Aplikacja, która z powodzeniem działa we Francji, już niedługo może pojawić się w polskich sklepach. Startup z Poznania opracował system Coldfinder, który pozwala na sprawdzenie historii temperatury produktów. Wystarczy zeskanować QR kod.
Konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na jakość produktów, które znajdują się na sklepowych półkach. Liczy się dla niech nie tylko skład i termin przydatności, ale także kwestia, czy dany towar był przechowywany w odpowiednich warunkach. W przypadku wielu produktów o wartościach odżywczych decyduje przede wszystkim sposób i czas przechowywania. Przykładem może być żywność w zamrażarce lub lodówce. Mrożonki powinny być przechowywane w -18˚C, zatrzymując rozwój mikrobów. Z kolei ryby czy mięso trzymane w złych warunkach są podatne na rozwój mikroorganizmów Listeria, które w 10˚C co 6 godziny podwajają swoją populację. Jak w tym procesie może pomóc innowacyjna technologia?
Coldfinder, czyli…
Aplikacja, jaką opracował polski startup, Blulog, na bieżąco bada dane termometryczne oraz zachowuje w pamięci historię warunków, w jakich był przechowywany dany produkt. System pozwala monitorować lodówki czy zamrażarki, które zostają zaopatrzone w QR kod. Po zeskanowaniu za pomocą smartfona klient uzyskuje informację, np. o temperaturze w czasie rzeczywistym. Technologia obecna jest już w niektórych sklepach we Francji. Z rozwiązania korzystają także sieci farmaceutyczne i kosmetyczne. – Naszym celem jest zwiększenie świadomości klientów i sprzedawców na temat zagrożeń, jakie idą za niewłaściwym przechowywaniem żywności. Okazuje się, ze jest wielu kupujących, którzy mają wątpliwości, co do nabywanych produktów, a chcieliby sprawdzić, np. jego historię pod kątem warunków przechowywania – mówi Zbigniew Bigaj, założyciel Blulog. – We Francji jest bardzo duże zainteresowane produktem, szczególnie ze strony klientów. Liczymy na to, że Polacy również będą chcieli zwiększać swoją świadomość na temat kupowanych produktów – dodaje.
Jak to działa?
1 z 3
Innowacyjna technologia, którą opracował polski startup, bazuje na trzech elementach. Pierwszy to niewielka karta umieszczona w np. lodówce, zamrażarce czy samochodzie dostawczym. Karta rejestruje temperaturę (nawet do -70 ˚C) i emituje drogą radiową zaszyfrowane dane o temperaturze. Drugi element to koncentrator, który odpowiada za dostarczenie danych do ostatniej części procesu – chmury obliczeniowej. W rezultacie umieszczony na produkcie bądź w lodówce QR kod, po zeskanowaniu, prezentuje w smartfonie czy tablecie pełne dane o historii termometrycznej produktu.
Dla kogo?
Produkt opracowany przez polski startup z powodzeniem funkcjonuje na rynku francuskim. Korzystają z niego sieci handlowe czy restauracje. Jest to również odpowiedź na zwiększającą się świadomość klientów, którzy wymagają od sprzedawców wysokich standardów przechowywania żywności.
Z kolei właściciele sklepów mogą na bieżąco monitorować sytuację swoich produktów. System zapewnia natychmiastową reakcję w postaci wiadomości SMS bądź e-maila na temat zmian temperatury w danym pomieszczeniu. Dlatego też Coldfinder pozwala zabezpieczyć właścicieli przed ewentualną stratą żywności z powodu złych warunków przechowywania spowodowanych np. awarią.
Spółka Sony Europe Ltd. („Sony”) poinformowała o nabyciu belgijskiej firmy eSATURNUS NV („eSATURNUS”): dostawcy czołowych rozwiązań Video over IP dla służby zdrowia.
Firma Sony oczekuje, że przejęcie to pozwoli jej realizować strategię dostarczania nowych usług i kompleksowych rozwiązań do organizacji pracy z obrazem w środowiskach szpitalnych. Firma eSATURNUS dysponuje dogłębną wiedzą o organizacji pracy w szpitalnych salach operacyjnych i o wykorzystującym protokół IP oprogramowaniu do integracji systemów wideo. Umożliwia swoim klientom przetwarzanie i dystrybucję obrazów z wielu źródeł wraz z dołączonymi informacjami medycznymi oraz zarządzanie takimi obrazami. Dzięki połączeniu tej wiedzy z czołowymi technologiami przetwarzania obrazu oraz AV/IT firmy Sony możliwy będzie dalszy rozwój różnorodnych, inteligentnych rozwiązań klinicznych Video over IP do użytku na salach operacyjnych i poza nimi.
W ramach transakcji Sony przejmie wszystkie składniki majątku firmy eSATURNUS, łącznie z prawami własności intelektualnej oraz technologiami i możliwościami tworzenia rozwiązań programowych. Początkowo Sony zamierza rozwijać firmę w Europie, a w przyszłości także w innych częściach świata.
Według przewidywań przejęcie to nie będzie miało znaczącego wpływu na skonsolidowane wyniki finansowe Sony Corporation za rok obrachunkowy kończący się 31 marca 2017 r.
— Od kilku lat obserwujemy znaczne zmiany w oczekiwaniach i wymaganiach szpitali — mówi Adam Fry, wiceprezes działu Sony Professional w Sony Europe. — Inwestycje w wyposażenie szpitalne zawsze trzeba utrzymywać na maksymalnym możliwym poziomie. W wyniku pojawienia się nowych technologii i metod pracy szczególnego znaczenia nabierają jednak inwestycje w instalacje zgodne z technologiami przyszłości oraz całościowa, długoterminowa wizja. Oznacza to, że szpitale poszukują kompleksowych i nowoczesnych metod organizacji pracy, które umożliwiają sprawne działanie oraz wprowadzanie modyfikacji z upływem czasu. Wspólnie z firmą eSATURNUS Sony będzie stawiać sobie za cel dalszy rozwój inteligentnych, skalowanych i najnowocześniejszych rozwiązań Video over IP do organizacji pracy w zintegrowanych, cyfrowych systemach do obsługi sal operacyjnych.
— W wyniku integracji z Sony firma eSATURNUS stanie się częścią niezwykłego podmiotu i uzyska dostęp do czołowej platformy technologicznej Sony — dodaje Thomas Koninckx, dyrektor generalny i współzałożyciel eSATURNUS NV. — Wspólna wizja eSATURNUS i Sony to dla obecnych i potencjalnych klientów zapowiedź jeszcze szybszego rozwoju technologii w przyszłości oraz doskonałego, globalnego standardu obsługi. Cieszymy się, że w zintegrowanych przez technologię cyfrową salach operacyjnych wprowadzamy nowe, inteligentne rozwiązania. Nasze motto „Better Healthcare through Smart Innovation” (lepsza opieka zdrowotna poprzez inteligentne innowacje) stanie się jeszcze bardziej aktualne. Planujemy nadal dostarczać rozwiązania zapewniające lepszą i bezpieczniejszą opiekę szpitalną. Wierzymy, że najlepsze jest jeszcze przed nami…
— Nabycie firmy eSATURNUS to ważna cezura w średnioterminowym rozwoju Sony Corporation — komentuje Toru Katsumoto, prezes działu medycznego oraz członek kadry menedżerskiej Sony Corporation. — Zgodnie z przyjętą strategią działalność w sektorze medycznym należy do najważniejszych motorów wzrostu firmy Sony. Wykorzystując posiadane atuty w dziedzinie sprzętu i oprogramowania, Sony i eSATURNUS planują opracowywać nowoczesne rozwiązania medyczne oraz usługi dla klientów. Firma Sony pragnie odgrywać znaczącą rolę w kształtowaniu przyszłości sektora medycznego.
Z dobrze trafionej inwestycji mieszkaniowej można osiągnąć 15 proc. stopę zwrotu rocznie. Dobrą inwestycją powinien okazać się remont starego mieszkania z późniejszym przeznaczeniem na wynajem. Więcej na ten temat w materiale video.
Mercedes-Benz ma za sobą kolejny miesiąc imponujących przyrostów sprzedaży – w lipcu dostarczył klientom na całym świecie rekordową liczbę 163 770 samochodów (+9,4%), z czego na rynek polski przypadło 914 sztuk (+35,0%). Wynik ten zapewnia marce ze Stuttgartu tytuł lidera wśród producentów aut premium – zarówno wśród nabywców indywidualnych, jak i klientów instytucjonalnych. Od początku roku na całym świecie dostarczono już
1 170 398 nowych osobowych Mercedesów (+11,7%), w tym 6197 w Polsce (+28,9%). Oznacza to, że liczba rejestracji samochodów spod znaku trójramiennej gwiazdy w naszym kraju rośnie znacznie dynamiczniej niż cały rynek.
Jeśli uwzględnić sprzedaż osobowych wersji modeli użytkowych – Citan, Vito, Marco Polo i Sprinter, tegoroczna sprzedaż Mercedes-Benz w Polsce jest jeszcze wyższa i wynosi 6517 egzemplarzy (+35,6%). Na lipiec przypada 976 samochodów, aż o 44,2% więcej niż przed rokiem.
Modele Mercedes-Benz przodują w wiodących segmentach – na czele z Klasą C, która od stycznia do lipca znalazła w Polsce 976 nabywców. Bardzo dobre wyniki notują również m.in.: kompaktowe modele Klas A, B, CLA i GLA (łącznie 2155 sztuk), nowa Klasa E (665 egzemplarzy) oraz, niezmiennie, Klasa S, która tylko w lipcu trafiła w ręce 54 klientów (376 sztuk od początku roku).
Wysoki popyt notują również nowe SUV-y – GLC, GLE, GLE Coupe i GLS (1564 samochody włącznie z Klasą G), a także bezkonkurencyjna Klasa V (365 egzemplarzy).
W ujęciu globalnym Mercedes-Benz rozpoczął drugie półrocze z najlepszą lipcową sprzedażą w historii (163 770 samochodów, +9,4%). Liczba dostaw wzrosła we wszystkich trzech kluczowych regionach: w Europie, Azji i krajach NAFTA. Swój wkład w te wyniki ma nowa Klasa E z nadwoziem limuzyna oraz samochody marzeń, czyli szeroka gama kabrioletów, roadsterów i coupe spod znaku gwiazdy. Od początku roku klienci odebrali łącznie 1 170 389 nowych Mercedesów (+11,7%) – to historyczny rekord.
„Ten rok mija nam pod znakiem nowej Klasy E oraz naszych samochodów marzeń – i jak dotąd jest bardzo udany. Nowa limuzyna Klasy E cieszy się ogromną popularnością, a w samym lipcu dostarczyliśmy około 12 tysięcy egzemplarzy modeli z rodziny samochodów marzeń. Kolejne nowości wzmacniają pozycję marki Mercedes-Benz, a jednocześnie dalej odmładzają naszą gamę” – powiedział Ola Källenius, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialny za marketing i sprzedaż osobowych Mercedesów.
Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na poszczególnych rynkach
W Europie, największym regionie pod względem sprzedaży nowych Mercedesów, liczba dostaw wzrosła w lipcu do 68 990 egzemplarzy (+6,2%). Od początku roku producent dostarczył tu już ponad pół miliona samochodów. Istotnie przyczyniły się do tego wyniki uzyskane na głównych rynkach – w Wielkiej Brytanii, we Włoszech i Francji oraz w Hiszpanii. Na każdym z nich trójramienna gwiazda osiągnęła w ciągu minionych siedmiu miesięcy dwucyfrowe przyrosty sprzedaży.
Klienci na ojczystym rynku niemieckim mogą teraz zamówić nowego Mercedesa nie tylko u dealera, ale również w sklepie internetowym – w zaciszu swojego domu lub gdy są w ruchu.
W regionie Azji i Pacyfiku w ubiegłym miesiącu Mercedes-Benz zanotował rekordowy popyt: dostarczono tam wówczas 57 260 samochodów (+19,7%). W Japonii padł historyczny rekord sprzedaży (5045 sztuk, +15,8%), a producent ze Stuttgartu tradycyjnie okazał się tam najchętniej wybieraną marką aut premium. W Chinach, na największym pojedynczym rynku zbytu nowych Mercedesów, liczba dostaw w okresie od stycznia do lipca wzrosła o jedną trzecią, do ponad ćwierć miliona sztuk.
W lipcu rekordowe wyniki uzyskano również we wszystkich trzech krajach NAFTA: sprzedaż w USA, Kanadzie i Meksyku wzrosła o 5,4%, do 33 185 egzemplarzy. Klienci ze Stanów Zjednoczonych odebrali w tym czasie 28 523 samochody (+3,6%). Wzmożony popyt był nie tylko zasługą modeli z rodziny SUV-ów, ale i premiery nowej limuzyny Klasy E. Zarówno w USA, jak i w Kanadzie Mercedes-Benz zdobył w ubiegłym miesiącu tytuł lidera wśród producentów aut premium.
Limuzyna i Kombi Klasy E znalazły się w lipcu w gronie najpopularniejszych modeli spod znaku trójramiennej gwiazdy. Klasa E z nadwoziem limuzyna jest już dostępna u dealerów na całym świecie, a kombi można zamawiać w Europie od czerwca. Wkrótce znaczący wzrost zainteresowania Klasą E powinien nastąpić również w Chinach – jesienią zadebiutuje tam odmiana modelu z przedłużanym rozstawem osi. Podobnie jak poprzedniczka, będzie ona produkowana lokalnie.
SUV-y Mercedesa pobiły w lipcu kolejny rekord popularności – na ich zakup zdecydowało się łącznie 56 297 klientów (+43,6%). Niezmiennie wysoki popyt notuje GLC, który podwoił swoją sprzedaż w porównaniu z wynikami z lipca ub.r.
Samochody marzeń – coupe, roadstery i kabriolety – znalazły w lipcu około 12.000 nabywców, o 19,6% więcej niż przed rokiem. Głównymi motorami tego wzrostu były: nowa Klasa C Coupé oraz Klasa S Cabriolet.
smart
W lipcu dostawy smartów wzrosły o 13,8% – klienci na całym świecie odebrali ponad 10 000 egzemplarzy modeli fortwo i forfour. Miejskie mikrosamochody okazały się szczególnie popularne w Chinach, gdzie ich sprzedaż była trzykrotnie wyższa niż przed rokiem. Dodatkowy impuls sprzedażowy zapewni nowy smart BRABUS, którego można zamawiać już w Europie. Dostępna z nadwoziami fortwo, fortwo cabrio oraz forfour sportowa wersja z silnikiem o mocy 80 kW (109 KM) wyróżnia się szerokim zakresem modyfikacji technicznych i optycznych.
Wyniki sprzedaży oddziału Mercedes-Benz Cars
Lipiec 2016 r.
Zmiana (%)
Styczeń-lipiec 2016 r.
Zmiana (%)
Mercedes-Benz
163 770
+9,4
1 170 389
+11,7
smart
10 567
+13,8
84 077
+17,7
Mercedes-Benz Cars
174 337
+9,6
1 254 466
+12,1
Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz w poszczególnych regionach
Najnowszą ofertę LC Corp stanowią projekty Nowa Tęczowa we Wrocławiu oraz drugi etap Osiedla Krzemowego w Warszawie. Nowa Tęczowa to osiedle zlokalizowane w centrum Wrocławia, przy ulicy Tęczowej, zaledwie kilka minut od Rynku i Promenady Staromiejskiej. Projekt powstał z myślą o osobach aktywnie spędzających czas, poszukujących nowego, komfortowego mieszkania w lokalizacji, która pozwoli na co dzień czerpać z atutów miasta. Do wyboru jest ponad 200 lokali o różnorodnych układach i metrażach, od 25 do 85 mkw. W ofercie są także lokale usługowe zlokalizowane na parterze, od strony ulicy Tęczowej.
Osiedle Krzemowe zlokalizowane jest przy ulicy Cybernetyki na warszawskim Mokotowie. To idealna propozycja dla osób, które poszukują wygodnego lokum z dobrym dojazdem do centrum miasta. Pierwszy etap jest w trakcie realizacji, jego zamknięcie przewidziane jest w pierwszym kwartale 2017 roku. W ramach drugiego, właśnie rozpoczętego etapu powstaną budynki z 244 mieszkaniami. W ofercie znajdują się kawalerki oraz lokale 2-4 pokojowe.
Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.
Pod koniec czerwca wprowadziliśmy do oferty 108 mieszkań w nowym projekcie Chabrowe Wzgórze w Kowalach koło Gdańska. To kameralne osiedle ze znakomitym dojazdem zarówno do Gdańska, jak i pozostałych lokalizacji w Trójmieście. W tej inwestycji przygotowaliśmy lokale o różnorodnych rozkładach, od kawalerek po przestronne, rodzinne mieszkania czteropokojowe. Ponadto, w sprzedaży znalazły się także lokale w kolejnych budynkach (C3 i C4) w projekcie Neptun II w podwarszawskich Ząbkach oraz nowym budynku w osiedlu Tęczowy Las w Olsztynie. Do realizacji przygotowujemy również nowe inwestycje mieszkaniowe w Trójmieście oraz Warszawie.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży J.W. Construction Holding S.A.
Zgodnie z realizacją dotychczasowej strategii, rozpoczęliśmy przedsprzedaż czwartego z pięciu etapów inwestycji Bliska Wola w Warszawie, osiedla które potrafi zaspokoić różne potrzeby jego przyszłych mieszkańców. W imię zasady „wszędzie blisko” na terenie inwestycji zrealizowano zarówno duże powierzchnie komercyjne, jak i tereny rekreacyjne. W najbliższym czasie planujemy uruchomić kolejne inwestycje mieszkaniowe, w tym m.in. projekt Wrzosowa Aleja na warszawskiej Białołęce, Osiedle Kamerata w Gdyni i Hanza Tower w Szczecinie. Znajdą sie w nich mieszkania o komfortowych rozkładach i najbardziej popularnych metrażach oraz przestronne apartamenty.
Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO Classic
Kończymy właśnie przygotowywanie dokumentacji do realizacji inwestycji w prestiżowej lokalizacji w Warszawie. Szczegóły dotyczące projektu podamy w najbliższym czasie.
Marcin Mielcarz, wiceprezes zarządu Grupy Inwest
W sierpniu wprowadziliśmy do sprzedaży nową, warszawską inwestycję Anin Park, która usytuowana jest w Aninie przy ulicy Pożaryskiego. Anin to klimatyczne miejsce z mnóstwem zieleni, niską, głównie willową zabudową i sąsiedztwem rezerwatu przyrody. Lokalizacja budynku zapewnia bezpośredni dostęp do stacji SKM. Nasz nowy projekt znajduje się z jednej strony w otoczeniu Rezerwatu Leśnego, a z drugiej w okolicy o doskonale rozwiniętej, miejskej infrastrukturze. W nowoczesnym budynku wielorodzinnym mieścić się będą 52 mieszkania o zróżnicowanym metrażu i funkcjonalnym układzie. Powierzchnie lokali kształtować się będą w przedziale od 46 mkw. do 116 mkw.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Aktualnie skupiamy działalność na pozyskiwaniu nowych gruntów inwestycyjnych na terenie Warszawy. W związku z tym liczymy, że już wkrótce w naszej ofercie pojawią się nowe projekty mieszkaniowe. W najbliższym czasie planujemy wprowadzić do oferty mieszkania w kolejnym etapie naszej inwestycji na warszawskim Żoliborzu przy ul. Krasińskiego.
Yael Rothschild, prezes firmy Mill-Yon Gdańsk
W najbliższym czasie wejdą do sprzedaży mieszkania w trzecim etapie inwestycji Aura Gdańsk położonej na Wyspie Spichrzów. Oferta obejmie około 50 mieszkań o metrażach od 28 do 70 mkw., które będą usytuowane na ośmiu kondygnacjach w budynku. Część z lokali będzie oferować widok na Nową Motławę.
Ewa Skibińska, dyrektor marketingu RED Real Estate Development
Wkrótce rozpoczniemy budowę kolejnego etapu Nowej Papierni Ultra Novej we Wrocławiu. To będzie nasza największa inwestycja, w której w sumie powstanie 156 soft loftów i apartamentów inspirowanych loftami. Przedsprzedaż już trwa i cieszy się dużą popularnością. W Warszawie rozpoczęliśmy przedsprzedaż mieszkań w kolejnym etapie osiedla Alpha Park, gdzie znajdzie się 95 lokali 1-3 pokojowych. Mieszkania dostępne są w programie MdM. W Poznaniu kończą się prace nad drugim etapem osiedla Red Park, w którym powstaną jeszcze dwa budynki.
Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.
Sprzedaż mieszkań systematycznie rośnie, a wraz z nią wprowadzamy do sprzedaży kolejne etapy inwestycji i nowe projekty. Niedawno do oferty trafiło 76 mieszkań w kolejnym etapie osiedla społecznego Słoneczne Stabłowice we Wrocławiu, a w drugim kwartale tego roku wprowadziliśmy do sprzedaży 422 lokale. W najbliższych miesiącach zamierzamy uruchomić kolejne etapy naszych flagowych, wrocławskich projektów, jak Cztery Pory Roku, czy Olimpia Port. Planujemy również mniejsze inwestycje w lokalizacjach zapewniających sprawne funkcjonowanie na co dzień.
Łukasz Szumny, dyrektor sprzedaży w HSD Arrow
Do końca roku planujemy wprowadzenie do sprzedaży 2-3 inwestycji. W ofercie znajdą się przede wszystkim mieszkania kompaktowe, w tym kawalerki o powierzchni poniżej 30 mkw., mieszkania dwupokojowe o metrażu ok. 40 mkw. i trzypokojowe o wielkości 50-55 mkw.
Mirosław Łoziński, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa
Bardzo dobre wyniki sprzedaży oraz utrzymujące się od wielu miesięcy na wysokim poziomie zainteresowanie klientów mieszkaniami w naszych projektach sprawiają, że z optymizmem przystępujemy do realizacji nowych faz inwestycji. Kolejne etapy warszawskich inwestycji Miasto Wola i Stacja Kazimierz wprowadzamy z naszymi partnerami do oferty znacznie wcześniej niż pierwotnie planowaliśmy. W perspektywie kilku najbliższych tygodni w sprzedaży znajdą się mieszkania w czwartej fazie Miasta Wola oraz trzecim etapie Stacji Kazimierz. W obu tych projektach zaplanowaliśmy atrakcyjne lokale o zróżnicowanej powierzchni i układzie, które w pełni odpowiadają na aktualne trendy zakupowe.
Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży w Wawel Service
W tym roku planujemy wprowadzić do sprzedaży co najmniej jeszcze dwie inwestycje. Jeden z projektów będzie zupełną nowością. Druga inwestycja to kolejny etap bardzo popularnego wśród klientów osiedla. Wszelkie szczegóły dotyczące nowych propozycji dostępne będą wkrótce na naszej stronie.
Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska
Jeśli chodzi o tempo rozwoju portfolio, nie planujemy w tym zakresie istotnych zmian. Od początku działalności firmy naszym założeniem był stabilny i przemyślany rozwój oferty. Jesteśmy w tym konsekwentni, stawiamy przede wszystkim na jakość, nie ilość projektów, co czyni inwestycje mniej wrażliwymi na wahania i trendy rynkowe.
Polska spółka jedną z największych hurtowni Big Data na świecie
Jeszcze więcej danych! Warszawska spółka Cloud Technologies zakończyła właśnie prace rozwojowe nad nową generacją platformy zarządzania danymi (Data Management Platform), o nazwie OnAudience.com. Umożliwi ona polskiej spółce znaczące zwiększenie ilości i rozdzielczości przetwarzanych danych: z aktualnego poziomu 100 mln profili użytkowników (cookies), do nawet ponad 3 mld profili do końca tego roku. Już teraz Cloud Technologies zbliża się do tej liczby. Tym samym warszawska firma stała się największą hurtownią Big Data w Europie oraz awansowała do grona największych hurtowni danych na całym świecie.
Prace nad rozwojem platformy OnAudience.com trwały ponad rok i zostały oparte na doświadczeniach zebranych w ciągu 5 lat działalności Cloud Technologies S.A. Nowe rozwiązanie technologiczne z zakresu analityki Big Data pozwoli polskiej spółce na przetwarzanie nawet 100-krotnie większych zbiorów danych, przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów jednostkowych. OnAudience.com ma przyczynić się do rozwoju biznesu w obszarze Big Data marketingu i uczenia maszynowego (machine learning) zarówno w Polsce, jak i za granicą.
– Zaprojektowana przez nas nowa generacja platformy do zbierania, przetwarzania i analizy danych, czyli OnAudience.com, potrafi uczyć się zachowań internautów. Do tej pory dziennie gromadziliśmy i przetwarzaliśmy około 5 terabajtów surowych danych, ale już teram mamy do czynienia z wielokrotnie większymi wolumenami. W efekcie będziemy w stanie dostarczać kontrahentom bardziej precyzyjnych informacji o internautach. Dotychczas w zasięgu naszych narzędzi znajdowało się ponad 100 mln urządzeń, blisko 20 mln realnych użytkowników oraz 500 tys. witryn internetowych. Jednak nasza nowa platforma DMP ma dużo większe możliwości – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies
– OnAudience.com jest w stanie przetwarzać nawet stukrotnie większą liczbę danych. Szacujemy, że do końca tego roku przekroczymy poziom 3 mld cookies. Prawdę powiedziawszy: już teraz jesteśmy bliscy tej liczby. Będąc właścicielem takiego wolumenu danych, staliśmy się największym graczem na rynku Big Data marketingu w Europie oraz jedną z największych hurtowni danych na świecie. Dzięki nowej platformie DMP będziemy w stanie efektywniej monetyzować dane, nie tylko w reklamie internetowej. Liczymy na to, że OnAudience.com zyska uznanie na całym świecie – dodaje Piotr Prajsnar.
Olbrzymi wzrost ilość przetwarzanych danych jest poniekąd odpowiedzią polskiej spółki na skalę przyrostu Big Data w Sieci. Już teraz, wedle szacunków firmy analitycznej Oracle, Internet powiększa się o ponad 40 proc. nowych danych w skali roku. Do końca tego roku globalna Sieć po raz pierwszy w historii ma przekroczyć próg 10 Zettabajtów danych, ale już w 2020 roku Internet będzie liczył aż 45 Zettabajtów. Realnie jednak, według obliczeń IDC, firmy wykorzystują dziś raptem 15-20 proc. całego wolumenu Big Data. Przeszkodą często są ograniczenia technologiczne.
– Dzięki OnAudience.com nasi kontrahenci zyskają dostęp do znacznie większej ilości danych, o niespotykanej dotychczas rozdzielczości. Poza reklamą internetową widzimy znaczny potencjał we wzbogacaniu (data enrichment) systemów CRM lub innych narzędzi typu Business Intelligence. Warto zauważyć, że sama monetyzacja danych nie należy do łatwych procesów. Kluczowa jest ocena przydatności danych ze źródeł, których do tej pory przedsiębiorstwa w ogóle nie brały pod uwagę. Ma z tym problem blisko 60 proc. przedsiębiorstw, przebadanych przez firmę doradczą KPMG. Jednocześnie blisko połowa respondentów zwróciła uwagę na problemy z dostępnością odpowiednich danych. Innymi słowy: firmom coraz trudniej jest odnaleźć się w cyfrowym potopie Big Data. Dzięki OnAudience.com właśnie ten problem udaje nam się rozwiązać – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.
W kolejnych latach liczba danych w Internecie będzie dodatkowo narastać. IDC prognozuje, że do końca 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie, zaś liderzy cyfrowej transformacji zwiększą ilość danych wychodzących co najmniej 500-krotnie.
Firmy w pojedynkę nie będą w stanie poradzić sobie z opanowaniem takiego wolumenu informacji. Dlatego będą sięgać po dane z zewnętrznych hurtowni Big Data. Już teraz, jak twierdzi IDC, 70 proc. dużych firm wykorzystuje dane o użytkownikach, gromadzone i przetwarzane przez takie podmioty. Do końca 2019 roku tym tropem mają już pójść wszystkie duże organizacje. Z kolei według badań Gartnera do końca 2017 roku aż 30 proc. wszystkich danych, jakimi będą dysponowały przedsiębiorstwa na całym świecie, będzie pochodziło właśnie z zewnętrznych platform danych, takich jak polska OnAudience.com. Co więcej: Gartner przewiduje, że do 2020 roku ponad 80 proc. procesów biznesowych zostanie usprawnianych dzięki zastosowaniu danych. Między innymi z tego powodu Gartner mówi o tzw. „cloud shift”, czyli biznesowym zwrocie w kierunku możliwości oferowanych przez chmurę obliczeniową.
W ankiecie „18th Global CEO Survey”, przeprowadzonej przez PwC, aż 80 proc. prezesów firm określiło analitykę i przetwarzanie danych jako istotne działania z punktu widzenia strategii przedsiębiorstwa.
Dane są ważne również dla polskich przedsiębiorców: w badaniu InsightExpress aż 8 na 10 polskich menedżerów IT zadeklarowało, że to właśnie Big Data stanowiła będzie trzon strategii biznesowej ich przedsiębiorstw w ciągu najbliższych pięciu lat.
Programiści, którzy chcą wziąć udział w konkursie Digital Banking organizowanym przez GFT Polska, powinni się pospieszyć. Zgłoszenia przyjmowane są do 21 sierpnia br. Uczestnicy będą mieli za zadanie zaproponować kreatywne rozwiązanie programistyczne dla branży finansowej. Inicjatywa cieszy się ogromnym zainteresowaniem specjalistów IT – w ciągu miesiąca wpłynęło już ponad 200 zgłoszeń, a ich liczba ciągle rośnie. Uczestników kusi nie tylko nagroda główna w wysokości 30 złotych, ale także możliwość poznania mechanizmów wykorzystywanych w pracy dla Wall Street czy londyńskiego City.
O dużym zapotrzebowaniu na wykwalifikowanych specjalistów z branży IT mówi się od dłuższego czasu. Polska jest dzisiaj ważnym centrum świadczącym zaawansowane usługi rozwoju oprogramowania dla globalnych marek. Dlatego programiści, którzy chcą pracować dla największych rynkowych graczy, oprócz umiejętności kodowania, powinni równolegle rozwijać swoją wiedzę domenową, dotyczącą specyfiki branży, w obrębie której działa klient. Konkurs Digital Banking daje możliwość nie tylko sprawdzenia swoich umiejętności pisania dobrej jakości kodu, ale także poznania mechanizmów wykorzystywanych w pracy dla instytucji z sektora finansowego. To właśnie one są dziś jednym z najważniejszych odbiorców usług outsourcingu IT.
– Jednym z celów konkursu Digital Banking jest umożliwienie polskim programistom podnoszenia swoich kwalifikacji i zaznajomienia się z narzędziami używanymi w pracy dla największych graczy finansowych. Cieszy nas ogromne zainteresowanie, z jakim spotkał się projekt – do tej pory otrzymaliśmy ponad 200 zgłoszeń, a ich liczba rośnie z dnia na dzień. Oznacza to, że konkurs dobrze wpisuje się w potrzeby społeczności IT – mówi Piotr Kania, Dyrektor Zarządzający GFT Polska, organizator konkursu.
Uczestnicy, którzy znajdą się w finale konkursu wyjadą do Niemiec na międzynarodowy CODE_n new.New Festival w Karlsruhe, odbywający się w dniach 20-22 września. Będzie to doskonała okazja do poznania najnowszych trendów w obszarze cyfryzacji i nawiązania kontaktu ze specjalistami w tej dziedzinie.
Udział w tegorocznej edycji konkursu firmy GFT Polska mogą wziąć osoby indywidualne lub zespoły liczące do pięciu osób. Zgłoszenia przyjmowane są do 21 sierpnia. Wszyscy, którzy chcą dołączyć do rywalizacji muszą zarejestrować się na stronie www.gft.com/konkurs. Przesłane projekty będą ocenianie pod kątem jakości kodu przez ekspertów GFT Polska.
Dodatkowe informacje o konkursie Digital Banking dostępne są pod adresem www.gft.com/konkurs.
Patronat honorowy nad konkursem objęła Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Uniwersytet Łódzki, a także ICT Polska Centralna Klaster. Partnerami medialnymi inicjatywy są magazyn Software Developer’s Journal, ITwiz, Programista i Młodzi w Łodzi.
Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska
Na całym świecie kierownicy, managerowie, administratorzy są już coraz bardziej świadomi tego co może dać całej firmie jeden mały układ scalony wbudowany w urządzenie. Internet rzeczy jest coraz bardziej pożądany, ale istnieje potrzeba edukacji w zakresie wdrażania tych rozwiązań – wynika z badań przeprowadzonych przez Schneider Electric.
Firmy są zainteresowane IoT
W globalnym badaniu „IoT 2020” przeprowadzonym przez Schneider Electric, w którym udział wzięło ponad 2500 firm, 70% kadry kierowniczej stwierdziło, że dostrzega wartość biznesową, jaką niesie ze sobą IoT. Co więcej 2/3 firm planuje wdrożenie rozwiązań IoT w 2016 roku przy pomocy aplikacji mobilnych, a 23% zacznie korzystać z nich w ciągu najbliższych 6 miesięcy. Ciekawy jest również sposób wykorzystania narzędzi IoT. Aż 63% ankietowanych planuje zastosować je w celu lepszej analizy zachowań klientów i podniesieniu, jakości usług.
Przyczyną takiego zainteresowania firm są spadające koszty czujników sieciowych, co umożliwia pogłębienie programów cyfryzacji i wykorzystanie potencjału bardziej mobilnych pracowników.
Korzyści z wykorzystania rozwiązań IoT
Wyniki przeprowadzonego badania pokazują również, że rozwiązania IoT dają konkretne korzyści. W obszarze biznesowym, IoT w niedalekiej przyszłości generować będzie dla firm nowe okazje rynkowe, umożliwiając zwiększenie efektywności własnych przedsiębiorstw jak
i innych firm. Staną się również kluczowym narzędziem komunikacji między firmami i ich klientami.
Pod względem technologicznym IoT zapewnia szybsze i bardziej elastyczne operacje w sieci i wdrażanie środowiska chmury oraz najnowocześniejszych systemów komputerowych. Pozwala również na prowadzenie zaawansowanych analiz danych i szybsze dostarczanie pożytecznych informacji we właściwym momencie.
Rozwiązania IoT stają się także coraz bardziej pomocne w walce z cyberbezpieczeństem.
W przeprowadzonym przez Schneider Electric badaniu 41% respondentów przewiduje, że zagrożenia w obszarze cyberbezpieczeństwa staną się wyzwaniem o znaczeniu krytyczny. Rozwiązania IoT promują otwarte, interoperacyjne i hybrydowe podejście do systemów komputerowych, sprzyjając współpracy w dziedzinie standardów cyberbezpieczeństwa.
Jak wdrażać IoT?
Rozwiązania z zakresu IoT to nowość dla wielu firm. Ich wdrażanie, zwłaszcza w przemyśle, wymaga stopniowych zmian polegających na zastępowaniu inwestycji w stare systemy na nowe, które prowadzą do głębokiej transformacji procesów biznesowych, przynosząc długofalowe efekty – mówi Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu
w Schneider Electric Polska.
Przystępując do wdrażania IoT w firmie ważne jest to, aby zacząć od małych pilotażowych projektów w konkretnych obszarach. Następnie należy dokonać oceny stopy ROI (zwrotu z inwestycji) przed zwiększeniem zasięgu projektu. W przypadku dużych firm produkcyjnych czy przemysłowych wcześniej warto zainwestować również w podnoszenie efektywności energetycznej, co pozwoli na lepsze wykorzystanie zasobów energii. Jednym z najbardziej czasochłonnych elementów wdrażania może być integracja projektów dotyczących systemów monitoringu i zarządzania zasobami. Dzieje się tak, gdyż często firmy posługiwały się odrębnymi systemami. Ich integracja zajmuje czas, ale korzyści okażą się wymierne. Końcowym etapem jest wprowadzenie całościowego systemu kontroli zasobów opartego na dynamicznej sieci informatycznej.
Firmy widzą korzyści płynące z wdrażania rozwiązań IoT. Schneider Electric, jako globalna firma technologiczna wdraża je na wszystkich poziomach swojej działalności, szczególnie w energetyce i automatyce. Doświadczenia i prognozy firmy pokazują, że rozwiązania IoT w niedługim czasie zaczną być standardem w wielu firmach i przyniosą realne korzyści biznesowe. Warto, więc już dziś pomyśleć jak wykorzystać ten potencjał.
Otoczenie gospodarcze sprzyja branży handlowej. Polacy są skłoni więcej coraz kupować, a ich możliwości zakupowe wspiera kontynuowana poprawa sytuacji na rynku pracy. Stopa bezrobocia osiągnęła 8,6 proc. w lipcu br. zgodnie z szacunkami Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, co jest najniższym wynikiem w ostatnim ćwierćwieczu. Jednocześnie utrzymuje się dynamiczny wzrost wynagrodzeń, których średni poziom w czerwcu tego roku był o 5,3 proc. wyższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jeszcze przed uruchomieniem dodatkowego bodźca sprzyjającego wydatkom gospodarstw domowych, jakim jest program „Rodzina 500+”, konsumpcja prywatna odpowiadała za 2/3 wzrostu gospodarczego Polski. Jednak poza korzyściami wynikającymi z bieżącej sytuacji makroekonomicznej, handel odczuwa specyficzne dla branży trudności i wyzwania.
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej
Konsumenci zadowoleni – lepiej na rynku pracy, niskie ceny surowców na rynkach światowych
Poza dobrą sytuacją na rynku pracy (stopa bezrobocia osiągnęła 8,6 proc. w lipcu br.), gospodarstwa domowe korzystają także z ograniczonej zmiany cen w głównych kategoriach zakupowych. Deflacja pozostaje obecna w polskiej gospodarce już od dwóch lat, a dodatnie wartości wskaźnika zmian cen zostaną odnotowane dopiero począwszy od ostatnich miesięcy 2016 roku. Niskie ceny surowców na rynkach światowych nadal ograniczają wzrost inflacji. Polscy konsumenci z optymizmem patrzą w przyszłość. Ostatnie odczyty wskaźnika ufności konsumenckiej, publikowane przez Główny Urząd Statystyczny sięgają wieloletnich maksimów, potwierdzając pozytywną ocenę sytuacji finansowej gospodarstw domowych, co daje możliwości do dalszego umacniania konsumpcji prywatnej na miejscu głównej siły napędowej wzrostu gospodarczego Polski.
Program „Rodzina 500+” napędza sprzedaż wielu branż, jednak sprzyja porzucaniu pracy
Już czerwcowe dane pokazały pozytywny wpływ programu „Rodzina 500+” na obroty branży handlowej. We wszystkich głównych kategoriach odnotowano dodatnią dynamikę sprzedaży detalicznej, z czego najwyższe, dwucyfrowe wzrosty miały miejsce w przypadku sprzedaży w sklepach wielobranżowych, odzieży i obuwia, farmaceutyków i kosmetyków, a także dóbr trwałego użytku – samochodów, mebli, RTV i AGD. W dalszej części roku wydatki konsumentów przybiorą jeszcze na sile, a pozytywny wpływ świadczeń z programu „Rodzina 500+” będzie widoczny zwłaszcza przez najbliższe miesiące tego roku. Przede wszystkim w przypadku sklepów wielobranżowych dynamika sprzedaży detalicznej pozostanie dwucyfrowa.
Z kolei coraz więcej firm handlowych zgłasza niedobór pracowników, jako istotną barierę prowadzenia działalności. Dobra sytuacja na rynku pracy sprzyja gospodarstwom domowym, jednak pracodawcom coraz trudniej jest zapełnić wakaty nawet pomimo zwiększania wynagrodzeń. Dodatkowo, efektem ubocznym programu „Rodzina 500+” jest w niektórych przypadkach porzucanie pracy, zwłaszcza w miejscowościach o niskiej regionalnej średniej wynagrodzeń i wśród rodzin wielodzietnych.
Konsumenci odczują podatki dla sprzedaży detalicznej, dostawcy zmuszeni do zmniejszania marż
Pomimo sprzyjającego otoczenia makroekonomicznego handel napotyka na wiele trudności w prowadzeniu biznesu. Już od przyszłego miesiąca planowane jest wprowadzenie podatku od sprzedaży detalicznej, które obejmie większe podmioty na rynku. Jednocześnie płatnicy nowego podatku będą ostrożnie przekładać jego ciężar na klientów, którzy pomimo wyższych możliwości i skłonności zakupowych wciąż są wrażliwi na zmiany cen. Należy oczekiwać, że koszt nowej daniny będzie dzielony na wielu uczestników rynku. Nie sposób nie wspomnieć o presji, która będzie wywierana na dostawców, zmuszonych do udzielania dodatkowych rabatów. Zgodnie z badaniami GUS największą barierą w prowadzeniu bieżącej działalności jest duża konkurencja na rynku – sygnalizuje ją niemalże 70 proc. badanych podmiotów handlu detalicznego i blisko 60 proc. handlu hurtowego.
Nadal dużo upadłości w sektorze handlu
W statystykach upadłości i restrukturyzacji polskich przedsiębiorstw firmy handlowe stanowią dużą grupę – w pierwszej połowie tego roku stanowiły one prawie ¼ wszystkich postępowań, co jest zgodne z dużą reprezentacją podmiotów handlowych w polskiej gospodarce. Odnotowano niemalże 3 razy więcej upadłości i restrukturyzacji firm branży handlu hurtowego niż detalistów. W wielu przypadkach hurtownicy nadal odczuwają konsolidację rynku i skracanie łańcucha dostaw przez duże sieci handlowe, które często bezpośrednio współpracują z producentami z pominięciem hurtowni korzystając ze swojej siły zakupowej. W handlu wzrost marż wciąż będzie ograniczała duża konkurencja, a branża nadal będzie obecna w statystykach upadłościowych i restrukturyzacyjnych. Pomimo rosnących obrotów handlowych, firmy jeszcze bardziej będą koncentrować się na ograniczaniu kosztów starając się zwiększać przychody i ograniczając działalność mniej rentownych sklepów oraz obszarów działalności. Wiele podmiotów będzie starało się dostosowywać do zmieniających się preferencji zakupowych konsumentów zwiększając udział sprzedaży e-commerce, która ma być wyłączona z wprowadzanego nowego obciążenia podatkowego.
Marcin Siwa, dyrektor działu oceny ryzyka Coface Barbara Kamińska, zastępca działu oceny ryzyka Coface
Sytuacja w wybranych sektorach handlu: W hurcie przewodzą więksi gracze; ożywienie w handlu stalą i farmaceutykami; umocnienie sieci dyskontowych
Handel hurtowy dominowany jest stopniowo przez większych graczy, którzy starają się skonsolidować rynek również pionowo – zapewniając sobie poprzez sieci franczyzowe stały kanał zbytu. Marże nadal spadają, a silna walka konkurencyjna sprawia, że część dystrybutorów zaczyna w sposób widoczny tracić rynek.
Widoczne jest pewne ożywienie w handlu stalą i wyrobami metalowymi. Wzrost cen tych produktów poprawił okresowo wyniki dystrybutorów. Popyt nie rośnie jednak w sposób proporcjonalny, co może w dłuższej perspektywie spowodować korektę cenową.
Dystrybucja detaliczna FMCG charakteryzuje się malejącym udziałem sklepów wielkopowierzchniowych, na korzyść wciąż umacniającej się pozycji sieci dyskontowych, oraz rosnącego segmentu sprzedaży online.
Sprzedaż farmaceutyków w Polsce notuje rokrocznie stabilny wzrost, na co wpływ mają nowe listy refundacyjne, starzenie społeczeństwa czy ogólny wzrost gospodarczy. Ze względu na wysokie rozdrobnienie rynku aptecznego, w stosunku do mocno skoncentrowanego segmentu hurtowego, zauważalne są wśród detalistów tendencje konsolidacyjne o charakterze kapitałowym lub operacyjnym. Obecnie 34 proc. aptek należy już do sieci. Planowane przez rząd wprowadzenie od 9/2016 bezpłatnych leków dla seniorów może stanowić dodatkowy bodziec rozwojowy dla branży.
Wyeliminowanie ryzyka przewalutowania kredytów frankowych pozwoliło inwestorom odetchnąć z ulgą. Przełożyło się to na spore wzrosty na indeksie WIG 20, gdzie w poprzednim tygodniu jego kapitalizacja wzrosła o 3.73%. Tak dużego umocnienia się indeksu WIG 20 nie widzieliśmy od ponad 5 miesięcy. Ponadto globalni inwestorzy powoli zaczęli powracać na polski rynek, rentowność obligacji 10 letnich zaczęła spadać na coraz niższe poziomy, a rodzima waluta w dalszym ciągu się umacnia. Spoglądając w szerszej perspektywie na rynek walutowy, PLN ma miejsce do odrabiania strat. Polska waluta na tle innych walut Państw należących do grupy rynków wschodzących przez ostatnie kilka tygodni zachowywała się najgorzej.
Równowaga rynku budowlanego na początku XXI wieku była w Polsce mocno zachwiana i unormowała się dopiero w ostatnich latach. Wymagania związane z dystrybucją materiałów budowlanych od zawsze były natomiast bardzo wymagające. Do niedawna mylnie skupiały się one jedynie na warunkach finansowych. Na szczęście, obecnie dla klientów ważniejsza jest jakość towaru i obsługi.
Artur Hoffman, Dyrektor Handlowy SIG Sp. z o.o.
Rynek dystrybucji składa się z hurtowni ogólnobudowlanych, hiper i supermarketów budowlanych oraz sklepów specjalistycznych. Według raportu przeprowadzonego przez firmę badawczą IBP Research, polski rynek materiałów budowlanych w 2015r. osiągnął sprzedaż ok. 40 mld zł. Oprócz tego, z jednego z raportów Instytutu CEED (Central and Eastern Europe Development Institute) wynika, że pod względem innowacyjności, krajowa gospodarka ma szansę stać się liderem wśród państw Grupy Wyszehradzkiej, na co znacząco wpływa właśnie rozwój rynku budowlanego.
Zapotrzebowanie na materiały budowlane w Polsce występuje w różnego rodzaju inwestycjach: biurowcach, instytucjach publicznych, zakładach przemysłowych oraz budynkach mieszkaniowych. Największą zaletą przy realizacji zamówień staje się więc elastyczność specjalistycznych sklepów i hurtowni, a także uwzględnianie ciągle zmieniających się potrzeb klientów. W porównaniu z marketami, proponują one szeroki zakres usług, jak np. rozładunek i transport na budowę, finansowanie i ubezpieczenie transakcji pomiędzy podmiotami, szkolenia z technik budowlanych i bezpieczeństwa na budowie czy pomoc w znalezieniu sprawdzonych firm budowlanych, wykonawców oraz inwestorów.
Firma SIG, znana głównie jako specjalista od akustyki pomieszczeń, pasywnego zabezpieczenia ogniowego budynków, pokryć dachowych oraz suchej zabudowy, dzięki 60 – letniemu doświadczeniu zdaje sobie sprawę, że proces sprzedaży materiałów budowlanych wymaga wielu dodatkowych czynności, a kontrahenci poszukują przede wszystkim chętnych do pomocy partnerów.
Jeżeli chodzi o trendy budowlane, obecnie największą popularnością cieszy się stosowanie nowych technologii, najczęściej mają one bowiem wysoką jakość i wydajność oraz dzięki czemu spełniają coraz większe potrzeby klientów. Są oni coraz bardziej świadomi i zaczynają doceniać cechy, na które wcześniej nie zwracano dużej uwagi, jak np. energooszczędność produktów oraz ich wpływ na ekologię.
Aktualnie na rynek budowlany czeka sporo wyzwań. Najważniejszym z nich jest zachęcenie polskich i zagranicznych inwestorów do prowadzenia interesów w obrębie naszego kraju oraz partnerstwa publiczno-prywatne. Ważne jest również efektywne wykorzystywanie funduszy z Unii Europejskiej, które od początku roku współfinansują duże firmy, realizujące projekty w sektorze infrastruktury.
Autorem artykułu jest Artur Hoffman, Dyrektor Handlowy SIG Sp. z o.o.
Cena złota oscyluje wokół 1330 USD za uncję. Jednak amerykański dolar się wzmacnia i słabnie jubilerski popyt na złoto ze strony dwóch światowych potęg. Te potęgi to Chiny i Indie.
Jak będą się w najbliższym czasie zmieniać ceny złota, o tym więcej w rozmowie MarketNews24.
Wyeliminowanie ryzyka przewalutowania kredytów frankowych pozwoliło inwestorom odetchnąć z ulgą. Przełożyło się to na spore wzrosty na indeksie WIG 20, gdzie w poprzednim tygodniu jego kapitalizacja wzrosła o 3.73%. Tak dużych wzrostów na indeksie WIG 20 nie zaobserwowaliśmy od ponad 5 miesięcy. Ponadto globalni inwestorzy powoli zaczęli powracać na polski rynek, rentowność obligacji 10 letnich zaczęła spadać na coraz niższe poziomy, a rodzima waluta w dalszym ciągu się umacnia.
Spoglądając w szerszej perspektywie na rynek walutowy, PLN ma miejsce do odrabiania strat. Polska waluta na tle innych walut państw należących do grupy rynków wschodzących, przez ostatnie kilka tygodni zachowywała się najgorzej. Złoty od początku tygodnia najbardziej umocnił się względem funta szterlinga, bowiem notowania spadły poniżej 5 zł. Osłabienie brytyjskiej waluty przez ostatnie dwa tygodnie w głównej mierze spowodowane jest przez luzowanie polityki monetarnej przez Bank Anglii. Następną walutą, na którą patrzy polskie społeczeństwo jest frank szwajcarski, który również osłabił się prawie o 3% względem złotego. O godzinie 11:58 euro kosztowało 4.26 złotego, dolar 3.81 złotego, frank 3.90 złotego, a za funta trzeba było zapłacić 4.98 złotego.
Waluty Państw G10 względem PLN od początku miesiąca
Źródło: Bloomberg
Dzisiejszego dnia w kalendarzu makroekonomicznym widnieją pustki. Jedynie o godzinie 23:00 zostanie opublikowana decyzja Banku Centralnego Nowej Zelandii w sprawie stóp procentowych. Na obecną chwile rynek na podstawie overnight index swap wycenia obniżkę stóp procentowych z 100% prawdopodobieństwem. Koszt pieniądza ma zostać obniżony z 2.25% do 2%, czyli o 25 punktów bazowych.
W wielu światowych gospodarkach stopy procentowe znalazły się w negatywnych trajektoriach. Niestety nikt nie zna skutków tak prowadzonej polityki monetarnej w długim terminie. Patrząc na stopę oszczędności w krajach, w których zostały wprowadzone ujemne stopy procentowe, działania banków centralnych przynoszą odwrotne skutki. Bowiem oszczędności w tych państwach są największe od 1995 roku. Natomiast nie ma dowodów na to, że bieżące działanie banków centralnych przynosi korzyści dla realnej gospodarki.
Optymizm powrócił i utrzymuje się dzięki kolejnym informacjom, ostatnio są to dobre informacji z USA, dotyczące rynku pracy. Ten optymizm widać na światowych giełdach.
Powrót do optymizmu na giełdach rozpoczął się w trzy dni po ogłoszeniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii. Trwa więc od wielu już tygodni.
Światowe rynki właśnie odetchnęły po bardzo dobrych informacjach z rynku pracy w USA. Obawiano się recesji, a informacje o wzroście zatrudnienia temu zaprzeczyły. O tym w rozmowie z MarketNews24 mówi Jakub Stasik, ekspert z giełdowej spółki XTB.
Samochody z napędem hybrydowym od lat zdobywają coraz większą popularność. Ostatnie wyniki sprzedaży pokazały, że stały się one poważną konkurencją dla modeli wyposażonych w tradycyjne silniki spalinowe. Co więcej, firmy rozwijające swoje floty coraz częściej wybierają właśnie hybrydy. Sprawdzamy, ile kosztują najtańsze.
W 2004 roku sprzedano w Polsce zaledwie 48 sztuk samochodów z napędem hybrydowym. Z roku na rok zainteresowanie tego typu technologią rosło, by cztery lata później osiągnąć poziom 351 sztuk.
Dane zebrane przez Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar pokazują, że przełom nastąpił w 2013 roku. Wtedy zarejestrowano w Polsce rekordową liczbę 1864 hybryd. W pierwszej połowie 2015 roku odnotowano wzrost zainteresowania samochodami z napędem hybrydowym na poziomie przekraczającym 80 proc., co przełożyło się na wyniki sprzedaży – do klientów trafiło 3976 takich modeli.
W 2015 roku rynek samochodów hybrydowych wzrósł o kolejne 40 proc., co oznacza, że na naszych drogach pojawiło się 5539 hybryd. Polacy wybierali spośród 26 modeli i 12 marek. Dane sprzedażowe pokazały, że 69 proc. rynku samochodów hybrydowych należy do Toyoty, a Lexus odpowiada za 27 proc. sprzedanych w Polsce hybryd. Pozostałe dziesięć marek sprzedało łącznie 233 sztuki tego typu samochodów. Wzrosty sprzedaży w segmencie samochodów osobowych to głównie zasługa firm, które zwiększyły zakupy o 15 proc.
Wyniki świadczą o tym, że polski rynek przyjął hybrydy z otwartymi rękoma, a technologia ta przestała być już tylko ciekawostką. Trendy widać zwłaszcza po klientach flotowych, u których decyzja zakupowa jest następstwem analiz opartych na wiedzy i doświadczeniu ekspertów.
Wyniki sprzedaży samochodów hybrydowych pokazują, że każdy kolejny rok przynosi nowy rekord. Co więcej analitycy zapowiadają, że w 2016 roku będziemy świadkami kolejnych rekordów.
W bieżącym roku układ sił na rynku hybryd w Polsce nie zmienił się – niezmiennie dominuje Toyota i Lexus. W pierwszym kwartale obie marki sprzedały łącznie 2001 samochodów, co daje udział w rynku na poziomie 94,25 proc. Japończycy optymistycznie patrzą w przyszłość – w tym roku planują sprzedaż na poziomie 8 tys. sztuk samochodów hybrydowych.
Analitycy oceniają, że w początkowym okresie wprowadzania przez producentów samochodów hybrydowych na nasz rynek, główną przeszkodą w ich popularyzowaniu była cena. Wiele modeli okazało się za drogich dla polskiego nabywcy, w wyniku czego przestały być sprzedawane na naszym rynku lub w ogóle zakończono ich produkcji. Obecnie można zaobserwować, że część z oferowanych modeli z napędem hybrydowym nie jest wiele droższa od swoich odpowiedników zasilanych np. silnikiem diesla. Sprawdzamy, ile kosztują najtańsze hybrydy w Polsce w podziale na producentów.
Toyota Yaris Hybrid Active – cena 63 900 zł
Nowy Yaris został zaprezentowany w 2015 roku na targach we Frankfurcie i od razu trafił do salonów. Cena nieprzekraczająca 64 tys. zł może oznaczać tylko jedno – mamy do czynienia z najtańszym samochodem hybrydowym na rynku. W tej cenie otrzymujemy 5- drzwiowe auto, więcej niż przyzwoite wyposażenie i spalanie w mieście określane przez producenta na poziomie 3,1 litra/100 km. Jest to najniższy wynik wśród wszystkich hybryd niepobierających energii z zewnątrz (wg ADEME).
Wersja Hybrid została wyposażona w układ napędowy wykorzystujący dwa silniki – 1,5 litrowy benzynowy oraz elektryczny. Akumulator ładowany jest energią odzyskiwaną podczas hamowania i nie wymaga doładowywania z sieci energetycznej, co więcej umożliwia przejechanie dystansu 2 kilometrów wyłącznie na silniku elektrycznym. Napęd przekazywany jest za pomocą przekładni automatycznej E-CVT, a łączna moc układu to 100 KM.
Zgodnie z cennikiem wersja hybrydowa Yarisa jest tańsza o 3 tys. zł w porównaniu do odmiany diesla napędzanej silnikiem 1,4 D-4D o mocy 90 KM. Już podstawowa wersja tej najtańszej na rynku hybrydy wyposażona jest w systemy wspomagające kierowcę, lampy halogenowe, projektorowe światła główne, kurtyny powietrzne i poduszkę kolanową kierowcy oraz dwustrefową klimatyzację.
Menadżerowie flot i użytkownicy Yarisa docenią zapewne, że obecność technologii hybrydowej na pokładzie nie wpłynęła w żaden sposób na pojemność bagażnika. Ta wynosi 286 litrów, podobnie jak w odmianach z napędem tradycyjnym.
Liczba sprzedanych egzemplarzy Yaris Hybrid zwiększyła się w stosunku do ubiegłorocznej o 30 proc., a udział hybryd w całej sprzedaży tego modelu wyniósł 11 proc.
Lexus CT 200h – 112 900 zł
Lexus CT 200h jest pierwszym pięciodrzwiowym modelem Lexusa w klasie samochodów kompaktowych i równocześnie pierwszym w pełni hybrydowym samochodem klasy premium, który został wprowadzony do segmentu kompaktów. Równocześnie samochód stał się najtańszą hybrydą produkowaną przez producenta samochodów luksusowych.
Model CT 200h został wyposażony w układ hybrydowy, który generuje 136 KM i pozwala płynnie się rozpędzać od 0 do 100 km/h w czasie niewiele powyżej 10 sekund. Maksymalna prędkość samochodu wynosi 180 km/h, a kierowca może wybrać pomiędzy kilkoma trybami jazdy – od całkowicie elektrycznego, poprzez tryb “ECO”, na “Normal” i “Sport” kończąc. Samochód, jak przystało na hybrydę, cechuje również umiejętność generowania sporych oszczędności – średnie spalanie jest niewiele większe od superoszczędnego Yarisa i wynosi zaledwie 3,6 litra na 100 km jazdy w mieście.
Aby dodatkowo zmniejszyć wpływ układu napędowego Lexus Hybrid Drive na środowisko naturalne, CT 200h został wyposażony w szereg rozwiązań. Zalicza się do nich układ klimatyzacji z funkcją aktywnego ogrzewania siedzeń, oświetlenie zewnętrzne wykorzystujące lampy diodowe, wzmacniacz zestawu audio pobierający niewielką ilość prądu i stosowanie w szerokim zakresie materiałów pochodzenia organicznego.
Ford Mondeo Hybrid – 130 850 zł
Hybrydowa odmiana Forda Mondeo występuje tylko w topowej odmianie Titanium i została wyceniona zgodnie z katalogiem na 130 850 zł. Samochód z tym napędem występuje tylko w czterodrzwiowej wersji nadwozia. Układ składający się z 2- litrowego silnika benzynowego i silnika elektrycznego generuje 187 KM. Napęd przekazywany jest przez przekładnię eCVT na koła przednie i pozwala na rozpędzenie się do 100 km/h w czasie 9,2 sekundy. Producent obiecuje spalanie w mieście na poziomie 2,8 litra na 100 km.
Użytkownicy hybrydowego Mondeo muszą pamiętać, że samochodem nie można holować przyczepy, a pojemność bagażnika straciła 142 litry na rzecz baterii.
Na pokładzie znalazł się między innymi komplet poduszek powietrznych – łącznie z poduszką kolanową dla kierowcy, radioodtwarzacz z Bluetooth, reflektory halogenowe i dwustrefowa klimatyzacja.
Volkswagen Golf VII GTE – 153 090 zł
Pomimo tego, że Volkswagen Golf głównie kojarzy się z silnikami diesla, Niemcy postanowili sprawdzić się na polu samochodów ekologicznych. Tak powstała odmiana GTE napędzana przez silnik benzynowy o mocy 150 KM i elektryczny generujący 102 KM. Poza kilkoma detalami odmiana hybrydowa nie różni się praktycznie niczym od wersji benzynowych.
Producent obiecuje spalanie na poziomie około 1,7 litra na 100 km, a zasięg na w pełni naładowanych bateriach ma wynosić około 50 km. Przyspieszenie od zera do 100 km/h określone jest w katalogu na 7,6 sekundy.
Zastosowany w Golfie GTE układ hybrydowy wpływa negatywnie na pojemność bagażnika. W klasycznej odmianie wynosi ona 380 litrów, wersja hybrydowa oferuje już tylko 272 litry, co jest najgorszym wynikiem na tej liście.
BMW i3 – 174 400 zł
BMW i3 to swoistego rodzaju motoryzacyjny eksperyment. Auto zostało zaprezentowane w 2013 roku i jest określane jako “samochód miejski klasy premium”. Konstruktorzy zadbali o minimalizację masy poprzez zastosowanie kompozytów z włókien węglowych oraz aluminium.
Model i3 występuje na rynku w dwóch wersjach napędu. Pierwsza to stu procentowy elektryk, druga kosztująca 174 400 zł jest wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 650 centymetrów sześciennych i mocy 38 KM, który po wyczerpaniu baterii ma awaryjnie zapewnić dotarcie do celu – pod warunkiem, że ten będzie nie dalej niż 100 km, gdyż zbiornik paliwa ma pojemność zaledwie 6 litrów.
Infiniti Q50S – 224 490 zł
Z Infiniti Q50 związane są dwie ciekawostki. Po pierwsze przy jego tworzeniu brał udział kierowca Formuły 1 – Sebastian Vettel, a po drugie to pierwszy seryjny model, który został wyposażony w system adaptacyjnego kierowania pojazdem.
Pod maską japońskiej limuzyny znalazł się 3,5- litrowy silnik benzynowy V6, który współpracuje z silnikiem elektrycznym o mocy 68 KM. Całość ma moc netto na poziomie 364 KM, a producent zapowiada spalanie na poziomie 6,2 litra na 100 km.
Jak przystało na limuzynę kosztującą grubo ponad 200 tys. zł wyposażenie obejmuje całkiem sporą listę. Na pokładzie znalazły się między innymi układy zapewniające bezpieczeństwo, ogranicznik prędkości i dwustrefowa klimatyzacja.
Mercedes C300 h – 227 100 zł
Hybrydowy model C300 h został wyposażony w czterocylindrowy silnik benzynowy i silnik elektryczny, które wspólnie generują 231 KM. To o 27 KM więcej od wersji wyposażonej w silnik diesla. Zastosowanie rozwiązania hybrydowego zwiększyło moment obrotowy. Podczas, gdy silnik spalinowy generuje 250 Nm, elektryka dokłada kolejne 250 Nm.
Producent podaje, że pierwsza setka osiągana jest w czasie 6,4 sekundy. Katalogowe spalanie nie powinno przekraczać natomiast 3,9 litra na 100 km.
Hybrydowa odmiana C300 h jest droższa od porównywalnej C250d o około 14 tys. zł. Ponadto baterie, które znalazły się na pokładzie zmniejszyły pojemność bagażnika z 480 do 435 litrów oraz pojemność zbiornika paliwa z 66 do 50 litrów.
Volvo V60 Plug-in Hybrid – 265 800 zł
Kosztująca sporo ponad ćwierć miliona hybryda Volvo została wyposażona w pięciocylindrowy silnik diesla o pojemności 2,4 litra i mocy 220 KM. Przy tylnej osi znalazł się silnik elektryczny, który wspomaga układ mocą 68 KM.
Kierowca może wybrać jeden z trzech trybów – dzięki nim Volvo V60 oferuje 50 km zasięgu w trybie elektrycznym, przyspieszenie do setki w czasie 6 sekund i zasięg 900 km w trybie hybrydowym. Producent zapewnia, że zużycie oleju napędowego na każde 100 km wynosi 1,8 litra. Akumulatory mogą być ładowane z gniazdka 230 V.
Notowania w Europie w większości przypadków zakończyły się wzrostami. Brytyjski indeks FTSE100 zyskał 0,62%, pomimo kolejnych słabych odczytów makroekonomicznych. Za największy ruch na londyńskim parkiecie odpowiadały wczoraj głównie banki: Barclays czy też Lloyds Banking. Dobry sentyment inwestorów był widoczny również na paryskim parkiecie, gdzie indeks CAC40 odnotował wzrost o 1,19%. Wzrostową sesję zaliczył niemiecki DAX, gdzie najwyraźniej inwestorzy nie zrazili się słabszymi od prognoz danymi o niemieckim bilansie handlowym i rachunku bieżącym za czerwiec, a finalnie dzień zakończył się wzrostem o 2,50%. Natomiast warszawski indeks WIG20 zakończył wczorajszą sesję wzrostem na poziomie 0,55% przy stosunkowo niewielkich obrotach, które osiągnęły poziom 723 mln zł.
Kalendarz makroekonomiczny nie był we wtorek szczególnie rozbudowany, jednak warto na kilka odczytów zwrócić uwagę. Rano inwestorzy poznali odczyt inflacji konsumenckiej w Chinach, który wyniósł 1,8% i był zgodny z zakładanymi prognozami. Wspomniany wcześniej wynik niemieckiego eksportu w czerwcu, jak również dane z amerykańskiego rynku pracy były słabsze od oczekiwań. Odczyt jednostkowych kosztów pracy w USA w ujęciu kwartalnym, opisujący relację pomiędzy wynagrodzeniem za godzinę a wydajnością lub realną produkcją na godzinę, wyniósł 2%, wobec rynkowego konsensusu na poziomie 1,8%. Bureau of Labor Statistics opublikowało również raport o zmianie wydajności pracy. Wskaźnik wydajność pracy został wstępnie opublikowany na poziomie -0,5%, wobec zaprognozowanych wcześniej +0,5%. Po południu poznaliśmy jeszcze odczyt zapasów hurtowników, który został ustalony na poziomie 0,3% w ujęciu miesięcznym (prognoza 0,0%).
Dziś wśród publikacji makroekonomicznych warto będzie zwrócić uwagę między innymi na wyniki produkcji przemysłowej we Francji, a także odczyty zamówień na sprzęt, maszyny i urządzenia w Japonii. Zabraknie istotnych danych z USA za wyjątkiem tych o zapasach paliw o 16:00 i informacji o budżecie, publikowanych o godzinie 20:00.
Sesja w USA:
Rynek akcji w Stanach Zjednoczonych zamknął wtorkowy handel wzrostami. Głównym motorem napędzającym popyt były sektory telekomunikacji, technologii a także ochrony zdrowia. W momencie zamknięcia indeks Dow Jones Industrial Average zyskał 0,02%, S&P500 wzrósł o 0,04%, a Nasdaq Composite o 0,24%.
Waluty:
Wtorkowe notowania dla EURUSD zakończyły się wzrostem o 0,23% do poziomu 1,1119.
Kurs EURGBP zakończył dzień zwyżką o 0,52% do poziomu 0,8551, natomiast EURJPY stracił 0,30 % docierając do poziomu 113,30.
Polska waluta dziś rano wyceniana jest przez rynek następująco: 4,2634 PLN za euro, 3,8246 PLN za dolara amerykańskiego, 3,9083 PLN za franka szwajcarskiego oraz 4,9885 PLN za funta szterlinga.
Surowce:
Złoto zakończyło wtorkowe notowania wzrostem o 0,42% do poziomu 1339 USD za uncję. Srebro natomiast zyskało 0,87% i osiągnęło poziom 19,938 USD za uncję. W przypadku ropy naftowej, odmiana WTI zakończyła dzień na poziomie 42,77 USD za baryłkę, tracąc tym samym 0,58%, natomiast odmiana Brent spadła o 0,90% i była notowana po 44,98 USD za baryłkę.
Złoty od początku tygodnia najbardziej umocnił się względem funta szterlinga, bowiem notowania spadły poniżej 5 zł. Osłabienie brytyjskiej waluty przez ostatnie dwa tygodnie w głównej mierze spowodowane jest przez luzowanie monetarne przez Bank Anglii. Następną walutą, na którą patrzy polski społeczeństwo jest frank szwajcarski, który również osłabił się o prawie 3% względem polskiej waluty. Spoglądając na wykres tygodniowy para walutowa GBP/PLN spada już trzeci miesiąc z rzędu. Niedźwiedzie mają otwartą drogę do jeszcze 10-groszowego spadku w okolicę poziomu 4.90. Jednakże po tak sporym rajdzie należy spodziewać się korekty.
BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, zanotowała 12.702 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży w pierwszych siedmiu miesiącach 2016 r. Emitent podpisał również umowę inwestycyjną w sprawie połączenia z Biocorp Polska Sp. z o.o.
W analogicznym okresie ub. roku wysokość przychodów ze sprzedaży Spółki wynosiła 12.311 tys. zł, więc tegoroczny wynik wykazuje ponad 3% wzrost w ujęciu rdr. BioMaxima S.A. nadal utrzymuje dodatnią dynamikę zwiększania sprzedaży w większości grup produktowych. Emitent skutecznie pozyskuje również nowe zlecenia w ramach postępowań przetargowych. Od początku tego roku łączna wartość wygranych postępowań przetargowych przez Spółkę sięgnęła 5.124 tys. zł wobec 4.390 tys. zł w okresie od stycznia do lipca 2015 r. BioMaxima S.A. liczy także na istotny wzrost przychodów w ramach działalności eksportowej, co będzie możliwe dzięki prowadzonym negocjacjom handlowym z zagranicznymi partnerami oraz planowanym akwizycjom na rynku rumuńskim.
„Liczymy na osiągnięcie wyższej dynamiki wzrostu przychodów po okresie wakacyjnym. Oczywiście po połączeniu z Biocorp Polska dynamika będzie jeszcze wyższa i nastąpi umocnienie naszej pozycji rynkowej.” – stwierdza Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
BioMaxima S.A. podpisała na początku sierpnia br. umowę inwestycyjną w sprawie połączenia z Biocorp Polska Sp. z o.o. Planowane połączenie ma nastąpić poprzez przeniesienie całego majątku Biocorp Polska Sp. z o.o. jako spółki Przejmowanej na BioMaxima S.A. jako spółkę Przejmującą w zamian za nowe akcje spółki Przejmującej, które zostaną wydane dotychczasowym wspólnikom spółki Przejmowanej. Zgodnie z przedstawionym planem połączenia udziałowcy Biocorp Polska Sp. z o.o. otrzymają łącznie 690.000 akcji Spółki BioMaxima S.A. Dzięki połączeniu Emitent będzie mógł stworzyć jeszcze bardziej konkurencyjną ofertę rynkową oraz umocni swoją pozycję na rynkach zagranicznych. BioMaxima S.A. zoptymalizuje także politykę zakupową i będzie w stanie zrealizować istotne synergie kosztowe wynikające z fuzji obu podmiotów.
„Połączenie Biocorp i BioMaxima jest kluczowym elementem długoterminowej strategii rozwoju obu spółek, zakładającej powstanie silnego, polskiego podmiotu specjalizującego się zarówno w mikrobiologii przemysłowej, jak i klinicznej, a także oferującego szerokie portfolio innych produktów przeznaczonych na rynek diagnostyki laboratoryjnej w Polsce oraz na rynkach międzynarodowych. Jesteśmy przekonani, że integracja pozwoli nam na zwiększenie wydajności, poprawę organizacji pracy i jakości obsługi Klienta dzięki konsekwentnemu wdrażaniu najlepszych praktyk rynkowych.” – dodaje Lewczuk.
Emitent zakończył pierwsze półrocze zyskiem netto w kwocie 641 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 11.930 tys. zł. BioMaxima S.A. wypłaci swoim Akcjonariuszom dywidendę z zysku wypracowanego w 2015 r. w kwocie 0,20 zł na akcję. Dzień ustalenia prawa do dywidendy przypada na 31 sierpnia 2016 r., a jej wypłata nastąpi w dniu 16 września 2016 r. Rok temu Spółka wypłaciła dywidendę w wysokości 0,10 zł na akcję.
BioMaxima S.A. jest polską firmą działającą w szeroko rozumianym obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej. Jest jednym z dwóch krajowych producentów odczynników do diagnostyki in vitro, jednym z trzech producentów podłoży mikrobiologicznych. Spółka jest również dystrybutorem produktów uznanych światowych firm diagnostycznych takich jak m.in. Nova Biomedical, Mitsubishi Chemical, Biolog. Emitent zaopatruje w swoje produkty ponad 2 tys. laboratoriów w Polsce oraz prowadzi działalność eksportową na ponad 40 rynkach. Strategia rozwoju Spółki zakłada prowadzenie działań konsolidacyjnych sektora biotechnologicznego.
Dzisiaj zbierze się Komitet Stabilności Finansowej w sprawie franków. Luka w podatku od sklepów. Dobre dane z Japonii. Słaby odczyt ze Słowacji.
Dzisiaj zbiera się Komitet Stabilności Finansowej. Jest to ciało składające się z Ministra Finansów, prezesa NBP, przewodniczącego KNF oraz prezesa Zarządu BFG (Bankowego Funduszu Gwarancyjnego). Tematem jest oczywiście problem kredytów frankowych. Obecna propozycja jest silnie oprotestowywana przez stowarzyszenia kredytobiorców frankowych. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynkach wątpliwe jest by grupa ta otrzymała znacząco większe wsparcie niż w obecnym projekcie. Nie zmienia to faktu, że przedstawiciele kredytobiorców dalej chcą walczyć o pełną pulę domagając się odrzucenia obecnego, bądź co bądź korzystnego, aczkolwiek nie kompleksowego, rozwiązania.
W podatku od sklepów, jak popularnie określa się ustawę o podatku od handlu detalicznego, znalazła się luka. Jeżeli nie uda się jej załatać to wyższą stawkę zapłacą podmioty nie od 170 milionów obrotu, a od 187 milionów. Pozornie niewielka różnica to według prognoz około 200 milionów złotych wpływów do budżetu. Nie jest to kwota, która zachwieje budżetem, ale biorąc pod uwagę jak mocno napięty jest on na przyszły rok można spodziewać się nowelizacji lub przynajmniej wiążącej interpretacji.
W nocy poznaliśmy dobre dane z japońskiej gospodarki. Zamówienia na sprzęt, maszyny i urządzenia wzrosły w czerwcu o 8,3% przy oczekiwanym wzroście o 3,1%. W wyniku tych danych jen umacniał się na rynku. Za dolara przed publikacją płacono 101,9 JPY, a w ruchu po staniał do 101,3 JPY.
Od rana słabsze dane nadeszły z naszego regionu. W Rumunii deflacja wynosi 0,8% i wzrosła od maja. Z kolei produkcja przemysłowa na Słowacji rośnie o zaledwie 2,2%, jest to znacznie poniżej oczekiwań analityków mówiących o wzroście o 5,1%. Dane te nie miały oczywiście wpływu na kurs euro. Warto jednak zwrócić uwagę, że słabsze wyniki krajów ościennych mogą mieć wpływ na złotego. Słabsza produkcja przemysłowa może wpłynąć na wymianę handlową między naszymi krajami.
Z danych makroekonomicznych warto dzisiaj zwrócić uwagę na:
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
23:00 – Nowa Zelandia – decyzja w sprawie stóp procentowych.
Decyzja Królewskiego Banku Nowej Zelandii jest o tyle istotna, że analitycy spodziewają się obniżki. Byłby to spadek z 2,25% do 2%. Zarówno Nowa Zelandia jak i Australia w pierwszej fazie kryzysu nie dokonały tak gwałtownych cięć stóp procentowych jak USA czy Unia Europejska, dlatego mają teraz znacznie większe pole do manewru. Ewentualna obniżka powinna skutkować osłabieniem dolara nowozelandzkiego.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Po wakacjach rząd i Sejm będą musiały się zająć projektem ustawy budżetowej na przyszły rok. Ministerstwo finansów ma go przekazać jeszcze w sierpniu. To, na jakich poziomach zostaną wyznaczone dochody i wydatki oraz czy nie ulegnie zmianie założenie wzrostu gospodarczego i inflacji, będzie miało wpływ na zaufanie inwestorów do polskiego rynku.
– Ministerstwo Finansów w tym momencie pracuje nad założeniami do ustawy budżetowej na przyszły rok i sądzę, że sprecyzowanie ustawy od strony wydatkowej, dochodowej i deficytu na przyszły rok będzie kluczowe dla rynków finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale. – Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju kluczowe decyzje będą podejmowane przez rząd, czyli obniżenie wieku emerytalnego czy podjęcie decyzji o przewalutowaniu kredytów walutowych. Bo to będzie wpływało na finanse publiczne.
W lipcu minister finansów Paweł Szałamacha zapewniał, że w sierpniu ukażą się zarówno zmodyfikowane założenia makroekonomiczne do ustawy budżetowej, jak i sam projekt. Wzrost PKB w wysokości 3,9 proc., inflacja 1,3 proc. oraz stopa bezrobocia (8,1 proc.) to główne założenia do projektu ustawy budżetowej na rok 2017, które rząd przyjął 14 czerwca 2016 r.
Tymczasem w rozmowie z „Pulsem Biznesu” przewodniczący Komitetu Stałego RM Henryk Kowalczyk przyznał, że na razie w przyszłorocznym budżecie brakuje 5 mld zł na program „Rodzina 500 plus”, ale dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego powinny się one znaleźć. W przyszłym roku program kosztować ma państwo polskie ponad 22 mld zł.
– Trzeba pamiętać o tym, że część dochodów budżetowych jest generowana przez nowy podatek bankowy. Jeżeli banki będą ponosiły duże straty związane z przewalutowaniem kredytów frankowych, wówczas wpływy do budżetu z tytułu podatku bankowego będą oczywiście mniejsze – tłumaczy Janecki.
Podatek od aktywów bankowych wprowadzono 1 lutego. Początkowo miał przynieść w br. 5,5 mld zł. Jednak już w czerwcu resort podał, że bardziej prawdopodobna kwota to 4 mld zł.
Po I półroczu 2016 roku budżet państwa miał 151,6 mld zł dochodów, o 10,7 proc. więcej niż rok temu. Harmonogram przewidywał jednak, że w tym czasie do budżetu trafi 155 mld zł. Od planu odstają też jednak wydatki, i to mocniej: 170,3 mld zł zamiast zakładanych ponad 177 mld zł. Dzięki temu niższy od przewidywanego jest także deficyt, który wyniósł po czerwcu 18,7 mld zł wobec planu na poziomie ponad 22 mld zł. W ubiegłym roku po czerwcu dziura budżetowa przekraczała 26 mld zł.
Ponadto w tym roku po stronie wpływów znalazły się jednorazowe dochody z aukcji LTE oraz z zysku Narodowego Banku Polskiego. Tych pierwszych za rok nie będzie, wysokość drugiego jest niepewna.
– Teraz jesteśmy skupieni na tym, czy rządowi uda się utrzymać relacje deficytu do PKB w okolicy 3 proc. Sądzę, że to w dalszym ciągu jest priorytet rządu i wszystkie ryzyka, które mogłyby świadczyć o tym, że ta bariera zostanie przekroczona, będą brane pod uwagę również przez inwestorów i w tym przypadku może się pojawić jakiegoś rodzaju niepewność – przekonuje główny ekonomista Société Générale. – Ale tu mówimy wyłącznie o czynnikach krajowych. Jest mnóstwo czynników zewnętrznych, które jak zwykle mają wpływ zarówno na polską giełdę, jak i na walutę.
Należą do nich referendum we Włoszech dotyczące zmian w konstytucji, które ma się odbyć jesienią, i oczywiście listopadowe wybory prezydenckie w USA. Oprócz tego wciąż niepewne jest zachowanie banków centralnych – ekonomiści przed każdym posiedzeniem Fed spekulują o podwyżce stóp, z kolei na luzowanie polityki liczy się w przypadku Banku Japonii. Następne posiedzenia obydwu gremiów odbędą się 20 i 21 września.
W 2020 roku co czwarty Polak będzie miał ponad 60 lat, a w 2040 roku – co trzeci. To oznacza skokowy wręcz rozwój zapotrzebowania na usługi skierowane do seniorów. Tego w Polsce wciąż brakuje, a polityka senioralna jest dopiero rozwijana – podkreślają przedstawiciele Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej. Konieczna jest aktywizacja i edukacja starszych osób, a także zmiana w systemie opieki.
– Pod względem rozwoju gospodarki senioralnej jesteśmy w Polsce na początku drogi, ale to będzie bardzo szeroka autostrada. W tym obszarze jest duży potencjał. Mamy dynamiczny wzrost starszej populacji społeczeństwa, a co za tym idzie – skokowy rozwój usług – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marzena Rudnicka, prezes Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej.
Z danych GUS wynika, że w 2013 roku liczba osób w wieku 60+ wynosiła 8,3 mln (21,5 proc. społeczeństwa). W 2050 roku, czyli w ostatnim roku prognozy urzędu, wzrośnie ona do 13,7 mln (40,4 proc. społeczeństwa). Spodziewany przyrost wymusza prace nad polityką senioralną. To o tyle skomplikowane, że seniorzy to bardzo niejednorodna grupa.
– Mamy seniorów aktywnych, którzy korzystają z internetu, wyjeżdżają, kupują auta, mają karty i kredyty w bankach. Z drugiej strony ponad 3 mln osób w naszym kraju potrzebuje opieki czy całodobowej pielęgnacji. Dlatego patrząc na potrzeby klienta seniora, należy najpierw definiować jego potrzeby – wskazuje Rudnicka.
Z internetu korzysta co szósty senior (powyżej 65 lat). Duża część, choć ma takie możliwości, nie widzi potrzeby. Eksperci podkreślają, że tylko zwiększenie poziomu cyfryzacji starszych osób pozwoli na efektywne wykorzystanie w leczeniu telemedycyny i teleopieki.
W 2014 roku w Polsce została przyjęta Długofalowa Polityka Senioralna na lata 2014–2020, która zwraca uwagę na takie problemy, jak walka z cyfrowym wykluczeniem, poprawa jakości życia i tworzenie warunków do aktywności zawodowej.
– Pojawiają się tam również kwestie dotyczące deinstytucjonalizacji opieki, czyli co zrobić, żeby senior nie trafił do domu opieki. Mówimy też o aktywizacji osób starszych oraz o tzw. zdrowym starzeniu się. W Polsce, niestety, świadomość w tym zakresie jest bardzo niska – zaznacza prezes KIGS.
W rankingu AAI (aktywnego starzenia się) Polska zajmuje przedostatnie miejsce wśród 28 krajów UE. AAI bierze pod uwagę zatrudnienie, uczestnictwo w życiu społeczeństwa, niezależne życie w zdrowiu i bezpieczeństwie oraz warunki sprzyjające aktywnemu starzeniu. Gorzej wypada tylko Grecja, a na czele rankingu znajdują się Szwecja, Dania i Holandia.
Większość polskich seniorów po przejściu na emeryturę zamyka się w domu, nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych. Brak możliwości i chęci do uczestniczenia w życiu publicznym prowadzi zaś do wykluczenia społecznego. Alternatywę do siedzenia w domu dają uniwersytety trzeciego wieku. Obecnie działa ich 520, a liczba słuchaczy wynosi 120–130 tys. osób.
– Istnieje już świadomość wśród społeczeństwa i polityków, że Polska jest w tej chwili najszybciej starzejącym się krajem w Europie. Wiele mówi się o problemie demograficznym oraz o tym, jak zmienić współczynnik urodzeń – wskazuje Rudnicka. – Trochę jeszcze źle wygląda kwestia związana z udziałem biznesu i ze współpracą publiczno-prywatną.
Przykładem może być sektor opieki długoterminowej. Dane NIK wskazują, że rośnie liczba osób starszych kierowanych do domów pomocy społecznej, w ciągu pięciu lat o 25 proc. Obciąża to budżety gmin. W latach 2011–2014 wydatki gmin na utrzymanie domów pomocy wzrosły o 52 proc., z 680 mln zł do ponad 1 mld zł. Łącznie w samorządowych i prywatnych domach opieki przebywa ok. 80 tys. osób, z czego 200 prywatnych placówek dysponuje 14 tys. miejsc (ubiegłoroczne dane MPiPS).
– Tylko 1/3 miejsc pobytowych i opieki innej dostarczają podmioty prywatne. W Hiszpanii 70 proc. to jest rynek prywatny, a 30 proc. publiczny. Należy popracować nad tym, aby podmioty komercyjne mogły wspierać swoimi zasobami finansowymi i usługami sektor opieki publicznej. Kołdra finansów publicznych jest coraz krótsza, za chwilę może się okazać zbyt krótka. Jeżeli nie wdrożymy współpracy z firmami, może to być niebezpieczny kierunek – ocenia prezes KIGS.
W służbie zdrowia poważnym wyzwaniem związanym z seniorami jest niedobór geriatrów. NIK wskazywał, że w połowie 2014 roku było ich 321, czyli 0,8 lekarza na 100 tys. mieszkańców. To najniższy wskaźnik w Europie (w Szwecji wynosi on 8, w Czechach – 2,1). To oznacza, że brakuje holistycznego podejścia do pacjentów w podeszłym wieku, bo lekarze pierwsze kontaktu nie są do tego przygotowani.
– W Polsce leczy się chorobę, nie człowieka. W przypadku osób starszych nie można patrzeć w ten sposób – mówi Marzena Rudnicka – To wiąże się z problemem wielolekowości. W Polsce bardzo dużo osób starszych przyjmuje za dużo leków bądź leków ze sobą źle korelujących. Szacuje się, że ponad 30 proc. hospitalizacji osób starszych wynika właśnie z problemu wielolekowości.
Badania populacyjne PolSenior wykazały, że seniorzy zażywają średnio 5 różnych leków, z czego 90 proc. codziennie.
3 lipca zaczęły być stosowane nowe przepisy dotyczące obowiązków informacyjnych spółek, określone przez unijne rozporządzenie MAR oraz dyrektywę MAD II. Polski ustawodawca nie przygotował jednak na czas przepisów prawa wdrażających tę ostatnią. MAR, jako rozporządzenie, nie wymaga wdrażania poprzez ustawy i teoretycznie powinno obowiązywać jako prawo nadrzędne, co potwierdził w komunikacie KNF. Jednak zdaniem Bartosza Krzesiaka z Navigator Capital Group, niektóre wciąż obowiązujące zapisy są z rozporządzeniem sprzeczne, a wykładnia może się miejscami zmienić wraz ze zmianą przewodniczącego KNF.
– To jest bardzo złożona kwestia z racji tego, że rzeczywiście mamy do czynienia z pewnym dualizmem prawnym, odgórnie narzucone rozporządzenie MAR stosowane bezpośrednio, które jest nadrzędne, versus regulacje krajowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Krzesiak, dyrektor departamentu emisji akcji Navigator Capital Group. – Ale z drugiej strony mamy cały czas nieuchylone różnego rodzaju zapisy, czy w ustawie o ofercie, czy w ustawie o obrocie, czy w rozporządzeniach do tych ustaw, głównie w rozporządzeniu o informacjach bieżących i okresowych.
Do tej pory emitenci mieli jasno określony katalog zdarzeń, w których powinni publikować raporty bieżące. Rozporządzenie m.in. znosi ten katalog, nakazuje natomiast niezwłoczne publikowanie informacji poufnych. Zapis taki zwiększa odpowiedzialność zarządu za nieprawidłową ocenę tego, jaka informacja nosi znamiona poufnej i powinna zostać opublikowana.
– W związku z czym jest pewnego rodzaju konflikt, nawet czasami wewnątrz spółek i prawników doradzającym spółkom, które prawo stosować. Oczywiście w międzyczasie pojawiło się stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego, które podtrzymało takie podejście, że rozporządzenie MAR jest nadrzędnym versus akty prawa polskiego – przypomina Krzesiak. – Natomiast różnie z tym może być. I w związku z tym dzisiaj stanowisko KNF jest takie, ale czy ono będzie dokładnie tak samo wyglądało za kilka miesięcy, kiedy zmieni się chociażby prezes Komisji Nadzoru Finansowego, a także być może część kluczowych pracowników, tego nie wiemy.
„W przypadku sprzeczności przepisów prawa krajowego z przepisami rozporządzenia MAR po 3 lipca 2016 r. należy stosować przepisy rozporządzenia MAR” – napisała Komisja Nadzoru Finansowego w swoich wskazaniach. Jednocześnie choć pochwaliła próby przygotowania w firmach indywidualnych standardów raportowania,to przestrzegła, by nie traktować ich jako zastępnika dotychczasowego katalogu zdarzeń, które miały być przekazywane raportami bieżącymi, bo rozporządzenie zobowiązuje do każdorazowej oceny tego, czy zdarzenie ma charakter informacji poufnej.
– W związku z tym spółki rzeczywiście podchodzą bardzo różnie do tych nowych regulacji. Część z nich opublikowała albo pod koniec czerwca, albo na początku lipca tzw. indywidualne standardy raportowania, co też spotkało się z negatywnym podejściem Komisji Nadzoru Finansowego – mówi dyrektor z Navigator CG. – Można powiedzieć, że tak prężnie zapowiadana era indywidualnych standardów raportowania w przestrzeni publicznej po pierwszych dwóch tygodniach lipca trochę została zamrożona, tzn. po tym stanowisku KNF spółki przestały publikować te indywidualne standardy raportowania.
Wśród spółek, które opublikowały ISR, są m.in. Atrem, Macrologic, PCC Rokita, MOJ, Introl, Budimex, MBF Group, Bowim czy Fasing.
– Jestem przekonany, że indywidualne standardy raportowania obowiązują w spółkach, a te spółki, które jeszcze ich nie wypracowały, pracują nad nimi, ale te dokumenty pozostaną dokumentami czysto wewnętrznymi. Dotychczas udało nam się namierzyć około 20 opublikowanych indywidualnych standardów raportowania.
Z powodu rosnącego ryzyka terrorystycznego biznes turystyczny stał się trudniejszy. Polacy chętniej wybierają wypoczynek w kraju, rzadziej więc korzystają z usług touroperatorów. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że na koniec czerwca ok. 400 biur podróży miało problemy z regulowaniem swoich zobowiązań. Są one winne przedsiębiorcom prawie 8 mln zł. Ta kwota od końca maja wzrosła z 4 mln zł.
Ze względu na zagrożenie terroryzmem w państwach będących dotychczas ulubionymi miejscami letniego wypoczynku zdecydowana większość Polaków postanowiła spędzić w tym roku wakacje w kraju. Z badania „Wyjazdy Polaków” przygotowanego przez ARC Rynek i Opinia dla BIG InfoMonitor wynika, że tylko 1/3 rodaków rozważała wyjazd zagraniczny, z czego zaledwie niecałe 4 proc. poza Europę. Dla biur turystycznych oznacza to spore utrudnienia.
– Ograniczyliśmy zasięg wyjazdów, jesteśmy dużo ostrożniejsi, a to powoduje, że rzadziej wybieramy się do biur podróży wertować ich ofertę. Nie jeździmy już do Afryki, zamarł ruch do Tunezji, Egiptu, dużo mniej jest chętnych na wyjazd do Turcji. Jeśli jest mniej klientów, to jest też trudniej działać i to sprawia, że biura podróży mają kłopoty – mówi agencji Newseria Biznes Halina Kochalska, rzeczniczka prasowa BIG InfoMonitor.
Z danych BIG InfoMonitor wynika, że na koniec czerwca problemy z regulowaniem zobowiązań miało 399 firm turystycznych. Łącznie są one winne innym przedsiębiorcom ponad 7,9 mln zł. Najwięcej biur podróży z nieuregulowanymi płatnościami wobec innych firm działa w województwie mazowieckim (83) oraz śląskim (54). Województwo śląskie z łącznym zadłużeniem wszystkich biur podróży na kwotę ponad 1,35 mln zł wyprzedza mazowieckie (1,34 mln). Najmniejsze zaś zaległości mają biura podróży w woj. świętokrzyskim – to niecałe 15 tys. zł. Przeciętna zaległość w kraju wynosi blisko 20 tys. zł.
– Trzeba ostrożnie wybierać firmę, w której kupujemy wyjazd, bo może się to skończyć siedzeniem na walizkach na lotnisku zamiast nad basenem. Biura podróży starają się wybrnąć z trudnej sytuacji. Widać, że po zeszłorocznych obawach związanych z sytuacją gospodarczą Grecji wzrasta ruch do tego kraju. Wyjeżdżamy do Bułgarii, Albanii, Czarnogóry. Biura turystyczne szukają nowych miejsc, nie tak drogich jak Europa Zachodnia, gdzie też można ciekawie i miło wypocząć – podkreśla Kochalska.
Z usług biur podróży korzysta regularnie około 20 proc. rodaków, a 33 proc. robi to sporadycznie.
Eksperci radzą, by przed wyborem oferty biura podróży upewnić się, że działa ono legalnie, co można sprawdzić w Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych np. na stronie Ministerstwa Sportu i Turystyki. O kondycji touroperatora można się dowiedzieć z Raportu o Przedsiębiorcy wydawanego przez BIG InfoMonitor, do tego potrzebny jest tylko NIP firmy.
Czas ma kluczowe znaczenie dla jakości w przypadku dostaw produktów spożywczych. Dlatego firmy logistyczne inwestują w inteligentne systemy, które pozwalają im skrócić czas potrzebny na dostarczenie towaru czy rozpakowanie transportu. Dzięki temu możliwe jest także obniżenie kosztów. QSL Polska wdraża na krajowym rynku rozwiązanie, które sprawdziło się w dostawach w Niemczech.
– Procedura tzw. inteligentnej dostawy Drop&Go do klientów gastronomicznych daje przede wszystkim wymierne korzyści finansowe, mniejsze inwestycje w czas pracy pracowników i możliwość poświęcenia go na obsługę klientów – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Sałek, dyrektor ds. handlowych w firmie Quick Service Logistics Polska (QSL). – Czas tego rodzaju dostawy wynosi od 10 do 30 minut. Wszystko odbywa się na bazie z góry ustalonego grafiku, dzięki czemu pracownicy odbiorcy są przygotowani na przyjęcie transportu.
Jak podkreśla, procedura rozpoczyna się jeszcze w magazynie podmiotu wysyłającego. Ładunek jest tam pakowany na palety, a następnie fotografowany ze wszystkich stron. Zdjęcia za pomocą oprogramowania zostają podporządkowane numerowi jednostki wysyłkowej, a następnie są zapisywane na serwerze.
Chodzi o wykonanie już na wstępnym etapie transportu dokładnej dokumentacji świadczącej o kompletności i integralności przesyłki. W przypadku ewentualnej reklamacji, na zgłoszenie której odbiorca ma kilka godzin, można sprawdzić i udokumentować zawartość palety. Dzięki temu właściciele restauracji mogą zaoszczędzić czas, który przeznaczali na kontrolę przyjmowanych towarów w ramach tzw. inspekcji w obecności kierowcy. Wystarczy bowiem, że zweryfikują liczbę paczek.
– Tego rodzaju rozwiązania najlepiej sprawdzają się w branży spożywczej – przekonuje Agnieszka Sałek. – Czas bowiem przekłada się niemal dokładnie na jakość produktu, jego świeżość, a w rezultacie konkretne pieniądze.
Ale procedura inteligentnej dostawy Drop&Go przynosi również korzyści nadawcy oraz kierowcom. Proces przekazywania towarów jest krótszy od tradycyjnej wysyłki przeciętnie o 10 minut na jednego kontrahenta (w zależności od typu i lokalizacji punktu gastronomicznego). Dzięki temu łańcuch dostaw ulega optymalizacji, co oznacza, że odbywają się one szybciej i sprawniej, a ryzyko niekorzystnych zdarzeń jest ograniczone do minimum.
Grupa Meyer Quick Service Logistics, która stosuje dostawy Drop&Go, zajmuje się zarządzaniem łańcuchem dostaw głównie na rzecz klientów gastronomicznych. Firma specjalizuje się w zaopatrzeniu operacyjnym, obsłudze klienta, magazynowaniu oraz dostawach do punktów sprzedaży i restauracji. Tego rodzaju usługi świadczy obecnie na rzecz 1820 placówek w dwunastu krajach, wykonując rocznie około 284 tys. operacji o wartości blisko 500 mln euro.
Zachęcanie zamiast nakłaniania – taki ma być nowy model sprzedaży usług Netii. Agresywna sprzedaż przez kanały wychodzące do klienta zaczyna tracić sens – ocenia prezes spółki. Zapowiada też decentralizację procesu sprzedaży i obsługi. Dzięki temu klienci mają mieć lepszy dostęp do sprzedawców i serwisantów. Nowy model biznesowy ma też zmniejszyć rotację na stanowiskach sprzedażowych w spółce.
– Pierwsze półrocze było dla nas zdecydowanie lepsze, niż planowaliśmy. Dzisiaj jesteśmy na etapie wdrażania planów strategicznych, które w styczniu zostały wstępnie zaakceptowane przez radę nadzorczą. Obecnie opracowujemy poszczególne plany operacyjne i business case’y, które opublikujmy, gdy tylko zostaną zaakceptowane – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Szopa, prezes Netii.
Według skonsolidowanego raportu w pierwszym półroczu br. przychody ze sprzedaży Netii wyniosły 777,4 mln zł i były o przeszło 8 mln zł wyższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Zysk (przed opodatkowaniem) skurczył się z kwoty 15,4 do 9,5 mln zł. II kwartał był jednak lepszy od konsensusu. Wyniki pokazują w dalszym ciągu odpływ klientów telefonii stacjonarnej.
– Obecny channel mix analogowy, jak go nazywam, jest już przestarzały, wygrzany i moim zdaniem stracił siłę oraz zdolność do agresywnego pozyskiwania klientów już w 2007–2008 roku – przekonuje Tomasz Szopa. – Biznes telekomowy, który prowadzi Netia, staje się działalnością typu commodity, czyli taką jak energetyka, woda, ścieki czy kanalizacja. Każdy konsument chce dzisiaj mieć usługi telekomunikacyjne w domu, korzystać z internetu i telewizji. W związku z tym również podejście do ich sprzedaży powinno się drastycznie zmienić.
Sprzedaż przez kanały push towarzyszące intensywnej dystrybucji skłaniające handlowców do sprzedaży i promowania oferty producenta albo reklamujące dany produkt, usługę czy markę w sposób nieselektywny i agresywny powoli, zdaniem Tomasz Szopy, zaczynają tracić sens. Coraz bardziej skuteczna natomiast jest strategia typu pull, zakładająca większą interakcję z konsumentem i selektywność, starająca się zachęcać klienta, a nie wywierająca na niego presję.
– Koncepcja nowej Netii zakłada takie właśnie podejście – zapewnia prezes spółki.
Według Tomasza Szopy aspekty technologiczne coraz rzadziej mogą być wykorzystywane w działaniach marketingowych jako atut oferty. Jednym z celów Netii jest szybka digitalizacja i stopniowe zwiększanie prędkości przesyłu danych.
– Technologia ma być zupgrade’owana w ciągu następnych czterech lat do poziomu 1 Gbps, co daje niewyobrażalne prędkości. Transmisja danych będzie więc na najlepszym światowym poziomie – zapowiada Tomasz Szopa. – Klienta interesuje, w jaki sposób dostarczamy mu usługę, ale o chęci zawarcia transakcji w dużej mierze decyduje sposób, w jaki go serwisujemy. I w tym kierunku chcemy się rozwijać.
Jak podkreśla prezes zarządu Netii, spółka wdraża model lokalny, głęboko decentralizując procesy biznesowe: od działań marketingowych, produktowych, poprzez komunikację, po model sprzedaży. To też przekłada się na lokalne inicjatywy. Spółka inwestuje np. w relacje z młodymi sportowcami, wspierając szkółki piłkarskie. Rozpoczęła również działania sponsoringowe w regionach. Ostatnio wsparła Aleksandrę Rolę, która została wicemistrzynią świata w amatorskim MMA (mieszanych sztukach walki).
– Klienci mogą się spodziewać, że w pierwszej kolejności zdecydowanie poprawimy jakość obsługi. Decentralizacja spowoduje, że znajdą serwisanta, sprzedawcę blisko domu, na swojej ulicy. Będą ich znali wręcz z imienia i nazwiska – wyjaśnia Tomasz Szopa. – Chcemy klientów serwisować lokalnie. Inaczej rozmawia się ze Ślązakiem, inaczej z Krakusem, na innych zasadach sprzedaje się w Warszawie. Należy znać, rozumieć i szanować regionalne oczekiwania Polaków żyjących na co dzień w swoich małych ojczyznach.
Nowy model biznesowy powinien także zmniejszyć rotację wśród pracowników sprzedaży. Dzięki temu, że dłużej będą oni zajmować dane stanowisko, będą też mieli większą wiedzę na temat rynku, co będzie z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych stron: klienta, pracodawcy i pracownika.
– Duża rotacja powoduje, że pracownicy nie są w stanie poznać rynku i klientów, nie są w stanie świadczyć dla niego takiego poziomu serwisu, jak byśmy tego od niego oczekiwali. Możliwość rozpoznania sprzedawcy czy serwisanta z imienia i nazwiska moim zdaniem zdecydowanie wpłynie na poprawę relacji Netia–klient indywidualny – uważa Szopa.
Spółka nie planuje zmian w zatrudnieniu, ale zapowiada większe nakłady na szkolenia pracowników. Kształcenie w kierunku nowych kompetencji wymuszają zmiany zachodzące w firmie.
– Biorąc pod uwagę to, że chcemy transformować i digitalizować spółkę, musimy położyć większy nacisk na budowanie nowych kompetencji. Dzisiaj korzystanie np. z big data wymaga szukania nowych kompetencji, których często w Polsce nie ma. Prawdopodobnie będziemy ich szukać, a być może nawet będziemy uczestniczyli czy współpracowali z uczelniami w wypracowaniu tych kompetencji w Polsce – zapowiada Tomasz Szopa.
W ubiegłym roku wybudowano 27 nowych centrów handlowych, a zmodernizowano 18 już istniejących – wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych. Na rynku jest coraz mniej miejsca na nowe galerie, więc przewagę liczbową mogą zyskiwać inwestycje w modernizację i rozbudowę. To obszar interesujący dla inwestorów, choć trudny – mówi przedstawiciel Capital Park, spółki, która realizuje tego typu projekty.
– Chętnie zajmujemy się rewitalizacją starych obiektów handlowych, dlatego że jest to nisza oferująca ciągle ponadprzeciętne marże deweloperskie. Po drugie, są to ciekawe projekty, często z charakterem. Po trzecie, rynek handlowy jest już dosyć nasycony i często brakuje miejsca na nowe projekty handlowe, a stare obiekty mają już ugruntowaną pozycję handlową na lokalnych rynkach i są lubiane przez klientów i najemców – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Juszczyk, członek zarządu Capital Park.
Na koniec I półrocza 2016 roku całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce przekroczyła 13 mln mkw. – wynika z danych JLL. Z tego 71 proc. stanowią centra handlowe (9,3 mln mkw.), 27 proc. parki i wielkopowierzchniowe magazyny handlowe (3,5 mln mkw.) a 2 proc. centra wyprzedażowe. Od kilku lat podaż dynamicznie przyrasta.
– Pierwsze obiekty handlowe w Polsce powstawały ponad 20 lat temu, czyli na początku lat 90. Akurat takimi projektami teraz też się zajmujemy. Były to centra pierwszej generacji, gdzie najczęściej ponad 70 proc. powierzchni zajmował sklep spożywczy, a wokół niego powstawały nowe sklepy i usługi. Ten rynek stopniowo ewoluował w kierunku centrów wielofunkcyjnych – mówi Juszczyk.
Dziś centra handlowe to małe miasteczka, integrujące funkcje handlowe, usługowe i rekreacyjne.
– Mamy już w tej chwili w Polsce centra czwartej generacji, a nawet mówi się o obiektach piątej generacji, które będą również pełniły funkcje hotelowe, mieszkaniowe czy biurowe – wyjaśnia członek zarządu Capital Park.
Jak podkreśla, modernizacja centrów handlowych to poważne wyzwanie, m.in. ze względu na słaby stan techniczny tych obiektów. Inwestycja wymaga więc dużych nakładów pracy i środków oraz często znacznej ingerencji w budynek. Mimo to spółka widzi w tym segmencie ogromny potencjał.
Grupa Capital Park w kwietniu tego roku zakończyła przebudowę gdańskiego centrum ETC, które obecnie nosi nazwę Galeria Zaspa. Obiekt ma blisko 9 tys. mkw. powierzchni i około 40 punktów usługowych – zarówno duże sieci, jak Intermarché, KiK, Rossmann, Euro RTV AGD, klub fitness Calypso, jak i lokalni najemcy (piekarnia, krawiec, fotograf).
– To bardzo ciekawy obiekt. Jako centrum handlowe zaczął działać w 1994 roku, ale wcześniej służył jako hangar lotniczy, a następnie jako zajezdnia autobusów i to widać po jego konstrukcji – opisuje Juszczyk.
Pod koniec lipca spółka rozpoczęła modernizację centrum handlowego ETC Swarzędz. Jej zakończenie przewidziane jest na II połowę 2017 roku.
Rola pszczół w ekosystemie jest nie do przecenienia – przekonuje przyrodnik Katarzyna Dytrych. Tylko w Europie od zapylania przez owady uzależnione jest ponad 4 tys. odmian warzyw. Ocenia się, że co trzecia łyżka spożywanego przez nas jedzenia zależy właśnie od procesu zapylania. W 2015 roku wartość produkcji rolnej w Polsce byłaby o ponad 4 mld zł niższa, gdyby zapylanie przez pszczoły było niemożliwe – wynika z raportu Greenpeace.
Najczęściej za zapylenie jednej rośliny odpowiada kilka gatunków owadów, np. pszczoła miodna, pszczoła dzika i trzmiel. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie różnorodności gatunkowej w przyrodzie. Obecnie w Polsce mamy 1,4 mln rodzin pszczelich. Ich populacja powoli rośnie, dane z poprzednich lat mówiły o 1,29 mln rodzin.
– Pszczołom zawdzięczamy lwią część tego, co znajdujemy codziennie na talerzu. Wiele owoców – morele, brzoskwinie, wiśnie, truskawki, poziomki, jagody, borówki – oraz 4 tys. odmian warzyw zawdzięczamy właśnie pszczołowatym. Jeżeli założymy, że ok. 100 gatunków roślin gwarantuje 90 proc. pożywienia na świecie, to 71 z tych 100 gatunków jest zapylanych przez pszczołowate – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Dytrych, przyrodnik, ekspertka programu „Z Kujawskim pomagamy pszczołom”.
Raport „Nie tylko miód. Wartość ekonomiczna zapylania upraw rolniczych w Polsce w 2015 roku” opublikowany przez Greenpeace wskazuje, że polskie rolnictwo zawdzięcza pszczołom 4,1 mld zł. O tyle właśnie niższa byłaby produkcja rolna, gdyby zabrakło tych owadów.
– Jako cywilizacja jesteśmy bardzo rozwinięci, a zależymy tak naprawdę od małych owadów, których na co dzień nie zauważamy. Pszczołom zawdzięczamy też kawę, bawełnę, len, czyli to, czym otaczamy się na co dzień, co sprawia nam przyjemność i jest dla nas bardzo ważne – zaznacza ekspertka.
Według danych Greenpeace bez pszczół prawie 1/3 roślin uprawnych musiałaby być zapylana w inny sposób, aby produkcja żywności nie spadła w drastyczny sposób. Światowa wartość plonów uzyskiwanych dzięki zapylaniu przez pszczołowate wynosi obecnie 265 mld euro.
– Pszczoła dla rolnictwa ma kluczowe znacznie, ponieważ zapyla plony. Wydawałoby się, że przecież wiele z naszych upraw to są uprawy zbożowe, wiatropylne, z którymi pszczoła ma niewiele wspólnego. Ale jest też cała rzesza upraw owadopylnych, które zależą od zapylania m.in. właśnie przez pszczoły. To np. rzepak, który zwiększa liczbę nasion, gdy jest dodatkowo zapylany przez pszczoły – tłumaczy Dytrych.
Od pszczół zależą uprawy roślin przemysłowych, przede wszystkim rzepaku, gdzie korzyści dla rolnictwa szacuje się na 600 mln zł.
Eksperci Greenpeace podkreślają, że paradoksalnie jednak to właśnie współczesne rolnictwo, które tak wiele zawdzięcza owadom zapylającym, jest jednym z powodów spadku ich populacji. W Polsce od wielu lat wzrasta zużycie pestycydów i nawozów sztucznych, które zawierają szkodliwe dla pszczół substancje. Dane Greenpeace wskazują, że w latach 2005–2014 dynamika wzrostu sprzedaży pestycydów w Polsce wyniosła 44 proc. i była jedną z najwyższych w Europie.
Jeden z największych przewoźników autokarowych na Mazowszu w tym sezonie uruchomił nowe połączenia między innymi na wybrzeże. W tym i ubiegłym roku PKS Polonus kupiło siedem pojazdów, w przyszłym zamierza się wzbogacić o cztery do ośmiu jednostek. Dzięki inwestycjom oraz współpracy z regionalnymi przewoźnikami spółka w pierwszej połowie półrocza odnotowała dwucyfrowy wzrost liczby pasażerów.
– Siatkę połączeń krajowych systematycznie dostosowujemy do potrzeb pasażerów i zmieniającego się rynku – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Padziński, dyrektor ds. sprzedaży i rozwoju spółki PKS Polonus. – W ostatnim czasie dokonaliśmy szeregu zmian otwierających nowe możliwości przewozowe pasażerom. Wprowadziliśmy połączenia na już istniejących kierunkach w dogodniejszych godzinach, kolejne opcje godzinowe oraz uruchomiliśmy kilka nowych tras, które są nowością w naszym portfolio.
Jak informuje Andrzej Padziński PKS Polonus, jedno z głównych przedsiębiorstw komunikacyjnych na Mazowszu obsługuje obecnie 36 tras krajowych do dużych miast, miejscowości wypoczynkowych i uzdrowiskowych oraz cztery międzynarodowe.
Nowe połączenia obsługują trasy ze stolicy do Kołobrzegu (przez Toruń, Bydgoszcz, Piłę oraz Wałcz), Grudziądza oraz Polańczyka z przystankami we wszystkich atrakcyjnych miejscowościach, zarówno turystycznych, jak i sanatoryjnych. PKS Polonus obsługuje również nowe trasy na Ukrainę, z Warszawy do Lwowa (nowością jest przystanek w Lublinie). W sezonie zimowym nową destynacją stało się Zakopane oraz słowacka Tatralandia. Podczas tegorocznych wakacji natomiast rozpoczęły się nocne kursy do Zakopanego przebiegające, co także jest nowością, przez Bukowinę i Białkę Tatrzańską.
– To ewenement, jest to jedyne połączenie autokarowe łączące te miejscowości ze stolicą i innymi dużymi aglomeracjami po drodze – zauważa Padziński.
Firma przyciąga też pasażerów możliwością rezerwacji konkretnych miejsc w autokarze, co ma znaczenie zwłaszcza dla grup podróżujących.
Flota PKS Polonus składa się obecnie z 40 autobusów o różnej wielkości i liczbie miejsc.
– PKS Polonus od kilku lat stara się sukcesywnie inwestować i odmładzać tabor – zapewnia Padziński. – To trudne zadanie na tak konkurencyjnym rynku. Natomiast jako jednej z nielicznych spółek, które pozostały w portfolio Skarbu Państwa, udaje nam się całkiem sporo zrobić w tej dziedzinie.
W ubiegłym roku przedsiębiorstwo wzbogaciło się o cztery nowe pojazdy i dwa używane, wszystkie wysokiej klasy, o normach emisji Euro 5 i Euro 6, wyposażone w klimatyzację, toalety itp. PKS Polonus jako pierwszy przewoźnik na rynku wyposażył cały swój tabor w gniazda zasilania, emitujące sygnał internetowy routery Wi-Fi oraz moduły geolokalizacyjne.
W tym roku firma kupiła kolejne trzy pojazdy: dwa 57-miejscowe autokary Scania Touring oraz jeden używany Scania Irizar PB (63 miejsca).
Przyszłoroczne plany inwestycyjne, jak informuje Andrzej Padziński, obejmują zakup od czterech do ośmiu nowych jednostek. Obecnie 26 autokarów to kilkuletnie lub kupione w ostatnich dwóch latach wysokiej klasy pojazdy.
– Dzięki nim standard podróży na naszych liniach wzrósł znacząco, bo zaoferowaliśmy pasażerom dużo lepszy komfort przejazdów – ocenia Padziński. – Ma to odzwierciedlenie we frekwencji. Pomimo spadkowego rynku przewozów autokarowych, gdyż intencją zarówno rządu, jak i Unii Europejskiej jest przede wszystkim promocja transportu kolejowego, udaje nam się utrzymywać liczbę pasażerów na liniach dalekobieżnych. Na innych również mamy wzrosty.
W efekcie tych inwestycji oraz współpracy z regionalnymi przewoźnikami, jak twierdzi Andrzej Padziński, w pierwszej połowie tego półrocza spółka notowała nawet dwucyfrowe wzrosty liczby pasażerów. Wysoka frekwencja powinna się utrzymać również w drugim kwartale. Od ubiegłego roku firma dysponuje własnym systemem integrującym wszystkie kanały komunikacyjne. Dzięki niemu pracownicy przedsiębiorstwa mogą zarządzać wszystkimi miejscami w autokarze na całej trasie oraz sprzedawać bilety odcinkowe z przystanków pośrednich.
– Poprzez lepsze zarządzanie sprzedażą możemy wygenerować większe przychody na tej samej linii – tłumaczy Padziński. – Jako pierwsi z przewoźników zaoferowaliśmy możliwość bezpłatnej zmiany daty wyjazdu, którą każdy może przeprowadzić sam, przez internet. Mimo że nasza flota jeszcze nie jest jednorodna i mamy różne pojazdy o różnych pojemnościach wnętrza, możemy zaoferować pasażerom wybór konkretnego miejsca. To ważne zwłaszcza dla osób podróżujących z rodziną czy w towarzystwie innych. Niebawem wdrożymy również aplikację dla kierowcy, która spowoduje, że również sprzedaż w autokarze, podczas kursu, zostanie zintegrowana z innymi kanałami.
Jak wynika z ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ramach transportu samochodowego (oprócz komunikacji miejskiej) przewieziono w ubiegłym roku 416,5 mln osób, czyli o 7,5 proc. mniej niż przed rokiem. Liczba kursów spadła zarówno w kategorii komunikacji regularnej (o 7,1 proc.), regularnej specjalnej (o 2,8 proc.) i pozostałej (o 25,6 proc.). Praca przewozowa w pasażerokilometrach natomiast ukształtowała się na poziomie zbliżonym do uzyskanego rok wcześniej.
Kierunek obrany przez organizatorów CeMAT 2016, żywa reakcja wystawców i gości na hasło „Inteligentne rozwiązania łańcucha dostaw” oraz dane płynące z rynku nie pozostawiają wątpliwości, że w najbliższych latach w europejskiej intralogistyce dominującą będzie koncepcja Przemysłu 4.0. Czy w Polsce jest miejsce na innowacyjne systemy tego typu?
Według relacji organizatorów CeMAT 2016, centralna rola zagadnień z zakresu oprogramowania i automatyzacji widoczna była na niemal wszystkich targowych stoiskach. Wymiernym wskaźnikiem wzrostu znaczenia aplikacji oraz produktów autonomicznych dla transportu wewnętrznego było również wygospodarowanie na ich potrzeby odrębnej hali. – Inteligentnerozwiązania IT mają fundamentalne znaczenie we współczesnej logistyce. Są dziś najważniejszym czynnikiem i źródłem innowacji w tym sektorze. Mobilny Internet i jego wykorzystanie w celu integracji wszystkich uczestników łańcucha dostaw tworzą nowe możliwości i dają początek innowacyjnym modelom biznesowym – twierdzi Andreas Gruchow, członek zarządu Deutsche Messe.
W związku z tym, na tegorocznej edycji wydarzenia po raz pierwszy utworzono pawilon „Zintegrowana Logistyka”. Zaproszono do niego SAP, jedną z największych firm dostarczających oprogramowanie dla przemysłu, oraz współpracujące z nią spółki. Globalny wzrost znaczenia systemów klasy ERP – również w branży TSL – wydaje się więc bezdyskusyjny. Warto jednak postawić sobie pytanie, czy również rodzime przedsiębiorstwa uczestniczą w technologicznym marszu do realizacji idei Przemysłu 4.0.
Polska i świat w badaniach rynkowych
Analizując skalę wykorzystywania oprogramowania klasy ERP, można przekonać się, że polskie przedsiębiorstwa znajdują się poniżej unijnej średniej. Według danych GUS za 2014 rok opublikowanych w raporcie „Społeczeństwo informacyjne w Polsce. Wyniki badań statystycznych z lat 2011-2015”, stosowało je 22% badanych firm (w 2015 – 20,9%). Przeciętna wartość dla krajów Wspólnoty Europejskiej wynosiła natomiast 31%. – Wśród naszych klientów występują spore dysproporcje w zakresie zastosowania wspomagających zarządzanie systemów IT w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. Choć korzysta z nich znacząca większość dużych firm, są stosunkowo rzadko spotykane w przypadku małych i średnich firm – mówi Paweł Włuka, kierownik działu marketingu STILL Polska.
– Jednak wraz z wprowadzaniem na rynek wyspecjalizowanych rozwiązań automatyzacyjnych, zainteresowanie nimi rośnie także wśród mniejszych podmiotów – dodaje.
Obserwacje te zdaje się potwierdzać raport PwC na temat prognoz dla realizacji postulatów koncepcji Industry 4.0 w najbliższych latach. Choć cyfryzacji kluczowych procesów w obrębie łańcucha wartości dokonało dziś zaledwie co piąte przedsiębiorstwo przemysłowe, w pięcioletniej perspektywie 85% firm wdroży służące temu aplikacje we wszystkich istotnych obszarach działalności. Przyczyną tego dynamicznego wzrostu mają być intensywne programy rozwojowe zorientowane na zwiększenie wydajności pracy w oparciu o innowacyjne produkty i usługi. Przez 5 najbliższych lat na rozwiązania z obszaru Przemysłu 4.0 ma być przeznaczane 50% nakładów inwestycyjnych europejskich przedsiębiorstw. W skali 12 miesięcy oznacza to wydatki rzędu 40 miliardów euro w samych tylko Niemczech. Zachętą do tych zmian mają być spodziewane korzyści związane z integracją łańcuchów wartości. Respondenci badania PwC szacują, że pozwolą one zwiększyć produktywność nawet o 18%.
Przykłady z naszego podwórka
Dynamika ewolucji polskiego rynku produktów i usług intralogistycznych wykazuje ciekawe zależności z sytuacją w krajach rozwiniętych. Choć w mających miejsce w rodzimej branży zmianach dostrzegalna jest analogia do stanu obserwowanego na Zachodzie, w niektórych przypadkach innowacje przyjmują się z kilkuletnim opóźnieniem. Polscy klienci podchodzą do przełomowych technologii z większą dozą ostrożności niż nasi sąsiedzi z Niemiec. Kilka przykładów przeczy jednak prostemu uzasadnieniu, że wynika to jedynie z odczuwalnej różnicy cen. Znaczenie wydaje się mieć także stopień pewności, że inwestycja przyniesie konkretne korzyści. – iGo neo, samodzielnie przemieszczający się za operatorem wózek kompletacyjny, od swojej premiery cieszył się dużym zainteresowaniem klientów z naszego kraju. Jego natychmiastową popularność wiążemy z faktem, że oszczędności wynikające z braku konieczności sterowania pojazdem są oczywiste i namacalne – mówi Paweł Włuka.
– Corazczęściej wykorzystujemy w związku z tym model, w którym nasi partnerzy mogą samodzielnie przekonać się o przydatności konkretnych rozwiązań. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku usługi neXXt fleet. Dostęp do podstawowych funkcji tego pakietu oprogramowania flotą jest bezpłatny dla wszystkich naszych klientów. Przez miesiąc mogą oni także testować zaawansowane możliwości systemu – dodaje kierownik działu marketingu
.
Czyżby kluczem do promowania innowacji w Polsce było więc skuteczne dowodzenie opłacalności konkretnych rozwiązań? Słuszność takiej diagnozy potwierdza ankieta przeprowadzona w ramach Panelu Polskich Menadżerów Logistyki. Wśród głównych barier dla wdrożeń systemów IT respondenci wymieniali obawę czy organizacja jest gotowa na złożone i zaawansowane systemy oraz niewystarczającą wiedzę na temat dostępnych możliwości. Warunkiem pełnoprawnego włączenia się rodzimych przedsiębiorstw w europejskie dążenie do realizacji idei Przemysłu 4.0 może być więc rzetelna edukacja klientów w zakresie przydatności innowacyjnych nowości.
Zdaniem Mariusza Chochołka, prezesa Integrated Solutions, to systemy analityczne odegrają kluczową rolę w cyfrowej transformacji biznesu. – Tylko twarde dane są w stanie przekonać polskie przedsiębiorstwa, że digitalizacja ma sens – stwierdza.
Mariusz Chochołek, prezes Integrated Solutions
Według Gartner[1] za cztery lata ponad 75 proc. dużych i średnich firm na całym świecie będzie walczyć o klienta wykorzystując zaawansowaną analitykę. Dobre perspektywy dla rynku analitycznego potwierdza też IDC. W 2019 roku przychody ze sprzedaży tej klasy rozwiązań mają sięgnąć 187 miliardów dolarów[2]. Tymczasem z danych Integrated Solutions wynika, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż w niewielkim stopniu wykorzystują potencjał analityki. Tylko co dziesiąta firma deklaruje, że technologie analityczne mają istotny wpływ na prowadzony przez nie biznes.
– O ile duże polskie podmioty, które dziś są pionierami cyfryzacji, zbudowały swoją przewagę rynkową właśnie w oparciu o rozwiązania analityczne, mniejsi działają instynktownie, często bazując na schematach. Z jednej strony chcą płynąć z nurtem cyfryzacji, z drugiej nie wiedzą jak się do tego zabrać. Brak zaplecza analitycznego dodatkowo komplikuje sprawę – wyjaśnia Mariusz Chochołek.
Około 40 proc. przedstawicieli MSP uważa, że cyfryzacja wiąże się z inwestycją w innowację. Zdaniem prezesa Integrated Solutions to analityka stoi za mądrym i trafionym inwestowaniem.
Jak podaje International Institute for Analytics najczęstsze bariery powstrzymujące firmy przed korzystaniem z analityki nowej generacji to wewnętrzny opór organizacji, chęć utrzymanie obecnej sytuacji w firmie oraz brak zaufania do metod analitycznych. W pierwszej piątce branż z największym doświadczeniem w analityce znajdują się m.in. finanse, handel i farmacja.
Skąd bierzemy przyjemny chłód latem lub potrzebne dla zdrowia witaminy? Z zagranicy! Polska importuje dużo (w zeszłym roku wartość importu przekroczyła 731,7 mld zł) i to także wiele naprawdę zaskakujących towarów – zauważają eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej, która na co dzień realizuje płatności walutowe polskich importerów i eksporterów.
– Polscy eksporterzy coraz mocniej rozpędzają się na zagranicznych rynkach, jednak importerzy dotrzymują im w tym kroku. W ubiegłym roku wartość polskiego eksportu i importu była bardzo zbliżona, obecnie wymiana handlowa w obu kierunkach wspaniale rośnie. Świadczy to o coraz większym umiędzynarodowieniu naszej gospodarki i otwarciu na świat polskiego biznesu. A za to odpowiedzialni są przedsiębiorcy z bardzo wielu branż, także tych bardzo nietypowych i zaskakujących – zauważa Radosław Jarema, szef polskiego oddziału AKCENTY, instytucji płatniczej realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.
Śpiewać (i grać) każdy może
Eksperci Akcenty zwracają uwagę, że w grupie towarów o nazwie „sprzęt grający” ujęte są także wyjątkowe przedmioty wytwarzające dźwięk, jak szafy grające czy mechaniczne ptaki śpiewające, ale też piły grające, wabiki, gwizdki, rogi oraz dęte instrumenty sygnalizacyjne. Wymieniane w tej kategorii sprzęty grające sprowadzone do Polski w zeszłym roku były warte prawie 2,2 mln zł. Największa część tych produktów pod względem tonażu pochodziła z Chin i Indonezji, jednak dużo wydaliśmy też na urządzenia sprowadzone z Kanady, Szwecji i Niemiec.
Coraz więcej zdrowia z zagranicy
Importowym hitem ostatnich lat jest awokado. Oczywiście na sprowadzanie tego owocu z zagranicy jesteśmy skazani ze względu na brak warunków do jego uprawy. Imponujące jest jednak tempo wzrostu popularności tego bardzo zdrowego owocu. Wg danych GUS, w 2015 r. cały import awokado do Polski był wart aż 84,7 mln zł, o 57 proc. więcej niż w poprzednim roku. To kwota ponad 5-krotnie wyższa niż 5 lat temu. W 2014 r. GUS zanotował wzrost wartości wwozu awokado do naszego kraju, w 2013 r. – o 69 proc. a w 2014 r. – o 55 proc. r/r. Do niedawna egzotyczne, a teraz już powszechnie dostępne nawet w osiedlowych sklepach, awokado przywożone jest do Polski głównie z Izraela, RPA i Hiszpanii. Zielone owoce dostarczają nam też w dużych ilościach Peru, Chile czy Kenia.
Także wiele leków czy suplementów diety (lub ich składniki) sprowadzamy z innych krajów. Przykładem jest chociażby witamina A, którą możemy znaleźć w polskiej marchewce, ale też pod postacią importowaną m.in. z Niemiec, Szwajcarii, Francji czy Holandii. W zeszłym roku polskie firmy sprowadziły do kraju prawie 226 tys. kg witaminy A wartej blisko 24,9 mln zł.
Import stawia na nogi
Jakość zdrowia i życia Polaków, mających problem z układem ruchu, poprawia nietypowy towar z importu – sztuczne stawy. W zeszłym roku ich wwóz wart był aż 174,8 mln zł. Sztuczne stawy sprowadzamy oczywiście z krajów, które specjalizują się w nowoczesnych rozwiązaniach medycznych, jak Niemcy, Stany Zjednoczone czy Holandia, ale jeśli życzymy sobie protezy z bardziej egzotycznych kierunków, to jest to jak najbardziej możliwe. W zeszłym roku do Polski sprowadzono je np. z Malezji czy Tajwanu.
A/C też z zagranicy
Lato w Polsce bywa niemiłosiernie gorące, w upale chłodną ulgę przynosi – coraz częściej także w domach – klimatyzacja. Te urządzenia w dużej części są sprowadzone z Chin i Niemiec. Lista naszych dostawców jest jednak długa. Ulgę w upale zapewnia nam także import np. z Czech, Włoch, Holandii czy Tajlandii. W zeszłym roku import klimatyzatorów do Polski był wart prawie 1,49 mld zł i wzrósł w porównaniu do roku ubiegłego o ok. 4 proc.
Wszystkie wartości w materiale podane w PLN. Źródło: Główny Urząd Statystyczny.
Od 1 września br. nastąpi zmiana na stanowisku Prezesa sieci sklepów IKEA
w Polsce. Po raz pierwszy w historii firmy, funkcję tę obejmie Polka –
Anna Pawlak-Kuliga. Zastąpi ona Evelyn Higler, która od września obejmie stanowisko w globalnych strukturach firmy.
Anna Pawlak-Kuliga, IKEA
Anna Pawlak-Kuliga rozpoczęła karierę w IKEA osiem lat temu w jednym ze sklepów w Londynie, gdzie objęła stanowisko Nawigatora Biznesu. W kolejnych latach awansowała w ramach struktur wewnętrznych IKEA w Wielkiej Brytanii.
Do Polski wróciła w 2012 roku, początkowo jako członek zarządu IKEA Retail, a rok później – także wiceprezes. Przez cały czas ściśle współpracowała z Evelyn Higler. Zasiadała też w zarządzie spółki IKEA Property oraz radzie nadzorczej IKEA Distribution na Europę południowo – wschodnią.
Polska to wyjątkowy rynek dla IKEA – szybko rozwijający się, ze wspaniałymi ludźmi, dla których wszystko jest możliwe. Jednocześnie żyjemy w bardzo ciekawych czasach, w których świat nieustannie się zmienia. Dla nas kluczowe jest to, by szybko na te zmiany reagować i zawsze wychodzić naprzeciw oczekiwaniom naszych klientów – powiedziała Anna Pawlak-Kuliga
Jestem głęboko przekonana, że Polacy zasługują na to, by być otoczeni pięknymi rzeczami i żyć w funkcjonalnych domach. Dlatego też w dalszym ciągu będziemy skupiać nasze wysiłki na tym, by kreować lepsze życie na co dzień dla wielu ludzi w naszym kraju, naszych klientów i współpracowników. To też moje marzenie i osobista misja – dodała Anna Pawlak-Kuliga.
Przyszła pani Prezes podkreśla, że planuje kontynuować ambitną strategię rozwoju firmy na polskim rynku, która zakłada ponad pięciokrotny wzrost obrotów do 2035 r., z obecnych ok. 3 miliardów złotych do 16 miliardów.
W najbliższych latach planujemy otwierać kolejne sklepy, w tym już niedługo, bo w drugiej połowie 2017 r. sklep w Lublinie. Będziemy także rozwijać IKEA w Polsce w kierunku sprzedaży wielokanałowej i już w najbliższych miesiącach wprowadzimy sprzedaż mebli przez Internet. Co istotne – we wszystkich naszych działaniach koncentrujemy się na zrównoważonym rozwoju. Dobrym przykładem może być to, że w Polsce produkujemy tyle energii ze źródeł odnawialnych ile zużywamy we wszystkich naszych fabrykach, sklepach czy biurach. Udało się to osiągnąć dzięki inwestycjom w sześć farm wiatrowych, a także instalacje do spalania biomasy w fabrykach – dodała Anna Pawlak-Kuliga.
Anna Pawlak-Kuliga jest pierwszą Polką w historii firmy, która objęła stanowisko Prezes IKEA Retail. Ma 39 lat, karierę zawodową łączy z rolą żony i matki rocznego synka. Wolne chwile spędza z rodziną, podróżując oraz poznając nowe kultury. Lubi aktywnie spędzać czas
w górach i nad morzem. Uprawia kitesurfing, dużo czyta. Interesuje się tematyką rozwoju osobistego oraz psychologii.
Japońska branża taksówkowa i Toyota nawiązały współpracę w celu stworzenia i wprowadzenia japońskiej taksówki przyszłości.
8 sierpnia, w rocznicę uruchomienia pierwszej w Japonii taksówki w 1912 roku, Japońska Federacja Zrzeszeń Taksówkowych i Toyota Motor Corporation (TMC) poinformowały o podpisaniu listu intencyjnego w sprawie współpracy nad stworzeniem i wprowadzeniem japońskiej taksówki przyszłości.
Obecność Toyoty w japońskiej branży taksówkowej sięga 1936 roku, gdy taksówkarze w tym kraju rozpoczęli eksploatację Toyoty Model AA. Stało się to początkiem współpracy firmy z branżą, której tradycje kontynuowane są do dziś za sprawą obecnego modelu Crown Comfort. Samochody Toyoty użytkowane jako taksówki przejeżdżają rocznie nawet po 100 tysięcy kilometrów, co przyczynia się do ciągłego doskonalenia ich konstrukcji, zapewniającej coraz większą trwałość i niezawodność, a także bezpieczeństwo i komfort podróżowania.
Japońska Federacja Zrzeszeń Taksówkowych i Toyota od dawna wspólnie dokładają starań, aby nowe japońskie taksówki były najbezpieczniejszym i najwygodniejszym środkiem transportu publicznego.
Toyota prowadzi prace nad taksówką nowej generacji, która będzie odzwierciedlać ducha japońskiej gościnności i przyczyni się do podniesienia jakości życia w miastach. Nowy pojazd, który ma trafić na rynek już w przyszłym roku, zapewniać będzie większą wygodę pasażerom, a szczególnie osobom starszym, rodzinom z dziećmi i zagranicznym turystom. W ten sposób Japońska Federacja Zrzeszeń Taksówkowych i Toyota zamierzają współtworzyć społeczeństwo otwarte na wszystkich, a jednocześnie pomagać w promowaniu Japonii jako celu podróży turystycznych.
Najważniejsze cele współpracy obejmują oprócz opracowania specyfikacji nowego pojazdu popularyzację przyjaznych dla wszystkich pasażerów taksówek opartych na uniwersalnym projekcie (UD, Universal Design), a także ocenę uwarunkowań związanych z budową systemów towarzyszących, rozwój zaawansowanych systemów bezpieczeństwa i współpracę nad udostępnieniem usług w wielu językach.
W rejonie aglomeracji tokijskiej partnerzy prowadzić będą działania związane z rozwijaniem nowych technologii zautomatyzowanego prowadzenia pojazdów, uwzględniających zróżnicowane grupy kierowców, w tym osoby starsze i cudzoziemców, co pomoże zmniejszyć obciążenie kierowców taksówek pracą. Obejmować będą one m.in. wykorzystanie taksówek do gromadzenia i informacji o ruchu drogowym, które po przeanalizowaniu posłużą rozwijaniu koncepcji automatycznego prowadzenia pojazdów Toyota Mobility Teammate oraz współpracę w dziedzinie nowatorskich rozwiązań biznesowych związanych ze zautomatyzowanym prowadzeniem pojazdów w oparciu o Mobility Teammate.
Marcin Matuszewski, Starszy Inżynier Pomocy Technicznej w Axence
Agent, czyli niewielki program zainstalowany na każdej firmowej stacji roboczej, niesłusznie kojarzony jest wyłącznie z inwigilacją użytkowników. Do jego głównych zadań należy bowiem dostarczenie pełnej wiedzy o sieci i wspieranie jej bezpieczeństwa. A to tylko wycinek z wachlarza zalet monitorowania agentowego.
Agent. Nie mylić z donosicielem
Monitorowanie i diagnostyka sieci to obecnie bardzo istotna część prowadzenia biznesu. Umiejętność profesjonalnego zarządzania infrastrukturą IT chroni przed wieloma problemami wynikającymi z jej nieodpowiedniej konfiguracji, działania szkodliwego oprogramowania lub nieautoryzowanych zachowań użytkowników. Niektóre informacje można zebrać bez konieczności instalowania dodatkowego oprogramowania, jednak jest to zaledwie ułamek wiedzy, jaką możemy uzyskać po instalacji agenta – małego programu stale monitorującego pracę systemu. To właśnie agent pozwala na pozyskanie szczegółowych informacji dotyczących konkretnej stacji roboczej czy pracy użytkowników.
Możliwość przewidywania potencjalnych awarii, zwiększenie bezpieczeństwa organizacji czy ograniczenie kosztów wynikających m.in. z nadprogramowych licencji, a także nieuczciwych działań pracowników, to tylko kilka spośród korzyści, jakie daje monitorowanie agentowe. I wcale nie chodzi tu o rozliczanie użytkowników z każdej minuty spędzonej w sieci na portalach społecznościowych. Agent oczywiście może pełnić rolę donosiciela, ale czy o to chodzi w nowoczesnym zarządzaniu IT? Oczywiście odpowiedź brzmi NIE i, co bardzo cieszy, coraz więcej administratorów rozumie jakie dane zebrane przez agenty mają najwyższą wartość dla organizacji.
Co zyskujemy poprzez zainstalowanie agentów na komputerach pracujących w firmowej sieci?
Jak to działa? Przykład Axence nVision
Instalacja Agentów nVision pozwala osiągnąć synergię w nowoczesnym monitorowaniu sieci oraz pozyskać o wiele więcej informacji o sieci i jej użytkownikach z poziomu jednej konsoli. Używanie Agentów nVision jest w pełni bezpieczne, ponieważ wszystkie informacje, które wysyłają, są zabezpieczone 256-bitowym kluczem. Baza danych również jest zabezpieczona przy pomocy hasła. Przesyłane dane są pakowane przed wysłaniem i rozpakowywane po dotarciu do nVision. Agenty wysyłają niewielkie pakiety co kilka godzin. Średni dzienny ruch generowany przez pojedynczego Agenta to ok. 150kB. Agent, w swojej lokalnej bazie danych, przechowuje dane z ostatnich 3 tygodni. Zużycie CPU przez Agenta jest bardzo niskie: 1-5%, chwilowo do 15%.
Jak zainstalować Agenty nVision?
Active Directory – polityki GPO
Konsola zarządzania oprogramowania antywirusowego
Pendrive / Sieć
Zainstalowane Agenty będą aktualizować się automatycznie. Można je w dowolnym momencie usunąć za pomocą konsoli nVision.
Wtorkowy poranek przynosi bardzo negatywne wieści z Wielkiej Brytanii. O godzinie 10.30 poznaliśmy bilans handlowy oraz produkcję przemysłową za czerwiec. Wymiana handlowa wskazuje na coraz większy deficyt, konsensus ekonomistów zakładał odczyt na poziomie -10075 mln GBP, natomiast aktualna wartość uplasowała się na poziomie -12409 mln GBP. Co więcej, dokonano rewizji poprzedniego odczytu o ponad 600 mln GBP. Powyższe odczyty makroekonomiczne potwierdzają ostatnie obawy na temat deficytu handlowego oraz rachunku bieżącego. O tej samej godzinie została opublikowana również produkcja przemysłowa, gdzie dane były zgodne z konsensusem rynkowym. Jednakże zrewidowano poprzedni odczyt w dół o 0.1%.
Pomimo tego negatywne informacje nie doprowadziły do większej wyprzedaży funta szterlinga na szerokim rynku. Na parze walutowej GBP/USD nastąpiło wybicie z trójkąta, a tym samym jest to potwierdzenie kontynuacji trendu spadkowego. Bazowym scenariuszem będzie kontynuacja obecnego ruchu w okolicę ostatnich minimów.
Podobnie jak przy wielu innych produktach, te powstające w Polsce nie zawsze są doceniane. Szkocka whisky czy francuski koniak są uznawane za alkohole wyrafinowane, o kilkusetletniej historii wytwarzania, podczas gdy rodzime wyroby traktuje się po macoszemu. Często nie zdajemy sobie sprawy z bogactwa naszej historii i zasług w tej dziedzinie. Kraje, które odpowiednio promują swoje wyroby, osiągają przychody nie tylko ze sprzedaży, ale także np. z turystyki alkoholowej.
W Polsce od wieków wytwarzane są niezliczone warianty wódek gatunkowych i likierów. Pomimo niesprzyjających przepisów prawnych, pojawia się coraz więcej lokalnych zakładów, gdzie produkuje się alkohole słynące z wysokiej jakości doceniane na rynkach całego świata. Rodzimi producenci mają natomiast problem z przebiciem się przez reklamę potężnych zagranicznych wytwórców. Tutaj niezbędne jest stworzenie przepisów, które wesprą polski biznes spirytusowy – podobnie jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. Główną barierą rozwoju dla producentów alkoholi są przepisy ustawy o przeciwdziałaniu alkoholizmowi, sięgające nawet 1956 roku.
Wbrew stereotypowej opinii, w Polsce wcale nie pije się dużo. Roczne spożycie czystego spirytusu na jednego mieszkańca jest u nas niższe, niż średnia dla całej Unii Europejskiej. Uzależnione jest to oczywiście od odmiennej kultury spożycia alkoholu w różnych rejonach. Na Zachodzie pije się kilka razy dziennie, ale niskoprocentowe napoje, kiedy w Europie Środkowej i Wschodniej spożywa się mocne alkohole, ale zdecydowanie rzadziej. Polska pod względem spożycia wódki jest czwartym na świecie krajem, za Rosją, Ukrainą i Stanami Zjednoczonymi.
Coraz mniej spożywamy czystej wódki, która zastępowana jest przez alkohole lżejsze, jak piwo czy wino. Zauważamy natomiast wzrost segmentu alkoholi premium – wysokiej jakości i droższych. Dowodzi temu popularność tzw. brown spirits, zwłaszcza whisky. Częściej stawiamy na jakość i smak danego trunku, aniżeli na cenę. Można powiedzieć, że wzrasta świadomość Polaków. Producenci, podążając za trendami, inwestują w trunki o obniżonej procentowej zawartości alkoholu, co jest odpowiedzią głównie na gusta kobiet – mówi Jacek Maliński, prezes zarządu Landlord, współtwórca marki Gutt Vodka.
Polski rynek alkoholowy został znacznie ograniczony przez władze komunistyczne, które zniszczyły wszelką innowacyjność, stawiając jedynie na produkcję czystej wódki. Jednak dawna różnorodność powoli się odradza. Mimo iż wódka to produkt kojarzony z Polską, nie umiemy wykorzystać jego potencjału. Zarówno Szkoci, jak i Francuzi uczynili z sektora napojów wysokoprocentowych dochodowy biznes, który przynosi tym krajom znaczące zyski. Rocznie rzesze turystów odwiedzają np. gorzelnie w Szkocji. W Polsce wódkę traktuje się z pewną rezerwą, na co na pewno ma wpływ pryzmat alkoholizmu. Warto zaznaczyć, że prawie 90 procent koniaku czy whisky trafia na eksport. Tymczasem współczynnik ten dla naszego alkoholu wynosi zaledwie 20 procent.
Wynika to z braku jednolitej strategii rozwoju i wsparcia ze strony administracji państwowej. Dochodzą do tego niesprzyjające regulacje prawne, wysokie podatki, brak działań promocyjnych za granicami kraju, nie wspominając już o utrudnionej komunikacji z konsumentem. Aby producent mógł zaistnieć, musi wesprzeć swoje działania ogromnymi nakładami na public relations i dozwoloną reklamę. Dla początkujących i niewielkich wytwórni bardzo często jest to bariera nie do przejścia. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że napoje spirytusowe są dyskryminowane pod względem podatkowym, co powoduje zwiększanie się „szarej strefy” w strukturze sprzedaży. Według statystyk, może to być od 10 do nawet 20 procent udziału w rynku – wyjaśnia Maciej Zarzecki, autor książki „Alkohole w Polsce i na świecie – przewodnik barmana”.
Według statystyk Polak rocznie wypija 99 litrów piwa, 7 litrów napojów spirytusowych i 5 litrów wina. Warto również podkreślić, że mimo trudności nadal pozostajemy największym producentem wódki w Unii Europejskiej i czwartym na świecie.
Nowy projekt tzw. ustawy frankowej zakłada rekompensatę dla kredytobiorców z tytułu tzw. spreadów walutowych. Propozycja Kancelarii Prezydenta zwrotu nienależnie pobranych spreadów dotyczy nie tylko „frankowiczów”, ale wszystkich pożyczek i kredytów indeksowanych lub denominowanych w walutach obcych.
– O zwrot nienależnie pobranych spreadów mogą ubiegać się kredytobiorcy, u których zastosowano kurs kupna lub sprzedaży waluty obcej wyższy lub niższy o 0,5% od średniego kursu waluty NBP – wyjaśnia dr Krzysztof Waliszewski z Katedry Pieniądza i Bankowości UEP.
– Do zwrotu należności będą uprawnieni nie tylko kredytobiorcy zaciągający kredyty hipoteczne (budowlane, mieszkaniowe, budowlano-mieszkaniowe jako produkty przeznaczone na konkretny cel inwestycyjny), ale również pożyczkobiorcy zaciągający pożyczki hipoteczne, czyli pożyczki gotówkowe zaciągane na dowolny cel, ale zabezpieczone hipoteką – dodaje ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.
Póki co nie ma co liczyć na przewalutowanie kredytów, o którym była mowa w poprzedniej wersji ustawy i które obiecywał prezydent m.in. w kampanii wyborczej. – Całkowite przewalutowanie kredytów walutowych na złotówki, czego oczekuje środowisko „frankowiczów”, w obecnych realiach gospodarczych oraz regulacyjnych stanowiłoby zagrożenie dla stabilności sektora bankowego i finansowego – mówi dr Krzysztof Waliszewski.
Aby uniknąć ryzyka walutowego, które co jakiś czas się materializuje w postaci silnych wahań kursów walut obcych do złotówki, należy zaciągać kredyty w walucie, w której uzyskuje się dochody.
– Jeżeli ktoś zarabia w złotówkach, w tej walucie powinien zaciągać kredyt, w przypadku zarobków w euro najlepszym rozwiązaniem będzie kredyt w euro, w przypadku dolarów kredyt w dolarach etc. Po wprowadzeniu przez KNF rekomendacji S (IV) 18 czerwca 2013 r. dotyczących kredytów zabezpieczonych hipoteczne, systemowo rozwiązano tę kwestię i obecnie w bankach kredyty walutowe są dostępne dla osób zarabiających w danych walutach – przypomina dr Waliszewski.
Ceny ropy naftowej rosną piąty dzień z rzędu gdyż OPEC przewiduje, iż bessa na rynku paliw będzie krótkotrwała. Organizacja Krajów Eksportujących Ropę zapowiedziała, że jej członkowie zasiądą do nieformalnych spotkań w przyszłym miesiącu, mających na celu stabilizację na rynku ropy naftowej. Rosną więc spekulacje odnośnie możliwości ograniczenia produkcji przez OPEC. W dniu dzisiejszym ropa WTI zyskuje około 1 proc. handlując już powyżej poziomu 43 dolarów za baryłkę. Ceny ropy po odbiciu się od wsparcia w okolicy 40 dolarów powracają w stronę poziomów 44-45 dolarów. Ropa Brent zyskuje dziś około 0,9 proc. handlując już powyżej poziomu 45,50 dolarów za baryłkę. Miedź traci dziś około 0,2 proc. i handluje w okolicy 2,15 dolarów za funta, najniżej od czterech tygodni.
Polski złoty kontynuuje dobrą passę z zeszłego tygodnia, zyskując do głównych walut wspierany przez inwestorów zagranicznych, poszukujących okazji inwestycyjnych na rynkach rozwijających się. Para EURPLN traci około 0,2 proc. handlując w okolicy poziomu 4,26, najniżej od kwietnia. Para USDPLN traci około 0,1 proc. handlując w okolicy poziomu 3,84. Para CHFPLN traci około 0,2 proc. handlując w okolicy poziomu 3,91. Para GBPPLN handluje już poniżej poziomu 5 zł, pierwszy raz od połowy 2014 roku. Para ta, na fali Brexitu, straciła już od czerwca ponad 70 groszy, co daje przeszło 14 proc!
Funt brytyjski traci piąty dzień z rzędu do głównych walut po komentarzach ze strony brytyjskich władz monetarnych. Członek Banku Anglii, Ian McCafferty, poinformował w „The Times”, że dalsze luzowanie będzie odbywać się pod wpływem nowych informacji z gospodarki, a Bank Anglii nie zakończył luzowania w ubiegłym tygodniu. Wczoraj Bank Anglii wznowił skup obligacji skarbowych w celu walki ze spowolnieniem gospodarczym, wywołanym głosowaniem za Brexitem. Para GBPUSD traci obecnie 0,5 proc. i handluje już poniżej poziomu 1,30. Wygląda na to, iż para będzie się osuwać w stronę po-Brexitowych minimów na poziomie 1,28. Para EURGBP zyskuje około 0,5 proc. handlując powyżej poziomu 0,85. Para GBPJPY traci około 0,7 proc handlując poniżej poziomu 133 jenów.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer KOI Capital