Warszawskie indeksy mogą jeszcze w tym roku wzrosnąć o 4–5 proc.

Warszawskie indeksy mogą jeszcze w tym roku wzrosnąć o 4–5 proc. 1
Pierwszy tydzień września był korzystny dla GPW. Warszawski indeks giełdowy jest zdecydowanie bliżej tegorocznego szczytu z przełomu marca i kwietnia niż styczniowego czy płytszego lipcowego dołka. Do końca roku ma szansę pobić dotychczasowy tegoroczny rekord, choć po drodze niewykluczone są spadki. Trudniejsze zadanie ma przed sobą WIG20, choć i tu nie można wykluczyć 5-proc. wzrostów.

O początku roku indeks WIG zyskał w sumie ponad 4 proc., zaliczając po drodze dwa dołki – w styczniu i w lipcu oraz szczyty pod koniec marca i w połowie sierpnia. Różnica między najniższym a najwyższym zamknięciem w tym roku wynosi ponad 17 proc. Zdaniem głównego ekonomisty Deutsche Banku do końca roku indeks ten powinien naśladować inne europejskie giełdy.

– Na polskiej giełdzie decydujące będą czynniki zagraniczne, dlatego że po reformie OFE z 2014 roku giełda straciła zasadniczy zastrzyk gotówki ze strony inwestorów instytucjonalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank Polska. – Dlatego sądzę, że WIG będzie się zachowywał mniej więcej tak jak indeksy europejskie.

Pierwsze wrześniowe sesje dla indeksu szerokiego rynku były pomyślne. Od 1 do 8 września zyskał 1,9 proc. Dla porównania niemiecki DAX wzrósł w tym czasie 1,3 proc., zaś brytyjski FTSE 100 – 1,7 proc. Co prawda, oba są blisko swoich rekordów wszech czasów, a nie tylko tych z obecnego roku.

– Tutaj można się spodziewać oscylacji w trendzie bocznym. Wydaje mi się, że poziom 49 tys. punktów w przypadku WIG-u może być do osiągnięcia na koniec roku, wzrosty o około 4 do 5 proc. są możliwe, ale w międzyczasie niewykluczone są też silniejsze spadki – przestrzega Krześniak.

Zdecydowanie najlepiej w tym roku wypadają na warszawskiej giełdzie spółki średnie, których indeks poszedł w górę o ponad 12 proc., przy czym większa część wzrostu nastąpiła w ostatnich dwóch miesiącach. Indeks najmniejszych spółek zyskał od początku stycznia 8 proc. Zdecydowanie najtrudniejszą sytuację mają blue chipy, które w tegorocznym rozrachunku są wciąż na kilkuprocentowym minusie.

– Na WIG20 czynniki ryzyka są większe, dlatego że ten indeks ma ekspozycję po pierwsze na system bankowy, którego wyniki będą słabsze ze względu na podatek bankowy, po drugie jest też pod wpływem cen surowców, głównie ropy naftowej i miedzi – mówi Arkadiusz Krześniak. – Więc tu też perspektywy wzrostu są bardzo umiarkowane. Ale myślę, że w takim scenariuszu pozytywnie neutralnym możemy też zobaczyć 5-procentowe wzrosty na WIG20.

Do końca lipca cały polski sektor bankowy zarobił niemal 9,3 mld zł. To tylko o 100 mln zł mniej niż rok temu, choć obowiązujący od lutego br. podatek od aktywów banków ma przynieść budżetowi państwa 3,5 mld zł. Pierwotnie zakładano jednak, że kosztował on będzie banki o 2 mld zł więcej. W indeksie WIG20 jest sześciu płatników tej daniny: pięć banków oraz PZU.

Co czwarty uczeń gimnazjum nie uczestniczy w lekcjach WF-u. Brak ruchu przyczynia się do rozwoju otyłości i wad postawy

Co czwarty uczeń gimnazjum nie uczestniczy w lekcjach WF-u. Brak ruchu przyczynia się do rozwoju otyłości i wad postawy 2
Uczniowie unikają lekcji WF-u, a rodzice i lekarze na potęgę wypisują im zwolnienia lekarskie, w rzeczywistości działając na ich niekorzyść. Liczne badania potwierdzają, że zbyt mała aktywność fizyczna jest najczęstszym powodem otyłości oraz wad postawy wśród dzieci i młodzieży. Fizjoterapeuci apelują: ruch jest niezbędny do prawidłowego rozwoju młodego organizmu, a w dobie smartfonów, tabletów i konsoli zajęcia wychowania fizycznego często są jedyną okazją do ćwiczeń, dlatego nie powinno się ich unikać.

Regularne i aktywne uczestnictwo w zajęciach WF-u może być doskonałym początkiem przygody ze sportem oraz zdrowym stylem życia. Zdaniem trenerów jednak nie dość, że lekcji wychowania fizycznego w szkolnym programie jest zbyt mało, to jeszcze uczniowie często z nich rezygnują.

W szkole jest za mało godzin zajęć wychowania fizycznego, a poza tym niektóre placówki nie są dostosowane do tego, żeby takie zajęcia prowadzić w należyty sposób. Często zajęcia wyglądają tak, że dzieci dostają piłkę i po prostu grają w siatkówkę, koszykówkę lub w piłkę nożną – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Marcin Ciosek, fizjoterapeuta Enel Sport.

Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że ponad 17 proc. uczniów w szkołach podstawowych, 24 proc. w gimnazjach oraz prawie 38 proc. w szkołach ponadgimnazjalnych nie uczestniczy w zajęciach wychowania fizycznego.

Zdecydowanie obserwuje się wzrost liczby uczniów na tzw. zwolnieniu lekarskim z WF-u. Z jednej strony wynika to z lenistwa, z drugiej strony, jak to czasem rodzice mówią: nie biegaj, bo się spocisz. Sami rodzice predysponują dziecko do lenistwa fizycznego. Nauczone jest z domu, żeby się nie przemęczało, bo ma się uczyć, siedzieć nad książkami, a nie aktywnie się ruszać – tłumaczy Marcin Ciosek.

W tej kwestii rodzice powinni więc zdecydowanie zmienić sposób myślenia i jak najbardziej zachęcać dzieci do regularnej aktywności fizycznej. Wzmacnia ona odporność, uczy determinacji i poprawia koncentrację.

– Rodzice od małego powinni te dzieci jakoś zachęcać do spędzania wolnego czasu w sposób aktywny, czyli zabierać na przejażdżki rowerowe w weekendy, zapisać na basen. Pływanie to najlepsza forma aktywności fizycznej w okresie rozwojowym od 6 roku życia, ponieważ w wodzie podczas pływania pracują wszystkie mięśnie, bardzo mocno uaktywnione są wszystkie układy naszego organizmu, czyli układ mięśniowo-szkieletowy, układ krążeniowo-oddechowy – mówi Marcin Ciosek.

Brak aktywności fizycznej w życiu dziecka wiąże się z wieloma negatywnymi konsekwencjami, takimi jak wady postawy, dolegliwości związane ze stawami, a także trudności z nawiązywaniem kontaktów interpersonalnych czy samodyscypliną. Ruch zarówno na świeżym powietrzu, jak i na sali ćwiczeń uaktywnia te wszystkie procesy, które powodują prawidłowy rozwój dziecka.

– Od 12–13 roku życia następuje skok pokwitaniowy i wtedy dochodzi do dosyć dużych zaburzeń w naszym organizmie, jeśli chodzi o różne układy. Dzieci stają się niechętne do aktywnego spędzania wolnego czasu, więc w tym okresie trzeba je mocno zachęcać do uprawiania sportu, bo wtedy najczęściej powstają wady postawy takie jak na przykład skolioza – wyjaśnia Marcin Ciosek.

Trenerzy podkreślają, że sport odgrywa bardzo ważną rolę w rozwoju młodego człowieka. Zachęcanie dziecka od najwcześniejszych lat do uczestnictwa w zajęciach WF-u przełoży się w przeszłości nie tylko na jego zainteresowania, lecz przede wszystkim na kondycję.

Apteki nie dbają o pacjentów w sieci. Tylko 20 proc. próśb o polecenie apteki doczekało się odpowiedzi w mediach społecznościowych

Apteki nie dbają o pacjentów w sieci. Tylko 20 proc. próśb o polecenie apteki doczekało się odpowiedzi w mediach społecznościowych 3
Apteki nie wykorzystują potencjału mediów społecznościowych – wynika z badania Instytutu Monitorowania Mediów. Od początku roku pojawiło się blisko 4 tys. pytań o najlepsze czy najtańsze apteki. Tylko co piąte doczekało się odpowiedzi w ciągu pierwszych 36 godzin po publikacji. 80 proc. szans na nawiązanie kontaktu z pacjentem w mediach społecznościowych pozostaje bez reakcji. To pole do zagospodarowania, zwłaszcza że zbliża się szczyt sezonu zachorowań, kiedy dziennie pojawia się nawet 2 tys. wpisów, w których skarżą się na grypę i przeziębienia.

– Od początku roku w polskich mediach społecznościowych ukazało się ponad 90 tys. pytań i próśb o różnego rodzaju produkty bądź usługi, z czego ponad 4 tys. dotyczyło aptek. Ktoś pyta o to, która apteka akurat dyżuruje w tej chwili, inny, która apteka jest najtańsza bądź najlepsza w danym mieście. Po przeanalizowaniu ponad 4 tys. wpisów i komentarzy okazuje się, że apteki bardzo rzadko reagują na tego typu pytania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów.

IMM monitorował wpisy, w których słowa takie jak „w której aptece”, „szukam apteki”, „gdzie znajdę aptekę” i kilkanaście fraz bliskoznacznych. Komentarze tego rodzaju najczęściej pojawiały się na Facebooku (38,5 proc.), forach dyskusyjnych (34,1 proc.) i Twitterze (16,5 proc.). Odpowiedzi doczekał się zaledwie co piąty wpis.

– 80 proc. wpisów, komentarzy, szans na nawiązanie kontaktu z pacjentem w mediach społecznościowych pozostaje bez reakcji. To pole do zagospodarowania przez apteczne marki – ocenia Jadaś.

Choć coraz więcej firm decyduje się na monitoring własnej marki i branży w mediach społecznościowych, to wiele z nich zapomina o potrzebie interakcji i o korzyściach płynących ze stworzenia społeczności wokół marki w internecie. Konta firmowe na Facebooku czy Twitterze często traktowane są jako słupy ogłoszeniowe.

– Przecież takie odpowiedzi są doskonałą okazją do nawiązania interakcji z klientem, do zaproszenia pacjenta do apteki bądź do pokazania troski o jego stan zdrowia i w ten sposób związania go z daną marką – zaznacza ekspert IMM.

To istotne, zwłaszcza w kontekście rosnącej konkurencji na rynku aptek, zwłaszcza że troska o zdrowie pacjenta jest stosunkowo prostym sposobem na zaskarbienie sobie sympatii użytkowania sieci. Zgodnie z trendami należy oczekiwać, że okazji do nawiązania przez apteczne marki internetowej dyskusji z pacjentami będzie coraz więcej. Będą to nie tylko zadane wprost pytania o polecenie taniej lub najlepszej apteki.

– Polacy w social mediach nie tylko pytają bezpośrednio o wskazanie konkretnej apteki, lecz także bardzo często narzekają na swój stan zdrowia. W IMM prowadzimy takie badania od roku i wynika z nich, że szczyt sezonu, kiedy zaczynamy mówić w mediach społecznościowych o swoim złym samopoczuciu, przypada na przełom września i października i trwa do marca – mówi Jadaś.

Liczba internetowych deklaracji złego samopoczucia jest wprost proporcjonalna do liczby zachorowań na grypę gromadzonych przez Państwowy Zakład Higieny. Rok temu gwałtowny wzrost narzekań na złe samopoczucie i sezonowe choroby przypadł na przełom września i października. W szczycie sezonu zachorowań Polacy każdego dnia zamieszczają w social media nawet 2 tysiące wpisów, w których skarżą na grypę i przeziębienia.

– Oprócz pytań o wskazanie apteki tego rodzaju pytania, prośby, wpisy i komentarze są bardzo dobrą szansą dla aptek na zaprezentowanie swojej oferty przed pacjentem – podkreśla Łukasz Jadaś.

Projekt ustawy o związkach zawodowych nie uwzględnia uwag pracodawców

Projekt zmian ustawy o związkach zawodowych w niewielkim stopniu uwzględnia postulaty zgłoszone przez organizacje pracodawców i mimo kilku miesięcy prac w Radzie Dialogu Społecznego oraz zgłaszanych postulatów rząd skłania się bardziej do wizji prezentowanej przez stronę związkową. Na mocy nowych przepisów poszerza się krąg podmiotów zmuszonych do ponoszenia kosztów działania organizacji związkowych – uważa Konfederacja Lewiatan.

prof. UW dr hab. Jacek Męcina – Doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan
prof. UW dr hab. Jacek Męcina – Doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan

– Zależy nam na rozwijaniu dialogu zakładowego, jednak w warunkach zachowania równowagi stron, a także z poszanowaniem przepisów konstytucyjnych i międzynarodowych. Przyznanie osobom wykonującym pracę zarobkową prawa do ochrony przed zwolnieniem, prawa do płatnych oddelegowań i zwolnień z pracy na koszt pracodawcy, stanowi brak poszanowania niezależności podmiotów zbiorowego prawa pracy. Nowe regulacje są również niezgodne ze standardami międzynarodowymi i dlatego przy dalszym utrzymaniu tych propozycji pracodawcy rozważą wspólne wniesienie skargi do Międzynarodowej Organizacji Pracy – mówi Jacek Męcina przewodniczący Zespołu Prawa Pracy RDS i doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło zmieniony projekt ustawy o związkach zawodowych już po kilkumiesięcznych konsultacjach i negocjacjach z partnerami społecznymi w ramach Zespołu problemowego prawa pracy Rady Dialogu Społecznego. Nadal aktualne pozostają zasadnicze uwagi i zastrzeżenia podnoszone przez pracodawców w stosunku do pierwotnej wersji projektu. Podstawowym celem nowelizacji jest rozszerzenie prawa do tworzenia i wstępowania do związków zawodowych. Konieczność rozszerzenia prawa koalicji nie budzi zastrzeżeń. Jednak wątpliwości rodzą propozycje towarzyszące rozszerzeniu tego prawa.

Zmodyfikowany projekt uwzględnia niektóre z postulatów strony pracodawców dotyczące spójności systemowej proponowanych rozwiązań, tj. utrzymanie pojęcia pracodawcy w ustawie o związkach zawodowych oraz transparentności i efektywności proponowanych rozwiązań, np. wskazanie właściwości sądów w zakresie weryfikacji liczebności członków związku albo w sprawie obowiązku udzielenia przez pracodawcę informacji niezbędnych do prowadzenia działalności związkowej. Jednak jak podkreśla prof. Jacek Męcina projekt nie uwzględnia zasadniczych zastrzeżeń organizacji pracodawców w zakresie:

1. Bardzo rozbudowanego zakresu uprawnień przyznanych osobom wykonującym pracę zarobkową. Wątpliwości budzi przyznanie wszystkim osobom wykonującym pracę zarobkową (pracującym na podstawie umów cywilnoprawnych oraz samozatrudnionym) zrzeszonym w związkach zawodowych, identycznych uprawnień, jakie przysługują obecnie działaczom związkowym i zrzeszonym w związkach zawodowych.

Wątpliwości budzi także rozszerzenie obowiązku finansowania działalności związkowej na pracodawców, którzy nie zatrudniają pracowników w rozumieniu Kodeksu pracy, co wiąże się z problem dotyczącym konstytucyjności tych przepisów.

2. Pojęcia zakładowej organizacji związkowej. Wątpliwości budzi uzależnienie uzyskania uprawnień zakładowej organizacji związkowej od łącznej liczby członków tej organizacji, mających status osób wykonujących pracę zarobkową. Wskutek nowelizacji obowiązywałby znacznie bardziej liberalny niż obecnie, wymóg zrzeszania 10 członków wykonujących pracę zarobkową (tzn. niekoniecznie będących pracownikami). Zakładową organizacje związkową będę więc mogły tworzyć także wyłącznie osoby zatrudnione poza stosunkiem pracy.

3. Przyznania organizacjom związkowym złożonym tylko z osób wykonujących pracę zarobkową prawa do zawierania układów zbiorowych pracy. W świetle proponowanych zmian przepisy stosuje się odpowiednio do innych niż pracownicy osób wykonujących pracę zarobkową oraz pracodawców w rozumieniu niniejszej ustawy, a także do organizacji zrzeszających te osoby. Automatyczne rozszerzenie możliwości zawierania układów zbiorowych pracy przez niepracownicze związki zawodowe nie uwzględnia celu tworzenia układów zbiorowych. Są one bowiem zawierane dla pracowników, a jedynie przy okazji dla osób zatrudnionych na innej podstawie.

Jak podkreśla prof. Jacek Męcina teraz tylko po stronie rządu leży możliwość modyfikacji projektu, tak aby realizował postulat rozszerzenia prawa koalicji bez ingerencji w koszty funkcjonowania przedsiębiorstw oraz w rzeczywisty sposób wspierał dialog na poziomie zakładowym. Nie uwzględnienie przez rząd postulatów pracodawców oznacza chaos prawny i trudności w tworzeniu porozumień na poziomie zakładu pracy, oznacza trudności w dialogu na poziomu firmy.

Konfederacja Lewiatan

Powrót do przeceny na Wall Street

Amerykańskie indeksy tracą w pierwszej godzinie handlu już ponad 1 proc., przez przecenę na ropie naftowej i spadki na europejskich i azjatyckich parkietach. Indeksy w Azji i Europie nie podchwyciły dziś wczorajszej dobrej passy amerykańskich indeksów wywołanej przez gołębie komentarze członków Fed-u. Wydaje się też, iż wczorajsza pozytywna reakcja indeksów była przesadzona. Indeks S&P500 traci około 1,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 2135 punktów, indeks Dow Jones traci około 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 18140 punktów, a indeks NASDAQ traci około 0,8 proc. handlując w pobliżu poziomu 5170 punktów. WIG20 traci na razie jedynie 0,2 proc. handlując w pobliżu 1725 punktów. 

Ropa naftowa WTI traci już ponad 2 proc. handlując w pobliżu 45 dolarów za baryłkę, po tym jak Międzynarodowa Agencja Energii IEA wypuściła prognozę odnośnie zapasów w przyszłym roku. Według Agencji światowe zapasy surowca będą rosnąć również w 2017, czwartym roku z rzędu, przez spadający popyt ze strony Indii i Chin. Do tego OPEC przewiduje wzrost podaży ze strony państw spoza tej grupy. Natomiast jutrzejsze dane mogą pokazać wzrost amerykańskich zapasów w zeszłym tygodniu aż o 4 mln baryłek, co byłoby największym wzrostem zapasów od kwietnia. Ropa Brent również traci na wartości około 1,8 proc. handlując obecnie nieco powyżej poziomu 47 dolarów za baryłkę.

Funt brytyjski traci do dolara ponad 1 proc., handlując już poniżej poziomu 1,3200, po tym jak poranny raport pokazał, iż inflacja w Wielkiej Brytanii w lipcu wzrosła jedynie o 0,6 proc., czyli poniżej oczekiwanego 0,7 proc. wzrostu. Euro zyskuje do funta 0,9 proc. handlując już powyżej poziomu 0,85. Na słabym funcie zyskuje też polski złoty a para GBPPLN traci dziś już 5 groszy, handlując w pobliżu poziomu 5,11. Niemiecki ZEW, czyli indeks zaufania inwestycyjnego, pozostał na niskim poziomie 0,5 punktów we wrześniu, co jest rozczarowaniem dla inwestorów, oczekujących wzrostu do poziomu 2,5 punktów.

W nocy poznaliśmy też dobre dane z rynku chińskiego. Zarówno produkcja przemysłowa, inwestycje jak i sprzedaż detaliczna okazały się lepszymi od oczekiwań analityków. Produkcja przemysłowa w sierpniu wzrosła tam o 6,1 proc. rok do roku, inwestycje w aglomeracjach miejskich o 8 proc. rok do roku a sprzedaż detaliczna aż o 10,3 proc. rok do roku. Pomimo dobrych danych miedź handluje praktycznie w miejscu w pobliżu 2,11 dolarów za funta. Przyczyną są obawy inwestorów o przegrzanie rynku mieszkaniowego.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Utrzymanie miejsc pracy zależy od waloryzacji kontraktów

W świetle ostatnich zmian – wzrostu minimalnego wynagrodzenia do 2.000 zł oraz ustanowienia stawki 13 zł za godzinę w zatrudnieniu w oparciu o umowę zlecenia – niezwykle istotne jest, by zamawiający pamiętali o waloryzacji toczących się kontraktów oraz przewidywali wzrost kosztów pracy w nowo zawieranych umowach. Wprowadzone regulacje muszą mieć odzwierciedlenie w waloryzacji kontraktów długoterminowych w zamówieniach publicznych. Tylko w ten sposób możliwe jest utrzymanie tysięcy miejsc pracy – uważa Konfederacja Lewiatan.

Renegocjacje kontraktów w sektorze zamówień publicznych powinny zacząć się jak najszybciej. W ostatnich latach podjęto szereg działań, których celem jest uzdrowienie polskiego rynku pracy. Oprócz ich pozytywnego wpływu na sytuację finansową i bezpieczeństwo zatrudnienia pracowników, niektóre z nich niosą ze sobą także ogromne wyzwania dla pracodawców oraz zamawiających w sektorze zamówień publicznych.

W obecnej sytuacji kluczowe jest by zamawiający oraz wykonawcy usług przygotowali się do nadchodzących zmian z wyprzedzeniem. Dzięki nowelizacji ustawy Prawo zamówień publicznych z sierpnia 2015 roku możliwa jest renegocjacja kontraktów niezwłocznie po uchwaleniu zmian w prawie, które wpływają na koszty realizacji zamówień. Pozwala to na ograniczenie ryzyka dla obu stron kontraktu.

Marek Kowalski
Marek Kowalski

– Warto zwrócić uwagę na fakt, że od 1 stycznia 2017 roku planowane jest wprowadzenie podwyżki płacy minimalnej do 2.000 zł – która musi zostać objęta waloryzacją w zamówieniach publicznych, podobnie jak stawka 13 zł za godzinę w umowach zlecenia. Łącznie więc to najwyższa dotychczasowa podwyżka na rynku pracy, jednak konsekwencją jej wprowadzenia może być znaczne ograniczenie liczby zamówień w sektorze komercyjnym.

Podobna sytuacja miała miejsce na początku 2016 roku, gdy została wprowadzona nowelizacja PZP dotycząca ozusowania umów zleceń – wówczas zakres zamówień sektora komercyjnego spadł o 15%, a aż 45 tys. pracowników straciło pracę. Od 1 stycznia 2017 roku spadek ten może osiągnąć kolejne 15%, co oznacza podobną skalę zwolnień – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Zespołu ds. Zamówień Publicznych przy Radzie Dialogu Społecznego, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej na poziomie 13 zł, ustanowienie minimalnego wynagrodzenia w wysokości 2000 zł oraz nowelizacja ustawy Prawo zamówień publicznych jest wyrazem troski rządu o najmniej zarabiających Polaków, którzy są szczególnie narażeni na patologie rynku pracy czy trwałe wykluczenie do szarej strefy. Przedsiębiorcy wraz ze związkami zawodowymi i szeregiem organizacji społecznych działają na rzecz poprawy jakości i profesjonalizacji usług w sektorze zamówień publicznych. Głównymi celami jest m.in. wprowadzenie regulacji nakazujących uwzględnianie minimalnej stawki wynagrodzenia w przetargach na usługi, ustanowienie obowiązku zatrudnienia na etacie, gdy charakter pracy na to wskazuje oraz ozusowanie umów zleceń z odpowiednim vacatio legis. Część z zamierzeń została już zrealizowana, ale przed sektorem zamówień publicznych stoi jeszcze wiele wyzwań – szczególnie związanych z podnoszeniem jakości usług i zabezpieczeniem miejsc pracy.

– Uzdrowienie rynku pracy nie może opierać się jedynie na wprowadzaniu kolejnych, coraz bardziej restrykcyjnych regulacji prawnych. Ważne jest, aby wykonawcy usług oraz zamawiający aktywnie uczestniczyli w tym procesie i respektowali wprowadzane zmiany. Niezwykle istotne jest również jak najwcześniejsze przygotowanie się do waloryzacji umów, a w konsekwencji doprowadzenie do pełnej racjonalizacji kosztów kontraktów w oparciu o stawki brutto. Przede wszystkim mam na myśli dokonanie przez zamawiającego i wykonawcę dostosowania budżetów w oparciu o rzeczywiste koszty zatrudnienia pracowników – obejmujące wprowadzenie stawki 13zł/h i wzrost minimalnego wynagrodzenia – dodaje Marek Kowalski.

Poprawę rynku pracy należy rozpocząć od zniwelowania złych praktyk stosowanych w zamówieniach publicznych. Instytucje państwowe i samorządowe powinny podlegać szczególnemu nadzorowi rządzących w zakresie przestrzegania nowowprowadzanych regulacji. Schematy i zalecenia stosowane w realizacji kontraktów w przedsiębiorstwach publicznych powinny wyznaczać standard postępowania i stanowić wzór dla prywatnych przedsiębiorców – zwłaszcza w zakresie uwzględniania minimalnej stawki wynagrodzenia czy wprowadzenia do przetargów obowiązku zatrudnienia na etacie, gdy charakter pracy na to wskazuje.

Konfederacja Lewiatan

S&P 500 według Deutsche banku

S&P 500 według Deutsche banku 4

Według Deutsche banku korekta z jaką mieliśmy do czynienia w poprzednim tygodni to dopiero początek. Do takiej opinii skłoniło ich do tego kilka rzeczy.

  • Po pierwsze giełda amerykańska jest bardzo droga. Wskaźnik ceny przez zysk, czy też zysk na akcję wskazują na bańkę spekulacyjną.
  • Po drugie sentyment na rynku jest zbyt dużo żeby został utrzymany. Coraz więcej osób spodziewa się kontynuacji ostatnich wzrostów.
  • Po trzecie zyski firm w III kwartale 2016 roku po raz kolejny mają spaść.
  • Po czwarte Rezerwa Federalna może dokonać podwyżki stóp procentowych.
  • Po piąte na instrumencie strachu VIX pozycje netto są na historycznym minimum.

Według analizy technicznej zatrzymaliśmy się na tygodniowym wsparciu 2090-2110, jednakże spadki mogą się przedłużyć i dojść w okolicę 2000 punktów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Ropa naftowa i czynniki makroekonomiczne

Ropa naftowa i czynniki makroekonomiczne 5

Poniżej zostały przedstawione czynniki makroekonomiczne, które oddziałują na rynek ropy naftowej.

Długi termin: LONG

  • Największe firmy działające w sektorze ropy naftowej jak ExxonMobile, Chevron itp. Podwoiły swoje zadłużenie od 2014 roku z 70 miliardów do 140 miliardów USD.
  • Średni koszt wydobycia ropy naftowej w USA wynosi 60 USD, poniżej tego poziomu firmy nie są rentowne. Aktualna cena oscyluje w okolicy 47 USD.
  • Według firmy konsultingowej Wood Mackenzie Ltd, wydatki na poszukiwanie nowych złóż ropy naftowej spadły z 100 mld. USD w 2014 roku do 40 mld. USD w 2016 roku.
  • Iran (4,4% udziału w rynku) oraz Arabia Saudyjska (13,1% udziału w rynku), czyli kluczowi eksporterzy ropy naftowej są na skraju wojny.
  • Pogarszają się stosunki dyplomatyczne Stany Zjednoczone –Arabia Saudyjska

Krótki termin: KONSOLA

  • Iran zwiększa produkcję ropy naftowej. W lipcu produkcja wyniosła 4,78 mln baryłek dziennie w porównaniu z 4,44 mln baryłek na koniec ubiegłego roku. Iran chce odzyskać swój udział w rynku.
  • Od 26 września do 28 września odbędzie się nieformalne spotkanie OPEC w Algierii. Podczas spotkania omawiana będzie możliwość zamrożenia produkcji surowca
  • Według Bloomberga są 4 możliwe scenariusze:
    • Rosja oraz OPEC zamrażają produkcję
    • Częściowe zamrożenie –Arabia oraz Rosja, natomiast Iran, Libia, Nigeria oraz Nigeria dalej produkują ropę (ostatecznie nic to nie da).
      • Cięcie produkcji – barto wątpliwy scenariusz
        • Do nothing – czyli zostaje po staremu
  • Produkcja Państw OPEC wzrosła w lipcu o kolejne 130 tysięcy baryłek dziennie, jest najwyższa w historii

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 13.09.2016

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Stopy procentowe i FED

Stopy procentowe i FED 6

Wczorajszego wieczora mieliśmy okazję usłyszeć jednego z członków Rezerwy Federalnej na temat przyszłych stóp procentowych. Pani Brainard była bardzo gołębia, rynki zostały zbite z tropu. Wypowiedziała się, że inflacja jest w dalszym ciągu poniżej celu Rezerwy Federalnej oraz przyszłe podwyżki stóp procentowych muszą odbywać się z bardzo dużą ostrożnością.

Powyższe słowa natychmiastowo przełożyły się na odrobienie piątkowych spadków na giełdzie w Stanach Zjednoczonych a także na spadek prawdopodobieństwa podwyżki stóp procentowych na wrześniowym posiedzeniu. Na podstawie kontraktów terminowych prawdopodobieństwo to oscyluje w okolicy 22 procent, jeszcze wczoraj było powyżej 30 procent.

Stopy procentowe i FED 7

Na interwale dziennym indeksu dolara strefa podaży 95.60-96.00 została obroniona już kilka dni temu, wszystko przemawia za tym, że kontynuacja wyprzedaży będzie kontynuowana w okolicę poziomu 93.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

S. Horbaczewski: ustawa frankowa powinna zostać przyjęta jeszcze w tym roku, ale po zmianach

S. Horbaczewski: ustawa frankowa powinna zostać przyjęta jeszcze w tym roku, ale po zmianach 8
NBP wyliczył, że zaproponowane przed ponad miesiącem przez Kancelarię Prezydenta rozwiązania kosztować mogą nawet dwa razy tyle, ile zakłada prezydencki projekt. Problemem jest jednak to, że sami kredytobiorcy są nim zupełnie nieusatysfakcjonowani i dalej zamierzają dochodzić swoich roszczeń w sądach, uzyskując wyroki korzystniejsze, niż przyniosłaby planowana obecnie ustawa. Zdaniem Sławomira Horbaczewskiego problem musi zostać rozstrzygnięty jeszcze w tym roku, a projekt przejdzie wiele zmian, zanim przybierze ostateczny kształt.

– Projekt ustawy frankowej, który został złożony do dalszych prac sejmowych jako inicjatywa Kancelarii Prezydenta RP, to bardzo wstępny projekt. Osobiście nie jestem usatysfakcjonowany zakresem tego projektu, uważam, że jest zbyt mały, nie rozwiązuje problemu, to jest wciąż wyłącznie trwanie w dyskusji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Horbaczewski, finansista, ekspert nadzoru korporacyjnego oraz rynku nieruchomości. – I jeżeli ta dyskusja byłaby ograniczona czasowo, to w porządku, ale już powoli wykraczamy poza pewne ramy.

Uporanie się z problemem kredytów walutowych, których wartość na skutek osłabienia złotego często przekracza dziś kwotę wziętego przed kilku laty pełnego kredytu, obiecywała w kampanii wyborczej obecna władza. Już w styczniu Kancelaria Prezydenta zaprezentowała pierwszy, satysfakcjonujący kredytobiorców projekt, który zakładał przewalutowanie kredytów po sprawiedliwym kursie. Okazało się jednak, że koszt tej operacji dla banków byłby tak duży, że zagrażałby stabilności systemu finansowego kraju. NBP wyceniło go wówczas na 44 mld zł, KNF po głębszej analizie – na 45–100 mld zł.

Dlatego na początku sierpnia sekretarz stanu Maciej Łopiński wraz z prezesem NBP Adamem Glapińskim przedstawili nową wersję projektu, po której banki odetchnęły z ulgą w przeciwieństwie do zadłużonych w walutach.

– Pamiętajmy, że projekt, który został złożony do dalszych prac obejmuje wyłącznie drobny wycinek, obejmuje część spreadów, czyli różnic kursowych, które się pojawiały, i przy wypłacie kredytów i przy spłacie. Traktuje też w sposób nierówny poszczególne grupy kredytobiorców. Mówimy tu o frankowych, ale tam są również kredytobiorcy dolarowi, eurowi i jenowi, 4/5 to są frankowi, 1/5 to inne osoby ­– mówi Horbaczewski.

Prezydencki projekt z 2 sierpnia zakłada zwrot tej części spreadów, które odbiegały od kursu sprzedaży NBP o więcej niż 0,5 proc. Koszt tego rozwiązania oszacowano na 3,6 do 4 mld zł. I choć NBP w swojej analizie przestrzegł, że banki będzie kosztował on nawet dwa razy tyle ze względu na koszty operacyjne oraz koszty zaangażowania pracowników, to przecież tej różnicy kredytobiorcy w swoich kieszeniach nie odczują.

– Sądzę, że w toku prac legislacyjnych dojdzie do bardzo dużych zmian, jeżeli chodzi o poszczególne zapisy tej ustawy i będzie ona zupełnie inną ustawą niż ta, która została złożona w parlamencie 2 sierpnia, najprawdopodobniej bardziej radykalną. W związku z czym dzisiaj tak naprawdę nie jesteśmy w stanie oszacować skutków tej ustawy, dlatego że może się okazać, że te skutki będą zupełnie inne, wartościowo raczej większe.

Podkreśla, że jeśli przeforsowany zostanie pomysł, że ustawa działa tylko na wniosek kredytobiorcy, to ci ostatni będą woleli się udać do sądu, bo tam będą mogli liczyć na większy zwrot niż tytułem ustawy. Choć docenia, że próba rozwiązania problemu w ogóle wkroczyła na ścieżkę legislacyjną.

– Olbrzymią zaletą tego, że 2 sierpnia ten projekt został skierowany do prac w parlamencie, jest to, że został w ogóle skierowany. Bo po raz pierwszy zostało to sformalizowane – mówi Horbaczewski. – Moim zdaniem finalna wersja ustawy pojawi się jeszcze w tym roku, dlatego że jest to bardzo ważny problem o charakterze społecznym. To już przestał być problem ekonomiczny. Proszę zwrócić uwagę na to, że rynki już bardzo dawno odreagowały i moim zdaniem te reakcje na poszczególne etapy procedowania to są reakcje typowo spekulacyjne, to nie są reakcje fundamentalne.

Qumak spodziewa się, że pieniądze z nowej perspektywy unijnej ruszą na przełomie roku. Wpłynie to na szybki rozwój inteligentnej infrastruktury

Tomasz Laudy, Prezes Zarządu Qumak S.A.
Choć obecna perspektywa unijna teoretycznie rozpoczęła się w 2014 roku, pieniądze z niej wciąż nie zaczęły do Polski płynąć. Stąd brak nowych inwestycji, zwłaszcza w sektorze publicznym. Zdaniem technologicznej spółki Qumak, z rynku dochodzą jednak sygnały świadczące o tym, że na przełomie roku, a najpóźniej w 2017 r. środki te zostaną wreszcie uruchomione. Powinno to zaowocować szybkim rozwojem inteligentnej infrastruktury.

– Wydaje mi się, że wszyscy trochę jesteśmy zniecierpliwieni brakiem inwestycji na tym rynku. Spodziewaliśmy się, że duże projekty infrastrukturalne ruszą na przełomie 2015 i 2016 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Laudy, prezes zarządu spółki Qumak. – My ze swojej perspektywy patrzymy optymistycznie na rozwój tego rynku. Rzeczywiście duże projekty są opóźnione, ale nie dostajemy sygnałów, żeby te plany inwestycyjne były dalej odkładane.

W latach 2014–2020 Polska ma otrzymać z Unii Europejskiej 82,5 mld euro. Spośród programów krajowych najwięcej, bo 27,4 mld zł, przeznaczone zostanie na program Infrastruktura i Środowisko, którego priorytetami są rozwój infrastruktury, ochrona środowiska, bezpieczeństwo energetyczne oraz gospodarka niskoemisyjna. Drugim największym programem jest z kolei Inteligentny Rozwój (8,6 mld zł), z którego finansowane będą wspólne przedsięwzięcia badawczo-rozwojowe naukowców i przedsiębiorców.

– Spodziewamy się, że już pod koniec tego roku, a na pewno w 2017 roku ruszą projekty w sektorze lotniczym i transportowym. Już odpowiadamy na pierwsze zapytania dotyczące wdrożeń zaawansowanych systemów związanych z organizacją ruchu w dużych ośrodkach miejskich – mówi prezes spółki Qumak. – Naszym celem jest pomóc naszym partnerom i klientom  dobrze zainwestować środki, a w dłuższej perspektywie przygotować na jeszcze większą konkurencyjność rynku po 5-letnim okresie poważnych inwestycji w Polsce.

Qumak ma już za sobą wdrożenia systemów zarządzania ruchem w Lublinie i Trójmieście. W stolicy województwa lubelskiego zainstalowano 303 kamery na połowie skrzyżowań w mieście. Są one monitorowane przez operatorów w Centrum Zarządzania Ruchem na 12 ekranach. Dwa podobne centra działają w Trójmieście, gdzie dzięki zainstalowaniu 80 kamer szybkoobrotowych, elektronicznych tablic informacyjnych oraz wyposażeniu 750 pojazdów transportu publicznego w komputery pokładowe udało się skrócić czas poruszania się komunikacją miejską o 9 proc., a ogólny czas przejazdu przez miasta o 18 proc.

– W drugiej kolejności musimy integrować elementy infrastruktury, dołączając inteligentne budynki do systemów zarządzania ruchem, łączyć te systemy później specjalnymi rozwiązaniami do zarządzania infrastrukturą transportu publicznego, kolei, metra i na końcu dawać mieszkańcom szansę bycia beneficjentem tych nowoczesnych, inteligentnych rozwiązań – podkreśla Tomasz Laudy. – To jest o tyle istotne, że mądre zarządzanie infrastrukturą miejską, szczególnie w obszarze transportu, zasadniczo obniża zatrucie środowiska, a przecież o to nam chodzi, żebyśmy żyli wygodnie i w zdrowym otoczeniu. 

Prezes spółki Qumak zaznacza także, że dla inteligentnej infrastruktury jako ścieżki rozwoju nie ma alternatywy ze względu na rosnący ruch, mobilność pasażerów, zatrucie środowiska i coraz powszechniejsze korzystanie z różnych środków transportu, nie tylko drogowego czy szynowego, lecz także lotniczego.

Polska Grupa Zbrojeniowa planuje ekspansję na zagraniczne rynki. Celem m.in. Skandynawia i Azja

Polska Grupa Zbrojeniowa planuje ekspansję na zagraniczne rynki. Celem m.in. Skandynawia i Azja 9
Krajowy przemysł obronny liczy na sukcesy eksportowe. Firmy wchodzące w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej chcą zwiększać swoją obecność za granicą. Perspektywiczne są dla nich rynki skandynawskie oraz azjatyckie. Chcą je zawojować m.in. wozami artyleryjskimi Rak czy armatohaubicami Krab. Hitem eksportowym mogą się okazać testowane właśnie przez GROM karabinkami MSBS.

– Nasze produkty są konkurencyjne i niedługo sukcesy eksportowe to pokażą – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Lew-Mirski, członek zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej. – W pierwszej kolejności musieliśmy poświęcić czas na wyczyszczenie pewnych złogów, które zalegały, załatwienie pewnych kwestii, niezapłaconych kar, niezrealizowanych postanowień offsetowych. Dziś poszliśmy do przodu, mamy zielone światło.

PGZ chce wykorzystać fakt, że państwa na całym świecie zwiększają wydatki na zbrojenia. Z raportu szwedzkiego Instytutu Badań nad Pokojem wynika, że w ubiegłym roku odnotowano wzrost nakładów o 1 proc. względem 2014 roku. To wprawdzie niewiele, ale jednocześnie jest to pierwszy wzrost od czterech lat. Liderem w rankingu wydatków pozostają Stany Zjednoczone i Chiny.

Jak podkreśla członek zarządu PGZ, myśląc o ekspansji zagranicznej, grupa stawia m.in. na Europę.

– W Danii startujemy z armatohaubicą KRAB. Cała Skandynawia jest interesująca – to jest bardzo duży rynek dla nas zarówno jeżeli chodzi o wyposażenie osobiste żołnierza, jak i o modernizację Leopardów. Te kraje użytkują ten sam model czołgów, który my mamy. Nawet jeżeli nie będziemy mogli przejąć ich całkowitej modernizacji, to chcielibyśmy, aby tak unikatowy produkt jak kamera Asteria był w pakiecie modernizacyjnym. O to się staramy i o to walczymy – zapowiada Lew-Mirski.

Drugim perspektywicznym kierunkiem jest Azja. Grupa prowadzi tam intensywne działania, choć dotychczasowe doświadczenia, m.in. z kontraktem indyjskim czy malezyjskim, nie są najlepsze. W tym roku Grupa zrealizowała kontrakt na wyprodukowanie i dostarczenie 40 transporterów Rosomak do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

 Z jednej strony rozwiązujemy problemy z przeszłości i chcemy je rozwiązać pakietowo, z drugiej – chcemy wejść z nową ofertą do Azji, ale bez Bliskiego Wschodu – mówi Maciej Lew-Mirski. – Dzisiaj możemy tam oferować przeciwlotnicze systemy GROM, samobieżne rakietowe zestawy przeciwlotnicze POPRAD, mosty towarzyszące DAGLEZJA czy drony E-310. To absolutna nowość, produkt, którym interesuje się bardzo wiele krajów, w tym krajów również europejskich.

MSBS, wyprodukowany przez radomski Łucznik to karabin modułowy, który składa się z elementów zdatnych do dalszej konfiguracji. W ciągu kilkunastu sekund żołnierz może zdemontować kolbę albo zmienić lufę, czyniąc z MSBS całkiem inny rodzaj broni. Karabin wkrótce ma wejść do masowej produkcji.

– W tej chwili jest on testowany przez najlepszych żołnierzy w polskiej armii. Grom to marka sama w sobie. Fakt, że ci żołnierze podjęli się tego zadania, sprawi, że to będzie najlepszy produkt na świecie – mówi członek zarządu PGZ. – To pokazuje, że synergia pomiędzy nami, Ministerstwem Obrony Narodowej a armią jest rzeczywista. Chcemy współpracować, chcemy kooperować nawet na tak podstawowym poziomie jak testowanie naszych produktów, jak przekazywanie nam uwag tak, abyśmy ten finalny produkt, który będziemy dostarczali i do polskiego, i do zagranicznego klienta, mieli jak najbardziej dopracowany. To są światowe standardy.

PGZ w zdobywaniu kontraktów chce korzystać ze wsparcia MON i innych instytucji państwa.

Europa Środkowo-Wschodnia szybko goni kraje zachodnie. Postęp przyciąga inwestorów zagranicznych

Europa Środkowo-Wschodnia szybko goni kraje zachodnie. Postęp przyciąga inwestorów zagranicznych 10

To, co w Europie Zachodniej zajmowało 40 lat, w Europie Środkowo-Wschodniej dzieje się w ciągu 10 – przekonuje Gérard Bourland, dyrektor generalny Grupy Veolia w Polsce. Szybki postęp sprawia, że inwestorzy zagraniczni chętnie lokują swoją działalność w naszym regionie. Polska ma wśród sąsiadów silne atuty, by przyciągnąć inwestycje. Duży rynek wewnętrzny w połączeniu z wykwalifikowaną kadrą otwartą na zmiany budują naszą przewagę.

– Dla nas interesujące w Europie Środkowo-Wschodniej jest to, że kraje te nie osiągnęły jeszcze poziomu rozwoju Europy Zachodniej, ale szybko robią duże postępy. To, co w Europie Zachodniej zajmowało 40 lat, tutaj robimy w 10. Zmiany zachodzą dużo szybciej, co w ostatecznym rozrachunku oznacza, że kraje te zmierzają bezpośrednio od przeszłości ku przyszłości szybciej niż państwa Europy Zachodniej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Gérard Bourland, dyrektor generalny Grupy Veolia w Polsce, międzynarodowego koncernu działającego w obszarze gospodarki wodnej, odpadowej i energetyce.

Instytut Ekonomiczny wskazuje, że mimo słabnącego wzrostu gospodarczego na świecie, ożywienie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej przyspieszyło. W 2015 roku tempo wzrostu PKB w Polsce sięgnęło 3,6 proc., podobnie jak w Słowacji. Jeszcze szybciej rozwijała się Rumunia (3,8 proc.) i Czechy (4,6 proc.). Jak wskazuje Bourland, aby wspomóc inwestycje, konieczny jest dialog z rządzącymi.

– W naszym biznesie myślimy długoterminowo, w perspektywie 20, 30, a nawet 40 lat. Oczywiście, nie możemy liczyć na stabilizację w tak długim okresie, dlatego musimy być elastyczni i dostosowywać nasze działania do zmieniających się warunków – tłumaczy dyrektor generalny Grupy Veolia w Polsce.

W krajach Europy Środkowej rośnie popyt krajowy i nakłady inwestycyjne. Prognozy międzynarodowych instytucji wskazują również na stabilizację tempa i struktury wzrostu gospodarczego w regionie w najbliższych latach. To wszystko sprzyja zagranicznym inwestycjom.

– Dla inwestorów ważne jest zrozumienie, do czego dążą poszczególne kraje, w jakim kierunku będą się rozwijać, czego chcą decydenci tych państw. Mając wiedzę, czego dany kraj chce, możemy wnieść wartość dodaną. Wśród najważniejszych dla inwestorów czynników wskazałbym stabilność regulacji. W tym obszarze zachodzi jednak wiele zmian. Dlatego ważna jest czytelna strategia, wówczas możemy zdecydować o tym, jak włączyć się w nią w perspektywie długoterminowej – tłumaczy Bourland.

Zdaniem eksperta cały region ma szanse zdobycia przewagi konkurencyjnej w Unii Europejskiej.

– Kraje regionu reagują dużo szybciej, zarówno z punktu widzenia administracji publicznej, jak i przemysłu – zaznacza Bourland.

Choć obecnie Europa Środkowo-Wschodnia rozwija się szybciej w porównaniu do krajów Zachodu, wciąż jeszcze są postrzegane jako mniej rozwinięte. Ich przewagą jest jednak nie stopniowy, a skokowy wzrost, dzięki czemu mogą szybko dogonić kraje Zachodu.

– Myślę, że z globalnego punktu widzenia wdrażanie zmian poprzez szybką ścieżkę to atut na wszystkich polach. Te kraje nie mają czasu do stracenia i mogą stać się wzorem dla innych. Trzeba przekuć tę słabość w siłę – tłumaczy dyrektor generalny Grupy Veolia w Polsce.

Polska i inne kraje regionu zamiast rywalizować mogłyby współpracować, by przyciągnąć inwestorów. Jak przekonuje Bourland, powinny one szukać takich możliwości.

– Dziś współpracy między krajami regionu na rzecz inwestycji tak naprawdę nie ma. To nie jest dobra sytuacja. Każdy kraj powinien wdrażać własne rozwiązania czy strategie, ale jeżeli pojawia się pole do współpracy pomiędzy dwoma lub kilkoma krajami, to powinna ona być nawiązywana – ocenia.

Jak wskazuje Gerard Bourland, duży potencjał wśród inwestorów ma Polska. Wedle raportu inwestycyjnego Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Handlu i Rozwoju (UNCTAD) znajdujemy się w grupie 20 największych odbiorców inwestycji zagranicznych. W Europie pod względem wartości inwestycji wyprzedzają nas tylko cztery kraje, w regionie jesteśmy zaś liderem.

– Polska to przede wszystkim duży rynek wewnętrzny i mocno zakorzeniony przemysł rolno-spożywczy. Kraj ma wykwalifikowanych pracowników, otwartych na zmiany, co istotne w zmieniającym się świecie. W sektorze energetycznym, czyli naszym głównym biznesie, wielkim atutem Polski jest, że jako pierwszy kraj w Europie buduje ona lokalne sieci ciepłownicze. To przewaga, która może zostać wykorzystana w przyszłości, w większym stopniu niż w innych krajach – przekonuje Gérard Bourland.

Atutem Polski jest jej decentralizacja, stolica ma tylko 5 proc. mieszkańców. Każdy region może więc być osobną jednostką dla inwestorów. Przewagą konkurencyjną jest też wysokie wykształcenie Polaków (wedle Eurostatu 40 proc. osób w grupie wiekowej 30–34 lat ma dyplom ukończenia studiów).

Łącznie według danych NBP stan bezpośrednich inwestycji zagranicznych w naszym kraju wynosi ponad 171 mld euro. Największymi inwestorami są firmy z Holandii, Niemiec i Luksemburga.

Model medycyny pracy w Polsce jest przestarzały. Zamiast orzecznictwa potrzebne są doradztwo i profilaktyka

Model medycyny pracy w Polsce jest przestarzały. Zamiast orzecznictwa potrzebne są doradztwo i profilaktyka 11
Zasady funkcjonowania medycyny pracy w Polsce od 20 lat pozostają takie same. Tymczasem potrzeby pracowników i rynek pracy uległy diametralnym zmianom. Zamiast orzecznictwa pracownicy potrzebują doradztwa i profilaktyki, szczególnie w zakresie najczęstszych chorób cywilizacyjnych. W ten sposób możliwe jest zmniejszenie liczby absencji – ocenia prezes Grupy LUX MED.

– Dzisiejsza medycyna pracy stanowi o tym, czy jesteś zdolny do pracy czy nie. Skupia się przede wszystkim na chorobach zawodowych i na wypadkach przy pracy. Chodzi o to, żeby tak zmienić prawo dotyczące medycyny pracy, żeby koncentrowała się ona na utrzymywaniu pracownika w zdrowiu. Czyli przechodzimy z modelu orzeczniczego do modelu doradczego i do profilaktyki – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. –Dziś pracodawca potrzebuje zdrowego pracownika, bo to przekłada się na jego efektywność w pracy.

W obecnym modelu pracownicy często zatajają przed lekarzem prawdziwe informacje o swoim stanie zdrowia. Powodem jest obawa, że nie uzyskają przez to orzeczenia o zdolności do pracy. To uniemożliwia skuteczne leczenie oraz zapobieganie chorobom. Pracodawcy dzisiaj coraz częściej proponują dodatkową opiekę medyczną swoim pracownikom i ich rodzinom, ale wciąż dotyczy to tylko pewnej części społeczeństwa.

Zdaniem Anny Rulkiewicz medycyna pracy powinna się skupiać na chorobach najczęściej powodujących absencję pracownika. Są to w coraz większym stopniu choroby cywilizacyjne, takie jak cukrzyca czy choroby krążenia, a także np. nadmierny stres, który często uniemożliwia wykonywanie obowiązków.

– Pracodawca będzie miał szansę na zmniejszenie liczby absencji chorobowych tylko wtedy, gdy lekarz skupi się na profilaktyce oraz na badaniach, które umożliwią wczesne wykrycie choroby i skuteczną terapię. Lekarz medycyny pracy powinien nie tylko wskazywać zagrożenia, lecz także proponować plan, jak ich uniknąć, a przynajmniej zredukować. Bardzo istotne jest to, żeby lekarz dobrze rozumiał swoich pacjentów w danym zakładzie pracy, mógł myśleć o programach profilaktycznych i skutecznie zapobiegać pewnym chorobom – wyjaśnia Anna Rulkiewicz.

Eksperci podkreślają, że takie zmiany to konieczność, choćby ze względu na demografię. W najbliższych latach liczba osób w wieku 60+ będzie dynamicznie rosnąć, a czas pracy będzie się stopniowo wydłużać.

Nowy model powinien także uwzględniać zmiany na rynku pracy, a więc fakt, że znacząca część osób aktywnych zawodowo pracuje dziś na podstawie umów cywilnoprawnych.

 Jeżeli mówimy o tym, żeby wesprzeć zdrowie osób pracujących, utrzymać ich dłużej w zdrowiu, to musimy myśleć o szerszej populacji, nie tylko o zatrudnionych na etacie. Tu pojawia się pytanie o to, jak uwzględnić medycynę pracy w innych formach zatrudnienia – mówi prezes Grupy LUX MED.

Problem także w tym, że zmiana modelu medycyny pracy może się wiązać z większym kosztem dla pracodawców. Jak podkreśla Rulkiewicz, warto rozważyć możliwości wsparcia ich w tym zakresie.

– Jeśli potraktujemy medycynę pracy jako część zdrowia publicznego, to państwo powinno partycypować w tych kosztach, np. poprzez ulgi dla pracodawców, którzy wykazują się dużym zaangażowaniem w dbałość o zdrowie swoich pracowników albo poprzez fundusze na zdrowie publiczne – mówi Anna Rulkiewicz.

Start-upy muszą prowadzić inną politykę motywacyjną niż korporacje. Tylko wtedy uda im się pozyskać i utrzymać wartościowych pracowników

Start-upy muszą prowadzić inną politykę motywacyjną niż korporacje. Tylko wtedy uda im się pozyskać i utrzymać wartościowych pracowników 12
Właściciele start-upów, aby przyciągnąć pożądanych pracowników, powinni przedstawiać ofertę całkowicie różną od korporacyjnej. Taką jest Motywacja 3.0 polegająca na pobudzaniu wewnętrznej motywacji pracownika. To przeciwieństwo Motywacji 2.0 polegającej na tradycyjnym systemie kar i nagród.

– Taki klasyczny kij i marchewka kompletnie nie zdaje egzaminu w środowisku kreatywnym, w środowisku wymagającym proaktywnego i pełnego zaangażowania miejsca pracy. Takim miejscem są właśnie startupy. Miejsca, w których budujemy nowe biznesy. Odpowiednie motywowanie to coś, co od razu odróżnia środowisko nowoczesnych, innowacyjnych biznesów od korporacji – mówi agencji Newseria Łukasz Krasnopolski, prezes spółki To Reforge.

W przypadku takich pracowników pracodawca powinien pamiętać o pozostawieniu im dużej swobody: nie wymagać codziennego raportowania, dać możliwość zgłaszania się z własną inicjatywą i pozwolić na jej realizację.

– Trzeba mieć do nich zaufanie i dać im miejsce do popełniania błędów. Musimy dać im przestrzeń do tego, by uczyli się na błędach, by nie bali się eksperymentować i tworzyć tę kulturę, która zachęca ich do coraz większej liczby eksperymentów. To jest duże zaufanie przywództwa do wszelkich ludzi, z którymi pracujemy, do tego, że oni wiedzą, co robić, i wejście w rolę ich mentorów, a nie krytyków i koordynatorów – dodaje Krasnopolski.

W przypadku osób zatrudnionych w start-upach sprawdza się Motywacja 3.0, czyli pobudzanie wewnętrznej motywacji pracownika.

– Motywacja 3.0 mówi nam o tym, że odnosimy się do naszych wewnętrznych pragnień, do wewnętrznej motywacji. Motywacja 2.0 mówi nam o zewnętrznej nagrodzie. Czyli innymi słowy: jak zrobisz coś dobrze, to dostaniesz nagrodę lub nie, zrobisz coś źle, to dostaniesz karę. Motywacja 3.0 zupełnie tego nie dotyka. Ona mówi, że my wewnętrznie pragniemy się rozwijać, pragniemy tworzyć, pragniemy kreować i sami potrafimy się zmotywować do tego, by osiągać więcej. I w tym momencie potrzebujemy zbudować tylko środowisko, które rzeczywiście takie wartości stymuluje i takie też środowisko staramy się zbudować – wyjaśnia Krasnopolski.

Obrazowo Motywację 3.0 przedstawił Dan Pink w głośnej książce „Drive”. Opisał on eksperyment przeprowadzony na dzieciach lubiących rysować. Podzielono je na dwie grupy: pierwszej dano kartki i kredki, aby zaczęły rysować. Drugiej też, ale do tego obiecano nagrodę za wykonanie zadania. Dzieci zaczęły rysować. Te z grupy pierwszej – tak jak zawsze, gdyż była to ich pasja. W grupie drugiej dzieci pracowały na szybko, bardziej niedbale niż zwykle, bo śpieszyły się do obiecanej nagrody. Eksperyment powtórzono jakiś czas później. Dzieci z grupy drugiej już na początku zabawy zapytały, jaką nagrodę otrzymają za rysunek. Okazuje się, że nagrody typu „jeśli zrobisz coś, to…” niszczą kreatywność.

Zewnętrzne motywatory mogą znacząco zmniejszyć zainteresowanie samym zadaniem, a pozytywnie stymulują tylko przez pierwsze kilka godzin. Koncentracja na nagrodzie zawęża pole widzenia, tak jak w przypadku rysujących dzieci. Choć nauka dość jasno wypowiada się o efektywnym motywowaniu, to firmy nadal wykorzystują tradycyjne, niesprawdzające się już metody kija i marchewki, a skupić się powinni na wywołaniu motywacji wewnętrznej.

Większość licealistów uważa, że obecny model edukacji nie przygotowuje ich do przyszłej pracy. 37 proc. jest przeciwnych likwidacji gimnazjów

Większość licealistów uważa, że obecny model edukacji nie przygotowuje ich do przyszłej pracy. 37 proc. jest przeciwnych likwidacji gimnazjów 13
Zdania gimnazjalistów i licealistów na temat likwidacji gimnazjów są podzielone. Za propozycją resortu edukacji jest co trzeci uczeń, a przeciw – 43 proc. z nich – wynika z badania Zadane.pl. Bardziej sceptycznie nastawieni są gimnazjaliści niż licealiści. Te dwie grupy uczniów różnie oceniają także to, czy obecny model edukacji dobrze przygotowuje ich do życia zawodowego – wątpliwości co do tego ma 82 proc. licealistów. Wśród gimnazjalistów więcej jest optymistów.

 Mniej więcej 80 proc. licealistów nie wie, czy szkoła przygotuje ich do dalszej edukacji i pracy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Piwnik, menadżer komunikacji Zadane.pl, należącego do Brainly społecznościowego portalu edukacyjnego, gdzie uczniowie mogą uzyskać wsparcie w lekcjach. – Taką odpowiedź wskazał też nieco mniejszy odsetek gimnazjalistów. To w zasadzie jest zrozumiałe, bo licealiści mają mniej czasu na podjęcie decyzji zawodowych.

Spośród gimnazjalistów 37,5 proc. jest zdania, że pobierana w szkole nauka pomoże podczas wypełniania obowiązków zawodowych.

Podstawowym tematem badania było jednak uzyskanie opinii uczniów na temat planowanej przez Ministerstwo Edukacji Narodowej likwidacji gimnazjów. Okazało się, że za takim rozwiązaniem optuje jedynie 31 proc. ankietowanych, a przeciwko jest ponad 43 proc. uczniów. W podziale na uczniów poszczególnych rodzajów szkół odpowiedzi były nieco bardziej zróżnicowane. Przeciwnych takiemu pomysłowi było 48 proc. gimnazjalistów. Wśród licealistów 37 proc. było przeciwko projektowanym zmianom, a 28 proc. nie miało zdecydowanego przekonania.

– Różnice jednak były niewielkie – komentuje Jakub Piwnik. – Ogólnie uczniowie nie mają zdecydowanie wyrobionego zdania na ten temat. Natomiast gimnazjaliści są bardziej przeciwni forsowanemu przez obecne kierownictwo MEN rozwiązaniu.

Ankietowani wypowiedzieli się na temat najważniejszych według nich formy nauczania. Blisko jedna piąta chętnie widziałaby w szkołach większą różnorodność w wyborze dziedzin nauki. 17 proc. wskazało, że oczekuje także wolności i swobody w sposobach pobierania wiedzy, jednak zarówno gimnazjaliści (53 proc.), jak i licealiści (49 proc.) najchętniej uczą się podczas zwykłych, tradycyjnych lekcji.

Popularna okazała się także nauka indywidualna (45 proc. licealistów i 34 proc. gimnazjalistów). Na zdobywanie wiedzy online wskazało 26 proc. uczniów liceów i 23 proc. gimnazjalistów, co wiąże się ze wzrostem popularności nowych technologii edukacyjnych. Ponadto uczniowie chętnie uczą się ze znajomymi (gimnazjaliści) oraz poprzez korepetycje indywidualne (przede wszystkim licealiści).

– Większość, zarówno w jednej, jak i w drugiej grupie, największe nadzieje na zdobycie wiedzy pokłada jednak w szkole – tłumaczy Jakub Piwnik. – Taka informacja świadczy o tym, że oczekiwania wobec edukacji szkolnej licealiści i gimnazjaliści mają bardzo duże. Natomiast nie do końca są one zgodne z tym, jak to obecnie wygląda.

W pytaniu o opinię na temat szkoły uczestnicy ankiety zgodzili się co do tego, że przygotowuje ona głównie do zdobywania wykształcenia (17 proc.) i zdawania egzaminów (15 proc.). Tylko co dziesiąty uznał, że wprowadza także w zagadnienia przydatne podczas dorosłego życia we współczesnym społeczeństwie. Okazało się także, że blisko 24 proc. licealistów i 23 proc. gimnazjalistów źle się czuje w placówce, do której uczęszcza.

– Zapytaliśmy uczniów również o to, co według nich powinno być poruszane podczas godziny wychowawczej. Najczęściej pojawiające się odpowiedzi to relacje międzyludzkie oraz dojrzałość emocjonalna, a więc bardzo miękkie zdolności, których być może brakuje im na teoretycznych zajęciach – zauważa Jakub Piwnik.

Połączenie eCard i Dotpay może doprowadzić do podwojenia wyniku operacyjnego

Połączenie eCard i Dotpay może doprowadzić do podwojenia wyniku operacyjnego 14
Integracja usług i ograniczenie kosztów to główne założenia połączenia serwisów eCard oraz Dotpay należących do funduszu zarządzanego przez spółkę Private Equity Managers. Jak zapowiada Ewa Bereśniewicz-Kozłowska, prezes firmy eCard, w wyniku integracji z Dotpay poziom EBITDA powinien się podwoić. 

– Produkty eCard i Dotpay są komplementarne – to największa zaleta planowanej integracji – informuje agencję informacyjną Newseria Inwestor Ewa Bereśniewicz-Kozłowska, prezes eCardu. – My zajmujemy się przede wszystkim płatnościami kartą. Dotpay z kolei specjalizuje się w przelewach pół- i całkowicie automatycznych.

W fazie realizacji są już usługi płatniczo-logistyczne bazujące na silnych stronach obu integrujących się spółek. Jedną z nich jest widget e-commerce, dzięki któremu użytkownik będzie mógł zapisać wybrany środek płatniczy oraz adres dostawy i używać tak skonfigurowanego rozwiązania we wszystkich serwisach współpracujących z eCard i Dotpay.

– Dla klienta liczy się przede wszystkim wygoda oraz oszczędność czasu. Nie chce się on zastanawiać nad tym, jak sfinalizuje transakcję, ma ona być przede wszystkim prosta i intuicyjna. Na tym polega właśnie tzw. uberyzacja płatności, do której dążymy i która ma nam ułatwiać zdobywanie rynku – wyjaśnia Ewa Bereśniewicz-Kozłowska.

Właścicielem eCard i Dotpay jest fundusz MCI.EuroVentures zarządzany przez notowaną na GPW spółkę Private Equity Managers (PEM). Integracja obu spółek ma się zakończyć w pierwszym kwartale 2017 roku.

– Będziemy szukać synergii zarówno po stronie przychodowej, jak i kosztowej. Będziemy się starać jak najlepiej wykorzystać atuty obu łączących się spółek, aby zbudować dodatkową wartość – zapowiada Ewa Bereśniewicz-Kozłowska.

W ostatnim czasie eCard zaczął aktywnie działać na rynku KEP (przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczki). Do końca roku kurierzy jednej z największych firm działający w Polsce mają być wyposażeni w 2,5 tys. mPOS-ów (mobilnych terminali płatniczych). Celem jest zwiększenie liczby i wartości płatności elektronicznych na rynku, na którym wciąż w dużej mierze króluje gotówka.

– Ten rynek ma bardzo duży potencjał – mówi Ewa Bereśniewicz-Kozłowska. – Nasze mPOS-y są nowoczesne, małe. Sprawdziły się już w Rumunii i Turcji, są także mocno rozwinięte w Wielkiej Brytanii. Wierzymy, że na krajowym rynku również odniosą sukces.

Polacy coraz częściej wyjeżdżają na urlop jesienią. Wśród popularnych kierunków jest Chorwacja

Polacy coraz częściej wyjeżdżają na urlop jesienią. Wśród popularnych kierunków jest Chorwacja 15
Z danych biur podróży i ubezpieczycieli wynika, że coraz więcej Polaków wyjeżdża na wczasy poza szczytem sezonu wakacyjnego. We wrześniu ubiegłego roku na urlop za granicą zdecydowało się o 17 proc. turystów więcej niż w poprzednich latach. Wśród polskich turystów największą popularnością cieszy się Chorwacja. Wyjazd tam deklaruje 14 proc. urlopowiczów. Wczesną jesienią mogą chociażby podglądać zbiory winogron, posmakować świeżych trufli, pospacerować po górskich szlakach lub odwiedzić najważniejsze sanktuarium maryjne.

Dla wielu osób zaletą wakacji po sezonie jest fakt, że we wrześniu nie ma już takich upałów, jak w lipcu i sierpniu. Poza tym turystyczne miejscowości, plaże czy szlaki wycieczkowe nie są już tak zatłoczone jak w miesiącach letnich. W dodatku za ten sam standard i czas wypoczynku można zapłacić nawet o 30 proc. mniej, a atrakcji nie brakuje.

– Do Chorwacji warto przyjechać jesienią, bo są zbiory winogron, młode wino będzie się tłoczyło i piło. Sezon na kalmary, trufle białe i czarne, 18 września na Istrii zaczyna się jeden z największych festiwali w Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Bojan Baketa, dyrektor Narodowego Ośrodka Informacji Turystycznej Republiki Chorwacji.

Specjaliści od promocji turystycznej coraz częściej zachęcają do odwiedzania nie tylko wybrzeża Chorwacji, lecz także innych regionów, które mają do zaoferowania wiele atrakcji.

– Coraz większa liczba polskich turystów zatrzymuje się w regionach sąsiadujących ze Słowenią czy Węgrami. Teraz bardzo mocno promujemy chociażby Zagorje, w pobliżu granicy ze Słowenią. Przepiękny region, można go porównać nawet z Podkarpaciem. Warto też odwiedzić chorwacką Częstochowę – Marija Bistrica. Polacy są na trzecim miejscu, jeśli chodzi o liczby przyjazdów w tym regionie – podkreśla Bojan Baketa.

Za zorganizowany tygodniowy wyjazd do Chorwacji ze wszystkimi wygodami średnio trzeba zapłacić 1,6 tys. zł. Jednak tylko 1/3 Polaków na zagraniczne wakacje wybiera się z biurem podróży, reszta robi to na własną rękę. Bojan Baketa podkreśla, że podróżujący własnymi samochodami w tym kraju nie powinni mieć powodów do narzekania. Poszczególne regiony są połączone dość dobrą siatką dróg.

 Jest siedem przejść granicznych, przez które można wjechać do Chorwacji. Procedury na granicy są bardzo uproszczone po wejściu Chorwacji do Unii. Nie jesteśmy jeszcze co prawda w strefie Schengen, ale to dla polskich turystów żadna przeszkoda. Przekraczając granicę Chorwacji, wystarczy okazać ważny dowód osobisty lub paszport – dodaje Bojan Baketa.

Wczesna jesień to idealna pora na piesze wędrówki. Na amatorów górskich wycieczek i pięknych widoków w Chorwacji czeka ponad 150 km turystycznych szlaków, które prowadzą przez rezerwaty przyrody. Chorwacja może się pochwalić także licznymi zabytkami kultury i architektury, które przetrwały wiele stuleci.

Rynek kandydata sięga po coraz więcej branż – Raport ManpowerGroup

Pracodawcy w Polsce są konsekwentnie optymistyczni co do chęci powiększania swoich zespołów. Jak pokazują wyniki Barometru Manpower Perspektyw Zatrudnienia, pozytywne prognozy na IV kwartał odnotowano we wszystkich regionach oraz w 9 z 10 badanych sektorach kraju. Pośród branż, w których należy spodziewać się najkorzystniejszej sytuacji triumfuje Produkcja przemysłowa, która odnotowała też największy skok w skali roku. Gonią ją Transport/Logistyka/Komunikacja oraz Budownictwo, w których również rynek kandydata jest coraz silniej odczuwany.   

Jak wynika z opublikowanego dziś przez firmę doradztwa personalnego ManpowerGroup, kwartalnego raportu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia, pracodawcy w Polsce są konsekwentnie optymistyczni co do planów rekrutacyjnych na najbliższe trzy miesiące. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej plasuje się na poziomie +9%. W ujęciu kwartalnym wynik pozostaje na tym samym poziomie, natomiast w ujęciu rocznym wzrasta o 2 punkty procentowe. Spośród przebadanych w Polsce pracodawców, 15% przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 7% zamierza redukować etaty a 75% nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale.

–   Z punktu widzenia osób poszukujących pracy, sytuacja na rynku ulega wyraźnej i konsekwentnej poprawie, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Po wakacjach, możemy spodziewać się pewnego spadku ilości ofert sezonowych, ale nie wpłynie to na ogólny obraz sytuacji. Obecny stan można więc nazwać optymistycznym, a co ważne, jest to trend, który będzie się umacniał. Sytuacja narastania ilości ofert obejmuje swoim zakresem coraz większą pulę branż, w których nastał teraz czas kandydata. Obserwujemy również większą chęć pracodawców do zwiększania stawek płac, a także inwestowania w pozafinansowe formy nagradzania pracowników. Zmiany te wpływają na przedefiniowanie kształtu polityki personalnej wielu firm, dla których człowiek staje się coraz większą wartością, wpływającą na poziom ich  konkurencyjności na rynku,  –  dodaje Iwona Janas.

 Polski w ciągu kolejnych kwartałów.
Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport „Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia”.

W dziewięciu z 10 badanych sektorach[1] kraju prognoza netto zatrudnienia dla IV kwartału 2016 r. jest dodatnia. Najwyższą notę uzyskano dla Produkcji przemysłowej, dla której wynik wyniósł +19%. Zauważalny optymizm odnotowywany jest też dla branż Transport/Logistyka/Komunikacja, +15%, i Budownictwo, +13%. Wysokie noty otrzymano dla Handel detaliczny i hurtowy oraz Instytucje sektora publicznego, +10% dla każdego. Umiarkowanie dobrych warunków do szukania pracy należy spodziewać się w branżach Restauracje/Hotele oraz Kopalnie/Przemysł wydobywczy, gdzie odnotowane wyniki wyniosły odpowiednio +7% i +4%. Na nieznaczny optymizm wskazują prognozy dla sektorów Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, a także Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi, odpowiednio +3% i +2%. Najniższą notę, -4%, uzyskano dla sektora Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi.

Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q4 2016
Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q4 2016 r. Źródło: Raport „Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia”.

–   Rośnie zapotrzebowanie na pracowników o zestawie umiejętności specjalistycznych i dopasowanych do branży pracodawcy. Dotyczy to zarówno stanowisk podstawowych, jak i specjalistycznych. Przedsiębiorcy stoją przed dużym wyzwaniem, którym jest uporanie się z narastającym niedoborem talentów. Zjawisko to nie wykazuje żadnych oznak słabnięcia, zmuszając firmy do inwestowania w działania, które mają na celu nie tylko przyciągnięcie kandydatów, ale również skłanianie ich do zostania w firmie na dłużej. Coraz częściej sięgają też po wsparcie doświadczonych agencji zatrudnienia, które prócz pozyskiwania personelu, pełnią również funkcję doradczą,  –  dodaje Iwona Janas.

W ujęciu kwartalnym w siedmiu z 10 badanych sektorach nastąpiło pogorszenie prognoz. Największe spadki odnotowano dla Budownictwa, o 6 punktów procentowych, a także dla branż Restauracje/Hotele oraz Transport/Logistyka/Komunikacja, o 4 punkty procentowe dla każdej. W przypadku sektorów Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo oraz Handel detaliczny i hurtowy, odnotowano nieznaczne pogorszenie wyników, odpowiednio o 3 i o 2 punkty procentowe. W sektorach Produkcja przemysłowa, Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, a także Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi prognoza nie zmienia się lub pozostaje na zbliżonym poziomie. Poprawa wyników nastąpiła w przypadku dwóch branż – Instytucji sektora publicznego oraz Kopalni/Przemysłu wydobywczego, odpowiednio o 6 i o 3 punkty procentowe.

W porównaniu z IV kwartałem 2015 r. poprawa prognoz nastąpiła w sześciu z 10 badanych sektorach. Największe wzrosty odnotowano w Produkcji Przemysłowej oraz Energetyce/Gazownictwie/Wodociągach, odpowiednio o 9 i o 8 punktów procentowych. Natomiast największy, zauważalny spadek, o 7 punktów procentowych, odnotowano w sektorze Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo. Wyniki dla pozostałych branż utrzymują się na zbliżonym poziomie lub nie ulegają zmianie.

We wszystkich sześciu badanych regionach Polski[2] prognoza netto zatrudnienia dla IV kwartału 2016 r. jest dodatnia. Oznacza to, że w większości kraju przeważa optymizm pracodawców co do planów zwiększania liczby etatów w nadchodzącym kwartale. Najwyższą notę uzyskano w oparciu o deklaracje pracodawców z regionu Południowo-Zachodniego, dla którego odnotowano wynik +16%. Zauważalny optymizm panuje również w regionach Wschodnim oraz Północno-Zachodnim, odpowiednio +12% i +11%. Umiarkowany optymizm odnotowano w Centrum, na Południu oraz na Północy, odpowiednio +8%, +6% i +5%.

Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q4 2016
Wykres 3. Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q4 2016 r.; podział wg Eurostat. Źródło: Raport „Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia”.

W ujęciu kwartalnym prognoza wzrosła w dwóch z sześciu badanych regionach, w trzech spadła, a w jednym utrzymuje się na tym samym poziomie. Największą poprawę, o 4 punkty procentowe, odnotowano w regionie Północno-Zachodnim. Niewielki wzrost, o 2 punkty procentowe, uzyskano w regionie Południowo-Zachodnim. Pogorszeniu uległy natomiast prognozy dla Centrum, Północy i Południa, o 2 punkty procentowe dla każdego, podczas gdy na Wschodzie sytuacja pozostaje bez zmian.

W porównaniu z danymi dla IV kwartału 2015 r. wzrost optymizmu pracodawców odnotowano w czterech z sześciu badanych regionach, a spadek w jednym. Największą poprawę uzyskano w regionach Południowo-Zachodnim i Wschodnim, odpowiednio o 6 i o 5 punktów procentowych. W regionach Północnym, Północno-Zachodnim oraz Południowym, prognoza pozostaje na zbliżonym poziomie lub nie ulega zmianie. Jedyny odnotowany spadek dotyczy Centrum, dla którego uzyskano pogorszenie wyniku o 3 punkty procentowe.

W badaniu Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia dla IV kwartału 2016 r. deklaracje polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji na przedsiębiorstwa duże średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa[1]. Dla pracodawców ze wszystkich czterech wyżej wymiennych grup prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najbardziej pozytywne wyniki odnotowano wśród respondentów z dużych przedsiębiorstw, dla których prognoza wynosi +21%. Wskazuje to na zdecydowany optymizm pracodawców z tej grupy, która wyróżnia się spośród pozostałych. Umiarkowany optymizm obserwowany jest z kolei w średnich przedsiębiorstwach, w których uzyskano prognozę na poziomie +11%. Najsłabsze noty otrzymano na podstawie deklaracji pracodawców z małych firm i mikroprzedsiębiorstw, gdzie wynik wyniósł odpowiednio +6% i +2%, sygnalizując średnio optymistyczne perspektywy dla szukających pracy.

Polska a Świat:                                                         

W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59.000 pracodawców z 43 krajów i terytoriów. Niepewność związana ze spowolnieniem światowej gospodarki, Brexit i ciągła zmienność na rynkach finansowych wydają się mieć niewielki wpływ na nastawienie przedsiębiorców w obszarze polityki personalnej. Dodatnią prognozę netto zatrudnienia dla IV kwartału 2016 r. uzyskano na podstawie deklaracji pracodawców w 42 z 43 badanych krajach i terytoriach. W porównaniu z poprzednim kwartałem plany związane ze zwiększeniem zatrudnienia poprawiły się w 23 z 43 badanych krajach** i terytoriach, w dziewięciu pozostały bez zmian, a w 11 uległy pogorszeniu. W ujęciu rocznym wzrost prognoz odnotowano w 21 krajach i terytoriach, brak zmian w sześciu, a w 15 spadek. W ujęciu globalnym najbardziej pozytywne nastroje panują wśród pracodawców w Indiach (+32%), Japonii (+23%), na Tajwanie (21%) i w Stanach Zjednoczonych (+18%), najgorsze natomiast w Brazylii (-7%), Belgii, Finlandii, we Włoszech i w Szwajcarii (+1% dla każdego z wymienionych). Jednocześnie Polska znalazła się na 3. miejscu krajów europejskich, w których w nadchodzącym kwartale o pracę będzie najłatwiej.

Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia Q4 2016
Kraje europejskie Prognoza netto zatrudnienia
po korekcie sezonowej (%)
1 Irlandia +12%
2 Bułgaria +11%
Węgry +11%
Rumunia +11%
Słowenia +11%
3 Polska +9%

Kwartalny badanie Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia przeprowadzono w Polsce już po raz 35.

[1]   Sektory uwzględnione w badaniu: Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi,
Handel detaliczny i hurtowy, Instytucje sektora publicznego, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Produkcja przemysłowa, Restauracje/ Hotele, Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Transport/ Logistyka/ Komunika.

[2]   Regiony Polski według podziału Eurostatu: Centralny (łódzkie, mazowieckie), Południowo-Zachodni (dolnośląskie, opolskie), Południowy (małopolskie, śląskie), Północno-Zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie), Północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie), Wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie).

[3]  Podział respondentów pod względem wielkości przedsiębiorstw: mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 osób), małe przedsiębiorstwa (od 10 do 49 osób), średnie przedsiębiorstwa (od 50 do 249 osób), duże przedsiębiorstwa (powyżej 250 osób).

Jak zwiększyć efektywność energetyczną małych i średnich firm?

91 proc. Polaków zatrudnionych w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw stara się na co dzień ograniczać zużycie energii w miejscu pracy. Jednak są to na ogół działania podejmowane przez samych pracowników, przenoszące na teren przedsiębiorstwa nawyki domowe i dotyczące na ogół energii elektrycznej (np. wyłączanie nieużywanych urządzeń i sprzętu, wyłączanie zbędnego w danej chwili oświetlenia, komputerów i monitorów). Rzadziej podejmowane są przez właścicieli firm działania wymagające inwestycji – zauważa Konfederacja Lewiatan i Fundacja Poszanowania Energii.

Formą wsparcia dla podejmowanych decyzji dotyczących oszczędzania energii jest realizowany od dwóch lat w Polsce, Holandii, Włoszech i Hiszpanii międzynarodowy projekt pod nazwą SME CheckUP. Jego głównym zadaniem jest pokazanie właścicielom małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) reprezentujących branże gastronomiczną, hotelarską, handlową oraz biura, że oszczędzanie energii jest opłacalne, i nie musi pociągać za sobą wielkich kosztów i skomplikowanych inwestycji.

Koszty zużycia energii w sektorze usług w Polsce w ostatnich latach wykazują tendencję rosnącą. Jest to cecha charakterystyczna dla krajów o wysokim tempie wzrostu gospodarczego, w których notuje się spadek zużycia energii w sektorze przemysłu, a wzrost w transporcie i usługach. Powiązane jest to ze spadkiem zatrudnienia w przemyśle, głównie na rzecz sektora usług, ale także transportu.

Zużycie energii w usługach wynosi ok. 12% krajowego zużycia energii, przy czym należy pamiętać, że jest to sektor, który w ostatnich latach przeżywał najsilniejszy rozwój powiązany ze wzrostem zatrudnienia , a zużycie energii pozostaje w silnym związku z tymi dwoma parametrami. Rosnące zaś ceny energii sprawiają, że koszty związane z jej wykorzystaniem nabierają coraz większego znaczenia w strukturze kosztów operacyjnych polskich przedsiębiorstw handlowo-usługowych, do których zaliczamy m.in. takie branże jak handel, usługi hotelarskie, lokale gastronomiczne, czy wreszcie biura.

Do 2020 roku wszystkie kraje Unii Europejskiej muszą razem spełnić cele nazywane umownie „3 x 20″, uzgodnione na szczycie Rady Europejskiej w marcu 2007 roku.

Wspomniane cele to:
• zmniejszenie emisji CO2 o 20%,
• zwiększenie udziału energii ze źródeł odnawialnych do 20%,
• zwiększenie efektywności energetycznej o 20% do 2020 roku.

Realizacja dwóch pierwszych celów wiąże się przede wszystkim ze znacznymi nakładami finansowymi na wdrażanie technologii efektywnych energetycznie i ekologicznie źródeł energii zarówno konwencjonalnych, jak i niekonwencjonalnych. Osiągnięcie jednak trzeciego celu w znacznym zakresie zależeć będzie od podjęcia, niejednokrotnie prostych technicznie i technologicznie, działań związanych z oszczędnością energii.

Nie ulega wątpliwości, że osiągnięcie tak złożonego celu wymaga równie złożonego, kompleksowego podejścia do rozpatrywanej problematyki. Podejście to określa kierunek działań koniecznych do podjęcia przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, które powinny uwzględniać:

• poprawę efektywności wykorzystania paliw i energii w gospodarce narodowej,
• określenie realizacji przedsięwzięć i działań w zakresie racjonalizacji użytkowania paliw i energii jako jednego z podstawowych instrumentów realizacji polityki klimatycznej,
• osiągnięcie stałej tendencji we wzroście PKB przy jednoczesnym obniżaniu zużycia energii pierwotnej, niepowodującym nadmiernych barier rozwojowych.

W Polsce i innych krajach europejskich istnieje duży potencjał zwiększenia efektywnego wykorzystania energii, który może być również wykorzystany do stymulowania wzrostu gospodarczego poprzez inwestowanie w realizację działań związanych z podnoszeniem efektywności energetycznej. Działania na rzecz polepszenia efektywnego wykorzystania energii powinny odnosić się do wszystkich sektorów oraz obszarów działalności, w tym oczywiście także sektora usług.

Struktura zapotrzebowanie na energię końcową w podziale na sektory gospodarki w Polsce
2006 2010 2015 2020 2025 2030
przemysł 31,9% 28,3% 28,3% 28,7% 29,0% 28,4%
transport 21,7% 24,1% 24,6% 25,7% 26,7% 27,6%
rolnictwo 6,7% 7,9% 7,3% 6,9% 5,7% 5,0%
usługi 10,2% 10,2% 11,5% 12,1% 13,5% 15,2%
gospodarstwa dom. 29,5% 29,5% 28,4% 26,6% 25,1% 23,8%
100% 100% 100% 100% 100% 100%

W przypadku zużycia energii na 1 pracującego można zauważyć nieregularny trend wzrostowy w latach 2003-2010, ze szczególnie mocnym tempem wzrostu w latach 2008-2010. Od tego momentu zużycie energii wykazuje tendencję spadkową, osiągając w 2013 roku poziom poniżej 1 toe/pracującego. Średnie tempo wzrostu omawianego wskaźnika wyniosło w latach 2004-2013 0,6% rocznie. W przypadku zużycia energii elektrycznej na 1 pracującego tempo wzrostu wyniosło 2,1% rocznie. Zużycie energii elektrycznej wzrastało nieregularnie, w latach 2007, 2009 i 2012-2013 obniżyło się.

W polityce energetycznej Polski założono poziomy oszczędności, które powinny osiągnąć poszczególne sektory gospodarki do roku 2030. Dla sektora usług wskaźnik procentowy jest największy i wynosi docelowo 4,7%.

Oszczędności energii końcowej zakładane w prognozie zapotrzebowania na energię w Polityce Energetycznej Polski do 2030 roku

Ustawa o efektywności energetycznej nakłada obowiązki w zakresie poprawy efektywności przede wszystkim na duże przedsiębiorstwa, pozostawiając sektor MŚP [małych i średnich przedsiębiorstw] poza bezpośrednim ustawodawstwem. Jednak to te przedsiębiorstwa wymagają przede wszystkim wsparcia, bowiem dla wielu ich właścicieli koszty energii stanowią znaczna część ich kosztów prowadzenia biznesu.

Badanie przeprowadzone przez RWE [„Świadoma Energia RWE” ] w roku 2012 wykazało, że aż 91 proc. Polaków zatrudnionych w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw stara się na co dzień ograniczać zużycie energii w miejscu pracy – jednak są to na ogół działania podejmowane przez samych pracowników, przenoszące na teren przedsiębiorstwa nawyki domowe i dotyczące na ogół energii elektrycznej (np. wyłączanie nieużywanych w danej chwili urządzeń i sprzętu, wyłączanie zbędnego w danej chwili oświetlenia, wyłączanie komputerów i monitorów). Jednak znacznie rzadziej podejmowane przez właścicieli firm są działania wymagające inwestycji, te bowiem kojarzą się z koniecznością wykonywania drogich audytów, dużych nakładów i skomplikowanych procedur.

Formą wsparcia dla podejmowanych decyzji jest realizowany od dwóch lat w Polsce, Holandii, Włoszech i Hiszpanii międzynarodowy projekt pod nazwą SME CheckUP. Jego głównym zadaniem jest pokazanie właścicielom małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) reprezentujących branże gastronomiczną, hotelarską, handlową oraz biura, że oszczędzanie energii jest opłacalne, i nie musi pociągać za sobą wielkich kosztów i skomplikowanych inwestycji.
Branże dla których został przygotowany projekt zostały wytypowane ze względu na znaczne zużycie energii i duży potencjał do wprowadzania oszczędności. Co warto podkreślić – we wszystkich czterech krajach uczestniczących w projekcie sytuacja tych sektorów w zakresie użytkowania energii jest porównywalna.

Za największych konsumentów energii w wymienionych branżach uważa się sklepy spożywcze. Zużycie energii elektrycznej do napędu urządzeń chłodniczych eksploatowanych w sklepach stanowi ok. 35÷50% ogólnego zużycia energii elektrycznej. Średnie zużycie energii elektrycznej w sklepach jest znacznie większe niż w innych obiektach, co jest spowodowane znacznym zapotrzebowaniem na energię elektryczną do chłodzenia produktów żywnościowych, intensywnego oświetlenia, wentylacji mechanicznej i klimatyzacji pomieszczeń. Ponadto obiekty handlowe są z reguły eksploatowane przez długi czas w ciągu doby, jak też przez wiele dni, również tych wolnych od pracy.

Równie wysoko jeżeli chodzi o zużycie energii plasuje się sektor hotelarski. Tu też „winna” jest specyfika obiektu. Hotel działa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, co więcej przez cały ten czas musi być przygotowany na przyjęcie gości. W związku z tym hotele są zmuszone utrzymywać stałą temperaturę w obiekcie. Co więcej nie mają one co liczyć na to, że gość korzystający z obiektu będzie obniżał temperaturę do przykładowo 18 stopni C każdorazowo opuszczając pokój. Może się również zdarzyć, że nasz gość w obiekcie pojawi się o 2 w nocy i też musi mieć w pokoju ciepło. Drugą kwestią wpływającą na opłaty za energię jest ogólny stan techniczny budynku i system ogrzewania, z którego obiekt korzysta.

Jak widać z przedstawionych wykresów typów zużycia energii w tych przedsiębiorstwach jest wiele, zatem możliwości zmniejszania tego zużycia jest również cała gama. Problemem pozostaje oczywiście ich wybór, w taki sposób aby otrzymane efekty były jak największe, przy jak najmniejszych nakładach.

Projekt SMECHeckUP daje właścicielowi przedsiębiorstwa odpowiedź na pytanie jakie działania może i powinien podjąć w swoim przedsiębiorstwie, aby obniżyć zużycie energii , a tym samym zmniejszyć koszty jego funkcjonowania. Opracowany w ramach projektu Kalkulator SME pozwala łatwo porównać zużycie energii w danym przedsiębiorstwie z podobnymi przedsiębiorstwami reprezentującymi tą samą branżę. Jest on na tyle przyjazny dla użytkownika, że taką ocenę (skan) może wykonać sam właściciel nie uciekając się do drogich często usług konsultantów.

W opracowanym po wykonaniu oceny raporcie właściciel oprócz wspomnianej wyżej informacji dotyczącej poziomu zużycia energii w podziale na poszczególne kierunki zużycia (m.in. ogrzewanie, ciepła woda, oświetlenie, wentylacja wyposażenie biura, kuchni) dostaje również informacje jakie działania w jego przedsiębiorstwie mogą być zrealizowane, gdzie szukać wiarygodnych dostawców usług i sprzętu, ile takie działania mogą kosztować i jakiego efektu można się spodziewać po ich wdrożeniu.

Kalkulator jest dostępny bezpłatnie on-line i wymaga tylko zarejestrowania się na stronie projektu www.energychekup.eu.

Konfederacja Lewiatan

Moody's pozostawia rating Polski, tylko co z tego?

Moody's pozostawia rating Polski, tylko co z tego? 16

W piątek agencja Moody’s nie zmieniła ratingu kredytowego Polski pozostawiając również negatywną perspektywę. Decyzja jest jak najbardziej pozytywna, choć groźba obniżenia wiarygodności kredytowej naszego kraju wciąż pozostaje, chociażby w przyszłym roku. Polski złoty jednak wpatrzony jest w rynki globalne, a tam dominuje kolor czerwony.

W czwartek Europejski Bank Centralny nie zmienił nic w swojej dotychczasowej polityce pieniężnej. Mogło to być dla części rynku nieco rozczarowujące zachowanie, gdyż spekulowano, że EBC zmieni parametry programu QE. Prawdopodobnie stanie się to na grudniowym posiedzeniu. W grudniu będą przedstawione projekcje makroekonomiczne, a podczas takich spotkań EBC zazwyczaj ogłaszał zmiany w polityce, dlatego grudzień jest typowany na ogłoszenie zmian w QE.

Dodatkowo nastroje psuje Fed, który podtrzymuje gotowość podniesienia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Obecnie grudzień jest najbardziej realnym terminem na podwyżkę stopy funduszy federalnych. Ostatnie słabe dane z rynku pracy oraz indeksów ISM przekreśliły podwyżkę we wrześniu. Ponadto grudniowe posiedzenie odbędzie się już po wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. W piątek indeks S&P 500 spadł prawie 2,5%, a dzisiaj spadki kontynuowane są w Azji i w Europie. Mocno wykupione rynki akcji, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, mogą reagować dużymi spadkami na każdą sugestie odnośnie podwyżek stóp za oceanem.

Prawdopodobieństwo zmian stóp w Stanach Zjednoczonych

Moody's pozostawia rating Polski, tylko co z tego? 17

Źródło: Bloomberg

Obecnie na podstawie rynku terminowego prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych w USA na grudniowym posiedzeniu wynosi 58%. Widmo wzrostu kosztu pieniądza w pierwszej gospodarce świata prawdopodobnie będzie nadal psuć nastroje na rynkach finansowych i powodować ucieczkę kapitału od ryzykownych aktywów, czyli również od polskiego złotego. Stąd nie obserwujemy dzisiaj pozytywnego oddźwięku na parach z polskim złotym w związku brakiem zmiany ratingu naszego kraju.

Bartosz Zawadzki
Dyrektor
Dział Strategii Rynkowych i Analiz

Mocne spadki na europejskich parkietach efektem przeceny na Wall Street

Wszystkie główne indeksy tracą dziś na wartości na fali rosnącej awersji do ryzyka, a spadki szeregu z nich przekraczają już 2 proc. Niemiecki DAX traci obecnie już ponad 2 proc., handlując w pobliżu poziomu 10350 punktów. Francuski CAC40 traci również 2 proc. handlując w pobliżu poziomu 4400 punktów a brytyjski FTSE100 traci około 1,4 proc. handlując w pobliżu 6625 punktów. Natomiast WIG20 traci ponad 2 proc. handlując poniżej poziomu 1720 punktów.  Azjatyckie indeksy zakończyły dzień na sporych minusach, japoński Nikkei225 stracił 1,7 proc., a chiński SSE COMP 1,9 proc.

Przecena europejskich i azjatyckich indeksów to skutek piątkowego wyłamania się dołem amerykańskich indeksów z wielotygodniowej bocznej konsolidacji przy rekordowo niskiej zmienności. Od ponad 40 dni główne amerykańskie indeksy nie potrafiły wygenerować 1 proc. dziennego ruchu cenowego stąd też ich piątkowe wyłamanie dołem z przedłużającego się marazmu. Kierunek wyłamania też nie powinien dziwić. Bardzo wysoka wycena amerykańskich spółek, przy jednocześnie spadających przychodach i zyskach oraz coraz bardziej jastrzębia retoryka członków Fed-u przez zbliżającym się w przyszłym tygodniu posiedzeniem – to wszystko wskazywało na zbliżającą się wyprzedaż. Pretekstem do przeceny był nagły wzrost rentowności 10-letnich amerykańskich papierów skarbowych do najwyższego od 2,5 miesiąca poziomu 1,67 proc. Ostatecznie indeks S&P500 stracił w piątek 2,45 proc. kończąc handel na poziomie 2127 punktów. W dniu dzisiejszym kluczowe dla dalszej kondycji indeksu będzie, czy indeksowi uda się wybronić kluczowy poziom technicznego 2100 punktów, gdzie przebiega linia trendu wzrostowego. Jego przełamanie może oznaczać spadki nawet do poziomu 1800 punktów. Indeks Dow Jones stracił w piątek 2,1 proc. kończąc handel na poziomie 18085 punktów, a indeks NASDAQ stracił 2,45 proc. kończąc handel na poziomie 2127 punktów. Obecnie kontrakty na amerykańskie indeksy wskazują na to, iż dzisiejsza sesja na Wall Street znowu rozpocznie się pod kreską.

Złoty traci dziś na wartości do głównych walut pomimo, iż agencja Moody’s nie zdecydowała się w piątek na publikację przeglądu ratingów kredytowych Polski. Brak decyzji zaskoczył inwestorów, którzy spodziewali się negatywnej rewizji ratingu. Pomimo tego złoty osłabił się w piątek i dziś również kontynuuje przecenę, gdyż górę wziął nagły wzrost awersji do ryzykownych aktywów wywołany piątkową, mocną przeceną akcji na Wall Street. Dlatego też złoty traci dziś do euro i dolara około 0,2 proc., para EURPLN handluje już w pobliżu poziomu 4,35, a para USDPLN powyżej 3,87. Pary CHFPLN i GBPPLN zyskują około 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomów 3,97 i 5,14.

Ropa naftowa WTI traci dziś 1,9 proc., handlując już poniżej poziomu 45 dolarów za baryłkę. Jest to kontynuacja piątkowej przeceny wywołanej przez wzrost globalnej awersji do ryzyka. Przecenę pogłębiają dane, które pokazały po raz kolejny wzrost liczby pracujących odwiertów ze złóż łupkowych w USA. Ropa Brent traci około 1,5 proc. handlując już w pobliżu 47 dolarów za baryłkę.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

NZD/USD – na wsparciu

NZD/USD - na wsparciu 18

Przez ostatnie kilka tygodni dolar nowozelandzki królował nad amerykańskim. Według analizy technicznej sytuacja ta nie powinna się w najbliższym czasie zmienić. Notowania pary walutowej NZD/USD spoczęły na dziennym wsparciu 0.726-0.732, na obecną chwilę kupujący nie dają żadnych oznak chęci obrony danego wsparcia. Jeżeli jednak takie sygnały otrzymamy, to zwyżka notowań może potrwać przynajmniej do ostatniego maksima w okolicy 0.747.

Jeżeli jednak popatrzymy na stopy procentowe oraz przyszłe działania banków centralnych, to ostatecznie przemawiają na korzyć dolara amerykańskiego. Wzrasta bowiem prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, natomiast w Nowej Zelandii inwestorzy w dalszym ciągu widzą miejsce na kolejną obniżkę kosztu pieniądza.

NZD/USD - na wsparciu 19

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych