Skupiająca największe przedsiębiorstwa sektora obronnego Polska Grupa Zbrojeniowa stawia na rozwój innowacyjności, optymalizację oraz transfer nowych technologii. Planuje także wzrost zatrudnienia wśród naukowców i inżynierów. Celem mają być nowe, bardziej wymagające rynki zbytu, a docelowo wzrost znaczenia krajowego przemysłu obronnego na świecie.
– Staliśmy się jednym z największych koncernów obronnych, a na pewno dominującym w Europie Środkowo-Wschodniej – podkreśla w rozmowie z agencją Informacyjną Newseria Biznes Radosław Obolewski, członek zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej. – W tej chwili trwa konsolidacja koncernu, wszystko zaczyna się zazębiać, pojawiła się synergia między zakładami. Wydaje się, że cały czas jesteśmy w trendzie rosnącym. Stąd bardzo dużo rozmów oraz ofert spotkań ze strony zagranicznych partnerów.
Dowodem mogą być, jak wyjaśnia Radosław Obolewski, umowy, które krajowy koncern zbrojeniowy podpisuje z największymi graczami na świecie, takimi jak Lockheed Martin, Raytheon, MBDA czy Thales Alenia Space. We wrześniu PGZ zawarła porozumienie z Leonardo-Finmeccanica, jednym z dziesięciu największych przedsiębiorstw techniki lotniczej, astronautyki, obronności oraz bezpieczeństwa, a także wiodącą włoska spółką technologiczną. Na mocy tej umowy Leonardo ma wspierać PGZ swoimi rozwiązaniami i produktami, natomiast PGZ – współpracować w zakresie działalności przemysłowej oraz logistycznej.
List intencyjny zakłada także duży transfer nowoczesnych technologii do Polski, którego celem ma być rozpoczęcie działalności w tym zakresie oraz utworzenie dużej liczby nowych miejsc pracy w obydwu przedsiębiorstwach. Wcześniej Leonardo inwestował już w Polsce znaczne środki w branży śmigłowcowej (po nabyciu przedsiębiorstwa PZL-Świdnik).
– Myślę, że na scenie międzynarodowej widać już, jak PGZ rośnie w siłę– tłumaczy Radosław Obolewski. – Systematycznie wygaszamy wewnętrzną rywalizację naszych spółek na rynku. Dążymy raczej do generowania synergii między nimi.
Grupa kładzie cały czas nacisk, jak twierdzi Radosław Obolewski, na optymalizację oraz wzrost konkurencyjności poszczególnych wchodzących we jej skład przedsiębiorstw. Koncentruje się również na innowacyjności.
– Jeżeli nie będziemy optymalizować działań, produktów, rozwijać innowacyjności oraz dokonywać transferu nowych technologii, to pozostaniemy na peryferiach zbrojeniowego interesu – mówi Radosław Obolewski. – Ciągle nad tym pracujemy, kooperując z największymi graczami z branży na rynkach światowych, a także współpracując z podmiotami krajowymi. W ramach innowacyjności chcemy zaoferować zatrudnienie nowym kadrom, młodym, zdolnym naukowcom czy inżynierom. Myślę, że w tej chwili możemy walczyć na rynkach azjatyckich oraz w Afryce. Natomiast docelowo, po podpisywaniu umów i wdrożeniu bogatszego know-how, będziemy mogli rywalizować także na rynkach bardziej wymagających.
Ropa naftowa wpadła w pułapkę cenową i wydaje się, że poziom 100 dolarów za baryłkę jest odległą przeszłością. Problem w tym, że taka sytuacja jest szalenie szkodliwa dla budżetów państw, które rozwój swoich gospodarek opierają na eksporcie węglowodorów. Im ropa tańsza, tym mniejsze wpływy do budżetu. Więcej w materiale wideo.
Walka z dopingiem i wysokimi kosztami organizacji igrzysk olimpijskich, plany zagospodarowania infrastruktury sportowej po ich zakończeniu, wprowadzenie nowych dyscyplin do programu igrzysk oraz działania na rzecz swoistego parytetu płci wśród zawodników – to priorytety działań Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Natomiast dla Polskiego Komitetu Olimpijskiego najbliższym zadaniem będzie zapewnienie odpowiednich warunków startu polskim zawodnikom podczas najbliższych igrzysk zimowych.
Po zakończeniu igrzysk w Rio de Janeiro, gdzie polscy zawodnicy zdobyli 11 medali, PKOl zajmuje się przygotowaniami do igrzysk w Pjongczang. Odpowiada za stronę logistyczną przygotowań.
– Trzeba pamiętać, że już za półtora roku, mamy zimowe igrzyska olimpijskie. To jest ciężka praca, żeby polską reprezentację w jak najlepszych, dogodnych warunkach przewieźć do Pjongczang w Korei Południowej i żeby tam niczego im nie brakowało, aby zapewnić zawodnikom wszystko to, co sportowiec na igrzyskach mieć powinien – mówi agencji Newseria Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Między innymi zajmie się przygotowaniem oficjalnych strojów, które nosić będą zawodnicy podczas pobytu w Pjongczang.
Z kolei MKOl po igrzyskach w Rio de Janeiro przyjął nową politykę działań i koncentruje się na szczególnych zadaniach, m. in. wprowadzenie kolejnych dyscyplin do programu zawodów.
– MKOl otwiera się na świat. Otwiera się na to, co jest interesujące szczególnie dla młodzieży. Na te sporty i konkurencje, które są dzisiaj najbardziej popularne. Przypomnę, że w 2020 roku w Tokio w programie igrzysk będzie surfing, który jest szalenie popularny wśród młodzieży. Będzie wspinaczka sportowa, która bardzo mocno się rozwija. Wraca softball i baseball, czyli sporty, które są w wielu krajach również szalenie popularne. MKOl to zauważa i chce otwierać, przestaje być taką hermetyczną instytucją, która jest zamknięta na pewne sporty i nie chce dać szansy innym – dodaje Adam Krzesiński.
Jednocześnie MKOl pracuje nad zmianą zasad organizacji kolejnych igrzysk. Chodzi m.in. o wykorzystanie obiektów sportowych zbudowanych specjalnie na igrzyska po zakończeniu zawodów.
– Potrzebne są takie rozwiązania, które zmniejszą koszty organizowania igrzysk, żeby nie były one tak wielkie. Potrzebne są też mądrze pomyślane plany wykorzystania obiektów sportowych po igrzyskach, żeby nie było sytuacji jak w Atenach w 2004 roku, gdzie te przepiękne obiekty sportowe przez następne lata praktycznie nie były wykorzystywane. Dzisiaj każdy kandydat do organizacji igrzysk będzie musiał przedstawić plan, z którego będzie jasno wynikać, co zamierza zrobić w danym obiekcie po igrzyskach: jak będzie prowadzony, go rozebrać czy przenieść w inne miejsce, gdzie będzie bardziej potrzebny – mówi Krzesiński.
MKOl chce także ciąć koszta, gdyż organizacja igrzysk w Rio de Janeiro kosztowała rekordową kwotę 13 mld dolarów. Zajmie się także dopingiem. Wśród olimpijczyków, w których organizmach stwierdzono obecność zakazanych substancji, byli także Polacy.
– MKOl bardzo mocno angażuje się w walkę z dopingiem, wiedząc o tym, że jest to największa plaga sportu w tej chwili. Chodzi o to, aby doping jak najbardziej zminimalizować, bo pewnie byłoby idée fixe mówienie, że można go w ogóle wykluczyć ze sportu. Ale trzeba jak najbardziej ścigać, być rygorystycznym w stosunku do oszustów sportowych, jakim są „dopingowicze”. MKOl bardzo mocno podkreśla również równość w sporcie, w tym również równość płci. Chodzi o to, żeby w końcowym etapie programu w igrzysk olimpijskich brało udział 50 procent kobiet i 50 procent mężczyzn. Dzisiaj te proporcje wynoszą mniej więcej 40 do 60 na korzyść mężczyzn – konkluduje Krzesiński.
Ustalenie minimalnej stawki godzinowej na umowach- zlecenie będzie rewolucyjną zmianą. Również dla Państwowej Inspekcji Pracy, która będzie sprawdzać prawidłowość naliczania i wypłacania wynagrodzeń – ocenia Wojciech Gonciarz z Głównego Inspektoratu Pracy. Za zaniżanie stawek przez pracodawców przewidziano kary do 30 tys. zł. Szacuje się, że minimalna stawka godzinowa, która wejdzie w życie od 2017 roku, obejmie ok. 0,5 mln osób pracujących na umowach cywilnoprawnych.
– Dotychczas regulacje dotyczyły minimalnego wynagrodzenia pracowników. Zmiana jest fundamentalna, ponieważ teraz będzie dotyczyć także umów cywilno-prawnych, w sposób wyraźny zostały wskazane umowy zlecenia oraz umowy o świadczenie usług. Określono, że minimalna stawka godzinowa dla osób wykonujących tego typu zatrudnienie nie może być mniejsza w 2016 roku niż 12 zł – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Gonciarz, główny specjalista w Departamencie Prawnym w Głównym Inspektoracie Pracy.
Będzie miała zastosowanie do umów wykonywanych przez przyjmującego zlecenie lub świadczącego usługi na rzecz przedsiębiorcy w ramach prowadzonej przez niego działalności. Obejmie także samozatrudnionych, którzy świadczą usługi jednoosobowo. Minimalna stawka godzinowa ma być waloryzowana w zależności od wzrostu płacy minimalnej.
– Przepisy przewidują dość prosty mechanizm przeliczeniowy. Obowiązującą w 2017 roku miesięczną stawkę wynagrodzenia minimalnego należy podzielić przez stawkę obowiązującą w 2016 roku. Przez uzyskany przelicznik należy przemnożyć stawkę godzinową – tłumaczy ekspert.
Zaproponowana przez rząd płaca minimalna na poziomie 2 tys. zł w 2017 roku zakłada waloryzację najniższego wynagrodzenia o 8,1 procent. To zaś oznacza, że stawka godzinowa wzrośnie wówczas do blisko 13 zł. W kolejnych latach wysokość stawki również będzie uzależniona od corocznej dynamiki wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę.
– Zmiana jest istotna z punktu widzenia Państwowej Inspekcji Pracy, która do tej pory nigdy nie ingerowała w treść wynagrodzeń za umowy cywilno-prawne – wskazuje Gonciarz. – Mamy nadane nowe kompetencje. Od stycznia przyszłego roku będziemy mieli obowiązek podejmować kontrolę i stosować środki prawne takie jak wystąpienie i polecenie – dodaje.
Przedsiębiorca, który nie będzie przestrzegał wprowadzonych przepisów, czyli nie będzie wypłacał należnego wygrodzenia za każdą godzinę pracy w wysokości nie niższej niż 12 zł, podlega karze grzywny w wysokości 1- 30 tys. zł. Rozszerzone zostaną też uprawnienia PIP, która dotychczas kontrolowała m.in. zgodność umowy z faktycznie świadczoną pracą, czy kwestie bezpieczeństwa i higieny pracy.
– W związku z tym, że uzyskaliśmy nowe uprawnienia, będziemy się musieli też do tego i przygotować, ponieważ dotychczas tego nie kontrolowaliśmy. Nagle wchodzimy w sferę, która nas do tej pory nie interesowała – podkreśla ekspert GIP. – To, że będziemy sprawdzać prawidłowość naliczania i wypłacania wynagrodzeń dla osób zatrudnionych na podstawie umów cywilno-prawnych, jest zmianą rewolucyjną – ocenia.
Część zmian weszła w życie 17 sierpnia (zapisy o wysokości minimalnej stawki godzinowej, w definicji uzupełnioną o zapis za każdą godzinę wykonania zlecenia lub świadczenia usług), zmiana w prawie o zamówieniach publicznych zaś od 1 września.
– Przepisy wchodzą w życie. Te dotyczące naszych uprawnień kontrolnych i związane z tym obowiązki wejdą w życie z początkiem 2017 roku – mówi Wojciech Gonciarz.
Na to, że jesteśmy u szczytu koniunktury wskazuje dziś sytuacja na rynku pracy. Mamy najniższy odsetek zwolnień, nigdy jeszcze tylu Polaków nie pracowało. – Spowolnił nam jednak trochę wzrost gospodarczy, za co odpowiadają inwestycje – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Andrzej Rzońca, doradca Forum Obywatelskiego Rozwoju i były członek Rady Polityki Pieniężnej.
W ciągu ostatnich 20 lat telefonia diametralnie się zmieniła. Telefon jest teraz naszym oknem na świat, centrum zarządzania życiem, a samo wykonywanie połączeń tylko dodatkiem – przekonuje Adam Sawicki, prezes T-Mobile Polska. Blisko połowę czasu ze smartfonem poświęcamy aplikacjom. Średni dzienny czas poświęcony na oglądanie treści wideo na ekranach mobilnych sięgnie w tym roku ponad 30 minut. Zmieniają się oczekiwania klientów, którym przede wszystkim zależy na bezpieczeństwie i elastyczności umowy.
– To, co było naszą zdobyczą jeszcze w 1996 roku, tzn. możliwość wykonania telefonu z urządzenia mobilnego, dzisiaj stało się usługą dodatkową. Telefon dzisiaj jest centrum zarządzania naszym życiem osobistym, naszym oknem na świat, a sama telefonia jest tylko dodatkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Sawicki, prezes T-Mobile Polska.
Jak podkreśla, obecnie polscy użytkownicy urządzeń mobilnych należą do europejskiej czołówki pod względem użytkowania aplikacji opartych na transmisji danych. Blisko połowę czasu, który spędzamy ze smartfonem, poświęcamy aplikacjom, przy 41 proc. rok wcześniej (ComScore Media Metrix Multi-Platform & Mobile Metrix, U.S., Total Audience). Szacuje się, że w tym roku średni czas poświęcany na oglądanie treści wideo na ekranach mobilnych przekroczy 30 minut. Dla porównania, na urządzeniach stacjonarnych będzie to ok. 27 minut (badanie ZenithOptimedia „Online Video Forecasts 2015”).
– Jako kraj jesteśmy absolutnie w czołówce pod względem użytkowania mobilnego internetu. Połowa odsłon w takich portalach jak Facebook dokonuje się z urządzeń mobilnych, więc to absolutnie elita europejska – ocenia Sawicki.
Użytkownicy smartfonów 1 na 3 minuty online spędzają właśnie na urządzeniu mobilnym. Raport PwC wskazuje zaś, że ponad 40 proc. milenialsów woli komunikację elektroniczną niż rozmowę. Co piąty użytkownik robi zakupy przez smartfony i tablety, a 42 proc. w ten sposób korzysta z bankowości.
– Coraz więcej funkcji zawodowych i prywatnych jest uzależnionych od tego, czy jesteśmy online. Znajdujemy się na przełomie epoki offline’owej i online’owej. Duża część naszego życia zawodowego jest niemożliwa do wykonania bez bycia online. Nasza rola, jako branży, bardzo się zmieniła, coraz bardziej odpowiadamy za obszary, które są krytyczne dla egzystencji wielu ludzi, zarówno tej osobistej, jak i zawodowej – podkreśla prezes T-Mobile.
Jak wskazuje, operatorzy muszą reagować na zmiany na rynku. Oferta musi obejmować coś więcej niż abonament na połączenia i SMS-y, zwłaszcza że coraz częściej o wyborze decydują inne czynniki niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. W latach 1996–2016 użytkownicy zainicjowali połączenia trwające łącznie 173,5 mld minut, czyli jakieś 330 tys. lat, wysłali w kraju 94,3 mld SMS-ów, których długość mogłaby odpowiadać 483 mln Biblii.
– Jako branża przeszliśmy też ewolucję. Zupełnie inną rolę ma się, będąc dostarczycielem gadżetów, a inną odpowiedzialność, kiedy dostarcza się transmisję danych niezbędną do aplikacji krytycznych. Rola bezpieczeństwa w naszej sieci, wiarygodności, gwarancji jakości usług stała się jeszcze bardziej ważna niż kiedykolwiek wcześniej – przekonuje Sawicki.
Użytkownicy oczekują nie tylko oferty lepiej dostosowanej do ich potrzeb, lecz także większej elastyczności. Najważniejsze dla nich są uproszczenie faktury, uwolnienie internetu (muzyka, społeczności i aplikacje bez limitu danych) i gwarancja bezpieczeństwa rachunku i danych użytkownika. T-Mobile rusza z nową ofertą abonamentową dla klientów indywidualnych, której cechą jest właśnie uproszczenie taryfy do trzech wariantów.
– Nasze urządzenia i aplikacje dają możliwość analizy własnych potrzeb, dobrania odpowiedniego planu tak, byśmy nie byli tym zaskoczeni, otrzymując pierwszą fakturę. Liczba udogodnień jest bardzo duża. Jednocześnie w ramach planu T1, T2, T3 zbudowaliśmy olbrzymią elastyczność tak, że w trakcie trwania 24-miesięcznych kontraktów można zmieniać formułę oferty, aby jak najbardziej dopasować ją do naszych potrzeb – tłumaczy prezes T-Mobile.
T-Mobile dostrzega także coraz większą mobilność klientów, dlatego udostępnia obecną już w innych krajach ofertę Międzynarodowa Strefa T-Mobile. Usługa obejmuje roaming w 12 europejskich państwa, w których operuje T-Mobile. W jej ramach użytkownicy otrzymują nielimitowane połączenia głosowe, SMS-y i MMS oraz 1GB na transmisję danych
– Tego nie jest w stanie na rynku zaoferować nikt inny. Mówimy o tak popularnych destynacjach jak Grecja, Chorwacja czy Austria, gdzie nasi klienci podróżują i tam mogą skorzystać ze wszystkich benefitów – zaznacza Adam Sawicki.
Niestabilna sytuacja w Afryce Północnej i Turcji, popularnych kierunków wakacyjnych wśród polskich turystów, nie wpłynęła negatywnie na rynek lotów czarterowych. Na spadku liczby lotów do tych krajów, skorzystały kraje europejskie położone w rejonie Morza Śródziemnego i Czarnego. Przewoźnicy czarterowi, aby zniwelować straty, wydłużają też sezon. W tym roku rynek lotów czarterowych powinien zanotować 5 proc. wzrost.
– Spodziewamy się, że przyszły rok i rozwój rynku w naszym segmencie nie będzie zaburzony, mimo tego, co się zdarzyło w Afryce Północnej i w Turcji – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych w Enter Air.
Niestabilna sytuacja polityczna znacząco wpłynęła na liczbę lotów do popularnych dotychczas wśród polskich turystów Egiptu, Tunezji, Maroko czy Turcji. Urząd Lotnictwa Cywilnego szacuje, że znaczenie tych rynków (przede wszystkim krajów Afryki Północnej) w przewozach czarterowych z Polski jest znacznie mniejsze. Jeszcze w 2007 roku udział tych krajów sięgał 48 proc., to w 2015 roku spadł do 13 proc.
– W tym roku w żaden sposób nie ucierpieliśmy pod względem liczby obsłużonych pasażerów w stosunku do naszych pierwotnych planów, choć wypadł tak duży rynek, jak Turcja. Transferowaliśmy naszą pojemność na inne rynki – tłumaczy Kobielski.
W 2015 roku Enter Air, ze wszystkich lotnisk w Polsce, tygodniowo realizowała 37 rejsów do Turcji, a w tym roku – zaledwie trzy, w skali roku to 75 proc. mniej lotów (sytuacja na koniec maja). Znacznie mniej, o 67 proc., jest też lotów do Egiptu. Wzrósł natomiast ruch do Bułgarii –trzykrotnie, do Hiszpanii – dwukrotnie, do Grecji – o ok. 10 proc.
– Rynek przewozów czarterowych, szczególnie polski, jest nadal rynkiem wzrostowym. Wzrosty mają dynamikę kilkuprocentową, ten rok zapewne będzie spokojniejszy, a to ze względu na to, co się działo na świecie. Część pasażerów zdecydowała, że pozostanie w Polsce. Nie odbiło się to na wielkości naszych przewozów, natomiast rynek być może trochę zwolnił – ocenia przedstawiciel Enter Air.
W ubiegłym roku czartery obsłużyły blisko 3,7 mln pasażerów. Rynek czarterowych przewozów lotniczych w Polsce jest trzecim pod względem wielkości sektorem pasażerskiego transportu powietrznego. Jeszcze do niedawna czartery notowały dynamiczne wzrosty. W ubiegłym roku zanotowano jednak niewielki spadek (ok. 1 tys. pasażerów).
– Spodziewamy się, że wzrost rynku przewozów czarterowych nie powinien przekroczyć 5 proc. Jeżeli tak się jednak stanie, będzie to powód do zadowolenia – analizuje Kobielski.
W ostatnich tygodniach I półrocza do obsługi połączeń Enter Air dołączyły dwa kolejne samoloty. Jednocześnie, przy pomocy touroperatorów, spółka dąży do wydłużenia sezonu. Częściowo już udało się to osiągnąć, np. poprzez rozpoczęcie wylotów do Bułgarii od połowy maja (w porównaniu z końcem czerwca w 2015 roku).
Jak podkreśla przedstawiciel Enter Air, rynek lotów czarterowych jest bardzo konkurencyjny i istnieje presja na ceny.
– Staramy się być atrakcyjni cenowo, ale nie ulegamy konkurencji, która czasem po to, żeby przetrwać, albo żeby zaistnieć idzie w kierunku bardzo agresywnej polityki cenowej. Wiemy z doświadczenia z ostatniej dekady, że tego typu przygody dość szybko się kończą – przekonuje Andrzej Kobielski.
Company Builders, czyli fabryki startupów, pomagają firmom we wczesnym stadium działalności nie tylko poprzez środki na ich przedsięwzięcia. Główna różnica między nimi a funduszami Venture Capital polega na tym, że zapewniają wsparcie merytoryczne i doprowadzają do progu opłacalności. Takie usługi dostępne są już także w Polsce.
– Kluczową różnicą między Company Builders (CB), a funduszami inwestycyjnymi jest zupełnie inne postrzeganie biznesu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Krasnopolski, prezes zarządu firmy To Reforge. – Fundusz szuka projektu, w który zainwestuje i po prostu oczekuje stopy zwrotu. My poszukujemy biznesów, w które nie tylko zainwestujemy, bo to naturalne, ale przede wszystkim będziemy dla nich partnerami, wręcz ambasadorami.
CB to, w skrócie, firmy budujące inne przedsiębiorstwa. Niekiedy używa się odmiennych określeń to opisu takiej działalności: Venture Builders, Startup Builders czy, po polsku, fabryka lub studio startupów. Choć można zauważyć subtelne różnice – jedni inwestują zasoby na przykład tylko we własne pomysły, inni zachęcają podmioty z zewnątrz do wspólnego budowania biznesu – zazwyczaj w tej działalności chodzi o to samo: stworzenie rentownych podmiotów, umożliwiających finansowanie kolejnych pomysłów.
– Siłą rzeczy wymiernym tego efektem jest zdecydowanie zmniejszenie ryzyka biznesu, bo CB dają wszystko, co jest możliwe, żeby taki przedsiębiorstwo zostało jak najlepiej ułożone – zapewnia Łukasz Krasnopolski. – Z drugiej strony szanse uruchomienia danego biznesu są bardzo skutecznie maksymalizowane, czyli następuje szybko tzw. piwotowanie. W rezultacie najwłaściwszy model biznesowy udaje się znaleźć szybciej i w sposób optymalny.
Pomysł na CB narodził się – jak prawie wszystko, co dotyczy startupów – w amerykańskiej Dolinie Krzemowej. Przedsiębiorcy rozpoczynający przygodę z biznesem coraz rzadziej zgłaszali się ze swoimi projektami do tradycyjnych funduszy inwestycyjnych. Zamiast tego woleli skorzystać z pomocy doświadczonych twórców startupów, dysponujących zarówno wiedzą (know-how), jak i pieniędzmi na rozwój nowych przedsięwzięć.
– Startup jest takim pojęciem, które mówi „okej, pobawmy się w biznes”, w CB chodzi o coś zupełnie innego, zbudowanie dużego, trwałego przedsiębiorstwa – wyjaśnia Łukasz Krasnopolski. – Tutaj jest tak jakby wzięcie wszystkiego pod swoje skrzydła, czyli zadbanie o kompetencje, które są potrzebne, żeby wykonać zamierzenia. CB nie wynajmują z reguły ekspertów zewnętrznych, same chcą dawać kompetencje, tak aby poszczególne biznesy mogły rozwijać się jak najszybciej.
Fabryki startupów oferują zespoły specjalistów od marketingu, IT, HR, prawników, project managerów, dzięki którym rozwój projektu jest znacznie szybszy, efektywniejszy i tańszy. Najważniejsze jest jednak wsparcie eksperckie przedsiębiorców, którzy wcześniej założyli już niejedną firmę i wiedzą, jakich błędów powinien się wystrzegać początkujący.
Do najważniejszych firm tego rodzaju należą założony przez pomysłodawców Twittera Obvious Corporation, Betaworks, Expa, Andreessen Horowitz, Techstars czy Rocket Internet. W Polsce od kilku miesięcy działa To Reforge. Jak wskazują specjaliści wszystkie mają coś z funduszu zalążkowego, bo finansują zupełnie nowe biznesy, ale bardziej pasuje do nich określenie CB.
– Oczywiście CB nie jest dla każdego, jeżeli ktoś chce tylko otrzymać środki finansowe od funduszu i najlepiej, żeby nikt nie patrzył mu na ręce, to miejsce nie będzie mu odpowiadać – zastrzega Łukasz Krasnopolski. – Natomiast, jeśli jego pragnieniem jest kasa, ale także wielkie zaplecze mentorów, którzy nie spędzą z nim godziny, ale dni i tygodnie, to CB jest dla niego. Akceptacja, że nie jesteśmy inwestorem, ale partnerem jest krytyczna, niezwykle ważne. To dla nas także wyzwanie edukacyjne. Chcemy, aby każdy rozumiał kto jest kim w CB.
To Reforge jest jedną z pierwszych, polskich firm typu CB. Obecnie przedsiębiorstwo prowadzi działalność w 26 krajach europejskich stawiając przede wszystkim na projekty biznesowe z branży finansowej, medycznej, edukacyjnej, biotechnologicznej, aplikacji mobilnych, entertainment oraz health and beauty. To Reforge zatrudnia obecnie prawie 100 osób, wśród których są nie tylko twórcy przedsiębiorstw, ale też naukowcy.
Firma opiera się bowiem na przekonaniu, jak wyjaśnia Łukasz Krasnopolski, że zróżnicowane, uzupełniające się zespoły stanowią podstawę skutecznego działania. Skuteczne fabryki startupów równie szybko powinny bowiem odpalać, jak i naprawiać (gdy model jest niedopracowany) poszczególne projekty. Dzięki niezależnym ekspertom, którzy nie patrzą z sentymentem na nie skalowalne przedsięwzięcia, można je szybko wygaszać, wykorzystując potencjał twórców w innych, bardziej perspektywicznych projektach oraz ograniczając niepotrzebne koszty.
– Dzisiaj pracujemy już nad kilkunastoma projektami w różnych fazach, zarówno bardzo wczesnych, w zasadzie samych pomysłów i inkubacji, jak również takich, które staramy się monetyzować (doprowadzać do tego, aby przynosiły dochody – red.) – informuje Łukasz Krasnopolski. – Przed nami wyzwania wykraczające poza Polskę i Europę. Zaczynamy budować zespół w aspektach bardziej międzynarodowych myśląc o Amerykach oraz Azji. Zarządzić z Polski tak szerokim procesem w skali międzynarodowej jest ekscytującym, ale i bardzo wymagającym zadaniem.
Bank Anglii zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie 0,25 proc. Na niezmienionym poziomie pozostawiono również skup obligacji rządowych i korporacyjnych. Natomiast w załączonych do decyzji „minutach”, członkowie Komitetu Polityki Monetarnej (MPC) wskazali na możliwość ponownej obniżki stóp jeszcze w tym roku, jeśli urzeczywistnią się ryzyka ekonomiczne związane z decyzją Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii Europejskiej. Z drugiej strony zauważyli oni, iż ostatnie dane ekonomiczne są mocniejsze od oczekiwań. Dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej, która w sierpniu wzrosła o 6,2 proc., wobec prognozowanego 5,4 proc. wzrostu, potwierdzają tylko tę tezę. Z komunikatu wynika więc, iż jeśli jesienne dane będą wskazywać na umiarkowany wzrost gospodarczy w II kwartale roku, to Bank Anglii najprawdopodobniej obetnie stopy procentowe. Jeśli jednak dane ekonomiczne będą dalej pozytywnie zaskakiwać to członkowie Banku najprawdopodobniej wstrzymają się z kolejną obniżką stóp do przyszłego roku. Po ogłoszeniu decyzji i dołączonych do niej „minut” funt nieznacznie traci na wartości do głównych walut. Para GBPUSD traci około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,3200, para EUGBP zyskuje około 0,4 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,8530 a para GBPJPY traci około 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 135,20. Do funta umacnia się również polski złoty, para GBPPLN traci aż 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 5,07.
Euro pozostaje stabilne do dolara, handlując w pobliżu poziomu 1,1230 pomimo publikacji raportu potwierdzającego inflację na poziomie jedynie 0,2 proc. rok do roku, znacznie poniżej celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego. Członek zarządu EBC zapowiedział też, iż program luzowania pieniężnego może być kontynuowany do 2020 roku, gdyż wygasający dług jest reinwestowany. Jen również pozostaje stabilny do dolara, a para USDJPY handluje w pobliżu poziomu 102,60, pomimo iż bank Morgan Stanley uważa że Bank Japonii najprawdopodobniej obniży stopy procentowe w przyszłym tygodniu do poziomu -0,2 proc. Dziennikarze gazety Nikkei uważają, iż Bank Anglii może obciąć stopy jeszcze bardziej w celu pobudzenia inflacji.
Amerykańskie indeksy handlują w pobliżu 2-miesięcznych minimów po publikacji serii słabych danych ekonomicznych z USA. Produkcja przemysłowa w sierpniu spadła o 0,4 proc. powyżej oczekiwanego 0,3 proc. spadku. Natomiast sprzedaż detaliczna spadła o 0,3 proc., a przewidywano utrzymanie się jej na tym samym poziomie. Po ogłoszeniu tych danych szanse na podwyżkę stóp procentowych w przyszłym tygodniu spadły poniżej 20 proc. Indeks S&P handluje stabilnie w pobliżu 2125 punktów, indeks Dow Jones w pobliżu 17950 punktów a indeks NASDAQ zyskuje niecałe 0,2 proc. handlując w pobliżu 5185 punktów.
Ropa naftowa WTI odrabia dziś nieznacznie straty z pierwszej części tygodnia, handlując w okolicy poziomu 44 dolarów za baryłkę. Natomiast ropa naftowa Brent handluje w okolicy poziomu 46,5 dolarów za baryłkę. Na dwóch poprzednich sesjach ropa straciła aż 6 proc. wartości ze względu na wznowienie pełnej produkcji w Nigerii i Libii, nadszarpniętej wcześniej przez wewnętrzne konflikty zbrojne.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Minister finansów Paweł Szałamacha powołał dzisiaj Radę ds. Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania. W jej skład wszedł wiceprzewodniczący Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan Rafał Iniewski, desygnowany przez Radę Dialogu Społecznego.
Rada, jako niezależna grupa ekspercka, będzie wydawać niewiążące oceny zasadności stosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Jej członkami zostało dziewięciu ekspertów z zakresu prawa podatkowego i finansów reprezentujących, poza przedstawicielami ministerstw finansów i sprawiedliwości, różne środowiska, m.in. doradców podatkowych, przedsiębiorców, uczelni wyższych, samorządów.
Pracownia Finansowa przygotowała projekt budowy elektrowni wiatrowej oparty na modelu crowdfundingowym. Z tysięcy drobnych wpłat zostanie sfinansowana realizacja dużej elektrowni, na którą potrzeba 4,5 mln zł. Zysk generowany przez taki projekt zostanie przekazany w całości na cele ekologiczne – będzie to rozwój punktów do ładowania samochodów elektrycznych. Obecnie aż 90% energii służącej do napędzania samochodów elektrycznych pochodzi z węgla, który jest emisyjny i nie ma nic wspólnego z ekologią.
Notowania pary walutowej NZD/USD spadły w okolicę dziennej strefy popytu, która ukształtowała się w okolice poziomu 0.720-0.725. Jeżeli dzisiejsza świeczka będzie wzrostowa, to obrona wsparcia oraz kontynuacja trendu wzrostowego pozostanie bazowym scenariuszem. Kupujący po raz kolejny mogą chcieć przetestować ostatnie maksima z okolicy 0.7474. Warto również pamiętać o posiedzeniu banku Rezerwy Federalnej oraz Nowej Zelandii, po których poznamy koszt pieniądza.
Decyzja banku Nowej Zelandii o koszcie pieniądza zostanie opublikowana 22 września, czyli w ten sam dzień, co decyzja Rezerwy Federalnej. Na chwile obecną rynek zakłada z 87% prawdopodobieństwem pozostawienie głównej stopy procentowej na niezmienionym poziomie. Z tym, że czym dalej, tym inwestorzy oczekują dalszego luzowania polityki monetarnej. Na przeszkodzie może stać bańka na rynku nieruchomości, która w każdym czasie może doprowadzić do mocnej recesji w Nowej Zelandii.
W rankingu Coface 500 największych firm w regionie Europy Środkowej i Wschodniej niezmiennie liderem pozostaje PKN Orlen. Jest to 11 edycja tego rankingu. PKN Orlen w zeszłym roku wygenerował największe przychody spośród wszystkich spółek tej części Europy. Trudne warunki rynkowe, w jakich działały na firmy z sektora ropy naftowej spowodowały, że zysk Orlenu był ujemny. Taka sytuacja miała miejsce także w innych firmach z branży paliwowej, np. w Lotosie czy węgierskim Moll’u.
– Sprzyjające otoczenie makroekonomiczne, z rosnącą konsumpcją prywatną wspieraną przez dobrą sytuację na rynku pracy oraz zwiększające się wynagrodzenia przyczyniły się do lepszych perspektyw w sektorach związanych z konsumpcją prywatną i wydatkami konsumentów – powiedział agencji eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej
– Wyróżnić można sektor szeroko pojętego handlu oraz odzieżowy. Oba zwiększały dynamicznie obroty, a branża handlowa raportowała przyrost zatrudnienia o 10%.Wśród największych firm handlowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej co trzecia pochodzi z Polski.
Mowa zarówno o rodzimych firmach, jak i polskich spółkach zagranicznych koncernów. W tym roku firmy handlowe nadal będą działać w sprzyjającym otoczeniu makroekonomicznym – wpływa na to systematycznie spadająca stopa bezrobocia w Polsce oraz funkcjonowanie programu „Rodzina 500+”, który sprzyja wydatkom konsumentów. Jednak obowiązujący podatek handlowy spowoduje obniżenie marż sektora.
Natomiast w branży ropy naftowej sytuacja pozostaje niekorzystna, tym samym PKN Orlen i inne spółki z sektora paliwowego będą funkcjonować w trudnych warunkach ze względu na niskie ceny ropy. Jednakże specyfika tej działalności będzie generowała wysokie przychody Orlenu i innych spółek. Pozycja lidera PKN Orlen w rankingu Coface wydaje się niezagrożona.
Inwestor w zieloną energię oczekuje od ustawodawcy stabilności otoczenia regulacyjnego. W Polsce przepisy zmieniały się kilkukrotnie w ostatnich miesiącach i latach. Kilka razy miały wejść regulacje wspierające budowę odnawialnych źródeł energii.
– Zawsze znajdziemy rozwiązanie i zbudujemy model biznesowy, który pozwoli zarabiać na OZE – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Wiśniewski, wiceprezes ds. sprzedaży w Pracowni Finansowej
– Chcemy działać w stałych, konkretnych warunkach, a nie w środowisku zmieniającym się. Jest to kluczowe dla planowania biznesu, gdyż inwestorzy oczekują stabilności i przewidywalności rynku, a kraje gdzie ciągle dochodzi do zmian są opuszczane przez inwestorów.
W Polsce przez wiele lat działał system zielonych certyfikatów, ale nieprzewidywalne warunki uniemożliwiły planowanie inwestycji. Warto podkreślić, że 140 metrowy wiatrak jest w pełni konkurencyjny do klasycznych elektrowni. Sam zarobi na siebie bez pomocy, lecz jeżeli pojawi się wsparcie rządowe – musimy wiedzieć na jakich warunkach będzie się ono odbywało. Na świecie w ubiegłym roku wydano dwukrotnie więcej na budowę OZE, niż na klasyczne inwestycje w energetykę. W Polsce jest odwrotnie – podsumowuje Wiśniewski
Wpływ ocen agencji ratingowych nie powinien mieć większego wpływu na gospodarkę Polski. Jeśli będziemy mieli obniżony rating, zapłacimy drożej za obsługę długu.
– Będzie to Polskę drożej kosztować, a wysokość kosztów będzie uzależniona od reakcji rynków na dłuższą metę – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.
– Jest to utrudnienie, lecz nie spowoduje to upadku gospodarki polskiej. Jeśli premier jest przekonany, że program gospodarczy, który realizuje, jest dobry i warto dodatkowo zapłacić miliard złotych kosztów za obsługę długu, po to aby ten program gospodarczy dalej realizować, premier ma prawo stwierdzić: „Trudno, agencje ratingowe mówią co mówią. Zapłacimy za to i zaciśniemy zęby, lecz nie dojdzie do zmiany programu tylko dlatego, że obecny nie podoba się agencjom” – podsumował Orłowski
Dwa miesiące po giełdowym debiucie na NewConnect akcje Tower Investments są o połowę droższe niż w dniu debiutu. Spółka podtrzymuje plany stworzenia funduszu typu REIT, który ma być jedną z form inwestowania wspieraną przez plan wicepremiera Morawieckiego. Pierwszy taki fundusz sprzedaje właśnie swoje akcje i chce się oficjalnie w REIT przekształcić, gdy tylko wejdzie w życie stosowne prawo.
– Fundusze typu REIT to na Zachodzie koncepcja znana już od lat 60., w Polsce mówi się o tym już od dobrych 10 lat, natomiast dopiero teraz inicjatywa wicepremiera Morawieckiego sprawiła, że temat jest bardzo na czasie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Kazimierczuk, prezes spółki Tower Investments SA, od 12 lipca notowanej na NewConnect. – Wygląda na to, że trwają już prace legislacyjne, aby uporządkować ten sposób prowadzenia biznesu. Te spółki zajmują się głównie kumulowaniem nieruchomości, które są przedmiotem długoterminowego wynajmu, i decydują o jakość najemców.
REIT to spółki lub fundusze, które inwestują w nieruchomości komercyjne (biurowce lub obiekty handlowe) i sprzedają udziały w nich drobnym inwestorom, a następnie 80–100 proc. zysku z wynajmu lub sprzedaży wypłacają tytułem dywidendy. Nie płacą podatku CIT, opodatkowana jest za to rzeczona dywidenda.
– Myślę, że zainteresowanie będzie ogromne z kilku powodów. Po pierwsze kapitał szuka bezpiecznych możliwości lokowania środków, nieruchomości są taką alternatywą, pieniądz na rynku jest niezmiernie tani, stopy zwrotu z nieruchomości w Polsce są w porównaniu z Europą bardzo wysokie. Więc suma tych wszystkich argumentów sprawia, że REIT-y będą w Polsce cieszyły się ogromnym zainteresowaniem – przekonuje Kazimierczuk.
Od wtorku trwa trzydniowa sprzedaż akcji pierwszego funduszu, który ma przekształcić się w REIT natychmiast po wprowadzeniu stosownych przepisów. To Reino Dywidenda Plus, który ma oferować udziały w powierzchni biurowej i od każdych 100 zł wypłacać roczną dywidendę w wysokości 5 zł. To i tak więcej niż jakakolwiek oferowana obecnie w Polsce lokata.
– Spekuluje się, że już w 2017 roku taka ustawa wejdzie w życie. To jest absolutnie możliwe, ponieważ zasady działania REIT-ów są znane. Przygotowanie takiej ustawy nie powinno być większym problemem. I biorąc pod uwagę deklaracje rządu, to faktycznie może się zdarzyć, że w przyszłym roku już takie regulacje wejdą w życie – uważa prezes Tower Investments.
Przekonuje, że w naszym kraju wiele spółek można by już teraz określić mianem REIT-ów, gdyby istniały stosowne regulacje. Zaznacza też, że jego firma doskonale wpisuje się w ten trend, ponieważ zajmuje się kupowaniem gruntów, samodzielnym rozwijaniem nieruchomości komercyjnej, głównie handlowej, a następnie odsprzedawaniem jej.
– Jesteśmy po pierwsze spółką deweloperską, tworzymy takie projekty, które potem w REIT-ach mogą się znaleźć. I ze względu na nasze kompetencje tworzenie REIT-a w ramach Grupy Tower ma podwójne znaczenie – mówi Kazimierczuk. – Jesteśmy w stanie dostarczać sami wynajęte nieruchomości, precyzyjnie weryfikować te nieruchomości, które w przyszłości w ramach takiego REIT-u będziemy pozyskiwać i wybierać tylko te najbardziej atrakcyjne.
Realizacja obietnicy wyborczej rządu dotyczącej przewalutowania kredytów frankowych, która zdaniem ekspertów stanowiła zagrożenie dla krajowej gospodarki, została przynajmniej oddalona w czasie. Likwidacja OFE w ostatniej wersji może wręcz przynieść korzyści rynkowi kapitałowemu. Zdaniem Michała Krajczewskiego z Banku BGŻ BNP Paribas warszawska giełda może więc obecnie nadrabiać zaległości wobec parkietów zachodnich.
– Wydaje się, że polska giełda powinna teraz przynajmniej trochę nadgonić parkiety zachodnie czy krajów rozwijających się, inwestorzy muszą więc bardziej zważać na czynniki światowe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Krajczewski, analityk rynku papierów wartościowych Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas. – We wrześniu mamy decyzje banków centralnych, więc może być ewentualna korekta. Natomiast potem, do końca roku, możemy kontynuować doganianie giełd zachodnich.
Przedstawiony na początku czerwca tego roku przez Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i ministra rozwoju, projekt reformy Otwartych Funduszy Emerytalnych, który wcześniej spędzał sen z powiek inwestorom, przewiduje likwidację tzw. drugiego filara oszczędzania na emeryturę i przekazanie większości środków do pierwszego oraz trzeciego. Co prawda, OFE mają być zlikwidowane, ale większość zarządzanych przez nie obecnie środków (przeszło 100 mld zł) ma trafić na nowe, indywidualne konta emerytalne, a reszta do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Zdaniem analityków realizacja w takiej formie obietnicy wyborczej rządzącego obozu władzy byłaby korzystna dla krajowego rynku kapitałowego.
– Wydaje się, że w krótkim terminie czynniki ryzyka politycznego, które wisiały nad polskim rynkiem, częściowo się zrealizowały. Poznaliśmy na przykład nowe rozwiązania dotyczące OFE – potwierdza także Michał Krajczewski. – W długim terminie mogą one być nawet pozytywne, czyli przyczynić się do napływu nowych środków na rynek kapitałowy. Do tej pory formuła działania funduszy oznaczała de facto, że już po roku, w ramach tzw. suwaka, coraz więcej środków odpływało do ZUS. Natomiast nowe programy kapitałowe dają nadzieję, że przynajmniej część z nich trafi na rynek kapitałowy, a OFE przekształcone w TFI, w ramach trzeciego filara i indywidualnych kont emerytalnych, nie będą narażone na takie odpływy.
Przyjęta przez rząd ustawa budżetowa zakłada, że wpływy z podatku od niektórych instytucji finansowych, potocznie zwanego bankowym, w tym roku wyniosą ponad 5,5 mld zł. Ministerstwo Finansów jest jednak zdania, że prawdopodobnie nie przekroczą 4 mld zł. Głównym powodem ma być wdrażanie przez sektor różnego rodzaju procedur, których celem jest redukcja lub zupełna ucieczka od tej daniny.
Przede wszystkim jednak zdaniem Krajczewskiego oddaliło się widmo realizacji przewalutowania kredytów we frankach szwajcarskich po kursie z dnia zaciągnięcia. Inwestorzy obawiali się, że taka operacja mogłaby zagrozić kondycji całego, krajowego sektora bankowego, a także pośrednio uderzyć w całą polską gospodarkę.
– Podatek bankowy czy kwestia przewalutowania kredytów hipotecznych we franku szwajcarskim wydaje się, przynajmniej na razie, uwzględniona w cenach – ocenia Michał Krajczewski. – Nowe propozycje oznaczają w krótkim terminie, że może się odbyć tylko zwrot spreadów, co byłoby znacznie niższym kosztem realizacji obietnic wyborczych niż całe ustawowe przewalutowanie kredytów. Natomiast w długim okresie pozostaje ryzyko, że powrócą jednak wcześniejsze propozycje. Na razie jest więc to tylko odsunięcie w czasie.
Na pewno intencją ustawodawcy, jak zapewnia Michał Krajczewski, jest wprowadzenie nowych wymogów kapitałowych dotyczących sektora bankowego, tak, aby utrzymywanie pożyczek we frankach szwajcarskich nie było dla niego opłacalne i aby banki same podpisywały ugody z klientami.
– Prędzej czy później będzie to widać w wynikach instytucji finansowych, które mogą odczuć boleśnie skutki działania nowych regulacji – przestrzega Michał Krajczewski.
Celon Pharma, producent leków generycznych, rozpoczyna emisję 15 mln akcji. Wpływy z oferty mają sięgnąć 245 mln zł. Środki z emisji chcemy przeznaczyć na rozbudowę mocy wytwórczych leków wziewnych, ich ekspansję międzynarodową, a także inwestycje w nowe innowacyjne projekty badawcze – zapowiada Maciej Wieczorek, prezes Celon Pharma. Obecnie w portfolio spółki znajduje się 12 projektów. Celon pracuje nad innowacyjnymi lekami z obszaru onkologii, neurologii, chorób zapalnych i chorób metabolicznych.
– Planujemy debiut na giełdzie w ciągu najbliższych kilku tygodni, obecnie jesteśmy na etapie spotkań z inwestorami. Emisja naszych akcji w zdecydowanej większości, w przeszło 80 proc., jest adresowana do instytucji finansowych, a w kilkunastu procentach do inwestorów indywidualnych. Planowane pierwsze kwotowanie na giełdzie powinno się odbyć w połowie października – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Wieczorek, prezes Celon Pharma.
Łącznie do emisji trafi 15 mln akcji, z czego 13 mln do inwestorów instytucjonalnych. Cena maksymalna w ofercie ustalona została na 16,33 zł za jedną akcję. Zarząd oczekuje, że wpływy z emisji wyniosą 245 mln zł brutto (235 mln zł netto).
– Środki z emisji chcemy przeznaczyć na trzy zasadnicze cele: rozbudowę mocy wytwórczych leków wziewnych, czyli leku Salmex i w przyszłości leku Tiotropium, ekspansję międzynarodową tych leków, a także inwestycje w nowe innowacyjne projekty badawcze – wymienia prezes spółki.
Na rozbudowę mocy wytwórczych w zakresie leków wziewnych oraz rozwój technologiczny i rynkowy leku Salmex trafi 35 mln zł, nieco więcej (40 mln zł) na rozwój badawczy i rynkowy leku zawierającego tiotropium. Ok. 35 mln zł zostanie przeznaczonych na budowę centrum badawczo-rozwojowego spółki. Celon chce również, by 30 mln zł trafiło na rozwój nowego leku biopodobnego do ranibizumabu, rozwój nowego leku opartego na letaminie (65 mln zł) i pozostałe 30 mln zł na rozwój portfolio pozostałych leków innowacyjnych.
– Środki z emisji chcemy głownie pozyskać na przyspieszenie rozwoju i ekspansję międzynarodową naszych leków inhalacyjnych, a także na inwestycje w kluczowe projekty innowacyjne – zaznacza prezes.
Firma dysponuje w pełni wyposażonymi laboratoriami do badań i rozwoju produktów leczniczych, leków generycznych i innowacyjnych. W Kazuniu Nowym znajduje się nowoczesny zakład, w którym wytwarzane są suche formy farmaceutyczne.
– Zatrudniamy już przeszło 250 osób, mamy trzy lokalizacje. Dwie główne mieszczą się w Kiełpinie i w Łomiankach oraz 15 km dalej, pod Nowym Dworem Mazowieckim, w Kazuniu Nowym. W tych lokalizacjach mamy laboratoria i zakład wytwórczy – wskazuje Wieczorek.
Zakładana przez spółkę rozbudowa mocy wytwórczych w segmencie leków wziewnych ma pozwolić na pięciokrotny wzrost mocy zakładu produkcyjnego – miesięcznie z ponad 100 tys. do ok.1 mln sztuk.
– Jesteśmy już na finiszu istotnej rozbudowy mocy wytwórczych wytwarzania leków inhalacyjnych. Natomiast na ukończenie i finalne doposażenie nowego zakładu planujemy wykorzystać środki z emisji akcji – zapowiada prezes Celon Pharma.
Łącznie w portfolio spółki znajduje się 12 projektów leków, które na rynek mogą trafić za kilka lat. W tym roku do badań klinicznych w Stanach Zjednoczonych ma trafić lek Salmex. Jak wskazuje Wieczorek, przy opracowywaniu leków Celon współpracuje z polskimi uczelniami.
– Staramy się wykorzystać najlepsze kompetencje, których sami nie jesteśmy w stanie rozwinąć wewnątrz organizacji. Ważne jest, by współpracując z uczelniami, wiedzieć, co się chce, w jakim terminie. Unikamy zlecenia rozmytego, nieokreślonego projektu badawczego, precyzyjnie określamy, czego oczekujemy, od którego laboratorium, którego zespołu, w jakim czasie. Wtedy taka współpraca jest bardzo efektywna – przekonuje Maciej Wieczorek.
W ubiegłym roku przychody Celon Pharma wyniosły 107,5 mln zł, zysk operacyjny przekroczył 47 mln zł, a zysk netto 37,2 mln zł.
Edukacja cyfrowa oraz nauka kodowania mają być priorytetami Ministerstwa Cyfryzacji. Resort chce współpracować w tym zakresie z organizacjami pozarządowymi i biznesem. Objął m.in. patronatem honorowym program MegaMisja Fundacji Orange. W tym roku szkolnym weźmie w nim udział około 10 tys. dzieci w 350 placówkach edukacyjnych.
– Kwestia edukacji cyfrowej, nauki kodowania to jeden z najistotniejszych hashtagów na sztandarach Ministerstwa Cyfryzacji – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Woźny, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji. – Policzyliśmy osiągnięcia medalowe polskich, młodych informatyków podczas ostatnich 26 lat na olimpiadach IT. Okazało się, że w grupowej klasyfikacji medalowej Polska jest na czwartym miejscu po Stanach Zjednoczonych, Rosji oraz Chinach.
Edukacja cyfrowa zdaniem wiceministra Piotra Woźnego to bardzo szerokie pojęcie. Przede wszystkim określa oswajanie dzieci zarówno z treściami, jak i technikami ich poznawania. Młodzi ludzie w tej chwili mogą się uczyć i odbywać swoje pierwsze wizyty w cyfrowym świecie za pomocą niezwykle atrakcyjnych urządzeń oraz aplikacji i różnego rodzaju narzędzi edukacyjnych osadzonych w wyobrażeniach.
– To truizm, ale w procesie nauki ważne jest, żeby zawsze towarzyszyła jej zabawa. Wydaje się, że możliwości stojące obecnie przed dziećmi, zarówno związane z treściami, jak i technologiami są takie, że edukacja cyfrowa staje się bardzo atrakcyjną formą spędzania czasu – przekonuje wiceminister Piotr Woźny.
Jak wynika z badań Centrum Cyfrowego Projekt Polska, aż 97 proc. wychowawców szkolnych świetlic uważa, że nowe technologie mogą uczynić naukę ciekawszą i łatwiejszą. Jednocześnie 80 proc. z nich obawia się o bezpieczeństwo dzieci korzystających z tych technologii.
– W dzisiejszych czasach coraz więcej dzieci komunikuje się za pośrednictwem internetu przy użyciu telefonów komórkowych i smartfonów. Uważamy, że jako odpowiedzialna firma powinniśmy edukować dzieci i to właśnie robimy – wyjaśnia Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska. – Kierujemy się tymi samymi pryncypiami, co Ministerstwo Cyfryzacji. Nam również chodzi o to, by przyciągnąć dzieci do świata cyfrowych technologii, bezpiecznej strony Internetu. Chcemy wyposażyć w taką wiedzę 10 tysięcy dzieci w 350 szkołach.
Odpowiadając na te potrzeby Fundacja Orange uruchomiła nieodpłatny, ogólnopolski programu edukacyjny dla szkół podstawowych MegaMisja adresowany do nauczycieli oraz dzieci w wieku od sześciu do dziesięciu lat spędzających czas w świetlicach i uczestniczących w zajęciach pozalekcyjnych. Celem przedsięwzięcia jest podniesienie poziomu wiedzy i cyfrowych kompetencji zarówno wychowawców, jak i uczniów. 1 września br. 300 szkół w całym kraju uruchomiło tego rodzaju zajęcia, a kolejne 50 kontynuuje je po ubiegłorocznej edycji pilotażowej. Program objęło patronatem między innymi Ministerstwo Cyfryzacji.
– Bardzo uważnie śledzimy to, co robią partnerzy społeczni, organizacje pozarządowe czy fundacje takie jak Orange – zapewnia wiceminister Piotr Woźny. –Nie chcemy popełnić błędu polegającego na tym, żeby z poziomu centralnego, rządowego, definiować wszystkie możliwe zachowania, wiedzieć lepiej, jak należy coś robić. Uczymy się od organizacji pozarządowych, patrzymy na ich sukcesy.
– Wyposażamy dzieci w ważne i bardzo potrzebne kompetencje. Po lekcjach mogą się nauczyć w świetlicy szkolnej, jak mądrze korzystać z internetu. Będziemy pokazywać, jak twórczo i bezpiecznie korzystać z dostępu do sieci, wykorzystując różne formy działań, by nauka był ciekawa – podkreśla Jean-François Fallacher.
Według niedawno opublikowanego rankingu portalu HackerRang w kategorii programowania w języku Java polscy programiści znaleźli się na pierwszym miejscu. W rywalizacji wzięło udział 1,5 mln programistów z całego świata, którzy rozwiązywali różnego rodzaju zagadki programistyczne i algorytmiczne.
– Wierzymy, że jeśli dobrze alokujemy pieniądze, przeznaczając je na kształcenie młodego pokolenia, to Polska przestanie być uważana za kraj dostarczający tylko tanią siłę roboczą – twierdzi wiceminister Piotr Woźny. – Wiele tradycji lwowskiej szkoły matematycznej, osiągnięcia na różnego rodzaju olimpiadach czy chociażby ostatnie sukcesy programowania w języku Java to zjawiska udowadniające, że jeżeli stworzymy bardzo szeroki dostęp do kompetencji informatycznych i programistycznych, to korzyści dla młodego pokolenia i nas wszystkich mogą być ogromne.
Fundacja Orange, jak przypomina Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska, istnieje już dziesięć lat. Jej głównym celem jest wprowadzanie społeczeństwa w cyfrowy świat nowoczesnych technologii. To jedyna fundacja korporacyjna wśród operatorów telekomunikacyjnych. Przez ten czas nauczyła setki tysięcy dzieci i młodzieży korzystać z internetu i technologii w sposób bezpieczny i pożyteczny, zapewniła dostęp do internetu wielu bibliotekom publicznym i placówkom szkolnym, utworzyła i wspiera 75 multimedialnych Pracowni Orange w małych miejscowościach.
Lepszym scenariuszem dla Polski byłaby wygrana Hillary Clinton – przekonuje prof. dr hab. Wiesław Bokajło z Wyższej Szkoły Bankowej. Zwycięstwo kandydatki demokratów oznacza kontynuację dotychczasowej polityki i współpracę z Unią Europejską, na czym zyska również Polska. Donald Trump w Białym Domu oznacza politykę nieobliczalną. Kandydat republikanów zapowiada zacieśnienie współpracy z Rosją i dobre relacje ze światowymi potęgami. Polska to dla niego kraj peryferyjny.
– Dla Polski lepszym scenariuszem jest niewątpliwie ten, który przedstawia Hillary Clinton. To kontynuacja dotychczasowej polityki. Mamy pewność, że zaangażowanie NATO w Europie, w tym w Polsce, będzie kontynuowane. Stany Zjednoczone będą w dalszym ciągu starały się rozwiązać problem Ukrainy w oparciu o porozumienia mińskie. To także nacisk na Rosję sankcjami ekonomicznym – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Wiesław Bokajło, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.
Kandydatka Demokratów oznacza pewność partnerstwa Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską. Wartość obrotów handlowych wyniosła w 2015 roku blisko 620 mld dol., przy prawie 20 proc. wzroście europejskiego eksportu do USA. Europa pozostanie dla Stanów Zjednoczonych strategicznym partnerem, a wzmocnienie Unii oznacza pośrednio również wzmocnienie Polski.
– Korzystne dla nas jest także to, że Clinton i demokraci będą kontynuowali dotychczasową politykę wobec migracji. Abstrahując od pewnych ideologicznych uwarunkowań, jest ona korzystna ze względu na problem siły roboczej. Unia Europejska potrzebuje siły roboczej. Problem polega tylko na selekcji siły roboczej w zależności od potrzeb – zaznacza ekspert.
Problemy demograficzne w Europie to brak wykwalifikowanych pracowników. Już teraz brakuje ich w takich branżach jak IT. Problemy kadrowe dotyczą też Polski, która niemal całkowicie wchłonęła na rynek pracy 782 tys. osób z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy.
Przy zwycięstwie Donalda Trumpa trudno będzie jednoznacznie wskazać prowadzoną politykę. Z zapowiedzi kandydata republikanów wynika jednak, że jest on zwolennikiem ograniczenia finansowania NATO.
– Stany Zjednoczone muszą utrzymywać co prawda dotychczasowe zasady swojej obecności w Europie Środkowej, ale nie w sposób ofensywny. Pod przywództwem Trumpa USA będzie zainteresowane w kwestii bezpieczeństwa Europy sytuacją w Turcji i Syrii. Będzie próbowało się porozumieć z Rosją w kwestii Syrii i będzie zainteresowane wyjściem zarówno z Syrii, jak i z Iraku. To oznacza zaangażowanie wszystkich sił w wojnę z Państwem Islamskim – przekonuje prof. Bokajło.
Dotychczasowe wypowiedzi Trumpa mogą sugerować, że jest zwolennikiem zacieśniania współpracy z mocarzami ponad głowami mniejszych krajów. Jego zdaniem Stany Zjednoczone nie powinny prowadzić interwencjonistycznej polityki, tylko skupić na rozwiązaniu własnych problemów. Przykładem może być Ukraina, która zdaniem kandydata republikanów jest problemem najbliższych sąsiadów. Ukraina już wskazała Trumpa jako osobę niebezpieczną dla suwerenności kraju i agenta Kremla. Sam Trump nie ukrywa też, że jest zwolennikiem współpracy gospodarczej z Rosją.
– Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jesteśmy w centrum Europy, w centrum zainteresowania. Dla Trumpa takie małe kraje jak Polska nie istnieją, istnieją tylko potęgi. Chce mieć korzystne stosunki z Chinami, Rosją, silnymi państwami europejskimi. Stąd jego zadowolenie z referendum ws. brexitu. On popiera taką politykę – mówi wykładowca WSB we Wrocławiu.
Polityka prowadzona przez Trumpa, czyli współpraca z poszczególnymi krajami unijnymi zamiast z całą Unią, oznacza osłabienie pozycji nowych krajów Wspólnoty, w tym właśnie Polski.
– Jeżeli będzie tąpnięcie na rynku światowym, to odbije się to na Unii Europejskiej, a tym samym na Polsce. Wówczas nasze plany dotyczące rozwoju wewnętrznego ekonomicznego mogą zostać niespełnione – ocenia prof. Wiesław Bokajło.
Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych odbędą się 8 listopada. W ostatnich sondażach Donald Trump dogonił Hillary Clinton.
Rynek mocy zakłada, że klient będzie dopłacał do energii elektrycznej za to, że będzie ona dostępna. W krótkim terminie podniesie to ceny dla klientów, ale zmniejszy ryzyko, które pojawiło się w ubiegłym roku i objawiło się wprowadzeniem stopni zasilania pierwszy raz od czasów komunistycznych w Polsce. – Należy zabezpieczyć bazę mocy wytwórczych. Polski rząd stawia w tym miejscu na bloki węglowe. Logicznym jest stworzenie systemu wsparcia, który pozwoli powstać na niepewnym rynku nowych bloków. Będzie to kosztowne rozwiązanie, bo mowa o wydatkach rzędu od 3 do 5 mld zł, ale gra jest warta świeczki, gdyż mówi się o tym, że dzięki temu realnie uda nam się zaoszczędzić nawet 10 mld zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert i ekspert Instytutu Jagiellońskiego.
Przemysł obronny ma w Polsce stać się jednym z kół zamachowych gospodarki. Z punktu widzenia bezpieczeństwa i samej gospodarki istotne jest wspieranie rodzimego biznesu – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters. Oferta polskich producentów niczym nie ustępuje ofercie zagranicznych firm zbrojeniowych. PZL-Świdnik podczas targów MSPO zaprezentował śmigłowiec wielozadaniowy AW-149 oraz śmigłowiec wsparcia bojowego W-3PL Głuszec z opcją nowego uzbrojenia.
– Głuszec po raz pierwszy został uzbrojony w rakiety przeciwpancerne Spike, które znacznie zwiększają jego potencjał. Jest najgroźniejszym śmigłowcem na wyposażeniu polskiej armii, ma bowiem w rakiety o zasięgu od 8 aż do 25 km, co naprawdę czyni z niego maszynę bardzo groźną na polu walki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.
W-3PL Głuszec jest już częścią uzbrojenia sił zbrojnych (łącznie osiem maszyn). Podczas targów zademonstrowano śmigłowiec z wyrzutniami przeciwpancernych pocisków kierowanych Spike-ER o zasięgu 8 km oraz cięższych pocisków przeciwpancernych Spike-NLOS, których zasięg przekracza 25 km. Standardowe uzbrojenie obejmuje m.in. zdalnie sterowane stanowisko strzeleckie z karabinem maszynowym 12,7 mm czy podwieszone wyrzutnie niekierowanych pocisków rakietowych kalibru 57 mm.
– Śmigłowiec AW149 to w tej chwili najnowocześniejszy śmigłowiec wielozadaniowy świata. Startował w polskim przetargu (na śmigłowiec wielozadaniowy – przyp. red.). W ubiegłym roku nie uzyskał zainteresowania poprzedniego MON. Mamy nadzieję, że to się zmieni i że jest jeszcze przyszłość dla tego śmigłowca. Jest bardzo nowoczesny, a my jesteśmy otwarci na głęboka współpracę z polskim przemysłem obronnym – zaznacza Krystowski.
Śmigłowiec AW-149 można wykorzystać przy wykonywaniu różnorodnych zadań – transportowych, ewakuacji medycznej, akcji poszukiwawczo-ratowniczych (w tym bojowych) czy działań specjalnych. Maszyna może też zwalczać cele. PZL-Świdnik jako jeden z wariantów uzbrojenia przedstawił rakiety kierowane laserowo, inną opcją jest zasobnik z rakietami CIRIT. Maszyna może też przenosić zasobniki z bronią strzelecką.
Zdaniem wiceprezesa Leonardo Helicopters, istnieje szansa na to, że śmigłowce Głuszec uzbrojone w przeciwpancerne pociski kierowane SPIKE będą częścią uzbrojeni Wojska Polskiego.
– Po raz pierwszy bardzo wyraźnie mówi się o tym, że przemysł obronny jest ważną częścią gospodarki i systemu obronności państwa. Warto wzmacniać rodzimy przemysł, co opłaca się zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, bo jesteśmy bardziej niezależni, jak i z punktu widzenia rozwoju gospodarki. Wiele technologii, które powstają w przemyśle obronnym, może być także wykorzystywanych przez cywilne firmy – tłumaczy.
Wicepremier Morawiecki podkreśla, że przemysł obronny ma być częścią reindustrializacji. Proces modernizacji, który obecnie przechodzi polska armia, jest też szansą na podniesienie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Przemysł obronny wedle zapowiedzi ma się stać jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki.
– To bardzo innowacyjny przemysł, który generuje rozwiązania dla wojska, ale (…) trafiają one też do cywila. Mnóstwo rozwiązań technologicznych, które opracowywaliśmy, okazywało się, że doskonale służą cywilnym odbiorcom i kontrahentom. To jest siła tego sektora, która powinna być wykorzystywana – przekonuje Krystowski.
Polski sprzęt w niczym nie odbiega od tego oferowanego przez zagranicznych producentów. PZL-Świdnik jako część międzynarodowej grupy ma dostęp do nowych technologii opracowywanych poza granicami kraju.
– Śmigłowiec AW149 będąc teoretycznie śmigłowcem włoskim, powstał z udziałem polskich inżynierów ze Świdnika. Śmigłowiec SW-4, typowo polski wyrób, jest wspomagany przez współpracę kolegów z Włoch czy Wielkiej Brytanii. Te produkty są na najwyższym światowym poziomie – mówi wiceprezes Leonardo Helicopters.
Dla firm z przemysłu zbrojeniowego targi są szansą na zaprezentowanie nowoczesnych rozwiązań. Targi MSPO, które odbywają się w Kielcach, to największe w regionie i jedne z największych w Europie. W tym roku swoje produkty zaprezentowało ponad 600 firm z 30 krajów. To także okazja do rozmów z klientami, również przedstawicielami rządu czy armii.
Polscy turyści coraz chętniej wybierają na wakacje kierunki egzotyczne. W ubiegłym roku Dubaj odwiedziło 50 tys. Polaków, w tym roku ma ich być więcej. Wyjazdom ma sprzyjać otwarcie przedstawicielstwa zajmującego się promocją organizacji Dubai Tourism. Obecnie Polacy mają do dyspozycji tylko jedno połączenie lotnicze dziennie z tym miastem. 31 października dojdzie kolejne.
– Bardzo nas cieszy to, że Dubai Tourism wchodzi w tym roku do Polski – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Niewiadomski, prezes Polskiej Izby Turystyki (PIT). – Emirat Dubaju jest popularny w Polsce od wielu lat. Wyjazdy do tego kraju i w ogóle do Emiratów Arabskich były organizowane zarówno z wykorzystaniem samolotów czarterowych, jak i innych linii lotniczych.
Dubai’s Department of Tourism and Commerce Marketing (Dubai Tourism, DTCM) na początku września oficjalnie otworzył swoje pierwsze przedstawicielstwo w Polsce. To organizacja rządowa odpowiedzialna za promocję Dubaju jako celu wakacyjnych odwiedzin oraz światowego centrum biznesu. Oprócz tego DTCM zajmuje się wydawaniem licencji i wystawianiem ocen lokalnym touroperatorom oraz przedsiębiorstwom świadczącym usługi hotelarskie w Dubaju.
Głównym zadaniem polskiego biura, jak informują przedstawiciele tej organizacji, jest zwiększenie liczby wizyt Polaków w Dubaju. Pozostałe to m.in. rozwijanie współpracy z kluczowymi biurami turystycznymi w Polsce na największym rynku Europy Środkowej i Wschodniej oraz z mediami.
– Możliwości współpracy jest bardzo wiele – ocenia Paweł Niewiadomski. – Dla turystów indywidualnych obecność DTCM oznacza lepszy dostęp do informacji i materiałów promocyjnych. Z kolei dla organizatorów, oprócz tego rodzaju korzyści, jest to także doskonała okazja do tego, by wymieniać się wiadomościami o nowych produktach turystycznych, które Dubaj może zaoferować. To również większe możliwości kojarzenia krajowych podmiotów turystycznych z zagranicznymi odpowiednikami.
Obecnie połączenia lotnicze między Warszawą a Dubajem raz dziennie realizują linie lotnicze Emirates. Czas przelotu trwa około 6 godzin. Jak zapewniają przedstawiciele DTCM od 31 października tego roku Polska zyska kolejne połączenie z Katowic. Turystów na tej trasie dwa razy w tygodniu będzie woził węgierski, niskokosztowy przewoźnik Wizz Air.
– Od 2013 roku, kiedy linie lotnicze Emirates weszły na polski rynek z bezpośrednim rejsem, liczba turystów systematycznie rośnie – zauważa Paweł Niewiadomski. – Powróciły również rejsy czarterowe do Emiratów Arabskich. Na obecny sezon mamy dobrą informację: będą kolejne rejsy czarterowe zarówno do Ras Al-Chajma, jak i Fujairah.
Współpraca między DTCM i POT, jak zapewnia Paweł Niewiadomski, może przebiegać wielotorowo. W grę wchodzi promocja nawiązywania kontaktów między firmami, przedsiębiorcami, zarówno organizatorami turystyki, jak i agentami, którzy dzięki temu będą mieli szybszą i dokładniejszą informację o możliwościach podobnych podmiotów w Dubaju. To również możliwość organizowania wyjazdów studyjnych, podczas których polscy sprzedawcy ofert turystycznych będą mogli się zapoznać na miejscu z produktem.
– Obecność instytucji promującej dany kierunek zawsze korzystnie wpływa na ten rynek w turystyce wyjazdowej – twierdzi Paweł Niewiadomski. – Obserwujemy wtedy znaczny wzrost zainteresowania, czemu służą kampanie promocyjne organizowane przez ośrodki. Ale także ze względów praktycznych obecność przedstawiciela, z którym w każdej chwili można się spotkać czy rozwiązać problemy powstające w trakcie współpracy, jest z całą pewnością sprzyjająca.
W ubiegłym roku Dubaj odwiedziło 50 tys. turystów z Polski. W bieżącym roku liczba ta ma się zwiększyć między innymi dzięki nowym inwestycjom: uruchomieniu czterech parków tematycznych oraz opery. Otwarcie przedstawicielstwa DTCM w Polsce wpisuje się w strategię tego emiratu, zgodnie z którą w 2020 roku chciałby on ugościć 20 mln turystów z całego świata.
Większość Polaków to wymagający konsumenci, którzy są gotowi zapłacić więcej za produkty lepszej jakości – wynika z badania Shopper Study na zlecenie firmy Henkel. Coraz chętniej kupujemy takie towary, które służą dłużej i lepiej. Tylko 20 proc. stanowią klienci oszczędni, którzy kierują się podczas zakupów głównie ceną. Mamy też coraz większe wymagania wobec sklepów – co do czystości, bogactwa oferty i atmosfery panującej w sklepie.
– Polacy coraz chętniej szukają produktów wartościowych, ale z dobrą proporcją wartości do ceny. Grupa poszukiwaczy wartościowych ofert jest największa, co oznaczałoby, że powoli wychodzimy jako społeczeństwo dojrzewających konsumentów z etapu poszukiwania najtańszych, ale gorszej jakości produktów. Stać nas na trochę więcej – mówi agencji Newseria Biznes prof. Alicja Grochowska, zastępca dyrektora Instytutu Psychologii Ekonomicznej na Uniwersytecie SWPS w Warszawie.
Badanie Shopper Study przeprowadzone na zlecenie firmy Henkel pozwala wyodrębnić trzy podstawowe grupy klientów: konsumenci poszukujący wartościowych ofert, konsumenci beztroscy oraz konsumenci oszczędni. Do tej pierwszej grupy – konsumentów poszukujących wartościowych ofert – należy 52 proc. badanych. To o 6 pkt proc. więcej niż w 2010 roku.
– Ta grupa osób bardzo lubi zakupy, ceni różnorodność produktów, bogactwo asortymentu i jest gotowa zapłacić więcej za produkt, który będzie lepszej jakości, który będzie lepiej spełniał ich oczekiwania. To są ludzie, którzy lubią nowości, chętnie poszukują informacji o produktach w internecie, przeglądają ulotki, a także korzystają z gazetek promocyjnych – mówi Bartłomiej Strzałkowski, kierownik Działu Zarządzania Kategoriami i Marketingu Handlowego w Henkel Polska.
Z badania wynika, że 28 proc. respondentów to konsumenci beztroscy. Dla nich najważniejsza jest jakość towaru i komfort zakupów, a cena schodzi na dalszy plan.
– Liczy się dla nich jakość i wygoda w rozumieniu nie tylko produktu, lecz także sklepu i miejsca, w którym dokonują zakupów. Dlatego taki konsument będzie oczekiwał bardzo dobrze zaaranżowanej przestrzeni półkowej sklepu. Cena jest rzeczą drugorzędną, dlatego konsumenci beztroscy będą zwracali mniejszą uwagę na gazetki promocyjne, oferty specjalne, ale też nie będą poszukiwali informacji – tłumaczy Bartłomiej Strzałkowski.
Względy finansowe są z kolei na pierwszym miejscu u konsumentów oszczędnych. Należy do nich co piąty badany.
– Są to konsumenci, którzy przede wszystkim patrzą na cenę, którzy chcą kupić najtańszy produkt i w ich procesie podejmowania decyzji to właśnie cena, a nie jakość jest na pierwszym miejscu. Patrzą na oferty promocyjne, wertują gazetki, szukają informacji właśnie po to, by kupić produkt jak najtaniej, już na etapie planowania samych zakupów – wyjaśnia Bartłomiej Strzałkowski.
Badanie Shopper Study pokazuje, że dla 80 proc. Polaków kluczowym czynnikiem podczas podejmowania decyzji o zakupie jest jakość produktu. Jednocześnie już 66 proc. deklaruje, że chętnie zapłaci więcej, jeśli produkt oferuje lepszą jakość lub działanie. Dla 63% ważna jest szeroka gama produktów do wyboru, a na nowe produkty na półce zwraca uwagę 61 proc. konsumentów.
– W tym badaniu zaskoczeniem dla mnie było zestawienie tego, z jakich sklepów najczęściej korzystają konsumenci, z tym, jakie mają oczekiwania wobec tych sklepów. Oczekiwania wobec sklepów to czystość, przejrzysta aranżacja półek, duży wybór produktów, również produktów premium – mówi prof. Alicja Grochowska.
Polacy robią zakupy często i najczęściej w sposób tradycyjny, ale systematycznie przybywa również klientów sklepów internetowych.
– Należałoby się zastanowić, co zrobić, żeby przekonać większą liczbę konsumentów do kupowania przez internet, zwłaszcza dóbr szybko zbywalnych. Główną przeszkodą w przypadku konsumentów jest to, że nie mogą doświadczyć zmysłowo produktów. Ale jak się okazuje, są na to sposoby. Można tak przedstawić w internecie ofertę, oddziałując na zmysły, że kupujący niemalże będą czuli zapach czy odczuwali konsystencję danego produktu – dodaje prof. Alicja Grochowska.
Firma Henkel realizuje badanie Shopper Study także w innych krajach, w sumie na 20 europejskich rynkach.
Krajowy rynek przyczep i naczep rozwija się bardzo dynamicznie, w ubiegłym miesiącu w ujęciu rocznym zwiększył się o jedną czwartą. Klienci oczekują jednak coraz bardziej dostosowanych do unikalnych wymagań produktów. Według Mariusza Golca, prezesa spółki Wielton, jednej z trzech największych w Europie, na tym przede wszystkim powinna polegać innowacyjność tej branży.
– Nasi klienci chcą na pewno przewozić więcej i szybciej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Golec, prezes zarządu produkującego przyczepy i naczepy przedsiębiorstwa Wielton. – Produkt powinien być więc lżejszy, bardziej funkcjonalny, lepiej dopasowany do potrzeb nabywców. Współpracujemy z nimi bardzo blisko, żeby poznawać ich oczekiwania i produkować dokładnie takie produkty, jakich potrzebują. To klient definiuje, co chce wozić i w jakich warunkach. My przygotowujemy produkt na miarę.
Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w sierpniu br. zarejestrowano w sumie 6 064 przyczepy i naczepy wszystkich rodzajów, podobnie jak w poprzednich latach mniej niż w ubiegłym miesiącu (spadek wyniósł 8,8 proc.). W ujęciu rocznym jednak po dwóch spokojniejszych miesiącach sprzedaż zdecydowanie przyspieszyła i wzrost w całej grupie wyniósł 25,3 proc. Najbardziej dynamicznie rosło zapotrzebowanie na przyczepy ciężarowe (sprzedano 1522 sztuk, o 42,7 proc. więcej), następne miejsce zajęły wyroby tzw. lekkie (3544, o 26,8 proc. więcej niż przed rokiem). Nadal natomiast kurczył się rynek produktów rolniczych.
– Wielton jest w grupie trzech największych firm w Europie, każda ma swoją politykę – zauważa Mariusz Golec. – My chcemy przede wszystkim być blisko klienta, wspólnie z nim przygotowywać produkt, pod jego potrzeby i o żądanych parametrach. Na tym przede wszystkim ma polegać nasza innowacyjność. Oczywiście będziemy także mieć do czynienia z nowościami produktowymi, związanymi z funkcjonalnością. Ale z naszego punktu widzenia najważniejsza jest bliskość i wsłuchanie się w potrzeby klienta, tak aby nie być daleko jego potrzeb i żeby rynek nam gdzieś nie odpłynął.
W połowie ubiegłego roku przedsiębiorstwo kupiło 65,3 proc. akcji francuskiej spółki Fruehauf Expansion za 9,5 mln euro z opcją zakupu pozostałych udziałów. W sierpniu 2015 roku przedsiębiorstwo przejęło natomiast wybrane aktywa włoskiej spółki Compania Italiana Rimorchi, w tym wiodące na tamtejszym rynku marki Merker, Viberti i Cardi, maszyny i urządzenia, bazy klientów oraz know-how poszczególnych produktów. W rezultacie tych transakcji Wielton w perspektywie dwóch lat ma podwoić swoje moce produkcyjne.
– Na pewno czeka nas integracja spółek w grupie, bo w ubiegłym roku mieliśmy przejęcia, i sporo pracy jeszcze musimy włożyć, żeby nowe spółki przynosiły zadowalające efekty – zapowiada Mariusz Golec. – Dzisiaj są one bardzo fajne, z przeprowadzonych operacji jesteśmy zadowoleni, ale w tej chwili centralizujemy wszystkie procesy. Musimy także myśleć o nowych produktach i ich wdrażaniu w naszych zagranicznych przedsiębiorstwach. Fruehauf działa na przykład na ograniczonej liczbie wyrobów, a my mamy mamy zdecydowanie szersze portfolio. Chcemy w przyszłości Fruehaufa nim wzmocnić, żeby mógł skutecznie konkurować na skomplikowanym rynku francuskim.
W dłuższym okresie, jak zapewnia prezes Mariusz Golec, przedsiębiorstwo będzie poszukiwać nowych rynków zbytu i projektować nowe produkty dopasowane do tamtejszych, lokalnych wymagań.
– A to jest już duże wyzwanie – ocenia prezes Mariusz Golec. – Obecnie najważniejsze jest jednak zbudowanie jeszcze silniejszej organizacji. Uważamy, że miejsce numer trzy wcale nie uprawnia nas do tego, byśmy nie musieli myśleć o przyszłości, o tym, jak wzmocnić naszą grupę.
W pierwszym półroczu tego roku Grupa Wielton osiągnęła rekordowe przychody ze sprzedaży w wysokości 552 mln zł, o 73 proc. wyższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Skonsolidowany wynik EBITDA w tym okresie wyniósł 56,2 mln zł wobec 35,6 mln zł rok wcześniej (wzrost o 58 proc.). Zysk netto jednostki dominującej w ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. ukształtował się natomiast na poziomie 32 mln zł, o 38 proc. wyższym niż przed rokiem.
Brak dostępu do danych, które pomagają prawidłowo identyfikować oraz przewidywać kwestie związane z delegowaniem pracowników oraz ich mobilnością deklaruje ponad połowa (52%) zatrudnionych. Jeszcze więcej z nich (58%) deklaruje z kolei, że lokalne i międzynarodowe regulacje są jednym z największych wyzwań związanych z delegowaniem i mobilnością. Takie wnioski płyną z raportu firmy doradczej EY „2015–16 Global Mobility Effectiveness Survey”. Tymczasem już 18 września zaczną obowiązywać w Polsce nowe zasady delegowania pracowników za granicę i przyjmowania ich w naszym kraju. To efekt wejścia w życie Ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług.
Delegowanie pracowników wiąże się z koniecznością prawidłowego planowania i realizacji tego procesu. Dla firm delegujących swe kadry ważne jest wieloaspektowe działania na polu ubezpieczeń społecznych, prawa podatkowego przepisów imigracyjnych czy raportowania. O tym jak trudne i wymagające jest to zadanie świadczy fakt, że ponad połowa badanych przez EY firm uważa, że spełnienie wszystkich obowiązków wynikających z delegowania pracownika jest dla nich dużym wyzwaniem w codziennym funkcjonowaniu.
– Delegowanie pracowników od zawsze było sporym wyzwaniem dla firm. Jest to efekt poziomu skomplikowania przepisów prawnych, jak i elementów organizacyjnych związanych z koordynacją działań zarówno po stronie spółki wysyłającej, jak i tej przyjmującej. Kluczowym jest zatem zapewnienie właściwego przepływu informacji i planowanie delegowania z wyprzedzeniem, tak aby zapobiec najczęściej popełnianym błędom – tłumaczy dr Karol Raźniewski, Dyrektor w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.
Powszechnie wskazywanym problemem jest często zmieniające się prawo, bądź z drugiej strony nieaktualne prawodawstwo, które nie odzwierciedla dynamicznej sytuacji na rynku pracy. Przykładowo, nowa Ustawa o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług, która weszła w życie 18 czerwca i zacznie obowiązywać 18 września, po trzymiesięcznych vacatio legis, wprowadza do polskiego porządku prawnego szereg zmian oraz nowych obowiązków dla firm, które wysyłają pracowników za granicę. Nowelizacja ustawy jest efektem implementacji Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE. Krajowe przepisy dot. delegowania pracowników musiały zostać zmienione oraz dostosowane do unijnego prawa. Ustawa uszczegółowiła zasady delegowania pracowników oraz ustaliła jednolite elementy, które na unijnym szczeblu ułatwiają wspólną interpretację przepisów oraz zapobiegają nadużywania i obchodzenia obowiązujących przepisów.
– Nowe przepisy nakładają na firmy nowe obowiązki, jednak ich spełnienie nie musi dla nich stanowić dla nich dużego obciążenia administracyjnego. Ustanowienie odpowiedniego procesu, gromadzenia, przechowywania i przekazywania informacji pozwoli nie tylko wywiązać się z tych obowiązków, ale także uporządkować kwestie oddelegowań w firmie – mówi dr Karol Raźniewski.
Kwestie związane z zapewnieniem bezpieczeństwa prawnego i prawidłowego stosowania obowiązujących regulacji są kluczowymi zagadnieniami dla respondentów badania EY. 58% ankietowanych uznało to bowiem za największe wyzwanie. Natomiast blisko 75% badanych przedstawicieli firm przyznało, że musi zwrócić większą uwagę na kwestie prawidłowego spełnienia ciążących na nich obowiązków. Odpowiednie dostosowanie się do wymagań, jest tym bardziej istotne w Polsce, ponieważ do 18 września firmy, które delegują pracowników za granicę, muszą dostosować swoje procedury do nowych obowiązków nałożonych przez ustawę. Przepisy nakładają na pracodawców nowe obowiązki w postaci:
– ustanowienia osoby przeznaczonej do kontaktów z właściwymi organami państwa przyjmującego pracownika,
– składania oświadczenia właściwemu organowi, które to umożliwi przeprowadzenie kontroli sytuacji faktycznej.
Ponadto, przedsiębiorcy, którzy delegują pracowników muszą wprowadzić do swojego biznesu mechanizmy, które umożliwią właściwym organom badać czy firma, która deleguje pracownika, rzeczywiście prowadzi znaczącą działalność w państwie siedziby oraz czy delegowanie ma charakter tymczasowy. W przypadku niespełnienie wymogów ustawy, ustawodawca dopuścił możliwość ukarania przedsiębiorstwa grzywną finansową w przedziale od 1 tys. do nawet 30 tys. złotych.
Posiadanie polityki mobilności oraz jej odpowiednie stosowanie pomaga prawidłowo wywiązywać się z nałożonych przez ustawodawcę obowiązków. Jest to również szansa na lepsze analizowanie i planowanie działań. Aż 72% respondentów badania przyznało, że nie śledzi powodzenia podejmowanych działań międzynarodowych. Tymczasem dynamicznie zmieniające się środowisko prawne wymaga od firm ciągłej analizy ryzyka, które związane jest z mobilnością pracowników. Przykładem może być Projekt BEPS (Base Erosion and Profit Shifting). Jego celem jest reforma przepisów podatkowych i zmiana zasad opodatkowania. Ta inicjatywa nie pozostanie bez znaczenia również dla firm delegujących pracowników. Już teraz muszą być przygotowane na zmiany oraz dodatkowe wymagania, które będą wynikały z tej inicjatywy.
Tzw. BEPS jest dodatkowym wyzwaniem dla wielu podmiotów, które prowadzą międzynarodową działalność, a w konsekwencji delegują pracowników. Umowy dotyczące usług wykonywanych przez te osoby w różnych krajach, czy zakres i sposób działania osób, które wykonują regionalne funkcje, powinien być w tym kontekście przeanalizowany przez działy HR, finansowy oraz prawny. Tylko wspólne podejście pozwoli na zminimalizowanie ryzyk związanych z tym obszarem, przy zachowaniu celu dla którego dana organizacja oddelegowała pracownika czy powierzyła mu międzynarodowe obowiązki – mówi Michał Grzybowski, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, lider Zespołu People Advisory Servies na Polskę oraz Europę Środkowo-Południową.
Respondenci badania EY podkreślili również potrzebę stworzenia odpowiednio wykwalifikowanych zespołów zajmujących się mobilnością pracowników w firmach. W połączeniu z wprowadzeniem korporacyjnej polityki mobilności, odpowiednim wykorzystaniem i analizowaniem danych, pozwoli to w pełni wykorzystać potencjał pracowników oraz zapewnić bezpieczeństwo firmy i jej rozwój.
– Proces zarzadzania delegowaniem pracowników można postrzegać jako sztukę użytkową. Zawiera bowiem element czysto twórczy, czyli strategię firmy dotyczącą ekspansji zagranicznej czy przejmowania biznesu poza krajem macierzystym firmy i wizję realizacji tej strategii w aspekcie ludzkim. Za przygotowanie tej części odpowiada zwykle zarząd bądź rada nadzorcza – powiedział Michał Grzybowski, Partner EY w Dziale Doradztwa Podatkowego, otwierając konferencję „Sztuka przekraczania granic – przyjmowanie i wysyłanie pracowników w świetle nowych przepisów”. Wydarzenie zostało zorganizowane 14 września wspólnie z wspólnie z Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych. – Z drugiej strony, za strategią musi iść coś, co definiuję jako twórcze rzemiosło. To konkretne polityka firmy, procedury, wszystkie rozwiązania, zgodne z obowiązującymi przepisami, które muszą się pojawić, gdy przedsiębiorstwo decyduje się delegować pracowników poza granice macierzystego kraju – dodał ekspert EY.
– Z naszego doświadczenia widzimy, że delegowanie pracowników zagranicznych do Polski jest uzależnione od cyklu życia inwestycji. Zwłaszcza na początku, jest ktoś, kto odpowiada za uruchomienie projektu. Jednak obecnie widzimy, że coraz częściej nowymi inwestycjami od momentu zero zarządzają Polacy. W inwestycji zagranicznej chodzi bowiem o to, aby generować miejsca pracy w kraju docelowym – powiedział na konferencji Marek Szostak, Zastępca Dyrektora Departamentu Inwestycji Zagranicznych PAIIZ.
O badaniu
Badanie EY „2015–16 Global Mobility Effectiveness Survey” zostało przeprowadzone między lipcem na sierpniem 2015 r. Wzięło w nim udział ponad 200 respondentów z 35 krajów, z czego połowa pochodziła z Europy. Badani reprezentowali 13 sektorów i branż.
25 lat więzienia dla tych, którzy wyłudzą VAT na więcej niż 5 mln zł, przewiduje przyjęta przez rząd nowelizacja kodeksu karnego. W przepisach brakuje zdefiniowania okoliczności i przesłanek nałożenia kary, a także powiązania jej wysokości z wielkością uszczuplenia podatkowego oraz stopniem przyczynienia się do powstania uszczuplenia. Kary mogą dotknąć także przedsiębiorców, którzy nie działają w celu wyłudzenia podatku – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.
Zdaniem Przemysława Pruszyńskiego, doradcy podatkowego, sekretarza Rady Podatkowej, nowe przepisy dotyczące surowego karania za oszustwa w VAT mogą objąć swoim zakresem również zwykłe błędy lub spory podatników z organami podatkowymi, np. co do wysokości stawki podatku.
Przykładem może być niedawno zakończony spór o ubezpieczenia w branży leasingowej – stosowanie zwolnienia zamiast 23% stawki podatku. W kontekście projektowanych przepisów mogłoby to oznaczać ryzyko minimum 5 lat więzienia jeśli podatnik kontynuował korzystanie ze zwolnienia do czasu wyjaśnienia interpretacji. Percepcja aparatu skarbowego byłaby jasna – podatnik podawał nieprawdę w fakturze, ponieważ w sposób świadomy wskazywał na zwolnienie (działanie umyślne).
– Warto zwrócić uwagę, że kwota 5 mln zł jest wielka w kontekście oszustw i wyłudzeń, jednak w przypadku dużych podmiotów gospodarczych, których obroty liczone są w miliardach złotych stanowi wartość realnie dokonywanych transakcji – dodaje Pruszyński.
Zastrzeżenie budzi także przyjęcie przepisu, że osobą odpowiedzialną będzie osoba wystawiająca fakturę. Z doświadczenia wiadomo, że taka osoba wykonuje najczęściej proces stricte techniczny nie mając całego obrazu transakcji. W przypadku osób prawnych istnieje odrębność podmiotowa między podatnikiem (osobą prawną), a osobą podlegającą karze. Może zatem zaistnieć sytuacja, w której osoba wystawiająca fakturę lub otrzymująca (dokonująca czynności związanych z rozliczeniem faktury) nie ma wiedzy o oszustwie, lub też której rola nie ma związku z „nieprawdą”, a zgodnie z projektowanym przepisem będzie podlegała karze, której wysokość będzie zależała tylko i wyłącznie od wartości towarów i usług, a więc zupełnie bez związku z wysokością uszczuplenia i stopniem w jakim ta osoba przyczyniła się do podania nieprawdy.
Projekt zmian w Kodeksie spółek handlowych, przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, niepotrzebnie zaostrza wymogi dotyczące założenia spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – uważa Konfederacja Lewiatan.
Powodem ich zaostrzenia ma być bezpieczeństwo obrotu. Zgodnie z proponowanymi przepisami do założenia spółki z o.o. nie wystarczy zwykły podpis elektroniczny. Teraz ma być wymagany podpis kwalifikowany lub skorzystanie z platformy ePUAP. Dotychczas aż ok. 80% spółek z o.o. zarejestrowanych przy pomocy portalu S24, korzystało ze zwykłego podpisu elektronicznego.
– Przy rozwiązaniu zaproponowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości liczba wniosków dotyczących rejestracji spółek z o.o. przez Internet spadnie i będą one składane w trybie „tradycyjnym”, co doprowadzi do znacznego wydłużenia procesu rejestracji, który już dzisiaj jest długi i wynosi od 4 do 6 tygodni. Tym bardziej, że w dalszym ciągu platforma ePUAP wymaga dopracowania – mówi Adrian Karkoszka, ekspert departamentu prawnego Konfederacji.
W sytuacji praktycznie śladowej liczby nadużyć (uzasadnienie ustawy stanowi o 40 przypadkach nadużyć w ciągu ponad 4 lat działania platformy s24) „przyjazny” sposób rejestracji sp. z o.o., oparty na zwykłym podpisie elektronicznym, nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa obrotu.
Dlatego w pierwszej kolejności prowadzone powinny być prace nad usprawnieniem platformy ePUAP oraz skróceniem okresu oczekiwania na rejestrację podmiotów w KRS.
Nowe przepisy doprowadzą do zmniejszenia liczby spraw rozpoznawanych w trybie „internetowym” i tym samym do utrudnienia rejestracji spółek z o.o. w ten sposób oraz większego obłożenia sądów rejestrowych.
Akcje jednego z największych producentów aluminium na świecie, Alcoa notowane są na poziomie z 2009 oraz 2013 roku. Notowania spółki nie podniosły się do tej pory, po bardzo mocnym tąpnięciu, z jakim mieliśmy do czynienia w 2007 roku. Tak niską cenę akcji zawdzięczamy notowaniom aluminium, które od 2011 roku znajdują się w trendzie spadkowym.
Niskie ceny aluminium mają wyniszczający wpływ na sytuację finansową spółki. Wyniki za II kwartał 2016 roku pobiły prognozę, jednak zysk na akcję wynosi jedynie 0.05 USD. Przychód w porównaniu z tym samym kwartałem poprzedniego roku spadł o 11%. Jednakże przyszłość Alcoa jest bardziej optymistyczna niż mogłoby się wydawać, ponieważ po pięcioletniej bessie na rynku surowców analitycy przewidują spore odbicie.
Na wykresie miesięcznym notowania spółki na początku 2016 roku odbiły się od bardzo mocnej strefy popytu 5.00-7.30. Obecnie przerwanie wspomnianego długoterminowego wsparcia wydaje się mało prawdopodobne, dlatego też bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja ostatniego odbicia. Akcje spółki spółki mogą po raz kolejny odwiedzić poziomy z 2011 oraz 2014 roku w okolicach 17 – 18 USD.
Japoński jen traci do głównych walut po tym jak Bank Japonii opublikował raport, w którym sugeruje dalsze kroki luzowania pieniężnego, w tym obniżkę stóp procentowych. Japońskie stopy procentowe znajdują się już na negatywnym terytorium i wynoszą obecnie -0,1 proc. Dalsze cięcie byłoby decyzją kontrowersyjną, ale może konieczną, gdyż dalsze poszerzanie programu skupu aktywów może się odbyć negatywnie na instytucjach finansowych. Para USDJPY zyskuje obecnie około 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 102,70, natomiast rano handlowała już powyżej poziomu 103 jenów. Para EURJPY zyskuje około 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 115,30 jenów, po nieudanej próbie przebicia poziomu 116 jenów. Para GBPJPY zyskuje około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 135,60.
Dolar i złoto handlują dość stabilnie, próbując wybrać kierunek handlu przed przyszłotygodniowym posiedzeniem Fed-u. Ze względu na obowiązujący od wczoraj zakaz wypowiedzi członków Fed-u na temat polityki pieniężnej analitycy będą oczekiwać na jutrzejsze dane odnośnie sprzedaży detalicznej i piątkowe na temat poziomu inflacji CPI. Szczególnie rynek będzie wyczulony na ewentualny wyższy odczyt wskaźnika inflacji jako argumentu dla członków Fed-u za podwyżką stóp procentowych. Kontrakty na stopę procentową nie wierzą w taki scenariusz, dając jedynie 15 proc. szansy na podwyżkę już na wrześniowym posiedzeniu FOMC. Para EURUSD handluje dziś stabilnie w pobliżu poziomu 1,1230 a para GBPUSD handluje stabilnie w pobliżu poziomu 1,3200. Złoto natomiast zyskuje minimalnie handlując powyżej poziomu 1322 dolarów za uncję.
Ropa naftowa odrabia dziś nieznacznie wczorajszą, mocną przecenę, po tym jak ogłoszony po wczorajszym zamknięciu rynku raport American Petroleum Institute wskazał na wzrost zapasów o 1,4 mln baryłek, co było poniżej rynkowych oczekiwań. Dziś poznamy oficjalne dane na temat zapasów Amerykańskiej Agencji Energii (EIA) – spodziewany jest wzrost zapasów o 3,8 mln baryłek. Przypomnijmy, iż tydzień temu zapasy spadły aż o 14,5 mln baryłek, najwięcej od 17 lat. Było to natomiast zjawisko przejściowe, gdyż do tak dużego spadku przyczynił się huragan Hermine, szalejący w Zatoce Meksykańskiej. To spowodowało, iż nie dopłynęła na czas większość tankowców z Zatoki Perskiej i rafinerie musiały skorzystać z zapasów surowca. Dlatego w tym tygodniu zapasy ropy mogą wzrosnąć dość mocno ze względu na akumulację zaległych dostaw surowca. Ropa naftowa WTI drożeje obecnie około 0,5 proc. handlując powyżej poziomu 45 dolarów za baryłkę. Ropa Brent drożeje około 0,3 proc. i handluje w okolicy poziomu 47,30 dolarów za baryłkę. Waluty surowcowe, takie jak dolar kanadyjski czy dolar australijski, handlują blisko wczorajszych minimów wywołanych przeceną na rynku ropy naftowej. Kurs pary AUDUSD oscyluje blisko poziomu 0,7470 a kurs pary USDCAD oscyluje blisko poziomu 1,3170.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
Youtube ma 65% zasięgu wśród użytkowników Androida. 49% oglądających wideo na smartphone’ach ogląda teledyski. 38% osób oglądających wideo na tabletach ogląda na nich teledyski i filmy. W Polsce wyróżniają się dwie kluczowe kategorie użytkowników wideo na urządzeniach mobilnych. W IRCenter opisujemy korzystanie z wideo na urządzeniach mobilnych – w oparciu o projekt Multiscreening 2016 i dane behawioralne Mobigate.
Jak oglądamy wideo na urządzeniach mobilnych?
Ponad połowa – 54% – internautów ogląda treści wideo na urządzeniach mobilnych. Robimy to znaczenie częściej na smartphone’ach niż na tabletach, co jest efektem niższej penetracji tabletów wśród polskich internautów. Smartphone’y towarzyszą nam znacznie częściej niż tablety – wśród osób oglądających wideo na urządzeniach mobilnych znacznie więcej jest heavy-userów na smartphone’ach, niż na tabletach.
Oglądanie wideo wśród internautów, n=1457, ogół internautów
Wg danych Mobigate dla systemu Android z sierpnia 2016 aplikacją mobilną o największym zasięgu jest Youtube (65%), przewyższającym tylko Facebooka (51%), na którym też można oglądać wideo. To sporo. Warto zwrócić jednak uwagę na średni czas korzystania z tych aplikacji – 13min – Youtube i 10min – Facebook, czyli – teledyski i wiadomości można obejrzeć, z filmami – raczej fragmenty (np. w drodze do pracy lub szkoły).
Top aplikacje mobilne, na których można oglądać wideo,
dane – Mobigate, sierpień 2016
Wg Gemiusa – w sierpniu 2016 strona mobilna Youtube miała zasięg 20%. Co ciekawe w rankingu top 20 domen na platformach mobilnych Gemiusa oprócz Youtube nie ma ani jednej strony poświęconej bezpośrednio wideo. Czyli to wideo – jeśli nie na aplikacjach i na Youtube, to najczęściej jest oglądane na Facebooku i Onecie (najczęściej oglądanych stronach WWW).
Jakie wideo oglądamy na urządzeniach mobilnych?
Na urządzeniach mobilnych najczęściej ogląda się teledyski – na smartphone’ach – 49% użytkowników wideo i na tabletach – 38% użytkowników wideo. Drugim najczęściej wybieranym rodzajem contentu wideo są programy informacyjne (38% wśród użytkowników obu rodzajów urządzeń). Jedna trzecia użytkowników wideo na mobile ogląda na tych urządzeniach filmy.
Preferowane treści wideo na różnych urządzeniach
Procentowanie do ogółu internautów, n=1457, wartości zaokrąglone do pełnych procentów.
Telewizor
Komputer/laptop
Tablet
Smartphone
Teledyski / programy muzyczne
0.36
0.43
0.38
0.49
Wiadomości
0.73
0.37
0.32
0.38
Filmy
0.82
0.6
0.38
0.3
Seriale
0.66
0.4
0.29
0.19
Programy dokumentalne
0.31
0.16
0.08
0.13
Relacje sportowe
0.47
0.22
0.14
0.11
Programy kulinarne
0.35
0.12
0.1
0.07
Teleturnieje
0.3
0.03
0.03
0.05
Reality Show
0.17
0.05
0.04
0.04
Programy talentshow z gośćmi
0.09
0.04
0.05
0.03
Telewizja śniadaniowa
0.23
0.03
0.03
0.02
Jeśli się przyjrzeć rodzajom wybieranego contentu wideo na różnych urządzeniach, widać, że treści oglądane na telewizorach i komputerach PC nie mają wiele wspólnego z wyborem treści na urządzeniach mobilnych. Wśród użytkowników wideo na urządzeniach mobilnych można wyróżnić 3 kategorie użytkowników:
osoby oglądające na smartphone’ach głównie teledyski i wiadomości, nie stroniący od oglądania relacji sportowych – wiodąca kategoria użytkowników wideo na urządzeniach mobilnych,
osoby oglądające wiadomości na tabletach – nieco starsze i zamożniejsze osoby,
osoby oglądające filmy na smartphone’ach – najmłodsza, nieliczna grupa użytkowników.
Najczęściej współoglądane kategorie programów tv/wideo na różnych urządzeniach
Kategoryzacja użytkowników
Punkty prezentują rodzaje treści oglądane na różnych urządzeniach. Linie prezentują współkorzystanie przez te same osoby z różnych rodzajów treści na różnych urządzeniach. Grubość i odległość linii prezentuje częstotliwość współoglądania treści. Z grafu usunięto linie, dla których było niej niż 100 badanych osób. Kliknij na obrazek, żeby powiększyć.
Kiedy oglądamy wideo na urządzeniach mobilnych?
Trzy czwarte (77%) użytkowników wideo na mobile najczęściej ogląda te treści w domu. W tym sensie tablet i smarthone to „małe ekrany do puszczania muzyki i oglądania wiadomości”. Oprócz sytuacji domowych wideo na urządzeniach mobilnych jest najczęściej oglądane w trakcie wyjazdów i wakacji – to zarówno sposób spędzania wolnego czasu w pociągu/autobusie, jak i „mały telewizorek” zabierany na wyjazd. W trakcie typowego dnia, poza domem, wideo na urządzeniach mobilnych jest najczęściej oglądane w komunikacji miejskiej (29% użytkowników wideo na mobile) i w szkole/miejscu pracy (27%), czyli jedna trzecia osób w tej kategorii.
Kto ogląda wideo na urządzeniach mobilnych?
Wideo na urządzeniach mobilnych oglądają głównie osoby młodsze, co jest oczywiste. Warto zwrócić uwagę jednak na to, że kobiety sięgają po video na mobile w młodszym wieku niż panowie.
Wiek użytkowników wideo na urządzeniach mobilnych
I co to wszystko znaczy?
Zasięgi na wideo to przede wszystkim domena Youtube i Facebooka. Na pewno warto przemyśleć targetowanie reklam na czas: dojazdu do/z pracy/szkoły i godziny wieczorne – swoją drogą i Google i Facebook umożliwiają targetowanie po geolokalizacji:) Wyraźnie widać, że mamy doczynienia z dwoma kategoriami użytkowników – 1. „smartphone’owcami”, którzy nie mają tabletów, a na telefonach oglądają to, co mogą, czyli teledyski i wiadomości i – coraz częściej – relacje sportowe (jak i nie uwzględnione w wynikach – treści wirusowe), 2. użytkownikami serwisów informacyjnych na tabletach, którzy również bardzo często oglądają dzienniki na telewizorach.
Warto mieć w tyle głowy kilka faktów: „smartphone’owcy” – ta pierwsza kategoria – to właśnie wschodzące pokolenie (w zależności od tego, kto jak definiuje – Z, Millenialsi itp.). Nadchodząca fala wyżu to dopiero 6-latki, dlatego marki myślące długofalowo rzeczywiście muszą orientować się na aplikacje dla najmłodszych i jak najszybciej zrozumieć Snapchata. Użytkownicy dzienników na tabletach – druga kategoria – to osoby ciekawe świata, nieco bardziej zamożne i biegłe w nowych technologiach.
Dane pochodzą z syndykatowego projektu IRCenter Multiscreening 2016 (badanie CAWI realizowane na reprezentatywnej próbie n=1457 internautów, wakacje 2016), dane Gemius i Mobigate za sierpień 2016.
W dzisiejszym świecie finansów nie są już najważniejsze finanse spółek czy też rozwój gospodarczy. Liczy się jedynie polityka monetarna banków centralnych! Podczas przemówień ważnych osobistości jak Janet Yellen rynek reaguje na każde jej słowo o możliwym zacieśnianiu polityki monetarnej bardzo nerwowo. W przypadku innych bankierów centralnych sytuacja wygląda ponownie. Zatem warto wiedzieć o nadchodzących wydarzeniach oraz o tym, co poszczególne banki centralne mogą zrobić.
Bank Anglii
Rynek z 96 procentowym prawdopodobieństwem zakłada utrzymanie głównej stopy procentowej na niezmienionym poziomie. Konsensus ekonomistów również zakłada, że stopy zostaną utrzymane na niezmienionym poziomie. Według ankietowanych cel dla programu skupu aktywów pozostanie również na niezmienionym poziomie, który w chwili obecnej wynosi 435 mld funtów.
Jeżeli doszłoby do ewentualnego zaskoczenia, czyli obniżki kosztu pieniądza, czy też zwiększenie celu skupu aktywów, to doprowadziłoby to do szybkiej deprecjacji funta szterlinga na szerokim rynku oraz wzrostu notowań na głównych indeksach światowych.
Bank Szwajcarii
Ze względu na odroczone działania Europejskiego Banku Centralnego konsensus ekonomistów zakłada pozostawienie głównej stopy na dotychczasowym poziomie -0.75 proc. Bynajmniej w przypadku SNB należy zaznaczyć, że w dalszym ciągu dąży do obniżenia kursu franka szwajcarskiego. W tym celu dokonuje nadmiernej emisji pieniądza. Za nowy wykreowany pieniądz skupuje zagraniczne waluty, a także akcje na giełdzie.
Stany Zjednoczone
Od początku roku ekonomiście oraz inwestorzy debatują na ten temat. Podwyższą czy nie podwyższą? Tak naprawdę nikt nie zna oblicza dzisiejszej Rezerwy Federalnej. Na początku stycznia bieżącego roku Janet Yellen mówiła o 4 podwyżkach w tym roku, w marcu – trzy miesiące później – o 2 podwyżkach. A teraz? Inwestorzy rozmyślają o jednej.
Według kontraktów terminowych podwyżki na wrześniowym posiedzeniu nie będzie. Inwestorzy z 78% prawdopodobieństwem wyceniają taki scenariusz. Ewentualnej zmiany polityki monetarnej należy spodziewać się dopiero na grudniowym posiedzeniu.
Rezerwa Federalna co drugie spotkanie prezentuje swoje projekcje makroekonomiczne. Najbardziej interesują wszystkich fedo-kropki, czyli krzywa kształtowania się przyszłych stóp procentowych. Natomiast na poniższym wykresie przedstawiono medianę historyczną członków FOMC. Proszę zauważyć, że projekcje sporządzane przez Rezerwę Federalną co każde dwa spotkania były coraz mniej jastrzębie.
Dodatkowo kolejnym argumentem, który może odwodzić władze monetarne przed podwyższeniem stóp procentowych jest wzrost gospodarczy. Prognoza dla 2016 roku była już wielokrotnie obniżana i nie wiadomo czy na tym się skończy.
Nowa Zelandia
Decyzja banku Nowej Zelandii o koszcie pieniądza zostanie opublikowana 22 września, czyli w ten sam dzień, co decyzja Rezerwy Federalnej. Na chwile obecną rynek zakłada z 87% prawdopodobieństwem pozostawienie głównej stopy procentowej na niezmienionym poziomie. Z tym, że czym dalej, tym inwestorzy oczekują dalszego luzowania polityki monetarnej. Na przeszkodzie może stać bańka na rynku nieruchomości, która w każdym czasie może doprowadzić do mocnej recesji w Nowej Zelandii.
Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.
Obserwując rynki akcji w Stanach Zjednoczonych od razu nasuwa się jeden wniosek. Drożej już nie może być? Hossa na amerykańskich rynkach akcji trwa od siedmiu lat, według niektórych źródeł z dłuższym rynkiem byka mieliśmy tylko do czynienia w końcówce lat 80., a zakończonym na początku milenium. Ponadto prognozowany wskaźnik C/Z (cena do zysku) dla indeksu S&P 500 wynosi 17 i jest powyżej dziesięcioletniej średniej.
Jednak jak pokazuje historia, nigdy nie jest tak drogo, żeby nie mogło być drożej. Zatem przyjrzyjmy się nieco bliżej spółkom z indeksu S&P 500. Od pięciu kwartałów z rzędu spadają zyski spółek. Prognozy szacują, że w III kwartale ponownie zyski spadną, tym razem o 2%. Jeżeli predykcje sprawdziłyby się, to pierwszy raz w historii zdarzyłoby się, że średni zysk spółek wchodzących w skład indeksu S&P 500 spada od sześciu kwartałów z rzędu. Nietrudno wskazać największego winowajcę. Jest nim oczywiście sektor energetyczny, którego zyski mają spaść o około 65% rod do roku. Gdyby wykluczyć ten sektor z indeksu S&P 500 zyski wzrosłyby w III kwartale br. o 1,2%, zamiast przewidywanego spadku w wysokości 2%.
Wykres indeksu S&P 500 vs. zysk na akcję (EPS) spółek wchodzących w skład indeksu
Źródło: Bloomberg
Co na to indeks 500 największych spółek na nowojorskiej giełdzie? Zupełnie nic, w końcu wciąż mamy bardzo niskie stopy procentowe za oceanem, a Rezerwa Federalna do tej pory wycofywała się z kolejnych podwyżek. Jednak retoryka banku centralnego Stanów Zjednoczonych zaostrza się. Janet Yellen na sympozjum w Jackson Hole wskazywała na gotowość banku do dalszego podwyższania kosztu pieniądza w USA. Powtórzył te słowa wiceszef Fed Stanley Fischer. Oczywiście zdarzają się takie dni, jak ostatni poniedziałek, kiedy słyszymy dwugłos. Niemniej jednak przeważają głosy przemawiające za podwyżką, a grudzień jest najbardziej realnym terminem, kiedy mogłoby dojść do podwyżki stopy funduszy federalnych. Ostatnie słabe dane z rynku pracy oraz indeksów ISM przekreśliły podwyżkę we wrześniu. Trudno sobie też wyobrazić taki ruch ze strony FOMC przed wyborami prezydenckimi, a zatem jeżeli ma dojść do podniesienia stóp procentowych za oceanem, to prawdopodobnie nastąpi to w grudniu. Zaostrzanie polityki pieniężnej przez Fed może być kropką nad i, która zapoczątkuje większy ruch spadkowy na Wall Street, a tym samy na innych światowych giełdach.
Bartosz Zawadzki Dyrektor Dział Strategii Rynkowych i Analiz
Po udanych ubiegłorocznych akwizycjach we Francji i Włoszech producent naczep i przyczep Wielton planuje podbój kolejnych rynków i wprowadzenie nowych produktów. Pierwsze półrocze było wyjątkowo udane dla spółki dzięki nie tylko wspomnianym przejęciom, lecz także świetnej koniunkturze na rynku transportowym.
– Spółka nie stoi w miejscu, myślimy o przyszłości, na pewno chcemy być w zupełnie innym miejscu, czyli dalej i wyżej niż obecnie jesteśmy. Myślimy o nowych rynkach, o nowych produktach, jest tylko kwestia, w jaki sposób na te nowe rynki z tymi nowymi produktami wychodzić, czy samodzielnie, czy przez jakieś akwizycje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Golec, prezes zarządu Wielton SA. – W tej chwili analizujemy wszelkie możliwości i jak tylko nasze plany będą bardziej skrystalizowane na pewno państwo dowiedzą się o tym pierwsi.
W maju ubiegłego roku Wielton dokonał za 9,5 mln euro zakupu 65,3 proc. francuskiego lidera rynku spółki Fruehauf z opcją wykupienia reszty udziałów po 2017 roku. Kilka tygodni wcześniej zawarł umowę kupna aktywów włoskiej spółki w upadłości Compagnia Italiana Rimorchi wraz z jej markami Cardi, Merker i Viberti. Dzięki tym posunięciom Wielton odnotował w I półroczu 2016 rok wyraźny wzrost wyników.
– Na tak dobre wyniki grupy przełożyła się także nasza udana akwizycja w ubiegłym roku. W ubiegłym roku sfinalizowaliśmy akwizycję francuskiej spółki Fruehauf – największego producenta w branży naczepowej we Francji z 30-proc. udziałem w rynku francuskim, a także akwizycję trzech brandów włoskich. Dzięki uzyskanym efektom synergii byliśmy w stanie wygenerować tak rekordowe wyniki – mówi Mariusz Golec.
W I połowie 2016 roku Wielton miał 551,8 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, o niemal 73 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny wzrósł o prawie 64 proc. do 45,5 mln zł, natomiast zysk netto zwiększył się o 47 proc. do 34,15 mln zł. Od publikacji wyników do końca sesji we wtorek akcje Wieltonu skoczyły na GPW o 17,3 proc.
Udane akwizycje nie były jednak jedynym czynnikiem sukcesu Wieltonu. Cała branża transportowa ma za sobą bardzo udane półrocze. Z danych PZPM za CEPIK wynika, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku zarejestrowano 39 675 nowych przyczep i naczep. Jest to więcej o 12,9 proc. (+4 528 szt.) niż w takim samym czasie 2015 r. Przy czym wzrost rejestracji przyczep wyniósł 6,6 proc., zaś naczep 32,7 proc. W podgrupie przyczep i naczep o DMC pow. 3,5 t w ciągu I półrocza zarejestrowano 12 252 szt,. czyli więcej o 2 964 szt. (+31,9 proc.) niż w analogicznym okresie 2015 r.
Wielton zwiększył w tym czasie liczbę rejestracji o jedną trzecią, co pozwoliło mu na zwiększenie udziałów w rynku do prawie 15,5 proc. z niespełna 15,2 proc. rok temu.
– Branża transportowa, jak wiemy, ma się doskonale, udział masy przewożonej w kraju rośnie i wzrósł on w ostatnich latach aż o 10 proc., gdzie na zachodzie Europy udział masy transportowej przewożonej przez zagranicznych transportowców maleje. Nasza branża transportowa trzyma się doskonale, rośnie dynamicznie. Przypomnę, że rynek polski – 30 proc. w górę, ale także rynki zachodnie stabilnie w górę, bo 5 do 10 proc.
Jak dodaje, patrząc przez pryzmat danych z CEPiK-u publikowanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, widać, że II półrocze powinno być równie dobre jak pierwsza część. Po sierpniu udział Wieltonu w rynku przyczep i naczep o masie całkowitej pow. 3,5 t przekroczył 16 proc.
Po sporych wahaniach kursu złotego spowodowanych m.in. czynnikami politycznymi obecnie sytuacja krajowej waluty jest stabilna. Piętą achillesową krajowej gospodarki są natomiast inwestycje, które w drugim kwartale tego roku spadły o 4,9 proc. Zdaniem Łukasza Wardyna ze spółki CMC Markets obniżka stóp procentowych mogłaby ożywić nakłady przedsiębiorstw na środki trwałe.
– Pozostawienie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej na dotychczasowym poziomie na pewno pomaga złotemu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Wardyn, dyrektor spółki CMC Markets. – Żyjemy jednak obecnie w świecie ujemnych stóp procentowych. Relatywnie dużo płacimy w Polsce za powierzanie pieniędzy, co z pewnością jest korzystne dla krajowej waluty.
Na ostatnim, wrześniowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Stopa referencyjna wynosi obecnie 1,50 proc., lombardowa – 2,50 proc., depozytowa – 0,5 proc., a stopa redyskonta weksli – 1,75 proc. Decyzja była zgodna z oczekiwaniami ekonomistów. Ostatni raz RPP obniżyła stopy procentowe w marcu 2015 roku, redukując wówczas wszystkie o 50 punktów bazowych.
– Różnica kosztu pieniądza w Polsce i na świecie jest jednak coraz większa – zauważa Łukasz Wardyn. – Być może efektem tego jest pewne spowolnienie w stosunku do planów wzrostu gospodarczego w Polsce. Oprócz mniejszego napływu środków unijnych to za wysokie stopy procentowe mogą być decydującym czynnikiem.
Jak wynika z ostatnich Danych Głównego Urzędu Statystycznego, inwestycje krajowych przedsiębiorstw wyglądają nie najlepiej. W drugim kwartale nakłady brutto przedsiębiorstw na środki trwałe zmniejszyły się o 4,9 proc. w stosunku rocznym. Interpretacja tego zjawiska nie jest jednak jednoznaczna.
Specjaliści wskazują, że krajowa gospodarka być może wchodzi w okres spowolnienia. Sprzyja temu m.in. niepewność polityczna, wysoka stopa procentowa i znaczne opóźnienia w realizowaniu inwestycji współfinansowanych przez Unię Europejską. Na realizację takiego scenariusza wskazują badania koniunktury Narodowego Banku Polskiego, z których wynika, że systematycznie maleje chęć firm do podejmowania nowych przedsięwzięć. Jeżeli taki powód okazałby się prawdziwy, to zdaniem ekspertów niebawem zacznie spadać zatrudnienie, rosnąć stopa bezrobocia, a gospodarka wejdzie w okres niższego wzrostu, w granicach od 2 do 3 proc. rocznie.
Powodem może być także samo opóźnienie w wydawaniu funduszy unijnych z obecnej perspektywy finansowej. Skutkiem tego są przesunięcia terminów realizacji inwestycji spółek Skarbu Państwa, czyli czynniki przejściowe, których negatywne oddziaływanie powinno niebawem wygasnąć.
– Obniżka stóp procentowych byłaby impulsem popychającym inwestycje do przodu – uważa Łukasz Wardyn. – Są one obecnie relatywnie dużo słabsze niż właściwie wszyscy oczekiwali.
Jedną z miar kondycji gospodarki jest kurs walutowy. Po spadkach wartości złotego spowodowanych zmianą obozu rządzącego, który przez rynki finansowe oceniany był jako populistyczny, oraz obniżce ratingu Polski przez jedną z agencji ratingowych notowania krajowej waluty ustabilizowały się na poziomie mniej więcej poprzedzającym te wydarzenia.
– Można zaryzykować stwierdzenie, że w krótkim terminie para frank do złotego będzie stabilna – wskazuje Łukasz Wardyn. – To w tym momencie chyba najbardziej stabilna z par walutowych mających w sobie złotego. Wykres wartości tej pary mówi nam, że są duże szanse na to, że taka sytuacja się przedłuży. Poziomy, których przekroczenie mogłoby spowodować gwałtowne wzrosty lub spadki, są dość daleko.
W systemie finansowania polskiego sportu istotne są nie tylko przeznaczane środki, lecz także sposób zarządzania. Uruchomiony Kodeks Dobrych Praktyk Sponsoringowych ma pomóc tym dyscyplinom, które dotychczas nie miały możliwości pozyskania sponsora w postaci spółki z udziałem Skarbu Państwa. Nowe przepisy wymuszają większą profesjonalizację związków sportowych. Bardziej efektywny ma być też nadzór nad wydatkowaniem przez nie środków finansowych.
– Przygotowanie mądrych strategii rozwoju danej dyscypliny sportu to podstawowe zadanie dla związków sportowych. Uruchomiony został Kodeks dobrych praktyk sponsoringowych przygotowany przez ministra Skarbu Państwa Dawida Jackiewicza przy współpracy z resortem sportu i turystyki, który wymusza na związkach sportowych przygotowanie strategii rozwoju dyscyplin sportu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Bańka, minister sportu i turystyki.
Ministerstwo Sportu i Turystyki ma się stać swoistym think tankiem, który będzie opiniował strategię przygotowaną przez poszczególne związki i przedstawiał je spółkom z udziałem Skarbu Państwa, jednocześnie zachęcając je do zainwestowania środków. W ten sposób zyskają dyscypliny, które choć przynoszą medale na najważniejszych imprezach, w tym przede wszystkim na igrzyskach olimpijskich, dotychczas były pomijane przez sponsorów. Obecnie z 36 związków reprezentujących olimpijskie dyscypliny ze wsparcia państwowych spółek korzysta zaledwie osiem.
– Dyscypliny, które wymagają szczególnego wsparcia, w których mamy potencjał, to wioślarstwo, kajakarstwo, kolarstwo czy lekkoatletyka. Potencjał drzemie też w zapasach, jest piłka ręczna. Kolejna dyscyplina to hokej na lodzie, czyli sport z piękną, choć nieco zaniedbaną tradycją, którą również trzeba wzmocnić. System, który chcemy wdrażać, to skupienie się na finansowaniu tych dyscyplin sportu, które mają nam przynosić efekty, bo za środkami finansowymi muszą iść wyniki sportowe – przekonuje minister.
Przykładem takiego działania jest Wielka Brytania, która igrzyska w Rio de Janeiro zakończyła na drugiej pozycji w klasyfikacji medalowej. To efekt wyciągnięcia wniosków z kiepskiego wyniku w Atlancie, podczas których reprezentacja przywiozła 15 medali. Stopniowo zwiększano środki przeznaczone w finansowanie sportu – w Sydney 63 mln funtów, w Atenach 84 mln, w Pekinie już 265 mln, w Londynie zaś ponad 0,5 mld funtów. Brytyjczycy postawili na kluczowe dyscypliny. Tylko kolarstwo torowe, gimnastyka, lekkoatletyka i wioślarstwo przyniosły wyspiarzom 29 krążków.
– W sporcie wyczynowym musi być synergia środków z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, które płyną na sport dzieci i młodzieży, infrastrukturę, sport niepełnosprawnych, ze środkami z budżetu państwa czy spółek Skarbu Państwa. Potrzebna jest też analiza potrzeb inwestycyjnych, to znaczy, czego potrzeba danym dyscyplinom sportu w zakresie infrastruktury, żeby można osiągać sukcesy – tłumaczy Bańka.
Jak wskazuje minister, obecnie analizowane są przygotowane przez poszczególne związki strategie. Już niedługo ma zostać przedstawiona do konsultacji ustawa, która zwiększy kontrolę nad wydatkowaniem środków przez związki sportowe.
– Obecnie 6 osób pracujących w ministerstwie musi kontrolować związki sportowe, stowarzyszenia, fundacje, samorządy, które otrzymują od nas pieniądze na różnego rodzaju projekty. Łącznie to ponad 3,5 tys. beneficjentów – mówi Bańka.
Zmiany mają zapobiegać takim sytuacjom jak ta, która miała miejsce w 2014 roku, kiedy w wyniku kontroli wydatków w latach 2011–2013 resort nakazał dziewięciu związkom zwrócić łącznie ponad 350 tys. zł. Nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim przestrzegania przepisów ustawy o sporcie, nieaktualizowania danych w KRS czy podejmowania uchwał z naruszeniem obowiązujących zasad.
– 11 medali, które zdobyliśmy w Brazylii, nie należy oceniać ani jako sukces, ani jako porażkę. Uciekło kilka szans medalowych. To dobry moment na refleksję, co w polskim sporcie trzeba zrobić, żeby było lepiej. Ministerstwo będzie powoli wdrażało nowe pomysły. Mam nadzieję, że może za 4, a na pewno już za 8 lat, będziemy się cieszyć z dużo większej liczby medali – ocenia Adam Krzesiński, sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Efektywność sportu jest w dużej mierze uzależniona od dobrze zarządzanego związku sportowego. Ministerstwo Sportu i Turystyki zakłada, że finansowanie będzie przyznawane na podstawie długoterminowej strategii. To zaś wymaga od związków profesjonalizacji.
– Za długoterminową strategią idą małe kroki operacyjne. Związki sportowe powinny się zachowywać jak organizacje biznesowe mające długookresową strategię biznesową. Jednocześnie w terminie krótko- i średniookresowym powinny podnosić swoją efektywność, np. poprzez zmiany w strukturze organizacyjnej czy poszukiwanie nowych źródeł przychodów – tłumaczy Marcin Diakonowicz, partner w firmie Deloitte, lider grupy sportowej.
Szacuje się, że wartość rynku sponsoringu sportowego w 2015 roku mogła sięgnąć 5 mld zł (Raport Deloitte Think Tank – Sport + Biznes + Efektywność). Firmy coraz częściej dostrzegają korzyści, jakie niesie on ze sobą, choć dla każdej z nich sponsoring może mieć inny cel.
– Sponsoring może być elementem, który pomaga danej firmie wejść na rynek czy wzmocnić sprzedaż produktów. To także wartość dodana dla pracowników – zaznacza Diakonowicz.
Sport powinien się kojarzyć z czystością i określonymi regułami gry. To zaś wiąże się z pozytywnym wydźwiękiem medialnym. Sponsorowanie sportu wymaga czasu i cierpliwości, jednak zdaniem sekretarza generalnego PKOl, firmy nie powinny do tego podchodzić tylko w kategorii biznesowej, ale jako wyzwanie społeczne.
– Trzeba budować wizerunek sportu jako formy spędzenia czasu przez dzieci, młodzież i dorosłych, dbać o tych najmłodszych, przyciągać ich do sportu i aktywności – przekonuje Adam Krzesiński.
W ubiegłym roku dopalaczami zatruło się ponad 7 tys. osób. Kary administracyjne dla handlujących substancjami są jednak mało skuteczne. Udaje się ściągnąć tylko 3 proc. nałożonych kar. Aby walka była skuteczniejsza, należy korzystać z prawa karnego i szerzej wykorzystywać materiały z kontroli – ocenia rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
– W tym roku w wakacje nie było na szczęście takiej fali zatruć, jak w ubiegłym roku. Problem z dopalaczami wciąż jednak istnieje, i to w dużej skali, bo miesięcznie notuje się 300–400 zatruć, jest to wysoki poziom – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Bondar, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
Problem zatruć dopalaczami zazwyczaj nasila się podczas wakacji. W ubiegłym roku, po wejściu w życie nowelizacji ustawy antynarkotykowej, która objęła 114 substancji psychoaktywnych zakazem posiadania, handlarze na masową skalę zaczęli wyprzedawać towar. W efekcie dopalaczami zatruło się blisko 2 tys. osób. W tym roku skala jest znacznie mniejsza, jednak wciąż istnieje. Jak podkreśla Jan Bodnar, handlarze koncentrują się w kilku ośrodkach, zagłębiach dopalaczowych, skąd trafia dystrybucja do innych części kraju.
– Tak naprawdę 80 proc. to Katowice i Łódź. W wielu miejscach w Polsce w zasadzie to jest margines. Natomiast te dwa ośrodki, łódzki i śląski, stanowią większość – zaznacza rzecznik GIS.
Zdaniem Bondara w walce z dopalaczami pojawiła się ostatnio nadzieja na większą skuteczność. GIS może nakładać kary administracyjne, ale tylko zarzuty na gruncie prawa karnego mogą stanowić skuteczną broń w walce z handlarzami substancjami psychoaktywnymi. Prokuratorzy coraz częściej zarzucają dopalaczowym bossom sprowadzenie zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi, a wobec handlarzy starają się wykorzystywać art. 165 Kodeksu karnego.
– Prokuratorzy coraz częściej stawiają zarzuty na gruncie prawa karnego. Zaczęli też, wykorzystując materiały z kontroli, które im przekazujemy, oskarżać o to, że np. dany człowiek, wiedząc o szkodliwym działaniu towaru, prowadził ten proceder, czerpał z tego dochody, a miał wiedzę, że powoduje ciężkie zatrucia i doprowadzał do rozstroju zdrowia lub zgonu. Dzięki temu, że zlecamy badania toksykologiczne, można powiązać danego sprzedawcę z ofiarą dopalaczy – tłumaczy rzecznik prasowy GIS.
Jak zaznacza Bodnar kary administracyjne, choć często stosowane, są mało skuteczne. Z danych Państwowej Inspekcji Sanitarnej wynika, że w 2015 roku przeprowadzono ponad 1,4 tys. kontroli, wydano 586 decyzji dotyczących ponad 73 tys. sztuk zakwestionowanych produktów. W ramach przeprowadzonych postępowań nałożono kary na kwotę 25 mln zł, złożono też 135 zawiadomień do organów ścigania.
– Raz zamknięty sklep potrafił się odrodzić następnego dnia pod inną nazwą. Natomiast większa aktywność prokuratorów, wykorzystanie narzędzi prawa karnego i wykorzystanie tych materiałów, które od nas mogą dostać, mogą sprawić, że walka będzie skuteczniejsza. Prokurator nie musi powtarzać badań toksykologicznych, bo te już są zrobione, nie musi też wykazywać, że dana osoba wiedziała o szkodliwym działaniu dopalaczy, a tylko, że prowadziła ten biznes, zmieniając spółki i nazwy sklepów – przekonuje ekspert.
W Polsce spada liczba sklepów z dopalaczami. Jeszcze w 2010 roku było ich ok. 1,4 tys., na koniec ubiegłego roku zostało ujawnionych 150. Trudno też nadążyć za producentami, którzy wykorzystują nowe substancje. Najważniejsze jednak w walce z handlarzami to stosować kary, które skutecznie odstraszą od tego procederu. Firmy handlujące dopalaczami masowo nie płacą kar nakładanych przez inspekcję sanitarną. Ściągnąć udaje się tylko 3 proc. orzeczonych sum.
– Obecnie trwają analizy, czy można jeszcze poprawić prawo, natomiast sama wola wykonania, skorzystania z odpowiednich artykułów Kodeksu karnego jest pewnym przełomem w sprawie. Dotychczas istniało przekonanie o pozornej legalności dopalaczy. Tak naprawdę one jednak nigdy nie były legalne. To narkotyki, które powodują naprawdę przeogromne i trwałe zniszczenia umysłów wielu ludzi – podkreśla Jan Bodnar.
Mimo 10 lat działania systemu zbiórki zużytego sprzętu elektrycznego i elektrycznego Polska nadal nie spełnia warunków ustalonych przez Unię Europejską. Według danych Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów Elektro-Odzysk, rocznie w Polsce wyrzuca się ok. 850 tys. lodówek, a zaledwie jedna trzecia zakupionego sprzętu wraca do systemu przetwarzania. Regulacje unijne tymczasem wymagają od nas osiągnięcia do 2020 roku ponad 60 proc. poziomu zbiórki.
Mirosław Baściuk, prezes zarządu Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów Elektro-Odzysk, powiedział agencji Newseria, że przez ostatnie 10 lat znacznie wzrosła liczba zbieranych odpadów tego rodzaju, ale nadal jest to poziom nieodpowiadający unijnym wymaganiom.
– System zbiórki kuleje, zbieramy znacznie mniej, niż pojawia się tego sprzętu zużytego na rynku i on często ginie w punktach skupu złomu. To jest pierwsza podstawowa bolączka tego systemu: konsumenci nie przekazują odpadów do legalnego systemu zbiórki. Jeśli trafiają one do punktu złomu, to najczęściej nie zostaną prawidłowo przetworzone – mówi prezes Baściuk.
Ten stan rzeczy można zmienić, uświadamiając konsumentom ich prawa. Na przykład nie wszyscy konsumenci wiedzą, że kupując lodówkę, zmywarkę czy pralkę z transportem do domu, niezależnie od tego, czy ma to miejsce w sklepie tradycyjnym czy internetowym, można domagać się bezpłatnego odbioru starego sprzętu.
– Zdarzają się jeszcze sytuacje, kiedy pobierane są opłaty za odbiór zużytego sprzętu. Nie powinny one mieć miejsca, bo tego zakazuje ustawa. Jako konsumenci mamy możliwość oddawania sprzętu małogabarytowego również w punktach handlowych, nawet bez zakupu nowego. Te sklepy powinny utworzyć odpowiednie miejsca, w których można przekazać sprzęt o wymiarach wewnętrznych do 25 centymetrów – mówi Mirosław Baściuk.
Możliwość oddawania zużytego elektrosprzętu w sklepach to uzupełnienie systemu opartego na punktach selektywnej zbiórki odpadów komunalnych, zbiórki prowadzone przez gminy i bezpośrednio przez zakłady przetwarzania tego typu odpadów.
– Przetwarzanie tego sprzętu nie działa prawidłowo. Często odbywa się ono właśnie poza zakładami przetwarzania, w miejscach do tego nieprzygotowanych. Wiele z tych zakładów nie ma odpowiednich technologii. Wystarczy bowiem uzyskać wpis do rejestru w Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska, aby móc przetwarzać sprzęt. A nie każdy może być przetwarzany bez odpowiedniej technologii. Przykładem jest sprzęt chłodniczy, telewizory i monitory – podkreśla prezes Baściuk.
Od wejścia w życie nowej ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym to producenci sprzętu i wprowadzający go na rynek muszą zadbać o jego późniejszą zbiórkę oraz prawidłowe przetworzenie. Mimo że ustawa została uchwalona już prawie rok temu, wciąż brakuje do niej rozporządzeń. Ponadto słaby audyt ze strony organów państwa pozwala na handel kwitami: wydawane są dokumenty na tzw. wirtualne elektroodpady, czyli takie, które w rzeczywistości nie zostały zebrane i przetworzone. Do powszechnych praktyk należy więc deklarowanie przetworzenia większej liczby urządzeń, niż miało to miejsce oraz ich demontaż poza legalnymi zakładami przetwarzania. Aby ukrócić ten proceder, potrzebne są dokładne audyty organizacji zajmujących się odzyskiem przetwarzaniem, a w celu ich przeprowadzania niezbędne są odpowiednie rozporządzenia Ministerstwa Środowiska.
– Chodzi o rozporządzenie o audytach w zakładzie przetwarzania i w organizacji odzysku oraz drugie, na które liczymy, że się pojawi. To rozporządzenie o standardach przetwarzania. Jesteśmy chyba jedynym krajem w Europie, który nie ma odpowiednio określonych standardów, w jaki sposób powinien być przetwarzany sprzęt w instalacjach – dodaje prezes.
Taki stan skutkuje tym, że z blisko 850 tys. sztuk lodówek, które co roku wyrzucają polskie gospodarstwa domowe, ok. pół miliona zamiast do recyklingu trafia na złom. Na ok. 170 zakładów przetwarzania zarejestrowanych w Polsce, zaledwie kilka ma odpowiednią technologię do przetwarzania lodówek. Specjalistyczne firmy zajmujące się przetwarzaniem elektrośmieci zwracają ponadto uwagę na niewystarczające dopłaty ze strony wprowadzających sprzęt, czyli tych producentów i operatorów sprzętu.
– Jesteśmy najtańszym rynkiem dla tych podmiotów w Europie. W innych krajach płacą pięć, siedem, a nawet dziesięć razy więcej niż w Polsce. Związane jest to z konkurencją na tym rynku, podczas gdy w Polsce istnieje szara strefa i wartość tej usługi jest zaniżona. W Polsce za zebranie, transport i przetworzenie lodówek oraz poddanie tego recyklingowi firmy dostają równowartość około 200 zł. W innych krajach jest to 4–5 razy więcej za samo przetworzenie. U nas dochodzi jeszcze koszt transportu i zakupu tego materiału, bo zbierający nie oddają go bezpłatnie – dodaje Mirosław Baściuk.
Co siódma krajowa firma we wczesnym stadium rozwoju (tzw. start-up) prowadzi działalność patentową. Wśród pozostałych przedsiębiorstw odsetek ten wynosi około promila. Start-upy jednak z rezerwą podchodzą do zewnętrznych źródeł finansowania. Dotychczas najchętniej rozwijały się w oparciu o środki własne. W przyszłości w większym stopniu chcą korzystać z venture capital.
– Start-up w polskich warunkach to firma, która przede wszystkim działa w warunkach skrajnej niepewności i poszukuje swojego modelu biznesowego – informuje agencję Newseria Biznes Agata Maria Kowalczyk z fundacji Startup Poland. – Dla nas kluczowy jest składnik technologiczny, czyli musi to być firma z bardzo istotnym tego rodzaju elementem w modelu biznesowym.
Z najnowszej, drugiej już edycji badania „Polskie Start-upy 2016” przeprowadzonego przez fundację Startup Poland we współpracy z Politechniką Warszawską wynika, że polskie przedsiębiorstwa na wczesnym etapie rozwoju tworzą wartościowe miejsca pracy, choć większość wciąż ma status mikroprzedsiębiorstw.
Z raportu wyłania się obraz start-upów, które rosną, ale w swoim tempie: organicznie, wciąż zachowawczo podchodząc do zewnętrznych źródeł finansowania, takich jak fundusze europejskie, kredyty czy środki inwestora. Jak precyzuje Agata Maria Kowalczyk, nieco ponad jedna czwarta start-upów w Polsce powstaje w Warszawie. Kolejnymi ośrodkami są Kraków, Trójmiasto i Poznań.
– Reszta Polski goni liderów, ale robi to bardzo powoli – precyzuje Agata Maria Kowalczyk.
Jej zdaniem krajowe firmy we wczesnym etapie rozwoju najlepiej radzą sobie w świadczeniu rozmaitych działaniach na rzecz biznesu (w tzw. kanale B2B, czyli Business to Business). To usługi mobilne, oprogramowanie dla firm, ale też coraz częściej działania na rzecz firm w bardzo modnych dziedzinach, takich jak internet rzeczy albo big data (budowa, zarządzanie i obsługa dużych zbiorów informacji oraz ich właściwa analiza pod kątem określonych celów na przykład marketingowych).
– Około trzech czwartych polskich start-upów sprzedaje swoje produkty i usługi innym przedsiębiorstwom i klientom korporacyjnym – wyjaśnia Agata Kowalczyk. – Nie podejrzewam, żeby ten kierunek szybko miał się zmienić. Polska po prostu jest mocna w usługach dla biznesu i tak jeszcze przez jakiś czas zapewne pozostanie. 47 proc. tego rodzaju polskich firm eksportuje. To bardzo dobry wynik, może jeszcze nie do końca zadowalający, ale korzystny. Krajowe start-upy sprzedają swoje rozwiązania głównie do Unii Europejskiej, gdzie trafia ponad 50 proc. Kolejnym zagranicznym rynkiem zbytu są Stany Zjednoczone.
Jak wynika z badania fundacji Startup Poland, dla przeciętnej polskiej firmy we wczesnym etapie rozwoju pracuje obecnie średnio od sześciu do ośmiu osób. W ostatnim półroczu jednak aż 83 proc. ankietowanych przedsiębiorstw zwiększyło liczbę pracowników, zazwyczaj o jedną do trzech osób. Najwięcej, bo ponad dziesięciu zatrudnionych, miały start-upy dojrzałe w fazie ekspansji.
– Tego rodzaju firmy w Polsce są nadal przede wszystkim mikroprzedsiębiorstwami, czyli podmiotami zatrudniającymi nie więcej niż dziesięć osób, takich jest zdecydowana większość – potwierdza Agata Maria Kowalczyk. – Szefami są zazwyczaj osoby trzydziestokilkuletnie, z wykształceniem w większości technologicznym. Co ciekawe, co drugi z nich ma na swoim koncie już jakiś biznes, niekoniecznie udany. Możemy jednak mówić o tym, że są to przedsiębiorcy doświadczeni już na startupowym polu.
Według badania fundacji Startup Poland ponad połowa krajowych firm na wczesnym etapie rozwoju (52 proc.) finansuje swoją działalność przede wszystkim ze środków własnych.
– To dość zachowawczy model – ocenia Agata Maria Kowalczyk. – Jeśli już dochodzi do sięgania po środki zewnętrzne, to polskie start-upy zerkają przede wszystkim w stronę środków Unii Europejskich i funduszy venture capital (VC). Tak było do tej pory. Właściciele deklarują jednak, że w przyszłości głównym źródłem finansowania zewnętrznego będą VC.
Polskie start-upy są natomiast bardzo innowacyjne. Zaskakująco wysoki odsetek badanych podmiotów (14 proc., czyli co siódmy) zadeklarował działalność patentową, co oznacza, że ma już taki dokument lub jest w trakcie procedury. Działania patentowe jednak częściej podejmowane są za granicą (dwie trzecie) niż w kraju. Tymczasem wśród wszystkich polskich przedsiębiorców patentem może się pochwalić jedynie około promila podmiotów.
Według specjalistów Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku szansą dla środowiska start-upów może być kooperacja. Fundacja Startup Poland ich zdaniem jest swego rodzaju parasolem łączącym zaangażowane w takie działania podmioty. Na stronie www organizacji (startuppoland.org) można znaleźć opisy zarówno projektów, jak i wizytówki inwestorów. Działalność fundacji wspierają takie koncerny jak Google czy Zenbox.