Grupa Azoty ZAK planuje wydać na inwestycje w przyszłym roku ok. 300 mln zł. Prócz nowej elektrociepłowni spółka przeznaczy środki m.in. na prace badawcze

CEO Magazyn Polska

Przyszłoroczne nakłady na inwestycje należących do Grupy Azoty Zakładów Azotowych Kędzierzyn mają wynieść około 300 mln zł, to dwa razy więcej niż w tym roku. Jak zapowiada Adam Leszkiewicz, prezes spółki, prócz kontynuowania budowy nowej elektrociepłowni obejmą one plastyfikator bezftalanowy (środek wiążący, zmiękczający) oraz instalację do produkcji nawozów ciekłych i bazę przeładunkową oraz magazynową. Spółka prowadzi także prace nad nową generacją nawozów wyższej jakości.

Lata 2015, 2016, 2017 będą dla nas bardzo istotne pod względem inwestycyjnym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor podczas Chemical Industry Forum Adam Leszkiewicz, prezes Grupy Azoty Zakładów Azotowych Kędzierzyn. – Ponieważ mamy dużo planów, część z nich ma już zgody korporacyjne, toteż rośnie wartość nakładów, które chcemy przeznaczyć na inwestycje. W tym roku planujemy wydać około 150 mln zł., w przyszłym – podwoimy mniej więcej tę wartość. Oczywiście gros tych pieniędzy to będą wydatki związane z budową nowej elektrociepłowni, ale nie tylko.

Równolegle spółka prowadzi, jak informuje prezes Adam Leszkiewicz, kilka innych projektów o różnej skali i znaczeniu dla przedsiębiorstwa.

Przede wszystkim w pierwszym kwartale przyszłego roku będziemy kończyć i oddawać do użytku inwestycję związaną z nowym plastyfikatorem nieftalanowym – zapowiada prezes. – Po drugie kończymy przedsięwzięcie związane z instalacją do nawozów ciekłych i bazę przeładunkową oraz magazynową związaną z RSM-ami [roztworami saletrzano-mocznikowymi – red.]. Remont dużego magazynu nawozowego na terenie naszej firmy to inwestycja o wartości prawie 20 mln zł. Do tego dochodzą pierwsze etapy realizacji kilkuletnich inwestycji związanych z mocznikiem i amoniakiem. W przyszłym roku na przykład będziemy wymieniać całe wnętrze reaktora, w związku z tym będziemy mieć dłuższy przestój w okresie letnim. Ale to wszystko w sumie składa się na wielkość nakładów inwestycyjnych i środki, których potrzebujemy.

Według Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC) od 30 do 60 proc. produkcji krajowych firm sektora chemicznego (w zależności od sezonu) trafia obecnie na eksport. Nowe inwestycje – zdaniem Izby – mogą poprawić bilans wymiany handlowej Polski z zagranicą. Grupa Azoty ZAK, jak zapowiada jej prezes, rozwijać będzie także bardziej specjalistyczne produkty.

– Chyba nikogo to nie dziwi, bo nie tylko w obszarze chemii widzimy, że świat idzie w stronę indywidualności, coraz mniejszych instalacji, w stronę produktów bardzo specjalistycznych, które znajdują swoją niszę, mają bardzo wąskie zastosowanie, ale dzięki temu także i swoją wartość marżową – tłumaczy Adam Leszkiewicz. – My też takich produktów szukamy. W tej chwili prowadzimy prace badawcze nad kilkoma, które spełniają takie przesłanki, mają być jakościowo lepsze, ale jednocześnie efektywniejsze w sensie plonów.

Jak ostatnio w rozmowie z Newserią zauważył Włodzimierz Karpiński, minister Skarbu Państwa, szansą na dalszy rozwój sektora chemicznego w Polsce będą środki pochodzące z nowej perspektywy unijnej. Według Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez rząd z Komisją Europejską, wspieranie badań, rozwoju technologii i innowacji zostanie zasilone kwotą ok. 10 mld euro, czyli ok. 41,5 mld zł (o 24 proc. większą niż w poprzednim okresie programowania).

Z racji tego, że mamy różne nawozy w Grupie, każda ze spółek prowadzi tego rodzaju prace i myślę, że za kilka lat będziemy mogli skierować do produkcji nowego typu produkty – wskazuje prezes Leszkiewicz. – Dzisiaj też już mamy taką specjalizację. W przypadku Kędzierzyna naszym sztandarowym nawozem jest Salmag, który może mieć różne odmiany: z siarką czy borem. Dodajemy takie elementy i przedstawiamy ofertę bardziej konkretnym odbiorcom. Produkujemy także nawozy specjalne, które eksportujemy na przykład do Skandynawii. Służą one bardziej w terenie leśnym. Mamy także produkty przeznaczone bardziej pod uprawy kukurydzy, inne – zbóż. Jak widać, już dziś dokonujemy specjalizacji w nawozach.

Elektromont czeka na ożywienie gospodarcze w 2015 roku. Spółka liczy na inwestycje finansowane z unijnego budżetu

0

CEO Magazyn Polska

Elektromont czeka na przyszłoroczne ożywienie w polskiej gospodarce. Gdy ruszą inwestycje finansowane z funduszy unijnych, powinny się rozpocząć duże prace przy regulacji Odry. Spółka liczy też na zlecenia związane z budową kolejnych hal fabrycznych dla przemysłu oraz nowe inwestycje w dziedzinie ochrony środowiska.

Spółka specjalizuje się w montażu instalacji elektrycznych w obiektach przemysłowych. W tym roku, do końca III kwartału, jej przychody ze sprzedaży przekraczały 24,4 mln zł i były o prawie 3 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie o 30 tys. zł, przekraczając 384 tys. zł.

– Wbrew temu, co wszyscy przewidywali, że nie obserwujemy bardzo mocnego ożywienia w tym roku ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Błażków prezes zarządu Elektromontu. –  Zresztą to potwierdzają też analizy bankowe, że programy ze środków unijnych jeszcze nie ruszyły i że raczej będzie to perspektywa 2015 roku. Mimo wszystko kilkunastoprocentowy wzrost przychodów to przyzwoity wynik.

Większość kontraktów realizowanych przez Elektromont to inwestycje komercyjne finansowane ze środków indywidualnych. Jeżeli chodzi o środki unijne, to nie przekraczają one 10 proc. przychodów spółki. W czwartym kwartale w branży elektroinstalacyjnej będą raczej finalizowane inwestycje, które zostały wcześniej rozpoczęte.

Najciekawszymi obszarami inwestycyjnymi są na pewno hale przemysłowe. To w naszym portfelu ponad 50 proc. przychodów mówi Marek Błażków. –  Co ciekawe, głównie w branży motoryzacyjnej, o której wszyscy mówili, że przechodzi kryzys, ale właśnie w kryzysie bardzo dużo firm robiło inwestycje, zwiększało moce produkcyjne. Również modernizacje szpitali i inwestycje w zakresie ochrony środowiska, m.in. oczyszczalnie, spalanie.

Podpisania większości nowych kontraktów spółka oczekuje dopiero w przyszłym roku. Pierwsze umowy na inwestycje w 2015 roku zostały już podpisane. M.in. na  rozbudowę fabryki Nifco w Świdnicy, fabryki w Nowej Rudzie dla Umicore, inwestora z branży automotive oraz rozbudowę galerii handlowej Echo Investment w Jeleniej Górze. W sumie wartość nowych umów, które zawał Elektromont, to ok. 12 mln zł.

To są kontrakty, które rozpoczęliśmy w ostatnim kwartale albo pod koniec trzeciego kwartału i które będziemy kontynuowali i w pierwszym, i drugim kwartale przyszłego roku podkreśla prezes Elektromontu. – Oczywiście to nie jest nasze ostatnie słowo, chcielibyśmy żeby w pierwszym kwartale ten portfel sięgnął przynajmniej 20 mln zł, co pozwoliłoby nam spokojnie realizować kontrakty w przyszłym roku. Dlatego startujemy, ofertujemy w wielu, wielu przedsięwzięciach, sądzę, że w najbliższym czasie będziemy mogli tez podać dobre informacje dotyczące kolejnych kontraktów.

Spółka liczy m.in. na inwestycje związane z budowlami hydrotechnicznymi dotyczącymi głównie regulacji Odry. Rozpoczęły się tam już prace, a ich rozmach będzie się zwiększał w związku ze środkami unijnymi wyasygnowanymi na ten cel przez Unię Europejską. Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej szacuje, że na uporządkowanie tej rzeki może zostać wydane 2,3 mld zł.

Widać sporo przetargów, chyba jeszcze dużo przetargów przed nami uważa prezes Marek Błażków. – Także inwestorzy zarówno miast, jak i gmin zaczynają zauważać, że miasta należy zwracać w kierunku rzeki, a nie od rzeki. To dotyczy między innymi Szczecina, Wrocławia. Sądzę, że tu będzie się odbywało sporo inwestycji, a nasze doświadczenia nabyte w trakcie dotychczasowych inwestycji będą powodowały to, że będziemy mogli w tych inwestycjach dalej uczestniczyć.

Kończy się bardzo dobry rok polskich banków. Kolejny będzie trudniejszy

0

CEO Magazyn Polska

Przyszły rok nie będzie już tak zyskowny dla polskich banków jak obecny. Odsetki od kredytów będą niższe, zyski z ubezpieczania klientów spadną, a wydatki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny wzrosną.

W tym roku tylko do końca września –  jak podaje NBP  zysk netto polskich banków sięgnął 13,04 mld zł i był o 11,5 proc. wyższy niż w tym samym okresie w roku 2013. Jednak chwilę później, w październiku, Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP do najniższego poziomu w historii. Wraz z tą decyzją spadło oprocentowanie wielu kredytów, zwłaszcza hipotecznych, a w konsekwencji – spadną i zyski banków.

– Pierwsze półrocze roku 2014 było dużo lepsze niż będzie drugie mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Kolczyński, analityk ratingowy z agencji ratingowej EuroRating. – Natomiast perspektywy na rok 2015 prawdopodobnie będą podobne, jak dla drugiej połowy roku 2014. To oznacza, że sektorowi bankowemu będzie trudno powtórzyć wyniki z obecnego roku, chociażby z uwagi na to, że niskie stopy procentowe wywierają presję na marżę odsetkową, a co za tym idzie – marże odsetkowe banków się zmniejszą.

Banki mogą próbować zwiększyć zyski, podnosząc opłaty i prowizje, na przykład od kart kredytowych. Zdaniem analityka to raczej nie wystarczy, by powtórzyć tegoroczne wyniki.

– Jeżeli chodzi o warunki bankowe, to zależą one od koniunktury gospodarczej zwraca uwagę Kamil Kolczyński. – Jeżeli ona będzie na dobrym poziomie, banki na pewno zwiększą portfel kredytowy, a co za tym idzie – w jakiś sposób zniwelują negatywny wpływ stóp. Natomiast jeżeli chodzi o warunki prawne, na pewno rekomendacja dotycząca bancassurance będzie miała wpływ na przychody banków.

Zgodnie z Rekomendacja U, wydaną przez KNF, od początku kwietnia 2015 r. banki nie będą mogły narzucać swym klientom tego, u kogo mają się ubezpieczyć. Nie będą więc mogły uzależniać przyznania kredytu od zakupu u nich ubezpieczenia. Przychody banków z tego tytułu się obniżą, ale szczególnie odczują to niektóre z nich, te które nadmiernie rozbudowały swą działalność ubezpieczeniową.

– Te banki na pewno wykażą dużo mniejsze przychody z tego tytułu i dla tych banków to może mieć relatywnie większe znaczenie jeżeli chodzi o wynik końcowy – ocenia analityk ratingowy z agencji EuroRating.

Na polską branżę bankową i cały rynek największy wpływ mają największe banki, które są notowane na giełdzie. Od ich sytuacji będzie zależała polityka całego sektora. Zdaniem analityków zmiana cennika jednego znaczącego gracza może spowodować ruch w tym samym kierunku u konkurencji. Dla przyszłorocznych wyników sektora istotne znaczenie, przy niższych przychodach prowizyjnych i odsetkowych, będą miały też koszty prowadzenia działalności. A opłaty banków na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego wzrosną od nowego roku z 1 proc. w tym roku do 1,89 proc. wartości aktywów i zobowiązań pozabilansowych, czyli niemal dwukrotnie.

– Istotnym czynnikiem, jeżeli chodzi o poziom przychodów i wyników banków na rok 2015, może być prawie dwukrotny wzrost opłat dotyczących Bankowego Funduszu Gwarancyjnego podkreśla Kamil Kolczyński z EuroRating. – Szacuje się, że będzie on miał mniej więcej 5 proc. wpływu na wynik. Natomiast realia rynkowe pokażą, jak to się zakończy.

W. Orłowski: Polska w tyle pod względem innowacyjności w porównaniu z rozwiniętymi krajami świata. Potrzebne jest wsparcie ARP w tym obszarze

CEO Magazyn Polska

Polska, jeśli chce nadrobić zaległości wobec krajów zachodnich, musi stawiać na innowacyjność – ocenia prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. To konieczna zmiana, ale trudno będzie nakłonić przedsiębiorców do jej wdrożenia. W tym kierunku idzie Agencja Rozwoju Przemysłu, która do 2020 r. chce przeznaczyć na wsparcie innowacji 1,3 mld zł. 

Innowacyjność to dziedzina, w której cały czas jesteśmy z tyłu w stosunku do bardziej rozwiniętych krajów świata. Wiadomo, że bez podjęcia zmian w tym obszarze, nigdy ich nie dogonimy. To trudne zadanie, podobnie jak trudna była restrukturyzacja odziedziczonych po komunizmie przedsiębiorstw, ale musimy to zrobić, jeśli chcemy dogonić świat w ciągu następnych np. 20 lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Zgodnie z ogłoszoną w tym tygodniu nową strategią ARP chce do 2020 r. przeznaczyć ponad 3 mld zł na wsparcie polskiej gospodarki. Ok. 1,3 mld zł zostanie przeznaczonych na wspieranie innowacyjności. Reszta to środki na restrukturyzację przedsiębiorstw (ok. 1,8 mld zł). W ramach strategii inwestycyjnej nakłady na rozwój dwóch specjalnych stref ekonomicznych należących do ARP (mieleckiej i tarnobrzeskiej) oraz wydatki nowo stworzonych Funduszy Inwestycyjnych Zamkniętych Aktywów Niepublicznych (FIZAN) wyniosą ponad 160 mln zł.

Jak podkreśla prof. Orłowski, restrukturyzacja wciąż pozostaje ważnym filarem działalności ARP. Jej znaczenie będzie jednak nieco mniejsze niż w ostatnich latach, kiedy po PRL-u pozostało w Polsce wiele przedsiębiorstw wymagających pilnych zmian. Teraz coraz większą rolę będzie odgrywało wsparcie firm innowacyjnych, bo jak powiedział prof. Orłowski, zmieniły się wyzwania dla Polski.

Dziś mamy gospodarkę, która jest już sprawna, oczywiście wymaga jeszcze restrukturyzacji, natomiast dziś powinna się zmieniać z gospodarki opartej na pracy fizycznej, nawet jeśli jest dobrze zorganizowana, na gospodarkę opartą na pracy umysłowej, czyli na bardziej innowacyjną, nowoczesną, znacznie bardziej zaawansowaną technologicznie. ARP najwyraźniej znajduje swój obowiązek w rozwijaniu tego – ocenia ekonomista.

Podkreśla, że nowa strategia ARP jest dostosowana do potrzeb gospodarki i jest to dobra zmiana. Przestrzega jednak, że nie będzie to łatwa zmiana. Choć ARP do tej pory również wspierała innowacyjne rozwiązania, robiła to na znacznie mniejszą skalę. Dlatego teraz, jak ocenia prof. Orłowski, zmiana modelu działania będzie wyzwaniem dla instytucji.

Ekonomista dodaje, że trudne jest również samo wspieranie innowacyjności.

Skłonienie gospodarki i przedsiębiorstw do tego, by oparły się na pracy mózgów, innowacyjności, nowych pomysłach i technologiach, jest zadaniem trudnym, bo to jest przejście na zupełnie inny model i inny poziom rozwoju niż ten, który mamy obecnie – uważa prof. Orłowski.

Koniec wielkich prywatyzacji. Przychody z nich zaplanowane na przyszły rok to 1,2 mld zł

CEO Magazyn Polska

Na koniec października przychody z tegorocznej prywatyzacji wyniosły 965 mln zł. W tym roku zostanie zrealizowane ok. 30 proc. planu. W przyszłym roku przychody te mają być na poziomie 1,2 mld zł. Planowane przekształcenia to nie tylko prywatyzacje, lecz także konsolidacje i działania podnoszące efektywność.

– Planowane przychody są na poziomie lekko ponad 1 mld zł – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria minister skarbu państwa Włodzimierz Karpiński. –  Raczej nie stawiamy na prywatyzację tzw. resztówek, prywatyzację branżową małych firm, których mamy jeszcze ponad sto – w tym zakresie nie spodziewamy się wielkich przychodów z prywatyzacji.

Spośród ok. 80 podmiotów planowanych do przekształceń w przyszłym roku, ponad 70 proc. stanowią spółki z mniejszościowym udziałem Skarbu Państwa. Z kolei wśród nich ponad 75 proc. to spółki, w których udział Skarbu Państwa jest na poziomie poniżej 10 proc., czyli tzw. resztówki.

Spółki planowane do objęcia przekształceniami własnościowymi prowadzą działalność m.in. w sektorze transportu, przemysłu metalowego, maszynowego, spożywczego czy drzewnego i papierniczego.

Przekształcenia własnościowe obejmą nie tylko prywatyzacje.

Tych wielkich prywatyzacji już nie ma. Będziemy się starali konsolidować i poprawiać efektywność tam, gdzie jest to możliwe. A podmioty, które nie służą realizacji polityki publicznej, jak choćby polityki bezpieczeństwa energetycznego czy finansowego, i w których państwo nie musi mieć aktywów, będziemy starali się jak najefektywniej sprywatyzować – zapowiada minister skarbu państwa.

Jednym z przykładów konsolidacji było utworzenie Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W tym roku na podwyższenie kapitału zakładowego spółki Skarb Państwa dokonał wniesienia wkładu niepieniężnego w postaci większościowych pakietów akcji 13 spółek, a planowane jest włączanie kolejnych podmiotów.

Znacznie większe mają być dochody z zysku firm, w których Skarb Państwa ma jeszcze akcje. W 2014 roku Minister Skarbu Państwa wykonywał prawa z udziałów w 599 spółkach. Wstępnie szacuje się, że w 2015 r. dochody z tytułu dywidend uzyskanych ze spółek nadzorowanych przez Ministra Skarbu Państwa wyniosą 4,5 mld zł. W tym do końca października przekroczyły 3,6 mld zł.

Poprzez podnoszenie wartości i efektywności tych zasobów, w których mamy udziały, chcemy także aktywnie prowadzić politykę dywidendową, pozwalającą z jednej strony na rozwój tych firm, a z drugiej strony na rentę dla akcjonariuszy, w tym Skarbu Państwa – deklaruje Karpiński.

Najbardziej spektakularną prywatyzacją w przyszłości może być sprzedaż LOT-u. W ubiegłym roku parlament uchylił ustawę o przekształceniu własnościowym przedsiębiorstwa państwowego Polskie Linie Lotnicze LOT. Pozwala to na sprzedaż nawet większościowego pakietu akcji narodowego przewoźnika. Wszystko zależy jednak od realizacji planu naprawczego w spółce.

LOT jest w trakcie procesu restrukturyzacji, który na razie idzie całkiem dobrze – ocenia Włodzimierz Karpiński. – Mamy nadzieję, że spółka będzie stale rentowna. Nie ma już barier ustawowych, żeby ją sprywatyzować. Wtedy będzie można skuteczniej poszukiwać partnera do rozwoju tego biznesu.

W rekordowym 2010 roku przychody z prywatyzacji przekroczyły 22 mld zł. Rok później było to ponad 13 mld zł.

Amica z 30-proc. wzrostem sprzedaży na krajowym rynku w tym roku. Najmocniej rosło zapotrzebowanie na kuchnie, lodówki i zmywarki

0

CEO Magazyn Polska

Amica zapowiada, że w tym roku wykaże ok. 30-proc. wzrost sprzedaży na krajowym rynku. Najszybciej rosło zapotrzebowanie na kuchenki i płyty kuchenne, które stanowią dwie trzecie sprzedaży spółki, oraz na lodówki i zmywarki, które Amica tylko dystrybuuje. Firmie sprzyjała upadłość wrocławskiej fabryki FagorMastercook, głównego konkurenta w Polsce. W przyszłym roku wzrost krajowej sprzedaży może wynieść kilkanaście procent.

Chociaż ten rok był trudny ze względu na sytuację na rynkach wschodnich, to można go podsumować jako dobry – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych spółki Amica Wronki SA. – Na szczęście na innych rynkach, które są dla nas ważne, sytuacja wyglądała dużo lepiej: począwszy od Polski, poprzez rynek niemiecki, skandynawski, aż po nowe rynki, na których jesteśmy od niedawna, i małe, na których byliśmy wcześniej, a obecnie stają się dużymi, takie jak na przykład brytyjski.

Według CECED (Conseil Europeen de la Construction d&HASH39;Appareils Domestiques), komitetu europejskich producentów AGD, rynek tego rodzaju sprzętu wzrósł w br. o około 10 proc. W tym czasie zwiększyła się sprzedaż spółki w większości kategorii objętych badaniem.

Najlepsze były lodówki, pralki, ale również kuchnie, czyli produkty, które są dla nas najważniejsze – informuje Kocikowski. – Poza tym dla nas sytuacja była szczególnie sprzyjająca, bo jeden z naszych głównych konkurentów ogłosił upadłośćWięc poza tym, że rynek urósł, to dla nas zrobiło się na nim więcej miejsca. W związku z tym pokażemy wzrosty na poziomie ponad 30 proc. W segmencie kuchni były one największe. Patrząc procentowo, bardziej pokaźne odnotowaliśmy jednak w kategoriach lodówek oraz zmywarek, czyli towarów, których sami nie produkujemy, a zajmujemy się tylko ich dystrybucją.

Dwie trzecie przychodów spółki generuje sprzedaż kuchni wolnostojących, do zabudowy i płyt grzejnych, czyli produktów wytwarzanych przez przedsiębiorstwo. Jedna trzecia pochodzi z handlu lodówkami, zmywarkami, ale również okapami i pozostałymi kategoriami dużego AGD, to z kolei są artykuły wytwarzane przez innych producentów.

W przyszłym roku, jeśli chodzi o całą grupę Amica, będziemy delikatnie zwiększać udział takich właśnie towarów – zapowiada Kocikowski. – Nie będzie to jakaś dynamiczna zmiana. Cały czas  będzie się utrzymywał udział kuchni w sprzedaży większy niż 60 proc.

Ze względu na jednorazowy efekt upadku konkurenta tegorocznej dynamiki nie uda się powtórzyć w przyszłym roku. Wciąż jednak pozostanie ona dwucyfrowa.

30 proc. w wynikach mniej więcej w połowie było efektem upadłości konkurenta – ocenia Kocikowski. – Gdybyśmy prócz tego zdarzenia tak dobrze zachowywali się w przyszłym roku, to myślę, że kilkanaście procent wzrostu jest możliwe. To dużo mniej niż w tym, ale i tak więcej niż w poprzednich latach, kiedy wzrosty były zaledwie kilkuprocentowe.

Według Wojciecha Kocikowskiego konsument obecnie większą uwagę zwraca na markę. Amica natomiast jest coraz lepiej postrzegana na rynku.

Marki, które nie są znane, nie mają dużych szans powodzenia w Polsce – przekonuje Kocikowski. – Kolejnym kryterium na pewno jest relacja ceny do jakości. Tutaj Amica plasuje się w czołówce, ponieważ nasz indeks cenowy nie jest wysoki, a jakość produktów spełnia oczekiwania najbardziej wymagających konsumentów, szczególnie w kategorii kuchni jestem optymistą.

W trzecim kwartale br. przychody ze sprzedaży spółki wyniosły ponad 535 mln zł (w ub.r. – 445,6 mln zł). Zysk netto ukształtował się na poziomie 22 mln zł (rok temu był blisko dwa razy większy).

W niedzielę „złote” referendum w Szwajcarii. Jego wynik nie wywoła większych zmian w kursie franka

CEO Magazyn Polska

W niedzielę Szwajcarzy zdecydują w referendum o tym, czy ich bank centralny ma zwiększyć rezerwy złota. Ryzyko, że wyniki zachwieją kursem franka, jest jednak niewielkie. Na rynek walutowy znacznie większy wpływ ma to, co dzieje się w USA.

Teoretycznie, gdyby Szwajcarzy rzeczywiście zmusili swoich bankierów do zwiększenia rezerw złota, to ich waluta powinna się wyraźnie wzmocnić. W Polsce z dużym niepokojem myślą o takim rozwoju wypadków posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich, których liczbę szacuje się na 700 tys. osób. W praktyce jednak prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest minimalne.

Wiadomo, że frank szwajcarski ma ustalony maksymalny kurs wymiany do euro. I ten kurs też pewnie będzie za wszelką cenę broniony – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Lefanowicz, prezes zarządu Gerda Broker. – Kolejnym aspektem jest też samo referendum w Szwajcarii, ponieważ patrząc historycznie na referenda w Szwajcarii, ok. 15 proc. z nich kończy się pozytywnym skutkiem.

Zagrożenie nagłym wzrostem kursu szwajcarskiego franka jest tym mniejsze, że silna waluta osłabiałaby tamtejszą gospodarkę. Szkodziłaby np. szwajcarskim eksporterom, których towary nagle by podrożały, więc przestano by je kupować na świecie.

Wbrew opiniom głoszonym przez media, nakręcającym spiralę oczekiwań, ta decyzja, jaka by ona nie była, nie będzie miała większego wpływu na sytuację kredytobiorców, którzy mają zobowiązania w tej walucie, ponieważ jeszcze bardziej umacniający się frank szwajcarski nie służy samym Szwajcarom. I oni sami deklarują, że są w stanie przeznaczyć wszystkie możliwe środki na obronę tego kursu – zwraca uwagę Łukasz Lefanowicz.

Wygląda więc na to, że na rynek walutowy szwajcarskie referendum będzie miało niewielki wpływ. Na pewno znacznie mniejszy niż większe wydobycie ropy w Stanach Zjednoczonych i coraz lepsza kondycja tamtejszej gospodarki. Mniejszy też niż kolejne oczekiwane decyzje Europejskiego Banku Centralnego.

Możemy się spodziewać w najbliższym czasie ogłoszenia dalszej polityki luzowania w Europie – przypomina prezes zarządu Gerda Broker. – Co będzie wpływało na dalsze osłabianie się euro względem dolara. Natomiast po drugiej stronie oceanu mamy cały czas pozytywne tendencje. Zarówno wskaźniki wyprzedzające, jak i dane z realnej gospodarki pozwalają przypuszczać, że Ameryka szybciej wychodzi z kryzysu, a co za tym idzie siła dolara też rośnie.

Ostatnie dane o PKB za II kwartał pokazały, że amerykańska gospodarka urosła o 3,9 proc., podczas gdy spodziewano się wzrostu o 3,3 proc. Natomiast po Europejskim Banku Centralnym można oczekiwać, że zrealizuje on wcześniejsze zapowiedzi działań wzmacniających gospodarkę państw kontynentu, czyli skupu aktywów. To mogłoby osłabić notowania euro, jednak zapowiedziane zostało to już dawno, więc zaskoczeniem dla rynku raczej nie będzie. EBC zbiera się 4 grudnia.

Wydaje się, że te decyzje EBC już są zdyskontowane przez rynek – uważa Łukasz Lefanowicz. – Tutaj nie ma żadnego zaskoczenia. Na poprzednich posiedzeniach, miesiąc i dwa miesiące temu, Mario Draghi zapowiadał te ruchy, więc one nie powinny być zaskoczeniem dla rynku. Dlatego też nie należy się spodziewać jakichś mocnych ruchów na walutach.

Fachowcy bez potwierdzonych kwalifikacji

Polska Rama Kwalifikacji (PRK), nad którą pracuje Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), będzie miała za zadanie uporządkować rodzimy system edukacyjny. Z nowych rozwiązań skorzystają nie tylko osoby uczące się, lecz także te wyłącznie aktywne zawodowo.

Wiele osób po maturze, zamiast iść na studia, podjęło pracę. Przez lata zdobywały umiejętności i doświadczenie zawodowe, których nie potwierdzają żadne certyfikaty czy dyplomy. Nic dziwnego, że droga awansu tych ludzi często jest zamknięta. PRK ma to zmienić. Bez względu na to, czy kształcenie jest formalne (w szkole) czy nieformalne (pozaszkolne), ma być cenione na równi. Każda z tych form nabywania umiejętności pozwoli na zdobycie dyplomu potwierdzającego kwalifikacje na rynku pracy. W ten sposób PRK wesprze proces uczenia się przez całe życie oraz sprawi, że nasze dyplomy będą wiarygodne i rozpoznawalne za granicą. To pomoże w znalezieniu lepszej pracy. Doskonałym przykładem państwa, gdzie funkcjonuje podobny system, jest Francja. Tytuł inżyniera można dostać tam bez studiowania na uczelni wyższej.

Osiągnięte efekty uczenia będą musiały zostać potwierdzone przez uprawnioną komisję. „Odpowiednie procedury i przepisy zagwarantowały, że dyplom uznany w systemie nieformalnym będzie równoważny z dyplomem absolwenta uczelni” – mówi serwisowi infoWire.pl Beata Balińska z IBE.

PRK ma 8 poziomów. Każdy z nich określa wiedzę, umiejętności i kompetencje społeczne danej osoby oraz rodzaj dyplomu. Np. na poziomie 1. jest dyplom ukończenia szkoły podstawowej, na 4. – świadectwo maturalne, na 6. – licencjat, a na 7. – dyplom inżyniera lub magistra

Kryzys na Ukrainie a biznes

Obecny kryzys na Ukrainie nie pozostaje bez wpływu na wiele dziedzin życia, w tym na gospodarkę. Jak w tej trudnej sytuacji radzą sobie na rynku ukraińskie firmy i zachodnie koncerny? Czy obrały jakąś strategię biznesową na przetrwanie czy właśnie w kryzysie upatrują swojej szansy na rozwój? 

Niepewna sytuacja polityczno-społeczna na Ukrainie powoduje wprawdzie zwiększone zapotrzebowanie na produkty pierwszej potrzeby, ale i spadek zainteresowania produktami innowacyjnymi czy luksusowymi. Zależność od importu i słabsza hrywna (w stosunku do dolara i euro), negatywnie wpływają na wskaźnik sprzedaży detalicznej, dotyczy to również handlu on-line. Ukraińskie firmy stosują różne strategie mające pomóc im przetrwać ten trudny okres. W zależności od tego, z jakiego typu problemami musi mierzyć się dana firma, najczęściej podejmowane są działania takie jak: cięcie kosztów i zwalnianie personelu (w pierwszej kolejności najlepiej opłacanych pracowników), obniżanie pensji, zmniejszanie budżetu przeznaczonego na reklamę, nowe kontrakty, odroczenie w czasie wchodzenia na rynki zagraniczne. Część małych firm w ostateczności decyduje się na zawieszenie działalności do momentu poprawy koniunktury gospodarczej.

Start-upy w natarciu

Plusem trudnej sytuacji na rynku jest powstawanie nowych start-upów. Paradoks ten związany jest ze znanym zjawiskiem, że trudne ekonomicznie czasy wyzwalają w ludziach pokłady przedsiębiorczości. Kryzys to dla wielu firm trudny czas, ale jednocześnie niezwykle mobilizujący. Słabsza koniunktura zmusza do zmian w organizacji i działaniu firmy, pozwalających przetrwać najtrudniejszy okres, ale również motywuje ludzi do większej aktywności i samodzielności w działaniu. Zgodnie z teorią „twórczej destrukcji” J. Schumpetera; kryzysy niszczą, ale jednocześnie i tworzą nowe, efektywniejsze przedsiębiorstwa. Możemy to również zaobserwować na rynku ukraińskim.

Jeśli dobrze wykwalifikowane osoby tracą pracę, będą decydować się na rozpoczęcie działalności na własną rękę, nie mogąc liczyć na pomoc z rynku pracy. Efektem tego jest prawie dwukrotnie większa liczba firm rozpoczynających działalność w ostatnich miesiącach na Ukrainie, w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku. Ponadto można zaobserwować wzrost udziałów start-upów typu B2B i B2B2C – mówi Marek Rusiecki, CEO funduszu Xevin Investments prowadzącego inwestycje w Europie Środkowo-Wschodniej, jedynego funduszu z Polski wciąż aktywnego na Ukrainie.

Aniołowie biznesu

Znaczny ruch można również dostrzec po stronie inwestorów i aniołów biznesu. Przed kryzysem, inwestycje rosyjskie miały znaczący wpływ na rynek ukraiński, ale warunki polityczne spowodowały ich masowe wycofywanie się. Wiąże się to z dużym ryzykiem inwestycyjnym, które zawsze wzrasta w niepewnych ekonomicznie czasach. Niektóre inkubatory i akceleratory zniknęły z rynku, a inne zmieniły swój model działania. Cześć akceleratorów z Europy i USA, posiadających specjalistyczną wiedzę, zwiększyło jednak  swoją aktywność na rynku ukraińskim. W ciągu ostatnich miesięcy ponad 10 firm ukraińskich ukończyło lub jest w finalnej fazie realizacji programów inkubacji i akceleracji w Europie, Stanach Zjednoczonych i Azji.

Głównym celem wszystkich przedsiębiorców jest inwestowanie w projekty niezależne od infrastruktury ustawodawczej państwa. Wielu ukraińskich oligarchów oraz zachodnich inwestorów zdało sobie sprawę, że w niespokojnych czasach nie mają możliwości, aby zabezpieczyć swoje aktywa, dlatego szukają projektów, w których ryzyko jest relatywnie niewielkie, a za takie uchodzą projekty internetowe i e-handel. W ostatnim czasie nasz fundusz zainwestował w jeden z takich projektów – klub zakupowy Hilt.com.ua, przed nami być może kolejne inwestycje – mówi Marek Rusiecki.

Inwestorów na Ukrainie (głównie przedstawicieli europejskich funduszy kapitałowych) można podzielić na dwie grupy: jedni wstrzymujący się z inwestycjami w związku z przeciągającym się konfliktem zbrojnym z Rosją i jego negatywnym wpływem na gospodarkę, oraz drudzy, bardziej otwarci na ryzyko, którzy nadal intensywnie poszukują nowych projektów, inwestują, prowadzą aktywne negocjacje lub obserwują projekty na ukraińskim rynku. Szczególnym zainteresowaniem inwestorów cieszy się sektor technologii, w tym projekty infrastrukturalne.

W ostatnich miesiącach powstały na Ukrainie co najmniej 3 fundusze z inwestycjami na łączną kwotę 1,5 mld $. Skupiają się one na zakupach w dziedzinie infrastruktury informatycznej. Mniej aktywni pozostają przedstawiciele amerykańskich funduszy, którzy oceniają ukraińskie projekty jako te o podwyższonym ryzyku. Ponadto, częściej oceniają potencjalne projekty w kontekście możliwości przeniesienia ich działalności na grunt USA, co w przypadku wielu ukraińskich start-upów nie zawsze jest możliwe – mówi Vladimir Pyrozhenko z firmy Hilt.com.ua, działającej w branży e-commerce.

Doświadczeni specjaliści pilnie poszukiwani

W ciągu ostatnich kilku miesięcy na Ukrainie powstało 8 korporacyjnych i prywatnych funduszy zalążkowych prowadzących inwestycje związane z przyspieszaniem lub inkubacją projektów. Zainwestowały one od 100,000 do 500,000$ w firmy rozpoczynające działalność. Głównym ich problemem jest jednak brak wykwalifikowanych specjalistów, mających doświadczenie przy prowadzeniu tego typu projektów.

Doświadczenie wielu ukraińskich firm i zachodnich funduszy z ostatnich miesięcy pokazuje, że kryzys i konflikt zbrojny z Rosją nie wpływa destrukcyjnie na prowadzone przez nich interesy, a wręcz może działać mobilizująco i aktywować działalność wielu nowych podmiotów. Niemniej jednak Ukraina pozostaje krajem o sporym ryzyku inwestycyjnym i do momentu ustabilizowania się sytuacji politycznej, dla wielu tamtejszych firm jest to trudny okres. Kryzys pozwoli im jednak na zweryfikowanie realizowanej do tej pory strategii firmy i dostosowanie jej do nowych okoliczności, a elastyczne podejście do zmieniających się uwarunkowań rynkowych jest w dzisiejszych czasach podstawą sukcesu wielu przedsiębiorstw.

Apator liczy na zamówienia na inteligentne liczniki z całej Europy. Pozwoliłoby to zwiększyć nie tylko przychody, lecz także marże

0

CEO Magazyn Polska

Apator chce optymalizacji kosztów poprzez oferowanie podobnych rozwiązań na rynku polskim i europejskim. Eksport liczników wody i ciepła to już ponad 50 proc. przychodów spółki w tym segmencie, gazu  75 proc. Zwycięstwo w dużych zagranicznych przetargach pozwoliłoby spółce zwiększyć marże i przychody.

Metrix, jedna ze spółek zależnych Apatora, uczestniczy wraz ze swoimi partnerami z konsorcjów w kilku zagranicznych przetargach na instalację inteligentnych gazomierzy. Eksport aparatury pomiarowej w segmencie gazu to już ponad 3/4 przychodów spółki w tej kategorii.

Jeżeli te przetargi zostaną rozstrzygnięte z korzyścią dla nas, będą werdykty przychylne, wówczas powinno się to ujawnić w naszym sprawozdaniu, nie tylko po stronie przychodów, które mogłyby wtedy istotnie wzrosnąć, lecz także marż, bo marża na te inteligentne gazomierze zdecydowanie powinna być lepsza niż ta, którą mamy w przypadku mechanicznych rozwiązań – uważa Andrzej Szostak, prezes zarządu Apatora.

Po trzech kwartałach grupa Apator osiągnęła 517,5 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, o blisko 14 mln zł więcej niż rok wcześniej. Jej zysk netto wzrósł o ponad 9 mln zł do 60,7 mln zł.

O ile w Polsce Apator, który należy do branżowych liderów, w naszej części kontynentu często startuje w przetargach samodzielnie, o tyle na Zachodzie stara się mieć silnych partnerów.

Chcielibyśmy te technologie, którymi dysponujemy, sprzedawać również za granicą –  podkreśla Andrzej Szostak. – Ale wtedy występując raczej w roli tego młodszego partnera, po to, by dzielić się ryzykami i korzystać z kanałów dystrybucji tych naszych dużych partnerów zagranicznych, sprzedając tam technologię, która się dobrze integruje, która jest kompatybilna z tym, co się dzieje w systemach.

Apator działa na rynku, który wymaga nowoczesnych rozwiązań i innowacyjnych produktów, również związanych z tym wysokich wydatków na badania i rozwój. Oferowanie podobnych rozwiązań w Polsce i na rynkach zagranicznych pozwala spółce optymalizować koszty.

Wszystko, co robimy w Polsce, powinno służyć zwiększeniu zdolności prowadzenia sprzedaży poza granicami kraju w oparciu o ten sam portfel urządzeń czy rozwiązań, którymi dysponujemy – deklaruje prezes Apatora. – Tak, żeby na każdy rynek nie tworzyć innych, niezależnych rozwiązań, bo to wiąże się z olbrzymimi koszty po stronie R&I [Research and Innovation, badania i innowacje- red.] i olbrzymim obciążeniem zasobów.

Oprócz liczników gazu dobrze sprzedającymi się produktami spółki są urządzenia do pomiaru wody i ciepła, z których na eksport idzie już ponad połowa. Głównymi rynkami, na które sprzedaje się te produkty są kraje Europy Zachodniej.

– To już jest całkiem duży segment naszej działalności, w którym poziom przychodu z eksportu w sprzedaży zdecydowanie przekracza 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Szostak, prezes zarządu i dyrektor generalny Apatora. – To jest też linia, która ma bardzo dobrą rentowność sprzedaży. Produkty te eksportujemy głównie do krajów Europy Zachodniej, rozwiniętych krajów Unii Europejskiej.

Istotnym rynkiem odbierającym te urządzenia jest także Rosja. Jak zaznacza prezes Apatora, sprzedaż na ten rynek została zrealizowana niemal na poziomie zakładanym w planie na 2014 rok.

– Sprzedaż do Rosji pomimo problemów, o których wszyscy wiemy, była zrealizowana bardzo blisko planowanego poziomu – podkreśla Szostak.

Zakłady Mięsne Henryk Kania stawiają na rozwój organiczny. Na koniec roku chcą podtrzymać tempo wzrostu z trzech poprzednich kwartałów

CEO Magazyn Polska

Zakłady Mięsne Henryk Kania w następnych kwartałach nie planują inwestycji i chcą skupić się na stopniowym wzroście. Jeśli zgodnie z deklaracjami zarządu utrzymają dotychczasowe tempo, przychody spółki w tym roku sięgną 950 mln zł, a wynik netto przekroczy 30 mln zł.

Ostatnie lata były dla spółki okresem intensywnych inwestycji. Zwiększono produkcję i unowocześniono zakłady. Skutkiem są kredyty do spłacenia. Zobowiązania długoterminowe ZM Kania przekraczają dziś 81 mln zł i choć są o 15 mln niższe niż w zeszłym roku, to zobowiązania krótkoterminowe spółki wzrosły o ponad 22 mln zł i dziś sięgają niemal 197 mln zł.

Pozyskaliśmy nowe moce produkcyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Minczanowski, prezes zarządu ZM Henryk Kania. – Wykorzystujemy je. Bardzo nowoczesne maszyny, urządzenia, zwiększające efektywności produkcji, prowadzimy także działania promocyjne, reklamowe, kampanie marketingowe. Na tym się opieramy i takie są w tym momencie nasze plany na przyszły rok.

W tym roku, w ciągu trzech kwartałów przychody ze sprzedaży ZM Henryk Kania przekroczyły 644 mln zł. Były one o 233 mln wyższe niż w tym samym okresie w zeszłym roku. Zysk netto spółki sięgał 20 mln zł i był dwa razy wyższy niż rok wcześniej.

– Kontynuujemy trend wzrostowy – podkreśla Grzegorz Minczanowski. – Chcemy zakończyć rok z podobnymi poziomami wzrostowymi, jak te, które teraz zaprezentowaliśmy za trzy kwartały narastająco i mniej więcej w tym kierunku chcemy dalej konsekwentnie realizować tę strategię, która została nam wyznaczona. Podejmujemy działania operacyjne, żeby zrealizować te wyniki, o których wcześniej mówiliśmy, i tak samo planujemy trendy w przyszłym roku.

W ciągu trzech kwartałów ZM Kania zwiększyły przychody o 57 proc., a wynik netto o ponad 100 proc. Utrzymanie tempa wzrostu oznaczałoby na koniec roku przeszło 950 mln zł przychodów i 30,7 mln zł zysku netto.

Na koniec III kwartału przekroczyliśmy już poziomy z zeszłego roku – zwraca uwagę prezes Grzegorz Minczanowski.  –  Mamy nadzieję, że to tempo uda nam się to utrzymać do końca roku. Takie są nasze plany, nasze zadania jako zarządu i takie działania operacyjne podejmujemy w tym zakresie.

Przy czym wyniki mogą być jeszcze lepsze ze względu na sezonowy wzrost sprzedaży w ostatnim kwartale roku. O nadchodzących miesiącach świątecznych prezes Minczanowski wypowiada się jednak z wyraźną ostrożnością.

Oczywiście, zawsze IV kwartał jest najlepszy, ale nie wiemy na ten moment, na ile nam to zwiększy wyniki. Także ekstrapolujemy powielenie tych wartości i tych trendów wzrostowych, które pokazaliśmy do tej pory – deklaruje.

Spółki mają półtora roku na zmianę procedur przygotowywania raportów. Nowy sposób komunikacji może być szansą na przyciągnięcie klientów i akcjonariuszy

0

CEO Magazyn Polska

Choć już samo przygotowanie do wejścia na giełdę i debiut obligują do uporządkowania sytuacji w spółce i wprowadzają konieczność ciągłej nad nią kontroli, nowe przepisy mają uprościć komunikację, tak by była bardziej zrozumiała dla inwestorów. Zdaniem szefa Stowarzyszenia Emitentów giełdowych to dla spółek szansa na zainteresowanie akcjonariuszy produktami spółek, a klientów – inwestowaniem w nie.

Za półtora roku polskie spółki giełdowe czeka kolejne wyzwanie. 3 lipca 2016 nastąpi zmiana zasad raportowania przez firmy giełdowe. Przepisy unijne zmienią we wszystkich krajach wspólnoty całą architekturę przepisów rządzących tym zagadnieniem.

Tak naprawdę od tej daty spółki będą zobowiązane do publikowania, w pewnym skrócie, tego, co jest ważne, bez dalej idących doprecyzowań. To ważna informacja dla inwestorów. Spowoduje to konieczność opracowania procedur raportowania w spółkach agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Mirosław Kachniewski, prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych podkreśla, że na bieżąco nadzoruje prace nad przygotowaniem polskiego rynku do nowych przepisów. Zanim zaczną one obowiązywać, SEG zamierza przygotować dla spółek wytyczne, które ułatwią im działanie zgodne z nowymi przepisami.

W ciągu najbliższych miesięcy zakończymy przygotowywanie pierwszych, ogólnych rekomendacji dotyczących tego, jak spółki powinny raportować pod nowymi wymogami – deklaruje prezes Mirosław Kachniewski. – Jeżeli pierwsze samoregulacje będą przyjęte przez nas, to spółki będą wiedziały, jak dopasować do nich swoje wewnętrzne procedury, tak aby raportować jak najlepiej, z jednej strony nie obniżając poziomu przejrzystości rynku, z drugiej zaś nie zwiększając swojego zagrożenia ze strony nadzorcy.

Jego zdaniem na nowym sposobie raportowania skorzystać mogą zwłaszcza te spółki, które dostarczają swoje produkty bezpośrednio klientowi końcowemu, czyli konsumentowi. Przykładem są tu firmy energetyczne.

W moim przekonaniu [spółki B2C – red.] w niewystarczającym stopniu wykorzystują możliwość sprzężenia zwrotnego pomiędzy takimi grupami interesariuszy, jak klienci i akcjonariusze – uważa Kachniewski. – Myślę, że lepiej można by to było rozwiązać, żeby akcjonariusze stawali się klientami, a klienci akcjonariuszami tych spółek. To może być sprzęgnięcie tylko warstwy komunikacyjnej oraz pewnego rodzaju specjalnych taryfach związanych z tym, że ktoś jest akcjonariuszem z względnie specjalnymi ofertami akcji dla tych, którzy są klientami.

A liczba debiutów na warszawskiej giełdzie rośnie. W środę na głównym parkiecie pojawiła się 26. w tym roku spółka – WDM Capital, dzień wcześniej zadebiutował VIGO Systems, a to nie koniec, bo w kolejce stoi już kolejna spółka z zatwierdzonym przez KNF prospektem emisyjnym – Selvita. W całym ubiegłym roku debiutów było 23, w 2012 r. – 19. Wejście na parkiet to dla spółek nie tylko szansa na pozyskanie kapitału i podniesienie prestiżu, lecz także na generalne porządki w strukturze, stanie posiadania i komunikacji.

– Wszystko zaczyna się na etapie tworzenia prospektu emisyjnego mówi Mirosław Kachniewski. – Wtedy wychodzą różne kwiatki, doszukujemy się wtedy spółek córek, wnuczek, prawnuczek, pojawiają się kwestie ustalenia praw do gruntów, na których funkcjonuje dana spółka. To wszystko powoduje, że na etapie prospektu mamy do czynienia z bardzo daleko idącym uporządkowaniem struktury biznesowej.

Porządkowanie struktury nie kończy się po sporządzeniu prospektu. Praktycznie od początku, już w trakcie trwania oferty, i później przy raportowaniu władze spółek muszą konfrontować się z inwestorami, dużymi i małymi, krajowymi i zagranicznymi. To oznacza ciągłe prace nad firmą, działania, których celem jest dostosowanie jej do sprawdzonych wzorców. Przygotowanie takich raportów, z których klarownie wynika, na czym spółka zarabia, gdzie są koszty.

– Łatwiej jest później podejmować pewne decyzje dotyczące optymalizacji, kiedy wiemy, jak te wszystko wygląda w spółce podkreśla dr Mirosław Kachniewski, dodając, że stały kontakt z rynkiem i analitykami nie pozwala zarządom spocząć na laurach. –  Analitycy zadają ciekawe pytania dotyczące tego, jak spółka wywiązuje się ze swoich wcześniejszych zobowiązań, jak reaguje na zmiany na rynku, w jaki sposób ma nadal optymalizować swoją działalność i produkcję. To wszystko powoduje, że są takie trzy P:  porządek, przejrzystość i przewidywalność tego rodzaju spółek. Dzięki temu spółki giełdowe są lepsze.

Nadrenia Północna-Westfalia liczy na polskie inwestycje. Chce przyciągnąć innowacyjne firmy

0

CEO Magazyn Polska

Niemieckie regiony zachęcają do inwestycji polskie innowacyjne przedsiębiorstwa. Firmy z Polski lokujące się w Nadrenii Północnej-Westfalii mogą liczyć na takie samo wsparcie, jakie otrzymują firmy niemieckie. To szczególna szansa dla firm działających w sektorze nowych technologii. Dziś Polska jest w pierwszej 10 największych partnerów handlowych regionu.

Dzielimy już w tej chwili doświadczenia w sferze naukowej. Nasze klastry specjalizują się w inteligentnych systemach technicznych. Także w zakresie IT sporo firm niemieckich pracuje z polskimi i implementuje polskie rozwiązania. Myślę, że tę współpracę da się jeszcze rozbudowywać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Günter Korder, Managing Director Operations klastra technologicznego it&HASH39;s OWL (Intelligente Technische Systeme OstWestfalenLippe) z regionu Westfalii Wschodniej-Lippe, w kraju związkowym Nadrenia Północna-Westfalia.

Jak podkreśla Korder, mocną stroną tego kraju związkowego są technologie produkcyjne. To przemysłowe centrum Niemiec, które w ostatnich 20 latach zyskało miano kuźni innowacji. Funkcjonują w nim klastry należące do czołówki najbardziej innowacyjnych w Niemczech. W ramach federalnej High-Tech Strategy wybrano 15 klastrów wiodących, w tym dwa z Nadrenii Północnej-Westfalii (it&HASH39;s OWL jest jednym z nich).

Prezes Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości Powiatu Borken dodaje, że szczególnie interesujący kierunek rozwoju to tzw. technologia 4.0, czyli czwarta rewolucja przemysłowa – wykorzystanie nowoczesnych metod łączności i możliwości stwarzanych przez cyberświat w produkcji przemysłowej. Obydwa te obszary są bardzo atrakcyjne dla polskich przedsiębiorców, a ci, którzy zdecydują się na inwestycję w Niemczech, mogą liczyć na wsparcie finansowe.

‒ W Niemczech istnieje duże wparcie polityczne wszystkich przemysłów innowacyjnych, przede wszystkim firm high-tech. Wszyscy inwestorzy z Polski, którzy zdecydują się współpracować i inwestować w NRW, mogą liczyć na takie zapomogi i zachęty, jakie przysługują firmom lokalnym – podkreśla Günter Korder. ‒ Podobną konstrukcję programów promuje również Polska, mówię tu o programach Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Dr Heiner Kleinschneider, prezes Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości powiatu Borken, który również znajduje się w Nadrenii Północnej-Westfalii, podkreśla, że skorzystać na tym mogą firmy innowacyjne, raczej małe i średnie, zorientowane na ekspansję międzynarodową.

Mamy nadzieję, że takie będziemy przyciągać – mówi dr Kleinschneider. ‒ Polska to kraj sąsiedni, łatwo osiągalny logistycznie, nie tylko Warszawa, a przy tym bardzo dynamicznie się rozwijający. Widzimy tę dynamikę zwłaszcza w dziedzinie innowacji, dlatego uważamy, że warto szukać tutaj kooperantów i inwestować.

Szukanie partnerów do inwestycji było głównym celem seminarium inwestycyjnego, które odbyło się w połowie listopada w Warszawie, z udziałem kilkudziesięciu polskich i niemieckich firm i klastrów oraz przedstawicieli NCBiR oraz Ministerstwa Gospodarki.

Należące do kraju związkowego towarzystwo wspierania gospodarki NRW.INVEST od lat promuje w Polsce region Nadrenii Północnej-Westfalii jako ośrodka innowacji. Polska znajduje się wśród 10 największych partnerów handlowych regionu. W ubiegłym roku wymiana handlowa między NRW a Polską przekroczyła 15 mld euro. Kraj ten jest pierwszym wyborem polskich firm wśród regionów inwestycyjnych zachodniego sąsiada. Już ok. 200 polskich inwestorów otworzyło tam swoje oddziały. Wśród nich są np. Amica International, Raben Logistics, Sanplast Group i Tele-Fonika Kable Central Europe.

Przepisy podatkowe mają być prostsze i przyjaźniejsze. Rada Podatkowa przy ministrze finansów rozpoczyna prace

0

CEO Magazyn Polska

Nowo powołana Rada Podatkowa przy ministrze finansów liczy 25 ekspertów. Będą oni opiniowali propozycje resortu ws. zmian w przepisach podatkowych. Dzięki temu prawo ma stawać się coraz prostsze i przyjaźniejsze dla podatników. Rada ma wspierać resort również we wprowadzaniu zmian w administracji podatkowej i kontroli skarbowej. Wczoraj odbyło się wręczenie nominacji członkom rady i jej pierwsze posiedzenie.

Zakładamy, że eksperci będą służyli nam radami, że będą opiniowali podstawowe projekty zmieniające prawo podatkowe w Polsce. Ale nie tylko prawo podatkowe, zakładamy, że wspomogą nas również w przeprowadzaniu zmian w administracji podatkowej i w kontroli skarbowej – powiedział Janusz Cichoń, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, podczas wręczenia nominacji członkom Rady Podatkowej.

Do kompetencji Rady będzie też należało sygnalizowanie ewentualnych problemów, które mogą się pojawić w związku ze stosowaniem nowych przepisów. Resort liczy też na propozycje dotyczące potrzebnych zmian w prawie, uszczelnienia systemu czy poprawie istniejących regulacji.

Liczymy na to, że swoim doświadczeniem zechcecie się podzielić i zakładamy także, że będziecie przedstawiać nam propozycje zmian w zakresie prawa podatkowego, tak aby było ono przyjaźniejsze, czytelniejsze i jednoznaczne, a w efekcie, abyśmy mogli realizować nasze zadania, zadania państwa zgodnie z oczekiwaniami Polaków, bo to z naszego punktu widzenia najważniejsze – podkreśla wiceminister finansów.

W skład Rady weszło 25 ekspertów zajmujących się prawem podatkowego i reprezentujących świat nauki i biznesu. Według wcześniejszych zapowiedzi w ramach Rady mają zostać powołane cztery zespoły problemowe – dotyczące podatków pośrednich, podatków bezpośrednich, podatków lokalnych oraz administracji podatkowej.

Rada będzie też stanowiła zaplecze dla Komisji Kodyfikacyjnej Ogólnego Prawa Podatkowego, która w ubiegłym tygodniu rozpoczęła działalność. Jej zadaniem jest przygotowanie nowego projektu ustawy, który zastąpi obecną Ordynację podatkową, a także uczestniczenie w całym procesie legislacyjnym nad tym aktem prawnym. Zgodnie z harmonogramem prac Komisji przygotowanie wstępnych założeń powinno zająć ok. czterech miesięcy, a ostateczne założenia nowej ordynacji powinny być gotowe w III kwartale przyszłego roku.

Mam nadzieję, że Rada wpisze się nie tylko w funkcjonowanie ministerstwa, lecz także funkcjonowania polskiego systemu finansów publicznych i systemu podatkowego, co pozwoli nam na stanowienie lepszego prawa w zakresie podatków. To trudna, złożona i skomplikowana materia, ale która decyduje o funkcjonowaniu polskiego państwa. Bez podatków nie bylibyśmy w stanie realizować podstawowych zadań i funkcji państwa – mówi Janusz Cichoń.

Tylko co dziesiąty Polak oszczędza na emeryturę, ale wszyscy chcą utrzymać obecny standard życia

CEO Magazyn Polska

Tylko 8 proc. Polaków oszczędza we własnym zakresie na emeryturę, z tego ponad połowa zaczęła to robić w ostatnich pięciu latach ‒ wynika z „Barometru Nordea”. Pozostali nie robią tego, bo albo ich nie stać, albo wolą wydawać pieniądze na bieżącą konsumpcję. Jednocześnie większość Polaków chce utrzymać obecny standard życia na emeryturze. Tymczasem zdanie się na obowiązkowy system emerytalny oznacza jednak emeryturę znacznie niższą niż ostatnia pensja.

‒ Polacy w niewielkim stopniu oszczędzają na emeryturę. Częściej odkładają na czarną godzinę, nie zdając sobie jednak sprawy z tego, że czarną godziną będzie właśnie ich emerytura – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wilkowiecki, członek zarządu Nordea PTE.

Jak wynika z „Barometru Nordea”, badań przeprowadzonych przez TNS Polska na zlecenie Nordea PTE, 41 proc. spośród nieoszczędzających na emeryturę nie zastanawia się nawet nad wysokością swoich przyszłych świadczeń. Zdawanie się na emeryturę wypłacaną z obowiązkowych składek oznacza jednak znaczny spadek dochodów w stosunku do ostatniego miesięcznego wynagrodzenia, z czego zdaje sobie sprawę mniej niż co trzeci Polak.

Polacy cały czas wolą wydawać na konsumpcję, niż odkładać na przyszłość. Aż 56 proc. nieoszczędzających wydaje wszystkie pieniądze na bieżące potrzeby. Jak przypomina prof. Janusz Czapiński, socjolog i kierownik badań „Diagnoza Społeczna”, już zaraz po transformacji ustrojowej Polacy w miarę możliwości finansowych zaczęli kupować dobra takie, jak nowe AGD i RTV oraz samochody. Mając zbędną gotówkę, cały czas wolimy (lub musimy) ją wydać, niż odłożyć na emeryturę.

Większość Polaków przed 50.‒55. rokiem życia w ogóle nie myśli o emeryturze. Starsi nie myślą, bo wynieśli przeświadczenie jeszcze z PRL-u, że przynajmniej w minimalnym zakresie państwo o nich zadba i nie pozwoli im umrzeć z głodu. A młodsi uważają, że wciąż na oszczędzanie mają czas. Dowodzi tego choćby gotowość podejmowania przez nich pracy na warunkach ograniczających obligatoryjne składki emerytalne (tzw. umowy śmieciowe) – tłumaczy prof. Czapiński.

Oszczędzająca mniejszość kieruje się przede wszystkim obawą o wysokość emerytury. Niemal połowa podkreśla, że wypłaty z ZUS-u i OFE nie pozwolą na godne życie. 29 proc. obawia się wpływu decyzji politycznych na wysokość świadczeń emerytalnych. Niemal tyle samo liczy, że dzięki oszczędzaniu na własną rękę utrzymają na emeryturze aktualny poziom życia.

Eksperci podkreślają, że na oszczędzanie na emeryturę nigdy nie jest za wcześnie. Im wcześniej zaczniemy, tym mniej trzeba odkładać. Dla przykładu 25 latek, który chce zagwarantować sobie dodatkową emeryturę w wysokości 1000 zł, musi odkładać na ten cel 63 zł miesięcznie. Składka wyliczona dla 50-latka wyniesie już ponad 5 razy więcej (zakładany wiek przejścia na emeryturę to 67 lat; wartość wyliczona nominalnie, brutto).

Oszczędzanie na emeryturę nie musi być dużym wydatkiem. Jak wynika z „Barometru Nordea”, 65 proc. osób nieodkładających pieniędzy na starość deklaruje, że teoretycznie mogłoby przeznaczyć na ten cel nawet 196 zł miesięcznie. Również osoby oszczędzające najczęściej asygnują na emeryturę do 200 zł.

Prof. Czapiński dodaje, że Polacy w porównaniu z konsumentami z Europy Zachodniej bardziej ufają bankom. Dlatego wiele osób oszczędza na lokatach, co gwarantuje niewielkie zyski. Natomiast jesteśmy bardziej nieufni wobec III filaru systemu emerytalnego, czyli między innymi dobrowolnych ubezpieczeń IKE i IKZE oferowanych przez ubezpieczycieli.

Ustawodawca przewidział ulgi podatkowe i korzyści podatkowe dla osób korzystających z produktów typowo emerytalnych, takich jak IKE, IKZE. Ale aż 60 proc. Polaków nie zna najbardziej efektywnych sposobów oszczędzania na emeryturę ‒ podkreśla Wilkowiecki i zwraca uwagę na to, że problemem jest brak ogólnej wiedzy na temat oszczędzania.

Według prof. Czapińskiego nie bez znaczenia jest podwyższenie wieku emerytalnego, które daje Polakom fałszywe wrażenie, że można później zacząć odkładać na emeryturę.

Blisko 60 proc. firm, które wychodzą na zagraniczne rynki, odnosi tam sukces

CEO Magazyn Polska

Działalność na zagranicznych rynkach prowadzi 32,2 proc. polskich przedsiębiorstw, o ponad 7 proc. mniej niż w ubiegłym roku. Mimo tego spadku polskie firmy coraz lepiej radzą sobie na obcych rynkach. Ponad połowa z nich odnosi sukces. Eksperci podkreślają, że podstawą sukcesu jest odpowiednia strategia i poznanie rynku, często zupełnie innego od polskiego. W tym ostatnim pomóc mogą podmioty, które już są obecne za granicą.

Ekspansja największych polskich firm to szansa na szybki wzrost polskiej gospodarki. Jak wynika z badań think tanku Poland, Go Global, na zagranicznych rynkach działa obecnie 32,2 proc. firm. Dynamika ekspansji spada – jeszcze w 2013 roku taką działalność prowadziło 39,5 proc. Ponad 10 proc. przedsiębiorstw planuje w ciągu najbliższych lat rozpocząć ekspansję na obce rynki. Dane Bibby Financial Services wskazują natomiast, że małe i średnie przedsiębiorstwa chętnie rozwijałyby działalność za granicą, brakuje im jednak wiedzy na temat innych rynków.

Myślę, że podstawowym elementem potrzebnym do tego, by wyjść na zagraniczne rynki, jest dobrze skrojona strategia, pokazująca jaka ta firma ma być oraz to, czy jej produkt ma być lokalny czy globalny. Jeżeli potrafimy na te pytania odpowiedzieć w strategii, to wyjście na zewnątrz staje się zdecydowanie łatwiejsze. Drugim elementem są, na przykładzie KGHM-u, wyzwania kulturowe. Firma musi przygotować się na tyle, na ile jest to możliwe do pewnych zdarzeń związanych z kulturą krajów, w których będzie się rozwijał biznes – mówi agencji Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź.

W wejściu na zagraniczne rynki pomóc mogą podmioty, które już są na nich obecne. Temu służyć mają takie inicjatywy, jak Poland, Go Global, think tank, który ma być platformą wymiany doświadczeń między polskimi firmami.

Inicjatorem był KGHM, który przejął kanadyjską Quadrę, a wraz z nią zasoby w Chile. Spółka chciała wykorzystać przejęcie i pociągnąć za sobą kolejne firmy. Doszliśmy do wniosku, że będziemy wspólnie promować kwestię internacjonalizacji polskich firm – mówi Paweł Kubisiak, zastępca redaktora naczelnego „Harvard Business Review Polska”, magazynu należącego do ICAN Institute, który przygotował raport na temat globalnej ekspansji polskich firm.

Biznes prowadzony na obcych rynkach przynosi wymierne korzyści. Ponad 35 proc. osób, które działają za granicą, uważa, że właśnie tam łatwiej jest budować przewagę konkurencyjną. Ponad połowa badanych firm uważa też, że zyskowność na tych rynkach jest większa.

Wsparcie firm, które mają szansę na odniesienie globalnego sukcesu, może przyspieszyć internacjonalizację polskiej gospodarki. Badanie „Globalni liderzy przyszłości”, prowadzone przez Poland, Go Global, ma na celu wyłonienie i wspieranie firm z dużym potencjałem. W jego ramach analizie poddano ponad 200 spółek, wyłoniono 15 laureatów.

To małe i średnie firmy, które pokazują, że naprawdę warto wyjść za granicę – mówi Kubisiak. – Nie mają żadnych kompleksów względem innych, nie boją się konkurować na nowych rynkach i robią to z sukcesem – podkreśla ekspert „Harvard Business Review Polska”.

R. Antczak (Deloitte): W najbliższych dwóch latach wzrost PKB na poziomie 3,3-3,5 proc. rocznie. Zagrożeniem mogą być mniejsze inwestycje

CEO Magazyn Polska

Deloitte spodziewa się, że w najbliższych dwóch latach wzrost gospodarczy Polski będzie oscylować w granicach 3,3-3,5 proc. rocznie. W drugiej połowie 2015 i w 2016 roku problemem może być m.in. wyhamowanie inwestycji przedsiębiorstw, które spowoduje, że tempo rozwoju gospodarki zwolni do około 2,7 proc. Wiele będzie zależeć od kondycji gospodarek na świecie, szczególnie w Unii Europejskiej.

Nasze prognozy od dłuższego czasu są dość stabilne – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte. – Spodziewamy się, że wzrost gospodarczy w ciągu najbliższych dwóch lat będzie oscylował w granicach 3,3-3,5 proc. Tylko pamiętajmy, że mamy obecnie do czynienia ze spłaszczeniem cyklu koniunkturalnego. Nie widać na przykład silnej dynamiki wzrostu inwestycji, która mogłaby być impulsem do kolejnego cyklu ożywienia gospodarczego.

Inwestycje nie przyrastają w tempie dwucyfrowym, mimo że w kolejnych latach będziemy mieć do czynienia z potężnym zastrzykiem środków unijnych, które odpowiadają za nawet połowę wzrostu gospodarczego kraju. Zdaniem Antczaka świadczy to o dość rachitycznym odbiciu w polskiej gospodarce. Jak podkreśla, większe turbulencje Polska może odczuwać w II połowie przyszłego roku i w 2016 roku. Wyhamowanie inwestycji może spowodować, że tempo wzrostu PKB obniży się do około 2,7 proc. w całym 2016 r.

To będzie prawdopodobnie moment weryfikacji tego, na ile polska gospodarka przy takim spowolnieniu nie wpadnie na przykład w kolejne problemy z polityką fiskalną – zauważa Antczak. – Bo pamiętamy, że takie problemy pojawiają się, gdy dynamika wzrostu gospodarczego w Polsce spada poniżej 3 proc.

Wiele także zależy od tego, jak będzie przebiegać odbudowa wzrostu gospodarczego w strefie euro i na świecie.

Chociaż Polska jest głównie nakierowana na rynek wewnętrzny, to handel zagraniczny, szczególnie w okresach spowolnienia wewnętrznego, bywał silnikiem, który rozpędzał lub podtrzymywał wzrost gospodarczy – przypomina Antczak. – Niestety, w obecnej sytuacji czynniki zewnętrzne, np. w strefie euro, są bardzo niejasne. Wiemy, że jest deflacja, a w wielu krajach recesja i odbudowa raczej nie nastąpi wcześniej niż w 2016 roku.

Zdaniem ekonomisty wielkość rynku wewnętrznego Polski jest jej atutem. Rozwój większości gospodarek Europy Środkowej i Wschodniej zależy bowiem w dużym stopniu od koniunktury zewnętrznej. W ubiegłym roku sprzedaż zagraniczna Polski odpowiadała za mniej niż 50 proc. PKB, podczas gdy na Węgrzech, Słowacji czy w krajach bałtyckich było to blisko 100 proc.

Polska ma duży rynek wewnętrzny w postaci konsumpcji wewnętrznej i znaczącego udziału inwestycji, które pozwalają w okresach spowolnienia na trochę inną politykę, z której zresztą jak dotąd skutecznie korzystano – mówi Rafał Antczak. – W ostatnich latach jednak, a szczególnie od 2008 roku, wzrost gospodarczy w Polsce oscyluje bliżej 2 proc. I to jest różnica, która większość ekonomistów i przedsiębiorców niepokoi. Nie mamy bowiem do czynienia z odbiciem wzrostu z powrotem do 4-5 proc., które dawałoby szansę na ożywienie inwestycyjne oraz większe wydatki gospodarstw domowych.

Rafako chce wzmocnić obecność na Bałkanach, w Turcji i Indiach. Do 2018 roku spółka przeznaczy 1 proc. przychodów na badania i rozwój

0

CEO Magazyn Polska

Rafako, producent kotłów energetycznych, chce wzmocnić swoją obecność na Bałkanach, w Turcji i Indiach, ale rozważa także wejście do Kazachstanu, Uzbekistanu i Azerbejdżanu. Głównie będą to projekty z gwarancją oszczędności (EPC), ale firma ubiega się także o realizację dostaw dla innych kontraktorów EPC i realizację projektów w formule pod klucz. Korzystając z środków unijnych z nowej perspektywy, Rafako chce inwestować w badania i rozwój.

Na rynkach zagranicznych w pierwszej kolejności będziemy starali się wzmocnić obecność tam, gdzie jesteśmy już znani, czyli na Bałkanach, w Turcji i Indiach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu, dyrektor generalna Rafako. – Patrzymy też na rynki azjatyckie, pomiędzy Chinami a Rosją, czyli takie kraje, jak Kazachstan, Azerbejdżan czy Uzbekistan.

Jak zaznacza, spółka, choć jest mocnym europejskim graczem, nie zamierza wkraczać na wszystkie te rynki jednocześnie, lecz mierzyć siły na zamiary. Realne są przede wszystkim kontrakty typu EPC, czyli umowa o poprawę efektywności energetycznej, zgodnie z którą inwestycje (roboty, dostawa lub usługa) w ten środek są spłacane w miarę uzyskiwania uzgodnionego w umowie poziomu poprawy efektywności energetycznej lub innego uzgodnionego kryterium, np. oszczędności finansowych.

Bardzo poważnie patrzymy na obszary ryzyka – przekonuje Wasilewska-Semail. – Na każdym rynku są one inne. Musimy mieć świadomość tego, że z reguły będą to projekty typu EPC albo zostaniemy dostawcą dla innych kontraktorów EPC. Ale mogą to być także umowy w formule pod klucz ze względu na to, że dostawcy także chcą przenosić ryzyka na swoich kontraktorów.

Do 2018 roku, jak zapewnia Wasilewska-Semail, spółka powinna powrócić do zasady przeznaczania 1 proc. przychodów na badania i rozwój (R&D). W ostatnim czasie Rafako likwidowało tego rodzaju wydatki.

Był to jeden z obszarów, który został ograniczony w związku z problemami finansowymi przedsiębiorstwa. W takiej sytuacji zawsze ogranicza się wtedy budżety badawcze, marketingowe, czyli te wspierające sprzedaż – tłumaczy Agnieszka Wasilewska-Semail. – Na szczęście nie do końca negatywnie wpłynęło to na spółkę. Wciąż mamy szereg kontaktów, umów z uczelniami, instytutami badawczymi i dzięki współpracy z nimi jesteśmy w stanie rozwijać nowe technologie.

O środki na ten cel ubiegać się będzie m.in. w ramach nowej perspektywy finansowej. Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem podpisanym przez rząd z Komisją Europejską, wspieranie badań naukowych, rozwoju technologii i innowacji zostanie zasilone kwotą ok. 10 mld euro (o 24 proc. większą niż w poprzednim okresie programowania). W nowym okresie programowania jednak większy nacisk ma być położony na współpracę między sektorem przedsiębiorstw a światem nauki, tak by rozwiązania innowacyjne szybciej znajdowały zastosowanie.

Są to innowacje i zagadnienia związane z energetyką opartą na bardziej czystych formach dostarczania czy to paliwa, czy sposobu procesu spalania, jego optymalizacji, wykorzystywania mniejszej ilości węgla, czyli zapewnienia wyższej sprawności energetycznej i efektywności instalacji – wskazuje Agnieszka Wasilewska-Semail. – Uważamy, że w tym obszarze będziemy mieli zdolność do pozyskania środków na badania i rozwój w oparciu o fundusze unijne.

Nakłady na R&D będą pochodziły także, jak zapewnia Wasilewska-Semail, ze środków własnych przedsiębiorstwa.

Chcemy, żeby Rafako mogło powrócić w ciągu trzech lat do historycznych wskaźników określających udział wydatków na R&D w przychodach – precyzuje Wasilewska-Semail. – Kiedyś był to 1 proc. i taki udział chcielibyśmy mieć. Im wcześniej uda się go osiągnąć, tym lepiej. Aczkolwiek w naszych planach pojawia się w to okolicach 2018 roku.

Dyrektor generalna Rafako obiecuje także inwestorom intensywniejszą komunikację z rynkiem.

Przede wszystkim chcemy kwartalnie, po każdym wyniku, spotykać się z inwestorami – zapowiada Wasilewska-Semail. – Zakładamy także, że będziemy informować o jakichkolwiek istotnych, dotyczących przyszłości spółki decyzjach. Mogą one być różne, dotyczyć chociażby wchodzenia na nowe rynki czy w nowe obszary działalności. Ale chcemy także przekazywać wiadomości odnoszące się do styku przedsiębiorstwa z inwestorami, czyli na przykład ewentualnego podwyższenia kapitału w formie nowej emisji akcji.

Po dziewięciu miesiącach br. przychody ze sprzedaży producenta bloków energetycznych z Raciborza wyniosły blisko 810 mln zł (w tym samym okresie ub.r. – 562 mln zł). Po stracie netto w wysokości ponad 132 mln zł przed rokiem w tym roku przedsiębiorstwo zakończyło okres styczeń-wrzesień z zyskiem na poziomie 19,4 mln zł.

Kiedy nie trzeba płacić podatku, czyli wszystko o ulgach

0

Budżet państwa ze względu na ulgi podatkowe jest uboższy o ponad 70 miliardów złotych. Pozostałe 10 tracą samorządy. Połowa tej kwoty dotyczy podatków dochodowych od osób fizycznych i prawnych. Portal Money.pl przygotował zestawienie, jak można legalnie obniżyć płacony podatek, a w niektórych sytuacjach nawet całkiem go uniknąć.

W podatku dochodowym od osób fizycznych prawie 12 miliardów złotych to zwolnienia o charakterze rodzinnym i socjalnym, w tym preferencje z tytułu wspólnego rozliczenia z małżonkiem (3,1 miliarda) oraz ulga na dziecko (5,7 miliarda złotych). Jak przewiduje Money.pl, globalna kwota wynikająca z tej ostatniej z pewnością będzie jeszcze wyższa w związku ze zwiększeniem od przyszłego roku przez rząd ulgi na trzecie i każde kolejne dziecko. Nowe stawki obowiązywać będą już w rozliczeniach za 2014 rok.

Preferencje w PIT o najwyższej wartości

Preferencje o najwyższej wartości w PIT Wartość preferencji
(mln zł)
Odsetek PKB
Źródło: Ministerstwo Finansów
Ulga na dzieci 5 699 0,36%
Łączne opodatkowanie dochodów małżonków 3 067 0,19%
Zwolnienie świadczeń rodzinnych, dodatków rodzinnych i pielęgnacyjnych 1 582 0,10%
Zwolnienie świadczeń rehabilitacyjnych 871 0,05%

 

Ulgi prorodzinne

Ulga na dziecko jest najpopularniejszym ze zwolnień lub zmniejszeń podatku, wykorzystywanym przez podatników. Rocznie z tego tytułu podatki Polaków są mniejsze o około 5,7 miliarda złotych. Przysługuje ona z tytułu wychowywania małoletnich dzieci osobom, które:

  • wykonywały władzę rodzicielską,
  • pełniły funkcję opiekuna prawnego, pod warunkiem że dziecko z nimi zamieszkiwało,
  • sprawowały opiekę poprzez pełnienie funkcji rodziny zastępczej na podstawie orzeczenia sądu lub umowy zawartej ze starostą.

Z udogodnienia nie mogą jednak skorzystać rodzice (lub opiekunowie), którzy za rok podatkowy osiągnęli dochód (przy rozliczeniu wspólnie z małżonkiem) w wysokości przekraczającej 112 tysięcy złotych lub 56 tysięcy – jeśli rozliczają się samodzielnie. Do 2014 roku od podatku można było odpisać:

  • na pierwsze dziecko 1112,04 zł;
  • na drugie 1112,04 zł,
  • na trzecie 1668,06 zł,
  • na czwarte i kolejne dzieci w rodzinie 2224,08 zł.

Zgodnie z nowelizacją ustawy o ulgach podatkowych dla rodzin wielodzietnych, którą w poniedziałek podpisał prezydent Bronisław Komorowski, kwoty te ulegną zmianie, jeśli chodzi o trzecie i każde kolejne dziecko (na trzecie będzie to 2000,04, a na czwarte i kolejne – 2700 złotych). Bez zmian z kolei – jak przypomina Money.pl – pozostaną ulgi na dwoje pierwszych dzieci oraz limity, które uprawniają do skorzystania z ulgi (56 tysięcy dla samotnego rodzica i 112 – dla małżeństwa rozliczającego się wspólnie). Nowe przepisy będzie można stosować już w rozliczeniach za 2014 rok.

Obowiązku podatkowego nie rodzą również inne świadczenia rodzinne otrzymane na podstawie przepisów o świadczeniach rodzinnych oraz inne, na przykład:

  • dodatki rodzinne,
  • dodatki pielęgnacyjne,
  • świadczenia pieniężne otrzymane w przypadku bezskuteczności egzekucji alimentów,
  • zasiłki porodowe.

Pobieranie każdego z tych świadczeń nie jest bowiem w rozumieniu przepisów podatkowych przychodem – dlatego nie trzeba od niego płacić podatku.

Ulgi dla krwiodawców

Osoby, które honorowo oddają krew również mogą pomniejszyć dochód, od którego obliczany będzie podatek. Z ulgi nie mogą jednak skorzystać osoby, które rozliczają się podatkiem liniowym lub na podstawie karty podatkowej.

Każdy litr oddanej krwi (lub osocza) jest wart 130 złotych. Tę kwotę można w zeznaniu rocznym odliczyć od dochodu. Nie można jednak tego robić w nieskończoność i to nie tylko ze względów zdrowotnych. Całkowita kwota odliczenia (liczona w sumie z darowiznami na cele religijne i szlachetne) nie może bowiem przekroczyć 6 procent dochodów – przypominają eksperci Money.pl.

Ulga internetowa już tylko dla nielicznych

W zeznaniu podatkowym za 2014 rok niewielu podatników będzie mogło skorzystać z ulgi na internet. Po zmianie przepisów bowiem to prawo przysługuje tylko przez dwa lata (muszą następować po sobie). Za bieżący rok będą mogli ją odliczyć tylko ci, którzy nie zrobili tego wcześniej lub za 2013 rok odliczyli ulgę po raz pierwszy. Pozostali tego prawa mieć nie będą. Maksymalna kwota odliczenia nie może jednak przekroczyć 760 złotych.

Ulgi podatkowe to narzędzie, które pozwoli na zmniejszenie podatku dochodowego. Są jednak również takie dochody, w których obowiązku jego zapłaty nie ma wcale.

Sprzedaż nieruchomości

W 2015 roku po raz pierwszy nie będzie już można skorzystać z ulgi meldunkowej, która pozwalała wielu ludziom uniknąć podatku (nie płacili go ci, którzy w sprzedanym mieszkaniu byli zameldowani przynajmniej przez rok). Na szczęście, w wielu przypadkach nadal nie trzeba będzie oddawać pieniędzy fiskusowi. Dotyczy to jednak tylko przypadków sprzedaży, która miała miejsce w ciągu 5 lat od końca roku, w którym nieruchomość została wybudowana, kupiona lub otrzymana (w formie spadku lub darowizny). Podatku nie zapłacą zatem ci, którzy w 2014 roku sprzedali nieruchomość otrzymaną (zakupioną lub wybudowaną) przed 1 stycznia 2009 roku.

Sprzedający nie zapłaci podatku również wtedy, jeśli po zbyciu nieruchomości w ciągu dwóch lat przeznaczy wszystkie uzyskane w ten sposób pieniądze na cele mieszkaniowe – pisze Money.pl. Jeśli w ten sposób spożytkuje tylko część przychodu ze sprzedaży, to od pozostałej kwoty będzie musiał zapłacić podatek.

Spadek lub darowizna? Nie zawsze zapłacisz podatek

Co do zasady, od spadku i darowizn trzeba odprowadzić podatek, jednak obowiązek ten powstaje dopiero, gdy przekracza on jeden z ustalonych limitów. To, który z nich obowiązuje podatnika, zależy od stopnia pokrewieństwa z osobą, od której otrzymuje darowiznę lub po której dziedziczy spadek. W tym celu rozróżnia się trzy grupy podatkowe:

  • pierwsza, do której należą: małżonkowie, wstępni (rodzice, dziadkowie, pradziadkowie), zstępni (dzieci, wnuki, prawnuki), pasierb, ojczym, macocha, rodzeństwo, teściowie, zięć oraz synowa
  • druga, obejmująca: zstępnych rodzeństwa (na przykład dzieci siostry, wnuki brata), rodzeństwo rodziców (ciotki, wujowie), zstępnych i małżonków pasierbów, małżonków rodzeństwa i rodzeństwo małżonków, małżonków rodzeństwa małżonków (na przykład mąż szwagierki), oraz małżonków innych zstępnych (na przykład mąż wnuczki),
  • trzecia, do której zalicza się wszystkich pozostałych podatników.

W przypadku pierwszej grupy podatkowej spadek lub darowizna nie podlega opodatkowaniu, jeśli nie przekracza kwoty 9637 złotych, dla drugiej – 7276 oraz dla trzeciej – 4902. Jeśli wartość będzie wyższa, to podatek należy zapłacić według obowiązującej stawki.

Niekiedy podatku można uniknąć nawet, jeśli wartość otrzymanego lub odziedziczonego przedmiotu (lub gotówki) przekracza ustalone limity. Zwolniona z daniny publicznej, niezależnie od wartości, jest bowiem darowizna (lub spadek) otrzymana od tak zwanej zerowej grupy podatkowej. Należą do niej:

  • zstępni (dzieci, wnuki itd.),
  • wstępni (rodzice, dziadkowie itd.),
  • małżonek (mąż, żona)
  • pasierb, ojczym, macocha,
  • rodzeństwo (brat, siostra).

W takim przypadku podatnik musi złożyć formularz SD-Z2 do 6 miesięcy od momentu otrzymania darowizny lub spadku. Bardzo ważne – jak podkreślają autorzy poradnika Money.pl – jest, aby darowizny nie przyjmować w gotówce. Jeśli bowiem obdarowany to zrobi, a urząd skarbowy się o tym dowie, to zwolnienie z podatku nie obowiązuje nawet, jeśli darczyńcą była osoba należąca do zerowej grupy podatkowej.

Stypendia

Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych, opodatkowaniu nie podlegają przyznawane przez szkoły i uczelnie wyższe:

  • stypendia otrzymywane na podstawie przepisów o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki,
  • stypendia doktoranckie oraz
  • inne stypendia naukowe i za wyniki w nauce.

Podatku nie trzeba również zapłacić od stypendium socjalnego otrzymywanego przez studenta ze środków uczelni, ale również na przykład z budżetu państwa lub jednostki samorządu terytorialnego.

Prezesi PTE nie muszą znać języka polskiego

0

Biorąc pod uwagę fakt, że członkowie zarządów Powszechnych Towarzystw Emerytalnych nie są osobami pełniącymi funkcje publiczne, bezzasadne jest nakładanie na nich rygorów znajomości języka polskiego – uważa Konfederacja Lewiatan.

Projekt ustawy z 28 października 2014 r. o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych zakłada wprowadzenie obowiązku posługiwania się językiem polskim przez osoby zasiadające w zarządzie PTE. Proponowany art. 41 ust. 1a ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych nakładałby na dwóch członków zarządu towarzystwa emerytalnego, w tym prezesa zarządu, którzy są cudzoziemcami lub obywatelami polskimi na stałe zamieszkałymi za granicą, obowiązek posiadania urzędowego poświadczenia znajomości języka polskiego, po zdaniu egzaminu przed państwową komisją egzaminacyjną.

W uzasadnieniu projektu brak jest wyjaśnienia celowości wprowadzenia takich rozwiązań. Ograniczono się jedynie do lakonicznego stwierdzenia, że wprowadzane przepisy będą służyć zwiększeniu mobilności zawodowej i edukacyjnej osób, dla których język polski jest językiem obcym. Wydaje się to być mało wyczerpującym wyjaśnieniem, a sama propozycja takich rozwiązań budzi znaczne wątpliwości.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan PTE są podmiotami prywatnymi i ingerowanie w skład ich władz, do czego proponowana zmiana w ustawie o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych pośrednio mogłaby prowadzić, jest nieuzasadnione. Członkowie zarządów PTE mają przede wszystkim kompetencje zarządcze względem PTE. Akcjonariuszami PTE są podmioty prywatne. Członkowie zarządu nie są więc osobami pełniącymi funkcje publiczne, gdyż PTE, nie są w żaden sposób finansowane przez państwo.

Co więcej, ani towarzystwa emerytalne, ani też członkowie zarządów towarzystw nie są objęte zakresem obowiązywania ustawy o języku polskim, która znajduje zastosowanie do organów publicznych, państwowych, czy samorządowych. Stąd też brak jest podstawy prawnej do stosowania wobec nich regulacji dotyczących urzędowego poświadczenia znajomości języka polskiego.

Konfederacja Lewiatan

Na walce z patologiami nie mogą stracić uczciwi przedsiębiorcy

Konfederacja Lewiatan z niepokojem obserwuje wzrost przestępczości podatkowej i popiera Ministra Finansów w działaniach mających na celu zapobieganie wyłudzeniom podatku VAT. Podkreśla jednak, że walka z patologiami nie może odbywać się kosztem podmiotów uczciwych, działających na rynku w celu osiągania korzyści z tytułu sprzedaży oferowanych dóbr i usług, a nie z tytułu oszustw podatkowych.

Projekt z 7 listopada 2014 r. nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Prawo zamówień publicznych zawiera rozwiązania bardzo istotne z punktu widzenia przedsiębiorców. Zmiany mają na celu uszczelnienie systemu rozliczeń podatku VAT, ze względu na rosnącą skalę wyłudzeń tego podatku i coraz większe straty budżetu państwa.

Ze względu na dużą skalę oszustw podatkowych w obszarze „handlu” elektroniką w projekcie zaproponowano objęcie tzw. odwrotnym obciążeniem sprzedaży, m.in. telefonów komórkowych, laptopów, tabletów, konsoli do gier. Mechanizm ten, polega na tym, że dokonujący dostawy towarów nie rozlicza od sprzedaży należnego podatku VAT. Sprzedaż jest dokonywana w cenach netto. Podatek należny jest rozliczany przez nabywcę towarów i stanowi dla niego jednocześnie podatek naliczony podlegający odliczeniu.

– Projekt nie jest pozbawiony wad, choć odstąpiono zgodnie z postulatami Konfederacji Lewiatan, od określenia dziennego limitu sprzedaży towarów, po przekroczeniu którego sprzedaż miała zostać objęta mechanizmem odwrotnego obciążenia i zaproponowano limit transakcyjny, to nadal to rozwiązanie wywołuje spore wątpliwości. Przykładowo, w kontekście definicji „jednolitej gospodarczo transakcji” – jak interpretować umowy ramowe na dostawy towarów? Czy limit 20.000 zł należy oceniać w jakimkolwiek horyzoncie czasowym, czy też w kontekście obowiązywania umowy? Należy zauważyć, że dla umów ramowych podatnik może nie być w stanie przewidzieć, czy limit zostanie w ogóle przekroczony i w jakiej perspektywie czasowej to nastąpi (tygodnia, roku, 5 lat?). Jak kwalifikować dostawę telefonów przez operatorów wraz
z umowami abonamentowymi czy też dostawy telefonów w ramach jednej umowy, na podstawie aneksów zawieranych co rok lub dwa lata? – mówi Przemysław Skorupa, członek Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan, doradca podatkowy w Deloitte.

W związku z wątpliwościami dotyczącymi przyjętego limitu oraz trudnościami analityczno – ewidencyjnymi, zasadnym jest wprowadzenie rozwiązania polegającego na możliwości dobrowolnej rezygnacji z limitu przez strony transakcji (w formie pisemnego wzajemnego porozumienia) oraz stosowania mechanizmu odwróconego obciążenia we wszystkich transakcjach odnoszących do danych dostaw. Rozwiązanie to pozwoli na ułatwienie prowadzenia dokumentacji. Nie wpłynie ono na skuteczność funkcjonowania mechanizmu odwróconego obciążenia w odniesieniu do zwalczania oszustw podatkowych, a jedynie zminimalizuje negatywne efekty proponowanych przepisów dla funkcjonowania podmiotów posiadających stałych kontrahentów, którzy nabywają duże wolumeny towarów.
Lewiatan postuluje również wyłączenie w stosowaniu reverse charge w przypadku obrotu sprzętem elektronicznym, gdy podatnik rejestruje obroty za pomocą kasy rejestrującej (ponad 50% obrotu). Wprowadzenie mechanizmu odwrotnego obciążenia u podmiotów prowadzących sprzedaż detaliczną i rejestrujących cały obrót sklepowy za pomocą kas fiskalnych nie jest uzasadnione celem tego mechanizmu, a wprowadzenie w życie planowanych rozwiązań może doprowadzić do rozszczelnienia systemu podatkowego na poziomie handlu detalicznego.

Konfederacja Lewiatan

W tym roku rekordowe zbiory upraw przeznaczonych na biopaliwa

W tym roku padnie rekord zbiorów upraw przeznaczonych na produkcję biopaliw. Samego rzepaku będzie 3,2 mln ton. Uprawą zajmuje się ponad 80 tys. gospodarstw rolnych w Polsce. Biopaliw zużywa się w naszym kraju coraz więcej – w tym roku ich udział wyniesie 7,1 proc. Do 2020 r. powinno to być 10 proc.

Sytuacja na rynku wytwórczym biopaliw wydaje się w miarę stabilna. Narodowy Cel Wskaźnikowy, który określa minimalny udział biopaliw wprowadzanych w danym roku, jest konsekwentnie realizowany. W  2014 roku wynosi on, podobnie zresztą jak w roku ubiegłym, 7,1 proc. Docelowo, czyli do roku 2020, ma wzrosnąć do 10 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw.

Stępień podkreśla, że udział biopaliw jest realizowany przede wszystkim poprzez biokomponenty dodawane do paliw normatywnych oraz biopaliwa ciekłe. Wśród tych ostatnich dominują biodiesel z oleju rzepakowego oraz etanol z kukurydzy.

Uprawą tych dwóch roślin zajmuje się w Polsce coraz więcej gospodarstw rolnych. Stępień przypomina, że według danych GUS-u 74 tys. gospodarstw produkuje rzepak w dwóch trzecich przeznaczony na biopaliwo. Po dodaniu do tego osób zajmujących się uprawą kukurydzy przeznaczonej na etanol okazuje się, że na potrzeby produkcji biopaliw uprawia nawet 80-100 tys. gospodarstw.

Gdyby biopaliw nie było, rzepaku również nie byłoby na rynku, czym zatem zajęliby się ludzie, którzy go uprawiają – zwraca uwagę Stępień. ‒ To zapewnia również stabilizację cen surowców rolnych. Jak to jest ważne, możemy się przekonać, patrząc na sytuację na rynku owoców, w szczególności w dobie embarga rosyjskiego. Pamiętajmy, że Europa od wielu lat zmaga się z nadpodażą surowców rolnych, a więc to jest bardzo efektywna gałąź, która zagospodarowuje te nadwyżki.

W tym roku w Polsce padnie rekord produkcji rzepaku, co wiąże się z coraz większym wykorzystaniem biopaliw. Łącznie rolnicy zbiorą 3,2 mln ton rzepaku, z czego ponad dwie trzecie zostanie wykorzystane do produkcji biodiesla. Bardzo dobra jest też podaż kukurydzy, choć Stępień dodaje, że w kwestii cen wciąż duże znaczenie ma polityka biopaliwowa.

Mamy nadzieję, że ta produkcja zacznie być opłacalna dla polskich wytwórców, że marże będą dodatnie. Wszystko tak naprawdę leży w rękach tych, którzy realizują założenia polityki biopaliwowej w Polsce, czyli w rękach podmiotów paliwowych zobligowanych do realizacji NCW – podkreśla Stępień.

Zaznacza, że w związku z produkcją na biopaliwa nie można mówić o stratach rolników koncentrujących się na produkcji żywności. Rzepak i kukurydza na biopaliwa nie wpływają bowiem na ceny tych samych produktów do celów spożywczych.

Na warszawskim rynku przybywać będzie nawet 300 tys. mkw. nowych biur rocznie

W ciągu dwóch lat w Warszawie przybędzie ok. 300 tys. mkw. powierzchni biurowej rocznie. Już dziś wynosi ona ponad 4,3 mln mkw., a nadwyżka powoduje, że rośnie wskaźnik niewynajętych biur, który teraz wynosi 14 proc. Polski Holding Nieruchomości nie obawia się jednak braku popytu na nowo oddawane budynki.

Sądzę, że w następnych kwartałach wskaźnik pustostanów na rynku będzie rósł. W Warszawie wynosi on obecnie ok. 14 proc., jednak duża nadpodaż – około 300 tys. mkw. nowej powierzchni będzie przybywać w latach 2014, 2015 i 2016 – będzie miała przełożenie na wzrost pustostanów – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Lebiedziński, prezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Jak wynika z raportu badającej rynek nieruchomości firmy Knight Frank w drugim kwartale br. współczynnik pustostanów biurowych w Warszawie wzrósł o 1,5 proc. Na stołecznym rynku jest obecnie około 600 tys. mkw. niewynajętej lub czekającej na kupca powierzchni biurowej i ciągle jej przybywa. Łącznie powierzchnia biurowa w stolicy wynosi ponad 4,3 mln mkw.

W portfelu PHN wygląda to trochę inaczej. Ma trochę pustostanów, głównie wynika to jednak z ich niewystarczającej jakości. Natomiast nowe projekty, które właśnie wprowadzamy na rynek, będą miały wysoki najem, może nawet stuprocentowy. Zatem nasza sytuacja, jeżeli chodzi o niewynajętą powierzchnię, będzie się poprawiać – zapowiada Lebiedziński.

PHN będzie pracować nad poprawą rentowności, która powinna wzrosnąć z obecnych 4 do 6 proc. Jednym z elementów, który ma się do tego przyczynić, będzie sprzedaż nieruchomości przynoszących niewystarczające zyski.

Środki, które uzyskamy ze sprzedaży, chcemy wykorzystać do tego, żeby nabyć projekty biurowe w Warszawie lub w innych głównych polskich miastach. Innym elementem jest dewelopowanie projektów. Mamy 12 projektów, nad którymi pracujemy. Na przykład Domaniewska 37C jest jednym z projektów, które wejdą z fazy deweloperskiej do fazy zarządzania – mówi prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości.

PHN realizuje również projekt biurowy przy ul. Foksal. Przedsiębiorstwo kończy także inwestycje handlowe w stołecznym Lewandowie oraz Retkini w Łodzi.

W strategii firmy zakładamy, że wynajmować będziemy te budynki, które już mamy w naszym portfelu, zostanie on jednak rozbudowywany o ewentualne przejęcia lub nowe projekty deweloperskie – mówi Artur Lebiedziński. – Co do roku 2015 jesteśmy optymistami, ponieważ mamy relatywnie stabilny portfel, a wzbogacimy go jeszcze o nowe projekty deweloperskie, które zostaną oddane do użytku i wynajęte.

Firma przeprowadziła już zmianę struktury zarządzania aktywami. Obecnie każda inwestycja znajduje się w osobnej spółce celowej. Serwisowane są one przez oddzielny podmiot, który też jest częścią grupy.

Holding ma obecnie bardzo klasyczną strukturę deweloperską asset managementową [zarządzania aktywami – red.] – przekonuje Lebiedziński. – To jest już struktura docelowa.

„Polski Erasmus dla Ukrainy”

0

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego spodziewa się, że w przyszłym roku w ramach programu „Polski Erasmus dla Ukrainy” do Polski na roczne stypendium przyjedzie ponad 500 studentów i doktorantów z Ukrainy. To program dla osób z obszarów objętych działaniami wojennymi, które straciły źródło utrzymania. Cały program kosztować ma 10,7 mln zł.

W tej chwili przyjechało 85 studentów, chociaż zgłosiło się dużo więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – W przyszłym roku to będzie około 400-500 studentów i doktorantów. Chodzi o to, by wybierali oni i studiowali nie tylko najlepsze kierunki, lecz także takie, które po powrocie do kraju pozwolą im zajmować się europeistyką, prawem europejskim, zarządzaniem i zagadnieniami inżynierskimi. Istotne jest, aby innowacyjność stała się jednym z ważnych tematów na Ukrainie.

Program zbudowany jest na podobnym założeniu jak Erasmus i Erasmus+, które pozwalają na odbycie części studiów w jednym z państw Unii Europejskiej. Kierowany jest przede wszystkim do młodych ludzi z obszarów objętych działaniami militarnymi z obwodów ługańskiego i donieckiego oraz Krymu. Studia są bezpłatne, a studenci otrzymają 900 zł stypendium na utrzymanie.

Budowa instytucji oraz postaw demokratycznych na Ukrainie była powodem stworzenia przez nas programu „Polski Erasmus dla Ukrainy” – tłumaczy prof. Lena Kolarska-Bobińska. – Chcieliśmy odpowiedzieć na potrzebę wzmocnienia demokratycznych tendencji i grup w tamtym społeczeństwie oraz nieść pomoc rozwojową, jaką Polska dostawała po 1989 roku od krajów rozwiniętych.

Od stycznia 2015 r. ma ruszyć kolejny etap programu, w ramach którego do Polski przyjedzie ponad 500 studentów, którzy będą mogli podjąć naukę na studiach I i II stopnia. Stypendia skierowane są dla mieszkańców całej Ukrainy, ale pierwszeństwo będą miały wnioski osób z terenów objętych działaniami wojennymi, które straciły źródło utrzymania.

Już obecnie studenci z Ukrainy stanowią najliczniejszą grupę studiujących w Polsce obcokrajowców (42 proc.). W roku akademickim 2013/2014 w naszym kraju pobierało naukę 15 tys. obywateli tego kraju, z czego jedna trzecia otrzymywała różnego rodzaju dofinansowanie (zwolnienia z opłat za studia, stypendia). Koszt programu Polski Erasmus dla Ukrainy” to ponad 10,7 mln zł. Dofinansowanie rządu obejmie studia licencjackie, magisterskie i doktoranckie na krajowych uczelniach oraz koszty utrzymania w czasie pobytu w Polsce.

Docelowo w programie weźmie udział 20 uczelni. Jak podkreśla ministerstwo, jest to również element internacjonalizacji polskich uczelni.

Polska medycyna z sukcesami na arenie międzynarodowej

Polska medycyna odnosi sukcesy, o których słyszy cały świat. Specjaliści z różnych dziedzin pokazują, że innowacyjne operacje czy terapie są możliwe mimo trudnej sytuacji, również finansowej, w służbie zdrowia. Zmiany w funkcjonowaniu instytutów badawczych i szpitali klinicznych oraz wzrost finansowania służby zdrowia mogłyby zwiększyć innowacyjność krajowych placówek. Trzeba też wykorzystywać i rozwijać potencjał najzdolniejszych – uważa prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk.

Stworzenie odpowiednich warunków lekarzom i naukowcom może pomóc w prowadzeniu badań naukowych, a co za tym idzie – może zwiększyć liczbę przeprowadzanych nowatorskich operacji.

Nie ulega wątpliwości, że u podstaw leży formalne usytuowanie instytutów badawczych z zakresu medycyny i szpitali klinicznych. Dzisiaj szpitale kliniczne w polskich uczelniach medycznych mają wielkie problemy i dlatego cieszę się, że mimo to niektóre z nich mogą pochwalić się takimi osiągnięciami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk.

Zła sytuacja finansowa szpitali klinicznych to m.in. efekt tego, że wycena ich działalności przez NFZ jest taka sama jak w przypadku zwykłych szpitali. A to do placówek klinicznych trafia większość trudnych i skomplikowanych przypadków. Poza tym nie mają one możliwości skorzystania z programów oddłużeniowych, jak placówki powiatowe czy miejskie.

Mamy tyle kłopotów z systemem ochrony zdrowia, że niektórzy myślą, że innowacyjność i nowe osiągnięcia są w naszych warunkach niemożliwe do osiągania, ale to jest nieprawda. Dzisiaj każdy sektor życia publicznego musi się rozwijać poprzez pewne wzorce postępowania, poprzez pewne sukcesy, które dają nadzieję i pozwalają wierzyć, że będzie coraz lepiej. My w naszej medycynie mamy takie wzorce, powinniśmy tylko o nich mówić, nagłaśniać je i wyciągać wnioski, także w zakresie finansowania służby zdrowia – mówi prof. Kleiber.

Część placówek medycznych ze względu na przeprowadzane prekursorskie zabiegi i operacje jest ceniona za granicą. Ostatnio głośno było o wrocławskich uczonych z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, którzy poradzili sobie z całkowicie przerwanym rdzeniem kręgowym. Dzięki innowacyjnej operacji wszczepienia fragmentów nerwów oraz komórki tzw. gleju węchowego z mózgu pacjenta neurochirurdzy pomogli pacjentowi odzyskać istotny stopień sprawności. Inny przykład to udana prekursorska operacja przeszczepu zastawki serca u pięcioletniej dziewczynki czy pionierskie zabiegi wszczepiania nowej generacji implantów słuchowych.

Kierowany przez prof. Henryka Skarżyńskiego Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu, który był podstawą do stworzenia Światowego Centrum Słuchu, to jest placówka, w której dokonano wielu całkowicie prekursorskich operacji związanych z implantami słuchu, a także wprowadzono zupełnie nowe metody szerokiej diagnozy, a potem terapii zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych z uszkodzeniami słuchu – wyjaśnia prezes PAN. – Ta metodologia i sposób postępowania został wdrożony najpierw w wielu miejscach w Polsce, a potem na świecie.

Jak podkreśla prof. Kleiber, polska szkoła chirurgiczna ma też duże sukcesy w zakresie przeszczepów. W gliwickim Centrum Onkologii prof. Adam Maciejewski przeprowadził innowacyjny przeszczep twarzy osobie, która ucierpiała w wypadku. Podobną operację kilka lat temu przeprowadziła w USA prof. Maria Siemionow, Polka.

Prof. Ryszard Gryglewski to wybitny farmakolog, pracujący na Uniwersytecie Jagiellońskim, który jest jednym z najczęściej cytowanych polskich uczonych w zakresie szeroko rozumianej medycyny. Niewątpliwie należałoby wymienić Międzynarodowy Instytut Biologii Komórkowej i Molekularnej, w którym pracują uczeni zajmujący się medycyną molekularną, m.in. młody, wybitny badacz prof. Janusz Bujnicki, który otrzymuje najróżniejsze granty z wielu międzynarodowych instytucji za wielkie osiągnięcia z zakresu medycyny molekularnej. Mamy cały szereg osób i instytucji, które wypada tu wymienić – podkreśla prof. Michał Kleiber.

W 2013 roku Ministerstwo Zdrowia przekazało uczelniom dotację na działalność dydaktyczną w wysokości 1,37 mln zł. Środki finansowe przekazane szpitalom przez uczelnie wyniosły 32 proc. łącznej dotacji, czyli 42,6 mln zł (dane resortu zdrowia). W Polsce na służbę zdrowia łącznie przeznacza się 7,2 proc. PKB. To wciąż mniej niż w krajach Europy Zachodniej, gdzie średnia wynosi ponad 10 proc. – wskazuje raport Deloitte „Global health care outlook: shared challenges, shared opportunities”.

Wybory samorządowe pokazały braki w systemie zarządzania megaprojektami

Przed uruchomieniem środków z nowej unijnej perspektywy budżetowej Polska musi przygotować się do zarządzania megaprojektami. Na świecie nawet 70 proc. projektów ma problemy z uwagi na złe przygotowanie. W Polsce przykładem braku dobrej organizacji były niedawne wybory samorządowe. Przy takiej statystyce zagrożone byłoby nawet prawie 60 mld euro, które otrzymamy z Unii Europejskiej.

Od 2014 do 2020 roku dostaniemy 82,5 mld euro dotacji. Zarówno reformy instytucji, jak i budowa dróg, infrastruktury, łącznie z elektrownią jądrową to są wszystko dziedziny projektowe. Jeżeli się do tego przygotujemy, mamy szanse te projekty uruchomić i wykonać zgodnie z planem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Guzik, partner w TenStep Polska, firmie doradczej i szkoleniowej specjalizującej się w tematyce zarządzania projektami. ‒ Kluczowe jest to, żeby ci, którzy nadzorują projekty, opanowali metody tego nadzoru, żeby uwierzyli, że te projekty są zmienne, unikalne i muszą się do tego dobrze przygotować.

Jak podkreśla Guzik, niedawne wybory samorządowe pokazały, że Polacy wciąż mają problem z zarządzaniem dużymi projektami. Często wynika to z rutyny i braku dyscypliny. Wiele osób zarządzających projektami stosuje tradycyjne metody stosowane przy innych zadaniach, zapominającym o tym, że każdy projekt wymaga nowego podejścia.

‒ Tam, gdzie menedżerowie projektów są przygotowani, przeszkoleni, świadomi tego, jak ważne jest działanie pod presją czasu i przy ograniczonych środkach, tam projekty wychodzą lepiej. W momencie, kiedy robimy projekty metodą tradycyjną, która opiera się na stwierdzeniu „jakoś to będzie, nie takie rzeczy już robiliśmy”, najczęściej mamy kłopoty – dodaje Guzik.

Podkreśla, że w przypadku wyborów samorządowych przyczyną kłopotów nie były błędy informatyków, lecz niewłaściwe przygotowanie całego procesu. Awaria techniczna ujawniła braki w całym systemie związanym z publicznymi projektami dotyczące prawa, procedur administracyjnych i mentalności urzędników.

Guzik przywołuje statystyki, które mówią o tym, że na świecie tylko 30 proc. megaprojektów jest realizowanych bez problemu. Te dane mają szczególne znaczenie w kontekście środków unijnych przewidzianych dla Polski. Jeśli aż 70 proc. projektów miałoby mieć problemy, oznaczałoby to kłopoty z wydaniem niemal 60 mld euro.

Wydaje mi się, że tutaj mamy bardzo dużo do zrobienia. Zdarzają się rzeczy, o których post factum stwierdzamy, że moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy choć trochę się lepiej przygotowali – podkreśla Guzik. ‒ Po pierwsze, władze zarówno organizacji, jak i firm, prezesi zarządów, wójtowie gmin czy inne osoby zarządzające powinny sobie uświadomić, że projekty to osobna klasa wydarzeń.

Przedstawiciel TenStep Polska podkreśla, że projekty najczęściej ograniczone są ściśle nieprzekraczalnym terminem i budżetem. Jednak większość rozwiązań została już na świecie zastosowana – dlatego polscy menadżerowie muszą czerpać z tych przykładów. Guzik podkreśla, że globalne narzędzia są tanie i dostępne, więc jedyną barierą jest chęć ich wykorzystania. Jedną z metod jest budowanie dokładnych harmonogramów. Pozwala on już na wczesnym etapie ocenić, czy projekt skończy się w terminie czy z opóźnieniem.

Guzik apeluje, by pierwszą zmianą była reforma systemu administracji państwowej, bo tylko wtedy instytucje zaczną skutecznie radzić sobie z zarządzaniem projektami.

Potrzeba więcej wolnego rynku w transporcie. Małe lotniska nie mają sensu biznesowego

Polski transport musi być coraz bardziej wolnorynkowy – przekonuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju Zbigniew Klepacki. Przyznaje, że potrzebne są minimalne regulacje i państwowa infrastruktura, ale przewoźnicy muszą lepiej odpowiadać na potrzeby pasażerów. Budowa nowych lotnisk przez samorządy to przykład decyzji, która nie ma uzasadnienia biznesowego.

Założenie jest takie, że infrastruktura jest państwowa i w tej infrastrukturze poruszają się przewoźnicy prywatni lub publiczni, którzy przewożą ludzi w różne miejsca. Myślę, że tu jest zdecydowanie większa rola rynku i jestem głębokim zwolennikiem mocno rynkowego, wolnokonkurencyjnego podejścia do tych aspektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Klepacki, podsekretarz stanu w MIR.

Klepacki podkreśla, że integracja i rozwój infrastruktury muszą pozostać pod nadzorem centralnym. Częściowo jest to związane z finansowaniem – resort infrastruktury jest głównym urzędem rozdzielającym środki unijne. Ministerstwo nie tylko samo zarządza m.in. Programem Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko (27,4 mld euro w latach 2014-2020) i nowym instrumentem Connecting Europe Facility (ok. 3 mld euro), lecz także współpracuje z samorządami przy opracowywaniu regionalnych programów operacyjnych.

Choć przy inwestycjach nie daje się uniknąć problemów, integracja infrastruktury postępuje. Zdaniem Klepackiego o ile infrastruktura powinna pozostać pod zarządem państwa, to znacznie bardziej wolnorynkowe powinno być podejście do usług transportowych.

Nie wyobrażam sobie, żeby to mógł być system zarządzany centralnie przez urzędnika z Warszawy, który będzie decydował, skąd mają latać samoloty, gdzie mają jeździć pociągi itp. To klient powinien decydować, a my powinniśmy iść za jego oczekiwaniami i potrzebami, tak jak to się dzieje w prywatnym biznesie – przekonuje Klepacki.

Przyznaje jednak, że brak możliwości kontroli nad samorządami doprowadził do inwestycji w obszarze budowy nowych lotnisk, które nie mają uzasadnienia biznesowego. Choć infrastruktura jest budowana na wiele lat i często okazuje się, że z czasem jej przepustowość będzie wykorzystana, to w przypadku mniejszych lotnisk nie można liczyć na osiągnięcie progu rentowności, czyli 1-1,5 mln pasażerów rocznie.

Tam, gdzie resort ma na to wpływ, raczej odradzamy tego typu inwestycje. Natomiast właścicielowi nie można zakazać– przypomina Klepacki. ‒ Jest to dość powszechne przekonanie branży lotniczej, że lotnisk w Polsce mamy za dużo i że one powstają w miejscach, gdzie z góry są skazane na niepowodzenie.

Dla samorządowców budowa lotniska to często decyzja kierowana względami prestiżowymi, a nie biznesowymi. Lokalne władze liczą na to, że w ten sposób podniosą rangę regionu, jednak nie liczą kosztów budowy i utrzymania lotniska. Klepacki przypomina, że nawet jeśli do budowy dopłaci Unia Europejska, to samorządy nadal będą musiały płacić za bieżące funkcjonowanie portu lotniczego. Koszty te są wysokie niezależnie od wielkości ruchu generowanego przez niewielki port – zwraca uwagę podsekretarz stanu.

Operator easyCALL chce potroić sprzedaż. Spółka planuje fuzje i nie wyklucza emisji akcji

CEO Magazyn Polska

Operator telefoniczny easyCALL prowadzi rozmowy o połączeniu z innymi firmami i rozbudowuje sieć sprzedaży o kolejne miasta. W ciągu kilku lat zamierza potroić sprzedaż. Rozważa nową emisję akcji, a za 2-3 lata przejście na główny rynek warszawskiej giełdy.

– Rynek telekomunikacyjny jest rynkiem trudnym tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Jakubowski, prezes easyCALL. – Wszystko przez spadające ceny i coraz większą konkurencję, ale znaleźliśmy swoją niszę, na której bardzo dobrze funkcjonuje, jesteśmy w stanie oferować klientom produkty, których dotychczas nie mieli, a rynek potwierdza, że są one potrzebne.

Jak podaje notowana na NewConnect spółka, po trzech kwartałach jej przychody ze sprzedaży przekroczyły 10,8 mln zł i były o 1,5 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki spadł jednak z niemal 1,6 mln zł w 2013 roku do ponad 600 tys. zł. Spadek zysku spółki tłumaczyć mogą też jej aktywa, których wartość wzrosła w ciągu ostatniego roku do 5,8 mln zł, czyli o niemal 2 mln zł.

Operator easyCALL w najbliższej przyszłości zamierza stawiać na rynek małych i średnich firm, w dalszym ciągu rozwijając produkty skierowane do sektora biznesowego.

– Będziemy dalej rozwijać produkty związane z wirtualną centralą oraz usługi telekonferencyjne, które już świadczymy, ale chcemy je rozbudowywać mówi Michał Jakubowski. –  W związku z tym chcemy również zwiększać sieć sprzedaży, która w tej chwili zlokalizowana jest w Warszawie. Ten model się sprawdził, w związku z czym będziemy rozwijać go o kolejne lokalizacje.

Nowe biura sprzedaży spółki w pierwszej kolejności powstać mają w Radomiu i Łodzi. Operator liczy na to, że model biznesowy, który spółka rozwija w Warszawie, sprawdzi się też w innych miastach. Jeżeli tak się stanie, prezes zapowiada rozbudowę sieci sprzedaży w kolejnych lokalizacjach. W przyszłym roku nie wyklucza też połączenia z innym podmiotem.

Prowadzimy takie rozmowy, natomiast jest jeszcze za wcześnie, by rozmawiać o szczegółach. Przyglądamy się jednak bacznie rynkowi i widzimy kilka ciekawych możliwości w tym zakresie – deklaruje prezes easyCALL, podkreślając dalej, że taka konsolidacja znacząco wzmocni sprzedaż spółki. – Myślę, że wzrośnie ona kilkukrotnie – na koniec tego roku będziemy mieli ok. 14-15 mln zł sprzedaży, a zakładam, że w kolejnych latach będzie to ok. 50 mln zł.

Przygotowania do konsolidacji, przejęcia innej firmy wymagają współpracy z inwestorami. Spółka od 2011 roku notowana na NewConnect rozważa też z czasem zmianę rynku, na którym handluje się jej akcjami.

– Nie wykluczałbym nowej emisji akcji w związku z ewentualnymi planami konsolidacji. Myślimy również o przejściu na główny rynek giełdy. Na razie są to jednak plany odległe, może za 2-3 lata – zapowiada prezes Michał Jakubowski.

Koncerny petrochemiczne na razie nie tracą na tanich paliwach. Utrzymanie marż zależy m.in. od tego, jaka będzie zima

CEO Magazyn Polska

Coraz większa ilość ropy na amerykańskim rynku powoduje, że giełdowe notowania tego surowca są coraz niższe. Jak zauważa Tomasz Zieliński z Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego, to dobra wiadomość dla kierowców, którzy coraz mniej powinni płacić za paliwo na stacjach, oraz dla opartej na transporcie gospodarki. Rezultaty krajowych rafinerii będą zależeć natomiast od wielkości sprzedaży oraz poziomu marż, które będzie skłonny zaakceptować rynek.

Pierwszym powodem takiej sytuacji jest rewolucja wokół przemysłu wydobywczego, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Ropa wydobywana przy okazji łupków czy ze złóż bitumicznych spowodowała, że Stany Zjednoczone pierwszy raz od kilkudziesięciu lat stały się eksporterem netto ropy naftowej i to drastycznie zaczęło wpływać także na notowania cen na świecie.

Obecnie notowania najpopularniejszej ropy Brent wynoszą ok. 78 dol. za baryłkę. Ze względu na gorszą jakość rosyjski surowiec (Ural), który trafia do krajowych rafinerii, jest zazwyczaj o kilka dolarów tańszy. Ostatnio jednak ceny się wyrównały. Czasami ropa Ural jest nawet nieco droższy od ropy Brent.

Na razie jesteśmy spięci na ropie rosyjskiej, która na razie nieprzerwanie do nas płynie – potwierdza Zieliński. – Krajowe firmy wykazują całkiem przyzwoity poziom marż, biorąc pod uwagę ostatnie spadki cenowe.

Ze względu na strukturę produkcji nieco lepiej radzi sobie pod tym względem, jak zauważa Zieliński, Grupa Lotos.

– Nie ma on petrochemii, więc nie wypuszcza strumieni do części petrochemicznej, nie ma odejścia na dodatkową marżę – informuje Zieliński. – Natomiast Orlen oczywiście ma. Tymczasem surowce petrochemiczne, takie chociażby jak etylen, też mają swoje notowania. Nie zawsze skorelowane są one z cenami ropy, natomiast często z notowaniami finalnych produktów bazujących na półproduktach czy surowcach petrochemicznych. Na razie spadek cen ropy jest niewyczuwalny dla branży petrochemicznej. Prędzej odczują to producenci, którym marża będzie kurczyć.

Z drugiej bowiem strony spadają ceny paliw na stacjach benzynowych, pomniejszając przychody hurtowników i producentów. Cena oleju napędowego spadła poniżej 5 złotych i jest najniższa od 2011 roku, jak podaje BM Reflex. Tanieją też benzyny, a ostatni spadek cen w hurcie powinien pogłębić ten proces. Powstrzymać lub odwrócić ten trend w najbliższych dniach mogłoby jedynie czwartkowe spotkanie państw OPEC, które jednak są podzielone ws. ograniczenia produkcji ropy. Gospodarki oparte na eksporcie tego surowca odczuwają niższe wpływy z jego sprzedaży, natomiast te oparte na przemyśle i transporcie, korzystają na niższych cenach.

Z punktu widzenia skutku rynkowego, jeżeli ceny paliw będą niższe, przyśpieszy rozwój gospodarki bazującej na dużych strukturach logistycznych – mówi Tomasz Zieliński. – Natomiast inną kwestią jest to, czy rafinerie sobie z tym poradzą. To zależy jednak od tego, czy cena ropy rosyjskiej także będzie spadać, bo to przekłada się w linii prostej na koszty zakupu tego surowca, więc także na strukturę wytworzenia, która powinna być niższa, jeśli ceny będą niższe. Czy jednak marże utrzymają się na zadowalającym poziomie, wyniosą 2 dolary na baryłce, czy 5 – w dużej mierze będą o tym już decydować odbiorcy końcowi, rynek.

Trudno powiedzieć, jak zauważa Zieliński, czy większy wpływ na wyniki koncernów mają marże w handlu detalicznym czy w hurtowym. Przy sprzedaży hurtowej marża hurtowa teoretycznie powinna wypracowywać lepsze wyniki. W praktyce efekt może być różny w zależności od tego, ile tańszego paliwa wchłonie rynek.

Trzeba zastanowić się, jak chłonny będzie rynek paliw w Polsce, bo to nie jest tak, że jeżeli paliwo będzie tańsze, to Polacy zaczną raptem kupować go dwa razy więcej – uważa Zieliński. – Zaczyna się okres zimowy. Trzeba zatem wziąć pod uwagę inne frakcje, nie tylko paliwa z całego procesu rafinacji, lecz także na przykład oleje opałowe i wiele innych stosowanych w przemyśle olejów ciężkich. Dopiero wtedy tworzy się pewna struktura marży, cen i zyskowności koncernu. Jeśli zima będzie ciężka, branża sprzeda więcej oleju opałowego, co siłą rzeczy poprawi jej wyniki. Ma na nie zatem wpływ wiele czynników.

Szczególnie Orlen może wspomagać się, jak wskazuje rozmówca Newserii Inwestor, marżami petrochemicznymi. Natomiast Lotos jest inaczej skonstruowany.

Po realizacji Programu 10+ [strategiczna inwestycja w ramach rozwoju rafinerii w Gdańsku – red.] zwiększyły się podwójnie możliwości przerobu ropy rafinerii z Gdańska, natomiast wciąż jest to głęboki przerób, który idzie w trochę inną stronę – tłumaczy Tomasz Zieliński. – Jeżeli powstałby planowany projekt petrochemiczny w Lotosie, także on mógłby poszukiwać innych marży, innych produktów i zyskowności w innych obszarach. Natomiast dziś to przede wszystkim wolumen paliw napędza w Lotosie przerób.

NIK o projektach Polskiego Holdingu Obronnego

Projekty badawcze realizowane przez Polski Holding Obronny mają szansę przyczynić się do wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. NIK stwierdziła jednak, że część projektów Holdingu, które uzyskały wsparcie z Ministerstwa Skarbu Państwa, nie miało rekomendacji ze strony MON, co zmniejsza ich szansę na wykorzystanie przez armię. Holding wydawał też pieniądze ze wsparcia niezgodnie z ich przeznaczeniem np. na odprawy dla pracowników albo na uregulowanie podatków.

Minister Skarbu Państwa w latach 2011 – 2013 przeznaczył 378,5 mln zł na wsparcie (niebędące pomocą publiczną) projektów badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych, realizowanych przez Polski Holding Obronny. Celem projektów jest zaoferowanie polskiej armii nowoczesnego uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Nie bez znaczenia jest także stworzenie szansy dla polskich przedsiębiorstw na wzmocnienie ich pozycji na rynku.

Jednak w wyniku szczegółowego zbadania 10 projektów w 5 spółkach należących do Holdingu Izba stwierdziła, że w trakcie realizacji wystąpiły nieprawidłowości zarówno po stronie Ministerstwa Skarbu Państwa, jak i Holdingu.

Trzy z 15 projektów objętych umową nie miały rekomendacji Ministra Obrony Narodowej, dotyczącej zgodności z programem modernizacji Sił Zbrojnych. Jak wyliczyła NIK, chodzi o 39,6 mln zł, czyli 12,5 proc. całej kwoty wsparcia na projekty badawcze. Brak rekomendacji MON znacznie zwiększa ryzyko, że armia nie wykorzysta efektów prac, finansowanych w dużej części z publicznych pieniędzy. To z kolei grozi niepowodzeniem przedsięwzięcia pod względem ekonomicznym. Zdaniem NIK minister skarbu w tak niepewnej sytuacji (bez rekomendacji MON) nie powinien angażować środków publicznych.

Holding nie dotrzymał terminu zakończenia prac w 2013 roku, do czego zobowiązał się we wnioskach składanych do ministerstwa. Opóźnienia nastąpiły już w kilka miesięcy po zawarciu umowy o wsparcie. Holding nie mając środków własnych na realizację projektów opóźniał prace i lokował pieniądze na rachunkach bankowych, uzyskując 6,5 mln zł z odsetek. W tej sytuacji minister wstrzymał wypłatę trzech kolejnych transz finansowania.

W tej sytuacji pod znakiem zapytania stoją obiecane przez przedsiębiorstwo efekty ekonomiczne całego przedsięwzięcia. NIK jednak ocenia, że nie przekreśla to szansy na uzyskanie efektów dotyczących bezpieczeństwa państwa, pod warunkiem, że Holding przyspieszy realizację projektów, a sprzęt i uzbrojenie kupi polska armia.

Kontrola stwierdziła także inne nieprawidłowe działania po stronie Polskiego Holdingu Obronnego, które polegały na:

  • wypłaceniu w ramach Programu Dobrowolnych Odejść ponad 2,2 mln zł zwalnianym pracownikom PHO oraz Bumar Amunicja SA, których ponownie przyjęto do pracy. NIK zaleca zwrot tej kwoty lub pomniejszenie o nią kolejnej transzy środków.
  • wykorzystaniu przez Bumar Amunicja SA niezgodnie z umową ponad 64,1 mln zł. Spółka wykorzystała przejściowo środki ze wsparcia na uregulowanie zobowiązań podatkowych oraz zabezpieczenie gwarancji bankowych (łącznie 16,6 mln zł) oraz przedwcześnie podwyższyła kapitał zakładowy (47,5 mln zł).

W wyniku kontroli NIK sformułowała następujące wnioski:

  • Wzmocnienie współpracy MSP i MON tak, aby zapewnić ścisły związek projektów badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych z planem modernizacji sił zbrojnych, co zapewni ich wykorzystanie i efekty ekonomiczne.
  • Zwrot niewłaściwie wykorzystanych środków przez PHO.
  • Prawidłowe i terminowe wykonywanie przez holding zobowiązań ujętych w umowach na każdym z etapów realizacji oraz rzetelne ich rozliczanie.

NIK o ochronie praw autorskich w pracach dyplomowych

Wykorzystywane przez uczelnie wyższe do weryfikacji prac dyplomowych komputerowe programy antyplagiatowe okazały się mało przydatne i nieskuteczne. Programy można łatwo oszukać, nie wykrywają nawet prymitywnych zapożyczeń z popularnych portali, a rezultaty ich pracy są nieporównywalne pomiędzy uczelniami. Zdaniem NIK programy te powinny być tylko uzupełnieniem, jednym z elementów całego bogatego uczelnianego mechanizmu antyplagiatowego, ale na pewno nie mogą go zastępować.

Działania na rzecz ochrony praw autorskich podejmowane przez szkoły wyższe – w ocenie Izby – były niewystarczające w stosunku do wagi problemu: nie zapewniały skutecznego zapobiegania i wykrywania naruszeń praw autorskich. Niektóre uczelnie nie przestrzegały spisanych przez siebie procedur antyplagiatowych albo ich w ogóle nie ustalały.

Składniki systemu antyplagiatowego

W okresie objętym kontrolą (lata październik 2011-marzec 2014) uczelnie były zobowiązane do tworzenia i doskonalenia wewnętrznych systemów zapewnienia jakości, które mogły  uwzględniać działania w zakresie zapobiegania i wykrywania plagiatów m.in. poprzez wykorzystanie komputerowych programów antyplagiatowych. Od 1 października 2014 r.systemy te muszą już uwzględniać działania związane z zapobieganiem i wykrywaniem plagiatów. Na budowane przez uczelnie mechanizmy kontroli oryginalności prac dyplomowych składały się przede wszystkim: oświadczenia studentów o samodzielnym napisaniu pracy dyplomowej, opieka promotora, recenzja pracy i egzamin dyplomowy. Większość skontrolowanych uczelni (12 spośród 14) lub ich niektóre jednostki organizacyjne (wydziały) wykorzystywała dodatkowo także (jeszcze przed wejściem w życie obowiązku) komputerowe programy antyplagiatowe.

Opieka promotorska w skontrolowanych szkołach była mało skuteczna. Przyjęte w 10 uczelniach rozwiązania organizacyjne nie sprzyjały, a czasem wręcz uniemożliwiały promotorom rzetelne wspieranie i nadzorowanie studentów, sporządzających pod ich kierunkiem prace dyplomowe. Część zbadanych podczas kontroli NIK prac zawierała nieuprawnione zapożyczenia. Zdarzało się, że promotorzy nie zauważali bądź wręcz ignorowali i lekceważyli zauważone przypadki. Zdaniem NIK problemem jest przypisywanie promotorom nadmiernej liczby studentów – zdarzało się, że w jednym roku akademickim pod kierunkiem jednego promotora pracę pisało ponad 100 osób.

Tylko w trzech szkołach wyższych ustalono ogólnouczelniany limit liczby studentów, przygotowujących prace u jednego promotora. W dwóch innych uczelniach limity takie były określone na wybranych wydziałach. W 10 spośród 14 skontrolowanych uczelni występowało zjawisko nadmiernego obciążenia promotorów liczbą dyplomantów, które dotyczyło od 1 do 10% wszystkich promotorów.

Większość szkół przekraczała określone przez siebie limity liczby uczestników seminarium dyplomowego. W ocenie NIK taka sytuacja spowodowana była przede wszystkim względami organizacyjnymi (związanymi z fluktuacją studentów), merytorycznymi (zainteresowanie studentów seminarium u konkretnego promotora) i finansowymi (związanymi z pogarszającą się sytuacją finansową uczelni oraz potrzebą zapewnienia pracownikom pensum dydaktycznego).

W ocenie niemal ¼ ankietowanych studentów promotorzy niedokładnie czytali ich prace dyplomowe. O ograniczonej skuteczności działań zarówno promotorów, jak i recenzentów, świadczy występowanie przypadków nieoznaczonych zapożyczeń z cudzych utworów w obronionych już pracach dyplomowych. W jednym z przypadków podjęte w wyniku działań NIK postępowanie wyjaśniające na uczelni, potwierdziło plagiat.

Jak wynika z ustaleń kontroli zdarza się także, że bezczynność promotorów czy recenzentów wynika z braku procedur antyplagiatowych, np. cztery spośród skontrolowanych 14 uczelni nie miały jednoznacznie określonego trybu postępowania nauczycieli akademickich w przypadku stwierdzenia plagiatu. W żadnej ze skontrolowanych szkół nie analizowano skuteczności wewnętrznych procedur mających pomagać w zapobieganiu i wykrywaniu plagiatów, a ryzyko występowania naruszeń praw autorskich oceniano jako niewysokie.

Kontrola wykazała także przypadki, kiedy to rażące naruszenia praw autorskich, wykrywane przez promotorów na etapie konsultacji prac dyplomowych, były wyjaśniane wyłącznie pomiędzy studentem a promotorem (np. na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach). Promotorzy twierdzili, że ich działania podyktowane były chęcią umożliwienia studentom ukończenia studiów. Zdaniem NIK ważne jest, by nauczyciele akademiccy promowali poszanowanie praw autorskich i uczciwości intelektualnej (w szczególności poprzez własny przykład), jednocześnie uświadamiając studentów o nieuchronności kary za naruszanie tych praw.

Wykorzystanie programów antyplagiatowych

Przypadki plagiatów ujawnianych przez uczelnie są sporadyczne. Przede wszystkim w praktyce nie jest to proste, gdy, jak wskazują wyniki kontroli, procedury wewnętrzne uczelni nie zawsze określają jednoznaczne sposoby postępowania w przypadku podejrzenia plagiatu. Poza tym kluczowym warunkiem skuteczności stosowanych programów antyplagiatowych jest właściwe wdrożenie tego typu narzędzi.

O skuteczności wykorzystywanych programów antyplagiatowych w znacznej mierze decydujewykorzystywana do porównań baza danych. Tymczasem większość uczelni stosuje – dla siebie i dla innych szkół – ograniczony dostęp do zewnętrznych baz danych. Tylko trzy uniwersytety korzystały z baz zawierających prace obronione w innych szkołach, pozostałe ograniczały się do prac ze swoich studentów oraz zasobów Internetu. Skuteczność działania narzędzi informatycznych z pewnością mogłoby zwiększyć utworzenie ogólnopolskiego repozytorium prac dyplomowych.

Kluczowe znaczenie ma także sposób interpretacji wyników badania pracy. Kontrolerzy wskazują na przykłady zarówno nieuzasadnionego ignorowania wyników, jak i posługiwania się nimi w sposób bezkrytyczny, co w skrajnym przypadku doprowadziło do modyfikacji pracy dyplomowej już po jej obronie. W trzech szkołach programy wykorzystywano niewłaściwie, np. nie analizując wyników sprawdzenia prac, albo – jak to miało miejsce na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach – nie dodając pozytywnie zweryfikowanych prac do bazy danych programu, co obniżało jego skuteczność w wykrywaniu zapożyczeń. Zdarzało się, że studenci na polecenie profesorów wprowadzali zmiany redakcyjne do sprawdzonych przez system prac dyplomowych tylko po to, by „oszukać” system, poprzez obniżenie współczynnika zapożyczeń.

Akceptowalny poziom zabezpieczeń każda uczelnia może ustalać indywidualnie. Może to nie tylko zaburzać rzeczywisty obraz rzetelności danej uczelni, ale także sprawia, że rezultaty badań antyplagiatowych są nieporównywalne pomiędzy uczelniami.

W czterech uczelniach inspektorzy NIK stwierdzili, że nie wykorzystywano wykupionych limitów sprawdzeń. Kwota niewykorzystanych środków przekroczyła łącznie 63,5 tys. zł.

Użyteczność programów antyplagiatowych

NIK zwraca uwagę, że przydatność systemów antyplagiatowych w warunkach uniwersyteckich jest dyskusyjna i zróżnicowana, a wielu wypadkach zależna od dziedziny wiedzy, której praca dotyczy. W szczególności wydaje się niższa w naukach ścisłych.

Kontrolerzy zwracają uwagę na niedopasowanie systemów antyplagiatowych do specyfiki prac powstających na kierunkach ścisłych, np. inżynierskich. Zastosowanie w kolejnych pracach identycznych sekwencji matematycznych, co w wielu wypadkach jest po prostu nieodzowne, np. do wykonania obliczeń projektowych, system wskazuje bowiem jako potencjalne naruszenie praw autorskich.

Użyteczność narzędzi informatycznych dla sprawnego działania uczelnianych mechanizmów antyplagiatowych podważa także szansa niezwykle łatwego ich „oszukania”, czyli możliwość napisania pracy, zawierającej nieuczciwie wykorzystane zapożyczenia, w taki sposób, żeby program tego nie wykrył. W wielu wypadkach wystarczy nieskomplikowana zamiana pojedynczych wyrazów w dłuższej frazie, żeby system nie zauważył plagiatu.

Dobre praktyki

Skontrolowane przez NIK szkoły wyższe podejmowały działania mające na celu skuteczniejsze zapobieganie i wykrywanie plagiatów oraz sprawniejsze postępowanie w przypadku ich wykrycia. Wychodząc z założenia, że mniejsza liczba studentów sprzyja lepszemu nadzorowi promotorskiemu, na trzech uczelniach określono ogólnouczelniany limit liczby studentów, przygotowujących prace u jednego promotora (od 10 do 60 studentów). Na ośmiu uczelniach ograniczono maksymalną liczbę uczestników seminarium dyplomowego(zazwyczaj do 10-20 osób).

W celu ograniczenia praktyki przyjmowania przez promotorów nadmiernej liczby dyplomantów dla korzyści finansowych, na dwóch uczelniach (Politechnika Koszalińska oraz Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu) wprowadzono ograniczenia liczby studentów przedstawianych do rozliczenia finansowego.

NIK podkreśla, że programy antyplagiatowe same w sobie nie stanowią rozwiązania problemu naruszania praw autorskich w pracach dyplomowych, a powinny pełnić jedynie funkcję prewencyjną i pomocniczą. W ocenie Izby żadne narzędzia nie zastąpią bieżącej i rzetelnej współpracy z studenta z promotorem.

Wnioski NIK po przeprowadzonej kontroli dotyczyły przede wszystkim: ograniczenia nadmiernego obciążania pracowników uczelni obowiązkami promotorskimi oraz opracowania i wdrożenia standardów postępowania w sytuacji podejrzenia plagiatu.

Warunkiem koniecznym poszanowania praw autorskich w pracach dyplomowych jest zapewnienie studentom odpowiedniego poziomu wiedzy w tym zakresie. Mimo tego, że studentom w większości umożliwiono udział w zajęciach z zakresu ochrony własności intelektualnej, jedną z przyczyn nieprawidłowości stwierdzonych w wyniku kontroli często była niepełna wiedza o zasadach poszanowania cudzej własności intelektualnej, a także o, wydawałoby się oczywistych, zasadach cytowania literatury i materiałów źródłowych.

W ramach kontroli NIK przeprowadzono anonimową ankietę pośród 1410 studentów na wszystkich skontrolowanych uczelniach. 12% badanych studentów stwierdziło, że znane są im przypadki, kiedy praca dyplomowa kupiona w Internecie została pozytywnie oceniona i obroniona. Ponad 93% ankietowanych twierdziło, że w czasie studiów zapoznało się z zagadnieniami z zakresu ochrony praw autorskich i z zasadami cytowania cudzych utworów w pracach dyplomowych. Jednak zdaniem ponad połowy badanych studentów zajęcia z zakresu ochrony własności intelektualnej były co najwyżej średnio przydatne, natomiast niemal co piąty ankietowany uznał, że przydatność ich jest mała, bardzo mała lub że zajęcia takie są zupełnie nieprzydatne.

W. Orłowski (PwC): dane o sprzedaży detalicznej w październiku wskazują, że nastroje w gospodarce nie są najgorsze. Konsumenci wciąż jednak ostrożnie podchodzą do zakupów na kredyt

CEO Magazyn Polska

W najbliższych miesiącach, nie tylko ze względu na zbliżający się okres świąteczny, konsumenci powinni śmielej wydawać pieniądze na zakupy. Zdaniem Witolda Orłowskiego z PwC będą pozwalać sobie jednak na produkty, które mogą opłacić gotówką. Do większych zakupów na kredyt będą podchodzić wciąż ostrożnie.

Mimo że sytuacja nie jest idealna, bo na świecie, wokół nas, zarówno na Wschodzie, jak i Zachodzie dzieje się dużo bardzo niepewnych rzeczy, polska gospodarka trzyma się dobrze – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Odczyty sprzedaży detalicznej pokazują, jakie są prawdziwe nastroje wśród konsumentów. Ludzie bardzo często co innego mówią, a co innego robią. Ich rzeczywiste nastawienie można zbadać na przykład właśnie przez poziom i dynamikę sprzedaży detalicznej.

Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego w październiku br. sprzedaż detaliczna wzrosła o 2,3 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ub.r. i był to odczyt nieznacznie lepszy od oczekiwanego (2,1 proc.). Największą dynamikę (o 10,9 proc.) odnotowano w dziale farmaceutyki, kosmetyki, sprzęt ortopedyczny. Odzieży i obuwia sprzedano o 8,5 proc. więcej niż przed rokiem; sprzedaż w sklepach niewyspecjalizowanych wzrosła o 6,3 proc., a żywności napojów i wyrobów tytoniowych – o 5,5 proc. O 6 proc. spadła natomiast sprzedaż paliw stałych, a samochodów i produktów motoryzacyjnych – o 3 proc. Choć nadchodzący sezon świąteczny będzie sprzyjał zwiększonym wydatkom, zdaniem ekonomisty Polacy wciąż są ostrożni wobec zakupów, za które nie mogą zapłacić gotówką.

W grudniu, jak zawsze w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, rosnąć będą wszystkie kategorie związane ze świąteczną tradycją: żywność, prezenty itp. – wskazuje Witold Orłowski. – Mogę z góry powiedzieć, że agregat sprzedaży zabawek na pewno będzie znacznie wyższy niż w poprzednich miesiącach. Jeśli jednak odejść od tej sezonowości, to wydaje się, że konsumenci w tej chwili cały czas są ostrożni w dokonywaniu takich bardzo dużych zakupów – zakupów na kredyt. Natomiast łatwiej kupują rzeczy trochę droższe, ale mieszczące się jednak w normalnych wydatkach.

Może to być oznaka niepewności, a także utrudnionego dostępu do pożyczek.

Wynika to także z tego, że obecnie jest trochę trudniej o kredyt niż kilka miesięcy temu – przekonuje główny doradca ekonomiczny PwC. – Chociaż pod tym względem sytuacja też powoli zaczyna się poprawiać.

Biznes wciąż zainteresowany Rosją i Ukrainą. Mimo napiętej sytuacji na Wschodzie rynki te nadal przyciągają inwestorów

CEO Magazyn Polska

Zagraniczne firmy prowadzące biznes w Rosji wstrzymują się z poważniejszymi decyzjami inwestycyjnymi, ale nie zamierzają rezygnować z tego rynku. Gospodarka Ukrainy konflikt odczuwa mocniej, a mimo to nie brakuje firm, które rozważają inwestycje, licząc na wzrost za 2-3 lata. Dla inwestorów zagranicznych Polska pozostaje bardzo atrakcyjnym rynkiem – podkreślano podczas siódmej edycji CFO European Summit.

Polska to wielki rynek wewnętrzny i tym się wyróżnia na tle regionu. Jeśli porównamy wskaźniki gospodarcze w połączeniu z rozmiarami gospodarki, to większość państw europejskich nie osiąga takiego poziomu. Z perspektywy firm spoglądających na europejski rynek można wrzucić do jednego worka Polskę, Czechy, Słowację i Węgry, a wówczas ten worek, jeśli chodzi o liczbę ludności i rozmiary rynku, jest jeszcze bardziej interesujący – mówi dr Daniel Thorniley, prezes DT-Global Business Consulting i ekspert ds. rynków wschodzących, gość specjalny tegorocznej siódmej edycji CFO European Summit organizowanej przez ACCA.

Inwestorów przyciąga do Polski przede wszystkim stabilna sytuacja gospodarcza. Jak przypomina Jacek Rostowski, były wicepremier i minister finansów, Polska w nieznacznym stopniu odczuła ostatni kryzys gospodarczy – podczas gdy wiele państw odnotowało spadek PKB, Polska mogła pochwalić się najlepszym wzrostem gospodarczym. Do tego w wielu państwach pogłębił się również dług publiczny, ale tylko trzy odczuły ten fakt w stopniu mniejszym niż Polska. Dlatego – jak stwierdził podczas CFO European Summit Jacek Rostowski – na pytanie o to, gdzie w Europie inwestować, odpowiedź brzmi: liczby mówią same za siebie.

Zdaniem Daniela Thornileya skutki tego kryzysu są bagatelizowane. Podkreśla, że turbulencje gospodarcze już kosztowały świat pięć razy tyle, co II wojna światowa i to banki powinny sfinansować odbudowę globalnego rynku w kolejnych 5-10 latach. Za to – w jego opinii – konsekwencje napięć na Wschodzie są wyolbrzymiane. Konflikt między Ukrainą a Rosją nie spowodował jednak, że zagraniczne firmy masowo rezygnują z tych rynków.

18 miesięcy temu większość firm prowadzących interesy w Rosji radziła sobie bardzo dobrze pod względem wielkości i wzrostu sprzedaży oraz rentowności. Te liczby teraz idą w dół, ale mimo to utrzymują się na całkiem niezłym poziomie – podkreśla ekonomista. – Myślę, że perspektywa na najbliższy czas nie jest najlepsza. Będzie to okres wyzwań i napięć, bo wzrost PKB będzie niewiele powyżej zera, a średnioterminowa prognoza wzrostu to 2,5-3 procent.

Ta perspektywa dla Rosji będzie osiągalna, pod warunkiem że nie dojdzie do eskalacji konfliktu z Ukrainą, a ceny ropy nie spadną gwałtownie w dół, pociągając za sobą rubla. Dużo gorzej gospodarczo radzi sobie druga strona konfliktu.

Niektóre firmy mogą wziąć na siebie ryzyko i założyć, że w 2016 roku wróci na Ukrainę wzrost, że konflikt nie zamieni się w wojnę totalną z Rosją oraz że będą inwestycje i wsparcie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i strefy euro. Ale to muszą być firmy, dla których nie będą ważne jedynie krótkoterminowe wyniki, ale inwestycje w przyszłość – mówi Daniel Thorniley.

Według ekonomisty najbardziej perspektywiczne rynki, którymi warto się zainteresować, to dziś Chiny, Turcja i Stany Zjednoczone. Do Państwa Środka inwestorów przyciągają rosnąca konsumpcja wewnętrzna oraz wciąż wyższy niż w Europie wzrost gospodarczy (ponad 7 proc.). Z kolei USA stało się bardziej atrakcyjne ze względu na spadające ceny energii, które zagwarantowała rewolucja łupkowa.

Gospodarka turecka w tej chwili lekko się chwieje, jednak wciąż oznacza to 3-procentowy wzrost. Jeśli nie będzie żadnego poważnego wpływu ze strony Syrii i Bliskiego Wschodu, Turcja będzie kluczowym i strategicznym rynkiem. W średnioterminowej perspektywie zakładamy, że Turcja może zostać gospodarczym zwycięzcą – prognozuje Thorniley w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Konferencja CFO European Summit, organizowana przez ACCA (the Association of Chartered Certified Accountants), jest doroczną konferencją dla kadr zarządzających finansami w największych przedsiębiorstwach Polski i Europy.

Coface: Wzrost gospodarczy w Polsce jest bardziej stabilny niż w innych państwach regionu. Głównie dzięki uniezależnieniu od eksportu

CEO Magazyn Polska

Gospodarki Polski i Rumunii jako jedyne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej nie są w większości uzależnione od eksportu. Dzięki dużym rynkom wewnętrznym wzrost gospodarczy w dużej części opiera się na konsumpcji i przez to jest bardziej zrównoważony. W Polsce ożywieniu popytu sprzyjać będzie coraz lepsza sytuacja na rynku pracy i rosnące wynagrodzenia.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej są dosyć otwartymi gospodarkami, większość z nich dużo eksportuje – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej. – W przypadku krajów takich, jak Węgry czy Słowacja, udział eksportu w PKB to niemalże 100 proc. Są jednak dwa wyjątki: Polska i Rumunia.

Sprzedaż eksportowa w tych krajach odpowiadała w ubiegłym roku za odpowiednio 48 i 42 proc. PKB. W dużej mierze wzrost gospodarczy w Polsce i Rumunii może opierać się na rynku krajowym – ze względu na większą bazę konsumentów.

Mniejsze gospodarki, chociażby krajów bałtyckich, nie mają takiej możliwości. Zmuszone są więc do eksportowania – mówi Sielewicz.

Dlatego rozwój gospodarek Polski i Rumunii jest bardziej zrównoważony. Może opierać się bowiem na kilku czynnikach, nie jest uzależniony od jednego, jak w przypadku mniejszych gospodarek.

W Polsce mieliśmy co prawda spadek konsumpcji prywatnej, zwłaszcza w pierwszej połowie ubiegłego roku obserwowaliśmy stagnację – zauważa Sielewicz. – Natomiast obecnie widzimy odbicie. Z pewnością sprzyjać mu będzie lepsza sytuacja na rynku pracy, czyli coraz mniejsza stopa bezrobocia oraz zwiększające się wynagrodzenia.

Według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej październik był dziewiątym miesiącem z rzędu, kiedy w Polsce spadało bezrobocie rejestrowane. Stopa bezrobocia wyniosła 11,3 proc. Od lutego liczba bezrobotnych zmniejszyła się o blisko pół miliona osób. Tak dobrych wyników polska gospodarka nie notowała od lat.

Konsumenci jednak, jak podkreśla Grzegorz Sielewicz, nie mają jeszcze tak dużego poczucia bezpieczeństwa, aby ruszyć na zakupy dóbr trwałego użytku. To mogłyby wskazywać na większą skłonność do wydawania pieniędzy. Na razie koncentrują się na codziennych, drobnych potrzebach.

Widzimy jednak, że całkiem wysokie dynamiki sprzedaży notują takie dobra, jak odzież czy kosmetyki, czyli produkty, na które konsumenci mogą sobie pozwolić dzięki wzrostowi wynagrodzeń – wskazuje Sielewicz. – W innych krajach regionu również wzrasta konsumpcja prywatna. Historycznie jednak w Polsce nie była ona w tak dużej stagnacji, jak w innych krajach.

Na rozwój regionu w ostatnich miesiącach wpłynęła sytuacja geopolityczna na Wschodzie. Jak podkreśla główny ekonomista Coface, miała ona istotne znaczenie dla polskich przedsiębiorców i to nie tylko eksporterów, przed którymi zamknął się rynek rosyjski.

W wyniku embarga ceny, np. artykułów rolno-spożywczych, na rynku lokalnym spadają – tłumaczy Sielewicz. – Flagowym przykładem są polskie jabłka, których połowa eksportu, czyli 20 proc. krajowej produkcji, trafiała na rynek rosyjski. Tym samym ceny na rynku wewnętrznym poszły w dół, przez co spadły także marże producentów i dostawców, którzy nie zajmują się eksportem. Znajduje to odzwierciedlenie w ogólnej sytuacji przedsiębiorstw.

Obszarem ryzyka w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej są dostawy gazu ziemnego. Większość państw regionu, podobnie jak Polska, jest silnie uzależniona od dostaw tego surowca z Rosji.

Bez wątpienia gaz pozostaje instrumentem polityki w rękach naszego wschodniego sąsiada, czego przykład mieliśmy w 2011 roku, kiedy Polska płaciła za niego dwa razy więcej niż Niemcy, strategiczny partner Rosji – potwierdza Sielewicz. – Także obecnie możemy znów być świadkami manipulowania ceną, tudzież dostępnością gazu, od którego uzależnione są gospodarki krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w listopadzie

W listopadzie 76 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników pozostał na niezmienionym poziomie. Obecnie 44 proc. Polaków jest zdecydowanie przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 32 proc.

Także odsetek zwolenników przyjęcia euro nie zmienił się w porównaniu do pomiaru październikowego. Obecnie jest ich łącznie 18 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 3 proc., 15 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro.

Jedynie 6 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do 80 proc.

Preferencje polityczne respondentów także nie wpływają na polaryzację opinii na temat wprowadzenia euro. Wysokie odsetki przeciwników przyjęcia euro występują wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań, nieco liczniej występują oni wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (83 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (70 proc.).

Informacje o badaniu
Listopadowa fala badania została przeprowadzona w dniach 6–9 listopada 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

Chcemy niższych składek i wyższych emerytur

Jakie są nasze oczekiwania co do przyszłej emerytury? Z badania Bankier.pl wynika, że chcielibyśmy płacić dwukrotnie niższe składki i jednocześnie otrzymywać emerytury wyższe o co najmniej 50%.

W badaniu ankietowym Bankier.pl udział wzięło 1939 respondentów. Aż 49% pytanych przyznało, że korzystało z usług ZUS-u w przeszłości. 46% twierdzi, że nie miało jeszcze okazji, a 5% nie wie, czy kiedykolwiek takie zdarzenie miało miejsce. Wśród osób, które kiedykolwiek były w oddziale ZUS-u 61% uznało obsługę za przynajmniej umiarkowanie dobrą.

– ZUS wypłaca nie tylko renty i emerytury, ale też chorobowe oraz zasiłek macierzyński. Część Polaków nie zdaje sobie sprawy z faktu, że ZUS wypłaca cały pakiet socjalny (renty rodzinne, zasiłki pogrzebowe, renty socjalne, prewencję wypadkową itp.) – na ten cel przeznacza ponad 50 mld zł rocznie – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Na pytanie, „jak oceniasz wysokość świadczeń wypłacanych z ZUS-u (np. emerytur)?”, aż 88% respondentów odpowiedziało, że są one zbyt niskie w stosunku do płaconych składek. 61% pytanych stwierdziło, że minimalna stopa zastąpienia (stosunek wysokości emerytury do ostatniego wynagrodzenia) powinna wynosić ponad 60%. Przy tym 67% stwierdziło, że składka do ZUS-u płacona przez przedsiębiorców powinna być niższa od 400 zł.

Z obliczeń Bankier.pl wynika, że praktycznie nie ma ekonomicznej możliwości uzyskania stopy zastąpienia na poziomie minimum 60% w sytuacji, gdy osoba uzyskująca przeciętne wynagrodzenie odkładać będzie na emeryturę mniej niż 400 zł miesięcznie. W najbardziej optymistycznym scenariuszu oprocentowania, wzrostu gospodarczego, poziomu inflacji oraz zachowania ciągłości wpłat, po 45 latach oszczędzania stopa zastąpienia wynosi 46% – dodaje Łukasz Piechowiak.

Nowe zasady rozliczania aut służbowych do celów prywatnych od 1 stycznia 2015 roku

Od 1 stycznia 2015 r. zmieni się obecny system rozliczania podatku dochodowego z tytułu użytkowania przez pracowników samochodów służbowych do celów prywatnych. Prezydent podpisał ustawę z dnia 7 listopada 2014 r. o ułatwieniu wykonywania działalności gospodarczej, która wprowadza system ryczałtowy. Nowe przepisy pozwalają na jednoznaczne określenie wartości świadczenia uzyskiwanego przez pracownika z tytułu użytkowania samochodu służbowego dla celów prywatnych. Wartość takiego świadczenia ustalać się będzie w wysokości 250 zł miesięcznie dla samochodów o pojemności silnika do 1600 cm3 – co przy stawce podatkowej 18% oznacza kwotę 45 zł zryczałtowanego miesięcznego podatku lub 400 zł miesięcznie dla samochodów o pojemności silnika powyżej 1600 cm3, czyli 72 zł zryczałtowanego miesięcznego podatku. Zdaniem ekspertów EY, pozwoli to uporządkować i uprościć zasady rozliczania.

W przypadku wykorzystywania samochodu służbowego do celów prywatnych przez część miesiąca – wartość świadczenia ustalana będzie za każdy dzień wykorzystywania samochodu do celów prywatnych – w wysokości 1/30 ww. kwot. Jeżeli natomiast świadczenie przysługujące pracownikowi jest częściowo odpłatne, to przychodem pracownika jest różnica pomiędzy wartością określoną w ustawie i odpłatnością ponoszoną przez pracownika.

W efekcie wprowadzanych zmian pojawi się obciążenie wynikające z zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych i składek na ubezpieczenia społeczne w kwocie 100-150 złotych. O ile do tej pory posiadanie w firmie osobnej polityki samochodowej było wskazane, ale nie zawsze konieczne, teraz – wobec nadchodzących zmian w podatkach – ustawodawca w praktyce wymusił sporządzanie takiego wewnętrznego dokumentu, aby zachować spójność pomiędzy podatkami dochodowymi i VAT.

Oszczędności w obszarze podatku PIT można będzie osiągnąć dzięki wyraźnemu uregulowaniu w polityce samochodowej zakresu użytku prywatnego aut firmowych. Należy pamiętać, aby zapisy regulaminu odzwierciedlały rzeczywistość, a więc trzeba będzie wziąć pod uwagę sezonowość takiego użytkowania aut przez pracowników.  Wielu właścicieli flot samochodowych zezwala pracownikom na użytek prywatny samochodu podczas urlopu, a te jak wiadomo częściej zdarzają się w okresie lata i ferii zimowych. Musi być także przewidziany „bezpiecznik”, który taką regulację uczyni dostatecznie elastyczną, aby uniknąć zarzutu nieadekwatności liczby dni prywatnego użytku w miesiącu do rzeczywistości. Rolę takiego mechanizmu może przyjąć zapis, aby w razie użytku ponad wskazaną w regulaminie liczbę, obowiązek stosownego zgłoszenia spoczywał bezpośrednio na pracowniku. Największy obszar oszczędności drzemie natomiast  w składkach na ZUS. Okazuje się bowiem, że chociaż co do zasady taki ryczałt będzie podlegał oskładkowaniu, to o ile zadbamy o to właściwie w treści polityki samochodowej, będzie jednak możliwe uniknięcie składek – mówi Marek Jarocki, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY w zespole Human Capital.

Wewnętrzna polityka samochodowa

Najlepszą metodą na precyzyjne uregulowanie zasad korzystania z samochodów służbowych jest sporządzenie polityki samochodowej. Polityka powinna składać się z regulaminu korzystania z samochodów oraz umowy powierzenia mienia pracownikowi. Istnienie takiego regulaminu posłuży stworzeniu przejrzystych i obiektywnych zasad, które znane będą wszystkim pracownikom. Pracodawca może dowolnie kształtować postanowienia regulaminu, pamiętając jednak by jego treść nie była sprzeczna z ustawą, zasadami współżycia społecznego bądź też nie miała na celu obejścia ustawy. Polityka powinna być dostosowana do specyfiki działalności danej filmy, nie ma możliwości stworzenia jednolitego uniwersalnego regulaminu. Dodatkowo polityka korzystania z samochodów służbowych powinna regulować kwestie przyznawania samochodów służbowych, zasady ich użytkowania oraz odpowiedzialności pracownika za powierzony samochód.

Kwestia powierzenia samochodów służbowych budzi również liczne wątpliwości. Wynika to z faktu, iż przepisy prawa pracy nie narzucają konkretnej formy, w jakiej powierzenie mienia powinno nastąpić. W konsekwencji rodzi to liczne wątpliwości – w szczególności co do prawnego uregulowania sposobu przekazania samochodu, odpowiedzialności pracownika za powstałe szkody w związku z użytkowaniem samochodu, możliwości wykorzystywania samochodu służbowego do celów prywatnych czy też kwestii zwrotu samochodu oraz rozliczeń końcowych z pracownikiem – dodaje Aleksandra Mazur-Zych, Radca Prawny, Kancelaria Prawna EY Law.

Zmiany nie bez wpływu na VAT

Warto również pamiętać o zmianach dotyczących podatku VAT dotyczących samochodów. Mimo, że zmiany weszły już od 1 kwietnia 2014 roku, rozliczenia podatku VAT w tym obszarze mogą budzić wciąż liczne wątpliwości.

Rozliczanie VAT od samochodów, paliwa i innych wydatków związanych z samochodami  trzeba rozpatrywać wspólnie z innymi podatkami, w szczególności dochodowymi. Trudno, np. twierdzić, że pracownik używa samochodu wyłącznie dla celów służbowych, a na gruncie PIT jest mu doliczany przychód z tytułu nieodpłatnego użytku prywatnego. Ta spójność powinna być zapewniona na etapie polityki używania samochodów przez pracowników, w przeciwnym razie nawet jeśli unikniemy kłopotów z VAT  możemy stracić na podatku w innym obszarze. Ważne jest więc, żeby przyjęte podejście było nie tylko dobrze udokumentowane, ale – co najważniejsze – zgodne z rzeczywistością – radzi Dorota Pokrop, Dyrektor w Zespole Podatków Pośrednich EY.

Przypomnijmy: wszelkie wydatki związane z użytkowaniem samochodów osobowych przez pracowników umożliwiają pełne odliczenie VAT tylko wtedy, gdy dany pojazd jest używany wyłącznie dla celów służbowych. Musi być to potwierdzone szczegółową ewidencją przebiegu pojazdu oraz auto musi być zgłoszone do urzędu skarbowego. Jeśli choćby w niewielkim stopniu pojawia się użytek prywatny  lub przedsiębiorca nie jest w stanie prowadzić wymaganej ewidencji, wówczas może odliczać wyłącznie 50% VAT z wydatków związanych z użytkowaniem samochodów osobowych (ale nie od paliwa, gdzie odliczenie taki będzie możliwe dopiero od 1 lipca 2015 r.). I tu pojawia się wiele pytań i wątpliwości dotyczących właściwej interpretacji przepisów w konkretnych przypadkach pojawiających się w codziennej praktyce biznesowej.

Stosunek Polaków do integracji europejskiej w listopadzie

Nowe zasady składania wybranych PIT i CIT na potrzeby PFR

Usługa wstępnie wypełnionych zeznań podatkowych (pre-filled tax return – PFR) ruszy w marcu 2015 r. Do jej uruchomienia niezbędne są m.in. nowe regulacje w zakresie składania urzędom skarbowym wybranych formularzy PIT i CIT. Ustawa pozwalająca na natychmiastowe gromadzenie w systemach informatycznych administracji podatkowej danych niezbędnych do wprowadzenia PFR wejdzie w życie 1 stycznia 2015 r. i będzie mieć zastosowanie do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r.

PFR będzie przygotowany w oparciu o dane zawarte w imiennych informacjach o dochodach osób fizycznych, sporządzanych przez płatników podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podmioty niepełniące funkcji płatnika w tym podatku.

W pierwszym etapie (marzec 2015 r.) usługa zostanie udostępniona dla podatników składających zeznanie podatkowe PIT-37. Podatnicy, którzy będą chcieli z niej skorzystać (usługa ma charakter fakultatywny), PFR pobiorą ze strony Portalu Podatkowego (www.portalpodatkowy.mf.gov.pl).

Uruchomienie usługi PFR i zmniejszenie liczby dokumentów papierowych oraz budowa elektronicznej administracji podatkowej wymaga nowego unormowania zasad składania urzędom skarbowym niektórych formularzy PIT i CIT. I tak od 1 stycznia 2015 r., w odniesieniu do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r., deklaracje PIT-4R, PIT-8AR, informacje PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1, IFT-3, roczne obliczenie podatku PIT-40, a także zeznanie podatkowe CIT-8 oraz informacja IFT-2, składa się urzędom skarbowym wyłącznie za pomocą środków komunikacji elektronicznej, na zasadach określonych w przepisach ustawy – Ordynacja podatkowa. Oznacza to obowiązek ich przesyłania w formie dokumentu elektronicznego opatrzonego bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu w rozumieniu ustawy o podpisie elektronicznym (BPE).

Wyjątkiem od tej zasady będą objęci wyłącznie płatnicy podatku dochodowego od osób fizycznych, podmioty niepełniące funkcji płatnika w tym podatku, podatnicy lub płatnicy podatku dochodowego od osób prawnych, którzy na podstawie przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, informację PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz roczne obliczenie podatku PIT-40 sporządzają za rok podatkowy dla nie więcej niż pięciu podatników (osób fizycznych). W ich przypadku istnieje możliwość składania urzędom skarbowym PIT-4R, PIT-8AR, PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1, PIT-40, CIT-8 oraz IFT-2 w formie dokumentu pisemnego (papierowo), chyba że czynność ta odbywa się za pośrednictwem biura rachunkowego.

Biura rachunkowe PIT-4R, PIT-8AR, PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1, PIT-40, CIT-8 oraz IFT-2 przesyłają wyłącznie za pomocą środków komunikacji elektronicznej. Termin na złożenie urzędowi skarbowemu papierowych PIT 8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz PIT-40, upływa z końcem stycznia roku następującego po roku podatkowym (jest krótszy o miesiąc w stosunku do terminu określonego dla przesyłania urzędom skarbowym dokumentów elektronicznych). Termin sporządzenia i przesłania podatnikowi PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz PIT 40 pozostaje bez zmian (upływa z końcem lutego roku następującego po roku podatkowym), niezależnie od formy ich składania urzędowi skarbowemu (elektronicznie lub papierowo). Powyższym zmianom towarzyszą zmiany o charakterze organizacyjno-technicznym polegające między innymi na uruchomieniu Uniwersalnej Bramki Dokumentów (UBD), będącej nowym, intuicyjnym kanałem służącym do wysyłania e-deklaracji. Główną zaletą tej bramki jest możliwość złożenia w ramach jednej transmisji danych do 20.000 dokumentów oraz pobranie jednego Urzędowego Poświadczenia Odbioru (UPO) dla całej wysyłki.

Docelowo będzie też dostępne rozwiązanie, które umożliwi płatnikom podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podmiotom niepełniącym funkcji płatnika w tym podatku, będącym osobami fizycznymi, podpisywanie e-deklaracji danymi autoryzacyjnymi, tj. bez konieczności posiadania BPE.

***

Ustawa z dnia 26 września 2014 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1563) została ogłoszona 12 listopada 2014 r. i jest dostępna na stronie Rządowego Centrum Legislacji w serwisie Dzienniki Urzędowe.

Rafako wypłaci dywidendę najwcześniej za dwa lata. Spółka dokapitalizuje się zyskiem

0

CEO Magazyn Polska

Rafako mimo poprawy wyników finansowych nie zamierza na razie wypłacać dywidendy. Pieniądze potrzebne są na dokapitalizowanie spółki. Jak deklaruje jej prezes, Rafako postara się podzielić z udziałowcami zarobkami za 2016 rok.

– Chcemy odzyskać zdolność dywidendową, jednak musimy patrzeć na to w dłuższym horyzoncie zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prezes zarządu i dyrektor generalna Rafako Agnieszka Wasilewska-Semail. – Jeśli chodzi o możliwość wypłaty dywidendy, chcemy przede wszystkim jednak w tym krótkim okresie przeznaczyć wypracowany zysk na kapitał.

Suma pasywów Rafako to dziś ponad 983 mln zł, podczas gdy rok temu  przekraczały one 1 mld zł. Mimo że opóźnienie w wypłacie dywidendy nie jest jak zapewnia prezes związane z oddłużaniem spółki, to jednak poziomu podstawowych wskaźników musi ona pilnować.

Oczywiście to też musimy robić w porozumieniu z rynkiem finansowym zaznacza Agnieszka Wasilewska-Semail. Umowy, które Rafako ma w tej chwili, dotyczące możliwości wypłaty dywidendy są w jakiś sposób skorelowane z funkcjonowaniem spółki, ze wskaźnikami, które spółka osiąga. Z punktu widzenia spółki bezpiecznie będzie wypłacić tę dywidendę po roku 2016. Tak naprawdę przewidujemy ją w 2017, ale będziemy robili wszystko, żeby już w 2016 roku spółka mogła ten wypracowany wyniki wypłacić w formie dywidendy.

Na razie Rafako potrzebuje pieniędzy, by zrealizować m.in. kontrakt jaworzyński. W konsorcjum z Mostostalem Warszawa raciborska spółka buduje dla Tauronu nowe bloki energetyczne w tamtejszej elektrowni. Do jej zadań należy postawienie wyspy kotłowej, by zrealizować ten projekt, musi być jednak bezpieczna finansowo.

– To jest produkcja Rafako, to są kompetencje i moce wytwórcze, które są w spółce podkreśla jej prezes. Żeby jednak zapewnić to wszystko, musimy przede wszystkim wzmocnić kapitałowo spółkę.

W tym roku wyniki Rafako były zdecydowanie lepsze niż w ubiegłym. Po trzech kwartałach przychody spółki ze sprzedaży sięgnęły niemal 734 mln zł i były o ponad ćwierć miliarda wyższe niż rok wcześniej. Jej zysk netto przekroczył 17 mln zł, co jest zdecydowaną poprawą po 137 mln zł strat w ubiegłym roku.

Jeśli chodzi o III kwartał, to tak jak mówiliśmy już po wynikach II kwartału, spodziewaliśmy się, że będzie lepszy od poprzedniego mówi Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu i dyrektor generalny Rafako. – Wyniki są nieporównywalnie lepsze niż w analogicznym okresie 2013 roku. To jest po prostu trzeci kolejny, normalny kwartał działania Rafako.