Chaos, chaos everywhere. Złoty na kolejce górskiej

Wydarzeniem tygodnia miała być pierwsza debata prezydencka w USA. Niestety obaj kandydaci dostosowali się do ogólnej temperatury sporu politycznego, przerywając sobie cały czas i obrażając się wzajemnie. Takie podejście było jednym z czynników pogorszenia nastrojów na rynkach, ponieważ gospodarka w całej dyskusji znalazła się na dalekim planie.

Bójka w piaskownicy

W komentarzach po amerykańskiej debacie króluje słowo “chaos”. To, co wydarzyło się w Cleveland, trudno nawet nazwać debatą, czy też dyskusją, tudzież wymianą poglądów i pomysłów na przyszłość. Prędzej była to pyskówka dwóch nastolatków, a nie kandydatów na najważniejszy urząd na świecie. Inwestorzy nie dostali praktycznie nic, ponieważ ekonomia w tej “rozmowie” była tematem pobocznym. W tym kontekście najgłośniejszym echem odbiła się wypowiedź Joe Bidena, który krytykując prezydenta Donalda Trumpa za jego reakcję na pandemię, stwierdził, że najważniejsza dla niego była obserwacja wykresów giełdowych, a nie dbałość o bezpieczeństwo zdrowotne Amerykanów. Przy tak poważnych zagrożeniach gospodarczych, z którymi USA musi się mierzyć w kontekście koronakryzysu, takie podejście kandydatów może być niepokojące. Nie wróży to też dobrze kompromisowi ws. pakietu stymulacyjnego, choć ostatnie dni zdawały się przynosić zbliżenie między Demokratami a Republikanami. W tych warunkach trudno wyłonić zwycięzcę debaty, ale pierwsze wskazania kierują palmę pierwszeństwa w stronę Bidena. Pierwszą reakcją rynków na to wydarzenie było pogorszenie sentymentów.

Kryzys wśród nas

Środa przynosi nam wreszcie interesujące i ważne odczyty makro. W nocy Chińczycy pokazali wskaźniki PMI, które znajdują się powyżej granicy 50 pkt, równocześnie będąc lekko lepszymi od ostatnich danych, co wskazuje, że druga gospodarka świata rzeczywiście stabilnie podnosi się z koronakryzysu. Brytyjczycy ujawnili finalne PKB za drugi kwartał i choć było ono minimalnie lepsze od prognoz, to wynik -21,5% musi robić wrażenie. Na funcie jednak było trudno zauważyć jakąś wyraźną reakcję, ważniejszy zapewne będzie efekt kolejnej rundy negocjacji brexitowych. Niepokojąco wygląda niemiecka sprzedaż detaliczna za sierpień, która była o 0,5 pkt proc. poniżej oczekiwań i zatrzymała się na 3,7%. Lepiej wypadła stopa bezrobocia u naszych zachodnich sąsiadów, która minimalnie się obniżyła i we wrześniu wynosi 6,3%. Dostaliśmy też trochę informacji o inflacji w Europie. We Francji wskaźniki w ujęciu rocznym krążą wokół zera (CPI to 0,1%, a HCIP to okrągłe 0%). Gorzej sytuacja wygląda na Półwyspie Apenińskim, gdzie zdecydowanie możemy już mówić o deflacji. Włoskie CPI w ujęciu rocznym to już -0,5%, co jest wyrównaniem poprzedniego odczytu przy oczekiwaniach lekkiej poprawy. Dane makroekonomiczne nie wspomagają wspólnej waluty, która od rana wyraźnie słabnie, a kurs EURUSD zmaga się ze wsparciem na 1,17$.

Złoty na kolejce górskiej

Bardzo ciekawie wygląda dziś sytuacja polskiego złotego. Obraz wykresów na parach z najważniejszymi walutami można by kolokwialnie opisać jako “upside downs”. Po godz. 8:00 PLN umacniał się i w ten sposób na parze z EUR prędko doszedł do wsparcia na 4,52 zł. Następnie odbił się od niego i szybko dotarł do oporu na 4,53 zł, który znów wywrócił sytuację i błyskawicznie znaleźliśmy się znów przy 4,52 zł. Ten poziom ponownie był silnym wsparciem i kurs znowu szybuje w kierunku północnym. W trakcie dzisiejszej sesji gracze krótkoterminowi przeżywają istny rollercoaster. Dlatego w okolicach południa złoty jest lekko pod kreską, ale w takie dni nie powinniśmy przesądzać, gdzie znajdzie się on nawet za godzinę. O 12:00 kurs euro był powyżej 4,53 zł, kurs dolara powyżej 3,87 zł, kurs franka zbliżał się do 4,20 zł, a kurs funta do 4,97 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – zmiana zatrudnienia wg. ADP
14:30 – USA – PKB
14:30 – Kanada – PKB

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Mobilne rewolucje w biznesie – smartfon równie ważny co laptop

Managerowie chcą większego dostępu do danych, przede wszystkim na urządzeniach mobilnych – wynika z ankiety przeprowadzonej na zlecenie firmy Domo. Ponad pół tysiąca przedstawicieli kadry C-level uważa, że mobilny dostęp do analiz wpłynąłby korzystnie nie tylko na podejmowanie decyzji, ale także poprawiłby wyniki biznesowe.

Mobilny dostęp do danych może poprawić wyniki biznesowe – to nie jest opinia analityków biznesowych, a managerów, którzy wzięli udział w ankiecie dla firmy Domo. Notowana na Wall Street spółka zapytała ponad pół tysiąca managerów, jaka technologia może dodatkowo wspomóc digitalizację.

Niemal wszyscy ankietowani przedstawiciele kadry C-level (98%) jasno deklarują, że lepszy mobilny dostęp do danych służących do podejmowania decyzji, wpłynąłby korzystnie na wyniki biznesowe. Co istotne, ankietowani byli rozsiani po całym świecie oraz byli wyselekcjonowani pod kątem wielkości organizacji, w której pracują. W badaniu realizowanym przez Dimensional Research poproszono o udział wyłącznie osoby zatrudnione w firmach, które mogą pochwalić się rocznymi przychodami na poziomie minimum 250 mln USD.

Siła mobilności

Z zebranych ankiet wynika, że cała badana próba wykorzystuje urządzenia mobilne do prowadzenia działalności w ramach wykonywanych obowiązków. – W ubiegłym roku McKinsey opublikował badania, z których wynika, że mobilny internet mocno wpływa na efekty digitalizacji przedsiębiorstwa. Wręcz jest kluczową technologią, która pozwala w pełni wykorzystać możliwości cyfrowej transformacji. – zauważa Rafał Orawski z BPSC i tłumaczy – Na dowód tego analitycy z firmy doradczej porównali organizacje, które wdrożyły mobilne technologie, z tymi, które tego nie zrobiły. Okazało się, że te pierwsze, mogą pochwalić się o 30% wyższym wskaźnikiem udanych procesów ucyfrowienia przedsiębiorstwa. – kończy Prezes śląskiej firmy IT.

Jak zauważa Josh James z firmy Domo, która zleciła badanie, konkretne informacje pozwalają skutecznie zarządzać biznesem: – Gdy pracownicy mają natychmiastowy dostęp do swoich danych, mogą podejmować lepsze i szybsze decyzje. – wskazuje James.

Jego słowa znajdują potwierdzenie w wynikach ankiety. 96% pytanych twierdzi, że pomocne w podejmowaniu decyzji byłoby wprowadzenie szerokiego dostępu do aktualnych danych na telefonach, dla niemal wszystkich pracowników i na wielu poziomach. Dlaczego jest to tak istotne? – Podczas transformacji cyfrowej zmiana zachodzi w wielu obszarach. Wskazują na to wyniki ankiety McKinsey, z których wynika, że w przypadku blisko 70% badanych organizacji zakres obowiązków poszczególnych zespołów po cyfryzacji uległ zmianie. Mało tego, w organizacjach wzrosła rola nowych liderów. To osoby, które przed transformacją były nieco „schowane”, ale digitalizacja wpłynęła na polepszenie ich pozycji w strukturach firmy. – tłumaczy Rafał Orawski z BPSC.

Czego pragną użytkownicy?

Lepszych aplikacji mobilnych – tego przede wszystkim oczekują managerowie ankietowani przez Dimensional Research. Przytłaczająca większość z nich (95%) uważa, że byłaby w stanie wykonać więcej zadań opartych na danych z poziomu urządzenia mobilnego, gdyby tylko pozwoliło na to używane przez nich narzędzia. Zdaniem Błażeja Migonia ze śląskiej spółki, która w odpowiedzi na oczekiwania klientów wprowadziła aplikację mobilną, dzieje się tak, ponieważ narzędzia do pracy mobilnej bywają nieadekwatne do potrzeb. – Zdarzało się, że aplikacje dla biznesu dostępne dotychczas były mniej lub bardziej udaną kopią rozwiązań desktopowych, natomiast firmy potrzebują systemów, które będą komplementarne z oprogramowaniem już posiadanym. – zauważa Błażej Migoń.

Nieco mniej ankietowanych (87%) chce natychmiast udostępniać raporty swojemu zespołowi i współpracować z poziomu telefonu. – Telefon towarzyszy nam na każdym kroku. Stał się nie tylko narzędziem do komunikacji, ale także pracy. Dlatego nie ma już piętna związanego z przynoszeniem go np. na spotkanie. Szczególnie że coraz częściej środowisko pracy jest rozproszone, podobnie jak zespoły wykonawcze. – kwituje ekspert z BPSC.

W miarę jak firmy będą migrować do mieszanego modelu pracy, wzrośnie także zapotrzebowanie na dane. Nic dziwnego, że niemal wszyscy pytani (95%) chcą mieć natychmiastowy dostęp do raportów z dowolnego miejsca i czasu.

Jak się okazuje, to właśnie w obszarze raportowania są największe rezerwy. Ponad połowa pytanych (56%) była zdania, że wizualizacje danych w aplikacji są mało przejrzyste i nieadekwatne do ich potrzeb.

Rozwiązania mobilne nie są już wyłącznie dodatkiem, a integralną częścią nowoczesnych systemów i lada moment staną się podstawowym narzędziem do pracy. – podkreśla Rafał Orawski.

Wzrost znaczenie rozwiązań na smartfony będzie też efektem rosnącego zainteresowania pracą zdalną lub w modelu mieszanym. Szacuje się, że mobilnych pracowników w 2022 roku na całym świecie ma być 1,87 miliarda.

Venture INC z blisko 250 proc. wzrostem przychodów w pierwszym półroczu 2020 r.

Venture INC, fundusz venture capital notowany na głównym rynku GPW, zanotował bardzo dobre wyniki finansowe w pierwszym półroczu. Przychód z działalności podstawowej wyniosły 5,28 mln PLN, co oznacza 248 proc. wzrost r/r. Zysk netto to 5,29 mln PLN vs. 1,15 mln PLN straty w pierwszej połowie 2019 r.

Zarząd konsekwentnie realizuje strategię wzrostu wartości portfela poprzez wspieranie spółek ze swojego portfolio i zwiększanie zaangażowania kapitałowego w projektach: Grenade Hub (zarządzanie czasem i finansami firmy), Exit Plan (studio tworzące gry komputerowe) oraz Sundose (suplementy diety).

– W pierwszej połowie roku dokonaliśmy kilku strategicznych zmian w portfelu inwestycyjnym, które pozwoliły przenieść punkt ciężkości na najbardziej produktywne spółki. Fundusz skupia się na firmach tworzących produkty, których fundamentem funkcjonowania jest oprogramowanie i wykazujących wysoki potencjał wzrostu – mówi Jakub Sitarz, prezes zarządu Venture INC.

Co więcej, Fundusz usprawnił procesy rekrutacji startupów, w efekcie docierając do dziesiątek nowych firm tygodniowo. Dzięki temu, w pierwszym półroczu podjął 3 nowe inwestycje, z których każda wykazuje wysoki potencjał wzrostu, tym samym istotny zwrot na zainwestowanym kapitale. W planach są już kolejne transakcje. Ponadto, zrealizowano pierwsze duże wyjście z inwestycji Inno-Gene, gdzie Fundusz uzyskał ponad 100 proc. zwrotu cash on cash, czyli do spółki wpłynęło ponad 3,5 mln PLN.

Dodatkowo, w lipcu, Venture INC sprzedał część posiadanego pakietu projektu Infermedica, co zagwarantowało kolejny 1 mln PLN wpływów, a spółka TimeCamp wypłaciła dywidendę w kwocie ponad 250 tys. PLN.

– Funkcjonowanie jako fundusz typu evergreen i jednocześnie będąc podmiotem notowanym na rynku publicznym, wymaga długoterminowej strategii, która zagwarantuje płynność działania w okresach dezinwestycji, a także pozwoli inwestorom uczestniczyć w sukcesach funduszu. Nie tylko poprzez wzrost kursu akcji, ale przede wszystkim przez udział w zyskach sprzedaży poszczególnych projektów – dodaje Prezes Venture INC.

W najbliższej perspektywie Venture INC będzie skupiać się na trzech obszarach stanowiących integralną część długoterminowej strategii, w tym na rozwoju spółek dywidendowych. Docelowo w portfelu planowane są dwie takie spółki, licząc Time Camp, w której Fundusz nabył kolejne 9 proc. akcji. Co więcej, Venture INC zwiększył swoją obecność operacyjną i doradczą w celu usprawnienie procesów oraz skalowania biznesu spółek portfelowych. Drugim obszarem są dezinwestycje. Planowane są częściowe wyjścia z inwestycji w celu minimalizacji ryzyka i wygenerowania zwrotu zainwestowanego kapitału. Pozostały kapitał udziałowy będzie stanowić potencjalny zysk funduszu. Takie działanie wpłynie na podniesienie płynności, a także uwiarygodni wyceny spółek portfelowych. Ostatnim założeniem Venture INC są regularne inwestycje w biznesowe przedsięwzięcia. Fundusz chce dokonywać przynajmniej jednej inwestycji na kwartał, co poszerzy portfolio, pozwoli odpowiednio rozłożyć zasoby i jednocześnie skoncentrować się na wyznaczonych branżach w danym okresie.

Czy wkrótce powierzymy nasze finanse robotom?

Bartosz Tomczyk, przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema, w najnowszym felietonie stwierdza, że dzięki aplikacjom finansowym budowanym przy użyciu sztucznej inteligencji, łatwiej nam będzie realizować nasze cele finansowe, takie jak zaoszczędzenie określonej kwoty lub spłata zadłużenia.

Dzięki aplikacjom finansowym budowanym przy użyciu sztucznej inteligencji, łatwiej nam będzie realizować nasze cele finansowe, takie jak zaoszczędzenie określonej kwoty lub spłata zadłużenia.

Sztuczna inteligencja, dzięki innowacjom wprowadzanym przez internetowe startupy, coraz odważniej wkracza w świat naszych finansów osobistych. Dzieje się tak dlatego, że instytucje finansowe posiadają ogromne ilości uporządkowanych danych. Można je analizować na najróżniejsze sposoby a dodatkowy impuls do rozwoju daje nieustannie rosnący sektor e-commerce. Dzięki niemu aplikacje finansowe mają dostęp do danych z sektora detalicznego.

Aplikacje finansowe mogą pomagać konsumentom na przykład w porównywaniu produktów i znajdowaniu najlepszych dostępnych ofert. Inną typową decyzją, jaką może podjąć oprogramowanie oparte na sztucznej inteligencji, jest podział rozporządzalnych środków na spłatę zadłużenia i inwestycje, przy uwzględnieniu czynników indywidualnych i długoterminowych konsekwencji. Biorąc pod uwagę to, jak wiele osób w krajach rozwiniętych nie radzi sobie z codzienną dyscypliną finansową, produkty te mogą przyczynić się do znaczącej poprawy jakości ich życia.

W finansach osobistych, kluczem do sukcesu jest postępowanie według planu. Dlatego cyfrowi doradcy mogą nam pomóc pozbyć się naszych największych wad, czyli niezdyscyplinowania i braku konsekwencji. Na wstępie zachęcą nas do ustalenia długoterminowego celu. Może nim być zaoszczędzenie określonej kwoty lub spłata zadłużenia z karty kredytowej. Oprogramowanie z jednej strony będzie nam przypominać o spłacaniu rat w określonych terminach (lub automatycznie robić to za nas), z drugiej pomoże nam optymalizować nasze wydatki. Poszukiwanie optymalnych ofert jest czasochłonne, więc nie zawsze mamy czas na oszczędzanie. Tu właśnie może pomóc sztuczna inteligencja. Według jednej z potocznych, opisowych definicji jest ona po prostu sposobem na radzenie sobie z ogromną ilością danych. Może więc robić dokładnie to, na co my nie mamy czasu, w dodatku w sposób bardziej uporządkowany i skuteczny.

Przyczyną problemów finansowych i niskiej wiarygodności kredytowej niektórych konsumentów są najczęściej ich niewłaściwe zwyczaje dotyczące wydatków. Aplikacje finansowe, dzięki analizie historii transakcji mogą pomóc w ich identyfikacji. Mogą nas ostrzegać przed zbyt dużymi wydatkami w restauracjach czy przypominać nam o subskrypcjach, z których nie korzystamy. Dla klienta, koszty użytkowania aplikacji są oczywiście znacznie niższe niż w przypadku korzystania z usług tradycyjnych doradców finansowych. Dzięki innowacyjnym aplikacjom, konsumenci dostają do ręki narzędzia podobne do tych, które do tej pory były używane do zarządzania finansami dużych przedsiębiorstw.

Innowacje internetowych, finansowych startupów prawdopodobnie już wkrótce zupełnie zmienią detaliczną część sektora bankowego. Obecnie, ze względu na obowiązujące niskie stopy procentowe, banki nie są w stanie oferować klientom atrakcyjnych produktów depozytowych. Udzielanie kredytów też stało się bardzo ryzykowne ze względu na spowolnienie gospodarcze.

Sektor bankowy stanął w obliczu konieczności całkowitej modyfikacji swojej strategii. Aby przetrwać, banki nie mogą tylko rozliczać transakcji, przechowywać oszczędności udzielać kredytów. Szansą dla bankowości detalicznej jest wzięcie przykładu z dynamicznie rozwijającego się sektora fintech. Produkty pomagające w optymalizacji finansów osobistych są dla banków szansą na zaoferowanie klientom nowych użytecznych produktów, za które będą oni gotowi zapłacić.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema

Brytyjski startup iLoF zwycięzcą Infoshare Startup Contest 2020

Brytyjski startup iLoF – Intelligent Lab on Fiber wygrał 20 tysięcy EURO w prestiżowym konkursie, organizowanym podczas konferencji Infoshare 2020 Online. O tytuł zwycięzcy Startup Contest, ubiegało się blisko 700 startupów z całego świata. Drugie miejsce zajęła polska firma Medicsen, a trzecie ProovStation z Francji. Nagrody zostaną przeznaczone na dalszy rozwój innowacyjnych pomysłów.

W finale Infoshare Startup Contest walczyło aż 7 startupów – eggXYt, GlucoActive, iLoF – Intelligent Lab on Fiber, Medicsen, Phantasma Labs, ProovStation oraz Quantoz. Wszystkie prezentowały się przed jury złożonym z inwestorów oraz ekspertów biznesowych. Podczas konkursu pomysły oceniane były pod kątem potencjału biznesowego i poziomu innowacyjności. Oceniany był także zespół.

Łączna pula nagród w konkursie wyniosła 30 tysięcy EURO. Nagrody ufundował Prezydent Miasta Gdańska.

Jaki problem rozwiązuje startup?

iLoF to firma z siedzibą w Oksfordzie, która pracuje nad zapoczątkowaniem nowej ery medycyny spersonalizowanej, wykorzystując sztuczną inteligencję i fotonikę do budowy opartej na chmurze biblioteki biomarkerów chorób i profili biologicznych. Startup wspierany przez wiodące instytucje, takie jak Microsoft Ventures, Mayfield i Oxford University, obecnie wykorzystuje sprawdzoną technologię swojej platformy do walki z jedną z największych współczesnych epidemii: chorobą Alzheimera.
Dostarcza przenośne narzędzia do badań przesiewowych i stratyfikacji, które umożliwiają uzyskanie szybkich wyników, oszczędzając do 70% czasu poświęcanego na badania przesiewowe w badaniach klinicznych i ograniczając ich koszty do 40%.

Brytyjski startup realizuje także pionierskie badania w zakresie chorób takich, jak rak układu pokarmowego, udar mózgu i choroby zakaźne.

Pakiet Mobilności – transport się boi, ale nie ma wyjścia

Pakiet Mobilności wszedł w życie 20 sierpnia br. Prace nad zmianą obowiązujących przepisów transportowych trwały ponad trzy lata i były bardzo burzliwe. Wejście w życie pakietu w ostatnim czasie jest dla przewoźników wyzwaniem, gdyż obostrzenia wprowadzane są w trudnym dla przedsiębiorców momencie. Jesteśmy drugą co do wielkości siłą transportową w Europie. Czy Pakiet Mobilności i pandemia zmienią układ sił?

Pakiet Mobilności to szereg przepisów regulujących funkcjonowanie transportu drogowego na terenie Unii Europejskiej. Zakres zmian odnosi się w skrócie do trzech podstawowych obszarów funkcjonowania transportu – czasu pracy kierowców wraz z budową i obsługą tachografu, delegowaniem kierowców i ich płacą minimalną oraz dostępności do rynku i prowadzenia działalności transportowej na terenie Wspólnoty.

Transport według nowych zasad

PKO Leasing w nowym wydaniu ABC Przewoźnika podsumowuje zakres zmian, które w największym stopniu wpłyną na funkcjonowanie branży po wejściu w życie przepisów. Do najważniejszych z nich należą m.in. personalizacja rynku transportu lekkiego, zmiany w zakresie czasu pracy i odbioru odpoczynku, wyposażenie pojazdu w inteligentne tachografy, posiadania rzeczywistej siedziby firmy na ternie jednego z państw członkowskich oraz zmiany w zasadach dotyczących kabotażu. Dodatkowo nowe przepisy będą obejmować takie obszary jak nowe zasady kontroli drogowych, poszerzenie Krajowego Rejestru Przedsiębiorców Transportu Drogowego oraz wprowadzenie nowych wymogów finansowych wobec firm transportowych.

Pakiet Mobiloności infografika

Przepisy będą wchodzić w życie stopniowo. Najszybciej zmiany zostaną wprowadzone w obszarze organizacji tygodniowego odpoczynku kierowców. Następne będą zmiany dotyczące kabotażu. Nowe przepisy w tym zakresie mają zostać wprowadzone do 21 lutego 2022 roku. Kolejnym krokiem będzie profesjonalizacja transportu lekkiego, która od 22 maja 2022 roku reguluje przewóz rzeczy pojazdami powyżej 2,5 tony. Ostatnim elementem finalizującym Pakiet Mobilności będą zmiany dotyczące wymiany tachografów. Proces wymiany zacznie się od 2023 roku i potrwa ok. trzech lat. – podkreśla Piotr Gąska, dyrektor rynku Transportu Ciężkiego w PKO Leasing.

Transport się boi, ale nie ma wyjścia

Dla Polski wprowadzenie Pakietu Mobilności jest dużym wyzwaniem. Zajmujemy drugie miejsce pod względem pracy przewozowej wykonywanej transportem drogowym towarów, a dodatkowo dominujemy w przejazdach międzynarodowych. Nowe przepisy dotkną zatem nasze przedsiębiorstwa w znaczący sposób. Przewoźnicy martwią się, że nowe regulacje wpłyną w znacznym stopniu na spadek efektywności sieci transportowej i wzrost kosztów pracy. Ma to związek z bardzo rygorystycznymi przepisami dotyczącymi czasu pracy kierowców. Zmienią się przepisy dotyczące organizacji tygodniowego odpoczynku oraz odbioru 45 godzin w kabinie. Dodatkowo kierowcy będą musieli wracać do kraju co 3 lub 4 tygodnie. Z kolei restrykcyjne przepisy dotyczące kabotażu mogą skutkować ograniczeniem dostępu do rynku oraz wzrostem jego koncentracji.

Pakiet Mobilności w powyższym kształcie z pewnością w sposób znaczący dotknie polskich przewoźników. Nowe wymogi w połączeniu z inteligentnymi tachografami i nowymi procedurami oraz sposobami prowadzenia kontroli na zasadach współpracy organów państw członkowskich i bezpośrednim dostępie do krajowych rejestrów – umożliwią dokładniejsze i bardziej skuteczne kontrole przewoźników, zarówno w zakresie przestrzegania norm czasu pracy i odpoczynków, jak również zasad delegowania kierowców. Dodatkowo profesjonalizacja rynku transportu lekkiego i wyposażenie tych pojazdów w inteligentne tachografy istotnie wpłynie na kształt polskiego transportu – zaznacza Marek Kliś, radca prawny z Kancelarii Transportowej ITD-PIP.

Leasing a Pakiet

Branża transportowa pomimo epidemii ma się całkiem dobrze. Wprowadzone restrykcje, w związku z pandemią, przyczyniły się do spadku natężenia ruchu w transporcie ciężkim w kwietniu o około 20 proc. względem marca. Jednak od czerwca natężenie ruchu wraca do poziomów z sprzed czasów pandemii. Dodatkowo z analiz PKO Banku Polskiego wynika, że sytuacja ekonomiczno-finansowa transportu drogowego przed wybuchem pandemii była bardzo dobra. Przychody firm w pierwszym kwartale wzrosły o11,8% r/r., a przewoźnicy wypracowali 492 mln zł zysku netto (vs 334 mln zł w 4q19 i 370 mln zł w 1q19). Branża leasingowa odczuła jednak wyraźnie skutki lockdownu nałożonego na branżę transportową. Pierwsze półrocze zakończyło się blisko 50 proc. spadkiem dynamiki finansowania.

W PKO Leasing obserwujemy jednak powoli powrót na ścieżkę wzrostów, o czym świadczą dodatnie dynamiki finansowania. Trudno teraz jednak określić, czy będzie to stały trend, czy chwilowy wzrost. Optymistyczną prognozą jest to, że według ekonomistów ten rok będzie wiązał się z wyraźnym spadkiem presji kosztowej w firmach transportowych, co ma związek ze spadkiem cen paliwa, osłabieniem presji płacowej oraz spadkiem kosztów leasingu w wyniku obniżenia stóp procentowych – zaznacza Piotr Gąska z PKO Leasing.

Dodatkowym wyzwaniem dla branży, mającym duży wpływ na dalszy jej rozwój, jest właśnie Pakiet Mobilności. Przedsiębiorcy już od 20 sierpnia muszą zmierzyć się z nowo wprowadzonymi przepisami.

Z szerszym zakresem zmian obejmujących Pakiet Mobilności można zapoznać się w ABC Przewoźnika przygotowanym wspólnie przez Kancelarię Transportową ITD-PIP oraz PKO Leasing.

82 proc. polskich firm przeprowadziło w ostatnim czasie transformację technologiczną lub ją rozważa

Rosnąca wraz z rozwojem pandemii COVID-19 niepewność spowodowała zmianę oczekiwań organizacji wobec liderów odpowiedzialnych w firmie za technologie – mają być odporni, elastyczni i myślący perspektywicznie. Jak wynika z badania „2020 Global Technology Leadership Study” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, aż 82 proc. polskich firm przeszło w ostatnim czasie, lub planuje przejść, transformację technologiczną. Ponad jedna piąta z nich chce dzięki temu poprawić swoją pozycję na rynku. Zwinny lider pomaga w tym procesie, pełni rolę głównego architekta innowacji i zarządza procesem zmiany opartym o postęp technologiczny.  

Tegoroczne badanie „2020 Global Technology Leadership Study” zostało przeprowadzone w 69 krajach, w tym w Polsce. Wzięło w nim udział ponad 1300 osób reprezentujących 22 branże. To kolejna edycja badania znanego wcześniej, jako „Global CIO Survey”. Zmiana nazwy i zakresu badania była podyktowana pojawieniem się nowych stanowisk z obszaru zarządzania technologiami w organizacjach, obok CIO (dyrektor IT), coraz częściej jest CDO (dyrektor ds. danych / dyrektor ds. digitalizacji), czy CTO (dyrektor ds. technologii). Autorzy raportu przyglądają się, jak funkcjonują działy technologiczne i w jaki sposób zmienia się rola osób za nie odpowiedzialnych.

Technologiczni wizjonerzy

Eksperci Deloitte szczególną uwagę zwrócili na organizacje reprezentujące tzw. cyfrową awangardę. To firmy, które posiadają strategię cyfrową oraz dział IT, który rozumie potrzeby biznesowe i aktywnie reaguje na postępującą digitalizację i rozwój nowoczesnych technologii. – Firmy te są bardziej zaawansowane w trzech wymiarach: wskaźnikach rynkowych, przejrzystości wizji i dojrzałości procesów technologicznych. W globalnym badaniu cyfrowi liderzy stanowili 11,6 proc. ankietowanych, a w Polsce prawie dwukrotnie więcej, bo aż 19 proc. Ponad jedna czwarta polskich respondentów wskazała, że ich dział IT postrzegany jest jako lider rynkowy, a 67 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że strategia cyfrowa jest obecna w całej organizacji lub w kluczowych jej obszarach – mówi Daniel Martyniuk, Partner, lider Technology Strategy & Transformation w Deloitte.

Globalne wyniki badania pokazują, że firmy reprezentujące cyfrową awangardę chętniej niż ich mniej dojrzali konkurenci stawiają nacisk na innowacyjność (66 proc. vs. 44 proc.), wzrost (53 proc. vs. 43 proc.) i klientów (60 proc. vs. 53 proc.). Z drugiej strony, tradycyjne organizacje większą wagę przykładają do redukcji kosztów (40 proc. vs. 20 proc.).

Jeśli chodzi o polskich respondentów, zarówno zaawansowane technologicznie firmy, jak i pozostałe organizacje, jako priorytet biznesowy wskazują klienta (67 proc. vs. 63 proc.). Cyfrowa awangarda skupia się na innowacjach (53 proc. vs. 40 proc.) i cyberbezpieczeństwie (33 proc. vs. 11 proc.). Z kolei organizacje o standardowym poziomie rozwoju technologicznego większą uwagę przywiązują do wydajności (48 proc. vs. 40 proc.) i redukcji kosztów (44 proc. vs. 20 proc.). Porównując liderów z resztą firm w Polsce, widać, że członkowie cyfrowej awangardy częściej zwracają uwagę na rozwiązania typu cloud (67 proc. vs. 54 proc.) oraz cyberbezpieczeństwo (47 proc. vs. 22 proc.).

Lider przyszłości, czyli kto?

Członkowie zarządów i osoby na stanowiskach kierowniczych są zgodni, że organizacje potrzebują zwinnego lidera, który będzie siłą napędową innowacji i zarządzi procesem zmiany. Taka osoba musi być elastyczna i działać zgodnie z filozofią agile, czyli zwinną metodyką pracy. Z badania Deloitte wynika, że firmy coraz bardziej doceniają zwinnych liderów. – To osoby, które sprawnie poprowadzą organizację przez gospodarcze, biznesowe i technologiczne wyzwania, które przed nimi stoją. Liderzy przyszłości muszą być wytrwali i gotowi do podejmowania ryzyka. Wyniki globalne pokazują, że już teraz w organizacjach reprezentujących cyfrową awangardę 29 proc. technologicznych liderów odgrywa rolę wizjonera cyfrowych możliwości, w pozostałych firmach wskaźnik ten wynosi 14 proc. – mówi Anna Wiącek-Kocot, Dyrektor, Technology Strategy & Transformation, Deloitte.

Organizacje poszukują wysoce skutecznego inicjatora zmian skoncentrowanego nie tylko na podejmowaniu inicjatywy w zakresie transformacji opartej o technologie. Równie ważne jest przeprowadzenie zmiany organizacyjnej na szeroką skalę, mającej na celu realizację wyników biznesowych i przekształcenie firmy w bardziej odporną i zwinną organizację.

W rozumieniu przedstawicieli polskiej cyfrowej awangardy, lider technologiczny powinien koncentrować się na zarządzaniu zmianą (33 proc.), zespole, zwinnej transformacji i współpracy (po 20 proc.), a także innowacyjności i rozwoju nowych pomysłów (po 13 proc.). W pozostałych organizacjach, na pierwszym miejscu wśród zainteresowań lidera znajduje się zespół (19 proc.), a za nim: strategia (16 proc.), zarządzanie zmianą (14 proc.), decyzyjność (11 proc.) oraz wdrażanie rozwiązań BizTech i klientocentryczność (po 10 proc.).

Nie tylko wiedza się liczy

W wynikach badania przeprowadzonego przez Deloitte wyróżnia się wzrost znaczenia umiejętności miękkich, wykorzystywanych w działach technologicznych. Już teraz 63 proc. respondentów w Polsce uważa kreatywność za istotną kompetencję, a 97 proc. jest zdania, że zyska ona na znaczeniu w perspektywie trzech lat. Elastyczność poznawczą dziś docenia 40 proc. ankietowanych, a 67 proc. uważa, że będzie ważną umiejętnością za trzy lata. Te kompetencje być może zastąpią lub uzupełnią inne, które za trzy lata działy technologiczne będą mniej rozwijać, jak talent do negocjacji (40 proc. obecnie vs. 27 proc.) czy do rozwiązywanie złożonych problemów (83 proc. obecnie vs. 77 proc.).

Wyniki polskiego badania znacząco nie różnią się w tym obszarze od globalnych. Oznacza to, że na całym świecie zmienia się podejście do pracy i umiejętności, które potrzebne są na kolejnych etapach  transformacji cyfrowej organizacji. Jeszcze kilka lat temu nie pomyślelibyśmy, że takie kompetencje, jak sprawne negocjacje będą mniej pożądane niż odporność, zwinność czy kreatywny sposób myślenia. Pokazuje to, że biznes nie szuka standardowych rozwiązań. To ważna sugestia dla całego rynku pracy – mówi Daniel Martyniuk.

Polskie firmy stawiają na transformację

Ulepszanie procesów technologicznych w firmach już na stałe wpisało się w ich funkcjonowanie. Jak wynika z badania, 82 proc. polskich respondentów w ostatnim czasie przeprowadziło transformację technologiczną lub ją rozważa. To odsetek wyższy niż na świecie, gdzie takich firm było 79 proc. Główne powody, które popychają polskich CIO do przeprowadzenia zmian, to chęć uniknięcia zakłóceń (spowodowanych np. pandemią COVID-19) i zwiększenie przewagi konkurencyjnej (24 proc.), poprawy pozycji na rynku (23 proc.) oraz wdrożenie nowego modelu operacyjnego (22 proc.). Na świecie to odpowiednio: 25 proc., 8 proc., 23 proc.

Polacy w swoich celach transformacyjnych skupiają się głównie na zwiększaniu przewagi konkurencyjnej, nie zastanawiając się nad głównym inicjatorem wzrostu, dającym przewagę na rynku, czyli nad innowacyjnym modelem operacyjnym. Tylko 15 proc. respondentów wskazało, że był to bodziec do rozpoczęcia procesu transformacji cyfrowej. Globalnie takich odpowiedzi było prawie dwa razy więcej (29 proc). Innowacyjne podejście do prowadzenia biznesu powinno być na stałe wpisane w strategię firmy – mówi Anna Wiącek-Kocot.

Wnioski wyciągnięte z dotychczasowych działań transformacyjnych mogą być cenną wskazówką dla tych organizacji, które są dopiero na początku drogi. Przedstawiciele polskiej cyfrowej awangardy stwierdzili, że gdyby mieli rozpocząć taki projekt raz jeszcze, zadbaliby o większe zasoby ludzkie i zmieniliby sposób budżetowania projektu na bardziej inkrementalny (po 21 proc. wskazań). W przypadku kolejnych przekształceń zdecydowaliby się również na ulokowanie większego kapitału (14 proc.). Tradycyjnie działające organizacje zwróciłyby większą uwagę na sprawniejszą komunikację (22 proc.), dokładniejsze planowanie (18 proc.) i skorzystałyby z nowoczesnych metodyk zarządzania projektami, takich jak np. agile (14 proc.).

Kosze świąteczne dla firm. Bożonarodzeniowy upominek ze smakiem

Wprawdzie do świąt Bożego Narodzenia pozostało jeszcze trochę czasu, to już teraz warto pomyśleć o zakupieniu upominków – także w biznesie!

Boże Narodzenie to nie tylko okazja, by miło spędzić czas w gronie rodziny. Święta te obchodzone są również w firmach. To czas organizacji spotkań świątecznych, a także wręczania sobie podarunków będących wyrazem dzielenia się radością. Wśród najczęściej wręczanych upominków na uwagę zasługują kosze świąteczne, które co roku zamawiane są przez tysiące firm.

Kosz świąteczny – zawsze udany podarunek

Gdy zbliżają się święta Bożego Narodzenia, w wielu firmach rozpoczyna się nerwowe poszukiwanie pomysłów na podarunki dla załogi. W tej roli może sprawdzić się wiele upominków, między innymi premia, podwyżka, ale również prezenty rzeczowe, które ucieszą nie tylko pracowników, lecz także ich rodziny.

Jednym z najczęściej kupowanych podarunków są gotowe kosze świąteczne dla firm, które zawierają wiele wyśmienitych produktów typu gourmet food. Taki prezent doskonale wpisuje się w bożonarodzeniowy klimat – znajdujące się w nim upominki przypadną do gustu każdemu!

W koszach świątecznych można znaleźć przede wszystkim pyszne słodycze. Są to między innymi czekolady, praliny w ozdobnych bombonierkach, ciasteczka, batony, nugaty czy cukierki. Wśród nich można znaleźć także słodkości wpisujące się w świąteczny klimat – figurki z Mikołajem, czekoladowe choinki czy bombki.

Poza słodkościami zestawy świąteczne dla firm mogą również zawierać wiele innych pysznych produktów, między innymi kawy i herbaty, wysokiej klasy trunki czy ozdoby świąteczne, które nadają się do przyozdobienia choinki lub do ustawienia na biurku w pracy.

Wszystkie te podarunki umieszczane są w ozdobnych opakowaniach – koszykach wiklinowych, kaszerowanych pudełkach, sakiewkach czy drewnianych skrzynkach. Mogą być one również uzupełnione uroczymi dekoracjami, na przykład zdobnym papierem świątecznym, bombkami czy kokardami. Wyglądają gustownie i od razu nadają się do wręczenia, dlatego są tak chętnie wybierane przez firmy.

Z przykładowymi kompozycjami bożonarodzeniowymi można zapoznać się na stronie firmy Nobilia – Prezenty ze Smakiem, która od lat tworzy prezenty ze smakiem na każdą okazję. Kosze świąteczne Nobilia zachwycają bogactwem wysokiej klasy produktów na ten magiczny czas. Z zestawami świątecznymi na Boże Narodzenie można zapoznać się na stronie: https://www.nobilia.pl/kosze-upominkowe/kosze-swiateczne/.

Zestawy świąteczne w smakowitych wariantach do wyboru

Gotowe kosze świąteczne to pełna paleta propozycji w różnych zakresach cenowych. Można zatem dopasować je indywidualnie do budżetu asygnowanego na zakup świątecznych podarunków dla pracowników.

Najczęściej na Boże Narodzenie wybierane są kosze świąteczne ze słodyczami. To uniwersalna propozycja, która wyróżnia się również atrakcyjnymi cenami. Wysokiej klasy produkty typu gourmet food, które można w nich znaleźć, sprawią, że podarunek będzie gustowny i elegancki.

W umiarkowanych cenach można zakupić również kosze świąteczne dla firm, które zawierają herbaty i kawy. Są to produkty delikatesowe, z górnej półki, dlatego sprawiają, że kosz jest tak uroczystym, szykownym podarunkiem. W bożonarodzeniowych zestawach często można znaleźć herbaty i kawy smakowe, które zachwycają aromatem korzennych przypraw.

W nieco wyższym przedziale cenowym można zakupić zestawy świąteczne z alkoholami. Są to przede wszystkim jakościowe wina, ale również markowe whisky oraz inne trunki od uznanych producentów. Takie podarunki doskonale nadają się dla osób, którym chce się wręczyć prezent zarówno bogaty, jak i  luksusowy. Ceny zależne są od rodzaju trunku oraz od wielkości kosza.

Gdy zatem zbliżają się święta Bożego Narodzenia, warto już teraz pomyśleć o podarunkach dla pracowników. Szykowne kosze świąteczne dla firm stanowią udany podarunek na tę ważną okoliczność. Można zakupić je w różnych wariantach, a dzięki temu, że są one od razu gotowe do wręczenia, nie wymagają żadnych dodatkowych prac przed ich wręczeniem. To podarunki, które z pewnością sprawią radość każdemu obdarowanemu!

AstraZeneca przekazała w formie darowizny 45000 testów RT-PCR w kierunku SARS-CoV-2 w celu wsparcia testowania polskich pacjentów

Globalna firma biofarmaceutyczna przekazała 20000 testów diagnostycznych RT-PCR na obecność wirusa SARS-CoV-2 na rzecz Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie oraz kolejne 25000 Narodowemu Instytutowi Zdrowia Publicznego – Państwowemu Zakładowi Higieny. Ta liczba odpowiada liczbie testów wykonywanych w całej Polsce w ciągu 2-3 dni.

Wsparcie strony publicznej przez podmioty sektora prywatnego, zwłaszcza firmy farmaceutyczne, może znacząco pomóc w zarządzaniu kryzysem związanym z pandemią COVID-19. Podstawowym narzędziem mającym na celu ograniczanie rozprzestrzeniania się koronawirusa są testy diagnostyczne, dlatego AstraZeneca zdecydowała się wesprzeć te dwie niezwykle ważne instytucje znajdujące się na pierwszej linii walki z pandemią COVID-19 i przekazać im łącznie 45000 testów RT-PCR na obecność wirusa SARS-CoV-2.

„Niezwykle się cieszymy, ponieważ takie darowizny wspierają funkcjonowanie placówki w tej skomplikowanej, pandemicznej rzeczywistości – mówi dr Andrzej Tysarowski z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie. – Musimy pamiętać, że koronawirus komplikuje życie każdego z nas, ale przede wszystkim osób cierpiących na choroby przewlekłe, w tym onkologiczne, o które w obecnej sytuacji musimy szczególnie się troszczyć z uwagi na ich ograniczoną odporność”.

AstraZeneca od początku wybuchu pandemii jest jednym z globalnych liderów walki z pandemią SARS-CoV-2. Oprócz zaawansowanych prac nad opracowaniem szczepionki, działania spółki koncentrują się również na minimalizowaniu negatywnych skutków kryzysu związanego z rozprzestrzenianiem się koronawirusa i zabezpieczeniem potrzeb pacjentów cierpiących na inne choroby. „Dokładamy wszelkich starań, aby podejmowane przez nas inicjatywy w sposób jak najbardziej optymalny wspierały walkę z pandemią COVID-19. Z powodu rozprzestrzeniającego się wirusa pacjenci, zwłaszcza przewlekle chorzy, mają utrudniony dostęp do specjalistycznej opieki medycznej. Mamy nadzieję, że lepszy dostęp do diagnostyki w kierunku SARS-CoV-2 poprawi sytuację tej grupy chorych” – podkreślił Piotr Najbuk, Public & Government Affairs Director w AstraZeneca.

„Darowizna spółki AstraZeneca stanowi istotny wkład w wysiłki Instytutu na rzecz zapewnienia optymalnej diagnostyki COVID-19” – podkreśla Anna Dela, rzecznik prasowy z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny.

Testy przekazane przez AstraZeneca to testy genetyczne wykonywane metodą RT-PCR (Real-Time Polymerase Chain Reaction), która umożliwia ustalenie, czy pacjent jest aktualnie zakażony wirusem SARS-CoV-2. Technologia ta cechuje się bardzo wysoką czułością oraz swoistością, co pozwala ograniczyć ryzyko fałszywie ujemnych lub fałszywie dodatnich wyników.

GfK: w Polsce rośnie moda na ekologiczne kosmetyki

Wartość rynku ekologicznych kosmetyków w Polsce sięga już niemal 200 milionów złotych i ciągle rośnie. To zasługa coraz większego asortymentu i stale rosnącego zainteresowania ze strony konsumentów. Takie dane płyną z najnowszych analiz Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Według GfK Polonia, roczna wartość przeanalizowanej części polskiego rynku kosmetyków, na który składają się kosmetyki kolorowe, produkty higieny osobistej i intymnej, produkty do pielęgnacji jamy ustnej, produkty do pielęgnacji skóry oraz kosmetyki dla dzieci osiągnęła w czerwcu br. 11,2 mld zł. Udział produktów ekologicznych w tej grupie w tym samym okresie wyniósł niespełna 2%, co odpowiadało wartości 193,5 mln zł. Jednak to właśnie w tym segmencie producenci na przestrzeni ostatnich miesięcy odnotowali znaczący wzrost sprzedaży. Podczas gdy segment kosmetyków ekologicznych w relacji rok do roku wzrósł o 39%, wartość całej analizowanej grupy spadła o 1,4%.

Wzrost mimo rynkowych przeciwności

 W opinii Szymona Mordasiewicza, dyrektora komercyjnego Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia, rosnący udział rynkowy ekologicznych kosmetyków, to kolejny dowód na coraz większą świadomość polskich konsumentów w zakresie troski o zdrowie i środowisko.

– Wśród nabywców wyrasta moda na produkty o naturalnym składzie i z pewnego źródła, a klienci chętniej płacą dziś za wysoką i sprawdzoną jakość. Warto przy tym podkreślić, że wzrost dla tej kategorii mógłby być jeszcze wyższy, gdyby nie pandemia koronawirusa, która miała ogromny wpływ na cały rynek FMCG i znacząco zmieniła zwyczaje zakupowe konsumentów. W okresie najostrzejszych restrykcji, nabywcy skupili się na ograniczaniu liczby odwiedzanych sklepów, preferując te z pełnym asortymentem i koncentrowali się na artykułach spożywczych. Ze względu na gwałtowne zmniejszenie liczby kontaktów prywatnych i zawodowych, zainteresowanie kosmetykami – zwłaszcza do makijażu spadło i dopiero po poluzowaniu obostrzeń zaczęło się odbudowywać. Przedstawione liczby nie oddają więc w pełni ogromnego potencjału, który drzemie w tej kategorii – tłumaczy Szymon Mordasiewicz.

Z niszy do mainstreamu

Na duży wzrost wartości rynku EKO kosmetyków wpływ miało kilka czynników. Na przestrzeni roku znacząco, bo aż niemal o 50% wzrósł asortyment tej grupy produktów. Z 34% do 40% zwiększyła się również penetracja, czyli liczba konsumentów, która w ciągu roku co najmniej raz zakupiła produkt z tej kategorii.

Ekologiczne kosmetyki kupujemy o 10% częściej niż przed rokiem, średnio 2-3 razy w roku. Jednorazowo wydajemy na nie przeciętnie o 6% więcej niż w poprzednim okresie. Dzięki temu produkt, który jeszcze do niedawna stanowił niszę, dociera już do czterech na dziesięć polskich gospodarstw domowych – wskazuje Julita Proń-Malczuk, konsultant w Panelu Gospodarstw Domowych Szymon Mordasiewicz.

Drogerie motorem sprzedaży

Kanałem sprzedaży, który najmocniej napędza rynek ekologicznych kosmetyków są drogerie. W tym kanale kupuje dziś blisko co czwarty nabywca, wydając tam najwięcej -udział drogerii  to niemal 2/3 całkowitej wartości analizowanej kategorii.

Drugim kanałem pod względem udziałów wartościowych są dyskonty, które w ciągu roku aż o 80% zwiększyły szerokość oferty tej grupy produktów. Na uwagę zasługuje także e-commerce. Udział wartościowy tego kanału w sprzedaży EKO kosmetyków jest znacznie wyższy (nieco ponad 9%) w porównaniu z udziałem online w zakupach całej kategorii kosmetyków (5,3%) oraz całego sektora FMCG (1,2%).

Internet również w poprzednich latach odgrywał relatywnie znaczącą rolę w zakupie kosmetyków ekologicznych. Natomiast w tym roku analizowana kategoria dodatkowo skorzystała z większego ogólnego zainteresowania tym kanałem sprzedaży, związanego z pojawieniem się pandemii. Jako konsumenci chcieliśmy kupować przede wszystkim wygodnie i bezpiecznie, a zakupy online idealnie spełniały te oczekiwania – mówi Julita Proń-Malczuk.

Kupują głównie młodzi i mieszkańcy miast

Gdy porównamy profil socjodemograficzny nabywców EKO kosmetyków z nabywcami całej analizowanej grupy produktów kosmetycznych, okaże się, że ekologiczne produkty są nadreprezentowane wśród mieszkańców dużych miast (powyżej 200 tys. mieszkańców). Dzieje się tak zarówno pod względem zainteresowania nabywców (penetracja 44% w porównaniu ze średnią dla całej grupy na poziomie 40%), jak i generowanego obrotu (mieszkańcy dużych miast odpowiadają za 32% wartości rynku EKO kosmetyków). Po ekologiczne kosmetyki chętniej sięgają także gospodarstwa domowe prowadzone przez osoby młodsze, zwłaszcza w wieku do 29 lat, gdzie produkty ekologiczne docierają do co drugiego gospodarstwa domowego. . Na drugim biegunie znajdują się seniorzy (gospodarstwa prowadzone przez osoby w wieku 60 lat i więcej), którzy rzadziej umieszczają EKO kosmetyki w swoich koszykach. Jednak także w tej kategorii w ostatnim roku sprzedaż poszybowała w górę, zarówno pod kątem penetracji (wzrost z 25% do 29%), jak i generowanej wartości zakupów (wzrost wydatków o 60% rdr.).

Ponad 11 mln dla WIM na stworzenie Centrum Wsparcia Badań Klinicznych

Prezes Agencji Badań Medycznych, dr n med. Radosław Sierpiński wręczył na ręce Dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego gen. dyw. prof. dr hab. n. med. Grzegorza Gieleraka czek o wartości 11,6 mln zł dofinansowania w ramach konkursu na tworzenie i rozwój Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (CWBK).

Wojskowy Instytut Medyczny znalazł się na czwartym miejscu w gronie 30 podmiotów aplikujących w konkursie Agencji Badań Medycznych na stworzenie Centrów Wsparcia Badań Klinicznych. Inicjatywa stworzenia wyspecjalizowanych ośrodków ma na celu uatrakcyjnienie i zapewnienie jednolitego standardu na rynku badań klinicznych w Polsce

Liczba badań klinicznych w Polsce (a w szczególności badań niekomercyjnych) wciąż pozostaje relatywnie niska, znacznie poniżej potencjału kraju. Mała liczba realizowanych badań klinicznych może być jednocześnie powodem i skutkiem braku organizacji procesów związanych z takimi przedsięwzięciami w jednostkach ochrony zdrowia w Polsce. W efekcie każde badanie kliniczne staje się dużym wyzwaniem organizacyjno-logistycznym,
a niekomercyjne badanie kliniczne często jest wręcz poza zasięgiem i możliwością wielu szpitali.

Centrum Wsparcia Badań Klinicznych w WIM stanowić będzie odpowiedź na powyższe zapotrzebowanie poprzez zapewnienie wsparcia w realizacji badań klinicznych na wszystkich płaszczyznach, m.in.: aktywnego poszukiwania sponsorów/partnerów, opiniowania i negocjowania umów, planowania i wdrażania badań klinicznych niekomercyjnych, obsługi prawno-księgowej badań czy ich realizacji (w tym zapewni zaplecze medyczne dla realizacji badań wczesnych faz).

Obecnie w ramach komercyjnej działalności badawczej WIM prowadzone są przede wszystkim badania kliniczne. Przyszły model biznesowy CWBK WIM zakłada kontynuację dotychczasowej ścieżki poprzez podtrzymywanie relacji z obecnymi partnerami biznesowymi oraz poszukiwanie nowych sponsorów i partnerów, realizację badań klinicznych komercyjnych i niekomercyjnych oraz własną działalność badawczo-rozwojową.

Wojskowy Instytut Medyczny jest przykładem wielkiego potencjału, jeżeli chodzi o naukę i innowację. W Stanach Zjednoczonych podobne instytucje finansowane przez DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) niejednokrotnie stają się kolebką nowoczesnych technologii, które przechodzą później do szerokiego użycia wśród pacjentów. Głęboko wierzę, że wsparcie, które dedykujemy Wojskowemu Instytutowi Medycznemu będzie również zaczątkiem tego typu współpracy i rozwoju. – podkreśla Prezes ABM, dr n. med. Radosław Sierpiński.

Zwiększenie liczby realizowanych przez Wojskowy Instytut Medyczny badań klinicznych, a w konsekwencji liczby uczestniczących w nich osób, wywrze znaczący wpływ na polski system ochrony zdrowia. Katalog realizowanych do tej pory badań klinicznych zostanie poszerzony o większą liczbę badań niekomercyjnych oraz o badania wczesnych faz. Dzięki bliskiej współpracy z placówkami POZ, rekrutacja uczestników badań klinicznych zostanie usprawniona. Zaangażowanie lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej pozwoli również na dotarcie do tych pacjentów, których potrzeby zdrowotne najlepiej pokrywają się z badaną terapią. Sytuacja pacjentów poprawi się jednak przede wszystkim dzięki wynikom realizowanych projektów.

Finansowanie Agencji Badań Medycznych w ramach konkursu na tworzenie i rozwój Centrów Wsparcia Badań Klinicznych otwiera nam nową ścieżkę i pozwoli domknąć proces tworzenia jednostki prowadzącej medycynę translacyjną. WIM jest szpitalem wielospecjalistycznym, tak więc realizowane przedsięwzięcia o charakterze multidyscyplinarnym, z kompleksową opieką medyczną prowadzoną na najwyższym poziomie referencyjnym pozwolą optymalnie wykorzystać przekazane dziś środki finansowe do budowania solidnych fundamentów przyszłości instytutu jako kompletnej jednostki naukowo-badawczej – podkreślał Dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego gen. dyw. prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak.

Dzięki podjętym działaniom oraz uzyskanemu dofinansowaniu Wojskowy Instytut Medyczny przyczyni się do rozwoju krajowego rynku badań klinicznych – zarówno komercyjnych jak i niekomercyjnych – a w konsekwencji do podniesienia rangi naukowej oraz atrakcyjności krajowych instytucji medycznych dla międzynarodowych partnerów i sponsorów.

Odkładamy na przyszłość, ale przez kryzys oszczędności maleją

Coraz więcej Polaków oszczędza – już dwie trzecie z nas odkłada środki na przyszłość. Jak wynika z raportu „Finanse Polaków w czasie pandemii” firmy Blue Media, zgromadzenie odpowiedniej sumy jest uważane za wyznacznik sukcesu finansowego. Jego osiągnięcie deklaruje już co siódmy Polak. Tymczasem kryzys zagląda nam do kieszeni.

Sopocka firma Blue Media bada postawy Polaków wobec zagadnień finansowych od 2016 roku. W tym czasie liczba osób deklarujących oszczędzanie wzrosła z niecałej połowy (47 proc. w 2016) do dwóch trzecich (67 proc. w 2020) badanych. Jednocześnie aż o połowę spadła liczba ankietowanych, którzy nie odkładają pieniędzy – to zaledwie jedna czwarta z nas.

Większą skłonność do oszczędzania wykazują kobiety (70 proc. vs mężczyźni 64 proc.) oraz ludzie młodsi (18-34 l.).

Większą skłonność do oszczędzania wykazują kobietyW wynikach badań widać dominujący cel, który przyświeca Polakom w oszczędzaniu – dla 58 proc. ankietowanych to zabezpieczenie przyszłości. Co trzeci badany oszczędza pieniądze na wakacje, a co czwarty myśli o zakupie mieszkania lub domu. Jedna piąta badanych odkłada środki finansowe dla swoich dzieci lub wnuków, tu widać jednak tendencję malejącą.

– Z jednej strony oszczędzanie można uznać za dobry znak. Wzrost zamożności Polaków sprawił, że coraz więcej naszych rodaków może pozwolić sobie na oszczędzanie, choćby drobnych sum. Nie może nam jednak uciec sprzed oczu fakt, iż z powodu pandemii widać rosnącą niepewność co do przyszłości, w obawie przed którą wszyscy chcemy się zabezpieczyć finansowo – tłumaczy Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media.

Polaków finansowe sukcesy

Środki na koncie pozwalają spać spokojnie. Posiadanie oszczędności to równocześnie najpopularniejszy wśród Polaków wyznacznik osiągnięcia finansowego sukcesu. Jako kolejne wymienia się brak długów oraz posiadanie własnego domu/mieszkania. Znaczenie posiadania nieruchomości rośnie z roku na rok i jest szczególnie ważne dla młodszego pokolenia oraz dla kobiet. Wśród badanych spada natomiast ranga wysokich zarobków czy zagranicznych wakacji.

Polaków finansowe sukcesy– Wygląda na to, że kryzys wywołany przez pandemię zweryfikował rzeczywiste potrzeby wśród społeczeństwa. Odpowiednie zabezpieczenie finansowe, dające poczucie bezpieczeństwa i stabilności wewnątrz gospodarstwa domowego, okazuje się dużo ważniejsze niż widoczne na zewnątrz oznaki dobrobytu, jak zagraniczne wakacje czy drogie auto. Czasy niepewności powodują, że wiele decyzji wiążących się z nadprogramowymi wydatkami odkładamy w czasie. Z drugiej strony, oprócz strategii „wait and see” zadziałał efekt lockdownu, związany ze zmniejszeniem potrzeb (np. mniejsze wydatki na produkty z kategorii moda) oraz pandemicznych restrykcji, które wpłynęły na redukcję wydatków na rozrywkę czy podróże – zauważa Sebastian Ptak.

Ciekawie wyglądają różnice w postrzeganiu sukcesu finansowego wśród ankietowanych. Dla kobiet częściej oznacza on poduszkę finansową, własne lokum i zagraniczne wakacje. Dla mężczyzn – wyższe zarobki. Wbrew stereotypom panowie rzadko utożsamiają sukces z posiadaniem drogiego samochodu.

Znaczenie oszczędności, mieszkania i wysokich zarobków maleje wraz z wiekiem respondentów. Dla seniorów, czyli osób powyżej 55 rż, szczególnie istotny jest natomiast brak długów i kredytów. Wolność od zobowiązań to ważny czynnik również dla mieszkańców dużych miast.

Kto jest finansowym szczęściarzem?

Dwie trzecie badanych uważa, że dotychczas nie osiągnęło sukcesu finansowego. Co ciekawe, ponad połowa z nich wierzy, że sukces ten osiągnie w przyszłości, reszta jest przeciwnego zdania. Pesymistyczne nastawienie rośnie wraz z wiekiem oraz wielkością miejsca zamieszkania. Jest też wyższe u kobiet. Mimo pesymistycznych myśli jednej trzeciej badanych, liczba niezadowolonych z osiągnięć finansowych od zeszłego roku maleje. Już 14 proc. pytanych jest usatysfakcjonowana stanem swoich finansów. Należą do nich niemal po równo przedstawiciele obu płci i różnych grup wiekowych, ale częściej mieszkańcy wsi niż miast.
Kto jest finansowym szczęściarzemOszczędności w czasach kryzysu

Według danych z raportu „Finanse Polaków w czasie pandemii” firmy Blue Media oszczędności przydały się w czasie ostatnich miesięcy. W związku z kryzysem do skarbonki zmuszone było zajrzeć 38 proc. badanych. W kolejnych miesiącach takie rozwiązanie przewiduje co drugi ankietowany.

– Polacy zakładają, że ich oszczędności będą się kurczyć. Trudno się dziwić takiemu nastawieniu. Mimo pomocy rządowej zwolnienia, zmniejszenie wynagrodzeń czy ograniczenie czasu pracy dotknęły znaczną część pracowników. Nawet jeśli ich sytuacja już się poprawiła, trudno zupełnie bagatelizować widmo czarnego scenariusza – komentuje prezes Blue Media.

FPP: Gminy potrzebują wsparcia finansowego przy recyklingu opakowań

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) zwracają uwagę, że gminna infrastruktura komunalna służąca do odbioru i sortowania śmieci jest w Polsce dobrze rozwinięta. Jednak gminy potrzebują pilnie wsparcia finansowego, bo dotychczas to one z udziałem mieszkańców ponoszą koszty recyklingu odpadów po opakowaniach. Tymczasem to producenci wyrobów spożywczych ponoszą odpowiedzialność za to, jakie opakowania i tym samym odpady są wprowadzane na rynek. Rozwiązaniem jest wprowadzenie ROP (rozszerzonej odpowiedzialności producentów) oraz jednego, powszechnego systemu kaucyjnego (depozytowego) – czyli kaucji zwrotnej za butelki i puszki.

Według badań Ibris 96% Polaków uważa, że opakowań jest za dużo, a produkty powinny być pakowane inaczej1Ponad 51% oczekuje, że to producenci pokryją koszty przetwarzania opakowań po napojach1. Aż 95% Polaków popiera wprowadzenie systemu kaucyjnego, a 86% oczekuje, że Rząd zrobi to jak najszybciej. Jeden powszechny system kaucyjny powinien być scentralizowany, oparty na niezależnym operatorze zarządzającym, podlegać kontroli publicznej i mieć charakter non-profit. Koszty funkcjonowania systemu powinni ponosić producenci, którzy wprowadzają opakowania na rynek.

System kaucyjny

System kaucyjny – czyli opłata i zwrot opakowań po napojach powinien obejmować opakowania (butelki i puszki) plastikowe (PET), metalowe oraz szklane. Zwrot opakowań powinien być możliwy w każdym punkcie handlowym, w którym prowadzona jest sprzedaż napojów – w oparciu o krajowy kod kreskowy. Placówki handlowe otrzymywałyby opłatę logistyczną za prowadzenie punktów zbiórki w ramach krajowego systemu kaucyjnego. Kaucja nie powinna podlegać opodatkowaniu VAT – co potwierdzają Polacy w badaniach: aż 78% deklaruje, że kaucja nie powinna być opodatkowana VAT-em1. Niezależny operator odpowiadałby za zliczanie obrotu /liczby opakowań/, dokonywałby rozliczeń z producentami i sklepami oraz kierowałby opakowania do recyklerów. Producenci – w ramach finansowania systemu – ponosiliby opłatę producencką.

„Zarówno rząd, jak i samorządy stoją dziś przed dużym wyzwaniem. Trzeba jak najszybciej stworzyć i uruchomić dobrze skonstruowany, jeden, powszechny scentralizowany system kaucyjny w ramach ROP, czyli rozszerzonej odpowiedzialności producentów. Najwyższy czas, aby opakowania wprowadzane na rynek były lepiej przemyślane i aby było ich mniej. Prawie wszyscy Polacy zwracają uwagę, że opakowań jest za dużo, a produkty należy pakować inaczej. Jednak dopiero odpowiedzialność finansowa za ich recykling zmusi komercyjne podmioty do ograniczenia niepotrzebnych opakowań. Mamy dobrze rozwiniętą infrastrukturę komunalną w Polsce – ale wymaga ona pilnego wsparcia finansowego. Dotychczas to właśnie gminy i mieszkańcy ponosili koszty zbierania i przetwarzania opakowań wprowadzanych dowolnie i bez limitów. Należy wreszcie zmienić ten system i przenieść finansowanie recyklingu na podmioty rzeczywiście za to odpowiedzialne. Kształtowanie właściwych postaw ekologicznych to także powszechna kaucja zwrotna za butelki i puszki po napojach – mniej śmieci i ochrona środowiska” – komentuje Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Polska jeszcze w 2020 roku powinna poddać recyklingowi 50% odpadów komunalnych, czyli około 6 mln ton1. Tymczasem poziom przetworzenia sięgał zaledwie 26,1%2. Przyczyną takiej sytuacji jest słaby poziom odzysku odpadów i duże obciążenia finansowe gmin, które realizują te zadania. W ramach ROP (rozszerzonej odpowiedzialności producentów) to producenci powinni finansować zbieranie i recykling odpadów po opakowaniach. Ponadto należy wprowadzić jeden powszechny system kaucyjny / depozytowy – czyli kaucję za butelki i puszki metalowe, szklane, oraz plastikowe po napojach. Dzięki temu Polska zmniejszy ilość śmieci, które nie są przetwarzane.

Jeszcze w tym roku Polska ma obowiązek wdrożyć dyrektywę europejską dotyczącą m.in. rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) za opakowania. Należy rozdzielić dwa strumienie odpadów: opakowania po napojach, dla których ROP powinna być realizowana przez wprowadzenie kaucji zwrotnej (jednego powszechnego systemu kaucyjnego / depozytowego). Drugim strumieniem jest finansowanie przez producentów określonych czynności dotyczących odpadów po opakowaniach w ramach gminnego systemu gospodarowania odpadami z gospodarstw domowych. W obu przypadkach podmiotem odpowiedzialnym i finansującym w ramach ROP powinni być producenci, którzy wprowadzają opakowania na rynek. Obecnie to przede wszystkim mieszkańcy gmin płacą za odbiór i przetwarzanie odpadów.

W przypadku systemu depozytowego odpowiedzialność producentów jest pełna, czyli operacyjna (organizacyjna) i finansowa. W przypadku ROP na pozostałe opakowania – wobec istniejącego już w Polsce systemu gospodarowania odpadami – powinna być to odpowiedzialność finansowa. Wprowadzenie ROP oraz systemu kaucyjnego będzie miało istotny wpływ na budowanie postaw proekologicznych, zmniejszanie ilości śmieci, wyższe wskaźniki recyklingu – a w konsekwencji ochronę środowiska i klimatu.

ROP to nie tylko efektywne zarządzanie strumieniem odpadów, ale także odpowiednie projektowanie produktu (w tym jego opakowania) w takim sposób, aby:

  • Minimalizować ilość odpadów – czyli może opakowanie w ogóle nie jest potrzebne dla danego produktu, np.: czy krem musi być zapakowany w szklane naczynie, kawałek folii barierowej, plastikową zakrętkę, kartonowe opakowanie i folię wierzchnią
  • Umożliwiać ponowne wykorzystanie produktu – np.: szklana butelka zwrotna
  • Umożliwiać poddanie produktu i opakowania recyklingowi po zakończeniu cyklu jego życia – np.: wykonanie całego opakowania z jednego rodzaju materiału, co do którego istnieją faktyczne możliwości recyklingu. Bardzo często na opakowaniu pojawia się oznaczenie, że produktu może być poddany recyklingowi – ale dla wielu rodzajów opakowań, nawet jeśli teoretyczna możliwość recyklingu istnieje, to realnie w danym kraju, regionie nie ma takiej technologii wykorzystanej na skalę przemysłową. Oznacza to, że opakowanie po wykorzystaniu trafi na wysypisko lub do spalarni. Przykład w Polsce – większość folii z tworzyw sztucznych z odpadów domowych.

Last Christmas? Po Bożym Narodzeniu może zbankrutować nawet 20% sklepów

Zbliża się początek listopada, a wraz z nim, wyczekiwany przez detalistów sezon świąteczny. To dla nich wielka szansa na odrobienie strat z I półrocza 2020. Jak pokazują badania PayPal, gwiazdka to być albo nie być dla 1 na 5 detalistów. W te święta okaże się, dla kogo były to „Last Christmas”.

Firma PayPal to złote dziecko ery dot. comów, dzięki któremu ekscentryczny biznesmen – Elon Musk, stał się jednym z najbogatszych ludzi świata i urósł do rangi symbolu popkultury. Amerykański pośrednik finansowy zlecił realizację badań wśród przedstawicieli tysiąca małych i średnich firm. Respondenci opowiadali o tym, jakie mają plany na najbliższy czas i jak chcą je zrealizować.

Biznesowy Poker

Wnioski, jakie wyciągnęli Amerykanie z przeprowadzonej ankiety, można uznać za niepokojące. Wynika z niej, że sytuacja detalistów jest, oględnie mówiąc, niewesoła. Jeden na pięciu (20%) sprzedawców detalicznych twierdzi, że jego przyszłość uzależniona jest od tego, jak dobrze poradzi sobie w okresie świątecznym.

– Koronawirus na pewno odciśnie swoje piętno na handlu, który w jeszcze większym stopniu przeniesie się do sieci – mówi Grzegorz Dembicki, Business Development Manager z Sagra Technology, polskiej firmy IT dostarczającej systemy wspierające sprzedaż, a następnie dodaje: – Zgodnie z nowymi badaniami Rakuten Advertising, w te Święta Bożego Narodzenia ​​73% kupujących dokona zakupów głównie online, niezależnie od potencjalnego powrotu do lockdownu, a większość konsumentów nie planuje zmniejszenia swoich wydatków.

W takiej sytuacji retailerzy nie powinni siedzieć z założonymi rękoma, a ostro przygotowywać się do „żniw”. Jednak jak wynika z danych zebranych w sierpniu, nie widać wielkich ruchów w branży. PayPal podaje, że aż 57% badanych nie rozpoczęło jeszcze żadnych czynności. Mimo wszystko, respondenci twierdzą, że mają plany dotyczące działań, jakie należy podjąć. Czemu więc czekają, czy jest coś, co ich powstrzymuje?

– Jak wynika z raportu KPMG COVID-19: The data deficit, wielu sprzedawców (71%) porzuciło analitykę i skupiło się na intuicji. To ryzykowna taktyka, która może odbić im się czkawką. Szczególnie w obliczu, problemów z jakimi może zetknąć się biznes po lockdownie. Zarządzanie informacją stanie się kluczową kompetencją, jaką muszą rozwijać managerowie. – uważa Grzegorz Dembicki z Sagra Technology. Ekspert szczecińskiej spółki IT zwraca uwagę na dwa szczególnie istotne trendy, których wielu detalistów zdaje się nie dostrzegać: – Po pierwsze, powinniśmy spodziewać się, że świąteczne wydatki wzrosną. Jak twierdzą analitycy firmy Deloitte, w sklepach zostawimy około 1-1,5% pieniędzy więcej niż przed rokiem. Po drugie, klienci będą chcieli korzystać z modelu BOPS (Buy Online Pickup in Store), który polega na tym, że zamówienia złożone online można będzie odebrać samodzielnie w sklepie.

Gotowe na wszystko

Klienci, którzy zdecydują się samodzielnie odwiedzić sklep, będą szukać nie tylko prezentów i bogatej oferty, ale również komfortu i bezpieczeństwa. Jakie wobec tego kroki planuje podjąć biznes, by sprostać tym postcovidowym wymaganiom? Większość sprzedawców detalicznych (81%) zapowiedziała, że już wdraża odpowiednie środki bezpieczeństwa, które będą chronić klientów. Prawie połowa ankietowanych (46%) chce wprowadzić odbiór zamówionych towarów w sklepie. Mniej więcej taka sama część będzie wymagać od kupujących noszenia masek i przestrzegania nakazów zachowania dystansu społecznego.

Fizyczne metody zabezpieczeń to jedynie początek zmian, jakie przechodzą sklepy stacjonarne. Spory nacisk kładzie się na cyfryzację i nowoczesne technologie, wspierające handel. Jeden na trzech respondentów badania PayPal (34%) deklaruje, że do końca roku ma zamiar skupić się na płatnościach bezgotówkowych i ich popularyzacji. Biznes spogląda jednak jeszcze dalej, słusznie szukając swojej szansy w połączeniu doświadczeń offline i online. 39% ankietowanych planuje sprzedawać produkty na platformach handlowych, takich jak eBay czy Amazon, a 31% chce spróbować social sellingu, czyli wykorzystać  media społecznościowe.

Silny charakter

To ważne zmiany, jednak jak twierdzi Grzegorz Dembicki, bez odpowiedniego zaplecza może to nie wystarczyć. – Kryzys jest również testem elastyczności łańcucha dostaw sprzedawców detalicznych. Jedna z ankiet przeprowadzonych przez firmę zajmującą się badaniem rynku handlu elektronicznego B2B, Digital Commerce 360, wykazała, że wiele wyzwań, o których wspominali sprzedawcy detaliczni, jest związanych z łańcuchem dostaw. Opóźnienia w dostawie produktów (44%), problemy z zaufaniem konsumentów (42%) i niedobory zapasów (40%), znalazły się na szczycie listy problemów sprzedawców detalicznych – zauważa ekspert szczecińskiej firmy.

Detaliści, którzy przetrwają kryzys COVID-19, to ci, którzy zachowują zimną krew i obecną sytuację postrzegają jako szansę. Niezależnie od tego, jaki scenariusz napotkają po drodze. Elastyczne kanały cyfrowe, optymalizacja łańcucha dostaw i możliwość budowania strategii na podstawie faktów, a nie przewidywań, to czynniki, które pomogą sprostać około covidowym wyzwaniom, jednocześnie zmieniając ich organizację na przyszłość.

Citi w Polsce szuka partnerów technologicznych

Cztery młode firmy technologiczne, w tym dwie z Polski i po jednej z Finlandii i Irlandii, zaprezentowały w Warszawie rozwiązania przygotowane specjalnie dla Citi, partnera głównego ABSL Tech Lab. Jako globalna instytucja finansowa Citi nieustannie poszukuje technologii odpowiadających na zmieniające się potrzeby biznesowe i społeczne. W ramach platformy ABSL Tech Lab szuka rozwiązań minimalizujących ryzyko zakłóceń związanych z procesami HR.

Z raportu Citi GPS “Nowa normalność pracy zdalnej” wynika, że praca z domu, w rozproszonych zespołach wymaga innowacyjnego podejścia w zakresie efektywności pracy i rozwiązań, w tym oprogramowania, stwarzającego nowe możliwości zdalnej współpracy. Rozwiązania stawiające w centrum komunikację oraz realizację zadań to również przedmiot prac firm technologicznych, które zdecydowały się odpowiedzieć na wyzwania zdefiniowane przez Citi w ramach ABSL Tech Lab.

Nowa rzeczywistość i nowe potrzeby

Z analiz prowadzonych przez ABSL wynika, że w 2020 roku zatrudnienie w sektorze usług biznesowych, które dziś wynosi 338 tys. wzrośnie mimo kryzysu o około 7%, co oznacza konieczność wprowadzenie do firmy ponad 23 000 tys. osób. Jedną z firm, która tylko w tym roku zatrudniła i wdrożyła już ponad 800 nowych pracowników do swoich oddziałów w Warszawie i Olsztynie jest Citi. Promując kulturę różnorodności i inkuzywności, jednocześnie szuka i rozwija narzędzia wspierające procesy HR.

W związku z systematycznym wzrostem zatrudnienia, w ramach współpracy z ABSL Tech Lab określiliśmy rozwiązania, którymi jesteśmy zainteresowani. Szukamy potencjalnych innowacyjnych propozycji technologicznych, które mogą usprawnić i dostosować nasze procesy HR w tym pracę zdalną, rekrutację i wirtualny onboarding do nowej rzeczywistości – podkreśla z Michał Podgórski, Global Head of Securities & Pricing Operations, Citi. – W tej chwili rozmawiamy z czterema spółkami technologicznymi, które przedstawiły zgłoszenia mające szansę na wdrożenie – dodaje.

Polskie szansą na globalne wdrożenia

Coraz częściej międzynarodowe korporacje szukają rozwiązań do globalnego wdrożenia na lokalnych rynkach. W Polsce jest coraz więcej przedsięwzięć będących również atrakcyjną szansą dla zagranicznych startupów. W ramach polskiej platformy ABSL Tech Lab, na obecnym etapie, cztery podmioty zostały wybrane do zaprezentowania swoich propozycji podczas Citi DemoDay. TakeTask proponuje oprogramowanie służące do zarządzania zadaniami w procesie onbordingu na dużą skalę oraz w wielu lokalizacjach jednocześnie. Random Forest Consulting prezentuje autorskie rozwiązania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w analizie dokumentów tekstowych oraz danych. Irlandzki startup HireUpOnline to propozycja spersonalizowanej platformy do prowadzenia marketingu rekrutacyjnego i pozyskiwania talentów. Przedstawiciele fińskiego firmy Smarp opracowali rozwiązanie ograniczające szum komunikacyjny – niezwykle istotny w warunkach pracy zdalnej.  

W Polsce coraz częściej pojawiają się możliwości globalnych wdrożeń i nawiązanie współpracy z największymi firmami. Przykładem jest ABSL Tech Lab, w ramach którego Citi oraz P&G, szukają innowacyjnych rozwiązań.  Jest to ogromna szansa dla ambitnych spółek technologicznych – mówi Janusz Dziurzyński, który z ramienia ABSL odpowiada za projekt. I dodaje – Jako ABSL Tech Lab stoimy na stanowisku, że dla młodej, rozwijającej się firmy technologicznej jedna złotówka od klienta warta jest trzech inwestorskich. Te ostatnie łatwo przepalić. Stabilność finansową i podstawę do rozwoju dają duzi klienci i realizowane z sukcesem wdrożenia. My ten model nazywamy „innowacją na żądanie” – czyli proponowaniem konkretnych rozwiązań, na które jest popyt i zlecenia klientów.

Prezydent m.st. Warszawy Rafał Trzaskowski, gość DemoDay City podkreśla, że nieprzypadkowo to właśnie Warszawa przyciąga innowatorów. Rozwój współpracy miasta oraz nowatorskich firm i start-upów to jeden z priorytetów samorządu: – Takie inicjatywy promują Polskę jako rynek z dużym potencjałem dla młodych spółek technologicznych. Warszawa nie tylko zapewnia odpowiednie warunki rozwoju startupom z Polski, ale i przyciąga obiecujące, cyfrowe talenty z zagranicy, tworząc dobry klimat dla rozwoju nowych technologii.

Aż 40% odpadów przemysłowych jest składowanych bez recyklingu

Chociaż większość ludzi interesuje głównie temat zagospodarowania i recyklingu odpadów komunalnych – nie można zapominać o tym, co dzieje się z odpadami przemysłowymi. Jest ich bowiem bardzo dużo – a sposoby składowania, niszczenia i odzyskiwania nie są tak dobrze monitorowane, jak w przypadku śmieci komunalnych. Polski Instytut Ekonomiczny przeanalizował, co dzieje się z odpadami przemysłowymi w Polsce. Aż 90% produkowanych w Polsce odpadów to odpady przemysłowe. Ponad połowę stanowią odpady powstające w przemyśle wydobywczym, a głównie w sektorze węglowym. Na drugim miejscu plasuje się sektor energetyczny – czyli elektrownie i sieć przesyłowa, z wynikiem 17%. Mniejsza część odpadów przemysłowych to ścieki i odpady generowane w zarządzaniu nimi. Największą uwagę zwraca jednak odsetek odzyskiwanych i recyklingowanych surowców – jest to jedynie połowa produkowanych przemysłowo odpadów. 

– Odpady przemysłowe są odzyskiwane w blisko 50%. Większość trafia do spalarni, a 20% poddawane jest recyklingowi. Jednak nadal w minionym roku powyżej 40% odpadów przemysłowych było składowanych. To stanowi zagrożenie dla środowiska – w związku z emisjami, które mogą się przedostać do gleby, wód powierzchniowych i atmosfery – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W dużym stopniu zagospodarowywane są odpady związane z płukaniem i oczyszczaniem kopalin. Odpady związane z przetwórstwem chemicznym paliw są odzyskiwane w 60% – głównie do budowy dróg i do rekultywacji terenów. Widać więc, że jest dużo możliwości większego wykorzystywania odpadów przemysłowych, szczególnie jako surowców wtórnych. Polityka Polski w zakresie gospodarki odpadami zakłada prowadzenie jej w obiegu zamkniętym. Jednak regulacje prawne nie zawsze odpowiadają rzeczywistości. Istnieje też problem z prowadzeniem statystyk – nadal są sporadyczne przypadki nielegalnych składowisk i błędnych informacji o recyklingu odpadów. Naszą główną rekomendacją, dotyczącą wykorzystywania odpadów przemysłowych, jest zwiększenie ich odzysku. Nadal nie w pełni wykorzystujemy potencjał odzysku surowców, szczególnie surowców mineralnych – podkreśla Maj.

Czy dzięki Sztucznej Inteligencji będziemy pracować mniej?

Już niedługo każdy z nas dostanie własnego asystenta. Będzie można liczyć na niego zawsze i wszędzie. Nie wykonana za nas pracy, ale dzięki jego zaangażowaniu, nasza wydajność wzrośnie dwukrotnie. Jak to możliwe? Wszystko dzięki algorytmom sztucznej inteligencji, które zdaniem autorów raportu Work 2035, staną się codziennością w pracy.

Ponad połowa ankietowanych (51%) badania “Work 2035”, za które odpowiedzialne są Oxford Analytica i Coleman Parkes uważa, że ​ w ciągu niecałych 15 lat technologia zapewni pracownikom, co najmniej dwukrotnie wyższą produktywność niż obecnie. – Technologia będzie jeszcze bardziej zintegrowana z człowiekiem. To napędzi zmiany w produktywności, ponieważ pracownicy będą wspierani przez zaawansowane rozwiązania bazujące na Big Data i sztucznej inteligencji. Najprostsze funkcje przejmie technologia i staną się one niemal w całości zautomatyzowane. – opisuje Wojciech Stramski CEO i założyciel funduszu Deep Change Ventures. Inwestor wspiera m.in. polską spółkę Stanusch Technologies, pracującą nad rozwojem bota opartego na sztucznej inteligencji, który jest zdolny do komunikacji w języku polskim.

Robotofobia? Nie ma mowy

Elon Musk i Stephen Hawking nie raz straszyli opinię publiczną, swoimi ponurymi wizjami, w których SI wpierw pozbawi nas pracy, a następnie… sensu istnienia. Na szczęście respondenci badania Work 2035 za nic mają sobie słowa słynnych futurystów i nie boją się robotyzacji. Aż 83% uważa, że dzięki temu będą mogli skupić się na najbardziej istotnych czynnościach.

Rozwój sztucznej inteligencji w biznesie, jest tym, czym swego czasu była prasa drukarska lub maszyna parowa. Technologie te początkowo budziły strach i obawy, dziś z perspektywy czasu, widzimy, że były katalizatorem zmian, tak w gospodarce, jak i społeczeństwie. Dzięki nim zakończyliśmy okres technologicznego i rozwojowego marazmu. – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, warszawska spółka angażuje algorytmy sztucznej inteligencji do realizacji kampanii marketingowych w sieci. Ekspert nie ma wątpliwości, że wykorzystanie SI do przetwarzania informacji napędzi rozwój biznesu: – IDC szacuje, że łączne wydatki na analitykę Big Data wzrosną z 190 mld USD w 2019 do ponad 270 mld USD w 2022. A prognozy te wciąż nie uwzględniają wpływu Covid-19, który mógł dodatkowo wzmocnić ten trend. Sztuczna inteligencja udowodniła swoją skuteczność w marketingu cyfrowym, teraz pora na kolejne sektory.

Oczywiście technologia nie zatrzyma konieczności rozwijania kompetencji zawodowych. Tak uważa 79% pytanych. Autorzy badania piszą, że już niedługo pracownicy dostaną istotne wsparcie w formie indywidualnego asystenta. Eksperci odpowiedzialni za przygotowanie raportu twierdzą, że codziennością w naszej pracy będą cyfrowi asystenci sterowani przez sztuczną inteligencję. E-pomocnik będzie spersonalizowany, na podstawie indywidualnych kryteriów konkretnego pracownika. Dzięki dostępowi do danych technologia będzie w stanie określać priorytety i czas wykonania konkretnych zadań, jakie leżą w obowiązkach danej osoby i stanowiska. To nie wszystko, bo do zadań cyfrowego asystenta należeć będzie też dbanie o higienę psychiczną i samopoczucie pracownika.

Eksperci z Oxford Analytica i Colemanem Parkesem roztaczają iście futurystyczne wizje. Opisani asystenci mają m.in. planować spotkania tak, aby odbywały się w najbardziej efektywnym czasie, bazując na szeregu informacji – od poziomu cukru we krwi, po samopoczucie pracownika w różnych porach dnia. To nie koniec, bo na spotkaniach monitorowany będzie poziom koncentracji i zaangażowanie uczestników, tak by długość i intensywność meetingów były optymalne i produktywne. Autorzy nazwali tę technologię AI-ngels.

Inteligencja wzrostu

Najbliższa dekada będzie należała do sztucznej inteligencji. Jak pokazują rezultaty badania, pogląd ten podzielają pracownicy na różnych szczeblach. 72% ankietowanych uważa, że SI zagwarantuje większe przychody dla firm, w których pracują, niż ludzie.

Nie dziwi więc fakt, że aż 90% pytanych managerów uważa, że ​​w 2035 roku inwestycje w technologię, bazujące na sztucznej inteligencji, będą największym motorem wzrostu ich organizacji. Wydatki na IT, a przede wszystkim SI mają mieć większy priorytet niż te w kapitał ludzki. – Takie podejście może otworzyć drzwi do bezprecedensowych poziomów innowacji i nowych źródeł generowania przychodów, szczególnie wśród małych przedsiębiorstw. Dziś to rozwiązania zarezerwowane głównie dla dużych i bogatych firm. Taki liberalny dostęp do technologii sztucznej inteligencji rozpocznie przemysłowy renesans. Możemy to zjawisko porównać do prasy drukarskiej, która pozwoliła nam wyjść z wieków średnich, dzięki odrodzeniu nauki, kultury i sztuki, które dały silne fundamenty naszym czasom. – mówi szef funduszu Deep Change Ventures. Słowa te znajdują potwierdzenie w wynikach badania Work 2035, gdzie aż 6 na 10 (63%) pytanych uważa, że ​​technologia na pewno wyrówna szanse, a może nawet zapewni przewagę małym firmom.

Pandemia COVID-19 stała się dla firm doskonałą okazją do stworzenia swoistego rachunku sumienia. Mawia się, że bieda zmusza do kreatywności. Nie inaczej było w tym przypadku. Nie oznacza to jednak, że technologie, na jakie powołują się twórcy raportu, są czymś całkowicie nowym. Tego typu rozwiązania z powodzeniem wykorzystywane są w biznesie, szczególnie tym ukierunkowanym na produkcję. Tegoroczne globalne zawirowania pozwolą szybciej dojrzeć technologii. Jak się okazuje to nie potrzeba zarabiania, ale konieczność przemodelowania formy pracy stała się katalizatorem zmian w biznesie i IT.

„Niedźwiedzie” górą we wrześniu. Największy zanotowany w tym roku wzrost powierzchni biurowej

Po stabilnej pierwszej połowie września, w ostatnich dwóch tygodniach zatriumfowały »niedźwiedzie«, które przyniosły największy zanotowany w tym roku wzrost powierzchni biurowej dostępnej do komercjalizacji (miesiąc do miesiąca). We wrześniu analitycy REDD wprowadzili nowy wskaźnik – Market Flow Ratio™.

Według danych REDD, w obiektach istniejących i w budowie jest dostępnych 4768 biur o łącznej powierzchni 2.65 mln m2. W porównaniu do poprzedniego miesiąca, wrzesień przyniósł wzrost o 149 tys. m2.
REDD_1— W naszych wyliczeniach podajemy budynki, które trafiają do komercjalizacji, czyli szukają nowych najemców. Po tak gwałtownym wzroście postanowiliśmy obserwować również płynność tego rynku w nowym wskaźniku. Pokazał on, że najlepiej radzi sobie Warszawa — zaznacza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Płynność rynku: Przedstawiamy Market Flow Ratio™

Analitycy REDD do swoich obserwacji wprowadzili nowy wskaźnik płynności rynku nieruchomości, który umożliwia ocenę skali transakcji zawartych w danym okresie na tle całego rynku. Market Flow Ratio™ określa jaki procent zasobów dostępnych do wynajmu został skomercjalizowany w danym przedziale czasu.
REDD_2— Średni współczynnik dla największych rynków w Polsce za wrzesień wynosi MFR=3.2%, co oznacza, że transakcje zawarte w tym okresie dotyczyły ok. trzech procent całkowitej powierzchni dostępnej do komercjalizacji. Na uwagę zasługuje rekordowa wartość MFR dla Warszawy, gdzie we wrześniu ponad 5% dostępnej powierzchni było »w ruchu«. Takie dane można odczytywać jako oznakę wysokiej płynności tego, największego w Polsce, rynku biurowego — mówi Judyta Bartnicka, Data Analyst REDD.REDD_3

Wypożyczalnie rowerów miejskich na dużym minusie. Branża podsumowuje sezon

W największych miastach liczba wypożyczeń rowerów miejskich od maja do sierpnia br. była niższa w porównaniu z analogicznym okresem z 2019 roku. W tym sezonie w Warszawie i we Wrocławiu odnotowano spadek o blisko 10%, a w Katowicach – o przeszło 30%. Jednak operatorzy systemów miejskich zaznaczają, że przybywa nowych użytkowników, choć mniej niż rok wcześniej. Natomiast wzrósł średni czas przejazdu o kilka minut. Można to dostrzec m.in. w stolicy, we Wrocławiu, w Lublinie czy Szczecinie.

Bieżący sezon zdecydowanie różni się od poprzedniego, co zgodnie podkreślają operatorzy systemów rowerów miejskich. I zaznaczają, że największą przeszkodę w korzystaniu z publicznych wypożyczalni stanowi pandemia koronawirusa. Ona wpływa na codzienne zachowania i wybory mieszkańców miast.

– 31 marca br. weszło w życie rozporządzenie uniemożliwiające wypożyczanie miejskich jednośladów. Dostosowując się do jego zapisów, czasowo zawiesiliśmy możliwość wypożyczania rowerów. Trwało to aż do 5 maja tego roku – mówi Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.

Ta firma obsługuje 41 systemów rowerowych w całej Polsce. We wszystkich odnotowała ponad 7,4 miliona wypożyczeń w tym sezonie. Biorąc pod uwagę tylko miasta wojewódzkie, widać spadki liczby wypożyczeń w Warszawie (od maja do sierpnia 2019 roku – 3,258 mln, od maja do sierpnia 2020 roku – 2,981 mln), we Wrocławiu (z 1,077 mln do 980,5 tys.) oraz w Lublinie (z 394,2 tys. do 255,8 tys.). Tak też było w Szczecinie (z 233,1 tys. do 158,5 tys.), Zielonej Górze (z 193,1 tys. do 124 tys.) i Katowicach (z 181,3 tys. do 121,9 tys.).

– Znacząco zmniejszyła się liczba pasażerów w komunikacji miejskiej. W największych miastach w Polsce spadki wyniosły od 50 do 90% w stosunku do ub.r. Na tym tle, mimo rozporządzenia i blokady systemów rowerowych, liczba wypożyczeń wygląda lepiej. Obserwując wszystkie systemy, można mówić o spadku ich liczby w stosunku do ostatniego sezonu – od kilku do kilkunastu procent – informuje prezes Nextbike Polska.

GeoVelo funkcjonuje głównie w nieco mniejszych miejscowościach. Natomiast Opole jest jedynym miastem wojewódzkim, w którym działa ten system rowerów miejskich. Został uruchomiony na początku lipca 2019 roku. Wówczas rzeczywista liczba wypożyczeń wyniosła 4 011, a w kolejnym miesiącu – 5 808. Z kolei w maju tego roku było ich 1 916, w czerwcu – 3 669, w lipcu – 4 921, a w sierpniu – 4 127.

– Odpowiadamy m.in. za systemy rowerów miejskich w stolicach województwa kujawsko-pomorskiego. W Bydgoszczy liczba przejazdów od maja do sierpnia ubiegłego roku wyniosła 161 018. Natomiast w analogicznym okresie tego roku było ich 61 833. W sierpniu 2019 roku uruchomiono system w Toruniu, gdzie przez ponad rok nie było wypożyczalni. Wówczas liczba wypożyczeń wyniosła 57 016, co pozostaje rekordowym wynikiem dla tego miasta, a w kolejnym miesiącu – 31 491. W tegorocznych statystykach za maj widzimy – 12 008, za czerwiec – 25 329, za lipiec – 32 116, a za sierpień – 29 507 – opisuje Marcin Jeż z BikeU.

W systemach operowanych przez Nextbike nie ma abonamentów. Firma, cały czas, w tym również w dniach kwietniowego lockdownu, odnotowywała nowe rejestracje użytkowników, co oznacza, że kolejne osoby przekonują się i sięgają po rower publiczny. Jednak dynamika ich wzrostu spadła w Warszawie (z 29,9 tys. do 17,8 tys.) oraz Katowicach (z 11,4 tys. do 6,6 tys.). Podobnie było w Lublinie (z 7,5 tys. do 5,5 tys.), Szczecinie (z 4,5 tys. do 4,3 tys.) oraz Zielonej Górze (z 3,9 tys. do 2,1 tys.). Łącznie we wszystkich systemach tej firmy przybyło w tym roku już ponad 180 tysięcy nowych klientów.

– Obserwujemy z jednej strony spadek wypożyczeń, spowodowany faktem pozostania w domu sporej grupy naszych użytkowników – studentów, uczniów i pracowników biurowców. Z drugiej strony, jeżeli już się przemieszczamy, to rower często staje się pierwszym, a niekiedy nawet jedynym środkiem transportu – dodaje ekspert z Nextbike Polska.

Jak zaznacza Marcin Jeż, liczba użytkowników w Toruniu, uwzględniając dane rok do roku, powiększyła się o blisko 100%. 1 sierpnia 2020 było ich 15 031, a 1 kwietnia – 11 656. Zatem od czasu wprowadzenia zakazu przybyło 3 375 użytkowników. Natomiast w przypadku GeoVelo w Opolu w sierpniu 2019 roku liczba zarejestrowanych osób wyniosła 3 535, ale rok później było ich już 6 125.

– W miastach funkcjonują różne modele biznesowe, tzn. liczba jednośladów, stacji, cenniki, rodzaj systemu. Bardzo trudno jest porównywać samorządy na zasadzie 1:1. Jednak mimo wyjątkowego stanu związanego z pandemią i wcześniejszymi ograniczeniami w poruszaniu się po miastach, rower miejski spełnia swoją funkcję środka codziennego transportu indywidualnego dla wielu osób. Mogą one uniknąć komunikacji zbiorowej i zdecydować się na bezpieczniejsze, zdrowsze poruszanie się po mieście – dodaje Tomasz Wojtkiewicz.

7Levels w drugiej publicznej ofercie sprzedaży akcji planuje pozyskać do 4 mln zł

7Levels, krakowski developer i wydawca gier specjalizujący się w produkcjach na konsolę Nintendo Switch, opublikował dokument informacyjny. Zapisy na akcje zostaną przeprowadzone w dniach 06.10 – 20.10. 2020 r., a dodatkowy kapitał pozyskany z emisji będzie przeznaczony na produkcję nowego autorskiego tytułu, rozwój segmentu działalności wydawniczej oraz powiększenie zespołu.

– Podstawowym celem emisji jest rozszerzenie bieżącej działalności 7Levels. Dzięki zaktualizowanej strategii rok 2020 jest dla nas przełomowy, dlatego idziemy za ciosem. Pozyskane środki pieniężne będą w dużej mierze przeznaczone na produkcję najnowszego projektu, który zadebiutuje nie tylko na konsoli Nintendo Switch, ale także na innych platformach. – komentuje Krzysztof Król, wiceprezes 7Levels.

Spółka w bieżącym roku przeszła metamorfozę, a najważniejszą nowością było znaczne zwiększenie ilości portowanych i wydawanych produkcji na konsolę Nintendo Switch. W wyniku tego, w tym roku szereg tytułów ujrzy światło dzienne. Do obecnych na rynku tegorocznych portów na Nintendo Switch: Inbento, Solitaire TriPeaks Flowers, Crowdy Farm: Rush, Crowdy Farm: Puzzle, dołączą także: Football Cup 2020 oraz Warplanes WW1: Sky Aces.

7Levels nie zapomina jednak o posiadanych IP i w najbliższych miesiącach na komputerach osobistych i konsoli Xbox One pojawią się port ich autorskiej produkcji – Jet Kave Adventure. Poza portami spółka pracuje również nad kolejną dużą grą, której zakończenie produkcji planowane jest na przełom 2021/2022.

– Obecnie skupiamy się nad opracowaniem grywalnego prototypu kolejnego dużego projektu. Opracowujemy go z myślą o wszystkich obecnych na rynku platformach oraz o konsolach nowej generacji. Będzie to największy i najdroższy zrealizowany dotychczas projekt studia, w którym połączymy zdobywane przez lata doświadczenie oraz unikalne umiejętności naszego zespołu. W grze łączymy elementy platformowe oraz przygodowe w niezwykle oryginalnym otoczeniu. Planujemy również wykorzystać nietypowe mechaniki, które – mamy nadzieję – pozytywnie zaskoczą graczy. – kontynuuje wiceprezes 7Levels.

W przyszłości, aby jeszcze mocniej zoptymalizować produkcję oraz zmniejszyć koszty, spółka planuje wykorzystać swoją tajną broń, na którą dostała wsparcie w ramach programu GameINN w 2019 roku. Innowacyjny system do półautomatycznego tworzenia poziomów do gier platformowych, który został dofinansowany w wysokości ponad 1,6 MLN PLN, za zadanie ma przede wszystkim wspomóc kluczowych pracowników zespołu, pozwalając im na dopracowanie najważniejszych aspektów nadchodzącej produkcji.

– Jest to projekt, który w znacznym stopniu pozwoli nam zoptymalizować proces produkcyjny przy kolejnych projektach. Zaoszczędzony czas będziemy mogli wykorzystać na jeszcze lepsze dopracowanie szczegółów lub implementację większej ilości funkcjonalności – kończy wiceprezes 7Levels.

Cena emisyjna zostanie ustalona 6.10. Zapisy na akcje przyjmowane będą osobiście w siedzibie spółki bądź w formie elektronicznej – poprzez wypełnienie formularza na stronie www.7Lvls.com/akcje  Środki z emisji zostaną przeznaczone na produkcję projektów, bieżącą działalność studia, oraz zwiększenie zespołu produktowego.

Pierwsza debata prezydencka w USA za nami

Wyczekiwana pierwsza debata prezydencka w USA finalnie nie rozjaśniła obrazu w kluczowych kwestiach związanych z wyborami, a jedynie ugruntowała niepewność o uszanowanie wyniku wyborów przez Donalda Trumpa. Nerwowość jest bardziej odczuwalna na rynku akcji, podczas gdy FX sugeruje umiarkowany risk-off.

Pierwsze debaty prezydenckie w przeszłości zwykle pomagały kandydatowi goniącemu lidera zniwelować różnice w sondażach. Wyjątkiem był rok 2016, kiedy po pierwszej debacie przewaga Clinton nad Trumpem wzrosła. Donald Trump lubi być wyjątkowy i także po dzisiejszej debacie nie zamierza wrócić do historycznych schematów. „Merytoryczna” to epitet, który trudno zastosować do scharakteryzowania debaty. Było wiele krzyków, przerywania wypowiedzi i wyzwisk. Pod kątem oceny kształtu przyszłej polityki Białego Domu nie dowiedzieliśmy się niczego i w tym kontekście debata jest neutralna dla rynków. W pewnym sensie małymi zwycięzcami mogą być rosyjski rubel i chiński juan, gdyż temat wpływu Moskwy i Pekinu na wybory oraz sankcji i zaostrzania stosunków handlowych przeszedł bokiem. Mimo to ogólny efekt debaty na rynki jest negatywny, gdyż prezydent Trump potwierdził obawy inwestorów, że uzna łatwo wyniku wyborów, który wskazywałby na jego przegraną. Trump powtórzył swoje wątpliwości o podatność na fałszerstwo głosów przesłanych pocztą i zasugerował, że Sąd Najwyższy może ostatecznie być zaangażowany w rozstrzygnięcie wyniku. Generalnie uczestnicy rynku wiedzą tyle samo, ile wiedzieli przed debatą – jest bardzo mało prawdopodobne, aby 4 listopada, tj. następnego dnia po dacie wyborów będziemy znali zwycięzcę. W rezultacie data wygaśnięcia niepewności związanej z wyborami pozostaje płynna, a to będzie hamować apetyt na ryzyko.

Zmienność stała się wizytówką walut rynków wschodzących. Po fatalnym starcie tygodnia w wykonaniu złotego i podejściu EUR/PLN pod 4,60, wczoraj polska waluta dynamicznie zyskała na wartości na fali poprawy rynkowych nastrojów i odwróceniu trendu aprecjacyjnego dolara. I tyle. Osobiście jestem zdumiony szukaniem przyczyny umocnienia złotego w komentarzach członka RPP Eugeniusza Gatnara, który wzywał do normalizacji polityki pieniężnej od przyszłego roku z uwagi na negatywne efekty uboczne niskich stóp procentowych. Po pierwsze, apel Gatnara nie jest niczym nowym i pojawiał się w jego wypowiedzi na początku września. Po drugie, choć Gatnar nie jest jedynym członkiem Rady o jastrzębich poglądach, obóz ten wciąż stanowi mniejszość przy jasnym gołębim stanowisku prezesa NBP Adama Glapińskiego. Dyskusja w Radzie na temat podwyżek stóp procentowych może być z każdym posiedzeniem coraz gorętsza, ale póki nie znajdzie się aż sześciu członków przeciwko prezesowi Glapińskiemu, stopy procentowe pozostaną niezmienione co najmniej przez cały przyszły rok. A może i dłużej – pierwszej podwyżki spodziewamy się w trzecim kwartale 2022 r. W efekcie wiązanie siły złotego z jastrzębimi komentarzami z Rady ma taki sam sens, jak wcześniejsze tłumaczenie słabości waluty sporami w koalicji rządzącej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Klient 4.0 – doświadczenia i emocje przyciągają do e-sklepów

Pozytywne doświadczenie zakupowe skłania co trzeciego polskiego internautę do ponownego skorzystania z usług e-sklepu.[1] Obsługa klienta pozostaje kluczowym czynnikiem przyciągającym konsumentów. W dobie cyfryzacji zmieniają się jednak oczekiwania i potrzeby. Klienci 4.0 są bardziej świadomi, zaangażowani i wymagający. Potrzebują stałego kontaktu, pozytywnych emocji oraz rzetelnych informacji. Dzielą się swoimi danymi, ale oczekują też ich skutecznej ochrony.

Przez doświadczenie do serca

Nowoczesny konsument szuka autorytetu lub innego czynnika, który pomoże mu w decyzjach zakupowych. Może nim być sama marka, jej sprzedawcy, fachowa obsługa, ale częściej są to znajomi, blogerzy czy grupy w mediach społecznościowych. Klient 4.0 ceni elastyczność i chce podejmować samodzielne decyzje. Nie kupuje produktu tylko ze względu na cenę, ale szuka w marce emocji – musi ją lubić lub szanować i podzielać jej wartości. Wiarygodność firmy skłania do jej polecenia już co piątego klienta.[2]

Współczesny konsument ma do dyspozycji media społecznościowe, porównywarki czy fora z opiniami o produktach i jakości obsługi. Dokonuje więc świadomego wyboru na podstawie większej niż dotychczas liczby parametrów. Oczekuje przy tym szczerej i ciągłej komunikacji z marką, możliwości podzielenia się opinią, zwrócenia uwagi na problemy. Zakup to dopiero początek relacji, a nie – jak kiedyś – jej koniec – wskazuje Luca Mastroianni, Head of International w firmie PrestaShop.

Oczy i uszy sklepu

Aby poprawiać doświadczenia klientów e-commerce coraz częściej wykorzystuje automatyzację, sztuczną inteligencję czy big data. Nowoczesne narzędzia umożliwiają wzrost liczby wracających do sklepu osób nawet o 57%.[3] Marki często zapominają jednak o zbieraniu opinii także od pracowników, którzy mają bezpośredni kontakt z klientami. Według prawie 60% kadry ich pomysły na poprawę doświadczenia zakupowego nie są brane pod uwagę, mimo że 78% wskazuje, iż sklep stawia tę kwestię na pierwszym miejscu.[4]

Informacje pod kontrolą

86% klientów oczekuje, że sklep będzie ich automatycznie rozpoznawał, gdy przełączają się między kanałami.[5] Takie dopasowywanie ofert i komunikacji do konkretnej osoby wymaga zbierania szczegółowych informacji. Nie powinno być z tym jednak problemu, bowiem prawie dwie trzecie (57%) kupujących deklaruje chęć udostępnienia swoich danych w zamian za spersonalizowane rabaty, bezpłatną dostawę czy próbki produktów i usług.[6] Jednocześnie klienci oczekują ochrony tych informacji, dlatego ważne jest wskazywanie dlaczego dane są potrzebne, ale także ich anonimizacja.

Według badań, na lojalność i skłonność do polecania sklepu innym wpływa w podobnym stopniu wiele czynników: personalizacja, wiarygodność, rozwiązywanie problemów czy empatia. Dlatego istotne jest zadbanie o cały proces sprzedaży i relację z klientem – jakość i szybkość obsługi oraz dostaw, dwustronną i szczerą komunikację, pomoc w porównaniu ofert i wyborze produktów oraz spersonalizowane rabaty – mówi Luca Mastroianni.

[1] Raport Gemius dla e-Commerce Polska, E-commerce w Polsce 2020.

[2] Raport KPMG CX głównym celem transformacji biznesowej, 2020.

[3] https://liveperson.docsend.com/view/hfnvsx4

[4] Według danych Medallia, Finding the way to happy customers through the voice of your employees, https://www.mckinsey.com/business-functions/marketing-and-sales/our-insights/adapting-customer-experience-in-the-time-of-coronavirus

[5] Według 2020 Customer Expectations Report.

[6] https://about.ads.microsoft.com/en-us/blog/post/may-2020/personalization-privacy-and-trust-in-the-age-of-the-empowered-consumer

Zielona chmura

Nowe badania przeprowadzone przez Accenture pokazują, że migracje do chmury publicznej mogą przynieść znaczną redukcję emisji dwutlenku węgla. W ujęciu globalnym spadek może wynieść 5,9% całkowitej emisji, za którą odpowiedzialna jest branża IT lub prawie 60 milionów ton CO2 rocznie, co można porównać do usunięcia z dróg 22 milionów samochodów.

Raport „The Green Behind the Cloud”, oparty na autorskiej analizie Accenture, bazującej na doświadczeniu w przeprowadzeniu migracji do chmury dla setek klientów na całym świecie, przedstawia, w jaki sposób firmy mogą osiągnąć największe korzyści, z uwzględnieniem kwestii ochrony środowiska, dzięki wykorzystaniu chmury obliczeniowej, niezależnie od tego jak zaawansowany jest u nich aktualnie proces migracji.

– O tym, jak poważnym zagrożeniem społecznym i ekonomicznym jest zmiana klimatu i jakie negatywne konsekwencje się z tym wiążą, mówi się od dawna. Jednak wciąż niewiele słychać o tym, jaki wpływ na ten stan ma branża IT. Dzisiaj energia elektryczna wykorzystywana do zasilania centrów przetwarzania danych i pojedynczych serwerów ma realny wpływ na emisję dwutlenku węgla. Firmy, które realizują strategię zrównoważonego rozwoju powinny zwrócić uwagę na ten aspekt i podjąć działania, które pozwolą zmniejszyć negatywny wpływ ich działalności na środowisko. Jednym z takich działań jest migracja do chmury. Oczywiste jest, że za chmurą przemawia wiele korzyści finansowych, ale nowe badanie przeprowadzone przez Accenture pokazuje, że firmy przechodząc do chmury mogą osiągnąć także korzyści społeczne i środowiskowe – mówi Mariusz Chudy, Managing Director, Intelligent Cloud & Infrastructure Accenture.

Analiza przeprowadzona przez Accenture na podstawie dotychczas przeprowadzonych projektów, pokazuje, że oszczędności wynikające z migracji do chmury wynoszą nawet 25 – 30% całkowitych kosztów posiadania własnej infrastruktury. Wynika to z większej elastyczności obciążenia, optymalnych wskaźników wykorzystania serwerów i bardziej energooszczędnej infrastruktury. Zrównoważony rozwój i korzyści finansowe wynikające z migracji do chmury mogą różnić się  w zależności od trzech kluczowych czynników: dostawcy chmury, poziomu jej optymalizacji oraz poziomu innowacji w zakresie zrównoważonego rozwoju, możliwych dzięki chmurze.

Z analizy Accenture wynika, że nawet częściowa migracja do chmury może zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o ponad 84% w porównaniu z tradycyjną infrastrukturą. Jeszcze większą redukcję – nawet o 98%  można osiągnąć, dzięki projektowaniu aplikacji dedykowanych dla chmury.

– Chmura będzie odgrywać istotną rolę w procesie transformacji energetycznej Unii Europejskiej. Trudno sobie dziś wyobrazić realizację Zielonego Ładu dla Europy bez aktywnych działań w zakresie rozpowszechnienia rozwiązań chmurowych, które w dużym stopniu przyczyniają się do rozwoju gospodarki. Rozwiązania chmurowe z jednej strony pomagają w redukcji emisji CO2, a z drugiej stają się kluczowe w transformacji cyfrowej polskiej branży energetycznej. Co ważne, chmura staje się pomocna w osiąganiu neutralności emisyjnej, która coraz częściej pojawia się w strategiach polskich spółek – mówi Mariusz Przybylik, Managing Director, Accenture.

Presja, aby firmy działały zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju, jednocześnie zwiększając rentowność, jest coraz większa. Najnowsze badanie Accenture Strategy-UNGC wykazało, że 59% dyrektorów generalnych twierdzi, że już teraz wykorzystuje niskoemisyjną i odnawialną energię w swoich działaniach, podczas gdy 44% przewiduje osiągnięcie neutralności emisyjnej przez firmy w przyszłości. Ponadto dwie trzecie ankietowanych postrzega technologie, takie jak chmura, jako krytyczne czynniki przyspieszające zmiany i pozwalające im osiągnąć te cele. [1]

Z myślą o klientach, którzy chcą wykorzystać chmurę w swoich organizacjach w celu zmniejszenia śladu węglowego, Accenture udostępniło moduł Green Cloud Advisor jako część swojej platformy myNav dla klientów, którzy chcą sprawdzić aktualny wynik emisji CO2 w chmurze i zalecenia dotyczące zmniejszenia śladu węglowego.

Accenture jest wiodącym partnerem największych światowych dostawców chmury. Firma sfinalizowała z sukcesem ponad 20 000 projektów transformacji chmurowych. Aby umocnić swoją pozycję w tym obszarze, we wrześniu Accenture ogłosiło stworzenie Accenture Cloud First. W ciągu najbliższych trzech lat, firma zainwestuje 3 miliardy dolarów w nową usługę, która połączy doświadczenie 70 000 specjalistów zajmujących się transformacjami chmurowymi i nowymi technologiami, know-how, możliwości technologiczne, partnerstwa i ekosystem Accenture. Celem inicjatywy jest pomoc klientom ze wszystkich branż w zakresie migracji do chmury i przyspieszenie ich transformacji cyfrowej.

[1] https://www.accenture.com/_acnmedia/PDF-109/Accenture-UNGC-CEO-Study.pdf#zoom=40

Sztuczna inteligencja w branży finansowej to nie chwilowa moda, ale konieczność

21 października 2015 minęło równe 30 lat od wyemitowania pierwszej części filmu “Powrót do przyszłości”. Doskonała okazja do zweryfikowania naszej wizji o kolejnych dekadach i postępie cyfrowego świata. Chociaż do masowej produkcji nie zostały dopuszczone latające auta czy samosznurujące się buty to jednak świat techniki i technologii zanotował ogromny progres w opracowanych rozwiązaniach.

Bez wątpienia nie cofniemy się w rozwoju zaawansowanych programów czy modyfikacji już istniejących aplikacji. Digitalizacja niesie za sobą możliwości jakich kilka lat temu nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić. Unowocześniamy tradycyjne procesy. Naturalnie nie chcemy odesłać ich do lamusa a jedynie dodać funkcjonalności, które pomogą osiągnąć określone cele. Wesprzeć konkretne procesy.

Instytucje finansowe wciąż starają się modyfikować swoje sekwencje tak aby klienci byli zadowoleni z posiadanych produktów czy systemów z których korzystają. Dzisiaj oczekujemy, że będziemy eksploatować multizadaniowe aplikacje. Maksymalnie bezpieczne i sprawnie działające.

Nieskończone perspektywy daje sztuczna inteligencja. Błyskawicznie przyswaja informacje i w kilka sekund potrafi zmieniać algorytmy, by jak najlepiej dostosować je do konkretnych preferencji. Nie bez znaczenia jest fakt, że w krótkim czasie AI podnosi produktywność przy jednoczesnym niepodnoszeniu kosztów wykonanych operacji.  Wśród najbardziej popularnych zastosowań wymienia się zbieranie danych dotyczących zachowań i preferencji klientów, tworzenie targetowanych treści oraz wyciąganie różnego rodzaju wniosków.

Z danych PRNews.pl wynika, że na koniec 2019 r. z finansowych aplikacji mobilnych korzystało już 11 mln osób. Obrazuje to nie tylko skalę zapotrzebowania na tego typu rozwiązania ale również potencjał implikowania nowych archetypów. Jak np. podpowiadanie przelewów. Większość nowoczesnych aplikacji eksploatuje informację o naszych poprzednich transakcjach i podpowiada w pierwszej kolejności przelewy, które są często wykonywane. Nie ma to związku ze stałymi zleceniami przelewu. Można stwierdzić, że asystent przypomina, że zbliża się konkretny termin w którym dokonujemy opłaty. W związku z tym, że działania podejmowane są w ramach uczenia maszynowego i eliminowany jest proces ludzki to cała procedura jest bezpieczna.

Preferencje nie są związane jedynie z wykonywanymi przelewami. Powtarzalne czynności generują kolejne działania ze strony aplikacji. Na bieżąco modyfikowane są przyszłe propozycje np. lokaty, wizyty w oddziale banku czy korzystaniu z rabatów.

Istotą sprawnego działania asystenta AI jest bardzo szybkie wyszukiwanie czy zweryfikowanie docelowego konta. Takim sposobem jest możliwe skuteczne dobranie odpowiednich rozwiązań. Zaczynając od sugestii dotyczących opłat, poprzez alerty ponoszenia zbyt wysokich kosztów np. porównując z podobnymi produktami. Sprowadzamy się do implikacji odpowiednich algorytmów.

Nie ma dzisiaj postępu bez nowych technologii. Cały czas posuwamy się do przodu a to wymaga zaangażowania. Nie tylko po to, żeby być liderem ale głównie po to, żeby każdy klient dokonując wyboru był pewien, że to właśnie to czego oczekiwał. Sztuczna inteligencja jest mostem między operatorami zaawansowanych rozwiązań a konsumentami.

Grzegorz Szulik, prezes polskiego fintechu Provema

Enefit Green z pierwszym projektem budowy farmy wiatrowej w Finlandii

Enefit Green, spółka zależna Grupy Eesti Energia pozyskująca energię ze źródeł odnawialnych, zakończył proces przejęcia projektu budowy farmy wiatrowej Tolpanvaara od spółki Metsähallitus, zarządzającej fińskimi lasami państwowymi.  To pierwsza tego typu inwestycja Enefit Green na terenie Finlandii.

Umowa zakupu projektu elektrowni wiatrowej pomiędzy Enefit Green i Metsähallitus została zawarta w 2018 roku, jednak zamknięcie transakcji było uzależnione od spełnienia określonych warunków zawieszających.

Aavo Kärmas, prezes zarządu Enefit Green, podkreślił, że spółka stale poszukuje możliwości rozwoju swojego portfolio w zakresie energii ze źródeł odnawialnych w regionie Morza Bałtyckiego, w tym w Finlandii. – Tolpanvaara jest dobrze zlokalizowanym, gotowym do budowy projektem. Rozwój działalności Enefit Green na terenie Finlandii jest wspierany przez dobry lokalny klimat inwestycyjny i stabilną sytuację rynkową – powiedział.

Kolejnym krokiem w procesie będzie ogłoszenie przetargów niezbędnych do budowy farmy wiatrowej. – W ramach projektu Tolpanvaara jesteśmy otwarci na współpracę z partnerami
i dużymi odbiorcami energii elektrycznej, którzy są zainteresowani zawarciem długoterminowej umowy zakupu energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych
– dodał Aavo Kärmas.

Farma wiatrowa Tolpanvaara będzie usytuowana w odosobnionym miejscu z dobrymi warunkami wiatrowymi, pomiędzy lasami należącymi do firmy Metsähallitus. Na farmie mogą stanąć aż 22 turbiny wiatrowe, o łącznej mocy zainstalowanej do 100 MW. Właścicielem projektu farmy wiatrowej jest Tolpanvaara Wind Farm Oy – fińska spółka zależna Enefit Green.

Wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych odgrywa kluczową rolę w realizacji strategicznego celu Eesti Energia, jakim jest wytwarzanie 43% energii elektrycznej i ciepła ze źródeł odnawialnych do 2024 r.

Eesti Energia jest obecna poza granicami Estonii za pośrednictwem spółki zależnej Enefit, działającej w Finlandii od wiosny 2018 roku i sprzedającej energię elektryczną klientom indywidualnym. Oferta Enefit w Polsce jest skierowana do klientów biznesowych i obejmuje zakup energii, a także rozwiązania oraz usługi energetyczne. Ponadto spółka operuje także na terenie Łotwy i Litwy.

Ekspert podpowiada, jak sprawdzić, czy FIZ AN dobrze zarządza naszymi aktywami

Na rynku coraz częściej pojawiają się sygnały o kłopotach osób, które zainwestowały w fundusze aktywów niepublicznych. Już kilka tego typu instytucji przestało wypłacać środki lub zredukowało wypłaty nawet o 90%. Występują również nieprawidłowości w zarządzaniu lub wycenie aktywów. Dlatego trzeba zachować czujność. Pierwszym alarmem jest przedłużający się okres bez wyceny aktywów. Wówczas uczestnik funduszu może powiadomić o tym KNF. Ponadto ma prawo żądać udostępnienia mu rocznych i półrocznych sprawozdań finansowych. Jednak kluczową rolę w procesie kontroli ma rada inwestorów oraz bank depozytariusz. W przypadku uchybień każdy uczestnik może wystosować roszczenie przeciwko zarządzającemu funduszami towarzystwu.

Zagrożenie inwestycyjne

Od dłuższego czasu mówi się o kłopotach inwestorów, którzy wybrali fundusze zarządzające aktywami niepublicznymi. Kilka z nich już przestało wypłacać środki lub poważnie zredukowało wypłaty. Ponadto wystąpiły nieprawidłowości w zarządzaniu i wycenie aktywów. Do KNF docierają też skargi związane z tego typu uchybieniami. W ciągu dwóch lat wymierzono w sumie 8 kar pieniężnych za naruszenia związane z FIZ. Najwyższa z nich wyniosła aż 3,5 mln zł. Kary dotyczyły też banków depozytariuszy funduszy aktywów niepublicznych.

Fundusz aktywów niepublicznych to taki, który lokuje co najmniej 80% wartości swoich środków w aktywa inne niż papiery wartościowe oraz instrumenty rynku pieniężnego. Jego najczęściej spotykaną formułą jest właśnie fundusz inwestycyjny zamknięty (FIZ). Aktywami są tam w większości instrumenty nienotowane na rynku regulowanym – nieruchomości, udziały lub akcje spółek, obligacje, pożyczki itp.

By rzetelnie wycenić aktywa niepubliczne, fundusz powinien zastosować taki model, w którym wartość danego składnika jest godziwa, czyli stanowi obiektywny szacunek jego wartości rynkowej. I tak np. nieruchomości wycenia się w oparciu o operat szacunkowy, sporządzony zgodnie z przepisami o gospodarce nieruchomościami, a obligacje – według tzw. skorygowanej ceny nabycia. Wadą tej drugiej wyceny, zwanej też liniową, jest fakt, że często nie uwzględnia ona istotnych czynników, wpływających na kondycję finansową emitenta obligacji i jego zdolność do regulowania zobowiązań.

Pierwszym niepokojącym sygnałem może być przedłużający się czas braku dokonywania wyceny aktywów. Niejednokrotnie świadczy to o problemach z ustaleniem ich godziwej wartości i o konieczności znacznego jej obniżenia w stosunku do wartości księgowej. Bardzo często powoduje to niepokój wśród uczestników funduszu, którzy w takiej sytuacji masowo składają żądanie wykupu certyfikatów inwestycyjnych.

Jeśli środki finansowe, jakimi dysponuje fundusz, nie pozwalają na wykupienie wszystkich certyfikatów przedstawionych przez uczestników do wykupu, to fundusz, stosownie do postanowień statutu, może dokonać redukcji żądań lub wstrzymać możliwość wykupu. W takim wypadku inwestorzy najczęściej ponoszą ryzyko dalszej utraty wartości inwestycji.

Uprawnienia kontrolne

Każdy uczestnik funduszu inwestycyjnego zamkniętego aktywów niepublicznych ma prawo żądać udostępnienia mu rocznych i półrocznych sprawozdań finansowych niezwłocznie po ich zbadaniu lub przeglądzie przez biegłego rewidenta. Ponadto FIZ AN udostępnia pisemnie na żądanie uczestnika funduszu okresowe informacje o poszczególnych składnikach portfela w zakresie, formie oraz w terminach wskazanych w statucie, o ile takie zapisy istnieją.

Rada inwestorów kontroluje realizację celu, polityki i ograniczeń funduszu inwestycyjnego. Jej członkowie mogą przeglądać księgi i dokumenty oraz żądać wyjaśnień od towarzystwa. Statut FIZ, który nie jest funduszem publicznym, może też rozszerzyć uprawnienia rady inwestorów o prawa przysługujące zgromadzeniu inwestorów. Jednak uczestnicy będący w jej składzie muszą posiadać łącznie co najmniej 50% ogólnej liczby certyfikatów inwestycyjnych funduszu. Trzeba też dodać, że członkiem rady inwestorów może być tylko uczestnik reprezentujący ponad 5% ogólnej liczby certyfikatów w danym funduszu, co znacząco ogranicza możliwości przeciętnego inwestora.

Ustawodawca powierzył również obowiązki kontrolno-nadzorcze depozytariuszowi funduszu. W FIZ-ach najczęściej jest to bank krajowy. W przypadku wystąpienia przez uczestników z odpowiednim wnioskiem jest on zobowiązany wytoczyć przeciwko towarzystwu, w ramach którego działa fundusz, powództwo z tytułu szkody spowodowanej niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem obowiązków w zakresie zarządzania funduszem i jego reprezentacji.

Depozytariusz w sprawowaniu swoich obowiązków kontrolnych nie powinien ograniczać się tylko do informacji uzyskanych od towarzystwa lub funduszu w zakresie stanu jego aktywów. W stosownych przypadkach, w których jest to możliwe, powinien korzystać z publicznie dostępnych informacji i na bieżąco monitorować zdarzenia faktyczne i prawne, mogące mieć wpływ na sytuację majątkową funduszu i poszczególne składniki jego lokat.

Co więcej, katalog czynności kontrolno-nadzorczych depozytariusza ma charakter otwarty. Oznacza to, że każdorazowo powinien dostosować swoje działania do określonego stanu faktycznego przy weryfikacji zgodności działania funduszu inwestycyjnego z przepisami prawa lub treścią statutu, z uwzględnieniem interesu uczestników.

Dokonywanie wyceny

FIZ AN dokonuje regularnej wyceny swoich aktywów. Ustala ich wartość netto przypadającą na certyfikat inwestycyjny, z częstotliwością określoną w statucie, jednak nie rzadziej niż raz na 3 miesiące oraz na 7 dni przed rozpoczęciem przyjmowania zapisów na certyfikaty kolejnej emisji, a także w dniu wykupywania certyfikatów.

Ustawodawca nakłada na fundusz inwestycyjny zamknięty obowiązek dokonywania wyceny aktywów funduszu przynajmniej raz na kwartał. W przypadku braku wyceny w dniu wskazanym w statucie, uczestnik może złożyć zawiadomienie do Komisji Nadzoru Finansowego. W sytuacji niezrealizowanego żądania wykupu przez fundusz, ma prawo wystąpić z wnioskiem do depozytariusza o wytoczenie powództwa na jego rzecz przeciwko towarzystwu z tytułu szkody spowodowanej niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem obowiązków w zakresie zarządzania funduszem i jego reprezentacji.

Uczestnik funduszu może także wystosować roszczenie przeciwko depozytariuszowi funduszu. Ma takie prawo w przypadku, gdy ten dopuścił się zaniedbania swoich obowiązków w zakresie zapewnienia, aby wartość aktywów netto oraz aktywów przypadających na certyfikat inwestycyjny była obliczana zgodnie z przepisami prawa i statutem funduszu inwestycyjnego.

Weryfikacja depozytariusza

Należy pamiętać też o tym, że ustawodawca powierzył depozytariuszowi dokonywanie, niezależnie od funduszu, weryfikacji czynności realizowanych w zakresie wyceny aktywów funduszy. Depozytariusz powinien też zapewnić sobie odpowiednie narzędzia i mechanizmy umożliwiające mu efektywne realizowanie obowiązków. Zgodnie z przepisami ustawy o funduszach inwestycyjnych, podmiot ten odpowiada za szkody spowodowane niewykonaniem lub nienależytym wykonywaniem swoich obowiązków.

Gdy istnieje podejrzenie, że dostarczone przez towarzystwo zarządzające funduszem dokumenty i informacje mogą być niewiarygodne, depozytariusz powinien dokonać samodzielnej wyceny i porównać swoje oraz otrzymane wyniki. W przypadku wykrycia rozbieżności zobowiązany jest do ich wyjaśnienia z towarzystwem, a także do rozpoczęcia tzw. procedury eskalacji i ewentualnego wypełnienia obowiązku informacyjnego względem Komisji Nadzoru Finansowego. Działania te mają na celu zapewnienie, by wycena aktywów i zobowiązań funduszu była zgodna z prawem i zapisami statutu danego FIZ-u.

Procedura eskalacji nakłada na depozytariusza m.in. obowiązek informowania KNF o działaniach funduszu naruszających obowiązujące przepisy prawa bądź statut, a także o nienależytym uwzględnieniu interesu uczestników funduszu. Powinna być kompleksowa, uwzględniać wszystkie obowiązki nałożone na depozytariusza oraz szczegółowo określać sposób postępowania w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości. Jak pokazuje doświadczenie, powyższe obowiązki często nie były dopełniane.

Autorem publikacji jest Krzysztof Michrowski,
makler papierów wartościowych, ekspert z zakresu prawa rynku kapitałowego z Kancelarii MBM Legal

Czy firmy BPO/SSC przeniosą biznes do Polski

Regionalne ośrodki miejskie w naszym kraju powracają na ścieżkę wzrostu. Świadczą o tym dane dotyczące rozwoju biznesu odnotowane w pierwszej połowie br., a inwestycje sektora BPO/SSC mogą poważnie podbić ich pozycję   

Po silnych zawirowaniach sytuacja w biznesie stabilizuje się. Jak oblicza firma STR, dwie trzecie Europy powróciło już do biur. We Francji w biurach pracuje regularnie ponad 80 proc. osób, a w Niemczech, Włoszech i Hiszpani ponad 70 proc. W Polsce odsetek ten pozostaje wciąż na niskim poziomie. Z analiz Walter Herz wynika, że podobnie jak w Wielkiej Brytanii, w której procedowany jest właśnie zakaz pracy w biurach współdzielonych, w naszym kraju tylko jedna trzecia pracowników powróciła do pracy w biurze.

Polskie firmy funkcjonują przeważnie, jak przed COVID-em, a niektóre nawet wykluczają pracę zdalną. Część firm korzystających z biur wprowadziło tryb hybrydowy, który łączy home office z pracą w biurze, w którym naprzemiennie pracuje połowa zespołu. Całkowicie różne stanowisko w sprawie powrotu do biur przyjęły międzynarodowe korporacje, które wprowadziły całkowity home office i nie planują w najbliższym czasie zmian. Na stałą pracę z domu zdecydowały się m.in. firmy amerykańskie prowadzące działalność w Polsce, odpowiadające za znaczną część zatrudnienia, co znacząco wpływa na statystyki.

Sektor usług dla biznesu utrzymał ciągłość w Polsce

Home office dominuje w branży IT oraz szeroko rozumianym marketingu, reklamie i komunikacji, w których praca zdalna rozpowszechniona była już przed wirusem. Do działania w warunkach kryzysowych błyskawicznie przestawiły się również firmy z sektora usług dla biznesu, które dzięki międzynarodowemu umocowaniu i wykorzystaniu rozwiązań wdrażanych na innych rynkach z dnia na dzień przeszły w tryb zdalny, zachowując ciągłość pracy.

Sektor BPO/SSC świetnie radzi sobie w pandemii. Co więcej, może w znacznym stopniu przyczynić się do ponownego ożywienia naszej gospodarki i powrotu na ścieżkę wzrostu. Zdaniem przedstawicieli ABSL, Polska ma szansę na przejęcie części procesów realizowanych w innych krajach, dzięki rozbudowanemu zapleczu i sieci centrów prowadzących zaawansowane projekty, nie tylko w Warszawie, ale również w wielu ośrodkach regionalnych.

Wszystko przemawia za tym, że nowoczesne usługi dla biznesu, w których zatrudnionych jest już u nas ponad 340 tys. osób będą notowały dalszy wzrost. Przyjęty w obecnych warunkach kierunek działań przewiduje, nie tylko skracanie i przenoszenie łańcuchów dostaw na terytorium Unii Europejskiej, ale także lokowane w jej obrębie usług wsparcia dla biznesu i procesów wspierających produkcję. Sektor BPO/SSC, druga pod względem ilości zatrudnienia gałąź polskiej gospodarki, na pandemii może więc paradoksalnie zyskać. Praca zdalna wymaga bowiem odpowiednich warunków lokalowych oraz dostępu do infrastruktury technologicznej, stabilnego łącza internetowego i mobilnego sprzętu z czym Indie, będące światową mekką outsourcingu, nie radzą sobie w czasie lockdown-u. Stąd, bezprecedensowy w swojej obecnej skali home office może zmienić światowy układ sił, jeśli chodzi o te dziedzinę biznesu.

Tym bardziej, że Microsoft i Google zamierzają niebawem zrewolucjonizować nasz rynek cyfryzacji, inwestując w Polsce wiele miliardów złotych. Amerykański gigant w ramach partnerskiej współpracy z Operatorem Chmury Krajowej zainwestuje w rozwój chmury obliczeniowej i cyfryzację polskiego biznesu. Google planuje natomiast stworzyć w naszym kraju najnowocześniejsze centrum danych.

Firmy BPO/SSC będą migrować do stabilnych lokalizacji

Globalne firmy outsourcingowe prawdopodobnie będą poszukiwać teraz bezpieczniejszych i bardziej stabilnych lokalizacji, a polskie miasta regionalne mają dużą szansę trafić na krótką listę lokalizacji alternatywnych. Podobnie było już z resztą po kryzysie finansowym w 2008 roku, po którym w Polsce pojawiło się wiele nowych projektów BSS i dwukrotnie wzrosło zatrudnienie. Ponadto, dziś dysponujemy znacznie bardziej rozbudowanym zapleczem, doświadczeniem, a nasz kraj cieszy się lepszą renomą niż kilkanaście lat temu.

Kluczowe znaczenie dla inwestorów będą miały natomiast przepisy dotyczące dostosowania prawa pracy do nowej rzeczywistości i te związane z możliwością zatrudniania obcokrajowców. W tym zakresie podjęte zostały już działania, a sektor nowoczesnych usług biznesowych będzie współpracował z rządem nad przepisami wspierającymi inwestorów. Współpraca z ABSL pomóc ma w oszacowaniu potrzeb inwestorów i określeniu czynników, które będą sprzyjały dalszemu rozwojowi inwestycji tworzących nowe miejsca pracy w Polsce.

Dalsza ekspansja w regionach

– Firmy z sektora usług dla biznesu perspektywę rozwoju w naszym kraju wiążą przede wszystkim z tańszymi od Warszawy, regionalnymi ośrodkami biznesowymi. Głównie Krakowem, który jest polską stolicą outsourcingu, Wrocławiem, gdzie króluje IT, ale także z takimi aglomeracjami jak Katowice czy Łódź. Nieprzerwany rozwój branży w regionach potwierdzają dane rynkowe. W pierwszej połowie br. firmy z sektora BPO/SSC, który jest głównym odbiorcą biur w regionach, mimo kryzysu zdrowotnego wynajęły poza Warszawą prawie 140 tys. mkw. powierzchni, z czego niemal połowę w Krakowie – informuje Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz. – Stolica Małopolski wyraźnie umacnia pozycję regionalnego lidera. Wskazuje na to także wzrost podaży. W pierwszym półroczu br. w ośrodkach regionalnych do użytku oddane zostało kilkanaście budynków z około 180 tys. mkw. powierzchni biurowej, z czego najwięcej przypada także na Kraków – podaje.

O kondycji regionów najlepiej świadczy historycznie najwyższy popyt na biura odnotowany w pierwszej połowie br. Jak oblicza Walter Herz, za ponad połowę wolumenu najmu wygenerowanego w tym czasie poza Warszawą odpowiadają firmy z branży IT. We Wrocławiu dzięki dużej absorbcji, która była wyższa w pierwszym półroczu br. niż średnia z czterech poprzednich kwartałów, spadł nawet poziom pustostanów biurowych. A do firm IT trafiło w tym okresie ponad 80 proc. zakontraktowanej powierzchni. Pierwsze sześć miesięcy tego roku szczególnie udane były też dla Łodzi, w której wynajęte zostało ponad 50 tys. mkw. powierzchni biurowych.

Lokalne wsparcie biznesu

Inwestorzy stawiają na regiony, bo oferują niższe koszty prowadzenia biznesu niż Warszawa, dysponując jednocześnie świetnie wykwalifikowaną kadrą, nowoczesnym zapleczem biurowym i bardzo dobrą infrastrukturą umożliwiającą atrakcyjną jakość życia. Do tego inwestujące w miastach regionalnych firmy mogą liczyć na wsparcie lokalnych władz, które dostosowują swoje strategie działania do obecnych warunków.

– Pandemia zmieniła porządek gospodarczy na świecie, narzędzia z jakich korzystaliśmy przy okazji pozyskiwania inwestorów w dużej mierze przestały istnieć – nie są organizowane targi, konferencje czy misje gospodarcze. Dlatego nasza strategia w krótkiej perspektywie ewoluowała w kierunku punktowych działań promocyjno-informacyjnych odpowiadających aktualnym szansom. Stąd niedawne kampanie cyfrowe: pozycjonowane na białoruski sektor IT oraz – wcześniej – adresujące zjawisko powrotu przemysłu z Azji – mówi Adam Pustelnik, Pierwszy Wiceprezydent Miasta Łodzi. – Jaki jest pomysł na Łódź w kontekście BSS w dłuższej perspektywie? Kluczowe dla mnie w tym zakresie będą łódzkie uczelnie i odważne korzystanie z formatu PPP jako narzędzia do poprawy jakości życia w mieście na różnych polach. Te trzy litery powinny być symbolem nowego otwarcia gospodarczego dla Łodzi – dodaje Adam Pustelnik.

Więcej projektów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu niż przed rokiem prowadzi również Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH). Część z ponad 40 realizowanych przedsięwzięć, które mogą przynieść nawet ponad 7 tys. nowych etatów, agencja planuje zakończyć do końca 2020 roku. Szacuje też, że mimo pandemii ten rok może być nawet lepszy dla sektora BPO/SSC niż ubiegły.

Ponadto, przedstawiciele PAIH zwracają uwagę na jakość utworzonych już w tym roku miejsc pracy. W pierwszym półroczu minionego roku w nowych projektach stworzonych zostało 400 miejsc pracy wysokiej jakości, natomiast aż 536 z tegorocznych etatów powstało w centrach badawczo-rozwojowych. W ośrodkach uruchomionych m.in. przez amerykańskiego dostawcę software’u Hyland, niemiecką firmę informatyczną GFT i Alcon, szwajcarskiego potentata rynku soczewek kontaktowych.

Elektrody, druty i pręty, czyli podstawowe rodzaje materiałów spawalniczych

Każda osoba, która planuje rozpoczęcie pracy na stanowisku spawacza, musi nie tylko posiadać wiedzę, doświadczenie oraz kwalifikacje potrzebne do wykonywania swojego zawodu. Istotna jest bowiem również znajomość materiałów, z którymi na co dzień będzie miał styczność spawacz. Materiały spawalnicze to szeroka grupa produktów, które można umieścić w kilku kategoriach. Należą do nich elektrody, drupy oraz pręty. Czym charakteryzuje się każdy z tych materiałów i co powinien o nich wiedzieć każdy spawacz?

Elektrody jako najpopularniejsze materiały spawalnicze

Elektrody to materiały spawalnicze, które są najczęściej wykorzystywane do spawania w pozycji podolnej, nabocznej oraz warunkowo w pozycjach przymusowych. Cechą charakterystyczną materiałów spawalniczych z tej grupy jest utrzymywanie się wysokiej plastyczności spoiwa po wykonanym spawaniu. Elektrody o otulinie kwaśnej charakteryzują się wysoką zawartością tlenków żelaza i odtleniaczy, podczas gdy elektrody w otulinie zasadowej składają się przede wszystkim z węglanów wapnia oraz magnezu. Istnieją także elektrody w otulinie rutylowej, które posiadają uniwersalne zastosowanie i są wykorzystywane do spawania cienkich elementów. Jedynym ograniczeniem elektrod w otulinie rutylowej jest natomiast brak możliwości spawania w pozycji pionowej, z góry na dół, co może stanowić pewne utrudnienie w ich wykorzystywaniu.

Druty, czyli materiały spawalnicze do spawania metodami MIG i MAG

Kolejną grupę materiałów spawalniczych stanowią druty. Są one najczęściej wykorzystywane do spawania dwoma metodami – MIG, czyli Metal Inert Gas oraz MAG, czyli Metal Active Gas. Obie metody różnią się od siebie przeznaczeniem oraz sposobem działania. W metodzie MIG stosowane są gazy chemicznie obojętne, w tym argon oraz hel. Metoda ta doskonale sprawdza się do spawania metali nieżelaznych oraz ich stopów. W metodzie MAG wykorzystywane są natomiast gazy takie, jak np. tlen i dwutlenek węgla, które pozwalają na spawanie stali. Wybór konkretnego drutu powinien być ściśle uzależniony od grubości spawanego materiału – im jest on grubszy, tym większą średnicę musi posiadać drut.

Metoda TIG, czyli spawanie za pomocą prętów

Pręty to kolejna grupa materiałów spawalniczych, które są wykorzystywane wyłącznie w jednej metodzie spawania – TIG, czyli Tungsten Inert Gas. Metoda ta polega na wykorzystywaniu elektrod wolframowych w otoczeniu gazów chemicznie obojętnych, do których należą m. in. hel oraz argon. TIG jest bardzo uniwersalną metodą, która pozwala na spawanie dowolnego rodzaju metalów oraz ich stopów, bez względu na pozycję. Pewną jej wadą może być natomiast wolne tempo pracy oraz stosunkowo niska wydajność spawania, co jest szczególnie widoczne w przypadku pracy z grubszymi materiałami. Popularne pręty to materiały spawalnicze, które pozwalają na spawanie różnych rodzajów metali, w zależności od potrzeb. Do spawania czystego aluminium najlepiej sprawdza się stop z niewielką domieszką innych metali, popularne są także pręty do spawania stopów aluminiowych i krzemowych.

Frekwencja na imprezach masowych dopisuje także podczas pandemii. Zachowanie bezpieczeństwa uczestników to ogromne wyzwanie dla organizatorów

Zachowanie wszelkich wytycznych sanitarnych związanych z pandemią koronawirusa to największe wyzwanie dla organizatorów imprez masowych. Zarówno w przypadku biegów, kiedy na starcie ma stanąć kilka tysięcy uczestników, jak i konferencji, które odbywają się w zamkniętych pomieszczeniach. – Dziś sukcesu imprezy nie mierzy się frekwencją, ale bezpieczeństwem uczestników. Ważne jest, aby udało się uniknąć ryzyka zachorowań i zrealizować program bez zakłóceń – mówi Zygmunt Berdychowski, organizator Forum Ekonomicznego i towarzyszącego mu Festiwalu Biegowego, który odbędzie się w ten weekend w Krynicy-Zdroju.

– Organizacja masowych imprez sportowych to dzisiaj przedsięwzięcie wyjątkowo trudne, wymagające ogromnej odporności i przede wszystkim opanowania wszystkich zasad reżimu sanitarnego, które w każdej chwili mogą się zmienić. Jest to trudne, ale kiedy uda się przez to przebrnąć, pozostaje ogromna satysfakcja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Ze względu na pandemię SARS-CoV-2 Festiwal Biegowy, co roku towarzyszący wydarzeniu, został przeniesiony na październik. Powodem był sierpniowy wzrost liczby zachorowań na koronawirusa w województwie małopolskim i zwiększenie rygoru sanitarnego w regionie, a w szczególności w powiecie nowosądeckim. 11. TAURON Festiwal Biegowy odbędzie się w dniach 2–4 października w ścisłym reżimie sanitarnym, zgodnie z wytycznymi dotyczącymi przeciwdziałaniu pandemii.

 Sama organizacja startu i mety stanowi wyzwanie. Każda osoba powinna zachować co najmniej 2,5 metra dystansu, nie mogą więc wystartować wszystkie równocześnie, tylko seriami. Trzeba również wydłużyć start i metę, przygotować odbiór maseczek, w których każdy powinien wejść do ich obszaru. Trzeba się uporać z wieloma kwestiami technicznymi, z którymi dotychczas nikt z organizatorów masowych imprez sportowych się nie spotykał – wskazuje przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Coroczny Festiwal Biegowy to cykl imprez biegowych o różnej skali trudności i na różnych dystansach. Są wśród nich m.in. Bieg 7 Dolin na dystansie 100 i 64 km, licznymi podbiegami i zbiegami w Beskidzie Sądeckim. Zawodnicy wystartują też w maratonie i półmaratonie, ale są też krótsze biegi – na 3, 5, 7, 10 czy 15 km.

W porównaniu z ubiegłorocznym festiwalem tegoroczna impreza nie będzie rekordowa. Na starcie ma stanąć niespełna 6 tys. zawodników w porównaniu z ponad 8,5 tys. biegaczy, którzy przyjechali do Krynicy-Zdroju w ubiegłym roku. Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, biorąc jednak pod uwagę fakt, że bieg odbędzie się w czasie pandemii koronawirusa, tegoroczna frekwencja i tak jest wysoka. To jednak nakłada na organizatorów ogromną odpowiedzialność.

Robimy wszystko, żeby zachować procedury związane z bezpieczeństwem epidemiologicznym. Podobny cel przyświecał nam podczas organizacji Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Jednak było to zupełnie inne wydarzenie niż Festiwal Biegowy. Forum odbywało się w kilkudziesięciu salach, w których równolegle toczyły się obrady seminaryjne, oraz w kolejnych kilkudziesięciu, gdzie zostały usytuowane strefy partnerskie. A zatem nie było takiego zagęszczenia ludzi jak w przypadku strefy startowej – zauważa przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

Tegoroczne Forum Ekonomiczne odbyło się w Karpaczu z uwagi na wprowadzone 6 sierpnia przez Ministerstwo Zdrowia dodatkowe obostrzenia sanitarno-epidemiologiczne w prawie 20 powiatach w sześciu województwach. Objęły one także powiat nowosądecki, na terenie którego znajduje się Krynica-Zdrój, dotychczasowa lokalizacja forum. Organizatorzy musieli podjąć trudną decyzję na niespełna miesiąc przed planowanym rozpoczęciem międzynarodowego przedsięwzięcia. Zdecydowano się na formułę hybrydową, jednak zdecydowana większość prelegentów stawiła się na wydarzeniu osobiście.

– Jestem przekonany, że spotkania takie jak Forum Ekonomiczne trudno zastąpić obecnością przed komputerem. To wydaje się niemożliwe. Takie wydarzenia ułatwiają kontakty, dają szansę na poznanie ludzi, skracają drogę między kontrahentami i dają szansę na to, aby pewne stereotypy i schematy myślowe zastąpić rzeczową analizą – podkreśla Zygmunt Berdychowski. – Czy Forum Ekonomiczne w Karpaczu organizowane online mogłoby wzbudzić większe zainteresowanie, przynieść satysfakcję tym, którzy siadają przed komputerem? Jestem przekonany, że nie.

Pandemia koronawirusa wpłynęła na lokalizację Forum Ekonomicznego i sposób jego organizacji, lecz także na tematy podejmowane podczas paneli.

Dzisiaj wszyscy zadają sobie pytanie, co będzie po pandemii, czy świat wróci do takiego funkcjonowania, jakie pamiętamy sprzed kilku miesięcy. Wydaje się, że ideą przemysłu spotkań jest umożliwienie bezpośredniego kontaktu, szansy na wymianę wizytówek i rozmowę w cztery oczy – dodaje przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

Rynek kredytów dla mikroprzedsiębiorców w zapaści. Szybko się nie odbuduje

Sierpniowe dane pokazują, że w ujęciu rocznym banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom o blisko 35 proc. mniej kredytów, o wartości niższej o prawie 32 proc. – Rynek kredytów dla mikroprzedsiębiorców jest w zapaści i raczej szybko się nie podniesie – mówi główny analityk BIK, dr hab. Waldemar Rogowski. Jak ocenia, banki również w 2021 roku będą wykazywać bardzo dużą ostrożność w finansowaniu tego segmentu. Co istotne, rośnie też szkodowość kredytów zaciąganych przez mikroprzedsiębiorców, najbardziej w branży usługowej, najmniej w budowlanej. 

– Sytuacja na rynku kredytowym nie tylko się nie poprawia, ale wręcz pogarsza. W sierpniu tego roku cała akcja kredytowa spadła o ok. 10 proc. w ujęciu liczbowym i ok. 18 proc. w ujęciu wartościowym w relacji do lipca br. Wartość samych kredytów obrotowych była niższa aż o 24 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH i główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Jeszcze większe spadki pokazują dane BIK w relacji rok do roku. Wynika z nich, że w sierpniu banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom dużo mniej kredytów – zarówno w ujęciu liczbowym (spadek o 34,8 proc.), jak i wartościowym (-31,9 proc.). W ujęciu liczbowym przyznały o 42,1 proc. mniej kredytów w rachunku bieżącym, o 30,6 proc. mniej kredytów obrotowych i o blisko 16 proc. mniej inwestycyjnych. Dużo niższa była też wartość w poszczególnych grupach. Łącznie w pierwszych ośmiu miesiącach tego roku banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom 86,8 tys. kredytów (czyli prawie o 33 proc. mniej niż przed rokiem) na kwotę 11,1 mld zł, czyli o blisko 31 proc. niższą niż rok temu.

– Można stwierdzić, że rynek kredytów dla mikroprzedsiębiorców jest już w pewnej zapaści i raczej szybko się nie podniesie. Uważam, że również 2021 rok będzie czasem ograniczonej akcji kredytowej i należy się spodziewać istotnego ograniczenia kredytowania mikroprzedsiębiorców przez banki – mówi główny analityk BIK.

Jak wskazuje, w tej chwili polityka kredytowa banków w stosunku do mikroprzedsiębiorców jest bardzo zbliżona do polityki dotyczącej kredytów dla osób prywatnych czy dużych firm. Mówiąc krótko: cechuje się dużą ostrożnością.

– To wiąże się z niższą dostępnością kredytów, co jest uwarunkowane m.in. wyższymi oczekiwaniami banków dotyczącymi kredytobiorców. Banki nie lubią sytuacji niepewności, a w tej chwili mamy przede wszystkim ogromną niepewność co do tego, w którym kierunku pójdzie pandemia i jaki wpływ będą mieć działania gospodarcze związane z drugą falą – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

Kredyty dla mikroprzedsiębiorców cechują się także coraz większą szkodowością. Sierpniowy odczyt Indeksu Jakości BIK dla kredytów udzielanych tej grupie firm wyniósł 5,6 proc. w ujęciu wartościowym. Analitycy zwracają uwagę, że niepokojącym zjawiskiem jest jego stałe pogarszanie się już od czterech lat (w 2016 roku średnia wartość wynosiła 4,6 proc.). Natomiast w ciągu ostatniego roku indeks pogorszył się o 0,17 pkt proc.

– Szkodowość na poziomie 5,6 proc. jest dużo wyższa nawet od wartości indeksów dla bardziej ryzykownych kredytów gotówkowych dla klientów indywidualnych. Może to wynikać z faktu, że kredyty na działalność gospodarczą są obarczone ryzykiem powodzenia biznesu, którego nie ma przy kredytach dla osób prywatnych. Ponadto duża część mikroprzedsiębiorców nie wytrwa na rynku dłużej niż pięć lat i stąd też może wynikać ta wyższa szkodowość – mówi ekspert.

Indeksy dla poszczególnych grup produktowych znacząco się różnią. W segmencie kredytów inwestycyjnych szkodowość jest na poziomie 2,4 proc. i odnotowała delikatną poprawę, dla kredytów obrotowych wynosi 3,7 proc., z kolei dla kredytów obrotowych kształtuje się na poziomie 11,8 proc. (pogorszenie o 1,16 pkt proc.). Zdaniem ekspertów lepsza sytuacja w obszarze kredytów inwestycyjnych może wynikać z faktu, że te produkty – jako charakteryzujące się dłuższymi terminami i wyższymi kwotami – są bardziej weryfikowane i analizowane przez banki.

Główny analityk BIK podkreśla, że szkodowość kredytów dla mikroprzedsiębiorców jest dość zróżnicowana również pod względem branż, w jakich działają mikrofirmy. Najlepiej spłacane są kredyty zaciągane przez przedsiębiorstwa budowlane, natomiast najgorzej swoje zobowiązania regulują przedsiębiorcy z sektora usług.

– Są branże powiązane z tzw. ekonomią czasu wolnego, czyli turystyka, hotelarstwo, gastronomia, w pewien sposób także branża handlowa i usługowa. Obawiam się, że w ich przypadku szkodowość kredytów w nadchodzących miesiącach wzrośnie. Zwłaszcza jeżeli będziemy mieć kolejne regionalne lockdowny z uwagi na wzrost zakażeń w okresie jesienno-zimowym – wskazuje Waldemar Rogowski.

Co najmniej 720 mln zł na ratowanie firm zagrożonych niewypłacalnością i restrukturyzacją. Wystartowała rządowa Polityka Nowej Szansy

COVID-19 stworzył prawdziwą bombę zegarową dotyczącą niewypłacalności firm, a największej ich fali trzeba spodziewać się między końcem obecnego a pierwszą połową 2021 roku – wskazuje Euler Hermes. Przedsiębiorstwa, które są zagrożone niewypłacalnością lub już są niewypłacalne, ale chcą uratować swój biznes i mają na to pomysł, mogą aplikować o pomoc z rządowej Polityki Nowej Szansy. Wsparcie będzie udzielane firmom ze wszystkich branż i segmentów: poczynając od mikro-, małych i średnich, a kończąc na dużych. W tym roku na ten cel trafi z budżetu państwa co najmniej 720 mln zł.

– Polityka Nowej Szansy to kolejny program wsparcia dla polskich przedsiębiorców, którzy z różnych względów znaleźli się w trudnej sytuacji wymagającej podjęcia działań restrukturyzacyjnych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Pandemia SARS-CoV-2 i związana z nią recesja gospodarcza mocno rzutują na sytuację finansową polskich przedsiębiorstw. W wielu branżach firmy nadal notują obroty o kilkadziesiąt procent niższe niż przed kryzysem epidemiologicznym. W lipcowym raporcie Euler Hermes prognozuje, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść – między końcem obecnego a pierwszą połową przyszłego roku. Branże najbardziej zagrożone niewypłacalnością to m.in. HoReCa, czyli hotelarstwo, restauracje i catering, eventy i targi oraz transport, w szczególności międzynarodowy.

KUKE dodaje do tej listy również kulturę i rozrywkę. Według podawanych przez korporację danych w sierpniu odnotowano 92 przypadki niewypłacalności (postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych). To liczba mniejsza o prawie 29 proc. wobec poprzedniego miesiąca, ale równocześnie o 15 proc. wyższa niż przed rokiem. Liczba ogłoszonych restrukturyzacji wyniosła 68, notując spadek o 4,2 proc. w skali miesiąca, a w ujęciu rocznym wzrost aż o 78,9 proc. KUKE wskazuje, że znaczący w skali roku wzrost liczby ogłaszanych restrukturyzacji jest widoczny już drugi miesiąc z rzędu (co należy wiązać m.in. z obowiązującym od czerwca uproszczonym prawem restrukturyzacyjnym) i ten trend zapewne utrzyma się w kolejnych.

Przedsiębiorcy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji ekonomicznej, są już w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego albo stanęli wobec groźby likwidacji, mogą od 24 września składać wnioski o wsparcie w ramach Polityki Nowej Szansy.

– Jest to program pomocy publicznej opracowany przez Ministerstwo Rozwoju i notyfikowany przez Komisję Europejską. Zakłada, że w kolejnych 10 latach na wsparcie dla przedsiębiorców będzie trafiać 120 mln zł rocznie z budżetu państwa, co oznacza, że całkowita kwota programu wynosi 1,2 mld zł. Już teraz, z chwilą rozpoczęcia tego projektu, wiemy, że pula środków w 2020 roku będzie powiększona co najmniej o kwotę 600 mln zł, które będą pochodziły z funduszu covidowego. Te środki wesprą zwłaszcza przedsiębiorców, którzy potrzebują działań naprawczych z powodu negatywnych następstw pandemii – wskazuje Paweł Kolczyński.

W ramach Polityki Nowej Szansy pomoc będzie udzielana przedsiębiorcom, którzy zostali dotknięci skutkami COVID-19, skorzystali z tarcz antykryzysowych i nadal potrzebują wsparcia, ale również tym, których trudności nie są związane z pandemią. Mogą się o nią ubiegać firmy ze wszystkich branż i segmentów: poczynając od mikro-, małych i średnich, a kończąc na dużych.

 Różnica polega na tym, że pomoc dla każdego dużego przedsiębiorcy będzie wymagała dodatkowej indywidualnej notyfikacji przez Komisję Europejską – mówi wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu. – Zasadniczym warunkiem tego wsparcia jest również znalezienie się w takiej sytuacji, która wymaga od przedsiębiorstwa przygotowania planu restrukturyzacji albo podjęcia działań zmierzających już do wprowadzenia działań restrukturyzacyjnych w życie.

W ramach Polityki Nowej Szansy dostępne będą krótkookresowe pożyczki, udzielane na sześć miesięcy. To „pomoc na ratowanie”, której wysokość będzie za każdym razem uzależniona od indywidualnej sytuacji przedsiębiorcy. Jeżeli okaże się ona niewystarczająca, firmy mogą ubiegać się o dodatkowe wsparcie albo wydłużenie terminu spłaty pożyczki. Ma to wesprzeć płynność i zapewnić im czas potrzebny do opracowania planu restrukturyzacji bądź przeprowadzenia likwidacji. Jeżeli sytuacja przedsiębiorcy poprawi się na tyle, że będzie mógł kontynuować swoją działalność, będzie zobowiązany tylko do złożenia stosownego oświadczenia i zwrotu pożyczki.

Kolejny instrument – „pomoc na restrukturyzację” – jest przeznaczony dla firm, które opracowały plan restrukturyzacji, ale jej koszty są zbyt wysokie. Dostępne będzie także „tymczasowe wsparcie restrukturyzacyjne na okres do 18 miesięcy”. Jego wysokość też będzie każdorazowo uzależniona od indywidualnej sytuacji firmy. Na pomoc mogą liczyć przedsiębiorcy, którzy są w stanie samodzielnie przeprowadzić restrukturyzację, ale potrzebują wsparcia płynności finansowej, żeby ten proces przebiegł skutecznie. Z tej formy pomocy mogą skorzystać mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa tylko w ramach zatwierdzonego przez KE programu pomocowego.

– Wszystkich zainteresowanych odsyłam do ustawy i strony internetowej Agencji Rozwoju Przemysłu, gdzie zamieściliśmy całą mapę i przewodnik dla przedsiębiorców pokazujący, komu ta pomoc może być udzielona – mówi Paweł Kolczyński.

Wnioski o pomoc (nabór ma charakter ciągły) firmy mogą składać w Agencji Rozwoju Przemysłu, która jest operatorem programu, albo Ministerstwie Rozwoju. Wzór wniosków oraz wykaz dokumentacji potrzebnej do jego uzupełnienia są dostępne na stronie internetowej ARP.

 Zadanie Agencji Rozwoju Przemysłu będzie polegało na ocenie merytorycznej tych wniosków oraz uprawdopodobnieniu, że działania naprawcze, które chce podjąć przedsiębiorca, są uzasadnione i gwarantują bądź mają duże szanse powodzenia. Następnie, na bazie kapitału, który został nam powierzony, będziemy udostępniali takiemu przedsiębiorcy środki pomocowe. One mogą mieć formę pożyczki, inwestycji kapitałowej albo obligacji. Decyzja, która będzie wydawana przez ARP, będzie mieć de facto charakter decyzji administracyjnej – mówi wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

W Polsce chorzy na stwardnienie rozsiane czekają na leczenie blisko 15 miesięcy od diagnozy. Zalecany czas to maksymalnie cztery tygodnie

Na stwardnienie rozsiane choruje ok. 45 tys. Polaków, a tylko co trzeci otrzymuje leki modulujące przebieg choroby. Ten odsetek wciąż jest zbyt niski w porównaniu do innych państw europejskich. Kolejnym wyzwaniem jest czas oczekiwania na rozpoczęcie leczenia. W Polsce od wystąpienia pierwszych objawów do postawienia diagnozy SM mija średnio siedem i pół miesiąca, a kolejne 15 miesięcy chorzy czekają na wdrożenie leczenia – wynika z najnowszej analizy przeprowadzonej na grupie 12 tys. pacjentów. Należy dążyć, by czas ten skrócić do maksymalnie kilku tygodni, bo w przypadku aktywnej choroby, jaką jest stwardnienie rozsiane, czas ma kluczowe znaczenie dla powodzenia terapii. 

– Stwardnienie rozsiane jest chorobą ośrodkowego układu nerwowego, czyli mózgu i rdzenia kręgowego. Jest ona bardzo heterogenna i rozwijające się objawy zależą od tego, w której części układu nerwowego dojdzie do wystąpienia uszkodzenia. Neurologia dysponuje lekami, które potrafią łagodzić naturalny przebieg choroby i zapobiegać jej konsekwencjom zdrowotnym bądź też je łagodzić – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska, neurolog z Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Obecne metody leczenia pozwalają chorym utrzymać sprawność. Im szybsza diagnoza i włączone leczenie, tym lepsza jakość życia. Jeśli wdrożenie terapii się opóźnia, może to skutkować szybszym postępem niesprawności chorego. Stan kliniczny ocenia się najczęściej za pomocą rozszerzonej skali niewydolności ruchowej Kurtzkiego (skala EDSS, z ang. Expanded Disability Status Scale). Im wyższy stopień w skali, tym większy stopień niepełnosprawności.

– Celem naszego leczenia jest to, aby nie powstawały nowe ogniska uszkodzenia w ośrodkowym układzie nerwowym – w konsekwencji, aby nie rozwijała się niepełnosprawność, żeby pacjenci mogli prowadzić normalne życie i pełnić swoje role społeczne – podkreśla neurolog z Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Niedawno opublikowana pierwsza polska specjalistyczna analiza „Cechy kliniczne i epidemiologiczne pacjentów ze stwardnieniem rozsianym leczonych za pomocą leków modyfikujących przebieg choroby w Polsce” wskazuje, że w naszym kraju zdecydowanie zbyt długo trwa uzyskanie i potwierdzenie diagnozy oraz rozpoczęcie odpowiedniej terapii modyfikującej przebieg choroby. Znacząco odbiega to od międzynarodowych rekomendacji neurologów, co z kolei ma przełożenie na efektywność leczenia, bo czas w przypadku SM ma kluczowe znaczenie.

 Wszyscy pacjenci, którzy są włączani do programów lekowych, są rejestrowani w programie monitorowania leczenia – SMPT. Rzetelne dane z tego programu, a więc z codziennej praktyki klinicznej, pokazują rzeczywistość leczenia stwardnienia rozsianego w naszym kraju. Grupa neurologów przeanalizowała te dane, a informacje, które uzyskaliśmy, są bardzo interesujące, ważne i mogą stać się wyznacznikiem pewnych zmian w leczeniu stwardnienia rozsianego – mówi prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska, współautorka badania.

Analiza danych wykazała, że w Polsce mediana czasu mijającego od wystąpienia objawów do postawienia diagnozy wynosi najczęściej siedem miesięcy.

Jeszcze bardziej niepokojąco wygląda mediana czasu od postawienia diagnozy do włączenia leczenia – to ponad 14 miesięcy. Niespełna połowa pacjentów otrzymuje leczenie w ciągu roku od zdiagnozowania choroby. To sytuacja, która nie powinna nas zadowalać, i musimy podjąć zdecydowane działania zmierzające do jej poprawy – podkreśla neurolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Opracowane w 2018 roku międzynarodowe standardy jakości opieki rekomendują, by maksymalny czas od wystąpienia pierwszych objawów SM do postawienia diagnozy wynosił dwa miesiące, a docelowo dwa tygodnie. Z kolei zalecany czas na wdrożenie leczenia modyfikującego chorobę, licząc od momentu diagnozy, powinien wynosić maksymalnie cztery tygodnie, a docelowo tydzień.

 W niektórych krajach istnieją rekomendacje, wręcz administracyjne, dotyczące tego, jak długi okres może maksymalnie upłynąć od postawienia diagnozy do włączenia leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska.

Jak pokazują doświadczenia innych krajów, można wprowadzić zmiany systemowe, które usprawnią leczenie stwardnienia rozsianego. Przykładem mogą być Czechy, gdzie od 2012 roku jest obowiązek włączenia leków modyfikujących chorobę w ciągu 28 dni od postawienia diagnozy.

Jako przyczyna opóźnień w rozpoczęciu terapii SM w Polsce często wskazywana jest zbyt mała liczba lekarzy neurologów (2320 w roku 2018), a także utrudniony dostęp do lekarzy i specjalistycznych badań. To może wynikać z miejsca zamieszkania pacjentów oraz długich terminów oczekiwania na konsultacje lekarskie i badania potwierdzające diagnozę.

– Staramy się wypracować koncepcję, która pozwoliłaby usprawnić leczenie stwardnienia rozsianego. Na świecie sprawdziła się tzw. idea MS Units, czyli centrów diagnostyki i leczenia stwardnienia rozsianego – mówi neurolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. – Stworzenie ok. 20 takich centrów w naszym kraju – przeciętnie jedno w województwie, a dwa–trzy w województwach z większą gęstością zaludnienia – byłoby bardzo korzystne. Takie centrum diagnostyki leczenia powinno jednocześnie być powiązane z systemem mniejszych, podlegających mu ośrodków. Centrum mogłoby inicjować leczenie i przekazywać prowadzenie pacjenta do ośrodka niższej referencyjności, jednocześnie nadzorując to leczenie. Ważne jest, aby było ono prowadzone blisko domu, ale też bezpiecznie. To bezpieczeństwo może zapewnić bardzo dobrze wyszkolona kadra specjalizująca się w danej chorobie.

Jak najszybsza diagnoza i skrócenie czasu oczekiwania na wdrożenie leczenia pozostają priorytetem ze względu na aktywny, postępujący charakter choroby i przeciwdziałanie konsekwencjom SM.

Polacy opracowują nowy, skuteczniejszy lek na raka. Wykorzystują w tym celu nanotechnologię

Zespół badaczy z Narodowego Instytutu Leków i Uniwersytetu Warszawskiego wypracował nową metodę celowanej aplikacji leków onkologicznych przy wykorzystaniu rozwiązań z zakresu nanotechnologii. W trakcie eksperymentów naukowcy podawali lek za pośrednictwem dwuwarstwowych pęcherzyków fosfolipidowych, które precyzyjnie dostarczały substancje organiczne do komórek rakowych, tym samym zwiększając skuteczność terapii.

– Pacjentów onkologicznych stale przybywa, więc kwestia poszukiwania nowych leków jest bardzo istotna i takie badania ciągle się rozwijają. Udało nam się stworzyć lek innowacyjny, który jest lekiem celowanym, ponieważ selektywnie oddziałuje tylko na komórki nowotworowe. Przy okazji jest to lek bezpieczny, o dużo większym bezpieczeństwie niż standardowe leki stosowane w terapiach przeciwnowotworowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Katarzyna Wiktorska, profesor z Narodowego Instytutu Leków.

Naukowcy z Narodowego Instytutu Leków i Uniwersytetu Warszawskiego odkryli, że jednoczesne podanie dwóch substancji organicznych stosowanych w terapiach onkologicznych skutkuje szybszym zmniejszaniem się guza nowotworowego. Zauważono także mniejszy negatywny wpływ leków na komórki zdrowe. Odkrycie jest wynikiem szeroko zakrojonych prac badawczych i eksperymentów, które NIL i UW prowadzą wspólnie od 10 lat.

– Stworzyliśmy lek celowany, selektywnie oddziałujący na komórki nowotworowe. Połączyliśmy substancję standardowo wykorzystywaną w chemioterapii z drugą, którą uznaliśmy za obiecującą. Zamknęliśmy je w specjalnym nośniku leków, cała ta konstrukcja wprowadza leki do komórki nowotworowej i nie pozwala im wnikać do komórki prawidłowej. W komórce nowotworowej zostaje dłużej i może efektywnie niszczyć raka, jednocześnie oszczędzając inne komórki – tłumaczy dr hab. Katarzyna Wiktorska.

W ramach prac nad dwuskładnikowymi lekami onkologicznymi nowej generacji polscy naukowcy wykorzystali doksorubicynę, powszechnie wykorzystywaną w terapiach przeciwnowotworowych, i połączyli ją z sulforafanem. Nowy składnik jest substancją organiczną pozyskiwaną głównie z roślin krzyżowych. Badania laboratoryjne dowiodły, że obie substancje działając w synergii, mogą dwukrotnie przyspieszyć tempo zwalczania nowotworu w porównaniu do terapii, w której wykorzystuje się je niezależnie.

Do precyzyjnego dostarczenia substancji aktywnych do komórek nowotworowych konieczne było skorzystanie z nowatorskich metod iniekcji leków. Pomogła w tym nanotechnologia. Naukowcy w roli nośnika substancji aktywnych wykorzystali dwuwarstwowe pęcherzyki fosfolipidowe o rozmiarze dopasowanym do wielkości porów naczyń krwionośnych komórek nowotworowych. Dzięki precyzyjnemu dobraniu wielkości liposomów badacze mogli opracować nośnik, który przeniknie do tkanek nowotworowych, ale nie wniknie do zdrowych komórek organizmu.

– Nanotechnologia pozwala nam w precyzyjny sposób projektować nośniki, które przenoszą lek do guza. Dzięki temu główny składnik na naszej formulacji jest bardziej skuteczny, lepiej niszczy komórki nowotworowe, a jednocześnie jest mniej toksyczny dla komórek zdrowych. W wielu przypadkach leki cytostatyczne są kardiotoksyczne bądź szkodzą na komórki mięśnia sercowego. W naszym przypadku składnik leku jest mniej toksyczny, niż gdybyśmy go podawali osobno. Dzięki temu skorzystają na tym nie tylko pacjenci onkologiczni, ale również ci, którzy musieliby mieć np. przeszczep serca – tłumaczy dr hab. Maciej Mazur, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

W pierwszej fazie eksperymentów badania tego dwuskładnikowego leku przeprowadzono in vitro. Kiedy okazało się, że pęcherzyki fosfolipidowe sprawdzają się w roli precyzyjnego nośnika substancji czynnych, powtórzono badania na myszach zainfekowanych trójnegatywnym rakiem sutka. Druga faza eksperymentów również wykazała zwiększoną skuteczność nowej terapii. Zastosowanie dwuskładnikowego leku pozwoliło przez dłuższy czas utrzymać w komórkach nowotworowych doksorubicynę odpowiedzialną za degradację cząsteczek organicznych. Jednocześnie zastosowanie liposomów pozwoliło zredukować toksyczne działanie tej substancji na zdrowe komórki badanego organizmu.

UW i NIL zdecydowały się utworzyć pod koniec 2019 roku wspólną spółkę spin-off, OncoBoost, która będzie jednostką odpowiedzialną za komercjalizację odkrycia. Naukowcy gotowi są przedstawić swoje dokonania inwestorom zainteresowanym rozwojem tej innowacyjnej terapii. Według wstępnych szacunków wprowadzenie celowanych leków onkologicznych wykorzystujących nanotechnologiczne nośniki substancji aktywnych może zająć do 10 lat.

– Chcemy, żeby to był nowy lek, który będzie skuteczniejszy i lepszy od tych w tej chwili obecnych na rynku, którymi mogą dysponować lekarze, lecząc pacjentów onkologicznych. To jest nasz główny cel – wskazuje Maciej Mazur.

– Zakończyliśmy fazę badań in vitro, jak również mamy wstępne obiecujące wyniki badań in vivo, czyli w modelu zwierzęcym, i uważamy, że nasze świetnie opracowane badania mówią o tym, że znaleźliśmy świetnego kandydata na nowy lek – dodaje dr hab. Katarzyna Wiktorska.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań nanotechnologicznych na potrzeby dostarczania leków w 2020 roku wyniosła 47,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 164,1 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,4 proc.

Tysiące spraw sądowych odwołanych w wyniku pandemii. Niezbędna jest szybka digitalizacja polskich sądów

Koronawirus odcisnął swoje piętno na przestarzałym procesie prowadzenia spraw sądowych. Tylko w ciągu kilku pierwszych tygodni od wprowadzenia restrykcji pandemicznych sędziowie musieli odwołać przeszło 230 tys. spraw, których nie można było przeprowadzić w klasycznym trybie procedowania. Kompleksowo opracowany system digitalizacji sądów pozwoliłby upłynnić i uprościć funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, o czym przekonują autorzy raportu „Sądy dostępne przez Internet” autorstwa specjalistów z Fundacji Court Watch Polska.

– W naszym raporcie „Sądy dostępne przez Internet” pokazaliśmy praktykę, która jest szczególnie interesująca w Kanadzie, gdzie digitalizacja akt jest rozwijana już od kilkunastu lat i jest już standardem. Sądy, pełnomocnicy i strony korzystają z akt, które znajdują się albo w chmurach internetowych, albo w specjalnie stworzonych do tego systemach – mówi agencji Newseria Innowacje Zofia Branicka, specjalistka ds. badań i edukacji prawnej Fundacji Court Watch Polska. – Jest to wygodne dla stron postępowania, ponieważ akta są przygotowywane w taki sposób, że pełnomocnik może wskazywać np. stronę, do której chciałby przejść, i wszyscy są w stanie śledzić jego propozycję przeglądania akt.

Fundacja Court Watch Polska powołuje się na badania systemów sprawiedliwości z 13 krajów z całego świata. Za jedną z największych wad polskiego systemu sądownictwa uznała rozproszenie usług administracji publicznej takich jak e-Sąd, eKRS czy eKW. Choć systemy te funkcjonują w formie cyfrowej, dotychczas nie udało się ujednolicić ich baz danych, zasad użytkowania oraz interfejsów. W odpowiedzi na zagrożenia wynikające z pandemii koronawirusa Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” wezwało Ministerstwo Sprawiedliwości do przeprowadzenia procesu gruntownej informatyzacji wymiaru sprawiedliwości, który pozwoliłby zachować ciągłość pracy sądów m.in. w czasie pandemii.

– W Polsce takie cyfrowe akta wprowadzane są dopiero w pewnym stopniu w sądach administracyjnych, ale mamy nadzieję, że za jakiś czas to po prostu będzie standard, który będzie zdecydowanie wygodniejszy i praktyczniejszy dla wszystkich – wskazuje Zofia Branicka.

Polski system sądowniczy daje możliwość prowadzenia posiedzeń zdalnych w postępowaniu cywilnym dzięki nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego z 2015 roku, ale do czasu wybuchu pandemii koronawirusa sądy nie korzystały z tej możliwości ze względu na konieczność łączenia się za pośrednictwem aplikacji Avaya Scopia, która nie była powszechnie dostępna w salach sądowych. Aby upowszechnić procesy tego typu, konieczne będzie wypracowanie nowych metod komunikacji ze stronami.

Rząd w tarczy antykryzysowej z 31 marca 2020 roku przewidział wdrożenie systemu teleinformatycznego do zdalnej obsługi postępowań sądowych, jednak powszechne wdrożenie rozwiązań tego typu wymaga czasu, odpowiednich środków finansowych oraz stworzenia zaplecza technologicznego, które pozwoli przeprowadzać procesy w sposób sprawny oraz bezpieczny.

Równie istotne w usprawnieniu pracy wymiaru sprawiedliwości może okazać się digitalizacja akt sprawy, zwłaszcza w przypadku spraw wymagających podjęcia błyskawicznej decyzji.

– W przypadku tymczasowych aresztowań sąd ma 24 godziny na zapoznanie się z aktami postępowania przygotowawczego, które są przygotowywane przez organ prowadzący postępowanie, najczęściej przez prokuraturę. Sądy narzekają na to, że przeglądanie nieodpowiednio oznaczonych akt jest bardzo trudne. W sytuacji, gdyby te akta były zdigitalizowane, to takie wyszukiwanie byłoby zdecydowanie prostsze, szczególnie jeżeli byłyby one przygotowane w profesjonalny sposób – podkreśla ekspertka.

Według raportu analityków z firmy McKinsey & Company proces cyfryzacji w Polsce przebiega dwukrotnie szybciej niż w największych krajach Europy. Na świecie administracja cyfrowa rozwija się w tempie 7 proc. w skali roku, a wartość usług cyfrowych do 2025 roku może wzrosnąć do 275 mld zł.

Frans Timmermans w Parlamencie Europejskim o nowych ambicjach klimatycznych UE

Zakończyło się się posiedzenie Komisji ds. Środowiska, Zdrowia i Żywności Parlamentu Europejskiego, podczas którego miała miejsce wymiana zdań między europosłami a Wiceszefem Komisji Europejskiej odpowiedzialnym za tzw. „Zielony Ład” Fransem Timmermansem.

Frans Timmermans przedstawił europosłom główne założenia opublikowanej przez Komisję Europejską 17 września br. nowej oceny skutków dot. ambitniejszych celów klimatycznych Europy do 2030 r. tj. przede wszystkim redukcji emisji o minimum 55 %: „Pokazuje ona jak bardzo trudne będzie to osiągnąć, ale jednocześnie udowadnia, że jest to możliwe. Naszym zdaniem jest to dobry kompromis między wyższymi, a niższymi żądaniami redukcji emisji” – stwierdził Wiceszef Komisji.

Timmermans zapowiedział dokonanie przeglądu prawa klimatycznego uwzględniającego nowe ambicje klimatyczne i zaproponowanie rozwiązania legislacyjnego w tym zakresie do czerwca 2021 r. Ponadto, Komisja rozszerzy obecnie obowiązujący ETS o transport i budynki, zmieni cele dot. efektywności energetycznej i energii odnawialnej oraz zacieśni kontrolowanie emisji spalin samochodów. „Bardzo ważne jest, aby samochody jak najszybciej stały się ekologiczne i były w przystępnej cenie dla obywateli” – stwierdził Wiceprzewodniczący Komisji. Timmernas podkreślał, że dla Komisji priorytetowe będzie poprawienie wskaźników pochłaniania emisji przez lasy, które są obecnie w Europie w złym stanie. Zwracał uwagę na kontekst międzynarodowy tj. strategię Chin, aby osiągnąć neutralność klimatyczną do 2060 r., a także taką samą zapowiedź RPA do 2050 r., dla której wydobycie węgla jest nadal przecież istotnym elementem gospodarki. W sprawie USA stwierdził, że kluczowy będzie wynik zbliżających się wyborów prezydenckich.

Pytania europosłów były bardzo zróżnicowane – od takich, które zarzucały Komisji brak wiarygodności ze względu na tak szybką zmianę zdania ws. celu redukcji emisji (jeszcze 2 lata temu Komisja proponowała redukcję 40%), czy też ryzyko szkodzenia gospodarce (przede wszystkim frakcje Chadecka tj. EPL i Konserwatywna tj. EKR), poprzez zarzucanie Komisji przyjęcia mało ambitnego podejścia, niezgodnego z wiedzą naukową (przede wszystkim frakcje Zielonych i Socjalistów).

Timmermans podkreślił wyraźnie, że nowy cel jest odpowiedzią na polityczne zapotrzebowanie dot. szybszego osiągnięcia ambitnego celu klimatycznego wdrażającego porozumienie Paryskie i stąd była potrzebna rewizja celu redukcji do 55%. Jego zdaniem jest to jak najbardziej zgodne z wyliczeniami naukowymi i każda ocena skutków będzie teraz uwzględniać także konsekwencje gospodarcze wynikające z pandemii koronawirusa.

W kwestii sektora motoryzacyjnego wyraźnie znaczył, że każde nowe zaproponowane prawo dot. emisji będzie poprzedzone bardzo pogłębioną oceną skutków i konsultacjami publicznymi. Jednocześnie jeszcze raz podkreślił jak ważne jest jak najszybsze osiągnięcie neutralnej klimatycznie i dostępnej cenowo dla przeciętnego obywatela mobilności – „nie chcemy ekologicznych samochodów tylko dla bogatych” – mówił Timmermans. Odniósł się także do zarzutu, że jest przeciwnikiem samochodów o silnikach spalinowych – „Nie jestem nim. Ale jeśli nawet premier Bawarii mówi, że w 2035 r. sprzedamy ostatni taki samochód to o czymś to świadczy. Będziemy oczywiście patrzeć na pełen cykl produkcji np. w przypadku samochodów elektrycznych na baterie”.

Zaznaczył także, że Komisja zachowuje pełną neutralność ideologiczną ws. technologii za pomocą jakiej poszczególne kraje/sektory będą redukować emisje spalin, w tym ws. energetyki jądrowej. Tak samo podkreślił, że Komisja w szczególności w przypadku państw zależnych od węgla, będzie wspierać inwestycje w infrastrukturę gazową, tym bardziej, że taka infrastruktura może być potem dostosowana także do dystrybucji wodoru.

Ponadto, dla Komisji priorytetowe będzie zaradzenie ubóstwu energetycznemu, w czym ma pomóc m.in. inicjatywa „Rennovation Wave” (z ang. Fala Renowacji), która powinna doprowadzić do odnowienia i ulepszenia zasobów budowalnych w UE.

Timmernas zauważył także, że przemysł jest w dość dobrej pozycji, aby osiągnąć ambitniejsze cele klimatyczne, natomiast w najtrudniejszej sytuacji znajduje się transport i gospodarstwa domowe, dlatego dla Komisji bardzo ważne będzie wsparcie tych sektorów.

Wiceprzewodniczący Komisji na końcu podał Polskę jako przykład kraju, w którym debata dot. niskoemisyjnej gospodarki idzie w bardzo dobrym kierunku, co napawa go optymizmem. Zwrócił również uwagę, że bardzo ważne jest odpowiednie wsparcie finansowe na poziomie UE np. poprzez Fundusz Sprawiedliwej Transformacji i przekierowanie inwestycji na „zieloną drogę” – tzw. Zielone Obligacje powinny sfinansować ok. 30% Funduszu Odbudowy i Rozwoju, bardzo ważną rolę odegra tutaj także tzw. zielona taksonomia.

„Bardzo ważne jest dla zachowania konkurencyjności unijnej gospodarki inwestowanie w nowe technologie i przechodzenie w kierunku niskoemisyjnej, a docelowo zeroemisyjnej gospodarki. Jednak musi to być proces stopniowy, rozłożony na lata, który nie wyrządzi szkód gospodarczych. Bardzo cieszy nas obietnica Wiceprzewodniczącego Komisji Timmermansa ws. przeprowadzania pogłębionej oceny skutków i obszernych konsultacji publicznych przed ewentualnym proponowaniem nowego prawa dot. wymogu emisji dla samochodów, a także dostrzeżenie, że dla sektora transportu spełnienie ambitnych celów klimatycznych będzie bardzo dużym wyzwaniem” – stwierdził Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. UE w biurze w Brukseli.

Co dalej z inflacją?

Najwyższą od grudnia 2001 r. inflację bazową w Polsce mamy już za sobą. Wrzesień powinien okazać się drugim miesiącem, gdy tak mierzony wzrost cen będzie już poniżej rekordowego, choć nadal pozostanie wysoki.

– Teraz najbardziej interesująca stała się inflacja bazowa, bo jest najistotniejsza dla wydatków konsumpcyjnych gospodarstw domowych, a dotyczy wszystkich wydatków gospodarstw na towary i usługi, oprócz żywności i paliw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski. – Tendencje są inne niż dla całej inflacji. W sierpniu szacujemy, że wyniosła 4,0 proc. i pozostaje na podwyższonym poziomie.

W najbliższych miesiącach prawdopodobnie będziemy obserwować dwie przeciwstawne tendencje. Przedsiębiorstwa będą podwyższać ceny, aby utrzymać swoją rentowność w warunkach obniżonych obrotów. Firmy chcą też przerzucać na ceny wszystkie koszty związane z przygotowaniami sanitarnymi dotyczącymi pandemii.

Istotne będą też tendencje inflacyjne u naszych najważniejszych partnerów zagranicznych, przede wszystkim ze strefy euro. W strefie euro inflacja w sierpniu była na poziomie najniższym w historii. I zmienia się w deflację.

– Zestawiając te dwa czynniki, z których jeden podbija ceny, gdy drugi je wyhamowuje, w przyszłym roku inflacja w Polsce powinna być już niższa od tegorocznej i wyniesie nieco poniżej 2,0 proc. – ocenia K.Jaworski.

Zgodnie z finalnymi danymi GUS inflacja zmniejszyła się w sierpniu do 2,9% r/r wobec 3,0% w lipcu. Czynnikiem oddziałującym w kierunku obniżenia inflacji w sierpniu było zmniejszenie dynamiki cen żywności i napojów bezalkoholowych (3,0% r/r w sierpniu wobec 3,9% w lipcu). Niższe tempo wzrostu cen w tej kategorii wynikało przede wszystkim ze zmniejszenia dynamiki cen mięsa (efekt wysokiej bazy sprzed roku) oraz owoców i warzyw (wynik lepszych tegorocznych zbiorów). Przeciwny wpływ na inflację miała natomiast wyższa dynamika cen paliw (-12,3% r/r w sierpniu wobec -16,1% w lipcu) w ślad za rosnącymi cenami ropy naftowej na światowym rynku. Dynamika cen nośników energii nie zmieniła się w sierpniu w porównaniu do lipca i wyniosła 4,5% r/r.

W kierunku spadku inflacji oddziaływała również niższa inflacja bazowa, która zgodnie z szacunkami Credit Agricole Bank Polski zmniejszyła się w sierpniu do 4,0% r/r wobec 4,3% w lipcu. Spadek inflacji bazowej wynikał z niższej dynamiki cen w kategoriach „łączność”, „restauracje i hotele”, „wyposażenie domu i prowadzenie gospodarstwa domowego” oraz „rekreacja i kultura”. W strukturze danych na szczególną uwagę zasługuje odnotowany w sierpniu spadek inflacji bazowej po tym jak w lipcu ukształtowała się ona na najwyższym poziomie od grudnia 2001 r. Wynika to przede wszystkim z oddziaływania efektów wysokiej bazy sprzed roku.

Spadkowi inflacji bazowej sprzyja także obniżenie popytu na niektóre towary i usługi spowodowane pandemią, co znalazło odzwierciedlenie m.in. w dalszym spadku dynamiki cen w kategorii „turystyka zorganizowana”.

Co gnębi złotego? Dlaczego kurs złotego jest tak nisko?

We wtorek za euro musieliśmy płacić 4,59 zł, czyli najwięcej od sześciu miesięcy. W samym tylko wrześniu europejska waluta podrożała względem złotego o 4 proc. W górę ostro wydają się iść także: frank szwajcarski, funt i dolar, który zbliża się już do bariery 4 zł, podczas gdy ledwie przed miesiącem kosztował poniżej 3,70 zł. Dlaczego ostatnio odliczamy dni słabości złotego, a polska waluta sporo traci na wartości?

Obecna skala i dynamika deprecjacji polskiej waluty wydaje się porównywalna z tym, co działo się w marcu br., gdy światową gospodarkę mroził lockdown. Na wartości zyskiwały tzw. bezpieczne przystanie, czyli m.in. złoto, frank szwajcarski, dolar czy jen. Złoty zaś, jako waluta z grupy nieco bardziej ryzykownych, był wyraźnie w odwrocie.

Gdy rośnie liczba zachorowań i strach przed jeszcze większą falą

Koronawirus i groźba kolejnych restrykcji mogą przyczyniać się dziś do spadków notowań polskiej waluty. W wielu europejskich krajach już dziś istotnie zwiększa się dzienna liczba zakażeń COVID-19. W Polsce w minionym tygodniu padały pod tym względem niechlubne rekordy, licząc od samego początku pandemii.

Wraz z tym zwiększają się obawy, że późną jesienią i zimą, gdy koronawirus zbiegnie się z sezonem grypowym, a liczba zachorowań zwiększyła się jeszcze bardziej, na powrót mogą zostać wprowadzone restrykcje, które negatywnie odbiją się na kondycji firm i ich pracowników, hamując ożywienie gospodarcze.

– Ten czynnik może negatywnie wpływać na złotego, stawiając polską walutę pod presją wyprzedażową, najmocniejszą od marca br. Nie jest jednak tak, że widmo koronawirusa w pełni odpowiada za ostatnie spadki wartości złotego względem głównych walut świata – zwraca uwagę Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla klientów portalu Cinkciarz.pl.

Wątek polityczny, czyli co będzie z dostępem do pakietu pomocowego

Drugim z czynników, który obecnie ciąży złotemu, wydaje się nierozstrzygnięta sprawa zarzutów Unii Europejskiej o przestrzeganie zasad praworządności w Polsce. Istnieje ewentualność, że ta kwestia może odgrodzić nasz kraj od przyznanego przez UE pakietu pomocowego dla polskiej gospodarki w wysokości 750 mld euro.

– Wczoraj po południu serwisy informacyjne podały, że do przegłosowania kary za nieprzestrzeganie praworządności dla poszczególnych krajów będzie potrzebna zgoda 15 z 27 krajów UE, a nie tak jak wcześniej sądzono również w Polsce, że decyzja musi być jednomyślna. W tej sytuacji Polska czy Węgry, do których to krajów są największe zastrzeżenia, mogą być odcięte od środków pomocy z UE, chyba że zastosują się do zaleceń – analizuje Daniel Kostecki. I dodaje: – To w zasadzie od rozstrzygnięcia sporu z UE i dostępu do pakietu pomocowego może teraz zależeć sytuacja złotego oraz forinta. Inwestorzy dość jasno pokazują, jak niewielkie są obecnie szanse Polski na zmianę mechanizmu warunkowości przyznania pieniędzy z europejskiego budżetu – zauważa główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla klientów portalu Cinkciarz.pl.

NBP prawdopodobnie nie wkroczy do gry

Wydaje się, że złotemu nie przyjdzie z odsieczą Narodowy Bank Polski. Wszak ostatnio przedstawiciele NBP opiniowali, że kurs polskiej waluty nie dostosował się do realiów.

– Innymi słowy, złoty był zdaniem NBP zbyt mocny. Jego obecne osłabienie może być zatem niejako na rękę Radzie Polityki Pieniężnej. Dlatego wydaje się, że żadnych interwencji na rynku walutowym nie będzie – rozważa Daniel Kostecki.

4 zł za dolara?

Polska waluta może zatem nadal tracić na wartości względem euro, franka szwajcarskiego, funta czy dolara. Na niekorzyść złotego mogą działać także inne czynniki: zbliżające się wybory prezydenckie w USA czy też negocjacje Wielkiej Brytanii z Unią Europejską w sprawie umowy handlowej po brexicie.

Możliwe istotne poziomy obecnie dla kursu EUR/PLN to 4,63 zł, dla USD/PLN 4,00 zł, dla CHF/PLN 4,38 zł, a dla GBP/PLN rejon 5,15 zł. Jeśli te wartości zostaną przekroczone, polska waluta może ponosić coraz większe straty.

Powyższa publikacja handlowa nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani informacji rekomendującej lub sugerującej strategię inwestycyjną w rozumieniu Rozporządzenia (UE) nr 596/2014 z dnia 16 kwietnia 2014 r. Została ona sporządzona w celach informacyjnych i nie powinna stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Ani autor opracowania, ani Conotoxia Ltd. nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszej publikacji.

79 proc. rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy. Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.

Łańcuch dostaw dla morskiej energetyki to potencjalna polska specjalizacja eksportowa

29 września br. w Szczecinie odbyła się konferencja Security Forum Szczecin, której partnerem strategicznym była PGE Polska Grupa Energetyczna. Jednym z uczestników Forum był prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski. Tematem wydarzenia był udział polskiego przemysłu w programie budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim.

Morze Bałtyckie posiada bardzo dogodne warunki do rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Potwierdzają to również wyniki badań wietrzności zrealizowane przez Grupę PGE. Program Offshore w PGE zakłada budowę 3 farm wiatrowych o łącznej maksymalnej mocy do 3,5 GW, z czego 2,5 GW do 2030 roku.

„Grupa PGE stawia na ogromny potencjał wiatrowy Bałtyku. Morska energetyka będzie podstawą neutralności klimatycznej Grupy PGE. Naszą aspiracją strategiczną jest 100 proc. zielonej energii dla Klientów PGE w 2050 roku. Dzięki budowie morskich farm wiatrowych ten cel jest jak najbardziej realny” – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Skala inwestycji w farmy wiatrowe na Bałtyku jest ogromna, dlatego podstawowym wyzwaniem jest budowa odpowiednio dostosowanego portu oraz rozległego zaplecza przemysłowo-usługowego na lądzie. Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku będą powstawać z udziałem dostaw i usług polskich przedsiębiorców.

„Łańcuch dostaw inwestycji energetycznych na morzu może stać się polską specjalizacją eksportową. Działania PGE są okazją do zaangażowania polskich producentów i dostawców technologii offshore oraz rozwoju krajowego przemysłu stalowego oraz stoczniowego. Stawiamy na krajowych przedsiębiorców i liczymy na ich istotny wkład w budowę farm wiatrowych Grupy PGE” – dodaje Wojciech Dąbrowski.

Na konferencji w Szczecinie prezes Wojciech Dąbrowski podkreślił, że rozwijanie technologii OZE w północnej części Polski wymaga rozwoju elastycznych mocy opartych o paliwo gazowe, które umożliwią bilansowanie systemu elektroenergetycznego. Stanowi to impuls dla takich inwestycji jak ta realizowana przez PGE w Elektrowni Dolna Odra, obejmująca 2 bloki gazowo-parowe o mocy blisko 700 MW każdy. Będą one mogły wykorzystać paliwo z budowanego gazociągu Baltic Pipe oraz terminalu LNG w Świnoujściu – stymulując tym samym rozwój infrastruktury przemysłowej.

Prezes PGNIG: należy utrzymać europejskie finansowanie dla sektora gazowego

W miksie energetycznym udział gazu cały czas wzrasta, mniej więcej w takim samym tempie jak udział energii odnawialnej – stwierdził Jerzy Kwieciński, prezes zarządu PGNIG SA podczas XXIII konferencji Gazterm 2020, która odbyła się w Międzyzdrojach w dniach 27-30 września br.

„Zużycie gazu ziemnego w Polsce zwiększa się szybciej, niż wcześniej przewidywaliśmy. W tej chwili sięga 20 mld metrów sześciennych. Pięć lat temu wydawało się, że będzie rosło w tempie pół miliarda m3 rocznie, a tymczasem jest to miliard” – powiedział prezes zarządu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. „Jeżeli ten trend się utrzyma, a wszystko na to wskazuje, to na koniec dekady możemy mieć zużycie gazu zna poziomie 30 mld m3. Jest to związane z transformacją energetyczną” – uzupełnił.

Prezes Kwieciński uczestniczył w panelu dyskusyjnym „Perspektywy finansowania inwestycji w gazownictwie i petrochemii”, który odbył się 28 września podczas konferencji Gazterm 2020 odbywającej się pod hasłem „Szczyt Gazowy Trójmorza – bezpieczeństwo, integracja, transformacja”.

Uczestnicy panelu zgodzili się, że w perspektywie następnych lat niezbędne będą duże inwestycje w infrastrukturę gazową. „To będą zarówno inwestycje w systemie przesyłowym, jak i rozbudowa systemu dystrybucyjnego gazu, która będzie dla nas kluczowa. W tym roku możemy wybudować ok. 100 tys. nowych przyłączy gazowych. Parę lat temu standardem było 30-40 tys. przyłączeń rocznie” – podkreślił prezes PGNIG.

O przyszłości gazu ziemnego jako źródła energii mówił też Grzegorz Puda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. „Wydaje się, że gaz jest naturalnym buforem między starą energetyką opartą na węglu, a tym co będzie w przyszłości. Emisje dwutlenku węgla w efekcie spalania gazu ziemnego są o 60 proc. mniejsze niż w przypadku paliw stałych, można więc uznać go za paliwo niskoemisyjne” – stwierdził Puda. „Gaz jest też paliwem prorozwojowym, wszędzie, gdzie mamy do czynienia z inwestycjami gazowymi, widać ten prorozwojowy kierunek” – powiedział.

Paneliści zwracali uwagę, że przy takiej skali potrzebnych inwestycji niezbędne są zewnętrzne źródła finansowania, w tym fundusze unijne. „W ramach Krajowego Planu Odbudowy myślimy o inwestowaniu w infrastrukturę gazową, dostosowaną także do przesyłu paliw alternatywnych, jak wodór, co będzie naszą przyszłością. Ale będziemy musieli poszukiwać różnych źródeł finansowania, również w budżecie państwa” – zaznaczył wiceminister Puda.

Jerzy Kwieciński za wielki sukces polskiego rządu uznał negocjacje na forum Unii Europejskiej, które doprowadziły do tego, że gaz ziemny został uznany za paliwo przejściowe w drodze do transformacji energetycznej Europy. „W tej chwili czekamy na formalne potwierdzenie tej decyzji przez instytucje europejskie” – dodał prezes PGNIG.

„Jesteśmy na dobrej ścieżce, jeśli chodzi o politykę spójności. Fundusz Sprawiedliwej Transformacji początkowo nie miał finansować inwestycji gazowych, jednak wydaje mi się, że jest na to szansa” – stwierdził Kwieciński. Dodał jednak, że Polsce i PGNIG zależy na tym, by możliwość finansowania tego sektora stworzono również w ramach Planu Odbudowy dla Europy oraz programu InvestEU, który jest kontynuacją tzw. Planu Junckera.

„Chcielibyśmy również zmiany decyzji Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI), który zapowiedział, że 2021 rok będzie ostatnim, w którym bank będzie przyjmował projekty sektora gazowego. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby to zostało utrzymane” – zaznaczył prezes PGNIG. Odnosząc się do źródeł finansowania z UE powiedział: „Mówimy o najbliższej perspektywie finansowej na lata 2021-2027 plus 2-3 lata na dokończenie rozpoczętych inwestycji. Chcielibyśmy, aby to nie zakończyło się na tej perspektywie, ale żeby miało dłuższy horyzont”.

„Rozumiemy, że z czasem Europa będzie odchodziła od gazu, ale powinno to nastąpić nie w ciągu 10 lat, tylko 30-40. Jesteśmy gotowi wziąć udział w takiej transformacji” – zaznaczył Kwieciński. Wyjaśnił, że PGNiG będzie stopniowo wprowadzać do swojego miksu biometan, czyli gaz produkowany m.in. z odpadów rolniczych, a także wodór.

Prezes Kwieciński podkreślił jednak, że spółka nie jest w stanie finansować zielonej transformacji wyłącznie z własnych środków, ale potrzebuje kapitału zewnętrznego. „Jeżeli UE nie zapewni takich środków, będziemy szukali ich gdzie indziej. Fundusz Trójmorza może być takim źródłem dla przedsięwzięć komercyjnych, a dla pozostałych poszukamy finansowania na rynkach międzynarodowych, np. w Azji. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby tak ważna europejska transformacja energetyczną była finansowana z pieniędzy spoza Europy” – uznał.

Inicjatywa Trójmorza skupia państwa Unii Europejskiej – Europy Środkowo-Wschodniej pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem. Fundusz Trójmorza ma finansować kluczowe inwestycje w infrastrukturę transportową, energetyczną i cyfrową. Jednym z założycieli Funduszu jest Bank Gospodarstwa Krajowego.

„Obecnie w funduszu jest zadeklarowane 600 mln euro, pod koniec roku ta kwota może wzrosnąć do 1 mld euro, a docelowo chcielibyśmy, aby fundusz dysponował 3-5 mld euro” – powiedział podczas panelu Paweł Nierada, pierwszy wiceprezes BGK. Przyznał, że Fundusz Trójmorza mógłby przeznaczyć środki na realizację inwestycji gazowych, ale pod warunkiem, że te projekty miałyby wpływ na przynajmniej dwa kraje z tego regionu. „Rozbudowa infrastruktury przesyłowej np. do krajów bałtyckich zdecydowanie wpisuje się w optykę inwestycyjną funduszu. Natomiast zawsze musi być zachowany aspekt komercyjny” – zaznaczył Nierada.

Na potrzebę dywersyfikacji źródeł gazu ziemnego ze względu na bezpieczeństwo ekonomiczne wskazywał z kolei Paweł Jabłoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Uznał, że potrzebne jest „stworzenie alternatywnego systemu uzupełnienia tego, co już mamy w tej chwili, żeby państwa z naszej części Europy przestały być uzależnione od gazu z jednego źródła”. Jego zdaniem, nie wykluczając całkowicie dostaw gazu ze wschodu, należy stworzyć dla nich alternatywę, a ten cel przyświeca właśnie inicjatywie Trójmorza. „Wciąż jeszcze w naszej części świata gaz będzie wykorzystywany przez wiele lat” – podsumował wiceminister Jabłoński.

Unilogo – firma z pasją do drukowania

Unilogo Digital Printing jest ważnym punktem na mapie przedsiębiorstw w Piasecznie. Ta początkowo niewielka firma prężnie się rozwija i słynie z dostarczania klientom zaawansowanych technologicznie rozwiązań z zakresu drukowania etykiet, których celem jest zwiększenie atrakcyjności opakowań.

Jaka jest historia przedsiębiorstwa Unilogo?

Przedsiębiorstwo Unilogo Digital Printing, czyli jedna z najnowocześniejszych cyfrowych drukarni, zlokalizowane jest w Piasecznie – stosunkowo niewielkim mieście powiatowym położonym w województwie mazowieckim, około 17 km od Warszawy. Firma rozpoczęła swoją działalność w 2006 roku i już wtedy była wyposażona w nowoczesny sprzęt najwyższej klasy, czyli pierwszą specjalistyczną drukarkę cyfrową marki HP. W następnych latach Unilogo wzbogaciło się o kolejne maszyny. W 2013 roku w Wielkiej Brytanii zakupiono profesjonalny sprzęt do sztancowania, czyli techniki wykrawania określonych kształtów z materiałów, z których produkowane są etykiety. W roku 2014 z kolei firma zainwestowała w dwie cyfrowe maszyny do drukowania HP Indigo WS 6000 oraz trzy linie do finishingu służące do procesu wykańczania etykiet. Co istotne, przedsiębiorstwo wciąż dynamicznie się rozwija, oferując swoim klientom profesjonalne usługi o najwyższej jakości. Aby dowiedzieć się więcej na temat działalności i oferty Unilogo Digital Printing, warto odwiedzić oficjalną stronę internetową firmy: https://unilogo-drukarnia.pl/.

Jaki jest zakres działalności drukarni Unilogo?

Drukarnia Unilogo Digital Printing specjalizuje się przede wszystkim w wytwarzaniu etykiet samoprzylepnych, czyli elementu pozwalającego uatrakcyjnić wygląd opakowań produktów. W ofercie firmy znajdują się modele wykonane z różnych materiałów, m.in. z papieru, materiałów syntetycznych (folii) oraz papierów typu kraft. Oprócz tego możliwe jest zwiększenie atrakcyjności podstawowych etykiet poprzez zastosowanie dodatkowych rozwiązań technologicznych. Wymienić można tu m.in. lakierowanie wodne, funkcjonalne lub utrwalane światłem UV, laminowanie zabezpieczające dany materiał oraz złocenie. Co istotne, przed rozpoczęciem współpracy z Unilogo klienci mogą skorzystać z darmowych wydruków próbnych, które ułatwią im podjęcie ostatecznej decyzji dotyczącej tego, czy dany projekt i jego wykonanie spełniają ich oczekiwania oraz preferencje.

Oprócz tworzenia etykiet samoprzylepnych drukarnia Unilogo zajmuje się produkowaniem etykiet sleeve (znanych również jako shrink sleeve lub etykiety termokurczliwe). Tego typu modele wykonane są ze specjalnej folii PCV i PET. Po podgrzaniu kurczą się, dzięki czemu możliwe jest doskonałe dopasowanie ich do budowy produktu, który mają pokrywać. Ze względu na ich właściwości etykiety sleeve stosuje się na artykułach, które wyróżniają się złożonymi i fantazyjnymi kształtami. Proponowane przez firmę Unilogo owijki termokurczliwe są wykonywane zgodnie z najwyższymi standardami druku i powinny spełnić oczekiwania nawet bardzo wymagających klientów.