego uczestnika w projekcie może wynieść 15 tys. zł. Środki będą przeznaczane również na kompleksową opiekę pracodawców nad stażystami oraz wynagrodzenie studentów stażystów. Uczelnie mogą składać wnioski od 6 marca, a nabór potrwa do 7 kwietnia.

– Po tym terminie będziemy oceniać wnioski, które do nas wpłyną – zapowiada Paulina Gąsiorkiewicz-Płonka. – Po rozstrzygnięciu konkursu zawrzemy umowy z wybranymi do dofinansowania uczelniami. W tym momencie projekty ruszą, a pierwsi studenci będą mogli przystępować do staży i praktyk. Każde z tych przedsięwzięć musi być powiązane z przedsiębiorcami, musi występować współpraca między uczelnią a firmą.

Co istotne dla studentów, będą to staże długoterminowe. Każdy z dofinansowanych projektów potrwa od dwunastu do dwudziestu czterech miesięcy i obejmie ostatnie semestry studiów.

Chodzi o to, aby uczestnicy nie przychodzili tylko na jeden miesiąc, nie odbywali w zasadzie wizyt w przedsiębiorstwach, ale żeby faktycznie mogli popracować i zdobyć doświadczenie – podkreśla przedstawiciela NCBiR.

Zakresy tematyczne staży i praktyk mają być bezpośrednio związane z kierunkami studiów tak, aby zapewnić praktyczne wykorzystanie efektów kształcenia w toku wykonywanych zadań. Minimalny wymiar stażu ma wynieść 120 godzin i co najmniej dwadzieścia godzin prac tygodniowo.

 Dzięki programowi uczelnia ma kontakt z przedsiębiorcami, może odpowiadać na ich potrzeby, dowiaduje się, czego przedsiębiorcy oczekują od studentów czy absolwentów – wyjaśnia Paulina Gąsiorkiewicz-Płonka. – Szkoła wyższa może potem zmienić kierunki studiów tak, aby program nauczania bardziej dostosować do potrzeb rynku pracy.

W postępowaniu mogą wziąć udział szkoły wyższe kształcące co najmniej 100 osób na studiach stacjonarnych.

Fundacje pracownicze ważne dla pracowników i ich rodzin. Wpływają na pozytywny wizerunek firmy w oczach kandydatów do pracy

Fundacje pracownicze ważne dla pracowników i ich rodzin. Wpływają na pozytywny wizerunek firmy w oczach kandydatów do pracy 17

Pracownicy, zwłaszcza z młodego pokolenia, coraz większą wagę przykładają nie tylko do wysokości zarobków, lecz także do pozapłacowych benefitów w firmie. Ważnym elementem takich działań są fundacje pracownicze, które pomagają pracownikom finansowo w trudnych sytuacjach życiowych. Wspierają też lokalne społeczności.

– Obecnie o wyborze miejsca pracy decyduje nie tylko wysokość wynagrodzenia, lecz także wizerunek i podejście pracodawcy. Pracownicy oraz przyszli kandydaci zwracają dużą uwagę na to, w jaki sposób firma dba o bezpieczeństwo, rozwój i zdrowie pracowników – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Dudzińska, dyrektor personalny w firmie VELUX Polska.

Czynniki pozapłacowe mają istotne znaczenie przede wszystkim dla młodego pokolenia. Badanie „The 2016 Deloitte Millennial Survey. Winning over the next generation of leaders” wskazuje, że przedstawiciele pokolenia Y to w dużej mierze idealiści. Zdecydowana większość (87 proc.) jest przekonana, że sukcesu w biznesie nie można mierzyć jedynie wynikami finansowymi. Co więcej, wierzą też, że biznes może mieć pozytywny wpływ na społeczeństwo, a przy ocenie danej firmy zwracają uwagę na jakość świadczonych usług (63 proc.) i satysfakcję pracowników (62 proc.).

– Fundacja pracownicza to istotny element employer brandingu, czyli budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy wśród pracowników i przyszłych kandydatów. To istotny element w procesie rekrutacji, ponieważ z dumą można pokazać kandydatom, że firma jest odpowiedzialna społecznie, dba o rozwój i udziela pomocy – tłumaczy Dudzińska.

Fundacje pracownicze mają wspierać zatrudnione w firmie osoby przede wszystkim w trudnych sytuacjach życiowych. Często jest to działalność dodatkowa, niezależna od środków przekazywanych przez Zakładowe Fundusze Świadczeń Socjalnych. To koło ratunkowe dla pracownika, które jednocześnie wpływa na zaangażowanie i lojalność pracownika. Fundacje pracownicze wspierają nie tylko zatrudnione osoby, lecz także ich rodziny.

– Oprócz udzielania pomocy w trudnych sytuacjach życiowych naszym pracownikom, fundacja wspiera edukację akademicką dzieci pracowników oraz projekty lokalnej społeczności. Pracownicy są bardzo zaangażowani w zgłaszanie tego typu projektów, często dotyczą szkół, przedszkoli czy klubów sportowych, z których później korzystają ich dzieci – wskazuje dyrektor personalny w firmie VELUX Polska.

Przykładem takiej organizacji może być Fundacja Pracownicza Grupy VKR, której częścią jest firma VELUX. Wspiera ona pracowników, także tych emerytowanych. Jedynym warunkiem jest przepracowanie w firmie minimum 5 lat. Fundacja pomaga też w edukacji akademickiej dzieci pracowników i wspiera lokalne społeczności.

– Pracownicy często podkreślają, że są dumni z pracy w firmie, która ma fundację pracowniczą. Cieszymy się, że jako firma wypracowujemy zyski, ale część z nich przekazujemy na rzecz pracowników, aby wspierać ich zarówno w trudnych sytuacjach życiowych, jak i w lokalnych projektach dotyczących ich miejsca zamieszkania – podkreśla Dudzińska.

W ciągu 25 lat działalności Fundacja Pracownicza Grupy VKR przekazała na wsparcie blisko 4 mln zł, z czego 1,5 mln na 145 projektów dotyczących trudnych sytuacji życiowych pracowników, ponad 320 tys. zł na 45 projektów dotyczących dofinansowania edukacji dzieci pracowników (m.in. granty wspierające programy szkoleniowe). Wsparła też 194 projekty związane z działalnością organizacji non-profit na terenach zlokalizowanych w pobliżu zakładów produkcyjnych.

– Kapitał podstawowy fundacji, z którego przekazywane są dotacje, składa się z darowizn otrzymanych m.in. od Grupy VKR – zaznacza przedstawicielka firmy VELUX Polska.

Jak podkreśla Dudzińska, fundacje pracownicze to element odpowiedzialnego społecznie biznesu. Same fundacje jednak nie są wystarczające, firma powinna dbać o bezpieczeństwo pracowników i umożliwienie im rozwoju. Jej zdaniem tylko kompleksowe działanie może przynieść oczekiwany efekt, czyli pozytywny wizerunek firmy jako dobrego pracodawcy.

– Działalność fundacji ma sens, jeśli firma ma odpowiednią politykę personalną. To dopełnienie pewnych aspektów związanych z dbaniem o bezpieczeństwo, rozwój i zdrowie pracowników. W tym przypadku fundacja pracownicza jest dopełnieniem polityki personalnej, która powinna być odpowiednio wdrożona we wszystkich organizacjach – przekonuje Anna Dudzińska.

Rośnie oferta mieszkaniowa dla seniorów. Budynki są przystosowywane do potrzeb osób starszych i dobrze skomunikowane

Rośnie oferta mieszkaniowa dla seniorów. Budynki są przystosowywane do potrzeb osób starszych i dobrze skomunikowane 18

Prognozy wskazują, że za 10 lat w Polsce więcej będzie emerytów niż 25-latków. Wyzwania demograficzne sprawiają, że deweloperzy będą musieli większą uwagę zwracać na potrzeby mieszkaniowe seniorów – zarówno osób aktywnych zawodowo, jak i tych wymagających opieki. Takie budynki powinny być dobrze skomunikowane, a mieszkania – odpowiednio wyposażone. Niewskazane ze względów społecznych jest jednak tworzenie zamkniętych osiedli tylko dla seniorów.

Statystyki GUS wskazują, że jesteśmy jednym z szybciej starzejących się społeczeństw. Za dekadę liczba emerytów będzie większa niż 25-latków. W 2025 roku osób w wieku 65+ wyniesie w Polsce prawie 8,2 mln, w 2030 – już ponad 8,6 mln. To sprawia, że deweloperzy przy budowie mieszkań powinni zdaniem ekspertów zwracać uwagę na potrzeby seniorów, a jednocześnie pamiętać, że grupa ta nie jest jednorodna.

 Pierwsza grupa to osoby w końcowym okresie aktywności zawodowej, których poziom zarobków jest prawdopodobnie najwyższy w historii zawodowej. Mogą oni mieszkać samodzielnie, nie potrzebują szczególnych form opieki czy znaczących udogodnień w wyposażeniu mieszkania. Kolejna grupa to osoby w wieku emerytalnym, dla których pomocne byłyby systemy teleopieki, telemedycyny, a w części przypadków także asysta osoby opiekującej się nimi. Jest też trzecia grupa seniorów, ta o najmniejszej sprawności ruchowej, która wymaga stałej opieki i szczególnej uwagi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Komorowska, analityk rynku nieruchomości, koordynator projektów zewnętrznych Centrum AMRON.

Na potrzeby mieszkaniowe seniorów zwraca też uwagę przygotowany przez rząd Narodowy Program Mieszkaniowy. Według jego założeń dzięki wdrożeniu odpowiedniej polityki senioralnej związanej z polityką miejską, planowaniem przestrzennym, urbanistyką i rewitalizacją ma się poprawić ma dostępność mieszkań oraz warunki zamieszkania osób starszych. W efekcie lepszy ma być ich standard życia i dostęp do usług medycznych lub rehabilitacyjnych.

Deweloperzy muszą pamiętać, że senior potrzebuje specjalnego wyposażenia mieszkania. Lokale powinny mieć antypoślizgową posadzkę, być wyposażone w uchwyty i poręcze, przejścia powinny być bezprogowe i wystarczająco szerokie, by umożliwiały poruszanie się na wózku inwalidzkim. Ważne jest, żeby w budynku były windy, zwłaszcza jeżeli mieszkanie nie jest położone na niskiej kondygnacji – podkreśla ekspertka.

Dla seniorów równie istotne jest, by osiedla były dobrze skomunikowane, zlokalizowane blisko przystanków i infrastruktury handlowo-usługowej oraz w bezpiecznej okolicy. Dobrze, by położenie osiedla sprzyjało aktywnemu wypoczynkowi.

 Rzadko się spotyka, żeby osiedla mieszkaniowe powstawały jako osobne twory tylko dla seniorów. To nie jest dobre rozwiązanie również z punktu widzenia społecznego. Ważne, żeby to środowisko było jednak zintegrowane z pozostałymi grupami wiekowymi – podkreśla Joanna Komorowska.

Również część mieszkań komunalnych ma być budowana lub adaptowana do potrzeb osób starszych. Środki na ten cel trafią z Regionalnych Programów Operacyjnych.

Budynków spełniających takie wymagania jest coraz więcej. Powstają nie tylko w największych aglomeracjach, lecz także w mniejszych miastach.

Nowe mieszkania to często wysoki koszt, dlatego ważny jest dostęp do finansowania. Emerytura i renta zazwyczaj są zbyt niskie, seniorom trudno też uzyskać wieloletni kredyt. Eksperci podkreślają, że rozwiązaniem może być sprzedaż własnego mieszkania – często zbyt dużego względem możliwości finansowych starszych osób – oraz kupno nowego, lepiej przystosowanego do ich potrzeb.

– W Polsce działa też umowa dożywotnich świadczeń zawieranych z funduszami hipotecznymi. Senior w akcie notarialnym przekazuje prawo własności funduszowi, który staje się właścicielem nieruchomości w chwili śmierci seniora, natomiast senior dożywotnio otrzymuje świadczenia, które może przeznaczyć np. na wynajem – przypomina Joanna Komorowska.

Resort cyfryzacji pracuje nad likwidacją barier dla rozwoju technologii mobilnych

Resort cyfryzacji pracuje nad likwidacją barier dla rozwoju technologii mobilnych 19

Technologie mobilne mają strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki. Minister cyfryzacji Anna Streżyńska wskazuje, że ich rozwój w Polsce utrudnia pięć głównych przeszkód, które muszą zostać uregulowane odpowiednimi przepisami. Są to m.in. kwestie emisji pola elektromagnetycznego, opłat dla operatorów telekomunikacyjnych i konieczność zapewnienia odpowiedniej ochrony danych osobowych.

– Jest pięć kluczowych zagadnień, które musimy uwzględnić w przepisach prawa, żeby skutecznie promować mobilność. Ważną sprawą jest przede wszystkim standaryzacja nowych usług 5G. Ten proces trzeba dokończyć – mówi minister cyfryzacji Anna Streżyńska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Od kilku lat prace nad standaryzacją sieci 5G prowadzi światowa czołówka technologicznych gigantów, m.in. Huawei, Ericsson, Nokia i Samsung. Eksperci szacują, że przepustowość takiej sieci będzie nawet trzydziestokrotnie większa niż obecny standard 4G/LTE. Według prognoz jego następca, czyli sieć 5G, może się pojawić w ofercie telekomunikacyjnej w 2020 roku. Nowa technologia ma zrewolucjonizować rynek usług mobilnych. Będzie też wspierać komunikację między maszynami.

W Europie prace nad standardem 5G toczą się w ramach zainicjowanego przez Komisję Europejską programu METIS, w którym współpracują ze sobą operatorzy, dostawcy rozwiązań telekomunikacyjnych i europejskie uczelnie. W technologicznym wyścigu uczestniczą też inne światowe gospodarki, m.in. Korea Południowa.

– Kolejna sprawa to przeszkody związane z promieniowaniem elektromagnetycznym, które jest ostatnio gorącym tematem. Często wpływa ono na możliwość realizowania inwestycji mobilnych na terenie kraju, szczególnie w dużych skupiskach ludności, blisko siedzib, szczególnie w sąsiedztwie ośrodków szkolnych czy przedszkolnych – mówi Anna Streżyńska.

Promieniowanie elektromagnetyczne (PEM) z urządzeń sieci telekomunikacyjnych jest w ostatnich latach przedmiotem częstych skarg, m.in. mieszkańców Krakowa. Miasto zorganizowało w ubiegłym roku konsultacje z ekspertami od PEM i ogłosiło plan zakupienia urządzeń, dzięki którym mieszkańcy mogliby samodzielnie dokonywać pomiarów pola elektromagnetycznego.

W opozycji do licznych protestów społecznych stoi opublikowany w grudniu ubiegłego roku raport Generalnego Inspektoratu Ochrony Środowiska, który pokazuje, że dopuszczalne normy pól elektromagnetycznych nie są w Polsce przekroczone. Obecnie w resorcie cyfryzacji trwają prace nad ustawą, która ma między innymi uregulować i poprawić kontrolę emisji PEM z urządzeń telekomunikacyjnych.

Anna Streżyńska zauważa, że kolejną przeszkodą utrudniającą rozwój technologii mobilnych w Polsce są także przepisy nieprzyjazne inwestorom.

– To między innymi opłaty publiczno-prawne, które dotyczą każdego operatora. Istnieją również bariery wynikające z braku standardów w innych infrastrukturach, które korzystają z mobilności, na przykład takich jak energetyka. Nie wypracowano jeszcze dostatecznych standardów, które umożliwiałyby bezpieczną komunikację między maszynami – mówi Anna Streżyńska.

Ostatnim utrudnieniem dla rozwoju mobilności, które wymienia szefowa resortu cyfryzacji, są zagadnienia związane z ochroną danych i przetwarzaniem dużych zbiorów danych osobowych.

– To są kwestie bezpieczeństwa dotyczące na przykład naruszenia danych przez osoby, które chcą je wykorzystać do własnych celów, nie mając do nich uprawnionego dostępu – mówi Anna Streżyńska.

Dla większości przedsiębiorstw, w tym także dla operatorów telekomunikacyjnych, wyzwaniem będzie nowe unijne prawo, które zacznie obowiązywać w Polsce w maju 2018 roku. Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych nałoży na wszystkie podmioty, które gromadzą i przetwarzają takie dane, szereg nowych obowiązków, m.in. konieczność zadbania o bezpieczeństwo już na etapie projektowania systemów informatycznych, obowiązek informowania klientów o każdorazowym naruszeniu lub wycieku ich danych osobowych oraz wymóg zapewniania osobom fizycznym domyślnej ochrony.

Bariery w rozwoju technologii mobilnych są dla resortu cyfryzacji ważnym zagadnieniem, ponieważ – jak pokazuje styczniowy raport firmy doradczej PwC przeprowadzony na zlecenie Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji – technologie mobilne mają strategiczne znaczenie dla rozwoju polskiej gospodarki. Wpływ sektora telefonii mobilnej na polską gospodarkę to 3,2 proc. całego PKB w skali roku, a wkład operatorów telekomunikacji mobilnej do budżetu to ponad 26,5 mld zł. Bez rozwoju infrastruktury i technologii mobilnych nie będzie możliwe zwiększenie konkurencyjności polskiej gospodarki ani budowa nowoczesnego państwa opartego na e-administracji – wskazuje PwC.

Coraz większe znaczenie think tanków w Polsce. Wyzwaniem jest uzyskanie finansowania pozwalającego zachować niezależność

Coraz większe znaczenie think tanków w Polsce. Wyzwaniem jest uzyskanie finansowania pozwalającego zachować niezależność 20

Instytucja think-tanków w Polsce staje się coraz popularniejsza – przekonuje dr Christopher A. Hartwell, prezes Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Obecnie w kraju działa ponad 40 think tanków i jesteśmy w czołówce regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jak ocenia ekspert, przyszłością think tanków jest ich specjalizacja, bo tylko w ten sposób mogą zaoferować wartość dodaną. Najważniejszym wyzwaniem jest zaś stabilne finansowanie przy zachowaniu pełnej niezależności od sektora prywatnego i administracji rządowej.

– Think tanki to rodzaj niezależnego głosu, który proponuje innowacyjne rozwiązania problemów politycznych i jest niezależny od rządów. Ich historia rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych w latach 70., a dwie dekady później dotarły do Europy. Myślę jednak, że Europejczycy nie do końca rozumieją, jaka jest ich rola i to problem, z jakim wiele think tanków się zmaga. Dlatego ich wpływ na politykę bywa zróżnicowany – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Christopher A. Hartwell, prezes think tanku Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE).

Według rankingu Global Go To Think Tank Index Report Uniwersytetu Pensylwania na świecie działa blisko 7 tys. think tanków, z czego najwięcej, bo blisko 30 proc., w Stanach Zjednoczonych. W Europie ich liczba przekracza 1,7 tys. (blisko 26 proc.). Jak wskazuje ekspert, problemem europejskich think tanków jest ich afiliowanie przy partiach politycznych, mają więc zawsze określone nastawienie ideologiczne.

– Moim zdaniem w przyszłości think tanki będą coraz bardziej wpływowe, pod warunkiem że pozostaną niezależne od nacisków politycznych i będą dążyły do tzw. polityki opartej na dowodach. Biorąc pod uwagę falę populizmu zalewającą świat, coraz trudniej jest się nam przebić z naszym głosem, ale jednocześnie uważam, że dziś jest on potrzebny bardziej niż kiedykolwiek – wskazuje Hartwell.

W Polsce liczba think tanków stopniowo rośnie i obecnie jest ich 42. Choć wciąż daleko nam do czołówki europejskiej, to w regionie jesteśmy jednym z liderów (po Rosji –122, Rumunii – 54 i Ukrainie – 47). Jak podkreśla prezes CASE, w Polsce przestrzeń dla tego typu organizacji jest ograniczona, jednak w ciągu ostatniej dekady wpływ think tanków znacząco się zwiększył.

– W Polsce każdy może znaleźć dla siebie przestrzeń. Nie chcemy zbyt mocno ze sobą konkurować, bo łączy nas jeden cel, jakim jest dostarczanie rzetelnych informacji niezbędnej w procesie podejmowania decyzji politycznych, bez względu na to, czy będą brane pod uwagę – mówi Hartwell. – Każdy kolejny rząd ma własne pomysły na politykę, ale mimo wszystko w ciągu ostatnich 10 lat zaczęto słuchać nie tylko ministrów finansów czy gospodarki, lecz także think tanków. To pozytywny sygnał, który oznacza, że nadal powinniśmy tworzyć dogłębne, rzetelne analizy i naświetlać nowe idee, które decydenci mogą podchwycić i wdrożyć w życie.

CASE skupia się na czterech obszarach tematycznych: rozwoju i handlu, polityce fiskalnej, demografii i polityce oraz innowacji, energii i klimacie. Od 1991 roku organizacja sfinalizowała ponad 350 projektów w 50 krajach. W najnowszym rankingu Global Go To Think Tank Index Report CASE okazało się najlepszym think tankiem w Europie Środkowej i Wschodniej. Znalazło się również wysoko wśród światowych organizacji zajmujących się polityką społeczną (3. miejsce).

– Na przyszłość think tanków można spojrzeć dwojako. Jedną drogą jest nieustanny rozwój, co niekoniecznie musi być pożądane. Drugą – lepszą drogą – jest ich specjalizacja. Zamiast wielkich organizacji potrzebne są mniejsze, które specjalizują się w jednej konkretnej kwestii. My staramy się to łączyć, nie zajmujemy się więc polityką bezpieczeństwa, zmianami klimatycznymi, tylko koncentrujemy się na makroekonomii, polityce społecznej i tematach pokrewnych. W ten sposób think tanki mogą zaoferować wartość dodaną – przekonuje ekspert.

Jak ocenia prezes CASE, największym wyzwaniem, jakie stoi przed think tankami, jest ich finansowanie. Niezależnie od źródła – rządowego lub prywatnego – może budzić wątpliwości i wpływać na niezależność organizacji.

– Moim zdaniem to jednak nieprawda tak długo, jak zachowuje się pewne zasady. Darczyńcy i fundatorzy mogą pochodzić z wielu różnych kręgów. Znalezienie trwałych źródeł finansowania i utrzymanie ich bez uszczerbku dla niezależności i wiarygodności to wyzwanie dla think tanków – przyznaje Christopher A. Hartwell.

Mocne dane z polskiej gospodarki nie pomagają złotemu i giełdzie

O godzinie 14:00 poznaliśmy dane z polskiej gospodarki, które okazały się lepsze od oczekiwań analityków.

Sprzedaż detaliczna w styczniu wzrosła aż o 11,1 proc. rok do roku, podczas gdy prognozowano jedynie 7,6 proc. wzrost. Również produkcja przemysłowa urosła o 9 proc. rok do roku, czyli więcej niż konsensus analityków na poziomie 7,8 proc. Natomiast inflacja producencka PPI wzrosła o 4,1 proc., również powyżej oczekiwanego 3,6 proc. wzrostu. Dane te potwierdzają, iż polska gospodarka weszła w okres silnego wzrostu aktywności, co powinno wspierać w średnim terminie polskiego złotego i rynek akcji.

Dobre dane z polskiej gospodarki nie przekładają się jednak dziś pozytywnie na wycenę złotego.

Para EURPLN rośnie 0,4 proc., handlując w okolicy poziomu 4,33, para USDPLN rośnie 0,5 proc., handlując w pobliżu poziomu 4,06 a para CHFPLN rośnie 0,3 proc., handlując w pobliżu poziomu 4,07. Polska giełda także świeci dziś na czerwono. Indeks WIG20 traci już ponad 1 proc., handlując w poniżej poziomu 2200 punktów. Dzieje się tak dlatego, iż następuje tutaj realizacja zysku po kolejnym z rzędu tygodniu silnych wzrostów indeksu.  Również indeks doszedł do ważnego poziomu technicznego, czyli 61,8 proc. zniesienia fali spadkowej z 2015 roku, a oscylatory wskazują na silne wykupienie rynku. Dlatego też dzisiejsza korekta wyceny indeksu, pomimo dobrych danych z polskiej gospodarki, nie jest zaskakującym zjawiskiem.

W dniu dzisiejszym negatywnie natomiast zaskoczyły rynki dane sprzedażowe z Wielkiej Brytanii.

Sprzedaż detaliczna w styczniu spadła tam o 0,3 proc. w porównaniu z grudniem, kiedy to analitycy spodziewali się 0,9 proc. W ujęciu rok do roku sprzedaż także wzrosła jedynie o 1,5 proc., kiedy spodziewano się aż 3,4 proc. wzrostu. Funt zareagował na tak słabe dane mocną przeceną, osiągając najniższe od miesiąca poziomy wyceny. Para GBPUSD traci 0,4 proc., handlując w pobliżu poziomu 1,2430, a para GBPJPY traci 0,9 proc., handlując w pobliżu poziomu 140,20 jenów. Para EURGBP zyskuje 0,3 proc., handlując w pobliżu poziomu 0,8570. Funt zachowuje się neutralnie w stosunku do polskiego złotego, para GBPLN handluje stabilnie w pobliżu poziomu 5,05.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Ponad 70% klientów do wyboru produktu przekonuje marketing treści, a nie tradycyjna reklama

„Oferujemy unikalny produkt”, „jesteśmy liderem rynku”… Dość! Tego typu hasła, podobnie jak tradycyjna, natrętna reklama, od dawna nie działają na prawie żadnego klienta. Aby móc skutecznie sprzedawać swoje produkty i usługi, konieczny jest marketing treści. I chociaż dla większości firm nie jest to już pojęcie abstrakcyjne, wiele z nich ciągle nie zdaje sobie sprawy, ile korzyści przynosi tworzenie dobrych treści contentmarketingowych.

Marketing treści pozwala w znakomity sposób wyróżnić się na tle konkurencji. „Daje on możliwości zaprezentowania oferty, produktu i w ogóle całej firmy za pomocą wartościowej treści, na którą klient świetnie reaguje i na którą czeka. 70% ludzi woli poznawać firmy, produkty i usługi właśnie w ten sposób, a nie przez nachalną reklamę. Za content marketingiem przemawia też pozycjonowanie. Wartościowa treść pozwala ustawić firmę na wysokich miejscach w wyszukiwarce Google” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Filip Nocny, dyrektor kreatywny agencji Nocny Copywriter i współwłaściciel firmy coachingowej Arena Szkoleń.

Dlaczego tradycyjna reklama jest w dzisiejszych czasach nieskuteczna? Ponieważ większość z nas traktuje ją jako zwykły spam, niewarty żadnej uwagi. Mówi się nawet o ślepocie banerowej. Zjawisko to polega na tym, że podczas przeglądania internetu w ogóle nie zauważamy treści, na które w danej chwili nie czekamy, a więc właśnie banerów reklamowych. To głównie z tego powodu czas klasycznej reklamy powoli dobiega końca. Odpowiedzią na ślepotę banerową jest wspomniany content marketing, czyli treści wartościowe i pożądane. Firmy, które tego nie zrozumieją, przegrają.

A jak stworzyć dobrą kampanię contentmarketingową? Przede wszystkim konieczny jest ciekawy pomysł. Po drugie musimy mieć do zaoferowania unikalną treść, która zainteresuje konsumenta. Kolejną rzeczą, o którą trzeba zadbać, są kanały dystrybucji (np. media społecznościowe czy wideoblog). Za ich pomocą nasz przekaz będzie mógł dotrzeć do odbiorców. Ostatnim niezbędnym elementem jest system automatyzacji marketingu, który pozwoli nam monitorować całą kampanię oraz właściwie nią zarządzać.

mAkcelerator – mBank zainwestuje 50 mln euro w rozwój nowoczesnych technologii

mBank powołał pierwszy i największy fundusz w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, którego celem jest rozwój i komercjalizacja najnowocześniejszych technologii. Polski bank ma ambicję dołączyć do grona liderów mających wpływ na cyfrową transformację w sektorze finansowym. Na inwestycji zyskają klienci mBanku, którzy jako pierwsi będą korzystać z nowoczesnych rozwiązań.

W ramach projektu mAkcelerator mBank zainwestuje 50 mln euro, czyli ponad 200 mln zł, w rozwój nowoczesnych technologii. Decyzją zarządu banku powstaje fundusz, który będzie inwestował w start-upy technologiczne. To pierwsze tego typu przedsięwzięcie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Celem projektu jest rozwój najnowocześniejszych technologii, które pomogą instytucjom finansowym na całym świecie sprostać wyzwaniom ery fintech – wyjaśnia Cezary Stypułkowski, prezes mBanku.

Fundusz będzie inwestował w młode firmy, które z czasem staną się partnerami dla instytucji finansowych na całym świecie. W początkowej fazie inwestycji, innowatorzy będą pracować z pierwszym partnerem – czyli mBankiem – obsługującym ponad 5 mln klientów w Polsce, Czechach i na Słowacji, który pozwoli im na zbudowanie masy krytycznej. Następnie firmy te, ze wsparciem finansowym i know-how funduszu, zaoferują swoje sprawdzone pomysły na całym świecie.

Jeszcze nikt w regionie nie stworzył tego typu „laboratorium fintech” – zarówno pod względem wartości inwestycji, jak i liczby potencjalnych użytkowników i związanych z tym możliwości.

Funduszem pokierują doświadczeni menadżerowie: Jarosław Mastalerz, dotychczasowy wiceprezes banku oraz Wojciech Chmielewski, szef strategii. Odejdą oni z mBanku i całkowicie poświęcą się nowemu projektowi.

Jarosław Mastalerz to wiceprezes mBanku odpowiedzialny za obszar IT i nowych technologii. Poprzednio kierował pionem bankowości detalicznej. W przeszłości był twórcą i prezesem spółki BRE Ubezpieczenia, która jako pierwsza w Polsce wprowadziła polisy ubezpieczeniowe on-line.

Wojciech Chmielewski jest dyrektorem strategii, inwestycji zagranicznych i relacji inwestorskich mBanku. Doświadczenie zawodowe zdobywał w londyńskim JP Morgan, gdzie zajmował się bankowością inwestycyjną oraz w funduszu private equity Pechel w Paryżu.

Wszystkie inwestycje funduszu zatwierdzać będzie grono doświadczonych menedżerów mBanku: Cezarego Stypułkowskiego, prezesa zarządu, Christopha Heinsa, wiceprezesa ds. finansów oraz Cezarego Kocika i Przemysława Gdańskiego – wiceprezesów ds. bankowości detalicznej i korporacyjnej.

– Projekt jest ogromną szansą dla mBanku, zarówno w wymiarze finansowym, jak i konkurencyjnym. Umocni naszą pozycję jako firmy dobrze przygotowanej na wyzwania cyfrowej gospodarki, potrafiącej odpowiadać na oczekiwania coraz bardziej mobilnych klientów. To jedna z kluczowych inicjatyw strategii „mobilny Bank” na lata 2016-2020 – mówi Cezary Stypułkowski.

Marcin Chadaj – podsumowanie tygodnia

Wtorkowe wystąpienie Janet Yellen przed senacką komisją, nieoczekiwanie przyniosło ważne deklaracje dotyczące amerykańskiej polityki pieniężnej. Po okresie wątpliwości co do tego, czy Fed rzeczywiście gotowy jest do trzech podwyżek stóp procentowych w tym roku, wcześniejsze deklaracje w tym zakresie zyskały wyraźne potwierdzenie, choć w sposób pośredni.

Yellen nie określiła ile może być podwyżek, ani nie przybliżyła ewentualnego ich terminu, jednak oświadczyła, że zwlekanie z tym byłoby nieroztropne i mogłoby w przyszłości skutkować znacznym przyspieszeniem tempa zaostrzania polityki pieniężnej, niekorzystnym zarówno z punktu widzenia gospodarki, jak i sytuacji na rynkach finansowych. Jeszcze bardziej istotna wydaje się zapowiedź rychłego rozpoczęcia dyskusji na temat stopniowego redukowania sumy bilansowej Fed, rozdętej w wyniku skupowania obligacji, choć jednocześnie Yellen uspokoiła, że proces ten nie będzie wykorzystywany jako narzędzie polityki Fed. Takie zestawienie wypowiedzi wygląda na próbę przetestowania reakcji inwestorów.

Na razie test przebiega bardzo spokojnie. Nowojorskie indeksy nie przerwały zwyżkowej serii, prowadzących je na kolejne historyczne szczyty notowań. Dolar jednak wyraźnie zyskiwał na wartości, zyskując dodatkowy napęd do kontynuacji rozpoczętej na w pierwszych dniach lutego tendencji. Taniały także amerykańskie obligacje skarbowe, powodując wzrost rentowności papierów dziesięcioletnich w okolice 2,5 proc. Warto bacznie obserwować, jak będą zachowywać się główne segmenty rynku finansowego w najbliższym czasie, by nie przegapić momentu, w którym może dojść do istotnych zmian sytuacji. Wydaje się jednak, że nie nastąpi to wcześniej, nim ogłoszony zostanie zapowiadany szumnie przez Donalda Trumpa plan obniżenia podatków.

Marcin Chadaj
AgioFunds TFI S.A.

W Polsce rośnie zainteresowanie bronią

Zbroimy się? W ubiegłym roku złożyliśmy 70 proc. więcej wniosków o pozwolenie na broń sportową i otrzymaliśmy dwa razu więcej zezwoleń na broń kolekcjonerską niż w 2015 roku. Znacząco wzrosła sprzedaż akcesoriów do broni – aż o 400 proc.

W 2016 roku kupiono w Polsce ponad 106 tys. sztuk broni informuje „Dziennik Gazeta Prawna”. Zwraca też uwagę na to, że policja wydała w ub. roku rekordową liczbę zezwoleń – to m.in. 3,5 tysiąca zezwoleń na broń kolekcjonerską (dwa razy więcej niż w 2015 roku). O 70 proc. wrosła liczba wniosków o zezwolenie na posiadanie broni sportowej. Skąd ta tendencja?

Ostatnie lata to eskalacja napięć w polityce i gospodarce. Wokół nas pojawiło się wiele nowych zagrożeń. Społeczeństwa szukają więc sposobu na zwiększenie i ochronę bezpieczeństwa na własną rękę – mówi Andrzej Wojtusik, starszy chorąży sztabowy, były Komendant Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych i Pomocnik Dowódcy Wojsk Lądowych ds. Podoficerów. – To jedna z istotnych przyczyn wzrostu zainteresowania bronią i militariami w ostatnich latach. Widzimy to, co dzieje się na Ukrainie, w Europie Zachodniej, dostrzegamy rozwój koncepcji wojny hybrydowej. Instynkt podpowiada działania obronne – dodaje.  

Rynek już to dostrzega

Zmianę w nastawieniu Polaków do broni zauważają również producenci oraz dystrybutorzy akcesoriów do pistoletów i karabinów. Z danych firmy Mactronic wynika, że w ostatnim roku sprzedaż tego rodzaju produktów wzrosła o ponad 400 proc. w porównaniu z latami ubiegłymi. Czego pasjonaci strzelectwa poszukują na rynku prócz amunicji, tarcz i akcesoriów do konserwacji?

–  Latarki taktyczne na broń, włączniki żelowe, uchwyty do pistoletów, modyfikacje do broni w postaci szyn montażowych Picatinny. To tylko z niektóre z popularnych akcesoriów dla strzelców – mówi Cyprian Lemiech, ekspert ds. oświetlenia przenośnego we wrocławskiej firmie Mactronic, która zaopatruje w latarki m.in. służby mundurowe i wojsko, a jej oświetlenie można znaleźć między innymi na wyposażeniu okrętu ORP Orzeł.

Ekspert dodaje, że takie akcesoria cieszą się zainteresowaniem nie tylko użytkowników prawdziwej broni. Chętnie korzystają z nich grupy rekonstrukcyjne uprawiające Air Soft Gun, zawodnicy paintball lub po prostu miłośnicy militarnych gadżetów lub survivalu.  

Rząd planuje promować strzelectwo

Strzeleckie zainteresowanie planuje wspierać rząd. W ostatnich dniach pojawiła się informacja o planie budowy państwowych strzelnic, który jest motywowany wzrostem zainteresowania bronią wśród młodych Polaków. Plan upowszechnienia strzelectwa sportowego został opracowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki we współpracy z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministerstwem Obrony Narodowej. Według doniesień prasowych planuje się utworzenie tego rodzaju strzelnic w każdej gminie.

Komentarz tygodniowy

Opublikowane w tym tygodniu dane potwierdzają dobrą kondycję polskiej gospodarki. Pozytywne wyniki zanotował m.in. PKB, który po spowolnieniu w III kwartale, ponownie przyśpieszył. W IV kwartale polska gospodarka wzrosła o 1,7% i to przede wszystkim dzięki wzrostowi konsumpcji. W porównaniu do konsensusu (1,4%) było to miłe zaskoczenie. Również dane z rynku pracy nastrajają optymistycznie. Choć bezrobocie nieznacznie rośnie, to przy podglądzie na wskaźniki roczne, które są niezależne od cyklu, widać pozytywny trend. Rosną też płace – z roku na rok o 4,3%.

Globalne rynki interesowały się w tym tygodniu przede wszystkim przemówieniem Janet Yellen, która stwierdziła, że FED jest zadowolony z obecnej sytuacji w gospodarce USA i nic nie stoi na przeszkodzie kolejnemu zaostrzeniu polityki monetarnej. Biorąc pod uwagę, że Yellen zasugerowała również, że chce uniknąć przegrzania gospodarki USA, istnieje prawdopodobieństwo, że w USA dojdzie w tym roku do trzykrotnego wzrostu stóp procentowych.

Złoty w tym tygodniu osłabił się. Główną przyczyną było przeważające kupno. W związku z tym zalecana jest ostrożność, ponieważ po silnym wzmocnieniu na początku roku istnieje ryzyko, że korekta będzie kontynuowana, nawet pomimo dobrych fundamentów. Złoty w piątek rano utrzymywał się na poziomie 4,31 EUR/PLN. Kurs eurodolara był na poziomie 1,07 EUR/USD.

Akcenta

Potrzebne są standardy dla autonomicznych samochodów

Producenci samochodów inwestują miliardy dolarów w prace nad autonomicznymi samochodami, kierowanymi przez sztuczną inteligencję. Toyota, General Motors i firma Lyft zwróciły uwagę Senatu USA, że na tym etapie konieczne jest wypracowanie jednolitych regulacji dotyczących tej technologii w całych Stanach Zjednoczonych.

Toyota, General Motors i operator transportu zbiorowego Lyft wystosowały zbiorowy apel do amerykańskiego parlamentu, aby rozpocząć pracę nad zunifikowanymi przepisami dotyczącymi testowania autonomicznych samochodów i korzystania z nich.

Gill Pratt, CEO Toyota Research Institute
Gill Pratt, Toyota Research Institute

„Jednym z największych wyzwań, przed jakim stoją firmy inwestujące w technologie autonomicznego prowadzenia, jest kalejdoskop różnych regulacji w poszczególnych stanach” – powiedział Gill Pratt, CEO mieszczącej się w Dolinie Krzemowej firmy badawczej Toyota Research Institute, na spotkaniu z parlamentarną podkomisją handlu cyfrowego i ochrony konsumenta. – „Coraz więcej stanów opracowuje regulacje, które utrudniają rozwój autonomicznych samochodów”.

Departament Transportu opublikował we wrześniu generalne wytyczne dotyczące samoprowadzących się pojazdów, jednak zdaniem Pratta dokument ten jest niejasny i jest różnie interpretowany przez władze lokalne. Na przykład, Toyota testuje zautomatyzowane samochody w stanie Michigan, ale już nie w Kalifornii i Massachusetts, gdzie mieszczą się jej dwa pozostałe ośrodki badawcze. W zeszłym roku władze Michigan wyraziły zgodę na testowanie prototypów bez kierowcy na publicznych drogach.

„Regulacje stanowe wchodzą w tradycyjne kompetencje władz federalnych, dotyczące standardów bezpieczeństwa pojazdów i ruchu drogowego” – dodał Gill Pratt.

Jak zwracają uwagę przedstawiciele firm z branży motoryzacyjnej i nowych technologii, korzyści z przyszłych samochodów autonomicznych są bardzo szerokie – od wygody, przez umożliwienie samodzielnego poruszania się osobom niezdolnym do prowadzenia i oszczędność paliwa po ograniczenie liczby wypadków. Firmy takie jak Toyota, General Motors, Volvo, Alphabet, Delphi, Tesla, BMW, Nissan, Volkswagen, Ford, Audi, Baidu, Bosch i Honda albo już rozpoczęły testowanie takich pojazdów, albo zrobią to niebawem.

W kwestii potencjalnego ryzyka wypadku spowodowanego przez prototyp z autopilotem testowany na drogach publicznych, Anders Karrberg, wiceprezydent Volvo zapewnił, że w obliczu ogromnego tempa rozwoju tej technologii ryzyko to jest niewielkie i Volvo jest gotowe wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za zdarzenia spowodowane autonomicznymi pojazdami tej marki.

Nidhi Karla, starsza badaczka z firmy RAND Corp., jest zdania, że obecna sytuacja prawna uniemożliwia szeroko zakrojone testy autonomicznych samochodów przed ich wprowadzeniem na rynek. Konieczne są pilne regulacje, które wyważą potrzeby firm pracujących nad tą technologią z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa użytkownikom dróg.

Według badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych przez Kelly Blue Book, 63% badanych uważa, że drogi będą bezpieczniejsze, gdy samochody będą jeździć bez udziału kierowcy. Jednocześnie aż 80% jest zdania, że ludzie zawsze powinni mieć możliwość przejęcia kontroli nad pojazdem. Jednak nawet wśród osób przekonanych, że autopilot poprawi bezpieczeństwo na drogach, niewielka część nie jest zwolennikami tego rozwiązania. Wśród Amerykanów, którzy korzystają z serwisów takich jak Uber czy Lyft, 51% jest zwolennikami samoprowadzących się samochodów. W grupie osób, które nie korzystają z serwisów dzielenia przejazdów, liczba zwolenników autonomicznych samochodów spada do 42%.

Ranking cytowań mediów w roku 2016

Dzienniki ogólnopolskie

W roku 2016 liderem zestawienia w grupie dzienników ogólnopolskich została Gazeta Wyborcza (2563). Publicyści odwoływali się m.in. do tekstu pt. „Pierwsza dama tańczy sama” pióra Małgorzaty I. Niemczyńskiej, opublikowanego w tej gazecie 9 kwietnia. Dziennikarze dyskutowali na temat złamania zasady niewkraczania w życie prywatne osób na najwyższych stanowiskach. Drugie miejsce zajęła Rzeczpospolita (1815). Warto wspomnieć o marcowym tekście, w którym redaktorzy – pod wpływem wydarzeń związanych z inwigilacją dziennikarzy – wspominali aferę hazardową opisaną w 2008 roku przez Rzeczpospolitą. Na trzecim uplasował się Fakt (823).  Na kolejnych pozycjach znalazły się: Przegląd Sportowy (772), Dziennik Gazeta Prawna (695), Super Express (635), Puls Biznesu (242), Gazeta Polska Codziennie (184), Nasz Dziennik (181), Parkiet (21), Trybuna (18), Metrocafe.pl (1).

Dzienniki ogólnopolskie

Dzienniki regionalne

Wśród dzienników regionalnych na pierwszej pozycji uplasował się dziennik Polska The Times (202). Drugie miejsce należało do Głosu Wielkopolskiego (145), a na trzecim miejscu znalazł się Dziennik Bałtycki (117).

Dzienniki regionalne

Tygodniki ogólnopolskie

Wśród tygodników ogólnopolskich na pierwszej pozycji znalazła się Polityka (775). Cytowano m.in.  fragmenty artykułów Krzysztofa Masłonia, w których niepochlebnie odnosił się do twórców polskiej kultury (Olgi Tokarczuk i Andrzeja Stasiuka). Nawiązano do tych tekstów przy okazji rezygnacji Ryszarda Krynickiego z członkostwa w jury nagrody Angelus. W taki sposób poeta zaprotestował przeciwko obecności w jury Krzysztofa Masłonia. Drugie miejsce w naszym rankingu zajął Newsweek Polska (659), a trzecie – Do Rzeczy (618).

Tygodniki ogólnopolskie

Dzienniki ogólnopolskie

Wśród dzienników ogólnopolskich najczęściej pisano o Gazecie Wyborczej (4281). Na drugim miejscu znalazła się Rzeczpospolita (2232), a na trzecim Przegląd Sportowy (899). Najwięcej informacji tradycyjnie pojawiło się na temat Gazety Wyborczej (1718).

Dzienniki ogólnopolskie

Dzienniki regionalne

Wśród dzienników regionalnych na pierwszym miejscu znalazł się dziennik Polska The Times (250), na drugim Głos Wielkopolski (242), a na trzecim Dziennik Bałtycki (172). Najwięcej informacji pojawiło się na temat Głosu Wielkopolskiego (97).

Dzienniki regionalne

Tygodniki ogólnopolskie

Wśród tygodników ogólnopolskich na pierwszym miejscu znalazła się Polityka (1261), na drugim Newsweek Polska (1100), a na trzecim Gazeta Polska (947). Najwięcej informacji pojawiło się na temat Gazety Polskiej  (644).

Tygodniki ogólnopolskie

Metodologia

Badanie przeprowadzono na podstawie dzienników i tygodników ogólnopolskich oraz dzienników regionalnych. Uwzględniono wszystkie artykuły, które ukazały się w mediach w okresie od 1 stycznia do 31 grudnia 2016 r., w których cytuje się i powołuje na badane media. Wyszukiwano tytuł pozycji uwzględniając pełną deklinację. Uwzględniono również nazwy potoczne, np. Rzepa (zamiast: Rzeczpospolita), jak i regionalne tytuły gazet z Grupy Polskapresse, o których często pisze się zamiennie np. Głos Wielkopolski lub Polska Głos Wielkopolski.

Cytowania i/lub informacje danego tytułu w tymże nie były uwzględnione w raporcie. Do sumy cytowań i/lub informacji nie zostały także wliczone wzajemne cytowania i/lub informacje między następującymi grupami tytułów*:

  • Gazeta Wyborcza, pl;
  • Fakt, Newsweek Polska, Przegląd Sportowy;
  • Rzeczpospolita, Parkiet;
  • Gazeta Polska Codziennie, Gazeta Polska;
  • Dziennik Bałtycki, Dziennik Łódzki, Dziennik Zachodni, Gazeta Krakowska, Gazeta Wrocławska, Głos Wielkopolski, Kurier Lubelski, Dziennik Polski, Express Ilustrowany, Nasze Miasto;
  • Echo Dnia, Gazeta Codzienna Nowiny, Gazeta Lubuska, Gazeta Pomorska, Gazeta Współczesna, Głos – Dziennik Pomorza, Kurier Poranny, Nowa Trybuna Opolska;
  • Express Bydgoski, Nowości;
  • Gazeta Olsztyńska, Dziennik Elbląski;
  • Wprost, Do Rzeczy.

*tytuły pogrupowano głównie na podstawie ich przynależności do tej samej grupy medialnej

Każdy artykuł został przeczytany i sklasyfikowany jako cytowanie bądź informacja. Suma cytowań i informacji oddaje rzeczywistą liczbę artykułów, w których pojawił się choć raz tytuł badanego medium. Pojawienie się tytułu kilkukrotnie w jednym artykule jest traktowane jako jedna wzmianka.

Jako cytowanie zaliczono wszystkie artykuły, które bezpośrednio cytowały i odwoływały się do artykułów umieszczonych w badanych mediach.

Klasyfikacja przebiegała m.in. na podstawie takich sformułowań jak:

  • Fakt pisze, informuje, itp.;
  • X w wywiadzie dla Rzeczpospolitej powiedział;
  • Według Gazety Wyborczej;

lub przytoczenia fragmentu tekstu w cudzysłowie czy podania źródła informacji – często w nawiasie,
np. (Fakt, 14.01.2016).

Jako informację potraktowano wszystkie inne wzmianki, w których była mowa o badanym źródle, m.in. rankingi sprzedaży.

Marcin Lipka o aktualnej sytuacji Grecji

Grecja znów przestanie spłacać długi? Wiele na to wskazuje ocenia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl. Jak dowód wymienia niewystarczającą skalę reform, zbliżające się terminy spłaty pożyczek oraz spór pomiędzy wierzycielami.

– W przypadku Grecji chodzi o pieniądze. W tym roku Grecja musi wykupić dług i spłacić zobowiązania wysokości ok. 260 miliardów euro. Na te wszystkie zobowiązania państwo nie ma pieniędzy. Być może jeszcze przez najbliższe miesiące będzie miała, ale jeżeli chodzi o lato to potrzebuje kolejnych transz ze strony europejskich wierzycieli – mówi newsrm.tv Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Głównym powodem powrotu Grecji na nagłówki mediów jest lutowy raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Jego lektura pokazuje, w jak trudnej sytuacji tkwi greckie państwo, mimo że dostało olbrzymią pomoc finansową. Według scenariusza bazowego, czyli zakładającego wprowadzenie reform, dług Grecji w 2060 r. osiągnie 275 proc. PKB, a roczne potrzeby pożyczkowe brutto (konieczność zapewnienia finansowania dla nowego i zapadającego w danym roku długu) sięgną 60 proc. PKB. To ok. sześć razy więcej niż bieżące roczne potrzeby pożyczkowe Polski w relacji do PKB.

MFW zwraca również uwagę, że połowa kredytów udzielonych przez sektor bankowy jest zagrożona (spłaty przeterminowane przynajmniej 90 dni). W raporcie czytamy też o olbrzymich nadużyciach podatkowych. Prawie połowa przychodów osób samozatrudnionych (lekarzy, księgowych, inżynierów, prawników) nie jest ewidencjonowana i nie są płacone podatki od ich wynagrodzeń.

Olbrzymie koszty generuje również system emerytalny, gdzie obniżka wypłat głównie dotyczyła nowych emerytów. Dla tych, którzy otrzymali świadczenie wcześniej, stosunek przeciętnej wypłaty do ostatniej pensji wynosi 80 proc. – przy średniej w strefie euro poniżej 50 proc.

W 2015 r. uzgodniono, że Grecja sprzeda majątek o wartości 50 mld euro. Do tej pory jednak, według danych MFW, podpisano umowy sprzedaży o wartości 1.5 mld euro. Fundusz prognozuje, że do 2018 r. kwota powinna wzrosnąć do 5 mld.

Ciekawostką mogą być także uwagi MFW dotyczące danych statystycznych przedstawianych przez Grecję. W latach 2001-2014 średnioroczny wzrost PKB był zrewidowany o 0.6 pkt proc. w dół w porównaniu ze wstępnymi danymi. W strefie euro przeciętna rewizja wynosiła 0.2 pkt proc. w górę. Z kolei rewizja pierwotnego deficytu sektora finansów publicznych (przed kosztami obsługi długu) w latach 2001-2015 wynosiła aż 2.4 proc. PKB rocznie, gdy średnia w strefie euro to 0.3 pkt proc.

Fundamentalny spór wierzycieli

W pomocy dla Grecji do tej pory brały udział kraje strefy euro oraz MFW. W trzecim programie finansującym Helladę nie uczestniczy już jednak Fundusz, uznając, że dług jest niestabilny, czyli po prostu niemożliwy do spłaty bez redukcji jego kapitałowej części.

Z kolei państwa obszaru wspólnej waluty uważają, że dług jest stabilny, o ile założenia dotyczące prognoz gospodarczych i pierwotnego deficytu zostaną utrzymane. Jednak to właśnie poważne dysproporcje w założeniach powodują olbrzymie różnice w finalnym odbiorze finansowych możliwości Grecji.

Europejskie instytucje zakładają, że dług Grecji będzie stopniowo spadał z obecnych 180 proc. PKB do 120 proc. PKB w 2030 r. i ok. 100 proc. w latach 2040-2060. Jak podkreśla MFW, powoduje to, że różnica w projekcjach Funduszu i krajów strefy euro wynosi więcej niż 170 pkt proc. PKB.

Z czego ona wynika? Jest przede wszystkim rezultatem olbrzymiego rozdźwięku w nadwyżce pierwotnej sektora finansów publicznych wg funduszu oraz wg europejskich instytucji. Eurogrupa ocenia, że do 2030 r. nadwyżka będzie na poziomie 3.2-3.5 proc., natomiast MFW zakłada 1.5 proc. PKB rocznie. W ubiegłym roku, który jest oceniany jako dobry, było to jednak tylko 0.9 proc., co pokazuje, jak duże ryzyko pomyłki występuje dla bardzo optymistycznych europejskich szacunków, ale także dla tych mniej optymistycznych, z Funduszu.

Eurogrupa przewiduje również, że nominalny wzrost PKB (z uwzględnieniem inflacji) w Grecji wyniesie 3.3 proc. rocznie, aż do 2060 r., czyli o 0.5 pkt proc. więcej niż szacują ekonomiści z MFW. Europejskie instytucje sądzą także, że do 2030 r. 15 miliardów euro napłynie z prywatyzacji, ale – jak podkreśla Fundusz – nie biorą pod uwagę kosztów rekapitalizacji banków w swoim scenariuszu bazowym.

Nieunikniona katastrofa

„Nie możemy przeprowadzić redukcji długu dla członka strefy euro, jest to wykluczone przez Traktat Lizboński” – powiedział Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, w telewizji ARD (wg doniesień agencji Bloomberg z 8 lutego). Niemcy z drugiej strony chcą, by Fundusz dołączył do bieżącego programu finansującego Grecję, sugerując, że w przeciwnym razie nie będą dalej finansować Aten, co zwiększa ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę.

Fundusz natomiast nie widzi możliwości utrzymania wysokiej nadwyżki pierwotnej greckiego sektora finansów publicznych przez kolejne dziesięciolecia bez redukcji kapitałowej części długu. Teoretycznie zawsze możliwe jest dalsze obniżenie części odsetkowej zadłużenia, choć – jak podkreśla MFW – gdyby deficyt pierwotny utrzymał się blisko obecnych poziomów, to roczne koszty finansowania z programów EFSF (Europejski Instrument Stabilności Finansowej) oraz ESM (Europejski Mechanizm Stabilności) musiałyby zostać zredukowane do 0.25 proc. w perspektywie kolejnych 30 lat.

W perspektywie najbliższych kilku tygodni można się spodziewać, że europejscy wierzyciele zdecydują się na obniżenie odsetek od długu, a Grecja może ogłosić dodatkowe reformy. Obecnie większy kryzys nie jest na rękę strefie euro, zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów i konieczności spłaty przez Ateny zadłużenia latem br. w wysokości ponad 6 mld euro.

Gdy jednak zakończy się okres wyborczy w kluczowych krajach strefy euro, temat prawdopodobnie znowu powróci w kolejnych kwartałach. Wtedy jednak kolejny przegląd sytuacji finansowej Grecji będzie pokazywał coraz mniejsze pole do obniżenia kosztów finansowania oraz coraz bardziej rosnącą konieczność redukcji części kapitałowej długu. To będzie moment, gdy ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro dramatycznie wzrośnie i nie zatrzymają tego już żadne obietnice reform.

Sharing economy nie da się zatrzymać – to moda i styl życia

Sharing economy – zwana również access economy – jest to masywny trend, którego powstrzymanie jest bardzo trudne. Wpływa on na wszystkie aspekty życia młodych ludzi. Niezależnie od tego, czy chcemy poruszać się po mieście, jeździć rowerem lub samochodem, zdobyć mikrokredyt, przenocować w innym mieście – korzystamy z sharing economy. Jest to styl życia młodych ludzi, w którym chodzi o oszczędności i ekologię zasobów.

– Modnie jest jeździć Uberem, spać w mieszkaniach wynajmowanych za pomocą Airbnb, przejechać się rowerem Veturilo – powiedział agencji eNewsroom.pl Piotr Palutkiewicz, prezes Instytutu Inicjatyw Gospodarczych i Konsumenckich INSTIGOS – Zawarty jest tutaj aspekt kulturowy, społeczny oraz technologiczny – gospodarka, innowacje, technologie, start-up’y. Firmy oraz start-up’y budują swój kapitał na sharing economy. Dodatkowym aspektem sharing economy jest środowisko. Ekologia zasobów to ogromna oszczędność nie tylko dla partykularnego konsumenta – w skali całej gospodarki również – powiedział Palutkiewicz.

Rynek opakowań w Polsce do 2020 roku urośnie o 37 proc. w porównaniu do 2015

  • Polski rynek opakowań będzie rósł dwukrotnie szybciej niż światowy i w 2020 roku osiągnie wartość 46 mld zł
  • Polska odpowiada za 1/3 wartości fuzji i przejęć w CEE w latach 2010-2016
  • Wartość 36 transakcji w Polsce w latach 2010-2016 wyniosła 599 mln euro
  • Najwięcej transakcji zrealizowano w segmencie opakowań papierowych (19)

Rynek producentów opakowań w Polsce jest wart 33,5 mld zł, ale już w 2020 roku osiągnie wartość 46 mld zł, przy rokrocznym wzroście na poziomie ok. 6,8 proc. – wynika z raportu „Branża opakowań w Polsce 2010-2016 i prognozy 2017-2020” przygotowanego przez Equity Advisors. Wyższe tempo wzrostu rynku opakowań będzie determinowane przede wszystkim rosnącymi wydatkami na konsumpcję, zmianą stylu życia oraz eksportem. Ponadto, eksperci Equity Advisors zauważają, że branża opakowań w Polsce silnie się konsoliduje i odpowiada za blisko 1/3 wartości zrealizowanych fuzji i przejęć w Europie Środkowo-Wschodniej. W latach 2010-2016 wartość wszystkich 36 transakcji na polskim rynku została oszacowana na 599 mln euro.

Zgodnie z prognozami ekspertów Equity Advisors, firmy doradczej specjalizującej się w transakcjach kapitałowych, dynamika polskiego sektora opakowań w latach 2016-2020 będzie niemal dwa razy większa niż w przypadku rynku globalnego. Międzynarodowa firma doradcza Smithers Pira prognozuje, że do 2020 roku światowy sektor opakowań będzie rósł o 3,5 proc. rocznie, aby w tymże roku osiągnąć wartość 1 biliona dolarów amerykańskich.[1]Zmiana zapotrzebowania na opakowania zależy od wielu czynników. Część z nich ma wpływ na branżę tylko przez krótki okres, inne należy rozpatrywać w perspektywie długoterminowej. Poza gospodarką danego kraju, ważne są również czynniki społeczne, takie jak zmiana trybu życia, demograficzne, związane m.in. ze starzeniem się społeczeństw, marketingowe – coraz więcej firm traktuje opakowania jako wyróżnik marki, środowiskowe i technologiczne. Zmiany te powodują wzrost zamówień na produkty takie jak żywność, gotowe posiłki czy leki, które wymagają opakowania – podkreśla Dawid Michalik, Prezes Zarządu Equity Advisors.

Polski rynek opakowań – plastikowy i rozdrobniony

Biorąc pod uwagę główny surowiec, z którego robione są opakowania, raport Equity Advisors pokazuje, że na rynku dominują te plastikowe i z tworzyw sztucznych. Ich produkcja generuje prawie 50 proc. przychodów rynku – 16,5 mld zł. Na drugim miejscu – z 25 proc. udziałem znalazł się papier, następnie metal (13 proc.) i szkło (10 proc.).

Choć na polskim rynku działają globalne koncerny, większą część przychodów sektora generują mniejsze firmy konkurujące ze sobą w różnych segmentach. Blisko 500 spółek osiągających roczne przychody poniżej 50 mln zł w sumie odpowiada za aż 77 proc. przychodów branży. Zdecydowanie mniej jest podmiotów o wyższych przychodach. Tylko 59 firm osiąga przychody mieszczące się w przedziale 50-100 mln zł (9 proc. przychodów), a 90 – wyższe (14 proc. przychodów). Przychody ze sprzedaży wygenerowane przez 20 największych przedsiębiorstw stanowią 32 proc. przychodów całego sektora w roku 2015, co świadczy o dużym rozdrobnieniu rynku.

Fuzje i przejęcia – Polska odpowiada za jedną trzecią wartości w CEE

Na polskim rynku opakowań w latach 2010-2016 zrealizowano w sumie 36 transakcji fuzji i przejęć. Łączna ujawniona wartość 19 z nich wyniosła 374 mln euro. Biorąc pod uwagę średnią wartość transakcji – 19 mln euro – eksperci Equity Advisors oszacowali, że wartość wszystkich 36 fuzji i przejęć wyniosła 599 mln euro. Najliczniej reprezentowanym sektorem na liście transakcji są producenci opakowań papierowych, którzy byli przedmiotem 19 transakcji. W tej branży zrealizowano również największe przejęcie – zakup fabryki papieru w Myszkowie w 2016 r. przez Schumacher Packaging GmbH za 100 mln euro. 13 transakcji dokonano w sektorze opakowań plastikowych. – Ogólnym trendem na rynku fuzji i przejęć w Polsce jest rosnąca liczba konsolidacji, w których to polska firma dokonuje przejęć za granicą. Przykłady takich transakcji znajdujemy także na rynku opakowań. W sierpniu 2016 r. Can Pack S.A. z siedzibą w Krakowie ogłosiła uzgodnienie zakupu 100 proc. Cia Metalic do Nordeste, firmy zajmującej się produkcją puszek. Sprzedającym był brazylijski producent stali Cia Siderúrgica Nacional S.A. Cena sprzedaży została ustalona na 98 mln dolarów – zauważa Błażej Żarna, wiceprezes Equity Advisors.

Na rynku opakowań w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) w latach 2010-2016 zrealizowano 131 transakcji. Do publicznej wiadomości przekazane zostały wartości 57 przejęć znaczących pakietów o łącznej wartości 804 mln euro. Biorąc pod uwagę średnią wartość transakcji na poziomie 13,5 mln euro, Equity Advisors szacuje, że łączna wartość wszystkich 131 zrealizowanych transakcji wyniosła ok. 1 774 mln euro. Warto zauważyć, że w krajach Europy Środkowo-Wschodniej licznie reprezentowana jest Polska. Spośród 17 krajów, najwięcej transakcji zostało zrealizowanych w Polsce – aż 27 proc. fuzji i przejęć w CEE. Biorąc pod uwagę wartość transakcji – polski rynek odpowiada za aż jedną trzecią łącznej ich wartości.

37% wzrost rynku napędzanego konsumpcją i eksportem

Zgodnie z szacunkami Equity Advisors, rynek opakowań w Polsce w latach 2016-2020 będzie rósł o 6,8 proc. rocznie. W efekcie do 2020 roku urośnie o nawet 37 proc. w porównaniu do 2015 roku i osiągnie wartość 46 mld zł. Wzrost ten determinowany jest wskaźnikami makroekonomicznymi, takimi jak PKB oraz tendencjami występującymi w polskim społeczeństwie i gospodarce. Po pierwsze, tempo wzrostu rynku opakowań skorelowane jest dodatnio z wydatkami na konsumpcję. Z najnowszych danych GUS wynika, że w całym 2016 roku dynamika konsumpcji wyniosła aż 3,6 proc. r/r, co stanowi najlepszy wynik od 2008 roku. – Spodziewamy się, że bardzo dobry popyt wewnętrzny, wspierany głównie konsumpcją indywidualną, utrzyma się również w tym roku za sprawą podobnych czynników, które oddziaływały na Polaków w ubiegłym roku, takich jak spadające bezrobocie, wzrost płac oraz program 500 plus. A im wyższy będzie wzrost wydatków, tym szybciej będzie rósł rynek opakowań – ocenia Błażej Żarna, wiceprezes Equity Advisors.

Po drugie, prognoza niemal dwukrotnie wyższej dynamiki polskiego rynku opakowań w porównaniu do rynku międzynarodowego to pochodna rosnącego popytu na opakowania w przeliczeniu na osobę. Zgodnie z wyliczeniami Polskiej Izby Opakowań (PIO) przeciętny konsument pochodzący z krajów wysokorozwiniętych, takich jak USA, Japonia czy też państwa Europy Zachodniej, zużywa średnio rocznie opakowania o wartości 300-340 euro. Dla porównania, średnia dla Polski jest o ok. 100 euro mniejsza. To w dobry sposób obrazuje perspektywy rynku i oznacza, że nasz kraj ma jeszcze sporo do nadrobienia i osiągnięcia.

Trzecią siłą polskiego rynku opakowań jest eksport. Z jednej strony chodzi o rosnące zamówienia na same opakowania, które w oczach zagranicznych partnerów są uznawane za towary najwyższej jakości. Wzrost eksportu jest m.in. konsekwencją posiadanych przez krajowych producentów nadwyżek zdolności produkcyjnych, które według szacunków PIO wynoszą około 20-25 proc.[2] Z drugiej zaś, na wzrost rynku wpływa eksport branż, do których są dostarczane opakowania. Mowa tutaj m.in. o branży spożywczej, samochodowej czy meblarskiej. Z szacunków Banku Zachodniego WBK wynika, że polski eksport ma rosnąć w tempie od 6,9 proc. w 2016 roku do nawet 9,6 proc. w 2018 roku. Stąd w podobnym stopniu będzie rosło wykorzystanie opakowań przeznaczonych dla produktów eksportowanych z Polski.[3]

W związku z dominującymi trendami, największy udział we wzroście rynku w najbliższych latach, będzie mieć produkcja opakowań papierowych i tekturowych. Drugim surowcem, którego dynamika przekroczy przeciętny wzrost całego rynku jest plastik – mówi Dawid Michalik, Prezes Zarządu Equity Advisors.

Metodologia

Raport „Branża opakowań w Polsce – podsumowanie 2010-2016 i prognozy 2017-2020. Wyceny spółek, fuzje i przejęcia, tendencje, prognozy” został opracowany przez ekspertów Equity Advisors w okresie od października 2016 do stycznia 2017 roku. Do analiz i obliczeń dotyczących rynku opakowań w Polsce wykorzystano dane finansowe 638 przedsiębiorstw za lata 2012-2015, które zgodnie z PKD są producentami opakowań papierowych (PKD 17.21.Z), plastikowych (PKD 22.22.Z), szklanych (PKD 23.13.Z), metalowych (PKD 25.92.Z, 25.91.Z) bądź drewnianych (PKD 16.24.Z). Lista ta została uzupełniona i rozszerzona o podmioty, które należą do stowarzyszeń producentów opakowań, ich nazwy pojawiły się w opracowaniach branżowych lub też zamieścili materiały reklamowe w mediach. Następnie była ona weryfikowana w oparciu o sprawozdania, raporty spółek oraz informacje na temat działalności zawarte na firmowych stronach internetowych. Miało to na celu sprawdzenie, czy dane przedsiębiorstwo jest tylko i wyłącznie producentem opakowań, czy też prowadzi inną działalność. W drugim przypadku przychody przedsiębiorstwa były korygowane proporcjonalnie do szacowanego przez nas udziału przychodów z działalności w zakresie produkcji opakowań. Na tej podstawie zostało wyodrębnionych i poddanych dalszej analizie 638 przedsiębiorstw.

[1] Źródło: https://www.smitherspira.com/industry-market-reports/packaging/the-future-of-global-packaging-markets-to-2020?_ga=1.48476134.1525921781.1436787227

[2] Źródło: http://oohmagazine.pl/8688,przemysl-i%C2%A0rynek-opakowan-w%C2%A0polsce-raport-pio.html?_ga=1.257663563.1525921781.1436787227

[3] Źródło: https://www.bzwbk.pl/informacje-o-banku/biuro-prasowe/aktualnosci/branza-opakowan-sukces-do-rozpakowania-bz-wbk-szacuje-wzrost-krajowego-sektora-na-20-proc-do-2018-r.html

Ruszył Giełdowy Indeks Produkcji (GIP 60)

Firma DSR wraz serwisem analitycznym PRODUKCJA.EXPERT, poświęconym problematyce polskiej produkcji oraz Wydziałem Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, stworzyły Giełdowy Indeks Produkcji. Obejmuje on największe polskie spółki wytwórcze notowane na Głównym Rynku GPW.

Celem przygotowania indeksu jest przejrzysta identyfikacja zmian nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Wskaźnik trendu giełdowego stanowi wiarygodny estymator wartości przedsiębiorstw, a co za tym idzie całej branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

– Ogłoszona niedawno przez wicepremiera Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” została bardzo dobrze odebrana przez rynek i wiele środowisk wiąże z nim sporo nadziei – mówi Maciej Zaręba, pomysłodawca indeksu. – Jednak potencjalne korzyści zawsze należy odnieść do wymaganych kosztów, a te zgodnie z planem sięgają niebotycznej kwoty biliona złotych. Jak zatem w praktyce zweryfikować czy implementacja Planu Morawieckiego przyniesie branży produkcyjnej wystarczające korzyści? Poprawna realizacja planu powinna wpłynąć na wzrost gospodarczy i wzrost wartości spółek produkcyjnych – przekonuje.

Uczestnikami indeksu GIP jest 60 spółek notowanych na Rynku Podstawowym GPW spełniających kryteria bazowe mające na celu identyfikację polskich spółek produkcyjnych dostępnych w ofercie publicznej. Wartość indeksu jest publikowana raz w tygodniu w piątek po zamknięciu sesji (18:00). Korekty okresowe indeksu GIP dokonywane są po sesji w ostatni piątek czerwca, września i grudnia. Rewizja roczna następuje w ostatnim tygodniu marca. Pakiety spółek, których udziały przewyższają 10% są zmniejszane do tego poziomu. Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend.

– Obecnie stosunkowo łatwo uzyskać informacje na temat dynamiki PKB (GUS, Eurostat, MFW, etc.), nawet nastroje pracowników firm produkcyjnych są już bardzo dokładnie badane (PMI). Jednak w naszym odczuciu brakuje rzetelnej informacji na temat wartości sektora produkcji w Polsce – dodaje Maciej Zaręba. – Wskaźnik PKB również niekoniecznie musi informować o dynamice wzrostu gospodarczego, natomiast wiarygodność wartości księgowej w dużym stopniu zależy od umiejętności działu finansowego każdej firmy. Co prawda w ostatnich latach zaufanie do wyceny rynkowej została znacznie nadszarpnięta, jednak w dalszym ciągu przy odpowiedniej interpretacji jest to jeden z najlepszych estymatorów wartości przedsiębiorstw, a co za tym idzie całych branż.

Wskaźnik produkcji GIP będzie publikowany raz w tygodniu za pośrednictwem serwisu PRODUKCJA.EXPERT. Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego podobnie jak na przykład indeks WIG20 i na początku będzie publikowany raz na tydzień z komentarzem eksperta. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

– Rok 2016 można uznać za początek realizacji Planu Morawieckiego, co pozwoli z biegiem lat zweryfikować skalę wzrostu wartości sektora przemysłowego w Polsce. Liczymy na to, że GIP i powiązane z nim analizy staną się przydatnym źródłem informacji dla pracowników spółek produkcyjnych, inwestorów planujących inwestycje w branży produkcyjnej, ale również dla każdego kto jest zainteresowany kondycją polskiego przemysłu” – przekonuje Maciej Zaręba z DSR.

Jak przygotować się do wdrożenia przepisów RODO?

W 2018 wchodzi w życie unijne Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO). Wiele firm nie rozpoczęło jeszcze przygotowań do jego wdrożenia. Tymczasem za niestosowanie się do nowych przepisów grozi grzywna w wysokości do 4% rocznego globalnego dochodu firmy.

75% firm, zgodnie z regulacjami wynikającymi z ich compliance, już teraz powinno w ściśle określonym czasie zgłaszać potencjalne zdarzenia naruszenia bezpieczeństwa danych. Tymczasem 44% z nich przyznaje, że regularnie przekracza wyznaczone terminy – wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Balabit podczas RSA Conference 2016 w San Francisco. Zgodnie z RODO przedsiębiorstwa będą mieć zaledwie 72 godziny na to, by poinformować krajowe organy nadzorujące (w Polsce – GIODO) o incydencie naruszenia bezpieczeństwa danych w ich organizacji. W przeciwnym razie ukarane zostaną wysokimi grzywnami.

Eksperci firmy Balabit, dostawcy kontekstowej technologii bezpieczeństwa danych, prezentują praktyczne porady, jakie działania już teraz powinny podjąć organizacje, by wprowadzić unijne zalecenia na czas.

Punktem wyjścia do wdrożenia regulacji powinno być stworzeniemiędzywydziałowych zespołów, które opracują plan wdrożenia nowych regulacji w organizacji. Nie jest to bowiem zadanie, które można powierzyć działowi IT i oczekiwać, że upora się on z nim samodzielnie. Wymaga ono wspólnego wysiłku działu finansowego, prawnego, wewnętrznego oraz bezpieczeństwa IT, a nawet działu marketingu, który również ma do czynienia z zarządzaniem danymi osobowymi w różnej formie.

Aby organizacja działała zgodnie z przepisami RODO, wszyscy muszą dołożyć swoją cegiełkę.

  1. Pierwszym krokiem jest zwrócenie się do działu IT oraz prawnego o przeanalizowanie całego dokumentu i stworzenie listy istotnych dla każdego zespołu elementów.
  2. Następnie należy zbudować szczegółowy obrazu wszystkich danych osobowych, z którymi przedsiębiorstwo ma do czynienia i opisać, skąd pochodzą, gdzie są przechowywane, przesyłane i co zawierają.

Na tym etapie konieczna będzie ocena poziomu bezpieczeństwa przeprowadzona w oparciu o dokument dot. strategii ochrony danych „Privacy by design”, stworzony przez Europejską Agencję Bezpieczeństwa Sieci i Informacji  (ENISA), z którego wyraźne zapożyczenia znajdują się również w RODO.

Podczas prac nad mapowaniem danych staraj się sprowadzać ich widoczność do niezbędnego minimum (określonego w RODO jako minimalizacja). Pozyskuj tyle danych osobowych, na ile zgadza się dany podmiot, ale deszyfruj i przetwarzaj tylko tyle, ile jest konieczne.

  1. Możliwe, że konieczne będzie także wprowadzenie nowych rozwiązań technologicznych lub modyfikacja polityki prywatności, by ocenić, czy twoje działania stanowią jakiekolwiek zagrożenie dla transferu lub przechowywania danych osobowych. Nazywa się to oceną wpływu na ochronę prywatności. W takim przypadku należy mieć na uwadze dwie istotne kwestie:
  • po pierwsze, zabezpieczaj dane w trakcie ich przekazywania lub przechowywania i zawsze miej kontrolę nad tym, kto ma dostęp do danych osobowych oraz jakie działania może na nich podejmować;
  • po drugie, raportuj i dokumentuj wszystko co robisz, by mieć dowód, że podjąłeś wszystkie niezbędne działania, by zachować zgodność z przepisami RODO.

Jakkolwiek GDPR może wydawać się skomplikowane na tym wczesnym etapie planowania, przystąpienie do działania nie jest tak trudne pod warunkiem, że nad wdrożeniem pracuje międzywydziałowy zespół i podzielona zostanie odpowiedzialność. Nie czekaj, aż zabraknie czasu na przygotowania. Zachowaj chłodny umysł i skup się na rzeczach istotnych.

Szybkość, jakość, wydajność. Zarządzanie skoncentrowane na procesach

Wśród najważniejszych korzyści, jakie wynikają z wdrożenia zarządzania procesowego polscy menedżerowie wymieniają podniesienie jakości oferowanych produktów i usług oraz zwiększenie wydajności i szybkości działania przedsiębiorstw. Jednocześnie wszystkie firmy, które zdecydowały się na taki model zarządzania, wskazują na osiągnięcie większej sprawności biznesowej i wzrost generowanych zysków. Takie wnioski płyną z badania zrealizowanego dla Macrologic SA przez ICAN Research i magazyn Harvard Business Review Polska.

Badanie na temat zarządzania w polskich przedsiębiorstwach zostało przeprowadzone wśród przedstawicieli 215 firm działających na rodzimym rynku i objęło zarówno największe organizacje, jak i firmy z sektora MSP. Jego wyniki pokazują, że firmy, które wdrożyły zarządzanie procesowe zauważają zdecydowaną poprawę w bieżącym funkcjonowaniu organizacji oraz jakości oferowanych produktów czy usług.

Koncentracja na procesach, a nie na działach

Czym właściwie wyróżnia się procesowy sposób zarządzania? W tradcyjnym modelu struktura organizacyjna firmy oparta jest na działach, które tworzą silosy. Ich wydajność jest mierzona osobno — tak jakby były od siebie zupełnie niezależne. Firmy zarządzane w sposób horyzontalny nie koncentrują się na działach, ale na procesach. To pozwala analizować sposób i postęp realizacji konkretnych zadań składających się na procesy, a w rezultacie także mierzyć efektywność poszczególnych procesów w celu identyfikowania „wąskich gardeł” i optymalizowania sposobu działania przedsiębiorstwa.

Podniesienie jakości produktów i usług

Skuteczność tego typu rozwiązania jest bardzo zauważalna. Aż 88 proc. uczestników badania wskazało podniesienie jakości oferowanych produktów jako korzyść wynikającą z wprowadzenia zarządzania skoncentrowanego na procesach. Dla 69 proc. zarządzających wdrożenie modelu opartego na procesowości przełożyło się na zdecydowaną poprawę szybkości działania ich przedsiębiorstw, a 58 proc. odnotowało zwiększenie wydajności operacyjnej. Co ciekawe, redukcja kosztów była dla badanych oczywista, ale wymieniana jako mniej istotna. Wskazało na nią 49 proc. ankietowanych.

Większa konkurencyjność oraz efektywność operacyjna i produkcyjna

Dlaczego model zarządzania przedsiębiorstwem jest tak istotny? Zdaniem 27 proc. uczestników badania jest to kluczowy element budujący przewagę konkurencyjną firm. Na kolejnych pozycjach znalazły się efektywność operacyjna (22 proc.) i produkcyjna  (11 proc.).

Na tle tradycyjnego zarządzania, opartego na działach organizacyjnych i hierarchiczności, wprowadzenie skoncentrowanego na procesach modelu horyzontalnego to duży krok naprzód. Z jednej strony umożliwia on uzyskanie niezbędnych informacji, umożliwiających implementację zmian lub przedefiniowanie strategii, z drugiej natomiast przyczynia się do usprawnienia obsługi procesów kadrowych, sprzedażowych, logistycznych, produkcyjnych czy finansowych.

O korzyściach z procesowego modelu zarządzania w obszarze analityki i raportowania jedna z uczestniczek badania, prezes zarządu firmy farmaceutycznej, mówi tak: Istotny aspekt to controlling finansowy — wprowadzenie procesowości umożliwiło uzyskanie różnego rodzaju analiz. 13 lat temu to ja sama wystawiałam faktury, a w chwili obecnej nie wiem nawet, jak nasza faktura wygląda. Dostaję za to wszystkie raporty — mogę sprawdzać wyniki na wszelkie możliwe sposoby.

Przyszłość należy do organizacji horyzontalnych

Zdaniem wielu przedsiębiorców procesowość znacznie ułatwia komunikację. Uczestniczący w badaniu prezes firmy z sektora MSP podsumował doświadczenia swojej firmy w tym obszarze następująco: Pracownicy nie wymieniają kilkudziesięciu maili na jeden temat, tylko wypełniają jeden formularz elektroniczny.

Chociaż zarządzanie procesowe niesie za sobą wiele korzyści i pochlebnych opinii jego praktyków, nadal wiele polskich firm obawia się zmian i nie decyduje się na ten model zarządczy.  Definiowanie procesów, ich mierzenie i zarządzanie nimi deklaruje jedynie 56 proc.  przedstawicieli badanych firm.

— W Polsce wciąż dominuje tradycyjne podejście do zarządzania. Jednak konieczność dopasowania się do zmian rynkowych będzie powodować, że zarządzający firmami będą zmuszeni przedefiniować koncepcje zarządcze w swoich firmach. Jestem przekonana, że w najbliższej przyszłości zarządzanie oparte jedynie na strukturze organizacyjnej będzie stopniowo wypierane przez wprowadzanie modelu organizacji horyzontalnej, koncentrującej się na obsłudze procesów. Taki sposób zarządzania lepiej oddaje bowiem to, co tak naprawdę dzieje się w organizacji — podsumowuje Barbara Skrzecz-Mozdyniewicz, prezes Macrologic SA.

Przewodnik dla polskich inwestorów od Izby Domów Maklerskich

Izba Domów Maklerskich opracowała pierwszy na polskim rynku OTC praktyczny przewodnik nt. bezpieczeństwa uczestników rynku inwestycyjnego w Polsce. Materiał pt. Jak bezpiecznie inwestować na rynkach finansowych zawiera wiele wskazówek i porad na co zwracać uwagę przed rozpoczęciem inwestycji.

Izba skieruje Informator do konsultacji do innych podmiotów rynku finansowego, aby aktywnie inicjować działania, które przyczyniają się do rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

Nieświadomi ryzyka polscy inwestorzy padali w ostatnich latach ofiarą nielegalnie działających podmiotów, często zlokalizowanych w egzotycznych krajach, oferujących produkty maklerskie. Stanowiło to istotny problem zarówno dla klientów, którzy nieświadomi ryzyka powierzali znaczne sumy pieniędzy podmiotom o wątpliwej reputacji, jak i dla bezpieczeństwa polskiego rynku finansowego.

Dodatkowe regulacje, mające na celu ochronę inwestorów, które w minionych miesiącach weszły w życie, zostały skutecznie wdrożone przez krajowe licencjonowane domy maklerskie. Teraz nadszedł czas działań edukacyjnych na szeroką skalę. Dzięki wydanemu przez Izbę Informatorowi, osoby chcące rozpocząć działalność na rynku inwestycyjnym zyskują przejrzystą listę spraw, na które warto, a wręcz należy zwrócić uwagę  mówi Marek Wołos, ekspert IDM ds. rynków OTC instrumentów pochodnych.

Materiał przygotowany przez Izbę Domów Maklerskich omawia podstawowe zasady bezpiecznego inwestowania bazując na sześciu kluczowych elementach, które szczegółowo opisane są w poszczególnych rozdziałach Informatora.

Inwestorzy muszą być świadomi z kim podejmują współpracę, na jakich warunkach i co się z tym wiąże. Aby ułatwić im zrozumienie sytuacji Izba przygotowała bardzo szczegółowy dokument, w którym w przystępny sposób przedstawiliśmy jak w łatwy sposób odróżnić podmiot licencjonowany od firm działających w szarej strefie oraz jakie działania powinniśmy podjąć, przed powierzeniem funduszy danej organizacji – dodaje Marek Wołos.

Izba kontynuuje prace nad pozyskiwaniem kolejnych partnerów w zakresie edukacji uczestników rynku kapitałowego. Materiał został skierowany do konsultacji z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego oraz Urzędem Rzecznika Finansowego. Wspólnym celem będzie ścisła współpraca na rzecz właściwej edukacji otoczenia rynkowego i ochrony klientów domów maklerskich. Ponadto w najbliższych tygodniach pod patronatem Izby – na XVII Konferencji IDM w Bukowinie oraz podczas Kongresu FxCuffs w Krakowie – odbędą się dyskusje m.in. jak działać, aby polski rynek finansowy mógł wspierać rozwój polskiej gospodarki i jak go kształtować, aby polski kapitał i rodzime instytucje, w tym domy maklerskie, mogły na nim efektywnie i bezpiecznie funkcjonować.

Raiffeisen Centrobank AG poszerza paletę produktów strukturyzowanych notowanych na GPW

  • Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wprowadza do obrotu certyfikaty faktor wyemitowane przez Raiffeisen Centrobank AG
  • Instrumentami bazowymi dla 78 nowych certyfikatów są akcje takich firm jak: Adidas, Hochtief, Zalando i Allianz

Nowe certyfikaty strukturyzowane emitowane przez Raiffeisen Centrobank AG zostały wprowadzone do obrotu giełdowego. Instrumentami bazowymi dla nowej emisji certyfikatów są akcje dobrze znanych, prowadzących globalnie działalność, firm takich jak m.in: Adidas AG, Allianz SE, Zalando SE, Deutsche Telekom AG, Hochtief AG, Commerzbank AG czy E.ON SE.

–  GPW od lat poszerza ofertę instrumentów strukturyzowanych dostosowując ją do rosnących wymogów inwestorów giełdowych. Tym bardziej cieszy nas fakt, że Raiffeisen Centrobank AG po raz kolejny zdecydował się wyemitować nowe certyfikaty. Dostrzegamy potencjał tego segmentu, ponieważ umożliwia on dostęp inwestorom do instrumentów bazowych, które nie są notowane na naszym rynku, a stanowią dla nich ciekawą okazję inwestycyjną. Zauważamy, że z roku na rok zainteresowanie tymi instrumentami rośnie, co najlepiej świadczy o tym, że nasze działania edukacyjne i promocyjne przynoszą oczekiwane skutki. W najbliższym czasie zamierzamy zwiększać atrakcyjność tego rynku poprzez przyciąganie nowych emitentów, rozszerzanie gamy oferowanych produktów oraz dalszą ich promocję wśród inwestorów, szczególnie indywidualnych powiedziała prof. Małgorzata Zaleska, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Do obrotu giełdowego 17 lutego 2017 r. zostało wprowadzonych 78 certyfikatów bez terminu wygaśnięcia (open-end). Nowe instrumenty będą notowane na rynku równoległym w Systemie Animatora Rynku. Płynność certyfikatów będzie zapewniona przez animatora, którym jest Raiffeisen Centrobank z Wiednia.  Certyfikaty faktor, czyli instrumenty ze stałą, określoną z góry na każdą sesję dźwignią, to instrumenty finansowe przeznaczone dla aktywnych inwestorów, szukających zysków na zmienności instrumentów bazowych. Dzięki tym produktom inwestorzy giełdowi mają możliwość zarabiania na zmianach cen najbardziej popularnych kontraktów terminowych na surowce, w tym na złoto, srebro i ropę naftową, jak również na indeksy lokalne i globalne, a także  akcje polskich i zagranicznych spółek.  Dodatkowym atutem debiutujących produktów jest możliwość zarabiania na wzrostach cen instrumentów bazowych (faktor long) i na ich spadkach (faktor short). Ze względu na konstrukcję tych instrumentów i dźwignię finansową, inwestorzy, przed zawieraniem transakcji na tych instrumentach, powinni zapoznać się z materiałami emitenta, warunkami końcowymi emisji (Final Terms – dostępnymi na stronie Giełdy i Emitenta).

–  Raiffeisen Centrobank AG (RCB) wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) od lat rozwija rynek certyfikatów strukturyzowanych w Polsce. RCB jest obecnie największym emitentem certyfikatów na GPW, a w 2016 r. został po raz czwarty wyróżniony jako najlepszy emitent certyfikatów strukturyzowanych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Co roku RCB analizuje potrzeby Inwestorów w Polsce i dostarcza produkty, które stanowią atrakcyjne rozwiązania inwestycyjne. Certyfikaty wyemitowane przez RCB od początku 2017 r. pozwalają zarabiać na wzrostach lub spadkach cen akcji wielu spółek zagranicznych takich jak Continental, Zalando, Adidas, czy Allianz. Ponadto RCB prowadzi szereg szkoleń mających na celu poszerzanie wiedzy na temat certyfikatów oraz rozwija sekcję edukacji produktowej. Zespół produktów strukturyzowanych Raiffeisen Centrobank AG jest dumny, iż od lat może aktywnie uczestniczyć w rozwoju rynku giełdowego w Polsce – powiedziała Anna Gaszyńska, Senior Sales CEE Raiffeisen Centrobank AG.

 

Obecnie na warszawskiej giełdzie notowanych jest już ponad 850 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mogą korzystać z szerokiej oferty instrumentów bazowych: akcji, koszyków akcji, indeksów czy produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.

Inwestycje w chmurę będą rosły o blisko 19 proc. rocznie

Inwestycje w chmurę będą rosły o blisko 19 proc. rocznie 21

Polskie firmy coraz powszechniej wdrażają rozwiązania oparte na chmurze, doceniając korzyści oraz oszczędności w wydatkach na IT. Eksperci prognozują, że rynek ten będzie w najbliższych latach rósł skokowo, a technologia chmurowa wkrótce będzie w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby biznesowe firm. Z tych możliwości nie w pełni mogą skorzystać sektor publiczny i bankowość z powodu sztywnych regulacji.

– Potencjał zastosowania rozwiązań opartych na chmurze jest ogromny. Myślę, że rynek w ciągu najbliższych kwartałów zacznie bardzo mocno przyswajać te rozwiązania i niewątpliwie czeka nas ogromny skok – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Galiński, który odpowiada za sprzedaż usług i rozwiązań cloudowych w IBM Cloud Services.

Rynek rozwiązań opartych na chmurze jest coraz większy. Elastyczność, łatwy dostęp i proste zarządzanie oraz optymalizacja wydatków ponoszonych na IT powodują, że coraz więcej firm i przedsiębiorstw decyduje się przenieść część swoich zasobów do chmury. Z ubiegłorocznych badań przeprowadzonych przez Intel Security wynika, że w Polsce z rozwiązań cloudowych korzysta 34 proc. dużych przedsiębiorstw. Najpopularniejsza jest chmura prywatna, z której korzysta ponad połowa (56 proc.) ankietowanych firm. Coraz częściej wykorzystywana jest również chmura hybrydowa.

Najmniejszą popularnością jak na razie cieszy się chmura publiczna, z której korzysta 19 proc. przedsiębiorstw – wynika z badań Intela. Jednak zdaniem Przemysława Galińskiego w perspektywie najbliższych lat to właśnie chmura publiczna będzie odpowiedzią na większość potrzeb klientów biznesowych.

– Za kilka lat chmura publiczna będzie w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby biznesowe. W tej chwili jest jeszcze do zagospodarowania chmura hybrydowa i obszar chmur prywatnych, czyli firm, które chcą zbudować swoje środowiska i dostarczać je w modelu chmurowym wewnątrz własnej organizacji albo swoim klientom – mówi Przemysław Galiński.

Wśród dużych i mniejszych przedsiębiorców często jeszcze dominuje przekonanie, że chmura publiczna nie zapewnia wystarczającego bezpieczeństwa danych. Potwierdzają to ubiegłoroczne badania Intela, z których wynika, że obawy o bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami to wciąż główne czynniki, które powstrzymują firmy przed wdrożeniem rozwiązań opartych na chmurze.

Ekspert IBM Cloud Services zauważa, że w Polsce jest również kłopot z wykorzystaniem technologii chmurowej przez klientów z sektora publicznego i bankowości. To ze względu na sztywne regulacje i wytyczne Komisji Nadzoru Finansowego.

– Na rynku klientów publicznych i bankowości mamy w Polsce dość silne regulacje, przez co nie ma możliwości wykorzystania pełnych funkcjonalności dużych dostawców chmurowych, kiedy istnieje konieczność umieszczenia tych zasobów poza obszarem Polski – mówi Przemysław Galiński.

Poza tym wielu przedsiębiorców wciąż uważa, że wdrożenie rozwiązań opartych na chmurze to skomplikowany proces, który pociąga za sobą znaczne koszty. Tymczasem jedną z głównych korzyści płynących z zastosowania rozwiązań cloudowych jest zmniejszenie wydatków na IT i utrzymanie infrastruktury serwerowej.

– Koszty też powinny się liczyć, natomiast to jest tylko jeden z elementów. Klienci szukają alternatywnej infrastruktury. Należy patrzeć trochę dalej, na korzyści, które cloud oferuje. Poza tym w Polsce wciąż jeszcze cloud jest odbierany jako kanibalizacja IT. Sektor IT boi się chmury, ale za chwilę sam będzie dostarczał biznesowi rozwiązania cloudowe i w ten sposób realizował jego cele – mówi Przemysław Galiński.

Ekspert IBM Cloud Services zauważa, że polski rynek rozwiązań opartych na chmurze znajduje się obecnie na podobnym etapie jak rynek telekomunikacyjny w latach 90. Dzięki temu, że w Polsce technologie cloudowe są wdrażane z opóźnieniem, są one już przetestowane i udoskonalone. Jak wynika z prognoz IDC Polska, w tym roku wartość rynku usług chmurowych może przekroczyć 200 mln dolarów, a do 2019 roku inwestycje w te rozwiązania będą rosły w tempie blisko 19 proc., znacznie szybciej niż w tradycyjne usługi IT.

Ubiegłoroczne badanie przeprowadzone na zlecenie Onex Group pokazało, że już teraz z przynajmniej jednego rozwiązania opartego na chmurze korzysta co druga mała i średnia firma w Polsce. 90 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP ocenia chmurę jako przydatną w codziennej pracy. Wśród największych zalet chmury przedsiębiorcy wymienili prostą komunikację pomiędzy pracownikami firmy, łatwość przechowywania i przetwarzania danych oraz dostęp do nich ze wszystkich urządzeń mobilnych.