Komentarz do wyników finansowych MCI Management S.A. za 2014 rok

0

Największy udział w zysku netto miał wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych
funduszy MCI.TechVentures i MCI.EuroVentures (o 189,9 mln zł), zysk na transakcji dekonsolidacji
PEManagers (62 mln zł) oraz zysk z zarządzania funduszami zrealizowany przez PEManagers do dnia
dekonsolidacji (22,4 mln zł). Skonsolidowane aktywa wyniosły 1 mld 223 mln zł – o 283 mln zł więcej
niż na dzień 31.12.2013 r. Certyfikaty inwestycyjne funduszy wyniosły na koniec grudnia 2014 r. 1 mld
371 mln zł, co oznacza wzrost o 16% względem stanu na koniec 2013 r. Wskaźnik NAV/akcję, który
jest najbardziej miarodajnym wskaźnikiem obrazującym kondycję funduszy typu Private Equity,
wzrósł w ciągu roku o 34% do poziomu 16,46 zł, czyli zgodnego z prognozą spółki.

Spółka zrealizowała prognozy wskaźnika aktywów netto na akcję (NAV/akcję), który wyniósł na
31.12.2014 r. 16,46 zł (wzrost o 34% r/r). Łączne skonsolidowane aktywa wyniosły na 31.12.2014 r. 1 mld 223 mln zł (o 283 mln zł więcej niż na 31.12.2013 r.)
Certyfikaty inwestycyjne funduszy wyniosły 1 mld 371 mln zł (wzrost o 16% r/r), fundusze z Grupy MCI dokonały w 2014 r. 15 inwestycji, wliczając udział w kolejnych rundach finansowania dla dotychczasowych spółek portfelowych.

Blisko 300 mln zł pozyskane ze sprzedaży certyfikatów inwestycyjnych i emisji obligacji oraz
z dostępnych linii kredytowych zostaną przeznaczone na nowe inwestycje. Oferta publiczna akcji Private Equity Managers S.A. (PEManagers) jest przygotowana na marzec/kwiecień 2015 r., w zależności od warunków rynkowych i decyzji KNF.

– Wysiłek całego zespołu zarządzającego skupiony był zarówno na budowaniu wartości
dotychczasowych aktywów, jak również stałym powiększaniu portfeli inwestycyjnych o nowe spółki.
W efekcie w 2014 r. zaobserwowaliśmy dynamiczny wzrost wartości certyfikatów funduszy
MCI.TechVentures 1.0 i MCI.EuroVentures 1.0. NAV na akcję na poziomie prawie 16,50 zł i rekordowy zysk netto grupy MCI to wyniki, z których jesteśmy bardzo zadowoleni – mówi Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A.

NIK o bezpieczeństwie sieci gazowych

Spółka GAZ-SYSTEM S.A. prawidłowo nadzoruje system zapewnienia bezpieczeństwa eksploatowanych gazociągów oraz prowadzonych nowych inwestycji w tym zakresie. W Spółce opracowane zostały kompleksowe procedury przeprowadzania czynności eksploatacyjnych, a także zasady nadzoru nad wykonywaniem tych prac. Również zasady prowadzenia nowych inwestycji sieciowych były w Spółce ściśle uregulowane stosownymi procedurami, zgodnie z którymi konstruowano umowy z wykonawcami robót i firmami sprawującymi nadzór nad budowami.

Nieodłącznym ryzykiem eksploatowania rozbudowanej sieci gazociągów jest możliwość wystąpienia awarii, głównie spowodowanych zawodnością armatury i innych urządzeń na niej zamontowanych. W sieci eksploatowanej przez GAZ-SYSTEM częstotliwość występowania awarii  utrzymywała się w okresie objętym kontrolą na poziomie ok. trzydziestu rocznie. Występowanie awarii nie miało bezpośredniego związku z wiekiem eksploatowanych gazociągów.

Podczas budowy gazociągów, mimo sprawowanego nadzoru, występowało ryzyko nieprzestrzegania zasad realizacji robót oraz stosowania niewłaściwych technologii. W czasie prowadzenia prac w pobliżu czynnej sieci gazowej nadzór budowlany powinien być szczególnie dokładny i możliwie stały, ze względu na zwiększone zagrożenia życia i zdrowia. Pracownicy GAZ-SYSTEM S.A. kontrolowali realizację obowiązków wykonywanych przez nadzór budowlany, ale przypadki pięciu awarii z 2013 r. wskazują na konieczność wzmożenia tego rodzaju kontroli.

W Spółce opracowane zostały kompleksowe procedury przeprowadzania czynności eksploatacyjnych, a także zasady nadzoru nad wykonywaniem tych prac. Przestrzeganie ustalonych reguł podlegało cyklicznym wewnętrznym audytom, których wyniki wykorzystywane były do usuwania stwierdzonych uchybień. Uchybienia dotyczyły na ogół niepełnego dokumentowania przeprowadzanych czynności i nie powodowały obniżenia stopnia bezpieczeństwa gazociągów.

Zasady prowadzenia inwestycji sieciowych były w Spółce GAZ-SYSTEM S.A.  ściśle uregulowane wypracowanymi procedurami, zgodnie z którymi konstruowano umowy z wykonawcami robót i firmami sprawującymi nadzór nad budowami. Skuteczność tych procedur zależała jednak od rygorystycznego przestrzegania przez wykonawców robót zarówno założeń projektu budowlanego, jak i zasad sztuki budowlanej.

Odstąpienie od wymaganego reżimu prac przez wykonawców skutkowało poważnymi, katastrofalnymi wręcz konsekwencjami, czego przykładem była awaria zaistniała w 2013 r. podczas budowy gazociągu w okolicach Jankowa Przygodzkiego.

Spółka GAZ-SYSTEM S.A. przedsięwzięła z należytą starannością niezbędne działania w celu ustalenia faktycznych przyczyn tej katastrofy (podobnie jak i innych awarii), niezależnie od wyników prac komisji powołanej przez Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Poznaniu.

Konkluzje obydwu raportów (wewnętrznego sporządzonego w Spółce i opracowanego przez organ nadzoru budowlanego) były zbieżne – wskazywały na złamanie przez wykonawcę robót reguł obowiązujących przy prowadzeniu tego rodzaju prac w ówczesnych warunkach terenowych i pogodowych.

W ocenie NIK, zasadne było wydanie przez Ministra Gospodarki nowego rozporządzenia  w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać sieci gazowe i ich usytuowanie. Rozporządzenie to dostosowało obowiązujące regulacje do obecnego stanu wiedzy technicznej.  Zdaniem NIK część wprowadzonych zmian wpłynie bezpośrednio na poprawę bezpieczeństwa eksploatacji dotychczasowych i nowych gazociągów.

Kupujesz mieszkanie na rynku pierwotnym? Dobrze wybierz dewelopera

Kupno mieszkania to poważna inwestycja. Zwykle spłacamy je przez wiele lat. Dlatego ważne jest, żeby wybór lokalu był przemyślany i w pełni świadomy. Ma to szczególne znaczenie, kiedy szukamy mieszkania na rynku pierwotnym.

Gdy mamy na oku jakiegoś dewelopera, należy sprawdzić, co do tej pory wybudował. „W internecie są informacje o tym, jak dana firma oddawała osiedla, czy w terminie, czy jakość mieszkań jest odpowiednia itd. […] Jeżeli opinie są negatywne, musimy bardzo uważać” – mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty. Warto pamiętać, że część niekorzystnych wpisów może być wynikiem działań konkurencji, niemniej trzeba mieć się na baczności.

Mieszkanie, które chcemy kupić, może być już wybudowane lub nie. Plusem kupna dziury w ziemi jest niższa cena, minusem to, że nie wiemy, czy budynek powstanie i jaki będzie – zauważa rozmówca. Gdy nieruchomość już stoi, nie musimy się obawiać, że firma deweloperska upadnie, nie wywiąże się z umowy lub będzie miała problemy z dotrzymaniem terminów. Niestety lokale są wtedy droższe od tych zakupionych przed rozpoczęciem inwestycji i mogą być już przebrane.

Jeśli kupujemy mieszkanie przed powstaniem budynku, trzeba dowiedzieć się, czy firma deweloperska stawia nieruchomość za własne pieniądze – wtedy nie ma nad sobą żadnego nadzoru – czy zaciąga na ten cel kredyt bankowy. Druga opcja wydaje się korzystniejsza, ponieważ pieniądze trafiają do dewelopera w transzach, a ich wypłacanie jest uzależnione od postępu prac budowlanych. Bank przy okazji staje się więc obrońcą interesów przyszłych mieszkańców.

Istotne jest również to, na jakiej ziemi powstaje budynek, w którym zamieszkamy. „Jeżeli mamy do czynienia z dzierżawą wieczystą, to co roku będziemy obciążani dość wysokimi kosztami za grunt. Jeśli natomiast deweloper stawia nieruchomość na własnej ziemi, jest ona dzielona aktem notarialnym na mieszkańców, którzy za swoje części będą płacić nieduże opłaty gruntowe” – wyjaśnia ekspert.

Bezrobocie w lutym bez zmian

Stopa bezrobocia pod koniec lutego wyniosła 12% – poinformowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. To powtórzenie wyniku z końca stycznia. Dane ministerstwa pokazują, że stopa bezrobocia utrzymała się w lutym na niezmienionym poziomie wobec stycznia.

Na koniec lutego w urzędach pracy zarejestrowanych było 1 919,6 tys. osób. W porównaniu do lutego 2014 roku, liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 336 tys. osób. To największy spadek od 7 lat. Zdaniem ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza, mamy długo oczekiwane ożywienie na rynku pracy, a Polska gospodarka jeszcze nigdy od rozpoczęcia transformacji nie zatrudniała tylu osób, co obecnie. Wg ministra, w nadchodzących miesiącach możemy spodziewać się dalszego spadku bezrobocia.

– Obecnie w Polsce pracuje ponad 16 mln ludzi – to rekord. Wskaźnik zatrudnienia nam rośnie, ale wciąż jest on na dużo niższym poziomie niż w krajach starej UE. Obecnie wynosi on u nas ok. 64%, a w UE ponad 68%. Celem dla Polski jest osiągnięcie wyniku 70% w 2020 roku. Średnia UE ma wzrosnąć do 75%. Sukces możemy osiągnąć na dwa sposoby – można stworzyć i promować rozwiązania systemowe, również te obejmujące zachęty podatkowe, które zmotywują część bezrobotnych do aktywniejszego poszukiwana legalnego zatrudnienia, a pracodawców – do oferowania im wyższych stawek za pracę. Z drugiej strony, dobry wynik statystyczny można też osiągnąć nie robiąc nic, po prostu czekając aż na skutek emigracji zarobkowej zmniejszy się baza ludzi w wieku produkcyjnym. Miejmy nadzieję, że resort pracy poważnie rozważa tylko pierwszy scenariusz – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2015 roku bezrobocie poniżej 10%?

W 2015 roku resort pracy będzie miał do dyspozycji ponad 5,5 mld zł na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. To o pół miliarda więcej niż w zeszłym roku i prawie miliard więcej niż dwa lata temu. Zdaniem szefa resortu pracy, bezrobocie rejestrowe w 2015 roku może spaść poniżej 10%. Aktywne formy walki z bezrobociem, to m.in dofinansowywanie miejsc pracy dla organizujących je przedsiębiorców.

– Pieniądze na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu pochodzą ze składek pracowników płaconych przez pracodawców. Następnie transferowane są one do funduszu pracy, z którego finansuje się akcje mające na celu obniżenie kosztów pracy. To pewnego rodzaju paradoks, że czynnik zwiększający koszty zatrudnienia przeznaczany jest na jego obniżanie. W mojej opinii ma on skuteczność tylko „statystyczną”, a nie przyczynia się do tworzenia trwałych miejsc pracy – stwierdza Łukasz Piechowiak.

 

J. Piechociński: Polskie firmy poradziły sobie z rosyjskim kryzysem. Eksport rośnie

0

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka doskonale poradziła sobie z kryzysem na Wschodzie – uważa wicepremier Janusz Piechociński. Potwierdza to rosnący eksport i wzrost sprzedaży polskich towarów na rynkach, na których jeszcze niedawno polskie firmy obecne były zaledwie symbolicznie.

Wartość polskich towarów eksportowanych do Rosji spadła w zeszłym roku o 14 proc. Po części spowodowały to wzajemnie sankcje, jednak główna przyczyną słabnącej sprzedaży na Wschodzie jest kryzys, jaki przeżywa tamtejsza gospodarka.

– To tąpnięcie w eksporcie na Wschód jest związane nie tylko z niepewnością polityczną, militarną na wschodniej Ukrainie, nie tylko z sankcjami, lecz przede wszystkim z osłabianiem się walut na wschód od Polski i generowaniem w ten sposób dużo mniejszego popytu, a także zachwianiem pewności co do płatności mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Piechociński wicepremier, minister gospodarki. – W ubiegłym roku nie sprzedaliśmy  w stosunku do roku 2013 roku towarów o wartości 500 mln dolarów.

Te pół miliarda dolarów, czyli 1,5 mld złotych, to niewiele w skali polskiego eksportu. Jak wstępnie policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2014 roku jego wartość przekroczyła 682 mld zł i była o 5,3 proc. wyższa niż w 2013 roku. W polskim handlu zagranicznym Rosja odgrywa więc coraz mniejszą rolę i kupując przez rok towary za 29 mld zł jest na szóstej pozycji, wyprzedzona nawet przez małe Czechy. Mimo to są polskie firmy, dla których słabnący udział w rosyjskim rynku był dramatycznym doświadczeniem.

To jest określony impuls negatywny dla polskiej gospodarki, bo dla niektórych sektorów, jak rolnictwo, mleczarstwo, przemysł techniczny, materiały budowlane, jest to bolesne ograniczenie ważnego rynku zwraca uwagę Janusz Piechociński. – Dodajmy do tego duże straty, które ponieśli polscy inwestorzy. W pierwszej kolejności to były straty sprzed dwóch lat czy roku na Ukrainie, ale także 2014 rok był bardzo bolesny dla tych, którzy zainwestowali na rynku rosyjskim. Gwałtownie pogorszyło się otoczenie gospodarcze, spadła wartość waluty krajowej oraz pojawiły się zatory płatnicze.

Większość polskich firm zdołała jednak sprawnie pozbierać się po wybuchu wojny na Wschodzie.

 Już na początku stycznia 2014 roku zbudowaliśmy mechanizm przerzucania tego, co się da przerzucić, na inne rynki. Wskazaliśmy 15 alternatywnych rynków, 5 krajów o podobnej strukturze gospodarczej. Tam przekładaliśmy towary, które nie sprzedawały się na rynku ukraińskim czy rosyjskim – mówi wicepremier i minister gospodarki. Proszę zwrócić uwagę na to, że choćby w produktach mleczarskich Algieria pojawiła się na drugim miejscu po Niemczech.

Skutkiem takiej polityki jest 3,3 proc. wzrostu polskiego PKB w zeszłym roku. Wicepremier Janusz Piechociński podkreśla, że Polska gospodarka pokazała, że jest zdrowa i mocna.

Dlatego trzeba uznać te 5,2-5,3 proc. wzrostu polskiego eksportu w tych warunkach za olbrzymi sukces przedsiębiorców i eksporterów oraz docenić wsparcie ze strony administracji państwowej i dyplomacji gospodarczej.

Światłowody w małych wsiach nieopłacalne dla operatorów nawet z wsparciem państwa. Powszechny dostęp do internetu zapewni technologia radiowa

CEO Magazyn Polska

Dotowane lub finansowane przez państwo inwestycje to jedyna metoda na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu w Polsce. Operatorom nie opłaca się budować połączeń szerokopasmowych w mniejszych miejscowościach i wsiach. Rozwiązaniem jest program operacyjny Polska Cyfrowa, który ma wspierać rozwój tańszych technologii radiowych.

Opłata za internet ‒ przy uwzględnieniu siły nabywczej pieniądza i w porównaniu z innymi krajami Zachodu  jest w okolicy średniej europejskiej albo nawet wysoka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej. ‒ Ale operatorzy mają bardzo wąską przestrzeń pomiędzy ponoszonymi przez siebie kosztami i cenami akceptowanymi przez konsumenta, które jeszcze w dodatku cały czas podlegają presji konkurencyjnych operatorów.

Jak wynika z danych Eurostatu, w Polsce tylko 75 proc. gospodarstw domowych ma dostęp do internetu. To jeden z gorszych wyników w Unii Europejskiej – średnia dla całej wspólnoty to 81 proc., a w przodujących pod tym względem Luksemburgu i Holandii dostęp do internetu ma 96 proc. domów.

Równocześnie dostęp do internetu szerokopasmowego jest w Polsce droższy niż w innych krajach. Jak wynika z badań przeprowadzonych w ramach oceny realizacji unijnej Agendy Cyfrowej 2020, przeciętna oferta internetu szerokopasmowego w Polsce kosztowała w 2013 r. ponad 144 zł miesięcznie. Mediana wszystkich krajów objętych badaniem wyniosła 104 zł. Po uwzględnieniu siły nabywczej mediana ofert internetu szerokopasmowego w Polsce była o niemal 40 proc. droższa niż w pozostałych krajach.

Szczególną różnicę widać w połączeniach FTTx, czyli opartych o przesył danych światłowodami. Tego typu oferty były w 2013 r. droższe w Polsce o ponad 60 proc. w porównaniu z medianą ze wszystkich badanych krajów.

Problem dostępu do sieci, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, mają rozwiązać dofinansowywane przez UE programy budowy wojewódzkich sieci szerokopasmowych. Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa jest najdłuższa w kraju i jako jedna z pierwszych została już zbudowana.

Zostanie jeszcze około 900 miejscowości bez zasięgu. Przy czym są to wsie, w których czasem są 4, czasem 10-20 domów. W takich maleńkich miejscowościach jest odpowiednio mniejsze zapotrzebowanie na internet. Bo z tych kilku domów to zazwyczaj nawet nie połowa chce mieć internet. A z drugiej strony mówimy często o miejscowościach, gdzie ludzie żyją w dużym rozproszeniu. Są to miejscowości rolnicze, gdzie odległości między tymi domami są duże. Prowadzenie tam działalności telekomunikacyjnej przewodowej, światłowodowej w ogóle się nie opłaca – podkreśla Streżyńska.

Zaznacza, że nawet sfinansowanie w całości inwestycji z środków publicznych nie rozwiąże problemu, bo utrzymanie sieci światłowodowej doprowadzonej do małych wsi będzie zbyt dużym kosztem dla operatorów. Tym bardziej że na takich terenach zwykle działalność prowadzą mali, regionalni operatorzy, którzy nie mają takich możliwości finansowych, jak największe koncerny.

Jak jest duży, konkurencyjny operator, to jego stać na przenoszenie pewnych kosztów na inne usługi albo do innych kategorii kosztowych. Te koszty związane z tą wsią gdzieś sobie umieści, w innej szufladce. Jak jest to mały operator, to on ma koszty związane z tym akurat obszarem i ani nie ma gdzie ich rozproszyć, ani nie ma możliwości dotowania ich z innych źródeł. A ponosi koszty dokładnie takie same, jak duży operator – wyjaśnia Streżyńska.

Streżyńska dodaje, że powszechny dostęp do internetu na wsiach i w małych miasteczkach może umożliwić jedynie technologia radiowa. Jest ona tańsza w utrzymaniu i budowie, a wsparcie dla tego typu inwestycji zapowiedziało Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Polska Cyfrowa daje również możliwość zastosowania bardzo nowoczesnych technologii radiowych, w ramach których oferowany jest internet o podobnej jakości, co ten oferowany w ramach technologii światłowodowej. To rozwiązanie pozwala upowszechniać internet na obszarach, na których budowa łączy szerokopasmowych nie jest opłacalna – mówi Streżyńska.

Zmiany w warszawskim węźle kolejowym. Pociągi dalekobieżne będą kursowały przez Warszawę Gdańską

CEO Magazyn Polska

Przebudowa warszawskiego węzła kolejowego może dla stolicy i wszystkich podróżujących oznaczać duże utrudnienia. W 2018 roku zamknięte zostaną jednocześnie trzy stołeczne dworce: Centralny, Zachodni i Wschodni, a ruch dalekobieżny ma być kierowany przez stację Warszawa Gdańska. Eksperci zalecają ostrożność i zaznaczają, że priorytetem powinno być wpuszczenie na linię średnicową pociągów aglomeracyjnych i zwiększenie przepustowości Warszawy Gdańskiej.

Warszawski Węzeł Kolejowy czeka wiele zmian. Wedle planów od 2018 roku pociągi mają kursować przez Warszawę Gdańską, a linia średnicowa ma zostać całkowicie przebudowana.

– Potrzeba bardzo dużej ostrożności przy planowaniu inwestycji na linii średnicowej. Jest to linia o dużym znaczeniu handlowym dla przewoźników kolejowych i systemu transportowego w Warszawie – ostrzega w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Massel, były wiceminister infrastruktury i transportu, zastępca dyrektora Instytutu Kolejnictwa ds. studiów i projektów badawczych.

Jak zaznacza ekspert, transport szynowy jest w stolicy istotny i pozwala na lepsze skomunikowanie lewo- i prawobrzeżnej części Warszawy. Dlatego wszystkie wyłączenia z ruchu podczas przebudowy powinny być możliwie jak najkrótsze, tak aby nie spowodowały paraliżu.

– Oczywiście, konieczne będą zamknięcia torów, priorytetem powinno być wprowadzenie przez linię średnicową pociągów aglomeracyjnych. To one odgrywają największą rolę w systemie transportowym przy przekierowaniu pociągów dalekobieżnych na Dworzec Gdański – mówi Massel.

Puszczenie całego ruchu przez jedną stację będzie dużym wyzwaniem logistycznym. Warszawa Centralna obecnie w ciągu doby obsługuje ponad 25 tys. pasażerów. W przypadku zamknięcia trzech największych stacji w stolicy, Warszawa Gdańska będzie obsługiwać blisko 50 tys. osób. Wymaga to przystosowanie dworca do tak dużego ruchu.

– Konieczne jest poprawienie stanu technicznego linii doprowadzających ruch do Dworca Gdańskiego, budowa dodatkowego peronu tak, żeby zapewnić odpowiednią przepustowość. Dopiero w tym momencie i przy zapewnieniu jeszcze dobrych warunków obsługi podróżnych na Dworcu Gdańskim system ma szanse działać – ocenia ekspert.

Harmonogram PKP PLK przewiduje, że modernizacja stacji i odcinków przebiegającej przez nią linii kolejowej ma ruszyć w 2016 roku. Jeszcze w tym roku ma zostać dobudowany peron, zmodernizowane zostaną również tory dla pociągów towarowych.

Remont linii średnicowej spowoduje, że ruch pociągów podmiejskich do centrum przez pierwsze 2,5 roku ma odbywać się przez średnicę podmiejską, a od 2020 roku – przez średnicę dalekobieżną. To sprawi, że konieczne będzie przekierowanie pociągów dalekobieżnych.

– Każde kolejne wydłużenie zamknięć dla ruchu dalekobieżnego, nawet o kilka miesięcy, jest bardzo szkodliwe, zwłaszcza dla ruchu pociągów tam, gdzie liczy się czas przejazdu, np. dla Pendolino. Ludzie będą inaczej traktowali środek transportu, który jest dostępny z centrum Warszawy, a inaczej z Dworca Gdańskiego, do którego nie z każdej części Warszawy jest łatwo dotrzeć – tłumaczy Andrzej Massel.

Na czas remontu węzła planowane jest uruchomienie stacji Warszawa Główna. Zmiany czekają też kierowców, bo remont wiaduktów na odcinku od Powiśla do Warszawy Wschodniej spowoduje zamknięcie kilku ulic. Przebudowa warszawskiego węzła kolejowego ma kosztować 2 mld zł.

Notowania ropy wpływają na ceny innych surowców. Tanieją też biokomponenty

CEO Magazyn Polska

Notowania cen ropy naftowej mają bezpośrednie przełożenie na wycenę innych surowców, w tym biokomponentów. Przykładowo cena oleju rzepakowego spadła w ostatnich trzech miesiącach o blisko 10 proc. Zmiany te nie są korzystne dla rolników.

Biorąc pod uwagę korelację, jaka istnieje pomiędzy cenami paliw ciekłych i biopaliw, niski poziom notowań ropy nie wpływa zbyt dobrze na notowania biokomponentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw.

W ostatnim miesiącu ropa Brent podrożała o ponad 5 proc., jednak w ciągu ostatniego roku jej cena spadła o 40 proc. Tendencję spadkową widać również na rynku biopaliw. Olej rzepakowy przez ostatnie 12 miesięcy potaniał o ponad 23 proc. Notowania soi w ciągu roku spadły o ponad 30 proc., kukurydzy, która jest najważniejszym w USA i UE surowcem do produkcji etanolu – o blisko 20 proc.

Notowania ropy naftowej od wielu lat determinują indeksy pozostałych surowców, również tych pochodzenia rolniczego, notowanych na giełdach. Inwestorzy zaczęli bardziej interesować się handlem kontraktami na produkty rolne w okresie, kiedy cena ropy była rekordowo wysoka (ok. 140 dolarów), a biopaliwa z produktów rolniczych zaczęły być postrzegane jako dobre alternatywne źródło energii. Dla inwestorów była to także alternatywa dla przewartościowanego rynku ropy.

Szczegółowa sytuacja, jak wyjaśnia Adam Stępień, zależy od rodzaju biokomponentów, które podlegają nieco innym zasadom kreowania cen w UE. Bioetanol – odnawialny substytut dla benzyn – produkowany jest Europie głównie ze zbóż i buraków cukrowych, z kolei w procesie estryfikacji olejów roślinnych otrzymujemy biodiesel, czyli biopaliwo. Domieszki obu tych biokomponentów stosowane są powszechnie w paliwach normatywnych w Polsce i innych krajach UE.

Istnieje dosyć duża zależność między notowaniami ropy naftowej i cenami surowców rolnych, na co wielokrotnie wskazywały m.in. raporty Banku Światowego – podkreśla dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw. – W związku z tym na przestrzeni ostatnich miesięcy spadły również ceny surowców rolnych, także tych wykorzystywanych do produkcji biokomponentów, za nimi stabilizacji uległ również światowy indeks cen żywności. To efekt swoistego rodzaju reakcji łańcuchowej, która pokazuje przy okazji faktyczną, minimalną rolę biopaliw w kreowaniu wzrostów cen żywności i spadku jej dostępności dla najuboższych.

W 2015 roku potanieją kredyty i poprawi się zdolność kredytowa Polaków. Mieszkania będą drożeć

CEO Magazyn Polska

W tym roku na rynku nieruchomości nastąpi spadek kosztów kredytów oraz wzrost popytu na nowe mieszkania. To może oznaczać wyższe ceny. Analitycy oczekują wzrostu o 1-2 proc. 

Polska gospodarka przyspiesza i widać to także w budowlanych statystykach. Liczba rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych wzrosła w styczniu o 11,8 proc. podał Główny Urząd Statystyczny. Wprawdzie w Polsce niemal połowę nowych domów budują inwestorzy indywidualni, jednak to deweloperzy mieli największy wpływ na tak wysoki wzrost. W pierwszym miesiącu tego roku rozpoczęli oni budowę ponad 4 tys. mieszkań, to aż o 16 proc. więcej niż w styczniu 2014. Najwyraźniej liczą oni na to, że nieruchomości zaczną się lepiej sprzedawać.

– Kredyty będą tańsze mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Turek, analityk Lion&HASH39;s Bank. – Jak kredyty będą tańsze, to będzie można więcej pożyczyć. Już teraz rodzina 3-osobowa z dochodem 5 tys. zł netto może pożyczyć około 450 tys. zł. Zdolność kredytowa w 2015 roku po obniżeniu stóp procentowych będzie rosła. W związku z tym będzie można pożyczyć więcej, więcej osób będzie też stać na to, aby kupić mieszkanie. To najprawdopodobniej przełoży się na co najmniej tak dobry popyt, jaki był w 2014 roku, jeśli nie lepszy, a więc będzie zawieranych dużo transakcji.

Rada Polityki Pieniężnej po zapoznaniu się z raportem o inflacji zdecydowała się na bardziej intensywną walkę z deflacją i obniżyła w marcu stopy procentowe o 0,5 pkt proc. do kolejnego najniższego w historii poziomu. Główna stopa referencyjna wynosi od ubiegłego czwartku 1,5 proc. Poprzednie poziomy nie zapobiegły spadkowi cen w Polsce. Deflacja cały czas narasta, w styczniu ceny były o 1,3 proc. niższe niż rok temu, a w marcowej projekcji NBP przewiduje dynamikę cen w 2015 roku na od -1,0 do 0 proc.

Rok 2015 dla rynku nieruchomości będzie udany ocenia Bartosz Turek. Cały czas mamy do czynienia z bardzo niskim kosztem kredytu.

Marcowa obniżka stóp, i to głębsza od oczekiwanej, jeszcze ten koszt obniży.

Przez ostatnie lata na rynku panowała raczej stagnacja. Wprawdzie po załamaniu w 2012 roku rynek mieszkaniowy powrócił do równowagi, jednak nadal daleko mu do cen z czasów hossy w 2007 roku. Taniejące kredyty i rosnący popyt na mieszkania może to zacząć zmieniać.

– Niewykluczone, że będzie się to wiązało ze wzrostami cen uważa analityk Lion&HASH39;s Bank. Deweloperzy mogą sondować rynek, sprawdzać, czy nabywcy mieszkań będą w stanie zapłacić trochę więcej. Moim zdaniem 2015 rok zamknie się niewielkimi wzrostami cen. Biorąc pod uwagę to, że inflację będziemy mieli na znikomym poziomie, myślę, że 2015 rok może skończyć się 1-2 proc. wzrostem.

O ile jednak ceny nowych mieszkań mogą wzrosnąć, o tyle nadal będzie warto kupować nieruchomości z drugiej ręki. Tutaj na razie wzrostu cen nie należy się spodziewać. Tym bardziej że preferencyjny program Mieszkanie dla Młodych przeznaczony jest tylko dla kupujących lokale od deweloperów.

Jeżeli deweloperzy zdecydują się podnosić ceny mieszkań, nawet w takim niewielkim zakresie, to dopiero po jakimś czasie, jednego kwartału, a nawet dwóch lub trzech kwartałów, właściciele mieszkań używanych mogą włączyć się w ten trend, najpierw jednak zrobią to deweloperzy twierdzi Bartosz Turek.

W Polsce brakuje jednolitego systemu identyfikacji zwierząt

CEO Magazyn Polska

Chipowanie psów i kotów zyskuje coraz więcej zwolenników. To najlepszy sposób na odnalezienie pupila w razie jego zagubienia lub kradzieży. W Polsce brakuje jednak zunifikowanego systemu identyfikacji zwierząt. Nie ma bowiem ogólnokrajowej bazy zawierającej numery chipów. Właściciel psa lub kota musi rejestrować się w wielu niepołączonych ze sobą bazach, co znacznie obniża wydajność całego systemu.

– Ponieważ psy czy koty są do siebie podobne, żeby można je było identyfikować wymyślono chipy. Zwierzę ma identyfikacyjny numer, który potem jest wpisany do bazy danych i książeczki czy paszportu zwierzęcia, dzięki czemu możemy sprawdzić zwierzę, dowiedzieć się, kiedy się urodziło i jakie przebyło szczepienia oraz odnaleźć jego właściciela mówi Michał Ceregrzyn, kierownik naukowy ds. żywienia zwierząt Mars Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Chip to mikroprocesor, o rozmiarze ok. 3 mm, w którym zakodowany jest 15-cyfrowy numer identyfikacyjny zwierzęcia. Jest on zamknięty w szklanej kapsułce wprowadzanej do organizmu psa za pomocą zwykłego zastrzyku. Zabieg jest nieinwazyjny, zwierzę nie czuje bólu, nie odczuwa też obecności chipa. Kapsułka, w której zamknięty jest mikroprocesor, a także strzykawka są sterylne, a przed zabiegiem lekarz dezynfekuje skórę psa, nie ma więc możliwości zakażenia lub powikłań. Po zabiegu należy udostępnić numer chipa w specjalnej bazie danych wraz ze swoimi danymi kontaktowymi.

W Polsce nie ma ustawowego obowiązku chipowania psów. Jest to niezbędne tylko do wyrobienia zwierzęciu paszportu przed wyjazdem z kraju. Coraz więcej właścicieli psów decyduje się jednak chronić w ten sposób swojego pupila. Jeśli zwierzę się zgubi, obecność chipa znacznie zwiększa szanse na jego szybkie odnalezienie. W przypadku kradzieży rasowego psa utrudnia natomiast jego odsprzedanie. Możliwość odkodowania danych zawartych w chipie posiadają wszystkie polskie schroniska, Ekopatrol Straży Miejskiej, Policja, Towarzystwo Ochrony Zwierząt oraz wiele gabinetów weterynaryjnych.

– W Polsce większość schronisk ma już czytniki. Zwierzęta wychodzące ze schronisk także są chipowane. Zwierzę, które jest adoptowane, powinno mieć chip. Liczba zwierząt oznakowanych w Polsce bardzo rośnie. Niektóre gminy wprowadziły w Polsce obowiązek chipowania. Nie jest to jeszcze zunifikowane w całym kraju, ale myślę, że z czasem będzie to coraz popularniejsze – mówi Michał Ceregrzyn.

Problemem w Polsce jest brak jednej ogólnokrajowej bazy danych. Istnieje ich bardzo wiele, w dodatku nie są ze sobą połączone. Rejestracja w części z nich jest płatna. Bazy danych zapewniają całodobowy dostęp przez internet, a czasami także przez telefon. Aby jak najlepiej chronić swojego pupila, należy zarejestrować numer jego chipa w jak największej liczbie baz. Największa z nich to Ogólnopolska Baza Danych Polskiego Towarzystwa Rejestracji i Identyfikacji.

– W Polsce jeszcze do końca ten system nie działa, dlatego że nie ma jednej bazy danych zwierząt. Jest ogromna potrzeba, żeby w jakiś sposób zunifikować ten system, dzięki czemu każdy lekarz weterynarii i każde schronisko miałoby dostęp do jednej powszechnej polskiej bazy danych, gdzie mógłby te zwierzęta łatwo odszukiwać i odnaleźć ich właścicieli, jeżeli się zgubią, lub identyfikować zwierzęta, kiedy wystąpi taka potrzeba mówi Michał Ceregrzyn.

Niektóre gminy i miasta oferują swoim mieszkańcom bezpłatne chipowanie zwierząt. Warunkiem zazwyczaj jest zamieszkanie w danej gminie i zaszczepienie zwierzęcia przeciwko wściekliźnie. Chip może służyć przez całe życie psa lub kota.

Po 2020 r. wzrośnie rola partnerstwa publiczno-prywatnego w infrastrukturze

CEO Magazyn Polska

Po 2020 roku, kiedy wygaszone zostaną środków unijne, kapitał prywatny stanie się jedynym źródłem wsparcia inwestycji infrastrukturalnych. Żeby uniknąć zastoju w inwestycjach, zamawiający powinni już w tej perspektywie finansowej UE otworzyć się na metodę partnerstwa publiczno-prywatnego, tym bardziej że to model współpracy silnie wspierany przez Brukselę.

‒ Nie mam wątpliwości, że w dalszej perspektywie finansowej bez sektora prywatnego będzie trudno realizować zadania inwestycyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Żmijan, poseł Platformy Obywatelskiej i przewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury. ‒ Dobrze byłoby, żebyśmy tego problemu nie odkładali na później, tylko żebyśmy mieli świadomość, że to jest konieczność, żebyśmy oswajali się z taką świadomością. Nie może styk pieniądza publicznego z prywatnym kojarzyć się tylko z nieprawidłowościami, korupcją i przestępstwem.

Żmijan podkreśla, że po wielu zmianach prawo dotyczące inwestycji infrastrukturalnych jest już odpowiednie. M.in. po nowelizacjach Prawa zamówień publicznych coraz więcej przetargów rozstrzyganych jest już nie tylko na podstawie najniższej ceny, lecz także dodatkowych kryteriów. Polityk wymienia także inne ustawy uchwalone przez Sejm RP: o płatnych autostradach, Krajowym Funduszu Drogowym, drogowych spółkach specjalnego przeznaczenia i koncesjach na roboty budowlane lub usługi.

Według niego problemem nie jest samo prawo, lecz sposób jego stosowania. Jak ocenia Żmijan, przy wydawaniu środków europejskich w perspektywie 2014-2020 praktyczna aplikacja tych przepisów musi być lepsza.

Zwraca także uwagę na to, że choć Polska wciąż będzie beneficjentem bardzo dużych środków z UE w nadchodzących latach, już teraz trzeba zacząć przygotowywać się do zmiany źródła finansowania inwestycji. W latach 2014-2020 (projekty można rozliczać do końca 2022 r.) Polska otrzyma w ramach unijnej polityki spójności 82,5 mld euro, w tym ok. 31,5 mld euro trafi na typowo infrastrukturalne działania w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko oraz instrumentu Łącząc Europę.

To będzie ostatni tak duży zastrzyk środków z UE, więc trzeba przygotować się do pozyskania kapitału prywatnego.

To będzie konieczność. Mamy świadomość, że środki z perspektywy finansowej 2007-2013 były przeznaczone na modernizację infrastruktury drogowej, w perspektywie finansowej 2014-2020 akcent został położony na infrastrukturę kolejową. W jednej i drugiej mieliśmy naprawdę bardzo duże środki finansowe, ale przyjdą lata, kiedy przestaną one płynąć do Polski – podkreśla Żmijan.

Poseł zwraca uwagę na koszty utrzymania inwestycji. Nawet teraz, gdy UE współfinansuje budowę nowych dróg czy linii kolejowych, ale już nie ich utrzymania, jest to poważne obciążenie dla państwowego budżetu. Gdy środki wspólnotowe na budowę będą znacznie mniejsze, znaczenie kosztów utrzymania jeszcze wzrośnie.

W związku z tym może się pojawić bariera finansowa. Tym bardziej że niezbędny będzie, jak w latach 2007-2013 i 2014-2020, udział własny, czyli także pojawi się zadłużenie zarówno budżetu centralnego, jak i budżetów samorządowych – dodaje Żmijan.

Wirtualna rzeczywistość wkracza na rynek reklamy. Duże zmiany spodziewane w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Wirtualna rzeczywistość zyskała na znaczeniu wraz z głośnym ostatnio zakupem za 2 mld dolarów firmy Oculus przez Facebooka. Nowa komunikacja z klientem przy wykorzystaniu wirtualnej rzeczywistości ma przypominać rewolucję technologiczną, jaka miała miejsce na rynku telefonii komórkowej podczas wprowadzaniu smartfonów.

Nagle się okazało, że ten temat, który wcześniej był interesujący głównie dla graczy komputerowych, staje się teraz tematem mainstreamowym. Sieć hoteli Marriott, Lexus i Bentley wchodzą w tę technologię. Spodziewamy się, że prawdziwy boom wirtualnej rzeczywistości jest jednak przed nami i rozpocznie się dopiero w 2016 roku – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Baczyński, prezes firmy Immersion.

Jego zdaniem sytuacja ta będzie porównywalna do startu pierwszych smartfonów albo nawet do początku internetu.

Nagle pojawi się nowa platforma komunikacyjna. Pozwoli ona na przekazywanie informacji w nowy sposób, na pokazywanie przedmiotów w ich realnej skali, lokalizacji podobnych do tego, jak są odczuwane w rzeczywistości. I to jest ogromne spektrum możliwości dla każdej branży: od sprzedawców butów poprzez turystykę, hotelarstwo, aż po samochody czy nieruchomości – dodaje.

Baczyński uważa, że wraz z popularyzacją tego rozwiązania firmy będą musiały dostosować swoją komunikację, podobnie jak było z mediami społecznościowymi.

Po raz pierwszy od lat 60., czyli od rozwoju telewizji, przestajemy odbierać świat przez płaskie ekrany. Zaczynamy wchodzić w środek, w ten świat, który jest za ekranem. To nowy kanał, za pomocą którego możemy dotrzeć do klientów. I tylko od innowacyjności i pomysłowości firmy zależy to, na ile skutecznie wykorzystają tę nową platformą – uważa prezes Immersion.

Według niego obecnie firmy w Polsce skupiają się na rozwiązaniach, które pozwolą im w ciekawy i innowacyjny sposób  zaprezentować produkty. Obecnie stosowana przez firmy wirtualna rzeczywistość pozwala na przykład użytkownikowi wejść do środka samochodu, zobaczyć, jak wygląda deska rozdzielcza, jak wyglądają szczegóły. Pozwalają także na zmianę elementów wystroju wnętrz w czasie rzeczywistym.

Podobny trend pojawia się teraz w nieruchomościach, dlatego że wirtualna rzeczywistość pozwala na bardzo realistyczne odczucie tej przestrzeni, w której możemy się znaleźć. Możemy zobaczyć mieszkanie, które chcielibyśmy kupić na długo zanim zostanie ono zbudowane, możemy wejść do środka, rozejrzeć się, zmieniać wystrój czy przestawiać meble – mówi prezes.

Baczyński dodaje, że również w takich branżach jak turystyka czy medycyna już obecne rozwiązania dotyczące wirtualnej rzeczywistości sprawdzają się lub będą mogły się sprawdzić. Wśród firm, które oferują odpowiednią technologię, jest m.in. Oculus i Samsung.

Pojawił się nowy typ konsumenta: w ciągłej gotowości do zakupów, kupujący przez urządzenia mobilne

CEO Magazyn Polska

Upowszechnienie się tabletów i smartfonów doprowadziło do powstania nowego typu konsumenta. Dzięki dostępowi do internetu jest on stale gotowy do zakupów, chętnie korzysta z możliwości porównania cen produktów i opinii innych internautów na ich temat. Aby utrzymać się na rynku, sprzedawcy detaliczni muszą zauważyć obecność nowej grupy klientów i dostosować do niej swoją ofertę. Zdanie ekspertów sklepy przyszłości będą łączyły sprzedaż tradycyjną i internetową.

Według ekspertów marketingu w ciągu najbliższych kilku lat sposób robienia zakupów przejdzie dużą zmianę. Już dziś pojawił się nowy typ konsumenta, zwany konsumentem 3.0. Jest to klient niezwykle wymagający, mający duże potrzeby i oczekiwania wobec sprzedawców. Nie zachowuje on lojalności w stosunku do sklepów, kupuje tam, gdzie może najlepiej zrealizować swoje oczekiwania. Konsument nowego typu jest stale aktywny  za pomocą smartfonów i tabletów może być stale obecny w sieci i przez nie dokonywać zakupów. W ten sposób powoli znikają martwe okresy w handlu, np. w późnych godzinach nocnych czy godzinach szczytu, gdy większość ludzi jest w drodze do pracy.

– Konsument chce być obsłużony dobrze, ale równocześnie jest wrażliwy na cenę. Wybiera produkty, sprawdza ich oceny, porównuje je w internecie, próbuje dopasować je do swojej osobowości oraz do osobowości grupy społecznej, z którą się utożsamia. To jest też efekt kryzysu – konsument nie chce być oszukiwany – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka z firmy Mediadem Consulting, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Jeżeli znajdzie tańszy produkt w internecie, to tam go kupi. Ale będzie raczej łączył zakupy online i offline – o tym musi pamiętać również właściciel klasycznego sklepu.

Pojawienie się nowego typu konsumenta wymusza zmiany w sprzedaży detalicznej. Zdaniem ekspertów upodobanie klientów do funkcjonowania zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym oznacza, że sklepy przyszłości będą znacznie mniejsze. Ich przestrzeń zostanie podzielona na dwa obszary. Pierwszy z nich będzie obszarem odbioru towarów zakupionych w internecie. Drugi to obszar klasyczny, często połączony z showroomem, w którym eksponowane będą towary.

Dla sklepów przyszłości bardzo ważny stanie się także obszar tzw. doświadczenia konsumenckiego, a więc techniki marketingowej, zwanej także tzw. storytelling. Jest to umiejętność opowiadania historii, które oczarowują klientów. W marketingu 3.0 dobry storytelling będzie się odwoływał np. do historii marki.

– Przyszłość jest w personalizacji, w łączeniu internetu ze światem realnym, ale też w ludziach z pasją. To dlatego, że przyszli sprzedawcy to ludzie, którzy znają się na swoim produkcie, którzy są takimi samymi jego fanami, jak konsument, który rozmawia z pasją o swoim domu i z pasją chce kupować rzeczy bądź realizować swoje zainteresowania – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka. – Ważną rzeczą jest podejście do przeszłości, dlatego że przyszły konsument będzie retronowoczesny. Będzie nadawał starym przedmiotom nowe funkcje.

Nowoczesny konsument lubi życie w zbiorowości. Ceni możliwość życia w wielkim mieście, chętnie spotyka się z nowymi ludźmi na imprezach kulturalnych lub targach śniadaniowych. Ponadto jest to człowiek o szerokich zainteresowaniach, które wykraczają poza tradycyjne hobby, jak sport lub kino. Sprzedawcy powinni wyjść na przeciw tym oczekiwaniom, tworząc takie inicjatywy, jak np. urban garden  miejski ogród, w którym ludzie mogą się nauczyć, jak hodować rośliny w torbach zakupowych lub zioła w doniczkach.

– Do lamusa trafiły stare podziały socjo-geograficzne i podziały w oparciu o dochody, bo ten sam konsument może mieć dużo mniejsze dochody, ale podobne upodobania jak konsument, który ma wyższe dochody. Tych ludzi zaczyna łączyć pewien styl życia: on może być ekologiczny, technologiczny czy nastawiony na retro. Nie ma w tej chwili żadnej reguły, która by tego konsumenta określiła. Trzeba być nastawionym na zmiany i umieć odnaleźć przedsiębiorców, którzy z takim konsumentem potrafią wejść w dialog – mówi Elżbieta Dmowska-Mędrzycka.

Zdaniem ekspertów sprzedawcy detaliczni, aby przetrwać na rynku, muszą dostosować się do nowego typu klienta. W tym celu powinni jak najpełniej korzystać z możliwości sprzedaży przez internet, budować wartość swojej marki oraz rozwijać więź z klientem. Przywiązanie konsumenta można zdobyć, nie tylko zapewniając wysoką jakość produktów, lecz przede wszystkim idealnie trafiając w jego potrzeby i oczekiwania.

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Lewiatan o Krajowym Planie Działań na rzecz Zatrudnienia

W Krajowym Planie Działań na rzecz Zatrudnienia na lata 2015 – 2017., wątpliwości budzi przyjęty wskaźnik osiągnięcia w 2017 r. zatrudnienia na poziomie 68,1 proc. przez osoby w wieku 20-64 lata – uważa Konfederacja Lewiatan. Dzisiaj planem zatrudnienia w tych latach zajmuje się rząd.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Jeśli wziąć pod uwagę wyzwania, które stoją przed naszym rynkiem pracy, to należy uznać za słuszne wyznaczenie celu polegającego na zwiększeniu zatrudnienia i aktywności zawodowej. Analiza zadań szczegółowych wskazuje na pewne braki w zakresie praktycznych przedsięwzięć, dotyczących przede wszystkim charakteru podejmowanych zadań i ich skali. W związku z tym trudno ocenić czy wywrą one realny wpływ na zmianę sytuacji na rynku pracy. Wątpliwości budzi też przyjęty cel realizacji, czyli osiągnięcie w 2017 r. wskaźnika zatrudnienia dla osób w przedziale wieku 20-64 lata na poziomie 68,1 proc. Scenariusz dojścia do tego wskaźnika w kolejnych latach wydaje się nie uwzględniać wpływu działań wpisanych do Krajowego Planu na wzrost zatrudnienia, a jedynie zakłada stałe zwiększanie zatrudnienia niezależnie od sytuacji gospodarczej i decyzji podejmowanych przez rząd. Należy zatem liczyć, że ramy działań określone w KPDZ szybko wypełnią się treścią i przyjęcie planu szybko przełoży się na praktyczne działania.

Konfederacja Lewiatan

 

Wiosna na rynku pracy zaczyna się w tym roku wcześniej

Stopa bezrobocia pod koniec lutego wyniosła 12 proc – poinformował resort pracy i polityki społecznej. To powtórzenie wyniku z końca stycznia.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej opierając się na meldunkach z urzędów pracy wyliczyło, że stopa bezrobocia w lutym wyniosła 12 proc., czyli nie zmieniła się w stosunku do stycznia. Również liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy pozostała na niemal niezmienionym poziomie ok. 1919 tys. osób . Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu bezrobocia, co wiąże się z jego sezonowością. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w lutym nie rośnie już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy.

Nie należy jednak pomijać także pozytywnego wpływu na zatrudnienie koniunktury gospodarczej. Dobre sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w lutym utrzymał się na poziomie bliskim tego ze stycznia (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w lutym 2015 r. niższa o niemal 2 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a liczba bezrobotnych spadła o ok. 336 tys. osób. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Już teraz zgłoszono do urzędów pracy 95,1 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej o ok. 23 tys. więcej niż w styczniu.

Konfederacja Lewiatan

Internet Ventures inwestuje w platformę 4screens

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy (KFK), podpisał umowę inwestycyjną z NOPATTERN, właścicielem 4screens, platformy do tworzenia interaktywnych aplikacji, które umożliwiają interakcję z użytkownikiem/widzem w czasie rzeczywistym na wielu urządzeniach. Inwestycja w kwocie kilku milionów złotych umożliwia MCI objęcie mniejszościowych udziałów w spółce.

4screens to polski startup pozwalający firmom z branży medialnej, marketingowej i e-commerce w prosty sposób tworzyć interaktywne aplikacje dostępne na wielu ekranach (m.in. second screen, social hub). NOPATTERN przeznaczy środki m.in. na wprowadzenie usługi na globalny rynek B2B.

– 4screens wpisuje się w najnowsze światowe trendy technologii mobilnych. Z jednej strony platforma umożliwia klientom samodzielną budowę aplikacji, z drugiej charakteryzuje się elastycznością ze względu na dostępność gotowych modułów, które można dowolnie modyfikować w zależności od potrzeb i na ich bazie tworzyć interaktywne aplikacje – mówi Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures. – Platforma 4screens jest oferowana w modelu abonamentowym, jako usługa w tzw. chmurze (Software as a Service), dzięki temu model biznesowy posiada potencjał łatwego skalowania – dodaje.

4screens pozwala tworzyć interaktywne aplikacje dostępne na wielu ekranach (mobile, desktop, TV, outdoor). Dzięki modułowej budowie 4screens oferuje dedykowane rozwiązania przeznaczone dla nadawców TV (second screen), nadawców radiowych (jako narzędzie komunikacji ze słuchaczami), organizatorów eventów (rozwiązania multi screen), w handlu detalicznym (social hub), jak również w zakresie promocji marki (content marketing).

Około 90 proc. wszystkich interakcji z mediami odbywa się na wielu ekranach – mówi Piotr Szostak, dyrektor zarządzający 4screens. – Coraz powszechniejszy jest tzw. multiscreening. Większość widzów ogląda telewizję korzystając równocześnie z innego urządzenia: telefonu, tabletu, laptopa, zatem nadawcy muszą obecnie walczyć o uwagę widza również na dodatkowych platformach. Jeśli sami zbudują interaktywne aplikacje, zwiększą zaangażowanie odbiorców, a w konsekwencji przychody – dodaje.

Z rozwiązań 4screens korzystają polscy nadawcy telewizyjni, m.in. TVN (“Kuba Wojewódzki”, “You Can Dance”), TVP (“The Voice of Poland”, “Dzięki Bogu Już Weekend” oraz “SuperSTAR-cie) czy 4fun Media (aplikacja Fun App TV dostępna w Google Play oraz iTunes), a także przedstawiciele marek, m.in. spółka Agros Nova, która w ramach 4screens uruchomiła social hub poświęcony sokom Fortuna.

Inwestycja w 4screens jest realizowana wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym,
który w roli współudziałowca/uczestnika kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

Sektor nieruchomości jeszcze pilniej sprawdzany

Wskutek wprowadzenia nowych przepisów rynek nieruchomości będzie poddawany skrupulatniejszej kontroli podatkowej. Branża zarzuca władzy zbytnią restrykcyjność prawa.

Unia Europejska oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju planują wprowadzenie rozwiązań prawnych, które mają zapobiegać agresywnemu planowaniu podatkowemu. W konsekwencji inwestorzy i deweloperzy działający na rynku nieruchomości zostaną zobowiązani do precyzyjniejszego wykazywania uzasadnień gospodarczych dla swoich transakcji. Branżowcy muszą liczyć się z tym, że jeżeli nie będą spełniali nowych wymogów, ich transakcje mogą być kwestionowane przez organy podatkowe.

Od 1 stycznia w sektorze nieruchomości obowiązują przepisy z zakresu finansowania inwestycji. „Wymuszają one na inwestorach, żeby w większym stopniu finansowali swoje inwestycje kapitałem, a nie długiem. Wynika to z tego, że jeżeli zadłużenie przekroczy pewną proporcję długów do kapitałów, odsetki od takiego długu nie będą mogły stanowić kosztu, czyli nie pomniejszą podstawy do opodatkowania” – mówi serwisowi infoWire.pl Michał Thedy, dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY. „Współczynnik finansowania inwestycji jest zbyt restrykcyjny w porównaniu z zasadami obowiązującymi w innych krajach” – dodaje.

Przepisy zapobiegające unikaniu opodatkowania istnieją w większości krajów. „To, że zostaną one wprowadzone w Polsce, nie budzi sprzeciwu. Jednak rodzą się obawy, czy przepisy będą stosowane faktycznie w sytuacjach, w których dochodzi do przestępstwa, czy też władze skarbowe będą ich nadużywały i krępowały w ten sposób swobodę gospodarczą” – podkreśla ekspert.

Konflikt na Ukrainie a nastroje Polaków

Wiele osób śledzi wydarzenia za wschodnią granicą, bo rezultaty konfliktu na Ukrainie i sankcje nałożone na Federację Rosyjską bezpośrednio dotykają Polskę. Nasz stosunek do tego, co dzieje się na wschodzie, jest widoczny w statystykach.

Jak pokazują badania CBOS, według aż 3/4 Polaków konflikt na Ukrainie może grozić bezpieczeństwu naszego kraju. Oczywiście, uważamy, że sąsiadów powinno się wspierać, ale tylko wspólnie z innymi krajami Unii Europejskiej (56%). 33% badanych jest zdania, że nie powinniśmy angażować sił w konflikt na Ukrainie, a 62% – że nie warto nawet pomagać finansowo. Wielu z nas sankcje nałożone na Rosję przez Unię Europejską uznaje za zbyt małe. Z drugiej zaś strony boimy się, że podejmowane działania odbiją się negatywnie na gospodarce czy bezpieczeństwie energetycznym.

Sytuacja na wschodzie nie wpływa na refleksje większości polskich polityków. „Powtarzają te same hasła i slogany, których nikt na arenie międzynarodowej nie chce słuchać” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. „Państwo polskie, prowadzące aktywną politykę wschodnią i wchodzące na różne płaszczyzny sporów z Federacją Rosyjską, a także innymi państwami, zachowuje się jak drogowiec, którego zaskoczyła zima” – dodaje.

W konflikcie związanym z przejęciem Krymu oraz zmianą władzy w Kijowie trudno znaleźć wygranych, może poza Białorusią. Łatwo natomiast wskazać przegranych – są to Ukraina i Polska. Obecna sytuacja pokazała, że nasz kraj jest samotnym białym żaglem w Europie. Niestety żadne inne państwo nie podziela naszych poglądów, a nawet jeśli jest nam bliskie – jak Litwa – to relacje z nim pozostawiają wiele do życzenia.

PageGroup coraz śmielej mówi o planach uruchomienia czwartego oddziału w Polsce. Niedawno otwarte we Wrocławiu biuro Michael Page ma docelowo zwiększyć zatrudnienie pięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowa firma rekrutacyjna PageGroup, skupiająca takie marki, jak Page Personnel, Michael Page i Page Executive, planuje otwarcie nowych oddziałów w Polsce. Po Warszawie, Katowicach i Wrocławiu przyjdzie czas na Poznań. W polu widzenia zarządu spółki jest też Trójmiasto.

– Od pewnego czasu przyglądamy się rynkom poznańskiemu oraz trójmiejskiemu – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Dziedzic z PageGroup w Polsce. – Szacujemy, że w Poznaniu naszymi klientami mogą być przede wszystkim firmy, które poszukują pracowników z obszaru finansów, produkcji lub inżynierii, a także Centrów Usług Wspólnych (SSC/BPO). Natomiast w Gdańsku analizujemy rynek stanowisk finansowych, a także rekrutacje kandydatów do sektora IT.

W styczniu bezrobocie w Polsce wynosiło 12 proc. i było o 2 pkt. proc. niższe niż rok wcześniej. Jednocześnie zdaniem ekonomistów w kolejnych miesiącach pracy w Polsce będzie coraz więcej i w tym roku stopa bezrobocia może spaść do poziomu jednocyfrowego. To zaś oznacza, że na rynku może zacząć brakować wykwalifikowanych specjalistów. Dla PageGroup to szansa na nowe zlecenia od firm, które mają problem z pozyskaniem odpowiednich pracowników, a co za tym idzie – rozwój w Polsce.

– Otwarcia nowych oddziałów planujemy w kolejnych latach, jednak dzisiaj trudno jest jeszcze powiedzieć, kiedy dokładnie – zapowiada dyrektor PageGroup w Polsce. – Uważam, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy otworzymy jeden z nich.

Wraz z rozwojem polskiej gospodarki i spadkiem bezrobocia firmy zajmujące się rekrutacją pracowników mogą liczyć na więcej zleceń od klientów, którzy zwiększają zatrudnienie.

Dla nas najważniejsze jest to, żeby w danym regionie istniał rynek kandydata – mówi Piotr Dziedzic z PageGroup w Polsce. – Jeżeli mamy kandydatów do pracy, możemy prowadzić rekrutacje i zdobywać klientów. A to znaczy, że dany oddział ma rację bytu. I tak właśnie stało się z Wrocławiem. Każdy kolejny oddział otwieramy po dokładnej analizie danego rynku. Poznań, któremu przyglądamy się obecnie, jest dla nas atrakcyjny, ponieważ działa w nim dużo firm międzynarodowych, a także istnieje dosyć mocny rynek kandydata i niskie bezrobocie.

Uruchomiony ostatnio oddział we Wrocławiu będzie zatrudniać docelowo 4-5 razy więcej pracowników niż obecnie.

Oddział we Wrocławiu otworzyliśmy dzięki wzrostowi organicznemu – informuje Piotr Dziedzic. – Aktualnie pracują w nim trzy osoby, jest zatem niewielki. Planujemy jednak, że docelowo będziemy tam zatrudniać 12-15 osób. Tak na ten moment szacujemy nasze możliwości i wymogi lokalnego rynku pracy.

Na polski rynek pracy wpływ mają nie tylko czynniki gospodarcze, które tworzą miejsca pracy, lecz także demografia. W 2000 roku w wieku produkcyjnym było niepełna 61 proc. Polaków, a przedprodukcyjnym – ponad 24 proc. W 2008 roku aktywnych na rynku pracy było aż 64,5 proc., do wejścia na rynek szykowało się jednak już tylko nieco ponad 19 proc. Dziś pracę podejmują młodzi z ostatnich roczników demograficznego wyżu, a wkrótce będzie ich trafiać na rynek o ok. 30 proc. mniej niż dotąd. Będzie to odczuwalne szczególnie w rejonach dużych miast, gdzie już dziś bezrobocie utrzymuje się na poziomie 5 proc. a nowe firmy cały czas powstają.

Jeżeli prognoza NBP się sprawdzi budżet państwa będzie miał problem z wpływami

W 2015 r. PKB wzrośnie o 3,4 proc. przy deflacji na poziomie 0,5 proc. – prognozuje w marcowej projekcji inflacji Instytut Ekonomiczny NBP.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Instytut Ekonomiczny NBP podniósł prognozę wzrostu PKB w 2015 r. z 3 proc. (listopad 2014) do 3,4 proc. Jednocześnie obniżył znacząco (w stosunku do listopadowej prognozy), bo aż o 1,6 punktu procentowego prognozę inflacji. Przypomnę, że budżet państwa na 2015 r. był opracowany na bazie założeń dotyczących wzrostu PKB także na poziomie 3,4 proc., ale inflację zakładał na poziomie 1,2 proc., czyli o 1,7 punktu procentowego wyższą od marcowych prognoz NBP.

Styczniowe dochody budżetu państwa są niższe od planowanych o ponad 2 mld zł. Jest to wynikiem przede wszystkim istotnie mniejszych, bo o 1,7 mld zł, wpływów z podatku VAT niż w styczniu 2014 r. W połączeniu z niższymi wpływami z podatku akcyzowego (o prawie 400 mln zł) daje to o 2,1 mld zł niższe wpływy z podatków pośrednich w styczniu 2015 r. w relacji do stycznia 2014 r. I pokazuje, gdzie będzie tkwił problem z wykonaniem budżetu w br., a tym samym że możemy mieć problem z zejściem do planowanego poziomu 2,8 proc. z deficytem sektora finansów publicznych.

Patrząc na styczniową sprzedaż detaliczną, która w cenach bieżących właściwie się nie zmieniła (r/r wzrost o 0,1 proc.), a w cenach stałych wzrosła o 3,3 proc. dostajemy potwierdzenie, że konsumpcja będzie rosła, ale nie będzie to oznaczało wzrostu wpływów z podatków pośrednich do budżetu państwa. Przedsiębiorcy mają podobny problem, bowiem produkując więcej mają porównywalne do zeszłorocznych przychody. Oni jednak mogą (a nawet muszą) zarządzać kosztami w sposób, który pozwoli im na utrzymanie zeszłorocznego poziomu dochodów, czyli zysków (na szczęście dla całej gospodarki nie robią tego „zamrażając” wynagrodzenia). Budżet państwa ma w tym obszarze znacznie mniejsze możliwości, bowiem ponad 70 proc. wydatków to wydatki sztywne, którymi nie da się „zarządzać”. Taką strukturę wydatków budżetowych zafundowały nam bowiem w kolejnych latach kolejne rządy i kolejni politycy.

Już widać, a dzisiejsza prognoza NBP dotycząca inflacji to potwierdza, że trudno będzie osiągnąć zaplanowane wpływy do budżetu państwa. Należy bowiem pamiętać, że podatki pośrednie to ponad 2/3 dochodów budżetowych. Jeżeli prognozy NBP zmaterializują się, to będziemy mieć poważny kłopot z utrzymaniem deficytu na zaplanowanym (46 mld zł) poziomie. Wydaje się, że już dzisiaj Ministerstwo Finansów we współpracy ze wszystkimi innymi ministerstwami powinno przyjrzeć się sytuacji, abyśmy nie obudzili się w 2. połowie 2015 r. z trudno rozwiązywalnym problemem.

Konfederacja Lewiatan

Żyjemy w turbulentnych czasach

W 2015 r. PKB wzrośnie o 3,4 proc. przy deflacji na poziomie 0,5 proc. – prognozuje w marcowej projekcji inflacji Instytut Ekonomiczny NBP.

Małgorzata Starczewska-KrzysztoszekKomentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W projekcji listopadowej (2014) IE NBP prognozował wzrost PKB w 2015 r. na poziomie 3 proc., a inflację na poziomie 1,1 proc. Dzisiejsza prognoza wskazuje, że mamy szanse na szybszy wzrost w warunkach znaczącej deflacji. Taka zmienność prognoz nie jest niespodzianką – zmienia się bowiem sytuacja przede wszystkim w otoczeniu Polski, i to na tyle silnie, że np. prognoza inflacji NBP na 2015 r. z marca 2014 r. to jeszcze 1,8 proc., a dzisiejsza to już deflacja na poziomie 0,5 proc. (patrz wykresy poniżej). Różnica 2,3 punktu procentowego! Podobnie zmiennie wyglądają prognozy innych instytucji, w tym IMF czy KE przygotowywane dla Polski, a także dla innych krajów.

Żyjemy jak widać w coraz bardziej turbulentnych czasach. Byliśmy przyzwyczajeni, że zmienność była rozłożona w czasie, bo wyznaczały ją fazy koniunktury gospodarczej, które ekonomistom było znacznie łatwiej przewidywać niż zmiany innych czynników. „Wczoraj” do wzrostu zmienności prognoz makroekonomicznych dołożył się bowiem rynek finansowy, później – problemy wielu krajów z finansami publicznymi, a dzisiaj w coraz większym stopniu geopolityka, na co Raport o inflacji także zwraca uwagę.
Przedsiębiorcy jednak mają problem, szczególnie firmy średnie i duże, a wśród firm mniejszych te które są eksporterami. Muszą one bowiem przyglądać się prognozom – tym dla Polski, tym dla krajów UE, a także prognozom globalnym przygotowując swoje strategie, korekty do nich, a także budżety. Jak zatem żyć? zapytałby (znany z tego pytania) producent papryki.

Patrząc na prognozy makroekonomiczne instytucji je przygotowujących należałoby odpowiedzieć – firmy muszą przygotowywać nie jeden a kilka scenariuszy rozwoju, przygotować się na częstsze korekty strategii, i … nie tylko patrzeć na liczby zawarte w prognozach, ale czytać analizy do tych liczb dołączone, bo tam powinni znaleźć wyjaśnienia dotyczące nawet najgłębszych korekt prognoz makroekonomicznych na których w ciągu ostatnich 3-4 miesięcy bazowali. Albo … obywać się bez przyglądania się prognozom i bazować na własnej intuicji, czyli wiedzy zgromadzonej w czasie całego swojego biznesowego życia.

Konfederacja Lewiatan

Lewiatan o zintegrowanym systemie kwalifikacji

Stworzenie krajowego systemu kwalifikacji jako części europejskiej przestrzeni uczenia się przez całe życie stanowi strategiczne zadanie dla Polski. Rozwój gospodarczy w naszym kraju powinien w coraz większym stopniu opierać się na wysokiej jakości kapitału ludzkiego, który będzie odpowiadać potrzebom budowania gospodarki opartej na wiedzy – uważa Konfederacja Lewiatan. 10 marca br. projektem założeń ustawy o zintegrowanym systemie kwalifikacji (ZSK) zajmie się rząd.

– Wskazane w dokumencie podstawowe wyzwanie dla systemu nabywania kwalifikacji, jakim jest niski poziom kompetencji osób dorosłych oraz ich niskie zaangażowanie w podnoszenie i uzupełnianie kompetencji po zakończeniu edukacji formalnej zostało określone prawidłowo. Należy zgodzić się także ze wskazanymi w projekcie problemami związanymi z obecnym funkcjonowaniem krajowego systemu kwalifikacji w Polsce – mówi Anna Kapłon, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

W szczególności z punktu widzenia pracodawców istotne są: – brak wiarygodnych informacji o nadawanych kwalifikacjach oraz ich jakości i wynikająca z tego niska wiarygodność dla pracodawców różnego rodzaju świadectw i certyfikatów; – brak narzędzi wspierających w określaniu deficytów kompetencji i kwalifikacji pracowników oraz komunikowaniu swoich potrzeb do instytucji wspierających nabywanie kompetencji oraz kwalifikacji; – niedostateczne powiązanie oferty edukacyjnej z potrzebami rynku pracy; – brak systemu akredytacji dla podmiotów prowadzących kształcenie ustawiczne w formach pozaszkolnych i instytucji sektora pozaformalnego oraz brak powszechnego, obejmującego wszystkie rodzaje kwalifikacji, systemu walidacji efektów uczenia się nieformalnego i pozaformalnej edukacji.

W kontekście przedstawionych wyzwań cele wdrożenia ZSK zostały wskazane właściwie. Należy jednak zauważyć, że osiągnięcie zwłaszcza takich celów jak: – ułatwienie osobom uczącym się oraz pracodawcom wyboru odpowiadającej ich potrzebom usługi edukacyjnej; – otworzenie nowych możliwości nabywania kwalifikacji niezależnie od tego gdzie, jak i kiedy nastąpiło osiągnięcie efektów uczenia się; – usprawnienie procesów rekrutacji pracowników i ułatwienie zarządzania zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwach oraz zwiększenie efektywności wydawania środków na kształcenie i szkolenie wymagać będzie wdrożenia ZSK w odpowiedniej skali.

Oznacza to konieczność zapewnienia wprowadzenia do ZSK znaczącej części kwalifikacji nabywanych w ramach edukacji pozaformalnej i nieformalnego uczenia się. Optymalnie byłoby, gdyby wszystkie kwalifikacje nabywane poza systemami oświaty i szkolnictwa wyższego były wpisywane do ZSK. Jest to jednak efekt trudny do uzyskania tym bardziej, że zgodnie z przedstawionymi założeniami wprowadzenie kwalifikacji do ZSK nie będzie obligatoryjne, a zainteresowany podmiot będzie podejmował decyzję o skorzystaniu z uprawnienia do wprowadzenia kwalifikacji kierując się indywidualną oceną. Przyjmując takie założenie należy zatem zadbać o wprowadzenie takich rozwiązań organizacyjnych, proceduralnych i finansowych, które zachęcą potencjalnych interesariuszy, w tym branżowych do zaangażowania w proces wdrożeniowy. Należy zadbać o jak największe zaangażowanie w proces wprowadzania kwalifikacji do ZSK organizacji partnerów społecznych, w tym zwłaszcza organizacji pracodawców. W ocenie Konfederacji Lewiatan projekt założeń projektu ustawy w niedostatecznym stopniu uwzględnia tą potrzebę, a nawet ogranicza rolę interesariuszy społecznych w procesie wprowadzania kwalifikacji do ZSK względem organów administracji publicznej.

Po pierwsze, złożenie wniosku o wprowadzenie kwalifikacji do ZSK przez zainteresowany podmiot będzie skutkowało obowiązkiem przeprowadzenia przez właściwego ministra postępowania administracyjnego kończącego się wprowadzeniem kwalifikacji do ZSK albo odmową wprowadzenia. W projekcie założeń nie określono sytuacji w jakich możliwa byłaby odmowa wprowadzenia kwalifikacji oraz nie wskazano warunków jakie muszą być spełnione, żeby właściwy minister mógł wydać decyzję o odmowie wprowadzenia do ZSK. Braki w tym względzie należy uzupełnić, aby z góry określić przejrzyste warunki działania dla podmiotów składających wnioski o wprowadzenie kwalifikacji.

Po drugie, w procesie oceny wniosku o wprowadzenie kwalifikacji do ZSK zakłada się powołanie przez właściwego ministra zespołu ekspertów, którzy mogą być pracownikami struktury administracyjnej właściwego ministra lub pochodzić z zewnątrz, jednak pozostawia się właściwemu ministrowi nadmierną dowolność w ustalaniu składu zespołu. W założeniach należy wskazać, że w skład zespołu powinni wchodzić eksperci spoza struktury administracyjnej reprezentujący właściwych dla danej kwalifikacji interesariuszy.

Po trzecie, zapisano, że właściwy minister lub szef urzędu centralnego przeprowadza konsultacje dla wprowadzenia kwalifikacji do ZSK, ustalając ich zakres i tryb stosownie do potrzeb. W ocenie Konfederacji Lewiatan pozostawia się tu nadmierną dowolność. Konieczne jest zapewnienie udziału w konsultacjach organizacji pracodawców oraz pozostałych właściwych dla danej kwalifikacji interesariuszy.

Po czwarte, przedstawiony w założeniach proces wprowadzenia kwalifikacji do ZSK przez podmioty spoza systemów oświaty i szkolnictwa wyższego, w tym podmioty rynkowe oraz organizacje partnerów społecznych, a także ewentualnych innych interesariuszy nie zawiera odpowiednich zachęt do przyjmowania przez te podmioty roli autora kwalifikacji, na którym ciąży przygotowanie i złożenie wniosku. Zakłada się, że wnioskodawca samodzielnie i w ramach własnych środków przygotuje odpowiedni wniosek oraz, że składając wniosek uiści standardową opłatę za jego rozpatrzenie, stanowiącą dochód budżetu państwa. Takie założenie wymagałoby ustalenia, że wnioskodawca w wyniku umieszczenia kwalifikacji w ZSK może uzyskać korzyść, która zrekompensuje poniesione koszty. Taką korzyścią mogłoby być uzyskanie statutu podmiotu certyfikującego. Jednak w projekcie założono ograniczenie roli autorów kwalifikacji, którzy mogą decyzją administracyjną pozostawioną w gestii właściwego ministra zostać pozbawieni de facto jakiegokolwiek wpływu i uczestnictwa w funkcjonowaniu danej kwalifikacji. Właściwy minister może samodzielnie wyznaczyć podmiot certyfikujący. Może też wyznaczyć nowe, kolejne podmioty certyfikujące dla danej kwalifikacji, z pominięciem autora kwalifikacji, niezależnie od tego, czy jest on tą rolą zainteresowany. Jest to szczególnie szkodliwe w odniesieniu do pozaformalnych kwalifikacji branżowych, które jeśli mają być bliskie rynkowi pracy powinny być budowane przez organizacje reprezentujące ten rynek. Umocowanie właściwego ministra do wyznaczenia podmiotu certyfikującego oraz nowych podmiotów certyfikujących dla tej samej kwalifikacji, przy braku propozycji re/finansowania poniesionych kosztów może skutecznie podważyć racjonalność inwestycji w nowe kwalifikacje, które jako ważne dla potrzeb rynku pracy mogłyby i powinny być włączone do ZSK.

Należy także zauważyć, że projekt założeń projektu ustawy w niedostatecznym stopniu uwzględnia potrzebę szerokiego zaangażowania interesariuszy branżowych, w tym pracodawców, w proces wdrażania ZSK. W tym kontekście warto rozważyć rozszerzenie zapisanej w projekcie koncepcji tworzenia Rady Interesariuszy o możliwość tworzenia Branżowych lub Sektorowych Rad Interesariuszy, które pełniłyby podobne funkcje jak Rada Interesariuszy w ramach poszczególnych branż/sektorów.

Konfederacja Lewiatan

Jak efektywnie wykorzystać unijne pieniądze na młodych?

0

Aby unijne pieniądze przeznaczane dla ludzi młodych zostały dobrze wykorzystane konieczna jest ścisła współpraca instytucji realizujących projekty z pracodawcami i takie przygotowanie kandydatów, żeby ich kompetencje i kwalifikacje odpowiadały zapotrzebowaniu firm i instytucji, tzn. pasowały do konkretnych miejsc pracy. Szansą na dobre i trwałe efekty jest także współpraca publicznych i niepublicznych służb zatrudnienia, poprzez zlecanie usług aktywizacyjnych – uważa Konfederacja Lewiatan.

Szerokim strumieniem płynie wsparcie unijne dla ludzi młodych – 1,76 mld euro wesprze osoby w wieku 15-29 na rynku pracy, 1,76 mld euro unijnego wsparcia przewidziano w Programie Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020 na zwiększenie możliwości zatrudnienia osób młodych między 15 a 29 rokiem życia, które nie pracują, nie uczestniczą w kształceniu ani szkoleniu, czyli tzw. NEET.

Obowiązkowym elementem wsparcia będzie identyfikacja potrzeb osób młodych oraz pomoc w wyborze zawodu zgodnego z kwalifikacjami i kompetencjami, a także pomoc w ich uzupełnieniu. Osoby, które przedwcześnie opuściły system edukacji będą mogły do niego wrócić i uzyskać dofinansowanie kontynuacji nauki lub zdania egzaminów potwierdzających określone kwalifikacje. W tym zakresie, już od 2014 r. projekty realizują ochotnicze hufce pracy. Szczególnie istotne jest także wsparcie w zdobyciu doświadczenia zawodowego wymaganego przez pracodawców. Uczestnicy projektów – zgodnie z potrzebami – nabędą lub uzupełnią doświadczenie zawodowe, a także będą mieli możliwość odbycia wysokiej jakości staży i praktyk. Temu celowi ma także służyć wsparcie zatrudniania ludzi młodych u przedsiębiorców. Jaką zachętę dla pracodawców proponuje Program? Wsparcie obejmie subsydiowanie zatrudnienia, a także wyposażenie i doposażenie stanowiska pracy. Na wsparcie mogą także liczyć osoby, które dotychczas miały kłopot ze znalezieniem zatrudnienia w danej branży, sektorze czy miejscu zamieszkania. Premiowana będzie mobilność międzysektorowa i geograficzna poprzez organizację staży i praktyk, ale także dofinansowanie kosztów dojazdu do pracy lub przeprowadzki. Dla najbardziej przedsiębiorczych przewidziano pomoc w zakładaniu i prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Szczególny priorytet będą miały osoby z niepełnosprawnościami – te mogą liczyć na pomoc asystenta, a także doposażenie miejsca pracy.
Projekty będą realizowane w ramach kilku ścieżek przez publiczne i niepubliczne instytucje rynku pracy: powiatowe urzędy pracy, ochotnicze hufce pracy, agencje zatrudnienia, instytucje szkoleniowe, instytucje dialogu społecznego zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz instytucje partnerstwa lokalnego, a także jednostki organizacyjne wspierania rodziny i systemu pieczy zastępczej, młodzieżowe ośrodki wychowawcze i socjoterapii, specjalne ośrodki szkolno-wychowawcze, domy samotnej matki, Centralny Zarząd Służby Więziennej.

We wszystkich projektach związanych z aktywizacją zawodową obowiązkowe są wskaźniki efektywności zatrudnieniowej (efektywność ta rozumiana jest jako podjęcie zatrudnienia najpóźniej 3 miesiące po zakończeniu udziału w projekcie). Dla przykładu w wyników projektów realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, których realizacja ma się zacząć najpóźniej w II kwartale 2015 r., zatrudnienie powinno znaleźć co najmniej 17% osób z niepełnosprawnościami spośród osób objętych wsparciem, 35% spośród osób długotrwale trwale bezrobotnych, 36 % osób o niskich kwalifikacjach. Dla uczestników, którzy nie wchodzą do żadnej z powyższych grup ten odsetek wynosi 43 %.

Zakłada się zatem, że średnio co trzecia osoba znajdzie zatrudnienie w czasie lub tuż po zakończeniu udziału w projekcie. Ocena, czy to dużo, czy mało, zależy także od trwałości tego zatrudnienia, a to z kolei od dopasowania uczestników projektów do miejsc pracy, do których zostaną oni przygotowani. Oznacza to konieczność ścisłej współpracy instytucji realizujących projekty z pracodawcami i takie przygotowanie kandydatów, żeby ich kompetencje i kwalifikacje odpowiadały zapotrzebowaniu firm i instytucji, tzn. pasowały do konkretnych miejsc pracy. Szansą na dobre i trwałe efekty jest także współpraca publicznych i niepublicznych służb zatrudnienia, poprzez zlecanie usług aktywizacyjnych zgodnie z rozdziałem 13c Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.

– Efektywność tego modelu opiera się na wysokiej indywidualizacji usług przywracania do trwałego zatrudnienia, co zwłaszcza w przypadku osób oddalonych od rynku pracy stanowi istotne wsparcie dopasowane do potrzeb i możliwości klienta. Pozwala to także uzyskać najwyższy rezultat dzięki temu, że podmioty prywatne, realizujące usługi, wynagradzane są za efekt, jakim jest przywrócenie na rynek pracy określonej liczby bezrobotnych i utrzymanie ich w zatrudnieniu, co najmniej 6 miesięcy – mówi Małgorzata Lelińska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Nowy model obsługi podatników – debata w MF

Zmiana podejścia do podatnika jako klienta administracji podatkowej, jego wsparcie w prowadzeniu działalności gospodarczej i ograniczanie działań wobec podatników prawidłowo wypełniających obowiązki podatkowe – to główne wątki spotkania przedstawicieli kierownictwa Ministerstwa Finansów z szefami największych organizacji samorządu gospodarczego w Polsce.
Zwiększanie dobrowolności w wypełnianiu obowiązków podatkowych oraz wdrażanie nowych lub usprawnianie istniejących rozwiązań służących obsłudze i wsparciu podatnika to jeden z priorytetów polskiego rządu. W tym kierunku prowadzone są prace zmieniające polską Administrację Podatkową i dostosowujące ją do oczekiwań podatników.

Wsparcie podatnika w prawidłowej realizacji obowiązków podatkowych jako zadanie administracji podatkowej Ministerstwo Finansów wprowadziło do ustawy i dla wykonania tego zadania zdefiniowało system obsługi i wsparcia podatnika. Składają się na niego między innymi centra obsługi w US, stanowiska asystenta podatnika dla rozpoczynających działalność gospodarczą, koncentracja wyspecjalizowanych US na dużych podatnikach o przychodach pow. 3 mln. Euro. Istotnym elementem zmiany jest wzmocnienie kadrowe KIP dla zwiększenia obsługi infolinii oraz specjalizacja biur KIP na poszczególnych podatkach w celu zapewnienia jednolitości interpretacji.

Na nowo określane są standardy i procedury prowadzenia weryfikacji prawidłowości rozliczeń podatkowych. Podstawą kształtowania relacji z podatnikiem i podejmowania działań urzędu skarbowego ma być analiza ryzyka nieprawidłowych rozliczeń podatkowych i na jej podstawie dobieranie adekwatnych narzędzi reakcji.

W zależności od skali zidentyfikowanego ryzyka nieprawidłowości w rozliczeniu należności podatkowych podejmowane będą „miękkie” formy poprawy błędów podatników, jak chociażby telefoniczne wyjaśnianie wątpliwości, uzupełnienie brakujących danych, skorygowanie błędów popełnionych przy wypełnianiu dokumentów czy też czynności sprawdzające z wnioskiem o skorygowanie rozliczeń. Takie działania znacznie ograniczą konieczność przeprowadzenia kontroli w siedzibie przedsiębiorcy i nie będą utrudniały przedsiębiorcom prowadzenia działalności gospodarczej.

Ministerstwo Finansów potwierdziło, że celem kontroli podatkowych nie jest doraźny cel fiskalny, a sprawdzenie czy szacowane ryzyko nieprawidłowości ma swoje potwierdzenie i wskazanie podatnikowi prawidłowości opodatkowania. Mierniki w tym zakresie dotyczą oceny prawidłowości analizy ryzyka typowania do kontroli, aby było jak najmniej kontroli w obszarach gdzie nie identyfikuje się ryzyka nadużyć, a podatnicy dokonują prawidłowych rozliczeń podatkowych. Kontrola ma sprawdzić wskazania analizy ryzyka, a jej wyniki i protokoły są oceniane następnie przez prowadzącego postępowania podatkowe.

Uczestnicy debaty pozytywnie ocenili spotkanie, podkreślając znaczenie dyskusji i wymiany poglądów obu środowisk na tematy dotyczące zmian w Administracji Podatkowej. Wszyscy wskazywali na konieczność podejmowania działań zapewniających, aby właściwie przeprowadzano wdrożenie tych założeń.

Spotkanie to ma stworzyć platformę do dalszej merytorycznej dyskusji z liderami wiodących organizacji samorządu gospodarczego w temacie współpracy z resortem finansów.

Dyskusja pt. „Kierunki reformy administracji podatkowej a ochrona legalnej działalności gospodarczej” odbyła się w Ministerstwie Finansów 9 marca br. Wzięli w niej udział liderzy największych organizacji liderzy największych organizacji zrzeszających przedsiębiorców i podatników: Ryszard Petru – Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich, prof. Andrzej Blikle – Prezes Zarządu Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, Andrzej Sadowski – Prezydent Centrum im. A. Smitha, Robert Oliwa – Przewodniczący Komitetu Podatkowego Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej, Rafał Iniewski – Wiceprzewodniczący Konfederacji Lewiatan, Marek Goliszewski – Prezes Business Centre Club, Zbigniew Błaszczyk -Ekspert Krajowej Izby Gospodarczej oraz Marcin Nowacki – Wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Gospodarzami spotkania byli: Mateusz Szczurek – minister finansów, Janusz Cichoń – sekretarz stanu oraz Jacek Kapica – podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Asseco Business Solutions ma już umowy na 87,5 mln zł. Spółka chce ponownie przeznaczyć niemal cały zysk na dywidendę

0

 

Firma Asseco Business Solutions, jeden z liderów zintegrowanych systemów informatycznych dla firm, ma już zakontraktowane prawie 90 mln zł w przychodach, w większości na podstawie umów z przedsiębiorcami. Firma w 2015 roku zamierza rozwijać posiadane w portfolio produkty, głównie systemy klasy ERP. Dobra sytuacja finansowa firmy pozwala wypłacić akcjonariuszom w tym roku prawie 100 proc. zysku, choć w przypadku pojawienia się atrakcyjnych celów akwizycyjnych, w kolejnych latach dywidenda ta może być niższa. 

– Segmenty naszej działalności są dość proste, bo dzielimy naszą działalność na systemy ERP i pozostałe. Te pierwsze są naszym core biznesem, stąd pochodzi większość naszych przychodów i zysków i to się nie zmieni w tym roku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions.

Jak dodaje, przyszłe zakontraktowane przychody firmy w ciągu w ujęciu rocznym wzrosły. Obecnie Asseco BS ma już 87,7 mln zł w ramach podpisanych umów, co stanowi 60 proc. ubiegłorocznej sprzedaży.

– Głównymi klientami naszej firmy są przedsiębiorcy, którzy generują 88 proc. przychodów, przynajmniej tak było w 2014 roku, sektor finansowy 5 proc. – to jest tak naprawdę jeden produkt, czyli system factoringowy, no i sektor publiczny z reprezentacją 7-8 proc. Ta struktura będzie się raczej utrzymywała przez kolejne lata – prognozuje Lizon.

Członek zarządu Asseco BS wyjaśnia, że firma nie planuje wprowadzania na rynek nowych produktów, będzie jednak rozwijać istniejące, które mają już ugruntowaną pozycję. Każdy produkt Asseco BS będzie odświeżony, czyli będzie miał swoją nową wersję w przyszłym roku.

Asseco BS oferuje szeroką paletę oprogramowania do prowadzenia firmy, czyli systemy ERP (Asseco Softlab ERP), systemy HR (Asseco Softlab HR), systemy faktoringowe (Faktor 3), czy rozwiązania WMS (oprogramowanie do zarządzania logistyką, magazynami itp.).

Zarząd Asseco Business Solutions w komunikacie z 6 marca rekomenduje przeznaczenie na dywidendę prawie 100 proc. zysku za 2014 r., czyli 28,4 mln zł, co daje 0,85 zł na akcję.

Spółka nie planuje, ale też nie wyklucza akwizycji. W przypadku pojawienia się atrakcyjnej okazji na rynku, Asseco BS zamierza sfinansować ją własnymi środkami. Na początku grudnia 2014 r. jedna ze spółek z grupy Asseco – Asseco Poland S.A. podpisała list intencyjny w sprawie przejęcia prawie 51 proc. akcji szczecińskiej spółki produkującej oprogramowanie Unizeto Technologies. W styczniu UOKiK wydał zgodę na transakcję.

– Jeżeli takie inwestycje nie pojawią się, to tak naprawdę te środki gromadzą się na kontach i to jest sposób na to żeby docenić akcjonariuszy, którzy podjęli decyzję żeby kiedyś w akcje ABS-u zainwestować – uzasadnia decyzję o dywidendzie Mariusz Lizon.

Asseco Business Solutions jest notowane na GPW od listopada 2007 roku. Obecnie kurs akcji oscyluje wokół poziomów 13-15 zł, co daje niespełna 500 mln zł kapitalizacji. Spółka w 2015 roku nie planuje pozyskania kapitału na drodze emisji akcji bądź obligacji.

NIK o ochronie drzew przy realizacji inwestycji w miastach

W Polsce drzewa wciąż przegrywają z nowymi osiedlami, galeriami handlowymi i parkingami, bo wielu samorządowców na pierwszym miejscu stawia interes inwestorów, lekką ręką zgadzając się na wycinkę drzew. Sadzone w ramach kompensacji nowe drzewa często są niskiej jakości, a niezabezpieczone i niepodlewane – szybko obumierają. NIK zwraca również uwagę, że samorządy bez wystarczających przesłanek, umarzają inwestorom opłaty za wycięte drzewa.

NIK zbadała problem zadrzewienia i stwierdziła, że w polskich miastach brakuje inwentaryzacji terenów zielonych. Nikt nie wie dokładnie, ile drzew i jakie gatunki rosną na terenach miast. To z kolei utrudnia ich skuteczną ochronę. Choć burmistrzowie i starostowie dysponują instrumentami prawnymi dla zapewniania dostatecznej ochrony drzew, szczególnie np. w przypadku budowy, mając w swoich kompetencjach: planowanie i zagospodarowanie przestrzenne, wydawanie zezwoleń na usunięcie drzew, ustalenie kompensacji przyrodniczej oraz wydawanie decyzji o pozwoleniu na budowę – korzystają z nich w ograniczonym zakresie. Ponieważ decyzje zezwalające na wycinkę drzew są decyzjami uznaniowymi, urzędnicy w toku prowadzonego postępowania muszą ważyć sprzeczne interesy – z jednej strony ochronę przyrody, z drugiej rozwój miasta i interes inwestora.

Zdaniem NIK samorządowcy przedkładali interesy inwestorów ponad interes społeczny, jakim jest ochrona przyrody. W większości prowadzonych postępowań opierano się głównie na dowodach przedłożonych przez inwestorów. Sami urzędnicy nie badali wartości przyrodniczej drzew, ani nie rozważali rozwiązań alternatywnych, np. zmiany projektu inwestycji, tak by drzewa zachować. Na 201 zbadanych przez NIK inwestycji, w obrębie których znajdowało się 25 377 drzew, urzędnicy odmówili zezwolenia na wycięcie tylko 59 drzew (0,2 proc.), a inwestorzy otrzymali zezwolenia na wycinkę niemal we wszystkich przypadkach, których dotyczyły wnioski – aż 24 817 drzew (część nie wymagała zezwolenia, w części inwestorzy korygowali liczbę drzew do wycięcia).

Według NIK zezwolenia na usunięcie drzew wydawano zgodnie z przepisami ustawy o ochronie przyrody, jednakże postępowania te często były prowadzone nierzetelnie. Co prawda urzędnicy przeprowadzali oględziny drzew na terenie budowy (w 92 proc. badanych przypadków), ale dokumentację fotograficzną sporządzono już tylko w 30 proc. przypadków. Biegli w zakresie oceny stanu drzew zostali powołani zaledwie w dwóch przypadkach (1 proc. spraw). Z kolei rozprawy administracyjne, podczas których uzgadnia się interesy stron, przeprowadzano jedynie w Krakowie.

Najczęściej wykorzystywaną  formą kompensacji za wycięte drzewa, jaką urzędnicy nakładali na inwestorów, był obowiązek nasadzenia nowych drzew. W zamian za usunięte 24 817 drzew inwestorzy posadzili 23 332 nowych (94 proc.). W miastach ogółem posadzono nawet więcej drzew niż wycięto (109 proc.), w powiatach nieco mniej. Bez jakiejkolwiek kompensacji wycięto tylko niespełna 3 proc. drzew. W większości miast i powiatów obowiązywała zasada „jedno za jedno”: za jedno usunięte drzewo inwestor miał obowiązek posadzić jedno nowe. Ale zdarzały się też przypadki, w których nakazywano posadzenie większej liczby drzew.

Mimo tak optymistycznych liczbowo wyników w ocenie NIK jakościowa skuteczność kompensacji przyrodniczej jest niska. W związku z tym istnieje ryzyko, że zasoby przyrodnicze miast ulegać będą powolnemu, ale systematycznemu zmniejszaniu. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że inwestorzy kupują sadzonki słabe i niskiej jakości, a w dodatku – już nasadzone – pozostawiają bez odpowiedniej opieki: niezabezpieczone i niepodlewane. Przepisy ustawy o ochronie przyrody nie określają warunków, jakie powinno spełniać nowo sadzone drzewo: nie precyzują ani jego gatunku, ani wieku, ani rozmiarów. W efekcie oferowane przez inwestorów sadzonki były często złej jakości: za słabe i zbyt młode by się przyjąć i rzeczywiście zastąpić wycięte drzewa. Młode drzewka niedopasowane do otoczenia i panujących warunków często obumierały. Ponadto NIK zwraca uwagę, że brak możliwości określenia wieku nowego drzewa może prowadzić do sytuacji, że wbrew założeniom kompensacji, także ono zostanie w bliższej lub dalszej przyszłości usunięte. I to dużo bardziej bezproblemowo, bez powiadamiania urzędników, ponieważ drzewa, których wiek nie przekroczy 10 lat można wycinać bez zezwolenia.

W ramach rekompensaty urzędnicy za wycięte drzewa mogli także naliczać opłaty – w skontrolowanych miastach i powiatach w sumie naliczono ponad 51 mln zł odszkodowań (w miastach 24,7 mln zł, a w powiatach 26,4 mln zł). Realnie jednak do samorządowych kas wpłynęło tylko 5 proc. ustalonych opłat (ok.2,5 mln zł), bo płatności często odraczano – na trzy lata od daty wydania zezwolenia pod warunkiem posadzenia nowych drzew. Jeżeli nowe drzewo zachowało żywotność powyżej trzech lat, opłaty były umarzane. W ocenie NIK urzędnicy często zbyt pochopnie i bez należytego sprawdzenia wszystkich przesłanek, decydowali o umarzaniu opłat za usunięcie drzew. Bardzo szeroko stosowano także jeszcze inną możliwość – zwolnienia z opłat bez żadnych warunków. W przypadku ponad 16 tys. drzew (65 proc.) przy wydawaniu zezwolenia na wycięcie odszkodowań w ogóle nie naliczono. Jest to o tyle niekorzystne, że naliczona opłata jest formą gwarancji w przypadku, gdyby inwestor drzew „rekompensujących” nie posadził. Jeśli zastosuje się procedurę zwolnienia – takiego zabezpieczenia nie ma, bo nie ma kwoty, którą można by wyegzekwować jako rekompensatę za wycięte drzewa i nieposadzenie nowych. NIK zwraca także uwagę, że większość inwestorów sadziła drzewa ze sporym opóźnieniem, już po wyznaczonym przez urzędników terminie. W dodatku urzędnicy w ponad połowie spraw nie sprawdzali nawet, czy nowe drzewa rzeczywiście zostały posadzone, zadowalając się jedynie oświadczeniem inwestora (zdarzało się, że nie było nawet takiego oświadczenia). Nowe nasadzenia częściej sprawdzano w miastach (75 proc.), niż w powiatach (jedynie 17 proc).

W kontrolowanych miastach w latach 2010-2013 łączne wpływy z tytułu opłat i kar za usuwanie drzew i krzewów wyniosły prawie 24 mln zł, a wydatki na utrzymanie terenów zielonych ponad 88 mln zł (w tym budowanie placów zabaw, ścieżek itp.). Zdaniem NIKniskie wpływy z opłat lub kar za usunięcie drzew świadczą o tym, że wysokość opłat z tego tytułu nie stanowi bariery dla wycinania drzew przez inwestorów.

Miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego w gminach, a także decyzje o warunkach zabudowy, nie precyzowały w jaki sposób należy postępować z drzewami, jeżeli kolidują z planowanymi inwestycjami. Decyzje o pozwoleniu na budowę i załączone do nich projekty budowlane nie zawierały (choć powinny) inwentaryzacji istniejących zadrzewień i planowanego układu zieleni lub odnosiły się do nich bardzo ogólnie. Pracownicy urzędów zajmujący się planowaniem przestrzennym nie współpracowali z osobami zajmującymi się wydawaniem zezwoleń na usunięcie drzew (taka współpraca istniała jedynie w Urzędzie Miasta Krakowa). Zdaniem NIK zacieśnienie współpracy pomiędzy tymi działami pozwoliłoby na wypracowanie spójnych i kompleksowych zaleceń dla inwestora już na etapie wydawania decyzji o warunkach zabudowy i pozwoliło ochronić jak największą liczbę drzew.

NIK zwraca uwagę, że obowiązujące przepisy ustawy o ochronie przyrody nie precyzują, na jakim etapie procesu inwestycyjnego powinno być wydane zezwolenie na niezbędne usunięcie drzew. Najczęściej o wydanie zezwolenia inwestorzy starają się i otrzymują je jeszcze przed rozpoczęciem inwestycji. Jest to o tyle nieracjonalne, że projekt budowlany wraz z projektem zagospodarowania terenu powstaje dopiero w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę i właśnie te dokumenty powinny stanowić podstawę do wydania zezwolenia na usunięcie drzew oraz ustalenia właściwej kompensacji przyrodniczej.

Wnioski

Aby skuteczniej chronić drzewa w trakcie realizacji inwestycji konieczna jest zmiana ustawy o ochronie przyrody, w szczególności zapisów dotyczących ustalania i egzekwowania kompensacji przyrodniczej.

Ponadto zdaniem NIK, aby proces kompensacji nie był jedynie urzędniczą formalnością, ale aby przynosił spodziewane efekty, szczegółowego uregulowania wymaga kwestia warunków, jakie nowo sadzone drzewa powinny spełniać (m.in. określenia gatunku drzewa, jego wielkości, wieku). Ważne jest również precyzyjne dookreślenie, w jakich miejscach i o jakiej porze roku należy drzewa sadzić, tak by miały szansę się utrzymać.

TelForceOne: Spółka będzie w tym roku pracować nad rentownością i wypracowaniem dywidendy dla akcjonariuszy

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 40 proc. Polaków, którzy rozważają zakup telefonu tzw. B-brandu, bierze pod uwagę myPhone&HASH39;a. Jego producent, spółka TelForceOne, która pod koniec marca opublikuje raport za 2014 rok, podkreśla, że o ile w ubiegłym roku pracowała nad zwiększeniem sprzedaży, o tyle w tym roku skupi się na poprawie rentowności i wyższej dywidendzie dla akcjonariuszy.

Sprzedaż telefonów myPhone produkowanych przez TelForceOne systematycznie rośnie. Jak podaje spółka, o ile przez pierwsze pięć lat działalności sprzedała milion aparatów, o tyle w zeszłym roku znalazła nabywców na kolejne 300 tys.

W 2015 roku na pewno skupimy się na tym, żeby rentowność netto była znacznie ciekawsza dla naszych inwestorów i akcjonariuszy oraz by w efekcie można było rozważać jeszcze ciekawszą politykę dywidendową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Żywicki, wiceprezes TelForceOne.

Wraz ze sprzedażą rosną przychody i zyski spółki. Po trzech pierwszych kwartałach 2014 roku TelForceOne więcej niż podwoiła przychody, które sięgnęły niemal 200 mln zł. Zysk netto spółki, przekraczając 5,5 mln zł był ponaddwukrotnie wyższy niż przed rokiem. Całoroczne wyniki spółka opublikuje 23 marca.

Dla inwestorów, jak sądzę, najważniejsze są wyniki finansowe i tutaj mogę zapewnić, że w 2015 roku  będziemy bardzo pracowali nad tym, by osiągnąć wyższą rentowność sprzedaży – zapowiada Wiesław Żywicki. – W 2014 roku bardzo mocno pracowaliśmy zaś nad skalą sprzedaży, uważamy, że po trzech kwartały dużo pokazaliśmy, będą widoczne niedługo wyniki całego roku. Natomiast 2015 rok to okres praca nad tym, by w kolejnych latach można było oferować satysfakcjonującą dywidendę dla akcjonariuszy.

Sukces TelForceOne związany jest z odkryciem i zagospodarowaniem luki rynkowej. Spółka oferuje telefony, których nie produkują światowi potentaci. Rozpoczęła od maksymalnie uproszczonych aparatów dla ludzi starszych i niezainteresowanych skomplikowanymi modelami wiodących marek. Następnie zaproponowała telefon odporny na ekstremalne warunki, we wzmocnionej i szczelnej obudowie. Teraz kusi klientów tanimi smartfonami, zbudowanymi z podzespołów producentów z górnej półki.

– Nasza skala obecności na otwartym rynku w zakresie smartfonów zwiększyła się o przeszło 10 proc. – podkreśla wiceprezes TelForceOne. – Badania inne, które były publikowane pod koniec tamtego roku, wskazują, że jeśli chodzi o wybory dokonywane przez konsumentów, są oni przy wyborze smartfonów B-brandów bardzo zainteresowani marką myPhone. 44 proc. respondentów, którzy rozważają zakup marki B, wskazało, że zainteresowani są myPhone&HASH39;em.

Dlatego spółka optymistycznie zakłada, że w 2015 roku uda się jej powtórzyć wynik z 2014 roku.

To był bardzo udany rok, bardzo duży wysiłek i jednocześnie bardzo duży wzrost skali naszych operacji i skali naszych przychodów – ocenia Wiesław Żywicki z TelForceOne. Ten wzrost skali przychodów zawsze jest związany z większą rozpoznawalnością na rynku, a na tym nam przede wszystkim zależało w tym roku. Badania rynkowe, które już znamy, chociażby GfK Polonia, bardzo mocno to potwierdzają.

Wzrost ES-System przyspieszy w II połowie roku. Spółka liczy na ożywienie w polskim budownictwie

0

CEO Magazyn Polska

Producent opraw oświetleniowych ES-System po dobrym IV kwartale spodziewa się wolniejszego tempa wzrostu na początku roku i przyspieszenia w jego drugiej połowie. Spółce sprzyjać powinno ożywienie w polskim budownictwie.

ES-System nieźle radzi sobie jako producent oświetlenia, ale jako spółka giełdowa może budzić mieszane uczucia inwestorów. Wartość księgowa firmy sięga 153 mln zł, podczas gdy jej wartość rynkowa wynosi tylko 120 mln zł.

– Wzrosty w dużej mierze zależą od tego, co dzieje się w ogóle na rynkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bogusław Pilszczek, prezes zarządu ES-System. – Gdy patrzmy na sam kurs, nasz wykres jest uzależniony przede wszystkim od tego, jakie mamy wyniki. Początek roku zawsze wiąże się z sezonowym spadkiem sprzedaży, jednak w drugiej połowie roku te wyniki wyraźnie się poprawiają, taka jest po prostu specyfika branży.

Po trzech kwartałach zeszłego roku przychody ze sprzedaży spółki sięgały 121 mln zł i były o ponad 8 mln wyższe niż w 2013 roku. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał w tym czasie 4,6 mln zł i był wyższy o prawie 1,5 mln niż rok wcześniej. Kurs spółki ruszył w górę, ale nadal daleko mu do poziomu z lata, gdy zaczął spadać.

To jest kwestia, która przede wszystkim wiąże się z koniunkturalną sytuacją na rynku oraz free floatem [rozproszonym akcjonariatem – red.] spółki – podkreśla Bogusław Pilszczek. – On jest relatywnie niewielki, my jako główni akcjonariusze utrzymujemy stały poziom zaangażowania, nie sprzedaliśmy ani jednej akcji, ani nie mamy takich zamiarów. Mamy również stabilne grono inwestorów instytucjonalnych.

O ile ES-System nie zdołał jak na razie zainteresować zbyt wielkiego grona drobnych udziałowców, o tyle potrafił przyciągnąć tych bardziej znaczących. Ostatnio TFI Quercus nabył pakiet akcji spółki.

– Istotne jest to, że mamy stabilnego, stałego inwestora, który jest zainteresowany spółką – zaznacza prezes zarządu ES-System. – Jestem przekonany, że wyniki, które mamy, bardzo stabilna pozycja od lat oraz znaczna ilość gotówki, dają pogląd na spółkę jako na atrakcyjne miejsce lokaty kapitału, a w długofalowej perspektywie – spółki o dużym potencjale zwrotu z inwestycji. Sądzę, że nasza pozycja w portfelu Quercusa jest dla tego TFI istotna, a dla nas jest to sygnał pozytywnej oceny spółki i zarządu przez rynek inwestorów instytucjonalnych.

Obecnie ES-System stawia na rozwój organiczny. Spółka liczy na oczekiwane ożywienie w budownictwie, z czym wiąże nadzieje na wzrost sprzedaży swych systemów oświetleniowych. Nie myśli raczej ani o większych inwestycjach raczej, ani o poszukiwaniu kapitału.

Nie ma takiej potrzeby – deklaruje prezes Bogusław Pilszczek z ES-System. – Aktualnie sytuacja finansowa firmy jest bardzo dobra. Potrzeby inwestycyjne zostały zrealizowane w ciągu ostatnich pięciu lat na dużą skalę. Teraz czas na odnoszenie korzyści z wcześniejszych inwestycji oraz dalszą realizację strategii firmy. Sprzyjać nam będzie rosnące zainteresowanie produktami LED-owymi, w których od wielu lat się specjalizujemy. Na koniec 2014 roku oświetlenia LED stanowiło 30 proc. sprzedaży i spodziewamy się dalszych wzrostów w tym segmencie.

Na braku możliwości płacenia za autostrady elektronicznie tracą i kierowcy, i państwo. Elektroniczny system pozwoli rozładować sezonowe korki

CEO Magazyn Polska

Jednolity elektroniczny system poboru opłat na krajowych autostradach nie tylko ułatwiłby podróż kierowcom, lecz także mógłby zwiększyć efektywność wykorzystania autostrad, a tym samym przyniósł dodatkowe wpływy Skarbowi Państwa. Choć eksperci oceniają, że nie ma przeszkód prawnych, technicznych i finansowych, by rozszerzać system i likwidować bramki, to nadal nie wiadomo, kiedy będzie to możliwe. Ich zdaniem również system viaTOLL nie jest rozbudowywany w takim tempie, w jakim powinien.

Pobór opłat na bramkach to rozwiązania z poprzedniej epoki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Brzozowski, doradca prezydenta Pracodawców RP. – Autostrady są inwestycjami dość kapitałochłonnymi, więc zmniejsza się efektywność takiej autostrady. Wydajemy duże pieniądze na jej budowę, a potem co kilkadziesiąt kilometrów kierowcy muszą zwalniać i zatrzymywać się. Czasami dochodzi tam do jakichś spiętrzeń, korków, a to stoi to w sprzeczności z logiką dróg szybkiego ruchu i autostrad.

Likwidacje manualnego poboru opłat na autostradach i uciążliwych dla kierowców bramek wiosną ubiegłego roku zapowiadała była minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska. Odchodząc na stanowisko komisarza UE, zarekomendowała ona zastąpienie go elektronicznym poborem opłat. Według wstępnych zapowiedzi mogłoby to nastąpić nawet w 2016 roku. Nadal jednak nie wiadomo, czy to w ogóle nastąpi – według nieoficjalnych doniesień medialnych rząd chce odstąpić od projektu likwidacji szlabanów.

Włączenie w system odcinków autostrad, na których obecnie pobór opiera się na bramkach, to zwiększenie wygody dla kierowców. Przyczyni się do zwiększenia użyteczności tych dróg dla kierowców. Unikniemy tego uciążliwego elementu związanego z zatrzymywaniem się i regulowaniem tej należności – mówi Jacek Brzozowski.

Jego zdaniem dziś nie ma istotnych przeszkód, które hamowałyby wdrożenie elektronicznego systemu poboru opłat i likwidację bramek funkcjonujących na autostradach.

Według Brzozowskiego wprowadzenie elektronicznego systemu poboru opłat na autostradach – także tych zarządzanych przez prywatnych koncesjonariuszy – mogłoby być pierwszym krokiem do porozumienia z koncesjonariuszami w innej ważnej sprawie. Chodzi o objęcie systemem viaTOLL zarządzanych przez nich tras.

Niewątpliwie istotnym problemem w obszarze rozwoju polskiej sieci autostradowej było w pewnym sensie poszatkowanie niektórych tras na odcinki publiczne oraz na odcinki działające w ramach prywatnych koncesji – zwraca uwagę Jacek Brzozowski. – Przekonanie prywatnych koncesjonariuszy do włączenia się ich do tego centralnego systemu viaTOLL byłoby dużym sukcesem Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Pracodawcy RP zwracają uwagę na to, że również rozszerzanie viaTOLL na kolejne odcinki autostrad i dróg ekspresowych nie idzie zgodnie z założeniami. Do 2018 roku system ma obejmować 7 tys. km dróg, a dziś jest to nieco ponad 3 tys. W tym roku zostanie w niego włączonych zaledwie 250 km, mniej niż w poprzednich latach, chociaż istnieje już teraz możliwość objęcia e-mytem większej liczby gotowych nowych dróg.

Drogi dwupasmowe i autostrady to kręgosłup naszej gospodarki. Z punktu widzenia przedsiębiorców dopięcie tej podstawowej sieci transportowej to istotne wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć w ciągu kilku lat. Niezadowalające postępy w realizacji wdrożenia systemu viaTOLL uszczuplają dochody budżetu, tym samym zmniejsza się pula funduszy przeznaczonych na inwestycje drogowe – przypomina Jacek Brzozowski.

W centralnych dzielnicach Warszawy wciąż jest miejsce na nowe inwestycje mieszkaniowe. Wymagają one jednak jednoczesnych inwestycji w infrastrukturę drogową

CEO Magazyn Polska

W centrum Warszawy i jego okolicach wciąż jest wiele atrakcyjnych miejsc dla inwestorów. Warto rozwijać te miejsca. Niemniej za wydawaniem pozwoleń na budowę powinno iść inwestowanie przez miasto w niezbędną nowym mieszkańcom infrastrukturę drogową i komunikacyjną. Dodatkowo budowa mieszkań w pobliżu serca stolicy może w pewnym stopniu powstrzymać krytykowany przez Unię Europejską proces rozrastania się miasta w stronę przedmieść. Jedną z takich niezagospodarowanych lokalizacji są tereny Łuku Siekierkowskiego.

Są miejsca w centrum Warszawy, które mogą zostać jeszcze zagospodarowane. Potencjał jest olbrzymi, zarówno do pojawienia się nowych miejsc do mieszkania, jak i nowych biurowców – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku w REAS.

Kuniewicz zauważa, że wykorzystanie terenów w centrum miasta może zapobiec rozprzestrzenianiu się zabudowy na przedmieścia. To szansa na poprawę jakości życia oraz wymierne oszczędności dla miast.

Rewitalizacja centrów miast jest jak najbardziej pożądana przez mieszkańców i środowiska inwestorskie. Miasto powinno być zagospodarowane dobrze w centrum i dopiero, gdy tych terenów w centrum brakuje, powinniśmy wychodzić na obrzeża miast – przekonuje Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dzięki rewitalizacji miasto może zaoszczędzić na budowie m.in. szkół i innej infrastruktury społecznej, której zawsze brakuje po rozbudowie osiedli na obrzeżach aglomeracji. Również mieszkańcy doceniają inwestycje, które znajdują się w sercu miasta, choć Kuniewicz zwraca uwagę na to, że tę lokalizację bardziej doceniają osoby aktywne zawodowo. W sercu stolicy dobrze mieszka się także studentom i osobom młodym.

Z uwagi na ten potencjalny duży popyt na mieszkania w centrum i okolicach inwestorzy cały czas są zainteresowani budowaniem kolejnych lokali. Jak podkreśla Kuniewicz, dotyczy to nie tylko inwestorów polskich, lecz także zagranicznych. Pozwolenia na budowę powinny jednakże iść w parze z planami inwestycyjnymi miasta w zakresie niezbędnej infrastruktury.

Dotyczy to m.in. rejonu Siekierek. To duży teren inwestycyjny położony zaledwie 5 km od Pałacu Kultury i Nauki. By uruchomić inwestycje w tym obszarze, niezbędne jest jednak m.in. zbudowanie ulicy Czerniakowskiej-bis oraz Wschodniej. Na tę pierwszą miasto zarezerwowało w tym roku 25 mln zł na prace projektowe. Na ul. Wschodnią wciąż nie ma środków. Tymczasem ulice te zapewniłyby minimum komunikacyjne dla tego rejonu.

Miasta mogą zrobić dużo, by przyciągnąć inwestorów na takie tereny i dokonać ich rękoma rewitalizacji całych obszarów. Oczywiście są potrzebne zachęty dla tych inwestorów, przede wszystkim dialog z miastem i ze służbami miejskimi – podkreśla Płochocki. ‒ Miasta mogą również zachęcać inwestorów opłatami z tytułu użytkowania wieczystego czy zwolnieniami z podatków od nieruchomości – dodaje.

W dzielnicach położonych poza ścisłym centrum, ale wciąż bardzo blisko najważniejszych miejsc w Warszawie, niezbędne są także inwestycje infrastrukturalne.

Miasto oczywiście musi przygotować teren, aby dokonała się tam rewitalizacja społeczno-gospodarcza. W tym celu potrzebne jest udrożnienie kanalizacji, budowa sieci infrastrukturalnych. Natomiast najczęściej to będzie dużo tańsze niż budowanie wszystkiego od nowa na terenach podmiejskich, gdzie wcześniej nie było żadnej infrastruktury – podkreśla Płochocki.

Usprawnienie komunikacji w takich miejscach w pobliżu centrum miasta jest istotne nie tylko dla inwestorów i ich potencjalnych klientów. To również udrożnienie tras dojazdowych z peryferii.

Obszar Łuku Siekierkowskiego jest w centrum miasta, jednocześnie jest to teren bardzo niezurbanizowany. To zielona plama w centrum miasta, która została zachowana. Problem z nią polega na tym, że infrastruktura drogowo-komunikacyjna, a także wodociągowa i kanalizacyjna nie są wystarczające. Ale jeżeli spojrzymy na mapę, to zobaczymy, że ten obszar aż się prosi o to, aby włączyć go w centrum miasta – przekonuje Płochocki.

Inwestycje mieszkalne w centrum Warszawy, biorąc pod uwagę dostępność terenów, powinny być priorytetem władz. Takie są bowiem zalecenia Unii Europejskiej. Komisja Europejska w lipcu 2014 r. wydała komunikat, w którym podkreśla potrzebę kreowania bardziej zwartych miast. Płochocki przypomina, że w Warszawie miało już miejsce kilka dużych rewitalizacji przeprowadzonych z inicjatywy inwestorów. Dotyczy to m.in. poprzemysłowych terenów w dzielnicach Żoliborz i Wola. Miasto powinno jednak wzmocnić zachęty do tego typu projektów.

Musi istnieć plan. Większym kłopotem niż brak inwestorów jest raczej na razie brak jednolitej strategii, którą powinien ogłosić samorząd – zaznacza Kuniewicz.

O działania apelują też sami mieszkańcy w petycji wystosowanej do władz miasta ws. realizacji inwestycji drogowych w rejonie Siekierek.

Admiral Markets: Polskie kopalnie czeka restrukturyzacja albo bankructwo. Cena węgla będzie niższa niż koszty wydobycia

CEO Magazyn Polska

Najbliższe lata nie przyniosą powrotu hossy na światowym rynku surowców przewidują analitycy Admiral Markets. Tanie pozostać mają m.in. ropa i węgiel. To zaś oznacza, że polskie kopalnie będą wydobywać węgiel drożej, niż będą go w stanie sprzedać. Czeka je więc albo restrukturyzacja, albo upadłość.

Baryłka ropy Brent potaniała w ciągu roku o niemal 45 proc., a amerykańskiej Crude – o ponad połowę. W marcu 2014 roku, gdy konflikt rosyjsko-ukraiński dopiero się rozpoczynał, kosztowała ponad 100 dolarów, dziś ok. 50. Tonę węgla kamiennego ARA, czyli oferowanego w portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, jeszcze latem wyceniano na ponad 80 dolarów, a dziś na ponad 60.

– Obserwując sytuację na rynku surowcowym, można dostrzec, że hossa dawno się skończyła i że jesteśmy w okresie dekoniunktury. Cykl wzrostowy jest już za nami i w najbliższych latach – nie jest wykluczone, że nawet w dekadzie – ceny większości surowców, w tym surowców energetycznych, pozostaną niskie albo będą dalej jeszcze spadać – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets.

Wojna na Wschodzie to tylko jedna z przyczyn obserwowanego spadku cen. Drugą jest nadprodukcja surowców.

Przy wysokich cenach surowców zostały poczynione duże inwestycje, które powodują, że podaż surowców, w tym surowców energetycznych, jak ropa czy węgiel, jest większa, niż zapotrzebowanie na nie – ocenia Marcin Kiepas. – To w sposób automatyczny powoduje spadek cen. Innym elementem mającym negatywny wpływ jest spowolnienie wzrostu gospodarczego głównie na rynkach emerging markets, a także np. rynku europejskim, gdzie mamy do czynienia ze stagnacją.

Na niskie ceny surowców ma też wpływ umacnianie się kursu dolara, w którym większość transakcji jest rozliczana. W ocenie analityków obserwowany ostatnio wzrost wartości amerykańskiej waluty jest zjawiskiem trwałym i tendencja ta nie powinna się zmienić przez  kilka najbliższych lat. Po spadkach w zeszłym roku na rynku oczekuje się teraz stabilizacji cen surowców.

Istnieje duże ryzyko dla takich prognoz – zwraca uwagę dyrektor działu analiz Admiral Markets. – Czynnikiem, który będzie wpływał na ceny, chociażby ceny węgla, jest sytuacja gospodarcza w Chinach. Nie mamy na tę chwilę odpowiedzi na pytanie, jak mocne będzie spowolnienie wzrostu gospodarczego w Państwie Środka, a przede wszystkim, czy przypadkiem Chiny nie dążą w kierunku twardego lądowania. To miałoby wręcz druzgocący wpływ na ceny ropy i węgla.

Według prognoz chińskiego rządu wzrost gospodarczy w 2015 roku ma wyhamować do 7 proc. Nawet jeżeli nie dojdzie do większego spowolnienia w chińskiej gospodarce, to eksperci Banku Światowego prognozują, że w latach 2015-2019 ceny węgla energetycznego będą kształtowały się na poziomie od 60 do 70 dol. za tonę. Później, do roku 2025, zgodnie z ich oczekiwaniami notowania węgla nieznacznie podskoczą i będą kształtowały się na poziomie od 70 do 80 dol. za tonę.

Te prognozy sugerują, że koszty wydobycia w Polsce w większości kopalń będą wyższe niż ceny rynkowe, można więc postawić tezę, że bez głębokiej restrukturyzacji kopalń większość z nich nie ma racji bytu ekonomicznego i musi upaść – podkreśla Marcin Kiepas.

4 mld zł niespłacanych kredytów hipotecznych może trafić w tym roku na sprzedaż

CEO Magazyn Polska

Rosnąca akcja kredytowa na rynku hipotecznym może spowodować wzrost liczby zagrożonych kredytów. Spora ich część trafi do firm zarządzających wierzytelnościami. Już w ubiegłym roku na rynku pojawiło się o połowę wierzytelności hipotecznych więcej niż w 2013 roku. W opinii przedstawicieli branży udział tego sektora będzie rósł. Najczęściej problemy ze spłatą mają kredytobiorcy w wieku od 42 do 47 lat, zaciągający zobowiązania na budowę domu jednorodzinnego.

W 2014 roku podaż na rynku wierzytelności przekroczyła 14 mld zł, a niektóre dane pokazują, że mogła osiągnąć nawet 15 mld zł – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Szarek, prezes spółki Casus Finanse. – W 2013 roku było to 9,7 mld zł, czyli dynamika jest olbrzymia. Zdecydowanie wpływ na to miały wierzytelności hipoteczne, które bardzo szybko rosną. Ich wzrost w ubiegłym roku przekroczył 50 proc.

W 2014 roku wartość wierzytelności hipotecznych w obrocie wyniosła około 2 mld zł. W br. spółka spodziewa się, że będzie ona większa o prawie 100 proc. i wyniesie około 4 mld zł.

Banki otworzyły się na sprzedaż wierzytelności firmom zewnętrznym – wskazuje Szarek. – Casus Finanse działa na rynku zarządzania wierzytelnościami od 18 lat, natomiast aktywnie kupuje wierzytelności od lat pięciu. Dopiero dwa lata temu nabyliśmy jednak pierwsze portfele hipoteczne. Jak pokazują ostatnie lata, był to dobry ruch, bo podaż tego rodzaju zaległych płatności bardzo szybko rośnie. Sądzimy, że ta dynamika nadal będzie bardzo wysoka. Zobowiązania hipoteczne powinny stanowić znaczącą część rynku.

Podaż na rynku wierzytelności w zdecydowanej większości kreują, jak zauważa Szarek, banki i instytucje finansowe, a w mniejszym stopniu firmy ubezpieczeniowe i działające w obszarze multimediów, przy czym coraz więcej dużych banków decyduje się na sprzedaż pokaźnych wolumenów. W pierwszym kwartale ub.r. jedna ze spółek zależnych wrocławskiej grupy Kruk kupiła od Getin Noble Bank wierzytelności o wartości 710 mln złotych. Były to zobowiązania hipoteczne klientów tego banku, sprzedane za 230 mln złotych.

Widzimy, że sprzedawane są zarówno duże portfele, jak i średnie, o wolumenach przekraczających 100 mln zł – twierdzi Sławomir Szarek. – Przede wszystkim duża podaż napędza rynek.

Na podaż duży wpływ ma poziom akcji kredytowej. Obecnie wartość bilansowa wierzytelności hipotecznych przekroczyła 336 mld zł, w tym zagrożone zobowiązania wynoszą około 10 mld zł.

W dalszym ciągu rynek jest bardzo perspektywiczny i obiecujący – uważa Szarek – Szczególnie wierzytelności hipoteczne będą w coraz większej skali oferowane przez banki. 

Po decyzji banku centralnego Szwajcarii o zaprzestaniu obrony kursu franka wobec euro, czego skutkiem był skokowy wzrost notowań szwajcarskiej waluty, banki zastanawiają się, jak pomóc kredytobiorcom. Na rzetelność obsługi zobowiązań dłużnych, jak twierdzi Szarek, nie ma jednak wpływu to, czy były one zaciągane we franku. Zarówno pożyczki denominowane, jak i złotowe spłacane są podobnie.

Zdecydowana większość wierzytelności hipotecznych, które obsługujemy, to wierzytelności z lat 2006-2008 i nie zauważamy znaczących różnic, jeżeli chodzi o obsługę wierzytelności denominowanych we frankach szwajcarskich i złotówkach. Jeden i drugi portfel zachowuje się bardzo podobnie – powiedział Sławomir Szarek, prezes zarządu Grupy Casus Finanse.

Najstarsze kredyty w portfelu spółki pochodzą z 1994 roku. Łączna kwota wszystkich zobowiązań to 51 mln zł.

Z obserwacji firmy wynika, że trzy czwarte kredytów, z których spłatą nie radzą sobie kredytobiorcy, to kredyty na domy jednorodzinne. Zaledwie 10 proc. zobowiązań, które trafiają do obsługi w Grupie Casus Finanse, to kredyty zaciągnięte pod hipotekę mieszkań. W większości przypadków czas trwania umowy przed jej wypowiedzeniem wynosił niecałe cztery lata.

Do 2010 roku problemy ze spłatą miały najczęściej osoby przed 40. rokiem życia, w ostatnich trzech latach średnia wieku przesunęła się jednak w górę – 42-47 lat. Najwięcej problemów mają kredytobiorcy z województw mazowieckiego, wielkopolskiego i dolnośląskiego, bo tam zarówno budownictwo, jak i rynek hipoteczny najszybciej rosną. Ale w czołówce niespłacających pojawili się też kredytobiorcy z pomorskiego. Jak podkreśla Szarek, może to wynikać z rosnących inwestycji w nieruchomości w nadmorskich kurortach.

Państwa europejskie stawiają na oświetlenie LED. Polskie firmy na tym korzystają

Oświetlenie ledowe stało się standardem w takich państwach, jak Niemcy, Szwajcaria, Austria czy kraje skandynawskie. Na tych bardzo konkurencyjnie rynkach dobrze radzą sobie również polskie firmy. Spółka ES-System blisko jedną piątą przychodów osiąga za granicą. Po załamaniu na rynkach wschodnich próbuje swoich sił na innych rynkach, m.in. w Kazachstanie i Azerbejdżanie.

Oświetlenie ledowe stało się standardem w Europie w ciągu ostatnich 2 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogusław Pilszczek, prezes zarządu ES-System. ‒ ES-System prawie od 10 lat tworzy tę technologię, zbudował zakład do produkcji takiego oświetlenia i stąd jesteśmy w czołówce firm europejskich. Sprzedaż w 2014 r. przekroczyła 30 proc. A celem na rok 2015 było 35 proc., na pewno to przekroczymy.

Oświetleniowe ledowe jest szczególnie popularne na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Pilszczek wymienia rynki niemiecki, szwajcarski, austriacki, francuski i skandynawskie.

Rynki zagraniczne mają być dla spółki coraz ważniejszym obszarem rozwoju. Obecnie stanowią one niecałe 20 proc. przychodów spółki. Oczekiwania ES-System to poziom ok. 30 proc., ale Pilszczek przyznaje, że na razie nie uda się go osiągnąć. Wynika to m.in. ze stagnacji na rynku zachodnioeuropejskim, gdzie wzrosty są bardzo niewielkie. Spółka odczuła również kryzys gospodarczy na Wschodzie – spadła szczególnie sprzedaż do Rosji. Eksport na Ukrainę ucierpiał w nieco mniejszym stopniu.

Oczywiście byłoby cudownie, gdyby udział eksportu był na poziomie 80, a nawet 90 proc., jak to niektóre firmy, np. w Finlandii, mają. Ale oczywiście realia są takie, że jesteśmy na trudnym rynku, konkurencja jest bardzo silna, zwłaszcza w Europie Zachodniej – podkreśla Pilszczek. ‒ Próbujemy sięgać trochę głębiej, ma tu na myśli Kazachstan, Azerbejdżan i oczywiście także kraje Pribałtyki. To są dla nas miejsca do działania, które mają zrekompensować to, co utraciliśmy na rynkach wschodnich w ubiegłym roku.

Spółka testuje również rynki na innych kontynentach, m.in. w Afryce i Ameryce Południowej.

Oświetlenie zewnętrzne, w tym uliczne, nie jest jednak dla spółki priorytetowym obszarem. Jak wyjaśnia Pilszczek, choć to obszar, w którym łatwo uzyskać duży obrót, marże w nim są bardzo niskie ze względu na dużą konkurencję. Dlatego ES-System zamierza stawiać na oświetlenie architektoniczne. Pilszczek podkreśla, że to nie tylko dochodowy, lecz także dający dużą satysfakcję obszar. ES-System ma wiele ciekawych produktów w tym segmencie i jest dobrze postrzegany na rynku europejskim.

Mamy w tym roku istotne wzrosty w obszarze oświetlenia zewnętrznego, ale tak naprawdę dla nas najważniejszym obszarem jest oświetlenie architektoniczne, w drugiej kolejności zaś oświetlenie przemysłowe – tłumaczy Pilszczek.

W Polsce spółka w ubiegłym roku zrealizowała m.in. projekt oświetlenia Muzeum Historii Żydów Polski, Centrum Solidarności w Gdańsku czy Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Krakowie.

3 mln Polaków cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. Pacjenci mają problem z ograniczeniami w refundacji leków

Ciągłe wizyty w toalecie i trudne do opanowania parcie na pęcherz odczuwane nawet w nocy to symptomy, które mogą świadczyć o zespole pęcherza nadreaktywnego. Dolegliwość ta dotyczy 3 milionów Polaków i przy braku odpowiedniej terapii doprowadza do wycofania się chorego z życia społecznego i zawodowego. Na refundację leczenia mogą liczyć jedynie pacjenci, którzy poddali się inwazyjnemu i stresującemu badaniu urodynamicznemu. Lekarze od dawna apelują o usunięcie ograniczeń w refundacji. Obecnie sprawą zajęły się parlamentarzystki.

Według raportu Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”nawet 3 miliony Polaków cierpi na zespół pęcherza nadreaktywnego. Szacuje się, że każdego roku na tę chorobę zapada kolejne 15 tys. osób w naszym kraju.

Zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB) ma trzy podstawowe objawy. Pierwszy z nich to częstomocz, czyli częsta potrzeba oddawania moczu, powyżej ośmiu razy w ciągu dnia. Drugi to nykturia, czyli konieczność oddawania moczu w nocy. Trzeci objaw to tzw. parcia naglące, czyli sytuacja, w której nagle i niespodziewanie pojawia się parcie na mocz, bardzo trudne do opanowania – mówi agencji informacyjnej Newseria profesor Ewa Barcz, ginekolog.

Schorzenie doprowadza do znacznego pogorszenia jakości życia. Osoby z pęcherzem nadreaktywnym ograniczają swoje wyjścia jedynie do miejsc z dostępem do toalety, często wycofują się z życia społecznego i mają duże trudności w pracy. Nieleczone OAB jest przyczyną depresji, spadku poczucia własnej wartości, zaburzeń snu, a w efekcie zmęczenia i problemów z koncentracją.

Początkowe symptomy choroby są zwykle mylone przez pacjentki z przeziębieniem. Lekarze pierwszego kontaktu często nie mają doświadczenia w diagnostyce i terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego, dlatego od wystąpienia objawów do rozpoczęcia właściwego leczenia może minąć nawet kilka lat.

– Wbrew pozorom rozpoznanie zespołu pęcherza nadreaktywnego jest bardzo proste. Diagnozę stawia się na podstawie wywiadu lekarskiego i samoobserwacji pacjentki. Pacjentka prowadzi kontrolną kartę sposobu oddawania moczu, częstości oddawania moczu i przyjmowanych płynów – tłumaczy Ewa Barcz.

Dużym problemem dla chorych jest dostęp do leków, które stosuje się obecnie w terapii zespołu pęcherza nadreaktywnego. Częściowa refundacja przez Narodowy Fundusz Zdrowia przysługuje tylko osobom, które przeszły bardzo nieprzyjemne i inwazyjne badanie urodynamiczne.

– To badanie jest bardzo stresujące, wręcz uwłaczające godności pacjentek. Polega na włożeniu ciała obcego do cewki, odbytu i pochwy. Często wiąże się to z powikłaniami, m.in. infekcjami pęcherza. Na Lubelszczyźnie trzeba je powtarzać co roku tylko po to, by otrzymać lek refundowany. Przeszłam już trzy takie badania i czwartemu się nie poddam – mówi Teresa Bodzak ze Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”.

Eksperci podkreślają, że badanie urodynamiczne nie jest konieczne do postawienia diagnozy i podjęcia prawidłowego leczenia zespołu pęcherza nadreaktywnego. Co więcej, w niektórych przypadkach daje fałszywe wyniki.

Zdarza się, że znamy diagnozę kliniczną na podstawie objawów, które pacjentka zgłasza, i jej samoobserwacji, a badanie urodynamiczne jej nie potwierdza. To sytuacja absurdalna, kiedy wiemy, co pacjentce dolega, ale jednak nie możemy zaproponować jej leków refundowanych – zwraca uwagę Ewa Barcz.

Polska, jako jedyny kraj w Unii Europejskiej, wymaga badania urodynamicznego do refundacji leczenia zespołu pęcherza nadreaktywnego.

– Jako parlamentarzystki chcemy doprowadzić do zniesienia tego zapisu z ustawy refundacyjnej. Dzięki zniesieniu tego uciążliwego badania, koszty dla NFZ będą niższe, a dostępność leków lepsza – mówi Bożena Szydłowska, posłanka PO.

Na konieczność usunięcia ograniczeń w dostępie do refundacji tych leków zwraca również uwagę najnowszy raport Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti” „Leczenie OAB – gdzie jesteśmy w Polsce?”. Autorzy publikacji podkreślają też potrzebę poszerzenia możliwości terapeutycznych pęcherza nadreaktywnego o iniekcje toksyny botulinowej oraz tzw. neuromodulację krzyżową. Obie te metody, podobnie jak najnowsze terapie farmakologiczne, uzyskały pozytywną rekomendację Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Są jedyną nadzieją dla chorych, u których farmakoterapia nie przyniosła zamierzonego skutku.

Sieci handlowe w dobrej kondycji, ale ich rentowność spada. To efekt wojny o klienta i lokalizację

0

Spada rentowność sieci handlowych. Choć trzy czwarte z nich jest w dobrej lub bardzo dobrej kondycji, to ich przychody rosną znacznie wolniej niż w poprzednich latach. Spadek tempa wzrostu spowodowany jest przede wszystkim dużą konkurencją na rynku, a co za tym idzie – wojną cenową. Sklepy coraz częściej stawiają na mniejsze formaty i urozmaicanie ofert.

Sieci handlowe są w bardzo dobrej kondycji, jednak po latach dynamicznego wzrostu nastąpił w ubiegłym roku jego spadek.  To wynik wojny cenowej i polityki sieci, które coraz mocniej ze sobą konkurują – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska.

Sprzedaż krajowa utrzymuje się na wysokim poziomie, co przekłada się na dobrą sytuację sieci handlowych. Z analizy rynku handlu artykułów spożywczych przeprowadzonej przez Bisnode Polska wynika, że blisko 54 proc. z ponad 200 ujętych w analizie podmiotów znajduje się w bardzo dobrej kondycji finansowej, w dobrej jest blisko 24 proc. W słabej i bardzo złej kondycji na koniec stycznia było odpowiednio 15,5 proc. i 7 proc. Mimo dobrej sytuacji większości sieci przychody branży są znacznie mniejsze.

– Po trudny 2014 roku, obfitującym w ciekawe wydarzenia na rynku sieci handlowych, który to nadal się konsoliduje i mocno rozwija, rentowność sieci zaczęła spadać, choć na razie jest to spadek niewielki. Pojawiło się zjawisko deflacji, którego przyczyną może być woja cenowa, którą prowadzą między sobą sieci – podkreśla Kremser.

W 2013 roku sieci handlowe miały przychody w wysokości 101,6 mld zł, co względem 2012 roku oznacza 1 proc. wzrost. W porównaniu z wynikami kilka lat wcześniej, kiedy dynamika sięgała 17 proc., jest to znaczący spadek.

Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc na nowe sklepy, jest bitwa o lokalizacje. Część sieci sama się kanibalizuje – mam tutaj na myśli głównie liderów rynku lub sieci wchodzące do większych miast, które są zmuszone niejako przez sytuację rynkową w danym rejonie do obrania bardziej agresywnej polityki cenowej, de facto – polityki dumpingowej. To też powoduje, że przychody i rentowność tych sieci spadają – wyjaśnia Robert Kremser.

Większe nasycenie rynku sprawia, że taka sytuacja w najbliższym czasie się utrzyma. Sieci już w ubiegłym roku otworzyły mniej sklepów, niż planowały, podobnie będzie także w tym roku.

Sieci muszą uwzględniać to, że zmieniają się preferencje zakupowe Polaków, którzy coraz częściej zamiast w hipermarketach kupują w mniejszych sklepach bliżej domu. Jak podkreśla Kremser, sieci handlowe zaczęły też modyfikować swój model finansowy pod względem nie tylko formatu, lecz także asortymentu.

Jest coraz mniej marek własnych, a więcej produktów markowych. Sklepy są lepiej zaopatrzone w takie produkty, które mają klienta przyciągnąć. Widać duże zmiany w ofercie sieci handlowych. Znacznie odbiega ona od tego, co było jeszcze kilka lat temu – ocenia ekspert Bisnode Polska.

Na półkach pojawiają się produkty importowane, często również z bardziej egzotycznych krajów. Sklepy próbują przyciągnąć klientów, organizując akcje tematyczne, podczas których można znaleźć więcej produktów z danego kraju, często w atrakcyjnych cenach.

Ma to na celu wyróżnienie sieci na rynku i przyciągnięcie klientów, którzy może wcześniej tam nie bywali, bo nie byli świadomi, że produkty będące w ofercie są atrakcyjne i ciekawe – komentuje Kremser.

Rynek jest mocno skonsolidowany – pierwszych 10 sieci wykazało blisko 80 proc. przychodu wszystkich badanych podmiotów.

Naukowcy będą pracować nad materiałami przyszłości dla polskiego przemysłu. Kompleks laboratoriów rozpocznie działalność jeszcze w tym roku

Jeszcze w tym roku ma zacząć działać CEZAMAT, kompleks laboratoriów Politechniki Warszawskiej oraz innych stołecznych uczelni i instytutów, w którym naukowcy będą pracować nad materiałami i technologiami przyszłości. Odbiorcą innowacyjnych produktów i technologii, które tam powstaną, ma być polski przemysł  od fabryk zbrojeniowych po firmy medyczne.

Budowa siedziby CEZAMAT, czyli Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii, przy ul. Poleczki w Warszawie, rozpoczęła się w ubiegłym roku i ma zakończyć się do grudnia. Jej koszt to ok. 385 mln zł. To jeden z największych projektów programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Kończymy budować naszą infrastrukturę techniczną, jedyną taką w Polsce i tej części Europy. Usiłujemy ją sprawnie, dobrze, na czas wyposażyć, dobrze uruchomić i rozpocząć wreszcie pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Romuald Beck, wiceprezes ds. naukowych CEZAMAT Politechnika Warszawska

Udziałowcami i partnerami inwestycji są trzy uczelnie warszawskie: Politechnika, która pełni rolę lidera projektu, Uniwersytet Warszawski oraz Wojskowa Akademia Techniczna. Oprócz tego partycypują w niej cztery instytuty Polskiej Akademii Nauk: Instytut Fizyki, Instytut Chemii Fizycznej, Instytut Wysokich Ciśnień i Instytut Podstawowych Problemów Techniki oraz dwa instytuty, które – jak podkreśla prof. Romuald Beck – miały zawsze silny związek z przemysłem: Instytut Technologii Elektronowej i Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych.

– To jest ogromna baza wiedzy, którą CEZAMAT będzie próbował przekuć w nowe technologie i nowe produkty, jednym słowem: CEZAMAT będzie brał udział w modernizacji polskiego przemysłu i przyczyni się tym samym do wzrostu dobrobytu państwa – mówi prof. Beck.

W Centrum, nowoczesnym budynku o powierzchni blisko 20 tys. mkw., powstaną laboratoria, w których naukowcy pracować będą nad materiałami przyszłości i  jak podkreśla inwestor, technologiami z pogranicza fizyki, chemii, biologii i inżynierii materiałowej.

Ta infrastruktura ma za zadanie stworzyć materialne podstawy do realizacji takich prac, których do tej pory w Polsce realizować nie było można i nie było gdzie – tłumaczy wiceprezes ds. naukowych CEZAMAT Politechnika Warszawska. – Po pierwsze, stworzone zostano laboratoria odpowiednio wyposażone, które można wykorzystać nie tylko do badań podstawowych, lecz przede wszystkim do prac o charakterze wdrożeniowym, które potem będą miały istotny wpływ na innowacyjność w przemyśle, a w konsekwencji – na efekty ekonomiczne w skali państwa.

Inwestycja ma mieć nie tylko wymiar naukowy, lecz także biznesowy. Technologie to dziś źródło największych zysków dla gospodarki. Dlatego tematy prac, które mają być podejmowane w nowym laboratorium, pozostaną zapewne tajne, przynajmniej do czasu opatentowania ich wyników.

– O innowacyjnych produktach się nie rozmawia, tylko się je robi i sprzedaje – zaznacza prof. Romuald Beck. – Skala możliwości produktów i technologii, które można na bazie takiej wiedzy, jaką dysponuje Centrum, wytworzyć, jest przeogromna. Nie będzie żadną przesadą, jeśli powiem, że z produktów lub z technologii tego typu będą korzystać zarówno ochrona zdrowia, ochrona środowiska, komunikacja, transport, informatyka i obronność. Tak że bardzo wiele różnych dziedzin życia może uzyskać wsparcie w postaci zupełnie innych rozwiązań, nowych produktów, które zmienią ten świat.

CEZAMAT PW znalazł się w gronie trzech zwycięskich polskich projektów zakwalifikowanych jako laureaci konkursu Teaming for Excellence w ramach unijnego programu Horyzont 2020. Nagrodzona inicjatywa CEZAMAT-Environment będzie poświęcona badaniom nad czujnikami chemicznymi, fizycznymi i biochemicznymi umożliwiającymi wykrywanie zagrożeń dla środowiska i określającymi stan zasobów naturalnych. Centrum otrzymało 500 tys. zł na przygotowanie biznesplanu uruchomienia w Polsce nowej instytucji badawczej – Centrum Doskonałości. Zwycięzcy drugiego etapu otrzymają dofinansowanie na złożone w ramach konkursu projekty.

7 mln singli w Polsce. Młodzi ludzie mają coraz większe problemy z budowaniem stałych związków

W Polsce przybywa singli. Według danych GUS w pojedynkę żyje już co piąty Polak. Zdaniem ekspertów jest to w równym stopniu efekt mody i obawy przed bliskością. Młodym ludziom bardzo łatwo jest obecnie nawiązywać relacje, znacznie trudniej przychodzi im jednak ich utrzymanie. 

Z danych GUS wynika, że 7 mln Polaków żyje samotnie. Są to przede wszystkim osoby powyżej 25. roku życia, mieszkające w dużych miastach, posiadające własne firmy lub pracujące w wielkich korporacjach. Blisko połowa z nich to single z wyboru, a więc osoby, które postanowiły nie wchodzić w związki ze względu na karierę zawodową, traumatyczne doświadczenia z małżeństwa rodziców lub własne nieudane relacje z przeszłości. Zdaniem ekspertów tak duża liczba singli w Polsce wynika przede wszystkim z mody kształtowanej przez rynek. Osoby żyjące w pojedynkę mają bowiem znacznie lepszą siłę nabywczą niż posiadające rodzinę. Na liczbę singli wpłynęły też zmiany społeczno-kulturowe.

– Jest większe przyzwolenie na bycie samemu, mieszkanie samemu, ewentualnie spotykanie się kimś, ale nietworzenie stałego związku. Inną przyczyną są trudności osobowościowe: może to być lęk przed bliskością, brak zaufania, lęk przed zranieniem w związku. Dlatego wolimy się dystansować, ponieważ bycie za blisko oznacza odsłonięcie się, czyli narażenie na ewentualne zranienie. Jest też trudność związana z podjęciem odpowiedzialności za siebie w związku, za swoje zachowanie, a po części także za drugą osobę – mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska, psycholog i psychoterapeuta w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zdaniem ekspertów współcześnie młodzi ludzi mają dużą łatwość w nawiązywaniu relacji, ale nie potrafią lub nie chcą dbać o związek. W Polsce wzrasta liczba rozwodów, a nieformalne związki bardzo łatwo zerwać, aby zawrzeć kolejne. Młodzi ludzie nie chcą iść na kompromisy, których wymaga budowanie związku o stabilnej podstawie, mają też duże problemy z komunikacją.

Zdecydowana większość polskich singli uważa swoją sytuację za stan przejściowy, tylko 4 proc. preferuje stałe życie w pojedynkę. Sygnałem, że samotne życie przestaje komuś wystarczać jest pogorszenie nastroju, pragnienie wejścia w stałą relację, a jednocześnie poczucie niemożności zawarcia związku. W takich sytuacjach pomóc może terapia u psychologa lub psychoterapeuty.

– Podczas takiej terapii omawiane są różne trudności danej osoby. Pacjenci mówią o swoich obawach przed zaangażowaniem, podjęciem odpowiedzialności, ale też przed tym, że nie wytrzymają długo w związku, bo się znudzą. Nudny związek znaczy, że związek jest pusty, bez więzi, bo więź to jest coś, co daje duży napęd, chęć do życia, co sprawia, że związek jest pełny i że czujemy się dobrze. Jeżeli tego nie ma, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego w relacji – mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska.

Psychologowie przekonują, że każdy człowiek potrzebuje bliskości innej osoby, ale bycie singlem nie jest czymś złym. Może to być czas poświęcony zrozumieniu własnych uczuć i potrzeb, co pozwoli w przyszłości zbudować silny związek. To także dobry moment na sprawdzenie swojej niezależności, samowystarczalności i sposobów radzenia sobie z codziennymi problemami. Zdaniem psychologów najważniejsze dla osób żyjących w pojedynkę jest pozytywne nastawienie do samotności i niepostrzeganie jej jako stanu powodującego cierpienie. Dzięki pozytywnym emocjom singiel uniknie niesatysfakcjonujących i krótkotrwałych relacji zawieranych wyłącznie w celu uniknięcia samotności.

– W ramach psychoterapii uczę pacjentów, jak znosić samotność, jak sobie z nią radzić, bo związek nie może być antidotum na uczucie samotności mówi dr n. med. Katarzyna Niewińska.

Okres życia w pojedynkę można także wykorzystać na rozwijanie swoich pasji i dokształcanie się. Samotne wieczory można wykorzystać na zajęcia na kursach zawodowych lub hobbystycznych. To także dobry czas na poświęcenie się karierze zawodowej. Psychologowie radzą singlom, aby potrzeby miłości i obdarzania czułością wykorzystali do pomocy osobom potrzebującym. Namawiają także do aktywności towarzyskiej i nierezygnowania z randek.

Rząd sfinansuje studentom naukę za granicą, ale nic bezinteresownie

Co roku 100 najzdolniejszych studentów będzie mogło się kształcić – bez martwienia o koszty – na najlepszych uczelniach wyższych z całego świata. To polski rząd sfinansuje naukę w ramach programu „Studia dla wybitnych”.

Mają wiedzę, zdolności i umiejętności, ale często brakuje im pieniędzy – wielu młodych Polaków chciałoby studiować za granicą, lecz niestety ich na to nie stać. Postanowiono im pomóc. „Państwo nie tylko sfinansuje koszty czesnego na zagranicznej uczelni, lecz także da pieniądze na utrzymanie, przeloty, przejazdy czy ubezpieczenie” – mówi serwisowi infoWire.pl Łukasz Szelecki, rzecznik prasowy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Rząd przeznaczy na ten cel od 2016 do 2025 r. 336 mln zł.

Nic jednak za darmo – osoba, która otrzymała pomoc, musi w ciągu 10 lat od ukończenia studiów odprowadzać w kraju przez pięć lat składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne lub skończyć w Polsce studia doktoranckie. Inaczej będzie musiała zwrócić pieniądze.

Program ma ruszyć w 2016 r. Skorzystać będą mogli z niego studenci, którzy ukończyli III rok jednolitych studiów magisterskich, oraz absolwenci studiów licencjackich. Warunkiem otrzymania finansowania jest posiadanie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na uczelnię z pierwszej piętnastki tzw. rankingu szanghajskiego lub jedną z uczelni z rankingów szkół dziedzinowych, która jest objęta programem.