W 2021 roku aż 35 miliardów na budowę dróg w Polsce

W roku 2021 rozpocznie się i zakończy więcej inwestycji drogowych, niż w 2020. Oprócz kontynuacji 100 zadań budów drogowych – o łącznej długości 1200 kilometrów, na które zabezpieczone jest 15 miliardów złotych w krajowym budżecie – rozpoczną się nowe budowy o wartości ponad 20 miliardów zł. Będzie to 350 kilometrów całkowicie nowych odcinków dróg i 330 kilometrów dróg poddawanych przebudowie. Już za prawie trzy lata kierowcy będą mogli pojechać nowymi drogami, które powstaną w ramach tegorocznych przetargów. Na jakich odcinkach skupiać się będzie Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad?

– GDDKiA koncentruje się przede wszystkim na trasie S19, biegnącej wzdłuż wschodniej granicy kraju – gdzie ogłoszone zostały przetargi na aż 100 kilometrów. Powstanie po mniej więcej 50 kilometrów drogi S10 Bydgoszcz-Toruń i drogi S17 – łączącej Warszawę z Lublinem. GDDKiA zapowiada też, że przygotuje w tym roku pełną dokumentację do ważnego poszerzenia autostrady A2 między Łodzią a Warszawą – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W 2020 roku oddano tylko 138 kilometrów autostrad, ale rok bieżący ma się zakończyć lepiej. Przewiduje się 385 kilometrów nowych tras szybkiego ruchu. Jedną z ważniejszych będzie tunel południowej obwodnicy Warszawy. Służby budowlane mają go odebrać w drugim kwartale tego roku. Oddane zostanie też 40 kilometrów autostrady A1, kilka kluczowych obwodnic i kolejne kilometry drogi S70 na północ od Warszawy. Pojedziemy także nowym odcinkiem S3 – wzdłuż zachodniej granicy Polski, odcinkiem S19 między Rzeszowem a Lublinem, a także drogą S61 – czyli Via Baltica, w kierunku Mazur i przejścia granicznego. Ta droga na pewno ułatwi i poprawi płynność przejazdów, ze względu na duży ruch samochodów ciężkich w tym kierunku – analizuje Furgalski.

Podczas pandemii Polacy masowo tracą zdrowie psychiczne. Głównie młodzi i najlepiej zarabiający

Przeszło czterech na dziesięciu Polaków twierdzi, że ich zdrowie psychiczne ucierpiało w czasie pandemii. Głównie deklarują to osoby będące w wieku 18-35 lat oraz zarabiające ponad 9 tys. zł miesięcznie. Problem najbardziej widać w miejscowościach liczących 20-49 tys. mieszkańców i w największych polskich miastach. Dotyka on przede wszystkim rodaków z wykształceniem wyższym, podstawowym i gimnazjalnym. Komentujący wyniki eksperci podkreślają, że ekonomiczne aspekty w tym przypadku mają drugorzędną wartość. Bardziej liczą się elementy typowo społeczne.

Jak wynika z ogólnopolskiego badania opinii społecznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Therapify, 42,2% Polaków uważa, że w czasie tzw. I i II fali pandemii ich zdrowie psychiczne pogorszyło się. Natomiast 50,4% jest przeciwnego zdania, a 7,4% nie potrafi tego określić. Problem najczęściej odczuwają osoby w wieku 18-22 lata oraz 23-35 lat. Natomiast najmniej widoczny jest on wśród rodaków w przedziale wiekowym 56-80 lat.

– Tarcze antykryzysowe sprawiły, że na rynku pracy nie doszło do gwałtownego pogorszenia. Ale i tak bardziej narażone na następstwa trudnej sytuacji gospodarczej są osoby młodsze bez należytego doświadczenia zawodowego lub z niewielkim stażem pracy niż ludzie starsi. Z kolei w grupie 56-80 lat dominują prawdopodobnie emeryci. Osoby w tym przedziale wiekowym często cechuje mniejsza  mobilność społeczna oraz aktywność zawodowa. Stąd też mogą mniej silnie odczuwać negatywne skutki lockdownu. Wprawdzie emerytury wielu Polaków są niewysokie, ale zapewnione na stałe – komentuje prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Patrząc na dochody, najczęściej o kłopotach ze zdrowiem psychicznym mówią osoby uzyskujący ponad 9 tys. zł miesięcznie netto. Jak stwierdza Damian Markowski z platformy Therapify, często ludzie najwięcej zarabiający mają też duże bieżące wydatki, np. zaciągnięte kredyty lub inne zobowiązania. W trakcie lockdownu zaczęli się więc mocno stresować. Rozpoczęło się również przysłowiowe wiązanie końca z końcem i zastanawianie, co będzie dalej.

– Ludzie najwięcej zarabiający nierzadko uzyskują wynagrodzenia nie tylko w swoich podstawowych miejscach pracy. Mają też szereg różnych dodatkowych prac zleconych. Ale pandemia silnie to ogranicza. W przypadku niektórych osób może więc dochodzić do dużych spadków dochodów – wyjaśnia ekspert PTE.

Biorąc pod uwagę wielkość miejsca zamieszkania, widzimy, że problemy ze zdrowiem psychicznym głównie zgłaszają Polacy z miejscowości liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców oraz z miast mających co najmniej 500 tys. ludności. Jak przekonuje ekspert z Therapify, mniejsze ośrodki z reguły są mocno powiązane z tymi największymi. Sporo osób dojeżdża do pracy w większym mieście z niewielkich, okolicznych miejscowości.

–  Różne badania wskazują, że w miejscowościach liczących 20-49 tys. mieszkańców jest większe ryzyko utraty pracy. Jeżeli np. w tych ośrodkach dominuje turystyka i hotelarstwo, to siłą rzeczy pojawia się silny stres, strach przed utratą zatrudnienia i rzeczywiste bezrobocie. Z kolei im większe jest miasto, tym trudniej jest ludziom radzić sobie z odosobnieniem. Ciasne mieszkania i blokowiska to nie są dobre miejsca do tego, żeby odreagowywać różnego rodzaju napięcia, które wywołuje pandemia. W  warunkach lockdownu i zwiększania zakresu pracy zdalnej problemem staje się wirus samotności, zwykle destrukcyjnie wpływający na dobrostan psychiczny ludzi – podkreśla prof. Mączyńska.

Największy problem z pogorszeniem się zdrowia psychicznego widać w woj. podlaskim i mazowieckim. Z kolei najmniejszy jest w woj. śląskim. Z badania wynika również, że najczęściej o tych kłopotach mówią Polacy z wykształceniem wyższym, a także z podstawowym i gimnazjalnym.

– Absolwenci studiów wyższych przeważnie żyją w większych miastach, gdzie panuje duża rywalizacja i większy stres. Martwią się o swoje bieżące zarobki i przyszłe dochody. Natomiast ludzie z wykształceniem podstawowym czy gimnazjalnym mogli to również poważnie odczuć. W czasie pandemii utracili jedyne źródło zarobkowania, ewentualnie zostało im ono mocno ograniczone – podkreśla Damian Markowski.

Z kolei zdaniem prof. Mączyńskiej, zdrowie psychiczne nierzadko łączy się z kwestiami ekonomicznymi. Obawy o utratę pracy i samo bezrobocie przeważnie wywołują głębokie stresy. Mogą pojawiać się przy tym różnego rodzaju napięcia w rodzinie. W dodatku niedostatek materialny może być barierą należytej dbałości o zdrowie, co może rzutować na osłabienie ogólnej kondycji zdrowotnej, w tym także psychicznej.

– Z badania wyraźnie też wynika, że zdrowie psychiczne Polaków najmniej pogorszyło się z powodu złych warunków pracy, braku dostępu do leków czy też przez zdalne wykonywanie obowiązków służbowych. Patrząc na problem tylko z punktu widzenia ekonomii, ogólnie przyjęty wzrost cen jest dopiero piątą przyczyną wskazanego problemu. Ekonomiczne aspekty mają jednak drugorzędną wartość. Bardziej liczą się elementy typowo społeczne – podsumowuje Damian Markowski.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 12-15.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy Therapify wśród 1026 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Globalny poziom ruchu w sieciach 5G już w 2025 roku przewyższy ten w infrastrukturze 3G/4G

5G będzie najbardziej przełomowym standardem komunikacyjnym dla całego pokolenia. Umożliwi powstanie wielu nowych usług, w tym zapewniających zaawansowane zarządzanie energią, które będą miały kluczowe znaczenie dla rozwiązywania narastających problemów związanych ze zrównoważonym rozwojem. Przeprowadzone ostatnio badania identyfikują praktyczne wyzwania dotyczące zarządzania energią w kontekście 5G, przed którymi stoją operatorzy telekomunikacyjni.

Szacunkowo sieci 5G mogą być do 90% bardziej wydajne w kontekście ilości przesyłanych danych niż poprzedni standard 4G. Pobierają jednak znacznie więcej energii ze względu na zwiększoną gęstość sieci, duże uzależnienie od systemów informatycznych i infrastruktury oraz zintensyfikowane wykorzystanie zasobów sieci i szybszy transfer. Raport przygotowany przez firmę konsultingową STL Partners oraz Vertiv, globalnego dostawcę rozwiązań w zakresie krytycznej infrastruktury cyfrowej i zapewniających ciągłość jej działania, pokazuje, że operatorzy telekomunikacyjni powinni zająć się tymi wyzwaniami na dwa sposoby:

  1. poprzez przyjęcie w swoich sieciach najlepszych praktyk w zakresie efektywności energetycznej;
  2. poprzez zachęcanie swoich klientów do wdrożenia usług bazujących na 5G w celu zmniejszenia zużycia energii i emisji CO2 we wszystkich dziedzinach życia.

STL Partners szacuje, że globalny poziom ruchu w sieciach 5G już w 2025 roku przewyższy ten w infrastrukturze 3G/4G. Stawia to przed operatorami wyzwania w zakresie zrównoważonego rozwoju. 40% przedsiębiorstw ankietowanych na potrzeby raportu stwierdziło, że efektywność energetyczna powinna być na pierwszym lub drugim miejscu na liście priorytetów operatorów telekomunikacyjnych przy wdrażaniu sieci 5G.

Raport „Dlaczego zarządzanie energią ma kluczowe znaczenie dla sukcesu technologii 5G prezentuje wyniki badania przeprowadzonego wśród 500 przedsiębiorstw na całym świecie. Przedstawia wyzwania, przed którymi stoją operatorzy telekomunikacyjni zmagający się ze zwiększonym zużyciem energii i kosztami związanymi z 5G. W dokumencie wskazano kilka najlepszych praktyk, których zastosowanie ułatwi zniwelowanie tych problemów. Zostały one przyporządkowane do pięciu kategorii.

  1. Infrastruktura sieciowa – Wdrażanie sprzętu i oprogramowania zaprojektowanego i obsługiwanego z myślą o zapewnieniu odpowiedniej wydajności.
  2. Infrastruktura sprzętowa – Zasoby w nowych, brzegowych centrach danych do obsługi systemów IT bazujących na chmurze.
  3. Zarządzanie infrastrukturą – Wdrażanie odpowiedniego sprzętu i oprogramowania do pomiaru sieci, oraz jej monitorowania, zarządzania, ulepszania i automatyzacji.
  4. Modelowanie sieci i kontrola ich pracy – Całościowe spojrzenie na koszty i inwestycje w sieci podczas cyklu eksploatacyjnego.
  5. Współpraca z partnerami – Wprowadzanie innowacyjnych i nietradycyjnych modeli oraz standardów komercyjnej współpracy.

Operatorzy telekomunikacyjni redukują zużycie energii i koszty dzięki poprawnej ocenie ekosystemu otaczającego ich sieci ludzi, celów, infrastruktury i partnerów – powiedział Scott Armul, wiceprezes ds. globalnych systemów zasilania prądem stałym i instalacji zewnętrznych w firmie Vertiv. – Działanie aplikacji 5G, z uwagi na ich zależność od systemów IT, będzie wymagało zaawansowanej współpracy między operatorami, producentami OEM i dostawcami infrastruktury oraz klientami, aby zapewnić optymalizację wdrożeń i osiągnąć największą możliwą wydajność.

5G jako narzędzie zrównoważonego rozwoju

Raport wyraźnie wskazuje, że poprawa wydajności sieci z wykorzystaniem najlepszych praktyk, choć ważna, jest tylko jednym z elementów układanki 5G. Konieczne jest całościowe podejście do ograniczenia zużycia energii i emisji dwutlenku węgla poprzez podjęcie działań, które są w znacznym stopniu poza kontrolą operatora telekomunikacyjnego sieci 5G.

Operatorzy wdrażają sieci 5G, aby uzyskać nowe źródła przychodów. Ich wzrost będzie pochodził z zapewnionego nowego sposobu łączności oraz z aplikacji umożliwiających klientom operatorów podążanie własną ścieżką transformacji cyfrowej – uważa Phil Laidler, dyrektor w STL Partners. – Aby być wiarygodnymi partnerami dla swoich klientów, operatorzy muszą dawać przykład. Dlatego dobrze zacząć od odpowiedniej strategii energetycznej.

Szanse na postęp

Raport wskazuje trzy branże, które mogą znacznie zredukować zużycie energii i emisję dwutlenku węgla dzięki wykorzystaniu usług 5G.

1) Branża produkcyjna może osiągnąć do 2030 r. korzyści o wartości nawet 730 mld USD dzięki zastosowaniu 5G do wdrożenia systemów wykrywania usterek i przeciwdziałania im oraz mechanizmów automatyzacji.

2) Transport i logistyka mają szansę uzyskać do 2030 roku do 280 miliardów USD korzyści dzięki zaawansowanemu wspomaganiu kierowców, cyfrowemu połączeniu infrastruktury drogowej i zautomatyzowanym dostawom zamówień do domu.

3) 5G pozwoli sektorowi ochrony zdrowia zapewnić lepszy dostęp do usług medycznych nawet dla miliarda pacjentów do 2030 roku, przy jednoczesnym zmniejszeniu emisji dwutlenku węgla dzięki lepszemu wykorzystaniu zasobów, zmniejszeniu liczby podróży odbywanych przez pacjentów i lekarzy oraz zwiększeniu produktywności personelu medycznego.

Stymulowanie takich postaw ma kluczowe znaczenie dla operatorów, aby złagodzić wpływ 5G na środowisko. Jest jednak jeszcze wiele do zrobienia, aby zbudować potrzebne do tego partnerstwa. Tylko 37% ankietowanych przyznało, że postrzega operatorów jako wiarygodnych partnerów w ograniczaniu emisji dwutlenku węgla już teraz, zaś 56% stwierdziło, że operatorzy mogą być wiarygodnymi partnerami w przyszłości.

Dodatkowe szczegóły, w tym sposoby zachęcania klientów przez operatorów do korzystania z 5G w zrównoważony sposób oraz przykłady strategii mających na celu poprawę wydajności sieci 5G, są dostępne w raporcie, który można pobrać ze strony Vertiv.com.

2 marca STL Partners organizuje poświęcone temu zagadnieniu webinarium „Clean Energy: Critical For 5G’s Success?” z udziałem ekspertów z firmy Vertiv. Zarejestrować się na to wydarzenie można na stronie STLPartners.com/webinars. Więcej informacji na temat portfolio energooszczędnych rozwiązań firmy Vertiv, pozwalających czerpać dodatkowe korzyści z sieci 5G, znajduje się na stronie Vertiv.com/5G-PL.

Enefit Green z rekordową produkcją energii z OZE w 2020 r.

Enefit Green, spółka zależna Grupy Eesti Energia pozyskująca energię z OZE, wyprodukował w 2020 r. 1,35 TWh energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych znajdujących się na terenie Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. Wyprodukowana ilość energii stanowi równowartość dwumiesięcznego zapotrzebowania energetycznego Estonii.

Największy wkład w produkcję energii elektrycznej Enefit Green miały elektrownie wiatrowe w Estonii i na Litwie, które wytworzyły łącznie 1,14 TWh energii elektrycznej, czyli o 11% więcej niż w 2019 r. 

Aavo Kärmas, prezes zarządu Enefit Green, wskazał na lepsze warunki wiatrowe i wzrost niezawodności elektrowni jako przyczynę dobrych wyników produkcyjnych. – W ubiegłym roku średnia prędkość wiatru w naszych farmach wiatrowych wyniosła 6,9 m/s, w porównaniu do 6,6 m/s w 2019 roku – różnica jest znacząca. Analiza danych produkcyjnych gromadzonych na przestrzeni lat, umożliwia szybszą reakcję na awarie i skrócenie czasu trwania przerw – wyjaśnił Kärmas. Dodał także, że strategia spółki zakłada, że to właśnie farmy wiatrowe przyczynią się w najbliższych latach do największego wzrostu produkcji.

Elektrownie słoneczne Enefit Green w Estonii i Polsce wygenerowały łącznie ponad 25 GWh energii elektrycznej

Produkcja energii elektrycznej ze słońca wzrosła w Polsce ponad czterokrotnie. Polski rynek ma duży potencjał z punktu widzenia inwestycyjnego z uwagi na często organizowane aukcje energii odnawialnej oraz wysokie ceny energii elektrycznej –  bez wątpienia najwyższe wśród rynków, na których działamy. Jesteśmy zdecydowanie zainteresowani rozszerzeniem naszej działalności w zakresie energii słonecznej w Polsce – podkreślił Kärmas.

Produkcja peletu, ciepła i wyniki produkcji instalacji OZE na wyspie Ruhnu

Należący do Enefit Green zakład produkcji peletu Broceni wyprodukował w ubiegłym roku rekordową ilość peletu, przekraczającą możliwości projektowe zakładu (161 504 ton). Roczna produkcja energii elektrycznej hydroelektrowni w Keila-Joa wzrosła o 36% do 802 MWh.

Unikalne rozwiązanie w zakresie energii odnawialnej na wyspie Ruhnu, składające się z parku słonecznego, turbiny wiatrowej, urządzenia magazynującego i generatora zapasowego, dostarczyło wyspie 570 MWh energii elektrycznej w 2020 r., pokrywając w ten sposób połowę jej zapotrzebowania energetycznego.

Enefit Green wyprodukował w 2020 r. 544 GWh ciepła, czyli o 5% mniej niż w 2019 roku. Głównym powodem spadku produkcji było zmniejszone zapotrzebowanie w związku z cieplejszą pogodą w ubiegłym roku.

Wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych odgrywa kluczową rolę w realizacji strategicznego celu Eesti Energia, jakim jest wytwarzanie 43% energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych do 2024 r.

Enefit Green jest jednym z największych producentów energii odnawialnej w regionie, a także największym producentem energii wiatrowej w krajach bałtyckich.

„Wielkie Wyzwanie: Energia” – początek trendu na przydomowe elektrownie wiatrowe?

Z danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) wynika, iż moc zainstalowanych paneli fotowoltaicznych w Polsce zwiększyła się o 154,33 MW i na początku października 2020 roku wyniosła 2,6 GW, co oznacza wzrost o ponad 166% rok do roku. Nasz kraj znajduje się na piątym miejscu w Unii Europejskiej pod względem inwestycji w fotowoltaikę. Nic nie wskazuje na to, by trend ten miał się w najbliższym czasie zatrzymać, a panele fotowoltaiczne stały się trwałym elementem krajobrazu. Tymczasem, za sprawą zainicjowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju „Wielkiego Wyzwania: Energia”, w kolejnych latach w Polsce nastać może również trend na przydomowe elektrownie wiatrowe. Nad prototypami urządzenia pracują obecnie już 84 zespoły projektowe z całej Polski.

Wydaje się, iż branża OZE wyszła z kryzysu spowodowanego pandemią obronną ręką, a odnawialne źródła energii stale zyskują nową przestrzeń do rozwoju. Sprzyja temu zarówno ewolucja nowoczesnych technologii, jak i wzrost świadomości ekologicznej społeczeństwa. Polacy w większości są zdania, że Odnawialne Źródła Energii to przyszłość i doceniają ich pozytywny wpływ na środowisko. Do stawiania na OZE, inwestorów w Polsce zachęca także ogłoszona przez Unię Europejską strategia „Europejskiego Zielonego Ładu” oraz fundusze, jakie wspólnota przewidziała na zieloną transformację państw członkowskich.

Po fotowoltaice czas na dynamiczny rozwój technologii wiatrowych

Fotowoltaika jest już zdecydowanie rozwiniętą technologią, która znalazła zainteresowanie i zaufanie na polskim rynku prosumenckim. Tylko przez cały wrzesień 2020 roku przyrost mocy instalacji fotowoltaicznych w Polsce wyniósł 6,1%. Trend ten pokazuje, że Polacy są coraz bardziej świadomym społeczeństwem – świadomym zarówno zmian klimatycznych, jak i możliwości generowania oszczędności w domowym budżecie. Teraz, w celu urozmaicenia polskiej „diety energetycznej” o nowy składnik, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce wesprzeć rozwój małogabarytowych przydomowych elektrowni wiatrowych. Do tej pory energetyka wiatrowa kojarzyła się z dużymi instalacjami, generującymi moc znacznie przekraczającą zapotrzebowanie prywatnego domu. Według ekspertów NCBR rolą innowacji jest zmniejszenie dystansu opłacalności, z jakimi borykały się przydomowe elektrownie wiatrowe dotychczas.

– Narodowe Centrum Badań i Rozwoju analizuje trendy społeczne i naukowe, bazując na dokumentach unijnych, rozwoju technologii oraz własnych ekspertyzach. Celem inicjatywy jest stymulowanie powstawania i rozwijania przełomowych rozwiązań w obszarze małogabarytowych, wydajnych urządzeń energetyki wiatrowej, wykorzystujących siłownie wiatrowe i magazyny energii. Poprzez jego realizację chcemy zmotywować środowiska naukowe i przemysłowe do zaangażowania własnych zasobów, w celu rozwijania proekologicznych technologii – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor NCBR.

Głównymi argumentami „za” posiadaniem przydomowej elektrowni wiatrowej jest oczywiście dostęp do darmowego prądu oraz pozytywny wpływ na środowisko. Instalacja podczas pracy nie emituje bowiem dwutlenku węgla oraz innych zanieczyszczeń wpływających na jakość wdychanego przez ludzi powietrza. Dla prywatnych użytkowników jest to także możliwość na uniezależnienie się energetyczne w miejscach, w których występują częste braki w dostawie prądu lub brak jest wystarczająco mocnej infrastruktury sieci energetycznej. W razie nadmiaru wyprodukowanej energii, użytkownik instalacji może sprzedać swoją nadwyżkę lub magazynować ją w celu wykorzystania podczas mniej wietrznych dni w ciągu roku.

„Wielkie Wyzwanie: Energia” – gra o rewolucję na rynku energii wiatrowej i 1 mln złotych

„Wielkie Wyzwanie: Energia” ma wpłynąć na rozwój sektora przydomowych elektrowni wiatrowych w Polsce i udowodnić, że w energii kinetycznej wiatru jest potencjał, który każdy z nas może wykorzystać, aby zbilansować swoje gospodarstwo domowe. Dzięki postawieniu takiego wyzwania, NCBR dąży m.in. do ograniczenia smogu i redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz zwiększenia wykorzystania Odnawialnych Źródeł Energii.

NCBR do spróbowania swoich sił w „Wielkim Wyzwaniu: Energia” zaprosił wszystkich chętnych, czyli: naukowców, przedsiębiorców, studentów czy „garażowych” pasjonatów. Do dalszego etapu Wyzwania zakwalifikowały się 84 ekipy z ponad 180 zgłoszonych. Zmagania rozstrzygną się 14 sierpnia 2021 roku w Warszawie. Na żywo, z wysokości trybun stadionu PGE Narodowy każdy z zainteresowanych widzów będzie mógł obejrzeć „pojedynek wiatraków”, w którym zmierzy się 10 najlepszych drużyn konstruktorów. Podczas ostatniego etapu zawodów urządzenia poddane zostaną działaniu sztucznego wiatru o zmiennej prędkości, identycznego dla każdego z nich. Wielki Finał potrwa maksymalnie 6 godzin, a drużyna, która najlepiej poradzi sobie z zadaniem przetworzenia energii wiatru w energię elektryczną zostanie pierwszym w historii zwycięzcą „Wielkiego Wyzwania: Energia”. Finał będzie dostępny dla publiczności, która wybierze prototyp, który najlepiej prezentuje się wizualnie. To nacisk na konstruktorów, aby myśleli także o wpływie nowych urządzeń na krajobraz.

Dobry wiatr na zmiany

Zdobycie pierwszego miejsca oraz nagrody głównej w wysokości miliona złotych w „Wielkim Wyzwaniu: Energia” ma zwiększyć rozpoznawalność zwycięzcy oraz umożliwić dopracowanie prototypu, tak aby stał się on gotowym produktem i ofertą na rynku. Prawa własności proponowanych rozwiązań pozostają przy ich autorach, a każde z zaprezentowanych w finale „Wielkiego Wyzwania: Energia” urządzeń będzie miało szansę wejścia na polski oraz zagraniczny rynek.

Już teraz powinniśmy wypracowywać technologie, które wkrótce staną się opłacalne, a „Wielkie Wyzwanie: Energia” przybliży naszemu społeczeństwu gotowe rozwiązania małogabarytowych turbin wiatrowych. Dodatkowo do kalkulacji finansowych należy doliczyć efekt skali zmniejszający koszty poszczególnych instalacji. Myślenie o problemie i wykorzystanie wiedzy w sposób nieszablonowy to mocna strona polskich innowatorów i naukowców. „Wielkie Wyzwanie: Energia” pokaże rozwiązania, które do tej pory nie zobaczyły światła dziennegowyjaśnia Maciej Malski-Brodzicki, koordynator pierwszego w historii „Wielkiego Wyzwania: Energia”.

Ostatnie badania pokazują, że średnia prędkość wiatrów występujących na terenie Polski zwiększa się. Jest to pokłosie zwiększonej emisji gazów cieplarnianych i wzrostu temperatury na całym globie. Kolejnym czynnikiem, który może przyczynić się do sukcesu rynkowego „wiatraków” mogą być programy rządowe wspierające transformację energetyczną, a najlepszym przykładem jest nawiązanie do programu „Mój prąd”. Program ten zadziałał jak katalizator i przekonał do instalacji paneli fotowoltaicznych wiele osób, które wcześniej się wahały.

Aby zmniejszyć uciążliwość potencjalnych produktów, jednym z kryterium oceny prototypów wytwarzanych na potrzeby „Wielkiego Wyzwania: Energia” jest kryterium hałasu. Żaden prototyp nie może generować hałasu większego niż 50dB podczas pracy. Oprócz tego urządzenie powinno cechować się estetyką, jego wymiary, zarówno w warunkach statycznych, jak i dynamicznych nie mogą być większe od sześcianu o boku 2 metrów. Jego waga nie może natomiast przekroczyć 200 kg.

Więcej informacji na temat „Wielkiego Wzywania: Energia” znaleźć można na oficjalnej stronie: wielkiewyzwanie.ncbr.gov.pl.

Przedsięwzięcie pn. Wielkie Wyzwanie: Energia realizowane jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez wdrożenie nowego modelu finansowania przełomowych projektów badawczych (projekt realizowany w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

CloudFerro w projekcie Digital Twin Earth Precursor dla Europejskiej Agencji Kosmicznej

CloudFerro, firma specjalizująca się w innowacyjnych usługach przetwarzania w chmurze, dostarcza usługi eksperckie dotyczące technologii chmury obliczeniowej w projekcie Digital Twin Earth Precursor, realizowanym przez Europejską Agencję Kosmiczną.

Projekt Digital Twin Earth ma na celu stworzenie „cyfrowego bliźniaka” naszej planety, który odtworzy zachodzące na Ziemi procesy, umożliwiając przeprowadzanie złożonych symulacji funkcjonowania globalnych ekosystemów. Historyczne i aktualne dane satelitarne obserwacji Ziemi, w połączeniu z rozwiązaniami sztucznej inteligencji i modelowaniem, pozwolą na opracowanie dokładnych, długoterminowych prognoz dotyczących klimatu.

Obecnie ESA prowadzi kilka równoległych projektów-prekursorów, mających na celu opracowanie modeli Digital Twin Earth, obejmujących różne  dziedziny, takie jak gospodarka morska, rolnictwo czy zmiany klimatu. CloudFerro dostarcza ekspertyzę technologiczną dla jednego z tych projektów – prekursora w zakresie obszarów leśnych – Forest Digital Twin Earth Precursor. Zapewni także infrastrukturę obliczeniową w celu kontynuacji projektu w ramach inicjatywy Network of Resources.

Głównym wyzwaniem tego przedsięwzięcia będzie cyfrowa rekonstrukcja zachowania ekosystemów leśnych w skali globalnej, poprzez integrację modeli środowiskowych z danymi satelitarnymi z obserwacji Ziemi. Lasy są ważnym i niezwykle złożonym elementem w globalnym modelowaniu Ziemi. Wpływają na wiele obszarów, takich jak gospodarka wodna, zmienne meteorologiczne i klimatologiczne (wiatr, wilgotność, obieg dwutlenku węgla). Ważna będzie integracja modelu prekursora leśnego z pozostałymi, za pomocą modeli numerycznych, zautomatyzowanego pobierania i przepływów danych oraz w oparciu o potężną infrastrukturę, która będzie w stanie obsłużyć obliczenia i rosnące wolumeny informacji.

– Jesteśmy dumni, że możemy być częścią tak ambitnego przedsięwzięcia jak Digital Twin Earth. Ten projekt może znacznie poprawić stan naszej wiedzy o ewolucji globalnych ekosystemów oraz dostarczyć informacji dla działań klimatycznych, prowadzących do zrównoważonej gospodarki w skali całej naszej planety. Ponieważ tak duże projekty badawcze jak Digital Twin Earth oparte są na gromadzeniu, przechowywaniu i przetwarzaniu dużych ilości danych w łatwy, opłacalny i sprawny sposób, wymagają zaawansowanych kompetencji oraz ogromnych zasobów technologicznych – mówi Stanisław Dałek, wiceprezes i dyrektor technologii w CloudFerro.

– Bazując na naszej wiedzy i dotychczasowym doświadczeniu w dostarczaniu i obsłudze platform chmurowych, takich jak CREODIAS, Climate Data Store, CODE-DE, WEkEO, EO IPT i innych, których łączna pamięć masowa przekracza obecnie 100PB, jesteśmy w stanie pobierać, przechowywać, indeksować oraz rozpowszechniać dziesiątki, a nawet setki petabajtów danych. Nasze ostatnie testy wykazały, że jesteśmy w stanie dostarczyć ponad 2PB danych dziennie z naszych repozytoriów, co jest wystarczające do świadczenia usług w chmurze dla całego projektu Digital Twin Earth – wyjaśnia Stanisław Dałek.

Liderem projektu Forest Digital Twin Earth Precursor jest fińska firma państwowa VTT. Oprócz CloudFerro, partnerami projektu są także: Uniwersytet Helsiński, UNIQUE z Niemiec, SIMOSOL z Finlandii oraz ICAS z Rumunii. Zakończenie wstępnej fazy projektu planowane jest na wrzesień 2021 roku, kiedy to zostanie zaprezentowany dokładny plan realizacji oraz wersja demonstracyjna rozwiązania.

Spadki na giełdach. Karuzela na franku szwajcarskim

Piątek zaczął się spadkami na giełdach. Jest to kontynuacja tego, co działo się wczoraj w USA. Gorszy nastrój na parkietach przenosi się oczywiście na rynki walutowe.

Spadki na giełdach

Zaczęło się wczoraj za oceanem, kontynuację mamy dzisiaj w Europie. Większość indeksów zalicza wyraźne spadki, niektóre, co prawda, jak niemiecki DAX szybko odrabiają większość straty, ale w dalszym ciągu na wykresach dominuje czerwień. Jest to kolejny element układanki pod tytułem odpływ kapitału z rynków. Wczoraj mieliśmy kolejny rekord rentowności amerykańskich obligacji od początku pandemii. Oznacza to, że pieniądze uciekają nawet z amerykańskich papierów dłużnych. Sytuacja nie różni się mocno w przypadku innych gospodarek. W rezultacie tego strachu w odwrocie jest również polski złoty.

Karuzela na franku szwajcarskim

W ciągu tygodnia frank szwajcarski niespodziewanie zanurkował z poziomu 4,17 zł na 4,07 zł, po czym od wczoraj znów dotarł do 4,12 zł. Powodów tego ruchu trzeba jednak szukać poza granicami Polski. Winna jest relacja pomiędzy euro a frankiem. Inwestorzy trzymali swoje środki we franku, jako bezpiecznej przystani na trudne czasy. W połowie lutego patrząc na poprawiającą się sytuację i perspektywy rozwoju na świecie zaczęli podejmować decyzję o przeniesieniu ich w miejsca oferujące potencjalnie wyższe zyski. W ten sposób frank tracił względem euro, a tym samym złotego. Wczoraj jednak wraz ze spadkiem na amerykańskim parkiecie ruch ten uległ odwróceniu.

Dobre dane z USA

Wczorajszy pakiet danych makroekonomicznych pozytywnie zaskoczył analityków. Symbolicznie lepiej wypadł wzrost PKB. Zamówienia na dobra również przekroczyły oczekiwania. Najważniejsze jednak były dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych zgodnie z oczekiwaniami spadła, ale okazała się o 90 tysięcy niższa od oczekiwań, to ponad 10% różnicy. W rezultacie tych danych inwestorzy spojrzeli przychylnym okiem na dolara amerykańskiego. Odzyskał on część strat poniesionych od początku tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Popyt na powierzchnie biurowe na największych rynkach w Polsce w 2020 r. niższy o 24% w porównaniu do rekordowego 2019 roku

  •  2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce wzrosły o 6,2% w stosunku do 2019 roku.
  • Na koniec 2020 roku w budowie znajdowały się 84 projekty, z czego najwięcej w Warszawie, Krakowie i Trójmieście.
  • Poziom pustostanów na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%.
  • Na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii, na rynku zauważalny jest przyrost powierzchni oferowanej w formie podnajmu.

Podaż: w budowie 84 projekty o łącznej powierzchni 1,4 miliona mkw.

W miastach regionalnych oddano do użytku łącznie 397 000 mkw. w 37 projektach, z czego do największych inwestycji możemy zaliczyć Face2face B w Katowicach (26 200 mkw. – Echo Investment), Olivia Prime B w Gdańsku (25 000 mkw. – Olivia Business Center), pierwszą fazę Centrum Południe we Wrocławiu (23 700 mkw. – Skanska), budynek Wave A w Gdańsku (23 600 mkw. – Skanska) oraz High 5ive IV w Krakowie (23 500 mkw. – Skanska). Na koniec 2020 roku w budowie znajdowało się 84 projekty o łącznej powierzchni 1,4 miliona mkw., z czego największa liczba nowych inwestycji powstaje w Warszawie (22), Krakowie (14), Trójmieście (14), w Katowicach (13) oraz Łodzi (8).

Większość obiektów w budowie jest obecnie realizowana zgodnie z harmonogramem. Niemniej jednak, na wielu rynkach spodziewamy się wystąpienia efektu luki podażowej w latach 2023-2024, ze względu na ograniczanie decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych projektów do momentu ustabilizowania sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Poziom pustostanów na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który w ujęciu kwartalnym powiększył się o 0,4 pp., a w ujęciu rocznym wzrósł o 2,4 pp. i na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%. Ponadto, na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii utrzymuje się wysoki poziom podnajmów oferowanych na rynku.

Według szacunków Cushman & Wakefield na koniec 2020 roku w stolicy blisko 108 000 mkw. powierzchni biurowych było oferowanych w tej formie oraz około 147 000 mkw. w miastach regionalnych, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni biurowej.

W 2020 roku wynajęto prawie 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej

W 2020 roku najemcy wynajęli łącznie 1 189 000 mkw. powierzchni biurowej, co jest wartością o 24% niższą niż w roku poprzednim.

Chociaż spadek wolumenu transakcji jest odczuwalny, warto zauważyć, że popyt w 2019 roku był rekordowy, a wstępne prognozy wskazywały nawet na dwukrotnie większe załamanie na rynku. Ponadto, obecna sytuacja wpłynęła również na strukturę popytu w odniesieniu do poprzednich lat poprzez zmniejszenie udziału nowych transakcji i wzrost liczby renegocjacji umów najmu. Niesłabnącą popularnością wśród najemców cieszyły się powierzchnie znajdujące się w budynkach będących w trakcie realizacji – blisko połowa nowych umów najmu stanowiły transakcje typu pre-let – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Do największych transakcji zawartych w 2020 roku możemy zaliczyć umowę przednajmu podpisaną przez PZU w budynku Generation Park Y w Warszawie (46 500 mkw.), a w miastach regionalnych umowę przednajmu Allegro w biurowcu Nowy Rynek D w Poznaniu (26 000 mkw.) oraz renegocjację umowy najmu ABB w budynku Axis w Krakowie (20 000 mkw.).

Czynsze w regionach na dotychczasowym poziomie

Wraz z ograniczeniem aktywności uczestników rynku stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe w Warszawie spadły do poziomu 23,50 EUR/mkw./miesiąc w Centrum i 14,75 EUR/mkw./miesiąc poza Centrum. W miastach regionalnych czynsze za najlepsze powierzchnie utrzymały się na dotychczasowym poziomie 13-15 EUR/mkw./miesiąc.

W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się stabilizacji czynszów bazowych wraz ze wzrostem pakietu zachęt, w postaci wydłużonego okresu zwolnienia z czynszu lub zwiększonych dopłat do wykończenia powierzchni, które zwiększą presję na czynsze efektywne – dodaje Katarzyna Lipka.

Trójmiasto z wysokim wolumenem nowej podaży na rynku biurowym

W 2020 r. na trójmiejski rynek dostarczono blisko 60 300 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. To niespełna 1,5% mniej niż w roku poprzednim. Plasuje to aglomerację na 3. pozycji wśród regionów pod względem nowej podaży biur. Tym samym całkowita podaż powierzchni biurowej osiągnęła 888 600 mkw. W najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych wzrostów i przekroczenia granicy 1 mln mkw. – prognozują eksperci Colliers.

O tak korzystnym wyniku podaży zadecydowały bardzo dobre drugi i trzeci kwartał 2020 r., kiedy to zakończono budowę m.in. Olivia Prime B (25 tys. mkw.) – kolejnego etapu Olivia Business Centre oraz Wave A (23,6 tys. mkw.), zrealizowanego przez firmę Skanska.

– Pandemia COVID-19 nie zatrzymała aktywności deweloperów. W budowie pozostaje 132,2 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. W 2021 r. spodziewamy się oddania do użytku kilku istotnych dla Trójmiasta projektów m.in. największej w historii Gdyni inwestycji biurowej, czyli 3T Office Park (38,2 tys. mkw.), realizowanej przez SGPM. To również ważny rok dla rozwoju terenów postoczniowych i obszaru Młodego Miasta, gdzie powstaje budynek C300, kolejny etap kompleksu biurowego Centrala realizowanego przez dewelopera Inopa (niemal 14 tys. mkw.) oraz pierwszy etap Palio – inwestycji biurowej realizowanej przez Cavatinę (ok. 16 tys. mkw.) – mówi Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers w Trójmieście.

W budowie są również obiekty: Format w Oliwie (prawie 16 tys. mkw.) oraz drugi etap projektu Officyna we Wrzeszczu (7,3 tys. mkw.) realizowane przez Torus, a także budynek Gato realizowany przez dewelopera Hossa (10 tys. mkw.) i pierwszy etap Airport City – budynek Alpha, (8,5 tys. mkw.).

– Tak duża dynamika podażowa powinna przynieść w 2021 r. wzrost relokacji wynikający z bardziej konkurencyjnych ofert i z potrzeby modernizacji przestrzeni przez najemców, którzy będą dostosowywali ją do pracy hybrydowej. Biuro zmienia bowiem swój tradycyjny charakter i stanie się w większej mierze miejscem spotkań, współpracy i wymiany pomysłów, aniżeli klasyczną przestrzenią tworzącą standardowe stanowisko pracy – dodaje Błażej Kucharski.

Stabilny popyt, renegocjacje zyskują na znaczeniu

W 2020 r. popyt na powierzchnie biurowe w Trójmieście wyniósł ponad 87 700 mkw., co pozwoliło mu utrzymać 3. miejsce wśród miast regionalnych. Pomimo zawirowań związanych z pandemią, wynik ten jest porównywalny do lat ubiegłych –  niższy zaledwie o ok. 13 tys. mkw. od wyjątkowo udanego roku 2019, w którym podpisano umowy na blisko 101 tys. mkw.

Najwięcej transakcji zawarto w Gdańsku (blisko 69 tys. mkw.), do czego w dużej mierze przyczyniło się podpisanie nowej umowy na wynajem ponad 12 tys. mkw. w budynku Alchemia Neon. Na drugiej pozycji uplasowała się Gdynia (18,7 tys. mkw.), która odnotowała ponad pięciokrotny wzrost ilości wynajętej powierzchni w porównianiu z 2019 r.

W strukturze popytu, podobnie jak w ubiegłych latach, dominowały nowe umowy najmu, które w całym roku 2020 stanowiły ok. 46% zawartych kontraktów, czyli porównywalnie wobec 45% w 2019 r.

– To w dużej mierze zasługa bardzo udanego pod tym kątem pierwszego kwartału 2020 r., w którym podpisano nowe umowy na łączną powierzchnię przekraczającą 28 tys. mkw., co stanowi 88% wszystkich zawartych w tym okresie kontraktów. Kolejne kwartały zostały zdominowane przez renegocjacje, których udział w całym roku wyniół 37%. Były to w dużej mierze transakcje związane z przedłużeniem kończących się umów najmu, ale również wymuszone przez pandemię renegocjacje kontraktów wynikające z potrzeby optymalizacji kosztów przez najemców w pierwszej połowie roku – tłumaczy  Agnieszka Grzywaczewska, transaction manager w trójmiejskim biurze Colliers.

– Taka struktura popytu znajduje odzwierciedlenie również w transakcjach wspieranych przez Colliers, z których zdecydowaną większość stanowiły renegocjacje. Nie zabrakło jednak firm, które pomimo pandemii zdecydowały się na najem nowej powierzchni. Przykładem może być m.in. firma JIT Team, która wynajęła ponad 1,6 tys. mkw. w budynku Tensor Y – dodaje Błażej Kucharski.

Więcej pustostanów i więcej podnajmów

Wysoka podaż nowej powierzchni biurowej wpływa na rosnący współczynnik pustostanów, który w 2020 r. wyniósł 9,5% i w porównaniu z rokiem 2019 wzrósł blisko dwukrotnie.

– Biorąc pod uwagę liczbę inwestycji będących obecnie w budowie, możemy spodziewać się, że ta tendencja utrzyma się, w konsekwesncji czego wskaźnik pustostanów wzrośnie. Jak na razie firmy  pozostają ostrożne nie tylko w zakresie podejmowania decyzji o ekspansji, wstrzymane zostały również nowe wejścia na rynek – mówi Błażej Kucharski.

Na sytuację rynkową i zachowania najemców wpływ ma również rosnąca liczba ofert podnajmu powierzchni. Wiele firm w poszukiwaniu oszczędności zdecydowało się w ubiegłym roku na taki krok. W Trójmieście łączna powierzchnia przeznaczona na podnajem przekroczyła 30 tys. mkw.

Letnie opony nadal dozwolone na śniegu

W nawiązaniu do wypowiedzi rzecznika Ministerstwa Infrastruktury Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego potwierdza – w ministerstwie nie trwają żadne prace legislacyjne, które pomogłyby zmniejszyć ilość wypadków i stłuczek w czasie jesiennej słoty i zimy. Brak wymogu opon całorocznych lub zimowych w Polsce to istotne uchybienie w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa na drogach w naszym nieprzewidywalnym klimacie. Szczególnie od następnej zimy – kiedy kierowcy po zmianie przepisów będą musieli częściej hamować przed przejściami dla pieszych. Tymczasem rząd chce poprawiać bezpieczeństwo na drogach przez inwestowanie wielkich środków w infrastrukturę, ale pozwala by w środku zimy, przy mroźnej pogodzie, bardzo wiele samochodów jeździło na letnim ogumieniu.EUROPA mapa 5 opony

– Niestety dla nas kierowców temat obowiązkowego używania opon zimowych, w tym całorocznych, całkowicie stoi. Tak, jak wszyscy ci z nas, którzy stali w korkach spowodowanych tarasującymi drogę fanami letnich opon w czasie niedawnych opadów śniegu. Tłumaczenie przez niektórych ekspertów braku odpowiednich przepisów niskimi zarobkami w Polsce jest tak absurdalne, że aż ciężko to komentować. Oczywiście posiadanie samochodu mniej lub bardziej kosztuje. Ironizując można powiedzieć, że najtaniej będzie więc jeździć bez opon i bez paliwa. Nie znam niestety samochodu, który tak da radę. Jeśli ktoś nie chce kupować zimowego kompletu opon, ale czuć się w miarę bezpiecznie na drodze – niech używa opon całorocznych z homologacją zimową. Na pewno wyniesie to taniej niż likwidacja szkody w pojeździe po wypadku lub stłuczce na letnich oponach w środku zimy – komentuje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

Wprowadzenie obowiązku można rozłożyć na kilka lat z wyprzedzeniem – żeby każdy się przygotował i kupił odpowiednie opony, kiedy i tak będzie musiał je wymienić. – Mówienie, że jesteśmy są zbyt biedni by mieć odpowiednie opony na zimę to chyba jednak obraza zarówno polskich kierowców, jak i mieszkańców biedniejszych krajów. Aż 17 z 29 europejskich państw, gdzie takie opony są obowiązkowe, ma mniejsze PKB niż Polska i mniejsze zarobki obywateli. Nie róbmy sami z siebie najbiedniejszego narodu Europy – bo to nie pasuje ani do naszej historii, ani do naszego aktualnego poziomu rozwoju gospodarczego – dodaje Sarnecki.

W 29 europejskich krajach, w których wprowadzono wymóg jazdy na oponach zimowych lub całorocznych, przepisy precyzują okres lub warunki obowiązywania takich przepisów. W większości są to konkretne daty kalendarzowe – takie regulacje są aż w 16 krajach. Jedynie 2 kraje mają ten obowiązek określony warunkami na drodze. Określenie dat wymogu jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem – to jasny i precyzyjny przepis, nie pozostawiający żadnych wątpliwości.

Jazda zimą na oponach zimowych lub całorocznych z homologacją zimową to aż o 46% mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia wypadku drogowego w porównaniu z jazdą na oponach letnich– takie są wnioski ze studium Komisji Europejskiej wybranych aspektów korzystania z opon związanych z bezpieczeństwem[1]. Ten raport udowodnił także, że w krajach, gdzie obowiązuje wymóg opon z homologacją zimową liczba śmiertelnych wypadków zmniejszyła się średnio o 3% – a są kraje, które odnotowały spadek liczby wypadków w okresie zimowym nawet o 20%. We wszystkich krajach, które mają obowiązek jazdy na oponach zimowych, rozumie się przez to także opony całoroczne z homologacją zimową (symbol płatka śniegu na tle góry).

Wymóg opon zimowych w Europie:

Regulacja Kraj
Obowiązek kalendarzowy

(określony różnymi datami)

Bułgaria, Czechy, Słowenia, Litwa, Łotwa, Estonia Szwecja, Finlandia
Białoruś, Rosja, Norwegia, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Mołdawia, Macedonia, Turcja
Obowiązek zależny od tylko od warunków pogodowych Niemcy, Luxemburg
Obowiązek mieszany kalendarzowo-pogodowy Austria, Chorwacja, Rumunia, Słowacja
Obowiązek nakładany znakami Hiszpania, Francja, Włochy
Obowiązek na kierowcy dostosowania auta do zimy i konsekwencje finansowe spowodowania wypadku na letnich oponach Szwajcaria, Liechtenstein

Polska jest jedynym krajem w Europie z takim klimatem, gdzie przepisy nie przewidują wymogu jazdy na oponach zimowych lub całorocznych w warunkach jesienno-zimowych. Z badań potwierdzonych obserwacjami warsztatowymi wynika, że aż 1/3 – czyli około 6 milionów kierowców – jeździ zimą na oponach letnich[2]. Wskazuje to, że powinny istnieć jasne przepisy – określające od którego dnia w takie opony należy wyposażyć samochód. W naszym kraju mamy najwięcej w Unii Europejskiej ofiar na drogach. Co roku od kilkudziesięciu lat na polskich drogach ginie ponad 3000 osób i dochodzi do niemal pół miliona wypadków oraz kolizji drogowych. Za te dane wszyscy płacimy rachunki rosnącymi stawkami ubezpieczeniowymi. Roczne koszty wypadków, uwzględniające m.in. koszty leczenia, odszkodowań, pogrzebów, zniszczonej infrastruktury czy napraw blacharskich to rekordowe 50 mld złotych. Dlaczego nasz kraj robi tak mało byśmy tych pieniędzy tracili mniej jako społeczeństwo?

[1] Komisja Europejska, Study on some safety-related aspects of tyre use, https://ec.europa.eu/transport/road_safety/sites/roadsafety/files/pdf/vehicles/study_tyres_2014.pdf

[2] Badanie Nokian, https://www.nokiantyres.com/company/news-article/new-study-many-european-drivers-drive-on-unsuitable-tyres/

Pogrom wśród ryzykownych aktywów

Gwałtowna wyprzedaż na rynku długu wywołała pogrom wśród ryzykownych aktywów. Wraca powątpiewanie w gołębie nastawienie Fed w połączeniu z dyskusją o znaczeniu wyższych rentowności w porównaniu z zyskownością spółek. Bezrefleksyjny efekt kuli śnieżnej prowadzi do szalonych i bezpodstawnych wycen.

Wczoraj rynki finansowe doświadczyły ekstremalnej huśtawki nastrojów w reakcji na gwałtowną wyprzedaż na globalnym rynku długu. Źródłem był rynek amerykański, gdzie słaby popyt na aukcji papierów 7-letnich rozpoczął silną wyprzedaż na rynku wtórnym. W pewnym momencie oprocentowanie 10-latek skoczyło ponad 1,60 proc., choć dzień rozpoczynany był pod 1,40 proc. Ruch był za duży do zignorowania przez inne klasy aktywów i przywrócił strach, że oznacza kres hossy ryzykownych aktywów. Pogrom przetoczył się przez rynek akcji, FX odwrócił się do walut ryzykownych (surowcowych i rynków wschodzących) w stronę USD i pozostałych bezpiecznych przystani; zanurkowały cen złota.

Czwartkowe zawirowania rynkowe są o tyle zdumiewające, że miały miejsce po tym, jak prezes Fed J. Powell i jego koledzy apelowali, aby wzrostu rentowności nie interpretować jako zwiastuna zacieśniania monetarnego, a jedynie jako oznakę poprawy sytuacji gospodarczej. Wygląda jednak na to, że bez bezpośrednich werbalnych interwencji hamujących stromienie krzywej dochodowości przekaz Fed jest niewystarczający. Doszło do tego, że wycena 1-rocznej stopy procentowej za 5 lat przekroczyła 2 proc., co oznacza, że rynek zakłada zrównanie stopy Fed z celem inflacyjnym już w 2026 r.! To niedorzeczne, ale idealnie pokazuje, jak zagubieni są inwestorzy i jak bardzo ceny oderwały się do racjonalnej analizy. Jednocześnie jest to dowód, że Fed musi zrobić więcej, by ustabilizować rynek. Problem w tym, że nie będzie łatwo poprawić wiarygodność, jeśli teraz będzie się wyrażać zakłopotanie wzrostem rentowności, kiedy dopiero co dwa dni temu twierdziło się, że problemu nie ma.

Widzę dwa wyjścia z obecnej sytuacji. Możliwe, że uczestnicy rynku sami dojdą do wniosku, że wczorajsze wstrząsy były bez większego sensu i wrócić powinny proryzykowne nastroje, które budowały się jeszcze w pierwszej części czwartkowych notowań. W przeciwnym wypadku Fed będzie zmuszony ratować sytuację, przy czym wówczas jednym sposobem pozostanie rozpoczęcie dyskusji o kontroli krzywej dochodowości, tj. ustaleniu maksymalnego poziomu dla rentowności. To śmiały ruch, na który na razie porwał się tylko Bank Japonii i Bank Rezerwy Australii, ale w pewnym momencie sam werbalny forward guidance nie wystarcza.

Start handlu w Europie przynosi nieco uspokojenia, więc może wczorajsza huśtawka będzie wkrótce tylko złym snem. Mimo to całe rynki finansowe są teraz zdane na humory rynku długu w USA. Dzisiejsze dane o inflacji (PCE Core) i oczekiwaniach inflacyjnych (raport Uniwersytetu Michigan) mogą być pretekstem do gorącej dyskusji o tempie wzrostu cen i implikacjach dla polityki Fed. Na rynkach jest spokojnie do momentu, aż przestanie być.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rośnie przepaść w oprocentowaniu obligacji USA i strefy euro. Taka sytuacja może istotnie wpłynąć na rynek walutowy

Oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych od sierpnia ub.r. do dziś wzrosło z 0,5 do 1,5 proc., czyli trzykrotnie. W tym samym czasie oprocentowanie 10-letnich obligacji Niemiec wzrosło tylko z -0,4 do -0,27 proc. Taka sytuacja może istotnie wpłynąć na rynek walutowy, doprowadzając do znacznej wyprzedaży euro na rzecz dolara.

Wzrost rentowności obligacji USA przyspieszył w końcówce stycznia br., gdy władzę w kraju przejmowała administracja prezydenta Joe Bidena. Zwiększało się wówczas prawdopodobieństwo wprowadzenia forsowanego przez Bidena planu pomocowego dla gospodarki USA, wartego 1,9 bln USD.

Na wzrost oprocentowania mogło wpływać również zachowanie Jerome’a Powella, szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej. W minionych dniach ani razu nie wspomniał on o możliwości łagodzenia wzrostu oprocentowania długu. Może to oznaczać, że Fed na razie nie zamierza kontrolować rentowności czy też przesuwać ciężaru zakupów w stronę obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

We wtorek i środę podczas swojego półrocznego zeznania przed Kongresem USA Powell podkreślił, że gospodarka potrzebuje wsparcia, a Fed jest przywiązany do obecnego stanowiska w sprawie polityki finansowej. Jest tak, ponieważ ożywienie gospodarcze pozostaje nierównomierne, a inflacja jeszcze przez jakiś czas będzie rosła powyżej 2 proc. Powell powiedział również, że Fed nie planuje zacieśnienia polityki gospodarczej poprzez skupowanie mniejszej ilości aktywów lub podniesienie stóp procentowych.

Wypowiedzi szefa Fed tylko na chwilę złagodziły wyprzedaż obligacji. Już w czwartek podaż powróciła wraz z dość znacznymi spadkami indeksów na amerykańskich giełdach. Co ważne, wydarzenia na rynku obligacji w USA oraz nastawienie amerykańskich władz monetarnych kontrastują z tym, co dzieje się po drugiej stronie Atlantyku.

W Europie wzrost rentowności obligacji nikomu może nie być na rękę, ponieważ dopiero trwa przygotowywanie potężnej emisji obligacji, która miałaby sfinansować program odbudowy europejskiej gospodarki po pandemii. Już w tym tygodniu Europejski Bank Centralny zaznaczył, że będzie uważnie monitorować silny wzrost oprocentowania długu. Istnieją zatem większe szanse, że to w Europie, nie zaś w USA, zwyżki rentowności mogą zostać stłumione. To z kolei może prowadzić do zwiększenia się spreadów między strefą euro a USA – wskazuje Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Jakie mogą być następstwa istotnych różnic oprocentowania obligacji w USA oraz w strefie euro?

Taka sytuacja może bardzo istotnie wpływać na kursy walut. Jeśli rentowności w Stanach Zjednoczonych będą rosnąć szybciej niż w Europie, może to być niekorzystne dla euro. Co więcej, byłoby to na rękę Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który nie akceptuje kursu EUR/USD w okolicach 1,23-1,24. Wzrost różnicy spreadów między USA i innymi krajami, w tym Japonią czy Szwajcarią, może również powodować wyprzedaż franka szwajcarskiego czy jena, ale także i być może niedługo euro. To wszystko może się dziać do momentu, gdy Fed powie „stop” wzrostowi oprocentowania amerykańskich obligacji – zakłada analityk Conotoxia Ltd.

Wyniki finansowe Alior Banku za IVkw.2020: 120,3 mln PLN zysku netto

W IV kwartale Alior Bank skutecznie kontynuuje poprawę wyników finansowych oraz rozwój biznesu: 120,3 mln PLN zysku netto, 20 proc. spadek kosztów ryzyka kw./kw., utrzymana znakomita sprzedaż kredytów hipotecznych, rekordowa sprzedaż funduszy inwestycyjnych w ramach TFI oraz usług Biura Maklerskiego Alior Bank wypracował 911,4 mln PLN przychodów i zakończył czwarty kwartał 2020 r. zyskiem netto w wysokości 120,3 mln PLN, co oznacza wzrost o 108 mln PLN r/r. Dzięki trwałemu wzmacnianiu relacji z klientem oraz konsekwentnie rozwijanej ofercie, bank po raz kolejny odnotował wzrosty w kluczowych dla niego segmentach działalności. Sprzedaż kredytów hipotecznych wyniosła
w IV kw.’20 866 mln PLN, co daje wzrost o 78 proc. r/r. Pozycja
kapitałowa banku jest stabilna i bezpieczna. Współczynnik TIER1 na koniec IV kw. znajduje się na poziomie 13,55 proc., dając 2,44 mld zł nadwyżki kapitału ponad wymogi regulacyjne, natomiast współczynnik TCR na koniec IV kw. osiągnął poziom 15,85 proc. Koszty ryzyka zmniejszyły się o 20 proc. kw./kw. z 289 mln PLN w III kw.’20 do 233 mln PLN w IV kw.’20. Aktywa pod zarządzaniem Alior TFI to około 1,14 mld PLN. Liczba  nowych rachunków maklerskich wzrosła w stosunku do roku 2019 o 280 proc. Przychody z tytułu prowizji maklerskich r/r wzrosły o 135 proc.

Zamykamy ten wymagający rok bardzo dobrymi wynikami czwartego kwartału. Pomimo znacznego pogorszenia otoczenia zewnętrznego, Alior Bank wypracował w tym czasie pozytywne wyniki finansowe. Jest to efekt konsekwentnie realizowanych planów strategicznych. Kierując się potrzebami i zmieniającymi oczekiwaniami klientów, wzmacniamy naszą ofertę produktów i usług. Dzięki temu stajemy się dla naszych klientów zaufanym partnerem, który towarzyszy im w codziennym życiu. Naszą misją jest budowanie stabilnie rozwijającej się instytucji finansowej, która jest nowoczesna i otwarta na postępujący rozwój technologiczny. To przekłada się na utrwalenie naszych relacji z klientami i ich rosnące zaangażowanie we współpracę z bankiem – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu.

Mocny rozwój zdalnych kanałów

Konsekwentne wzrosty widoczne są także w kanałach cyfrowych Alior Banku. Liczba użytkowników aplikacji mobilnej w IV kw.’20 wyniosła 616 tys. (+35 proc. r/r). Rosnące zainteresowanie mobilnym bankowaniem przełożyło się na transakcje wykonane za pośrednictwem Alior Mobile, które wzrosły o 44 proc. Z kolei udział sprzedaży pożyczki gotówkowej w kanałach zdalnych w analizowanym okresie zwiększył się o 11 p.p.

Stabilna i bezpieczna pozycja banku

Poziomy współczynników kapitałowych TIER1 (13,55 proc.) oraz TCR (15,85 proc.) na koniec IV kw. 2020 pozostawiają znaczne bufory ponad minima regulacyjne na poziomie odpowiednio: 505 p.b. (2 438 mln PLN) oraz 535 p.b. (2 585 mln PLN). Pozycja płynnościowa jest utrzymywana również na bezpiecznym poziomie, co potwierdza wysoki poziom wskaźnika LCR, który wyniósł w IV kw. 174 proc. Po znacznym wzroście kosztów ryzyka w II kw.’20, zmniejszyły się one o 20 proc., z 289 mln w III kw.’20 do 233 mln PLN w IV kw.’20, co oznacza zmniejszenie CoR kw./kw. z 1,86 proc. do 1,48 proc.

Wynik z tytułu odpisów na ryzyko kredytowe w drugiej połowie 2020 roku był niższy niż zakładano, ze względu na znacząco lepszą sytuację gospodarczą, w tym także ze względu na wsparcie finansowe w ramach programów rządowych, jaką otrzymały firmy. W przypadku ustabilizowania się sytuacji makroekonomicznej oraz braku zdarzeń jednorazowych, koszty ryzyka nie powinny przekraczać 2,2 proc. w ujęciu kwartalnym – mówi Maciej Brzozowski, Wiceprezes Zarządu Alior Banku odpowiedzialny za obszar ryzyka.

Rekordowe zainteresowanie kredytami hipotecznymi

W IV kwartale największe wzrosty odnotowano w sektorze kredytów hipotecznych, a wartość ich sprzedaży w analizowanym okresie wyniosła 866 mln PLN, co daje 78 proc. wzrost r/r. Tym samym Alior Bank w minionym kwartale osiągnął udział rynkowy na poziomie 5,32 proc. Jednocześnie liczba klientów z kredytem hipotecznym powiększyła się o 11 proc. r/r.

Ten wynik jest efektem konsekwentnej realizacji strategii banku, wspieranej przez m.in. zmiany w ofercie produktowej. Uatrakcyjniliśmy marże i rozszerzyliśmy rozwiązania dla osób nabywających nieruchomości w największych miastach. Naszym celem jest utrzymanie wolumenu sprzedaży kredytów hipotecznych na poziomie osiągniętym w 2020 roku. Dzięki temu jesteśmy w stanie równoważyć wyniki osiągnięte w innych produktach kredytowych – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Bank wypracował również solidne wzrosty w całym segmencie kredytów konsumenckich (consumer  finance), gdzie sprzedaż zwiększyła się o 26 proc. r/r, a liczba klientów z tego rodzaju produktami w analizowanym okresie wzrosła o 20 proc. W IV kwartale sprzedaż pożyczek zanotowała spadek o 43 proc. r/r, co przekłada się na mniejszą liczbę klientów z tym produktem (-4 proc. r/r).

Aktywne i trwałe relacje klienta biznesowego

W IV kwartale 2020 r. nastąpił nieznaczny spadek liczby klientów biznesowych w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Jest to spowodowane rewizją portfela kredytowego i transformacją bazy klientów biznesowych w stronę bardziej aktywnych i trwałych relacji. W tym celu Alior Bank rozwija ofertę usług płatniczych i usług dodanych. W IV kw. 2020 zauważalny jest wzrost liczby klientów posiadających produkt BankConnect, który pozwala na integrację systemów księgowych klienta z BusinessPro.

W związku z rozwojem pandemii COVID-19 i związaną z tym korektą i dostosowaniem polityki kredytowej, odnotowano zmianę sprzedaży kluczowych produktów banku. Łączny limit kredytowy przyznany klientom biznesowym wyniósł w ostatnim kwartale 2020 roku 1,27 mld PLN (+6 proc. r/r). Jednocześnie wartość kredytów dla mikroprzedsiębiorców spadła w tym czasie o 30 proc. i wynosi 320 mln PLN. Sama liczba klientów – z sektora mikro wzrosła jednak o 9 proc. r/r. Jednocześnie już ¾ nowych klientów z tego segmentu dobiera do rachunku kartę debetową (wzrost o 13 p.p. r/r), a blisko 72 tys. klientów mikro płaci składki ZUS oraz podatki za pośrednictwem konta w Alior Banku.

Nowa akwizycja realizowana jest z wyższym niż dotychczas uproduktowieniem i skoncentrowaniem na budowaniu głównej relacji. W 2020 roku postawiliśmy na rozwój bankowości cyfrowej dla klienta biznesowego. Uruchomienie platformy self service umożliwia klientom wnioskowanie online o karty debetowe i rachunki pomocnicze, a także nadawanie do nich uprawnień swoim pracownikom. Stale rozbudowujemy procesy zdalne, dzięki którym przedsiębiorca coraz większą część relacji z bankiem może  zorganizować z poziomu bankowości cyfrowej – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Konsekwentne wzmacnianie roli bankowości cyfrowej oraz kompleksowe uproduktowienie klientów

W ostatnim kwartale 2020 roku Alior Bank w dalszym ciągu realizował działania związane ze wzmacnianiem i promowaniem bankowości internetowej i mobilnej, które umożliwiały klientom korzystanie z usług banku bez wychodzenia z domu. Jednym z priorytetów tych działań jest stworzenie w aplikacji Alior Mobile ekosystemu usług pozabankowych.

Tworzenie aplikacji, której możliwości będą wykraczać poza zarządzanie finansami to bardzo ambitny cel, do którego konsekwentnie dążymy. Klienci oczekują dziś od nas znacznie więcej niż tylko produktów i usług niezbędnych do codziennego zarządzania finansami. Poszukują narzędzi, które ułatwią im organizację wielu innych obszarów, a co ważne pozwolą zaoszczędzić czas. Naszą ambicją jest konsekwentny rozwój takich właśnie rozwiązań oraz dążenie do kompleksowego uproduktowienia klientów, a zatem dostarczenia im szerokiego wachlarza zarówno bankowych jak i pozabankowych usług. Kierując się tymi zmieniającymi się oczekiwaniami, chcemy budować pozytywne doświadczenia klientów poprzez rozwijanie nowych funkcji – mówi Agata Strzelecka, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialna za obszar IT, w tym bezpieczeństwo elektroniczne, jakość rozwiązań informatycznych i rozwój oprogramowania.

Wśród wprowadzonych w IV kwartale innowacyjnych rozwiązań znalazły się m.in. możliwość płacenia telefonem za bilety komunikacji miejskiej oraz parkometry dzięki usłudze moBILET, a także płatności za przejazdy autostradami w ramach usługi Autopay. Bank rozszerzył również zakres korzystania z rat w karcie kredytowej poprzez bankowość internetową i mobilną oraz rozwijał zdalne procesy kredytowe. Wraz z budowaniem długotrwałej relacji z klientem Alior Bank skutecznie wzmacnia rolę bankowości cyfrowej.

Ewolucja w stronę EKO

Alior Bank w swojej działalności zawsze stawiał na efektywne i przyjazne dla klientów rozwiązania. W 2020 roku łączny wolumen sprzedaży produktów EKO wyniósł ok. 240 mln PLN. Dzięki stabilnej sytuacji finansowej i dobrych wynikach w kluczowych obszarach, bank chce w 2021 roku rozwijać się w obszarze EKO – wzmacniając działania z poszanowaniem środowiska oraz zasad zrównoważonego rozwoju.

Wiele wdrożonych i funkcjonujących już rozwiązań w banku ma proekologiczną naturę. Jako instytucja zaufania publicznego nie chcemy poprzestawać wyłącznie na obowiązujących nas regulacjach ładu korporacyjnego. Chcemy więcej. Mamy zamiar aktywnie uczestniczyć w działaniach, które promują proekologiczne zachowania, produkty, finansowanie czy procesy, a tym samym wspierać naszych klientów w realizowaniu postaw społecznie odpowiedzialnych – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu.

Celem działań Alior Banku jest wspieranie takich inicjatyw jak: wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii, rozwoju elektromobilności, redukcji CO2, oszczędności zasobów, w tym recycklingu. W tym obszarze bank oferuje już produkty zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych oraz usprawnia wewnętrzne procesy z zachowaniem dbałości o środowisko. Dodatkowo bank jest partnerem programów Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej „Czyste Powietrze” oraz „Elektromobilność”.

Dobre wyniki kluczowych spółek w Grupie

Po dobrym III kwartale 2020 roku spółka Alior Leasing kontynuowała pozytywne trendy. W całym roku 2020 roku Alior Leasing zrealizował sprzedaż na poziomie 2,3 mld PLN, z czego 684 mln PLN w IV kwartale (+ 11 proc. r/r). Saldo portfela należności leasingowych na koniec IV kw.’20 wyniosło 5,4 mld PLN i było wyższe o 0,4 mld PLN niż na koniec 2019 roku. Jednocześnie w ostatnim kwartale 2020 r. spółka odnotowała wzrost liczby klientów o blisko 13 tys. oraz podpisanych umów o 17 tys. względem IV kw.’19.

Wyróżniające się wyniki odnotowało także Alior TFI, które podtrzymało wysoki poziom sprzedaży netto zarządzanych przez siebie funduszy inwestycyjnych, osiągając w IV kwartale wartość 225 mln PLN. Alior TFI nie tylko szybko odrobił straty z pierwszej połowy roku, wywołane COVID-19 i załamaniem na rynkach kapitałowych, ale w stosunku do stanu z końca 2019 roku zwiększył aktywa pod zarządzaniem w funduszach otwartych o 44 proc. r/r.

Jednocześnie w ciągu roku BM Alior Banku pozyskało blisko 10 tys. nowych rachunków maklerskich, co oznacza wzrost o 280 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Co ważne, 75 proc. z nich zostało założonych w kanałach zdalnych. Klienci coraz chętniej wykorzystują kanały cyfrowe do inwestowania. Udział zleceń giełdowych złożonych w aplikacji mobilnej w analizowanym czasie zwiększył się o 13 p.p.

Kluczowe wskaźniki finansowe w IV kw. 2020 roku:

  • Przychody: 911,4 mln PLN; zysk netto: 120,3 mln PLN.
  • Wskaźnik ROE w IV kw. 2020 na poziomie 7,4 proc.
  • Bezpieczna pozycja kapitałowa oraz płynnościowa banku. Współczynnik TIER1 na poziomie 13,55 proc., a TCR 15,85 proc. Nadwyżka ponad wymogi regulacyjne dla TIER1 wynosi 505 p.b. (2 438 mln PLN), a TCR 535 p.b. (2 585 mln PLN).
  • Znaczący spadek kosztów ryzyka. CoR na poziomie 1,48 proc. Stosunkowo niski udział klientów biznesowych z branż najbardziej zagrożonych wpływem COVID-19.
  • Marża odsetkowa netto (NIM) banku w analizowanym okresie wyniosła 3,63 proc.

Grupa Piotr i Paweł – sąd oddalił zażalenia na zatwierdzenie układów

Do zakończenia postępowania potrzeba już tylko postanowienia sądu o stwierdzeniu prawomocności.

Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał orzeczenia o oddaleniu zażaleń na postanowienie Sądu Rejonowego Poznań Stare-Miasto w Poznaniu o zatwierdzeniu układów dwóch z trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł: Grupa Piotr i Paweł sp. z o.o. oraz Piotr i Paweł Detal sp. z o.o. Rozpoznanie zażalenia w sprawie Piotr i Paweł S.A. jest zapewne kwestią kilku-kilkunastu dni.

Oznacza to definitywną i niepodważalną prawomocność postanowień o zatwierdzeniu – jednak konieczne będzie jeszcze wydanie postanowienia o stwierdzeniu prawomocności, co nastąpi w terminie 2-3 tygodni. Tym samym terminy spłaty układowej zaczną biec od momentu wydania przez Sąd Okręgowy postanowienia o stwierdzeniu prawomocności. Zarząd spółek z Grupy Piotr i Paweł oczekuje na jak najszybsze stwierdzenie prawomocności o zatwierdzeniu układu w spółkach z Grupy Piotr i Paweł oraz na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. w restrukturyzacji.

„Oczywiście spółka wykona układ w terminie – co stanowi dla niej priorytet, mając na uwadze, że spore grono wierzycieli otrzyma kwoty istotne dla nich obecnie – w czasach pandemii. Naszą intencją jest jak najszybsze zakończenie postępowania układowego z wierzycielami i wypłacenie należnych im środków finansowych. Środki finansowe na wypłaty zostały zabezpieczone przez inwestora finansowego i mogą być uruchomione w każdej chwili” – komentuje dr Patryk Filipiak w imieniu zarządcy sanacyjnego

„Czekamy na zakończenie formalności związanych z postępowaniem restrukturyzacyjnym i wypłatę środków. Czekamy też na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. Wbrew naszym intencjom pandemia wydłużyła proces formalny, a złożone zażalenia na postanowienie o zatwierdzeniu układów dodatkowo opóźniły możliwości wypłat dla wierzycieli. Mamy jednak nadzieję, że w najkrótszym możliwym czasie kolejne postanowienia sądów zakończą tę sprawę i pozwolą nam na realizację zobowiązań. Jak najszybsze jej sfinalizowanie jest kluczowe dla dalszej działalności i rozwoju sklepów w sieci – przeciąganie się procedury sądowej utrudnia naszą działalność i wymusza ponoszenie dodatkowych kosztów” – podkreśla zarząd Grupy Piotr i Paweł.

Wierzyciele wszystkich trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł zaakceptowali w głosowaniach propozycje układowe spółek. Oznacza to, że procedura restrukturyzacji po uprawomocnieniu zostanie zrealizowana zgodnie z planem Zarządcy sanacyjnego oraz propozycjami układowymi Zarządów spółek. Spółki – dzięki finansowaniu inwestora strategicznego SPAR GROUP – spłacą wierzytelności i powrócą do efektywnej działalności operacyjnej.

Księgowość tradycyjna czy online? Podpowiadamy, co wybrać

Podczas zakładania działalności gospodarczej, przedsiębiorcy muszą wpisać we wniosku CEIDG, jaki podmiot będzie przechowywać dokumenty księgowe. To moment, gdzie należy się zastanowić, czy wybrać korzystanie z nowoczesnych udogodnień, jaką jest księgowość prowadzona online lub wybrać tradycyjne biuro rachunkowe. Jakie są zalety i wady tych obydwu podmiotów?

Czym zajmuje się biuro rachunkowe?

To podmiot, który świadczy usługi osobom fizycznym, przedsiębiorstwom, instytucjom, a także innym podmiotom gospodarczym. Na podstawie umowy podpisanej ze swoim klientem, w imieniu zleceniodawcy, działalność biura rachunkowego obejmuje prowadzenie dokumentacji kadrowej, usługę w obrębie rachunkowości, a także płac. Profesjonalne biuro księgowe reprezentuje klienta w urzędach i instytucjach, przygotowuje wnioski kredytowe, doradza w zakresie prowadzenia działalności czy oblicza składki na ubezpieczenie społeczne. Najpopularniejszą usługą są kadry i płace, które są niezbędne w każdym przedsiębiorstwie.

Ceny usług księgowych odbiegają od siebie. Obecnie na rynku dostępnych jest ich spora ilość. Wynika to z faktu, że pojawia się coraz to więcej firm, które potrzebują księgowości. Wzrosło zapotrzebowanie na tego typu usługi. Warto zatem zastanowić się nad naszym wyborem. Księgowość online, a może tradycyjna?

Przewaga biura rachunkowego nad obsługą online

Z pewnością jedną z zalet księgowości online, jest jej szeroki dostęp. Dziś prawie wszystko możemy kupić w internecie, zamówić konkretne usługi, czy podpisać różnego rodzaju umowy i złożyć wniosek do urzędu. Księgowość przez internet jest jednak ryzykowna. Obecnie lepiej jest mieć kontakt bezpośredni z człowiekiem. Unikniemy dzięki temu nieporozumień, a w przypadku pytań o sprawy firmy, możemy odwiedzić takie biuro bezpośrednio i umówić się na spotkanie z księgową.

Współpraca z tradycyjnym biurem rachunkowym jest o wiele korzystniejsza. Przedsiębiorca dostarcza dokumenty do swojej księgowej, która następnie je rozlicza i umieszcza w dokumentacji firmowej. Sam przedsiębiorca otrzymuje wysokość podatku i składek do zapłacenia.

Regularny kontakt z naszym biurem księgowym będzie skutkował polepszeniem współpracy, wsparciem specjalisty i będziemy mieli pewność, że wszystkie rozliczenia są dokonywane na czas, a nasze zaufanie do takiej usługi będzie rosło.

Podczas korzystania z księgowości online przesyłamy dokumenty księgowe nie osobiście, a za pośrednictwem Internetu. Może to skutkować ich zagubieniem i nie wysłaniem jakiegoś ważnego elementu dokumentacji księgowej. Ponadto osoba, która korzysta z takiego rozwiązania, musi być rozeznana w działalności aplikacji mobilnych, gdyż to właśnie w taki sposób docierają dokumenty do księgowości online.

Dobra i rzetelna księgowa, to wstęp do udanej współpracy na lata, dlatego sprawdź usługi księgowe we Wrocławiu i wybierz biuro rachunkowe, które spełni Twoje oczekiwania i pomoże w prowadzeniu działalności gospodarczej. Sam zdecyduj, czy lepiej wybrać tradycyjną księgowość, czy skorzystać z księgowości internetowej.

Fatalny początek roku dla firm w Polsce – w styczniu 80% wzrost liczby niewypłacalności

– W pierwszym miesiącu roku w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm. Jest to aż o 80% więcej firm z problemami niż przed rokiem (w styczniu 2020 r. ogłoszono w MSiG niewypłacalność 84 firm).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Usługi – drugie zamknięcie gospodarki mocno odczuwalne. Ale to problemy nie tylko gastronomii, turystyki i hotelarstwa. Także usług dla firm, w obsłudze rynku nieruchomości, ochronie zdrowia… Łącznie 66 niewypłacalności wobec 20 przed rokiem.
  • Ciężki przednówek w produkcji rolnej – niewypłacalność 13 producentów żywności (uprawy, hodowla zwierzęca) oraz 5 firm ich obsługujących. Połączenie wielu czynników: spadku cen mięsa, wzrostu cen zbóż (a więc i pasz), kosztów upraw i produkcji, nadprodukcji w wielu obszarach (ograniczenia w eksporcie) – presji na niskie ceny ze strony przetwórców i handlu.
  • Produkcja – pewne odbicie w produkcji w IV kwartale ub. roku nie zapobiegło wzrostowi niewypłacalności (33 vs. 30 w I 2020). W tym 7 firm z sektora metalowo-maszynowego, ale także 5 firm z sektora tekstylno-odzieżowego oraz 5 producentów art. budowlanych.
  • Budownictwo – koniec koniunktury drogowej? W zestawieniu niewypłacalności pojawiają się firmy bezpośrednio wyspecjalizowane w inwestycjach drogowych. Niepokoi skala odreagowania po spadku nowo rozpoczynanych inwestycji w IV kwartale ub. roku – liczba niewypłacalności zauważalnie wyższa niż przed rokiem (17 vs. 7).
  • Niewypłacalności skupiły się na sektorze MSP: zsumowany obrót firm, których niewypłacalność ogłoszono w styczniu to niecałe 400 mln złotych, a łącznie zatrudniały one około 3 osób.

informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm

Usługi w pierwszym miesiącu tego roku zostały najmocniej dotknięte problemami

– liczba niewypłacalnych firm w sektorze potroiła się z 20 przed rokiem do 66 w styczniu (przyrost +230%). Wbrew oczekiwaniom skala zjawiska nie była jedynie efektem problemów sektora HoReCa (6 niewypłacalności). Usługi odczuwały problemy w wielu bardzo zróżnicowanych rodzajach działalności jak: doradztwo i finansowa obsługa firm – 19 niewypłacalności (pośrednictwo finansowe, doradztwo biznesowe, usługi księgowe, agencje pracy tymczasowej, call center, obsługa targów), ochrona zdrowia – 11 (praktyka lekarska, pielęgniarska, opieka nad osobami starszymi), obsługa rynku nieruchomości 8 firm. Widoczne są także problemy firm wynajmujących sprzęt, serwisujących i instalujących go – obsługujących procesy inwestycyjne.

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Skutki zamknięcia usług „dla ludności”, czyli turystyki, gastronomii i innych będą jeszcze powracać, zwłaszcza iż po pewnym złagodzeniu na horyzoncie są kolejne obostrzenia pandemiczne. Tym niemniej wakacje były pewnym oddechem dla sektora, którego nie miały firmy obsługujące firmy. Popyt na ich usługi spadł drastycznie nie tylko z powodu obostrzeń (jak targi i kongresy), ale także z powodu oszczędności czynionych przez firmy – oszczędności na inwestycjach, ale i na bieżącej obsłudze. Widoczny jest także zastój na rynku ochrony zdrowia – tak dużej liczby niewypłacalności z nim związanych w skali miesiąca nie notowano nigdy. To potwierdzenie alarmujących informacji o znacznych, kilkudziesięcioprocentowych spadkach w profilaktyce i leczeniu poważnych schorzeń (onkologia, kardiologia), jak i m.in. w usługach dentystycznych, rehabilitacyjnych czy upiększających. Za jakiś czas wykreuje to gwałtowny, odłożony popyt na te usługi – i jeszcze większe kolejki w ochronie zdrowia, także w tej prywatnej.

Mimo wzrostu zakażeń, na rynkach walutowych utrzymuje się optymizm

Mijający tydzień nie był bogaty w nowe dane makroekonomiczne. Rynki przede wszystkim monitorowały kształtowanie się wskaźników wyprzedzających, a także śledziły przemówienia przedstawicieli banków centralnych pod kątem informacji o tym, jak będzie się rozwijać polityka walutowa.

Spośród wskaźników pozytywnie zaskoczył niemiecki indeks nastrojów biznesowych IFO, który wzrósł do 92,4 pkt. i zanotował poprawę zarówno w ocenie sytuacji bieżącej, jak i w oczekiwaniach na przyszłość. Chociaż jego wartość nadal kształtuje się poniżej długoterminowej średniej, to nadal relatywnie dobry wynik. Warto również wspomnieć o wyniku styczniowej stopy bezrobocia, która tak jak przewidziano, wzrosła do 6,5%. Należy zwrócić uwagę, że do wzrostu bezrobocia w Polsce w I kwartale dochodzi regularnie.

Rynki w ostatnim tygodniu uważnie śledziły wypowiedzi przedstawicieli banków. Jednym z nich był szef Narodowego Banku Czeskiego Jiri Rusnok, który w wywiadzie powiedział, że główna stopa procentowa może wzrosnąć, ale w dłuższej perspektywie stopy pozostaną niskie. Warto również wspomnieć o posiedzeniu banku centralnego na Węgrzech, gdzie pozostawiono stopy procentowe bez zmian. Jednocześnie oświadczono, że nie jest planowana ich obniżka, za to kontynuowany będzie zakup obligacji rządowych. Zatem na razie nie dojdzie do fundamentalnych zmian w polityce pieniężnej w żadnym z krajów Grupy Wyszehradzkiej.

W tym tygodniu złoty się osłabił i w piątek rano jego kurs wynosił 4,52 PLN/EUR. Eurodolar był na poziomie 1,214 USD/EUR.

Malwina Krakus, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Cierpimy na otyłość cyfrową. Przed ekranem spędzamy blisko 8 godz. dziennie

Na konsumpcję cyfrowych mediów poświęcamy dziś blisko 8 godz. dziennie – godzinę więcej niż w 2019 r. I to wciąż nie jest limit naszych możliwości, donoszą najnowsze badania eMarketer i Insider Intelligence. Cierpimy na cyfrową otyłość, a nasze oczy wręcz nie mogą się oderwać od ekranu, ale czy to na pewno źle?

Tadeusz Kotarbiński – wybitny polski filozof, historyk i pisarz, powiedział kiedyś, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Łatwo tak mówić, kiedy nie siedzi się w zamknięciu od niemal roku, będąc zewsząd atakowanym informacjami dotyczącymi głównie pandemii, lockdownu i koronawirusa. Na szczęście mamy jeszcze świat alternatywny, cyfrowy świat…

Wpatrzeni jak w obrazek

Jak pokazały styczniowe badania zrealizowane przez eMarketer i Insider Intelligence, w 2020 r. spędzaliśmy średnio 7 godzin i 50 minut dziennie konsumując media cyfrowe, co stanowi wzrost o 15% w porównaniu do 6 godz. i 49 min w 2019 r. To największy skok od 2012 r.

W swojej analizie eksperci posługują się coraz popularniejszym terminem “cyfrowej otyłości”, opisując nasze zamiłowanie do korzystania z urządzeń elektronicznych, które stanowią bramę do królestwa internetu. Niedawno pochylił się nad tym pojęciem The Guardian, poświęcając mu obszerny artykuł zatytułowany „Digital obesity: our high-tech lives may be bad for our health”. Co według brytyjskiego dziennika charakteryzuje ludzi cyfrowo otyłych? Przede wszystkim brak umiarkowania w korzystaniu z technologii. Pytanie zatem czy w związku z postępującą epidemią cyfrowej otyłości należy podjąć kroki zapobiegawcze?

Z internetem jest trochę jak z nawykami żywieniowymi. Przez lata ewoluował jednak niekoniecznie w kierunku, jakiego oczekiwaliśmy. Dzisiaj w sieci znajdziemy głównie treści niskiej jakości, mało odżywcze, serwowane szybko i byle jak. Niczego nie wnoszą do naszego życia, są więc typowym junk foodem – uważa Michał Bąk, współzałożyciel platformy społecznościowej Founders.pl, która łączy przedsiębiorców z różnych branż. Ekspert wskazuje jednak na pewien trend: – Mimo wszystko zauważam, że rośnie liczba użytkowników sieci, którzy decydują się na “cyfrową dietę”. Coraz większą popularnością cieszą się targetowanych platform społecznościowych, które łączą ze sobą przedstawicieli danej branży lub osoby o podobnych zainteresowaniach. Pozostając w terminologii dietetycznej, podsumuję to następująco: świadomi konsumenci internetu szanują swój czas i zdrowie, dlatego poszukują treści jakościowych, które będą niczym menu diety pudełkowej.

Zdaniem Bąka, problemem nie jest ilość czasu, jaki spędzamy w sieci, a jego jakość. Najpopularniejsze dziś kanały social mediowe czy serwisy informacyjne, nie oferują nam w zasadzie nic ponad beztroską rozrywkę, okazjonalnie tylko zaskakując czymś wartościowym.

– Dlatego wiele osób porzuca je na rzecz lepiej stargetowanych, mniejszych, ale bardziej precyzyjnych platform. Zwykło się mawiać: co jest do wszystkiego, jest do niczego. I trochę tak można opisać model biznesowy dobrze znanych nam serwisów – twierdzi CEO internetowej społeczności ludzi biznesu Founders.pl.

Pić, jeść, spać, konsumować!

Duet muzyczny Taconafide w swoim hicie Tamagotchi śpiewał “Pić, jeść, spać”, jednak patrząc na wyniki badań eMarketera, powinniśmy dodać: konsumować. A precyzyjnie rzecz ujmując, konsumować cyfrowe media.

Wyśrubowany wynik, jaki wypracowali ankietowani w poprzednim roku, zaskoczył nawet rynkowych analityków. To o około 20 min dłużej niż wynosiła estymacja z pierwszego kwartału 2020 (7 godz. 31 min). Z analizy raportu dowiadujemy się również, że konsumpcja cyfrowych mediów stanowi dziś około 57,5% dziennego czasu, jaki w 2020 r. dorośli poświęcili na korzystanie z mediów w ogóle. A to jeszcze nie koniec. Szacuje się, że do końca przyszłego roku wskaźnik ten osiągnie wartość 60,2%.

Telewizory z dostępem do internetu i konsole do gier są głównymi beneficjentami trendu polegającego na pozbywaniu się kabli. Według badań przeprowadzonych przez eMarketer, branża telewizji kablowej, satelitarnej i telekomunikacyjnej jest na dobrej drodze do utraty największej liczby abonentów w historii. Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych w 2020 r. ponad 6 milionów gospodarstw domowych odcięło kabel od płatnej telewizji. Kanał cyfrowy jest dziś najważniejszym medium wymiany informacji pomiędzy marką a klientem – komentuje sytuację rynkową Michał Bąk.

Potwierdzają to dane Zenith Media, z których wynika, że kanał digital powoli pożera tradycyjne sposoby reklamy. W ubiegłym roku wydatki na cyfrową reklamę odpowiadały za ponad połowę ogólnych wydatków na reklamę (51%).

– Nic dziwnego, skoro dzięki temu rozwiązaniu marki mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję do tworzenia personalizowanych przekazów reklamowych i ofert. To z kolei wpływa na efektywność kampanii. A racjonalne wydatkowanie budżetów reklamowych to jeden z postpandemicznych przymusów – tłumaczy współzałożyciel Founders.pl.

Kieszonkowa rewolucja

Eksperci odpowiedzialni za realizację badania, sprawdzili jakich narzędzi najczęściej używamy do konsumpcji cyfrowych mediów. Raczej nie jest zaskoczeniem, że smartfony odpowiadają za znaczną część “całkowitego czasu cyfrowego” dorosłych. Jak wynika z zebranych przez nich danych, średnia wartość tego wskaźnika po raz pierwszy przekroczyła 3 godziny w 2020 roku (3 godz. 13 min), co stanowi istotny wzrost w porównaniu z 2 godz. 45 min w 2019 roku.

Oczywiście nie zabrakło również prognoz na przyszłość. Okazuje się, że ten trend będzie trwał, choć jego siła nieco osłabnie. Dzienny czas cyfrowy dla dorosłych wydłuży się o kolejne 7 minut w 2021 roku (do 7 godz.57 min), a już w 2022 po raz pierwszy przekroczy 8 godzin (o dwie minuty).

Coraz dłuższy czas, jaki spędzamy w sieci, nie jest przyczyną, a efektem zmian, jakie zachodzą w naszym otoczeniu. Rozwój cyfrowego handlu, dostęp do szybkiego i stabilnego przesyłu danych, jaki oferują 5G i Wi-Fi 6 oraz subskrybizacja modelu posiadania to czynniki wpływające na zaangażowanie, z jakim ludzie migrują do sieci. Internet przestał być wyłącznie dobrą zabawą, stał się wręcz równoległym wymiarem, w którym prowadzimy swoje codzienne życie – zauważa CEO Founders.pl.

Aż chce się powiedzieć: Steve Jobs to Twoja wina! Kiedy w 2007 r., prezes Apple pokazał światu pierwszego iPhone’a, nieliczni spodziewali się, że to połączenie telefonu z laptopem się uda. Mało, że się udało, to jeszcze odniosło spektakularny sukces i zrewolucjonizowało życie nas wszystkich. Jednak ta liberalizacja w dostępie do informacji i możliwości generowania treści samodzielnie przez każdego z nas spowodowała, że nie tylko przywiązaliśmy się do sieci, ale także wyeksportowaliśmy tam ogrom informacji, co utrudnia poruszanie się w nim. Dlatego lekarstwem za cyfrową otyłość nie jest ograniczenie ilości czasu, jaki spędzamy w sieci, a segregacja i selekcja informacji, które tam trafiają. Pora, aby treści serwowane w internecie przestały być junk foodem, a stały się zdrową cyfrową dietą, która nie szkodzi, a pomaga.

Trwają ostatnie prace nad projektem Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego. Wiosną ma trafić pod obrady rządu

Instytucja nazywana roboczo Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego ma przejąć od energetycznych spółek Skarbu Państwa ich aktywa węglowe. W zamyśle autorów tego projektu ma on służyć bezpieczeństwu energetycznemu kraju i stopniowemu wygaszaniu wydobycia węgla. Spółki energetyczne będą za to mogły skupić się na inwestycjach w odnawialne źródła energii i bloki gazowo-parowe, na które potrzebne są wielomiliardowe nakłady. Projekt wkrótce zostanie pokazany spółkom energetycznym i stronie społecznej, następnie trafi do konsultacji publicznych, a w ciągu miesiąca–dwóch zostanie przekazany pod obrady rządu.

Polskie spółki górnicze są dzisiaj w różnej kondycji. W dużo lepszej sytuacji są te, które wydobywają węgiel koksujący, węgiel na potrzeby przemysłu niż te wydobywające węgiel na potrzeby energetyki zawodowej, która ogranicza produkcję energii opartej na węglu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych. – To wynika też z wydajności, geologii, organizacji pracy, inna jest sytuacja Lubelskiego Węgla, inna Polskiej Grupy Górniczej, ale generalnie sytuacja jest zła. W niektórych spółkach nawet bardzo zła.

Pandemia odcisnęła głębokie piętno na branży górniczej i tak borykającej się z problemami. Już w kwietniu 2020 roku JSW, PGG czy Tauron informowały o problemach, absencji pracowników, spadku zamówień ze strony kontrahentów przemysłowych, spadku wydobycia i wzroście zapasów. Nieoficjalnie mówiło się o wydłużaniu terminów płatności w PGG. Dodatkowo sytuacja tego sektora jest strukturalnie trudna, bo ceny praw do emisji uderzają w nią w pierwszym rzędzie, a banki wycofują się z finansowania przedsięwzięć opartych na węglu, trudno więc o pozyskanie finansowania. Skupienie kopalń pod państwowym parasolem miałoby służyć więc stopniowemu przekształcaniu sektora w bardziej przyjazny środowisku w sposób łagodny i nienarażający 30 tys. zatrudnionych w nich pracowników na masowe zwolnienia.

– Chcielibyśmy stworzyć z aktywów wytwórczych opartych na węglu, czyli około 80 bloków, jeden podmiot, który miałby dominującą pozycję rynkową, więc wymaga to odpowiedniego przygotowania i uzyskania wszystkich zgód – wyjaśnia Artur Soboń. – Jednocześnie podmiot ten realizowałby politykę państwa, odciążając spółki energetyczne od energetyki węglowej i przekierowując ich inwestycje na odnawialne źródła energii czy bloki gazowo-parowe. One też wymagają gigantycznych nakładów. Przykładowo inwestycja w energię z wiatraków na Bałtyku to rząd 130–150 mld zł.

Pierwsze informacje o planie skonsolidowania sektora energetyczno-węglowego pojawiły się w II połowie 2020 roku. Jak informuje wiceminister, koncepcja nowego podmiotu, roboczo nazywanego Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego, jest już prawie gotowa.

Będziemy ją pokazywać na początku marca stronie społecznej, tak aby rozpocząć dialog na temat konkretnych rozwiązań – mówi sekretarz stanu w MAP. – Zebraliśmy oczekiwania strony społecznej, jak ten proces powinien wyglądać, chcemy je uwzględnić w końcowym dokumencie. Zanim pokażemy go opinii publicznej, chcielibyśmy go przedstawić w spółkach samym zainteresowanym. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego miesiąca–dwóch można będzie sfinalizować prace nad tą strategią i przedstawić dokument Radzie Ministrów.

Zapewnia także, że rząd będzie prowadził rozmowy na ten temat nie tylko z organizacjami pracodawców i związkami, ale także z Komisją Europejską, która musi wydać zgodę na pomoc publiczną państwa, jaką w istocie byłoby utworzenie NABE.

 Chcielibyśmy nowy podmiot objąć bezpośrednio pomocą publiczną państwa, uzgodnioną oczywiście z Komisją Europejską i zgodną z tymi rygorami, które tego typu pomoc powinna wypełniać. Z drugiej strony chcemy, aby bez tego już, powiedzmy wprost, obciążenia węglem można było uruchamiać finansowanie na inne projekty – potwierdza Artur Soboń.

Jak podkreśla, w planach są także rozmowy z bankami, w których już zadłużone są kopalnie i które wycofują się z finansowania inwestycji opartych na węglu.

– Dzisiaj polityka banków wobec węgla jest jednoznaczna. Mamy decyzje Europejskiego Banku Inwestycyjnego, EBOR-u i banków komercyjnych. Pozyskanie finansowania  na inwestycje węglowe jest w praktyce już dzisiaj niemożliwe, a wszystko wskazuje na to, że sytuacja będzie coraz trudniejsza – mówi wiceminister. – Czeka nas rozmowa ze wszystkimi interesariuszami, którzy będą musieli być w tym procesie. Tego nie unikniemy. Jest to oczywiście kwestia zadłużenia, którą trzeba zarządzić, i stworzenia takiego mechanizmu, który nie będzie generował luki finansowej w przyszłości. Mam wrażenie, że rynek ten pomysł akceptuje. Będziemy w stałym dialogu z rynkiem, aby na każdym kroku pokazywać, w jaki sposób chcemy projektować te rozwiązania.

Raport przygotowany przez organizacje pozarządowe Instrat i ClientEarth krytykuje jednak prezentowane w ubiegłym roku wstępne plany. Krytycznie ocenia zbyt wolne tempo odchodzenia od węgla w elektroenergetyce oraz aspekt ekonomiczny, ostrzegając, że może on oznaczać wielomiliardowe straty dla Skarbu Państwa.

Roboty i skanery 3D przyszłością edukacji. Już dziś pozwalają uczyć programowania i mogą stworzyć model ciała człowieka

Nowe technologie coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w dziedzinie edukacji. Roboty edukacyjne uczą programowania nawet najmłodsze dzieci, roboty społeczne potrafią czytać książki i uczyć języków, a skanery 3D ułatwią naukę ludzkiej anatomii. Choć pandemia utrudniła prowadzenie warsztatów edukacyjnych dla dzieci, to tempo tworzenia nowych rozwiązań nie maleje. – Sztuczna inteligencja i robotyzacja to zdecydowanie właściwe kierunki dla rozwoju edukacji – mówi Maciej Trojnacki, prezes zarządu Eduroco.

– Rozwiązania technologiczne wykorzystywane w edukacji to głównie różnego rodzaju zestawy klocków, z których można budować i programować roboty, manipulatory i inne rozwiązania. Przede wszystkim w tym kierunku idą zajęcia technologiczne. Na rynku są też rozwiązania takie jak skanery i drukarki 3D, które z powodzeniem nadawałyby się do prezentacji, do użycia na warsztatach edukacyjnych. Niestety wciąż bardzo niewiele się używa tych rozwiązań, chociaż technologia jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Trojnacki.

Jednym z rozwiązań, które mogą wypełnić lukę na rynku innowacyjnych technologii wykorzystywanych w edukacji, może być opracowywany przez Polaków skaner sylwetki HUBO. Pozwala on na szybkie zeskanowanie całej sylwetki człowieka. Przy jego użyciu tworzona jest dokładna siatka odwzorowująca poszczególne części ciała. Choć rozwiązanie pierwotnie dedykowane było m.in. branży odzieżowej, to z powodzeniem może się przydać również w nauce anatomii. Nowe technologie mogą jednak również służyć nauce przedmiotów humanistycznych.

– Roboty społeczne mogą być zastosowane np. do nauki języka obcego. Dzięki większej personalizacji można by w lepszy sposób dostosować program nauczania do indywidualnych potrzeb dzieci. Wówczas wąskim gardłem nie byłaby liczba nauczycieli, tylko problemem do rozwiązania byłaby kwestia zapewnienia odpowiedniej liczby sprzętu – wskazuje prezes zarządu Eduroco.

W ubiegłym roku na rynek amerykański został wprowadzony robot Luka The Owl. To interaktywny towarzysz czytania, który potrafi czytać książki, odtwarzać muzykę, rymowanki czy opowieści audio, a także gra z dziećmi w gry. Urządzenie działa w języku chińskim i angielskim, a w jego bazie znajduje się ponad 20 tys. angielskich i 70 tys. chińskich książek obrazkowych.

W Polsce coraz większą popularność zyskuje robot edukacyjny Photon. Jest on przeznaczony do nauki programowania na różnych etapach edukacyjnych: od przedszkola do szkoły średniej.

– Obecne rozwiązania edukacyjne mogą podnieść jakość nauczania przede wszystkim w zakresie programowania, ale też w zakresie zrozumienia pewnych problemów inżynierskich. W szczególności mam tu na myśli rozwiązania nieoparte na klockach, tylko takie, w których coś trzeba skręcić, co jest bliższe rozwiązaniom rzeczywistym – mówi Maciej Trojnacki.

W wyniku pandemii koronawirusa wykorzystywanie nowych technologii w edukacji stało się w pewnym sensie utrudnione, np. odwołano wszelkie warsztaty edukacyjne. Nie spowodowało to jednak spowolnienia w kwestii opracowywania nowych rozwiązań.

– Pandemia nie ma negatywnego wpływu na innowacyjność edukacji, rozwiązania mogą bez problemu nadal powstawać. Może być tylko mniejsza efektywność powstawania tych prac, bo ludzie mniej współpracują bezpośrednio ze sobą. Sztuczna inteligencja i robotyzacja to są zdecydowanie właściwe kierunki dla rozwoju edukacji – dodaje prezes Eduroco.

Według MarketsandMarkets światowy rynek robotów edukacyjnych w 2021 roku osiągnie wartość 1,3 mld dol. Do 2026 roku podwoi swoją wartość.

Neuromarketing coraz silniejszym narzędziem sprzedaży. Coraz silniej wpływa na nasze decyzje zakupowe

Analiza reakcji mózgu klienta na bodziec wizualny jest coraz częściej wykorzystywana w procesie projektowania produktów i opakowań. Znajduje również zastosowanie przy budowaniu stron internetowych, etykiet cenowych czy ekspozycji w sklepach. W przyszłości neuromarketing będzie się prawdopodobnie posiłkował innymi technologiami, jak wirtualna rzeczywistość czy analiza Big Data. – Neuromarketing zbiera całą wiedzę o mózgu i próbuje te procesy wytłumaczyć i przełożyć na skuteczniejsze mechanizmy rynkowe – tłumaczy Wojciech Broniatowski, dyrektor operacyjny CortiVision.

– Neuromarketing jest w tej chwili bardzo popularnym trendem rynkowym. Polega przede wszystkim na zrozumieniu, dlaczego podejmujemy takie, a nie inne decyzje np. zakupowe. Często wydaje nam się, że działamy bardzo racjonalnie i że każdy zakup jest przez nas przemyślany, ale w rzeczywistości mnóstwo dzieje się w naszej głowie, zarówno od strony emocjonalnej, jak i podświadomej. Neuromarketing zbiera całą wiedzę o mózgu i próbuje te procesy wytłumaczyć i przełożyć na skuteczniejsze mechanizmy rynkowe – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski.

Z badania neurobiologicznego przeprowadzonego przez firmę Spotler wynika, że najskuteczniejszym sposobem nawiązywania kontaktu z odbiorcą online poprzez mailing jest wykorzystanie layoutu charakterystycznego dla MS Outlook. Autorzy badania użyli zapisu EEG do oceny aktywności poszczególnych obszarów mózgu po obejrzeniu różnych formatów wiadomości reklamowych. Warto wspomnieć również o tym, że Google po zmianie używanego odcienia koloru stosowanego w linkach reklamowych zanotowało zwiększenie przychodów o 200 mln dol.

– Kolory etykietek promocyjnych w supermarketach czy opakowania produktów są obecnie projektowane zgodnie z procesami poznawczymi, z tym, jak wpływa to na nasze postrzeganie w sklepie. Na neuromarketingu bazuje też w dużej mierze rynek usług edukacyjnych. Wiele mówi się dzisiaj o skutecznym uczeniu się, zwłaszcza w dobie zdalnej edukacji. Neuromarketing i wiedza o tym, w jaki sposób utrwalać wiedzę i w jaki sposób przyswajać ją np. szybciej, są szczególnie cenne dla wszystkich producentów treści e-learningowych, a także dla wielu nauczycieli – wskazuje  dyrektor operacyjny CortiVision.

Naukowcy z rosyjskiego Uniwersytetu HSE zastosowali podejście intermodalne, aby zbadać, w jaki sposób ocenia się podobieństwo produktów spożywczych. Podejście takie opiera się na integracji różnych zmysłów w tworzeniu emocjonalnego obrazu produktu. W ramach testów badacze dawali uczestnikom do spróbowania cukierki zbożowe, a następnie pokazywali zdjęcia różnych produktów, jednocześnie rejestrując EEG. Najmniejsze zakłócenia w wykresie występowały w przypadku największego podobieństwa między produktem próbowanym a wizualizowanym.

Choć neuromarketing opiera się na podświadomych reakcjach na bodziec, występujących na poziomie neuronów, to jedną z technologii sprawdzających się w jego przypadku jest też wirtualna rzeczywistość.

– Czasami buduje się w wirtualnej rzeczywistości scenariusze, a więc pewne przestrzenie, które np. dopiero mają powstać, żeby zbadać ich wpływ na ich przyszłych użytkowników. Pod tym kątem przyglądaliśmy się razem z naszym urządzeniem projektowaniu przestrzeni biurowych, które będą mogły pozytywnie wpływać na pracowników i w jakiś sposób pomagać im w ich pracy. Podobnie też projektuje się np. etykiety produktów, umieszczając je na wirtualnych półkach czy w towarzystwie produktów konkurencji – wyjaśnia Wojciech Broniatowski.

Według Mordor Intelligence światowy rynek neuromarketingu będzie rósł do 2026 roku w średniorocznym tempie na poziomie 15,6 proc. Twórcy raportu zwracają uwagę na to, że pandemia w krótkiej perspektywie zakłóci działanie tego rynku, ponieważ znacznemu ograniczeniu ulega obecnie możliwość sprzedaży bezpośredniej, a co za tym idzie – wizyt klientów w siedzibach firm. W dłuższej perspektywie rynek ten czekają jednak stabilne wzrosty.

– Z pewnością neuromarketing będzie zyskiwał na popularności, ponieważ zarówno nasze ambicje, jak i możliwości techniczne rosną względem oczekiwań i zysków ze sprzedaży i ogólnie rzecz biorąc skuteczności sprzedaży. Szczególnie ciekawe będzie obserwowanie połączeń różnych technologii. Tworzenie nowych połączeń wirtualnej rzeczywistości na przykład z analizą Big Data czy też różnymi interfejsami rozpoznającymi obraz będzie nowym systemem łączenia skuteczności sprzedaży z wielu różnych źródeł danych – komentuje dyrektor operacyjny CortiVision.

GameStop znów w grze. 24 lutego ceny akcji urosły o 100%

Ceny akcji GameStop urosły 24 lutego o 100%. Czy to zapowiedź kolejnej bitwy między małymi inwestorami i funduszami hedgingowymi?

Od stycznia amerykańska spółka GameStop jest symbolem demokratyzacji w świecie inwestowania, gdzie mali inwestorzy, dzięki współpracy i technologii, mogą rzucić wyzwanie rekinom Wall Street, takim jak fundusze hedgingowe.

Dla przypomnienia, w styczniu akcje Game Stop, które wcześniej były warte 20 USD, a firmę uważano za potencjalnego bankruta, przekroczyły wartość 500 USD. Później ich kurs zaczął szybko spadać, aby 24 lutego znów skoczyć do pułapu ponad 90 USD. Na zwyżkę kursu grali inwestorzy indywidualni skupieni wokół grupy WallStreetBets, aktywnej w serwisie internetowym Reddit, narażając na duże straty duże fundusze hedgingowe.

– Spekulacje na akcjach GameStop były kompletnym oderwaniem od jakichkolwiek wartości fundamentalnych i można je wręcz porównać do tworzenia piramidy finansowej. Wygranymi w tej potyczce okazali się być nie mali inwestorzy, ani fundusze hedgingowe, ale po prostu ci inwestorzy, którzy weszli w GameStop i inne „szalone” spółki jako pierwsi i byli w stanie wyjść z tej inwestycji z zyskiem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Zamieszanie było duże, skoro spotkanie z regulatorami rynku organizowała Janet Yellen, Sekretarz Skarbu USA, a nieformalny przywódca inwestorów z WallStreetBets Keith Gill był przesłuchiwany w amerykańskim Senacie. Zamieszanie to dotyczyło jednak przede wszystkim ryzyk związanych z sytuacją finansową funduszy hedgingowych. Gdy brakowało im kapitału, musiały zamykać swoje pozycje, co wywoływało zagrożenie dla stabilności całego systemu rynków finansowych.

Czy w takiej sytuacji, gdy akcje GameStop w ciągu jednego dnia straciły na wartości 60 proc., powinno dojść do zawieszenia ich notowań? Czy potrzebne są nowe regulacje, które ograniczą aż tak ostrą spekulację?

– Istniejące zabezpieczenia, także na warszawskiej giełdzie, są wystarczające – komentuje ekspert CMC Markets. – Natomiast skłonność do spekulacji, która jest już gigantyczna, nadal będzie rosnąć. Dotyczy to nie tylko bitcoina, ale też na przykład akcji Tesli, co tylko potwierdza beztroskę inwestorów, ich chciwość i pazerność. To są nastroje, które najlepiej określają „zalany przez gotówkę” rynek.

Spekulacje giełdowe na niespotykaną dotąd skalę to efekt połączenia możliwość inwestowania drobnych środków przez aplikacje, takie jak RobinHood, z pompowaniem pieniędzy na rynki kapitałowe, związanym z bardzo niskimi stopami procentowymi i pakietami pomocowych dla gospodarki, takimi jak „czeki Bidena”. Taka sytuacja będzie utrzymywać się w najbliższych miesiącach, więc nie wykluczone, że znów będziemy świadkami „kosmicznych” wycen niektórych spółek i kolejnych bitew inwestorów indywidualnych z gigantami Wall Street.

Czysta3.vc inwestuje milion złotych w sunmetric

To narzędzie wykorzystujące sztuczną inteligencję, stworzone w celu dokładnej i zautomatyzowanej detekcji budynków, analizy topografii terenu oraz analizy powierzchni dachowych. Będzie wykorzystywane w branżach OZE, technicznych i technologicznych. Pozyskane fundusze posłużą na zbudowanie sieci neuronowej oraz na dopracowanie technologii. 

Sunmetric optymalizuje proces sprzedaży fotowoltaiki poprzez dokładną analizę danego budynku, a także estymację obiektów i budynków sąsiadujących pod kątem zacienienia. Dzięki temu otrzymujemy dokładną analizę zacienienia oraz natężenia światła, co pozwoli dokładnie ocenić wydajność potencjalnej instalacji fotowoltaicznej. Nadzędzie to umożliwi zarówno analizę pojedynczą, jak i analizę zbiorczą dla danego obszaru.

Skorzystają również miasta i gminy

Jak wskazuje CEO sunmetric, Michał Kułaczkowski, biznes ten ma w zasadzie kilka dróg.

Zakładamy współpracę z firmami instalującymi fotowoltaikę, aby wspierać sprzedaż, lecz również z firmami energetycznymi czy ciepłowniczymi, aby współdziałać przy rozbudowywaniu rynku i analizie potencjału klientów. Nasz produkt jest również skierowany do miast, gmin i powiatów, firm analitycznych, aby tworzyć analizy zbiorcze. Potencjał jest naprawdę duży – mówi Michał Kułaczkowski.

Narzędzie zbudowane w oparciu o sieci neuronowej

Czysta3.vc w grudniu 2020 roku zainwestowała w projekt milion złotych. Pozyskane fundusze zostaną wykorzystane przede wszystkim na zbudowanie sieci neuronowej, która pozwoli uzyskiwać jak najdokładniejsze pomiary na podstawie zdjęć. Celem jest uzyskanie możliwie największej dokładności, stworzenie własnego zestawu danych do uczenia sieci oraz weryfikacji pomiarów. Dodatkowo opracowujemy metody pozwalające na szacowanie wszystkich parametrów takich jak natężenie światła dla poszczególnych segmentów dachu czy sugerowanie lokalizacji modułów fotowoltaicznych, czy innych danych które są niezbędne lub wymagane przez rynek. Założenie jest jednak takie, aby sieć rozwijała się i uczyła nieustannie.

Odnawialne źródła energii są niezwykle istotnym sektorem rynku. Rozwijają się z dużą dynamiką. Sunmetric pracuje nad rozwiązaniem, z którego będą mogły skorzystać nie tylko firmy oferujące fotowoltaikę, lecz także miasta. Dostrzegliśmy potencjał projektu – zwłaszcza że bazuje na bardzo przyszłościowej technologii sieci neuronowych. Dziś w Polsce jest jeszcze niewielu specjalistów z tej dziedziny – mówi Szymon Janiak, managing director w Czysta3.vc.

Projekt poparty konsultacjami

Pomysłodawcy sunmetric przyznają, że to przy realizowaniu projektu smart city zaczęli zgłębiać zagadnienia fotowoltaiki i tego, jak bardzo wpływa na obecny rozwój rynku.

To właśnie wtedy zaczęliśmy szukać rozwiązań, które pozwolą sprawdzić lub obliczyć moc instalacji na potrzeby konkretnego domu. Okazało się, że zajmuje to stosunkowo dużo czasu i wymaga zaangażowania kilku osób. Nie zawsze to jest to, czego oczekuje klient. Konsultowaliśmy nasze spostrzeżenia z firmami z branży, a także przedstawicielami gmin czy miast. Okazało się, że nasz kierunek jest słuszny, a my zyskaliśmy inspirację do stworzenia usługi, jaką są analizy zbiorcze. Jesteśmy przekonani, że to rozwiązanie, które musiało powstać – podsumowuje Kułaczkowski.

W 2020 r. zysk netto EDPR wzrósł o 17% do kwoty 556 mln euro

W 2020 r. EDPR odnotowała łączny przyrost mocy zainstalowanej o 1580 MW, z których 486 MW wskutek przejęcia części działalności Viesgo związanej z OZE.

Pod koniec 2020 r. zarządzała portfelem operacyjnym o łącznej mocy zainstalowanej 12,2 GW.

Spółka realizowała również z powodzeniem swoją strategię sprzedaży aktywów.

EDP Renewables (Euronext: EDPR), światowy lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych globalnych producentów energii wiatrowej, zamknęła rok 2020 r. zyskiem netto w wysokości 556 mln euro, w porównaniu z 475 mln euro w roku 2019. Pod koniec 2020 r. spółka zarządzała portfelem operacyjnym o łącznej mocy zainstalowanej 12,2 GW, z których 11,5 GW było w pełni skonsolidowane, a 669 MW było skonsolidowane kapitałowo (Hiszpania, Portugalia, USA i sektor offshore).

Na przestrzeni roku EDPR zapewniła sobie przyrost mocy zainstalowanej o 1580 MW, z których 486 MW pochodzi z przejęcia części działalności Viesgo związnej z OZE.

237 MW in a Spanish portfolio, 80% sell-down of a 563 MW portfolio in the US (of which 200 MW will become operational in 2021) and a 102 MW Build and Transfer wind farm in US. In total, as of December 2020, the net variation in EDPR’s consolidated portfolio reflected an increase of 806 MW.

W tym okresie spółka nadal z powodzeniem realizowała strategię rotacji aktywów zamykając sprzedaż udziałów w farmie wiatrowej Babilonia o mocy 137 MW, portfolio instalacji na terenie Hiszpanii o łącznej mocy zainstalowanej 237 MW oraz zbywając 80% z portfela 563 MW w USA (z którego 200 MW zostanie oddanych do eksploatacji w 2021 r.), a także zamykając umowę typu Build and Transfer dla farmy wiatrowej o mocy 102 MW, również w USA. Podsumowując, w grudniu 2020 r. przyrost netto mocy zainstalowanej w skonsolidowanym portfelu EDPR wyniósł 806 MW.

W grudniu 2020 r. EDPR była zaangażowana w budowę nowych projektów o łącznej mocy zainstalowanej 2,4 GW, z których 1648 MW stanowiły projekty farm lądowych, 404 MW to projekty fotowoltaiczne, a 311 MW stanowiły udziały kapitałowe w projektach offshore.

W tym okresie EDPR wygenerowała 28,5 TWh czystej energii, przyczyniając się tym samym do uniknięcia emisji 18 mln ton CO₂. Ilość wytworzonej energii była o 5% niższa niż w roku ubiegłym w związku z niższą średnią mocą zainstalowaną, która wynika z realizacji strategii sprzedaży aktywów EDPR.

Wyniki finansowe

EDPR ogłosiła łączne przychody w kwocie 1731 mln euro, co oznacza spadek o 5% wynikający ze słabszych zasobów wiatrowych oraz negatywnego wpływu różnic kursowych, które nie zostały zrównoważone wyższymi cenami sprzedaży. Pozostałe przychody operacyjne wyniosły 498 mln euro (w porównaniu z 400 mln euro w 2019 r.), zaś wyniki w ujęciu r/r odzwierciedlają zyski w wysokości 443 mln euro z transakcji sprzedaży zamkniętych pod koniec roku w USA i w Hiszpanii, razem z transakcjami w sektorze offshore, a dokładnie ze sprzedażą udziałów na rzecz joint-venture offshore z ENGIE, zgodnie z umową zawartą w styczniu 2020 r.

Zarówno wskaźnik EBITDA, jak i EBIT pozostały na tym samym poziomie w stosunku do ubiegłego roku. EBIDTA wyniósł 1655 mln euro, a EBIT był na poziomie 1054 mln euro. Wydatki finansowe netto spadły o 64 mln euro do poziomu 285 mln euro ze względu na niższy poziom długu i niższy średni koszt zadłużenia w tym okresie (3,5% względem 4,0% w 2019 r.).

João Manso Neto, CEO de EDPR, comentó: «Estamos muy satisfechos con los resultados que presentamos hoy. Durante el último año hemos sido capaces incrementar nuestros ingresos, extender nuestra operación geográficamente con operaciones como la de Colombia y de crecer mientras reducíamos nuestra deuda, gracias a una política de desinversiones estratégica. Además, la compañía incrementado de forma considerable su beneficio neto con respecto al ejercicio anterior».

Con respecto al crecimiento futuro de la compañía, Manso Neto añadió: «Nuestro compromiso de continuar creciendo es más firme que nunca. Esto desde la responsabilidad de hacerlo de forma responsable y con el objetivo de continuar generando valor para nuestros inversores, contribuyendo de forma determinante a la transformación energética y apoyando a las comunidades en las que estamos presentes».

Na koniec roku 2020 zadłużenie netto spółki wyniosło 3443 mln euro (+640 mln euro względem grudnia 2019 r.), co wynika ze środków pieniężnych generowanych z aktywów, przeprowadzonych w tym okresie inwestycji – w tym przejęcia OZE od Viesgo – oraz różnic kursowych.

Na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy Zarząd zaproponuje wypłatę dywidendy w wysokości 69,8 mln euro, czyli 0,08 euro na akcję.

Magazyny największym wygranym pandemii

Co czwarty metr kwadratowy nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej w Polsce był w 2020 roku przedmiotem umowy najmu, podała firma doradcza Savills w swoim najnowszym raporcie. Pomimo pandemii, w zeszłym roku odnotowano rekordowy popyt na poziomie ponad 5 mln m kw., a zasoby powierzchni logistycznej w całym kraju przekroczyły próg 20 mln m kw.

Zgodnie z danymi Savills, dzięki prawie 2 mln m kw. nowej powierzchni magazynowej i przemysłowej ukończonej w 2020 roku, jej całkowite zasoby w Polsce wzrosły do 20,7 mln m kw. Oprócz pięciu głównych rynków (Warszawa, Górny Śląsk, Polska Centralna, Wrocław i Poznań), które odpowiadają za blisko 80% istniejących zasobów magazynowych, rynek wyraźnie rośnie w regionie Trójmiasta oraz w Polsce Zachodniej.

Największym obiektem magazynowym, jaki powstał w 2020 r. był A2 Warsaw Park wybudowany przez Panattoni. Jego powierzchnia przekracza 100 000 m kw. Nad blisko dwukrotnie większym projektem ten sam deweloper pracuje w Świebodzinie, który jest jednocześnie największym obiektem pozostającym aktualnie w budowie.

„Najemcy poszukujący powierzchni magazynowej i przemysłowej mogą obecnie korzystać z szerokiej oferty deweloperów, którzy w ostatnich miesiącach, pomimo pandemii, kontynuowali dostarczanie nowych projektów na rynek. Ograniczenie liczby budów spekulacyjnych przekłada się jednak na mniejszą liczbę obiektów do których najemcy mogliby się wprowadzić od zaraz. Wskazane jest zatem rozpoczynanie procesów związanych z wyborem lokalizacji magazynowo-produkcyjnej z nieco większym wyprzedzeniem” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Popyt na powierzchnie magazynowe i przemysłowe nie został wyhamowany przez spowolnienie gospodarcze wywołane pandemią. Wręcz przeciwnie, dzięki rosnącemu znaczeniu handlu elektronicznego i wysokiej aktywności ze strony dużych sieci spożywczych, operatorów logistycznych oraz branży kurierskiej, roczna wartość powierzchni wynajętej pobiła rekord wszechczasów (5,2 mln m kw., wzrost o 27% rdr).

Na początku pandemii istniały obawy, że aktywność najemców ograniczy się do renegocjacji umów, jednak według najnowszego raportu Savills, ten scenariusz nie sprawdził się. Również popyt netto, czyli bez uwzględnienia renegocjacji, był najwyższy w historii rynku magazynowego w Polsce.

„W okresie wakacyjnym nastąpił krótkotrwały wzrost wskaźnika pustostanów, wywołany dość wysokim kwartalnym przyrostem nowej podaży. Została ona jednak zaabsorbowana przez rynek w ostatnim kwartale. W ostatnich trzech miesiącach 2020 roku ukończono budowę najmniejszej ilości nowej powierzchni od czasu drugiego kwartału 2017 r. Pomimo pandemii i nieco bardziej zachowawczego podejścia deweloperów do rozpoczynania budów spekulacyjnych, nie ma jednak przesłanek by twierdzić, że tempo rozwoju rynku zmalało. Na koniec 2020 r. ilość powierzchni w budowie pozostawała na poziomie porównywalnym ze średnią dla ostatnich trzech lat, czyli okresu od kiedy trwa szczególnie dynamiczny wzrost podaży na rynku magazynowym” – dodaje Kamil Szymański.

Na koniec grudnia stopa pustostanów spadła do poziomu 6,5%. Stawki czynszów nie zmieniły się w istotnym stopniu w porównaniu do końcówki 2019 r. Niewielki wzrost czynszów nominalnych odnotowano w regionach Warszawy I i Polski Centralnej, natomiast na Górnym Śląsku zaszła korekta w dół. Średnia dla całego kraju w przypadku stawek bazowych waha się od 2,70 do 4,40 euro/m kw./miesiąc za moduły wielkopowierzchniowe oraz sięga 5,50 euro/m kw./miesiąc w przypadku małych modułów (SBU).

„Rynek magazynowy w 2020 roku udowodnił jak silne ma fundamenty. Należy jednak pamiętać, że wiele przedsiębiorstw działa obecnie w otoczeniu wysokiej niepewności. Z drugiej strony lockdown i ograniczenia w handlu dostarczyły kolejnego impulsu do rozwoju rynku ecommerce. Część firm, która odkładała na później rozwój tego kanału sprzedaży obecnie decyduje się w niego zainwestować, a ci którzy działali już w obszarze handlu internetowego notują znaczące wzrosty. Zakładając, że sytuacja pandemiczna będzie się normalizować, w 2021 r. w sektorze nieruchomości logistycznych można się spodziewać kontynuacji imponującego trendu wzrostowego” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Bezpłatna Konferencja ON-LINE – IT Security Trends – wyzwania cyberbezpieczeństwa

Już 3 marca 2021, podczas konferencji online – IT Security Trends, pojawi się możliwość zapoznania z bieżącymi zagrożeniami oraz najnowszymi trendami w obszarze cyberbezpieczeństwa. Spotkanie będzie idealnym miejscem do zdobycia nowej wiedzy oraz nawiązania relacji w środowisku security.

Serdecznie zapraszamy do udziału i rejestracji na konferencję

Podczas zbliżającej się edycji wydarzenia, chcemy odpowiedzieć na pytanie jak zmieniająca się cyfrowa rzeczywistość wpływa na kształtowanie cyberbezpieczeństwa. Porozmawiamy o tym:

  • Czy umiemy chronić firmy przed wyciekiem informacji oraz sabotażem?
  • Jakie skutki niesie za sobą wystąpienie incydentu?
  • Czy wzrost popularności i dalszy rozwój IoT jest bezpieczny?
  • Jak szacować ryzyko dla cyberbezpieczeństwa?
  • Czy potrafimy wykrywać ataki oraz przeciwstawiać się działaniom szpiegowskim?
  • Jak chronić i automatyzować zarządzanie urządzeniami końcowymi w czasach Home Office?

Firmy muszą zmierzyć się z bieżącymi wyzwaniami ochrony przed cyber atakami oraz kradzieży danych. To trudne zadanie i wymaga odpowiednich narzędzi oraz kwalifikacji. Doświadczeni eksperci oraz kluczowi gracze ze świata bezpieczeństwa IT będą dzielić się swoją wiedzą podczas wydarzenia. Aby wziąć bezpłatny udział w konferencji, wystarczy zarejestrować się na stronie: https://itsecuritytrends.pl/#rejestracja
Uwaga, ilość miejsc ograniczona! Decyduje kolejność zgłoszeń.security 2021_v2

Strona internetowa wydarzenia: https://itsecuritytrends.pl/

Firmy częściej powinny wkalkulowywać w swoją działalność ryzyko ataków hakerskich

Wraz z dokonującą się coraz bardziej dynamicznie cyfryzacją biznesu rośnie liczba ataków hakerskich – firmy, niezależnie od wielkości, powinny już wkalkulowywać to ryzyko w swoją bieżąca działalność i przede wszystkim odpowiednio dopracować m.in. procedury i regulaminy wewnętrzne pod tym kątem, tak by każdy z pracowników miał świadomość, że jest to jeden z czynników mogących istotnie skomplikować działalność firmy. Już na tym gruncie można o tyle się przygotować, że wykradzenie lub zaszyfrowanie danych projektowych nie komplikuje nam bieżących prac, ponieważ mamy tzw. backup o którego konieczności przypomina np. wewnętrzny regulamin.

Tylko systemowe podejście do problemu zda w tym przypadku egzamin, bo alternatywy przed cyfryzacją nie ma. Na podstawie zapobiegawczych działań działów IT w firmie powinny być wdrożone odpowiednie procedury na poziomie działu HR (pracownicy muszą być dokładnie poinformowani o tym, jak ich zachowanie przekłada się na bezpieczeństwo firmy), te procedury muszą być zgodne z prawem oraz nadawać się do wyegzekwowania, w tym – zawierać kary porządkowe. Tylko takie podejście, to jest połączenie środków ochrony z odpowiednią pracą z pracownikami i ich edukacją pozwoli zmniejszyć ryzyka czynnika ludzkiego, który na pewno odgrywa kluczową rolę przy podobnych sytuacjach, jaka miała miejsce w CD Project.

Polskie prawo oczywiście przewiduje kary za rozmaite cybeprzestępstwa, w tym za hacking. Kara bezpośrednio zależy od skali szkód i może przybrać postać grzywny, kary ograniczenia wolności albo nawet kary pozbawienia wolności. Natomiast w tym kontekście ważna jest jeszcze jedna rzecz, która często ma miejsce podczas hackingu – wyciek danych osobowych. W tym przypadku za bezpieczeństwo danych odpowiada administrator, czyli firma. Odpowiedzialność nie jest bezwzględna, natomiast jeśli dane nie były chronione w sposób należyty, to firma może zostać obarczona odpowiedzialnością i karami, mimo że de facto jest ofiarą przestępstwa. Dlatego tak ważne jest przygotowanie organizacyjne na ewentualność takiego ataku i wdrożenie odpowiednich procedur na poziomie organizacji. Brak takich rozwiązań sprawia, że firma ryzykuje nie tylko bezpośrednimi konsekwencjami ataku hakerskiego, ale również np. przyszłymi pozwami ze strony klientów o niedopełnienie obowiązku ochrony danych. Jak widać skutki mogą być wieloaspektowe i bierne podejście do tematu lub wciąż dosyć częste nieuwzględnianie kwestii cyberbezpieczeństwa to w tym wypadku najgorsze możliwe rozwiązanie.

Autorem komentarza jest Valeria Jeleńska, prawnik i Prezes Zarządu w JP Business Law Firm

Mapa zobrazowania Polski

Na zlecenie Polskiej Agencji Kosmicznej powstała mapa pokrycia terenu Polski, opracowana na podstawie zdjęć satelitarnych Sentinel-2 zarejestrowanych w 2020 r. Rozdzielczość przestrzenna mapy to 10 m. Mapa powstała całkowicie automatycznie
z wykorzystaniem uczenia maszynowego.

Przetworzenie bazuje na serii zdjęć zarejestrowanych w okresie od 1 kwietnia do 30 września 2020 r. w którym występowało zachmurzenie mniejsze niż 20 proc. Mapa dostępna jest w serwisie www.geoportal.gov.pl

mapa pokrycia terenu PolskiDzięki mapie możliwa będzie aktualizacja istniejących baz danych oraz obserwacja zmian zachodzących w terenie, w tym monitorowanie miast, infrastruktury drogowej, powierzchni obszarów leśnych, zbiorników wodnych, itp.

Prezentowana mapa pokrycia całej Polski powstała przez połączenie 49 scen oraz „przycięcie” ich wzdłuż granic kraju. Każdą scenę opracowano na podstawie co najmniej 10 zdjęć.

Mapa pokrycia została wykonana na zlecenie Polskiej Agencji Kosmicznej przez CBK PAN i została opublikowana tutaj: https://www.geoportal.gov.pl/o-geoportalu/aktualnosci/-/asset_publisher/HCHq0YGNRszn/content/24-02-2021-klasyfikacja-pokrycia-terenu-w-serwisie-www-geoportal-gov-pl?redirect=%2F&inheritRedirect=true

Przedsiębiorcy niespokojni o przyszłość. „Nieustanne uzależnianie funkcjonowania gospodarki od statystyk sanepidu blokuje możliwości rozwoju”

Od najbliższej soboty w życie wchodzą nowe obostrzenia zapowiedziane przez Ministra Zdrowia Adama Niedzielskiego w ostatnią środę. Zmiany dotyczą między innymi środków ochrony osobistej. Nie potwierdziły się informacje o tym, że wprowadzone zostaną obostrzenia dotyczące obiektów kultury czy hoteli. Rząd powrócił do koncepcji dzielenia obostrzeń na regiony. Póki co najpoważniejsza sytuacja jest w województwie warmińsko-mazurskim i to tam lockdown obejmuje zamknięcie m.in. galerii handlowych, teatrów, kin czy hoteli. – Z jednej strony przedsiębiorcom z Pomorza Zachodniego ulżyło, bo otwarte 12 lutego instytucje mogą kontynuować pracę, z drugiej trudno się cieszyć gdy trzecia fala koronawirusa staje się faktem i sieje gospodarcze spustoszenie w całej Europie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Przedsiębiorcy muszą funkcjonować! „Po trzeciej fali nadejdzie czwarta, po czwartej piąta…”

Przedsiębiorcy w ostatnich dniach byli bardzo niespokojni jakie obostrzenia zostaną wprowadzone. Ostatecznie te, które zostały ogłoszone nie zmieniają diametralnie systemu funkcjonowania gospodarki na Pomorzu Zachodnim. – Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie jesteśmy zwolennikami jak najszerszego otwarcia gospodarki w reżimie sanitarnym. Z dużą radością przyjęliśmy wiadomość o tym, że od 12 lutego czynne będą hotele i instytucje kultury. Namawialiśmy również rządzących, by iść krok dalej i otworzyć gastronomię oraz branże fitness. Jesteśmy świadomi, że pandemia trwa i jej kolejne odsłony mogą powodować wzrosty zachorowań. Obawiamy się jednak, że po trzeciej fali przyjdzie czwarta, po czwartej piąta, a po tej następne i zaczniemy żyć  falami. Przedsiębiorcy żyją w dużej niepewności i lęku, a nieustanne uzależnianie funkcjonowania gospodarki od statystyk sanepidu blokuje ich możliwości rozwoju – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

– Jako Izba ze spokojem przyjmujemy restrykcje nałożone przez Rząd. Popieramy zwiększenie nacisku na środki ochrony osobistej, nie widzimy również przeciwwskazań, by podzielić obostrzenia na regiony, choć oczywiście otwarte zostaje pytanie czy jest to rozwiązanie czasowe czy chroniczne. Jest bowiem obawa, że za moment „czarna strefa” obejmie cały kraj, a trzeci lockdown dla niektórych sektorów gospodarki byłby po prostu unicestwieniem – mówi Prezes Hanna Mojsiuk. – Jesteśmy w kontakcie z naszymi przedsiębiorcami, zachęcamy ich do działania w reżimie sanitarnym i do pracy zdalnej. Mamy nadzieje, że kolejna aktualizacja sytuacji epidemicznej pokaże, że nie taka trzecia fala koronawirusa straszna jak mówią o niej politycy . Dynamika koronawirusa i jego mutacje niestety pokazują, że będziemy musieli nauczyć się  żyć z tym  zjawiskiem  i   stale budować  odporność. Naukowcy wciąż pracują nad  różnymi  wariantami najbardziej  skutecznych szczepionek  – dodaje Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Nadzieja czy niepokój? Przedsiębiorcy oczekują na kolejne informacje o sytuacji epidemicznej

Powrót do wprowadzania obostrzeń to niestety niedobry sygnał i prognostyk dla przedsiębiorców czekających na otwarcie swoich branż i dalsze luzowanie nałożonych reżimów w funkcjonowaniu gospodarki. – Ostatnie częściowe otwarcie polskiej gospodarki dawały nadzieję na dalsze odblokowywanie poszczególnych branż. Przedsiębiorcy z nadzieją wyczekiwali kolejnych komunikatów. W szczególności branża gastronomiczna, turystyczna czy fitness czekały na dobre wiadomości. Niestety informacje nadchodzące z innych krajów europejskich o trzeciej fali pandemii, kolejnych mutacjach wirusa i wprowadzanych bardzo ostrych obostrzeniach mogły nie napawać optymizmem. Krokiem w dobrą stronę jest wprowadzanie restrykcji regionalnie – miejscowo. Od dawna stoimy na stanowisku, iż nie należy „karać”  wszystkich – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Jednocześnie kolejny raz wnioskujemy o rezygnację z kryterium kodów PKD w dostępie do tarcz. Każdy przedsiębiorca notujący spadek przychodów i nie mogący swobodnie działać, powinien być objęty wsparciem. Inaczej trzecia fala pandemii okaże się falą bankructw – dodaje dyrektor Wolny.

„Dzisiaj chodzi o to, żeby nie zadawać kolejnych ran kłutych przedsiębiorstwom…”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie poprosiła o opinię ekspertów ekonomii, którzy współpracują z Izbą. Jak mówi prof. Aneta Zelek, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu nowe obostrzenia zdają się być wyważoną odpowiedzią na sytuację epidemiczną: – Regionalne, a nawet lokalne różnicowanie skali i rodzajów obostrzeń sanitarnych ma sens. Wprawdzie to nie nowość, bo to koncepcja nawiązująca do stref czerwonej, żółtej i zielonej, to jednak wydaje się dzisiaj konieczna.  To oczywiste, że ogólnopolski lockdown w obliczu wzrostu liczby zachorowań w jednym czy  dwóch regionach jest zbyt bolesny i zbyt kosztowny. Firmy z branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii są już tak ekonomicznie wycieńczone, że nie będą w stanie znieść kolejnych restrykcji. Tak więc, dzisiaj nie chodzi o to, czy w trzeciej fali pandemii można będzie jeździć na nartach, czy spędzać czas w SPA. Dzisiaj chodzi o to, żeby nie zadawać kolejnych ran kłutych przedsiębiorstwom z branż turystycznej, sportowej, ho-re-ca, kulturalnej, przewozów pasażerskich, itp… Wydaje się, że selektywne podejście do obostrzeń sanitarnych i kolejnych lockdownów to dzisiaj jedyna sensowna ścieżka – mówi prof. Aneta Zelek.

Jak dodaje Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy, sytuacja przedsiębiorców wciąż jest bardzo trudna. – Zagrożenie lockdownem wciąż jest bardzo realne i jestem przekonana, że przedsiębiorcy z branży turystycznej, gastronomicznej czy handlu będą z dużą nerwowością reagować na wszelkie doniesienia związane z kolejnymi obostrzeniami. Chwaliłam Rząd za progresywne podejście do odmrażania gospodarki, osobiście uważam, że utrzymanie obecnej sytuacji jest kompromisem, który mocno dotyka takie branże jak zamknięta od czterech miesięcy gastronomia. Należy się niestety spodziewać, że luzowania obostrzeń nie będzie do Wielkanocy. Oby nie było zaostrzania – mówi Katarzyna Michalska.

Ministerstwo Zdrowia co dwa tygodnie aktualizować będzie obostrzenia związane z ilością zachorowań w poszczególnych regionach.

Eksperci na konferencji 5G Made Together: powinniśmy wykorzystać potencjał polskich firm w budowie sieci piątej generacji

5G umożliwi powstawanie nowych modeli biznesowych. Jednak, by w pełni wykorzystać potencjał sieci piątej generacji, powinna ona móc działać także w modelach otwartych, które sprzyjają budowie ekosystemu współpracujących ze sobą firm, w tym polskich innowatorów – m.in. takie wnioski padły podczas debaty „5G Made Together” zorganizowanej przez Związek Cyfrowa Polska oraz firmę IS-Wireless.

Co z aukcją 5G?

Zdania, co do tego, kiedy powinna ruszyć aukcja częstotliwości 3,6 GHz są podzielone. Zdaniem prezesa Związku Cyfrowa Polska Michała Kanownika moment startu aukcji nie wstrzymuje rozwoju sieci 5G w Polsce. – Bo proces testowy sieci piątej generacji już trwa i cały czas się rozwija. Dowodem są np. udane pilotaże – mówił. – Aukcja stanowi punkt zero do kolejnych działań. 5G umożliwi powstawanie nowych modeli biznesowych. To nie jest tylko kolejna generacja sieci. 5G pozwoli w pełni rozwijać się np. przemysłowi 4.0 – dodawała Małgorzata Stańczyk z IBM wtóruje:

Z kolei Wiesław Łodzikowski, dyrektor działu sieci teleinformatycznych PKN Orlen stwierdził, że aukcja jest elementem realizacji polityki i strategii cyfryzacji rządu. – Jej ogłoszenie pokaże, w jaki sposób administracja będzie realizowała proces rozbudowy 5G. Z punktu widzenia biznesu najważniejsza jest przewidywalność, dlatego już czas, by aukcja się ogłosiła.

Jednak równie ważne, jeśli nie najważniejsze jest cyberbezpieczeństwo sieci 5G. Tym bardziej, że będzie od niej także zależeć bezpieczeństwo np. strategicznych sektorów dla polskiej gospodarki – zauważali eksperci. – Niewątpliwie bezpieczeństwo prawne dla środowiska regulacyjnego i budowy sieci 5G będzie wyższe, kiedy Rada Ministrów przyjmie nowelizację ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa – mówił Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Potencjał polskiego 5G

To, w jaki sposób będzie budowana i wdrażana sieć 5G zdeterminuje kierunek rozwoju rynku usług teleinformatycznych w Polsce – przekonywali eksperci uczestniczący w debacie. A warto zawalczyć, by zaistniały na nim nowe, krajowe podmioty – nie tylko wśród dostawców usług, ale także dostawców infrastruktury sieciowej – które mają ambicję zawalczyć też na rynkach zagranicznych. Jak to zrobić? – Pokutuje takie przeświadczenie, że udział polskich firm pokazuje się na końcu łańcucha wartości. I powstaje pytanie: co z etapami wcześniejszymi. Do tej pory te etapy były domeną firm zagranicznych, które przez dziesięciolecia nie zmieniały swojego podejścia do kwestii technicznych. Ale dziś wiele się zmieniło. To nie sprzęt gra kluczową rolę, ale oprogramowanie, które od sprzętu może być odseparowane – mówi Sławomir Pietrzyk, prezes IS-Wireless. I dodaje: – Powstała potrzeba budowy ekosystemu otwartego, bo branża doszła do momentu krytycznego swoich możliwości rozwojowych.

Według prezesa Cyfrowej Polski myśląc o rozwoju rynku teleinformatycznego powinniśmy założyć, że 5G jest technologią, którą „już mamy”. – Dziś powinniśmy rozmawiać o rozwoju sieci 6G. Kluczowym tematem jest też rzeczywistość, która nastąpi po pandemii – np. jak wykorzystać Recovery Fund – podkreślał Michał Kanownik.  I dodawał: – Powinno nam zależeć na tym, by jak najwięcej środków przeznaczonych na odbudowę trafiło na rozbudowę i badania dla polskich firm. Trzeba dziś myśleć również o tym, jak wykorzystać potencjał polskich firm w momencie, jak 5G zacznie działać.

Zdaniem dyrektora Roberta Kośli korzystne byłoby, gdyby polskie firmy mające oprogramowanie mogły współoperować z dużymi dostawcami, którzy posiadają rozwiązania sprzętowe. – Ważne jest też wsparcie badań i rozwoju oraz pomoc w finansowaniu nowych projektów np. pod kątem ich integracji z ekosystemem czy cyberbezpieczeństwa – podkreślił Robert Kośla.

Z kolei Wiesław Łodzikowski zauważył, że technologie, z których dziś korzystamy opierają się na różnych dostawcach. – Wiele komponentów usług dostarczanych jest z zewnątrz. Co niepokojące, brakuje bazy i transferu wiedzy, by implementować innowacyjne pomysłów start-upów do środowiska – tłumaczy. – Państwo powinno wspierać rozwój wszystkich elementów, zwłaszcza polskich produktów. Ale finalnie to biznes będzie decydował, jakie rozwiązania będzie wdrażał – zaznaczył Wiesław Łodzikowski.

Jak wykorzystać pełen potencjał 5G?

Dyskutując w Polsce o przyszłości 5G można zauważyć podział na tych, którzy chcą budować sieć w tradycyjny sposób oraz zwolenników rozwiązania Open RAN. USA, Niemcy, Japonia – to tylko niektóre przykłady państw mocno technologicznie rozwiniętych, które otwarcie stawiają na rozwój systemów otwartych. Jak w ten sytuacji powinna zachować się Polska? – Nie ma możliwości wykorzystania pełnego potencjału 5G przy tradycyjnym podejściu. Zamknięte rozwiązania wydają się nielogiczne. Upatrujemy rolę rządu w tym, by model ten mógłby być otwarty – odpowiedziała wprost Małgorzata Stańczyk z IBM. Sławomir Pietrzyk dodał: – Dużym ryzykiem jest zależność od jednego lub przeważającego dostawcy. Model otwarty eliminuje to ryzyko. Z kolei Michał Kanownik uważa, że OpenRAN – przy udziale również głównych wendorów – powinien uzupełniać proces budowy sieci 5G. – Budujmy maksymalnie dużo platform, np. w laboratoriów, bo nic lepiej nie przekona biznesu, jak praktyczne rozwiązania, które będą powstawać na naszym rynku – przekonuje prezes Cyfrowej Polski.

Konferencja „5G Made Together” została zorganizowana przez Związek Cyfrowa Polska i firmę IS-Wireless. Patronowało jej Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Polskie Towarzystwo Informatyczne.

Nowy dyrektor zarządzający w GLS Poland

Od 1 lutego nowym członkiem Zarządu GLS Poland został Tomek Zwiercan. To doświadczony menadżer europejskiej branży logistycznej. Pokieruje firmą również jako dyrektor zarządzający.

Bezpośrednio przed dołączeniem do GLS Poland Tomek Zwiercan przez 20 lat pracował w duńskiej firmie A.P. Moller-Maersk, będącej jednym z największych na świecie integratorów logistycznych. Przez ostatnie 4 lata pełnił w niej funkcję dyrektora zarządzającego na Polskę, Czechy, Słowację i Węgry.

Działając w branży TSL, zyskał ogromne doświadczenie w sprzedaży międzynarodowej i krajowej, operacjach, finansach, projektach rozwojowych i zarządzaniu. Teraz został nowym członkiem Zarządu GLS Poland, a wcześniej objął stanowisko dyrektora zarządzającego firmy.

Jestem dumny, że mam okazję dołączyć do organizacji, dla której najwyższa jakość usług, orientacja na klienta, uważne wsłuchiwanie się w realne potrzeby rynku i dążenie do pozycji lidera stanowią wartości nadrzędne. Podzielam tę optykę i cieszę się na współpracę z profesjonalistami wysokiej klasy w branży KEP. Równocześnie jestem podekscytowany nowym wyzwaniem zawodowym i liczę na to, że wykorzystam swoje doświadczenie, wspierając dalszy rozwój GLS Poland – mówi Tomek Zwiercan, nowy dyrektor zarządzający GLS Poland.

Zgodnie ze strategią rozwoju, firma konsekwentnie wzmacnia swój potencjał w kluczowych obszarach. Sukcesywnie wzbogaca zakres usług, idąc w kierunku rozwiązań coraz bardziej elastycznych i spersonalizowanych na tzw. ostatniej mili. W ostatnim czasie wprowadziła szereg rozwiązań dopasowanych do charakterystyki segmentu B2C.

Firma kurierska intensywnie poszerza również sieć punktów nadania i odbioru Szybka Paczka/ParcelShop, których w całym kraju działa już ponad 1500. Systematycznie rozbudowuje także swoją infrastrukturę bazową, dostosowując jej przepustowość do stale rosnącego wolumenu przesyłek zarówno krajowych, jak i międzynarodowych.

Wprowadza również kolejne rozwiązania cyfrowe, umożliwiające optymalizację procesów logistycznych. Najnowszym przykładem jest narzędzie do planowania tras kurierskich oparte na precyzyjnych współrzędnych geograficznych.

Jestem przekonany, że kluczem do dalszego wzmacniania rynkowej pozycji GLS jest elastyczność w działaniu oraz wprowadzanie kolejnych innowacyjnych rozwiązań i usług. Zależy nam również na budowaniu partnerskich i długofalowych relacji z klientami. Z tymi celami współgra również inwestowanie w rozwój pracowników naszej firmy i dbanie o komfort ich pracy. Cieszę się, że w GLS mam okazję współkształtować i realizować kompleksową oraz bardzo nowoczesną strategię rozwoju. Z uwagi na rozkwit e-commerce branża KEP ma przed sobą niezwykle ciekawe perspektywy, a równocześnie szereg interesujących wyzwań – podkreśla Tomek Zwiercan.

Grupa GLS to jeden z liderów jakości w europejskiej logistyce przesyłek. Cała sieć operatora, za pośrednictwem spółek-córek oraz partnerów transportowych, obejmuje 40 krajów, w tym USA i Kanadę.

Niespodziewany spadek wskaźnika koniunktury

Po serii dobrych danych z Polski wydawać się mogło, że będzie już tylko lepiej. Niespodziewanie jednak doszło do spadku wskaźnika wyprzedzającego koniunktury, co może sugerować, że wcale nie jest aż tak dobrze.

Wskaźnik koniunktury spada

Poznaliśmy wskaźnik wyprzedzający koniunktury wg BIEC dla Polski. Po gwałtownym spadku z początku pandemii parametr ten niemal co miesiąc szedł w górę, a teraz niespodziewanie spadł o 2,2 pkt. Oznacza to, że dotychczasowy optymizm co do rozwoju sytuacji w Polsce trochę spada, co docelowo powinno przekładać się również na słabość rodzimej waluty. Już teraz zresztą jesteśmy świadkami delikatnej przeceny złotego. Euro kosztowało wczoraj przez chwilę 4,52 zł i było najdroższe od początku lutego.

Zapasy ropy jednak rosną

Analitycy spodziewali się spadków zapasów ropy w USA. To właśnie przeświadczenie o braku odpowiedniej ilości surowca na rynku jest jednym z powodów ostatnich istotnych wzrostów cen ropy naftowej. Wczorajsze dane z USA pokazały jednak zamiast istotnego spadku zapasów ich wzrost. Oznacza to, że rynek jest znacznie bliżej równowagi, niż dotychczas sądzono. Taka informacja powinna ograniczyć, a przynajmniej spowolnić wzrost cen ropy. W dalszej konsekwencji jest to również negatywny bodziec dla walut państw wydobywających surowiec.

Gamestop przypomniał o sobie

Spółka gamestop trafiła na pierwsze strony gazet przy okazji kontrowersji związanych z walką funduszy inwestycyjnych i absurdalnie wysokim procentem akcji sprzedanych na krótko. To z kolei wywołało wiele efektów w tym gwałtowne zaangażowanie inwestorów indywidualnych i istotny wzrost a następnie spadek cen. Szczegóły i motywacje określonych aktorów tych wydarzeń, a w szczególności dużych funduszy inwestycyjnych i pośredników są w tej chwili nawet badane przez amerykański nadzór finansowy. Wydawało się, że spółka dwa tygodnie temu zakończyła gwałtowne zmiany cen i ustabilizowała się na jakimś poziomie równowagi. Dzisiaj jednak od rana niespodziewanie wzrosła o 100% w górę nie mając większych podstaw ku temu. Rynki patrzą na tę sytuację z pewnym niepokojem. Sama spółka jest zbyt mała by destabilizować rynek, z drugiej strony skoro tutaj mogą się dziać tak dziwne ruchy to kto wie, gdzie zaraz się pojawią. Zwiększa to zatem niepokój inwestorów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – PKB,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Co priorytety Ministerstwa Klimatu i Środowiska oznaczają dla polskich inwestorów?

Opublikowane w pierwszym tygodniu lutego priorytety rozwoju krajowej energetyki w interpretacji polskiego rządu, mogą rzucić nowe światło na współpracę sektora państwowego z komercyjnym. Czy taki dualizm ma rację bytu? To zależy od przyjętej strategii wykonawczej samych rządzących.

Filary i cele

„Polityka energetyczna Polski do 2040 r.” (PEP2040), dokument określający priorytety rozwojowe m.in. krajowego sektora OZE, został podzielony na 3 bazowe filary: “sprawiedliwa transformacja energetyczna”, a więc plan korespondujący z ideą zrównoważonego rozwoju i wsparcia regionów węglowych w trakcie zmian, “zeroemisyjny system energetyczny”, czyli azymut, którego etapem pośrednim będzie niskoemisyjność kraju oraz “dążenia do poprawy jakości powietrza” – zespół programów antysmogowych (w tym — program “Czyste Powietrze”).

Już teraz media branżowe zwracają uwagę, iż PEP2040 ma 2 etapy: w bliższej perspektywie starania o jak największą niskoemisyjność krajowego sektora, a w dłuższej — ostateczną neutralność klimatyczną. Priorytety rządu to niejako wypadkowa zapisów umów międzynarodowych, w tym Porozumienia paryskiego, 2. unijnej dyrektywy o OZE, a także Europejskiego Zielonego Ładu. W obliczu powrotu, chociażby Stanów Zjednoczonych do ustaleń z 2016 roku, polski rząd wydaje się spoglądać na sprawę energetyki nie tylko przez pryzmat krajowy, regionalny, czy europejski, ale również globalny.

To już pierwszy sygnał dla inwestorów, którzy mają ambicje do zacieśniania kontaktów biznesowych na rynku transatlantyckim. Podobne przesłanki najpewniej przyświecały twórcom PEP2040, ponieważ dokument ma przewidywać wytyczne do decyzji inwestycyjnych. Z opublikowanych już streszczeń priorytetów można wywnioskować, że rząd chce zachęcać do wykorzystywania nie tylko względnie stabilnej sytuacji gospodarczej (przynajmniej w świetle PKB), ale i zaplecza surowcowego, technologicznego i know-how. Na tym jednak nie koniec.

Unia a PEP2040

Przegłosowany 2 lutego PEP2040 ma stać się także podstawą opracowywanego już Krajowego Planu Odbudowy, a więc zestawu założeń postcovidowych, których kanwą będą m.in. środki z funduszu uzupełniającego strategię budżetową Unii — Next Generation EU (NGEU). Dotacje rzędu 390 mld euro oraz możliwość uzupełnienia środków pożyczkami to szansa dla wszystkich państw członkowskich, które chcą realizować 3 elementy przewidziane w warunkach uzyskania funduszy. Te elementy to: odbudowa gospodarki po pandemii, przyspieszenie i dynamizacja rozwoju cyfryzacji oraz transformacji ekologicznej.

Szczególnie trzeci obszar jest dla krajowych inwestorów wyjątkowo istotny w kontekście przegłosowanych priorytetów Ministerstwa Klimatu i Środowiska. W ramach NGEU, Polska ponownie znajdzie się w czołówce największych beneficjentów netto, ponieważ do końca 2023 roku mamy otrzymać 23 mld euro w dotacjach oraz 34 mld euro w formie pożyczek. Tak pokaźne fundusze najpewniej przełożą się na sowite dofinansowania zarówno dla indywidualnych inwestorów OZE, jak i większych spółek, które zechcą wesprzeć krajowy sektor. Wniosek?

Należy uważnie śledzić zapowiedzi rządu, dotyczące dokładnego rozdysponowania środków. W perspektywie relatywnie ambitnych celów PEP2040, a więc m.in. co najmniej 23%. końcowego zużycia energii z OZE do 2030 roku, polscy inwestorzy mogą śmiało spoglądać w kierunku projektów związanych, nie tylko z szumnie zapowiadanymi elektrowniami wiatrowymi na morzu, ale również przodującą w skali globu fotowoltaikę. W ten trend wpisuje się także inwestycja Respect Energy w pomorskim Zwartowie, która ma być największym tego typu kompleksem w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

Przyszłość dla inwestorów?

Abstrahując jednak od, przewidzianej w priorytetach ministerstwa, energetyce wiatrowej na morzu, czy zapowiadanych prac legislacyjnych na rzecz biometanu i klastrów energii, właśnie fotowoltaika będzie wiodła prym w krajowym krajobrazie OZE. Dlaczego? PEP2040 przewiduje rozwój infrastruktury sieciowej, technologii magazynowania energii, a także rozbudowę jednostek gazowych jako mocy regulacyjnych, które są niezbędne do realnej zmiany konkurencyjnej krajowego rynku PV.

Sporą niewiadomą jest projekt elektrowni jądrowej, która miałaby zagospodarować wakaty przewidziane w procesie likwidacji tradycyjnych form wydobywczych. O ile pierwsze ustawy o energetyce wiatrowej na morzu pojawiły się już w krajowej legislaturze, program jądrowy pozostaje niejako w cieniu. Skupmy się więc na nieco bliższych aspektach — energetyce gazowej. Ta w ramach realizacji celu dywersyfikacji dostaw i rozbudowy infrastruktury sieciowej ma doczekać się projektu Baltic Pipe oraz drugiej nitki Rurociągu Pomorskiego.

Obie inicjatywy mają zbliżyć krajowy rynek do partnerów zza Bałtyku, m.in. Skandynawów. Również ten aspekt jest istotny dla inwestorów, ponieważ potencjalne zacieśnianie kontaktów handlowych z północą może wpłynąć na nastroje samych konsumentów. Dzisiejszy rynek w dużym stopniu odzwierciedla trendy już od kilkunastu lat dominujące w Norwegii, Danii oraz Szwecji, a więc dbałość o potencjalne skutki klimatyczne danego produktu. Spółki, które chcą podążać za rynkiem, muszą bardzo uważnie wsłuchać się w głos ze Skandynawii. Warto postawić na, już funkcjonujące w Polsce, przedsiębiorstwa zajmujące się zieloną energią. PEP2040 to nie tylko punkt wyjścia dla rządu, ale i potencjalnej współpracy na linii państwo – sektor prywatny – klient.

Autor: Sebastian Jabłoński — prezes Zarządu spółki Respect Energy.

Jakich błędów pomoże uniknąć testowanie oprogramowania?

Marzeniem każdego programisty jest napisanie takiego kodu, który od samego początku będzie w pełni funkcjonalny i kompletny. Tymczasem może okazać się, że stworzonemu przez niego programowi daleko do doskonałości. Testowanie oprogramowania na etapie jego tworzenia stanowi nieodzowną pomoc. Pozwala na wychwycenie błędów, które można skorygować. Dzięki temu klient otrzymuje produkt, który jest satysfakcjonujący, a firma może uniknąć przykrych konsekwencji.

Testowanie? A co to?

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek dziedzinę naszego życia bez dedykowanej dla niej aplikacji. Począwszy od małych programów służących głównie rozrywce aż po wielofunkcyjne i pełne licznych połączeń zewnętrznych oprogramowanie. Proces powstawania programu to nie tylko pisanie skryptu, który ma zadziałać. To mozolna praca licznych zespołów, które zajmują się uzgodnieniami z klientem, tłumaczą je na język  techniczny, planują strukturę programu, piszą skrypt, projektują interfejs aż po testerów, których zadaniem jest wypróbowanie działania skryptu i wychwycenie jego niedoskonałości.

Testowanie oprogramowania to – najprościej mówiąc – nic innego jak kontrola jakości. W środowisku programistów znane jest pojęcie „Quality Assurance”, czyli zapewnienie jakości. Testerzy weryfikują poprawność działania aplikacji. Ich zadaniem jest również zbieranie informacji na temat oprogramowania. Do takich informacji należą na przykład sygnały docierające od użytkowników programu wprowadzonego na rynek. Im bardziej zgłoszenia użytkowników są uzasadnione, tym bardziej do pracy powinien przystąpić zespół QA.

Testować można już sam pomysł na program. Testować można stworzoną dokumentację. Testować można kod źródłowy. Testować można funkcjonalność programu. Testować można interakcje pomiędzy systemami. Możliwości jest naprawdę wiele. Jednak nawet najdrobniejsze testy mają ogromne znaczenie dla osiągnięcia sukcesu zakładanego przez twórców oprogramowania.

Metody testowania

Do testowania oprogramowania stosuje się dwie metody. Pierwsza z nich to metoda „czarnej skrzynki” (ang. black-box testing). Polega ona na fizycznym sprawdzaniu oprogramowania. W metodzie czarnoskrzynkowej nie analizuje się kodu źródłowego. Dużo większe znaczenie ma wykrycie błędów zgodności funkcjonalności oraz poszczególnych komponentów z tym, co zostało zapisane w dokumentacji. Testy te nazywa się testami funkcjonalnymi. Natomiast testy niefunkcjonalne mają za zadanie wykazać bezpieczeństwo danych, obciążenie systemu czy też poprawność osadzenia komponentów w środowisku programu.

Drugą metodą jest metoda „białej skrzynki” (ang. white-box testing). Tester podaje na wejściu zdefiniowane dane, po czym sprawdza przejście wszystkich możliwych ścieżek oprogramowania. Test białoskrzynkowy pozwala na weryfikację, czy wykonanie akcji wywołuje następne akcje, jakie zostały założone w architekturze kodu.

Kiedy testować?

Właściwa odpowiedź brzmi: zawsze. Testowanie oprogramowania ma znaczenie nie tylko przed wprowadzeniem produktu na rynek. Testy przeprowadzane przed udostępnieniem oprogramowania wykazują błędy i wady na etapie jego powstawania; powodują, że finalny produkt wzbudza zaufanie wśród użytkowników; pozwalają na uniknięcie awarii, które mogą być powodem kosztów ponoszonych na prace naprawcze; są źródłem efektywności aplikacji, co gwarantuje zadowolenie klientów i wzrost zaufania wobec firmy.

Kod jest żywym organizmem. Wraz z rozwojem technologii może potrzebować zmiany, unowocześnienia czy uzupełnień. Nowe wersje systemów operacyjnych mogą spowodować konieczność wprowadzenia istotnych zmian w architekturze kodu. Jest zatem oczywiste, że taki unowocześniony kod trzeba przetestować zanim odda się aplikację użytkownikom. Natomiast szczególnie wśród użytkowników biznesowych mogą pojawić się dodatkowe oczekiwania wynikające ze zmian zachodzących w ramach rozwoju działalności. Dodawane kolejne funkcjonalności bez wątpienia poddać należy testom.

Kilka głośnych błędów oprogramowania

W latach osiemdziesiątych firma AECL, producent maszyn do naświetlania, borykała się z poważnymi problemami w funkcjonowaniu swoich urządzeń. Kilka osób poddanych naświetlaniu zmarło w wyniku zabiegów. Po długim dochodzeniu firma przyznała, że przeprowadzono zbyt mało testów. W trakcie śledztwa ujawniono, że oprogramowanie stworzyła jedna osoba. Błąd był wynikiem pominięcia przez nią jednego wiersza kodu. Brak dbałości o prawidłowość i kompleksowość testów doprowadził do poważnych konsekwencji.

Innym przykładem błędu, który mógł zostać wychwycony i usunięty w fazie testów, jest błąd zwany „millenium bug”. Polegał on na tym, że programiści, w ramach oszczędności, postanowili zapisywać w programach komputerowych oznaczenie roku pod postacią liczby dwubajtowej. W ten sposób wraz z nadejściem roku 2000 niektóre systemy zaczęły błędnie podawać datę: 1 stycznia 1900 roku. Inne systemy uległy po prostu awarii. Tego błędu również można było uniknąć w procesie testowania.

Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) przeznaczyła 7 mld dolarów oraz 10 lat pracy na budowę rakiety Ariane-5, która 4 lipca 1996 roku 30 sekund po starcie zboczyła z kursu i eksplodowała. Przyczyną był całkowity brak testów oprogramowania, które po prostu skopiowano z rakiety Ariane-4, gdzie doskonale się sprawdziło. Jednak nowa rakieta miała szybsze silniki. Oprogramowanie zaczęło generować wyższe liczby, co skutkowało błędem konwersji danych między 64-bitowymi danymi zmiennoprzecinkowymi a 16-bitowymi całkowitymi. Wynik konwersji danych był zbyt duży i spowodował przepełnienie, czego skutkiem było zniszczenie rakiety.

Testowanie wewnętrzne czy outsourcing?

Testowanie oprogramowania można przeprowadzić własnym zespołem QA. Jednak powierzenie testów zewnętrznemu usługodawcy jest z punktu widzenia biznesowego znacznie korzystniejsze. Gwarantuje wyższy poziom obiektywizmu, wysoką jakość usługi wynikająca z profesjonalizmu testerów. Testerzy, obok posiadanego przygotowania, dysponują doświadczeniem i gruntowną znajomością procesu przygotowania oraz przeprowadzania testów oprogramowania. Ostatecznie outsourcing lub konsulting IT jest ekonomiczniejszy. Przygotowanie własnego zespołu QA wymaga znacznych kosztów, pomijając kwestię czasu, jaki należałoby poświęcić na ich wyszkolenie.

Biznes oszalał na punkcie SI, jednak potrzebuje wsparcia

Każdy chce skorzystać z rewolucji algorytmów, jednak ⅓ projektów R&D kończy się niepowodzeniem, wynika z raportu Rackspace Technology. Powód? Brak dostępu do danych wysokiej jakości. Obecnie mniej niż 20% badanych uważa, że ich organizacja jest wystarczająco dojrzała w obszarze IT – wdrożenia i rozwoju technologii.

Ikona i gwiazda światowego biznesu, kiedyś przedsiębiorca, a dziś filantrop Bill Gates, powiedział: Nie ma nic złego w świętowaniu sukcesu, ale ważniejsze jest wyciągnięcie nauki z porażki. To zdanie jest idealnym podsumowaniem najnowszych wyników raportu firmy Rackspace Technology. Spółka notowana na Wall Street opublikowała szeroką analizę, z której wynika, że istnieje przepaść między tym czego firmy spodziewają się osiągnąć po wdrożeniu Sztucznej Inteligencji (SI) a swoimi realnymi możliwościami.

Chcieć, to nie znaczy móc

W grudniu 2020 i styczniu 2021 eksperci z firmy Rackspace Technology zebrali odpowiedzi od 1870 liderów IT z wielu branż, od produkcji, przez finanse, handel detaliczny, na administracji i opiece zdrowotnej skończywszy. Tak szeroko zakrojone badania miały dać odpowiedź na pytanie: jaki jest obecny stan wdrożenia i wykorzystania sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oraz czego w związku z tym oczekują organizacje. W badaniu: Are Organizations Succeeding at AI and ML?, udział brali przedstawiciele biznesu z obu Ameryk, Europy, Azji i Bliskiego Wschodu. Podstawowy wniosek z raportu brzmi: pod każdą szerokością geograficzną biznes skłania się ku SI i uczeniu maszynowemu, ale brakuje mu specjalistycznej wiedzy i infrastruktury, a te są niezbędne do wdrożenia dojrzałych i udanych programów ze wspomnianych obszarów.

Mało tego, firmy, które zdały “cyfrowy egzamin dojrzałości” są w zdecydowanej mniejszości. Tylko 17% reprezentantów badanych uważa, że są na tyle zaawansowani cyfrowo, że mogą z powodzeniem realizować projekty z zakresu SI i uczenia maszynowego. Przytłaczająca większość respondentów (82%) wciąż bada sposoby wdrożenia tych technologii lub ma trudności z ich obsługą.

Nie tylko sztuczna inteligencja, ale także inne działania ukierunkowane na rozwój cyfrowych kompetencji w przedsiębiorstwach stały się priorytetem w pandemicznej rzeczywistości. Jak wynika z badań zrealizowanych przez Amplitude i Harvard Business Review, 97% dyrektorów globalnych firm, uważa że epidemia COVID-19 przyspieszyła ich migrację w kierunku technologii cyfrowych, a co jeszcze ciekawsze, 92% z nich zapowiada, że chce tę okazję wykorzystać! – mówi Grzegorz Kosiński, CEO Audience Network, a następnie dodaje: – Bardzo ważnym elementem nowej cyfrowej strategii jest dziś reklama w sieci. Komunikacja z otoczeniem od zawsze stanowiła podstawę sukcesu jakiegokolwiek przedsięwzięcia o charakterze biznesowym. Obecnie, gdy wiele aktywności przenieśliśmy do internetu, reklamodawcy chcąc dotrzeć do konsumentów, wybierają właśnie kanał online, który jest odporny na lockdown, a jego efektywność może być dokładnie zmierzona.  Jako agencja zauważamy wzrost zainteresowania cyfrowym marketingiem, a w szczególności reklamą wykorzystującą wielkie zbiory danych i algorytmy sztucznej inteligencji, które pomagają w profilowaniu danych o internautach z całego świata. Dzięki tej formie promocji jesteśmy w stanie tak kierować komunikacją, że będzie ona precyzyjna i mierzalna.

Lista życzeń do SI

Przedstawiciele firm, którzy brali udział w badaniu Rackspace Technology mają już za sobą pierwsze wdrożenia rozwiązań z zakresu SI i machine learning, wskazali najistotniejsze ich zdaniem zastosowania dla tych technologii: rozwój kompetencji analitycznych (40%), wsparcie dla innowacji (38%) oraz uzupełnienie już istniejących systemów wewnątrz firmy (35%).

A czego oczekują firmy znajdujące się w trakcie wdrażania sztucznej inteligencji? Najpopularniejsze odpowiedzi to: poprawa szybkości i efektywności już istniejących procesów (46%), zwiększenie przychodów (40%) i oferowanie nowych usług i produktów (38%).

Porażką między danymi

W kultowej już polskiej komedii z 2001 roku “Poranek Kojota” padają słowa: Nie daj się wyprowadzić z równowagi. Pamiętaj, że każda klęska jest nawozem sukcesu. Nie pozwól, by zawładnęły tobą drobiazgi. Te trzy zdania bohatera filmu mogą być dewizą dla firm myślących o SI. Bo przedsiębiorcom nie można odmówić chęci ani entuzjazmu, ale co się dzieje, gdy oczekiwania i nadzieje spotykają się z rzeczywistością? Okazuje się, że ponad ⅓ projektów R&D, związanych z wykorzystaniem SI kończy się porażką. Co ciekawe, pytani są w stanie wskazać źródło klęski. Respondenci uważają, że przyczyną są dane, a dokładnie ich niska jakość (34%) oraz poziom specjalistycznej wiedzy, który ich zdaniem jest zbyt niski (34%). – Zaawansowane technologie żyją z danych – podkreśla dr Stanisław Drosio, Dyrektor Pionu Usług i Utrzymania Oprogramowania z BPSC i dodaje – Istnieje współzależność między dobrej jakości danymi a udanym procesem technologicznym. Dane są jak podłoże, jeżeli jest ono bogate w składniki i mikroelementy, plon będzie obfity. Jeżeli natomiast baza w postaci danych i wiedzy będzie kiepskiej jakości, o satysfakcjonujące efekty będzie ciężko – mówi ekspert ze śląskiej spółki dostarczającej zaawansowane systemy IT dla biznesu.

34% projektów idzie do kosza

Mimo że 34% projektów R&D, związanych z wykorzystaniem SI w organizacji zostało porzucone, to jednocześnie 44% zakończyło się sukcesem, a 22% wciąż znajduje się na etapie testowania. – Wskaźnik sukcesu będzie systematycznie rósł, głównie ze względu na to, że firmy otrzymały dostęp do danych wysokiej jakości, które mogą wzbogacić już zebrane przez biznes informacje, dzięki czemu zbiór, na jakim operuje przedsiębiorstwo, jest większy i co za tym idzie, bardziej precyzyjny. Również systemy zyskują na funkcjonalności, uzupełniając wyrwy kompetencyjne. Wiele narzędzi dziś to prawdziwe kombajny, naszpikowane topową technologią, która pozwala na automatyzację całych procesów – mówi dr Stanisław Drosio z BPSC, rodzimego dostawcy oprogramowania ERP.

W niedawno opublikowanym na łamach Financial Times materiale Johna Thornhilla zatytułowanym “Wchodzimy w erę e-globalizacji”, pojawiło się pojęcie e-globalizacji. Autor uważa, że obecnie przyjmuje się za pewnik, że świat wkroczył w erę deglobalizacji. Gdy rosną napięcia narodowe, a globalne łańcuchy dostaw ulegają fragmentacji, przynajmniej w części cyfrowego świata jest dokładnie odwrotnie: jesteśmy świadkami gwałtownego przyspieszenia e-globalizacji. A to oznacza, że inwestycja w nowoczesne rozwiązania wspierające biznes, wydaje się dziś jedyną słuszną drogą.

Rekrutacja menedżerów w 2021. Co się zmieniło?

Na rynku pracy doszło do poważnych przetasowań. Omówione zostały już zmiany dotyczące aplikowania i weryfikowania zgłoszeń kandydatów, a także przebieg rozmowy kwalifikacyjnej online oraz możliwe błędy, które można popełnić w jej trakcie. Najważniejszy jest jednak finał procesu rekrutacyjnego – a więc wybór najlepszego możliwego kandydata. Również i na tym polu widać wyraźną różnicę.

Rządzi nami technologia

Trudno nie zauważyć, że proces rekrutacyjny uległ wyraźnym przeobrażeniom nie tylko za sprawą kryzysu związanego z pandemią, ale przyspieszającego rozwoju technologicznego. Piętno technologii widać w obu aspektach, które omawiałam w poprzednich komentarzach. Po pierwsze, CV i listy motywacyjne kandydatów coraz częściej są sprawdzane przez systemy ATS, które weryfikują kandydaturę potencjalnego pracownika na podstawie pożądanych słów kluczowych. Im tych słów, pasujących do profilu pracownika idealnego, jest mniej, tym gorzej dla kandydata: system odrzuca wtedy jego aplikację. ATS nie jest systemem pozbawionym błędów i wad, ale po pierwsze, może być wciąż udoskonalany, a po drugie – da się go „zhackować”, a więc nauczyć pisać CV, które trudniej zweryfikować negatywnie.

Drugą zmianą są rozmowy kwalifikacyjne, które przeniosły się na platformy Zoom, Google Meets czy Teams i stały się bardziej wymagające niż tradycyjne. Nietrudno pozostawić po sobie negatywne wrażenie, źle ustawiając kamerę, ignorując tzw. small talk czy doświadczając trudności z „przejściem” z jednej platformy komunikacyjnej na drugą. Na podstawie takich wpadek można – często błędnie – wywnioskować, że kandydat nie jest ani elastyczny ani nowoczesny; można założyć, że taki kandydat nie jest na bieżąco z nowymi technologiami albo jest mało zmotywowany, bo się nie przygotował. Innymi słowy, przygotowanie techniczne staje się równie ważne, jak przygotowanie merytoryczne. Lepiej unikać takich sytuacji, bo mogą zaważyć na procesie rekrutacyjnym!

Kandydat doskonały vs rekrutacja potencjału

Ostatnio zadzwonił do mnie jeden z klientów, poszukujący pracy. Był wyraźnie rozżalony po kolejnym nieudanym procesie rekrutacyjnym, i z goryczą zauważył, że „dziś nikt nie rekrutuje potencjału”. Miał rację – rynek szuka menedżerów „na już”.

Firma Paycor opublikowała niedawno artykuł, w którym wspomina, że obecnie ponad 80% firm listy Fortune 500 korzysta z oceny kompetencji przy rekrutacji na najwyższe stanowiska w organizacji, by potwierdzić deklarowane umiejętności, a tym samym ograniczyć ryzyko nieefektywnej rekrutacji. Główna myśl, która za tym stoi: „Dlaczego mam zatrudnić managera z potencjałem, czekać 3-6 miesięcy, by się dowiedzieć, czy się sprawdzi, skoro mogę wybrać kogoś, kto ewidentnie spełnia moje wymagania i dowiezie wyniki od razu?”

Wspomniany artykuł potwierdza nasze obserwacje: 2-3 lata przed pandemią firmy stawały się powoli bardziej otwarte na nietypowych kandydatów spoza branży. Tolerancja na potencjalne ryzyko nieudanej rekrutacji spadła drastycznie w zeszłym roku – pracodawcy szukają „gotowych” managerów, którzy dobrze znają swoją branżę, mają solidną sieć kontaktów, i których nie trzeba szkolić, wdrażać lub coachować.

Konsekwencje dla kandydatów

Kandydat, który przechodzi przez proces rekrutacyjny w sposób tradycyjny, tzn. nie jest badany „od góry do dołu” (= nie ma potwierdzonych dowodów), musi włożyć jeszcze większy wysiłek, by się dobrze przygotować do rozmów kwalifikacyjnych. Musi przekonać drugą stronę dobrymi argumentami i przykładami, że jest wymarzonym kandydatem, który nie stanowi ryzyka dla organizacji.

Sandra Bichl, Wykładowca i doradca kariery w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej Career Angels

323 tys. osób nie pracowało przez pandemię w czwartym kwartale

W ostatnim kwartale 2020 r. na rynku pracy widać było skutki pandemii i wprowadzonych obostrzeń. Według badania „Monitoring Rynku Pracy” Głównego Urzędu Statystycznego w okresie październik-grudzień aż 323 tys. osób nie wykonywało pracy z uwagi na kwestie bezpośrednio związane z pandemią. To ponad trzy razy więcej niż w trzecim kwartale. Liczba bezrobotnych osób nie zmieniła się znacząco, a liczba osób aktywnych zawodowo nawet wzrosła.

W czwartym kwartale 2020 r. liczba ludności aktywnej zawodowo (w wieku 15 lat i więcej) wyniosła 17 mln 86 tys. osób, a współczynnik aktywności zawodowej (56,5%) zwiększył się o 0,5 pp. w stosunku do analogicznego okresu z 2019 r. Warto zaznaczyć, że w tej grupie aż 16 mln 555 tys. to osoby pracujące, a 531 tys. – bezrobotni. Wpływ koronawirusa był jednak widoczny, bo wzrósł odsetek osób, które mają pracę, ale nie wykonywały jej w tygodniu badania z uwagi na kwestie związane z pandemią. W trzech ostatnich miesiącach 2020 r. było takich osób 323 tys., co oznacza wzrost w stosunku do trzeciego kwartału o 223 tys. Pod tym względem „bezkonkurencyjny” był jednak drugi kwartał, podczas którego z uwagi na kwestie związane z COVID-19, nie pracowało 1,2 mln osób, co stanowiło 62,2% wszystkich osób niewykonujących pracy w badanym tygodniu.

Dane GUS potwierdzają to, co dało się zauważyć w codziennym życiu, druga fala koronawirusa i wprowadzone obostrzenia sprawiły, że pracownicy mieli trudności, by wykonywać swoje obowiązki zawodowe bez wymuszonej przerwy. Na liczbę ponad 300 tys. osób, które w czwartym kwartale ubiegłego roku nie wykonywały pracy w związku z COVID-19, składają się nie tylko osoby, które chorowały lub przechodziły kwarantannę, ale też takie, których branże zostały objęte obostrzeniami – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Złudzenia nie pozostawiają też dane dotyczące przepracowanych godzin – 93 tys. osób w badanym tygodniu pracowało krócej niż zwykle z przyczyn związanych ze zmianami w działaniu zakładów pracy. Ta liczba dość znacznie zwiększyła się w porównaniu do sytuacji w analogicznym okresie 2019 r., kiedy takich osób było zaledwie 21 tys. Co ważne, aż 80 tys. ze wspomnianych 93 tys. zaznaczyło, że przyczyna ich krótszej niż zwykle pracy ma bezpośredni związek z pandemią.

Bezrobocie wzrasta, ale… powoli

Dość stabilnie od początku pandemii prezentuje się wskaźnik bezrobocia rejestrowanego, który w czwartym kwartale 2020 r. wyniósł 6,2%. Ta wartość utrzymuje się na podobnym poziomie od czerwca 2020 r. (wówczas – 6,1%). W porównaniu do sytuacji sprzed roku także nie zanotowano dużego skoku, bo o 1 pp. Zdaniem ekspertów Personnel Service, to po części również zasługa ukraińskiej emigracji, która złagodziła pierwszy szok wywołany pandemią.

W marcu i kwietniu, kiedy wprowadzono największe obostrzenia związane z koronawirusem, ok. 250 tys. pracowników ze Wschodu zdecydowało się na powrót do ojczyzny. Zwolnione przez Ukraińców miejsca pracy mogli zajmować Polacy. To oznacza, że odpływ kadry ze Wschodu stał się swoistą poduszką powietrzną dla Polaków tracących zatrudnienie – podkreśla Krzysztof Inglot.

Styczniowa odwilż na rynku pożyczek

Sprzedaż pożyczek pozabankowych spadła w styczniu o blisko 11 proc. w ujęciu wartościowym w porównaniu z grudniem. Mając na uwadze, że koniec roku to zwykle najlepszy okres dla instytucji pożyczkowych, uzyskane wyniki można uznać za dość dobre. Nastroje w branży wciąż jednak nie są optymistyczne. Aktywność sektora jest nadal znacznie niższa niż przed rokiem – w porównaniu do stycznia 2020 r. branża udzieliła finansowania na kwotę o ponad 20 proc. niższą.  

Z analizy Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że w pierwszych tygodniach nowego roku utrzymało się lekkie odbicie w sprzedaży pożyczek zaobserwowane pod koniec 2020 roku. Wciąż jednak aktywność kredytowa sektora jest na poziomie niższym niż przed rokiem, co ma związek z ograniczoną podażą. Na wyniki instytucji pożyczkowych rzutują spadek koniunktury gospodarczej
w wyniku pandemii COVID-19 i związany z tym wzrost ryzyka kredytowego oraz skutki obniżonego limitu kosztów pozaodsetkowych.  

Lekki wzrost liczby zapytań

W poprzednim miesiącu obserwowaliśmy podwyższoną aktywność w zakresie liczby zapytań o raport BIK, co wynikało z efektu świąt. W pierwszych tygodniach stycznia strumień kierowanych zapytań był znacznie mniejszy, co jest naturalne ze względu na dni wolne w okresie noworocznym, a następnie wzrósł w drugiej połowie miesiąca (tygodnie rozpoczynające się 18. i 25. stycznia). Według bazy BIK liczba zapytań o raport rosła systematycznie w kolejnych tygodniach miesiąca, zbliżając się do niemal 60 tys. w ostatnim tygodniu stycznia, a poszczególne tygodnie odnotowywały spadki w wysokości 17,1 – 33,8 proc. r/r. Podobną tendencję możemy dostrzec w bazie CRIF, natomiast tutaj od pewnego czasu obserwujemy większy poziom spadków – ostatnie tygodnie stycznia wskazują na około 60 proc. aktywność firm w zakresie odpytań dotyczących klientów aplikujących o pożyczkę.

Wykres nr 1
Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę w okresie ostatnich 12 miesięcy w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego

Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę
Źródło: CRIF

Rozwój pandemii nie zahamował stabilizacji w zakresie udzielania pożyczek

Według danych CRIF w styczniu branża udzieliła pożyczek o wartości mniejszej o 10,9 proc. w porównaniu z grudniem 2020 r., co wynika ze spadku o 8,7 proc. liczby udzielonych pożyczek i spadku o 2,4 proc. średniej wartości pożyczki. Należy jednak pamiętać o różnicy w dniach roboczych między grudniem a styczniem (21 dni w grudniu wobec 19 w styczniu), co sprawia, że w przeliczeniu na dni robocze oba miesiące są dosyć porównywalne oraz daje lekki powiew optymizmu na kolejne miesiące. Warto dodać, że w przypadku porównania stycznia 2020 r. z grudniem 2019 r. efekt dni roboczych działał odwrotnie, a branża w ujęciu nominalnym notowała głębsze spadki sprzedaży w styczniu’20.

Zgodnie z danymi CRIF w ujęciu tygodniowym wartość udzielonych pożyczek w styczniu była niższa o kilkanaście procent wobec okresu porównawczego w zeszłym roku. Dane BIK również wskazują na stabilizację w zakresie wartości udzielanych pożyczek, jednakże przy głębszych spadkach sięgających ok. 20-30 proc. w zależności od analizowanego tygodnia.


Wykres_Liczba i wartość przynanych pożyczek

Wykres nr 3
Średnia wartość pożyczki w okresie ostatnich 12 miesięcy w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Średnia wartość pożyczki w okresie ostatnich 12 miesięcy
Źródło: CRIF

Średnia wartość pożyczki bliska wartości sprzed roku

Średnia wartość pojedynczej pożyczki wyniosła w styczniu 3067 zł, co oznacza spadek o 2,4 proc. w porównaniu do grudnia 2020 r. i spadek o 2,3 proc. w ujęciu rok do roku. Odczyty w styczniu powróciły niemal do poziomów notowanych rok wcześniej, co sugeruje, że firmy pożyczkowe oceniają zdolność kredytową klientów na zadowalającym poziomie. Warto zwrócić uwagę, że przy praktycznie niezmiennym poziomie średniej pożyczki spada łączna wartość udzielonych pożyczek, co może oznaczać, że część bardziej ryzykownych klientów została odcięta od możliwości pozyskania finansowania na skutek zmian legislacyjnych powodujących obniżenie poziomu maksymalnych kosztów pozaodsetkowych.Wykres_Sprzedaż styczniowa vs grudniowa

Względnie dobre zachowanie rynku w styczniu potwierdzają dane odniesione do średniego tygodnia grudnia, przy czym obie dane są ze sobą dosyć mocno skorelowane. W pierwszym tygodniu stycznia obserwowane było osłabienie, co jest związane z dniami wolnymi w okresie noworocznym. Kolejne tygodnie były już lepsze wobec średniego tygodnia grudnia, choć poprawa była umiarkowana i wynikała z nieco większej liczby udzielonych pożyczek.

Wykres nr 5
Odsetek klientów odrzuconych w okresie wrzesień 2020 r. – styczeń 2021 r.[1]

Odsetek klientów odrzuconych w okresie wrzesień 2020
Źródło: CRIF

Z uwagi na model raportowania przez firmy pożyczkowe danych nt. liczby odrzucanych aplikacji o pożyczki, należy mieć na uwadze, że dane z ostatnich czterech tygodni ulegną korekcie. Z tego względu jako ostatni miarodajny odczyt należy potraktować tydzień rozpoczynający się 4 stycznia, który pokazuje stabilizację wskaźnika na poziomie 41 proc. wobec odczytów na poziomach 35-37 proc. notowanych w tygodniach wrześniowych oraz październikowych. Efekt „drugiej fali” COVID-19 jest widoczny w danych, lecz jej wpływ był zauważalnie słabszy niż w miesiącach marzec-kwiecień 2020 r., kiedy odczyty sięgały 50 procent.

 Liczba firm pożyczkowych mniejsza o blisko 25 proc.

Według danych CRIF liczba aktywnych firm pożyczkowych, tj. takich, które w analizowanym okresie udzieliły choć jednej pożyczki, wyniosła w styczniu 38, co oznacza, że jedna z firm zdecydowała się wznowić lub rozpocząć aktywność pożyczkową. Należy jednakże podkreślić, że na ogólny krajobraz sektora pożyczkowego coraz większy wpływ ma rozwój segmentu płatności odroczonych. Na rynku przybywa firm oferujących usługi w modelu BNPL (buy now, pay later), które w 4 kwartale 2020 r. dołączyły do systemów wymiany informacji kredytowej (łącznie dołączyły 3 podmioty), z jakich korzystają firmy pożyczkowe. Ich obecność jest odnotowywana w bazach CRIF, co przekłada się na liczbę aktywnych podmiotów. Oznacza to, że spośród 38 podmiotów uczestniczących w rozwiązaniu CRIF w styczniu 3 spółki reprezentują segment płatności odroczonych, a pozostałe 35 podmioty to instytucje pożyczkowe, specjalizujące się w udzielaniu kredytów konsumenckich. Biorąc pod uwagę powyższe, rynek pożyczek pozabankowych pod względem liczby aktywnych graczy skurczył się o 24 proc. w stosunku do stycznia 2020 roku (z 46 do 35 firm pożyczkowych).

Wykres nr 6
Liczba aktywnych podmiotów[2]

Liczba aktywnych podmiotów
Źródło: CRIF

Podsumowanie

Zarówno dane BIK jak i CRIF za styczeń 2021 r. pokazują, że pierwszy miesiąc nowego roku wbrew pozorom nie był złym okresem dla branży pożyczkowej, choć w dalszym ciągu dużo gorszym wobec stycznia 2020 roku.  Dane styczniowe pokazują wyraźnie, że przy bardzo podobnej wartości średniej pojedynczej pożyczki branża udziela wartościowo dużo mniej pożyczek niż przed rokiem, co może oznaczać zwiększenie wykluczenia finansowego, szczególnie wśród konsumentów o nieco niższym scoringu kredytowym. Gros klientów, którzy jeszcze do niedawna mogli liczyć na finansowanie z firm pożyczkowych, wraz z koniecznością zaostrzenia wymogów kredytowych przez branżę (wskutek wzrostu ryzyka kredytowego oraz ograniczonych możliwości przychodowych w związku z obniżonym limitem kosztów pozaodsetkowych) aktualnie nie spełnia wymogów także w tym sektorze.  Materializacja ryzyka w postaci odcięcia części klientów od finansowania pozabankowego może się jeszcze pogłębić wraz z dalszym rozwojem pandemii i ograniczeniami działalności wielu branż, co może zostać odzwierciedlone w kolejnych danych dotyczących bezrobocia.

[1] We wszystkich danych CRIF, gdzie dokonujemy porównania z analogicznym okresem zeszłego roku lub średnimi danymi z poprzedniego miesiąca, stosujemy jednorodną grupę porównawczą, tj. analizujemy wyłącznie grupę instytucji pożyczkowych, która była obecna w całym okresie badania, co pozwala na uniknięcie zaburzeń wniosków na skutek rozpoczęcia lub zakończenia raportowania przez instytucję pożyczkową. W przypadku tego wykresu wskazana w pierwszym zdaniu reguła nie obowiązuje.

[2] Ze względu na specyfikę raportowania spółek do CRIF dane za ostatnie tygodnie stycznia w zakresie odsetka klientów odrzuconych mogą ulec zmianom. W niniejszej publikacji używamy danych CRIF wg stanu na 10 lutego 2021 r.

Bain&Co.: Pomimo pandemii wzrosły wyceny przejmowanych spółek

Pomimo dekoniunktury gospodarczej spowodowanej epidemią koronawirusa średnie wyceny przejmowanych firm na świecie wzrosły w ubiegłym roku, wynika z najnowszego raportu firmy doradczej Bain & Company. Inwestorzy musieli zapłacić więcej niż rok wcześniej za firmy z sektora technologicznego, telekomunikacyjnego, farmaceutycznego oraz mediów cyfrowych. Zmniejszyły się natomiast wyceny spółek z sektora handlu detalicznego i energetyki.

Z wyliczeń ekspertów Bain & Company wynika, że w 2020 roku średnia cena zakupu spółki odpowiadała 14-krotności jej zysku EBITDA. Rok wcześniej inwestorzy płacili średnio 13-krotność zysku. Powodem utrzymania się wysokich wycen w wielu branżach jest wysoka podaż kapitału. Przyczyniają się do tego rządowe pakiety stymulacyjne, utrzymujące się od dłuższego czasu niskie stopy procentowe, wzrost oszczędności gospodarstw domowych, jak również rekordowo wysokie środki na inwestycje zgromadzone przez fundusze private equity.

To był rok wielkich niepewności i zawirowań, ale także ogromnych niespodzianek. Wzrost średnich wycen przejmowanych spółek w wielu sektorach to na pewno spore zaskoczenie dla wielu uczestników rynku – powiedział Jacek Poświata, Partner Zarządzający Bain & Company.

Ubiegły rok nie zapowiadał się dobrze. W pierwszych miesiącach pandemii rynek fuzji i przejęć właściwie zamarł. Jednak już w drugiej połowie 2020 roku inwestorzy powrócili na rynek. W efekcie, w trzecim i czwartym kwartale łączna wartość transakcji na świecie wzrosła o ponad 30%. Jak wynika z globalnego badania przeprowadzonego przez Bain & Company wśród 300 uczestników rynku ten pozytywny trend prawdopodobnie utrzyma się w najbliższych miesiącach – około połowa respondentów spodziewa się zwiększonej aktywności na rynku w 2021 roku.

Wyniki naszej ankiety pokazują również, że menedżerowie w coraz większym stopniu upatrują w przejęciach sposobu na utrzymanie wzrostu przedsiębiorstw. W czasach podwyższonej niepewności i zawirowań powinni rozważyć dostosowanie swojej strategii fuzji i przejęć. Może to oznaczać rozszerzenie zakresu działalności akwizycyjnej na przykład przez tworzenie funduszy typu corporate venture capital, wchodzenie w partnerstwa czy też nabywanie mniejszościowych pakietów – powiedział Jacek Poświata.

Eksperci Bain & Company podkreślają, że pandemia koronawirusa zintensyfikowała trendy, które od kilku lat można było obserwować na rynku fuzji i przejęć. Coraz większego znaczenia nabiera inwestowanie zgodnie z zasadami ESG (Environmental, Social, and Governance), czyli przejmowanie spółek realizujących strategię zrównoważonego rozwoju z poszanowaniem środowiska. Jednocześnie spadło zainteresowanie transakcjami ponadregionalnymi na korzyść rynku krajowego i regionu.

W centrum zainteresowania inwestorów pozostają spółki i aktywa, których przejęcie umożliwia poszerzenie umiejętności i wejście w nowe obszary działalności. Dotyczy to zwłaszcza takich sektorów jak ochrona zdrowia, technologia oraz dobra konsumpcyjne. Eksperci zauważają, że z powodu wprowadzanych obostrzeń i ograniczenia możliwości podróżowania nastąpiło także przyspieszenie digitalizacji samych procesów transakcji – inwestorzy szybko zaadaptowali się do zdalnego przeprowadzenia badania due diligence spółek, finalizowania transakcji a następnie prowadzenia procesu integracji.

Eksperci Bain & Company uważają, że branża technologiczna będzie w tym roku jednym z motorów wzrostu rynku fuzji i przejęć. Już w drugiej połowie 2020 roku wartość i wolumen transakcji M&A w tym sektorze osiągnął rekordowy poziom. Konsolidacja będzie również postępować w sektorze handlu detalicznego za sprawą chęci zwiększania skali działalności oraz potrzebą dalszej cyfryzacji usług.

Można się też spodziewać dalszych przejęć w sektorze bankowym po tym jak wyceny wielu spółek usług finansowych spadły za sprawą pogarszających się wyników i słabszych wskaźników kapitałowych, a konsolidacji sprzyjają regulatorzy.

Podsumowanie danych policji: 70 181 zatrzymanych pijanych kierowców i 22 873 wypadków drogowych w 2020 roku

Choć rok 2020 nie był rekordowym pod względem statystyk policyjnych, to dane i tak są alarmujące. Mimo pandemii i związanych z nią ograniczeń w 2020 roku zatrzymano ponad 70 000 pijanych kierowców i odnotowano 22 873 wypadków, w których zginęło aż 2 130 osób, a 25 843 zostało rannych. Policja interweniowała aż 6 084 048 razy. Domowa izolacja doprowadziła też do wzrostu spożycia alkoholu przez Polaków. Jak podaje instytut Nielsena w 2020 roku wydaliśmy na alkohol o 7% więcej niż w poprzednim, czyli rekordowe 40 mld złotych. Specjaliści twierdzą, że mamy społeczny problem z adaptacją do nowej rzeczywistości, a statystki dotyczące pijanych kierowców powinny być jeszcze niższe.

Pijani kierowcy wciąż zagrożeniem na polskich drogach

Podczas pandemii nie opuszczała nas chęć brawurowej jazdy i ruszania w trasę pod wpływem alkoholu. Mimo, że 70 181 pijanych kierowców zatrzymanych przez policję w 2020 roku to o ponad 40 000 mniej niż w 2019  to biorąc pod uwagę krajowe obostrzenia ze względu na COVID-19, wciąż jest to ogromna liczba. Największy problem stanowią „wczorajsi kierowcy”, czyli osoby, które wsiadając za kierownicę były przekonane, że nie mają już promili we krwi, ponieważ rano czuły się dobrze fizycznie. Jednak brak bólu czy zawrotów głowy nie jest równoznaczny ze stanem trzeźwości, a nawet chwilowe rozkojarzenie może doprowadzić do tragedii.

– W pandemii wzrosły nasze obawy o zdrowie i bezpieczeństwo bliskich. Jednak nawet to nie powstrzymuje kierowców przed ryzykownymi zachowaniami na drodze. Cały czas nie biorą pod uwagę realnych zagrożeń wynikających m.in. z prowadzenia samochodu na następny dzień po zakrapianej imprezie. Najczęściej wynika to z braku świadomości i edukacji w tym obszarze. Liczą, „że się uda, że to tylko kilka kilometrów”, a to właśnie  sekundy decydują o tragedii – przestrzega Rafał Misztalski, prezes AutoWatch Polska.

Problem z adaptacją do nowej rzeczywistości

W wyniku izolacji Polacy zaczęli nadużywać alkoholu. Jego spożycie od marca 2020 roku wzrosło niemal o 30%. Głód kontaktów międzyludzkich spowodował, że pomimo obowiązujących obostrzeń wiele osób zdecydowało się na spotkania towarzyskie i zakraplane domówki, inni zaś postanowili odciąć się od problemów pijąc alkohol w samotności.

– Polacy są społeczeństwem bardzo rodzinnym i lubiącym gościnność. Spotkania z najbliższymi są niejako wpisane w naszą osobowość kulturową. Dlatego w momencie, gdy z dnia na dzień musieliśmy ograniczyć nasze kontakty społeczne, wiele osób dotknęła ogromna samotność i poczucie przytłoczenia zaistniałą sytuacją. By poradzić sobie z narastającą frustracją zaczęliśmy więc sięgać po coraz mocniejsze alkohole, by poradzić sobie z emocjami – ten sposób wydawał się nam szybki i skuteczny. Mała wiedza na temat emocji, błędne przekonania na temat złości, lęk przed jej okazywaniem spowodowanym często brakiem społecznej akceptacji doprowadził wiele osób do pojawiania się lub pogłębienia stanów lękowych i depresyjnych. Dużo lepiej radzą sobie z nieprzyjemnymi emocjami osoby, których wiedza o emocjach pomaga im nimi właściwie zarządzać, wyrażać i regulować je w zdrowy sposób – mówi Marzena Martyniak, psycholog i szef Poradis: Centrum Diagnozy i Terapii oraz międzynarodowy badacz inteligencji emocjonalnej.

Europa stawia na blokady alkoholowe

Według szacunków Komisji Europejskiej aż 25% wszystkich śmiertelnych zdarzeń drogowych w Unii Europejskiej jest spowodowanych jazdą pod wpływem alkoholu, który oprócz nadmiernej prędkości i niezapinania pasów bezpieczeństwa jest najczęstszą przyczyną wypadków. To międzynarodowy problem, nad którego rozwiązaniem od lat pracuje szerokie grono specjalistów. Według Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej odpowiedzialnej za transport w UE jednym z najskuteczniejszych środków przeciwdziałania pijanym kierowcom są blokady alkoholowe. Ich podstawową funkcją jest uniemożliwienie uruchomienia pojazdu osobom, u których wykryto zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu, tym samym zamontowanie ich zwiększa bezpieczeństwo na drodze. Z europejskich danych wynika również, że system ten doskonale sprawdza się także wśród recydywistów, którzy dzięki jego zastosowaniu mogą odzyskać prawo jazdy nawet w połowie zasądzonego wyroku. W Polsce w 2015 roku weszła w życie ustawa regulująca zamontowanie blokad alkoholowych w pojazdach jednak wciąż  przepis ten nie jest dobrze znany zarówno samym kierowcom, jak i organom ścigania.

-W Europie z każdym rokiem coraz więcej mówi się o skuteczności i potrzebie stosowania blokad alkoholowych przekładających się na poprawę bezpieczeństwa na drodze. W Polsce świadomość ta utrzymuje się nadal na niskim poziomie, dlatego dostrzegamy potrzebę społecznej edukacji w tym obszarze. Blokady alkoholowe to doskonałe rozwiązanie zarówno dla osób prywatnych, jak i przedsiębiorców, zatrudniających setki kierowców, którzy każdego dnia pokonują służbowo tysiące kilometrów samochodem – mówi Rafał Misztalski, prezes AutoWatch Polska.

W 2019 roku do Policji zgłoszono 30 288 wypadów drogowych, w wyniku których rannych zostało 35 477 osób, a śmierć poniosło 2 909. Zgłoszono również 455 454 kolizji. Z winy pijanych kierowców doszło do 1655 incydentów, zmarły 192 osoby. Statystyczny Polak wypił w zeszłym roku 9,78 litrów alkoholu w przeliczeniu na czysty spirytus.  Na ten cel wydano 36,6 miliardów złotych.