Na GPW zadebiutuje kolejna spółka chińska. Fenghua SoleTech chce pozyskać pieniądze na rozbudowę fabryki

CEO Magazyn Polska

6 listopada na giełdach w Warszawie i we Frankfurcie zadebiutuje chińska spółka obuwnicza Fenghua SoleTech. Z emisji chce pozyskać od 10,4 do 12,7 mln euro, które zamierza przeznaczyć na rozbudowę swej fabryki w Jinjiang.

Fenghua SoleTech specjalizuje się w produkcji podeszew do butów sportowych i codziennych dla światowych marek obuwniczych. Wytwarza ich 40 mln rocznie. Jej fabryka w Jinjiang zatrudnia 1,8 tys. osób. Pieniądze od europejskich inwestorów spółka zmierza przeznaczyć na rozwój.

– Chcemy przede wszystkim przeznaczyć je na rozbudowę naszych powierzchni produkcyjnych i zwiększenie mocy produkcyjnych, bo mamy dobre perspektywy i chcemy się rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Weijie Lin, dyrektor generalny Fenghua SoleTech AG.

Dzięki środkom z trwającej właśnie emisji spółka zamierza powiększyć zakład z obecnych 1,6 tys. do 3 tys. mkw. oraz zainstalować dodatkowe linie produkcyjne. Pozwoli to zwiększyć zdolności produkcyjne z 48 mln do 80 mln par podeszew rocznie. Część pieniędzy z emisji Fenghua przeznaczy również na rozwój nowych produktów.

Fenghua SoleTech podaje, że jej przychody w I półroczu wyniosły 42,5 mln euro. Było to o 13,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie o 21,5 proc., sięgając 9,5 mln euro.

– Spółka Fenghua jest spółką zyskowną i większość swoich inwestycji finansuje operacyjnym cashflow – mówi Jarosław Dąbrowski, prezes DF Capital, domu maklerskiego pełniącego funkcję oferującego. – Nowa oferta publiczna spółki zarówno w Warszawie, jak i we Frankfurcie, czyli tzw. dual listing, ma na celu wyeksponowanie spółki na europejskie rynki kapitałowe. Dlatego że spółka pośrednio pracuje dla dużych producentów obuwia sportowego, outdoorowego, takich jak Fila, Diadora czy Geox.

– Jest to spółka, która zajmuje miejsce w czołowej trójce producentów najważniejszego elementu w obuwiu sportowym, czyli podeszwy – podkreśla Jarosław Dąbrowski. – Ci, którzy biegają, wiedzą, że to jest kluczowe do tego, by ocenić, czy to jest dobry, czy zły but. Fenghua jest w stanie technologicznie, jakościowo oraz cenowo wytrzymywać konkurencję i być na drugim miejscu w Chinach.

Rozwój, na jaki ma nadzieję chińska spółka dzięki debiutowi w Warszawie i we Frankfurcie, pozwoli umocnić jej pozycję rynkową. Dla polskich inwestorów ten debiut to szansa na to, by mieć w portfelu przedsiębiorstwo z regionu o niezwykle dynamicznym rozwoju gospodarczym. Dla polskiej giełdy – nadzieja na to, że nasz parkiet docenią kolejne firmy z Azji.

– Wiem, że jest to silna giełda, silny rynek w rejonie i wiążemy duże nadzieje z naszą obecnością właśnie tutaj, w strefie wpływów tego rejonu – mówi Weijie Lin. – Śledząc sytuację na rynkach europejskich, wiem, że Polska w ciągu ostatnich lat bardzo dobrze rozwija się gospodarczo. Jest to rzeczywiście ważny argument przemawiający za tym, żeby się znaleźć na giełdzie warszawskiej.

Już za rok możliwy pilotażowy elektroniczny pobór opłat na autostradach

CEO Magazyn Polska

W przyszłe wakacje możliwe jest wdrożenie pilotażowego elektronicznego systemu poboru opłat na polskich autostradach. Pomimo zmiany na stanowisku ministra infrastruktury i rozwoju zamiar odejścia od przestarzałego, manualnego systemu poboru opłat wciąż jest aktualny. Pierwszym krokiem mogłaby być likwidacja nieczynnych jeszcze placów poborów opłat.

‒ Place poboru opłat powinny zostać rozebrane, a tereny po nich przeznaczone pod budowę stacji benzynowych i miejsca obsługi pasażerów. To powinien być pierwszy krok, który od razu poprawi korzystanie z autostrad, ponieważ dzisiaj, kiedy tylko jest trochę gorsza pogoda, korki w tych miejscach robią się same. Tak jest przy przejeździe przez Pruszków, gdzie nawet nie ma szlabanów, są tam jednak zwężenia pod przyszłe szlabany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Król, doradca społeczny Prezydenta RP.

Rezygnacja z manualnego poboru opłat na polskich autostradach to decyzja poprzedniej minister infrastruktury i rozwoju Elżbiety Bieńkowskiej. Wciąż nie wiadomo, jaki dokładnie kształt będzie miał nowy system, najprawdopodobniej będzie to jednak rozwiązanie elektroniczne, a nie winiety. Taką rekomendację wydała Bieńkowska we wrześniu.

Król uważa, że nowa szefowa MIR-u Maria Wasiak, choć do tej pory związana z kolejnictwem, jest wybitnym ekspertem od transportu i będzie kontynuować zmianę sposobu poboru opłat zapoczątkowaną przez poprzedniczkę. Nowy system może wejść w życie w 2016 r., ale już w przyszłym roku, jak ocenia Król, możliwy jest pilotaż na koncesyjnej autostradzie A1. To najbardziej ruchliwa latem autostrada, a z uwagi na jej wydłużenie w kierunku południowym potoki pasażerskie będą coraz większe.

‒ To, że Polska stosuje jeszcze archaiczny system szlabanów i budek, w których pobiera się opłaty gotówką, przede wszystkim stawia pod znakiem zapytania sensowność budowy autostrad. Zbudowaliśmy autostradę po to, żeby stać w korkach przy szlabanach – to jest absurd. Czasami są udzielane rady, żeby w sezonie większego ruchu omijać autostrady. Czyli co? Budować obwodnice dla autostrad to jest rzecz śmieszna – argumentuje Król.

Dodaje, że system elektroniczny to rozwiązanie problemów. Już teraz działa on dla samochodów ciężarowych (o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony) i sprawdza się bardzo dobrze, mając niemal 100-proc. skuteczność. System Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad obowiązuje zresztą nie tylko na autostradach, lecz także drogach ekspresowych i niektórych drogach krajowych.

Ponieważ samochody ciężarowe to ok. jednej trzeciej całego ruchu, włączenie aut osobowych w system e-myta na autostradach nie powinno być wyzwaniem z technicznego punktu widzenia.

Król ocenia, że w pierwszym etapie MIR powinien zaniechać uruchomienia manualnych punktów poboru opłat tam, gdzie przygotowane są już place. Szczególnie duży ruch jest w Pruszkowie, gdzie w przyszłości mają być pobierane opłaty za przejazd A2 na odcinku Łódź–Warszawa. Król przewiduje, że rezygnacja z budowy szlabanów i zastąpienie ich e-mytem pozwoli zmniejszyć korki. Drugim etapem musi być włączenie do systemu autostrad koncesyjnych, czyli fragmentów A1, A2 i A4.

‒ Nonsensem jest, żeby koncesjonariusze ponosili koszty manualnego poboru, kiedy pieniędzy będą dostawali za przejazdy tyle samo po wdrożeniu systemu elektronicznego. I wreszcie ostatnia rzecz to jest kwestia przygotowania do całkowitego wyłączenia szlabanów – podkreśla Król.

Dodaje, że wśród możliwych rozwiązań technicznych jest wideoweryfikacja numerów rejestracyjnych lub korzystanie z urządzeń nadawczo-odbiorczych, podobnych do tych, jakie wykorzystuje obecny elektroniczny system Generalnej Dyrekcji.

M.Zaleska (NBP): niskie stopy procentowe obniżają zyski banków, ale wyniki sektora są i będą dobre

CEO Magazyn Polska

Pod koniec października opublikowane zostaną wyniki europejskich stress-testów. Bierze w nich udział także 15 polskich banków. Zdaniem Małgorzaty Zaleskiej z NBP polski system bankowy jest bezpieczny, a wyniki banków są i pozostaną dobre pomimo niskich stóp procentowych.

W pierwszym półroczu 2014 r. wyniki banków okazały się o 6,3 proc. lepsze niż rok temu. Na czysto banki zarobiły 8 mld 739 mln zł. W samym II kwartale było to 4 mld 760 mln – to wynik najlepszy w historii.

– Jednocześnie polski sektor bankowy na tle innych sektorów bankowych jest wypłacalny, jest płynny. O dobrej kondycji polskiego sektora bankowego świadczą ratingi poszczególnych banków, aczkolwiek trzeba pamiętać o tym, że często ograniczone przez rating chociażby kraju – mówi Zaleska.

Najlepszy w historii okazał się też wynik odsetkowy banków w pierwszym półroczu. Po wyhamowaniu akcji kredytowej pod koniec ubiegłego roku – w pierwszych dwóch kwartałach wartość kredytów zwiększyła się o 38 mld zł. Rosną nie tylko wartości kredytów dla gospodarstw domowych, lecz także dla przedsiębiorców. Popyt na kredyty jest duży między innymi ze względu na niskie stopy procentowe oraz poprawiającą się sytuację w gospodarce.

– Z punktu widzenia przedsiębiorstw bardzo istotne jest to, jak przedsiębiorstwa oceniają sytuację gospodarczą i czy wykazują chęć do inwestycji. Inaczej jest z punktu widzenia chociażby kredytów mieszkaniowych, gdzie cena tego kredytu jest bardzo istotna – zauważa ekspertka.

Na wynik sektora wpływ mają przeprowadzone w ostatnim czasie fuzje banków, ale nie są one zagrożeniem dla sytuacji w skali kraju – ocenia Zaleska.

– Dobrze byłoby, gdyby polski sektor bankowy był wciąż zdywersyfikowany, dlatego że doświadczenia ostatniego kryzysu pokazały, że bardzo duże banki, a takich w Polsce jeszcze nie ma, mogą stanowić zagrożenie dla stabilności poszczególnych sektorów, kiedy ich aktywa są większe niż PKB kraju, w którym funkcjonują – mówi ekspertka. – Natomiast ruchy konsolidacyjne mogą wynikać z sytuacji banków matek. To dotychczas obserwowaliśmy w polskim sektorze bankowym, kiedy to poszczególne fuzje wynikały z pewnych decyzji, które zapadały poza granicami kraju.

Polscy pracodawcy w nowej sytuacji. Muszą walczyć o pracowników

CEO Magazyn Polska

Zatrudnienie w Polsce powoli, ale systematycznie rośnie. We wrześniu, jak podał resort pracy, stopa bezrobocia obniżyła się do 11,5 proc. i według przewidywań będzie dalej spadać, choć już wolniej. To, jak się okazuje, sytuacja, w której polscy pracodawcy muszą zacząć zabiegać o pracowników.

Tak radykalna zmiana na polskim rynku pracy związana jest z nie najgorszą kondycją całej naszej gospodarki. Mimo że w innych państwach Unii Europejskiej nastroje nie są najlepsze, a tempo rozwoju polskiej gospodarki nieco spowolniło, to firmy w Polsce wciąż zatrudniają nowych pracowników, a bezrobotnych szukających pracy jest coraz mniej.

– Dlatego nie martwiłbym się za bardzo tym, że Wielka Brytania chce ograniczyć napływ Polaków, bo nowi pracownicy są potrzebni tu, w kraju – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. – Coraz więcej firm w Polsce zgłasza problemy ze znalezieniem nowych pracowników i to już nie tylko wykwalifikowanych wąsko, wyspecjalizowanych pracowników, lecz także tych, którzy nie mają jakichś specjalnych kwalifikacji.

Statystycznie stopa bezrobocia wciąż jest w Polsce wysoka. Ludzi chętnych do pracy znaleźć jest jednak coraz trudniej, bo nie wszyscy bezrobotni poszukują pracy i nie wszyscy mają odpowiednie wykształceniem i doświadczeniem.

 Z racji tego, że bezrobocie wciąż spada i sytuacja na rynku pracy się poprawia, teraz powinno nam zależeć na tym, żeby zatrzymać młodych ludzi na rynku krajowym uważa ekonomista BZ WBK.

Na polskim rynku systematycznie pojawiają się oferty dużych firm rozpoczynających rekrutację pracowników do nowych fabryk, centrów logistycznych, outsourcingowych czy magazynów.

Do niedawna na pewno było tak, że w tych sektorach tradycyjnie związanych z eksportem było największe zapotrzebowanie na nową siłę roboczą podkreśla Piotr Bielski. – Rzeczywiście początek roku to był okres wyraźnego ożywienia w eksporcie, handlu zagranicznym i właśnie w tych branżach najszybciej zaczynało brakować rąk do pracy.

W rezultacie niektórzy polscy pracodawcy już muszą się mierzyć z sytuacją dla nich nietypową, gdy zamiast przebierać w ofertach wielu chętnych do pracy, sami muszą zacząć zabiegać o pracowników. Są branże, gdzie brak rąk do pracy zaczyna być przeszkodą w skutecznym prowadzeniu działalności. Rekrutacja nie przynosi rezultatów, a zainteresowanie ofertami pracy jest poniżej potrzeb firmy.

– Między innymi w sektorze produkcji mebli, gdzie większa część produkcji trafia na eksport, widać było, że jest zapotrzebowanie na pracowników i że ich brak rzeczywiście zaczyna być problem hamującym dalszy rozwój tego sektora – ocenia Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

Intermarché: deflacja pogarsza wyniki sieci handlowych, Intermarché rośnie mimo trudnego otoczenia

0

CEO Magazyn Polska

Sieć ponad 200 supermarketów Intermarché w I półroczu zwiększyła swój udział w rynku do 16,6 proc., co oznacza wzrost o 0,8 pkt proc. Obroty, jakie sklepy Intermarché osiągnęły w tym czasie w Polsce, wzrosły o ponad 10,9 proc.

Zadowolenie z wyniku jest tym większe, że nie był to korzystny czas dla handlu w Polsce. Sprzedaż detaliczna wprawdzie rosła, ale raczej wolno.

– Rynek w pierwszym półroczu notuje spadki obrotów – podkreśla Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej sieci Intermarché. – Konkurenci, którzy są notowani na giełdzie jako spółki akcyjne, musieli opublikować wyniki. Widzimy, że nie są one korzystne, spółki notują regresję obrotów, również Ci najwięksi gracze.

W I półroczu sporządzany przez GUS wskaźnik koniunktury w handlu detalicznym był na lekkim plusie. Przewaga optymistów była jednak niewielka. Przyczyn było kilka.

– Na pewno sytuacja na rynku, spadające ceny, które w efekcie spowodowały deflację w maju, czerwcu, lipcu i sierpniu – ocenia prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Niekorzystnie wpływa też sytuacja za wschodnią granicą, która nie napawa konsumentów optymizmem. Co za tym idzie nastroje konsumenckie pogarszają się w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jeżeli chodzi o drugą połowę roku, to myślę, że w dalszym ciągu tendencja, która miała miejsce w roku ubiegłym, może się utrzymywać.

Sieć supermarketów odczuła skutki tego trendu w miesiącach letnich. O ile po I półroczu wzrost obrotów rok do roku wyniósł 10,9 proc., to po ośmiu miesiącach już tylko 5,76 proc. W ocenie przedstawicieli sieci Intermaché wymienione wyżej czynniki bardziej szkodzą jednak konkurencji.

– Jeżeli chodzi o naszą sieć, to już widzimy, że tendencja z pierwszego roku, czyli progresja obrotów, jest zachowana, co świadczy o tym, że konsument pozytywnie odbiera nasze działania, naszą strategię, naszą politykę handlową i dlatego mimo tak trudnego rynku, o którym wspominałem, nie mamy regresji obrotów – podsumowuje Krzysztof Waligórski.

(Nie)pewne inwestycje – wyrok sądu

0

Konsument na rynku finansowym nie może być wprowadzany w błąd, a produkt inwestycyjny obarczony ryzykiem nie powinien być oferowany jako pewny i bezpieczny. Przedsiębiorca ma obowiązek w jasny i jednoznaczny sposób sformułować informację, na czym polega inwestycja i w jaki sposób zabezpieczone są ulokowane przez konsumenta środki – przypomniał  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Przedsiębiorcy, którzy oferują konsumentom produkty inwestycyjne nie mogą ograniczać się tylko do przedstawiania im możliwych korzyści. Konsumenci muszą wiedzieć też o istniejącym ryzyku, przeznaczeniu inwestowanych środków i ich zabezpieczeniu.  W jasny, dokładny i jednoznaczny sposób należy określić rodzaj umowy, która ma być zawarta, a także wszystkie prawa i obowiązki stron, które z niej wynikają. Tymczasem z praktyki UOKiK wynika, że przedsiębiorcy nie zawsze wywiązują się z tych obowiązków. Od 2012 roku niezgodne z prawem praktyki przedsiębiorców z branży finansowej zostały zakwestionowane przez UOKiK w ponad 170 decyzjach.

Przykładem działań UOKiK jest decyzja z grudnia 2012 roku w sprawie spółki Socket Resources ze Szwajcarii oferującej konsumentom produkt inwestycyjny pod nazwą Perfect Trade. Spółka znajduje się na liście ostrzeżeń publicznych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. UOKiK stwierdził, że przedsiębiorca wprowadzał konsumentów w błąd, oferując swój produkt jako źródło pewnego, gwarantowanego zysku. Jednocześnie, ani w materiałach reklamowych, ani w umowach zawieranych z konsumentami spółka nie informowała, w co klient inwestuje, jakie ponosi ryzyko i w jaki sposób zabezpieczone są ulokowane pieniądze. Materiały reklamowe spółki sugerowały jedynie, że źródłem korzyści jest złoto i korzystne transakcje na bliżej nieokreślonym rynku. Działania tego rodzaju są uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.  Przedsiębiorca odwołał się od decyzji do sądu, ten jednak wyrokiem z 25 września potwierdził rozstrzygnięcie UOKiK i oddalił odwołanie w całości.

Sąd wskazał, że Prezes Urzędu prawidłowo ocenił działanie Spółki jako bezprawne. Utrzymał też nałożoną na przedsiębiorcę karę w wysokości 91 021 zł. Wyrok jest nieprawomocny, przedsiębiorcy przysługuje apelacja.

Inwestorzy liczą, że w 2015 roku Fed podniesie stopy w USA, ale prawdopodobnie nie nastąpi to przed III kwartałem. Dolar drożeje już od kilku miesięcy

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy na całym świecie oczekują na podwyżkę stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną. Mimo że nikt nie liczy na jakiekolwiek zmiany w tym roku, dolar już od lata systematycznie wzmacnia się w stosunku do euro. Słabnie też złoty.

W czerwcu za jedno euro trzeba było zapłacić 1,36 dolara, dziś – o 10 centów mniej.

– Amerykański dolar umacnia się praktycznie już od 4 miesięcy – podkreśla w rozmowie z Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy DMK.  – Jest to dyskontowanie zakończenia programu luzowania i stymulacji w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo nakłada się na to prawdopodobne rozpoczęcie luzowania w Europie i Europejskim Banku Centralnym.

Bardzo niskie stopy procentowe na poziomie 0-0,25 proc. Fed wprowadził w grudniu 2008 roku. Ich celem było ożywienie amerykańskiej gospodarki po kryzysie bankowym z 2007 roku.

Na chwilę obecną rynek już wycenia pierwszą podwyżkę na lipiec 2015 roku, ale widać na przestrzeni ostatnich tygodni, że ta perspektywa się troszeczkę oddala w czasie – ocenia Andrzej Stefaniak. – Można się spodziewać, że to będzie mniej więcej III kw. przyszłego roku, ale jest to cały czas płynne i zależy od danych makroekonomicznych, które będą spływały głównie z rynku pracy.

W III kwartale 2015 roku FOMC ma zaplanowane dwa posiedzenia: 28-29 czerwca i 16-17 września, przy czym to drugie połączone będzie z publikacją prognoz i konferencją prasową szefowej Fed.

Dane makroekonomiczne, którymi bank centralny ma się kierować, nie są jednoznaczne. Wprawdzie bezrobocie w USA spadło we wrześniu z 6,1 proc. do 5,9 proc, zaś amerykańskie PKB w I kwartale wzrosło o imponujące 4,6 proc. Z drugiej strony zagrożony jest amerykański eksport. W ocenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) zagraża mu z jednej strony coraz mocniejszy dolar, a z drugiej słabe wyniki osiągane przez inne kraje świata. Oznacza to, że dotychczasowi odbiorcy nie będą w tej sytuacji skłonni kupować drożejących towarów z USA.

Na rynku walutowym jednak sama nadzieja podwyżki stóp w USA zwiększa inwestycje w dolara. Nawet jeżeli nie wiadomo, kiedy ta pierwsza podwyżka nastąpi i czy będzie delikatna.

Delikatna tak, natomiast jest to początek cyklu podwyżek stóp procentowych i to jest niezwykle ważne dla wszystkich graczy na rynku – uważa dealer walutowy DMK. – Oznacza, że rozpoczyna się cały cykl, który sprawi, że dolar amerykański stanie się coraz bardziej atrakcyjną walutą ze względu na to, że będzie wypłacał odsetki.

Rosnąca wartość dolara, związana z nadzieja na wyższe stopy w USA osłabia inne waluty. Nie tylko euro taniejące w związku z rozpoczęciem obniżek przez Europejski Bank Centralny, ale też np. naszego złotego.

– Widać to bardzo wyraźnie na wykresach, że odkąd amerykański dolar zaczął się umacniać, to wszystkie waluty krajów rozwijających się, w tym także złoty, zaczynają tracić na wartości i prawdopodobnie ten trend będzie kontynuowany – mówi Andrzej Stefaniak. – To oznacza, że perspektywy dla złotego nie są zbyt korzystne, czyli wszyscy ci, którzy mają kredyty walutowe, powinni się troszeczkę obawiać.

Z drugiej strony tak jak mocny dolar zagraża amerykańskiemu eksportowi, tak słaby złoty może poprawić polski bilans w handlu zagranicznym.

W Wikanie trwa restrukturyzacja. Za rok spółka ma wyjść na prostą

0

CEO Magazyn Polska

W drugiej połowie 2015 roku Wikana powinna wyjść na prostą. Nowy, powołany w maju zarząd próbuje ustabilizować sytuacje w firmie, która znalazła się na biznesowym zakręcie. Pod koniec października WZA może podjąć uchwałę o podwyższeniu kapitału w drodze emisji akcji.

Złe inwestycje przyniosły straty, a najważniejsza ze spółek grupy ma problemy z zakończeniem projektów deweloperskich. W rezultacie podczas gdy w I półroczu przychody spółki przekraczały 30,5 mln zł, jej strata netto wyniosła niemal 18,8 mln zł. Podobną stratę (19,2 mln zł) spółka miała w roku 2013.

– Można powiedzieć, że dopiero w perspektywie kilkunastu miesięcy, powyżej piętnastu, można mówić o tym, że restrukturyzacja jest zauważalna, pojawiają się jej efekty ocenia w rozmowie z Newseria Inwestor Sławomir Horbaczewski, prezes zarządu spółki Wikana.  Tak się dzieje dlatego, że działalność gospodarcza nie jest prowadzona z miesiąca na miesiąc. Mówię o zorganizowanej działalności na większa skalę, zwłaszcza w deweloperce mieszkaniowej, gdzie mówimy o cyklach wieloletnich.

Wikana należy do największych deweloperów w południowo-wschodniej Polsce. Grupa kapitałowa spółki przesadnie rozbudowała swa działalność. Należała do niej m.in. budująca biogazownie Wikana Bioenergia oraz sprzedająca buty spółka Multiserwis.

– Grupa kapitałowa wchodziła w obszary, których w ogóle nie zna, nie rozumie, dlatego następowała powolna erozja kapitału, taka nieefektywna alokacja kapitału, nieefektywna lokacja zasobów, które są w grupie kapitałowej tłumaczy Sławomir Horbaczewski. – W takiej sytuacji bardzo ważne jest, żeby umieć spółkę zrestrukturyzować.

Od maja w spółce działa nowy zarząd, który ma ja wyprowadzić z kłopotów. Jego głównym celem jest odchudzenie grupy, tak by Wikana wróciła do działalności, na której zna się najlepiej.

– W grupie kapitałowej Wikana ewidentnie tych segmentów działalności było zbyt wiele, wciąż jest ich zbyt wiele – mówi prezes Horbaczewski. –  My w tej chwili wychodzimy z niektórych segmentów działalności, na przykład segmentu obuwniczego. Koncentrujemy się na segmencie deweloperskim zarówno mieszkaniowym, jaki i wielorodzinnym oraz na segmencie energii odnawialnej.

W ocenie przyszłości prezes Horbaczewski jest optymistą. Jak podkreśla, warunki rynkowe sprzyjają Wikanie. Dlatego restrukturyzacja powinna zakończyć się powodzeniem.

– Ludzie się bogacą, mają coraz większe zasoby w swoich rękach, a strumienie wciąż nie wygasają ocenia. – Proszę zwrócić uwagę, że te strumienie napływają do nas wszystkich, konsumentów, końcowych beneficjentów tego wzrostu gospodarczego. Przedsiębiorstwa na tym korzystają, tylko trzeba prowadzić bardzo usystematyzowaną działalność gospodarczą.

By z tego korzystać, Wikana musi jednak ponownie skoncentrować się na budownictwie mieszkaniowym. Firma już zapowiada budowę domów na posiadanych działkach oraz kontynuację rozpoczętych inwestycji.

– Jeżeli ktoś chce być bardziej kolorową papugą niż taką szara myszką, która pracuje i która codziennie coś robi, to nic z tego nie będzie miał filozoficznie podsumowuje prezes Wikany. – Trzeba być tym szarym zwierzątkiem, które codziennie coś robi, odkłada znowu coś robi i w ten sposób buduje swoje zasoby, rozwija się.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 października 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 października 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Dane z Niemiec zmroziły rynek

Indeks ZEW, służący do oceny koniunktury w Niemczech, spadł do najniższego poziomu od listopada 2012 roku. Dane zmroziły europejskie rynki. Osłabił się kurs złotego. Kiepskie wyniki strefy euro zwiększają ryzyko recesji w największych gospodarkach UE w tym Polski.

– Raport Eurostatu mocno rozczarował. Odnotowano najsilniejszy od 2 lat spadek produkcji przemysłowej w strefie euro.  Opublikowane dziś dane zwiększają ryzyko recesji w eurolandzie, co negatywnie przełoży się na koniunkturę w polskiej gospodarce – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Indeks ZEW spadł w październiku do -3,6 pkt. i był to najniższy odczyt od listopada 2012 roku. To 10. z rzędu spadek tego wskaźnika, który miesiąc wcześniej odnotował wartość 6,9 pkt. Po publikacji tych danych euro straciło wobec dolara, a DAX zabarwił się na czerwono. W październikowym badaniu już tylko 24% (spadek o 3,9 pkt. proc.) ankietowanych spodziewa się poprawy sytuacji gospodarczej Niemiec w ciągu następnych sześciu miesięcy.

Spadek produkcji przemysłowej

Produkcja przemysłowa w strefie euro w sierpniu spadła o 1,8% w ujęciu miesięcznym, podczas gdy poprzednio spadła o 0,9% (rewizja z 1%). W ujęciu rocznym indeks zaliczył spadek o 1,9% wobec wzrostu o 1,6% w lipcu (rewizja z 2,2% do 1,6%). Przewidywania analityków znacznie różniły się od danych zaprezentowanych dziś przez Eurostat. Ekonomiści zakładali, że spadek w ujęciu miesięcznym wyniesie 1,6%, a w ujęciu rocznym jedynie 0,9%.

Z prognoz dla Polski wynika, że wzrost PKB na koniec 2014 roku wyniesie ok. 3%. Prawdopodobnie będzie on jednak odrobinę niższy. Niestety, produkcja przemysłowa w ujęciu rocznym wzrosła jedynie o 0,3%. To jeden z powodów tylko minimalnych wzrostów zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw (ok. 5 tys. etatów miesięcznie). Niski popyt na pracę przy stosunkowo dużej podaży ma negatywny wpływ na wzrost wynagrodzeń.

Zła wiadomość dla Kowalskiego

– Sytuacja w Europie w dużej mierze wynika z braku pomysłu na zwiększenie inwestycji w realnej gospodarce. Środki trafiają na rynki finansowe, potęgują wzrosty na giełdach, ale nawet pomimo rekordowo niskich stóp procentowych firmy nie chcą zaciągać kredytów inwestycyjnych. W dużej mierze wynika to z niskiej konkurencyjności europejskiej gospodarki spowodowanej przez wysokie podatki i dużą liczbę restrykcyjnych przepisów. Sankcje rosyjskie na razie miały minimalny wpływ na sytuację gospodarczą UE chociaż w pewnych sektorach eksportowych wywołało to duże straty. Strach źle wpływa na koniunkturę, bo zmniejsza skłonność do ryzyka inwestycyjnego. Stąd propozycja ministra Szczurka, by stworzyć europejskisuperfundusz inwestycyjny, wydaje się krokiem w dobrym kierunku. Dla przeciętnego Kowalskiego nie liczy się to, że mamy niski wzrost PKB, tylko czy straci pracę lub czy dostanie podwyżkę? Biorąc pod uwagę kiepskie dane, prawdopodobieństwo zwolnienia jest większe niż otrzymania premii – tłumaczy Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Deklaracje elektroniczne z dłuższym vacatio legis

Konfederacja Lewiatan apeluje do senatorów o wydłużenie do końca 2015 roku vacatio legis dla nowych przepisów, które wprowadzą dla określonych podmiotów obowiązek składania deklaracji podatkowych wyłączenie w wersji elektronicznej.

Jutro ustawą o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw ma zająć się senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych. Nowe przepisy mają usprawnić proces wymiany informacji między administracją podatkową a płatnikami podatku dochodowego od osób fizycznych, innymi podmiotami obowiązanymi do składania informacji o dochodach osób fizycznych oraz podatnikami i płatnikami podatku dochodowego od osób prawnych. Wprowadzają one dla określonych podmiotów obowiązek składania deklaracji podatkowych wyłączenie w wersji elektronicznej. Rozwiązanie to ma służyć zbudowaniu „elektronicznej administracji podatkowej” oraz umożliwić udostępnianie przez organy podatkowe wstępnie wypełnionych zeznań podatkowych.

– Nowe przepisy muszą uwzględnić fakt, że w firmach zobowiązanych do składania dużej liczby deklaracji, proces raportowania jest w pełni lub w części zautomatyzowany. Dlatego o zmianach w rozwiązaniach IT po stronie administracji firmy powinny być informowane z wyprzedzeniem, aby mieć czas na dostosowanie swoich rozwiązań informatycznych. Wejście w życie ustawy 1 stycznia 2015 roku nie daje możliwości, nie tylko zapoznania się ze zmianami, ale także stworzenia systemu potrzebnego do wywiązania się z nowych obowiązków. Najbardziej racjonalnym rozwiązaniem byłoby więc wydłużenie vacatio legis do końca 2015 roku – mówi Przemysław Pruszyński, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Przykładowo dla dużej instytucji bankowej, koniczne jest stworzenie od podstaw dedykowanego narzędzia służącego zebraniu i agregacji rożnych formatów danych dotyczących aktywności klienta w danej instytucji, ich przetworzeniu na postać wymaganą przez organy podatkowe i wysłaniu / archiwizacji deklaracji oraz dotyczących ich urzędowych potwierdzeń odbioru. Taki proces wymaga opracowania założeń informatycznych narzędzia, źródeł jego zasilenia, wyboru dostawcy, okresu na stworzenie aplikacji i wreszcie testów rozwiązania i jego produkcyjnego wdrożenia.

Czas potrzebny na elektronizacje raportowania będzie też zależny od dostępnych na rynku rozwiązań (nie jest to w tej chwili standard oferty firm informatycznych w zakresie raportowania specyficznego dla instytucji finansowych) oraz „mocy przerobowych” firm informatycznych, a także zespołów technologicznych i operacyjnie zajmujących się raportowaniem w samych instytucjach podlegających temu obowiązkowi.
Zdaniem Konfederacji Lewiatan dla tego typu zmian korzystne byłoby więc, aby przez jakiś czas podatnicy mogli równolegle korzystać z dotychczasowego i nowego rozwiązania.

Konfederacja Lewiatan

OK Money – decyzja UOKiK

0

Strona internetowa wprowadzająca konsumentów w błąd, zawyżone opłaty za czynności windykacyjne, niedostarczanie umowy na piśmie – te praktyki gdańskiej spółki OK Money udzielającej pożyczek przez Internet i sms zakwestionował UOKiK. Przedsiębiorca zobowiązał się do ich zaprzestania

UOKiK na bieżąco monitoruje rynek usług finansowych. Analizowane są umowy, regulaminy oraz informacje zawarte w reklamach dotyczących m.in. kredytów hipotecznych, konsumenckich, pożyczek i lokat inwestycyjnych. Działania Urzędu dotyczą zarówno podmiotów objętych nadzorem (banki, SKOK-i) jak i  pozostałych przedsiębiorców świadczących usługi finansowe. Aktualnie prowadzone są 73 postępowania wobec przedsiębiorców z branży usług finansowych nieobjętych nadzorem. Do najczęściej kwestionowanych praktyk należy: pobieranie niezgodnych z prawem opłat i kar umownych oraz podawanie nieprawdziwych informacji o kosztach kredytu. Jednym z efektów działań Urzędu jest najnowsza decyzja w sprawie praktyk spółki OK Money z Gdańska, udzielającej konsumentom pożyczek głównie przez Internet i sms.

Postępowanie UOKiK przeciwko spółce OK Money zostało wszczęte w maju 2013 w wyniku ogólnopolskich kontroli dotyczących reklam i opłat stosowanych przez nieobjętych nadzorem przedsiębiorców z branży finansowej. Urząd ustalił m.in. że spółka porównując na stronie internetowej swoją ofertę do usług bankowych wprowadzała konsumentów w błąd. Znajdowało się tam hasło: Proces ubiegania się o pożyczkę w OK Money spełnia najwyższe standardy systemu bankowego. Tymczasem w ocenie UOKiK przedsiębiorca, który nie jest bankiem nie może zachęcać konsumentów do zawarcia umowy stwarzając wrażenie, że jest instytucja działającą jak bank.  UOKiK przypomniał, że banki podlegają stałej kontroli Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego i bez takiego nadzoru nikt nie może samowolnie deklarować, że spełnia wymagania w nich obowiązujące. Wprowadzanie konsumentów w błąd stanowi niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.

Postępowanie wykazało także, że spółka nie przekazywała konsumentom umowy kredytu na piśmie. Działo się tak w przypadku udzielania kolejnej pożyczki. Zgodnie z prawem każda umowa o kredyt konsumencki powinna być obowiązkowo zawierana w formie pisemnej. Przed jej zawarciem konsument musi też otrzymać formularz informacyjny zawierający m.in. dane o wysokości oprocentowania, całkowitym koszcie, wymaganych zabezpieczeniach czy obowiązkowych ubezpieczeniach. Tymczasem OK Money spełniała ten obowiązek tylko przy pierwszej umowie z konsumentem. Zdaniem Urzędu zakwestionowana praktyka mogła prowadzić do podejmowania przez konsumentów niekorzystnych finansowo decyzji oraz do sytuacji, w której nie wiedzieli, że mają prawo odstąpić od nowej umowy w terminie 14 dni.

Ponadto UOKiK stwierdził, że opłaty za czynności windykacyjne nakładane przez OK Money na konsumentów były zawyżone. Urząd przypomniał, że płatności te powinny odpowiadać wydatkom faktycznie poniesionym w związku z dochodzeniem należności, a ponadto również konsument powinien mieć prawo obciążyć przedsiębiorcę kosztami kierowanych do niego wezwań gdy ten nie wywiązuje się z umowy.

Spółka zobowiązała się do zaprzestania niezgodnych z prawem praktyk i zmiany regulaminów w ciągu 2 miesięcy.

UOKiK przypomina, że w razie sporu z instytucją finansową konsumenci mogą liczyć na pomoc miejskich lub powiatowych rzeczników konsumentów czy organizacji pozarządowych – Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Bezpłatne porady udzielane są również pod numerem telefonu 800 007 707.

 

 

 

Boeing szuka modelu współpracy z polskim przemysłem obronnym. Koncern ma długofalowe plany wobec Polski

CEO Magazyn Polska

Boeing Defense, Space & Security, jedna z trzech największych firm zbrojeniowych na świecie, bada możliwości współpracy z polskimi firmami z sektora obronnego. Jednocześnie przygląda się zapowiadanym przez MON przetargom na wyposażenie armii. Szczególnie interesujące są dla koncernu programy dotyczące tankowania samolotów w powietrzu, śmigłowców bojowych oraz bezzałogowców.

Do 2022 roku Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza wydać na modernizację 130 mld zł. Polskie wojsko chce wymienić przestarzałe uzbrojenie, które pochodzi jeszcze z lat 60. Nic dziwnego, że zapowiadanymi przez MON przetargami interesują się największe światowe koncerny, m.in. Boeing Defense, Space & Security.

Jeśli spojrzymy na wymagania, jakie zakłada program modernizacji armii, to możemy wskazać kilka obszarów, na których się skupiamy. Sądzimy, że jesteśmy w stanie dostarczyć polskiej armii rozwiązania, które pozwolą jej wzmocnić siły bojowe. Pierwszym obszarem będą samoloty tankowania powietrznego. Przyglądamy się także wymaganiom określonym w planowanym przetargu na śmigłowce bojowe. Jesteśmy tym przetargiem bardzo zainteresowani. Będziemy przyglądać się również przetargowi na bezzałogowce i może jeszcze kilku innym – mówi agencji Newseria Biznes, Michael D. Popovich, dyrektor NATO International Business Development w Boeing Defense, Space & Security.

Jak podkreśla, w ofercie firmy znajduje się wiele produktów, które spełniają wymagania polskiego rządu i resortu obrony. Istotna jest również możliwość ich dostosowania do specyficznych potrzeb polskiej armii. Zgodnie z zapowiedziami MON kluczowe przy wyborze producentów sprzętu mają być możliwości współpracy z sektorem przemysłu obronnego w Polsce. Zdaniem Popovicha takie podejście jest zrozumiałe.

Jeśli liczymy na sukces w Polsce, to musimy wspierać i wzmacniać rozwój polskiego sektora obronnego. Mając to na uwadze, skupiamy się na długoterminowym partnerstwie tam, gdzie jest to ekonomicznie uzasadnione – mówi przedstawiciel Boeing Defense, Space & Security. – Obserwujemy ten sektor i powstanie Polskiej Grupy Zbrojeniowej oraz to, jakie będzie mieć to konsekwencje dla branży. Przyglądamy się również firmom spoza tej grupy

Oficjalna inauguracja działalności Polskiej Grupy Zbrojeniowej miała miejsce na początku września. Docelowo ma skupiać 30 państwowych firm obronnych (z branży zbrojeniowej, stoczniowej i nowych technologii), których łączne przychody sięgną 4,5 mld zł. Konsolidacja ma się zakończyć jeszcze w tym roku

Od początku tego roku specjalna grupa przedstawicieli Boeinga, zajmująca się współpracą przemysłową, kilka razy była w Polsce i rozmawiała z ponad 30 różnymi firmami. Jesteśmy więc na etapie poznawania poziomu rozwoju polskiego sektora obronnego, myśli technicznej i możliwości, jakimi dysponuje, oraz potencjału, jaki ma. Chcemy określić dziedziny, w których byłaby możliwa współpraca – zapewnia Popovich.

Rynek Catalyst chce przyciągnąć duże emisje

CEO Magazyn Polska

Catalyst, rynek papierów dłużnych GPW, powstał pięć lat temu. Dziś wartość notowanych tam papierów przekracza 531 mld zł. Obok obligacji skarbowych na Catalyst handluje się obligacjami korporacyjnymi jednostek samorządu terytorialnego oraz banków spółdzielczych. Nowe przepisy mają przyciągnąć duże emisje i zachęcić drobnych inwestorów do kupowania obligacji.

Według najnowszych danych na Catalyst notowane są papiery dłużne blisko 200 emitentów. Ponad 57 mld zł stanowią emisje obligacji korporacyjnych, komunalne to ponad 3 mld zł, a 0,6 mld zł to obligacje banków spółdzielczych. Na rynku dostępne są również papiery skarbowe, których wartość przekracza 470 mld zł. Ponadto na Catalyst notowane są obligacje korporacyjne kilku firm denominowane w euro, warte blisko 1,5 mld euro.

– Giełda zwraca uwagę na to, jak rynek będzie się rozwijał – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Beata Kacprzyk z Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Oczywiście najlepsze dla rynku byłoby przyciągnięcie dużych, stabilnych emitentów z dużymi emisjami, najlepiej publicznymi. Tego typu instrumenty są co do zasady bezpieczniejsze, ponieważ mają przewidywalną stopę zwrotu dla inwestorów, zwłaszcza indywidualnych. W konsekwencji mogłoby to korzystnie wpłynąć na płynność obligacji na rynku.

Giełda stara się, by Catalyst był jeszcze bardziej bezpieczny i bardziej transparentny. Stąd wprowadza zmiany, które mają zwiększyć jakość rynku.

– Od września wprowadziliśmy nowe przepisy, które ograniczają dostęp do rynku emisji mniejszych niż milion złotych – mówi Beata Kacprzyk. – Wprowadzaliśmy również obowiązek współpracy z autoryzowanym doradcą i zakładamy, że przyczyni się to do zwiększenia bezpieczeństwa inwestorów na rynku Catalyst.

To jednak nie koniec zmian. Giełda chce, by emitenci oferujący papiery dłużne na Catalyst stale poprawiali swoją ofertę. Tym bardziej, że oczekiwania inwestorów także rosną.

– Myślę, że wraz z rozwojem rynku i oczekiwań inwestorów emitenci będą zmuszeni również do oferowania zabezpieczeń czy określania kowenantów [odpowiednich klauzul w umowach] dla danej emisji – ocenia przedstawicielka GPW.

Podniesienie jakości handlu na Catalyst to jednak nie tylko poprawa ofert i zmiany na samym rynku. Zmieniać i edukować powinni się też inwestorzy.

– Po pięciu latach inwestorzy giełdowi zrozumieli, że znajomość wysokości oprocentowania, daty wykupu oraz terminu płatności odsetek to trochę za mało zaznacza Beata Kacprzyk z GPW. – Inwestorzy powinni interesować się firmą, kupować nie tylko jej markę, lecz także mieć świadomość, jaka jest jej aktualna sytuacja finansowa, na co emitent zamierza przeznaczyć pozyskane w drodze emisji obligacji pieniądze oraz w jaki sposób planuje zapewnić środki na obsługę odsetek i wykup obligacji.

R. Antczak (Deloitte): Rząd musi kompleksowo rozwiązać problem górnictwa. Rozwiązaniem nie jest dorzucanie pieniędzy innych podatników

CEO Magazyn Polska

Według Rafała Antczaka, członka zarządu Deloitte, do rozwiązania problemu sektora górnictwa w Polsce w pierwszym rzędzie konieczna jest większa transparentność rynku: opłacalności wydobycia i handlu. Tę reformami musi zapewnić rząd, wymaga to politycznej zgody co do sposobu poradzenia sobie z tym problemem. Nawet jeśli większy popyt ze strony Ukrainy da polskiemu górnictwu chwilę wytchnienia, to nie potrwa to dłużej niż kilka miesięcy.

W demokracji zawsze różne silne, dobrze zorganizowane grupy interesów w okresie przedwyborczym zgłaszają swoje roszczenia – zauważa Rafał Antczak. – Politycy muszą ważyć, czy trochę ustąpić i narazić się na gniew innych wyborców, czy nie, i pokazać się jako osoby, które reprezentują interes wszystkich obywateli.

W Polsce jednak, jak przekonuje Antczak, problemem jest olbrzymia skala przywilejów dla różnych grup społecznych, nie tylko dla górników. Zaczynają one być problemem całej gospodarki.

To właśnie między innymi z tego powodu tak dużo młodych osób emigruje z Polski – wskazuje Antczak. – W ten sposób optują one za niższymi kosztami pracy i życia, które są w innych krajach mających bardziej otwarte gospodarki .

Jak zauważa członek zarządu Deloitte, w poszukiwaniu pracy Polacy wyjeżdżają do konserwatywnej pod tym względem Anglii, a nie Francji, w której program przywilejów socjalnych jest jeszcze bardziej rozbudowany niż nad Wisłą.

Polska jest gdzieś pośrodku – informuje Antczak. – Jesteśmy krajem po prostu ubogim, którego nie stać na przywileje dla różnych grup zawodowych w takiej skali.

Politycy zdaniem Rafała Antczaka mogą proponować rozwiązania, które zadowolą grupy mające niekiedy rację, aby jednak powstrzymywać roszczeniowe zapędy.

Faktem jest, że sektor węgla w Polsce od dawna powinien przejść restrukturyzację, stać się na przykład bardziej transparentny – wskazuje Antczak. – Obecnie handel węglem jest dość skomplikowany i mało przejrzysty. Zresztą sami związkowcy zresztą podnoszą te kwestie. Ale rozwiązaniem nie jest dorzucanie pieniędzy innych podatników, tylko zmiany mechanizmów i sprawienie, żeby system rzeczywiście był efektywny i wynagradzał w znacznie większym stopniu kopalnie, które wydobywają węgiel efektywnie i mogą konkurować na warunkach rynkowych.

Zdaniem członka zarządu Deloitte podatnicy powinni oczekiwać od rządu konkretnych rozwiązań ściśle określonych problemów, a nie kupowania sobie spokoju społecznego kosztem innych grup społecznych.

W ciągu roku czy dwóch rozwiązanie problemu górnictwa w Polsce byłoby bardzo trudne – precyzuje Rafał Antczak. – Część kopalni jest dochodowych, inne nie przynoszą zysku, cała otoczka wydobywania i sprzedaży węgla nie jest transparentna. To wszystko powoduje, że występują na tym rynku różne patologie. Mamy także do czynienia z konkurencją węgla importowanego, głównie z Federacji Rosyjskiej, która jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Ale nie jest też tak, że tego problemu w ogóle nie da się rozwiązać. Potrzebne jest jednak całościowe podejście do niego.

Konieczna jest w tej sprawie, jak zauważa Antczak, polityczna zgoda dotycząca sposobów ratowania sektora górnictwa w Polsce.

To może zagwarantować tylko premier – uważa Rafał Antczak. – Dlatego rola polityki ekonomicznej rządu powinna być dość wyraźna. Bez niej problemu faktycznie nie da się raczej rozwiązać.

Czynnikiem sprzyjającym w najbliższych miesiącach zdaniem Antczaka może okazać się popyt na polski węgiel ze strony Ukrainy.

To jednak może być ostatnia już taka rezerwa – mówi członek zarządu Deloitte. – Potem znowu będzie tylko kieszeń podatnika. Kieszeń coraz bardziej pusta.

Polacy wybierają Logo dla swojego kraju!

0

Od 14 do 28 października br. odbędą się ogólnopolskie wybory Logo dla Polski. Każdy z Polaków mieszkających w kraju lub za granicą, może oddać swój głos na jedną z trzech propozycji znaku zaprezentowanych na stronie http://logodlapolski.pl/ . Wybory to inicjatywa społeczna środowisk biznesowych zrzeszonych w: Stowarzyszeniu Komunikacji Marketingowej SAR, Krajowej Izbie Gospodarczej, Konfederacji Lewiatan oraz Pracodawcach RP. Wybrany przez społeczeństwo logotyp Organizatorzy przekażą na rzecz Skarbu Państwa.

Wybory Logo

Wybory rozpoczęły się 14 października br. o godzinie 11:00 i potrwają do 28 października do 24:00. Polacy będą mogli oddać swój głosy na jeden z trzech logotypów zamieszczonych na stronie www.logodlapolski.pl. Na stronie można także znaleźć więcej informacji na temat całego projektu. Osoby, które nie mają dostępu do Internetu, również będą mogły wziąć udział w głosowaniu za pomocą specjalnie przygotowanego formularza, który można otrzymać kontaktując się ze Stowarzyszeniem Komunikacji Marketingowej SAR. W wyborach mogą wziąć udział wszyscy Polacy posiadający obywatelstwo polskie, mieszkający w kraju i za granicą. Po oficjalnym ogłoszeniu wyników głosowania, logo wraz z wszelkimi prawami zostanie przekazane na rzecz Skarbu Państwa.

Społeczny charakter przedsięwzięcia

Wybory Logo dla Polski są inicjatywą społeczną środowisk biznesowych skupionych w czterech organizacjach: SKM SAR, KIG, Konfederacji Lewiatan oraz Pracodawcach RP. Zrzeszeni przedsiębiorcy przyjęli na siebie zobowiązanie zakupu zatwierdzonej przez Radę Promocji Polski linii graficznej znaku wraz z prawami, uznając, że jest to najefektywniejszy sposób dokończenia rozpoczętej w 2004 roku pracy nad brandingiem kraju. Wszystkie koszty oraz zobowiązania wynikające z organizacji całego przedsięwzięcia, zostały poniesione przez organizatorów oraz fundatorów prywatnych. Państwo polskie nie angażowało żadnych środków finansowych.

– Widzimy dużą potrzebę wzmocnienia wizerunku Polski i polskich przedsiębiorstw za granicą. Opracowanie jednego Znaku zwiększy dynamikę rozwoju gospodarczego naszego kraju oraz siłę eksportowanych marek. Już od połowy lat dziewięćdziesiątych próbowano opracować i wdrożyć oficjalne logo Polski, jednak nigdy nie udało się dokończyć tego procesu. Teraz mamy realną szansa na stworzenie jednolitej identyfikacji dla naszego kraju – powiedziała Henryka Bochniarz Prezydent Konfederacji Lewiatan.

Ambasadorami projektu zostali m.in. Agata Passent, Szymon Majewski, Krystyna Janda, Dr Irena Eris, Rafał Patyra, Adam Małysz, Mateusz Kusznierewicz, Robert Kupisz, Natalia Przybysz, Mela Koteluk, Henryk Orfinger, Jacek Żakowski, Monika Kwiatkowska, Jan Englert, Marysia Góralczyk, Piotr Koterski, Paweł Zygmunt, Kasia Zygmunt, Andrzej Pągowski, Wojciech Szpil, Marcin Beme, Andrzej Arendarski, Sławomir Stępniewski, Łukasz Misiukanis, Adam Jesionkiewicz, Zbigniew Jagiełło, a także dr Magdalena Ogórek. Wszyscy ambasadorowie zaangażowali się w projekt charytatywnie.

Creative Tension – Twórcze Napięcie, historia znaku

Udostępnione trzy propozycje Logo Polski zostały opracowane przez Saffron Brand Consultans. Ich autorem jest światowej sławy ekspert w dziedzinie budowania marek – Wally Olins, który 10 lat temu, na zaproszenie KIG, rozpoczął prace nad brandingiem Polski. Olins doradzał w zakresie budowania tożsamości marki, identyfikacji wizualnej i komunikacji m.in. Hiszpanii, Portugalii, Londynowi i Nowemu Yorkowi. Przyjęta koncepcja linii graficznej znaku, zbudowana w oparciu o ideę Creative Tension – Twórczego Napięcia, jest następstwem trwających od półtora roku prac nad stworzeniem spójnej komunikacji marki Polska. W październiku 2013 roku, Radzie Promocji Polski udało się jednogłośnie zatwierdzić dokument: „Zasady Komunikacji marki POLSKA”, przygotowanego przez ekspertów Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i Związku Firm Public Relations. Dzięki temu możliwe były kolejne kroki, takie jak zatwierdzenie przez Radę linii graficznej, na podstawie, której powstały trzy znaki. Ostateczny wybór pozostawiono obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej. Dzięki temu mamy okazję zdecydować jaki logotyp będzie reprezentował nasz kraj.

– Obecnie obchodzimy trzy rocznice: 25-lecie odzyskania wolności, 15-lecie wejścia do NATO oraz 10-lecie akcesji do Unii Europejskiej. Zasłużyliśmy na posiadanie jednego znaku, który w pełni obrazuje nasze podejście do świata, energię, niepokorność i kreatywność. Polacy często nie akceptują zastanej rzeczywistości i narzuconych reguł, dlatego w zgodzie z naszymi narodowymi cechami pierwszy raz w historii to społeczeństwo wybierze logotyp swojego kraju. Pod projektem podpisały się wszystkie instytucje zajmujące się promocją Polski, dzięki temu jesteśmy naprawdę blisko stworzenia jednolitej identyfikacji wizualnej kraju – dodaje Paweł Tyszkiewicz, Pełnomocnik Zarządu, Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR.

Polska jak sprężyna

Idea Creative Tension została wyrażona poprzez sprężynę, która odnosi się do charakteru i energii wyzwolonej w Polakach dzięki odzyskaniu wolności i gospodarce wolnorynkowej. Symbol sprężyny pokazuje nasz potencjał, nasze niepokorne, ale jednocześnie konstruktywne podejście do świata. Odnosi się również do historii Polski – im bardziej, jako naród, byliśmy przytłaczani, tym bardziej emitowaliśmy większą energią, odradzaliśmy się silniejsi i dynamiczniej działaliśmy. Jesteśmy w stanie napięcia, które wyzwala energię i pobudza nas do działania – zupełnie jak sprężyna. Polacy zawsze próbowali osiągać to, co wydawałoby się niemożliwe – i często im się to udawało. Polska zasila świeżymi pomysłami, przeżyciami i zaangażowaniem.

– KIG podjął pierwsze próby pracy nad brandingiem Marki Polska już w 2004 roku, kiedy to na nasze zlecenie Wally Olins przygotował koncepcję Creatvie Tension. Opracowana koncepcja sprężyny jest zwieńczeniem tych prac i w pełni oddaję idee Twórczego Napięcia. Potrzebny nam jest silny, integrujący działania promocyjne znak, który nie zastąpi GODŁA czy FLAGI będących oficjalnymi symbolami naszego państwa. Stanowić będzie jednak wizytówkę polskich produktów, usług i naszej zdolności do zmian, kreatywnych poszukiwań i innowacyjnych rozwiązań – podsumował Andrzej Arendarski, prezes KIG.

Logo a potrzeby kraju

Pomyślność danego kraju jest w dużej mierze uzależniona od rozwoju gospodarczego. Rozwój ten, na każdym polu: ekonomicznym, obywatelskim, politycznym, edukacyjnym czy kulturalnym, może być bardziej dynamiczny dzięki posiadaniu marki o dobrej reputacji. Budowanie marki opiera się w dużym stopniu na efektywnej komunikacji i jednolitej, spójnej identyfikacji wizualnej. Dlatego wprowadzenie jednego logotypu ma kluczowe znaczenie dla budowania pozytywnego wizerunku i skojarzeń z Polską i Polakami.

– Bardzo liczymy, że uda się usystematyzować identyfikację wizualną Polski i docelowo wprowadzić jeden Znak dla wszystkich instytucji publicznych, a także polskich firm działających na rynkach zagranicznych. W długim okresie pozwoli to wspólnie budować pozytywny wizerunek Polski, Polaków i polskich produktów. W coraz bardziej globalizującym się świecie i gospodarce skuteczna, nowoczesna komunikacja jest jednym
z ważniejszych czynników decydującym o sukcesie. Podstawą budowania silnej marki kraju jest kojarzenie jej z silnymi markami produktów, miast, regionów, ludzi, oraz wydarzeń kulturalnych. – powiedział Andrzej Malinowski, Prezydent Pracodawców RP.

Wyniki głosowania zostaną ogłoszone na stronie www.logodlapolski.pl oraz na stronach organizatorów, patronów i partnerów medialnych 3 listopada br.

Powiernicy znaku: PKO BP, Totalizator Sportowy;
Mecenasi znaku: Adamed, Dentsu Aegis Network;
Partnerzy strategiczni: Wp.pl, TVN, Gazeta Wyborcza, Radio Zet;
Partnerzy wspierający: The Warsaw Voice, Forbes, Bankier.pl. Money.pl, Culture.pl, New Age Media, Do Rzeczy, ThinkTank, Hash FM, Szkoła Liderów Polonijnych;
Patronat honorowy: Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

***
Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR zostało założone w 1997 r. Organizacja zrzesza firmy, które tworzą efektywną komunikację marketingową, jest to obecnie 96 podmiotów – agencje full service, domy mediowe, agencje brand design, interaktywne i ambientowe. Jednym z głównych zadań SAR jest promocja oraz animacja środowiska reklamowego w Polsce oraz tworzenie warunków do wymiany doświadczeń i pomysłów pomiędzy podmiotami działającymi na rynku. Ponadto działalność SAR koncentruje się na tworzeniu, wdrażaniu i popularyzowaniu standardów przetargowych, dobrych praktyk biznesowych, prowadzeniu szkoleń, seminariów i edukowaniu kadr, a także na badaniach rynkowych. Oprócz tego SAR wraz Polską Konfederacją Pracodawców Prywatnych (Związek Mediów i Reklamy) prowadzi lobbing wokół prawa reklamy.

Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR jest organizatorem wyznaczających standardy reklamowe konkursów i związanych z nimi konferencji: Effie Awards, Media Trendy i KTR.

Od 1999 r. SAR jest członkiem European Advertising Agencies Association (EAAA), obecnie European Association of Communications Agencies (EACA). Oprócz tego współpracuje z międzynarodowymi stowarzyszeniami reklamy, tj. EACA, IPA, ADC*E. W Polsce SAR jest przedstawicielem międzynarodowego konkursu Cannes Lions oraz kreatywnej platformy medialnej Shots. http://skmsar.org/

Krajowa Izba Gospodarcza powstała w 1990 roku i jest największą niezależną organizacją biznesu w Polsce, łączy ponad 150 organizacji biznesowych. Wspiera polskich przedsiębiorców na arenie międzynarodowej, działa na rzecz poprawy wizerunku Polski na świecie, jak również na rzecz poprawy konkurencyjności i innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Zapraszamy nahttp://www.kig.pl/ .

Konfederacja Lewiatan to najbardziej wpływowa organizacja biznesowa, reprezentująca interesy pracodawców w Polsce i Unii Europejskiej. Zabiega o konkurencyjne warunki prowadzenia biznesu. Dba o trwały wzrost gospodarczy, lepsze prawo, zdrową konkurencję, wzrost zatrudnienia i wzmocnienie kapitału społecznego. Skupia w związkach branżowych i regionalnych ponad 3900 firm zatrudniających w sumie 750 tys. osób. Jako jedyna polska organizacja ma swoje biuro w Brukseli. Jest członkiem Komisji Trójstronnej ds. Społeczno-Gospodarczych oraz BUSINESSEUROPE – największej organizacji biznesu w Europie. Zapraszamy na http://konfederacjalewiatan.pl/

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej są najstarszą organizacją pracodawców w Polsce – działają od 1989 roku, obecnie reprezentują 10 000 firm. Przedsiębiorstwa zrzeszone w Pracodawcach RP zatrudniają około 5 mln pracowników. Prezydentem Organizacji jest dr Andrzej Malinowski. Pracodawcy RP należą do Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, Komitetu Doradczego Biznesu i Przemysłu przy OECD (BIAC), Międzynarodowej Organizacji Pracodawców (IOE), Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO), a także do Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (EESC). Zapraszamy nahttp://www.pracodawcyrp.pl/

 

Przetarg na gaz w jednostce sektora publicznego

Większość jednostek budżetowych przed zmianą z 2013 r. związana była z umową z Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem, które było zarówno dostawcą jak i sprzedawcą gazu. Obecnie zgodnie z art. 4 ust. 2 ustawy Prawo energetyczne, odbiorcy końcowi – zarówno jednostki publiczne, jak i odbiorcy prywatni –  mogą korzystać z sieci lokalnego dostawcy w celu dostarczenia gazu lub energii kupionej u dowolnego sprzedawcy. W sytuacji zmiany sprzedawcy paliwa gazowego na instytucjach sektora publicznego spoczywa obowiązek rozpisania przetargu na zakup paliwa gazowego. Dokładne zasady, możliwe tryby i procedurę przetargu w jednostce dysponującej środkami publicznymi określa ustawa Prawo zamówień publicznych.

Wybór formy przetargu

Do uruchomienia przetargu potrzebne jest zamieszczenie publicznej oferty. Proces ten wygląda różnie w przypadku różnych rodzajów przetargów – najprościej dla przetargu nieograniczonego.  – W przypadku stosowania przetargu nieograniczonego zamawiający nie musi dokonywać jakichkolwiek czynności dodatkowych celem ich zastosowania – mówi Joanna Repko, ekspert Energii dla Firm. – Skorzystanie z opcji przetargu nieograniczonego wymaga niskiego poziomu formalizacji – do uruchomienia przetargu niezbędne jest jedynie wypełnienie odpowiedniego wzoru ogłoszenia i zamieszczenie dokumentu publicznie. W postępowaniu w trybie przetargu nieograniczonego może brać udział nieograniczona liczba niezindywidualizowanych wykonawców, a złożenia ofert nie poprzedza żadna procedura kwalifikacyjna. Wymaga on jedynie zamieszczenia dokumentu na stronie internetowej Biuletynu Zamówień Publicznych lub Suplemencie do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej.

Wszystkie dokumenty muszą być sporządzone pisemnie pod rygorem nieważności. Najpierw należy sporządzić pisemny protokół postępowania o udzielenie zamówienia, który musi zawierać:

– opis przedmiotu zamówienia

– informację o trybie udzielenia zamówienia

– informację o wykonawcach

– cenę i inne istotne elementy ofert

– wskazanie wybranej oferty lub ofert

Nie zawsze jednak instytucja stosuje formę przetargu nieograniczonego, choć jeśli chodzi o zakup paliwa gazowego okazuje się najbardziej efektywny. W przypadku przetargu ograniczonego do którego zaprasza się określonych oferentów, sprzedawcy paliwa gazowego muszą złożyć wnioski o dopuszczenie do udziału w przetargu, a zamawiający ogłasza listę oferentów spełniających określone wcześniej warunki.

Ustawa Prawo zamówień publicznych dopuszcza również wcześniejsze negocjacje z oferentem – po etapie negocjacji zamawiający zaprosi sprzedawców gazu do składania ofert. Możliwy jest także dialog konkurencyjny w którym zamawiający prowadzi rozmowy z wybranymi przez siebie oferentami, a następnie zaprasza ich do składania propozycji. Negocjacje mogą się również odbyć bez ogłoszenia, a także – w określonych warunkach – z wolnej ręki, kiedy zamawiający udziela zamówienia po negocjacjach tylko z jednym podmiotem. Zamawiający może również skierować pytanie o cenę do wybranych wykonawców i zaprosić ich do składania ofert. Dopuszczalnym trybem przetargu jest też licytacja elektroniczna – za pomocą formularza na stronie internetowej wykonawcy składają oferty, które podlegają automatycznej klasyfikacji.

Od ogłoszenia do rozstrzygnięcia

Po wybraniu trybu przetargu instytucja przystępuje do kolejnych etapów z których pierwszym to ogłoszenie publiczne: zawsze zamieszcza się je w siedzibie zamawiającego, na jego stronie internetowej oraz w miejscu publicznie dostępnym – często jest to prasa lokalna lub regionalna – w zależności od zasięgu terytorialnego jednostki ogłaszającej przetarg. Jeśli wartość zamówienia jest równa lub przekracza 134 tys. euro, należy zamieścić ją w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. Po opublikowaniu ogłoszenia zamawiający udostępnia zainteresowanym specyfikację istotnych warunków zamówienia, a następnie wykonawcy mogą składać oferty.

Bezpośrednio przed otwarciem ofert zamawiający powinien podać kwotę, jaką zamierza przeznaczyć na sfinansowanie zamówienia. Podczas otwarcia ofert podaje się ceny, terminy, dane wykonawców i warunki płatności. Po otwarciu ofert komisja przetargowa analizuje i ocenia oferty – może w tym czasie zażądać od wykonawców wyjaśnień odnośnie treści złożonych przez nich ofert. –  Zamawiający wybiera ofertę najlepiej spełniającą określone wcześniej kryteria: najczęściej cenowe, a także parametry techniczne usługi, oddziaływanie na środowisko oraz jakość i funkcjonalność, ale może również wziąć pod uwagę kryteria podmiotowe: wiarygodność finansową i techniczną oferenta – dodaje ekspert Energii dla Firm, Joanna Repko.

Niezwłocznie po wybraniu najkorzystniejszej opcji zamawiający musi umieścić komunikat o wyborze w miejscu publicznym: w swojej siedzibie i na stronie internetowej. Jednocześnie podaje uzasadnienie odrzucenia pozostałych ofert . W terminie nie krótszym, niż 15 dni od dnia zawiadomienia o wyborze, zamawiający zawiera umowę na usługę z wybranym w przetargu oferentem. Ma na to 10 dni w przypadku zawiadomienia drogą elektroniczną. Po spełnieniu końcowych formalności pozostaje podpisać umowę z nowym dostawcą energii gazowej. W tym kroku odbiorca upoważnia nowego sprzedawcę do reprezentowania go przed operatorem systemu dystrybucyjnego oraz przed dotychczasowym sprzedawcą. W tym przypadku nowy sprzedawca – w imieniu odbiorcy – dokonuje niezbędnych formalności tj. wypowiada umowę dotychczasowemu sprzedawcy i zawiera (o ile to konieczne) umowę o świadczenie usług dystrybucji z operatorem systemu dystrybucyjnego.

Zanim otworzysz firmę, odpowiednio się do tego przygotuj

Ok. 25-30% nowo założonych przedsiębiorstw upada już po pierwszym roku istnienia, a tylko 30% przeżywa ponad pięć lat. Aby zmniejszyć ryzyko niepowodzenia, do otwarcia działalności gospodarczej powinniśmy się odpowiednio przygotować.

 

Najważniejsze to odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego chce się daną działalność prowadzić i czym ma się ona wyróżniać na rynku. „Wiele biznesów, które powstają, często ma problem w pierwszym okresie, żeby pozyskać klienta. Przede wszystkim my sami musimy wiedzieć, w jaki sposób zaprezentować nasz biznes na rynku” – mówi serwisowi infoWire.pl Dariusz Makosz z Idea Banku.

Na szczęście na początku naszej drogi możemy liczyć na różną pomoc. O ile w urzędach administracji państwowej raczej nie dowiemy się, jak zarządzać firmą i pozyskiwać klientów, o tyle wartościowych wskazówek mogą udzielić nam znajomi mający doświadczenie w prowadzeniu działalności gospodarczej. Warto także zabiegać o pomoc różnych instytucji, które wesprą nas finansowo. Jeżeli nasz pomysł na biznes jest dobry i potrafimy go w odpowiedni sposób zaprezentować, uzyskanie kapitału na rozpoczęcie działalności nie musi być wcale trudne.

Jak zaznacza Dariusz Makosz, jedną z głównych przyczyn upadania młodych firm są problemy finansowe. Istotne znaczenie ma również to, czy przedsiębiorca umie się doskonalić i uczyć prowadzenia biznesu. „Jeżeli ktoś potrafi się rozwijać i jest w stanie obserwować rynek oraz wyciągać wnioski, to ma o wiele większe szanse na przeżycie” – stwierdza ekspert.

Polskie firmy budowlane powoli wychodzą z kryzysu

W pierwszej połowie tego roku przychody 9 największych polskich spółek budowlanych notowanych na giełdzie były o 6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Biorąc pod uwagę, że poprawiła się także ich marża ze sprzedaży zarówno na koniec roku 2013 jak i na połowę bieżącego roku, można powiedzieć, że sektor budowlany powoli zaczyna wychodzić z kryzysu. Dużą szansą dla jego rozwoju stwarza nowa perspektywa unijna oraz planowane inwestycje w infrastrukturę. Według publicznie dostępnych dokumentów szacowane potrzeby inwestycyjne w infrastrukturę w Polsce do 2020 roku wynoszą około 500 mld zł. Zdaniem ekspertów Deloitte szansą dla stabilnego rozwoju sektora budowlanego w Polsce może być również szersze stosowanie formuły partnerstwa publiczno-prywatnego.

Ostatnie lata nie były łatwe dla branży budowlanej, na co złożyło się wiele czynników. Realizacja nierentownych kontraktów infrastrukturalnych, trudności w dialogu z inwestorem publicznych czy też ograniczona liczba przetargów na projekty z poprzedniej perspektywy unijnej niekorzystnie wpłynęły na wyniki finansowe spółek tego sektora w ostatnich latach. Ale rok 2014 przynosi firmom budowlanym pewne oznaki ożywienia. Z analizy przygotowanej przez Deloitte wynika, że przychody 9 największych spółek budowlanych, notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wyniosły w pierwszym półroczu tego roku 7,2 mld zł, podczas gdy w tym samym okresie w roku poprzednim było to 6,8 mld zł.*

Wśród giełdowych firm związanych z tą branżą niekwestionowanym liderem pod względem przychodów pozostaje Grupa Budimex. „Wzrost przychodów o 6 proc. nie oznacza, że możemy mówić o jakiejś znaczącej poprawie kondycji całego sektora. Ale połączenie tego faktu z rosnącą w tym samym okresie produkcją budowlano-montażową o 7,3 proc. wskazuje, że branża budowlana czas największego kryzysu ma już najprawdopodobniej za sobą. Ostatnie lata to okres lawinowo bankrutujących spółek. Nadal ich nie brakuje, ale w pierwszym półroczu odsetek ten spadł o 21 proc. w porównaniu do tego samego momentu rok wcześniej. Można więc już mówić o ostrożnym optymizmie” – mówi Maciej Krokosiński, Menedżer w Dziale Audytu Deloitte.

W omawianym okresie wzrosła także marża na sprzedaży wspomnianych powyżej spółek, która w okresie pierwszych 6 miesięcy 2014 roku wyniosła 6,53 proc. w porównaniu do 6,27 proc. rok wcześniej.  Również giełda zaczęła postrzegać spółki z sektora budowlanego z relatywnie mniejszą awersją. Wartość rynkowa 9 największych spółek budowlanych notowanych na warszawskim parkiecie wzrosła od końca 2012 roku do końca czerwca 2014 roku o 38,8%.

Zdaniem ekspertów Deloitte perspektywy rozwoju sektora budowlanego w Polsce są obiecujące. Sprzyjają mu, m.in. również czynniki makroekonomiczne. Prognozowany dla Polski wzrost PKB na poziomie około 4 proc. w najbliższych latach oraz oczekiwane obniżenie poziomu długu publicznego do około 46 proc. w 2016 roku powinny znacznie zwiększyć skłonność sektora publicznego do inwestowania w infrastrukturę. „Ogromne znaczenie ma nowa perspektywa unijna na lata 2014-2020. Polska ma otrzymać w jej ramach 82,5 mld euro, z czego 24,3 mld euro są przeznaczone na infrastrukturę, w tym w znacznej części na rynek budowlany” – wyjaśniaJarosław Dąbrowski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Te 24,3 mld euro środków unijnych ma być przeznaczone przede wszystkim na rozwój dróg oraz kolei, ale jak zaznaczają eksperci Deloitte sektor budownictwa może liczyć nie tylko na pieniądze z Unii Europejskiej. Według publicznie dostępnych dokumentów szacowane potrzeby inwestycyjne w infrastrukturę w Polsce do 2020 roku to około 500 mld zł. „Na tę kwotę składają się przede wszystkim inwestycje w infrastrukturę drogową, kolejową, energetyczną i tę związaną z ochroną środowiska. Wydatkowanie tak znaczących środków stanowi niewątpliwie szansę na poprawę sytuacji spółek budowlanych, choć realnie odczują one to dopiero po 2015 roku” – tłumaczy Patryk Darowski, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Z roku na rok rośnie w Polsce liczba projektów realizowanych w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Wciąż jednak zbyt mało jest projektów o dużej skali i zakończonych sukcesem. W latach 2009-2013 tylko jeden na cztery z ogłoszonych projektów PPP lub z koncesji zaowocował podpisaniem umowy, spośród których nie wszystkim udało się zamknąć finansowanie. Większość z 287 postępowań, które toczyły się w tych latach dotyczyły projektów o kilkumilionowych nakładach inwestycyjnych. Jedynie kilka, w tym np. WtE Poznań (ok. 850 mln zł) czy zagospodarowanie terenów dworca PKP w Sopocie (200 mln zł) wyróżniały się dużymi budżetami.

Zdaniem ekspertów Deloitte szansą dla stabilnego rozwoju sektora budowlanego w Polsce może być również szersze stosowanie formuły PPP. Największe aktualnie przygotowywane projekty w tym obszarze dotyczą gospodarki odpadami i energetyki (spalarnie w Gdańsku i Łodzi oraz elektrociepłownia w Olsztynie), budowy szpitali (m.in. Poznań), budowy, przebudowy i utrzymania dróg (woj. dolnośląskie i kujawsko-pomorskie) oraz budownictwa kubaturowego (akademiki, domy komunalne i parkingi). „Te projekty przecierają szlaki dla dalszego rozwoju PPP w Polsce. Największym wyzwaniem pozostaje wciąż brak odpowiedniej wiedzy i doświadczenia po stronie sektora publicznego oraz trudności w łączeniu PPP z finansowaniem ze środków unijnych. W tym kontekście docenić należy wysiłki podejmowane przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju na rzecz odpowiedniego uregulowania problematyki projektów hybrydowych w nowej perspektywie finansowania. Na świecie, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, istnieje wiele przykładów udanych projektów PPP, a firmy budowlane zaangażowane w realizację tych projektów gotowe są przenosić te doświadczenia i dobre praktyki na polski grunt” – podsumowujeJarosław Dąbrowski.

Komunikat w sprawie stawek podatku od środków transportowych obowiązujących w 2015 r.

0

Uprzejmie informujemy, że w dniu 10 października 2014 r. Minister Finansów podpisał obwieszczenie w sprawie stawek podatku od środków transportowych obowiązujących w 2015 r.

Obwieszczenie zostało opublikowane (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym) w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski” z dnia 13 października 2014 r. poz. 895.

Ile zarabiają nauczyciele?

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego i Ministerstwa Edukacji Narodowej, średnie pensje nauczycieli rosły przez kilka lat z rzędu i znacznie przewyższają średnią krajową. Rząd zamierza więc zrezygnować z planów likwidacji Karty nauczyciela i części nauczycielskich przywilejów – pisze portal Money.pl. Nauczycielska Solidarność zapowiada zmasowaną kampanię protestacyjną podpierając się sondażami, z których wynika, że zdecydowana większość pracowników szkół popiera akcje strajkowe. Ich zdaniem niedopuszczalne jest utrzymywanie płac nauczycieli w zamrażarce. Na początek związkowcy planują oflagowanie szkół i pikiety, później być może strajk.

Statystyczny polski nauczyciel ma 42 lata, wykształcenie wyższe i jest kobietą. Według MEN, w szkołach i przedszkolach pracuje blisko 650 tys. nauczycieli. Z danych za rok szkolny 2013/2014 wynika, że najwięcej – 265 tys. – pracuje w przedszkolach, placówkach wychowania przedszkolnego, punktach przedszkolnych i oddziałach przedszkolnych.

W szkołach podstawowych pracuje blisko 170 tys. nauczycieli, w gimnazjach – ponad 100 tys., w technikach – 45 tys., w liceach ogólnokształcących – blisko 42 tys., w zasadniczych szkołach zawodowych – 11,5 tys., w szkołach policealnych – 7 tys., w szkołach specjalnych przysposabiających do pracy – 3,5 tys. Blisko 390 tys. nauczycieli pracuje na pełen etat. MEN zapewnia, że najbliższym czasie nie przewiduje większej liczby zwolnień.

Najwięcej nauczycieli – 324 tys. – osiągnęło najwyższy stopień awansu zawodowego, czyli jest nauczycielami dyplomowanymi. Stopień nauczyciela mianowanego ma 178 tys. osób, nauczyciela kontraktowego – 108 tys. Nauczycieli stażystów jest 50 tys.

Z opublikowanego w tym roku Raportu o stanie edukacji, przygotowanego przez Instytut Badań Edukacyjnych można dowiedzieć się, że nauczyciele uczący w gimnazjach i technikach są najmłodsi, a nauczyciele nauczania początkowego – najstarsi. Pierwszy etap edukacyjny (klasy I-III szkoły podstawowej) wyróżnia się także pod względem płci nauczycieli – jak wynika z Systemu Informacji Oświatowej, jedynie co setny nauczyciel nauczania początkowego to mężczyzna.

W grupie nauczycieli języków polskiego i rosyjskiego mężczyzną jest co dwudziesty, plastyki i niemieckiego – co dziesiąty, a matematyki – co siódmy. W grupie uczących historii, fizyki mężczyzną jest co trzeci, a wśród nauczycieli wychowania fizycznego mniej więcej co drugi. Najwięcej mężczyzn jest w grupie nauczycieli przysposobienia obronnego – dwóch na troje nauczycieli tego przedmiotu to mężczyźni. Ogółem kobiety stanowią około 80 proc. nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących w szkołach dla dzieci i młodzieży.

Pensje powyżej średniej, dodatki i imponujące urlopy

W szkołach publicznych płace naliczane są na podstawie zasad zapisanych w Karcie nauczyciela. Wynagrodzenie nauczycieli składa się zatem z czterech elementów:

  • wynagrodzenia zasadniczego; dodatków: za wysługę lat, motywacyjnego, funkcyjnego oraz za warunki pracy;
  • wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe i godziny doraźnych zastępstw;
  • nagród i innych świadczeń wynikających ze stosunku pracy, z wyłączeniem świadczeń z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych i niektórych dodatków socjalnych.

Ponadto nauczyciele, którzy pracują na zasadach określonych w Karcie upoważnieni są też do trzynastej pensji. Związkowcy skarżą się na zamrożenie płac po 2012 roku, ale MEN odpiera te zarzuty podkreślając, że podwyżki w poprzednich latach spowodowały, że jako grupa zawodowa zarabiają średnio więcej niż wiele pozostałych grup.

Średnia pensja nauczycielska to 4233 zł (brutto) w szkole publicznej, aż o 34 proc. więcej niż w prywatnej placówce (3152 zł brutto). Takie dane podaje GUS. To dane dla ogółu pedagogów ze szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, bez nauczycieli kształcenia zawodowego. W badaniu GUS uwzględniono dodatkowe przychody z trzynastek, której nie otrzymują zazwyczaj zatrudnieni w prywatnych placówkach. Tymczasem średnia krajowa pensja wynosi 3976 zł brutto.

Zgodnie z Kartą, czynnikami kształtującymi wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli są: stopień awansu zawodowego, kwalifikacje i wymiar zajęć obowiązkowych. Do tego dochodzą dodatki, zależne od: czasu zatrudnienia, jakości pracy, wykonywania dodatkowych zadań lub zajęć, stanowiska lub funkcji oraz ewentualnych trudnych lub uciążliwych warunków pracy.

Średnie zarobki brutto na poszczególnych stopniach awansu zawodowego nauczycieli

Źródło: Money.pl na podstawie MEN, Sedlak&Sedlak
nauczyciel stażysta 2 717,59 zł (100 proc. kwoty bazowej)
nauczyciel kontraktowy 3 016,52 zł (111 proc. kwoty bazowej)
nauczyciel mianowany 3 913,33 zł (144 proc. kwoty bazowej)
nauczyciel dyplomowany 5 000,37 zł (184 proc. kwoty bazowej)

Powyższe kwoty obejmują wszystkie elementy wynagrodzenia wcześniej wymienione. Szkoły powinny tak kształtować wynagrodzenia, żeby średnia dla wszystkich nauczycieli na poszczególnych stopniach awansu w obrębie danego samorządu nie była niższa od podanych kwot. Jeżeli są niższe – do końca stycznia następnego roku nauczyciele powinni otrzymać dodatki uzupełniające tak, aby średnie osiągnęły minimalny poziom.

Projekt nowelizacji Karty nauczyciela, przygotowany jeszcze za czasów minister Krystyny Szumilas, zakłada zmianę rozliczania samorządów z gwarantowania nauczycielom średnich wynagrodzeń. Do tej pory brana była pod wagę każda grupa awansu zawodowego osobno. Zdarzało się więc tak, że w przypadku nauczycieli kontraktowych gmina wykazywała sporą nadpłatę, ale i tak w razie potrzeby musiała wypłacać jednorazowy dodatek uzupełniający pozostałym grupom.

Po zmianach samorządy mają rozliczać się z puli przeznaczanej na wynagrodzenia nauczycieli z wszystkich grup awansu łącznie. Pierwsze oszczędności z tego tytułu mają pojawić się w 2016 r. (w 2015 roku dodatek uzupełniający za 2014 r. wypłacany będzie jeszcze na starych zasadach). Według szacunków MEN kwota przeznaczana przez samorządy na wyrównania zmniejszy się z 232,9 mln zł do 180 mln zł.

Zaostrzone mają także zostać zasady udzielania urlopu na poratowanie zdrowia. Zgodnie ze styczniowym projektem wymiar tego urlopu ma zmniejszyć się z trzech lat do roku i będzie o nim orzekał lekarz medycyny pracy, a nie – jak teraz – lekarz rodzinny. To ma sprawić, że w systemie oświaty zostanie 230 mln zł. Zmniejszą się też wydatki na dodatek mieszkaniowy oraz zasiłek na zagospodarowanie. W sumie w systemie po wprowadzeniu wszystkich zmian ma pozostać ponad 301 mln złotych.

Oszczędności po zmianach w Karcie nauczyciela lub jej likwidacji

Koszty ponoszone przez budżet i samorządy
z tytułu realizacji Karty nauczyciela
2014 rok
(stan obecny)
2015 rok 2016 rok
Źródło: Money.pl na podstawie MEN
Roczne koszty dodatku uzupełniającego 239,2 mln zł 239,2 mln zł 180,3 mln zł
Roczne koszty dodatku mieszkaniowego 128,8 mln zł 124,5 mln zł 116,9 mln zł
Roczne koszty zasiłku na zagospodarowanie 6,6 mln zł 0 mln zł 0 mln zł
Roczne koszty urlopu dla poratowania zdrowia 580,5 mln zł 483,7 mln zł 350,4 mln zł
Razem 948,8 mln zł 841,1 mln zł 647,6 mln zł

 

Polacy wydają na leki coraz więcej. Niskie marże obniżają jednak zyski firm farmaceutycznych

CEO Magazyn Polska

Co roku rosną wydatki Polaków na leki, najwyższe poziomy osiągając jesienią. Nie przekłada się to jednak na wzrosty notowań spółek farmaceutycznych. Duża konkurencja na rynku sprawia bowiem, że ich wyniki nie są imponujące.

– Uważam, że raczej nie możemy liczyć na wzrost kursów pod koniec roku z tego względu, że branża jest źle postrzegana – mówi agencji Newseria Inwestor Krzysztof Kozieł, analityk z Biura Maklerskiego BGŻ. – I półrocze pokazało, a w szczególności II kwartał, że marże na działalności hurtowej bardzo spadają. Dlatego wyniki tych spółek bardzo się pogorszyły.

W sierpniu Polacy kupili leki za ponad 2,1 mld zł – podaje specjalizująca się w badaniach rynku farmaceutycznego firma PharmaExpert. Według jej prognoz w październiku wartość sprzedaży leków w Polsce przekroczy 2,5 mld zł, a wartość całego rynku na koniec roku wyniesie 28,6 mld i będzie o 2 do 4 proc. większa niż w roku 2013.

– Jeżeli spojrzymy na wyniki Farmacolu czy Pelionu, to zauważymy, że bardzo spadły marże hurtowe zwraca uwagę Krzysztof Kozieł. – Spółki w swoich sprawozdaniach przyznają, że wynika to z bardzo zaciętej konkurencji cenowej w segmencie leków bez recepty. Dlatego wydaje mi się, że nawet, gdyby sprzedaż wzrosła w III-IV kw. w związku właśnie z nadchodzącym sezonem grypowym, to nie poprawi to wizerunku tych spółek w oczach inwestorów.

Kolejna spółka farmaceutyczna Neuca dodatkowo zmaga się z wyzwaniami związanymi z przejęciem spółki ACP Pharma. To oznacza dla niej dodatkowe koszty, które obciążyły wynik. Z drugiej strony spółka dywersyfikuje swoją działalność i bardzo duże znaczenie w jej przypadku zaczyna mieć segment leków własnych.

– To są leki, których może Neuca nie produkuje, ale które firmuje swoją marką podkreśla analityk BM BGŻ. – Segment leków własnych zaczyna coraz bardziej ważyć na skonsolidowanej marży, co podoba się inwestorom. Dlatego Neuca historycznie była notowana z premią w stosunku do swoich konkurentów. I też w naszej ocenie jest to spółka, która jest warta uwagi, ponieważ dobrze się prezentuje nie tylko na tle pozostałych spółek z branży, lecz także na tle innych spółek notowanych na GPW.

Rynek farmaceutyczny jest w Polsce ustabilizowany. Analitycy nie oczekują, by doszło na nim do jakiś gwałtownych zmian, ani na lepsze, ani na gorsze.

– Rynek dystrybucji farmaceutycznej, w szczególności dystrybucji hurtowej, jest rynkiem ugruntowanym, dlatego bardzo trudno wskazać takie czynniki, które mogłyby gwałtownie pogorszyć lub polepszyć sytuację którejś ze spółek. Nie przewidywalibyśmy, że w końcówce roku zdarzy się coś, co zabierze lub doda udziałów rynkowych którejś ze spółek i poprawi tym wyniki – uważa Krzysztof Kozieł, analityk z Biura Maklerskiego BGŻ.

Bielski (BZ WBK): eksport będzie rósł o połowę wolniej niż oczekiwano

CEO Magazyn Polska

Słabnąca kondycja niemieckiej gospodarki to o wiele poważniejsze zagrożenie dla polskiego przemysłu i eksportu niż rosyjskie embargo. Do Rosji trafia bowiem 5 proc. naszego eksportu, do Niemiec – jedna czwarta. Pomóc może EBC i osłabiające się euro.

Ostatnie wieści z Niemiec nie są najlepsze. Większość tamtejszych przedsiębiorców z branży przemysłowej z niepokojem myśli o przyszłości, a obrazujący ich nastroje wskaźnik PMI spadł w październiku do poziomu 49,9 pkt. Prognozy wzrostu niemieckiego PKB w 2014 roku zostały obniżone przez niemieckich ekonomistów z 1,9 do 1,3 proc., a na przyszły – z 2,0 proc. do 1,2 proc. Jednocześnie okazało się, że niemiecki eksport spadł w sierpniu o 5,8 proc.

– Wszystkie złe wiadomości z Niemiec to są złe wiadomości dla polskiego sektora przemysłowego, dla wszystkich eksporterów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. Dlatego też dużym rozczarowaniem są ostatnie dane z Niemiec informujące o pogarszających się nastrojach, spadających zamówieniach w przemyśle i spadającej produkcji. To oznacza zapewne, że w tym roku w kolejnych miesiącach eksport będzie rósł wolniej, niż można się było spodziewać.

Gdy Niemcy mniej sprzedają, mniej będą też kupować. W tej sytuacji należy jako przesadnie optymistyczne zweryfikować prognozy zakładające, że w tym roku polski eksport wzrośnie dwucyfrowo o 11-12 proc. Mimo że początek roku był bardzo dobry, to teraz widać, że ten proces zaczyna hamować.

– W tej chwili myślę, że trzeba się spodziewać, że eksport będzie rósł, bo jednak gospodarki Europy nie wpadły jeszcze w recesję, ale ten wzrost będzie przynajmniej dwukrotnie niższy, niż można było się spodziewać jeszcze niedawno – ocenia Piotr Bielski.

Zaznacza jednak, że jest nadzieja na to, że jeszcze przed końcem roku wyniki gospodarcze Niemiec się poprawią. Może w tym pomóc obecna sytuacja na europejskim rynku finansowym.

– To, że Europejski Bank Centralny złagodził politykę pieniężną, wpływa m.in. na wyraźne osłabienie euro. A wiadomo, że niemiecka gospodarka w dużym stopniu właśnie jest oparta o ten sektor eksportowy, dlatego wyraźnie słabsze euro będzie im pomagało przezwyciężyć problemy. Może to rzeczywiście być impulsem do ożywienia, do odbicia – uważa Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

Lewiatan o nowym prawie działalności gospodarczej

0

Ministerstwo Gospodarki przygotowało założenia nowego prawa działalności gospodarczej, które będzie dotyczyć przede wszystkim relacji przedsiębiorców z organami władzy publicznej. Konfederacja Lewiatan pozytywnie ocenia wiele propozycji, ale szczegółowa ich ocena będzie możliwa po zapoznaniu się konkretnymi rozwiązaniami.

Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, radcy prawnego, eksperta Konfederacji Lewiatan

W nowym prawie działalności gospodarczej ma być wyraźnie sformułowany katalog zasad dotyczących praw przedsiębiorców. Pojawił się pomysł wprowadzenia instytucji projektu decyzji administracyjnej w postępowaniach dotyczących wykonywania działalności gospodarczej. Poza tym, zakłada się zastosowanie reguł ogólnych, określających zasady wymierzania sankcji administracyjnych za tzw. delikty administracyjne. Generalnie, propozycje Ministerstwa Gospodarki należy ocenić pozytywnie, z tym zastrzeżeniem, że szczegółowa ocena będzie możliwa po zapoznaniu się z konkretnymi, technicznymi propozycjami rozwiązań.

Dobrym pomysłem jest zamiar sformułowania katalogu zasad dotyczących praw przedsiębiorców na podstawie norm wywiedzionych z przepisów Konstytucji RP i z fundamentalnych zasad prawa Unii Europejskiej. Normy i zasady, wyrażone explicite w ustawie, stanowiłyby istotne wskazówki interpretacyjne dla sądów i organów administracji we wszystkich dziedzinach prawa gospodarczego. W praktyce więc, wszystkie przepisy prawa gospodarczego byłyby interpretowane przez pryzmat tych fundamentalnych zasad. Ponadto, bardzo pozytywnie należy ocenić zamiar bezpośredniego zaadresowania tych zasad do organów władzy publicznej, co wiązałoby się z koniecznością ich uwzględniania we wszystkich sprawach odnoszących się do przedsiębiorców.

Interesujący jest pomysł wprowadzenia instytucji projektu decyzji administracyjnej. W tym zakresie dużo zależeć będzie od szczegółowych rozwiązań. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo wydłużenia postępowań administracyjnych. Natomiast, gdyby instytucja ta oparta była na zasadzie fakultatywności, w takim sensie, że projekty decyzji przygotowywane byłyby na wniosek strony, a więc tylko w tych sprawach w których przedsiębiorcy uznają to za korzystne, to pomysł wydaje się godny poparcia.

Nie sposób też nie docenić inicjatywy uniwersalnego uregulowania kwestii deliktów i sankcji administracyjnych. Na problem coraz powszechniejszego stosowania przez organy administracji publicznej administracyjnych kar pieniężnych w swoich wystąpieniach uwagę zwracał Rzecznik Praw Obywatelskich. Słusznie zauważył, że w polskim prawie administracyjnym nie ma regulacji ogólnej, normującej takie zagadnienia, jak: pojęcie sankcji administracyjnej, zasady odpowiedzialności za delikt administracyjny, czy też terminy przedawnienia tego rodzaju deliktów. Stąd też, wprowadzenie horyzontalnych przepisów w tym zakresie, określających w szczególności zasady odpowiedzialności i wymiaru kary, z punktu widzenia przedsiębiorców – ale nie tylko – jest wysoce pożądane. Warto też zadbać, aby wysokość kary administracyjnej uzależniona była od dochodów firmy, a nie jej przychodów, a także, żeby nie prowadziła do upadłości firmy. Zbyt wysokie kary administracyjne w skrajnym wypadku mogą prowadzić do restrukturyzacji lub niewypłacalności firmy. Dzieje się tak ze szkodą dla wierzycieli takiej firmy, jej kontrahentów a także pracowników.

Pewne wątpliwości budzi natomiast pomysł, aby tworzyć zupełnie nową ustawę regulującą te kwestie. Po pierwsze, stałość i przewidywalność prawa stanowi dużą wartość. Częste zmiany powodują utratę znaczenia dorobku orzeczniczego i doktryny. Po drugie, jeżeli zmiany miałyby wejść w życie w niedalekiej przyszłości, to raczej warto znowelizować obecną ustawę.

Konfederacja Lewiatan

 

Prawo a bagażniki na hak

Polskie prawo nadal nie zostało dostosowane do przewożenia rowerów za pomocą samochodowych bagażników montowanych na haku holowniczym. Chociaż takie bagażniki można kupić legalnie, to ich użytkowanie jest w zasadzie niezgodne z Prawem o ruchu drogowym. Nieracjonalne przepisy utrudniają życie miłośnikom rowerów i równocześnie hamują rozwój branży.

Bagażniki do przewozu rowerów, montowane z tyłu samochodu (na haku), częściowo zasłaniają tylne tablice rejestracyjne. Tymczasem zgodnie z obowiązującymi przepisami, zasłanianie tylnych tablic jest zakazane. Jak wynika z art. 60 ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. – Prawo o ruchu drogowym, zabrania się „zakrywania świateł oraz urządzeń sygnalizacyjnych, tablic rejestracyjnych lub innych wymaganych tablic albo znaków, które powinny być widoczne”. W kolejnym punkcie zabrania się także „ozdabiania tablic rejestracyjnych oraz umieszczania z przodu lub z tyłu pojazdu znaków, napisów lub przedmiotów, które ograniczają czytelność tych tablic”.

W efekcie korzystanie z bagażników do przewozu rowerów, które montowane są na haku, jest de facto nielegalne, mimo że takie produkty są oczywiście legalnie nad Wisłą sprzedawane. Część modeli bagażników ma miejsce na dodatkową (trzecią) tablicę rejestracyjną, jednak prawo w Polsce – w przeciwieństwie do systemów funkcjonujących w większości krajów Europy – nie przewiduje możliwości korzystania z takiej opcji.

Jak tłumaczy Bartłomiej Markiewicz, ekspert polskiej firmy Taurus – specjalizującej się w produkcji i dystrybucji m.in. boxów dachowych oraz innego sprzętu ułatwiającego samochodowy transport, brak dostosowania prawa do realiów wymusza szukanie innych rozwiązań tego problemu.

W krajach Europy Zachodniej można bez problemu wyrobić trzecią tablicę rejestracyjną, co oczywiście likwiduje problem. U nas jednak trzeba liczyć na zdrowy rozsądek drogówki lub spróbować użyć sposobu. Przykładowo, można dorobić tablicę informacyjną. Ważna jest w tym przypadku nazwa – nie jest to bowiem żadna kopia czy też coś nielegalnego. Prawo zabrania bowiem zdejmowania tablicy rejestracyjnej i jednocześnie wymaga odpowiedniej widoczności numerów rejestracyjnych. Dzięki tablicy informacyjnej numery będą widoczne, chociaż legalność takiego rozwiązania zależy od interpretacji” – wyjaśnia Bartłomiej Markiewicz.

Mimo że sprawa braku uregulowania kwestii transportu przy użyciu tego rodzaju bagażników znana jest od lat, to dotychczas żaden z rządów nie zdecydował się na dostosowanie Prawa o ruchu drogowym do realiów. Losy kontrolowanych kierowców – posiadających montowane na haku bagażniki do przewozu rowerów – zależą więc od podejścia poszczególnych policjantów.

Według eksperta firmy Taurus, aktualny stan prawny wymaga modyfikacji, ponieważ sytuacja, kiedy za legalnie zakupiony i używany zgodnie z instrukcją bagażnik grozi mandat, jest absurdalna.

Odpowiednie zmiany w prawie nie wymagają od rządzących wielkiego nakładu pracy. Sprawa jest prosta. Wystarczyłoby w zasadzie umożliwić montaż trzeciej tablicy rejestracyjnej w specjalnym miejscu, które posiada zdecydowana większość dostępnych na rynku bagażników. Najwyższy czas skończyć z obecnym, w gruncie rzeczy nonsensownym, stanem” – dodaje Bartłomiej Markiewicz.

Polscy eksporterzy ponoszą straty na Zachodzie

– Ilość zleceń na odzyskanie należności od zagranicznych odbiorców polskiego eksportu jest w zasadzie powiązana z dynamiką jego wzrostu: dwucyfrowe, kilkunastoprocentowe zwiększenie eksportu w pierwszym i drugim kwartale oznaczało nawet dwukrotnie większy, bo ponad 35% wzrost ilości kierowanych do nas zleceń windykacji zagranicznej w porównaniu do I kwartału ubiegłego roku – stwierdza Maciej Harczuk, prezes Euler Hermes Collections. Zmniejszenie dynamiki wzrostu eksportu do kilku procent w III kwartale wciąż oznaczało dwukrotnie wyższy, bo blisko 15% wzrost ilości (ale w nie mniejszym stopniu także wartości) zleceń odzyskania pieniędzy od zagranicznych dłużników. 

Kto nie płaci polskim odbiorcom?
Ilość (ale też analogicznie wartość) zleceń w windykacji zagranicznej wskazuje, iż największymi dłużnikami polskich przedsiębiorstw są firmy z krajów unijnych. Ryzyko braku zapłaty, o jakim możemy mówić na podstawie kierowanych do Euler Hermes zleceń nie rośnie jednolicie.

Nie rośnie także wprost proporcjonalnie do wartości eksportu do danego kraju. Wartość zleceń odzyskania należności od odbiorców z krajów unijnych jest wyższa niż ich procentowy udział w polskim eksporcie (do UE trafiło 76% polskiego eksportu w okresie I-VII 2014 – za GUS) – w portfelu Euler Hermes zlecenia w stosunku do firm z Unii Europejskiej stanowią około 90% zleceń windykacji zagranicznej.
Problemy z odzyskaniem należności na poszczególnych rynkach nie mają charakteru strukturalnego, branżowego ale nadal finansowy. Nadal wiele firm niezależnie od kraju i sektora ma problemy z finansowaniem swojej działalności. Stąd zróżnicowanie zleceń windykacji eksportowej w podziale na branże jest bardzo duże.

Do krajów o najwyższym wskaźniku zaległości płatniczych wobec polskich eksporterów w 2014 roku należą Czechy i Słowacja, gdzie już blisko 25% faktur ma znamiona opóźnienia powyżej 4 miesięcy. Mimo, iż Słowacja jest rynkiem docelowym (w omawianym okresie 2,5% polskiego eksportu – za GUS), to wśród zleceń windykacji zagranicznej Euler Hermes, aż trzykrotnie więcej, bo 7,7% dotyczyło dłużników z tego kraju. W obydwu tych krajach Euler Hermes pomagał polskim firmom odzyskać należności najczęściej w sektorach: transportowym, spożywczym, artykułów przemysłowych (stal) oraz tekstylnym.
Większy także niż procentowy udział eksportu do Włoch (4,6%) jest odsetek zleceń windykowanych przez Euler Hermes od odbiorców z tego kraju – prawie 7%. Recesja w dwóch poprzednich latach we Włoszech i minimalny wzrost, obecnie spotęgowały zatory płatnicze. Średni okres przeterminowania płatności, np. w sektorze żywnościowym czy tekstylnym jest dwukrotnie dłuższy niż w Polsce. Statystyki wyglądają niekorzystnie również dla włoskiego budownictwa i sektora usług dla ludności.
Jeszcze większą dysproporcję w strukturze polskiego eksportu – dużo większy odsetek zleceń windykacyjnych od polskich firm – Euler Hermes odnotowuje na odbiorców z Francji. Francuskie firmy są dłużnikami w przypadku 18% zleceń windykacyjnych, podczas gdy odbierają trzykrotnie mniej, bo niecałe 6% polskiego eksportu. Na rynku francuskim bieżący rok jest szczególnie niekorzystny dla dostawców z branży meblowej, żywności oraz motoryzacyjnej. W sąsiednim kraju – Belgii również nie jest dużo lepiej pod względem płatności na rzecz polskich dostawców – aż 4,4% zleceń windykacyjnych. Najczęściej odzyskiwanymi tam należności są te z tytułu eksportu mebli i elektroniki a także usług transportowych.
Pozostając przy największych rynkach na usługi odzyskania należności z zagranicy wspomnieć trzeba o Niemczech. Pomimo, iż moralność płatnicza firm niemieckich jest dobra na tle tych z innych krajów, a odsetek zleceń windykacyjnych (21,3%) jest niższy niż udział tego kraju w strukturze polskiego eksportu (25,8%), to w niektórych branżach np. transporcie, elektromaszynowej, poligraficznej czy informatycznej obserwujemy średnio dłuższy okres spłaty zobowiązań. Stąd też najwięcej zleceń windykacyjnych kieruje do Euler Hermes polski transport, ale także firmy z branż: chemicznej oraz dóbr konsumenckich: żywność, elektronika, AGD.

Konieczna jest zmiana myślenia i większa ostrożność
Domeną wielu polskich firm, chcących poprawić swoją sytuację biznesową poprzez eksport, jest to, że skupiają się przede wszystkim tylko na sprzedaży towarów, a nie na spływie należności. Wzrost ilości zleceń odzyskania należności od dłużników z krajów unijnych, na pewno wynika w pierwszej kolejności z mniejszej ostrożności, dbałości o weryfikację kontrahentów, a następnie o dokumentację towarzyszącą kontraktom i dostawom za granicę. Otwarcie granic nie oznacza bowiem zniesienia także wymogów formalnych, towarzyszących dokumentowaniu sprzedaży. Chociaż nie bez znaczenia są czysto ekonomiczne czynniki – kondycja danych odbiorców, branż czy gospodarek.
– Z pewnością pewne spowolnienie tempa odradzania się europejskiej gospodarki w pierwszym półroczu 2014 roku skłaniało odbiorców z tych krajów do częstszego wstrzymywania zapłaty. Działał tutaj (i działa w obliczu wzajemnych sankcji w wymianie handlowej ze Wschodem) efekt czysto psychologiczny – przedsiębiorcy słysząc o pewnym spowolnieniu na rynku wewnętrznym, a następnie o potencjalnych stratach związanych z konfliktem na Ukrainie chcieli jak najwcześniej się do tego przygotować, zatrzymać jak największą część należności w swojej firmie – uważa Tomasz Starus, Członek Zarządu w Towarzystwie Ubezpieczeń Euler Hermes, nadzorujący pion oceny ryzyka.
Z analiz windykatorów Euler Hermes wynika, że wielu dłużników polskich firm nie płaci na czas, nie dlatego że nie może, ale po prostu nie chce. Z kolei polscy eksporterzy chcą (i słusznie zresztą) wyprzedzić innych, zdobyć większy udział na pozostałych rynkach, aby w ten sposób zrekompensować sobie ograniczenia eksportowe. Niestety obecnie ostrożność w doborze kontrahentów jest jeszcze bardziej wskazana – nadprodukcja żywności w całej Unii Europejskiej, presja na jej sprzedaż i niskie ceny skłaniają odbiorców do szukania nowych dostawców, częstej ich zmiany bez uregulowania należności wobec dotychczasowych partnerów.
Fakt, iż dłużnicy częściej obecnie zalegają z zapłatą polskim dostawcom, a jednocześnie dość dobrze współpracują gdy dojdzie do windykacji świadczy o tym, iż w dużej części przypadków jest to efekt postępowania polskich eksporterów, ich nieświadomego (mniej dokładne monitorowanie kontrahentów, zmniejszenie skrupulatności w obiegu dokumentów) lub świadomego tolerowania takich sytuacji. Świadomego, ponieważ stopniowo wydłuża się średnie przeterminowanie z jakim trafiają do Euler Hermes zlecenia windykacyjne. Jest to niebezpieczne, ponieważ trudno naprawdę w tej chwili wskazać konkretne branże, które przeżywają kryzys i w związku z tym dostawcy są w nich bardziej ostrożni. Utrudnia to właściwą ocenę sytuacji i unikanie ryzykownych transakcji, dodatkowo pogłębiane rozluźnieniem procedur przez polskich eksporterów w imię zwiększenia obrotów. Jest to o tyle niebezpieczne, że transakcje eksportowe są z reguły realizowane na większe kwoty niż w obrocie krajowym. Większy wolumen transakcji wynika zarówno z kosztów transportu, jak i konkurencyjności polskich wyrobów (cenowej) na rynkach zagranicznych. Średnia wartość zlecenia windykacyjnego na dłużnika z zagranicy jest ponad trzykrotnie wyższa w stosunku do zlecenia windykacyjnego na dłużnika w obrocie krajowym (i wynosi obecnie średnio ponad 70 tys. złotych).

Niemiecka moralność a wschodnie procedury
Sprzedaż do krajów Europy Wschodniej zawsze traktowana była jako ta z kategorii wyższego ryzyka – tak więc zaniedbania dotyczące sprawdzania kontrahentów, czy dokumentowania transakcji chociaż również występowały, to były rzadsze. Błędy te wynikały ze słabej znajomości lokalnych procedur (np. wymóg w określonych dokumentach stosowania okrągłej, a nie prostokątnej pieczęci firmowej) a także niestety – towarzyszącej im korupcji. Poza sektorem rolno-spożywczym sprzedaż na rynki wschodnie prowadzona była w sposób jeśli nie zachowawczy, to raczej przewidywalny. W odróżnieniu od eksportu na rynki unijne (bezpośredni eksport prowadzą nawet najmniejsze polskie przedsiębiorstwa), na rynki wschodnie sprzedawały nie tylko w większości firmy duże, ale także dostarczające wyroby do sprawdzonych, stałych odbiorców, często za pośrednictwem swoich nie tylko oddziałów, ale firm działających na lokalnym rynku. Stąd na tych rynkach straty są rzadsze, chociaż jeśli do nich dochodzi – wartość tych zleceń jest z reguły znaczna. Należności z Ukrainy i Rosji odzyskuje się trudno. Dotyczy to głównie działań sądowych ze względu na niską skuteczność komorników w tych krajach (korupcja, ale też niewystarczające wsparcie organów państwowych).
– Zdecydowanie jednym z najlepszych płatników na tle innych państw pozostają Niemcy. Eksporterzy świadomie wybierają ten rynek z uwagi na wysoką moralność płatniczą. Należy jednak podkreślić, że w porównaniu z rokiem 2012 termin regulowania należności przez niemieckim kontrahentów – wydłużył się i w niektórych branżach, np. informatycznej, sięga nawet 70 dni. Słabą moralnością płatniczą wykazują się też firmy działające w dziedzinach przemysłu budowy maszyn i drukarskiego – podkreśla Agnieszka Sztyber, Dyrektor Działu Windykacji Międzynarodowej w Euler Hermes.
W 2014 roku polskim przedsiębiorcom gorzej współpracuje się także z firmami z Wielkiej Brytanii. Znacząco wzrosła liczba przeterminowanych płatności powyżej 90 dni ze strony odbiorców na Wyspach. Dotyczy to głównie transportu i handlu detalicznego.
W opinii ekspertów Euler Hermes w najbliższym czasie należy spodziewać się wzrostu zleceń windykacyjnych szczególnie na odbiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W odniesieniu do 2012 roku, znacznie wzrosła wymiana handlowa z Czechami i Ukrainą co z pewnością wpłynie na zwiększenie ryzyka kredytowego i na ilość zleceń przekazywanych do windykacji. Z uwagi na spadek wzrostu gospodarczego, który odnotowuje Słowacja, zatory płatnicze zdecydowanie wzrosną również na tym rynku.

Wyłudzenia w eksporcie
W roku 2013 polscy eksporterzy stali się ofiarami największej od lat fali oszustw ze strony zagranicznych kontrahentów. Często mamy do czynienia z firmami, które z góry zostały powołane tylko po to aby wyłudzić towar podczas swojej krótkiej działalności. W bieżącym roku zauważyliśmy znaczący wzrost nierzetelnych odbiorców na terenie Wielkiej Brytanii i Francji (szczególnie w przemyśle mięsnym i meblowym). Często z powodu uśpionej ostrożności polskich przedsiębiorców oszustwo ma miejsce na samym końcu transakcji. Najczęściej jest to rezultatem zmiany punktu dostawy przez kogoś kto jest dobrze o niej poinformowany i który przejmuje towar.
Znane nam są również sytuacje, w których zamówienia złożył rzetelny kontrahent a nieuprawnione osoby poprzez stronę internetową prawie identyczną do oryginalnej strony odbiorcy, przejmują kontakt z eksporterem.
Dłużnicy wykorzystują wszelkie możliwe sposoby aby uniknąć lub opóźnić płatności. Na rynku włoskim odnotowujemy też coraz częstsze przypadki, gdy dłużnicy celowo składają wnioski o wszczęcie postępowania upadłościowego, aby chronić się przed wierzycielami, co pozwała im na opóźnienie realizacji płatności na rzecz polskich dostawców o kolejne 4-5 miesięcy.

Gumki i zawieszki do bransoletek – działania

Próbki dostępnych na polskim rynku kolorowych gumek do wyplatania bransoletek  nie zawierają szkodliwych substancji i nie stwarzają zagrożenia – wynika z analizy specjalistycznego laboratorium UOKiK w Łodzi.  Niestety, dwie próbki kolorowych zawieszek zatrzymane na granicy  zawierały niebezpieczne ftalany  w niedozwolonej ilości. Towar nie zostanie dopuszczony do obrotu na terenie Unii Europejskiej

 

Na zlecenie UOKiK od polowy września Wojewódzkie Inspektoraty Inspekcji Handlowej przeprowadzają interwencyjne kontrole zestawów do wyplatania bransoletek. Pierwsze próbki kolorowych gumek i zawieszek  zostały pobrane  zarówno z małych punktów sprzedaży detalicznej, jak i sieciowych sklepów z zabawkami. Trafiły do specjalistycznego laboratorium UOKiK w Łodzi, które zbadało obecność związków chemicznych – ftalanów. Przebadano także próbki wyrobów zatrzymane na granicy przez służby celne.

Związki z grupy ftalanów, czyli estrów kwasu ftalowego, są obecne w zabawkach z tworzyw sztucznych, nadając  im m. in. elastyczność. Dopuszczalne stężenie ftalanów w zabawkach to 0,1 proc. masy z ich dodatkiem.  Występowanie tych związków w stężeniach wyższych niż dopuszczalne jest niebezpieczne dla dzieci z uwagi na ich negatywny wpływ na gospodarkę hormonalną, w szczególności rozrodczość.

Jak wynika z analizy specjalistycznego laboratorium UOKiK, pierwsze przebadane 5 próbek dostępnych na polskim rynku kolorowych gumek do wyplatania bransoletek nie zawiera szkodliwych substancji. Analizowane akcesoria to m. in. gumki w zestawach po 19,15 i 6 kolorów.

Niestety, potwierdziły się doniesienia medialne o występowaniu ftalanów w dwóch próbkach zawieszek zatrzymanych przez służby celne na granicy. Jak wynika z analizy laboratorium, w badanych zabawkach zostały przekroczone normy ftalanu di (2-etyloheksylu) o co najmniej 28 proc. w jednym zestawie oraz o co najmniej 4,5 proc. w drugim. Zakwestionowane akcesoria to komplety zawierające odpowiednio 12 i 14 różnego rodzaju zawieszek. W związku z otrzymanymi wynikami towar nie zostanie dopuszczony do swobodnego obrotu na terenie Unii Europejskiej.

Obecnie na terenie całego kraju pobierane są kolejne próbki – zarówno przez organy celne, jak i Wojewódzkie Inspektoraty Inspekcji Handlowej. Laboratorium w Łodzi bada na bieżąco kolejne próbki gumek i zawieszek.

Dodatkowo, w ramach planowych kontroli do końca roku Urząd zaplanował badania laboratoryjne zabawek (w tym bransoletek i zawieszek, bez względu na kraj wytworzenia) pod kątem występowania w nich niedozwolonych substancji chemicznych. Średnio w każdym kwartale laboratoryjnie badanych jest około 60 próbek różnego rodzaju zabawek pod kątem spełniania właściwości chemicznych.

W 2013 r. Prezes UOKiK wszczął 132 postępowania administracyjne dotyczące zabawek i wydał 23 decyzje nakładające obowiązki na przedsiębiorców, którzy wprowadzili do obrotu zabawki niespełniające wymagań, w tym zawierające niedozwolone substancje chemiczne (w pierwszym półroczu 2014 r. Urząd wydał 9 takich decyzji). W przypadku wykrycia niebezpiecznego produktu UOKiK informuje także inne państwa członkowskie za pomocą systemu RAPEX.

 

 

 

Rośnie popularność struktur na GPW, ale rynek ten ma wciąż ogromny potencjał

CEO Magazyn Polska

Na Giełdzie Papierów Wartościowych notowanych jest już ponad 800 produktów strukturyzowanych. Ich popularność rośnie, chociaż wciąż nie może się równać z rynkami Europy Zachodniej ani z rynkiem akcji. To produkty atrakcyjne zarówno dla inwestorów grających ryzykownie, jak i dla tych bardzo ostrożnych. Dla GPW szczególnie ważne w tym segmencie rynku jest przekazywanie wiedzy na temat tych instrumentów oraz ich popularyzacja wśród obecnych i nowych inwestorów.

Produkty strukturyzowane, czyli ETP (Exchange Traded Products), są oparte na szeregu różnych instrumentów bazowych – od kursów poszczególnych akcji, koszyków akcji czy indeksów, poprzez surowce, aż po produkty rolne. Struktury są emitowane przez banki.

Produkty strukturyzowane są coraz bardziej popularne wśród inwestorów na GPW z tego względu, że tak naprawdę każdy inwestor może znaleźć odpowiedni dla siebie – tłumaczy Bartosz Świdziński, główny specjalista Działu Rozwoju Sieci Biznesowej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Na przykład inwestor z awersją do ryzyka może kupić produkt z gwarancją kapitału. Te produkty są bardzo ciekawe, w szczególności obecnie, w otoczeniu historycznie niskich stóp procentowych. Z drugiej strony inwestor bardziej agresywny, który szuka produktów tradingowych, może wybrać jeden z tych z dźwignią finansową; dzięki konstrukcji takiego produktu jest możliwość ponadprzeciętnych zysków i zarabiania intraday [w czasie jednego dnia]. Na GPW mamy obecnie produkty zarówno ze zmienną, jak i ze stałą dźwignią finansową.

W zależności od ryzyka można wybrać certyfikaty z ochroną kapitału lub obligacje strukturyzowane (niskie ryzyko), certyfikaty TRACKER, certyfikaty dyskontowe, certyfikaty bonusowe lub certyfikaty ekspresowe (średnie ryzyko) lub produkty, w których zastosowano dźwignię, czyli certyfikaty TURBO, FAKTOR lub warranty (bardzo ryzykowne).

– Jeżeli chodzi o produkty ze stałą dźwignią finansową, jest to produkt FAKTOR, ze zmienną – certyfikaty TURBO. Co jest warte podkreślania, obydwa rodzaje produktów dają zarabiać inwestorowi zarówno na wzroście instrumentu bazowego, jak i spadku kursu instrumentu bazowego – mówi Świdziński. – Wystarczy wybrać odpowiedni certyfikat, na przykład long, który umożliwia zarabianie na wzroście kursu instrumentu bazowego lub short, który umożliwia zarabianie na spadku kursu instrumentu bazowego.

Wszystkie produkty strukturyzowane notowane są w tzw. systemie animatora rynku. Każdy produkt ma tylko jednego animatora, którym zazwyczaj jest emitent. To on zapewnia płynność tych instrumentów. Dlatego wartość obrotów w przypadku produktów ETP nie jest miarodajna w ocenie płynności tego rynku.

W Polsce mimo że produktów ETP jest na GPW dostępnych ponad 800, są one wciąż rynkiem, który ma duży potencjał do wzrostu, w szczególności patrząc na rozwój tego segmentu na Zachodzie. Pierwsze produkty tego typu pojawiły się na GPW w 2006 roku. Są kierowane do inwestorów indywidualnych, dlatego giełda widzi konieczność prowadzenia edukacji w celu popularyzacji tych instrumentów.

– Kluczowa na pewno jest tutaj edukacja i dlatego jako giełda, czyli organizator obrotu, wraz z emitentami promujemy te produkty, uczestniczmy w rożnego rodzaju inicjatywach mających na celu zwiększenie wiedzy o tym segmencie rynku – mówi Świdziński.

Od czerwca podwoiła się liczba aut osobowych korzystających na autostradach z elektronicznego systemu poboru opłat

CEO Magazyn Polska

W ciągu trzech miesięcy liczba użytkowników samochodów osobowych korzystających z elektronicznego systemu opłat viaAUTO wzrosła ponad dwukrotnie, a na autostradzie A4 płatności viaAUTO to już 6 proc. wszystkich opłat. Największy wpływ na rekordowo duże i wciąż rosnące przychody z systemu e-myta mają rozszerzenia sieci dróg płatnych.

W czerwcu tego roku mieliśmy 8 tys. użytkowników pojazdów osobowych, którzy płacą za korzystanie z autostrad za pomocą viaAUTO. Obecnie jest ich już 17 tys. Również udział płatności elektronicznych za korzystanie z autostrad to potwierdza, ponieważ na najbardziej dochodowej autostradzie, czyli na A4, mieliśmy początkowo 2 proc. transakcji z wykorzystaniem urządzeń viaAUTO, w tej chwili jest to już 6 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Prochowicz, rzeczniczka Kapsch Telematic Services, operatora viaTOLL.

Choć liczba użytkowników systemu viaAUTO rośnie dynamicznie, wciąż jest ich znacznie mniej niż osób korzystających z systemu viaTOLL dla ciężarówek (825 tys. użytkowników). Związane jest to głównie z tym, że system dla samochodów osobowych jest dobrowolny, a dla aut o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony uczestnictwo w systemie e-myta jest obowiązkowe na autostradach, drogach ekspresowych i wielu drogach krajowych.

Elektronicznie kierowcy osobówek mogą płacić za przejazd jedynie na zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad fragmentach autostrad A2 i A4.

Większa liczba użytkowników viaAUTO przekłada się na dodatkowe wpływy do budżetu, ale w znacznie większym stopniu przychody z systemu zależą od sieci dróg objętych e-mytem. A ta cały czas rośnie o kolejne kilometry.

Niedawno obchodziliśmy 3. rocznicę systemu. Przez ten czas urósł on z 1560 km do ponad 2900 km – przypomina Prochowicz. ‒ Wpływ na wzrost przychodów mają kolejne rozszerzenia. W tym roku mieliśmy dwa, stąd też i wzrosty w przychodach. Największą część przychodów generują autostrady i drogi ekspresowe. Widzimy ewidentną dominację najdłuższej drogi płatnej w Polsce, czyli autostrady A4, która w tej chwili ma 530 km. Miesięczne przychody z tej autostrady sięgnęły już 33 mln zł.

Rekordowo wysokie są też przychody z całej sieci. Od początku funkcjonowania viaTOLL przyniósł ponad 3,5 mld zł wpływów, z czego 1 mld zł tylko w tym roku. We wrześniu, który był rekordowym do tej pory miesiącem, przychody wyniosły 130 mln zł. Zgodnie z danymi viaTOLL do końca sierpnia br. średni dzienny przychód sięgnął 3,8 mln zł. W ostatnim półroczu autostrada A4 przyniosła ponad dwukrotnie więcej wpływów niż kolejne drogi, czyli autostrada A2 i trasa ekspresowa S8.

Dorota Prochowicz dodaje, że kolejne miesiące mogą być jednak trochę gorsze, bo system e-myta notuje sezonowość związaną z natężeniem ruchu. Największe wpływy są latem i przed świętami, bo wtedy najwięcej osób podróżuje polskimi drogami. Z kolei od listopada do lutego (z wyjątkiem okresów świątecznych) ruch  na drogach i wpływy do systemu maleją.

Nie ma jeszcze strategii wydania 25 mld zł na rewitalizację miast. Rząd złożył zapowiedź ponad rok temu

CEO Magazyn Polska

Wciąż nie ma precyzyjnej strategii przeznaczenia 25 mld zł na rewitalizację miast zapowiedzianych przez rząd ponad rok temu. Związek Miast Polskich zapowiada, że będzie promował najlepsze inicjatywy, by jak najlepiej wydać te fundusze. Miasta mają także bardzo duże potrzeby w zakresie komunikacji, ochrony środowiska oraz budowy własnych sieci IT.

We wrześniu 2013 r. ówczesny premier Donald Tusk zapowiedział, że rząd przeznaczy na rewitalizację miast nawet 25 mld zł. Wciąż nieznane są szczegóły wykorzystania tych pieniędzy.

Jan Maciej Czajkowski, wiceprezes Związku Miast Polskich, podkreśla jednak, że choć w największych metropoliach potrzeby finansowe są istotne, nie można zapominać o małych miastach. Zwłaszcza tych, które mają przeszłość przemysłową. Często znajdują się tam bardzo duże tereny poprzemysłowe, których wykorzystanie jest wyzwaniem dla władz. Obszary po nieczynnej fabryce lub innym zakładzie przemysłowym mogą stanowić proporcjonalnie znacznie większą część małych miast niż dużych metropolii.

To jest zupełnie inna kategoria problemów, inny sposób podejścia i inne kłopoty z tym związane. Nie ma tutaj unifikacji, nie ma takiego jednego pomysłu na wszystko. Każdy stara się to we własnych uwarunkowaniach rozwiązywać. To nie będą wielkie strumienie pieniędzy, natomiast na pewno będzie to dużo ciekawych pomysłów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jan Maciej Czajkowski, wiceprezes Związku Miast Polskich.

ZMP poza promowaniem dobrych praktyk w zakresie rewitalizacji nie zapomina o innych potrzebach inwestycyjnych miast. Choć w każdym ośrodku są one nieco inne, Czajkowski podkreśla, że da się wyróżnić pewne elementy wspólne. Takim jest na pewno infrastruktura, bo pomimo bardzo dużych nakładów na ten obszar, wciąż wiele pozostaje do zrobienia.

Miasta nie mogą też zapominać o ekologii i ochronie środowiska. W tym obszarze istotne są inwestycje chociażby w systemy zbierania i odprowadzania ścieków. Czynnikiem wpływającym tu na ożywienie inwestycyjne są przepisy unijne i ryzyko finansowych kar za niedostateczną dbałość o środowisko naturalne.

Bardzo ważnym tematem jest infrastruktura sieciowa. Jeżeli chcemy korzystać z nowych technologii w mieście, wiele rzeczy da się usprawnić za pomocą tych rozwiązań, które wymagają infrastruktury sieciowej. W wielu przypadkach trzeba to zbudować – przekonuje Czajkowski.

Podkreśla, że w niektórych miastach kwestia infrastruktury sieciowej była do tej pory tak bardzo zaniedbywana, że jedną siecią nie są połączone nawet jednostki miejskie. To utrudnia wymianę informacji, a tym samym zarządzanie miastem.

Czajkowski zwraca uwagę na to, że choć pilna, to budowa infrastruktury sieciowej jest względnie niewielkim wydatkiem. Dlatego miasta powinny zrealizować te projekty, bo tylko dzięki temu da się w pełni wykorzystać inne, duże większe inwestycje.

Prezes Toyota Motor Europe: Auta elektryczne przyszłością miast. Na dalsze trasy auta napędzane ogniwami paliwowymi

CEO Magazyn Polska

Samochody elektryczne w centrach miast, a do dalszej jazdy – napędzane ogniwami paliwowymi. Taką przyszłość dla ekologicznych napędów widzi Didier Leroy, prezes Toyota Motor Europe. Japoński producent w przyszłym roku pokaże pierwszy na naszym kontynencie pojazd napędzany ogniwami paliwowymi, a we Francji wdraża innowacyjny system elektrycznych aut miejskich.

Jesteśmy przekonani, że mobilność w centrach miast będzie czysto elektryczna. Dotyczy to ostatnich kilometrów między transportem publicznym a miejscem, do którego się podróżuje. Gdy chcemy pojechać na wieś lub na wakacje niezbędny jest innego typu samochodu – uważa Didier Leroy, prezes Toyota Motor Europe.

Leroy ocenia, że technologią, która może umożliwić wykorzystanie napędu elektrycznego na dłuższych dystansach, mogą być ogniwa paliwowe. Toyota zaprezentuje samochód z takim zasilaniem po raz pierwszy w Europie w przyszłym roku. Technologia ogniw paliwowych również wykorzystuje energię elektryczną, ale nie pochodzi ona z baterii, lecz z paliwa zewnętrznego, najczęściej wodoru i tlenu. Oznacza to, że zamiast czasochłonnego ładowania baterii, które dodatkowo są ciężkie, samochód tankuje się w podobny sposób jak pojazdy benzynowe w zaledwie kilka minut.

Samochody elektryczne o napędzie akumulatorowym w ocenie Leroya będą sprawdzać się jedynie w miastach. Choć istnieją pojazdy tego typu o zasięgu przekraczającym nawet 300 kilometrów, jak choćby sportowe Tesle, to problemem jest brak infrastruktury do ładowania oraz długi czas uzupełniania baterii. To wpływa na komfort użytkowania, bo użytkownicy aut elektrycznych muszą cały czas bardzo ostrożnie planować trasę, by móc na czas naładować akumulatory.

Wiemy, że wielu naszych konkurentów uważa inaczej. Nasza strategia zakłada, by nie próbować rozwijać aut elektrycznych poza miastem – mówi Leroy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Efektem strategii kładącej nacisk na elektryczne pojazdy w mieście jest trzyletni program testowy, który Toyota uruchomiła we współpracy z władzami miasta i regionu we francuskim Grenoble. Mieszkańcy od 1 października br. będą mieli możliwość wypożyczenia niewielkich jedno- lub dwuosobowych pojazdów elektrycznych w ramach miejskiego systemu transportu publicznego. 70 całkowicie elektrycznych pojazdów dwóch typów (w tym innowacyjny, trójkołowy i-Road) ma wymiary niewiele większe od skutera i podobną zwrotność oraz zasięg do 50 km. W mieście pojawi się też 27 specjalnych stacji ładowania zapewnionych przez spółkę córkę koncernu EDF.

To jest test. Będziemy go prowadzić przez trzy lata, by w pełni zrozumieć, w jaki sposób konsumenci będą korzystać z tego pojazdu. Potem zobaczymy, jaki będzie następny krok. Ale jesteśmy przekonani, że to jest bardzo innowacyjny sposób myślenia o tym, jak może wyglądać przyszłość mobilności w centrach miast – podkreśla Leroy.

Prezes Toyoty w Europie dodaje, że choć różnego rodzaju rządowe programy wsparcia dla ekologicznych pojazdów elektrycznych i hybrydowych są mile widziane, nie mogą one stanowić podstawy do decyzji o większych inwestycjach producenta w te napędy. Toyota szuka takiego modelu biznesowego produkcji aut elektrycznych, który będzie opłacalny niezależnie od publicznego wsparcia. Leroy przyznaje jednak, że rządy mogą odegrać dużą rolę w motywowaniu kierowców do wyboru napędu ekologicznego. Poza krajowymi programami do aut elektrycznych zachęca też Komisja Europejska. Dzięki trzyletniemu międzynarodowemu programowi OpEneR, do którego Bruksela dołożyła 4,4 mln euro, już w przyszłym roku może ruszyć produkcja nowych pojazdów tego typu. KE oczekuje, że do 2020 r. po europejskich drogach będzie jeździło 8-9 mln aut całkowicie elektrycznych.

Tani rubel ratuje rosyjski budżet przed spadkiem wpływów ze sprzedaży ropy. Rosjanie nie będą szczególnie bronić swojej waluty

CEO Magazyn Polska

Kurs rubla sięga coraz to nowych rekordów słabości. Od początku roku rubel stracił do dolara ponad 20 proc. To przede wszystkim efekt odpływu inwestorów ze wszystkich rynków rozwijających się, ale też lokalna sytuacja geopolityczna. Tani rubel może krótkoterminowo podtrzymać rosyjską gospodarkę ze względu na tanią ropę, ale w dłuższej perspektywie oznacza poważne kłopoty budżetu i załamanie gospodarki.

– Rubel jest pod taką samą presją fundamentalną jak złoty, natomiast czynniki lokalne związane z konfliktem napędzają trend osłabienia się rosyjskiej waluty. Praktycznie każdego dnia mamy nowe rekordy wszech czasów osłabienia się tej waluty – mówi Andrzej Stefaniak, dealer walutowy DMK.

Dla Rosjan jednak spadek kursu rubla jest o wiele mniej istotny niż spadek cen ropy naftowej. Ta jest już poniżej psychologicznej bariery 90 dolarów za baryłkę. To oznacza zdaniem eksperta, że otworzyło się pole do powstania długoterminowego trendu spadkowego.

– Dynamika spadku cen ropy będzie na tyle silna, że rosyjski budżet zacznie to odczuwać i prawdopodobnie będzie to miało głębokie implikacje dla tego kraju. Myślę, że Europa na to liczy, a Rosjanie będą robili wszystko, żeby tę cenę ropy podbić.

Bank Centralny Rosji wydał już na obronę rubla ok. 5 mld dolarów, ale wciąż wstrzymuje się z bardziej zdecydowanymi działaniami. Zdaniem rozmówcy Newserii Inwestor wobec tak niskich cen ropy pompowanie pieniędzy w celu utrzymania kursy rosyjskiej waluty niekoniecznie się opłaca i tak właśnie sytuację oceniają decydenci w Moskwie. Świadczą o tym też ostatnie wypowiedzi znaczących rosyjskich polityków (m.in. wiceministra finansów Aleksieja Moisiejewa, który ocenił, że słaby rubel korzystnie wpływa na rosyjską gospodarkę).

– Rosyjskiemu bankowi centralnemu już nie zależy na tym, żeby umacniać własną walutę właśnie z tego powodu, żeby próbować neutralizować negatywny wpływ spadku cen ropy do budżetu – ocenia dealer DMK.

Taka polityka jest jednak dość krótkowzroczna – na słabym rublu rośnie inflacja, dług wewnętrzny i odpływa zagraniczny kapitał. To ostatnie występuje zresztą we wszystkich krajach rozwijających się, bo dolar drożeje na wszystkich rynkach. Dlatego kurs dolara na poziomie wyższym niż 40 rubli jest przełamaniem pewnej bariery, ale nie jest niczym szczególnie niespodziewanym.

– Dla inwestorów, którzy tak na bieżąco śledzą to, co się dzieje na rynkach, jest to po prostu potwierdzenie tendencji, która trwa już od kilku miesięcy i prawdopodobnie będzie kontynuowana – uważa Stefaniak.

Ustawa o rajach podatkowych wejdzie w życie w 2015 r. Musi jednak zostać opublikowana do końca listopada

CEO Magazyn Polska

Budżet państwa nie powinien ponieść żadnych strat w związku ze spóźnioną publikacją nowelizacji ustawy o CIT zapobiegającej wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych. Jeśli ustawę uda się uchwalić raz jeszcze do końca listopada, może ona wejść w życie w planowanym pierwotnie terminie 1 stycznia 2015 r. Przedsiębiorcy nie powinni odczuć skróconego okresu vacatio legis, bo już teraz znają treść przepisów.

Wprowadzenie tych przepisów jest bardzo naglące i potrzebne, wskazuje na to zgoda w Sejmie – podkreśla Witold Michałek, ekspert Business Centre Club. ‒ Na pewno musi to się dokonać przed końcem listopada i bo będzie można mówić o tym, że zapobiegnięto stracie potencjalnych dochodów.

Tzw. ustawa o rajach podatkowych, czyli nowelizacja przepisów o podatkach PIT i CIT, została podpisana przez prezydenta 17 września. Przewidziano w niej trzymiesięczny okres vacatio legis, czyli czas od publikacji do wejścia w życie nowych przepisów. Ponieważ prawa związanego z podatkami nie można zmieniać w trakcie roku podatkowego, nowe przepisy miały wejść w życie dla większości firm od początku 2015 r.

Ustawę opublikowano w Dzienniku Ustaw jednak dopiero 3 października. Oznacza to, że wejdzie ona w życie 3 stycznia, czyli nie obejmie firm, które rozliczają się podatkowo zgodnie z rokiem kalendarzowym. Jak podkreśla Michałek, budżet państwa straciłby przychody związane z nowelizacją, choć trudno dokładnie określić ich wielkość.

‒ Suma przedstawiona w niektórych mediach [ponad 3 mld zł – red.] jest przesadzona. Bardzo trudno jest to oczywiście wyliczyć, dlatego że są to dochody, które są nieujawniane. Wydaje mi się, że na pewno trzeba mówić o przynajmniej kilkuset milionach złotych, które ewentualnie budżet mógłby tracić – ocenia Michałek.

Gdy na jaw wyszło trzydniowe opóźnienie w publikacji materiału, z inicjatywy posłów Platformy Obywatelskiej parlament rozpoczął pracę nad uchwaleniem nowelizacji raz jeszcze. Tym razem okres vacatio legis ma zostać skrócony tak, by niezależnie od daty publikacji prawo weszło w życie przed rozpoczęciem roku rozliczeniowego 2015.

Michałek zwraca uwagę, że gdyby od razu założono miesięczny okres vacatio legis, niepotrzebne byłyby ponowne prace. Dodaje jednak, że bardzo dobrze, że rząd odchodzi od tak krótkiego okresu na rzecz trzymiesięcznego. Daje to firmom więcej czasu na przygotowanie się do nowych regulacji.

Rząd padł ofiarą swojego dobrego podejścia do vacatio legis. Chciał wykorzystać możliwość zagwarantowania trzymiesięcznego vacatio legis dla tego projektu, a zwykle tego typu projekty mają jednomiesięczne zaledwie vacatio legis, na które narzekają środowiska gospodarcze – wyjaśnia Michałek. ‒ Zmiany regulacyjne często są bardzo uciążliwe, wprowadzają konieczność zmian w księgowości, rachunkowości, systemie informatycznym i sposobie gospodarowania majątkiem. Przynajmniej trzymiesięczne vacatio legis powinno być standardem, a nie wyjątkiem.

Michałek dodaje jednak, że w przypadku ustawy o rajach podatkowych skrócenie vacatio legis nie oznacza dodatkowych problemów dla firm. Już teraz wiadomo bowiem, jaka będzie treść regulacji.

Ustawa o rajach podatkowych ma nałożyć 19-proc. obowiązek podatkowy w Polsce na dochody z zagranicznych spółek kontrolowanych, o ile polska firma ma ponad 25 proc. udziałów w podmiocie z zagranicy. Będzie to obowiązywało wtedy, gdy zagraniczne podatki są o co najmniej 25 proc. niższe, a do tego kontrolowana spółka nie prowadzi na zagranicznym rynku działalności rzeczywistej. Warunki ustawy zagranicznej będą spełniać spółki kontrolowane zarejestrowane w krajach uznawanych za raje podatkowe lub takich, z którymi Polska nie wymienia informacji fiskalnych.

Firmy informatyczne zwiększą zatrudnienie. Poszukiwani będą też pracownicy do e-bankowości

CEO Magazyn Polska

Wydłużenie wieku emerytalnego, stworzenie kierunków dedykowanych i programów aktywizacyjnych dla młodzieży sprawiło, że zwiększyła się liczba pracowników na rynku. Wprowadzenie prosocjalnych rozwiązań spowodowało jednak zmniejszenie elastyczność rynku pracy. Na niedobór wykwalifikowanej kadry narzekają firmy informatyczne. Rośnie też zapotrzebowanie na pracowników w centrach badań i rozwoju. Rozwój e-bankowości sprawia, że pojawi się więcej stanowisk technologicznych.

Raport Global Skills Index opublikowany przez Hays wskazuje, że na polskim rynku pracy panuje równowaga. Polska otrzymała 5 punktów, co oznacza, że podobną sytuację mają zarówno pracodawcy, jak i pracownicy, choć wszystko zależy od branży.

– Balans zdobyliśmy dzięki kilku ruchom. Zwiększyła się liczba osób na rynku pracy, podniesiony został wiek emerytalny, stworzono kierunki sponsorowane, czyli dedykowane dla danych pracodawców – mówi agencji Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający Hays Recruiting. – Mimo wykonywania takich ruchów jak reformy deregulacyjne, eksperci nie widzą jeszcze efektów na rynku pracy – zaznacza ekspert.

Elastyczności na rynku pracy nie sprzyjają wprowadzone rozwiązania prosocjalne. Dłuższe urlopy macierzyńskie czy możliwość urlopu ze względu na studia sprawiają, że choć zyskują na tym pracownicy, to traci cały rynek pracy.

Wprowadzone rozwiązania aktywizujące młodzież przyniosły rezultaty, choć są one jeszcze niewielkie. W II kw. bez pracy było 23,1 proc. młodych osób do 24. roku życia (26 proc. w 2013), tylko nieznacznie zmniejszyła się liczba absolwentów bez zatrudnienia (29,3 proc. z 30,1 proc.). Pomóc mogłoby dopasowanie profili szkół i zwiększenie liczby dedykowanych kierunków. Zdaniem Młynarczyka w najbliższym czasie będzie rosło zatrudnienie w firmach informatycznych, zwiększy się też zapotrzebowanie na wykwalifikowanych inżynierów.

Wzrosła produkcja przemysłowa, zaczyna się migracja procesów do Polski. W Polsce lokalizowanych jest wiele centrów Research and Development, poszukiwani są specjaliści, którzy pracują nad nowymi produktami – tłumaczy ekspert z Hays Recruiting.

Sektor centrów rozwoju rośnie w szybkim tempie. Jeszcze kilka lat temu firmy inwestowały w centra poza granicami kraju, obecnie ponad 38 proc. firm w Polsce deklaruje, że ma własnego centrum R&D (dane Deloitte).

Zdaniem Młynarczyka na rynku wzrośnie zapotrzebowanie na księgowych ze znajomością języków obcych. Małe i średnie przedsiębiorstwa korzystają z poprawiającej się sytuacji gospodarczej i szerzej wchodzą na zagraniczne rynki, To oznacza, że pojawi się więcej miejsc pracy dla osób znających kilka języków obcych.

Widzimy też ruch w branży budowlanej, deweloperzy zaczynają inwestować w kadrę. Wciąż jednak utrzymuje się stagnacja w budowie infrastruktury, choć to może się zmienić. Branża farmaceutyczna po cięciach dotacji raczej reorganizuje, niż masowo zatrudnia – podkreśla Młynarczyk.

Z racji na dłuższy i trudniejszy proces rejestracji leków w Polsce branża farmaceutyczna szybciej rozwija się w Czechach i na Węgrzech.

Zmienia się sytuacja w branży finansowej. Coraz więcej usług realizowanych jest za pośrednictwem internetu, rośnie e-bankowość.

Dlatego wszystkie te instytucje, nie tylko banki, lecz takę fundusze inwestycyjne, które miały kilkaset oddziałów w kraju, zaczynają to zmieniać. Redukują część etatów, ale inwestują w etaty związane z technologiami, ekspertów od mediów społecznościowych. Może nie zwiększy się zatrudnienie, ale będą zwiększać się umiejętności pracowników – podsumowuje Michał Młynarczyk.

Konsumenci coraz bardziej interesują się dobrym jedzeniem. Bardzo dobre perspektywy dla agrobiznesu

CEO Magazyn Polska

Żywność dla konsumentów staje się coraz ważniejsza. Przybywa telewizyjnych programów kulinarnych, poświęconych żywieniu wydawnictw, portali i serwisów internetowych, a oferta w sklepach jest coraz bardziej wyszukana. Na rynku oprócz wielkich koncernów urozmaicających ofertę, rośnie udział drobnych producentów wytwarzających coraz bardziej wyszukane artykuły. Perspektywy agrobiznesu są bardzo dobre.

Nie jest to taki wyłącznie urzędowy optymizm, ale wynikający również z kilkunastoletniej już obserwacji rynku – przekonuje Bartosz Urbaniak, dyrektor zarządzający ds. agrobiznesu, małych i średnich przedsiębiorstw, Banku BGŻ. – Oczywiście wszyscy, tak jakby kontekstowo, patrzą dzisiaj głównie na embargo rosyjskie. Natomiast widzę, że to embargo jest po prostu jednym z wielu zjawisk, które na rynku miały miejsce.

W ostatnich miesiącach krajowy rynek produkcji żywności miał do czynienia z wieloma tego rodzaju mniejszymi i większymi kryzysami.

Przechodziliśmy przez ptasią i świńską grypę, kwestie związane z solą – przypomina Urbaniak. – Natomiast widzimy także, że rynek się rozwija, a w Polsce produkuje się coraz więcej żywności wyższej jakości.

Ma to związek ze zmianami zachodzącymi po stronie konsumenta. Budzi się kultura jedzenia: ludzie interesują się żywnością, programy kulinarne w telewizji są coraz popularniejsze, konsumenci o nich rozmawiają. Żywność, jedzenie i agrobiznes stają się na skutek tego coraz popularniejsze.

Daje to powody do optymizmu, bo jeżeli będziemy w Polsce cenili polską żywność, to są większe szanse na to, że zbudujemy na przykład znak towarowy, który będzie mógł być nową, polską marką eksportową  – zauważa Urbaniak.

Swego czasu, jak przypomina Urbaniak, Polacy mieli bardzo dużo estymy do polskiej wódki. Do dzisiaj jest to bardzo dobry towar eksportowy.

Jak zapytać Polaka za granicą o wódkę, to ta krajowa oczywiście od razu budzi w nim dumę – mówi Bartosz Urbaniak. – Teraz pora zbudować jeszcze kilka innych, najlepiej właśnie takich uniwersalnych, znaków jakości. Żebyśmy byli dumni także z polskich kiełbas, sera, warzyw i owoców, bo czasami zdarza się, że one mają dużo lepszą opinię za granicą niż w Polsce. Liczę na to, że rozwój rynku będzie podążał właśnie w tym kierunku i wykorzystamy pozytywną falę zainteresowania społecznego jedzeniem.

Polski rynek żywności, jak zauważa dyrektor zarządzający ds. agrobiznesu banku BGŻ, przechodzi dynamiczne zmiany. Już nie tylko aktywne są na nim duże korporacje, takie jak Animex czy Sokołów, lecz także małe i średnie podmioty produkujące bardziej wyszukane artykuły i prezentujące odmienne strategie. Jak niedawno w rozmowie z agencją Newseria Biznes przekonywał Sylwester Strużyna, prezes zarządu handlującej produktami ekologicznymi spółki Bio Planet, krajowy rynek artykułów ze znakiem bio do 2022 roku powinien rosnąć o 20 proc. rocznie.

Mniejsze firmy wchodzą na rynek i mówią: my robimy towar trochę inny, bardziej rzemieślniczy, w który jest włożone serce, dużo pracy, pomysłu, oryginalna receptura i ten rynek zdobywają – zauważa Bartosz Urbaniak z banku BGŻ. – Oczywiście to są nisze, ale to też bardzo dobrze, bo rynek się urozmaica. To znaczy, że się powiększa, jest coraz więcej miejsca zarówno dla tych, którzy produkują trochę inaczej, jak i  dla tych, którzy poszukują czegoś innego, czasami z dodatkową wartością i są gotowi za to zapłacić.

Duże firmy i korporacje stawiają na ochronę systemów informatycznych. Wdrażanie polityki bezpieczeństwa i określanie zagrożeń staje się koniecznością

CEO Magazyn Polska

Duże przedsiębiorstwa stawiają na kompleksowe, wielofunkcyjne rozwiązania ochronne, aby zabezpieczać firmowe komputery tak wynika z badań przeprowadzonych przez Fortinet Polska. Tego typu rozwiązania łączą w sobie funkcje wielu pojedynczych, działających niezależnie aplikacji ochronnych.

Dotychczas stosowane zabezpieczenia były rzadko integrowane – osobno działały firewall, system szyfrowania danych, filtr antyspamowy czy monitoring kontroli ruchu. Rozwiązanie tego typu jest jednak dalekie od ideału – trudno bowiem kontrolować równocześnie wszystkie elementy, a co za tym idzie – reagować wystarczająco szybko na pojawiające się incydenty. Dlatego też firmy coraz częściej wprowadzają rozwiązania wielofunkcyjne, czyli UTM (ang. Unified Threat Management).

Do tej pory nie mieliśmy żadnych incydentów związanych z zastosowaniem tych systemów – mówi na ich temat Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę. – Ale oczywiście bezpieczeństwo to jest pewien unikalny dla każdej korporacji ciągły proces, często inny ze względu na diagnozę i określenie własnej polityki bezpieczeństwa, własnego ryzyka, jakie dana korporacja rozpoznaje, przed jakim się zabezpiecza i jakie minimalizuje.

Słowa te potwierdzają badania przeprowadzone wśród osób odpowiedzialnych za zarządzanie budżetami na informatykę w polskich przedsiębiorstwach. Wynika z nich, że ponad 80 proc. respondentów widzi korzyść z używania takich właśnie rozwiązań, wskazując jednocześnie szereg ich plusów, między innymi: zwiększenie bezpieczeństwa danych (ten aspekt wymieniło 35 proc.), prostszą administrację (31 proc.) oraz niższy koszt utrzymania (11 proc.). Ankietowanym zadano również pytanie, w jakie zabezpieczenia zainwestowałaby firma, gdyby zyskała nadprogramowy budżet w wysokości równej rocznym nakładom na bezpieczeństwo IT. 35 proc. odpowiedziało, że byłoby to rozwiązanie wielofunkcyjne z wbudowanym firewallem.

Na pewno systemy tego typu pozwalają na pełne, kompleksowe zabezpieczenie i trudno w tej chwili wyobrazić sobie na rynku i w trendach bezpieczeństwa jakieś nowe pomysły, które mogłyby zrewolucjonizować ten ważny sektor IT – dodaje Mariusz Rzepka.

Spośród respondentów 23 proc. zainwestowałoby w sam tylko firewall nowej generacji. Ten rodzaj zabezpieczenia – w skrócie NGF, Next Generation Firewall) – to tradycyjna zapora przeciwko zagrożeniom, wyposażona w dodatkowe funkcjonalności, jak na przykład IDS, IPS, DLP. 16 proc. respondentów ankiety chciałoby wymienić zabezpieczenia na nowocześniejsze, a zaledwie 7 proc. pytanych przeznaczyłoby te środki na samo oprogramowanie antywirusowe oraz tworzenie kopii zapasowych danych i ich gromadzenie.

W przeprowadzonym w II kwartale 2014 roku badaniu wzięło udział 166 respondentów odpowiedzialnych za zarządzanie budżetami na informatykę w polskich przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 250 pracowników. Działają one w pięciu głównych obszarach gospodarki (produkcja  – 71 proc. badanych, handel – 11 proc., energetyka – 10 proc., logistyka – 5 proc. i finanse – 2 proc.). Badane polskie przedsiębiorstwa mają rozbudowane działy IT.

Dobre perspektywy firm rodzinnych. Większy kapitał i uproszczony system podatkowy mogą pomóc w budowie globalnego kapitału

0

CEO Magazyn Polska

Firmy rodzinne w Polsce szybko się rozwijają. Ponad 70 proc. z nich planuje nowe inwestycje, przede wszystkim w podstawową działalność firmy. Częściej decydują się na ekspansję krajową niż zagraniczną. Zdaniem ekspertów uproszczenie systemu podatkowego, zmniejszenie przeszkód administracyjnych i lepszy dostęp do źródeł finansowania mogłyby zwiększyć konkurencyjność polskich firm rodzinnych na globalnym rynku.

Wejście Polski do Unii Europejskiej pozwoliło z jednej strony na swobodne poruszanie się, z drugiej zaś udostępniło rynki zbytu. Nie ma ograniczeń, jeśli jesteśmy sprawni, to radzimy sobie bardzo dobrze – mówi agencji Newseria Biznes Kazimierz Pazgan, prezes zarządu firmy Konspol, jednej z największych firm rodzinnych w Polsce.

Jak wynika z raportu „Barometr firm rodzinnych” przygotowanego przez KPMG i stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, w Polsce zdecydowaną większość przedsiębiorstw stanowią właśnie rodzinne (ponad 1,5 mln, czyli 78 proc. ogółu). Większość z nich zwiększyło przychody i zatrudnienie, planuje też nowe inwestycje (74 proc.), najczęściej w podstawową działalność. Rzadziej decydują się na dywersyfikacje czy umiędzynarodowienie. Firmy rodzinne stawiają też na rozwój w kraju, tak by zwiększyć udziały w rodzimym rynku (88 proc.), połowa deklaruje również chęć rozpoczęcia działalności w innych krajach europejskich.

Firmy rodzinne różnią się od koncernów tym, że ich właściciele mają wizję. Nie budują przedsiębiorstwa na określony czas, planują, że kiedyś przejmą je dzieci czy wnuki. Jest to związane z ciągłymi inwestycjami, czyli praca na rzecz umacniania i rozwoju firmy – podkreśla Kazimierz Pazgan.

Przyczyną mniejszego zainteresowania obcymi rynkami są również wysokie koszty pracy i spadek rentowności – blisko połowa badanych przedsiębiorstw wymieniła je wśród największych problemów. Firmy rodzinne oczekują uproszczenia przepisów podatkowych (ponad 60 proc.) i niższych podatków (48 proc.). Mogłoby to pomóc w stworzeniu firm globalnych, które mogą skutecznie konkurować na rynku. Pazgan jako przykład stawia Niemcy, gdzie system podatkowy pozwolił na rozwój gospodarki.

Bez ulg inwestycyjnych i większego kapitału firmom trudniej jest inwestować, nie mają też szans w konkurencji z wielkimi przedsiębiorstwami.

Firmy globalne lokują ogniwa produkcyjne w krajach korzystnych dla produktu finalnego. Dany element wykonuje się w kraju, gdzie jest dostęp do tańszych narzędzi i surowców. Firma, która nie jest globalna, ma ogromne ograniczenia i problem, żeby skutecznie konkurować na rynku – podkreśla Pazgan.

Crowdtiming – nowa idea dzięki aplikacji Homergy

Crowdfunding, czyli zbieranie drobnych kwot na rzecz danego projektu, na dobre wszedł w rzeczywistość ekonomiczną. A goni ją już inna idea – crowdtiming. O co chodzi? Na rynek wchodzi właśnie aplikacja Homergy, dzięki której użytkownicy będą mogli oszczędzać energię elektryczną w domu. Zaoszczędzone w ten sposób kilowatogodziny zostaną przeliczone na złotówki, a Bosch – twórca aplikacji – przeznaczy pieniądze na cele charytatywne. Homergy to jednocześnie oszczędzanie, ekologia i źródło finansowania projektów charytatywnych.

homergy
Homergy to całkowicie bezpłatna aplikacja marki Bosch na smartfony i tablety, dzięki której możesz oszczędzać energię elektryczną.

Homergy to nowa aplikacja na smartfony i tablety, dzięki której każdy może z łatwością śledzić zużycie prądu w swoim domu. Po pobraniu Homergy wystarczy zrobić zdjęcie licznika oraz wprowadzić podstawowe dane na temat metrażu mieszkania i posiadanych sprzętów. Ponowne skanowanie po trzech dniach pozwoli ustalić średnie zużycie energii w gospodarstwie domowym, a zarazem stan wyjściowy do oszczędzania. Następnie nie pozostanie już nic innego jak sukcesywnie zmniejszać ilość zużywanych kilowatogodzin. Aplikacja nie tylko podpowie, jak to zrobić poprzez praktyczne porady, ale też zmotywuje do większych oszczędności.

Dodatkowo po zalogowaniu się do Homergy, na platformie będzie można tworzyć grupy i oszczędzać wspólnie. Aplikacja umożliwi śledzenie własnych postępów w zakresie redukcji zużycia energii, jak również rywalizację między grupami, co oznacza, że będzie mobilizowała do osiągania coraz lepszych wyników. A oszczędzać warto nie tylko dla obniżenia rachunków za prąd, ale też w bardziej szlachetnym celu. Bosch, który jest autorem aplikacji, przeznaczy ekwiwalent pieniężny zaoszczędzonych kilowatogodzin podczas zabawy na realizację wybranych projektów. Pierwsze dwa zgłosiły Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach oraz Fundacja Integracja JPII w Łodzi.

I właśnie tutaj pojawia się idea crowdtimingu. Podczas gdy crowdfunding to zbieranie drobych kwot, które pozwalają zrealizować pomysł czy projekt, crowdtiming to suma drobnych aktywności, które wykonują konsumenci. Wystarczy, że poświęcą trochę czasu i zaangażują się we wspólne działanie, a zebrane w ten sposób pieniądze zostaną przekazane na projekty charytatywne. W przypadku Homergy te drobne aktywności użytkowników, to oszczędzanie energii elektrycznej za pomocą aplikacji. Korzyści odnoszą oni sami, środowisko naturalne oraz organizacje, które otrzymają wsparcie finansowe.

Z pomocą Homergy chcemy przekonać konsumentów do idei demokracji energetycznej. Ludzie zwykle uważają, że ich codzienne drobne oszczędności niewiele zmienią, bo kilka kilowatów nic nie znaczy. Dzięki aplikacji przekonają się, że kilkaset tysięcy takich małych oszczędności w sumie może dać ogromny efekt. Warto oszczędzać energię z Homergy – by obniżyć rachunki, ale przede wszystkim po to, by wesprzeć innych – mówi Jakub Jedliński Starszy Menedżer ds. Zarządzania Produktem, lider zespołu w projekcie crowdtiming w BSH Sprzęt Gospodarstwa Domowego.

Aplikacja jest dostępna na smartfony i tablety z systemem Android i iOS. Korzystanie z niej jest bezpłatne, a sama aplikacja całkowicie transparentna. Mimo że Homergy zostało stworzone przez prywatną firmę, nie służy jako platforma sprzedażowa ani promocyjna. Użytkownicy nie będą dostawać ofert handlowych czy informacji o produktach, a ich dane osobowe będą całkowicie bezpieczne. W Homergy liczy się energooszczędność i cele prospołeczne, ponieważ aplikacja ma stanowić nowe, stabilne źródło finansowania projektów prowadzonych przez organizacje charytatywne. „Nasza aplikacja jest alternatywą dla standardowych kampanii marketingowych, zgromadzi wokół nas ambasadorów energooszczędności i pozwala nam wydawać pieniądze, na rzeczy bardziej wartościowe niż zwykła reklama.” – mówi Jakub Jedliński.

Szkolnictwo zawodowe receptą na brak fachowców

Szkolnictwo zawodowe, które w latach 90. popadło w kryzys, wraca do łask. Na taki rodzaj kształcenia stawia nie tylko Polska, o czym świadczą działania Ministerstwa Edukacji Narodowej, ale i większość pozostałych krajów Unii Europejskiej.

Jest wiele młodych osób, które mimo wyższego wykształcenia mają problem ze znalezieniem pracy. Dlaczego? Jak wyjaśnia Justyna Ścigler z agencji zatrudnienia Manpower, „przedsiębiorcy poszukują wykwalifikowanych pracowników technicznych, którzy mają fach w ręku – niekoniecznie dyplom ukończenia studiów”. Muszą ich zapewniać szkoły zawodowe.

Pracodawcy coraz częściej wspierają szkoły o profilu zawodowym – gwarantują płatne praktyki i staże dla uczniów oraz absolwentów. Jest to wzajemne zaspokajanie potrzeb. Szkolnictwo zawodowe daje nie tylko wiedzę, ale i konkretne umiejętności, których oczekuje się na rynku pracy.

Technika i szkoły zawodowe przeżywają renesans. Od wielu lat nie mieliśmy problemów z rekrutacją, zmieniają się tylko tendencje dotyczące wyboru kierunku nauki – mówi serwisowi infoWire.pl Bogusława Pieńkowska, dyrektor Zespołu Szkół Hotelarsko-Turystyczno-Gastronomicznych nr 1 w Warszawie. Po technikum (w którym nauka trwa 4 lata, a uczniowie mają 2 egzaminy: maturalny i zawodowy) można iść na studia lub do pracy – dodaje.

Szkoły starają się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom pracodawców. Niestety, ich bolączką jest niedofinansowanie – sprzęt branżowy jest bardzo drogi. Potrzebne są też pewne zmiany w programie nauczania. Bogusława Pieńkowska twierdzi, że przydałoby się wydłużyć czas odbywania praktyk – z miesiąca do dwóch – oraz zwiększyć liczbę godzin języka obcego.

Nerwowe rozmowy o podwyżce

Rozmowa o podwyżce u 41% pracujących Polaków wywołuje zdenerwowanie. Denerwujemy się w trakcie rozmowy, ale i przed nią – co piąty pracownik przyznaje, że obawa o nerwową reakcję szefa powstrzymuje go przed zainicjowaniem rozmowy o wynagrodzeniu. Co więcej, 70% z nas uważa, że aby otrzymać podwyżkę, trzeba mieć dobre relacje z szefem, wynika z raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”.

Po co te nerwy? Rozmowa o podwyżce a emocje Polaków

Nie ulega wątpliwości, że rozmowy o podwyżce nie należą do najprostszych – prawie połowie Polaków (41%) towarzyszy wtedy zdenerwowanie; częściej takie emocje występują u kobiet (49%) niż u mężczyzn (35%). Co ciekawe, najczęściej do zdenerwowania podczas rozmowy przyznają się osoby z wyższym wykształceniem (45%), a najrzadziej te z zasadniczym zawodowym (35%). Wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie Pracuj.pl pokazują, że rozmowy o podwyżce mogą wywoływać jednak również pozytywne emocje. Część pracowników traktuje negocjowanie podwyżki jako wyzwanie, a nie tylko stresującą ostateczność – co czwarty respondent przyznaje, że podczas rozmowy o zarobkach ze swoim przełożonym odczuwa ekscytację, a 23% – radość.

Co piąty pracownik obawia się nerwowej reakcji szefa

Dbanie o pozytywne stosunki z szefem przekładają się na większa szansę na podwyżkę? Tak właśnie uważa większość badanych Polaków. Blisko 70% respondentów twierdzi, że aby otrzymać podwyżkę, niezbędne są dobre relacje z przełożonym. Co więcej, aż 21% pracowników przyznaje, że nie inicjuje rozmowy o wyższym wynagrodzeniu w obawie o zdenerwowanie szefa. Lęk o reakcję szefa potęguje się wraz wiekiem;  tylko 16% pracujących Polaków w wieku do 40 roku życia, ale już prawie 30% respondentów w wieku powyżej 50 lat odwleka rozmowę o podwyżce ze względu na obawę przed reakcją szefa.

Brak pewności siebie i wiedzy – to nas blokuje przed otwartą rozmową o podwyżce

Co więcej, jak pokazuje raport Pracuj.pl, co czwarty (25%) Polak nie inicjuje rozmowy o podwyżce z powodu braku wiedzy na temat możliwych zarobków na analogicznym stanowisku, a także generalnego przekonania, że „i tak podwyżki się nie dostanie” (37% badanych). Brak pewności siebie może więc często wynikać z niewiedzy lub braku argumentów, które pozwalałyby wierzyć, że można negocjować korzystniejsze wynagrodzenie. „Brak punktu odniesienia skutecznie utrudnia dużej części z nas określenie wartości swoich kompetencji, umiejętności i doświadczenia – tłumaczy Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń Grupy Pracuj. „Rozmawiając o zmianie płac, nikt nie chce zaproponować kwoty, która mogłaby zostać uznana za wygórowaną, bo od razu zostanie odrzucona. Jednocześnie, jeśli prosząc o podwyżkę wymienimy kwotę zbyt małą, pracodawca może się zacząć zastanawiać, dlaczego wyceniliśmy się tak nisko. Dlatego tak istotne jest zdobycie wiedzy o tym, jak rynek wycenia aktualnie nasz profil zawodowy. To pozwoli nam nie tylko pewniej podchodzić do rozmów o zarobkach, lecz także pomoże w określeniu naszego miejsca na rynku pracy” – wyjaśnia ekspert.

W odpowiedzi na potrzeby wskazywane przez pracowników, Pracuj.pl stworzył narzędzie,
które ułatwi rozmowę z przełożonym o wynagrodzeniu. Serwis zarobki.pracuj.pl umożliwia sprawdzenie, czy nasza pensja jest odpowiednia względem doświadczenia i stanowiska.

Cytowanie danych za podaniem źródła: Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu” na podstawie badań TNS Polska.

Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl w dniach 10-15 września 2014 r. na reprezentatywnej grupie pracujących Polaków (n=1000). Metodologia: wywiady telefoniczne wspomagane komputerowo (CATI).