Tradycyjny handel się zmienia. Zamiast długoletnich umów marki decydują się na współdzielenie sklepów i kilkumiesięczne najmy

Tradycyjny handel się zmienia. Zamiast długoletnich umów marki decydują się na współdzielenie sklepów i kilkumiesięczne najmy 1

Rosnąca siła nabywcza polskich konsumentów i nowe galerie handlowe powodują, że na krajowym rynku chce debiutować coraz więcej zagranicznych marek. Model pop-up pozwala im sprawdzić potencjał rynku bez dużych inwestycji w nowe sklepy, np. wynająć powierzchnię tylko na kilka tygodni lub miesięcy albo współdzielić sklep z innymi markami. To rozwiązanie, zaczerpnięte z zachodnich rynków handlowych, zdobywa w Polsce coraz większą popularność. 

Rynek pop-up dopiero się rozwija. Tradycyjne umowy najmu w centrach handlowych opiewają na pięć, dziesięć, a czasami nawet na piętnaście lat. My upraszczamy i ułatwiamy ten proces. Poprzez naszą platformę przedsiębiorcy i marki mogą znaleźć sklep, zawrzeć kontrakt i dokonywać płatności. Ułatwiamy wejście na dany rynek zarówno początkującym markom, jak i dużym, międzynarodowym brandom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leon Goldwater, prezes We Are Pop Up.

Założona cztery lata temu brytyjska platforma jest jedną z największych sieci networkingowych, która skupia tysiące marek odzieżowych, spożywczych i urodowych, kontaktując je z właścicielami sklepów i nieruchomości komercyjnych. Umożliwia wynajęcie powierzchni handlowej w elastycznym modelu, w którym zarówno metraż, jak i okres wynajmu są ściśle dopasowane do potrzeb danej marki.

Pomagamy przedsiębiorcom, markom i właścicielom nieruchomości kontaktować się ze sobą. To rodzaj Airbnb, tyle że dla branży handlowej. Za pomocą platformy pomagamy przedsiębiorcom znaleźć odpowiednią lokalizację w dowolnym kraju – wyjaśnia Leon Goldwater.

Brand, który chce rozpocząć działalność na rynku lokalnym albo zagranicznym, nie musi podpisywać wieloletniej umowy najmu i otwierać nowego sklepu. Za pośrednictwem We Are Pop Up ma możliwość dopasowania szytej na miarę powierzchni handlowej i otworzenie butiku w modelu pop-up. Przykładowo, może wynająć powierzchnię handlową na okres kilku tygodniu lub kilku miesięcy, albo zamiast całego butiku wynająć część przestrzeni w sklepie multibrandowym.

Istniejące placówki mogą wystawić na platformę część swojej powierzchni i stworzyć na niej odrębną przestrzeń dla innej marki. To jak tworzenie minidomu towarowego. Międzynarodowa marka może wynająć półkę, ścianę albo wieszak w sklepie bez wielkich inwestycji, ponieważ to właściciel sklepu będzie tym zarządzać – mówi Leon Goldwater.

Pop-up retail to w Polsce stosunkowa nowość, zaczerpnięta z zachodnich rynków. W Wielkiej Brytanii działa około 10 tys. sklepów w modelu pop-up, a Centre for Economics and Business Research szacuje, że w ubiegłym roku ten rynek wzrósł o 12,3 proc. i był wart w sumie ponad 2 mld funtów. Sklepy pop-up mogą funkcjonować na danym rynku tylko tymczasowo albo spełniać funkcję pilotażową w przypadku, w którym dany brand chce przetestować potencjał nowego rynku.

Od początku działania platformy w 2013 roku klienci wynajęli za jej pośrednictwem ponad tysiąc sklepów typu pop-up na brytyjskim i europejskim rynku.

Zaczynamy bardzo aktywnie działać w Polsce. Chcemy dać do ręki narzędzia młodym przedsiębiorcom, ale również międzynarodowym markom z branży spożywczej, gastronomicznej czy modowej, tak aby mogły wejść do Polski, znaleźć właściwe centrum handlowe albo sklep w konkretnej lokalizacji i wynająć powierzchnię na krótki okres – mówi Leon Goldwater.

Zdaniem prezes We Are Pop Up Polska jest bardzo perspektywicznym rynkiem, na którym dynamicznie rozwijają się zagraniczne sieci handlowe. Rośnie też siła nabywcza Polaków, a dobrą kondycję rodzimego rynku nieruchomości handlowych oddają statystki: tylko w ubiegłym roku na rynek trafiło 470 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej.

Uważamy Polskę za bramę do rynków Europy Środkowo-Wschodniej. Tu chcemy zacząć, a potem rozszerzać działalność na sąsiednie kraje – mówi Leon Goldwater.

Z podsumowania specjalizującej się w nieruchomościach firmy doradczej JLL wynika, że miniony rok był rekordowy dla rynku nieruchomości handlowych. W Polsce zadebiutowało 17 nowych zagranicznych brandów. Całkowita podaż powierzchni handlowej wynosi obecnie 13,4 mln mkw. W 2016 roku oddano do użytku prawie 0,5 mln mkw. nowej powierzchni, z czego większość (336 tys. mkw.) przypadła na 14 nowo otwartych centów handlowych. Jak podaje JLL, w Polsce jest obecnie 406 takich obiektów. Pozostała powierzchnia przypada na parki handlowe i centra wyprzedażowe.

– Polski rynek jest ogromny. Jest tu mnóstwo centrów handlowych, a konsumenci szukają w nich nowych doświadczeń. Te centra dążą do tego, by być pierwszym wyborem dla klientów i starają się wyróżnić na tle konkurencji. Potrzebują do tego nowych koncepcji handlowych i nowych marek. Dzięki naszej platformie mogą się stać inkubatorami tych nowych pomysłów – uważa Leon Goldwater.

W branży outsourcingu i usług dla biznesu co roku przybywa 20 tys. miejsc pracy. Firmy coraz częściej sięgają po pracowników 50+

W branży outsourcingu i usług dla biznesu co roku przybywa 20 tys. miejsc pracy. Firmy coraz częściej sięgają po pracowników 50+ 2

Branża outsourcingu i nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce rośnie coraz szybciej. W kraju działa już ponad 930 nowoczesnych centrów, a roczny wzrost zatrudnienia w nich szacuje się na 20 tys. miejsc pracy. Pracodawcy coraz chętniej sięgają po pracowników z grupy wiekowej 50+. Ze względu na rozwój wielojęzykowych hubów potrzebni są przede wszystkim specjaliści z dobrą znajomością języków obcych.

Szukamy dużej liczby pracowników i specjalistów. W tym roku, podobnie jak w latach ubiegłych, będzie to dla nas największe wyzwanie. Na pewno obecny rynek należy do pracownika i staramy się dostosować do tych realiów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Szul, country manager w Transcom Worldwide Poland.

Pod względem zatrudnienia w usługach świadczonych dla biznesu Polska jest liderem w Europie (3. miejsce globalnie). Fundacja Pro Progressio ocenia, że roczny wzrost zatrudnienia w branży nowoczesnych usług dla biznesu i outsourcingu wynosi ok. 20 tys. Z badania „Plany pracodawców” przeprowadzonego przez Randstad wśród 1 tys. firm wynika, że ten sektor ma najbardziej ambitne plany dotyczące wzrostu zatrudnienia.

Z danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) wynika, że w Polsce działa 936 centrów usług wspólnych, które zatrudniają łącznie 212 tys. osób. Szacunki mówią, że do 2020 roku zatrudnienie w sektorze znajdzie 300 tys. pracowników.

Zapotrzebowanie na pracowników rośnie, a biorąc pod uwagę statystyki demograficzne i sytuację na rynku, musimy sięgać po wszelkie możliwe zasoby. Potencjalną grupą dobrych pracowników są osoby w wieku 50+, na których w najbliższych kilku latach będziemy bazować i o nie będziemy rozszerzać nasze zespoły – podkreśla Marek Szul.

W Transcom Worldwide zatrudnienie osób powyżej 50 roku życia rośnie w tempie dwucyfrowym rok do roku. Firma szacuje, że w Polsce liczba pracowników z tej grupy wiekowej może się podwoić do końca tego roku.

Popyt na te osoby i podaż są na tyle duże, że tylko w naszej firmie od 2010 roku zatrudnienie osób w tej grupie wiekowej rośnie rok do roku o 20 proc. Mamy obecnie naprawdę dużą grupę osób zadowolonych z pracy i są wśród swojej grupy wiekowej świetnymi ambasadorami naszego sektora – mówi Marek Szul.

Przewagą tej grupy pracowników są ich kompetencje miękkie, doświadczenie, odpowiedzialność, zaangażowanie i przywiązanie do miejsca pracy. Dane resortu pracy, na które powołuje się Transcom Worldwide Poland, wskazują, że odsetek zatrudnionych wśród osób powyżej 50 roku życia wynosi ok. 30 proc., jednak do 2020 roku ma się zwiększyć do 40–50 proc.

Dotychczas firmy z branży poszukiwały głównie osób młodych ze względu na ich kompetencje językowe. We wszystkich centrach działających w Polsce usługi są świadczone w 40 różnych językach. Dla pracodawców znajomość języka obcego często jest cenniejsza niż doświadczenie zawodowe.

Liczą się zarówno języki krajów nearshore’owych, z naszego regionu, jak Niemcy, Czechy, Słowacja, popyt jest także na języki rosyjski i ukraiński. Ogromne zapotrzebowanie w następnych latach na pewno będzie na języki z Europy Zachodniej – francuski, hiszpański, niemiecki, angielski. Polska odnalazła się na mapie outsourcingu jako świetne miejsce do rozwijania tzw. multilingua hubów, gdzie świadczone są usługi na wszystkie rynki europejskie – tłumaczy Szul.

Z Raportu płacowego 2017 przygotowanego przez Hays Poland wynika, że 25 proc. firm najbardziej potrzebuje kompetencji językowych. Co piąta podkreśla, że wśród wyzwań związanych ze znalezieniem odpowiedniej kadry istotnym jest pozyskanie pracowników ze znajomością języków obcych. Coraz większe znaczenie ma język niemiecki. Pracowników mówiących w tym języku potrzebuje ok. 75 proc. inwestorów lokujących swoje centra w Polsce.

Na potrzeby projektów obcojęzycznych będziemy poszukiwać osób ze znajomością języka niemieckiego, francuskiego i podobnie jak w poprzednich latach – języka angielskiego – przyznaje dyrektor Transcom Worldwide Poland.

Na znaczeniu zyskują również portugalski, włoski, niderlandzki oraz języki skandynawskie. Z raportu ABSL wynika, że osoby ze znajomością języków mogą liczyć na znacznie wyższe wynagrodzenia w przypadku języka niemieckiego czy francuskiego rozpiętość stawek bonusów językowych wynosi od 500 do 1000 zł, a przy językach skandynawskich, fińskim czy niderlandzkim nawet 800–1500 zł.

Banki prześcigają się w innowacjach. Za 5 lat 90 proc. klientów będzie korzystać z bankowych aplikacji mobilnych

Banki prześcigają się w innowacjach. Za 5 lat 90 proc. klientów będzie korzystać z bankowych aplikacji mobilnych 3

Z aplikacji mobilnych do zarządzania finansami w 2018 roku będzie korzystać już 7,5 mln Polaków. Coraz więcej banków wprowadza też uwierzytelnianie oparte na biometrii. Największym wyzwaniem dla tradycyjnej branży finansowej są jednak fintechy, które mogą przejąć nawet jedną trzecią światowego rynku. Z drugiej strony nowe technologie i innowacje w finansach to szansa na rewolucję w bankowości.

– Liczba użytkowników bankowości internetowej rosła przez ostatnich 6–7 lat. Obecnie mają do niej dostęp prawie wszyscy klienci banków, więc ten trend wzrostowy wyhamował. Dostęp do aplikacji mobilnej banku ma w tej chwili około 5 milionów Polaków. Spodziewamy się, że w przyszłym roku będzie ich już około 7,5 miliona. W ciągu najbliższych pięciu lat około 90 proc. klientów będzie miało dostęp do bankowości z poziomu aplikacji mobilnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bialer, dyrektor departamentu kanałów zdalnych eurobanku.

Z danych Związku Banków Polskich wynika, że na koniec trzeciego kwartału ubiegłego roku liczba indywidualnych klientów, którzy mają dostęp do bankowości internetowej, przekroczyła 33 mln. To oznacza prawie 9-proc. wzrost rok do roku. Z tego kanału aktywnie korzysta 15,3 mln Polaków. Już w połowie ubiegłego roku ZBP zwrócił uwagę na to, że ten rynek stopniowo ulega nasyceniu i nie należy się spodziewać na nim większych zmian. Odwrotnie niż w przypadku bankowości mobilnej. Za pośrednictwem smartfona zarządza swoim kontem ponad 5 mln Polaków, a co roku przybywa około 2 mln nowych klientów, którzy aktywnie korzystają z tego kanału dostępu.

Korzystanie z aplikacji mobilnych jest bardzo popularne szczególnie w młodszych grupach wiekowych. Nie są to wyłącznie aplikacje social mediowe, ale też szereg innych. Chcemy, żeby znalazły się wśród nich również aplikacje finansowe. Młodzi klienci korzystają z nich bardzo często: znacznie częściej logują się do aplikacji mobilnych niż do bankowości internetowej – mówi Michał Bialer.

Z opublikowanego w ubiegłym roku raportu „Lojalność klientów banków detalicznych” autorstwa Brain & Company wynika, że ponad połowa (55 proc.) klientów tradycyjnej bankowości korzysta jednocześnie z kilku kanałów dostępu, takich jak bankowość mobilna, online albo infolinia. Dyrektor departamentu kanałów zdalnych eurobanku zwraca uwagę na to, że omnikanałowość od dłuższego czasu jest trendem rozwijanym przez sektor bankowy.

Omnikanałowość to zapewnienie klientowi wszystkich usług w różnych kanałach, tak aby były one ze sobą spójne. Klient może rozpocząć operację w contact center, zakończyć ją w aplikacji mobilnej albo pójść do oddziału, gdzie doradca będzie wiedział, że miał on już interakcję z bankiem w danym temacie – mówi Michał Bialer.

Z ubiegłorocznych badań przeprowadzonych na zlecenie Visa wynika, że 86 proc. Polaków uważa banki za instytucje najbardziej godne zaufania w zakresie usług biometrycznej autoryzacji płatności. Zaufanie do banków jest niemal trzykrotnie wyższe niż do instytucji rządowych. Trzy czwarte (72 proc.) Polaków deklaruje, że chce korzystać z uwierzytelniania biometrycznego przy dokonywaniu płatności. Większość uważa czytniki linii papilarnych za najwygodniejsze rozwiązanie – wynika z badań Visa.

Rozwiązania oparte na biometrii wprowadziło już wiele polskich banków. Logowanie kciukiem do aplikacji mobilnej jest możliwe również m.in. w Citi Handlowym, Banku Millennium i PKO BP.

Eurobank planuje w najbliższym czasie udostępnić logowanie biometryczne dla użytkowników Androidów. Klienci, którzy mają zainstalowaną aplikację mobilną na telefonie z tym systemem, będą mogli się logować do swojego konta za pomocą odcisku kciuka. Obecnie taką możliwość mają już klienci eurobanku z systemem iOS (w urządzeniach Apple’a).

Nowym trendem jest biometria głosowa. Banki zaczęły testować biometrię głosową w celu zautoryzowania klienta w contact center. Wystarczy kilka słów i dzięki rozpoznaniu głosowemu klient jest zweryfikowany. Klient nie musi zatem odpowiadać na standardowe pytania weryfikacyjne. Biometria może mieć zastosowanie zarówno w aplikacji mobilnej, w contact center, jak i w oddziałach – można wprowadzić opcję podpisów biometrycznych. Natomiast wiąże się to z bardzo dużymi nakładami finansowymi, przy braku większych, rzeczywistych ułatwień dla klientów – mówi Michał Bialer.

Jednym z najważniejszych trendów w sektorze finansowym jest w tej chwili tzw. customer centric, czyli podejście, które stawia klienta w centrum uwagi. Konsument ma mieć zapewniony możliwie jak najwygodniejszy dostęp do usług finansowych, a jego kontakt z bankiem ma się opierać wyłącznie na przyjemnych i bezproblemowych doświadczeniach.

Kolejnym ważnym kierunkiem jest dyrektywa PSD2 i fintechy, czyli możliwość otwartego bankowania. Współpraca i uniknięcie rywalizacji z fintechami to dla banków duże wyzwanie i szansa na dostarczanie klientom nowych usług w obszarze finansów digital – mówi Michał Bialer.

Z opublikowanego ostatnio raportu „Sektor finansowy coraz bardziej fintech” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że prawie dwie trzecie (57 proc.) klientów banków jest skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. Fintechy mogą w nadchodzących latach przejąć do 33 proc. światowego rynku usług finansowych – prognozuje PwC. Jednym z czynników, który na to wpłynie, będą nowe unijne regulacje, w tym uchwalona w 2015 roku dyrektywa PSD2. Nowe przepisy mają na nowo uregulować rynek usług płatniczych, uwzględniając rozwój nowych podmiotów i digitalizację branży finansowej w ostatnich latach. W styczniu odbyło się pierwsze posiedzenie powołanego przez Komisję Nadzoru Finansowego specjalnego zespołu ds. rozwoju innowacji finansowych, który ma zadbać o rozwój fintechów na polskim rynku.

Gospodarka przyspiesza, więc rośnie popyt na ropę. To wymusi nowe inwestycje w wydobycie surowca

Gospodarka przyspiesza, więc rośnie popyt na ropę. To wymusi nowe inwestycje w wydobycie surowca 4

O ile w ubiegłym roku zapotrzebowanie na ropę wzrosło o 1,3 mln baryłek dziennie, o tyle w tym roku prognozy mówią o wzroście o 1,6 mln – mówi Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen. Wzrost ten związany jest z przyspieszeniem globalnej gospodarki, wraz z nim rośnie popyt na surowce potrzebne do produkcji. To wymusi nowe inwestycje w projekty wydobywcze.

– Zapowiadana redukcja podaży ze strony krajów OPEC jest konsekwentnie wdrażana. Oczekuje się, że osiągnie ona poziom prawie miliona baryłek dziennie w najbliższych trzech miesiącach, a w kolejnych dwóch będzie trochę mniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen.

Pod koniec listopada państwa OPEC zgodziły się na ograniczenie wydobycia ropy naftowej o 1,2 mln baryłek dziennie. Ze swojej strony ograniczenie zadeklarowała także część producentów spoza kartelu, m.in. Rosja. Łącznie podaż miałaby spaść o 1,4 mln baryłek dziennie. Jak podaje OPEC, w styczniu zrealizowano 90 proc. planu cięć. Dzięki samej informacji o porozumieniu ropa zaczęła drożeć i dziś kosztuje o ponad 20 dolarów więcej niż w listopadzie.

– Po drugiej stronie możemy zauważyć reakcję amerykańskiego wydobycia na wyższe ceny w postaci zwiększenia produkcji. Ten trend rozpoczął się praktycznie po zapowiedzi OPEC o redukcji. To zrównoważyło trochę rynek – mówi Czyżewski. – Jednocześnie należy odnotować silny wzrost popytu na ropę. W zeszłym roku był to poziom 1,3 mln baryłek dziennie, w tym roku się spodziewamy 1,6 mln, a w kolejnym  – 1,7 mln. Jest to związane z oczekiwanym przyspieszeniem gospodarki globalnej.

Wzrost cen surowca spowodował ponowny przyrost liczby odwiertów w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, bo wydobycie znów zaczęło być opłacalne. Zdaniem głównego ekonomisty PKN Orlen inwestycje w projekty wydobywcze muszą być kontynuowane ze względu na wzrost popytu przy ograniczeniu podaży. Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o ile w 2016 roku globalnie gospodarka wzrosła o 3,1 proc., o tyle w latach 2017 i 2018 będzie to już odpowiednio 3,4 proc. oraz 3,6 proc.

– Amerykańska produkcja rośnie w związku z inwestycjami w projekty wydobywcze. To konieczne, bowiem z powodu wyczerpywania się już eksploatowanych zasobów z danego odwiertu wypływa coraz mniej ropy. Tempo tego ubytku w globalnych zasobach, którymi operujemy, to około 2,5 mln baryłek dziennie. Żeby zaspokoić dodatkowy popyt na 1,5 mln baryłek dziennie, trzeba więc wydobyć 4 mln baryłek dziennie nowej ropy – tłumaczy Adam Czyżewski. – A ponieważ inwestycje w okresie spadku cen ropy w dużym stopniu zostały wstrzymane, teraz muszą ruszyć, bo przyrost popytu na nową ropę jest dwukrotnie większy niż przyrost popytu na paliwa.

P. Kuczyński: Grexit w ostatecznym rozrachunku mógłby być korzystny i dla Grecji, i dla euro

P. Kuczyński: Grexit w ostatecznym rozrachunku mógłby być korzystny i dla Grecji, i dla euro 5

Ważą się losy wypłaty kolejnej transzy pieniędzy z programu pomocowego dla Grecji. Mimo trudnych negocjacji wydaje się, że Troika skłoniła ostatecznie Grecję do przyjęcia reform emerytalnych i podatkowych, których warunki będą jeszcze ustalane. Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion uważa, że to strata pieniędzy.

– Panuje ogólne przekonanie, że gdyby nastąpił grexit, gdyby rzeczywiście Grecja opuściła strefę euro, to byłaby to katastrofa, efekt domina. Nie przypuszczam, żeby tak było. Myślę, że większość graczy rynkowych i nie tylko rynkowych, również graczy na polu gospodarczym, ma już wliczone w koszty to, że wcześniej czy później Grecy albo opuszczą strefę euro, albo ich dług zostanie gwałtownie zredukowany, bo trzeciej możliwości nie ma – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Problemem w rozmowach była kwestia kolejnych reform, których Międzynarodowy Fundusz Walutowy, tworzący Troikę wraz z EBC i KE, domagał się od rządu w Atenach. Chodzi o wyższe podatki i niższe emerytury. Grecy, którzy zaciskają pasa od siedmiu lat, nie chcieli się zgodzić na takie rozwiązanie, które obok restrukturyzacji zadłużenia było warunkiem udziału MFW w trzeciej transzy pomocy dla Grecji. Z kolei na brak uczestnictwa MFW ani na redukcję greckiego długu nie chciały się zgodzić Niemcy.

MFW twierdzi, że nie ma wyjścia: grecki dług musi być zredukowany. Tym razem jeszcze Fundusz przyłączy się do dopłaty dla Grecji, ale to chyba już ostatni raz. Ostatnio przedstawiciele Funduszu mówili, że bez redukcji długu nie będą się do tego przyłączali – przypomina Kuczyński. – Jest potężny opór ze strony Niemiec, ze strony ministra finansów Wolfganga Schäuble’a. Myślę, że jakieś rozstrzygnięcia będą po wyborach, jeżeli Schäuble przestanie być ministrem.

I choć przedstawiciele MFW upierają się, że obie nogi – reformy greckiego rządu i restrukturyzacja długu – są równie ważne, a premier Grecji wręcz stwierdził, że za każde euro oszczędności poczynionych przez Grecję będzie odjęte od greckiego długu, wygląda na to, że ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły.

Piotr Kuczyński uspokaja, że dla Polski nawet ewentualny grexit nie będzie miał żadnego znaczenia, podobnie jak dla innych dużych gospodarek. Ewentualne reakcje rynkowe trwałyby najwyżej kilka dni. Natomiast mogłoby to mieć długofalowe konsekwencje zarówno dla Grecji, jak i dla samej europejskiej waluty. Zdaniem analityka w ostatecznym rozrachunku byłyby one pozytywne.

Dla rynku walutowego oznaczałoby to umocnienie euro. Bo jeżeli strefę euro opuszcza słaby członek, to na logikę, wspólna waluta powinna się umocnić. Oczywiście, na początku zapewne byłyby duże wahania, bo tak zazwyczaj bywa – zastrzega główny analityk DI Xelion. – Niewykluczone, że euro straciłoby na początku, ale docelowo nastąpiłoby umocnienie, co jest dobre dla złotego. Pod warunkiem że Marine Le Pen nie wygra wyborów we Francji – wtedy na Grecję w ogóle nikt nie będzie patrzył, bo to Francja stanie się ważna.

Opuszczenie strefy euro znacznie większe piętno odcisnęłoby na samej Grecji, która musiałaby przyjąć inną walutę. Mówiło się nawet o sondowaniu, czy nie mógłby to być dolar, jednak najprawdopodobniej skończyłoby się na powrocie do drachmy, która zaczęłaby tracić na wartości. Wraz z nią topniałyby oszczędności i dochody samych Greków.

Grecy chcą zostać w strefie euro. Boją się tego, co mogłoby się stać po jej opuszczeniu. Rzeczywiście, to by oznaczało kilka lat potężnych problemów. Drachma byłaby potężnie zdewaluowana, czyli wartość ich portfeli i ich zamożność gwałtownie by spadła – tłumaczy Piotr Kuczyński. – Myślę, że parę lat, na pewno 23 lata będą bolesne, a potem z drachmą byłoby im lepiej niż z euro.

Na razie jednak wygląda na to, że znów udało się osiągnąć konsensus i kolejna transza z wartego maksymalnie 86 mld euro pakietu popłynie do Aten na spłatę kolejnych długów. Inaczej kraj w lipcu zostałby bez pieniędzy, bo z racji ratingów jest nieobecny na rynku dłużnym. W ostatnim dniu lutego inspektorzy Troiki wracają do Aten, by ocenić postępy reform. Według Piotra Kuczyńskiego kolejny zastrzyk pieniędzy to nie jest recepta na kulejące finanse kraju.

– Dopóki MFW nie odmówi i Schäuble nie zmieni zdania, to będą dyskusje, potem porozumienie, znowu wypłata kolejnej transzy i znowu przedłużenie życia Grecji w strefie euro. Według mnie jest to bezsensowne działanie i strata pieniędzy – ocenia Piotr Kuczyński. – I myślę, że większość ludzi na rynkach to wie.

Mentoring zyskuje na popularności. Korzysta z niego coraz więcej korporacji i przedsiębiorców

Mentoring zyskuje na popularności. Korzysta z niego coraz więcej korporacji i przedsiębiorców 6

Mentoring to skuteczne narzędzie zarządzania zasobami ludzkimi. Jest powszechnie stosowany na Zachodzie, a z programów opartych na jego podstawowych założeniach, czyli dzieleniu się wiedzą i otaczania opieką osób stawiających pierwsze kroki w biznesie, korzysta większość globalnych korporacji z listy Fortune 500. W Polsce zjawisko to dopiero zyskuje na popularności. Najczęściej wykorzystują go oddziały zachodnich firm, które przykład zaczerpnęły z centrali.

Mentoring jest specyficzną relacją opartą na silnym wsparciu osoby doświadczonej, która ma wiedzę i chce się nią podzielić z kimś, kto dopiero stawia pierwsze kroki i potrzebuje merytorycznego impulsu do wdrożenia swojego projektu w życie. To także potężne narzędzie wymiany spostrzeżeń, ocen, ważna podpowiedź dla przedsiębiorców i pracowników – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Wierzbowska, prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet. – Mentoring pomaga wyłonić pewne cechy danej osoby, które potem ułatwiają jej odnalezienie właściwej przestrzeni w strukturze firmy. Wskazuje zdolności przywódcze, ujawnia potrzebę pracy nad wzmocnieniem poczucia własnej wartości, a wszystko to przekłada się później na tzw. byt zawodowy.

Nowoczesny mentoring jest coraz powszechniejszą praktyką. Umożliwia rozwijanie i odkrywanie potencjału pracowników dzięki zidentyfikowaniu ich mocnych stron, nakreśleniu jasnych celów i wsparciu osoby bardziej doświadczonej. Mentoring opiera się na długotrwałej relacji pomiędzy uczniem (w tym przypadku mentee) a nauczycielem (mentorem).

Często mentoring jest relacją długofalową. Trwa przynajmniej kilka miesięcy i sprowadza się do kilkugodzinnych sesji w wyznaczonych odstępach czasu. Na początku relacji należy ustalić wzajemne oczekiwania i cele. Określić, co uczestnicy chcą wynieść z relacji mentoringowych i w jakich warunkach zgadzają się pracować, jak często będą się odbywać sesje i kto jest odpowiedzialny za narzucenie kalendarza i pewnego zakresu działań mówi Katarzyna Wierzbowska.

W procesie mentoringowym, który trwa zwykle od kilku miesięcy do nawet dwóch lat, osoba bardziej doświadczona, o większej wiedzy i kompetencjach wspiera pracownika, który ma mniejsze doświadczenie albo dopiero rozpoczyna pracę w organizacji.

– W dużych firmach osoby na wyższych stanowiskach wprowadzają w arkana pracy osoby mniej doświadczone. Taki wewnętrzny mentoring jest oczywiście korzystny dla korporacji, które korzystają z potencjału ludzkiego, żeby rozwijać pracowników niższego szczebla – mówi Katarzyna Wierzbowska.

Mentoring jest powszechny zwłaszcza na Zachodzie, gdzie wykorzystują go nie tylko duże firmy i korporacje, lecz także organizacje publiczne i pozarządowe. Fundacja Polski Instytut Mentoringu podaje, że w 35 stanach USA w instytucjach edukacyjnych wymagane są programy mentorskie dla nowo zatrudnianych nauczycieli i kierowników, a stosowanie mentoringu w organizacjach publicznych oficjalnie reguluje podpisany trzy lata temu dekret prezydencki. Mentoring wykorzystuje ponad 70 proc. największych firm z listy Fortune 500, w szczególności tych, których biznes opiera się na wiedzy.

W Polsce mentoring nie jest jeszcze aż tak popularny. Wykorzystują go zwłaszcza oddziały dużych firm i globalnych korporacji, które przykład zaczerpnęły z centrali. Prezeska Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet zauważa jednak, że w ostatnich latach na rynku odnotowano istny wysyp programów mentoringowych.

Powoli tworzą się lokalne inicjatywy, nie tylko wewnątrz organizacji, lecz także łączące również ludzi, którzy na co dzień ze sobą nie pracują. Przykładem jest mentoring doświadczonych przedsiębiorców wobec początkujących, którzy dopiero rozpoczynają własny biznes – mówi Wierzbowska.

Jak podkreśla, mentoringowi powierzono jeszcze jedno ważne zadanie – ma szansę uaktywnić w przedsiębiorcach potrzebę usystematyzowanego nawyku wspierania debiutantów na rodzimym rynku, przechodzenia z nimi ścieżki analizy koncepcji i modyfikowania jej na określonym etapie, dzięki wspólnej  ocenie potencjalnych zagrożeń i kreśleniu mapy odbiorców pomysłu.

Fundacja Przedsiębiorczości Kobiet prowadzi program mentoringu biznesowego, który łączy doświadczone menadżerki z dużych korporacji, właścicielki przedsiębiorstw i kobiety sukcesu z tymi, które dopiero stawiają pierwsze kroki na ścieżce biznesowej i zakładają swoje debiutanckie firmy.

Mentorka nie ma żadnego interesu zawodowego w tym, żeby wspierać początkującą założycielkę firmy. Robi to bezinteresownie, społecznie albo charytatywnie. Sama także wiele zyskuje, na pewno czerpie satysfakcję, uczestnicząc w procesie przekazywania wiedzy, wspierania kogoś mniej doświadczonego – wymienia Katarzyna Wierzbowska.

Prezes Fundacji podkreśla, że rola współpracy mentorka – mentee jest w tym przypadku nie do przecenienia i przynosi korzyści każdej ze stron.

Jednoczenie kobiet wokół inicjatyw przekładających się na komfort ich życia, m.in. definiowanie potrzeb i rozbudzanie umiejętności wykorzystywania potencjału wewnętrznego, mapowanie ścieżek rozwoju oraz uaktywnianie motywacji dzięki relacji mentorka–mentee, zyskuje zasłużoną wartość i myślę, że wiele zmieni w tzw. przyszłości biznesowej, a także w edukacji technologicznej kobiet – podkreśla Wierzbowska.

Relacje między mentorem a jego podopiecznym często nie kończą się po wygaśnięciu programu mentoringu i trwają dłużej, przybierając bardziej indywidualny charakter. Natomiast mentorzy niejednokrotnie dają z siebie więcej, niż wymaga tego program, dzielą się swoimi prywatnymi kontaktami albo przekierowują mentee do bardziej doświadczonych osób.

– Ponieważ mentoring daje bardzo dobre efekty i wspiera rozwój osobisty, to wydaje się, że jest skazany na sukces. Coraz więcej osób publicznie się chwali tym, że ma swoje mentorki albo że prowadzi kogoś w relacji mentoringowej. Myślę więc, że będziemy obserwować coraz więcej tego typu procesów w Polsce – prognozuje Katarzyna Wierzbowska.

Polityka znów zaczyna rządzić nastrojami rynkowymi

Inwestorzy wstrzymują już oddech przed jutrzejszym wystąpieniem prezydenta Stanów Zjednoczonych w amerykańskim Kongresie. Propozycje budżetowe Donalda Trumpa będą najprawdopodobniej zawierać silne zwiększenie wydatków na obronność oraz ostre cięcia funduszy przeznaczanych na agencje federalne, m.in. Agencję Ochrony Środowiska. Natomiast wg Sekretarza Skarbu, Stevena Mnuchina nie będzie jednak zmian w takich kluczowych programach, jak Social Security (ubezpieczenia społeczne) czy Medicare (zdrowie). Kluczowe dla rynków finansowych ma być odniesienie się prezydenta do szczegółów, ogłoszonego w pierwszej połowie lutego, „fenomenalnego” planu podatkowego czy ogłoszonego już podczas kampanii wyborczej planu wydatków infrastrukturalnych.

Zwiększa się sondażowa przewaga niezależnego kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona nad republikaninem Francois Fillonem. Obaj kandydaci przegrywają jednak w sondażach z liderką Frontu Narodowego, Marine Le Pen. Oczywiście chodzi tu o pierwszą turę wyborów, bo w drugiej turze wg sondaży Le Pen przegrałaby z oboma kandydatami i to sporym stosunkiem 2 do 3. Natomiast jak pokazuje przykład Brexitu czy wyborów Donalda Trumpa, jej przegrana wcale nie jest przesądzona. Dlatego też, im bliżej wyborów we Francji, tym bardziej może rosnąć awersja do ryzyka, która może ciążyć na wycenie euro, francuskich obligacji czy europejskich indeksów giełdowych. W dniu dzisiejszym jednak euro zyskuje wsparte najlepszym od 2011 roku odczytem indeksu nastrojów w gospodarce, który wyniósł 108 punktów. Para EURUSD zyskuje 0,4 proc., handlując w pobliżu poziomu 1,0600, a para EURGBP rośnie 0,6 proc., handlując w pobliżu poziomu 0,8530. Euro pozostaje natomiast neutralne w stosunku do polskiego złotego, a para EURPLN handluje w pobliżu poziomu 4,31.

Funt brytyjski traci 0,3 proc. do dolara i handluje w pobliżu poziomu 1,2400 po weekendowych publikacjach prasowych, wskazujących na to, iż rząd brytyjski przygotowuje się na ewentualność ogłoszenia drugiego referendum niepodległościowego w Szkocji. Również zbliża się termin głosowania w Izbie Lordów nad wszczęciem tzw. procedury Brexitu, które odbędzie się najprawdopodobniej za ok. 2 tygodnie. Funt brytyjski traci również 0,7 proc. do złotego, a para GBPPLN handluje w pobliżu poziomu 5,05.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Najistotniejsze zmiany czekające branżę telekomunikacyjną w 2017 r.

Od połowy czerwca stawki za roaming w Unii Europejskiej będą zrównane z krajowymi. Do 2020 roku wartość rynku inteligentnych rozwiązań dla domu wzrośnie do 100 mld dolarów. Operatorzy komórkowi łączą siły z twórcami usług OTT i nowoczesnych aplikacji. W branży telekomunikacyjnej coraz częściej mówi się o standardzie 5G, ale zdaniem ekspertów najwcześniej zacznie on obowiązywać w 2020 roku – takie wnioski płyną z opracowania ekspertów EY „W erze gigabitu”.

Inteligentne rozwiązania

Telewizory 3D, moduły identyfikacji abonentów dla rodzin oraz usługi Over-The-Top (OTT), czyli aplikacje instalowane na urządzenia konsumenckie to technologie, które dynamicznie rozwijały się w ostatniej dekadzie. Według badania Juniper Research, w 2020 roku wydatki konsumentów na inteligentne rozwiązania w domu takie jak rozrywka, zdrowie, energia, automatyka osiągną wartość 100 mld USD. To ponad dwa razy więcej niż w 2015 roku, kiedy ich suma wyniosła 43 mld USD.

Dziś to przede wszystkim rozrywka napędza innowacje. Telewizja online, mobilne usługi muzyczne, podobnie jak głośniki aktywowane głosem – wszystko to zyskuje na popularności. Zestawy wirtualnej rzeczywistości zwiastują tworzenie materiałów nowego rodzaju. Także automatyka domowa znajduje coraz szersze zastosowanie. – Jednak jak pokazuje badanie EY przeprowadzone w Wielkiej Brytanii na grupie 2500 gospodarstw domowych, konsumenci nie są przychylni szeroko rozumianemu trendowi smart home. Ponad połowa badanych zadeklarowała, że nie jest skłonna korzystać z jakichkolwiek inteligentnych rozwiązań domowych w średnim terminie. Z najmniejszym dystansem konsumenci podchodzą do rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa (smart security). Natomiast aż 2/3 konsumentów nie jest zainteresowanych korzystaniem z inteligentnej lodówki – mówi Piotr Mieczkowski, ekspert telekomunikacyjny w Dziale Doradztwa Biznesowego EY.

Społeczeństwo 1-gigabitowe

Do połowy 2016 roku ponad 500 operatorów na całym świecie zapewniało usługi mobilne w technologii 4G. Pierwsi operatorzy komórkowi w Polsce w sieciach komercyjnych zaczynają oferować w miastach prędkość przesyłania danych na poziomie 1 Gbps.prędkość przesyłania danych na poziomie 1 Gbps

– To, co będzie napędzało rozwój technologii w tym obszarze to wirtualna rzeczywistość i usługi video na urządzenia mobilne. Popyt na te ostatnie wśród amerykańskich millenialsów wzrósł trzykrotnie w ciągu roku do czerwca 2016 – zauważa Piotr Mieczkowski.

Jednak to operatorzy kablowi po wdrożeniu nowoczesnego standardu transmisji danych DOCSIS 3.1 powinni wrócić do gry po latach wolniejszego rozwoju technologicznego. Na świecie trwają już pierwsze wdrożenia tej technologii.DOCSIS

Roaming w Unii do lamusa

Od 15 czerwca 2017 r. zniesione zostaną dodatkowe opłaty za roaming i konsumenci będą mogli korzystać z krajowych stawek. Przez ostatnie 10 lat stawki w roamingu spadły na terenie Europy aż o 92% . Kluczową kwestią dla operatorów i regulatorów jest określenie tzw. polityki równego traktowania (fair-usage policy), która pozwoli korzystać obywatelowi z krajowych stawek w określonym czasie nie doprowadzając do zachwiania lokalnego rynku. – W związku z faktem, iż w Polsce stawki detaliczne są jedne z najniższych w Europie, polscy operatorzy komórkowi mogą mieć problem z rentownością usług w roamingu, szczególnie transmisji danych – uważa Piotr Mieczkowski.

Fuzje i przejęcia – w poszukiwaniu pełniejszego produktu

Operatorzy telekomunikacyjni coraz częściej stawiają na rozwój i współpracę z OTT oraz na Internet Rzeczy (IoT). Rośnie liczba przejęć i uruchomionych produktów w tym obszarze. Telekomy przejmują spółki usługowe, żeby nie być tylko dostawcami łączności (connectivity), ale oferować konsumentowi i firmom pełny produkt. – Takie zachowania wynikają ze spadających ARPU operatorów telekomów (średni dochód na użytkownika), które zmuszają telekomy do szukania nowych, bardziej marżowych segmentów. Ostatnie trendy na rynku pokazują, że obok klasycznych ruchów konsolidacyjnych, operatorzy skłaniają się ku inwestycjom w nowe obszary z branży technologii i mediów. Szczególnie widoczne jest zainteresowanie centrami danych, które w rękach operatorów mogą służyć za platformę do rozbudowy nowoczesnych usług, ale także jako platforma do rozwoju rozwiązań IoT stron trzecich – komentuje Damian Łoziński z Zespołu Fuzji i Przejęć EY.

Operatorzy inwestują coraz więcej w rozwój usług w zakresie telemedycyny i e-zdrowia. Nowe rozwiązania pozwalają m.in. na zdalne monitorowanie stanu pacjenta, samoopiekę czy cyfrowy szpital. Innym obszarem zainteresowań firm telekomunikacyjnych jest sektor logistyczny i motoryzacyjny. Przejmowanie innowacyjnych firm działających na styku tej branży pozwala na rozwój usług zarządzania flotą czy na rozwój aplikacji typu connected car, które pozwalają na kontrolowania pozycji swojego samochodu, zdalne parkowanie czy monitorowanie poziom paliwa w zbiorniku. – Tutaj również widzimy pole do tego, aby polskie spółki zaistniały globalnie – zarówno w ujęciu konwencjonalnym, dostarczając infrastrukturę i rozwiązania do telekomów, które będą musiały obsłużyć rosnące potrzeby użytkowników – jak i młodych firm, które opracowały technologie z zakresu łączności  i transmisji danych właśnie w takich zastosowaniach. W przypadku dużych sukcesów, możemy być świadkami zarówno przejęć zagranicznych rywali w celu zdobycia nowych rynków i know-how, jak i zainteresowania globalnych potentatów rodzimą branżą – podsumowuje Damian Łoziński.

Dla niemal połowy firm niski koszt eksploatacji to najważniejszy wyróżnik idealnego samochodu firmowego

Niski koszt eksploatacji to najważniejszy wyróżnik idealnego samochodu firmowego dla niemal połowy przedsiębiorców z sektora MŚP – wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. Przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw, decydując się na nabycie nowego auta, biorą również pod uwagę preferencyjne warunki zakupu oraz dotychczasowe pozytywne doświadczenia z daną marką. Jedynie dla 0,4 proc. ankietowanych istotne jest bezpieczeństwo pojazdu.

W 2016 roku z polskich salonów wyjechało 416 tys. aut, z czego aż ponad 2/3, czyli 281,7 tys., zostało nabyte przez klientów instytucjonalnych. W porównaniu z 2015 r. sprzedaż była o ponad 61 tys. większa. Wzrost ten wygenerowały przede wszystkim firmy, które łącznie nabyły blisko 50,5 tys. samochodów osobowych więcej, niż rok wcześniej.

Idealne auto dla MŚP

Według Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce zarejestrowanych jest ponad 4,2 miliona podmiotów gospodarczych, z czego 99 proc. stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa. Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., jednej z czołowych polskich firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym samochodów, dla 46 proc. przedstawicieli małych i średnich firm najważniejszą cechą idealnego samochodu służbowego jest niski koszt jego eksploatacji.

– Dla przedsiębiorców z sektora MŚP duże znaczenie ma przewidywalność kosztów użytkowania posiadanej floty pojazdów. Nie chodzi tu jedynie o koszty paliwa, ale również o koszty przeglądów, opon czy nieprzewidzianych napraw mechanicznych. Z roku na rok coraz popularniejszym modelem finansowania samochodów w sektorze MŚP staje się wynajem długoterminowy, z którego korzysta już 18,5 proc. małych i średnich firm. Rozwiązanie to, dzięki stałym miesięcznym opłatom, w ramach których zapewniony jest kompleksowy zakres usług, pozwala na precyzyjne budżetowanie kosztów wynikających z użytkowania samochodów w firmie – twierdzi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A.

Dodatkowo, jak wynika z badania, niemal 43 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP zwraca uwagę na preferencyjne warunki zakupu samochodu do firmy, a nieco ponad 29 proc. bierze pod uwagę dotychczasowe pozytywne doświadczenia z daną marką aut.

Prestiż i wielofunkcyjność zamiast bezpieczeństwa

Dla niemal 29 proc. badanych przedstawicieli firm z sektora MŚP ważną cechą idealnego samochodu służbowego jest wielofunkcyjność, rozumiana jako połączenie funkcji auta osobowego i dostawczego. Korzyść ta jest szczególnie istotna dla przedstawicieli mikroprzedsiębiorstw, zatrudniających od 1 do 9 pracowników (36,7 proc. wskazań).

– Dla przedsiębiorców, którzy posiadają jeden lub dwa firmowe samochody, ważne jest, aby były one możliwie uniwersalne. Przedstawiciele mikroprzedsiębiorstw wybierają często samochody mogące pełnić funkcje reprezentacyjne, którymi jednocześnie można przewieźć drobny towar oraz pojechać z dziećmi na wakacje. To poszukiwanie kompromisu pomiędzy autem biznesowym, użytkowym i rodzinnym – dodaje Bartosz Olejnik.

Ankietowani wskazywali ponadto na reprezentacyjność samochodu (11,3 proc.), bogate wyposażenie zapewniające wygodę (11,5 proc) oraz atrakcyjne warunki gwarancji (12,7%), które są szczególnie istotne dla średnich firm, zatrudniających od 50 do 249 pracowników (20,4 proc. wskazań). Co ciekawe, na ostatnim miejscu w zestawieniu najistotniejszych cech idealnego samochodu służbowego znalazło się bezpieczeństwo, na które wskazało jedynie 0,4 proc. przedstawicieli firm z sektora MŚP.

 

Dane wrażliwe – czyli jakie?

Nie wszystkie dane osobowe są traktowane przez prawo w ten sam sposób. Szczególnej ochronie podlegają te, tzw. wrażliwe, których katalog zdecydowała się jeszcze poszerzyć Unia Europejska. Jakie dane zalicza się do tej kategorii i co z tego wynika – wyjaśnia ekspert ODO 24.

Dane wrażliwe - RODOZgodnie z obowiązującym w Polsce prawem do tzw. danych wrażliwych zalicza się te, umożliwiające określenie pochodzenia rasowego lub etnicznego, poglądy polityczne, przekonania religijne albo światopoglądowe oraz przynależność wyznaniową, partyjną czy związkową. W tej kategorii mieszczą się ponadto informacje o stanie zdrowia, kodzie genetycznym, nałogach i życiu seksualnym oraz te, dotyczące orzeczeń wydawanych w postępowaniach sądowych i administracyjnych. Co ciekawe do danych wrażliwych należą także te, o przyznanych mandatach karnych. Podlegają one szczególnej ochronie – zabronione jest ich przetwarzanie. Oznacza to, że nie mogą być one zbierane ani wykorzystywane bez naszej pisemnej zgody lub gdy nie wystąpi żadna przesłanka wymieniona w ustawie o ochronie danych osobowych. Dopuszczalne jest przetwarzanie tzw. danych wrażliwych np. wtedy, gdy jest to niezbędne do ochrony zdrowia, prowadzenia badań naukowych czy zatrudniania pracowników – mówi adw. Marcin Zadrożny, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24.

Nowe unijne rozporządzenie o ochronie danych (RODO) określiło tzw. dane wrażliwe jako dane szczególnej kategorii. Poszerzyło ono ich katalog o dane biometryczne oraz genetyczne. Te ostatnie były już w Polsce uznawane za wrażliwe. W ustawie o ochronie danych osobowych jest wskazane, że specjalnej ochronie podlegają informacje o kodzie genetycznym. Było to jednak nie do końca prawidłowe określenie. W nowych regulacjach za dane genetyczne uznaje się odziedziczone i nabyte cechy, które ujawniają – przede wszystkim na podstawie próbki biologicznej – niepowtarzalne informacje o fizjologii i zdrowiu konkretnej osoby – wyjaśnia Zadrożny.

Nowością jest włączenie do danych szczególnej kategorii danych biometrycznych. Dotyczą one zarówno cech fizycznych, fizjologicznych, jak i behawioralnych. Kojarzone są one głównie z czynnościami służącymi do weryfikacji tożsamości czy identyfikacji, a także autoryzacji dostępu np. do strzeżonych pomieszczeń lub sprzętu komputerowego. Należą do nich m.in. układ linii papilarnych, kształt małżowiny usznej, odręczny podpis czy sposób chodzenia. Jest to zdecydowanie korzystne rozwiązanie. Do tej pory brakowało jasnych zasad przetwarzania danych biometrycznych. Żadne przepisy nie regulowały tego, czy powinny być szczególnie chronione. Dlatego traktowane były jak dane zwykłe, a ewentualne ograniczenia dotyczące ich przetwarzania związane były z indywidualnymi decyzjami GIODO – wskazuje ekspert ODO 24. Ponadto RODO wprowadza definicję danych dotyczących stanu zdrowia. Zgodnie z nią są nimi dane osobowe o zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym oraz informacje o korzystaniu z usług opieki zdrowotnej.

Jutro ok. godziny 22:00 Donald Trump przedstawi osiągnięcia i plany rządu

Wystąpienie prezydenta USA Donalda Trumpa

Już jutro ok. godziny 22:00 po raz pierwszy przed obiema izbami amerykańskiego parlamentu wystąpi Donald Trump. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych przedstawi to, co dotychczas udało się mu osiągnąć. Najprawdopodobniej poznamy również plany kolejnych działań jego rządu.

Czy w końcu poznamy plan podatkowy?

Niebawem mija zapowiedziany przez Trumpa termin przedstawienia nowego planu podatkowego. Dlatego też wszyscy inwestorzy spodziewają się, że nastąpi to właśnie jutro. Jeżeli tak się stanie to niewątpliwie wystąpienie przed obiema  izbami Kongresu będzie najważniejszym wydarzeniem rozpoczynającego się tygodnia, a jego skutki mogą być nawet odczuwalne przez dłuższy czas. Jeżeli podczas przemówienia padną konkretne informacje i będą one zbieżne bądź jeszcze lepsze od oczekiwań inwestorów dolar amerykański może umocnić się. Jednakże z drugiej strony należy również pamiętać o zbliżającym się  marcowym posiedzeniu FED. W obliczu ważnych danych z amerykańskiego rynku pracy oraz możliwych zmian stóp procentowych jutrzejsza reakcja na słowa Trumpa może okazać się krótkotrwała. Dzisiaj w oczekiwaniu na jutrzejsze wystąpienie dolar traci na wartości. Kurs EUR/USD znajduje się aktualnie w okolicach poziomu 1,058.

Spokojny początek tygodnia na złotym

Od kilku dni nasza waluta w stosunku do głównych walut znajduje się w konsolidacji, a dalsze jej ruchy uzależnione są w dużym stopniu od zachowania się głównej pary walutowej, na której w najbliższym czasie będzie można zaobserwować zdecydowanie większą zmienność. Aktualnie złotówka zyskuje do dolara, za którego zapłacimy 4,07 zł. Taniej, bo 5,05 zł, zapłacimy również za funta oraz 4,04 zł za franka. Jedynie na niezmiennym poziomie ceny utrzymuje się euro – 4,31 zł.

Co dziś ciekawego?

Zaplanowane na dzisiaj publikacje makroekonomiczne nie powinny przynieść nam zbyt dużych zmian na rynku. o godzinie 11:00 poznamy indeksy nastrój z różnych sektorów w Strefie Euro, a po południu opublikowane zostaną dane na temat zamówień w Stanach Zjednoczonych.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Jaki tu spokój…

Od ostatnich czterech miesięcy na indeksie 500 amerykańskich spółek panuje względny spokój. Indeks wspina się na coraz wyższe poziomy i dokonuje tego bez żadnej korekty. Czyżby była to jedynie cisza przed burzą?

Jaki tu spokój... 7

Przez ostatnie 93 sesje tradingowe na indeksie S&P 500 nie doszło nawet do jednoprocentowej korekty, co zostało zobrazowane na powyższym wykresie. Od 1980 tak duża fala wzrostów bez korekty wystąpiła jedynie sześć razy. Prawdopodobieństwo jest nieubłagane, korekta niebawem powinna zawitać na rynek.

Razem z rosnącym indeksem inwestorzy stają się coraz bardziej chciwi, co przekłada się na rosnący optymizm. W momencie, gdy chciwość zaczyna przesłaniać zdrowy rozsądek pojawiają się kłopoty, które doprowadzają do zbyt dużych zakupów. Przy ewentualnej korekcie wszyscy starają się zamknąć wcześniej otwartą pozycję, w taki sposób dochodzi do efektu domina i do coraz większej wyprzedaży. Według wskaźnika Goldman’a obecny optymizm jest zbyt duży, aby został utrzymany. Wskaźnik oparty jest o liczbę długich pozycji w stosunku do krótkich na kontaktach terminowych.

Jaki tu spokój... 8

Sprawa jest dosyć oczywista, im większy optymizm, tym na rynku powinna pojawić się większa korekta. Idąc tym tropem, Goldman Sachs Global Investment Research zbadał 6 ostatnich runów, w których nie doszło przez ponad 80 dni do jednoprocentowej korekty. Wyniki poniżej.

Jaki tu spokój... 9

Mediana z sześciu ostatnich runów została zobrazowana w 7 wierszu. Średnia ilości dni wzrostowych bez jednoprocentowej korekty wynosi 100, obecny run trwa 93 dni. Mediana stóp zwrotu wyniosła 13 proc. ,natomiast obecny ruch dał ponad 11 procentową stopę zwrotu.

Wszystkie dane wyglądają dosyć podobnie, ale najważniejszą informacją dla Traderów może być czas trwania korekty i następstwa idące za zbyt dużym optymizmem. Po dużych runach rynek wpadał w konsolidację, ponieważ po mocniejszej korekcie, stopy zwrotu przez następne trzy miesiące oscylowały w okolicy tylko czterech procent, a jak wiemy konsolidacja dla osób podążających za trendem może być bardzo wyniszczająca.

Dochodząc do końca krótkiej analizy musimy być świadomi faktu, że obecny optymizm jest nie do utrzymania. Czym szybciej osoby kupujące indeks zdadzą sobie z tego faktu sprawę, tym mniejsza korekta nas czeka. Niemniej jednak, w mojej opinii nie będzie to wcale koniec hossy, a jedynie krótkotrwała wyprzedaż.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Upadłość konsumencka a działalność gospodarcza

Z upadłości konsumenckiej moga skorzystać także właściciele firmy. Dotyczy to również prowadzących własną działalność gospodarczą. To bardzo ważna zmiana w prawie upadłościowym.

Taką możliwość dają zmiany w prawie, wprowadzone z początkiem jeszcze poprzedniego roku kalendarzowego, choć jak ocenia Grzegorz Baran z kancelarii prawniczej Baran&Pluta skorzystało z nich bardzo niewielu przedsiębiorców, a powodem jest niedostrzeganie tych zmian w prawie.

-Przed tymi zmianami właściciele firm też mogli ubiegać się o upadłość konsumencką, ale dopiero po 12 miesiącach od dnia zamknięcia działalności gospodarczej, teraz już nie muszą czekać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baran.

Na efekty projektów Big Data trzeba będzie jeszcze poczekać

Chociaż segment Big Data rozwija się nieprzerwanie niemal 6-krotnie szybciej niż cały rynek IT[1], na wymierne rezultaty przyjdzie nam jeszcze poczekać. Jak wynika z badania przeprowadzonego w USA na zlecenie SAS, 49% przedsiębiorstw twierdzi, że jest za wcześnie, aby ocenić zwrot z inwestycji w projekty Big Data. Jedynie co trzecia firma odnotowała zyski wynikające z wykorzystania rozwiązań do analizy dużych zbiorów danych.

Biznes doskonale zna korzyści związane z wykorzystaniem Big Data. Informacje zawarte w dużych zbiorach danych pochodzą z różnych źródeł i wciąż podlegają aktualizacji, dzięki czemu pozwalają uzyskać pełen obraz sytuacji wewnątrz firmy lub dokonać kompleksowej analizy rynku. W oparciu o Big Data podejmowane są najważniejsze decyzje biznesowe dotyczące planów rozwoju, strategii sprzedaży czy kampanii marketingowych. Nie dziwi zatem fakt, że aż 83% firm ze Stanów Zjednoczonych przebadanych przez SAS inwestuje w projekty związane z Big Data.

Mimo, że inicjatywy te są na różnym stopniu zaawansowania, respondenci zgodnie przyznają, że na ich efekty trzeba będzie jeszcze poczekać. Osiągnięcie szybkich rezultatów ogranicza niski stopień wykorzystania technologii chmurowych i machine learning, a także brak wykwalifikowanych pracowników oraz powszechnego dostępu do danych.

Kto korzysta z Big Data?

Stopień implementacji rozwiązań z zakresu Big Data jest w dużej mierze zależny od branży. Prym wiodą firmy z sektora usług finansowych, które wykorzystują analizę wielkich zbiorów danych między innymi w procesie oceny ryzyka kredytowego, czy selekcji klientów, którym zostanie przedstawiona oferta konkretnego produktu bankowego. Tego typu analizy, które wcześniej trwały nawet kilka dni, dzięki algorytmom umożliwiającym przetworzenie i analizę wszystkich niezbędnych danych, odbywają się teraz w czasie rzeczywistym.

Firmy, które z równym powodzeniem co sektor finansowy wdrażają rozwiązania Big Data to przedsiębiorstwa zajmujące się handlem detalicznym. Kolejną branżą, która w największym stopniu korzysta z potencjału gromadzonych informacji jest telekomunikacja. Firma analityczna IDC przewiduje natomiast, że znaczny popyt będzie także generowany ze strony firm wytwórczych. Ma to związek z upowszechnieniem idei Przemysłu 4.0, która zakłada wykorzystanie m.in. Internetu Rzeczy do poprawy sprawności linii produkcyjnych, a w efekcie zmiany modelu biznesowego przedsiębiorstw, które rozbudowują swoją ofertę w oparciu o nowe technologie. Wdrażając rozwiązania z zakresu Big Data, firmy wytwórcze mogą obniżyć koszty operacyjne średnio o 20 procent, odnotowując przy tym ok. 30 procentowy wzrost zysków. IDC przewiduje, że do końca tego roku przedsiębiorstwa wytwórcze będą odpowiadały za ponad 20 procent wydatków na projekty związane z Big Data.

Duże zbiory danych – umiarkowane rezultaty

Jedną z największych barier rozwoju rynku systemów analitycznych jest brak wykwalifikowanych specjalistów. Firmy zgłaszają coraz większe zapotrzebowanie na osoby, które potrafią przełożyć wnioski z danych na konkretne decyzje biznesowe. Według raportu SAS, tylko co druga firma posiada w swoich szeregach osobę odpowiedzialną za proces ochrony i przetwarzania danych w ramach całej organizacji (Chief Data Officer). Inną barierą jest niski stopień demokratyzacji danych.

Dostęp do informacji mają głównie wykwalifikowani specjaliści z zakresu data science i analitycy biznesowi. Z badania SAS wynika, że jedynie 13% firm umożliwia pracownikom samodzielny dostęp do danych bez wsparcia lub nadzoru zespołu IT.

Problemem jest również czas potrzebny na uzyskanie konkretnych informacji. Różnice w przebadanych firmach były bardzo duże, co z pewnością wynikało z różnego stopnia zaawansowania technologicznego. Jedna trzecia respondentów przyznała, że może liczyć na natychmiastowy dostęp do danych, jednak podobna grupa (28%) wskazała, że może to zająć nawet tydzień. Biorąc pod uwagę dynamikę współczesnego rynku i rosnącą w ogromnym tempie ilość informacji pochodzących z Internetu, możliwość dokonywania szybkich analiz zyskuje kluczowe znaczenie w kontekście podnoszenia konkurencyjności.

Szerszą możliwość wykorzystania narzędzi analitycznych stwarza technologia cloud computing. Dzięki chmurze, osoby decyzyjne mogą mieć dostęp do zintegrowanych informacji w czasie rzeczywistym. Niestety tempo wdrażania usług chmurowych jest nadal bardzo wolne. Jedynie co piąte przedsiębiorstwo przebadane przez SAS korzysta z modelu chmury obliczeniowej, podczas gdy pozostałe firmy przechowują dane na własnych serwerach. Trend ten z pewnością będzie ulegał odwróceniu. Według MarketandMarkets, rynek Cloud Analytics, który w 2013 roku był wart 5,25 mld dolarów, do 2018 roku zwiększy się ponad trzykrotnie, osiągając wartość 16,5 mld dolarów.

Innym rozwiązaniem ułatwiającym wykorzystanie potencjału drzemiącego w danych jest platforma Hadoop umożliwiająca przechowywanie i szybkie przetwarzanie zbiorów Big Data. Z badania SAS wynika, że coraz więcej przedsiębiorstw docenia jej zalety. Aż 56 procent respondentów, którzy aktywnie zaangażowali się implementację projektów z zakresu Big Data zdecydowało się na wykorzystanie tego narzędzia. Z kolei 40 procent przebadanych firm rozważa zastąpienie obecnych rozwiązań hurtowni danych platformą Hadoop.

Machine learning automatyzuje analizę dużych zbiorów danych

Przyszłością Big Data jest sztuczna inteligencja, a dokładniej technologia machine learning, która wpływa na automatyzację i przyśpieszenie procesów analitycznych. Coraz więcej firm dostrzega potencjał związany z wykorzystaniem uczenia maszynowego w zastosowaniach biznesowych. Dzięki wykorzystaniu samouczących się algorytmów, komputery mogą samodzielnie analizować dane oraz dostosowywać modele do zmiennych zjawisk i wymagań w celu szybkiego znalezienia optymalnego rozwiązania. Technologia machine learning wspiera proces decyzyjny oraz umożliwia skuteczne tworzenie predykcji biznesowych. Z raportu SAS wynika, że co piąte przedsiębiorstwo wdrożyło rozwiązania z zakresu machine learning lub sztucznej inteligencji (AI), podczas gdy 23 procent firm eksperymentowało z uczeniem maszynowym. Największy odsetek przebadanych organizacji rozważa wprowadzenie tych rozwiązań w przyszłości, co powinno wpłynąć na przyśpieszenie efektów analizy dużych zbiorów danych.

Źródło: Badanie zostało przeprowadzone przez firmę SAS wśród przedstawicieli dużych przedsiębiorstw działających na terenie Stanów Zjednoczonych.

[1] „Worldwide Semiannual Big Data and Analytics Spending Guide”, IDC, 2016

Co czwarta aplikacja w ramach wewnętrznych poleceń pracowniczych to finalnie zatrudnieni kandydaci

Co czwarta aplikacja pozyskiwana przez pracodawcę w ramach programu poleceń rekrutacyjnych to finalnie zatrudnieni kandydaci. Redukcja kosztów rekrutacji kadry specjalistycznej wynosi prawie 70%, a retencja pracowników po okresie próbnym aż 98% – wynika z wewnętrznych danych ShareHire, pierwszej firmy w Polsce i jednej z pierwszych na świecie zajmującej się outsourcingiem programów poleceń rekrutacyjnych. Takie wyniki trudno uzyskać dzięki wewnętrznym i często spontanicznym pozyskiwaniem poleceń pracowniczych bez odpowiedniego narzędzia. Różnic między rozwiązaniami jest jednak więcej.

– Żyjemy w epoce cyfrowych społeczności. Dowód? Najwięcej noclegów zapewnia firma, która nie posiada żadnych hoteli. A głównym źródeł informacji, które otrzymujemy na co dzień, są media niezatrudniające ani jednego dziennikarza. Rewolucja społecznościowa nie ominęła także obszaru HR. I mam tutaj na myśli coś więcej niż korzystanie w celach rekrutacyjnych z kanałów social media czy potencjału pracowników. Nowoczesny pracodawca powinien budować jak najszerszą społeczność, składającą się nie tylko z obecnych pracowników, ale też ze stażystów, rekruterów czy fanów marki w kanałach social media. Te wszystkie grupy można mobilizować do tego, aby stawiali się rekruterami i dostarczali wartościowych kandydatów. Warunki, na jakich zaangażujemy społeczność w rekrutację, powinny być wygodne i korzystne dla obu stron. Społecznościowy rekruter poleca, kiedy chce i kogo chce, w dodatku nie trudząc się przy tym zbytnio. Firma natomiast płaci za efekt, jakim jest zatrudnienie – wyjaśnia Marcin Giełzak, wiceprezes zarządu ShareHire, pierwszej firmy w Polsce zajmującej się outsourcingiem programów poleceń rekrutacyjnych.

Z raportu amerykańskiej platformy rekrutacyjnej Jobvite „Recruiter Nation Survey” wynika, że zdaniem aż 78% rekruterów najbardziej efektywnym sposobem pozyskiwania wartościowych kandydatów do pracy są polecenia. Programy poleceń w firmach mogą być realizowane na dwa sposoby. Pierwszy to znane i wykorzystywane przez firmy od kilku lat systemy rekomendacji wewnętrznych adresowane tylko do pracowników danej firmy – tzw. programy poleceń pracowniczych. W tym modelu pracodawca zaprasza zatrudnione osoby do wskazania kandydatów, którzy mogliby zapełnić istniejące wakaty. Zwyczajowo przedsiębiorstwa przewidują nagrody za udane polecenia. W zależności od możliwości i preferencji, nagrodami mogą być gratyfikacje finansowe, rzeczowe albo czysto symboliczne.

W drugim modelu, pracodawca decyduje się na outsourcing programu poleceń rekrutacyjnych. W ramach usługi, ShareHire, pierwszy w Polsce dostawca takiego rozwiązania, przygotowuje nie tylko dedykowany portal do pozyskiwania poleceń rekrutacyjnych, ale również kompleksowo zajmuje się jego obsługą, w tym kwestiami prawno-podatkowymi, marketingowymi oraz związanymi z wypłatą nagród finansowych lub rzeczowych. Każdy program poleceń jest indywidualnie dostosowany do specyficznych potrzeb danej organizacji.

Wyższa efektywność outsourcingu programu poleceń rekrutacyjnych nad wewnętrznym programem poleceń pracowniczych wynika z różnic w konstrukcji oraz działaniu obu rozwiązań.

Po pierwsze, nie samymi pracownikami program żyje

Społecznościowy charakter programów poleceń rekrutacyjnych sprawia, że w odróżnieniu od wewnętrznych programów tego typu, pracownicy to nie jedyne, ale jedno z wielu źródeł poleceń. Społeczność firmy mogą tworzyć m.in. byli pracownicy – tzw. alumni, praktykanci i stażyści, rekruterzy, klienci czy fani marki w kanałach social media. A im większa społeczność polecających, tym większa szansa na otrzymanie wartościowych aplikacji. Z danych ShareHire wynika, że jedna osoba aktywnie polecająca to nawet 28 aplikacji kandydatów.

Po drugie, wiele kanałów poleceń

Aby program poleceń przynosił wymierne efekty, konieczna jest odpowiednia komunikacja. W przypadku wewnętrznego systemu rekomendacji pracowniczych najczęściej nie ma jej wcale albo jest prowadzona tylko na początku i ogranicza się do wewnętrznych zasobów firmy. Do nich zaliczymy maile, Intranet czy systemy komunikacji wewnętrznej. Znacznie większe możliwości komunikacyjne daje outsourcing programów poleceń rekrutacyjnych. Do nich należą, poza wewnętrznymi formami kontaktu, kanały social media (LinkedIn, Facebook, Goldenline), maile, smsy czy komunikatory. Można również zorganizować konkurs czy wdrożyć moduł CSR, dając możliwość powiązania poleceń z pomaganiem innym, np. przekazując nagrodę na cel dobroczynny realizowany przez firmową fundację Poza tym, informacja o możliwości polecenia bardzo często jest podawana również w treści ogłoszenia o pracy. W zakresie promocji można rozważać też tradycyjne nośniki treści reklamowych, takie jak plakaty, ulotki, tekturowe standy, roll-upy czy potykacze.

Po trzecie, w integracji z innymi narzędziami rekrutacyjnymi

Sprzymierzeńcem rekruterów są takie rozwiązania, które znacząco ułatwiają wykonywania wielu czynności i sprawiają, że proces rekrutacyjny zajmuje mniej czasu. Programy poleceń rekrutacyjnych stanowią skuteczną alternatywę dla tradycyjnych źródeł pozyskiwania kandydatów lub ich uzupełnienie – ok. 25% aplikacji pozyskiwanych przez firmę w ramach programu, to finalnie zatrudnieni kandydaci, a w przypadku wybranych firm z branży IT to nawet 40%. ShareHire zapewnia również spływ aplikacji z poleceń do jednej bazy CV razem z kandydatami z innych źródeł. W konsekwencji rekruter dokona selekcji kandydatów szybciej i bez dodatkowego łączenia baz. Co więcej, pracodawca ma możliwość integracji mechanizmu polecania online z innymi narzędziami wykorzystywanymi w firmie, np. z systemem benefitowym do dystrybucji nagród.

Po czwarte, rekrutacja w parze employer brandingiem

System generowania i udostępniania linków polecających oferty pracy przekłada się nie tylko na przyrost liczby aplikacji, ale także na promocję marki. Osoba, która poleca pracę w danej firmie, najczęściej robi to z przekonaniem, że w tym przedsiębiorstwie warto pracować. Stąd udostępniając ogłoszenie o pracy, automatycznie wysyła sygnał bardziej wiarygodny w oczach odbiorcy niż reklama i zachęcający do aplikowania. Każde polecenie to też dodatkowy kontakt kolejnej osoby z marką. ShareHire podaje, że jedna osoba aktywnie polecająca w programie to ponad 100 odsłon oferty, m.in. w kanałach social media. Co więcej, specjalnie przygotowany pod polecenia portal z ogłoszeniami o pracy, można wypełnić wartościowymi treściami employer brandingowymi takimi jak zdjęcia, filmy czy grafiki.

Po piąte, społeczna strona poleceń

W ramach programu poleceń rekrutacyjnych ShareHire stworzył możliwość przekazania swojego wynagrodzenia za polecenie na cele charytatywne. Polecający ma nie tylko szansę znaleźć zatrudnienie osobie, którą rekomenduje do pracy, ale też pomóc finansowo tym, którzy tej pomocy potrzebują. W praktyce wygląda to tak, że może przekazać swoje wynagrodzenie za polecenie zatrudnionego kandydata – w części lub całości – np. na cele fundacji lub stowarzyszenia, z którym współpracuje dana firma.

Przygotowywanie dedykowanych programów poleceń rekrutacyjnych, które składają się ze wszystkich powyższych elementów to nasza domena. Klienci, którzy z nami współpracują, otrzymują wsparcie nie tylko na etapie konceptualizacji i przygotowania dopasowanego programu poleceń, ale też „zdejmują sobie z głowy” obowiązki związane z przygotowaniem stosownych regulacji w zakresie ochrony danych osobowych i pełną administracją programu w czasie jego działania. Włącznie z dystrybucją nagród i wsparciem komunikacji w grupach docelowych.  Na efekty nie trzeba długo czekać. Marka pracodawcy szybko rośnie w siłę, a wykwalifikowanej kadry przybywa. Co istotne, programy poleceń rekrutacyjnych przekładają się też na wyższą retencję kadry. Z naszych danych wynika, że po 3- lub 6-miesięcznych okresach próbnych, wynosi ona aż 98% – mówi Łukasz Małecki, prezes ShareHire.

 

T. Kościński o planach Ministerstwa Cyfryzacji dot. nowej tożsamości elektronicznej

Pod przywództwem Ministerstwa Cyfryzacji powstał program „Od papierowej do cyfrowej Polski”, który zakłada przejście z modelu analowego na cyfrowy. Podstawą jest bezpieczeństwo danych w systemie. Jednym z etapów będzie zarejestrowanie własnej tożsamości w sieci. O ile w życiu posługujemy się dowodem osobistym, tak w internecie nie łatwo jest przedstawić swoją tożsamość.

– Pracujemy nad tym, aby każdy miał swoją elektroniczną tożsamość i mógł potwierdzić w internecie kim jest – powiedział agencji eNewsroom.pl Tadeusz Kościński, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju – Kolejnym pomysłem jest skrzynka elektroniczna. Każdy z nas spotyka się z sytuacją, gdy przychodzi do nas list polecony z urzędu lub sądu i będąc poza domem nie jesteśmy w stanie go odebrać. Pozostaje nam wybrać się na pocztę, stanąć w kolejce i odebrać list. Elektroniczna skrzynka, na którą miałyby być wysyłane tego typu pisma, ma oszczędzić nasz czas. Kolejne etapy również mają ułatwiać nam życie. Dane osobowe raz wprowadzone będą wielokrotnego użytku. Będzie to duże ułatwienie dla przedsiębiorców, których tożsamość będzie dostępna np. dla wszystkich agencji rządowych – ocenił Kościński.

Dlaczego Polacy chcą zakładać swoje firmy? Co ich zachęca, a co motywuje?

Dlaczego Polacy chcą zakładać swoje firmy? Bo chcą być niezależni i mieć elastyczny czas pracy. Jednak rzeczywistość nie jest już taka różowa. Właścicieli firm zniechęcają wysokie podatki i biurokracja – wynika z badania „Polski przedsiębiorca. Portret własny”, przeprowadzonego przez home.pl z okazji 20. rocznicy powstania firmy.

Badanie „Polski przedsiębiorca. Portret własny”, zostało przeprowadzone w lutym 2017 roku. Wzięło w nim udział tysiąc klientów firmy home.pl, zaliczających się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy).

– Spora część klientów jest z nami od początku, czyli od 1997 roku. Byliśmy ciekawi ich opinii na temat tego, dlaczego zdecydowali się założyć swój biznes, jak im się obecnie wiedzie, co w swojej pracy cenią, czy wykorzystują nowe technologie, jakie bariery przeszkadzają im w prowadzeniu firmy – wyjaśnia Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl.

Dlaczego więc Polacy decydują się na zmiany w swoim życiu zawodowym i stawiają na własne przedsiębiorstwo? Okazuje się, że najbardziej kusi ich bycie niezależnym. Odpowiedziało tak aż 67 proc. respondentów. Zachęca ich także wizja elastycznego czasu pracy (56 proc.). Dla prawie połowy przedsiębiorców ważne jest to, żeby ich przyszłe zajęcie było związane z pasjami i zainteresowaniami (45 proc.). Rzadziej wskazywano na możliwość samorozwoju, zabezpieczenie swojej przyszłości. Odpowiedziało tak odpowiednio 37 i 26 proc. ankietowanych przez home.pl przedsiębiorców z sektora MMŚP. Co ciekawe, dla bardzo małej grupy przedsiębiorców motywacją do tego, żeby założyć swój biznes były wysokie zarobki. Wskazało na nie tylko 13 proc. respondentów.

– Polski przedsiębiorca lubi być niezależny. Bardzo ceni swój czas – komentuje Marta Puczyńska. – I co ważne, zna się na tym, co robi. Przekłada się to na jakość dóbr i usług dostarczanych konsumentom oraz wysoki poziom obsługi klienta. Każdy z nas lubi, gdy ma do czynienia z człowiekiem kompetentnym i obeznanym w branży, w której działa.

Wiadomo jednak, że prowadzenie biznesu nie jest zajęciem łatwym. Dlaczego? Ponieważ istnieją liczne bariery utrudniające rozwój polskim firmom. Jakie? Przedsiębiorcy ankietowani przez home.pl najczęściej wskazywali, że zniechęcają ich wysokie składki ZUS i podatki. Odpowiedziało tak aż 77 proc. respondentów. Właściciele firm narzekają także na biurokrację (58 proc.), wysokie koszty stałe, m.in. opłaty za czynsz czy media (30 proc.), trudności w pozyskiwaniu klientów (27 proc.) i brak czasu (22 proc.). Ten ostatni często poświęcają bieżącym działaniom operacyjnym, niestety odbywa się to kosztem prac nad rozwojem firmy. Prowadzących biznesy zniechęca także rosnąca konkurencja (19 proc.) i brak wykwalifikowanych pracowników (17 proc.).

­­­­­­– Nie sprawia to jednak, że liczba -mikro, -małych i średnich w Polsce maleje – mówi Puczyńska. – Wręcz przeciwnie. Pomimo różnych barier, które utrudniają prowadzenie biznesu, polscy przedsiębiorcy są zdeterminowani do tego, żeby odnieść sukces.

Strategia cyfrowa dla sektora B2B

Firmy takie jak Uber, Amazon i Google często uważa się za modele biznesowe przyszłości. Nietrudno to zrozumieć: te spółki całkowicie zredefiniowały branże, w których działają. Nadały całkowicie nowy wymiar obsłudze klienta. Nie boją się niepowodzeń, uczą się na błędach i wprowadzają zmiany, aby cały czas wyprzedzać rynek. Dla szefów spółek sektora przemysłowego i innych firm działających w sektorze B2B to żadna nowość. Ale wiedzą oni też doskonale, że to, co sprawdza się na rynku konsumenckim, nie zawsze przekłada się na kontekst B2B – to główne wnioski z raportu Digital Strategy for a B2B World przygotowanego przez Bain&Company.

Sektor B2B różni się od konsumenckiego i wymaga innego podejścia. Od innowatorów cyfrowych, takich jak Amazon, można się wiele nauczyć, jednak proste porównania do tego, co sprawdza się w środowisku cyfrowym nie zawsze są przydatne w otoczeniu przemysłowym i mogą okazać się niepraktyczne. Utrudnia to podjęcie decyzji, w jaki sposób wejście w cyfrowy świat może faktycznie zmienić sposób działania firmy i sprawia, że trudno jest wypracować uniwersalną receptę.

Marzyciele i realizatorzy

– Jeśli chodzi o opracowywanie strategii, w większości zespołów kierowniczych mamy osoby w typie  „realizatorów”, jak i „marzycieli” – mówi Jacek Poświata z Bain&Company –  Realizatorzy skupiają się na tu i teraz: chcą nakierować energię firmy na wdrażanie praktycznych projektów cyfrowych od zaraz. Z kolei marzyciele skupiają się na efekcie długookresowym. Chcą określić, jak cyfrowość może stworzyć nowe szanse, ale też jak może potencjalnie doprowadzić do całkowitego wyparowania zysków firmy – dodaje.

Obie perspektywy są bardzo ważne i  poprawne. Jeśli jednak obie te grupy postawimy w opozycji do siebie, może to okazać się paraliżujące. Skuteczna strategia prowadzi do osiągnięcia równowagi między obydwom punktami widzenia: połączenia praktycznych działań o dużej sile oddziaływania krótkookresowego, z odważną wizją tego, jak tempo innowacji cyfrowej może z czasem zmienić całą branżę.

Kierunek rewolucji da się przewidzieć

Dynamiczne zmiany na rynku  nie muszą oznaczać dezorientacji. Zarysy rewolucyjnych zmian można dostrzec na długo przed ich pojawieniem się. Pojazdy autonomiczne, inteligentne budynki i podłączone do sieci farmy – to wszystko było szeroko dyskutowane na kilkadziesiąt lat zanim trafiły na rynek. Menedżerowie muszą rozumieć w jaki sposób cyfrowe trendy mogą wpływać na ich branżę i dzięki tej wiedzy wypracować część długoterminowej strategii firmy.

Równowaga między wizją, a pragmatyzmem

Najsilniejsze strategie cyfrowe polegają na ukierunkowaniu działań firmy na określone obszary, poprzez zrównoważenie wizjonerstwa marzycieli i pragmatyzmu realizatorów. Każda firma potrzebuje śmiałej, inspirującej wizji, ale musi też określić, gdzie i jak może już dziś ruszyć do przodu. Jednym z praktycznych sposobów jest osiągnięcie równowagi opartej na trzech, opisanych poniżej, podstawowych zasadach zawartych w autorskim narzędziu Bain Digital RadarSM.

Zawęzić perspektywę

Aby spośród bardzo wielu możliwości wybrać jak najlepsze działania w obszarze cyfrowym trzeba dobrze zrozumieć jaki jest długoterminowy „cyfrowy” cel firmy. Wiąże się to z oceną, co firma już teraz robi dobrze, a co jeszcze musi zrobić, aby rozwijać się we właściwym kierunku. Ogólny kierunek zmian daje się przewidzieć, a najważniejsze to wykorzystać tę wiedzę do zdyscyplinowania inwestycji cyfrowych firmy i nadania im pożądanego kierunku.

Posuwać się naprzód po „odskoczniach”

Historie cyfrowych liderów segmentu B2C uczą nas między innymi tego, że żadna firma nie zostaje liderem innowacyjności z dnia na dzień. Najpierw musi rozbić swoją cyfrową wizję na szereg mniejszych inicjatyw, które umożliwiają rozwój w kierunku cyfrowej przyszłości. Układają się one w kolejne fale, a ogólna strategia ewoluuje, w miarę pojawiania się nowych informacji.

– Warto pamiętać, że Uber rozpoczął działalność jako prosta aplikacja, dzięki której można było wezwać elegancki samochód – wskazuje Jacek Poświata z Bain&Company – Kolejne fale innowacji przyniosły technologie umożliwiające przeobrażenie firmy – zaczęła pozyskiwać kierowców z własnymi samochodami, a także umożliwiać wspólne przejazdy. Kolejna fala to transport towarów: Uber uruchomił usługę polegającą na kojarzeniu nadawców przesyłek i kierowców ciężarówek, a jedna ze spółek firmy zaczęła wykorzystywać także autonomiczne samochody ciężarowe – dodaje.

Organizować działania według ścieżek

Doświadczenia Bain&Company z pracy w kilkudziesięciu różnych branżach wskazują, że spółki nabierają największego rozmachu, jeśli uda im się skierować aktywność cyfrową na kilka ścieżek. Trzy z nich obejmują podstawy danej branży: obsługę klienta, produkty i usługi oraz działalność operacyjną. Pozostałe to elementy wspomagające organizacyjnie: budowanie kadr i ich kultury, modelu operacyjnego, który będzie wspierać cyfrowy sukces, rozwijanie umiejętności włączania dużych zbiorów danych i analityki w procesy podejmowania decyzji oraz uruchomienie na nowo szkieletu informatycznego firmy, aby uwolnić ją od powolnych technologii starszego typu.

– Działania na wszystkich ścieżkach muszą być ze sobą zsynchronizowane, aby nie marnować wysiłków i inwestycji – podsumowuje Jacek Poświata z Bain&Company – przy czym, oczywiście, każda firma będzie miała swój własny punkt wyjścia na każdej z tych ścieżek.

Aby osiągnąć sukces, menedżerowie powinni zacząć od zadania sobie kilku kluczowych pytań:

  • Czy wszyscy w naszej organizacji zmierzają w kierunku jasno określonej wizji cyfrowej, czy też nasze wysiłki są zbyt chaotyczne i rozproszone?
  • Czy dokonaliśmy uzgodnienia perspektyw „marzyciela” i „realizatora”, osiągając optymalną równowagę między krótko- i długoterminowymi priorytetami cyfrowymi?
  • Czy mamy rozplanowane odpowiednie „odskocznie”, które pomogą nam zrobić natychmiastowy postęp w obszarze cyfrowym, jednocześnie posuwając nas naprzód na drodze do długookresowej transformacji?

Inwestorzy walutowi w napięciu czekają na wystąpienia Trumpa i Yellen

Rynki są spokojne na początku tygodnia, wyczekując wystąpień Trumpa i Yellen, które mogą zadecydować o kierunku dla dolara w krótkim terminie. Niepewność polityczna zaciemnia obraz także dla euro przez wybory we Francji. Funt ma kłopoty w związku z dyskusją o (kolejnym) szkockim referendum. Dziś w kalendarzu zamówienia na dobra trwałe z USA.

Finał ubiegłego tygodnia pokazał nagły skok awersji do ryzyka, który ostatecznie został okiełznany, choć zostawił ślady w kilku miejscach. Rynek akcji w Europie był pod presją, ale Wall Street zdołało wyjść ponad kreskę. USD tracił wśród głównych walut, ale dominował wobec ryzykownych. EUR/USD zdołał wrócił pod 1,06, ale USD/JPY został na 112,00. Nie było bezpośredniego katalizatora dla skoku zmienności, ale nie będzie odkryciem stwierdzenie, że inwestorzy mają do dyspozycji szeroką paletę czynników do wykorzystania za pretekst. Najłatwiejszym są wybory we Francji, które tłumaczą trudność wzrostów eurodolara, choć ostatnie sondaże dalej wskazują Le Pen na porażkę w drugiej turze. Jednak pamiętając o zeszłorocznych zaskoczeniach w Wielkiej Brytanii i USA, ryzyko wygranej Le Pen nie może być całkowicie do zignorowania, z kolei wycena europejskich aktywów sugeruje, że nie ma się czego obawiać. Obie wartości muszą się gdzieś spotkać po drodze, co będzie kotwicą dla np. EUR i europejskich akcji.

Drugim powodem niepewności jest sytuacja polityczna w USA, czy to chodzi o reformę podatkową, czy szanse na kolejną podwyżkę stóp procentowych Fed już w marcu. Wydarzenia najbliższych dni mogą przynieść więcej klarowności w obu kwestiach. W nocy z wtorku na środę prezydent USA Donald Trump będzie przemawiał w Kongresie. W piątek z kolei ostatni raz przed marcowym posiedzeniem FOMC usłyszymy komentarz od prezes Fed Janet Yellen. Biorąc pod uwagę, że USD prezentuje niemoc pomimo solidnych danych makro i jastrzębich zapewnień z Fed, że trzy podwyżki w tym roku są możliwe, inwestorzy zdają się czekać z odnawianiem długich pozycji w USD na sygnał z Białego Domu. Jednak ryzyko jest symetryczne, zatem niespełnienie przez Trumpa nadziei inwestorów może być dewastujące dla dolara. A szanse na to nie są małe choćby z tego powodu, że ostatnie komentarze sekretarza skarbu Mnuchina, że kluczowe zmiany w podatkach (w tym podatek graniczny) mogą być wprowadzane dopiero w połowie roku. Podobnie pośpiech jest mało prawdopodobny w przypadku Yellen i dopiero raport z rynku pacy 10 marca może być istotny dla podwyżki w przyszłym miesiącu, choć i nawet najlepsze dane nie dadzą gwarancji. Jakkolwiek reforma podatkowa może okazać się pozytywna w dłuższym terminie, tak samo jako Fed pozostający na kursie 2-3 podwyżek do końca roku, tak krótkoterminowo USD jest narażony na rozczarowanie.

GBP/USD jest z powrotem przy 1,24 dzięki prasowym rewelacjom, według których szkocki parlament szykuje się do ponownego referendum o niepodległość, by ratować członkostwo Szkocji w UE. Nie jest to nowa informacja i dziwne, że nie była już ujęta w cenach funta. W normalnej sytuacji i przy założeniu problemów USD w najbliższych dniach zasadnym byłoby oczekiwać wygaszenia ruchu i podtrzymania konsolidacji aż do 1,2550. Problem leży jednak w sytuacji technicznej na EUR/GBP, gdzie w zeszłym tygodniu złamanie średniej 200-sesyjnej w dół zachęciło sporą grupę inwestorów. Teraz jesteśmy ponownie powyżej średniej, a rynek funta nie słynie z cierpliwych inwestorów. W skrócie – mamy mętny obraz, który dopiero mogą oczyścić odczyty PMI z Wielkiej Brytanii w drugiej części tygodnia.

W kalendarzu w poniedziałek podaż pieniądza M3 i indeksy nastrojów z Eurolandu powinny przejść bez echa. Po zamówieniach na dobra trwałe z USA oczekuje się solidnego odbicia o 1,7 proc. m/m wobec spadku w grudniu o 0,5 proc., ale mniej zmienne dane bez środków transportu mają pokazać zdrowy wzrost o 0,5 proc. Jednak ostatnio dobre dane są nieskuteczne w ożywieniu USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pochwała na wagę złota – czyli jak motywować pracowników

Jak prawidłowo motywować swoich pracowników? Odpowiedzi na to pytanie poszukuje niejeden przedsiębiorca, któremu zależy na efektywnej pracy całego zespołu. Tymczasem rozwiązanie tej zagadki jest o wiele prostsze, niż moglibyśmy przypuszczać. Aby utrzymać wysoką motywację podwładnych, wystarczy ich po prostu doceniać i regularnie chwalić. I choć najpopularniejszym dowodem uznania są wciąż pieniądze, to w dłuższej perspektywie wcale nie przyczyniają się one do wzrostu zaangażowania pracowników. W czym zatem tkwi klucz do motywacyjnego sukcesu?

Według badań przeprowadzonych przez Instytut Galuppa (2016), tylko co trzeci pracownik jest zachęcany do działania przez swojego przełożonego. Te sama badania pokazują, że zaledwie 17% z nich naprawdę angażuje się w swoją pracę! Nie jest tajemnicą, że problem spadającej motywacji dotyczy bez wątpienia każdego przedsiębiorstwa. Co najważniejsze, niezależnie od wysiłków włożonych w podtrzymanie aktywnej postawy wśród swoich podwładnych wysoce prawdopodobne jest, że ich entuzjazm z czasem zacznie się zmniejszać. I choć trudno jest tchnąć w zespół ducha produktywnej pracy, to istnieje kilka sposobów, które skutecznie angażują jego członków w efektywne wykonywanie swoich obowiązków.

Żądza pieniądza

Mówi się, że „pieniądze to nie wszystko”, nie oznacza to jednak, że są one zupełnie nieistotne. Każdy marzy o satysfakcjonującej pensji, która umożliwi mu zaspokojenie wszystkich najważniejszych potrzeb. Mimo że pieniądze tylko krótkotrwale rozwiązują problem motywacji w pracy, to godne wynagrodzenie jest niezbędne do tego, aby można było o niej w ogóle dyskutować. Trudno też wyobrazić sobie pracownika zadowolonego z zatrudnienia w organizacji, w której nie może liczyć na premię czy dodatkowe świadczenia. Jasno określony system przyznawania gratyfikacji finansowych to podstawa, pozwalająca pracownikowi na przewidywanie i planowanie dochodu w zależności od bieżących potrzeb.

– Praca „na słuchawce” to moje jedyne źródło utrzymania, pozwalające na podreperowanie studenckiego budżetu. Dzięki przejrzystemu systemowi premiowemu wiem dokładnie, jakie cele sprzedażowe muszę osiągnąć, aby otrzymać konkretną sumę dodatkowych pieniędzy. Świadomość, że mój wysiłek zostanie nagrodzony, to coś, co najbardziej motywuje mnie do sumiennej pracy – mówi Julia Cieślińska, konsultant w call center Telmon.

Magia niespodzianek

Wszyscy lubimy miłe niespodzianki. Zwłaszcza takie, które płyną prosto z serca i uświadamiają nam, że mają dla obdarowywanego szczególne znaczenie. Podobnie rzecz ma się w miejscu pracy, gdzie również możemy sprawić drobny upominek naszym podwładnym. Nic tak nie buduje zaufania i poczucia identyfikacji z firmą jak świadomość, że jesteśmy w niej doceniani i zauważani przez swoich przełożonych. To również świetna okazja do przetestowania, jak pracownicy zareagują na niespodziewany, miły gest ze strony firmy oraz jaki rodzaj pozafinansowej gratyfikacji sprawi im największą przyjemność. Jedno jest pewne: tego rodzaju wzmocnienia pozytywne z pewnością wpływają na zwiększenie szacunku i lojalności wobec przełożonych oraz sprzyjają budowaniu dobrej atmosfery.

– Bardzo lubię te dni, kiedy po przyjściu do pracy orientuję się, że w recepcji czekają na nas słodkie pyszności. Wtedy po prostu lepiej się pracuje, a uśmiech aż sam ciśnie się na usta. I nic w tym dziwnego, przecież każdy lubi otrzymywać miłe upominki zupełnie bez okazji – podkreśla Maja Adamczyk, konsultantka z Telmon.

Team spirit

Jak kreować przyjazne środowisko pracy, w którym wszyscy potrafią ze sobą owocnie współpracować? To proste: organizować konkursy i wspierać zdrową rywalizację. Wbrew pozorom współzawodnictwo nie tylko integruje cały zespół, ale przede wszystkim motywuje każdego pracownika z osobna do osiągania wymarzonych rezultatów. Nagradzanie jest najstarszą, ale wciąż jedną z najskuteczniejszych metod podnoszenia motywacji w miejscu pracy. Należy jednak pamiętać o tym, że zwycięskie trofeum wcale nie musi być kosztowne, ponieważ w tym wypadku najbardziej liczy się inicjatywa. Dobrze przeprowadzony konkurs przełamuje biurową rutynę i pokazuje, że firma nie boi się kreatywnych rozwiązań. To również znakomita okazja do wspólnej zabawy i wzajemnych inspiracji, a także wyróżnienia najbardziej zaangażowanych pracowników za wysiłek włożony w codzienną pracę.

– W ubiegłym miesiącu uzbierałem punkty za frekwencję w pracy i tym samym zdobyłem 4 bilety do kina. Nie tylko miałem okazję wybrać się na świetny film, ale przede wszystkim przekonałem się, że firma naprawdę docenia sumiennych pracowników. Poza tym, wiele razy brałem udział w podobnych inicjatywach i za każdym razem dobrze się bawiłem. Cieszę się, że nasi przełożeni dbają o dobrą atmosferę w biurze, bo w moim przypadku ma to duży wpływ na to, jak pracuję – tłumaczy Dorian Zieliński, konsultant z Telmon.

Wysoki stopień zaangażowania pracowników ma bezpośredni wpływ na sukces całego przedsiębiorstwa. Wykrzesanie z zespołu pozytywnej energii wymaga od każdej firmy nie tylko otwartości, ale przede wszystkim stosowania pozytywnych wzmocnień, które zapobiegają rotacji personelu i budują stabilny oraz efektywnie pracujący zespół. Zadowoleni podwładni nie tylko lepiej wykonują swoje obowiązki, ale też wzmacniają wiarygodność i tym samym pozycję firmy na rynku. Co najważniejsze, wysoka motywacja nie zawsze uzależniona jest od atrakcyjnej nagrody, tylko od tego, w jaki sposób oraz za co ją przydzielimy. Nie należy zapominać też o tym, że dla większości pracowników najważniejszą gratyfikacją pozafinansową jest po prostu szczery uśmiech i dobre słowo przełożonego. Pracodawco, najwyższy czas pochwalić swój zespół!

Dobre prognozy dla rynku mieszkaniowego. Rosną zakupy za gotówkę

Dobre prognozy dla rynku mieszkaniowego. Rosną zakupy za gotówkę 10

Rynek deweloperski ma za sobą najlepszy rok od niemal dekady. Mimo to eksperci przewidują, że 2017 rok będzie dobry dla deweloperów i chętnych na zakup mieszkań, choć rosnąca konkurencja może skłonić firmy do obniżania cen transakcyjnych. To może spowodować, że coraz więcej będzie zakupów za gotówkę. Sytuacja na rynku deweloperskim może się skomplikować w kolejnych 12 miesiącach.

Za nami rekordowy rok na rynku deweloperskim. Deweloperzy sprzedali najwięcej mieszkań od 2007 roku, czyli przedkryzysowego roku. W całym 2016 roku sprzedano na sześciu głównych rynkach 62 tysiące lokali – to wzrost o 15 procent w porównaniu z 2015 rokiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Gaj, menadżer w Departamencie Fuzji i Przejęć w Navigator Capital Group. – W 2017 roku spodziewałbym się utrzymania dobrych tendencji sprzedażowych na rynku deweloperskim.

W ubiegłym roku oddano do użytkowania 162,7 tys. mieszkań, o ponad 10 proc. więcej niż w 2015 roku. Rozpoczęto też budowę niemal 174 tys. kolejnych lokali, co oznacza wzrost o 3,2 proc. Z kolei pozwoleń na budowę i złożonych powiadomień o rozpoczęciu budowy wydano przeszło 211,5 tys., o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Styczeń bieżącego roku przyniósł kolejne wzrosty rok do roku, przy czym zgłoszeń i pozwoleń związanych mieszkaniami przeznaczonymi na sprzedaż lub wynajem przybyło niemal 70 proc.

– Ewidentnie deweloperom będzie sprzyjała sytuacja makroekonomiczna, głównie rynek pracy, na którym mamy do czynienia ze spadającą stopą bezrobocia – przewiduje Gaj. – Cena lokali mieszkaniowych rośnie znacznie wolniej niż przyrost płac realnych, stąd ich dostępność jest większa. Oprócz rynku pracy popyt będą stymulowały niskie stopy procentowe pomimo wzrostu marż bankowych w ubiegłym roku. Najprawdopodobniej Rada Polityki Pieniężnej pozostawi je w tym roku jeszcze na niezmienionym poziomie.

W 2016 roku zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,8 proc., a przeciętne wynagrodzenie brutto o 3,8 proc. Średnie ceny zarazem spadły o 0,6 proc. Ta tendencja się jednak odwraca, mimo że w styczniu płace były wyższe o 4,3 proc. niż przed rokiem, to koszty utrzymania wzrosły ze względu na inflację. Zdaniem ekonomistów podwyżki stóp w tym roku są jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza że wzrost PKB jest umiarkowany. A niskie stopy to tani kredyt i nieatrakcyjne oprocentowanie lokat w przypadku inwestorów. Stąd apetyt na inwestycje w lokale.

Z pierwszą podwyżką stóp najprawdopodobniej spotkamy się w I kwartale 2018 roku. Niskie stopy będą stymulować nabycia mieszkań, a także realizację inwestycji po tanich kosztach finansowych z punktu widzenia zakupów za gotówkę – mówi menadżer w Domu Maklerskim Navigator. – Już w ubiegłym roku u wielu deweloperów zakupy gotówkowe stanowiły około 30 proc. bądź więcej wszystkich transakcji.

Z raportu Expandera i Metrohouse wynika, że ceny transakcyjne od listopada do stycznia były wyższe niż rok wcześniej w czterech badanych miastach, zaś spadły w trzech, najmocniej w Łodzi i Poznaniu (odpowiednio o 5,4 proc. oraz o 4,0 proc.). Rekordowy wzrost odnotowano w Gdańsku (14 proc.), za to w sąsiedniej Gdyni 1 mkw. mieszkania podrożał o 0,8 proc. W Warszawie ceny poszły w górę o 6,1 proc., w Krakowie o 2,8, zaś we Wrocławiu spadły o 0,8 proc.

Wyzwaniami dla rynku deweloperskiego w 2017 roku będą przede wszystkim konkurencja i rosnąca oferta deweloperów mieszkaniowych – uważa Jan Gaj. – Skala budownictwa w Polsce rośnie, rośnie liczba rozpoczętych budów i pozwoleń na budowę. W związku z tym, jeżeli nastąpiłoby jakieś osłabienie popytu, to najprawdopodobniej doprowadzi to do wzrostu konkurencji cenowej między deweloperami.

Co czwarty pacjent z chorobą przewlekłą nie pracuje zawodowo. Koszty ponosi nie tylko służba zdrowia, lecz także rynek pracy

Co czwarty pacjent z chorobą przewlekłą nie pracuje zawodowo. Koszty ponosi nie tylko służba zdrowia, lecz także rynek pracy 11

Koszty pośrednie chorób przewlekłych są liczone w miliardach złotych i kilkukrotnie przewyższają kwoty, które NFZ wydaje bezpośrednio na leczenie pacjentów. System opieki zdrowotnej nie uwzględnia strat dla rynku pracy ani kosztów związanych ze świadczeniami społecznymi wypłacanymi przez ZUS. Dlatego specjaliści podkreślają potrzebę międzyresortowej współpracy i przeorganizowania modelu opieki nad chorymi przewlekle tak, aby umożliwić im powrót do normalnej aktywności zawodowej.

 Choroba zazębia się z życiem codziennym i zawodowym pacjenta. Dlatego należy tak zorganizować ochronę zdrowia, żeby pacjent jak najkrócej był chory i mógł uzyskać pełną sprawność, która pozwoli mu wrócić do pracy. Potrzebne są wspólne działania kilku instytucji – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Śliwczyński, zastępca dyrektora departamentu analiz i strategii Narodowego Funduszu Zdrowia.

Z danych przytaczanych przez autorów kampanii „Choroba? Pracuję z nią!” wynika, że w Polsce żyje ok. 5,9 mln osób biernych zawodowo. Co czwarta nie pracuje z powodu przewlekłej choroby. Związane z tym wydatki budżetowe i koszty dla rynku pracy są liczone w miliardach złotych i przewyższają kilkukrotnie bezpośrednie wydatki na leczenie.

Przykładowo w 2014 całkowite koszty budżetowe związane z rakiem szyjki macicy, piersi i jajników wyniosły 4,41 mld zł, podczas gdy bezpośrednie wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie pacjentów onkologicznych były sześciokrotnie niższe i wyniosły 668 mln zł. Autorzy kampanii podkreślają, że umożliwienie przewlekle chorym powrotu do pracy jest istotne nie tylko z punktu widzenia samych pacjentów, lecz także całej gospodarki oraz rynku pracy.

– W pewnym sensie praca jest też terapią. To włączenie pacjenta w życie społeczne. Kontakty ze współpracownikami powodują, że osoby chore czują się potrzebne i włączone w nurt normalnego życia. Z punktu widzenia państwa ma to natomiast wymiar finansowy, ponieważ takie osoby płacą składki i nie muszą pobierać świadczeń z ubezpieczenia społecznego – mówi Grażyna Hart, naczelny lekarz ZUS.

Zdaniem Andrzej Śliwczyńskiego rozwiązaniem może być międzysektorowa współpraca, utworzenie instytucji, która będzie współpracować na rzecz finansowania nowoczesnych terapii dla osób chorych przewlekle, zreorganizowanie modelu opieki zdrowotnej i umożliwienie chorym powrotu do zawodowej aktywności. W skład takiego ponadsektorowego forum powinny wejść m.in. Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwo Rozwoju.

 W prace powinien być również zaangażowani NFZ, ZUS, PFRON i tego typu instytucje zajmujące się ubezpieczeniami społecznymi, ponieważ część działań powinna być skierowana na szybsze wychodzenie pacjenta z choroby i powrót do pracy. Myślę, że jak najbardziej powinny być w to zaangażowane także organizacje pacjenckie, które mogą się włączyć w opiekę nad pacjentem i jego aktywizację po chorobie – mówi Andrzej Śliwczyński.

– Najlepiej, aby była to instytucja umocowana przy ministrze zdrowia, ponieważ to on odpowiada za stan zdrowia populacji. Ministerstwo Zdrowia ma już doświadczenia we współpracy międzyresortowej, ale w tym wypadku prace powinny być koordynowane międzyresortowo z Ministerstwem Finansów, Ministerstwem Rozwoju oraz Ministerstwem Pracy. Jeżeli chodzi o pomoc socjalną – również z konwentem samorządu, a więc poprzez Kancelarię Premiera, bo wiemy doskonale, że prędzej czy później ciężar opieki będzie jednak spoczywał na samorządach, a więc gminach, powiatach, miastach czy województwach – dodaje dr Jakub Gierczyński z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH oraz Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Zdaniem naczelnego lekarza ZUS konieczna jest również zmiana w zakresie finansowania nowoczesnych terapii, które powinny być traktowanie nie jako koszt, lecz jako inwestycja, która pozwala uniknąć kosztów pośrednich leczenia i powikłań u pacjentów.

 Finansowanie nowoczesnych terapii jest inwestycją, ponieważ wpływa na wcześniejszy powrót pacjentów do normalnego życia i do pracy zawodowej. Te osoby nie muszą więc pobierać świadczeń z ubezpieczenia społecznego, nie muszą dodatkowo się leczyć ani rehabilitować. Wczesna diagnostyka i szybkie wdrożenie leczenia daje największą szansę na wyleczenie i uniknięcie powikłań – mówi Grażyna Hart.

Dr Jakub Gierczyński z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego zauważa, że obecnie proces decyzyjny dotyczący finansowania nowoczesnych terapii dla chorych przewlekle nie uwzględnia kosztów pośrednich, które są kilkukrotnie większe niż bezpośrednie wydatki na leczenie konkretnego schorzenia.

– W procesie decyzyjnym dotyczącym dopuszczenia danej technologii lekowej czy medycznej uwzględnia się przede wszystkim skuteczność kliniczną i dane ekonomiczne, czyli opłacalność i wpływ na system ochrony zdrowia, ale wyłącznie w zakresie kosztów bezpośrednich. W ogóle nie bierze się pod uwagę ani kosztów, które ponosi ZUS, ani kosztów utraty produktywności liczonych najczęściej metodą kapitału ludzkiego lub kosztów frykcyjnych. Wyliczając i uzasadniając włączenie danej technologii, leku, sprzętu czy wyrobu do koszyka świadczeń gwarantowanych i finansowanych z środków publicznych, nie uwzględnia się w ogóle kosztów pośrednich – podkreśla dr Jakub Gierczyński.

Dynamiczny rozwój regionalnych lotnisk. Przybywa pasażerów, ale potrzeba wielomilionowych inwestycji

Dynamiczny rozwój regionalnych lotnisk. Przybywa pasażerów, ale potrzeba wielomilionowych inwestycji 12

Regionalne lotniska obsługują dwie trzecie rynku przewozów lotniczych. Z roku na rok przybywa im pasażerów. Większa przepustowość i utrzymanie konkurencyjności wymagają jednak wielomilionowych inwestycji w infrastrukturę, bezpieczeństwo i usługi towarzyszące. Do 2020 roku zaplanowane są projekty warte łącznie 2,3 mld zł. Tym razem Unia Europejska dołoży niewiele, ponieważ w nowej perspektywie przewidziane jest tylko 35 mln zł na rozwój transportu lotniczego.

– Infrastruktura portów lotniczych wymaga bardzo wysokich nakładów. Wiele z nich musi zainwestować chociażby w równą drogę kołowania, która jest podstawą zwiększenia ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Wiatrowski, wiceprezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych oraz prezes zarządu Portu Lotniczego Poznań-Ławica.

W ubiegłym roku dynamika ruchu lotniczego wzrosła o 12,5 proc., a polskie lotniska obsłużyły rekordową liczbę 34,2 mln pasażerów. W 2030 roku ta liczba ulegnie podwojeniu – wynika z szacunków Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Największy port lotniczy, czyli warszawskie Lotnisko Chopina, obsłużył w minionym roku 12,8 mln pasażerów. Dynamicznie rośnie jednak znaczenie lotnisk regionalnych. Ich udział w ruchu lotniczym sięgnął w ubiegłym roku 62 proc. (w 2004 roku było to 31 proc.), co oznacza, że obsługują one dwie trzecie polskiego rynku przewozów lotniczych. Szybki rozwój portów regionalnych wymaga jednak nakładów finansowych. Jak podczas debaty „Gazety Polskiej” poinformował wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit, do 2020 roku w regionalne lotniska zostanie zainwestowane łącznie około 2,3 mln zł.

– Mamy nowe porty lotnicze. W miarę tego, jak będą się rozwijać, a ruch wzrośnie powyżej 1–1,5 miliona pasażerów, one również będą potrzebować środków finansowych na rozwój infrastruktury – zauważa Mariusz Wiatrowski.

Obecnie siedem polskich lotnisk odprawia rocznie powyżej miliona pasażerów. Obok Okęcia i podwarszawskiego Modlina (2,86 mln pasażerów w ubiegłym roku) są to Wrocław, Kraków, Katowice, Gdańsk oraz Poznań. Duży wzrost odnotowało jednak otwarte w ubiegłym roku mazurskie lotnisko w Szymanach (ponad 40 tys. pasażerów) oraz Lublin. Natomiast port lotniczy w Radomiu – otwarte niedawno, drugie najmniejsze lotnisko w Polsce – obsłużył w ubiegłym roku 9,7 tys. pasażerów.

W związku ze zwiększoną liczbą pasażerów duże inwestycje w infrastrukturę planuje warszawskie Lotnisko Chopina, które jest głównym hubem rodzimych linii lotniczych PLL LOT. Zarząd portu rozważa rozbudowę pirsu południowego, z którego odchodzą tzw. rękawy, czyli kryte przejścia do samolotu. Celem tej inwestycji miałoby być zwiększenie przepustowości terminala. Gotowe plany inwestycyjne na najbliższe lata ma też kilka lotnisk regionalnych, m.in. Radom oraz Katowice, Wrocław i Kraków, które zakładają wydatki rzędu setek milionów złotych.

– Część największych lotnisk już zaplanowała rozwój tej infrastruktury. Bardzo duże znaczenie ma też rynek cargo i rynek usług towarzyszących związanych z utrzymaniem i przeglądem samolotów. Ten segment będzie się rozwijał – prognozuje Mariusz Wiatrowski.

Wiceprezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych zauważa, że w wydatkach inwestycyjnych obok infrastruktury równie ważne będzie podnoszenie poziomu bezpieczeństwa.

– W bezpieczeństwo trzeba inwestować ciągle, niezależnie od tego, czy przepustowość i stan twardej infrastruktury lotniskowej będą wystarczające. Poprawiając płynność ruchu pasażerskiego, musimy wprowadzać ułatwienia sprzętowe do prześwietlania bagaży, do screeningu osób i bagażu podręcznego przy przechodzeniu do strefy bezpieczeństwa. Ponieważ kontrole bezpieczeństwa muszą się odbywać wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych, te wydatki są liczone w dziesiątkach, a nawet setkach milionów złotych – mówi Mariusz Wiatrowski.

W ubiegłych latach polskie lotniska wydały na inwestycje blisko 6 mld zł, z czego ponad 2,3 mld zł pochodziło z unijnych środków. W nowej perspektywie do 2020 roku na rozwój transportu lotniczego przeznaczone jest tylko 150 mln zł unijnych funduszy, z których na dodatek 115 mln ma trafić do Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Na zaplanowane przez porty lotnicze inwestycje infrastrukturalne zostaje więc 35 mln zł, reszta musi pochodzić ze środków własnych lub samorządowych.

– Czekamy na dostępność środków pomocowych. Najbogatsze porty lotnicze, które generują już wielomilionowe wyniki finansowe netto, z pewnością będą próbowały realizować inwestycje czysto komercyjnie, ponieważ rynek lotniczy jest nie tylko dynamiczny, lecz także opłacalny i efektywny – mówi Mariusz Wiatrowski.

Eksperci zwracają jednak uwagę na to, że rozwój portów lotniczych pociąga za sobą rozwój całego regionu i musi iść w parze z rozwojem infrastruktury drogowej. W ubiegły czwartek wiceminister infrastruktury Jerzy Szmit poinformował, że skierował do premier Beaty Szydło wniosek o powołanie zespołu ds. lotniska centralnego, który będzie się zajmował rozwojem polskiego rynku lotniczego. Podkreślił również konieczność rozwijania regionalnych portów lotniczych niezależnie od decyzji o utworzeniu Centralnego Portu Lotniczego, którego los wciąż nie jest pewny.

Początek roku dobry dla gospodarki

Początek roku dobry dla gospodarki 13

Dobre dane z gospodarki, zwłaszcza wzrost sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej, dają nadzieję na przyspieszenie wzrostu gospodarczego w 2017 roku. Paweł Majtkowski, główny analityk w Wolfs Private Equity uważa, że PKB pójdzie w górę mocniej niż o 3 proc. Dalej będzie też spadać bezrobocie, a rosnąć konsumpcja. Wzrostu stóp procentowych analityk spodziewa się już w tym roku.

– Te pierwsze miesiące pokazują, że obawy o to, że wzrost gospodarczy może być poniżej 3 proc., prawdopodobnie nie będą prawdziwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Majtkowski, główny analityk Wolfs Private Equity. – Jest szansa na to, że wzrost będzie bardzo dobry, skoro od początku roku, w pierwszym dosyć newralgicznym miesiącu, gdy wiele osób i wiele firm wstrzymuje się z działaniami gospodarczymi, widać te wzrosty.

W styczniu sprzedaż detaliczna w cenach bieżących wzrosła o 11,4 proc. wobec wzrostu o 0,9 proc. w styczniu 2016 roku, zaś produkcja przemysłowa o 9 proc., podczas gdy rok wcześniej tempo wzrostu wyniosło 1,4 proc. To zaś zdaniem ekspertów oznacza, że w dalszym ciągu powinno rosnąć zatrudnienie, a z nim dochody konsumentów i popyt.

– Z punktu widzenia przeciętnego Polaka oznacza to więcej pracy. Być może dla wielu oznacza to wyższe zarobki, które będzie można wydać, a to jest taka kula śnieżna, która powoduje, że sytuacja gospodarcza się poprawia. Mamy teraz na rynku huśtawkę nastrojów, bo po słabszym grudniu mamy znacznie lepszy styczeń i duże nadzieje na to, że powinno być coraz lepiej w następnych miesiącach – zaznacza Majtkowski.

Ekspert przypomina, że według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej już w 2018 roku Polska ma być trzecim krajem o najniższym bezrobociu w Unii Europejskiej. KE przewiduje, że w 2018 roku bezrobocie w Polsce spadnie według BAEL do 4,7 proc. z 6,3 proc. w 2016 r. To zaś będzie sprzyjać dalszym wzrostom wynagrodzeń.

Wśród pozytywnych styczniowych odczytów martwić może jedynie zaskakująco szybki wzrost cen, który z zerowego poziomu rok do roku w listopadzie w dwa miesiące przyspieszyły do 1,8 proc. rdr.  Zdaniem Pawła Majtkowskiego to może zmusić Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych jeszcze w tym roku.

– Niepokoi nas trochę rosnąca inflacja, aczkolwiek trzeba powiedzieć, że z punktu widzenia budżetu państwa to oznacza większe dochody. Widzimy, że w styczniu dochody z podatku VAT są bardzo dobre i to jest wskaźnik, który pokazuje, że w najbliższych miesiącach, niestety, inflacja nam trochę wystrzeli. To z kolei oznacza także podwyżkę stóp procentowych za kilka miesięcy i wyższe raty kredytów dla tych, którzy spłacają je w naszej rodzimej walucie –przewiduje główny analityk Wolfs Private Equity.

Staż pracy może warunkować prawo do emerytury. Propozycja resortu pracy ma rozwiązać problem groszowych emerytur

Staż pracy może warunkować prawo do emerytury. Propozycja resortu pracy ma rozwiązać problem groszowych emerytur 14

Resort pracy analizuje kryterium minimalnego stażu pracy, które warunkowałoby nabycie praw emerytalnych. To miałoby rozwiązać problem groszowych emerytur, których według ZUS przybywa z roku na rok. Kluczowym założeniem reformy emerytalnej jest likwidacja OFE i rozdzielenie zgromadzonych w nich aktywów pomiędzy Fundusz Rezerwy Demograficznej a otwarte fundusze inwestycyjne. Zmiany miałyby wejść w życie w przyszłym roku.

Wśród naszych rekomendacji jest propozycja, aby rozważyć możliwość posłużenia się stażem pracy jako kryterium warunkującym nabycie prawa do emerytury. Tego typu rozwiązania obowiązują już praktycznie we wszystkich państwach europejskich, Polska jest na tym tle wyjątkiem. Chcielibyśmy wprowadzić takie rozwiązanie, ale jest za wcześnie, żeby dyskutować o szczegółach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zieleniecki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Prace nad reformą systemu emerytalnego trwają od kilku miesięcy. Zgodnie z zapowiedziami wicepremiera Mateusza Morawieckiego, zmiany mają wejść w życie już w 2018 roku. Ostateczny kształt reformy nie jest jednak znany.

Jedna z rządowych propozycji zakłada, że prawo do emerytury przysługiwałoby osobom, które wykażą się 15-letnim stażem pracy i udowodnią, że przez cały ten czas odprowadzały składki. Jeżeli płatnik nie będzie w stanie udokumentować pełnego okresu składkowego, wówczas straci prawo do świadczenia emerytalnego, a ZUS miałby oddać mu zgromadzone pieniądze w ramach jednorazowej wypłaty. Taka propozycja padła podczas omawiania przeglądu systemu emerytalnego w trakcie posiedzenia sejmowej komisji w ubiegłym tygodniu.

W odpowiedzi na krytyczne głosy minister pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska podkreśliła, że obecnie rząd nie pracuje nad ustawą zakładającą, że osoby, które płaciły składki emerytalne do ZUS krócej niż 15 lat, stracą swoje pieniądze. Zaznaczyła również, że rekomendacje resortu nie są jeszcze formalnymi propozycjami. Także podsekretarz stanu w resorcie pracy podkreśla, że żadna z przedstawionych rządowi rekomendacji „nie została jeszcze przekuta na język ustawy”.

Nie wiemy jeszcze, jaki byłby minimalny okres podlegania ubezpieczeniu, który warunkowałby nabycie prawa do emerytury – mówi Marcin Zieleniecki.

Jeżeli rząd zdecyduje się wprowadzić minimalny okres składkowy, który uprawniałby do emerytury, będzie to odejście od dotychczasowego modelu funkcjonowania systemu emerytalnego. Wysokość świadczenia w tej chwili uzależniona jest od wielkości składek wpłaconych na konto oszczędnościowe w ZUS. Prawo do emerytury płatnik nabywa już po miesiącu odprowadzania składki. Taki system obowiązuje od 1999 roku.

To po części przyczyna tzw. groszowych emerytur. Jednym z najniższych świadczeń, jakie obecnie wypłaca ZUS, jest emerytura w wysokości 45 groszy. W takich przypadkach koszt obsługi świadczenia przewyższa jego wysokość, co obciąża budżet instytucji. Według danych ZUS z roku na rok wzrasta liczba osób, które otrzymują emeryturę niższą od minimalnej stawki. Obecnie jest ich blisko 80 tys. To świadczenia w wysokości kilkuset albo kilkudziesięciu złotych, ale trafiają się i takie, które są liczone w groszach.

Mamy w Polsce wzrastającą liczbę świadczeń emerytalnych w bardzo niskiej wysokości, liczonej w groszach. To jest konsekwencja zasady, że emerytura przysługuje po osiągnięciu wieku emerytalnego bez względu na długość okresu podlegania ubezpieczeniu – mówi Marcin Zieleniecki.

Podsekretarz stanu w resorcie pracy zaznacza, że najważniejsze rekomendacje dla rządu dotyczące reformy emerytalnej skupiają się wokół otwartych funduszy emerytalnych i wpisują się w przyjęty 14 lutego przez rząd Plan na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

Nasza rekomendacja zakłada przekształcenie otwartych funduszy emerytalnych w tak zwane otwarte fundusze inwestycyjne. Środki zgromadzone dotychczas w OFE zostałyby podzielone pomiędzy nowo powołane OFI a Fundusz Rezerwy Demograficznej. Większość, 75 proc., trafiłoby do otwartych funduszy inwestycyjnych, których zadaniem będzie zachęcenie Polaków do dobrowolnego oszczędzania na starość, natomiast 25 proc. trafiłoby do FRD, który znajduje się w obszarze finansów publicznych i do tej pory był zarządzany przez ZUS. Nie wiemy, jak będą wyglądały szczegóły tych rozwiązań, ponieważ trwają prace od strony prawnej – mówi Marcin Zieleniecki.

OFE powstały na mocy reformy emerytalnej w 1999 roku. W ramach II filaru systemu emerytalnego oszczędza 2,5 mln Polaków, którzy przesyłają swoje składki do otwartych funduszy emerytalnych. Aktualnie w OFE zgromadzonych jest prawie 140 mld zł. Trzy lata temu na mocy nowelizacji przekazały do ZUS-u aktywa o wartości 153,1 mld zł i straciły możliwość inwestowania w instrumenty dłużne gwarantowane przez Skarb Państwa.

Teraz rząd chce OFE całkowicie zlikwidować i zastąpić otwartymi funduszami inwestycyjnymi. Plan zakłada utworzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK), na które pracownik przekazywałby określony procent środków z obowiązkowej składki emerytalnej. Taka propozycja padła już w ubiegłym roku.

W ubiegłym roku ZUS i resort pracy dokonali przeglądu systemu emerytalnego, do którego zobowiązywała je ustawa. Towarzyszyły mu konsultacje społeczne z organizacjami pracodawców, związków zawodowych i pozostałych resortów. W efekcie do Rady Ministrów trafił szereg rekomendacji, które zostały przyjęte przez rząd.

Tych propozycji i postulatów jest dość sporo, one często dotyczą szczegółów i technicznych aspektów. Są wśród tych rekomendacji zarówno takie, które wymagają pilnego wprowadzenia, jak i takie, nad którymi warto się jeszcze zastanowić – mówi Marcin Zieleniecki.

Empik uruchomi w marcu nową wersję e-sklepu. Zainwestuje też w nową formę dostawy

Empik uruchomi w marcu nową wersję e-sklepu. Zainwestuje też w nową formę dostawy 15

Sieć Empik czekają duże zmiany. W marcu wystartuje odświeżony e-sklep, w którym znajdą się nowe produkty i kategorie. Dystrybucyjny gigant zamierza znacznie poszerzyć swoją ofertę. Niebawem wprowadzi też opcję click & collect, umożliwiającą odbiór zamówienia po dwóch godzinach w wybranym salonie. Zmiany zajdą również w platformie mobilnej i w programie lojalnościowym Mój Empik, z którego korzysta ponad milion klientów. Sieć będzie też otwierać w tym roku swoje salony w nowym formacie.

Uruchamiamy nową stronę internetową, wychodząc naprzeciw potrzebom klientów. Mamy więcej informacji dotyczących poszczególnych produktów, więcej filmów, rekomendacji i informacji poszukiwanych przez klientów, jak choćby dane autora. Strona zmienia się również wizualnie, będzie bardziej nowoczesna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Bujalski, dyrektor e-commerce Empiku.

Nowością będą rozbudowane rekomendacje, które mają ułatwić klientom decyzje zakupowe i wybranie z oferty produktów dopasowanych do ich gustów i potrzeb. Sama oferta również się rozszerzy, a na stronie Empiku będzie można kupić online artykuły wykraczające poza rynek kulturalno-księgarski.

Empik.com to już nie tylko księgarnia, wychodzimy trochę szerzej. Znajdą się u nas produkty okołokulturalne i nowe kategorie: dziecko, zabawki, dom i ogród, wyposażenie wnętrz, zdrowie i uroda, a nawet elektronika. Klienci szukają takich produktów, chcą mieć jedno miejsce, gdzie łatwo zobaczą wszystkie artykuły i włożą je do koszyka. Na pewno w najbliższym czasie będziemy poszerzali portfolio produktów – zapowiada Szymon Bujalski.

Według danych sieci w 2016 roku sklep internetowy Empik.com miał średnio 8,5 mln odwiedzin każdego miesiąca. Rekordowy był pod tym względem grudzień, w którym liczba odwiedzin przekroczyła 14 mln. Średni czas trwania wizyty użytkownika na stronie to 4,31 min., a współczynnik konwersji wzrósł w ubiegłym roku o ponad 10 proc. Inwestując w platformę internetową, Empik chce zwiększyć dynamikę odwiedzin i wskaźnik konwersji platformy internetowej.  

Obecna strona była eksploatowana przez 7–8 lat i stwierdziliśmy, że musimy ją trochę odświeżyć i ułatwić zarządzanie nią. W tej chwili mamy na naszej platformie kilkaset tysięcy produktów i zadecydowaliśmy, że stworzymy wszystko od początku i zrobimy to wewnętrznie, z pomocą naszych deweloperów. Zmiana wizualna jest tylko pierwszym etapem. Kolejne będą wdrażane w najbliższych miesiącach – zapowiada Szymon Bujalski.

Na inwestycje oraz zintegrowanie sprzedaży internetowej z tradycyjną tylko w tym roku Empik wyda około 100 mln zł. W ciągu kilku najbliższych lat ta kwota ma się podwoić.

Spółka równolegle zamierza też postawić na omnichannel i rozwinąć kanały dostaw. W najbliższych tygodniach wprowadzi na terenie całej Polski usługę click & collect (kliknij i odbierz), która umożliwia zamówienie towaru i odebranie go w salonie Empik po dwóch godzinach. Taką możliwość mają pilotażowo na razie mieszkańcy Poznania.

Wdrażamy nowe usługi omnichannelowe, które są połączeniem sklepu offline’owego z onlinem, typu click and collect. Będzie można zarezerwować towar, nawet stojąc w korku, i za dwie godziny odebrać w salonie przygotowane zamówienie. W tej chwili trwają testy w Poznaniu. Lada moment udostępnimy tę usługę na terenie całej Polski – mówi Szymon Bujalski.

W całym 2016 roku Empik wysłał do klientów 4 mln paczek. Sieć oferuje w tej chwili również usługę pick & point, która umożliwia odbiór zamówienia w wybranym salonie (po dłuższym czasie oczekiwania). W ubiegłym roku skorzystało z niej około 80 proc. klientów.

Nowa strona internetowa jest połączona, również wizualnie, z naszym salonem Future Store, który otworzyliśmy w Warszawie – mówi Szymon Bujalski. – Nasze salony będą skoncentrowane na DNA naszego biznesu, czyli na kulturze, książkach, grach, muzyce i filmach. Te kategorie będziemy mocno rozwijać w sklepach offline’owych, stacjonarnych.

We wrześniu ubiegłego roku marka otworzyła w warszawskiej Galerii Mokotów Empik Future Store, czyli swój pierwszy salon w nowym formacie. Jeszcze w tym roku spółka planuje otwarcie 13–14 nowych księgarni, a w kolejnych latach chce utrzymać tę dynamikę. Do 2020 roku sieć Empiku ma liczyć 300 salonów na terenie całego kraju. Nowe punkty będą lokalizowane przede wszystkim w centrach handlowych.

Kolejnym kanałem, który Empik zamierza mocno rozwijać w nadchodzących miesiącach, jest platforma mobilna. W 2016 roku skorzystało z niej około 200 tys. klientów. Z kolei tegoroczne plany zakładają około 600 tys. pobrań mobilnej aplikacji.

Z przeprowadzonych przez sieć Empik badań wynika, że 44 proc. wszystkich transakcji zakupowych odbywa się poprzez kanał mobilny, a 56 proc. klientów rozpoczyna od tego kanału ścieżkę zakupową. Większość, bo 84 proc., transakcji multidevice kończy się na desktopie, który jest kanałem domykającym transakcję.

Nowością dla klientów ma być też kolejna odsłona programu lojalnościowego Mój Empik, który wystartował w sierpniu 2016 roku. Do końca grudnia z programu zniżek Mój Empik korzystało w sumie 1,3 mln osób.

Nowsza wersja programu jest bardziej przystępna. Promocje są lepiej uwypuklone, klient może odnaleźć oferty dla siebie, w łatwy sposób je aktywować, a potem dokonać zakupu w sklepie offline’owym bądź online. Tych zmian jest bardzo wiele. Klient, który wejdzie na nowy Empik, lada moment zauważy je wszystkie – mówi Szymon Bujalski.

Korekta na rynkach akcji przed wystąpieniem Donalda Trumpa

Inwestorzy na całym świecie zamykają dziś swoje długie pozycje w akcjach, realizując zyski z trzeciego pod rząd wzrostowego tygodnia notowań, w oczekiwaniu na wystąpienie prezydenta Stanów Zjednoczonych przed amerykańskim parlamentem. Donald Trump będzie przemawiać przed parlamentarzystami Izby Reprezentantów i Senatu w przyszły wtorek. Trzeba podkreślić, iż w przyszłym tygodniu miną trzy tygodnie od czasu, gdy prezydent Trump obiecał coś „fenomenalnego” w odniesieniu do reformy podatkowej i inwestorzy zaczynają być niecierpliwi, chcąc poznać jakiekolwiek szczegóły tej zapowiedzi. Jeśli w wtorkowym wystąpieniu nie będzie żadnych konkretów, to hossa na rynkach giełdowych, którą widzimy od trzech miesięcy, może zostać poddana próbie znacznej korekty. Równie ciekawym wydarzeniem dla inwestorów, co wystąpienie Trumpa, może okazać się coroczny list miliardera Warrena Buffetta do akcjonariuszy wraz z rocznym raportem wyników finansowych jego spółki inwestycyjnej Berkshire Hathaway Inc. Treść tego listu i raportu poznamy już w weekend.

Europejskie indeksy giełdowe korygują dziś w wyraźny sposób wzrosty z poprzednich dni. Benchmarkowy indeks największych europejskich spółek Euro Stoxx 50 traci obecnie aż 1,4 proc., handlując w pobliżu poziomu 3285 punktów i negując w kilka godzin całą tygodniową zwyżkę. Niemiecki DAX traci obecnie 1,7 proc., handlując w pobliżu poziomu 11750 punktów, francuski CAC40 traci 1,5 proc., handlując w pobliżu poziomu 4815 punktów, a brytyjski FTSE100 traci 1,0 proc., handlując w pobliżu poziomu 7185 punktów. Również amerykańskie kontrakty na indeksy wskazują, iż wszystkie najważniejsze nowojorskie indeksy otworzą się na czerwono.

Wszystkie polskie indeksy giełdowe handlują obecnie pod kreską. WIG 20 traci obecnie ponad 2 proc., handlując już jedynie kilka punktów powyżej poziomu 2200 punktów. Jedyną spółką w tym indeksie handlującą na plusie jest producent obuwia CCC. Również indeks średnich spółek mWIG40 traci 1,2 proc., handlując w pobliżu poziomu 4845 punktów.

Ceny miedzi rosną dziś ok. 0,7 proc. do poziomu 2,65 dolarów za funta, próbując odrobić choć niewielką cześć z wczorajszego tąpnięcia na rynku. Trzeba podkreślić, iż wczorajszy dzienny spadek cen miedzi był największy od 17 miesięcy, a czerwony metal stracił w trakcie tego ruchu niecałe 4 proc. na wartości. Ceny złota rosną 0,8 proc., kończąc czwarty z rzędu tydzień wzrostów. Za uncję tego szlachetnego kruszcu należy już płacić ponad 1256 dolarów. Z kolei srebro kończy już 9 z kolei tydzień wzrostów, co jest najdłuższym takim okresem od 2006 roku. Od początku roku metal zyskał już ponad 13 proc. i za jego uncję należy płacić niecałe 18,40 dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Witold Orłowski: Siła Polski w Europie

Polska jest niedużym krajem, który musi sobie radzić na świecie – niezależnie od tego jak on wygląda. Musimy się dostosować do sytuacji. Przez ponad 20 lat korzystaliśmy ze zjawisk globalizacyjnych – przede wszystkim przejmując miejsca pracy z zachodniej Europy. Jeżeli procesy otwartości gospodarek miałyby się ku końcowi, to pozostaje nam znalezienie innego modelu rozwoju.

– Dla nas nie jest najważniejsze co dzieje się na całym świecie, powinny interesować nas wydarzenia w Europie – powiedział agencji eNewsroom.pl Witold Orłowski ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula –  Mamy powody do obserwowania wyników wyborów w europejskich krajach. W przypadku, gdy Unia Europejska utrzyma się bez większych perturbacji, procesy wykorzystywane przez Polskę powinny być kontynuowane. Gdyby okazało się, że wewnątrz Unii narastają tendencje protekcjonistyczne – to będziemy musieli się do nich dostosować. Powinniśmy w najbliższych dekadach zacząć opierać się na własnych siłach i mechanizmach rozwoju – bez założenia, że kapitał będzie łatwy do znalezienia, rynki będą stabilne, a dostęp będzie dla nas stale szeroko otwarty – dodał Orłowski.

28 lutego Donald Trump zaprezentuje zmiany założeń polityki fiskalnej

To, co Donald Trump powie 28 lutego w Kongresie, może mieć fundamentalne znaczenie dla wyceny dolara. W zaplanowanym na ten dzień wystąpieniu prezydent USA zaprezentuje zmiany założeń polityki fiskalnej, które znajdą odzwierciedlenie w przedstawionym w kolejnych dniach projekcie budżetu na najbliższy rok oraz planach dochodów i wydatków na kolejne 10 lat – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W pierwszych wystąpieniach przed połączonymi izbami Kongresu amerykańscy prezydenci tradycyjnie przedstawiają podstawowe elementy polityki gospodarczej swoich nowych administracji. Czy prezydent Donald Trump powtórzy we wtorek obietnice, które w kampanii składał jako kandydat?

Przypomnijmy, że Trump i Republikanie przedstawiali kompleksowy program zmiany podatków. Chodziło m.in. o obniżenie liczby progów PIT dla Amerykanów z siedmiu do trzech. Najwięcej na obiecanych reformach zyskałyby osoby zarabiające powyżej 400 tys. dolarów rocznie. Redukcji powinny ulec również obciążenia na rzecz państwa związane z zyskami kapitałowymi.

Mniejsze obciążenia fiskalne zostały obiecane także przedsiębiorstwom, gdzie podatek od zysków, według planów prezydenta, spadłby z obecnych 35 do 15 proc., a w założeniach republikańskiego planu gospodarczego „A Better Way” – do 20 proc. Towarzyszące im programy promocji eksportu i produkcji dóbr oraz usług w kraju (Korekta Podatku Granicznego) czy plan repatriacji zagranicznych zysków przez amerykańskie przedsiębiorstwa także pojawiały się w kampanii wyborczej konserwatystów. Na uwagę zasługuje też zapowiedź przeznaczenia 1 biliona dolarów w najbliższej dekadzie na inwestycje infrastrukturalne.

Historia drogowskazem?

Przez ostatnie tygodnie w przestrzeni medialnej zamiast dyskusji na temat zmian w polityce fiskalnej wiele było informacji dotyczących imigracji. Powoli więc uczestnicy rynku zaczęli się zastanawiać, jaka część z kampanijnych zapowiedzi zostanie zrealizowana. Przyszłotygodniowe wystąpienie Trumpa w Kongresie i późniejszy plan budżetu na rok fiskalny 2018 (zaczynający się od października 2017 r.) to już praktycznie ostatni moment, by odnieść się do przedwyborczych obietnic.

Gdyby we wtorkowym wystąpieniu Trumpa pojawiły się zapowiedzi zmian podatków dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a także większość pozostałych projektów, to szanse na ich faktyczne wprowadzenie są stosunkowo duże. Analizując pierwsze po przyjęciu nominacji orędzia amerykańskich prezydentów dostępne na stronach kalifornijskiego uniwersytetu USCB (The American Presidency Project), widać, że plany miały odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Poświęcone w znacznej części sprawom gospodarczym orędzie Ronalda Reagana z 18 lutego 1981 r. spowodowało, że już od 1982 r. podatki dochodowe dla najbogatszych zmniejszyły się z 70 do 50 proc., a dla najmniej zarabiających – z 14 do 12 proc. (wg archiwalnych danych amerykańskiego Urzędu Skarbowego – IRS).

Podczas drugiej kadencji Reagana redukcja podatków była jeszcze głębsza. W 1988 r. zostały już tylko dwie skale podatkowe – 15 i 28 proc., co oznacza, że obciążenia fiskalne dla najbogatszych zmniejszyły się aż o 42 pkt proc. w porównaniu do 1981 r. W tym samym okresie redukcji o 12 pkt proc. uległy podatki dla przedsiębiorstw.

Prezydentura George’a Busha nie zmieniła zauważalnie podatków, prócz wprowadzenia trzeciego progu na poziomie 31 proc. Ale już w 1993 r. Bill Clinton w swoim pierwszym orędziu zapowiedział, że 1.2 proc. najlepiej zarabiających Amerykanów będzie płacić wyższe podatki. W rezultacie najzamożniejsza grupa zaczęła oddawać państwu 39.6 proc. swojego dochodu.

Warto zauważyć, że podczas sprawowania władzy przez Reagana czy Busha cały czas w Izbie Reprezentantów przewagę mieli Demokraci, a od drugiej połowy lat 80. Republikanie utracili także Senat. Mimo to kluczowe zmiany zostały wprowadzone. Teraz cały Kongres jest pod kontrolą Republikanów, co dodatkowo powinno ułatwiać proces legislacyjny i faktyczne wprowadzenie zmian sugerowanych w kampanii.

Silny wpływ na dolara

Zmniejszenie podatków dla gospodarstw domowych to impuls do konsumpcji. Wyższe wydatki infrastrukturalne, repatriacja zagranicznych zysków czy redukcja obciążeń regulacyjnych dla przedsiębiorstw to szansa na przyspieszenie inwestycji. Stymulacja eksportu oraz mniej opłacalny import to z kolei szansa na wyższą inflację. Wszystkie te elementy powinny przynajmniej w krótkim terminie sprzyjać wzrostowi gospodarczemu i podwyższać prawdopodobieństwo szybszego od oczekiwań podnoszenia stóp procentowych.

Ponieważ jednak powyższe zmiany cały czas są w formie planów, stosunkowo niewiele niezależnych ośrodków analitycznych oszacowało ich skutki dla gospodarki amerykańskiej. Temat został jednak podjęty w listopadzie przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Organizacja przyjęła w swoich szacunkach, że stymulacja fiskalna w 2018 r. zwiększy wzrost PKB w porównaniu do wcześniejszego scenariusza o 0.9 pkt proc. do 3.0 proc. O 0.4 pkt proc. ma być wyższa inflacja i sięgnąć w przyszłym roku 2.2 proc. Nie to jest jednak najważniejsze. Kluczową kwestią są szacunki, jak mogą wyglądać rynkowe stopy procentowe, których wyznacznikiem są np. rentowności obligacji skarbowych.

Według modeli OECD rentowności 10-letnich obligacji skarbowych mogą wzrosnąć z obecnych 2.4 proc. do 3.6 proc. Różnica w dochodowości obligacji krajów rozwiniętych z podobną wiarygodnością kredytową jest jednym z podstawowych impulsów do zmian na rynku walutowym. Tak silna zmiana przyszłych stóp procentowych mogłaby doprowadzić do gwałtownego wzmocnienia się dolara w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.

Niezwykle ważne najbliższe dni

Barack Obama pierwsze wystąpienie przed połączonymi Izbami Kongresu miał 24 lutego 2009 r. Już dwa dni później został ogłoszony budżet na 2010 r. Z kolei w 2001 r. orędzie George’a W. Busha odbyło 27 lutego, a plan wydatków i dochodów państwa Kongres otrzymał dopiero 9 kwietnia.

Budżet Donalda Trumpa ma, wg doniesień agencji Bloomberg, trafić na Kapitol w okolicach 13 marca. Podczas środowej konferencji prasowej te doniesienia potwierdził Sean Spicer, rzecznik Białego Domu.

Biorąc jednak pod uwagę, że plany gospodarcze zaprezentowane w inauguracyjnym orędziu prezydenta zwykle mają przełożenie w ogłoszonym później budżecie, już we wtorek będzie można oszacować skalę zmian fiskalnych. Gdyby wystąpienie Donalda Trumpa w Kongresie zawierało większość kampanijnych zapowiedzi, wtedy scenariusz silnego wzmocnienia się dolara stałby się bardzo prawdopodobny. Niewykluczone, że w takim rozwoju sytuacji amerykańska waluta sięgnęłaby poziomu 4.50 zł w kolejnych miesiącach.

Kurs dolara słabnie. Zyskuje funt. Euro pod presją

Polityka ponownie uderza w USD, gdyż komentarze Sekretarza Skarbu Mnuchina poddają wątpliwość szybkie wdrożenie reformy podatków. Przy niewrażliwości dolara na solidne dane i jastrzębie wzmianki z Fed, rozczarowanie tempem prac administracji rządowej otwiera drogę do co najmniej przejściowej słabości waluty. EUR ma swoje problemy polityczne, za to na całym zamieszaniu zyskują JPY i GBP.

Silny dolar nie znajduje otwartej akceptacji w Białym Domu, choć administracja stara się zbudować wrażenie, że nie zmierza do osłabienia waluty. Nowy Sekretarz Skarbu USA starał się wczoraj złagodzić stanowisko rządu stwierdzeniem, że w krótkim terminie silny dolar ma swoje zalety, ale też wady. Dodał, że umocnienie dolara od czasu wyborów to wyraz zaufania do administracji Trumpa i perspektyw gospodarki w ciągu następnych czterech lat. Jest trochę rozczarowujące, że Sekretarz Skarbu wykorzystuje swoje stanowisko do gry politycznej i to w tak niezręczny sposób. Sondaże poparcia dla prezydenta USA nigdy nie były tak nisko w miesiąc po inauguracji. USD jest silny przez postawę gospodarki jeszcze z okresu sprzed zmiany władzy, a fakt, że dolar zyskał po wyborach, oznacza tylko, że rynek odrzucił najbardziej negatywny scenariusz konsekwencji wygranej Trumpa. Styczniowy zwrot jest dowodem, że inwestorzy ponownie mają wątpliwości odnośnie tego, w którym kierunku zmierza Trump.

Co ważniejsze dla USD w krótkim terminie, to komentarze Mnuchina dotyczące reformy podatkowej. Mnuchin ma nadzieję, że reforma zostanie przedstawiona przed sierpniową przerwą w pracach Kongresu, ale określił harmonogram jako „bardzo agresywny”. Staje to w sprzeczności z zapowiedziami Trumpa z 9 lutego, że „fenomenalny” plan zostanie zaprezentowany „za 2-3 tygodnie”. Rynek jeszcze po cichu liczył, że szczegóły reformy mogą zostać ujawnione podczas wystąpienia Trumpa w Kongresie 28 lutego, ale teraz szanse na to wyraźnie maleją. Jako że USD nie jest w stanie wykorzystać pozytywnych impulsów płynących z danych makro i Fed, wrażliwość na sygnały fiskalne jest zwiększona, przy czym więcej tutaj rozczarowań. Jeśli nie otrzymamy pozytywnej niespodzianki z Białego Domu, dolar ponownie znajdzie się pod presją.

Dokonując przeglądu walut G10, USD cierpi przez wątpliwości o kształt polityki fiskalnej, a EUR odczuwa coraz silniejszą presję związaną z ryzykiem politycznym. EUR/USD kontynuuje konsolidację mniej więcej przy 1,06, ale JPY znajduje się w idealnej konfiguracji, szczególnie że USD/JPY jest ciągnięty w dół przez spadki rentowności obligacji skarbowych USA. Wzrost niepewności i niższe rentowności to także zaproszenie do wzrostów cen złota. Rynek preferuje też pozycjonowanie na ryzyka polityczne Eurolandu poprzez sprzedaż EUR/GBP, więc funt ponownie ma lepszy okres, nawet jeśli dane makro z Wielkiej Brytanii nie są przychylne. Ponieważ nie widać globalnego wzrostu awersji do ryzyka, AUD i NZD pozostają mocne. Dla złotego apetyt na ryzyko znosi się z problemami strefy euro, więc EUR/PLN gnieździ się na 4,30.

Kalendarz w piątek ograniczony jest do wydarzeń po drugiej stronie Atlantyku. Inflacja w Kanadzie ma wzrosnąć do 1,6 proc. r/r w styczniu z 1,5 proc. r/r przy powszechnym na całym świecie wpływie wyższych cen paliw. Przy generalnej słabości USD, USD/CAD może wynieść więcej z pozytywnej niespodzianki w odczycie. Z USA otrzymamy dane o sprzedaży nowych domów i finalny odczyt indeksu Uniwersytetu Michigan. Wątpimy, aby dane mogły wyraźnie odmienić sentyment wokół dolara, ale jeśli już, to informacje o oczekiwaniach inflacyjnych w raporcie UM skupią największą uwagę. Oczekiwania długoterminowe (dla okresu 5-10 lat) są względnie stabilne na 2,5 proc., ale wyższy wyskok (2,7 proc. i wyżej) będzie wywierał presję na Fed.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2016 roku Polacy odłożyli 1,6 miliarda na swoje dodatkowe emerytury

Waldemar Wołos, dyrektor Departamentu Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI
Waldemar Wołos, dyrektor Departamentu Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI

Prawie 1,6 miliarda złotych – tyle Polacy wpłacili w 2016 r. do dobrowolnego, prywatnego III filaru emerytalnego. To o ponad 250 milionów złotych więcej niż rok wcześniej. Prawie 60% nowych IKE i IKZE zostało otwartych w towarzystwach funduszy inwestycyjnych (TFI).

Na Indywidualne Konta Emerytalne (IKE) wpłynął ponad 1 miliard złotych, a na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE) ponad 0,5 miliarda złotych.

Dane za 2016 rok pokazują, że gotowość Polaków do samodzielnego oszczędzania na emeryturę rośnie, ale wciąż jest na stosunkowo niskim poziomie. To zaskakujące, bo większość z nas zdaje sobie sprawę, że państwowe emerytury będą niskie.

Zgodnie z danymi Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF), większym zainteresowaniem Polaków cieszyły się IKE. W 2016 roku powstało ponad 92 tys. nowych IKE. To o 20 tys. więcej niż rok wcześniej. Towarzystwa funduszy inwestycyjnych otworzyły 59% z nich, 20% zostało otwartych przez zakłady ubezpieczeniowe, a reszta przez pozostałe uprawnione do prowadzenia kont emerytalnych podmioty. Łącznie Polacy założyli już prawie 903 tysiące kont IKE. Co ciekawe, w 2016 roku tylko na 31% z nich dokonano wpłaty. Ze wszystkich IKE nieznacznie więcej należy do kobiet (52,5%) niż do mężczyzn (47,5%). Łącznie Polacy zgromadzili na Indywidualnych Kontach Emerytalnych ponad 6,6 miliarda złotych.

Nowych IKZE w 2016 roku powstało prawie 64 tys. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku IKE, 59% z nich zostało otwartych przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych. Na koniec minionego roku instytucje finansowe prowadziły łącznie ponad 643 tys. kont IKZE, ale tylko 25% z nich było aktywnych. IKZE zakłada praktycznie tyle samo kobiet (50,8%), co mężczyzn (49,2%). Najliczniejszą grupą, która ma założone IKZE, są kobiety w wieku 51-60 lat (ponad 100 tys. kont).

W ubiegłym roku średnia wpłata na IKE prowadzone przez Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych wyniosła 3,7 tys. zł, a na IKZE – 3,1 tys. zł.

Łącznie w III filarze (z wyłączeniem pracowniczych programów emerytalnych) na koniec 2016 r. Polacy mieli odłożone ponad 7,7 miliarda złotych.

Z danych UKNF wynika, że brakuje nam impulsu do działania. Sporo osób decyzję
o rozpoczęciu oszczędzania odkłada na później a to podstawowy błąd. Najważniejsze jest to żeby zacząć oszczędzać, a nie to ile będziemy odkładać. Z czasem zobaczymy, że oszczędzanie nie wiąże się wcale z wielkimi wyrzeczeniami i będziemy mogli zwiększyć naszą miesięczną składkę.

Finlandia ma szansę stać się europejskim liderem w dziedzinie recyklingu liniowców

Kiedy życie statku dobiega końca, większość z materiałów, z których jest zbudowany, można wykorzystać ponownie – nawet w takiej postaci są one warte miliony euro. Za sprawą nowo utworzonego fińskiego konsorcjum, odzyskiwanie materiałów ze statków może stać się jednym z głównych obszarów działalności dla przemysłu morskiego i recyklingowego w tym kraju.

Obecnie większość liniowców demontowana jest w Azji południowej, ale proces ten nierzadko odbywa się w budzących wątpliwości warunkach pracy. Celem unijnej dyrektywy, która ma wkrótce wejść w życie, jest zmiana tego stanu rzeczy w taki sposób, aby wszystkie statki pływające pod europejskimi banderami musiały podlegać certyfikowanemu złomowaniu. Jest to wielka szansa dla fińskiego przemysłu morskiego, gdyż dysponuje on ogromnym doświadczeniem w demontażu dużych statków w sposób przyjazny dla środowiska i pracowników.

Mamy duże doświadczenie w budowie statków, ogromne możliwości produkcyjne stoczni i bezkonkurencyjne know-how w dziedzinie gospodarki okrężnej„, mówi Piia Moilanen, menedżer projektu w Fińskiej Agencji na rzecz Finansowania Innowacji (Tekes). „Elementy te stanowią rewelacyjne zaplecze na potrzeby procesu złomowania statków“.

Nowy projekt „Recykling statków“  finansowany jest przez agencję Tekes we współpracy z konsorcjum fińskich firm. Współpraca ta ma doprowadzić do stworzenia w Finlandii całej gałęzi przemysłu zajmującej się złomowaniem liniowców. Pierwszy projekt pilotażowy jest aktualnie przedmiotem dyskusji i ma się rozpocząć pod koniec 2017roku.

Do wspomnianego konsorcjum firm należą między innymi trzy spółki: stocznia remontowa w Turku, firma Meriaura oraz spółka Delete. Każda z nich oferuje inne kompetencje w zakresie recyklingu dużych statków.

Stocznia remontowa w Turku

Aktualnie żadne z unijnych państw nie dysponuje miejscami, w których można złomować statki o długości przekraczającej 100 metrów, ale stocznia remontowa w Turku (TRY) na południowym zachodzie Finlandii jest gotowa to zmienić. Jej suchy dok ma 265 metrów długości i 70 metrów szerokości, co czyni go doskonałym miejscem dla tak dużych jednostek. Przeciętnie w ciągu jednego roku firma zajmuje się naprawą i konserwacją ponad 150 statków: od tankowców po promy pasażerskie.

Jak mówi Oskari Kosonen, menedżer projektu w TRY: „Złomowanie w dużej mierze sprowadza się do zarządzania projektem, a w tym się właśnie specjalizujemy. Ponadto mamy już certyfikaty środowiskowe umożliwiające naprawę statków, a do finalnego  rozpoczęcia złomowania potrzebujemy jeszcze tylko kilku pozwoleń”.

Jednym z głównych obszarów zainteresowania TRY jest minimalizacja wpływu na środowisko – podejście to spółka zamierza zastosować także w zakresie złomowania statków. Jeżeli projekt pilotażowy zakończy się w 2017 roku sukcesem, celem jest rozpoczęcie od sześciu projektów złomowania w ciągu roku rocznie i sukcesywne zwiększanie ich liczby.

Meriaura

Zanim statek zostanie rozebrany na części, musi znaleźć się w suchym doku. Właśnie w tym momencie wkracza firma Meriaura – specjalista na obszarze logistyki morskiej. Od ponad 20 lat zajmuje się ona w Europie wymagającymi projektami w dziedzinie cargo i inwestuje znaczne kwoty w budowę efektywnej energetycznie floty.

Pojawiamy się na początku i końcu procesu złomowania“, wyjaśnia Jussi Mälkiä, dyrektor zarządzający Meriaura. „Interesuje nas pozyskanie statków nadających się do złomowania i przetransportowanie ich do suchego doku. Następnie nasi partnerzy usuwają niebezpieczne odpady i rozkładają statek na części, natomiast my zajmujemy się transportem złomu”.

Jeden statek waży tysiące ton. Do 90 procent tej masy stanowi stal i inne surowce, nadające się do ponownego wykorzystania, a Meriaura specjalizuje się w tego typu wymagających zadaniach  transportowych. Spółka jest w stanie przewieźć  do trzech milionów ton surowca rocznie.

Delete

Spółka Delete jest ekspertem w zakresie wymagających projektów złomowania i usług środowiskowych. Ta zatrudniająca w Finlandii i Szwecji 800 osób firma ma nadzieję wnieść do projektu „Recykling statków“ wysoce specjalistyczną wiedzę w tej właśnie dziedzinie.

To my bylibyśmy odpowiedzialni za większą część faktycznego złomowania“, mówi Janne Salonen, menedżer ds. złomowania ciężkich obiektów w Delete. „Dysponujemy specjalistyczną wiedzą szczególnie w obszarze materiałów niebezpiecznych, ale także w zakresie demontażu wewnętrznych części statku oraz kadłuba.“

Choć złomowanie statków jest dla Delete nowym obszarem działalności, to firma specjalizuje się w zarządzaniu nietypowymi projektami złomowania obiektów każdej wielkości i jest gotowa podjąć się wyzwań związanych z pracą w wąskich korytarzach i maszynowniach statków.

Zdaniem firmy Finlandia dysponuje wszystkimi elementami, które są niezbędne, aby stać się ważnym graczem w tej branży:

Finlandia wykorzystuje procesy przyjazne środowisku i zapewnia pracownikom bezpieczeństwo“, mówi Salonen. „Ponadto mamy potężną siłę w postaci profesjonalnego konsorcjum firm a także  dysponujemy suchym dokiem o odpowiednich rozmiarach, których w większości europejskich krajów nie ma“.

Źródło: SPCC/ Portal goodnewsfinland.com

Raport: Poręczenia kredytów w latach 2014 – 2016

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że obecnie w Polsce 370 tys. osób udzieliło poręczenia 305 tys. kredytów. Wśród nich 11,9 % jest spłacanych z opóźnieniem przekraczającym 90 dni, co niesie negatywne konsekwencje nie tylko dla właściciela kredytu, ale również dla jego żyranta. Czy w związku z tym z roku na rok zmniejsza się liczba osób poręczających kredyty?

W ciągu ostatnich 3 lat o ponad połowę (54,6%) spadła liczba poręczycieli. W porównaniu z rokiem 2014, w którym 572 tys. osób poręczyło 462 tys. kredytów, w 2016 r. liczba poręczycieli spadła o 202 tys., a liczba kredytów poręczonych zmniejszyła się o 154 tys. Rośnie średnia kwota poręczonego kredytu, która w 2016 r. wynosiła 38,9 tys. zł. Oznacza to wzrost o 26,3% w porównaniu do 2014 r. (30,8 tys. zł.) oraz 4,9% w porównaniu do 2015 r (37,1 tys. zł.).

Zjawisko mniejszego poręczania kredytów w dużym stopniu wynika z tego, że banki korzystają obecnie z zaawansowanych statystycznie metod oceny klientów oraz z informacji pozyskiwanych z baz zewnętrznych takich jak BIK  – mówi Rafał Bednarek wiceprezes BIK. – Dzięki temu upraszczają proces przyznawania kredytów rezygnując z dodatkowych zabezpieczeń takich jak poręczenie. Skraca to jednocześnie czas potrzebny na przyznanie i wypłacenie kredytu. Bank stara w ten sposób uczynić swoją ofertę kredytową bardziej atrakcyjną dla klientów – dodaje wiceprezes BIK.Poręczyciele 2014 - 2016

Struktura poręczanych kredytów

Najwyższe kwoty są poręczane w przypadku kredytów mieszkaniowych – średnia kwota poręczanego kredytu hipotecznego wynosi 113,1 tys. zł. Obserwujemy jednak różnice w przypadku kredytów złotowych i walutowych. Dla kredytów złotowych wynosi ona 98,7 tys. zł, zaś dla kredytów walutowych 159,7 tys. zł. W strukturze poręczanych kredytów zobowiązania mieszkaniowe stanowią 13%.

Najczęściej poręczane są kredyty konsumpcyjne, rozumiane jako kredyty gotówkowe i ratalne – stanowią one 85% wszystkich poręczeń. W przypadku kredytów konsumpcyjnych średnia kwota poręczanego kredytu to 31,3 tys. zł.

9, 2% poręczycieli zepsuło swoją historię kredytową

W systemie Biura Informacji Kredytowej znajdują się informacje wskazujące, że spośród 305 tys. kredytów, które są poręczane, 11,9% to kredyty mające opóźnienia w spłacie pow. 90 dni. Te opóźnione kredyty poręcza 34,1 tys. osób, co stanowi 9,2% wszystkich poręczycieli.

– Należy pamiętać, że poręczyciel odpowiada solidarnie za poręczny kredyt. Oznacza to, że w przypadku gdy właściwy kredytobiorca zaprzestał spłaty kredytu, obowiązek ten spada bezpośrednio na poręczyciela – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK. – Skutecznym narzędziem weryfikacji terminowości spłaty poręczonego przez nas kredytu, jest skorzystanie z Raportu BIK, dostępnego na bik.pl, który pozwala nie tylko kontrolować własną bieżącą historię kredytową, ale również sprawdzać, czy kredyt, który poręczyliśmy jest spłacany terminowo. W przypadku opóźnień w spłacie należy mieć świadomość, że sytuacja ta wpływa negatywnie na historię kredytową poręczyciela, obniżając tym samym jego finansową wiarygodność – dodaje prof. Rogowski.

Poręczyciele mają także własne zobowiązania

Zadłużenie z tytułu własnych kredytów posiada aż 70% poręczycieli. Warto podkreślić, że wraz ze wzrostem liczby poręczanych kredytów rośnie liczba własnych kredytów oraz kwota pozostająca do spłaty z tytułu tych zobowiązań.

Poręczyciele wesług liczby poręczanych kredytówNajczęściej poręczany jest jeden kredyt, ale prawie co dziesiąta osoba zdecydowała się na poręczenie 2 lub więcej kredytów. Osoby, które same mają zobowiązania w bankach/SKOK-ach, nieco częściej poręczają jednocześnie większą liczbę kredytów aniżeli osoby, które nie finansują się w tych instytucjach.Poręczyciele wesług liczby poręczanych kredytów

Portret poręczyciela

Dane z BIK wskazują jednoznacznie, że poręczycielem jest najczęściej pani w wieku powyżej 55 lat. Wnikając szczegółowo w strukturę poręczycieli w Polsce należy stwierdzić, że wśród poręczycieli jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn (53,5% vs 46,5%). Skłonność do poręczania kredytów rośnie wraz z wiekiem i zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn osiąga maksimum w wieku 55-64 lat. Tendencja ta jest niezależna od płci, ale również od rodzaju kredytu, jaki jest poręczany.

Poręczyciele według liczby poręczanych kredytówDla pełnego obrazu poręczyciela należy dodać, że gdy on sam dobrze obsługuje swoje kredyty to ryzyko tego, że poręczy kredyt, który będzie źle spłacany jest niewielkie. W grupie osób posiadających jedynie kredyty spłacane poprawnie, tylko 4% osób poręcza kredyty spłacane nieregularnie. Z kolei wśród kredytobiorców, którzy niesolidnie obsługują swoje kredyty, odsetek osób, które poręczają kredyty spłacane z opóźnieniami wynosi aż 56,0%. Spośród osób, które nie finansują się w sektorze bankowym, 12,5% poręcza kredyty, które są obsługiwane z opóźnieniami.Poręczyciele 2014 - 2016

Porada dla poręczyciela, tzw. żyranta

Co trzecia osoba będąca żyrantem czyjegoś kredytu przyznała, że poręczanie wiąże się z pewną lub dużą obawą i niepewnością. Wątpliwości takie wskazali respondenci w badaniu opinii, przeprowadzonym przez Instytut MillwardBrown na zlecenie BIK w 2014 r. Obserwując coraz mniej liczny udział poręczanych kredytów, z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że obawy te nadal znajdują uzasadnienie. Jak zatem właściciel kredytu może skłonić potencjalnego żyranta do poręczenia kredytu? Skoro poręczenie to swego rodzaju wsparcie finansowe, to z pewnością powinno opierać się na zaufaniu. Osoba rozważająca poręczenie czyjegoś kredytu powinna wziąć pod uwagę nie tylko to, czy taki kredyt ma szanse być poprawnie spłacony, ale również ocenić swoją własną sytuację kredytową.

Nałożenie się problemów ze spłatą swoich i poręczanych kredytów, może być niekiedy niemożliwe do udźwignięcia finansowego– ostrzega prof. Rogowski z BIK. – Warto zatem w sposób odpowiedzialny i przemyślany podchodzić zarówno do zaciągania własnych kredytów, jak i poręczania kredytów innym – dodaje.

Wezwanie na 100% akcji Integer.pl S.A. i InPost S.A.

AI Prime (Luxemburg) Bidco S.a r.l., („AIP”) spółka celowa należąca w całości do funduszy zarządzanych przez Advent International („Advent”), jednego z największych i najbardziej doświadczonych globalnych funduszy private equity, i Pan Rafał Brzoska (razem z AIP „Wzywający”), ogłosili dzisiaj wezwanie, w wyniku którego AIP zamierza nabyć wszystkie akcje Integer.pl S.A., polskiej firmy zarządzającej siecią paczkomatów („APM-y” lub Paczkomaty) i świadczącej usługi kurierskie. Proponowana cena za jedną akcję Integer.pl S.A. („Integer.pl”) to 41,10 zł. Jednocześnie Wzywający ogłosili wezwanie do zapisywania się na sprzedaż wszystkich akcji InPost S.A. („InPost”), spółki zależnej Integer.pl. Akcje InPost w wezwaniu ma nabyć AIP. Proponowana cena za jedną akcję InPost to 9,50 zł. Wzywający oraz pozostałe strony transakcji zawarli umowę inwestycyjną z zamiarem nabycia 100% akcji spółek Integer.pl oraz InPost, w celu wycofania całej Grupy z giełdy i umożliwienia jej dalszego rozwoju na rynku prywatnym. Oba wezwania będą finansowane wyłącznie przez Advent.

Grupa Integer po okresie bardzo dynamicznego rozwoju musi teraz stawić czoła istotnemu problemowi z płynnością i z zapotrzebowaniem na kapitał obrotowy oraz boryka się z wysokim poziomem zapadającego w bliskim terminie zadłużenia. Krótkoterminowym celem transakcji jest wycofanie obu spółek z giełdy, spłata zobowiązań Grupy wobec obligatariuszy i banków, jej restrukturyzacja oraz zbudowanie stabilnej struktury kapitałowej, która zapewni firmie finansową zdolność do dalszej działalności. Advent w ramach transakcji zobowiązał się do re-finansowania zadłużenia Grupy w kwocie około 170 mln zł.

Advent wierzy, że w dłuższej perspektywie Integer może stać się zyskowną Grupą, świadczącą najwyższej jakości usługi, dysponującą bezkonkurencyjną siecią Paczkomatów, które będą w zasięgu paru minut od domu lub miejsca pracy każdego z klientów. Osiągnięcie tego ambitnego celu wymagać będzie bardzo znaczących nakładów finansowych. Advent zapewni ok. 500 mln zł nowego kapitału, co pozwoli zrealizować cele inwestycyjne, a jednocześnie zabezpieczy obsługę zadłużenia Grupy. Ponadto fundusz wnosi swoje wieloletnie doświadczenie w branży międzynarodowych usług B2B i B2C konieczne do zbudowania i wzmocnienia pozycji Grupy na rynkach zagranicznych.

Zgodnie z warunkami umowy Pan Rafał Brzoska, założyciel Integer.pl, pozostanie Prezesem Zarządu, jak również będzie zobowiązany do wymiany wszystkich posiadanych przez niego udziałów na udziały spółki holdingowej Grupy w nowej strukturze oraz do utrzymania swojego zaangażowania w spółce jako akcjonariusz mniejszościowy do czasu wyjścia Adventu. Wszyscy pozostali akcjonariusze Integer.pl oraz InPost, którzy odpowiedzą w wezwaniach otrzymają za swoje akcje należność w gotówce. Częścią umowy inwestycyjnej jest również zobowiązanie mniejszościowych akcjonariuszy EasyPack sp. z o.o. („EasyPack”), innej spółki zależnej Integer.pl, do wymiany wszystkich posiadanych udziałów na udziały spółki holdingowej Grupy w nowej strukturze.

Proponowana cena akcji Integer.pl daje premię w wysokości 19 proc. w porównaniu do tzw. undisturbed / unaffected share price, czyli ceny pozbawionej wpływu związanego z przypuszczeniami o potencjalnej transakcji M&A, za która przyjmuje się cenę z końca dnia 2 sierpnia 2016 r., kiedy to Integer.pl poinformował o rozpoczęciu przeglądu opcji strategicznych. Zdaniem Adventu zaproponowane w wezwaniach ceny akcji Integer.pl i InPost odzwierciedlają godziwą wycenę spółek (są wyższe od wymaganych ustawowo poziomów w odniesieniu do średniego kursu akcji z trzech i sześciu miesięcy) i uwzględniają obecną kondycję spółek, ich sytuację finansową oraz warunki i otoczenie rynkowe.

Podsumowanie wezwania na akcje Integer.pl

  • Przedmiotem wezwania jest 5 435 833 akcji spółki Integer.pl (WSE: ITG), uprawniających do wykonywania 70,01% głosów na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy spółki. Akcje te mają zostać nabyte przez AIP.
  • Pan Rafał Brzoska kontroluje obecnie bezpośrednio i pośrednio 2 328 384 akcji reprezentujących 29,99 % kapitału Integer.pl.
  • Proponowana w wezwaniu cena to 41,10 za jedną akcję Integer.pl, co implikuje łączną wartość Integer.pl wysokości c. 319,1 milionów zł, i stanowi:
  • premię w wysokości 19 proc. w porównaniu do tzw. undisturbed / unaffected share price, czyli ceny pozbawionej wpływu związanego z przypuszczeniami o potencjalnej transakcji M&A, za którą przyjmuje się cenę z dnia 2 sierpnia 2016 r. (34,50 zł za akcję na zamknięciu notowań), kiedy to spółka poinformowała o rozpoczęciu przeglądu opcji strategicznych
  • premię w wysokości 21 proc. w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania, która wynosi 33,92 zł.
  • premię w wysokości 6 proc. w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 3 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania, która wynosi 38,81 zł.
  • Rozpoczęcie przyjmowania zapisów nastąpi 16 marca 2017 r. i potrwa do 19 kwietnia 2017 r. włącznie.
  • Wezwanie jest uzależnione od uzyskania stosownych zgód organów antymonopolowych oraz osiągnięcia minimalnego poziomu zapisów wskazanego poniżej.
  • Wezwanie jest uwarunkowane złożeniem zapisów na akcje reprezentujące łącznie 90% akcji w Integer.pl. Po osiągnięciu tego progu, Wzywający zamierzają wycofać spółkę z giełdy.
  • Jeśli Wzywający w wyniku wezwania staną się właścicielami 90% lub więcej akcji spółki, ich intencją będzie rozpoczęcie procesu przymusowego wykupu akcji należących do akcjonariuszy mniejszościowych spółki.

Podsumowanie wezwania na akcje InPost

  • Przedmiotem wezwania jest 11 558 000 akcji spółki InPost (WSE: IPT), uprawniające do wykonywania 100% głosów na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy spółki.
  • Integer.pl bezpośrednio i poprzez jedną ze spółek zależnych, Integer.pl Inwestycje sp. z o.o. posiada obecnie 6 703 640 akcji odpowiadających 58% kapitału InPost.
  • Proponowana w wezwaniu cena to 9,50 zł za jedną akcję, co implikuje łączną wartość InPost wysokości c. 109.8 milionów zł, i stanowi:
  • Premię w wysokości 11 proc. w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania, która wynosi 8,56 zł.
  • Premię w wysokości 1 proc. w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 3 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania, która wynosi 9,43 PLN.
  • Rozpoczęcie przyjmowania zapisów nastąpi 16 marca 2017 r. i potrwa do 20 kwietnia 2017 r. włącznie.
  • Wezwanie jest uzależnione od uzyskania przez Wzywających zgody organów antymonopolowych.
  • Wezwanie jest uwarunkowane złożeniem zapisów na akcje reprezentujące łącznie 90% akcji w InPost. Po osiągnięciu takiego progu, Wzywający zamierzają wycofać spółkę z giełdy.
  • Jeśli Wzywający w wyniku wezwania będą bezpośrednio lub pośrednio kontrolować 90% lub więcej akcji spółki, ich intencją będzie rozpoczęcie procesu przymusowego wykupu akcji należących do akcjonariuszy mniejszościowych spółki.
  • Zamkniecie przez Wzywających wezwania na InPost jest uzależnione od zamknięcia z sukcesem wezwania na akcje Integer.pl.

Komentując ogłoszone dzisiaj wezwania Peter Nachtnebel, dyrektor w Advent International, powiedział:

“Rafał Brzoska wraz z zespołem stworzył prężną polską firmę, która działa w dynamicznie rozwijającym się sektorze usług kurierskich nieustannie rosnącym dzięki rozwojowi e-commerce. Widzimy w niej duży potencjał.

Jednakże szybki rozwój firmy, trajektoria wzrostu, przynosząca stratę działalność międzynarodowa oraz struktura kapitałowa Grupy sprawiły, że jej obecny model biznesowy wymaga istotnych zmian, aby mogła dalej skutecznie funkcjonować. By spełniać rosnące oczekiwania klientów Grupa Integer.pl potrzebuje zarówno znaczących inwestycji, umożliwiających osiągnięcie odpowiedniej skali i „masy krytycznej” zapewniającej dochodowość biznesu, jak również uproszczenia struktury organizacyjnej. Bez tego firma nie będzie mogła dalej się rozwijać. Nasza transakcja jest jedynym rozwiązaniem, które zapewnia niezbędne Spółce znaczące dokapitalizowanie pozwalające na spłatę zadłużenia, wesprze jej bieżącą działalność oraz zapewni dalszy rozwój, a także gwarantuje jej obecnym akcjonariuszom możliwość wyjścia po godziwej cenie”.

Komentując dzisiejsze wezwanie pan Rafał Brzoska, powiedział:

„Niedawny przegląd opcji strategicznych Integer.pl wykazał szereg istotnych problemów operacyjnych oraz konieczność szybkiego przystosowania się do zmieniających się wymagań rynkowych. Aby nadal rosnąć i umacniać pozycje na polskim rynku oraz rozwijać biznes na rynkach zagranicznych Integer.pl potrzebuje silnego, doświadczonego i kompetentnego partnera – jestem przekonany, że Advent jest właśnie takim partnerem”.

Doradcy

  • Podmiotem pośredniczącym w wezwaniu jest BZ WBK SA, który pełni także rolę doradcy finansowego.
  • Clifford Chance Warszawa zapewnia doradztwo prawne Advent International.
  • Point of View Business Communication Consultancy zapewnia doradztwo w zakresie komunikacji.

Wstępne wskaźniki jeszcze nie odzwierciedlają ryzyka związanego wyborami w Niemczech i Francji

W minionym tygodniu poznaliśmy niewiele nowych danych ekonomicznych. Ważną rolę odgrywały natomiast wskaźniki wstępne, np. dla PMI. W strefie euro PMI dla sektora wytwórczego utrzymuje się na poziomie 55,5 pkt.

Indeks PMI dla strefy usług jest zbliżony i wynosi 55,6 pkt. Potwierdza to swym wzrostem również niemiecki indeks koniunktury IFO, który wzrósł do 111 pkt. Jednak wszystko może się jeszcze zmienić. Musimy być świadomi, że stabilność rynku walutowego w najbliższej przyszłości będzie coraz bardziej zależeć od sytuacji politycznej we Francji i w Niemczech, gdzie wkrótce odbędą się bardzo ważne wybory.

Spośród innych danych warto wspomnieć o wzroście stopy bezrobocia w Polsce do 8,6%. Ze względu na roczną sezonowość nie ma jednak powodu do niepokoju i oczekuje się, że od marca bezrobocie znów będzie spadać. Na dobrą kondycję rynku pracy dodatkowo wskazuje wzrost liczby ofert pracy, których jest o 38,3% więcej niż w zeszłym roku. Polski złoty w tym tygodniu się umocnił i w piątek rano osiągnął poziom 4,31 EUR/PLN. Kurs eurodolara był na poziomie 1,06 EUR/USD.

Autor: AKCENTA

Inwestycje w kamienice coraz popularniejsze. Wyremontowane mieszkania w takich budynkach znacząco zyskują na wartości

Inwestycje w kamienice coraz popularniejsze. Wyremontowane mieszkania w takich budynkach znacząco zyskują na wartości 16

Inwestycje w kamienice, zwłaszcza położone w ścisłych centrach miast, przy głównych, reprezentacyjnych ulicach stają się coraz popularniejsze. Ze względu na położenie nadają się na wynajem czy przestrzenie komercyjne. Po rewitalizacji wartość budynku może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent. Zakup budynku może jednak być ryzykowny. Oprócz wyłożenia pokaźnej sumy na remont, problematyczna może się okazać skomplikowana struktura własnościowa czy wpisanie na listę zabytków, które niekiedy uniemożliwiają przeprowadzenie prac remontowych.

– Bardzo dobrze położone kamienice w centrach miast są idealne na wynajem. Obecnie stopa zwrotu z wynajmu jest znacznie wyższa niż w przypadku instrumentów oszczędnościowych, jak lokaty czy obligacje, dlatego nieruchomości pod wynajem cieszą się dużą popularnością. Często pierzeje kamienic położone są w zwartej śródmiejskiej zabudowie, w bardzo dobrej lokalizacji i idealnie nadają się nie tylko na przestrzenie komercyjne typu biura, hotele, siedziby firm. Potencjał tych nieruchomości jest więc bardzo duży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Moneta, redaktor naczelny portalu Komercja24.pl Grupy WGN.

Przedwojenne kamienice coraz częściej przyciągają inwestorów. Mogą przynieść duży zysk, zwłaszcza te położone w największych miastach, w centralnych dzielnicach. Pod względem liczby starych kamienic w Polsce przoduje Wrocław (ok. 3 tys. kamienic według portalu Komercja24.pl).

Inwestorzy często kupują mieszkania w kamienicach do remontu. Cena jest zazwyczaj niższa niż za średnie lokale w danej lokalizacji, a po remoncie wartość znacząco rośnie.

– Biorąc pod uwagę, że nieruchomość znacznie zyskuje na wartości po wyremontowaniu, może być to bardzo dobra inwestycja. To wzrost wartości nawet o kilkadziesiąt procent, oczywiście przy trafnym wyborze nieruchomości – wskazuje ekspert.

Stare kamienice mają nieocenioną wartość historyczną i niebanalną architekturę. Wysokie mieszkania pozwalają na zwiększenie powierzchni lokalu. Najważniejsza jest jednak dobra lokalizacja.

– To wszystko sprawia, że zabytkowa, historyczna kamienica po wyremontowaniu nabiera zupełnie nowego, prestiżowego charakteru i staje się bardzo atrakcyjną nieruchomością zarówno dla indywidualnych klientów, jak i dla firm oraz deweloperów – tłumaczy Moneta.

Z danych WGN wynika, że obecnie wynajem apartamentu zapewnia zwrot z inwestycji na poziomie średnio 5,5–7 proc. rocznie, to kilkukrotnie więcej niż zysk z przeciętnej lokaty bankowej. Lokale w zrewitalizowanych starych kamienicach mogą przynieść znacznie większy zysk, zwłaszcza te położone w największych miastach przy prestiżowych ulicach. Taka inwestycja wymaga jednak dużej sumy pieniędzy. Z danych WGN wynika, że w mniejszych miastach za kamienicę ok. 600–700 mkw. do remontu trzeba zapłacić blisko 2 mln zł. W największych miastach już kilkanaście milionów złotych.

– Mieszkania, które są wyremontowane na wysoki standard pod apartamenty, znacznie zyskują na wartości. Ceny w centralnych lokalizacjach, na przykład w Warszawie, potrafią przekraczać 1013 tys. zł za metr kwadratowy. Również w centrach Wrocławia i Krakowa ceny są znacznie podwyższone, w granicach 8-9 tys. zł za metr kwadratowy. Na wrocławskim rynku cena będzie sięgała kilkunastu tysięcy złotych za metr kwadratowy. – wymienia Marcin Moneta.

Jak przekonuje, zakup starej kamienicy może się jednak okazać nietrafioną inwestycją ze względu na koszty. Dużo zależy od standardu zakupionego budynku – koszty renowacji mogą bowiem kilkukrotnie przekroczyć cenę zakupu.

– Minusem inwestowania w kamienicę może być konieczność wyłożenia dużych pieniędzy na remont zarówno mieszkania, jak i budynku. Często budynki są w bardzo zły stan techniczny. Z tego powodu, decydując się na taką nieruchomość, trzeba zapoznać się bardzo dokładnie z jej stanem technicznym, nakładami koniecznymi do remontów, z wysokością funduszu remontowego – podkreśla ekspert.

Warto sprawdzić, czy jest zainstalowane ogrzewanie, jaki jest stan instalacji wodno-kanalizacyjnych i elektrycznych. Dodatkowo kamienice są często wpisane na listę zabytków i pozostają pod opieką konserwatora zabytków. W takim przypadku potrzebna jest jego zgoda na wszelkie prace remontowe. Jak przypomina Moneta, problematyczne mogą się okazać kwestie własnościowe.

– Na pewno trzeba zwrócić uwagę na ochronę konserwatorską i na to, na ile współmieszkańcy są gotowi ponosić koszty remontu budynku. Nie zawsze jest to oczywiste – mówi Marcin Moneta.

Kraków wprowadzi wypożyczalnię rowerów IV generacji. Będą wyposażone w komputer pokładowy i GPS

Kraków wprowadzi wypożyczalnię rowerów IV generacji. Będą wyposażone w komputer pokładowy i GPS 17

Kraków wprowadza w tym roku na dużą skalę system miejskich wypożyczalni rowerów, składający się z 1,5 tys. jednośladów i 150 stacji rozlokowanych na terenie miasta. Podobne funkcjonują już w większości dużych polskich miast. Stolica Małopolski jest jednak pierwszym miastem, które wprowadza rowery czwartej generacji, w pełni zautomatyzowane i robi to w systemie koncesyjnym, zamiast klasycznego przetargu publicznego. To pozwoli miastu na spore oszczędności.

– W ubiegłym roku mocno zaznaczyliśmy swoją pozycję na polskim rynku dzięki uruchomieniu wypożyczalni rowerów czwartej generacji w Krakowie. Ten projekt bardzo dobrze wpisuje się w naszą strategię, która zakłada długofalową współpracę z samorządami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Jeż, dyrektor ds. rozwoju firmy BikeU, która dostarcza i operuje systemami bezobsługowych wypożyczalni rowerów miejskich.

W ubiegłym roku spółka podpisała kontrakt z władzami miasta, na mocy którego przez kolejnych osiem lat będzie operatorem miejskiego systemu wypożyczalni rowerów publicznych Wavelo. Kraków to pierwsze miasto w Polsce, które udostępni mieszkańcom jednoślady czwartej generacji wyposażone w komputer pokładowy z GPS. Dzięki temu będą wygodniejsze w użytkowaniu. Użytkownik nie musi wypożyczać ani odstawiać roweru na konkretnej stacji ani zgłaszać tego na osobnym terminalu. Lokalizator GPS i tak zlokalizuje jednoślad, a ponadto pozwoli na przykład monitorować trasy przejazdów i popularność poszczególnych wypożyczalni zlokalizowanych na terenie miasta.

Miejskie rowery czwartej generacji będą ponadto wyposażone m.in. w oświetlenie LED-owe. Nowoczesny system wypożyczalni rowerów ma być również mniej awaryjny i podatny na kradzieże.

– Pierwszy etap, w którym dostarczyliśmy 15 stacji i 100 rowerów miejskich, to etap testowy służący zapoznaniu mieszkańców z korzyściami, obsługą i korzystaniem z wypożyczalni rowerów – mówi Marcin Jeż.

Zgodnie z zawartym kontraktem 1 marca 2017 roku operator zobowiązany jest udostępnić 30 stacji oraz 300 rowerów mieszkańcom Krakowa. Prace nad wdrożeniem kolejnych etapów systemu idą pełną parą.

Zainstalowaliśmy już ponad połowę systemu docelowego, czyli około 80 stacji wypożyczania rowerów. Z początkiem wiosny, najpóźniej w połowie, będzie gotowy w całości. Składać się będzie ze 150 stacji oraz 1,5 tysiąca rowerów rozlokowanych na terenie Krakowa. Być może będzie ich nawet więcej, ponieważ zgłaszają się podmioty prywatne chętne, by dołączyć do tego projektu  – mówi Marcin Jeż.

Stolica małopolski jest nie tylko pierwszym miastem, które udostępnia sieć wypożyczalni rowerów czwartej generacji, lecz także pierwszym, które robi to w ramach koncesji, a nie klasycznego przetargu publicznego (tak jak zrobiła to np. Warszawa). BikeU ma ośmioletnią koncesję na zarządzanie i utrzymanie sieci wypożyczalni i to na spółce skupi się ryzyko finansowe związane z awariami czy kradzieżami jednośladów. Z drugiej strony zyski z wypożyczalni rowerów będzie czerpał operator. Do miasta mają natomiast trafiać wpływy z reklam umieszczanych na jednośladach. Cały system Wavelo będzie w symbolicznym stopniu dotowany z miejskich funduszy (złotówka za rower), dla miasta system oparty o koncesję jest więc doskonałym sposobem na oszczędności.

– Koncesja to nowy sposób myślenia o bike-sharingu w zakresie formy prawnej. W odróżnieniu od przetargu publicznego pozwala zaoferować dużo lepszy produkt z wyższej półki, na czym skorzystają zarówno mieszkańcy, jak i podmiot publiczny – mówi Marcin Jeż.

Spółka chce się rozwijać na polskim rynku i uczestniczyć w kolejnych projektach bike-sharingowych we współpracy z publicznymi podmiotami. Planuje też przeniesienie na rodzimy rynek rozwiązań przetestowanych m.in. w Rotterdamie, które umożliwiają rozładowanie zatorów drogowych. W najbliższych miesiącach zamierza też rozwijać projekt zapoczątkowany w Krakowie.

Możliwości rozwojowe w formie koncesji są przeogromne. Jeśli chodzi o potencjał Krakowa, to zakładamy, że cały system miejskich wypożyczalni może rozrosnąć się nawet do 23 tysięcy rowerów. Jeśli zarazimy pozytywnie mieszkańców i udostępnimy system z wieloma stacjami i rowerami, to zakładamy, że rynek sam się upomni o dodatkowe stacje – mówi Marcin Jeż.

Założony trzy lata temu BikeU jest częścią francuskiej Grupy Egis, obecnej w ponad 100 krajach świata. W Polsce spółka zarządza systemem miejskich wypożyczalni w Krakowie, Szczecinie, Bydgoszczy i w Bielsku-Białej.

W tym roku spodziewane nasilone ataki hakerskie ransomware. Szyfrują pliki użytkownika i żądają okupu w zamian za przywrócenie dostępu

W tym roku spodziewane nasilone ataki hakerskie ransomware. Szyfrują pliki użytkownika i żądają okupu w zamian za przywrócenie dostępu 18

Atak hakerski i zainfekowanie złośliwym oprogramowaniem to coraz częstsza przyczyna utraty danych zapisanych na twardym dysku komputera. Eksperci od cyberbezpieczeństwa przestrzegają w tym roku przed nasilonymi atakami ransomware, które szyfrują pliki użytkownika i żądają okupu w zamian za przywrócenie dostępu. W części przypadków informacje można odzyskać dzięki pomocy specjalistycznej firmy, jednak zdarza się, że utrata danych jest nieodwracalna. 

Eksperci z Kaspersky Lab poinformowali, że oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu (tzw. ransomware), było jednym z głównych cyberzagrożeń w ubiegłym roku. Częstotliwość takich ataków na firmy wzrosła w ciągu roku trzykrotnie – w styczniu ataki te były przeprowadzane co 2 minuty, a w październiku co 40 sekund. W przypadku osób indywidualnych ataki występują co 10 sekund.

– W ostatnim czasie do losowo wybranych użytkowników trafiają e-maile, które szatą graficzną przypominają faktury od jednej z firm usługowych. W takim e-mailu zwykle znajduje się załącznik. Po jego otwarciu przestępca zyskuje dostęp do plików, może dokonywać na nich różnych operacji albo je zaszyfrować. Często połączone jest to z wymuszeniem określonej zapłaty w kryptowalucie w zamian za podanie hasła, które umożliwi rozszyfrowanie i odzyskanie danych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Komorowski z firmy MIP Data Recovery, zajmującej się odzyskiwaniem utraconych danych.

Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Fortinet przestrzega, że ubiegłoroczna fala ataków ransomware była tylko początkiem. W 2017 roku należy się spodziewać wzmożonych ataków i kradzieży lub blokady dostępu do danych w celu wymuszeń i szantażu. Zdaniem Fortinet koszty okupów w przypadku takich ataków będą coraz wyższe. Przed nasilonymi atakami ransomaware ostrzega też Marsh Polska w swoim raporcie „Cyber Risks 2017”.

Ekspert MIP Data Recovery zauważa, że cyberatakom trudno zapobiegać. Ich skuteczność zależy bowiem od narzędzi i umiejętności hakera. Ryzyko zainfekowania komputera i utraty zapisanych na nim plików można jednak zminimalizować.

– Najsłabszym ogniwem jest człowiek, dlatego trzeba wdrożyć przynajmniej minimum zabezpieczeń, żeby utrudnić taki atak. Należy pamiętać, żeby na bieżąco aktualizować system operacyjny i oprogramowanie użytkowe. Koniecznie trzeba aktualizować też program antywirusowy i firewalla i prawidłowo skonfigurować urządzenie pośrednie, na przykład router, tak aby nie było do niego dostępu z zewnątrz – przestrzega Krzysztof Komorowski.

Obok cyberataków jedną z najczęstszych przyczyn utraty danych zgromadzonych na nośniku jest jego mechaniczne uszkodzenie. Upadek telefonu komórkowego, zalanie albo uszkodzenie ekranu dotykowego mogą sprawić, że dalsze korzystanie z urządzenia i dostęp do zapisanych na nim informacji jest niemożliwy. Podobnie częste sytuacje dotyczą twardego dysku komputera, który jest wrażliwym urządzeniem. Nieodpowiednie obchodzenie się z nim może skutkować uszkodzeniem sprzętu i nieodwracalną utratą danych.

Do podobnej sytuacji może dojść również wskutek awarii sprzętu, przypadkowego sformatowania twardego dysku, kradzieży laptopa albo telefonu, przerwy w dostawie prądu lub błędów w oprogramowaniu. Winny bywa też czynnik ludzki, ponieważ użytkownicy niejednokrotnie sami kasują swoje pliki, sądząc, że nie będą one już potrzebne.

W przypadku wykasowania albo utraty danych, na przykład na skutek awarii, uszkodzenia sprzętu albo wirusa, najlepiej zwrócić się po pomoc do wyspecjalizowanej firmy informatycznej. Próba samodzielnej naprawy metodami chałupniczymi może się zakończyć nieodwracalną utratą informacji zapisanych na nośniku.

Najprostszym sposobem zapobiegania takim sytuacjom jest tworzenie kopii zapasowych. Jeżeli są wykonywane automatycznie i regularnie – dane można odzyskać w każdej chwili, nawet w przypadku zniszczenia albo kradzieży sprzętu. Kopie zapasowe wrażliwych danych należy przechowywać przynajmniej w dwóch miejscach, a w internecie dostępne są bezpłatne programy do ich tworzenia.

Benzyna w Polsce jeszcze podrożeje. Jednak stabilizacja cen jest blisko

Benzyna w Polsce jeszcze podrożeje. Jednak stabilizacja cen jest blisko 19

Porozumienie producentów ropy dotyczące ograniczania jej wydobycia, zawarte pod koniec 2016 roku, spowodowało odbicie na rynku ropy, a to wywołało podwyżki cen na stacjach benzynowych. Zdaniem Wojciecha Jakóbika, analityka sektora energetycznego, ceny ropy powinny już jednak się stabilizować dzięki przeciwwadze ze strony wyższej produkcji w Stanach Zjednoczonych. Dlatego ceny benzyny wkrótce zatrzymają swój marsz w górę, LPG też nie powinien już drożeć.

– Wydaje się, że w Polsce cena benzyny  jeszcze nie osiągnęła sufitu, jeszcze nie odpowiedziała w pełni na wzrost wywołany porozumieniem naftowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bznes Wojciech Jakóbik, analityk sektora energetycznego w Instytucie Jagiellońskim, redaktor naczelny BiznesAlert. – Dlatego należy się spodziewać raczej jeszcze wzrostów, ale bardziej długoterminowo cena ropy na rynkach światowych stabilizuje się. Ponieważ porozumienie naftowe już przejrzało, okazuje się, że są z nim problemy, a poza tym rośnie wydobycie w Stanach Zjednoczonych, które są bardzo wrażliwe na cenę baryłki.

Po informacji o porozumieniu między krajami OPEC i niektórymi innymi producentami ropy naftowej, taniejący od niemal dwóch i pół roku surowiec zaczął zyskiwać. W ciągu trzech miesięcy cena baryłki ropy WTI wzrosła o blisko 20 proc. i kosztuje dziś ok. 55 dolarów, najwięcej od połowy 2015 roku. W skali roku różnica w cenie to przeszło 70 proc.

W ślad za ropą ruszyły ceny benzyny. Z danych BM Reflex wynika, że w połowie lutego średnie ceny na stacjach były wyraźnie wyższe niż przed rokiem. Benzyna bezołowiowa 95 podrożała o 20 proc. do 4,76 zł/litr, oleju napędowego o 25 proc., a autogazu prawie o 28 proc. Ceny benzyny 98 już przekroczyły 5 zł za 1 litr.

Ta ustabilizowana cena będzie bliżej 5 zł, dużo dalej od 4 zł, z tym należy się pogodzić. Cena ropy wydaje się zatrzymywać się w okolicach właśnie 55 dol. za baryłkę, co oznacza, że cena benzyny będzie w okolicach tych 5 zł. Będzie drożej na stacjach, efekt gospodarczy będzie bardziej negatywny niż przy niższej cenie ropy, ale będzie to stabilne i z punktu widzenia sprzedawców czy klientów jest to w miarę dobra wiadomość – uspokaja Jakóbik. – Jeśli chodzi o LPG, to także należy się spodziewać stabilizacji cenowej ze względu na to, że nie mamy zmian na rynku. Mamy odległą zapowiedź zwiększenia podaży, która na razie się nie materializuje.

Ceny ropy najmocniej rosły w listopadzie i grudniu, od początku obecnego roku utrzymują się na podobnym poziomie. Do porozumienia producentów nie przystąpiły bowiem wszystkie państwa-producenci, a jedynie ich część. Nie wszystkie kraje respektują jego postanowienia.

Najistotniejsze w tej układance są Stany Zjednoczone, które w odpowiedzi na spadek podaży i wzrost cen zwiększają wydobycie ropy z łupków. Według Baker&Hughes liczba naftowych platform wiertniczych w USA wzrosła w porównaniu z danymi sprzed roku o niemal połowę do 597. W Kanadzie wzrost był znacznie większy (78 proc.) – do 194. Z kolei na rynku międzynarodowym (z wyłączeniem Ameryki Północnej) ich liczba spadła o ponad 20 proc. (dane według stanu na wrzesień 2016). M.in. dlatego ceny surowca już nie rosną.

Wyższa cena ropy jest niekorzystna dla krajów takich jak Polska, które są importerami tego surowca. Grupa Lotos czy PKN Orlen zyskiwały na tej taniej ropie, bo sprzedawały coraz więcej swoich produktów, mogły zaoferować lepszą cenę, więc okres taniej ropy był bardzo korzystny dla nich i dla naszej gospodarki również – wyjaśnia Jakóbik. – Ten bonus w postaci taniej ropy odczuwalny był w PKB. Niestety ten czas się kończy, ropa, a z nią produkty ropopochodne będą droższe i należy się z tym pogodzić.

Nowe kolory strojów poprawiły widoczność polskich skoczków

Nowe kolory strojów poprawiły widoczność polskich skoczków 20

Czekoladowy kolor nowych kombinezonów sprawił, że polscy sportowcy mocniej odcinają się od bieli śniegu. Są więc lepiej widoczni, zwłaszcza w przekazie telewizyjnym. Zdaniem ekspertów widzowie mogą zacząć podświadomie kojarzyć nową barwę strojów ze zwycięstwem, Polacy radzą sobie bowiem w tym sezonie wyjątkowo dobrze.

Nowe kombinezony polscy skoczkowie zaprezentowali podczas pierwszego konkursu 65. Turnieju Czterech Skoczni, który odbył się w grudniu zeszłego roku w Oberstdorfie. Zastosowana w nich nowoczesna technologia miała umożliwić sportowcom oddawanie dłuższych skoków. Zdaniem dr Marka Borowińskiego nowe stroje pozwoliły także Polakom wyróżnić się na tle rywali. Zdecydował o tym ich kolor – w tym sezonie członkowie kadry narodowej skaczą bowiem w strojach czekoladowych, a nie malinowych jak dotąd.

– W ciemniejszej barwie skoczek będzie znacznie bardziej się odbijał od sporych części białego kadru, który występuje w realizacji telewizyjnej. W związku z tym to jest lepiej zauważalne i powoduje, że widzowie na to zwracają bardziej uwagę – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Marek Borowiński, specjalista ds. visual marchendisingu i psychologii koloru.

W bieżącym sezonie polscy skoczkowie osiągają świetne wyniki. Turniej Czterech Skoczni wygrał Kamil Stoch, na drugim miejscu uplasował się Piotr Żyła. Dzięki temu Polacy przodują w  rankingu Pucharu Narodów. Zdaniem eksperta widzowie mogą więc podświadomie połączyć nowe kolory stroju ze zwycięstwem.

– Wtedy widząc po raz kolejny naszych skoczków w tym kolorze już oczekujemy, poza oczywiście czystą intencją, ale wcześniej wyrobionym skojarzeniem, że to właśnie tak nastąpi –  mówi dr Marek Borowiński.

Zdaniem wielu naukowców niektóre kolory bardzo pozytywnie oddziałują na psychofizyczną kondycję człowieka. Np. czerwień pobudza do działania i zwiększa szybkość reakcji. Barwa ta jest więc idealna dla sportowców. Psychologię kolorów w sporcie wykorzystują jednak najczęściej sponsorzy, którzy chcą za jej pomocą uzyskać pożądany efekt reklamowy. Barwa ma eksponować umieszczoną na stroju sportowca reklamę graficzną lub budzić skojarzenia z firmą sponsora.

– Z jednej strony powinien być to kostium, w przypadku skoczków, który przyjmie sporą liczbę znaków graficznych różnych sponsorów, a z drugiej strony, jeżeli mamy wyraźnego sponsora drużyny piłkarskiej, to wg mnie powinien być to kolor, który przysporzy skojarzeń z brandingiem danej marki –  mówi dr Marek Borowiński.

Wybór koloru na strój sportowy może mieć również wymiar praktyczny. Zdaniem eksperta zawodnicy piłki nożnej powinni unikać odcieni zieleni, ich stroje mogłyby się bowiem zlewać z kolorem murawy na boisku. Dr Marek Borowiński radzi także wybierać na stroje drużynowe intensywne kolory, np. czerwony, dzięki czemu widzowie będą mogli łatwo obserwować zawodników podczas meczu.