Prawie połowa bywalców kin lubi wyświetlane w nich reklamy. Wolą je od telewizyjnych

Prawie połowa bywalców kin lubi wyświetlane w nich reklamy. Wolą je od telewizyjnych 1

Najczęściej do kina chodzą osoby młode, mające nie więcej niż 44 lata, pracujące na etacie, ze średnim lub wyższym wykształceniem. To bardzo korzystna dla reklamodawców grupa odbiorców. Prawie połowa bywalców kin deklaruje, że lubi oglądać wyświetlane przed filmami reklamy, a 39 proc. uważnie je śledzi. Dwie trzecie jest zdania, że reklamy kinowe robione są dobrze i zachęcają do zakupów.

– Z roku na rok kina zajmują coraz większą część w budżetach reklamowych, przede wszystkim dlatego, że dokładnie docierają do widza, do osoby, którą dany marketer jest zainteresowany – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bianka Pawlewska, dyrektor zarządzający New Age Media. – Dokładnie wiemy, co taki konsument robi, ile zarabia. W ubiegłym roku wykonaliśmy badania. To tak naprawdę najbardziej atrakcyjna siła nabywcza w Polsce.

Według rezultatów ostatniej edycji badania preferencji widowni kinowej, ze szczególnym uwzględnieniem percepcji reklam, przeprowadzonego przez Nielsen Polska we współpracy z New Age Media do kina najczęściej (83 proc.) chodzą osoby młode mające nie więcej niż 44 lata, ze średnim lub wyższym wykształceniem. Większość zatrudniona jest na pełnym etacie. Drugą najliczniejszą grupę (19 proc.) stanowią studenci.

Prawie połowę stanowią millenialsi, czyli konsumenci w wieku od 21 do 34 lat. Na drugim miejscu (26 proc) plasują się przedstawiciele pokolenia X (35-49 lat). Najmłodsi, czyli pokolenie Z (14-20 lat), stanowią 16 proc., a osoby powyżej 49 roku życia – 11 proc. Grupy te chodzą do kina przynajmniej raz w miesiącu lub częściej.

Między 18 a 35 rokiem życia młodzi ludzie najczęściej kupują samochody, meblują mieszkania, nabywają nieruchomości, zakładają pierwsze karty, konta bankowe, zawierają umowy ubezpieczeniowe – zauważa Bianka Pawlewska. – W całej sferze zakupów jest to bardzo atrakcyjna grupa docelowa. Reklama kinowa jest dla nich skuteczną formą reklamy, która, szczególnie w połączeniu z telewizją czy internetem, przynosi zazwyczaj bardzo dobre rezultaty.

Reklama kinowa zbiera zwykle bardziej pozytywne opinie niż inne formy komunikacji marketingowej. Prawie połowa respondentów (47 proc. ) deklaruje, że lubi oglądać tego rodzaju produkcje, a 39 proc. przygląda się im uważnie. 64 proc. badanych jest zdania, że reklamy kinowe robione są dobrze i zachęcają do podjęcia decyzji zakupowej. Poza ekranem najbardziej zauważalne są przez widzów plakaty w holach, reklamy na monitorach (przy kasach i w holach), komunikaty na biletach oraz wydawane z biletem lub na bramkach ulotki.

 Kino to medium, o którym kilka lat temu mówiono, że niebawem całkowicie zniknie z rynku, bo pojawiły się domowe odtwarzacze, potem plazmy, a następnie 3D – przypomina Bianka Pawlewska. – Tymczasem widać wyraźnie, że rynek rośnie.

Według agencji mediowej Starcom udział reklamy kinowej w rynku jest niewielki. Jednak po trzech kwartałach 2016 roku dynamika wpływów reklamowych była najwyższa spośród innych segmentów rynku (+13,8 proc.). Najczęściej z tego medium korzystały firmy z branży mediów, żywności, telekomunikacji, napojów i alkoholi.

– Przez ostatnie lata bardzo modne było wiązanie kampanii digitalowych z innymi mediami. Natomiast kino rządzi się trochę innymi prawami. Odbiorca przychodzi tam dla relaksu, rozrywki, z partnerem przyjaciółmi. Widzowie zazwyczaj wyłączają telefon, bo spotykają się w grupie i chcą ze sobą porozmawiać – przekonuje Bianka Pawlewska. – Nowości technologiczne to dobry pomysł, ale powinny być one kierowane w stronę konsumenta, a nie samej reklamy. Mamy oczywiście kampanie łączone z techniką mobile i digital, Wi-Fi w holach kinowych. Ale najlepszy jest przekaz na ekranie i powiązanie go z formą promocji przed wejściem, hostessą, ambientem, interaktywnym stanowiskiem.

W dużych miastach zanieczyszczenia komunikacyjne stanowią 60 proc. wszystkich zanieczyszczeń. Odpowiedzialne są przede wszystkim silniki diesla i niesprawne pojazdy

W dużych miastach zanieczyszczenia komunikacyjne stanowią 60 proc. wszystkich zanieczyszczeń. Odpowiedzialne są przede wszystkim silniki diesla i niesprawne pojazdy 2

W największych miastach Polski za emisje szkodliwych pyłów odpowiedzialny jest przede wszystkim transport. Silne działanie rakotwórcze wykazują spaliny z silników diesla. Odpowiedzialni są także kierowcy, którzy szukając oszczędności, decydują się na samodzielny demontaż filtrów cząstek stałych. Zanieczyszczenia z transportu mogłyby być mniejsze dzięki kontrolom drogowym emisji spalin i niedopuszczaniu do ruchu przestarzałych i niesprawnych pojazdów.

 Z punktu widzenia motoryzacji problem ze smogiem to kwestia dbałości o samochody. Z jednej strony przez ich właścicieli, a z drugiej strony dbałości o powietrze, którym oddychamy w samochodzie, czyli przede wszystkim wymiana filtrów kabinowych w samochodach i filtrowanie powietrza – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Niedbała, zastępca dyrektora sprzedaży ds. wyposażenia warsztatów w Inter-Team.

Najważniejszą przyczyną zanieczyszczenia powietrza jest niska emisja. Raport Najwyższej Izby Kontroli w raporcie „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami” wskazuje, że odpowiada ona za ok. 90 proc. zanieczyszczeń, a 7 proc. generuje komunikacja. W największych miastach za ponad 60 proc. zanieczyszczeń odpowiada transport. Jak jednak podkreśla Niedbała, wszystko zależy od rodzaju samochodu i silnika. Toksyczne są zwłaszcza spaliny z silników diesla.

 Starsze diesle były nieco mniejszym zagrożeniem, choć nie miały filtrów cząstek stałych. Cząstka wydalana z układu wydechowego takiego samochodu była na tyle ciężka, że spadała bezpośrednio na ziemię, od razu po wydostaniu się z układu. W nowoczesnym dieslu z bezpośrednim wtryskiem w układzie common rail cząstka jest bardzo lekka i jest bardziej niebezpieczna. Stąd właśnie montaż filtrów cząstek stałych, żeby cząstka nie unosiła się w powietrzu tak, żebyśmy my jej nie wdychali, bo jest to związek rakotwórczy – tłumaczy ekspert.

Filtry cząstek stałych (DPF) mają za zadanie ograniczyć nadmierną emisję spalin poprzez zatrzymywanie cząstek stałych i ich wypalanie wewnątrz filtra. Po latach często wymagana jest wymiana filtra, ta zaś może kosztować kilka czy nawet kilkanaście tysięcy złotych. Część kierowców w poszukiwaniu oszczędności decyduje się na całkowity demontaż. Teoretycznie jest to nielegalne, w żaden sposób nie jest jednak ścigane, a podczas kontroli drogowej policjanci nie zwracają na to większej uwagi. Na Zachodzie mandaty za poruszanie się pojazdem bez filtra sięgają kilku tysięcy euro.

– Samochody uszkodzone albo zmodyfikowane w sposób niedozwolony, np. poprzez wymontowywanie filtrów cząstek stałych, są dla nas dużym zagrożeniem i mogą mieć duży wpływ na środowisko. Gdyby jednak na drogach były prowadzone kontrole, sytuacja na pewno by się poprawiła, a transport miałby zdecydowanie mniejszy wpływ na jakość powietrza – przekonuje Tomasz Niedbała.

Zapowiada się dobry rok dla firm budowlanych. Przybędzie im zleceń przy projektach infrastrukturalnych i mieszkaniowych

Zapowiada się dobry rok dla firm budowlanych. Przybędzie im zleceń przy projektach infrastrukturalnych i mieszkaniowych 3

Ubiegły rok nie był korzystny dla sektora budowlanego. Produkcja budowlano-montażowa była o ponad 14 proc. niższa niż w 2015 roku. Kolejne 12 miesięcy powinno być znacznie lepsze. Pojawi się więcej inwestycji infrastrukturalnych, nie powinno też brakować zleceń od deweloperów. Ryzykiem jest nadmierne spiętrzenie projektów.

– Rynek budowlany dzisiaj jest bardzo trudny i wymagający. Duzi gracze, którzy dotychczas nie działali na głównym dla nas rynku kubaturowym, w związku z brakiem kontraktów infrastrukturalnych stali się dla nas bardzo mocną konkurencją. Marże mocno spadają, natomiast koszty związane z produkcją rosną –podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Stankiewicz, wiceprezes zarządu Fundamental Group.

Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego produkcja budowlano-montażowa w grudniu ubiegłego roku była o 8 proc. niższa niż przed rokiem. W okresie styczeń–grudzień spadek był jeszcze większy i wyniósł 14,1 proc.

Jak twierdzą eksperci Deloitte w raporcie „Polskie spółki budowlane 2016 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży”, jest to związane z przesunięciem w czasie kluczowych projektów infrastrukturalnych realizowanych w ramach nowej perspektywy finansowej. Nie najlepszą kondycję sektora potwierdzają dane o upadłości przedsiębiorstw.

– Spadki produkcji budowlano-montażowej mocno dotykają firmy, mają duży wpływ na kondycję przedsiębiorstw – potwierdza Leszek Stankiewicz. – Dlatego szukamy nowych nisz, kolejnych rynków dla naszej firmy. Są nimi budowy infrastrukturalne, mieszkań na wynajem, projekty w modelu design and build. Wierzymy, że na tych rynkach będziemy zajmowali coraz lepsze miejsca i się tam odnajdziemy.

Duże znaczenie dla kondycji polskich firm budowlanych dotychczas miały zasilane pieniędzmi z poprzedniej unijnej perspektywy finansowej wielkie kontrakty infrastrukturalne. Z uwagi jednak na opóźnienia w realizacji obecnego budżetu UE (na lata 2014–2020) źródło to zacznie mieć znaczenie dopiero w tym roku.

 Przetargi, które nie odbyły się w 2016 roku, i projekty, które wtedy nie wystartowały, powinny ruszyć na początku tego roku. Widzimy już otwarte postępowania – zauważa Leszek Stankiewicz. – Sądzimy, że budownictwo infrastrukturalne ma bardzo dobre perspektywy rozwoju, podobnie jak kubaturowe. Liczba otwartych tam pozwoleń na budowę, które mają deweloperzy, jest bardzo zachęcająca.

W okresie minionych 12 miesięcy wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym na budowę ponad 211,5 tys. mieszkań. To o 12 proc. więcej niż w 2015 roku. O blisko 14 proc. wzrosła też liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto. Mimo podwyższenia wymaganego wkładu własnego w kredytach hipotecznych, eksperci nie spodziewają się znacznego spowolnienia akcji kredytowej.

 Dzisiaj mieszkania sprzedają się bardzo dobrze, kupują zarówno odbiorcy indywidualni, jak i instytucjonalni – wskazuje Leszek Stankiewicz. – W dużej mierze kupowane są one z zasobów gotówkowych. Myślę, że w 2017 roku trend ten będzie kontynuowany. Spodziewam się, że kolejne dwanaście miesięcy okaże się bardzo dobre zarówno dla deweloperów, jak i firm budowlanych.

Zagrożeniem – związanym z uruchomieniem przetargów infrastrukturalnych – może być ich nadmierne spiętrzenie.

– Duża liczba przetargów i projektów otwartych w tym samym momencie i prowadzonych w jednym czasie spowoduje wzrost związanych z nimi kosztów bezpośrednich, co może znacząco wpływać na rentowność kontraktów. Myślę, że firmy startujące w przetargach infrastrukturalnych będą brać pod uwagę to, że nie są to postępowania charakteryzujące się wysokimi marżami, ale za to wysokim ryzykiem – precyzuje Leszek Stankiewicz.

Niestabilna sytuacja w Europie zagrożeniem dla Polski. Kluczowe dla przyszłości UE będą wyniki wyborów we Francji i w Niemczech

Niestabilna sytuacja w Europie zagrożeniem dla Polski. Kluczowe dla przyszłości UE będą wyniki wyborów we Francji i w Niemczech 4

Nieprzewidywalność sytuacji politycznej w Unii Europejskiej to największe zagrożenie dla polskiej gospodarki – ocenia Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan. Zdaniem ekspertki Europa jest w rozsypce, a tylko silna i stabilna może się przeciwstawić temu, co może się wydarzyć w USA czy w Chinach. Kluczowe znaczenie będą miały wyniki wyborów we Francji i w Niemczech.

Żyjemy w takim świecie, gdzie nie wiadomo, co może być większym zagrożeniem. Akurat nie boję się tego, co zdarzy się w Stanach Zjednoczonych, bo wydaje mi się, że ten system jest bezpieczny, jeśli chodzi o instytucje – funkcjonowanie Kongresu, impeachment, przez co prezydent będzie pod dość dużą kontrolą. Sądzę, że największe zagrożenie jednak wynika z nieprzewidywalności tego, co się będzie działo w Unii Europejskiej – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Bank Światowy ocenia, że indeks niepewności jest obecnie na najwyższym poziomie od 1997 roku, czyli początku publikacji wskaźnika. W 2016 roku odbyły się wybory w krajach odpowiadających za 40 proc. światowego PKB, w tym w Stanach Zjednoczonych. Analitycy jeszcze przed wyborami ostrzegali, że zwycięstwo Donalda Trumpa będzie oznaczać niepewność na światowych rynkach. W tym roku wybory odbędą się w krajach generujących 30 proc. światowego PKB, m.in. w Chinach, Niemczech i Francji. Zdaniem Bochniarz to właśnie zmiany geopolityczne w 2017 roku będą mieć istotny wpływ na Polskę.

Mamy świadomość, że nawet po deklaracjach pani premier Theresy May niewiele się zdarzy, a dopiero po otwarciu procesu negocjacyjnego. Nie mamy pojęcia, jakie będzie do tego nastawienie w Unii, bo tam są bardzo różne tendencje – zaznacza Bochniarz.

Referendum z 2016 roku, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej, było wstrząsem dla większości analityków. Brytyjski parlament pracuje nad ustawą, która pozwoli premier Theresie May na uruchomienie procedury wyjścia z UE. Zgoda Izby Gmin i Izby Lordów jest konieczna, bo według Sądu Najwyższego rząd nie może samodzielnie uruchomić art. 50 Traktatu Lizbońskiego. Formalnie brexit ma się rozpocząć jeszcze w I kwartale.

Negocjacje mogą jednak potrwać kilka lat, tym bardziej że premier Wielkiej Brytanii zapowiada twardy brexit, a wśród innych członków Unii nie brakuje głosów, by ukarać Brytyjczyków za taką decyzję.

Przed nami też duże zagrożenie związane z wyborami we Francji, może mniej z wyborami w Niemczech, bo wszyscy wierzymy w to, że jednak tam się nic nie zmieni. Europa jednak zamiast się skupiać wokół jednego celu, jak być silnym, zwartym ekonomicznie i politycznie organizmem, aby przeciwstawić się temu, co będzie się działo w Stanach Zjednoczonych, czy w Chinach, jest w rozsypce – podkreśla prezydent Konfederacji Lewiatan.

W wiosennych wyborach prezydenckich we Francji jedną z głównych kandydatek pozostaje Marine Le Pen, liderka Frontu Narodowego. Zapowiada ona, że po wygranych wyborach przeprowadzi referendum ws. członkostwa Francji w UE. Obserwatorzy oceniają, że jej zwycięstwo może zagrozić stabilności w Europie i rozbudzić tendencje separatystyczne we Wspólnocie. W Niemczech kanclerz Angela Merkel nie może być pewna reelekcji we wrześniowych wyborach. Poważnym rywalem jest były przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Za miesiąc nowe władze wybiorą także Holendrzy. Sondaże dają przewagę antyeuropejskiej Partii Wolności Geerta Wildersa.

Brak jedności UE musi niepokoić. Nie da się ukryć, że my, jako Polska, nie wpisujemy się za bardzo w to, żeby tę Unię ustabilizować i żeby ona była silniejsza, niż jest w tej chwili – przekonuje Henryka Bochniarz.

200 mln zł na podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników. Wsparcie ma trafić do grup najbardziej zagrożonych bezrobociem

200 mln zł na podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników. Wsparcie ma trafić do grup najbardziej zagrożonych bezrobociem 5

Kryteria przyznawania środków z Krajowego Funduszu Szkoleniowego na podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników zmieniają się na korzyść beneficjentów. Pracodawcy mogą się starać o dofinansowanie do szkoleń m.in. dla osób po 45 roku życia i osób niepełnosprawnych, a urzędy pracy mają możliwość przekierowywania pieniędzy do regionów i sektorów, w których są one najbardziej potrzebne. W tym roku do wykorzystania jest 200 mln zł.

– Urzędy pracy będą miały większe możliwości przekierowywania środków na szkolenia do miejsc, gdzie są one najbardziej potrzebne i przyniosą najlepsze efekty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS). – Od 2016 roku nie ma już ograniczenia stosowania tego instrumentu tylko do 45. roku życia. Zmieniliśmy również rozporządzenie dotyczące Krajowego Funduszu Szkoleniowego, tak aby w sposób bardziej elastyczny kształtować takie szkolenia.

W planie Funduszu Pracy na ten rok przeznaczono blisko 200 mln zł na wydatki KFS. Środki finansowe mogą zostać przeznaczone na dofinansowanie kształcenia pracowników podejmowanego z inicjatywy lub za zgodą pracodawcy. Celem takiego działania powinno być dostosowanie umiejętności osób objętych szkoleniem do aktualnych wymogów rynkowych. Kwota dotacji zależy od wielkości firmy. Mikroprzedsiębiorcy mogą otrzymać 100 proc. kosztów szkolenia, małe, średnie lub duże przedsiębiorstwa – 80 proc., w obu przypadkach górną granicą jest 300 proc. przeciętnego wynagrodzenia, czyli ok. 12 tys. zł.

– To są znaczne środki na wsparcie przedsiębiorców, którzy chcą szkolić pracowników, i tych, którzy chcą znaleźć nowe miejsce pracy – wyjaśnia Stanisław Szwed. – Przygotowujemy pracownika pod przyszłą pracę. Są też szkolenia ustawiczne, czyli obejmujące zmianę kwalifikacji czy zawodu. Generalnie priorytetowe jest wsparcie grup najbardziej zagrożonych na rynku pracy, czyli z jednej strony osób mających więcej niż 45 lat, z drugiej strony osób niepełnosprawnych.

W priorytetach wydatkowania środków KFS znalazły się wsparcie zawodowego kształcenia ustawicznego w takich sektorach jak przetwórstwo przemysłowe, transport i gospodarka magazynowa, opieka zdrowotna i pomoc społeczna, wsparcie zawodowego kształcenia ustawicznego w zawodach deficytowych w danym województwie lub powiecie. Ponadto wsparcie kształcenia ustawicznego osób, które mogą udokumentować wykonywanie prac w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze przez co najmniej 15 lat, a którym nie przysługuje prawo do emerytury pomostowej. Z KFS wsparcie przysługuje także w zakładach pracy, w których rozpoczęto proces restrukturyzacji.

– Zainteresowanie wsparciem jest bardzo duże. Myślę, że prawie 200 mln zł to jest na dzisiaj dobre rozwiązanie, które skutecznie pomaga osobom na rynku pracy – mówi sekretarz stanu w MRPiPS. – Dokonywaliśmy zmian w tym instrumencie, ponieważ zdarzały się w poprzednich latach nadużycia. Chodzi o to, żeby oferta była szersza i bardziej elastyczna. Był zapis o tym, że kolejność zgłoszeń była decydująca przy przyznawaniu środków na szkolenia. Po północy się okazywało, że kilka firm w kraju obejmuje cały rynek. Teraz to zmieniamy. Uwzględniamy priorytety i faktyczne zapotrzebowanie.

Środki finansowe z KFS pracodawca może przeznaczyć na określenie potrzeb firmy w ramach kształcenia ustawicznego, kursy i studia podyplomowe realizowane z inicjatywy pracodawcy lub za jego zgodą, egzaminy umożliwiające uzyskanie dyplomów potwierdzających nabycie umiejętności, kwalifikacji lub uprawnień zawodowych. Dofinansowanie może być również wydane na badania lekarskie i psychologiczne wymagane do podjęcia kształcenia lub pracy zawodowej po jego zakończeniu oraz ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków w związku z udziałem w kształceniu ustawicznym.

Sieci handlowe będą zamykać najsłabsze sklepy. To może oznaczać problemy dla centrów handlowych

Sieci handlowe będą zamykać najsłabsze sklepy. To może oznaczać problemy dla centrów handlowych 6

Rynek powierzchni handlowych wciąż dynamicznie się rozwija. W ubiegłym roku powstało 15 takich obiektów. Deweloperzy coraz chętniej stawiają na mniejsze miasta, ok. 50 tys. mieszkańców. Duża liczba centrów handlowych sprawia, że część najemców po latach intensywnej ekspansji musi konsolidować swoje sieci i rezygnować z niektórych sklepów. To może oznaczać, że najsłabsze galerie popadną w tarapaty – prognozuje Karel Zeman z CBRE Global Investors na Polskę.

– Wciąż obserwujemy rozwój rynku. Niektórzy deweloperzy bardzo intensywnie starają się budować nowe centra handlowe, szukają różnych możliwości. Już coraz mniejsze miasta, na poziomie ok. 50 tys. mieszkańców lub mniej, mają centra handlowe. W niektórych większych miastach, w Warszawie, we Wrocławiu, na Śląsku czy w Gdańsku także powstaną nowe obiekty, co niekoniecznie jest dobrym pomysłem, bo konkurencja już teraz jest za wysoka – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karel Zeman, szef działu asset management w firmie CBRE Global Investors na Polskę.

Podaż nowoczesnej powierzchni handlowej na koniec 2016 roku wynosiła blisko 14 mln mkw. – wynika z raportu firmy Cushman & Wakefield. W ciągu ostatnich 12 miesięcy przybyło blisko 0,5 mln, w tym 15 centrów handlowych i dwa parki handlowe. W tym roku ma zostać oddanych kolejnych 560 tys. mkw., z ok. 650 tys. pozostających w budowie. To m.in. Wroclavia we Wrocławiu, Serenada w Katowicach, Galeria Północna w Warszawie i Gemini Park w Tychach. Zdaniem ekspertów C&W udział małych miast w całkowitej powierzchni powinien wzrosnąć do 18 proc.

 Na rynku centrów handlowych widzimy ostatnio trend konsolidacji sieci niektórych najemców, którzy parę lat temu intensywnie ekspandowali na rynku, a teraz zastanawiają się, czy ich wyniki są wystarczająco dobre. Prawdopodobnie niektóre sklepy tych sieci zostaną zamknięte, a to może oznaczać problemy dla centrów handlowych. Nie oznacza to, że cały rynek ma problem, ale widać dyferencjację między dobrymi a słabszymi centrami handlowymi – podkreśla Karel Zeman.

To może wynikać z dużego nasycenia centrami handlowymi w części miast. Raport opracowany przez Polską Radę Centrów Handlowych wskazuje, że wskaźnik nasycenia powierzchnią handlową w ośmiu największych aglomeracjach wynosi 612 mkw. na tysiąc mieszkańców, a w najbliższych latach ma wzrosnąć do 663 mkw. Według raportu firmy JLL wskaźnik nasycenia powierzchnią handlową w całym kraju na koniec 2016 roku sięgnął 248 mkw. na tysiąc mieszkańców (przy średniej europejskiej 206 mkw. i 264 mkw. dla Europy Zachodniej).

 Konsolidacja to problem wyników sieci, ich marży, bo panuje presja na ceny. Najemcy, żeby być konkurencyjni, obniżają swoje marże, zarabiają mniej i dlatego muszą się zastanowić, czy rzeczywiście utrzymywać całą sieć, czy po prostu zamknąć te najsłabsze elementy – tłumaczy ekspert CBRE Global Investors. – Nie wiem, czy to nastąpi jeszcze w 2017 roku, ale w przyszłości zobaczymy zapewne, że niektóre centra handlowe zostaną zamknięte.

Jak przekonuje Zeman, problem dotyczy tylko części polskich miast.

– To nie jest problem całej Polski, tylko na rynkach regionalnych, gdzie w jednym mieście jest naprawdę bardzo dużo projektów – mówi Karel Zeman. –Centra handlowe konstrukcyjnie nie dają się inaczej wykorzystać. Nie można zrobić z centrum handlowego mieszkaniówki choćby ze względu na szerokość budynków, czy brak okien. Tak naprawdę jedynym możliwym użyciem jest magazyn, ale nawet to jest bardzo skomplikowane, bo z kolei wysokość tych budynków jest za niska, jeśli nie mówimy o hipermarketach. Wydaje mi się, że nikt nie ma na to jeszcze pomysłu.

Eksperci C&W prognozują, że rocznie na polskim rynku będzie się pojawiać 10–20 nowych marek. W ubiegłym roku zadebiutowały 22 marki, a kilka zakończyło działalność.

Przyszłość centrów handlowych była jednym z tematów, o których przedstawiciele branży handlowej i deweloperów dyskutowali podczas konferencji CEE Retail Real Estate Awards w styczniu w Warszawie.

Sztuczna inteligencja zmieni cały sektor usług dla biznesu. Zagrożone 200 tys. miejsc pracy

Sztuczna inteligencja zmieni cały sektor usług dla biznesu. Zagrożone 200 tys. miejsc pracy 7

Rozwój technologii i sztuczna inteligencja wpłyną w najbliższych latach na rynek pracy w Polsce. Eksperci Accenture szacują, że automatyzacja może zagrozić całej branży usług szacowanej obecnie na około 200 tys. miejsc pracy. Roboty przejmą jednak głównie proste czynności, a jednocześnie pojawią się nowe stanowiska związane z obsługą i udoskonalaniem tych maszyn.

– Sztuczna inteligencja dotknie około 200 tys. miejsc pracy w sektorze usługowym. Jest to branża, która w ostatnich dwóch dekadach powstała w Polsce od zera i cały czas się rozwija. Jednak sztuczna inteligencja będzie w stanie wiele miejsc pracy w tym sektorze zastąpić lub zmienić w taki sposób, że proste czynności wykonywane przez ludzi przejmą roboty. W zamian pojawią się natomiast miejsca pracy związane z budowaniem i udoskonalaniem takich maszyn – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture Technology w Polsce.

Z tegorocznego raportu „Technology Vision 2017” przygotowanego przez firmę Accenture wynika, że technologia będzie w coraz większym stopniu zmieniać sposób pracy w centrach usług. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL, które zrzesza globalnych inwestorów, wynika, że w ubiegłym roku działało w Polsce prawie 940 centrów usług, które zatrudniały łącznie 212 tys. pracowników.

Prognozy mówią, że do 2020 roku zatrudnienie w branży nowoczesnych usług dla biznesu może znaleźć 300 tys. pracowników. Obok motoryzacji to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów. Powoli zaczyna mieć on problem z coraz większym niedoborem wykwalifikowanej kadry. Z raportu Accenture wynika, że rozwiązaniem tego problemu i szansą na szybszy rozwój branży może się okazać automatyzacja i wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wdrożenie rozwiązań technologicznych opartych na sztucznej inteligencji może mieć pozytywny wpływ nie tylko na sektor usługowy, lecz także na całą polską gospodarkę – prognozują eksperci Accenture.

– Jest wiele sektorów gospodarki, które od wielu lat zmagają się ze spadającymi marżami i przychodami. Dotyczy to chociażby branży telekomunikacyjnej czy bankowej. One mają ogromny kapitał swoich lojalnych klientów, o których wiedzą bardzo dużo i są w stanie zaoferować im zupełnie nowe usługi – mówi Jacek Borek.

Zdaniem dyrektora zarządzającego Accenture Technology sztuczna inteligencja i rozwój technologii mogą w kolejnych dekadach poważnie zachwiać rynkiem pracy. Jednak korzyści z automatyzacji dorównują zagrożeniom.

 Im szybciej podejmiemy wyzwania związane ze sztuczną inteligencją, tym szybciej osiągniemy korzyści i będziemy w stanie zniwelować zagrożenia. Najważniejsza jest świadomość i zrozumienie trendów technologicznych. To pozwoli osobom zarządzającym indywidualnie decydować o tym, jak je wykorzystać, aby być jeszcze bardziej efektywnym i skutecznym. Zaniechanie tego na obecnym etapie może doprowadzić do tego, że potem będzie już za późno – mówi Jacek Borek.

Tegoroczny raport „Technology Vision 2017” Accenture nakreśla pięć głównych trendów technologicznych na nadchodzące lata. Po pierwsze, sztuczna inteligencja stanie się nowym interfejsem użytkownika. Coraz częściej użytkownicy będą komunikowali się z maszynami, wykorzystując język naturalny. Prawie 80 proc. respondentów w badaniu Accenture jest przekonanych, że sztuczna inteligencja zrewolucjonizuje sposób interakcji z klientami.

Na znaczeniu będą zyskiwać też platformy o globalnym zasięgu zapewniające dostęp do różnego rodzaju usług. To kontynuacja trendu, na fali którego popularność zdobyły m.in. Uber czy Airbnb. Natomiast urządzenia elektroniczne będą w coraz większym stopniu dostosowywać się do potrzeb i oczekiwań użytkowników. Technologiczny wyścig wygra ten, kto zapewni swoim klientom jak najlepsze doświadczenia.

Kolejny trend zakłada, że firmy będą coraz aktywniej poszukiwać nowych obszarów rozwoju, między innymi poprzez współpracę ze start-upami. Dwie trzecie przedsiębiorców zapytanych przez Accenture przyznaje, że ich firmy zaczynają działać w całkowicie nowych, cyfrowych realiach.

W kolejnych latach na popularności mają zyskiwać również elastyczne formy zatrudnienia. Będzie dotyczyć to zarówno pracodawców, jak i pracowników. 85 proc. przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej planuje w większym zakresie korzystać z usług niezależnych i wysoko wykwalifikowanych freelancerów. Polska jest jednym z liderów w tym zakresie z uwagi na popularność samozatrudnienia jako formy współpracy.

 W polskiej gospodarce mamy wręcz zagłębie bardzo kreatywnych informatyków, którzy stopniowo przebijają się na rynki globalne. Polska jest również jednym z europejskich liderów w sektorze usług informatycznych i szeroko rozumianego outsourcingu. Moim zdaniem te trendy technologiczne pozwolą małym i średnim firmom wypłynąć na rynki globalne poprzez oferowanie coraz to nowych usług dla centrów serwisowych – mówi Jacek Borek.

Dyrektor zarządzający Accenture Technology zauważa, że już teraz zaawansowane technologia i sztuczna inteligencja mają coraz większy wpływ na życie codzienne.

– Wiele osób praktycznie nie wyobraża sobie życia bez nawigacji w telefonie. Może nie zdajemy sobie sprawy z tego, ale już korzystamy ze sztucznej inteligencji na co dzień. Przełom nastąpi wtedy, kiedy zastąpi ona człowieka w czynnościach życia codziennego, jak na przykład w rezerwacji wizyty u lekarza. Zamiast posługiwać się klawiaturą komputera czy ekranem telefonu, będzie można mówić do maszyny naturalnym językiem, a ona zrozumie, przełoży to na całą serię zapytań do bazy danych i jeszcze odpowie w zrozumiały sposób. I będzie to robić 24 godziny, 7 dni w tygodniu, bez opóźnień –mówi Jacek Borek.

IT w Ubezpieczeniach GigaCon – 2 marca 2017 r. – Warszawa

Ubezpieczeniach GigaConDrugiego marca w Hotelu Courtyard by Marriott w Warszawie odbędzie się XVI edycja BEZPŁATNEJ konferencji „IT w Ubezpieczeniach GigaCon”. Na konferencji zaprezentowane zostaną najnowsze rozwiązania technologiczne dla branży ubezpieczeniowej. Konferencja obfitowała będzie w dyskusje na temat o perspektyw rozwoju, charakterystyki oczekiwań i potrzeb klientów, natomiast zaproszeni goście opowiedzą o swoich doświadczeniach i nowych trendach w branży ubezpieczeniowej.
Oto pierwsze wykłady:
  • Alfresco, Activiti w firmach ubezpieczeniowych w Polsce i na świecie.
  • Marcin Makowski (BeOne);
  • Wpływ ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) na działalność sektora ubezpieczeń – przegląd zagadnienia.
  • Paweł Gruszecki (Kochański Zięba i Partnerzy);
  • Różnice w postrzeganiu release oprogramowania przez zespół IT oraz gestorów biznesowych usługi IT dla branży ubezpieczeniowej.
  • Michał Jakóbiak i Rafał Pawlak (Niezależni Eksperci);

Wszystkich reprezentantów Towarzystw Ubezpieczeniowych Zachęcamy do śledzenia strony wydarzenia, gdyż codziennie publikujemy nowe informacje!

Rejestracja dostępna pod linkiem: http://gigacon.org/event/ubezp_waw_17/
*Uwaga liczba miejsc ograniczona

Dziesięć mitów na temat tłumaczenia i tłumaczy

Vasilijs Ragacevics
Vasilijs Ragacevics, Skrivanek sp. z o.o. – Agencja tłumaczeń i szkoła językowa

Różni ludzie postrzegają język w bardzo różny sposób. Zauważyliśmy, że w naszej branży pojawia się wiele mitów na temat tłumaczenia i tłumaczy. Przedstawiamy te, z którymi spotykamy się najczęściej.

  1. Tłumaczem może zostać każdy, kto zna przynajmniej jeden język obcy

Dobra znajomość języka nie oznacza, że dana osoba będzie dobrym tłumaczem. Umiejętności i wiedza, takie jak: biegłość w języku obcym, znajomość składni, słowotwórstwa oraz zagadnień związanych z stylem, a także tzw. lekkie pióro, to zaledwie część kompetencji profesjonalnego tłumacza. Równie ważna jest znajomość kultury i środowiska, w których dany język obcy jest językiem aktywnej komunikacji. Tłumacze muszą także orientować się w różnych technologiach i obszarach merytorycznych związanych z tłumaczonymi tekstami, właściwie zarządzać swoim czasem, umiejętnie radzić sobie ze stresem oraz cechować się samokrytycyzmem. Kolejnymi niezmiernie ważnymi aspektami są kreatywność pozwalająca na przekładanie idei wyrażonych w obcym języku oraz – co może wydawać się oczywiste – doskonała znajomość języka ojczystego. Aby sprawnie wykonywać swój zawód, tłumacze najpierw przez wiele lat studiują i zbierają doświadczenia, a następnie na bieżąco doskonalą umiejętności.

  1. Tłumacz może przetłumaczyć wszystko

Profesjonalni tłumacze specjalizują się zwykle w jednej lub kilku tematykach. W ramach obranej specjalizacji dogłębnie opanowują terminologię z danej dziedziny, a także śledzą nowości i zmiany w danej branży. Często wybór specjalizacji wiąże się z osobowością i zainteresowaniami tłumacza. Są na przykład osoby pracujące wyłącznie przy tłumaczeniach kreatywnych, są również i takie, które tłumaczą tylko teksty prawnicze, ponieważ dobrze znają prawo i rozumieją specyficzny język przepisów i regulacji.

  1. Każdy tekst da się przetłumaczyć szybko

Proste teksty da się przetłumaczyć względnie szybko. Jednak wysokiej jakości tłumaczenie wymaga korekty (czasem kilku różnych korekt). Zatem tłumaczenia realizowane w trybie natychmiastowym są rzadkością. Tłumaczenie to bardzo odpowiedzialne zadanie. Tłumacze i korektorzy są w pełni odpowiedzialni za jakość swojej pracy, nie mogą wykonywać jej w pośpiechu. W przypadku, w którym tłumacz sam sprawdza swoje tłumaczenie, powinien to robić dopiero następnego dnia. Wówczas ma możliwość ocenić tekst świeżym okiem.

  1. Każdy tekst ma tylko jedno poprawne tłumaczenie

Tłumaczenie nie polega na bezpośrednim zastępowaniu słów w języku źródłowym słowami w języku docelowym. W procesie tłumaczenia zmianie ulega cała struktura tekstu. Jest zatem jak najbardziej możliwe, że to samo zdanie zostanie przetłumaczone przez dwóch tłumaczy na dwa różne sposoby i oba tłumaczenia będą poprawne.

  1. Tłumacze pisemni wykonują również tłumaczenia ustne

Tłumaczenie pisemne i tłumaczenie ustne to dwie różne sprawy. Tłumacz pisemny pracuje z tekstem, a tłumacz ustny ze słowem mówionym. Co za tym idzie – tłumaczenia pisemne i ustne wymagają innych umiejętności.

  1. Tłumaczenia komputerowe zastąpią wkrótce prawdziwych tłumaczy

Tak zwane tłumaczenia maszynowe przydają się wtedy, gdy chcemy szybko zorientować się w głównym przesłaniu tekstu (i sprawdzają się zazwyczaj wyłącznie w przypadku najpopularniejszych, globalnie używanych języków). Całkiem możliwe, że w przyszłości część tekstów można będzie skutecznie tłumaczyć przy użyciu takich programów. Programy takie nie zastąpią jednak nigdy ludzi (tłumaczy i korektorów) – większość tekstów jest niepowtarzalna i ich zrozumienie wymaga myślenia.

  1. Narzędzia do tłumaczenia maszynowego i narzędzia do tłumaczenia wspomaganego komputerowo (CAT) oparte na technologii pamięci to to samo

W odróżnieniu od wspominanych powyżej narzędzi do tłumaczenia maszynowego narzędzia oparte na technologii pamięci tłumaczeniowej (oprogramowanie CAT) to aplikacje od dawna używane w codziennej pracy przez specjalistów zajmujących się tłumaczeniem. Stosowanie narzędzi CAT umożliwia budowanie baz danych zawierających wcześniejsze tłumaczenia wykonane dla danego klienta, a w przypadku, gdy kolejne projekty zawierają powtarzające się fragmenty, pozwala przyspieszyć pracę i zmniejszyć koszty realizacji. Bazy pamięci w programach CAT działają jak słowniki: pozwalają sprawdzić, w jaki sposób dane słowo, zdanie lub wyrażenie przetłumaczono wcześniej.

  1. Tłumaczenie może być jednocześnie dobre, tanie i szybkie

Choć cele projektu tłumaczeniowego mogą się różnić, w każdym przypadku wchodzą w grę trzy główne czynniki: tempo realizacji, budżet i jakość. W żadnym wypadku nie da się pogodzić ze sobą krótkiego terminu wykonania, niskiego budżetu i wysokiej jakości. Jednak w pewnych okolicznościach udaje się zrównoważyć dwa czynniki. Na przykład bardzo dobre tłumaczenie możemy otrzymać za względnie niską cenę, jednak w żadnym razie nie w trybie ekspresowym, ani nawet we względnie krótkim terminie. Tłumaczenie to proces angażujący szereg specjalistów, każdy z nich będzie musiał mieć wystarczająco dużo czasu na wykonanie swojej pracy. Z drugiej strony – zrównoważenie nawet dwóch czynników udaje się tylko do pewnego stopnia. Na przykład: jeśli klient jest skłonny zapłacić fortunę za tłumaczenie pilnego dokumentu i tekst zostanie podzielony na kilku specjalistów skuszonych atrakcyjną stawką, bardzo trudno będzie zapewnić spójność tekstu.

  1. W biurach tłumaczeń pracują tylko studenci

Każdy kiedyś zaczyna – rozwój wszelkich umiejętności zaczyna się od pierwszego kroku. Zdobywanie praktycznego doświadczenia jest ważne, jednak żadne poważne biuro tłumaczeń nie zleci swoich projektów studentom. Oczywiście chętnie przyjmuje się ich na staże, w ramach których pomagają w czynnościach związanych z obsługą zleceń, a jeśli już tłumaczą, to wyłącznie krótkie i proste teksty pod ścisłym nadzorem doświadczonych tłumaczy. Rekrutacja specjalistów z branży językowej przebiega według ścisłych kryteriów i zgodnie ze specjalistycznymi normami (ISO 17100). Duże znaczenie ma również kwestia zachowania poufności, zatem każdy specjalista, który pozytywnie zaliczy tłumaczenie tekstów próbnych, podpisuje z biurem umowę o poufności. Profesjonalne biuro tłumaczeń stara się nawiązywać z klientami długofalową współpracę i dbać o ich zadowolenie ze świadczonych usług.

  1. Wszyscy pracownicy biur tłumaczeń to tłumacze

Osoby z dobrą znajomością języków obcych często starają się o pracę w biurach tłumaczeń, aby na co dzień wykorzystywać i doskonalić swoje umiejętności językowe. Jednak nie wszyscy pracownicy biur tłumaczeń to lingwiści lub tłumacze. W działach księgowości, zarządzania projektami, sprzedaży, marketingu i innych pracują specjaliści w swoich dziedzinach, a nie tłumacze.

Autor: Vasilijs Ragacevics, agencja tłumaczeń i szkoła językowa Skrivanek sp. z o.o.


tłumacz online


Rynki czekają na wystąpienie Janet Yellen przed amerykańskim Kongresem

Dolar oraz amerykańskie indeksy nieznacznie tracą na wartości przez niepewność związaną z dzisiejszym wystąpieniem prezes Fed-u przed Kongresem.

Takie wystąpienie ma miejsce 2 razy w roku. Janet Yellen będzie odpowiadać na nim na pytania kongresmenów odnośnie przyszłego kształtu polityki pieniężnej i oceny bieżącej sytuacji ekonomicznej przez Fed. Spodziewamy się, iż Yellen będzie bronić regulacji bankowych wprowadzonych po kryzysie w latach 2007-2008, które teraz chce znieść administracja prezydenta Donalda Trumpa. Natomiast w kwestii poziomu stóp procentowych nie spodziewamy się zmiany stanowiska względem komunikatu ogłoszonego 1 lutego przez FOMC. Oznacza to stopniowe podnoszenie poziomu stóp procentowych w razie dalszego mocnego wzrostu nowych miejsc pracy i zbliżania się lub przekroczenia poziomu inflacji do długoterminowego celu inflacyjnego, czyli 2,0 proc.

Para EURUSD przed wystąpieniem prezes Fed-u handluje stabilnie w pobliżu poziomu 1,0610, a para USDJPY nieznacznie traci handlując w pobliżu poziomu 113,60.

Amerykańskie indeksy nieznacznie tracą po tym, jak osiągnęły wczoraj kolejne rekordowe poziomy cenowe. Indeks S&P500 handluje około 0,2 proc. poniżej osiągniętego wczoraj historycznego szczytu na poziomie 2331 punktów. Indeks Dow Jones handluje 0,1 proc. poniżej wczorajszego historycznego szczytu na poziomie 20441 punktów. Również indeks spółek technologicznych NASDAQ handluje 0,2 proc. poniżej wczorajszego historycznego szczytu na poziomie 5755 punktów.

W dniu dzisiejszym mieliśmy wysyp europejskich danych odnośnie poziomu wzrostu gospodarczego w IV kwartale 2016 roku oraz styczniowej inflacji.

Wzrost gospodarczy w strefie euro wyniósł 0,4 proc. kwartał do kwartału oraz 1,7 proc. rok do roku. Jest to poniżej oczekiwanego przez analityków wzrostu na poziomie 0,5 proc. kwartał do kwartału oraz 1,8 proc. rok do roku. Jest to również o 0,1 proc. niższy wzrost niż w III kwartale. Przyczyną niższego wzrostu PKB są gorsze odczyty wzrostu gospodarczego Niemiec, Włoch i Holandii oraz niespodziewany spadek PKB w Grecji.

Negatywnie zaskoczył również inwestorów odczyt inflacji brytyjskiej.

W styczniu inflacja wyniosła 1,8 proc. rok do roku, czyli blisko oczekiwań analityków na poziomie 1,9 proc. W wyniku tych danych funt brytyjski osłabił się do głównych walut, a szanse na podwyżkę stóp procentowych w 2017 roku przez Bank Anglii zmalały. Para GBPUSD traci obecnie 0,4 proc. i handluje w pobliżu poziomu 1,2470, a para GBPJPY 0,7 proc. i handluje w pobliżu poziomu 141,50. Para EURGBP zyskuje 0,6 proc. i handluje w pobliżu poziomu 0,8510. Również polski złoty umacnia się 0,7 proc. w stosunku do funta, za którego należy płacić już jedynie ok. 5,06 zł.

Wzrost gospodarczy w Polsce zaskoczył analityków tym razem pozytywnie. PKB rok do roku w IV 2016 roku wzrosło o 2,7 proc., czyli powyżej oczekiwanego przez analityków 2,5 proc. wzrostu.

Jednak zarówno złoty, jak i polska giełda zignorowały ten dobry odczyt. Para EURPLN traci jedynie 0,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,30. Podobnie zachowuje się para CHFPLN, handlując w pobliżu poziomu 4,04. Trochę więcej – ok. 0,25 proc. traci para USDPLN, handlując w pobliżu poziomu 4,06. Indeks WIG20 przyhamował wzrosty z ostatnich sesji i traci obecnie ok. 0,2 proc., handlując w pobliżu poziomu 2175 punktów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Dane nt. polskiego PKB w IV kw. 2016 wsparły złotego

Lepsze od prognoz dane nt. polskiego PKB w ostatnim kwartale 2016 wsparły złotego, wpisując się tym samym w scenariusz przyspieszenia gospodarczego. To jednak już historia, a o najbliższej przyszłości złotego, podobnie jak w przypadku wielu innych rynków, zdecyduje to co dziś powie Janet Yellen w Kongresie.

W IV kwartale ub.r. polska gospodarka wyraźnie przyspieszyła. Jak wynika z opublikowanych dziś przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) wstępnych szacunków, roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB) ukształtowała się na poziomie 2,7% wobec 2,5% kwartał wcześniej i wobec 2,5% prognozowanych przez ekonomistów. To nie tylko wpisuje się w scenariusz lokalnego dołka koniunktury w III kwartale 2016 i bazującego na wzroście inwestycji przyspieszenia w kolejnych kwartałach, ale też może budzić nadzieje na to, że to przyspieszenie będzie znaczące większe.

Jeszcze lepiej prezentują się dane o PKB w relacji kwartalnej. Pokazują one wzrost o 1,7% K/K, po tym jak w III kwartale było to (po korekcie w górę) 0,4%. Dane nie tylko okazały się lepsze od konsensusu (1,3% K/K), ale też jest to najlepszy wynik od 2007 roku. Co więcej, jak wynika z opublikowanych również dziś danych przez Eurostat, to  prawdopodobnie (bo jeszcze brakuje danych z niektórych krajów) też najlepszy wynik w całej Unii Europejskie.

Złoty zareagował umocnieniem na PKB, zyskując do wszystkich głównych walut. O godzinie 15:25 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3025 zł, USD/PLN 4,0550 zł, CHF/PLN 4,0380 zł, a GBP/PLN 5,0572 zł. W tym ostatnim przypadku dodatkowym czynnikiem spychającym notowania funta w dół okazały się dane o niższej od prognoz inflacji w Wielkiej Brytanii, co ograniczyło, i tak już niewielkie, obawy przed przyszłym zaostrzeniem polityki monetarnej przez Bank Anglii.

Na danych o PKB prawdopodobnie nie skończą się dobre wiadomości z polskiej gospodarki. Jest realne, że publikowane w najbliższy piątek raporty nt. styczniowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, również przekroczą rynkowe prognozy. Tyle tylko, że póki co, ani dzisiejsze dane, ani te piątkowe, istotnie nie zmieniają ogólnego spojrzenia na sytuację gospodarczą i złotego. Obserwowane przyspieszenie wzrostu gospodarczego, podobnie jak równoczesny silny skok inflacji, jest już w cenach. Nie powoduje to też, zmiany spojrzenia na przyszłe decyzje Rady Polityki Pieniężnej. W dalszym ciągu scenariuszem bazowym pozostaje podwyżka stóp w Polsce dopiero w 2018 roku. Dlatego też, jakkolwiek dziś widzimy umocnienie złotego, to rynek będzie potrzebował zdecydowanie silniejszych impulsów, żeby  notowania EUR/PLN mogły na trwałe zagościć poniżej 4,30 zł, a dolara i szwajcarskiego franka poniżej bariery 4 zł.

Umocnienie złotego w reakcji na PKB to w tej chwili już historia. O tym na jakich poziomach polskie pary zakończą wtorkowe notowania, a także w którym kierunku będą one podążać w kolejnych dniach, zdecyduje to co do powiedzenia będzie miała Janet Yellen. Szefowa Fed zaprezentuje półroczny raport Fed nt. polityki monetarnej, a następnie odpowie na pytania senatorów z Komisji Bankowej Senatu USA. Będzie to nie tylko główne wydarzenie dnia, ale też tygodnia. Można oczekiwać, że wystąpienie Yellen będzie utrzymane w jastrzębiej retoryce. Nie mniej jednak szefowa Fed w kwestii polityki monetarnej nie powinna niczym szczególnym zaskoczyć. Stąd też być może dla rynków dużo ważniejsze niż kwestia stóp procentowych w USA, będą wszelkie odniesienia Yellen do polityki gospodarczej proponowanej przez prezydenta Trumpa.

Opisywany raport o PKB nie zdołał poprawić natomiast humorów inwestorów na warszawskiej giełdzie, gdzie na 1,5 godz. przed końcem notowań indeks WIG20 spada o 0,2%. W gronie spółek rosnących tworzących ten indeks wyróżnia się Lotos i LPP. Na drugim biegunie znajdują się zaś akcje Orange Polska. Tracą one ponad 11%. W ten sposób inwestorzy zareagowali na gorsze od oczekiwań wynik spółki oraz informację, że nie wypłaci ona dywidendy za 2016 roku.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Jakub Stasik o dzisiejszym wystąpieniu szefowej FED

Dziś szefowa FED Janet Yellen wypowie się przed Komisją Bankową Senatu USA, co do planów dotyczących ewentualnej podwyżki stóp procentowych. W skrajnej wersji pierwsza podwyżka byłaby w marcu. Te decyzje będą miały wpływ na kurs dolara.

Więcej na ten temat w materiale wideo, przygotowanym przez MarketNews24.

Koniec tłustych lat dla pracownika? Wynagrodzenia w Polsce wyhamują

Duży spadek inwestycji w Polsce jest zagrożeniem dla wynagrodzeń pracowników. Komisja Europejska obniżyła dla naszego kraju prognozy wzrostu PKB w 2017 z 3,4 do 3,2 proc. Właśnie ze względu na regres w inwestycjach.

W 2016 r. inwestycje spadły o 5,5 proc. Jednym z powodów jest obniżenie wydatków na rozwój przez polskie firmy. Konsekwencje pracownicy odczują w wielkości wynagrodzeń, w rozmowie z MarketNews24 mówi o tym dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR.

Globalny apetyt na akcje nie maleje – poprawa zysków spółek

Radosław Piotrowski
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, w USA rozpoczął się prawdziwy rajd sektorów cyklicznych. Akcje firm z sektorów: bankowego, energetycznego i przemysłowego zanotowały od tamtego czasu wyraźne wzrosty. To całkowicie zrozumiałe. Zazwyczaj gdy prezydentem USA jest republikanin, to mamy do czynienia z poluzowaniem regulacji na rynku finansowym, co sprzyja m.in. bankom czy innym instytucjom finansowym.

Po okresie solidnego wzrostu sektory cykliczne zasłużyły na odpoczynek. Pałeczkę wzrostów przejęły od nich spółki defensywne, takie jak telekomy czy firmy z branży użyteczności publicznej.

Polityczny szum nieszkodliwy

Plany Donalda Trumpa, wybory we Francji, czy ponowne tarcia między Grecją a Międzynarodowym Funduszem Walutowym – to wszystko należy traktować w kategoriach szumu politycznego, który nie ma w tej chwili większego wpływu na rynek. Wszystko dzięki świetnemu sentymentowi do akcji, który ma swoje oparcie w danych makroekonomicznych i wynikach finansowych spółek w USA, Europie i Japonii.

Rekordowe zyski w Japonii. Strefa euro niewiele gorsza

Dobrym narzędziem do porównywania zysków wypracowanych przez spółki na  różnych rynkach jest wskaźnik EPS (zysk przypadający na jedną akcję). Jeśli porównamy IV kwartał 2016 z IV kwartałem 2015 roku, to zagregowany wzrost EPS (na dzień 7 lutego) dla spółek w USA wyniósł 6%, w Europie 8% (a w samej strefie euro aż 14%), a w Japonii 15%. Według JP Morgan, wzrost wskaźnika w Japonii jest największy odkąd instytucja ta zaczęła gromadzić na ten temat dane, czyli od 2009 roku.

Poprawiające się zyski spółek i silne fundamenty gospodarcze to recepta na giełdowe wzrosty. Nic dziwnego, że wśród inwestorów panuje optymizm a akcje co lepszych spółek rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

Komentarz dr. Andrzeja Bratkowskiego dotyczący ogłoszonych dziś przez GUS wyników PKB za IV kw.

W „walentynkowy” wtorek GUS ogłosił, że w IV kwartale 2016 r. PKB wyrównany sezonowo, czyli w cenach stałych przy roku odniesienia 2010, zwiększył się realnie o 1,7% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 3,1%. PKB niewyrównany sezonowo, a więc liczony w cenach stałych średniorocznych roku poprzedniego wzrósł realnie o 2,7% w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego.

– Nie będzie przyśpieszenia wzrostu gospodarczego w 2017 r., wbrew oczekiwaniom rządu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Andrzej S. Bratkowski, były wiceprezes NBP i były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Wedłu przewidywań eksperta w 2017 r. PKB dla Polski wzrośnie tylko o 2,0 – 2,5 proc. To także byłby gorszy wynik niż najnowsze przewidywania Komisji Europejskiej.

78% polskich eksporterów z sektora MŚP generuje przychody z e-commerce

Z badania przeprowadzonego przez firmę Harris Interactive dla FedEx Express wynika, że zdecydowana większość polskich firm-eksporterów z sektora MŚP generuje przychody dzięki gospodarce cyfrowej. 81% z nich wskazuje również na ważną rolę firm logistycznych, które pomagają im w ekspansji na nowe rynki. W badaniu uczestniczyło 4500 europejskich firm z sektora MŚP. Wszystkie dane odnoszą się do aktualnie eksportujących przedsiębiorstw.

raport FedExCieszy fakt, że europejskie MŚP pozostają optymistyczne co do ich perspektyw eksportowych, a także możliwości rozwoju” – mówi David Binks, prezes FedEx Express Europe i dyrektor generalny TNT. „Raport FedEx pokazał, że małe i średnie przedsiębiorstwa są świadome tego, w jaki sposób eksport przyczynia się do wzrostu ich przychodów. Segment e-commerce pełni w tym kluczową rolę. Połączenie fizycznych i cyfrowych kanałów sprawiło, że świat stał się jeszcze bardziej otwarty, a możliwości eksportowych jest więcej. To z kolei przyczynia się zarówno do wzrostu przychodów MŚP, jak i większej konkurencyjności w skali globalnej.

Polskie małe i średnie firmy eksportują głównie do krajów europejskich

Z badania FedEx SME Export Report wynika, że 95% z nich wysyła swoje towary na rynki europejskie. Co czwarta badana firma odnotowała w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrost przychodów pochodzących eksportu. Duża część przedsiębiorców optymistycznie zapatruje się na najbliższą przyszłość – prawie co trzeci (32%) przewiduje wzrost przychodów
z eksportu w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Głównym, regionalnym partnerem handlowym polskich firm z sektora MŚP pozostają Niemcy – wskazało na nie 70% badanych. Na drugim miejscu uplasowały się Czechy (38%), a podium zamyka Francja z 34% wskazań. Te same kraje są również postrzegane jako główni konkurenci w handlu regionalnym. Do głównych kierunków w handlu zagranicznym należą również Wielka Brytania, Holandia, Włochy i Węgry. Polskie firmy zostały uznane za największą konkurencję przez Belgów.

Jeśli poza Europę, to głównie do Azji i na Środkowy Wschód

35% firm, które wzięły udział w badaniu, eksportuje swoje towary poza Europę. Wśród tych kierunków eksportowych polskich przedsiębiorstw z sektora MŚP dominują Azja (17% wskazań), Środkowy Wschód (16%) oraz Ameryka Północna (14%). 8% firm wysyła swoje towary na rynki afrykańskie, 6% – do Ameryki Południowej, a tylko 5% handluje z krajami Azji Pacyficznej. Firmy mogły również wskazać najważniejszy dla nich rynek na danym kontynencie. Najwięcej wskazań uzyskały Stany Zjednoczone (13%). W pierwszej trójce znalazły się również Indie (9%) oraz Turcja (8%).

25% badanych przedsiębiorców twierdzi, że przychody z eksportu pozaeuropejskiego wzrosły w ostatnim czasie. Było to spowodowane m.in. wprowadzeniem na rynek nowych produktów, zastosowaniem dystrybucji wielokanałowej czy sprzyjającymi kursami walut. Co trzecia badana firma (33%) przewiduje wzrost przychodów z eksportu pozaeuropejskiego
w najbliższym czasie. Spadku obawia się jedynie 15% z nich.

Polskie MŚP uczestniczą w procesie cyfryzacji i zwiększają zapotrzebowanie na usługi logistyczne

Z badania FedEx SME Export Report wynika, że e-commerce odpowiada za 30% przychodów polskich firm-eksporterów z sektora MŚP. Ponad 1/4 (28%) badanych firm zadeklarowało, że w ostatnim czasie ich przychody w sektorze e-commerce wzrosły, prawie co czwarta (24%) wzrost ten przewiduje w ciągu najbliższych 12 miesięcy od przeprowadzenia badania. Trend ten powoduje również zwiększone zapotrzebowanie na usługi logistyczne. Przedsiębiorcy wskazują głównie na potrzebę szybszego dostarczania przesyłek, dopasowania opcji dostawy czy zautomatyzowanego procesu wysyłki.

75% ankietowanych firm uzyskuje przychody z działalności m-commerce. Odpowiadają one średnio za 18% całkowitego przychodu. 23% firm działających w tym segmencie zadeklarowało, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy, ich przychody z tytułu m-commerce wrosły, 11% – że spadły. Wzrost w najbliższym czasie przewiduje ok. 25% firm. Przedsiębiorcy wskazują, że wzrosty te wynikają z oczekiwań konsumentów, którzy preferują zakupy właśnie poprzez urządzenia mobilne. Część z nich jako przyczynę podaje również optymalizację i usprawnienie swojej strony lub aplikacji mobilnej. Ok. 65% badanych firm wykorzystuje do sprzedaży media społecznościowe.

Badanie zlecone przez FedEx jasno pokazuje, że eksport oraz e- i m-handel stały się nieodłączną częścią działalności wielu polskich firm z sektora MŚP” – mówi Mariusz Mik, VP Operations Eastern Europe, FedEx Express. „Nie dziwi nas fakt, że polscy przedsiębiorcy wraz z rozwojem w tych segmentach, oczekują bardziej dopasowanych usług w zakresie transportu swoich towarów. Jako wiodąca firma logistyczna wychodzimy im naprzeciw i pomagamy rozwijać ich biznes, niezależnie od rynku, na którym działają”.

Ubiegłoroczne przejęcie firmy TNT Express przez FedEx pozwala na połączenie silnej sieci drogowej z doskonałą siecią powietrzną FedEx, wykorzystywaną w Europie i na całym świecie. To z kolei stworzy jeszcze większe możliwości dla polskich MŚP, które eksportują
w Europie, jak i poza nią
” – dodaje Mariusz Mik.

Z perspektywy Europy

Sytuacja ekonomiczna w Europie była przez ostatnie 12 miesięcy nieprzewidywalna. FedEx SME Export Report pokazuje, że – mimo to – małe i średnie przedsiębiorstwa na naszym kontynencie prosperują i poszukują nowych możliwości poza Europą – 53% z nich wysyła tam swoje towary (w porównaniu z 29% w 2015 roku). Co więcej, eksport odpowiada za 65% całkowitych przychodów europejskich MŚP. To pokazuje, jak ważna dla rozwoju firm jest ekspansja zagraniczna.

Przemysław Weremczuk podsumowuje wyniki Geotrans za 2016 r.

Wzrost przychodów do ponad 30 mln zł, podwojenie wyniku EBITDA (4,6 mln zł)
i wypracowanie prawie 3 mln zł zysku netto to rezultaty ubiegłego roku Spółki Geotrans, zajmującej się gospodarką odpadową w branży ochrony środowiska. Akwizycja Kompanii Elektrycznej zwiększyła skonsolidowaną sprzedaż i wzmocniła wyniki finansowe. W 2017 r. Spółka oczekuje dalszego wzrostu skali biznesu.

Geotrans w ujęciu jednostkowym w 2016 r. nawiązując pozyskując kolejne kontrakty w zakresie odbioru komunalnych osadów ściekowych, usług rekultywacji zdegradowanych terenów i zagospodarowywaniu ubocznych produktów spalania, zwiększył przychody do 15,8 mln zł (+100%), zysk EBITDA do 3,2 mln zł (+55%), a na poziomie netto – do 2,4 mln zł (+35%). Skonsolidowana dynamika sprzedaży jest głównie pochodną akwizycji budowlano-inżynieryjnej KEL, a zysków – przede wszystkim rosnącej pozycji konkurencyjnej Geotransu i sprzyjającego rynku.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatów 2016 r. Jednak co ważne, Geotrans ma nadal możliwość dalszej poprawy wyników. Funkcjonując w południowo-zachodniej Polsce, nie współpracujemy jeszcze z wieloma jednostkami samorządowymi, dlatego chcielibyśmy dotrzeć do jak największej liczby klientów. Być może będziemy także w kolejnych kwartałach analizować świadczenie usług w pozostałych częściach Polski. Jakość potwierdzona solidnymi referencjami z pewnością może ułatwić nam rozmowy z nowymi partnerami – powiedział Przemysław Weremczuk, Prezes Zarządu Geotrans S.A.

Sam IV kwartał również był udany. W ujęciu skonsolidowanym, sprzedaż wyniosła 9,1 mln zł (+267% r/r), zysk EBITDA 706,8 tys. zł (+79%), a zysk netto 391,8 tys. zł (+26%).

Spółka we wrześniu ubiegłego roku prognozowała 4,6 mln zł skonsolidowanego wyniku EBIT, który zgodnie z dzisiejszymi danymi wyniósł 4,5 mln zł.

Na uwagę zasługują solidne przepływy z działalności operacyjnej. Cash-flow w ciągu IV kw. wyniósł 1,1 mln zł i był trzykrotnie wyższy niż rok wcześniej. Zdrowa struktura naszego biznesu generuje znaczne ilości środków pieniężnych, co dla nas oznacza duży komfort
w wydatkowaniu choćby na cele inwestycyjne
– dodał Przemysław Weremczuk.

Geotrans w 2016 r. pozyskał kontrakty na usługi w zakładach wodociągów i kanalizacji m.in.
w Katowicach, Wrocławiu, Cieszynie czy Chorzowie. Spółka rozpoczęła także rekultywację terenów zdegradowanych w mieście Krotoszyce.

Spółka na przełomie stycznia i lutego informowała o sporze Kompanii Elektrycznej z Torpol S.A. w zakresie realizacji inwestycji Łódź Fabryczna. KEL będzie wnioskować o zapłatę za wykonane dodatkowe prace oraz należne odszkodowanie. Rozmowy między stronami i rozstrzygnięcie sprawy trwać wiele kolejnych kwartałów i nie musi zakończyć się niekorzystnie.

Czy zdrożeje transport do Holandii? Komentarz Bartosza Najmana

Ambasada RP w Hadze w ostatnim czasie wydała informację na temat obowiązujących w Holandii przepisów o płacy minimalnej. Wprowadzona ustawa wymierzona jest w branżę transportową, w tym także w polskich kierowców zawodowych. Zdaniem ekspertów, efektem holenderskiej ustawy o zatrudnianiu pracowników delegowanych w UE będą wyższe koszty transportu z i do Niderlandów. 

Na terenie Holandii obowiązek wypłacania minimalnych stawek dla pracowników delegowanych obowiązuje już od 1 lipca 2016 r. Akt prawny znany jako Wet arbeidsvoorwaarden gedetacheerde werknemers in de Europese Unie, czyli ustawa o zatrudnianiu pracowników delegowanych w UE, została wprowadzona na podstawie dyrektywy unijnej nr 96/71/WE. Wedle przepisów, minimalne wynagrodzenie znajduje zastosowanie dla transportu międzynarodowego dwustronnego oraz kabotażu, jednak i w tym zakresie nie ma jeszcze jednoznacznie potwierdzonych informacji.

„Na ten moment nie jest wiadome w jaki sposób organy administracji będą kontrolować spełnienie wymogów dotyczących pracowników delegowanych w transporcie drogowym, jednak należy się spodziewać, iż w niedługim okresie informacje te zostaną uzupełnione przez stronę holenderską” – mówi Bartosz Najman, Prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Powyższa sytuacja wynika z faktu, iż artykuł 8. holenderskiej ustawy dotyczący obowiązku zgłoszenia pracownika delegowanego oraz miejsca przechowywania dokumentacji potwierdzającej wypłatę płacy minimalnej, wejdzie w życie w terminie późniejszym. Zdaniem ekspertów odbędzie się to najprawdopodobniej z początkiem 2018 roku.

W chwili obecnej, do czasu pełnego wdrożenia ustawy WAGW EU, polskie firmy świadczące usługi transgraniczne na terenie Królestwa Niderlandów powinny, zgodnie z artykułem 7. Ustawy, wyznaczyć osobę kontaktową i dane tej osoby przekazać pracownikom delegowanym do pracy na terenie KN.

„W razie kontroli, holenderska inspekcja pracy może poprosić o dane kontaktowe do osoby wyznaczonej zgodnie z artykułem 7. ustawy. Przepisy nie określają dodatkowych wymogów, które taka osoba musi spełniać, stąd może to być pracownik przedsiębiorstwa transportowego, posiadający przynajmniej komunikatywną znajomość języka angielskeigo” – ocenia Bartosz Najman z OCRK.

Holandia jest już kolejnym w Europie krajem, który wprowadza przepisy dotyczące wynagrodzenia minimalnego dla pracowników delegowanych. Podobne regulacje obowiązują już w Niemczech, Austrii, Norwegii, Francji oraz we Włoszech.

Litowo-jonowa energia 2017 roku

Oczywistym jest, że ze względu na wyczerpywanie się złóż paliw kopalnych światowa gospodarka musi w przyszłości uniezależnić się od ropy, węgla czy łupków. Trudno dokładanie przewidzieć, ile potrwają te zmiany. Wydaje się jednak, że już w tym roku możemy spodziewać się zmierzającej w tym kierunku napędowej rewolucji opartej o baterie Li-Ion.

Globalne zainteresowanie energią ze źródeł pierwotnych jest wyższe z roku na rok. W latach 1990-2008 zwiększyło się o 39%. Za tę zmianę odpowiadały przede wszystkim kraje Bliskiego Wschodu (zapotrzebowanie wyższe o 170%) i Chiny (146%). Międzynarodowa Agencja Energii przewiduje, że w ciągu ćwierć wieku zwiększy ono o kolejne 37%, przekładając się na 80-procentowy skok popytu na energię elektryczną. Nieuchronnym następstwem tego stanu rzeczy jest coraz szybsze zużywanie złóż paliw kopalnych. Ograniczenie ich podaży w średnio- i długofalowej perspektywie z pewnością zaowocuje wzrostem cen. Myślące przyszłościowo kraje i przedsiębiorstwa przygotowują się na tę sytuację już dziś. Jednym z najjaskrawszych przejawów nadchodzącej energetycznej rewolucji jest upowszechnienie napędów działających w oparciu o nowoczesne baterie litowo-jonowe.

Przyszłość wyryta w licie

Lit jest lekkim metalem odkrytym w 1817 roku przez szwedzkiego chemika Johana Augusta Arfwedsona. Przez dwa ostatnie wieki używano go między innymi w terapii zaburzeń psychicznych, jednak największy potencjał wykazuje jako surowiec wykorzystywany w produkcji akumulatorów. Dzięki ostatnim odkryciom, ceny wydajnych baterii w technologii litowo-jonowej regularnie spadają i, jak stwierdził w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Martin Winter, ekspert firmy Münster Electrochemical Energy Technology, jest to – i będzie w najbliższej przyszłości – najlepszy spośród dostępnych systemów zasilania. – Zanim powstanie nowa technologia z porównywalnym potencjałem, minie wiele lat. W tym czasie układy litowo-jonowe będą stale ewoluować – prognozuje. Na największą skalę rozwiązania tego typu są dziś wdrażane w intralogistyce. Wyposażane są w nie wózki widłowe nowej generacji. – W porównaniu z konwencjonalnymi akumulatorami ołowiowymi, baterie litowo-jonowe charakteryzują się dużo większą gęstością energii oraz wielokrotnie dłuższą żywotnością – mówi Tobiasz Jakubczak, specjalista ds. produktu STILL Polska. – Dzięki szybszemu ładowaniu oraz możliwości jego przerwania w dowolnym momencie bez negatywnych konsekwencji, procesy bazujące na pojazdach w technologii Li-Ion są bardziej wydajne. Niższe są natomiast koszty serwisowe. Akumulatory tego typu są całkowicie bezobsługowe, a średnia liczba cykli ładowania jest nawet dwukrotnie wyższa niż w przypadku konwencjonalnych odpowiedników – wyjaśnia ekspert.

Przyszłość jest dziś

Ze względu na opóźnienie transferu technologii do naszego kraju (powodowane m.in. rozbieżnościami w kursach walut), nie słyszy się jeszcze na rodzimym rynku o masowych wdrożeniach litowo-jonowych flot intralogistycznych. Jednak na Zachodzie proces ten staje się już faktem – również w przypadku międzynarodowych przedsiębiorstw działających w Polsce. Przykładem jest włoski oddział sieci super- i hipermarketów Carrefour. – Firma zamówiła 66 zasilanych bateriami litowo-jonowymi wózków niskiego unoszenia STILL do obsługi swoich sklepów – mówi Tobiasz Jakubczak. – Jako główne przyczyny zakupu wskazano brak ryzyka wydostania się z akumulatora szkodliwych substancji. Znacząco ułatwia to bezpieczną organizację procesu ładowania baterii. Jednocześnie, rozwiązanie to jest około 20% bardziej energooszczędne niż ołowiowy odpowiednik – dodaje specjalista ds. produktu STILL Polska. Warto przywołać tu także bezprecedensowy przykład modernizacji niemieckiego zakładu firmy H. & J. Brüggen, w którym pojazdy w technologii Li-Ion stanowią obecnie 100% floty. Dzięki zastosowaniu ściśle dopasowanych do procesów intralogistycznych wózków, zmniejszono liczbę maszyn koniecznych do obsługi transportu wewnętrznego o 23,8%, obniżając tym samym koszty inwestycji i nakłady na utrzymanie ruchu.

Nie jest pewne, kiedy tego typu rozwiązania upowszechnią się w Polsce. Nie wiemy również, jak długo potrwają zmiany pozwalające na masowe ograniczenie zużycia paliw kopalnych w rodzimej gospodarce. Oczywistym wydaje się, że rewolucja jest nieuchronna oraz – jak pokazuje przykład urządzeń intralogistycznych – możliwa i (co ważniejsze) opłacalna.

Wyrok 600 tysięcy złotych odszkodowania dla piratów produktów Microsoft

W efekcie postępowania sądowego toczącego się przeciw trzem osobom prowadzącym nielegalną sprzedaż kluczy aktywacyjnych oprogramowania firmy Microsoft na aukcjach internetowych, Sąd Rejonowy w Opolu orzekł obowiązek naprawienia szkody w łącznej wysokości ponad 600 tysięcy złotych na rzecz firmy Microsoft i kary ograniczenia wolności od 8 miesięcy do 1 roku, w ramach której skazani muszą odpracować prace społeczne. Jest to największe dotychczas orzeczone odszkodowanie zasądzone przez polski sąd karny w sprawie o handel nadużytymi kluczami w Internecie.

Postępowanie jest efektem współpracy Microsoft z policją. Już kilka miesięcy temu firma ogłosiła, że realizuje zakupy testowe w serwisach aukcyjnych i na stronach internetowych.

Coraz więcej nieświadomych użytkowników staje się ofiarami aukcji internetowych, na których sprzedaje się nielegalne produkty. W celu ochrony osób korzystających z naszego oprogramowania podjęliśmy działania na rzecz sprawdzenia faktycznego poziomu zagrożeń i przeciwdziałania temu procederowi w przyszłości” – mówi Marcin Wesołowski z polskiego oddziału Microsoft.

We wszystkich przypadkach ujawniliśmy naruszenia. Sprzedawane produkty okazywały się być nieautoryzowanymi kopiami programów, którym towarzyszyły podrobione certyfikaty autentyczności lub nadużyte klucze aktywacyjne, które nie dawały kupującym żadnych praw do używania produktów. Efekty zakupów, doskonała współpraca z policją, a w efekcie orzeczenie sądu utwierdzają nas w przekonaniu, że kontynuacja zakupów testowych, by w efekcie doprowadzić do zmniejszenia poziomu zagrożeń dla naszych klientów, ma sens” – mówi Marcin Wesołowski.

Biorąc pod uwagę, że oprogramowanie z nielegalnych źródeł jest często zarażone wirusami i innym złośliwym kodem umożliwiającym między innymi zdalne przejęcie kontroli nad urządzeniem, konsekwencje jego używania mogą być poważne. Tym ważniejsze staje się ostrzeganie użytkowników przed nieuczciwymi sprzedawcami i konsekwencjami stosowania nielegalnego software’u.

– „Korzystanie z nielicencjonowanego oprogramowania jest niebezpieczne, nie tylko ze względu na zagrożenia dla naszych informacji zgromadzonych na komputerze, ale także ze względu na konsekwencje prawne. Handel nielegalnym oprogramowaniem, w tym kluczami produktów, w Polsce podlega odpowiedzialności karnej. W praktyce sądy rzadko orzekają karę bezwzględnego pozbawienia wolności, ale nie to jest najistotniejsze w przypadku tego typu przestępstw. Jak widać z wyroku opolskiego Sądu dużo większe znaczenie może mieć konieczność zapłaty odszkodowania idącego w setki tysięcy złotych. Perspektywa konieczności naprawienia szkody powinna skłonić do refleksji osoby trudniące się taką działalnością i liczące na szybki zysk kosztem producentów programów komputerowych i nieświadomych klientów” – przekonuje adw. Paweł Sawicki z Kancelarii Prawnej Sołtysiński Kawecki & Szlęzak – pełnomocnik Microsoft.

Poza odpowiedzialnością karną, na podstawie art. 79 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, sprawca musi się liczyć także z odpowiedzialnością cywilną. Ma wówczas obowiązek zapłaty pokrzywdzonym twórcom dwukrotnej wysokości należnego wynagrodzenia.

Nie da się „wyczyścić” historii kredytowej „na żądanie”

Nadzieje na uzyskanie „pomocy”, polegającej na pozbyciu się negatywnych wpisów w BIK-u mogą jedynie rozczarować, a co gorsza – wyczyścić portfel. Eksperci Biura Informacji Kredytowej ostrzegają, aby nie dawać się zwodzić marketingowym sloganom a także reklamom pod hasłem „czyszczenia BIK”. Wszelkie ogłoszenia zapewniające o możliwości usuwania negatywnych informacji z BIK „na żądanie” nie mają podstaw prawnych. Kwestie rejestrowania i przechowywania danych o historii kredytowej klientów banków rozstrzyga jednoznacznie Prawo bankowe – nie można wyczyścić danych znajdujących się w BIK.

Wątek „wymazania” informacji z BIK jest na tyle popularny, że gdy wpisze się do wyszukiwarki internetowej np. „kredyty bez BIK”, automatycznie wyskakuje szereg przeróżnych ogłoszeń. Tymczasem zjawisko to rozpowszechnione w hasłach reklamowych firm oferujących tę usługę, może wprowadzać w błąd wielu konsumentów oraz narażać na niemałe i niepotrzebne wydatki.

Kiedy można wpływać na swoją historię kredytową

Możliwość usunięcia z BIK danych dotyczy tylko takich przypadków, kiedy jedyną podstawą prawną przetwarzania tych danych jest zgoda klienta. Sytuacja taka ma miejsce w przypadku przetwarzania w BIK danych po wygaśnięciu zobowiązania i dotyczy tych klientów, którzy spłacali w terminie swoje zobowiązania. – Nie zachęcałabym jednak klientów banków do korzystania z tej możliwości, gdyż oznacza to w praktyce usunięcie z BIK  danych pozytywnych, czyli tych odzwierciedlających rzetelnie spłacone kredyty, a więc stanowiących atut w relacjach z instytucjami finansowymi – mówi Małgorzata Bielińska, dyrektor ds. Edukacji BIK.

Z kolei w przypadku danych negatywnych, czyli zarejestrowanych jako opóźnione w spłacie powyżej 60 dni, nie można ich usunąć, ponadto BIK i banki mogą je przetwarzać przez 5 lat po wygaśnięciu zobowiązania – bez względu na wolę osoby, której dane dotyczą. Zasady te określa ściśle art. 105a ust.3 Prawa bankowego, który stanowi podstawę do przetwarzania danych wedle powyższych kryteriów.

Trzeba korygować dane w BIK

Czym innym jest usuwanie rozumiane jako korekta błędnych danych. To można i trzeba uczynić w każdej chwili, co więcej – klient może to zgłosić bankowi samodzielnie i nie musi za to nikomu płacić. Jeśli zatem kredytobiorca znajdzie nieprawidłową informację na temat swoich danych kredytowych w raporcie BIK, powinien wówczas zgłosić się do banku lub SKOK-u, który te nieprawidłowe dane przekazał. Gdy błąd zostanie zgłoszony, bank skoryguje lub zaktualizuje dane w bazie BIK. Sytuacja ta jednak nie ma nic wspólnego z wymazywaniem własnej historii kredytowej, a raczej wskazuje na troskę o swoją pozytywną historię.

BIK rejestruje 90% danych pozytywnych

Aż 90% danych zgromadzonych w bazie BIK wskazuje na terminowe regulowanie zobowiązań kredytowych przez Polaków. W przypadku 10% osób ich historie kredytowe nie przedstawiają rzetelnych kredytobiorców. – Wszyscy aktywni kredytowo Polacy powinni znać „swój BIK”. Znajomość stanu swoich kredytów pozwala świadomie korzystać z produktów oferowanych przez banki, a także budować swoją pozytywną historię kredytową, która jest atutem każdego kredytobiorcy w jego relacjach z bankami – doradza Małgorzata Bielińska z BIK. – Bank woli bowiem udzielić kredytu osobie, o której wie, jak spłaca raty niż takiej, która jest anonimowa i nie ma na jej temat żadnych informacji w BIK – dodaje.

Każdy ma możliwość sprawdzania swojej historii kredytowej, szybko i bezpiecznie poprzez stronę www.bik.pl. Wystarczy zarejestrować się w BIK, potwierdzając swoją tożsamość. Dzięki temu zyskujemy dostęp nie tylko do swojego raportu, który prezentuje stan naszych bieżących i spłaconych kredytów, ale także do innych pożytecznych usług. Dla osób ceniących sobie wygodę, atrakcyjna może być usługa Alertów, dzięki którym BIK powiadomi poprzez sms i e-mail w przypadku najdrobniejszych opóźnień lub ochroni się przed próbami wyłudzenia kredytu. Z kolei w przypadku utraty bądź kradzieży dowodu osobistego, jednym kliknięciem można zastrzec dokument, wyłączając w ten sposób dokument z obiegu.

W BIK rejestrowane są dane, które budują historię kredytową klientów. Warto wyrażać zgodę na przetwarzanie danych o spłaconym na czas zobowiązaniu, bo może być ona swoistą przepustką klienta przy ubieganiu się o kolejny kredyt. Brak historii powoduje, że klient jest dla banku anonimowy i wykorzystanie wszystkich możliwości do otrzymania kredytu na preferencyjnych warunkach nie jest możliwe.

Podstawy prawne:

Art. 105 ust.4 Prawa bankowego upoważnia bank do przetwarzania i przekazywania do BIK bez zgody klienta wszystkich informacji, w tym danych osobowych, jakie pozyskał w związku z wykonywaniem czynności bankowej, tj. w związku z rozpatrywaniem wniosku klienta, w związku ze składaniem oferty zawarcia umowy kredytowej lub innego produktu bankowego, w związku z realizacją umowy kredytowej itd. Z kolei art. 105a Prawa bankowego wskazuje, kiedy i na jakich warunkach takie informacje mogą być przetwarzane przez banki i SKOK-i już po wygaśnięciu zobowiązania. Jeśli klient wyraził zgodę na przetwarzanie danych na temat kredytu po jego spłacie, to informacje takie są udostępniane bankom i SKOK-om, przez okres wskazany w wyrażonej zgodzie lub do dnia jej wycofania. Natomiast jeśli zobowiązanie nie było spłacane terminowo, dane przetwarzane są w BIK przez okres 5-letni bez takiej zgody. Sytuacja ta ma miejsce, jeśli zwłoka w spłacie zobowiązania przekroczyła 60 dni, a także upłynęło kolejne 30 dni od poinformowania klienta przez bank lub SKOK o zamiarze przetwarzania danych i ich przekazania do BIK.

Usuwanie danych z BIK jest możliwe wyłącznie w 3 sytuacjach: gdy wcześniej udzielona zgoda na podstawie wspomnianego wyżej art. 105a ust.2 Prawa bankowego na przetwarzanie danych po wygaśnięciu zobowiązania kredytowego zostanie odwołana (może to zrobić każdy samodzielnie, nie ma potrzeby wynajmować do tego jakiejkolwiek firmy) lub upłynie termin, na jaki została udzielona zgoda. Jest to również możliwe gdy upłynie 5-letni termin przetwarzania danych klienta bez jego zgody po wygaśnięciu zobowiązania, a także gdy w BIK znalazły się dane błędne, omyłkowo wprowadzone do systemu BIK przez bank lub SKOK.

Samochody na wodór receptą na smog

Smog to zawieszona w powietrzu mieszanina pary wodnej i dymu – nie tylko dymu pochodzącego z pieców, ale i spalin z rur wydechowych, z zawartymi w nich substancjami chemicznymi oraz cząstkami stałymi. Substancje te, takie jak tlenki azotu czy pochodne węglowodorów, są szkodliwe dla zdrowia i zwiększają prawdopodobieństwo chorób układu oddechowego, alergii czy nowotworów. Rakotwórcze są również cząstki stałe, zwłaszcza drobinki sadzy, obecne szczególnie w spalinach pojazdów z silnikami Diesla.

Lexus LF-FCJednym z działań koniecznych dla wyeliminowania trującego smogu jest więc stopniowe eliminowanie spalin wytwarzanych przez pojazdy. Dziś umożliwiają to samochody hybrydowe, które, zużywając znacznie mniej paliwa, wytwarzają też mniej spalin. Przyszłość należy jednak do pojazdów napędzanych silnikami elektrycznymi.

Prąd – ale skąd?

Samochody takie są już dostępne, daleko im jednak do doskonałości. Ich dwie największe wady to stosunkowo niewielki zasięg, spowodowany ograniczoną pojemnością wciąż drogich, ciężkich i zajmujących dużo miejsca akumulatorów, a także długi czas ładowania, wynoszący w najlepszym przypadku kilkadziesiąt minut.

Silnik elektryczny nie musi jednak być zasilany z akumulatora. Alternatywą są wodorowe ogniwa paliwowe, wytwarzające prąd bezpośrednio w wyniku zachodzącej na zimno reakcji chemicznej łączenia się wodoru z tlenem z powietrza. Jedynym produktem ubocznym jest czysta woda. Ogniwa paliwowe są pozbawione wspomnianych wad akumulatorów – sprężony wodór, mieszczący się w stosunkowo niewielkich zbiornikach, wystarcza na przejechanie kilkuset kilometrów, a napełnienie zbiorników trwa kilka minut.

– „Jesteśmy w przededniu szoku technologicznego. Nowe normy emisji spalin, takie jak Euro 6.2 czy CAFE, spowodują drastyczne zmiany technologii napędów. Aby te normy spełnić, w tradycyjnych napędach trzeba będzie wprowadzić wiele bardzo kosztownych zmian. Oznacza to, że zmienią się proporcje cenowe między silnikami klasycznymi, a nowymi technologiami. Pojawi się więcej samochodów hybrydowych, a także coraz więcej pojazdów z silnikami elektrycznymi” – mówi Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland. – „Pytanie, czy będą one zasilane drogimi, dużymi i ciężkimi akumulatorami, czy wodorowymi ogniwami paliwowymi. My stawiamy na wodór, który jest doskonałym magazynem energii”.

Brzmi to jak fantastyka naukowa, jednak liczba pojazdów elektrycznych, zasilanych wodorowymi ogniwami paliwowymi – i to zarówno będących na etapie opracowania, jak i już dostępnych w sprzedaży – jest coraz większa.

To już rzeczywistość

Najsilniejszą ofensywę wodorową prowadzi Toyota, która od 2014 roku sprzedaje zasilany ogniwami paliwowymi rodzinny samochód Mirai. Auto trafiło do sprzedaży najpierw w Japonii, później w USA i w Europie Zachodniej. Mirai z silnikiem o mocy 113 kW (154 KM) rozwija prędkość do 179 km/h, a wodór zawarty w zbiornikach o pojemności 122,4 pozwala na przejechanie ponad 500 km. Do 2020 roku Toyota planuje sprzedać 30 tysięcy egzemplarzy tego modelu.

Hyundai opracował i wprowadził do produkcji seryjnej zasilaną wodorowymi ogniwami paliwowymi elektryczną wersję crossovera ix35 o mocy 100 kW (136 km) i zasięgu ponad 500 km, która jest sprzedawana w Korei, USA i Europie.

Pod koniec 2016 roku Honda wprowadziła na amerykański rynek wodorowy model Clarity, wyposażony w silnik elektryczny o mocy 100 kW (136 KM) i mogący według EPA przejechać bez tankowania do 589 km.

Współpracę z Hondą podjął koncern General Motors. Obie firmy inwestują 85 mln dolarów w technologie, które umożliwią produkcję aut wodorowych na skalę masową w roku 2020.

General Motors opracował wspólnie z amerykańską armią Chevroleta Colorado ZH2 – dużego, terenowego pickupa na 37-calowych kołach z napędem na ogniwa paliwowe, który w tym roku będzie testowany na wojskowych poligonach w USA.

Swój samochód zasilany wodorowymi ogniwami paliwowymi przedstawił również Lexus, japoński producent aut luksusowych. Imponująca limuzyna Lexus LF-FC, zaprezentowana jako samochód koncepcyjny w październiku 2015 r. na Tokyo Motor Show, ma silnik elektryczny, który napędza koła tylnej osi, i dodatkowe dwa silniki elektryczne w kołach przednich. Wersji seryjnej można się spodziewać przed końcem tej dekady.

W 2016 roku Audi pokazało na wystawie w Detroit swój wodorowy model koncepcyjny h-tron quattro. Według zapowiedzi, samochód będzie miał zasięg 595 km i będzie przyspieszać od 0 do km/h w 7,1 sekundy.

Współpracę w dziedzinie pojazdów zasilanych wodorowymi ogniwami paliwowymi nawiązały firmy Ford, Mercedes-Benz i Nissan. Mercedes-Benz GLC F-Cell, który zostanie zaprezentowany być może już w tym roku, ma mieć zasięg 496 km. Również w tym roku Ford chciałby pokazać swoje auto wodorowe dla rynku masowego.

Nie tylko dla wielkich

Zainteresowanie wodorem nie ogranicza się do motoryzacyjnych gigantów. Nowa firma Riversimple z Walii podjęła małoseryjną produkcję zasilanego ogniwami paliwowymi lekkiego (590 kg) samochodu osobowego Rasa. Inna początkująca firma, Nikola Motor Company, przedstawiła wodorową ciężarówkę Nikola One o zasięgu 1900 km z sześcioma silnikami elektrycznymi o łącznej mocy 750 kW (1000 KM) i momencie obrotowym 2700 Nm, co wystarcza do utrzymania prędkości 105 km/h z ładunkiem 39 ton na podjeździe o nachyleniu 6%. Pojazd ma trafić na rynek w 2019 roku.

Jest również i propozycja dla miłośników superluksusowej wodorowej egzotyki: słynne włoskie studio Pininfarina skonstruowało sportowy model H2 Speed, przyspieszający od 0 do 100 km/h w 3,4 sekundy i rozwijający prędkość 300 km/h. Cena – bagatela – 2,5 miliona dolarów.

Wodór dla wszystkich

Jak widać, technologie umożliwiające masową produkcję samochodów elektrycznych zasilanych wodorowymi ogniwami paliwowymi są już powszechnie dostępne (Toyota udostępniła bezpłatnie swoje patenty stworzone w ramach prac nad modelem Mirai). Na przeszkodzie upowszechnieniu pojazdów niewytwarzających żadnych zanieczyszczeń stoi jednak wciąż brak infrastruktury stacji umożliwiających tankowanie wodoru.

Sytuacja jednak poprawia się coraz szybciej – budowę infrastruktury wodorowej wspierają rządy, a także firmy prywatne. Wodór jest bowiem nie tylko czystym, ale i bardzo wygodnym nośnikiem energii. Można go pozyskiwać na wiele sposobów: z węglowodorów, z biomasy, a także przez elektrolizę wody. Ten ostatni sposób pozwala go wykorzystać do magazynowania energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych, takich jak panele fotowoltaiczne czy elektrownie wiatrowe, która często występuje w nadmiarze. Wszystko to sprawia, że wodór ma wielkie szanse stać się jednym z najważniejszych nośników energii, eliminując paliwa kopalne, a wraz z nimi – duszący nas dzisiaj smog.

Columbus Energy S.A. stawia na rozwój nowego produktu

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zakończyła 2016 r. jednostkowym zyskiem netto w wysokości ponad 220 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 8.511 tys. zł. Emitent koncentruje swoje działania na dalszym rozwoju sprzedaży swojego innowacyjnego produktu finansowania fotowoltaiki: „Abonament na Słońce”.

W samym 4 kw. 2016 r. Spółka na poziomie jednostkowym wypracowała 140 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 3.590 tys. zł. Był to bardzo ważny okres dla Columbus Energy S.A., ponieważ rozpoczęła ona montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego, czyli długoterminowego, indeksowanego rocznie finansowania klientów indywidualnych. Było to możliwe dzięki przejściu do finalnego etapu negocjacji z instytucjami finansowymi, m.in. z NEST BANK S.A., którego zwieńczeniem było podpisanie w grudniu 2016 r. listu intencyjnego z tym podmiotem. Emitent pracuje obecnie nad finalnym kształtem umowy z NEST BANK S.A., której zawarcie powinno nastąpić w najbliższym czasie, co tym samym pozwoli na uruchomienie finansowania.

„Rok 2016 to rok fundamentalnych zmian na rynku odnawialnych źródeł energii. Po pierwsze, po zmianach politycznych w Polsce dostaliśmy nowe prawo energetyczne dla właścicieli mikroinstalacji, które początkowo nie wyglądało najlepiej, ale jak się okazało, popyt jest tak silny, że nawet to prawo pomaga. Każda zmiana generuje kreatywność, i właśnie ta kreatywność doprowadziła nas do opracowania oraz wdrożenia innowacyjnego produktu finansowego na skalę europejską, który swoją konstrukcją daje gigantyczną przewagę rynkową na wiele lat. W IV kwartale 2016 r. rozpoczęliśmy montaże instalacji fotowoltaicznych już w konstrukcji Abonamentowej. Umowa z NEST BANK S.A. zdecydowanie poprawi stabilność przepływów finansowych i pozwoli skupić się na wzroście sprzedaży i montażach, zamiast na pozyskiwaniu finansowania. Liczymy na to, że ten rok będzie krokiem milowym nie tylko dla naszej firmy, ale dla całej branży fotowoltaiki dla domów jednorodzinnych.” – ocenia Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W grudniu 2016 r. Columbus Energy S.A. zaktualizowała swoją strategię rozwoju na lata 2016-2020 oraz przedstawiła nowe prognozy finansowe, co było związane z wejściem w decydujący etap negocjacji z instytucjami finansowymi oraz pozytywną weryfikacją wskaźników sprzedażowych nowego produktu – „Abonament na Słońce”. Jego największą przewagą konkurencyjną jest niezależność od regulacji prawnych w zakresie prawa energetycznego, a także niezależność od dotacji dla właścicieli domów jednorodzinnych. Do końca 2020 r. Spółka planuje zrealizować łącznie 34.000 montaży instalacji fotowoltaicznych i osiągnąć 70 mln zł zysku netto w 2020 r. Emitent rozszerzy również swoją ofertę dla klientów indywidualnych o nowy produkt – „Termomodernizacja wraz z finansowaniem”.

Wizja rozwoju Columbus Energy S.A. zakłada stanie się podmiotem świadczącym kompleksowe usługi energetyczne w zakresie energii elektrycznej, ciepła oraz chłodu z wykorzystaniem nowych technologii, m.in. fotowoltaiki, pomp ciepła, a także termomodernizacji, czyli wizja dla tzw. Ery Energetyki Rozproszonej. Spółka zamierza łączyć te usługi z ich długoterminowym finansowaniem oraz stale rozbudowywać swoją ofertę o nowe produkty i nowe segmenty ich odbiorców.

„Wystartowaliśmy jako regionalna firma zajmująca się montażem instalacji z dotacją. Dzisiaj jesteśmy prężnie rozwijającą się organizacją, która ze wsparciem rynku kapitałowego i instytucji finansowych zamierza pozyskać duży udział nie tylko w rynku fotowoltaiki w Polsce, ale w całym rynku energooszczędności. Termomodernizacja, pompy ciepła czy chłód to obszary, które dopiero zaczynamy eksploatować, a masa marży w tych segmentach w połączeniu z naszym systemem sprzedaży może przynieść bardzo ciekawe efekty, a przede wszystkim wartość dla Akcjonariuszy. W najbliższych miesiącach i latach nasza przyszłość zapowiada się bardzo ciekawie, a rozbudzać ją będziemy nowymi produktami i usługami dla nabywców.” – dodaje Prezes Zieliński.

Leasing samolotów w Polsce rozwija skrzydła

Z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego wynika, że polski rynek lotniczy będzie się rozwijał w tempie 2-4 proc. rocznie. W szczególności w najbliższych lata wzrośnie rola samolotów do użytku prywatnego. W związku z tym, zdaniem przedstawicieli EFL wzrośnie również rola leasingu samolotów czy helikopterów. Tylko w 2016 roku wartość finansowania udzielonego przez firmy zrzeszone w Związku Polskiego Leasingu na powietrzne środki transportu wzrosła aż o 120% do niemal 600 mln zł.

W rejestrze cywilnych statków powietrznych (dostępnym na stronie www.lotnictwo.net) widocznych jest ponad 3000 zarejestrowanych różnego rodzaju środków transportu powietrznego. Są wśród nich awionetki, szybowce, helikoptery czy balony. Patrząc wstecz, z roku na rok ta liczba rosła i wiele wskazuje na to, że trend ten umocni się w kolejnych latach. – Tzw. małe lotnictwo cieszy się w naszym kraju coraz większą popularnością. Z jednej strony stanowi hobby, z drugiej zaś sposób na szybkie przemieszczanie się między miastami czy krajami lub przedstawicielstwami firm. Czynnikiem, które determinuje wzrost zainteresowania, jest przede wszystkim wzrost zamożności społeczeństwa. Grupa osób, którą stać na podróże samolotami, własnymi lub wypożyczonymi, jest coraz liczniejsza. Jednak w związku ze sporą wartością takich środków transportu, liczoną od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów, na znaczeniu zyskuje leasing – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w 2016 roku firmy leasingowe sfinansowały środki transportu inne niż pojazdy o łącznej wartości ponad 1 mld zł, co oznacza ponad 57% wzrost rok do roku. Ponad połowę tego segmentu stanowią właśnie środki transportu powietrznego (o wartości 595 mln zł, + 120% r/r). O 46% r/r wzrosła też wartość leasingu wodnych środków transportowych – do 183 mln zł. Lepiej niż rynek w tym segmencie w ubiegłym roku poradził sobie EFL. Sfinansował pozostałe środki transportu o czterokrotnie większej wartości niż w 2015 roku (43 mln zł, +302% r/r). Połowę z nich stanowiły środki transportu powietrznego.

Użytkownicy samolotów, helikopterów czy też łodzi i statków decydując się na leasing, najczęściej wybierają ten operacyjny. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, leasingodawcy przez cały okres umowy pozostają właścicielami sprzętu, dlatego też stosują prostsze i bardziej przejrzyste procedury udzielenia finansowania. Po drugie, przedsiębiorca nie zamraża swoich środków, które tym samym może przeznaczyć na rozwój firmy oraz bieżące wydatki. Decydującym jest też fakt, że w czasie trwania umowy leasingobiorca spłaca tylko cześć wartości przedmiotu leasingu, płacąc de facto za jego używanie, a po jej zakończeniu oddaje go finansującemu.

Warszawski rynek biurowy urósł o jedną czwartą w 3 lata

W ostatnich latach przyrost podaży biurowej w Warszawie był niezwykle szybki. Od początku 2014 roku stolicy przybył okrągły milion mkw. biur i nie zapowiada się, żeby deweloperzy mieli zwolnić tempo. Tylko w 2016 roku w aglomeracji warszawskiej oddanych zostało ponad 20 budynków, a w nich ponad 400 tys. mkw. biur. Eksperci Walter Herz przyznają, że to najlepszy wynik w historii, zbliżony do odnotowanego w 2000 roku spektakularnego wzrostu powierzchni biurowych. Mniej więcej tyle biur ile w Warszawie, w ubiegłym roku oddane zostało łącznie w największych polskich miastach poza stolicą.

Po raz pierwszy na warszawskim rynku ukończone zostały w jednym roku dwie biurowe wieże – Q22 i Warsaw Spire, które należą do najciekawszych architektonicznie i najbardziej zaawansowanych technologicznie. Tak duża nowa podaż,  z jaką mieliśmy do czynienia w 2016 roku, nie spowodowała jednak drastycznego przyrostu pustostanów. Jak podaje Walter Herz, na koniec minionego roku poziom niewynajętej powierzchni biurowej w Warszawie był tylko nieznacznie wyższy niż na koniec 2015 roku.

Nowe biura nie czekają na najemców

Specjaliści podkreślają, że większość z wybudowanych w ostatnim czasie biurowców jest prawie w całości skomercjalizowana. – Szczególnie dużym zainteresowaniem nabywców cieszy się obszar bliskiej Woli, w stronę której przesuwa się teraz centralny obszar biznesu. W centrum i jego obrzeżach, gdzie oddana została połowa z ukończonych biur, spadły jednak lekko stawki czynszowe. Pociągnęło to za sobą odpływ najemców z największej w Polsce strefy biurowej na Służewcu. Na Mokotowie znajduje się obecnie jedna trzecia wolnych biur w Warszawie – informują doradcy Walter Herz.

Specjaliści szacują, że w tym roku na warszawskim rynku przybędzie 300 – 350 tys. mkw. powierzchni biurowej. – To umocni uprzywilejowaną pozycję, w jakiej znajdują się teraz najemcy. Tym bardziej, że w realizacji jest kolejne 700 tys. mkw. biur – zaznaczają.

Rozbudowa trwa

W budowie pozostają m.in. takie obiekty jak Proximo II, Generation Park, EC Powiśle, Business Garden II, West Station II, Mennica Legacy Tower, The Warsaw Hub. Trwa też budowa kompleksu biurowego przez przy Chmielnej i Jana Pawła II,  w którym powstanie najwyższy budynek w Polsce – wieża Varso Tower licząca 230 metrów i zwieńczona 80 metrową iglicą.

W ubiegłym roku w Warszawie wynajęło się niemal tyle samo biur, ile powstało w całej Polsce. Najwięcej powierzchni trafiło do najemców w lokalizacjach centralnych. Wśród inwestorów dominowały firmy świadczące usługi, w tym z sektora BPO/SSC, który w ostatnim czasie mocniej zaznaczył swoją obecność w stolicy. Warszawa może się pochwalić największą w kraju liczbą centrów świadczących nowoczesne usługi dla biznesu. Przenoszone są do niej zaawansowane procesy i kompetencje oparte na wiedzy. Wraz z postępem procesu dojrzewania warszawskiego rynku biurowego rosną szanse na przyjęcie dalszego strumienia inwestycji zagranicznych.

Kontynuacja dobrej passy

Specjaliści Walter Herz wysnuwają hipotezę, że ten rok dla Warszawy może być tak samo udany jak ubiegły. – Decydujące znaczenie dla kształtowania się sytuacji na rynku biur będzie miała ogólna sytuacja gospodarcza w kraju i na świecie. Jeśli sprzyjający klimat inwestycyjny utrzyma się segment biurowy będzie kontynuował swój dotychczasowy rozwój – uważają eksperci.

Kluczową kwestią dla utrzymania obecnego popytu na warszawskie biura będzie aktywność najemców z sektora BSS, finansowego oraz z branży IT. Jeśli apetyt najemców nie zmaleje na stabilnym poziomie powinny także zostać utrzymane czynsze. Na ich wzrost może wpłynąć podniesienie płacy minimalnej i ewentualna podwyżka opłat za użytkowanie wieczyste. Należy jednak zwrócić uwagę, że najem powierzchni biurowej w Warszawie jest wciąż dużo tańszy niż w zachodniej Europie.

Autor: Walter Herz

Inflacja w Polsce najwyższa od 4 lat

Ceny rosną nad Wisła o 1,8% w skali roku. To najszybciej od grudnia 2012 roku. Pakiet danych z Europy nie spełnia oczekiwań analityków. Lepszy od oczekiwań wzrost w Polsce.

Inflacja w Polsce

Zgodnie z oczekiwaniami analityków inflacja w Polsce przyspiesza. Wzrost był nawet o 0,1% wyższy niż oczekiwano. Ceny w ujęciu rocznym rosną o 1,8%. To wzrost o cały procent w ciągu roku. To poziom najwyższy od końca 2012 roku. Od tego czasu inflacja cały czas znajdowała się poniżej celu inflacyjnego pomimo trwającej obniżki stóp, która powinna działać proinflacyjne. Za wzrost odpowiedzialna jest przede wszystkim żywność oraz transport. Ten ostatni podrożał aż o 9% co było efektem zmian cen ropy oraz kursu dolara. Skoro ropa wyrażona w dolarach podrożała, a dolar poszedł w górę oba te czynniki zwiększyły koszt dla Polaków. Rynki zareagowały pozytywnie na wzrost inflacji delikatnie umacniając złotego.

Dane makroekonomiczne

Dzisiaj od rana poznajemy szereg danych makroekonomicznych. O 5:30 opublikowano produkcję przemysłową dla Japonii. W ujęciu rocznym rośnie ona o 3,2% przy oczekiwaniach 3%. W efekcie inwestorzy umocnili jena względem dolara. O 8:00 nadeszły najprawdopodobniej najważniejsze dla nas dane z Niemiec. Produkt Krajowy Brutto wzrósł w ciągu roku zaledwie o 1,2% podczas gdy oczekiwania mówiły o 1,7%. Rezultatem było osłabienie się euro na rynkach względem innych głównych walut. O 9:00 poznaliśmy dane z Węgier. Tutaj również wypadły słabiej niż przewidywania. Analitycy oczekiwali 2,1% a wynik wyniósł 1,6%. W tym samym czasie nadeszły dane na temat inflacji z Węgier. Wzrosła ona do 2,3% przy oczekiwanych 2%. Dane z Włoch zaskoczyły z kolei pozytywnie. Tamtejsza gospodarka wzrosła o 1,1% przy oczekiwaniach na 1%.

Wzrost gospodarczy w Polsce

Poznaliśmy wstępne dane na temat wzrostu PKB w Polsce w IV kwartale. Wyniósł on 3,1% i był lepszy od oczekiwań analityków. Przynajmniej od ostatnich oczekiwań, gdyż ostatnio te oczekiwania gwałtownie spadały.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11:00 – Strefa Euro – PKB,
  • 11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW,
  • 14:30 – USA – inflacja producencka.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wiosenny rynek pracy

Wiele wskazuje na to, że tegoroczna wiosna na rynku pracy zaczęła się kilka tygodni przed kalendarzową. Rekrutacje trwają w najlepsze.

Z reguły dodatkowy impuls dla rynku pracy pojawia się w połowie marca. Pogoda się stabilizuje, co daje sygnał do rozpoczęcia prac porządkowych po zimie. Ożywia się także rolnictwo, przetwórstwo przemysłowe, gastronomia, turystyka, transport. Ma to odzwierciedlenie w liczbie publikowanych ofert pracy – te branże zamieszczają o kilka procent więcej ogłoszeń niż ma to miejsce w III bądź IV kwartale poprzedniego roku.

Wiosna zimowa

Wiosna 2017 ten scenariusz powiela, ale w porównaniu do poprzednich wiosen, wprowadza do niego parę zmian. Źródeł zmian należy upatrywać w rynku pracownika. To pojęcie oznacza, że pozyskanie kandydata do pracy wymaga coraz większego zaangażowania.  Rekordowo niski poziom bezrobocia (8,3 proc. – GUS, grudzień 2016 r.) sprawia, że wybór jest ograniczony – kandydatów brakuje. Przekonanie już pracujących do zmiany pracy wiąże się z rozbudowaniem pakietu zachęt.  Trzeba przy tym uzbroić się w cierpliwość. W związku z tym pracodawcy z dłuższym wyprzedzeniem szukają kandydatów do pracy, by zdążyć zaspokoić swoje rekrutacyjne potrzeby.  – Już na początku zimy część pracodawców rozpoczęła rekrutacje z myślą o wiośnie – mówi Marek Jurkiewicz, Dyrektor InfoPraca.pl. Z Licznika rynku InfoPraca.pl wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba ofert pracy w porównaniu do danych z ostatniego kwartału 2015 r. zwiększyła się o niemal jedną czwartą.

Wymiar międzynarodowy

W coraz większym stopniu niedobory kadrowe z kraju uzupełnia się cudzoziemcami, szczególnie zza wschodniej granicy. Prym wiodą Ukraińcy, ale przybywa obywateli innych państw, w tym Armenii, Mołdawii, Rosji i  Białorusi. To efekt tzw. szybkiej ścieżki – przyspieszonej procedury rejestracji. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2016 r. w ten sposób chciano zatrudnić rekordową liczbę 1,3 mln pracowników – o dwie trzecie więcej niż w 2015 r. Ten rok może ustanowić kolejny rekord. Podobnie może być w przypadku stałych pozwoleń na pracę. W zeszłym roku wydano ich przeszło 123 tys. W kolejce ustawiają się szczególnie firmy z branż: transportowa, budownictwo, gastronomiczna, przetwórstwo przemysłowe, rolnictwo. W zasadzie coraz trudniej wskazać branżę, która by się w kolejce nie ustawiała, szczególnie jeśli mówimy o pracach prostych. Coraz liczniejsze grupy reprezentują Hindusi, Uzbecy, Chińczycy i Nepalczycy.

Przekrój rynku

W gronie najbardziej poszukiwanych pracowników już teraz są handlowcy, specjaliści IT, inżynierowie, księgowi, z branży produkcyjnej, obsługi klienta, logistycznej, finansowej i administracyjnej. W tej grupie są też osoby ze specjalistycznymi umiejętnościami, a także do prac fizycznych. Przybywa ogłoszeń dla przedstawicieli branży medycznej. W cenie jest fach rzemieślniczy. Jeden z dużych przewoźników lotniczych także prowadzi rekrutację w Polsce, być może w jego ślady pójdą inni. Firmy coraz częściej zgłaszają chęć zatrudnienia osób niepełnosprawnych, a także 50+. Regularnie pojawiają się propozycje staży i praktyk dla studentów. To szansa nie tylko dla studentów na zdobycie doświadczenia, ale i dla firm, które często wychodzą z propozycją przedłużenia współpracy. Tym samym przygotowują pracownika na przyszłość.

Kierunek zatrudnienia: kraj         

Otwartym wciąż pozostaje pytanie, czy czeka nas fala powrotów z emigracji zarobkowej. Wygląda jednak na to, że nie przejawiamy już nadmiernej ochoty do wyjazdów. Jak wskazują dane GUS za III kwartał 2016 r., spośród ponad 16 mln pracujących, niemal 300 tys. osób szukało nowej pracy. Ponad połowa z nich za najważniejsze kryterium jej zmiany uznawała lepsze zarobki. Wśród innych powodów były chęć znalezienia pracy na pełny etat lub zgodnej z kwalifikacjami, mniejsza odległość od miejsca zamieszkania. Nieco ponad 60 tys. osób interesowało się pracą za granicą, podczas gdy wśród bezrobotnych takie deklaracje wyrażało przeszło 140 tys. osób. Oznacza to, że łącznie nieco ponad 200 tys. osób nosi się z zamiarem opuszczenia kraju, czyli jedna piąta mniej niż w II kwartale 2016 r.. Wpływ na to mogą mieć i zawirowania w polityce międzynarodowej, i coraz lepsza sytuacja na polskim rynku pracy, przynajmniej z punktu widzenia pracowników.

Rekrutacja jak reklama

Firmy sięgają zatem po inne narzędzia rekrutacyjne, które umożliwiają im zwiększenie szans na skuteczne dotarcie do grupy docelowej. Rekrutacja w coraz większym stopniu przypomina profesjonalną kampanię reklamową.  – Ogłoszenie jest nieodzowne, ale to dopiero początek. InfoPraca.pl wykorzystuje swój potencjał technologiczny, by za pomocą marketingowych działań online dotrzeć do większej liczby kandydatów i zwiększyć liczbę aplikacji – mówi Marek Jurkiewicz. I właśnie wsparcie procesu rekrutacji dodatkowymi aktywnościami może przybrać na sile, począwszy od tegorocznej wiosny i rozwijać się w przyszłości.

Rekordowa liczba nielegalnych fabryk papierosów w 2016 r.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji w 2016 roku zatrzymali 540 osób  i zlikwidowali 26 nielegalnych fabryk papierosów. Zdecydowaną większość zatrzymanych stanowią Polacy – 383 osoby, 123 zatrzymanych posiadało obywatelstwo ukraińskie a 34 osoby inne narodowości, głównie państw bloku wschodniego. Biorąc pod uwagę, że w 2015 roku zlikwidowano 9 fabryk, ubiegły rok należy zaliczyć do rekordowych jeśli chodzi o uderzenie w zorganizowane grupy przestępcze wprowadzające na rynek podrabiane papierosy. Policjanci CBŚP zlikwidowali również 46 wytwórni krajanki tytoniowej i udaremnili wprowadzenie na rynek prawie 200 mln nielegalnych papierosów lub pochodzących z przemytu, a także zabezpieczyli ponad 300 ton tytoniu.

Jedną z bardziej spektakularnych spraw realizowanych przez funkcjonariuszy CBŚP była likwidacja największej fabryki papierosów na Dolnym Śląsku. Policjanci wrocławskiego CBŚP współpracując z funkcjonariuszami Nadodrzańskiego Oddziału SG i celnikami z Wrocławia namierzyli nielegalną produkcję papierosów w halach magazynowych w miejscowości Tarnówek (pow. polkowicki). Na miejscu zabezpieczyli Ponad 18 milionów papierosów i ponad 25 ton tytoniu i zatrzymali 15 osób, w tym 7 obywateli Ukrainy, trudniących się tym procederem. Straty Skarbu Państwa z tytułu działalności nielegalnej fabryki szacuje się na ponad 16 milionów złotych.

W przeciągu dziesięciu pierwszych tygodni ubiegłego roku, funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zlikwidowali 7 fabryk papierosów. To przypomnienie najistotniejszych spraw:

Funkcjonariusze CBŚP, Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej i Izby Celnej w Warszawie zatrzymali na terenie powiatu grodziskiego 58 obywateli Ukrainy, którzy zajmowali się nielegalną produkcją papierosów. W trakcie przeszukania zabezpieczonych zostało ponad 5 milionów gotowych papierosów i półprodukty wartości blisko 5,5 miliona złotych. Wśród zatrzymanych było trzech organizatorów procederu. Wstępnie wyliczone straty Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku akcyzowego to ponad 6,5 miliona złotych.

Policjanci katowickiego CBŚP, w Zabrzu zlikwidowali największą linię produkcyjną i magazyn papierosów. Policjanci zabezpieczyli prawie 10 mln. wyprodukowanych papierosów i 6,5 tony tytoniu. Wartość zabezpieczonych maszyn to około 1 mln. złotych.  Funkcjonariusze ustalili, że zorganizowana grupa przestępcza działa na Śląsku i wyprodukowane nielegalnie papierosy przemycała do krajów Unii Europejskiej.

Zatrzymani usłyszeli zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, której celem  było popełnianie przestępstw polegających m.in. na nielegalnej produkcji i wprowadzaniu do obrotu wyrobów akcyzowych. Grozi im kara do 5 lat pozbawienia wolności, która może być nadzwyczajnie obostrzona do lat 10.

Kolejna fabryka była zlokalizowana pod Bydgoszczą. Tutaj w wynajętych magazynach jednej z podbydgoskich wsi zorganizowana była fabryka do produkcji nielegalnych papierosów. Policjanci CBŚP z Lublina wraz z policjantami z Bydgoszczy i celnikami weszli do magazynów i zatrzymali 6 obywateli Ukrainy i 3 Polaków. Została na miejscu zabezpieczona kompletna linia do produkcji papierosów: maszyny do cięcia, pakowania, foliowania, gilzy, opakowania, znaki akcyzowe. Maszyny produkowały w ciągu doby około 600 tys. papierosów. Funkcjonariusze zabezpieczyli ponad 1,3 mln papierosów, które miały następnie trafić m.in. do Niemiec. Zabezpieczono również ponad 2 tony tytoniu.

Do kolejnych sukcesów funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji w zwalczaniu handlu podrobionymi wyrobami tytoniowymi było zabezpieczenie 5 milionów papierosów, 7 ton tytoniu podczas likwidacji fabryki papierosów i dwóch krajalni w województwach: wielkopolskim, pomorskim. W sumie funkcjonariusze zatrzymali 16 osób, które trudniły się przestępczym procederem. Funkcjonariusze CBŚP współpracowali przy likwidacji z celnikami i strażą graniczną oraz służbą skarbową. To kolejne uderzenie w przestępczość tytoniową w tym roku. Działalność zorganizowanych grup przestępczych naraziła Skarb Państwa na 146 mln złotych strat.

Należy również wspomnieć o udaremnieniu rekordowego przemytu 26 milionów papierosów, które przypłynęły do Polski z Malezji. Policjanci CBŚP z Gdańska ustalili, że przemycone w 3 kontenerach papierosy, dostarczone zostały do portu w Gdańsku na pokładzie statku płynącego z Malezji. Z dokumentów wynikało, że w kontenerach znajdują się szklane, puste butelki. Importerem butelek była polska firma z woj. dolnośląskiego. Funkcjonariusze pracowali nad tą sprawą kilka tygodni, co pozwoliło na ustalenie tożsamości organizatora procederu. Przy współpracy z Pomorską Służbą Celną, funkcjonariusze zabezpieczyli w gdańskim porcie kontenery w nielegalnym towarem. Kolejny taki transport z 10,5 mln papierosów został zabezpieczony w gdańskim porcie. Trafił do Polski z Singapuru.

2016 rok, okazał się rekordowym pod wieloma względami, rekordowym w walce z nielegalną produkcją i przemytem papierosów. Funkcjonariusze CBŚP zlikwidowali 26 nielegalnych fabryk, 46 wytwórni krajanki tytoniowej, zabezpieczyli 200 mln papierosów i ponad 304 tony tytoniu. Dla porównania w 2015 roku zlikwidowano 9 fabryk, 59 wytwórni krajanki, zabezpieczono 186 mln papierosów i ponad 435 ton tytoniu.

(CBŚP / mw / Policja)

Kiedy wliczyć koszty osobowe do ulgi na badania i rozwój?

Firmy w Polsce pierwszy raz przygotowują się do skorzystania z ulgi na badania i rozwój. Największy udział w kosztach działalności B+R mają koszty osobowe. Choć ustawa o CIT nie nakłada na przedsiębiorstwa ograniczeń interpretacyjnych dotyczących kwalifikowania kosztów osobowych, okazuje się, że robią to organy podatkowe. Kiedy więc firma może wliczyć koszty pracy do ulgi B+R?

W każdym przedsiębiorstwie podstawowym kosztem prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej jest koszt zatrudnienia pracowników. Zgodnie z przepisami, do kosztów kwalifikowanych zaliczane są koszty pracowników „zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R”. To sformułowanie jest źródłem wątpliwości interpretacyjnych zarówno dla firm usiłujących skorzystać z ulgi na badania i rozwój, jak i organów wydających interpretacje podatkowe. W konsekwencji firmy nie wiedzą, kiedy mogą wliczyć koszty osobowe do ulgi B+R, a organy często wydają interpretacje niekorzystne dla podatników.

Jak wykazać zatrudnienie w „celu realizacji działalność B+R”? Zapis w karcie obowiązków pracownika lub dokumentacja projektowa

Przepisy ustawy o CIT nie uzależniają odliczenia kosztów osobowych od formalnego potwierdzenia w dokumentach, że pracownik został zatrudniony „w celu realizacji działalności badawczo-rozwojowej”. Takie zatrudnienie może, ale nie musi, wynikać z zapisów umowy o pracę. Można je wykazać wszelkimi dowodami, które potwierdzą, że pracownik realizuje działania B+R – w tym dokumentacją projektową.

Najprostszym sposobem udowodnienia, że pracownik został zatrudniony „w celu realizacji działalności B+R” jest ujęcie tego celu w zakresie obowiązków. Jednak w małych i średnich przedsiębiorstwach, działalnością B+R często zajmuje się jeden pracownik, który realizuje ją przy okazji wykonywania standardowej działalności firmy, i zazwyczaj nie jest to ujęte w zakresie jego obowiązków. Podobnie jest z pracownikami produkcyjnymi. Nie są oni zatrudniani „w celu realizacji działalności B+R”, a najczęściej zajmują się kluczowymi działaniami B+R, np. opracowywaniem prototypów, projektów pilotażowych, czy testowaniem produktów. W takich sytuacjach dowodem na to, że pracownik został „zatrudniony w celu realizacji działalności B+R” jest dokumentacja projektów B+R, w których bierze on udział. Jest ona wręcz wiarygodniejszym potwierdzeniem zaangażowania pracownika w działania B+R, niż odpowiednie sformułowanie w zakresie obowiązków.

Co na to organy podatkowe?

Tymczasem zdarza się, że organy podatkowe stwierdzają, że jeśli w zakresie obowiązków pracownika nie ma informacji, iż został on zatrudniony „w celu realizacji działalności badawczo-rozwojowej”, koszt jego pracy nie podlega odliczeniu. Taką interpretację otrzymała również firma, która uwzględniła w karcie obowiązków czynności z zakresu działalności B+R, np.: prowadzenie badań i analiz, rozwój produktów i usług, czy opracowywanie nowych produktów i technologii. W części wydanych do tej pory interpretacji podatkowych organy potwierdzają, że firma prowadzi działalność B+R i jednocześnie odmawiają wliczenia kosztów osobowych do ulgi, z uwagi na brak spełnienia przesłanki „zatrudnienia w celu realizacji B+R”. Prowadzi to do fałszywego wniosku, że firmy prowadzą działalność B+R bez udziału pracowników.

– W interpretacji wydanej w 2016 r. jeden z organów podatkowych uznał, że nie ma znaczenia, ile czasu pracownik przeznaczył na działalność badawczo-rozwojową, ponieważ najważniejsze jest spełnienie przesłanki „zatrudnienia w celu realizacji działalności B+R”. Z innej interpretacji wynika, że do kosztów kwalifikowanych firma może zaliczyć tylko czas pracy przeznaczony na realizację działalności B+R. Wymaga to szczegółowego ewidencjonowania czasu pracy. Według organu, na tej podstawie firma może wskazać procentowy udział pracownika w działalności badawczo-rozwojowej. Tymczasem prowadzenie szczegółowej ewidencji czasu pracy nie jest wymagane nawet przez kodeks pracy. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że od wydanych interpretacji podatkowych można się odwoływać – zaznacza Małgorzata Boguszewska, Manager Działu Dotacji i Ulg B+R w Ayming Polska.

Ewidencja czasu pracy – tak. Ale nie szczegółowa

Koszty osobowe pracownika realizującego działalność badawczo-rozwojową można ustalić na podstawie ewidencji czasu pracy prowadzonej w dowolny sposób, w tym na bazie łącznej liczby godzin poświęconych na B+R.

– Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nie precyzują, jak należy rozliczać czas pracownika „zatrudnionego w celu realizacji działalności B+R”. Nie ma więc konieczności prowadzenia szczegółowej ewidencji czasu pracy, która dla firm jest kosztowna i problematyczna. Rozsądnym rozwiązaniem jest przyjęcie do ulgi badawczo-rozwojowej części wynagrodzenia pracownika na podstawie wskazanej miesięcznej liczby godzin poświęconych na działania B+R, która ma odzwierciedlenie w dokumentacji projektów badawczo-rozwojowych prowadzonych przez pracownika – komentuje  Małgorzata Boguszewska, Manager Działu Dotacji i Ulg B+R w Ayming Polska.

Firmy potrzebują zachęty do prowadzenia działalności B+R

Przepisy ustawy o CIT nie określają, z czego ma wynikać „zatrudnienie pracownika w celu realizacji działalności B+R” i nie uzależniają możliwości odliczenia kosztów osobowych od formalnego potwierdzenia, że pracownik został zatrudniony właśnie w tym celu. Wbrew temu, co pojawiło się w kilku interpretacjach podatkowych, nie musi ono wynikać wprost z umowy o pracę. Takie zatrudnienie można wykazać wszelkimi dowodami, które potwierdzą, że pracownik realizuje B+R.

„Obserwujemy, że zarówno firmy, jak i organy podatkowe mają problem z interpretowaniem, na jakiej podstawie zaliczyć do ulgi B+R czas pracownika poświęcony na działalność badawczo-rozwojową. Niektóre urzędy odmawiają wydania interpretacji podatkowej lub wymagają formalnego uwzględnienia działań B+R w zakresie obowiązków pracownika. Tymczasem potrzebna jest indywidualna ocena sytuacji, która uwzględni fakt, że przedsiębiorstwa realizujące działania B+R są różnej wielkości, mają odmienne struktury i praktyki. Pamiętajmy, że ulga badawczo-rozwojowa ma je zachęcać do zwiększania nakładów na działania B+R. Jeśli biznes w Polsce ma być innowacyjny, trzeba mu ułatwić korzystanie z dostępnych form  wsparcia” – podkreśla Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający w Ayming Polska.

Najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów interpretacyjnych związanych z wliczaniem kosztów osobowych do ulgi, byłaby zmiana w przepisach polegająca na zastąpieniu określenia „zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R” na „realizujących działalność B+R”. Jak pokazuje pierwsze podejście do rozliczenia ulgi B+R, temat ten powinien jak najszybciej zostać podjęty przez ustawodawcę. Okazją ku temu będą prace nad tzw. „dużą ustawą o innowacyjności”.

Co powie Yellen? Scenariusz i 2 możliwości reakcji kursu dolara

Dolar zrobił krok do przodu w poniedziałek, żeby dziś zrobić krok w tył. Dobry sentyment został zastąpiony przez rysy na idealnym obliczu administracji Trumpa (rezygnacja doradcy ds. bezpieczeństwa), ale też niepewność o wydźwięk wystąpienia prezes Fed Yellen dziś po południu nakłania do realizacji zysków. Euro i złoty mogą nie znaleźć wsparcia w odczytach PKB. Funt czeka na dane o inflacji.

Czy tekst dzisiejszego wystąpienia prezes Fed Janet Yellen przed Komisją Bankową Senatu USA będzie kartką walentynkową w stronę dolara?

Jest na to szansa, jeśli Yellen będzie wierna przekazom z ostatnich komunikatów FOMC. Przedstawiciele banku przy różnych okazjach podkreślają dążenie do trzech podwyżek w tym roku, tymczasem rynkowa wycena sugeruje oczekiwania na tylko dwa kroki. Yellen nie ma interesu w tym, by prowokować rynek do większego sceptycyzmu, ale z drugiej strony jest mało realne, aby jednym wystąpieniem Yellen łatwo przekonała rynek do swojej wizji ścieżki stóp procentowych.

Podkreślenie, że Fed jest bliski realizacji swoich celów będzie odebrane jako jastrzębia wzmianka, choć wątpliwe, aby rynek na poważnie zaczął rozważać kolejną podwyżkę już na najbliższym posiedzeniu w marcu. Ogólnie jastrzębi wydźwięk wystąpienia może się wziąć z tego, że rynek jest bardziej sceptyczny do liczby podwyżek w tym roku, stąd pewność siebie prezes Fed co do swojej wizji polityki może pomóc na drodze do odbudowy siły USD po słabym starcie roku.

Dodatkowe ryzyka leżą w ocenie skutków polityki fiskalnej oraz planów redukcji bilansu Fed (pozbywania się aktywów skupionych w ramach QE). Jeśli Yellen podkreśli, że obecne założenia polityki monetarnej są ustalone niezależnie od kształtu polityki gospodarczej Trumpa, będzie to sugerować otwartą furtkę do większej liczby podwyżek, jeśli ożywienie gospodarcze miałoby przyspieszyć za sprawą bodźców fiskalnych. Z kolei zasugerowanie rozpoczęcia procesu redukcji bilansu Fed w tym roku może zostać odebrane jako substytut podwyżki stóp procentowych, ale wiele zależy od proporcji zamiany. Ucięcie liczby podwyżek do jednej w 2017 r. w zamian za zaprzestanie reinwestycji środków z zapadających obligacji skarbowych z portfela Fed będzie negatywne dla USD. Jednak jeśli Fed utrzymałaby dwie podwyżki przy rozpoczęciu redukcji bilansu byłoby większym zacieśnianiem polityki względem obecnej wyceny rynkowej.

EUR/USD naciera na 1,06, ale bez trwałego przełamania, co nie dziwi w obliczu dzisiejszych wydarzeń skłaniających do częściowej realizacji zysków. Mimo to rynek huczy od tematów związanych z ryzykiem politycznym w Europie (Francja, Grecja, Wochy), więc jeśli Yellen nie zaszkodzi dolarowi, EUR/USD może śmielej ruszyć na południe. Wcześniej otrzymamy wstępny szacunek PKB za czwarty kwartał z Eurolandu, ale po tym jak dziś rano poznaliśmy dane z Niemiec (0,4 proc. k/k, o 0,1 pkt proc. poniżej prognoz) ryzyka przed odczytem przeważają po negatywnej stronie. Wstępny PKB poznamy też z Polski, względem którego utrzymujemy zachowawczą prognozę 2,2 proc. r/r (konsensus: 2,5 proc.), gdyż widzimy niedostateczne wsparcie w eksporcie netto. Jeśli nasze przypuszczenia się potwierdzą, złoty może być w opałach.

We wtorek warto też zwrócić uwagę na dane o inflacji z Wielkiej Brytanii. Wyższe ceny w oparciu o efekty niskiej bazy sprzed roku i taniego funta nie są już powodem do budowy jastrzębich oczekiwań względem decyzji BoE po tym, jak w ostatnim komunikacie bank podtrzymał neutralne stanowisko. Nie wyklucza to jednak, że GBP/USD skoczy natychmiast po danych, ale rynek raczej szybko będzie wykorzystywał okazję do średnioterminowej sprzedaży funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pokonać Czeski Bank Narodowy

Narodowy Bank Czeski w listopadzie 2013 roku powiązał kurs korony z euro, przecież nikt nie lubi zbyt silnej waluty. Od tamtej pory kurs walutowy EUR/CZK ma utrzymywać się na poziomie 27 lub wyżej. Według centralnego bank Czech rozwiązanie takie będzie prowadziło do zwiększenia inflacji. Bank centralny radzi sobie z utrzymywaniem kursu EUR/CZK poprzez natychmiastowy skup obcych walut na rynku. Gdy chcemy kupić milion koron czeskich, to drugą stroną transakcji może być bank centralny.

Niemniej jednak historia już niejednokrotnie pokazała, że bank centralny na dłuższą metę nie jest wstanie utrzymać podłogi, czy też założonego poziomu kursu walutowego. Wystarczy przypomnieć sobie 15 stycznia 2015 roku, gdzie Szwajcarski Bank Centralny zaprzestał obrony poziomu kursu walutowego EUR/CHF.

Pokonać Czeski Bank Narodowy 8

Źródło: Admiral Markets

Powyższy wykres przedstawia parę walutową EUR/CHF na interwale tygodniowym. Największa, czerwona świeczka kryje za sobą decyzje SNB o zaprzestaniu bronienia kursu walutowego. Dla niektórych jest to tylko świeczka, ale za nią kryje się bardzo dużo negatywnych emocji oraz bankructw.

Właśnie z tego powodu niektórzy analitycy wyceniają, że „podłoga” na parze walutowej EUR/CZK w najbliższym czasie zostanie zdjęta „podłoga”. Gdyby do tego doszło, to w przeciągu kilku minut z poziomu 27 możemy spaść na 25 albo i niżej.

Pokonać Czeski Bank Narodowy 9

Źródło: Admiral Markets

Za zlikwidowaniem podłogi przemawia spadająca stopa bezrobocia, dobry rozwój oraz niedowartościowanie korony czeskiej względem euro. W długim terminie, aby zobaczyć, które waluty są niedowartościowane względem innych możemy skorzystać z indeksu big maca.

Wskaźnik Big Maca (ang. Big Mac Index) – nieformalny wskaźnik pomiaru parytetu siły nabywczej wprowadzony przez brytyjski tygodnik „The Economist” we wrześniu 1986.

Pokonać Czeski Bank Narodowy 10

Powyższa grafika przedstawia niedowartościowanie oraz przewartościowanie niektórych walut względem euro według parytetu siły nabywczej. Zgodnie z tą teorią, korona czeska powinna zanotować ponad 20 procentowe umocnienie, niemniej jednak do tak dużego najprawdopodobniej nie dojdzie – musimy być realistami. Powyższą „podłogę” oraz niedowartościowanie korony czeskiej względem euro możemy wykorzystać na dwa sposoby:

  • Ustawić zlecenie sell limit powyżej poziomu 27.80.
  • Sprzedać po cenie rynkowej i czekać na załamanie się kursu walutowego.

Pierwsza strategia zakłada, że bank centralny przesadza z interwencją i kurs odchyla się w stronę 28, po czym wraca do poziomu 27. Druga jest dosyć bardziej skomplikowana, ponieważ liczymy na siły rynkowe. Bank centralny broni kurs, ponieważ rynek cały czas zakłada, że korona czeska powinna być silniejsza. Po większym nacisku ze strony rynku bank centralny powinien odpuścić, co doprowadzi do bardzo dużego spadku EUR/CZK. Historia już nieraz udowodniła, że bank centralny w długim terminie przegrywa z rynkiem. Jeżeli „podłoga” zostanie zlikwidowana, to możemy mówić, że pokonaliśmy bank centralny Czech.

Strategie są proste, ale przy ich wykorzystywaniu musimy zdawać sobie jedną sprawę. Po pierwsze, bank centralny Czech może zacząć bronić wyższego poziomu, a to doprowadzi do straty.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Francja potrzebuje polskich pracowników. Najbardziej w przemyśle stoczniowym i spożywczym

Francuska gospodarka zaczyna się rozpędzać. Z danych Państwowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (INSEE) wynika, że w czwartym kwartale 2016 roku francuski PKB wzrósł w ujęciu rocznym o 1,1 proc. Ten wynik przekłada się na rosnące zapotrzebowanie na kadrę, której francuscy przedsiębiorcy często poszukują poza granicami własnego kraju. IPF Group, firma specjalizująca się w rekrutacji i organizacji zatrudnienia, notuje coraz więcej ofert pracy dla polskich fachowców od francuskich pracodawców. Dotyczy to zwłaszcza przemysłu stoczniowego i spożywczego. Na pracę mogą liczyć m.in. spawacze, monterzy stoczniowi oraz rzeźnicy.

Ożywienie we francuskiej gospodarce trwa już od kilku miesięcy. W związku z tym wzrosło także zapotrzebowanie na specjalistów z Polski. Pracy dla spawaczy, monterów stoczniowych, ślusarzy, rzeźników i drobiarzy jest bardzo dużo – mówi Mariusz Dolata, prezes IPF Group. – Samo prosperity to tylko jeden z powodów wzrostu zainteresowania naszymi pracownikami. Warto też zwrócić uwagę na to, jak wartościowi są polscy specjaliści. Po pierwsze, ceniona jest ich pracowitość. Polski pracownik chętnie wyrabia nie tylko normę, ale i wykracza poza nią. Po drugie, nasi rodacy dobrze znają się na swoim fachu, co powoduje, że francuskie firmy z taką chęcią sięgają po naszych specjalistów – dodaje Mariusz Dolata.

Pracownik techniczny potrzebny od zaraz

Francja na początku 2016 roku wprowadziła plan dokształcania bezrobotnych, który ma objąć 500 tys. osób. Zakończenie programu przewidziano na połowę obecnego roku i wtedy też wykwalifikowani pracownicy mają wypełniać luki w strategicznych obszarach gospodarki. Jednak nawet zakładając całkowite powodzenie planu, zapotrzebowanie na kadrę jest znaczenie większe. Konsekwencją tego jest ciągły wzrost ofert pracy dla polskich ślusarzy czy spawaczy – to zawody, w których fachowców brakuje. Osoby z kierunkowym wykształceniem są na wagę złota, dlatego też oferuje się im atrakcyjne benefity. IPF Group osobom wyjeżdżającym do pracy nad Sekwanę oferuje m.in. zaliczkę na start, zwrot kosztów Internetu czy premię za znalezienie mieszkania.

Francuskie stocznie wierzą w polski potencjał

W styczniu tego roku Polska Grupa Zbrojeniowa i francuska grupa stoczniowa DCNS podpisały porozumienie o współpracy przy projektach okrętów podwodnych i nawodnych. Świadczy to o dużym zaufaniu, jakim darzą francuscy przedsiębiorcy polskich specjalistów. Widać to również w napływających coraz częściej do IPF Group ofertach pracy dla spawaczy i monterów stoczniowych. Tylko w styczniu 2017 roku francuskie stocznie zgłosiły do IPF Group zapotrzebowanie na 70 osób na takie stanowiska. Najczęściej od monterów stoczniowych wymaga się umiejętności czytania rysunku technicznego, zasad montażu poszczególnych części czy umiejętności pracy na danym materiale, a od spawaczy umiejętności spawania metodą 136 i 138 oraz bardzo dobrej znajomości rysunku technicznego. IPF Group otworzył filię w Gdańsku specjalnie z myślą o rekrutacji personelu do stoczni.

Przemysł mięsny rośnie w siłę

Z danych OECD wynika, że do 2025 roku spożycie mięsa na świecie będzie wzrastać. Między innymi za dziesięć lat przeciętny Europejczyk będzie jadł ok. 6 proc. wołowiny więcej niż obecnie. Oznacza to również, że więcej pracy będą miały zakłady mięsne. Tendencję wzrostową widać już teraz m.in. na francuskim rynku pracy. Polscy rzeźnicy i drobiarze bez problemu znajdą pracę nad Sekwaną. Wystarczy, że posiadają odpowiednie umiejętności i doświadczenie.

Francuskie przedsiębiorstwa cenią polskich pracowników. Spodziewamy się, że w trwającym roku ten wynik będzie jeszcze wyższy. Firmy spożywcze, w tym głównie zakłady przetwórstwa mięsa, stocznie czy inne zakłady przemysłowe rozwijają się na francuskim rynku w dużym tempie, otrzymują nowe zlecenia i zwiększają moce produkcyjne. W takiej sytuacji wykwalifikowany specjalista z Polski jest dla nich na wagę złota – podsumowuje Mariusz Dolata z IPF Group.

Motoryzacja: co piąty przedstawiciel w Polsce widzi przyszłość branży w nowoczesnych technologiach

Z MotoBarometru Exact Systems wynika, że co piąty przedstawiciel automotive w Polsce widzi możliwość rozwoju branży w oparciu o nowoczesne technologie. Jednocześnie, tylko 14 proc. zgadza się ze stwierdzeniem, że w ciągu pięciu najbliższych lat, samochody z tradycyjnym napędem zostaną wyparte przez napędy alternatywne. Eksperci CRS Polska, firmy kontrolującej jakość produkowanych samochodów i części do nich, zwracają uwagę, że powściągliwość środowiska motoryzacyjnego to efekt ich świadomości, z jak wielką rewolucją wiąże się przejście na napędy alternatywne.

– Napędy alternatywne, w tym te przede wszystkim elektryczne, są w swojej konstrukcji znacznie prostsze i mniej złożone niż tradycyjne silniki spalinowe. Nie znajdują w nich zastosowania m.in. systemy chłodzenia czy tradycyjne skrzynie biegów. A to powoduje, że przejście z rynku tradycyjnych pojazdów do rynku innowacyjnego wiązałoby się z globalną zmianą technologii produkcji. Za tym idą takie konsekwencje jak znaczne ograniczenie ilości części czy dostosowanie rodzaju produkcji – mówi Marzena Jurkiewicz, Prezes Zarządu CRS Polska.

Milion elektrycznych samochodów w Polsce?

Na europejskim rynku samochodowym wyraźnie rysuje się trend rosnącej sprzedaży samochodów na paliwa alternatywne. Z danych ACEA wynika, że w III kwartale ubiegłego roku sprzedaż samochodów elektrycznych zwiększyła się w krajach Unii Europejskiej o ponad jedną czwartą. Najwięcej pojazdów z napędem alternatywnym kupiono w Hiszpanii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Wzrost wyniósł odpowiednio 45 proc., 34 proc. i 30 proc. W Polsce udział samochodów z napędem alternatywnym na razie liczony jest w promilach. Jednak rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach będzie jeździło około miliona samochodów elektrycznych.

Nowoczesna technologia tak, ale to pieśń przyszłości

Koncerny motoryzacyjne regularnie informują o innowacyjnych rozwiązaniach, które zamierzają wykorzystywać, albo o nowych modelach samochodów z napędem alternatywnym. Między innymi w styczniu tego roku Ford ogłosił, że już za trzy lata na rynek europejski trafi hybrydowy van Transit Custom w wersji plug-in oraz w pełni elektryczny SUV o zwiększonym zasięgu (przynajmniej 480 km) oferowany na całym świecie. Natomiast japońska marka Nissan w swoich najnowszych konstrukcjach będzie wykorzystywała technologię Seamless Autonomous Mobility, opracowaną przez inżynierów NASA. W związku z tym, że informacje o innowacjach napływają z każdej strony, już co piąty przedstawiciel motoryzacji w Polsce widzi największą szansę na rozwój branży w nowoczesnych technologiach – wynika z MotoBarometru przygotowanego przez Exact Systems. W Niemczech, czyli kraju będącym jednym z gigantów automotive, taką opinię wyraża już co drugi przedsiębiorca. Warto jednak pamiętać, że nowoczesne technologie to z jednej strony szansa, ale z drugiej strony wyzwanie, któremu cała branża będzie musiała stawić czoła. W związku z tym, że m.in. samochody elektryczne to zupełnie nowa technologia i zdecydowanie mniej części, zmieni się cały łańcuch dostaw. Od firm zajmujących się surowcami po dostawców pierwszego rzędu, którzy dostarczają bezpośrednio do OEM.

Implementacja nowoczesnych technologii to jedna z największych rewolucji, jaka czeka rynek motoryzacyjny. Jednak scenariusz zapowiadający jej wprowadzenie w ciągu najbliższych kilku lat wydaje się zbyt optymistyczny. W tym momencie nasza branża nie wytrzymałaby takiej zmiany, stąd zakładamy, że będzie ona rozłożona na dziesięciolecia. Widać to chociażby po zamówieniach naszych klientów na kontrolę jakości części motoryzacyjnych, które nie wskazują na to, by w branży miało się coś drastycznie zmienić – podsumowuje Marzena Jurkiewicz.

Inwestorzy czekają na publikację GUS o PKB za IV kwartał 2016 r.

Złoty rano pozostaje stabilny, po tym jak w poniedziałek mocno stracił na wartości. Inwestorzy czekają na dane o polskim PKB, a przede wszystkim na popołudniowe wystąpienie szefowej Fed w Kongresie.

O godzinie 09:11 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3132 zł, USD/PLN 4,0640 zł, CHF/PLN 4,0426 zł, a GBP/PLN 5,0890 zł. To poziomy niewiele odbiegające od tych z wczorajszego zamknięcia, gdy główne waluty podrożały od prawie 2 do ponad 5 groszy. Ta poranna stabilizacja ma miejsce w sytuacji, gdy nastroje na rynkach globalnych lekko się pogorszyły, a notowania EUR/USD odbijają po tym, jak w poniedziałek spadły poniżej 1,06 dolara.

Inwestorzy z rynku walutowego czekają na zaplanowaną na godzinę 10:00 publikację przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) wstępnych szacunków dynamiki polskiego PKB za ostatni kwartał 2016 roku, a przede wszystkim na popołudniowe wystąpienie szefowej Fed na forum amerykańskiego Kongresu. To drugie stanowi główne wydarzenie nie tylko dzisiejszego dnia, ale też całego tygodnia.

Wczoraj GUS opublikował najnowsze dane o cenach w Polsce. Zgodnie z oczekiwaniami inflacja mocno przyspieszyła, rosnąc do 1,8% w relacji rocznej z 0,8% w grudniu i wobec 0,0% w listopadzie. Wzrost ten był nieco wyższy od rynkowego konsensusu, który kształtował się w przedziale 1,6-1,7% R/R. Nie zmienia to jednak poglądu na inflację w Polsce. Obserwowany jej skok to przede wszystkim wspólny efekt drożejących paliw i żywności oraz efektu bazy. W II kwartale prawdopodobnie inflacja podskoczy do 2,5% R/R, żeby na koniec roku wrócić poniżej 2% R/R. Stąd też opublikowane dane nie zmieniają oczekiwań co do przyszłej polityki Rady Polityki Pieniężnej (RPP), zgodnie z którą na pierwsze podwyżki przyjdzie nam zaczekać do przyszłego roku. Potwierdzili to sami członkowie Rady (Kropiwnicki, Żyżynski), którzy wczoraj ocenili, że dane inflacyjne nie sa powodem do niepokoju.

Raport o inflacji nie wywołał większych emocji na rodzimym rynku walutowym. Dziś prawdopodobnie takowych nie sprowokuje też publikacja wstępnych szacunków dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za IV kwartał 2016 roku. Rynek spodziewa się przyspieszenia do 1,3-1,4% z 0,2% dynamiki PKB w relacji kwartalnej i stabilizacji rocznego wskaźnika PKB na poziomie 2,5%. Nie jest wykluczone, że dane okażą się nieco lepsze od prognoz. O ile jednak ta pozytywna niespodzianka nie będzie bardzo duża, to wpiszą się one w oczekiwanie przyspieszenia wzrostu w kolejnych kwartałach. A to już jest w cenach.

W sytuacji gdyby dane nt. PKB jednak rozczarowały, a taki scenariusz po opublikowanych już analogicznych (i gorszych od prognoz) danych z Niemiec, Czech i Węgier również należy brać pod uwagę, byłby to powód do obaw i czynnik wpływający na osłabienie złotego.

Dziś kluczowe z punktu widzenia złotego, podobnie jak będzie to miało miejsce również w przypadku wielu innych rynków, będzie wystąpienie Janet Yellen. Rozpocznie się ono o godzinie 16:00 polskiego czasu. Szefowa Fed zaprezentuje półroczny raport Fed nt. polityki monetarnej, a następnie odpowie na pytania senatorów z Komisji Bankowej Senatu USA. Można oczekiwać, że wystąpienie Yellen będzie utrzymane w jastrzębiej retoryce, co jeszcze przed jej pojawieniem się może lekko wspierać dolara, a jednocześnie nieco ciążyć złotemu i innym walutom krajów zaliczanych do rynków wschodzących. Nie mniej jednak, szefowa Fed w kwestii polityki monetarnej nie powinna niczym szczególnym zaskoczyć. Stąd też być może podczas jej wystąpienia istotna dla rynków okaże się nie kwestia stóp procentowych, ale wszelkie odniesienia do polityki gospodarczej proponowanej przez prezydenta Trumpa.

Pojawienie się Yellen niewątpliwie będzie dziś głównym wydarzeniem na rynku walutowym. Dla porządku jednak należy przypomnieć, że zostaną też opublikowane m.in. dane o cenach producentów w USA, dane o PKB Niemiec, Włoch i Strefy Euro, indeks instytutu ZEW dla Niemiec, a także inflacji w Wielkiej Brytanii Ten ostatni raport może mieć spory wpływ na notowania funta. Przede wszystkim wtedy, gdyby inflacja konsumencka na Wyspach wzrosła w styczniu mocniej niż do prognozowanych 1,9% R/R z 1,6% w grudniu, co przypomniałoby zeszłotygodniowe ostrzeżenie Kristin Forbes z Banku Anglii, że w przypadku „wybuchu” inflacji, bank może rozważać podwyżkę stóp procentowych. W takim układzie notowania GBP/PLN mogłyby wrócić w okolicę szczytu z końca stycznia (5,1433 zł).

Układ sił na wykresach polskich par sugeruje, że paliwo do dalszego umocnienia złotego już się skończyło. Wszystkie optymistyczne wieści, jak przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Europie i Polsce, mocny skok inflacji, czy poprawa sentymentu do rynków wschodzących, już zostały zdyskontowane. Stąd też, żeby złoty dalej zyskiwał, a w szczególności, żeby w sposób trwały przełamał ważne psychologiczne bariery na poziomie 4 zł dla dolara i franka oraz 4,30 zł dla euro, potrzebne są nowe silne impulsy. Coś, co zmieni postrzeganie polskiej gospodarki. Bez tego będzie kontynuowany proces odwracania się tendencji spadkowych na polskich parach. A w przypadku pojawienia się negatywnych niespodzianek lub pogorszenia nastrojów na rynkach globalnych będziemy obserwować wzrosty kursów głównych walut.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Obowiązujące prawo nie jest dostosowane do sharing economy

Komisja Europejska jasno wypowiedziała się o korzyściach płynących z nowych usług, platform i działalności sharing economy. Wskazuje na potrzebę uregulowania nowych form działania, dając zielone światło dla ustawodawstwa krajowego. Zwraca uwagę na pewne aspekty, które są kluczowe zarówno w kontekście wspólnym dla rynku europejskiego, jak i każdego prawodawstwa wewnątrz kraju. Komisja Europejska mówi jasno o korzyściach płynących z nowej gałęzi gospodarki.

– Ekonomia współdzielenia jest istotnym elementem, który ma wzrostową tendencję i wpływa na innowacyjność gospodarek – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generalnego Pracodawców RP, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji – Jest korzystna dla budżetu państwa i wzrostu PKB, jednak KE wspomina o odpowiedzialności konsumentów i osób świadczących takie usługi. Uregulowanie tych kwestii pozostaje po stronie polskiego prawodawcy – niewątpliwie należy stworzyć te ramy. Nasze obowiązujące przepisy prawne są niedostosowane do tak nowoczesnych technologii. Prawo nie nadąża za rozwojem usług w oparciu o usługi cyfrowe – dodał Pączka.

Oszczędności i braki kadrowe zmuszą sklepy stacjonarne do wprowadzenia elektronicznych etykiet cenowych

Podczas gdy tradycyjny handel mierzy się z trendem dynamicznie rozwijającej się sprzedaży internetowej, eksperci zalecają płynne łączenie rozwiązań offline z online. Cyfrowe wsparcie podnosi jakość usług, obniża koszty i generuje zyski. Dlatego, sklepy stacjonarne powinny pewniej inwestować w digitalizację placówek.

W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych rośnie liczba nowych formatów sklepów, które łączą nowoczesną technologię z tradycyjną ideą stacjonarnego rynku, gdzie ludzie spotykają się, aby wspólnie spędzić czas. Z obserwacji Viktora Riemera z Information Resources Inc. (IRi), globalnej firmy badawczej, wynika, że cyfrowe wsparcie klasycznego biznesu w dużej mierze służy sieciom handlowym do redukowania kosztów. W tym celu stosują np. elektroniczne etykiety cenowe na półkach.

– Codzienne zmiany papierowych komunikatów na regałach w hipermarkecie często obejmują jedno stanowisko pracy. Biorąc pod uwagę wysokość zarobków pracowników sieci handlowych w krajach takich jak Niemcy, ta inwestycja zwraca się już po 3-5 latach. W Polsce, z uwagi na dużo niższe pensje, musiałby minąć dwa razy dłuższy czas, aby elektroniczne etykiety opłaciły się sprzedawcom – wyjaśnia Viktor Riemer.

Szukanie oszczędności

Choć u nas koszty zatrudnienia są dużo niższe, niż w Europie Zachodniej, to jednak, jak stwierdza Sebastian Starzyński, prezes instytutu badawczego ABR SESTA, sieci handlowe zaczynają już dostrzegać problemy z przyjmowaniem pracowników. Ludzie coraz niechętniej godzą się na niesatysfakcjonującą pracę, zwłaszcza jeśli mają wsparcie domowego budżetu, np. w postaci programu rządowego Rodzina 500 plus. Zdaniem eksperta, presja dotycząca podwyżek płac dla najmniej zarabiających osób w sprzedaży będzie systematycznie rosła.

– Warunki pracy są szczególnie ważnym elementem wizerunku sieci handlowych. Dlatego, stawki dla ich pracowników będą wzrastać, przewyższając pensję minimalną np. o 5-7 zł. Szukając oszczędności lub eliminując braki kadrowe, polskie sklepy z czasem mogą zacząć powszechnie wprowadzać elektroniczne etykiety cenowe. Ale bardzo trudno prognozować, kiedy to nastąpi. Wszystko zależy od przemian społeczno-gospodarczych, jakie nadejdą w kolejnych latach – mówi Sebastian Starzyński.

Tymczasem Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Sensorberg, zauważa, że w Polsce już od 2-3 lat przykładem stosowania nowoczesnej technologii przez centra handlowe, w celu obniżenia ich kosztów, jest zastępowanie tradycyjnych tablic informacyjnych, cyfrowymi ekranami. Korzysta z nich np. Blue City i Posnania. Według eksperta, to narzędzie przynosi właścicielom galerii dużą oszczędność czasu, a co za tym idzie pieniędzy, ponieważ nie muszą oni tworzyć szyldów dla nowych najemców lokali.
Zwiększenie zysków

– Elektroniczne etykiety cenowe przynoszą znacznie więcej korzyści, niż tylko oszczędność. To doskonałe narzędzie strategii marketingowej. Pozwala bowiem dynamicznie reagować na zachowanie konkurencji lub konsumentów. W zależności od sytuacji, można szybko zorganizować wyprzedaż określonego towaru, np. tracących na świeżości bananów w przeddzień święta kalendarzowego. Sprzedawca zmienia cenę produktu, poprzez odpowiedni system komputerowy. Klienci w sklepie słyszą komunikat o nowej promocji i po chwili zaczynają reagować na wprowadzoną ofertę – tłumaczy Viktor Riemer.

Jak informuje Sebastian Starzyński, w naszym kraju jedna z placówek Tesco testuje przedstawianie cen w formie cyfrowej. Elektroniczne etykiety stosuje jeszcze kilka sklepów stacjonarnych, ale tylko w przypadku części asortymentu. Występuje on np. w strefach promocyjnych, gdzie oferty rabatowe są często zmieniane. Według eksperta, popularne w Europie Zachodniej, narzędzie strategii marketingowej może nie przyjąć się w Polsce na większą skalę. W perspektywie kilku lat, jednym z możliwych scenariuszy jest zainwestowanie przez sieci handlowe w bardziej nowoczesne udogodnienie, tj. system rzeczywistości rozszerzonej. Jeśli to nastąpi, klienci, znajdujący się w punkcie sprzedaży, będą widzieli ceny produktów i promocje, np. dzięki specjalnym okularom lub szkłom kontaktowym.

– Firmy, stosujące cyfrowe rozwiązania, osiągają większe zyski, gdyż dostępność ich usług jest lepsza. To dotyczy też sieci handlowych, ponieważ część ich klientów jest otwarta na nowości i chce robić zakupy w wygodniejszy sposób. Na rynku pojawiają się kolejne narzędzia sprzedażowe. Dla przykładu, obecnie pracujemy nad systemem monitorowania półek sklepowych w celu szybkiego uzupełniania kończących się towarów. Jeżeli ta metoda uzyska pozytywne wyniki w naszych testach, to w br. wesprze stacjonarny handel. Skorzystają na tym konsumenci, ze względu na mniejsze braki produktów, oraz sieci, z uwagi na wzrost sprzedaży artykułów – zapowiada Sebastian Starzyński.

Z kolei, Viktor Riemer wymienia bardzo popularne w krajach Europy Zachodniej, interaktywne ekrany z reklamami i inspiracjami dla klientów. W Polsce stosuje je w swoich placówkach m.in. Carrefour. Są one umieszczane półtora metra nad głowami klientów. Dla sieci handlowej to darmowe miejsce reklamy jej usług, a dla producentów artykułów, np. spożywczych, sposób na kontakt z klientem w sklepie. W związku z tym, że ponad 75% decyzji zakupowych podejmowanych jest w punkcie sprzedaży, rośnie znaczenie aktywności promocyjnych na tzw. „ostatniej prostej do koszyka konsumenta”.

Przewaga konkurencyjna

– Niektóre stacjonarne sklepy w Polsce zaczynają dostrzegać potrzebę inwestowania sporych środków we wsparcie cyfrowe. Przykładem może być strategia omnichannel. Jest to system integracji kanałów internetowych i stacjonarnych, który polega na łączeniu danych o konsumentach, pozyskanych online i offline. Dzięki niemu, konsument jest identyfikowany w miejscu sprzedaży, za pomocą swojego smartfona. System komputerowy informuje sprzedawcę, jakie produkty zakupił dotychczas klient. Może więc służyć mu radą tak, jakby go znał i pamiętał o jego preferencjach – stwierdza Krzysztof Łuczak.

Ekspert dodaje, że ze strategii omnichannel korzysta obecnie np. marka obuwnicza Gino Rossi. Władze spółki twierdzą, że dysponują bodaj najbardziej zaawansowanym tego typu narzędziem, spośród firm działających w ich segmencie, co daje im wyraźną przewagę na rynku. Jak wyjaśnia Krzysztof Łuczak, digitalizacja stacjonarnych placówek jest nieuniknionym procesem. Sklepy, które jako pierwsze wybierają transformację modelu biznesowego i zdobywają doświadczenie w tym zakresie, znacznie wyprzedzają swoją konkurencję.

Komfortowa obsługa

– Inną znaną firmą, wykorzystującą nowoczesną technologię, jest Multikino. Zachęca ono klientów do tego, aby kupowali bilety do kina za pośrednictwem aplikacji mobilnej lub strony internetowej. Obie formy zakupu są szybkie i wygodne. Ich popularność rośnie z roku na rok, ponieważ widzowie nie muszą stać w długich kolejkach do kas. Mogą wcześniej zarezerwować sobie wybrane miejsca w sali kinowej, a na miejscu, tuż przed seansem filmowym, mają więcej czasu na zaopatrzenie się w przekąski i napoje. Zyskują na tym zarówno konsumenci, jak i sama sieć – zapewnia Krzysztof Łuczak.

Viktor Riemer podsumowuje, że cyfryzacja pozwala jednocześnie oferować klientom komfortową obsługę, oszczędzać czas i pieniądze, a także generować dodatkowe przychody. Zwłaszcza, gdy targetem są młodzi, nowocześni ludzie z dużego miasta. Wtedy marketerzy powinni używać digitalizacji jako skutecznej dźwigni reklamy. Bez wątpienia, w przyszłości zyska ona większe znaczenie, ale jedynie jako dodatkowe narzędzie, równoległe do innych, tj. klasycznych mediów, promocji i akcji CRM.

SferaNET S.A. podsumowuje wyniki za 2016 r.

SferaNET S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2014 r., działająca w branży telekomunikacyjnej, zakończyła 2016 r. zyskiem EBITDA na poziomie 1.113 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 4.509 tys. zł. Emitent przekroczył tym samym podwyższone prognozy finansowe na 2016 r.

Spółka wypracowała w całym 2016 r. zysk netto w kwocie 302 tys. zł, zysk EBITDA w wysokości 1.113 tys. zł oraz zanotowała przychody netto ze sprzedaży na poziomie 4.509 tys. zł. Rok wcześniej SferaNET S.A. miała 167 tys. zł zysku netto oraz 532 tys. zł zysku EBITDA przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 2.365 tys. zł. Osiągnięte przez Spółkę wyniki finansowe wskazują na dynamiczny rozwój skali biznesu oraz skuteczną i efektywną realizację przyjętej strategii rozwoju. Podwyższone w listopadzie ub. roku prognozy finansowe na 2016 r. zakładały wypracowanie przez Spółkę zysku EBITDA na poziomie 1.000 tys. zł oraz przychodów netto ze sprzedaży w wysokości 4.400 tys. zł, więc zostały one znacząco przekroczone. Zarząd SferaNET S.A. oczekuje utrzymania wysokie tempa wzrostu w kolejnych latach.

„Świetne wyniki finansowe utwierdzają nas w przekonaniu, że cały czas należy szukać nowych rynków i sposobów na dywersyfikację przychodów. W 2017 roku też będziemy próbowali pozyskać klientów zainteresowanych dostawą sprzętu oraz powiększać zakres usług dla klientów biznesowych.” – komentuje Anna Stanaszek, Prokurent Spółki SferaNET S.A.

Duże znaczenie dla utrzymania przez Spółkę wzrostu sprzedaży miało pozyskanie nowego kontrahenta z powiatu cieszyńskiego i wykonanie dla niego przyłącza sieci światłowodowej. SferaNET S.A. cały czas notuje wyraźny wzrost przychodów ze świadczenia usług abonamentowych w związku z konsekwentnym zwiększaniem zasięgu sieci światłowodowej oraz nieustannym podnoszeniem poziomu jakości usług. Dzięki pozyskiwaniu klientów biznesowych i rozbudowie sieci infrastruktury Emitent poszerza sobie dostęp do klientów indywidualnych. Warto także dodać, że coraz mniejszy wpływ na wzrost przychodów ze sprzedaży usług abonamentowych mają umowy abonamentowe, w których klienci korzystają z promocyjnej prolongaty. W minionym kwartale Spółka podpisała kilka ważnych umów z klientami instytucjonalnymi, m.in. ze szpitalem na kompleksową dostawę usług telekomunikacyjnych zarówno w obszarze usług głosowych, jak i dostępu do Internetu. Do grona klientów SferaNET S.A. dołączył również Bank Spółdzielczy, który powierzył jej obsługę swoich placówek.

Spółka zamierza efektywnie wykorzystać zdobyte doświadczenie w kompleksowej dostawie sprzętu informatycznego oraz telekomunikacyjnego i realizować kolejne tego typu zlecenia, bowiem pozwalają one na osiąganie wysokich przychodów i dobrych rentowności. Zarząd Spółki koncentruje obecnie swoje działania na nowych projektach, które stanowią bardzo dużą szansę na jej dalszy dynamiczny rozwój, a ich efekty będą widoczne w drugim półroczu 2017 r. Są one związane z zewnętrznymi źródłami finansowania SferaNET S.A. w związku z potencjalnymi planami realizacji projektów rozbudowy sieci oraz ilości abonentów.

„Wkrótce przekażemy rynkowi więcej informacji na temat jednego z naszych projektów. Z kolei drugi projekt związany z rozbudową sieci powinien znaleźć swoje formalne rozstrzygnięcie w marcu br., o czym również będziemy na bieżąco informowali. Niestety, nie udało nam się pozyskać handlowca ds. sprzedaży sprzętu IT. Odczuwamy deficyt na rynku pracy, ale postanowiliśmy wykorzystać własne zasoby w celu zwiększenia sprzedaży.” – zakończyła Anna Stanaszek.

W listopadzie ub. roku w Akcjonariacie Spółki ujawnił się fundusz kapitałowy – ABS Investment S.A., który przekroczył próg 10% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. ABS Investment S.A. dokonał nabycia 369.841 szt. akcji Emitenta i po przeprowadzonej transakcji posiada łącznie 512.206 szt. akcji, co stanowi 11,12% udziałów w ogólnej liczbie głosów na WZA SferaNET S.A. oraz tyle samo udziałów w jej kapitale zakładowym.

Upominki firmowe w budowaniu relacji biznesowych

Zbudowanie długotrwałych relacji z pracownikami, klientami czy partnerami biznesowymi, przekłada się na realizację celów założonych przez przedsiębiorstwa. Z kolei drobne upominki wręczane podczas spotkań biznesowych i prezenty dla pracowników, mają bezpośredni wpływ na stosunki międzyludzkie. Podpowiadamy, kiedy i jakie upominki wręczać, by odnieść sukces w biznesie.

Upominki firmowe odgrywają ważną rolę w kontaktach biznesowych, dlatego coraz częściej przedsiębiorcy nie traktują ich jako dodatkowy koszt, ale raczej jako szansę na zbudowanie dobrych relacji. Wzajemne obdarowywanie się prezentami ociepla stosunki i wpływa pozytywnie na dalszą współpracę.

Odpowiedni prezent… czyli jaki?

Wręczanie upominków sprawia wiele radości nie tylko osobom obdarowanym, ale także tym, które ten prezent przekazują. Takie sytuacje zbliżają ludzi i na długo pozostawiają w pamięci miłe wspomnienia. Wybór prezentu dla pracownika lub partnera biznesowego nie należy do łatwych zadań. Źle dobrany upominek może pogorszyć lub nawet zniszczyć długo wypracowane relacje i skreślić nas w oczach obdarowanego. Na co zatem zwrócić szczególną uwagę podczas wyboru drobiazgu? Decydując się na wybór prezentu warto wziąć pod uwagę takie kwestie jak: wiek, płeć oraz relacje, jakie nas łączą z drugą osobą. Zupełnie inny podarunek wybierzemy dla partnera biznesowego, a inny dla pracownika.

Prezent dla pracownika kluczem do lojalności

Drobny upominek dla pracowników to doskonała okazja do nawiązania bliższych relacji.  Pracownikom nie powinno wręczać się prezentów zbyt osobistych, za drogich lub po prostu niedopasowanych. – W przypadku wręczania prezentów wszystkim pracownikom firmy warto postawić na takie same prezenty, aby nikogo nie wyróżniać. Takie podejście sprawdzi się w większych organizacjach, gdzie upominki wręczane są sporej liczbie pracowników, a także w święta czy podczas jubileuszu przedsiębiorstwa. Natomiast kiedy mówimy o mniejszych firmach czy urodzinach, upominki można personalizować i np. miłośnikowi motoryzacji podarować gadżet w postaci kamerki samochodowej czy szkolenie z bezpiecznej jazdy – tłumaczy Monika Glegoła, współorganizatorka targów Gift Show Poland 2017.

Biznesowy upominek dobry na każdą okazję

Święta Bożego Narodzenia czy Wielkanoc to najpopularniejsze, aczkolwiek nie jedyne okazje do wręczania sobie prezentów. Sytuacji, które warto wykorzystać na nawiązanie dobrych relacji w biznesie jest o wiele więcej. Zrealizowane zadanie, zakończenie współpracy czy urodziny, również stanowią dobrą okazję do podziękowania i podarowania osobom z którymi współpracujemy drobnego upominku. Jaki podarunek wybrać? – Jeśli łączą nas bliższe relacje z klientem możemy pozwolić sobie na bardziej spersonalizowany drobiazg. Natomiast w sytuacji, gdy na przykład pierwszy raz spotykamy się z partnerem biznesowym, warto postawić na coś uniwersalnego, na przykład powerbank z naszym logotypem czy wizytownik – dodaje Monika Glegoła z Gift Show Poland.

Jaki prezent dla obcokrajowca?

Drobne upominki dla pracowników czy partnerów biznesowych z innego kraju, to znakomita okazja nie tylko do nawiązania bliższych relacji, ale także do poznania innej kultury. Dlatego wybieranie prezentu dla partnera z innego kraju warto rozpocząć właśnie od poznania zwyczajów jakie panują w kraju, z którego pochodzi. – Dla osoby z Japonii prezentu nie należy pakować w biały papier, gdyż biel w tym kraju kojarzy się ze śmiercią. Prezent powinien być skromy, w odróżnieniu od podarunku dla partnera z krajów arabskich, gdzie mile widziane są upominki drogocenne i wysokiej jakości. Z kolei osobom z Indii w żadnym wypadku nie należy wręczać upominków ze skóry – wyjaśnia Monika Glegoła.

Bez względu na pochodzenie naszego pracownika, klienta czy partnera biznesowego, zawsze musimy pamiętać także o formie wręczania upominku. Odpowiednie przygotowanie do formalnej części pokazuje bowiem, jaki mamy stosunek do danej osoby i często jest ważniejsze niż sam upominek. Istotne jest także opakowanie prezentu, które powinno być eleganckie i stylowe. Pamiętajmy zatem, że małe upominki mogą zwiastować wielkie sukcesy.

LED-owa transformacja przyspiesza. Kolejny producent oświetlenia powalczy o udział w polskim rynku

LED-owa transformacja przyspiesza. Kolejny producent oświetlenia powalczy o udział w polskim rynku 11

Transformacja rynku oświetlenia LED w Polsce i regionie środkowoeuropejskim jest bardzo dynamiczna. Sprzyja temu nie tylko energooszczędność tego rozwiązania, ale również funkcja lifestyle’owa światła LED-owego. CO-Unity, wyłączny dystrybutor oświetlenia Toshiba, chce zbudować swoją pozycję na tym perspektywicznym rynku, zaczynając od Polski, a zdobyte tu doświadczenia wykorzystać do ekspansji na rynek oświetleniowy Europy Środkowo-Wschodniej.

 Wśród energooszczędnych rozwiązań świetlnych, jedną z najlepszych technologii jest technologia LED-owa. Znane nam rozwiązania, czyli świetlówki kompaktowe, rozwiązania metalohalogenkowe czy sodowe w przemyśle są już w naturalny sposób wypierane przez technologię LED-ową, która daje nam mnóstwo korzyści w bezpośrednim zastosowaniu. Ta technologia już dobrze zakorzeniona na rynku i jest dobrze postrzegana przez naszych klientów – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Kurzydłowski, dyrektor generalny Co-Unity B.V., wyłącznego dystrybutora oświetlenia Toshiba Lighting w Polsce.

To właśnie od polskiego rynku koncern zaczyna rozwój w regionie środkowoeuropejskim, w którym Co-Unity  chce zdobyć miejsce w czołówce dostawców na rynku oświetlenia.

– Polska jest jednym z największych rynków regionu. To jest ten potencjał, który chcemy na początku zagospodarować poprzez ofertę do klienta konsumenckiego, czyli każdego Kowalskiego – wskazuje Grzegorz Kurzydłowski. – Mamy dla niego ofertę, która będzie dostępna już niedługo na półkach sklepowych. Konsument polski jak najbardziej jest w obszarze zainteresowań Toshiby. 

Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-Lighting podkreśla, że rynek lamp LED-owych w Polsce jest innowacyjnym i najszybciej rosnącym segmentem rynku oświetleniowego. Jest to związane z transformacją, którą przechodzi cała branża oświetleniowa. Jak wskazuje firma doradcza McKinsey, oświetlenie LED rozwija się dynamicznie, przede wszystkim ponieważ oferuje istotną energooszczędność. Ma ono trzykrotnie większą trwałość niż tradycyjne źródła światła, a skumulowane oszczędności energii mogą sięgnąć nawet 70 proc.

– Drugi kierunek naszego rozwoju to budownictwo i oświetlenie przemysłowe. Chcemy zaoferować naszym klientom dobre, ekologiczne, a przede wszystkim ekonomiczne rozwiązanie oświetleniowe – wskazuje dyrektor regionalny Co-Unity .

Szacowany udział segmentu LED sięga już połowy globalnego rynku oświetlenia ogólnego. Do 2020 roku udział może się zwiększyć do 70 proc. Zgodnie z prognozami McKinsey & Company wartość segmentu oświetlenia ogólnego w technologii LED w 2020 roku wyniesie 57 mld euro.

– Mamy do zarządzania cały region środkowo-wschodni – Litwa, Łotwa, Estonia, Czechy, Słowacja, Węgry i Rumunia. To są kraje, które również w tej chwili przechodzą transformację LED-ową. Przechodzą na nowoczesne oświetlenie ekologiczne – podkreśla Grzegorz Kurzydłowski.

Szybki rozwój technologii LED oraz dobre wyniki gospodarcze krajów regionu sprawiają, że są one atrakcyjnym rynkiem dla producentów oświetlenia.

– To oznacza szybkie wzrosty sprzedaży, a także szybkie wzrosty w naszej strukturze  korporacyjnej, czyli tutaj  zatrudniamy ludzi, poszerzamy swoje zespoły sprzedażowe, marketingowe, dystrybucyjne. Patrząc z perspektywy firmy, to jest region, który rośnie szybko i co ciekawe wyznacza standardy – podkreśla Grzegorz Kurzydłowski. – To, co tutaj wypracujemy, w jaki sposób zorganizujemy sprzedaż i obecność naszego brandu na rynku będzie wykorzystywane w regionie Europy Zachodniej, ale też i w innych krajach, które również są w zainteresowaniu firmy Toshiba.

Jako czynniki wzrostu dla rozwiązań LED analitycy wymieniają zmiany klimatyczne, remonty starzejących się budynków, inwestycje infrastrukturalne, czy szybko postępującą urbanizację. Transformacja rynku oświetlenia w kierunku LED przyspiesza nie tylko ze względu na energooszczędność tego rozwiązania, ale również funkcję lifestyle’ową, czyli rosnące znaczenie światła jako elementu wystroju wnętrza i możliwości sterowania nim.

Crédit Agricole: W tym roku inwestycje silnie przyspieszą. Prognozujemy 5 proc. wzrost

Crédit Agricole: W tym roku inwestycje silnie przyspieszą. Prognozujemy 5 proc. wzrost 12

Bank Crédit Agricole podniósł prognozę wzrostu gospodarczego dla Polski na 2017 rok do 3,3 proc. z poprzednich 3 proc. Impulsem dla gospodarki mają być inwestycje, ale także eksport, bo liczba zamówień w przemyśle, także eksportowych rośnie szybciej niż oczekiwano. W 2018 roku tempo rozwoju gospodarki lekko spowolni do 3,2 proc.

Rok 2017 upłynie pod znakiem silnego przyspieszenia inwestycji. W zeszłym roku to był spadek o ponad 5 procent, w tym roku spodziewam się wzrostu o około 5 procent, czyli bardzo wyraźnego wzrostu dynamiki napędzanego przez rosnące inwestycje publiczne, inwestycje centralne, inwestycje samorządów i firm kontrolowanych przez jednostki sektora publicznego – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Impuls inwestycyjny oraz otoczenie polskiej gospodarki, czyli dobra kondycja głównych partnerów handlowych, która będzie wspierać eksport, powinny przełożyć się na poprawę koniunktury w przetwórstwie i zachęcić firmy do inwestowania.

W najnowszych prognozach z początku lutego Crédit Agricole podniósł prognozę wzrostu dla Polski na bieżący rok do 3,3 proc. z 3,0 proc. w poprzedniej prognozie. W ubiegłym roku PKB wzrósł o 2,8 proc. Dynamika inwestycji, która w 2016 roku była piętą achillesową polskiej gospodarki (-5,5 proc.), na ten rok szacowana jest przez ekonomistów banku na 5,3 proc.

One już dziś wykorzystują znaczącą część swoich mocy wytwórczych i znaczący silny impuls popytowy oraz wzrost sprzedaży za granicę, którego się spodziewamy w tym roku, będzie czynnikiem skłaniającym firmy do zwiększenia inwestycji. W związku z tym sektor prywatny powinien się podłączyć pod ten cykl inwestycyjny z pewnym opóźnieniem, spodziewam się, że to będzie II połowa przyszłego roku – szacuje główny ekonomista Crédit Agricole.

Podkreśla, że zaangażowanie sektora prywatnego w inwestycje zależeć będzie także od rządu, bo to niepewność związana z możliwością wprowadzenia nowych podatków w dużym stopniu powstrzymuje przedsiębiorców przed inwestowaniem pieniędzy. Otoczenie rynkowe jest bowiem sprzyjające.

Indeksy PMI wyraźnie wskazują na to, że polskie przetwórstwo przemysłowe zaczyna korzystać z ożywienia w globalnym handlu. To już jest nie tylko poprawa w strefie euro i w gospodarce niemieckiej, w szczególności w zamówieniach w eksporcie, ale widać, że to już zaczyna się przenosić do Polski – mówi Borowski. – Mamy też wskaźniki GUS, które pokazują, że wzrost nowych zamówień w polskim eksporcie jest znaczący i będzie wspierał wzrost produkcji w najbliższych kwartałach, a to z kolei będzie korzystne dla inwestycji, bo będzie się przekładać również na zwiększony popyt na środki trwałe. 

Bank zrewidował w górę prognozę tempa wzrostu eksportu do 10,2 proc. w ujęciu rocznym w 2017 r. wobec 7,5 proc. w 2016 r. W styczniu przemysłowy PMI wzrósł do 54,8 pkt z 54,3 w grudniu. Jest to poziom najwyższy od roku i 10 miesięcy. Tempo wzrostu wielkości produkcji jest najwyższe od prawie trzech lat. Tempo wzrostu nowych zamówień okazało się najwyższe od połowy 2015 roku, a w przypadku zamówień eksportowych – od lutego 2014 roku.

– W badaniach PMI mamy nie tylko wzrost nowych zamówień i zamówień eksportowych, ale mamy też dalszy stabilny, wyraźny wzrost zatrudnienia w przetwórstwie przemysłowym, co oznacza, że firmy patrzą optymistycznie w przyszłość – zaznacza Jakub Borowski. – Mamy również informacje o tym, że optymistycznie oceniają perspektywy przyszłej produkcji. To w sumie oznacza, że jesteśmy na ścieżce trwałego ożywienia i przyspieszenia wzrostu. IV kwartał to był najprawdopodobniej koniec spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce.

Dodaje, że w ostatnim kwartale tego roku Polska gospodarka może urosnąć nawet o 4 proc. rok do roku. Oficjalna prognoza banku przewiduje nawet 4,1 proc. W 2018 lekko spowolni do 3,2 proc. ze względu na wygasanie efektu 500 plus oraz wzrost importu, będący skutkiem wyższej konsumpcji i inwestycji.