Najlepsi w branży IT. Jak ich rekrutować i co powinni umieć?

Polscy pracodawcy coraz częściej mają problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. Problem dotyka w dużym stopniu sektora IT. Jak skutecznie rekrutować najlepszych specjalistów i jakich umiejętności poszukuje się w tej branży?

Według analizy ofert pracy opublikowanych w ostatnim czasie w serwisie GoldenLine.pl, branża IT była jedną z kluczowych, w których najczęściej poszukiwano osób do pracy. Pod względem liczby zamieszczonych ogłoszeń dominowała w aż 6 województwach. Przed pracodawcami rekrutującymi specjalistów z branży IT stoi obecnie największe wyzwanie – jak znaleźć pracowników, którzy najczęściej nie poszukują w danym momencie pracy?

Od rekrutacji pasywnej do rekrutacji kandydatów pasywnych

Używanie tradycyjnych narzędzi rekrutacyjnych, takich jak oferty pracy publikowane na portalach ogłoszeniowych czy rekrutacyjnych, w prasie czy mediach społecznościowych jest w przypadku branży IT często niewystarczające. Takie działania docierają tylko do grupy osób, która aktywnie poszukuje pracy. Programiści, zwłaszcza ze sporym doświadczeniem, raczej nie zaliczają się do tego grona. Coraz rzadziej sprawdzają się więc w ich przypadku rekrutacje pasywne. – W przypadku poszukiwania pracowników z branży IT warto korzystać z nowoczesnych narzędzi rekrutacyjnych, jak np. Wyszukiwarka Kandydatów. Dzięki niej rekruter może wyszukać najbardziej odpowiednich dla niego kandydatów, spośród profili założonych w serwisie – mówi Pakita Łowczyńska, HR Director w GoldenLine.pl. – Wyszukiwarka Kandydatów pozwala szczegółowo określić kompetencje poszukiwanego przez nas pracownika. Zawęża to wyszukiwanie tylko do kandydatów spełniających nasze wymagania i umożliwia kontakt tylko z wybranymi – dodaje Łowczyńska. Takie narzędzia rekrutacyjne dostarczają także wielu dodatkowych informacji, które mogą interesować pracodawcę, np. obecne i poprzednie miejsca pracy, realizowane projekty czy obsługiwani klienci. Znalezieni za pomocą wyszukiwarki kandydaci są dla wielu firm atrakcyjną grupą – pracują na takich samych lub podobnych stanowiskach, na które rekrutują pracodawcy, posiadają wiedzę i kwalifikacje poparte doświadczeniem i nie ubarwiają CV, aby znaleźć pracę. Z danych GoldenLine.pl wynika, że w ostatnim roku ilość aplikacji składanych przez osoby posiadające aktualnie zatrudnienie podwoiła się. Kandydaci pasywni mogą okazać się wręcz idealnymi kandydatami na oferowane przez firmy stanowiska.

Cenne umiejętności

GoldenLine.pl przeanalizował frazy – słowa kluczowe, które w ostatnim czasie rekruterzy szukając pracowników wpisywali do dostępnej w serwisie Wyszukiwarki Kandydatów. Wśród wszystkich wpisywanych haseł, w pierwszej 20-ce znalazło się aż 12 związanych z branżą IT. Były to: java, php, .NET, c++, tester, python, c#, javascript, IT, ios, SAP i sql – Są to słowa związane z wysokospecjalistycznymi umiejętnościami branżowymi, głównie językami programowania – informuje Pakita Łowczyńska z GoldenLine.pl.

Narzędzia do szukania kandydatów pasywnych są coraz chętniej wykorzystywane przez firmy i rekruterów. W ostatnim roku z wyszukiwarki kandydatów w Goldenline.pl korzystano ponad 1,2 mln razy. Takie rekrutacje zaczynają być już standardem w branży IT. Coraz częściej wykorzystywane są także przy rekrutacjach na stanowiska specjalistyczne lub wyższe managerskie.

Branża turystyczna musi się otworzyć na kanały cyfrowe

Rewolucja cyfrowa zmieniła sposób planowania oraz rezerwacji wakacji. Aż 59 proc. turystów porównuje ceny ofert w Internecie, a portale z porównywarkami stanowią najbardziej popularne i wpływowe źródło w poszukiwaniu wakacji (wykorzystywane przez 42 proc. użytkowników). Kanały cyfrowe, w tym media społecznościowe są drugim (po rekomendacji, w tym w szczególności rodziny i znajomych) źródłem pomysłów, jeżeli chodzi o wybór miejsca, gdzie chcemy pojechać na wakacje. Zdaniem ekspertów Deloitte, autorów raportu „Travel Consumer 2015. Engaging the empowered holidaymaker” i raportu poświęconego cyfrowym kanałom w branży turystycznej pt. “Social? That’s for consumers. For travel companies, social media means business”, Internet sprawił, że biura podróży, hotele i inne firmy zajmujące się turystyką, powinny przyjrzeć się swojemu podejściu do klientów i promocji oferty, aby móc w pełni wykorzystać zachodzące zmiany.

Źródłem pomysłów na wakacyjne podróże są przede wszystkim rekomendacje rodziny i przyjaciół (50 proc.). Na drugim miejscu znalazły się media społecznościowe (33 proc.), które wyprzedziły programy telewizyjne (32 proc.), broszury biur podróży (31 proc.) oraz wyszukiwarki internetowe (31 proc.). Około jedna trzecia użytkowników mediów społecznościowych przyznała, że zaczęła marzyć o odwiedzeniu jakiegoś miejsca, po tym jak zobaczyła je na profilu u swoich znajomych. Połowa respondentów, którzy wzięli udział w badaniu Deloitte i Facebooka wśród „polubionych” przez siebie profili ma marki z branży turystycznej. Najczęściej są to hotele oraz linie lotnicze. „Rewolucja cyfrowa i rozwój Internetu, w tym np. strony z recenzjami, dostępność ofert on-line czy media społecznościowe przez wielu wykorzystywane są przy wyszukiwaniu atrakcyjnych ofert oraz porównaniu ich cen. Żyjemy w erze, gdzie klient jest coraz bardziej świadomy i coraz lepiej poinformowany” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Technology, Media and Telecommunications Group Deloitte. „Sześciu na dziesięciu angielskich turystów powyżej 16 roku życia porównuje ceny wyjazdów wakacyjnych w Internecie. Należy spodziewać się dalszego wzrostu porównywarek i wyszukiwarek internetowych zajmujących się turystyką. To istotna wskazówka dla firm z branży turystycznej” – dodaje.

I tak, przykładowo serwis Trip Advisor podaje, że można znaleźć w ich serwisie ponad 225 mln opinii internautów z całego świata. Z kolei w 2014 roku wyszukiwarki i porównywarki cen hoteli oraz biletów lotniczych Trivago oraz Skyscanner osiągnęły wzrosty przychodów wyższe odpowiednio o 68 proc. i 42 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Popularność tego typu serwisów można zaobserwować także w regionie Europy Środkowej. W ubiegłorocznej edycji rankingu Deloitte poświęconym najszybciej rozwijającym się firmom technologicznie innowacyjnym „Technology Fast 50 Central Europe” zwyciężyła węgierska spółka zajmująca się internetową sprzedażą miejsc hotelowych Szallas.hu. Z kolei trzy lata z rzędu we wcześniejszych edycjach tego konkursu zwycięzcą była rumuńska firma Vola.ro, sprzedająca bilety lotnicze w Internecie.

Dziewięć na dziesięć badanych osób (zgodnie z brytyjskim raportem) przed wyjazdem na wakacje pokusiło się o samodzielne poszukanie najlepszych ofert, z czego 66 proc. zdało się w tej kwestii głównie na Internet. W sieci 72 proc. respondentów szukało inspiracji odnośnie miejsca wyjazdu, 59 proc. porównywało ceny, a 46 proc. szukało recenzji i komentarzy innych internautów na temat biur podróży.

Jakie czynniki mają największy wpływ na to, że decydujemy się na wykupienie wakacji u danego przewoźnika lub biura podróży? Dla 56 proc. elementem decydującym była cena a dla 47 proc. wcześniejsze doświadczenia z daną firmą. „Dla turystów powyżej 65. roku ważne są ich własne wcześniejsze doświadczenia oraz reputacja danego przewoźnika czy biura podróży – natomiast w przypadku ludzi w wieku do 34 lat istotnym czynnikiem jest cena” – mówi ekspert Deloitte.

Respondenci badania przy planowaniu wakacji szukali przydatnych informacji przede wszystkim na stronach i forach z opiniami innych internautów (42 proc.), stronie internetowej biura podróży (31 proc.) oraz serwisach biur i agencji podróży, działających jedynie w Internecie (21 proc.). Najważniejszym źródłem informacji przy podjęciu decyzji o rezerwacji wakacji są strony z opiniami internautów (59 proc.), strona internetowa danego operatora (39 proc.) oraz rekomendacje rodziny i znajomych (31 proc.).

Deloitte analizuje nie tylko skąd czerpiemy informacje na temat wakacji, ale także za pomocą jakich urządzeń. Turyści korzystają z pełnej palety sprzętu, który oferują im nowoczesne technologie. Oferty wyjazdów wakacyjnych turyści sprawdzają i porównują na smartfonie i tablecie, ale w przypadku rezerwacji preferują laptopa. 33 proc. badanych korzystało z co najmniej dwóch urządzeń podczas planowania swoich ostatnich wakacji. Jedynie 20 proc. ankietowanych użyło smartfona zarówno do szukania, jak i rezerwacji wyjazdu.

Zdaniem ekspertów Deloitte branża turystyczna w dalszym ciągu nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że każdy klient jest potencjalnym sympatykiem lub krytykiem oferowanych przez nią usług. Dla przykładu, po powrocie z wakacji jedna trzecia turystów w Wielkiej Brytanii zostawiła swoją opinię na ich temat w Internecie, z czego 16 proc. podzieliło się swoimi spostrzeżeniami w mediach społecznościowych. Ponad 50 proc. menedżerów firm turystycznych wierzy, że są w tyle za konkurencją odnośnie obecności swojego biznesu w mediach cyfrowych. „Firmy muszą się dobrze odnaleźć w tej rzeczywistości. W tym kontekście możliwości jakie dają kanały cyfrowe są bardzo duże, lecz firmy powinny przyglądać się zarówno zachowaniu swoich klientów w kanałach tradycyjnych oraz cyfrowych, zarówno przed, w trakcie jak i po podróży. Umiejętne wykorzystanie kanałów cyfrowych może pozwolić zwiększyć efektywność prowadzenia biznesu” – podsumowuje Jakub Wróbel.

Jak dodają autorzy opracowań – firmy, które zdecydują się skorzystać z technologii cyfrowych do komunikacji z klientem, będą rozwijać się szybciej od swoich konkurentów. I wygra ta firma, która szybciej dostosuje się do zmiennego rynku. Zintegrowana strategia cyfrowa nie powinna dotyczyć tylko komunikacji czy promocji, ale wszystkich działów firmy.

Trzy firmy deweloperskie budują domy i kamienice w miasteczku Siewierz Jeziorna. Docelowo ma w nim zamieszkać 10 tys. mieszkańców

Moritz, prezes zarządu spółki Alta SA

Prace przy budowie zrównoważonego osiedla Siewierz Jeziorna, którego inwestorem jest firma Chmielowskie należąca do spółki Alta, postępują zgodnie z harmonogramem. Trzech deweloperów buduje obecnie szeregowce, domy, wille i kamienice, a całość ma być gotowa do 2020 roku. Obok spójnej architektury nawiązującej do śląskiej tradycji budowlanej osiedle wyróżnia się układem urbanistycznym czy zarządzanie wodą deszczową.

Mamy trzy firmy deweloperskie, które w tej chwili budują mieszkania, domy i kamienice w Siewierzu Jeziornej – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Jacek Moritz, prezes zarządu spółki Alta SA. – Prace postępują zgodnie z harmonogramem. Prowadzą je deweloperzy, nasi klienci, którzy kupili działki.

Siewierz Jeziorna jest nową dzielnicą miasta Siewierz, powstaje na granicy aglomeracji śląskiej oraz Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Leży 20 minut jazdy samochodem od centrum Katowic oraz 12 minut od lotniska Pyrzowice. Usytuowana jest nad Zalewem Przeczycko-Siewierskim, w którego sąsiedztwie zostały wytyczone ścieżki rowerowe.

Chmielowskie – firma inwestycja giełdowej spółki Alta, do której należy ziemia, zajmuje się przygotowaniem planów dzielnicy, parcelacją gruntów na poszczególne działki budowlane, uzbrajaniem terenu w drogi, kanalizację i inne elementy infrastruktury.

Pierwszym deweloperem została spółka Forest Hill (także spółka z portfela Alta), która kupiła działki od spółki Chmielowskie. Zbudowała na nich pierwsze nieruchomości mieszkalne, które sprzedaje ostatecznym właścicielom (klientom).

O Siewierzu Jeziornej mówimy, że jest nietuzinkowym projektem, ale tak naprawdę trudno zauważyć tę wyjątkowość, bo w gruncie rzeczy wszystko tam jest tak, jak byśmy chcieli, by było wszędzie – chwali Robert Moritz. – Przyzwyczailiśmy się do nienormalności. W związku z czym nietuzinkowość dzielnicy polega na normalności. Przyjeżdżamy tam i mówimy: „O, tu jest inaczej”.

Teren, na którym obecnie trwa budowa, zajmuje obszar 44 ha, który jest objęty Miejskim Planem Zagospodarowania Przestrzennego. Pozostała część (ponad 70 ha) ma studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania. Kameralna zabudowa nawiązuje do lokalnej, śląskiej tradycji budowlanej: architektura jest spójna, ale przy zachowaniu różnorodności typów poszczególnych nieruchomości. W ofercie znajdują się zarówno wolnostojące domy jednorodzinne, jak i wielorodzinne wille miejskie. Najtańsze mieszkania kosztują około 111 tys. zł, a najdroższe domy ponad 600 tys. zł.

Wyjątkowość projektu polega na tym, że jest przemyślany w najdrobniejszych szczegółach: kolory domów są ze sobą skoordynowane, ulice, chodniki, skwery, działki są ograniczone niskimi, niezbyt dużymi ogrodzeniami i każdy, kto przyjeżdża, czuje się tak, jakby właśnie tam chciał zamieszkać – przekonuje Robert Moritz. – Można bardzo dużo mówić na temat różnych aspektów zrównoważonego rozwoju, zarządzania wodą deszczową, energooszczędności itd., ale to niewidoczne szczegóły czynią różnicę.

Jeziorna jest nową dzielnicą średniowiecznego Siewierza. Zaplanowane zostały w niej nie tylko domy, lecz także rynek, kościół, szkoła, przedszkola, sklepy, punkty usługowe i ośrodki rekreacyjne. Miasteczko ma mieć własną stadninę koni, farmę ekologiczną i marinę.

WB Electronics: Sprzedaż zagraniczna stanowiła w ubiegłym roku około 80 proc. przychodów spółki. Odpowiada to 60-70 proc. całości eksportu uzbrojenia z Polski

Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics

Mimo zaawansowania technologicznego wartość sprzedaży zagranicznej polskiego uzbrojenia jest niewielka i wynosi mniej niż 300 mln zł. Wartość sprzedaży zagranicznej WB Electronics stanowi ponad połowę tej kwoty. Program technicznej modernizacji polskich sił zbrojnych w latach 2013-2020 przewiduje nakłady na uzbrojenie o wartości 137 mld zł. Celem firmy z Ożarowa Mazowieckiego jest jednak także zwiększenie sprzedaży zagranicznej.

Dla nas eksport ma ogromne znaczenie, przede wszystkim dlatego że pozwala utrzymywać moce produkcyjne – tłumaczy Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics. – Dzięki niemu możemy na bieżąco zachowywać zdolności niezależnie od wahań krajowej koniunktury.

Jak mówi, grupa jest największym polskim eksporterem uzbrojenia. W ubiegłym roku jej sprzedaż zagraniczna stanowiła około 60-70 proc. wartości całego polskiego eksportu przemysłu obronnego. W br., jak prognozuje prezes Piotr Wojciechowski, prawdopodobnie będzie na podobnym poziomie.

Sprzedaż na rynki zagraniczne pozwala spółce pozyskiwać nowe doświadczenia z różnych obszarów geograficznych, w tym poznawać sposoby używania poszczególnych, wytwarzanych przez przedsiębiorstwo systemów. Zdaniem szefa WB Electronics istotne jest także porównanie myśli technologicznej spółki z konkurencyjnymi rozwiązaniami.

Prócz wyższych przychodów dodatkowym zyskiem z eksportu jest pełna świadomość tego, na jakim poziomie technologicznym i na ile konkurencyjne są nasze wyroby – precyzuje prezes Wojciechowski. – Sprzedaż zagraniczna jest więc dla nas działaniem strategicznym. Ale jest ona także niezwykle istotna dla państwa, które również korzysta z tego, że eksportujemy. Nie dość, że pojawiają się dewizy, czyli nasze przychody mają wpływ na bilans płatniczy, to dzięki sprzedaży zagranicznej przedsiębiorstwo się wzmacnia, bo pozwala mu finansować rozwój ze środków zewnętrznych.

Według Ministerstwa Gospodarki krajowy przemysł obronny jest jedną z najbardziej konkurencyjnych i zaawansowanych technologicznie gałęzi polskiej gospodarki. Wartość jego eksportu jest jednak wciąż stosunkowo niewielka. Skonsolidowane obroty handlu zagranicznego tego sektora w 2013 roku (ostatnie dane) nie sięgnęły nawet 300 mln zł. Jak podkreśla Piotr Wojciechowski, to słaby wynik nawet w porównaniu z Czechami (pół miliarda dolarów), nie wspominając o wielomiliardowym przemyśle amerykańskim.

Tymczasem program technicznej modernizacji sił zbrojnych w latach 2013-2020 przewiduje przeznaczenie na uzbrojenie łącznie 137 mld zł. W ramach tej kwoty 70 proc. (96 mld zł) ma być skierowane na zakup uzbrojenia służącego do realizacji programów operacyjnych. Pozostałe środki (41 mld zł) mają trafić m.in. na wyposażenie żołnierzy, sprzęt inżynieryjny, obronę przed bronią masowego rażenia i pojazdy transportowe.

Zdaniem prezesa zarządu WB Electronics udział w tych programach pozwoliłby szukać klientów na kolejnych rynkach zagranicznych. Rozwój technologii pozwala bowiem odnajdować nowe nisze.

Podstawą eksportu uzbrojenia jest dysponowanie własnymi technologiami – podkreśla Piotr Wojciechowski. – Nie wystarczy już składanie z kawałków pochodzących z zagranicy, np. systemów bezzałogowych. Istotne jest nie tylko to, że robimy płatowiec, sklejamy go w Polsce, lecz także to, że umieszczamy w nim elektronikę, czyli link łączności, kamerę stabilizowaną itp. Jeżeli nie dysponujemy wszystkimi technologiami, nie mamy zdolności sprzedaży za granicą.

Kooperant może bowiem narzucać nieatrakcyjne ceny. Ponadto firma prowadząca współpracę z takim przedsiębiorstwem nie może sama decydować o kierunkach eksportu, obciążona jest zależnością od zgody obcych rządów na eksport. Musi uzyskiwać tzw. świadectwo końcowego użytkownika, które powinno być zaakceptowane przez inne państwo, będące trzecią stroną kontraktu.

Dlatego zdaniem Piotra Wojciechowskiego w przemyśle zbrojeniowym istotne jest to, żeby produkt końcowy technologicznie był maksymalnie wykonywany w kraju, bo tylko wówczas jest pełna możliwość dysponowania takim rozwiązaniem.

Według szefa WB Electronics ośrodki państwowe powinny zatem dbać o to, żeby producenci uzbrojenia mieli własne technologie. Temu m.in. służą programy modernizacyjne dotyczące bezpieczeństwa państwa.

Ogólnie zatem polski eksport uzbrojenia na razie kształtuje się słabo – uważa Piotr Wojciechowski. – Mam jednak nadzieję, że programy, które są uruchomione, spowodują, że będziemy rozwijać technologie, czego wynikiem będzie także wzrost sprzedaży zagranicznej.

Od września zatwierdzenie prospektu emisyjnego przez KNF potrwa 6-8 tygodni. Wymogiem jest poprawna dokumentacja emisyjna

Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego

Od września w życie wchodzą zmiany ułatwiające zatwierdzanie prospektów emisyjnych. Ustalenie harmonogramu postępowania prospektowego odbędzie się przy współpracy KNF-u z emitentem. W przypadku poprawnie przygotowanej dokumentacji okres zatwierdzenia ulegnie skróceniu, docelowo do 6-8 tygodni. Jednocześnie komisja upubliczni informacje o przebiegu procesu, co powinno wpłynąć na wzrost zaufania inwestorów.

– Dla prospektów, które będą składane po 1 września, chcemy zaproponować kilka modyfikacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Jedna z najistotniejszych zmian dotyczy harmonogramu zatwierdzenia prospektu emisyjnego. Od 1 września ustalenie kalendarium odbywać się będzie we współpracy KNF-u z emitentem. W przypadku dobrze opracowanego dokumentu emisyjnego i braku zastrzeżeń ze strony Komisji zatwierdzenie prospektu odbywać się będzie w możliwie krótkim czasie.

– Chcemy, żeby te postępowania miały charakter standardowy, ale by przebiegały bez zwłoki, żeby zajmowało nam to około 6-8 tygodni. Taki jest nasz cel – informuje przewodniczący KNF.

Zaznacza jednak, że od emitentów z błędnie przygotowaną dokumentacją będzie wymagał sprawnego wprowadzania poprawek. W przypadku braku reakcji na uwagi ze strony KNF lub opóźnień w komunikacji z winy emitenta złożony prospekt nie zostanie zatwierdzony.

– Jednocześnie będziemy podawali w każdym przypadku do publicznej informacji, ile przypadało czasu na prace urzędu, a ile na prace emitenta – dodaje.

Upublicznienie tego typu wiadomości ma wpłynąć na wzrost zaufania inwestorów.

– Kolejną rzeczą, którą też chcemy wprowadzić jako zasadę po 1 września, jest współpraca z emitentami w przypadku, kiedy mają tzw. złożoną historię finansową – tłumaczy Andrzej Jakubiak.

Mowa tutaj o przedsiębiorstwach, w których przed lub w trakcie postępowania prospektowego dojdzie do przejęcia, fuzji czy transakcji sprzedaży. Tego typu operacje komplikują strukturę kapitałową emitenta. KNF stoi jednak na stanowisku, żeby w takich przypadkach odpowiednio wesprzeć emitenta i sprawić w ten sposób, żeby proces zatwierdzenia przebiegał jak najsprawniej.

– Inwestor, który będzie chciał wejść na rynek regulowany, być na rynku podstawowym, będzie wiedział z większą dokładnością niż do tej pory, jak ten proces będzie przebiegał i ile czasu zajmie – wyjaśnia przedstawiciel KNF pytany o wpływ zmian na poprawę konkurencyjności polskiego rynku.

Szef Komisji Nadzoru Finansowego zastrzega jednak, że budowa zaufania inwestorów możliwa jest tylko w przypadku wysokiej transparentności informacyjnej ze strony emitentów. Jakość złożonej dokumentacji jest w tym przypadku kluczowym czynnikiem.

Operatorzy ostro licytują częstotliwości LTE. Może to oznaczać koniec spadków cen internetu mobilnego, a nawet ich podwyżki

Grzegorz Bernatek

W aukcji na częstotliwości 800 MHz oraz 2,6 GHz suma zadeklarowanych kwot przekroczyła 5,8 mld zł. To ponad trzykrotnie więcej niż w lutym, kiedy aukcja się rozpoczęła. Dzięki określonym w dokumentacji aukcji inwestycjom na przestrzeni trzech lat powinniśmy osiągnąć maksymalny zasięg technologii LTE. Ryzyka przeinwestowania nie ma, bo popyt na usługi mobilnego internetu rośnie, ale duże nakłady po stronie operatorów mogą oznaczać utrzymanie cen na obecnym poziomie lub nawet podwyżki.

Weszliśmy w pułap przekraczający 5 mld zł w zadeklarowanych kwotach za te częstotliwości i końca nie widać. Trudno powiedzieć, jak głębokie są kieszenie operatorów i ile będą chcieli ostatecznie zadeklarować. Mówiło się, że 5 mld zł to poziom, który będzie trudno przekroczyć, a teraz się mówi o 6,5 mld zł  – komentuje Grzegorz Bernatek, ekspert rynku telekomunikacyjnego z firmy Audytel.

W aukcji do wylicytowania jest pięć rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne pod względem zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu, oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz.

Na rozbudowie sieci LTE, czyli szybkiego mobilnego internetu, najwięcej zyskać mogą tereny słabo zurbanizowane. W warunkach aukcji znalazły się bowiem wysokie wymagania inwestycyjne. Zwycięzcy aukcji będą mieli 24 miesiące na przeprowadzenie niezbędnych inwestycji w gminach, gdzie obecnie zasięg sieci oferującej transmisję danych jest poniżej 80 proc. W ciągu dwóch lat pokrycie będzie musiało wzrosnąć do 83-89 proc. Zgodnie z danymi UKE takich gmin jest w Polsce ponad 1200, a mieszka w nich ponad 9 mln osób.

Pomimo wysiłków operatorów często parametry usług dostępu do internetu przez komórki nie są wystarczające, zadowalające. Spodziewamy się, że po aukcji ten dostęp będzie dużo lepszy, dużo szybszy, a parametry jakościowe będą lepsze – ocenia Bernatek. – Na przestrzeni trzech lat powinniśmy osiągnąć maksymalny zasięg tej technologii.

Jego zdaniem w tym segmencie nie grozi nam przeinwestowanie, ponieważ popyt na usługi mobilnego internetu dynamicznie rośnie. Liczba jego użytkowników sięga już 6 mln osób. Bez LTE trudno będzie w kolejnych pięciu latach zaspokoić widoczny dziś wzrost zapotrzebowania na większą przepustowość.

Jedyne, co nam grozi w przypadku technologii bezprzewodowych, to brak spadku cen albo nawet ich wzrost. Jeśli się okaże, że operatorzy będą musieli ponieść duże inwestycje i nie będą w stanie świadczyć usług na obecnym poziomie cenowym, wtedy czekają nas podwyżki – prognozuje Grzegorz Bernatek.

Według jego szacunków ewentualne podwyżki cen nie powinny być zbyt duże. Mowa jest o wzroście nie większym niż 5 zł na jednego abonenta. Wszystko zależy jednak od sytuacji rynkowej, w jakiej znajdą się operatorzy sieci po zakończeniu aukcji nowych częstotliwości.

Jak podkreśla, nie należy jednoznacznie łączyć aukcji i rozwoju LTE oraz realizacji celów Europejskiej Agendy Cyfrowej. Zgodnie z unijnymi wymogami do 2020 roku wszyscy obywatele Unii Europejskiej powinni uzyskać dostęp do technologii internetu szerokopasmowego o prędkości 30 Mbps. Połowa mieszkańców ma być objęta zasięgiem 100 Mbps.

Kluczowe dla realizacji Agendy będą organizowane już w tym roku konkursy na budowę sieci szerokopasmowych w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. W tym roku będzie do wydania kilkaset milionów złotych, w kolejnych latach te kwoty będą sukcesywnie zwiększane i dopiero te sieci bazujące zwykle na technologiach światłowodowych w dużej mierze pozwolą na wypełnienie tych celów – mówi Bernatek.

Niskie ceny wieprzowiny zwiększają konkurencyjność polskich hodowców na rynku UE. Eksport rośnie w tempie ponad 20 proc.

Monika Drążek

Z powodu embarga na polską wieprzowinę eksport na rynki azjatyckie i wschodnioeuropejskie spadł w ciągu roku o ponad 50 proc. Zwiększona podaż doprowadziła do spadku cen żywca w kraju. Obecnie za kilogram tego mięsa płaci się o ok. 20 proc. mniej niż przed rokiem. Niskie ceny wpływają jednak na wzrost konkurencyjności polskich producentów na rynku unijnym. Eksport wieprzowiny rośnie w tempie ok. 20 proc., co w pewnym stopniu łagodzi skutki embarga.

Pojawienie się ognisk afrykańskiego pomoru świń w lutym zeszłego roku spowodowało, że wiele krajów azjatyckich, a także m.in. Rosja i Białoruś, wprowadziły ograniczenia w imporcie. W 2013 roku około 43 proc. wolumenu eksportu nieprzetworzonego mięsa wieprzowego trafiało na te rynki, więc wprowadzenie ograniczeń w handlu przyczyniło się do znacznych spadków sprzedaży mięsa na rynki pozaunijne – mówi agencji Newseria Biznes Monika Drążek, specjalista ds. analiz rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.

W skali roku spadek sięgnął 50 proc. Z powodu zamknięcia wielu ważnych rynków zewnętrznych znacznie zwiększyła się ilość mięsa wieprzowego na rynku krajowym. Osłabiło to pozycję producentów i doprowadziło do spadków cen żywca.

Średnia cena 1 kg żywca, jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, w lipcu wynosiła 4,38 zł. W ubiegłym roku było to 3,51 zł, a dwa lata temu – 5,81 zł.

Odniesieniem zawsze była cena na rynku niemieckim i one za sobą podążały. W zeszłym roku w Polsce nastąpiły jednak znacznie większe spadki cen żywca, niż miało to miejsce na rynku niemieckim. Przeciętnie ta różnica w skali roku była na poziomie około 3,60 euro na 100 kg – tłumaczy Monika Drążek.

Wpłynęło to na zwiększenie konkurencyjności krajowych producentów i znaczne zwiększenie eksportu wieprzowiny na rynki Unii Europejskiej.

Dynamika w zeszłym roku była na poziomie 24 proc. Dane Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi potwierdzają, że podobna sytuacja obserwowana była w okresie pierwszych pięciu miesięcy. Wzrost na rynek wspólnotowy jest cały czas na poziomie 20 proc. To pomogło łagodzić spadki odnotowane na rynkach pozaunijnych – ocenia analityczka Banku BGŻ BNP Paribas.

Niskie ceny nie pozostają jednak bez wpływu na opłacalność produkcji żywca.

Problemy na pewno mają producenci, którzy nie wykorzystują w pełni efektów skali, czyli mniejsze podmioty. Sektor zajmujący się produkcją trzody jest dosyć rozdrobiony i niewątpliwie teraz zmaga się ze sporymi problemami związanymi z opłacalnością produkcji – ocenia Drążek.

Polacy coraz chętniej kupują odzież w modowych dyskontach

Bogusz Kruszyński

Polski rynek odzieżowy wart jest ponad 7 mld euro. Za cztery lata jego wartość ma oscylować wokół 9 mld euro. Część dyskontowa rynku rozwija się prężnie, bo sieci przejmują klientów bazarów i supermarketów. Polacy wciąż jednak przeznaczają na ubrania mniej niż mieszkańcy państw Europy Zachodniej.

Dziś średnio Polacy nadal wydają mniej na odzież niż mieszkańcy Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Kilka lat temu było to dwa razy mniej. Cały czas widzimy więc przestrzeń do tego, żeby wartość całego rynku, czyli wydatki na odzież, rosła jeszcze przez długi czas. PMR prognozuje, że w perspektywie najbliższych kilku lat rynek będzie rósł kilka procent rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogusz Kruszyński, wiceprezes zarządu Redan, właściciel marek m.in. Top Secret, Troll oraz sieci dyskontowej TXM Textilmarket.

Według danych opublikowanych przez PMR w 2014 roku polski rynek odzieży i obuwia wart był około 7 mld euro. W 2018 roku wart będzie 9 mld euro.

Jak podkreśla Kruszyński, bardzo dobrze na tle rynku rozwija się segment dyskontowy.

Sklepy dyskontowe przejmują klientów, którzy do tej pory dokonywali zakupów w innych miejscach, m.in. na bazarach czy w hipermarketach. Widzimy, że specjaliści odzieżowi mają w tym miejscu przewagę i dzięki temu ten kawałek biznesu rośnie szybciej niż całość rynku – dodaje wiceprezes spółki Redan.

Wzrost znaczenia sektora dyskontowego widać także po wynikach grupy Redan. W czerwcu przychody ze sklepów dyskontowych wyniosły 26,2 mln złotych i były o 26 proc. wyższe niż przed rokiem. W całej grupie sprzedaż wzrosła w tym miesiącu o 22 proc. Od stycznia przychody z segmentu dyskontowego wyniosły nieco ponad 140 mln zł. To o 16 proc. więcej niż w pierwszym półroczu 2014 roku. Dla całej grupy wzrost wyniósł 13 proc.

W części dyskontowej mamy sieć TXM Textilmarket. To około 320 sklepów w całej Polsce oraz kilka sklepów w Czechach i na Słowacji – wylicza Bogusz Kruszyński. – Co tydzień otwieramy kolejny sklep tej sieci, więc rozwijamy się dość dynamicznie. Pozwala na to rynek, który w tym kawałku biznesu ma duży potencjał wzrostu, a my staramy się go jak najlepiej wykorzystać – dodaje.

Spółka chce otwierać ok. 40-50 sklepów rocznie w Polsce. Plan na ten rok zakłada także otwarcie ok. 20 sklepów za granicą. Spółka zapowiada wejście na rynek rumuński.

Do sieci TXM Textilmarket pod koniec ostatniego miesiąca należały 324 sklepy o łącznej powierzchni 69,7 tys. mkw. To o 9 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku.

I półrocze pod względem wartości sprzedaży było dobre, szczególnie w Polsce mamy wysokie wzrosty w sklepach w tym i w zeszłym roku. To jest bardzo dobry efekt – mówi Kruszyński.

Wzrosła też łączna powierzchnia punktów handlowych działających w sieci sprzedaży marek Top Secret, Troll i Drywash – do 34,9 tys. mkw., czyli 16 proc. więcej niż w czerwcu 2014 roku.

Duża aktywność deweloperów i kupujących we Wrocławiu. Ceny nieruchomości powoli rosną

Marcin Misztal CEO Magazyn Polska

W II kwartale oferta nowych mieszkań we Wrocławiu była mniejsza niż w pierwszych trzech miesiącach roku. Spadek ich liczby lokali poniżej 8 tys. nie był jednak wynikiem mniejszej podaży, bo deweloperzy pozostają aktywni, ale rekordowo wysokiej sprzedaży – wynika z analizy firmy Reas.

Mieszkania, których poszukują wrocławianie, mają podobną specyfiką jak w innych miastach – twierdzi Marcin Misztal, wiceprezes zarządu i2 Development, dewelopera, który działa na wrocławskim rynku. – Ze względu na naszą lokalizację w centrum trafia do nas wielu klientów, którzy traktują zakup mieszkania jako inwestycję. Druga grupa to ludzie, którzy poszukują dobrego miejsca do życia.

Badania firmy Reas wskazują, że liczba nowych mieszkań w ofercie deweloperów była w II kwartale o 6 proc. mniejsza niż w I kwartale. Do dyspozycji klientów jest poniżej 8 tys. lokali. Jak szacują analitycy, czas potrzebny do wyprzedania wszystkich mieszkań w ofercie przy utrzymaniu obecnego tempa sprzedaży to niecałe pięć kwartałów. Spadek liczby lokali wynikał jednak z wysokiej aktywności kupujących. Wrocławianie coraz częściej sięgają po rządowe wsparcie z programu MdM. W II kwartale liczba wniosków do BGK wzrosła o 18 proc.

Średnia cena metra kwadratowego mieszkania w stanie deweloperskim to ok. 6 tys. zł.

Ceny we Wrocławiu są stabilne od dłuższego czasu i z miesiąca na miesiąc nieznacznie rosną – mówi wiceprezes zarządu i2 Development. – W centrum proponujemy mieszkania między 6 a 8 tys. zł za mkw., a w bardziej odległych dzielnicach ok. 5 tys. zł.

Nieznaczne wzrosty cen wykazują również nieruchomości na rynku wtórnym. Z raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera wynika, że w lipcu ceny transakcyjne na rynku wtórnym były o 0,6 proc. wyższe niż miesiąc wcześniej. W czerwcu wzrost cen wyniósł 1 proc.

Według Marcina Misztala wrocławski rynek mieszkaniowy ma duży potencjał dla deweloperów. W lutym inwestycje wrocławskich deweloperów z Polskiego Związku Firm Deweloperskich były warte ponad 500 mln zł, a według planu miały w 2015 roku przekroczyć 664 mln zł. W tym czasie rozpoczęta lub zakończona zostanie budowa w sumie ponad 3,8 tys. mieszkań.

Wrocław jako miasto rozwija się bardzo dynamicznie. Został Europejską Stolicą Kultury 2016, organizowanych jest tam sporo imprez – wymienia Marcin Misztal. – Siedziby ma tu też sporo zagranicznych firm i koncernów. Oceniamy go bardzo dobrze.

Dlatego też i2 Development koncentruje się na Wrocławiu, choć jednocześnie analizuje inne rynki. Flagowym projektem dewelopera jest Bulwar Staromiejski w bezpośrednim sąsiedztwie wrocławskiego rynku. Teren obejmuje 2,5 ha powierzchni w okolicach Odry i fosy miejskiej. Spółka posiada we Wrocławiu bank ziemi pozwalający na stworzenie 93 tys. mkw. powierzchni użytkowej. W najbliższych trzech latach wybuduje tu ok. 1,4 tys. mieszkań i prawie 30 tys. mkw. powierzchni usługowo-biurowej.

Rynek nieruchomości komercyjnych również jest dla spółki perspektywiczny.

Posiadamy powierzchnie usługowo-biurowe w lokalizacjach premium. Mamy inwestycję Twelve przy ul. Oławskiej, kilka minut od wrocławskiego rynku przy najczęściej uczęszczanym deptaku w mieście – mówi Misztal. – Posiadamy też grunty w innych lokalizacjach. To są inwestycje kameralne, biurowce klasy A z tarasami i dużą ilością zieleni, więc nie mamy problemu z zainteresowaniem potencjalnych najemców. Ceny kształtują się od 13 do 15, a nawet do 16 euro za mkw. w dobrych lokalizacjach.

Według raportu JLL w I półroczu na rynek trafiło blisko 44 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Wrocław, po Warszawie i Poznaniu, należy do najbardziej aktywnych pod względem nowej podaży rynków. W pierwszym półroczu odnotowano 9,4-proc. wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej. To trzeci najmniejszy wynik spośród największych Polskich miast badanych przez JLL. Z drugiej strony Wrocław, obok Krakowa i Poznania, należy do najdroższych miast regionalnych pod względem czynszów, które wahają się między 14 a 15 euro za mkw.

Ogromna popularność Snapchata w Polsce. Coraz chętniej wykorzystują go także przedsiębiorcy

CEO Magazyn Polska

Snapchat zyskał już w Polsce ponad milion użytkowników. Do najpopularniejszych należą gwiazdy, ale z możliwości serwisu zaczynają także korzystać przedsiębiorcy. Mimo dużej liczby użytkowników Snapchat nie ma jednak dobrej opinii, większość internautów uważa go za kolejny pretekst do internetowego ekshibicjonizmu. 

Snapchat to komunikator internetowy, który umożliwia szybką i łatwą wymianę plików multimedialnych. W odróżnieniu od innych, podobnych w działaniu aplikacji, pliki znikają jednak w kilkanaście sekund po udostępnieniu. Snapchat powstał 3 lata temu w Stanach Zjednoczonych, a jego twórcami byli dwaj studenci Evan Spiegel oraz Robert Murphy.

Nowa aplikacja błyskawicznie podbiła serca internautów. Obecnie korzysta z niej 100 mln aktywnych użytkowników, z czego ponad milion w Polsce.

– Wymieniają się oni swoimi snapchatowymi nickami i przenoszą do miejsca, w którym nic nie trwa dłużej niż 10 sekund – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów. 

Snapchat jest też częstym przedmiotem internetowych postów. Zgodnie z danymi Instytutu Monitorowania Mediów tylko w ciągu ostatnich trzech tygodni na temat Snapchata pojawiło się ponad 1,5 tys. informacji, z czego najwięcej na portalu Ask.fm. Najczęściej pojawiało się pytanie, czy internauci mają konto na Snapchacie.

Ze wszystkich publikacji o zabarwieniu emocjonalnym więcej (54 proc.) miało wydźwięk negatywny. Użytkownicy narzekali na to, że nie ma tam miejsca na merytoryczne dyskusje, a według kolejnej grupy ta aplikacja stała się kolejną okazją do internetowego ekshibicjonizmu. Trzeba jednak podkreślić, że pojawia się też wiele pozytywnych komentarzy, ponad 46 proc. – mówi Karolina Masalska.

Snapchat to idealne rozwiązanie dla osób, którym znudziły się tradycyjne portale społecznościowe. Chętnie korzystają z niego także osoby bardzo młode, mają bowiem pewność, że opublikowanych zdjęć nie zobaczą ich rodzice, którzy często mają konta na Facebooku, ale nie znają jeszcze Snapchata. W Polsce na pierwszym miejscu wśród najpopularniejszych użytkowników Snapchata – według rankingu portalu hash.fm – znalazła się blogerka modowa Maffashion, która ma ponad 98 tys. widzów. Snapchat jest coraz częściej wykorzystywany w celach promocyjnych przez firmy i organizacje, które w ten sposób chcą dotrzeć do młodszych klientów.

– Świat młodych konsumentów mediów nie potrzebuje już telewizji, teledysków czy kolejnego reality show. Dziś potrzebujemy social show. Czy to rewolucja? Nie. To ewolucja wynikająca ze zmian, które zachodzą zarówno w technologii, jak i w sposobie myślenia mówi Dawid Kaźmierczak z DDB&Tribal/ SnapLions.

– Przykładami firm, które wykorzystywały możliwości Snapchata, są m.in. McDonald’s, General Electric, Heineken czy H&M. Z kolei przykładami organizacji są Human Rights czy WWF, która w jednej z ostatnich kampanii wykorzystała możliwości efemeryczne Snapchata w odniesieniu do ginących gatunków zwierząt, które znikają podobnie jak przesyłane snapy – mówi Karolina Masalska.

Zdaniem ekspertów z Instytutu Monitorowania Mediów popularności Snapchata może zagrozić powstanie kolejnej technologicznej nowości. Jako przykład może służyć aplikacja BeMe, stworzona przez jednego z topowych youtuberów Caseya Neistata. Uznał on, że takie aplikacje jak Snapchat przedstawiają zafałszowaną rzeczywistość, podczas gdy on zachęca do oglądania świata oczami innych. Wszystkie materiały nagrywane są poprzez przyłożenie smartfona do określonej części ciała, m.in. serca, dłoni czy czoła.

Bitcoin zyskuje na popularności podczas kryzysu greckiego

W ostatnim czasie, w obliczu greckiego kryzysu, bitcoin zyskał 20-30% na wartości oraz wzrosła jego skala zakupów w Europie. Również polskie giełdy odnotowały wzrost aktywności w tym zakresie. Cyfrowaluty wydają się coraz bardziej bezpiecznym środkiem finansowym zarówno dla prywatnych osób, jak i firm.

Mariusz Sperczyński - dyrektor zarządzający grupy DIGI
Mariusz Sperczyński – dyrektor zarządzający grupy DIGI

Widmo bankructwa Grecji i wyjścia ze strefy euro, spowodowało, że firmy oraz społeczeństwo, zwłaszcza greckie, coraz bardziej widzą w cyfrowalucie szansę na bezpieczne lokowanie środków finansowych. Nie bez znaczenia jest również ograniczenie ruchu kapitału unijnego do i z Grecji. Na europejskich giełdach bitcoinowych widoczny jest wzrost liczby rejestracji dokonywanych przez przedsiębiorstwa MSP z takich krajów jak Cypr, Malta, Turcja, Gruzja czy Mołdawia. Często ich właścicielami są właśnie Grecy lub są to zagraniczne oddziały greckich firm. Prowadzą one redystrybucję swoich oszczędności i kapitału obrotowego w różne rodzaje mniej lub bardziej płynnych aktywów typu akcje lub złoto. Tym razem zwróciły swoją uwagę na bitcoiny.

Ucieczka w bitcoin

Firmy, które ostatnio bardzo mocno uaktywniły się na giełdzie cyfrowalut, podkreślają, że obawiają się kryzysu, który może ich pozbawić dostępu do własnego pieniądza w bankach z powodu takich działań, jakie wystąpiły np. na Cyprze dwa lata temu. Ograniczono wtedy swobodę przepływu kapitału i posiadacze depozytów na Cyprze mogli stracić nawet 40% oszczędności. Bitcoin jest jednym z tych rodzajów aktywów, które są akumulowane przez przedsiębiorstwa z południa i wschodu Europy. Kilkutygodniowy proces nasilonego skupu bitcoina, przy jednoczesnym wzmożonym jego kupnie przez przedsiębiorców chińskich (którzy w tym samym czasie wychodzili z akcji na giełdzie i inwestowali w bitcoina), spowodował wzrost cen tej cyfrowaluty na światowych rynkach o 20-30%.

Bitcoin jest kupowany przez przedsiębiorców greckich oraz zagraniczne oddziały ich firm. To że te cyfrowaluty nie są notowane ostatecznie w bilansach firm greckich, nie oznacza, że nie mogą znaleźć się w ich tzw.portfelach. Biorąc pod uwagę obecny stan prawny w Europie oraz poza nią, w sytuacji, w której zostanie ograniczony dostęp do banków, nie będzie miało znaczenia, czy przedsiębiorstwo posiada środki obrotowe w euro, usd czy innej walucie, ponieważ straci akces do swoich pieniędzy. Natomiast, w ramach obecnych przepisów, dostęp do bitcoina nie będzie mógł być w żaden sposób ograniczony. Stał się on nieoficjalnie kolejnym z akceptowanych, międzynarodowych środków płatniczych w obrocie handlowym, jest więc potencjalnym, uniwersalnym zabezpieczeniem kapitału obrotowego dla przedsiębiorców, gdyby okazało się, że tracą oni akces (lub jest on znacząco ograniczony) do swoich środków finansowych w bankach.

Pomoc polskich specjalistów

Greccy przedsiębiorcy statystycznie średnio znają się na funkcjonowaniu sieci cyfrowalut, bitcoina i globalnej księgi rachunkowej łańcucha bloków. Bardzo się obawiają, że w związku z tym popełnią błąd, dlatego chętnie korzystają z pomocy kompetentnych specjalistów w tej dziedzinie, którzy operują cyfrowalutą już od dłuższego czasu. W taki sposób pojawiają się oni również na polskich giełdach bitcoinowych. Polscy doradcy rejestrują się jako przedstawiciele wspomnianych firm i dokonują zakupów oraz akumulacji bitcoinów dla greckich przedsiębiorców.

W celu ograniczenia ryzyka Grecy wybierają solidnych partnerów spośród wielu giełd bitcoinowych w Europie. Jednocześnie chcą mieć komfort związany z transformacją euro czy usd na bitcoiny. Pod tym względem posiadają duże zaufanie do polskich giełd.

Przedsiębiorstwa notują wymianę posiadanych środków fiducjonalnych na bitcoiny w celu zabezpieczenia środków płatniczych na dokonywanie zakupów np. w Chinach. W ramach obecnie obowiązujących przepisów w Europie taka czynność jest dozwolona i neutralna podatkowo (w tym również w zakresie podatku VAT, jeśli w danym kraju on obowiązuje). Gdyby państwa były bardziej aktywne w zakresie legislacji bitcoina, wówczas mogłyby wypracować instrumenty pomiaru i oddziaływania na tego typu sytuacje.

Przejście na bitcoin

Niektórzy sugerują, że Grecja może przejść na używanie cyfrowej waluty. Garrick Hileman, historyk gospodarczy z London School of Economics podkreślił, że grecki rząd może formalnie przyjąć bitcoiny jako oficjalną walutę, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. Inni eksperci są jednak sceptyczni.

Podstawą funkcjonowania nowoczesnych państw od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku jest możliwość korelacji emisji długu publicznego oraz tzw. „drukowania dodatkowych pieniędzy w obiegu”. Konieczna jest zatem centralna rola państwa jako gwaranta skupu wyemitowanego pieniądza. Bitcoin nie spełnia obu potrzeb, jest zamkniętym procesem w ściśle matematycznym wzorze i posiadającym w sobie cechy deflacji, a nie inflacji, która jest konieczna w obecnie stosowanej metodzie rozwoju gospodarczego. Wobec tego bitcoin nie może być używany jako waluta państwowa.

Reputacja tej cyfrowaluty znacznie wzrosła podczas greckiego kryzysu. Greccy przedsiębiorcy traktują ją poważnie jako jeden ze składników dywersyfikacji ich kapitału obrotowego, pomimo oczywistego ryzyka związanego z taką działalnością. Pragmatyczne postawienie na jednej szali ryzyka braku dostępu do usług bankowych z ryzykiem używania bitcoinów jest tym czynnikiem, który podnosi ich wartość. Skoro prezydenci niektórych państw, jak np. Rosja, zwracają istotną uwagę na ten aspekt, to warto przyjąć tezę, że bitcoin może być potencjalnym środkiem płatniczym ratującym płynność podczas kryzysów finansowych.

Bitcoin a Grexit

Ewentualny Grexit wzmocniłby walutę bitcoina w Grecji, o czym świadczy wzrost jego wartości i zaufanie, jakim greckie firmy zaczęły go obdarzać. Tym bardziej, że Grecy jeszcze nie porzucili euro, a już traktują cyfrowaluty jako potencjalny sposób na utrzymanie płynności podczas kryzysu.

Brak aktywności rządu greckiego oraz wielu innych krajów w zakresie legislacji cyfrowalut nie stanowi już przeszkody, aby używać tego środka płatniczego przez greckich przedsiębiorców oraz obywateli na bazie istniejącego prawa. Natomiast dalsze procesy ich normalizacji zależą od tego, czy rząd grecki zechce wykorzystać ten wynalazek ekonomii do swojego rozwoju i w jakim zakresie. Bardziej realne w przypadku Grexitu wydaje się drukowanie drachmy niż użycie bitcoina. Obecnie rząd grecki, z powodu trudnych spraw związanych z kryzysem, wymagających rozwiązania, odstawił kwestię jego regulacji na bok. W przypadku powrotu do drachmy bardzo prawdopodobne jest to, że będzie się on starał prawnie ograniczyć użycie bitcoina w kraju na czas zajęcia się ważniejszymi, z punktu widzenia państwa, sprawami.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński – dyrektor zarządzający grupy DIGI – jednej z najbardziej innowacyjnych instytucji cyfrofinansowych (giełda, swapy, inwestycje, crowdtrading), doradca fintech – unikalnie łączący doradztwo w zakresie technologii i finansów, inwestycji, a także analityk. Posiada ponad 20 letnie doświadczenie w zarządzaniu spółkami z sektora MSP.

Rodziny z nowym rządowym wsparciem

Obecnie, gdy rodzina przekroczy próg dochodowy, traci prawo do świadczeń rodzinnych. Od stycznia ma się to zmienić. Wszystko dzięki wprowadzeniu zasady „złotówka za złotówkę”. Według szacunków resortu pracy, w 2016 roku z nowego rozwiązania skorzysta blisko 160 tys. rodzin.

Projekt ustawy „złotówka za złotówkę” przygotowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. To realizacja zapowiedzi z expose premier Ewy Kopacz. W maju ustawę poparli w sejmie wszyscy posłowie, a na początku lipca podpisał ją prezydent.

Dzięki nowemu rozwiązaniu, rodziny, które przekroczą kryterium dochodowe uprawniające do zasiłków, nie będę automatycznie traciły tych świadczeń. Dostaną zasiłek, ale będzie on pomniejszony o określoną kwotę. – Zwiększamy dostęp do pomocy dla rodzin, które tego najbardziej potrzebują. Zmiany obejmą także te, które z powodu przekroczenia progu dochodowego, już utraciły świadczenia. Dzięki temu będą mogły ponownie wystąpić o wsparcie – mówił minister Kosiniak-Kamysz. Według ministra, nowe rozwiązanie ma także zachęcać rodziny utrzymujące się obecnie z zasiłków do podejmowania pracy. – Polityka rodzinna nie może zniechęcać do pracy, powinna do niej zachęcać. Dajemy rodzicom gwarancję, że gdy rozpoczną pracę, z dnia na dzień nie stracą wsparcia finansowego państwa – dodawał.

Niższe, ale będzie

Obecnie, gdy rodzina przekroczy próg dochodowy (574 zł na osobę w rodzinie lub 664 zł dla rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem), traci prawo do świadczeń rodzinnych. Dzięki wprowadzeniu zmian, świadczenia nie będą już odbierane po przekroczeniu progu, ale stopniowo obniżane wraz ze wzrostem dochodu. Za każde przekroczenie progu o 1 zł, łączna kwota świadczeń przysługujących rodzinie będzie pomniejszana o 1 zł. Stąd nazwa „złotówka za złotówkę”. Jak będzie to wyglądać w praktyce, resort pokazał w uzasadnieniu projektu na przykładzie osoby samotnie wychowującej dziecko, która uzyskuje dochód w wysokości 654 zł na osobę (łączny dochód tej rodziny to zatem 1308 zł) i która ubiega się o świadczenia w łącznej wysokości 647 zł. Ta rodzina przekracza kryterium dochodowe (574 zł na osobę – dla tej rodziny to łącznie 1148 zł) o 160 zł (1308 zł minus 1148 zł). W obecnym systemie nie otrzymałaby więc świadczenia. Dzięki „złotówce za złotówkę” otrzyma 487 zł (różnica między przysługującą kwotą świadczenia, czyli w tym wypadku 647 zł, a wysokością dochodu przekraczającego kryterium dochodowe, w tym wypadku 160 zł).

Zmiany od stycznia

Trzeba jednak wiedzieć, że świadczenia zostaną wypłacone, gdy kwota do wypłaty po zastosowaniu mechanizmu „złotówka za złotówkę” nie będzie niższa niż 20 zł. Jeśli więc po obliczeniu, rodzinie będzie należał się zasiłek w wysokości 19 zł, nie zostanie on wypłacony. Nowe przepisy dotyczą zasiłku rodzinnego i dodatków do niego z tytułu: urodzenia dziecka, samotnego wychowywania dziecka, opieki nad dzieckiem w okresie korzystania z urlopu wychowawczego, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej, kształcenia i rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia roku szkolnego, podjęcia przez dziecko nauki poza miejscem zamieszkania. Jak informuje resort pracy, zmiany obejmą też rodziny, które nie mają prawa do świadczeń z powodu przekroczenia progu dochodowego. Wystarczy, że ponownie wystąpią z wnioskiem o wsparcie. Szacuje się, że dzięki wprowadzeniu zasady „złotówka za złotówkę”, w 2016 roku ze wsparcia państwa skorzysta dodatkowe 160 tys. rodzin. Nowe rozwiązanie ma być wprowadzone od 1 stycznia 2016 roku. Jego koszt szacowany jest na 426 mln zł.

„Złotówka za złotówkę” to element szerokiej polityki rodzinnej prowadzonej przez państwo od kilku lat. W tę politykę wpisują się m.in. Karta Dużej Rodziny, wydłużone urlopy rodzicielskie oraz urlopy ojcowskie. Resort pracy twierdzi, że już widać efekty prowadzonych działań. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 roku w Polsce urodziło się ok. 376 tys. dzieci. To o ok. 6 tys. więcej niż w 2013 roku.

Polski rynek nieruchomości wtórnych – prognozy sierpień 2015

Jak wynika z najnowszego raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera, wakacyjny rynek mieszkaniowy charakteryzuje się dużą stabilnością. Ceny w większości dużych miast uległy jedynie nieznacznym zmianom.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać zwiększenia zainteresowania nabyciem lokalu. Będą temu sprzyjały nowe regulacje w programie MdM. Na rynku kredytów hipotecznych widoczny jest wzrost średniej wartości marż. Dla wielu kredytobiorców najważniejszą kwestią jest podpisanie przez prezydenta i Senat ustawy dotyczącej preferencyjnego przewalutowania kredytów walutowych.

Letni sezon na rynku nieruchomości

Rynek nieruchomości charakteryzuje się sezonowością. Zwykle w miesiącach wakacyjnych panuje zastój. Średnie ceny mieszkań nieznacznie spadły. Różnica ta nie jest jednak duża. Odnotowujemy obniżkę stawek zaledwie o 0,1% w stosunku do ubiegłego miesiąca. Jedyne w 6 na 15 analizowanych miast nie doszło do redukcji cen. Są to Wrocław, Sopot, Katowice, Szczecin, Olsztyn i Łódź. Natomiast największy spadek cen nieruchomości miał miejsce w Krakowie – wyniósł 0,8%.

– W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku stawki ofertowe są niższe o 1,6% – zauważa Marta Kosińska, ekspert Szybko.pl – W ciagu ostatnich 12 miesięcu na wartości straciły mieszkania w kilku miastach. Zaliczają się do nich Olsztyn (5,6%), Poznań (4,8%), Toruń (4,6%). Natomiast w Łodzi, we Wrocławiu, Sopocie i Lublinie osoby zainteresowane nabyciem lokalu będą musiały zapłacić więcej niż w roku ubiegłym – dodaje ekspert.W nadchodzących miesiącach można się spodziewać znacznego ożywienia na rynku nieruchomości. Będzie to wynik zmian wprowadzonych w programie Mieszkanie dla Młodych. Dzięki dopłatom zwiększy się liczba transakcji kupna sprzedaży w miastach, w których dostępność nieruchomości mogących zostać objętymi programem jest duża.

MdM szansą dla poszukujących lokali

Nowe przepisy w ustawie o MdM umożliwiają dofinansowanie kupna nieruchomości z rynku wtórnego. Niestety zmiana ta, mimo że pozytywna, nie wpłynie szczególnie na sytuację w większych miastach. Z analiz ekspertów wynika, że spośród największych miast jedynie w Łodzi kupujący nie będą mieli trudności ze znalezieniem lokalu, który spełniałby limity cenowe programu. – Na wprowadzonych zmianach w rządowym programie najbardziej skorzystają osoby planujące zakup mieszkania w mniejszych miastach, ponieważ na tamtejszych rynkach transakcje dotyczą głównie lokali z drugiej ręki – mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse. – Największe szanse na znalezienie mieszkania z dopłatą będą mieć poszukujący mieszkań m.in. w Gorzowie Wielkopolskim, Olsztynie, Łodzi czy w Zielonej Górze.

W lipcu ceny ofertowe nie uległy znacznym zmianom. W Łodzi i Gdyni kupowano tańsze nieruchomości niż przed miesiącem. Klienci wybierali lokale w średniej cenie 3 482 zł za mkw. Natomiast na zakup mieszkania przeznaczano średnio 165 tys. zł.

Marże kredytów wzrastają

W ostatnim czasie wiele banków podjęło decyzje dotyczącą zmiany obowiązującej marży dla kredytów z niskim (10%) wkładem własnym. W większości przypadków były to podwyżki, przez co średnia tego parametru wynosi obecnie 1,99%. – Ogólny obraz rynku kredytów hipotecznych nie zmienił się jednak w ostatnim czasie. Nadal oprocentowanie jest bardzo niskie, co pozytywnie przekłada się na wysokość rat. Przykładowa rata wynosi 1 500 zł podczas gdy 3 lata temu było to 2 050 zł. – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Dla osób już spłacających kredyty hipoteczne w walutach obcych najważniejszym wydarzeniem jest to, że Sejm przegłosował bardzo korzystną wersję ustawy pozwalającej na preferencyjne przewalutowanie takich kredytów. Aż 90% kosztów związanych z taką operacją mają pokryć banki. Pojawiają się jednak sygnały mówiące o tym, że senatorzy przywrócą ustawie pierwotny kształt, w którym opłaty te są dzielone równo pomiędzy instytucję a kredytobiorców. Pozostaje też pytanie, czy ustawa jest zgodna z konstytucją oraz czy podpisze ją prezydent Duda.

Komentarz walutowy z 12 08 2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz pl HD

Drugi dzień z rządu Chiny dewaluują rodzimą walutę. Zmniejsza się prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA. EUR/PLN minimalnie powyżej 4.20.

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Minister Gospodarki: „Pranie, zmywanie, prasowanie – po godzinie 17”

Z uwagi na panujące upały, które niekorzystnie wpływają na pracę polskich elektrowni, po raz pierwszy od 20 lat wprowadzono w Polsce ograniczenia w dostawach prądu. Jednak – jak zapewniano podczas konferencji prasowej w Ministerstwie Gospodarki – sytuacja się stabilizuje.

„W weekend [08.08.–10.08.] było dramatycznie, dlatego zdecydowaliśmy o wprowadzeniu 20. stopnia zasilania” – mówił podczas wtorkowej konferencji prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) Henryk Majchrzak. Oznaczało to zmniejszenie dostaw energii dla 1600 przedsiębiorstw, które na co dzień zużywają jej więcej niż 300 kW.

Dzięki temu stopnie zasilania są systematycznie zmniejszane. W poniedziałek był stopień 20., we wtorek – już 19. i 17. „Jeśli nic się nie wydarzy, to ograniczenia zlikwidujemy w całości” – poinformował szef PSE.

Dobre wieści nie oznaczają jednak, że możemy już do woli korzystać z prądu. „Wstrzymujmy się od używania sprzętów elektrycznych, przede wszystkim pralek, zmywarek i klimatyzatorów, w godzinach od 10 do 17. Laptopy i telefony ładujmy w nocy” – apelował Minister Gospodarki Janusz Piechociński.

„Rada Ministrów przyjęła wniosek pozwalający operatorowi systemowemu do 31 sierpnia na elastyczne regulowanie poboru energii” – dodał wicepremier. Co ważne, żadne ograniczenia nie obejmą gospodarstw domowych, szpitali, obiektów wojskowych i lotnisk.

Wyższe ceny hoteli w Warszawie, duży spadek cen hoteli w Rosji

W II kwartale 2015 roku wielu światowych i europejskich metropoliach ceny noclegów wzrosły – zwiększyły się nawet o kilkanaście procent w stosunku do analogicznego okresu 2014 roku. Zjawisko to dotyczyło 59 z 86 miast objętych badaniem. W rocznym zestawieniu HRS, przygotowanym w oparciu o dane z bazy hotelowej HRS za drugi kwartał 2015, porównano średnie ceny za standardowy pokój dwuosobowy, w stosunku do cen oferowanych w drugim kwartale 2014 roku.
Największe wzrosty odnotowano w Bangkoku i Szanghaju, gdzie ceny wzrosły odpowiednio o 46% i 39%. Miastem gdzie hotele są najdroższe pozostał Nowy Jork, ceny urosły tam średnio o 30% i kształtowały się na poziomie 278 €. Przeprowadzona analiza wykazała również pojedyncze obniżki cen. Wysokie ceny z poprzedniego roku nie utrzymały się w Kuala Lumpur, gdzie koszty noclegu spadły o 9% – jest to jedyny spadek cen odnotowany przez HRS w ramach zestawienia dla najpopularniejszych destynacji.

W Rosji coraz taniej

W czołówce najdroższych europejskich miast znajdują się Liverpool, Zurych oraz Londyn. Za standardowy pokój dwuosobowy w Liverpoolu trzeba zapłacić średnio 121 €. To ponad 32% więcej niż w analogicznym okresie roku 2014. Podwyżki w pozostałych dwóch miastach wyniosły odpowiednio 22% oraz 17%. Bardziej znaczące spadki cen w Europie zaobserwowano jedynie w Lizbonie i Paryżu. Sytuacja polityczna i postępujące słabnięcie wartości rubla wpłynęły na obniżenie kosztów zakwaterowania w stolicy Rosji, tym razem o ponad 22%. Obecnie za nocleg w Moskwie trzeba zapłacić już nie 125€, a 104€. Agnieszka Sapa, Director of Hotel Solutions Central Europe and Russia, potwierdza to komentując – W związku z obecną sytuacją ekonomiczno-polityczną, która wpłynęła na spadek wartości rosyjskiej waluty, branża hotelowa w Rosji powinna skoncentrować się zwłaszcza na klientach rodzimych. Ograniczony import spowodował spadek wartości cen, a zwiększający się lokalny popyt cechuje jednak mniejsza siła nabywcza.

Wyższe ceny w Warszawie

Średnie ceny za pokój hotelowy w Warszawie zwiększyły się o 9%, w porównaniu z analogicznym okresem 2014 roku. Cena standardowego pokoju dwuosobowego wyniosła 83€ i dalej jest jedną z najniższych, jakie odnotowaliśmy w europejskich stolicach. Od Warszawy nieznacznie tańsze są tylko Budapeszt i Praga, gdzie nocleg w II kwartale 2015 roku kosztował odpowiednio 79€ oraz 78€. Daniela Sedlonova, Head of Regional Sales Eastern Europe w HRS uważa, że wyniki sprzedażowe za maj w Pradze były niebywale dobre. Wynikało to z serii prestiżowych wydarzeń sportowych, takich jak Mistrzostwa Świata w Hokeju na Lodzie czy Mistrzostwa Europy U-21 w Piłce Nożnej. Długi weekend majowy również przyczynił się do wzrostu sprzedaży.

Po względem wzrostu cen, stolicę Polski zaczynają doganiać Poznań i Toruń ze wzrostem odpowiednio: 9% oraz 8%.

Według Jakuba Ryznara, Head of Hotel Solutions w HRS Polska, drugi kwartał bieżącego roku potwierdził ożywienie na polskim rynku hotelowym. Średnie ceny wzrosły niemal we wszystkich głównych destynacjach; najbardziej w destynacjach biznesowych: Warszawie i Poznaniu. Warto zwrócić uwagę na wyniki Bydgoszczy, która staje się coraz atrakcyjniejszym miejscem lokalizacji nowych inwestycji. Bydgoszcz staje się również coraz ciekawszą alternatywą na weekendowe wyjazdy.

Małgorzata Fibakiewicz awansuje w BNP Paribas Real Estate Poland

0

Wraz z początkiem sierpnia 2015 Małgorzata Fibakiewicz otrzymała nominację i objęła stanowisko Dyrektora Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland.

Małgorzata Fibakiewicz Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland
Małgorzata Fibakiewicz Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Małgorzata Fibakiewicz będzie odpowiedzialna za pracę departamentów reprezentacji najemcy, reprezentacji wynajmującego oraz zarządzania portfelami klientów korporacyjnych. Dotychczas pełniła funkcję Dyrektora Departamentu Reprezentacji Najemcy w BNP Paribas Real Estate Poland.

Swoje bogate doświadczenie zawodowe na rynku nieruchomości Małgorzata zdobywała pracując m.in. dla CBRE, DTZ i Kredyt Banku. Świadczyła usługi doradztwa transakcyjnego dla podmiotów z branży finansowej, telekomunikacyjnej i energetycznej, w tym pełniła funkcje opiekuna kluczowego klienta odpowiedzialnego za wykonywanie umów w zakresie zarządzania portfelem, projektami oraz transakcjami.

Małgorzata Fibakiewicz jest członkinią Royal Institution of Chartered Surveyors (MRICS) oraz absolwentką Uniwersytetu Łódzkiego, kierunku Filologii Klasycznej (2002). Dodatkowo ukończyła studia podyplomowe organizowane przez Solvay Brussels School of Economics & Management w zakresie Professional Real Estate Management (2013), a także studia podyplomowe z dziedziny bankowości w Szkole Głównej Handlowej (2006).

O 1/3 mniej zwolnień na polskim rynku pracy

Polski rynek potrzebuje więcej pracowników. Dzięki wzrostowi gospodarczemu, poprawie koniunktury i wyjściu niektórych branż z kryzysu, pracodawcy w znacznie mniejszym stopniu redukują zatrudnienia niż w latach poprzednich. W I półroczu 2015 roku przedsiębiorcy zgłosili do urzędów pracy niespełna 14,4 tys. pracowników w ramach zwolnień grupowych. To niemal 32% mniej niż I półroczu 2014 r – wynika z najnowszej analizy Work Service, przygotowanej na podstawie danych Wojewódzkich Urzędów Pracy. Najwięcej zwolnień dotyczy obszaru przetwórstwa przemysłowego i finansów, a największa poprawa widoczna jest w sektorze budowlanym.

Maleje liczba zgłaszanych przez pracodawców zwolnień grupowych. Tak wynika z analiz Work Service na podstawie danych Wojewódzkich Urzędów Pracy z I półrocza 2014 i 2015 r. Od stycznia do czerwca br. firmy zgłosiły 14 395 pracowników do zwolnienia na terenie całego kraju. W tym samym okresie 2014 r. było ich 20 904.

– Ponad 30-procentowy spadek liczby zwolnień możemy zawdzięczać przyspieszeniu polskiej gospodarki oraz sukcesywnej poprawie koniunktury. W lipcu do Urzędów Pracy zgłoszono rekordową liczbę 117 tys. ofert. To o 22% więcej niż przed rokiem i najwięcej od 2011 r. – mówi Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A. i dodaje – Wszystkie te czynniki prowadzą do upragnionego zmniejszenia bezrobocia. Od pięciu miesięcy nieprzerwanie obserwujemy jego spadek na terenie całego kraju. Utrzymanie tej dynamiki spowoduje, że na koniec roku powinniśmy otrzymać jednocyfrową stopę bezrobocia, na poziomie 9,9% – dodaje Tomasz Hanczarek.

Spadek liczby zgłaszanych zwolnień w I półroczu b.r. zaobserwowano w 11 województwach. Redukcja zatrudnienia wzrosła tylko w województwie kujawsko-pomorskim, lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim i wielkopolskim, czyli głównie tam, gdzie stopa bezrobocia wynosi kilkanaście procent.

Na Mazowszu tyle zwolnień co w pozostałych województwach łącznie

Największą redukcję miejsc pracy można zaobserwować w Mazowieckiem, w którym do zwolnienia zostało zgłoszonych ponad 7200 osób. Choć to znacznie mniej niż w 2014 roku, kiedy pracodawcy zredukowali ponad 10 tys. miejsc pracy, to i tak ten region jest niechlubnym liderem wśród innych województw. Również duża, bo licząca ponad 1 tys. osób grupa, została zgłoszona do zwolnienia w woj. dolnośląskim. Co ciekawe Mazowsze, Śląsk, a także Wielkopolska są jednocześnie regionami, w których jest aktualnie najwięcej rekrutacji i nowych ofert pracy.

– Duża liczba zwolnień wiąże się nie tyle ze spadkiem zapotrzebowania na pracowników w ogóle, co z koniecznością redukcji zatrudnienia w konkretnych branżach i zakładach pracy. Na przykład w woj. mazowieckim znaczna część zwolnień w I półroczu tego roku dotyczyła branży finansowej. Fuzje i przejęcia banków i ubezpieczycieli, a do tego wysokie obciążenia finansowe po stronie instytucji finansowych wymuszają cięcia kosztów. Jednym z rozwiązań w tym przypadku są redukcje zatrudnienia. A ponieważ większość firm z tej branży zlokalizowana jest w Warszawie, to liczba zwolnień dla całego Mazowsza jest tak wysoka – wyjaśnia Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service.

Automatyzacja bije w przetwórstwo i finanse. Powrót rekrutacji w budownictwie

W skali kraju najwięcej zgłoszonych zwolnień grupowych dotyczyło przede wszystkim przetwórstwa przemysłowego. Redukcja zatrudnienia w tej branży nie oznacza jednak dekoniunktury. W czerwcu odnotowano wzrosty w produkcji przemysłowej o 7,6 proc. rok do roku. Zwolnienia spowodowane są głównie automatyzacją pracy, która w tym sektorze może skutkować zjawiskiem tzw. bezrobocia technologicznego. Podobnie jest w sektorze bankowości i ubezpieczeń. Tu również nowe technologie umożliwiają dynamiczny rozwój bankowości on-line, a dostępność usług finansowych przez internet nieuchronnie przekłada się na konieczność redukcji miejsc pracy.

Jak zauważa Krzysztof Inglot, lepiej niż w ubiegłym roku radzi sobie branża budowlana. – W stosunku do 2014 r. widać spadek liczby zwolnień w tym obszarze rynku. Sektor budowlany wychodzi powoli z kryzysu. W najbliższej perspektywie możemy spodziewać się stopniowego wzrostu zatrudnienia i ponownego rozkwitu w budowlance – dodaje Inglot.

Work Service

Wyniki Grupy kapitałowej Getin Holding po I półroczu 2015 roku

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Grupa Getin Holding wypracowała zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej na poziomie 84,2 mln PLN, co jest wynikiem o 14,4 % lepszym w ujęciu rok do roku. W II kwartale spółka odnotowała znaczącą poprawę struktury wyniku względem poprzednich miesięcy.

Piotr Kaczmarek, Prezes Zarządu Getin Holding
Piotr Kaczmarek, Prezes Zarządu Getin Holding

Mimo utrzymującej się niepewnej sytuacji politycznej w Europie Wschodniej Holding systematycznie poprawia strukturę przychodów poprzez rygorystyczną kontrolę kosztów oraz optymalizację źródeł przychodów. Korzystny wpływ miała również poprawa sytuacji makroekonomicznej i związany z nią spadek kosztów finansowania – powiedział Piotr Kaczmarek, Prezes Zarządu Getin Holding. W opinii Zarządu, zrealizowana w czerwcu sprzedaż Idea Bank Rosja będzie mieć pozytywny wpływ na wynik Grupy w średniej i długiej perspektywie – dodaje.

W I półroczu br. Grupa Idea Bank Polska osiągnęła rekordowy zysk netto 181,1 mln PLN, co jest wynikiem blisko trzykrotnie lepszym w ujęciu rok do roku. Przyrost sumy bilansowej Grupy wyniósł 55,1% r/r (16,0 mld PLN na koniec czerwca). W ciągu sześciu pierwszych miesięcy roku sprzedaż kredytowa przekroczyła 2,8 mld PLN. W tym samym okresie Bank pozyskał 9,2 tys. nowych kredytobiorców oraz sprzedał 31 tys. rachunków. Od początku roku Grupa intensywnie rozwija działalność leasingową oraz faktoringową odnotowując czterokrotny wzrost w obu liniach biznesowych. Skutecznie realizowana polityka sprzedażowa wpływa na wysokie wskaźniki cross-sell: po dwóch latach relacji z Grupą Klienci posiadają średnio prawie 3 produkty, a 25% z Klientów posiada 4 i więcej produktów. Wynik z tytułu odsetek Grupy za I półrocze utrzymywał się na stabilnym poziomie 147,7 mln PLN, przy marży odsetkowej 2,5%. Natomiast wynik z tytułu opłat i prowizji Grupy za I półrocze wzrósł do poziomu 241 mln PLN (+76% r/r).

Znaczącą kontrybucję do wyniku Holdingu wniosły również działające w Polsce MW Trade (8,7 mln PLN) oraz Getin Leasing (19,3 mln PLN). W II kwartale spółka leasingowa wypracowała dla Getin Holding, posiadającego 49,28% jej udziałów, zysk netto na poziomie 9,1 mln PLN.

Grupa Carcade Rosja kontynuuje działalność w warunkach ograniczonego dostępu i wysokich kosztów finansowania. Mimo negatywnych trendów utrzymujących się w gospodarce rosyjskiej (w tym spadku popytu na rynku leasingowym w I kw.) Grupa wypracowała w II kwartale 6,9 mln PLN zysku netto. W wyniku przeprowadzonej optymalizacji Grupa odnotowała w II kwartale spadek kosztów działania o 20,4%. Warto zaznaczyć, że w II kwartale Carcade odnotowała ponad 35% wzrost sprzedaży leasingowej względem poprzedniego kwartału, co jest wynikiem m.in. obniżenia kosztu finansowania względem poprzednich miesięcy. W czerwcu Getin Holding sfinalizował transakcję sprzedaży akcji Idea Bank Rosja.

W I półroczu br. Grupa Idea Bank Białoruś wypracowała zysk netto na poziomie 8,5 mln PLN. Dzięki stabilizacji sytuacji walutowej w II kwartale Bank znacząco ograniczył koszt pozyskania depozytów z 42,6% do 22,8%. Równocześnie, Bank odnotował dwukrotny (q/q) wzrost wolumenów sprzedaży w strategicznych segmentach rynku (detalicznym i MSP). Dzięki wdrożonej polityce zarządzania ryzykiem, Idea Bank Białoruś obniżył koszt ryzyka
z 19,7 mln do 6,7 mln PLN (spadek kosztu o 65,7% r/r).

W wyniku niekorzystnej sytuacji polityczno-ekonomicznej na Ukrainie w pierwszym półroczu br. Grupa Idea Bank Ukraina odnotowała stratę netto na poziomie 14,7 mln PLN.
Bank dokonał optymalizacji struktury finansowania poprzez zmniejszenie finansowania
z rynku międzybankowego o 87,1%. W wyniku podjętych działań w II kwartale sprzedaż kredytów detalicznych wzrosła o 28,7% (q/q).

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Grupa Idea Bank Rumunia odnotowała stratę netto na poziomie 9 mln PLN. Wzrost kosztów związany był m.in. z rebrandingiem i kampanią marketingową oraz zmianami w sieci sprzedaży. W II kwartale Bank zwiększył sprzedaż kredytową do 47 mln PLN (+29,1% względem I kwartału), przy zachowaniu niskiej szkodowości nowego portfela. Od maja br. Bank wprowadził do oferty ubezpieczenia do kredytów detalicznych. Łącznie ze spółką leasingową, Idea Bank Rumunia odnotował ponad dwukrotny wzrost (q/q) przychodów prowizyjnych z tego tytułu do poziomu 3,5 mln PLN.
W II kwartale sprzedaż leasingowa Idea Leasing Rumunia wyniosła 91,6 mln PLN (+24,8% q/q). Spółka sprzedała również pożyczki leasingowe o wartości 30,8 mln PLN (x2,6 q/q).

Krajobraz po drugim chińskim uderzeniu

Wtorek, czyli dzień który za sprawą decyzji chińskich władz, zostanie na długo zapamiętany na rynkach, właściwie nie spowodował wielkiego trzęsienia ziemi, choć w kilku przypadkach zmiany były pokaźne. Poza samym juanem, który osłabł wobec dolara o prawie 3 proc., najmocniej ucierpiały waluty krajów surowcowych oraz najbliższych sąsiadów Chin. Ale jedynie w przypadku rubla, dolara australijskiego i singapurskiego, przekraczały 1,5 proc. Rublowi przysłużyła się także mocna przecena ropy, po informacji o najwyższym od trzech lat wydobyciu surowca przez kraje zrzeszone w OPEC. Amerykańska WTI taniała o ponad 3 proc., a europejska Brent o 1,5 proc. Ponad 2 proc. zniżka kontraktów na miedź to już jednak konsekwencja chińskiej decyzji.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Silnie w dół poszły także indeksy na głównych giełdach, pokazując, jak ważnym partnerem gospodarczym są Chiny. Szczególnie wdać było to we Frankfurcie, gdzie spadek sięgnął 2,7 proc. Wskaźniki w Nowym Jorku zniżkował po 1-1,2 proc. Dolar, po wahaniach w ciągu dnia, ostatecznie osłabł tylko nieznacznie. Europejska waluta swoją siłę zawdzięcza prawdopodobnie informacjom o zbliżaniu się pomyślnego finału negocjacji w sprawie pomocy dla Grecji.

Po niespodziewanej wtorkowej decyzji chińskich władz, środowa dewaluacyjna poprawka, choć już tylko o symboliczne 0,1 proc., zrobiła znacznie większe wrażenie. Juan tracił rano kolejne 3 proc., nadal taniały ropa i miedź, a na giełdach zanosiło się na panikę.

Nie można jednak zapominać o tym, że świat nie kończy się na Chinach. We wtorek amerykański Departament Pracy poinformował, że w drugim kwartale jednostkowe koszty pracy wzrosły o zaledwie 0,5 proc., a spodziewano się ich zwyżki o 1,5 proc. Choć na tak słaby rezultat spory wpływ miał wzrost wydajności pracy, to jednak nie wspiera on raczej jastrzębiego nastawienia Fed. Tym bardziej, że dane za pierwszy kwartał skorygowano z 6,7 do 2,3 proc. Najbliższe dni przyniosą kolejne okazje do spekulacji na temat terminu podwyżki stóp w USA. Dziś wypowie się na ten temat William Dudley z Fed w Nowym Jorku, w czwartek poznamy dane o sprzedaży detalicznej i wnioskach o zasiłek, a w piątek o produkcji przemysłowej i wykorzystaniu mocy produkcyjnych. Te informacje z pewnością nie pozostaną bez wpływu na rynki.

W Chinach kolejna niespodzianka

Pomimo wczorajszej deklaracji o jednorazowości działań – ponownie osłabiono juana. Tym razem o 1,6%. Poznaliśmy również gorsze dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, potwierdzające hipotezę o spowalniającej gospodarce Chin. Podstawowym pytaniem dla rynków walutowych jest to, czy wpłynie ta sytuacja na termin obniżek stóp procentowych w USA.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Problemy w Chinach okazują się większe niż przypuszczano. Po tym, jak wczoraj zdewaluowano juana o 1,9%, informując, że to jednorazowy tak silny ruch, dzisiaj ponownie dokonano dewaluacji. Spadek wartości wyniósł 1,6%, co daje 3,5% w dwa dni. Dla porównania to tak jakby kurs franka zmienił się w dwa dni o niemal 14 groszy. Ludowy Bank Chin tłumaczy, że wahania kursu są normą na rynkach. Jako powód obecnych wahań wskazał zmianę metody wyznaczania cen, by lepiej uwzględniać prawa popytu i podaży. Warto zwrócić uwagę na pogarszające się dane makroekonomiczne. Poznaliśmy dzisiaj wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Oba parametry są na nieosiągalnych dla Polski poziomach, ale obydwa wypadły poniżej oczekiwań – gospodarka chińska zwalnia.

Mamy tutaj de facto ten sam problem co w Szwajcarii w styczniu tego roku. Walcząc z rynkiem można udawać, że pewne mechanizmy działają inaczej niż powinny. Tak jak Szwajcarzy mogli utrzymywać parytet wymiany 1,2 franka za euro, tak Chińczycy bronili mocnego juana. W tym przypadku Pekinowi przeszkodziło USA. Umacniający się dolar, w którym to głównie wyrażany jest juan spowodował, że parytet wymiany okazywał się coraz większą fikcją. Dane mówiące o potencjalnej wrześniowej podwyżce stóp procentowych windują dolara na kolejne maksima lokalne. Na szczęście dewaluację juana wykonano nie czekając na ostatnią chwilę. Nie zmienia to faktu, że decyzje te pociągnęły w dół za sobą giełdy azjatyckie oraz surowce. Ropa naftowa, nawet jej droższa odmiana – brent, kosztuje znów mniej niż 50 dolarów.

Wielu analityków zastanawia się co dalej. Pytanie to jest o tyle istotne, że jak widać Pekin jest zdeterminowany bronić wzrostu gospodarczego, by nie pokazać gorszych danych niż 7% wzrostu. Na szczęście działania te nie mają jeszcze bezpośredniego przełożenia na złotówkę. Niemniej spadające ceny ropy i innych surowców powinny przedłużyć okres niskich stóp procentowych na świecie. Ryzyko wzrostu inflacji przy ropie poniżej 50 dolarów za baryłkę jest znacznie mniejsze. Problemy Chin mogą również skłonić FED do nie podejmowania decyzji już na wrześniowym posiedzeniu w obawie przed eskalacją problemów. W takim scenariuszu doszłoby do osłabienia dolara, który rósł w siłę w nadziei na wrześniową podwyżkę.

Wczoraj poznaliśmy słabsze dane od naszego zachodniego sąsiada. Indeks Instytutu ZEW spadł o niemal 5 pkt, kiedy to oczekiwano 2 pkt wzrostu. Dane te spowodowały przerwanie silnego ruchu, który umacniał euro wobec dolara wczorajszego poranka.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
10:30 – Wielka Brytania – stopa bezrobocia,
11:00 – Strefa Euro – produkcja przemysłowa.

EUR/PLNKomentarz walutowy 12.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 12.05.2015 do 12.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1600, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1200 – 4,1250, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji.

CHF/PLNKomentarz walutowy 12.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 12.05.2015 do 12.08.2015

Kurs CHF/PLN utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Ku uciesze kredytobiorców można dalej mówić o dłuższym trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 12.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 12.05.2015 do 12.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem są minima na 3,7600.

GBP/PLNKomentarz walutowy 12.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 12.05.2015 do 12.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Carefleet zwiększa flotę pojazdów i zapowiada redukcję kosztów. Coraz więcej klientów poszukuje aut elektrycznych i hybrydowych

Frederic Lustig

Carefleet zarządza już przeszło 12 tys. samochodów, czyli o przeszło 1,5 tys. większą flotą niż pod koniec III kwartału ubiegłego roku. Najwięcej jest aut marki Škoda, Peugeot oraz Ford. Coraz więcej klientów poszukuje aut elektrycznych i hybrydowych. Do końca roku liczba pojazdów ma wzrosnąć o kolejny tysiąc. W pierwszym półroczu br. obroty firmy były większe o 3,5 proc., a zysk wzrósł o 45 proc.

Dzisiaj mamy 12 147 samochodów w zarządzaniu, w tym około 10,3 tys. aut finansowanych – informuje agencję Newseria Inwestor Frederic Lustig, prezes zarządu Carefleet. – Pozostałe są tylko zarządzane, czyli de facto jest to jedynie usługa monitoringu. Mamy bardzo rozdrobnioną flotę w takim sensie, że nie są to duże zbiory pojazdów jednej marki, tylko dużo małych flot różnych marek. Wiodące to Škoda, Peugeot oraz Ford.

Należąca do Crédit Agricole spółka przewiduje, że w br. jej flota zwiększy się o około tysiąc samochodów. Będzie to przy tym wzrost realizowany głównie dzięki nowym klientom.

Mamy także odbiorców, którzy odnawiają swoją flotę pojazdów, ale pozyskujemy również bardzo dużo nowych – wskazuje Frederick Lustig. – Wyniki finansowe z roku na rok się polepszają, głównie na skutek tego, że nasza flota rośnie, a więc i obroty.

W pierwszym półroczu obroty Carefleet wzrosły o 3,5 proc. Jak zapewnia jej prezes zarządu, obecnie ważnym zadaniem jest kontrola kosztów, tak aby nie rosły one równomiernie, lecz wolniej niż przychody. Taka strategia pozwoliła zwiększyć zyski przedsiębiorstwa w pierwszej połowie roku już o blisko 45 proc.

Coraz więcej klientów interesuje się naszą usługą – przekonuje Frederic Lustig. – Dzisiaj około 80 proc. naszych odbiorców to małe podmioty, które mają od kilku do kilkudziesięciu samochodów. To segment odbiorców, który obecnie rozwija się najszybciej w Polsce. Przybywa nam także takich, którzy zamieniają leasing na usługę wynajmu, szukając komfortu, wygody, wsparcia, doradztwa, których dotychczas im brakowało. Próbują też iść z duchem czasu. Widzą, że wynajem jest coraz popularniejszy.

Przeciętna wartość samochodu z floty spółki wynosi 58 tys. zł netto. Są to przede wszystkim, jak informuje szef spółki Carefleet, pojazdy do pracy handlowej, w dużej części wykorzystywane przez sieci. Najpopularniejsze usługi to wynajem, czyli finansowanie razem z usługą serwisową i oponiarską wraz z ubezpieczeniem.

W br. spółka będzie rozwijała usługi GPS dla klientów, którzy wyrażają zainteresowanie monitoringiem floty. Swoją ofertę firma nadal ma kierować w stronę mniejszych odbiorców, w dalszej kolejności również indywidualnych. Na rynku rośnie zainteresowanie pojazdami elektrycznymi, hybrydowymi, jak zauważa Frederic Lustig, co także wyznacza jeden z kierunków rozwoju spółki.

Carefleet był pierwszą firmą, która podpisała kontrakt na wynajem samochodów z ministerstwem – mówi Frederick Lustig. – Do dziś obsługujemy resorty Skarbu Państwa, ochrony środowiska, także ZUS był naszym klientem. To urzędy, które, tak jak większość klientów, doceniają wygodę długoterminowego wynajmu.

Jak wynika z ostatniego raportu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), reprezentującego branże wynajmu długoterminowego oraz Rent a Car, w drugim kwartale br. rynek tych usług zwiększył się o 12,4 proc. (w ujęciu rocznym). Pod koniec pierwszego półrocza 2014 roku  należące do PZWLP przedsiębiorstwa (ok. 80 proc. wszystkich) dysponowały łącznie 119 817 autami. Pod koniec czerwca br. miały ich w sumie 134 635, co oznacza, że krajowy rynek w ciągu roku zwiększył się prawie o 15 tys. pojazdów (14 818).

Gekoplast jeszcze w tym roku przejdzie na rynek główny GPW. Inwestycja w nową linię produkcyjną pozwoli na poszukiwanie nowych kontrahentów, także za granicą

0

Piotr Górowski, prezes zarządu Gekoplast SA

Według Piotra Górowskiego, prezesa Gekoplastu, złożenie prospektu emisyjnego nastąpi jeszcze we wrześniu. Spółka planuje także dalszą ekspansję zagraniczną, jednak realizacja tego celu ruszy pełną parą w przyszłym roku, gdy zacznie działać nowa lina produkcyjna.

– Cały czas próbujemy zwiększać naszą obecność na rynkach europejskich. Pozyskaliśmy nowych klientów na Litwie, a także praktycznie we wszystkich krajach, w których funkcjonujemy – deklaruje Piotr Górowski, prezes zarządu Gekoplast SA.

Spółka systematycznie inwestuje w nowe moce produkcyjne. Według danych za lipiec 2015 Gekoplast SA dysponuje już pięcioma liniami służącymi do wytwarzania płyt komórkowych. Pozwala to na produkcję w wysokości przeszło 600 ton miesięcznie. Rok temu maksymalne moce produkcyjne były o 10 proc. niższe. Popyt na produkty firmy jest jednak jeszcze wyższy, a wobec braku wolnych mocy spółka wstrzymuje się z dalszą ekspansją.

– Problem jest jedynie taki, że trzeba to robić sukcesywnie i z głową, żeby nie zrobić czegoś za szybko. Natomiast nową linię mamy już zakontraktowaną, mamy wypracowany model jej uruchomienia i wdrożenia do produkcji – informuje prezes Górowski, pytany o plany zwiększenia mocy produkcyjnych spółki.

Gekoplast jest największym producentem płyt komórkowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Udział w tym segmencie rynku wynosi około 30 proc. W skali całej Unii Europejskiej jest to blisko 8 proc.

– Mamy nadzieję, że poprzez ten wzrost organiczny, który prowadzimy od lat i mamy zamiar dalej kontynuować, będziemy tę pozycję umacniać i będziemy coraz bardziej liczącym się producentem tego asortymentu – ocenia Piotr Górowski.

Rozmówca widzi dwa główne problemy, z którymi na co dzień spotyka się spółka Gekoplast. Pierwszym są ceny surowca wykorzystywanego do produkcji płyt polipropylenowych. Szczególnie widoczne było to w pierwszym półroczu bieżącego roku, kiedy ceny poszły wyraźnie w górę. Choć efekt wzrostu kosztów nie ma większego znaczenia w dłuższym terminie, to jednak w krótkim okresie istotnie wpływa na osiągane wyniki finansowe.

– Drugim problemem jest to, że klienci oczekują od nas bardzo szybkiej reakcji na swoje zapytania, na swoje zamówienia, czemu na razie nie jesteśmy w stanie w stu procentach sprostać, stąd decyzje o kolejnych inwestycjach – tłumaczy przedstawiciel giełdowej spółki.

Obecna sytuacja rynkowa pozwala spółce na wypłacenie dywidendy. Decyzja o podziale zysków za 2014 roku została już podjęta. Do akcjonariuszy trafi połowa osiągniętego zysku netto.

– Podtrzymujemy założenia polityki dywidendowej, które mówią, że co najmniej 30 proc. będzie co roku przeznaczone i tego się na razie trzymamy – prezes Górowski zdradza strategię dywidendową spółki na kolejne lata.

Spółka Gekoplast, której akcje notowane są na rynku NewConnect, w 2014 roku osiągnęła 76,3 mln złotych przychodów. Zysk netto wyniósł natomiast blisko 4,1 mln zł i był wyższy o niemal 28 proc. niż rok wcześniej.

Opti TFI: Zakup Alior Banku to dla PZU inwestycja kapitałowa, nie operacyjna. Możliwe przejęcia kolejnych banków przez ubezpieczyciela

Tomasz Bursa

Po nabyciu aktywów Alior Banku za 1,6 mld złotych Grupa PZU planuje dalsze przejęcia. Spółka posiada ponad 13 mld zł kapitałów własnych, z czego spora część może posłużyć na akwizycje. Wśród potencjalnych celów wymienia się Raiffeisen Polbank oraz BPH. Wobec braku większej konkurencji ubezpieczyciel znajduje się w bardzo dobrej pozycji negocjacyjnej. Aktywność firmy nie powinna mieć jednak przełożenia na rynek ubezpieczeniowy.

PZU podjęło pewna strategiczną decyzję o wejściu w sektor bankowy. Prezes Klesyk wielokrotnie potwierdzał, że nie wierzy w synergie bezpośrednie między działalnością ubezpieczeniową a bankową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Bursa, wiceprezes Opti TFI. – Natomiast wydaje się, że od strony inwestycji kapitałowej wejście przez PZU w sektor bankowy może być ciekawe.

Polski ubezpieczyciel lokuje nadwyżki finansowe głównie na rynku obligacji. Obecne oprocentowanie instrumentów dłużnych jest bardzo niskie i wynosi między 2 a 4 procent. Korzystając z rynkowej hossy, Grupa PZU w zeszłym roku przeprowadziła emisję własnych obligacji o łącznej wartości 0,5 mld euro i rentowności zaledwie 1,37 proc. Tymczasem zakup aktywów Alior Banku niesie ze sobą znacznie większy potencjał zysku.

Cena, za którą PZU kupiło pakiet Aliora, to 16-krotny zysk i to daje około 6-proc. marżowość. To pokazuje, że ten bank jest w stanie generować od nich wyższe stopy zwrotu – komentuje przedstawiciel Opti TFI SA.

W ocenie Tomasza Bursy opłacalność inwestycji w Alior Bank w dłuższym terminie zależy głównie od tego, czy uda się dokonać kolejnych przejęć i stworzyć silną instytucję bankową.

Mówiło się o Raiffeisenie, myśli się o BPH, na tej liście jest też BOŚ – wylicza Bursa.

Wiceprezes funduszu Opti SA uważa, że obecna strategia Grupy PZU traktuje wejście na rynek bankowy raczej jako inwestycję kapitałową niż biznesowo-operacyjną. Tomasz Bursa przypomina, że fuzja banku i firmy ubezpieczeniowej właściwie jeszcze nigdy nie zakończyła się sukcesem.

– PZU jest w bardzo komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o przejęcia, bo ma środki na przejęcia, sprzedających jest dużo, może wybierać i może dyktować warunki – tłumaczy.

Na liście potencjalnych celów następnych akwizycji polskiego ubezpieczyciela rozmówca widzi przede wszystkim Raiffeisen Polbank oraz BPH. Ich właściciele oficjalnie deklarują, że zamierzają wyjść z inwestycji, a PZU z pewnością jest na liście potencjalnych kupców.

Alior jest bankiem bardziej nastawionym na detal, Raiffeisen bankiem bardziej nastawionym na małą i średnią przedsiębiorczość, private banking, więc akwizycja dawałoby nam pewną komplementarność usług, a także oszczędności kosztowe – mówi przedstawiciel Opti TFI SA, pytany o potencjalne korzyści wynikające z fuzji.

Zdaniem Tomasza Bursy zakupy Grupy PZU nie powinny mieć żadnego przełożenia na sytuację klientów ubezpieczyciela.

Rynek ubezpieczeniowy, to, co się na nim dzieje, polityka cenowa ubezpieczycieli, jest kompletnie niezwiązana z działalnością akwizycyjną PZU, tam są zupełnie inne trendy – wyjaśnia analityk.

Ekspert w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor zwraca uwagę na to, że poziom cen ubezpieczeń jest głównie wynikiem silnej konkurencji rynkowej. Jako przykład podaje ubezpieczenia komunikacyjne. Ich ceny są dziś relatywnie niskie, co jest efektem agresywnej walki o klienta.

Grupa PZU zapłaciła za 25 proc. akcji Alior Banku ponad 1,6 mld złotych. Plany akwizycyjne ubezpieczyciela dopuszczają przejęcie jeszcze 2-3 instytucji bankowych, a łączna pula przeznaczona na przejęcia może sięgnąć 5-6 mld złotych.

ZUS inwestuje w nowe rozwiązania IT. Mają usprawnić prace systemu i ograniczyć koszty

Jakub Dąbrowski

Nowe rozwiązania informatyczne mają wesprzeć pracę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i ograniczyć koszty. Trwa przetarg na dostawcę hurtowni danych, w planach jest kolejny – na wykonawcę tzw. szyny usług. Dzięki tym inwestycjom system IT ZUS-u – jeden z największych systemów w Europie – ma być lepiej przygotowany do przetwarzania i analizowania dużej ilości danych. Zakład liczy także na oszczędności kosztów i zmniejszenie ryzyka nadużyć.

Przetarg na hurtownię danych już jest bardzo zaawansowany. Jesteśmy w trakcie ostatniego etapu weryfikacji kompetencji wykonawców, czyli w trakcie weryfikacji próbki zadaniowej, którą zrealizowali. Planujemy zakończyć ocenę na przełomie sierpnia i września, a chwilę później również rozstrzygniemy to postępowanie, ogłosimy wybór i – mam nadzieję – zaczniemy realizować umowę – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Dąbrowski, dyrektor departamentu zarządzania systemami informatycznymi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Jak podkreśla, inwestycja w hurtownię danych to odpowiedź na rozwijający się trend big data. Ilość danych zbieranych i przetwarzanych przez ZUS wymaga dostosowania do tego systemu.

To jest masa danych, które zakład musi w odpowiedni sposób agregować i raportować w odpowiedzi na zmieniające się oczekiwania klienta wewnętrznego, jakim są departamenty merytoryczne, zarówno instytucji zewnętrznych, które z nami współpracują, jak i klienta końcowego, który jest zainteresowany informacją o stanie swojego konta czy zaległościach w opłacaniu składek – wyjaśnia Dąbrowski.

ZUS przygotowuje również przetarg na tzw. szynę usług, platformę umożliwiającą przyłączanie i odłączanie usług w ramach korporacyjnego systemu informacyjnego. Kilka tygodni temu ZUS ogłosił postępowanie na wybór doradcy, który przygotuje koncepcję funkcjonowania szyny oraz studium wykonalności. Pomoże to sięgnąć po unijne dofinansowanie w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Te dwa postępowania na końcu dość mocno się zazębiają i będą mieć wpływ na ostateczny kształt funkcjonowania systemu. Pozwolą nam dużo szybciej reagować na potrzeby klientów i przenieść eksploatację na specjalne platformy technologiczne, co przełoży się na oszczędności oraz sprawniejsze i stabilniejsze działanie – mówi Jakub Dąbrowski.

To już kolejny etap dywersyfikacji dostawców rozwiązań IT w ZUS-ie. Dzięki podpisaniu w ubiegłych latach umów z różnymi firmami informatycznymi koszty utrzymania systemu spadły o 40 proc., czyli 200 mln zł w porównaniu z 2009 roku.

Konsekwencją inwestycji będzie optymalizacja kosztów, szybsze reagowanie na potrzeby zmieniającego się otoczenia oraz sprawniejsze wykrywanie wszelkiego rodzaju nadużyć – mówi ekspert ZUS.

We wrześniu Zakład ogłosi również przetarg na utrzymanie Kompleksowego Systemu Informatycznego. Umowa z dotychczasowym dostawcą, firma Asseco, kończy się jesienią 2017 roku, ale przedstawiciele ZUS podkreślają, że dość duże wyprzedzenie pozwoli wyłonionemu zwycięzcy spokojnie zapoznać się z systemem przed przejęciem jego utrzymywania. ZUS liczy na to, że w przetargu wystartuje wielu ważnych graczy rynkowych, co powinno wpłynąć na konkurencyjność ofert.

Rolnicy mogą liczyć na wyższe dofinansowanie składek ubezpieczeń z budżetu. Niestety, wciąż niewielu wykupuje polisy

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniach rolnych pozwala na wyższe dofinansowanie składek ubezpieczeń upraw rolnych, aż do wysokości 65 proc. Wyższe są też jednak stawki i ryzyko ubezpieczeń. W Polsce z dopłat do ubezpieczeń upraw korzysta 143 tys. rolników, a z dopłat do ubezpieczenia zwierząt gospodarskich 426 gospodarstw. Sytuację mogłaby zmienić większa powszechność ubezpieczeń, dzięki której stawki i rozkład ryzyka byłyby mniejsze.

Od kilku lat ubezpieczenia praktycznie się nie zmieniają. Państwo dofinansowuje składki ubezpieczeń upraw i zwierząt. W tym roku ta dopłata może sięgnąć 65 proc. Wynika to z tego, że coraz wyższe są stawki i ryzyko w ubezpieczeniach, a rolnicy ubezpieczają się w niewielkim stopniu – mówi agencji Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniach rolnych zakłada wyższe dofinansowanie z budżetu składek ubezpieczeniowych na uprawy rolne i zwierzęta gospodarcze (65 proc. zamiast dotychczasowych 50 proc.). Do ubezpieczeń zostali również włączeni producenci warzyw i owoców – dla nich dofinansowanie składek sięgnie 50 proc., do 5 proc. sumy ubezpieczenia. Przy uprawie zbóż, kukurydzy, rzepaku, ziemniaków czy buraków cukrowych dofinansowanie może wynieść 3,5 proc. sumy ubezpieczenia, dla warzyw gruntowych, drzew i krzewów owocowych i truskawek – 5 proc.

Ustawa zapewnia producentom owoców i warzyw gruntowych dostęp do ubezpieczeń z dopłatami z budżetu do składek przy stawkach taryfowych wyższych niż 6 proc. sumy ubezpieczenia tych upraw.

Jak podkreśla, problemem jest to, że zakłady nie chcą ubezpieczać gospodarstw, w których ryzyko jest większe.

Tam, gdzie często występuje susza, nie ma dopłat z budżetu ze względu na zbyt wysoką stawkę. W dolinach rzek, gdzie może wystąpić powódź, zakłady również bronią się przed ubezpieczaniem – podkreśla Szmulewicz. – Pozostałe ubezpieczenia są realizowane – od gradobicia, nawałnic, deszczu czy wiosennych przymrozków. Rolnicy rzadko natomiast ubezpieczają zwierzęta z powodu zbyt wysokich stawek.

Na dopłaty do składek z budżet trafia 200 mln zł, z czego w ubiegłym roku wykorzystano 160 mln zł.

W poprzednich latach dofinansowanie nie było wykorzystywane w całości, dlatego w tym roku dano tę możliwość dofinansowania większego niż 65 proc. – mówi Szmulewicz.

Ministerstwo chce w ten sposób przekonać rolników do ubezpieczeń. Z danych resortu wynika, że z dopłat do ubezpieczeń upraw rolnych korzysta 143 tys. z ok. 2 mln rolników. Jeszcze mniej rolników decyduje się na dopłaty do ubezpieczenia zwierząt. Wykupiło je 426 gospodarstw.

– Powinna być większa powszechność ubezpieczeń – przekonuje Szmulewicz i podkreśla, że rozwiązaniem mogłoby być łączenie ubezpieczeń w pakiety, co mogłoby spowodować obniżkę ich cen. – Najczęściej ubezpieczamy te uprawy, które podlegają pewnemu ryzyku, na przykład rzepak od przymrozków i gradobicia. Gdybyśmy ubezpieczali wszystkie uprawy, to tańsze byłyby ubezpieczenia na te bardziej ryzykowne rośliny – przekonuje prezes KRIR.

Ustawa o ubezpieczeniach skraca z 30 do 14 dni okres karencji, w którym następuje odpowiedzialność ubezpieczyciela po zawarciu umowy obowiązkowego ubezpieczenia upraw rolnych w przypadku powodzi i suszy. Możliwe jest również zawieranie umów na ubezpieczenia z grupą zakładów, które współpracują ze sobą na mocy porozumienia koasekuracyjnego.

Rośnie liczba rozpoczętych budów i pozwoleń na budowę. Druga połowa roku powinna być jeszcze lepsza

Mariusz Kurzac

Do końca czerwca deweloperzy, spółdzielnie mieszkaniowe i osoby fizyczne rozpoczęły budowę o 11,2 proc. większej liczby lokali niż w tym samym okresie rok wcześniej. Rośnie także liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia. Druga połowa roku ma być jeszcze lepsza. Deweloperzy spodziewają się ożywienia wśród klientów.

Po kryzysie, kiedy mieliśmy do czynienia z głębokim spadkiem, zarówno po stronie kupujących, jak i tych, którzy budowali mieszkania, już w zeszłym roku zaobserwowaliśmy ożywienie – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Kurzac, dyrektor generalny analizującej rynek nieruchomości spółki Cenatorium. – Nie możemy powiedzieć, że w tym roku zanotujemy kolejny dynamiczny wzrost, ale widać już, że ten wzrost jest stabilny dla deweloperów, którzy oddali dużą pulę nowych mieszkań, oraz dla kupujących.

Jak wynika z ostatnich, wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym półroczu 2015 roku oddano do użytkowania mniej mieszkań niż przed rokiem, ale znacząco wzrosła liczba pozwoleń na budowę i rozpoczętych inwestycji. Do końca czerwca br. deweloperzy, spółdzielnie i osoby fizyczne (budownictwo indywidualne) skierowały na rynek 63,7 tys. mieszkań, o około 4 proc. mniej niż w tym samym okresie 2014 roku. Rozpoczęto natomiast 80,3 tys. inwestycji (wzrost o 11,2 proc.) i uzyskano pozwolenia na budowę 86,4 tys. mieszkań (o 13 proc. więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku).

Zainteresowanie deweloperów budową nowych obiektów jest stosunkowo duże – ocenia Mariusz Kurzac. – Wydaje się, że druga połowa roku powinna być zdecydowanie lepsza. Ostatnie sześć miesięcy roku zawsze jest lepsze. Szczególnie od sierpnia rośnie zainteresowanie ze strony kupujących. Wiąże się to z tym, że ludzie wracają z wakacji, a studenci za chwilę będą rozpoczynać nowy rok akademicki.

Istotną grupą klientów, która ma wpływ na kształtowanie popytu, będą zdaniem dyrektora generalnego spółki Cenatorium młode rodziny i osoby pragnące poprawić swoją sytuację mieszkaniową. Mająca wejść w życie pod koniec sierpnia nowelizacja ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania łagodzi kryteria kwalifikacji do rządowego program Mieszkanie dla Młodych. Na ten rok limit środków do wykorzystania został ustalony na 715 mln zł. Jak informuje zarządzający programem Bank Gospodarstwa Krajowego, na podstawie wniosków nabywców lokali do końca czerwca zostało wypłacone 296 mln 410 tys. zł, czyli 41,46 proc.

Do tego dochodzą niskie stopy procentowych w Polsce – precyzuje Mariusz Kurzac. – Obawy dotyczące kryzysu w Grecji, Europie czy wojny na Ukrainie w tej chwili nie są już tak wielkie, aby niepokoić konsumentów. Naszym zdaniem w drugiej połowie roku będzie już widać znowu trend wzrostowy. Dlatego deweloperzy budują zdecydowanie więcej.

Zniesiony niedawno obowiązek uzyskiwania zgody na budowę nie będzie jednak – miał zdaniem dyrektora generalnego Cenatorium  znaczącego wpływu na liczbę rozpoczynanych inwestycji w segmencie indywidualnym (domy jednorodzinne). Na rynku, który już od dłuższego czasu znajduje się w stagnacji,  największym zainteresowaniem cieszą się domy na działkach leżących blisko granic dużego miasta (nie dalej niż 10-15 km).

– Nowelizacja w prawie budowlanym powinna dać efekt pozytywny, ale w dłuższej perspektywie – ocenia ekspert. – Widzimy utrzymujący się na dobrym poziomie wzrost gospodarczy, którego kontynuacja jest niezagrożona. Będzie to miało również dobry wpływ na tę część rynku nieruchomości.

Rekordowe wydatki na reklamę sieci handlowych. W II kwartale sięgnęły 308 mln zł

Łukasz Jadaś

Początek sezonu turystycznego i grillowego skłonił sieci handlowe do zwiększenia wydatków na reklamę. W II kwartale przeznaczyły one na promocję 308 mln zł, czyli aż o 36 mln zł więcej niż rok temu i o 24 mln więcej niż w I kwartale. Najbardziej aktywna był Lidl, zaś Biedronka o blisko połowę ograniczyła wydatki. Na emisji spotów najwięcej zarobiła telewizja. Radio jednak niewiele jej ustępowało.

308 mln zł wydały sieci handlowe w Polsce na reklamę w II kwartale tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych Instytutu Monitorowania Mediów. – Oznacza to wzrost o około 20 mln zł wobec poprzednich trzech miesięcy i o 36 mln zł wobec tego samego okresu ubiegłego roku.

Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów (IMM), wydatki promocyjne pierwszej dziesiątki sieci handlowych wyniosły 277 mln zł. Liderem ponownie został Lidl, który na wszystkie reklamy przeznaczył przeszło 121 mln zł, czyli o 22 mln więcej niż w I kwartale. Na drugiej pozycji znalazło się Tesco. Biedronka mocno ograniczyła wydatki, spadając na trzecią pozycję. Jej nakłady wyniosły 28 mln i były o 30 mln zł niższe niż w poprzednim kwartale.

Czołówka największych reklamodawców segmentu handlu w Polsce raczej się nie zmienia – komentuje Łukasz Jadaś. – Od kilku kwartałów widzimy mniej więcej te same marki i nazwy.

Te trzy sieci są też w czołówce pod względem liczby wzmianek w internecie. Liderem jest Biedronka. Na Facebooku, Twitterze, blogach i forach nazwy sieci handlowych padają najczęściej w kontekście promocji i wyprzedaży.

W podziale na media największym reklamobiorcą była telewizja. Promocja na szklanym ekranie kosztowała sieci łącznie ponad 147 mln złotych. Najwięcej zyskały stacje dzięki reklamom Lidla (prawie 70 mln złotych). Carrefour wzbogacił nadawców o 21 mln złotych. Wydatki w radiu wyniosły niewiele mniej, bo 144 mln zł. W rozgłośniach także królowały Lidl i Carrefour, które przeznaczyły na promocję radiową odpowiednio 50 i 20 mln zł.

W spotach telewizyjnych, radiu i prasie widać było sezonowość – wskazuje Łukasz Jadaś. – Reklamodawcy, szczególnie z segmentu handlu, przyzwyczaili nas już do tego, że szybko reagują na to, co się dzieje na rynku, wszelkie możliwe okazje do sprzedaży, promocji, pokazania towarów z półek.

Najdroższą reklamą drugiego kwartału, jak wynika z danych IMM, była kreacja Tesco wprowadzająca w klimat piknikowy hasłem „Dziś kilka słów o pieczeniu – sezon grillowy otwarty”. Lokowanie tego spotu w mediach kosztowało sieć ponad 4,5 mln złotych, a reklama była emitowana ponad 1700 razy.

Oprócz sezonu grillowego okazją do kampanii reklamowych w II kwartale tradycyjnie była majówka, Dzień Matki i Dzień Dziecka – precyzuje Łukasz Jadaś. – To wydarzenia, które bardzo łatwo wyeksponować, łatwo także znaleźć towary, które można wtedy wypromować.

Małe przedsiębiorstwa coraz częściej korzystają z pracowników tymczasowych

Michał Szrajber

Korzystanie z pracowników tymczasowych daje małym firmom możliwość zwiększania lub zmniejszania kadry w zależności od popytu na dane produkty czy usługi. Na rynku przybywa więc agencji zatrudnienia – z 5,5 tys. takich podmiotów ponad tysiąc specjalizuje się w pracy tymczasowej.

Wszystkie agencje pracy tymczasowej są zarejestrowane, w związku z czym na bieżąco można śledzić ich liczbę. Dużo podmiotów powstaje, część upada. Ale jednak cały czas obserwujemy przyrost, więc rynek się rozwija – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szrajber, dyrektor operacyjny Grupy Wadwicz, w ramach której funkcjonuje agencja pracy tymczasowej Wadwicz, oraz przewodniczący Komisji Etyki Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia, dziś działalność prowadzi 5 627 agencji zatrudnienia. Na koniec 2014 roku było ich blisko 100 mniej, a rok wcześniej – ponad tysiąc mniej. Z zarejestrowanych agencji 1 065 specjalizuje się w pracy tymczasowej.

Wraz z rozwojem rynku pracy agencje pracy tymczasowej będą się rozwijały, bo tylko one pozwolą optymalizować firmom koszty – ocenia Michał Szrajber. – Mając pracownika tymczasowego, firma nie musi prowadzić działu kadr. Najczęściej w ramach pracy tymczasowej, w ramach agencji, usług agencyjnych przeprowadzona zostanie rekrutacja, a więc nie trzeba samemu poświęcać czasu na wybór pracownika.

To oznacza oszczędność czasu i pieniędzy. Szrajber podkreśla, że firmy mogą na bieżąco reagować na zmiany popytu, liczby zamówień i klientów.

Jeżeli mamy pracowników zatrudnionych na stałe, prawo nie pozwala nam dynamicznie regulować poziomu zatrudnienia. W pracy tymczasowej jest to możliwe i jest to niewątpliwy plus – wyjaśnia ekspert.

W ciągu 36 miesięcy agencja pracy tymczasowej może skierować pracownika do wykonywania pracy na rzecz jednego pracodawcy przez okres nieprzekraczający łącznie 18 miesięcy.

– Pracownik tymczasowy może dłużej w organizacji pracować, a więc może bardziej się z nią zżyć, nabrać doświadczenia i przez to staje się bardziej wydajny – mówi Szrajber.

Jak podkreśla, z usług agencji pracy tymczasowej chętniej korzystają również małe firmy. Chodzi nie tylko o dużą elastyczność, lecz także o pozapłacowe wynagrodzenie pracowników.

Agencja pracy tymczasowej jako podmiot zatrudniający dużo większą liczbę pracowników niż pojedynczy przedsiębiorca może wynegocjować lepsze warunki, czy to w postaci ubezpieczeń, pakietów medycznych, czy innych pozapłacowych benefitów pracowniczych – przekonuje Michał Szrajber.

Jak wynika z danych Polskiego Forum HR (PFHR), w ubiegłym roku wynagrodzenie pracowników tymczasowych rosło w różnym tempie w zależności od branży. W przypadku specjalistów w dziedzinie ekonomii i zarządzania wzrost wyniósł 0,75 proc., a w przypadku operatorów i monterów maszyn i urządzeń – 10 proc. W żadnym z analizowanych przypadków wynagrodzenie pracownika tymczasowego nie było niższe od minimalnego wynagrodzenia w Polsce. W firmach członkowskich PFHR zdecydowana większość pracowników tymczasowych zatrudniona jest w oparciu o umowy o pracę na czas określony.

Ponad połowa internautów zetknęła się z hejtem w sieci. Co czwarty sam był ofiarą

Piotr Zimolzak

Co czwarty internauta padł ofiarą hejtera. Hejtingu doświadczają zwłaszcza młodzi mężczyźni oraz mieszkańcy wsi i małych miejscowości. 70 proc. użytkowników internetu uważa, że ze zjawiskiem tym należy walczyć, np. poprzez blokowanie adresu IP hejtera lub publikowanie jego zdjęcia. Zdaniem większości internautów hejterzy działają z powodu zawiści i poczucia odrzucenia. 

Z badań przeprowadzonych przez SW Research wynika, że 53,4 proc. internautów zetknęło się z hejtem w sieci. Zazwyczaj miało to postać przeczytania obraźliwego komentarza, jednak co czwarty badany sam padł ofiarą hejtingu. 29 proc. internautów nigdy nie spotkało się z tym zjawiskiem. Hejtingu częściej doświadczają mężczyźni, osoby do 24 roku życia oraz mieszkańcy małych miejscowości i wsi. Zdaniem ekspertów zjawisko to dotyczy przede wszystkim osób, które są w mniejszości.

– Mamy osoby, które zadeklarowały odmienność, np. seksualną, lub były posądzane o taką orientację. Z drugiej strony mamy też dzieci lub krewnych znanych osób, które osiągnęły sukces, lub osoby, które samodzielnie istniały w internecie, niespecjalnie nawet się afiszowały z tym, co robią, ale w pewnym momencie przypadkowo odkryto ich specyficzną cechę, która została wyeksponowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Zimolzak, wiceprezes zarządu SW Research. 

Ponad 50 proc. badanych przez SW Research uważa, że przez hejtera przemawia zawiść i poczucie odrzucenia. Za hejt badani uważają przede wszystkim działania mające na celu skrzywdzenie lub ośmieszenie innej osoby, umieszczanie obraźliwych wpisów, zdjęć lub nagrań, które mają przedstawić innych w złośliwy sposób, a także psychiczne wyżywanie się na innych. Więcej niż co trzeci internauta za hejt uważa pisanie nieprawdy na forach i portalach internetowych.

Zdaniem ekspertów zjawisku hejtingu sprzyja rozwój mediów społecznościowych oraz technologii, która pozwala szybko zmontować złośliwy film lub stworzyć obraźliwą grafikę.

Jeszcze 5 lat temu hejting miał charakter werbalny, ograniczał się do komentarzy czy wpisów. Dziś jest bardziej zaawansowany technologicznie, ale również przyjął bardziej zorganizowaną formę. Wokół hejterów tworzą się określone grupy ludzi, którzy mają jeden cel – niezależnie od tego, czy znają daną osobę czy zjawisko, czy nie – po prostu hejtować dla zaspokojenia własnych potrzeb – mówi Piotr Zimolzak.

Z badań wynika również, że wśród polskich internautów rośnie sprzeciw wobec zjawisku hejtingu. 70 proc. badanych uważa, że należy podjąć walkę z falą nienawiści w sieci. Zdaniem blisko 60 proc. ankietowanych dobrym rozwiązaniem jest usuwanie złośliwych komentarzy przez administratorów danego portalu. Prawie 47 proc. uważa, że administratorzy powinni blokować adres IP hejtera, a internauci powinni mieć możliwość zgłaszania postów jako hejtu. 45 proc. chce karania hejterów według kodeksu karnego. Co trzeci internauta uważa natomiast, że działalność hejterów ograniczy publikowanie ich zdjęć.

– Jest potrzeba stworzenia pewnych grup oddolnych czy organizacji przeciwko hejtowaniu. Takie grupy już powstają. Mimo wszystko powinno to być jednak skoordynowane z działaniami służb, organów ścigania, które stwarzają poczucie gwarancji i przede wszystkim mają dostęp do informacji – mówi Piotr Zimolzak.

Do pozostawiania negatywnych komentarzy pod zdjęciami lub artykułami w sieci przyznaje się mniej niż co dziesiąta badana osoba, głównie mężczyźni. Hejtują oni przede wszystkim zdjęcia i wpisy osób publicznych, zwłaszcza celebrytów. Pozytywne komentarze pozostawia więcej niż co trzecia badana osoba – przede wszystkim ludzie pomiędzy 24 a 35 rokiem życia, mieszkańcy średnich miast oraz osoby, których dochód przekracza 8 tys. zł miesięcznie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Czy warto zainwestować w mieszkanie na wynajem?

Znaczna część nowych mieszkań kupowana jest pod wynajem. Wiele osób zainwestowało w nieruchomości kapitał wycofany z lokat bankowych. Czy zainteresowanie inwestycyjnym zakupem mieszkań jest wciąż duże? Czy będzie maleć? Garść informacji na ten temat dostarczają analitycy portalu Dompress.pl. Oto co sądzą na ten temat przedstawiciele firm deweloperskich.

Tomasz Kaleta, dyrektor ds. sprzedaży LC Corp S.A.

Warto zaznaczyć, że niski poziom stóp procentowych utrzymuje się nieprzerwalnie od ponad dwóch lat, a o kurczącej się puli zakupów inwestycyjnych mówiono już przed rokiem. Póki co, nie obserwujemy spadku zainteresowania mieszkaniami inwestycyjnymi. W ostatnim czasie wprowadziliśmy kilka projektów, które możemy szczególnie polecić tej grupie klientów. Są to: Osiedle Krzemowe w Warszawie oraz Osiedle 5 Dzielnica i IV etap Osiedla Grzegórzecka 77 w Krakowie. W tych inwestycjach średnio 50 proc. transakcji to zakup pod wynajem.

Należy zaznaczyć, że tzw. klienci inwestycyjni to nie tylko osoby poszukujące alternatywy dla niskooprocentowanych lokat. Często mieszkania pod wynajem kupują osoby o stabilnej sytuacji finansowej, jednak nie dysponujące dużą ilością gotówki. Brakujące środki pozyskują z kredytu, którego ratę z nadwyżką pokrywa czynsz z najmu.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Nie obserwujemy spadku liczby kupowanych mieszkań pod wynajem. Nie podzielamy również opinii, że zainteresowanie zakupem inwestycyjnym mieszkań będzie maleć. Ewentualne wyczerpanie środków przenoszonych z lokat bankowych może być równoważone zakupem na kredyt. Do tego zachęcają rekordowo niskie stopy procentowe.
Ponadto inwestowanie w nieruchomości nie znajdzie alternatywy dopóki oprocentowanie depozytów bankowych nie osiągnie konkurencyjnego poziomu rentowności do tego, jaki można osiągnąć z najmu mieszkania, czyli ok. 4,2-4,5 proc. netto rocznie.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Nie obserwujemy spadku liczby chętnych do zakupu mieszkań na wynajem. Rentowność z tego typu inwestycji ciągle utrzymuje się na atrakcyjnym poziomie. Szczególnym zainteresowaniem ze strony osób inwestujących w mieszkania cieszą się np. nasze warszawskie projekty realizowane w Miasteczku Wilanów oraz Stacja Kazimierz, powstająca na Woli.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Zainteresowanie zakupami inwestycyjnymi utrzymuje się na stałym poziomie. Nie przewidujemy zmiany w tym zakresie w drugiej połowie br. roku. Zakup mieszkania w kluczowych lokalizacjach w Polsce zapewnia rentowność netto inwestycji na poziomie zdecydowanie wyższym od lokat bankowych. Jest to alternatywna forma inwestowania o charakterze długoterminowym, ale to jednocześnie mało elastyczny sposób lokowania kapitału. Stąd na tego rodzaju działania decydują się głównie inwestorzy, którzy posiadają zabezpieczone środki finansowe, w dużej mierze są to klienci w 100 proc. gotówkowi.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Jeśli chodzi o środki wycofane z lokat, w dalszym ciągu widzimy bardzo dużą ilość tego rodzaju kapitału na rynku i niesłabnącą aktywność inwestorów. Dodatkowo możemy też liczyć na nowe grupy nabywców o podobnym profilu m.in. powracający kapitał zagraniczny. Być może zwiększy się także aktywność profesjonalnych funduszy inwestycyjnych, kupujących lokale pod wynajem. Dalsze perspektywy dla rynku opieramy także na obserwowanej przez nas bardzo silnej tendencji, dotyczącej tzw. popytu odtworzeniowego, gdzie właściciele swoich pierwszych, często małych mieszkań, zakupionych w okresie boomu, decydują się na zmianę, poszukując większych lub bardziej funkcjonalnych lokali, bardziej dopasowanych do aktualnych potrzeb i stylu życia.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Nieruchomości – kilka lat temu grunty, a obecnie lokale mieszkalne – niezmiennie pozostają jednym z najbardziej popularnych, a zarazem najbezpieczniejszych i najstabilniejszych sposobów lokowania oszczędności i kapitału. W tym aspekcie sytuacja nie powinna drastycznie się zmienić. Indywidualni inwestorzy, czy instytucje nadal będą poszukiwać mieszkań w popularnych lokalizacjach, dynamicznie rozwijających się dzielnicach miast, które mogą odpowiednio zaaranżować, a następnie wynająć. Pod tym względem, jednym z wyróżniających się rejonów Warszawy jest Wola, gdzie prowadzimy swoje projekty mieszkaniowe. Zarówno w Mieście Wola, jak i w Stacji Kazimierz pewna pula lokali nabywana jest w celach inwestycyjnych. Nie prowadzimy szczegółowej ewidencji mieszkań, które kupowane są przez naszych klientów pod wynajem, jednak szacujemy, że w poszczególnych etapach obu projektów odsetek takich lokali oscyluje na poziomie od kilku do kilkunastu procent. W ostatnim czasie nie odnotowaliśmy większych zmian w tym aspekcie.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Obserwujemy zjawisko odwrotne do spadku zakupów inwestycyjnych. Liczba osób kupujących mieszkania na wynajem w naszych inwestycjach stale rośnie. Z naszych analiz wynika, że to przede wszystkim zasługa atrakcyjności oferowanych lokalizacji, jak również przemyślanej struktury mieszkań, ich rozsądnego rozplanowania i oczywiście ceny. Te czynniki wpływają na wybór naszych propozycji przez klientów inwestujących na rynku mieszkaniowym.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Nie zauważamy spadku poziomu zakupów inwestycyjnych mieszkań wśród nabywców w naszych inwestycjach Hubertus w Warszawie i Wolne Miasto w Gdańsku. Mieszkania na wynajem nie są kupowane jedynie za gotówkę. Przy dobrej lokalizacji stopa zwrotu z inwestycji w mieszkanie na wynajem przewyższa często dwukrotnie oprocentowanie kredytu. Dopóki stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie i nie wystąpią inne czynniki niesprzyjające kupowaniu mieszkań, nie ma mowy o załamaniu koniunktury.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Nie odnotowaliśmy spadku zainteresowania inwestycyjnym zakupem mieszkań. Każda z naszych, nowych inwestycji – w Krakowie, Katowicach, czy Wrocławiu – od razu przyciąga inwestorów, którzy chętnie kupują mieszkania pod wynajem. Stąd też w naszej ofercie mamy szeroki wybór mieszkań jedno i dwupokojowych, które najczęściej wybierane są na ten cel. Najlepszym dowodem na niesłabnące zainteresowanie zakupami inwestycyjnymi mieszkań jest osiedle 4 Wieże w Katowicach. Wszystkie kawalerki w tej inwestycji znalazły nabywców po 2 miesiącach od momentu wprowadzenia oferty na rynek, klienci kupowali po kilka mieszkań na raz.

Ewa Gwiazdowska, dyrektor finansowy w Atlas Estates

Z naszych obserwacji wynika, że w ostatnich miesiącach zainteresowanie zakupami mieszkań w celach inwestycyjnych utrzymuje się na podobnym poziomie, jak wcześniej. Nasze doświadczenia z kilku ostatnich lat wskazują, że tego typu transakcje stanowią 20-25 proc. zakupów mieszkań. Utrzymujące się na niskim poziomie stopy procentowe zmniejszają zarówno koszty kredytu, jak i atrakcyjność lokat bankowych, skłaniając większą liczbę klientów do inwestowania w nieruchomości.

Żeby inwestycja w mieszkanie przyniosła oczekiwane zyski, lokal musi spełniać kilka warunków, takich jak dobra relacja stawki najmu do ceny zakupu nieruchomości, lokalizacja umożliwiająca szybki dojazd do centrum miasta, czy bliskość centrów biznesowych lub uczelni. Przykładem inwestycji spełniającej te kryteria jest Atlas Estates jest ConceptHouse Mokotów. Bliskość kompleksu Mokotów Business Park sprawia, że właścicielom położonych tam mieszkań łatwo jest znaleźć chętnych na wynajem spośród osób pracujących w pobliskich biurowcach. Kolejnym przykładem jest inwestycja Capital Art Apartment z doskonałą lokalizacją przy nowo otwartej linii metra.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Inwestowanie w nieruchomości wiąże się z obowiązującymi obecnie niskimi stopami procentowymi, a co za tym idzie mało zyskownym oprocentowaniem lokat terminowych. Nie zaobserwowaliśmy spadku zainteresowania inwestycyjnym zakupem mieszkań, ale spodziewamy się, że chętnych na mieszkania z przeznaczeniem na wynajem zacznie stopniowo ubywać, gdy stopy procentowe pójdą w górę.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Toyota Mirai już dostępna w Europie. Cena od 66000 Euro + VAT

Latem 2000 roku do portu w Rotterdamie została dostarczona Toyota Prius, która trafiła na rynek jako pierwszy samochód hybrydowy w Europie. Słowo „Prius” znaczy „pierwszy” — nowatorski model już 15 lat temu zwiastował nową erę w motoryzacji. Dziś następuje kolejny etap w tym rozwoju, wraz z debiutem w Europie Toyoty Mirai (tłum.: „przyszłość”), wykorzystującej wodór jako paliwo i emitującej wyłącznie parę wodną.

Toyota Mirai
Mirai wykorzystuje wodór do wytwarzania energii elektrycznej, emitując zamiast spalin parę wodną.

Pierwsze egzemplarze Mirai wylądowały 8 sierpnia w mieście Bristol w Wielkiej Brytanii, a 10 sierpnia w Zeebrugge w Belgii.

Jest to punkt przełomowy, rozpoczynający nową erę czystej motoryzacji. Wraz z rynkowym debiutem Mirai i jej systemu ogniw paliwowych, Toyota wprowadza czystą, bezpieczną i emocjonującą technologię, która zmieni oblicze napędów w motoryzacji na kolejne 100 lat. Pierwsze egzemplarze Mirai dostarczymy klientom w Europie już we wrześniu. Podobnie jak 15 lat temu, kiedy wprowadzaliśmy Priusa, dziś czujemy się dumni i podekscytowani, udostępniając w Europie kolejny wielki przełom technologiczny” – powiedział Karl Schlicht, Executive Vice President Toyota Motor Europe.

Toyota Mirai jest pierwszym na świecie seryjnie produkowanym samochodem z wodorowymi ogniwami paliwowymi. Do sprzedaży w Japonii trafiła w grudniu 2014 roku, a od września 2015 będzie oferowana także w Wielkiej Brytanii, Danii i Niemczech. Pojazd wykorzystuje pionierski układ Toyota Fuel Cell System (System Ogniw Paliwowych Toyoty), który uzyskuje energię elektryczną z reakcji wodoru i tlenu, dzięki czemu Mirai nie emituje podczas jazdy ani dwutlenku węgla, ani innych szkodliwych substancji, dając przy tym komfort jazdy i eksploatacji oraz osiągi na poziomie współczesnych samochodów benzynowych.

Szczegóły sprzedaży Toyoty Mirai w Europie

  • Debiut rynkowy: wrzesień 2015.
  • Dostępność na rynkach w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Danii. Od 2017 roku także na nowych rynkach wraz z rozwojem infrastruktury wodorowej.
  • Planowana sprzedaż 50 sztuk (2015) i 100 sztuk (2016).
  • Cena w Niemczech 66000 Euro + VAT.

Data Analytics – D&A podbija rynek

Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej KPMG, aż 97% przedsiębiorstw stosuje zaawansowaną analitykę danych (ang. Data Analytics – D&A) w wybranych obszarach swojej działalności. Zdecydowana większość twierdzi, że podejmuje dzięki temu szybsze (86%) i lepsze (80%) decyzje oraz redukuje ryzyko biznesowe (67%).

Szybki rozwój D&A

Dynamiczny postęp techniczny w ostatnich latach przyczynił się do radykalnego rozwoju zaawansowanej analityki danych. Obecnie przedsiębiorstwa na całym świecie wykorzystują analizy własnych danych oraz danych zewnętrznych, szczególnie pozyskiwanych w internecie, do lepszego zrozumienia biznesu. Jak pokazało badanie, przeprowadzone na przełomie 2014 i 2015 roku przez KPMG wśród 830 przedstawicielach kadry kierowniczej z 15 krajów, firmy wykorzystują obecnie D&A w niemal wszystkich obszarach swojej działalności: zarządzaniu ryzykiem (97%), sprzedaży i marketingu (92%), zarządzaniu finansowym (87%), działalności badawczo rozwojowej (80%), audycie sprawozdań finansowych (77%), łańcuchu dostaw (77%), zarządzaniu podatkami (75%), zasobami ludzkimi (75%) czy alokacji kapitału (74%). Większość pozostałych planuje wprowadzenie wykorzystania D&A w tych obszarach w ciągu najbliższych dwóch lat. Jednocześnie motywacja i powody wykorzystywania D&A również zaczynają się przesuwać w kierunku tworzenia wartości. Prawie połowa (47%) respondentów stwierdziła, że poprawa wydajności jest kluczowym czynnikiem ich aktywności w dziedzinie D&A, a 37% odpowiedziało, że głównym powodem aktywności w obszarze D&A jest potrzeba wzrostu sprzedaży. Tylko jeden na sześciu respondentów wskazał redukcję kosztów jako swoją główną motywację.

Zdecydowana większość dużych przedsiębiorstw inwestuje obecnie znaczące zasoby w rozwój swoich kompetencji w zakresie zaawansowanej analityki danych
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej i dodaje –
Przedsiębiorstwa widzą zdecydowane korzyści ze stosowania D&A. Respondenci badania KPMG wskazywali, że podejmują dzięki temu szybsze (86%) i lepsze (80%) decyzje oraz redukują ryzyka biznesowe (67%).

82% respondentów wskazało, że zaawansowane analizy danych pozwalają lepiej zrozumieć potrzeby i preferencje klientów. Bardzo ważną rolę odgrywa analiza danych pozyskiwanych w internecie – 72% firm stwierdziło, ze wykorzystują portale społecznościowe dla zarządzania swoimi relacjami z klientami. 42% respondentów potwierdziło też, że wykorzystują rozwiązania D&A dla przygotowania ofert lepiej adresujących potrzeby poszczególnych segmentów klientów.

Wzrost konkurencyjności w handlu detalicznym i sektorach usługowych wymusił na przedsiębiorcach zmianę podejścia do D&A. Na najbardziej konkurencyjnym rynku jakim jest USA, 50% firm wskazuje, że dzięki wykorzystaniu D&A wzrasta im sprzedaż.
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Kluczowa rola D&A w zarządzaniu ryzykiem

D&A jako narzędzie można wykorzystać dosłownie w każdym aspekcie funkcjonowania przedsiębiorstw. Jedną z domen gdzie D&A jest, a może być jeszcze lepiej wykorzystywane, jest zarządzanie ryzykiem. Z badania KPMG wynika, że 97% firm deklaruje wykorzystanie D&A w procesie zarządzania ryzykiem, a kolejne 2% planuje korzystać z takich narzędzi w ciągu następnych 12-24 miesięcy.

Tak powszechne wykorzystanie D&A w obszarze zarządzania ryzykiem na pierwszy rzut oka może dziwić. Aczkolwiek nie powinno – to właśnie w obszarze zarządzania ryzykiem na podstawie danych historycznych od lat budowane są modele predykcyjne. Pewnym novum jest natomiast wykorzystanie D&A do oceny ryzyka w procesach. W jaki sposób? W procesach, które zostały zautomatyzowane, których poszczególne etapy są rejestrowane w systemach, każda czynność realizowana przez uczestników procesu pozostawia ślad w systemach. Na podstawie analizy przebiegu poszczególnych transakcji w systemach można łatwo zidentyfikować obszary, gdzie łamane są zasady obowiązujące w firmie. Na tej podstawie można na bieżąco identyfikować obszary, gdzie poziom ryzyka zaczyna się podnosić i odpowiednio reagować. Reagować w momencie kiedy problem powstaje, a nie w momencie kiedy problem „eksploduje” powodując wymierne straty.
– komentuje Krzysztof Radziwon, partner, szef grupy doradczej w zakresie audytu wewnętrznej KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej
– i dodaje
Dane, ich sprawna i dobrze przemyślana analiza, będą stanowiły o pozycji firmy na rynku, o tym czy firma wykorzysta daną jej szansę. Taka teza postawiona w zeszłorocznym badaniu KPMG ‘Driving performance while managing risk. Embedding data and analytics in the business model’, pozostaje w mojej ocenie cały czas bardzo aktualna.

Wyzwania związanie z D&A

Wraz ze wzrostem stopnia zaawansowania zdolności i działań przedsiębiorstw w obszarze D&A wiele z nich zaczyna odkrywać, że największym wyzwaniem nie jest pozyskiwanie wiedzy na bazie posiadanych danych, ale wyciąganie na jej podstawie użytecznych i uwzględniających biznesowe potrzeby wniosków, które ostatecznie przynoszą namacalną i trwałą wartość dla firmy. Nasze dane pokazują, że chociaż wykorzystanie D&A staje się coraz bardziej powszechne, większość organizacji nadal zmaga się z brakiem podstawowych komponentów, niezbędnych do skutecznego przekształcania danych w wiedzę, takich jak zwiększenie wiarygodności i dostępności danych. Więcej niż połowa wszystkich respondentów stwierdziła, że wciąż ma trudności w ocenie jakości i wiarygodności swoich danych.

Głównym problemem związanym z D&A jest więc ocena przydatności i wiarygodności danych. Ma z tym problem 58% przebadanych firm. Blisko połowa respondentów (47%) zwróciła też uwagę na problemy z dostępnością odpowiednich danych. Z kolei zaledwie 14% respondentów twierdzi, że dysponuje wystarczającą ilością odpowiednio wyszkolonych pracowników, aby w sposób efektywny wykorzystywać potencjał D&A.

Olbrzymie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych analityków danych stanowi unikalną szansę dla Polski. Polska słynie na świecie z dobrej jakości kształcenia informatyków i matematyków, a polscy studenci od wielu lat wygrywają międzynarodowe konkursy informatyczne. Kluczowym wyzwaniem jest jednak dostosowanie istniejących programów edukacyjnych do kształcenia analityków danych.
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Branża motoryzacyjna po I półroczu 2015 roku

W pierwszym półroczu 2015 roku zarejestrowano w Polsce 177,8 tys. samochodów osobowych – o 1% więcej niż rok wcześniej, kiedy sprzedaż silnie napędziło tzw. „okienko derogacyjne”. Motocykle biją rekordy, a rejestracje nowych pojazdów użytkowych przyspieszyły kolejny kwartał z rzędu. Ożywienie nastąpiło nie tylko w handlu, ale także w przemyśle motoryzacyjnym. Produkcja sprzedana ulokowanych w Polsce fabryk motoryzacyjnych wyniosła w I półroczu 2015 roku 63,3 mld zł, tj. o 9,2% więcej niż rok wcześniej.

Samochody osobowe: nie udało się uniknąć spadku zakupów indywidualnych, ale zakupy instytucjonalne mają się coraz lepiej

W II kwartale 2015 roku zarejestrowano w Polsce 86,1 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 5,6 tys. mniej niż w poprzednim kwartale, jednak o 10% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Znacząco wzrosły rejestracje nabywców instytucjonalnych (18,9% r/r), jednak zakupy klientów indywidualnych, tj. osób prywatnych i prowadzących działalność gospodarczą, odnotowały spadek (o 4,9% r/r).

W skali całego półrocza rynek nowych samochodów osobowych odnotował nieznaczny wzrost o 1,1% rok do roku. Utrzymanie sprzedaży na takim samym poziomie jak w 2014 roku to jednak obiektywnie bardzo dobry wynik. W 2014 roku rynek był wyjątkowo mocno stymulowany przez okienko derogacyjne. Możemy już chyba mówić o trwałym ożywieniu
– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rekordy bije segment marek premium. W II kw. 2015 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w tym segmencie wyniosła 9,8 tys., czyli wzrosła w stosunku do poprzedniego kwartału o 9,4% i o 20,3% w porównaniu do II kw. 2014 roku. W segmencie marek popularnych wolumen rejestracji wyniósł 76,3 tys. – o 8,8% więcej niż w II kw. 2014 roku, ale o 7,8% mniej niż w I kw. 2015 roku.

W porównaniu do zeszłego roku znacząco wzrosło zainteresowanie mniejszymi limuzynami z klasy E. Z drugiej strony widoczny jest także wzrost sprzedaży małych i średnich aut z segmentów B i C. Na szczególną uwagę zasługuje sprzedaż samochodów z napędami alternatywnymi. Choć w II kwartale szał zakupowy z początku roku minął, to w skali pierwszego półrocza rejestracje tego typu pojazdów były wciąż o 55% większe niż pierwszym półroczu 2014 roku. Ogółem zarejestrowano 2,5 tys. samochodów z napędem alternatywnym, w większości hybryd
– mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Jednoślady: rekordowa sprzedaż motocykli, pogłębienie spadku sprzedaży motorowerów

W II kw. 2015 liczba zarejestrowanych nowych motocykli sięgnęła rekordowego poziomu 9,7 tys. sztuk, tj. trzykrotnie większego niż w II kw. 2014 roku. W całym pierwszym półroczu zarejestrowano ich 13,8 tys. Przyczyną było wprowadzenie w sierpniu 2014 roku możliwości prowadzenia jednośladów o pojemności do 125 cm3 na podstawie prawa jazdy kat. B, co przełożyło się na zwielokrotnienie sprzedaży dużych skuterów i małych motocykli typu street. Rosnące zainteresowanie motocyklami o małych pojemnościach przełożyło się na pogłębienie spadku na rynku motorowerów. W skali całego półrocza rejestracje w tym segmencie były mniejsze o 34% niż rok wcześniej i sięgnęły zaledwie 15,9 tys. szt.

Samochody użytkowe: inwestycje firm dalej przyspieszają

Od początku roku rynek pojazdów użytkowych przyspiesza i to we wszystkich segmentach. Zarówno jeżeli chodzi o lekkie samochody dostawcze, pojazdy ciężarowe, jak i autobusy, mamy za sobą najlepsze półrocze od 2008 roku. Wygląda na to, że ożywienie w inwestycjach firm jest trwałe
– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

W II kw. 2015 roku zarejestrowano 12,4 tys. samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), tj. o 21,5% więcej niż rok wcześniej. W segmencie samochodów ciężarowych o DMC>3,5t zarejestrowano 5,6 tys. pojazdów, co oznacza wzrost o 32,1% w porównaniu do II kw. 2014 roku. Za wzrost odpowiadają wyłącznie ciągniki drogowe. Rynek nowych autobusów wzrósł z kolei o ponad 40% r/r – w tym segmencie zarejestrowano aż 542 pojazdy. W skali całego półrocza zarejestrowano 24,3 tys. samochodów dostawczych, 10,2 tys. pojazdów ciężarowych oraz 929 szt. autobusów.

Przemysł motoryzacyjny: odbicie w Europie sprzyja fabrykom pojazdów w Polsce

Sytuacja na europejskim rynku motoryzacyjnym jest coraz lepsza, choć oczywiście wciąż jesteśmy daleko od wolumenów sprzed kryzysu. Rejestracje wzrosły na niemal wszystkich kluczowych rynkach, które decydują o sytuacji europejskiej motoryzacji: w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i we Włoszech. W ślad za tym rośnie produkcja europejskich fabryk
– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

W I półroczu 2015 roku wartość produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego w Polsce wyniosła 63,3 mld zł, tj. nominalnie o 9,2% więcej niż rok wcześniej. Motorem wzrostu były przede wszystkim samochody osobowe, których wyprodukowano w tym okresie 297,8 tys. – o 14,0% więcej niż rok wcześniej. W skali półrocza nieznacznie wzrosła także produkcja pojazdów dostawczych i ciężarowych (o 2,3% r/r, do 61,2 tys. szt.) oraz autobusów (do 2,3 tys., tj. o 3,8%).

Centrum uslug wspólnych, jak się tam pracuje?

Centra usług wspólnych, centra outsourcingu procesów biznesowych czy centra badawczo-rozwojowe już od kilku lat mocno napędzają polską gospodarkę, a co za tym idzie, są coraz ważniejszym elementem polskiego rynku pracy. Wg. danych ABSL, centra te generują w Polsce już blisko 150 tysięcy miejsc pracy. Gros z zatrudnionych tam pracowników to studenci a także świeżo mianowani absolwenci uczelni wyższych. Jak praca w takich centrach może wpłynąć na rozwój kariery zawodowej? Czy to dobre miejsce na zdobycie pierwszego, poważnego doświadczenia?

Według danych KPMG w Polsce działa już ponad 650 centrów usług biznesowych, które świadczą usługi o charakterze pomocniczym lub administracyjnym dla całej gamy podmiotów. Czemu Polska przeżywa inwestycyjny boom na centra usług wspólnych? Powodów jest kilka, tłumaczy Prezes firmy Sales Concept zarządzającej siecią centrów usług biznesowych grupy Loyd S.A Pan Cezary Lewiński:

– „Nie ma jednego, podstawowego „wabika” dla inwestycji w BPO w naszym kraju. Za atrakcyjność Polski na międzynarodowym rynku SSC odpowiedzialnych jest wiele czynników. Jednym z nich jest dobra, tania i łatwo dostępna infrastruktura biurowa. Wiadomo jednak, że puste powierzchnie biurowe nie zagwarantują wysokiej jakości obsługi procesów biznesowych czy administracyjnych. Niewątpliwym atutem naszego kraju są kadry. Młodzi Polacy są doskonale wykształceni, znają języki obce oraz są chętni do pracy. Według mnie to właśnie dzięki kapitałowi ludzkiemu jesteśmy tak atrakcyjni dla inwestorów.”

Dla wielu osób atutem pracy w tych centrach jest międzynarodowe, wielokulturowe środowisko. W centrach usług wspólnych na różnych szczeblach pracują ludzie z całego świata. Z jednej strony daje to możliwość poznania innych kultur, z drugiej zaś praktyki językowej z native speakerami. Centra usług wspólnych to organizacje gdzie przenikają się różne typy ludzi i pracowników. Z jednej strony pracuje tam wielu wąsko wyspecjalizowanych ekspertów z ogromnym doświadczeniem zdobytym na całym świecie. Z drugiej strony zatrudniani są studenci lub absolwenci, którzy dopiero zaczynają swoją karierę.

– „W naszych strukturach zatrudniamy wielu studentów. Są to osoby, które posiadają już niezbędny poziom wiedzy, znają języki i są chętni do zdobywania doświadczenia. Praca w centrum usług wspólnych wymaga nie tylko wysokiego poziomu wiedzy, równie ważne są umiejętności miękkie i cechy charakteru danego pracownika” – mówi Cezarty Lewiński. „Praca w SSC to początkowo głównie praca w zespole. Dlatego tak jak wspominałem, najważniejsze są tu umiejętności interpersonalne.” – dodaje Lewiński.

Centra usług biznesowych to dobry krok na ścieżce kariery, szczególnie dla studentów. Dają możliwość zdobycia doświadczenia w międzynarodowym środowisku, pracy dla renomowanych klientów, praktycznego wykorzystania znajomości języków obcych i przede wszystkim praktycznego zastosowania zdobytej na studiach wiedzy.

– „Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, aby podczas rekrutacji kandydat z doświadczeniem w BPO lub SSC został źle oceniony.” – mówi Cezary Lewiński. „Wakacje to dobry czas aby poszukać pracy w centrach usług wspólnych. Jak wiadomo to czas urlopów, także w naszej branży. Często potrzeba osób na zastępstwo, to dobra okazja aby pokazać się w SSC lub BPO. Dobra postawa i zaangażowanie może zaprocentować dłuższą współpracą” – kończy Cezary Lewiński.

A czy warto się starać o dłuższą współpracę? Z raportów zarobkowych wynika, że pracownicy z najkrótszym stażem, pracujący na najniższych stanowiskach zarabiają od 2300 do 3000 złotych. Dodatkowo centra usług wspólnych oferują zazwyczaj szeroki pakiet świadczeń pozapłacowych takich jak: dopłaty do zajęć sportowych, dofinansowanie kształcenia czy prywatna opieka zdrowotna.

Spadek transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce

Według raportu DTZ Investment Market Update, w pierwszej połowie 2015 roku wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniósł 801 mln euro, co stanowi spadek o 42% w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego oraz o 50% w stosunku do poziomu z drugiej połowy 2014 r.

Analiza podjęta przez DTZ wskazuje, że spadek ten był spowodowany brakiem transakcji o wartości powyżej 100 mln euro w pierwszej połowie 2015 r. Dominowały transakcje w średnim przedziale cenowym 50-100 mln euro, stanowiąc 72% całkowitego wolumenu. W rezultacie średnia wartość transakcji spadła w pierwszym półroczu 2015 roku do 40 mln EUR, o jedną trzecią w stosunku do analogicznego okresu roku 2014 r.

— Nastroje na rynku poprawiły się, a popyt na nieruchomości komercyjne w Polsce pozostał stabilny. Pojawili się nowi globalni gracze, wcześniej nieinwestujący w Polsce. Szukają oni możliwości penetracji rynku poprzez zakup nieruchomości lub przejęcie dobrze prosperujących platform inwestycyjnych. Osłabienie na rynku w pierwszej połowie roku to rezultat ograniczonej podaży aktywów w segmencie prime — mówi Kamila Wykrota, Dyrektor Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ.

Biura pozostały najpopularniejszą klasą aktywów, odpowiadając za 45% wolumenu transakcji (362 mln EUR) w pierwszej połowie 2015 r. Sektor handlowy odpowiadał za 32% aktywności na rynku (260 mln EUR) a sektor logistyczny 19% (149 mln EUR). W przeciwieństwie do poprzednich lat, inwestorzy chętniej wybierali nieruchomości w miastach regionalnych — 82% inwestycji miało miejsce poza stolicą. Warszawa odnotowała najsłabszą od trzech lat aktywność we wszystkich sektorach. Niechęć do ryzyka u inwestorów słabnie wraz z poprawą nastrojów na rynku i wzrostem aktywności deweloperskiej poza Warszawą. Aktywność na rynku powierzchni biurowych koncentrowała się więc w wiodących lokalizacjach BPO/SSC, z Wrocławiem i Krakowem na czele. Natomiast w sektorze handlowym inwestowano najchętniej w centra handlowe w średnich aglomeracjach, cechujące się wysokim potencjałem wykreowania wartości dodanej. Popyt na nieruchomości logistyczno-magazynowe wzrasta, oczekujemy więc poprawy w tym sektorze w drugiej połowie roku.

Zagraniczni inwestorzy nadal dominują na rynku nieruchomości komercyjnych — zainwestowali 720 mln euro w pierwszej połowie roku, co stanowi 90% całkowitego wolumenu. Od drugiej połowy 2014 r. obserwujemy wzmożoną aktywność reprezentantów kapitału amerykańskiego — w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zainwestowali w Polsce blisko 1 mld euro. Byli oni najbardziej aktywną grupą inwestorów w pierwszej połowie 2015 r., odpowiedzialną za 45% wszystkich inwestycji zagranicznych. Inwestorzy międzynarodowi mieli jedną trzecią udziału w rynku, zaś kapitał niemiecki — 24%.

Biorąc pod uwagę typ inwestora, fundusze pozostały dominującą grupą, inwestując 600 mln euro w pierwszej połowie 2015 r. Spodziewamy się, że fundusze inwestycyjne pozostaną kluczowym typem inwestora, a także oczekujemy większego zaangażowania ze strony zagranicznych inwestorów instytucjonalnych zainteresowanych dywersyfikacją portfela. Oczekujemy także w najbliższym czasie pojawienia się nowych graczy na rynku, zwłaszcza przedstawicieli krajów skandynawskich oraz rejonu Azji i Pacyfiku.

Po słabym początku roku na polskim rynku inwestycyjnym spodziewana jest poprawa sytuacji w drugiej połowie 2015 r. Ponadto Polska może skorzystać na zwiększonym popycie ze strony inwestorów spoza Europy, którzy coraz częściej wybierają nie tylko najpopularniejsze rynki europejskie (jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja). Oczekujemy, że inwestorzy będą nadal przenosić zainteresowanie na rynki regionalne w poszukiwaniu nowych możliwości i większych zwrotów.

— Bieżący rozwój aktywności inwestycyjnej i oczekiwana finalizacja kilku transakcji o znaczącej wartości we wszystkich sektorach rynku powinny wpłynąć na wzrost wolumenu transakcji w drugiej połowie roku. Szacujemy, że wolumen inwestycji w ciągu całego 2015 r. może przekroczyć poziom 3 mld euro — dodaje Kamila Wykrota.