Pod koniec roku wejdzie w życie nowe prawo konsumenckie. E-sklepy rozpoczęły przygotowania

CEO Magazyn Polska

Właściciele e-biznesów zaczęli prace nad dostosowaniem swoich sklepów internetowych do wymogów wchodzącej w życie 25 grudnia nowej ustawy konsumenckiej. Wprowadzenie niezbędnych zmian tuż przed tym terminem może być dużym wyzwaniem ze względu na ruchliwy okres przedświąteczny. Nowe przepisy wzmacniają pozycję konsumentów, a właścicielom sklepów dają szansę na ekspansję zagraniczną.

‒ Nowa ustawa gruntownie zmieni przepisy w sprzedaży przez internet. Dodatkowo zmiany te należy wprowadzić w czasie przedświątecznym, czyli gorącym okresie dla wszystkich e-sprzedawców. Ten niekorzystny termin jest największym wyzwaniem. Do zmian można się jednak przygotować, wprowadzając wiele zmian już dziś – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Julia Mandel, ekspert ds. prawa i certyfikacji Trusted Shops.

Ustawa, która wejdzie w życie 25 grudnia, zakłada m.in. wydłużenie czasu na odstąpienie od umowy bez podania powodu przez klienta z 10 do 14 dni. O ile przedsiębiorca nie zastrzeże inaczej, to sklep, a nie konsument, będzie ponosił koszty takiego zwrotu. E-sklepy będą musiały też znacznie przejrzyściej i dokładniej informować klienta o wszystkich kosztach.

Mandel podkreśla, że sklepy nie mogą przed datą wejścia w życie ustawy wprowadzić nowych zasad odstąpienia od umowy, ponieważ muszą przestrzegać aktualnie obowiązującego prawa. Mogą się jednak do tego przygotować już teraz.

‒ Sklepy internetowe mogą już teraz przygotować nową politykę zwrotów, stosować można ją jednak od 25 grudnia – mówi Mandel. Zauważa: ‒Tu nie wystarczy wydłużyć czas na odstąpienie z 10 na 14 dni. Dodatkowo należy dostosować procedury oraz stosowane słownictwo.

Podobnie jest z obowiązkiem potwierdzenia informacji o transakcji na trwałym nośniku. Obecnie przedsiębiorcy dołączają do przesyłki takie potwierdzenie. Od 25 grudnia za trwały nośnik będzie uznany również plik pdf przesłany w e-mailu. Dlatego jak podkreśla Mandel, już teraz właściciele sklepów mogą opracować nową formę dokumentacji.

Inne zmiany można wdrożyć już teraz. Na przykład można sprawdzić, czy informacja dotycząca cen lub kosztów jest zgodna z wymogami nowej ustawy oraz dostosować proces zakupu do nowych przepisów.

Mandel dodaje, że choć nowe przepisy nakładają wymogi na e-sklepy, to równocześnie są dla nich szansą na rozwój na innych rynkach w UE.

‒ Będziemy mieć te same zasady sprzedaży internetowej w całej Unii. To naturalnie ułatwia sprzedawcom prowadzenie sprzedaży na rynkach zagranicznych. Nie będą oni już musieli stosować różnych procedur w sytuacji odstąpienia od umowy w zależności od kraju, z którego konsument pochodzi – podkreśla Mandel.

Na ujednoliceniu w całej UE przepisów dotyczących sprzedaży w sieci mogą zyskać polskie sklepy, którym zapewne przybędzie klientów z innych krajów Unii.

Bezpłatną pomoc dla konsumentów realizujących zakupy w sieci oferuje Europejskie Centrum Konsumenckie, które wspólnie z Trusted Shops zorganizowało w piątek konferencję na temat zmian w ustawie konsumenckiej.

Ministerstwo Sportu i Turystyki chce wesprzeć organizację międzynarodowych kongresów w Polsce. Przemysł spotkań to nawet jedna trzecia wpływów z turystyki

CEO Magazyn Polska

Nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie może zarabiać Polska dzięki organizowaniu międzynarodowych kongresów i spotkań. Ten obszar stanowi jedną trzecią wpływów z turystyki, które w 2013 r. wyniosły ok. 40 mld zł. Przy Polskiej Organizacji Turystycznej istnieje specjalne biuro z oddziałami terenowymi, którego zadaniem jest rozwijanie tego typu działalności.

To potężna gałąź, dlatego jest priorytetem naszych działań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki. ‒ Na pewno pozyskiwanie dużych kongresów i konferencji, składanie specjalnych ofert, które mają pomóc w pozyskaniu takich imprez, wymaga dużego wsparcia ze strony rządowej. My oczywiście po analizie takich propozycji udzielamy poparcia.

Już w 2002 r. w ramach struktur Polskiej Organizacji Turystycznej powstało Poland Convention Bureau, które zajmuje się wsparciem organizacji międzynarodowych kongresów w Polsce. Podobne biura funkcjonują już także w miejskich oddziałach POT-u. Polska zabiega nie tylko o seminaria lub konferencje, lecz także np. o imprezy sportowe. Dużym sukcesem w tym była organizacja siatkarskich mistrzostw świata w tym roku.

Jak podkreśla Sobierajska, wszystkie te wydarzenia tworzą tzw. przemysł spotkań. Raport przygotowany przez Active Group dla MSiT wskazuje, że w 2013 r. 11 proc. osób przyjeżdżających do Polski w interesach uczestniczyło służbowo w konferencjach. Może to oznaczać nawet 1,8 mln przyjazdów rocznie. Liczba ta nie obejmuje m.in. kibiców oraz osób przyjeżdżających na konferencje i szkolenia prywatnie.

Często angażujemy się jako resort we współorganizację takiego przedsięwzięcia, o ile jest to spotkanie, konferencja, zwłaszcza z sektora turystycznego, które potem może przełożyć się na wzrost ruchu turystycznego – podkreśla Sobierajska.

Zaznacza, że MSiT nie angażuje się finansowo w organizację kongresów. Organizacje pozarządowe mogą jednak ubiegać o wsparcie finansowe konkretnych wydarzeń.

Jest program dotacyjny ministerstwa dla jednostek spoza sektora finansów publicznych. Jeżeli któreś ze stowarzyszeń składa ofertę, która dotyczy pozyskania wsparcia na takie wydarzenie, to jak najbardziej ma szansę takie uzyskać – zapewnia Sobierajska.

Rosną oszczędności Polaków. Skłonność do ryzyka jest jednak wciąż niewielka

CEO Magazyn Polska

Polacy oszczędzają coraz więcej. Jak policzył Narodowy Bank Polski oszczędności Polaków pod koniec zeszłego roku wyniosły 850 mld zł i wciąż rosną. Większość z nich inwestowana jest jednak w sposób zachowawczy. Bezpiecznie, więc bez szans na spektakularne zyski.

W I kwartale 2014 r. Polacy powiększyli oszczędności o kolejne 38,3 mld zł ‒ wynika z najnowszego raportu NBP. W tym roku przybywa ich znacznie szybciej niż w zeszłych latach, bowiem w I kwartale zeszłego roku zdołaliśmy zaoszczędzić 4 mld zł mniej niż w tym roku.

‒ Przede wszystkim warto zaznaczyć, że tak naprawdę niemal każdy z nas deklaruje chęć do oszczędzania, ale wychodzi to mniej niż połowie z nas ‒ mówi w rozmowie z Newseria Biznes Norbert Duczkowski, dyrektor biura produktów inwestycyjnych Getin Noble Bank. ‒ Istnieje olbrzymia dysproporcja między tym, ile chcielibyśmy oszczędzać, a tym, ile faktycznie oszczędzamy.

Oszczędzane pieniądze, jak podaje NBP, w ok. 40 proc. trafiały na bankowe lokaty ‒ łącznie 14,9 mld zł w I kwartale.

‒ Są to najpopularniejsze i najbardziej płynne metody, które umożliwiają wycofanie zgromadzonych środków w każdym momencie, to powoduje jednak, że długofalowe oszczędzanie nie jest aż tak efektywne ‒ ocenia Norbert Duczkowski.

Wśród Polaków popularne jest też inwestowane w akcje i inne udziały kapitałowe, których w I kwartale nabyto łącznie za kwotę 17,6 mld zł. Zwykle są to fundusze dłużne o ograniczonym ryzyku inwestycyjnym.

‒ Obserwujemy zwiększone napływy do funduszy inwestycyjnych, a te napływy powinny jeszcze rosnąć w związku z potencjalnymi obniżkami stóp procentowych podkreśla dyrektor biura produktów inwestycyjnych Getin Noble Bank. ‒ Natomiast warto także zauważyć, że stałą popularnością wśród klientów cieszą się także długofalowe programy oszczędnościowe, które są bardzo często przygotowane w formie ubezpieczeń na życie i dożycie.

Wybierając metodę oszczędzania, Polak zazwyczaj nie lubi działać pochopnie. Badamy rynek, obserwujemy oferty, a potem na ogół idziemy jeszcze po poradę do specjalisty.

‒ Duży wpływ na to, jakie produkty wybierają klienci, mają doradcy bankowi, którzy proponują głównie rozwiązania bezpieczne mówi dyrektor biura produktów inwestycyjnych Getin Noble Bank. ‒ Biorą pod uwagę skłonność klientów do ryzyka i dużą zachowawczość zarówno wyborze, jak i podejmowaniu jakiegokolwiek ryzyka inwestycyjnego.

Wielkich zmian w polskich sposobach oszczędzania nie powinniśmy więc oczekiwać. Polak woli zarabiać mniej, ale za to bezpiecznie.

‒ Są to głównie fundusze pieniężne i fundusze obligacji, najczęściej polskie ‒ informuje dyrektor Duczkowski. ‒ Czasami daje się przekonać inwestującego do funduszu obligacji korporacyjnych, które osiągają bardzo fajne stopy zwrotu, jednak ryzyko inwestycyjne jest już wyższe. W przypadku klientów zamożniejszych ryzyko jest wybierane w zależności od tego, w jaki sposób kształtuje się portfel inwestycyjny danego klienta.

Firma kurierska TNT planuje w Polsce nowe inwestycje i podwojenie zatrudnienia

0

CEO Magazyn Polska

TNT Express chce zatrudnić nowych pracowników. Do końca 2015 roku w Centrum Usług Wspólnych w Warszawie będzie pracować 400 osób, prawie dwa razy więcej niż obecnie. Firma chce także rozwijać infrastrukturę. Powstaną nowe biura i centrum sortownicze. Z uwagi na tempo wzrostu przesyłek TNT nie wyklucza budowy nowych centrów.

Zmieniamy się, powstaje nowe logo TNT i nowa marka „The People Network”, czyli i ludzie, i sieć. Wchodzimy z impetem na rynek małych i średnich przedsiębiorstw. Chcemy obsługiwać jak najwięcej firm z ten sektora biznesu w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencję Newseria Biznes Piotr Buczkowski, dyrektor generalny TNT Express Poland, jednej z największych na świecie firm dostarczających przesyłki ekspresowe.

Małe i średnie przedsiębiorstwa napędzają polską gospodarkę. Dane Związku Przedsiębiorców i Pracodawców wskazują, że stanowią one 99 proc. wszystkich działających firm, tworzą 75 proc. nowych miejsc pracy i generują 67 proc. PKB. Dlatego TNT chce skupić się właśnie na tym sektorze.

Zamierzamy obsługiwać te firmy jeszcze skuteczniej. Zmieniliśmy stronę internetową. Wprowadzamy prostsze narzędzia do zamawiania przesyłek, zmieniamy formy obsługi przez kurierów, klienci mogą teraz podpisać się elektronicznie na urządzeniach – tłumaczy Buczkowski.

Aby skuteczniej obsługiwać klientów, firma zwiększa zatrudnienie. W ubiegłym roku w Warszawie powstało Centrum Usług Wspólnych (trzecie na świecie, po Indiach i Mauritiusie), które realizuje administrację finansową i transakcje księgowe kilku oddziałów w Europie, część procesów finansowych aranżowana jest dla Niemiec, Włoch czy krajów Beneluksu. Obecnie zatrudnia 220 pracowników, jednak po rozbudowie, czyli do końca 2014 roku, w centrum ma pracować 400 osób.

Jesteśmy barometrem gospodarczym – ocenia Buczkowski. – Jeżeli produkuje i sprzedaje się więcej, to trzeba to w jakiś sposób dowieźć do konsumenta. Los branży jest w rękach naszych włodarzy gospodarczych. Z racji tego, że prognozy gospodarcze dla Polski są niezłe, dobra jest też perspektywa dla branży kurierskiej – podkreśla ekspert z TNT Express.

Dane GUS-u wskazują, że w II kw. wzrost PKB wyniósł 3,3 proc. Rośnie też popyt krajowy, w II kw. o 5,1 proc. (przy 3 proc. w I kw. tego roku). Dobra sytuacja gospodarcza wpływa na rozwój firm kurierskich. Obecnie na rynku działa ok. 200 podmiotów, duża konkurencja oznacza, że rynek się konsoliduje. Zdaniem Buczkowskiego, trudno jednak przewiedzieć kolejne zmiany.

TNT Express wykorzystuje dobrą koniunkturę na inwestycje w infrastrukturę. Zmienione mają zostać biura i centrum sortownicze. Buczkowski nie wyklucza również budowy nowych centrów.

Z uwagi na tempo wzrostu przesyłek i skalę obsługiwanego biznesu powoli nie mieścimy się już w tych miejscach, które mamy. Dlatego planujemy zmiany – zaznacza Piotr Buczkowski.

Obecnie TNT modyfikuje identyfikację wizualną. Ruszyła kampania reklamowa i akcje promocyjne. Zmienione zostaną wygląd pojazdów, mundury pracowników i opakowania, a cały proces ma potrwać 2-3 lata.

IMM: W I półroczu najwięcej na reklamę wydały koncerny farmaceutyczne. Duży budżet nie zawsze przekłada się na oczekiwane skutki

0

CEO Magazyn Polska

Firmy farmaceutyczne, branża spożywcza i sieci handlowe wydały najwięcej na reklamę w mediach tradycyjnych w I półroczu 2014 r. Każdy z tych sektorów przeznaczył na promocję ponad 1 mld zł. Wielki budżet kampanii reklamowej jednak nie zawsze przekładał się na oczekiwany skutek. Tańsze, ale dobrze dobrane narzędzia pozwalają na osiągnięcie podobnej liczby wzmianek nawet bez tradycyjnych reklam.

Rynek reklamy w mediach tradycyjnych w Polsce w I półroczu 2014 r. był stabilny. Wydatki reklamowe marketerów według cenników wyniosły 5,8 mld zł w telewizji, 1,75 mld zł w radiu i 1,7 mld zł w prasie. Najwięcej według cenników trafiło do Polsatu, w którym spółki wykupiły reklamy za 1,3 mld zł.

Najwięcej przeznaczono na promocję farmaceutyków i w tej kategorii liderem wydatków była polska firma Aflofarm. Na promocję w mediach wydała ona w I półroczu br. około 500 mln zł.

Aflofarm promował głównie farmaceutyki wspomagające proces rzucania palenia oraz suplementy diety. Poza farmaceutykami najwięcej na reklamę wydały branża spożywcza oraz sieci handlowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Sanowski, prezes zarządu Instytutu Monitorowania Mediów.

Pozostali najwięksi reklamodawcy wydali znacznie mniej niż Aflofarm. Drugi w rankingu Orange przeznaczył na promocję ok. 210 mln zł, a Lidl – ok. 190 mln zł.

IMM przeanalizował także to, jakie efekty w mediach społecznościowych mają kampanie reklamowe, a jakie efekty można uzyskać, prowadząc działań public relations bez wspomagania reklamą. Badania pokazały, że duży budżet nie zawsze przekłada się na oczekiwane skutki. Najważniejsze, jak podkreśla Sanowski, jest odpowiednie dobranie metod do celu kampanii. Jako przykład porównania działań PR i reklamowych wskazuje kampanie sieci sklepów Biedronka, marki Play oraz akcję społeczną „Język polski jest ą ę“ przeprowadzona przez agencję Ogilvy & Mather pod patronatem Rady Języka Polskiego. Wszystkie kampanie miały swoją premierę na początku 2013 roku.

Kampania Biedronki z udziałem Daniela Olbrychskiego wygenerowała w miesiąc po premierze ok. 200 wzmianek w internecie, w tym w social media. Podobnymi efektami w tym samym przedziale czasowym pochwalić się może kampania reklamowa Play, pomimo udziału kilku znanych celebrytów – wylicza Paweł Sanowski.

Prezes IMM podkreśla, że na tym tle świetne wyniki wygenerowała akcja „Język polski jest ą ę“ wykorzystująca wyłącznie działania public relations.

Ponad 230 wzmianek i informacji na temat samej akcji w internecie w miesiąc po premierze kampanii. Z tą różnicą, że kampanie Biedronki i Play kosztowały po ok. 12-13 mln zł, a akcja społeczna zamknęła się w budżecie 10 tys. zł. – dodaje Sanowski. – Oczywiście nie można bezpośrednio porównywać akcji reklamowej, bo ona jeszcze miała inne cele do osiągnięcia, z akcją czysto PR, jaką była akcja „Język polski jest ą ę”. Istotne jest jednak to, że należy dobierać takie narzędzia komunikacji marketingowej, które są adekwatne do osiąganego celu.

Na ekspansję zagraniczną decydują się doświadczeni przedsiębiorcy. Konkurują już nie tylko ceną, lecz także jakością

CEO Magazyn Polska

Większość polskich mikro- i małych firm, które decydują się na rozwój na rynkach zagranicznych, prowadzona jest przez doświadczonych przedsiębiorców. Choć dane o eksporcie napędzają największe inwestycje, takie jak budowa kopalni KGHM-u w Chile, to najmniejsze spółki coraz odważniej rywalizują z zagranicznymi konkurentami, i to już nie tylko niską ceną, lecz także wysoką jakością.

Mikroprzedsiębiorców, którzy zdecydowali się na ekspansję zagraniczną, nazywamy w badaniach innowacyjnymi i dynamicznymi. Co ciekawe, charakteryzuje ich to, że to nie jest ich pierwszy biznes, tylko drugi czy trzeci. Są już zaprawieni w boju, bo mieli za sobą inne przygody biznesowe, które często kończyły się porażką. Oni jednak nie poddawali się, otwierali nowe biznesy, szukali nowych nisz – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Kaczmar, prezes zarządu Fundacji Kronenberga.

Kaczmar podkreśla, że mikroprzedsiębiorstwom zatrudniającym do 9 osób i o rocznych obrotach poniżej 2 mln euro ekspansję ułatwia internet. Dzięki dostępowi do sieci nie tylko maleją koszty wejścia na zagraniczne rynki i koszty dystrybucji, lecz także łatwiejszy jest kontakt z kontrahentami i marketing. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu tych możliwości małe firmy mają szanse na działalność nawet na skalę globalną, tak jak polskie przedsiębiorstwo Digital Core Design, które dostarczyło na całym świecie już ponad 250 mln mikroprocesorów.

To właśnie przedsiębiorstwa rywalizujące jakością, a nie tylko ceną, mają największe szanse na sukces międzynarodowy. Kaczmar podkreśla, że każda udana ekspansja ma pozytywny wpływ na całą polską gospodarkę.

Z punktu widzenia całej gospodarki na eksport w ujęciu ilościowym wciąż jednak większy wpływ mają duże inwestycje, a nowoczesne technologie nie są wiodącą branżą.

Gdyby przyjąć kwotowo, to oczywiście przemysł wydobywczy jest największy, bo transakcja KGHM-u [budowa kopalni Sierra Gorda w Chile – red.] jest największa w historii Polski. Przemysł dóbr szybko zbywalnych, spożywczy oraz ostatnio także rolniczy – to są takie branże, które są na kolejnych miejscach – wylicza Kaczmar.

Dodaje, że poza branżami produkcyjnymi, światowe rynki podbijają również firmy z sektora usług. Głównym kierunkiem ekspansji pozostaje Unia Europejska, a szczególnie Niemcy. Polscy przedsiębiorcy są również zainteresowani Francją, Hiszpanią, Wielką Brytanią, a w mniejszej skali krajami regionu – Czechami, Słowacją i państwami bałtyckimi.

Mniej firm zainteresowanych jest Afryką i Ameryką Południową, choć są również polscy przedsiębiorcy, którzy dostrzegają szanse z nimi związane. To przede wszystkim dynamiczny wzrost i mniejsza niż w Europie konkurencja. Bardziej konkurencyjne od nich są rynki azjatyckie. Kaczmar dodaje, że pomimo wydarzeniom politycznym na Wschodzie polskie firmy nie porzucają rynku rosyjskiego.

Robiliśmy nasze badanie przed wprowadzeniem embarga, ale cały czas otrzymujemy informacje, że firmy, które są na rynku rosyjskim, nie wycofują się z niego, tylko czekają na rozwój wydarzeń – mówi Kaczmar.

Do 2020 roku 50 mld urządzeń na świecie będzie podłączonych do internetu. To pole do działań dla cyberprzestępców

CEO Magazyn Polska

Według prognozy firmy Cisco Systems do roku 2020 do sieci będzie podłączonych 50 miliardów urządzeń. Ich przyrost jest na tyle szybki, że będzie on komplikować i podnosić wymagania dotyczące bezpieczeństwa. Częstsze ataki cyberprzestępców staną się nieuniknione.

– Zmierzamy w kierunku Internetu Rzeczy (Internet of Things) czy wręcz Internetu Wszechrzeczy (Internet of Everything), a więc miliardów połączonych ze sobą przedmiotów. Cisco prognozuje, że do 2020 roku 50 mld urządzeń będzie podłączonych do sieci internet – powiedział agencji Newseria Biznes Gaweł Mikołajczyk, ekspert ds. bezpieczeństwa, Cisco Systems Poland.

Według IDC, wiodącej firmy badawczej, wartość rynku Internetu Rzeczy ma wzrosnąć do 7,1 biliona dolarów (czyli około 21,5 biliona złotych) w 2020 roku. To spowoduje również, że coraz więcej ludzi na świecie zmierzy się z problemem dotyczącym ochrony siebie i swoje rodziny w sieci.

Gaweł Mikołajczyk uważa, że wielu ludziom internet kojarzy się z usługami webowymi, czyli z np. jakiś portalem, z którego ktoś korzysta, pocztą webową, portalem społecznościowym, usługami udostępniania plików, usługami multimedialnymi czy współdzieleniem treści.

– Powinniśmy skoncentrować się na tym, co ściągamy, co wysyłamy i gdzie klikamy. To jest pierwszy krok do tego, żeby zapewnić sobie jakąś integralność w swojej małej domowej sieci, swojej infrastruktury i urządzeń w domu – dodaje Gaweł Mikołajczyk.

Jego zdaniem należy oczekiwać dalszego dynamicznego wzrostu, a wręcz eksplozji na tym rynku. Ogromna liczba urządzeń podłączonych do internetu i związane z tym zagrożenia spowodują, że będziemy podnosić wymagania dotyczące bezpieczeństwa.

– Bezpieczeństwo jest procesem o charakterze biznesowym, a nie produktem, który rozwiąże nasze problemy i ochroni nas przed wszystkim. Ważne są dwa czynniki: po pierwsze świadomość, a po drugie proces. Musimy się zastanowić, co robić przed atakiem, w trakcie ataku i po ataku – mówi ekspert ds. bezpieczeństwa Cisco Systems Poland.

Jego zdaniem powinniśmy być przygotowani na taki atak, ponieważ jest on tylko kwestią czasu.

– Nie ma infrastruktury idealnej, nie ma idealnych systemów operacyjnych czy aplikacji. Sfera idealna jest domeną teologii, a tutaj mamy technologię – dodaje Gaweł Mikołajczyk.

Mikołajczak zwraca uwagę, że cyberprzestępcy posiadają bardzo specjalistyczną wiedzę. Rozwijają ją w jednym kierunku, aby spieniężyć podatności systemów, sieci, narzędzi informatycznych i urządzeń, których używają konsumenci i firmy. Wszystko po to, by realizować własne cele biznesowe.

– Z drugiej zaś strony cel ataku jest zawsze dokładnie sprecyzowany, tzn. konkretna firma, a czasami konkretna osoba w tej firmie. Wybierany jest przeważnie po wstępnej analizie, w trakcie której wyszukuje się najsłabsze ogniwo. Może to być osoba, urządzenie, sieć, serwer, usługa czy aplikacja – zwraca uwagę Gaweł Mikołajczyk.

Według niego po przejęciu kontroli nad którymś z powyższych elementów może dojść do jego włączenia w ekosystem cyberprzestępczy i wykorzystania go do dalszych, bardziej zaawansowanych i ekstensywnych ataków. Z kolei cyberprzestępcy działają w sposób całkowicie ukryty. Ich tożsamość nie jest znana, dopóki w mediach nie pojawi się informacja, że właśnie ujęto jakiegoś cyberprzestępcę.

Z badania Check Point Security Report 2014, przeprowadzonego wśród 10 tys. przedsiębiorstw ze 122 krajów, wynika, że co godzinę dochodzi do 2 ataków hakerskich na sieci firmowe na świecie, a co 9 minut ich ofiarą pada użytkownik internetu. Mikołajczyk uważa, że istotnym elementem całego cyberprzestępczego ekosystemu jest tzw. malvertising (malicious advertising, czyli reklamy online rozprzestrzeniające złośliwy kod). Celem takich ataków stają się już bowiem nie tylko same portale, lecz także firmy, które zajmują się dostarczaniem reklam w internecie oraz ich odbiorcy.

– Reklamy wyświetlające się wraz z wywołanym portalem mogą zawierać właśnie ten złośliwy kod, który będzie starać się pominąć zabezpieczenia naszych przeglądarek. To jest również interesujący trend, który poruszamy w naszym półrocznym raporcie bezpieczeństwa Cisco Midyear Security Report – dodaje Gaweł Mikołajczyk.

Badania przed rozpoczęciem uprawiania sportu mogą zapobiec urazom

CEO Magazyn Polska

Lekarze i fizjoterapeuci ostrzegają, że ukryte wady układu ruchu, które początkowo nie dają objawów, mogą doprowadzić do poważnych urazów u osób aktywnych fizycznie. Zdiagnozowanie tego typu zaburzeń jest możliwe dzięki badaniom funkcjonalnym, które analizują sprawność całej sylwetki. Są istotne zarówno dla amatorów, którzy uprawiają sport rekreacyjnie, jak i dla profesjonalnych sportowców, którzy chcą kontrolować postępy treningowe. Umożliwiają również ocenę gotowości powrotu do sportu po przebytych kontuzjach.

Według badań CBOS 66 proc. mieszkańców naszego kraju uprawia sport, w tym 40 proc. robi to regularnie. Ulubionymi formami rekreacji Polek i Polaków są jazda na rowerze oraz pływanie, choć coraz popularniejsze staje się również bieganie – już 18 proc. badanych przyznaje, że w wolnym czasie biega.

Zdecydowana większość respondentów podejmuje aktywność fizyczną dla zdrowia (70 proc.) oraz dla przyjemności (61 proc.). Lekarze i fizjoterapeuci ostrzegają jednak, że obie te korzyści mogą być osiągnięte tylko wtedy, gdy organizm jest odpowiednio przygotowany do uprawiania sportu.

– Jeśli ktoś od dziecka miał do czynienia ze sportem, jest przystosowany do wykonywania ćwiczeń. Osoby „z biura”, które stawiają sobie ambitne cele sportowe, często są na to nieprzygotowane. Na przykład u kobiet osłabione mięśnie stabilizujące miednicę mogą wpłynąć negatywnie na technikę biegania, co może doprowadzić do koślawienia kolan, a w rezultacie do urazów – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Magdalena Syrek, fizjoterapeutka, specjalistka diagnostyki funkcjonalnej ze szpitala Grupy LUX MED Carolina Medical Center.

Ryzyko kontuzji można ograniczyć, wykonując badania biomechaniczne. Tego typu testy polegają na kompleksowej ocenie wydolności układu ruchu, czyli analizie funkcjonalnej sylwetki. Umożliwiają wychwycenie ukrytych wad, które początkowo nie dają objawów, a mogą skończyć się poważnym urazem.

– W skład analizy funkcjonalnej człowieka wchodzą m.in. analiza stabilności na platformie dynamometrycznej, pomiar mocy wyskoku, analiza wideo wyskoku, analiza chodu na ścieżce podoskopowej, pomiar siły mięśniowej stawu kolanowego i ramiennego. Dzięki tym badaniom jesteśmy w stanie wykryć urazy, które mogą nastąpić w przyszłości, i zapobiec np. złamaniom zmęczeniowym – tłumaczy Magdalena Syrek.

Badania biomechaniczne są przeznaczone nie tylko dla osób, które chcą zbadać swoje predyspozycje do wykonywania danej aktywności. Diagnostyka funkcjonalna jest bardzo istotna także dla profesjonalnych sportowców, którzy chcą kontrolować postępy treningowe. Szczególną rolę odgrywa również w okresie rekonwalescencji po urazach.

– Jesteśmy w stanie ocenić, czy osoba po urazie skrętnym czy złamaniu jest gotowa do powrotu do sportu. Możemy sprawdzić, czy amator jest w stanie podnieść swoje kwalifikacje sportowe, oraz ocenić, w jaki sposób biegacz może zwiększyć dystans biegu – dodaje fizjoterapeutka.

Testy funkcjonalne są polecane m.in. osobom uprawiającym bieganie, pływanie, sporty siłowe, gry zespołowe, a także triathlon. Trwają od godziny do dwóch godziny i są całkowicie nieinwazyjne.

Przygotowanie pracowników do pracy z rozwiązaniami mobilnymi zajmuje firmom średnio trzy tygodnie

Firma VMware przedstawiła wyniki badania, z którego wynika, że przeciętnemu działowi IT z regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) potrzeba trzech tygodni, aby wyposażyć pracowników i przygotować ich do korzystania z narzędzi i aplikacji mobilnych niezbędnych do wykonywania pracy. Ten czas zwiększa się do czterech tygodni w przypadku pracowników kontraktowych, co może poważnie uszczuplić wartość wnoszoną przez osoby dołączające do firmy.

Badanie, przeprowadzone przez Vanson Bourne na zlecenie VMware1, sprawdza wpływ braku mobilnej gotowości w całej firmie, ponieważ dotyczy on zarówno działów IT, jak i pracowników biurowych. Tylko 12 proc. działów IT uważa, że ma wszystkie narzędzia potrzebne do zarządzania mobilnością, dzięki którym obsłużą potrzeby personelu. Ponad jedna trzecia (34 proc.) nie może kontrolować dostępu do firmowych informacji ze wszystkich urządzeń mobilnych używanych przez pracowników.

Idąc dalej tym tropem, w badaniu zapytano informatyków oraz pracowników o to, na kim powinna spoczywać odpowiedzialność za politykę mobilnej pracy. Okazało się, że działy IT w regionie EMEA są niezdecydowane w tej kwestii: tylko 43 proc. z nich uważa, że do ich obowiązków należy ograniczenie dostępu pracowników do narzędzi i aplikacji mobilnych poza godzinami pracy, a 41 proc. odczuwa presję, aby to zrobić. 57 proc. badanych przyznaje, że dziś staje się to koniecznością.

„Przy dzisiejszym tempie prowadzenia biznesu trzy tygodnie, poświęcone na wyposażenie pracowników w narzędzia niezbędne im do pracy, nie są dobrym rozwiązaniem dla organizacji, które chcą przetrwać i rozwijać się w erze mobilnej chmury” — komentuje Brian Gammage,  główny technolog rynku w VMware. „Jakakolwiek zwłoka w umożliwieniu pracownikom funkcjonowania na pełnych obrotach może prowadzić do oddania przewagi konkurencyjnej innym firmom. Organizacje muszą zapewnić pracownikom możliwość współpracy z każdym, kogo potrzebują, z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie, minimalizując zarazem zagrożenia dla bezpieczeństwa”.

Tymczasem pracownicy są w tej sprawie bardziej zdecydowani: 70 proc. z nich nie zgadza się z tezą, iż pracodawca powinien ograniczyć dostęp do mobilnych aplikacji i narzędzi. W obecnej formie zdecydowana większość (82 proc.) uważa, że nie ma jeszcze pełnego dostępu do mobilnych narzędzi potrzebnych do produktywnej pracy, na jaką ich stać, a więcej niż jedna czwarta (28 proc.) ominęłaby dział IT w celu uzyskania mobilnych narzędzi niezbędnych do wykonania zadań, domagając się większego dostępu do mobilności w firmie zamiast dalszych ograniczeń.

„Zwrot »wolność w granicach« nigdy nie był bardziej adekwatny, ponieważ wysyp mobilnych urządzeń i aplikacji zmienia zarówno oczekiwania użytkowników końcowych, jak i struktury funkcjonalne” — kontynuuje Gammage. „Organizacje nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek niejasności w kwestii odpowiedzialności za mobilne aplikacje i narzędzia w firmie. Wielu pracowników obecnie oczekuje i wymaga określenia zasad, na jakich mają działać, więc wyzwaniem dla IT jest zajęcie się tą sprawą, jednocześnie zachowując odpowiednią kontrolę nad tym, jak wykorzystywane są zasoby informacyjne i procesy biznesowe”.

„Dobrą wiadomość stanowi fakt, że technologia już dziś jest na to gotowa: rozwiązania mobilne VMware dla przedsiębiorstw pomagają organizacjom takim jak Hertz i TUI w przekształcaniu metod pracy swych użytkowników, zapewniając bezpieczny, natychmiastowego dostęp do zasobów, których potrzebują. Aby urzeczywistnić ów potencjał, znacznie więcej firm będzie musiało zastosować takie rozwiązania”.

 

O badaniu

Specjalistyczna agencja badania rynku Vanson Bourne przeprowadziła ankietę wśród 1800 decydentów IT i 3600 pracowników biurowych z firm zatrudniających ponad 100 osób w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Holandii, Włoszech, Skandynawii (Szwecji, Norwegii i Danii), Rosji i na Bliskim Wschodzie (Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie) hybrydową metodą wywiadów telefonicznych i online wykonanych w okresie od marca do kwietnia 2014.

 

Selvita rozpoczyna współpracę z Instytutem Farmaceutycznym w obszarze analiz produktów leczniczych

Celem rozpoczynającej się współpracy jest opracowanie, optymalizacja i walidacja modelu komórkowego oraz metod analitycznych służących do analizy stopnia i szybkości przenikania przez rogówkę oka ludzkiego substancji aktywnych (API) z produktów leczniczych. Powyższe badania stanowią cześć realizowanego przez Instytut Farmaceutyczny projektu pn. „Opracowanie innowacyjnych technologii leków oftalmicznych o szczególnym znaczeniu terapeutycznym i społecznym” UDA-POIG.01.03.01-14-068/08. Celem projektu jest opracowanie nowatorskich technologii syntezy i postaci farmaceutycznej pięciu leków stosowanych w okulistyce: w leczeniu alergicznego zapalenia spojówek, stanów zapalnych oka o podłożu alergicznym i pooperacyjnym, a także w terapii jaskry. Większość środków niezbędnych do realizacji projektu – 16,6 z 19,6 mln zł, Instytut Farmaceutyczny pozyskał z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 2007-2013.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z możliwości rozpoczęcia współpracy z Instytutem Farmaceutycznym. Jestem przekonany, iż połączenie wieloletniego doświadczenia badawczego Instytutu z kompetencjami naszych naukowców będzie gwarantem sukcesu rozpoczynanego projektu – komentuje Dr Miłosz Gruca, Dyrektor Działu Badań Biologicznych i Członek Zarządu Selvity. – W skład zespołu projektowego wchodzą specjaliści posiadający wiedzę i doświadczenie w opracowaniu modeli in vitro służących badaniu stopnia i szybkości przenikania leków oftalmicznych do wnętrza oka ludzkiego. Projekt ten będzie kolejną okazją aby w pełni zaprezentować potencjał naszych naukowców – dodaje.

Doświadczenie firmy Selvita S.A. w prowadzeniu badań nad produktami leczniczymi stosowanymi w okulistyce oraz wysoka jakość prac badawczych potwierdzona certyfikatem Dobrej Praktyki Laboratoryjnej (GLP) były decydującymi czynnikami przy wyborze partnera do realizacji projektu – informuje prof. dr hab. Andrzej Leś, Zastępca Dyrektora ds. Naukowych Instytutu Farmaceutycznego, Kierownik Projektu. – Komplementarność kompetencji naukowców z obu instytucji powinna ułatwić opracowanie innowacyjnych rozwiązań metodycznych i technologicznych, a w konsekwencji pozwolić na zwiększenie dostępności nowoczesnych terapii dla społeczeństwa.

O Selvicie

Selvita jest polską firmą biotechnologiczną działającą w obszarze odkrywania i rozwoju leków stosowanych

w leczeniu chorób nowotworowych, chorób ośrodkowego układu nerwowego i chorób autoimmunologicznych. Zajmuje się również świadczeniem usług badawczo-rozwojowych i budową rozwiązań informatycznych wspierających projekty innowacyjne.

Selvita została założona w 2007 r. Obecnie zatrudnia ponad 210 pracowników, w tym 70 z tytułem doktorskim. W obszarze badań nad chorobami nowotworowymi Spółka współpracuje m.in. z renomowanymi spółkami zagranicznymi H3 Biomedicine oraz Merck Serono.

Od 2011 r. Selvita jest notowana na rynku NewConnect (SLV). Od 2013 r. zaliczana jest do segmentu NewConnect Lead, znajdując się wśród 19 spółek o największym potencjale do przeniesienia notowań na rynek regulowany. W marcu 2014 r. weszła w skład indeksu NCIndex30, w którym znajduje się 30 najbardziej płynnych spółek rynku NewConnect.

Selvita planuje przenieść swoje notowania na Rynek Główny GPW w czwartym kwartale 2014 r.

Więcej informacji: www.selvita.com

O Instytucie Farmaceutycznym

Instytut Farmaceutyczny został założony w 1952 roku. Od wielu lat jest jedynym w Polsce instytutem badawczym realizującym kompleksowe projekty badawczo-rozwojowe obejmujące zarówno badania aktywnych substancji farmaceutycznych, jak i ich formulacje. Prowadzone przez Instytut badania zapewniają wysoki poziom innowacyjności gwarantujący nie tylko czystość patentową opracowanych technologii, ale także możliwość ubiegania się o udzielenie im ochrony patentowej w Polsce i na świecie. Opracowania technologiczne były wielokrotnie nagradzane w prestiżowych konkursach, np. Teraz Polska, Polski Produkt Przyszłości czy Brussels Innova.

Instytut Farmaceutyczny posiada duże doświadczenie w realizacji projektów finansowanych lub współfinansowanych ze środków publicznych. Tylko w ciągu ostatnich 5 lat podjął się realizacji  kilkanastu dużych projektów badawczych, których efektem ma być wprowadzenie do produkcji zarówno leków generycznych, jak i nowych. Instytut współpracuje z firmami krajowymi i zagranicznymi w zakresie prac badawczo-rozwojowych oraz jako producent substancji aktywnych (API).

UKE ogłasza aukcję na częstotliwości pod internet LTE. Warunki mają zachęcać operatorów do współpracy

CEO Magazyn Polska

Urząd Komunikacji Elektronicznej ponownie ogłasza aukcję na częstotliwości w pasmach 800 i 2600 MHz, umożliwiające rozwój szybkiego internetu LTE. Zwycięzcy aukcji będą musieli w ciągu maksymalnie dwóch lat zainwestować w zwiększenie zasięgu w najsłabiej pokrytych gminach. UKE nie narzuca operatorom współpracy, ale warunki aukcji mają do niej zachęcać.

Celem aukcji jest przede wszystkim szybki, szerokopasmowy internet – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. ‒ Zawarliśmy również taką możliwość, że jeżeli wszyscy przedsiębiorcy porozumieją się, ci, którzy uzyskają tą rezerwację częstotliwości będą mogli ze sobą współpracować.

To już drugie podejście UKE do aukcji na pasma 800 i 2600 MHz. Ogłoszenie o pierwszej aukcji zostało opublikowane w grudniu 2013 r., jednak 11 lutego 2014 r. prezes UKE odwołała ją. Powodem było zbyt późne opublikowanie przez UKE wyjaśnień oraz dbałość o przejrzystość procesu. Potem przeprowadzono z operatorami rundę konsultacji, która zakończyła się w maju br.

W aukcji do wylicytowania jest 5 rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne pod względem zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu, oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz.

Częstotliwości jest mało, jest ich 25 MHz w paśmie 800 MHz, więc jeden przedsiębiorca może kupić maksymalnie 10 MHz – podkreśla Gaj.

UKE dopuszcza jednak szeroko idącą współpracę, choć nie bez ograniczeń. W przypadku porozumienia dwóch operatorów ich maksymalna rezerwacja zostanie ograniczona do 15 MHz, czyli o 5 MHz mniej, niż wynikałoby z ich połączonych rezerwacji. Gaj podkreśla, że powodem jest relatywnie niewielkie dostępne pasmo – jeśli dwóch operatorów stworzyłyby ofertę wykorzystującą 20 MHz pasma, pozostali gracze na rynku mieliby do dyspozycji znacznie mniejsze pasmo.

To mogłoby wpłynąć negatywnie na rynek – ocenia Gaj. Jednak jeśli dojdzie do porozumienia wszystkich zwycięzców aukcji, to będą oni mogli stworzyć wspólną ofertę z wykorzystaniem całego pasma.

Wprowadziliśmy zapis, że jeżeli wszyscy, którzy uzyskają rezerwację częstotliwości zdecydują się na współpracę, to wtedy to ograniczenie 15-MHZ nie ma zastosowania, czyli przedsiębiorcy, jeżeli taką decyzję biznesową podejmą, będą mogli ze sobą współpracować – tłumaczy Gaj. ‒ Jest to bardzo efektywne wykorzystywanie częstotliwości. Natomiast to przedsiębiorcy muszą się porozumieć, państwo nie może tego narzucać.

Gaj dodaje, że do takiej współpracy doszło już w zakresie telefonii komórkowej, gdzie wspólną spółkę zajmującą się budowy infrastruktury założyli Orange i T-Mobile.

W warunkach aukcji znalazły się również duże wymagania inwestycyjne. Zwycięzcy aukcji będą mieli 24 miesiące na przeprowadzenie niezbędnych inwestycji w gminach, gdzie obecnie zasięg sieci oferującej transmisję danych jest poniżej 80 proc. W ciągu dwóch lat pokrycie będzie musiało wzrosnąć do 83-89 proc. Zgodnie z danymi UKE takich gmin jest w Polsce ponad 1200, a mieszka w nich ponad 9 mln osób.

Patrząc się na przetarg 1800 MHz, który zakończyliśmy w 2013 roku, tam zobowiązania miały być rozłożone w terminie 24 miesięcy, a przedsiębiorcy tak bardzo przyspieszyli, że było to 12 miesięcy. W związku z tym myślę, że przełom 2015 i 2016 roku to ten czas, kiedy obywatele w tych najmniejszych, najbardziej rozdrobnionych gminach w Polsce odczują faktycznie, że mają szybki internet – prognozuje Gaj.

Na razie jedyną spółką z rezerwacją w paśmie 800 MHz jest Sferia, która ma 5 MHz. Będzie mogła z tej częstotliwości korzystać dopiero od początku przyszłego roku.

Ranking kredytowy mieszkańców największych miast Polski

W 1 półroczu 2014 roku widać ożywienie w kredytach mieszkaniowych w większości dużych miast. Eksperci Biura Informacji Kredytowej przeanalizowali zachowania kredytowe mieszkańców największych miast Polski – wyraźnie widać różnice. Ponadto, w oparciu o dane dotyczące adresów w zawieranych umowach kredytowych, można zaobserwować jakie są preferowane kierunki „migracji” kredytobiorców.

Warszawa

Warszawianie biorą najwięcej kredytów, a po kilku latach co dziewiąty przeprowadza się na obrzeża stolicy. Jak przewidują analitycy BIK, w skali całego 2014 roku warszawianie zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości prawie 11 proc. wyższej niż przed rokiem, a łączna liczba umów może zwiększyć się o 5 proc.

Wrocław

Wrocławianie, w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 5,5% wyższej niż przed rokiem – spodziewają się analitycy BIK. Jeśli trendy z pierwszej połowy 2014 roku utrzymają się, liczba podpisywanych umów będzie bardzo zbliżona do danych z roku 2013, zaś wartość umów kredytowych będzie znacząco wyższa.

Kraków

Jak prognozują eksperci BIK, krakowianie w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 4,5% wyższej niż przed rokiem. Łączna liczba umów może zwiększyć się nawet o 10%. Zarówno liczba podpisywanych umów, jak też ich wartość będą znacząco wyższe. Sądząc po adresach umów kredytowych, znacznie więcej osób przyjeżdża, niż wyjeżdża z Krakowa. Podczas gdy krakowianie chętnie przeprowadzają się do podkrakowskich gmin, to do Krakowa przyjeżdżają osoby także z dużych ośrodków, szukające szans i karier.

Poznań

Mieszkańcy stolicy Wielkopolski są aktywni kredytowo i  w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 12% wyższej niż przed rokiem.  Patrząc na trend z 1 połowy 2014 roku, łączna liczba umów może zwiększyć się nawet o 7%. Warto zaznaczyć, że prężnie rozwijający się Poznań nadal jest dla wielu Polaków magnesem, jednak ciekawostką jest to, że wciąż nieco więcej osób wyjeżdża niż przyjeżdża do miasta.

Łódź

Spada wartość i liczba podpisywanych umów na kredyty mieszkaniowe w Łodzi. Z danych BIK oraz z obecnych trendów wynika, że w skali całego 2014 roku łodzianie zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 3,5% niższej niż przed rokiem, a łączna liczba umów może zmniejszyć się nawet o 6,2%. Tymczasem w pozostałych największych polskich miastach można za to oczekiwać wzrostu liczby i wartości umów podpisywanych w 2014 roku.

Szczecin

Szczecin jest atrakcyjnym miastem, które przywiązuje do siebie obecnych mieszkańców i wciąż przyciąga nowych. Świadczy o tym pozytywny bilans migracji. Choć aktywność kredytowa może być nieco niższa niż w roku 2013, to tendencja z pierwszego półrocza 2014 roku przynosi optymistyczne prognozy odnośnie wartości.  Można się spodziewać, że w skali całego 2014 roku szczecinianie zaciągną kredyty mieszkaniowych o wartości o 9% wyższej niż przed rokiem.

Sprzedaż produktów na pokazach ma się dobrze

Sprzedawcy dystrybuujący produkty w ramach sprzedaży bezpośredniej namawiają Polaków do zakupów za kilka tysięcy złotych. Ten sam produkt może być wartościowym nabytkiem, ale i furtką do finansowych kłopotów.

Ponad 2000 zł – tyle życzy sobie za zakup kompletu ścierek jedna z firm uprawiających sprzedaż bezpośrednią. Podobne stawki osiągają inne produkty znane z pokazów urządzanych w prywatnych domach – pościele, koce, garnki czy preparaty podobno przywracające zdrowie. Niezdecydowanych przekonuje się zawsze w ten sam sposób: to inwestycje, która zwracają się w długim okresie.

Tym których nie stać na zapłacenie całej kwoty proponowana jest sprzedaż ratalna. Bank jednak może odmówić pożyczki, a klient – usiłować wycofać się z podjętej decyzji. I tu mogą zaczynać się kłopoty. Łatwo ulec sugestii sprzedawcy i już podczas prezentacji użyć produktu – opowiada jedna z czytelniczek Bankier.pl. A produkt używany nie będzie podlegał zwrotowi – uczula.

– W samej sprzedaży bezpośredniej nie ma nic złego. Nie każda firma prowadząca tego typu działalność ma na celu naciągnięcie klienta na wydatek za wszelką cenę – mówi Jagoda Klonowska, ekspert Bankier.pl. – Należy jednak pamiętać o tym, że zgodnie z prawem mamy 10 dni (od 25 grudnia br. będzie to 14 dni) na oddanie produktów zakupionych poza lokalem przedsiębiorcy. Jeśli nie jesteśmy pewni zakupu, warto dać sobie czas do namysłu – dodaje.

W 2013 roku z firmami zajmującymi się sprzedażą bezpośrednią w ubiegłym roku współpracowało około 900 tys. osób, ponad dwukrotnie więcej niż w 2000 roku, podaje Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej.

Zachowania kredytowe mieszkańców największych miast Polski

W 1 półroczu 2014 roku widać ożywienie w kredytach mieszkaniowych w większości dużych miast. Eksperci Biura Informacji Kredytowej przeanalizowali zachowania kredytowe mieszkańców największych miast Polski – wyraźnie widać różnice. Ponadto, w oparciu o dane dotyczące adresów w zawieranych umowach kredytowych, można zaobserwować jakie są preferowane kierunki „migracji” kredytobiorców.

Warszawa

Warszawianie biorą najwięcej kredytów, a po kilku latach co dziewiąty przeprowadza się na obrzeża stolicy. Jak przewidują analitycy BIK, w skali całego 2014 roku warszawianie zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości prawie 11 proc. wyższej niż przed rokiem, a łączna liczba umów może zwiększyć się o 5 proc.

Wrocław

Wrocławianie, w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 5,5% wyższej niż przed rokiem – spodziewają się analitycy BIK. Jeśli trendy z pierwszej połowy 2014 roku utrzymają się, liczba podpisywanych umów będzie bardzo zbliżona do danych z roku 2013, zaś wartość umów kredytowych będzie znacząco wyższa.

Kraków

Jak prognozują eksperci BIK, krakowianie w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 4,5% wyższej niż przed rokiem. Łączna liczba umów może zwiększyć się nawet o 10%. Zarówno liczba podpisywanych umów, jak też ich wartość będą znacząco wyższe. Sądząc po adresach umów kredytowych, znacznie więcej osób przyjeżdża, niż wyjeżdża z Krakowa. Podczas gdy krakowianie chętnie przeprowadzają się do podkrakowskich gmin, to do Krakowa przyjeżdżają osoby także z dużych ośrodków, szukające szans i karier.

Poznań

Mieszkańcy stolicy Wielkopolski są aktywni kredytowo i  w skali całego 2014 roku zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 12% wyższej niż przed rokiem.  Patrząc na trend z 1 połowy 2014 roku, łączna liczba umów może zwiększyć się nawet o 7%. Warto zaznaczyć, że prężnie rozwijający się Poznań nadal jest dla wielu Polaków magnesem, jednak ciekawostką jest to, że wciąż nieco więcej osób wyjeżdża niż przyjeżdża do miasta.

Łódź

Spada wartość i liczba podpisywanych umów na kredyty mieszkaniowe w Łodzi. Z danych BIK oraz z obecnych trendów wynika, że w skali całego 2014 roku łodzianie zaciągną kredyty mieszkaniowe o wartości o 3,5% niższej niż przed rokiem, a łączna liczba umów może zmniejszyć się nawet o 6,2%. Tymczasem w pozostałych największych polskich miastach można za to oczekiwać wzrostu liczby i wartości umów podpisywanych w 2014 roku.

Szczecin

Szczecin jest atrakcyjnym miastem, które przywiązuje do siebie obecnych mieszkańców i wciąż przyciąga nowych. Świadczy o tym pozytywny bilans migracji. Choć aktywność kredytowa może być nieco niższa niż w roku 2013, to tendencja z pierwszego półrocza 2014 roku przynosi optymistyczne prognozy odnośnie wartości.  Można się spodziewać, że w skali całego 2014 roku szczecinianie zaciągną kredyty mieszkaniowych o wartości o 9% wyższej niż przed rokiem.

Wzrost poczucia bezpieczeństwa inwestycyjnego w Polsce

Opublikowane przez Grupę Sage (Sage Group Plc) wyniki badania Sage Business Index pokazują, że polskie firmy z coraz większym optymizmem oceniają własne możliwości rozwoju i lepiej niż w innych krajach oceniają perspektywy gospodarki krajowej.

Według badania, globalne poczucie bezpieczeństwa inwestycyjnego jest obecnie najwyższe od czterech lat. Większość firm przewiduje wzrost obrotów i zatrudnienia w ciągu najbliższego roku. Tegoroczne badanie Sage Business Index przeprowadzono wśród niemal 14 000 małych i średnich przedsiębiorstw z 18 krajów z całego świata.

Uzyskane wyniki pokazują, że w skali globu po raz pierwszy od czterech lat firmy wykazują bardziej optymistyczne niż pesymistyczne nastawienie. We wszystkich badanych obszarach obejmujących ocenę własnych perspektyw oraz perspektyw gospodarki krajowej i globalnej, wskaźniki wzniosły się ponad neutralny poziom 50 pkt.

Poczucie bezpieczeństwa inwestycyjnego

Polskie firmy z większym niż kiedykolwiek wcześniej optymizmem postrzegają własne perspektywy rozwoju i wzrostu – wskaźnik ten wzrósł o 3,28 punktu do poziomu 60,88. Spośród wszystkich badanych krajów polskie firmy najwyżej oceniły perspektywy gospodarki krajowej – wskaźnik wzrósł o 2,13 punktu do poziomu 62,32. Przedsiębiorcy coraz lepiej oceniają także perspektywy globalnej gospodarki, bowiem wskaźnik ten od ubiegłego roku zanotował wzrost o 4,65 i wyniósł 51,70 pkt.

W Europie opinie na temat perspektyw europejskiej gospodarki są podzielone. Firmy z Irlandii i Hiszpanii oceniają je najlepiej, wskaźnik ten wyniósł tam odpowiednio 56,40 i 54,14. Natomiast firmy z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Polski oceniają je raczej optymistycznie niż pesymistycznie, w przeciwieństwie do Austrii, Szwajcarii i Portugalii, gdzie uzyskano wynik poniżej 50 pkt. Ze wszystkich badanych krajów najbardziej pesymistycznie ocenia europejską gospodarkę Francja, gdzie wskaźnik ten wyniósł zaledwie 44,08.

Prognozy dotyczące wzrostu

W Polsce widoczny jest wzrost poczucia bezpieczeństwa inwestycyjnego na następny rok. Przedstawiciele dwóch trzecich firm (63%) przewidują w przyszłym roku wzrost obrotów średnio o 3,6%, natomiast zaledwie 22% firm spodziewa się, że ich obroty spadną. Połowa przedsiębiorców uważa, że w ciągu następnego roku liczba osób zatrudnionych w ich firmie wzrośnie o średnio 2,2%, a tylko 12% firm planuje ograniczyć zatrudnienie. Optymizm polskich firm odzwierciedla aktualne tempo wzrostu Produktu Krajowego Brutto (PKB) w Polsce, które na koniec roku wyniesie od 3 do 3,3%[1] i utrzyma się na takim poziomie w 2015 r.

Nastawienie do ryzyka

Zmiana poziomu poczucia bezpieczeństwa inwestycyjnego znalazła również odzwierciedlenie w większej otwartości polskich firm na ryzyko. Blisko dwie trzecie (59%) decydentów opisało siebie jako osoby skłonne do podejmowania ryzyka, co w porównaniu z ubiegłym rokiem oznacza wzrost tej grupy o 7% i jest wynikiem o 10% wyższym od średniej globalnej. Jednocześnie jedna czwarta przedstawicieli polskich firm (25%) powiedziała, że w ciągu ostatnich siedmiu lat ich niechęć do ryzyka wzrosła.

Eksport

Największym poczuciem bezpieczeństwa inwestycyjnego wykazywały się firmy działające poza swoim rynkiem krajowym. Ponad jedna trzecia ankietowanych (43%) powiedziała, że prowadzi działalność poza granicami swojego kraju, a eksport stanowi średnio 20% ich obrotów. Eksporterzy dobrze oceniają ubiegły rok: 47% stwierdziło, że ich obroty z eksportu wzrosły (więcej niż w przypadku innych rynków), a tylko 13% zanotowało w tym zakresie spadek. Co więcej, 63% eksporterów oczekuje w przyszłym roku wzrostu eksportu o średnio 5,2%.

Większość polskich firm nie odczuwa jednak instytucjonalnego wsparcia w swoich ambicjach dotyczących zwiększenia eksportu. Zaledwie 15% uzyskało od rządu potrzebne wsparcie. Za najważniejsze działania, jakie powinien podjąć rząd, aby wspomóc wzrost eksportu, przedsiębiorcy wskazują zmiany legislacyjne (33%), wspieranie firm prowadzących działalność za granicą (27%) i zachęty finansowe (20%).
Więcej: http://www.sage.com/businessindex/poland

Akcja „Rodzina ma głos!”

W Łodzi w ramach kampanii społecznej „Rodzina ma głos!” przyznano Certyfikaty Kandydata Przyjaznego Rodzinie. Otrzymali go między innymi: Jolanta Chełmińska – Wojewoda Łódzki, Krzysztof Chojniak – Prezydent Piotrkowa Trybunalskiego, Anna Milczanowska – Prezydent Radomska, Piotr Busiakiewicz – Starosta Łódzki Wschodni, Krzysztof Kaliński – Burmistrz Łowicza i Piotr Binder – Wicestarosta Powiatu Poddębickiego. Każdy certyfikowany zobowiązuje się do przestrzegania Dekalogu Samorządowca Przyjaznego Rodzinie. Lista kandydatów prorodzinnych będzie dostępna na stronie kampanii www.rodzinamaglos.pl.

W Łodzi odbyło się jedno z pierwszych spotkań regionalnych kampanii „Rodzina ma głos!”, na którym oficjalnie wręczono pierwsze certyfikaty prorodzinne lokalnym kandydatom, startującym w wyborach samorządowych. Celem tej ogólnopolskiej akcji społecznej jest zachęcenie do świadomego udziału w wyborach i zagłosowania na kandydatów przyjaznych rodzinie. Ponadto Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny chce promować działania samorządowe sprzyjające dobru rodziny. Pomocny w tym ma być Dekalog Samorządowca Przyjaznego Rodzinie, czyli spisane zasady działania, określające prawidłową pracę na rzecz rodziny.

Kto daje Certyfikat?

W ramach akcji „Rodzina ma głos!” lokalni pełnomocnicy poszukują kandydatów, którzy pragną działać zgodnie z wartościami określonymi w Dekalogu. Przyszli samorządowcy, wybrani przez lokalne kapituły, składające się z liderów opinii, otrzymują Certyfikat Kandydata Przyjaznego Rodzinie. Wspólna praca i bezinteresowne zaangażowanie kapituł i pełnomocników w tej kampanii zagwarantują, że Certyfikaty będą przyznane rzetelnie i z należytą rozwagą. Istotne jest, że po wyborach nastąpi monitorowanie samorządowców z Certyfikatem i ocena ich działań. Oznacza to, że podjęcie zobowiązań, wynikających z Dekalogu, nie jest tylko obietnicą, ale będzie weryfikowane po wyborach.

Jak wspierać rodzinę?

Rodzina jest naturalnym i najlepszym miejscem kształtowania wartości i postaw do wychowania dzieci. Z tego powodu, by móc spełniać swoje podstawowe funkcje, powinna mieć odpowiednie zaplecze ekonomiczne, prawne i kulturalne. Organizatorzy akcji „Rodzina ma głos!” wskazują prawidłowe z punktu widzenia lokalnych społeczności rozwiązania. Na przykład dobrze wdrożona karta rodziny lub odpowiednio wykorzystany bon oświatowy.

„Samorząd może realnie wesprzeć rodzinę. To on odpowiada za bezpieczeństwo, edukację, kulturę czy politykę społeczną. Przede wszystkim nie powinien przeszkadzać tylko wspierać rodziców w wypełnianiu ich podstawowej roli, wychowawców i opiekunów swoich dzieci. Może to robić choćby przez odpowiednią organizację szkół, przedszkoli oraz oferty kulturalnej” – mówi Ireneusz Jabłoński, przewodniczący rady programowej Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny.

 „Rodzina ma głos!”

Lista certyfikowanych kandydatów będzie dostępna na stronie www.rodzinamaglos.pl

Zadbaj o bezpieczeństwo swojego telefonu

Większość z nas chroni swoje komputery przed złośliwym oprogramowaniem. Nie wszyscy pamiętają jednak, że zagrożone są również urządzenia mobilne. One także powinny zostać zabezpieczone.

Dynamiczny rozwój rynku urządzeń mobilnych przyciąga hakerów. Nic dziwnego, że na działanie niebezpiecznych programów coraz częściej narażone są również nasze smartfony, laptopy i tablety. Na baczności powinni mieć się przede wszystkim miłośnicy Androida: aż 99% złośliwego oprogramowania powstającego na platformy mobilne przeznaczonych jest właśnie na ten system operacyjny – mówi serwisowi infoWire.pl Gaweł Mikołajczyk z Cisco Systems Poland.

Jak się zatem chronić? Przede wszystkim należy nie pobierać niczego z nieznanych źródeł i uważać, żeby przy odwiedzaniu którejś ze stron nie zainstalować żadnej aplikacji przez przypadek. Na szczęście urządzenia mobilne, podobnie jak komputery, możemy do pewnego stopnia zabezpieczyć także programami ochronnymi.

„Ochrona pochodzi z głowy, a nie z technologii” – zaznacza ekspert. Technologia się oczywiście przydaje – lepiej mieć program antywirusowy, niż go nie mieć – ale ważniejsze jest to, w jaki sposób ze swojego komputera korzystamy, co pobieramy i na jakie strony internetowe wchodzimy.

Projekt „ozusowienia” umów zleceń bez wpływu na budżet

0

Wpływy z „ozusowania” umów zleceń nie stanowią dochodów budżetu państwa. Dlatego nie zostały uwzględnione w budżecie państwa w 2015 r. Składki na ZUS, co do zasady, stanowią przychód Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Dane ZUS wskazują, że wśród 815,8 tys. osób ubezpieczonych z tytułu wykonywania umów zlecenia (i podobnych) tylko 12% ubezpieczonych wykonywało dwie lub więcej umowy. Oznacza to, że projektowane rozwiązanie, nakazujące sumowanie umów dla celów ubezpieczeń, dotyczyłoby zaledwie 0,67% ogółu ubezpieczonych w ZUS (14 mln 519,8 tys. ubezpieczonych według stanu na 31.12.2013 r.).

Większość tego typu umów jest zawierana na wykonywanie takich prac jak m.in. ochrona mienia, sprzątanie (co było podnoszone na posiedzeniach podkomisji), i mając świadomość, że są to prace niezbędne, resort nie spodziewa się, że nastąpi ucieczka w tym obszarze do szarej strefy.

Należy zwrócić uwagę, że rząd skierował do Sejmu projekt w marcu br. i zgodnie z proponowanym art. 5, rozwiązania przewidziane w projekcie miały wejść w życie po upływie 3 miesięcy od ogłoszenia ustawy.

W EFNI uczestniczyli goście z 36 krajów

W zakończonym kilka dni temu w Sopocie IV Europejskim Forum Nowych Idei wzięło udział 1100 gości z 36 krajów. Uczestniczyli oni w 70 godzinach wydarzeń programowych, których głównym motywem była troska o konkurencyjność europejskiej gospodarki i bezpieczeństwo kontynentu. Intencje organizatorów i uczestników w tym zakresie wskazuje przyjęta ostatniego dnia Deklaracja Sopocka.

– O ile w poprzednich latach koncentrowaliśmy się na problemach wewnętrznych, to w tym roku obok wciąż nierozwiązanych kwestii przyspieszenia wzrostu gospodarczego w Unii, wzmocnienia konkurencyjności naszej gospodarki i braku zaufania do Europy, co przekłada się na wzrost populizmów, zwróciliśmy uwagę na gwałtowne zmiany na całym świecie. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie, całkowita destabilizacja sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, powstanie terrorystycznego państwa islamskiego, powoduje, że bezpieczeństwo Europy staje się równie ważne jak konkurencyjność naszej gospodarki – mówiła w czasie gali zamykającej Forum Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan, która od czterech lat organizuje EFNI.

– W świecie, w którym 85 osób jest właścicielami połowy ziemskiego bogactwa, powraca pytanie o punkt równowagi pomiędzy wolnością gospodarczą a równością społeczną. Rosnąca przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi może stać się źródłem buntów dużych grup społecznych. Erozja klasy średniej w państwach demokratycznych czy drastyczne nierówności w krajach zdominowanych przez oligarchów, każą zastanowić się nad skutecznością lekarstw na kryzys i rolą państwa w pokryzysowym świecie – wskazywał Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA.

Jacek Krawiec, prezes zarządu PKN ORLEN, komentując tematykę Forum przekonywał, że kiedy mówimy o Europie tracącej oddech w konfrontacji z dynamicznie zmieniającym się światem zewnętrznym, zbyt łatwo ograniczamy dyskusję do konkurencyjności ekonomicznej. A ludzie w życiu kierują się nie tylko ceną. Biorą pod uwagę także zupełnie inne wartości, czego dowodzi choćby sukces polskiej akcji „jedz jabłka”. Człowiek jest wielowymiarowy i taki jest współczesny świat.

– Postawiliśmy wiele pytań o rolę kultury w procesie integracji Europy. Naszym zdaniem dyskusja na ten temat jest obecnie bardziej aktualna niż pięć czy dziesięć lat temu. Żyjemy w niespokojnych czasach, w których rzeczywistość każdego dnia przypomina, iż nic nie jest dane nam na zawsze. I nie chodzi tu tylko o zagrożenie terroryzmem, nawet wojną, ale także o zatracanie łączących nas przez wieki więzi oraz destabilizację wartości, które do niedawna, mimo różnic pomiędzy poszczególnymi państwami i narodami, stanowiły trwałą podstawę, na której można było budować silną Europę – podkreślał Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.

W przyjętej na koniec Forum Deklaracji Sopockiej uczestnicy EFNI napisali, m.in. że absolutnym priorytetem dla nowych władz Unii Europejskiej jest powrót gospodarki europejskiej na ścieżkę wzrostu. A to wymaga odważnych reform instytucji, odbudowy zaufania i zmiany regulacji.

Kluczowe jest podjęcie działań, które doprowadzą w ciągu najbliższych 5 lat do przyspieszenia wzrostu gospodarczego w Europie. Aby myśleć o utrzymaniu pozycji Europy w gospodarce światowej i zwiększeniu liczby miejsc pracy w Unii o 18-20 mln, PKB krajów UE powinno rosnąć w tempie 3 proc. rocznie. To wydaje się niemożliwe. Ale tylko taki wzrost byłby remedium na bezrobocie młodzieży i uniknięcie zjawiska „straconego pokolenia”, które na wiele lat obniżyłoby potencjał rozwojowy europejskiej gospodarki. Rozwinięciem Deklaracji Sopockiej będą Rekomendacje EFNI, które za niecały miesiąc wysłane zostaną do nowych władz Unii Europejskiej, kluczowych dla przyszłości Europy organizacji i instytucji, a także przedstawicieli mediów.
W trakcie gali zamknięcia EFNI głos zabrał również przedstawiciel młodych – Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny kwartalnika Liberté! Jego pełne pasji przemówienie nawoływało obecnie rządzących do odwagi w demokratyzacji Unii Europejskiej i reformowaniu gospodarki, bo obecne zadłużanie się państw europejskich oznacza życie kosztem przyszłych pokoleń. Całe przemówienie można obejrzeć na oficjalnym kanale EFNI Poland na YouTube (https://www.youtube.com/watch?v=fYqw3wObAGg).

Kolejna, piąta edycja EFNI, będzie miała miejsce w dniach 30.09-02.10.2015 r.

****
EUROPEJSKIE FORUM NOWYCH IDEI to międzynarodowy kongres środowisk biznesowych z udziałem wybitnych przedstawicieli świata polityki, kultury, nauki i mediów. Organizowane jest od 2011 r. przez Konfederację Lewiatan we współpracy z BUSINESSEUROPE, Miastem Sopot oraz polskimi i międzynarodowymi firmami i instytucjami. Celem Forum jest wypracowywanie pomysłów na silną Europę i konkurencyjną gospodarkę, otwartą na trendy cywilizacyjne i technologiczne. Tegoroczna edycja EFNI odbywa się w dniach 1-3.10.2014 r. w Sopocie, a jej hasłem przewodnim jest pytanie: „Europa bezpieczna i konkurencyjna – realistyczny cel czy nieosiągalne marzenie? Perspektywa biznesu.”
Więcej informacji: www.efni.pl

Patronat honorowy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski, Przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, Parlament Europejski
Partnerzy instytucjonalni Instytut Lecha Wałęsy, Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP, Samorząd Województwa Pomorskiego
Partnerzy strategiczni PKN ORLEN S.A., PZU, Totalizator Sportowy, „Dziennik Gazeta Prawna”, TVP SA,
Partner Gali Otwarcia Bank Pekao S.A.
Partnerzy główni ArcelorMittal Poland, Biznes.pl, „Bloomberg Businessweek Polska”, Citi Handlowy, EKES Grupa Pracodawców, „Forbes”, Fortum, Google, Grupa Adamed, Havas Worldwide, KPMG, „Newsweek”, Onet, PKP Intercity, Samsung Electronics Polska, Wardyński i Wspólnicy
Partnerzy wspierający AMS, „Gazeta Giełdy Parkiet”, MetLife, Microsoft, MSL Group, Orange Polska, Polpharma, Polski Związek Pracodawców Przemysłu Wydobywczego, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna, „Puls Biznesu”, Radio TOK FM, Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR, „Warsaw Business Journal Observer”, Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan
Główny partner merytoryczny THINKTANK
Partnerzy merytoryczni BIAC/OECD, Centrum Stosunków Międzynarodowych, demosEUROPA, ECFR, „LIBERTÉ!”, POLITYKA INSIGHT, UN Global Compact
Partnerzy logistyczni Dell, Port Lotniczy Gdańsk im. L. Wałęsy, Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych
Oficjalny przewoźnik PLL LOT SA
Producent wykonawczy IDFX

 

Zgoda na koncentrację: elektrownia atomowa

Urząd uznał, że utworzenie wspólnego przedsiębiorcy przez PGE, KGHM, Tauron i Eneę nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji

Uruchomienie pierwszej elektrowni atomowej w Polsce planowane jest na 2025 r. W tym celu powstała spółka PGE EJ 1, która jest odpowiedzialna za przygotowanie procesu inwestycyjnego, przeprowadzenie badań lokalizacyjnych oraz budowę elektrowni. Została powołana przez Polską Grupę Energetyczną PGE. W wyniku koncentracji sprzeda ona po 10 proc. udziałów dwóm innym spółkom energetycznym: Tauron Polska Energia oraz Enea, a także KGHM Polska Miedź.

Przeprowadzone postępowanie wykazało, że koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji. Udział energii pozyskiwanej z planowanej elektrowni ma według szacunków wynieść 7 proc., nie zwiększy więc znacząco pozycji PGE, Tauronu oraz Enei na rynku wytwarzania i wprowadzania do obrotu energii elektrycznej. W dalszym ciągu będą oni produkować energię z innych źródeł niezależnie od siebie.

Zgodnie z przepisami, transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu.

 

Qumak walczy o poprawę rentowności. Spółka stawia na rozwój

0

CEO Magazyn Polska

Zarząd spółki Qumak zamierza poprawić jej wyniki finansowe, zamykając mało rentowne obszary działalności, zmieniając strukturę firmy i walcząc o utrzymanie pozycji lidera w obszarach, w których radzi sobie najlepiej.

Spółka Qumak, działająca w branży teleinformatycznej, miała w I półroczu 293 mln zł przychodu i tylko 4 mln zysku netto. To lepszy rezultat niż w I półroczu 2013 r., gdy spółka miała ponad 4 mln zł straty, ale wciąż nieimponujący.

Długo myśleliśmy o tym, jak uzyskać ten większy poziom rentowności, jednym z pomysłów, które udało nam się bardzo mocno przepracować, było zbudowanie wokół Qumaka pewnej grupy kapitałowej, czyli stworzenie według naszego modelu kilku zależnych spółek w obszarach, które dla nas są niezmiernie ważne – powiedział w rozmowie z Newseria Inwestor Paweł Jaguś, prezes zarządu Qumak.

Cel to osiągnięcie rentowności powyżej 5 proc. By go osiągnąć, Grupa Qumak postawiła na trzy kierunki rozwoju, które uznała za perspektywiczne.

– To są ekspozycje multimedialne, technologie związane z ITS-em i technologie związane z infrastrukturą lotniczą – mówi Paweł Jaguś. – I na te spółki postawiliśmy szczególny nacisk. Zawiązaliśmy w lipcu tego roku spółkę Star ITS. Również w lipcu powołaliśmy spółkę Skylar, która rozpocznie swoją działalność operacyjną w listopadzie, natomiast w przyszłym roku, w styczniu – jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem – zawiązana zostanie spółka multimedialna, której nazwy jeszcze nie znamy. 

Qumak ocenia, że rynek ekspozycji multimedialnych wart będzie w przyszłym roku 135 mln zł, a w kolejnych latach jego wartość może przekroczyć 200 mln zł.

– Jest to spółka, która będzie się zajmowała ekspozycjami multimedialnymi, budową nowoczesnych, inteligentnych wystaw i muzeów. Będzie również tworzyła kontent multimedialny – zapowiada prezes Qumak SA. – Ta spółka pokaże wkrótce, że potrafi działać, ponieważ będzie tam pracował nasz zespół, który zrealizował już kilka istotnych ekspozycji multimedialnych w Polsce.

Znacznie więcej wart jest rynek infrastruktury lotniczej, który już za kilka lat ma sięgnąć 0,5 mld zł. W Grupie Qumak zajmie się nim spółka Skylar.

Będzie specjalizować się w bezpieczeństwie ruchu lotniczego, systemach nawigacyjnych, radarach meteo, prześwietlarkach na lotniskach, systemach transportu bagażowego – tej całej warstwy, która powoduje, że transport lotniczy jest po prostu wydolny, że nie jest ograniczony w rozwoju oraz że staje się głównym transportem w obszarze Unii Europejskiej – tłumaczy prezes Jaguś.

Ostatni kierunek rozwoju grupy Qumak związany jest ze spółką Star ITS, która specjalizuje się w budowie Inteligentnych Systemów Transportowych. Z szacunków wynika, że wartość rynku systemów ITS obecnie wynosząca 4 mld zł, w latach 2014-2020 może wzrosnąć do 10 mld zł.

– To spółka, którą tworzą tylko inżynierowie ruchu. Ich zadaniem jest budowa kolejnych systemów transportowych, serwisowanie tych nowych oraz tych już istniejących. Chcemy, by mogli oni oferować swoje usługi wszystkim wielkim aglomeracjom miejskim, w których działają systemy ITS-owe działają. Takich miast w Polsce jest ponad 20 – ocenia Paweł Jaguś, prezes zarządu Qumak.

Donoria zamierza umocnić swoją pozycję w branży ubezpieczeniowej. Wraz z pozyskanym inwestorem planuje przejęcia innych firm

0

CEO Magazyn Polska

Donoria, polski broker ubezpieczeniowy specjalizujący się w sprzedaży polis dla biznesu, liczy na dynamiczny rozwój w najbliższych latach. Spółka pozyskała międzynarodowego inwestora branżowego, który ma jej pomóc wejść na nowe rynki, zaoferować klientom nowe produkty i przejąć mniejsze firmy.

Nie dalej niż miesiąc temu 51 proc. udziałów Donorii kupiła brytyjska firma brokerska Howden Broking Group.

– Wiemy, że dla tego inwestora Polska jest ważnym punktem na mapie europejskiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dominik Stachiewicz, członek zarządu Donorii. – Natomiast my, jako silny polski gracz, cieszymy się, że dzięki wsparciu tego inwestora będziemy mieli przede wszystkim bezpośredni dostęp do rynków międzynarodowych, szczególnie do rynku brytyjskiego, który jest najbardziej rozwinięty pod względem unikatowych produktów.

Donoria specjalizuje się w ubezpieczeniach przemysłu drzewnego, handlu towarami spożywczymi, tekstylnymi, użytkową elektroniką i AGD, a także spedycji i logistyki oraz transportu.

– Chcemy rozwijać się również w sektorach IT – deklaruje Dominik Stachiewicz – Widzimy tutaj olbrzymi potencjał. Polska, można powiedzieć, stoi firmami IT o najróżniejszej wielkości. Natomiast łączy ten sektor jedna cecha: mają bardzo dużą ekspozycję na ryzyko. Tacy brokerzy, jak nasz partner Howden, mają wyspecjalizowane produkty, dzięki którym te firmy będą mogły się czuć bezpieczniej.

Kolejna branżą, której Donoria wraz z Howden Broking chce oferować swoje produkty, to real estate, deweloperzy i firmy budowlane. Spółka planuje też korzystać z doświadczenia swego partnera w zakresie ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej członków zarządu, zarządzających i samych instytucji.

– Polska na tle chociażby swoich sąsiadów z Europy Środkowo-Wschodniej jest bardzo dużym rynkiem ubezpieczeniowym, spółki tutaj działające generują bardzo znaczne przychody mówi Dominik Stachiewicz. – Donoria jest tego dobrym przykładem – w ciągu 12 lat działalności udało nam się już wypracować dobrą pozycję na tym rynku.

Od swych klientów Donoria zebrała w 2013 roku składkę na poziomie 180 mln zł. Spółka deklaruje, że od trzech lat rozwija się w tempie 30 proc. rocznie, a plany na przyszłość ma bardzo ambitne. Liczy, że dzięki wsparciu inwestora będzie w stanie nie tylko rozwijać się organicznie, lecz także poszerzać paletę usług i sektorów, w których działa.

– Liczymy na wsparcie kapitałowe w celu pozyskania ciekawych, atrakcyjnych firm z polskiego rynku ujawnia Dominik Stachiewicz, członek zarządu Donorii. – Widzimy, że mniejsze podmioty będą najprawdopodobniej szukały wsparcia silniejszych polskich brokerów, dlatego naszym zdaniem jest to świetny moment na rozwój poprzez przejęcia i koncentracje tego rynku.

Przemysł zależny od Rosji zarabia. Dobre perspektywy dla Amiki i Stomilu Sanok

0

CEO Magazyn Polska

Spółki przemysłowe, które są zaangażowane na rynku rosyjskim mogą w najbliższym czasie przynieść zyski i to mimo że ich interesy często bezpośrednio zależą od sytuacji politycznej. Analitycy Biura Maklerskiego BGŻ pozytywnie oceniają przyszłość czterech z nich. To Amica Wronki, Stomil Sanok, Wielton i Zetkama. Każda z nich zależy jednak w innym stopniu od stosunków na linii Rosja-Zachód.

Stomil Sanok jest najlepszym przykładem spółki, która korzysta na niskich cenach surowców.

– Stomil Sanok przede wszystkim korzysta z kauczuków, w tym kauczuku EPDM [etylenowo-propylenowy], kauczuku chloroprenowego i kauczuków naturalnych. Notowania właśnie tych surowców w ostatnim czasie poszły bardzo w dół. Dlatego też bardzo wzrosły rentowności w II kw., w I kw. zresztą też, całe półrocze spółka zamknęła bardzo dobrym wynikiem – mówi Krzysztof Kozieł, analityk Biura Maklerskiego BGŻ.

Grupa Stomil Sanok w pierwszym półroczu 2014 r. miała 49,4 mln zł skonsolidowanego zysku netto w porównaniu z 29,5 mln zł zysku przed rokiem. Przychody ze sprzedaży wyniosły 361,9 mln zł w porównaniu z 348,5 mln zł rok wcześniej. Spółka ma dobre rokowania na przyszłość i jest – zdaniem analityka – dobrym pomysłem inwestycyjnym na ostatnie miesiące tego roku.

Krzysztof Kozieł podobnie ocenia też perspektywy Amiki i to mimo że spółka dużo eksportuje do Rosji. Amica korzysta na ubiegłorocznym bankructwie Mastercooka, dzięki któremu mogła zagarnąć sporą część rynku.

– Mniej więcej 60 proc. rynku, który pozostał po Mastercook, został przejęty przez producenta z Wronek, dlatego dynamiki w Polsce sięgają nawet 25 proc. I te dynamiki są wypracowywane właśnie w segmencie urządzeń grzejnych, który jest bardzo marżowy – mówi Kozieł. – Trzeba pamiętać, że Amica sprzedaje również towary, które są niżej marżowe, ale akurat w Polsce udaje się sprzedawać właśnie bardziej marżowy miks.

Amica w dalszym ciągu rozwija się w Rosji, mimo niekorzystnej sytuacji gospodarczo-politycznej. W pierwszym półroczu przychody liczone z tego rynku wzrosły o 6 proc. Całe przychody ze sprzedaży wzrosły w tym czasie o ponad 23 procent, zysk netto był wyższy o 84 proc. rok do roku i wyniósł 55,5 mln zł.

BM BGŻ pozytywnie oceniło też Zetkamę i to mimo że jej wyniki znacząco nie rosną. Jak mówi Kozieł, to spółka spokojna i stabilna, mimo że jej głównym kierunkiem eksportowym jest Rosja. Skonsolidowane przychody grupy w pierwszym półroczu 2014 r. wzrosły o 4,58 proc. do 151,17 mln zł.

– Tak naprawdę spółka szykuje się na kolejne sezony. Trzeba też przyznać, że Zetkama jest spółką sezonową – w IV kw. sprzedaż jest o wiele niższa niż w poprzednich trzech, dlatego też wyniki za IV kw. mogą być niższe niż za poprzednie kwartały, i to też trzeba mieć na uwadze, analizując wyniki tej spółki.

Również bardzo zaangażowaną na Wschodzie spółką jest Wielton, któremu analitycy BM BGŻ dają niewielki kredyt zaufania. Firma produkuje naczepy, jej sprzedaż w Rosji spadła o 20 proc.

– Dlatego mimo że spółka rośnie na innych rynkach, tzn. dywersyfikuje się geograficznie na innych rynkach, to tak naprawdę, jeżeli chodzi o sprzedaż skonsolidowaną, to w II kw. było bardzo słabo. Spodziewamy się, że do końca roku nic się nie zmieni – przewiduje analityk.

Prezes Wieltona mówił jednak niedawno Newserii, że spółka chce zainwestować w montownię w Rosji, co może ją uchronić przed ewentualnym zaostrzeniem sankcji nałożonych przez UE na ten kraj. Planuje też w najbliższych latach wzrost eksportu do innych krajów o ok. 5 proc.

Madryt wprowadza opłaty od aut wjeżdżających do centrum. Jego śladem chciałyby pójść polskie miasta

CEO Magazyn Polska

Od stycznia w Madrycie będzie obowiązywał elektroniczny system ograniczający wjazd do centrum miasta. Strefa wolna od samochodów zwiększy się ze 192 do 350 hektarów. Polskie miasta chciałyby pójść śladem hiszpańskiej metropolii, ale na przeszkodzie stoi mało elastyczny system prawny, który zabrania zarówno pobierania opłat za wjazd do centrum, jak i regulowania ceny za parkowanie. 

Wjazd do centrum Madrytu będzie możliwy tylko dla samochodów, których właściciele mieszkają na danym obszarze, ewentualnie dla pojazdów, które zagwarantowały sobie poprzez możliwość mobilnej rezerwacji miejsce na jednym z trzynastu parkingów – mówi Ewa Wolniewicz-Warska, sales country manager w Kapsch Telematic Polska. – Jeżeli samochód wjedzie, a nie będzie spełniał żadnego z tych warunków, będzie nałożona kara i to dosyć bolesna, bo w wysokości 90 euro.

Samochody dostawcze będą mogły wjeżdżać do strefy jedynie w godzinach 10-13, a nocą zakazany będzie ruch motocyklowy. To niejedyne europejskie miasto, które próbuje zminimalizować ruch, hałas i emisję spalin. Helsinki w ciągu 10 lat chcą doprowadzić do sytuacji, w której mieszkańcom nie będzie się opłacało posiadać własnych pojazdów. Berlin uzależnił opłaty od klasy silnika pod względem emisji spalin.

Przykładem efektywnego wdrożenia rozwiązania strefowego ograniczającego wjazd samochodów produkujących duże ilości spalin jest Berlin – mówi Wolniewicz-Warska. – Klasy Euro IV i V wjeżdżają do centrum za darmo, pozostałe nie mają tam wstępu. W wyniku tego zanieczyszczenie pyłem zawieszonym spadło w tym mieście o 50 proc. To ogromna różnica. Poprzez wprowadzanie ograniczeń, kontrolowanych poprzez narzędzia elektroniczne, można więc skutecznie zadbać o środowisko.

W Polsce na mieszkańca przypada więcej samochodów niż wynosi średnia dla Unii. Jak podaje Instytut Samar, już w ubiegłym roku na tysiąc mieszkańców przypadały 653 zarejestrowane pojazdy, podczas gdy średnia dla całej wspólnoty to 484. Władze zauważają problem zagęszczenia ruchu. W konsultacjach znajduje się przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju dokument pod nazwą „Krajowa Polityka Miejska”. Wskazano tam na konieczność ograniczenia ruchu pojazdów osobowych. Duże inwestycje w transport publiczny, jak twierdzą autorzy, nie przełożą się na wzrost wykorzystania transportu publicznego.

W Polsce brakuje instrumentów prawnych do elastycznego wdrażania tego rodzaju rozwiązań – twierdzi Ewa Wolniewicz-Warska. – Ustawa o drogach publicznych jest wyjątkiem na tle prawodawstwa europejskiego, gdyż nie dopuszcza możliwości pobierania opłat za wjazd do strefy śródmiejskiej.

Najbardziej narażona na zagęszczenie ruchu jest Warszawa. W Madrycie na tysiąc mieszkańców przypada około 500 pojazdów. W stolicy Polski w całej aglomeracji jest to 600, a w centrum – 800.

Władze miasta są zainteresowane wdrożeniem systemu ograniczającego wjazd – twierdzi Wolniewicz-Warska. – To jest właściwie konieczność, bo stolica męczy się z powodu niezwykle dużego natłoku ruchu samochodowego. Nie może tego regulować cenami za parkowanie, bo one także zamrożone są w ustawie.

Inne miasta, takie jak Kraków czy Toruń, też chciałyby, jak zauważa Ewa Wolniewicz-Warska, skorzystać z tego rodzaju rozwiązań.

Rodzi się więc zrozumienie – podsumowuje przedstawicielka firmy Kapsch Telematic Services. – Trochę może jeszcze brakuje odwagi do takiego podejścia i  pierwszego, który zdecyduje się coś takiego wprowadzić i pokaże, że to działa.

Od strony technicznej wprowadzenie takich rozwiązań nie jest dziś problemem.

Systemy działają na różnych zasadach – precyzuje Ewa Wolniewicz-Warska. – Może być to ewidencja na podstawie odczytu z tablicy rejestracyjnej czy kontrola z wykorzystaniem dedykowanej łączności krótkiego zasięgu. To drugie rozwiązanie jest skuteczniejsze i efektywniejsze, chociaż wymaga wyposażenia w niewielkie urządzenia nadawcze.

Sprawne funkcjonowanie systemów umożliwia dostępność mobilnych czy internetowych aplikacji.

Oczywiście tego rodzaju aplikacje muszą mieć bezpośredni link do centralnej bazy, która z kolei służy jako baza referencyjna do kontroli – tłumaczy przedstawicielka Kapsch Telematic Services. – Kontrole są z reguły przeprowadzane na podstawie odczytu z tablic rejestracyjnych. Właściciele samochodów, którzy są mieszkańcami centrum, bywają w takich wypadkach zobligowani do zarejestrowania pojazdu w bazie. Jednocześnie ci, którzy rezerwują miejsca parkingowe, robią to na numer samochodu, który automatycznie trafia do bazy.

Centra miast się wyludniają. Przyczynia się do tego program Mieszkanie dla Młodych

Programy takie jak Mieszkanie dla Młodych, choć dają szansę młodym ludziom na zakup pierwszego mieszkania, to równocześnie przyczyniają się do wyludniania centrów miast. Polska potrzebuje więc lepszego planowania przestrzennego i myślenia perspektywicznego o budownictwie mieszkaniowym. Pomógłby także rządowy program wspierający budownictwo pod wynajem.

Każdy program wspierający możliwość zakupu mieszkań jest dobrze widziany, ale ważne jest też, żeby pieniądze na niego przeznaczone były racjonalnie wykorzystywane – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kiełpsz, prezes zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich. ‒ Wydaje mi się, że lepiej byłoby, gdyby te same pieniądze były przeznaczane dla osób spełniających kryteria danego programu, ale do wykorzystania w tej lokalizacji, w której one są potrzebne z punktu widzenia tych rodzin, czyli blisko centrów miast.

Wyludnianie centrów miast to poważny problem urbanistyczny i społeczny w Polsce. Obrzeża metropolii dają jednak większe możliwości inwestycyjne, a ceny są tam niższe. Źródło problemu tkwi w braku planowania przestrzennego i koordynacji. Problem ten dotyczy nie tylko dużych miast – polskie gminy planują przeznaczyć pod budownictwo mieszkaniowe tereny, na których można by wybudować lokale dla nawet ponad 200 milionów osób.

Polskie miasta potrzebują tego, co jest istotą rozwoju każdej lokalnej społeczności, czyli dialogu. Dialogu urbanistycznego, który dotyczyłby właśnie problematyki zagospodarowania przestrzeni – przekonuje Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD, dodaje, że nie zawsze problemem jest złe zagospodarowanie przestrzeni. Czasem w ogóle brakuje planów. Gminy, jak ocenia Płochocki, boją się zobowiązań finansowych wynikających z dokładnego zaplanowania przestrzeni, a brak takiej strategii ogranicza możliwość wpływania na inwestycje.

Przykładem jest warszawska Białołęka. W ciągu ostatnich kilkunastu lat powstały tam liczne osiedla mieszkaniowe, choć nikt nie przewidywał takiego kierunku rozwoju tej dzielnicy.

Kiełpsz dodaje, że zamiast przeznaczać tereny pod zabudowę mieszkaniową, gminy powinny same zająć się budownictwem komunalnym.

Dla tych osób, które rzeczywiście nie są w stanie poradzić sobie same z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego – podkreśla prezes PZFD.

Dodaje, że programy wsparcia powinny również uwzględniać wynagrodzenia beneficjentów. Obecnie w programie MdM zarobki nie są kryterium, co oznacza, że o rządowe dofinansowanie mogą ubiegać się również osoby zarabiające wystarczająco dużo, by samodzielnie spłacić kredyt.

Rozwiązaniem jest z jednej strony podjęcie przez władze działań mających na celu obniżenie kosztów budowy mieszkań. Z drugiej strony wspieranie rozwoju budownictwa mieszkań na wynajem, i to nie tylko wynajmowanych przez duże fundusze, lecz także tych wynajmowanych przez klientów indywidualnych – apeluje Kiełpsz.

Do listy zadań Dziekoński dodaje jeszcze usprawnienie telekomunikacji, w tym dostępu do internetu oraz transportu zbiorowego. To może pozwoli zatrzymać młodych Polaków w mniejszych miastach.

Kiełpsz zauważa jeszcze, że budownictwo mieszkaniowe nie musi rozwijać się tylko na obrzeżach miast. Duży potencjał mają m.in. tereny poprzemysłowe, które można znaleźć w większości aglomeracji.

Tutaj jest duży potencjał. Wydaje się, że działania rewitalizacyjne mogą mieć szansę i finansowanie, nie tylko ze środków krajowych, lecz także ze środków z nowej perspektywy unijnej – ocenia Grzegorz Kiełpsz.

Kellogg’s oficjalnie otwiera fabrykę w Kutnie i zapowiada jej rozbudowę. Trwa rekrutacja pracowników

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowy koncern spożywczy Kellogg&HASH39;s na początku przeszłego roku uruchomi drugą linię produkcyjną w niedawno otwartej fabryce chipsów w Kutnie. W wytwórni znajdzie pracę 200 osób. Rekrutacja już się rozpoczęła.

– Zakład produkcyjny w Kutnie ma strategiczne położenie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Bart Van Audenhove, dyrektor fabryki Kellogg&HASH39;s w Kutnie.  Nasz pierwszy europejski zakład otworzyliśmy w Belgii, a ten jest strategicznie położony w specjalnej strefie ekonomicznej, by produkować na rynki w Europie Środkowo-Wschodniej, Bliski Wschód, do Afryki, Rosji i Turcji.

Pierwsza linia produkcyjna fabryki chipsów Pringles w Kutnie ruszyła w lipcu. Obecnie trwają prace przy budowie kolejnej oraz rekrutacja pracowników do jej obsługi.

Mój zespół kierowniczy składa się w 80 proc. z Polaków – mówi Bart Van Audenhove.  Menadżerowie to niemal wyłącznie polski zespół z kilkoma obcokrajowcami wmieszanymi w tę grupę. Ale zamiarem jest zbudowanie zakładu z polskimi pracownikami i polską kadrą kierowniczą. Plan zakłada stworzenie prawdziwie polskiego zakładu.

Jest to jedna z największych inwestycji pod względem wartości w podstrefie kutnowskiej ocenia Zbigniew Burzyński, prezydent Kutna. 23 inwestorów ma tutaj pozwolenia na działalność. Z tego już większość, bo chyba 16 lub 17, już działa. Kolejne zakłady są w budowie bądź w przygotowaniu do budowy. Rozwijamy się dynamicznie i myślę, że pojawią się kolejni inwestorzy, bo prowadzimy rozmowy.

Kutno ma korzystne położenie, niemal w samym środku Polski, w pobliżu autostrady Warszawa-Poznań-Berlin. To sprawia, że inwestorów przybywa, a bezrobocie spada. Przemysł, który kilka lat temu dawał pracę 2 tys. mieszkańców, dziś zatrudnia 6 tys.

Inwestycje Kellogg’s oraz innych inwestorów w kutnowskiej podstrefie Łódzkiej Strefy Ekonomicznej są potwierdzeniem, że polskiej gospodarce potrzebne są miejsca, gdzie można inwestować, licząc na preferencyjne warunki działania.

– Jestem admiratorem specjalnych stref ekonomicznych – deklaruje Tomasz Jędrzejczak, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – Przez ostatni rok czy nawet ostatnie dwa lata w Polsce dyskutowano o tym, czy działalność stref ma być jeszcze wydłużana, czy możemy już z nich rezygnować. Myślę, że tutaj udowadniamy, że specjalne strefy ekonomiczne są bardzo istotne, a Łódzka Strefa Ekonomiczna, która jest świetnie zarządzana, to już jest top of the top ostatnich latach.

Big data to biznes przyszłości. W Polsce będzie można zarobić na cyfryzacji administracji i energetyki

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowe korporacje ICT coraz mocniej wchodzą na polski rynek. Oceniają, że można tu zrobić dobry biznes głównie na zamówieniach publicznych oraz zamówieniach z sektora energetycznego. Zarządzanie dużymi ilościami danych to też sektor bardzo konkurencyjny, bo lokalne firmy nie ustępują pola wielkim koncernom.

– Dzisiaj obszarem najbardziej rozwojowym jest oczywiście big data – ocenia Dariusz Baran, country manager Atos Polska. – W Polsce dzisiaj nie ma jeszcze takich rozwiązań, a przynajmniej w takim wymiarze, jakiego oczekują klienci. Klient potrzebuje nowych modeli biznesowych tworzonych w oparciu o rozwiązania big data. Takie możliwości pojawią się lada chwila. Nasza firma już bierze udział w kilku postępowaniach przetargowych, w których wykorzystuje elementy big data, na przykład w rozwiązaniach typu Fraud Management Systems (FMS), którymi interesują się firmy z sektorów telekomunikacyjnego, ubezpieczeniowego oraz bankowego.

Obszar big data będzie coraz bardziej zagospodarowywany, ponieważ na świecie jest coraz więcej urządzeń generujących ogromne zbiory danych, rośnie też potrzeba zarządzania ogromnymi zbiorami danych. W Polsce Atos chce wdrażać rozwiązania, które zostały wypracowane w ramach grupy Atos SE, działającej w 52 krajach na całym świecie. O potencjale rynku big data, w połączeniu z cloud computingiem i bezpieczeństwem cyfrowym, świadczy przeprowadzana obecnie operacja przejęcia przez Atos firmy Bull za 620 mln euro. W efekcie fuzji powstanie największa firma sektora cloud, cyber security i big data w Europie.

– Teraz naszym wyzwaniem jest integracja firm Bull i Atos na całym świecie. Jest to kolejny krok w kierunku rozwoju naszej firmy i zwiększenia naszego portfolio usług. Dzięki temu przejęciu będziemy mocniejsi zarówno w obszarze big data, jak i cloud computingu i cyber security, które według nas jest przyszłością rozwoju usług informatycznych – mówi szef Atos Polska.

Jak ocenia prezes Baran, konkurencja w Polsce, podobnie jak w innych krajach, jest na tym rynku bardzo duża. Istniejące od lat firmy lokalne, o ustabilizowanej już pozycji, muszą bowiem sprostać konkurencji dużych międzynarodowych graczy.

– Myślę, że tutaj tak naprawdę nic się nie zmieni. Konkurencja będzie naszą codziennością. Jestem jednak przekonany o tym, że ani polskie firmy, ani międzynarodowe nie odpuszczą i dla klientów jest to najlepsza wiadomość.

Wciąż jest jednak dużo obszarów do zagospodarowania. Atos w Polsce przez wiele lat działał głównie w sektorze telekomunikacyjnym. Obecnie stawia na sektor publiczny, na którego rozwój przeznaczane są fundusze europejskie. Przykładem jest rozwój e-administracji, będący priorytetem rządu od wielu lat. Zdaniem szefa polskiego oddziału firmy obiecującym rynkiem staje się też energetyka.

–  Z racji nadchodzącego rzeczywistego uwolnienia rynku energetyka potrzebuje zmian – uważa Dariusz Baran. – Na razie ich tempo jest stosunkowo wolne, ale przewidujemy zdecydowaną zmianę dynamiki rozwoju. Firmy energetyczne będą musiały dostosowywać swoje usługi do potrzeb coraz bardziej wymagających klientów.

W efekcie pojawi się szansa nowe projekty dla firm informatycznych, które często będą musiały zbudować cały system praktycznie od podstaw. Cel to integracja zarządzania energetyką na poziomie ogólnokrajowym spełniająca wymagania klientów detalicznych, którzy chcą sprawdzać stan licznika i przewidywaną najbliższą wysokość rachunku na swoich smartfonach.

Rośnie udział transportu kolejowego w obsłudze gdyńskiego portu. Potrzebna dalsza modernizacja linii

CEO Magazyn Polska

Przewozy kolejowe odgrywają coraz większą rolę w obsłudze Portu Gdynia. Ich znaczenie będzie stale wzrastać wraz z modernizacją linii kolejowych prowadzoną przez PKP PLK. Port prowadzi inwestycje również w wewnętrzną infrastrukturę kolejową. Inną dużą inwestycją jest zagospodarowanie Nabrzeża Bułgarskiego.

– Nabrzeże Bułgarskie jest w trakcie inwestycji. Uzyskamy tam nowy odcinek nabrzeża oraz place składowe i operacyjne. Ta inwestycja, która powstaje z wykorzystaniem funduszy Unii Europejskiej, połączona jest z zagospodarowaniem terenu centrum logistycznego po drugiej stronie Estakady Kwiatkowskiego. Centrum logistyczne będzie wspierało rozwój obrotu towarów transportem morskim, w tym zwłaszcza transportu ładunków wysoko przetworzonych w kontenerach – mówi Krzysztof Gromadowski, dyrektor ds. współpracy międzynarodowej i PR w Zarządzie Morskiego Portu Gdynia.

Inwestycja ma na celu zwiększenie możliwości przeładunkowych portu i przygotowanie infrastruktury pod działalność logistyczną. Koszt realizacji to ponad 100 mln zł. Całość ma być gotowa w I połowie 2015 roku.

W latach 2014-2016 ZMPG zamierza wydać ponad 730 mln zł na rozbudowę i modernizację infrastruktury portowej. Część środków trafi na drogi i koleje. Swoje inwestycje w infrastrukturę kolejową prowadzi też Bałtycki Terminal Kontenerowy. Jak podkreśla Gromadowski, transport kolejowy ma dla portu duże znaczenie.

– Poza modernizacją torów wewnątrz portu ważna jest też infrastruktura, która łączy terminale portowe ze stacją Gdynia Port. Inwestycje te pozostają w gestii PKP PLK, które wkrótce rozpoczną wielki projekt o wartości 600 mln złotych. W ramach projektu pewne niepotrzebne elementy infrastruktury będą likwidowane, a wszystkie istotne elementy bocznic aż do połączenia z głównymi szlakami kolejowymi będą modernizowane – wyjaśnia dyrektor w Porcie Gdynia.

Dla portu ogromne znaczenie ma też trwająca modernizacja krajowych tras kolejowych. Szczególnie ważna jest modernizacja linii kolejowych łączących Gdynię z Bydgoszczą przez Kościerzynę i Maksymilianowo.

– Realizacja tych projektów stworzy warunki do odciążenie bardzo mocno zajętych linii: Gdynia-Gdańsk oraz głównej magistrali na odcinku Gdańsk-Tczew. Z uwagi na rozwój obydwu portów w Gdańsku i Gdyni, to połączenie przez Kościerzynę w przyszłości na pewno pozwoli nam na lepsze wykorzystanie szlaków kolejowych, ponieważ obserwujemy stałą tendencję wzrostu udziału transportu kolejowego w obsłudze portów Trójmiasta – podkreśla Gromadowski.

Modernizacja linii kolejowych w całym kraju wiąże się z trudnościami w organizacji przewozów do i z portów morskich. Jak jednak zaznacza Gromadowski, ograniczenia przepustowości linii są minimalizowane, dzięki dobrej współpracy z PKP PLK.

Lewiatan proponuje zmiany w ustawie o OZE

Sejm w tym tygodniu rozpocznie prace nad szczegółami ustawy o odnawialnych źródłach energii. Rada OZE Konfederacji Lewiatan postuluje, aby do ustawy wprowadzić jeszcze zapisy dotyczące okresu przejściowego oraz elastyczności w zakresie rozliczenia obowiązku produkcji w ramach systemu aukcyjnego.

Z projektu ustawy wynika, że pierwsze aukcje zostaną przeprowadzone i rozstrzygnięte nie wcześniej niż w połowie roku 2016. Z uwagi zaś na fakt, że budowa instalacji, które wygrają aukcje rozpocznie się dopiero po zakończeniu aukcji, pierwsze instalacje OZE rozpoczną pracę najwcześniej w roku 2018. Od momentu podjęcia decyzji o rozpoczęciu budowy (tj. wygrania aukcji) a jej zakończeniem mija bowiem zwykle (średnio) ok. 1,5 roku.

Z uwagi na wskazany powyżej czas budowy instalacji OZE, utrzymanie 1 stycznia 2016 jako granicznej daty wygaśnięcia prawa do kwalifikacji nowych projektów do systemu zielonych certyfikatów spowoduje (i częściowo już spowodowało) niemal całkowite zatrzymanie inwestycji w instalacje OZE z końcem bieżącego roku. Rozpoczęcie bowiem teraz (w ostatnim kwartale 2014 roku) budowy instalacji OZE wiąże się z bardzo dużym ryzykiem, że taka instalacja nie otrzyma wsparcia w ramach systemu zielonych certyfikatów, gdyż zostanie zakończona po 1 stycznia 2016 roku, a jednocześnie nie będzie uprawniona do udziału w aukcji. Taki stan rzeczy skutkować też będzie brakiem finansowania (czy to bankowego, czy to korporacyjnego) dla takich inwestycji. Nie będą zatem podejmowane żadne inwestycje w całym roku 2015 oraz w 2016 do momentu rozstrzygnięcia pierwszej aukcji.

Efektem tego będzie powstanie luki inwestycyjnej – wszelkie prace w zakresie inwestycji o OZE zostaną zahamowane. Wiele z tych inwestycji nigdy nie powstanie, gdyż w tym czasie wygasną pozwolenia, na których opiera się ich konstrukcja formalna (np. umowy przyłączeniowe).

Dlatego Rada OZE Konfederacji Lewiatan po raz kolejny proponuje wprowadzenie okresu przejściowego, którym będzie rok 2016. Instalacje OZE wybudowane w tym czasie uzyskają prawo do udziału w systemie zielonych certyfikatów.

Obecne zapisy ustawy stanowią, że niewyprodukowanie w 3-letnim okresie rozliczeniowym energii elektrycznej w ilości wskazanej w aukcji podlega karze. Prowadzi to do sytuacji, w której inwestor, aby uniknąć kar, musi wskazać w aukcji taką wielkość produkcji, co do której jest w 100 proc. pewien, że jest w stanie ją osiągnąć. W przypadku technologii wykorzystujących siły przyrody (np. wiatr, woda lub słońce) wielkość produkcji zależy od czynników niezależnych od inwestora. Nie jest zatem możliwe podanie w aukcji ze 100 proc. pewnością wielkości produkcji. Inwestorzy zatem będą musieli wskazywać niższą niż faktycznie osiągniętą wielkość produkcji. Ponieważ wsparcie udzielone będzie tylko do wysokości produkcji wskazanej w aukcji, duża jej część pozbawiona zostanie wsparcia.

Zwiększy to jedynie koszty funkcjonowania sytemu wsparcia, gdyż w celu uzyskania tego samego poziomu wsparcia (nakłady inwestycyjne nie zależą od poziomu kar, czy długości okresu rozliczeniowego) inwestorzy będą dążyć do uzyskania wyższych cen, a koszty finansowania wzrosną z uwagi na dodatkowe ryzyko operacyjne takich projektów, co jest sprzeczne z założeniami do samej ustawy. Ponadto, konieczność przyjęcia w analizach ekonomicznych niskiego poziomu produkcji przy określonych cenach referencyjnych, z pewnością spowoduje znaczące obniżenie ilości projektów startujących w aukcjach z uwagi na niską opłacalność. Stanowi to dodatkowe zagrożenie dla realizacji celów OZE w 2020 roku.

Rada OZE Konfederacji Lewiatan proponuje więc złagodzenie obowiązku rozliczeniowego przez umożliwienie niewielkich odchyleń (np. w wysokości 15 proc.) od wysokości produkcji wskazanej w aukcji, co w pełni pozwoli zrealizować cele, jakie przyświecały autorom nowej ustawy, czyli minimalizacji kosztów wsparcia produkcji energii z OZE dla odbiorców końcowych.

Konfederacja Lewiatan

Cena emisyjna akcji właściciela marki Coccodrillo to 14,9 zł. Zaczynają się zapisy dla inwestorów instytucjonalnych

CEO Magazyn Polska

Rozpoczynają się zapisy inwestorów instytucjonalnych na akcje CRDL SA, producenta i dystrybutora ubranek oraz zabawek dla dzieci. Cenę emisyjną ustalono na poziomie 14,90 zł. Spółka ma już ponad 340 sklepów w Europie, a dzięki kapitałowi z giełdy chce uruchomić ponad 80 nowych sklepów, nowy magazyn i rozbudować sklep internetowy. CDRL pracuje także nad rozszerzeniem asortymentu i zapowiada walkę o pozycję lidera w branży odzieżowej.

Ostateczna cena emisyjna jest niższa od maksymalnej, którą wcześniej wyznaczono na 17,4 zł. Oznacza to, że spółka pozyska z debiutu 14,9 mln zł, bo do inwestorów trafi 1 mln akcji, z czego 80 tys. – do indywidualnych, a 920 tys. – do instytucjonalnych. Zapisy dla tych ostatnich właśnie się rozpoczęły.

– Pieniądze pozyskane z aktualnej emisji chcemy przeznaczyć na dalszy rozwój sieci i budowę sklepów oraz nowego centrum logistycznego, które w głównej mierze będzie przeznaczone na obsługę naszego nowego projektu, czyli na rozwój sklepu internetowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL SA.

Spółka CDRL SA zajmuje się projektowaniem, produkcją oraz dystrybucją ubranek dla dzieci i młodzieży pod własną marką Coccodrillo. W 2013 r. spółka miała 342 sklepy, z czego 187 w Polsce, 135 w pozostałych krajach UE oraz 20 poza UE. Poza marką Coccodrillo sprzedaje także wyroby innych producentów, przede wszystkim zabawki pluszowe i akcesoria. Firma cały czas pracuje nad rozbudową asortymentu, ponieważ chce być liderem w branży odzieżowej, jak deklaruje Dworczak.

W związku z tym uzupełniamy nasze produkty m.in. o obuwie. Obecnie mamy w wyznaczonych salonach Coccodrillo buty firmy Primigi, wiodącego producent z Włoch. Teraz pracujemy nad własną marką obuwia, którą systematycznie wprowadzamy do sklepów. Pozwoli nam to wygenerować większe obroty z metra kwadratowego – wyjaśnia prezes CDRL.

Korzystnie na rentowność CDRL wpłynęło przeniesienie produkcji do krajów mających niższe koszty wytwarzania.

To trwało dosyć długo, ale związane było z bardzo restrykcyjnym procesem nadzorowania produkcji i doborem odpowiednich materiałów. Kraje takie jak Bangladesz są na liście państw preferowanych przez Unię Europejską i na produkty wyprodukowane w tych krajach nie ma 12-proc. cła – to jest bezpośrednia korzyść, jaką możemy uzyskać – wskazuje Marek Dworczak.

W pierwszej połowie 2014 r. przychody ze sprzedaży wyniosły 71,7 mln zł w porównaniu z 65,4 mln zł rok wcześniej. W tym samym okresie zysk operacyjny wzrósł z 1,6 mln zł do 8,4 mln zł, a wynik netto z działalności kontynuowanej zwiększył się z -0,75 mln zł do 6 mln zł w pierwszym półroczu 2014 r. Na dzień 30 czerwca br. aktywa ogółem wyniosły 84,26 mln zł, z kolei kapitał własny – 35 mln zł.

Inwestorzy indywidualni mogli zapisywać się na akcje spółki do minionego wtorku, dziś początek zapisów dla inwestorów instytucjonalnych. Przyznanie akcji nastąpi do 20 października.

„Mieszkanie dla młodych” potrzebuje zmian

Przez pierwsze 7 miesięcy działania programu „Mieszkanie dla młodych” z puli pieniędzy przeznaczonych na dopłaty wydano niecałe 30%. Ustawodawcy zauważyli, że nie cieszy się on popularnością i szykują zmiany. Czy będą one jednak wystarczające?

Nowelizacja ustawy „Mieszkanie dla młodych” wejdzie w życie prawdopodobnie w 2015 r. Zakłada ona między innymi ułatwienie zakupu mieszkania od spółdzielni oraz zwiększenie dopłat dla rodzin wielodzietnych. Obecnie rodziny z dwójką i trójką dzieci mogą liczyć na dopłatę z budżetu państwa równą 15% wartości odtworzeniowej zakupionego mieszkania. Zostanie ona zwiększona do 20% w przypadku rodzin dwudzietnych i 25% w przypadku trzydzietnych.

„Problem jest taki, że w gronie beneficjentów programu »Mieszkanie dla młodych« do tej pory rodzin z dwójką bądź trójką dzieci było tylko 3-4%, tak że skala tych zmian jest niezadawalająca” – mówi serwisowi infoWire.pl Bartosz Turek z Lion’s Bank.

Według eksperta wadliwość programu wynika z tego, że barier, które postawiono przed osobami chcącymi skorzystać z dopłat państwa, jest zbyt dużo i są zbyt wysokie. Chodzi tu głównie o limit wiekowy beneficjentów, maksymalną powierzchnię mieszkalną oraz cenę mieszkania czy też konieczność zakupu lokalu lub domu jednorodzinnego na rynku pierwotnym.

Nowelizacja ustawy może zatem okazać się niewystarczająca. „Zmiany są potrzebne, ale bardziej rewolucyjne niż ewolucyjne” – zauważa Bartosz Turek.

Zgoda UOKiK na budowę elektrowni atomowej

UOKiK dał zielone światło dla budowy elektrowni atomowej w Polsce. Urząd uznał, ze utworzenie wspólnego przedsiębiorcy przez PGE, KGHM, Tauron i Eneę nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji

Uruchomienie pierwszej elektrowni atomowej w Polsce planowane jest na 2025 r. W tym celu powstała spółka PGE EJ 1, która jest odpowiedzialna za przygotowanie procesu inwestycyjnego, przeprowadzenie badań lokalizacyjnych oraz budowę elektrowni. Została powołana przez Polską Grupę Energetyczną PGE. W wyniku koncentracji sprzeda ona po 10 proc. udziałów dwóm innym spółkom energetycznym: Tauron Polska Energia oraz Enea, a także KGHM Polska Miedź.

Przeprowadzone postępowanie wykazało, że koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji. Udział energii pozyskiwanej z planowanej elektrowni ma według szacunków wynieść 7 proc., nie zwiększy więc znacząco pozycji PGE, Tauronu oraz Enei na rynku wytwarzania i wprowadzania do obrotu energii elektrycznej. W dalszym ciągu będą oni produkować energię z innych źródeł niezależnie od siebie.

Zgodnie z przepisami, transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu.

Jak poprawić organizację pracy?

Oceniając swoją pracę, obok niskich zarobków, statystycznie najczęściej narzekamy na zbyt dużą liczbę stojących przed nami obowiązków. W rzeczywistości jednak źródłem tego problemu są na ogół błędy w organizacji. Często bezproduktywnie tracimy bowiem czas na spotkaniach czy obniżamy swoją wydajność przełączając się co chwilę pomiędzy różnymi zadaniami. A rozwiązanie jest w tym wypadku proste – wystarczy wyrobić sobie kilka prostych nawyków.

Niezależnie od tego, czy mówimy o małej, rodzinnej firmie czy też może przedmiotem naszej analizy jest oddział dużej, międzynarodowej korporacji, problemy zgłaszane przez pracowników okazują się być zaskakująco podobne.

W obu przypadkach często bowiem brakuje ściśle określonych procedur (co dezorganizuje pracę, niosąc za sobą konieczność samodzielnego zbierania informacji) czy też wytycznych określających sposób realizacji danego zadania.

Niska efektywność nie bierze się z niczego

Innym z popularnych utrudnień jest często występująca zmiana priorytetów, wymagająca od pracujących każdorazowego przełączania się pomiędzy zadaniami, co powoduje znaczne obniżenie produktywności.

– W parze z tym najczęściej niestety idą także bardzo krótkie terminy realizacji danego działania czy pojawiające się przy tej okazji wymagane czynności dodatkowe, niemające w gruncie rzeczy realnego wpływu na efekt końcowy – wymienia Grzegorz Frątczak, ekspert zarządzania czasem i trener w dziedzinie zmiany złych nawyków.

A jeśli do tego dodamy jeszcze rozpraszające pytania podwładnych, brak czasu na refleksję i tworzenie długofalowych strategii pracy czy reagowanie wyłącznie na bieżąco w postaci „gaszenia pożarów”, szybko okazuje się, że w takich warunkach rzeczywiście trudno o efektywną pracę.

Delegowanie zadań i ustalanie priorytetów

Co zatem w takiej sytuacji zrobić? Przede wszystkim zacząć należy od prawidłowej diagnozy. Bez ustalenia przyczyny występowania problemu trudno będzie bowiem znaleźć skuteczne rozwiązanie.

– Punktem wyjścia w większości organizacji będzie poprawa w zakresie delegowania zadań. Rolą szefa jest upewnienie się, że jego podwładny dokładnie wie, czego się od niego oczekuje, jaka jest tego waga i jakie ograniczenia mogą przy tym wystąpić. Pracownik zaś powinien wymagać, by jego obowiązki były jasno określone i możliwie jak najbardziej sprecyzowane – dodaje Grzegorz Frątczak.

Drugim elementem, o który warto zadbać, jest systematyczne działanie bez częstej zmiany priorytetów. Przełączanie się pomiędzy różnymi czynnościami kosztuje bowiem mnóstwo czasu, energii i co za tym idzie pieniędzy, a dodatkowo stresuje zespół i obniża ogólną produktywność. Warto przy tym pamiętać, iż największą kreatywnością wykazujemy się, gdy jesteśmy wypoczęci i zrelaksowani.

Eliminowanie przeszkadzaczy

W niemal każdej firmie istnieje też wiele tzw. przeszkadzaczy, np. w postaci pracowników często zadających określone pytania. Taki stan rzeczy może być sygnałem, iż nasi podwładni nie zostali właściwie przeszkoleni. Zamiast jednak każdorazowo udzielać im pomocy, należy skłonić ich do większej samodzielności i próby rozwiązania danego problemu po swojemu.

Jednym z częściej występujących elementów rozpraszających mogą też być wiadomości e-mail. Dotyczy to rzecz jasna większych przedsiębiorstw, w których wysyłający w polu „Do wiadomości” każdorazowo dodają swojego przełożonego i kilku kolegów.

– W tym miejscu powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy aby na pewno wszyscy muszą wszystko wiedzieć? Może znacznie więcej osiągniemy, jeśli każdy będzie odpowiedzialny za swoją część danego działania, nie tracąc przy tym czasu na czytanie setek e-maili? – podpowiada specjalista zarządzania czasem.

Spotkania celowe i z zasadami

Ostatnim elementem, w którym warto wprowadzić kilka usprawnień, są firmowe spotkania. Trudno rzecz jasna przecenić ich rolę – wspólne dyskusje rodzą zwykle szereg nowych pomysłów, poszerzają horyzonty i mobilizują do działania.

– Problem w tym, iż łatwo w tym wypadku przesadzić, osiągając cel odwrotny do zamierzonego. Czas poświęcony na zebrania to jednocześnie minuty czy godziny podczas których podwładni nie wykonują swoich obowiązków, co może przekładać się także na straty finansowe – zauważa przedstawiciel CEO Solutions.

Przystępując do organizacji takiego spotkania należy zatem zadbać, by trwało ono możliwie jak najkrócej, a wszyscy odbiorcy już wcześniej poznali jego agendę i podstawowy cel. Oprócz tego trzeba też uważnie dobierać uczestników, ograniczając się wyłącznie do osób bezpośrednio zainteresowanych omawianym zagadnieniem.

Na koniec zaś powinniśmy przyswoić sobie dwie złote zasady z zakresu efektywnego projektowania swojego czasu: nigdy nie czekamy z rozpoczęciem na spóźniających się (gdyż niebawem stanie się to normą) i w żadnym wypadku nie przeciągamy zebrań ponad ustalone ramy czasowe (co niejako wymusi na wszystkich zwięzłe wyrażanie swoich poglądów).

 

RPP obnizyła stopy procentowe

Spodziewano się powszechnie, że Rada Polityki Pieniężnej obniży stopy procentowe. Decyzja RPP była jednak nieco zaskakująca, choć niekontrowersyjna. Z analizy rynku OIS wynikało, że przeważały oczekiwania cięcia stopy referencyjnej o 25 pkt. bazowych – Rada obniżyła ją o 50 pkt. bazowych, do 2,00%. Poza tym Rada zawęziła korytarz stóp procentowych pozostawiając dolną jego granicę – stopę oprocentowania depozytów składanych przez banki w NBP  – na poziomie 1%, a obniżając górny jego pułap – stopę kredytu lombardowego, której czterokrotność wyznacza także wysokość tzw. odsetek maksymalnych  – aż o 1 pkt. proc. do 3,0%. Stopę redyskonta weksli obniżono tak jak stopę referencyjną – o 0,5 pkt. proc. do 2,25%. Do tego oprocentowanie środków rezerwy obowiązkowej, które dotąd stanowiło 0,9% stopy redyskontowej NBP, teraz będzie stanowić 0,9% stopy referencyjnej NBP – co oznacza zmniejszenie oprocentowania środków banków.

Powszechnie spodziewano się, że RPP rozpocznie w październiku cykl obniżek – dominowały prognozy o łącznej skali 75-100 pkt. bazowych. Obniżka o 50 pkt. mieści się w tym scenariuszu, a oczekiwanie stopniowych cięć po 25 pkt. wynikały raczej z obserwacji dotychczasowej ostrożności Rady. M. Belka wyjaśnił, że decyzja Rady o zmianie stopy referencyjnej o 50 pkt. bazowych nie była jednomyślna, a podejmujący ją członkowie RPP kierowali się tym, by skoncentrować dostosowanie stóp w czasie. Decyzja o zawężeniu korytarza stóp wynikała z czysto arytmetycznych przesłanek. Przy coraz niższym poziomie stóp procentowych, jednorodne ich obniżki powodowałyby coraz większą dysproporcję relacji pomiędzy nimi. W efekcie stopa depozytowa odpowiadałaby już ultraluźnej polityce pieniężnej, podczas gdy stopa lombardowa pozostawałaby ciągle spójna z dość restrykcyjną polityką pieniężną (zwłaszcza w ujęciu realnym). Obniżenie oprocentowania rezerwy obowiązkowej może być substytutem obniżenia stopy depozytowej NBP, przyczyni się także – podobnie jak obniżenie stopy referencyjnej – do poprawy wyniku finansowego banku centralnego, który ostatnio był zbliżony do zera.

Oczywiście jedna obniżka stóp NBP, nawet o 50 pkt. bazowych nie wpłynie znacząco i szybko na realną gospodarkę, zwłaszcza w warunkach wzmożonej niepewności. Badania NBP dotyczące klasycznych „kanałów transmisji” polityki pieniężnej wskazują, że efekty są tu widoczne najwcześniej po kilku kwartałach. Na październikowej obniżce najprawdopodobniej się jednak nie zakończy. W komunikacie czytamy; „Rada nie wyklucza dalszego dostosowania polityki pieniężnej jeśli napływające informacje, w tym listopadowa projekcja NBP, potwierdzą istotne ryzyko utrzymania się inflacji poniżej celu w średnim okresie”. W tej chwili takie istotne ryzyko „niedostrzelenia” celu inflacyjnego oczywiście występuje, więc w listopadzie można spodziewać się kolejnej obniżki – o 25, być może nawet 50 pkt. bazowych. Badania NBP pokazują, że luzowanie polityki pieniężnej RPP ma coraz bardziej istotny wpływ na gospodarkę poprzez oczekiwania przedsiębiorstw. Może bowiem wzmocnić ich przekonanie o kontynuacji dobrej koniunktury gospodarczej i tym samym sprzyjać podejmowaniu przez nie decyzji o wzroście zatrudnienia i inwestycjach.

Paweł Durjasz – Główny Ekonomista PZU

Raport o skutkach wprowadzenia koncesji na sprzedaż węgla

Projekt nowelizacji Prawa energetycznego wprowadzający koncesje na sprzedaż węgla i mający chronić ten sektor przed nieuczciwą konkurencją był wczoraj omawiany przez sejmową nadzwyczajną komisję do spraw energetyki i surowców energetycznych. To jeden z trzech projektów ustaw, które – jak pisze portal Money.pl – mają na celu uporządkowanie rynku handlu czarnym złotem w kraju. Projekt ma ograniczyć nieuczciwą konkurencję, szczególnie prowadzoną przez dostawców węgla z Rosji.

Pomimo znacznych zapasów wydobytego węgla i 40 mld ton zalegających pod ziemią, do Polski sprowadzany jest surowiec z zagranicy. W ubiegłym roku w sumie przywieziono do naszego kraju 10,8 mln ton węgla. O kilkaset tysięcy ton więcej niż w 2012 roku i aż o połowę więcej niż przed pięcioma laty. W tym roku prawdopodobnie padnie kolejny rekord.

Jak pisze Money.pl, zdecydowana większość – 6,7 mln ton węgla – przyjechało do nas w 2013 roku z Rosji. Na drugim miejscu są Czesi, którzy sprzedali nam ponad 1,6 mln ton. Nieco ponad milion ton węgla przyjechało z Australii, ponad pół miliona z USA, a około 330 tysięcy ton z Ukrainy. Warto zaznaczyć, że mniejsze ilości sprawdzamy nawet z Kolumbii czy z RPA.

Szczególnie rosyjski węgiel stał się hitem na rodzimy składach, ponieważ jest tańszy. Rosjanie dotują jego transport, nie bez znaczenia są też niższe koszty wydobycia. W przeciwieństwie do większości kopalń w Polsce, w Rosji, czy w Australii, wydobywa się go odkrywkowo. Do tego od lat spadają opłaty za transport morski.

W Polsce blisko połowa domów i mieszkań ogrzewana jest sieciowo, czyli przez miejscowe ciepłownie. Jednak w drugiej połowie – samodzielnie ogrzewającej swoje mieszkania – zdecydowanie króluje węgiel. Około 2,2 mln gospodarstw w Polsce spala rocznie około 16 mln ton. Kolejne – znacznie dalsze miejsca – zajmują: gaz ziemny, energia elektryczna, drewno opałowe, gaz płynny, czy olej opałowy.

Węgiel importowany do Polski najczęściej nie ma certyfikatów jakościowych i wykorzystywany jest przede wszystkim w małych gospodarstwach domowych. Teraz do prowadzenia handlu węglem wystarcza wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Zdaniem autorów projektu zmian w ustawie powoduje to, że działalność mogą podejmować także nieuczciwi sprzedawcy, wykorzystujący m.in. niewiedzę klientów i oferujący im towar znacznie gorszy niż jest przez nich deklarowany. Dotyczy to głównie węgla z importu.

– Proponowana regulacja wyeliminuje nieuczciwą konkurencję – mówi Money.pl Tomasz Chmal, ekspert od energetyki z Instytutu Sobieskiego. – Chodzi szczególnie o firmy oszukujące na jakości, które często wymieszany drobny i gruby węgiel z Rosji sprzedają jako polski z dużym zyskiem – tłumaczy.

Koncesje będzie wydawał Urząd Regulacji Energetyki oraz będzie miał wgląd do sposobu prowadzenia tej działalności przez kontrole prowadzenia obrotu węglem zgodnie z warunkami koncesji. – To powinno uporządkować rynek handlu węglem – przekonuje Chmal.

– Za każdą koncesje trzeba będzie zapłacić, poza tym najprawdopodobniej trzeba będzie spełnić szereg wymogów formalnych, by ją uzyskać. To spowoduje, że część drobnych firm handlujących węglem zniknie z rynku – ostrzega jednak w Money.pl Adam Gorszanów, prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla. Z jego szacunków – opartych na systemie koncesji dotyczących sprzedaży paliw płynnych – wynika, że opłaty te sięgną od kilkunastu tysięcy do nawet kilku milionów rocznie, zależnie od wielkości obrotu węglem przez dana firmę.

Dodatkowo, wczoraj do projektu posłowie zgłosili cały pakiet poprawek. Najważniejsze rozwiązanie to system zabezpieczeń majątkowych, jakie mają składać importerzy węgla, w zamyśle analogiczny do obowiązujących od niedawna kaucji przy imporcie paliw płynnych. Zaproponowano, by kaucja przy imporcie koksu wynosiła milion złotych, przy imporcie węgla wynosiła od 2 mln do 20 mln zł, zależnie od jego klasy. Poseł PiS Piotr Naimski zgłosił nawet propozycję jej podniesienia do… 50 mln zł.

Zdaniem Gorszanówa, to może wyeliminować z rynku około 10 tysięcy pośredników: To małe składy, które sprzedają opał głównie na wsiach i w małych miejscowościach. Zakładając ostrożnie, że każda z nich zatrudnia średnio 5 osób, to daje 50 tys. ludzi, którzy stracą pracę. Stracą też ci, którzy nie będą mogli kupić węgla w swojej miejscowości. Jeżeli nawet powstaną zapowiadane Państwowe Składy Węgla, to raczej klientowi pod dom węgla nie dowiozą. Jego zdaniem wprowadzenie koncesji oznacza wzrost cen węgla na składach.

Także Tomasz Chmal, choć jest zwolennikiem koncesji, przyznaje, że to wyeliminuje z rynku część pośredników i odbije się na cenach. Zdaniem przedstawicieli firm handlujących węglem trudno – przed ogłoszeniem ostatecznego kształtu nowelizacji Prawa Energetycznego – dokładnie określić skalę podwyżek, jednak wskazują, że może to być nawet wzrost o 30 złotych na tonie.

Oznacza to, że rodzina, która by ogrzać zimą dom lub mieszkanie kupuje około 4 ton węgla, będzie musiała wydać grubo o ponad 100 złotych więcej niż obecnie za sam węgiel – wylicza Money.pl. Do tego najprawdopodobniej wzrosną koszty jego transportu.

 

Przywództwo powinno być rozwijane na każdym poziomie organizacji

Rozwój przywództwa jest numerem jeden spośród wyzwań, jakim muszą stawić czoła firmy na całym świecie. Aż 86 proc. menedżerów uważa, że jest to kwestia ważna i pilna. Jednocześnie globalny raport firmy doradczej Deloitte „Trendy HR 2014 – jak przyciągnąć i utrzymać pracowników w XXI wieku ” udowadnia, że organizacje są do tego zadania bardzo słabo przygotowane i nie chodzi tu tylko o pieniądze. Model Kompetencji Przywódczych stworzony przez Deloitte w Polsce pokazuje, że jest to duży problem także dla rodzimych firm, w których najsłabszą stroną liderów jest zarządzanie ludźmi.

Globalne badanie Deloitte przeprowadzono wśród ponad 2,5 tys. liderów biznesu z 94 krajów świata, w tym również z Polski. Przywództwo zostało uznane za bardzo ważne dla pięciu z siedmiu badanych regionów świata. Są to: Europa Zachodnia, Europa Środkowa i Wschodnia, Ameryka Północna, Afryka Południowa oraz region Azji i Pacyfiku. Było ono także numerem jeden dla wszystkich badanych branż.

W badaniu Deloitte jedynie 13 proc. respondentów uważa, że ich firmy świetnie sobie radzą z rozwojem liderów na każdym poziomie organizacji. Dużym problemem jest przygotowanie do tej roli przedstawicieli pokolenia Millenialsów (osoby urodzone w drugiej połowie lat 80 i latach 90). Oczekują oni, że zostaną docenieni już na początku swojej drogi zawodowej, a ich kariery nabiorą szybkiego tempa. Aż 66 proc. firm uważa, że ich zdolność do rozwoju przywódców w młodym pokoleniu jest słaba, a tylko 5 proc. uważa, że jest ona doskonała.

„Rynek premiuje dziś szybkość, elastyczność i zdolność do demonstrowania zdolności przywódczych w każdej, nawet niepewnej sytuacji. Jednocześnie spłaszczanie struktury organizacji przyczyniło się do wzrostu zapotrzebowania na umiejętności przywódcze na każdym poziomie, tymczasem firmy na całym świecie wykazują w tym obszarze duży deficyt” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale konsultingu Deloitte.

Raport Deloitte wskazuje, że istnieje ogromne zapotrzebowanie na podstawowe oraz nowe umiejętności przywódcze takie jak: dogłębne zrozumienie biznesu; współpracę i zdolność do budowania zespołów angażujących różne funkcje; skuteczność w działaniu w globalnym kontekście kulturowym (zarządzanie różnorodnością i zapobieganie wykluczeniu); kreatywność; koncentrację na kliencie; wskazywanie pracownikom kierunku i wspieranie ich w dążeniu do celu oraz budowanie silnych zespołów i zarządzanie talentami.

Na nieco inne spojrzenie pozwala autorskie badanie Deloitte pt. Liderzy na dziś – Liderzy na jutro. Jakie kompetencje mają szefowie polskich firm , przeprowadzone wiosną w Polsce. Pozwoliło ono po raz pierwszy stworzyć nowy Model Kompetencji Przywódczych, który odpowiada teraźniejszym i przyszłym wyzwaniom, przed którymi stoją firmy. Dziesięć kompetencji przywódczych lidera to: przyjmowaniem szerokiej perspektywy, perspektywą finansową, tworzeniem i realizacją wizji, elastycznością w działaniu, przewodzeniem zmianom, nastawieniem na wzrost wartości firmy, budowaniem efektywnych relacji, rozwijaniem talentów, wywieraniem wpływu oraz budowaniem firmy opartej na wartościach.

Niemal dziewięciu na dziesięciu polskich menedżerów wskazuje, że w praktyce najważniejszymi kompetencjami dla członków zarządów jest przyjmowanie szerokiej perspektywy, przewodzenie zmianom i umiejętne patrzenie na firmę z perspektywy finansowej. Siłą kadry zarządzającej wysokiego szczebla są kompetencje przywódcze przekładające się bezpośrednio na wyniki finansowe, a słabością umiejętności związane z budowaniem kapitału społecznego firmy i angażowaniem pracowników. Aż 66 proc. menedżerów uważa, że rozwijanie talentów, tak ważne w kształceniu nowych liderów, w polskich zarządach jest na przeciętnym, niskim oraz bardzo niskim poziomie.

Nowy lider potrzebuje zwykle 18 miesięcy zanim poczuje się w pełni komfortowo w swojej roli. Dla menedżerów średniego szczebla okres ten może wydłużyć się nawet od 24 do 36 miesięcy.„Kadra zarządcza powinna stworzyć kulturę, która sprzyja rozwojowi postaw przywódczych. Oznacza to, że pracownicy, którzy mają predyspozycje do stania się liderami powinni być angażowani w zadania, które wykraczają poza ich aktualny zakres obowiązków i otrzymywać wsparcie, dzięki któremu będą mogli budować swoje kompetencje tak szybko, jak to możliwe. Badanie pt. „Liderzy na dziś – Liderzy na jutro”, które przeprowadziliśmy w Polsce, jasno pokazało ogromny potencjał kobiet w obszarze kompetencji przywódczych. Trend ten jest widoczny również w innych krajach. W książce pt. „Doktryna Ateny”* , autorzy zbadali cechy nowych liderów w 13 najszybciej rozwijających się gospodarkach na świecie. Współczesny lider, zdaniem badanych przez autorów książki, ma dzielić się emocjami i odczuciami w otwarty sposób. Powinien widzieć i kreować przyszłość wdrażając rozwiązania zapewniające przede wszystkim zrównoważony wzrost i wartości, a nie wyłącznie bieżące korzyści” – podkreśla Iwona Georgijew, Partner, Liderka Klubu SheXO w Deloitte.

Budowanie kolejnego pokolenia liderów wymaga czasu, inwestycji oraz uwagi. Aby dobrze przeprowadzić ten proces należy:

  • zaangażować kadrę zarządczą w proces rozwoju strategii przywództwa oraz aktywnie zarządzać rozwojem postaw przywódczych;
  • dostosować strategię przywództwa i rozwoju do zmieniających się celów biznesowych;
  • koncentrować się na trzech aspektach rozwoju liderów: rozwoju przywództwa na wszystkich poziomach organizacji, stawianiu na liderów lokalnych oraz myśleniu nastawionym na sukcesję; wychowanie lidera trwa wiele lat, dlatego ławka wychowanków – potencjalnych liderów powinna się stale wydłużać.
  • wdrażać skuteczne programy rozwoju przywództwa. Kadra zarządcza i liderzy HR powinni wziąć odpowiedzialność za ten proces i być przygotowani na inwestycje finansowe i czasowe.

* „Doktryna Ateny”, J. Gerzema, M. D’Antonio, Wydawnictwo Studio EMKA, 2014

Polskie firmy tracą na zbyt długim przygotowywaniu sprawozdań finansowych

Polskie firmy, które najlepiej radzą sobie z przygotowaniem informacji finansowej, już po czterech dniach roboczych od zakończenia miesiąca dysponują informacją, w jakiej kondycji znajduje się spółka. W przypadku sprawozdań rocznych liderzy potrzebują dwudziestu dni na jego przygotowanie. Z kolei firmy, które mają problem z szybkim raportowaniem, wydłużają ten czas nawet do trzech miesięcy. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte sprawniejsze prowadzenie księgowości pozwala przedsiębiorstwom lepiej funkcjonować w biznesowym otoczeniu, a zarządom szybciej reagować na zmieniającą się rzeczywistość. To najważniejsze wnioski z autorskiego badania „Fast Close” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

Eksperci Deloitte przebadali 130 polskich firm. Sprawdzili ich podejście do przygotowywania informacji finansowych, które przedsiębiorcy są zobowiązani składać w organach skarbowych czy bankach, które kredytują ich inwestycje. Według polskiej ustawy o rachunkowości firmy mają pół roku, żeby zatwierdzić sprawozdanie roczne. W przypadku spółek giełdowych termin na publikację raportów rocznych skraca się nawet do 80 dni. Raporty kwartalne muszą być zaś przygotowane w przeciągu 45 dni od zakończenia kwartału. „Z naszych doświadczeń wynika, że polscy przedsiębiorcy często nie doceniają korzyści, jaką daje szybkie pozyskanie informacji o wynikach finansowych.  Sytuacja zmienia się, gdy takie dane zaczynają być od spółki wymagane przez banki lub gdy firma planuje debiut na giełdzie. Wtedy spółka musi być gotowa na drastyczne przyspieszenie terminów raportowania, a także istotny wzrost jakości pracy działów księgowych” – mówi Adam Czechanowski, Dyrektor w Dziale Audit Advisory Deloitte.

Spółkom giełdowym, które przekroczą terminy składania sprawozdań, grożą sankcje finansowe nakładane przez Komisję Nadzoru Finansowego. W przeszłości sięgały one nawet 100 tys. zł. Kary nakładane są także na podmioty, których sprawozdania zawierają błędy. Warto przypomnieć, że sankcje mogą również dotknąć pojedynczych członków zarządu.

Także banki mogą wymagać raportowana wyników firm np. w cyklach miesięcznych, kwartalnych lub rocznych w celu oceny kondycji finansowej spółki. Nieprzekazanie takiej informacji na czas grozi, m.in.: podniesieniem marży kredytowej, a w ostateczności utratą wiarygodności i wypowiedzeniem umowy kredytowej.

Z badania Deloitte wynika, że polskie firmy, mimo że zdają sobie sprawę z tego zagrożenia, nie zawsze przywiązują należytą uwagę do szybkiego raportowania. Spośród przebadanych firm 43 proc. było gotowych do prezentacji miesięcznej informacji finansowej przed upływem pięciu dni roboczych. Pod tym względem nie odbiegają od najlepszych na świecie praktyk. Jednak istotna grupa firm, bo aż 21 proc. przedsiębiorców potrzebowała na to więcej niż dziesięciu dni roboczych. „A to oznacza, że dopiero prawie w połowie miesiąca zarząd firmy dowiaduje się o tym, jak radziła sobie ona w poprzednim okresie. W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu gospodarczym to może być  zdecydowanie za późno, by zareagować i wprowadzić zmiany w planie operacyjnym” – mówi Mikołaj Trzeciak, Starszy Menedżer w Dziale Audit Advisory Deloitte.

W przypadku sprawozdań rocznych najlepsze wśród przebadanych spółek były z nimi gotowe po dwudziestu dniach roboczych, podczas gdy na świecie czas ten jest jeszcze krótszy. Wciąż problemem jest skonsolidowane sprawozdanie finansowe, które przygotowywane jest przez grupy kapitałowe. Na jego sporządzenie większość spółek potrzebuje nawet ponad siedemdziesięciu dni roboczych, a to oznacza, że inwestorzy i właściciele otrzymują całościowy obraz grupy w okolicach marca.

Zdaniem ekspertów Deloitte takie podejście przeszkadza firmom w efektywnym prowadzeniu biznesu. W wielu przypadkach zarządy otrzymują od działów sprzedaży częstą i szybką informację o przychodach ze sprzedaży, gdyż jest to podstawa oceny czy spółka realizuje zakładany plan. Jednak dopiero informacja finansowa o kosztach daje podstawę do wnioskowania o wynikach i odpowiada na pytanie o realizowaną marżę. „Strategiczne decyzje biznesowe mają dalekosiężne konsekwencje. Nie znając ich skutków ryzykujemy, że zamiast zarabiać, tracimy. Zarządy zbyt małą wagę przywiązują  do jakości pracy działów księgowych i administracyjnych, skupiając się jedynie na pionach operacyjnych” – tłumaczy Mikołaj Trzeciak.

Aby przyspieszyć proces przygotowywania sprawozdań finansowych firmy muszą zmienić sposób swojego funkcjonowania. W tym celu należy, m.in.:

  • Wdrożyć kalendarz zamknięcia, który będzie obrazował cały harmonogram i podział zadań,
  • Wyodrębnić w grupach kapitałowych komórki ds. raportowania,
  • Zainwestować w odpowiednie narzędzia IT, w tym w automatyczną konsolidację,
  • Przygotowując informację finansową należy opierać się na szacunkach, a nie czekać na brakujące faktury,
  • Wdrożyć system motywacyjny dla pracowników działu finansowego, który będzie uzależniony od terminów i jakości zamknięcia,
  • Pozyskiwać dane na czas z działów niefinansowych (zakupy, sprzedaż, magazyn),
  • Komunikować się na bieżąco z audytorem,
  • Zadbać o procedurę wewnętrznego obiegu dokumentów zapewniającą szybkie ich dostarczenie do księgowości,
  • Przygotować listę możliwych błędów.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że przygotowywanie sprawozdań i informacji finansowych to proces, nie tylko księgowy, ale także biznesowy. Dostarcza on istotnej dla spółki wiedzy, m.in.: czy realizowany jest budżet, jak sprzedaje się dany produkt czy wreszcie jak ewentualny kryzys, np. na Ukrainie, z którą spółka ma relacje handlowe, ostatecznie wpłynął na jej wyniki. Bez tego elementu efektywne prowadzenie biznesu nie ma szans powodzenia” – podsumowuje Adam Czechanowski.

Po decyzji RPP maksymalne odsetki nie wyższe niż 12 proc.

Rada Polityki Pieniężnej obniżyła dzisiaj podstawową (referencyjną) stopę procentową o 50 punktów bazowych, z 2,5 proc. do 2 proc., a stopę lombardową o 100 pb, z 4 do 3 proc.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Inflacja po 8. miesiącach 2014 r. (narastająco) kształtowała się na poziomie 0,3 proc. W lipcu i sierpniu mieliśmy ujemny wskaźnik zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych. Wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie we wrześniu. Zatem cały 2014 r. to inflacja na poziomie nie wyższym niż 0,3-0,4 proc. Prognozy na 2015 r. dotyczące inflacji, zawarte w projekcie budżetu na przyszły rok, to 1,2 proc. Ostatnie prognozy MFW mówią o inflacji w Polsce w przyszłym roku na poziomie 0,8 proc. Problemu z inflacją zatem nie mamy. Nie ma z nią problemu także gospodarka globalna. To efekt niższego globalnego wzrostu gospodarczego niż w poprzednich okresach wychodzenia z osłabienia gospodarczego, a tym samym np. niższego zapotrzebowania na surowce, a w gospodarstwach domowych – niższej skłonności do konsumpcji wspieranej kredytami. Jeżeli te zmiany mają charakter trwały, strukturalny, to może warto zastanowić się na redefiniowaniem celu inflacyjnego, jego obniżeniem z 2,5 proc. Łatwiej może wtedy byłoby NBP prowadzić politykę pieniężną.

Dzisiejsza decyzja RPP nie ma znaczenia z punktu widzenia „zarządzania” inflacją. Może mieć jednak znaczenie z punktu widzenia gospodarki. Dane NBP dotyczące wartości depozytów i należności przedsiębiorstw wobec banków wskazują bowiem, że rosną depozyty firm – w sierpniu 2014 r. wobec sierpnia 2013 r. o ponad 9 proc. (+17,5 mld zł). Rośnie także wartość zaciągniętych przez firmy kredytów – o 7,4 proc. (ponad 20 mld zł; sierpień 2014 do sierpnia 2013). Wartości te są zdecydowanie wyższe niż w 2013 r., ale ciągle zdecydowanie niższe niż w okresie dobrej koniunktury lat 2007/2006. Jest więc miejsce na wzrost zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Jeżeli obniżenie stopy podstawowej przełoży się na obniżenie oprocentowania kredytów na rynku przez banki komercyjne, może to podtrzymać zainteresowanie przedsiębiorstw inwestycjami. Bez wątpienia też wesprze eksporterów, bowiem przejściowo, ale jednak osłabi złotego.

Obniżenie stóp procentowych nie powinno negatywnie oddziaływać na skłonność do oszczędzania, bowiem już dzisiaj oprocentowanie depozytów, które oferują banki jest bardzo niskie. Jeśli natomiast wpłynie na wzrost popytu na pieniądz, banki potrzebując zasilenia depozytami, mogą oferować, mimo niższej stopy podstawowej, lepsze warunki (wyższe oprocentowanie) lokat dla depozytariuszy.

Ważna jest także zmiana „aż” o 100 pb stopy lombardowej, która określa maksymalny poziom oprocentowania na rynku. Tzw. ustawa antylichwiarska mówi bowiem (art. 1), że maksymalne odsetki nie mogą wynosić więcej w stosunku rocznym niż 4-krotność stopy kredytu lombardowego. Tą decyzją RPP chciała zatem wesprzeć także skłonność Polaków do konsumpcji wspieranej kredytem, aby spożycie indywidulane, główny komponent PKB, nieco zwiększyło się.

Mamy zatem decyzję RPP, która powinna pozytywnie wpłynąć na decyzje gospodarstw domowych (tańszy kredyt), przedsiębiorstw (tańszy kredyt), eksporterów (słabszy złoty), a może także wbrew pozorom tych, którzy nie pożyczają a deponują pieniądze w bankach.

Jednak ten pozytywny wpływ, jeżeli będzie, zobaczymy z pewnym opóźnieniem, jak to zwykle z efektami zmian stóp procentowych bywa.

 Konfederacja Lewiatan

Projekt budżetu na rok 2015 zaprezentowany posłom

Zachowanie stabilnego i jednego z najwyższych w Europie wzrostu gospodarczego, równowagę między potrzebami popytowymi gospodarki a jej konkurencyjnością oraz poprawę sytuacji na rynku pracy przewiduje rządowy projekt ustawy budżetowej na rok 2015. Jego pierwsze czytanie odbyło się w Sejmie 8 października br.

Na konieczność znalezienia bezpiecznej równowagi między uwarunkowaniami makroekonomicznymi, zachowaniem stabilności finansów publicznych a potrzebami i oczekiwaniami obywateli państwa zwracał posłom uwagę minister finansów Mateusz Szczurek, przedstawiając posłom projekt przyjęty przez rząd 24 września. – Ten trudny dylemat nie jest nowy, ale w tym roku po raz pierwszy wsparciem dla niego będzie stabilizująca reguła wydatkowa, tworząca ramy dla finansów publicznych w dwóch pierwszych wymiarach: sytuacji gospodarczej i stabilności finansów publicznych – powiedział minister oceniając budżet na rok 2015 jako racjonalny i oszczędny, ale nie pozbawiony wrażliwości.

Według szacunków Ministerstwa Finansów, jak również niezależnych analityków gospodarczych, wzrost PKB w Polsce w 2014 r. wyniesie 3,3%, czyli dwa razy więcej niż w ubiegłym roku (i cztery razy więcej niż przeciętnie w UE). W 2015 r. realne tempo wzrostu PKB utrzyma się na podobnym poziomie i wyniesie 3,4%, pozostając na jednym z najwyższych poziomów w UE. – W przyszłym roku PKB per capita w Polsce, po uwzględnieniu zmian siły nabywczej wyniesie 71% średniej w UE. To najwyższy wynik od pięciu wieków– wskazał Mateusz Szczurek i przypomniał, że przed przystąpieniem do UE, w 2003 r., było to 49%, a w 2013 r. 68%. – To ciągle nie zaspokaja naszych ambicji, ale jeszcze nigdy w historii Polska tak szybko nie „doganiała” reszty Europy, jak w ciągu ostatnich lat – dodał. Minister zwrócił uwagę, że ma na to wpływ również przedłużająca się stagnacja w krajach Unii, gdzie produkcja pozostaje poniżej poziomów z 2008 r., co stanowi duże wyzwanie dla polskich firm, gospodarstw domowych i budżetu państwa.

Podstawowym czynnikiem odpowiedzialnym za przyspieszenie tempa wzrostu PKB w roku bieżącym jest wzrost popytu krajowego z 0,0% w 2013 r. do 3,5% w 2014 r. Ma to związek z szybszym tempem wzrostu inwestycji prywatnych obserwowanym od pierwszej połowy tego roku oraz spożycia prywatnego, wynikającego z poprawy sytuacji dochodowej gospodarstw domowych. – Zakładamy, że w 2015 r. wzrost popytu krajowego przyspieszy do 3,8%, m. in. dzięki oczekiwanej poprawie na rynku pracy i zapowiedzianym działaniom związanym m. in. ze zwiększeniem waloryzacji emerytur i rent oraz kolejnym już zwiększeniem pomocy państwa dla rodzin z dziećmi w ramach ulgi podatkowej – wyjaśnił Mateusz Szczurek i poinformował, że wpływ tych działań na tempo wzrostu PKB szacuje się na ok. 0,2 pkt. proc.

Jednocześnie wraz z poprawą koniunktury gospodarczej spodziewany jest systematyczny spadek stopy bezrobocia rejestrowanego, które ma spaść do 12,5% na koniec 2014 r. i do 11,8% na koniec 2015 r., wzrost przeciętnego realnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej oraz niska inflacja (1,2% w przyszłym roku przy tegorocznej bliskiej zeru).

Minister przypomniał także, że szacowany deficyt budżetu państwa w 2014 r. będzie o ponad 13 miliardów niższy od planowanego i wyniesie ok. 34 miliardy złotych, co będzie zasługą zarówno wyższych dochodów (o ponad 8 miliardów) jak i oszczędnego gospodarowania publicznymi środkami (wydatki niższe o 5 mld). –Deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 3,4% PKB. Tylko trzy razy w ciągu minionych 20 lat Polska miała niższy deficyt sektora finansów publicznych – zauważył Mateusz Szczurek. Natomiast projekt budżetu na rok 2015 zakłada dochody na poziomie 297 mld zł, wydatki – 343 mld zł, deficyt nie powinien przekroczyć 46,1 mld zł. – Po raz pierwszy planujemy tym samym spadek wydatków sektora finansów publicznych (bez wydatków finansowanych z UE) poniżej 40% PKB, zaś spadek deficytu finansów publicznych do 2,6-2,7% PKB – powiedział minister i dodał, że pozwoli to Polsce wyjść z procedury nadmiernego deficytu. – Nie jesteśmy rozrzutni, wydając pieniądze polskiego podatnika – ocenił Mateusz Szczurek. Minister zapewnił, że w budżecie na przyszły rok nie tylko zadbano o rozwój gospodarczy i stabilność finansów publicznych, ale także o wsparcie tych, którzy pomocy potrzebują.
Projekt zatwierdzony przez Radę Ministrów w dniu 24 września 2014 r. ustawy budżetowej na rok 2015przekazany do Sejmu RP

Eksperci alarmują – trwa gwałtowny spadek liczby studentów

Wraz z początkiem nowego roku akademickiego powraca dyskusja dotycząca pustoszejącychuczelni. Według danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego od ponad pięciu lat w Polsce stale zmniejsza się liczba nowych studentów – w minionym roku było ich ok. 1,67 mln. Prognozy mówią, że do 2025 roku liczba ta zmniejszy się jeszcze o około 400 tysięcy. Co ciekawe – jak wynika z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości „Przyszłe kadry polskiej gospodarki”- aż 40 procent studiujących w trybie dziennym podejmuje jednocześnie pracę zarobkową. 

Mniejsza liczba studentów to pochodna między innymi niżu demograficznego oraz emigracji młodych Polaków.  Spadek wskaźnika skolaryzacji wynika również z przekonania młodych, że dyplom wyższej uczelni nie gwarantuje już zatrudnienia.  Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie „Przyszłe kadry polskiej gospodarki” cały czas utrzymuje się wysoki odsetek pracujących studentów.

Studenci dostrzegają, że wcześniejsze rozpoczęcie aktywności zawodowej zwiększa ich szansena konkurencyjnym rynku pracy. Oczywiście pewną rolę odgrywa motywacja finansowa, ale młodzi mają świadomość, że sam dyplom już dawno niczego nie gwarantuje, zwłaszcza w branżach bazujących na innowacyjności  – wyjaśnia Kamil Brożek, manager  w portalu KodyRabatowe.pl. Platforma powstała w 2010 roku jako start-up, a jej założycielami byli polscy… studenci.

Większość, bo 52 procent studentów znajduje zatrudnienie w handlu i usługach. Wzrósł natomiast odsetek zatrudnionych w na stanowiskach technicznych i personelu średniego szczebla, który aktualnie wynosi 20 procent. Co ciekawe studenci, którzy dobierają dodatkową pracę pod kątem wykształcenia reprezentują głównie takie kierunki jak informatyka (32 proc.), prawo (28 proc.), architektura i budownictwo (24 proc.) oraz matematyka i statystyka (21 proc.).

W branżach gdzie liczą się specjalistyczne umiejętności studenci starają się możliwie szybko zdobyć doświadczenie. Po studiach może być już za późno, aby nadrobić zaległości. Zdarza się, że w studenci zakładają własne firmy, choć nadal jest to rzadkością – wyjaśnia Kamil Brożek z portalu KodyRabatowe.pl

W kontekście formy zatrudnienia na własną działalność decyduje się zaledwie około 1 proc. studentów. Nieco więcej bo 21 proc. jest zatrudnionych w oparciu umowy o pracę,  64 proc. – na podstawie umów cywilno-prawnych, pracę „na czarno” wykonuje niemal co czwarty student.