MCI inwestuje w lidera rynkowego Hojo.pl – marketplace profesjonalnych usług sprzątania

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management, którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy, objął mniejszościowy pakiet udziałów w spółce HOJO Sp. z o.o. (HOJO.PL), platformie on-line (marketplace) umożliwiającej zamawianie profesjonalnych usług sprzątania. Spółka zostanie dokapitalizowana kwotą do 2,5 mln zł z możliwością doinwestowania przez fundusz kolejnych 4 mln zł.

HOJO.PL jest pierwszym Internetowym Brokerem Usług Sprzątania oraz największą w Polsce platformą on-line łączącą firmy sprzątające z firmami i osobami poszukującymi profesjonalnych usług sprzątania. To także największa darmowa wyszukiwarka ofert takich usług w kraju. Dzięki platformie HOJO.PL można korzystać z atrakcyjnych cenowo, a także sprawdzonych pod względem rzetelności partnerów oferujących wysokiej jakości, profesjonalne usługi sprzątania. W ostatnich trzech latach firma zanotowała ponad 10-krotny wzrost skali działalności oraz osiągnęła kilkudziesięcioprocentową marżę na sprzedaży. Inwestycja funduszu Internet Ventures pomoże spółce umocnić się na pozycji lidera rynku w kraju i przygotować model biznesowy HOJO.PL do przeniesienia na poziom międzynarodowy.

– Współpraca z funduszem MCI / Internet Ventures otwiera przed nami możliwość uzyskania wartości dodanej, w postaci „know how” technologicznego, które fundusz wniesie do spółki. Przy takim wsparciu wspólnie stworzymy jeszcze lepsze narzędzie, które pozwoli HOJO.PL zbudować serwis on-line pierwszego wyboru na rynku usług sprzątania w Polsce. Mamy ten sam cel, którym jest zwiększenie wartości rynkowej projektu i spółki. Wierzę, że doświadczenie naszych zespołów oraz kompetencje MCI / Internet Ventures w realizacji inwestycji na arenie międzynarodowej, pozwolą nam w krótkim czasie zaistnieć także na rynkach zagranicznych – powiedział Tomasz Wójkowski, Prezes HOJO Sp. z o.o.

W ostatnich latach branża usług porządkowo-czystościowych w Polsce przeżywa dynamiczny rozwój. Jest to jeden z największych segmentów rynku usług na rzecz firm i instytucji, którego potencjał szacowany jest na ok. 4 mld zł, natomiast w przypadku usług dla klientów indywidualnych wartość rynku może kształtować się na poziomie ponad 1,5 mld zł (Źródło: szacunki HOJO.PL). Zapotrzebowanie na usługi sprzątania rośnie przede wszystkim ze względu na wzrost gospodarczy, bogacenie się i zmiany trybu życia społeczeństwa oraz zmianę postaw klientów instytucjonalnych, przejawiającą się większą skłonnością do wydzielania działalności wspomagającej (outsourcing). Według danych HOJO.PL, rynek usług sprzątania rośnie średniorocznie o ok. 20%.

Potencjał sektora usług sprzątania został także zauważony m.in. przez fundusze międzynarodowe. W ostatnim okresie wiodące fundusze venture capital dokonały inwestycji kapitałowych w amerykańskie podmioty Homejoy oraz Handybook.

– HOJO.PL wypracował skalowalny model biznesowy o istotnym stopniu powtarzalności i ogólnokrajowym zasięgu. Dzięki licznym przewagom konkurencyjnym spółka w krótkim czasie osiągnęła pozycję lidera w tym segmencie rynku w Polsce. Outsourcing usług sprzątania posiada, nie tylko w naszym kraju, duży potencjał wzrostu. HOJO.PL dysponuje kluczowymi atutami, aby ten potencjał wykorzystać, a w przyszłości uzyskać wiodącą pozycję w regionie i na rynku europejskim – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszu Internet Ventures FIZ.

Inwestycja Internet Ventures w HOJO.PL to kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

Rada Nadzorcza TAURON Polska Energia wybrała zarząd na czwartą kadencję

Rada Nadzorcza TAURON Polska Energia wybrała 17 marca zarząd na czwartą (trzyletnią) kadencję. Wcześniej cały zarząd trzeciej kadencji został odwołany. Zgodnie z uchwałą Rady Nadzorczej – nowy zarząd rozpoczął pracę od 17 marca.

Życiorysy członków zarządu czwartej kadencji:

Dariusz Lubera

Ukończył studia na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Elektroniki Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie oraz studia podyplomowe w zakresie ekonomiki i zarządzania firmami na Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

Kolejno pracował: w latach 1983-1985 w Zakładach Mechanicznych Tarnów, w latach 1985-1991 w Zakładzie Energetycznym Tarnów, w latach 1991-1993 w Zakładzie Energetycznym Tarnów jako dyrektor przedsiębiorstwa państwowego, w latach 1993–2004 w Zakładzie Energetycznym Tarnów SA jako prezes zarządu, w latach 2004-2006 w Enion SA jako wiceprezes zarządu, w latach 2007-2008 w Enion SA jako kierownik projektu, od 2008 r. w TAURON Polska Energia SA jako prezes zarządu – dyrektor generalny.

W latach 2001-2003 był członkiem Rady Nadzorczej PSE SA. Wieloletni członek: Rady ds. Cen Transferowych w Sektorze Energetycznym przy Ministerstwie Gospodarki, Polskiego Klubu Kogeneracji KOGEN Polska i Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Od 1998 do 2008 r. prezes Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej. Od 2008 roku stoi na czele Zarządu Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska. Wiceprzewodniczący Rady Krajowej Izby Gospodarczej. Przewodniczący, a następnie członek Międzynarodowego Komitetu Sterującego Live Working Association (LWA), a także Komitetu Technicznego ds. Aspektów Systemowych Dostawy Energii Elektrycznej przy Polskim Komitecie Normalizacyjnym. Od maja 2013 r. członek Rady Nadzorczej Towarowej Giełdy Energii SA.

Aleksander Grad

Absolwent Wydziału Geodezji Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Do 1997 r. prywatny przedsiębiorca. W latach 1990-1994 – samorządowiec. W latach 1997 – 1999 – wojewoda tarnowski. Od 1999 do 2000 roku Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia, gdzie odpowiadał m.in. za budżet, finanse i inwestycje. Równocześnie konsultant Banku Światowego, przewodniczący Komitetu Sterującego Programu PHARE Inred Tourin III. W latach 2007-2011 Minister Skarbu Państwa nadzorujący m.in. wprowadzenie na giełdę PZU, GPW, TAURON Polska Energia, PGE, Enea, Bogdanka, JSW oraz Zakłady Azotowe w Tarnowie. Twórca Akcjonariatu Obywatelskiego – kompleksowego programu zbliżania ludzi i rynku kapitałowego. W latach 2012 – 2014 prezes zarządu spółki PGE EJ 1 sp. z o.o., odpowiadającej za przygotowanie procesu inwestycyjnego oraz budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. Od 1 lutego 2014 r. członek rady nadzorczej TAURON Polska Energia. Delegowany w lutym 2014 r. przez radę nadzorczą do wykonywania czynności członka zarządu.Od lutego 2014 r. członek Towarowej Giełdy Energii.

Poseł na Sejm IV, V, VI i VII kadencji, gdzie pełnił m.in. funkcję wiceprzewodniczącego Komisji ds. Unii Europejskiej, wiceprzewodniczącego i przewodniczącego Komisji Skarbu Państwa. Mandat poselski złożył w czerwcu 2012 r.

Katarzyna Rozenfeld

Ukończyła studia z zakresu ekonomii na Wydziale Handlu Zagranicznego Uniwersytetu Łódzkiego oraz na Katolickim Uniwersytecie w Nijmegen w Holandii. Ukończyła także kurs doradców inwestycyjnych.

Pracowała kolejno: w latach 1994-1999 w PriceWaterhouseCoopers w Warszawie jako executive w dziale doradztwa finansowego, gdzie m.in. kierowała projektem nabycia największej elektrociepłowni w Europie przez Vattenfall; w latach 1999-2001 w PwC w Londynie jako menedżer w dziale prywatyzacji i finansów przedsiębiorstw; w latach 2001-2005 w PwC w Warszawie jako menedżer/wicedyrektor w dziale finansów przedsiębiorstw i restrukturyzacji, gdzie pracowała nad wprowadzeniem czołowych europejskich spółek na rynek energetyczny w Polsce, w tym m.in. EdF, Vattenfall i RWE; w latach 2005-2008 w PwC w Warszawie jako dyrektor działu doradztwa, gdzie stworzyła i prowadziła pierwszy w PwC w Polsce zespół branżowy (energetyczny); w latach 2009-2012 w Vattenfall Energy Trading na stanowisku członka zarządu, dyrektora zarządzającego ds. handlowych; od 2013 r. partner w Telos Partners, gdzie zajmowała się wspieraniem przedsiębiorstw w procesie transformacji, działalnością coachingową i mentoringową.

Stanisław Tokarski

Ukończył studia na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Elektroniki Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie, jak również szereg studiów podyplomowych, w tym między innymi w zakresie energetyki jądrowej we współczesnej elektroenergetyce (Akademia Górniczo-Hutnicza), prawa Unii Europejskiej (Uniwersytet Jagielloński) oraz zarządzania (Szkoła Główna Handlowa).

Karierę zawodową w branży energetycznej rozpoczął w Elektrowni Jaworzno III, gdzie między innymi zajmował stanowiska w obszarze produkcji (1992-1996), a następnie zastępcy dyrektora ds. strategii i zarządzania (1996-1997), dyrektora ds. strategii i zarządzania (1997-2001). W latach 2001-2008 pracował w Południowym Koncernie Energetycznym SA jako dyrektor ds. strategii zarządzania. W latach 2008-2010 pełnił funkcję wiceprezesa zarządu – dyrektora ds. strategii i rozwoju TAURON Polska Energia SA. W latach 2010-2014 pełnił funkcję prezesa zarządu TAURON Wytwarzanie SA.

Jest działaczem wielu organizacji, min: Eurelectric oraz Polskiego Komitetu Światowej Rady Energetycznej. Od 1998 r. uczestniczy w pracach wielu instytucji europejskich opiniując akty prawne dotyczące sektora elektroenergetycznego i paliwowego. Jest członkiem Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej oraz Rady Dyrektorów VGB. Aktywnie działa w KIC InnoEnergy, międzynarodowej spółce prowadzącej projekty badawczo-rozwojowe. Jest prezesem Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie oraz członkiem zarządu Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska.

Krzysztof Zawadzki

Ukończył studia na Wydziale Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Katowicach, studia podyplomowe w zakresie Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej organizowane przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie i Ernst & Young Academy of Business, a także w zakresie rachunkowości i finansów oraz w zakresie podatków w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Ukończył studia doktoranckie na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Posiada uprawnienia biegłego rewidenta.

W branży energetycznej pracuje nieprzerwanie od początku 1996 r. Karierę rozpoczął w Elektrowni Łagisza SA w Będzinie w pionie ekonomiczno-finansowym, a następnie kontynuował jako zastępca głównego księgowego w Południowym Koncernie Energetycznym SA. Przez dwa lata, do sierpnia 2009 r., zajmował stanowisko dyrektora Departamentu Rachunkowości i Podatków – głównego księgowego w TAURON Polska Energia SA. Równolegle w różnych okresach sprawował funkcje w radach nadzorczych spółek prawa handlowego.

Od 21 sierpnia 2009 r. pełni funkcję wiceprezesa zarządu ds. ekonomiczno-finansowych w TAURON Polska Energia SA.

Fotowoltaika alternatywą dla wysokich cen energii elektrycznej?

Codziennie cieszy pięknym wschodem i zachodem. Jednak słońce ma nie tylko wizualny wpływ na nasze życie. To również ogromny potencjał energetyczny, który można wykorzystać chociażby do produkcji prądu. Pozwala na to wykorzystanie modułów fotowoltaicznych. Niestety – bezpośrednia produkcja energii elektrycznej z wykorzystaniem paneli w Polsce ma wciąż marginalne znaczenie.

Energię słoneczną wykorzystuje się przeważnie jako źródło ciepła do podgrzewania wody użytkowej i technologicznej, powietrza w suszarniach, podłoża w szklarniach oraz ogrzewania budynków. Służą do tego kolektory słoneczne, których nie należy mylić z modułami fotowoltaicznymi. Te drugie wykorzystuje się do produkcji prądu. W Polsce ogniwa fotowoltaiczne najczęściej wykorzystywane są do zasilania urządzeń o małych mocach, w miejscach o utrudnionym dostępie do sieci energetycznej. Są to zazwyczaj: sygnalizacja drogowa, lampy oświetleniowe, systemy zasilania awaryjnego czy przekaźniki telekomunikacyjne.

Szerzeniem informacji i prowadzeniem działań na rzecz rozwoju alternatywnych źródeł energii zajmuje się między innymi Polskie Towarzystwo Fotowoltaiki. Jak zaznacza Bartłomiej Zysiński „[…] słońce zgaśnie ostatnie, dlatego jest to naturalna przyszłość. Pytanie tylko, na ile szybko ludzkość i cywilizacja zechce w to wejść? Naturalnym wydaje się przechodzenie na fotowoltaikę zarówno w zakresie projektów na polach, np. farmy, ale przede wszystkim w budownictwie.”

O fotowoltaice mówi się w Polsce od dwóch lat. Coraz więcej podmiotów, jednostek budżetowych, osób prywatnych rozgląda się za alternatywnymi sposobami zasilania. Wbrew pozorom w całej Polsce jest dobre nasłonecznienie. Natężenie promieniowania wynosi ok. 1000 kWh/m2/rok. Dlatego warto pomyśleć o wykorzystaniu modułów fotowoltaicznych jako własnym, niezależnym źródle zasilania w energię elektryczną domu, firmy. Ma to przełożenie zarówno na rachunek ekonomiczny, jak i bezpieczeństwo energetyczne.

Maciej Kowalski, Dyrektor ds. Fotowoltaiki w firmie Grodno S.A. podkreśla, że idealnym rozwiązaniem dla domków jednorodzinnych jest zastosowanie do pięciu paneli fotowoltaicznych, o mocy 1 kW każdy. „[…] Systemy działają tylko i wyłącznie za dnia. Produkują energię w momencie, gdy tak naprawdę użytkowników nie ma w domu, kiedy włączonych odbiorników domowych jest jak najmniej.[…] Nadmiar tej wyprodukowanej energii wychodzi do zakładu energetycznego i jesteśmy z tego nadmiaru rozliczani. Zakład będzie płacił nam za wyprodukowaną energię.”

Niestety – koszty i czas zwrotu zakupu ogniw fotowoltaicznych jeszcze odstraszają prywatnych inwestorów. Średni czas zwrotu instalacji fotowoltaicznej obliczony jest na około 12 lat, przy czym te urządzenia będą pracowały bezobsługowo przez około 20 lat. Rozwój tego rodzaju technologii blokują regulacje prawne. „Na dzień dzisiejszy nie wprowadzono prawa, które miało dotować fotowoltaikę już po jej zainstalowaniu, w taryfach odkupu. W zamian za to mamy dotacje na etapie inwestycji. Są to programy ze środków unijnych i funduszy krajowych” – zaznacza Bartłomiej Zysiński. Warto jednak wiedzieć, że są to dotacje przeznaczone dla przedsiębiorstw. Dopiero na trzeci kwartał 2014 roku przewidziano start programu „Prosument”, wspierającego mikro- i małe instalacje OZE w budynkach wielo- i jednorodzinnych. Program obejmować będzie systemy fotowoltaiczne o zainstalowanej mocy elektrycznej do 40kWp.

Mimo wszystko może warto zacząć inwestować w prąd ze słońca. Przemawiają za tym nie tylko aspekty ekologiczne, ale również coraz niższe ceny modułów fotowoltaicznych.

Najszybciej „odkorkowuje” się Gdańsk i Warszawa

Przez korki i utrudnienia w ruchu drogowym w największych polskich miastach kierowcy tracą rocznie 3,5 mld zł, czyli 2,9 tys. zł na statystycznego kierowcę. W porównaniu z rokiem 2012 i 2011 widoczna jest jednak poprawa – straty kierowców zmniejszyły się odpowiednio o ponad 52 i prawie 31 mln zł rocznie. Z III edycji „Raportu o korkach w 7 największych miastach Polski” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte i serwis Targeo.pl wynika, że najłatwiej podróżuje się po Gdańsku i Katowicach, a najtrudniej po Krakowie. W ciągu dwóch ostatnich lat największa poprawa nastąpiła w Warszawie i Gdańsku.

Czas spędzony w korkach nie jest wykorzystywany produktywnie, gdyż można byłoby go przeznaczyć na pracę lub odpoczynek. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to więc strata, której rozmiar można oszacować jako koszt utraconych korzyści. Pracujący w siedmiu największych miastach Polski – Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu i Gdańsku –tracili w korkach w 2013 r. średnio 13,1 mln zł dziennie, czyli 289 mln zł miesięcznie i 3,46 mld zł rocznie.

„W porównaniu z latami 2012 i 2011 zauważyliśmy poprawę, odpowiednio o prawie 52 mln zł i ponad 31 mln zł. Zmiana ta jest tym bardziej znacząca, że jeszcze w roku 2012 w porównaniu z rokiem poprzednim koszty korków wzrosły o prawie 21 mln zł. Dodatkowo w analizowanych miastach systematycznie rośnie liczba kierowców oraz wynagrodzenia, co podwyższa koszty korków. Okazuje się jednak, że nawet niewielkie dzienne skrócenie czasu stania w korkach nabiera makroekonomicznego znaczenia” – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu, Deloitte Business Consulting.

Koszt korków dla statystycznego mieszkańca-kierowcy wynosił w ubiegłym roku średnio 2 905 zł rocznie, co stanowiło średnio 70 proc. miesięcznego wynagrodzenia. Dwa lata wcześniej było to 2 811 zł, co stanowiło 77 proc. miesięcznego wynagrodzenia.

Poszczególne aglomeracje dość silnie różnią się kosztami korków, więc interpretacja wyników nie jest jednak tak oczywista. Na przykład, wysoki koszt zatorów drogowych miał miejsce dla kierowców w Poznaniu (12,3 zł dziennie) i był dużo niższy w Gdańsku (8,8 zł dziennie), pomimo mniejszej liczby kierowców w stolicy Wielkopolski i wyższego średniego wynagrodzenia w Gdańsku. Jednak czynnikiem decydującym okazał się czas spędzany w korkach, który był aż o 1/3 dłuższy w Poznaniu niż w Gdańsku. Natomiast niski koszt korków dla kierowców w Katowicach wynikał z dużo mniejszych zatorów niż w innych miastach, choć średnie wynagrodzenie w tym mieście jest najwyższe w Polsce (miesięcznie 5 427 zł).

Jeszcze bardziej znaczące różnice widoczne są w ujęciu rocznym. Nominalnie największe koszty korków rocznie ponoszą kierowcy w Warszawie (3,5 tys. PLN) oraz Poznaniu i Krakowie (po około 3,2 tys. PLN), a najmniej w Gdańsku (tylko 2,3 tys. PLN), Łodzi i Katowicach (po około 2,5 tys. PLN). W ciągu trzech lat nastąpiły jednak spore zmiany w nominalnych kosztach korków, gdyż w roku 2013 w porównaniu z rokiem 2011 kierowcy w Gdańsku zaoszczędzili na korkach najwięcej, bo aż 956 zł, w Warszawie 655 zł, a w Poznaniu 186 zł. Niestety w innych miastach koszty w analogicznym okresie wzrosły i to dużo – o 666 zł w Krakowie, 388 zł w Łodzi, 313 zł we Wrocławiu i 274 zł w Katowicach.

Wszystko jest względne, koszt korków na kierowców również, więc należy uwzględnić jeszcze różnice w wynagrodzeniach w poszczególnych miastach i dopiero wtedy uzyska się faktyczny obraz relatywnych kosztów korków. Średnia miesięcznych kosztów dla kierowców we wszystkich 7 miastach kierowcy wynosiła 70 proc. miesięcznego wynagrodzenia w 2013 r., ale też i znacząco spadła z poziomu 77 proc. w 2012 r. i 72 proc. w 2011 r. Tak jak to miało miejsce przy poprzednich dwóch badaniach najniższe relatywnie koszty korków ponoszą kierowcy w Katowicach, gdyż rocznie tracą „tylko” 47 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. Na drugim końcu skali są kierowcy z Krakowa tracący rocznie aż 82 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. Zróżnicowanie dla kierowców z poszczególnych miast jest więc spore, co miało ostatecznie wpływ na końcowy wynik w rankingu.

Skoro podatki pośrednie stanowią połowę ceny benzyny spalonej w korkach, to budżet państwa w 2013 roku zarobił na nich prawie 520 mln zł, ale był to spadek o ponad 18 mln w porównaniu z rokiem 2012 i 2011. Najwięcej budżet państwa zarobił w stolicy, gdzie było to aż prawie 83 mln zł (wzrost o 23 proc. w porównaniu z 2011 r.), a najmniej w Katowicach – 39 mln zł (wzrost o 8 proc.). Najwięcej budżet państwa stracił w Gdańsku, gdyż dochody z tytułu VAT i akcyzy od paliwa spalonego przez kierowców w korkach spadły o 30 proc. w porównaniu do 2011 r. i dały dochód podatkowy w wysokości nieco ponad 40 mln zł.

„W rezultacie koszt korków dla gospodarki wyrażony jako różnica kosztów dla kierowców (paliwa i utraconych korzyści) i korzyści dla budżetu ( dochody podatkowe od paliwa zużytego w korkach) wyniósł 2,945 mld zł, co stanowiło 0,18 proc. PKB Polski w 2013 r., podczas gdy w latach 2012-2011 koszt ten wynosił 0,19 proc. PKB. Największe straty dla gospodarki z powodu korków notujemy w Warszawie, a najniższe w Gdańsku i Katowicach. Różnica pomiędzy tymi miastami jest aż czterokrotna. Nawet w porównaniu z Krakowem różnica w kosztach korków w Warszawie jest ponad dwukrotna” – mówi Rafał Antczak.

Raport powstał w oparciu o badanie Korkometr™ realizowane przez serwis Targeo.pl i AutoMapę. Bazując na rzeczywistych pomiarach prędkości, dla każdego miasta wyliczono wskaźniki opóźnień pokazujące o ile korki wydłużają czas potrzebny kierowcom na dotarcie do miejsca docelowego. Efektywny czas spędzony w korkach w dni robocze w 2013 r. w porównaniu z latami 2011-2012 zmniejszył się w trzech miastach (Gdańsk, Warszawa i Poznań), nieznacznie rósł w dwóch (Łódź i Wrocław) i znacząco pogorszył się w jednym mieście (Kraków). Przez dwa ostatnie lata największe postępy w rozładowywaniu korków poczyniły Gdańsk i Warszawa.

„Zmiany jakie zaszły w rankingu są dość rewolucyjne przede wszystkim dla Warszawy. Kierowca dojeżdżający w stolicy do pracy 10 km w godzinach szczytu, oszczędza obecnie niemal dwie godziny miesięcznie w stosunku do czasu, który tracił w korkach dwa lata temu” – mówi Rafał Mikołajczak, Prezes Zarządu Indigo, operatora serwisu Targeo.pl.

W rankingu 2013 posłużyliśmy się dwoma kryteriami: czasem straconym w korkach oraz kosztem korków dla kierowcy, a więc w zgodzie z maksymą, że czas to pieniądz.

O ile dobre miejsce Katowic nie jest niespodzianką, to sukces Gdańska i Warszawy jest wręcz spektakularny. Zaskakuje też utrzymanie dobrej pozycji przez Łódź, która rozpoczęła bardzo poważne inwestycje infrastrukturalne. Widać, że w przypadku miast, które realizowały i realizują duże inwestycje drogowe przynoszą one szybkie pozytywne zmiany dla kierowców.

Metodologia:
Badanie występowania korków oparto na rzeczywistych pomiarach prędkości przejazdu poszczególnymi odcinkami dróg w dni robocze, wyznaczanych na podstawie danych z ponad 100 tysięcy pojazdów, dostarczających podczas jazdy informacji o lokalizacji, prędkości i kierunku jazdy, w interwałach czasowych nie większych niż 60 sekund. Obliczenia bazują na danych badania Korkometr™ z października 2013 r. (analogicznie do wcześniejszych edycji raportu), dla wąskich gardeł wykorzystano dane aktualne, tj. marzec 2014 r.

Cały raport: www.deloitte.com/pl/raporty oraz www.korkometr.pl.

Young Fashion Photographers Now: ogłoszono nazwiska uczestników

Znamy już nazwiska fotografików mody, którzy zaprezentują swoje prace podczas wystawy Young Fashion Photographers Now.

Young Fashion Photographers Now jest jednym z wydarzeń towarzyszących 10. Edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland (6-10 maja 2014). Dzięki wystawie, najzdolniejsi młodzi polscy fotograficy mody mają możliwość zaprezentowania swoich prac szerokiej publiczności. Przed uczestnikami Young Fashion Photographers Now otwiera się także szansa nawiązania współpracy z magazynami zajmującymi się tematyką mody oraz spotkania z profesjonalistami i łowcami talentów odwiedzającymi Fashion Week Poland.

Spośród artystów, którzy nadesłali swoje aplikacje, uczestników wystawy wyłoniła Rada Programowa w składzie: Mikołaj Komar (redaktor naczelny magazynu „KMag”), Bernard Saczuk (dyrektor artystyczny wystawy YFPN), Paweł Walicki (producent sesji Warsaw Creatives), Maciej Zieliński (redaktor naczelny magazynu „Digital Camera”) oraz Łukasz Ziętek (fotograf). Podczas tegorocznej edycji Young Fashion Photographers Now swoją twórczość zaprezentują:

Małgorzata Twardowska, Oll Bydlovska, Anna Dyszkiewicz, Ania Wójcik i Bartek Porszke, Daniela Swoboda, Kacper Godlewski, Laura Ociepa, Meg Galla, Dorota Deka oraz Antonina Konopelska.

Wystawa Young Fashion Photographers Now odbędzie się w Łodzi w dniach 8-10 maja 2014 roku podczas 10. edycji Fashion Philosophy Fashion Week Poland.

Będzie większy nadzór nad agencjami ratingowymi. Walczą one o zaufanie rynku

CEO Magazyn Polska

Po krytyce agencji ratingowych i zarzutach o arbitralne wystawianie ocen przed kryzysem, branża próbuje odzyskać zaufanie rynków. Jedna z trzech największych agencji, Standard and Poor’s, wydała 400 mln dolarów na wprowadzenie odpowiednich narzędzi analitycznych. Firmy znalazły się też pod nadzorem regulatora i jak przekonują przedstawiciele branży, rynek będzie zmierzał w kierunku dalszych regulacji.

Po głośnych przypadkach decyzji o obniżeniu ratingów krajom szczycącym się najwyższymi ocenami, a także spadkach ratingów niektórych firm, które wcześniej miały najwyższe oceny, po czym znalazły się w tarapatach, agencje ratingowe musiały zmierzyć się z falą krytyki. Podnoszono zarzuty, że podejmują decyzje bez odpowiedniego wyjaśniania przyczyn, działają w imię nieznanych interesów lub samodzielnie kreują rzeczywistość ekonomiczną. Od tego czasu same agencje podjęły działania, które mają zapewnić i udowodnić rzetelność ich analiz.

 – Branża przeszła pewną ewolucję. Sami od 2008 roku zainwestowaliśmy około 400 milionów dolarów, by pokazać, jak bardzo mocno rozgraniczamy aspekt komercyjny od aspektu analitycznego. Wydatki przyczyniły się do poprawy metodologii i modeli oceny ryzyka, tak, by wykorzystać nową wiedzę zdobytą w wyniku kryzysu. Inkorporowaliśmy lepsze rozwiązania, tworząc przyszłościowe modele – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

Podkreśla, że agencje przeszły zmiany zarówno dzięki pracy wewnętrznej, jak i w wyniku pojawienia się nowego regulatora. ESMA (European Securities and Markets Authority), czyli Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, monitoruje rynki finansowe i wymaga od agencji ratingowych większej przejrzystości.

 – Dodatkowo pojawił się nowy ważny aspekt zarządzania ryzykiem. Agencje ratingowe patrzą teraz nie tylko na ryzyko relacji z klientem, lecz także kładą większy nacisk na zarządzanie ryzykiem i tak zwany monitoring zgodności z różnego typu przepisami i prawami, zarówno globalnymi, jak i lokalnymi – tłumaczy dyrektor.

Firmy, zdaniem przedstawiciela Standard & Poor’s, wciąż pracują nad reputacją, by pokazać, że są agencjami obiektywnymi, wykorzystującymi najlepsze i obiektywne narzędzia do oceny podmiotów według ustalonych kryteriów.

 – W taki sposób, by inwestorzy mogli porównywać różne podmioty w ramach tej samej branży i np. pomiędzy różnymi lokalizacjami geograficznymi. Dążymy do wzrostu przejrzystości rynkowej – deklaruje Marcin Petrykowski.

Kryzysowa i pokryzysowa krytyka przejrzystości działań branży finansowej, nie tylko agencji ratingowych, doprowadziła do szeregu zmian, mających doprowadzić nie tylko do lepszego nadzoru czy poprawienia reputacji, lecz także do podniesienia poziomu bezpieczeństwa działalności całej branży, by w przyszłości ograniczyć ryzyko kolejnych kryzysów.

 – Tak samo jak ewoluuje bankowość, tak samo będzie ewoluowała branża ratingowa. Zmierzamy w kierunku coraz większego nadzoru i coraz bardziej aktywnego regulowania działalności, tak, by branża była przejrzysta, obiektywna i zrozumiała dla wszystkich uczestników rynku – informuje Marcin Petrykowski.

ArcelorMittal: Europa ryzykuje odpływ inwestycji do tańszych krajów

CEO Magazyn Polska

Europa musi znaleźć kompromis między polityką energetyczną a klimatyczną – uważa Surojit Kumar Gosh, członek zarządu ArcelorMittal Polska. Według niego ambitne cele Unii Europejskiej dotyczące redukcji emisji gazów cieplarnianych nie mogą szkodzić rozwojowi przemysłu. W przeciwnym wypadku Europa może stracić na rzecz Stanów Zjednoczonych i gospodarek wschodzących energochłonne gałęzie przemysłu, takie jak stal czy ceramika.

Szczególnie istotnym wyzwaniem dla producentów stali w Europie są trwające rozmowy UE z USA na temat strefy wolnego handlu. Dzięki tzw. rewolucji łupkowej, w przyszłym roku USA mogą stać się największym producentem gazu ziemnego na świecie, detronizując Rosję. Tania energia już teraz sprzyja amerykańskiej gospodarce, ponieważ coraz więcej firm z powrotem przenosi tam produkcję, np. z Chin.

 – Cena energii w Stanach Zjednoczonych to mniej niż połowa ceny, jaką płacimy tutaj. Tak więc towary pochodzące z USA będą bardziej konkurencyjne, szczególnie te wyprodukowane w branżach o wysokim udziale energii w kosztach. Zagrożenie dotyczy nie tylko USA, lecz także Rosji, Ukrainy, Korei czy Tajwanu – mówi Surojit Kumar Gosh, członek zarządu ArcelorMittal Poland, agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Potrzebujemy konkurencyjnych cen energii. Wyzwaniem dzisiaj jest być konkurencyjnym kosztowo.

ArcelorMittal, jako największy na świecie producent stali, jest w stanie sprostać globalnej konkurencji dzięki logistyce i technologiom. Koncern posiada jednak zakłady produkcyjne na czterech kontynentach, gdzie ceny energii znacząco się różnią. Jeżeli te różnice będą wyższe od korzyści wynikających np. z bliskości europejskich rynków, to produkcja w Europie może być ograniczana. Obecnie europejskie zakłady ArcelorMittal odpowiadają za 44 proc. produkcji stali, natomiast Ameryka Północna i Południowa – za 39 proc.

Wyzwaniem dla branży stalowej jest także polityka klimatyczna Brukseli, która nakłada na producentów dodatkowe koszty w postaci zakupu obowiązkowych pozwoleń na emisję powyżej określonego pułapu. Według członka zarządu ArcelorMittal Polska, bezpłatne limity na emisję są niewystarczające.

  Nawet najbardziej wydajni producenci stali muszą kupować pozwolenia na emisję w wysokości 30 proc. ich potrzeb. Obecnie nie mamy nawet takiej technologii, która byłaby efektywna i pozwalała spełnić te standardy – tłumaczy członek zarządu ArcelorMittal Polska.

Producenci stali przypominają, że w ostatnich 40 latach europejskie huty ograniczyły emisję o połowę. Dalsze surowe wymogi wobec przemysłu, których źródłem jest polityka klimatyczna UE, grożą przeniesieniem produkcji poza granice Wspólnoty. Przy biernej postawie pozostałych, największych gospodarek świata nie doprowadzi to do spadku emisji w skali globalnej, a jedynie zmieni gospodarczą mapę świata – przestrzegają przedstawiciele przemysłu.

 – Dlatego potrzebne jest globalne porozumienie dotyczące zmian klimatycznych oraz odnawialnych źródeł energii. Europa nie jest w stanie rozwiązać tego problemu samodzielnie, ponieważ jej gospodarka odpowiada tylko za 10 proc. światowej emisji. Tak więc właściwa polityka klimatyczna musi gwarantować zrównoważony rozwój energetyki oraz ochronę środowiska. W przeciwnym wypadku, ryzykujemy odpływ inwestycji z Europy – mówi Surojit Kumar Gosh. – Zależy nam na właściwej równowadze między polityką energetyczną i klimatyczną. Nie twierdzimy, że należy zapomnieć o zmianach klimatycznych.

Według raportu Komisji Europejskiej „Energy prices and costs in Europe”, za wzrost cen energii elektrycznej w UE odpowiada m.in. rosnący udział alternatywnych źródeł energii w całkowitej produkcji energii, a także demonopolizacja. Państwowe monopole obciążały kosztami inwestycji podatników, a w przypadku konkurencyjnych firm spadają one na ich klientów – wskazują autorzy raportu. Najważniejszą przyczyną wysokich cen energii w UE jest jednak szybko rosnące opodatkowanie. W stosunku do roku 2008 całkowite obciążenia nakładane na energię elektryczną wzrosły o 127 proc. dla odbiorców przemysłowych i 36 proc. dla gospodarstw domowych.

Parlament Europejski pracuje nad obniżeniem opłat za transakcje kartą. Mają spaść poniżej 0,5 proc.

CEO Magazyn Polska

W Parlamencie Europejskim trwają prace nad obniżeniem opłat interchange, czyli prowizji od płatności kartami. Jeśli propozycja Komisji Europejskiej w tej sprawie zostanie przyjęta przez europosłów, stawki spadną poniżej 0,5 proc. – poziomu, który polska ustawa określiła dla obowiązujących w kraju opłat. Bruksela liczy, że zmieni to płatnicze nawyki konsumentów.

Jak pokazują badania Komisji Europejskiej, w UE wciąż płatności kartą nie są popularne. Wśród 10 badanych społeczeństw tylko Szwedzi połowę transakcji dokonują kartami. W innych krajach jest to średnio ok. 30–40 proc. transakcji. Natomiast w Polsce, Niemczech, Austrii i we Włoszech odsetek ten spada poniżej 20 proc. W Polsce wciąż 84 proc. transakcji to płatności gotówką.

 – Prace Komisji Europejskiej i obecnie w Parlamentu Europejskiego potwierdzają konieczność zejścia z opłatą interchange do jeszcze niższych poziomów – do 0,2 proc. dla kart debetowych i 0,3 proc. dla kart kredytowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Łaniewski, prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego.

Zaproponowane przez Komisję Europejską obniżenie interchange w lutym zaakceptowała parlamentarna Komisja ds. Gospodarczych i Monetarnych (ECON). Jednak do dalszych prac i głosowania dojdzie prawdopodobnie w nowej kadencji PE.

Polska ustawa, obniżająca opłatę interchange, weszła w życie z początkiem tego roku. Organizacje płatnicze mają jednak pół roku na obniżenie stawek do maksymalnie 0,5 proc. wartości transakcji. 

 – Opłata interchange, a dokładniej  jej nadmierna wysokość, były obciążeniem dla polskich przedsiębiorców. Mamy nadzieję, że obniżka stawek znacząco obniży poziom kosztów związanych z przyjmowaniem płatności kartowych przez przedsiębiorców, którzy się na to zdecydowali. Czekamy również na decyzję tych przedsiębiorców, którzy dotychczas nie zdecydowali się na taką formę płatności właśnie z powodu wysokich kosztów związanych z przyjmowaniem kart płatniczych – ocenia Robert Łaniewski.

Dziś interchange w Polsce wynosi ok. 1,3 proc., jeszcze kilka miesięcy temu było to 1,6–1,7 proc. To zdecydowanie więcej niż wynosi unijna średnia (0,6–0,7), ale także kosztów płatności gotówkowych (szacuje się, że jest to 0,1 proc.).  

 – Mamy nadzieję, że zmniejszenie tych dysproporcji będzie dodatkowym impulsem do rozwoju obrotu bezgotówkowego, poprzez rozwój sieci akceptacji, czyli zmianę decyzji przez przedsiębiorców – ocenia Łaniewski.

Zapewnia, że niższe opłaty interchange nie wpłyną znacząco na działalność bankową, jedynie w początkowym okresie może nastąpić nieznaczny spadek przychodów banków. 

 – Jak pokazał rok 2013, obniżka z 1, 6 do 1,3 procenta nie spowodowała znaczących spadków przychodów w tym zakresie. Dlatego też stwierdzenie, że za wyższymi opłatami i prowizjami dla klientów indywidualnych, czyli dla nas – konsumentów, stoją niższe opłaty interchange, jest nieprawdą – zaznacza prezes FROB.

PKP Cargo będzie inwestować w nowe lokomotywy

CEO Magazyn Polska

PKP Cargo chce w tym roku kupić nowe lokomotywy, które zwiększą możliwości ekspansji poza Polską. Pomimo spadku zysku o 76 proc. w 2013 r., przewoźnik ma 331 mln zł gotówki netto, a ewentualne dodatkowe środki na inwestycje może bez problemu pozyskać z giełdy lub dzięki kredytowi przyznanemu przez Europejski Bank Inwestycyjny. 

 – 2014 rok to będzie rok kontynuacji naszej strategii rozwoju poza granicami Polski. Już dziś dysponujemy certyfikatami na przewozy towarów w kilku liczących się krajach europejskich. W tym roku chcemy być tam z naszą ofertą sprzedażową dzięki działalności nie tylko PKP Cargo, lecz także naszej spółki zależnej Trade Trans, która prowadzi działalność spedycyjną. Dysponujemy już dzisiaj dziesięcioma lokomotywami wielosystemowymi. W tym roku będziemy przymierzali się do tego, aby powiększyć naszą flotę takich lokomotyw – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Purwin, prezes zarządu PKP Cargo.

Największy polski i drugi co do wielkości w UE kolejowy przewoźnik towarowy ma certyfikaty na samodzielne prowadzenie przewozów w Niemczech, Czechach, Austrii, Węgrzech, Belgii, Holandii i na Słowacji. PKP Cargo może też wjeżdżać na graniczną stację towarową Travisio we Włoszech. Do prowadzenia przewozów w innych krajach potrzebne są jednak tzw. lokomotywy wielosystemowe, czyli korzystające z różnych napięć sieci trakcyjnej. PKP Cargo posiada takie lokomotywy produkcji Bombardiera (EU43) oraz Siemensa (EU45).

PKP Cargo nie będzie miało problemów z finansowaniem inwestycji, bo spółka ma 331 mln zł dostępnej gotówki netto. Do tego nie miałaby problemów z pozyskaniem finansowania zewnętrznego, gdyby zaszła taka potrzeba. 

 – Dysponujemy kredytem z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który wynosi 200 mln zł. Jako jedyny narodowy przewoźnik w Europie PKP Cargo jest notowane na giełdzie. To oczywiście dostęp do kapitału, który – o ile tak zdecydują nasi akcjonariusze – może być przeznaczony na rozwój. Możliwości emisji długu przez PKP Cargo są również dostępne. Dzisiaj rynek dobrze ocenia standing finansowy i myślę, że bez żadnego problemu znaleźlibyśmy kupców na obligacje spółki. Na razie takiej potrzeby nie ma, spółka ma bardzo dobrą sytuację finansową, także w kontekście potencjalnych inwestycji – wylicza Purwin.

Zapowiada, że dzięki planowanej ekspansji, zwłaszcza w krajach ościennych, przychody z działalności zagranicznej mają wzrosnąć. Spółka planuje wydłużyć łańcuchy logistyczne, czyli zapewniać jak najbardziej rozbudowaną ofertę przewozową od nadawcy do odbiorcy.

Plany mają pomóc poprawić wyniki po słabszym 2013 r. Z uwagi na konieczność wypłacenia premii prywatyzacyjnej oraz brak koniunktury w przewozach kruszyw zysk netto PKP Cargo wyniósł 65,4 mln zł netto, czyli aż o 76 proc. mniej niż w 2012 r. Po korekcie o istotne zdarzenia jednorazowe zysk netto wyniósł 188,8 mln zł (spadek o 29 proc.), a EBITDA 662,2 mln zł (spadek o 14 proc.). Skorygowana marża EBITDA wyniosła niemal 14 proc., co pomimo spadków plasuje PKP Cargo wśród czołowych europejskich przewoźników kolejowych. 

 – Najbardziej jesteśmy zadowoleni z rozwoju w segmencie węgla, który urósł kilkanaście procent rok do roku. To był zdecydowanie słaby rok, jeżeli chodzi o transport kruszyw. Branża ta odczuła wyjątkowo złe warunki atmosferyczne, jakie panowały w I i II kwartale roku 2013. Ten segment spadł o kilkanaście procent rok do roku. Natomiast IV kwartał dał nam już zdecydowanie pozytywny odczyt i spadek został zahamowany. W związku z czym perspektywa dla roku 2014 jest obiecująca, głównie ze względu na optymistyczne prognozy makroekonomiczne – ocenia Purwin.

Dodaje, że poza rosnącym przewozem węgla ze Śląska do portów PKP Cargo odnotowało także wzrost transportu rud z portów do odbiorców w Polsce i regionie. Gorzej było jednak w segmencie transportu kontenerów (intermodalnym). Powodem jest przede wszystkim wciąż trwające spowolnienie w branży samochodowej. Purwin prognozuje jednak, że w tym roku  transport intermodalny będzie rósł szybciej.

By poprawić efektywność spółki, cały czas trwa jej restrukturyzacja. Zakłady naprawy i modernizacji taboru zostały połączone w spółkę Cargowag, a za zarządzanie infrastrukturą będzie odpowiadać Cargotor. Purwin zapowiada również walkę z niepotrzebną biurokracją i lepsze dostosowanie oferty do potrzeb klientów. 

PSB: Rośnie sprzedaż materiałów budowlanych. W lutym była lepsza o 24 proc. niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Ciepła zima sprzyja branży budowlanej. Robót nie przerywały niskie temperatury, więc i sprzedaż materiałów była wyższa niż przed rokiem. Z danych Grupy PSB wynika, że w styczniu sprzedaż wzrosła o jedną trzecią, a w lutym – o 24 proc. w porównaniu do miesięcy zimowych w 2013 roku. Ceny pozostają na tym samym poziomie, ale w niektórych segmentach można oczekiwać nieznacznych podwyżek.

 – Styczeń 2014  roku był lepszy o 34 proc. od stycznia 2013 roku,, a luty – jak wstępnie oceniamy – o około 24 proc. Jako cała grupa mieliśmy 125 mln obrotów, czyli wynik rekordowy w naszym wypadku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Kwapisz, dyrektor Polskich Składów Budowlanych w Warszawie.

W  jego ocenie, jest to zasługa przede wszystkim ciepłej zimy: braku śniegu i braku niskich temperatur, co wyraźnie wpłynęło na zwiększenie zakresu prac budowlanych, zwłaszcza elewacyjnych.

Wyjaśnia, że duży jak na tę porę roku popyt na materiały budowlane nie wpływa znacząco na ich ceny. 

 – Ceny raczej się nie zmieniają. Są jednak sezonowe spadki, to oczywiste w większości branż – wyjaśnia Zbigniew Kwapisz. – Właściwie od pięciu lat jest tendencja do stabilizacji poziomu cen. Niektóre grupy są tańsze nawet o 20-30 proc. niż 5-6 lat temu, i nic nie wskazuje na to, żeby ceny miały wrócić do tamtego poziomu.

Jak podaje grupa PSB, w styczniu 2014 roku, w porównaniu do grudnia 2013 roku, ceny wzrosły w sześciu grupach produktowych, w tym najbardziej w grupie: izolacji termicznych (+1,6 proc.), pokryć i folii dachowych, rynien (+1,4 proc.) oraz narzędzi i sprzętu budowlanego (+1 proc.) oraz farb, lakierów, tapet (+1,7 proc.). Ruchy cen cementu, wapna, instalacji i techniki grzewczej, kanalizacji, odwodnień, wentylacji oraz płytek ceramicznych, wyposażenia łazienek i kuchni były nieznaczne (poniżej 1 proc.). Spadły jedynie ceny bram, ogrodzeń (-0,8 proc.), a ceny wyrobów stalowych i kostki brukowej się nie zmieniły.

 – Myślę, że mocniejszy rozwój budownictwa dopiero przed nami, dlatego ceny nie będą rosnąć w najbliższym czasie. Będą próby podwyżek w niektórych grupach towarowych, ale to będą kosmetyczne zmiany w granicach 1–2 proc. – prognozuje dyrektor PSB w Warszawie.

W jego ocenie będzie to dotyczyć chemii budowlanej i tzw. suchej zabudowy.

 – Wydaje mi się, że producenci są z cenami blisko kosztów produkcji, ale to jest związane z charakterystyką polskiego rynku budowlanego. Klimat tu nie ma żadnego znaczenia – podkreśla Kwapisz.

Douglas planuje co roku otwierać w Polsce 6-10 nowych perfumerii

CEO Magazyn Polska

Sieć Douglas ma obecnie 110 perfumerii w 55 polskich miastach. W kolejnych latach firma zamierza otwierać między od sześciu do dziesięciu nowych placówek rocznie. Sieć będzie także modernizowała już istniejące perfumerie. 

 – Planujemy kolejne otwarcia, może już w nie tak szybkim tempie, jak było to w ubiegłych latach, ale około 6–10 perfumerii rocznie będziemy nadal otwierać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Mosurek-Zava, prezes firmy Douglas Polska.

Firma planuje również modernizację sklepów już istniejących. Oprócz rozwoju sieci prezes zapowiada również skoncentrowanie się na sprzedaży przez internet, a także usługach. W salonach można wykonać profesjonalny makijaż, a także zadbać o kondycję dłoni i stóp. Firma stawia także na edukację. W Szkole Makijażu sieci odbywają się praktyczne warsztaty.

 – Od kilku lat stawialiśmy na mocny zespół profesjonalistów. Inwestowaliśmy w naszych konsultantów, nie tylko w ich wiedzę produktową, lecz także ich wiedzę z zakresu obsługi klienta. Cieszę się, że dzisiaj możemy pochwalić się świetnymi wynikami – podsumowuje prezes firmy Douglas Polska.  

Douglas w ostatnich latach wprowadził na polski rynek firmy, których produkty dostępne są tylko w ich sklepach. Perfumeria ma w asortymencie na wyłączność ponad 70 marek, wśród nich są m.in. Sensai Kanebo International, Georgio Armani Cosmetics czy Tom Ford. 

 – Polacy są bardzo zainteresowani nowościami, podróżują po świecie, są naprawdę otwarci na wszelkie nowinki. Cieszymy się, że zaakceptowali wiele nowych marek, które udało nam się w ostatnich latach wprowadzić do Polski – tłumaczy Mosurek-Zava. – Kobiety, które nas odwiedzają przede wszystkim interesują się makijażem i produktami pielęgnacyjnymi. Natomiast odwiedzają nas również mężczyźni, zwłaszcza w poszukiwaniu prezentów, ciekawych zapachów. To są najczęściej poszukiwane produkty w perfumeriach Douglas.

Polskie bakalie na zagranicznych rynkach. Bakalland będzie zwiększał udział eksportu w sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Chiny, RPA, Nigeria, Kanada, Węgry i Rumunia – to tylko niektóre rynki zagraniczne, na które stawia Bakalland. Firma chce zwiększyć udział eksportu w sprzedaży, głównie płatków śniadaniowych i batonów. Nie zamierza jednak zdobywać nowych rynków poprzez przejęcia, stawia raczej na wzrost sprzedaży stacjonarnej.

 – Staramy się cały czas rozwijać eksport na bazie naszych płatków śniadaniowych  bo to jest główny motor napędowy  oraz batonów bakaliowo-zbożowych. Nowe rynki to głównie kraje afrykańskie: pozyskaliśmy ostatnio kilku dużych klientów z RPA i Nigerii. Nawet z tak egzotycznego kraju jak Seszele. Eksportujemy również do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Nowymi klientami są też Chiny, co jest efektem naszych targów z ubiegłego roku w Szanghaju – mówi Marian Owerko, prezes zarządu Bakallandu.

Firma planuje zwiększać udział eksportu w sprzedaży. Jednak, jak podkreśla prezes, nie będzie to efekt przejęć na zagranicznych rynkach ani otwierania tam przedstawicielstw, ale raczej wzmacniania sprzedaży stacjonarnej, czyli obecności produktów Bakallandu na sklepowych półkach.

 Nasz dział eksportu się wzmocnił i mam nadzieję, że pozwoli nam to realizować plany, które sobie założyliśmy. Eksport jest nam potrzebny, bo szukamy możliwości wykorzystania naszych mocy produkcyjnych. A po drugie, przedmiotem eksportu są płatki śniadaniowe i batony, czyli produkty, do których surowce kupujemy w Polsce – na tej bazie budujemy taki naturalny hedging, gdyż bakalie są w 100 proc. importowane – podkreśla Marian Owerko.

Import orzechów włoskich pochodzi m.in. z Ukrainy. Napięta sytuacja polityczna nie jest jednak zagrożeniem dla dostaw. Prezes zapewnia, że w przypadku jakichkolwiek problemów, surowiec będzie sprowadzony z dwóch alternatywnych rynków, czyli z Mołdawii lub USA.

Bakalland również w Polsce nie chce rosnąć przez przejęcia. Strategia na rynek polski na najbliższe trzy lata przewiduje organiczny wzrost. Przez kolejne dwa lata firma nie zamierza też rozbudowywać mocy produkcyjnych.

 Będziemy rozwijać trzy linie, czyli bakalie, płatki śniadaniowe i batony. W tych segmentach mamy kilka nowości, które będziemy wdrażać zarówno w tym roku fiskalnym, jak i w przyszłym – zapowiada prezes Bakallandu.

Za kilka tygodni sprzedaż bakalii widocznie wzrośnie – to efekt zbliżających się Świąt Wielkanocnych – przede wszystkim dotyczy to bakalii dodawanych do ciast.

 Pozostałe bakalie, czyli owoce suszone i orzechy, sprzedają się tak samo w każdym miesiącu, z wyjątkiem okresu czerwiecsierpień, kiedy dostępne są dużo tańsze polskie świeże owoce – mówi Marian Owerko. – Również kategorie płatków śniadaniowych i batonów to nie są kategorie sezonowe.

Credit Agricole: Z powodu sytuacji na Ukrainie PKB Polski może rosnąć 0,3 pkt proc. wolniej

CEO Magazyn Polska

W tym roku wzrost gospodarczy w Polsce z powodu sytuacji na Ukrainie może być niższy o 0,3 punktu procentowego – ocenia Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. Wpłynąć na to ma zmniejszony import i mniejsza konsumpcja na Ukrainie. Czarny scenariusz czeka jednak polską gospodarkę, jeśli pogorszą się relacje handlowe z Rosją lub zostaną na nią nałożone międzynarodowe sankcje, które uderzyłyby w wymianę handlową.

 W takiej sytuacji można oczekiwać również odpowiedzi Rosji – odpowiedzi, która uderzy w eksport Unii Europejskiej do tego kraju, w tym oczywiście polski eksport – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. – Eksport do Rosji to ponad 5 proc. polskiego eksportu, około 2 proc. produktu krajowego brutto. W takiej sytuacji oczywiście polska gospodarka spowolniłaby znacznie silniej i moglibyśmy wówczas mówić o podcinaniu tego ożywienia, które w Polsce się utrwala – prognozuje.

Rosja jest drugim, po Unii Europejskiej, rynkiem eksportowym dla polskich przedsiębiorstw. Wartość dostaw na rynek rosyjski wzrosła ponad siedmiokrotnie z 1,5 mld dolarów w końcu 2003 r. do blisko 11 mld dolarów w 2013 r. Według danych Ministerstwa Gospodarki, w 2013 r. wiodącą grupą towarową w eksporcie do Rosji pozostawały wyroby przemysłu elektromaszynowego, których dostawy osiągnęły wartość ok. 4,2 mld dolarów.

Jakub Borowski prognozuje również negatywny wpływ napiętej sytuacji politycznej na Ukrainie na rozwój gospodarczy w Polsce. Jego zdaniem, PKB Polski może rosnąć o ok. 0,3 pkt proc. wolniej z powodu wydarzeń za naszą wschodnią granicą.

 – Słabsza waluta ukraińska, hrywna, będzie czynnikiem hamującym import na Ukrainę, w tym import z Polski. Przede wszystkim uderzy to w import towarów żywnościowych, w mniejszym stopniu – dóbr przetworzonych przemysłowych – ocenia główny ekonomista Credit Agricole. – Jednocześnie można oczekiwać pogorszenia nastrojów konsumenckich na Ukrainie i w ogóle wyraźnego spowolnienia wzrostu gospodarczego, bo niepewność będzie czynnikiem ograniczającym konsumpcję gospodarstw domowych i inwestycje.

Według wstępnych danych Ministerstwa Gospodarki, w 2013 r. obroty towarowe pomiędzy Polską i Ukrainą wzrosły o 1,4 proc. i wyniosły blisko 8 mld dol., w tym polski eksport na Ukrainę zwiększył się o 8,5 proc. i osiągnął wartość 5,7 mld dol., natomiast import obniżył się o 13 proc. do poziomu 2,2 mld dol. Polska eksportuje przede wszystkim wyroby przemysłu elektromaszynowego, chemicznego, produkty mineralne oraz artykuły rolno-spożywcze.

O długoterminowych skutkach napięcia między Rosją a Ukrainą na razie trudno mówić, bo zależy to od rozwoju wydarzeń. Wczoraj oba kraje porozumiały się w sprawie wstrzymania akcji militarnych na Krymie do 21 marca. Żadnego scenariusza jednak wykluczyć nie można. 

 – Jeśli doszłoby do zaostrzenia konfliktu, w szczególności do konfliktu militarnego, to będziemy mieć do czynienia z długoterminowym negatywnym wpływem na cały region: wzrostem awersji do ryzyka, niechęcią inwestorów do kupowania aktywów nie tylko z tych krajów, które bezpośrednio uczestniczą w tym konflikcie, lecz także z krajów ościennych – przestrzega ekonomista.

Już dziś można z pewnością mówić o negatywnym wpływie zaistniałej sytuacji na gospodarki państw zaangażowanych, czyli Ukrainy i Rosji.

 – Natomiast Rosja jeszcze bardziej będzie postrzegana jako kraj typowo surowcowy, a nie kraj, który jest dobrym miejscem do inwestowania długoterminowego kapitału, ponieważ jest bardzo niestabilny – w tym sensie, że generuje konflikty w swoim otoczeniu geograficznym – podkreśla Jakub Borowski.

W przypadku Ukrainy, ważny będzie kierunek rozwoju, jaki władze obiorą: prorosyjski czy proeuropejski. Zwrócenie się Ukrainy w kierunku UE będzie korzystne nie tylko dla gospodarki naszego wschodniego sąsiada, lecz także dla gospodarki Polski, ponieważ wpłynęłoby w dłuższej perspektywie na ożywienie wzrostu gospodarczego w kraju.

Przybywa centrów outsourcingowych na Pomorzu. Inwestorzy spieszą się przed lipcową obniżką pomocy publicznej

CEO Magazyn Polska

Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej firm outsourcingowych. Pracę w nich, głównie na terenie Trójmiasta, ma już 40 tys. osób. Pomorska aglomeracja jest szczególnie atrakcyjna dla firm ze Skandynawii. W ubiegłym roku PSSE przyciągnęła ponad 1 mld zł inwestycji, w tym – liczy na zainteresowanie inwestorów przed lipcowym obniżeniem pomocy publicznej.

 – Trójmiasto jest bardzo zaawansowane, jeżeli chodzi o rozwój usług outsourcingowych. Jest 40 firm, które świadczą tego typu usługi, a zatrudnionych w nich jest 40 tys. osób, głównie na terenie Trójmiasta. Mamy bardzo duży potencjał w postaci młodych, wykształconych ludzi. W Trójmieście i całym województwie jest kilka uczelni wyższych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Józef Adam Bela, wiceprezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Dzięki rozwojowi outsourcingu PSSE liczy na utrzymanie dobrego trendu z ubiegłego roku. W 2013 r. strefa przyciągnęła inwestycje warte ponad 1 mld zł, które wygenerują 630 miejsc pracy. Wydane zostały 23 zezwolenia dla nowych firm. Pod względem zadeklarowanych inwestycji aktywniejsza była tylko Katowicka SSE; pod względem utworzonych miejsc pracy PSSE znalazła się na 5. miejscu w kraju.

Łącznie podmiotów działających w PSSE jest już ok. 100, m.in.: centra usługowe, księgowe, IT i farmaceutyczne; wśród tych ostatnich także polska Polpharma, która stworzyła nowoczesne laboratorium badań i rozwoju w Gdańskim Parku Naukowo-Technologicznym.

Bela zauważa, że Trójmiasto jest bardzo atrakcyjne m.in. dla inwestorów ze Skandynawii. W pomorskiej aglomeracji mieszka ponad połowa wszystkich Polaków, którzy mówią językami z tego rejonu Europy.

 – Przekazywanie pewnych procesów biznesowych na Pomorze kalkuluje się pod każdym względem wielu firmom, i nie ma tutaj znaczenia, czym one się zajmują, o ile dana działalność spełnia wymogi uzyskania zezwolenia. W takiej sytuacji przedsiębiorca może otrzymać ulgi inwestycyjne od 40 proc. do 70 proc. zależnie od tego, czy to jest duży, mały czy średni przedsiębiorca – podkreśla Bela.

PSSE oferuje nie tylko wsparcie finansowe i ulgi podatkowe, lecz także powierzchnie biurowe. Lokalne szkoły wyższe, m.in. Sopocka Szkoła Wyższa, prowadzą specjalne zajęcia uczące działalności w sektorze outsourcingowym.

Bela przewiduje, że w tym roku zainteresowanie inwestorów nasili się w pierwszej połowie roku. Od 1 lipca zmienią się przepisy dotyczące pomocy publicznej, która będzie niższa. Wsparcie dla dużych inwestorów zmaleje z maksymalnie 40 proc. do 25 proc. Już w ubiegłym roku widać było, że inwestorzy spieszą się z decyzją o wejściu do strefy, by skorzystać z obowiązującego wyższego wsparcia.

 – W tym roku już wydaliśmy trzy zezwolenia, skutkiem czego będą inwestycje rzędu 80 mln złotych. Ten proces na pewno będzie do połowy roku narastał – ocenia Bela.

Pomorska SSE obejmuje 22 podstrefy w czterech województwach (pomorskim, zachodniopomorskim, kujawsko-pomorskim oraz wielkopolskim), o łącznym obszarze 1380 hektarów. W lutym resort gospodarki zaproponował powiększenie strefy o ponad 72 hektary, co ma dać 270 nowych miejsc pracy.

Wśród największych inwestorów w PSSE są m.in.: Bridgestone, Cargotec, Lafarge, Solvay, Apator oraz Polpharma.

Raiffeisen Centrobank utrzymał rekomendację „Trzymaj” dla ENEI

W raporcie z 13 marca 2014 r. analitycy Raiffeisen Centrobank rekomendują „Trzymaj” dla akcji ENEI. Cena docelowa wyznaczona została na poziomie 15,30 za walor.

Jak zgodnie z przepisami przekształcić działkę rolną w budowlaną?

Zagadnienia związane z realizacją inwestycji budowlanych reguluje ustawa Prawo budowlane, która precyzuje rodzaj robót i miejsce ich wykonywania. Zgodnie z obowiązującymi przepisami inwestycja budowlana, która nie ma charakteru rolniczego, może być realizowana tylko na gruntach wyłączonych z produkcji rolnej, czyli działkach o statusie inwestycyjnym – budowlanym.

Aby sprawdzić status działki, niezbędne jest zapoznanie się z miejscowym planem zagospodarowania, który określa rodzaj i przeznaczenie wszystkich ujętych w nim gruntów na danym obszarze. Jeśli aktualnie dokument taki nie istnieje, warto dowiedzieć się we właściwym urzędzie o ewentualnie planowanych lub trwających pracach mających na celu jego przygotowanie.

Odrolnienie i wyłączenie terenu z produkcji rolnej jest znacznie łatwiejsze w przypadków gruntów gorszej jakości – klasy IV, V i IV, gruntów lepszej jakości, które w miejscowych planach już są postrzegane jako obszar inwestycyjny, a także gruntów znajdujących się w granicach miast. Wówczas procedura przekształcenia opiera się przede wszystkim na przepisach ustawy Prawo budowlane i wymaga uzyskania warunków zabudowy.

Również w sytuacji braku miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego przekształcenie działki rolnej w budowlaną może odbywać się poprzez uzyskanie decyzji o warunkach zabudowany, która w tej sytuacji określa status gruntu. Decyzja może być wydana tylko dla działki, która posiada dostęp do drogi, zapewnia możliwość przyłączy mediów, nie wymaga zmiany jej przeznaczenia,  sąsiaduje z działką o zabudowie spełniającej takie same wymogi. W tej sytuacji warto też w urzędzie dowiedzieć się o planowanych inwestycjach na całym obszarze, na którym znajduje się działka.

W przypadku gruntów klasy I, II, III procedura przekształcenia może powodować więcej trudności, ponieważ wymagana jest zgoda ministra do spraw rozwoju wsi przy uwzględnieniu Ustawy O ochronie gruntów rolnych i leśnych.

Jeśli plan zagospodarowania przestrzennego traktuje grunty jako rolne, wówczas należy złożyć pisemny wniosek o odrolnienie działki. Pisemny wniosek składa się do gminy właściwej ze względu na lokalizację gruntów. We wniosku muszą zostać ujęte dokładne informacje na temat działki, jej położenia i rodzaju planowanej na niej inwestycji. Ponadto inwestor może być zobowiązany przedstawić uzasadnienie przekształcenia, o które wnioskuje. Odrolnienie gruntu jest jednak dopiero pierwszym etapem właściwego przekształcenia działki rolnej w budowlaną. W dalszej kolejności niezbędne jest wyłączenie gruntu z produkcji rolnej, co odbywa się poprzez złożenie wniosku do starosty lub prezydenta miasta na prawach powiatu, w celu zmiany statusu działki w ewidencji.

Trwałe wyłączenie gruntów z powierzchni rolnej wiąże się z koniecznością dokonania jednorazowej opłaty, której wysokość uwarunkowana jest jakością gruntów. Uiszcza się również roczne opłaty za każdy rok użytkowania gruntów. W przypadku wyłączenia trwałego opłata za okres użytkowania obowiązuje przez 10 lat, natomiast w przypadku nietrwałego przez 20, przy czym nie może on trwać dłużej. Wysokość opłat uwarunkowana jest klasą gruntów – im wyższa klasa, tym wyższe też opłaty.

Autor: Ksiegarnia.Profinfo.pl
Artykuł powstał przy współpracy z firmą https://www.profinfo.pl 

„Dobrze, że strefa euro istnieje, i dobrze, że nas w niej jeszcze nie ma”

O sytuacji makroekonomicznej i rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI.

Europejski Bank Centralny pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Czy to dobra, neutralna, a może zła informacja dla rynków obligacji?

Od dłuższego czasu retoryka Europejskiego Banku Centralnego jest niezmienna. Także na ostatnim posiedzeniu prezes Mario Draghi nie zaskoczył inwestorów i ponownie podkreślił, że bank jest gotowy do podjęcia stosownych kroków, jeśli tylko zajdzie taka konieczność. Choć takiej decyzji można było się spodziewać, część inwestorów poczuła się rozczarowana, że EBC nie zadziałał bardziej zdecydowanie, np. obniżając stopy procentowe do zera.

A czy byłaby to uzasadniona decyzja w obecnych okolicznościach?
Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się powoli, a co więcej – widać zdecydowaną dysproporcję pomiędzy poszczególnymi państwami. „Lokomotywą” Europy pozostają Niemcy, ale można też wskazać kraje, gdzie wzrost produktu krajowego brutto jest minimalny. Europejski Bank Centralny optymistycznie zakłada, że PKB w strefie euro wzrośnie w 2014 r. o 1,2%, a w 2016 r. gospodarka urośnie nawet o 1,8%. Jednocześnie bank prognozuje, że kolejne dwa lata upłyną pod znakiem niskiej inflacji, dzięki czemu nie pojawi się presja na podwyżkę stóp procentowych. Należy jednak brać pod uwagę, że na drodze do realizacji scenariusza globalnego ożywienia gospodarczego stoi kilka niewiadomych, np. rozwój sytuacji w Chinach.

A co o kondycji gospodarek mówią wskaźniki wyprzedzające?
Większość odczytów wskaźników wyprzedzających PMI oraz OECD pozostaje na wysokich poziomach, jednak dla wielu krajów, w których proces ożywienia gospodarczego rozpoczął się najwcześniej, wskaźniki wyprzedzające zaczęły się już obniżać. Dlatego całościowy obraz analizowany przez pryzmat tych wskaźników nie jest tak jednoznacznie pozytywny, jak jeszcze w drugiej połowie ubiegłego roku. Z perspektywy lokalnej wskaźnik PMI dla Polski, obliczany z uwzględnieniem wolumenu nowych zamówień, produkcji, zatrudnienia czy wielkości zapasów, jest satysfakcjonujący i zaskakuje pozytywnie już kilka miesięcy z rzędu.

Jak w tym kontekście można ocenić decyzję Rady Polityki Pieniężnej o przesunięciu podwyżek stóp procentowych?
Wzrost gospodarczy w Polsce nie jest jeszcze na tyle długotrwały, a co istotniejsze, inflacja rośnie bardzo powoli. Rada była więc w komfortowej sytuacji i mogła bez przeszkód pozostawić stawkę bazową na poziomie 2,5%. Podczas posiedzenia członkowie RPP odroczyli dodatkowo początek cyklu podwyżek stóp procentowych co najmniej do końca III kwartału 2014 r. Wydźwięk tej decyzji był klarowny: „Polska gospodarka oraz waluta są w fundamentalnie dobrej kondycji, a konflikt na Ukrainie nie zagraża ich stabilności”.

W jednej z ostatnich wypowiedzi Marek Belka, prezes NBP i przewodniczący RPP, powiedział, że „kryzys ukraiński może skłaniać do przemyślenia członkostwa Polski w strefie euro”. Czy przyjęcie wspólnej waluty byłoby dobrym krokiem w kontekście bezpieczeństwa polskiej gospodarki?

Odpowiedź na to pytanie można by zawrzeć w jednym zdaniu: dobrze, że strefa euro istnieje i dobrze, że nas w niej jeszcze nie ma. Polska gospodarka jest na tyle silna, że jej włączenie do wspólnoty walutowej okazałoby się korzystne przede wszystkim dla strefy euro, ale niekoniecznie dla Polski. „Bezpieczeństwo dzięki wspólnej walucie” jest swego rodzaju iluzją. O tym, że jedna waluta nie gwarantuje stabilności i rozwoju gospodarczego świadczy chociażby sytuacja krajów bałtyckich – Estonii i Łotwy – czy Czarnogóry, która wprowadziła euro, nie przystępując jednak do unii walutowej. Dlatego pomimo że sytuacja za wschodnią granicą nie pomaga RPP w prowadzeniu polityki pieniężnej, posiadanie własnej waluty przynosi Polsce wiele korzyści.

Jak się wydaje, polski rynek obligacji jest ostatnio w całkiem dobrej kondycji. A jak wygląda sytuacja na rosyjskim i ukraińskim rynku długu?

Zanim przejdę do obecnej rentowności tamtejszych obligacji, chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks, o którym niewiele się mówi. Tylko w 2015 r. Rosja ma do wykupienia papiery skarbowe o wartości ok. 4 mld dolarów amerykańskich, a Ukraina ok. 5,5 mld dolarów – i to wszystko w sytuacji, gdy dług zewnętrzny Rosji jest tylko dwukrotnie wyższy niż Ukrainy. Dodatkowo całkowite zadłużenie Rosji to aż w 75% zadłużenie wewnętrzne. Warto też zestawić ze sobą wartości jednego z kluczowych parametrów, na który zwracają uwagę inwestorzy. Rosja utrzymuje dług do PKB w granicach 10% i jest obecnie jednym z najmniej zadłużonych państw na świecie. Z kolei stosunek długu do PKB na Ukrainie już przed kryzysem w 2008 r. wynosił ok. 35%. Teraz nie wiadomo nawet, ile wynosi PKB Ukrainy, co niewątpliwie nie zachęca ewentualnych inwestorów.

A czy w obecnej sytuacji politycznej są chętni na rosyjskie lub ukraińskie obligacje?
Tak. Co ciekawe, niepewność polityczna i groźba pogłębienia konfliktu na Ukrainie nie zniechęciły wszystkich inwestorów, choć oczywiście odbiły się na wycenach. Rentowność papierów rosyjskich oscyluje pomiędzy 4% a 5% – w zależności od terminu ich zapadalności (długości na krzywej rentowności) – podczas gdy rentowność obligacji ukraińskich jest dużo wyższa i wynosi ok. 10%.

Patrząc na rynki europejskie, można zauważyć pewną ciekawą rzecz – obligacje greckie są najdroższe od 2010 r.
W 2013 r. najlepszymi inwestycjami na rynku długu były obligacje krajów, które w ostatnich latach kojarzyły się, całkiem zresztą zasłużenie, z kryzysem. To Grecja, Hiszpania, Włochy, Portugalia i Irlandia. Szczególnie Grecja okazała się doskonałym wyborem, bo wcześniej najwięcej traciła. Co warte podkreślenia, obligacje hiszpańskie czy włoskie mają obecnie rentowności niższe niż polskie. Oznacza to, że papiery krajów, które swego czasu były omijane przez inwestorów, na powrót stały się pożądane.

Ranking polskich sklepów internetowych na koniec 2013 r.

Morele.net, Agito.pl, Electro.pl to zwycięskie Mega–sklepy w najnowszym „Rankingu sklepów internetowych” publikowanym przez niezależny serwis Opineo.pl. Już po raz szósty można prześledzić zestawienie opinii polskich konsumentów, którzy oceniali profesjonalizm, jakość obsługi i rzetelność internetowych sprzedawców. Kto w ciągu 12 miesięcy 2013 roku zdobył uznanie klientów, a kto spadł z piedestału? Prezentujemy wyniki tego plebiscytu.

Polscy konsumenci są coraz bardziej świadomi swoich praw. Także w kwestii zakupów przez Internet. W ciągu ostatniego roku wystawili sprzedawcom blisko 1,2 miliona opinii, co dało łączną liczbę 3,3 mln recenzji w serwisie Opineo.pl na koniec 2013 r. A jak klienci oceniali internetowych sprzedawców?

Mega–przetasowanie, czyli o głos od zwycięstwa

W ścisłej dwunastce wyróżnionych Mega–sklepów znalazły się: Morele.net, Agito.pl, Electro.pl, Empik.com, Redcoon.pl, RTV EURO AGD, Mall.pl, Merlin.pl, Mixmedia.pl, Avans.pl, Neo24.pl i MegaMarket.com.pl.

― Mega–sklepy są dobrze znane polskim konsumentom, bo obecne na rynku w handlu e– commerce od wielu lat. Obsługują dużą liczbę nabywców i realizują ogromne ilości zamówień. Przy tym wszystkim potrafią zaoferować klientom usługi najwyższej jakości. W aktualnej edycji rankingu, opartego w głównej mierze o historię opinii z 12 miesięcy 2013 roku, widoczne jest przetasowanie na szczycie stawki. Dla sklepów, które straciły miejsce na podium, może to być sygnał do poprawy jakości obsługi i większej dbałości o klientów, zaś dla świeżo upieczonych liderów będzie to z pewnością nagroda za ubiegłoroczne wysiłki ― komentuje wyniki rankingu Paweł Kucharzak, prezes zarządu firmy Opineo.pl.

W bieżącym wydaniu rankingu w grupie wyróżnionych Mega-sklepów zabrakło sprzedawców: Electromarket.pl i RAM.net, którzy już w poprzednim zestawieniu znajdowali się na dole tabeli. Pojawiły się natomiast na liście zupełnie nowe sklepy, które w 2013 r. zdobyły mega–uznanie klientów: Empik.com, Mall.pl, Merlin.pl i Avans.pl.

Sklepy średniej wielkości i Młode wilki

Nie mniej interesująco wygląda zestawienie w pozostałych klasyfikacjach. Zwycięskie sklepy średniej wielkości w kategorii Komputery to: Drukuj24.pl, 3kropki.pl i OleOle.pl, w kategorii Fotografia pierwsze trzy miejsca należą do Empikfoto.pl, Mediamarkt.pl i 2BIS.pl, zaś w kategorii AGD i RTV prym wiodą: North.pl, Bdsklep.pl i OleOle.pl.

Bardzo ciekawie prezentuje się też ranking Młodych wilków, czyli sprzedawców, którzy dopiero zaczynają gromadzić opinie. W kategorii Komputery na wyróżnienie zasługują Kuzniewski.pl, Drukmistrz.pl i Tuszmarkt.pl. Trzy pierwsze miejsca w zestawieniu Fotografia należą do sprzedawców: Bratex.org, Vertis.pl i Fotozakupy.pl. Liderzy kategorii AGD i RTV to: Filtreo.pl, BankKabli.pl i Sonusmobile.pl.

Kategorie specjalistyczne

Jak co roku, w naszym rankingu wykrystalizowało się wiele kategorii specjalistycznych. Wynika to zarówno z preferencji samych klientów, którzy cenią fachowe doradztwo i bogaty asortyment sklepów branżowych; jak i z polityki sprzedawców, którzy wolą zajmować się wąską dziedziną handlu, prowadzić określony sklep specjalistyczny i oferować tylko wybrane produkty.

Niekwestionowanym liderem w grupie sklepów z artykułami dziecięcymi w bieżącej edycji rankingu jest Smyk.com. Absolutnym rekordzistą w klasyfikacji Zdrowie i uroda jest sklep Iperfumy.pl, który zgromadził prawie 30 tysięcy recenzji w samym tylko 2013 roku. W segmencie Zegarki i biżuteria rządzi Korallo.pl. W kategorii sportowej naszego rankingu prowadzi Sklep-Presto.pl. Odzież i obuwie też ma swojego lidera, którym jest Eobuwie.pl. W kategorii akcesoriów samochodowych niezmiennie króluje Oponeo.pl. Apteka-Melissa.pl to lider zestawienia Artykuły medyczne. W kategorii Ogród i narzędzia laur zwycięstwa przypadł sklepowi Renowa24.pl. W grupie e–sklepów wnętrzarskich największą sympatią klientów cieszy się Dekoria.pl. Telekarma.pl zdobyła uznanie konsumentów w kategorii Artykułów zoologicznych. W ulubionej kategorii dużych i małych dzieci ― Gry, gadżety i prezenty ― zestawienie najlepszych e–sklepów otwierają 3kropki.pl. Liderem internetowych sprzedawców oferujących książki jest Fabryka.pl. Na zadowolenie klientów nie może też narzekać zwycięzca kategorii Żywność ― sklep Chocolissimo.pl. Zaś pierwsze miejsce w zupełnie nowym zestawieniu: Militaria i survival ― okupuje GunFire.pl.

Klienci lubią oceniać

Firmy działające w branży e–commerce mają teraz swoje złote żniwa, a sam rynek zakupów on–line przeżywa właśnie prawdziwy rozkwit. Według danych Opineo.pl, na koniec 2013 r. liczba e–sklepów w Polsce wynosiła ok. 20 tys. Z roku na rok przybywa też użytkowników Internetu i osób, które przekonują się do zakupów elektronicznych. Na rynek handlowy wkracza również zupełnie nowe pokolenie klientów, tzw. „cyfrowych tubylców”, czyli ludzi urodzonych w dobie Internetu i wychowanych na nowych technologiach, którzy w wirtualnym świecie czują się jak ryba w wodzie. Wszyscy oni tworzą internetową społeczność e–klientów, której nie sposób zlekceważyć. ― Cogito ergo… opineo, zdają się mówić konsumenci i chętnie korzystają z możliwości wystawienia oceny w niezależnym serwisie internetowym. Takich opinii w 2013 roku mieliśmy 3,3 miliona, szacujemy, że wraz z końcem 2014 roku ich liczba wzrośnie do 4,5 miliona. Rzeczywistość pokazuje, że ocenianie danego sklepu, usługi czy produktu nie tylko pomaga innym w podejmowaniu decyzji zakupowych, ale również motywuje samych sprzedawców do podnoszenia standardów obsługi. Bo skoro klient płaci i wymaga, to lubi też mieć ostatnie zdanie ― podsumowuje Paweł Kucharzak.

Palacze z mniejszą pensją!

Pracodawcom nie wolno wprowadzić zakazu palenia w czasie pracy, mogą jednak obniżać palaczom pensje. Pracodawca może zobowiązać pracownika do odpracowania czasu poświęconego na palenie tytoniu i nie będzie to uznawane za pracę w godzinach nadliczbowych. Taką możliwość dają znowelizowane przepisy Kodeksu pracy dot. ruchomego czasu pracy (art. 151 par. 21).

Palenie papierosów może być uznawane za prywatną czynność pracownika. W takim wypadku załatwienie sprawy osobistej powinno się odbywać na pisemny wniosek pracownika. Formalnie oznaczałoby to, że każdy pracownik powinien przerwę na papierosa poprzedzać pismem i zgodą przełożonego, gwarantowałoby to jednak pracodawcy pełne ewidencjonowanie czasu pracy pracownika i zabezpieczało w przypadku ew. kontroli. Jednocześnie pracodawca nie może zakazać palenia tytoniu w miejscu pracy, nie może z tego powodu dyskryminować pracowników, może jedynie wyciągać konsekwencje wynikające z ew. łamania regulaminu.

Jak informuje Tygodnik Biznes i Prawo, zgodnie z obowiązującymi przepisami pracodawca nie jest zobligowany płacić pracownikom za czynności niezwiązane z pracą, może więc albo potrącić im proporcjonalną część wynagrodzenia, albo też zobowiązać ich do odpracowania tego czasu. Nie dotyczy to jednak przypadków, w których palący mieści się w kodeksowych i regulaminowych przerwach w pracy, te bowiem pracownik może przeznaczyć na dowolny cel.

Statystyczny palacz korzysta z przerwy na papierosa pięć razy dziennie po ok. 10 minut. Tygodniowo daje to 250 minut, w skali miesiąca to 16 nieprzepracowanych godzin, a w ciągu roku aż 192 godziny, czyli 24 dni pracy.

Stan i perspektywy rozwoju rynku nieruchomości i użytków rolnych w Polsce w 2014 r.

Zespół Analityków Banku BGŻ przygotował najnowsze wydanie rocznej analizy rynku nieruchomości w Polsce. Raport pokazuje analizę najważniejszych trendów i tendencji na rynku nieruchomości mieszkaniowych, niemieszkalnych, działek budowlanych i użytków rolnych (pochodzących z obrotu prywatnego i Zasobów WRSP) w 2013 r. i prognozuje ich dalszy rozwój 2014 r. Dodatkowo w raporcie zawarto krótką analizę kształtowania się tendencji na światowych rynkach nieruchomości mieszkaniowych oraz ziemi ornej.

Z raportu „Stan i perspektywy rozwoju rynku nieruchomości i użytków rolnych w Polsce w 2014 r.” można się dowiedzieć m.in. o: aktualnych i prognozowanych trendach cenowych nieruchomości mieszkaniowych, popytowych i podażowych czynnikach kształtujących rynek nieruchomości, rosnącej akcji kredytowej wspieranej historycznie niskimi stopami procentowymi i rządowym programem „Mieszkanie dla Młodych”. W opracowaniu opisano również: symptomy wzrostu popytu na działki budowlane i nieruchomości komercyjne, wskazano również powody wyhamowania dynamicznego wzrostu cen ziemi rolnej.

Więcej informacji na stronach Serwisu Ekonomicznego Banku BGŻ analizy.bgz.pl

Konsorcjum pięciu banków sfinansuje modernizację bloków w Elektrowni Pątnów I

Bank Pekao SA podpisał dziś umowę kredytową z Zespołem Elektrowni Pątnów Adamów Konin S.A. (ZE PAK) na finansowanie modernizacji bloków energetycznych w Elektrowni Pątnów I. Zaangażowanie Pekao w kredyt konsorcjalny wynosi 200 mln zł. Łączna wartość kredytu to 1,2 mld zł. Bank Pekao od wielu lat jest głównym partnerem bankowym ZE PAK.

W konsorcjum udział biorą: Bank Pekao SA (udział 200 mln zł), Bank Gospodarstwa Krajowego (400 mln zł), Bank PKO BP (200 mln zł), mBank (200 mln zł), Bank Millenium ( 200 mln zł). Całkowita wartość kredytu to 1,2 mln zł. Część A kredytu o wartości 1,11 mld zł sfinansuje zaplanowane inwestycje, natomiast część B zostanie przeznaczona na refinansowanie całkowitej spłaty zadłużenia kredytu udzielonego na instalację odsiarczania bloków w Elektrowni Pątnów I. Koniec finansowania przypada 20 grudnia 2023 r.

Finasowanie dla Zespołu Elektrowni Pątnów Adamów Konin S.A. jest kolejnym dużym projektem z sektora energetycznego finansowanym przez Bank Pekao. Jest to jednocześnie kolejna, istotna inwestycja ZE PAK, w której uczestniczy Pekao.

– Bank Pekao od lat finansuje kluczowe dla Polski projekty energetyczne. Dzięki zaangażowaniu wysoko wykwalifikowanych pracowników możemy brać udział w najbardziej skomplikowanych projektach. W latach 2010-2013 zawarliśmy umowy na organizację i gwarantowanie objęcia emisji obligacji dla wielu spółek sektora energetycznego, w tym m.in. PGE SA, Tauron Polska Energia, PGNIG czy ENEA SA. Bank Pekao od wielu lat jest głównym partnerem bankowym ZE PAK, braliśmy udział w finansowaniu wszystkich dotychczasowych znaczących inwestycji Spółki. Kolejna transakcja z ZE PAK potwierdza naszą dominującą pozycję w finansowaniu najważniejszych projektów inwestycyjnych w branży energetycznej, szczególnie ważnej dla rozwoju kraju – mówi Andrzej Kopyrski, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Zaplanowane inwestycyjne ZE PAK przewidują modernizację czterech bloków w Elektrowni Pątnów I. Przeprowadzenie prac umożliwi bezpieczną eksploatację bloków do 2030 r. zgodnie z obowiązującymi wymaganiami ochrony środowiska.

Oskładkowanie umów śmieciowych pozwoli ZUS-owi kontrolować pracodawców

O tym, że w przyszłości świadczenia z publicznego systemu emerytalnego będą bardzo niskie, wiadomo nie od dziś. Podczas gdy eksperci zachęcają do samodzielnego zadbania o swoją przyszłość, rządzący starają się znaleźć sposób na rozwiązanie problemów emerytalnych dzisiejszych 20-latków. W godnej pracy, a później w godnej starości ma pomóc oskładkowanie umów zleceń i o dzieło.

Coraz więcej młodych ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że emerytura z publicznego systemu nie zapewni im godnego życia. Pokolenie, które weszło na ścieżkę zawodową zaczyna rozumieć, że jeśli nie zgromadzi sobie odpowiednich oszczędności, to przyszłość może wyglądać bardzo nieciekawie. Ile odkładać? Nie ma dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Żeby poznać tę kwotę, trzeba najpierw ustalić, jakie mamy wymagania. Im są one większe, tym więcej trzeba będzie oszczędzać. Według różnych ekspertów obecni 20-latkowie mogą liczyć na świadczenie w wysokości 2/3 ostatniej pensji, którą otrzymuje się przed przejściem na emeryturę. Kwota ta uważana jest za w miarę bezpieczną – tak, żeby można było się utrzymać.

Marek Kutarba, redaktor naczelny „Tygodnika Biznes i Prawo” zaznacza, że „[…] młodzi ludzie powinni już dzisiaj co miesiąc odkładać 300 złotych. To jest minimum, które będzie w miarę upływu czasu się zmieniać, bo jak wiadomo warunki ekonomiczne też się zmieniają.” Odkładając regularnie 300 złotych miesięcznie, dzisiejszy 20-latek może uzbierać do czasu emerytury aż 810 tysięcy złotych. To pozwoli na dodatkową emeryturę w wysokości 6 tysięcy złotych. Wiadomo jednak, że każdy grosz w portfelu młodego człowieka się liczy i czasem sto złotych ma ogromne znaczenie w domowym budżecie. Niestety, ma też wpływ na wysokość ewentualnej dodatkowej emerytury. Odkładając 200 złotych miesięcznie, do wydania na jesień życia będziemy mieli 540 tysięcy złotych.

„Formy oszczędności do wyboru są różne. Każdy może zdecydować sam, co mu będzie odpowiadać – czy to będzie IKE, IGZE, rachunek w banku, gdzie będziemy regularnie gromadzić oszczędności. Natomiast należy pamiętać, że bez tego nie ma szans na godne warunki życia na emeryturze”- przestrzega Marek Kutarba.

Dla młodych ludzi czas, gdy osiągną wiek emerytalny, to odległa przyszłość. Niewielu wierzy lub nie chce wierzyć, że koszmarny sen prorokowany przez różne środowiska stanie się rzeczywistością. Trudno się dziwić takiej postawie. O dobrą pracę jest trudno, a gdy już jest, to młody człowiek ma do wyboru albo pracować na umowę tzw. śmieciową, albo w ogóle. Wysokie koszty pracownicze sprawiają, że pracodawcy niechętnie zatrudniają na stałe umowy. Stąd pomysł rządzących, by oskładkować umowę zlecenie i o dzieło. Szacuje się, że obecnie na tego typu umowach pracuje milion osób.

Według Związku Przedsiębiorców i Pracodawców opodatkowanie pracy zawsze przynosi negatywne konsekwencje. Umowy elastyczne są potrzebne w takiej formie, w jakiej funkcjonują dotychczas. W wielu branżach sami pracownicy oczekują takich umów. Jak zaznacza Marcin Nowacki, dyrektor ds. relacji publicznych Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „[…] obawiamy się, że długofalowo, jeśli ta tendencja nie zostanie zmieniona, zakończy się tym, że tych umów w ogóle nie będzie. Będzie przechodzenie do szarej strefy, bo przedsiębiorca i pracownik przechodzą do niej tylko wtedy, gdy muszą. To naprawdę nie jest tak, że mały przedsiębiorca – a takie mikro- i małe firmy stanowią w Polsce 98% ogółu – chce funkcjonować w szarej strefie. Naprawdę nie chcą. Przedsiębiorca chce mieć spokojną głowę, chce normalnie działać.”

Póki co, na pierwszy ogień zmian poszła umowa zlecenie. Z projektu ustawy przyjętej przez rząd wynika, że osoby pracujące na ich podstawie będą mieć odprowadzane składki na ZUS od kwoty nie niższej niż minimalne wynagrodzenie. Zatrudnieni na umowę zlecenie uzyskają prawo do zasiłku dla bezrobotnych i wyższe świadczenia. Projekt zakłada także wprowadzenie obowiązkowych składek emerytalnych i rentowych dla wynagrodzeń uzyskiwanych przez członków rad nadzorczych.

Warto pamiętać, że koszty składki dzielone są na pracownika i pracodawcę. Zatem jak podkreśla Marcin Nowacki „[…] gdy mówimy o budżecie brutto, który mamy do zaoferowania jako pracodawcy i tym, co pracownik dostaje netto, to jest duże rozczarowanie i pracownicy coraz częściej sami wybierają umowy elastyczne. Chcą więcej zachować w swoim portfelu i samodzielnie dysponować tymi środkami.” Odłożyć chociażby na koszty związane z jesienią życia. Wydatki na leki, sanatoria, nie wspominając już o pasjach i odpoczynku. Nie ma co liczyć, że przeciętna emerytura wystarczy. Własne rezerwy finansowe to jedyne rozsądne rozwiązanie, które pomoże uniknąć szoku na stare lata.

NIK chce powołania instytucji do kontroli zamówień publicznych i prac nad usprawnianiem przetargów

CEO Magazyn Polska

Głównym kryterium przy rozstrzyganiu publicznych przetargów powinien być najniższy koszt, a nie najniższa cena – uważa prezes Najwyższej Izby Kontroli. Powinien on uwzględniać m.in. koszty utrzymania inwestycji. NIK apeluje także o stworzenie urzędu, który kontrolowałby przetargi i na bieżąco udoskonalał prawo z nimi związane.

Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK, podkreśla, że w Polsce powinna istnieć instytucja, która zajmowałaby się koordynacją zamówień publicznych oraz nadzorowaniem prawa w tym zakresie. Do jej kompetencji należałby też nadzór nad inwestycjami wykonywanymi w trybie partnerstwa publiczno-prywatnego. Takie organy działają w innych państwach UE, jednak według Kwiatkowskiego, Polska wciąż jeszcze jest krajem na wczesnym etapie rozwoju prawa zamówień publicznych.

 – Zatrzymaliśmy się na etapie, który w innych krajach był o wiele lat wcześniej. Teraz trzeba skorzystać z tych dodatkowych doświadczeń, które już mamy, zmienić praktykę, znowelizować przepisy. Najłatwiej to zrobić, kiedy będzie jeden publiczny ośrodek, który będzie zbierać te doświadczenia i mając odpowiedni autorytet będzie proponować nowelizacje w taki sposób, żeby potem one zyskały akceptację podmiotów zamawiających, czyli państwa i rządu, wykonawców, którzy startują w tych przetargach, i takich instytucji, jak Najwyższa Izba Kontroli – mówi Krzysztof Kwiatkowski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Dziś główną bolączką zamówień publicznych w Polsce jest kryterium najniższej ceny, często stosowane jako jedyne kryterium w przetargu. Kwiatkowski podkreśla, że przez tę praktykę w Polsce mieliśmy w ostatnich latach do czynienia z paradoksalną sytuacją: trwały liczne, bardzo duże inwestycje infrastrukturalne, a jednak wiele firm budowlanych ogłosiło upadłość. To z kolei przełożyło się na opóźnienia inwestycyjne.

Według prezesa NIK-u rezygnacja z kryterium najniższej ceny powinna poprawić sytuację. Tylko ceną można nadal kierować się jedynie w przypadku najprostszych, małych inwestycji. Wykonawcy większych projektów powinni być jednak wybierani według innych kryteriów, takich jak np. najniższy całkowity koszt inwestycji. Kwiatkowski dodaje, że już teraz ustawa daje możliwość korzystania z innych kryteriów. W jego ocenie prawo powinno rozszerzyć te możliwości.

 – Warto rozważyć wprowadzenie jako kryterium nie tylko najniższej ceny, lecz także najniższego kosztu. Analiza życia produktu, jego jakości, kosztów serwisowania, wszystkich elementów dodatkowych  to wszystko przecież musi być uwzględniane – przekonuje prezes Najwyższej Izby Kontroli. – Praktyka stosowania ustawy o zamówieniach publicznych jest taka, że ponad 90 proc. przetargów, gdzie podmiotem zamawiającym jest instytucja samorządowa, jest rozstrzyganych wyłącznie w oparciu o jedno kryterium najniższej ceny.

Niezbędne, zdaniem prezesa NIK-u, jest też wprowadzenie definicji rażąco niskiej ceny. Choć już teraz na tej podstawie można wykluczyć firmę z przetargu, brakuje jednoznacznego sposobu identyfikowania oferty jako „rażąco niskiej”.

 – Brakuje definicji rażąco niskiej ceny, przy której wiemy na pewno, że wykonawca nie będzie w stanie wykonać inwestycji, chyba że z góry zakłada, że nie zapłaci podwykonawcom lub zerwie po jakimś czasie kontrakt. Brakuje pogłębionej oceny możliwości finansowych podmiotów startujących w przetargu. To wszystko musi być uwzględnione w toku prac, które trwają w Sejmie nad nowelizacją ustawy o zamówieniach publicznych – apeluje Kwiatkowski.

W listopadzie wyjdzie na jaw cała prawda o europejskich bankach

stress-testy-pol.png” alt=”CEO Magazyn Polska” />

Zaplanowane na ten rok stress-testy w europejskich bankach mają sprawdzić ich wypłacalność i zdolność do bezpiecznego działania w sytuacjach kryzysowych. Badania ujawnione zostaną w listopadzie i na ich podstawie będzie można określić kondycję sektora bankowego.  – Możliwe, że testy zidentyfikują bilionowy deficyt w całym europejskim systemie bankowym – prognozuje Chris Skinner, założyciel Financial Services Club. 

Stress-testy banków prowadzi się w Europie od 2010 roku. To efekt światowego kryzysu finansowego i problemów strefy euro. W wyniku problemów tego sektora zwiększono uprawnienia nadzoru finansowego i wprowadzono takie regulacje, jak Bazylea III – wyższe wymogi finansowe wobec banków i towarzystw inwestycyjnych, służące stabilizacji rynków finansowych.

 – Kiedy zaczęto przeprowadzać stress-testy, banki, szczególnie hiszpańskie, próbowały je ominąć w obawie przed porażką. I rzeczywiście, gdyby testy były bardziej rygorystyczne, nie przeszłyby ich – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Chris Skinner, założyciel Financial Services Club.

Podstawowym wskaźnikiem kondycji banku jest wskaźnik kapitału Tier I, który pokazuje stosunek kapitału banku do aktywów ważonych ryzykiem, czyli współczynnik wypłacalności. Został on ustalony na poziomie 6 proc. Szczegółowe wyniki testów w poszczególnych europejskich bankach będą znane w listopadzie.

 – Możliwe, że testy zidentyfikują bilionowy deficyt w całym europejskim systemie bankowym na podstawie wskaźnika kapitału Tier I – może on być wyższy niż ten wymagany w regulacji Bazylea III i innych – tłumaczy Chris Skinner.

W tym roku testom poddanych będzie 128 banków. Według założyciela Financial Services Club, 107 z nich przechodzi testy bardzo rygorystyczne; w niektórych planowane są rekonstrukcje – ich bilanse będą badane już po rekonstrukcji.

 – Dzięki wynikom testów będzie więcej transparentności w bilansach europejskich banków i prawdopodobnie zobaczymy eksplozję transakcji fuzji i przejęć. 128 banków znajdzie się na celowniku, ponieważ dzięki przejrzystości bilansów każdy będzie mógł sprawdzić ich kondycję i zastanowić się, czy warto dany bank kupić – twierdzi Chris Skinner.

Ocenia, że sektor bankowy w Polsce wciąż jest rozproszony – w większości krajów działają 3-4 banki, podczas gdy w Polsce o wiele więcej.

 – Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że PKO BP właśnie kupiło Nordea Bank, czyli przejęło 10. największy bank w Polsce, a mimo to wciąż działa tu dziesięć potężnych banków, w przyszłości z pewnością dojdzie do konsolidacji na rynku – podkreśla Chris Skinner.

Zdaniem eksperta polski rynek to prawdopodobnie najbardziej tętniący życiem rynek dla innowacji bankowych w Europie. Drugi, podobny to Turcja.

 – W obu państwach populacja osiągnęła masę krytyczną – w Polsce jest 40 mln ludzi, w Turcji 70 mln. W obu funkcjonuje całkiem nowy, młody konkurencyjny rynek bankowy, powstały po latach 90. – przekonuje Chris Skinner.

Jako przykłady przewodniczący Financial Services Club wskazuje Alior Bank i mBank, których modele biznesowe są na całym świecie uważane za innowacyjne.

Financial Services Club organizuje spotkania dla kadry zarządzającej sektora bankowego z ważnymi przedstawicielami branży. Spotkania odbywają się w Londynie, Wiedniu, Dublinie, Edynburgu, Sztokholmie, Oslo i Warszawie.

UE w tym roku zniesie krajowe zezwolenia dla operatorów telekomunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Już w lipcu tego roku mogą zniknąć krajowe zezwolenia dla operatorów telekomunikacyjnych w Unii Europejskiej. Zmiany wprowadzane przez Komisję Europejską ułatwią zwłaszcza małym operatorom wchodzenie na zagraniczne rynki z innowacyjnymi usługami, a polskie przedsiębiorstwa mogą być bardzo konkurencyjne ze względu na niskie koszty. Komisja liczy również na efekt w postaci większej konsolidacji rynku.

 – Jeżeli wszystko dobrze pójdzie w Parlamencie Europejskim, już w lipcu 2014 roku wejdzie w życie rozporządzenie Komisji Europejskiej stymulujące rozwój rynku komunikacji elektronicznej. Najważniejsze elementy tego rozporządzenia to jednolite zezwolenie europejskie dla operatorów działających na rynku europejskim. Nie będzie już trzeba w każdym kraju występować o zezwolenie do regulatora – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Katarzyna Nietyksza, prezes EFICOM-u i sprawozdawca opinii Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego na temat propozycji KE.

Nowe rozporządzenie oznacza, że operatorzy telekomunikacyjni, działający w którymkolwiek z 28 unijnych państw, będą mogli bez dodatkowych zezwoleń wejść na pozostałe unijne rynki. Zezwolenie z kraju, w którym jest siedziba operatora, będzie obowiązywało w całej UE. Dotyczy to zarówno już wydanych dokumentów, jak i przyszłych zgód.

Anna Nietyksza prognozuje, że nowe przepisy przede wszystkim uproszczą rynek. Dla małych operatorów może oznaczać to większe szanse na ekspansję międzynarodową. Mogą na tym skorzystać polscy operatorzy, którzy są tańsi niż firmy działające na innych europejskich rynkach. Pierwszym kierunkiem ekspansji przedsiębiorstw z Polski będą prawdopodobnie rynki państw ościennych.

 – Mniejsi operatorzy zaczną patrzeć poza granice kraju, może na początek na Europę Centralną i Wschodnią, ale powoli zaczną wychodzić dalej i oferować produkty, które już mają w sieciach – prognozuje prezes EFICOM-u. 

Z drugiej strony możliwa jest też zwiększona aktywność największych koncernów, które mogą chcieć przejmować mniejsze firmy.

 – Rynek z jednej strony będzie działał szybciej, w sposób uproszczony, procedury biurokratyczne będą dużo lżejsze i dużo bardziej dostępne albo ich po prostu nie będzie. Ale przede wszystkim nastąpi prawdopodobnie  i to jest oczekiwane przez Komisję Europejską konsolidacja rynku – ocenia Nietyksza.

Harmonizacji ulegną też przetargi dotyczące rezerwacji częstotliwości oraz wykorzystania infrastruktury. Na tym również mają skorzystać mali operatorzy.

 – Mniejsi operatorzy będą mogli korzystać z sieci już istniejącej, poprzez wirtualne produkty dostępu szerokopasmowego, szybciej pozyskiwać pozwolenia na częstotliwości, bo to będzie zharmonizowane. Teraz mamy przetargi w każdym kraju, jest to regulowane przez poszczególnych regulatorów, i to trwa długo – mówi Nietyksza.

Prognozuje, że rynek europejski rozwinie się teraz podobnie do amerykańskiego. Duzi operatorzy będą budować infrastrukturę i sieci bezprzewodowe, a mali skorzystają z niej i zaproponują nowe usługi. Małe i średnie przedsiębiorstwa zaczną działać na wielu rynkach, na początku w regionie, a potem w całej Europie. Nowa oferta oraz międzynarodowy zasięg pozwolą na szybki rozwój tego rynku, a co za tym idzie – na rozwój firm z sektora MŚP i w konsekwencji wzrost całej gospodarki.

 – Istotną barierą jest chęć bronienia się dużych operatorów przed zmianą. Każdy broni monopolu, teoretycznie już go nie ma, ale w praktyce duzi jednak mają dostęp większej liczby abonentów. Ale zmiany już są przesądzone – mówi Nietyksza. – Pozostaje tylko kwestia tego, by mali mieli wystarczająco dużo środków inwestycyjnych, by wyjść na rynek europejski i na nim działać.

Rozwiązaniem jest jednak finansowanie zewnętrzne. Prezes EFICOM-u podkreśla, że fundusze inwestycyjne i private equity już zwiększyły zainteresowanie rynkiem telekomunikacyjnym i liczą na szybki rozwój tego sektora.

Skotan otworzył innowacyjną instalację na terenie Zakładów Azotowych w Kędzierzynie

CEO Magazyn Polska

Otworzona w Kędzierzynie Koźlu instalacja badawcza pozwala produkować energię elektryczną przy wykorzystaniu gazów odpadowych. Eksperymentalny blok energetyczny o mocy ok. 1 MW w produkcji energii elektrycznej wykorzystuje wodór i inne gazy palne. Pozwala to na zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska i znaczne oszczędności.

 Projekt jest innowacyjny na skalę krajową – silniki wykorzystujące gazy odpadowe z instalacji chemicznej zmienne w składzie i w czasie pozwalają nam produkować energię elektryczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sobczak, wiceprezes Skotan SA, firmy, która uruchomiła instalację. – Mówiąc w uproszczeniu, wytwarzamy elektryczność z gazu traktowanego do tej pory jako odpad.

Wybudowany blok ma moc 1 MW. Jak podkreśla Wojciech Sobczak, produkcja energii elektrycznej to nie jedyny walor instalacji.

 – Dodatkowo w kogeneracji produkujemy wodę lodową, możemy produkować parę. Tego typu instalacja będzie odpowiadała zapotrzebowaniu zakładu, na terenie którego stanie. Dzięki temu potencjalna stopa zwrotu jest bardzo interesująca – mówi wiceprezes firmy Skotan. – Zainteresowanie rynku jest duże i mamy nadzieje na wdrażanie tej technologii na szeroką skalę.

Na razie jest to instalacja badawcza, ale Grupa Azoty wstępnie wyraża zainteresowanie wdrożeniem projektu.

 – Przy rozszerzeniu inwestycji istnieje szansa na to, by całość naszych gazów odpadowych z obszaru OXO była przerabiana na prąd – mówi Newserii Biznes Adam Leszkiewicz, prezes zarządu Grupa Azoty Zakłady Azotowe Kędzierzyn. – Zakładamy, że uda nam się pozyskać nowe środki finansowe i rozszerzyć skalę tego projektu. Dziś dysponujemy blokiem o mocy 1 MW, a docelowo chcemy, by było to 5 MW.

Budowa instalacji odbywa się w ramach projektu badawczo-rozwojowego „Wykorzystanie odpadowego wodoru do celów energetycznych”, którego koszt to 48,7 mln zł. 29,5 mln pochodzi z dofinansowania przyznanego Skotanowi przez PARP w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Budowa instalacji, która stanowi trzon tego projektu, trwała 10 miesięcy.

 – Wsparcie ze środków unijnych dla projektów badawczych sięga realnie ok. 70 proc. dofinansowania, ponieważ należymy do grupy małych i średnich przedsiębiorstw – wyjaśnia Sobczak. – Bez tego wsparcia nie moglibyśmy przystąpić do realizacji tego projektu.

Instalacja ma także swój walor ekologiczny. W przeciwieństwie np. do energii wiatrowej uzależnionej od wiatru, działanie instalacji opartej na gazie może regulować człowiek. Sprzyja to stabilizacji systemu energetycznego.

 – W tym projekcie chodzi o wykorzystanie całego posiadanego potencjału energetycznego – mówi Adam Zadorożny z West Technology & Trading Polska, głównego wykonawcy instalacji oraz projektu technologicznego instalacji. – Skoro odpady są spalane, to lepiej, by była z nich korzyść w postaci energii. Chodzi też o to, by powstające w wyniku spalania substancje były zdecydowanie mniej szkodliwe.

Istotną zaletą instalacji jest jej elastyczność, co jest niezmiernie ważne przy wykorzystaniu odpadów procesowych, gdyż ich ilość i skład ulega dużym wahaniom w czasie. Instalacja może być włączana i wyłączana w każdej chwili.

Choć polskie firmy chemiczne na badania i rozwój przeznaczają znacznie mniej niż światowi konkurenci, to kwoty te stale rosną.

 – Z roku na rok mamy coraz większą świadomość, że dzisiaj nasza pozycja konkurencyjna na rynku zależy od innowacyjności – mówi Adam Leszkiewicz. – Dlatego też w samej Grupie Azoty będziemy dążyć, by 1 proc. przychodów przeznaczać na badania i rozwój. To kilkadziesiąt milionów złotych na współpracę ze środowiskami naukowymi różnego typu bądź budowę własnych laboratoriów.

Niemieckie samochody używane wciąż najpopularniejsze wśród Polaków. Coraz częściej kupowane są auta na benzynę zamiast aut z silnikami diesla

CEO Magazyn Polska

Niemieckie samochody cieszą się największą popularnością wśród Polaków. Prym wiodą Volkswagen, Audi i BMW. W ubiegłym roku po raz czwarty z rzędu Volkswagen Golf był najczęściej poszukiwanym modelem wśród aut używanych w serwisie otoMoto.pl. Dla osób szukających samochodów z drugiej ręki wciąż najważniejszym kryterium jest cena. I choć najpopularniejsze są auta w przedziale do 10 tys. zł, to wzrosło zainteresowanie autami droższymi, do 20 tys. zł.

Zestawienie dziesięciu najczęściej poszukiwanych marek aut używanych zdominowały koncerny niemieckie: Volkswagen, Audi i BMW.

 – W 2013 roku najpopularniejszym samochodem wśród Polaków szukających używanych aut był Volkswagen Golf. Jest to niezmienne już od 4 lat. Na drugim miejscu uplasowało się Audi A4, a na trzecim – Volkswagen Passat – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Dobrołęcki, dyrektor serwisu otoMoto.pl.

Podobnie jak w poprzednich latach najwięcej osób było zainteresowanych Volkswagenem Golfem. Wynik lidera to 4,6 mln wyszukań (o 1 mln więcej niż przed rokiem). Użytkownicy otoMoto.pl najczęściej poszukiwali tego modelu z 2008 r., w kolorze czarnym i z silnikiem benzynowym.

Auta z innych krajów niż Niemcy są mniej popularne – dopiero szóstym najczęściej wyszukiwanym autem była Skoda Octavia (choć producent należy do koncernu VW), a dwa miejsca dalej uplasowała się Honda Civic. 

 – Popularność aut niemieckich jest poparta latami doświadczeń. Wiele takich samochodów jeździ po ulicach, co świadczy o tym, że wiele osób je wybiera i są one niezawodne. Jest to poparte także sprzedażą, zarówno w plebiscycie aut używanych, jak i nowych. Marka Volkswagen zajmuje drugie miejsce w kraju pod względem liczby rejestrowanych samochodów nowych – mówi Paweł Murszewski z VW Group.

Statystki serwisu wskazują, że zmieniają się preferencje klientów co do napędu auta. W poprzednich latach popularniejsze były modele używane z silnikami diesla, ale wzrost ceny oleju napędowego (z 4 zł w 2010 r. do 5,8 zł w styczniu br.) spowodował, że zainteresowanie tym rodzajem napędu spada. W roku 2012 straciły one 17 proc. udziałów we wszystkich zapytaniach. W roku 2013 spadły do poziomu niespełna 35 proc.

 – Popularność diesla wynikała głównie z tego, że konsumenci na rynku polskim szukali samochodów ekonomicznych, a cena paliwa pozwała na zaoszczędzenie na kosztach eksploatacji. W tym momencie trend cenowy, jeśli chodzi o olej napędowy i benzynę bezołowiową jest podobny. Różnica w cenie tych paliw praktycznie nie istnieje – podkreśla Michał Roszkowski z TNS Polska. – Powracająca popularność silników benzynowych może się nasilać, bo koncerny starają się, by nowe były coraz bardziej ekonomiczne.

Dobrym sygnałem dla rynku są większe kwoty przeznaczane na zakup aut używanych. Choć wciąż najpopularniejszym przedziałem cenowym są kwoty do 10 tys. zł i do 5 tys. zł, to w ubiegłym roku więcej osób było zainteresowanych autami w przedziale cenowym 20-25 tys. zł.

W przypadku samochodów dostawczych również dominują producenci niemieccy – Mercedes i Volkswagen. Ale wśród nowych aut największą popularnością cieszyła się Skoda Octavia. Popularny czeski model wyprzedził w ubiegłym roku rumuńską Dacię Duster (producent należy do koncernu Renault).

Serwis otoMoto.pl po raz kolejny przygotował ranking w oparciu o dane z wyszukiwarki samochodów na tej stronie. Podstawą do stworzenia klasyfikacji było ponad 460 milionów zapytań internautów i ponad 9 milionów ofert w serwisie.

Zagraniczni klienci coraz częściej szyją u polskich krawców

CEO Magazyn Polska

Pracowniom krawieckim przybywa klientów. Najczęściej zamawiający zlecają uszycie garniturów ślubnych, płaszczy i smokingów. Wśród klientów coraz częściej pojawiają się przyjezdni z zagranicy, m.in. z Anglii i Niemiec. Na Zachodzie szycie na miarę, choć bardzo popularne, jest dużo droższe niż w Polsce.

Zainteresowanie krawiectwem na miarę z roku na rok rośnie. Do pracowni często przychodzą klienci, którzy mają niesymetryczną sylwetkę i trudno im znaleźć ubranie w sieciowych sklepach.

 – Są różni klienci, od wysokich do bardzo niskich, od dobrze zbudowanych do bardzo szczupłych. Najczęściej zamawiają garnitury ślubne – mówi Józef Błoński, właściciel jednej z najstarszych warszawskich pracowni krawieckich.

W polskich pracowniach krawieckich coraz częściej pojawiają się także klienci z zagranicy. Ceny nie są bowiem jeszcze tak wysokie, jak w innych krajach zachodnich. Za uszycie garnituru trzeba zapłacić od 2,5 tys. zł, za płaszcz – od 300 zł, za koszulę męską – ok. 400 zł. Panie za uszycie spódnicy zapłacą ok. 200 zł, za żakiet – ok. 300 zł.

Osoby, które składają zamówienie w pracowni krawieckiej, chcą mieć pewność, że strój będzie idealnie pasował lub będzie ich wyróżniał. Z kolei ci, którzy mają niesymetryczne kształty, mogą liczyć na to, że uszyte ubranie, poprawi ich sylwetkę.

 – Przy nierównych ramionach można je wyrównać poduszkami. Natomiast, żeby wyrównać sylwetkę, można jedną stronę zwęzić, drugą nieco rozszerzyć. Jeśli ktoś ma wyższe biodro, to nogawkę nie robi się na dole dłuższą tylko wyrównuje się biodrem i wtedy optycznie wygląda równo – zdradza krawieckie tricki w rozmowie z agencją Newseria Lifestyle Józef Błoński.

Pracownie krawieckie od lat są popularne w Anglii, Francji, Niemczech i we Włoszech. W Londynie na ulicy Savile Row klienci mają do wyboru ok. 30 prywatnych krawców. Z takich usług korzystają często politycy, dyplomaci oraz ludzie ze świata show-biznesu.

Fundusz Mieszkań na Wynajem przyciąga deweloperów. Widzą w nim szansę na zwiększenie sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Bank Gospodarstwa Krajowego planuje poprzez Fundusz Mieszkań na Wynajem wykupić w największych polskich miastach całe budynki mieszkalne i udostępnić lokale wynajmującym na preferencyjnych warunkach. Nie wyklucza, że oprócz kupowania gotowych inwestycji, będzie również zamawiać je u deweloperów. W rządowym projekcie udział zapowiada firma ROBYG. Deweloper ten w ubiegłym roku sprzedał najwięcej mieszkań w Polsce.

 – Wprawdzie nie wiemy jeszcze, jaki będzie ostateczny kształt tego projektu, ale mieliśmy już wstępne rozmowy i sądzimy, że ten program może być również śmiało przez nas realizowany – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Wojciech Okoński, prezes zarządu firmy ROBYG.

Deweloper ma w swojej ofercie również mieszkania w ramach rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”, który wszedł w życie z początkiem tego roku. Prezes podkreśla, że cieszy się ona dużym zainteresowaniem klientów. 

 – Zarówno na targach, jak i w biurach sprzedaży obserwujemy rozmowy wielu młodych osób, które pytają się o ten program i możliwość zakupu mieszkania z wykorzystaniem subsydiów rządowych. I w dużym stopniu te mieszkania są kupowane – zaznacza Okoński.

Firma deklaruje, że chciałaby przynajmniej utrzymać, a w perspektywie być może poprawić wynik z roku 2013, który był rekordowy pod względem liczby sprzedanych lokali (1731 mieszkań), a to wymaga rozszerzenia działalności. Dlatego też obok uruchamiania kolejnych inwestycji w Warszawie i Gdańsku, deweloper rozważa w ciągu najbliższych lat rozpoczęcie realizacji budowy mieszkań we Wrocławiu. Planuje zakup większej działki, aby mieć odpowiednią skalę działalności.

 – Chcielibyśmy utrzymać tę liczbę mieszkań, którą udało nam się sprzedać w ubiegłym roku. Wprowadzamy do budowy w tym roku ponad 2500 mieszkań. Sprzedaż w styczniu i lutym szła bardzo dobrze, więc trend z zeszłego roku jest kontynuowany – przyznaje Okoński.

Największym zainteresowaniem wśród klientów cieszyły się w 2013 roku mieszkania dwu- i trzypokojowe, jednak, jak zaznacza prezes firmy ROBYG, wielkość tych lokali musiała być dopasowana do możliwości klienta.

 – Czyli dwupokojowe mieszkania nieprzekraczające 48 metrów kwadratowych, a trzypokojowe dochodzące do 60 metrów kwadratowych. Połączenie dobrej lokalizacji i wysokiego standardu był opcją najbardziej rozchwytywaną – mówi Okoński.

Podobnie wygląda sytuacja na rynku w tym roku. Jeśli jednak tendencje będą się zmieniać, firma będzie się do nich dostosowywać. Zwłaszcza że obecnie można zaobserwować większy popyt.

 – W zeszłym roku sprzedało się bardzo dużo mieszkań w systemie deweloperskim. Sądzimy, że klienci dojrzeli do realizacji swoich zamiarów zakupowych. Zapotrzebowanie fundamentalne w Polsce jest oceniane na około 1 mln nowych mieszkań, a produkujemy rocznie między 30 a 50 tysięcy. Oczywiście chodzi też o to, by klienci mieli wystarczająco dużo pieniędzy i otrzymywali kredyty, to taki ogranicznik, który będzie wyznaczał liczbę sprzedawanych rocznie mieszkań. My jednak jesteśmy zadowoleni z rozwoju rynku – podsumowuje Okoński.

Pierwsza podwyżka stóp procentowych możliwa w listopadzie. Odsunąć ją w czasie może sytuacja na Ukrainie

CEO Magazyn Polska

Pierwsza podwyżka stóp procentowych może nastąpić jeszcze w tym roku – w listopadzie – na to, zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Credit Agricole, wskazuje projekcja inflacyjna Narodowego Banku Polskiego. Termin ten może jednak zostać przesunięty o kilka miesięcy z powodu rozwoju wydarzeń na Ukrainie.

 – Jeśli ożywienie w Polsce będzie się utrwalać, jeśli wzrost gospodarczy będzie przyspieszał, a negatywny wpływ sytuacji gospodarczej i politycznej na Ukrainie na polską gospodarkę będzie niewielki, jest szansa, że pierwszą podwyżkę stóp procentowych zobaczymy jeszcze w tym roku w listopadzie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Jak podkreśla, na to może wskazywać marcowa projekcja inflacji Narodowego Banku Polskiego. 

 – Ta analiza pokazuje, że inflacja bardzo powoli będzie wracać do celu inflacyjnego, do 2,5 proc. Ten powrót nastąpi w zasadzie w drugiej połowie 2016 roku. To jest perspektywa na dziś, dość odległa, ale pod koniec tego roku to będzie już perspektywa, która zmieści się w tak zwanym horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej, a więc w okresie 5-7 kwartałów – uważa Jakub Borowski.

Według ostatnich danych GUS, w styczniu ceny wzrosły o 0,7 proc. Dziś opublikuje dane za luty.

Scenariusz podwyżek może się jedna odsunąć w czasie z powodu rozwoju wydarzeń na Ukrainie. W opinii ekonomisty, jeśli przez najbliższe miesiące nie dojdzie do ustabilizowania się sytuacji, RPP może wstrzymać się z podwyżkami do I kwartału 2015 roku, prawdopodobnie do marca.

 – Bardzo ważnym elementem, który będzie wiązał ręce Radzie Polityki Pieniężnej, będzie wpływ sytuacji na Ukrainie na ceny w Polsce, w szczególności na ceny żywności. Dynamika tych cen z powodu kryzysu ukraińskiego może być niższa o około 0,3-0,5 punktu procentowego w II połowie roku – prognozuje Jakub Borowski.

A to by oznaczało, że do końca roku inflacja pozostanie poniżej celu inflacyjnego, a nawet poniżej dopuszczalnego dolnego odchylenia. Cel inflacyjny to 2,5 proc. plus minus 1 pkt proc.

 – To jest scenariusz, w którym bardzo trudno sobie wyobrazić podwyżkę stóp procentowych w tym roku – wyjaśnia Borowski.

PISM: Krym straciłby na odłączeniu się od Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Na oderwaniu Krymu od Ukrainy i możliwym przyłączeniu do Rosji najbardziej straciliby mieszkańcy półwyspu uważa ekspert PISM. Region jest obecnie uzależniony od Ukrainy i przemysłu turystycznego, a konflikt po niedzielnym referendum może ciągnąć się przez wiele lat, co spowoduje odpływ turystów. Region dla Ukrainy nie ma znaczenia gospodarczego, ale bardzo duże polityczne i militarne.

 – Obawiam się, że Krym po tym referendum i po najbardziej prawdopodobnym scenariuszu, czyli przyłączeniu półwyspu do Rosji, stanie się strefą kolejnego zamrożonego konfliktu na obszarze poradzieckim. Będzie czymś podobnym do Naddnieprza, Abchazji czy Osetii Południowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Zasztowt, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – To oczywiście będzie miało najgorsze skutki dla mieszkańców tego regionu, którzy żyją z turystyki, i w tym momencie oczywiście turyści już przestaną przyjeżdżać na Krym.

Zasztowt podkreśla, że Krym ma wyjątkowy status w obrębie Ukrainy. Jest regionem autonomicznym z własnym parlamentem i rządem, ma także możliwość stanowienia własnego prawa, które nie może być jednak sprzeczne z ukraińskim. Mimo to półwysep jest gospodarczo niemal całkowicie uzależniony od Kijowa – przez wąski Przesmyk Perekopski na Krym dostarczane są gaz oraz woda pitna, biegną tamtędy również wszystkie drogi łączące półwysep z Ukrainą.

Dlatego jeśli w niedzielnym referendum mieszkańcy Krymu zadecydują o odłączeniu go od Ukrainy, co może doprowadzić do włączenia półwyspu do Rosji, gospodarka Krymu ucierpi znacznie bardziej niż ukraińska.

 – Krym jest stosunkowo biednym regionem i raczej dostaje subwencje z rządu centralnego w Kijowie, nie jest rejonem dochodowym z punktu widzenia ukraińskiego budżetu. Natomiast już w czasach radzieckich i wcześniejszych region słynął jako niezwykle atrakcyjny turystycznie, który potencjalnie w przyszłości mógłby się rozwinąć jako region turystyczny, przynoszący duże zyski, również z punktu widzenia ukraińskiego budżetu – mówi Zasztowt.

Podkreśla, że są to jednak spekulacje dotyczące przyszłości, podobnie jak rozważania na temat dostępności gazu i ropy naftowej w szelfie otaczającym Krym. Choć trwają analizy, na razie nie wiadomo, czy wydobycie będzie się opłacało. Zasztowt zauważa jednak, że z punktu widzenia Ukrainy to ważny czynnik, bo kraj mógłby częściowo uniezależnić się od Rosji.

Jednak ważniejsze od czynników gospodarczych i energetycznych w konflikcie na Krymie są te polityczne, militarne i symboliczne. Rosja jest zainteresowana półwyspem nie tylko dlatego, że 60 proc. mieszkańców to etniczni Rosjanie, lecz także z uwagi na bazę Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.

Możliwe odłączenie Krymu od Ukrainy, którego zapewne nie uznają ani władze w Kijowie, ani w stolicach europejskich, mogłoby na długi czas zaważyć na stosunkach Ukrainy z Rosją.

 – Odłączenie regionu krymskiego nie wpłynie na pogorszenie sytuacji gospodarczej na Ukrainie, która jest bardzo zła niezależnie od kryzysu krymskiego. Głównym problemem będą stosunki z Rosją, ponieważ każdy kolejny rząd, niezależnie od tego, czy to będzie rząd bardziej czy mniej proeuropejski, będzie musiał sobie poradzić z problemem, jak ukształtować relacje z sąsiadem, który okupował i przyłączył część terytorium Ukrainy – podkreśla Zasztowt.

Prognozuje, że niezależnie od statusu Krymu, niedzielne referendum oznacza początek napiętej sytuacji między Ukrainą i Rosją, która może potrwać nawet dziesiątki lat. Porównuje sytuację do historii Naddnieprza – terytorium Mołdawii będącego quasi-niepodległym terytorium ściśle związanym z Rosją, oraz Abchazji i Osetii Południowej – dwóch terytoriów uznawanych przez większość państw świata za należące do Gruzji, a kontrolowane przez Rosję od 2008 r.

Ile polska firma jest w stanie oszczędzić na e-fakturze?

Nawet 70% – tyle kosztów mniej poniesie przedsiębiorca wysyłający faktury elektroniczne. Tym samym dziwi fakt, że tylko niewielki odsetek polskich firm korzysta z tej formy dystrybucji dokumentów rozliczeniowych. A przecież każdy 1000 e-faktur to oszczędność rzędu 2 800 zł w stosunku do faktury papierowej!

Im więcej rachunków wystawiamy w skali miesiąca, tym większe oszczędności możemy osiągnąć dzięki e-fakturze. Korzystając z tej formy dystrybucji dokumentów eliminujemy kosztowne pozycje, takie jak chociażby opłaty pocztowe, konieczność zakupu papieru i kopert, ponoszenia kosztów eksploatacji urządzeń drukujących czy kopertujących, nie wspominając o nakładach pracy związanych z przygotowywaniem papierowej korespondencji. Fakty te są istotne zarówno w przypadku korporacji wysyłającej tysiące faktur miesięcznie, jak i małej firmy, której właściciel zajmuje się nie tylko bieżącą działalnością, ale także rozliczaniem kontrahentów.

1,2 zł za jedną e-fakturę

Szacuje się, że całkowity koszt obsługi faktury papierowej to ok. 4 zł, tymczasem jak pokazują dane udostępnione przez platformę do dystrybucji e-faktur billbox.pl, to ok. 70% więcej niż kwota potrzebna na przygotowywanie i dystrybucję e-faktury. Wysyłając w skali miesiąca przykładowe 1000 faktur elektronicznych, możemy zaoszczędzić nawet 2 800 zł! Mimo że polscy przedsiębiorcy wystawiają średnio 1,5 mld faktur rocznie, tylko 8-11% z nich korzysta z e-faktury (dane Lewiatan, 2012 rok). Skąd wynika ta niechęć?

– Jednym z powodów może być konieczność spełniania określonych wymogów, niezbędnych do tego, aby e-faktura była ważna i wiążąca. Ustawodawca określa, że taki dokument musi być przesłany w formie zapewniającej autentyczność pochodzenia, integralność jego treści oraz czytelność – tłumaczy Piotr Szambelańczyk z billbox.pl. Zauważmy, że od początku 2013 roku przedsiębiorcy nie muszą zasłaniać się koniecznością uzyskania pisemnej akceptacji od klienta na wystawianie e-faktury, ponieważ wystarcza słowna deklaracja z jego strony. Co więcej, wystawiający może przesłać odbiorcy e-fakturę bez wcześniejszego porozumienia się, a jeżeli ten ją opłaci – uznaje się ten fakt za zgodę na zaproponowaną formę rozliczenia.

Jeżeli przepisy są dla przedsiębiorcy nadal niejasne, może skorzystać z dostępnych platform online przeznaczonych do dystrybucji faktur internetowych oraz płatności dokonywanych w sieci. Takie rozwiązanie z jednej strony skraca czas potrzebny na wysyłkę rachunków, z drugiej – zmniejsza ponoszone przez przedsiębiorcę koszty. Odbiorca otrzymuje powiadomienie sms lub mailowe o przesłanej fakturze oraz możliwości jej uregulowania poprzez system płatności online PayByLink lub tradycyjny przelew. Każdą taką e-fakturę można zapisać na dysk lub wydrukować, można także ustawić przypomnienia o zbliżającym się terminie płatności. Dodajmy, że wystawca faktur ma możliwość generowania raportów dotyczących wysyłanych i otrzymywanych dokumentów oraz rachunków, a także ma bieżący dostęp do informacji o wszystkich wykonanych płatnościach. Taka platforma to także oszczędności wynikające z możliwości archiwizacji ważnych plików w formie elektronicznej bez konieczności generowania niezliczonych ilości dokumentów papierowych.

Pamiętajmy, że nie warto iść na skróty, wysyłając e-faktury zwykłą, niezabezpieczoną pocztą e-mail oraz bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Taki dokument dla odbiorcy nie zawsze będzie w pełni wiarygodny, nie mówiąc już o problemach z samą skutecznością doręczeń czy ograniczonymi funkcjonalnościami dla wystawiającego.

Korzyści nie tylko dla przedsiębiorcy

E-faktury to ułatwienie nie tylko dla przedsiębiorcy, ale również klientów, dla których elektroniczne rozliczanie jest szybsze i wygodniejsze niż tradycyjna forma płatności. Jako wady faktur papierowych wskazują także negatywny wpływ na środowisko naturalne, kłopoty związane z koniecznością ich przechowywania i ryzykiem zgubienia oraz brak w pewności w otrzymaniu faktury na czas.

Wprowadzając e-faktury zyskują wszystkie trzy strony – przedsiębiorcy korzystający z narzędzi, które ułatwiają obsługę księgową oraz oszczędzają czas i pieniądze, klienci mający pewność, że otrzymają rachunek na czas, a także środowisko naturalne, ponieważ e-faktura to mniejsze wycinki drzew, zanieczyszczenia wody pitnej i emisja dwutlenku węgla. Obok kalkulacji czysto finansowych, to najważniejsze argumenty, które powinny przekonać każdego przedsiębiorcę w Polsce do rezygnacji z tradycyjnych faktur papierowych na rzecz elektronicznej formy rozliczeń.

Źródło: materiały prasowe www.billbox.pl

Artykuł opracowany przy współpracy z TM Solutions Agencja Pracy

Jak pracować krócej i zrobić w tym czasie więcej?

Wielu pracowników w Polsce boryka się z problemem chronicznego przepracowania. Spędzają w biurze po kilkanaście godzin dziennie, zabierają pracę do domu i nawet w swoim wolnym czasie nie są w stanie zrezygnować np. z systematycznego sprawdzania służbowej poczty. Ich zdaniem tego typu działania nastawione są na poprawę efektywności. Jak się jednak okazuje, paradoksalnie często by zrobić więcej należy robić mniej – dużo bowiem zależy od prawidłowej organizacji czasu.

Praca bez wątpienia stanowi nieodłączny element naszej codzienności. Statystycznie w ciągu całego życia spędzamy w niej łącznie nawet 40 lat. I tak naprawdę to tylko od nas zależy, czy czas ten minie nam w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na koniec pracy, weekend lub wakacje, czy też może sprawimy, by każdy kolejny dzień był pełen wyzwań i satysfakcji.

Druga z tych opcji bez wątpienia wydaje się być dużo bardziej atrakcyjna. Osiągnięcie tego może się jednak okazać trudne bez wcześniejszej poprawy naszej wydajności. A tu kluczem do sukcesu będzie odpowiednie planowanie swojego czasu.

Kiedy mniej znaczy więcej

– Jeśli często budzimy się zmęczeni, pomijamy śniadanie, a później w porze lunchu rzadko opuszczamy swoje stanowisko, biegamy z jednego spotkania na drugie bez choćby chwili przerwy czy też wychodzimy z biura znacznie później, niż byśmy chcieli, a mimo to w domu kontynuujemy pracę, to bez wątpienia mamy kłopot z organizacją swojego czasu – mówi Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

I rzecz jasna, wcale nie jesteśmy w tym odosobnieni. Na całym świecie w dużym tempie rośnie liczba osób mających trudności z pogodzeniem ze sobą wysokich oczekiwań stawianych przez przełożonych z normalnym, zdrowym rytmem dnia.

– Paradoksalnie, najlepszym sposobem, by ostatecznie zrobić więcej, jest robić mniej. Naszą biurową wydajność znacząco poprawić bowiem mogą np. wysiłek fizyczny (jako przerwa w pracy umysłowej), krótka drzemka, każda minuta spędzona poza biurem, a także częstsze niż tylko weekendowe odpoczynki – dodaje Frątczak.

Niezależnie od miejsca pracy warto więc odejść od myślenia w stylu „im więcej czasu na to poświęcę, tym lepsze osiągnę rezultaty” i skupić się wyłącznie na poszukiwaniu efektywnych rozwiązań.

Więcej śpisz – lepiej pracujesz

O tym, że może to nie być łatwe zadanie, w dużej mierze decydują zakorzenione w nas przeświadczenia. Odpoczynek w żaden sposób nie kojarzy nam się z pracą, a większość pracodawców uważa go wręcz za zwyczajną stratę czasu. Często też nagradza się osoby najczęściej i najdłużej zostające po godzinach.

Więcej czasu spędzonego w pracy zwykle oznacza jednak, że krócej śpimy, a niewystarczająca ilość snu przekłada się przecież na nasze osiągnięcia i wydajność. Co więcej, liczne badania pokazują, że mniej niż 6 godzin snu na dobę znacząco zwiększa ryzyko pojawienia się wypalenia zawodowego.

– Z całą pewnością nie warto więc rezygnować z właściwej dla naszego organizmu ilości snu. Naszą efektywność wspomóc też mogą krótkie (trwające około15-30 minut) drzemki w ciągu dnia – podpowiada właściciel CEO Solutions.

Planuj swój dzień efektywnie

Każdy organizm ludzki posiada genetycznie zakodowaną potrzebę odnawiania energii. Nikt z nas nie został „zaprogramowany” na ciągłe jej wytwarzanie – działamy raczej na zasadzie balansowania pomiędzy zużywaniem i odnawianiem zasobów energetycznych.

W ciągu zwykłego dnia ze stanu czujności do stanu zmęczenia przechodzimy stopniowo średnio co 90 minut. Nasze ciało z całą pewnością da nam o tym znać, o ile nie zagłuszymy go kofeiną, hormonami stresu czy adrenaliną.

– Kluczem do zwiększenia produktywności może zatem być praca w trwających 90 minut, przeplatanych przerwami cyklach. Należy przy tym unikać całkowitego wyczerpania organizmu i ograniczać swoje wysiłki do poziomu, który pozwoli na kolejny dzień zregenerować się w 100% – mówi Grzegorz Frątczak.

Cykle te stanowić mogą także idealne narzędzie do projektowania swojego czasu. Pozwalają bowiem na bieżąco kontrolować ilość chwil spędzanych w pracy, nie pomijając przy tym niezbędnego odpoczynku.

Nierzadko zdarza się również, iż podczas takich przerw spędzonych np. na bieganiu w naszej głowie rodzą się najlepsze pomysły. Wyjście z biura może więc przynieść nawet kilkukrotną poprawę poziomu efektywności i w konsekwencji dać nam znacznie więcej wolnego czasu.

Urlop bez telefonu

W ostatecznym rozrachunku energia, z jaką pracownicy przychodzą do firmy jest zdecydowanie ważniejsza niż to, ile godzin w niej spędzą, a odpowiednie zarządzanie czasem zarówno swoim, jak i reszty zespołu pozwoli wykonać więcej zadań w krótszym czasie.

Z całą pewnością warto więc swoje biuro zmienić w miejsce przyjazne odnawianiu zasobów energetycznych np. poprzez stworzenie pokoju przeznaczonego wyłącznie do relaksu. Dobrym pomysłem może być także wprowadzenie zasady, że dzień pracy kończy się np. o 18:00 i później nikt nie musi odbierać e-maili czy telefonów.

– Tych ostatnich z całą pewnością należy unikać także podczas urlopów. Gdy pracujemy – dajemy z siebie wszystko, ale gdy odpoczywamy, nasze myśli nie powinny koncentrować się na sprawach służbowych – dodaje na koniec trener zarządzania czasem.

Samochody w małej firmie – jak wybrać optymalne rozwiązanie?

Większość firm handlowych działających w Polsce nie mogłaby funkcjonować nie mając do dyspozycji określonej liczby samochodów. I tak, jak zapotrzebowanie to zwykle nie podlega dyskusji, to już sam sposób stworzenia floty służbowych pojazdów, może się różnić w zależności od indywidualnych potrzeb czy możliwości. Zanim więc podejmiemy jakąkolwiek decyzję, warto poznać wady i zalety wszystkich dostępnych rozwiązań.

Mimo dynamicznego rozwoju handlu elektronicznego i coraz większej ilości transakcji zawieranych na odległość, wciąż istnieje wiele przedsiębiorstw, u podstaw działania których stoi grupa odpowiednio wyszkolonych przedstawicieli handlowych.

– Pracownicy ci, rozsiani zwykle niemalże po całym kraju, są też przeważnie dysponentami określonej liczby samochodów. Stworzenie i nadzór nad taką flotą to zadanie, przed którym stanąć zatem muszą osoby zarządzające daną firmą – mówi Łukasz Bazarewicz prezes zarządu Grupy Martom, która jest m.in. właścicielem serwisu AlejaOpon.pl czy Centrum Motoryzacyjnego Martom

Niestety, w tym przypadku trudno o wyjście idealne. Niezależnie bowiem od tego, czy wybierzemy zakup aut, czy też może ich długoterminowy wynajem, zmierzyć się będziemy musieli z określonymi wadami każdego ze sposobów zbudowania i zarządzania taborem samochodowym w przedsiębiorstwie.

Full Service Leasing – drogo, ale stabilnie

Pierwsze z wspomnianych rozwiązań, zwane także Full Service Leasing, to nic innego jak operacyjny leasing pojazdów, w skład którego wchodzi szereg dodatkowych usług. Opcja ta jest szczególnie polecana firmom użytkującym nieco wyższą liczbę aut.

– W tym przypadku oczywistą zaletą jest brak konieczności angażowania środków własnych. Co równie ważne, wszystkie czynności związane z serwisem pojazdów przeniesione zostają na firmę wynajmującą, przedsiębiorca nie musi zatem dodatkowo płacić za naprawy czy np. systematyczne wymiany opon – dodaje Łukasz Bazarewicz.

Z brakiem owego obowiązku wiąże się także znaczne uproszczenie procedur księgowych. Wszelkie koszty związane z utrzymaniem samochodu zawarte są bowiem w jednej racie, a to gwarantuje firmom zminimalizowanie ilości dokumentacji przy jednoczesnej pewności co do wysokości comiesięcznych zobowiązań i bezpieczeństwa w zakresie używania zawsze w pełni sprawnych aut.

Wynajem długoterminowy ma też jednak pewne minusy. Warto bowiem uświadomić sobie, że pojazd będący w naszej dyspozycji przez cały okres trwania umowy pozostaje własnością firmy leasingowej. Nie da się także ukryć, że rozwiązanie to jest dość drogie – pod uwagę musimy tutaj wziąć niemałą przecież opłatę uiszczaną podmiotom wynajmującym.

– Oprócz tego, w przypadku kradzieży czy też dużej szkody skutkującej utratą samochodu, obowiązek płacenia rat nie znika. W skrajnym przypadku może się więc zdarzyć tak, że przez kilka lat będziemy ponosić koszt mimo braku możliwości użytkowania auta – przestrzega przedstawiciel Grupy Martom.

Flota firmowa – koszty, których nie widzimy

Alternatywą dla Full Service Leasingu zwykle jest samodzielne stworzenie floty służbowych pojazdów. Te zakupione mogą zostać za gotówkę lub też na kredyt. Rozwiązanie to z wielu względów jest szczególnie popularne w znacznie mniejszych firmach.

W tym przypadku liczyć z całą pewnością możemy na nieco niższe koszty. Niestety, te będą widoczne jedynie wówczas, gdy sami zadbamy o zarządzanie naszymi samochodami. Możliwe to będzie jednak jedynie w sytuacji, gdy wszystkie auta znajdują się w jednym mieście.

– Nadzór nad takim taborem wymaga dużych nakładów czasu własnego. W niektórych przypadkach opłacalne może się więc okazać zatrudnienie odpowiednio wykwalifikowanej osoby na stanowisko menedżera floty – podpowiada prezes.

Jeśli bowiem standardową eksploatację aut postanowimy powierzyć naszym pracownikom, narażamy się na ogromne straty finansowe. Ci bowiem niezwykle często świadomie zawyżają koszty wszelkich napraw służbowych samochodów, a my nie posiadamy absolutnie żadnej możliwości ich
skontrolowania.

Trzecia droga

Co jednak w przypadku, gdy nasze przedsiębiorstwo potrzebuje średniej liczby aut? Z jednej strony pojazdów tych jest zbyt dużo i sam właściciel firmy nie jest w stanie o taką flotę zadbać, z drugiej zaś nie opłaca się jeszcze zatrudnianie dedykowanego pracownika czy też skorzystanie z oferty wynajmu długoterminowego.

Z całą pewnością na rynku motoryzacyjnym brakuje w tej chwili rozwiązania pośredniego. Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorcy z tego typu dylematem już na zawsze zostaną pozostawieni sami sobie:

– Prace nad stworzeniem specjalnej aplikacji flotowej, pozwalającej na rozsądne zarządzanie nawet niewielką liczbą samochodów w firmie, idą pełną parą – mówi Łukasz Bazarewicz z Grupy Martom.
I dodaje: Nasza propozycja, która niebawem zostanie zaprezentowana, zapewni przedsiębiorcom dogodne warunki obsługi, a współpraca z szeregiem serwisów partnerskich w całej Polsce sprawi, że będą one realizowane w ramach jednej umowy i opłacane na jednej fakturze.

OECD zawiesza rozmowy o członkostwie z Federacją Rosyjską

Rada Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zawiesza rozmowy z Rosją w sprawie jej członkostwa w Organizacji. Dziś decyzja ta została przekazana władzom rosyjskim. Jednocześnie Rada OECD zadeklarowała potrzebę wzmocnienia współpracy z Ukrainą, szczególnie że Ukraina zgłosiła ponownie w zeszłym tygodniu  wniosek o znalezienie się w kręgu tej elitarnej organizacji. Rosja zabiegała o członkostwo w OECD od 7 lat. 

 – OECD po posiedzeniu Rady, która miała miejsce wczoraj, na wniosek dziekana Rady polskiego ambasadora, zawiesiła postępowanie w ramach ewentualnego przyjęcia Federacji Rosyjskiej do OECD – poinformował agencję informacyjną Newseria Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Podkreśla, że jest to ważny sygnał, który pokazuje, że następuje swojego rodzaju ostracyzm w stosunku do takich działań ze strony władz Rosji, które nie spełniają kryteriów demokracji, liberalnego, wolnego handlu, gwarancji stabilności przepisów prawa.

 – Organizacja daje swój sygnał, co z pewnością będzie miało również znaczenie w innych relacjach związanych z Federacją Rosyjską i kształtowanych na podstawie tak budowanego poglądu – mówi Olgierd Dziekoński.

Rosja bardzo mocno zabiegała o uczestnictwo w OECD. Od 7 lat była w procesie przystępowania do tej organizacji, który wymagał spełnienia 200 standardów, ustalonych przez tę organizację.

 – Warto zauważyć, że w trakcie wizyty poniedziałkowej pana Gurrii w Pałacu Prezydenckim w Polsce, była podnoszona kwestia poszerzenia wsparcia tej organizacji na rzecz Ukrainy. Również prezydent Bronisław Komorowski taką deklarację i taką intencję przedstawiał, zarówno w trakcie bezpośrednich rozmów z panem Gurrią, jak i publicznie w trakcie debaty na konferencji – dodaje sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.

Działanie na rzecz możliwości wzmocnienia potencjalnego uczestnictwa Ukrainy w ramach OECD będzie związane z dostępem do ekspertów, którymi dysponuje ta organizacja, jak i również działań ze strony innych krajów, które w ramach ogólnego pakietu będą wspierały proces reformy na Ukrainie, pozwalający spełnić kryteria i wypracowane standardy Organizacji Współpracy Międzynarodowej.

Deloitte wzmacnia i rozwija sektor instytucji finansowych

Wiesław Thor objął funkcję Doradcy Zarządu w firmie doradczej Deloitte. Jego dołączenie do zespołu wiąże się z dalszym rozwojem sektora instytucji finansowych. Deloitte tym samym umacnia pozycję najbardziej wszechstronnego dostawcy usług w tym zakresie w całym regionie Środkowej Europy.

Wiesław Thor będzie wspierał dział usług dla sektora finansowego, wykorzystując swe bogate doświadczenie w bankowości, które zdobył przede wszystkim w BRE Banku, gdzie przez wiele lat był Wiceprezesem ds. Zarządzania Ryzykiem. „To dla nas zaszczyt, że ekspert rynków finansowych takiej klasy dołącza do naszego zespołu. Celem naszej działalności jest dostarczanie klientom szerokiego i zintegrowanego portfela usług w sektorze instytucji finansowych, a doświadczenie Wiesława Thora zdobyte przez wiele lat w bankowości jest atutem nie do przecenienia” – mówi Zbigniew Szczerbetka, Partner Deloitte, Lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i w Europie Środkowej.

Wiesław Thor jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz programów szkoleniowych w South Carolina Business School oraz McIntire University Business School. Po uzyskaniu dyplomu, został asystentem w Instytucie Nauk Ekonomicznych przy Polskiej Akademii Nauk. Karierę w BRE Banku rozpoczął w 1990 roku. Siedem lat później został Dyrektorem Działu Kredytowego, a w roku 2000 Dyrektorem ds. Zarządzania Ryzykiem. W roku 2002, wkrótce po objęciu stanowiska Dyrektora Zarządzającego w Banku Handlowym, został powołany na Członka Zarządu BRE Banku. Do 2013 roku piastował w tej instytucji stanowisko Dyrektora Działu Kredytowego i Wiceprezesa Zarządu.

W kwietniu 2013 roku został powołany do Rady Nadzorczej mBanku. Obecnie jest także wykładowcą Warszawskiego Instytutu Bankowości i SGH.

Asseco podpisało umowę na wdrożenie systemu bilingowego w Etiopii. Największy kontrakt na polskie systemy IT w Afryce

0

13 marca 2014 roku w Addis Abebie, Etiopia, została podpisana umowa pomiędzy Asseco Poland a rządową agencją etiopską Information Network Security Agency (INSA). Dotyczy wspólnej realizacji projektu mającego na celu budowę nowoczesnego rynku energii w Etiopii. Wartość zawartej umowy wynosi blisko 10 mln USD, a projekt ma zostać zrealizowany do końca 2015 roku.

Budowa nowoczesnego rynku energii ma dla etiopskiej gospodarki znaczenie strategiczne. Zostanie stworzony w oparciu o autorskie oprogramowanie Asseco z rodziny AUMS oraz o know-how Asseco w zakresie rozwiązań informatycznych dla sektora energetycznego. Tym samym Asseco Poland ma szansę odegrać znaczącą rolę w rozwoju informatycznym Etiopii oraz całej Afryki i sprawić, aby Polska była rozpoznawana na tym kontynencie jako kraj innowacyjnych technologii, które z powodzeniem mogą być wdrażane w szybko rozwijających się gospodarkach afrykańskich.

 

– Współpraca Asseco z etiopskim rządem spotkała się ze wsparciem ze strony polskiego MSZ. To wzorcowy przykład zaangażowania naszej dyplomacji w promocję polskiej gospodarki na rynkach światowych. Szczególne podziękowania kieruję w stronę Jacka Jankowskiego, Ambasadora RP w Etiopii oraz pracowników Ambasady. Bez ich zaangażowania nie byłoby możliwe odbycie tylu owocnych spotkań z ministrami, przedstawicielami rządu Etiopii oraz przedstawicielami Unii Afrykańskiej. Obecność Ambasadora nie tylko podnosiła rangę spotkań, ale również zapewniła większe zainteresowanie ze strony rozmówców – podkreśla Adam Góral, prezes zarządu, Asseco Poland.

 

Umowy „INSA 2.0 Energy Enterprise Management System Development and Implementation” i„An Agreement For An Advisory on ERP Solution” obejmują współpracę Asseco oraz INSA w obszarze wdrożenia rozwiązania niezbędnego do stworzenia w Etiopii nowoczesnego rynku energii. W tym celu zostanie dostarczony i uruchomiony kompleksowy system informatyczny do zarządzania danymi odczytowymi, oparty o autorskie oprogramowanie Asseco z rodziny Asseco Utility Management Solutions (AUMS). Przewidziane są również usługi doradcze m.in. związane z rozwojem oprogramowania klasy ERP, a także transfer wiedzy i technologii informatycznych umożliwiających INSA budowę nowoczesnego rynku energii.

 

– Współpraca z Etiopią ma strategiczne znaczenie dla ekspansji produktów z rodziny Asseco Utility Management Solutions na rynki zagraniczne. To dla nas ogromny sukces – pierwszy wymierny efekt działań sprzedażowych na rynku afrykańskim. Realizacja tego projektu to jednocześnie ogromna szansa na dalszą ekspansję Asseco w Afryce, nie tylko w sektorze energetycznym – mówi Paweł Piwowar, wiceprezes zarządu, Asseco Poland.

 

Sztandarowym produktem Asseco dla energetyki jest system AUMS Biling, certyfikowany w laboratorium IBM w Singapurze, wdrożony z sukcesem m.in. w Grupie Tauron, Grupie PGNiG czy Polkomtelu. Zespół Asseco Poland od kilkunastu lat realizuje projekty dla energetyki. Inżynierowie spółki projektowali i wdrażali innowacyjne systemy informatyczne w większości przedsiębiorstw energetycznych w Polsce. Firma współpracuje z klientami na zasadzie partnerstwa. Wspomaga ich w procesie tworzenia nowych rozwiązań, od etapu promocji nowego pomysłu do jego realizacji. Asseco jest partnerem nie tylko w projektowaniu rozwiązań czysto informatycznych lecz także oferuje swoją wiedzę i doświadczenie w procesie planowania zmian organizacyjnych, kreowania po stronie klienta nowych procesów i metod działania. Asseco Poland korzysta z uznanych w świecie modeli usprawniających działalność przedsiębiorstw. Zostały one przystosowane do specyfiki rynku informatycznego i zmodyfikowane w oparciu o doświadczenia zdobyte podczas realizacji złożonych projektów dla klientów korporacyjnych.

 

Inicjatywa komisji sejmowych po kontroli NIK

Posłowie chcą, aby powstał Narodowy Program Zapobiegania Nadwadze i Otyłości u dzieci i młodzieży. To efekt kontroli przeprowadzonej przez NIK. Trzy komisje sejmowe, zaniepokojone raportem Izby, podpisały się pod wspólnym dezyderatem do Ministrów Zdrowia, Edukacji Narodowej oraz Sportu i Turystyki.

Sejmowe komisje zwróciły uwagę na niepokojące dane zawarte w raporcie Najwyższej Izby Kontroli. W starszych klasach szkół podstawowych lekcje WF-u regularnie omija ok. 15 proc. uczniów. W gimnazjach i liceach odsetek ten sięga nawet 30 procent. I to pomimo coraz lepszej infrastruktury sportowej w szkołach. Jednocześnie już blisko pół mln dzieci w Polsce ma nadwagę lub cierpi z powodu wad postawy.

Dlatego komisje sejmowe zwróciły się do Ministrów Zdrowia, Edukacji Narodowej oraz Sportu i Turystyki o opracowanie Narodowego Programu Zapobiegania Nadwadze i Otyłości u dzieci i młodzieży. Komisje oczekują także podjęcia działań zmierzających do zmniejszenia odsetka uczniów nieuczestniczących w zajęciach wychowania fizycznego.

Dezyderat podpisany został przez przewodniczących Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży; Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki oraz Zdrowia.

Rynek powierzchni biurowych w Europie Środkowo-Wschodniej

Największym rynkiem powierzchni biurowych pod względem podaży i wynajmu jest Warszawa. Również w Warszawie notowane są najwyższe stawki czynszów za wynajem powierzchni w centrum miasta oraz najniższa stopa pustostanów. Najwyższe stopy pustostanów notowane są w Budapeszcie czego bezpośrednią przyczyną jest spowolnienie gospodarcze, którego doświadczyły Węgry na przestrzeni ostatnich lat. Jednak i tutaj zauważalne jest powolne odbicie, co wynika z raportu At a glance: the office market in CEE capitals przygotowanego przez firmę doradczą BNP Paribas Real Estate.

Podaż powierzchni biurowych w czterech europejskich stolicach, które przeanalizowano w raporcie: Budapeszcie, Bukareszcie, Pradze i Warszawie osiągnęła poziom ponad 13 milionów mkw. na koniec 2013 roku. W Warszawie znajduje się 4,16 miliona mkw. powierzchni biurowych, podczas gdy w pozostałych stolicach podaż ta wynosi po ok. 3 miliony mkw.

Wolumen powierzchni biurowych, które trafiły na rynek w 2013 roku kształtuje się na poziomie 504 000 mkw. we wszystkich omawianych miastach. 60% z tych powierzchni znajduje się w Warszawie. W Budapeszcie z kolei oddano jedynie 30 000 mkw. nowej powierzchni, co jest najniższym poziomem od ponad 10 lat. Nowe budynki biurowe powstają głównie poza centralnymi obszarami miast, jednak należy zwrócić uwagę na rosnącą aktywność deweloperów w Warszawie w obrębie centrum – mówi Anna Staniszewska,Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate.

Wartym podkreślenia jest fakt zróżnicowanej oferty pod względem charakteru oferowanych powierzchni biurowych w Warszawie, Budapeszcie, Bukareszcie, czy też w Pradze. Na terenie tych stolic znaleźć można powierzchnie biurowe w odrestaurowanych kamienicach, czy też w pałacach, w nowoczesnych budynkach biurowych o różnej charakterystyce i standardzie wykończenia.

Wynajem powierzchni biurowych (wyłączając przedłużenie umów najmu i renegocjacje) osiągnął poziom 1,3 miliona mkw. w 2013 roku we wszystkich 4 omawianych miastach, co oznacza wzrost o 5% rok do roku. Najwięcej aktywności zarejestrowano na warszawskim rynku, gdzie nowych najemców znalazło 450 000 mkw. Za Warszawą uplasowała się Praga, gdzie wynajęto 317 000 mkw., co oznacza wzrost o 33% w porównaniu do zeszłorocznego wyniku. Wzrost zanotowano również na rynku powierzchni biurowych w Budapeszcie – o 9,5% rok do roku. Spadek zanotował natomiast Bukareszt – tutaj aktywność najemców w przypadku nowych umów najmu spadła o 28,5%, co jest wynikiem wysokiego poziomu renegocjacji na rynku, które spowodowane zostały zachętami ze strony właścicieli budynków mającymi na celu zatrzymanie najemców.

Najwyższy wskaźnik wolnych powierzchni biurowych w 2013 roku zanotowany został w Budapeszcie – 18,4% z istniejącej w mieście powierzchni pozostaje do wynajęcia. Jednak przewidujemy, że na przestrzeni kolejnych 18-24 miesięcy to Budapeszt będzie jedynym z pośród czterech omawianych miast, w którym poziom pustostanów spadnie. W przypadku pozostałych stolic wskaźnik powierzchni niewynajętych będzie rosnąć, jednak warto zaznaczyć, że trend ten nie dotyczyć będzie biurowców w dobrych lokalizacjach i dobrze zarządzanych – dodaje Anna Staniszewska.

Stawki za wynajem powierzchni biurowych znacznie się od siebie różnią w czterech omawianych stolicach. Najwyższe stawki w przypadku wysokiej jakości nieruchomości biurowych centralnie zlokalizowanych notowane są w Warszawie i wynoszą 24-25 Euro za mkw. / mies. Najniższe obserwujemy w Budapeszcie – 16 Euro za mkw. / mies.

Ministerstwo Finansów upraszcza procedury podatkowe. Zmieni się aż 125 przepisów

CEO Magazyn Polska

Procedury podatkowe mają być uproszczone, a ściganie oszustw podatkowych – skuteczniejsze. To główne założenia projektu ustawy o zmianie ustawy Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw, które są właśnie rozpatrywane przez Radę Ministrów. Część regulacji ma wejść w życie jeszcze w tym roku.

Pakiet zmian liczy 125 regulacji i ma zrealizować dwa podstawowe cele, czyli uprościć procedury podatkowe i zapewnić efektywniejszy pobór podatków.

 – Przede wszystkim mowa tu o wprowadzeniu zmian usprawniających procedury podatkowe, które rozwiążą największe problemy w kontaktach podatników z urzędami skarbowymi – ocenia Włodzimierz Gurba, zastępca dyrektora Departamentu Polityki Podatkowej w Ministerstwie Finansów.

Zmianie mają ulec przepisy przy udzielaniu pełnomocnictwa w postępowaniu podatkowym, dzięki wprowadzeniu pełnomocnictwa ogólnego.

 – Podatnik będzie mógł ustanowić jednego pełnomocnika ogólnego, zgłosić go do centralnego rejestru i pełnomocnik będzie go reprezentował we wszystkich procedurach podatkowych przed wszystkimi organami podatkowymi. Nie trzeba już będzie składać oddzielnych dokumentów do akt każdej sprawy – wyjaśnia Gurba.

Zmiany w ustawie mają także uprościć i unowocześnić zasady doręczania pism. Podatnik będzie mógł wskazać adres doręczeń, niekoniecznie zbieżny z adresem zamieszkania.

 – Ponadto możliwe będzie doręczenie pism na skrytkę pocztową. Planowane jest również otwarcie rejestru zastawów skarbowych poprzez umożliwienie bezpłatnego dostępu do rejestru przez internet – tłumaczy Gurba.  

Ważną zmianą jest zapis o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Ma on zapobiegać oszustwom podatkowym i wykorzystywaniu luk w prawie w rozliczaniu podatków, zwłaszcza u firm współpracujących z zagranicznymi partnerami.

 – Planujemy wprowadzenie rozwiązania procesowego, które pozwoli na ustanowienie urzędu wiodącego do prowadzenia spraw podatkowych wielu podmiotów powiązanych, jeśli tylko zajdzie podejrzenie popełniania przestępstw podatkowych – mówi Włodzimierz Gurba.

Jak tylko nowa ustawa wejdzie w życie – a resort finansów liczy, że część przepisów zostanie wdrożona jeszcze w tym roku – ma zostać powołana Rada ds. Unikania Opodatkowania, opiniodawczy panel ekspercki niezależny od administracji podatkowej.

 – Rada będzie opiniować zasadność stosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania tam, gdzie będą się pojawiać w tym zakresie spory – podsumowuje Gurba.