Konferencja PROCON/POLZAK 2016

Szanowni Czytelnicy,

mamy zaszczyt zaprosić Państwa do uczestnictwa w Konferencji PROCON/POLZAK 2016, która w tym roku odbędzie się w dniach 18-19 października w hotelu InterContinental w Warszawie. Jest to największe tego typu wydarzenie w branży zakupowej w Polsce. W ubiegłorocznej edycji udział wzięło 270 uczestników, wśród których znaleźli się prezesi i członkowie zarządów, dyrektorzy i menedżerowie wyższego szczebla odpowiedzialni za zarządzanie i koordynowanie m.in. zakupami, łańcuchem dostaw, transportem i zaopatrzeniem, strategią i logistyką, zamówieniami publicznymi oraz narzędziami IT. W wydarzeniu chętnie uczestniczą również przedstawiciele strategicznych dostawców.

Organizatorzy Konferencji PROCON/POLZAK z roku na rok starają się podnosić poziom merytoryczny wydarzenia zapraszając do grona prelegentów zarówno polskich, jak i zagranicznych ekspertów z wieloletnim doświadczeniem. I tak w tym roku wystąpią m.in. Jacek Czapliński PKN Orlen, Aleksandra Antoniuk ORANGE, Paweł Kastory Grupa DDB Warszawa, Stephane Morel NOVARTIS, Radosław Ochotny MICROSOFT, czy Ewa Kuźniar-Golińska POLPHARMA. Nie mniej istotna jest tematyka wystąpień – dzięki licznym badaniom opinii i ankietom jest ona znakomicie dopasowana do oczekiwań uczestników. W tegorocznej agendzie najważniejsze tematy to m.in.:

  • Zakupy DIRECT/ INDIRECT;
  • Zakupy IT (sesja dedykowana dla sektora publicznego i prywatnego), gdzie case studies zaprezentują przedstawiciele Gigantów IT w Polsce: Lexmark, Microsoft, SoftwareONE;
  • Zakupy Usług Komunikacji Marketingowej – sesja tworzona wraz ze Stowarzyszeniem Komunikacji Marketingowej SAR, gdzie poruszana będzie kwestia dialogu Reklamodawców oraz Dostawców z uwzględnieniem równości i partnerstwa biznesowego stron oraz efektywności w zakupach marketingowych;
  • Budowania relacji z dostawcami, gdzie PKN Orlen wraz z TNS POLSKA zaprezentują jak wykorzystać badania satysfakcji w budowaniu i realizacji strategii Biura Zakupów;
  • Zakupy Inwestycyjne- CAPEX.

Konferencja PROCON/POLZAK 2016

Co  roku Konferencji towarzyszy również strefa EXPO, w której Partnerzy prezentują swoje usługi i produkty. Więcej informacji na temat Konferencji znajduje się na stronie www.konferencja-procon.pl

Biura w chmurach – najwyższe biurowce polskich miast

Lista najwyższych budynków w kraju regularnie się wypełnia, a oferta rynku biurowego jest coraz bardziej zróżnicowana i atrakcyjna. Eksperci Walter Herz wskazują najwyższe biurowce w poszczególnych miastach.           

Rynek biurowy rozwija się w niespotykanym dotąd tempie. Trend silnej ekspansji najemców, zarówno w Warszawie, jaki i w miastach regionalnych łączy się z rekordowo wysokim poziomem nowej podaży powierzchni biurowej, podają specjaliści Walter Herz. Część z wchodzących na rynek projektów wyznacza nowe standardy, zarówno jeśli chodzi o zastosowane rozwiązania, jak i skalę inwestycji. Zasoby powierzchni biurowej w kraju efektywnie wzbogacają powstające wysokościowce, które wpływają także na zmianę krajobrazu polskich miast.

W całej Polsce rosną imponujące obiekty, ale w tym aspekcie rynek światowy wciąż jest dla nas niedoścignionym wzorem. Szczególnie, jeśli zestawimy osiągnięcia krajowe z projektami realizowanymi w rejonie Bliskiego Wschodu. W mieście Dżudda Saudyjczycy budują obecnie kilometrową wieżę Jeddah Tower, która po ukończeniu w 2020 roku będzie najwyższym budynkiem na świecie. Gigant będzie wyższy o niemal 200 metrów najwyższego, światowego drapacza chmur, 163 piętrowej wieży Burdż Chalifa o wysokości 828 metrów, stojącej w Dubaju.

Pierwotnie kolos miał mieć aż 1,6 kilometra wysokości, ale zweryfikowano plany ze względu na uwarunkowania terenu. Wokół 200 kondygnacyjnej Jeddah Tower będzie rozciągała się dzielnica-miasto o powierzchni 5 km kwadratowych o biznesowo-willowym charakterze, której koszt zabudowy ma być kilkukrotnie wyższy niż wydatki na budowę samej wieży. Wysokościowiec będzie budynkiem mieszkalnym, w którym znajdą się również sklepy, centra rozrywkowe, restauracje, szpital i rzecz jasna okazały taras widokowy.

Najwyższym budynkiem biurowym na świecie jest zaś nowojorski 1 World Trade Center o wysokości 541 metrów, który powstał w miejscu zburzonych wież WTC. W modernistycznym budynku, projektu Daniela Libeskinda dostępne jest ponad 240 tys. mkw. powierzchni użytkowej. Obiektowi będą towarzyszyć dwie kolejne wieże, które są w trakcie realizacji.

W Polsce jak dotąd wciąż najwyższym budynkiem jest zbudowany w 1955 roku warszawski Pałac Kultury i Nauki. 42 kondygnacyjny dar naszych wschodnich sąsiadów wiedzie prym, dzięki 237 metrom wysokości. Najwyższym budynkiem stricte biurowym jest z kolei oddana w tym roku do użytku wieża Warsaw Spire o wysokości całkowitej 220 metrów. Miejsce na najwyższym stopniu podium jest już jednak zagrożone, ponieważ zatwierdzony plan zagospodarowania przestrzennego dla okolic dworca centralnego w Warszawie przewiduje budowę w tym rejonie ponad 300 metrowej wieży, która w tej chwili jest w fazie projektowej.

We Wrocławiu najwyższa jest 212 metrowa Sky Tower. Budynek o charakterze biurowo-handlowym z luksusowymi apartamentami usytuowany jest na działce o powierzchni 2,7 ha w centrum miasta, w kwadracie ulic Powstańców Śląskich, Gwiaździstej, Wielkiej i Szczęśliwej. Sky Tower składa się z trzech elementów, w podstawie mieści się galeria handlowa, do której przylegają dwa budynki mieszkalno-biurowe. Całkowita powierzchnia obiektu wynosi ok. 171 tys. mkw. Wieża z charakterystycznym żaglem, przyglądająca się miastu z góry, jest najwyższym budynkiem w Polsce, jeśli chodzi o wysokość do dachu. A znajdujący się na 49 piętrze najwyższy w kraju punkt widokowy stanowi atrakcję turystyczną Wrocławia. Oddany w 2013 roku wysokościowiec jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie budynków w Polsce.

W Gdańsku, pobliżu hali Olivia powstaje rekordowo wysoka w Trójmieście, 180 metrowa wieża Olivia Star, która zdetronizuje najwyższy obecnie biurowiec Organika Trade (98 metrów) z 1980 roku i przyćmi popularny w mieście Zieleniak (90 metrów) z początków lat 70 tych. Olivia Star na 35 piętrach zaoferuje powierzchnię biurową i usługową, a na wysokości 150 metrów znajdzie się ogólnodostępny taras, oferujący widok na panoramę miasta i Zatokę Gdańską. Obiekt będzie jednym z 3 budynków w Polsce z trójszybową całoszklaną fasadą i naturalną wentylacją  świeżym powietrzem, dzięki uchylnym fragmentom elewacji. Bryła budynku to niemal idealnie gładki, szklany prostopadłościan z delikatnymi uskokami w górnej części. Wysokościowiec, w którym znajdzie się 46 tys. mkw. powierzchni, realizowany jest w ramach kompleksu Olivia Business Centre. Poza częścią biurową, przy wieży powstanie też niższa część, w której udostępniony ma być ogród zimowy. Budynek zostanie oddany do użytku w 2017 roku.

Najwyższe w Gdyni – Sea Towers, zlokalizowane przy Nabrzeżu Prezydenta, w pobliżu Skweru Kościuszki to jedne z najbardziej rozpoznawalnych budynków na Pomorzu. Wieże stoją kilkanaście metrów od linii brzegowej Zatoki Gdańskiej, w pobliżu plaży i mariny jachtowej. W Sea Towers mieszczą się ekskluzywne apartamenty oraz powierzchnie biurowe i usługowe. Wyższa z wież ma 38 kondygnacji i prawie 142 metry wysokości z masztem antenowym, niższa 29 kondygnacji. Obiekt zajmuje obecnie 12. miejsce na liście najwyższych budynków w kraju. Budowa inwestycji została zakończona w 2009 roku.

W Szczecinie najwyższym budynkiem z powierzchniami biurowymi jest kompleks Pazim ukończony w 1992 roku. Biurowiec o całkowitej wysokości 128 metrów oferuje ponad 22 tys. mkw. powierzchni użytkowej. W 23 piętrowy budynek mieści na przedostatnim piętrze widokową kawiarnię, a na ostatniej kondygnacji i dachu ulokowana została infrastruktura dla instalacji radiowych i anteny nadawcze operatorów telekomunikacyjnych, dzięki czemu jest jednym z centralnych węzłów telekomunikacyjnych w mieście.

W Katowicach wciąż najwyższy jest 125 metrowy Altus, choć niedaleko, w sąsiedztwie Spodka ruszyła już budowa kompleksu .KTW, w którym powstaną dwie wieże, w tym jedna 31 piętrowa o wysokości 133 metrów. Trzydziestokondygnacyjny Altus to najwyższy budynek na terenie dwumilionowego, śląskiego obszaru metropolitalnego i 16. pod względem wysokości budynek na liście ogólnopolskiej. Powierzchnia całkowita obiektu wynosi 63 tys. mkw. Kompleks składa się z trzech połączonych brył, które łączy atrium. W czteropiętrowej galerii oraz wysokiej wieży znajduje się czterogwiazdkowy hotel i centrum konferencyjne oraz placówki usługowe, kasyno, restauracje i kawiarnie oraz widokowy Sky Bar.

Kraków ma swojego Błękitka, tak przez mieszkańców nazywany jest mierzący 105 metrów budynek K1. Najwyższy w mieście, 20 kondygnacyjny biurowiec usytuowany jest przy Alei Pokoju, obok Ronda Grzegórzeckiego, jednego z głównych węzłów komunikacyjnych Krakowa. Obiekt, który powstał w latach 70 tych został całkowicie zmodernizowany w latach 1996-1998 i pokryty błękitnym szkłem sprowadzonym z Luksemburga, dzięki czemu zyskał swoją nieoficjalną nazwę. Kolejny gruntowny remont przeszedł w 2014 roku. Specjaliści Walter Herz zwracają uwagę, że biurowiec ma swój odpowiednik w Warszawie. Przy placu Bankowym stoi 120 metrowy Błękitny Wieżowiec (Blue Tower Plaza), który nazwę zawdzięcza zainstalowanej w 1991 roku nowej elewacji z niebarwionego, refleksyjnego szkła, odbijającego błękit nieba.

W Poznaniu firmy, które mają swoje biura w najwyższym budynku w mieście, mieszczą się w 102 metrowej wieży Andersia Tower, usytuowanej przy Placu Andersa. Biurowiec o łącznej powierzchni 35 tys. mkw. liczy 20 kondygnacji nadziemnych. Znajdują się w nim nie tylko biura, ale także 4 gwiazdkowy hotel oraz powierzchnia handlowo-usługowa. Budynek został oddany do użytku w 2007 roku. Powstał w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego.

Red Tower o wysokości 80 metrów jest najwyższym budynkiem w Łodzi. Wieża z 1978 roku zlokalizowana jest w ścisłym centrum miasta, przy skrzyżowaniu ulic Piotrkowskiej i Piłsudskiego. Dwudziestodwupiętrowy biurowiec został kompleksowo zmodernizowany w latach 2006-2008, zyskując nową elewację w kolorze czerwonym i nocną iluminację.

W Rzeszowie najwyższym biurowcem jest liczący 55 metrów – SkyRes Warszawska. Czternastokondygnacyjny budynek, który został oddany do użytku w zeszłym roku, oferuje ok. 20 tys. mkw. powierzchni biurowej klasy A. Nowoczesny obiekt, który stanął w centrum miasta, u zbiegu ulic Warszawskiej i Lubelskiej, wchodzi w skład kompleksu obejmującego także budynki mieszkalne. Obecnie trwają prace projektowe nad kolejnym budynkiem biurowym SkyRes Lubelska o powierzchni 17 tys. mkw.

W centralnej części Bydgoszczy powstaje kompleks biurowy Arkady Business Park, który także dostarczy powierzchnię biurową klasy A. Budynek, który budowany jest przy rondzie Fordońskim, skrzyżowaniu najważniejszych arterii komunikacyjnych w mieście będzie mierzył 45 metrów. Po oddaniu do użytku, które planowane jest w przyszłym roku, będzie najwyższym obiektem w Bydgoszczy, która pod względem liczby ludności (ponad 355 tys.) zajmuje obecnie 8. miejsce w Polsce.

Autor: Walter Herz

Złoty zyskuje w oczekiwaniu na dobre dane

Nowy tydzień rozpoczął się od niewielkiego umocnienia złotego. Ta tendencja może jeszcze się pogłębić w kolejnych godzinach. Inwestorzy czekają na dobre dane z polskiej gospodarki. O tym jednak na jakich poziomach zamknie on tydzień zdecydują już sygnały płynące z USA i Japonii.

Poniedziałkowe przedpołudnie upływa na krajowym rynku walutowym pod znakiem lekkiego umocnienia złotego. O godzinie 11:10 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3060 zł, USD/PLN 3,8560 zł, a CHF/PLN 3,9320 zł, podczas gdy w piątek na koniec dnia za euro płacono 4,31 zł, dolar kosztował 3,8640 zł, a szwajcarski frank 3,94 zł. Aprecjacja złotego podyktowana jest poprawą nastrojów na rynkach globalnych, a więc i związanym z tym większym apetytem na ryzyko. Jednak w głównej mierze jest to efekt wyczekiwania na popołudniową publikację danych z polskiej gospodarki. Jak się powszechnie oczekuje, będą to bardzo dobre dane.

O godzinie 14:00 Główny Urząd Statystyczny (GUS) przedstawi sierpniowe wyniki produkcji przemysłowej (prognoza: 5,7% R/R), sprzedaży detalicznej (prognoza: 4,5% R/R) oraz cen producentów (prognoza: -0,1% R/R). W centrum uwagi znajdą się przede wszystkim dwie pierwsze „figury”. Oczekuje się, że po słabych wynikach lipca (produkcja: -3,4% R/R; sprzedaż: 2% R/R), do czego w dużym stopniu przyczyniła się mniejsza liczba dni roboczych, teraz nastąpi wyraźne odbicie. To przekonanie o sierpniowym odbiciu jest tak duże, że wielu uczestników rynku zakłada wzrost produkcji i sprzedaży wyraźnie powyżej konsensusu. To swego rodzaju pułapka zastawiona na złotego. Bo owszem, lepsze dane go umocnią, wzmacniając przy okazji przekonanie o tym, że inwestycje wreszcie zaczną odbijać, a program 500plus przełoży się na większą konsumpcję, która pozostanie motorem napędowym polskiej gospodarki, ale jednocześnie już nieznacznie gorsze od prognoz dane mogą zostać przyjęte z rozczarowaniem.

Oczekiwanie na raport GUS oraz poprawa nastrojów na świecie sprawiły, że na drugim planie znalazły się niekorzystne z punktu widzenia złotego czynniki. Mianowicie prasowe doniesienia o tym, że Komisja Europejska zakwestionowała wprowadzony niedawno przez rząd Szydło podatek od sprzedaży detalicznej, co może oznaczać uszczuplenie dochodów budżetowych w tym roku o 0,5 mld zł, a w przyszłym roku o prawie 1,6 mld zł (i wzrost obaw o budżet 2017). Inną niekorzystną informacją jest piątkowa nieoczekiwana decyzja agencji S&P o podwyższeniu ratingu Węgier do BBB- z poziomu BB+, co zwiększa atrakcyjność inwestycyjną forinta względem złotego. Również dlatego, że Węgry, jeżeli chodzi o ocenę wiarygodności kredytowej, są teraz na ścieżce wznoszącej, podczas gdy rating Polski raczej będzie obniżany.

Początek tygodnia na rynku walutowym upływa pod znakiem czynników lokalnych, ale o tym na jakich poziomach złoty go zakończy, zdecydują już tematy globalne. Kluczowe będzie posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Jego wyniki inwestorzy poznają w środę wieczorem, gdy zostanie ogłoszona decyzja ws. stóp procentowych, gdy zostaną opublikowane nowe projekcje makroekonomiczne i stóp procentowych, a także odbędzie się konferencja Janet Yellen. Jasne jest, że koszt pieniądza w USA na tym posiedzeniu się nie zmieni. Pytanie, czy Fed zasugeruje podwyżkę stóp w grudniu? Jeżeli tak się stanie to należy sie liczyć z umocnieniem dolara, a jednocześnie z odpływem kapitałów z rynków wschodzących (również z Polski). Gdyby jednak Fed chciał jeszcze utrzymać rynki w niepewności co do kolejnej podwyżki to efekt najbliższego posiedzenia będzie odwrotny (słaby dolar, mocny złoty, wzrosty na giełdach).

Innym ważnym wydarzeniem tygodnia będzie posiedzenie Banku Japonii (BoJ). W odróżnieniu od Fed oczekuje się dalszego poluzowania polityki monetarnej w Japonii. Taka decyzja zwiększyłaby nieco apetyt na ryzyko (wspierając złotego). Jednak jej brak może popsuć nastroje, przeceniając ryzykowne aktywa i wspierając te bezpieczne.

Tydzień na rynkach finansowych zakończy natomiast piątkowa publikacja wstępnych szacunków indeksów PMI dla Japonii, Francji, Niemiec, Strefy Euro i USA za miesiąc wrzesień. Tym razem jednak nie będą one odczytywane jako wskaźniki koniunktury, ale jako czynnik doprecyzowujący rynkowe oczekiwania powstałe po wspomnianych posiedzenia Fed i BoJ.

W piątek też poznamy dane nt. bezrobocia w Polsce. W sierpniu prognozujemy jego spadek do 8,5% z 8,6%. Raport ten nie powinien jednakże wzbudzić tak dużo emocji jak dzisiejsza publikacja GUS.

Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets

Co drugi CIO oczekuje zwiększenia strategicznego znaczenia swojej roli w organizacji

Trwająca rewolucja cyfrowa wpływa na wzrost strategicznej roli dyrektorów IT (ang. Chief Information Officer) w firmach. Obecnie już 34% CIO raportuje bezpośrednio do prezesa, zaś aż 57% CIO jest członkiem zarządu lub wyższego kierownictwa. 44% liderów IT z regionu Europy Środkowo-Wschodniej przewiduje wzrost budżetów IT, dostrzegając jednocześnie większą potrzebę wprowadzenia korporacyjnej strategii cyfrowej, którą wg badania posiada 33% firm z regionu. Zmieniają się również priorytety biznesowe dyrektorów IT – chcą oni w większym stopniu koncentrować się na projektach generujących zyski, tyczasem obecnie więcej uwagi muszą poświęcać projektom przynoszącym oszczędności i podnoszącym efektywność departamentów IT – wynika z najnowszego badania KPMG i  Harvey Nash.

Rośnie wpływ CIO jako liderów w organizacji

Aż 34% CIO raportuje obecnie bezpośrednio do CEO – jest to najwyższy odnotowany poziom w historii przeprowadzanego badania. Jednocześnie 57% CIO jest członkiem zarządu lub wyższego kierownictwa – odsetek ten zwiększył się o połowę w perspektywie ostatnich 11 lat.

Liderzy IT stają się coraz bardziej ambitni i wpływowi – globalnie 67% CIO oczekuje zwiększenia  strategicznej roli w organizacji w 2016 roku. CIO z Polski i regionu Europy Środkowo-Wschodniej są bardziej sceptyczni – 41% nie przewiduje zmiany swojej pozycji w firmie.

Jak wynika z badania KPMG i Harvey Nash, CEO oczekują obecnie od dyrektorów IT koncentracji na projektach przynoszących zyski (63%) w porównaniu do tych, przynoszących oszczędności (37%). Wśród priorytetowych zadań liderów IT z regionu Europy Środkowo-Wschodniej wciąż pozostają jednak działania przynoszące oszczędności i podnoszące efektywność departamentów IT. Jednocześnie pojawiają się nowe, dotychczas niezgłaszane priorytety – związane z cyberbezpieczeństwem, zwalczaniem terroryzmu, automatyzacją, sztuczną inteligencją i poprawną sprawności organizacji. Jak wskazali respondenci, czterech na dziesięciu CIO spędza obecnie co najmniej jeden dzień w tygodniu realizując zadania niezwiązane z IT.

Zmieniająca się rola CIO, dotychczas zdobyte umiejętności i wiedza pozwalają liderom IT działać w sposób do tej pory nieobserwowany. Nowe technologie, nowe relacje biznesowe, a nawet nowe modele operacyjne wymagają od dyrektorów IT zmiany myślenia z operacyjnego na kreatywny. W najbliższych latach CIO będą stali w obliczu wyzwań związanych z przeciwdziałaniem cyberprzestępczości oraz cyfryzacją, która zmienia sposób postrzegania roli IT w organizacjach – przejście od dostarczania rozwiązań technologicznych w stronę lidera innowacji i transformacji wspierającego budowanie wartości organizacjimówi Leszek Wroński, partner, szef usług doradczych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Brak kompetencji pracowników oraz utrzymanie talentów wyzwaniem dla CIO

Brak kompetencji pracowników oraz utrzymanie talentów wyzwaniem dla CIO

W badaniu KPMG i Harvey Nash 65% CIO wskazuje, że brak umiejętności pracowników jest największym ograniczeniem dla rozwoju organizacji – wzrost o 6 p.p. w porównaniu z poprzednią edycją badania. Kluczowym wyzwaniem dla CIO z Europy Środkowo-Wschodniej jest brak kompetencji pracowników związanych z rozwojem oprogramowania (71%), zarządzaniem współpracą z biznesem oraz analityką. Aż 89% CIO sygnalizuje problem z utrzymaniem talentów. Co istotne, 44% CIO planuje powiększenie zespołu w ciągu najbliższego roku.

Wyniki badania wskazują, że liczba kobiet na stanowiskach kierowniczych w IT wzrosła o 3 p.p. w ciągu ostatniego roku – od 6% do 9%. Po raz pierwszy w historii badania wzięło w nim udział więcej niż 10% kobiet. W Polsce i pozostałych krajach CEE liczba kobiet w IT jest jednak o ponad 12% niższa od średniej światowej.

Według średniej światowej, CIO poszukują kompetencji umożliwiających budowę innowacyjnych rozwiązań dla biznesu, dostrzegając jednocześnie zagrożenia bezpieczeństwa związane z wdrażaniem strategii cyfrowych. Obecnie wg średnej światowej ok. 10% posiadanych środków przeznczanych jest na innowacje, w Polsce i innych krajach CEE udział ten jest niższy i wynosi ok. 6%. Miejmy nadzieje, że w najbliższych latach róznica ta zostanie zniwelowana – mówi Aleksandra Suchorzewska, starszy menedżer w dziale Management Consulting w KPMG w Polsce.

 

CIO z Polski i Europy Środkowo-Wschodniej potrzebują strategii cyfrowych

Odnosząc się do rewolucji cyfrowej, 27% respondentów wskazało, że jest ona spowodowana innowacjami technologicznymi w dostarczaniu produktów i usług, zaś 23% podkreśliło rolę, jaką odegrały nowe formy angażowania klientów. Ponad 30% CIO z regionu CEE nadal nie wie, co może być przyczyną rewolucji cyfrowej w ich branży (średnia światowa to 17%).

Wśród globalnych liderów IT, którzy wzięli udział w badaniu, 35% zadeklarowało, że ich firma posiada korporacyjną strategię biznesową (wzrost o 8 p.p. w porównianiu z 2015 r.). W porównaniu do średniej światowej, CIO z Polski i krajów Europy Środkowo-Wschodniej sygnalizują większą potrzebę posiadania strategii cyfrowej. Strategie tworzone w regionie rzadziej niż na świecie mają charakter korporacyjny – najczęściej są przygotowywane dla poszczególnych obszarów biznesowych.

Światowe wyniki badania wskazują, że zwykle właścicielem strategii cyfrowej jest zarząd firmy, natomiast w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej strategia cyfrowa często jest domeną IT. Co ważne 84% CIO deklaruje, że nie jest w pełni właścicielem strategii cyfrowej i musi współpracować w tym zakresie z wieloma partnerami – mówi Leszek Wroński, partner, szef usług doradczych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

19% globalnych organizacji zatrudnia szefa ds. cyfryzacji (ang. CDO). W Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej 85% firm nie ma i nie planuje powołania takiego stanowiska.

84% CIO deklaruje, że nie jest w pełni właścicielem strategii cyfrowej i musi współpracować w tym zakresie z wieloma partnerami

CIO przewidują wzrost budżetów IT

Dynamiczny rozwój technologii tworzy nowe wymagania wobec dyrektorów IT. Aż 44% globalnych respondentów prognozuje wzrost budżetów IT. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej odsetek ten jest jeszcze wyższy i wynosi 50%. Jednym z najważniejszych obszarów inwestycyjnych są rozwiązania SaaS – 31% CIO inwestuje znaczne środki w ten obszar. CIO prognozują, że trend ten utrzyma się przez kolejne 3 lata.

Nowe technologie wpływają także na rosnące ryzyko cybernetyczne. Globalnie, prawie jedna trzecia (28%) ankietowanych CIO musiała odpowiedzieć na zagrożenie bezpieczeństwa IT lub cyberatak w imieniu swojej organizacji przez ostatnie dwa lata. Tylko jedna piąta (22%) CIO jest przekonana, że ich organizacja jest bardzo dobrze przygotowana do identyfikacji i odpowiedzi na cyberataki, w porównaniu do prawie jednej trzeciej (29%) w 2014 roku. Jednocześnie CIO z Polski i regionu CEE wskazują, że potencjalny atak cybernetyczny nie spowoduje znaczących strat w ich organizacji, co może wskazywać na mniejszą integrację rozwiązań stosowanych w ich firmach.

CIO Europy Środkowo-Wschodniej starają się coraz sprawniej odpowiadać na szybko zmieniające się potrzeby biznesu. W tym celu podobnie jak liderzy IT na całym świecie, implementują metodyki zwinne. W porównaniu do średniej światowej rzadziej korzystają z gotowych narzędzi, koncentrując się głównie na budowie rozwiązań własnych – mówi Aleksandra Suchorzewska, starszy menedżer w dziale Management Consulting w KPMG w Polsce.

CIO optymistycznie o swojej przyszłości

Technologia wymusza także zmiany na rynku pracy dla CIO. Globalnie 15% liderów IT zmieniło pracę w ubiegłym roku, w Polsce i w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej odsetek ten był mniejszy i wyniósł 9%. Ponad 30% CIO z regionu CEE jest zatrudnionych u obecnego pracodawcy od co najmniej 10 lat. Aż 63% dyrektorów IT z Polski i Europy Środkowo-Wschodniej przewiduje, że będzie kontynuować karierę w IT w ciągu następnych 5 lat, natomiast 23% z nich uważa, że zmieni rolę i dołączy do kierownictwa firmy jako osoba niezwiązna bezpośrednio z IT.

Podkreślenia  wymaga fakt, że aż 84% CIO na świecie deklaruje, że jest usatysfakcjonowana ze swojej roli.

Robinson Europe S.A. podwaja zysk netto

Robinson Europe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się sprzedażą sprzętu wędkarskiego oraz sportowego, zakończyła 3 kw. roku obrotowego 2015/2016 zyskiem netto na poziomie 213 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 4.251 tys. zł. Spółka po trzech kwartałach roku obrotowego 2015/2016 wykonała już w ponad 80% prognozę zysku na poziomie EBITDA.

W 3 kw. roku obrotowego 2014/2015 Emitent zanotował zysk netto w wysokości 107 tys. zł, a wartość jego przychodów netto ze sprzedaży wyniosła 4.345 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach roku obrotowego 2015/2016 Robinson Europe S.A. miała 475 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 11.994 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie ub. roku było to odpowiednio 268 tys. zł oraz 12.570 tys. zł. Znacząca poprawa wypracowywanych przez Spółkę rentowności jest rezultatem bardzo efektywnego przygotowania do sezonu zarówno pod względem finansowym, jak i organizacyjnym. Emitent stale rozbudowuje swoją ofertę handlową o nowe produkty marki ROBINSON i specjalistycznych marek wspierających, zwiększył poziom dostaw do swojego magazynu na początku sezonu sprzedażowego oraz utrzymał ich płynność. W minionym kwartale Robinson Europe S.A. zanotowała również wzrost sprzedaży na rynkach zagranicznych.

„Wyniki finansowe wypracowane w minionym kwartale oceniamy jako dobre, pomimo iż nie udało nam się zrealizować i w pełni zamknąć bardzo optymistycznych rokowań wynikających z poziomu zamówień pre-orderowych (przed-sprzedażowych). Ostrożność w  podejściu do rosnącego poziomu należności Spółki, zmusiła nas niestety do rezygnacji z realizacji niektórych kontraktacji przedsprzedażowych. Prowadzimy już kolejne rozmowy z producentami  zmierzające do wzbogacenia naszego asortymentu na przyszły sezon, głównie w segmencie wędkarskim. Natomiast w segmencie sportowym ze względu na pewne spowolnienie na rynku dokonaliśmy selekcji asortymentowej ograniczając się do produktów najlepiej rotujących w połączeniu z przyzwoitą marżowością.” – wyjaśnia Paweł Busz, Członek Zarządu Spółki Robinson Europe S.A.

Po trzech kwartałach roku obrotowego 2015/2016 Spółka wypracowała zysk na poziomie EBITDA w wysokości blisko 1.086 tys. zł, co stanowi ponad 80,4% realizacji prognozy finansowej na ten rok, która przewiduje osiągnięcie zysku na poziomie EBITDA w wysokości 1.350 tys. zł.

Emitent oczekuje także na debiut na rynku NewConnect Spółki Outdoorzy S.A., w której posiada aktualnie akcje stanowiące 41,9% udziału w jej kapitale zakładowym. Podmiot ten zakończył już ofertę prywatną akcji serii C i pozyskał z niej środki w wysokości 625 tys. zł. Outdoorzy S.A. działają w branży e-commerce i prowadzą działalność handlową obejmującą sprzedaż odzieży oraz sprzętu sportowo-turystycznego poprzez własny sklep internetowy outdoorzy.pl.

„Realizacja prognoz finansowych jest na tym etapie zgodna z oczekiwaniami, a kluczowe dla końcowego wyniku operacyjnego będą miesiące wrzesień i październik, kiedy to liczymy głównie na wsparcie z segmentu sportowego. Przy sprzyjających warunkach pogodowych można również liczyć na przyzwoity poziom sprzedaży w segmencie wędkarstwa. Cieszymy się, że do grona spółek notowanych na rynku NewConnect powinni dołączyć wkrótce Outdoorzy S.A. i liczymy, że udany debiut z pewnością przełoży się na dalszy rozwój oraz progres w wynikach sprzedażowych tej spółki. To oczywiste, że ze względu na istotne zaangażowanie kapitałowe Robinson Europe S.A. w ten podmiot, jego upublicznienie na alternatywnym rynku nie jest również obojętne i dla naszych Akcjonariuszy.” – zakończył Paweł Busz.

Łączna wartość obrotów akcjami Robinson Europe S.A. w okresie maj-lipiec 2016 r. ukształtowała się na poziomie prawie 1.003 tys. zł, a wolumen obrotu sięgnął blisko 102 tys. szt. Spółka realizuje również program skupu akcji własnych i na dzień 14.09.2016 r. posiada łącznie 23.017 szt. akcji własnych, co stanowi ok. 1,23% udziału jej w kapitale oraz w ogólnej liczbie głosów na WZA. Średnia cena nabycia akcji wynosi 7,53 zł. W dniu 17.06.2016 r. do obrotu na rynku NewConnect wprowadzone zostały akcje serii F.

Spółka Robinson Europe S.A. jest notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r. Głównym przedmiotem jej działalności jest sprzedaż sprzętu wędkarskiego oraz sportowego. Historia przedsiębiorstwa sięga 1991 r., kiedy to obecni Członkowie Zarządu założyli firmę „BIS”, która była znanym podmiotem w branży wędkarskiej.

Różnice pomiędzy giełdą w Londynie (LSE) i w Warszawie (GPW)

Bogusz Kuszak, Dyrektor Finansowy, Wiceprezes Zarządu, Spółka zależna SIG plc notowana na London Stock Exchange
Bogusz Kuszak, Dyrektor Finansowy, Wiceprezes Zarządu, Spółka zależna SIG plc notowana na London Stock Exchange

W zakresie formalnych wymagań informacyjnych, w stosunku do spółek notowanych zarówno na rynku obrotu papierami wartościowymi w Londynie, jak i Warszawie, możemy wskazać znacząco więcej podobieństw. Same giełdy natomiast istotnie się różnią, co przekłada się na pewne standardy, wynikające z oczekiwań akcjonariuszy czy wręcz całych społeczeństw. Podstawowym powodem różnic jest wiek oraz doświadczenie płynące z liczby przeżytych krachów gospodarczych i spekulacyjnych.

Regulacje krajowe w zakresie formalnych wymagań informacyjnych są zgodne z przepisami unijnymi, przede wszystkim dyrektywą Transparency i dyrektywą Market Abuse. Szczególnie od 2005 roku, kiedy to wszystkie spółki giełdowe Unii Europejskiej zostały zobligowane do stosowania MSSF (Podstawa prawna zawarta jest w Rozporządzeniu 1606/2002 Parlamentu Europejskiego).

Londyn a Warszawa

Londyński obrót papierami wartościowymi narodził się już w XVII wieku, a sformalizował w oparciu o jeden wspólny londyński dealing room w połowie wieku XVIII. Z uwagi na dynamiczny rozwój gospodarki, obrót akcjami szybko stał się bardzo powszechny w społeczeństwie brytyjskim, zarówno ten bezpośredni, dotyczący uczestników indywidualnych – osób fizycznych, jak i ten masowy, wynikający z powszechności funduszy inwestycyjnych, w tym także emerytalnych.

W tym czasie, gdy obrót papierami wartościowymi w Londynie już dojrzewał, Polska po wojnach ze Szwecją powoli „przygotowywała” się do rozbiorów. Kiedy w połowie XIX wieku w Londynie oddawano do użytku pierwszą linię metra, u nas trwało powstanie styczniowe.

Wprawdzie pierwsza giełda w Warszawie powstała już na początku XIX wieku, ale handel samymi akcjami stał się popularniejszy dopiero z jego końcem. Od początku II wojny światowej, aż do końca XX wieku, w zakresie obrotu akcjami cała nasza niewielka tradycja została zaprzepaszczona, a obrót giełdowy po prostu przestał istnieć. Tak więc LSE miała możliwość zbierać doświadczenia kilkaset lat dłużej od GPW. W wyniku powyższego, obecna wartość kapitalizacji obu giełd różni się kilkanaście razy, podobnie jak i liczba notowanych nań spółek.

Takie różnice w doświadczeniach, oczekiwaniach oraz wielkości i powszechności w społeczeństwach w sposób oczywisty doprowadziły do pewnych różnic kulturowych, dotyczących giełd.

Nadzór właścicielski

Z pewnością jedną z bardziej ciekawych różnic jest podejście do nadzoru właścicielskiego, zwanego w UK corporate governace. Nasz polski Kodeks spółek handlowych (Ksh) przewiduje odrębną od zarządu instytucję, sprawującą w imieniu walnego zgromadzenia nadzór nad zarządem – radę nadzorczą. Przepisy Ksh przewidują dla spółki akcyjnej obowiązek ustanowienia tego organu nadzoru. Ksh reguluje kwestię składu i wybór do rady, ale pozostawia także pewną swobodę umowie spółki.

W prawodawstwie brytyjskim mamy natomiast do czynienia z jednopoziomowym organem nadzoru, zasilonym dwojakiego rodzaju dyrektorami. Odpowiednikami naszych członków zarządu są tzw. dyrektorzy wykonawczy – executive board members (przede wszystkim CEO i CFO), natomiast członków rad nadzorczych zastępują tam non-execs (non-executive directors). Obie grupy stanowią jednak jeden organ – radę dyrektorów (board of directors). W sumie oznacza to, że nadzór właścicielski jest w przypadku LSE jednopoziomowy, a więc znacznie bliższy zarządowi wykonawczemu i znacznie bardziej zaangażowany w codzienne zarządzanie, niż w przypadku spółek polskich, niemieckich czy austriackich. Podobny do brytyjskiego, jednopoziomowy system nadzoru, jest charakterystyczny dla takich krajów, jak USA, Australia, Kanada, Japonia, Chiny i Indie, a nawet Rosja.

W ramach rad dyrektorów tworzone są komitety, wyspecjalizowane w różnych obszarach działań rady, którym z reguły przewodzą non-execs. Komitety ds. audytu, wynagrodzeń czy ryzyka są praktycznie standardem. Mają one prawo swobodnego i bezpośredniego żądania informacji od wszystkich członków organizacji. Z reguły oczekują regularnych raportów od pracowników/menadżerów, związanych obowiązkami z obszarem działania danego komitetu. Nie mają oni natomiast umocowania do komunikacji odwrotnej, tj. wydawania poleceń bezpośrednio pracownikom spółki.

LSE przywiązuje bardzo dużą wagę do zapewniania najwyższych standardów zarządzania oraz transparencji finansowej, nie tylko poprzez wymaganie w pełni uczciwych sprawozdań finansowych, obrazujących uczciwie stan przedsiębiorstwa, ale także poprzez regularny, otwarty kontakt z inwestorami oraz ustawodawcami.

CSR

Innym obszarem, bardziej eksponowanym w spółkach z LSE, niż GPW, jest obszar nazywany odpowiedzialnością społeczną biznesu (corporate social responsibility). Spółka musi przede wszystkim określić jej zakres, wykazać się wysokim zaangażowaniem i wdrożyć stosowne procedury w kwestiach społecznych oraz środowiskowych. W skład tego obszaru może wchodzić zarówno wszelka aktywność charytatywna, jak i ochrona środowiska naturalnego (redukcja emisji CO2, odpadów, zużycia wody oraz energii), a także inwestowanie w bezpieczeństwo, dobro i rozwój pracowników oraz lokalnych społeczności. Na LSE funkcjonuje specjalny wskaźnik – FTSE4Good Index, który wyróżnia spółki społecznie odpowiedzialne. Jeśli spółka chce się pochwalić spełnieniem kryteriów tego wskaźnika, musi w formie raportów przekazywać rynkowi dodatkowe informacje o środkach i miarach, wykorzystywanych w celu ciągłego podnoszenia poziomu swej społecznej odpowiedzialności, oraz skutecznie wdrożyć stosowne procedury z zakresu szeroko rozumianej etyki: zwalczania przekupstwa i korupcji i przestrzegania praw człowieka.

Zarzadzanie kryzysem

Trzecim z obszarów, w którym widoczne są różnice pomiędzy oczekiwaniami od spółek, jest zarządzanie ryzykiem. Wprawdzie nasz Krajowy Standard Rachunkowości nr 9 „Sprawozdanie z działalności” został upowszechniony przez MF dopiero w roku 2014, ale spółki giełdowe z GPW, raportujące wcześniej wedle MSSF, musiały spełniać takie same wymagania podstawowe. Jednak o ile są one dość szczegółowo zredagowane dla ujawnienia ryzyka związanego z instrumentami finansowymi, to inaczej wygląda kwestia identyfikacji pozostałych ryzyk oraz kwestia zarządzania nimi. Czytając roczne sprawozdania finansowe spółek z GPW czasem trudno znaleźć wylewny opis zidentyfikowanych ryzyk operacyjnych i sposobu ich mitygacji. W sprawozdaniach spółek z LSE odnajdujemy w SF całe rozdziały, ze szczegółami kilkunastu ryzyk. Jest to potwierdzenie pełnej transparentności w stosunku do rynku.

Skutek?

Dzięki powyższym cechom, kojarzonym z bardzo wysokimi standardami, wyróżniającymi się pozytywnie na tle innych giełd, LSE ciągle przyciąga globalnych inwestorów i stanowi jedną z kilku najważniejszych i najbardziej wiarygodnych instytucji finansowych na świecie. Giełda w Londynie może być dla innych giełd kapitałowych dobrym przykładem do zainspirowania się, a wręcz do naśladowania.

Autor: Bogusz Kuszak, Dyrektor Finansowy, Wiceprezes Zarządu, Spółka zależna SIG plc notowana na London Stock Exchange.

Intencje zakupowe – przedmiot marketingowego pożądania?

Rynek danych, pozwalających na generowanie ponadprzeciętnych zwrotów, dopiero się rozwija. Wśród wszystkich kategorii, w które są one zebrane, jedną z najbardziej pożądanych przez marketerów stają się intencje zakupowe. Z metodologicznego punktu widzenia, to właśnie one przybliżają działania RTB do cieszącej się dużą popularnością reklamy typu search.

Jakich danych oczekują marketerzy?

Jeszcze niedawno danych dostępnych na rynku było mało. Co więcej, były one mocno nieprecyzyjne, często bardzo ogólne. Obecnie, w wielu przypadkach, informacja np. o zainteresowaniu danej osoby motoryzacją, niewiele wnosi do działań marketingowych. Realną wartość dla marketerów mają natomiast bardziej precyzyjne dane z tego segmentu, pozwalające np. identyfikować użytkowników zainteresowanych konkretnym modelem auta z dokładnie wskazanego rocznika itp.

Przy niewielkiej ilości dostępnych danych na rosnącym rynku, takie dodatkowe zawężanie jeszcze niedawno powodowało problemy z uzyskaniem odpowiedniego zasięgu w grupie celowej, a tym samym z prowadzeniem działań reklamowych w istotnej skali. Dziś ta sytuacja ulega dynamicznym zmianom. Powstają coraz to nowe kategorie danych i więcej wydawców internetowych jest skłonnych monetyzować informacje dot. swoich użytkowników. Jednocześnie sam proces zbierania i obróbki tych informacji jest bardziej zaawansowany i precyzyjny.

Wśród wszystkich kategorii danych, jedną z  najbardziej pożądanych przez marketerów stają się intencje zakupowe gdyż, z metodologicznego punktu widzenia, są one najbliżej reklamy typu search.

Konkretny produkt, model, marka

Intencje zakupowe są budowane w taki sposób, że zbierają dane nt. zainteresowania użytkowników zakupem konkretnych produktów, modeli czy marek w bardzo krótkim oknie czasowym.

Chodzi o to, abyśmy jako marketerzy mieli pewność, że kupując np. profil osoby zainteresowanej najnowszą grą Wiedźmin 3: Dziki Gon i emitując takiej osobie dopasowaną reklamę, trafili do jednostki, która wykazała taką intencję zakupową w ciągu np. ostatnich 24 godzin i jeszcze nie zakupiła produktu. Dopiero tak doprecyzowane dane stają się bardzo efektywnym narzędziem w naszych rękach i pozwalają uzyskiwać wyniki zbliżone do reklamy typu search.

Intencje zakupowe w fazie rozwoju

Ogólne kategorie tematyczne danych behawioralnych o niewielkim zasięgu nie mają szans, aby budować istotną alternatywę dla działań w wyszukiwarkach. Rynek Big Data zmierza w kierunku dostępności coraz bardziej zróżnicowanych danych o intencjach zakupowych tu i teraz, które mogą być konsumowane przez reklamodawców momentalnie – jak tylko się pojawią. Oczywiście takie podejście rodzi pewne trudności związane choćby z długoterminowym planowaniem mediów. Z kolei, z perspektywy użytkowników, którym wyświetlane będą reklamy budzące ich faktyczne zainteresowanie, rozwój ten jawi się jako wyraźny krok naprzód i korzyść.

Co przyniesie przyszłość?

Można przypuszczać, że za kilka miesięcy, zarówno zakres dostępnych intencji zakupowych, jak i ich wolumen znacznie wzrośnie. Przyczyni się to do poprawy efektywności realizowanych przez reklamodawców działań reklamowych w display. Można zaryzykować stwierdzenie, że ci, którzy „sparzyli“ się na reklamie RTB w ostatnich latach, dziś powinni bardzo uważnie ten rynek obserwować. Jego rozwój, zarówno pod kątem jakości, jak i dostępności danych, jest szybszy i niewątpliwie jeszcze przyśpieszy w kolejnych latach. Te prognozy potwierdzają choćby badania Internet Standard z Raportu  Programmatic 2015. Warto więc bacznie obserwować rynek.

Autor: Tomasz Teodorczyk, CEO Bidlab

Z branżą reklamy internetowej związany od 2006 roku. Karierę zaczynał w ARBOmedia Polska. W latach 2007-2012 wdrażał na polskim rynku innowacyjne rozwiązania predykcyjnego targetowania behawioralnego niemieckiej firmy nugg.ad. Odpowiadał za całość relacji z klientami, domami mediowymi i wydawcami, co istotnie przyczyniło się do rozwoju w Polsce sprzedaży powierzchni reklamowej w modelu audience buying. Współtwórca Humanway – innowacyjnego systemu do rekrutacji online oraz Instream Media – sieci reklamy video. Obecnie prezes zarządu w Bidlab – niezależnego Trading Desk, specjalizującego się w zakupie mediów i optymalizacji kampanii reklamowych w modelach Programmatic i RTB.

Raport: upadłości przedsiębiorstw w Polsce w I połowie 2016 r.

  • W bieżącym roku polska gospodarka wyhamowuje, choć tempo wzrostu utrzymuje się na stabilnym poziomie: 3,2 proc. w 2016 r. w porównaniu do 3,6 proc. w 2015 r.
  • Firmy czerpią korzyści ze sprzyjających warunków makroekonomicznych
  • Liczba postępowań o ogłoszenie upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych spadła o ponad 14 proc. Prognozy Coface zakładają dalszą poprawę sytuacji i spadek liczby postępowań w 2016 r. i 2017 r.

Polskie spółki nadal czerpią korzyści ze sprzyjających uwarunkowań makroekonomicznych, charakteryzujących się dużym popytem krajowym i zagranicznym. Tegoroczne spowolnienie wzrostu to efekt obniżenia tempa inwestycji (które w pierwszej połowie 2016 r. spadło o 3,6 proc. r/r). Częściowo jest to spowodowane opóźnieniem realizacji inwestycji współfinansowanych z UE, w ramach nowej perspektywy finansowej. Do innych czynników należy zaliczyć ryzyka wewnętrzne i zewnętrzne, takie jak możliwe zmiany przepisów prawa, wahania kursów walutowych oraz potencjalne konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, tzw. Brexitu.

Mniejsza liczba składanych wniosków o ogłoszenie upadłości za sprawą nowego ustawodawstwa

Od 2014 r. odnotowuje się coraz mniejszą liczbę postępowań o ogłoszenie upadłości. W pierwszej połowie 2016 r., odnotowano 328 takich postępowań – co oznacza spadek o 14,1 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Nowe przepisy, które weszły w życie w tym roku, oznaczają, że spółki mają alternatywę do postępowania upadłościowego. Regulacje znajdują się w dwóch odrębnych ustawach – Prawie Upadłościowym i Prawie Restrukturyzacyjnym. Jest wysoce prawdopodobne, że nowe procedury restrukturyzacyjne będą wykorzystywane częściej niż miało to miejsce w drugim kwartale bieżącego roku.

Spadek liczby wniosków o ogłoszenie upadłości spółek będzie się utrzymywać w kolejnych kwartałach. Niemniej jednak struktura ulega zmianie – jest mniej postępowań o ogłoszenie niewypłacalności, ale więcej postępowań restrukturyzacyjnych, wyjaśnia Grzegorz Sielewicz, Główny Ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. Nowe procedury restrukturyzacyjne, wprowadzone w tym roku, stopniowo zyskują na popularności jako środek naprawczy dla spółek, które przeżywają problemy płatnicze. Z dużym prawdopodobieństwem większa liczba firm wróci do prowadzenia działalności, zamiast ogłaszać upadłość.

Coface przewiduje do końca 2016 r. spadek liczby postępowań o ogłoszenie upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych o 8,9 proc. W 2017 r. spodziewany jest spadek liczby postępowań o 4,8 proc.

Konsumpcja prywatna – główny czynnik napędzający wzrost w Polsce

Stabilny wzrost gospodarczy Polski jest napędzany głównie przez konsumpcję gospodarstw domowych. Mimo spowolnienia wykorzystania środków unijnych, w tym roku zwiększy się udział konsumpcji prywatnej – w szczególności za sprawą coraz lepszej sytuacji na rynku pracy. Stopa bezrobocia w Polsce spadła do poziomu najniższego od 25 lat, utrzymuje sie dodatnia dynamika zmian poziomu wynagrodzeń, a inflacja pozostaje na niskim poziomie. Takie otoczenie sprzyja dobrym perspektywom dla sektora detalicznego.

Dane dotyczące struktury polskiej gospodarki wskazują, że konsumpcja prywatna ma większy udział w nominalnym PKB niż eksport – konsumpcja gospodarstw domowych stanowiła 58 proc. zeszłorocznego PKB. Analizy korelacji wskazują również, że konsumpcja krajowa wywiera większy wpływ na liczbę upadłości firm w Polsce niż eksport. Niemniej jednak rentowność przedsiębiorstw jest umacniania poprzez prowadzenie działalności na rynkach zagranicznych. Perspektywy są dobre zwłaszcza dla producentów tych towarów, które cieszą się silniejszym popytem zewnętrznym. Sektory te obejmują producentów samochodów, mebli, sprzętu AGD oraz segment IT. Jednocześnie korzyści czerpią te spółki, które wykorzystują bezpośrednio rosnący popyt gospodarstw domowych. Od 1 września 2016 r. obowiązuje nowe obciążenie fiskalne nałożone na sektor detaliczny. Niemniej jednak powinno ono zostać skompensowane przez wzrost wydatków konsumenckich. Spodziewane jest, że konsumpcja gospodarstw domowych będzie głównym czynnikiem napędzającym wzrost polskiej gospodarki na przestrzeni kilku następnych kwartałów. Obraz niewypłacalności spółek powinien ulegać poprawie. Natomiast nowo wprowadzone przepisy dotyczące restrukturyzacji powinny pomóc spółkom zmagającym się z problemami płynnościowymi wrócić do skutecznego prowadzenia działalności.

Niemniej jednak nadal istnieją potencjalne ryzyka dla działalności krajowej i zagranicznej. Ostatnie problemy na rynkach zewnętrznych wpływają na gospodarkę globalną, a tym samym na nastroje biznesu w wielu krajach. Jednocześnie przedsiębiorstwa zmagają się nadal z trudnościami na rynku  krajowym, a rosnąca niepewność może zablokować ich rozwój. Firmy, które mają niedostosowaną strategią biznesową lub mają nadmierne zadłużenie nie skorzystają ze sprzyjającego otoczenia gospodarczego.

Panorama upadłości Coface z analizą wybranych sektrów do pobrania TUTAJ

Aplikacje mobilne przyszłością ubezpieczeń

Z najnowszego badania KPMG wynika, że 61% Polaków woli kupić ubezpieczenie przez aplikację mobilną, nawet jeżeli jego koszt będzie większy. To sygnał, że właśnie wkraczamy w okres rozwoju sektora InsurTech, czyli połączenia nowych technologii i ubezpieczeń.

Sektor bankowy przetarł szlaki towarzystwom ubezpieczeniowym. Obecnie klienci banków mają dostęp do danych w dowolnym miejscu i o dowolnej porze. Wyrobiło to w klientach pewne przyzwyczajenia i nawyki. Pojawia się coraz więcej startupów technologicznych, dostarczających klientom zarówno usługi bankowe, jak i takie, których banki nie chcą lub nie są w stanie dostarczyć. Internetowe kantory, platformy pożyczek społecznościowych, aplikacje wspomagające zarządzanie osobistymi wydatkami i oszczędnościami są częścią nowego sektora branżowego o nazwie FinTech. Klienci chcą tego samego w ubezpieczeniach.

InsurTech, czyli ubezpieczenie szyte na miarę

Polski sektor InsurTech dopiero się kształtuje, jednak patrząc na to, co dzieje się na świecie, możemy przewidywać, w którym kierunku będzie rozwijała się branża. Przede wszystkim ubezpieczyciele będą budowali aplikacje mobilne, które będą nie tylko nowym kanałem sprzedaży ubezpieczeń, ale dostarczą także konsumentom dodatkową wartość, która zwiększy ich zaangażowanie. Poza tym, ubezpieczyciele będą modyfikowali wysokości składek ubezpieczeniowych, wykorzystując dane pozyskiwane np. z mediów społecznościowych. Zmieni się też rola doradcy/agenta ubezpieczeniowego – nie będzie on już tylko sprzedawcą, a specyficznym concierge, który będzie kompleksowo dbał o ochronę ubezpieczeniową swojego klienta. Pojawią się startupy ubezpieczeniowe, działające w partnerstwie z towarzystwami ubezpieczeniowymi, ale oferujące coś więcej, niż jest w stanie zaoferować samo towarzystwo. W trochę dalszej perspektywie możemy spodziewać się startupów, które otrzymają licencje ubezpieczyciela i będą oferowały rozwiązania InsurTech bez udziału tradycyjnego towarzystwa.

Ubezpieczenia społecznościowe i ubezpieczenia na żądanie

– Interesującym trendem są ubezpieczenia społecznościowe – tłumaczy Wojciech Kamiński współtwórca projektu Kundi, szef technologii Grupy ANG – W tym podejściu ludzie ubezpieczają się w grupach razem z przyjaciółmi, członkami rodziny czy współpracownikami. W dużym uproszczeniu model zakłada, że członkowie grupy mogą odzyskać część wpłaconych składek, dzięki czemu ubezpieczenie będzie tańsze. To, czy dostaną zwrot zależy od tego, czy w grupie były jakieś szkody. Im mniej szkód w grupie, tym większy zwrot.

Ciekawym trendem są także ubezpieczenia na żądanie. W tym modelu klient może w dowolnym momencie włączać i wyłączać swoje ubezpieczenie. Model ten pozwala nie płacić za okres czasu, kiedy ubezpieczenie jest zbędne. Ciekawym przykładem przyszłościowego wykorzystania tego modelu w połączeniu z dodatkowym źródłem danych (mapa/nawigacja) jest ubezpieczenie komunikacyjne OC/AC na konkretną trasę.

Startupy oferujące tego typu rozwiązania powstają już w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Australii, Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych. Wkrótce pojawią się również w Polsce. Jednym z przykładów jest stworzona przez nas aplikacja mobilna Kundi, oferująca możliwość ubezpieczenia telefonu, laptopa, czy roweru. Aplikacja wykorzystuje model społecznościowy oferując możliwość obniżenia ceny ubezpieczenia nawet o 50%. Start Kundi planowany jest jeszcze w tym roku – dodaje Wojciech Kamiński.

Jeżeli mówimy o InsurTech musimy pamiętać, że innowacje technologiczne pojawiają się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony pojawiają się rozwiązania wykorzystywane wewnętrznie przez firmy ubezpieczeniowe, np. w zakresie pozyskiwania i analizy danych, automatyzacji procesów biznesowych czy szacowania ryzyka. Z drugiej strony, podobnie jak w przypadku FinTechu, mamy rozwiązania skierowane do konsumenta, a w tym nowe lub ulepszone kanały sprzedaży, ulepszoną obsługę klienta oraz zmodyfikowane lub całkiem nowe produkty ubezpieczeniowe.

Technologia nie będzie jednak naszym zdaniem osłabiała roli agenta, wręcz przeciwnie. Z jednej strony będzie ona w stanie optymalizować zakres ochrony, z drugiej – elastycznie dostosowywać do niej koszty. Produkt nadal będzie jednak produktem i jakoś musi zaistnieć w świadomości klienta. Rolą agentów w coraz mniejszym stopniu będzie szczegółowa wiedza produktowa. Rosnące znaczenie będzie miała natomiast świadomość zmieniającego się wokół świata i dbanie o to, aby klienci będący w portfelu agenta, byli na bieżąco z nowinkami. Miejsce agenta wydaje się zatem niezagrożone. Warunek jest jeden, Agent musi podążać za nowinkami technologicznymi i mieć głowę otwartą na zmianę modelu działania – dodaje Michał Kwasek z ANG Spółdzielni Pośredników Ubezpieczeniowych.

Indywidualizacja staje się standardem

Produkcja masowa ustępuje spersonalizowanym rozwiązaniom – do takich wniosków można dojść, obserwując pomysły wdrażane w ostatnich latach w przemyśle i usługach. Obecny stan rzeczy to dla dostawców i przedsiębiorstw działających w branży TSL zarówno ogromna szansa, jak i wyzwanie.

Czas standardowych rozwiązań dobiegł końca – orzekł Thomas A. Fischer, dyrektor sprzedaży STILL. – Branża, wielkość przedsiębiorstwa i rodzaj wykonywanych zadań determinuje własne wymagania. I choć dotychczas nie przeszkadzało to w stosowaniu tych samych rozwiązań w skrajnie różnych firmach, dziś taka praktyka przestała być wystarczająca – dodaje. Zjawisko to wynika z dość prostych do zidentyfikowania przyczyn takich, jak choćby: rosnąca popularność koncepcji mających na celu eliminowanie marnotrawstwa czy rozwój opłacalnych technologii produkcji krótszych serii. Nie bez znaczenia pozostaje także upowszechnienie oprogramowania pozwalającego na dokładne monitorowanie procesów, ewidencję zmian kluczowych wskaźników a – w efekcie – także dokładną identyfikację potrzeb przedsiębiorstwa. Możliwy do osiągnięcia dzięki tym narzędziom poziom dopasowania usług i oferty do określonych preferencji robi wrażenie.

Dostawa jeszcze przed zamówieniem

Amazon, światowy potentat e-commerce znany z eksperymentalnych rozwiązań – od czterodniowego tygodnia pracy po zastosowanie w magazynach zasady chaosu, opatentował „wysyłkę przewidującą” (ang. anticipatory shipping). Metoda polega na nadaniu produktów w określonym kierunku jeszcze zanim zamówienie na nie zostanie złożone przez klienta. Adres dostawy będzie doprecyzowywany w trakcie przewozu. Przewidywanie popytu na konkretne towary w danych lokalizacjach ma być możliwe dzięki analizie „zmiennych biznesowych”. Innymi słowy, biorąc pod uwagę dotychczasowe decyzje zakupowe, preferencje ujawniane w ankietach i kwestionariuszach, dane demograficzne i zamieszczane w Internecie listy życzeń, Amazon spodziewa się trafnie identyfikować co klient kupi, zanim rzeczywiście tego dokona.

Funkcjonowanie takiego systemu wymaga nie tylko posiadania szczegółowych baz danych i ogromnego zaplecza obliczeniowego, ale także niezwykle rozbudowanego oprogramowania, umożliwiającego śledzenie przesyłek, kojarzenie ich ze spływającymi zamówieniami i opisywanie podróżujących paczek adresami klientów. Jeśli jednak rozwiązanie będzie funkcjonować bez zarzutu, Amazon zyska kolejną przewagę konkurencyjną w postaci niewiarygodnie krótkiego czasu dostawy.

8,5 miliarda produktów jednego dostawcy

W związku z rosnącymi wymaganiami klientów biznesowych, oczekujących kompletnych, ściśle dostosowanych do ich potrzeb rozwiązań pochodzących od jednego dostawcy, postępuje konsolidacja w branży urządzeń intralogistycznych. Firmy dotychczas specjalizujące się w produkcji wózków widłowych, dokonują przejęć swoich partnerów, dostarczających regały, zestawy transportowe czy systemy automatyzacyjne. – Indywidualizacja nabrała w ostatnich latach ogromnego rozpędu. Nadążanie za zróżnicowanymi wymaganiami klientów wdrażających zasady lean management, zakładające niezawodność produktów i ich wysoką dostępność, wymaga stałego rozwoju puli produktów – mówi Rafał Pańczyk, dyrektor działu intralogistyki STILL Polska. – Dzięki szerokiemu asortymentowi, elastyczności i modułowej konstrukcji systemów, oferujemy klientom łącznie przeszło 8,5 miliarda wariantów naszych rozwiązań i jesteśmy w stanie przygotować projekt ściśle odpowiadający potrzebom każdego przedsiębiorstwa – dodaje.

Modułowa automatyzacja

Do niedawna wdrożenie zautomatyzowanych systemów transportu wewnętrznego dla danego obiektu wymagało żmudnych i kosztownych prac informatycznych. W związku z tym, znajdowały one zastosowanie przede wszystkim w dużych przedsiębiorstwach o małej zmienności procesów. Hub2Move, projekt realizowany obecnie przez Instytut Fraunhofera, ma zmienić tę sytuację. Propozycja największego europejskiego ośrodka badań stosowanych zakłada stworzenie innowacyjnego rozwiązania modułowego. W jego ramach intuicyjna aplikacja integrująca ma koordynować pracę gotowych, zautomatyzowanych elementów systemu przepływów materiałowych – takich, jak wielofunkcyjny STILL CubeXX czy samobieżne zestawy transportowe. Wstępnie zaprogramowane scenariusze użycia urządzeń mają być dostępne dla użytkowników w formie chmury. Rozwiązanie ma znacząco skrócić czas i zmniejszyć koszty automatyzacji w intralogistyce. Możliwość prostej modyfikacji planu pracy wózków gwarantuje przy tym elastyczność systemu i pozwala na jego dostosowanie do zmian w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa. Pomysłodawcy widzą szerokie spektrum sposobów wykorzystywania tego modelu – zarówno w centrach dystrybucji o zróżnicowanym profilu działalności, jak i w magazynach mobilnych.

Pomysł „masowej indywidualizacji” (ang. mass customization), zakładający wykorzystanie zróżnicowanych potrzeb klientów jako okazji do kreowania wartości, powstał w 1993 roku. Wydaje się, że niemal ćwierć wieku później, rozwój technologiczny osiągnął poziom pozwalający na realizację tej wizji. Wdrożenie koncepcji na globalną skalę może zmienić oblicze intralogistyki i spedycji, powodując jeszcze ściślejsze powiązanie tych gałęzi gospodarki z rozwiązaniami IT. To kolejny krok ku realizacji idei Przemysłu 4.0 oraz Internet of Things.

Wzrost PKB w 2016 r. prawie o połowę niższy od założeń?

Jeszcze klika miesięcy temu szacunki rządu oraz głównych ośrodków analitycznych zakładały, że polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3.5 – 3.8 proc. w 2016 r. Ostatnie załamanie się inwestycji oraz wolniejszy od oczekiwań wzrost konsumpcji wyraźnie zwiększają ryzyko, że PKB w tym roku urośnie jedynie o ok. 2 proc.

Według rządowych założeń na ten rok, polska gospodarka miała wzrosnąć o 3.8 proc. Takie same oczekiwania zostały zaprezentowane w marcowej Projekcji Inflacji przedstawionej NBP. Tylko nieco mniej optymistyczna była Komisja Europejska. W swoich wiosennych prognozach szacowała, że PKB wzrośnie o 3.7 proc.

Stosunkowo szybko swoje oczekiwania zrewidował NBP. W lipcu, gdy nie było jeszcze publikacji słabego odczytu PKB za drugi kwartał, prognozy zostały obniżone do poziomu 3.2 proc. Jednak Ministerstwo Finansów według komunikatu z końca sierpnia br. nadal liczy, że gospodarka w tym roku wzrośnie o 3.4 proc. Jest jednak bardzo mało prawdopodobne, by przy obecnej strukturze wzrostu PKB osiągnął rezultat powyżej 3 proc., natomiast znacznie rośnie ryzyko, że zbliży się on do 2 proc.

Dane za drugi kwartał bardzo słabe

Na pierwszy rzut oka dane za drugi kwartał wcale nie są takie złe. PKB wzrosło o 3.1 proc. r/r, jednak struktura tego wzrostu jest bardzo niepokojąca. Przede wszystkim pogłębił się spadek inwestycji i obecnie wynoszą one minus 4.9 proc. r/r. Choć częściowo wynikają one z opóźnienia w wydatkach środków z nowej perspektywy unijnej, to jest bardzo mała szansa, by do końca roku wróciły one ponad poziom zero biorąc pod uwagę tak gwałtowne załamanie.

Relatywnie powolny był również wzrost konsumpcji prywatnej i wyniósł 3.2 proc r/r. Komisja Europejska oczekiwała w publikacji prognoz z 3 maja, że ten rok zamknie się wzrostem na poziomie 4.1 proc. To również wydaje się bardzo mało prawdopodobne, nawet zakładając wpływ programu 500+, poprawiającą się sytuacje na rynku pracy oraz szybki wzrost płac.

Warto również zauważyć, że wzrost PKB już w minionym kwartale mógł być zdecydowanie niższy i wynieść około 2.5 proc. r/r. Wynika to z faktu, że aż o 0.5 pkt. proc. zwiększył go dodatni wpływ zapasów. Zapasy jednak w dłuższym terminie dążą do zera, więc tak naprawdę należałoby je usunąć z kalkulacji PKB.

Teoretyczne pozytywnie można odebrać dodatni wpływ eksportu na poziomie +0.8 pkt proc. Jednak ta wartość jest praktycznie nie do utrzymania do końca roku i wynikała głównie z bardzo dobrego bilansu handlu zagranicznego za czerwiec. Lipiec pokazał już deficyt na rachunku obrotów towarowych. Dodatkowo Ministerstwo Gospodarki, według komunikatu z 12 września cytowanego przez PAP, zrewidowało dodatnie saldo obrotów towarowych z +7.4 mld euro do +4.0 mld euro na ten rok. To praktycznie taki sam rezultat, jak w 2015 r., czyli wkład eksportu netto do PKB powinien wygasać w kolejnych kwartałach.

Nie tylko negatywne informacje

Słaby wzrost gospodarczy oznacza w większości złe wiadomości. Zwiększa on ryzyko cięcia ratingu i zmniejsza atrakcyjność naszego kraju jako miejsca prorozwojowych, zagranicznych inwestycji. Można znaleźć również pozytywne aspekty ostatnich gorszych od oczekiwań wskaźników. Po pierwsze, niższa od prognoz konsumpcja przy zwiększającej się liczbie zatrudnionych i rosnących płacach oznacza, że Polacy mogą więcej oszczędzać.

Niższy poziom inwestycji publicznych to z kolei szansa na mniejszy od oczekiwań deficyt sektora finansów publicznych. Według informacji Ministerstwa Finansów z drugiej połowy sierpnia, samorządy miały nadwyżkę budżetową w kwocie ponad 16.5 mld zł, podczas gdy według harmonogramu miały osiągnąć deficyt w kwocie ponad 9 mld zł.

Wolniejsza od oczekiwań bieżąca konsumpcja i stymulowane przez programy unijne inwestycje zwiększają szansę, że sytuacja w przyszłym roku może być w miarę dobra. Oczywiście aby ten pozytywny scenariusz się sprawdził, tempo aktywności gospodarczej w Europie musi być przynajmniej zadowalające. Jeżeli natomiast kondycja w całej Unii Europejskiej miałaby się pogorszyć, to ostatnie krajowe spowolnienie mogłoby się wyraźnie pogłębić i poważnie zagrozić przyszłorocznemu napiętemu budżetowi, wiarygodności kredytowej Polski oraz złotemu.

Ile finalnie wyniesie PKB w 2016 r?

W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa opublikowanym przez Ministerstwo Finansów pod koniec kwietnia tempo konsumpcji prywatnej, które odpowiada za około 60 proc. całego PKB, miało wzrosnąć o w tym roku 4.0 proc. Faktycznie jednak, biorąc pod uwagę dotychczasowe dane ten wzrost będzie prawdopodobnie bliski 3.2 – 3.3 proc. To odejmie od pierwotnych szacunków PKB (3.8 proc.) około 0.5 pkt proc. Konsumpcja publiczna powinna być minimalnie wyższa od pierwotnych założeń, co może dodać 0.1 pkt proc. do całkowitego wzrostu.

Po drugim kwartale inwestycje skurczyły się o prawie 5 proc., a Ministerstwo Finansów oczekiwało wzrostu w całym roku na poziomie 4.7 proc. Tempo kurczenia się nakładów brutto na środki trwałe prawdopodobnie nieco wyhamuje, ale może zostać w okolicach minus 4.0 proc. pod koniec roku. Ponieważ inwestycje stanowią około 20 proc. całego PKB, to różnica pomiędzy planem a faktycznym odczytem może wynieść minus 1.7 – 1.8 pkt proc.

Wkład zmiany zapasów jest bardzo trudny do oszacowania. Komisja Europejska w wiosennych prognozach oczekiwała, że będzie on neutralny. Ministerstwo Finansów natomiast prognozowało +0.3 pkt proc. Ogólnie można więc bezpiecznie przyjąć, że będzie to w granicach +0.2 pkt proc.

Jeżeli zaś chodzi o kontrybucję eksportu, to oczekiwania Komisji Europejskiej i Ministerstwa Finansów były w granicach minus 0.2 – 0.3 pkt proc. W tym przypadku jednak rzeczywistość może być nieco bardziej optymistyczna. Z salda obrotów towarowych prawdopodobnie będzie to około zera, natomiast bilans usług wygląda w miarę dobrze na podstawie ostatnich danych rachunku bieżącego publikowanych przez NBP.  Prawdopodobnie więc sumarycznie eksport netto doda ok. 0.2 pkt proc.
W rezultacie więc, startując od pierwotnych szacunków PKB Ministerstwa Finansów na poziomie 3.8 proc i wykonując proste obliczenia oczekiwanych zmian kontrybucji poszczególnych składników (konsumpcja prywatna -0,5 pkt proc., konsumpcja publiczna +0,1 pkt proc., inwestycje -1.8 pkt proc., zapasy +0.2 pkt proc., eksport netto +0.2 pkt proc.), dostajemy wzrost na poziomie około 2.0 proc. w całym 2016 r.

Autor: Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Specjalista ds. bezpieczeństwa IT to jeden z najbardziej pożądanych dziś przez pracodawców zawodów

Specjalista ds. bezpieczeństwa IT to jeden z najbardziej pożądanych dziś przez pracodawców zawodów. Ekspertów w tym obszarze poszukuje zarówno biznes, jak i administracja państwowa. Powodem jest rosnąca aktywność cyberprzestępców. Ofert pracy dla „bezpieczników” jest już więcej niż dla kucharzy i niemal tyle samo, ile dla nauczycieli.

137 – dokładnie tyle ofert pracy czeka na specjalistów ds. bezpieczeństwa w jednym z największych serwisów ogłoszeniowych w Polsce. Dla porównania, w tym samym serwisie wakatów dla kucharzy jest 88 a dla nauczycieli 141. Speców od bezpieczeństwa poszukuje m.in. Bosch, ING, T-Mobile, Empik, Generali czy BZ WBK. Ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa poszukują także operatorzy centrów danych oraz administracja państwowa. MSWiA zainwestuje 200 mln złotych w rozbudowę i wyposażenie centrum antyterrorystycznego i cyberbezpieczeństwa. W ramach ABW. 4 lipca b.r. powołano CERT Narodowy – instytucję czuwającą nad cyfrowym porządkiem krajowej sieci. Ma ona zjednoczyć specjalistów z najważniejszych sektorów gospodarki: bankowości, energetyki czy telekomunikacji.

Słaby punkt

Specjalistów potrzeba coraz więcej, bo cyberprzestępcy stają się coraz bardziej aktywni. W ubiegłym roku zespół CERT zarejestrował 8,9 tys. incydentów związanych z atakami na administrację publiczną, w porównaniu do 4,7 tys. w 2015 oraz 5,7 tys. w 2013 roku. W przypadku polskiego sektora prywatnego, zgodnie z analizą PwC, liczba aktów cyberagresji wzrosła względem minionego roku o niemal 40% – Można powiedzieć, że liczba wakatów dla ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa wzrasta proporcjonalnie do skali rejestrowanych zarówno w Polsce, jak i na całym świecie cyberataków. Warto zaznaczyć, że w przypadku ataków na administrację publiczną, poza stratami finansowymi poważnym problemem jest kradzież wrażliwych danych – takich jak choćby cyfrowe profile osobowe obywateli. Że dotyczy to każdego z nas wystarczy przypomnieć sobie ostatni wyciek milionów rekordów z bazy PESEL – zauważa Ewelina Hryszkiewicz z Atmana, operatora największego centrum danych w Polsce.

Niestety, eksperci alarmują, że deficyt ekspertów w obszarze cyberbezpieczeństwa będzie coraz większy. W badaniu MIT Technology Review Custom niemal 40% badanych wskazało, że jest to jeden z największych problemów z jakimi borykają się dzisiaj firmy. Jak z kolei wynika z raportu „Hacking the Skills Shortage” niedobór specjalistów jest na tyle duży, że ok. 15% tych stanowisk w badanych firmach pozostanie nieobsadzonych nawet do 2020 roku. – W praktyce oznacza to wyższe płace dla specjalistów od bezpieczeństwa IT i w konsekwencji wyższe koszty działalności dla firm. Nie to jest jednak najistotniejsze – w dobie digitalizacji biznesu i administracji publicznej oraz rosnącej aktywności crackerów, rośnie ryzyko niepowodzenia projektów informatycznych, utraty ważnych informacji czy wręcz wstrzymania działalności na pewien czas – zwraca uwagę Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

Punkt pierwszy – edukacja

Zachodnie państwa doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie za sobą brak ekspertów ds. bezpieczeństwa IT, dlatego próbują temu przeciwdziałać. W 2015 roku w USA na ekspertów chroniących instytucje oraz firmy przed agresją cyberprzestępców czekało łącznie aż 209.000 wakatów, dlatego amerykański Departament Bezpieczeństwo Krajowego we współpracy z NICERC (National Integrated Cyber Education Research Center) zrealizował specjalistyczne kursy dla 820.000 uczniów szkół podstawowych oraz średnich. Były one prowadzone przez ponad 15.000 wykładowców na terenie 42 stanów.

Barceloński uniwersytet Harbour.Space to przykład nowoczesnej organizacji oświatowej stworzonej na potrzeby cyfrowego świata. W trakcie trzyletnich studiów na kierunku Cyber Security absolwenci otrzymują kompleksowe przygotowanie w zakresie programowania, obsługi rozproszonych baz danych, machine – learning’u, analizy predyktywnej czy zarządzania ryzykiem przedsiębiorstw. Profesjonalizm podejścia uczelni do tematu kształcenia adeptów tego kierunku wyrażony jest również w czesnym, wynoszącym niemal 20.000 euro za rok.

Efekty podjętych działań widać choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie znacząco wzrosło zainteresowanie kształceniem na specjalistycznych kierunkach informatycznych. W 2016 r. liczba uczniów podchodzących do egzaminu GCSE (odpowiednik naszego egzaminu gimnazjalnego) w zakresie technik komputerowych wzrosła w porównaniu do poprzedniego roku o 76%. Liczba uczestników kursów kształcących w tym kierunku urosła zaś z 35.500 w 2015 r. do 62.500 w tym roku. Brytyjscy przedsiębiorcy dostrzegają w edukacji dużą szansę, bo uczniowie mogą zostać odpowiednio ukierunkowani już na etapie kształcenia ogólnego.

Polacy mistrzami cyberbezpieczeństwa?

Problem związany z niedoborem specjalistów dostrzegły również polskie uczelnie tworząc kierunki związane z kryptologią oraz cyberbezpieczeństwem. Dwa lata temu Akademia Obrony Narodowej utworzyła kierunek Bezpieczeństwo Cyberprzestrzeni, podobne kierunki  prowadzą takie uczelnie jak UW, WAT, UKSW, SGH czy Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni. Pytanie – co z jakością kształcenia – czy odpowiada ona potrzebom rynku? Jest ono na tyle zasadne, że eksperci z Kaspersky Lab, firmy zatrudniającej setki ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa zauważają, iż zaledwie jeden na czterdziestu kandydatów spełnia wyśrubowane wymagania na tym stanowisku. Eksperci jednak uspokajają: W dziedzinie cyberbezpieczeństwa nie mamy się czego wstydzić. Polscy eksperci należą do najlepszych na świecie. Świadczy o tym choćby organizowany co roku cykl turniejów Capture The Flag, sprawdzających kompetencje uczestników z zakresu kryptografii, zabezpieczeń urządzeń mobilnych czy inżynierii odwrotnej – zauważa Ewelina Hryszkiewicz z Atmana, największego polskiego operatora centrum danych.

Rzeczywiście,  w 2015 roku polskim specjalistom udało się wygrać klasyfikację generalną, pokonując drużyny z USA, Rosji, Niemiec czy Japonii. W tym roku nasi reprezentanci zakończyli zmagania na drugim miejscu klasyfikacji końcowej, zostawiając w tyle 8,5 tysiąca zespołów z całego świata Problem jednak w tym, że uciekają oni za granicę skuszeni wyższymi zarobkami i możliwościami rozwoju. Dobrą tego ilustracją jest kłopot z obsadzeniem stanowiska wiceministra cyfryzacji odpowiedzialnego za bezpieczeństwo. Anna Streżyńska, Minister Cyfryzacji, przyznaje, iż ma niemały problem ze znalezieniem kandydata ze względu na przewidzianą przez resort pensję w wysokości 9 tys. złotych brutto. Za takie pieniądze nikt nie chce pracować. W USA, wg. analiz Payscale.com mediana zarobków na tym stanowisku, wynosi prawie 68.000 dolarów rocznie, zaś wg. portalu dice.com eksperci zatrudnieni w największych przedsiębiorstwach mogą liczyć nawet na 380.000 dolarów pensji rocznie.

Zgodnie z danymi AT Kearney, o ile do końca 2016 roku liczba wakatów na stanowiskach cyber – ochroniarzy osiągnie liczbę 156.000, o tyle w 2020 roku ma ich być już ponad pół miliona – w tym ponad 300.000 na Starym Kontynencie.

Jak pomóc osobom niepełnosprawnym w zdobyciu pracy?

Osoby niepełnosprawne w Polsce nie mają łatwej sytuacji na rynku pracy. Wielu pracodawców nie uwzględnia ich w rekrutacji, ponieważ wciąż nie są gotowi na współpracę wymagającą nieco innego charakteru, niż ten dotychczas im znany. Z drugiej strony, niektóre przedsiębiorstwa zaczęły to wykorzystywać, tworząc z zatrudniania osób niepełnosprawnych pewnego rodzaju biznes. Czerpią one korzyści z benefitów, jakie idą za zatrudnieniem osób z niepełnosprawnością. Najczęściej dotyczy to takich ofert jak sprzątaczka, pracownik gospodarczy czy ochrony. Jak więc osoba niepełnosprawna może się odnaleźć na rynku pracy, aby nie poczuć się przedmiotowo?

Większość firm zatrudniających osoby niepełnosprawne oferuje podstawowe warunki, w tym pensję nie przekraczającą minimalnej krajowej, brak jakichkolwiek bonusów w postaci dodatku urlopowego, opieki lekarskiej itp. Często również bywa, że charakter pracy nie jest dostosowany do konkretnego stopnia niepełnosprawności.

Firma, która chce zatrudniać osoby niepełnosprawne, powinna odpowiednio się do tego przygotować. Warto wiedzieć, że są trzy stopnie niepełnosprawności – lekki, umiarkowany i znaczny. Jeśli pracownik ma orzeczony stopień umiarkowany lub znaczny, wówczas jego wymiar czasu pracy powinien się zmniejszyć z 40 do 35 godzin tygodniowo. Tym samym dzienny wymiar czasu pracy wynosi 7 godzin, w tym pracownik otrzymuje przerwę dodatkową w postaci 15 minut na np. ćwiczenia rehabilitacyjne. Wynika to z kodeksu pracy i ustawy o rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Dodatkowo, firma powinna posiadać lokal odpowiednio przygotowany do osób z konkretnym rodzajem niepełnosprawności.

Jeśli mówimy o niepełnosprawności ruchowej, potrzebna jest winda, do której swobodny dostęp może mieć osoba poruszająca się na wózku. Dla osób z dysfunkcją wzroku (niedowidzących i niewidomych), dodatkowo konieczne jest opisanie przycisków w windach alfabetem Braille’a. To samo tyczy się odpowiednio przystosowanej toalety  – mówi Maciej Sowa, Kierownik Contact Center w firmie SIG.

Podobnie sytuacja wygląda, jeśli chodzi o stanowiska pracy. Osobom  niewidomym należy zapewnić  specjalistyczne oprogramowanie specjalistyczne, umożliwiające pracę na komputerze. Na rynku są dostępne rozwiązania zarówno bezpłatne (NVDA), jak i płatne (JAWS). Dodatkowo, osoby niedowidzące powinny korzystać z ekranów o dużych przekątnych.

Osoby niepełnosprawne powinny również pamiętać, że przysługuje im prawo skorzystania np.: z dofinansowania do leków czy turnusów rehabilitacyjnych. Warto zwrócić uwagę, aby firma, w której się zatrudniają, posiadała status Zakładu Pracy Chronionej.

Dla przykładu, zatrudniając osoby niepełnosprawne w SIG, zapewniamy im konkurencyjne wynagrodzenie, zgodnie z ich doświadczeniem oraz zdobytymi umiejętnościami, benefity w postaci opieki lekarskiej czy nauki języka angielskiego na warunkach określonych dla pozostałych pracowników. Bardzo wysoko cenimy sobie również pracę w zespole oraz dostosowanie umiejętności do wykonywanych zadań. Inwestujemy w pracowników i dajemy możliwość rozwoju, co w przypadku osób niepełnosprawnych niestety rzadko jest praktykowane– dodaje Maciej Sowa.

Pracodawca powinien z kolei pamiętać o możliwości dofinansowania stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej ze środków PFRON. Firma może również liczyć na obniżenie bądź całkowite zwolnienie ze składek na PFRON – każde przedsiębiorstwo, które zatrudnia co najmniej 25 osób, jest zobowiązane do ich płacenia.

Informacji o pracy osoby niepełnosprawnie mogą szukać w Internecie, na giełdach pracy, w stowarzyszeniach i fundacjach. Pomogą również Biura Osób Niepełnosprawnych na uczelniach, które często otrzymują od pracodawców informacje o wolnych etatach. Firmy zainteresowane zatrudnieniem osób niepełnosprawnych mogą również organizować dni otwarte.

Najważniejsze, aby osoba niepełnosprawna nie poddawała się przy pierwszej nieudanej próbie znalezienia pracy. Polskiemu rynkowi jeszcze dużo brakuje, ale nie oznacza to, że nie można na nim znaleźć dobrego stanowiska, które nie tylko będzie zapewniało odpowiednie wynagrodzenie, ale jeszcze sprawiało przyjemność i dawało satysfakcję.

Piotr Żółkiewicz na czele funduszu Zolkiewicz & Partners

Piotr Żółkiewicz po sukcesach na rynku kapitałowym wypracowanych dla Medicalgorithmics stanął na czele komitetu inwestycyjnego stworzonego funduszu Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ. Po podsumowaniu pierwszego roku działalności, zarządzający i inwestorzy mają już pierwsze powody do zadowolenia. Jak pokazują dane pierwszy rok fundusz zakończył na drugim miejscu rankingu najlepszych polskich funduszy w grupie mieszane polskie aktywnej alokacji (dane za okres 29.07.2015-29.07.2016)[1]. Fundusz tylko od początku tego roku zarobił dla swoich uczestników kilkanaście procent. Strategia inwestycyjna tego podmiotu wyraźnie odróżnia się od konkurencji i zdaniem jego twórców to właśnie ona stoi za pierwszymi sukcesami. Towarzystwo zarządzające funduszem to Copernicus Capital TFI S.A. 

Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość Fundusz Inwestycyjny Zamknięty to pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny inspirowany, a w rezultacie oparty na filozofii inwestycyjnej Warrena Buffeta. Strategia działania funduszu Zolkiewicz & Partners zdecydowanie wyróżnia się na tle klasycznych funduszy akcji i  była konsekwentnie realizowana przez pierwsze 12 miesięcy jego funkcjonowania. Jak mówi współtwórca i pomysłodawca funduszu – Piotr Żółkiewicz – „Nasze działania polegają przede wszystkim na osiąganiu rezultatów w długim terminie i są dość luźno powiązane z koniunkturą rynkową. Brak benchmarku oraz sztywnej polityki inwestycyjnej sprawiają, że jako fundusz możemy robić to, co w danym momencie uznajemy za rozsądne.

W okresie od 30 czerwca poprzedniego roku do 30 czerwca 2016 roku indeks WIG20 spadł 24,47%, a certyfikat naszego funduszu urósł w tym czasie 3,58%. W lipcu i sierpniu udało nam się zarobić kolejne prawie dziesięć procent osiągając kilkunastoprocentową stopę zwrotu od początku roku. Jest to najlepszy wynik wśród funduszy mieszanych aktywnej alokacji. Fundusz w perspektywie wieloletniej ma ambicję zarabiać dla swoich klientów średniorocznie duże kilkanaście procent a dotychczasowe wyniki potwierdzają, że jest to możliwe”.

Bardzo ważną przewagą funduszu nad konkurencją jest fakt, że zespół, w tym analitycy inwestycyjni, pracują na wyłączność na rzecz Komitetu Inwestycyjnego Zolkiewicz & Partners. Dzięki temu fundusz bazuje na własnych analizach rynkowych. Co więcej, dowodem ich zaangażowania i skuteczności jest to, że zarządzający inwestują w certyfikaty większość swojego prywatnego majątku. Pozwala to jasno określić determinację zespołu na bardzo wysokim poziomie, tak aby z każdym kolejnym kwartałem inwestowanie środków przynosiło oczekiwany zysk.   

„Podstawą naszych inwestycji jest chęć dogłębnego zrozumienia i poznania wybranych firm oraz otaczającego ich biznesowego ekosystemu. Już dzisiaj cieszymy się zaufaniem zamożnych inwestorów nie tylko z Polski, ale i z USA. Co więcej, odnosząc sukces na amerykańskim rynku z Medicalgorithmics, spostrzegliśmy, że za oceanem jest wielu inwestorów poszukujących w naszym regionie poważnych partnerów do opieki nad swoim majątkiem. Z powodzeniem odpowiadamy na te potrzeby wprowadzając strategię  inwestowania w wartość do Europy Środkowo-Wschodniej. Za priorytetowy cel uznajemy pomnażanie majątku uczestników poprzez wspieranie rozwoju innowacyjnych i rzetelnych firm z tego obszaru. Doświadczenie nauczyło nas, iż w inwestowaniu najważniejsza jest dyscyplina i cierpliwość. Unikamy nabywania udziałów
w firmach, których nie można nabyć poniżej ich rzeczywistej wartości. Kupujemy udziały
w spółkach, które rozumiemy i wiemy w którym kierunku będą się rozwijać. Uważamy, że bazując na uczciwej analizie i pracowitości można dojść do poprawnych wniosków. To tylko niektóre elementy naszej filozofii, ale gorąco wierzymy w to, że jej pełen obraz ukaże się naszym inwestorom na przestrzeni następnych lat”
– dodaje Piotr Żółkiewicz.

[1] [1] Na podstawie zestawienia portalu analizy.pl:  https://www.analizy.pl/fundusze/fundusze-inwestycyjne/profil-funduszu/COP101/Zolkiewicz-%26-Partners-Inwestycji-w-Wartosc-FIZ.html

Nowe kontrakty terminowe na akcje na pojedyńczych spółek notowanych na GPW

  • 19 września br. do obrotu zostanie wprowadzonych pięć nowych kontraktów terminowych na pojedyncze spółki notowane na Głównym Rynku
  • Inwestorzy będą mieli możliwość zawierania transakcji na kontraktach opartych o akcje spółek: Grupa Azoty S.A., ING Bank Śląski S.A., Ciech S.A., mBank S.A., Kruk S.A.

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie 19 września wprowadzi na rynek nowe kontrakty terminowe. Po rozszerzeniu oferty o 5 nowych instrumentów na GPW notowane będą 33 kontrakty na akcje spółek.

Wszystkie kontrakty będą miały ten sam mnożnik, wynoszący 100, tzn. na każdy kontrakt będzie przypadało 100 akcji. Wartość kontraktu jest obliczana jako iloczyn kursu kontraktu i mnożnika.

Kluczowe znaczenie dla nas ma dostosowanie oferty Giełdy do potrzeb inwestorów. Dlatego chociaż warszawski parkiet oferuje obecnie wiele zróżnicowanych instrumentów finansowych, regularnie wprowadza nowe produkty. Decyzja o wprowadzeniu nowych kontraktów terminowych jest naszą odpowiedzią na rosnące zainteresowanie inwestorów kontraktami na pojedyncze akcje. Instrumenty te są bardzo atrakcyjne, zwłaszcza w okresach zwiększonej zmienności na instrumentach bazowych. Niedawno, 5 września, padł historyczny rekord wolumenu kontraktów akcyjnych na sesję – 11873 szt. – powiedziała prof. Małgorzata Zaleska, Prezes GPW.

Obrót kontraktami na pojedyncze akcje jest wspierany przez animatorów rynku – polskie i zagraniczne instytucje finansowe. Dzięki kwotowaniom animatorów inwestorzy w każdej chwili mogą otworzyć i zamknąć pozycję, co znacząco podnosi bezpieczeństwo obrotu tymi instrumentami. Dzięki dźwigni finansowej (mniejsza wymagana kwota na rachunku niż wartość inwestycji) kontrakty na akcje pozwalają na osiąganie wysokich zysków, choć przy większym niż w przypadku innych instrumentów finansowych ryzyku inwestycyjnym. Kontrakty terminowe mogą być wykorzystywane również przy zabezpieczaniu ryzyka strat na posiadanych w portfelu akcjach. Zachęcająca jest także niska wysokość prowizji od obrotu kontraktami terminowymi na akcje.

Raport – leasing w Polsce

Leasing to popularna metoda finansowania zakupu potrzebnych w firmie pojazdów i sprzętów. Badania serwisu Oferteo.pl pokazują, że w Polsce najczęściej leasingowane są samochody osobowe i ciężarowe, wkład własny najczęściej nie przekracza 20%, a okres leasingowania wynosi od 4 do 6 lat.

Co leasingujemy?

co leasingujemy

Z analizy zapytań złożonych przez użytkowników serwisu Oferteo.pl, łączącego w czasie rzeczywistym osoby poszukujące produktów lub usług z ich dostawcami, wynika, że najczęściej przedmiotem leasingu są samochody osobowe i ciężarowe – wskazało tak aż 72% z nich. Dalsze 10% poszukiwało maszyn lub urządzeń. Zapotrzebowanie na leasing samochodów dostawczych zgłosiło 5% użytkowników Oferteo.pl, natomiast po 4% chciałoby w ten sposób zaopatrzyć się w sprzęt komputerowy lub biurowy oraz w nieruchomości.

Leasingujemy nowe czy używane?

nowe czy uzywane

Firmy wolą leasingować używane pojazdy i sprzęty. Wskazała tak ponad połowa z nich. Warto jednak zauważyć, że w porównaniu do wyników raportu Oferteo.pl z zeszłego roku, wzrósł odsetek firm gotowych wziąć w leasing nowy sprzęt lub pojazd (wzrost z 34% do 42%). – Może to świadczyć o poprawiającej się sytuacji finansowej działających w Polsce przedsiębiorstw – wskazuje Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl.

liczba leasingowanych przedmiotow

Zdecydowana większość użytkowników Oferteo.pl wskazała, że chciałaby leasingować jeden pojazd lub sprzęt. Tylko 4% wyraża chęć leasingowania dwóch przedmiotów, a 2% użytkowników – trzech pojazdów lub sprzętów.

Wkład własny najczęściej do 20%

wklad wlasny

Firmy składające zapytania o leasing najczęściej deklarowały, że są w stanie wnieść wkład własny w wysokości do 20% wartości przedmiotu leasingu wskazało tak 40% z nich. Natomiast 36% firm zadeklarowało, że jest w stanie wpłacić w ramach wkładu własnego do 5% wartości przedmiotu. Wkład własny przekraczający 35% wartości przedmiotu mogłoby wnieść 4% przedsiębiorstw. Należy przy tym zauważyć, że wysokość wkładu własnego może wpłynąć na obniżenie miesięcznych rat.

Leasing na 4 do 6 lat

okres leasingowania

Firmy korzystające z Oferteo.pl były najbardziej zainteresowane leasingiem na 4 do 6 lat zadeklarowało tak 48% z nich. – Z punktu widzenia przedsiębiorstw taki okres spłaty rat leasingowych wydaje się optymalny – mówi Karol Grygiel. – Po uwzględnieniu stałych rat można zaplanować comiesięczny budżet firmy, poza tym jest też niższe ryzyko zachwiania równowagi finansowej.

Nieco mniejszy odsetek (37%) był zainteresowany krótszym okresem spłaty – do 3 lat. Co dziesiąta firma chciała wziąć przedmiot w leasing na 7 lat i więcej.

Czas to pieniądz

czas leasingowania

Zdecydowana większość użytkowników Oferteo.pl chce podpisać umowę leasingową jak najszybciej. Wskazała tak ponad połowa firm. Co czwarta firma daje sobie na podpisanie umowy jeden miesiąc, a 18% planuje leasing z trzymiesięcznym wyprzedzeniem.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 8 tys. zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl od 1 stycznia 2015 roku do 28 lipca 2016 roku przez osoby zainteresowane leasingiem.

 

Czy najbogatsi chcą ryzykować – kto zarobił miliard dolarów handlując na rynku Forex?

Niewielu jest miliarderów, którzy doszli do swojego majątku inwestując na rynku Forex. Co więcej – najczęściej są oni również zaangażowani w handel na tradycyjnej giełdzie oraz na rynku surowcowym. Kim są i jak zyskali tak duże pieniądze?

Miliarderzy nie inwestują na rynku Forex za pomocą brokerów detalicznych, z którymi do czynienia mają zwykli inwestorzy. Nie korzystają również z popularnych platform tradingowych, takich jak MetaTrader 4. Miliarderzy inwestują na rynku bezpośrednio, czyli przy pomocy terminali tradingowych Thompson Reuters lub Bloomberg – tych samych, których przy wymianie walutowej używają banki inwestycyjne, generujące największy obrót na walutach. I bezpośrednio z tymi bankami zawierają transakcje wymiany walut, po korzystnym dla obu stron kursie. Do tego mają koneksje biznesowe i polityczne, przez co ich wiedza odnośnie trendów panujących na rynku, jest jak najbardziej aktualna.

Soros, Lipschutz i Dalio – Forexowi miliarderzy

Najsłynniejszym miliarderem zaangażowanym bezpośrednio w handel na rynku Forex jest George Soros. W 1992 roku zasłynął jako „człowiek, który złamał Bank Anglii”, ponieważ sprzedał w tzw. „czarną środę” 10 mld funtów, na których zarobił w ciągu jednego dnia około 1 mld euro! I nie używał do tego zaawansowanej analizy technicznej czy poziomów Fibonacciego. W transakcjach tych nie stosował też wysokiej dźwigni finansowej, popularnej wśród tradycyjnych graczy forexowych. On po prostu sprzedał, bez użycia lewara, 10 mld funtów, aby zarobić niecałe 10 proc. Fakt, że te 10 proc. wygenerował w ciągu kilku godzin i że nie ryzykowałby takich pieniędzy, gdyby nie był przekonany co do słuszności swojej decyzji. W podjęciu jej na pewno pomogła mu dogłębna analiza makroekonomiczna oraz znajomości wśród europejskich bankierów, z którymi już wcześniej przeprowadzał mniejsze transakcje. Miał również przyjaciół – nawet wśród osób, które tworzyły wówczas politykę pieniężną banków centralnych. Można więc uznać, iż był typowym „insiderem”, bo wiedział więcej niż zwykły inwestor. Kolejny miliard dolarów na rynku Forex, George Soros zarobił już nie tak spektakularnie. Zaangażował się bowiem w latach 2013-2014 w krótkie pozycje na japońskim jenie. Zbiegło się to w czasie z rozpoczęciem przez Bank Japonii programu „Abenomics”, podczas którego to Bank skupował z rynku obligacje rządowe warte 68 mld dolarów.

Kolejnym przykładem znanego miliardera, zaangażowanego w rynek Forex jest Bill Lipschutz, nazywany też „sułtanem walutowym”. W latach osiemdziesiątych zarabiał olbrzymie pieniądze jako trader walutowy w banku inwestycyjnym Salomon Brothers, przynosząc bankowi na wymianie walutowej około 300 mln dolarów zysku rocznie. Po tych sukcesach otworzył Hathersage Capital Management, globalny fundusz makro, obracający walutami grupy G10, gdzie do dziś pomnaża swój wielomiliardowy majątek.

Innym bardzo znanym traderem na rynku Forex jest Ray Dalio, człowiek który przewidział kryzys finansowy z 2007 r. Prowadzi on Bridgewater Associates – jeden z największych funduszy hedgingowych na świecie, którego aktywa warte są 140 mld dolarów. Natomiast wartość majątku netto samego Dalio szacowana jest już na ponad 15 mld dolarów.

Nie ma poważnego zysku bez zaangażowania kapitałowego

Niewiele jest przykładów kolejnych osób, które zarobiły ponad miliard dolarów na rynku Forex. Czy to oznacza, iż nie da się zbić fortuny na tym ryzykownym z natury rynku? Niekoniecznie, gdyż są przecież miliarderzy, którzy nie chcą z różnych powodów stać się tak popularni jak wymienione powyżej osoby – najczęściej z obawy o bezpieczeństwo ich inwestycji. Poza tym fakt, że ciężko jest osiągnąć miliard dolarów zysku, wcale nie oznacza, iż trading na rynku Forex nie jest zyskownym. Doświadczeni inwestorzy mogą na tym rynku generować wysokie stopy zwrotu, lecz ze względu na zaangażowany kapitał, nieprzekraczający z reguły miliona dolarów, osiągnięcie miliarda dolarów zysku będzie zadaniem dla nich nieosiągalnym. Wymagałoby to stosowania wysokiej dźwigni finansowej, ciągłego reinwestowania zysków i praktycznie nie mylenia się co do podejmowanych kierunków otwieranych pozycji walutowych. W praktyce jest to niewykonalne, gdyż wysoki poziom ryzyka tak objętej strategii prędzej czy później doprowadzi do wysokiej straty. Miliardy zysków na rynku Forex są oczywiście generowane, i to dość często, ale jedynie przez wielkie banki i korporacje, które operują na tym rynku dziesiątkami miliardów dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

KE: Koszty zatłoczenia ulic wynoszą rocznie 1 proc. PKB Unii Europejskiej. Dzięki rowerzystom miasta Unii zyskują 111 mld euro rocznie

KE: Koszty zatłoczenia ulic wynoszą rocznie 1 proc. PKB Unii Europejskiej. Dzięki rowerzystom miasta Unii zyskują 111 mld euro rocznie 1

Jak wynika z danych Europejskiej Federacji Rowerzystów wkład finansowy rowerzystów w działalność gospodarczą w centrach miast i lokalnych sklepach Unii Europejskiej wynosi 111 mld euro rocznie. Według badania przeprowadzonego w Brukseli w 2012 roku, zamieniając samochód na rower, przeciętny mieszkaniec tego miasta może zaoszczędzić nawet do 2,8 tys. euro rocznie. Rozpoczął się właśnie Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu, którego ukoronowaniem będzie przypadający 22 września Dzień Bez Samochodu. 

– W resorcie infrastruktury trwają od kilku miesięcy prace nad aktualizacją strategii rozwoju transportu. Celem tych prac jest wszystko to, co mieści się w zakresie nowoczesnej mobilności, zrównoważonej mobilności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa. – Wpisuje się to doskonale w hasła, które towarzyszą kolejnym Europejskim Dniom Zrównoważonej Mobilności. Dzisiaj chcemy wszyscy oddychać czystym powietrzem, w miarę płynnie poruszać się, zwłaszcza w centrach dużych miast, ale także na obszarach małych miasteczek, chcemy komfortowo funkcjonować.

Zamiana samochodu na autobus czy rower to oszczędność nie tylko pieniędzy, ale i inwestycja we własne zdrowie. Jak policzono kilka lat temu w Brukseli, przeciętny mieszkaniec tego miasta mógłby zaoszczędzić rocznie 2 853 euro, rezygnując z używania do przejazdów prywatnego samochodu.

Jak podaje raport „INRIX National Traffic Scorecard w 2014 r. przeciętny kierowca w Belgii stracił w korkach 51 godzin, a w Londynie aż 96 godzin. Jak czytamy w raporcie zatłoczenie ulic powoduje także znaczne koszty finansowe związane z większym zużyciem paliwa. Badania przeprowadzone przez Instytut Transportu i Ekonomiki Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie wykazały, że w okresach zwiększonego natężenia ruchu miejskiego zużycie paliwa wzrasta średnio nawet o 80 proc.

– Sport, kultura fizyczna i możliwość wykorzystania do przemieszczania się rowerów powoduje, że jesteśmy w stanie lepiej zatroszczyć się o nasze zdrowie – podkreśla Sławomir Mazurek, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska. – Używanie środków transportu publicznego także przybliża nas do tej idei zrównoważonego transportu. Dzięki temu jesteśmy w stanie zmniejszyć uciążliwość i emisję spalin w miastach, jesteśmy w stanie żyć w lepszym środowisku, a jednocześnie możemy też w autobusie zapoznać się z ciekawą lekturą, nie tylko ze smartfonu, ale też ciekawej gazety czy książki.

Jak podaje GUS, w 2015 r. środkami transportu publicznego przewieziono 703,6 mln pasażerów, o 0,9 proc. mniej niż przed rokiem. Mniejsze były przewozy w transporcie samochodowym, morskim i lotniczym, wzrosły natomiast w transporcie kolejowym i wodnym śródlądowym. Praca przewozowa wykonana przy przewozie pasażerów wyniosła 52,7 mld kilometrów i była 2,4 proc. większa niż rok wcześniej.

W tym roku kampania Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu, realizowana z inicjatywy i przy wsparciu Komisji Europejskiej, odbywa się pod patronatem Ministerstwa Środowiska oraz Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa.. Wiceminister w resorcie środowiska zaznacza, że wybór roweru czy transportu publicznego, do którego trzeba dotrzeć na piechotę powoduje rozwój małych firm i sprzyja innowacyjnym pomysłom.

– Z badań przeprowadzanych w obszarze zrównoważonego transportu możemy przeczytać, że w tych miejscach, w których przemieszczamy się w wolniejszy sposób, mamy większy czas na refleksję. Wzrasta ilość zakupów w małych lokalnych punktach, okazuje się, że też potrzebujemy tych sklepów, więc sieć placówek, które są w stanie świadczyć różnego rodzaju usługi także wzrasta – mówi Mazurek. – W Polsce dzięki temu, że stawiamy na zrównoważony transport rozwijają się też firmy. Zrównoważony transport to nie tylko rowery klasyczne, ale też rowery elektryczne, które są coraz powszechniejsze w Europie, więc szereg różnych rozwiązań, które powodują stymulowanie innowacji.

Przypomina, że innowacje to jeden z filarów Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Morawieckiego. Korzystanie z transportu publicznego stymuluje rozwój nowoczesnych środków transportu, takich jak autobusy elektryczne, zaś korzystanie z roweru przyspiesza rozwój aplikacji związanych z ruchem.

Z badań Europejskiej Federacji Rowerzystów wynika również, że kierowcy samochodów znacznie mniej wydają na zakupu w lokalnych sklepach niż osoby piesze czy podróżujące innymi środkami transportu. Wkład rowerzystów w rozwój działalności gospodarczej w centrach miast i lokalnych sklepach Unii Europejskiej szacowane jest na 111 mld euro rocznie.

– Im bardziej będziemy mobilni, tym mniej czasu będziemy tracić na różnego rodzaju sytuacje, które są nieefektywne i wzrost PKB będzie mógł być bardziej dynamiczny. Im bardziej będziemy wspierać innowacje w różnych obszarach, jest to pewne zjawisko synergii i oddziałuje na różnego rodzaju podmioty, tworzy się niestety pewna taka sieć, która powoduje, że z coraz większą siłą jesteśmy w stanie iść naprzód wykorzystując ten potencjał, który mamy w Polsce największy. To potencjał ludzki, potencjał ludzkiej wyobraźni, ludzkich pomysłów i innowacji, które należy stosować w tym obszarze – przekonuje Sławomir Mazurek.

Według szacunków KE koszty zatłoczenia ulic wynoszą rocznie 1 proc. PKB Unii Europejskiej. Zrównoważony transport może zmniejszyć korki w miastach Wspólnoty i pomóc uzyskać oszczędności dla całego społeczeństwa rzędu 100 mld euro rocznie. Komisja Europejska wskazuje także, że rozwój i promocja zrównoważonego transportu to także wzrost gospodarczy i zatrudnienia w Europie.

Kłopoty z dostępnością dębiny wpływają na producentów podłóg. Cena produktów z drewna dębowego może pójść w górę

Kłopoty z dostępnością dębiny wpływają na producentów podłóg. Cena produktów z drewna dębowego może pójść w górę 2
Polska jest liderem branży podłóg drewnianych. Największym i rosnącym zainteresowaniem cieszą się podłogi dębowe, które stanowią ok. 80 proc. oferty. Zagrożeniem dla dalszego rozwoju może być deficyt drewna dębowego, wynika z raportu Forestor Communication. Ograniczona podaż powoduje, że producenci stawiają na optymalizację surowca. Stawiają też na import i nowe źródła dostaw. Cena dębiny wzrosła o 20–30 proc. Producenci nie mogą w nieskończoność schodzić z marż, dlatego cena produktu będzie rosnąć – ocenia Grzegorz Sadowski z Jawor-Parkiet.

– Pod względem skali sprzedaży, obecnie prym wiedzie dębina. Stanowi 85 proc. wolumenu naszej sprzedaży, 10 proc. to jesion, a 5 proc. gatunki egzotyczne, jak orzech amerykański, doussie czy merbau. Proporcje mocno się zmieniły, kilka lat prym wiodły gatunki egzotyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Sadowski, dyrektor handlowy w Jawor-Parkiet, producencie drewnianych podłóg.

Produkcja podłóg drewnianych w Polsce jest najwyższa w Europie. Z danych European Federation of Parquet Industry (FEP) wynika, że w 2015 roku nieco ponad 20 proc. podłóg wytwarzanych przez państwa członkowskie tej organizacji pochodziło właśnie z naszego kraju. Wśród wszystkich podłóg drewnianych największym zainteresowaniem, które wciąż rośnie, cieszą się podłogi dębowe. Stanowią one ponad 77 proc. całej oferty (dane FEP). W tym roku zużycie surowca w Jawor-Parkiet wzrosło o 10 proc. Zagrożeniem jest jednak deficyt drewna dębowego.

– Aby poradzić sobie z ograniczoną podażą dębiny, producenci stosują optymalizację surowca poprzez wprowadzenie kolekcji rustykalnych, które mają duże sęki. Odchodzi się od wprowadzania kolekcji z grubą warstwą wierzchnią – do 6 mm, a koncentrują się na wprowadzanie tej z cienką warstwą – ok. 3,6 mm. Z drugiej strony producenci szukają innych źródeł surowca, sprowadzają go z takich krajów jak Chorwacja czy Rumunia – tłumaczy Sadowski.

Największym rynkiem, z którego polskie firmy pozyskują drewno, jest Ukraina. Zmiana przepisów, która wprowadza zakaz sprzedaży drewna okrągłego, spowodowała jednak znaczne trudności w dostępie do surowca. W firmie Jawor-Parkiet import stanowi 20 proc. całej produkcji.

– Z uwagi na dosyć restrykcyjną politykę Lasów Państwowych i zmianę ustawodawstwa na Ukrainie cena dębiny rok do roku wzrosła o 20–30 proc. Producenci nie mogą w nieskończoność schodzić z marży, dlatego przewiduję, że cena wyrobu gotowego prędzej czy później ulegnie podwyżce – ocenia ekspert Jawor-Parkiet.

Rynek podłóg drewnianych ma szansę na dalszy rozwój, zwłaszcza że o ile jesteśmy liderem w produkcji podłóg drewnianych, o tyle pod względem ich konsumpcji mamy jedynie 5 proc. rynku wśród członkowskich państw FEP. Problemy z dostępem do surowca powodują jednak, że producenci często są zmuszeni do tego, by albo ograniczyć produkcję, albo wydłużyć terminy.

– Dostępność surowca dębowego jest w tej chwili ograniczona. Dlatego przewidujemy, że część klientów może się zwrócić ku podłogom jesionowym, gdzie nie ma takiego problemu z dostępnością – przewiduje Grzegorz Sadowski.

Columbus Energy wprowadza instalację fotowoltaiczną do kupienia w abonamencie. W 2017 roku spółka planuje kilka tysięcy instalacji

Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.
Rośnie popularność OZE, a przede wszystkim fotowoltaiki. Działająca na rynku fotowoltaicznym spółka Columbus Energy wprowadza do swojej oferty sprzedaży oraz montażu instalacji fotowoltaiczny produkt w formie abonamentu. W 2017 roku chce sprzedać kilka tysięcy abonamentów, a do 2020 roku celem jest 50 tys. Przez najbliższe lata możemy rosnąć nawet o kilkaset procent rocznie – zapowiada prezes Columbus Energy, Dawid Zieliński.

– Columbus Energy dla tych, którzy mogą korzystać z nowej ustawy o OZE, czyli klientów indywidualnych, wprowadził „Abonament na słońce”. To instalacja fotowoltaiczna, którą każdy klient indywidualny może kupić w 15-letnim abonamencie. Dzięki temu rachunki za energię spadają praktycznie do zera, a oszczędność wygenerowaną z tego tytułu pokrywa abonament, który płaci do Columbus Energy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dawid Zieliński, prezes Columbus Energy.

W ramach oferty klienci będą mogli spłacać inwestycję w instalację fotowoltaiczną w formie comiesięcznych opłat sięgających 119 zł w przypadku instalacji o mocy 2,5 kWp (abonament Słoneczny Start). Do tego zostanie doliczona jednorazowa opłata instalacyjna w wysokości 1,5 tys. zł. W przypadku instalacji o mocy 4 kWp opłata instalacyjna wyniesie 2 tys. zł, a miesięczny abonament – 199 zł (abonament Słoneczna Rodzina), przy instalacji o mocy 6 kWp opłaty wyniosą odpowiednio 2,5 tys. oraz 299 zł (abonament Słoneczna Przystań).

– Pierwsze abonamenty z klientami będziemy instalować w najbliższych tygodniach, będzie to ponad 100 abonamentów. W przyszłym roku celujemy w kilka tysięcy zainstalowanych abonamentów – zapowiada Zieliński.

Do 2020 roku plany spółki w kwestii montażu instalacji sięgają 50 tys. systemów fotowoltaicznych o łącznej mocy 200 MWp. Taką liczbę można osiągnąć, zwłaszcza że wedle badania CBOS zainstalowanie w ciągu najbliższych 2–3 lat urządzeń umożliwiających korzystanie z odnawialnych źródeł energii w swoim domu lub budynku gospodarczym rozważa 22 proc. Polaków. Dla sfinansowania 50 tys. systemów Columbus chce pozyskać w ciągu 5 lat kapitał rzędu 700 mln zł.

– Planujemy finalne doprowadzenie aktualnych rozmów z dużymi instytucjami finansowymi do pokrycia kosztów, które mamy w związku z licznym podpisywaniem abonamentów z klientami – zaznacza prezes spółki.

Celem Columbus Energy jest przeniesienie notowań na rynek regulowany Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie wraz z ubieganiem się o dopuszczenie do obrotu na tym rynku akcji serii C, D i E.

– Myślę, że przeniesienie notowań akcji Columbus Energy z rynku NewConnect na rynek regulowany powinno mieć miejsce na przełomie 2016 i 2017 roku, najpóźniej w I kw. przyszłego roku – wskazuje Zieliński.

Spółka zakłada, że przy pozyskaniu inwestora strategicznego przychody Columbus Energy wzrosną z 46 mln w 2016 roku do 445 mln zł w 2020 roku (przy wzroście EBITDA z 39 mln zł w 2017 roku do 93 mln zł w 2020 roku). Przy sprzedaży udziałów w spółkach celowych i sekurytyzacji należności przychody mogą sięgnąć 721 mln zł w 2020 roku.

– Przez najbliższe 2–3 lata powinniśmy, zgodnie z naszą strategią, rosnąć po kilkaset procent rocznie, pod względem wartości przedsiębiorstwa. Mam nadzieję, że rynek oceni to podobnie. Natomiast to, w jaki sposób będziemy pokazywać długoterminowy rozwój, będzie zależeć od sposobu wykreowania i spięcia finansowania abonamentów – podkreśla Dawid Zieliński.

Prezes Dotpay: Połączenie Dotpay i eCard zmieni polski rynek e-commerce

Prezes Dotpay: Połączenie Dotpay i eCard zmieni polski rynek e-commerce 3

Wartość polskiego rynku e-commerce sięgnie w tym roku aż 36 mld zł. Na tym dynamicznym wzroście skorzystać chcą dwaj wiodący gracze z sektora płatności elektronicznych – Dotpay i eCard, którzy ogłosili połączenie sił. W perspektywie najbliższych miesięcy w wyniku tej integracji ma powstać podmiot, który stanie się liderem w zakresie płatności w sektorze e-commerce.

– Po połączeniu będziemy mogli zaoferować klientom komplementarne usługi oraz stworzyć nowe produkty na bazie już istniejących. Wzmocnimy też siłę naszej marki. Największym wyzwaniem na ten rok będzie integracja tych dwóch wielkich podmiotów tak, by klienci tego nie zauważyli – mówi o planach integracji w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Budzik, prezes zarządu firmy Dotpay.

W zakresie obsługi transakcji kartowych dla e-commerce eCard jest obecnie wiceliderem rynku, Dotpay ma natomiast kilkunastoprocentowy udział w segmencie płatności „pay-by-link”, najpopularniejszej w Polsce metodzie dokonywania transakcji w internecie.

– Jesteśmy jednym z największych dostawców płatności dla e-commerce. Rośniemy w tym zakresie szybciej niż rynek, na którym tegoroczne wzrosty są szacowane na ponad 20 proc. – tłumaczy prezes Dotpay.

Oprócz wzrostu liczby i wartości transakcji zmianie ulega również forma dokonywania e-zakupów. W ciągu najbliższych lat liczba internautów, którzy będą za nie płacić wyłącznie z urządzeń mobilnych, ma rosnąć nawet o 25 proc. rocznie. Rośnie również znaczenie omnikanałowości, która umożliwia płynne przechodzenie między światem wirtualnym a rzeczywistym, np. dokonywanie zakupu w e-sklepie i jego późniejszy odbiór w tradycyjnym sklepie naziemnym.

– Staramy się, aby nasze usługi były nowoczesne i trafiały w zainteresowanie klientów. To oznacza m.in. dążenie do skracania i upraszczania procesu płatności oraz promowanie transakcji dokonywanych za pomocą urządzeń mobilnych. Wprowadzamy również płatności w aplikacjach za pomocą tzw. SDK do aplikacji mobilnych na iOS, w Androidzie oraz na Windows Phone – mówi Andrzej Budzik.

Łódź przyciąga zagranicznych inwestorów. W ciągu dwóch lat ma powstać 4 tys. nowych miejsc pracy

Łódź przyciąga zagranicznych inwestorów. W ciągu dwóch lat ma powstać 4 tys. nowych miejsc pracy 4
W ciągu 5 lat Łódź ma szansę dołączyć do dynamicznie rozwijających się europejskich aglomeracji. Obecnie w regionie znajduje się 240 tys. firm. 3,4 tys. z nich to firmy zagraniczne, które na przestrzeni ostatnich 10 lat zainwestowały 3,5 mld euro. W najbliższych latach w samej tylko Łodzi ma powstać 4 tys. miejsc pracy, przede wszystkim w sektorze IT. W listopadzie w Łodzi odbędzie się Europejskie Forum Gospodarcze, które ma stać się impulsem do pogłębienia współpracy samorządów, środowiska nauki i biznesu.

– W województwie łódzkim mamy 240 tys. firm, z czego 95 proc. to małe i średnie przedsiębiorstwa. W ostatnich 10 latach zagraniczne inwestycje sięgnęły 4 mld euro, to prawie 35 tys. nowych miejsc pracy. To światowe korporacje, głównie w sektorach AGD, farmaceutycznym jak firma Sandoz, w obszarze BPO jak Infosys, Nordea Bank, Hewlett-Packard czy choćby inwestycje z obszaru IT jak Transition Technologies – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Andrzejak, prezes Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego.

Atutem, który przyciąga przedstawicieli zagranicznego biznesu, jest możliwość starania się o wsparcie z różnego rodzaju źródeł, a po upływie minimum 6 miesięcy działania na terenie województwa są traktowani jak firmy polskie. Przedsiębiorstwa mogą też aplikować do udziału w ŁSSE, a co za tym idzie – mogą skorzystać z szeregu ulg przysługujących im z tytułu objęcia ich przez strefę ekonomiczną.

– W najbliższych dwóch latach w samej Łodzi powstanie ok. 4 tys. nowych miejsc pracy, sam tylko sektor IT da zatrudnienie dla ok. 2 tys. osób. Będą potrzebni eksperci od programów informatycznych, już są potrzebni programiści, także branża BPO świetnie rozwija się w Łodzi, jak choćby Infosys, Nordea Bank, Fujitsu. Branża produkcyjna i tekstylna dobrze czują się w Łodzi, podobnie jak branża farmaceutyczna – wymienia Andrzejak.

Największą liczbę miejsc pracy stworzą firmy działające w sektorze IT (1,7 tys. nowych stanowisk), firmy z sektorów BPO/SSC (850). Ponadto 570 miejsc pracy będzie czekało w sektorze produkcyjnym, a 160 we włókienniczym.

Poszukiwani będą przede wszystkim programiści, eksperci od programów SAP, programiści Java, testerzy aplikacji oraz fachowcy wyspecjalizowani w procesach produkcyjnych i kierownicy produkcji. Również branże opakowaniowa, AGD, w której Łódź jest jednym z większych klastrów w Europie, oraz branża logistyczna wykazują zapotrzebowanie na kapitał ludzki.

– Firmy, które już określiły się we wzrostach zatrudnienia, to m.in. Transition Technologies, Fujitsu czy Nordea Bank. Wiele nowych inwestycji jest także zaplanowanych w Łodzi, na razie jednak jest to jeszcze tajemnicą – mówi ekspert.

Jedne inwestycje przyciągają kolejne, wpływają także na aktywność deweloperów. Jak zaznacza Andrzejak, obecnie jest wydanych 7 zezwoleń na budowę hoteli, ma powstać 160 tys. mkw. powierzchni biurowej.

– Za jednymi inwestycjami idą kolejne, publiczne, drogowe, infrastrukturalne. Łódź zainwestowała w ul. Piotrkowską, ale niedługo, pod koniec roku, otwieramy dworzec Łódź Fabryczna. To obecnie największa inwestycja publiczna w sektorze logistyki i kolejowym – przypomina prezes ŁARR.

Ze względu na centralne położenie w kraju naturalnym kierunkiem rozwoju Łodzi są logistyka i transport. Duży udział w PKB miasta ma również branża farmaceutyczna. Miasto jako lokalizację do prowadzenia swojej działalności wybrali światowi giganci.

– Inwestycji w Łodzi jest coraz więcej, przede wszystkim ze względu na położenie naszego regionu. To świetna logistyka, rozwinięta sieć autostrad, połączenia kolejowe, a także łódzkie lotnisko, które ma już wiele połączeń międzynarodowych. To, co dziś jest najważniejsze, to bardzo dobrze wykształcony kapitał ludzki, który jest gwarantem dobrej jakości, wykonalności i siłą roboczą, która napędza gospodarkę i rozwój firm, zarówno polskich, jak i międzynarodowych – przekonuje Andrzejak.

Dla miasta kluczowe są te branże, które tworzą wartość dodaną i oferują dobrej jakości miejsca pracy, czyli sektory business proces outsourcing, shared service center czy IT. Rozwojowym sektorem jest również nowoczesne włókiennictwo, jeden z priorytetowych kierunków rozwoju miasta.

– Region przyciąga inwestycje sektora IT, inwestycje BPO, a także te produkcyjne, tekstylne i farmaceutyczne. Uniwersytet Medyczny w Łodzi to dziś największa uczelnia medyczna w Polsce kształcąca na wielu kierunkach, także farmaceutycznym. To inwestycje firmy Adamed, Aflofarm, Sensilab, także Sandoz, Mabion, Celon Pharma. Tych firm farmaceutycznych jest dużo, wiele też eksportują – zaznacza ekspert.

Eksport firm z województwa łódzkiego przekroczył w ubiegłym roku 6,5 mld euro, hitami eksportowymi okazał się sprzęt AGD, maszyny, odzież i tekstylia, również farmaceutyka i ceramika. W Polsce wciąż jednak niewielki odsetek firm decyduje się na eksport, szacuje się że to ok. 4 proc.

– Inicjatywa Europejskiego Forum Gospodarczego jest platformą wymiany handlowej, przyciąga kilka tysięcy osób rocznie. W tym roku wydarzenie jest w szczególności poświęcone obszarowi handlu międzynarodowego, wsparciu eksportu – mówi Andrzejak.

Europejskie Forum Gospodarcze jest miejscem wymiany doświadczeń właścicieli małych, średnich i dużych przedsiębiorstw działających na rodzimym rynku. Jest wydarzeniem, które promuje innowacje w biznesie oraz integruje środowiska biznesowe, naukowe i samorządowe. To nie przypadek, że jest ono organizowane w Łodzi. Niedawne miasto fabryczne przeobraża się w centrum nowych technologii i rozwiązań informatycznych, wzbogacających tradycyjne łódzkie branże. To ewolucja w stronę najnowocześniejszych osiągnięć naukowych.

– Europejskie Forum Gospodarcze to miejsce, gdzie firmy z naszego kraju nawiązują kontakty handlowe z partnerami zagranicznymi. Będziemy też mówić o logistyce, bo Łódź jest dzisiaj centrum logistycznym, stąd też wiele inwestycji w logistykę kolejową, lotniczą, drogową, ale wiele inwestycji infrastruktury logistycznej. Wielkie parki i centra logistyczne zlokalizowane są wokół gminy Stryków – przypomina Przemysław Andrzejak.

IX Europejskie Forum Gospodarcze odbędzie się 14–15 listopada.

Co druga firma z sektora MSP ma problemy z płynnością finansową. Przyczyną są najczęściej długie terminy na fakturach i przeterminowane płatności

Co druga firma z sektora MSP ma problemy z płynnością finansową. Przyczyną są najczęściej długie terminy na fakturach i przeterminowane płatności 5

W segmencie małych i średnich przedsiębiorstw, problem utraty płynności dotyka ponad połowy z nich – podkreśla Michał Pawlik, prezes Narodowego Funduszu Gwarancyjnego. Najmniejsze firmy często najdłużej czekają na pieniądze od kontrahentów i to właśnie dla najlepszym rozwiązaniem jest eFaktoring. 

– Przeterminowane płatności to jeden z największych problemów sektora małych i średnich przedsiębiorstw, dotyka on nawet 80 proc. firm. Drugim problemem związanym z płatnościami jest odraczanie coraz bardziej ich terminów. Faktury, które wystawiają przedsiębiorcy, mają coraz dłuższy termin zapłaty. To powoduje powstawanie luki gotówkowej. Przedsiębiorcy muszą czekać coraz dłużej na swoje pieniądze, a tym samym borykają się z brakiem środków na bieżącą działalność – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Pawlik, prezes Narodowego Funduszu Gwarancyjnego.

Pomimo narastającego problemu przeterminowanych płatności polskie firmy często nie mają lub nie chcą korzystać z możliwości egzekwowania od kontrahentów terminowo płatności. Mogą się natomiast zabezpieczyć na wypadek problemów z płynnością, kiedy klienci nie zapłacą na czas. Coraz częściej stosowanymi przez nie w tym celu rozwiązaniami są usługi faktoringowe, który pozwalają wypełnić lukę gotówkową. Wśród obecnych na rynku tego typu usług na wyróżnienie zasługuje eFaktoring, który jak podkreśla Michał Pawlik, wpisuje się w coraz popularniejsze w Polsce rozwiązania FinTech.

– Wiele firm chwali się przynależnością do coraz popularniejszej w Polsce branży FinTech, podkreślając hasła takie jak nowoczesność, technologia czy usługi finansowe online. My już to wszystko mamy. eFaktoring to pierwszy w Polsce w pełni internetowy faktoring. Jest to rozwiązanie bezpieczne, oparte o bardzo innowacyjne narzędzia, ale co również ważne zapewniające klientowi szybki dostęp do pieniędzy – przekonuje prezes NFG.

Jak to działa? Aby szybciej uzyskać pieniądze za wystawione przez siebie faktury, firma, czyli faktorant, korzysta z usług wyspecjalizowanej instytucji, czyli faktora. Po przyznaniu limitu faktoringowego klient ma możliwość finansowania wybranych faktur nawet do 100 procent ich wartości netto. Decyzja o przyznaniu limitu i samo zawarcie umowy odbywa się online, a środki są dostępne zaraz po zaakceptowaniu wniosku.

– Ważnym wyróżnikiem tego produktu jest to, że jest to tzw. cichy faktoring. To forma, w której kontrahent naszego klienta nigdy nie dowiaduje się o tym, że nasz klient korzysta z usługi faktoringowej. To ważne przy zapewnieniu bezpieczeństwa i stałości relacji biznesowej, a jako faktor nie chcemy wchodzić w relacje biznesowe. Naszym zadaniem jest wyłącznie zapewnienie finansowania – podkreśla Michał Pawlik.

Sam faktoring cieszy się coraz większą popularnością, zwłaszcza wśród największych przedsiębiorstw. Polski Związek Faktorów podaje, że w I półroczu tego roku z faktoringu skorzystało blisko 7 tys. klientów wobec ok. 6,4 tys. w analogicznym okresie 2015 roku (wzrost o 8 proc.). Łącznie faktorzy sfinansowali 3,4 mln faktur (11,7 proc. wzrost). Wedle wstępnych szacunków łączny poziom finansowania mógł sięgnąć 17 mln zł.

Proponowany przez NFG eFaktoring skierowany jest przede wszystkim do najmniejszych firm, które dotychczas rzadko korzystały z takiej formy finansowania.

– Tylko 2,8 proc. firm korzystało kiedykolwiek z produktów faktoringowych. Wynika to z jednej strony z niewiedzy, a z drugiej strony z przeświadczenia, które panuje wśród mikroprzedsiębiorców, że jest to produkt dostępny tylko dla dużych firm. NFG pokazuje, że to produkt również dla tych najmniejszych. Jest on dostępny nawet dla firm mających obroty rzędu kilkuset tysięcy złotych rocznie – tłumaczy ekspert.

Jak wynika z najnowszego badania Keralla Research przeprowadzonego na zlecenie Narodowego Funduszu Gwarancyjnego, co druga firma z sektora MSP ma kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej i to na tyle duże, że 97 proc. z nich musi pożyczać pieniądze, żeby przetrwać. Z pomocy banku, takiej jak kredyt obrotowy (27,2 proc.) czy limit na koncie (18,2 proc.), korzysta ponad 45 proc. właścicieli firm, 10 proc. pożycza od rodziny lub znajomych.

– Jak pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, znacznie bardziej dojrzałego rynku faktoringowego, aż 38 proc. klientów korzystających z faktoringu firm to właśnie mikroprzedsiębiorcy. Jestem przekonany, że w Polsce wzrostu popularności mikrofaktoringu dopiero się zaczyna – ocenia Michał Pawlik.

Morskie farmy wiatrowe mogą przynieść 80 tys. nowych miejsc pracy i znacząco wpłynąć na PKB

Morskie farmy wiatrowe mogą przynieść 80 tys. nowych miejsc pracy i znacząco wpłynąć na PKB 6

Dobre perspektywy dla morskiej energetyki morskiej. Do 2030 roku możliwa jest instalacja 6 GW mocy – wynika z najnowszego raportu McKinsey & Company. Dzięki rozwojowi sektora może powstać blisko 80 tys. nowych miejsc pracy, a PKB ma szansę wzrosnąć o 60 mld zł. Łączne nakłady inwestycyjne konieczne do zainstalowania takiej mocy to 70 mld zł. Jednak ze względu na wpływ na wzrost gospodarczy i powstanie nowych miejsc pracy ta się inwestycja zwróci, a wartość netto projektu będzie dodatnia.

– Morze Bałtyckie ma bardzo dobre uwarunkowania dla energetyki wiatrowej ze względu na swoją charakterystykę i głębokość, stosunkowo niską w porównaniu do innych krajów. Również wiatr na Morzu Bałtyckim charakteryzuje się relatywnie niską amplitudą zmian, co jest niezmiernie istotne dla generowania energii elektrycznej z tej technologii – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Purta, partner McKinsey w Warszawie, lider praktyki energetycznej w Europie Środkowej.

Z raportu McKinsey & Company „Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę” wynika, że morska energetyka wiatrowa może w ciągu najbliższych lat stać się ważną branżą polskiej gospodarki. Do 2030 roku może powstać nawet 6 GW zainstalowanej mocy.

– Szacujemy, że w perspektywie do 2030 roku może zostać stworzonych nawet blisko 80 tys. miejsc pracy związanych z tą inwestycją. Wpływ na PKB i na gospodarkę Polski może osiągnąć około 60 mld zł. Inwestycja może się przyczynić zdecydowanie do rozwoju nowych branż, innowacji w Polsce i w związku z tym do rozwoju gospodarki kraju – ocenia Purta.

Na rozwoju sektora skorzystają przede wszystkim branża stoczniowa i stalowa. W stoczniach mogą się pojawić nowe zamówienia na 5–11 dużych statków do budowy farm i nawet 8 mniejszych do eksploatacji, będzie też zapotrzebowanie na elementy farm, czyli wieże i fundamenty. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce może pochłonąć ponad 1 mln ton stali, najwięcej ze wszystkich projektów realizowanych w ostatnich latach. Perspektywy po 2030 roku są równie dobre.

– Morze Bałtyckie ma bardzo dobre warunki dla tej technologii. W perspektywie po 2030 roku istnieją możliwości dodatkowych inwestycji. Mówi się nawet o 8–14 GW zainstalowanej mocy w tej technologii – przekonuje ekspert McKinsey.

W Europie morska energetyka wiatrowa szybko się rozwija. Średni przyrost mocy w ostatnich kilkunastu latach wynosił ok. 30 proc. Obecnie łącznie zainstalowanych jest 11 GW mocy, do 2020 roku może być już 20 GW, w technologii przodują Niemcy i Wielka Brytania.

– Pierwsze morskie farmy wiatrowe powstały kilkanaście lat temu, ale tak naprawdę technologia rozwija się od kilku lat. Biorąc pod uwagę znaczący potencjał w Polsce, polskie firmy i instytuty naukowo-badawcze mają zdecydowaną szansę na to, by uczestniczyć jako jedni z liderów rozwoju tego rynku – podkreśla Purta.

Na morskiej energetyce wiatrowej mogą zyskać nie tylko stocznie i firmy z branży stalowej,  lecz także cała gospodarka (więcej miejsc pracy), większe będą też wpływy do budżetu.

– Szacujemy, że w okresie budowy i  działania morskich farm wiatrowych wpływy do budżetu państwa z różnych podatków (VAT, CIT) i wszelkiego rodzaju opłat niezbędnych do tych inwestycji mogą osiągnąć nawet 15 mld zł – ocenia ekspert.

Morskie farmy wiatrowe w porównaniu do lądowych mają niemal dwukrotnie większą produktywność energii, są też bardziej stabilne. Współczynnik sprawności wynosi 40–50 proc., przy mniej niż 30 proc. dla lądowych farm wiatrowych i 10 proc. dla elektrowni fotowoltaicznych. Jedyną barierą mogłyby być stosunkowo wysokie koszty.

– Zbudowanie 6 GW w tej technologii to nakłady inwestycyjne rzędu 70 mld zł. Są to całkowite nakłady inwestycyjne, do momentu, kiedy te farmy wiatrowe będą mogły być eksploatowane i będą mogły produkować energię elektryczną – wskazuje ekspert.

W Europie zainwestowano w morskie farmy wiatrowe ponad 40 mld euro. Łącznie to jednak znacznie więcej, licząc dodatkowe inwestycje w porty i sieci przesyłowe. Branża zatrudnia 75 tysięcy osób, jednak do 2030 roku może być to nawet 300 tysięcy. Dlatego, jak przekonuje Purta, warto na konieczność poniesienia wysokich nakładów spojrzeć pod kątem przyszłych korzyści, zwłaszcza że inwestycje w długim okresie są opłacalne.

– Koszt energii elektrycznej wygenerowanej przy tego typu nakładach inwestycyjnych to ok. 90–95 euro za megawatogodzinę. Tak jak w przypadku pozostałych źródeł energii odnawialnej niezbędne będą dotacje. Natomiast wpływ na wzrost gospodarczy i na nowe miejsca pracy powoduje, że wartość bieżąca netto, czyli NPV projektu, jest dodatnia – podkreśla Marcin Purta.

McKinsey: Morskie farmy wiatrowe mogą przynieść 80 tys. nowych miejsc pracy i znacząco wpłynąć na PKB

McKinsey: Morskie farmy wiatrowe mogą przynieść 80 tys. nowych miejsc pracy i znacząco wpłynąć na PKB 7

Dobre perspektywy dla morskiej energetyki morskiej. Do 2030 roku możliwa jest instalacja 6 GW mocy – wynika z najnowszego raportu McKinsey & Company. Dzięki rozwojowi sektora może powstać blisko 80 tys. nowych miejsc pracy, a PKB ma szansę wzrosnąć o 60 mld zł. Łączne nakłady inwestycyjne konieczne do zainstalowania takiej mocy to 70 mld zł. Jednak ze względu na wpływ na wzrost gospodarczy i powstanie nowych miejsc pracy ta się inwestycja zwróci, a wartość netto projektu będzie dodatnia.

– Morze Bałtyckie ma bardzo dobre uwarunkowania dla energetyki wiatrowej ze względu na swoją charakterystykę i głębokość, stosunkowo niską w porównaniu do innych krajów. Również wiatr na Morzu Bałtyckim charakteryzuje się relatywnie niską amplitudą zmian, co jest niezmiernie istotne dla generowania energii elektrycznej z tej technologii – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Purta, partner McKinsey w Warszawie, lider praktyki energetycznej w Europie Środkowej.

Z raportu McKinsey & Company „Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę” wynika, że morska energetyka wiatrowa może w ciągu najbliższych lat stać się ważną branżą polskiej gospodarki. Do 2030 roku może powstać nawet 6 GW zainstalowanej mocy.

– Szacujemy, że w perspektywie do 2030 roku może zostać stworzonych nawet blisko 80 tys. miejsc pracy związanych z tą inwestycją. Wpływ na PKB i na gospodarkę Polski może osiągnąć około 60 mld zł. Inwestycja może się przyczynić zdecydowanie do rozwoju nowych branż, innowacji w Polsce i w związku z tym do rozwoju gospodarki kraju – ocenia Purta.

Na rozwoju sektora skorzystają przede wszystkim branża stoczniowa i stalowa. W stoczniach mogą się pojawić nowe zamówienia na 5–11 dużych statków do budowy farm i nawet 8 mniejszych do eksploatacji, będzie też zapotrzebowanie na elementy farm, czyli wieże i fundamenty. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce może pochłonąć ponad 1 mln ton stali, najwięcej ze wszystkich projektów realizowanych w ostatnich latach. Perspektywy po 2030 roku są równie dobre.

– Morze Bałtyckie ma bardzo dobre warunki dla tej technologii. W perspektywie po 2030 roku istnieją możliwości dodatkowych inwestycji. Mówi się nawet o 8–14 GW zainstalowanej mocy w tej technologii – przekonuje ekspert McKinsey.

W Europie morska energetyka wiatrowa szybko się rozwija. Średni przyrost mocy w ostatnich kilkunastu latach wynosił ok. 30 proc. Obecnie łącznie zainstalowanych jest 11 GW mocy, do 2020 roku może być już 20 GW, w technologii przodują Niemcy i Wielka Brytania.

– Pierwsze morskie farmy wiatrowe powstały kilkanaście lat temu, ale tak naprawdę technologia rozwija się od kilku lat. Biorąc pod uwagę znaczący potencjał w Polsce, polskie firmy i instytuty naukowo-badawcze mają zdecydowaną szansę na to, by uczestniczyć jako jedni z liderów rozwoju tego rynku – podkreśla Purta.

Na morskiej energetyce wiatrowej mogą zyskać nie tylko stocznie i firmy z branży stalowej,  lecz także cała gospodarka (więcej miejsc pracy), większe będą też wpływy do budżetu.

– Szacujemy, że w okresie budowy i  działania morskich farm wiatrowych wpływy do budżetu państwa z różnych podatków (VAT, CIT) i wszelkiego rodzaju opłat niezbędnych do tych inwestycji mogą osiągnąć nawet 15 mld zł – ocenia ekspert.

Morskie farmy wiatrowe w porównaniu do lądowych mają niemal dwukrotnie większą produktywność energii, są też bardziej stabilne. Współczynnik sprawności wynosi 40–50 proc., przy mniej niż 30 proc. dla lądowych farm wiatrowych i 10 proc. dla elektrowni fotowoltaicznych. Jedyną barierą mogłyby być stosunkowo wysokie koszty.

– Zbudowanie 6 GW w tej technologii to nakłady inwestycyjne rzędu 70 mld zł. Są to całkowite nakłady inwestycyjne, do momentu, kiedy te farmy wiatrowe będą mogły być eksploatowane i będą mogły produkować energię elektryczną – wskazuje ekspert.

W Europie zainwestowano w morskie farmy wiatrowe ponad 40 mld euro. Łącznie to jednak znacznie więcej, licząc dodatkowe inwestycje w porty i sieci przesyłowe. Branża zatrudnia 75 tysięcy osób, jednak do 2030 roku może być to nawet 300 tysięcy. Dlatego, jak przekonuje Purta, warto na konieczność poniesienia wysokich nakładów spojrzeć pod kątem przyszłych korzyści, zwłaszcza że inwestycje w długim okresie są opłacalne.

– Koszt energii elektrycznej wygenerowanej przy tego typu nakładach inwestycyjnych to ok. 90–95 euro za megawatogodzinę. Tak jak w przypadku pozostałych źródeł energii odnawialnej niezbędne będą dotacje. Natomiast wpływ na wzrost gospodarczy i na nowe miejsca pracy powoduje, że wartość bieżąca netto, czyli NPV projektu, jest dodatnia – podkreśla Marcin Purta.

Rośnie popularność treści wideo dostępnych przez internet. Napędzają one konkurencję w sektorze telekomunikacji i mediów

Rośnie popularność treści wideo dostępnych przez internet. Napędzają one konkurencję w sektorze telekomunikacji i mediów 8

Jak wynika z raportu Boston Consulting Group rynek telekomunikacji i mediów istotnie się zmienia. Większego znaczenia nabierają treści wideo dostępne przez internet. To zaś sprawia, że przybywa graczy na rynku, którzy muszą ze sobą coraz mocniej konkurować. Klienci oczekują bowiem nieograniczonego wyboru treści najwyższej jakości i coraz większej swobody dostępu.

– Rynek zmienia się bardzo szybko, bardzo dynamicznie, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Chcemy, żeby klient miał dostęp do jak najszerszej oferty , którą my mu dostarczamy i aby była ona dostępna za pomocą wszystkich możliwych urządzeń –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Izydorczyk, UPC Polska– To oznacza dostęp nie tylko na głównym ekranie telewizora w mieszkaniu, ale także na komputerze, laptopie, komórce, zarówno w domu, jak i poza domem.

Jak podkreśla Boston Consulting Group w raporcie „The Value of Content” przygotowanym na zlecenie Liberty Global, właściciela UPC Polska, pojawienie się na rynku telekomunikacyjnym nowych podmiotów oraz rosnąca popularność treści dostępnych przez internet doprowadziły do powstania nowych modeli biznesowych. Klienci oczekują obecnie nieograniczonego wyboru treści najwyższej jakości oraz coraz większej swobody dostępu.

– Widzimy teraz bardzo mocno, że trend rozwoju wideo jest dzisiaj jednym z wiodących trendów. Do 2019 roku 80 proc. w ogóle treści w internecie ma być generowanych właśnie przez wideo – mówi Natalia Hatalska, analityk trendów i autorka bloga Hatalska.com. – Rozwijają się zarówno krótkie formy tak jak chociażby Snapchat, Instagram, Bumerang mamy długie formy, czyli tzw. slow TV, gdzie mamy programy, filmy, które trwają po 6-7 godzin i ludzie to oglądają. Mamy wideo 360 stopni, wirtualną rzeczywistość, livestreaming, wielopłaszczyznowość też we wszystkich możliwych kanałach dotarcia.

Spełnienie tych oczekiwań wymaga doskonałej jakości sieci szerokopasmowej, ponieważ coraz częściej treści dostarczane są za pomocą dostępu do internetu. Dlatego zasadniczą wartością jaką oferuje UPC klientom jest nie tylko internet szerokopasmowy, ale także możliwość korzystania ze stabilnego łącza Wi-Fi w całym domu.

– Rynek bardzo dynamicznie się zmienia m.in. dzięki temu, że pojawiło się wielu nowych graczy, konkurencja jest bardzo duża, ale dzięki temu ten rynek wygląda lepiej – mówi Izydorczyk. – Zarówno oferta , jak i sposób jej jest coraz bardziej dostosowany do potrzeb klienta, coraz bardziej atrakcyjny.

Dzięki wprowadzonemu niedawno modemowi Connect Box, klienci UPC mogą korzystać z jeszcze lepszej jakości Wi-Fi w domu wraz z ofertą superszybkiego internetu szerokopasmowego na rynku, który dociera do 3 mln gospodarstw domowych.

Firma chce w ciągu kilku lat podwoić ten zasięg.

– Odpowiedź UPC na zmieniające się warunki rynkowe jest bardzo prosta, chcemy dać klientowi więcej wartości. Zarówno jeżeli chodzi o platformy, które są prostsze, łatwiejsze w użyciu, dają więcej możliwości, jak i dostęp do naszego kontentu w domu i poza domem – mówi marketingu UPC Polska. – I to, o czym nie możemy zapominać, że najważniejszy dla klienta obecnie jest szybki, dostęp do internetu. Dlatego dzięki naszym połączeniom internetowym i modemowi, który w ostatnich dniach wprowadziliśmy, dajemy klientowi najlepszy dostęp, najszerzej otwarte okno na świat.

Korporacje zainteresowane start-upami. Dzięki ich wsparciu mogą zaistnieć globalnie

Korporacje zainteresowane start-upami. Dzięki ich wsparciu mogą zaistnieć globalnie 9

Duże firmy potrzebują start-upów. Dzięki nim zwiększają swoje szansę, aby nadążyć za zmianami w branży i reagować na nowe sytuację na rynku. Modeli współpracy jest wiele, korporacje mogą występować w roli klienta, partnera biznesowego czy inwestora. Obecnie jednak niewielki odsetek przedsięwzięć jest finansowany przez fundusze venture capital. Piotr Bucki z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku wskazuje, że zainteresowanie start-upami wzrośnie, jeżeli rynek będzie bardziej dojrzały.

– Polskie firmy interesują się start-upami, chociaż więcej inicjatyw w Polsce jest organizowanych przez międzynarodowe korporacje. Wiele firm, w tym np. z branży telekomunikacyjnej, zdaje sobie sprawę, że ich model biznesowy jest na wymarciu. Trudno będzie za jakiś czas zarabiać na dzwonieniu i na SMS-owaniu, dlatego te korporacje cały czas szukają innych ścieżek dla swoich biznesów. Dlatego zaczynają interesować się start-upami, które mogą wejść technologicznie w obszar ich zainteresowań – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bucki, wykładowca, trener, specjalista od komunikacji z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Dlatego korporacje coraz częściej nawiązują współpracę z innowacyjnymi start-upami. Na Zachodzie duże firmy już dawno postawiły na taką możliwość rozwoju, ale i w Polsce firmy widzą w tym szansę dla własnego rozwoju. Modeli współpracy ze start-upami może być wiele, korporacje mogą występować w roli klienta, partnera biznesowego lub inwestora. W ten sposób zyskują dostęp do innowacyjnych rozwiązań, a start-upy – możliwość rozwoju i zaistnienia na rynku.

– Coraz częściej polskie firmy mądrze szukają finansowania. Z jednej strony najbardziej kontrowersyjnym finansowaniem było to płynące z Unii. Nie zawsze kończyło się dobrze. Start-upy zdają sobie sprawę z tego, że dopóki można, to warto inwestować własne środki. Z własnego doświadczenia i inwestorów, z którymi pracowałem wynika, że inwestorzy najchętniej inwestują w te start-upy, które widzą, że dałyby sobie radę bez ich finansowania. To oznacza, że jest w nich dojrzałość biznesowa i są w stanie zaryzykować własny kapitał – wskazuje Bucki.

Z raportu „Polskie startupy 2015” wynika, że 60 proc. z nich rozwija się w oparciu o własne środki. Innym źródłem finansowania są środki z Unii Europejskiej w formie dotacji (23 proc.) lub funduszu zalążkowego (7 proc.). Tylko jeden na pięć start-upów dostał środki od polskich lub zagranicznych funduszy venture capital. Co 12 start-up może liczyć na kredyt bankowy, crowdfunding stanowi zaś 3 proc.

– Pojawiają się też zupełnie nowe formy finansowania, jak platformy do obrotu wekslowego, np. Syngrapha, która niedawno wystartowała w Poznaniu. Jest wiele możliwości finansowania, ale polskie firmy będą się interesowały start-upami, jeżeli ten rynek będzie bardzo dobrze zdefiniowany – ocenia ekspert.

Jak podkreśla Bucki, kluczem do współpracy jest też ten sam kod językowy i umiejętność przyjmowania negatywnych ocen przez start-upy. Nowe firmy rzadko też korzystają z mentoringu, tylko 12 proc. korzysta z podpowiedzi doświadczonych przedsiębiorców.

– Ważnym krokiem będzie stopniowe dojrzewanie tego rynku, odporne na wiele czynników zewnętrznych, choć tego nie można przewidzieć. Start-upy są zależne od koniunktury gospodarczej, od tego, jak chętnie inwestorzy będą lokowali swoje pieniądze w tym segmencie. Sądzę, że po okresie dużej swobody przetrwają najsilniejsi, ci słabsi, którym się nie udało, odrobią lekcję i wrócą z większą świadomością biznesową. Dzięki temu, mam nadzieję, będziemy mieli większą umiejętność łączenia sił z innymi ośrodkami startupowymi w Europie – prognozuje wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Niewielkie jest prawdopodobieństwo, że Polska stanie się kolejną Doliną Krzemową, ale zdaniem Piotra Buckiego szansą dla polskich przedsiębiorstw może być znalezienie własnej specjalizacji.

– Tak jak można o Londynie mówić jako o ośrodku związanym z branżą fintech, to moim marzeniem jest, żeby Polska słynęła ze start-upów ściśle powiązanych z branżą medycyny i tzw. segmentu lifestyle and health solutions, czyli rozwiązań dotyczących stylu życia, medycyny i profilaktyki, internetu rzeczy. Takie naukowe, mądre projekty startupowe, które mają szansę globalnie – mówi Piotr Bucki.

Według wyliczeń Deloitte do 2023 roku polskie start-upy mają przynieść polskiej gospodarce ponad 2,2 mld zł wartości dodanej. Na tę kwotę składa się nie tylko wartość wypracowana bezpośrednio przez młode polskie firmy technologiczne, lecz także ich pośredni wpływ na gospodarkę. 

80 proc. wydatków związanych z utrzymaniem nieruchomości stanowią koszty ogrzewania. Izolacja cieplna pozwala zaoszczędzić jedną piątą tych wydatków

80 proc. wydatków związanych z utrzymaniem nieruchomości stanowią koszty ogrzewania. Izolacja cieplna pozwala zaoszczędzić jedną piątą tych wydatków 10

Koszty ogrzewania mogą pochłonąć nawet 80 proc. wydatków związanych z utrzymaniem nieruchomości mieszkalnej. Właściwie wykonana izolacja termiczna pozwala zaoszczędzić około 20 proc. Problemem jest najczęściej moment przeprowadzenia takiej inwestycji, dobór ekipy remontowej oraz brak programów wspierających osoby fizyczne.

– Osoba budująca dom może osiągnąć największe oszczędności dotyczące energii na etapie projektu budowlanego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Witczak, specjalista ds. norm i standardów w firmie Rockwool. – Wtedy warto pomyśleć o tym, jak zabezpieczyć budynek przed nadmiernymi stratami ciepła albo wykorzystać najwięcej zysków ciepła na przykład słonecznych. Wtedy najtaniej można wdrożyć rozwiązania, które przełożą się na konkretne oszczędności. W trakcie realizacji, a tym bardziej podczas użytkowania wszystkie poprawki kosztują dużo więcej.

Co roku powstaje w Polsce coraz więcej domów jednorodzinnych. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2015 roku oddano do użytku 71 558 tego rodzaju obiektów. 

– Jeżeli inwestor współpracuje z projektantem doświadczonym w budownictwie efektywnym energetycznie, to powinien zacząć od zastosowania technik pasywnych, czyli tego, co chroni przed stratami ciepła – radzi Konrad Witczak. – W grę wchodzi odpowiednia grubość ocieplenia budynku budynku, jakość cieplna przegród budowlanych, zwarta bryła, wyeksponowanie okien zewnętrznych na stronę południową, strefowanie, czyli sytuowanie pomieszczeń o niższym zapotrzebowaniu na ogrzewanie od strony północnej. Następne oszczędności należy wprowadzić na etapie instalacji grzewczej, ciepłej wody użytkowej, która przede wszystkim musi być sprawna. Przewody grzewcze powinny być odpowiednio zaizolowane, a urządzenia w niej występujące powinny mieć wysokie sprawności.

Prawo budowlane, a konkretnie warunki techniczne, jakim powinny odpowiadać budynki, narzucają na projektantów pewne wymogi w zakresie oszczędności energii. Potencjał tych przepisów, jak przekonuje Konrad Witczak, jest jednak daleki od tego, co w tym zakresie można uzyskać. Jak wynika z przeprowadzanych audytów i analiz, prawie 80 proc. wydatków związanych z utrzymaniem nieruchomości pochłaniają rachunki za ogrzewanie. Na samej poprawie efektywności energetycznej budynku poprzez odpowiednie ocieplenie można zaoszczędzić od kilkunastu do 20 lub nawet więcej procent.

– W praktyce oczywiście bardzo ważna jest świadomość możliwości uzyskania takich oszczędności – uważa Konrad Witczak. – W pierwszej kolejności należy oddzielić opłaty związane z ogrzewaniem budynku, ciepłą wodą użytkową od pozostałego zapotrzebowania, np. na energię elektryczną. Chodzi o to, aby dowiedzieć się, które użytkowe potrzeby budynku pochłaniają najwięcej energii.

Najczęściej wtedy wprowadzane są oszczędności związane np. z funkcjonowaniem instalacji budynku. Może to być na przykład wykorzystanie w większym stopniu urządzeń inteligentnych (np. BMS) pozwalających na obniżanie temperatury powietrza czy wody na noc lub gdy nikogo nie ma w domu. Podstawowym działaniem jest ograniczenie strat ciepła przez ściany i dach poprzez zwiększenie grubości izolacji.

– Warto również zadbać o zatrzymanie ciepła w budynku poprzez montaż np. ekranów odbijających za kaloryferami czy grzejnikami – radzi Konrad Witczak. – Znaczenie może mieć także umiejętne przewietrzenie, które należy przeprowadzać przy wyłączonych grzejnikach. Chodzi o to, żeby system grzewczy nie reagował nagłym wzrostem dostarczanej mocy grzewczej podczas chwilowego spadku temperatury w pomieszczeniu..

Najlepsza metodą poprawy stanu istniejącego budynku w zakresie jego efektywności energetycznej pozostaje jednak termomodernizacja. Niestety, w Polsce nie jest ona zbyt popularnym i szeroko rozpowszechnionym pojęciem wśród inwestorów indywidualnych, głównie ze względu na niską dostępność programów wsparcia dla tych osób.

– Dzięki takiej operacji można zmniejszyć straty ciepła przez przegrody, docieplić budynki, wymienić okna, a także wymienić źródła ciepła i instalacje czy zamontować odnawialne źródła energii – wylicza Konrad Witczak. – Audyty potwierdzają, że w ten sposób można zmniejszyć nawet o 50 proc. zapotrzebowanie na energię grzewczą istniejących obiektów. Wiąże się to jednak z pracami budowlanymi. Bardzo ważnym elementem jest więc zaangażowanie do takiej inwestycji doświadczonej ekipy, która w trakcie remontu zwróci uwagę na wszystkie szczegóły i wykona prace z najwyższa starannością.

Polskie firmy ostrzej grają cenami towarów eksportowych

Słaby kurs złotego pomógł polskim eksporterom. W okresie styczeń – lipiec 2016 r. w porównaniu z analogicznym okresem ubr. eksport wzrósł o 5,6 proc., a import był wyższy o 3,0 proc.

-Mamy bardzo słabego złotego, z tego powodu eksporterom jest łatwiej grać cenami, gdy słabnie popyt – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Pracodawcy płacą lepiej, bo nie chcą stracić pracowników

W sierpniu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 3,1 proc. w ujęciu rocznym. Wynagrodzenia wzrosły zaś o 4,7 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan

Zatrudnienie w przedsiębiorstwach wyniosło w sierpniu 5 760 700 osób. Oznacza to, że liczba pracujących w firmach utrzymała się na niemal tym samym poziomie co w lipcu. Niemniej jest to o ponad 173 tys. więcej niż w sierpniu 2015 r. Dobra sytuacja na rynku pracy, jaką obserwujemy w tym roku, ciągle się utrzymuje. Testem będą jesienne dane dotyczące zatrudnienia. Jego utrzymanie na dotychczasowym poziomie będzie oznaczało stabilizację. Jeżeli zaś we wrześniu lub październiku nastąpi spadek zatrudnienia, to może się okazać, że najlepszy okres mamy już za sobą i wchodzimy w fazę dostosowawczą, kiedy realne zapotrzebowanie na pracę zostanie zweryfikowane.

W dalszym ciągu szybko rosną wynagrodzenia i to w ujęciu realnym, co jest spowodowane niedostateczną podażą pracy w stosunku do popytu, a właściwie niedostosowaniem struktury tej podaży do struktury popytu. Mówiąc prościej pracodawcom coraz trudniej znaleźć pracowników, których poszukują, a także utrzymać tych, których już zatrudniają. Dlatego są w coraz większym stopniu skłonni do podnoszenia wynagrodzeń.

Konfederacja Lewiatan

Akcje Apple najdroższe w tym roku, bo iPhone 7 wyprzedaje się na pniu

Akcje technologicznego giganta Apple zyskały 3,4 proc. na czwartkowej sesji giełdowej po informacji, iż niektóre modele iPhona 7 i iPhona 7 Plus już się wyprzedały. Od początku tygodnia akcje spółki zyskały już ponad 12 proc. i handlują powyżej 115 dolarów, co jest najdrożej w tym roku. Dziś rusza oficjalna sprzedaż nowego iPhona w 24 krajach, ale konsumenci mogą mieć problem z zakupem pożądanego modelu. Apple ogłosił w oświadczeniu, iż kruczoczarny model iPhona7 oraz wszystkie modele iPhona 7 Plus wyprzedały się podczas fazy internetowej przedsprzedaży. Analitycy przewidują, iż w ten weekend sprzeda się ponad 14 mln iPhonów, co będzie rekordowym wynikiem. Dotychczasowym rekordzistą był iPhone 6S, którego w weekend otwarcia sprzedało się 13 mln sztuk.

Rynkowym wydarzeniem dnia będzie dzisiejszy odczyt inflacji konsumenckiej CPI ze Stanów Zjednoczonych. Spodziewamy się, iż wzrost inflacji powinien wynieść w sierpniu 0,1 proc. w porównaniu z lipcem, natomiast 1 proc. rok do roku. Natomiast inflacja bazowa powinna wzrosnąć 0,2 proc. w sierpniu miesiąc do miesiąca oraz 2,2 proc. rok do roku. W 2015 roku inflacja bazowa rosła progresywnie, ale w tym roku jej wzrost praktycznie stoi w miejscu. Dlatego obecnie nie ma presji ze strony inflacji na działania Fed-u. Wyższy od oczekiwań odczyt inflacji na pewno zwiększyłby szanse na podwyżkę stóp procentowych w przyszłą środę. Tym bardziej, że wczorajsze dane znowu rozczarowały. Sprzedaż detaliczna w sierpniu spadła o 0,1 proc. w porównaniu z lipcem, gdzie spodziewano się wzrostu o 0,4 proc.

Ropa naftowa WTI traci ponad 1,2 proc. handlując już w pobliżu 43 dolarów za baryłkę. Od początku tygodnia ropa straciła już ponad 7 proc. wartości. Libia i Nigeria planują zwiększyć eksport surowca w najbliższych tygodniach, gdyż produkcja w tych krajach wraca do normy. Międzynarodowa Agencja Energii stwierdziła wczoraj, iż nadpodaż surowca będzie się utrzymywać dłużej niż przewidywano, gdyż wzrost popytu słabnie a podaż pozostaje na wysokim poziomie. Również ropa Brent traci ponad 1,5 proc. handlując już poniżej poziomu 46 dolarów za baryłkę.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Gold – kiepskie wsparcie

Gold - kiepskie wsparcie 11

Złoto z uporem maniaka próbuje przebić się przez strefę popytu 1305-1320. Jeżeli im to się uda, to sprzedających czeka kolejna, bardzo ciężka walka. Psychologiczny opór 1300 USD za jedną uncje złota może przewyższyć ich aspiracje. Pomimo tego do końca tego roku powinniśmy właśnie zaobserwować dalszą konsolidację w okolicy 1300 USD, a nawet kontynuację ostatnich spadków poniżej 1300 USD w okolicę 1250 USD. Wyjaśnia to wykres poniżej.

Gold - kiepskie wsparcie 12

Od 1972 roku złoto tylko w 7 okresach zanotowało lepszą stopę zwrotu, natomiast w dolarach tylko w 2. Jeżeli system monetarny się nie rozpadnie, nie dojdzie do wojny, to możemy spodziewać się przerwania wsparcia 1300 USD i kontynuacji spadków.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Uwaga na Rezerwę Federalną

Uwaga na Rezerwę Federalną 13

Źródło: cmegroup

Od początku roku ekonomiście oraz inwestorzy debatują na temat podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Podwyższą czy nie podwyższą? Tak naprawdę nikt nie zna oblicza Rezerwy Federalnej. Składa się na to kilka rzeczy. Po pierwsze Janet Yellen zbyt często zmieniała zdanie co do prowadzenia polityki monetarnej. Po drugie w styczniu FED mówił o 4 podwyżkach w 2016 roku, w marcu o 2, a teraz inwestorzy debatują nad jedną. Po trzecie członkowie należący do FOMC nie są zgodni. Niektórzy spodziewają się w 2018 roku stóp procentowych na poziomie 0 proc., natomiast inni na 5 proc. Wszystko to wstrzymuje inwestorów przed wyprzedażą dolara amerykańskiego, ponieważ Rezerwa Federalna jest nieobliczalna.

Na dzień dzisiejszy rynek z 88% prawdopodobieństwem spodziewa się, że stopy procentowe pozostaną bez zmian. Jednakże jest 12% prawdopodobieństwo, że Janet Yellen zaskoczy i dokona tej podwyżki, a to przełoży się na bardzo szybkie umocnienie dolara amerykańskiego.

Argumentem, który może odwodzić FED od podwyżki jest prognozowa wzrostu gospodarczego na 2016 rok, która nieustannie spada.

Uwaga na Rezerwę Federalną 14

Źródło: Bloomberg

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Bank Anglii nie zmienił prowadzonej polityki

Bank Anglii nie zmienił prowadzonej polityki 15

Wczorajsze posiedzenie Banku Anglii nie przyniosło zmian w prowadzonej polityce pieniężnej. Stopa procentowa pozostała na poziomie 0,25%, został również utrzymany skup aktywów w wysokości 435 mln GBP. Inwestorzy wczoraj czekali również na dane ze Stanów Zjednoczonych.

Jednak Bank Anglii zakomunikował wczoraj gotowość do dalszego cięcia stóp procentowych na Wyspach, gdyby sierpniowy raport o inflacji się potwierdził. Ponadto bank stwierdził, że nie może podejmować długoterminowych decyzji na podstawie kilku lepszych danych, które ukazały się ostatnio. Na razie rynek ocenia, że szanse takiego ruchu na posiedzeniu w listopadzie są niewielkie. Obecnie prawdopodobieństwo spadku stóp na listopadowym posiedzenie wynosi niecałe 17%.

Wszystko może się zmienić, gdy prognozy z raportu okażą się słuszne. W drugiej połowie 2016 roku inflacja ma wzrosnąć w okolice 1%, co oznacza pozostawanie poniżej celu wynoszącego 2%. Czynniki zewnętrzne takie, jak spadek cen surowców mają w mniejszym stopniu negatywnie oddziaływa, ale bank obawia się bardziej czynników wewnętrznych dotyczących rozwoju firm oraz kondycji gospodarstw domowych ze względu na Brexit.

Prawdopodobieństwo zmian stóp procentowych w Wielkiej Brytanii

Bank Anglii nie zmienił prowadzonej polityki 16

Źródło: Bloomberg

Wczoraj również został opublikowany szereg danych ze Stanów Zjednoczonych. Kluczowe dane o produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej rozczarowały. Produkcja w sierpniu spadła o -0,4%, a miała wyhamować o -02%. Natomiast sprzedaż detaliczna wypadła jeszcze słabiej, gdyż w ujęciu bazowym spadła o -0,1%, a prognozy zakładały wzrost o 0,4%. Obraz nieco poprawiają lepsze odczyty regionalnych indeksów badających nastroje wśród menedżerów, NY Empire State oraz indeks Fed z Filadelfii.

W związku z wczorajszymi słabymi danym prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych za oceanem na grudniowym posiedzeniu spadło poniżej 50% po raz pierwszy od miesiąca. Na tej fali giełdy w Stanach Zjednoczonych poszły w górę. Jednak wydaje się, że jest to tylko korekta przed dalszymi spadkami, a jakiekolwiek sugestie odnośnie podwyżek w tym roku mogą szybko zmienić nastrój na rynkach. Obecnie odwlekanie podniesienia kosztu pieniądza w USA jest jedyną przesłanką powodującą ruch wzrostowy na amerykańskich indeksach. Z pewnością za wzrostami nie stoją zyski spółek wchodzących w skład indeksu S& 500, gdyż te spadają od pięciu kwartałów z rzędu.

Bartosz Zawadzki
Dyrektor
Dział Strategii Rynkowych i Analiz