W tym roku będzie można zarobić na akcjach rynków dojrzałych, głównie USA i Japonii

W tym roku będzie można zarobić na akcjach rynków dojrzałych, głównie USA i Japonii 1

Według Biura Maklerskiego Deutsche Bank Polska w tym roku powinny dać zarobić akcje, głównie amerykańskie, ale także japońskie. Dla polskiego rynku akcji rok może być dobry pod warunkiem ogłoszenia programu budowy kapitału na sensownych założeniach oraz usunięcia wiszącego nad bankami widma przewalutowania kredytów frankowych na szkodzących bankom zasadach.

– Głównym, wiodącym rynkiem akcyjnym na świecie powinny być Stany Zjednoczone. Widzimy cały czas bardzo silne zachowanie się rynku amerykańskiego. Uważamy, że ten pozytywny sentyment będzie podtrzymany w ciągu tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny z Biura Maklerskiego Deutsche Banku. – Stawiamy na rynki rozwinięte względem rynków wschodzących, przede wszystkim Stany Zjednoczone i Japonię. Początek tego roku przebiega bardzo dobrze pod względem koniunktury na rynkach akcyjnych. Spowodowane to jest odbudową sentymentu związaną z wyborem nowego prezydenta w Stanach Zjednoczonych.

Indeksy za oceanem wciąż biją kolejne rekordy. S&P 500 od wyboru Trumpa na urząd prezydenta wzrósł o kolejne prawie 10 proc., mimo że we wrześniu wpiął się na historyczne szczyty. Japoński Nikkei, choć pozostaje nieco poniżej rekordów z połowy 2015 roku, od 9 listopada wzrósł o ponad 12 proc. Zdaniem Piotra Tukendorfa istotny dla dalszych losów rynków akcji jest sposób realizacji zapowiedzi z kampanii wyborczej Trumpa. Potencjalne wojny handlowe, nieracjonalne zaostrzanie polityki imigracyjnej czy wycofanie się z partnerstwa transpacyficznego nie będą służyć wzrostowi.

– Pozytywnym impulsem, którego rynki oczekują i który na rynku amerykańskim powinien się materializować, byłaby przede wszystkim realizacja programu inwestycyjnego zapowiadanego przez Donalda Trumpa w skali nawet około jednego biliona dolarów – mówi Tukendorf. – Także kwestia deregulacji sektora energetycznego, finansowego i farmaceutycznego oraz planowane obniżki podatków, m.in. dla przedsiębiorców z wysokiego, maksymalnego obecnie poziomu około 35 proc.

Te czynniki powinny wpłynąć na szybszy rozwój gospodarczy Stanów Zjednoczonych, jak również odbicie gospodarek rosyjskiej i brazylijskiej. Ciążyć może natomiast sytuacja w strefie euro, która według OECD rozwijać się będzie do 2018 roku w tempie nie szybszym niż 1,7 proc. podobnie jak gospodarka niemiecka. Według Banku Światowego można oczekiwać nawet w strefie euro wzrostu tylko o 1,4–1,5 proc.

– Prognozujemy, że w tym roku zaobserwujemy pewne przyspieszenie wzrostu gospodarczego na świecie do poziomu 3,4 proc. wobec 3 proc. w roku ubiegłym. Będzie to spowodowane przyspieszeniem wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych, a także wyjściem z recesji takich gospodarek jak Brazylia i Rosja – przewiduje doradca inwestycyjny BM Deutsche Banku. – Z drugiej strony wpływ na to tempo będzie miało osłabienie wzrostu gospodarczego w strefie euro. Za tym będzie stał wzrost ryzyka politycznego spowodowany potencjalnym brexitem i ogólne spowolnienie gospodarcze w gospodarce niemieckiej.

Według Banku Światowego i OECD globalny wzrost gospodarczy w 2017 roku także ma być o 0,4 pkt proc. wyższy niż w 2016 roku, choć instytucje te podają odmienne dynamiki. Bank Światowy ocenia tempo wzrostu globalnego PKB w 2016 roku na 2,3 proc., a na 2017 przewiduje 2,7 proc. Te szacunki mogą być jednak zaniżone, bo np. dla Polski na 2016 rok przewidywane jest 2,5 proc., a polska gospodarka urosła o 2,8 proc. OECD odpowiednio szacuje światowy wzrost gospodarczy za ubiegły i obecny rok na 2,9 proc. i 3,3 proc.

– Na rynku polskim jest szansa na podtrzymanie dobrego sentymentu na rynku akcji w ciągu całego roku. Natomiast na ogólny wynik polskiej giełdy będą miały wpływ również czynniki lokalne, przede wszystkim oczekiwana przez rynek publikacja programu budowy kapitału, co ma mieć miejsce w I półroczu tego roku – zastrzega Tukendorf. – Natomiast nadal brakuje pewnych istotnych szczegółów tego programu, przede wszystkim odnośnie do limitów inwestycyjnych. Druga kwestia związana jest przede wszystkim z rozwiązaniem legislacyjnym problemu kredytów walutowych, ponieważ oczyszczone zyski banków powinny być w tym roku lepsze w ujęciu rok do roku, natomiast prognozy te nie uwzględniają ani zwrotu spreadów walutowych, ani też kwestii ewentualnego przewalutowania hipotek.

Mimo wszystkich zastrzeżeń i możliwych pułapek to właśnie rynek akcji powinien być wiodącym segmentem inwestycyjnym w tym roku. Nawet na rynkach wschodzących, choć tu wzrosty bardziej prawdopodobne są w drugiej części roku, po ustabilizowaniu sytuacji na amerykańskich obligacjach i surowcach. Jeśli chodzi o inwestowanie w te ostatnie Piotr Tukendorf zaleca ostrożność .

– W tym momencie już niezbyt optymistycznie postrzegamy rynek surowcowy po bardzo silnych wzrostach w drugiej połowie ubiegłego roku i na początku tego roku. Potencjał wzrostowy w tym momencie jest już bardzo mocno wyeksploatowany i ceny metali przemysłowych powinny być niższe na koniec tego roku. Niewielki jest potencjał wzrostowy metali szlachetnych – złota, platyny, srebra. Związane to jest przede wszystkim z umacniającym się dolarem, którego wzrost przewidujemy w roku bieżącym – przestrzega.

Także ropa naftowa, której cena w ciągu ostatniego roku wzrosła o niemal dwie trzecie, jest surowcem, na którego dalszy wzrost cen trudno jednoznacznie liczyć.

– Paradoks polega na tym, że oczywiście ograniczenie wydobycia przez OPEC i wzrost cen z tym związany praktycznie automatycznie wywołują wzrost produkcji w Stanach Zjednoczonych, dlatego te rynki cały czas próbują znaleźć swoją równowagę – podsumowuje.

Cyberprzestępczość może zmienić rynek ubezpieczeń. Polisy od ataków hakerskich i innego cyberryzyka mogą się stać hitem

Cyberprzestępczość może zmienić rynek ubezpieczeń. Polisy od ataków hakerskich i innego cyberryzyka mogą się stać hitem 2

Rynek ubezpieczeń finansowych cały czas rośnie – oceniają eksperci Marsh Polska. Ich zdaniem duże ożywienie jest widoczne w segmencie ubezpieczeń transakcyjnych, które zabezpieczają ryzyka w transakcjach biznesowych, takich jak fuzje i przejęcia. Utrzymuje się też popularność polis OC dla menadżerów i zarządów spółek kapitałowych. W najbliższych latach wraz z rosnącą przestępczością w sieci hitem rynku mogą okazać się cyberubezpieczenia.

– Rynek ubezpieczeń będzie zmierzał w kierunku produktów, które zabezpieczają działalność przedsiębiorstwa, pomagają mu się rozwijać i zapewniają wartość dodaną. Takimi produktami są na pewno ubezpieczenia od cyberryzyka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Ten segment rynku ubezpieczeniowego ma dopiero kilka lat, ale rozwija się bardzo dynamicznie. Z raportu „Cyber Risks 2017” opracowanego przez FireEye i Marsh & McLennan Companies, wynika, że cyberzagrożenia mogą dotknąć niemal każdy sektor gospodarki, a europejskie przedsiębiorstwa nadal nie są na nie odpowiednio przygotowane.

Eksperci wskazują, że w 2016 roku rosnącą liczbę ataków ransomware (szkodliwe oprogramowanie szyfrujące dane – red.) najdotkliwiej odczuły branże finansowa, produkcyjna, telekomunikacyjna, agencje rządowe i sektor zdrowotny. Najbardziej pożądane przez hakerów dane to tajemnice handlowe przedsiębiorstw (19 proc. danych skradzionych w atakach cybernetycznych w Europie w minionym roku) oraz informacje dotyczące systemów kontroli i plany strategiczne (18 proc.). Z drugiej strony na razie wciąż tylko co trzecie europejskiej przedsiębiorstwo umieszcza cyberataki na liście największych zagrożeń biznesowych. Zdaniem ekspertów rynku wraz z rosnącą świadomością dotyczącą cyberprzestępczości nastąpi jednak znaczny wzrost popularności cyberpolis.

Marsh wskazuje, że w Polsce rozwój tego segmentu rynku ubezpieczeń będzie napędzać również unijne prawo, które zacznie obowiązywać w 2018 roku. Za nieprzestrzeganie nowych przepisów o ochronie danych osobowych firmom będą grozić wysokie kary finansowe, sięgające nawet 4 proc. ich rocznych obrotów. Wiele przedsiębiorstw będzie chciało się ubezpieczyć od kradzieży albo nieautoryzowanego wycieku danych, obawiając się wysokich kar.

– W przyszłości ubezpieczenia typu cyber mogą być tak samo powszechne, jak w tej chwili ubezpieczenia D&O [Directors and Officers – red.] – prognozuje Artur Grześkowiak.

Ubezpieczenie D&O to w uproszczeniu polisa od odpowiedzialności cywilnej dla menadżerów. Zwykle chroni dyrektorów, prezesów oraz członków zarządu i rad nadzorczych spółki kapitałowej. Objęte nim mogą zostać również osoby, które podejmują kluczowe dla przedsiębiorstwa decyzje finansowe, ekonomiczne i prawne. Poza kadrą najwyższego szczebla może to być na przykład główny księgowy, przedstawiciel albo prokurent spółki.

Zgodnie z Kodeksem spółek handlowych członkowie zarządu ponoszą odpowiedzialność cywilną i karną za wyrządzone szkody. Polisa OC chroni ich osobisty majątek przed skutkami błędnych decyzji i zabezpiecza przed roszczeniami odszkodowawczymi. Może też pokryć koszty obrony w sprawach karnych i cywilnoprawnych. Z drugiej strony ubezpieczenie chroni nie tylko osoby decyzyjne, lecz także zabezpiecza samą spółkę przed szkodami wyrządzonymi przez zarząd. Polisy D&O są bardzo popularne na Zachodzie, gdzie warunkiem stawianym przez dobrego menadżera przed rozpoczęciem pracy bywa właśnie objęcie go taką formą ochrony.

– Ubezpieczenie członków zarządu i władz spółek kapitałowych jest dzisiaj standardowo zawierane przez spółki giełdowe i duże przedsiębiorstwa. To produkt powszechny tak samo jak ubezpieczenia majątkowe. Śmiem twierdzić, że w niektórych przypadkach bardziej świadome managementy rozpoczynają pracę od wykupienia takiej polisy. Ten typ ubezpieczenia zyskuje na popularności, ponieważ może obejmować wszystkie ryzyka, związane na przykład z pozyskiwaniem funduszy, prospektem emisyjnym albo upublicznianiem informacji o prowadzonej działalności – wylicza Artur Grześkowiak.

Marsh wskazuje, że zainteresowanie polisami D&O w ostatnim czasie napędzają zmiany prawne (m.in. unijna dyrektywa MAR). Ponieważ jednym z najczęstszych scenariuszy są roszczenia wobec poprzednich władz spółki zgłaszane przez nowy zarząd, rośnie też liczba polis typu run off (w tym przypadku ochrona przed roszczeniami jest przedłużona i obejmuje nawet okres po wygaśnięciu polisy).

Jak informuje prezes Marsh Polska, obecnie cały rynek ubezpieczeń finansowych notuje tendencję wzrostową. Cechuje go też duża elastyczność i spadające stawki. Według informacji Marsh duża konkurencja sprawiła, że w minionym roku obniżki cen polis sięgały nawet 30 proc. Z dużym prawdopodobieństwem ten trend może się utrzymać również w tym roku.

– To jest oczywiście dobre dla klientów, ale trochę oderwane od ogólnej tendencji rynkowej. Po prostu w Polsce nie było w ostatnim okresie żadnych poważnych zatorów płatniczych. Bilans płatniczy się poprawił. Z tego wynika duża dynamika i elastyczność stawek. Nie chciałbym być złym prorokiem i wróżyć odwrócenia tego trendu podobnie, jak to miało miejsce w ubezpieczeniach komunikacyjnych, ale ta sytuacja jest pod pewnymi względami podobna – mówi Artur Grześkowiak.

Jednym z najpopularniejszych produktów stosowanych powszechnie przez polskie przedsiębiorstwa są nadal ubezpieczenia należności handlowych, które zabezpieczają przez ryzykiem związanym z działalnością handlową i pomagają analizować rynek pod kątem wypłacalności kontrahentów.

Marsh wskazuje również na dobrą kondycję segmentu ubezpieczeń transakcyjnych. Ten typ polisy zabezpiecza przed ryzykiem w transakcjach biznesowych, takich jak fuzje i przejęcia lub inwestycje private equity.

– Widzimy bardzo duże ożywienie na rynku transakcyjnym, jest dużo przejęć i fuzji zarówno w Polsce, jak i w całym naszym regionie Europy – mówi Artur Grześkowiak.

ZUS upraszcza formularze i pisma wysyłane do klientów. Chce w ten sposób poprawić komunikację

ZUS upraszcza formularze i pisma wysyłane do klientów. Chce w ten sposób poprawić komunikację 3

Co trzeci Polak nie rozumie pism urzędniczych. Niezrozumienie decyzji urzędowej może zaś skutkować poważnymi problemami, ale też brakiem zaufania do instytucji. Polskie urzędy zaczynają więc komunikować się z klientami prostszym językiem. Również ZUS upraszcza język oficjalnych pism kierowanych do obywateli oraz ogranicza liczbę stron i rubryk do wypełnienia w formularzach. We współpracy z ekspertami ZUS opracował podręczniki prostego języka. Pilotaż przed wdrożeniem nowych zasad komunikacji potrwa do marca.

– Uproszczenie języka jest konieczne, aby poprawić relacje między organizacją a klientami. Wpisze się to w kontekst poprawy wizerunku państwowej jednostki organizacyjnej, jaką jest ZUS, i myślę, że wpłynie też na jakość podejmowanych przez nas decyzji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Od 2016 roku trwa akcja „Prosto z ZUS”. Powołany w Zakładzie zespół przeanalizował stosowany w kontakcie z klientami język. Wspólnie z wrocławską Pracownią Prostej Polszczyzny opracowano też podręczniki bardziej zrozumiałego języka: „Słownik prostej polszczyzny”, „Księgę dobrego stylu strony internetowej” oraz poradniki „Jak zaprojektować przyjazny formularz” i „Jak pisać do klientów”.

– W wyniku tej współpracy jesteśmy na etapie przygotowania nowych wzorów pism, formularzy, wniosków na zasadach prostego języka. Musimy przejść też istotną fazę budowy kompetencji pracowników ZUS. Pracownia pomogła nam przeszkolić konsultantów językowych, którzy wraz z ekspertami od prawa ubezpieczeń społecznych dokonują zmian w poradnikach, interpretacjach i są zobowiązani do przeszkolenia odpowiedniej liczby trenerów – tłumaczy prof. Uścińska.

W marcu rozpoczną się szkolenia 90 konsultantów językowych we wszystkich oddziałach ZUS, którzy następnie przeszkolą 36 tys. pracowników urzędu. Zredukowano też liczbę formularzy (z 60 do 40), od lutego trwa ich pilotaż w trzech oddziałach (w Warszawie, Jaśle i Toruniu).

– Wiem, że zusowszczyzna to jeden z trudniejszych języków formalnych, bardzo specjalistyczny i skomplikowany, ale zaczyna to dobrze wyglądać. ZUS nie tylko zmienia pisma i formularze, lecz także szkoli swoich specjalistów i trenerów. Być może to jedyna instytucja, która ma specjalny zespół do upraszczania języka – wskazuje dr Tomasz Piekot z Pracowni Prostej Polszczyzny Uniwersytetu Wrocławskiego.

Pierwsze opinie klientów są pozytywne. W badaniach, które zrealizował Millward Brown, przygotowane teksty w materiałach informatycznych zostały ocenione jako przystępne językowo. Jak wskazuje prezes ZUS, cały proces upraszczania języka jest trudny. Dotyczy to nie tylko przełożenia specjalistycznych zwrotów na przystępny język, lecz także przyzwyczajeń pracowników.

 To ogromny wysiłek, żeby przekonać organizacje do takiego projektu i poddać się procesowi budowania nowych kompetencji. Pracownicy merytoryczni od strony prawnej są przyzwyczajeni do stereotypów, do sformułowań kazuistycznych, które są niezrozumiałe dla naszych klientów – wskazuje prof. Gertruda Uścińska.

Choć wciąż w kontakcie z klientami przeważać będzie komunikacja papierowa, zmieni się sposób informowania o decyzjach i formuła zdań. W pismach ma już nie być długich, wielokrotnie złożonych zdań, które – jak zdarzało się niejednokrotnie – składały się nawet z 80 wyrazów.

 W pismach powinniśmy zostawiać nawigację, dzięki czemu czytelnik powinien w ciągu kilkunastu sekund zorientować się, co i gdzie jest w danym piśmie. Istotne jest zapanowanie nad długością zdania. Rozbudowane zdania bardzo źle się czyta, powinny więc być bardzo krótkie, ładnie pofrazowane, z dobrą interpunkcją. Tekst powinien być przyjazny, bez strasznych terminów urzędowych – wymienia warunki przyjaznej komunikacji dr Tomasz Piekot.

Część urzędów stopniowo wdraża zasady uproszczonej komunikacji z klientami i widać, że przynosi to lepsze efekty niż komunikaty pisane w nowomowie urzędniczej. Przykładowo, w 2015 roku część urzędów skarbowych zamiast wezwań do zapłaty wysłała zwykłe listy, w których prostym językiem prosiła o uregulowanie zaległości. W reakcji na takie pismo wpłat dokonało ok. 30 proc. więcej osób niż w przypadku tradycyjnych wezwań. Formularze zmieniły też m.in. Centralny Ośrodek Informatyki i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów.

 Instytucje publiczne powinny używać zrozumiałego języka, przede wszystkim dlatego, że komunikują się z obywatelem, kimś, kto płaci podatki i utrzymuje urzędy. Urzędnicy pełnią funkcję niejako usługową wobec obywateli i powinny w efektywny, komunikatywny sposób przekazywać im informacje – przekonuje Dominik Owczarek, analityk Instytutu Spraw Publicznych.

Teksty urzędnicze nastręczają trudności większości Polakom. W 2013 roku Rzecznik Praw Obywatelskich wskazał, że co trzecia skarga na działanie władz wysłana na podstawie urzędowego pisma wynikała z niezrozumienia języka. Teksty pełne trudnych wyrazów, z długimi zdaniami i cytowaniem przepisów prawa bez ich tłumaczenia mogą się zaś przełożyć na spadek zaufania do danej instytucji.

– Przeprowadziliśmy szerokie badanie dotyczące wiedzy na temat systemu zabezpieczenia społecznego. Jednym z wyników było to, że ludzie mają niemal zerową wiedzę o tym systemie. Wskazywali również na niewłaściwy język, jakim instytucja się z nimi komunikuje. Jedna z naszych rekomendacji dotyczyła więc tego, żeby komunikaty były sformułowane w sposób zrozumiały. Jak widać, ZUS wziął sobie to do serca – mówi Dominik Owczarek.

Dobre nastroje w mikro i małych firmach. Prawie połowa z nich będzie w tym roku inwestować

Dobre nastroje w mikro i małych firmach. Prawie połowa z nich będzie w tym roku inwestować 4

Blisko połowa mikro- i małych firm realizowała w ubiegłym roku projekty inwestycyjne – wynika z badania Banku Pekao SA. Podobnie ma być w tym roku. Nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw rosną, a większość z nich finansuje inwestycje ze środków własnych. Pozytywnym trendem jest też dobra sytuacja w eksporcie. 18 proc. firm sprzedawało w minionym roku swoje produkty i usługi za granicą. 

– Spodziewamy się, że w ciągu kolejnego roku około połowa mikro- i małych firm zrealizuje projekty inwestycyjne. Najpopularniejsze są dobra trwałe, czyli inwestycje w wyposażenie, narzędzia, maszyny i środki transportu. Spodziewamy się również większego zainteresowania kredytami i leasingiem, ponieważ badania pokazują, że wzrośnie odsetek firm, które skorzystają z zewnętrznych źródeł finansowania. Firmy liczą także na środki unijne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Kierzkowski, dyrektor Biura Funduszy Unii Europejskiej oraz Programów Publicznych w Banku Pekao SA.

Inwestycje to główny temat tegorocznej, siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro- i małych firm” opublikowanego przez Bank Pekao SA. Badanie jest efektem prawie 7 tys. wywiadów przeprowadzonych z polskimi przedsiębiorcami. Wynika z nich, że w minionym roku prawie co druga (49 proc.) mikro- i mała firma realizowała projekty inwestycyjne. Oznacza to wzrost o 3 pkt proc. rok do roku. W ostatnich miesiącach wzrosły również nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw. Zdecydowana większość z nich (85 proc.) pochodziła ze środków własnych, ale rok do roku wzrosła liczba firm, które skorzystały z kredytu lub leasingu.

Głównym motorem inwestycji była chęć poprawy efektywności i wymiana środków trwałych. Dominowały inwestycje modernizacyjne w aktywa, których nie było dotychczas w firmie. Równo połowa przedsiębiorstw zainwestowała w wyposażenie, narzędzia i przyrządy. Na kolejnych pozycjach znalazły się maszyny i urządzenia (44 proc.), środki transportu (31 proc.), budynki (13 proc.), wartości niematerialne (11 proc.) oraz grunty (4 proc.). Struktura inwestycji jest w dużym stopniu zależna od specyfiki danej branży. Przykładowo, firmy produkcyjne inwestowały najwięcej w maszyny i urządzenia, natomiast firmy handlowe – w budynki.

– Innowacje produktowe w ciągu ostatniego roku wdrożyło 24 proc. firm, a procesowe nieco mniej, bo 17 proc. przedsiębiorstw. Natomiast w zakresie innowacyjności nie widać trendu wzrostowego. Utrzymuje się ona mniej więcej na stałym poziomie od 2010 roku, pomimo ogromnej dostępności środków pochodzących ze źródeł komercyjnych, krajowych i unijnych przeznaczonych na wspieranie innowacyjności – mówi Tomasz Kierzkowski.

Pozytywnym trendem jest za to dynamiczny wzrost eksportu w segmencie mikro- i małych firm. Działalność eksportową prowadziło w minionym roku 18 proc. przedsiębiorstw. To wzrost o 3 pkt proc. w ujęciu rocznym, a w porównaniu z pierwszą edycją badania z 2010 roku liczba eksporterów zwiększyła się dwukrotnie. W tym roku niemal co piąte przedsiębiorstwo zamierza sprzedawać swoje produkty i usługi za granicą, a większość z nich spodziewa się rosnących przychodów z eksportu.

– Perspektywy dla eksportu są najlepsze w dotychczasowej, siedmioletniej historii naszego badania. 19 proc. firm deklaruje, że w najbliższych 12 miesiącach będzie prowadzić działalność eksportową. Sprzyja temu szereg czynników, między innymi kursy walut i otwarty rynek, więc firmy korzystają z tych możliwości – mówi Tomasz Kierzkowski.

Nastroje przedsiębiorców w ubiegłym roku były relatywnie dobre. Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro- i Małych Firm kalkulowany w oparciu o deklaracje przedsiębiorców osiągnął 96,7 pkt i był to drugi najlepszy wynik spośród wszystkich edycji badania.

Przedsiębiorcy pozytywnie oceniali w ubiegłym roku sytuację swojego biznesu, wyniki finansowe i przychody. Ocena poziomu zatrudnienia w firmach była rekordowo wysoka. Nieco gorzej przedsiębiorcy postrzegali za to czynniki od nich niezależne, takie jak kondycja branży i ogólna sytuacja gospodarcza w kraju.

– Co roku pytamy przedsiębiorców o to, jak oceniają miniony rok i czego spodziewają się w okresie kolejnych 12 miesięcy. Ten obraz jest ogólnie dobry. Jednak firmy lepiej oceniły ostatnie 12 miesięcy niż perspektywy na kolejny rok. Można więc powiedzieć, że dostrzegają jakąś niepewność, która może zagrażać stabilności biznesu – mówi Tomasz Kierzkowski.

W ciągu kolejnych miesięcy wysoka aktywność inwestycyjna przedsiębiorców się utrzyma. W 2017 roku dokładnie jedna trzecia przedsiębiorców zamierza sfinansować inwestycje kredytem, a niemal co piąty (19 proc.) skorzysta z leasingu. Optymistyczne są również prognozy dla eksportu, jednak przedsiębiorcy wskazują podatki, koszty pracy i rosnącą konkurencję jako największe bariery prowadzenia działalności.

– Biznes lubi spokój. Dlatego wszystkie niedopowiedzenia czy niepewność związana z sytuacją międzynarodową przekładają się na mniejsze firmy i znajdują odzwierciedlenie w wynikach naszych badań – zauważa dyrektor Biura Funduszy Unii Europejskiej oraz Programów Publicznych w Banku Pekao SA.

Tylko jedna trzecia konsumentów czyta etykiety na produktach żywnościowych. Najczęściej sprawdzają tylko termin przydatności do spożycia

Tylko jedna trzecia konsumentów czyta etykiety na produktach żywnościowych. Najczęściej sprawdzają tylko termin przydatności do spożycia 5

Zaledwie 3 na 10 konsumentów czyta etykiety na artykułach spożywczych. Najczęściej sprawdzamy tylko termin przydatności do spożycia, a na pozostałe informacje nie zwracamy uwagi. Zgodnie z przepisami nawet na najmniejszym opakowaniu muszą znaleźć się takie informacje, jak nazwa produktu, lista alergenów, zawartość netto oraz data minimalnej trwałości lub termin przydatności do spożycia. Na nieco większych znajdziemy również skład, warunki przechowywania czy użycia i wartość odżywczą. Dzięki lekturze etykiet możemy robić świadome zakupy i wybierać takie produkty, które będą miały korzystny wpływ na nasze zdrowie.

Eksperci zaznaczają, że etykiety żywności oferowanej konsumentom w opakowaniach muszą być czytelne, nieusuwalne, zrozumiałe. Nie mogą wprowadzać w błąd i pomijać istotnych informacji.

– Etykiety to podstawowe źródło informacji o produkcie i to właśnie one pozwalają nam dokonać świadomego wyboru żywieniowego. Dlatego warto się z nimi zapoznać, bo w ten sposób możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to jest na pewno produkt dla mnie lub dla mojego dziecka. Duża grupa konsumentów to alergicy, a na etykiecie znajdziemy również informacje o tym, czy te produkty mogą się znaleźć bezpiecznie w ich diecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Katarzyna Zadka, specjalista ds. żywienia programu „Żyj smacznie i zdrowo”, prowadzonego przez markę Winiary.

Najważniejsze informacje, które powinny się znaleźć na etykiecie produktu, to nazwa, termin przydatności do spożycia czy data minimalnej trwałości, a także skład produktu, wartości odżywcze i masa netto.

Pamiętajmy, że również sposób, w jaki zapisywane są informacje o składzie, podlega pewnym regulacjom. Składniki powinny być umieszczone w kolejności malejącej, czyli ten, który jest na pierwszym miejscu, znajduje się w największej ilości w produkcie. Po drugie, w tym składzie powinny być odpowiednio wyróżnione alergeny. Producenci robią to w różny sposób, używając dużych liter czy pogrubiając czcionkę. Co ważne, jeżeli np. w produkcie mamy oleje roślinne, to zawsze powinno być podane, jakiego są rodzaju – tłumaczy Katarzyna Zadka.

Data ważności produktów spożywczych jest oznaczona w postaci terminu przydatności do spożycia lub daty minimalnej trwałości – w zależności od typu produktu i jego podatności na psucie się. Jeśli na etykiecie widnieje sformułowanie „Należy spożyć do…”, oznacza to, że po upływie tego terminu produkt bezwzględnie nie powinien być spożywany. Takie oznaczenie stosuje się dla takich produktów jak np. wędliny czy produkty mleczne.

Jeśli na opakowaniu jest zapis „Najlepiej spożyć przed…” lub „Najlepiej spożyć przed końcem…”, to mamy do czynienia z datą minimalnej trwałości. Upływ daty minimalnej trwałości nie oznacza, że produkt jest niebezpieczny i że jego jakość jest znacznie gorsza, dlatego zanim go wyrzucimy, warto ocenić jego stan i jeśli nie budzi naszych wątpliwości, wykorzystać w kuchni. Datę minimalnej trwałości stosuje się dla produktów suchych jak np. kasza czy makaron.

Termin przydatności do spożycia to jest pierwsza rzecz, którą najczęściej czytamy. Ten nawyk powinniśmy dalej utrzymywać – mówi Katarzyna Zadka.

Warto też wziąć pod uwagę wartość odżywczą produktu. W specjalnych tabelach często mamy podane przeliczenie nie tylko na 100 g czy 100 ml, lecz także na pojedynczą porcję. W ten sposób dzięki analizie etykiety możemy wybrać taką ilość tłuszczu czy cukru, która dla nas będzie optymalna.

Warto zwrócić uwagę również na referencyjną wartość spożycia. Nie każdy wie, czy 10 g tłuszczu w jakimś produkcie to dużo w diecie. Referencyjna wartość spożycia jest po to, żeby pokazać nam, jaki ułamek procentowego dziennego zapotrzebowania na dany składnik pokryje nam ten produkt – wyjaśnia Katarzyna Zadka.

Choć na przestrzeni ostatnich lat wzrasta świadomość i coraz więcej osób czyta etykiety, to wciąż u niewielu konsumentów jest to stały nawyk. W badaniu IPSOS z 2015 roku 31 proc. konsumentów deklarowało, że zawsze lub często zapoznają się z pełną informacją na produktach. 70 proc. czyta jedynie termin przydatności do spożycia

Warto, żebyśmy edukowali swoje dzieci w tym zakresie. Takie działania podejmujemy w ramach programu „Żyj smacznie i zdrowo”. Podczas lekcji żywieniowych dotyczących zdrowego stylu życia, uczymy przygotowywać posiłki, uczymy zdrowych nawyków, ale także tego, w jaki sposób wybrać produkt odpowiednio zbilansowany i prawidłowo włączyć go do swojej diety. Bo każdy produkt w diecie może się znaleźć, tylko kwestia tego, jak go włączymy –dodaje Katarzyna Zadka.

Na etykietkach produktów spożywczych często znajdują się też oznaczenia kodowe z literą „E”. Spis środków dodawanych do żywności podzielony jest na kilka grup: E100–E199 (barwniki), E200–E299 (konserwanty i regulatory kwasowości), E300–E399 (przeciwutleniacze), E400–E499 (emulgatory, środki spulchniające, żelujące), E500–E599 (środki pomocnicze), E600–E699 (wzmacniacze smaku), E900–E999 (środki słodzące, nabłyszczające i inne), E1000–E1999 (stabilizatory, konserwanty, zagęstniki i inne). Eksperci do spraw żywienia podkreślają, że wszystkie składniki oznaczone symbolem E zostały przebadane, a wiele z nich to dobrze znane nam składniki jak np. witamina C i nie powinniśmy z góry ich obawiać.

Bogaci mają niższą inflację. Jak to możliwe?

Złe wiadomości dla osób zarabiających poniżej średniej. W styczniu inflacja w Polsce była najwyższa od czterech lat – podaje GUS. Bardziej niż ogólny wzrost cen niepokoją ceny żywności, które w porównaniu do ub. roku zwiększyły się aż o 3.3 proc. To najmocniej odczują gorzej sytuowani konsumenci – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.  

Reguła mówi, że im bogatszy kraj, tym mniejszą część wydatków jego obywatele przeznaczają na żywność. Według badań Departamentu Rolnictwa USA (USDA), Amerykanie średnio wydają na jedzenie spożywane w domu 6.6 proc., Niemcy – 10.2 proc., a Nigeryjczycy – 56.6 proc. domowego budżetu.

W koszyku statystycznego Polaka udział żywności i napojów przez ostatnie lata wynosił według GUS ok. 24 proc. I choć dane nieco się różnią od publikacji USDA (17.2 proc.) czy Eurostatu (lekko poniżej 20 proc), to jednak potwierdzają, że zamożność ma kluczowy wpływ na strukturę wydatków gospodarstwa domowego.

Znacznie ciekawszą kwestią są jednak nie tyle różnice pomiędzy poszczególnymi krajami, ale rozkład wydatków wewnątrz państwa. On wpływa na to, jak odbieramy zmiany cen oraz jaki jest nasz faktyczny poziom inflacji, gdyż przeciętne czy statystyczne gospodarstwo domowe praktycznie nie istnieje.

Wyższe zarobki to niższa inflacja

Odmienny od przeciętnego odbiór zmian cen przez gospodarstwa domowe często wynika faktu, że wyższe koszty zakupu towarów nabywanych kilka razy w miesiącu (np. żywność) zapamiętujemy lepiej niż różnice w cenach dóbr trwałych (np. telewizor, meble). Czasami jednak przekonanie części społeczeństwa o szybszej od oficjalnie publikowanej inflacji ma przełożenie w faktach.

Bardzo dobrym raportem, potwierdzającym intuicję, są dane brytyjskiego Biura Statystyki Narodowej (ONS). W dokumencie „Zróżnicowane doświadczenia inflacyjne brytyjskich gospodarstw domowych” czytamy, że w latach 2003-2013 średni wzrost cen na Wyspach wynosił 2.6 proc. rocznie.

Jeżeli jednak spojrzymy na średnią inflację dla 10 proc. osób najwięcej wydających, to przeciętnie wynosiła ona 2.3 proc. w badanej dekadzie. Natomiast dla 10 proc. najmniej zamożnych Brytyjczyków miała ona wartość 3.7 proc., czyli o połowę więcej. Z tego w latach 2003-2013 koszt dóbr i usług wzrósł dla najbogatszych o 29 proc., a dla najbiedniejszych o 44 proc. Skąd biorą się takie olbrzymie różnice?

Przy niższych dochodach stosunkowo dużo wydajemy na żywność i utrzymanie mieszkania, a względnie mało na spożywanie posiłków poza domem czy hotele. W badanej dekadzie silne rosły ceny żywności i usług komunalnych, co spowodowało tak dramatyczne różnice.

W Polsce niestety podobnie jak na Wyspach

Mimo że Wielka Brytania jest gospodarką rozwiniętą, a Polska rozwijającą się, to jednak procesy inflacyjne są dość podobne. Średnioroczny poziom inflacji w latach 2004-2016 wyniósł w naszym kraju 2.1 proc. W tym czasie jednak ceny z kategorii „żywność i napoje bezalkoholowe” rosły każdego roku przeciętnie o 2.9 proc., a koszty „użytkowania mieszkania i nośniki energii” o 4.1 proc.

Z opracowania GUS „Budżety Gospodarstw Domowych w 2015 r.”, opublikowanego we wrześniu 2016 r., wynika, że 20 proc. osób najgorzej sytuowanych przeznacza na żywność oraz opłaty mieszkaniowe 53.6 proc. wszystkich swoich wydatków. Z kolei dla 20 proc. najzamożniejszych Polaków powyższe kategorie stanowią jedynie 36.3 proc. koszyka inflacyjnego.

Od 2004 r. koszyk wydatków dla wspomnianej, pierwszej grupy tylko ze względu na wzrost cen mieszkania i żywności jest droższy o 26 proc. Natomiast dla najbardziej zamożnych zdrożał on z powyższych powodów jedynie o 18 proc. To dobrze pokazuje, że odbiór zmian cen przez poszczególne grupy społeczne nie jest tylko kwestią psychologiczną, ale również ma potwierdzenia w faktach.

W rezultacie najszybszy od kilku lat wzrost cen żywności oraz rosnące koszty utrzymania mieszkania znowu zaczną wyraźnie obniżać siłę nabywczą osób z dochodami poniżej średniej. Natomiast ci, którzy zarabiają najwięcej, w niewielkim stopniu odczują powyższe zmiany, ponieważ ich udział w ogólnych wydatkach jest względnie ograniczony.

Wyniki finansowe Nestlé S.A. za 2016 rok

Rok 2016 firma zamknęła z 3,2% wzrostu organicznego i wzrostem zysku operacyjnego o 30 punktów bazowych przy zachowaniu stałego kursu walutowego. W 2017 roku Nestlé będzie dążyć do osiągnięcia organicznego wzrostu na poziomie od 2% do 4%.

Wyniki szczegółowe:

  • 3,2% wzrostu organicznego i 2,4% rzeczywistego wzrostu wewnętrznego
  • sprzedaż na poziomie 89,5 mld CHF, wzrost o 0,8%, przy wpływie zmiany kursu walut na poziome -1,6%
  • wzrost zysku operacyjnego o 30 punktów bazowych przy zachowaniu stałego kursu walutowego, zysk operacyjny na poziomie 15,3% przy odnotowanym wzroście o 20 punktów bazowych
  • wzrost zysku podstawowego na akcję o 3,40 CHF, przy zachowaniu stałego kursu walutowego na poziomie 3,4%
  • znacząca redukcja średniego kapitału obrotowego z 4,7% do 2,8% wartości sprzedaży
  • proponowane zwiększenie dywidendy do 2,30 CHF za akcję
  • perspektywy na rok 2017: firma będzie dążyć do osiągnięcia organicznego wzrostu na poziomie od 2% do 4% poprzez poprawę zysku, zysku operacyjnego na akcję mierzonego przy zachowaniu stałego kursu walutowego, a także efektywność kapitałową.

Przewidujemy, że w 2017 roku osiągniemy wzrost organiczny na poziomie od 2% do 4%. Spodziewamy się również poprawy zysku operacyjnego na akcję mierzonego przy zachowaniu stałego kursu walutowego, a także wzrostu efektywności kapitałowej. Jednocześnie kontynuujemy inwestycje, których celem jest dalszy wzrost organiczny na średnim poziomie jednocyfrowym i efektywność ekonomiczna oraz znaczna redukcja kosztów strukturalnych do 2020 roku – powiedział Mark Schneider, Prezes Nestlé S.A.

Jak skutecznie i szybko rozwiązać konflikt w biznesie unikając sądu?

Zawierając umowy czy podejmując się nowych przedsięwzięć biznesowych nigdy nie ma pewności, że prędzej czy później nie dojdzie do nieporozumień, które mogą skutkować konfliktem pomiędzy partnerami biznesowymi. Może to być związane nie tyle ze złą wolą stron, co ze zmieniającymi się warunkami zewnętrznymi mającymi wpływ na biznes.

Warto więc ten czarny scenariusz rozpatrzyć już na początku i odpowiednio się przygotować. Można to zrobić umawiając się z kontrahentem na mediację.

Mediacja staje się coraz popularniejszą formą rozwiązywania różnych konfliktów, a to ze względu na nowe przepisy promujące tę instytucję, które weszły w życie w zeszłym roku. Jednak nadal niewielu przedsiębiorców w Polsce ma jej pełną świadomość i najczęściej o mediacji dowiaduje się dopiero w sądzie po wniesieniu powództwa.

Mediacja jako forma pozasądowego rozstrzygania sporów jest bardzo odformalizowanym narzędziem prawnym, przez co też niezwykle elastycznym i skutecznym i funkcjonuje także w formie mediacji prywatnej, czyli takiej z której przedsiębiorcy mogą skorzystać jeszcze przed wniesieniem pozwu do sądu.

Same plusy

Jakie korzyści może mieć z tego przedsiębiorca poza oszczędnością związaną z brakiem opłaty sądowej? Korzyści wynikające z zastosowania mediacji to przede wszystkim czas rozwiązania sporu. Niejednokrotnie udaje się rozwiązać konflikt w kilka tygodni zamiast w kilka lat (jak w przypadku sądu). Mediacja to także spore oszczędności. Według statystyk rozwiązanie sporu w drodze mediacji kosztuje około dziesięciokrotnie mniej niż w tradycyjnym sporze sądowym.

Praktycznie w każdym sporze gospodarczym, strony z pomocą profesjonalnego mediatora mogą wypracować ugodę, na podstawie której mogą rozwiązać nie tylko istniejący spór, ale i uregulować łączące ich stosunki na przyszłość.

Jak pokazuje praktyka, poziom satysfakcji przedsiębiorców z wypracowanej ugody jest zazwyczaj na tyle duży, że strony bez większych problemów przystępują do jej wykonania.

„Międzynarodowe Centrum Mediacji prowadzi prywatne mediacje gospodarcze między międzynarodowymi i polskimi przedsiębiorcami, mediacje wewnątrz przedsiębiorstw a także mediacje z sektorem publicznym. Do mediacji prywatnych zgłaszają się bardzo świadomi przedsiębiorcy, którzy wiedzą, że rozwiązując konflikt w ten właśnie sposób, zaoszczędzą nie tylko czas i pieniądze związane z kosztownymi i ciągnącymi się procesami sądowymi, ale także zyska na tym ich reputacja. Mamy nadzieję, że polscy kontrahenci coraz częściej będą się przekonywać do tej formy rozwiązywania sporów gospodarczych i nie tylko sporów z udziałem przedsiębiorcy zagranicznego, ale również lokalnych. Żaden przedsiębiorca nie ma interesu w tym, żeby ze swoim sporem utknąć w sądzie na kilka lat, zdecydowanie prościej jest przejąć kontrolę nad całą sytuacją i udać się do profesjonalnego mediatora” – mówi Elisabetta Caprino, Sekretarz Generalny Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce, współinicjator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

Ważna klauzula umowna

Warto jednakże nadmienić, że co do zasady każda ugoda wypracowana podczas mediacji może być zatwierdzona przez sąd i mieć moc wyroku sądowego (takie zatwierdzenie ugody przed sądem jest zabiegiem czysto formalnym i trwa zazwyczaj kilka dni).

Aby jednak do mediacji doszło potrzebna jest zgoda stron, która może być wyrażona praktycznie w każdej umowie łączącej strony, w postaci dodatkowej klauzuli mediacyjnej.

Praktycznie każdy prywatny ośrodek mediacji proponuje brzmienie takiej klauzuli, którą można po prostu wkomponować do swoich umów zawieranych przez przedsiębiorców, najczęściej dzieje się to w tzw. postanowieniach końcowych danej umowy.

Poniżej prezentujemy przykładową klauzulę mediacyjną w języku polskim i angielskim rekomendowaną przez centrum mediacji prowadzone przy bilateralnych izbach przemysłowo-handlowych.

Klauzula mediacyjna Międzynarodowego Centrum Mediacji w Warszawie

Wszelkie spory wynikające z niniejszej umowy lub pozostające w związku z nią, będą rozwiązywane polubownie w ramach Międzynarodowego Centrum Mediacji działającego przy międzynarodowych Izbach Przemysłowo-Handlowych w Polsce.

„W przypadku braku porozumienia i niemożliwości rozwiązania sporu w postepowaniu mediacyjnym w terminie 60 dni od dnia złożenia wniosku o przeprowadzenie mediacji lub innym terminie uzgodnionym pisemnie przez strony, każda ze stron może poddać spór pod rozstrzygnięcie właściwego sądu.”

„Any dispute which results from such an agreement or which are connected, can be settled amicably by the International Mediation Centre at the International Chambers of Commerce in Poland. If the parties cannot reach a settlement through a mediation proceeding within 60 days from the filing of the motion for mediation or other term agreed in written form by the parties, each party can file a case to the appropriate court.”

Case study – mediacja między polskimi przedsiębiorcami, wspólnikami spółki kapitałowej

Sprawa będąca połączeniem mediacji wewnątrzorganizacyjnych i mediacji pomiędzy przedsiębiorcami. Spór dotyczył dwójki byłych wspólników spółki kapitałowej, którzy rozstając się po kilku latach współpracy, chcieli w najbardziej profesjonalny sposób ułożyć sprawy związane z nierozliczoną pomiędzy nimi płatnością faktury. Ich drogi biznesowe rozeszły się jakiś czas temu natomiast sprawa nieopłaconej faktury „wisiała” nad nimi i ciążyła na wzajemnych stosunkach, zagrażając ich wizerunkowi w dość wąskiej branży, gdzie wieści szybko się rozchodzą.

Sprawa była o tyle skomplikowana, że byli wspólnicy co do spornej płatności nie zawarli żadnej formalnej umowy na piśmie, nie ustalili warunków, na jakich ta płatność ma być rozliczona, a jedynie bazowali na działających do niedawna ustaleniach ustnych, które jak to  w życiu bywa, przestały obowiązywać w momencie, kiedy popsuły się stosunki pomiędzy byłymi wspólnikami.

Każdy z nich traktował to rozliczenie jako pewien rodzaj „zakładnika” do momentu wyjaśnienia i zamknięcia wszystkich spraw związanych z ich byłą spółką. I pomimo, że biznesowo byli już niezależnymi od siebie podmiotami, niedokończony jeszcze „rozwód” biznesowy był dość istotną przeszkodą we wzajemnych rozliczeniach już osobnych podmiotów.

Co niezwykle interesujące w tej sprawie przedsiębiorcy-byli wspólnicy, bardzo świadomie zgłosili się do mediacji prywatnej, działając zupełnie bez jakiegokolwiek motywatora zewnętrznego w postaci np. skierowania sądu. Ich determinacja do profesjonalnego rozwiązania sporu było na tyle duża, że już podczas pierwszego spotkania w Międzynarodowym Centrum Mediacji doszło do pierwszej sesji mediacyjnej, podczas której strony sprawnie przeszły do meritum sprawy, a właściwie spraw, gdyż jak się okazało pomimo pierwotnego założenia, że chodzi o dwa oddzielne podmioty, mediator skutecznie dotknął kwestii ich niedokończonego biznesowego „rozwodu” klarując kilka istotnych wątków. Tym samym rozpoczynając mediację pomiędzy przedsiębiorcami traktowanymi jako odrębne dwa podmioty, poruszono temat mediacji pomiędzy wspólnikami jeszcze wciąż nie rozwiązanej spółki.

Obydwaj przedsiębiorcy doskonale dostosowali się do panujących reguł i zasad mediacji, co przyczyniło się do jej szybkiego zakończenia. W niespełna 2 godziny znaleźli rozwiązanie przy pomocy mediatora. Wypracowana ugoda nie tylko rozwiązała temat rozliczenia płatności byłych wspólników, ale poczynili oni również ustalenia, co do przyszłych kontaktów biznesowych. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż obydwaj zaangażowani już w zupełnie nowe przedsięwzięcia biznesowe z nowymi wspólnikami, znaleźli pewien obszar możliwej przyszłej, wspólnej współpracy.

Zastosowana metoda mediacji oparta o model „U” promowany w ramach MCM okazała się być niezwykle efektywnym narzędziem pracy. Ta sprawa, to także przykład bardzo świadomego i profesjonalnego podejścia do pozasądowych metod rozwiązywania sporów.

Autor Dr Ewelina Stobiecka

Dr Ewelina Stobiecka jest partnerem zarządzającym kancelarii TaylorWessing w Warszawie, inicjatorem i koordynatorem Międzynarodowego Centrum Mediacji  działającego przy międzynarodowych Izbach Gospodarczych w Polsce oraz Członkiem Zespołu ds. Prawa Gospodarczego powołanego przy Ministrze Rozwoju.

Posiada wieloletnie doświadczenie w doradztwie prawnym na rzecz przedsiębiorców w różnych aspektach ich działalności i rozwoju oraz na rzecz międzynarodowych podmiotów gospodarczych inwestujących w Polsce.

Zakres jej praktyki obejmuje zarówno doradztwo w ramach dużych projektów interdyscyplinarnych jak i bieżące doradztwo prawne. Szczególnie ważny obszar jej aktywności zawodowej dotyczy rozwiązywania wszelkiego rodzaju sporów gospodarczych pomiędzy przedsiębiorcami.

Występuje zarówno w roli negocjatora jak i mediatora, propagując przy tym i szeroko stosując mediacje  gospodarczą, pozwalającą na pozasądowe, bardziej efektywne kosztowo i czasowo rozstrzyganie sporów pomiędzy przedsiębiorcami.

Ewelina Stobiecka jest uważnym obserwatorem życia gospodarczego w Polsce i na świecie. Współpracowała przy kolejnych edycjach Raportu Banku Światowego „Doing Business” (Polska). Jest także autorem licznych publikacji o tematyce gospodarczo – prawnej w prasie branżowej i mediach ogólnopolskich a także częstym gościem programów telewizyjnych i komentatorem zagadnień z zakresu prawa.

Już 40% firm planuje zatrudniać pracowników z Ukrainy

Pomimo napływu ponad 1,3 mln cudzoziemców w 2016 rok, nadal 33% przedsiębiorstw w Polsce ma problemy ze znalezieniem pracowników. Z najnowszego raportu Work Service „Barometru Rynku Pracy VII”, który w całości zostanie opublikowany 2 marca br. wynika, że już 4 na 10 firm, chcąc obsadzić zalegające wakaty, będzie sięgać po kandydatów z Ukrainy. Pracodawcy wykazują coraz większe zapotrzebowanie na wykwalifikowane kadry, ale muszą pamiętać, że legalne zatrudnienie pracowników zza Buga wcale nie jest tańsze.

Po raz pierwszy, od przemian wolnorynkowych, Polska tak wyraźnie odczuwa niedobory kadrowe. Już dziś możemy wyszczególnić całe sektory gospodarki, które miałyby duże trudności z ciągłością realizacji zamówień, bez udziału pracowników zza granicy. Z naszych najnowszych badań wynika, że aż 39% firm planuje rekrutacje Ukraińców, ze względu na braki kandydatów na rodzimym rynku pracy – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. Pomimo ubiegłorocznego, rekordowego napływu cudzoziemców, polski rynek nie został nasycony, a zapotrzebowanie na pracowników będzie nadal rosnąć. W tym roku zapowiadane jest uruchomienie nowych procesów inwestycyjnych, a biorąc pod uwagę prognozowaną kontynuację spadków bezrobocia, możemy spodziewać się dalszego wzrostu imigracji do Polski – dodaje Witucki.

Ukraińcy poszukiwani do dużych firm i produkcji

Z najnowszego „Barometru Rynku Pracy VII” wynika, że pracowników z Ukrainy najczęściej poszukują duże przedsiębiorstwa, zatrudniające ponad 250 osób, które prowadzą masowe rekrutacje. W tej grupie niemal co druga firma (49,1%) zgłasza chęć wypełnienia wakatów, dzięki imigracji, stawiając głównie na pracowników niższego szczebla. Wyraźne niedobory kadrowe są widoczne również w branży produkcyjnej, w której niemal 56% pracodawców deklaruje chęć zatrudniania cudzoziemców. Pracodawcy z branży handlowej i usługowej rozważają rekrutacje pracowników z Ukrainy odpowiednio w 38,9% i 33,8% przypadków. Wyraźnie od trendów rynkowych odbiega sektor publiczny, który zaniża zbiorczą statystykę (39%) z wynikiem na poziomie 5% wskazań.

pracownicy z ukrainy

W ostatnich miesiącach obserwujemy nowy trend związany z chęcią zatrudniania pracowników z Ukrainy na stanowiska wymagające kwalifikacji. Z naszych badań wynika, że rekrutacje na pracowników średniego szczebla stanowią już dziś ponad 28% zgłaszanego zapotrzebowania na kandydatów zza granicy – podkreśla Marek Śliwiński, Dyrektor Linii Biznesowej Ukraina w Work Service S.A. Biorąc pod uwagę, że znacząca większość pracowników ze wschodu przyjeżdża na podstawie uproszczonej procedury oświadczeń, na okres 6-miesięczny, to wypełnienie tych wykwalifikowanych wakatów będzie wyraźnie trudniejsze. W wielu przypadkach jest to zbyt krótki czas zatrudnienia, aby wejść na specjalistyczne stanowisko, a możliwości przedłużenia zatrudnienia na podstawie zezwolenia na pracę są dość ograniczone ze względów biurokratycznych – dodaje Marek Śliwiński.

Zza Buga znaczy taniej? Przy legalnym zatrudnieniu to mit

Z opublikowanego w grudniu 2016 roku raportu Narodowego Banku Polskiego wynika, że 53,1% pracowników z Ukrainy otrzymuje świadczenia pozapłacowe, które pozwalają im obniżyć koszty życia w Polsce. Do najpopularniejszych należą: zapewnienie zakwaterowania, wyżywienia czy transportu do pracy. Jednocześnie od początku 2017 roku obowiązują w Polsce dwa progi minimalnego wynagrodzenia. W przypadku zatrudnienia na umowę o pracę najniższa płaca wynosi 2000 zł brutto, a w ramach umowy zlecenie 13 zł brutto za godzinę pracy.

W Polsce mamy do czynienia z modelem imigracji komplementarnej, a więc wchodzeniem pracowników zza granicy na nieobsadzone miejsca pracy. W przypadku legalnego zatrudnienia, Ukraińcy uzyskują co najmniej minimalne wynagrodzenie, czyli takie, jakie jest przewidziane dla Polaków. Co ważne, w większości mają również zapewnione pozapłacowe świadczenia, które stanowią dla pracodawców dodatkowe wydatki. Oznacza to, że zatrudnienie obcokrajowców przestaje być optymalizacją kosztową, a staje się koniecznością wynikającą z niedoborów kadrowych wśród Polaków – podsumowuje Marek Śliwiński.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach Barometru Rynku Pracy VII zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI okresie 16-20.01.2017 r.
  • Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI okresie 16-20.01.2017 r.

VR to nie tylko rozrywka. Wirtualna rzeczywistość pomaga edukować

Technologia wirtualnej rzeczywistości jest nowym medium, które można porównać do telewizji. VR jest sposobem docierania do ludzi i prezentowania im nowych doświadczeń. Z punktu widzenia gier i innych rynków będzie to nowa jakość. Nie powinna ona zastąpić typowych mediów – tak jak telewizja nie zastąpiła książek – lecz unowocześni je. Zastosowania VR są bardzo szerokie, zarówno w przemyśle rozrywkowym – jako sposób spędzania wolnego czasu – jak w medycynie czy edukacji.

– W ten sposób mamy możliwość szkolenia ludzi bez wystawiania ich na niepotrzebne ryzyko – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Mularczyk, prezes i założyciel MythicOwl – Ćwiczenia odbywają się na „sucho”, lecz w warunkach bardzo zbliżonych do rzeczywistych. Dzięki VR możliwe jest poznawanie rzeczy bardzo trudnych, które łatwiej jest zobaczyć w trzech wymiarach. Wpływ wirtualnej rzeczywistości będzie szczególnie duży w rozszerzeniu branży gier. Technologia VR pozwala graczowi bardziej esencjonalnie zanurzyć się w świat gry, żyjąc w nim większą ilością zmysłów. Studio MythicOwlc przygotowało pierwszą produkcję przeznaczoną dla gogli VR – “Seabed Prelude”. Gracz może zostać kapitanem podwodnego batyskafu – dodał Mularczyk.

W jakim kierunku zmierza produkcja marek własnych?

Pomimo rosnących zarobków Polaków, cena ciągle jest dla wielu z nas głównym kryterium decydującym o zakupie danego produktu. Stąd też sieci handlowe od wielu lat inwestują w marki własne, mające konkurować z asortymentem zewnętrznych producentów właśnie ceną. Marki własne, jako osobna kategoria produktowa, znajdują się obecnie w momencie kluczowym dla swojego dalszego rozwoju.

Światowy rynek marek własnych osiągnął już pokaźne rozmiary. W krajach takich jak Hiszpania czy Szwajcaria, ich udział wolumenowy w ogólnym rynku wynosi ponad 50 proc. W Polsce szacuje się, że co trzeci produkt tworzony jest właśnie pod marką własną. Znaczną obniżkę cen, umożliwiającą osiągnięcie takich wyników, duże sieci handlowe uzyskują poprzez optymalizację procesu dostaw (z pominięciem hurtowni) oraz minimalizację kosztów marketingu. Dla wielu dużych detalistów produkcja pod marką własną okazała się strzałem w dziesiątkę, co potwierdzają wyniki badania ARC Rynek i Opinia z 2015 r., zgodnie z którymi posiadanie na wyłączność ulubionej przez konsumenta marki własnej jest trzecim najważniejszym powodem wyboru tej, a nie innej sieci handlowej.

Wyhamowana dynamika

Pomimo sukcesywnie rosnącej wartości rynku marek własnych, dynamika tego wzrostu zaczyna powoli wyhamowywać. Według analiz PMR, w 2011 r. wzrost wspomnianego rynku wyniósł ponad 20 proc., podczas gdy w 2015 r. już tylko niewiele ponad 6,5 proc. – Przyczyn stopniowego wyhamowania dynamiki rozwoju rynku marek własnych należy upatrywać przede wszystkim w zmieniających się trendach konsumenckich oraz działaniach sieci handlowych. Marki własne zrywają obecnie z wizerunkiem tańszego produktu dostępnego głównie w dyskontach, zmierzając raczej w kierunku premiumizacji. Z kolei, same dyskonty, wymieniając asortyment na bardziej różnorodny i markowy, masowo przekształcają się w supermarkety – mówi Arkadiusz Drążek, dyrektor handlowy w firmie Brześć, będącej producentem słodyczy i przekąsek.

Marka własna – rosnąca potrzeba innowacji

Zgodnie z raportem „Marki własne detalistów w Polsce 2015”, Polacy wydali w 2015 r. na produkty z kategorii private lables około 70 mld zł. Sprzedaż samych tylko produktów pod marką własną z sektora FMCG wzrosła od 2003 r. niemal czterokrotnie. Pokazuje to nie tylko ogromny potencjał marek własnych, ale i dużą konkurencję na tym rynku – praktycznie każda sieć handlowa ma już przecież linię produktów pod marką własną. Dochodzą do tego również wyzwania związane z oczekiwaniami klientów. – Rynek private labels, jak żadnej inny, uzależniony jest od chwilowych preferencji klientów. Dlatego też, w tym segmencie konieczne jest wprowadzanie większej ilości innowacji oraz różnorodności produktowych, zgodnych z aktualnymi trendami. Dla przykładu, widzimy obecnie popyt na produkty premium czy też produkty naturalne, z dobrym jakościowo składem i zdrowymi dodatkami – komentuje Arkadiusz Drążek z firmy Brześć.

Co przyniesie przyszłość?

Duże sieci sprzedaży swoimi działaniami wysyłają sygnały, że marki własne wciąż są dla nich jednym z priorytetów. W związku ze zmianami, jakie zachodzą w segmencie marek własnych, a które stanowią odpowiedź na zmieniające się preferencje konsumenckie, część sieci handlowych ogłosiła nastanie „trzeciej generacji” marek. Pierwsza generacja oferowała podstawowe produkty w najniższych możliwych cenach, najczęściej niewspierane marketingiem i sprzedawane pod marką sklepu. Drugie pokolenie marek własnych imitowało opakowaniem i zawartością produkty zewnętrznych dostawców oraz było wspierane przez działania marketingowe sieci. Najnowszą, trzecią generacją, mają być marki, które nie imitują innych produktów, ale same w sobie stanowią innowację na sklepowych półkach, utrzymując tym samym zainteresowanie konsumentów. Istnieją też przykłady sieci, które decydują się na stworzenie własnego centrum badawczo-rozwojowego, odpowiedzialnego za przekazywanie dostawcom informacji o pożądanych przez konsumentów innowacjach. – Oznacza to, że sieci handlowe zaczynają rozumieć, że przekonanie klienta do zakupu produktu pod marką własną nie może już odbywać się jedynie za pomocą ceny, co jest pozytywną informacją – dodaje Arkadiusz Drążek.

Marki własne przechodzą teraz okres burzliwych zmian – od najtańszych produktów, przez awans artykułów klasy premium i rozwijanie innowacyjności, po próbę wykreowania niezależnych marek, wprowadzających do sklepów nową jakość. Sprawdzianem trafności działań wielkich sieci handlowych będą wyniki sprzedaży, które pokażą, co o tych zmianach sądzą sami konsumenci.

Firmy pożyczkowe zmieniają profil klienta

Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska
Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska

Po ubiegłorocznych zmianach legislacyjnych w połowie firm pożyczkowych współczynnik odrzuceń wniosków o pożyczkę wzrósł przeciętnie o 9 p.p. Zaledwie 3 na 10 wniosków zakończyły się przyznaniem środków. W Profi Credit Polska stosunek udzielonych pożyczek do złożonych wniosków wynosi 2,8.

Firmy pożyczkowe będą coraz częściej szukać klientów w grupach o wyższym poziomie wiarygodności. Będą to osoby o przychodach gwarantujących utrzymanie płynności na bezpiecznym poziomie. Równie atrakcyjną grupą stają się drobni przedsiębiorcy. Pożyczkodawcy jeszcze częściej będą zdobywać klientów w internecie.

Dlaczego pożyczkodawcy zmieniają profil swojego idealnego klienta? Otóż zakres ich działalności wyznaczają dwa nadrzędne czynniki – zewnętrzne, w postaci obowiązków legislacyjnych i konkurencji rynkowej oraz wewnętrzne, czyli racjonalne zarządzanie kosztami i ryzykiem. Determinacja, z jaką instytucje centralne wprowadzają nowe przepisy sprawia, że oferta pożyczkowego sektora pozabankowego staje się coraz bardziej transparentna, wyrównana cenowo i zrozumiała dla klientów, a przez to bezpieczna. Ostatni rok pokazał, że instytucje pożyczkowe same dążą do większej profesjonalizacji rynku, na którym działają. Zabiegają o stworzenie i aktualizację rejestru legalnie działających firm. Na bieżąco prowadzą działania zwiększające wiedzę o produktach pożyczkowych.

Trzeba jednak pamiętać, że sektor pozabankowy ze względu na własne źródła finansowania, często nie jest w stanie dorównać ofercie bankowej. Banki opierają finansowanie akcji kredytowej głównie na depozytach, których oprocentowanie jest bardzo niskie. Ważnym aspektem jest umiejętne zarządzanie ryzykiem. Firmy pożyczkowe angażując własny kapitał, muszą brać pod uwagę poziom zadłużenia Polaków, który wg BIK przekracza 47 mld zł, oraz gotowość do spłaty zobowiązań. Dla sektora pozabankowego przeterminowane pożyczki to nie tylko zamrożony (a czasem stracony) kapitał. To także koszty wynikające z obsługi prawnej wierzytelności. Chcąc móc prowadzić działalność, nie może nie zabezpieczać się przed tego typu ryzykiem. Jednym ze sposobów jest właśnie zwrócenie się z ofertą do bardziej wiarygodnego klienta – takiego, który zaciąga pożyczkę z zamiarem i możliwościami jej spłaty w terminie. Firmy pożyczkowe będą ich szukać wśród osób indywidualnych i przedsiębiorców o stałych przychodach, gwarantujących odpowiednią płynność. W tym kontekście dla beneficjentów świadczeń socjalnych, np. Programu 500+, oferta firm pożyczkowych staje się  dodatkową możliwością do realizacji drobnych domowych inwestycji.

Poza poziomem przychodów, istotna będzie akceptowalna historia kredytowa klienta. Pożyczkodawcy będą sięgać po coraz doskonalsze narzędzia scoringowe, dostarczające informacji o kliencie z wielu różnych źródeł. Dokładniejszy scoring oznacza bowiem lepiej dopasowany produkt i niższe koszty obsługi klienta. Temu samemu celowi będzie podporządkowany rozwój onlinowych kanałów sprzedaży. Jeszcze w tym półroczu sprzedaż pożyczek przez internet zapowiedział Profi Credit. Oferta, z której można skorzystać zdalnie to dla pożyczkodawcy tańszy sposób na pozyskanie i obsługę nowej grupy klientów. Stwarza to także miejsce na korzystniejsze dla pożyczkobiorcy kreowanie opłat związanych z obsługą pożyczki.

Dłużnik alimentacyjny – rekordzista ma do spłacenia ponad 723 tys. zł zaległych alimentów

Od końca września 2016 do końca stycznia 2017 liczba dłużników alimentacyjnych wzrosła o prawie 17 tys. osób. Wraz z nimi o ponad 801 mln zł urósł dług alimentacyjny. Na koniec stycznia jego wartość przekroczyła już 10,1 mld zł. Wśród obecnie odnotowanych w rejestrze BIG InfoMonitor, ponad 299 tys. dłużników alimentacyjnych, 95 proc. stanowią mężczyźni. Ponadto do bazy dołączył nowy rekordzista, mieszkaniec Podkarpacia z długiem na ponad 723 tys. zł, to największy jak dotąd w historii rejestru BIG InfoMonitor dług alimentacyjny.

Skala problemu z odzyskiwaniem alimentów wciąż rośnie.  Według szacunków Krajowej Rady Komorniczej i Centrum Praw Kobiet, problem niepłacenia alimentów dotyczy w Polsce aż około miliona dzieci. Ocenia się, że ponad 80 proc. nie otrzymuje alimentów w ogóle.  Jednak wciąż pełnego obrazu danych nie mamy. Mimo zmian w przepisach i obowiązku wprowadzania przez gminy do wszystkich BIG-ów informacji na temat osób zalegających z alimentami, nadal do BIG InfoMonitor 16 proc. gmin ich nie przekazuje. Nieznane są też liczby tych, którzy nie otrzymują alimentów, ale informacji o nich nie możemy uzyskać od gmin, gdyż w wyniku przekroczenia budżetu na osobę w rodzinie (725 zł), już pieniędzy wypłacanych z funduszu nie otrzymują i tym samym nie mają wsparcia w odzyskiwaniu takiej instytucji jak gmina – zaznacza Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.  – Jak zdążyliśmy zaobserwować dzięki uruchomionej akcji „Odzyskuj alimenty”, cześć z tych właśnie osób, która się do nas zgłosiła, nie miała świadomości lub wiedzy, że może indywidualnie, bez pomocy gminy i funduszu, zgłosić się np. do BIG InfoMonitor , wpisać dłużnika do rejestru i tym samym przyczynić się do odzyskania pieniędzy przeznaczonych na wychowanie i utrzymanie dziecka. Jedynym warunkiem jaki musi spełnić, to posiadać wyrok sądowy stwierdzający prawo do alimentów. Od momentu uruchomienia akcji  kwota odzyskanych alimentów wynosi prawie 223 tys. zł, co podkreśla skuteczność stosowania tej metody. Należy też pamiętać, że im młodszy dług, tym łatwiej go odzyskać  – dodaje Mariusz Hildebrand. – Dłużnik alimentacyjny, który znajdzie się już w rejestrze jest zablokowany z różnych stron. Z jednej strony np. ogranicza mu się dostęp do kredytów,  możliwości wzięcia sprzętu AGD na raty czy zaciągnięcia pożyczki, z drugiej strony traci szansę na podpisanie umowy u operatora na telefon bądź internet i dopóki nie spłaci swojego zobowiązania, informacja ta będzie go blokować przez 10 lat, a dostęp do niej będą mieć niemalże wszystkie instytucje bankowe i pozabankowe. Ograniczenia tego rodzaju być może skutecznie zdemaskują także tych ukrywających się w tzw. szarej strefie, którzy usilnie bronią się przed płaceniem na swoje dzieci – podsumowuje Mariusz Hildebrand.

Stosunek Polaków do opieki naprzemiennej

Jak wynika z badania „Stosunek Polaków do dłużników alimentacyjnych” zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor, zdania na temat opieki naprzemiennej nad dzieckiem lub dziećmi są bardzo podzielone. Na 1100 osób, które odpowiadało na pytanie czy jesteś zwolennikiem takiego rozwiązania, mniej niż połowa ( 43 proc.) wskazało, że są zwolennikami opieki naprzemiennej – szczególnie często postawą tą wykazywali się mężczyźni. Jednak prawie 1/3 badanych była przeciwna tej formie sprawowania opieki nad dziećmi i istotnie częściej sprzeciwiały się jej kobiety.alimenty luty 2016

Jak to wygląda w praktyce?

Polskie sądy bardzo niechętnie orzekają pieczę naprzemienną i to też jedynie w przypadku, jeżeli jest ona wynikiem porozumienia rodziców. W praktyce rzeczywiście częściej tym rozwiązaniem zainteresowani są mężczyźni, ze względu na to, że są też zazwyczaj przy kwestiach ustalania opieki nad dziećmi, częściej dyskryminowani aniżeli kobiety. Co do niechęci kobiet do tego rozwiązania to w dużym stopniu uzasadnia ją kontekst alimentacyjny.  Należy pamiętać, że nakład osobistych starań rodzica w opiece nad dzieckiem rzutuje na wysokość zasądzonych alimentów, dlatego część matek nie zgadza się na opiekę naprzemienną z obawy przed potencjalnym zmniejszeniem świadczeń – podkreśla mecenas  Jerzy Grycz.

Ponadto znamienne jest tutaj stanowisko Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia wobec założeń projektu nowelizacji kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, w którym czytamy „Piecza naprzemienna powinna być orzekana niezwykle wyjątkowo, z dużą ostrożnością w odniesieniu do konkretnego przypadku, ponieważ sąd orzekający powinien mieć pewność, iż rodzice dają gwarancję stałej współpracy we wszystkich sprawach dotyczących dziecka. Sama mediacja nie da sądowi wystarczającej podstawy do uznania, iż rodzice taką gwarancję dają. Orzeczenie o pieczy naprzemiennej na podstawie samej ugody zawartej przez strony może być obarczone dużym ryzykiem błędu, dlatego też w krajach które zdecydowały się na wprowadzenie pieczy naprzemiennej, orzeczenie tej pieczy poprzedzone jest badaniami biegłych, którzy przy pomocy technik badawczych i analizy postaw rodzicielskich oceniają czy rodzice dają zbliżone gwarancje wychowawcze oraz czy będą stale współpracować w sprawach dotyczących dziecka, a przede wszystkim, orzeczenie pieczy naprzemiennej jest zgodne z dobrem dziecka. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wskazują, iż około 30% wypadków orzeczenia pieczy naprzemiennej po upływie roku od daty wydania takiego orzeczenia kończy się w sądzie rodzinnym orzeczeniem, które powoduje wspólną władzę rodzicielską obojga rodziców, z ustaleniem miejsca pobytu dziecka wyłącznie u jednego z nich. Należy wskazać, iż również w Stanach Zjednoczonych piecza naprzemienna nie jest wcale regułą. Zasadą natomiast jest, że oboje rodzice mają wspólną władzę rodzicielską (joint legal custody). Takie rozwiązanie nie powoduje dyskryminacji drugiego rodzica w świetle prawa, natomiast w wielu przypadkach okazuje się orzeczeniem najlepszym z uwagi na dobro dziecka”.

Mając na względzie powyższe, opieka naprzemienna w dalszym ciągu nie będzie rozwiązaniem, które sąd będzie rodzicom narzucał – podsumowuje mecenas Jerzy Grycz.

Na takie nastawienie kobiet do opieki naprzemiennej może mieć wpływ zaangażowanie mężczyzn w płacenie na dzieci i tym samym chęć zapewnienia im godnej przyszłości. Jego negatywne skutki potwierdzają dane z bazy niesolidnych dłużników, gdzie wśród zalegających z alimentami, którzy zostali wpisanych do rejestru BIG InfoMonitor, zdecydowaną przewagę stanowią mężczyźni – ponad 95 proc. Najczęściej na dzieci nie płacą ojcowie w wieku 35-44 lat – ponad 35 proc. oraz w wieku 45-54 lat – prawie 29 proc., podczas gdy wszystkich niepłacących kobiet jest zaledwie 4,5 proc.

alimenty 2016

Liczba dłużników alimentacyjnych i kwota zadłużenia w regionach

Zarówno zadłużenie z tytułu niepłaconych alimentów, jak i liczba dłużników alimentacyjnych wzrosła we wszystkich regionach. Najwięcej dłużników alimentacyjnych zamieszkuje województwa: śląskie, mazowieckie i dolnośląskie co częściowo wynika z faktu, że w tych województwach mieszka najwięcej Polaków. Najwyższa kwota zadłużenia alimentacyjnego również przypada na te trzy obszary. Wyraźnie wyróżnia się jednak Śląsk oraz Mazowsze, gdzie zaległości alimentacyjne wprowadzone do rejestru BIG InfoMonitor przez jednostki samorządu terytorialnego przekroczyły miliard złotych.

Nadal największe prawdopodobieństwo spotkania rodzica niepłacącego na swoje dziecko istnieje w województwach: warmińsko-mazurskim, zachodniopomorskim, pomorskim oraz kujawsko-pomorskim. Na 1000 dorosłych mieszkańców przypada tam od 12 do 13 dłużników alimentacyjnych.

alimenty 2017 raport

Średni dług alimentacyjny przypadający na osobę

Średnia wartość zobowiązania z tytułu niezapłaconych alimentów przypadająca na jednego dłużnika alimentacyjnego od końca września 2016 roku do końca stycznia 2017 wzrosła o 565 zł i wynosi obecnie 33 725 zł.

Średnie zadłużenie zwiększyło się we wszystkich regionach z wyłączeniem dolnośląskiego, gdzie odnotowano minimalny spadek odsetka zadłużenia alimentacyjnego z 31,7 tys. zł do 31,2 tys. zł. Nadal najwyższe jest w województwie lubelskim, gdzie od końca września wzrosło o ponad 1000 zł i wynosi już prawie 39 tys. zł, znacznie też przewyższa średnią dla kraju.długi alimentacyjne luty 2017

Rekordziści alimentacyjni

Do niechlubnej 16-tki alimentacyjnych rekordzistów wojewódzkich dołączyły dwie nowe osobny: 38-letni mieszkaniec Podkarpacia z długiem o wartości ponad 723 tys. zł oraz 49-letni mieszkaniec województwa warmińsko-mazurskiego, który nie zapłacił już swoim dzieciom ponad 597 tys. zł. Tym samym uplasowały się w czołówce, spychając na trzecią pozycję rekordzistę z Małopolski, którego dług urósł od poprzedniej edycji raportu o tysiąc złotych i wynosi obecnie 463 tys. zł. Łączna wartość 16 rekordzistów alimentacyjnych przekroczyła już 6,5 mln zł. Są to wyłącznie mężczyźni – najmłodszy ma 32 lata, najstarszy 56.

Rekordziści alimentacyjni

Akcja „Odzyskuj alimenty”

Od uruchomienia akcji w maju 2015 roku, do BIG InfoMonitor zgłosiło się 774 osoby, przeważnie kobiety, zainteresowane umieszczeniem dłużnika alimentacyjnego w rejestrze . W sumie wprowadziły do BIG InfoMonitor długi  na ponad 4,1 mln zł. Do tej pory udało im się odzyskać prawie 223 tys. zł. Średnia wartość wprowadzonych zobowiązań alimentacyjnych w ramach akcji to 21 824 zł.

Szybkie zyski trzeba równie szybko spieniężać. Dolar wyraźnie zdezorientowany

Zdezorientowany dolara nie może obronić zdobytego pola, nawet pomimo wsparcia w dobrych danych i jastrzębich sygnałach z Fed. Brak przekonania do trwałości mini-rajdów przenosi ciężar nadania kierunku na sytuację techniczną, gdzie USD na razie trafia na mur.

Rynek pozostaje w schemacie, gdzie szybkie zyski trzeba równie szybko spieniężać.
Wczorajsze raporty z USA pokazały mocniejsze odbicie inflacji konsumenckiej oraz solidne wzrosty sprzedaży detalicznej, dokładając przysłowiowy kamyczek za tym, by Fed podnosił stopy procentowe wcześniej niż później. Dane też dobrze współgrały z wtorkowym przekazem prezes Fed Yellen, że gospodarka jest na drodze do wypełnienia celów dotyczących inflacji i zatrudnienia. Rynek stopy procentowej jednoznacznie odczytał sygnały i podniósł wycenę marcowej podwyżki z 34 proc. do 44 proc. Tymczasem rynek walutowy rozgrywa własną grę, w której dolar jest wyraźnie zdezorientowany. Dwa dni i dwa szybkie odwroty siły USD. Jakkolwiek Jeszce we wtorek dolar obronił zyski względem EUR, GBP i JPY, tracąc wobec walut ryzykownych, tak wczoraj poddał się na całej linii. Bliskość ważnych poziomów technicznych potęgowała chęć do relacji zysków, jednak i bez tego siła odreagowania wydaje się zaskakująca. Takie zachowanie rynku sugeruje, że w inwestorach w dalszym ciągu tlą się obawy o czynniki ryzyka wokół dolara niezwiązane z polityką monetarną. Ostatnie komentarze prezydenta Trumpa odnośnie relacji z Rosją i na temat Krymu są niepokojące. Rynek wyraża też brak przekonania, czy i kiedy Biały Dom rozpocznie ekspansję fiskalną? Od zeszłotygodniowej enigmatycznej zapowiedzi „fenomenalnego” planu podatkowego nie usłyszeliśmy nic konkretnego. Ta nietrwałość siły USD ponownie ustawia go po słabe stronie względem walut ryzykownych.

Czwartkowy kalendarz może i nie świeci pustkami, ale też brakuje pierwszorzędnych wydarzeń. Za nami raport z rynku pracy Australii, który nie był jednoznaczny. W styczniu stopa bezrobocia nieoczekiwanie spadła z 5,7 proc. do 5,8 proc., ale wzrost zatrudnienia była silniejszy (13,5 tys., prog. 10 tys.). Martwi za to kompozycja nowych miejsc pracy, gdyż wzrostowi miejsc w niepełnym wymiarze godzin o 58 tys. towarzyszył spadek pełnych etatów o 45 tys. Póki jednak rynek rozgrywa kartę wzrostu apetytu na ryzyko, a dane z Chin są pozostaje dobre, AUD będzie znajdował wsparcie.

Po południu protokół z posiedzenia ECB powinien przejść bez echa, podobnie jak konferencja po posiedzeniu, którego dotyczy. EUR jest obecnie wrażliwe na ryzyka polityczne, jeśli takowe się pojawią. Otrzymamy też dane z polskiego rynku pracy za styczeń, gdzie oczekuje się dynamiki zatrudnienia na 2,8 proc. r/r i wynagrodzeń na 4,3 proc. r/r. Odczyty zwykle jest ignorowany przez rynek i EUR/PLN powinien pozostać powyżej, ale blisko 4,30. W USA dane o budowie domów są drugorzędne z oczekiwaniami niewielkiej poprawy sytuacji w styczniu. Wysoka zmienność indeksu Fed z Filadelfii także powoduje, że jego wyniki będą przyjmowane z rezerwą. Główna uwaga może być skupiona na wywiadzie wiceprezesa Fed Fischera dla Bloomberg TV. Kolejny głos zwiększający szanse na marcową podwyżkę stóp procentowych może ożywić popyt na USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Porównanie publicznej i prywatnej emisji obligacji z punktu widzenia emitenta

Łukasz Podsiadło, ekspert Domu Maklerskiego Michael/Ström
Łukasz Podsiadło, ekspert Domu Maklerskiego Michael/Ström

Emisja obligacji stanowi alternatywny wobec kredytu bankowego sposób na pozyskanie dłużnego kapitału dla przedsiębiorstwa. Może być przeprowadzona przez ofertę publiczną lub ofertę niepubliczną.

Oferta publiczna

Ofertą publiczną jest udostępnianie, więcej niż 149 osobom lub nieoznaczonemu adresatowi, w dowolnej formie i w dowolny sposób, informacji o emitowanych obligacjach i warunkach dotyczących ich nabycia, stanowiących dostateczną podstawę do podjęcia decyzji o odpłatnym nabyciu tych papierów wartościowych. W jej realizacji mają zastosowanie przepisy ustawy o obligacjach oraz ustawy o  ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych.

Poza pewnymi wyjątkami oferta publiczna wymaga sporządzenia prospektu emisyjnego i zatwierdzenia go przez Komisję Nadzoru Finansowego, a następnie udostępnienia do publicznej wiadomości. Komisja wydaje decyzję w terminie 20 dni roboczych, a w przypadku emitenta, którego inne papiery wartościowe były przedmiotem oferty publicznej lub są dopuszczone do obrotu na rynku regulowanym – w terminie 10 dni roboczych. W praktyce proces zatwierdzenia może trwać dłużej, nawet kilka miesięcy, bowiem bieg terminu na wydanie decyzji zatwierdzającej liczony jest od dnia złożenia dokumentacji, która nie budzi zastrzeżeń Urzędu.

Nie jest wymagane udostępnianie do wiadomości publicznej prospektu emisyjnego, pod warunkiem, że oferta:

  • jest kierowana wyłącznie do inwestorów profesjonalnych lub
  • jest kierowana wyłącznie do inwestorów, z których każdy nabywa obligacje o wartości równoważnej co najmniej 100.000 euro, lub
  • dotyczy obligacji, których jednostkowa wartość nominalna wynosi nie mniej niż równowartość 100.000 euro, lub
  • dotyczy obligacji, z których emisji zakładane wpływy brutto emitenta nie przekroczą równowartości 100.000 euro, i wraz z emisjami w okresie poprzednich 12 miesięcy nie osiągną lub nie przekroczą tej kwoty.

Jeżeli łączna wartość emisji w okresie 12 miesięcy stanowi mniej niż 2.500.000 euro emitent sporządza memorandum informacyjne. Jest to dokument pod wieloma względami podobny do prospektu emisyjnego, jednak jego zawartość jest mniejsza. Nie podlega on obowiązkowi zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego, tylko upublicznienia.

Prospekt emisyjny i memorandum informacyjne są publicznymi dokumentami informacyjnymi. Na podstawie zawartych w nich informacji o ofercie, emitencie i oferowanych papierach wartościowych inwestorzy podejmują decyzje o zakupie obligacji.

Przeprowadzenie oferty publicznej wymaga zawarcia umowy z domem maklerskim działającym jako Oferujący (usługa maklerska – oferowanie instrumentów finansowych). Przygotowuje on i obsługuje proces emisji, a także koordynuje pracę innych podmiotów uczestniczących w tym procesie, takich jak najczęściej: firma doradcza, kancelaria prawna, audytor czy agencja reklamowa. Za pośrednictwem Oferującego emitent przekazuje prospekt emisyjny lub memorandum informacyjne do Komisji Nadzoru Finansowego celem zatwierdzenia. Oferujący przyjmuje zapisy na obligacje samodzielnie, a także może utworzyć konsorcjum dystrybucyjne składające się z innych domów maklerskich.

Termin do zapisywania się na obligacje nie może być dłuższy niż 3 miesiące. Przyjęcie oferty następuje, gdy osoba nabywająca obligacje złoży odpowiednie oświadczenie woli oraz dokona wpłaty na wskazany rachunek subskrypcyjny. W terminie 2 tygodni od zakończenia zapisów lub upływu terminu na przyjęcie propozycji nabycia emitent winien dokonać przydziału obligacji.

Oferta publiczna może wymagać też odpowiedniej promocji. Specjaliści od public relations pomagają w budowaniu pozytywnego wizerunku spółki wśród inwestorów, co zwiększa szansę na osiągnięcie sukcesu uplasowania obligacji. Zatrudnienie agencji public relations jest w szczególności wskazane w przypadku dużych ofert.

Przed rozpoczęciem oferty publicznej emitent jest zobowiązany zawrzeć umowę z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych w sprawie rejestracji oferowanych papierów wartościowych, która oznacza ich dematerializację.

Oferując obligacje publicznie emitent ma szansę dotrzeć do szerokiego grona inwestorów i w efekcie pozyskać znaczące środki. Na tego rodzaju ofertę decydują się większe przedsiębiorstwa poszukujące dużych kapitałów. Jednak organizacja takiej oferty wiąże się z wyższymi kosztami, dużymi nakładami pracy, większymi formalnościami i stosunkowo długim czasem jej organizacji. Ze względu na jej publiczny charakter dostęp do informacji o sytuacji gospodarczej emitenta ma nieograniczona liczba osób, w tym konkurencja.

Oferta niepubliczna

Zdecydowanie prostsza, szybsza i tańsza w realizacji jest oferta niepubliczna, nazywana też „ofertą prywatną”. Polega ona na proponowaniu nabycia obligacji do najwyżej 149 imiennie wskazanych osób. Nie może być więc promowana w środkach masowego przekazu.

Oferta niepubliczna jest prowadzona na podstawie ustawy o obligacjach. Emitent sporządza propozycję nabycia, którą wraz z warunkami emisji udostępnia osobom, do których kieruje ofertę. Pośredniczenie w oferowaniu papierów wartościowych w trybie oferty niepublicznej również podlega przepisom ustawy o obrocie instrumentami finansowymi. Stąd podmiot wykonujący takie czynności winien posiadać zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych.

Jeżeli emitent prowadzi działalność dłużej niż rok winien przedstawić sprawozdanie finansowe sporządzone na dzień bilansowy przypadający nie wcześniej niż 15 miesięcy przed datą udostępnienia propozycji nabycia obligacji wraz z opinią biegłego rewidenta.

Termin na przyjęcie propozycji nabycia wynosi 3 tygodnie od dnia jej otrzymania lecz emitent może określić również inny termin. Jeżeli emitent postanowi o emisji obligacji niemających formy dokumentu wówczas winny być one zarejestrowane na rachunku prowadzonym przez uprawniony podmiot, którym może być dom maklerski, bank, Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych albo zagraniczna firma inwestycyjna. Rejestracja obligacji oznacza ich dematerializację. Podmiot prowadzący rejestr posiadaczy obligacji zapewnia również obsługę wypłaty świadczeń związanych z obligacjami – odsetek i ich wykupu.

Oferta niepubliczna nie wymaga tak dużych nakładów pracy, czasu i kosztów jak oferta publiczna. Liczba osób, do których może być skierowana pozwala na zebranie wystarczającej kwoty dla sfinansowania potrzeb kapitałowych przedsiębiorstw najczęściej z sektora MŚP. Tego rodzaju oferty przeważają na polskim rynku.

Cloud Technologies ogłosiła wyniki za ostatni kwartał 2016 r.

Cloud Technologies, największa hurtownia danych w Europie, przetwarzająca ponad 3 mld profili internautów, ogłosiła wyniki za ostatni kwartał 2016 r. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, notowana na NewConnect spółka zwiększyła zysk netto o 78 proc., a jej przychody ze sprzedaży wzrosły o 64,7 proc. i wyniosły 15,7 mln zł. To najlepszy wynik polskiej firmy w historii. Ponad 80 proc. jej przychodów pochodzi z realizacji kampanii marketingowych, wykorzystujących dane Big Data.

Cloud Technologies to warszawska spółka działająca w obszarze nowych technologii, założona w 2011 roku przez Piotra Prajsnara. Zajmuje się Big Data marketingiem i monetyzacją danych. Jest również największą w Europie hurtownią cyfrowych informacji o preferencjach i zachowaniach internautów. Firma przetwarza ponad 3 mld anonimowych profili użytkowników sieci za pośrednictwem autorskiej platformy DMP (ang. Data Management Platform) działającej w technologii chmury obliczeniowej.

Cloud Technologies przedstawiła właśnie raport za ostatni kwartał 2016 r., a zawarte w nim wyniki pokazują dużą dynamikę wzrostów. W porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, jej przychody zwiększyły się o 64,7 proc. a zysk netto wzrósł aż o 78 proc. Oznacza to, że notowana na NewConnect spółka zarobiła w minionym kwartale 7,4 mln zł netto. Również w podsumowaniu całorocznym widać mocną tendencję wzrostową. Rok 2016 warszawska firma zakończyła z przychodami na poziomie 48,1 mln zł. To o 46,6 proc. więcej niż w roku poprzedzającym. W 2016 r. wzrósł również jej zysk netto i to aż o 37,4 proc., do poziomu 20,3 mln.

Większość przychodów Cloud Technologies generuje dziś marketing efektywnościowy – czyli w dużym skrócie – dostarczanie danych o zainteresowaniach i preferencjach internautów dla rynku reklamy. By precyzyjnie docierać z przekazem do osób potencjalnie zainteresowanych danym produktem czy usługą, spółka przetwarza i analizuje bogate zasoby Big Data. Jak pokazuje przykład kampanii dla jednej z wiodących firm ubezpieczeniowych, realizacje oparte o duże zbiory danych, w porównaniu ze standardowymi reklamami typu display, umożliwiają ponad 85 proc. wzrost liczby konwersji, przy obniżeniu ich kosztów o ponad 30 proc.

– Bardzo dobre wyniki za IV kwartał 2016 roku potwierdzają, że konsekwentnie realizowana przez nas strategia rozwoju spółki przynosi oczekiwane rezultaty, a skala działalności Cloud Technologies rośnie w szybkim tempie. Mamy bardzo dobre dynamiki wzrostu wynoszące powyżej 60% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Takie wyniki są najlepszą motywacją do podejmowania dalszych wyzwań i rozwijania naszego biznesu. Potencjał jest ogromny, ponieważ polskie firmy dopiero zaczynają dostrzegać korzyści płynące z analityki Big Data. Dane stają się na świecie nową walutą, a polskim przedsiębiorcom nadal często brakuje świadomości znaczenia i korzyści wynikającej z ich analizy. Z badania przeprowadzonego przez Intel wynika, że zaledwie co piąta firma działająca nad Wisłą (18 proc.) poddaje analizie informacje marketingowe o swoich klientach – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Sukces warszawskiej spółki wpisuje się w globalne trendy rynkowe. Analityka wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych to dziś najszybciej rosnąca gałąź rynku IT. Według CapGemini, do 2018 roku wartość całego rynku Big Data osiągnie poziom 114 mld USD. Z kolei, eksperci IDC przewidują, że w cyfrowej gospodarce sukces odniosą te organizacje, które nie tylko zbudują strumienie przepływu cyfrowych informacji, lecz także nauczą się skutecznie przetwarzać i monetyzować dane.

Mimo wolniejszej dynamiki w 2016 r. (2,3 proc. r/r) polski eksport wypracował nadwyżkę w handlu zagranicznym

Mimo wolniejszej dynamiki w 2016 r. (2,3 proc. r/r) polski eksport wypracował nadwyżkę w handlu zagranicznym i to już drugi rok z rzędu, dowiadujemy się z najnowszych danych. Według wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, dodatni bilans handlu towarami w 2016 r. wyniósł 4 760 mln EUR. To blisko dwukrotny wzrost w porównaniu do 2015 r.!

Według wstępnych wyliczeń GUS, w całym 2016 r. wartość polskiego eksportu wyniosła 183 633,9 mln EUR, a importu 178 873,9 mln EUR. Nieco inne wyniki podaje natomiast NBP, który wartość ubiegłorocznego wywozu towarów z Polski oszacował na 176 506 mln EUR a wwozu na 174 889 mln EUR. Jednak również dane banku centralnego potwierdzają informacje o dodatnim saldzie obrotów towarowych (1 617 mln EUR). Dodatkowo, NBP opublikował pozytywne statystyki dotyczące przychodów z eksportu (43 935 mln EUR) i importu (30 608 mln EUR) usług.

W zeszłym roku świętowaliśmy zanotowanie pierwszego od wczesnych lat 90. dodatniego bilansu handlu zagranicznego dla Polski. Jednak prawdziwy sukces to utrzymanie nadwyżki i sukcesywne zarabianie na wymianie międzynarodowej – podkreśla Radosław Jarema, szef polskiego oddziału AKCENTY, instytucji rozliczającej i zabezpieczającej transakcje międzynarodowe eksporterów i importerów.

Wykres 1.

wykres1wykres 2

Z bliskimi rynkami najbardziej nam po drodze

Jak pokazują wstępne dane GUS, za wzrost wartości polskiego eksportu towarów i zarazem nadwyżki w handlu zagranicznym w 2016 r. odpowiada głównie wywóz do krajów rozwiniętych (86,2 proc. udziału w 2016 r. wobec 85,7 proc. w 2015 r. i wzrost o 2,9 proc. r/r), w tym w większości do krajów UE (79,7 proc. udziału wzrost z 79,4 proc. w 2015 r. i wzrost o 2,6 proc. r/r).

Niestety, w minionym roku polski eksport zanotował słabszy wynik na rynkach krajów rozwijających się (-6 proc. r/r). – To jednak bardzo ogólne i szerokie ujęcie. Na wielu bardzo perspektywicznych rynkach polski eksport odnosił w minionym roku znaczne sukcesy. Na przykład we wskazanych przez Ministerstwo Rozwoju Indiach czy Wietnamie – dodaje ekspert AKCENTY. Najmocniejszy spadek wartości eksportu towarów w stosunku do roku 2015 Polska zanotowała w Ameryce Łacińskiej, osłabieniu uległa także sprzedaż na kierunku afrykańskim i azjatyckim.

Do pozytywnych wiadomości możemy jednak zaliczyć odbicie w eksporcie do Europy Środkowo-Wschodniej (wzrost wywozu o 6,5 proc. r/r.) – To sygnał, że polski eksport na tym kierunku w końcu odbił się od dna. Możemy mówić o względnej stabilizacji, ale nie zmienia to faktu, że do odrobienia pozostała ogromna strata. Na takim poziomie, jak w minionym roku, wartość polskiego eksportu do Europy Środkowo-Wschodniej była w 2011 r. – zaznacza Radosław Jarema.

Jest jeszcze sporo do poprawienia

Obserwując na co dzień polskich przedsiębiorców handlujących z zagranicą, w tym eksporterów, widzimy, jak bardzo są ambitni i jak wytrwale dążą do celu. Doskonale wiedzą, jak mocna jest konkurencja na zagranicznych rynkach, i że w biznesie liczy się każdy grosz. A nawet nie gorsz, a eurocent, pens czy cent. Bardzo wiele zależy bowiem od kursów walut w których zawierają kontrakty. Ich wahania przekładają się też na ogólne wyniki dla polskiego eksportu i handlu zagranicznego – komentuje ekspert AKCENTY, Radosław Jarema. Dodaje przy tym, że mimo to, nadal zbyt mało eksporterów i importerów dba o ten aspekt swoich interesów.

Największy problem z wpływem zmian kursów walut na wysokości marży na kontrakcie mają MŚP. Według badania AKCENTY z 2016 r., tylko co piąty eksporter z sektora MŚP zabezpieczał w jakikolwiek sposób swoje transakcje przed ryzykiem walutowym. Ten odsetek pokrywał się z odsetkiem eksportujących, którzy sądzili, że tego ryzyka w ogóle nie wyeliminować ani zminimalizować. Co więcej, aż 68% badanych uznało, że można je ograniczyć tylko w pewnym stopniu. – Świadczy to niestety o tym, że wśród polskich firm z sektora MŚP wiedza na temat możliwości zabezpieczenia kontraktów firmy przed niekorzystnymi zmianami kursów walut jest wciąż zbyt niska – komentuje Radosław Jarema. – Biorąc pod uwagę, że MŚP stanowią 99,8 proc. firm w Polsce, to z pewnością ważne zadanie do odrobienia dla tych przedsiębiorstw na przyszłe lata ­– dodaje ekspert AKCENTY.

Polscy inwestorzy najlepsi w Europie

Polscy inwestorzy giełdowi coraz lepiej lokują środki. Na tle 18 krajów europejskich osiągnęli w styczniu 2017 najlepsze wyniki, ze średnią miesięczną stopą zwrotu na poziomie 2,06%. Wyróżnia ich wiek. Ponad 80% osób inwestujących na zagranicznych i polskich rynkach regulowanych ma mniej niż 45 lat. To najwyższy odsetek młodych inwestorów w Europie.

Tak wynika z analiz Degiro sporządzonych na początku lutego 2017 r. na bazie aktywności 150 tysięcy klientów brokera, w tym inwestorów polskich. Analizowani mieli dostęp do 60 światowych rynków, oferujących: akcje, obligacje, kontrakty terminowe oraz opcje[1].

Oprócz aktywności, wyróżnia nas coś jeszcze. Mało – w porównaniu z 18 innymi państwami europejskimi[2] – inwestujemy za granicą. Jesteśmy drudzy pod względem liczby transakcji na rynku lokalnym, bardziej zamknięci od nas są tylko Szwedzi, z 79% transakcji dokonywanymi na giełdzie w Sztokholmie.

Zdaniem Jarosława Dominiaka ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych powodem takiej sytuacji są w dużej mierze uwarunkowania historyczne: „Przez wiele lat mieliśmy do czynienia z bardzo aktywnym rynkiem, który plasował się ścisłej czołówce pod względem liczby IPO. Przez długi okres prozaiczną przyczyną mniejszej aktywności inwestorów indywidualnych na rynkach zagranicznych był koszt operowania na nich. Wielu z nich ogranicza też bariera językowa.” Dziś sytuacja się zmienia wraz z wchodzeniem na nasz rynek zagranicznych brokerów, np. Degiro, którzy oferują platformy w języku polskim i tani dostęp do światowych giełd.

Coś drgnęło

Aktywność zagraniczna polskich inwestorów powoli rośnie, nie tylko pod względem liczb absolutnych, ale i procentowo. Podczas gdy w 2015 roku lokowaliśmy poza Polską 19% środków, to w zeszłym roku wskaźnik ten wzrósł do 24%. Kontynuację tego trendu widzimy w styczniu br. Większość transakcji zagranicznych dokonywanych przez polskich inwestorów dotyczy rynków USA. Powód jest prosty – to tam zarejestrowane są największe światowe koncerny, jak Apple czy General Motors. Z drugiej strony dostęp do ich papierów jest dziś – za pośrednictwem brokerów online – bardzo tani, np. prowizja 0,75 USD za 50 akcji Google lub Coca Coli.

Odsetek transakcji zagranicznych 2015 2016 Wzrost
Średnia dla klientów Degiro 47.35% 54.55% 15.21%
Polscy klienci Degiro 18.79% 23.61% 25.68%

 

W Polsce najpopularniejszymi papierami w 2015 i 2016 roku były akcje KGHM, JASTRZĘBKSA oraz ENERGA. Warto odnotować, że w styczniu br. ENERGA wypadła z pierwszej dziesiątki najczęściej kupowanych papierów. Jej miejsce zajęło PKP, plasując się z pierwszej trójce. Numerami 1 i 2 pozostały akcje KGHM i JASTRZĘBKSA.

Polska wraca do łask?

Zagraniczni inwestorzy coraz chętniej zwracają się w stronę Polski. O ile w 2015 r. niewielu dostrzegało nasz potencjał, o tyle w tym roku widać więcej transakcji ze strony krajów skandynawskich oraz Czech. „Można tłumaczyć to faktem, że kondycja dużych i silnych spółek notowanych na GPW jest skorelowana z cenami surowców. Ceny te poszły w górę po wyborach w USA, powodując ponowne zainteresowanie spółkami takimi jak np. JASTRZĘBSKA”– mówi Gert Holstege, dyrektor operacji na Europę Środkowo-Wschodnią Degiro.

„Wydaje się też, że zagraniczni inwestorzy, zestawiając zachowanie się światowych indeksów z polskim rynkiem, dostrzegli pewną szansę, jaką w kontekście panującego przez ostatnie lata marazmu daje polska giełda. Uznali, że warto mieć nawet niewielką ekspozycję na nasze najlepsze spółki” – dodaje Jarosław Dominiak.

Młodzi gniewni

Polskich inwestorów indywidualnych wyróżnia młody wiek i otwartość na nowe technologie. Ponad 80% osób inwestujących na giełdach ma u nas mniej niż 45 lat, podczas gdy europejska średnia wynosi 69%.

Nasi inwestorzy chętnie dzielą się wiedzą. Odzwierciedlają to ich wyniki. O ile w 2015 r. Polacy wykazywali średnie straty na poziomie 15%, o tyle już rok 2016 przyniósł zyski – ze stopą zwrotu na wynoszącą 7%. Polacy bacznie obserwują ruchy globalne, na przykład świetnie wyciągnęli wnioski po ostatnich wyborach w USA. W styczniu 2017 polscy klienci osiągnęli na platformie Degiro najlepsze wyniki w Europie, ze średnią miesięczną stopą zwrotu na poziomie 2,06%.

To też jasny sygnał, że młodsze pokolenie lepiej się adaptuje do narzędzi online. Ludzie informują się dziś za pośrednictwem internetu. Giełdy, szczególnie zagraniczne, stają się alternatywą dla lokowania pieniędzy w bankach. Jest tanio i dostępnie. Działają portale eksperckie, które prezentują bieżące dane i analizy. „Patrząc na platformę Degiro, największym zainteresowaniem cieszą się analizy graficzne, operowanie na danych w czasie rzeczywistym, a także kupno i sprzedaż za jednym kliknięciem. Znaczenie ma szybkość i dostęp do jasnych informacji.” – mówi Krzysztof Świrk, menedżer ds. rozwoju Degiro. „Ważne jest też zaufanie do brokera – klienci sprawdzają notyfikacje KNF, gwarancje międzynarodowe czy systemy rekompensat”.

[1] Z racji na niskie opłaty za obracanie papierami, nie należy traktować tych opłat/prowizji jako czynników zwiększających lub ograniczających skłonność do inwestycji na poszczególnych rynkach.

[2] Raport sporządzono na podstawie danych klientów z 18 krajów europejskich, którzy w roku 2016 dokonali poprzez platformę Degiro 9,7 mln transakcji: Holandia, Austria, Włochy, Francja, Niemcy, Czechy, Hiszpania, Portugalia, Grecja, Dania, Szwecja, Wielka Brytania, Norwegia, Finlandia, Irlandia, Węgry, Polska.

Umowa o dożywocie a podatki [hipoteka odwrócona]

W 2008 roku na polskim rynku pojawiła się tzw. hipoteka odwrócona. Funkcjonuje ona między innymi w oparciu o umowę o dożywocie. Jak – w przypadku takiej umowy – uregulowane są kwestie podatkowe? Na pytanie odpowiada Małgorzata Rosińska, Kierownik Działu Prawnego w Funduszu Hipotecznym DOM.

Małgorzata Rosińska, prawnik Funduszu Hipotecznego DOM
Małgorzata Rosińska, Kierownik Działu Prawnego w Funduszu Hipotecznym DOM

Istotą umowy o dożywocie jest przeniesienie własności nieruchomości przez dotychczasowego jej właściciela (Dożywotnika) na rzecz innej osoby (Nabywcy), w zamian za dożywotnie utrzymanie. Co do zasady, Nabywca powinien przyjąć Dożywotnika jako domownika, dostarczać mu wyżywienia, ubrania, mieszkania, światła i opału, zapewnić mu odpowiednią pomoc i pielęgnowanie w chorobie oraz sprawić mu własnym kosztem pogrzeb odpowiadający zwyczajom miejscowym. Strony umowy mogą jednak postanowić, że utrzymanie będzie polegało na wypłacaniu co miesiąc, aż do śmierci Dożywotnika, pewnej kwoty pieniężnej.

Czy zbycie nieruchomości w drodze umowy o dożywocie rodzi po stronie Dożywotnika obowiązek uiszczenia podatku dochodowego od osób fizycznych?

Zgodnie z Uchwałą Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 17 listopada 2014 r., II FPS 4/14, zbycie nieruchomości w drodze umowy o dożywocie nie podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Nie jest bowiem możliwe określenie przychodu na zasadach zawartych w art. 19 ust. 1 i 3 tej ustawy.

Jak stanowi art. 19 ust. 1 wspominanej powyżej ustawy, przychodem z odpłatnego zbycia nieruchomości (a takim jest umowa o dożywocie) jest wartość wyrażona w cenie określonej w umowie. Art. 19 ust. 3 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych możemy zastosować dopiero wówczas, gdy wartość nieruchomości wyrażona w cenie określonej w umowie nie odpowiada wartości rynkowej. Co istotne umowa o dożywocie nie zawiera elementu jakim jest cena.

Jak czytamy w uzasadnieniu wskazanej powyżej Uchwały, przepisy ustawy podatkowej wskazują podmiot zobowiązany do zapłaty podatku dochodowego, czyli Dożywotnika, a także źródło przychodu, z którym wiąże się powstanie obowiązku podatkowego rozumiane jako odpłatne zbycie nieruchomości. Nie ma jednak możliwości precyzyjnego określenia podstawy opodatkowania decydującej o konkretyzacji przedmiotu podatku jako elementu wyznaczającego zobowiązanie podatkowe, rozumiane jako wynikające z obowiązku podatkowego zobowiązanie podatnika do zapłacenia podatku w wysokości, w terminie oraz w miejscu określonym w przepisach prawa podatkowego.

Stanowisko to potwierdzają rozliczne interpretacje podatkowe. Dla przykładu: interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Poznaniu 12 stycznia 2017 R., 3063-ILPB1-1.4511.384.2016.2.IM; Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy 20 października 2016 R.,ITPB4/4511-691/16-1/AS.

Słabe wpływy z podatków to nie wina aparatu skarbowego, tylko resortu finansów

Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów. Fot. serwis agencyjny MondayNews™
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

W opinii byłego wiceministra finansów, polskie urzędy skarbowe działają poprawnie. Niedostateczna efektywność systemu podatkowego wynika ze sposobu działalności administracji rządowej, która wymaga poważnej naprawy. Jak wyjaśnia ekspert, trzeba odciąć wszystkie związki Ministerstwa Finansów z biznesem optymalizacyjnym.

Jeden z najbardziej uznanych autorytetów w dziedzinie polskiego prawa podatkowego, prof. Witold Modzelewski rozlicza resort finansów z popełnianych błędów. Największym z nich było stworzenie przepisów, które legalizują unikanie opodatkowania. Po raz kolejny Ministerstwo Finansów wykazało się niewłaściwym działaniem, gdy zignorowało nieprawidłowości, jakie dwa i pół roku temu wykazał Raport Instytutu Studiów Podatkowych. Podsumowywał on bowiem najważniejsze doświadczenia 10-lecia zharmonizowanego podatku od towarów i usług oraz podatku akcyzowego w Polsce w latach 2004-2014.

– Zdiagnozowaliśmy wówczas, że dochody budżetowe z podatków są obniżane poprzez działania podmiotów, w tym również podatników, polegające na zmniejszaniu zobowiązań podatkowych lub wyłudzaniu zwrotów tych podatków. Ministerstwo Finansów było tym mocno zbulwersowane, co wyraziło w odpowiedzi na nasz raport. Resort uważał wtedy, że oczywiście nie ma żadnych nadużyć. Był na nas wręcz obrażony za to, że ktokolwiek mógł nawet pomyśleć, że coś w tych trybach działa niewłaściwie – mówi prof. Witold Modzelewski, Prezes Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Tymczasem, jak stwierdza były wiceminister finansów, patologie w podatku VAT i akcyzie, które wówczas wykazano, są dziś powszechnie wszystkim znane. Dlatego w ocenie eksperta, politycy muszą przede wszystkim zauważyć, że są fasadą, za którą kryją się prawdziwi autorzy obecnego stanu rzeczy. Bowiem władza uchwala projekty, które pisze ktoś inny. Nie politycy je tworzą, ale najczęściej urzędnicy, działający w porozumieniu z „tzw. ekspertami”, jak określa ich prof. Modzelewski. Działają oni przede wszystkim we własnym, prywatnym interesie.

– Politycy są zbyt zajęci jałową walką polityczną. Uwikłani w kwestie pozorne i błahe, nie mają czasu na sprawy, do których faktycznie zostali powołani. Autoryzują, często bezrefleksyjnie i nieświadomie, poważne dokumenty. Tymczasem, tworzenie przepisów wymaga skupienia i zwracania bacznej uwagi na szczegóły. Tę dekoncentrację wykorzystują właśnie „tzw. eksperci” do zarabiania na Państwie. To jest problem etyczny, współcześnie dotyczący szerokiej grupy ludzi, nie tylko u nas, ale również w Unii Europejskiej – stwierdza prof. Modzelewski.

Zdaniem byłego wiceministra, resort finansów powinien w końcu zająć się samonaprawą. Osoby, które od lat rządzą w Polsce podatkami, doprowadziły do gigantycznej katastrofy. Dlatego, jak podkreśla prof. Modzelewski, należy je definitywnie wymienić. Tragedia w polskim systemie podatkowym polega bowiem na tym, że nie da się już naprawić popełnionych błędów i „oszukać” wysokości uzyskanych dochodów budżetowych. Pokazała to próba uszczelnienia podatku, która Państwu nic nie przyniosła. Straciliśmy na to rok.

– Owszem, nie tak dawno zostały w końcu odwołane osoby zajmujące się VAT-em i podatkiem dochodowym. Jednak to trzeba było zrobić już rok temu, gdy zmieniła się w Polsce władza. Co więcej, nie wystarczy odwołać tylko dyrektorów. W Ministerstwie Finansów wciąż istnieją mechanizmy powiązań z byłymi pracownikami, którzy obecnie działają w biznesie optymalizacyjnym. W mojej ocenie, to jest nieetyczne. I nie wystarczy, że coś mieści się w granicach prawa, które było tworzone w niewłaściwy sposób. Liczą się ostateczne rezultaty – stanowczo zaznacza prof. Modzelewski.

W opinii eksperta, władzę powinni objąć zwykli, uczciwi ludzie, którzy po prostu chcą dobrze służyć naszej ojczyźnie. Nie mogą oni działać po dwóch stronach, tzn. formalnie jako urzędnicy, a faktycznie pracując na swoje przyszłe, bardzo dochodowe etaty w biznesie podatkowym, np. w firmach doradczych. Wówczas wszystko będzie mogło się zmienić. W opinii prof. Modzelewskiego, na pewno są w Polsce takie osoby. Pytanie, jak je znaleźć.

Ronson Development podsumował wyniki za 2016 r.

  • Łączne przychody Grupy Ronson w 2016 r. wyniosły blisko 485 mln zł, co oznacza wzrost o 72% w porównaniu z 2015 r.
    • Istotny wpływ na wyniki ubiegłego roku miała sprzedaż projektu Nova Królikarnia za łączną cenę 175 mln zł. Wyłączając tę transakcję, przychody Grupy Ronson sięgnęły niemal 310 mln zł i były o 10% wyższe niż rok wcześniej.
    • W 2016 r. Ronson Development przekazał klientom 781 lokali, czyli o 12% więcej niż w 2015 r., kiedy wydał klucze do 696 lokali.
  • Zysk brutto ze sprzedaży osiągnięty w 2016 r. wyniósł 118,7 mln zł wobec 51,3 mln zł w 2015 r., co stanowi wzrost o 131%.
    • Sprzedaż projektu Nova Królikarnia powiększyła zysk brutto Grupy Ronson o 57,2 mln zł. Zysk brutto po wyłączeniu sprzedaży Novej Królikarni wyniósł 61,5 mln zł, tj. o 20% więcej niż w 2015 r.
    • Marża brutto osiągnięta w 2016 r. na zrealizowanych projektach wzrosła do 19,9% wobec 18,2% rok wcześniej, a uwzględniając sprzedaż Novej Królikarni sięgnęła 24,5% (marża brutto z samej transakcji sprzedaży warszawskiego projektu wyniosła 32,7%).
  • Grupa Ronson zakończyła 2016 r. z zyskiem netto przypadającym akcjonariuszom jednostki dominującej równym 64,5 mln zł. To wynik ponad trzykrotnie wyższy niż w 2015 r., kiedy wyniósł 19,3 mln zł.

– Ponad 64 mln zł zysku netto wypracowanego w 2016 r. to zdecydowanie najlepszy wynik w całej historii Ronson Development. Istotny wpływ na ten rezultat miała sprzedaż projektu Nova Królikarnia w grudniu ubiegłego roku, dzięki czemu zrealizowaliśmy natychmiastowy pokaźny zysk z tego projektu zamiast w ciągu kilku kolejnych lat. Osiągnęliśmy na tej transakcji bardzo dobrą marżę brutto na poziomie blisko 33%. Co jednak ważne, ubiegłoroczne wyniki Ronson Development były wyraźnie lepsze od osiągniętych w 2015 r. także po wyłączeniu sprzedaży Novej Królikarnii. To efekt zarówno wzrostu liczby mieszkań przekazanych klientom do rekordowego poziomu 781 lokali, jak i wzrostu średniej marży na tych projektach z 18,2% do 19,9%. Największy udział w wynikach za 2016 rok miały nasze warszawskie projekty Moko oraz Espresso, a także poznańska Kamienica Jeżyce – powiedział Tomasz Łapiński, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Sprzedaż mieszkań: ilościowo lekki spadek, wartościowo w górę

W 2016 r. Ronson Development sprzedał 821 mieszkań, czyli nieco poniżej pierwotnych założeń na 2016 r, co stanowi jednak drugi najlepszy wynik w historii Spółki (po rekordowym 2015 r., kiedy Ronson znalazł nabywców na 906 lokali). Łączna wartość lokali sprzedanych w ubiegłym roku była natomiast wyższa niż rok wcześniej i wyniosła 365,4 mln zł wobec 338,6 mln zł w 2015 r., co oznacza wzrost o 8%. Wzrost ten wynika z wyższej średniej ceny lokali sprzedanych w ciągu ubiegłego roku do około 445 tys. zł, w porównaniu ze średnią ceną w 2015 r. wynoszącą około 374 tys. zł.

Siedem projektów w przygotowaniu na 2017 r.

Na koniec 2016 r. oferta sprzedaży Ronson Development obejmowała łącznie 930 lokali (nie licząc lokali oferowanych w ramach projektu Nova Królikarnia, który został sprzedany pod koniec ubiegłego roku, a którym Spółka wciąż zarządza).

W ciągu 2017 r. Ronson Development planuje wzbogacić ofertę sprzedaży, uruchomiając siedem inwestycji. Cztery z nich to kolejne etapy już realizowanych projektów. Chodzi o V etap osiedla Chilli w Tulcach koło Poznania (39 domów), IV etap projektu Panoramika w Szczecinie (107 lokali), II etap osiedla Miasto Moje w Warszawie (147 lokali) oraz II etap osiedla Vitalia we Wrocławiu (84 lokali). Ponadto, Ronson Development może w tym roku rozpocząć realizację trzech zupełnie nowych inwestycji. Są to: Marina Miasto we Wrocławiu (151 lokali), projekt Bułgarska w Poznaniu (264 lokale) oraz projekt Skierniewicka bis w Warszawie (263 lokale w I etapie), który zlokalizowany jest na Woli obok bestsellerowego projektu City Link.

Duża liczba sprzedanych lokali czekających na przekazanie

Dobrze prezentują się perspektywy na 2017 r. pod względem spodziewanej liczby lokali przekazywanych klientom, co pozwoli Spółce rozpoznać przychody i zyski z ich sprzedaży. Na koniec 2016 r. w już ukończonych projektach znajdowało się 530 lokali do przekazania, z czego 332 były już sprzedane i w większości zostaną przekazane klientom w I kwartale br. Ponadto, w ciągu 2017 r. Ronson Development planuje zakończyć budowę sześciu projektów obejmujących łącznie 882 lokale, z czego 410 było sprzedanych na koniec 2016 r.

Wpływ sprzedaży projektu Nova Królikarnia na wyniki Ronson Europe

ronson wyniki 2016

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Europe

  IV kw. 2016 IV kw. 2015 Zmiana r/r 2016 2015 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 282,2 118,8 +138% 484,8 281,4 +72%
Zysk brutto
ze sprzedaży
77,6 27,2 +185% 118,7 51,3 +131%
Zysk netto 1) 53,7 17,3 +210% 64,5 19,4 +232%

1) Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej

W nowym oknie Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. notuje wysoki zysk w 2016 r.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., wypracowała w 4 kw. 2016 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 119 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 1.505 tys. zł. Spółka dzięki środkom pozyskanym z emisji obligacji rozwija sprzedaż usług mikrofaktoringu i kontynuuje zakupy wierzytelności sektora B2B.

W 4 kw. 2015 r. Grupa Kapitałowa Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. osiągnęła zysk netto w kwocie 19 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 1.381 tys. zł. W całym 2016 r. zysk netto Spółki przekroczył 541 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 5.637 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej było to odpowiednio: 428 tys. zł i 5.347 tys. zł. Znacząca poprawa wyników finansowych Emitenta w ujęciu rdr. była możliwa dzięki efektywnej realizacji założeń strategii rozwoju i dalszemu wzrostowi sprzedaży usług mikrofaktoringu oraz zakupów wybranych wierzytelności z sektora B2B. Zarząd Spółki bardzo pozytywnie ocenia wypracowane wyniki, które jego zdaniem potwierdzają słuszność przyjętego kierunku rozwoju.

„Osiągnięte wyniki finansowe potwierdzają słuszność przyjętej przez nas strategii rozwoju Spółki, tzn. umacniania pozycji rynkowej w obszarze windykacji B2B na zlecenie oraz rozwijania sprzedaży w obszarach mikrofaktoringu i zakupów wierzytelności sektora B2B. Docelowym modelem jest osiągnięcie w tych trzech obszarach mocnej pozycji i jednocześnie dywersyfikacja źródeł przychodów.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Na poziomie jednostkowym Spółka również zanotowała w 2016 r. istotną progresję wynikową. W 4 kw. ub. roku zysk netto Emitenta wyniósł 90 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 1.432 tys. zł. W analogicznym okresie 2015 r. wartość zysku netto ukształtowała się na poziomie 43 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 1.359 tys. zł. Z kolei w całym 2016 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. osiągnęła zysk netto w wysokości 505 tys. zł wobec 362 tys. zł rok wcześniej.

Spółka cały czas zwiększa przychody ze sprzedaży, które związane są przede wszystkim świadczeniem przez nią usług windykacji na zlecenie oraz przychody uzyskiwane na wierzytelnościach z not odsetkowych. W samym 4 kw. 2016 r. Emitent pozyskał zlecenia windykacyjne o wartości blisko 6 mln zł, co jest zgodne z przyjętym planem rozwoju i świadczy o umacnianiu pozycji rynkowej. Natomiast wchodząca w skład Grupy Kapitałowej spółka SME Solutions Sp. z o.o. będąca m.in. pośrednikiem sprzedażowym usług Kancelarii Prawnej-Inkaso WEC S.A., skoncentrowała swoje działania na sprzedaży usługi mikrofaktoringu, pozyskanym dotychczas Klientom udzielono limitów faktoringowych w wysokości blisko 700 tys. zł.

W listopadzie 2016 r. Spółka przeprowadziła emisję obligacji serii A, z której pozyskała środki w wysokości 823 tys. zł. Zdobyty kapitał jest przeznaczany na rozwój nowej usługi – mikroFaktoring WEC. W 2016 r. Emitent wypłacił dywidendę w kwocie 0,03 zł na akcję z zysku za 2015 r., kontynuując tym samym realizację przyjętej polityki dywidendowej.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. specjalizuje się w kompleksowej obsłudze firm z zakresu windykacji i zarządzania wierzytelnościami z sektora B2B. Podstawowym celem Emitenta jest szybkie oraz skuteczne odzyskiwanie należności dla jego klientów. Spółka posiada elastyczną ofertę dla przedsiębiorstw z sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz dla innych podmiotów gospodarczych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. jest notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., a od września 2016 należy do segmentu NC Focus.

Wrocławskie lotnisko chce w tym roku obsłużyć 2,8 mln pasażerów. Tani przewoźnicy ogłosili wiele nowych połączeń

Wrocławskie lotnisko chce w tym roku obsłużyć 2,8 mln pasażerów. Tani przewoźnicy ogłosili wiele nowych połączeń 6

Ubiegły rok był rekordowy dla wrocławskiego lotniska. Liczba pasażerów wzrosła do 2,4 mln. W tym roku może być ich 400 tys. więcej. Ten wzrost to prognozowany efekt zakończonych niedawno inwestycji i większej siatki połączeń. W ostatnich dniach Wizz Air poinformował o uruchomieniu lotów na Islandię, a Ryanair zapowiedział osiem nowych tras, m.in. na Sycylię, do Neapolu, Edynburga i Oslo. Dzięki tanim połączeniom zagranicznym władze lotniska oczekują dużych wzrostów. Liczą także na poprawę wyników w lotach czarterowych.

– Mamy serię dobrych lat. Rok 2016 zamknęliśmy rekordową liczbą ponad 2,4 milionów pasażerów, a w tym rok idziemy po nowy rekord. Będzie to szczególnie spektakularny wzrost, ponieważ oceniamy, że liczba pasażerów wzrośnie o około 400 tys. Nasz plan na 2017 rok to 2,8 milionów pasażerów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes zarządu Portu Lotniczego Wrocław.

W 2016 roku wrocławskie lotnisko obsłużyło o 4,6 proc., czyli o 100 tys. więcej pasażerów niż rok wcześniej. Styczniowe wyniki portu też napawają optymizmem. Liczba pasażerów wzrosła w pierwszym miesiącu tego roku w sumie o 21 proc. (łącznie 183 tys. osób): na lotach krajowych – o 40 proc., a na międzynarodowych lotach tanich przewoźników – o 17,5 proc.

– Pojedynczych elementów, które w znaczący sposób mogą wpłynąć na ruch pasażerski, nie ma. Cieszymy się, gdy ruch rośnie w każdym segmencie rynku. Cieszą nas udane negocjacje z przewoźnikami niskokosztowymi, czarterowymi i sieciowymi. Tylko równomierny wzrost lotniska ma trwały wpływ na jego rozwój – przekonuje prezes.

W aktualnym rozkładzie lotów pasażerowie mają do dyspozycji 25 niskokosztowych połączeń, w tym sześć nowych. W ubiegłym roku z oferty tanich przewoźników skorzystało ponad 1,3 mln pasażerów (wzrost o 8,6 proc. rdr.). W przypadku 13 połączeń niskokosztowych samoloty były wypełnione w ponad 90 proc., dotyczy to kierunków na Wyspy Brytyjskie (Dublin i Londyn Stansted ok. 93 proc.) oraz południe Europy (Malaga – 95 proc., Alicante i Teneryfa – 94 proc.).

Jak zapowiada prezes wrocławskiego lotniska, w tym roku zostaną otwarte nowe połączenia.

– Ryanair będzie latać do Lizbony i na Majorkę, a Wizz Air do Lwowa. Od czerwca samolotami Wizz Air będziemy też latać na Islandię, to nowość – podkreśla Dariusz Kuś.

15 lutego irlandzki przewoźnik poinformował, że od sezonu zimowego 2017/2018 zacznie latać na Sycylię, do Neapolu, Oslo, Edynburga oraz Leeds Bradford. Wcześniej zapowiedział otwarcie połączeń do Tel Awiwu, Brukseli i Gdańska.

Z Wrocławia coraz więcej pasażerów lata też do dużych międzynarodowych hubów przesiadkowych.

– Rozwijają się praktycznie wszystkie segmenty rynku, zarówno połączenia sieciowe międzynarodowe, jak i połączenia krajowe, szczególnie mocno ze względu na istniejącą konkurencję LOT-u i Ryanaira na trasach do Warszawy – zaznacza Kuś.

Połączenia krajowe przyciągnęły blisko 0,5 mln pasażerów (wzrost o 9,3 proc.). Dużą popularnością cieszyły się szczególnie loty z Wrocławia do Warszawy. Linie Ryanair zanotowały ponad 15-proc. wzrost, a PLL LOT – blisko 8-proc. W ubiegłym roku Sprint Air otworzył sezonowe połączenia do Radomia i Olsztyna.

– Liczymy na to, że po słabszym 2016 roku w segmencie czarterowym w tym roku zanotujemy wzrosty. Wydarzenia w Turcji i w Egipcie spowodowały, że wielu potencjalnych pasażerów zrezygnowało z wyjazdów w tamten rejon świata. W tym roku będzie lepiej – zapowiada Kuś

Urząd Lotnictwa Cywilnego szacuje, że znaczenie krajów Afryki Północnej i Turcji w przewozach czarterowych z Polski jeszcze w 2007 roku sięgało 48 proc. W 2015 roku spadło do 13 proc., szacuje się, że w 2016 roku było to jeszcze mniej.

Prognozowany na ten rok wzrost liczby pasażerów ma być konsekwencją m.in. zrealizowanych inwestycji. Na lotnisku zainstalowano nowy system nawigacji, dzięki któremu spada liczba odwołanych lotów. W połowie ubiegłego roku lotnisko otrzymało nowy certyfikat dla ILS drugiej kategorii. Samoloty mogą startować i lądować w trudniejszych warunkach atmosferycznych. Koszt inwestycji w celu podniesienia kategorii ILS, w tym przebudowy i modernizacji pasa startowego, wyniósł 50 mln zł.

– System bardzo się przydał ze względu na mglistą jesień i zimę. Na lotnisku odbyło się ok. 450 operacji lotniczych właśnie w trudnych warunkach z zastosowaniem nowo wybudowanego systemu. W poprzednich warunkach te operacje byłyby opóźnione, odwołane lub przekierowane na inne lotniska – zaznacza Dariusz Kuś.

Dzięki nadanemu przez Urząd Lotnictwa Cywilnego certyfikatowi dla ILS drugiej kategorii możliwe jest podejście i lądowanie samolotów przy wysokości decyzji nie niższej niż 32 metry (poprzednio 65 m) oraz widzialności na drodze startowej nie mniejszej niż 300 m (przy dotychczasowych 550 m). Prezes Portu Lotniczego Wrocław wskazuje, że inwestycji wymaga też płyta do odladzania samolotów. Dla komfortu pasażerów rozpoczęła się budowa hotelu oraz rozbudowywane są parkingi.

Polska jednym z największych rynków usług sprzątania w Europie. Coraz częściej zlecenia składane są przez internet

Polska jednym z największych rynków usług sprzątania w Europie. Coraz częściej zlecenia składane są przez internet 7

Polski rynek usług sprzątania dla firm i instytucji wyceniany jest na blisko 7 mld zł, a dla klientów indywidualnych – na ok. 2 mld. Każdego roku notuje dynamiczne wzrosty. W szybkim tempie przybywa także zleceń przez internet. Najczęściej usługi sprzątania zamawiane są przez młode kobiety zamieszkujące na maksymalnie 64 mkw.

– Na polskim rynku usług sprzątania konkurencja jest już bardzo duża – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Nesterowicz, country manager w MyRendi.pl. –W ostatnim czasie zauważyliśmy pojawienie się nowego rodzaju działalności, za pośrednictwem internetu. Takie platformy mają niewielkie koszty własne, więc mogą zaproponować niższe ceny, przy zachowaniu jakości świadczonych usług. Na razie klienci uczą się składania tego rodzaju zleceń. MyRendi proponuje im szybką realizację takiego zamówienia.

Polska jest jednym z największych rynków usług sprzątających w Europie. Aktywnie prowadzi na nim działalność około 4 tys. firm sprzątających, których przychody każdego roku rosną o około jedną piątą (20 proc.). Krajowe usługi kierowane do firm i instytucji wyceniane są na 6–7 mld zł, natomiast zlecenia na rzecz klientów indywidualnych – blisko 2 mld zł. Na najpopularniejszych portalach ogłoszeniowych pojawia się ponad 6 tys. ogłoszeń dotyczących sprzątania miesięcznie. Średnie wynagrodzenie w firmach świadczących takie usługi wynosi około 2,2 tys. zł.

– 80 proc. zamówień realizowanych przez platformę MyRendi składanych jest przez osoby w wieku od 25 do 40 lat, w większości kobiet zamieszkujących mieszkania nie większe niż 64 mkw. – zauważa Marcin Nesterowicz.

25 proc. klientów zamawia mycie okien, a co piąty – czyszczenie piekarnika lub lodówki. Co dziesiąte zamówienie dotyczy porządków po przeprowadzkach bądź remoncie.

Start-up MyRendi powstał na fali trendu tzw. sharing economy (ekonomii dzielenia się), pośredniczy w usługach sprzątania pomiędzy klientami a osobami prowadzącymi tego rodzaju działalność. Platforma współpracuje między innymi z popularnym serwisem okazjonalnego wynajmu nieruchomości Airbnb (takie zlecenia stanowią obecnie ok. 5 proc. całości, ale ich liczba systematycznie rośnie). Z usług sprzątania coraz częściej korzystają także klienci biznesowi.

– Skupiamy się na regularnych klientach – zapewnia Marcin Nesterowicz. – Chcemy, aby zamawiający wracali do nas, dlatego stale monitorujemy jakość świadczonych usług poprzez system ocen oraz bezpośredni kontakt z klientem. 

Analityka danych wciąż mało popularna. Firmy tracą w ten sposób narzędzie do zarabiania

Analityka danych wciąż mało popularna. Firmy tracą w ten sposób narzędzie do zarabiania 8

Narzędzia do analizy danych pozwalają firmom lepiej kontrolować koszty i dostosowywać ofertę do potrzeb klientów, co przekłada się na zyski przedsiębiorców – przekonuje Wojciech Kryński z Ground Frost. Dostęp do wielu z tych rozwiązań jest zupełnie darmowy. Polska ma jednak wciąż wiele do nadrobienia. Z innowacyjnych narzędzi wciąż korzysta niewielki odsetek firm. Coraz więcej z nich mówi jednak o potrzebie inwestycji, więc w kolejnych latach będzie się to zmieniać.

Analiza danych jest bardzo istotna z punktu widzenia osiąganych przychodów. Przez analizę tego, kiedy i przez jakich klientów kupowany jest dany towar, możemy zarządzać zapasami. Możemy analizować również ponoszone koszty – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Kryński, wspólnik w firmie Ground Frost.

Liczba danych w sieci rośnie w bardzo szybkim tempie. Jak wynika z danych Boston Consulting Group przytaczanych przez Cloud Technologies, wartość wszystkich anonimowych informacji o internautach z obszaru UE w 2020 roku będzie bliska 1 bln euro.

Analizę danych ułatwia fakt, że wiele firm działa dziś w internecie. Dlatego poszczególne aspekty prowadzenia biznesu mogą analizować znacznie dokładniej niż wcześniej. Obniżyły się także koszty dostępu do gromadzonych informacji, a w niektórych przypadkach stały się wręcz darmowe. Przykładem jest m.in. Google Analytics monitorujący zachowanie użytkowników odwiedzających stronę bądź sklep internetowy.

Z analizą danych można iść jeszcze dalej. Można analizować, o czym rozmawiają nasi klienci na forach, co piszą pod naszymi zdjęciami czy filmami, jakie wrzucamy. Wszystko po to, żeby wiedzieć, co im jest potrzebne, a co nie – tłumaczy Wojciech Kryński.

Jednak rozwiązania analityczne dostępne są także dla właścicieli stacjonarnych biznesów. Przykładem takich działań jest tworzenie programów lojalnościowych czy rejestracja i monitoring zakupów robionych przez klientów.

– Specjaliści twierdzą, że analiza danych to będzie kluczowy tzw. game changer, czyli coś, co spowoduje, że sposób, w jaki do tej pory sprzedajemy, zmieni się nie do poznania – mówi Kryński. – Pierwszą firmą, która zaaplikowała analizę danych na bardzo dużym poziomie szczegółowości, była amerykańska firma Walmart.

Walmart to największy na świecie sprzedawcy detaliczny, zarządzający siecią ponad 20 tys. sklepów i liczbą klientów na poziomie ponad 2 mln osób dziennie. W celu lepszej analizy ich zachowań koncern stworzył oparty na technologii cloud computing system analizy danych. Jego przepustowość to przeszło 2,5 mln gigabajtów na godzinę.

Podejście stosowane przez Walmart sprawiło, że nie ma on praktycznie konkurencji w swojej branży. Myślę, że jest to ścieżka, którą po prostu wszystkie firmy muszą iść, chociażby dlatego że robią to ich najwięksi konkurenci – mówi Kryński.

Pod kątem wdrażania rozwiązań analitycznych Polska w dalszym ciągu ma jednak bardzo dużo do nadrobienia.

– Często barierą są koszty, bo dla małych i średnich przedsiębiorstw tworzenie aplikacji na telefon czy własnego programu lojalnościowego byłoby nieproporcjonalnie drogie w stosunku do możliwych efektów. Natomiast i dla mniejszych firm są takie narzędzia, które pomogą pozyskać i przeanalizować dane – podsumowuje wspólnik w Ground Frost.

Ze światowych prognoz IDC wynika, że wartość rynku big data to ok. 130 mld dolarów, a w 2020 roku przekroczy 200 mld. Coraz więcej firm uznaje inwestycje w analizę danych za kluczowy czynnik dla rozwoju biznesu.

Rekordowy rok na rynku nieruchomości magazynowych. Największe transakcje zawarły Amazon i Zalando

Rekordowy rok na rynku nieruchomości magazynowych. Największe transakcje zawarły Amazon i Zalando 9

Trwa hossa na rynku nieruchomości magazynowych. W ubiegłym roku wynajęto ponad 3 mln mkw. powierzchni magazynowej. Najwięksi najemcy to sieci handlowe oraz operatorzy logistyczni. Rekordowe umowy najmu podpisały w ubiegłym roku m.in. Amazon i Zalando. Jedne z najniższych czynszów w Europie sprawiają, że Polska jest bardzo atrakcyjnym rynkiem. W budowie jest kolejne 1,45 mln mkw. powierzchni.

– Ubiegły rok na rynku nieruchomości magazynowych był absolutnie rekordowy i zakończył się wynajmem ponad 3 mln mkw. To najwyższy wynik w historii –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Olszewski, dyrektor działu nieruchomości magazynowo-przemysłowych JLL.

Największej transakcji na polskim rynku dokonał w ubiegłym roku Amazon, który w szczecińskim parku magazynowym Panattoni wynajął 161 tys. mkw. Drugą pozycję zajęła platforma internetowa Zalando, która w parku firmy Goodman realizowanym na własne zamówienie pod Szczecinem wynajęła 130 tys. mkw. Trzecią na liście największych transakcji zawarła sieć handlowa Kaufland, która podpisała umowę najmu na 45 tys. mkw. powierzchni magazynowej w bydgoskim parku Panattoni.

Pod względem popytu najbardziej aktywnym regionem w ubiegłym roku była Warszawa (łącznie 745 tys. mkw. wynajętej powierzchni), ale dzięki dwóm transakcjom zawartym przez Zalando i Amazona duże zapotrzebowanie na magazyny odnotował również Szczecin.

– Tradycyjnie za znakomitą większość popytu odpowiada pięć największych rynków, czyli Warszawa, Wrocław, Poznań, Łódź i Górny Śląsk. Mniejsze rynki również generują zainteresowanie najemców. I jest tam wynajmowanych kilkadziesiąt tysięcy metrów kwadratowych rocznie – mówi Tomasz Olszewski.

Rynkowi eksperci prognozują, że w 2017 roku aktywność największych deweloperów będzie w dalszym ciągu skupiona na głównych rynkach. Jednak na przełomie obecnego i 2018 roku zostanie oddana do użytku większość odcinków trasy ekspresowej S3, która stanie się ważnym korytarzem transportowym i wywoła zwiększone zainteresowanie inwestycjami wzdłuż zachodniej granicy.

– Firmy, które zaopatrują rynek niemiecki, lokalizują swoje magazyny właśnie w Polsce, korzystając z niskich czynszów oraz dostępności wykwalifikowanej i dosyć atrakcyjnej cenowo kadry – mówi Tomasz Olszewski.

W ubiegłym roku najbardziej aktywne na rynku magazynowym były sieci handlowe i operatorzy logistyczni, jednak JLL informuje, że wzrósł również wolumen transakcji zawieranych przez firmy z sektora lekkiej produkcji i motoryzacyjnego.

– Wśród najemców popyt na magazyny jest cały czas bardzo duży i pochodzi zarówno od bardzo dużych firm z branży e-commerce, które wynajmują w jednej transakcji ponad 100 tys. mkw., jak i przedsiębiorstw średniej wielkości i mniejszych – mówi Tomasz Olszewski.

Całkowita dostępna powierzchnia magazynowa w Polsce wynosi obecnie 686 000 tys. mkw. Z podsumowania rynku firmy doradczej JLL wynika, że wskaźnik pustostanów magazynowych ustabilizował się w ubiegłym roku na poziomie 6,1 proc. Rynek jest bardzo chłonny, co potwierdza fakt, że oddanie do użytku 1,2 mln mkw. nowych magazynów nie miało większego wpływu na wskaźnik niewynajętej powierzchni. Duża część projektów była ponadto realizowana bezpośrednio na zamówienie najemcy w formule BTS (build-to-suit).

Obecnie w budowie jest łączne 1,45 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 75 proc. jest już zabezpieczone umowami najmu. Znacząca część (prawie 300 tys. mkw.) to magazyny, które powstają pod Szczecinem na zamówienie dwóch najemców: Amazona i Zalando.

– Początek tego roku jest bardzo dobry dla rynku magazynowego w Polsce. Mamy kilka dużych transakcji, liczących po kilkadziesiąt tysięcy metrów kwadratowych, które powinny się zamknąć w najbliższych tygodniach. Prognozy są na razie bardzo pozytywne. Jeżeli dotychczasowe tempo się utrzyma, to ten rok zamknie się podobnym, może nawet trochę lepszym wynikiem niż ubiegły. Gdyby w całym 2017 roku udało się wynająć ponad 3 miliony metrów kwadratowych powierzchni magazynowej, to na pewno będzie bardzo pozytywny sygnał dla rynku – mówi Tomasz Olszewski.

Dyrektor działu nieruchomości magazynowo-przemysłowych JLL przewiduje, że głównym źródłem zapotrzebowania na magazyny w Polsce będą w dalszym ciągu sieci handlowe, operatorzy logistyczni i szeroko pojęta branża e-commerce.

W ciągu ostatnich pięciu lat na głównych rynkach w Polsce odnotowano brak zmian lub tylko nieznaczne wahania stawek czynszów najmu nieruchomości magazynowych. Czynsze na stabilnym poziomie utrzymały się w 2016 roku w okolicach Warszawy, na Górnym Śląsku, w Poznaniu, Polsce Centralnej oraz w Trójmieście. Nieznaczne spadki (rzędu 0,1–0,2 euro za mkw.) odnotowano natomiast w strefie miejskiej Warszawy oraz we Wrocławiu.

– Czynsze za magazyny w Polsce są aktualnie jednymi z najniższych w Europie – mówi dyrektor działu nieruchomości magazynowo-przemysłowych JLL.

Miniony rok był również rekordowy pod względem transakcji inwestycyjnych. Właścicieli zmieniły nieruchomości magazynowe warte łącznie 770 mld euro. To historycznie najlepszy wynik w tym segmencie rynku. Według ekspertów JLL toczące się aktualnie transakcje portfelowe wskazują, że 2017 rok może zakończyć się kolejnym rekordowym wynikiem.

W ubiegłym roku zainteresowanie deweloperów gruntami inwestycyjnymi pod zabudowę magazynową było największe w regionach, które skorzystały na dużych projektach infrastrukturalnych. Przykładowo, otwarcie centralnego odcinka autostrady A1 Stryków–Tuszyn wywołało zwiększone zainteresowanie terenami po wschodniej stronie Łodzi. Podobny efekt wywołała rozbudowa drogi ekspresowej S8 w południowo-zachodniej stronie Warszawy.

– Rynek gruntów pod budowę obiektów magazynowych również rozwija się dynamicznie. Popyt jest bardzo duży, deweloperzy chętnie kupują działki pod budowę nowych centrów dystrybucyjnych. Pewnym problemem jest jednak podaż. Coraz mniej jest na rynku dużych i gotowych do zabudowy działek z gotowym planem zagospodarowania, mediami i dojazdem – komentuje Tomasz Olszewski.

Niepokoje polityczne i rosnąca gospodarka amerykańska spowodują spadek euro. Odbicie możliwe w II połowie roku

Niepokoje polityczne i rosnąca gospodarka amerykańska spowodują spadek euro. Odbicie możliwe w II połowie roku 10

Umacniająca się amerykańska gospodarka w połączeniu z niespokojną sytuacją polityczną w Europie nie pozostaje bez wpływu na waluty. W pierwszej połowie 2017 roku można się spodziewać zrównania wartości euro i dolara – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers. W drugiej części roku sytuacja powinna się unormować, a euro będzie się wzmacniać. Niepewność związana z brexitem i przyszłe relacje Wielkiej Brytanii z Unią Europejską osłabiają też funta.

W 2017 roku na rynku walutowym ciekawie może być na parze euro-dolar. Obecnie mamy poziomy rzędu 1,06. Naszym zdaniem w pierwszej części roku możemy się zbliżyć do tego magicznego parytetu, czyli zrównania wartości euro z dolarem – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Notowania euro do dolara wynoszą 1,061. Wzmocnienie dolara to efekt zapowiadanych kolejnych podwyżek stóp procentowych. Fed podniósł stopy w grudniu o 25 punktów bazowych, do przedziału 0,50-0,75 proc. Wprawdzie na pierwszym w tym roku posiedzeniu pozostawił je na tym samym poziomie, jednak zgodnie z ubiegłorocznymi zapowiedziami w tym roku mają być trzy kolejne podwyżki.

– Nakładając na to ryzyko polityczne w Europie, a mamy dosyć gorący kalendarz wyborczy w Holandii, Francji i Niemczech, z najważniejszym naciskiem na Francję, może to oznaczać scenariusz, w którym euro-dolar będzie się kierował na niższe poziomy – przekonuje ekspert.

Tegoroczne wybory w kilku krajach europejskich mogą całkowicie zmienić polityczny krajobraz. W lutym w Niemczech wybrano nowego prezydenta. Został nim Frank Walter Steinmeier. Z kolei na przełomie kwietnia i maja odbędą się wybory prezydenckie we Francji. Dodatkowo nowe parlamenty będą wybierane w marcu w Holandii, a we wrześniu w Niemczech. Zwłaszcza wybory we Francji, gdzie rosną szansę na wygraną Marine Le Pen z Frontu Narodowego, mogą budzić niepokój z punktu widzenia stabilności sytuacji i osłabiać euro.

Jak jednak ocenia Białas, w drugiej połowie roku sytuacja znacząco się zmieni, ryzyka polityczne nie będą miały już tak dużego wpływu na walutę, a euro umocni się w stosunku do dolara.

Rynek przerzuci swoją uwagę na Europejski Bank Centralny. Ten widząc, że ożywienie gospodarcze w strefie euro przyspiesza, inflacja odbija, może być coraz bardziej skłonny wycofywać tę ultraluźną politykę monetarną. Rynek, dyskontując przyszłe kroki EBC, może powoli budować wartość euro na nowo. Na początku ruch o 5–6 proc. niżej na euro-dolarze może zostać odwrócony o ruch o około 10 proc. w drugiej części roku – wskazuje główny ekonomista TMS Brokers.

Słabnie też brytyjska waluta, choć jeszcze na koniec 2016 roku wydawało się, że brexit nie wpłynie na pogorszenie sytuacji gospodarczej.

Negatywne efekty to przede wszystkim tani funt, który podnosi ceny importu. To zaś oznacza, że realne dochody gospodarstw domowych będą niższe, będą musieli więcej zapłacić za rzeczy, które dostają z importu – tłumaczy ekonomista.

Niepewność związana z relacjami Wielkiej Brytanii z Unią Europejską może spowodować odpływ zagranicznych inwestorów. Euler Hermes szacuje, że wartość potencjalnych straconych inwestycji może sięgnąć 210 mld funtów. Dodatkowo, kiedy brexit stanie się faktem, dziura w eksporcie może sięgnąć 30 mld funtów w ciągu 3 lat.

Najbliższe tygodnie i miesiące mogą być trudne dla funta. Trzeba jednak pamiętać o tym, że zwroty mogą nastąpić z dnia na dzień po wypowiedzi czołowych polityków, dlatego zmienność będzie motywem przewodnim notowań funta. Jeżeli chodzi o notowania funta do złotego, w pierwszej części roku oczekujemy dużych wahań, dopiero pod koniec roku siła złotego powinna przemawiać za tym, abyśmy próbowali łamać poziom 5,0 na przełomie III i IV kwartału – szacuje Białas.

Małe i średnie firmy otrzymają 1 mld zł na innowacje. 1 marca rozpocznie się nabór wniosków w konkursie szybkiej ścieżki

Małe i średnie firmy otrzymają 1 mld zł na innowacje. 1 marca rozpocznie się nabór wniosków w konkursie szybkiej ścieżki 11

W tegorocznych konkursach szybkiej ścieżki Narodowego Centrum Badań i Rozwoju do firm może trafić 2,5 mld zł. To pieniądze, które mają wesprzeć badania przemysłowe i rozwojowe. W pierwszym konkursie, do którego nabór rozpocznie się za niecałe dwa tygodnie, dla małych i średnich firm przewidziano 1 mld zł, a dla dużych – 400 mln zł. Zaletą tego programu są ograniczone do minimum formalności oraz szybkość otrzymania decyzji – podkreśla Piotr Dardziński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

– Szybka ścieżka to bardzo ważny program, dlatego że dysponuje dużą ilością pieniędzy przeznaczonych na badania przemysłowe i rozwojowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. – W obu kategoriach, czyli zarówno dla małych i średnich, jak i dużych przedsiębiorstw, mamy w tym roku ponad 2,5 mld zł. Ponadto program ma największy wpływ na poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań, nowych technologii. Nie chodzi jednak o abstrakcyjne pomysły, ale takie, które powstają w kontekście konkretnych potrzeb polskich przedsiębiorców oraz konsumentów.

Konkursy szybkiej ścieżki, ogłaszane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), realizowane są w ramach poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe w przedsiębiorstwach” programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. Nowatorska formuła przedsięwzięcia polega na ograniczeniu do niezbędnego minimum formalności biurokratycznych: nabór wniosków prowadzony jest etapami, a wydanie decyzji o przyznaniu dofinansowania następuje zaraz po zakończeniu procedury (maksymalnie w ciągu 60 dni).

Na przedsiębiorców z sektora małych i średnich firm czeka w pierwszym konkursie 1 mld zł. Budżet konkursu dla dużych przedsiębiorstw wynosi 400 mln zł. Nabór wniosków potrwa od 1 marca do 30 czerwca 2017 roku.

– Zaletą programu jest jego szybkość – potwierdza Piotr Dardziński. – Nabory trwają cały czas, mają charakter ciągły, komisje co miesiąc zbierają wnioski, które w tym czasie wpływają, i oceniają je, tak aby natychmiast dać odpowiedź, co ewentualnie zostało źle zrobione, co trzeba poprawić, nad czym popracować. Przedsiębiorca może poprawić dokument i w ciągu roku złożyć go kilka razy. Nie musi czekać na przykład rok na nowe rozdanie.

Jak tłumaczy Dardziński, w założeniach programu nie jest dokładnie określony konkretny przedmiot dofinansowania. Pieniądze mogą być przyznane na wszystkie przedsięwzięcia mające walor innowacyjności.

– Szybka decyzja o dofinansowaniu może pomóc w rozwijaniu różnych technologii, począwszy od nowych leków na nowotwory, przez szczepionki, systemy parkowania, po różnego rodzaju ogniwa fotowoltaiczne. W grę wchodzą bardzo różne dyscypliny, rozmaite branże, nawet bardzo odległe sektory – precyzuje Piotr Dardziński. – Wsparcie jest kierowane zarówno do małych, średnich, jak i dużych przedsiębiorców mających doświadczenie albo dopiero zaczynających współpracę z nauką w zakresie poszukiwania nowatorskich produktów.

Przedmiot dofinansowania musi się wpisywać w Krajowe Inteligentne Specjalizacje (KIS). To wykaz branż, których rozwój ma zapewnić tworzenie innowacyjnych rozwiązań społeczno-gospodarczych, zwiększenie wartości dodanej gospodarki i podniesienie jej konkurencyjności na świecie.

– Szybka ścieżka to jeden z efektywniej działających w Polsce programów, jego realizacją inspirują się też inne kraje i bardzo chwali go Unia Europejska – przekonuje Dardziński. – Nie znaczy to, że nie ma w nim nic do poprawienia. Udoskonalać trzeba zawsze.

Jak podkreśla, na dofinansowanie może liczyć średnio 15–20 proc. zgłaszanych projektów.

– To wystarczająco dużo, by szansa na wygraną była realna i na tyle mało, żeby nie było przekonania, że każdy, kto złoży wniosek, dostanie wsparcie – ocenia podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. – Szczególnie dużo uwagi programowi poświęcają małe i średnie firmy. Duże zwykle potrzebują więcej czasu, więc wniosków składają mniej, ale za to opiewają one na setki milionów złotych. Ponieważ jest to system współfinansowania, czyli dodawania wsparcia do inwestycji własnych firm, środki w gospodarce się namnażają.

W ubiegłorocznych konkursach dla małych i średnich przedsiębiorstw złożono prawie tysiąc wniosków o dofinansowanie o łącznej wartości przeszło 5,5 mld zł. Ze strony dużych przedsiębiorstw wpłynęły 74 wnioski, których wartość wyniosła prawie 900 mln zł. NCBiR w 2016 roku podpisało z beneficjentami programu umowy o dofinansowanie łącznej wartości blisko 905 mln zł.

Celem programu wsparcia innowacyjnych projektów jest przekształcenie polskiej gospodarki w gospodarkę, która jest w stanie kreować nowe produkty od początku do końca, które mogłyby trafiać na sprzedaż.

– Kolejnym celem jest zwiększenie nakładów na badania i rozwój, które obecnie są poniżej europejskiej średniej – twierdzi Piotr Dardziński. – To bardzo ważne. Zależy nam na tym, żeby w kraju powstawały nowe centra badawczo-rozwojowe, pojawili się w nich naukowcy, zakładali zespoły i myśleli o tym, co w przyszłości będzie stanowić o konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Mikro i małe firmy więcej eksportują i inwestują

Już po raz siódmy Bank Pekao SA opublikował „Raport o sytuacji mikro i małych firm” – efekt prawie 7 tysięcy wywiadów z przedsiębiorcami z całego kraju. Tematem specjalnym tegorocznej edycji Raportu są inwestycje. 49% firm inwestowało w 2016 r – to najwyższy wynik w 7-letniej historii badania. Dynamicznie rośnie eksport wśród mikro i małych – 18% z nich prowadziło w ostatnim roku działalność eksportową. To dwa razy więcej niż w pierwszym badaniu. Ogólny wskaźnik koniunktury osiągnął poziom 96,7 pkt i był to drugi najlepszy wynik w okresie ostatnich 7 lat (+3 pkt powyżej średniej z lat 2010-2015). Wyzwaniem dla firm jest zwiększenie innowacyjności.

W tym roku tematem specjalnym siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao SA są inwestycje w mikro i małych firmach. Niemal co druga mikro i mała firma (49%) realizowała projekty inwestycyjne w ciągu ostatnich 12 miesięcy – to wzrost o +3 p.p. w ciągu roku i aż o +9 p.p. w ciągu dwóch lat. 65% małych firm realizowało projekty inwestycyjne. Wzrosły również nakłady inwestycyjne: wartość 56% zrealizowanych inwestycji wyniosła od 10 do 100 tys. złotych (o 2 p.p. więcej niż w ubiegłym roku), a wartość 18% inwestycji przekroczyła 100 tys. złotych (wzrost o 4 p.p.).

Na przestrzeni ostatnich kilku lat małe i mikro firmy okrzepły i umiejętnie konkurują na rynku. Myślą o rozwoju i poprawie efektywności działania, o czym świadczy rosnąca trzeci rok z rzędu liczba inwestujących firm oraz wielkość nakładów inwestycyjnych. Korzystne warunki makroekonomiczne, dobra dostępność finansowania zewnętrznego oraz duże potrzeby inwestycyjne pozwalają zakładać, że rosnąca aktywność inwestycyjna mikro i małych firm będzie w kolejnych latach podtrzymana – mówi Grzegorz Piwowar, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao SA.

Co istotne, najwyższy odsetek inwestujących firm odnotowano w każdej z badanych branż. Najczęściej inwestowały firmy w sektorze produkcji (55,5%), na drugim miejscu znalazło się budownictwo (54,9% firm), a następnie usługi (49,8%) i handel (41,4%).

Przedsiębiorcy realizują inwestycje, żeby poprawić efektywność (56%), dokonać wymiany środków trwałych (42%) oraz w odpowiedzi na popyt na produkty i usługi firmy na rynku (19%). Dominują inwestycje modernizacyjne, polegające na zakupie aktywów, których do tej pory nie było w firmie (62% w ostatnich 12 miesiącach i aż 70% planowane na kolejny rok). Przedsiębiorcy inwestowali przede wszystkim w wyposażenie, narzędzia i przyrządy (50%), maszyny i urządzenia (44%), w środki transportu (31%), budynki (13%), wartości niematerialne i prawne (11%) oraz grunty (4%). Struktura inwestycji mocno różni się w zależności od specyfiki branży – w maszyny i urządzenia inwestowało 66% firm produkcyjnych, w środki transportu 36% firm budowlanych, a w budynki i budowle 19% firm handlowych.

Mimo finansowania inwestycji głównie ze środków własnych (85%, spadek o 1 p.p. w porównaniu z 2015 r.), coraz popularniejszy staje się kredyt bankowy oraz leasing, z którego w ostatnim roku korzystało odpowiednio 19% (o 1 p.p. więcej w porównaniu 2015 r.) i 17% firm (o 4 p.p. więcej niż rok temu). W 2017 r. aż 30% właścicieli chce sfinansować inwestycje kredytem, a 19% leasingiem. Sprzyjać temu będą między innymi dostępne na rynku linie gwarancyjne.

Nie odnotowano przełomu w zakresie innowacyjności, od lat utrzymuje się ona na podobnym poziomie. Innowacje produktowe w ostatnich 12 miesiącach wdrożyło 24% firm, a innowacje procesowe – 17% firm. W 2016 r. wartość 11% projektów innowacyjnych przekroczyła 100 tys. złotych, wobec 5% w 2015 r. W ostatnich 12 miesiącach innowacje częściej finansowane były kredytem (16% vs. 10% w roku 2015) oraz leasingiem (8% vs. 4%).

Wobec dużej konkurencji na rynku, rosnących oczekiwań i wymagań klientów oraz naturalnej dla mikro i małych firm elastyczności w dostosowywaniu się do sytuacji na rynku, należałoby oczekiwać, iż wskaźniki innowacyjności w grupie najmniejszych przedsiębiorstw będą wyższe. Zwiększenie innowacyjności to zadanie i wyzwanie dla polskich przedsiębiorców. Czynnikiem wspierającym powinna być większa skłonność firm do korzystania z finansowania zewnętrznego oraz wykorzystanie dedykowanego wsparcia w ramach środków unijnych i rozwiązań krajowych mówi Grzegorz Piwowar.

W tegorocznym badaniu przedsiębiorcy byli także pytani o inwestycje w kapitał ludzki. Właściciele firm wskazali na wiele obszarów, które wymagają podniesienia kwalifikacji. Najczęściej były to języki obce (26%), specjalistyczna wiedza związana z prowadzoną działalnością (25%), marketing i reklama (24%) oraz informatyka (18%). W okresie ostatniego roku kwalifikacje te były podnoszone poprzez samokształcenie (51%), udział w kursach i szkoleniach (40%) oraz w konferencjach i seminariach (19%). Nakłady na kształcenie właścicieli i pracowników firm nie są duże – jedynie w 25% badanych przedsiębiorstw roczne wydatki przekroczyły kwotę 2 tysięcy złotych.

Kolejny dobry rok dla eksporterów

Dynamicznie rośnie eksport w segmencie mikro i małych firm. Odsetek eksportujących mikro i małych firm zwiększył się w ciągu roku o +3 p.p. do poziomu 18% – jest to dwa razy więcej niż w pierwszym badaniu z 2010 roku. Przedsiębiorcy wysoko oceniają przychody z eksportu. Średnia ocena przychodów z eksportu jest o 8 punktów wyższa od oceny całkowitych przychodów. Prognozy na 2017 r. są optymistyczne – 19% przedsiębiorców planuje sprzedaż towarów i usług zagranicą, a przychody z tej działalności powinny być wyższe niż w roku 2016.

Mikro i małe firmy coraz lepiej radzą sobie na zagranicznych rynkach. Coraz większe grono polskich przedsiębiorców czerpie korzyści z działalności eksportowej. W badaniu przychody z eksportu są oceniane znacznie wyżej od przychodów firm działających wyłącznie na rynku krajowym. Z deklaracji przedsiębiorców wynika, że za rok wyniki powinny być jeszcze lepsze – mówi Grzegorz Piwowar.

Ogólny Wskaźnik Koniunktury (+3 pkt powyżej średniej z 2010-2015)

Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych Firm jest kalkulowany w oparciu o odpowiedzi przedsiębiorców na pytania dotyczące oceny ostatnich 12 miesięcy oraz perspektyw rozwoju w okresie kolejnych 12 miesięcy w ośmiu obszarach. W 2016 r. nastroje najmniejszych firm były zbliżone do tych sprzed dwóch lat.

Średnia wartość Ogólnego Wskaźnika Koniunktury wyniosła 96,7 pkt[2] – o 1,6 pkt mniej niż w rekordowym 2015 roku oraz o +0,3 pkt więcej niż dwa lata temu. Był to drugi najlepszy wynik w historii badań – o +3 pkt powyżej średniej z lat 2010-2015 (93,7 pkt). Wskaźnik za ostatnie 12 miesięcy wyniósł 95,4 pkt, a wskaźnik na kolejne 12 miesięcy wyniósł 97,9 pkt.

W układzie branżowym średnia wartość Wskaźnika w sektorze usługowym, budowlanym i produkcyjnym jest podobna (odpowiednio 97,6 pkt, 97,4 pkt oraz 96,9 pkt). Drugi rok z rzędu zmniejsza się dystans pomiędzy tymi branżami a handlem (95 pkt). W układzie wojewódzkim najlepiej sytuację swoich firm oraz otoczenia gospodarczego ocenili przedsiębiorcy z województwa małopolskiego (98,5 pkt) i podkarpackiego (98 pkt).

Generalnie ostatnie 12 miesięcy było dobrym okresem dla mikro i małych przedsiębiorstw – wysoko ocenione zostały wskaźniki związane z sytuacją firmy, przychodami firmy i wynikiem finansowym. Bardzo dobra sytuacja na rynku pracy z najniższym od 25 lat poziomem bezrobocia znalazła odzwierciedlenie w rekordowo wysokiej ocenie poziomu zatrudnienia w firmach (101 punktów). Niżej ocenione zostały obszary, na które przedsiębiorcy nie mają bezpośredniego wpływu, czyli ogólna sytuacja gospodarcza i sytuacja branży. Po raz kolejny przedsiębiorcy wysoko ocenili dostępność finansowania zewnętrznego (średni wskaźnik na poziomie 99,1 pkt). Niski poziom stóp procentowych i zmiana postaw przedsiębiorców (mniejsza awersja do zadłużenia) spowodowały, że w ostatnich 12 miesiącach z finansowania zewnętrznego przy prowadzeniu działalności gospodarczej skorzystała największa do tej pory liczba przedsiębiorców (28%, o 2 p.p. więcej niż w roku 2015).

Bariery rozwojowe niezmienne, coraz bardziej przyjazne otoczenie biznesu

Przedsiębiorcy wśród największych barier rozwojowych, podobnie jak w ubiegłych latach, wskazywali na podatki (3,66 pkt w skali od 1 do 5), koszty pracy (3,53 pkt) i konkurencję (3,27 pkt) Warto podkreślić, że po raz pierwszy wszystkie obszary związane z otoczeniem biznesu zostały ocenione na ponad 100 punktów: usługi świadczone przez lokalną administrację (104 pkt), usługi doradcze banków w zakresie kredytów (103 pkt), uciążliwość kontroli (101 pkt) oraz korzyści z przynależności do organizacji biznesowych (100 pkt).

Raport został przygotowany na podstawie wywiadów telefonicznych prowadzonych we wrześniu i październiku 2016 roku z właścicielami prawie 7 tysięcy mikro i małych firm. Raport pokazuje wyniki badania na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) i lokalnym (66 podregionów). Jest dostępny wraz z poprzednimi edycjami na stronie https://www.pekao.com.pl/mis/raport_SME/.

[1] Mikro firma – firma, w której pracuje maksymalnie 9 osób; mała firma – firma, w której pracuje od 10 do 49 osób.

[2] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym  50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”

FED umacnia dolara. 3,5% wzrostu PKB w Polsce?

Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Raport FED zwiększa szansę na podwyżki stóp procentowych w USA. Mateusz Morawiecki zapowiada 3,5% wzrostu PKB w Polsce w 2017 roku. Czy frank zrówna się z euro?

Raport na temat polityki monetarnej FED

Wczoraj opublikowano raport na temat polityki monetarnej rezerwy federalnej w USA. Wydarzenie to znowu przywróciło wiarę inwestorów w szybsze podwyżki stóp procentowych w USA. Co ciekawe szanse na podwyżkę już w marcu wzrosły o ponad 4% do 17,7%. Jest to liczone na podstawie notowań kontraktów na stopę procentową. Metoda ta nie jest perfekcyjna, ale dobrze oddaje nastawienie i oczekiwania inwestorów. Z tych samych obliczeń wynika, że szanse że do czerwca stopy nie wzrosną wynosi obecnie już mniej niż ⅓. Rynki jak zawsze w sytuacji gdy rośnie szansa na podwyżkę stóp postanowiły od razu zdyskontować część zmiany kursów. W rezultacie dolar umacniał się względem głównych walut w tym euro. W rezultacie umocnił się również do złotego.

Wzrost gospodarczy w Polsce

Podobnie jak w zeszłym roku apetyt ekipy rządzącej na sukces gospodarczy jest duży. Obecnie wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiada, że jest szansa na 3,5% w 2017 roku. Dla przypomnienia w zeszłym roku w pierwszym miesiącach również słuchaliśmy niesamowitych prognoz po czym z każdym kolejnym kwartałem były one negatywnie weryfikowane. Pewien niepokój budzi również u ekonomistów rozwinięcie strategii. Jeżeli słuchamy o wysokich wynagrodzeniach i bezpieczeństwie miejsc pracy to możemy mieć podejrzenie, że nie pójdzie to w parze z konkurencyjnością gospodarki. Pytanie zatem skąd weźmiemy ten wzrost. A nawet jeżeli się uda, to jego podstawy mogą okazać się mało stabilne skoro paliwem dla niego jest rosnący deficyt.

Co dalej z frankiem?

Temat przyszłości kursu franka jest bardzo popularny w Polsce, ze względu chociażby na liczbę kredytów hipotecznych wyrażonych w tej walucie. Większość prognoz była dotychczas uspokajająca wskazująca na nielogiczny parytet siły nabywczej, który w długim okresie powinien osłabiać szwajcarską walutę. Inne światło rzucił natomiast znany japoński bank inwestycyjny Nomura. Ich zdaniem status szwajcarskiej waluty skazuje ją na przewartościowanie idące nawet w parytet wymiany 1:1 na euro. Co to oznacza dla kredytobiorców walutowych nie trzeba tłumaczyć.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Współadministratorzy danych – ułatwienie dla grup przedsiębiorstw

Unijne przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO) wprowadziły udogodnienia dla grup przedsiębiorstw związane z ochroną danych osobowych. Dzięki przyjętym przepisom spółki należące do tej samej grupy kapitałowej będą mogły wspólnie zarządzać danymi.

Anna Dmochowska
Anna Dmochowska

Pojęcie współadministrowania nie jest obce polskiemu prawu. W aktualnie obowiązującej ustawie o ochronie danych osobowych jest przewidziana quasi instytucja współadministrowania danymi. 1 kwietnia 2016 r. weszła w życie zmiana art. 23 ust. 2a ustawy o ochronie danych osobowych zgodnie, z którą podmioty publiczne uważa się za jednego administratora danych, jeżeli przetwarzanie służy temu samemu interesowi publicznemu. Przepis ten spotkał się jednak z falą krytyki. Złożyło się na to parę czynników, m.in. brak wytycznych wskazujących jak ma kształtować się podział obowiązków i zadań między tymi podmiotami oraz niejasne określenie zakresów ich odpowiedzialności – mówi adw. Anna Dmochowska, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24.

Unia Europejska w przyjętym w maju 2016 r. rozporządzeniu o ochronie danych (RODO) podeszła zdecydowanie bardziej kompleksowo do kwestii współadministrowania danymi przez grupy przedsiębiorstw.

Zgodnie z nowymi regulacjami współadministratorami może być co najmniej dwóch administratorów, którzy wspólnie ustalają cele i sposoby przetwarzania danych, a także relacje między sobą. Przede wszystkim powinni oni określić zakresy swojej odpowiedzialności związanej z wypełnianiem obowiązków wynikających z RODO. Warto zauważyć, że treść tych uzgodnień musi zostać udostępniona  osobom, których dane dotyczą. Może to nastąpić zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej np. na stronie internetowej. Niezależnie od porozumień zawartych w kręgu współadministratorów, osoba której dane dotyczą może dochodzić swoich praw przysługujących jej na gruncie RODO wobec każdego z administratorów danych osobowych.

Wprowadzenie pojęcia współadministratora danymi do RODO będzie dużym ułatwieniem zwłaszcza dla grup kapitałowych, których obowiązujące przepisy ustawy o ochronie danych osobowych do tej pory „nie widziały”. Wiązało to się z utrudnieniami w przekazywaniu danych osobowych pomiędzy spółkami jak i zatrudnianiu tych samych pracowników w ramach grupy.  Przepisy ochrony danych osobowych wreszcie wyszły naprzeciw grupom przedsiębiorstw upraszczając w ten sposób kwestie związane z procesem przetwarzania danych osobowych – wskazuje adw. Anna Dmochowska z ODO 24.

W 2017 złoto zagości w głównym nurcie inwestycji

Złoto zagości w głównym nurcie inwestycji. Właśnie tak może się stać – prognozuje Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark. I jako powód wymienia m.in. relacje USA z Rosją i Chinami, popularyzacje kruszcu w krajach azjatyckich, czy samą politykę banków centralnych.

– Wszystko wskazuje na to, że w 2017 roku złoto na dobre zagości w głównym nurcie inwestycji. Czynnikami, które mogą mieć na to wpływ jest np. relacja Stanów Zjednoczonych za administracji prezydenta Donalda Trumpa z Chinami i z Rosją. Mówi się też o nie do końca odpowiedzialnej polityce banków centralnych dotyczącej luzowania ilościowego walut, a także o konfliktach na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – mówi newsrm.tv Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Jak zauważa ekspert cały czas żyjemy w czasach niepewności i dużej zmienności, ale są też czynniki, które mogą przemawiać za umocnieniem się pozycji złota. – Mam na myśli przede wszystkim popularyzację złota w krajach azjatyckich, które cały czas się bogacą. To już nie tylko dotyczy Chin i Indii, ale również jest to Tajwan, Korea Południowa i Wietnam – wyjaśnia Robert Śniegocki.

Przewiduje się, że w tym roku kraje azjatyckie mają stanowić 60 proc. światowego PKB. W Chinach cały czas na popularności zyskują programy akumulacji złota. W Japonii są to programy emerytalne oparte o złoto. W Indiach natomiast posiadanie złota jest przeciwwagą w stosunku do oferty instytucji finansowych, w których trzeba ujawniać dochody. – Jednym z ciekawszych czynników, który może wpływać na umocnienie pozycji kruszcu, jest kwestia zmian w postrzeganiu złota przez prawo szariatu. Obecnie trwają prace z islamskimi instytucjami finansowymi, które mają doprowadzić do otwarcia się Bliskiego Wschodu na rynek złota. To może zapoczątkować całkowicie nową sytuacje i napływ blisko 2 bilionów dolarów na rynek złota. To może być bardzo podobna sytuacja, do tej, z którą mieliśmy do czynienia w 2011 roku. Wtedy przez wzmożone zakupy Chin cena złota notowała historyczne szczyty. Niewykluczone, że do tej sytuacji Bliski Wschód się również przyczynił – dodaje Robert Śniegocki.

Kościński: Elektroniczny paragon to korzyści dla wszystkich

Elektroniczny paragon nie będzie wyłącznie zdjęciem tradycyjnego paragonu. Będzie zawierał znacznie więcej informacji niż jego papierowa wersja, np. skład produktów spożywczych. Dzięki temu konsument będzie miał możliwość sprawdzenia, czy produkt nie zawiera składników, na które jest uczulony. Elektroniczny paragon będzie zawierał szereg informacji korzystnych dla konsumentów, sprzedawców i państwa.

– Jedną z największych wad tradycyjnego paragonu jest łatwa możliwość zgubienia go, natomiast paragon elektroniczny będzie na zawsze – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tadeusz Kościński, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju – Producenci towarów będą mieli dostęp do agregowanych danych i uzyskają dodatkowe informacje sprzedażowe. Pozwoli to precyzyjniej zarządzać cenami towarów i dostawami do sklepów oraz wprowadzać programy lojalnościowe. Sklepy dzięki dodatkowym informacjom z elektronicznych paragonów będą wiedziały, kiedy i jakie towary są najchętniej kupowane, czy należy poszerzyć asortyment oraz wydłużyć czas pracy sklepu. Państwo zyska w aspekcie podatkowym, a statystyki pochodzące z GUS-u będą szybciej dostępne. Ta zmiana wiąże się z olbrzymimi korzyściami dla wszystkich – podkreślił Kościński.

Tauron będzie współpracować ze start-up’ami

Energetyka na co dzień ma do czynienia z nowymi technologami. Elektrownie są stale modernizowane, aby spełniały wygórowane normy ochrony środowiska. Rozwijane są także sieci dystrybucyjne, by codziennie w bezpieczny i pewny sposób dostarczać energię do domów.

– Chcemy szukać odpowiedzi na nasze wyzwania w modelu open innovation – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Jarosław Broda, wiceprezes zarządu ds. strategii i rozwoju Tauron – Zapraszamy start-up’y i małe firmy do dialogu z nami, podczas którego jesteśmy w stanie udostępnić nasze doświadczenie i wiedzę z sektora energetyki. Dla wybranych rozwiązań możemy udostępnić nawet naszą bazę klientów i aktywów. Tauron zamierza w ten sposób wyłowić najlepsze rozwiązania, znaleźć niekonwencjonalne sposoby rozwiązywania problemów oraz nauczyć się współpracy ze start-up’ami i małymi firmami – podkreślił Broda.

Kolejne duże przejęcie na rynku hostingu i domen

Poznańska spółka H88 S.A., która w swoim portfelu posiada takie marki, jak: Domeny.pl, Hekko.pl, Ogicom czy Superhost.pl, dokonała kolejnej udanej akwizycji.

W styczniu 2017 roku do H88 S.A. dołączyła spółka Active24 Sp. z o.o.,  będąca dotychczas częścią międzynarodowej Grupy ACTIVE24 – jednej z największych w Europie firm oferujących rejestrację domen i usługi hostingowe. W wyniku transakcji H88 S.A. umocniła się na pozycji wicelidera w Polsce, zgodnie z rankingiem wht.pl „TOP 100 w Polsce”. Na serwerach DNS wszystkich marek spółki jest już łącznie ponad 345 tys. polskich domen internetowych.

Inwestycja w Active24.pl to kolejny krok realizujący strategię budowy zorientowanej rynkowo, dynamicznej i profesjonalnej firmy hostingowej, będącej liderem w Polsce. Zwiększamy nie tylko wolumen obsługiwanych klientów, ale wzmacniamy również nasze kompetencje, bogacąc je o cenne praktyki i doświadczenia kolejnego zespołu. Wierzymy, że pozwoli nam to jeszcze lepiej obsługiwać naszych klientów – powiedział Jakub Dwernicki, prezes zarządu H88 S.A.

Rekordowo wysoka aktywność najemców na rynku magazynowym

Rok 2016 to historycznie najlepszy okres na rynku powierzchni magazynowych, w którym podpisano umowy najmu łącznie na prawie 3,49 miliona mkw. Miniony rok był rekordowy nie tylko pod względem poziomu popytu, ale również ilości nowej powierzchni. W IV kwartale oddano na rynek jedynie 140 000 mkw., a pomimo to łączna podaż powierzchni magazynowej klasy A w całym 2016 roku osiągnęła rekordowy poziom 1,12 miliona mkw.

Z najnowszego raportu Poland Industrial Market View – Rynek Przemysłowy i Logistyczny w Polsce po 4 kw. 2016 przygotowanego przez firmę CBRE wynika, że zasoby powierzchni magazynowych w Polsce przekroczyły 11 milionów mkw. Rynek rozwija się proporcjonalnie we wszystkich regionach. Region warszawski wzbogacił się o 210 000 mkw., natomiast w pozostałych lokalizacjach pojawiło się w sumie 910 000 mkw.

Pomimo wysokiej aktywności deweloperów, dostępność wolnej powierzchni magazynowej jest wciąż ograniczona. W porównaniu z końcem 2015 roku (5%), wskaźnik pustostanów wzrósł o 0.9 pp i na koniec 2016 r. wyniósł 5,9%. W skali roku jest to nieznaczny wzrost spowodowany głównie powstawaniem coraz większej liczby projektów spekulacyjnych.

Aleksander Kuźniewski, CBRE
Aleksander Kuźniewski, CBRE

„Rok 2016 był wyjątkowo udany dla rynku powierzchni magazynowych, a 2017 zapowiada się równie optymistycznie. Apetyt deweloperów nie słabnie, a w budowie znajduje się kolejne 1,42 miliona mkw. Dobra sytuacja na rynku sprzyja realizacji obiektów spekulacyjnych. Aż 30% powierzchni magazynowych w budowie (410 000 mkw.) pod koniec 2016 roku powstawało spekulacyjnie. Ponieważ zapotrzebowanie najemców na nową powierzchnię stale rośnie deweloperzy nie boją się podejmować ryzyka i budują obiekty, które nie są przedmiotem wcześniejszych zamówień.” komentuje Aleksander Kuźniewski, Associate Director, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Przemysłowo – Logistycznych, CBRE.

Czynsze umowne pozostają na stałym poziomie, nie ukazując istotnych zmian w odniesieniu do poprzednich kwartałów. Obecnie najbardziej atrakcyjne powierzchnie przemysłowe i logistyczne wynajmowane są za około 2,40-3,90 EUR/mkw./m-c. Warszawa wciąż pozostaje najdroższą lokalizacją, ze stawkami czynszowymi na poziomie 4,00-5,50 EUR/mkw./m-c. Zauważalna jest coraz większa różnica między stawkami czynszów umownych i efektywnych.

Zmiany w zarządzie Eiffage Polska Budownictwo

W lutym b.r. na czele Eiffage Polska Budownictwo stanął David Lebot, jako prezes zarządu, któremu będą podlegały wszystkie działania Eiffage prowadzone w Polsce. W zarządzie EPB pozostaje Janusz Buława, jako wiceprezes. Do zarządu EPB dołączyli ponadto Marek Kowalik – Dyrektor Regionu Południowego i Bartłomiej Kłos – Dyrektor Regionu Północnego, od lat związani z Eiffage Polska Budownictwo.

„W Polsce stawiamy na rozwój działalności deweloperskiej, sukcesywny wzrost
i ciągłą poprawę konkurencyjności w działalności budowlanej. Firma wiele tu osiągnęła i wciąż ma wiele do zdobycia. Cieszę się, że mogę nią kierować na tym ważnym etapie rozwoju”
– powiedział David Lebot, prezes zarządu Eiffage Polska Budownictwo.

Davidowi Lebot podlega również spółka Eiffage Polska Serwis, w której Janusz Buława objął stanowisko wiceprezesa.

Zbigniew Zajączkowski odpowiada za rozwój zewnętrzny Grupy Eiffage w Polsce. Zmiany dotyczą także spółki Eiffage Immobilier Polska, której działalność – jako prezes – rozwijać będzie Zbigniew Zajączkowski, dotychczasowy prezes EPB. Wiceprezesem tej spółki jest David Lebot, a członkiem zarządu Janusz Buława.

David Lebot - prezes Eiffage Polska Budownictwo
David Lebot – prezes Eiffage Polska Budownictwo

David Lebot posiada ponad 20-letnie doświadczenie w pracy w międzynarodowych firmach budowalnych. Od maja 2013 do stycznia 2017 r. pełnił funkcję prezesa zarządu spółki Karmar – polskiej spółki z grupy Bouygues. Wcześniej był dyrektorem handlowym w firmie GFC Construction należącej do grupy Bouygues. Karierę zawodową rozpoczął w Bouygues w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie pracował przez sześć lat. Jest absolwentem paryskiej szkoły wyższej ESTP École Spéciale des Travaux Publics.

 

Bruksela zaostrza przepisy

Zapowiedziane na 2017r. wprowadzenie zmian legislacyjnych dotyczących delegowania pracowników może utrudnić ogromnej liczbie polskich pracowników dostęp do unijnego rynku pracy, ocenia Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia (SAZ). Oprócz szeroko komentowanej dyrektywy 96/71/WE, Komisja Europejska planuje również zmianę rozporządzenia 883/2004 w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego, w tym procedury wydawania zaświadczeń A1. Wprowadzenie zmian w proponowanym obecnie kształcie spowodować może znaczne zmniejszenie wpływów do ZUS oraz zwiększyć falę emigracji Polaków do krajów starej UE. Upaść może kilkaset agencji zatrudnienia specjalizujących się w delegowaniu pracowników, a polscy przedsiębiorcy będą w wielu przypadkach zmuszeni do przeniesienia działalności poza granice kraju.

Proponowane przez Komisję Europejską (KE) zmiany dotyczą m.in. rozporządzenia nr 883/2004 w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego oraz rozporządzenia (WE) nr 987/2009 dotyczącego wykonywania rozporządzenia (WE) nr 883/ 2004. Dotychczas delegowanie pracowników odbywało się najczęściej na podstawie art. 12 oraz art. 13 rozporządzenia 883/2004. KE proponuje istotną zmianę, dotykającą art. 13., który mówi o pracy naprzemiennej w dwu lub więcej krajach. Do tej pory głównym kryterium podlegania pod polski system ubezpieczeń przy art. 13 była praca nie marginalia. Aktywność zawodowa pracownika w kraju macierzystym powinna przekraczać 5 proc. – w zakresie jego wynagrodzenia lub 5 proc. jego czasu pracy. Zmiana, która ma być wprowadzona, polega na dodaniu do warunków art. 13 zapisu o konieczności „prowadzenia znacznej działalności” w kraju pochodzenia. Oznaczać to może dużą uznaniowość w określaniu ośrodka interesów a co za tym idzie ustawodawstwa właściwego dla ubezpieczeń społecznych.

Analogicznie do innych zapisów rozporządzenia można się spodziewać, że prowadzenie „znacznej działalności” będzie oznaczać wymóg osiągania, co najmniej 25 proc. obrotów w kraju pochodzenia.

„Propozycja dodania warunku „prowadzenia znacznej działalności” do art. 13 wydaje się być nietrafiona z powodu istoty tego przepisu, czyli pracy naprzemiennej. Nie uwzględnia ewentualnych skutków proponowanych zmian. Co więcej, jest powieleniem kłopotliwych pod względem interpretacji prawnej pojęć kwestionowanych w obowiązującej wersji rozporządzenia 883/2004. Komisja Europejska po raz kolejny stara się utrudnić  firmom, głównie z tzw. Nowej Unii, funkcjonowanie na wspólnym rynku” – komentuje Krzysztof Jakubowski, przewodniczący Sekcji Agencji Opieki, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji  Zatrudnienia.

Zdaniem ekspertów SAZ, zaproponowane przez KE zmiany legislacyjne mogą znacznie wydłużyć oraz skomplikować proces delegowania. Specjaliści podkreślają, że proponowane zmiany mogą doprowadzić do zewnętrznego sterowania procesem delegowania pracowników poprzez np. przedłużanie procedury, badania, długotrwałe kontrole, a nawet blokowanie wydawania zaświadczeń A1.

„Zaproponowane zmiany w procedurze wydawania A1 mogą doprowadzić do uznaniowości i ingerencji w proces decyzyjności państwa wysyłającego. ZUS może również zacząć żądać dodatkowych dokumentów celem zabezpieczenia się w przypadku podważenia wydania A1, co oczywiście może wpłynąć chociażby na czas wydania zaświadczenia. Co więcej, uznaniowość podstaw wydawania zaświadczeń A1 może utrudnić pracę polskich urzędów powodując lawinę odwołań. Podważone mogą zostać także wydane już zaświadczenia A1, co może się wiązać z wysokimi kosztami finansowymi dla polskich przedsiębiorców. Szacuje się, że w tym roku ilość wydanych zaświadczeń A1 przekroczy 500 tys. egzemplarzy. A więc zmiany legislacyjne dotkną ogromnej liczby polskich pracowników ” – tłumaczy Marta Bitner, koordynator Sekcji Agencji Opieki Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Eksperci Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia przypuszczają, że celem wprowadzenia proponowanych przez Komisje Europejską zmian jest doprowadzenie  do stałej emigracji a tym samym opłacania składek w państwie przyjmującym oraz przenoszenia tam firm.

„Coraz więcej państw wprowadza dodatkowe restrykcje i celowo utrudnia prowadzenie uczciwej działalności polskim przedsiębiorcom – przoduje w tym Francja” – dodaje Bitner. W efekcie polscy przedsiębiorcy zostaną zniechęceni do prowadzenia działalności m.in. wysokimi kosztami, niejasnymi procedurami za których nawet niecelowe naruszenie grożą wysokie kary finansowe. Zdaniem ekspertów SAZ, w niedalekiej przyszłości spodziewać się więc możemy ograniczenia wpływów do ZUS, podniesienia stałej migracji np. do Niemiec oraz upadku znacznego odsetka agencji zatrudnienia specjalizujących się w delegowaniu pracowników.

Prezes Fed Janet Yellen zainicjowała umocnienie dolara

Prezes Fed Yellen uderzyła w jastrzębie tony, choć siła USD utrzymała się tylko względem euro, jena i funta, ulatniając się w relacji do walut ryzykownych. Rynek nie obawia się przyspieszenia podwyżek stóp procentowych, a bardziej skupia się na korzyściach dla globalnej gospodarki z tytułu dobrej postawy USA. Dziś porcja danych z USA może wzmocnić oczekiwania na ruch Fed w marcu.

Swoim przemówieniem w Kongresie USA prezes Fed Janet Yellen zainicjowała umocnienie USD, nawet mimo tego, że mało było nowych informacji. Yellen głownie powtórzyła, że „nierozsądnym” byłoby zwlekanie z zacieśnianiem polityki pieniężnej, a jeśli gospodarka pozostanie na obecnym kursie, stosownym będzie podnosić stopy procentowe na „najbliższych posiedzeniach”. Dodała też, że Fed nie spekuluje o kształcie polityki fiskalnej i zmiany nie są uwzględnione w założeniach polityki monetarnej. Nowością były wzmianki odnośnie redukcji bilansu banku centralnego (który w czasie kryzysu finansowego napęczniał do 4,5 bln USD w skutek skupu obligacji skarbowych i innych instrumentów). Yellen powiedziała, że ta kwestia będzie w końcu szerzej dyskutowana, ale nie wcześniej nim proces normalizacji będzie w zaawansowanym stadium.

Zatem w gruncie rzeczy otrzymaliśmy potwierdzenie, że Fed dalej celuje w trzy podwyżki stóp procentowych w tym roku, a redukcja sumy bilansowej przestaje być tematem tabu, choć na poważnie będzie rozważana dopiero za jakiś czas, raczej nie w tym roku. Dla rynku to wystarczyło, by nakreślić siłę USD względem EUR, JPY i GBP, jednakże zyski dolara względem walut ryzykownych były nietrwałe. Ta odporność AUD, NZD, czy walut rynków wschodzących sugeruje, że przekaz Yellen został przede wszystkim odebrany jako sygnał dobrej postawy gospodarki USA, a nie zagrożenia prędkim zacieśnianiem monetarnym. W rezultacie nie godzi to w panujący nastrój wysokiego apetytu na ryzyko podpartego dowodami globalnej reflacji. Kolejny dzień poprawy rekordów na Wall Street przemawia za tą interpretacją. Póki rynki finansowe są wykazują oznak niepokoju, trudno oczekiwać, że crossy USD z walutami ryzykownymi nadgonią trendy zapoczątkowane przez EUR/USD, USD/JPY i GBP/USD.

Dalsza droga dolara będzie zależeć od tego, czy dane makro potwierdzą oczekiwania Fed odnośnie powrotu inflacji do celu i utrzymania silnego popytu konsumpcyjnego. Dziś otrzymamy styczniowy raport o inflacji, gdzie oczekuje się wzrostu CPI do 2,4 proc. r/r, co byłoby najwyższym odczytem od 2012 r. będzie to przede wszystkim zasługa skoku cen paliw, w rezultacie inflacja bazowa ma skorygować do 2,1 proc. r/r z 2,2 proc. w grudniu, choć to wciąż wyżej niż 2 proc. preferowane przez Fed. W przypadku danych z handlu, solidne odczyty ISM sugerują, że sprzedaż detaliczna bazowa powinna w styczniu wykazać odbicie po słabym wyniku w grudniu (prog. 0,3 proc. m/m). Dobre dane będą przemawiać za wzrostem oczekiwań na ruch Fed już w marcu.

Z pozostałych wydarzeń, od Riksbanku oczekujemy utrzymania parametrów polityki pieniężnej bez zmian, co oznacza pozostawienie stopy procentowej na -0,50 proc. oraz kontynuację już zapowiedzianego programu skupu aktywów do końca czerwca 2017 r. W Szwecji wskaźniki gospodarcze uległy poprawie, ale Riksbank nie będzie spieszył się ze zmianą nastawienia. Zbyt wczesny zwrot w jastrzębią stronę grozi przyspieszeniem aprecjacji korony, co zagrozi przyszłej ścieżce inflacji. Po środowej decyzji oczekujemy braku zmian w polityce pieniężnej. Korzyść z decyzji dla SEK może być ograniczona w oczekiwaniu na dane o inflacji w piątek.

Dziś mamy także dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii, gdzie wrażliwość funta będzie większa w przypadku rozczarowujących odczytów. Z USA napłyną też dane o aktywności biznesu w rejonie Nowego Jorku i produkcji przemysłowej. Yellen przemawia dziś drugi raz w Kongresie, a także otrzymamy komentarze dwóch innych członków Fed: Rosengrena (neutralny, niegłosujący) i Harkera (jastrząb, głosujący).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Euro w drugiej połowie roku może się istotnie umocnić

Ożywienie w strefie euro, stopniowe odchodzenie Europejskiego Banku Centralnego od ultra luźnej polityki monetarnej, wreszcie zadyszka dolara – wszystko to wpływa korzystnie na kurs euro, który w drugiej połowie roku może się istotnie umocnić.

Dolar za 1 euro? Jeszcze niedawno wydawało się, że osiągniecie parytetu na parze EUR/USD jest kwestią czasu, bo amerykańska waluta po sześciu latach umacniania się wobec europejskiej odpowiedniczki, pod koniec 2016 r. zyskała dodatkowo wiatr w żagle za sprawą wygranej Donalda Trumpa. Po trzech miesiącach od wyborów scenariusz dalszego wzmacniania się dolara wcale nie jest taki pewny. Są natomiast podstawy, żeby spodziewać się wzrostu kursu euro.

Symptomy zmian w eurolandzie

Wspólna waluta ma za sobą ciężki okres związany z wewnętrznymi problemami UE, a jej kurs dodatkowo znajdował się pod presją wydarzeń za oceanem. Europejska gospodarka znacznie wolniej wychodzi z kryzysu niż amerykańska, która radzi sobie na tyle dobrze, że bank rezerw federalnych zarzucił już dawno politykę luzowania ilościowego i wszedł na ścieżkę zacieśniania polityki monetarnej. W euro strefie bank centralny kontynuuje ultra liberalną politykę pieniężną, choć można zaobserwować pewne zmiany w podejściu EBC do jej kontynuowania. Program stymulacji gospodarki euro landu (QE – luzowanie ilościowe) został przedłużony do grudnia, ale od kwietnia redukcji ulegnie jego wartość z 80 mld euro do 60 mld EUR miesięcznie.  Można oczekiwać, że w przyszłym roku EBC będzie chciał powoli odchodzić od ultra luźnej polityki monetarnej, przejawiającej się ujemnymi  stopami  procentowymi oraz programem QE,  co będzie sprzyjać umacnianiu się europejskiej waluty.

W strefie euro oczekiwania jest kontynuacja umiarkowanego ożywienia gospodarczego opartego głównie na konsumpcji wewnętrznej. Rośnie też presja inflacyjna w poszczególnych krajach euro strefy i coraz liczniejsze są głosy na rzecz rewizji polityki EBC, co może skutkować odwrotem od ujemnych stóp procentowych.

Polityczne czynniki ryzyka

Euro może w drugiej połowie roku zacząć umacniać się wobec dolara, któremu powoli wyczerpuje się paliwo do dalszych wzrostów. Jego kurs w ostatnim czasie zwyżkował w związku z oczekiwaniami wobec nowej amerykańskiej administracji. Brak realizacji działań zapowiedzianych przez Donalda Trumpa może spowodować przecenę. Sam prezydent daje wyraźnie do zrozumienia, że dolar jest zbyt mocny. Niedawno guru zarządzającego portfelami obligacji  Bill Gross powiedział, że USA i świat potrzebują słabego dolara.

Niezależnie od zaklęć amerykańskiej administracji i części rynku, dolar wciąż jest w cenie ze względu na spodziewane podwyżki stóp w USA. Tyle, że dalszy potencjał wzrostu jego kursu może być ograniczony, gdyż podwyżki w znacznej części mogą być już w cenach. Poza tym,  historycznie rzecz ujmując dolar zawsze najmocniejszy był w momencie pierwszej z zapowiadanego cyklu podwyżek, a ta jest już za nami.

Wszystkie te czynniki powodują, że prognozy dla pary EUR/USD nie są wcale oczywiste i europejska waluta po słabszych latach może wrócić do formy. Cieniem na tegorocznych prognozach kładą się jednak ryzyka polityczne związane z całą serią wyborów w UE: parlamentarne w Holandii i Niemczech, prezydenckie we Francji. Wygrana populistycznych partii zwiększające prawdopodobieństwo rozpadu zarówno strefy euro jak samej Unii stanowi poważne ryzyko dla wspólnej waluty.

Konrad Grzelec, BGŻOptima