Zamachy samobójcze Polaków. Eksperci: Depresja będzie najbardziej powszechną chorobą cywilizacyjną

Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, nie został ustalony powód prawie co drugiego zamachu samobójczego z pierwszej połowy 2020 roku. Podobnie sytuacja wyglądała rok temu. Natomiast choroba psychiczna lub zaburzenia psychiczne to według policyjnych statystyk najczęstsza przyczyna targnięcia się na własne życie. Dalej są takie powody, jak zawód miłosny oraz nieporozumienia i przemoc w rodzinie. Dane pokazują również, że najwięcej tego typu czynów jest dokonywanych w poniedziałki, we własnych mieszkaniach lub domach.

Problemy psychiczne

Analizując dane Komendy Głównej Policji, można wnioskować, że nie został ustalony powód niemal połowy zamachów samobójczych z pierwszej polowy tego roku (2434 z 5945). W analogicznym okresie ub.r. było podobnie (2582 z 6039). Jak zaznacza Damian Markowski, ekspert z aplikacji Therapify, u ok. 80% osób, które tego dokonują występuje tzw. syndrom presuicydalny, będący zbiorem zachowań poprzedzających akt samobójczy. Oczywiście zdarzają się czyny popełnione pod wpływem chwilowego impulsu, ale one są rzadziej spotykane.

– Jeżeli policja zostaje wezwana do próby samobójczej, to jest zainteresowana głównie tym, czy można wykluczyć udział osób trzecich. Do tego dochodzi kwestia sporządzenia dokładnej informacji o dacie, godzinie i miejscu dokonania zamachu. Jednocześnie zdarza się, że informacje nt. przyczyn są zupełnie przypadkowe, bo np. członkowie rodziny czy sąsiedzi chcą coś ukryć. Bardziej rzetelne dane z tego zakresu są od lekarzy, np. w kartach zgonu – wyjaśnia prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny.

Natomiast patrząc na ustalone przyczyny zamachów, w tym roku najczęściej wskazywano chorobę psychiczną lub zaburzenia psychiczne – 1458 (wcześniej – 1310), zawód miłosny – 590 (585) oraz nieporozumienia i przemoc w rodzinie – 560 (652). Natomiast na drugim końcu zestawienia znajdują się takie powody, jak mobbing, cybermobbing bądź znęcanie się – 1 (wcześniej – 4), niepożądana ciąża – 3 (2) oraz zakażenie wirusem HIV lub zachorowanie na AIDS – 4 (2).

– Wymieniane w statystykach przyczyny samobójstw nie są nimi faktycznie. Stanowią one jedynie korelaty tych prób. Podstawowym powodem samobójstw, wspólnym dla wszystkich ludzi bez względu na to, czy mają zaburzenia psychiczne, czy też przeżywają problemy życiowe – jest cierpienie. Stanowi ono powód do poszukiwania pomocy i zgłaszania się do psychologów czy psychiatrów – podkreśla Jarosław Stukan, prezes Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom.

Jak stwierdza prof. Czapiński, zaburzenia afektywne, depresja oraz zespół maniakalno-depresyjny to główne przyczyny nawet 50-60% zamachów samobójczych. Natomiast w ok. 40% jest to uzależnienie od substancji psychoaktywnych. W przypadku osób dorosłych i starszych mówimy najczęściej o alkoholu, a u młodzieży i dzieci o dopalaczach i narkotykach, czyli ogólnie o substancjach psychoaktywnych. Według eksperta, tylko kilka procent prób jest spowodowanych innymi przyczynami.

– Ok. 25% samobójców pozostawia listy pożegnalne. Ta tendencja utrzymuje się także w Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Treść jest różna, są tzw. listy instrumentalne, które wyrażają ostatnią wolę, np. oddania pieniędzy komuś, pewnych czynności związanych z pogrzebem itd. Ale niektórzy niejako w cudzysłowie usprawiedliwiają swój czyn. Ujawniają proces motywacyjny, który zadecydował o zachowaniach autodestrukcyjnych. Do tych listów należy podchodzić krytycznie, ponieważ samobójcy przedstawiają siebie w korzystnym świetle – zaznacza prof. zw. dr hab. dr h. c. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Niechlubny poniedziałek

Z danych policyjnych wynika, że najczęściej wybieranym miejscem zamachu samobójczego jest dom lub mieszkanie. Tak było zarówno w pierwszej połowie tego roku (3390), jak i w analogicznym okresie ub.r. (3452).

– Człowiek jakby zamyka się w sobie i w pomieszczeniu, do którego nie mają dostępu inne osoby z zewnątrz. Tak jest właściwie na całym świecie, że własne mieszkanie jest równocześnie miejscem, w którym dokonuje się samobójstwa – mówi prof. Hołyst.

Według policyjnych statystyk, poniedziałek jest dniem, w którym w analizowanych okresach najczęściej dochodziło do zamachów samobójczych (2020 r. – 938, 2019 r. – 936). Dalej jest niedziela (895 i 903). W tym roku najrzadziej był wybierany wtorek (812), a w ubiegłym – piątek (791).

– W poniedziałek dokonuje się najczęściej prób samobójczych na całym świecie i tę tendencję można obserwować już od kilku dekad. To jest dzień powrotu do codziennych obowiązków, co wiele osób stresuje, ale też związane są z tym sytuacje patologiczne, jak choćby mobbing w pracy. Wobec niedzieli należy zaznaczyć, iż najczęściej samobójstwa w tym dniu popełniane są zimą – informuje prezes Stukan.

Z kolei ekspert z aplikacji Therapify zaznacza, że osoby planujące samobójstwo często komunikują swój zamiar otoczeniu w pośredni sposób – „nie mam już na nic siły”, „nie mam po co żyć”, „lepiej byłoby beze mnie”. Zdarza się również, że rozdają swoim bliskim przedmioty czy nieoczekiwanie spisują testament. Okazując wsparcie i proponując profesjonalną pomoc, możemy uratować komuś życie. Damian Markowski wskazuje też na dane WHO, z których wynika, że do 2030 roku depresja stanie się najbardziej powszechną chorobą cywilizacyjną na świecie. A ryzyko samobójstwa wśród osób nią dotkniętych jest dwudziestokrotnie wyższe niż w populacji ogólnej.

– Pandemia z pewnością wyzwala stres oraz kryzysy, np. wówczas, gdy traci się pracę. Dodatkowe problemy psychiczne może wyzwalać niepewność jutra, co również ma miejsce. Zatem może przyczyniać się do wzrostu liczby samobójstw, jeśli będzie trwała zbyt długo, a przez to radykalnie zmieni życie wielu ludzi – podsumowuje prezes Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom.

Ochrona portfela z kryptowalutami – jak zwiększyć bezpieczeństwo swoich środków?

Mówiąc o pieniądzach, większość z nas wyobraża sobie tradycyjne banknoty lub środki zgromadzone na koncie bankowym. Jednak na przestrzeni lat formy płatności mocno ewoluowały. Mamy dziś do dyspozycji kryptowaluty Bitcoin i Ether, które przechowuje się w specjalnych portfelach. Skuteczna ochrona portfela z kryptowalutami jest równie ważna, jak ochrona dostępu do bankowości internetowej.

Czym są kryptowaluty?

Kryptowaluty stają się dziś coraz bardziej popularne. Zarówno Bitcoin, jak i Ether dają możliwość bardzo szybkiej płatności. Transakcja jest niemalże natychmiastowa, nie trzeba czekać na środki tak długo, jak to jest w przypadku tradycyjnych przelewów bankowych walutą obowiązującą w danym kraju. Ponadto, obie te kryptowaluty są uniwersalne i nie podlegają pod żadne państwo, co również wpływa na wygodę korzystania z nich. Przetrzymuje się je w specjalnych portfelach wirtualnych, nie ma tutaj innej możliwości, aby dysponować taką walutą. Ochrona portfela Ethereum i Bitcoin wymaga zainstalowania odpowiedniego oprogramowania antywirusowego. Niestety hakerzy i złośliwe oprogramowanie wciąż czyhają na pieniądze – niezależnie od tego czy jest to waluta na Twoim rachunku bankowych, czy kryptowaluta w portfelu. Każde pieniądze są celem ataków internetowych, przed którymi należy się odpowiednio chronić. Cyberprzestępcy korzystają z różnorodnych metod, tak więc wybierając odpowiedni program antywirusowy, warto zdecydować się na taki, który zagwarantuje kompleksową ochronę portfela i wszystkich danych na komputerze.

Jaki program antywirusowy?

Aby ochrona portfela Bitcoin była skuteczna, potrzebujemy oprogramowanie ze specjalnym modułem ochrony właśnie takich portfeli. Tutaj świetnym wyborem będzie antywirus G Data, który posiada dedykowany moduł ochrony portfeli dla kryptowalut, ale również ochrony bankowości internetowej dla tradycyjnej waluty. Do wyboru mamy aż trzy programy, które wyposażone są w różne moduły ochrony komputera. Tak więc bez problemu dobrać można program optymalny do swoich potrzeb. G Data Antivirus, G Data Internet Security i G Data Total Security – każdy z tych programów posiada moduł ochrony portfeli kryptowalut Bitcoin i Ethereum. Jest to więc najlepsze rozwiązanie dla każdego, kto na swoim portfelu zgromadził spore środki i chce w maksymalny sposób zadbać o ich bezpieczeństwo. Kryptowaluty to produkt w pełni elektroniczny, dlatego tylko odpowiednie oprogramowanie komputerowe jest w stanie je zabezpieczyć.

Od stycznia 2021 roku przedłużona refundacja leku na rdzeniowy zanik mięśni. Lekarze czekają już tylko na badania przesiewowe noworodków

W Polsce jest około 1 tys. pacjentów z SMA, czyli rdzeniowym zanikiem mięśni – ciężką i rzadką chorobą genetyczną. W ponad 90 proc. przypadków objawy choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Dzieci, u których zanik mięśni został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać poddane błyskawicznemu leczeniu i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy. Dlatego też od 2021 roku mają ruszyć badania przesiewowe, które pozwolą szybko diagnozować i włączać do leczenia noworodki. Polska już w tej chwili jest w Europie liderem pod względem leczenia tej choroby. Na około tysiąc pacjentów 660 jest w programie lekowym i odczuwa znaczną poprawę jakości życia. Właśnie przedłużono także refundację leku nusinersen, który nie tylko zatrzymuje postęp choroby, ale też przywraca funkcje ruchowe chorych.

– Rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą nieuchronnie postępującą. Bez leczenia zawsze prowadzi do postępującego osłabienia mięśni i ich zaniku. Im wcześniejszy początek choroby, tym pogorszenie jest szybsze i tym gwałtowniej postępuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to ciężka i rzadka choroba o podłożu genetycznym. Wywołuje ją mutacja w genie SMN1, która sprawia, że organizm nie wytwarza wystarczających ilości białka warunkującego przeżycie neuronów ruchowych. Kiedy jest go zbyt mało, dochodzi do obumierania tych neuronów i postępującego osłabienia mięśni, szczególnie tych odpowiadających za poruszanie się, oddychanie i przełykanie.

Szacuje się, że na SMA cierpi w Polsce około 1 tys. osób. W ostatnich latach ich życie diametralnie się poprawiło dzięki pojawieniu się w 2016 roku pierwszej na świecie skutecznej terapii farmakologicznej – nusinersenu. Od ubiegłego roku mają do niej dostęp wszyscy chorzy w Polsce. Obecnie leczonych nusinersenem jest ok. 660 pacjentów, a kolejnych kilkudziesięciu zostało zakwalifikowanych do programu lekowego. Tempo wdrażania tej terapii jest tak szybkie, że Polska staje się europejskim liderem w leczeniu SMA – jest jedynym krajem, który włączył do leczenia nusinersenem tak dużą liczbę chorych w tak krótkim czasie.

– Zdecydowaliśmy się na leczenie całej populacji. Dane napływające z realnej praktyki klinicznej wskazują, że mieliśmy rację. Wszyscy pacjenci korzystający z tego leczenia, niezależnie od typu SMA, odnoszą korzyści, a leczenie jest bezpieczne. Dotychczas żaden pacjent nie wypadł z programu lekowego np. ze względu na działania niepożądane, bezpieczeństwo leczenia czy kwestionowaną skuteczność – mówi prof. dr. hab. n. med. Marcin Czech, kierownik Zakładu Farmakoekonomiki Instytutu Matki i Dziecka, były wiceminister zdrowia. – Nasza decyzja była dość odważna w Europie, a szczególnie w naszym regionie, ale mamy dowody na to, że był to olbrzymi sukces dla polskiej medycyny, systemu ochrony zdrowia, a przede wszystkim – dla pacjentów.

Przed opracowaniem nusinersenu nie istniała żadna metoda przyczynowego leczenia rdzeniowego zaniku mięśni. Po postawieniu diagnozy lekarze mogli tylko zalecać chorym leczenie objawowe, które sprowadzało się do łagodzenia powikłań i poprawy komfortu życia. Wprowadzenie nowej terapii okazało się przełomem. Właśnie przedłużono program refundacji leku na kolejne dwa lata.

– Przedłużenie decyzji refundacyjnej leku nusinersen w ramach programu lekowego NFZ na kolejne dwa lata jest bardzo dobrą wiadomością dla wszystkich chorych na SMA. Od 2019 roku mamy możliwość w Polsce obserwować dużą skuteczność leku, leczenie jest dobrze tolerowane. Objęto już nim ok. 70 proc. populacji chorych na SMA w naszym kraju, co jest dowodem dużego zaangażowania i źródłem satysfakcji lekarzy z 29 ośrodków realizujących program. Również doświadczenia mojego zespołu, leczącego obecnie ponad 60 osób z SMA, są bardzo dobre – dzięki farmakoterapii jesteśmy w stanie nie tylko zatrzymać postęp tej groźnej choroby, ale także przywracać ludziom już utracone funkcje ruchowe – podkreśla prof. dr hab. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii WUM.

Program leczenia SMA realizuje 29 krajowych ośrodków neurologicznych, a do terapii na bieżąco są kwalifikowani kolejni pacjenci. Co istotne, są to głównie osoby dorosłe, ponieważ włączanie do leczenia noworodków, u których rozpoznano SMA, odbywa się na bieżąco. Najmłodsze niemowlę z Wrocławia zostało objęte leczeniem zaledwie 20 godzin po urodzeniu.

Lekarze podkreślają, że efekty tej terapii wśród polskich pacjentów są bardzo dobre. Nawet chorzy z ciężkim przebiegiem SMA odzyskują część utraconych funkcji ruchowych i większą samodzielność w codziennym życiu. Z kolei niemowlęta z najcięższą postacią choroby otrzymały szansę na znacznie dłuższe życie.

– Leczenie pokazuje, jak bardzo zmienia się życie chorych na rdzeniowy zanik mięśni. Jedna z osób chorych mówiła nam, że teraz może samodzielnie pogryźć marchewkę, orzecha, czego wcześniej nie mogła robić. Są chorzy, którzy mogą teraz zostać sami w domu, sami obrócić się w łóżku. Ich rodzice, którzy przez 20 lat nie przespali ani jednej nocy, mogą teraz spokojnie spać – podkreśla Dorota Raczek.

– Badania są jednoznaczne: im szybciej włączone leczenie, tym jego efekt jest bardziej spektakularny. Najlepsze obserwowane są u dzieci, które są włączone do leczenia jeszcze przedobjawowo – dodaje prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W ponad 90 proc. przypadków objawy choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. W Polsce co roku rodzi się ok. 50. dzieci, u których na jakimś etapie rozwinie się SMA. Chorobę tę wywołuje mutacja genetyczna, którą w Polsce ma średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje z rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że ich dziecko zachoruje. Bez leczenia dzieci chorujące na SMA stopniowo tracą siłę, mobilność, zwykle też możliwość samodzielnego oddychania i umiejętność przełykania. Nieleczony rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia.

– W tej chwili naszym głównym celem jest wprowadzenie w Polsce badań przesiewowych noworodków pod kątem rdzeniowego zaniku mięśni. Mamy już informację, że dokumenty trafiły do Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która przygotowuje rekomendację dla ministra zdrowia. Liczymy, że wczesną wiosną uda się wprowadzić pilotaż, najpierw w dwóch województwach: mazowieckim i łódzkim, a potem w kolejnych. Mamy nadzieję, że do końca 2022 roku badania przesiewowe obejmą już wszystkie niemowlęta, które rodzą się w Polsce – podkreśla Dorota Raczek.

To istotne o tyle, że czas ma ogromne znaczenie w leczeniu tej choroby. Potwierdzają to też wyniki opublikowanego niedawno badania klinicznego NURTURE. Wykazało ono, że wczesne przedobjawowe rozpoczęcie terapii stwarza szansę, że dziecko będzie rozwijać się prawie tak jak jego zdrowi rówieśnicy. W grupie 25 dzieci z genetycznie potwierdzonym SMA poddanych leczeniu w pierwszych sześciu tygodniach życia, jeszcze przed wystąpieniem objawów, po blisko pięcioletniej terapii 100 proc. z nich pozostaje przy życiu, a 88 proc. samodzielnie chodzi.

– Mam nadzieję, że badania przesiewowe, które będą wprowadzone być może już od przyszłego roku, spowodują, że wyeliminujemy problem rdzeniowego zaniku mięśni jako choroby tak ciężko upośledzającej pacjenta, ale i funkcjonowanie całej jego rodziny – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

W czasie pandemii Polacy częściej remontują mieszkania i zmieniają wystrój. Sklepy budowlane z dużymi wzrostami sprzedaży

Praca zdalna i lockdown sprawiły, że Polacy częściej decydowali się na remont mieszkań, a wiosną ruszyli do prac ogrodowych. W efekcie sklepy budowlane, mimo pandemii koronawirusa, zanotowały w II i III kwartale 2020 roku kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży. Spowolnienie widać było jednak w sprzedaży takich produktów jak znicze przed 1 listopada. – Zakładamy, że początek 2021 roku może wykazywać tendencję spadkową, ale już od II kwartału powinniśmy powrócić na ścieżkę dynamicznego wzrostu – ocenia Paweł Stefaniak, dyrektor handlowy Bricomarché.

 Na wiosnę i w lecie Polacy nie tylko rozpoczęli remonty swoich mieszkań, ale też masowo ruszyli do prac ogrodowych. Więcej czasu spędzali w domu, co spowodowało, że nie tylko zapragnęli zmienić wystrój wnętrz, ale też musieli przystosować je do zdalnej pracy oraz zdalnej nauki. Przełożyło się to na kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży w II i III kwartale br. – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Stefaniak.

Z badania platformy Homebook.pl („Jak wyglądają remonty w polskich domach?”) wynika, że 47 proc. ankietowanych przeprowadziła remont w ciągu minionych trzech miesięcy, a co piąty – w czasie ostatniego roku. Z deklaracji Polaków badanych przez Santander Consumer Bank we wrześniu wynikało zaś, że blisko 20 proc. osób planowało remont jesienią.

Raport Homebook.pl wskazuje też, że najczęściej Polacy decydowali się na malowanie ścian jako najszybszy i najprostszy sposób na nową aranżację wnętrza (91 proc.). Prawie trzech na czterech postawiło na nowe meble, a 71 proc. – na zmianę dodatków. W dalszej kolejności uczestnicy badania wymieniali montaż nowej podłogi (67 proc.) i zakup nowych sprzętów kuchennych (50 proc.).

Podczas pierwszego lockdownu dużą popularnością cieszyły się też prace ogrodowe. Według analiz Cyrek Digital od 13 marca do 3 kwietnia na platformie Allegro kategoria Dom i ogród stała się czwartą największą pod względem sprzedaży, ze wzrostem wartości sprzedaży o 50 proc. r/r.

 Wprowadzone obostrzenia spowodowały nie tylko wzrost sprzedaży online, ale również zmianę zachowania klienta w sklepach stacjonarnych. Notujemy bardzo duży wzrost koszyka, a jednocześnie brak realnego wzrostu liczby paragonów, co oznacza, że klienci dokonują zakupów rzadziej, ale znacznie większych – analizuje dyrektor handlowy Bricomarché.

Także IV kwartał przyniósł wzrosty sprzedaży. Obostrzenia związane z pandemią wpłynęły jednak na spadek zainteresowania świątecznymi akcesoriami. Dużo mniejsza była np. sprzedaż zniczy przed 1 listopada.

– Wstępnie podsumowując bieżący rok, oceniamy, że był on trudny dla wielu branż, w tym także dla branży budowlanej. Bardzo znaczący wpływ miała niepewność dotycząca ogólnej sytuacji gospodarczej, a także spadek inwestycji. Pozytywna okazała się natomiast dodatnia dynamika w zakresie przeprowadzanych remontów. Zakładamy, że początek 2021 roku może wykazywać jednak tendencję spadkową, ale już od II kwartału powinniśmy powrócić na ścieżkę dynamicznego wzrostu – ocenia Paweł Stefaniak.

Na wzrosty sprzedaży, mimo pandemii, wpłynęła też większa liczba mieszkań, które trafiły na rynek. Z raportu GUS „Budownictwo mieszkaniowe w okresie I–XII 2020 r.” wynika, że w ciągu 11 miesięcy oddano do użytkowania 196,4 tys. mieszkań, czyli o 6 proc. więcej niż przed rokiem. Deweloperzy przekazali do eksploatacji 127,3 tys. mieszkań – o 8,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, a inwestorzy indywidualni – 65,8 tys., o 6,1 proc. więcej. Z drugiej jednak strony zamknięcie hoteli, restauracji i ogólne spowolnienie w gospodarce wstrzymało część inwestycji, przez co dynamika sprzedaży w branży budowlanej była niższa od spodziewanej.

– Przedsiębiorcy wstrzymują pewne inwestycje ze względu na dużą niepewność – zauważa ekspert.

Choć w ostatnich miesiącach wzrosła liczba mieszkań oddanych do użytkowania, spadła za to liczba wydanych pozwoleń oraz mieszkań, których budowę rozpoczęto. Jak podaje GUS, po 11 miesiącach 2020 roku liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, jest niższa o 6,6 proc. r/r, w samym sektorze deweloperskim spadek przekroczył 9 proc. Może się to przełożyć na gorsze wyniki sklepów budowlanych na początku 2021 roku.

– Branża remontowa zawsze jednak rządzi się trochę innymi prawami. To nie tylko dekoracja istniejących wnętrz, ale często też naprawa. Także cała część związana z sezonem ma swój cykl i klienci w danych okresach mają potrzebę zrobienia zakupów, aby np. utrzymać ogród. Spadek inwestycji to niewątpliwie zagrożenie, natomiast należy patrzeć optymistycznie przynajmniej na tę część związaną z remontami – prognozuje dyrektor handlowy Bricomarché.

Pierwsze europejskie decyzje w sprawie aukcji 5G i wykluczenia Huaweia. Rozstrzygnięcie sądowe może mieć wpływ na wdrożenie sieci w całej UE

Aukcja na częstotliwości 5G w Szwecji może ruszyć na zasadach, które pozwalają na wykluczenie Huaweia z dostaw sprzętu – wynika z orzeczenia szwedzkiego sądu apelacyjnego. To nie musi jednak oznaczać wykluczenia chińskiego dostawcy, bo przed tamtejszym sądem administracyjnym toczy się jeszcze jedno, kluczowe w tej sprawie postępowanie. Jeżeli sąd przychyli się do wniesionej skargi, może to mieć wpływ na orzecznictwo także w innych krajach Europy i prowadzonych przez nie przygotowaniach do wdrożenia 5G.

– Wykluczenie Huaweia z budowy sieci 5G w Szwecji nie jest jeszcze przesądzone – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego, założyciel kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Szwecja jako drugi kraj po Wielkiej Brytanii wykluczyła w październiku chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Tamtejszy organ regulacyjny – Urząd ds. Poczty i Telekomunikacji (PTS) – ogłosił dwa miesiące temu aukcję na częstotliwości 3,5 GHz i 2,3 GHz dedykowane nowej technologii. Przyjęte przez PTS kryteria uniemożliwiają operatorom telekomunikacyjnym wykorzystanie sprzętu niektórych producentów. Według orzeczenia także istniejąca już infrastruktura 5G, bazująca na sprzęcie marki Huawei, ma zostać wycofana do 2025 roku.

Chiński koncern odwołał się od tych decyzji do sztokholmskiego sądu administracyjnego, który wstrzymał decyzję PTS wykluczającą Huaweia z dostaw sprzętu telekomunikacyjnego. To zaś spowodowało zawieszenie aukcji na częstotliwości 5G. Regulator nie pozostał jednak bierny i złożył apelację do Kammarrätten – sądu apelacyjnego. Ten 16 grudnia uwzględnił odwołanie PTS i uchylił wcześniejszą decyzję sądu administracyjnego, dzięki czemu aukcja może być kontynuowana na październikowych zasadach. Jak podkreśla ekspert, nie oznacza to jednak, że sprawa została rozstrzygnięta i zamknięta.

 Rozstrzygnięcie szwedzkiego sądu apelacyjnego, czyli Kammarrätten, dotyczyło tylko tzw. kwestii wpadkowej. Chodziło o zabezpieczenie prawne – w postaci wstrzymania aukcji przez PTS – na czas rozstrzygnięcia kwestii zasadniczej, czyli odwołania Huaweia od decyzji PTS dotyczącej wykluczenia tej firmy z dostaw sprzętu telekomunikacyjnego dla operatorów – wskazuje prof. Maciej Rogalski.

PTS ogłosił już, że aukcja na częstotliwości 5G ruszy ponownie 19 stycznia przyszłego roku. Tymczasem przed sztokholmskim sądem administracyjnym wciąż toczy się postępowanie w kluczowej sprawie, zaskarżającej decyzję PTS o wykluczeniu Huaweia z dostaw sprzętu. Co istotne, Kammarrätten zastrzegł też, że jego decyzja nie ma wpływu na przyszłe orzeczenia w tej sprawie. Dlatego – jak wskazuje rektor Uczelni Łazarskiego – jest kilka różnych scenariuszy tego, jak potoczy się sytuacja.

– Sąd apelacyjny może oddalić skargę Huaweia, a PTS przeprowadzi aukcję bez zakłóceń i przyzna koncesje operatorom na korzystanie z częstotliwości. Prawdopodobny jest jednak również scenariusz, w którym PTS przeprowadzi aukcję i rozdysponuje częstotliwości operatorom, a później sąd administracyjny – po zakończeniu prowadzonego postępowania w tej sprawie – wyda wyrok uwzględniający odwołanie Huaweia, czyli uzna, że decyzja o wykluczeniu tego koncernu była bezprawna – mówi.

Jak podkreśla ekspert, to spowodowałoby konieczność unieważnienia już przeprowadzonej aukcji i jej powtórzenie, co wywołałoby chaos na szwedzkim rynku telekomunikacyjnym.

– Trudno sobie wyobrazić, jaki to spowoduje chaos na każdej płaszczyźnie: rynku telekomunikacyjnego, operatorów, dostawców czy wreszcie konsumentów. Dlatego wydaje się, że w tej sytuacji naturalne powinno być powstrzymanie się od kontynuowania aukcji na obecnych warunkach do czasu rozstrzygnięcia sprawy, przynajmniej w pierwszej instancji sądowej. Z informacji prasowych wynika, że sąd apelacyjny też sugerował takie podejście. Niewykluczone więc, że PTS ponownie przesunie termin rozpoczęcia aukcji, jeżeli 19 stycznia okaże się, że nie ma jeszcze orzeczenia sądu w tej sprawie – mówi prof. Maciej Rogalski.

Huawei, zaskarżając decyzję PTS o wykluczeniu go z dostaw sprzętu, powołał się nie tylko na szwedzkie, lecz także międzynarodowe prawo dotyczące wolności prowadzenia działalności gospodarczej, w tym m.in. unijne zapisy Europejskiego kodeksu łączności elektronicznej. To sprawia, że decyzja, którą szwedzki sąd administracyjny podejmie w sprawie chińskiego koncernu, może wpłynąć również na inne kraje Europy i prowadzone przez nie przygotowania do wdrożenia 5G.

– Rozstrzygnięcie w tej sprawie, dotyczące podstawowych kwestii, takich jak prawo do swobodnego prowadzenia działalności gospodarczej, nastąpi na podstawie przepisów obowiązujących we wszystkich krajach UE. Będzie więc rzutować na inne, analogiczne sprawy w innych krajach europejskich. Nie jest wykluczone, że ta sprawa może mieć kontynuację przed europejskimi sądami, jak np. Trybunał Sprawiedliwości UE, z uwagi na możliwość naruszenia praw podstawowych UE – wskazuje założyciel kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Jak podkreśla, w Polsce rozpoczęcie aukcji, w ramach której będą podejmowane decyzje wykluczające lub ograniczające działalność dostawców sprzętu, według obecnie obowiązujących przepisów rodzi jeszcze większe ryzyko niż w Szwecji. Nie ma bowiem w krajowym prawie zapisów, które umożliwiałyby takie decyzje.

– Polska aukcja będzie się odbywać na podstawie obecnie obowiązującego prawa telekomunikacyjnego. Tymczasem od 21 grudnia br. powinny obowiązywać przepisy, które wprowadzają Europejski kodeks łączności elektronicznej. Z tym dniem przestają także obowiązywać dyrektywy łączności elektronicznej, na których opiera się polska ustawa Prawo telekomunikacyjne. W Szwecji zaimplementowano już kodeks do przepisów krajowych. Kilka miesięcy temu zmieniono przepisy, na podstawie których została wydana decyzja PTS ograniczająca udział Huaweia w dostawach telekomunikacyjnych. W Polsce takich zmian nie wprowadzono. Miała je wprowadzić nowela ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, ale dotychczas nie została przyjęta i nie wiadomo, kiedy to nastąpi – wyjaśnia prof. Maciej Rogalski.

Polacy często mają problem z wyborem prezentu dla bliskich. 70 proc. znajduje pod choinką nietrafiony upominek

61 proc. Polaków ma dylemat, co podarować najbliższym pod choinkę – wynika z badania Digital Reload Polska. Boją się, że nie trafią z rozmiarem czy kolorem albo prezent nie spodoba się obdarowanemu. Zdecydowana większość badanych przyznaje, że sami też kiedyś dostali nietrafiony prezent. To dlatego coraz częściej pod choinkę wybierają karty podarunkowe, które można zrealizować w jednym konkretnym lub kilku sklepach. Jest to też rozwiązanie, po które chętnie sięgają pracodawcy. W tym roku po różnego typu bony podarunkowe sięgnie co trzeci z nich.

Polacy szukają rozwiązania, które będzie uniwersalne, zarówno dla kupujących prezent, jak i dla obdarowanych. Większość respondentów naszego badania byłaby zadowolona z otrzymania karty podarunkowej, ponieważ daje ona dużą elastyczność wyboru. Obdarowany może zdecydować, kiedy wykorzysta prezent, wybrać kolor, rozmiar, markę itp. – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Mucha, dyrektor zarządzający Digital Reload Polska.

Wśród najchętniej kupowanych prezentów są od lat książki, filmy i muzyka, kosmetyki oraz odzież. Zgodnie z badaniem Opinion Way „Zmiany w branży e-commerce w Polsce” te kategorie bierze pod uwagę przy zakupie prezentów świątecznych odpowiednio 31 proc., 28 proc. i 27 proc. W tym roku 17 proc. chciało kupić elektronikę, a 16 proc. zamierzało postawić na gry i konsole.

Coraz częściej – zamiast kolejnego szalika, skarpetek czy kosmetyków pielęgnacyjnych – Polacy kupują karty podarunkowe. Sami doskonale wiedzą, z czym się wiąże nietrafiony upominek – 70 proc. badanych przez IQS na zlecenie Digital Reload Polska przyznało, że kiedyś taki otrzymali.

Jak podkreśla zarządzający Digital Reload Polska, największym zainteresowaniem cieszą się karty podarunkowe do sklepów, które są znane na rynku albo lubiane przez obdarowanych. Z kolei wartość kart podarunkowych zależy od marki i zasobności portfela – oferta cenowa mieści się w przedziale od 20 zł do nawet kilku tysięcy złotych w przypadku marek luksusowych.

Najczęściej wybierane są karty podarunkowe pozwalające na zakup multimediów, produktów z oferty marek modowych, ale także do sklepów spożywczych – uściśla Grzegorz Mucha. – Kolejny czynnik, który decyduje o atrakcyjności karty podarunkowej, to szeroki wybór asortymentu. Kupujący ma przekonanie, że osoba, która ją dostanie, będzie zadowolona z możliwości, jakie oferuje karta.

Według respondentów badania Digital Reload Polska największą wadą kart podarunkowych jest ograniczenie wyboru tylko do produktów jednej marki. Sposobem na rozwiązanie tego problemu jest multikarta. 84 proc. badanych, którzy mają trudności z wyborem upominków, uważa, że byłby to atrakcyjny prezent. Taką multikartę „7 życzeń”, którą można wykorzystać w różnych sklepach online i offline, zróżnicowanych branżowo, oferuje np. serwis Kartypodarunkowe.online.

– Jest to karta podarunkowa, która pozwala na zakupy produktów wielu marek. Aż 90 proc. respondentów naszego badania uznało kartę wielomarkową za produkt, który spełni ich oczekiwania, bo umożliwi swobodę wyboru osobie obdarowanej – wyjaśnia dyrektor zarządzający Digital Reload Polska.

81 proc. badanych stwierdziło, że taką właśnie kartę podarowałoby jako prezent świąteczny.  To może być dobre rozwiązanie także dla pracodawców, którzy nie znają preferencji zakupowych swoich pracowników.

Karta podarunkowa jest dla pracodawców nie tylko sposobem na podarunek, ale rozwiązuje także problemy logistyczne. Dzięki temu, że można łatwo udostępnić obdarowanemu elektroniczny kod, przygotowanie i rozdysponowanie prezentów wymaga znacznie mniejszego zaangażowania – dodaje Grzegorz Mucha.

Jak wskazuje badanie Randstad i GfK Polonia, w tym roku pracodawcy rezygnują z firmowych wigilii. Do tej pory tego typu spotkania były wskazywane jako najpopularniejsza inicjatywa kierowana do pracowników w okresie okołoświątecznym. W tym roku planowała je tylko co czwarta firma. Na pierwsze miejsce „wskoczyły” za to premie okolicznościowe (35 proc.). Wyraźnie wzrosła też popularność bonów podarunkowych (33 proc. firm vs. 26 proc. w ubiegłym roku). Co ciekawe, pracodawcy przyznali, że są gotowi wydać na inicjatywy świąteczne więcej niż w 2019 roku.

Najnowsze badania potwierdzają, że brodaci handlowcy są skuteczniejsi. Dzięki zarostowi notują nawet trzykrotnie wyższe wyniki sprzedaży, także w internecie

Badania pokazują, że mężczyźni z zapuszczoną brodą jako handlowcy mogą pomóc zwiększyć sprzedaż. Naukowcy przeprowadzili pięć badań, aby sprawdzić moc brody. Okazało się, że reklama na Facebooku z brodatą wersją przedstawiciela handlowego była w stanie zapewnić wyższy współczynnik klikalności na poziomie 2,66 proc, co znacznie przewyższa średnie branżowe ledwie przekraczające 1 proc. – Broda  wydaje się przekazywać spójny sygnał na temat wiedzy specjalistycznej w danej dziedzinie – kluczowej siły napędowej sukcesu w sprzedaży – ocenia David H. Silvera, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Teksańskim w San Antonio.

Najnowsze badanie naukowców z Uniwersytetu Teksańskiego w San Antonio oraz Uniwersytetu św. Edwarda w Teksasie potwierdza, że chętniej kupimy produkt, jeśli sprzedawca będzie miał zapuszczoną brodę.

– Nasze badania sugerują, że mężczyźni zajmujący się sprzedażą lub usługami, w których wiedza i zaufanie są kluczowe dla konwersji sprzedaży, byliby milej widziani, gdyby zapuścili brodę. Nawet profil na LinkedIn czy materiały marketingowe takiej osoby mogą zyskać po zapuszczeniu brody – przekonuje Sarah Mittal, adiunkt w dziedzinie marketingu na Uniwersytecie św. Edwarda w Teksasie.

Naukowcy przeprowadzili pięć badań, aby sprawdzić „moc brody”, przewidując, że byłaby ona zaletą w rolach sprzedażowych i usługowych. Zbadali wpływ brody na postrzeganie wiedzy, wiarygodność, satysfakcję z obsługi i prawdopodobieństwo sprzedaży. Okazało się, że niezależnie od branży, rasy, pochodzenia etnicznego czy atrakcyjności sprzedawcy potencjalni nabywcy uważają brodatych sprzedawców za posiadających większą wiedzę i wiarygodność.

– Broda może być modna i wychodzić z mody, jeśli chodzi o jej zdolność do zwiększania atrakcyjności fizycznej. Jednak z perspektywy ewolucyjnej konsekwentnie służy innym jako wskazówka dotycząca męskości, dojrzałości, zasobów, kompetencji, przywództwa i statusu – wymienia Sarah Mittal. – Zdolność do zapuszczenia zdrowej brody sygnalizuje „immunokompetencję”, a to ma wpływ na sposób oceny takiej osoby w wielu aspektach życia.

Jedno z badań wykorzystało Facebook Ad Manager. Korzystając z niego, naukowcy opracowali dwa rodzaje reklamy – z gładko ogolonym i brodatym sprzedawcą. Okazało się, że reklama z brodatą wersją przedstawiciela handlowego była w stanie zapewnić wyższy współczynnik klikalności, na poziomie 2,66 proc. Dla porównania średnia branżowa w usługach przemysłowych wynosi 0,71 proc., a w technologii 1,04 proc.

– Broda wydaje się przekazywać spójny sygnał na temat wiedzy specjalistycznej w danej dziedzinie – kluczowej siły napędowej sukcesu w sprzedaży. Efekty te mają również miejsce w zakresie oferowania usług, w których osoby z brodą notują wyższe wskaźniki zadowolenia wśród klientów – przekonuje David H. Silvera, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Teksańskim w San Antonio

Już badanie przeprowadzone w 2014 roku w „Journal of Marketing Communications” wykazało, że mężczyźni z zadbanymi brodami, którzy reklamowali produkty, byli postrzegani jako bardziej doświadczeni i bardziej godni zaufania. Inne badania cytowane na Phd.org sugerują, że osoby z brodą są traktowane jako silniejsze, bardziej szanowane i o wyższym statusie. Badanie przeprowadzone przez „Official Journal of the Human Behavior and Evolution Society” w 2015 roku i opublikowane w Huffington Post wykazało, że mężczyźni z brodami są postrzegani jako bardziej atrakcyjni.

Polscy naukowcy chcą wykorzystać sztuczną inteligencję do diagnozowania raka prostaty. Nowa metoda opiera się na analizie obrazów i zapewnia 85-proc. skuteczność

Sztuczna inteligencja wykazuje aż 85-proc. skuteczność w diagnozowaniu raka prostaty na podstawie obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. To rezultat zbliżony do tego, który osiągają doświadczeni klinicyści. Polacy wykorzystają ten mechanizm do stworzenia rozwiązania automatyzującego proces diagnostyki. Dzięki takim metodom czas od wykonania badania do wdrożenia spersonalizowanego leczenia skróci się nawet o 90 proc.

– Diagnostyka obrazowa jest tematem, w którym znajdujemy zastosowania sztucznej inteligencji. Szczególnie rozwiązań bazujących na głębokich sieciach neuronowych, które są w stanie automatycznie analizować obrazy. Wiele rozwiązań pozwala na automatyczną diagnostykę raka, a także detekcję zmian chorobowych. Takie rozwiązania są w stanie automatycznie oszacować ryzyko istotności klinicznej zmian, a także zlokalizować je – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Sobecki, kierownik Laboratorium Stosowanej Sztucznej Inteligencji w Ośrodku Przetwarzania Informacji – Państwowym Instytucie Badawczym.

Polscy naukowcy pracują obecnie nad rozwiązaniem wykorzystującym sztuczną inteligencję do wspierania diagnostyki raka prostaty. Głęboka sieć neuronowa na podstawie zdjęć prostaty z rezonansu magnetycznego oblicza prawdopodobieństwo, że badana zmiana jest złośliwa, i ocenia je w skali analogicznej do PI-RADS, używanej przez specjalistów.

– Sztuczna inteligencja pełni rolę wspierającą diagnostę, czyli w tym wypadku radiologa, w podejmowaniu decyzji. Istotne również jest to, by SI była częścią procesu diagnostycznego, nie tylko ograniczającą się w radiologii. Powstało bardzo wiele rozwiązań, które analizują jedynie obrazy i zwracają pewną informację o istotności klinicznej zmian – wskazuje Piotr Sobecki.

Szpital Addenbrooke w Cambridge ma być pierwszym szpitalem na świecie, który będzie korzystał z InnerEye. Narzędzie to wykorzystuje głębokie uczenie do dokładnej identyfikacji guzów na skanach sporządzonych przez tomograf komputerowy. Dzięki temu proces przetwarzania informacji i planowania leczenia skraca się aż o 90 proc. Z kolei rozwiązanie, nad którym pracują polscy naukowcy, cechuje się skutecznością szacowaną na ok. 85 proc., czyli zbliżoną do tej, którą osiągają doświadczeni eksperci.

– Przeprowadziliśmy badania pilotażowe z udziałem sześciu radiologów. Pokazały one, że metody sztucznej inteligencji oparte na głębokich sieciach neuronowych są w stanie osiągnąć wyniki dorównujące i nawet przewyższające najbardziej doświadczonych radiologów z kilkunastoletnim doświadczeniem. To pokazuje, że zastosowanie sztucznej inteligencji ma potencjał we wspieraniu diagnostyki i szczególnie w takich momentach, w których zależy nam na ograniczeniu liczby dokonywanych biopsji. Celem nadrzędnym jest komfort pacjenta – podkreśla ekspert.

Rolą sztucznej inteligencji w leczeniu nowotworów może być jednak nie tylko analizowanie danych pozyskanych z badań obrazowych, takich jak zdjęcie rentgenowskie czy skan z tomografu komputerowego. ReceptorNet jest najnowszym algorytmem SI, który określa u pacjentek z rakiem piersi stan receptorów hormonalnych. To kluczowy dla klinicystów biomarker, wykorzystywany przy podejmowaniu decyzji o ścieżce leczenia. Standardowo jest on oceniany przez patologa poprzez badanie tkanki guza pod mikroskopem, z zastosowaniem kosztownego barwienia immunohistochemicznego. Algorytm wykonuje tę samą pracę, ale z wykorzystaniem tańszego procesu obrazowania. Przyglądając się pojedynczym pikselom obrazu, jest w stanie dostrzec zmiany tak subtelne, że nie byłoby ich w stanie wychwycić ludzkie oko.

Rozwiązanie, nad którym pracują Polacy, ma z kolei szansę zrewolucjonizować diagnostykę i leczenie raka prostaty, ale obecnie znajduje się na wczesnym etapie rozwoju.

– Projekt jest po etapie wstępnej walidacji, w którym udowodniliśmy, że rozwiązanie jest możliwe do wprowadzenia w praktyce. Jednak istotne jest to, żeby predykcje dokonywane przez to rozwiązanie były wykonywane w sposób wyjaśnialny. Do tego potrzebujemy dużego wolumenu danych z różnych ośrodków – zaznacza ekspert.

Accenture przewiduje, że rynek sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej osiągnie do 2021 roku wartość 6,6 mld dol. To aż jedenastokrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2014. Do 2026 roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych medyczne zastosowania SI mogą wygenerować nawet 150 mld dol.

– SI to zdecydowanie przyszłość medycyny, ponieważ rozwiązania, które już są obecne, wskazują na bardzo duży potencjał tych metod we wspomaganiu diagnostyki. Przekłada się to na ograniczenie kosztów, a także polepszenie jakości służby zdrowia. Możemy się spodziewać, że rozwiązania bazujące na sztucznej inteligencji będą zastosowane w całym procesie diagnostycznym, nie tylko w wybranych fragmentach. Aktualnie jedynie wybrane fragmenty procesu diagnostycznego są wspierane metodami sztucznej inteligencji – mówi Piotr Sobecki.

Grupa ORLEN wraz z PGNiG zbudują elektrownię gazową w Ostrołęce

Grupa ORLEN pozyskała partnera do realizacji inwestycji w blok gazowo-parowy w Ostrołęce, którym zostanie PGNiG. Podpisana trójstronna umowa gwarantuje PKN ORLEN i Enerdze wiodącą pozycję w projekcie, z łącznym pakietem udziałowym na poziomie 51 proc. PGNiG obejmie 49 proc. udziałów. Jednocześnie PKN ORLEN i PGNiG zawarły aneks do umowy z 2016 r., który gwarantuje stabilne dostawy gazu do końca 2027 r. dla instalacji produkcyjnych Grupy ORLEN w Polsce, w tym do elektrowni w Ostrołęce. 

– Pozyskanie partnera do budowy elektrowni gazowej w Ostrołęce to kolejny krok przybliżający nas do rozpoczęcia tej ważnej inwestycji. Wpisuje się ona w założenia nowej strategii PKN ORLEN do 2030 r. związane z niskoemisyjnością oraz zabezpieczeniem systemu elektroenergetycznego opartego na odnawialnych źródłach energii.  Dzięki pozyskaniu PGNiG jako partnera do projektu w Ostrołęce, mającego mocną pozycję na rynku gazu ziemnego, wchodzimy w kolejny etap inwestycji, przybliżając się do jej skutecznej realizacji. Jednocześnie zapewniliśmy bezpieczeństwo dostaw gazu, które są kluczowe dla niezakłóconej pracy naszych instalacji produkcyjnych. To z kolei przekłada się bezpośrednio na gwarancję bezpieczeństwa energetycznego Polski – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

– Współpraca PKN ORLEN z PGNiG wnosi pozytywny impuls do transformacji polskiej energetyki w oparciu o niskoemisyjne paliwo przejściowe, jakim jest gaz ziemny – podkreśla Paweł Majewski, Prezes Zarządu PGNiG SA. – Dla PGNiG to pewny i wieloletni odbiorca dużych wolumenów gazu, którego użycie w Ostrołęce, zamiast węgla, zminimalizuje przedostawanie się do powietrza niebezpiecznych dla zdrowia pyłów i wydatnie zmniejszy poziom emisji gazów cieplarnianych – dodaje.

W ramach realizacji budowy elektrowni w Ostrołęce w technologii gazowej powołana zostanie nowa spółka, która będzie odpowiedzialna za przeprowadzenie inwestycji. PKN ORLEN i Energa łącznie będą w niej posiadać większościowy udział na poziomie 51 proc., pozostałe 49 proc. obejmie PGNiG. Zakres prac przewiduje budowę bloku energetycznego w technologii zasilania paliwem gazowym oraz niezbędnej infrastruktury do jego funkcjonowania. Ważnym elementem umowy jest gotowość PGNiG w zakresie dostaw gazu ziemnego na potrzeby elektrowni w Ostrołęce do końca 2027 r., co umożliwi jej sprawne funkcjonowanie.

Strony zakładają realizację wszystkich przesłanek umożliwiających utworzenie nowej spółki, w tym pozyskanie zgody odpowiednich organów antymonopolowych, do 30 czerwca 2021 roku. Realizacja projektu będzie możliwa dzięki odpowiedniemu odrębnemu porozumieniu dotyczącemu podziału Elektrowni Ostrołęka Sp. z .o.o. (podmiot realizujący projekt Ostrołęka C), pomiędzy dotychczasowymi sponsorami projektu – Energą i Eneą – oraz samą spółką celową.

Zaangażowanie przez PKN ORLEN w budowę elektrowni gazowej wpisuje się w strategiczne plany rozwoju nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania energii. Dlatego w maju br., Koncern już jako właściciel Energi, zadeklarował chęć udziału w projekcie, ale wyłącznie w technologii gazowej. Porozumienie w sprawie kierunkowych zasad współpracy przy budowie elektrowni w technologii gazowej w Ostrołęce zostało podpisane jeszcze w czerwcu br., a we wrześniu br. chęć przystąpienia do projektu wyraziło PGNiG.

Wykorzystując efekt skali i portfelowe podejście do zakupów surowców, PKN ORLEN podpisał również z PGNiG aneks do umowy na dostawy gazu, zabezpieczając do końca 2027 r. (z opcją przedłużenia do końca 2028 r.) paliwo do pracy instalacji produkcyjnych Grupy Kapitałowej w Polsce. Pozwoli on przedłużyć istniejącą umowę o kolejne 5 lat, do 1 stycznia 2028 r.

Podatek od handlu wpłynie na mocny wzrost cen, ostrzegają handlowcy

Nadchodzący rok 2021 może być dla handlu wyjątkowo ciężki. Do piętrzących się strat po epidemii dołączyć może nowy podatek od handlu. W przyszłym roku ma zostać uchwalony podatek dla sklepów wielkopowierzchniowych w wysokości 1,4% obrotów. To prawie na pewno doprowadzi do wzrostu cen. Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji ostrzega, że zrzeszone pod jej sztandarem sklepy będą musiały zwiększyć marże – by zarobić na dodatkowy podatek. Opłacenie dodatkowej daniny będzie dla nich szczególnie ciężkie, nie tylko z powodu strat podczas epidemii koronawirusa. Na rentowność sklepów cały czas wpływa bowiem zakaz handlu w niedzielę.

– Już od dwóch lat mamy spadki sprzedaży z powodu zakazu handlu. Nie dzieje się tak, że sześć dni przynosi zysk, który wynagradza nam zamkniętą niedzielę. Nie wszyscy klienci są w stanie zrobić zakupy w tygodniu, albo zrobić je w takim wolumenie, w jakim chcieli do tej pory robić – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezeska zarządu Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Więc po zakazie handlu w niedzielę, po COVIDzie i w widmie podatku od handlu oraz podatku cyfrowego – o którym mówi Unia Europejska – trzeba być świadomym tego, że będzie drożyzna. Mówię to w imieniu analityków rynku i ekspertów. Handel przy tak niskich marżach nie będzie w stanie utrzymać poziomu cen, z którym mieliśmy do tej pory do czynienia. Nie chcielibyśmy, aby frustracja konsumentów przenosiła się na nas. Bo to nie będzie decyzja handlu, tylko sytuacji ekonomicznej. Przypominam, że dla branży wielkopowierzchniowej podatek stanowić będzie 1,4% obrotu. A w tym momencie największe powierzchnie handlowe mają rentowność na poziomie 0,5%. Dlatego podniesienie cen może być nieuniknione – ostrzega Juszkiewicz.

Inwestycje w technologie – wyniki badania EY Digital Investment Index 2020

Internet rzeczy, sztuczna inteligencja i rozwiązania chmurowe to najpopularniejsze nowe technologie, w które najchętniej inwestowano w ostatnich dwóch latach. Zyskały one zwolenników odpowiednio wśród 55%, 52% i 53% ankietowanych przez EY firm. To też technologie, w które firmy planują zainwestować najwięcej w kolejnych dwóch latach – pokazują wyniki badania EY Digital Investment Index 2020.

Rozwiązania IoT planuje wdrożyć 67% badanych przez EY, technologie z zakresu sztucznej inteligencji znajdują się w planach 64% ankietowanych, a w rozwiązania chmurowe – 61%. Zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania z zakresu Blockchain, cyberbezpieczeństwa, inteligentnej automatyzacji procesów czy rozszerzonej rzeczywistości.

Rys. 1. Na inwestycjach w które technologie Twoja firma koncentrowała się w ostatnich dwóch latach i w które zamierza inwestować w najbliższych dwóch?
wyniki badania EY Digital Investment Index 2020– Cyfrowa transformacja pozwala nie tylko na dynamiczny rozwój, ale i zwiększenie odporności przedsiębiorstw na szereg ryzyk. Firmy przekonały się o tym w ostatnich kwartałach, kiedy pandemia niejako wymusiła na nich adaptację nowych technologii. W tym przełomowym czasie wykorzystanie narzędzi cyfrowych wielu firmom pozwoliło działać podczas lockdownu, a najnowsze rozwiązania technologiczne usprawniły m.in. analizę, transfer i przechowywanie danych, pozwalając reagować na dynamicznie zmieniające się wyzwania. Liderzy cyfrowej transformacji zwiększyli swoją odporność, a tym samym przewagę rynkową wobec tych, którzy transformację cyfrową wciąż realizują na niewielką skalę, bądź decydują się wyłącznie na implementację pojedynczych technologii i rozwiązań – mówi Michał Kopyt, Partner EY, Lider Działu Doradztwa Technologicznego.

Jak więc firmy walczą o odporność swoich przedsiębiorstw? Liderzy cyfrowej transformacji stawiają przede wszystkim na rozwój cyfrowych kompetencji na drodze fuzji, przejęć czy partnerstw. Takie podejście prezentuje 64% firm. Ponad połowa transformacyjnych liderów zamierza koncentrować się na uzyskaniu szybkich zwrotów z wdrożonych rozwiązań, 49% chce porzucić inicjatywy, które nie są konieczne, a 46% przyspieszyć rozwój nowych, cyfrowych produktów i usług, a także modeli biznesowych.

Rys. 2. Działania rozważane przez firmy w odniesieniu do odporności przedsiębiorstwa
Działania rozważane przez firmy w odniesieniu do odporności przedsiębiorstwaWyniki badania EY Digital Investment Index 2020 pokazują jednak, że choć większość firm rozumie potrzebę cyfrowej transformacji, to skalowanie inicjatyw cyfrowych, wciąż pozostaje wyzwaniem. 79% ankietowanych przez EY deklaruje, że ich działania cyfryzacyjne „grzęzną” w początkowej fazie. Dzieje się tak ze względu na brak odpowiednich umiejętności pracowników (na tę kwestię wskazuje 65% ankietowanych), brak wystarczającego budżetu i finansowania (59%), czy brak odpowiedniego modelu operacyjnego (45%). Jedna trzecia nie ma z kolei dostępu do danych.

Rys. 3. Dlaczego inicjatywy cyfrowe w Twojej firmie „grzęzną”?

inicjatywy cyfrowe w Twojej firmieCo istotne, 45% firm nie ma odpowiedniego modelu operacyjnego zakładającego procesy cyfryzacji, a 38% mierzy się z brakiem strategii w tym zakresie. W 36% firm brakuje kultury innowacji i eksperymentowania, a 34% mierzy się z coraz większym naciskiem na cięcie kosztów. To może tłumaczyć dlaczego mniej niż 10% respondentów badania EY (w tym również liderzy cyfrowej transformacji) deklaruje, że nie jest w stanie odczuć w pełni efektu swoich wysiłków podjętych na rzecz cyfryzacji przedsiębiorstw.

– W środowisku ograniczonych z różnych względów budżetów, udowadnianie wartości wszystkich inwestycji – w tym cyfrowych – ma coraz większe znaczenie. Chociaż ponad trzy czwarte kadry kierowniczej twierdzi, że inicjatywy cyfrowe miały kluczowe znaczenie dla sukcesu ich organizacji w ciągu ostatnich dwóch lat, ustalenie dokładnych danych, pokazujących skalę i mierzalne efekty tego sukcesu wciąż trwa. Mniej niż jedna czwarta zarządzających ankietowanych przez EY przyznaje, że aktywnie mierzy zwrot z cyfrowych inwestycji (RODI), podczas gdy inne wskaźniki KPI dotyczące wyników finansowych czy wydajności operacyjnej są powszechnie stosowane – dodaje Michał Kopyt, Partner EY, Lider Działu Doradztwa Technologicznego.

O badaniu Digital Investment Index

Zespoły EY i Oxford Economics przeprowadziły ankietę wśród 1001 menedżerów odpowiedzialnych za podejmowanie decyzji technologicznych (CEO, CDO – Chief digital officer, CFO, CSO, CIO) w firmach z różnych branż na całym świecie. Badanie przeprowadzone zostało wśród firm o rocznych przychodach powyżej 1 mld USD, jedna trzecia to respondenci z firm o rocznych przychodach powyżej 10 mld USD. 60% respondentów pochodziło z obu Ameryk, 20% z Europy, 20% z regionu Azji i Pacyfiku. Badanie przeprowadzone zostało w okresie wrzesień – listopad 2020.

Co Brexit zmieni w funkcjonowaniu polskich przedsiębiorców?

Pierwszy stycznia 2021 roku może być jednym z najważniejszych dni dla Wielkiej Brytanii i całej Unii Europejskiej. Tego dnia zostanie w pełni zrealizowane pierwsze wyjście kraju członkowskiego ze wspólnoty. Istnieje prawdopodobieństwo, że Zjednoczone Królestwo nie będzie mogło korzystać z przywilejów otwartego rynku i zniesionych ceł. Konsekwencje mogą dotknąć przedsiębiorców z całej UE, którzy sprzedawali lub kupowali towary na wyspach.

Wielka Brytania formalnie opuściła Unię Europejską 31 stycznia 2020 roku. Jednak jeszcze do końca 2020 roku obowiązywał okres przejściowy, w którym państwo pozostawało w strukturach jednolitego rynku oraz Unii Celnej. To umożliwiało utrzymanie swobodnego handlu z pozostałymi 27 krajami członkowskimi i niezakłócony przepływ ludzi. Wraz z nowym rokiem Wielka Brytania stanie się dla UE krajem trzecim – z punktu widzenia formalnego leżącym poza Unią Europejską.

To wydarzenie będzie mieć duże konsekwencje także dla polskiej gospodarki i polskich firm. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim największym rynkiem zbytu dla polskich przedsiębiorców, w 2019 roku wartość towarów wysłanych na wyspy z Polski przekroczyła 14 mld euro. Z kolei import z Wielkiej Brytanii do naszego kraju wyniósł nieco ponad 5,5 mld euro. Te dane pokazują, jak ogromna liczba polskich przedsiębiorców będzie narażona na skutki Brexitu. Niezależnie od tego czy Wielka Brytania opuści Unię z umową czy bez, od 2021 roku zmienią się przepisy i eksport towarów na wyspy stanie się znacznie trudniejszy.

Dotychczas kierowca ciężarówki wioząc towar do Wielkiej Brytanii potrzebował dwóch dokumentów –faktury i listu przewozowego. Po zmianach będzie potrzebował kolejnych dziewięciu – różnych pozwoleń, zaświadczeń, certyfikatów weterynaryjnych czy fitosanitarnych. To pokazuje jaka skala zmian nas czeka” – mówi Michael Dembinski z Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej. „Rząd brytyjski obiecuje, że wiele z nowych obowiązków będzie można załatwić online, w tym celu przygotowywanych jest 10 nowych programów informatycznych. Problem w tym, że nie wszystkie jeszcze działają i nie wiadomo czy i kiedy będą one ze sobą współpracowały na czas” – dodaje Dembinski.

Niektórzy polscy spedytorzy już przed świętami przestali wysyłać ciężarówki do Wielkiej Brytanii, czekając aż sytuacja formalna będzie jasna. Konsekwencje całkowitego wyjścia z UE mogą się odbić także na przedsiębiorcach, którzy dotychczas nie mieli bezpośredniej wymiany handlowej z Wielką Brytanią. Chodzi o firmy, które produkują z materiałów pochodzących z tego kraju. W przypadku scenariusza wyjścia bez umowy, od 2021 trzeba będzie się liczyć z większą liczbą formalności podczas importu materiałów, z wyższymi kosztami związanymi m.in. z cłami czy weryfikacją dotychczasowych certyfikatów UE na sprowadzane produkty. Jeśli większość materiałów użytych do produkcji nie będzie pochodziła z Unii Europejskiej (a materiały pochodzące z Wielkiej Brytanii nie będą już pochodziły z Unii), może być konieczna ponowna certyfikacja produktów.

Jak sobie poradzić w nowej sytuacji?

Dla wszystkich sektorów polskiej gospodarki pełny Brexit oznacza utratę lub utrudnienie dostępu do dużego i chłonnego rynku. Można się spodziewać, że najbardziej dotknięte zostaną podmioty, które działają w branżach o największym udziale w wymianie handlowej między Wielką Brytanią a Polską. Są to producenci maszyn i urządzeń mechanicznych, sektor automotive a także producenci artykułów spożywczych i produktów przemysłu chemicznego. Wydaje się, że poszkodowane będą też firmy działające w branżach, które zostaną obciążone najwyższymi kosztami celnymi. Kwota taryf celnych będzie się różnić, zależnie od towaru. W przypadku wysoko przetworzonych produktów, ten poziom ma być niski (1-3%); natomiast na przykład na żywności mają być wysokie (np. na wołowinę 58%, na ser biały 73%).

„Niezależnie od przyjętego scenariusza dalszej współpracy na poziomie unijnym, Wielka Brytania pozostanie dla polskich przedsiębiorców ważnym rynkiem. Nadal jest piątą największą gospodarką świata, której produkcja przemysłowa stanowi tylko 8,6 proc. wartości dodanej do PKB, więc import towarów ze świata pozostanie dla niej koniecznością. Brexit może zatem okazać się szansą dla polskich firm, które pozostaną zdeterminowane by kontynuować działalność i rozwijać biznes na wyspach mimo możliwych utrudnień.” – wyjaśnia Magdalena Kusa, International Business Manager w Santander Bank Polska. „Z myślą o polskich przedsiębiorcach, którzy prowadzą wymianę handlową z partnerami z Wielkiej Brytanii przygotowaliśmy kilka rozwiązań, które pomogą łatwiej poradzić sobie w nowej sytuacji. Dzięki usługom Biura Bankowości Międzynarodowej w Santander Bank Polska klienci korporacyjni mogą skorzystać z pomocy w otwarciu rachunku w Wielkiej Brytanii czy kontakcie z bankiem na wyspach. Pozyskujemy też informacje o możliwościach biznesowych dla naszych klientów, wspieramy firmy udostępniając finansowanie zagranicą. – dodaje Kusa.

Wyłączenie Wielkiej Brytanii z zasad obowiązujących na jednolitym rynku unijnym powoduje ograniczenie obszaru, na którym polskie firmy utrzymywały relacje handlowe na korzystnych zasadach. Dla wielu producentów będzie to oznaczało konieczność znalezienia nowych rynków zbytu. W tym może pomóc Santander Trade Portal – platforma cyfrowa dedykowana przedsiębiorcom poszukującym wiarygodnych partnerów biznesowych na rynkach międzynarodowych. Wykorzystując współpracę z 13 światowymi bankami oraz nowoczesne technologie oparte na chmurach obliczeniowych, pomaga nawiązywać i wzmacniać relacje handlowe firm prowadzących handel zagraniczny.

Akademickie Centra Transferu Technologii współpracują z AstraZeneca

16 grudnia 2020 r. Porozumienie Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT.pl) i AstraZeneca zawarły umowę o współpracy. Jej celem jest usprawnienie i przyspieszenie komercjalizacji wyników badań prowadzonych przez polskie uczelnie, w tym Uniwersytet Warszawski – poprzez synergię ponad 70 centrów transferu technologii zrzeszonych w PACTT.

PACTT obecnie zrzesza ponad 70 centrów transferu technologii (CTT) działających przy polskich uczelniach wyższych i instytutach badawczych. CTT odpowiadają za komercjalizację nauki i budowanie przez uczelnie relacji biznesowych z otoczeniem gospodarczym i społecznym. Na liście podmiotów zrzeszonych w PACTT obecnie figuruje m.in. 8 centrów transferu technologii prowadzonych przy uczelniach medycznych oraz po 20 centrów działających przy uniwersytetach i uczelniach technicznych.

Sygnatariusze umowy, Alina Pszczółkowska, Wiceprezes Zarządu AstraZeneca Pharma Poland i reprezentujący PACTT dr Robert Dwiliński, dyrektor Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii UW, podkreślają, że zawiązana współpraca pozwala lepiej współdziałać firmie z naukowym środowiskiem akademickim. Jednym z praktycznych jej aspektów jest wsparcie brokerskie ze strony PACTT – dedykowany broker pod kątem zdefiniowanych zapytań pomaga wyszukać technologie rozwijane na polskich uczelniach i przeznaczone do komercjalizacji.

Idea one-stop shop w PACTT

CTT, które działają w sposób autonomiczny, w ramach PACTT mogą dzielić się doświadczeniami i informacjami, na przykład zapytaniami od przedsiębiorców poszukujących konkretnego wsparcia w zakresie badań czy opracowania technologii. Utworzenie PACTT sprawiło, że potencjalnym inwestorom wywodzącym się z przedsiębiorstw dużo łatwiej jest znaleźć w środowisku akademickim partnerów do współpracy.

„Siłą PACTT jest potencjał wynikający z synergii, czyli możliwości zgromadzenia w jednym miejscu bieżących informacji o odkryciach, know-how i technologiach dostępnych na polskich uczelniach. To cenna wiedza dla tych przedsiębiorców, którzy stawiają na innowacyjność i rozwijają się dzięki swoim działom badawczo-rozwojowym. Jeśli ktoś szuka do współpracy zespołu badawczego lub chce wiedzieć, jakie są dostępne na uczelniach wynalazki, technologie czy know-how, PACTT jest obecnie najlepszym punktem kontaktu. Właśnie dlatego w zrzeszeniu powstała idea usługi, którą nazywamy one-stop shop” – wyjaśnia dr Robert Dwiliński.

One-stop shop polega na przydzieleniu zainteresowanemu podmiotowi oddelegowanego przez PACTT brokera technologii, który wyszukuje informacje zgodnie z profilem zainteresowań inwestora. Obecnie jest to najszybszy, najskuteczniejszy i najbardziej efektywny sposób pozyskania wyspecyfikowanych i odfiltrowanych informacji o technologiach dostępnych w polskich uczelniach i instytutach badawczych.

„Większość uczelni w Polsce ma złożoną strukturę organizacyjną. Dla partnera z zewnątrz nie jest oczywiste, na jakim wydziale powinien szukać pożądanej technologii. Broker dokonuje przeglądu informacji nie tylko we wszystkich centrach transferu zrzeszonych w PACTT, ale ma dostęp do już zagregowanych danych pochodzących ze wszystkich wydziałów w ramach każdej uczelni. Dla firmy poszukującej rozwiązań to ogromna oszczędność czasu” – dodaje Robert Dwiliński.

Na mocy zawartej umowy, PACTT poprzez doradztwo ze strony doświadczonych brokerów technologii ma również wspierać AstraZeneca w dialogu z firmami i startupami, które opierają swoją działalność na rozwoju nowych technologii i innowacji.

Najemcy nie rezygnują z umów przednajmu

Około 30% powierzchni biurowej będącej obecnie w budowie i planowanej do oddania do końca 2023 r. jest już wynajęte. Najemcy, którzy chcieliby w ciągu trzech najbliższych lat wynająć biuro w stolicy, mają do dyspozycji ok. 400 tys. mkw.

Obecnie w Warszawie w budowie z planowanym terminem oddania do końca 2023 r. znajduje się ok. 562 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Niemal 80% tej powierzchni powstaje w strefach centralnych (Centrum oraz Centralny Obszar Biznesu). W strefach pozacentralnych najwięcej buduje się na Mokotowie oraz w strefie Wschód. Wśród największych biurowców powstających obecnie w stolicy znajdują się projekty takie, jak: Forest (71 tys. mkw.), Varso Tower (66 tys. mkw.), Warsaw Unit (59 tys. mkw.), Generation Park Y (45,7 tys. mkw.) czy Skyliner (44,7 tys. mkw.).

Wykres 1. Powierzchnia w budowie w podziale na strefy biurowePowierzchnia w budowie w podziale na strefy biurowe

– Najemcy, którzy nie chcą czekać dwa lata na oddanie inwestycji do użytku, mają do dyspozycji 270 tys. mkw. wolnej powierzchni w 17 budynkach, których budowa planowo powinna zakończyć się już w przyszłym roku. Stanowi to ok. 63% przyszłorocznej podaży biurowej – mówi Anna Maroń, analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Wśród największych transakcji przednajmu w stolicy sfinalizowanych w trzech pierwszych kwartałach tego roku wymienić należy: umowę PZU w Generation Park Y (46,5 tys. mkw.), Allegro oraz JTI w Fabryce Norblina (odpowiednio 16,1 tys. mkw. i 8,5 tys. mkw.), CBRE w Warsaw Unit (4,3 tys. mkw.) czy Orsted Polska w Varso 2 (3,8 tys. mkw.).

– Zdecydowanie największym zainteresowaniem cieszy się Centrum, gdzie na zasadach pre-let wynajęto już 129 tys. mkw., co stanowi 43% całkowitej powierzchni biurowej powstającej w tej strefie. Na drugim miejscu znalazła się strefa Wschód, gdzie umowami przednajmu zabezpieczone jest już niemal 21 tys. mkw. (52%). Na Mokotowie w ramach przednajmu najemcy wynajęli ponad 6 tys. mkw., co stanowi 13% powstającej w tej strefie nowej podaży biurowej. Natomiast, co ciekawe, powierzchnia biurowa powstająca w Centralnym Obszarze Biznesu w Warszawie cieszy się już znacznie mniejszym zainteresowaniem – w ramach umów pre-let jest wynajęte jedynie 5% z powstających 145 tys. mkw. – mówi Anna Maroń.

– Widzimy, że pomimo spadku popytu spowodowanego wybuchem pandemii, firmy w dłuższej perspektywie nie rezygnują z wynajmu biur. Po 10 miesiącach od wybuchu pandemii wiemy, że biura wciąż będą potrzebne, zmieni się natomiast ich funkcja – staną się miejscem pracy kreatywnej i budowania relacji – dodaje Paweł Skałba, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Biurowej w Colliers International.

Mutacja wirusa SARS-cov-2, jedyny polski test różnicujący COVID-19 i grypę identyfikuje nową mutację z Wielkiej Brytanii

Test różnicujący COVID-19 i grypę, MediPAN-COVID+Flu został stworzony przez poznańskich naukowców z Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk (ICHB PAN) we współpracy z firmami Polpharma, Medicofarma i Future Synthesis. Test MediPAN-COVID+Flu był konsultowany z ekspertami z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH) na każdym etapie tworzenia. MediPAN-COVID+Flu jest bardzo szybkim i wiarygodnym narzędziem, pozwalającym na odróżnienie, czy badany pacjent jest zakażony wirusem SARS-CoV-2, czy wirusem grypy i pozwala na wykrywanie obu wirusów niezależnie od ich wariantów. Pomimo pojawiających się mutacji test jest w stanie wykryć wirusa grypy A i B, grypę pandemiczną, ale, co bardzo ważne, także różne warianty genetyczne wirusa SARS-CoV-2, w tym opisany w ostatnich dniach wariant VUI-202012/01 znany jako mutacja angielska. Twórcy MediPAN-COVID+Flu wyprodukowali unikalną platformę do elastycznego projektowania i syntezy składników testu, co pozwala na ich szybkie dopasowywanie do mogących pojawić się w przyszłości kolejnych mutacji wirusów. Elastyczność składników testu i zachowanie jego czułości niezależnie od nowych wariantów wirusów sprawia, że MediPAN-COVID+Flu jest obecnie najlepszym rozwiązaniem do jednoczesnej diagnostyki COVID-19 i grypy na rynku.

MediPAN-COVID+Flu jest zintegrowanym testem genetycznym, który wykrywa dwa wirusowe geny SARS-CoV-2, grypę A i B w jednej reakcji. Utrzymuje wysoką wiarygodność reakcji wykrywających wirusy (>99%) i został tak zaprojektowany, aby omijać miejsca w wirusie, gdzie dochodzi do największej liczby mutacji. Test MediPAN-COVID+Flu jest nakierowany na powiększające się zagrożenie epidemiczne i powstawanie nowych mutacji wirusa SARS-CoV-2 oraz pojawiających się coraz częściej współistniejących infekcji COVID-19 i grypy.

Prototyp testu został stworzony przez naukowców Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk przy aktywnym wsparciu partnerów gospodarczych oraz Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny. Naukowcy NIZP PZH wspierali rozwój testu w zakresie opracowania założeń rozwoju na każdym jego etapie. Polpharma, jako doświadczony partner biznesowy wzmacniała proces naukowy na każdym etapie rozwoju testu, natomiast Medicofarma zapewniła produkcję MediPAN-COVID+Flu, we współpracy z poznańską biotechnologiczną firmą FutureSynthesis, która jest producentem kluczowych komponentów testu.

BioMaxima SA: podjęto uchwały rozpoczynające proces przeniesienia na GPW. Rekordowe wyniki finansowe w historii spółki

Podczas dzisiejszego Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy spółki BioMaxima SA podjęto uchwały rozpoczynające proces przeniesienia notowań akcji spółki z rynku NewConnect na rynek regulowany. Wczoraj spółka podała wstępną informację o rekordowych wynikach finansowych za listopad i za 11 miesięcy 2020 r. BioMaxima jest czołowym polskim producentem diagnostyki laboratoryjnej, m.in. testów do identyfikacji zakażeń SARS-CoV-2.

Głównym punktem obrad dzisiejszego Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy było podjęcie uchwały o rozpoczęciu ubiegania się przez spółkę o wprowadzenie jej akcji do obrotu regulowanego w Europejskim Obszarze Gospodarczym, oraz drugiej, o przejściu od 1 stycznia 2021 roku na Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej (MSSF), które są pierwszym krokiem do przeniesienia notowań akcji emitenta na rynek regulowany. W tym strategicznym kierunku spółka podąża od 2018 roku.

Jednomyślne decyzje zgromadzenia akcjonariuszy, które dzisiaj zapadły, potwierdzają wsparcie akcjonariatu dla kierunku rozwoju zaproponowanego przez zarząd. To dla spółki bardzo istotna sprawa. Notowania na rynku regulowanym dają większe możliwości rozwoju rosnącym spółkom, to zasadnicza jakościowa zmiana. Daje szansę na stabilizację akcjonariatu, a także dużo lepszy dostęp do nowego kapitału. W pierwszym kwartale 2021 roku będziemy finalizować strategię na najbliższe 2-3 lata. W krótkim horyzoncie możemy się rozwijać z posiadanej gotówki i korzystając z instrumentów bankowych. Rozbudowa mocy wytwórczych, wzrost organiczny, to już się dzieje. Chociaż dzisiaj tego nie planujemy, dopuszczamy ewentualną emisję, jeżeli w naszych planach pojawią się projekty, takie jak akwizycje, które umożliwiłyby skokowy wzrost przychodów, ale z drugiej strony wymagałyby większych nakładów finansowych” – powiedział Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA.

Dzień wcześniej, w dniu 21 grudnia 2020 r., zarząd BioMaxima SA podał także wstępną informację o rekordowych w historii spółki miesięcznych wynikach finansowych za listopad, a także za 11 miesięcy 2020 r. Spółka za miesiąc listopad osiągnęła zysk netto na poziomie 1.802 tys. zł., a zysk EBITDA wyniósł 2.415 tys. zł. Rentowność netto ukształtowała się na poziomie 22,35%. Po 11 miesiącach 2020 r. zysk netto wynosi 7.645 tys. zł, EBITDA 11.004 tys. zł.

Zatrudniająca ponad 120 osób BioMaxima SA w latach 2018-2019 realizowała ambitny program inwestycyjny, opiewający na ponad 20 mln zł, w którego rezultacie zbudowano nowy zakład produkcyjny oraz Centrum Badawczo Rozwojowe w Lublinie. W nowym zakładzie skoncentrowano produkcję, przenosząc 4 wydziały z zakładów w Warszawie i Gdańsku. Zwołane walne zgromadzenie miało także w programie uchwały o zmianach w statucie spółki dostosowujących organizację pracy i skład władz spółki do wymagań istniejących na rynku regulowanym, m.in. rozszerzenie składu rady nadzorczej o członków niezależnych oraz powołanie komitetu audytu.

„Power Generation”, czyli potencjał rynkowy osób w wieku 50+

Żyjemy dłużej i dłużej jesteśmy młodzi. Wydłużenie aktywności zawodowej pracowników po 50-tym roku życia należy do priorytetowych działań krajów Unii Europejskiej. Zgodnie z założeniami Strategii Lizbońskiej przyjętej przez kraje UE w 2000 r., jednym z celów Unii Europejskiej jest osiągnięcie wskaźnika zatrudnienia osób w wieku 55-64 lata na poziomie nie niższym niż 50%. Margaret Thatcher została premierem Wielkiej Brytanii mając 54 lata, Ray Kroc założył McDonald’s mając 52 lata, a Anthony Hopkins rozpoczął karierę jako 54-latek. Według raportu UBS / PwC “Billionaires” opublikowanego w listopadzie ub.r., średni wiek wśród 2101 posiadających większość globalnych dóbr miliarderów z 66 krajów z majątkiem o łącznej wartości 8,5 bln USD netto wynosił 66 lat, a nowo mianowanych na stanowiska sędziego w USA – 50 lat.

Pokolenie 50+ rządzi światem

Z danych Eurostatu wynika, że wskaźnik zatrudnienia osób z tego pokolenia w wielu europejskich państwach przekracza 60 proc., np. w Niemczech wynosi 64 proc., a w Szwecji aż 74 proc. Dojrzali pracownicy w porównaniu z młodszymi stanowią cenny kapitał każdej organizacji. Zrozumieli to już nasi europejscy sąsiedzi, m.in. Niemcy i Finowie, wprowadzając kompleksowe programy wsparcia dla osób 50+ oraz inwestując sporo w profilaktykę prozdrowotną dla tej grupy społecznej.

Analiza przeprowadzona przez Korn Ferry, czołową globalną firmę konsultingową z siedzibą w Los Angeles w Kalifornii, działającą w 52 krajach i zatrudniającą 8678 osób na całym świecie wskazuje, że średni wiek (CEO) dyrektora generalnego lub prezesa w różnych branżach to 58 lat, przy czym najstarszy ma średnio 60 lat w usługach finansowych, a najmłodszy 55 lat w sektorze technologicznym. Natomiast średni wiek CMO (dyrektora marketingu) to 52 lata, przy czym najstarszy średni wiek to 54 lata w sektorach nauk przyrodniczych i usług zawodowych, a najmłodszy 50 lat w sektorze konsumenckim. Dla dyrektorów IT odpowiedzialnych za rozwój i wdrożenia technologii informacyjnych (CIO) jest to średnio 51 lat. Obecnie średnia wieku prawników w Stanach Zjednoczonych wynosi 50 lat, zaledwie trzy dekady temu było to 39 lat. W samym USA tylko 4% praktykujących prawników ma mniej niż 30 lat.

NASA przyjmuje, iż optymalny wiek astronautów do misji to 50 lat. Kosmiczna elita to eksperci wyselekcjonowani spośród najlepszych pilotów wojskowych. Muszą być to bowiem osoby zarówno z dużym doświadczeniem, jak i cechujące się dobrą kondycją psychofizyczną. To niezwykłe wyzwanie dla technologii, ale też ludzkiej psychiki i wydolności fizycznej. … ale, jeszcze pokolenie „wcześniej” w 1969 roku, kiedy Neil Alden Armstrong dotknął powierzchni księżyca, ten optymalny wiek wynosił zaledwie 40 lat. Współczesne osiągnięcia medycyny i prewencja, zdrowy styl życia czy work-life balance „odjął” społeczeństwom +/- 10-15 lat. To olbrzymi potencjał, który warto eksplorować.

Potwierdzają to również badania przeprowadzone na Wydziale Nauk o Sporcie i Zdrowiu oraz w Centrum Badawczym Gerontologii na Uniwersytecie w Jyväskylä w Finlandii, z których wysuwa się jasny wniosek – osoby starsze funkcjonują obecnie lepiej niż osoby w tym samym wieku trzy dekady temu. Natomiast, jak zbadała – działająca w około 170 krajach i terytoriach- agencja ONZ ds. Rozwoju,  średni wiek posła na świecie wynosi 53 lata, zaś posłanki to 50 lat. Agencja UNDP zbadała wszystkich 46.552 parlamentarzystów na świecie.

A jak jest w Polsce?

Za granicą już dawno zniknął stereotyp o pokoleniu 50+ jako o ludziach, którzy najlepsze lata zawodowe mają za sobą. Nasi pracodawcy wciąż nie doceniają pełnych sił dojrzałych ludzi. CU / Communication Unlimited i Atena Research & Consulting  zaprezentowały raport dot. sytuacji w naszym kraju pt. „Power Generation. Pieniądze seks i władza – co napędza osoby po 50.” Kupują to, co najlepsze. Oszczędzają, ale posiadają tyle, że nie przeszkadza im to w konsumpcji. Mają także silne poczucie, że sobie na to zasłużyli.

“Pomysł na nasze badanie powstał jako bunt przeciwko stereotypowemu traktowaniu osób 50+. Większość zwłaszcza młodych ludzi myśląc o osobach powyżej 50 roku życia, oczami wyobraźni widzi osoby z siwymi włosami, które zajmują się wnukami, oglądają seriale w telewizji i generalnie nie nadążają za współczesnymi czasami. Kiedy wpiszemy do wyszukiwarki internetowej hasło „pokolenie 50+”, znajdziemy tam zdjęcia nie pięćdziesięciolatków, ale 70-  i 80-latków przedstawionych jako osoby stare, czasem w prześmiewczy sposób np. z nieporadnym wyrazem twarzy przed komputerem. Jedna z firm badawczych opracowała badanie dotyczące pokolenia pięćdziesięciolatków i zilustrowała je rysunkiem dwojga starców poruszających się o laskach. To jest aging w czystej postaci.  Intuicja podpowiadała nam, że pokolenie 50-70 jest zupełnie inne, dlatego postanowiliśmy to sprawdzić i jeśli nasze hipotezy się sprawdzą – odczarować społecznie. Pokolenie milenialsów zostało wielokrotnie przebadane, a prawie w ogóle nie było rzetelnych opracowań dotyczących pokolenia 50+, tak jakby ludzie w tym wieku w ogóle nie istnieli.”- informuje Elżbieta Wojtczak, współwłaścicielka i CEO Communication Unlimited najstarszej niezależnej agencji komunikacji marketingowej w Polsce.

Raport obala liczne stereotypy i pokazuje stan rzeczywisty, np. powszechnie uważa się, że osoby po 50. to w większości osoby tradycyjne, nie do końca otwarte na zmiany i raczej z trudem odnajdujące się we współczesnym świecie. Wbrew powszechnemu przekonaniu stanowią oni zaledwie 9% pokolenia.

“W ostatnich latach pracodawcy mocno skupiali się na zrozumieniu młodszych pokoleń, sprostaniu ich potrzebom i oczekiwaniom w procesie rekrutacyjnym. A zapomnieli o wartościach, które wnosi do firmy Pokolenie 50+. Wokół tej grupy narosło wiele mitów. Osoba po 50-tce postrzegana jest jako mało atrakcyjny kandydat na pracownika. Dojrzali pracownicy oceniani są jako mniej wydajni, słabsi i pozbawieni umiejętności kreatywnych. Zarzuca im się strach przed zmianami, opory przed nowymi technologiami, a także częste przebywanie na zwolnieniach lekarskich. Powtarzana jest też opinia, że w tym wieku już nic się nie chce i myśli się tylko o emeryturze.

A w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.  Jak pokazuje nasze badanie „Power Generation – pieniądze, seks i władza” – ta generacja ma niesłychaną moc, która przejawia się w ich wiedzy, doświadczeniu, chęci do pracy. W 50-latkach widać mocno zakorzeniony etos pracy, są zaangażowani w powierzone obowiązki, sumienni i rzetelni. Praca często jest dla nich pasją. Bardziej niż młodsze pokolenia identyfikują się z firmą, są lojalni wobec pracodawcy często pracując w jednej firmie przez wiele lat. Są dojrzali, odważnie podejmują decyzję. Mają więcej czasu, by skupić na pracy zawodowej, podnoszeniu kwalifikacji i kompetencji. Ale też mają czas, by zostać w pracy po godzinach, bo mają już odchowane dzieci. Swoją wiedzą i doświadczeniem chętnie dzielą się z młodszymi kolegami. Równie chętnie uczą się od młodszych pokoleń. Ta międzypokoleniowa synergia jest szalenie ważna w każdej firmie, czerpanie z tego co najwartościowsze w każdym pokoleniu. Badanie „Power Generation” zaprzecza stereotypom, że pokolenie 50+ marzy już tylko o emeryturze. Nic bardziej mylnego. Aż 37 proc. lubi poszerzać swoje umiejętności i korzysta z różnych kursów i szkoleń, a 26 proc. deklaruje, że rozpoczęło naukę języków obcych. Wbrew obiegowym opiniom dobrze odnajdują się w świecie nowości i technologii.Warto, aby działy HR pamiętały o tym w procesach rekrutacji i wyszły poza stereotypowe myślenie o pokoleniu 50+. By zobaczyły ogromny potencjał jaki cały czas tkwi w tym pokoleniu. Bo pięćdziesięciolatkowie, to dojrzali eksperci, wspaniali doradcy, mentorzy dla młodszych pracowników, którzy stanowią solidny fundament dla każdej firmy.” – wyjaśnia Agnieszka Brytan-Jędrzejowska – założycielka i CEO ATENA Research & Consulting.

W ocenie ekspertów dojrzały wiek, to cenny atrybut

Liczba pracujących osób 50+ systematycznie rośnie, ale wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej, Polska miała najniższy wskaźnik zatrudnienia pięćdziesięciolatków. Z 16 mln aktywnych zawodowo Polaków, przeszło 25 proc. było powyżej 50 roku życia. W ostatniej dekadzie odsetek zatrudnionych 50+ w Polsce podniósł się prawie o połowę (do 47,4 proc.).  Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa wiek (podobnie jak płeć, religia, status rodziny, orientacja seksualną, polityczna, itd.) kandydatów nie może być kryterium, w oparciu o które pracodawcy podejmują decyzję o przyjęciu do pracy. W rzeczywistości jednak pracodawcy preferują młodszych kandydatów uważając, że młodszy pracownik będzie bardziej energiczny, szybciej przystosuje się do nowych warunków pracy, będzie pracował efektywniej za niższe wynagrodzenie niż osoba z kilkudziesięcioletnim stażem pracy. Na szczęście sytuacja w ostatnich latach uległa korzystnej zmianie.

“Zaletą pokolenia 50+ jest przede wszystkim doświadczenie – profesjonalne, ale też i życiowe. Nie do przecenienia są również umiejętność budowania i podtrzymywania relacji, odporność na ponadstandardowe wydarzenia w organizacji, racjonalne reagowanie na stres i efektywne zarządzanie ewentualnym kryzysem. To pokolenie dysponuje szerokim horyzontem analitycznym: doświadczony pracownik widzi konsekwencje danego działania oraz zależność między nim a zaistniałym efektem. Łącząc kropki, dojrzalsi pracownicy dostrzegają szerszy obrazek i strategiczną perspektywę, potrafią też trafnie wyciągać wnioski. O przewadze pokolenia 50+ na rynku pracy stanowi z jednej strony dystans do świata, wynikły z oczywistej perspektywy profesjonalnej i życiowej, ale też i zdrowa lojalność w stosunku do pracodawcy. Ta generacja operuje na rynku pracy mając świadomość nieodległego końca kariery zawodowej, stąd też wynika potrzeba stabilizacji. Dodając do tego obawę o stałość zatrudnienia oraz wzmocnione w ostatniej dekadzie poczucie niedocenienia i marginalizacji, uzyskujemy generację, która na tle innych po prostu daje z siebie więcej. W ostatnim czasie wiele organizacji postawiło na młodych, często opacznie rozumiejąc pojęcie diversity w środowisku pracy. Dodatkowo przesadną wagę przyłożono do kompetencji cyfrowych, przeceniając pokolenie, o którym już teraz mówimy cyfrowi tubylcy. Ta strategia zatrudnienia okazała się „ślepą uliczką”, co bardzo szybko zostało dowiedzione przez tegoroczną pandemię. Brak doświadczenia wśród zespołów spowodował, iż wiele firm tej próby nie przetrwało – między innymi ze względu na wadliwą komunikację zewnętrzną i wewnętrzną. Bardzo często zabrakło tu równowagi pokoleniowej, gdzie w efektywnym i płynnym procesie starsi przekazują wiedzę i doświadczenie młodszym. Ten aspekt często był pominięty, a skutki tego zaniedbania pojawiły się błyskawicznie. W ostatnim czasie obserwowano faktyczne mniejsze zainteresowanie pokoleniem 50+ na rynku pracy, ale ten trend się odwraca i pracodawcy oraz menadżerowie HR coraz częściej stawiają na kandydatów reprezentujących realne doświadczenie. Idąca w tym kierunku porada profesjonalnego rekrutera trafia tym samym na coraz bardziej podatny grunt. Ponadto nie zapominajmy, że bezrobocie w kraju, w niektórych branżach i obszarach, wciąż jest niskie, a w dużych ośrodkach miejskich wręcz nie istnieje, często więc mamy do czynienia z sytuacją poważnego deficytu wykwalifikowanych kadr. W tym kontekście pokolenie 50+ stanowi potencjalny rezerwuar kandydatów, do którego na pewno sięgną działy personalne niejednego przedsiębiorstwa.”- mówi Paweł Wierzbicki, Partner w firmie rekrutacyjnej Page Executive. 

“Dojrzali pracownicy do niedawna często postrzegani byli przez pryzmat powszechnych stereotypów – rzekomych trudności z przyswajaniem wiedzy czy opanowaniem nowych technologii, a także brakiem otwartości na zmiany. Jako powód niskiej aktywności zawodowej dojrzałych osób, często podaje się również obawy firm przed wysokim wskaźnikiem absencji chorobowej. Obserwując liczne procesy rekrutacyjne trudno jednak zgodzić się ze stwierdzeniem, że osoby w wieku 50+ mają trudności w przystosowaniu się do zmian czy opanowaniem rozwiązań technologicznych. Różnorodne badania nie potwierdzają również obaw związanych z rzekomo większą skalą zwolnień lekarskich wystawianych pracownikom w wieku 50+. Rosnący odsetek pracodawców coraz częściej dostrzega zalety zatrudnienia dojrzałych osób. Przede wszystkim są to ludzie bogaci w życiowe doświadczenia, którzy mogą dzielić się swoją wiedzą z młodszym pokoleniem. Posiadają rozwinięte kompetencje miękkie, jak chociażby zdolności komunikacyjne, umiejętność wywierania wpływu czy budowania relacji. Obserwacje rynku pokazują również, że ta grupa zawodowa często charakteryzuje się większą dyspozycyjnością i lojalnością wobec pracodawców. Proces starzenia się społeczeństwa będzie znajdował odzwierciedlenie w aktywności zawodowej dojrzałych osób. Na polskim rynku pojawiają się firmy, które wybiegają wzrokiem w przyszłość, tworząc bardziej zdywersyfikowane środowiska pracy. Coraz częściej dostrzegają też wartość, jaką do organizacji mogą wnieść dojrzali pracownicy – bogate doświadczenie, zdolności interpersonalne i nieco inne podejście do wykonywania obowiązków” – informuje Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

Zmiany demograficzne związane ze starzeniem się społeczeństw, prowadzić będą w najbliższej przyszłości do jeszcze większego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, jeśli nie wzrośnie poziom zatrudnienia osób po pięćdziesiątym roku życia. Szacuje się, że odsetek osób w wieku produkcyjnym w populacji obniży się z 64 proc. w 2007 r. do 50,4 proc. w 2050 r., co przełoży się na znaczący wzrost współczynnika obciążenia demograficznego (z 56 osób w 2011 r. do 98 w 2050 r.) Dla efektywności organizacji ważne jest, aby budować zespoły zróżnicowane wiekowo, dzięki którym w pełni można wykorzystać potencjał młodszych i starszych pracowników.

“To co charakteryzuje pracowników z pokolenia 50+, to niechęć do ryzyka i lojalność, które naturalnie rosną wraz z wiekiem. Starsi pracownicy wykazują większe przywiązanie do firmy, w której są zatrudnieni. Posiadający duże doświadczenie i pewni swoich kompetencji często nie odczuwają potrzeby, aby rywalizować w zawodowych wyścigach z młodszymi współpracownikami. Nie podejmują decyzji o zmianie pracy pod wpływem emocji, a satysfakcję daje im ustabilizowane życie zawodowe. Są to bez wątpienia korzyści, które pracodawca powinien dostrzec. Taki pracownik jest przewidywalny, rzadko popełnia błędy i może stanowić cenny zasób szkoleniowy pracodawcy. Niestety tacy pracownicy często są stereotypowo traktowani, a czasy kiedy 50+ kojarzyło nam się z emeryturą już dawno minęły. Dzisiaj to energiczni ludzie, którzy w większości nie mają już takich zobowiązań prywatnych, jak 30-latek, a to z perspektywy pracodawcy jest cenne. Uważam, że najtrudniejszym momentem dla takiej osoby jest wejście do firmy, otrzymanie oferty zatrudnienia, gdyż na tym etapie często decydują ludzie młodsi. Wielu rekruterów to osoby po 20 roku życia i to w podejściu tej grupy należy doszukiwać się problemów” – mówi Aneta Czernek, Business Unit Manager HRK Financial Markets.

Badania wykazują, że wiek wpływa pozytywnie na ogólny poziom zadowolenia z pracy, zaangażowanie i motywację, a także na aktywność zawodową. Natomiast z wiekiem, wzrasta potrzeba bezpieczeństwa, stabilizacji i przynależności, bardziej istotna od samego zawodu staje się np. atmosfera w pracy, zadowolenie z kolegów, przełożonych.

“Pokolenie 50 – 70 ma wiele cech wspólnych, ale nie jest jednorodne. Badania etnograficzne pozwoliły nam wyróżnić wśród 50 – 70 latków 7 profili psychograficznych. Na szczęście „dziadersi” są w mniejszości. To pokolenie które ma moc, jest pełne energii życiowej żyje coraz młodziej, zdrowiej i zamożniej. Warto pamiętać, że wśród osób po 50-tce jest najwięcej tych, którzy mają najwyższą siłę nabywczą i to nie tylko dlatego, że pracowali całe życie i teraz mają pieniądze. Również  dzieci opuściły już rodzinne gniazdo i dochód gospodarstwa domowego dzieli się na mniej osób. Z naszego badania wynika, że większość osób w wieku 50–70 lat może sobie pozwolić na więcej. Pracują, zakochują się, uprawiają seks, mają marzenia, chcą dalej korzystać z życia, bo czują się młodzi. To pokolenie ma moc! Ponadto warto sobie uświadomić, że  za 20 lat 60% społeczeństwa będzie w wieku 50+ . Mowa więc o grupie z ogromnym potencjałem, który cały czas rośnie w siłę. Pomysł na nasze badanie powstał jako bunt przeciwko stereotypowemu traktowaniu osób 50+. Większość zwłaszcza młodych ludzi myśląc o osobach powyżej 50 roku życia, oczami wyobraźni widzi osoby z siwymi włosami, które zajmują się wnukami, oglądają seriale w telewizji i generalnie nie nadążają za współczesnymi czasami. Kiedy wpiszemy do wyszukiwarki internetowej hasło „pokolenie 50+”, znajdziemy tam zdjęcia nie pięćdziesięciolatków, ale 70-  i 80-latków przedstawionych jako osoby stare, czasem w prześmiewczy sposób np. z nieporadnym wyrazem twarzy przed komputerem. Jedna z firm badawczych opracowała badanie dotyczące pokolenia pięćdziesięciolatków i zilustrowała je rysunkiem dwojga starców poruszających się o laskach. To jest aging w czystej postaci.  Intuicja podpowiadała nam, że pokolenie 50-70 jest zupełnie inne, dlatego postanowiliśmy to sprawdzić i jeśli nasze hipotezy się sprawdzą – odczarować społecznie. Pokolenie milenialsów zostało wielokrotnie przebadane, a prawie w ogóle nie było rzetelnych opracowań dotyczących pokolenia 50+, tak jakby ludzie w tym wieku w ogóle nie istnieli.”- podsumowuje Elżbieta Wojtczak, CEO – Communication Unlimited.

Starość? Jaka starość! Ja dopiero zaczynam żyć!

Na to pytanie odpowiada, także właśnie wydana książka Joanny Pogorzelskiej „Wiecznie młodzi, czyli pokolenie mocy”. Przedstawiciele pokolenia X często biją na głowę pokolenia Y i Z jeśli chodzi o mentalną i fizyczną kondycję, zaangażowanie czy odporność na stres. Również ich wiedza z zakresu technologii jest o wiele większa niż mogłoby się wydawać. Power Generation. Pokolenie mocy. To właśnie oni – polscy pięćdziesięciolatkowie. Silni, energiczni, optymistyczni. Z apetytem na życie i wielkimi planami. Wbrew stereotypom. To ludzie, którzy mają prawdziwy power i udowadniają, że jest ono piękne bez względu na wiek.

Kto za tym stoi?

Communication Unlimited to agencja zintegrowanego marketingu. Oferuje pełny zakres usług: od opracowania strategii marki, poprzez koncepcje kreatywne, ich realizację we wszystkich kanałach komunikacji, po analizę, planowanie i zakup mediów. Od 25 lat współtworzy rynek reklamy w Polsce, pozostając strukturą w pełni polską i niezależną. Założycielem i Prezesem CU jest Paweł Kowalewski, uznany artysta, Profesor Akademii Sztuk Pięknych. Jedyny Polak w strukturach IAA Global (Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy). Elżbieta Wojtczak to współwłaścicielka i CEO tej agencji.

Atena Research & Consulting to agencja badawczo-strategiczna, specjalizująca się w dogłębnej analizie rynku, począwszy od zrozumienia potrzeb i insightów konsumenckich, budowania konceptów produktowych i kierunków pozycjonowania, poprzez opracowanie wytycznych do komunikacji i wdrożenia. Realizuje zarówno komercyjne badania marketingowe, jak i projekty o charakterze społecznym. Doceniana na rynku za ambitne, nietuzinkowe podejście do badań i spojrzenie na zagadnienia społeczne. Pokoleniu 50+ przygląda się od dłuższego czasu widząc jak zmieniają się ich postawy, oczekiwania i podejście do życia na przełomie ostatnich lat. To właśnie zainteresowanie tym pokoleniem, a także wielość projektów badawczych Pokolenia 50+ sprawiły, że agencja wniosła nieocenioną wartość do zrozumienia tej grupy społecznej i zaprezentowania oczekiwań tego pokolenia w raporcie „Power Generation”.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, dyrektor w agencji komunikacji Core PR. Od ponad dwóch dekad związany z mediami, skutecznie działa w obszarze PR i marketingu. Autor wielu autorskich projektów PR, e-marketingu i dedykowanych programów partnerskich. Posiada wieloletnie globalne doświadczenie korporacyjne, ekspert w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu B2B/B2C. Prowadził też szerokie działania z obszaru zarządzania kryzysowego, współpracując z liderami branży gamingowej, finansów, IT, MICE i deweloperskiej. Agencja, którą kieruje z obsłużyła ponad 650 kampanii (w tym globalne).

Czy rynek biurowy zmierza w stronę nadpodaży?

Zmieniająca się struktura popytu na biura oraz rosnąca ilość powierzchni szukającej podnajemców rodzi pytanie, czy aby sektor biurowy w Polsce nie będzie musiał mierzyć się za moment z nadpodażą metrów kwadratowych.

Jak wynika z danych JLL, popyt między pierwszym a trzecim kwartałem na warszawskim rynku biurowym obniżył się o 35% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Z kolei w miastach regionalnych zapotrzebowanie na biura spadło o 11%. Jednocześnie prym wśród podpisywanych w tym roku umów najmu wiodły przedłużenia kontraktów, które między drugim a trzecim kwartałem roku odpowiadały za 45% popytu na największych rynkach biurowych w Polsce (wobec 33% w 2019 roku). Ponadto, po wybuchu pandemii dość szybko zaczęła rosnąć oferta podnajmów, która w listopadzie wynosiła już 240 000 mkw. powierzchni. Czy zatem nad sektorem biurowym w Polsce pojawiło się widmo nadpodaży?

Nadpodaż? Nie tak szybko!

Najemcy zareagowali na rozwijającą się pandemię dość szybko, tymczasowo wstrzymując plany ekspansji czy relokacji. Jednocześnie zaczął rosnąć współczynnik pustostanów. Na rynkach regionalnych był to wzrost o 2,8 p.p. od początku roku, a w Warszawie – o 1,8 p.p. Warto jednak podkreślić, że już w 2019 roku prognozowaliśmy wzrost tego parametru w miastach, gdzie obserwowany był wysoki poziom nowej podaży biurowej. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badan i Doradztwa, JLL

Jak zwracają uwagę eksperci JLL, niepewność wywołana przez COVID-19 miała wpływ nie tylko na decyzję najemców, ale i deweloperów aktywnych na największych rynkach biurowych w Polsce.

Z naszych danych wynika, że aktywność firm deweloperskich wróciła do poziomu podobnego do tego zarejestrowanego w 2014 roku. Aktualnie w budowie pozostaje 1,3 mln mkw., a dla porównania, w analogicznym okresie ubiegłego roku było to o 400 000 mkw. więcej. Zestawiając ze sobą wszystkie te zmienne, możemy powiedzieć, że między 2021 a 2022 rokiem na rynek zostanie dostarczone o 24% mniej powierzchni, niż było to prognozowane na koniec 2019 roku. To z kolei prawdopodobnie przełoży się na stopniową absorpcję dostępnej przestrzeni biurowej i zrównoważy rosnący poziom pustostanów. – Piotr Kamiński, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL

Fundusze reagują na pandemię

Wprowadzony w marcu lockdown bez wątpienia wpłynął także na aktywność funduszy nieruchomościowych inwestujących w polskie biura. Restrykcje związane z podróżowaniem stanowiły dodatkowe utrudnienie w rozpoczynaniu nowych transakcji, co odzwierciedlają liczby.

Do tej pory w Warszawie zamknięto transakcje o wartości 1 mld euro, a na rynkach regionalnych – 600 mln euro. Według naszych prognoz łączny wolumen inwestycyjny na warszawskim rynku w 2020 roku będzie zbliżony do średniej z ostatnich dziesięciu lat i wyniesie ok. 1,16 mld euro. Natomiast w przypadku miast regionalnych w optymistycznym scenariuszu powinien on zamknąć się umowami kupna/sprzedaży na poziomie 920 mln euro. Dla porównania, w ubiegłym roku na biurowym rynku inwestycyjnym w Polsce sfinalizowano transakcje o wartości 3,62 mld euro. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Mimo to, jak zwracają uwagę eksperci, nastroje panujące wśród inwestorów są bardzo dobre.

Zainteresowanie sektorem biurowym w Polsce wśród międzynarodowych funduszy nie słabnie, a aktywność inwestorów powinna ponownie wzrosnąć w 2021 roku. Jesteśmy w końcu największym w tej części Europy rynkiem nieruchomości komercyjnych. Natomiast niższa niż w latach ubiegłych podaż nowego produktu, powinna zmotywować właścicieli biurowców do pewnych przetasowań w ich strategiach biznesowych. Rynek biurowy w Polsce osiągnął już pewną dojrzałość, co oznacza, że w Warszawie i miastach regionalnych funkcjonuje sporo starszych budynków biurowych, wymagających modernizacji, czy weryfikacji tzw. tenant-mix poprzez wprowadzenie tam na przykład operatorów flex. To przełoży się na zwiększenie ich wartości i pomoże w zrównoważeniu jakości produktu dostępnego na polskim rynku biurowym. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Czterodniowy tydzień pracy?

Po wprowadzeniu czterech dni pracy w tygodniu uda się zachować na tym samym poziomie wynagrodzenia pracowników? Jeżeli będzie to decyzja rządu, wówczas powinniśmy pozbyć się złudzeń.

Nad wprowadzeniem czterodniowego tygodnia pracy zastanawia się rząd Hiszpanii. Takie pomysły zgłaszała wcześniej brytyjska Partia Pracy, podobne postulaty przedstawiły związki zawodowe w Niemczech. Argumentacja jest podobna, że będziemy mniej zmęczeni i przez to wzrośnie nasza wydajność, zmniejszy się też liczba zwolnień lekarskich.

– Jeżeli takie pomysły pochodzą od premiera bądź rządu, to jestem sceptyczny, a moja reakcja jest taka, że powinniśmy o tym więcej dyskutować, zanim coś tak głupiego ktoś zaproponuje w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Inna jest natomiast sytuacja, gdy zaproponuje to organizacja, której celem jest wypracowywanie zysku dla akcjonariuszy.

Takie decyzje powinny więc zapadać na poziomie mikroekonomii. W nowoczesnych korporacjach są takie pomysły, aby jeden dzień w tygodniu pracownicy przeznaczali na rozwój osobisty, aby oderwać się od żmudnej, codziennej pracy.

Dobrze funkcjonujące rynek pracy, to taki, na którym obie strony umowy negocjują z sobą warunki pracy. Jeżeli dla obu stron taka reorganizacja byłaby korzystna, to tym bardziej takie zmiany powinny być wprowadzane. I wówczas czterodniowy tydzień pracy nie doprowadzi do obniżenia wynagrodzenia.

Rynek pracy bardzo zmienia rozwój nowych technologii, ale także bardzo go polaryzuje, bo nieliczni pracownicy maja wyjątkowo poszukiwane kompetencje. I to jest obecnie największy problem rynku pracy w ocenie dr P.Kwietnia, ponieważ może doprowadzić do narastania konfliktów społecznych.

Pandemia pokazała, że można wprowadzać wiele zmian w organizacji pracy. Dużo więcej pracujemy zdalnie i ma to swoje plusy. To jednak nie oznacza, że jesteśmy na drodze do wprowadzenia trzydniowego weekendu. W Polsce realizacja takiego pomysłu przez rząd doprowadziłaby do zmian, porównywalnych do tego co stało się w handlu, gdy drastycznie ograniczono pracę w soboty.

– Taki pomysł staje się absurdem, jeżeli pochodzi od polityków – dodaje ekspert XTB. – To może skończyć się jedynie katastrofą.

Odwiedzalność obiektów handlowych w trzecim tygodniu grudnia niższa o 29 proc. r/r

W tym roku klienci  rozłożyli przedświąteczne zakupy w czasie – odwiedzalność utrzymuje się na podobnym poziomie od otwarcia galerii po listopadowym lockdownie.

Średnia odwiedzalność obiektów handlowych w trzecim tygodniu grudnia była niższa o 29 proc. Klienci świadomie i rozważnie planują zakupy. Mimo okresu świątecznego, ich wizyty rozkładają się równomiernie i bezpiecznie w ciągu całego tygodnia.

  • W trzecim tygodniu grudnia (14-20.12) odwiedzalność galerii handlowych była niższa o 29% od tej odnotowanej w analogicznym tygodniu w 2019 r.
  • Działania informacyjne i edukacyjne na temat bezpiecznych zakupów PRCH oraz centrów handlowych przynoszą z efekty. Klienci odpowiedzialnie podeszli do planowania zakupów świątecznych i tzw. footfall w poszczególne dni rozłożył się równomiernie na poziomie ok. 70 proc.
  • Najpopularniejszym dniem była sobota, kiedy odwiedzalność była niższa o 26 proc.
    w porównaniu do analogicznego dnia roku poprzedniego.
  • Klienci chętnie skorzystali także z możliwości zakupów w dodatkowym dniu weekendu –
    w niedzielę handlową odwiedzalność wyniosła 68 proc.

Dane zebrane przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że średni tygodniowy footfall w trzecim tygodniu grudnia jest o 29 proc. niższy w odniesieniu do tego samego okresu ubiegłego roku, podobnie jak tydzień wcześniej (7-13.12). Odwiedzalność w poszczególne dni tygodnia była wyrównana i wyniosła ok. 70 proc., z wyjątkiem soboty, kiedy była niższa o 26 proc.

„Regularnie dostarczamy przedstawicielom rządu dane i raporty świadczące o najwyższych standardach bezpieczeństwa stosowanych w galeriach handlowych oraz odwiedzalności, która jest znacznie niższa niż w ubiegłym roku i nie rośnie mimo zbliżających się Świąt. Świadczy to o odpowiedzialnym podejściu klientów do zakupów i nieodkładaniu ich na ostatnią chwilę. Poprzez szereg działań zapewniających bezpieczeństwo, edukację klientów i egzekwowanie obowiązujących przepisów udowodniliśmy, że możemy działać w czasie pandemii. Jesteśmy zaskoczeni decyzją rządu o trzecim lockdownie, który zarówno dla wynajmujących, jak i najemców może skończyć się trudnymi decyzjami dotyczącymi zmniejszania zatrudnienia oraz niemożności spłaty zobowiązań finansowych. Zwłaszcza, że właściciele galerii handlowych od początku pandemii są pozbawieni pomocy w ramach tarcz finansowych. Apelujemy też o pomoc dla branży – zarówno wynajmujących, jak i najemców” – podsumowuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

Centra handlowe funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym, a ich personel od momentu wejścia do obiektu przypomina klientom o zasadach DDM – Dystans, Dezynfekcja, Maseczka.  Bezpieczeństwo podczas zakupów w dużym stopniu zależy od zachowania kupujących, dlatego Polska Rada Centrów Handlowych aktywnie prowadzi kampanię Bezpieczeństwo – Kupuję To! #KupujęBezpiecznie pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii i przypomina konsumentom o zasadach bezpiecznych zakupów. Również pracownicy centrów handlowych stale zwracają uwagę kupującym, by stosowali się do wytycznych i zasad sanitarnych, reagowali na polecenia i korzystali ze wskazówek dotyczących zachowywania dystansu, dezynfekcji i noszenia maseczek. Galerie i sklepy na bieżąco monitorują liczbę odwiedzających, by dostosować liczbę klientów do obowiązujących obostrzeń.

Motoryzacja dużo straciła na pandemii. Ale elektromobilność rośnie

Rok 2020 był bardzo trudny dla motoryzacji. Rynek motoryzacyjny finiszuje w grudniu z prawie 30%-owym spadkiem. Inaczej jednak ma się sytuacja rynku elektromobilnego. Trudny rok 2020 był dla niego rokiem skoku obrotów o około 80%. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych przewiduje, że tak duży coroczny wzrost będzie przez następne parę lat normą dla rynku elektromobilnego. W tym roku oznacza to, że po polskich drogach porusza się już 20 tysięcy samochodów o napędzie elektrycznym – a połowa z nich to pojazdy całkowicie zeroemisyjne. Dla PSPA to jednak wciąż niewystarczający wynik.

– To jest istotny wzrost, ale oczywiście życzylibyśmy sobie, żeby on był jeszcze większy. Mamy nadzieję, że rok 2021 przyniesie efektywne programy dopłat do pojazdów zeroemisyjnych. Oczekujemy, że pierwsze takie projekty uruchomione w tym roku zostaną wykorzystane jako poligon doświadczalny – a na ich podstawie zostanie stworzony właściwy, odpowiedni, efektywny, mechanizm wspierania elektromobilności – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazurdyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Mamy także nadzieję, że otrzymamy od państwa wsparcie w obszarze infrastruktury. Ten rok dla infrastruktury był szczególnie trudny. Mniej podróżowaliśmy i mniej korzystaliśmy ze stacji ładowania – więc mniej ich powstawało. Potrzebujemy programów wsparcia – żeby infrastruktura była przygotowana na skokowy wzrost samochodów elektrycznych, który – co do tego nie można mieć wątpliwości – na pewno nastąpi. W Europie sytuacja elektromobilności wygląda bardzo obiecująco. Motoryzacja konwencjonalna bardzo straciła, a elektromobilność w wielu przypadkach wzrosła nawet o 100%. W niektórych krajach odpowiadała za ponad 10-20% rejestracji nowych samochodów. Od września zaś utrzymuje się trend, obserwowany po raz pierwszy w historii europejskiej motoryzacji, gdzie samochody zelektryfikowane wyprzedziły samochody z silnikiem diesla – jeśli chodzi o liczbę rejestracji. Mamy nadzieję, że równie szybko uda się dogonić samochody z silnikiem spalinowym i elektromobilność przesunie się na miejsce pierwsze – analizuje Mazur.

ORLEN wyemitował 10 tys. obligacji o łącznej wartości 1 mld zł

PKN ORLEN wyemitował 10 tys. obligacji o łącznej wartości 1 mld zł i marży na poziomie 90 punktów bazowych w skali roku dla pierwszego okresu odsetkowego. Wysokość marży w kolejnych okresach odsetkowych uzależniona będzie od ratingu ESG, nadawanego przez agencję MSCI ESG Research Limited. Emisja spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów – łączna wartość zapisów w procesie budowy księgi popytu wyniosła 2,2 mld zł, ponad 2 razy więcej niż łączna wartość nominalna obligacji. PKN ORLEN uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Nowe obligacje otrzymały rating kredytowy na poziomie BBB- przyznany przez agencję ratingową Fitch Ratings.

– Podejmujemy konkretne działania, które prowadzą do wyznaczonego w naszej strategii celu. Osiągnięcie neutralności emisyjnej do 2050 roku zakładamy poprzez realizację ambitnych planów inwestycyjnych, które umożliwią m.in. ograniczenie emisji CO2 i rozwój odnawialnych źródeł energii. W pełni zamierzamy wykorzystać możliwości, które daje polski rynek kapitałowy, dlatego zaoferowaliśmy obligacje związane ze zrównoważonym rozwojem, które stanowią kolejny ważny krok w stabilnym finansowaniu projektów. Naszym atutem jest mocna pozycja w biznesie, wiarygodność i zaufanie inwestorów, które potwierdza zainteresowanie emisją – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obligacje PKN ORLEN na okaziciela z 5-letnim okresem wykupu spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów. To pierwsza w historii Europy Środkowej przeprowadzona emisja korporacyjnych obligacji powiązana z ratingiem ESG, tj. z oceną zaangażowania emitenta w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu, którego poziom będzie determinować wysokość marży, a tym samym oprocentowania obligacji. Zgromadzone środki umożliwią PKN ORLEN m.in. realizację bieżących projektów inwestycyjnych, wpisujących się w strategię osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 r.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do osiągnięcia neutralności emisyjnej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Budowanie wartości Grupy ORLEN w obszarze ESG odzwierciedla wyższa ocena ratingowa agencji Sustainaltytics w 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG.

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje związane ze zrównoważonym rozwojem i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Polacy będą świętować Boże Narodzenie w mniejszym gronie

Prawie 3/4 badanych (72,2%) zamierza zastosować się do obostrzeń ograniczających liczbę osób przy świątecznym stole, przy czym prawie połowa (43%) wskazuje, że spędzi Wigilię tylko w gronie domowników – wynika z najnowszego badania omnibusowego SW Research.

Zgodnie z rekomendacją rządu, której następstwem jest rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 26 listopada 2020 r., na tegoroczne obchody Świąt Bożego Narodzenia będziemy mogli zaprosić maksymalnie 5 gości spoza danego gospodarstwa domowego.

Wiek badanych istotnie wpływa na gotowość stosowania się do w restrykcji w czasie Wigilii. Im starsza grupa wiekowa, tym wyższy poziom deklaracji w kierunku spędzenia Wigilii wyłącznie z osobami ze wspólnego gospodarstwa domowego.  W przypadku osób powyżej 50 lat wskaźnik ten wyniósł – 48%, dla Polaków w wieku 35-49 lat – 42%, zaś w grupie 25-34 lat – 39%, a do 24 lat – 36%.Wykres1

Zaproszenie do pięciu gości spoza domowników deklaruje 29% badanych, przy czym dużo częściej takie podejście wskazują kobiety (34%), niż mężczyźni (23%). Plany związane ze spędzeniem Wigilii w większym gronie są dużo bardziej popularne wśród młodszych respondentów (do 24 lat – 18% w porównaniu do 7% dla osób powyżej 50 lat). Na tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia 16% Polaków nie wskazuje jednoznacznie swoich planów, co do liczby nakryć przy stole wigilijnym.Wykres2

Z podejściem do liczby gości koreluje liczba planowanych wyjazdów na Święta Bożego Narodzenia. Niespełna 20% Polaków planuje wyjechać poza miejsce zamieszkania. Wyjazdy świąteczne są nieznacznie bardziej popularne wśród mężczyzn (22%), niż wśród kobiet (18%), ale dużą większe zróżnicowane dostrzegalne jest ze względu na wiek badanych. W przypadku osób powyżej 50 lat wskaźnik ten wyniósł zaledwie 10%, wśród 35-49 latków 20%, a poniżej 34 r.ż. było to aż 33%.Wykres3

Wśród wszystkich badanych 18% zmieniło swoje plany bożonarodzeniowe ze względu na rekomendacje Rady Ministrów. Plany uległy zmianie dla 24% osób, które spędzą Wigilię tylko w gronie domowników. Wskaźnik ten jest na podobnym poziomie(23%) dla badanych, którzy zamierzają zaprosić na Wigilię do pięciu gości spoza swojego gospodarstwa domowego.

Wraz z upływem czasu coraz lepiej dostrzegalne są procesy zmian w modelu rodziny w Polsce. Postępująca atomizacja społeczna skutkuje zacieraniem się bardziej odległych więzów i ograniczeniem grona najbliższych do poziomu rodziny nuklearnej. Szczególny czas, jakim jest pandemia koronawirusa oraz idące za nią obostrzenia rządowe jedynie unaocznia nam proces, który odbywa się od lat. Spędzanie Wigilii w mniejszym gronie będzie coraz powszechniejsze, zaś wielopokoleniowe spotkania całych rodów przy świątecznym stole będą stanowić rzadkość – komentuje Adrian Wróblewski, dyrektor działu analiz SW Research.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane metodą wywiadów online (CAWI) w dniach 15-17.12.2020 na reprezentatywnej próbie 1005 dorosłych respondentów pochodzących z panelu badawczego SWPANEL.

Branża gastronomiczna i restauracyjna może do końca grudnia 2020 r. wnioskować o prolongatę terminu zakupu kas online

Podczas rozmów Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z Ministrem Finansów ustalono, że przedsiębiorcy z branży gastronomicznej i restauratorzy którzy jeszcze nie wykonali obowiązku zakupu kas fiskalnych online, mogą do końca roku składać we właściwych Urzędach Skarbowych wnioski o przedłużenie terminu na zakup tych kas. Obecny ustawowy termin na zakup kasy upływa 1 stycznia 2021 roku.

W ustawie o podatku od towarów i usług nałożono na przedsiębiorców z branży gastronomicznej obowiązek zakupienia kas online. Początkowym terminem, określonym w ustawie, był dzień 30 czerwca 2020 roku. W związku z trwającą pandemią koronawirusa, która szczególnie dotknęła branżę gastronomiczną poprzez zamknięcia i ograniczenie działalności do zamówień w dostawie i na wynos, termin na zakup kas online został wydłużony do 1 stycznia 2021 roku.

Ze względu na przedłużającą się bardzo trudną sytuację przedsiębiorców z branży gastronomicznej Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz zauważył podnoszony przez branżę problem i w związku z tym podjął rozmowy z Ministrem Finansów w celu możliwości prolongowania terminu dla przedsiębiorców, mających  trudności z zakupem kasy w terminie określonym w przepisach. Minister Finansów poinformował Rzecznika o możliwości składania przez przedsiębiorców indywidualnych wniosków o odroczenie terminu na zakup kasy online. Zadeklarował rozpatrzenie każdego indywidualnego wniosku ze zrozumieniem argumentacji,  że brak środków na zakup w obecnej sytuacji branży jest uzasadnionym powodem do złożenia wniosku.

Odroczenie terminu możliwe jest na podstawie art. 48 § 1 ustawy Ordynacja podatkowa. Zgodnie z jego brzmieniem organ podatkowy może, na wniosek podatnika, odraczać terminy przewidziane w przepisach prawa podatkowego w przypadkach uzasadnionych ważnym interesem podatnika lub interesem publicznym. Wniosek w tej sprawie przedsiębiorcy powinni skierować do właściwego naczelnika urzędu skarbowego, wskazując w nim horyzont czasowy, w ciągu którego deklarują gotowość zakupu kasy. Odroczenie terminu sprowadza się tym samym do wydłużenia o określony czas możliwości zakupu kasy i może odnosić się tylko do takiego terminu, który jeszcze nie upłynął. Z tego względu niezbędne jest złożenie stosownego wniosku do końca grudnia br.

Decyzja organu podatkowego wydawana w tym zakresie ma charakter uznaniowy i uzależniona jest od analizy indywidualnej sytuacji konkretnego przedsiębiorcy. Zgodnie z art. 139 § 1 i 2 Ordynacji podatkowej termin na załatwienie niniejszej sprawy, wymagającej przeprowadzenia postępowania dowodowego, powinien nastąpić bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca od dnia wszczęcia postępowania.

IBM planuje przejęcie Nordcloud

IBM ogłosił porozumienie w sprawie przejęcia Nordcloud, europejskiego lidera w dziedzinie implementacji chmury, transformacji aplikacji i usług zarządzanych. Dzisiejsze wiadomości jeszcze bardziej zwiększają możliwości IBM w zakresie migracji i transformacji chmury, co stanowi ważny aspekt jej strategii rozwoju platformy chmury hybrydowej.

Misją Nordcloud z siedzibą w Helsinkach w Finlandii i biurami w 10 krajach europejskich jest pomoc firmom w stawaniu się silniejszymi, sprawniejszymi i elastyczniejszymi dzięki chmurze. Od prowadzonych przez firmę Gartner badań Magic Quadrant po ranking Financial Times szybko rozwijających się firm europejskich – Nordcloud jest uznawany za lidera w dziedzinie usług chmury publicznej. Na przestrzeni ostatnich 10 lat ta prywatna firma stała się ogólnoeuropejskim liderem w branży usług transformacji chmury. Jest jednym z nielicznych dostawców potrójnie certyfikowanych w Amazon Web Services, Google Cloud Platform i Microsoft Azure.

„Nasi klienci coraz częściej przyjmują bardziej holistyczne podejście do modernizacji aplikacji, które pozwala im operować w tradycyjnym środowisku informatycznym, chmurze prywatnej i publicznej” – powiedział John Granger, starszy wiceprezes ds. innowacyjności aplikacji chmurowych i dyrektor operacyjny, IBM Global Business Services. „Przejęcie Nordcloud przez IBM dodaje swego rodzaju dogłębną wiedzę specjalistyczną, która będzie stymulować transformacje cyfrowe naszych klientów, a także wspierać dalsze wdrażanie platformy chmury hybrydowej od IBM. Narzędzia, metodologie i talenty w chmurze Nordcloud są silnym sygnałem, że IBM angażuje się w pomyślną podróż naszych klientów do chmury”.

„Podejście firmy IBM do chmury hybrydowej bardzo współgra z naszym podejściem do pomocy klientom w migracji, zarządzaniu i modernizacji w chmurze” – powiedział Fernando Herrera, prezes i założyciel Nordcloud. „Jako doświadczony partner w dzisiejszych ekosystemach chmurowych współpracujemy ze wszystkimi dostawcami chmury publicznej dla dobra naszych klientów w całej Europie. Bardzo cieszy mnie, że mogę przyjąć otwarte podejście firmy IBM do innowacji oraz pomóc jej zwiększyć globalny zasięg”.

Czołowi analitycy branży informatycznej szacują, że do 2024 roku wartość rynku profesjonalnych usług w chmurze przekroczy 200 miliardów dolarów[1]. Otwarte i elastyczne podejście firmy IBM do doradztwa, budowania, przenoszenia i zarządzania hybrydowymi środowiskami klientów daje przedsiębiorstwom swobodę wyboru spośród wielu dostawców, aby jak najlepiej realizować ich potrzeby biznesowe i informatyczne. To ostatnie przejęcie jest najnowszym przykładem tego, jak IBM rozszerza zasięg i dogłębność swojej oferty chmury hybrydowej w celu zarządzania złożonymi integracjami – technologii, ludzi i procesów.

Po zamknięciu transakcji Nordcloud stanie się firmą IBM. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Transakcja podlega zwyczajowym warunkom zamknięcia i ma zostać zamknięta w pierwszym kwartale 2021 roku.

[1] Dane szacunkowe na podstawie prognoz Gartnera i IDC 2024 dla usług zarządzanych w chmurze i usług profesjonalnych.

Ten wyjątkowy czas w roku

Ograniczona płynność doskwiera rynkom w czasie, gdy dominuje chęć ucieczki od ryzyka. Nowa odmiana wirusa straszy inwestorów wyższym tempem rozprzestrzeniania, zmuszając do rewaluacji oczekiwań szybkości odbicia ożywienia. Ale skala wczorajszej przeceny dobrze nie odzwierciedla poziomu obaw.

Nie chcę deprecjonować zagrożenia z tytułu nowej odmiany wirusa – jest bardziej zakaźny, a zatem trudniejszy do opanowania. Ale nie można zapominać, że mutacja wirusa nie występuje w tym aspekcie, który miałby uodpornić wirusa na już rozprowadzane szczepionki. Tak samo nie można zapominać, że mamy 22 grudnia, co oznacza mniejszą płynność na rynkach i porządkowanie pozycji na koniec roku, co przy nasileniu ryzyk prowadzi do ucieczki do ryzyka. Jednocześnie nie gaśnie całkowicie pozytywne nastawienie średnioterminowe, co kusi niektórych inwestorów do szukania w korektach okazji do zajęcia pozycji. Wczorajszy ostry zjazd na wszystkich aktywach ryzykownych (akcje, waluty, surowce) prawie bez żadnej obrony popytu, ale z późniejszym równie silnym odbiciem jest dobrym podsumowaniem panujących nastrojów.

Brexit także nie daje inwestorom spokojnie doczekać świąt. Informacje, że brytyjski parlament ma głosować nad umową handlową dopiero 30 grudnia tylko potęguje niepewność. Co będzie, jak w partii rządzącej dojdzie do rebelii przeciwko warunkom porozumienia? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy gierki polityczne w Westminsterze torpedowały negocjacje brexitu. Świeżym źródłem nadziei jest złagodzenie żądań premiera Johnsona odnośnie dostępu UE do brytyjskich łowisk. Premier Wielkiej Brytanii oferuje teraz redukcję limitów o 1/3, a nie jak wcześniej o 60 proc. Ale UE póki co godzi się tylko na zmniejszenie quoty o 25 proc. i według niektórych źródeł unijnych, nowa oferta dalej nie jest do zaakceptowania. To smutne, że na ostatnią chwilę spór sprowadza się do ułamków w temacie liczby złowionych ryb. I byłoby strasznie nieodpowiedzialne, aby z tego powodu do porozumienia nie doszło. Funt w dalszym ciągu ma szanse na ostatni rajd ulgi (choć pewnie bliżej 30 grudnia), ale po tym terminie relacje UE z Wielką Brytania nie zapowiadają się na bardziej ugodowe. Brexit nie zanosi się za pozytywny scenariusz dla GBP w 2021 r.

EUR/PLN utrzymuje podwyższone poziomy ponad 4,50. Globalna awersja do ryzyka nie omija polskiej waluty, ale złoty jest wrażliwy na przecenę po piątkowej interwencji NBP, który sprzedawał złotego. Dalej nie mamy oficjalnego stanowiska banku centralnego w tej sprawie, ale pojawiają się wypowiedzi członków RPP. Eryk Łon i Rafał Sura popierają interwencję i zwracają uwagę na korzyści osłabienia złotego dla konkurencyjności gospodarki. Nie „kupuję” tego wytłumaczenia. Wątpliwe, aby NBP miał pójść drogą Szwajcarskiego Banku Narodowego i długofalowo powstrzymywać aprecjację złotego. Nie ma ku temu podstaw ani w danych o handlu (eksport radzi sobie dobrze), ani w inflacji (jest podwyższona). Jeśli osłabienie nie będzie trwale, a przy spodziewanej poprawie globalnego apetytu na ryzyko w 2021 r. jest to mało realne, polskie firmy prawie nic nie zyskają. Mało który podmiot zdecyduje się na zabezpieczenie przed ryzykiem umocnienia złotego na cały rok do przodu. Nie ma mowy o żadnym zarządzaniu ryzykiem walutowym, jeśli decyzja o zabezpieczeniu ekspozycji walutowej będzie uzależniona od wyczekiwania, czy NBP jeszcze bardziej osłabi złotego czy nie. Chyba że NBP zależy, aby swoimi działaniami podkopać zaufanie inwestorów do Polski i złotego i tym kanałem zahamować aprecjację waluty. Genialna strategia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przyszłość handlu: co po Covidzie?

  • Pandemia przyspieszyła ewolucję handlu, zwiększyła znaczenie elektronicznego kanału sprzedaży i innowacji w procesie zakupowym, ale wciąż nie wiadomo, które z tych zmian są chwilowe, a które zostaną z nami dłużej niż 6 miesięcy
  • Wśród ważniejszych zmian jest aktywizacja w handlu online nowej grupy wiekowej 65+, która przed pandemią bardzo nieufnie podchodziła do procesów zachodzących w Internecie
  • W tym roku swoją siłę pokazała transformacja cyfrowa, dzięki której część firm dokonała piwotu i przetrwała najgorszą rynkową zawieruchę. To nauka dla przedsiębiorców odwlekających cyfryzację, kolejnym testem mogą być następne pandemie

Tempo, w jakim postępuje w tym roku transformacja cyfrowa biznesów, zwłaszcza handlu, jest bez precedensu. To nie rewolucja, a bardziej przyspieszona ewolucja, bo pojawienie się pandemii stało się katalizatorem zmian rynkowych, które prędzej czy później musiały nastąpić. Co ważne, pod względem biznesowym to zjawisko w podobnym stopniu dotknęło modele B2C jak i B2B i bez wątpienia, podobnie jak pandemia, ma zasięg globalny. Debatujący podczas jednego z paneli konferencji „The Future of Commerce” organizowanej w ramach cyklu SelectChicago FDI 2020 eksperci próbowali nie tylko podsumować to, co już wydarzyło się w handlu za sprawą koronawirusa, ale przede wszystkim nakreślić kierunek, w jakim pójść może branża.

Jak robią to najwięksi

Zmiany obserwowane w ostatnich miesiącach w największej gospodarce świata nie pozostawiają złudzeń, że e-commerce był siłą napędową amerykańskiego handlu i konsumpcji, a w przypadku wielu zapóźnionych technologicznie firm swoistym kołem ratunkowym. O jakiej skali zmian mówimy? Wg danych Adobe Digital Insights w okresie marzec-sierpień 2020 r. Amerykanie wydali na zakupy online aż o 107 mld USD więcej niż prognozowano przed wybuchem pandemii, a obroty generowane przez e-commerce odpowiadały już za 27% całkowitej sprzedaży detalicznej.

W tym czasie odnotowaliśmy aż 130 dni, kiedy dzienne obroty ze sprzedaży internetowej w USA przekroczyły 2 mld USD. Dla porównania w zeszłym rok takie dni, nie licząc okresu świątecznego, były tylko 2. Co więcej, z taką sytuacją mieliśmy w tym roku do czynienia każdego dnia do początku maja do końca czerwca. Natomiast z perspektywy sprzedawców detalicznych to rekordowe wyniki sprzedaży w kanale elektronicznym, która do końca sierpnia wzrosła w ich przypadku średnio o 68% r/r – analizowała Tory Brunker z Adobe.

Inne dane opracowane przez IDC pokazują, że cyfryzacja kanałów sprzedaży bardzo szybko postępuje też w spółkach B2B, a najszybciej zachodzi w takich branżach, jak produkcja, automotive i finanse. Jak podają eksperci, kupowanie w modelu B2B rozwija się i wciąż będzie się rozwijać szybciej niż to w B2C, a firmy z tego segmentu zamierzają czerpać jak najwięcej z boomu na e-commerce – wg badania IDC aż 96% z nich zmieniło swoje modele sprzedażowe w sposób sprzyjający rozwojowi e-handlu.

Jaki handel po Covidzie

Prognozuje się, że e-handel w Polsce urośnie w tym roku między 40 a 100%. Pytanie, jak zachowa się w kolejnym roku i następnych latach. O szansach na podtrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu przesądzi wiele czynników, a wśród nich debatujący wskazali między innymi te trzy. Po pierwsze, handel tradycyjny nie zniknie, zmieni się natomiast rozkład sił między sprzedażą online a offline z rosnącym znaczeniem tej drugiej nogi. Co jeszcze?

Detaliści coraz więcej inwestują w e-handel, bo tam coraz częściej zakupy robią ich klienci. Aż do 14% z 4% przed rokiem wzrósł odsetek osób robiących zakupy tylko online. Jednocześnie w e-commerce coraz wyraźniej zaznacza się obecność pokolenia baby boomers. To dzisiejsi co najmniej 65-latkowie, którzy zmuszeni przez pandemię przetestowali zakupy w Internecie i się do nich przekonali. Ograniczenia, które skutecznie trzymały ich z daleko od e-handlu, dziś się zatarły. Przed pandemią tylko 15% tej grupy wiekowej robiło zakupy online. Dziś kupowali oni w ten sposób prawie równie chętnie co młodzi. Pytanie brzmi, jaki procent z tych ludzi pozostanie z zakupami online po pandemii – powiedział Piotr Wrzalik, Managing Partner w Unity Group, która realizuje projekty transformacji cyfrowej dla firm na całym świecie, pomagając im osiągać pełny potencjał ich biznesu.

Do 2030 r. ludzie po 65 r.ż. będą stanowić ok ¼ populacji Europy. Przed detalistami duża praca, by o tę grupę społeczną odpowiednio zadbać.

Starsi klienci e-commerce wymagają od sprzedawców świeżego spojrzenia i uwzględnienia ich odmiennych potrzeb w procesie zakupowym. To ludzie, którzy inaczej korzystają ze smartfonów, potrzebują większych ekranów i bardzo doceniają możliwość włączenia na stronach internetowych sklepów większych liter. To trud, który warto podjąć, bo to grupa klientów bardziej lojalna niż młodzi – dodał Bartosz Pilch, przedstawiciel SIG Poland.

Z kolei inny ekspert podkreślił, że błędne jest skupianie się na problemie, kto z klientów zostanie, a kto odejdzie z e-commerce. Bardziej na miejscu jest myślenie o rozwijaniu obydwu kanałów sprzedaży.

– Po pandemii klienci, którzy zasmakowali zakupów online najpewniej z nich nie zrezygnują. Ale nie oznacza to, że porzucą na stałe zakupy w sklepach tradycyjnych. Oni po prostu staną się wielokanałowi i będą z powodzeniem realizować swoje potrzeby zakupowe zarówno online, jak i offline. To szczególnie ważne w branży aptecznej, gdzie odbiór leków na receptę niezmiennie odbywa się bezpośrednio w aptekach. Tego procesu pandemia nie mogła zmienić, bo wynika on wprost z regulacji – skomentował Michał Przybysz, E-commerce Director w Aptece Gemini, który uzupełnił, że wielokanałowość sprzedaży oznacza większą wartość zakupów klienta.

O kształcie dalszych zmian na rynku handlu zdecyduje też popularność zakupów w sieci kategorii e-grocery i FMCG. Na dziś szacuje się, że odpowiadają one za 1% całego polskiego e-commerce w porównaniu do 6% w Wlk. Brytanii. Ten segment rynku szybko nadrabia zaległości i przewiduje się, że przyszłym roku może stanowić już 5% całej sprzedaży w Internecie.

Cyfrowa transformacja – czas działania

Paneliści zgodnie stwierdzili, że takich gwałtownych wydarzeń jak pandemia COVID będzie w przyszłości więcej.

– Nie ma już powrotu do stanu sprzed Covid. Musimy poprawiać i rozwijać kanały sprzedaży online i być gotowi na nadejście kolejnego Czarnego Łabędzia. To już nie jest pora na decyzję, lecz to czas na działanie – dodał Piotr Wrzalik.

Ale pomimo zmian, jakich katalizatorem w handlu była w tym roku pandemia, dla wielu przedsiębiorców cyfrowa transformacja biznesu jest obcym hasłem albo jest przez nich lekceważona. W rzeczywistości odpowiednio przeprowadzona może utorować drogę do dużych wzrostów. Trzeba tylko zdawać sobie sprawę ze złożoności tej materii.

Przed erą Covid w dalszym ciągu wiele firm nie doceniało tej ogromnej wartości, jaką niesie transformacja cyfrowa. A w rzeczywistości zmiana dotyczy niemal każdego obszaru ich funkcjonowania, zaczynając od takich podstaw jak księgowość i dział prawny, na długoterminowej strategii rozwoju kończąc. Dlatego osoby za nią odpowiedzialne często czują się jak menadżerowie zarządzający zmianą (change managers) a nie tylko menadżerowie ds. e-commerce. Jednak pojawienie się Covid przyczyniło się do zmiany podejścia przedsiębiorców. Teraz transformacja nadal jest dla nich wyzwaniem, ale znacząco przyspiesza, bo jest olbrzymia potrzeba na zmianę, żeby odpowiedzieć na potrzeby klientów – komentuje Michał Przybysz.

Bartosz Pilch wskazał że każda transformacja cyfrowa powinna zaczynać się i być podporządkowana modelowi biznesowemu danej firmy. Z kolei Bernard Gołko, ekspert ds. Ecommerce, a w przeszłości e-commerce / Digital Director Europe i Członek zarządu Onnibus, podkreśla że w tym procesie technologia jest ważna, ale nie najważniejsza.

Technologia jest w czasie transformacji tylko narzędziem, takim aktywatorem, który umożliwia jej przeprowadzenie. Ale nie znaczy nic, jeśli nie mamy na pokładzie odpowiednich ludzi, którzy właściwie ją zastosują. Tu kluczowe znaczenie ma też rola kierownictwa i tworzonej przez nie kultury organizacyjnej – firmy osiągają z transformacji najlepsze efekty, jeśli panuje klimat sprzyjający testowaniu nowych rozwiązań i popełnianiu błędów. Pracownicy muszą wychodzić poza strefę komfortu, w przeciwnym razie zyski z cyfryzacji firmy mogą być w rzeczywistości poniżej zakładanego planu – uzupełnił Bernard Gołko.

Po listopadzie znaczenie e-commerce dla handlu jeszcze wzrosło. Widać to w nowych danych GUS, ale potwierdza to też analiza wyników największych klientów Unity Group, prowadzących przede wszystkim sprzedaż w kanale tradycyjnym, ale jednocześnie u których e-handel stanowi w tym roku coraz większy udział w obrotach. Historycznie listopad zawsze ważył w ich e-sprzedaży bardzo dużo – zwykle odpowiadał za 9-14 proc. obrotów online wygenerowanych w czasie pierwszych 11 miesięcy roku. Tym razem ten udział wzrósł średnio o 4 pkt. proc. względem stanu z bardzo dobrego dla e-commerce, ale wciąż przed pandemicznego 2019 r., i mieścił się w przedziale 13-19 proc. To zdecydowanie efekt drugiej fali Covid, która zawitała do Polski po wakacjach.

1001 nowoczesnych biur wolnych w Warszawie. Podsumowanie 2020

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, informują, że w Warszawie dostępnych od zaraz jest ponad 500 tys. m2 (1001 modułów) nowoczesnej powierzchni biurowej. W drugim półroczu 2020 w całej Polsce obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia.

W ciągu najbliższego miesiąca zasoby biur dostępnych natychmiast może zasilić kolejne 96,327 m2 biur, w których obecni najemcy nie przedłużają umów najmu.

–  Ponad 500 tys. m2 (1001 modułów) nowoczesnej powierzchni pozostaje dostępnej do wynajmu od zaraz  – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD1

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie. II półrocze

– W drugim półroczu 2020 obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. W okresie ostatnich 6 miesięcy w oddanych obiektach biurowych przybyło 369,000 m2 powierzchni, która nie została zaabsorbowana przez popyt – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Wolna (komercjalizowana) powierzchnia w obiektach w budowie utrzymywała się na podobnym poziomie w przedziale 750 – 800 tys. m2.REDD2

Hossa na kryptowalutach. Co z brexitem?

Jak widać, Brytyjczycy w brexicie mają tylko jedną zasadę – żaden termin nie jest wystarczająco długi, by zrobić coś przed jego końcem. Ku radości spekulantów lubiących dużą zmienność na rynku, trzymają się tej reguły bardzo mocno.

Co z brexitem?

Wygląda na to, że gigantyczna operacja negocjacyjna może się rozbić o dostęp do łowisk. Jest to temat, którego wyraźnie bronią obydwie strony. Jeżeli wydaje nam się, że polsko-węgierskie weto w sprawie budżetu było bardzo silnym środkiem względem tego, co chcieliśmy uzyskać, to szybko zostaliśmy wyprowadzeni z błędu przez Paryż. W obronie dostępu do brytyjskich łowisk Francuzi są skłonni zawetować porozumienie handlowe Wielkiej Brytanii z Unią. Obecnie trwa korekta, gdzie funt odzyskuje wartość po tych informacjach i wynikających z nich stratach.

Złoty wciąż słaby

Złotówka w dalszym ciągu słaba. Polskiej walucie oprócz interwencji nie pomaga klimat wokół pandemii. Nagłe zamykanie lotów związane z pojawieniem się nowej odmiany wirusa w Wielkiej Brytanii i przypadków na Starym Kontynencie spowodowało wczoraj, że klimat na rynkach uległ wyraźnemu pogorszeniu. Przeważnie jest tak, że jak ryzyko rośnie, odbija się to negatywnie na walutach państw rozwijających się, nie inaczej jest obecnie, a euro zadomowiło się już powyżej 4,50 zł.

Hossa na kryptowalutach

Najpopularniejsza kryptowaluta świata, bitcoin, przebiła swoje historyczne maksima i jest najdroższa w historii. Od szczytów z przed trzech lat jest już niemal na poziomie o 10% wyższym. Cały rynek kryptowalut jednak jest w dalszym ciągu znacznie niżej. Żeby osiągnąć poziomy z przełomu lat 2017 i 2018, musiałby jeszcze wzrosnąć niemal 30%.  Powodem jest rosnący udział bitcoina, związany z brakiem silnych konkurentów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wzrost PKB,

16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Conference Board.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Karuzela emocji dla inwestorów: podsumowanie 2020 r. na rynkach akcji

Pandemia COVID-19 wprowadziła spore zamieszanie w świecie inwestycji. Mimo ogromnych emocji i wahań, rynek akcji kończy 2020 rok pozytywnie – czołowe indeksy odrobiły większość strat, a część z nich jest na plusie i to solidnym.  

Mijający rok jest jednym z bardziej emocjonujących w historii rynku kapitałowego. Skala wahań nastrojów w ciągu minionych 12 miesięcy była ogromna. Rynek akcji od rekordowych wzrostów przeszedł przez gigantyczne spadki, by potem znów poddać się fali euforii. Za całe zamieszanie odpowiada wybuch pandemii COVID-19. Choć w grudniu ubiegłego roku zachorowania rozprzestrzeniały się w Chinach, niewielu wyobrażało sobie, z czym przyjdzie się nam zmagać w 2020 r. w skali globalnej i jak sytuacja wpłynie na wszystkie dziedziny życia.

Początek 2020 r. – akcje ustanawiają nowe rekordy

Pierwsze tygodnie 2020 r. to kontynuacja euforii na rynku akcji z 2019 r. Giełdowe indeksy systematycznie ustanawiały nowe rekordy, głównie za sprawą spółek technologicznych. Nie bez znaczenia dla rynków było również porozumienie między USA i Chinami redukujące napięcia w wojnie handlowej. Chociaż w mediach coraz częściej mówiło się o rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19, nie wpływał on jeszcze na ceny akcji. Świat obserwował reakcję władz Chin na zataczającą coraz szersze kręgi epidemię. Sytuacja w Państwie Środka budziła przede wszystkim obawy o zmniejszenie jego aktywności gospodarczej oraz negatywny wpływ na łańcuch dostaw. Na początku roku spadki dotknęły głównie giełdy chińskiej, a parkiety w pozostałych częściach świata niezmiennie świeciły się na zielono.

Luty i marzec – uderzenie w gospodarkę i inwestycje

Na przełomie zimy i wiosny sytuacja na rynkach odwróciła się. Entuzjazm ustąpił miejsca panice, co obrazują gigantyczne spadki na rynkach akcji. Dzienne straty indeksów notowały historyczne rekordy. Wirus rozprzestrzenił się poza Azję, a w pierwsze przypadki zachorowań odnotowano w Europie. W ciągu kilku tygodni epidemia objęła Stary Kontynent, USA i inne kraje. W konsekwencji poszczególne kraje wprowadzały ostre restrykcje, takie jak ograniczenia w kontaktach międzyludzkich oraz w sferze gospodarczej. Obawy o skutki tych działań wywołały popłoch na rynkach. W ciągu kilkunastu dni drastyczne spadki sprowadziły rynki akcji do poziomu sprzed kilku lat – inwestorzy obawiali się kosztów walki z wirusem i nadejścia globalnej recesji.

Powiew wiosny – wsparcie dla gospodarki

By ograniczyć negatywne skutki ekonomiczne pandemii, rządy poszczególnych państw oraz banki centralne podjęły działania mające stymulować gospodarkę. Wdrożono fiskalne pakiety antykryzysowe wspierające przedsiębiorców oraz podjęto działania monetarne. Szczególne wrażenie wywołała seria działań amerykańskiego Fed-u – obniżenie stóp procentowych niemal do zera oraz decyzja o poszerzeniu programu skupu aktywów, właściwie w nielimitowanym zakresie. Aktywne podejście decydentów było pewnym wsparciem dla rynków. Jednak prawdziwą ulgę w postaci wyhamowania spadków na giełdach oraz lekkiego odbicia przyniosła dopiero wiosna. Dzięki spadkowi   liczby zachorowań stopniowo świat wychodził z lockdownu. Optymizm inwestorów pobudzały odczyty makroekonomiczne, które wobec coraz śmielszych oznak ożywienia gospodarczego stopniowo się poprawiały i w wielu przypadkach były lepsze od oczekiwań. Wsparciem były też doniesienia o postępach prac nad szczepionką na COVID-19. Warto zwrócić uwagę, że motorami wzrostów cen akcji oprócz spółek cyklicznych, które korzystają z odbicia aktywności gospodarczej, były przede wszystkim spółki technologiczne, którym pandemia sprzyja.

Stopa zwrotu wybranych indeksów od początku 2020 roku.

Stopa zwrotu wybranych indeksów od początku 2020 roku
Źródło: Nationale-Nederlanden PTE

Wakacyjny optymizm – rynki akcji odrabiają straty

Wzrosty na rynkach akcji nabrały tempa – ceny systematycznie rosły a giełdowe indeksy zaczęły z impetem odrabiać straty poniesione na początku roku. Prym wiodła Wall Street ze spółkami technologicznymi na czele. Indeksy S&P500 i Nasdaq Compsite w wakacje nie tylko odrobiły straty po krachu, lecz ustanowiły nowe historyczne rekordy giełdowych wycen. Pomimo imponujących wzrostów u giełdowych liderów, sytuacja wielu branż pozostała daleka od optymistycznych. Słabiej radziły sobie firmy finansowe (w związku z obniżką stóp procentowych), dóbr luksusowych (ograniczenie wydatków gospodarstw domowych), turystyki, w tym zwłaszcza linie lotnicze, sektora przemysłowego oraz wytwórczego czy energetycznego (ograniczenie popytu w gospodarkach). Dodatkowo, optymizm na Wall Street nie przekładał się „jeden do jednego” na pozostałe giełdy, szczególnie na rynek europejski, w tym polski. Choć odrabiały one straty, to nie było tu mowy o tak rekordowych wzrostach. Wynika to z faktu, że w indeksach amerykańskich spory udział mają spółki technologiczne, których znaczenie w Europie jest raczej symboliczne.

Jesienne ochłodzenie na rynkach – realizacja zysków, druga fala epidemii i wybory w USA

Wrzesień wprowadził lekką korektę cen akcji. Tym razem ucierpiały spółki technologiczne, dotychczasowi ulubieńcy inwestorów. Wskazywano, że spadki to rodzaj odreagowania – po długim trendzie wzrostowym inwestorzy zdecydowali się na realizację zysków i sprzedaż papierów. Pewną rolę odegrała także zapowiedź podziału akcji (tzw. split) Apple’a oraz Tesli, a także działalność banków inwestycyjnych, w tym m.in. japońskiego SoftBanku, które miały nakręcać ostatnie wzrosty, handlując opcjami na największe spółki technologiczne. Kolejne tygodnie przynosiły również coraz gorsze informacje „z frontu pandemii COVID-19”. Liczba zachorowań gwałtownie zaczęła gwałtownie rosnąć – do poziomu nieobserwowanego wiosną. Widmo, a później faktyczne wprowadzanie kolejnego lockdownu, którego skutki mogą być znacznie poważniejsze niż tego z początku 2020 r., wywołało spory niepokój wśród inwestorów. Dodatkowym czynnikiem ryzyka była także kampania w wyborach prezydenckich w USA – obawy budziła ewentualna wygrana Donalda Trumpa lub nieuznanie przez niego ewentualnej wygranej Joe Bidena. Dodatkowym obciążeniem dla indeksów akcji były przedłużające się spory wokół kolejnego pakietu stymulującego amerykańską gospodarkę oraz wyraźnie gorsze wyniki kwartalne Apple i Amazona.

Końcówka 2020 r. – optymizm wrócił na rynki

Mijający rok w pełni zasłużył na miano karuzeli emocji. Kto w październiku myślał, że końcówka roku upłynie pod znakiem pesymizmu czy też marazmu, nie mógł bardziej się mylić. Początek listopada przyniósł finisz wyścigu o fotel prezydencki w USA. Odsunięcie od władzy konfrontacyjnego i nieprzewidywalnego Donalda Trumpa to ulga dla inwestorów. Dodatkowo zespół Joe Bidena pracuje nad działaniami mającymi znacznie wspomóc amerykańską gospodarkę w radzeniu sobie ze skutkami pandemii. Dodatkowym „strzałem optymizmu” była wiadomość o wysokiej skuteczności szczepionek na COVID-19. Jako pierwszy informację na ten temat podał amerykański Pfizer i niemiecki BioNTech, a kolejno także Moderna oraz AstraZeneca współpracująca z Uniwersytetem Oksfordzkim. Mimo szalejącej pandemii, na rynkach zapanowała euforia, a indeksy akcji wystrzeliły w górę. Tym razem trend był szerszy i objął wszystkie globalne parkiety. Dynamicznie rosły zwłaszcza akcje spółek europejskich, które działając w tradycyjnych segmentach gospodarki istotnie mocniej skorzystają na podjęciu szczepień. Mocno skorzystała także polska GPW.

2020 r. kończy się w pozytywnych nastrojach?

Do końca roku pozostało jeszcze kilka dni, lecz wydaje się, że ostateczny bilans 2020 r. nie powinien się już zmienić. Po Wielkiej Brytanii kolejne kraje wdrażają program szczepień i mimo tego, że po chwilowym wyhamowaniu zachorowań, widmo tzw. trzeciej fali staje się coraz bardziej realne, to póki co nie budzi ono panicznego strachu. W grudniu pewnym czynnikiem ryzyka na rynkach europejskich była kwestia unijnego budżetu obejmującego środki na walki ze skutkami pandemii oraz weta Polski i Węgier. Jednak inwestorzy podeszli do tego dość spokojnie, wierząc, że po negocjacyjnych przepychankach dojdzie do porozumienia. Póki co nierozwiązana zostaje kwestia także ewentualnego porozumienia handlowego Wielkiej Brytanii z Unią Europejską (wraz z końcem 2020 r. kończy się okres przejściowy po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa z UE). Daleka od zadowalających pozostaje też sytuacja w realnej gospodarce – w USA wnioski o zasiłek dla bezrobotnych gwałtownie wzrosły, do najwyższego poziomu od trzech miesięcy. Jednak na dany moment rynek dyskontuje długoterminowy zysk z uruchomienia masowych szczepień.

Na ten moment (notowania indeksów z dn. 16.12.2020), mijający rok zamykamy w pozytywnych nastrojach. Większości indeksów akcji udało się odrobić straty poniesione wiosną tego roku, gdy COVID-19 przerodził się w globalną pandemię. Wygranym tego roku jest (póki co) oczywiście sektor technologiczny, głównie amerykański. Indeks Nasdaq zyskał, mimo gigantycznych spadków wiosną, ponad +41 proc. Dla rynków akcji w USA 2020 r. jest suma summarum udany – S&P500 wzrósł o blisko 15 proc. Na Starym Kontynencie aż tak spektakularnie nie jest, ale część indeksów zdołała odrobić straty z lutego i marca. Niemiecki DAX zyskał znacznie ponad +2 proc.

Sytuacja GPW nie jest tak dobra – główny indeks WIG stracił w tym roku -2,29 proc., lecz należy pamiętać, że w dołku 23 marca strata wynosiła ponad -32 proc. Warszawski parkiet cierpi z kilku względów. Po pierwsze Polska postrzegana jest jako rynek wschodzący, a wobec dużej awersji do ryzyka w 2020 r., tego typu kierunki nie cieszyły się popularnością. Dodatkowo obciążeniem dla głównego indeksu są największe polskie spółki z indeksu WIG20 (ich tegoroczna strata to -7,6 proc.), gdzie dominują banki i spółki z sektora finansowego oraz spółki skarbu państwa. Przez większą część roku wsparciem dla WIG20 była spółka gamingowa CD Projekt, jednak po premierze gry Cyberpunk, jej notowania mocno poleciały w dół. Dodatkowo w grudniu cenom akcji ciążyło polskie weto wobec budżetu unijnego, a kolejnym ciosem jest też wprowadzenie narodowej kwarantanny po świętach Bożego Narodzenia. Pozytywów należy dopatrywać się w sektorze małych spółek – indeks sWIG20 zyskał w 2020 r. ponad +28 proc.

Katarzyna Czupa, starszy specjalista ds. programów emerytalnych w Nationale-Nederlanden PTE

Twardy reset, czyli jakie wyzwania staną przed branżą IT w 2021 roku?

Kończący się rok to twardy reset dla całego świata i dla branży IT. Mimo, że cyfryzacja stała się powszechna i większość przedsiębiorstw oraz sektor publiczny oparty jest o wykorzystanie zasobów cyfrowych, to ostatni rok przedefiniował priorytety w tych obszarach. Wchodząc w 2021 rok rysują się wyraźne trendy dla branży IT, która musi odpowiedzieć na nowe wyzwania. Poniżej przestawiamy 6 trendów technologicznych na 2021 rok, które prezentuje Robert Strzelecki – prezes TenderHut – jednej z najszybciej rozwijających się grup IT w Polsce.

  • Cyberbezpieczeństwo

Cyberbezpieczeństwo u progu trzeciej dekady XXI wieku stoi pod nazwą Blockchain. Technologia głównie kojarzona z kryptowalutami, z uwagi na swoje możliwości stanowi doskonałe narzędzie do zabezpieczania danych. Dlaczego właśnie w 2021 roku cyberbezpieczeństwo zyska na znaczeniu? – Ponieważ z dnia na dzień cały świat był zmuszony zacząć korzystać z usług online, na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej. Praca, nauka, zakupy – wszystko to przeniosło się do sieci i znaczna część nowych użytkowników zostanie już tam na stałe.  Kluczowe stało się w tym momencie zachowanie bezpieczeństwa połączeń, danych czy zakupów online. Wzmożony ruch w sieci to także wzmożona aktywność cyberprzestępców, którzy szybko zaadaptowali się do nowych warunków i właśnie dlatego 2021 rok będzie stał pod znakiem bezpieczeństwa cyfrowego.

  • Sieć 5G

5G stało się rzeczywistością, teraz przyszedł czas na ekspansję zasięgu sieci oraz praktyczne wykorzystanie możliwości, jakie niesie za sobą ta technologia, a te mogą dotykać każdej dziedziny naszego życia. Transport, edukacja, medycyna, mieszana rzeczywistość czy rozrywka to tylko niektóre obszary, w których w nadchodzącym roku będziemy obserwowali praktyczne wykorzystanie szerokopasmowej zdalnej transmisji danych. Pierwsze zastosowania zaobserwujemy w przemyśle i transporcie, ale szybko użytkownicy indywidualni także skorzystają z możliwości tego rozwiązania. Jednym z ciekawszych praktycznych zastosowań będzie wykorzystanie sieci 5G do rozwoju technologii Mixed Reality, a to za sprawą minimalnych opóźnień w przesyle danych, na jakie zezwala ta technologia.

  • Mixed Reality

Rozwój rozszerzonej rzeczywistości w postaci urządzeń, które nosimy na sobie (Wearables) a tak naprawdę na głowie, czyli hełmu lub okularów to właśnie technologia mieszanej rzeczywistości. Ma ona także nieco szersze możliwości niż AR (Augmented Reality), ponieważ umożliwia większą interakcję użytkownika z generowanym obrazem. Dlaczego rozwój mieszanej rzeczywistości przyspieszy w nadchodzącym okresie? Przede wszystkim z uwagi na same urządzenia – stały się one lżejsze, wydajniejsze i bardziej mobilne. Każda z większych firm technologicznych pracuje nad swoim rozwiązaniem. HoloLens 2 od Microsoft, używane na razie w biznesie, czy zapowiadane na 2021 rok Apple Glasses dla użytkowników indywidualnych, spowodują rozwój aplikacji i samej technologii. Praktyczne wykorzystanie mieszanej rzeczywistości możemy obserwować już w telemedycynie.

  • Telemedycyna

Pandemia uświadomiła nam jedno – znaczenie wykorzystania nowoczesnych technologii w medycynie i diagnostyce diametralnie rośnie. W najbliższym czasie będziemy obserwowali wzrost popularności urządzeń, które zdalnie będą monitorowały nasze funkcje życiowe i w razie potrzeby alarmowały odpowiednie służby. Wokół takich usług powstanie cały ekosystem teleinformatyczny. Technologia, która także będzie intensywnie rozwijać się w nadchodzących latach to wykorzystanie możliwości Mixed Reality zarówno w diagnostyce medycznej, jak i pracy w laboratoriach. Zestaw w postaci hełmu do mieszanej rzeczywistości może zostać wykorzystany do triage’u medycznego lub wsparcia pracy laborantów wykonujących testy diagnostyczne. Takie rozwiązania już funkcjonują, ale właśnie w 2021 roku wzrośnie ich popularność i poziom wykorzystania w obszarze medycyny.

  • Prop-Tech

Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? Według danych GUS na koniec września 2020 roku zaledwie 5,8% pracowników pracowało w takim systemie. Mimo wzrostu zakażeń w kolejnych miesiącach ilość osób pracujących zdalnie z pewnością nie przekroczyła 10% z pośród wszystkich zatrudnionych. To, czego możemy z pewnością spodziewać się w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Ma to odzwierciedlenie w rynku nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą wspierały ich potrzeby zakresu zarządzania zasobami ludzkimi patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Rozwiązania takie jak Hot Desk czy rotowanie pracowników na stanowiskach pracy z zachowaniem dystansu społecznego, wymagają rozwiązań zarówno dostępnych dla wszystkich (np. poprzez aplikację mobilną) oraz na tyle zaawansowanych, aby były wstanie zarządzać dostępnymi zasobami takimi jak wolne biurka, sale konferencyjne czy miejsca parkingowe. Nowe biurowce będą powstawały i będą coraz bardziej smart, bo tego będzie oczekiwał postpandemiczny rynek.

  • Cyfrowa edukacja

Rynek edukacji wyszedł z pierwszego szoku, w którym głównym celem było zapewnienie minimalnych potrzeb takich jak dostępność rozwiązań do zdalnego prowadzenia zajęć. 2021 rok będzie okresem rozwijania narzędzi wspierających zdalną edukację w znacznie szerszym wymiarze. Na rynek usług edukacyjnych należy spojrzeć nie tylko przez pryzmat powszechnego nauczania. Webinaria, kursy online czy całe programy kształcenia praktycznego wymagają przedefiniowania i zaprzęgnięcia nowoczesnych technologii do procesu edukacji. Coraz większe znaczenie będą miały narzędzia do wsparcia motywacji osób zarówno pracujących, jak i uczących się zdalnie. Zarówno szkoły, uniwersytety, jak i działy HR w poprzednim roku miały okazję na żywo przekonać się o tym, z jakimi wyzwaniami wiąże się kształcenie online. W 2021 roku te zdefiniowane potrzeby przekują się w realne rozwiązania, które będą wdrażane na masową skalę w obszarze edukacji.

Pandemia z jednej strony obnażyła słabości systemu z drugiej pozwoliła na swoistą akcelerację rozwiązań, które bez niej czekałyby na wdrożenie przez kolejne lata. Cyfrowe technologie okazały się niezwykle pomocne we wsparciu prowadzenia biznesu. Zmieniło się także nastawienie zarówno przedsiębiorców, jak i administracji publicznej, co przyspieszyło wprowadzenie zmian w obszarze cyfrowych rozwiązań w wielu obszarach codziennego funkcjonowania rynku pracy.

InFakt z nowym inwestorem – norweską grupą Visma

Norweska grupa Visma została nowym większościowym udziałowcem inFaktu. Dzięki tej transakcji polska spółka dołączy do międzynarodowej grupy, na którą składa się kilkadziesiąt podmiotów dostarczających rozwiązania dla księgowych i przedsiębiorstw.

Grupa Visma działa na rynku usług chmurowych dla księgowych oraz firm z sektora MŚP przede wszystkim w Europie Północnej oraz kilku innych krajach europejskich. Jest obecna także w Polsce. W skład jej portfolio w naszym kraju wchodzą SaldeoSmart, a od grudnia bieżącego roku także inFakt. Wartość grupy wynosi około 10 miliardów euro.

Zakup udziałów w firmie inFakt jest zgodny ze strategią grupy Visma, która polega na tworzeniu i dostarczaniu najlepszych rozwiązań chmurowych do zarządzania małymi i średnimi przedsiębiorstwami. InFakt oferuje rozwiązania jakościowe, niezawodne i łatwe w obsłudze, dokładnie takie, jakich szukaliśmy na polskim rynku – powiedział Jostein Håvaldsrud, dyrektor ds. produktów w grupie Visma.

InFakt jest czołowym dostawcą narzędzi i usług do prowadzenia księgowości online na polskim rynku. Oferuje rozwiązania nie tylko dla przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, ale też dla spółek. Założyciel i prezes inFaktu, Wiktor Sarota, zwraca uwagę na nowe możliwości, jakie otwierają się przed firmą w związku z jej nowym udziałowcem w postaci Vismy. – Zyskujemy dostęp do kompetencji, technologii i doświadczeń firm, które działają w tej samej branży na innych rynkach – mówi. – Nie zmieniają się natomiast nasze cele i priorytety. Jednocześnie sami jesteśmy w stanie wnieść wartość dodaną do grupy – inwestora bardzo zainteresowały nasze rozwiązania dotyczące usług prowadzenia pełnej księgowości dla firm.

InFakt zapowiada, że warunki współpracy z klientami nie zmienią się. Nie zmieni się także zarząd firmy, w którym nadal zasiadać będą jej założyciele – Wiktor Sarota oraz Sebastian Bobrowski. Szczegółowe warunki transakcji nie zostały ujawnione.

Zarządzanie finansami firmy w kryzysie

Prowadzenie własnej firmy wiąże się z koniecznością dopasowania się do sytuacji panującej na rynku. Po okresach prosperity przychodzą również sytuacje kryzysowe. Jak sobie z nimi radzić i utrzymać płynność finansową?

Zarządzanie firmą w kryzysie nie jest łatwym zadaniem. Wynagrodzenia dla pracowników i terminowe regulowanie zobowiązań to podstawowe potrzeby, które należy zaspokajać. Jednak nawet w sytuacji kryzysu na rynku nie można zapominać o inwestycjach, bo tylko dzięki nim łatwiej jest utrzymać tempo rozwoju.

Finansowanie biznesu w kryzysie

Wielu przedsiębiorców w sytuacji spowolnienia na rynku reaguje ograniczeniem wydatków. Zwolnienia pracowników czy wstrzymanie inwestycji to często pierwszy krok do upadłości. W kryzysie twój biznes nie musi zwalniać czy wręcz się cofać. Jeśli kryzys dotyczy całej branży, nie możesz pozwolić, aby po ustabilizowaniu sytuacji na rynku twoja firma straciła na znaczeniu. Przemyślane decyzje finansowe to jedyny sposób na przetrwanie gorszej koniunktury.

Najważniejszym zadaniem przedsiębiorcy w kryzysie jest utrzymanie płynności finansowej. Można to osiągnąć, korzystając z nowoczesnych form finansowania. Zanim sięgniesz po kredyt, warto, abyś sprawdził również inne rozwiązania, np. faktoring.

Czym jest faktoring i kto może z niego skorzystać?

Faktoring polega na przekazaniu faktur z odroczonym terminem płatności instytucji finansowej (faktorowi), która wypłaca należność z faktury od razu po jej przekazaniu na konto przedsiębiorcy. Co więcej, twój kontrahent nie musi wiedzieć, że przekazałeś faktury do instytucji finansowej – to wyróżnik tzw. faktoringu cichego.

Wbrew pozorom faktoring nie jest usługą przeznaczoną wyłącznie dla dużych firm. To właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa najczęściej potrzebują wsparcia finansowego. Szczególnie w opłacaniu bieżących zobowiązań.

Ciekawą ofertą dla mikroprzedsiębiorców jest faktoring od NFG. Częstym problemem dla osób prowadzących małą działalność są odroczone terminy płatności. Z jednej strony współpraca z klientem korporacyjnym jest lukratywna i gwarantuje terminowe opłacanie faktur. Z drugiej jednak tacy klienci nigdy nie płacą gotówką, a w umowach zastrzegają sobie nawet 30-dniowe terminy płatności. W takich sytuacjach faktoring może zapewnić płynność finansową i uchronić przed koniecznością zadłużania się na podstawowe opłaty czy w celu regulowania bieżących zobowiązań (ZUS, US, podatki, pensje, paliwo).

Potraktuj kryzys jako okazję do zmian

Czasem nie da się uniknąć kryzysu, szczególnie gdy jest on spowodowany ogólną sytuacją w kraju lub na świecie. Dzięki takim rozwiązaniom jak faktoring nie musisz martwić się o płynność finansową. Szybkie rozszerzenie oferty o nowe produkty czy usługi jest możliwe tylko w momencie, gdy masz odpowiednie zasoby finansowe lub zaufanego faktora, który na jasnych zasadach pozwoli ci je uwolnić z twoich faktur.

Opakowania kartonowe dla sklepów internetowych – największy wybór w ATK Opakowania

Coraz więcej transakcji jest zawieranych przez Internet. Rynek e-commerce, czyli handlu elektronicznego, ciągle rośnie w siłę. Pojawiają się coraz nowsze marki, rozszerza się katalog dostępnych w Internecie firm. Jeśli poszukujesz opakowań do swojego sklepu Internetowego, sprawdź, co polecamy.

Handel elektroniczny

E-commerce, czyli ogólnie mówiąc handel elektroniczny jest w ostatnich latach kanałem dystrybucji, który dość prężnie i szybko się rozwija. Dynamika zmian jest tak duża, że dla wielu marek stał się z dodatkowego sposobu zbyt usług i produktów głównym sposobem pozyskania klientów. Główne źródła handlu elektronicznego i sprzedaży elektronicznej to szeroko rozumiane sklepy internetowe, aukcje internetowe, platformy promujące zakupy grupowe i oferujące atrakcyjne zniżki, reklamy kontekstowe, programy partnerskie, a także coraz częściej telefoniczne aplikacje oraz social media.

Sprzedaż przy pomocy Internetu rozwija się dzięki dynamicznemu postępowi technologicznemu, a także dzięki dostosowującym się do rzeczywistości internetowej przepisom prawnym. To właśnie wszelkiego rodzaju regulacje pozwalają na obopólne zaufanie na linii sprzedawca-kupujący. Jeśli zauważyłeś rosnący popyt internetowy na własne usługi lub produkty, warto rozwinąć swój e-biznes. E-commerce z pewnością wiąże się z koniecznością nadawania licznych przesyłek – taki sposób odbioru zakupów jest najpopularniejszy oraz pozwala na dotarcie do klientów nie tylko z najbliższych okolic. Chcąc w bezpieczny sposób wysyłać swoje towary, warto wybrać solidne opakowania. Prócz ich jakości warto postawić na to, by były one spersonalizowane, dostosowane do Twojej marki, by były jej znakiem rozpoznawczym. Jak to zrobić?

Opakowania fasonowe i z nadrukiem

Kartony fasonowe charakteryzują się specjalnym wykrojem, który uzyskuje się przy pomocy wykrojnika tnącego. Technologia taka pozwala na otrzymanie gotowego opakowania, bez szycia lub klejenia. Pudełka tego typu są wyposażone w zamknięcia, dlatego niekonieczne jest ich zaklejanie. Kartony fasonowe sprawdzą się doskonale w branży gastronomicznej – znamy je doskonale w postaci pudełek do pizzy! Ale także w branży kosmetycznej czy biżuteryjnej – możliwość wykonania kartonu, który ma niestandardowy rozmiar i np. wiele przegródek pomoże w bezpiecznym transporcie biżuterii, rękodzieła, kosmetyków czy innych drobnych elementów. Kartony fasonowe często bywają wykorzystywane także w przypadku wysyłki odzieży lub obuwia – brak klejenia i wbudowane zamykanie pozwala na eleganckie spakowanie sukienek, koszul, bluzek, butów, a nawet książek!

Detale mają znaczenie! To jakiego dokonasz wyboru w zakresie opakowań swoich towarów, może determinować kolejne zamówienia stałych klientów lub pozyskanie nowych! Dbałość o szczegóły, o właściwe zabezpieczenie produktu przed wysyłką ma ogromne znaczenie. Opakowania kartonowe nie muszą być nudne! Spersonalizuj je, wybierz taką markę, która zaoferuje Ci wykonanie nadruku na opakowaniach, co sprawi, że Twój internetowy biznes będzie prezentował się jeszcze bardziej profesjonalnie. Własny nadruk na opakowaniu jest także wyrazem dbałości o zadowolenie klienta – każdy chce poczuć się bardziej luksusowo i otrzymać zamówienie nie w przypadkowym kartonie, ale takim, który jest swoistą wizytówką firmy, jej nieodłącznym elementem. Pudełko powinno być rozpoznawalne i budować świadomość marki – każdy biznes dąży do tego, by kontrahenci widząc opakowanie, rozpoznawali całą markę.Opakowania kartonowe (2)

Opakowanie potrafi także wiele powiedzieć o polityce marki, jej podejściu na przykład do ekologii. Wybierając opakowania, które można poddać recyklingowi lub zachęcając klientów do ponownego wykorzystania opakowania, można wyrazić swój światopogląd. Dobierając wielofunkcyjną taśmę klejącą z logo lub wizerunkiem marki, na przykład papierową, która również nadaje się do recyklingu, możemy sprawić, że ograniczymy do absolutnego minimum pakowanie przesyłek w zalegający później na wysypiskach plastik. Jednym z wiodących producentów opakowań kartonowych jest https://atk-opakowania.pl/.

W Warszawie powstał pierwszy poza Chinami specjalny salon Xiaomi. Producent rozważa otwarcie kolejnych

Nowy Mi Store w warszawskim centrum handlowym Westfield Arkadia to jedyny taki koncept poza Chinami. To nie tylko sklep, lecz także serwis i miejsce do testowania urządzeń Xiaomi. Klienci mogą skorzystać ze strefy odzwierciedlającej warunki domowe i sprawdzić, jak inteligentne urządzenia do domu funkcjonują jako cały ekosystem. Marka w przyszłym roku zamierza otwierać kolejne sklepy, a także skupić się na rozwoju swoich produktów. – Planujemy dalszy rozwój naszego biznesu dotyczący smartfonów i telewizorów, będziemy także mocno koncentrować się na urządzeniach 5G – zapowiada Marcin Szczepankowski z Xiaomi Polska.

– Mi Store w Arkadii to pierwszy taki concept store w Europie Środkowo-Wschodniej. Powstał on w Warszawie, bo tu jest nasza centrala i biuro, z którego obsługujemy całą Europę Środkowo-Wschodnią – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Szczepankowski, szef działu GTM w Xiaomi Polska.

W centrum handlowym Westfield Arkadia otwarto właśnie nowy salon Xiaomi. Jest to jedyny tego typu koncept stworzony poza Chinami. Wyróżnikiem sklepu jest nie tylko jego powierzchnia (ponad 300 mkw.), ale też duża strefa do testowania rozwiązań ekosystemu marki.

– Pierwsza część salonu jest ułożona dość klasycznie, bo znajdują się w niej smartfony i produkty ekosystemowe na sprzedaż. W drugiej części przygotowaliśmy strefę Mi Smart, w której klienci mają okazję skorzystać z naszych produktów, zobaczyć, jak na co dzień mogą one funkcjonować jako cały ekosystem – wyjaśnia szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Strefa ta została zaprojektowana na kształt mieszkania. Można w niej zobaczyć i sprawdzić działanie inteligentnych rozwiązań w ramach ekosystemu łączącego produkty lifestyle oraz codziennego użytku. Wszystkimi urządzeniami można sterować za pomocą jednej aplikacji lub asystenta głosowego w ramach platformy Mi Home. W ekosystemie Xiaomi w Polsce dostępnych jest ok. 200 urządzeń internetu rzeczy, podczas gdy w Chinach jest ich ok. 2 tys.

– Wyjątkowe jest również to, że otworzyliśmy w sklepie dedykowaną strefę dla serwisu. Wszyscy klienci będą mogli dokonać naprawy bądź jakiejkolwiek konsultacji serwisowej na miejscu – zaznacza ekspert.

Nowy Mi Store zastąpi ten już istniejący w Westfield Arkadia. Jak podkreśla Marcin Szczepankowski, decyzja o uruchomieniu konceptu w Polsce została podjęta mimo trudnej sytuacji w handlu detalicznym, która jest efektem pandemii i kolejnych lockdownów. 17 grudnia rząd poinformował o wprowadzeniu kwarantanny narodowej, co wiąże się m.in. z zamknięciem galerii handlowych (poza sklepami zapewniającymi podstawowe potrzeby). Okres lockdownu potrwa od 28 grudnia do 17 stycznia.

– Okres pandemii jest wyzwaniem dla sprzedaży detalicznej. Podjęliśmy jednak decyzję, żeby kontynuować naszą strategię i pomimo uwarunkowań zewnętrznych w tym czasie otworzyliśmy sześć kolejnych salonów. To 20. salon, który otwieramy w Polsce – mówi szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Jak podaje GUS, sprzedaż detaliczna w cenach stałych w październiku 2020 roku była niższa niż przed rokiem o 2,3 proc. (wobec wzrostu o 4,6 proc. w październiku 2019 roku). Ogółem w okresie styczeń–październik 2020 roku sprzedaż spadła o 3 proc. r/r, przy wzroście o 5,6 proc. w 2019 roku. Spowolnienie widać też w wynikach odwiedzalności galerii handlowych. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że wprawdzie klienci chętnie wrócili do otwartych od 28 listopada obiektów, wciąż jednak jest ich o ok. 30 proc. mniej niż przed rokiem.

– Będziemy otwierali kolejne salony sieci własnej, będziemy także kontynuować nasz biznes z partnerami w kanale otwartym i w kanale operatorskim – wymienia Marcin Szczepankowski. – Na przyszły rok mamy zaplanowane otwarcie kolejnych sklepów. Decyzję o tym, czy będą to takie punkty jak nowy Mi Store w Arkadii, podejmiemy już niedługo.

Xiaomi zadebiutowało w Europie nieco ponad trzy lata temu. Obecnie jest trzecią największą marką smartfonów – nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. W Polsce jest numerem jeden pod względem dostaw. Z tym rynkiem Xiaomi wiąże szczególne nadzieje, zwłaszcza w kontekście planowanego rozwoju sieci 5G.

– Nasze plany na przyszły rok można scharakteryzować na trzy sposoby. Planujemy dalszy rozwój biznesu smartfonowego, a także naszego ekosystemu urządzeń. Będziemy wprowadzali nowe produkty, w tym telewizory, a także będziemy się mocno koncentrować na urządzeniach 5G – zapowiada szef działu GTM w Xiaomi Polska.

UKE w ekspresowym tempie rozstrzygnął przetarg na obsługę prawną aukcji 5G. Wynik budzi wątpliwości

Wielkimi krokami zbliża się komercyjne wdrożenie sieci 5G. Dotąd operatorzy wprowadzali tę technologię w ramach częstotliwości wykorzystywanych już wcześniej, na potrzeby sieci LTE. Jednak cały rynek telekomunikacyjny czeka na ogłoszenie przez Urząd Komunikacji Elektronicznej aukcji na częstotliwości z zakresu 3400–3800 MHz dedykowane dla sieci nowej generacji. Ma to nastąpić w przyszłym roku, ale wcześniej – na początku grudnia – UKE rozpisał przetarg na obsługę prawną w związku z planowaną aukcją. Wątpliwości ekspertów i prawników wzbudziły jednak wyśrubowane kryteria, które mocno zawężyły krąg potencjalnych oferentów, jak i ekspresowe tempo postępowania. Ostatecznie do przetargu przystąpiły tylko dwa podmioty, a urząd wybrał ofertę, która przekroczyła planowany budżet.

Do przetargu na obsługę prawną UKE przy rozpisywaniu aukcji na nowe częstotliwości 5G przystąpiły tylko dwa podmioty: Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy oraz konsorcjum CWW S.Cetera, M.Węgrzyn-Wysocka i Wspólnicy (jako lider) oraz Kancelarii Radcy Prawnego Gaweł Jarosiński. Regulator wybrał tę drugą ofertę. Przy otwarciu kopert została też ujawniona informacja, że na realizację usługi UKE przeznaczył kwotę 422,8 tys. zł brutto. Oferta Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy opiewała na kwotę 305 tys. zł brutto, natomiast oferta konsorcjum – na 479,7 tys. zł brutto, przekraczając budżet planowany na realizację zamówienia o blisko 60 tys. zł.

– Do tej pory nie uzyskaliśmy dostępu do pełnej dokumentacji z tego postępowania. Po próbach telefonicznych, e-mailowych i wielu żądaniach udostępnienia informacji otrzymaliśmy odpowiedź, że oferta jest objęta tajemnicą. Ostatecznie, 17 grudnia odmówiono dostępu z uwagi na to, że nie stosuje się przepisów PZP, więc jako strona postępowania nie mamy rzekomo wglądu w dokumentację. A więc de facto ten wybór pozostaje całkowicie niejasny i tajny – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Mariusz Bidziński, profesor Uniwersytetu SWPS, radca prawny i wspólnik w Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy.

W odwołaniu, które Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy wystosowała do UKE, zwraca uwagę na szereg niezgodności postępowania z przepisami ustawy Prawo zamówień publicznych. Mowa m.in. o błędnym wyborze najkorzystniejszej oferty polegającym na wyborze oferty, która nie mieściła się w kwocie, jaką urząd zamierzał przeznaczyć na sfinansowanie zamówienia, odmowie opublikowania informacji z otwarcia ofert czy odmowie udostępnienia informacji dotyczących czynności wyboru ofert i wyniku postępowania.

– Samo postępowanie od początku budzi istotne wątpliwości z uwagi na bardzo krótki termin jego przeprowadzenia i zgłoszenia ofert czy wyjątkowo wysokie i nieadekwatne wymogi dotyczące ekspertów, wykonawców oraz prawników. Takie wymogi – delikatnie mówiąc – budzą wątpliwości co do adekwatności, celowości i związku wymogów z przedmiotem postępowania – twierdzi dr hab. Mariusz Bidziński. – Wątpliwości budzą także wymogi doświadczenia, w tym np. wykazanie obsługi na kwotę ponad 1 mld zł z jakiegokolwiek obszaru doradztwa. Równie dobrze może to więc dotyczyć telekomunikacji, jak i dróg, farmacji, trawników czy produkcji długopisów.

Wśród wymogów postawionych przez UKE znalazł się m.in. ten, aby w składzie zespołu, który będzie doradzał regulatorowi, znalazł się co najmniej jeden prawnik z doświadczeniem w obsłudze projektów związanych z 5G. Był on niemal niemożliwy do spełnienia o tyle, że w Polsce wdrażanie tej technologii trwa dopiero od kilku miesięcy i jest na bardzo wczesnym etapie. W skład zespołu ma wchodzić także trzech specjalistów posiadających minimum pięcioletnie doświadczenie w zakresie cyberbezpieczeństwa. Tymczasem ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy w Polsce akt regulujący tę kwestię – obowiązuje dopiero od sierpnia 2018 roku, czyli zdecydowanie krócej niż określony wymóg pięciu lat.

Jak podkreśla radca prawny, ogłoszone przez UKE postępowanie nie spełniało też wymogów transparentności i rzetelności.

– Ogłoszenie tak ważnego postępowania w trybie zamówień społecznych wskazuje na pewien brak spójności. Skoro to postępowanie miałoby wyłonić wyjątkowego eksperta, to czemu w tak prostej i niezaskarżalnej – niepodlegającej praktycznie żadnej weryfikacji – procedurze? W tym trybie, zachowując pozory przejrzystości, można w każdej chwili postępowanie unieważnić, nie wybrawszy żadnego oferenta, albo zmodyfikować wymogi co do środków na realizację usługi – tłumaczy.

Jak podkreśla dr hab. Mariusz Bidziński, szczegółowa ocena przetargu przeprowadzonego przez UKE byłaby możliwa dopiero po uzyskaniu dostępu do całej dokumentacji związanej z przebiegiem tego postępowania. Urząd konsekwentnie jednak jej odmawia stronie, która uczestniczyła w przetargu.

– Do dziś – mimo kilkunastu czy kilkudziesięciu prób – nie mamy jakiegokolwiek dostępu do ofert, protokołu z otwarcia oraz oceny ofert. Jesteśmy de facto pozbawieni możliwości weryfikacji wyniku postępowania, jego postępowania czy poprawności oferty konkurencji – wskazuje radca prawny.

UKE zamówił w przetargu 1 tys. godzin konsultacji prawnych, które mają zostać wykorzystane do końca przyszłego roku w związku z planowaną aukcją 5G, jak również zagadnieniami dotyczącymi krajowego cyberbezpieczeństwa.

W odpowiedzi na zapytanie Newserii, Witold Tomaszewski, p.o. rzecznika prasowego UKE, wyjaśnia, że: protokoły postępowania nie zostały utajnione, postępowanie było przeprowadzone na podstawie art. 138o ustawy z dnia 29 stycznia 2019 roku PZP i obowiązuje procedura związana ze stosowaniem tego artykułu, zaś umowa ze zwycięskim konsorcjum została już podpisana 17 grudnia.

Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy twierdzi, że do tej pory nie otrzymała protokołów z postępowania.

W okresie pandemii gwałtownie spadło zainteresowanie pożyczkami. W przyszłym roku rynek ten nadal będzie tracił

Rok 2020 dla branży firm pożyczkowych oznacza gwałtowną zapaść. W okresie od stycznia do listopada udzieliły one o 26,8 proc. mniej pożyczek o wartości niższej o 34,4 proc. – wynika z danych BIK. Przyszły rok może nie przynieść odbicia w sektorze. Trudną sytuację pogłębia nie tylko mniejsze zainteresowanie klientów, lecz także zmiany legislacyjne. Do Sejmu trafił projekt ustawy, który do końca 2021 roku wydłuża okres obowiązywania obniżonego limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego.

– Rok 2020 nie tylko na rynku kredytów bankowych, lecz także na rynku pożyczek pozabankowych jest bardzo trudnym rokiem. Widzimy bardzo wysokie spadki zarówno liczby, jak i wartości udzielanych przez firmy pożyczek – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Z danych BIK wynika, że w listopadzie 2020 roku firmy pożyczkowe współpracujące z nim udzieliły 187,3 tys. pożyczek na łączną kwotę 420 mln zł. Choć w porównaniu z październikiem oznacza to niewielki wzrost (o 0,8 proc.), to w porównaniu z listopadem 2019 roku liczba kredytów spadła o 15,2 proc., a wartościowo spadek przekroczył 25 proc.

– W okresie od stycznia do listopada tego roku łączna liczba udzielonych pożyczek przez firmy pożyczkowe współpracujące z BIK to 1,872 mln sztuk na kwotę 4,3 mld zł. Jeżeli te wartości porównamy z analogicznym okresem sprzed roku, to jest to 25,1 proc. mniej udzielonych pożyczek i na kwotę niższą o 34,4 proc. – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

W 2020 roku dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40,9 proc. liczby udzielonego finansowania (wartościowo 10,7 proc. udziału w sprzedaży). Pożyczki powyżej 5 tys. zł były znacznie mniej popularne (9 proc. ogółu sprzedaży), za to ich wartość odpowiadała za 34 proc. wszystkich udzielonych pożyczek. Niezależnie od przedziałów kwotowych wszystkie pożyczki zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały ujemne dynamiki.

– Najwyższe spadki dotyczą pożyczek wysokokwotowych, czyli powyżej 5 tys. zł. Tu ujemna dynamika wynosi 42,2 proc. liczbowo oraz 43,7 proc. wartościowo. Natomiast najniższe spadki zanotowały pożyczki z najniższego przedziału kwotowego, czyli do 1 tys. zł – w tym przypadku jest to liczbowo 18,9 proc., a wartościowo 15,4 proc. – wylicza główny analityk BIK.

Sprzedaż pożyczek pozabankowych gwałtownie spadła wraz z pierwszą falą pandemii i lockdownem.  O ile na początku tego roku i na przestrzeni 2019 roku średnia wartość udzielanych pożyczek sięgała 600 mln zł miesięcznie, o tyle w kwietniu 2020 roku spadła do poziomu ok. 200 mln zł. Kolejne miesiące przyniosły lekką poprawę, choć do wyników z 2019 roku było jednak wciąż daleko.

– Podstawową przyczyną tak dużych spadków na rynku pożyczkowym jest przede wszystkim sytuacja pandemiczna. Wiąże się ona ze zmniejszeniem popytu ze strony klientów i większą ostrożnością firm pożyczkowych. Wpływ mają także działania regulacyjne związane z ograniczeniem poprzez ustawy covidowe maksymalnej ceny pożyczki, jaką firma pożyczkowa może uzyskać – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski.

Zgodnie z obowiązującymi od 1 kwietnia br. przepisami obniżono roczny limit kosztów pozaodsetkowych (czyli wszystkich opłat, które nie wynikają bezpośrednio z oprocentowania usługi, np. marża czy obowiązkowe ubezpieczenie). Dla kredytów o okresie spłaty 30 dni i dłużej maksymalna wysokość kosztów to 15 proc. całkowitej kwoty pożyczki plus 6 proc. za każdy rok jej trwania, a dla kredytów o okresie spłaty poniżej 30 dni limit kosztów pozaodsetkowych wynosi 5 proc. Niezależnie od długości trwania pożyczki poziom kosztów nie może przekroczyć 45 proc.

Nowe przepisy miały obowiązywać do 8 marca 2021 roku, do Sejmu trafiła już jednak ustawa, która ma ten czas wydłużyć do końca przyszłego roku. Branża firm pożyczkowych apeluje do rządu o powrót do rozmów na temat tej zmiany.

– Ewentualne uchwalenie tych przepisów jeszcze pogłębi tak trudną sytuację rynku pożyczkowego – prognozuje główny analityk BIK.

Do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. Polaków. Teraz gabinety stomatologiczne notują duży napływ pacjentów

Wybuch pandemii spowodował, że wielu stomatologów zdecydowało się zamknąć gabinety w obawie przed zakażeniem. Przyjmowane były tylko naglące przypadki. W efekcie Polacy dużo rzadziej leczyli zęby. Z najnowszego badania CBOS wynika, że do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. ankietowanych. Sytuacja powoli wraca do normy. – Po początkowym spowolnieniu od lipca obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów, bo leczenia stomatologicznego często nie można odkładać – mówi Wioletta Januszczyk z Medicover Stomatologia. Mimo pandemii Medicover Stomatologia nie rezygnuje z planu konsolidacji polskiego rynku dentystycznego. Tylko w tym roku sieć otworzyła pięć nowych centrów stomatologicznych, w tym nowoczesną, połączoną z kawiarnią placówkę w Warszawie.

– Na początku marca, kiedy pandemia dała się nam we znaki, większość gabinetów stomatologicznych zamknęła się z obawy przed zakażeniem. My pozostaliśmy otwarci. Mimo spowolnienia w okresie marzec–kwiecień obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów od lipca aż do teraz. Jest on spowodowany tym, że wizyty stomatologicznej często po prostu nie można przełożyć. To jest coś, co musi być zrobione bez względu na to, czy na świecie panuje pandemia, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przy współpracy z Polskim Towarzystwem Stomatologicznym, 71 proc. lekarzy dentystów zdecydowało się na zawieszenie praktyki klinicznej w kulminacyjnej fazie COVID-19 i rządowego lockdownu. Resort zdrowia zalecał początkowo wstrzymanie się z wizytami poza pilnymi przypadkami. W tej chwili gabinety pozostają otwarte w pełnym reżimie sanitarnym, a planowe wizyty poprzedza wywiad epidemiologiczny.

– Stomatologia jest tą dziedziną, która ma bezpośredni kontakt z wirusem, ale bez względu na to, co dzieje się teraz czy w normalnym sezonie grypowym, jest dobrze przygotowana do bezpiecznej opieki nad pacjentem. Dodatkowe obostrzenia, które zostały wprowadzone, de facto były stosowane w stomatologii już od dawna. Oczywiście zmieniły one pewne zachowania nie tylko naszych lekarzy, ale też części administracyjnej czy samych pacjentów – mówi dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Według czerwcowych danych GUS-u w 2019 roku w ramach NFZ-u udzielono łącznie ponad 34 mln porad stomatologicznych. Mimo tego aż kilka milionów Polaków ani razu w ciągu roku nie było u dentysty, choć 98 proc. z nich ma problemy z zębami. Statystykę pogorszyła jeszcze pandemia koronawirusa. Z sierpniowego badania CBOS wynika bowiem, że w pierwszym półroczu 2020 roku rzadziej niż w roku 2018 badani korzystali z leczenia stomatologicznego (spadek z 53 proc. do 31 proc.).

Polacy, jeśli już chodzą do dentysty, wybierają placówki prywatne, płacąc za usługi stomatologiczne we własnym zakresie lub w ramach dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Według badań CBOS poza systemem NFZ z usług dentysty lub protetyka skorzystało 78 proc. osób, którzy w ostatnim półroczu potrzebowali porady stomatologicznej.

– Pacjenci w Polsce nadal czują niepokój przed wizytą u stomatologa, traktują ją jako coś koniecznego i kosztownego. Naszym celem jest stawianie pacjenta w centrum uwagi. Otwierane placówki mają odpowiadać na jego potrzeby – mówi Wioletta Januszczyk.

Dla Medicover Stomatologia nie był to rok spowolnienia w procesie konsolidacji rynku stomatologicznego. Obecnie pod jedną marką skupia 44 kliniki stomatologiczne i 200 gabinetów dentystycznych w całym kraju. W tym roku powiększyła się o pięć nowych centrów stomatologicznych i 35 gabinetów dentystycznych. Najnowsza placówka, czyli nowo otwarte Centrum Stomatologii przy placu Konstytucji, to 13. klinika Medicover Stomatologia w Warszawie.

– W nowym centrum przy placu Konstytucji chcemy złamać stereotypowe myślenie o stomatologu. Zapraszamy pacjentów do pięknych wnętrz, zaaranżowanych wspólnie z projektantami, którzy otwierają kawiarnię Green Caffè Nero. To koncept kawiarniany, gdzie pacjent ma się poczuć komfortowo, może usiąść, napić się kawy, a nawet popracować i nie myśleć o tym, co się za chwilę wydarzy u stomatologa. Dodatkowo wprowadziliśmy tu autorski program diagnostyczny Complete Smile Check – wskazuje dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

– Pacjent podczas pierwszej wizyty ma wykonywaną kompleksową diagnostykę radiologiczną, dokumentację fotograficzną w postaci zdjęć zewnątrz- i wewnątrzustnych oraz skan zębów i badanie stomatologa, który będzie jego lekarzem prowadzącym. Co ważne, pacjent ma też przydzielonego opiekuna, który będzie koordynować jego plan leczenia, pomagać umawiać wizyty do poszczególnych specjalistów, opiekować się sprawami finansowymi czy wspierać go mentalnie – tłumaczy Marta Siewert-Gutowska, stomatolog i chirurg szczękowo-twarzowy z placówki Medicover Stomatologia przy placu Konstytucji.

Po pełnej diagnostyce stomatolog przygotowuje indywidualny plan leczenia, w którym jest jasno określone, ile będzie ono trwało, jakie procedury będą wykonane i jaka inwestycja jest konieczna. Co więcej, na tej podstawie można też cyfrowo „zaprojektować uśmiech”, dzięki czemu pacjent będzie mógł zobaczyć końcowy efekt leczenia. W ofercie centrum pacjenci znajdą także m.in. usługi z zakresu implantologii i protetyki, ortodoncji, stomatologii dziecięcej, periodontologii, czyli chorób dziąseł, oraz stomatologii zachowawczej.

– Przy każdym nowym otwarciu zastanawiamy się, czego oczekuje nasz pacjent. Chcemy wychodzić ponad te oczekiwania. Wizyta u stomatologa nie powinna być tylko czymś kosztownym i nieprzyjemnym. Takie było nasze założenie, gdy otwieraliśmy naszą klinikę przy placu Konstytucji, zaprojektowaną w koncepcie kawiarnianym, z recepcją i schowaną częścią administracyjną, gdzie pacjenta w drzwiach wita jego dedykowany opiekun – mówi Wioletta Januszczyk.

Połączenie OZE i energii atomowej może być przyszłością polskiej energetyki. Konieczny jest jednak szybki rozwój technologii magazynowania zielonej energii

Odnawialne źródła energii, w tym zwłaszcza fotowoltaika, przeżywają w Polsce boom. To efekt m.in. różnego rodzaju państwowych dotacji, lecz także ogólnoświatowego trendu zapotrzebowania na zieloną energię. Technologie stojące za OZE nie są jednak w pełni rozwinięte, przez co na chwilę obecną nie można całego systemu energetycznego oprzeć na tych innowacyjnych rozwiązaniach. Potrzebne są nakłady inwestycyjne nie tylko w fotowoltaikę czy turbiny wiatrowe, lecz także w magazyny energii. Równocześnie, choć odbiegając od polityki energetycznej UE, która promuje OZE jako główne źródło, Polska rozwija plany energetyki jądrowej. To właśnie synergia źródeł odnawialnych i atomu może być przyszłością polskiej energetyki.

– Potencjalnie jest możliwość, aby całą polską energetykę oprzeć na odnawialnych źródłach energii, natomiast to obecnie stanowi dość duże ryzyko, dlatego że OZE są niestabilne w czasie – funkcjonują wtedy, gdy mamy wiatr czy słońce, a natężenie tych czynników środowiskowych wpływa, jak dużo energii jest produkowanej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego. – Często to nie jest powiązane z momentem, gdy tę energię faktycznie chcemy skonsumować, czyli w godzinach szczytu porannego czy popołudniowego. Dlatego też potrzebne jest zapewnienie pewnej stabilizacji systemu. Obecnie istniejące technologie na to nie pozwalają.

Według analityków Ember, którzy przyjrzeli się krajowym planom dla energii i klimatu, w 2030 roku Polska będzie odpowiadać za emisję 22 proc. gazów cieplarnianych w Unii, co będzie stanowiło drugi najgorszy wynik, zaraz za Niemcami. Na razie oparcie krajowego systemu energetycznego wyłącznie na OZE jest w Polsce niemożliwe, ponieważ nie pozwala na to dostępna technologia. Potrzebne są inwestycje nie tylko w źródła energii odnawialnej, lecz także w magazyny energii.

– Technologie odnawialne są na dość wczesnym etapie rozwoju. Samo wytwarzanie prądu z paneli czy wiatraków jest już dość mocno zaawansowane i w dużej mierze jest rentowne bez żadnych mechanizmów wsparcia. Natomiast to nie wystarcza, dlatego że ten prąd jest produkowany w źródłach nie do końca stabilnych, więc jest potrzeba właściwych magazynów, żeby tę stabilność zapewnić – zwraca uwagę dr hab. Robert Zajdler.

Pierwsze magazyny energii o mocy około 60 MW, zlokalizowane przy elektrowniach fotowoltaicznych, pracują już m.in. w USA, Wielkiej Brytanii czy Australii. Z raportu National Renewable Energy Laboratory wynika, że w przypadku systemu składającego się z farmy fotowoltaicznej i magazynu energii koszt tego drugiego stanowić może nawet 68 proc. całej inwestycji.

– Patrząc na strategie Unii Europejskiej, jak założenia Zielonego Ładu, strategia offshore czy wodorowa, wyraźnie widać, że UE dość mocno postawiła na energetykę odnawialną jako ten model, który zasili Europę prądem. Natomiast jasne jest z tych strategii, że jak na razie nie ma tam miejsca na energetykę atomową – zaznacza ekspert. – Różne strony wskazują na to, że to jest nie do końca właściwe podejście, natomiast pokazuje pewien kierunek rozwoju.

Według ekspertów, aby zapewnić stabilność systemu nawet opartego na OZE, potrzebne jest wsparcie ze strony energetyki opartej na tradycyjnych źródłach, takich jak węgiel kamienny, brunatny czy gaz. Ich spalanie jest jednak niekorzystne dla środowiska. Rozwiązaniem pozwalającym zapewnić stabilność i minimalizację oddziaływania na środowisko mogłoby być wsparcie ze strony energetyki jądrowej.

– To, czy docelowo wystarczy nam energetyka odnawialna, zależy od tego, jak rozwiną się te technologie. Jak na razie wszelkie badania mówią, że jest to możliwe, ale potrzebny jest dość znaczący postęp technologiczny i duże nakłady finansowe. Czy jesteśmy w stanie osiągnąć taką ilość produkcji z tych źródeł i taką ich stabilizację, jaka będzie potrzebna w okresie najbliższych 20, 30, 40 lat, tego nikt nie wie. Dlatego też szuka się pewnej alternatywy – mówi dr hab. Robert Zajdler.

Z „Raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego 2019”, opublikowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju i Heinrich Böll Stiftung, wynika, że w 31 krajach na świecie działa 417 reaktorów jądrowych. Ich łączna nominalna moc netto wynosi 370 GW. Tymczasem w Polsce energetyka jądrowa wciąż nie funkcjonuje. Rządowe plany z 2009 roku zakładały, że w 2020 roku zostanie uruchomiony pierwszy reaktor. Obecna polityka energetyczna Polski do 2040 roku zakłada uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku, a kolejnych pięciu do 2043 roku.

– Energetyki jądrowej nie powinno się traktować jako paliwa przejściowego, dlatego że te technologie też się rozwijają. W tej chwili mamy do czynienia przede wszystkim z dużymi elektrowniami, natomiast na etapie badawczym są małe reaktory, które mogą równie dobrze stabilizować sieć w różnych obszarach, funkcjonować w mniejszej skali i być przez to tańsze, łatwiejsze do zastosowania. Być może docelowo, jeżeli kwestie związane z odpadami, zarządzaniem nimi zostaną rozwiązane, to będzie to też istotna technologia. Jak na razie, patrząc z punktu widzenia Unii Europejskiej, stawiamy na odnawialne źródła energii – wskazuje ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego.

Policyjne organy ścigania z rewolucyjnym systemem identyfikacji odcisków palców. Pozwoli na 100-proc. identyfikację przestępców czy osób poszukiwanych

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się głównym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. Zwiększają potencjał identyfikacji i dają niemal 100 proc. pewności. – Przyszłością biometrii w daktyloskopii będzie łączenie różnych systemów unijnych, tzw. systemów wielkoskalowych,  i stworzenie jednego multisystemu, który pozwoli na podstawie jednego zapytania przeszukać wszystkie bazy – ocenia mł. insp. Edyta Kot, kierująca Zakładem Daktyloskopii w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji.

– Biometria wykorzystywana jest praktycznie w każdych badaniach daktyloskopijnych. Dotyczy to głównie badań w ramach ekspertyz, które między innymi kategorycznie wskazują na sprawcę danego czynu przestępczego. Dodatkowo w daktyloskopii biometria jest szeroko wykorzystywana w systemach przetwarzających dane daktyloskopijne, głównie odciski palców. Policja dysponuje automatycznym systemem identyfikacji daktyloskopijnej, w którym gromadzone są zarówno niezidentyfikowane ślady zabezpieczane na miejscu zdarzenia, jak odbitki linii papilarnych osób, które podlegają rejestracji – tłumaczy agencji Newseria Innowacje mł. insp. Edyta Kot, biegły badań daktyloskopijnych z zakresu identyfikacji daktyloskopijnej, wizualizacji śladów i badania śladów małżowiny usznej, kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej (AFIS) wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się centralnym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. To narzędzie służy do analizowania ogromnych ilości danych zgromadzonych w bazach i zapewnia potencjalne dopasowania odcisków linii papilarnych w ciągu kilku minut.

Dzięki nowej generacji oprogramowania można przetwarzać wiele skomplikowanych danych biometrycznych z dużą dokładnością. Identyfikacja biometryczna opiera się na zasadzie, że każda osoba posiada unikatowe, specyficzne, rozpoznawalne i weryfikowalne dane biometryczne. W przypadku odcisków palców, według sir Francisa Galtona (kuzyna Karola Darwina), prawdopodobieństwo znalezienia dwóch identycznych wynosi jeden na 64 mld, nawet u bliźniaków.

– Biometrię w daktyloskopii można stosować praktycznie do każdego rodzaju przestępstwa i wykorzystywać ją w celach zarówno wykrywczych, jak i identyfikacyjnych. Cele wykrywcze dają możliwość wskazania sprawcy popełnienia przestępstwa na podstawie śladu ujawnionego na miejscu zdarzenia, natomiast cele identyfikacyjne pozwalają ustalić tożsamości osoby bądź zwłok – wskazuje kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

System AFIS wykorzystuje algorytmy wyodrębniania cech przeznaczonych do identyfikacji, tzw. minucji (dla systemu są to złączenia i rozwidlenia linii papilarnych), które odróżniają jeden obraz od drugiego. Istnieją również algorytmy, które potrafią lokalizować punkty inne niż minucje, takie jak np. pory, tatuaże. Połączenie wszystkich algorytmów może okazać się jeszcze skuteczniejsze w wyszukiwaniu dopasowania. 

– Biegły wprowadza obraz linii papilarnych do systemu, następnie system przeszukuje ten obraz z obrazami, które są już w nim zgromadzone. W kolejnym etapie rolą biegłego jest weryfikacja wyniku przeszukań, czyli porównanie na ekranie obrazów śladu oraz odbitki porównawczej wytypowanej przez system i na końcu podjęcie decyzji, czy przeszukiwany ślad jest zgodny z odbitką, która już wcześniej była zarejestrowana w systemie AFIS – tłumaczy ekspertka. – Skuteczność tych badań jest praktycznie stuprocentowa.

System identyfikacji daktyloskopijnej jest wykorzystywany zarówno w przeszukaniach krajowych, jak i międzynarodowych. Polska Policja od 2015 roku prowadzi międzynarodową wymianę danych z państwami członkowskimi Unii Europejskiej w ramach decyzji Prum. W innych krajach oprócz odcisków palców gromadzone są też inne dane biometryczne. Obecnie problemem jest mnożenie systemów, które funkcjonują oddzielnie. Tylko ich scentralizowanie może pozwolić na szybką identyfikację osób czy zwłok lub wykrycie sprawcy przestępstwa.

– Przyszłość biometrii w daktyloskopii może wiązać się z łączeniem systemów i stworzeniem takiego multisystemu, który pozwoli na wysłanie jednego zapytania, przeszukanie wielu baz i w odpowiedzi zwrócenie jednego wyniku zapytania. Obecnie każdy system funkcjonuje odrębnie i aby uzyskać odpowiedź z poszczególnych systemów, trzeba wysłać tyle zapytań, ile ich jest, i oczekiwać na odpowiedzi. W przyszłości wszystkie systemy będą działały w ramach interoperacyjności – prognozuje mł. insp. Edyta Kot.