Eksperci alarmują, że ponad połowa nieobecności pracowników może być spowodowana stresu-nerwicy/”>nadmiernym stresem. W Europie straty przedsiębiorstw z tego powodu szacowane są na 617 mld euro rocznie. Do najczęstszych czynników stresogennych zaliczane są m.in. nadmiar obowiązków i duże oczekiwania przełożonych. Osoby przeciążone i nieradzące sobie ze stresem w pracy są mniej efektywne i częściej popełniają błędy, co przekłada się na kondycję firm i niższe PKB krajów europejskich. Dlatego pracodawcy powinni wspierać pracowników w radzeniu sobie ze stresem.
– Do najbardziej stresogennych czynników w pracy należą przede wszystkim zbyt duże obciążenie obowiązkami, zbyt duża odpowiedzialność, poczucie, że zadań jest za dużo albo są zbyt trudne i nie można sobie z nimi poradzić – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lucyna Pleśniar, prezes firmy doradztwa personalnego People. – To także brak wsparcia menadżerów lub niewystarczająca pomoc z ich strony oraz poczucie braku kompetencji wystarczających do realizacji zadania.
Jak podkreśla, badania pokazują, że absencja w pracy wynikająca ze stresu jest dłuższa niż w przypadku nieobecności spowodowanych innymi czynnikami. Źródłem stresu mogą być nieodpowiednie warunki pracy takie jak hałas, niewłaściwe oświetlenie, zbyt wysoka lub niska temperatura oraz zapach w miejscu pracy.
Eksperci wskazują, ze stres jest stanem normalnym, a nawet wskazanym. Powoduje bowiem, że organizm mobilizuje się w celu oddalenia zbliżającego się niebezpieczeństwa. Problem zaczyna się wówczas, gdy stres pojawia się w przypadku braku realnego zagrożenia i uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Długotrwałe napięcie odbija się na zdrowiu psychicznym i fizycznym, a lekceważone może prowadzić do poważnych chorób takich jak depresja, nerwica czy choroby psychosomatyczne. To powoduje większą absencję, rotację pracowników, brak motywacji i częściej popełniane błędy.
– Stres w sposób istotny wpływa na absencję pracowników, a największe koszty tego zjawiska ponoszą pracodawcy – zauważa Lucyna Pleśniar. – Jak pokazują badania, europejskie firmy tracą co roku około 617 mld euro właśnie z powodu absencji chorobowej zatrudnionych. Koszt ten obejmuje m.in. przebywanie pracowników na zwolnieniu, ale także spadek produktywności i wydatki na opiekę zdrowotną.
Dlatego eksperci zaznaczają, że pracodawcy powinni wspierać pracowników w walce ze stresem m.in. poprzez diagnozę problemu czy zachęcanie do aktywności sportowej. W celu ograniczenia czynników stresogennych firma może przeprowadzić badania mające na celu wykrycie jego przyczyn. Dobrym rozwiązaniem są szkolenia wskazujące sposoby zachowania się w sytuacjach powodujących napięcia oraz dostosowywanie zakresu obowiązków i odpowiedzialności do możliwości poszczególnych osób.
– Najlepszym sposobem na radzenie sobie ze stresem jest aktywność fizyczna. Dodatkowo możemy wprowadzić cały szereg działań, które spowodują, że poziom takiego napięcia nie będzie zbyt wysoki. W ten sposób unikamy przekraczania pewnej granicy, za którą staje się ono destrukcyjne – zapewnia Lucyna Pleśniar.
Ważna jest dobra organizacja pracy: umiejętność planowania i selekcji zadań. W ten sposób znacznie ograniczamy wpływ na naszą pracę jednego z najczęstszych czynników stresogennych.
– Aby uporządkować środowisko pracy, ważne jest działanie w szerszym kontekście: nie chodzi tu tylko o czyste biurko, ale przede wszystkim nasza aktywność powinna być lepiej zaplanowana i mniej chaotyczna – precyzuje Lucyna Pleśniar. – Przeskakiwanie z zadania na zadanie stwarza poczucie, że ich liczba jest ogromna i nie można im sprostać, a to powoduje największe napięcia. Tymczasem akurat w tym obszarze mamy duży wpływ na to, by uniknąć stresu.
W Europie stres jest drugim po zaburzeniach układu mięśniowo-szkieletowego najczęściej zgłaszanym problemem zdrowotnym związanym z pracą. Zdaniem ekspertów HSE, brytyjskiej organizacji rządowej nadzorującej bezpieczeństwo pracy, ok. 45 proc. absencji może być spowodowanych tego rodzaju napięciem. Według innych źródeł udział ten jest większy i sięga nawet 60 proc. Analiza przeprowadzona kilka lat temu wśród austriackich tzw. białych kołnierzyków wykazała, że 42 proc. z nich przechodziło na wcześniejszą emeryturę z powodu chorób związanych ze stresem.
Klienci z zagranicy chętnie korzystają z usług polskich pracowni krawieckich, bo mogą tutaj liczyć na fachową obsługę oraz dużo niższe ceny niż w swoim kraju. Choć są to klienci wymagający, to bardzo pożądani przez polskie atelier, bo zostawiają tu sporo pieniędzy. Dlatego polscy krawcy coraz częściej wychodzą naprzeciw ich oczekiwaniom chociażby poprzez dojazd do wyznaczonego przez nich miejsca, prezentację materiałów, zdjąć miarę i skonfigurowanie konkretnego modelu.
– Klienci z zagranicy chętnie szyją w Polsce. Najczęściej są to panowie na delegacjach, biznesmeni, którzy skuszeni jakością i relatywnie przystępnymi cenami w porównaniu do tych zachodnich, decydują się na szycie u polskich krawców. Niemcy czy Anglicy, którzy mają również bogate tradycje w szyciu na miarę, w Polsce mogą w zdecydowanie bardziej okazyjnych cenach nabyć garnitur tej samej bądź często nawet lepszej jakości – mówi agencji Newseria Lifestyle Paweł Zbucki, współwłaściciel marki Pitti Style.
Zagraniczni klienci rzadko kiedy kupują pojedyncze sztuki. Dużo częściej składają zamówienia, które mogą przynieść bardzo duże zyski.
– Ich zamówienia są zdecydowanie bardziej złożone i tacy klienci kupują wtedy kilka garniturów biznesowych, jakieś okrycie wierzchnie w postaci płaszcza, do tego rzeczy bardziej casualowe typu spodnie chino i szereg koszul. Często są to zamówienia idące w tuziny – mówi Paweł Zbucki.
Paweł Zbucki przyznaje, że obcokrajowcy często wybierają takie materiały i kroje garniturów, na które Polacy rzadziej się decydują. Są to tkaniny bardzo luksusowe i drogie, co finalnie również wpływa na cenę takiego zestawu ubraniowego.
– Zamówienia obcokrajowców są również często bardziej wyrafinowane pod względem różnego rodzaju szczegółów i detali. Najczęściej są to różnego rodzaju modyfikacje, na które Polacy się nie decydują, np. niestandardowa podszewka, specjalne rękawówki czy same kroje marynarki – podkreśla Paweł Zbucki.
Klienci z zagranicy są co prawda bardziej wymagający, ale też bardziej cierpliwi.
– Są oni paradoksalnie klientami łatwiejszymi, bo są przyzwyczajeni do tego, że w szyciu na miarę istotna jest cierpliwość, wiedzą, że dobrego produktu nie można dostać w przeciągu 2–3 tygodni. Na garnitur w standardzie bespoke trzeba czekać wiele tygodni – mówi Paweł Zbucki.
W pozyskaniu zagranicznych klientów pomóc mogą obecność na międzynarodowych tragach, dobra reklama, a także pozytywne rekomendacje dotychczasowych klientów.
– Coraz częstsze są tzw. trunk show, czyli wyjazdy gościnne atelier z Polski do klientów zza granicy. Jest to dla nich o tyle wygodne, że oszczędzają czas i nie muszą specjalnie fatygować się do nas. Jest to wyznacznik luksusowości tego produktu. Trunk show polega na tym, że zabiera się ze sobą najbardziej istotne rzeczy jak centymetr, materiały, wzory i mierzy się klientów w dogodnej dla nich lokalizacji, najczęściej jest to wynajęty pokój hotelowy bądź foyer. Tam zbierana jest z nich miara i konfigurowany jest garnitur – dodaje Paweł Zbucki.
Kolejne wizyty wiążą się już z przymiarkami. Gotowy garnitur może być do klienta wysłany lub w przypadku specjalnego zamówienia – wręczony osobiście.
Kiedy Ganesh Devy, były profesor języka angielskiego, rozpoczął swoje badania nad językami indyjskimi, spodziewał się że wejdzie na cmentarz pełen wymarłych jak i wymierających obecnie języków ojczystych.
Zamiast tego, mówi Ganesh, wszedł do ‘gęstego lasu głosów’, hałaśliwej Wieży Babel jednego z najbardziej zaludnionych narodów świata.
Odkrył, że około 16 języków używanych w himalajskim stanie Himalach Pradesh ma około 200 różnych słów na wyraz ‘śnieg’ – z których niektóre mają charakter ozdobnie opisowy, np. ‘płatki spadające na wodę’ lub ‘spadają, kiedy księżyc jest w górze’.
Dowiedział się również, że społeczności koczownicze w pustynnym stanie Rajasthan używały wielu słów do opisu jałowego krajobrazu, w tym słowa opisujące, jak człowiek i zwierzę oddzielnie doświadczają piaszczystej nicości. Ponadto odkrył, że koczownicy – którzy zostali kiedyś określeni jako plemię przestępców przez brytyjskich władców, a teraz sprzedają mapy przy drodze przewozowej w Delhi, mówili ‘sekretnym’ językiem z powodu piętna nadanego ich społeczności.
W kilkunastu wioskach na zachodnim wybrzeżu Maharashtra, niedaleko stolicy stanu – Mumbaju, odnalazł ludzi mówiących ‘przestarzałą’ formą portugalskiego. Grupa mieszkańców odległego wschodniego terytorium archipelagów Andaman i Nocobar posługiwali się Karen, językiem etnicznym kraju Mjanma. Inni Hindusi mieszkający w stanie Gujarat mówili nawet po japońsku. Hindusi, jak odkrył Ganesh, używali około 125 języków jako ich języka ojczystego.
Doktor Devy, nieprzeszkolony językoznawca, jest elokwentnym i niezmierne zdeterminowanym człowiekiem. Uczył angielskiego na uniwersytecie w stanie Gudżarat przez 16 lat zanim przeniósł się do odległej wioski, aby rozpocząć pracę z miejscowymi plemionami. Pomógł im zdobyć kredyt, założyć bank materiału genowego oraz przeprowadzić projekty zdrowotne. Co ważniejsze, opublikował również dziennik w 11 językach plemiennych.
Języki Indii
Spis powszechny z 1961 r. ustalił istnienie 1652 języków indyjskich.
Ludzkie badanie językowe Indii (PLSI) udowodniło istnienie 780 języków indyjskich w 2010 roku.
Według UNESCO, 197 z nich jest zagrożonych, z czego 42 krytycznie.
Stany Arunachal Pradesh oraz Assam na północnym-wschodzie, Maharashtra i Gujarat na zachodzie, Orissa i Bengal na wschodzie, oraz Rajasthan na północy, mają najwięcej języków.
W Indiach istnieje 68 rodzajów pisma.
Kraj ten publikuje prasę w 35 językach.
Hindi to najczęściej używany język w Indiach, którym posługuje się 40% Hindusów. Kolejny są języki: Bengali (8%), Telugu (7,1%), Marathi (6,9%) oraz Tamil (5,9%).
Krajowe radio All India Radio(AIR) emituje programy w 120 językach.
Tylko 4% języków jest reprezentowanych w indyjskim parlamencie.
Był to czas kiedy dr Devy doznał objawienia o potędze języka.
W 1998, zaniósł 700 kopii swojego dziennika napisanego w języku lokalnym do wyjątkowo biednej wsi plemiennej. Zostawił koszyk na zapłatę dla wszystkich mieszkańców, którzy chcieli lub mogli sobie pozwolić na zapłacenie 10 rupii (0,11 funta; 0,15$) za kopię. Do końca dnia, wszystkie egzemplarze zniknęły.
Kiedy potem sprawdził kosz znalazł wiele banknotów – ‘brudnych, zmiętych, mokrych’ – pozostawionych przez mieszkańców wsi, którzy zapłacili tyle, na ile mogli sobie pozwolić ze swoich marnotrawnych dziennych zarobków.
‘To musiał być pierwszy drukowany materiał, który widzieli na oczy, w ich własnym języku. Byli to niepiśmienni pracownicy dzienni, którzy zapłacili za coś, czego nie mogli nawet przeczytać. Zdałem sobie sprawę z tej pierwotnej dumy i potęgi języka.’ – powiedział dr Devy.
Siedem lat temu, rozpoczął swój ambitny projekt ‘Ludzkie badanie językowe Indii’ (PLSI), który nazwał ‘prawostronnym ruchem do przeprowadzania ogólnokrajowego badania języków indyjskich i ich postrzegania przez ludzi.’
Nasz niestrudzony łowca języków, który skończył 60 lat, przebył 300 podróży w przeciągu 18 miesięcy na całej długości i szerokości Indii, aby znaleźć więcej języków. Zapłacił za swoje podróże pieniędzmi, które zarobił prowadząc wykłady na uniwersytetach i w szkołach średnich. Podróżował dniami i nocami, odwiedzając niektóre stany około 10 razy, i sumiennie prowadził dziennik.
Dr Devy stworzył również ochotniczą sieć składającą się z około 3500 uczonych, nauczycieli, aktywistów, kierowców autobusów i koczowników, którzy podróżowali do najbardziej odległych części Indii. Pośród nich był kierowca samochodu urzędowego ze wschodniego stanu Orissa, który prowadził dziennik, w którym zapisywał nowe słowa usłyszane podczas tych dalekich podróży. Wolontariusze rozmawiali z ludźmi oraz prowadzili kronikę historii i geografii języków.
‘Ludzie rysowali mapy w kształcie kwiatów, trójkątów czy okręgów. Były to mapy ich wyobraźni w zasięgu ich języka.’ – mówi dr Devy.
Do 2011 roku, PLSI zanotowało 780 języków z 1652 wyliczonych przez rząd w 1961 roku. 39 książek ze 100 planowanych, zawierających wyniki badań organizacji zostało już opublikowanych, a około 35000 stron napisanych na maszynie rękopisów jest sprawdzanych do publikacji.
Indie straciły kilkaset języków z powodu braku patronatu rządowego, zmniejszania się liczby osób mówiących w danym języku, słabej edukacji podstawowej w językach lokalnych oraz migracji członków plemienia z ich rodzinnych wiosek. Śmierć języka jest zawsze tragedią kulturową i zaznacza jednocześnie zanik mądrości, baśni, opowieści, zabaw i muzyki.
‘Demokracja językowa’
Dr Devy twierdzi jednak, że są inne powody do niepokoju. Martwi go dążenie rządzącej nacjonalistycznej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) do wprowadzenia języka Hindi w całych Indiach, które nazywa ‘bezpośrednim atakiem na naszą różnorodność językową.’ Zastanawia się jak wielokulturowe i wielomilionowe miasta indyjskie poradzą sobie z tą różnorodnością językową w obliczu szowinistycznej polityki.
‘Za każdym razem kiedy umiera jakiś język ogarnia mnie wielki smutek. Ponosiliśmy jednak większe straty w innych bogactwach – takich jak odmiany ryb czy ryżu, mówi dr Devy siedząc swoim domu w Dharwad, sennym historycznym mieście w stanie Karnataka.
‘Nasze języki przetrwały dzielnie. Jesteśmy prawdziwą demokracją językową. Aby utrzymać naszą demokrację przy życiu, musimy utrzymać nasze języki przy życiu.’
Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju jest ważnym dokumentem dla obecnego rządu, który wytycza ścieżkę dojścia „Od Polski papierowej do Polski Cyfrowej”. Doskonale wpisuje się w to obszar związany z ekonomią cyfrową i infrastrukturą. Kluczowe jest osiągnięcie korzyści w oparciu o efekty synergii i innowacje.
– Trzeba sobie jasno powiedzieć, że będzie to trochę kosztowało – powiedział agencji eNewsroom.pl Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generalnego Pracodawców RP, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji – Nakłady inwestycyjne, inna infrastruktura oraz możliwość korzystania z dobrodziejstw Big Data będzie rodzić kolejne innowacje oraz działalności gospodarcze. Będzie miało to wpływ na szereg segmentów życia gospodarczego – co będzie z korzyścią dla państwa, budżetu i transparentności obrotu gospodarczego. Obrót bezgotówkowy jest priorytetem Ministerstwa Rozwoju, na który – de facto – przedsiębiorcy muszą się zgodzić. Wymaga tego czas, miejsce i wyzwania – powiedział Pączka.
Narodowy Bank Polski odnotował w tym roku bardzo wysoki stan rezerw – ponad 108 miliardów euro. Wzrosły również oczekiwania na rekordowo wysokie zyski. Gros tych zysków, czyli 96% jest przekazywanych do państwa i dyspozycji rządu. Te pieniądze będą bardzo potrzebne ze względu na wyższe wydatki z tegorocznego budżetu – 16 miliardów więcej, niż w ubiegłym roku. Rok 2017 jest pierwszym rokiem, który w całości obejmie program 500+, a więc koszty programu wyniosą 23 miliardy złotych. Do tego dochodzi 500 milionów złotych za bezpłatne świadczenia w lekach dla emerytów.
– Po stronie wpływów mamy ograniczenia, gdzie np. uszczelnianie podatkowe nie przyniosło rezultatów – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Wpływy z podatku VAT są niższe od oczekiwanych, podatek handlowy nie wszedł w życie, a podatek bankowy przyniósł wpływy znacznie mniejsze od przypuszczanych. To wszystko stwarza sytuację napięcia w budżecie. Aby budżet się zamknął przy zakładanym poziomie deficytu – nieprzekraczającym 3% – potrzebne są dodatkowe środki. Ponad 10 miliardów złotych, które trafi z NBP do dyspozycji rządu, jest wielkim prezentem. Ułatwi to zbilansowanie wydatków z przychodami na odpowiednim poziomie – powiedział Arendarski.
Sytuacja na polskim rynku pracy jest niejednoznaczna. Mamy do czynienia z najniższymi poziomami bezrobocia od 25 lat – rejestrowany wskaźnik wynosi tylko 8%. Mimo, iż spadki w 2016 roku wyniosły niemal 1,5 pkt. procentowego, to 7 z 16 województw odnotowało dwucyfrową stopę bezrobocia. Dynamiczna poprawa na rynku pracy nie jest więc widoczna w całym kraju. W Polsce zatrudnienie rośnie, ale dużo wolniej niż zakładano – przy tak spadającym bezrobociu.
– Wiele osób, które są wykreślane ze statystyk Urzędu Pracy lub przestają występować w ewidencjach stopy bezrobocia, znikają z rynku pracy w wyniku działań demograficznych – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Rok 2017 będzie pierwszym odczuwalnym rokiem starzenia się polskiego społeczeństwa. Z prognoz ZUS wynika, że na emeryturę w tym roku może przejść ponad 0,5 mln pracowników.
Polski rynek pracy kurczy się w bardzo szybkim tempie, a liczba osób w wieku produkcyjnym stale maleje. Powstała wyrwa w dużej mierze odpowiada za spadki bezrobocia. Wszystko wskazuje na to, że rok 2017 będzie rokiem rywalizacji o pracowników. Większa konkurencja wynika z mniejszej ilości zasobów ludzkich na rynku pracy – co przełoży się na uposażenia i warunki zatrudnienia.
Spodziewamy się, że płace w tym roku wzrosną średnio o ok. 5% w całej gospodarce – dodał Kubisiak.
W Polsce tworzy się nowy model gospodarki, który opiera się na usługach cyfrowych. Wymaga on jak najszybszego uregulowania i umożliwienia rozwoju ze strony państwa. Należy stworzyć warunki sprzyjające postępowi dzisiaj, ale również jutro i pojutrze.
– Potrzebne są zapisy, które pozwolą przewidzieć rozwój cyfryzacji – powiedział agencji eNewsroom.pl Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – W sferze regulacyjnej należy również wyłączyć ją z sektorów, gdzie jest ona sztucznie poosadzana, ponieważ hamuje to jej rozwój. Usługi cyfrowe powinny być umieszczone przez państwo w miejscu, w którym mogłyby spokojnie się rozwijać – bez wpływu na postęp w innych sektorach, gdzie częściowo też są lokowane – dodał Kowalski.
P3, wyspecjalizowany właściciel, deweloper oraz zarządca nieruchomości logistycznych w Europie, wzmacnia swój zespół w Polsce. Andrzej Wroński, Country Head P3 w Polsce, promował Ewę Daszkowską na szefa działu Property Management wzmacniając równocześnie zespół o dwie osoby. Dział Leasingu powiększył się o trzech nowych pracowników, a Magda Kilijańska awansowała na stanowisko Senior Leasing Manager.
Ewa Daszkowska
Ewa Daszkowska, która dołączyła do firmy przed rokiem jako Property Manager, teraz podejmie rolę Head of Property Management w Polsce. Oprócz kierowania zespołem zarządców nieruchomości logistycznych jest również odpowiedzialna za największy z parków P3 w Polsce, P3 Błonie park w pobliżu Warszawy. Ewa Daszkowska ma ponad dziesięcioletnie doświadczenie w zarządzaniu nieruchomościami. Posiada dyplom magistra, uzyskany na kierunku stosunki międzynarodowe na uczelni Collegium Civitas w Warszawie, ze specjalizacją w dyplomacji. Ukończyła także studia podyplomowe zarządzania nieruchomościami w Wyższej Szkole Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie i posiada licencję zawodową zarządcy nieruchomości.
Kamila Kiersikowska
Kamila Kiersikowska, dołączyła do zespołu P3 jako Property Manager. Odpowiada za parki P3 Piotrków oraz P3 Mszczonów. Kiersikowska jest absolwentką Politechniki Warszawskiej, na Wydziale Geodezji i Kartografii o specjalizacji kataster i gospodarka nieruchomościami z wyceną nieruchomości. Ukończyła także studia podyplomowe zarządzania nieruchomościami. Posiada zarówno licencję zawodową rzeczoznawcy majątkowego, jak i licencję zarządcy nieruchomości. Przed dołączeniem do P3 pracowała między innymi dla Immochan, Trigranit Management i Multi Poland, gdzie zarządzała nieruchomościami komercyjnymi.
Martyna Latawiec
Martyna Latawiec dołączyła do zespołu jako Property Management Specialist. Na nowym stanowisku będzie odpowiedzialna za park P3 Poznań. Do tej pory, w polskim zespole P3 obejmowała stanowisko Business and Marketing Coordinator. Martyna Latawiec ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie w Białymstoku oraz studia podyplomowe zarządzania nieruchomościami na Politechnice Warszawskiej.
Radosław Ignasiak
Oprócz Działu Property, P3 zdecydowało się na poszerzenie zespołu leasingowego. Pierwszą osobą, która wzbogaciła dział leasing jest Radosław Ignasiak, który dołączył do P3 w październiku 2016 zajmując stanowisko Manager Development. Ignasiak ma ponad 14 letnie doświadczenie na rynku nieruchomości komercyjnych, głównie w sektorze przemysłowym. Przed dołączeniem do P3 pracował dla Colliers International, JLL i REWE doradzając w tworzeniu strategii pozyskania terenów inwestycyjnych dla największych deweloperów w Polsce. Brał udział w transakcjach na ponad 350 ha w całym kraju. Były to zarówno transakcje deweloperskie jak i inwestycje end-user. Jest absolwentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i posiada dyplom uzyskany na kierunku prawo.
Magda Twarowska
Magda Twarowska, dołączyła do zespołu P3 obejmując rolę Senior Leasing Manager. Jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i posiada zarówno tytuł CCIM (dyplomowanego specjalisty komercyjnych inwestycji), jak i licencję zawodową zarządcy nieruchomościami. Do tej pory zdobywała doświadczenie m.in. w AXI Immo Group, gdzie obejmowała stanowisko Senior Industrial & Logistic Consultant. Posiada 6-letnie doświadczenie w branży nieruchomości komercyjnych.
Anna Brym
Kolejną osobą, o którą powiększył się zespół leasingowy jest Anna Brym, która objęła stanowisko asystentki działu i jest odpowiedzialna za wsparcie codziennych działań zespołu. Kształci się na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku Stosunki Międzynarodowe.
Magda Kilijańska
W Dziale Leasingu nastąpiły również zmiany strukturalne – Magda Kilijańska, która dotychczas obejmowała rolę Leasing Managera, awansowała na stanowisko Senior Leasing Managera. Z branżą nieruchomości związana jest od 8 lat, a w P3 pracuje od 2014 roku. Ukończyła Prawo i Politologię na Uniwersytecie kard. Stefana Wyszyńskiego, posiada licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami oraz licencję zarządcy nieruchomości.
Andrzej Wroński, Country Head Poland powiedział: „Bardzo się cieszę z dynamicznego rozwoju P3 w Polsce. Rozszerzenie zespołu Property Management oraz Leasingu jest dla nas szczególnie ważne. Jako długoterminowy właściciel i zarządca nieruchomości, ściśle współpracujemy z naszymi klientami zarówno na etapie kiedy ustalamy warunki najmu, ale także później po objęciu przez nich powierzchni. Dlatego istotne jest, aby te dwa działy – Leasing i Property Management współpracowały ze sobą dążąc do wspólnego celu jakim jest satysfakcja klienta. Powiększając zespół o doświadczonych pracowników, zapewniamy, że jesteśmy w stanie dostarczyć obecnym i potencjalnym klientom najwyższą jakość usług”.
W 2017 roku budowa centrów handlowych jeszcze mocnej skoncentruje się na mniejszych miejscowościach – wynika z analiz ekspertów Grupy Real2B. Rozpoczęty w ciągu ostatnich dwóch lat trend utrzymają dwa czynniki: wzrost zamożności Polaków i uruchomione dotacje unijne. Pierwszy z nich ma wpływ na wysoki indeks siły nabywczej mieszkańców mniejszych miejscowości oraz decyzję o migracji mieszkańców z centrum miast na obrzeża aglomeracji. Drugi stanowi ogromny zastrzyk gotówki na rozbudowę infrastruktury drogowej.
Z informacji zawartych w raporcie PRCH Retail Research Forum, I poł. 2016 r. wynika, iż średnia ilość środków jakimi dysponują mieszkańcy miast przypadająca na 1 m kw. istniejącej i budowanej powierzchni wynosi obecnie 47 800 złotych (dla samej istniejącej powierzchni: 50 900 złotych na m kw.). W ujęciu łącznym większą od średniej dla wszystkich miast ilością środków dysponują mieszkańcy największych aglomeracji, a także miast małych (poniżej 100 tys. mieszkańców) – odpowiednio 50 700 oraz 56 600 PLN rocznie na 1 m kw. GLA. Średnia ilość środków przypadająca na 1 m kw. powierzchni w miastach dużych to 37 200 PLN rocznie na 1 m kw. GLA, natomiast w miastach średnich – 34 000 PLN rocznie na 1 m kw. GLA. Ten wskaźnik, nasycenie powierzchni handlowej (średnia wartość wskaźnika dla miast poniżej 100 tys. mieszkańców, wyniosła 441 m kw. na 1000 mieszkańców przy 616 m kw. dla największych aglomeracji i 839 m kw. dla miast 100-200 tys. mieszkańców) oraz zdecydowanie niższe koszty budowy w porównaniu do galerii handlowych i maksymalny czas realizacji – 12 miesięcy dla większych projektów mają bardzo pozytywny wpływ na decyzje inwestorów.
Jarosław Fijałkowski, prezes Grupy Real2B
Ten sam wzrost zamożności Polaków z małych miejscowości, lecz obserwowany w dużych miastach, powoduje zjawisko „rozlewania się” miast na obrzeża aglomeracji. – Dla wielu mieszkańców Łodzi, czy Poznania mieszkanie w bloku przestało już być atrakcyjne. Mieszkańcy aglomeracji chcą zmiany komfortu życia, więc coraz częściej wraz ze wzrostem ich zamożności wybierają dom z ogrodem, z dala od zgiełku, zanieczyszczeń oraz spojrzeń wielu sąsiadów. Dodatkowo, charakter ich pracy coraz częściej nie wymaga już wychodzenia z domu, posiadania biura gdzieś w mieście – zauważa Jarosław Fijałkowski, prezes Grupy Real2B.
Migracja odbywa się z centrum miasta na obrzeża lub wręcz do pobliskiego powiatu, gdzie dominuje niska zabudowa domów jednorodzinnych. Doskonale widać to na przykładzie Poznania, gdzie największym zainteresowaniem cieszą się miejscowości leżące przy granicy z miastem. W ciągu ostatnich pięciu lat największy przyrost mieszkańców odnotowała gmina Komorniki. Według danych starostwa w latach 2011-2015 przybyło jej 4682 zameldowanych osób, co łącznie daje ponad 25,5 tys. mieszkańców. – To tego typu miejsca – jak mówi Jarosław Fijałkowski – zgodnie z procesem nieuchronnych zmian demograficznych staną się doskonałą bazą dla budowy regionalnych hybrydowych centrów handlowych.
PERSPEKTYWY DZIĘKI FUNDUSZOM UNIJNYM
Czynnikiem wspomagającym migrację z centrów miast na ich obrzeża i rozwijającym się wespół z tym trendem budowy centrów handlowych w mniejszych miejscowościach są fundusze unijne. W październiku 2016 roku Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad poinformowała o podpisaniu z Centrum Unijnych Projektów Transportowych kolejnych umów o dofinansowaniu budowy nowych dróg ekspresowych z budżetu UE. Podpisane umowy zwiększają do ponad 15 mld zł kwotę dotacji przyznanych już z obecnego budżetu UE na budowę w Polsce nowych autostrad, dróg ekspresowych i obwodnic miast. Warto przypomnieć, iż na inwestycje drogowe w obecnym budżecie UE przeznaczono dla Polski ponad 40 mld zł.
Poza uzyskaniem finansowania, również etap realizacji inwestycji idzie pełną parą. Na początku września ubiegłego roku Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa oszacowało, że trwa budowa 880 km nowych autostrad, dróg ekspresowych i obwodnic miast. Trwają też przygotowania do budowy 450 km kolejnych odcinków dróg krajowych, realizowanych w systemie „projektuj i buduj”. To znaczy, że obecnie wykonawcy projektują te trasy i gromadzą dokumentację do uzyskania zezwolenia na rozpoczęcie prac budowlanych. – Większość z nich ma być oddana do użytku w ciągu najbliższych dwóch – trzech latach, co spowoduje rozrost mapy drogowej, a tym samym zatrzymanie ludności w mniejszych miejscowościach, jak również napływ ludności ze ścisłych centrów miast – wskazuje Dominik Buczkowski, Dyrektor Operacyjny Real2B Development.
SIECI HANDLOWE DYWERSYFIKUJĄ ROWÓJ
Wspomniane prognozy odnośnie lokalizacji centrów i parków handlowych pokrywają się z potencjałem i trendem rynkowym oraz strategiami sieci handlowych. Zarządzający sieciami i markami handlowymi coraz śmielej szukają nowych lokalizacji poza miastami wojewódzkimi, gdzie występuje nadpodaż salonów handlowych, a kolejny sklep powoduje wystąpienie ryzyka kanibalizacji. W przypadku mniejszych miejscowości, ze względu na niskie nasycenie powierzchni handlowych, ten problem zwyczajnie nie istnieje. Jak wskazuje Prezes Grupy Real2B– Otwarcie piętnastego sklepu w stolicy zaczyna być obciążone dużo większym ryzykiem, niż uruchomienie pierwszego salonu w Mysłowicach czy Pułtusku. Ponadto, sami mieszkańcy okolic dużej aglomeracji miejskiej, mając centrum handlowe z ulubionymi sklepami i kinem we własnym mieście wybiorą ten kierunek zamiast dwugodzinnej podróży do najbliższej aglomeracji.
Doskonałym przykładem zachodzących zmian jest sieć Empik, która w grudniu minionego roku poinformowała o otwarciu aż 6 nowych salonów w listopadzie i aktualnie liczy 236 sklepów. W całym 2016 roku powstało 14 Empików – nie tylko w dużych ośrodkach. Od połowy listopada nowe salony Empik pojawiły się w Mielcu, Oświęcimiu, Mysłowicach, Rzeszowie i Sandomierzu. Także mieszkańcy mniejszych miast mają możliwość zakupu w jednym miejscu książki, muzyki, filmów, gier, artykułów kreatywnych, zabawek edukacyjnych i biletów na rozmaite wydarzenia.
PRZYSZŁOŚĆ W MNIEJSZYCH MIASTACH
Strategię rozwoju centrów handlowych w Polsce potwierdzają także wnioski z raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman&Wakefield. W segmencie centrów handlowych jednym z najważniejszych trendów na polskim rynku pozostaje rosnący udział obiektów zlokalizowanych w mniejszych miastach (poniżej 100 tys. mieszkańców) w całości zasobów. O ile na koniec I poł. 2016 r. już ok. 17% powierzchni formatu „centra handlowe” znajduje się w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys., o tyle jeszcze 5 lat temu było to 12%, a 10 lat temu zaledwie 7%. Analogiczną tendencję obserwujemy w formacie parków handlowych. Na koniec I poł. 2016 r. udział miast poniżej 100 tys. mieszkańców wzrósł do 25%, podczas gdy 5 lat wcześniej było to tylko 9%.
Atrakcyjne ceny poza sezonem i coraz bogatszy wybór ofert wakacji w najodleglejszych krajach świata sprawia, że na wyjazdy decyduje się coraz więcej osób. Zimowe wakacje Polaków zwykle są dwa razy dłuższe niż te w sezonie letnim. Na odpoczynek z dala od panujących w kraju mrozów jesteśmy też w stanie o wiele więcej zapłacić. Jak się okazuje pora roku ma ogromny wpływ na nasze podróżnicze zwyczaje.
Hiszpania hitem przez cały rok
Jeżeli mielibyśmy wskazać ulubiony całoroczny kierunek wyjazdowy Polaków, należałoby wskazać na Hiszpanię. Co prawda, w sezonie letnim zajmuje ona drugie miejsce (20 % wszystkich wyjazdów, na pierwszym miejscu znajduje się Grecja – 32,2%), za to w zimie nie ma sobie równych (17,8%).
– Hiszpania jest przede wszystkim łatwo dostępna. Należące do nich Wyspy Kanaryjskie, na których nawet zimą temperatury oscylują w granicy 25 stopni, to idealne rozwiązanie dla tych, który chcą zaznać trochę słońca. W dodatku za rozsądną cenę – za zimowe wakacje na Kanarach zapłacimy znacznie mniej niż za egzotykę – mówi Piotr Wilk z biura podróży Rainbow.
Latem wyjeżdżamy z rodziną, zimą spełniamy marzenia
Letnie wyjazdy to w dużej mierze rodzinne wakacje. Jak informuje przedstawiciel biura podróży Rainbow, 31,2% sprzedanych w czasie wakacji ofert dotyczy wyjazdów razem z dziećmi. To niemal trzy razy więcej niż w sezonie zimowym, gdy z dziećmi podróżuje jedynie 11,5% klientów. Zimą o wiele chętniej podróżujemy sami (20,9%) lub we dwójkę (62,9%).
Ma to oczywiście swoje przełożenie na długość pobytu oraz kwotę, jaką jesteśmy skłonni na niego przeznaczyć. W sezonie letnim sprzedaje się więcej wycieczek, ale zdecydowanie przeważają tygodniowe wyjazdy – aż 59,5% klientów biur podróży wybiera właśnie tę opcję. Na dwutygodniowy odpoczynek decyduje się znacznie mniej osób, jedynie 15,7%. 6% wyjeżdża na 9 dni, 3,6% na 10 dni a 2,7% na 11 dni. Popularne są też tzw. wypady weekendowe. 4,3% rezerwacji założonych w minionym letnim sezonie dotyczyło właśnie dwudniowych wyjazdów.
Średnia kwota, jaką latem wydajemy na wyjazd to 2597 zł za osobę. Zimą ten wydatek jest niemal dwukrotnie wyższy i wynosi 4878 zł na osobę. Jest to związane z tym, że decydujemy się głównie na kierunki egzotyczne, które są droższe. Wybieramy też dłuższy pobyt – aż 36,8% wyjeżdżających w tym czasie decyduje się na wycieczki 14 dniowe. 2,3% wybiera opcję ośmiodniową, 2,2% wybiera się w podróż na 11 dni, a 1,8% na 10 dni.
Europa zdecydowanie na lato
Lato niewątpliwie należy do Europy. Pierwsza piątka najpopularniejszych kierunków zagarnia niemal 70 proc. rynku podróżujących (68,6%). W przypadku biura podróży Rainbow, od dawna główne miejsce na podium zajmuje Grecja, którą w sezonie wakacyjnym wybiera aż 32,2% klientów tego biura.
– W Grecji znajdziemy mnóstwo pięknych plaż, wiele z nich znajduje się na szczycie rankingów najpiękniejszych plaż na świecie. Jest tam wiele do zwiedzania, co z pewnością przyciąga osoby, które podczas wakacji chciałyby odkryć nowe, ciekawe miejsca. Do tego w ostatnim sezonie oferty greckich wakacji miały wyjątkowo korzystną cenę – mówi Piotr Wilk.
Na drugim miejscu jest Hiszpania, wybierana przez dwadzieścia procent klientów biura. Pierwszą trójkę zamykają Włochy, które w 2016 roku wybrało 5,9% wyjeżdżających.
Na dalszych miejscach znalazły się kolejno – Chorwacja 5,8%, Bułgaria 4,7%, Portugalia 4,2%, Czarnogóra 2,9%, Turcja 2,6% i Cypr Północny 2,2%. Najpopularniejszą dziesiątkę zamyka Maroko, na które w minionym sezonie zdecydowało się 1,5% podróżujących latem klientów.
Zimą najchętniej uciekamy w tropiki
W przypadku zimowych wyjazdów, oczywistym wyborem jest egzotyka, chociaż w pierwszej dziesiątce znalazły się też dwa kraje Europejskie. Hiszpania, ze względu na przynależne do niej Wyspy Kanaryjskie, na których pogoda przez cały rok sprzyja wypoczynkowi, znalazła się na samym szczycie zestawienia (17,8%). To właśnie tam zimą podróżujemy najchętniej. Ale też o wiele chętniej niż latem odkrywamy dalekie kraje.
Bardzo popularne są Kuba (10,3%) oraz Meksyk (7,3%). W obu tych krajach znajdziemy zarówno piękne białe plaże, na których można się zrelaksować w cieniu palm, ale też jest tam mnóstwo rzeczy, które warto zobaczyć – zarówno wspaniałych zabytków jak i elementów przyrody. To dlatego na wakacje tam Polacy rezerwują sobie zwykle nieco więcej urlopu niż 7 dni, często decydują się także na wycieczki łączące zwiedzanie i wypoczynek, tak by jak najpełniej wykorzystać spędzony tam czas.
Pierwsze miejsce zaraz za podium, zajmuje Tajlandia (6,9%). Tam również bardzo chętnie jeździmy zimą. Tajlandia kusi prawdziwie tropikalnym krajobrazem i klimatem, niepowtarzalną kulturą i egzotyczną kuchnią. Pobyt tam daje możliwość zagłębienia się w zupełnie inny, nieznany świat. Do tego ofertę pobytu w tamtejszych luksusowych hotelach możemy znaleźć w naprawdę atrakcyjnych cenach.
Popularność odzyskuje też Egipt (6,8%) w którym zobaczymy starożytne zabytki i piramidy, ale słynący także z wspaniałych raf koralowych, które można odkrywać przez cały rok. Na kolejnym miejscu zimowego zestawienia znajduje się Gambia (5,6%), Maroko (5,4%) i Wietnam (3,1%). Dziewiąta pozycja to Włochy, kolejny europejski kierunek, który w ubiegłym sezonie jesienno-zimowym odwiedziło 2,9% klientów, a pierwsza dziesiątkę zamyka Kenia, którą odwiedziło 2,7% podróżujących.
Pora roku ma też wpływ na to, jaki środek transportu wybieramy. Najpopularniejszy jest oczywiście samolot – latem na tę opcję decyduje się 86,2% klientów, a zimą aż 95,4%. W sezonie letnim wiele osób decyduje się na autokar – 11,9% a 1,9% podróżujących wykupuje ofertę wczasów z opcją dojazdu własnego. Zimą te wartości to odpowiednio 1,4% i 3%.
Firma VMware, światowy lider w dziedzinie infrastruktury chmury obliczeniowej i mobilności w biznesie, opublikowała dzisiaj wyniki badania, zgodnie z którymi połowa szefów firm w Polsce dostrzega, że zarządzanie technologiami odbywa się poza działem IT. Poszczególne piony biznesowe przejmują odpowiedzialność za IT, by zwiększać swoją szybkość działania.
Globalne badanie, które objęło 2 000 managerów i dyrektorów IT oraz 2 000 szefów pionów biznesowych – w tym 100 reprezentujących duże firmy z Polski – wykazało, że decentralizacja IT przynosi wymierne korzyści biznesowe. Główne z nich to możliwość szybszego wprowadzania na rynek nowych produktów i usług (deklarowana przez 48% ankietowanych z Polski), mniej ograniczeń we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań (51%) oraz lepsza zdolność do reagowania na zmieniające się warunki rynkowe (33%).
Decentralizacja IT niesie ze sobą pozytywne skutki także w obszarze HR. Gdy odpowiedzialność za kwestie technologiczne przechodzi do poszczególnych pionów biznesowych, przedstawiciele kadry zarządzającej obserwują wzrost satysfakcji pracowników (w 52% przypadków pośród ankietowanych z Polski) oraz lepsze możliwości przyciągania nowych talentów (49%).
Wspomniane zmiany nie przebiegają jednak bezproblemowo. Przedstawiciele polskich firm twierdzą, że ich rezultatem jest powielanie wydatków na usługi IT (deklarowane przez 55% respondentów), a także problemy ze wskazaniem, kto odpowiada za IT (53%) oraz nabywanie rozwiązań, które nie spełniają standardów bezpieczeństwa (55%).
Co więcej, decentralizacja IT odbywa się wbrew woli osób odpowiadających za technologie, z których większość (62% spośród polskich ankietowanych) pragnie centralnego zarządzania tym obszarem. W szczególności dotyczy to kluczowych obszarów, takich jak: bezpieczeństwo sieciowe i zachowanie zgodności z regulacjami (52%), testowanie i rozwój aplikacji (44%) oraz usługi oparte na chmurze publicznej (38%), które zdaniem decydentów IT powinny pozostać pod ich kontrolą.
„Niepewna sytuacja ekonomiczna i rosnąca konkurencja na rynku wymuszają zmiany w funkcjonowaniu biznesu, a wiele firm staje dziś wobec alternatywy – ‘transformacja albo śmierć’” – stwierdza Bartłomiej Ślawski, Country Manager VMware w Polsce. – „Zarządzanie transformacją cyfrową jest jednak wielkim wyzwaniem organizacyjnym dla firm. Pojawienie się chmury obliczeniowej doprowadziło do demokratyzacji IT, ułatwiając dostęp do nowych technologii i dostarczając atrakcyjne modele kosztowe. Nic dziwnego, że wszelkie działy biznesowe z chęcią korzystają z tych możliwości. Jednocześnie zbyt często mamy do czynienia z brakiem kontroli nad tym zjawiskiem i nieodpowiednim zarządzaniem zasobami IT, co sprawia, że Polskie przedsiębiorstwa mają problemy z rosnącymi kosztami, wyższą podatnością na cyberzagrożenia oraz sprecyzowaniem, kto za co odpowiada w trakcie przemian”.
Przedstawiciele kadry zarządzającej w firmach w Polsce nie mają wątpliwości co do tego, kto odpowiada w ich organizacjach za wprowadzanie innowacji. Ponad dwie trzecie z nich (71%) sądzi, że dział IT powinien umożliwiać poszczególnym pionom biznesowym wdrażanie innowacyjnych rozwiązań, wytyczając przy tym ich strategiczny kierunek i odpowiadając za bezpieczeństwo. Dlatego też kluczowe jest zachowanie równowagi pomiędzy centralną kontrolą w rękach działu IT, a umożliwieniem innowacyjnych działań innym jednostkom organizacyjnym firmy.
„Amadeus stale wprowadza innowacyjne rozwiązania, by ze swoimi produktami i rozwiązaniami pozostać liderem w branży” – mówi Wolfgang Krips, wiceprezes Amadeus. – „Innowacje wychodzą z różnych działów naszej firmy i musimy być na nie gotowi, chcąc dalej kształtować trendy technologiczne w sektorze turystyki. Infrastruktura Cross-Cloud daje nam wgląd w różne aplikacje uruchamiane na wielu platformach chmurowych oraz możliwość zarządzania nimi – bez względu na to, czy chodzi o chmurę publiczną, prywatną czy hybrydową. Architektura Cross-Cloud zapewnia kontrolę, jednocześnie dając biznesowi niezbędną swobodę działania”.
„Do niedawna decentralizację postrzegano jako ‘Shadow IT’ – inwestycje technologiczne niezgodne z firmową polityką bezpieczeństwa, przeprowadzane za plecami zarządu i działu IT. Jednak dziś, z uwagi na skalę zjawiska, bardziej odpowiedni wydaje się termin ‘Mainstream IT’, bo decentralizacja zaczęła stanowić główny nurt” – kontynuuje Bartłomiej Ślawski. „Decentralizacja IT to odpowiedź na potrzebę większej szybkości działania w dzisiejszym środowisku biznesowym. Nigdy nie obserwowaliśmy tak powszechnej chęci skorzystania z nowych, natychmiast dostępnych technologii, usług i sposobów pracy. Poprzez rozpoznanie zachodzących zjawisk i dostosowanie się do nich, działy IT mogą pozostać integralną częścią siły sprawczej tej przemiany. Najnowsze technologie i aplikacje będą napędzać cyfrową transformację tylko wtedy, gdy będą w stanie przekraczać granice pomiędzy różnymi rodzajami chmury, zapewniając łatwy i szybki dostęp w bezpiecznym środowisku.”
Definicja decentralizacji IT
Do decentralizacji IT dochodzi wtedy, gdy dowolny pracownik z dowolnego działu firmy, innego niż IT, dokonuje zakupu rozwiązań informatycznych bądź instaluje oprogramowanie albo zajmuje się jego utrzymaniem. Obejmuje to także pracowników korzystających z oprogramowania niezatwierdzonego przez personel IT, nieobjętego nadzorem centralnego działu IT.
O badaniu
Agencja Vanson Bourne przeprowadziła ankietę pośród 2 000 managerów i dyrektorów IT oraz 2 000 szefów pionów biznesowych w firmach zatrudniających powyżej 1 000 pracowników. Badanie objęło kraje takie jak: Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Szwecja**, Bliski Wschód**, Dania**, Norwegia**, Polska**, Czechy**, Izrael**, Hiszpania, Belgia i Luksemburg**, Rosja, RPA**, Austria**, Szwajcaria**, Turcja**, USA, Meksyk**, Brazylia**, Chiny, Japonia**, Indie, Australia**, Korea Południowa, Singapur**, Indonezja**, Malezja** oraz Tajlandia**. Badanie miało hybrydową formę rozmowy telefonicznej oraz wywiadu online i zostało przeprowadzone pomiędzy wrześniem 2016 r. i styczniem 2017 r.
** W tych krajach badano firmy zatrudniające ponad 500 pracowników
Rok 2016 przejdzie do historii sektora magazynowego w Polsce. Popyt brutto był rekordowy i wyniósł ponad 3 mln mkw. z czego 70% stanowiły nowe umowy najmu. Główną siłą napędową był sektor e-commerce oraz ekspansje firm już obecnych w Polsce, w tym operatorów logistycznych, sieci handlowych i podmiotów związanych z branżą motoryzacyjną. W ślad za potrzebami najemców podążały inwestycje deweloperskie, czego efektem jest ponad 1,25 mln mkw. nowej powierzchni magazynowej oddanej do użytku i 1,3 mln mkw. w budowie. Wysoka absorpcja powierzchni i duża liczba inwestycji BTS i pre-let nie zwiększyła znacząco poziomu pustostanów, który na koniec roku wyniósł 6,0% – wynika z raportu AXI IMMO podsumowującego 2016 r.
RYNEK INWESTYCYJNY: Magazyn – pożądany produkt inwestycyjny
Rok 2016 był bardzo udany na rynku inwestycyjnym w Polsce, pomimo perturbacji związanych z wydarzeniami politycznymi na scenie międzynarodowej. Polska pozostaje liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Polski rynek nieruchomości inwestycyjnych staje się coraz głębszy i zróżnicowany, czego efektem jest napływ nowych inwestorów z Afryki, Azji czy USA. Wolumen transakcji inwestycyjnych na koniec 2016 r. przekroczył 4,56 mld euro, z czego 770 mln euro przypadło na sektor magazynowy. Jest to rekordowy wynik, wyższy o 67% w porównaniu z rokiem 2015.
Wśród najważniejszych ubiegłorocznych transakcji na rynku inwestycyjnym należy wymienić zakup portfolio logistycznego P3 przez GIC Real Estate czy portfolio Hillwood przez CBRE GI. Konkurencyjne stopy zwrotu z inwestycji, w porównaniu z Europą Zachodnią, przy bardzo dobrych wynikach na rynku najmu, są kluczowym czynnikiem wzrostu na rynku inwestycyjnym.
Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO
W trakcie negocjacji jest kilka dużych projektów, co pozwala stawiać optymistyczne prognozy na 2017 r. Należy jednocześnie podkreślić, iż stałym trendem jest koncertowanie się inwestorów wyłącznie na głównych hubach logistycznych. Nowe lokalizacje to nadal zbyt ryzykowane z punktu widzenia funduszy projekty, zwłaszcza w obliczu niepewnej sytuacji podatkowej. Aktualnie największym czynnikiem ryzyka, który wstrzymuje niektóre transakcje są nieścisłości związane z interpretacjami podatku VAT przy zakupie i sprzedaży inwestycyjnej – komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.
POPYT: Tradycyjne rynki znów na topie. Dobra perspektywa dla nowych lokalizacji
W minionym roku zostały pobite rekordowe wyniki z 2015 r. W 2016 r. wynajętych zostało 3,09 mln mkw., z czego ponad 2,18 mln mkw. to nowe umowy i ekspansje. Jest to wynik o 25% wyższy w porównaniu z rokiem poprzednim.
Wysoki wolumen transakcji wynikał z silnej ekspansji firm obecnych w Polsce oraz dużych inwestycji z sektorów e-commerce i produkcji. Największą siłę przyciągania miały tradycyjne rynki, na czele z Warszawą, gdzie wynajętych zostało 818 tys. mkw. Na drugim miejscu znalazł się Górny Śląsk, z popytem brutto na poziomie 521 tys. mkw. Poza głównym rynkami 2016 r. należał do nowych lokalizacji, zwłaszcza Szczecina i Bydgoszczy. W Szczecinie zostały zwarte kontakty na 343 tys. mkw. z czego 95% stanowiły nowe umowy najmu. W Bydgoszczy intensywnie rozwijały się sieci handlowe Kaufland i Carrefour.
Niższe koszty pracy, dostępność kadr, stale poprawiająca się infrastruktura drogowa otwierająca nowe możliwości oraz potencjał lokalnych rynków to kluczowe czynniki sukcesu w nowych regionach. W 2017 r. będziemy obserwować rozwój kolejnych lokalizacji takich jak Kielce, Białystok czy Zielona Góra. Ze względu na duże inwestycje produkcyjne oraz bliskość granicy z Niemcami województwo lubuskie może być nową, gorącą lokalizacją na magazynowej mapie Polski – dodaje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.
W strukturze popytu, podobnie jak w latach poprzednich, największy udział w rynku mieli operatorzy logistyczni (30%), następnie sieci handlowe (22%) i lekka produkcja. W 2016 r. widoczny był wzrost udziałów firm z sektora produkcyjnego, w szczególności firm związanych z branżą motoryzacyjną (7,5%).
PODAŻ: Czas na rozwój projektów w nowych lokalizacjach
Wysoka aktywność najemców była doskonałym motywatorem dla deweloperów. W 2016 r. oddali oni do użytku 1,25 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 1,08 mln mkw. w głównych regionach i blisko 170 tys. mkw. na rynkach wschodzących. Jest to wynik lepszy o 35% w porównaniu z rokiem 2015.
Łączna podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej przekroczyła 11,2 mln mkw. Najwięcej nowej powierzchni zostało wybudowane w regionie Warszawy (239 tys. mkw.), następnie w Polsce Centralnej (230 tys. mkw.) i Poznaniu (195 tys. mkw.). W strukturze podaży dominowały projekty BTS i pre-let, a poziom inwestycji spekulacyjnych utrzymywał się na poziomie ok. 30%.
Aktualnie w budowie pozostaje 1,3 mln mkw. z czego 27% stanowią inwestycje spekulacyjne, jest to spadek w porównaniu z końcem 2015 r. o 8%. Najintensywniej ze względu na duże kontrakty, buduje się w Warszawie (350 tys. mkw.), Szczecinie (313 tys. mkw.), następnie w Poznaniu (219 tys. mkw.) i na Górnym Śląsku (126 tys. mkw.). Spekulacyjnie najwięcej projektów powstaje w Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.
POZIOM PUSTOSTANÓW: Silna absorpcja nowych powierzchni
Na koniec roku 2016 poziom pustostanów wynosił 6,0% i wzrósł o 1,1 punktu proc. rok do roku. Biorąc pod uwagę wysoką aktywność deweloperską wzrost wolnej powierzchni w ciągu roku był niewielki.
Największy spadek wolnej powierzchni odnotowano w okolicach Warszawy, gdzie dostępność spadła z 8,8% do 6%, pomimo oddania do użytku 240 tys. mkw. nowej powierzchni. Najniższa dostępność na poziomie 0,1% wśród głównych rynków wystąpiła w Łodzi, gdzie w ciągu całego roku odczuwalny był brak wolnej powierzchni od zaraz. Aktualnie najwyższy poziom wakatu występuje w Trójmieście (11,2%), Lublinie (9,6%) oraz Krakowie (9%). W perspektywie najbliższych kilku miesięcy poziom dostępności powierzchni powinien utrzymać się na dotychczasowym poziomie, niewielkich wzrostów możemy spodziewać się w Poznaniu i Wrocławiu.
STAWKI CZYNSZÓW: Spadki czynszów już za nami
Stawki czynszów pozostały na stabilnym poziomie w większości lokalizacji. Możliwość negocjacji stawek bazowych w głównych regionach była ograniczona, natomiast w przypadku stawek efektywnych, w zależności od lokalizacji i etapu realizacji inwestycji, można było zaobserwować większy margines zmian.
Najbardziej atrakcyjne stawki efektywne możliwe były do uzyskania w okolicach Warszawy (1,9 – 2,4 euro/mkw.) i w wybranych lokalizacjach na Górnym Śląsku i w Poznaniu.
W większość lokalizacji w przypadku istniejących obiektów zarządzanych w ramach funduszy inwestycyjnych negocjacje stawek poniżej średnich rynkowych są ograniczone. Inaczej jest w przypadku nowych obiektów, gdzie deweloper chce mieć umowę pre-let na rozpoczęcie nowego budynku lub zamyka projekt i pozostaje mu ostatni wolny moduł – wtedy zakres wakacji czynszowych i zachęt finansowych dla najemcy jest z reguły większy – komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.
Wydaje się, że okres największych spadków czynszów efektywnych mamy już za sobą, jednak w przypadku dużych kontraktów powyżej 10 – 15 tys. mkw. stawki transakcyjne pozostaną na bardzo niskim poziomie.
PROGNOZY: Sukces sektora magazynowego warunkowany dynamiką gospodarki
Pierwsze tygodnie nowego roku pokazują, że 2017 może być równie udany jak rok poprzedni. Wysoki popyt na rynku będzie zależał od czynników makroekonomicznych: utrzymania się dynamiki PKB na poziomie powyżej 3%, wysokości eksportu oraz inwestycji bezpośrednich, zwłaszcza pochodzących z Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Polski sektor magazynowo-produkcyjny silnie przyciąga najemców ze względu na wysokiej jakości produkty magazynowe, atrakcyjne stawki czynszów, które od kilku lat nie rosną oraz niskie koszty pracy. Oferta magazynowa jest coraz szersza i dostępna nie tylko na tradycyjnych rynkach, ale też w nowych lokalizacjach.
W 2017 r. możemy spodziewać się pierwszych projektów w nowych regionach takich jak Kielce, Białystok czy Kalisz, gdzie deweloperzy będą chcieli wykorzystać lokalny potencjał kadry pracowniczej oraz nowo oddaną do użytku infrastrukturę drogową.
Ze względu na inwestycje Mercedesa w Jaworze, ale też innych firm produkcyjnych związanych z obsługą rynku niemieckiego będziemy obserwować rozwój projektów w woj. lubuskim, gdzie powstają projekty BTS dla branży produkcyjnej i motoryzacyjnej, m.in. w Zielonej Górze – komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.
Dynamicznie zmiany na scenie politycznej oraz ryzyko osłabienia koniunktury gospodarczej mogą wpływać na decyzje deweloperów. W 2017 roku liczba projektów spekulacyjnych utrzyma się na dotychczasowym poziome 25-30%, a nawet przy pierwszych oznakach spowolnienia, spadnie poniżej 20%.
Specjaliści zajmujący się cyberbezpieczeństwem przewidują, że ataki hakerskie w 2017 roku spowodują 24-godzinną blokadę Internetu. Może to mieć katastrofalne skutki dla rynków finansowych na całym globie.[1] A jak pokazują wyniki raportu Capgemini „Waluta Zaufania: Dlaczego Banki i Firmy Ubezpieczeniowe muszą lepiej dbać o bezpieczeństwo Danych swoich Klientów” opublikowanego przez Digital Transformation Institute Capgemini (2017)[2], tylko jeden na pięciu dyrektorów (21%) jest wysoce przekonany o możliwościach branży w zakresie wykrywania ewentualnych włamań. Czy mamy się czego obawiać?
Pomimo tego, że instytucje finansowe, a w szczególności banki, wydają zawrotne sumy, by zabezpieczyć swoje systemy, liczba i częstotliwość wycieków danych wciąż rośnie. Co istotne, większość konsumentów (65%) wskazuje bezpieczeństwo systemów mających chronić prywatność danych jako niezwykle ważny czynnik podczas wyboru docelowego banku, wynika z raportu Capgemini. Badania dotyczące bezpieczeństwa wskazują też na duże rozbieżności pomiędzy wysokim poziomem zaufania społeczeństwa wobec banków, a rzeczywistą niezawodnością systemów.
Cyberbezpieczeństwo idzie w parze z zarządzaniem ryzykiem
Mądre zarządzanie ryzykiem do dziś jeden z priorytetów biznesowych każdej organizacji, bez względu na reprezentowaną branżę. Jest to wypadkowa między innymi dynamicznych zmian technologicznych, które mogą narazić przedsiębiorstwa na poważne konsekwencje biznesowe, jeśli te nie będą w stanie za nimi nadążyć. Najnowszy raport CIMA‘Ensuring corporate viability in an uncertain world – Framing the board conversation on risk’ zwraca uwagę, ze firmy powinny podnieść temat ryzyka biznesowego do poziomu strategicznego, zwłaszcza w czasach rosnącej złożoności i niepewności na globalnych rynkach. Dla przykładu, wraz z wprowadzeniem w Wielkiej Brytanii nowych wymogów sprawozdawczych związanych z ryzykiem, zarządy firm coraz częściej poszukują sposobów umożliwiających integrację procesów zarządzania ryzykiem, upewniając się, że dywizje odpowiedzialne za finanse i zarządzanie ryzykiem nie działają autonomicznie.
Mimo to praktyki z zakresu ERM, czyli koncepcji zintegrowanego zarzadzania ryzykiem, wymagają popularyzacji i ciągłej aktualizacji, wynika z badań CIMA. Ma to szczególne znaczenie nie tylko w dążeniu do osiągnięcia przewagi konkurencyjnej w skali mikro, ale także w zapewnieniu stabilizacji w ujęciu globalnym, gdzie czynniki ryzyka występujące w danym regionie mogą negatywnie wpływać na organizacje jedynie prowadzące tam interesy, a posiadające swoje siedziby w innej części świata. W odpowiedzi na coraz więcej wyzwań przedsiębiorstwa decydują się na wprowadzenie koncepcji ERM, by ulepszyć strategiczną ewaluację zagrożeń wpływających na sukces biznesu. Badania przeprowadzone przez Instytut CIMA wykazują jednak, że zaledwie 1/3 europejskich firm udało się wdrożyć zaawansowany model ERM, nad którym pieczę sprawują komitety audytu lub specjalnie powoływane komitety ryzyka.
– Aż 60% organizacji reprezentujących różne branże mierzy się z coraz trudniejszymi wyzwaniami, które w sposób znaczący mogą wpłynąć na strategiczny sukces ich przedsięwzięć. Efektywną implementację modelu identyfikacji zagrożeń spowalniają także inne czynniki. Do najważniejszych przeszkód należy ustalanie priorytetów. 2 na 5 respondentów uważa, że nie posiada odpowiednich zasobów, by zoptymalizować nadzór nad ryzykiem. Raport CIMA pokazuje, że niemal drugie tyle odczuwa konieczność przeznaczenia budżetu na inne, nadrzędne wydatki. Ryzyko jest też jednym z priorytetowych tematów dla branży technologicznej – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Zmiany monitorujące etyczne zachowania świat finansów przyjmuje z zadowoleniem. Dla przykładu JPMorgan Chase & Co. specjalizujący się w bankowości inwestycyjnej, zaadaptował już w tej chwili program eliminujący wątpliwe etyczne zachowania swoich bankowców. W efekcie ma się zmniejszyć liczba ryzykownych giełdowych zagrań, co będzie powodowane wizją zastąpienia bankierów sprawniejszymi i popełniającymi mniej błędów maszynami.
Ochrona danych na celowniku biznesu
Rozporządzenie o ochronie danych (ang. General Data Protection Regulation, GDPR), regulacja unijna mająca wejść w życie w maju 2018 roku, zmusi wiele organizacji do ujawnienia wycieku danych w ciągu 72 godzin, a w przypadku zaniechania – zapłacenia wysokich kar. Nowe regulacje wpłyną na wszystkie obszary działalności firmy, w których dochodzi do przetwarzania danych. Wymogi będą musiały zostać uwzględnione między innymi w obszarze sprzedaży, obsługi posprzedażowej, wsparcia i backoffice (podczas oceny ryzyka operacyjnego czy audytu wewnętrznych procesów). Choć przestrzeganie zapisów rozporządzenia będzie miało zasadnicze znaczenie i pozostał nieco ponad rok od jego wdrożenia, tylko jedna trzecia badanych wśród kadry kierowniczej banków i firm ubezpieczeniowych (32%), określiła swoją organizację jako taką, która zrobiła duże postępy w realizacji wytycznych projektu.
– Wprowadzenie w życie unijnego rozporządzenia jest szansą dla wielu organizacji na zapewnienie bezpieczeństwa swoim klientom. Z raportu Capgemini wynika, że na istotność tego aspektu wskazuje aż 65% konsumentów. Zmieniający się charakter zagrożeń i niejasności wśród liderów z branży może tłumaczyć, dlaczego pomimo wysokiego poziomu inwestycji, około 71% organizacji wciąż nie posiada zrównoważonej strategii bezpieczeństwa ani silnych zasad ochrony prywatności danych – zauważa Piotr Siuda, dyrektor projektów w Capgemini.
Według badań firmy Accenture Operations trzy kluczowe kompetencje współczesnych pracowników to wiedza technologiczna, umiejętność rozwiązywania skomplikowanych problemów oraz gotowość do zmiany. Podobne cechy będą coraz ważniejsze w kontekście cyberbezpieczeństwa i ochrony przed atakami hakerskimi. We wdrożenie zmian w zakresie bezpieczeństwa danych powinni być zaangażowani bowiem przedstawiciele z wielu działów firm, m.in. prawnego, IT, bezpieczeństwa, obsługi klienta, marketingu oraz HR. Zmiany powinny zaczynać się już na etapie odpowiedzialnego podejścia do przekazywanych treści oraz właściwego poziomu wiedzy pracowników. Choć wielu konsumentów instynktownie powierza swoje dane instytucjom finansowym, kiedy ich zaufanie zostanie zachwiane, aż trzy czwarte konsumentów zmieni swojego dostawcę – podaje raport Capgemini.
[1] Wypowiedź Jamesa Cardera z firmy Log Rhythm na łamach Business Insider
SferaNET S.A., złożyła wniosek o dofinansowanie projektu dotyczącego budowy sieci światłowodowej w województwie śląskim w ramach działania 1.1. Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. W akcjonariacie Spółki pojawił się także nowy inwestor – 3S S.A., który przekroczył próg 5% głosów na WZA.
SferaNET S.A. złożyła w dniu 17.02.2017 r. wniosek o dofinansowanie projektu dotyczącego budowy sieci światłowodowej w województwie śląskim w ramach działania 1.1. „Wyeliminowanie terytorialnych różnic w możliwości dostępu do szerokopasmowego Internetu o wysokich przepustowościach”, w ramach I osi priorytetowej „Powszechny dostęp do szybkiego Internetu” Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa na lata 2014-2020. W ramach realizowanego projektu Spółka zamierza wybudować sieć światłowodową (za wyjątkiem przyłączy do klientów) w powiecie bielskim oraz cieszyńskim o długości ok. 1.300 kilometrów. W zasięgu planowanej sieci znajduje się ok. 30 tys. punktów adresowych należących zarówno do klientów indywidualnych, jak również do przedsiębiorstw i innych instytucji, w tym 119 placówek edukacyjnych. Zakładana wartość całego projektu sięga ok. 43,8 mln zł, a wnioskowana wartość dofinasowania wynosi 34,1 mln zł. Projekt ma zostać zakończony do 2020 r.
„Oczywiście otrzymanie dotacji i budowa tak dużej, rozległej sieci będzie dla Spółki ogromnym wyzwaniem, ale ponadto będzie skokowym wzrostem ilości klientów, zasięgu obszarowego, a także wielkości przedsiębiorstwa. Proszę pamiętać również o tym, że na razie nie spodziewamy się zbyt szybko wyników konkursu. Ostatnio na rozstrzygnięcie czekaliśmy kilka miesięcy. Dziś skupiamy się nad tym, żeby budować przewagę konkurencyjną bez dotacji i jesteśmy zadowoleni z takiej strategii.” – wyjaśnia Anna Stanaszek, Prokurent Spółki SferaNET S.A.
W akcjonariacie Emitenta ujawnił się nowy podmiot – Spółka 3S S.A., która przekroczyła próg 5% głosów na WZA i posiada obecnie 231.000 szt. akcji. Wejście 3S S.A. do akcjonariatu SferaNET S.A. pozwoli na uzyskanie maksymalnej punktacji za doświadczenie w złożonym wniosku o dofinansowanie w ramach PO PC, działanie 1.1. Podmioty nie wykluczają także bliższej współpracy operacyjnej w najbliższej przyszłości. 3S S.A., należąca do Grupy 3S, świadczy usługi telekomunikacyjne dla ponad tysiąca pięciuset firm i instytucji zlokalizowanych głównie w południowej Polsce. Spółka posiada ponad 3300 km własnej sieci światłowodowej i działa na rynku od 2002 roku.
„Z Grupą 3S S.A. od dawna łączą nas relacje partnerskie. Myślę, że wynika to z podobnej kultury biznesu. Gdy organizator konkursu sprecyzował wymagania dotyczące doświadczenia wnioskodawcy, od razu pomyśleliśmy o współpracy z 3S S.A. Cieszymy się z nowego branżowego akcjonariusza i mamy nadzieję, że w przyszłości będzie to dodatkowy bodziec do intensywniejszej współpracy oraz wymiany doświadczeń.” – dodaje Anna Stanaszek.
SferaNET S.A. zakończyła 2016 r. zyskiem EBITDA na poziomie 1.113 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 4.509 tys. zł. Zysk netto Spółki w minionym roku wyniósł 302 tys. zł. Emitent przekroczył tym samym podwyższone prognozy finansowe na 2016 r., które przewidywały wypracowanie przez zysku EBITDA na poziomie 1.000 tys. zł oraz przychodów netto ze sprzedaży w wysokości 4.400 tys. zł
SferaNET S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od sierpnia 2014 r., która prowadzi działalność na rynku telekomunikacyjnym. Emitent należy do segmentu rynku NewConnect – NC Focus, w skład którego wchodzą spółki z alternatywnego rynku, które spełniają najbardziej rygorystyczne kryteria jakościowe związane przede wszystkim z ich kondycją finansową oraz sposobem wypełniania przez nie obowiązków informacyjnych. Jednym z akcjonariuszy SferaNET S.A. jest fundusz kapitałowy – ABS Investment S.A., który posiada akcje stanowiące 11,12% udziałów w ogólnej liczbie głosów na WZA Spółki oraz tyle samo udziałów w jej kapitale zakładowym.
Projekt nowelizacji ustawy o odpadach zakłada zmiany w prowadzeniu ewidencji odpadów. Ma się ona odbywać elektronicznie, co będzie wymagało adaptacji systemu gospodarowania odpadami w przedsiębiorstwach do nowych regulacji.
Nowelizacja ustawy o odpadach związana jest z potrzebą dostosowania krajowych przepisów do unijnego prawa. W projekcie ustawy z 23 listopada 2016 r. zaproponowane zostały m.in. zmiany dotyczące prowadzenia ewidencji odpadów. Okres przejściowy ich wprowadzenia będzie obowiązywał do 30 czerwca 2020 r.
Projekt zakłada uruchomienie od 1 stycznia 2019 r. Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami (BDO). Integralną jej częścią będzie Rejestr podmiotów wprowadzających produkty, produkty w opakowaniach i gospodarujących odpadami. Do rejestracji w nim ma być zobowiązany każdy podmiot wytwarzający odpady i to na postawie wpisu otrzyma dane do logowania do bazy. Co istotne, zarówno ewidencja odpadów, jak i sprawozdawczość prowadzone będą tylko przez BDO.
– Prowadzenie ewidencji odpadów wyłącznie za pośrednictwem BDO może spowodować konieczność stworzenia interfejsu pomiędzy BDO, a ewidencją prowadzoną przez przedsiębiorcę lub konieczność prowadzenia podwójnej ewidencji. Dla przedsiębiorcy oznaczałoby to dodatkowy koszt. Zawieszenie lub brak funkcjonalności bazy może natomiast spowodować zablokowanie możliwości przekazania odpadu – zauważa Anna Wójcik-Przybył, Kierownik ds. ochrony środowiska i ADR w Stena Recycling.
Ustawodawca założył wprowadzenie nowej Karty przekazania odpadów komunalnych (KPOK) dla podmiotów odbierających odpady komunalne od właścicieli nieruchomości oraz podmiotów, które prowadzą transport, zbieranie i przetwarzanie odpadów komunalnych. Zawierać będzie ona daty i godziny rozpoczęcia i zakończenia odbierania odpadów oraz dostarczenia ich następnemu posiadaczowi. KPOK prowadzona będzie odrębnie dla każdego dnia, w którym odpady będą odbierane. Zmiany obejmą również Kartę przekazania odpadów (KPO), która zawierać będzie datę i godzinę rozpoczęcia oraz zakończenia transportu odpadów do ich następnego posiadacza. Pozwoli to organom kontrolnym na śledzenie przemieszczania strumieni odpadów w czasie zbliżonym do rzeczywistego.
Kierowca pojazdu, który transportuje odpady będzie zobowiązany do posiadania KPO lub KPOK w formie papierowej bądź elektronicznej (podpis elektroniczny lub profil ePUAP).
– Docelowo ewidencja będzie prowadzona wyłącznie za pośrednictwem BDO, co oznacza całkowite odstąpienie od formy papierowej.Jeśli przedsiębiorstwo pracuje na trzy zmiany, a ze względu na utrzymanie produkcji odbiory odpadów będą musiały odbywać się na każdej zmianie wówczas przedsiębiorstwo będzie musiało zapewnić osobę przeszkoloną i mającą dostęp do bazy na każdej ze zmian – mówi ekspert Stena Recycling.
Zgodnie z projektem nie będzie również możliwości wystawiania Zbiorczej karty przekazania odpadów dotyczącej odpadów przekazanych łącznie w okresie danego miesiąca. Będą obowiązywać jedynie KPO wystawiane do każdego transportu. Jak prognozuje Wójcik-Przybył, spowoduje to zwiększenie ilości dokumentów oraz najprawdopodobniej skomplikuje proces rozliczeń gospodarki odpadami w przypadku stałych odbiorców odbierających odpady w sposób ciągły.
– Nowelizacja zakłada konieczność wystawiania kart przekazania odpadów w czasie rzeczywistym tj. przy odbiorze odpadów. Oznacza to, że każdy przedsiębiorca przekazujący odpady powinien posiadać na terenie zakładu legalizowaną wagę. Wprowadzenie takich regulacji obniży efektywność prowadzenia działalności w zakresie odbierania odpadów. Podmioty odbierające odpady będą musiały wyposażyć każdy samochód w szybkie łącze internetowe, z dużą przepustowością oraz zatrudnić dodatkową osobę w obsłudze, zajmującą się wprowadzaniem i przetwarzaniem danych – wskazuje Wójcik-Przybył.
Projekt nowelizacji ma wkrótce trafić do Sejmu oraz zostać notyfikowany przez Komisję Europejską.
Puste gabinety lekarskie mimo wcześniej umówionych wizyt, stale zajęta sieć telefoniczna czy brak wiedzy o stałym kliencie to tylko trzy z wielu problemów, z jakimi borykają się właściciele firm. Sprawna i dostosowana do potrzeb klienta obsługa może przynosić nawet kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży. Dlatego zapotrzebowanie na customer service stale rośnie. Które branże muszą się zmierzyć z rewolucją?
Finanse, turystyka czy logistyka mogą mieć wspólny mianownik. Jest nim customer service, czyli obsługa klienta, która bezpośrednio wpływa na poziom sprzedaży, kształtuje wizerunek i buduje zaufanie. Okazuje się, że spora liczba klientów rezygnuje z zakupu określonych produktów z prozaicznych powodów. Wystarczy brak szybkiej odpowiedzi na maila, skomplikowany proces zamówienia czy trudności w umówieniu wizyty, a klient już korzysta z usług konkurencji.
Gabinety, szpitale, przychodnie
Placówki medyczne, szczególnie te z sektora publicznego, niezwykle często są krytykowane przez pacjentów za złą komunikację. Problemy zaczynają się już na etapie umówienia wizyty, a irytacja wzrasta wraz z okresem oczekiwania w kolejce. Okazuje się, że zbawiennym dla służby zdrowia może być rozwój przydatnych narzędzi do obsługi klientów (customer service), z których coraz częściej korzystają m.in. prywatne placówki medyczne. Czy ma szansę zrewolucjonizować rynek usług medycznych? Michał Misiak z Focus Telecom Polska zwraca uwagę, że problem tkwi w udrożnieniu komunikacji. – Umożliwienie umawiania wizyt telefonicznie, przez SMS, maila czy formularz na stronie internetowej sprawi, że część klientów chętniej skorzysta właśnie z tej placówki, doceniając fachowość obsługi – mówi.
Wsparciem w obsłudze klientów są też takie opcje jak potwierdzanie wizyt, przypominanie o nich czy kolejkowanie i automatyczna dystrybucja połączeń, minimalizując liczbę oczekujących. Więcej kanałów komunikacji pozwoli nawet na 12 proc. wzrost umówionych wizyt w miesiącu. Innym problemem, z którym borykają się placówki medyczne, są tzw. „puste gabinety”, czyli efekt odwołanych lub przełożonych wizyt. Wdrożenie odpowiedniego Contact Center jest w stanie zredukować nieodwołane wizyty aż o 80 proc. W przypadku badań kontrolnych system przypomnień pozwala zwiększyć liczbę klientów o 19 proc.
Rynek pożyczek
Na rynku pożyczek głównym czynnikiem jest czas. Klient nie lubi czekać na odpowiedź, a brak szybkiej reakcji sprawia, że ucieka do konkurencji. Wystarczą trzy minuty oczekiwania w przypadku maila lub kilkanaście sekund na czacie, a potencjalny zainteresowany już sprawdza konkurencyjną firmę. W tym przypadku ważnym mechanizmem, który usprawni komunikację pomiędzy firmą a klientem, jest moduł ticketowania czy funkcja kolejkowania i powiadomień. W rezultacie zapytanie trafia do właściwego konsultanta. Ponadto, odpowiednia konfiguracja infolinii pozwoli na skrócenie czasu oczekiwania na połączenie do kilku sekund. Gdy klient zrezygnuje – system oddzwoni automatycznie. Z kolei w przypadku telesprzedaży najważniejszymi czynnikami są dobrze opracowane bazy, skrypty i automatyzacja działań, których nie musi realizować człowiek. Optymalizacja tych czynności prowadzi do zwiększenia liczby wykonanych połączeń.
Hotele i biura podróży
Odpowiedni model komunikacji z klientem, który chce zarezerwować, np. pobyt w hotelu, to podstawa w realizacji tego typu usługi. – Dzisiejszy klient oczekuje szybkiego dostępu do informacji. Umiejętność zapewnienia wysokiej dostępności pracowników o odpowiednich kompetencjach staje się podstawą budowania przewagi konkurencyjnej. Brak możliwości dodzwonienia lub innej formy bezpośredniego kontaktu z recepcją hotelu czy biurem podróży często skutkuje bardzo szybkim przeniesieniem uwagi na innego dostawcę podobnych usług. Klient ma dzisiaj taką władzę – tłumaczy Maciej Buś z Polskiego Forum Call Center. Korzystając, np. ze skryptera, konsultanci otrzymują wsparcie w prowadzeniu rozmowy i selekcji argumentów. Wiedzą też, czy dany klient zgłaszał uwagi lub znają jego ulubione kierunki podróży. Docelowo konsultant może bardzo dokładnie dostosować usługę do preferencji klienta. Szybkość i konkretność odpowiedzi to dwa główne atuty, na bazie których powstaje wstępna opinia o firmie. Co istotne, poziom klienckiego zadowolenia z usługi przekłada się na jakość opinii pozostawianych w sieci, które są coraz cenniejsze dla właścicieli hoteli czy biur podróży. Pozytywne opinie i rekomendacje wpływają na budowę zaufania wśród stałych klientów i pozyskanie kolejnych.
Placówki publiczne
Wszelkiego typu urzędy bywają dla wielu klientów prawdziwą zmorą. Liczba połączeń telefonicznych i spraw nie tylko opóźniają komunikację, ale docelowo obniżają morale pracowników i irytują klientów. W ostatnich latach duże obciążenie spoczywa na przykład na wydziałach obsługujących cudzoziemców.
Automatyzacja w placówkach publicznych pozwala na zwiększenie dodzwanialności (kolejkowanie połączeń). Z kolei funkcja IVR (obsługa przez automat) umożliwia samodzielne załatwienie sprawy. Dla placówek publicznych skorzystanie z takiego rozwiązania to atut w postaci braku konieczności utrzymywania własnej infrastruktury. – Nie lubimy czekać w urzędach, dlatego przyspieszenie obsługi klientów sprawi, że instytucje publiczne będą postrzegane jako bardziej profesjonalne i przyjazne – dodaje Michał Misiak z Focus Telecom Polska. Wśród najczęściej stosowanych opcji, które usprawniają komunikację z klientem, są m.in. nagrywanie i archiwizacja rozmów, przekierowywanie połączeń i ich transfery do innych użytkowników, monitoring pracy konsultantów czy raportowanie.
E-commerce
Rynek e-commerce stale rośnie. Według prognoz branżę w najbliższych latach czeka kilkunastoprocentowy wzrost. Dlatego zwiększona konwersja, powracający klienci i opanowanie ich zapytań to największe wyzwania, które stoją przed właścicielami nie tylko największych marek, ale i mniejszych serwisów. Co więc należy poprawić? – Przede wszystkim zapewnić sprawną i naturalną komunikację „tu i teraz”. W internetowym – mobilnym świecie wygrywa ten, kto potrafi wejść w dialog z kupującym. Szybka informacja, wezwanie do działania, ale również umiejętność dobranie odpowiedniego momentu podjęcia rozmowy stanowią klucz do wzrostu konwersji. W aspekcie obsługowym wraca temat dostępności informacji „na żądanie” – status realizacji zamówienia, status dostawy, kontakt posprzedażowy – tłumaczy Maciej Buś z Polskiego Forum Call Center. Warto zadbać także o jak najszerszą liczbę kanałów komunikacji i ich sprawną obsługę. Tak, by niezależnie, czy to za pomocą Facebooka, czy maila lub formularza – odpowiedź dotarła niemal natychmiastowo.
Transport i logistyka
Customer service to podstawa w dobrze funkcjonującej firmie transportowej, której prawidłowe zarządzanie wymaga m.in. jednolitego systemu telekomunikacyjnego. Jedna sieć, książka telefoniczna, skrócone numery i identyfikacja dzwoniących to podstawowe narzędzia usprawniające pracę w transporcie i logistyce. Dobry system powinien umożliwić także szybkie i automatyczne zmiany w zamówieniach, np. godzinę, dzień dostawy, potwierdzenie lub anulowanie przesyłki. Dla klientów cenne jest również to, by mogli szybko złożyć zamówienie lub dokonywać w nim zmian, np. terminu lub godziny dostawy czy potwierdzenia lub anulacji zamówienia.
Meblarstwo
Strata połączenia telefonicznego przez zajętą sieć może kosztować nawet kilka tysięcy złotych. Bo właśnie tyle miał zamiar wydać potencjalny klient. Możliwość ustalenia priorytetowości połączenia i ich kolejkowanie oraz przekierowywanie do odpowiedniej osoby to podstawowe elementy, które pozwalają utrzymać klienta zainteresowanego zakupem. Coraz popularniejsza staje się funkcja IVR. – To rozwiązanie, które pozwala przeprowadzić interaktywną obsługę osoby dzwoniącej. Mówimy tu m.in. o składaniu nowych zamówień, zgłaszaniu reklamacji, czy zmian w zamówieniach lub miejscach dostawy – tłumaczy Michał Misiak z Focus Telecom Polska.
Aby obsługa klienta mogła funkcjonować na właściwym poziomie, komunikacja wewnętrzna musi opierać się na stabilnym oprogramowaniu pozwalającym zarządzać sprzedażą, reklamacjami, procesami logistycznymi i współpracą między oddziałami. Ważna jest także wiedza o kliencie – jakie posiada produkty i kiedy mija ich okres gwarancyjny, aby w odpowiednim momencie zaproponować, np. jego przedłużenie.
W styczniu 2017 roku w środkowoeuropejskich strukturach BNP Paribas Real Estate, odnotowano zmiany na trzech znaczących stanowiskach. Olga Melihov objęła stanowisko Country Head w Rumunii, a Stewart Thomson awansował na to samo stanowisko w Republice Czeskiej. Joanna Wilczyńska została dyrektorem Marketingu i PR w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Styczniowe awanse pokazują, że strategia rozwijania kompetencji wewnątrz firmy zdaje egzamin. Konsekwentnie realizujemy nasze średnio i długofalowe założenia, budując wiodącą firmę doradczą w sektorze nieruchomości komercyjnych w tej części Europy. Jestem przekonany, że wiedza i doświadczenie każdej z tych osób przybliża BNP Paribas Real Estate do tego celu – komentuje Patrick Delcol, Prezes Zarządu BNP Paribas Real Estate Poland, Europa Środkowo-Wschodnia.
Olga Melihov
Olga Melihov, nowa szefowa BNP Paribas Real Estate Advisory w Rumunii, będzie odpowiedzialna za nadzór nad bieżącą działalnością firmy oraz procesem wdrażania strategii rozwoju na lokalnym, rumuńskim rynku. Przed awansem pełniła funkcję Dyrektora ds. rozwoju biznesu w tym kraju. Olga Melihov jest menedżerem z ponad 12-letnim doświadczeniem w sektorze nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W przeszłości związana była m.in. z Seracom International Group Russia, w której odpowiadała za budowę, zarządzanie i rozwój moskiewskiego oddziału firmy. Ponadto jako jeden z kluczowych menedżerów Mayland Real Estate była odpowiedzialna za rozwój, komunikację i działania marketingowe firmy w Polsce i Rumunii.
Olga Melihov jest absolwentką Uniwersytetu w Bukareszcie oraz studiów podyplomowych Real Estate Professional Executive Programme organizowanych przez Solvay Brussels School of Economics & Management i Polską Radę Centrów Handlowych. Olga Melihov posiada również Professional Certificate in Management wydany przez The Open University UK oraz Codecs Romania.
Stewart Thomson
Stewart Thomson, dotychczas pełniący funkcję Business Development Director, awansował na stanowisko Country Head w Republice Czeskiej. W praskim biurze Stewart Thomson będzie odpowiedzialny za zarządzanie wszystkimi liniami biznesowymi: pośrednictwie w wynajmie powierzchni biurowych, handlowych i magazynowych, wycenie nieruchomości, doradztwie i rynkach kapitałowych. Pod jego nadzorem będzie również realizowana strategia rozwoju BNP Paribas Real Estate APM CR na rynku czeskim. Stewart Thomson dołączył do firmy w 2015 roku i początkowo odpowiedzialny był za stworzenie kompletnego portfela linii biznesowych, a także zbudowanie zespołu doradców. Koordynował m.in. proces zakupu kompleksu Oregon House przez brytyjski fundusz inwestycyjny M7. Stewart Thomson jest uznanym menedżerem na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej.
Funkcję Head of Marketing & PR w regionie Europy Środkowo-Wschodniej objęła Joanna Wilczyńska. Zastąpiła Katarzynę Lemańską, która pełniła tę funkcję przez blisko 2 lata. Joanna Wilczyńska dołączyła do BNP Paribas Real Estate Poland w 2014 roku na stanowisku Specjalisty ds. Marketingu i PR.
Joanna Wilczyńska
Jako szefowa marketingu i komunikacji jest odpowiedzialna za realizację strategii komunikacyjnej, marketingowej i CSR. W zakresie kompetencji Joanny Wilczyńskiej leży również budowanie i utrzymywanie relacji z mediami, wsparcie marketingowe dla wszystkich linii biznesowych, a także koordynacja prac agencji zewnętrznych. Wcześniej związana z branżą hotelarską, w której tworzyła i wdrażała strategie marketingowe i komunikacyjne w Sofitel Grand Sopot czy Orco Hotel Project.
Joanna Wilczyńska jest absolwentką Wydziału Ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu oraz studiów podyplomowych w zakresie Public Relations na Uniwersytecie Gdańskim.
Z końcem 2016 r. weszła w życie nowelizacja ustawy o transporcie kolejowym, która ma wpływ na zmianę sposobu opodatkowania nieruchomości. W związku z tym, przedsiębiorstwa posiadające na swoim terenie elementy infrastruktury kolejowej powinny przyjrzeć się ich opodatkowaniu. Zmiany mogą oznaczać dla firm zarówno zmniejszenie, jak i zwiększenie obciążeń fiskalnych.
Celem nowelizacji ustawy o transporcie kolejowym z 16 listopada 2016 r. jest dostosowanie polskich przepisów do norm unijnych, co ma służyć utworzeniu jednolitego europejskiego obszaru kolejowego. Co istotne, nowelizacja przyniosła nie tylko zmianę zasad, na podstawie których funkcjonuje transport kolejowy w Polsce, ale również w znaczący sposób wpłynęła na sposób opodatkowania nieruchomości kolejowych. Nowe zasady, w zakresie dotyczącym opodatkowania nieruchomości, obowiązują już od początku 2017 r. Na czym dokładnie polegają zmiany i co oznaczają one dla przedsiębiorstw? Wyjaśniają eksperci Ayming Polska.
Nowa definicja „infrastruktury kolejowej”
W ramach nowelizacji, w ustawie o transporcie kolejowym wprowadzono nową definicję „infrastruktury kolejowej”. Dotychczasowa ogólna definicja została zastąpiona zamkniętym katalogiem obiektów, które uznawane są za elementy infrastruktury kolejowej. Ta zmiana jest bardzo istotna, ponieważ od tego, czy dany obiekt można zaliczyć do „infrastruktury kolejowej”, zależy możliwość uzyskania zwolnienia z podatku od nieruchomości.
Objęcie zwolnieniem budynków wchodzących w skład infrastruktury kolejowej
Do tej pory zwolnieniu z opodatkowania podlegały tylko budowle tworzące infrastrukturę kolejową i zajęte pod nie grunty. Nowelizacja ustawy o transporcie kolejowym przyniosła zmianę w ustawie o podatkach i opłatach lokalnych, polegającą na objęciu zwolnieniem podatkowym budynków, w których znajdują się elementy infrastruktury kolejowej (zgodnie z nową definicją). Oznacza to, że podatku nie trzeba płacić między innymi od dworców kolejowych oraz budynków, w których znajdują się nastawnie, urządzenia zapewniające sygnalizację i łączność na trasie kolejowej czy urządzenia sterowania ruchem kolejowym.
Zwolnienie podatkowe pod warunkiem udostępnienia infrastruktury kolejowej przewoźnikowi
Po nowelizacji, warunkiem skorzystania ze zwolnienia podatkowego jest udostępnienie infrastruktury kolejowej przewoźnikowi. Do tej pory ze zwolnienia mógł skorzystać zarządca infrastruktury kolejowej, „który był zobowiązany do jej udostępniania”. To sformułowanie było źródłem wątpliwości interpretacyjnych. Po nowelizacji przepis stał się jednoznaczny – jednak ograniczył możliwość skorzystania ze zwolnienia.
– Dotychczasowe brzmienie przepisów powodowało, że w wyrokach sądów administracyjnych pojawiały się dwie odmienne linie orzecznicze. Według pierwszej, korzystniejszej dla podatników, warunkiem skorzystania ze zwolnienia była sama gotowość udostępnienia infrastruktury kolejowej. Według drugiej, bardziej profiskalnej, zwolnieniu podlegała tylko faktycznie udostępniona infrastruktura. Jednak, w ramach nowelizacji, ustawodawca wyraźnie opowiedział się za rozwiązaniem korzystniejszym dla fiskusa. Obecnie przedsiębiorca, który zarządza elementami infrastruktury kolejowej skorzysta ze zwolnienia podatkowego tylko, jeśli rzeczywiście udostępni ją przewoźnikowi kolejowemu. Może zdarzyć się, że przewoźnik kolejowy nie będzie zainteresowany wykorzystaniem takiej infrastruktury. Wtedy będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której to czynnik ekonomiczny decyduje o obciążeniu przedsiębiorstwa podatkiem od nieudostępnionej infrastruktury kolejowej – komentuje Przemysław Smoczyński, Konsultant w Dziale Podatków i Opłat Lokalnych w Ayming Polska.
Nowe pojęcia i punkty sporne
W ustawie o transporcie kolejowym wprowadzono szereg nowych pojęć, które choć nie odnoszą się bezpośrednio do kwestii fiskalnych, mogą mieć znaczący wpływ na sposób opodatkowania nieruchomości kolejowych. Szczególne znaczenie ma pojawienie się takich pojęć, jak „infrastruktura prywatna” (wykorzystywana wyłącznie do realizacji własnych potrzeb właściciela lub zarządcy infrastruktury – innych niż przewóz osób) oraz „infrastruktura nieczynna” (na której zarządca infrastruktury nie dopuścił ruchu kolejowego). Elementy infrastruktury prywatnej lub nieczynnej nie mogą zostać udostępnione przewoźnikowi kolejowemu, co oznacza, że nie będą podlegały zwolnieniu podatkowemu. Trzecim ważnym pojęciem jest „infrastruktura usługowa” (obiekt budowlany wraz z gruntem, na którym jest usytuowany, oraz instalacjami i urządzeniami, przeznaczony w całości lub w części do świadczenia usług) – jednak, nie jest do końca jasne, czy stanowi ona rodzaj infrastruktury kolejowej, czy jest zupełnie odrębnym pojęciem.
– Od rozstrzygnięcia, w jaki sposób należy rozumieć „infrastrukturę usługową”, może zależeć zakres zwolnienia podatkowego. Szczególnie istotne może być to dla jednostek zarządzających terminalami towarowymi czy obiektami zaplecza technicznego, które umożliwiają prawidłowe prowadzenie ruchu kolejowego. Temat ten podejmowano w czasie konsultacji społecznych, które miały miejsce w ramach procesu legislacyjnego. Ustawodawca nie zdecydował się jednak na doprecyzowanie tej kwestii, co może skutkować sporami pomiędzy podatnikami a organami podatkowymi – podsumowuje Przemysław Smoczyński, Konsultant w Dziale Podatków i Opłat Lokalnych w Ayming Polska.
Choć nowelizacja ustawy o transporcie kolejowym nie dotyczyła wprost ustawy podatkowej, już teraz widać jej wpływ na sposób opodatkowania nieruchomości. W związku z tym, przedsiębiorcy posiadający na terenie swoich zakładów elementy infrastruktury kolejowej powinni na nowo przeanalizować sposób ich opodatkowania. W zależności od indywidualnej sytuacji, wprowadzone zmiany mogą spowodować zarówno zmniejszenie, jak i zwiększenie obciążeń podatkowych. Dokładne określenie skutków nowelizacji wymaga wnikliwego przeanalizowania indywidualnej sytuacji przedsiębiorstwa oraz skonfrontowania nowych przepisów kolejowych z regulacjami ustawy o podatkach i opłatach lokalnych.
Na koniec ubiegłego roku podaż powierzchni biurowych w Warszawie przekroczyła 5,18 mln m kw., z czego w samym tylko 2016 roku zasoby wzrosły o 410 tys. m kw., wynika z najnowszego raportu At a Glance – Office Market in Warsaw (Q4 2016). Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland wskazują, że 650 tys. m kw. w fazie realizacji i dodatkowo ponad milion metrów kwadratowych w planach to istotny argument dla najemców, którzy albo poszukują nowych lokalizacji albo planują renegocjacje umów.
Mniej pustostanów niż przewidywano
Znacząca ilość nowej powierzchni biurowej, która pojawiła się na warszawskim rynku w ostatnich trzech miesiącach 2016 roku, nie spowodowała gwałtownego wzrostu dostępnej powierzchni. Wskaźnik niewynajętej powierzchni na koniec ubiegłego roku osiągnął poziom 15 proc., rosnąc kwartał do kwartału o zaledwie 0,4 p.p. i był wyższy o 2 p.p. od poziomu odnotowanego w grudniu 2015 roku. Autorzy raportu podkreślają, że najwięcej wolnych biur zlokalizowanych jest w rejonie biurowego Mokotowa, a także w korytarzu biegnącym wzdłuż alei Jerozolimskich i w stołecznym centrum. Pustostany występują najczęściej w budynkach biurowych powstałych w latach dziewięćdziesiątych. Szacuje się, że całkowita wielkość warszawskiego rynku dojrzałych biurowców to blisko 1,2 mln m kw. Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland prognozują, że w ciągu najbliższych dwóch lat wskaźnik warszawskich pustostanów biurowych wzrośnie o 1-2 p.p.
Nowe budynki przyciągają
Po rekordowym, pod względem wynajętej powierzchni, 2015 roku – wolumen transakcji wyniósł 660 tys. m kw. – w ciągu dwunastu miesięcy ubiegłego roku popyt (nowe umowy, umowy typu pre-let oraz ekspansje) ukształtował się na poziomie 455 tys. m kw., co oznacza spadek r/r o 31%. Autorzy raportu podkreślają, że oprócz renegocjacji w dotychczasowych lokalizacjach (ponad 300 tys. m kw.), najemcy, w czwartym kwartale podobnie jak w całym 2016 roku, aktywnie poszukiwali możliwości relokacji do nowych budynków.
W ubiegłym roku największą popularnością wśród firm poszukujących nowych lokalizacji dla swoich biur cieszyły się projekty położone w okolicach ronda Daszyńskiego, stacji Dworzec Gdański oraz w korytarzu biegnącym wzdłuż alei Jerozolimskich. Znacznie mniejsze zainteresowanie wzbudzały budynki zlokalizowane w zagłębiu biurowym na Mokotowie.
Spadające efektywne stawki wynajmu
Poza kilkunastoma wiodącymi projektami biurowymi obejmującymi również wysokiej jakości projekty butikowe, w których miesięczne stawki czynszu osiągają poziom 20-22 Euro, większość centralnie zlokalizowanych budynków funkcjonuje w warunkach bardzo dużej konkurencji, której efektem jest rosnąca presja czynszowa. W ostatnim roku wyjściowe stawki najmu spadły w nich o około 3 do 5 proc., kształtując się na poziomie 16,50-18,50 Euro za miesiąc.
Z raportu opracowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że miesięczne stawki czynszów w najlepszych projektach biurowych położonych poza centrum Warszawy na koniec 2016 roku osiągnęły poziom 14-15 Euro. Jakkolwiek średni czynsz jaki trzeba zapłacić za metr kwadratowy biura w tej okolicy, to poziom 11-13 Euro za miesiąc.
Autorzy analizy podkreślają, że znacząca podaż, silnie konkurencyjny rynek i rosnąca elastyczność właścicieli budynków sprawiły, że w 2016 roku duzi najemcy (powyżej 2 tys. m kw.) zainteresowani biurami zarówno w centrum jak i poza nim, mogli liczyć na efektywną stawkę czynszu niższą niż stawka ofertowa od 20 do 30%.
Albo druga młodość, albo koniec
Biorąc pod uwagę bardzo wysoki stopień rynkowej konkurencyjności i zmieniające się oczekiwania najemców, właściciele budynków coraz częściej decydują się na kompleksowe modernizacje. Na koniec 2016 roku około 280 tys. m kw. powierzchni w dojrzałych biurowcach znajdowało się na różnych etapach procesów modernizacyjnych. Z jednej strony na rynku można zaobserwować właścicieli, którzy decydują się na nowe aranżacje powierzchni, odświeżenie fasad i otoczenia budynków, a z drugiej takich, którzy idą w kierunku skomplikowanych zmian w rozwiązaniach technicznych i architektonicznych biurowców. Autorzy raportu podkreślają, że strategie rewitalizacji i repozycjonowania mają dużą szansę na powodzenie szczególnie w przypadku projektów o bardzo dobrej lokalizacji.
Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor, Dział Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland
– Dojrzałe biurowce po kompleksowych modernizacjach mogą konkurować z nowymi projektami. Podniesienie norm efektywności i zastosowanie nowoczesnych rozwiązań technicznych przy jednoczesnym zapewnieniu bardzo dobrych, sprawdzonych lokalizacji gwarantujących dostępność i ekspozycję to klucz nie tylko do zatrzymania dotychczasowych najemców, ale również do przyciągnięcia nowych – podkreśla Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.
Biurowe centrum bliżej Woli
Od kilku lat warszawskie zagłębie biurowe konsekwentnie rośnie w okolicach ronda Daszyńskiego. Za sprawą dobrej komunikacji, różnorodności funkcji i uruchomieniu drugiej linii metra, a także za sprawą obowiązującego planu miejscowego dopuszczającego zwiększoną gęstość zabudowy usługowej i mieszkaniowej, dzielnica, która przed wojną była przeznaczona na zabudowę przemysłową, przyciąga nie tylko deweloperów biurowych, ale także mieszkaniowych i handlowych.
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia
– Jeszcze dwa lata temu biurowa Wola, ze 150 tys. m kw. powierzchni nie wyglądała tak okazale. Od tamtego czasu jesteśmy świadkami bardzo dynamicznego wyścigu podaży i popytu. Tylko w latach 2015-2016 biurowe zagłębie na Woli urosło prawie dwukrotnie, a w kolejnych dwudziestu czterech miesiącach w bliższych i dalszych okolicach ronda Daszyńskiego pojawi się ponad 150 tys. m kw. nowych biur – dodaje Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz i Doradztwa w Europie Środkowo-Wschodniej, BNP Paribas Real Estate.
W 2016 r. w Polsce oddano do użytku 900 000 00 mkw. powierzchni biurowej – najwięcej w historii rynku. Popyt sięgnął 1,34 mln mkw. Poza Warszawą pozycję liderów utrzymują Kraków i Wrocław. Znakomity wynik Łodzi.
„W 2016 r. firmy podpisały umowy najmu na 1,34 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej – to drugi najlepszy wynik w historii polskiego rynku. Popyt sięgnął 755 000 mkw. w Warszawie, 187 800 mkw. w Krakowie i 124 500 mkw. we Wrocławiu. Łącznie, na głównych rynkach biurowych poza Warszawą wynajęto prawie 585 700 mkw. Zarówno w przypadku stolicy, jak i rynków regionalnych, wynik zarejestrowany w 2016 r. był nieznacznie niższy niż w rekordowym roku 2015. Było to spowodowane w znacznej części przez mniejszą liczbę dużych umów najmu zawartych przez firmy”, komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.
Największe umowy najmu w Polsce w 2016 r.
Miasto
Budynek
Najemca
Powierzchnia (mkw.)
Warszawa
projekt Karolkowa/Kasprzaka
BGŻ BNP Paribas
22 000
Łódź/Kraków
University Business Park/DOT Office
Ericsson
16 400
Wrocław
Kaufland HQ
Kaufland
16 000
Warszawa
Park Postępu
Poufny najemca
12 300
Wrocław
Grunwaldzki Center
Credit Suisse
10 800
Gdańsk
Tryton Business House
Intel
10 800
Kraków
Enterprise Park E
Aon
10 700
Wrocław
Sagittarius Business House
BNY Mellon
10 500
Kraków
Bonarka for Business G
Euroclear Bank
10 000
Źródło: PORF, JLL, www.bazabiur.pl, 2016 r.
„Warto podkreślić, że siedem z dziewięciu transakcji najmu na ponad 10 000 mkw. zawartych w Polsce dotyczyło biurowców poza Warszawą. Tradycyjnie już popyt generowały firmy z sektora nowoczesnych usług biznesowych, których udział w łącznym wolumenie transakcji na rynkach regionalnych wyniósł 59%”, informuje Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych w JLL.
Podaż
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
„Polski rynek biurowy urósł o ok. 900 000 mkw. w ubiegłym roku, najwięcej w całej swojej historii. Deweloperzy oddali do użytku 407 000 mkw. w Warszawie, 150 000 mkw. w Krakowie, czy 141 500 we Wrocławiu. W rezultacie, 2016 r. łączne zasoby biurowe w kraju przekroczyły granicę 9 milionów mkw., a w Warszawie – 5 mln mkw.”, komentuje Mateusz Polkowski.
Z analiz JLL wynika, że w 2017 r. rynek biurowy w Polsce może urosnąć o kolejne 800 000 mkw., jeśli plany deweloperów zostaną zrealizowane w terminie.
„Rok 2016 był wyjątkowy dla regionalnych rynków biurowych: aktywność budowlana oraz absorpcja netto znacznie przewyższyły warszawskie wartości. Dynamiczny i nieprzerwany rozwój ośmiu głównych aglomeracji poza stolicą był widoczny we wszystkich aspektach rynku. W 2016 r. do stałych liderów – Krakowa oraz Wrocławia – dołączyła Łódź, której znakomity wynik był spowodowany zainteresowaniem dużych międzynarodowych firm. Popyt przełożył się na spadek poziomu pustostanów w Łodzi do jedynie 6,2%. To najniższy wskaźnik w Polsce”, informuje Karol Patynowski.
Aktywność budowlana w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie.
„W Polsce powstaje obecnie 1,5 mln mkw. Największa aktywność deweloperów dotyczy oczywiście Warszawy, gdzie buduje się 675 000 mkw. Poza stolicą liderem pozostaje Kraków, gdzie realizowane są projekty o łącznej powierzchni aż 260 000 mkw. Oznacza to, że w tym roku stolica Małopolski przekroczy poziom 1 miliona mkw. łącznej podaży. Wysokim poziomem powierzchni znajdującej się w budowie cechuje się Trójmiasto – 150 400 mkw., Wrocław – 147 000 mkw., oraz Łódź -124 500 mkw., którą wyróżnia najwyższy w Polsce odsetek wynajętej powierzchni w budowie (ponad 50%)”, wylicza Mateusz Polkowski.
Powierzchnie niewynajęte i czynsze
Jedną z cech charakterystycznych ubiegłego roku była zmiana miasta z najniższym poziomem pustostanów. Przez ostatnie kilka lat na pozycji lidera utrzymywał się Kraków (7,2%), jednak w IV kw. 2016 r. to Łódź zajęła pierwsze miejsce (6,2%). Najwyższy poziom pustostanów rejestrowany jest w Szczecinie (14,7%), a następnie w Warszawie (14,2%).
Miesięczne czynsze w Centrum Warszawy kształtują się na poziomie od 20,5 do 23,5 euro za mkw., a poza nim wahają się w przedziale 11-17,5 euro za mkw. Najwyższe stawki transakcyjne poza Warszawą wynoszą od 11 do 12 euro za mkw. miesięcznie w Lublinie do 14 – 14,5 euro za mkw. miesięcznie we Wrocławiu.
WDX S.A., notowana na GPW Spółka oferująca kompleksowe rozwiązania z zakresu wyposażenia magazynów, przedstawiła pozytywne szacunki wyników finansowych IV kwartału i całego 2016 roku. Spółka powtórzyła wysokość rekordowych przychodów z 2015 r. (136,5 mln zł) przy wzrostach zysku EBITDA o 33 proc. (21,6 mln zł) i zysku netto o 65 proc. (7,9 mln zł). Osiągnięciu dobrych wyników sprzyja rosnąca przewaga konkurencyjna firmy oraz sprzyjający rynek magazynowy i wózków widłowych.
Udane rezultaty przyniósł także 4 kwartał 2016 r., mogący świadczyć o ożywieniu w gospodarce. Sprzedaż WDX szacuje na 46,4 mln zł (wobec 42,8 mln zł rok wcześniej – wzrost o 8 proc.), EBITDA była wyższa o 87 proc. i wyniosła 7,1 mln zł (wobec 3,8 mln zł), a zysk netto orientacyjnie był czterokrotnie wyższy i stanowił 3,2 mln zł (vs. 0,8 mln zł), co oznacza jeden z najbardziej udanych kwartałów dla Spółki od rozpoczęcia jej działalności.
– W minionym roku powtórzyliśmy wysoką skalę przychodów z 2015 r., cieszy także wzrost zysków. 2016 r. charakteryzował się mniejszą liczbą dużych kontraktów, co skutecznie rekompensowaliśmy szeregiem realizacji o niższej skali i nawiązywaniem relacji z nowymi klientami. Firma pozyskiwała również kolejne zamówienia zagraniczne oraz zrealizowała istotny kontrakt o wartości 0,5 mln zł dla GM. Liczymy w 2017 r. na utrzymanie korzystnych trendów na rynku – powiedział Marek Skrzeczyński, Prezes Zarządu WDX S.A.
Spółka oferująca rozwiązania z zakresu systemów magazynowania oraz transportu wewnętrznego w minionym roku m.in. realizowała za granicą kontrakty dla Inter Cars na Węgrzech, czy Grupy Swiss Automotive Group w Szwajcarii. Jeden z kontraktów z zakresu e-commerce dotyczył zamówienia ze strony spółki KRM – operatora logistycznego popularnej marki butów ECCO.
Firma doradcza Jones La Lange w lutym przedstawiła dane obrazujący stan rynku magazynowego w 2016 r. Zostały podpisane umowy najmu powierzchni na 3 mln m2 (+35 proc.), z czego 2,2 mln m2 (+50 proc.) to popyt netto (nowe umowy).
Według ekspertów, wprowadzenie aplikacji do identyfikacji polskiej żywności zaszkodziłoby interesom krajowych wytwórców. Dodatkowo, utrudniłoby im to bieżącą pracę i podwyższyłoby jej koszty. Te zaś ostatecznie wpłynęłyby na ceny artykułów. Kolejnym argumentem jest fakt, że ponad połowa konsumentów nie zwraca uwagi na kraj, w jakim powstał dany produkt.
We Włoszech, jak i poza ich granicami, działa już aplikacja, która określa, czy dany towar jest oryginalnej włoskiej produkcji i posiada certyfikaty Europejskiego Systemu Ochrony Produktów Regionalnych i Tradycyjnych. Oprogramowanie zostało stworzone dla ochrony prestiżu artykułów „made in Italy” i interesów ich producentów. W Polsce są natomiast dostępne aplikacje, które pozwalają konsumentom sprawdzać pochodzenie produktów lub składników po etykietach. Ale, zdaniem krajowych ekspertów, stosowane dotychczas metody wydają się mało precyzyjne, gdyż badają tylko niewielki fragment dostępnych danych.
– Narodowa aplikacja, uruchomiona przez państwowy podmiot, np. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, na podstawie odrębnych przepisów, mogłaby pozyskiwać pełne informacje od polskich wytwórców na temat pochodzenia środków, wykorzystywanych w całym procesie produkcji. Dzięki temu, konsumenci mieliby pewność, że dany artykuł jest w 100% krajowy lub zawiera składniki sprowadzone z obcych rynków. Tego typu oprogramowanie wzmacniałoby przywiązanie Polaków do rodzimych towarów. Obecne aplikacje agregujące promocje raczej nie posiadają szczegółowych opisów produktowych, zatem nowy system z pewnością by się wyróżniał – mówi Dawid Firkowski z Grupy AdRetail.
Niepotrzebny gadżet
Tymczasem, dr Maria Andrzej Faliński uważa, że rodzime produkty wcale nie potrzebują ochrony, ponieważ ponad 80 proc. dostępnej w Polsce żywności pochodzi właśnie z naszego kraju. Nie ma też najmniejszych obaw, że jakikolwiek zagraniczny wytwórca wyprze nas z własnego terytorium. To raczej my jesteśmy groźnymi konkurentami dla innych, może nie na skalę światową, ale regionalną na pewno. Siła krajowego pożywienia polega na dobrych recepturach, realizowanych w nowoczesnych reżymach technologicznych. Jak podaje ekspert, w ostatnich latach polski przemysł żywnościowy, głównie mięsny i mleczarski, rozwinął się dzięki inwestycjom, m.in. z UE, na poziomie ok. 15 mld euro.
– Obecnie spotykamy się z narracją, że produkt wyprodukowany w Polsce zapewnił pracę naszym rodakom. I dobrze, że o tym myślimy. Ale jednocześnie obawiam się, że w społeczeństwie, w którym tylko niecałe 3% osób zarabia powyżej 7100 zł miesięcznie netto, zdecydowana większość ludzi stoi przed innymi wyborami, niż kraj pochodzenia towaru. Biorąc pod uwagę siłę nabywczą polskiego konsumenta, przewiduję, że sama aplikacja narodowa pełniłaby funkcję jedynie gadżetu dla osób o wyższych dochodach i dostępie do nowoczesnej technologii – stwierdza Anna Ruman z instytutu badawczego ABR SESTA.
„Abstrakcyjny” pomysł
Dawid Firkowski tłumaczy, że stworzenie narodowej aplikacji miałoby swoje uzasadnienie, gdyby taki system posiadał dokładne dane o pochodzeniu artykułu, uzupełnione informacją na temat składników, użytych w całym procesie produkcji. Wpisywałoby się to w stale rosnący trend świadomej konsumpcji. Najlepsza byłaby aplikacja, która skanowałaby żywność dostępną np. w sieciach handlowych. Ale wprowadzenie na rynek oprogramowania, opisującego kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tys. towarów, byłoby ogromnym przedsięwzięciem. Zagregowanie i katalogowanie kodu każdego z nich, mogłoby się okazać wręcz nieosiągalne, nie mówiąc już o późniejszym wprowadzaniu zmian i bieżącej obsłudze aplikacji.
– Opracowanie takiej bazy danych wymagałoby dużych nakładów finansowych. Nasuwa się pytanie, kto miałby to wszystko sfinansować. Przymusowa rejestracja pewnych informacji przy wprowadzaniu nowego produktu byłaby pewnym rozwiązaniem. Ale w mojej ocenie, ciągle zbyt kosztownym. Co więcej, powszechnie używana aplikacja musiałaby zawierać wiele opisanych towarów. Przecież, gdyby konsument nie mógł znaleźć w niej kolejnych artykułów, przestałby korzystać z takiego oprogramowania. Tymczasem, producenci musieliby nadal ponosić koszty m.in. pracowników do tworzenia i przesyłania aktualnych informacji – dodaje Anna Ruman.
Nieistotny czynnik wyboru
W ocenie eksperta z Grupy AdRetail, aplikacja, określająca pochodzenie produktu, raczej nie podniesie zysków rodzimych producentów. Jeśli ponad 80 proc. dostępnej w Polsce żywności pochodzi z naszego kraju, to system nie wpłynie na zwiększenie wolumenu sprzedaży tych artykułów. Pozostałe 20 proc. to często charakterystyczne artykuły, tradycyjnie należące do kuchni azjatyckiej, meksykańskiej, włoskiej czy francuskiej. Oprogramowanie poszerzyłoby wiedzę konsumentów, ale nie wpłynęłoby ostatecznie na ich wybory zakupowe. Nadal bowiem największy wpływ na nie miałyby ceny konkretnych towarów.
– Z przeprowadzonej przez nas ostatnio analizy dla Polskiego Centrum Badań i Certyfikacji wynika, że przy kupowaniu produktów wysoka jakość jest ważna dla 87 proc. konsumentów. Natomiast 85 proc. klientów, zwraca uwagę na atrakcyjność cenową. Dominuje oczekiwanie towaru „w dobrym gatunku i za rozsądną cenę”. Samo wyprodukowanie w Polsce danego towaru to trochę za mało, aby przekonać do jego nabycia. Należy wziąć pod uwagę, że mniej niż 50% kupujących, zwraca uwagę na kraj pochodzenia artykułu – zaznacza Anna Ruman z instytutu badawczego ABR SESTA.
Z kolei, jak przekonuje dr Faliński, promowanie samej polskości, bez gwarancji jakości, odniosłoby odwrotny skutek do zamierzonego. Gdy pojawi się w sklepach zagraniczny zamiennik, przewyższający jakością oryginalny polski produkt, wówczas narodowa aplikacja zadziała na klienta jak „spychacz” z półki i z koszyka zakupowego. Używając jej, konsument mógłby zacząć pomijać rodzime towary. Dlatego, nadzór nad takim systemem powinny objąć firmy wyspecjalizowane w kierunku certyfikowania produktów, podległe kontroli Państwa, np. Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Bowiem oddanie tego typu aplikacji w całości w ręce administracji rządowej, według eksperta, uzależniłoby interesy rynku od zmian politycznych.
Wystarczające rozwiązania
– Na rynku są dostępne certyfikaty jakości, które pozwalają pozytywnie wyróżnić produkt, jednak tylko nieliczni wytwórcy korzystają z tej możliwości. Tymczasem, narodowa aplikacja wymagałaby szeregu działań, nie tylko przy wprowadzaniu na rynek nowych produktów. Producenci przecież mogą zmieniać dostawców, reagując na bieżące wydarzenia. I gdyby musieli pilnować aktualizacji bazy danych przy każdym zamówieniu surowców, to takie działania byłyby dla nich bardzo uciążliwe. A ich koszt ostatecznie zostałby przeniesiony na cenę towaru – podsumowuje Anna Ruman.
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zapewnia, że obecnie nie rozważa wprowadzenia aplikacji, wskazującej na pochodzenie produktów. Tłumaczy, że w styczniu tego roku weszły w życie przepisy ustawy z dnia 4 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych. Określają one kryteria umieszczania na towarach informacji „Produkt polski”. Takie artykuły muszą być wyprodukowane u nas, z surowców wytworzonych wyłącznie w naszym kraju. Dopuszcza się użycie importowanych składników w ilości do 25% całkowitej masy artykułu, ale pod warunkiem że ich odpowiedniki nie są wytwarzane w Polsce. W opinii resortu, przepisy te dają wystarczającą możliwość rodzimym produktom w zakresie wyróżnienia się na rynku.
Serwis Oferteo.pl jak co roku zbadał preferencje budowlane Polaków. Najnowszy „Raport o budowie domów w Polsce” pokazuje, że wciąż jesteśmy przywiązani do tradycyjnych technologii i chętniej budujemy domy według gotowych projektów. Obok stałych trendów uwidacznia się coraz większa popularność ogrzewania pozyskiwanego ze źródeł odnawialnych. Większym powodzeniem niż w poprzedniej edycji badania cieszą się również najmniejsze działki – o powierzchni do 5 arów.
Tegoroczna, piąta już, edycja „Raportu o budowie domów w Polsce” podsumowuje rok 2016. Wyniki badania przeprowadzonego przez Oferteo.pl, serwis łączący w czasie rzeczywistym poszukujących towarów i usług z ich dostawcami, wyraźnie wskazują na niesłabnącą popularność trendów dotyczących m.in. metrażu budowanego domu bądź wyboru materiałów, z których został on zbudowany. Natomiast w porównaniu z poprzednią edycją widać różnicę w podejściu ankietowanych użytkowników portalu do nowoczesnych rozwiązań z zakresu ogrzewania domów: coraz większą popularnością cieszą się bowiem pompy ciepła i kolektory słoneczne.
Tegoroczny „Raport o budowie domów w Polsce” został podzielony na dwie części. W pierwszej z nich (niniejsza publikacja) omówione zostały kwestie technologiczne związane z budową i rozwiązania zastosowane przez ankietowanych podczas budowy swojego wymarzonego domu.
W części drugiej omówiono kwestie finansowo-organizacyjne związane m.in. z kosztami budowy, czasem jej realizacji i terenu, na którym ankietowani zdecydowali się postawić dom. Przedstawiono w niej także powody, dla których Polacy decydują się na budowę i w jakim wieku najczęściej rozpoczynali budowę.
Powierzchnia działki najczęściej do 20 arów, domu – do 200 m2
Ankietowani przez Oferteo.pl najczęściej wskazywali, że budowali dom na działkach o powierzchni do 20 arów. Największą popularnością cieszyły się działki o powierzchni 5,1-10 arów (37% wskazań), od 10,1 do 20 arów (35% wskazań) oraz do 5 arów (10%). Te ostatnie najbardziej zyskały na popularności w porównaniu do zeszłorocznego badania, kiedy to na najmniejszych działkach budowało się tylko 3% ankietowanych. Nieco mniej użytkowników serwisu dysponowało natomiast działką o powierzchni od 20,1 do 30 arów (9%). Tyle samo badanych budowało dom na działce większej niż 30 arów.
Dominują tradycyjne materiały
Po raz kolejny okazało się, że Polacy są przywiązani do tradycyjnych materiałów budowlanych. W 2016 roku najwięcej osób postawiło na budowę domu w technologii tradycyjnej murowanej z bloczku komórkowego (45%) oraz w tradycyjnej murowanej z cegły ceramicznej (34%).
Budowę domu w technologii szkieletowej, kanadyjskiej zrealizował co dziesiąty uczestnik badania. Tylko 2% zdecydowało się na budowę domu z bali. W poprzedniej edycji badania łącznie 15% ankietowanych wskazało, że wybudowało dom z drewna.
– Decydując się na budowę w jednej z technologii, warto wybrać ekipę, która ma doświadczenie w realizacji tego typu zleceń. Poszukiwania najlepiej rozpocząć już na kilka miesięcy przed planowanym terminem rozpoczęcia budowy – podpowiada Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl. – Obecnie coraz więcej inwestorów poszukuje ekip budowlanych przez Internet.Strona www czy profil firmy w serwisach, gdzie można szukać wykonawców, dają możliwość sprawdzenia opinii o firmie wystawionych przez innych klientów. Aby jeszcze lepiej sprawdzić wykonawcę, można poprosić o spotkanie na placu budowy, gdzie aktualnie pracuje firma. Taka wizyta pozwoli nam sprawdzić, czy panuje tam porządek i jak pracownicy przykładają się do swoich obowiązków. Dobrym pomysłem może być również zatrudnienie niezależnego kierownika budowy, który pomoże przy wyborze wykonawców. Pamiętajmy, że wybór dobrego wykonawcy to zarazem mniejsze ryzyko strat poniesionych w wyniku błędów niesolidnej firmy.
Najpopularniejszym pokryciem dachu była w 2016 roku dachówka ceramiczna. Wybrała ją połowa ankietowanych przez Oferteo.pl. Co trzeci pokrył dach swojego domu blachą lub blachodachówką, 13% wybrało dachówkę cementową lub karpiówkę, a 5% – inny materiał.
Gotowy projekt i jedno piętro bez piwnicy
Ankietowani przez Oferteo.pl częściej decydowali się na budowę domu według zakupionego gotowego projektu. Na takie rozwiązanie zdecydowało się 59% z nich. Pozostali budowali według przygotowanego specjalnie na ich potrzeby projektu indywidualnego.
Największą popularnością w 2016 roku cieszyły się domy jednopiętrowe, na które zdecydowało się 65% uczestników badania. Na budowę parterowego domu zdecydowało się 28% badanych. – Tylko 6% badanych wybudowało domy dwupiętrowe, a zaledwie 1% postanowił zamieszkać w domu liczącym trzy piętra lub więcej – zwraca uwagę Karol Grygiel.
Kolejna edycja badania potwierdza, że Polacy rzadko decydują się na podpiwniczenie domu. Tylko 15% badanych w 2016 roku zdecydowało się na budowę domu z piwnicą.
Rośnie popularność ekologicznego ogrzewania
Podobnie jak przed rokiem najczęściej wybieranym rodzajem ogrzewania domu było ogrzewanie gazowe, które wskazało 40% ankietowanych. Nie słabnie także popularność ogrzewania za pomocą kotła na paliwo stałe, takie jak np. węgiel, ekogroszek, miał, drewno opałowe. Widać także, że coraz więcej osób interesuje się pozyskiwaniem energii ze źródeł odnawialnych. Spośród ankietowanych 15% wskazało, że zamontowało w domu pompę ciepła, a 7% wskazań dotyczyło kolektorów słonecznych (w zeszłym roku zainteresowanych kolektorami było tylko 4% ankietowanych).
Wentylacja – grawitacyjna, okna – z PCV
W tym roku po raz pierwszy zapytano ankietowanych, jaki rodzaj wentylacji zastosowali w swoich domach. Okazało się, że najpopularniejszym rozwiązaniem okazała się wentylacja grawitacyjna (konwekcyjna), na którą zdecydowało się 55% badanych. Pozostali zdecydowali się na wentylację mechaniczną nawiewno-wywiewną lub wywiewną oraz na wentylację hybrydową, w której działania systemów mechanicznego i grawitacyjnego wzajemnie się uzupełniają.
Zdecydowana większość uczestników badania decydowała się na wprawienie do domu okien plastikowych, 6% wybrało okna drewniane, a 1% – aluminiowe.
Metodologia badań
Przedstawione dane pochodzą z ankiety przeprowadzonej wśród 207 osób, które w 2016 roku budowały dom.
Branża budowlana od dawna wskazywana jest jako sektor najbardziej zagrożony upadłościami, obciążony zatorami płatniczymi, kłopotami z zyskownością i rentownością działalności czy spadkiem przychodów ze sprzedaży. Kłopoty finansowe ma już 31 523 firm z tego sektora, w tym 26 181 przedsiębiorców zarejestrowanych w CEiDG oraz spółek cywilnych. Na 3,8 mld zł niesolidnie spłacanych zobowiązań w tym sektorze – 2,7 mld zł (70 proc.) to zaległości największych. Od 2010 roku, upadłość ogłosiło 1 157 firm z tego sektora.
584 258 przedsiębiorstw obejmuje sektor budownictwa w Polsce, na który składają się trzy obszary działalności: roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków (29 proc.), roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej (6 proc.) oraz roboty budowlane specjalistyczne (65 proc.). 7 proc. wszystkich firm budowlanych stanowią spółki prawa handlowego. Terminowo nie płaci swoich zobowiązań 5,4 proc. firm budowlanych, a w przypadku spółek cywilnych i przedsiębiorców z CEIDG – 4,8 proc. W procentowym ujęciu najwięcej firm z zobowiązaniami przeterminowanymi powyżej 60 dni i na kwotę powyżej 500 zł, występuje w branży związanej z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
70 proc. zaległości branży budowlanej należy do dużych firm
– Niespłacane w terminie kredyty, zaległości z tytułu świadczonych usług na rzecz innych kontrahentów, zobowiązania telekomunikacyjne, oraz te wynikające z najmu i dzierżawy czy leasingu, to przykłady tytułów prawnych, na które składa się zgromadzona w BIG InfoMonitor i BIK kwota zaległości firm budowlanych. – mówi Sławomir Grzelczak prezes BIG InfoMonitor – Przekroczyła już ona 3,8 mld złotych a 70 proc. z tej kwoty należy do największych graczy na rynku. Średnia zaległość największych firm budowlanych wynosi ponad 504 tys. zł, podczas gdy mniejszych ponad 42 tys. zł – dodaje Grzelczak
*firmy zarejestrowane w KRS, **firmy zarejestrowane w CEIDG – Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
Kotę zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych przeterminowanych powyżej 60 dni i na co najmniej 500 złotych, mają firmy z obszaru robót budowlanych związanych ze wznoszeniem budynków i wynoszą 2,45 mld zł, 65 proc. udziału w zaległościach firm budowlanych ze wszystkich trzech analizowanych sektorów.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
Blisko 18 proc. wszystkich upadłości na polskim rynku w 2016 należało do budownictwa
Największe nasilenie upadłości w budownictwie miało miejsce w latach 2012-2013. Konsekwencje tych zjawisk odczuwalne są do dziś, zarówno w przypadku części dużych firm, jak i tysięcy mniejszych. Z danych wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska wynika, że w tym czasie upadłość ogłosiła rekordowa liczba firm z tego sektora gospodarki, bo 435. – Z kolei w ostatnim roku sądy gospodarcze ogłosiły upadłość 138 firm budowlanych co stanowi blisko 18 proc. wszystkich upadłości na polskim rynku – zauważa Sławomir Grzelczak. – W porównaniu do roku 2015 stanowi to spadek o 15,3 proc., wówczas upadłość ogłosiły 163 firmy. Biorąc pod uwagę ostatnią dekadę, rok 2016 był kolejnym rokiem ze spadającą liczbą upadłości w sektorze budowlanym.
Źródło: Bisnode Polska
Niemal co druga spółka budowlana na polskim rynku ma kłopoty finansowe
W ocenie Bisnode*, 49,4 proc. firm jest w słabej i bardzo złej kondycji finansowej. W tym aż 28,5 proc. w kondycji bardzo złej. Jednocześnie blisko 29 proc. polskich spółek budowlanych jest w kondycji bardzo dobrej, a 22 proc. w dobrej sytuacji finansowej. Pod tym względem najsłabiej prezentują się spółki związane ze wznoszeniem budynków (Roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków). Tych mieszkalnych i niemieszkalnych. Wśród nich aż sześć na dziesięć firm jest w słabej i bardzo złej kondycji finansowej. Tendencję niemal odwrotną obserwuje się w przypadku spółek związanych z wszelkimi specjalistycznymi pracami budowlanymi (Roboty budowlane specjalistyczne).
Na kondycje sektora wpływ miało wiele czynników. W ostatnim czasie doszło do tego załamanie inwestycji, związane głównie z okresem przejściowym między wykorzystaniem środków z kolejnych perspektyw finansowych Unii Europejskiej. O ile jeszcze w 2015 r. produkcja budowlano-montażowa rosła w tempie 3,7 proc., to już rok później zanotowano jej spadek o około 7 proc. W poszczególnych miesiącach ubiegłego roku występowały spadki przekraczające 20 proc., a więc można było mówić o zapaści porównywalnej jedynie z tymi z lat 2010 i 2012. Dotknęła ona tym razem przede wszystkim firm zatrudniających powyżej 9 osób, w przypadku których zanotowano spadek produkcji o 14,1 proc. Na złagodzenie kłopotów wpłynęła z kolei rekordowo dobra koniunktura w budownictwie mieszkaniowym, jednak nie była ona w stanie w pełni skompensować trudności w innych sektorach branży i była odczuwalna jedynie w przypadku części firm.
Nie płacą, bo innym również nie płacą
Co ciekawe, za przyczyny złej kondycji finansowej swojej firmy, przedsiębiorcy wskazali wiele sytuacji zewnętrznych, na skutek których ich klienci nie regulują płatności. 82 proc. przedsiębiorców z tego sektora ujawniło fakt, że odbiorca jego usług posiada złą sytuację finansową, kolejny powód jest taki, że dłużnik ma problemy z odzyskaniem płatności od swoich odbiorców (77 proc.), a także celowo zwleka z płatnościami (48 proc.) – wynika z publikowanego przez BIG InfoMonitor Raportu BIG analizującego zatory płatnicze wśród firm.
Eksperci z BIG InfoMonitor podkreślają, że jest na to sposób. – Przed podpisaniem umowy z potencjalnym kontrahentem, warto upewnić się, czy przypadkiem nie ma on zobowiązań finansowych wobec banków i innych firm, i czy nie został wpisany do rejestru dłużników, np. BIG InfoMonitor – mówi Małgorzata Kąkol dyrektor rynku korporacyjnego – Nie można opierać się wyłącznie na podejściu relacyjnym, ważne jest też podejście transakcyjne, którego stałym elementem powinno być sprawdzanie i systematyczny monitoring sytuacji finansowej, wiarygodności płatniczej i kredytowej kontrahentów. Takie działania podnoszą bezpieczeństwo prowadzenia biznesu i jego rentowność. A ostrożnym warto być nawet w okresie lepszej koniunktury gospodarczej, bo zawsze występuje grupa firm o gorszej kondycji, charakteryzujących się słabszą dyscypliną płatniczą – dodaje Małgorzata Kąkol.
Budownictwo z Mazowsza i Śląska najbardziej zadłużone
Najwięcej działających firm budowlanych w Polsce znajduje się na Mazowszu, w Małopolsce oraz Wielkopolsce. Mazowsze dominuje więc pod względem kwoty zadłużenia i liczby dłużników z tej branży. Jednak jako kolejne wśród niesolidnych liderów znalazły się województwa śląskie i dolnośląskie. Najwyższa jest też tu liczba firm z zaległościami.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
*Jak wskazuje wywiadownia gospodarcza Bisnode, na ocenę kondycji finansowej firm z sektora budowlanego bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe.
Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.
W polskim handlu zagranicznym mogą w 2017 roku nastąpić istotne zmiany, prognozują eksperci instytucji płatniczej AKCENTA. Już w ubiegłym roku Czechy niemal zastąpiły Wielką Brytanię na pozycji drugiego najważniejszego odbiorcy polskiego eksportu. W tym roku ta zamiana może wreszcie stać się faktem. Wszystko przez Brexit i niepewność co do przyszłych warunków wymiany handlowej ze Zjednoczonym Królestwem.
Republika Czeska i Wielka Brytania od wielu lat są w ścisłej czołówce odbiorców polskiego eksportu i rywalizują o drugie miejsce w rankingu. Najczęściej ta pozycja przypadała Zjednoczonemu Królestwu (w 2011 r., 2012 r., 2013 r., 2015 r.). Wstępne dane GUS pokazują, że także w minionym roku kierunek brytyjski znów wyprzedził Czechy, które jeszcze w okresie styczeń-listopad utrzymywały się na drugiej pozycji. Jednak jak zwracają uwagę eksperci AKCENTY, wraz ze zbliżającą się perspektywą opuszczenia Unii Europejskiej, Zjednoczone Królestwo może zacząć tracić swój udział w polskim wywozie. Pierwsze symptomy spowolnienia tempa eksportu na tym kierunku są już zresztą widoczne. Jak wynika z wstępnych szacunków GUS, w 2016 r. wywóz do Czech rósł w tempie 1,2 proc. r/r, podczas gdy na Wyspy mocno wyhamował, wykazując wzrost o jedynie 0,1 proc. r/r.
Tabela 1 i 2.
Miejsce na liście odbiorców polskiego eksportu
Kraj
2010
2011
2012
2013
2014
2015
2016*
Czechy
4
3
3
3
2
3
3
Wielka Brytania
3
2
2
2
3
2
2
Polski eksport w 2016 r.* liczony w mln EUR
Kraj
Wartość eksportu
Zmiana r/r
Udział w eksporcie
W. Brytania
12109,8
0,1%
6,6%
Czechy
12057,9
1,2%
6,6%
Źródło: Opracowanie AKCENTY na podstawie danych GUS
*Dane wstępne
Angielskie wyjście polskich eksporterów?
Na gorszy wynik na kierunku brytyjskim wpływ ma oczywiście kurs funta, który notował historyczne spadki i nadal ulega mocnym wahaniom. – Nawet po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE, wiele firm będzie chciało kontynuować współpracę z brytyjskim rynkiem. Jednak część branży może stracić zainteresowanie, jeśli nowe regulacje handlowe będą np. nakładały cła czy ograniczenia w wwozie danego typu towarów. W tym kontekście wydaje się, że polskie firmy mogą szukać bezpiecznej przystani w innych krajach. Czechy, jako drugi najbardziej znany kierunek będą z pewnością cieszyły się dużym zainteresowaniem – komentuje Radosław Jarema, szef polskiego oddziału AKCENTY, instytucji płatniczej realizującej i zabezpieczającej międzynarodowe transakcje walutowe dla eksporterów i importerów. Polska, zgodnie z danymi Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Pradze, jest trzecim partnerem Czech zarówno w imporcie jak i eksporcie. Obecna dodatnie saldo polskiego eksportu na ten rynek wynosi ponad 2 mld EUR (dane za 11. miesięcy 2016 r.).[1]
Uwaga na ryzyko kursowe
Ważnym aspektem dla polskich przedsiębiorstw, które będą chciały rozwijać biznes z naszymi czeskimi sąsiadami, będzie sytuacja na lokalnym rynku walutowym. – Dla firm rozliczających się z czeskimi kontrahentami bezpośrednio w ich rodzimej walucie istotnym wydarzeniem będzie ukończenie programu interwencyjnego przez Czeski Bank Narodowy (CBN). CBN od listopada 2013 r. utrzymuje koronę nad poziomem 27 CZK/EUR i poprzez interwencje walutowe zapobiega wzmocnieniu korony poniżej tego poziomu. Najczęściej wymienianym terminem zakończenia reżimu interwencyjnego jest połowa obecnego roku. Zakończenie programu interwencyjnego najprawdopodobniej będzie połączone z wysoką zmiennością korony nie tylko w stosunku do euro, ale także wobec innych walut. Najprawdopodobniej w drugiej połowie tego roku korona wzmocni się znacząco wobec złotówki, a kurs przekroczy poziom 0,167 PLN/CZK, ostatnio notowany w 2013 r. – podaje ekspert.
To bardzo ważna wiadomość dla przedsiębiorców, którzy będą zawierali kontrakty w czeskich koronach. Wysoka zmienność oznacza bowiem podwyższone ryzyko kursowe. – W takiej sytuacji najbardziej zalecane jest stosowanie forwardów, transakcji zabezpieczających kurs wymiany po jakim firma zrealizuje kontrakt. Wielu przedsiębiorców korzysta z nich przy każdej większej umowie. Nie chcą bowiem tracić na ewentualnych niekorzystnych wahaniach kursów. Zabezpieczenie transakcji forwardem gwarantuje marżę na kontrakcie, a tym samym pozwala łatwiej i lepiej planować finanse firmy – wskazuje Radosław Jarema z AKCENTY i dodaje, że takie zabezpieczenie jest potrzebne także w przypadku innych walut. – Obecnie, bardzo mocno skutki zmian kursu odczuwają przedsiębiorcy z kontraktami w funtach brytyjskich. Decydując się na pozostanie na rynku brytyjskim, powinni zawsze brać pod uwagę związaną z Brexitem potencjalnie dużą niestabilność kursu tamtejszej waluty i już teraz pomyśleć nad ochroną marż przed ryzykiem kursowym – podkreśla przedstawiciel AKCENTY.
BioMaxima S.A. otrzymała informację o przyznaniu jej dofinansowania w wysokości blisko 599 tys. zł na wsparcie udziału w zagranicznych wystawach branżowych. Emitent zamierza dynamicznie rozwijać sprzedaż eksportową.
Spółce przyznane zostało dofinansowanie w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, działanie 3.3: „Wsparcie promocji oraz internacjonalizacji innowacyjnych przedsiębiorstw”, poddziałanie 3.3.3 „Wsparcie MŚP w promocji marek produktowych – GO to Brand”. Łączna kwota przyznanej dotacji wynosi 598.860 zł, co stanowi 60% wydatków kwalifikowanych. Dofinansowanie zostanie przeznaczone przez BioMaxima S.A. w latach 2017-2019 na wsparcie udziału w zagranicznych wystawach branżowych, co pozwoli jej wejść na nowe rynki zagraniczne, tym samym zwiększając przychody ze sprzedaży eksportowej. Zarząd Spółki ma zamiar bardzo mocno rozwijać ten kierunek rozwoju.
„Od kilku już lat bardzo intensywnie zabiegamy o rynki eksportowe, tworząc sieć dystrybutorów oraz wystawiając się na międzynarodowych targach. Nasza oferta spotyka się z dużym zainteresowaniem wśród klientów na wszystkich kontynentach i obecnie eksportujemy już do ponad 60 krajów. Wsparcie w ramach programu ‘Go to Brand’ zostanie wykorzystane, aby naszą obecność za granicą poszerzyć o nowe rynki, ale będziemy również chcieli pogłębić ją, zwiększając asortyment oferowany międzynarodowym klientom. Już w lutym tego roku, podczas wystawy Medlab Middle East w Dubaju, zaprezentowaliśmy ofertę rozbudowaną w zakresie mikrobiologii przemysłowej. Odnotowaliśmy też rekordowe zainteresowanie naszym stoiskiem.” – ocenia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
Spółka wypracowała w 2016 r. zysk netto w wysokości 1.398 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 28.745 tys. zł. BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu będzie mogła istotnie umocnić swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii, oraz znacząco zwiększyć przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.
W połowie lutego na łamach „Pulsu Biznesu” ukazał się artykuł pt. „Urzędnicy wynajmą informatyków”, którego przyczynkiem stał się przetarg Centralnego Ośrodka Informatyki, zlecającego konsultantom, wyspecjalizowanym w 23 dziedzinach, prace z zakresu programowania i testów. Nowa metoda realizacji projektów IT w administracji publicznej wcale nie musi okazać się tańsza i bardziej skuteczna. Obniżenie kosztów może być tylko pozorne, a czas realizacji projektów wcale nie musi zamknąć się w przewidywanym przez COI okresie.
Kryteria przetargu wskazują na to, że na etapie wyboru firm, które pozyskają specjalistów, najważniejszą wartością nie będzie doświadczenie. Waga poszczególnych wartości wyboru rozkłada się w następujący sposób: 60% stanowi cena, 20% to liczba rekruterów, którymi dysponuje wykonawca, 10% to liczba programistów JAVA w bazie wykonawcy, a kolejne 10% to liczba testerów.
Wątpliwość budzi również fakt, że jednym z warunków udziału w przetargu jest wykonanie co najmniej dwóch usług zapewnienia pracowników (programista, architekt, analityk biznesowy, tester) w branży IT, na kwotę co najmniej 15 mln zł brutto (za jedną usługę). I znowu nie jest weryfikowana wiedza wynajmowanych pracowników, ale – najprościej rzecz ujmując – doświadczenie w wygrywaniu dużych przetargów.
Zastrzeżeń dotyczących takiego sposobu realizacji projektu jest dużo więcej. Dotyczą one przede wszystkim jakości świadczonych usług i można je streścić w kilku punktach:
Sukces realizacji dużych przedsięwzięć informatycznych zależy od właściwych założeń projektu oraz ich technicznego przygotowania. W branży wielokrotnie słyszeliśmy o nieudanych inicjatywach, które co prawda zlecono dobrym specjalistom, ale w niewystarczający sposób skupiono się na pracach koncepcyjnych. Dlatego samo zakupienie usług programistów, testerów oraz projekt menedżerów nie gwarantuje sukcesu. Potrzebna jest przede wszystkim dobra koncepcja, a tę mogą zapewnić osoby, które od wiele lat biegle poruszają się w branży IT.
Firmy IT na stałe zatrudniają wyspecjalizowanych pracowników, których odpowiednio opłacają, inwestują w ich szkolenie, by w ten sposób budować swoje know-how. Procesy wdrażania pracowników, poszerzania ich wiedzy i umiejętności w trakcie długoterminowych projektów wymagają stałej, czasami nawet kilkuletniej współpracy. Dzięki temu właściciele firm oferujących usługi IT mogą zagwarantować pełen profesjonalizm zespołów specjalistów IT. Zgrany, obdarzony zaufaniem zespół to część firmowego know-how, za który trzeba zapłacić. To cena bezpieczeństwa i stabilności oferowanych usług. Mały, ale zgrany zespół jest w stanie dużo sprawniej wykonywać swoje zadania niż 500 obcych sobie ludzi.
Rekrutacja pracowników wykonujących zadania dla sektora publicznego powinna być bardziej restrykcyjna. W grę wchodzi przecież ochrona danych wrażliwych oraz dostęp do systemów państwowych. Poleganie na wynajętych pracownikach bywa zgubne. Można sobie wyobrazić sytuację, w której co parę dni, do tych samych zadań, będą przeznaczane inne osoby – przecież kontraktujemy godziny pracy, a nie osoby o określonych kompetencjach.
Rozproszony proces delegowania pracowników do poszczególnych zadań może oznaczać gigantyczny chaos. Firma outsourcingowa jedynie zarekomenduje wybrane przez siebie osoby. To de facto oznacza podwójną rekrutację. Specjaliści organizatora przetargu stracą czas na weryfikację wiedzy i umiejętności wytypowanych kandydatów. Ale nikt nie gwarantuje, że po zleceniu prac, wynajęci specjaliści będą w stanie im sprostać. W przypadku wyłonienia w przetargu firmy dysponującej sprawdzonym zespołem i nadzorującą ich pracę kadrą menedżerską nie byłoby mowy o tego typu kłopotach.
Zlecając usługi firmie IT, w całości powierzamy jej odpowiedzialność za przekazane zadania. Korzystając z outsourcingu narażamy się na rozmycie struktury odpowiedzialności. Inne jest podejście do pracy pracownika stale zatrudnianego w firmie, a inaczej swoje obowiązki potraktuje freelancer, któremu łatwiej porzucić projekt, do którego został zatrudniony jednorazowo.
Zapraszanie do przetargu tylko największych firm, w dodatku bez stosowania kryterium jakości i profesjonalizmu wykonywanych usług, wprowadza nierównowagę na rynku. Mniejsze firmy informatyczne słusznie mogą się poczuć pokrzywdzone nową metodą realizacji projektów IT w administracji publicznej.
Oczywiście, nie można w jednoznaczny sposób przesądzić, że wynajem pracowników IT w systemie outsourcingu jest pomysłem w całości godnym potępienia. Zlecanie prac największym graczom na rynku wiąże się z bardzo dużymi kosztami, które przede wszystkim generowane są przez licencje. W obecnej sytuacji zamieniamy gigantycznych integratorów, na gigantycznych outsourcerów.
Patrząc na historię takiego postępowania, może warto zastanowić się nad innymi, również kompromisowymi rozwiązaniami, które pozwalają zagwarantować większe bezpieczeństwo realizacji projektów.
Wiele podobnych dylematów rozwiązuje się w projektach budowlanych stosując metodę „zaprojektuj i wybuduj”. W myśl tej zasady zamawiający określa jedynie cele biznesowe, jakie chce osiągnąć, a wykonawca ma dostarczyć gotowy produkt wraz z infrastrukturą oraz utrzymaniem w okresie na przykład 3 lub 5 lat. Przy takim podejściu i odpowiednim określeniu priorytetów biznesowych może znalazłoby się miejsce dla mniejszych, polskich integratorów… ale czy oby na pewno o to chodzi?
Polish Retail Research Forum (PRRF) opublikowało dane podsumowujące rynek centrów handlowych w Polsce w II półroczu 2016. Dane zostały przygotowane przez zespół analityków i obejmują swoim zakresem zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej, w tym nowe obiekty oddane do użytku, podaż w budowie oraz poziom nasycenia nowoczesną powierzchnią handlową (m2/1 000 mieszkańców). PRRF publikuje również dane o powierzchni niewynajętej dla rynków handlowych w Polsce w miastach powyżej 150 tys. mieszkańców.
Na koniec grudnia 2016 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni w centrach handlowych (włącznie z parkami handlowymi i centrami wyprzedażowymi) w Polsce wyniosły 11,2 mln m2 GLA w ramach 479 obiektów.
Największymi rynkami handlowymi pozostają niezmiennie aglomeracja warszawska (ponad 1,5 mln m2 GLA) oraz konurbacja katowicka (ponad 1,1 mln m2 GLA). Wśród ośmiu głównych aglomeracji najmniejszym zasobem nowoczesnej powierzchni handlowej charakteryzuje się aglomeracja szczecińska (274 tys. m2 GLA).
Wśród ośmiu największych rynków handlowych w Polsce największym poziomem nasycenia nowoczesną powierzchnią handlową niezmiennie charakteryzują się aglomeracje: poznańska (881 m2/1 000 mieszkańców) oraz wrocławska (838 m2/1 000 mieszkańców). Najniższy poziom wskaźnika notowany jest natomiast w aglomeracji szczecińskiej (495 m2/1 000 mieszkańców).
Po skromnym pierwszym półroczu 2016 r., w drugiej połowie roku zasoby nowoczesnej powierzchni centrów handlowych w Polsce wzrosły aż o 327 tys. m2 powierzchni najmu.
W drugim półroczu 2016 r. otwartych zostało aż trzynaście nowych centrów handlowych i parków handlowych o łącznej powierzchni najmu 274 tys. m2. Wśród największych otwarć drugiego półrocza 2016 r. należy wymienić: Posnanię (99 tys. m2) w Poznaniu, Galerię Metropolia (34,3 tys. m2) w Gdańsku, Galerię Navigator (25,4 tys. m²) w Mielcu i Galerię Wołomin (25 tys. m2) w Wołominie. 66% powierzchni w nowo otwartych obiektach przypadło na główne aglomeracje, pozostałe centra zostały otwarte w miejscowościach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys.
Kontynuowany jest trend przebudowy i rozbudowy starszych obiektów handlowych. W drugiej połowie roku zostały rozbudowane m.in.: Atrium Promenada w Warszawie, Cieszyński Park Handlowy, czy Galeria Rynek w Tomaszowie Lubelskim.
Warto odnotować zmiany formatu funkcjonujących obiektów – Galeria Graffica w Rzeszowie od marca 2017 r. zacznie oficjalnie funkcjonować jako Outlet Graffica (17 tys. m²).
Na koniec II poł. 2016 r. w budowie pozostawało ok. 576 tys. m2 nowoczesnej powierzchni w ramach centrów handlowych, z czego oddanie ok. 68% planowane jest do końca br. Najwięcej podaży w budowie przypada na osiem największych aglomeracji (77%). Rozbudowy obiektów istniejących stanowią 8% powierzchni w budowie. Największe projekty w budowie to: Galeria Młociny (76 tys. m2 GLA) w Warszawie, Wroclavia (64 tys. m2 GLA) we Wrocławiu, Galeria Północna (64 tys. m2 GLA) w Warszawie oraz Forum Gdańsk (62 tys. m2 GLA) w Gdańsku.
Współczynnik pustostanów dla największych 18 rynków handlowych w Polsce na koniec 2016 r. wyniósł 3,5%. Najbardziej istotne wzrosty wskaźnika powierzchni niewynajętej nastąpiły w miastach, w których zwiększyła się konkurencja na rynku w wyniku otwarć nowych centrów handlowych czy rozpoczętych inwestycji oraz tam, gdzie zamknięto wielkopowierzchniowe sklepy (np. sieci Alma czy Praktiker).
Wśród ośmiu największych aglomeracji najwyższy poziom wskaźnika pustostanów odnotowano w Poznaniu (5,1%) oraz we Wrocławiu (4,6%). Najniższym poziomem współczynnika charakteryzowały się aglomeracje: warszawska (1,9%) oraz krakowska (2,6%).
Wśród analizowanych przez PRRF rynków handlowych obejmujących miasta o populacji 199 tys. – 399 tys. mieszkańców największy udział powierzchni niewynajętej zanotowano w Radomiu (7,2%) i Bydgoszczy (6,7%), natomiast najniższy w Toruniu (3,1%).
W analizowanych przez PRRF miastach o populacji 150 – 200 tys. mieszkańców sytuacja wygląda na stabilną, jednocześnie wskaźniki powierzchni niewynajętej mieszczą się w przedziale od 2,0% w Bielsku-Białej do 2,6% w Olsztynie.
Prezydent Andrzej Duda podpisał 22 lutego 2017 roku nowelizację ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Dokument zakłada obowiązkowe sprawdzanie, w jaki sposób określone rozwiązania prawne wpłyną na funkcjonowanie mikro, małych i średnich przedsiębiorców. Przepisy wejdą w życie za 14 dni.
Z inicjatywą nowelizacji ustawy wystąpił Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) na Kongresie Organizacji MSP, który odbył się w czerwcu 2016 roku w Pałacu Prezydenckim. Nowelizację ustawy wniósł do Sejmu Prezydent Andrzej Duda 1 sierpnia ubiegłego roku, a Sejm uchwalił ją 26 stycznia 2017 roku.
Podpisanie dokumentu odbyło się w Raszynie pod Warszawą w rodzinnej firmie WalForm. Podczas uroczystości przemawiał Prezydent RP Andrzej Duda oraz Prezes ZPP Cezary Kaźmierczak.
Prezydent wyraził swoje zadowolenie, wynikające z faktu podjęcia konkretnych działań w tej sprawie. Zaznaczył, że celem nowelizacji jest ochrona interesów mikro, małych i średnich firm.
Prezydent przytoczył dane dotyczące wielkości sektora MSP i zatrudnionych w nim osób. Wynika z tego, że mikro, małe i średnie firmy stanowią 99,8 proc. ogółu wszystkich przedsiębiorstw, zatrudniają blisko 70 proc. pracujących i stanowią główne źródło dochodu dla wielu polskich rodzin. Dodał również, że to przede wszystkim to mali i średni przedsiębiorcy apelowali o weryfikację jak nowe prawa i regulacje wpłyną na sektor MSP.
Decyzję o przygotowaniu projektu Prezydent poparł argumentem o skutkach zmian prawnych, które Jego zdaniem są znacznie bardziej dotkliwe dla mikro, małych i średnich firm niż dla dużych przedsiębiorstw.
Nowelizacja dotyczy wprowadzenia zasady, aby wszystkie projekty aktów normatywnych, dotyczące praw i obowiązków majątkowych przedsiębiorców oraz ich praw i obowiązków wobec organów administracji publicznej były badane pod kątem ich wpływu na mikro, małych i średnich przedsiębiorców, a rezultat tych badań był obowiązkowym elementem w uzasadnieniu ustawy.
W istocie zatem każda ustawa, która mogłaby dotykać takiej kwestii od momentu wejścia w życie tych przyjętych i podpisanych dziś przeze mnie przepisów, tego podpisanego aktu prawnego, będzie musiała w swoim uzasadnieniu taką ocenę zawierać. I każdy, kto będzie dokonywał analizy aktu prawnego, jego projektu, będzie mógł na to spojrzeć i będzie mógł to odnieść do tego, jak rzeczywiście te proponowane rozwiązania prawne wpłyną na sytuację mikro, małych i średnich przedsiębiorców – powiedział Prezydent RP Andrzej Duda. – Rząd i inne podmioty, które z tego typu inicjatywami będą chciały występować, będą miały moje wsparcie – dodał.
Prezes ZPP Cezary Kaźmierczak wyraził swoje przekonanie o tym, że nowela była oczekiwana przez środowiska biznesowe. Nadmienił również, że ma nadzieję na zakończenie „dyskryminacji prawnej małych i średnich przedsiębiorstw”.
Większość praw, które były w Polsce uchwalane, uchwalano z myślą o 4 tys. dużych firm, a nie o tym mrowisku gospodarczym, liczącym 2 mln przedsiębiorstw – powiedział przedstawiciel organizacji pracodawców Cezary Kaźmierczak.
Protokół z ostatniego posiedzenia Fed nie wniósł nic nowego do obrazu sytuacji. Rynki finansowe wciąż potrzebują nowych impulsów do silniejszych zmian. W oczekiwaniu na nie dolar, a także giełdy korygują, a inwestorzy z większą uwagą będą teraz przyglądać się sytuacji politycznej w Europie.
Opublikowany w środę wieczorem protokół z ostatniego posiedzenia Fed nie wniósł wiele nowego do obrazu sytuacji i oceny tego, czy w marcu wzrosną stopy procentowe w USA. Można w nim przeczytać, że wielu przedstawicieli Fed uważa, iż „już wkrótce” należałoby podnieść stopy procentowe, jeśli dane z rynku pracy i inflacja okażą się zgodne lub będą powyżej prognoz Fed. W odniesieniu natomiast dla planów gospodarczy prezydenta Donalda Trumpa, w Fed dalej utrzymuje się niepewność.
Przedstawione w „minutkach” stanowisko Fed jest zbieżne z tym, co przed tygodniem w Kongresie o polityce monetarnej mówiła Janet Yellen, szefowa banku centralnego. Stąd też rynek walutowy przyjął to z lekkim rozczarowaniem, wykorzystując jako pretekst do realizacji ostatnich sporych zysków na dolarze. Kurs EUR/USD, który wczoraj w ciągu dnia zszedł już poniżej 1,05 dolara, na jego koniec wrócił do 1,0556 dolara. Tym samym trwające od początku lutego spadki zostały zahamowane. Dziś rano para ta testuje poziom 1,0554 dolara.
Wczorajszy zwrot na EUR/USD automatycznie sprowokował podobną reakcję na USD/PLN. Dolar zawrócił z poziomu prawie 4,10 zł i zamknął dzień na 4,0722 zł. Zwraca uwagę, że już 2. kolejny dzień okolice 4,09-4,10 zł są wykorzystywane do sprzedaży. To może sugerować lekkie cofnięcie notowań, ale nie kończy trwającej od początku miesiąca tendencji wzrostowej na USD/PLN.
O ile w najbliższych dniach złoty ma szansę umocnić się nieco do amerykańskiej waluty, w ślad za zmianami w notowaniach EUR/USD, to powinien pozostać stabilny w relacji do euro lub nawet lekko tracić, pozostając blisko poziomu 4,30 zł.
Dziś rano para EUR/PLN testuje okolice 4,2976 zł, pozostając powyżej lutowych minimów na 4,2733 zł. Mając na uwadze, że w ostatnim czasie bardzo dobre dane z polskiej gospodarki już nie wzmacniają złotego (są zdyskontowane), a dobre nastroje na świecie również dodatkowo go nie wspierały, więc poziomy poniżej 4,30 zł dla wielu inwestorów mogą wydać się atrakcyjne do zakupu wspólnej waluty. Stąd też odpowiedzią na potencjalny korekcyjny wzrost EUR/USD, powinien być wzrost notowań EUR/PLN.
Wczorajszy protokół Fed, jakkolwiek niewiele wnosił, wsparł realizację zysków na Wall Street, po tym jak dzień wcześniej wszystkie tamtejsze indeksy kolejny raz wyznaczyły nowe historyczne rekordy. Nastroje korekcyjne dominują też na parkietach azjatyckich i można oczekiwać, że z podobną realizacją zysków (przynajmniej na początku notowań) będziemy mieli do czynienia na giełdach w Europie, które w środę uniknęły takiego scenariusza. Dotyczy to też GPW, gdzie dobra końcówka wczorajszej sesji sprawiła, że indeks WIG20 zamknął dzień zwyżką o 0,1% do 2251,02 pkt.
Czwartkowe kalendarium nie jest przesadnie bogate. Rano inwestorzy poznają m.in. finalny odczyt niemieckiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za ostatni kwartał 2016 roku (prognoza: 0,4% K/K), a także styczniowe dane nt. stopy bezrobocia w Polsce (prognoza: 8,7%). Ten pierwszy raport z pewnością nie zaskoczy, natomiast bezrobocie może okazać się niższe od konsensusu. Obie figury jednak nie znajdą większego przełożenia na rynki finansowe. W tym szczególnie na giełdy, euro i złotego.
W godzinach popołudniowych tradycyjnie będą już spływać informacje z USA. O godzinie 14:30 zostaną opublikowane tygodniowe dane o zasiłkach dla bezrobotnych (prognoza: 242 tys.). Pół godziny później indeks FHFA (prognoza: 0,4% M/M). Natomiast o godzinie 17:00 cotygodniowy raport nt. zapasów paliw. I to te ostatnie dane mogą zostać zauważone, wpływając na notowania ropy na świecie.
Ten brak potencjalnych silnych impulsów sprawia, że duży wpływ na nastroje ponownie może mieć polityka. Zwłaszcza europejska, przed tegorocznymi wyborami w Holandii, Francji i Niemczech. Dalej uwagę będą też absorbowąć wypowiedzi przedstawicieli banków centralnych. Dodatkowo w przypadku złotego, a także innych walut regionu, oprócz zachowania EUR/USD, wpływ na notowania mogą mieć wspomniane wcześniej korekcyjne nastroje na giełdach.
Od zeszłorocznych wyborów w Stanach Zjednoczonych mocno zwyżkują największe światowe giełdy. Ich śladem podąża również GPW. Warszawskie indeksy na przestrzeni ostatnich miesięcy zanotowały kilkunastoprocentowe zwyżki, a WIG20 zbliża się do granicy 2300 punktów. Dynamika rynku oraz rosnąca skłonność inwestorów do ryzyka wskazują, że w najbliższym czasie należy jednak liczyć się z korektą. Inwestorom zafascynowanym hossą warto więc jeszcze raz przypomnieć o konieczności dywersyfikacji ich portfeli inwestycyjnych.
Ryzykowna euforia
Nastroje polskich inwestorów są najlepsze od ponad 3 lat. Jak wynika z badania Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych aż 65,8% ankietowanych jest nastawionych na trend wzrostowy, a Indeks Nastrojów Inwestorów osiągnął poziom 47,5 pkt. Są to najwyższe wartości od listopada 2013 r. Powody do radości są jednak złudne – bieżące wyniki, porównywane z danymi historycznymi, najprawdopodobniej są sygnałem zbliżającej się korekty. Panujący stan euforii sprawia bowiem, że indywidualni inwestorzy zaczynają ignorować pojawiające się ryzyka, których w ostatnim czasie systematycznie przybywa.
Po pierwsze, rekordowe wyniki indeksów giełdowych mogą skłaniać inwestorów instytucjonalnych do realizacji zysków, co pociągnie za sobą spadek notowań. Ryzyko to jest tym bardziej istotne, iż obserwowany wzrost indeksów i obrotów na warszawskim rynku w dużej mierze jest generowany przez kapitał zagraniczny, który w strukturze obrotów na GPW odgrywa dominującą rolę. Do stopniowego wycofywania kapitału inwestorów instytucjonalnych może skłonić również ostatnia opinia analityków banku Goldman Sachs, którzy zakończyli swoją rekomendację kupna akcji w Polsce, zmieniając ją na „przeważaj”, co sygnalizuje, że inwestorzy w najbliższym czasie powinni zachować szczególną ostrożność.
Ponadto, koniunkturę na GPW może osłabiać niższy od zakładanego przez rząd wzrost PKB. Perspektywa jest tym bardziej realna, że zgodnie z najnowszymi prognozami Komisji Europejskiej w tym roku polska gospodarka będzie rozwijać się na poziomie 3,2 proc., czyli wolniej niż unijni analitycy przewidywali jeszcze pod koniec 2016 r. (spadek o 0,2 punktu proc.).
Rynek a polityka
Duży wpływ na zachowania inwestorów instytucjonalnych, a tym samym notowania na warszawskim parkiecie, będą miały także czynniki polityczne. Wśród kluczowych należy wskazać przede wszystkim zwrot Stanów Zjednoczonych w kierunku inwestycji wewnętrznych, w tym projektów infrastrukturalnych. Przedsięwzięcia te będą wymagały dużych nakładów finansowych. Z uwagi na ograniczone ryzyko oraz stabilność amerykańskiej gospodarki, może to skłaniać dużych inwestorów do wycofywania środków z rynków wschodzących, w tym Polski, na rzecz inwestycji w USA.
Korektę na GPW może przyspieszyć również zmiana sytuacji politycznej w Europie i związane z nią wyzwania czekające Unię Europejską. O ile Brexit nie wywarł tak negatywnych skutków jak zakładali analitycy, o tyle wspólny rynek może nie być już tak odporny na wygraną skrajnej prawicy w wyborach we Francji i Holandii, czy zmianę władzy w Niemczech.
W kontekście lokalnym, duże znaczenie dla możliwości dalszego wzrostu notowań na GPW będzie miała także kontynuacja polityki rządu w zakresie dalszego podporządkowywania spółek z udziałem Skarbu Państwa realizacji bieżących celów politycznych, kosztem interesów pozostałych akcjonariuszy.
Znaczącą rolę w kształtowaniu najbliższej przyszłości GPW będzie odgrywać także reforma systemu emerytalnego. Zgodnie z założeniami OFE do końca roku muszą przekształcić się w towarzystwa funduszy inwestycyjnych, które do dyspozycji będą miały 75 proc. obecnie zgromadzonych środków. Co istotne, ich portfele inwestycyjne będą obejmowały głównie akcje spółek notowanych na GPW. Taka struktura aktywów w przypadku gromadzenia kapitału emerytalnego, który powinien być budowany systematycznie, ale przede wszystkim bezpiecznie, jest w dłuższej perspektywie czasowej nie do utrzymania. Należy więc spodziewać się, że zarządzający będą stopniowo ograniczać zaangażowanie na GPW. Perspektywa szybkiej wyprzedaży akcji może skłonić innych inwestorów do działania z wyprzedzeniem i przyspieszania procesu realizacji zysków, co niewątpliwie zachwieje stabilnością warszawskiego parkietu.
Konieczna korekta strategii
Dopóki trwa hossa, warto maksymalizować zyski płynące z akcji. Biorąc jednak pod uwagę wspomniane czynniki, w najbliższych tygodniach należy spodziewać się co najmniej zachwiania trendu wzrostowego, zarówno na GPW, jak i na innych europejskich giełdach. Nadchodząca korekta prawdopodobnie nie przerodzi się w odwrócony trend, jednak nie wiadomo ani jak długo potrwa, ani jak głęboko sięgnie.
Z uwagi na przewidywany powrót niestabilności na rynkach finansowych w nadchodzących miesiącach, warto przypomnieć inwestorom indywidualnym o konieczności dywersyfikacji portfela celem ograniczenia ewentualnych strat wywołanych dekoniunkturą. Jednym z możliwych rozwiązań w tym zakresie może być ulokowanie zawczasu części swojego kapitału w alternatywnych funduszach inwestycyjnych (AFI). Wiele z nich charakteryzuje się znaczną niezależnością od bieżącej koniunktury, a swoją efektywność opiera przede wszystkim na walorach podmiotów zarządzających. To ich doświadczenie i kompetencje pozwalają inwestorom osiągać atrakcyjne i stabilne zyski, nawet w niesprzyjającym otoczeniu polityczno-gospodarczym.
Przykładem stosunkowo bezpiecznych, a jednocześnie efektywnych AFI są fundusze sekurytyzacyjne. Sektor wierzytelności – w odróżnieniu od rynku kapitałowego – nie ma charakteru cyklicznego, co pozwala podmiotom działającym na nim wypracowywać atrakcyjne stopy zwrotu bez względu na uwarunkowania ekonomiczne. Co więcej, perspektywy na najbliższe lata dla tego rynku wyglądają nadal optymistycznie. Koniunktura na nim jest bowiem ściśle skorelowana z poziomem zadłużania się Polaków, który – jak wskazują chociażby coraz bogatsze dane z rejestrów BIG – systematycznie rośnie. Z roku na rok wzrastają także przychody i zyski firm windykacyjnych, co jest efektem rosnącej skuteczności podejmowanych przez nie działań. Dodając do tego fakt, że wiele z tych podmiotów pełni także funkcje zarządzających portfelami inwestycyjnymi funduszy sekurytyzacyjnych, to zyski inwestorów tychże funduszy nie powinny być w najbliższym czasie zagrożone. Nawet w momencie nadchodzącej korekty na rynkach finansowych.
Autorem tekstu jest Artur Rawski, Wiceprezes Zarządu Forum TFI
Wysokość prowizji wypłacanej pośrednikowi kredytowemu, to obecnie średnio 2% wartości kredytu.
Większość Polaków byłoby skłonnych za taką usługę zapłacić nie więcej niż 2 tys. zł*.
Obecnie pośrednicy nie otrzymują wynagrodzenia, jeśli nie dojdzie do podpisania umowy kredytowej.
Dyskusja na temat wynagradzania pośredników kredytowych została zapoczątkowana przez projekt ustawy, w którym znajdował się zapis o zakazie wypłacania pośrednikom prowizji przez banki. Zamiast tego, za usługę pośrednictwa miał zapłacić klient. Zapis ten póki co został usunięty, jednak ustawa wprowadzi obowiązek ujawniana prowizji, jakie pośrednik otrzymuje za poszczególne produkty oferowane klientom od baków.
Gdyby pośrednikowi płacił klient…
Media już teraz ujawniły, że średnia prowizja pośredników kredytowych, to 2% wartości kredytu hipotecznego. Pojawia się zatem pytanie, czy nie jest to wygórowana cena za tego typu usługę. Przy okazji dyskusji na temat słuszności wynagradzania pośredników przez banki, Bankier.pl przeprowadził badanie, w którym zapytał Polaków, ile byliby skłonni wydać, gdyby to po ich stronie był obowiązek zapłaty pośrednikom. 39% badanych odpowiedziało, że mniej niż 1 tys. zł, 24% 1-2 tys. zł, 19% 2-5 tys. zł, 5% więcej niż 5 tys. zł. Tymczasem, obowiązujące obecnie 2%, to przy kredycie na 30 lat o wartości 300 tys. zł – 6 tys. zł. Z prowizji tych firmy muszą pokryć koszty funkcjonowania firmy, z tej prowizji opłacane są działania marketingowe, koszty pozyskania klienta, utrzymania administracji i centrali, która udziela wsparcia doradcom i utrzymuje relacje z bankami.
– Te informacje potwierdzają zlecone przez nas badania**, z których wynika, że większość Polaków byłoby gotowych zapłacić ok. 1 tys. zł za usługę pośrednictwa kredytowego. Jednak nie wiemy, czy stawka 2% prowizji dla pośrednika wypłacana przez bank nie wystraszy klientów. Pamiętajmy, że pośrednik kredytowy wykonuje pracę, którą musiałby wykonać pracownik banku, gdyby klient przyszedł bezpośrednio do niego i właśnie dlatego to bank wypłaca pośrednikowi wynagrodzenia.W związku z tym, klient otrzymuje od pośrednika kredyt w takiej samej cenie, jaką zaproponowałby mu bank – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.
2%, ale tylko jeśli dojdzie do finalizacji
Wycena pracy pośrednika jest trudna, zważywszy na fakt, że otrzymuje on swoje wynagrodzenie tylko wtedy, gdy doprowadzi do uruchomienia kredytu dla klienta. Wszelkie czynności przygotowawcze oraz doradztwo jest bezpłatne, a często od momentu pierwszego kontaktu z klientem do uruchomienia kredytu mija kilka miesięcy.
– Klienci przychodzą do pośrednika już w momencie, gdy w ich głowie zrodzi się pomysł na zakup nieruchomości przy wsparciu kredytem. Wówczas proszą o przeliczenie zdolności kredytowej, aby dowiedzieć się, na jaką nieruchomość mogą sobie pozwolić oraz o określenie kosztów, z jakimi zaciągnięcie tego kredytu będzie się wiązać. Następnie przystępują do poszukiwania odpowiedniej nieruchomości – czasami kontakt na tym etapie z pośrednikiem się kończy, a pośrednik za wykonaną pracę nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia – wyjaśnia Katarzyna Dmowska.
Praca pośrednika to nie tylko kontakt z bankiem
Zanim klienci dokonają ostatecznego wyboru nieruchomości, często wracają do pośrednika kilkukrotnie, w celu zweryfikowania pierwotnie uzyskanych informacji. Po podjęciu decyzji, klienci wraz z pośrednikiem dokonują wyboru oferty kredytu na podstawie aktualnych kalkulacji. Wybór najkorzystniejszej oferty nie zawsze oznacza wybór najtańszej oferty. Pośrednik musi przeanalizować także wysokość oraz źródła uzyskiwanych dochodów, a także status nieruchomości, która ma stanowić zabezpieczenie kredytu. Często dużym znaczeniem jest też proces kredytowy panujący w danym momencie w banku. Zdarza się bowiem, że czynnikiem decydującym jest czas do sfinalizowania transakcji. Jeżeli klienci nie zdążą z kredytem, mogą stracić nie tylko możliwość kupna danego mieszkania, ale i wpłaconą zaliczkę. Następnie przychodzi czas na przygotowanie wniosków oraz przeprowadzenie procesu kredytowego.
– Pośrednik pomaga klientom skompletować dokumentację oraz wypełnić wnioski kredytowe. Najczęściej składa wnioski do trzech banków dla wzmocnienia szansy uzyskania najkorzystniejszego rozwiązania dla klienta. Na tym etapie pośrednik nadal nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia, pomimo wykonanej pracy oraz poniesionych kosztów drukowania, kserowania dokumentów i często dojazdów do klienta. Pośrednik dostarcza skompletowane wnioski do banku i koordynuje cały proces, który trwa często kilka tygodni. W tym czasie pośrednik pozostaje w kontakcie z bankiem oraz klientem, do momentu uzyskania decyzji, podpisania umowy i uruchomienia kredytu, o ile taki moment nastąpi – dodaje Katarzyna Dmowska.
Zdarzają się sytuacje, że klient z różnych przyczyn nie leżących po stronie pośrednika, otrzyma decyzję negatywną lub zrezygnuje z kredytu, a wówczas pośrednik za całą dotychczas wykonaną pracę i poniesione koszty nie uzyska żadnego wynagrodzenia.
* Źródło: Bankier
** Badanie zostało zrealizowane przez firmę Maison&Partners na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych i ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.
Na początku tygodnia Senatorowie wraz z ekspertami spotkali się na dwóch posiedzeniach komisji senackich, aby przedyskutować temat nadchodzących zmian w branży transportowej. Co nowego czeka właścicieli firm przewozowych?
Podczas pierwszych obrad, w poniedziałek, 20 lutego członkowie Komisji Infrastruktury oraz Senatorowie wraz z przedstawicielem Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, analizowali sytuacje polskiej branży transportu drogowego, pod kątem możliwości objęcia przewozów międzynarodowych zakresem dyrektywy o pracownikach delegowanych. Podsumowaniem ponad półtoragodzinnej debaty była koncepcja zaproszenia do Polski komisarza EU ds. transportu Violety Bulc.
Dzień później, tj. we wtorek 21 lutego, podczas wspólnego posiedzenia przedstawicieli Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności, Komisji Budżetu i Finansów Publicznych oraz Komisji Infrastruktury, omówiona została ustawa o systemie monitorowania drogowego przewozu. Wprowadzenie nowego aktu prawnego ma na celu zbudowanie ogólnopolskiego systemu monitorowania przewozów drogowych, dokonywanych na terytorium Polski. Szczególnie dokładnie będą monitorowane przewozy towarów wrażliwych, min. paliw, olejów smarowych, skażonego alkoholu etylowego, suszu tytoniowego i innych nieznanych jeszcze towarów, w stosunku do których stwierdzono wcześniej nieprawidłowości w rozliczeniach z tytułu podatku od towarów i usług lub podatku akcyzowego. Kontrolę przewozu tego typu towarów będą przeprowadzać funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej, a także funkcjonariusze Policji, Straży Granicznej i inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego.
Rezultatem wprowadzonych zmian ma być zminimalizowanie poziomu zakłóceń gospodarczych związanych z przewozem towarów, podjęcie próby uszczelnienia systemu podatkowego VAT, a tym samym ograniczenie tzw. szarej strefy i wyeliminowanie nieuczciwej konkurencji.
„Jeszcze przed wprowadzeniem ustawy, można stwierdzić, że nowa regulacja nie jest idealna. Pomija wiele kwestii, takich jak tranzyt po Polsce czy przesunięcia magazynowe. Ustawa wymusi na przedsiębiorcach spełnianie dodatkowych wymogów, między innymi generowanie numerów referencyjnych (poprzez system numerów referencyjnych generowanych przy zgłoszeniu przewozu na Platformie Usług Elektronicznych Skarbowo-Celnych), szkolenia pracowników, przekonstruowanie procesów logistycznych, czy też wdrożenie procedur zgłaszania przewozów” – ocenia Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Jak pokazuje raport „Praca i przedsiębiorczość kobiet potencjał do wykorzystania w Polsce”, którego autorami są Coca-Cola i Deloitte, aż 66proc. kobiet aspiruje do roli dyrektora lub menedżera. Jest to o ponad 10 punktów procentowych więcej, niż w przypadku mężczyzn. Mimo większych ambicji zawodowych, wciąż jednak mało kobiet sprawuje stanowiska kierownicze.
Z perspektywy ekonomicznej, kobiety są tak samo produktywne jak mężczyźni. W połączeniu z wiedzą i umiejętnościami, które posiadają, stają się niezwykle istotnym i cennym elementem kapitału ludzkiego, którego wysoka jakość przyczynia się do wzrostu konkurencyjności gospodarek krajowych.
W Polsce dominuje nadal tradycyjny podział ról, w którym to mężczyzna realizuje funkcję ekonomiczną, a kobieta pełni rolę opiekuńczą. Dla porównania, w Szwecji ponad połowa respondentów (61 proc.) opowiada się za równym podziałem obowiązków. W Islandii, Niemczech, Finlandii jest to 39–45 proc. społeczeństwa. Jedynie w Słowenii opcja wykorzystania urlopu macierzyńskiego i wychowawczego przez matkę jest wskazywana przez zdecydowaną większość badanych (77 proc.). Jednak stereotypowy podział ról w domu to nie jedyny czynnik, który przyczynia się do zdecydowanie mniejszej obecności płci żeńskiej w kadrze zarządzającej:
– Zdecydowanie niższy odsetek kobiet na stanowiskach kierowniczych nie wynika z braku ambicji. Należy zatem zidentyfikować, a później ograniczać wpływ czynników, które utrudniają albo nawet uniemożliwiają kobietom realizację ambitnych celów zawodowych. Z badań Deloitte wynika, że umiejętne łączenie ról zawodowych z obowiązkami rodzicielskimi oraz porzucenie stereotypów o tym, w jakiej sytuacji kobieta czuje się najlepiej, jest możliwe i może ułatwić paniom realizację celów zawodowych – wskazuje Julia Patorska, zastępca dyrektora w firmie doradczej Deloitte.
Obecne trendy, które nakazują ciągłe samodoskonalenie oraz podwyższanie umiejętności i kwalifikacji zawodowych są kolejnym istotnym czynnikiem, który znacząco obniża konkurencyjność kobiet, zwłaszcza młodych matek, na rynku pracy. Właśnie bariery wewnętrzne to jeden z kolejnych powodów ich niskiej aktywizacji na rynku pracy. Z uwagi na konieczność poświęcania większej ilości czasu na opiekę nad dzieckiem, matki znajdują się na gorszej pozycji. To z kolei może wpływać na obniżenie wiary we własne siły, umiejętności negocjowania korzystnych dla siebie warunków pracy, wysokości płac, awansów i w konsekwencji na negatywne nastawienie do powrotu do wykonywanej profesji. Kobiety zatrudnione w biznesie wskazują także na bariery związane z ograniczoną możliwością uczestniczenia w spotkaniach biznesowych poza godzinami pracy. Często są to spotkania nieformalne, ale jednocześnie mogące mieć istotny wpływ na pozycję zawodową ich uczestników.
Warto zwrócić również uwagę na fakt, że kobiety stanowią połowę światowej populacji (49,5 proc. w roku 2015), jednak ich wkład w zwiększanie PKB i budowę dobrobytu nadal pozostaje na relatywnie niskim poziomie. Zapewnienie im możliwości rozwoju oraz dostępu do edukacji pozwoliłoby na pełne i efektywne wykorzystanie dostępnych zasobów talentu i pozytywnie wpłynęłoby na krajowe gospodarki. Aktywność zawodowa kobiet przekłada się także na zwiększenie dochodów, a tym samym dobrobytu gospodarstw domowych. Wynika to m.in. z faktu, że kobiety promują odmienne od męskich wzorce konsumpcji – inwestują większą część dochodów gospodarstw domowych w edukację i zdrowie swoich dzieci.
Praca jest kobietą
Polki są coraz bardziej chętne do zakładania własnych firm, jednak większość z nich wciąż nie podejmuje wyzwania tłumacząc to brakiem kapitału (58 proc.), rozbudowaną biurokracją (32 proc.) i zbyt wysokimi kosztami związanymi z prowadzeniem działalności (30%). Wspierając kobiety, które chciałyby założyć firmę lub też podjąć pracę w innej formie, możemy istotnie podnieść wskaźnik aktywności zawodowej kobiet. Wśród działań, które zachęcają kobiety do pracy eksperci wskazali rozwiązania, które wspierają kobiety zarówno jako matki, jak i pracowników, m.in.: opiekę prenatalną dla kobiet w ciąży, darmowe i subsydiowane kursy pomagające w przygotowaniach do porodu, sesje coachingowe, grupy wsparcia, prawo do skrócenia czasu pracy o 25 proc. do 8. roku życia dziecka, bezpłatna edukacja czy darmowe lunche dla dzieci w wieku od 6 do 19 lat, możliwość pracy w niepełnym wymiarze do ukończenia 12. roku życia przez dziecko czy prawo do 480 dni płatnego urlopu do wykorzystania do 8. roku życia dziecka dla obojga rodziców.
Raport Coca-Coli jest częścią ogólnopolskiego programu aktywizacji zawodowej kobiet „Sukces TO JA”, który firma realizuje wspólnie z Fundacją Sukces Pisany Szminką. „Sukces TO JA” to kompleksowy program wzmacniania aktywności zawodowej kobiet. Oparty jest na dwóch głównych obszarach, tj. poszerzaniu kompetencji i wiedzy oraz umożliwieniu wymiany doświadczeń i znalezienia inspiracji do sięgania po więcej. Program dedykowany jest kobietom chcącym powrócić na rynek pracy, znaleźć lepszą pracę lub zdobyć wiedzę i kompetencje niezbędne do tego, by założyć i prowadzić działalność gospodarczą bądź start-up. Na program „Sukces TO JA” składa się pierwszy w Polsce portal wiedzy dedykowany kobietom www.sukcestoja.pl oraz bezpłatne konferencje i warsztaty. Program jest realizowany pod Honorowym Patronatem Ministerstwa Rozwoju.
Według Raportu o stanie bezpieczeństwa cyberprzestrzeni 2017, opublikowanego przez firmę F-Secure, nadchodzą czasy dynamicznych zagrożeń, a złośliwe oprogramowanie w klasycznym wydaniu odchodzi do lamusa. Poprzedni rok pokazał, że cyberzagrożenia stają się coraz bardziej realne, a szeroko komentowane były ataki na rządy, przedsiębiorstwa oraz jednostki. W maju skradziono 81 milionów dolarów z banku centralnego Bangladeszu, ataki DDoS z wykorzystaniem internetu rzeczy sprawiły, że w jednej chwili przestały działać serwisy takie jak Twitter czy Spotify, a w grudniu Yahoo przyznało, że doszło do wycieku danych miliarda użytkowników.
Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa i badacze skupili się w raporcie na dominujących zagrożeniach – a oto główne wnioski:
– działania rozpoznawcze hakerów (rekonesans w celu zgromadzenia informacji o celu przed przeprowadzeniem ataku) pochodzą z adresów IP dziesięciu krajów, a w tym Rosji (ponad 60% podejrzanego globalnego ruchu sieciowego), Holandii, Stanów Zjednoczonych, Chin oraz Niemiec. Pięć krajów, które najczęściej stanowiły cel, to Stany Zjednoczone, Holandia, Niemcy, Chiny oraz Wielka Brytania.
– w 2016 roku pojawiło się 197 nowych rodzin ransomware’u – oprogramowania wykorzystywanego do wyłudzania okupu. To znaczący wzrost w porównaniu do 2015 roku, w którym odkryto zaledwie 44 rodziny tego rodzaju złośliwego oprogramowania. Zaobserwowano również upodobnienie się działania grup cyberprzestępczych do sposobu funkcjonowania firm, a gangi ransomware postawiły na „rzetelną obsługę klienta”.
– Przestarzałe wersje Androida narażają jego użytkowników na atak – najwięcej smartfonów ze starszymi wersjami systemu znajduje się w Indonezji, a najmniej w Norwegii. W grudniu 2016 roku z najnowszej wersji Androida 7 „Nougat” korzystało zaledwie 1% użytkowników. To ogromna przepaść w porównaniu do nowego systemu Apple iOS w wersji 10.2, z którego po zaledwie miesiącu korzystało już ponad 50% użytkowników.
– Znacząca część cyberataków jest przeprowadzana przez niedoświadczonych, najczęściej młodych „skrypciarzy”, którzy za cel biorą sobie słabo zabezpieczone infrastruktury sieciowe i przeprowadzają ataki przy użyciu gotowych skryptów.
– Użycie tzw. exploitów wykorzystujących luki w oprogramowaniu zmalało w 2016 roku, a część autorów szkodliwych programów trafiło za kratki. Przykładowo, Dmitry Fedetov znany jako „Paunch” (twórca popularnego exploita Blackhole) został skazany na 7 lat w rosyjskiej kolonii karnej.
– Cyberprzestępcy stosują coraz bardziej wyszukane metody. Przedsiębiorstwa muszą zdać sobie sprawę z tego, że za każdym ukierunkowanym atakiem stoi człowiek, który oprócz arsenału dostępnych środków może wykorzystywać socjotechniki. Phishing (wysyłka sfałszowanych maili w celu wyłudzenia danych) czy gotowe bazy zhakowanych kont i sieci sprzedawane online sprawiają, że włamanie się do instytucji rządowych czy czołowych firm z listy Fortune 500 jest w zasięgu ręki hakerów – komentuje raport Sean Sullivan, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa w firmie F-Secure. – Mamy do czynienia z erą post-malware’u, ponieważ krajobraz cyberzagrożeń uległ uprzemysłowieniu i cyberprzestępcy wiedzą, że nie mogą już liczyć na złośliwe oprogramowanie w klasycznym wydaniu, żeby zarobić pieniądze.
W raporcie znalazły się najważniejsze przykłady cyberataków odnotowane w 2016 roku, w tym wykorzystanie złośliwego oprogramowania Mirai do tworzenia botnetów, włamania do przedsiębiorstw przez wcześniejsze zaatakowanie ich usługodawców oraz trendy na rynku IT, które mają wpływ na rozwój cyberzagrożeń (np. Internet rzeczy). Organizacje, które zostały zaangażowane w tworzenie raportu, to między innymi Finnish Communications Regulatory Authority, Virus Bulletin czy AV-TEST.
Ekspert ds. cyberbezpieczeństwa Andy Patel z firmy F-Secure podkreśla, że głównym celem stworzenia raportu jest zwrócenie uwagi, jak istotne jest odpowiednie zarządzanie ryzykiem. – Złośliwe oprogramowanie takie jak ransomware jest nadal powszechne. Rozwiązania chroniące urządzenia końcowe (laptopy, tablety, smartfony) radzą sobie jednak bardzo dobrze. W obliczu nowych zagrożeń polityka bezpieczeństwa powinna zacząć uwzględniać ocenę zagrożeń, testy penetracyjne, ochronę przed atakami APT, reagowanie na incydenty oraz strategię zarządzania kryzysowego. Haker zawsze znajdzie drogę, by się przedostać – dlatego lepiej być przygotowanym na jego przybycie – podsumowuje Patel.
Usługi ridesharingowe, czyli przejazdy współdzielone, zyskują coraz więcej zwolenników. Na ich rosnącą popularność wpływają popularne aplikacje do zamawiania przejazdów. Oprócz Ubera działa na nim od grudnia estońska firma Taxify. Od początku obecności w Polsce postuluje uregulowanie usług ridesharingowych tak, by kierowcy nie musieli zakładać działalności gospodarczej, a mogli legalnie odprowadzać podatki.
– Ridesharing to przejazdy współdzielone. W Polsce na tym rynku mamy kilku graczy, zarówno taksówkarzy, jak i prywatny przewóz osób. Na tym rynku dostępne są głównie trzy aplikacje, my, jako Taxify, wchodzimy z czwartą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Boulangé, dyrektor operacyjny Taxify. – Ridesharing wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych. Odpowiedzią na brak dostępnych taksówek byli dostępni prywatni przewoźnicy i z czasem to się rozrosło do całej gałęzi gospodarki.
W polskim prawie dla nowego modelu biznesowego brakuje rozwiązań. Rynek prywatnych przewozów, które dla kierowców zazwyczaj stanowią dodatkową pracę, nie jest jednak uregulowany. To powoduje, że muszą oni albo specjalnie w tym celu zakładać działalność gospodarczą, albo pracować w szarej strefie, bo nie mają podstawy do odprowadzenia podatku. Taxify, który działa w Polsce od 1 grudnia, już w pierwszym miesiącu swojej działalności podjął działania na rzecz uregulowania tego rynku.
– Rynek ridesharingowy wymaga regulacji z prostego powodu: usługi w ramach tych przewozów są realizowane przez osoby, które już są gdzieś zatrudnione. Dla nich jest to typowo dorywcza praca i w dużej mierze tym osobom nie opłacałoby się zakładanie działalności gospodarczej tylko w tym celu – mówi Boulangé. – Można powiedzieć, że dopóki ten rynek jest nieuregulowany, karzemy ludzi za bycie przedsiębiorczymi i za to, że próbują sobie dorobić, nie mając do tego odpowiednich narzędzi.
Taxify pochodzi z Estonii, w której trwa obecnie debata nad regulacją tego rynku. Firma obecna jest w 20 krajach, głównie europejskich, ale także w Meksyku, Kenii, RPA czy Gruzji. Aplikacja przedsiębiorstwa działa zarówno na Android, jak i iOS. W samej Europie ma 750 tys. użytkowników.
– Korzyścią z uregulowania ridesharingu w Polsce będzie sformalizowanie zarabiania. W tej chwili takie firmy jak nasza wymagają od kierowców prowadzenia działalności gospodarczej, natomiast to nie jest uregulowane i w rzeczywistości wymagane przez prawo – mówi dyrektor operacyjny Taxify. – Jakikolwiek zapis prawny spowoduje, że to wszystko będzie odgórnie uregulowane i ci ludzie nie będą pozostawali w szarej strefie, jak to się dzieje w niektórych częściach tego rynku, tylko będą jasno się rozliczali z urzędem skarbowym jako podatnicy.
Na razie jedynym krajem, który wprowadził takie zapisy, jest Litwa, gdzie obowiązują one od początku 2017 roku. Oprócz nowej kategorii prawnej dla kierowców świadczących usługi wyłącznie za pośrednictwem aplikacji na Litwie stworzono także udogodnienia, dzięki którym mogą oni odprowadzać podatki i całkowicie legalnie zajmować się przewozem osób. Szefowie Taxify starają się przekonywać do wprowadzenia takiego rozwiązania nad Wisłą parlamentarzystów, Radę Adwokacką i przedstawicieli biznesu.
– Trudno nam przewidzieć, kiedy dojdzie do uregulowania tego rynku w Polsce, natomiast aktywnie uczestniczymy w rozmowach z różnymi klubami parlamentarnymi w Sejmie – wylicza Piotr Boulangé.
Centrum Unijnych Projektów Transportowych zarządza portfelem europejskich funduszy w wysokości 25 mld euro. Pieniądze do 2023 roku zostaną przeznaczone na projekty infrastrukturalne. Ten rok rozpoczął się podpisaniem czterech kolejnych umów o dofinansowanie inwestycji drogowych o wartości prawie 210 mln zł. Jednym z największych beneficjentów będą PKP Polskie Linie Kolejowe, które dzięki unijnym środkom przejdą w najbliższych latach szereg modernizacji.
– W tej perspektywie unijnej największy nacisk położono na kolej. Polskie Linie Kolejowe są drugim największym beneficjentem, zaraz za Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad. Infrastrukturę kolejową czekają największe zmiany, z którymi niestety wiążą się pewne utrudnienia dla pasażerów. Z tym należy się liczyć, jednak nie da się zrealizować inwestycji bez pewnych wyrzeczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Gorgol, p.o. dyrektora Centrum Unijnych Projektów Transportowych
2017 rok Centrum Unijnych Projektów Transportowych rozpoczęło podpisaniem na początku lutego czterech umów na dofinansowanie projektów drogowych o łącznej wartości 208 mln zł. Środki trafią do Częstochowy, Zamościa, Łomży i Rybnika i zostaną przeznaczone na kluczowe inwestycje drogowe, które usprawnią komunikację w tych czterech miastach. Unijne dofinansowanie sięga 85 proc., reszta ma pochodzić z pieniędzy samorządowych. To kolejna transza, po zawarciu w grudniu ubiegłego roku umów o unijne dofinansowanie dla pięciu projektów transportowych na łączną kwotę 710 mln zł. W najbliższym czasie CUPT zapowiada podpisanie umów na dofinansowanie kolejnych projektów infrastrukturalnych.
– To największy w kraju potencjał środków na inwestycje infrastrukturalne w transporcie. Te fundusze będą stopniowo wykorzystywane i wpuszczane na rynek poprzez kontrakty z naszymi beneficjentami – mówi Przemysław Gorgol. – Wszystkie inwestycje, które teraz realizujemy, oparte są głównie na działaniach modernizacyjnych. Mamy bardzo mało inwestycji typowo nowych.
Największy kontrakt z Polskimi Liniami Kolejowymi został podpisany w połowie ubiegłego roku i dotyczył umowy na realizację dwóch projektów kolejowych o łącznej wartości ponad 4,6 mld zł. Pierwszy z nich dotyczy modernizacji linii kolejowej nr 7 na odcinku Otwock–Lublin, która ma zostać ukończona do 2020 roku. Drugi projekt to budowa łącznicy kolejowej Zabłocie–Kraków Krzemionki, która jest strategiczną inwestycją PKP PLK na terenie aglomeracji krakowskiej, która umożliwi bezpośrednie połączenie z Zakopanem i skróci czas podróży o 15 min. To największe, ale nie jedyne projekty modernizacyjne, na które Polskie Linie Kolejowe podpisały umowy w ciągu minionych miesięcy.
– Modernizacje istniejących linii i dróg to zmiany dla wielu pasażerów, którzy korzystają z kolei czy dróg. Jeżeli chcemy podwyższyć ich standard, to musimy się przyszykować na pewne ograniczenia. W tej perspektywie bardzo duży nacisk jest położony na tworzenie alternatywnych możliwości dojazdu i transportu. Zarówno my, jak i inwestorzy nie chcemy zostawiać pasażerów z utrudnieniami czy z zamykanymi liniami. Dlatego tworzone są linie objazdowe, gdzie trochę wolniej, ale jednak komunikacja będzie zapewniona – mówi Przemysław Gorgol.
Zdaniem p.o. dyrektora CUPT na widoczne efekty modernizacji infrastruktury kolejowej trzeba będzie poczekać i pasażerowie raczej nie odczują ich jeszcze w tym roku. Zauważalne będą natomiast efekty prowadzonych w tym roku inwestycji drogowych.
– W drugiej połowie tego roku będzie otwieranych wiele inwestycji. Droga krajowa numer osiem oraz droga krajowa numer siedem – tam kolejne odcinki dróg zostaną wprowadzone do użytkowania. W przypadku pozostałych projektów, które są objęte dofinansowaniem, rozpoczną się fizycznie widoczne inwestycje, np. na drodze krajowej z Warszawy do Lublina. Oczekujemy, że w tym roku na drodze krajowej 17. wykonawcy wejdą w teren i zaczną prace, czyli będzie widać, że faktycznie coś się dzieje – mówi Przemysław Gorgol.
Dobre warunki gospodarcze w Europie Wschodniej przełożyły się na dynamiczne wzrosty hotelowej grupy Orbis, która odnotowała rekordowe wyniki finansowe za ubiegły rok. W należących do niej hotelach wzrosły zarówno średnie ceny, jak i frekwencja, a 2016 rok zakończył się szeregiem udanych inwestycji i wprowadzeniem na rynek nowej marki hotelowej. Orbis rozpoczął również działalność w kolejnym, europejskim kraju. Spółka zapowiada, że nadchodzi dla niej okres przyspieszenia.
– Miniony rok był dla nas bardzo dobry, nie tylko ze względów finansowych, ale również pod kątem otwierania nowych hoteli, zaangażowania pracowników i zarządzania aktywami. Wszystkie cele, które założyliśmy na początku, zostały zrealizowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Gilles Clavie, prezes zarządu hotelowej grupy Orbis.
Dobrą passę potwierdzają wyniki finansowe za ubiegły rok. Hotelowa grupa odnotowała wzrost przychodów o 9,5 proc. rok do roku (do poziomu 1,38 mld zł) oraz bardzo wysoki wzrost EBITDA (o 18,3 proc.), który sięgnął 390 mln zł. Skonsolidowany zysk netto ukształtował się na poziomie 207 mln zł.
Frekwencja w hotelach należących do grupy Orbis zwiększyła się w ubiegłym roku o 2,4 pkt proc. (do 72,4 proc.). Średnia cena za pokój wzrosła do 233,7 zł (o 7,4 proc.). Natomiast wskaźnik RevPAR (przychody na jeden dostępny pokój, najważniejszy wskaźnik dla operatorów hotelowych) urósł o 11,2 proc. w ujęciu rocznym. Ten wzrost był widoczny we wszystkich państwach Europy Wschodniej, w których Orbis prowadzi działalność.
– To w przeważającej mierze zasługa wyższych cen, ponieważ za 60 proc. tego wzrostu odpowiadają właśnie ceny. Jednocześnie mieliśmy rekordowo wysoką frekwencję – mówi Gilles Clavie.
Hotelowa spółka podkreśla, że w ubiegłym roku sprzyjały jej korzystne warunki gospodarcze w całym regionie, które w połączeniu z nową polityką dystrybucyjną przełożyły się na zwiększoną dynamikę. Ponadto Orbis wprowadził w 2016 roku nową kulturę organizacyjną, uprościł procesy związane z obsługą gości i w hotelach poszczególnych marek wprowadził programy zorientowane na obsługę klientów (Mercure Touch, Novotel Life Genius, ibis New Service Culture oraz Sofitel Value Based Leadership).
Poprzez rozbudowę bazy hotelowej spółka wzmocniła też swoją obecność na polskim rynku. W 2016 roku otworzyła dwa własne hotele: krakowski Mercure Stare Miasto i ibis Stare Miasto w Gdańsku, z których oba mają zielone certyfikaty dla budynków energooszczędnych. Sieć powiększyła się również o hotele w modelu asset light: otwarto siedem nowych obiektów funkcjonujących na zasadach franczyzy, które oferują łącznie prawie 700 nowych pokoi hotelowych.
– Liczba nowych projektów jest duża. Mamy 31 zawartych umów na nowe hotele w naszej sieci. W tej puli znajdują się hotele w dwóch nowych krajach: Estonii oraz Bośni i Hercegowinie. Z pewnością pojawią się kolejne, to jeden z naszych celów na ten rok – mówi Gilles Clavie.
Spółka na początku lutego poinformowała, że rozpoczyna działalność w kolejnym kraju, dodajac hotel w rejonie Sarajewa, w Bośni i Hercegowinie. Obecnie trwa budowa obiektu, którego oddanie planowane jest na wrzesień tego roku. Hotel MGallery by Sofitel Tarcin Forest Resort & Spa będzie funkcjonował na zasadach franczyzy i zaoferuje 55 pokoi oraz 9 willi z prywatnymi ogrodami.
W ubiegłym roku spółka podpisała również 13 umów dotyczących kolejnych otwarć hoteli, zabezpieczając w ten sposób rozwój sieci na najbliższe miesiące. Do 2020 roku w krajach regionu Europy Wschodniej do hotelowej grupy Orbis ma dołączyć wiele nowych obiektów pod markami Novotel, ibis i ibis Styles.
– W portfelu mamy obecnie hotele dziewięciu marek należących do Accor. Z pewnością jego poszerzenie pomogłoby nam w rozwoju, ale musimy dogłębnie analizować możliwości powiększania naszej sieci. Nową marką, która z pewnością pojawi się na rynku, będzie Jo&Joe, w której pokładamy duże nadzieje – mówi Gilles Clavie.
Nowa marka hotelowa w segmencie ekonomicznym Jo&Joe zadebiutowała na rynku pod koniec ubiegłego roku. Do 2020 roku ma powstać 50 obiektów pod tym szyldem, w takich miastach jak Paryż, Bordeaux, Warszawa, Budapeszt, Rio i Sao Paulo. Grupą docelową Jo&Joe jest pokolenie millenialsów, a obiekty sygnowane tą marką będą łączyć w sobie cechy prywatnego aparthotelu, hostelu i hotelu.
Orbis podkreśla, że dąży do optymalizacji portfela swoich hoteli i skupia się na wysoko rentownych inwestycjach. Dlatego w 2016 roku spółka wykupiła na własność dwa dzierżawione dotychczas hotele, a z początkiem tego roku zakończyła kolejną transakcję wykupu pięciu dzierżawionych obiektów. Dzięki tym dwóm transakcjom, których kwota sięgnęła 400 mln zł, Orbis umocnił swoją pozycję w Budapeszcie i zyskał w węgierskiej stolicy 1,6 tys. pokoi hotelowych.
Prezes grupy informuje, że tylko w tym roku na inwestycje związane z utrzymaniem hoteli i dostosowaniem usług do oczekiwań klientów przeznaczonych zostanie około 60 mln zł.
– Kolejne inwestycje będą dotyczyć renowacji i rebrandingu. Przykładem może być ciekawy projekt utworzenia kompleksu Novotel/ibis w Poznaniu. Duży projekt realizujemy również w Budapeszcie, gdzie wykupiliśmy w tym roku pięć hoteli i zaczynamy zmieniać ich ofertę. Nie możemy też wykluczyć, że na rynku pojawią się nowe możliwości. Jeżeli będą one pasowały do naszej strategii, będziemy się w nie angażować – zapowiada Gilles Clavie.
Spółka spodziewa się, że i w tym roku restrukturyzacja, nowa strategia wdrożona trzy lata temu i szereg nowych projektów przyniosą korzyść w postaci dodatnich wyników finansowych. Jednym z głównych celów Orbisu na ten rok jest umacnianie swojej pozycji rynkowej w regionie Europy Wschodniej.
– W 2017 roku chcemy przede wszystkim realizować projekty podjęte w ostatnich miesiącach. Mamy w tym zakresie komfortową sytuację, wszystkie podjęte inicjatywy są stopniowo wdrażane. Spodziewamy się stabilnego wzrostu gospodarczego i korzystnych warunków ekonomicznych we wszystkich krajach, w których jesteśmy obecni. To wszystko, czyli nasze plany rozwoju, wdrażane działania i otoczenie rynkowe, daje dobre perspektywy na przyszłość – mówi Gilles Clavie.
Grupa hotelowa Orbis to największa sieć hoteli w Polsce i w Europie Centralnej. Hotele działają pod markami Sofitel, Pullman, MGallery, Novotel, Mercure, ibis, ibis Styles i ibis budget w 16 krajach Europy Wschodniej. Strategicznym inwestorem Orbisu jest francuska grupa Accor.
Eksperci uważają, że mimo wzrostu gospodarczego niższego od pierwotnych założeń i wyższego deficytu budżetowego niż przewidywano pod koniec ubiegłego roku stosunek tego drugiego do PKB nie powinien przekroczyć 3 proc. Podobnie zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Crédit Agricole, powinno być w 2017 roku. Jednak dla finansów publicznych kluczowy będzie 2018 rok.
– Deficyt sektora finansów publicznych w 2016 roku zaskoczył na minus. Jest znacznie wyższy, niż oczekiwaliśmy, choć jest wciąż poniżej 3 proc. PKB. Wynika to z kilku elementów, ale przede wszystkim z decyzji, które rząd podjął w ostatnich tygodniach dotyczących tego, w jaki sposób będzie zwracał podatek VAT – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole. – Z punktu widzenia rządu najprawdopodobniej było lepiej, tak rząd uznał, te zwroty przeprowadzić właśnie w grudniu, niż przesuwać je na 2017 rok, żeby nie obciążać dochodów tegorocznych.
Do listopada 2016 r. włącznie deficyt budżetowy wyniósł 27,57 mld zł. W ustawie budżetowej przewidziano jego całoroczny poziom na 54,74 mld zł i wydawało się, że uda się osiągnąć wynik znacznie niższy od zakładanego. W samym tylko grudniu dziura budżetowa pogłębiła się jednak o 18,7 mld zł do 46,3 mld zł. To poziom wyższy od tego z 2015 roku o 3,7 mld zł. Był to efekt zwrotu podatku VAT przeprowadzonego w grudniu, w wyniku czego wpływy z tytułu tego podatku były w ostatnim miesiącu roku o połowę niższe niż rok wcześniej. W całym roku udało się zwiększyć wpływy z VAT o 3,5 mld zł.
– Jednocześnie okazało się, że mamy zmianę sposobu rozliczania dochodów z tytułu aukcji na częstotliwości LTE i w związku z tym mamy mniejsze dochody, które musimy rozliczyć w perspektywie 15 lat. Nie uważam, żeby stało się coś dramatycznego, że ten deficyt jest większy, niż oczekiwano – ocenia Borowski. – Ważne jest, żeby ten deficyt kształtował się poniżej 3 proc. PKB, a po drugie, żeby był systematycznie obniżany. Rząd wyraźnie sygnalizuje, że nie chce przekroczyć 3 proc. PKB, bo to by oznaczało procedurę nadmiernego deficytu i konieczność znaczącego ograniczania wydatków w przyszłości.
Aukcja LTE przyniosła ubiegłorocznemu budżetowi 9,2 mld zł od operatorów. Eurostat może jednak zakwestionować wliczenie całości tej kwoty do ubiegłorocznego budżetu i uznać jedynie 1/15 tego dochodu, gdyż w aukcji przyznano częstotliwości na 15 lat. Zdaniem Ministerstwa Finansów nawet jednak w takiej sytuacji deficyt nie przekroczy granicy 3 proc. wartości PKB.
– Ważne jest również to, i to może trochę niepokoić, że ten deficyt nie jest wyraźnie zmniejszany. Dzieje się tak dlatego, że nawet w przypadku deficytu zbliżonego do 3 proc. PKB przy wzroście gospodarczym w okolicach 3 proc., inflacji zbliżonej do 2 proc. i umacniającym się kursie walutowym, najprawdopodobniej rządowi uda się ustabilizować dług publiczny w relacji do PKB. Czyli można powiedzieć, że to jest sytuacja, która trochę usypia ten wysiłek fiskalny – przestrzega ekonomista.
Zaznacza, że deficyt musi być zbijany niejako na zapas, w przewidywaniu gorszych czasów, gdyż balansując tuż poniżej granicy 3 proc., rząd ryzykuje wybicie powyżej tego poziomu w razie jakiegokolwiek wstrząsu na świecie. Jest to niebezpieczne zwłaszcza w obliczu niższego od zakładanego wzrostu gospodarczego.
– Bardzo ważne jest, żeby już od 2018 roku, zgodnie zresztą z deklaracją rządu, ten deficyt ograniczać – postuluje Jakub Borowski. – Spodziewam się, że tegoroczny deficyt będzie nieco poniżej 3 proc. PKB. Kluczem do odpowiedzi na pytanie, jak finanse publiczne będą się prezentować w perspektywie najbliższych lat, będzie 2018 rok. To będzie prawdziwy test intencji fiskalnych rządu, czy rzeczywiście rząd ten deficyt chce ograniczać, czy też dojdzie do wniosku, że przy 3-proc. deficycie i wciąż przyzwoitym 3-proc. wzroście gospodarczym dług publiczny nie narasta, więc może nie warto podejmować takiego wysiłku. To nie byłoby dobre podejście.
Statystyczny pracownik przebywa na zwolnieniu chorobowym kilkanaście dni w roku. Koszty z tym związane, ponoszone zarówno przez ZUS, jak i samych pracodawców, są liczone w miliardach złotych. Inwestycja w opiekę zdrowotną wysokiej jakości jest więc dla pracodawców korzystna z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wynika z badań Medicover, efektywna, dopasowana do potrzeb pracowników opieka pozwala obniżyć koszty związane ze zwolnieniami lekarskimi pracowników. Po drugie, są to najbardziej cenione benefity pozapłacowe, więc firma ma szansę przyciągnąć najlepszych pracowników. Dziś takim rozwiązaniem są zainteresowane już nie tylko duże korporacje.
Z danych ZUS wynika, że w 2015 roku Polacy spędzili na zwolnieniu lekarskim łącznie 266 milionów dni. Oznacza to, że statystycznie każdy pracownik przebywał na chorobowym średnio 16 dni w roku. Koszty z tego tytułu sięgają kilkunastu miliardów złotych rocznie. Ponosi je zarówno ZUS, jak i sami pracodawcy.
Zdaniem Artura Białkowskiego, wiceprezesa Medicover, części kosztów firma może uniknąć dzięki dodatkowym pakietom opieki zdrowotnej. Zapewnienie pracownikom dostępu do profilaktyki i opieki medycznej jest nie tylko popularną formą pozapłacowego benefitu, lecz także pozwala zmniejszyć skalę absencji chorobowych i związanych z nimi kosztów, które ponosi przedsiębiorstwo.
– Dobra, skoordynowana opieka medyczna powoduje, że nawet jeżeli pracownik się rozchoruje, to ma zapewniony szybki dostęp do specjalistów, dzięki czemu unika powikłań i szybciej wraca do zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Artur Białkowski.
Z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia”, opublikowanego przez Medicover, wynika, że koszt choroby pracownika ponoszony przez firmę jest zależny od takich czynników jak częstotliwość i rodzaj dolegliwości, ryzyko powikłań, dostęp do diagnostyki i możliwość szybkiego skorzystania z konsultacji lekarskiej. Badanie pokazało, że w firmach, w których pracownicy byli objęci opieką medyczną Medicover, oszczędności na kosztach choroby wyniosły średnio 623 zł rocznie w przeliczeniu na pojedynczego pracownika.
– To kwota, którą średnio pracodawca oszczędza na kosztach prezenteizmu (nieefektywnej obecności w pracy) i absencji chorobowej każdego z pracowników. W przypadku małych firm oszczędności są jeszcze większe. Przykładowo, jeżeli przedsiębiorstwo zatrudnia osiem osób, a połowa z nich idzie na zwolnienie, to w praktyce oznacza to, że firma nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Kwestia krótszej absencji, szybszego powrotu do zdrowia, utrzymania w lepszym zdrowiu i w lepszej kondycji pracowników jest niezmiernie istotna dla mniejszych przedsiębiorstw – zauważa Artur Białkowski.
Prezenteizm, czyli spadek produktywności w czasie choroby, przekłada się na obniżenie wydajności firmy. Ponadto, pracownicy zapadający na infekcje górnych dróg oddechowych, przychodząc do pracy pomimo choroby, zarażają się nawzajem. Z danych Centralnego Instytutu Ochrony Pracy wynika, że w ciągu ostatniego roku 25 proc. Polaków zaraziło się infekcją od pracowników, którzy pomimo choroby przychodzili do pracy.
Wiceprezes Medicover zauważa, że z roku na rok rośnie liczba firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które zapewniają swoim pracownikom benefity w postaci opieki medycznej. W segmencie MŚP nieobecność pracowników, na przykład w okresie zwiększonej zachorowalności, jest zagrożeniem dla funkcjonowania firmy.
– Obserwujemy wzrost zainteresowania małych i średnich przedsiębiorstw opieką medyczną dla pracowników. Zgłasza się do nas coraz więcej takich firm. W wielu przypadkach osoby, które wcześniej pracowały w dużej firmie, a następnie założyły własny biznes, chcą, żeby opieka medyczna była standardem również w ich biznesie. To możliwe o tyle, że planem medycznym można objąć już mikroprzedsiębiorstwo zatrudniające dwie osoby. Koszt takiej opieki medycznej wraz z medycyną pracy dostępny jest już od 45 zł miesięcznie – mówi Białkowski.
Z badań wynika, że plan opieki medycznej jest nie tylko najpopularniejszym, lecz także najbardziej pożądanym przez pracowników benefitem pozapłacowym. Z badania przeprowadzonego w 2015 roku przez grupę Pracuj.pl wynika, że co czwarty spośród 900 tys. ankietowanych pracowników był objęty przez firmę prywatną opieką medyczną. Z kolei w raporcie „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników w 2015 roku”, opracowanym przez Sedlak & Sedlak, blisko połowa (48 proc.) przedsiębiorstw zadeklarowała finansowanie pracownikom opieki zdrowotnej w ramach dodatkowego pakietu. Takie świadczenie okazało się również najbardziej pożądanym benefitem dla 51 proc. pracowników. Zdecydowana większość zadeklarowała, że byłaby skłonna dołożyć pewną kwotę z własnych zarobków, żeby rozszerzyć zakres specjalistycznej opieki medycznej.