Przekop Mierzei Wiślanej idzie zgodnie z planem. Projekt ma pobudzić gospodarczo i turystycznie cały region

– Po uruchomieniu nowego kanału żeglugowego i otwarciu Zalewu Wiślanego na Morze Bałtyckie spodziewamy się większej liczby turystów – mówi Katarzyna Krzywda z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Przekop Mierzei Wiślanej ma także pozytywnie wpłynąć na rozwój gospodarczy całego regionu. Pojawiają się inwestorzy chętni do budowy terminali w elbląskim porcie.

– Projekt jest procedowany przez inwestora, czyli przez dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni, zgodnie z harmonogramem. W tej chwili trwa budowa portu zewnętrznego, wbijanie ścianek szczelnych i obudowa wyspy, tak że prace postępują bardzo dynamicznie i mamy nadzieję, że zostaną zakończone zgodnie z harmonogramem – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Krzywda, dyrektor Departamentu Gospodarki Morskiej w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Jak wynika z ostatnich informacji generalnego wykonawcy – polsko-belgijskiego konsorcjum NDI/Besix – podawanych przez resort gospodarki morskiej, teraz trwa budowa portu osłonowego (falochron wschodni i zachodni, na którym wykonano już 65 proc. prac). W najbliższych planach jest rozpoczęcie głównych robót czerpalnych, które pozwolą na przyjęcie statków ze Skandynawii z kamieniem hydrotechnicznym. Zostanie on wykorzystany do budowy narzutów na falochronie wschodnim i zachodnim. Poza tym realizowane są dostawy kamienia z polskich kopalń na południu kraju, a na terenie budowy stanął węzeł betoniarski, aby zmniejszyć ciężki transport betonu na lokalnych drogach.

Prace przy kanale żeglugowym toczą się zgodnie z harmonogramem. W części północnej i południowej wykonywane są roboty ziemne i pogrążane są kolejne ścianki, a w miejscu wykonywanej śluzy powstaje szczelna przesłona, która ma wzmocnić podłoże gruntowe. Trwa również budowa dwóch mostów obrotowych, które umożliwią ciągłe utrzymanie ruchu samochodowego w rejonie kanału. W połowie przyszłego roku, przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, mostem południowym przejadą pierwsze samochody.

Przekop Mierzei Wiślanej jest realizowany przede wszystkim ze względu na nadrzędny interes publiczny, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa publicznego państwa. Oczywiście spodziewamy się również pozytywnych skutków ekonomicznych: większej liczby przeładunków w Porcie Elbląg, co przyczyni się do rozwoju gospodarczego całego regionu. Już dziś pojawiają się zagraniczni inwestorzy, którzy są zainteresowani budową terminali w tym porcie, aby stąd prowadzić transport towarów – podkreśla Katarzyna Krzywda.

Jak podkreśla, z pewnością nastąpi także rozwój turystyki w regionie. Większy ruch turystyczny to szansa dla małych portów jachtowych, które zostały wybudowane w obszarze Zalewu Wiślanego i nie są obecnie wykorzystywane, bo żegluga jest ograniczona i obecnie może się odbywać tylko między portami polskimi.

Po uruchomieniu nowego kanału żeglugowego i otwarciu Zalewu Wiślanego na Morze Bałtyckie spodziewamy się większej liczby turystów. Gminy nadzalewowe, zwłaszcza gminy zlokalizowane na Mierzei Wiślanej, obawiały się o ruch turystyczny po rozpoczęciu budowy, ale okazało się, że inwestycja przyciąga ogromną liczbę turystów, którzy przyjeżdżają zobaczyć ten teren i już obiecują, że powrócą po zakończeniu prac – zauważa Katarzyna Krzywda.

Przekop Mierzei Wiślanej to strategiczna inwestycja finansowana z budżetu państwa. Inwestorem jest Urząd Morski w Gdyni, a projekt nadzoruje Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Ministerstwo wspiera zarząd Portu w Elblągu. Zgodnie z ustawą o portach i przystaniach morskich sam zarząd portu ma możliwość pozyskania środków, chociażby unijnych, na jego rozbudowę. Z budżetu państwa budowana jest droga wodna i myślę, że również w ramach Krajowego Planu Odbudowy, który jest formułowany, zarząd portu i miasto będą w stanie pozyskać środki do jego rozbudowy – mówi Katarzyna Krzywda.

Na obecnym etapie inwestycja obejmuje budowę portu osłonowego od strony Zatoki Gdańskiej oraz kanału żeglugowego ze śluzą i konstrukcją zamknięć wraz ze stanowiskami oczekiwania od strony Zatoki Gdańskiej i Zalewu Wiślanego. W ramach projektu powstanie także nowy układ drogowy z obrotowymi mostami o konstrukcji stalowej, które umożliwią przejazd nad kanałem przed śluzą i za śluzą, oraz sztuczna wyspa na Zalewie Wiślanym. Nowy kanał żeglugowy, który połączy Zalew Wiślany i Zatokę Gdańską, będzie miał ok. 1 km długości i 5 m głębokości. Całkowita długość nowej drogi wodnej to prawie 23 km.

Jeszcze we wrześniu ma ruszyć internetowe głosowanie w ramach konkursu na nazwę dla nowej wyspy, która zostanie usypana na Zalewie Wiślanym podczas budowy kanału. Propozycje można było przesyłać na adres Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej do 31 sierpnia. We wrześniu komisja konkursowa wybierze najciekawsze i najczęściej powtarzające się propozycje. Drugi etap – ogólnopolskie internetowe głosowanie –  zaplanowany jest na wrzesień.

Miesięczne dane z gospodarki wskazują na poprawę jej kondycji w III kwartale. W centrum uwagi rządu powinien się znaleźć rynek pracy

Z danych GUS wynika, że w II kwartale polska gospodarka skurczyła się rok do roku o 8,2 proc. Zdaniem głównego ekonomisty Banku Pekao SA Ernesta Pytlarczyka miesięczne dane, które spływają z gospodarki, świadczą o tym, że między lipcem a wrześniem spadek w ujęciu rocznym będzie o ponad połowę niższy, choć należy się spodziewać, że dalsze ożywienie będzie mniej dynamiczne niż zaraz po lockdownie. Rozczarowujący okazał się odczyt wskaźnika PMI, niższy niż w sierpniu i sporo niższy od oczekiwań, choć wciąż wskazujący na rozwój sektora. Według ekonomisty priorytetem dla rządu powinna być troska o rynek pracy nawet w przypadku drugiej fali zakażeń.

– Widzimy po danych miesięcznych, że w III kwartale będzie istotna poprawa. Roczny wskaźnik PKB mógł spaść o jakieś 4–3,5 proc., więc jest to wyraźna poprawa nawet w ujęciu kwartalnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Ernest Pytlarczyk. – Po zniesieniu lockdownu gospodarka bardzo szybko powracała do wzrostu, mieliśmy zakupy związane z odłożonym popytem, to zostało już zaspokojone i prawdopodobnie czeka nas okres nieco mniej dynamicznego wzrostu.

W II kwartale 2020 roku polska gospodarka po raz pierwszy w historii wolnego rynku odnotowała spadek. GUS podał, że produkt krajowy brutto zmniejszył się rok do roku o 8,2 proc. i choć była to liczba znana już od dwóch tygodni, wielu ekonomistów liczyło na płytszą regresję. W dodatku opublikowany 1 września wskaźnik PMI, obrazujący nastroje menedżerów zajmujących się zakupami, czyli mających wiedzę o skali przyszłej produkcji, ukształtował się na poziomie 50,6, podczas gdy spodziewano się wzrostu z 52,8 w sierpniu do 52,9.

Moim zdaniem bieżąca zdolność predykcyjna wskaźnika PMI jest ograniczona. Były okresy, kiedy PMI wyraźnie spadał, a PKB się utrzymywał. W PMI jest nadreprezentacja firm eksportowych. To jest zresztą dość mała próbka ankietowanych przedsiębiorstw, prawdopodobnie mniej niż 300 – przekonuje główny ekonomista Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, to spowolnienie odbicia jest naturalne i charakterystyczne nie tylko dla naszego kraju.

– Dane, które napływają z gospodarek europejskich, wskazują na pewną stabilizację, wypłaszczenie trajektorii ożywienia. Nie jest to dziwne, gdyż mamy tam do czynienia ze wzrostem liczby zachorowań, szczególnie w takich krajach jak Hiszpania i Francja, co studzi optymizm. Dodatkowo trzeba się liczyć z tym, że nie każdy kraj będzie stać na wydłużenie pakietów ochronnych, szczególnie dla rynku pracy – przewiduje dr Ernest Pytlarczyk. – Otoczenie jest chłodniejsze niż było jeszcze dwa–trzy miesiące temu. To wypłaszczenie najpierw będzie dotyczyło konsumpcji, bo ten popyt odłożony został zrealizowany. Przemysł i eksport bardzo pozytywnie nas zaskakują, w dużym stopniu jest to połączone z ożywieniem w gospodarce niemieckiej.

Niemcy odpowiadały w I połowie 2020 roku za 28,2 proc. odbioru polskiego eksportu, a to o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Dla porównania następne w kolejności Czechy mają tylko 6-proc. udział. W tym wypadku  dobra wiadomość jest taka, że pod koniec sierpnia nasi zachodni sąsiedzi zdecydowali o przedłużeniu pakietu pomocowego dla firm do końca 2021 roku – chodzi o dopłaty do pracy krótkoterminowej oraz zamrożenie przepisów o niewypłacalności firm. Dodatkowe środki mają wynieść 10 mld euro.

Niemcy starają się tchnąć energię w kurczącą się gospodarkę – według najnowszych prognoz rządu w Berlinie PKB tego kraju spadnie w tym roku o 5,8 proc., czyli mocniej niż w Polsce, choć wcześniej zakładano spadek o 6,3 proc. W przyszłym roku jednak wzrost gospodarczy ma wynieść tylko 4,4 proc. wobec prognozowanych wcześniej 5,2 proc. Polski rząd zakłada natomiast wzrost gospodarki w 2021 roku o 4 proc. i deficyt budżetowy na poziomie 82,3 mld zł. To mniej niż w tym roku, gdy niedobór wpływów do wydatków budżetowych zapowiedziany został na 109,3 mld zł.

 W takiej sytuacji jak obecnie ciężko oceniać, czy założenia makroekonomiczne Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Rozwoju są realistyczne. Niemniej jednak wydaje się, że są one dość zbliżone do konsensusu rynkowego – ocenia główny ekonomista Banku Pekao SA. – Co więcej, te projekcje budżetowe na ten i przyszły rok są oceniane jako konserwatywne przez uczestników rynku i powszechnie raczej oczekuje się, że deficyt jest założony z pewną górką, a więc realizacja będzie i w tym, i w przyszłym roku lepsza, niż zakłada minister finansów.

Według ekonomisty kluczem do złagodzenia skutków wirusa SARS-CoV-2 jest wspieranie rynku pracy. W II kwartale liczba bezrobotnych w Polsce wprawdzie nie wzrosła znacząco, ale zwiększyło się za to grono osób biernych zawodowo. Niemal 700 tys. zatrudnionych nie wykonywało pracy z powodu przerwy w działalności pracodawcy, a to niemal 100 razy więcej niż rok wcześniej, natomiast ponad 0,5 mln pracowało w zmniejszonym wymiarze czasu pracy (513 tys. wobec 18 tys. rok wcześniej).

Zagrożeniem na drodze wychodzenia gospodarek z kryzysu są czynniki związane stricte z pandemią, czyli decyzje polityczne, czy zamykamy gospodarkę, czy stosujemy wybiórcze, regionalne lockdowny. Zagrozić mogą również decyzje na poziomie europejskim co do kontynuacji poluzowania fiskalnego – wylicza ekonomista. – Prawdopodobnie jesteśmy w dość wrażliwej fazie, jeżeli chodzi o wychodzenie z kryzysu, i łatwo pogorszyć nastroje zbyt szybkim wycofaniem pakietów stymulacyjnych. Cały nasz sukces w wychodzeniu z lockdownu w dużej mierze bazował na tym, że udało się zahibernować rynek pracy. On powinien być obszarem szczególnej troski ze strony polityki gospodarczej, dlatego że rzutuje później na bardzo wiele procesów w gospodarce, a więc i konsumpcję, i prawdopodobnie inwestycje.

Praca zdalna lub łączona pozostanie standardem w większości firm po pandemii. To wymusza inwestycje w bezpieczeństwo systemów IT

Blisko 90 proc. firm chce zwiększyć możliwość pracy zdalnej po ustaniu pandemii – wynika z badania „Odmrażanie pracy” CIONET, Deloitte i VMware. To nie tylko konieczność wymuszona bezpieczeństwem pracowników i ich oczekiwaniami, lecz także zmiana na lepsze. Prawie co czwarta firma zaobserwowała bowiem wzrost produktywności podczas przymusowej kwarantanny. Zmiany na rynku pracy spowodują wzrost zapotrzebowania na narzędzia IT – digitalizację procesów, zarządzanie rotacją pracowników czy rozliczanie czasu pracy. – Wielkim obszarem inwestycji dla firm będą systemy bezpieczeństwa – zapowiada Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

– Jednym z przedmiotów naszego badania było to, jak praca zdalna przekłada się na produktywność osób i zespołów. I tu duże zaskoczenie. Okazało się, że po dwóch, a w niektórych przypadkach po trzech miesiącach izolacji większość szefów IT i HR nie dostrzega spadku produktywności i efektywności związanej z nowym trybem pracy – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Frydrychowicz.

Z badania „Odmrażanie pracy” przeprowadzonego przez CIONET, Deloitte i VMware wynika, że przymusowa pandemia, a tym samym przejście na pracę zdalną, nie wpłynęło negatywnie na produktywność – takiego zdania jest niemal połowa badanych. W opinii 26 proc. praca zdalna przełożyła się nawet na wzrost produktywności. W efekcie 88 proc. firm zapowiada zmianę polityki pracy po zakończeniu pandemii i chce zwiększyć możliwość pracy zdalnej.

– Niewątpliwie wpłynie to nie tylko na to, jak firmy organizują się wewnętrznie, ale również jak kandydaci będą rozpatrywać oferty pojawiające się na rynku. Z pewnością te firmy, które dadzą więcej elastyczności, będą wygrywać w wyścigu o dobrych pracowników, zwłaszcza w sektorze informatycznym – przekonuje partner zarządzający CIONET Polska.

Z badania Grafton Recruitment wynika, że 26 proc. wróciło do pracy w pełnym wymiarze. 64 proc. zdecydowało się na tryb mieszany, który łączy pracę zdalną i stacjonarną. Pracę zdalną w pełni wprowadziło 10 proc. firm i to głównie z sektora IT. Ta branża przoduje także pod względem zatrudniania nowych pracowników. Tylko 17 proc. przedsiębiorstw IT nie prowadzi nowych rekrutacji.

Raport CIONET Polska wskazuje, że 40 proc. firm zapowiada, iż wprowadzi zmianowy system pracy (z czego 60 proc. zmiany tygodniowe, a 40 proc. – dzienne), zaś 16 proc. pozwoli pracownikom pracować zdalnie według ich uznania.

– Wśród 100 firm, które brały udział w badaniu, nie znaleźliśmy przykładu takich, które radykalnie zmieniły sposób rozliczania pracowników – wprowadziły bardzo precyzyjne systemy pomiaru ich pracy, efektywności czy obecności przy biurku – zaznacza Krzysztof Frydrychowicz.

Częstsza praca zdalna wymusi jednak na pracodawcach wprowadzenie nowych systemów zarządzania pracą. To m.in. rozliczanie czasu pracy w przypadku systemów zmianowych, digitalizacja procesów (np. telemedycyna w przypadku zakażenia czy organizacja zdalnych spotkań), a także zarządzanie rotacją i przestrzenią, czyli zarządzanie zmianami czy wprowadzenie systemów rezerwacji biurek.

 Wielkim obszarem inwestycji dla firm będą także systemy bezpieczeństwa, dzięki którym pracownik będzie tak dobrze identyfikowany w środowisku pracy zdalnej, jak był do tej pory w biurze. Wszystkie systemy dotyczące bezpieczeństwa sieci, ale również identyfikacji osoby, która z niej korzysta, będą miały zasadnicze znaczenie dla rozwoju systemów informatycznych w przedsiębiorstwach – przekonuje partner zarządzający CIONET Polska.

Według „Raportu o cyberbezpieczeństwie pracy zdalnej 2020” firmy Fortinet 60 proc. przedsiębiorstw doświadczyło w okresie pandemii prób naruszenia bezpieczeństwa IT w związku z przejściem na pracę zdalną. Jako największe wyzwania wskazywały one zapewnienie bezpiecznych połączeń, ciągłości działania i dostępu do aplikacji o krytycznym znaczeniu dla biznesu. To wymusiło inwestycje w kluczowe technologie. Połowa firm przeznaczyła kolejne środki na rozwiązania VPN i bezpieczeństwo chmury obliczeniowej, a 40 proc. zatrudniło wykwalifikowanych specjalistów IT lub kupiło rozwiązania kontrolujące dostęp do sieci. Niemal wszystkie deklarują, że będą dalej inwestować w ten obszar.

Rdzeń Ziemi starszy, niż się wydawało. Naukowcy obliczyli, że może liczyć nawet 1,3 mld lat

Jedną z tajemnic Ziemi jest wiek jej wewnętrznego jądra. Naukowcy od dawna uważają, że rdzeń Ziemi odgrywa istotną rolę w tworzeniu osłony magnetycznej, która sprawia, że planeta nadaje się do zamieszkania. Różne były jednak szacunki, kiedy faktycznie uformował się jej rdzeń wewnętrzny. Najnowsze badania wykazały, że jest on znacznie starszy, niż wydawało się do tej pory – zamiast 565 mln lat liczy ich nawet dwukrotnie więcej.

W ciągu 4,5 mld lat historii Ziemi jej całkowicie płynne żelazne jądro ostygło na tyle, że utworzyło w środku stałą kulę. Obecnie jądro naszej planety składa się z litego wewnętrznego jądra żelaznego otoczonego rdzeniem zewnętrznym ze stopionego żelaza.

Rdzeń pełni istotną rolę, bo tworzy osłonę magnetyczną, która chroni naszą planetę przed szkodliwymi strumieniami promieniowania słonecznego. To dzięki temu ​​Ziemia nadaje się do zamieszkania. Naukowcy mają jednak problem z oszacowaniem wieku jądra naszej planety. Niedawno amerykańscy badacze stworzyli w laboratorium warunki zbliżone do centrum Ziemi i ustalili, że jądro jest znacznie starsze, niż wydawało się do tej pory. Wcześniejsze badania mówiły, że liczy ono 565 mln lat, jednak okazuje się, że może mieć nawet 1,3 mld lat.

Wyniki badań pomogą określić sposób, w jaki rdzeń przewodzi ciepło oraz źródła energii, które zasilają geodynamikę planety, czyli mechanizm podtrzymujący pole magnetyczne Ziemi.

– Ludzie są bardzo ciekawi wiedzy o pochodzeniu geodynamiki, sile pola magnetycznego, ponieważ przyczyniają się one do przystosowania planety do życia – tłumaczy Jung-Fu Lin, profesor na Uniwersytecie Teksasu, który kierował badaniami.

Obecnie w jądrze Ziemi występują dwa rodzaje konwekcji: termiczna, generowana przez wahania temperatury, oraz kompozycyjna, w której lżejsze pierwiastki uwolnione na granicy wewnętrznego rdzenia wznoszą się przez płynny rdzeń zewnętrzny. W obu przypadkach wytwarzane są prądy elektryczne, które ładują rdzeń. Zanim jednak wykrystalizował się stały rdzeń, w jądrze Ziemi możliwa była tylko konwekcja termiczna.

Aby przewodzić i utrzymywać takie temperatury, które pozwolą generować geodynamo, przewodność cieplna żelaza musi być bardzo wysoka. Zespół amerykańskich naukowców  postanowił przyjrzeć się przewodności cieplnej żelaza pod ciśnieniem i w temperaturach zbliżonych do temperatur w rdzeniu. Osiągnęli to poprzez ściskanie podgrzanych laserem próbek żelaza między dwoma diamentowymi kowadłami.

– Gdy oszacowaliśmy, ile ciepła przepływa z zewnętrznego jądra do dolnego płaszcza ziemskiego, mogliśmy określić, kiedy Ziemia ostygła dostatecznie do tego stopnia, że rdzeń wewnętrzny zaczął się krystalizować – tłumaczy Jung-Fu Lin. – Dzięki lepszym informacjom na temat przewodnictwa i strumienia ciepła mogliśmy dokładniej oszacować wiek wewnętrznego rdzenia Ziemi.

Naukowcom udało się zmierzyć przewodność elektryczną i cieplną próbki pod ciśnieniem 170 gigapaskali (1,7 mln razy większe niż ciśnienie atmosferyczne) oraz w temperaturze 3 tys. kelwinów. Kiedy zmierzyli przewodnictwo w próbce, okazało się, że jest ono nawet o 50 proc. niższe niż to, co byłoby wymagane dla oszacowania wieku rdzenia wewnętrznego na 565 mln lat. Naukowcy ustalili górną granicę przewodnictwa cieplnego ciekłego żelaza w warunkach rdzenia, a dzięki temu mogli oszacować wiek wewnętrznego jądra Ziemi na 1–1,3 mld lat.

Sztuczna inteligencja usprawnia i automatyzuje obsługę w e-handlu. Coraz szerzej wykorzystywana jest także w procesie płatności

W 2020 roku już 73 proc. internautów wykonuje zakupy za pośrednictwem internetu, o 11 proc. więcej niż w 2019 roku. Wraz ze wzrostem zainteresowania tą gałęzią gospodarki rośnie zapotrzebowanie na narzędzia, które ułatwią komunikację i zawieranie transakcji z klientami. W udoskonaleniu oraz automatyzacji procesów sprzedażowych pomogą systemy sztucznej inteligencji usprawniające weryfikację klientów, zbieranie opinii czy obsługę przedsprzedażową.

Według raportu „E-Commerce w Polsce 2020. Gemius dla e-Commerce Polska” w 2020 roku już 73 proc. internautów wykonuje zakupy za pośrednictwem internetu, o 11 proc. więcej niż w 2019 roku. Wraz z rozwojem rynku rośnie zapotrzebowanie także na nowoczesne narzędzia, oparte na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji.

– Wykorzystanie sztucznej inteligencji dla klienta oznacza przede wszystkim komfort oraz zrozumienie jego potrzeb. Chodzi o to, żeby była naszym osobistym concierge, domyśliła się pewnych rzeczy, które chcemy wykonać, i zrobiła je za nas, albo zapytała się, czy chcemy to wykonać. I to jest bankowość XXI wieku. Sztuczna inteligencja jest pośrednikiem pomiędzy klientem a rzeczami, które musimy wykonywać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Szulik, prezes zarządu Provema.

Systemy sztucznej inteligencji pozwoliły w pełni zautomatyzować proces obsługi klientów korzystających z oferty Provema. Firma wykorzystuje inteligentne algorytmy w procesie weryfikacji i autoryzacji dokumentów. Oprogramowanie wyszkolono do porównywania podpisów z bazą referencyjną oraz sprawdzania, czy złożono je we właściwym miejscu, automatycznej weryfikacji podlega również skan dowodu osobistego. W razie wystąpienia jakichś nieprawidłowości klient proszony jest o poprawienie wskazanych błędów, zanim dokumenty zostaną przesłane do ostatecznego rozpatrzenia.

– Od samego początku skupialiśmy się na sztucznej inteligencji. Staramy się zaszywać ją w wielu procesach, nawet takich, które nie do końca są po stronie użytkownika. Pozwala nam eliminować błędy, zmniejszać koszty i poprawiać user experience. Wdrożyliśmy powiadomienia w aplikacji, system antyfraudowy czy podpowiadanie transakcji, które użytkownik powinien wykonać ze względu na swoją cykliczność  mówi Grzegorz Szulik.

Nad usprawnieniem procesu obsługi klientów z branży e-commerce pracują również inżynierowie firmy Vica, którzy wdrożyli technologię Smarter Stand-in Processing. Nowe rozwiązanie wykorzystuje inteligentne algorytmy do zredukowania liczby odrzuconych transakcji online w czasie awarii bankowych systemów płatności. W wypadku niedostępności systemów płatniczych Smarter STIP skanuje dotychczasowe transakcje wykonane za pośrednictwem danej karty i na podstawie dogłębnej analizy historycznej wyręcza dostawcę karty w podejmowaniu decyzji o zatwierdzeniu konkretnej transakcji.

Potencjał sztucznej inteligencji doceniła również firma Mastercard, która nawiązała współpracę partnerską z Microsoftem w celu rozwoju nowych, innowacyjnych technologii na rynek fintechowy. Firmy planują usprawnić i przyspieszyć przebieg całego procesu sprzedażowego, wykorzystując potencjał technologii automatyzujących obsługę klienta funkcjonujących w ramach platformy chmurowej Azure wspieranej przez sztuczną inteligencję.

SI coraz częściej znajduje także zastosowanie w płatnościach na rynku e-commerce, którego potencjał zwłaszcza w czasie pandemii błyskawicznie rośnie.

– To jest ułatwienie sposobu bankowania, wykonywania przelewów i transakcji, czyli implementacja tej sztucznej inteligencji w to, żeby te procesy zachodziły szybciej i sprawniej oraz żeby błędów było jak najmniej – zauważa Grzegorz Szulik.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Rośnie liczba Ukraińców przyjeżdżających do Polski, aby legalnie pracować

Coraz więcej Ukraińców wraca do Polski do pracy. Według danych ZUS w samym lipcu zarejestrowano o 22 tys. więcej zagranicznych migrantów zarobkowych. W rejestrze figuruje łącznie 628 tys. cudzoziemców, z czego najliczniejszą grupę płatników stanowią Ukraińcy – informuje Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

Jak stwierdziło we wcześniejszych badaniach Centrum analityczne Gremi Personal: „Pandemia jest szansą dla polskich pracodawców na zatrzymanie migrantów zarobkowych, którzy wcześniej planowali podjęcie pracy w innych krajach. Jeśli jednak na szczeblu państwowym nie powstanie bardziej lojalny program wizowy, a także ułatwienia w asymilacji Ukraińców, to po zniesieniu kwarantanny coraz częściej będą oni wybierać nie Polskę, ale np. Czechy i Niemcy.

Jak dotąd napływ Ukraińców do Polski jest najbardziej stabilny ze względu na najdogodniejszą logistykę i relatywnie stabilną sytuację gospodarczą w Polsce. Jednocześnie rośnie liczba miejsc pracy oferowanych przez polskich pracodawców z sektorów tj. logistyka, przetwórstwo spożywcze, przemysł meblarski, AGD i budownictwo. W tych branżach miejsca pracy dla Ukraińców będą zapewnione do końca roku.

„Odnotowaliśmy również, że w sierpniu tego roku znacznie mniej Ukraińców pracujących w Polsce wyjeżdżało tymczasowo na Ukrainę w celu przygotowania dzieci do nowego roku szkolnego. Jednocześnie odczuwalny wzrost liczby migrantów zarobkowych spodziewany jest od września, kiedy to Ukraińcy tradycyjnie wyjeżdżają do pracy w Polsce, a polskie przedsiębiorstwa zatrudniające Ukraińców zwiększają produkcję przed Bożym Narodzeniem”- mówi Evgenij Kirichenko, właściciel firmy Gremi Personal.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – sierpień 2020 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 7,3% rdr do 17,4 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 1238,7% do 1,7 mld zł
  • Spadek wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 23,9% rdr do poziomu 490,0 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 56,3% rdr do 211,7 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 87,5% rdr do 26,5 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 28,6% do poziomu 15,2 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 37,7% rdr do 9,3 TWh

W sierpniu 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 17,5 mld zł, czyli o 6,9% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 7,3% rdr do poziomu 17,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 827,8 mld zł, o 7,3% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec sierpnia wyniosła 51 629,45 pkt i była o 9,0% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w sierpniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 1174,9% rdr do poziomu 1757,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 1238,7% rdr i wyniosła 1729,3 mln zł (tj. 1,7 mld zł).

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w sierpniu wyniósł 490,0 tys. szt., czyli o 23,9% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy spadł o 26,3% rdr do poziomu 279,1 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje spadł o 19,8% rdr do 108,9 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 17,1% rdr do 80,1 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 33,9% rdr do 21,9 tys. szt.

W sierpniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 56,3% rdr do poziomu 211,7 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 87,5% rdr do 26,5 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec sierpnia 94,9 mld zł wobec 91,7 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła o 16,0% rdr do poziomu 202,6 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 8,3 mld zł wobec 18,5 mld zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 55,4% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 15,2 TWh, co oznacza spadek o 28,6% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 7,6% rdr do poziomu 2,7 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 33,5% rdr do poziomu 12,4 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł w sierpniu o 37,7% rdr do 9,3 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 20,7% do poziomu 1,0 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 39,3% rdr do poziomu 8,3 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,1 TWh, co oznacza wzrost o 35,0% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł w sierpniu do poziomu 7,1 ktoe[3] wobec 70,7 ktoe rok wcześniej.

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE spadł o 20,9% rdr, do wolumenu 0,7 TWh.

Kapitalizacja 389 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec sierpnia wyniosła 489,7 mld zł (111,4 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 437 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 853,8 mld zł (194,2 mld EUR).

Na rynku NewConnect w sierpniu zadebiutowały akcje spółek: Pyramid Games (wartość oferty 3,41 mln zł), Starward Industries (wartość oferty publicznej 2,99 mln zł), genXone (wartość oferty 7,35 mln zł) i Polyslash (wartość oferty 2,1 mln zł).

W ubiegłym miesiącu na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, tyle samo, co rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
2 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

3 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

***

Grupa Kapitałowa GPW (GK GPW) prowadzi platformy obrotu akcjami, obligacjami skarbowymi i korporacyjnymi, instrumentami pochodnymi, energią elektryczną i gazem ziemnym oraz dostarcza indeksy i wskaźniki referencyjne, m.in. WIBID i WIBOR. W 2018 r. Agencja indeksowa FTSE Russell zakwalifikowała polski rynek kapitałowy do grona rynków rozwiniętych. Prowadzone przez GK GPW rynki są największymi w Europie Środkowej i Wschodniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Maseczki – Rząd oraz GIS winny ujednolicać prawo i wprowadzić nowe rekomendacje

Choć maseczki chronią przed rozprzestrzenianiem się wirusów, to coraz więcej osób odmawia korzystania z nich, bynajmniej nie z powodów zdrowotnych. Sprzeczne przepisy powodują niemałe zamieszanie, dlatego Polska Grupa Supermarketów (PGS) apeluje do Rządu oraz GIS o ujednolicenie prawa i wprowadzenie nowych rekomendacji.

Za brak maseczki można otrzymać mandat w wysokości do 500 zł, natomiast Powiatowy Inspektor Sanitarny może nanieść grzywnę od 5 do 30 tys. złotych, w przypadku, gdy uzna, że w konkretnej placówce nie przestrzega się procedur oraz nie ma reakcji pracowników na nieprzestrzeganie zaleceń przez klientów.

Tymczasem w ostatnich dniach media szumnie informowały o sprawie ekspedientki z województwa podlaskiego, która została skazana na grzywnę w wysokości 100 zł, za odmowę obsłużenia klientki bez maseczki.

– Należy jak najszybciej wyjaśnić i usunąć brak spójności w przepisach. Nie możemy narażać tysięcy pracowników handlu i usług na ewentualne procesy sądowe – apeluje Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Jaki jest rzeczywisty stan prawny? Jak wskazuje portal Dogmaty Karnisty aktualnie obowiązujące rozporządzenie Rady Ministrów, w zakresie nałożenia na wszystkich obywateli obowiązku zakrywania ust i nosa wykracza poza delegację ustawową i jest w związku z tym bezprawne.

W czasach pandemii powszechne używanie maseczek jest zasadne, ponieważ jak wskazują liczne dowody naukowe, ogranicza to możliwość rozpowszechniania patogenów. Jednocześnie eksperci z Dogmatu Karnisty dodają, że skuteczne sposoby walki z koronawirusem powinny być ustanawiane w sposób zgodny z prawem. Jednym z nich mogłoby być formalne wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, w którym obowiązek zakrywania ust i nosa przez wszystkich obywateli byłby zgodny z delegacją ustawową.

Przedstawiciele Polskiej Grupy Supermarketów wskazują, że bieżąca sytuacja prawna nie gwarantuje bezpieczeństwa epidemiologicznego, a jednocześnie dyskryminuje pracowników handlu i usług w stosunku do klientów. Co więcej, w przypadku przestrzegania zaleceń GIS-u – jak w przypadku wspomnianej ekspedientki – naraża ich na pozew na podstawie kodeksu wykroczeń.

Jednocześnie PGS wzywa GIS do zaktualizowania zaleceń dotyczących środków bezpieczeństwa, w tym używania masek. Czy pracownicy noszący maseczki przez 8 godzin pracy przy rosnącej wilgotności powietrza nie są narażeni na osłabienie i infekcję dróg oddechowych – pyta prezes PGS w trosce o zdrowie pracowników.

DB Schenker na Ukrainie z nową dyrektor zarządzającą

Julia Aglichanowa od 1 września 2020 roku pełni funkcję Dyrektor Zarządzającej w DB Schenker na Ukrainie (Managing Director Ukraine w DB Schenker) To pierwsza kobieta na tym stanowisku w strukturach operatora logistycznego w klastrze Europy Północno-Wschodniej

Julia Aglichanowa posiada ponad 10-letnie doświadczenie pracy w międzynarodowych korporacjach z branży logistycznej na Ukrainie. Zajmowała wysokie stanowiska menedżerskie w firmach: Fiege, XPO Logistics i Raben. Odpowiadała m.in. za rozwój biznesu, sprzedaż i marketing, przetargi oraz zarządzanie projektami. Przez ostatnie 5 lat pełniła funkcję CEO w CAT Cargo Logistics Ukraine, przyczyniając się do znacznego zwiększenia udziału firmy w branży automotive.

Nowa Dyrektor Zarządzająca ukończyła Narodowy Uniwersytet Techniczny Ukrainy „Politechnika Kijowska” na kierunku Industrial Marketing. Julia Aglichanowa biegle posługuje się językiem ukraińskim, rosyjskim, angielskim i francuskim.

O DB Schenker

DB Schenker działa na Ukrainie od 24 lat i posiada w tym kraju 3 oddziały: w obwodzie kijowskim (Biełogorodka), w Odessie oraz terminal w porcie lotniczym Boryspol.

Jako wiodący dostawca zintegrowanych usług logistycznych operator obsługuje największą w Europie sieć transportową i drobnicową. Firma oferuje kompleksowe rozwiązania obejmujące transport lądowy, oceaniczny, lotniczy i logistykę magazynową oraz usługi celne.

Nowe prawo komunikacji elektronicznej powinno wejść w życie później

  • Przepisy zawarte w projekcie ustawy Prawo komunikacji elektronicznej powinny wejść w życie po 9 miesiącach od dnia publikacji ustawy. Dłuższe vacatio legis pozwoli firmom działającym w sektorze komunikacji elektronicznej, w tym telekomunikacyjnym, na dostosowanie się do nowych regulacji – uważa Konfederacja Lewiatan.
  • Niepokój przedsiębiorców budzi możliwość ingerencji w umowy już zawarte z abonentami, wprowadzenie formy dokumentowej przy zawieraniu umów, a także nadmierna regulacja dotycząca usługi dodatkowego obciążania rachunku.

Konfederacja Lewiatan przygotowała opinie do projektu ustawy Prawo komunikacji elektronicznej oraz przepisów ją wprowadzających. Nowe regulacje wdrażają w naszym kraju Europejski Kodeks Łączności Elektronicznej.

– Przedsiębiorcy nie zdążą dostosować się do nowych przepisów do 21 grudnia br. Trudno robić to w oparciu o projekt ustawy. Tym bardziej, że zmiany mają dotyczyć obsługi klienta, zawierania umów i ofert. Przedsiębiorcy będą mogli realnie ocenić jakie zmiany muszą wprowadzić oraz zlecić rozpoczęcie prac wdrożeniowych dopiero jak przepisy zostaną opublikowane w Dzienniku Ustaw. Ministerstwo powinno brać tę kwestię pod uwagę i nie zmuszać firm do rozpoczynania wielomilionowych projektów implementacyjnych wyłącznie w oparciu o projektowaną treść ustawy, która na kolejnych etapach prac legislacyjnych będzie ulegała zmianom – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan postuluje więc dłuższe vacatio legis obejmujące 9 miesięcy od dnia publikacji ustawy. Wdrożenie Europejskiego Kodeksu Łączności Elektronicznej będzie największą regulacją od ponad 15 lat. Dłuższe vacatio legis pozwoli przedsiębiorcom telekomunikacyjnym na dostosowanie się do nowych regulacji w sposób racjonalny i przewidywalny.

Pracodawców niepokoją również przepisy przewidujące ingerencję w trwające umowy pomiędzy przedsiębiorcami a klientami. Łamią one zasadę, że prawo nie działa wstecz. Zastosowanie przepisów Prawa komunikacji elektronicznej do umów zawartych przed dniem wejścia w życie nowej ustawy doprowadzi do naruszenia standardów i zasad wynikających z Konstytucji RP oraz Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Taki przepis naruszy prawa nabyte przedsiębiorców telekomunikacyjnych, ograniczy swobodę działalności gospodarczej.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan nie powinno dojść do automatycznego skracania do 24 miesięcy umów zawartych z klientami przed wejściem w życie zmian w Prawie komunikacji elektronicznej. Biorąc pod uwagę, że zmianie miałaby ulec treść umów i wzorców w postaci regulaminów i cenników (cenniki i regulaminy przestaną być stosowane), w praktyce będzie to niemożliwe do zrobienia. Mamy bowiem do czynienia z rynkiem masowym.

Zaproponowana przez Ministerstwo Cyfryzacji restrykcyjna i nadmierna regulacja dotycząca usługi dodatkowego obciążania rachunku doprowadzić może do zamknięcia prowadzenia usług tzw. direct billing. Jest to propozycja wykraczająca poza regulacje unijne, wobec czego jej przyjęcie spowoduje nieuzasadnione różnicowanie sytuacji przedsiębiorców polskich względem firm funkcjonujących w innych krajach UE. W ustawie powinna zostać przewidziana jedynie regulacja nakładająca obowiązek prawny co do możliwości zgłoszenia przez abonentów blokady usług dodatkowego obciążenia rachunku.

Savills Investment Management kupił od Invesco Real Estate centrum logistyczne w Łodzi

  • Savills Investment Management w imieniu funduszu ELF 2 nabył nowoczesne centrum logistyczne o powierzchni ponad 38 tys. mkw.
  • Jest to trzecia w ostatnich tygodniach inwestycja firmy na rynku łódzkim.
  • W Polsce Savills Investment Management zarządza obecnie aktywami o łącznej wartości 5 mld EUR, z czego 700 mln EUR stanowią nieruchomości magazynowe.

Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości, nabył kolejne centrum logistyczne w Łodzi. Nieruchomość została zakupiona od Invesco Real Estate – globalnego menedżera inwestycyjnego, w imieniu funduszu logistycznego Savills IM European Logistics Fund 2 (ELF 2), który obecnie posiada w Europie 26 obiektów.

Magazyn, którego powierzchnia wynosi ponad 38 000 mkw. został oddany do użytkowania
w 2017 roku. Nieruchomość stanowi część tzw. Central European Logistics Hub i jest położona w sąsiedztwie terminalu intermodalnego Spedcont, stanowiącego ważny element kolejowego „Nowego Jedwabnego Szlaku”, łączącego rynki europejskie z Azją. Ponadto, obiekt usytuowany jest zaledwie 30 km od węzła drogowego łączącego autostrady A1 i A2,
w doskonałej lokalizacji w centrum Polski z dogodnym dostępem do skrzyżowania europejskich szlaków wschód-zachód i północ-południe.

Centrum logistyczne zakupione przez Savills Investment Management jest w pełni wynajęte na długoterminowych umowach przez globalną firmę z branży AGD – Whirlpool oraz międzynarodowego producenta foteli i wyposażenia wnętrz dla pojazdów transportu publicznego – Compin.

Piotr Trzciński, Head of Investment – Poland, Savills Investment Management, powiedział:

Jestem niezmiernie zadowolony, że ten obiekt dołącza do naszego portfela w Polsce i uzupełnia dywersyfikację geograficzną funduszu. Jest to nasza piąta akwizycja logistyczna w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy i trzecia na rynku łódzkim. Względna odporność sektora magazynowego na skutki pandemii COVID-19 oraz perspektywy jego wzrostu powodują, że jest on pożądanym elementem pan-europejskich strategii naszych inwestorów. Tylko w tym roku, w Polsce, alokowaliśmy w tym sektorze niemal 430 milionów EUR. Fundusz ELF 2 i jego następca ELF 3 są w trakcie kolejnych zakupów, ugruntowując naszą pozycję jako jednego z największych w Europie menedżerów inwestycyjnych w sektorze logistycznym, z aktywami przekraczającymi 4.4 mld EUR.

Petr Sramek, Director, CEE Transactions w Invesco Real Estate, dodał:

„Polski rynek jest ważnym elementem naszego ogólnoeuropejskiego portfolio. Obecnie posiadamy tu 12 aktywów o łącznej wartości ponad 1 mld EUR. Centrum logistyczne w Łodzi było dla nas interesującym projektem value-add – nabyliśmy grunt, współpracowaliśmy z Panattoni w celu wybudowania obiektu, osiągając pełne wynajęcie z chwilą jego ukończenia. Wielu z naszych inwestorów wskazuje, że Polska jest kluczowym rynkiem inwestycyjnym, zarówno dla inwestycji typu core, jak i value-add. Od 2016 roku oddaliśmy do użytku około 950 000 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce i nadal dostrzegamy w tym regionie interesujące możliwości.”

W Polsce Savills Investment Management zarządza obecnie aktywami logistycznymi o łącznej powierzchni ponad 850 tys. mkw. i wartości ponad 700 mln EUR.

Podczas transakcji Savills Investment Management doradzały firmy: Dentons, DiL, Savills oraz EY / ATA. Sprzedającego reprezentowały natomiast: Greenberg Traurig, Gleeds, PwC oraz AFM.

Najemcy wybierają A-klasę. Warszawa bezkonkurencyjna

Warszawa jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W sierpniu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu, aż 280, z czego ponad połowę w Warszawie. Najwięcej sierpniowych transakcji na rynku biurowych zarejestrowano w budynkach klasy A. Jak pokazują dane REDD, rynek biurowy nie miał „urlopu”.
Dane REDD wskazują, że na polskim rynku dostępnych jest obecnie 4542 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2.50 mln m2. W sierpniu 2020, rynek zasiliły 52 moduły biurowe, które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu. Tym samym, zasoby wolnej powierzchni zwiększyły się o 25,000 m2.
REDD1— Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największy negatywny bilans wynajętych i zwolnionych biur w sierpniu zanotowały Wrocław (-23,214 m2), Warszawa (-18,126 m2) i Łódź (-6,434 m2) — wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD2

Warszawa: Najwięcej nowych umów najmu w stolicy

Mimo negatywnego bilansu w Warszawie, stolica jest liderem rynków regionalnych pod względem nowych umów najmu, gdzie zawarto ponad 55% (154 z 280) ze wszystkich zarejestrowanych w sierpniu.
REDD3REDD4

Najemcy wybierają A-klasę. 84% transakcji w biurowcach o wysokim standardzie

Najwięcej sierpniowych transakcji na rynku biurowych zarejestrowano w budynkach klasy A (138) zlokalizowanych głównie w Warszawie (72).

Analizując poniższe zestawienie danych warto zwrócić również uwagę na nowe umowy najmu w warszawskich budynkach B-klasowych (75) — takich transakcji zawarto więcej niż w obiektach o wysokim standardzie. Przy czym, należy zauważyć ogromną dysproporcję w wolumenie wynajętej powierzchni.

— Umowy najmu w budynkach wysokiego standardu dotyczą dużych przestrzeni biurowych o średniej powierzchni 667 m2, podczas gdy zawierane umowy w obiektach B-klasowych dotyczą małych modułów. W sierpniu, średnia wielkość wynajętego biura w takim obiekcie wyniosła zaledwie 85 m2. — mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.
REDD5

Polacy coraz częściej inwestują w nieruchomości „na spółkę” (poprzez crowdfunding)

Crowdfunding dotyczący nieruchomości zyskuje coraz większą popularność. Wyjaśniamy, czym w polskich warunkach cechuje się ta forma inwestowania.

Jeszcze niedawno, inwestycyjny crowdfunding był w Polsce zupełnie nowym zjawiskiem. Teraz sytuacja przedstawia się już nieco inaczej. Świadczy o tym między innymi stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego, która niedawno zwróciła uwagę na popularność zbiorowego inwestowania w instrumenty finansowe. Wspólny zakup nieruchomości przez wielu inwestorów jeszcze nie doczekał się podobnego zainteresowania ze strony nadzoru finansowego. Warto jednak pamiętać, że taka forma crowdfundingu również staje się coraz bardziej powszechna. Wyjaśniamy, dlaczego dekoniunktura gospodarcza może zwiększyć jej popularność.

Wiele finansowych innowacji trafia do nas z opóźnieniem

Trudno ukryć, że Polska nie jest globalnym liderem pod względem wspólnego inwestowania w nieruchomości. Taka sytuacja nie powinna jednak dziwić, bo wiele inwestycyjnych i finansowych nowości trafia do naszego kraju z pewnym opóźnieniem. Jeżeli chodzi o wspólne inwestowanie w nieruchomości (nieruchomościowy crowdfunding), to jego korzeni trzeba szukać na amerykańskim rynku nieruchomości. To właśnie w USA powstały pierwsze platformy internetowe zrzeszające inwestorów zainteresowanych wspólnym zakupem domów, mieszkań lub działek. „Trudno się temu dziwić, ponieważ amerykański rynek nieruchomości mieszkaniowych pod względem wartości zajmuje drugą pozycję na świecie (za chińskim) i jest bardzo dobrze rozwinięty” – mówi Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Polski crowdfunding nieruchomości zaczął się 5 lat temu

Trzeba podkreślić, że pierwsze inwestycje crowdfundingowe w nieruchomości datuje się na lata 2010 – 2012. Był to trudny czas dla rynku nieruchomości (nie tylko amerykańskiego). W odpowiedzi na wzrost ryzyka inwestycyjnego, część posiadaczy kapitału słusznie stwierdziła, że bezpieczniej jest zakupić udziały dotyczące kilku albo nawet kilkunastu różnych nieruchomości. Ten sposób inwestowania w ciągu kolejnych 3 lat – 5 lat dobrze przyjął się na terenie Europy Zachodniej. Połowa dekady to również czas, w którym zaczęły powstawać pierwsze polskie inicjatywy związane z crowdfundingiem nieruchomościowym. Najlepszym przykładem są działania firmy Mzuri, którą można określić jako lidera rodzimego sektora crowdfundingowego. Grupa Mzuri już w grudniu 2014 r. uruchomiła pierwszą spółkę celową opartą na idei crowdfundingu. „Przez kolejne lata, wspomniana grupa zebrała od inwestorów 60 mln zł i wygenerowała crowdfundingowe zyski na poziomie około 3,5 mln zł” – podaje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kryzys może zwiększyć zainteresowanie crowdfundingiem

Wzrost popularności nieruchomościowego crowdfundingu w warunkach kryzysu na amerykańskim i zachodnioeuropejskim rynku nieruchomości (lata 2010 – 2014) stanowi też pewien prognostyk dotyczący znaczenia tej formy inwestowania w Polsce. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że dekoniunktura panująca obecnie na polskim rynku gruntów i nieruchomości mieszkaniowych zwiększy zainteresowanie inwestowaniem zbiorowym. Czasy bardzo łatwego zarabiania na nieruchomościach na razie się bowiem skończyły. Co więcej, wciąż nie wiadomo, czy dobra koniunktura już za 12 miesięcy – 18 miesięcy powróci na polski rynek nieruchomości. W takich warunkach, wielu posiadaczy kapitału będzie chciało rozproszyć ryzyko inwestycyjne (poprzez nabycie udziałów w firmach kupujących nieruchomości) i powierzyć profesjonalistom zarządzenie inwestycją. Na popularność crowdfundingu może również pozytywnie wpłynąć bardzo niskie oprocentowanie lokat. „Jeżeli przeciętny posiadacz oszczędności ma problemy ze znalezieniem dużej lokaty zapewniającej stawkę oprocentowania większą niż 1,00% (bez dodatkowych wymagań), to można spodziewać się większego zainteresowania alternatywnymi wariantami lokowania środków” – zwraca uwagę Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Crowdfunding to alternatywa dla opóźnionych REIT-ów?

W ramach podsumowania, warto również zwrócić uwagę, że pojawienie się w Polsce crowdfundingu nieruchomościowego częściowo kompensuje problemy związane z brakiem prawnych ram działania dla spółek typu REIT. Wbrew temu, co czasem można przeczytać w mediach, przepisy regulujące zasady działania polskich REIT-ów (firm inwestujących w najem nieruchomości) wcale nie weszły jeszcze w życie. „Rządowy projekt ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości (zobacz druk sejmowy numer 2855) wpłynął do Sejmu 25 września 2018 r. Sprawozdanie komisji sejmowej z października 2018 r. było ostatnim przejawem aktywności posłów w sprawie polskich REIT-ów” – informuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Tak długi okres bez konkretnych działań legislacyjnych sugeruje, że nieprędko doczekamy się działalności spółek inwestujących w wynajem nieruchomości, które będą posiadały preferencyjne zasady opodatkowania. Opisywana sytuacja dodatkowo zwiększy zainteresowanie alternatywą dla REIT-ów, jaką jest crowdfunding nieruchomości. Oczywiście nie oznacza to, że krajowi politycy powinni zrezygnować z działań mających na celu utworzenie REIT-ów. „Większa liczba dostępnych wariantów oznacza bowiem korzyści dla krajowych inwestorów. Chodzi nie tylko o bardzo zamożne osoby, ale również o Polaków, którzy poprzez inwestycje nieruchomościowe próbują zgromadzić kapitał emerytalny” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Gdzie i jakie mieszkania drożeją mimo pandemii?

Z zagranicy zaczynają już napływać pierwsze informacje o cenach mieszkań w II kw. 2020 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, gdzie na świecie nieruchomości mieszkaniowe drożały mimo pandemii.

Narodowy Bank Polski niedawno podał informacje o zmianach cen mieszkań z największych polskich miast w okresie kwiecień – czerwiec 2020 r. Zagraniczne banki centralne, urzędy statystyczne oraz podobne instytucje też zaczynają publikować podobne dane z II kw. 2020 r. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak wygląda sytuacja cenowa największych rynków nieruchomości. Taka analiza czasem prowadzi do dość zaskakujących wniosków. Okazuje się bowiem, że w niektórych krajach metraż podrożał mimo wpływu pandemii.  

Wzrosty odnotowano za naszą zachodnią granicą

Przegląd sytuacji panującej na największych rynkach nieruchomości warto rozpocząć od Niemiec. Nasz zachodni sąsiad cechuje się dużym rynkiem nieruchomości mieszkaniowych, na którym przez ostatnie lata były widoczne szybkie wzrosty cen. Najnowsze dane niemieckiego urzędu statystycznego (Destatis) sugerują, że w II kw. 2020 r. metraż nadal drożał pomimo epidemii koronawirusa i związanego z nią kryzysu. Destatis podaje, że w stosunku do II kw. 2019 r. niemieckie nieruchomości mieszkaniowe podrożały o 5,6%. Analogiczna zmiana liczona względem I kw. 2020 r. była znacznie mniejsza (+1,4%). Porównywalne wyniki dotyczące I kw. 2020 r. wynosiły odpowiednio +6,8% (rocznie) oraz +0,3% (kwartalnie). Zatem w II kw. 2020 r. można było zauważyć wzrost krótkookresowej dynamiki cen niemieckich mieszkań.

Na największych rynkach też notowano podwyżki

Warto wiedzieć, że cenowe informacje OECD z II kw. 2020 r. są już dostępne dla dwóch największych rynków mieszkaniowych na świecie. Mowa o rynku chińskim oraz amerykańskim. Jeżeli chodzi o Państwo Środka, które jako pierwsze mocno ucierpiało na skutek koronawirusa, to w I kw. oraz II kw. 2020 r. odnotowano takie same trzymiesięczne wzrosty cen nieruchomości mieszkaniowych wynoszące 0,8%. Warto podkreślić, że mówimy o nominalnych zmianach. Tym niemniej, wzrosty cen chińskiego metrażu zasługują na uwagę. Dodatnie zmiany cen nieruchomości mieszkaniowych odnotowano również w przypadku Stanów Zjednoczonych. W I kw. 2020 r. był to trzymiesięczny wzrost wynoszący 1,7%. Kolejny kwartał przyniósł cenową zmianę na takim poziomie, jak w Chinach (+0,8% względem I kw. 2020 r.).

Podrożały m.in. mieszkania z Kanady oraz Brazylii

Wciąż brakuje nam informacji o ostatnich zmianach cen mieszkań na kilku ważnych europejskich rynkach (np. francuskim oraz włoskim). Dysponujemy natomiast danymi OECD, które dotyczą kilku innych krajów będących ważnymi gospodarkami w ujęciu globalnym. Przykład stanowi Kanada, gdzie nieruchomości mieszkaniowe nominalnie podrożały o 1,8% (I kw. 2020 r./IV kw. 2019 r.) oraz 2,2% (II kw. 2020 r./I kw. 2020 r.). Ciekawie prezentują się też statystyki dla Brazylii. Tamtejszy rynek mieszkaniowy zarówno w I kw. 2020 roku, jak i II kw. 2020 roku odnotował wzrosty nominalnych cen domów i lokali. Mowa o zmianach wynoszących odpowiednio 0,2% oraz 0,5%.

Wzrosty dotyczące polskich „M” nie powinny dziwić

Tytułem podsumowania, warto odnieść się do informacji dotyczących Polski. W przypadku naszego kraju, nie dysponujemy jeszcze danymi dla całego rynku mieszkaniowego. Narodowy Bank Polski podał natomiast informacje o kwartalnych zmianach z trzech grup rynków lokalnych. Dane NBP wskazują, że średnie transakcyjne ceny 1 mkw. mieszkań zmieniły się następująco:

  • rynek stołeczny (Warszawa) – spadek o 3,9% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 0,2% (używane mieszkania)
  • sześć największych rynków poza Warszawą (Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław) – wzrost o 0,3% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 3,5% (używane mieszkania)
  • dziesięć mniejszych rynków regionalnych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra) – spadek o 1,2% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 4,5% (używane mieszkania)

Dodatnie zmiany widoczne powyżej (głównie na rynku wtórnym) nie powinny dziwić. Przykłady z zagranicy potwierdzają bowiem, że spadki cen metrażu nie muszą być widoczne natychmiast po rozpoczęciu kryzysu gospodarczego. Warto pamiętać, że rynek nieruchomości cechuje się swoistą bezwładnością. Co więcej, nieruchomości wciąż bywają postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału w czasach turbulencji na rynkach finansowych i niskiego oprocentowania depozytów.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polski robot UV-C gotowy do walki z wirusami w przemyśle, handlu i turystyce

Pracuje samodzielnie i szybko, a jego skuteczność potwierdzają opinie medyków. Mobilny i autonomiczny robot UV-C polskiej firmy ControlTec już odkaża przestrzenie z wirusów i bakterii we wrocławskim szpitalu zakaźnym. Niebawem z jego zalet będą mogły skorzystać m.in. zakłady przemysłowe, obiekty handlowe i turystyczne.

Autonomiczny robot porusza się samodzielnie, emitując promieniowanie UV typu C – zabójcze dla wirusów (w tym SARS-CoV-2), bakterii i innych groźnych drobnoustrojów. Jego niemal stuprocentowa skuteczność jest udowodniona badaniami laboratoryjnymi i mikrobiologicznymi.

Jako pierwsi w Polsce urządzenie tego typu skonstruowali doświadczeni inżynierowie z wrocławskiej firmy ControlTec, największego niezależnego integratora systemów automatyki w Polsce, którzy połączyli jeżdżącą platformę z systemem 16 lamp i napisali do tego autorskie oprogramowanie sterujące. Robot UV-C ControlTec dezynfekuje pomieszczenia i sprzęt w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym przy ul. Koszarowej we Wrocławiu, gdzie w okresie pandemii leżą chorzy na COVID-19. Robot zebrał od pracowników szpitala bardzo pozytywne opinie potwierdzone pisemną rekomendacją.

Robot udowodnił w szpitalu, że sprawdza się w najbardziej wymagających warunkach. – Z jego zalet mogą korzystać przedstawiciele wielu innych branż. Technologia dezynfekcji w zakresie 360 stopni połączona z umiejętnością dostosowania pracy lampy do odkażanego otoczenia powala mu utrzymywać higienę i bezpieczeństwo w obiektach o każdej skali i przeznaczeniu. – zapewnia Grzegorz Góral, wiceprezes i założyciel firmy ControlTec. – Nasz robot wyznacza nowe standardy w dezynfekcji budynków i pomieszczeń. Zdalnie sterowany system lamp pozwala na szybką, bardzo dokładną i obecnie najbardziej bezpieczną metodę odkażania – dodaje.

Robot z powodzeniem poradzi sobie w galeriach handlowych, obiektach przemysłowych, gabinetach medycznych, dentystycznych i kosmetycznych, hotelach i restauracjach, halach sportowych, instytucjach kultury, zakładach fryzjerskich, centrach SPA i w wielu innych miejscach.

Obiekty handlowe

Dzięki zasięgowi świecenia lamp w promieniu 4 metrów i umiejętności pracy w grupach (flotach), robot znakomicie sprawdzi się w galeriach i centrach handlowych – niezależnie od ich wielkości. – To opłacalna metoda na dużych przestrzeniach – twierdzi Grzegorz Góral. – Jego użycie może przyczynić się do zwiększenia liczby odwiedzających i zaufania klientów, co przekłada się na zysk. Co więcej, zdalnie obsługiwany robot odkaża bez obecności człowieka, więc jest to metoda bezpieczna dla pracowników – dodaje.

Założyciel firmy ControlTec twierdzi, że metoda odkażania robotem jest zdecydowanie wygodniejsza i szybsza niż tradycyjne metody dezynfekcji przeprowadzane w centrach handlowych przez personel. Użycie robota zwiększa bezpieczeństwo korzystania z centrum oraz podnosi jego prestiż w oczach klientów.

Hotele i restauracje

Robot zapamiętuje trasy przejazdu i omija przeszkody, dlatego może pracować nawet w najmniejszych pomieszczeniach i korytarzach. Na jednym ładowaniu jest w stanie zdezynfekować 10 pokoi hotelowych (o wielkości do 30 mkw.). Ładowanie przebiega automatycznie (robot podjeżdża do stacji ładowania samodzielnie) lub ręcznie (wymiana akumulatora). Naładowane urządzenie może pracować do 4 godzin. Czas ładowania do 70% to 30 minut (do 100% 3,5 godziny). – O włączeniu robota do załogi powinny pomyśleć także firmy sprzątające, ponieważ da im to przewagę nad konkurentami – sugeruje Grzegorz Góral.

Aby robot zdezynfekował pokój, wystarczy go do niego wpuścić i zdalnie włączyć lampy. Robot powiadomi o skończonej pracy. Pojedzie do następnego pokoju, a po drodze zdezynfekuje korytarz. To wszystko może robić nocą – a więc bezpiecznie dla gości i personelu.

Przemysł

Wspomniana hala produkcyjna to tylko jeden typ obiektu przemysłowego, które warto dezynfekować robotem. Pozostałe to m.in. fabryki, warsztaty i magazyny. Szybkie odkażanie zwiększa ciągłość produkcji i bezpieczeństwo załogi, ponieważ zmniejsza ryzyko wysłania dużej liczby pracowników na przymusową kwarantannę. Kolejna korzyścią jest to, że robot dotrze z promieniowaniem do wszystkich zakamarków. A ponadto robota można wykorzystać do innych celów. – Zanim dołączyliśmy system lamp odkażających, konstruowaliśmy urządzenie transportowe do fabryki silników samochodowych – wspomina Grzegorz Góral.

Zainteresowanie za granicą

Skąd tak szerokie zastosowanie? To zasługa nowoczesnego oprogramowania, które umożliwia personalizację robota i dostosowanie jego pracy do indywidualnych potrzeb i zadań specjalnych. Komunikacja przebiega przez Wi-Fi, LAN lub złącze RS-232. Urządzeniem zarządza się zdalnie (tablet z aplikacją) lub lokalnie (komputer).

Liczne zalety tego innowacyjnego urządzenia dostrzegają nie tylko firmy polskie, ale także zagraniczne. – Sukces w szpitalu odbił się głośnym echem nie tylko w Polsce. Robot wzbudza zainteresowanie za granicą. Chcą go mieć firmy z różnych branż, bo wiedzą, że w nowa rzeczywistość wymaga jeszcze większej dbałości o dezynfekcję niż do tej pory. Wiedzą też, że robot sprawdzi się w ich przemysłowych, handlowych czy turystycznych obiektach tak dobrze jak zrobił to w obiekcie medycznym – podsumowuje Grzegorz Góral.

Ogólnopolski Szczyt Gospodarczy OSG 2020

W dniach 5-6 października odbędzie się po raz szósty Ogólnopolski Szczyt Gospodarczy OSG 2020. Szczyt odbędzie się w Lublinie w Międzynarodowych Targach Lubelskich, zaś temat przewodni Wydarzenia brzmi: „Państwo – Gospodarka – Bezpieczeństwo: Filary polskiej gospodarki przyszłości”.

osg 2020Już po raz szósty Europejskie Centrum Biznesu pragnie zaprosić czołowych przedstawicieli świata polityki, gospodarki, nauki i biznesu na Szczyt. W ramach tegorocznej edycji zamierzamy skoncentrować się na filarach polskiej gospodarki przyszłości, czyli branżach, firmach i instytucjach, które swoją działalnością i determinacją przyczyniają się do rozwoju gospodarczego kraju. Pragniemy w ramach zaplanowanych debat przeprowadzić dyskusje poświęcone zabezpieczeniu polskiej gospodarki w dobie pandemii pod kątem ryzyk wynikających z niepewności inwestycyjnej, sytuacji międzynarodowej, bezpieczeństwa gospodarczego, energetycznego i finansowego jak również potencjału infrastrukturalnego i innowacyjnego. Temat przewodni Szczytu: Państwo-Gospodarka-Bezpieczeństwo to wspólny mianownik dla wielu inicjatyw, projektów i strategii realizowanych przez Rząd i poszczególne resorty, a tym samym doskonały temat zapewniający niezwykle ciekawą i inspirującą dyskusję na wielu płaszczyznach. Na zakończenie pierwszego dnia Szczytu odbędzie się Gala wręczenia statuetek Bursztyn Polskiej Gospodarki 2020.

Szczegółowe informacje: www.osg2020.pl

Ryzyko utraty pracy w oczach Polaków rośnie. Raport nt. obaw Polaków przed drugą falą pandemii COVID

Aż 53% badanych boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego po pandemii COVID-19. Polacy, jako główne obawy związane z ryzykiem utraty pracy wskazują: recesję (59,6%) dłuższą izolację wywołaną zakażeniem (41,6%) oraz automatyzację ich stanowiska pracy (18,7%). Blisko 40% badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja zmusiła ich do częstszego korzystania ze smartfonu
i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – wynika z raportu Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.

Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm. Ponad połowa Polaków boi się utraty pracy. Jako potencjalny powód podają oni recesję i kryzys gospodarczy. Jednocześnie Polacy boją się przymusowej izolacji, aż 41,6% obawia się zakażenia wirusem, bądź kontaktu z osobą zarażoną, co wymusi pozostanie na kwarantannie.

Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny, wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany (18,7%) obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9%). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3% obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.

„Wyniki raportu pokazują, że nasze społeczeństwo jest coraz bardziej świadome zagrożeń, jakie mogą występować przy wdrażaniu nowych rozwiązań technologicznych. Ze względu na ryzyko utraty pracy w pandemii więcej Polaków dostrzega zagrożenia płynące z cyfryzacji i automatyzacji procesów oraz więcej badanych obawia się wdrożenia nowych technologii w firmach, w których są zatrudnieni. Pracodawcy decydujący się na pracę zdalną i automatyzację stanowisk pracy mogą się, więc liczyć z dużym stresem w zespołach. Oznacza to konieczność edukacji i wdrażania odpowiedzialnej polityki cyfrowej w firmach” – podkreśla Iwona Kubicz z Procontent Communication.

Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” –
z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad 2/3 badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, z której, jak wynika z raportu Procontent, w ostatnim czasie korzystał, co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy odpowiada coraz mniej. Ponad połowa z nich (52%) potwierdza, że przez zdalne wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.

Jednocześnie ankietowani w wyniku wzmożonego kontaktu z technologią podczas pandemii coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2% Polaków.

Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki. Ponad połowa badanych (52%) deklaruje, że oszczędza w strachu przed drugą falą epidemii. Obawy przed drugą falą wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1%) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8%). Istotnym aspektem jest też dbanie o dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne po izolacji (47,3%). Tylko nieliczni wskazali zmiany klimatyczne (21,1%), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy.

„Obrazuje to fakt, iż w wyniku pandemii zepchnęliśmy tematy kiedyś kluczowe na drugi tor. Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś, bowiem zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczące bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem, powinny zostać zaadresowane
w komunikacji wewnętrznej i korporacyjnej firm, które chcą by pracownicy koncentrowali się na działaniu i pozostali produktywni”
– komentuje Iwona Kubicz.

„Ponad 1/3 badanych stwierdza, że stosunek firm do pracowników w wyniku pandemii uległ znacznemu pogorszeniu. To bardzo niepokojące dane związane ze zmieniającym się trendem i najprawdopodobniej kończącym się rynkiem pracownika. Zaufanie do pracodawcy nadwyrężyło zaledwie kilka miesięcy od wybuchu epidemii, jednak jego odbudowa może potrwać lata, choć dobra gospodarcza koniunktura może powrócić wraz ze spodziewaną skuteczną szczepionką. Kluczową kwestią podczas epidemii, w momencie niepokoju i obawy jest mądre zarządzanie reputacją firmy. To właśnie rolą szefów jest zadbanie o bezpieczeństwo pracowników i zminimalizowanie strat wizerunkowych dla przedsiębiorstw” – dodaje Iwona Kubicz, prezes Procontent Communication.Czy przez pandemię zastąpią nas roboty

Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może zaostrzyć trend ku automatyzacji
i robotyzacji procesów, ponieważ firmy szukają sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. Jednocześnie wiele firm, które wprowadzi nowe technologie
i zainwestuje w automatyzację może nigdy nie wrócić do starych nawyków.

Branża cyfrowa Grupy Wyszehradzkiej apeluje do rządów i KE o reformę opłaty reprograficznej

Branża cyfrowa i nowoczesnych technologii z Polski, Czech, Słowacji i Węgier – Digital V4 – zaapelowała do rządów swoich państw oraz do Komisji Europejskiej o rozpoczęcie prac nad reformą systemu finansowania pracy artystów opartego o opłatę reprograficzną. Ich zdaniem dzisiejsza opłata jest przestarzała, nie przystaje do teraźniejszości oraz nie nadąża za gwałtownym rozwojem nowych, cyfrowych modeli biznesowych i usługowych.

Digital V4 to inicjatywa organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej: Polski, Czech, Słowacji i Węgier, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Zdaniem Digital V4 obowiązujące rozwiązanie wymaga gruntownego przemodelowania, gdyż powstała w latach 60. XX wieku opłata reprograficzna nie odpowiada zmianom technologicznym, które zaszły od czasu jej wdrożenia, a współczesne i nadchodzące cyfrowe rozwiązania technologiczne wymykają się jej przestarzałym ramom. „Jesteśmy w obowiązku zwrócić naszym rządom i Komisji Europejskiej uwagę na fakt, że archaiczny model opłaty reprograficznej nie dotrzymuje również kroku gwałtownemu rozwojowi nowych cyfrowych modeli biznesowych i usługowych. Konieczne jest zatem natychmiastowe dostosowanie systemu do nowych realiów technologicznych oraz metod dystrybucji kultury w sieci” – napisano we wspólnym stanowisku.

Branża: stałe poszerzanie listy urządzeń – toporne i niewydajne

Jak zauważa branża cyfrowa Grupy Wyszehradzkiej, od lat boryka się ona z ciągłą walką o wydłużanie listy urządzeń objętych stosowanymi regulacjami. Stałe poszerzanie zakresu urządzeń i nośników objętych opłatą reprograficzną jest jednak rozwiązaniem topornym i bardzo wrażliwym na upływ czasu. Metoda ta jest niewydajna legislacyjne i skazana na niepowodzenie w obliczu cyfryzacji i dynamicznie rozwijającego się rynku, na którym nowe rozwiązania pojawiają się, zanim regulacje prawne zostaną dostosowane do istniejących już produktów i usług. – Przepisy już dziś odbiegają od realiów technologicznych i aktualnych metod odbioru dzieł kultury. Proces ten będzie z czasem przybierał na tempie i uwydatniał luki dzisiejszego systemu – komentuje Michał Kanownik ze Związku Cyfrowa Polska, który podpisał się pod apelem.

Prezes Cyfrowej Polski zauważa, że kopiowanie utworów staje się dziś reliktem przeszłości. – Skala kopiowania daleko odbiega od czasów powszechnego stosowania kaset czy płyt CD i staje się zjawiskiem marginalnym. Obywatele państw Grupy Wyszehradzkiej i Unii Europejskiej korzystają dziś z owoców pracy artystów za pomocą nowych kanałów, głównie za pomocą usług streamingowych, których popularność stale wzrasta i konsekwentnie wypiera kopiowanie – podkreśla Michał Kanownik. Digital V4 zwraca też uwagę na fakt, że za obcowanie z dziełami kultury, konsumenci ponoszą dziś koszty w postaci comiesięcznych abonamentów, opłat za czasowy dostęp, czy godzą się na oglądanie reklam w ramach usługi. Nie ma zatem uzasadnienia dla utrzymania systemu opartego o zanikające zjawisko, któremu wymykają się dzisiejsze formy odbioru kultury oraz zdobycze postępu technologicznego.

Opłata w sprzeczności z Jednolitym Rynkiem Cyfrowym

Kolejnym problemem jest to, że opłata reprograficzna ma niejednolity charakter prawny w UE. A to stoi w sprzeczności ze staraniami Unii Europejskiej na rzecz budowania Jednolitego Rynku Cyfrowego i pogłębiania integracji. „Jako organizacje działające w obrębie stale rozwijającego się Jednolitego Rynku Cyfrowego, dostrzegamy głęboką potrzebę stworzenia na nowo wydajnego systemu i ujednolicenia przepisów oraz mechanizmów w nowoczesnej Unii Europejskiej wkraczającej w erę cyfryzacji” – argumentuje w swoim stanowisku Digital V4.

Co się zmieniło w branży IT przez ostatnie 15 lat?

Smartfony wypierają komputery, aplikacje w chmurze zastąpiły programy instalowane na dysku, a media społecznościowe wyrosły na główne źródło informacji. Jak ostatnie 15 lat w nowych technologiach wyglądało od kuchni branży IT? Eksperci firmy 7N, która działa w Polsce już od półtorej dekady, podsumowują, jak przez ten czas zmieniła się praca programistów.

Ostatnie 15 lat przyniosło wiele istotnych zmian. W efekcie medialnego zainteresowania nowymi technologiami, co roku słyszymy o kolejnych trendach. Tymczasem, zdaniem Grzegorza Pyzla, Vice President w 7N potrzeba dopiero kilku lat, by dostrzec naprawdę istotne procesy, takie jak przetasowania w popularności języków programowania czy wzrost znaczenia rozwiązań chmurowych. Polski oddział duńskiej firmy 7N powstał w 2005 r. Od tego czasu, bacznie obserwuje praktyki na polskim rynku IT. Jakie zmiany dostrzega?

Coraz więcej programistów

Według analiz Evans Data Corporation liczba programistów na świecie w ciągu minionej półtorej dekady uległa podwojeniu, przekraczając w ubiegłym roku 24 miliony osób. Ale nawet tak spektakularny wzrost nie nadąża za popytem na pracę deweloperów. W branży IT to wciąż pracodawcy muszą zabiegać mocno o pracownika.

To sprawia, że coraz więcej młodych ludzi decyduje się na karierę w IT. Przez ostatnich 15 lat znacząco wzrosła liczba absolwentów kierunków teleinformatycznych. Od kilku lat co roku mury polskich uczelni opuszcza kilkanaście tysięcy adeptów informatyki i kierunków pokrewnych. Do tego należy dodać osoby, które ukończyły różne, szkolenia, np. w ramach popularnych w Polsce szkół programowania. Według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości obecnie branża IT liczy ponad 430 tys. pracowników.

Rewolucja w formie zatrudnienia

Na przestrzeni lat ewoluowały również modele zatrudnienia, które obecnie zmierzają w kierunku projektowych i bardziej elastycznych form współpracy. W Polsce w tym obszarze pionierem zmian była firma 7N, która od początku oferowała programistom pracę w modelu kontraktowym.

– Gdy zaczynaliśmy działać w Polsce, model kontraktowy był jeszcze mało popularny w zawodach związanych z technologiami. Staliśmy się zatem edukatorami wyjaśniającymi, na czym on polega, jakie są plusy i minusy różnych form zatrudnienia. Na tym polu zaszła gigantyczna zmiana. Obecnie około 50 proc. osób związanych z rozwojem oprogramowania pracuje na kontraktach – zauważa Grzegorz Pyzel, Vice President w 7N.

Jawność wynagrodzeń i transparentność

7N od początku swojej obecności w Polsce, zgodnie ze skandynawskim zwyczajem, podawało w ogłoszeniach o pracę wysokość przyszłych zarobków konsultantów
– Gdy zaczęliśmy publikować stawki wynagrodzeń, część klientów tego nie rozumiała. Czasami nawet zdarzały się prośby o zaprzestanie tych praktyk. Teraz coraz trudniej w IT znaleźć ogłoszenie bez podanej stawki lub chociaż widełek płacowych – wspomina Grzegorz Pyzel – Podobnie było z jawnością naszej marży. Można więc śmiało powiedzieć, że byliśmy pionierami transparentności, która pomimo upływu 15 lat dziś nie wszystkim wydaje się oczywista – ocenia ekspert.

Programista partnerem dla biznesu

Ekspert 7N wskazuje również, że zmiana organizacji pracy w branży IT przyczyniła się do modyfikacji jej charakteru. Programiści nie są, jak dawniej, wyłącznie skupionymi na kodowaniu fachowcami, czekającymi, aż ktoś zleci im kolejne zadanie. Popularyzacja zwinnych metodyk zarządzania sprawiła, że osoby te są dużo bliżej biznesu.
– Skoro rozwinęła się strona biznesowa odpowiedzialna za IT, to analogicznie można zauważyć wzrost świadomości rozwoju osobistego po stronie programistów. Już nie tylko certyfikaty potwierdzające wiedzę techniczną, ale i nastawienie na umiejętności miękkie decyduje o roli w projekcie. Rynek potrzebował takiego zaangażowania ze strony tych, którzy mają tak duży wpływ na funkcjonowanie produktów, procesów, a nawet całych biznesów. Edukacja, jaką oferujemy w ramach opieki agentów, ma na celu skłonić konsultantów do bardziej proaktywnego podejścia. Analogiczny proces można zauważyć po stronie klientów. Kiedyś przeciętna osoba nie do końca rozumiała, czym dokładnie się zajmują programiści. Dziś jest zupełnie inaczej, dużo się mówi i pisze o technologiach, aplikacjach i startupach – ocenia Grzegorz Pyzel.

Polska ważnym graczem na mapie IT

Istotną zmianą minionego 15-lecia jest przesunięcie Polski z roli kraju wchodzącego w globalny świat IT w kierunku jego centrum. Jak pokazał raport „Executive Brief Outsourcing IT” obejmujący 50 krajów, Polska zajmuje czołowe miejsce, jeśli chodzi o outsourcing usług informatycznych w modelu nearshoringowym czy offshoringowym. Pomiędzy rodzimymi firmami IT a spółkami zagranicznymi trwa ostra konkurencja o pracownika.
– W 2005 r., gdy otworzyliśmy biuro 7N w Polsce, obsługiwaliśmy trzech klientów z Danii i ani jednego z Polski. Obecnie obsługujemy ponad 50 klientów z czego około 30 proc. to klienci zagraniczni. Polska w coraz większym stopniu staje się hubem branży IT w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Z jednej strony globalne firmy technologiczne budują nad Wisłą swoje centra kompetencyjne, zatrudniając najlepszych ekspertów IT. Z drugiej, prężnie rozwijają się także lokalne firmy, inwestując w technologie i poszerzając zakres swoich usług, np. w projektowaniu nowych produktów – zauważa Grzegorz Pyzel.

Ponadprzeciętny wzrost

Zaawansowanie branży widać także na przykładzie polskiego oddziału 7N, który rośnie szybciej niż inne zagraniczne oddziały. Pod koniec ubiegłego roku współpracowało z nim ponad 800 konsultantów, czyli już ponad połowa wszystkich konsultantów tej globalnej firmy.

– Misją 7N jest praca z 3 proc. najlepszych specjalistów na rynku. Liczba konsultantów, którymi się opiekujemy, to tylko jeden ze wskaźników ilustrujących, jak bardzo zwiększyło się w naszym kraju grono specjalistów IT z najwyższymi umiejętnościami – tłumaczy Grzegorz Pyzel, Vice President w 7N.

Toyota Lunar Cruiser – wodorowy pojazd do eksploracji Księżyca

Można powiedzieć, że wszystkim. Lunar Cruiser to załogowy łazik ciśnieniowy do eksploracji Księżyca, nad którym Toyota pracuje wspólnie z Japońską Agencją Kosmiczną JAXA. Pojazd wielkości dużego auta dostawczego otrzyma napęd na wodorowe ogniwa paliwowe i ma mieć zasięg nawet 10 tys. km. Natomiast Land Cruiser to słynna terenówka Toyoty, znana z niezrównanej trwałości i niezawodności oraz możliwości off-roadowych. Oba pojazdy łączy ten sam producent oraz zdolność do radzenia sobie w księżycowym krajobrazie.

Koncepcja załogowego łazika japońskiej produkcji powstała w 2019 roku, kiedy Toyota i JAXA postanowiły połączyć siły i opracować wodorowy pojazd do eksploracji Księżyca z napędem na ogniwa paliwowe Toyoty. Ma on zapewnić ogromny zasięg do 10 tysięcy kilometrów i miejsce dla czworga astronautów. Teraz twórcy łazika ogłosili jego nazwę – Lunar Cruiser.Toyota Lunar Cruiser (1) Toyota Lunar Cruiser (3)

Krążownik, na którym można polegać

Nazwa Lunar Cruiser została wybrana ze względu na to, że dobrze się kojarzyła inżynierom i innym pracownikom Toyoty i JAXA zaangażowanym w ten projekt. Toyota uznała, że podobne skojarzenia będzie miała także szeroka publiczność. Chodzi oczywiście o nawiązanie do Land Cruisera, znanego na całym świecie samochodu terenowego, którego tradycja sięga 1951 roku. Po Land Cruisera sięgają ludzie pod każdą szerokością geograficzną potrzebujący niezmordowanego narzędzia transportu, które poradzi sobie nawet w najbardziej niedostępnych okolicach – jak góry, skute lodem strefy biegunowe, pustynie czy tropikalne dżungle. Jeśli jest na świecie samochód dający gwarancję powodzenia każdej wyprawy, to jest to właśnie Land Cruiser – samochód o świetnych możliwościach terenowych, odpornej konstrukcji i wysokiej jakości przekładającej się na niezawodność. Najwyraźniej Toyota i Japońska Agencja Kosmiczna liczą na to, że Lunar Cruiser zapewni eksploratorom Księżyca to samo – gwarancję udanej misji i bezpiecznego powrotu.

Przygotowania do pierwszej misji na Księżycu

Plan zbudowania załogowego ciśnieniowego łazika z napędem na wodorowe ogniwa paliwowe został ogłoszony 13 czerwca 2019 roku. Gotowy pojazd zostanie pokazany w drugiej połowie lat 2020, a następnie zostaną przeprowadzone testy. W swoją pierwszą misję Lunar Cruiser wyruszy pod koniec dekady. Jeszcze w tym roku specjaliści Toyoty i JAXA opracują zestaw procedur testowych do sprawdzenia każdego elementu oraz działania pojazdu jako całości. Obejmą one zarówno testy fizyczne, jak i symulacje cyfrowe. Toyota ma w tej dziedzinie sporo doświadczenia – jako pierwsza wprowadziła do branży motoryzacyjnej oprogramowanie do wirtualnych testów zderzeniowych wraz z serią zaawansowanych cyfrowych manekinów, które odzwierciedlają dynamiczny wpływ różnego rodzaju kolizji na wszystkie kluczowe organy wewnętrzne oraz tkanki u dzieci i dorosłych obu płci w różnym wieku. Pozwala to lepiej ocenić rzeczywisty wpływ wypadku na stan zdrowia kierowcy i pasażerów niż testy zderzeniowe z plastikowymi manekinami.

Wodorowy Lunar Cruiser

Lunar Cruiser będzie miał długość 6 m, szerokość 5,2 m i wysokość 3,8 m. Pojemność kabiny dla kosmonautów wyniesie około 13 m3. Pojazd jest projektowany dla dwóch pasażerów, ale w nagłej sytuacji będzie mógł pomieścić 4 osoby. Będą w nim panowały warunki umożliwiające funkcjonowanie bez kombinezonu kosmicznego. Astronauci będą mogli z łazika swobodnie wysiadać w kombinezonach oraz poruszać się nim po Księżycu, również z wykorzystaniem autopilota.

Pojazd otrzyma układ napędowy zasilany ogniwami paliwowymi – jest to wydajne i bezemisyjne rozwiązanie, które pozwala generować prąd na bieżąco na pokładzie pojazdu w reakcji wodoru i tlenu. Efektem ubocznym jego działania jest woda. Dzięki wysokiej gęstości energii ogniwa bardzo dobrze nadają się do zastosowań kosmicznych. Toyota jest największym producentem pojazdów wodorowych, odkąd w 2014 roku zadebiutował model Mirai. Ten średniej wielkości sedan z elektrycznym silnikiem o mocy 154 KM ma zasięg co najmniej 500 km. Do dziś Toyota sprzedała ponad 10 tys. egzemplarzy, a w tym roku zadebiutuje jego druga, o 30% wydajniejsza generacja.

Toyota nie ogranicza się do produkcji osobowych samochodów na ogniwa paliwowe. Firma sprzedaje także już drugą generację wodorowych autobusów miejskich oraz testuje wodorowe ciężarówki. W tym roku opracowała specjalną wersję ogniw paliwowych do eksperymentalnego jachtu oceanicznego – zestaw jest odporny na wodę morską i trudne warunki panujące na otwartym oceanie.

Badanie ZPP: Prawie połowa polskich firm deklaruje, że jest dobrze przygotowana na możliwość drugiej fali zachorowań na koronawirusa

Pandemia koronawirusa i wiosenny lockdown były dla wielu polskich firm niewątpliwym wstrząsem, który dla wielu przedsiębiorców oznaczał konieczność przemodelowania swojej działalności, a w niektórych przypadkach doprowadził wręcz do upadłości i bankructw. Dom badawczy Maison&Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zapytał polskie firmy, czy są dziś przygotowane na ewentualną drugą falę zachorowań na koronawirusa. Prawie połowa (45%) z nich oceniło, że jest dobrze lub bardzo dobrze przygotowana. Co piąta firma (22%) mówi, że jest przygotowana źle lub bardzo źle.

Dwa razy więcej przedstawicieli firm ma poczucie, że firma jest dobrze przygotowana na ewentualną drugą falę zachorowań na COVID-19, niż tych, którzy mają przekonanie o złym przygotowaniu firmy.

Polscy przedsiębiorcy już nie raz udowodnili, że są w stanie sprostać trudnościom, jakie sprawia im otoczenie rynkowe, wysoka międzynarodowa konkurencja, czy przeszkody prawne i podatkowe. Ich wysoka motywacja oraz umiejętności radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych od lat stanowią o sile polskiej przedsiębiorczości. Tak też dziś, po kilku miesiącach od wybuchu epidemii, dwa razy więcej polskich firm jest już w stanie ocenić, że jest dobrze przygotowana na ewentualną drugą falę zachorowań, niż jest przygotowana źle – ocenia Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Stosunkowo dużo, bo około 1/3 badanych przedsiębiorców, nie miało zdania na ten temat.

Brak jednoznacznej odpowiedzi 1/3 firm na pytanie dotyczące przygotowań na drugą falę koronawirusa oceniać można dwojako. Optymistyczna hipoteza, pozwala wnioskować, że ich brak zdania wynika z braku zależności pomiędzy kondycją prowadzonego biznesu, a sytuacją epidemiczną – mówi Piotr Palutkiewicz, Zastępca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Mniej pozytywna interpretacja skłania jednak do twierdzenia, że co trzecia polska firma, po prostu nie myśli o tym co może się stać jesienią. Prowadzi biznes z dnia na dzień.

Najwięcej osób przekonanych o dobrym przygotowaniu firmy jest wśród przedstawicieli przedsiębiorstw o najkrótszym stażu na rynku, choć jednocześnie najmniejszy odsetek deklarujących złe przygotowanie jest wśród firm będących na rynku 6-10 lat. Badanie nie wykazało istotnych różnic w postawach w zależności od wielkości firmy, regionu, ani sektora.

Najważniejsze, by nauczeni dotychczasowym doświadczeniem nie dopuścić, by sytuacja epidemiczna miała ostatecznie bezpośredni wpływ na polskie firmy. Zachowujmy zdrowy rozsądek i ostrożność, by nie doprowadzać do wzrostu zachorowań. Lockdown gospodarki nie może być brany pod uwagę jako narzędzie walki z epidemią. – twierdzi Cezary Kaźmierczak.

*****
Badanie zostało przeprowadzone przez dom badawcy Maison&Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Badanie metodą CAWI (Computer Assisted Web Interviews). Wielkość próby stanowiło 597 respondentów. Struktura próby w badaniu jest reprezentatywna dla przedsiębiorstw w Polsce ze względu na wielkość firmy (mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa). Badanie zostało zrealizowane w sierpniu 2020.

Kurs EURUSD jest “istotny”

EBC dostrzega problem w kursie eurodolara. Natłok odczytów zza oceanu. Australia nie jest niezatapialna. Złoty reaguje na walkę możnych tego świata.

Kto by pomyślał?

Kurs głównej pary walutowej globu wreszcie dotarł do długo wyczekiwanego poziomu 1,20 $, po czym, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nastąpił odwrót. Dużą rolę w tym odegrał główny ekonomista EBC, który w dość miękki, acz mocno skuteczny sposób postanowił zainterweniować na rynku. Wystarczyły słowa, że kurs euro do dolara jest istotny dla działań Europejskiego Banku Centralnego, by inwestorzy stracili ochotę do dalszego ciągnięcia kursu na północ. Pana Lane’a na pewno trzeba pochwalić za timing jego wypowiedzi, po pierwsze miała ona miejsce przy kluczowym poziomie dla dalszych losów tej pary walutowej, a po drugie po całkiem przyzwoitych odczytach z USA. Pozwoliło to uzyskać pożądany efekt, względnie niskim nakładem. Kurs EURUSD spadł dziś już do poziomu 1,186 $, a przed nami kolejne odczyty ze Stanów. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na raport ADP, który jest swoistym wstępem przed piątkowymi danymi z rynku pracy. Dodatkowo mamy zamówienia na dobra trwałe oraz te w przemyśle. W jednym i drugim przypadku rynek jest wyraźnie pozytywnie nastawiony, co może dodatkowo wspierać dolara.

103 kwartały i koniec

Na szerokim rynku warto zwrócić uwagę na odczyt australijskiego PKB, który właśnie zakończył najdłuższą na świecie passę kwartalnych odczytów bez recesji. Ponad ćwierć wieku udawało się Australijczykom utrzymywać dodatnią dynamikę PKB, przechodząc suchą nogą przez kolejne globalne kryzysy. Pokazuje to, do jak potężnego załamania doprowadziła pandemia koronawirusa. Największa gospodarka antypodów zmniejszyła się w drugim kwartale 2020 roku o 7%, co jest wyraźnie gorszym wynikiem od oczekiwań analityków. Warto również zwrócić uwagę na dzisiejszy odczyt inflacji w strefie euro, bo ta ostatnio mocno niepokoi ekonomistów. Środowy raport, co prawda, tyczy się zmian cen producenckich, które z jednej strony pozostają gdzieś na obrzeżach zainteresowania EBC. Z drugiej jednak dzisiejsze pozytywne zaskoczenie może trochę uspokoić nastroje wokół indeksu CPI.

Złoty w defensywie

Brak lokalnych impulsów powoduje, że rodzimy złoty koncentruje się przede wszystkim na wydarzeniach wokół głównej pary walutowej świata. Spadki na EURUSD przeważnie oznaczają kłopoty dla naszej waluty i tak też jest dzisiaj. Euro po raz kolejny bez większych przeszkód pokonało poziom 4,40 zł. Dolar dziś drożeje o blisko 4 grosze, dochodząc do poziomu 3,71 zł. Jeszcze więcej zyskuje funt, za którego obecnie płacimy 4,96 zł. Po kilku słabych sesjach odbija także frank, wracając w okolice 4,08 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w InternetowyKantor.pl

Biznes reaguje na zmianę potrzeb pracowników

Konieczność wstrzymywania lub ograniczenia planów rekrutacyjnych, redukcja wynagrodzeń, zniesienie premii – to tylko niektóre skutki pandemii COVID-19, które odczuwają firmy oraz pracownicy. Koronawirus stał się źródłem zmian społecznych, ale także organizacyjnych. Pandemia, niosąc za sobą ogromne skutki w skali makro, przekłada się również na zmianę podejścia do biznesu, nowe obowiązki pracodawców oraz zmiany w potrzebach pracowników.

Na ile bezpieczeństwo zyskuje na znaczeniu?

Pandemia bez wątpienia przyspieszyła procesy wdrażania elastycznych rozwiązań, upowszechniła pracę zdalną, stawiając zupełnie nowe wyzwania zarówno przed pracodawcami, jak i pracownikami. Jak wynika z danych GUS, pod koniec marca br. w Polsce 2,33 mln osób pracowało zdalnie, 71,7 proc. (1,67 mln osób) z nich przyznało, że powodem jest sytuacja związana z koronawirusem. Troska o zdrowie i potrzeba maksymalizacji bezpieczeństwa zdeterminowała model pracy w czasie lockdownu, zaś stopniowe odmrażanie gospodarki i przywracanie pracy stacjonarnej wymusiło na pracodawcach wdrożenie dodatkowych rozwiązań, procedur i środków bezpieczeństwa. Wśród nich są m.in. testy w kierunku Sars-COV-2. Czy zmiany te przekładają się na potrzeby pracowników i zdeterminują trendy w benefitach pozapłacowych?

Nowa rzeczywistość wymaga nowego kontraktu społecznego, który proponować powinien, aby relacje między jednostką a organizacją, organizacją i społeczeństwem w większym stopniu koncentrowały się na człowieku. W dobie koronawirusa wiele organizacji zaczęło traktować działania z obszaru tego typu priorytetowo i na nim skupiło swoją uwagę. Od tej pory bezpieczeństwo fizyczne, psychiczne i finansowe to kwestie najwyższej wagi. Pandemia wydłużyła dzień pracy, potęgując zmęczenie i wypalenie zawodowe oraz jednocześnie naraziła wielu pracowników na stres z uwagi na konieczność znalezienia równowagi między obowiązkami służbowymi a życiem prywatnym. Przez ostatnie tygodnie jasne rozgraniczenie między zobowiązaniami osobistymi (np. rola rodzica lub opiekuna) a pracą jest praktycznie niemożliwe. Wielu pracowników doświadcza wypalenia zawodowego nasilonego wybuchem epidemii, co sprawia, że zapewnienie dobrego samopoczucia stało się głównym priorytetem w procesie powrotu do pracy – mówi John Guziak, Partner Deloitte, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.

Kierunek zmian może wyznaczać obustronne zrozumienie i określenie wspólnego celu, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa i ciągłości działania przedsiębiorstwa, z korzyścią dla obu stron.

– W ostatnim czasie obserwujemy znaczący wzrost zainteresowania firm wsparciem nie tylko bezpiecznego powrotu do pracy stacjonarnej, ale także zabezpieczenia planu działań interwencyjnych, w przypadku pojawienia się w danej firmie przypadku zakażenia koronawirusem. Kluczowy staje się proces zarządzania ryzykiem i strategia zabezpieczenia ciągłości działania. Wśród branż, które najczęściej zwracają się do nas po pomoc można wymienić m.in.: branżę farmaceutyczną, zakłady produkcyjne, a także usługi finansowe – mówi dr hab. n. med. Anna Wójcicka, współzałożycielka Warsaw Genomics.

Jak wynika z najnowszego badania CBOS poświęconego postawom Polaków wobec epidemii koronawirusa, 62 proc. badanych boi się zarażenia koronawirusem. Mimo, że zachorowalność w Polsce nie maleje, społeczeństwo powoli wychodzi z lockdownu, a coraz więcej przedsiębiorstw wdrożyło lub planuje powrót do pracy stacjonarnej. I mimo, że pracownicy wracają do tego samego miejsca pracy, do normalności jeszcze daleko. Pracodawcy muszą zapewnić już nie tylko stosowanie podstawowych zasad reżimu sanitarnego, ale zmierzyć się z obawami i potrzebami pracowników w kontekście poczucia bezpieczeństwa i komfortu psychicznego podwładnych.

– W zależności od realnych potrzeb, przedsiębiorstwa i organizacje wdrażają indywidualną ścieżkę działań – część z nich decyduje się na przeprowadzenie wśród zatrudnionych badań na obecność przeciwciał IgG i IgM w celu identyfikacji osób uodpornionych i osób w potencjalnie późnej fazie zakażenia. Dla innych kluczowe jest zabezpieczenie działań interwencyjnych w przypadku wykrycia zakażenia koronawirusem i zapewnienie ciągłości działalności firmy – mówi dr n. med. Monika Kolanowska, Kierowniczka zespołu diagnostycznego Warsaw Genomics.

Poczucie, że firma jest przygotowana na zabezpieczenie sytuacji wystąpienia koronawirusa i zaangażowana w działania zwiększające bezpieczeństwo pracowników może korzystnie wpłynąć na komfort pracy oraz motywację zespołu. To szczególnie ważne, w przypadku firm, których obszar działalności nie pozwala na pracę zdalną.

– Nadszedł czas, aby zakorzenić kwestie związane z zapewnieniem bezpieczeństwa oraz dobrego samopoczucia w kulturze organizacyjnej i systemie pracy, jak również, aby dokonać fundamentalnego przemodelowania dotychczasowego podejścia, które koncentrowało się na działaniach, a większego skupienia się na wynikach pracy. Dzięki temu, przed pracownikami otworzy się możliwość zarówno spełnienia w roli prywatnej, jak i zawodowej – mówi John Guziak, Partner Deloitte, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.

Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy z dnia na dzień zostali postawieni przed wieloma wyzwaniami związanymi z dostosowaniem miejsc pracy w nowym reżimie BHP, przygotowaniem powrotów do pracy stacjonarnej, wykorzystaniem tych doświadczeń, związanych z działalnością podczas pandemii, a jednocześnie obraniem kierunku działań, również w kontekście pracowników. Szerokie spojrzenie i trafna ocena sytuacji, przekute w konkretne działania biznesu mogą odbić się pozytywnie w przyszłości w obszarze działalności firmy, jak również relacjach z pracownikami i otoczeniem biznesowym.

Arval uruchamia carsharing dla firm

Arval Service Lease Polska, lider branży długoterminowego wynajmu pojazdów z pełną obsługą, należący do Grupy BNP Paribas, kontynnuje ofensywę produktową po „społecznej kwarantannie” i wprowadza nowe rozwiązanie dla klientów, którzy chcą zoptymalizować wykorzystanie floty. Dzięki nowej usłudze Arval Car Sharing możliwe będzie użytkowanie jednego samochodu przez wielu kierowców, a proces wypożyczenia będzie przeprowadzony w całości poprzez aplikację mobilną. Car sharing to nowy element pakietu usług „The Journey Goes On”, stworzonego, by pomóc firmom w powrocie do normalnego funkcjonowania po okresie kilkumiesięcznego przestoju.

Nowe rozwiązanie daje możliwość udostępnienia pracownikom jednego lub kilku samochodów do przejazdów służbowych. Pojazdy mogą być wypożyczone na okres od godziny do kilku dni. Użytkownicy korzystają z wygodnej aplikacji mobilnej, która umożliwia rezerwację auta, uruchomienie pojazdu, a także zgłoszenie ewentualnych uszkodzeń. Menedżerowie floty mają natomiast możliwość monitorowania na bieżąco przebiegu, zużycia paliwa i dostępności aut. Aplikacja dostępna jest dla systemów Android oraz iOS.

Współdzielenie pojazdów to jeden z najbardziej widocznych trendów w mobilności. Ostatnie miesiące, które upłynęły pod znakiem pandemii COVID-19, wywołały jednak wiele obaw o bezpieczeństwo korzystania z ogólnodostępnych samochodów. Car sharing wewnątrz firmy to rozwiązanie dostosowane do tych nietypowych czasów, ponieważ z pojazdów korzystają wyłącznie osoby, które i tak spotykamy w pracy, a same pojazdy mogą być dodatkowo regularnie dezynfekowane. Współdzielenie służbowych aut to także dobry sposób na szybkie zapewnienie mobilności wielu pracownikom, bez konieczności znacznego rozbudowywania floty. Wszystko dzięki bardziej efektywnemu wykorzystaniu samochodów  – mówi Daniel Aleks, Procurement, Remarketing & Mobility Director w Arval Service Lease Polska, odpowiedzialny za wprowadzenie usługi.

Klienci Arval mogą wdrożyć usługę firmowego car sharingu w nowo zamówionych samochodach, ale istnieje też możliwość uruchomienia jej dla pojazdów już użytkowanych.

Wdrożenie usługi Arval Car Sharing w firmie odbywa się w kilku krokach. Analizujemy potrzeby klienta oraz jego politykę flotową, a następnie dostosowujemy do nich naszą ofertę i konfigurujemy usługę. Dla fleet managerów to bardzo wygodne rozwiązanie, które nie dokłada im pracy, ponieważ dzięki naszej platformie nie muszą wydawać kluczyków użytkownikom, prowadzić ich do pojazdu, ani opisywać stanu auta w papierowych protokołach. Zamiast tego aplikacja posłuży jako wirtualny kluczyk, wskaże użytkownikowi drogę do wybranego dla niego auta i umożliwi mu zgłoszenie wszelkich uszkodzeń. Ponieważ zakończenie wynajmu odbywa się wyłącznie na wyznaczonych przez firmę parkingach, samochody zawsze dostępne są w tym samym miejscu. Aplikacja Arval Car Sharing ma też specjalną funkcjonalność dla firm korzystających z aut elektrycznych. Pojazdy te są wyróżnione na platformie zupełnie innym layoutem, dlatego użytkownik od razu wie, że wypożycza samochód elektryczny i widzi poziom jego naładowania – wyjaśnia Maciej Przyborowski, MTR Manager w Arval Service Lease Polska, odpowiedzialny za wprowadzenie usługi car sharingu.

Oprócz samego momentu rezerwacji, usługa nie wymaga korzystania z internetu, dlatego aplikacja będzie działała także na parkingach podziemnych i w innych miejscach z ograniczonym zasięgiem. Subskrypcja platformy carsharingowej obejmuje okres od 24 do 60 miesięcy.

SimFabric szykuje się do ekspansji na rynek chiński

SimFabric SA, notowany na NewConnect wydawca i producenta gier wideo z Grupy PlayWay, zawarł umowę z Polską Agencją Handlu. W jej ramach do spółki trafi 200 tys. zł grantu na przygotowanie strategii wejścia na rynek chiński i pozyskanie tam pierwszych kontraktów. Dofinansowanie pochodzi z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020. Jednocześnie SimFabric rozwija strategię zrównoważonego rozwoju. W ostatnich tygodniach spółka poszerzyła działalność o gry mobilne oraz dedykowane wirtualnej rzeczywistości.

– Dynamizujemy swoją działalność na rynkach międzynarodowych. Azja, na czele z Chinami, jest największym rynkiem sprzedaży gier komputerowych i stanowi jeden z kluczowych obszarów działalności naszej firmy w przyjętej strategii rozwoju. Powierzony nam przez Polską Agencję Handlu grant, umożliwi nam podjęcie działań zmierzających do rozszerzenia współpracy m.in. z czołowym światowym koncernem wydawniczym Tencent. To właśnie z tą korporacją podpisaliśmy na targach ChinJoy w Szanghaju list intencyjny o współpracy na nasz czołowy tytuł ElectriX, w wersji dedykowanej na rynek chiński. Przyznany grant umożliwi nam przyspieszenie realizacji zapisów wynikających z listu – informuje Julia Leszczyńska, prezes Zarządu SimFabric S.A.

Grant będzie realizowany przez spółkę przez okres dziewięciu miesięcy. W tym czasie SimFabric przygotuje strategię wejścia spółki na czołowy rynek azjatycki i pozyskania pierwszych kontraktów z firmami z Chin.  Kwota grantu wynosi 200 tys. zł. Dofinansowanie pochodzi z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, oś priorytetowa III – Wsparcie innowacji w przedsiębiorstwach.

SimFabric konsekwentnie realizuje  strategię zrównoważonego rozwoju, która opiera się na pięciu głównych filarach. Spółka koncentruje się na produkcji własnych nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier, świadczeniu usług portowania w oparciu o umowy wydawnicze na projekty otrzymane od podmiotów zewnętrznych oraz działalności badawczo-rozwojowej. Niedawno firma uruchomiła dwa nowe filary działalności, które realizuje w nowych spółkach zależnych – MobileFabric i VRFabric.

W sierpniu SimFabric zawało umowę z ASI Gaming Investment Group, które zobowiązało się do nabycia 150 tys. akcji serii C MobileFabric oraz 150 tys. akcji serii B VRFabric. Cenę emisyjną ustalono na poziomie 17 zł za akcję. W wyniku transakcji do każdej ze spółek wpłynie kwota 2,55 mln zł. Pieniądze mają zostać przelane na konta firm nie później niż 24 października br. Po dokonaniu płatności, spółki zależne SimFabric są zobligowane do dopełnienia wszelkich czynności niezbędnych do wyemitowania w formie subskrypcji prywatnej wskazanej w umowie liczby akcji.

2 miliony aktywnych klientów cyfrowych Banku Millennium

Już 2 miliony klientów Banku Millennium korzysta regularnie z kanałów elektronicznych, czyli loguje się przynajmniej raz w miesiącu do Millenetu lub aplikacji mobilnej.

Cyfrowi klienci logują się do aplikacji Banku Millennium 3 razy częściej niż do Millenetu. Robią średnio 5 przelewów miesięcznie. Poza tym często sprawdzają historię transakcji, korzystają też chętnie z płatności Blikiem i lubią płacić bez portfela. Korzystają także z szerokiego wachlarza usług dodatkowych, takich jak płatności za bilety komunikacji miejskiej i parkingowe, automatyczne płatności za autostrady Autopay czy zakup ubezpieczeń OC oraz turystycznych.

– Na pierwszy milion klientów aktywnie korzystających z kanałów cyfrowych pracowaliśmy 15 lat, na drugi już tylko 3 lata. Mamy nadzieję, że kolejny milion już wkrótce. Koncentrujemy się na stałym zapewnianiu jak najlepszej obsługi klienta i rozwijamy bankowość elektroniczną. Naszym celem jest, aby wszyscy klienci Banku Millennium wygodnie korzystali z usług cyfrowych mówi Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Polacy nie przepadają za small talkiem – co 3. osoba nie czuje się wtedy komfortowo

Jak podaje internetowa wersja słownika języka polskiego PWN, „small talk” to rozmowa towarzyska na niezobowiązujące tematy. Sama definicja sugeruje, że nie trzeba większego wysiłku, aby taką dyskusję podjąć. Jednak Polacy nie do końca chcą i potrafią prowadzić takie pogawędki, co dowiódł sondaż przeprowadzony przez SW Research na zlecenie Babbel.

Small talk jest szczególnie istotny w krajach anglojęzycznych. To tam często pada sławetne „How are you?”, czyli „Jak się masz?”. W Polsce ten zwrot po polsku jest słyszalny raczej rzadko, a najczęściej od obcokrajowców, którzy dosłownie tłumaczą grzecznościowe pytanie z języka angielskiego. Polacy z kolei nie zawsze potrafią swobodnie na nie odpowiedzieć.

Sondaż przeprowadzony na zlecenie Babbel, aplikacji do nauki języków obcych, na reprezentatywnej grupie 1010 respondentów pokazał, że 30% osób nie lubi i nie czuje się komfortowo, prowadząc small talk. Z drugiej strony podobny odsetek pytanych przyznaje, że jest to naturalne i lubi to robić. Warte podkreślenia jest to, że aż 42% nie wie, jak odpowiedzieć na to pytanie. Czy można wyciągnąć wniosek, że może nie do końcu rozumiemy, o co w small talku chodzi?

Dla niektórych osób prowadzenie small talków to codzienność zawodowa. To właśnie na tej umiejętności zbudowali swój biznes. Zagajenie rozmowy, poznanie potrzeb swojego rozmówcy oraz sprzedaż jest oparta na takiej rozmowie. Ale podejście do small talków związane jest z uwarunkowaniami kulturowymi, jak i osobistymi przekonaniami. Dla jednych jest to zbyteczna gadka szmatka, a dla innych sposób na poznawanie ludzi i nawiązywanie kontaktów społecznych. Ale prowadzenia small talków można się nauczyć, ponieważ jest bardzo intuicyjne. Wymaga od nas taktu, empatii, uważności i otwarcia na drugą osobęmówi dr Iwona Tyrna-Łojek, ekspertka ds. komunikacji w Wyższej Szkole Bankowej w Chorzowie.

Komu łatwiej mówić o niczym?

Jak się okazuje, to młodsze pokolenie ma mniej problemów z prowadzeniem small talku. Taka rozmowa jest naturalna dla 40% pytanych w wieku do 20 lat i niemal dla 43% w przedziale 25–34 lat. Z kolei w grupie 50+ tylko 18,7% respondentów odpowiedziało, że lubi rozmowę o niczym i czuje się dobrze, przeprowadzając ją. – Młodsi mogą mieć większa swobodę w takiego typu rozmowach. Jest to spowodowane tym, że grupa ta częściej i intensywniej komunikuje się poprzez komunikatory online, gdzie czasem dyskusje nie są aż tak merytoryczne. Starsi wolą chwycić za telefon i przedyskutować daną sprawę. Oczywiście nie jest to reguła, a pewnie uogólnienie mówi Katarzyna Grabiec-Clark z Babbel.

Pewna prawidłowość była też widoczna, biorąc pod uwagę wykształcenie i dochód. Im wyższy poziom skończonej edukacji, tym więcej ankietowanych przyznawało, że lubi przeprowadzać small talk i czuje się z tym komfortowo. Podobnie sytuacja kształtuje się w przypadku dochodów – im wyższy dochód, tym wyższy odsetek procentowy Polaków przyznających, że taka rozmowa nie jest dla nich problemem.

Temat rozmowy o niczym to…

Jeśli chodzi o wachlarz tematów, to jest on bardzo szeroki. Należy pamiętać, że nie ze wszystkimi porozmawiamy o wszystkim. Zgodnie z sondażem najczęściej poruszanym tematem podczas rozmowy o niczym jest pogoda. Ponad połowa ankietowanych (57,3%) wskazała tę odpowiedź. Drugie miejsca na podium zajęła tematyka związana z czasem wolnym i rozrywką. Tę odpowiedź wskazało 43,6%. Natomiast częściej niż co trzeci pytany postawił na życie rodzinne i prywatne (33,6%). Na dalszych pozycjach znalazła się praca, ale także polityka, gospodarka i ekonomia oraz podróże. Pytani mogli zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź.

Small talk powinien dotyczyć tematów neutralnych, a przekaz pozytywny jest zawsze tutaj priorytetem. Nie zawsze trzeba kurczowo trzymać się naszego pomysłu na temat rozmowy, bo może on wyjść dopiero w trakcie nawiązywania kontaktu. Ważne jest, aby dobrze zagaić rozmowę, aktywnie słuchać, powstrzymać się od oceniania drugiej osoby, jak i skupić swoją uwagę na rozmówcy. Dobrym sposobem nawiązania pierwszej rozmowy jest po prostu obdarzenie uśmiechem naszego rozmówcy, obserwowanie jego reakcji oraz mowy ciała. Jeżeli odwzajemni nasz uśmiech, spojrzy w naszą stronę, to znak, że możemy działać. Warto pamiętać, że na samym początku łatwiej też jest utrzymywać small talk niż go inicjować, ale właśnie to nas uczy prowadzenia takich konwersacji mówi dr Iwona Tyrna-Łojek.

Czy takie konwersacje są potrzebne?

Jak dowiodło badanie, small talk nie jest naturalny dla wszystkich Polaków i nie wszyscy czują się dobrze, przeprowadzając taką rozmowę. Powodów może być wiele – nie jest to zakorzenione w naszej kulturze, nie jesteśmy tak otwartym i rozgadanym narodem czy po prostu wynika to z osobowości poszczególnych jednostek. Pewne jest jednak to, że co drugi Polak (49,5%) uważa, że small talk jest potrzebny i przydatny. Odmiennego zdania jest co piąty pytany. Nadal jednak duży odsetek (31,5%) nie ma opinii na ten temat. Czy z biegiem czasu otworzymy się bardziej na taką rozmowę i będziemy częściej ją przeprowadzać?Infografika_01 Infografika_02 Infografika_03 Infografika_04 Infografika_05

Nawet na podstawie ustnej umowy można ponieść odpowiedzialność za utracone przez kontrahenta korzyści

Wszyscy uczestnicy obrotu gospodarczego traktowani jako podmioty profesjonalne, a więc przede wszystkim przedsiębiorcy, muszą uważać na ciążącą na nich odpowiedzialność przy prowadzeniu swojej działalności. Podmioty będące drugą stroną łączących ich stosunków prawnych i transakcji mogą bowiem dochodzić zaspokojenia roszczeń odszkodowawczych za utracone w wyniku nienależycie wykonanych usług korzyści. Nawet jeśli to nie obarczony odpowiedzialnością podmiot był zobowiązany do świadczenia, i nawet jeśli strony wiązała jedynie umowa ustna.

Zlecenie czynności związanych z założeniem spółki

Spółka prowadząca działalność gospodarczą zawarła w maju 2015 r. ustną umowę na prowadzenie jej spraw księgowo-kadrowych. Co miesiąc przedsiębiorca lub jej partner osobiście wypłacali księgowej z tego tytułu wynagrodzenie. Księgowa prowadziła m.in. sprawy zleceniodawczyni w przedmiocie założenia przez nią spółki, sporządzania projektów uchwał, a także została prokurentem zawiązanej spółki. Przedsiębiorca była zobowiązana do opłacania składek ZUS oraz dostarczania księgowej wymaganych przez nią do prowadzenia rachunkowości dokumentów.

Czynności zgłoszeniowe do ZUS po terminie

W 2015 r. prowadząca działalność gospodarczą zleceniodawczyni urodziła pierwsze dziecko i do sierpnia 2016 r. korzystała z urlopu macierzyńskiego. W październiku 2016 r. urodziła zaś drugie dziecko. We wrześniu 2015 r. ZUS poinformował ją, że wraz z nabyciem prawa do zasiłku macierzyńskiego zobowiązana była do wyrejestrowania się z ubezpieczeń z tytułu prowadzonej działalności i zgłoszenia się do ubezpieczeń społecznych, w tym dobrowolnego chorobowego i zdrowotnego. Zgłoszenia tego księgowa dokonała po upływie wskazanego w przepisach terminu, również część składek klientka sama uregulowała dopiero po ustawowym terminie, a na wpłatę nie wszystkich składek po terminie zgodę wyraził ZUS.

Blisko 75 tys. zł utraconych świadczeń

Prowadząca działalność gospodarczą w formie spółki klientka wniosła przeciwko swojej księgowej pozew o zapłatę wraz z ustawowymi odsetkami za opóźnienie, tytułem odszkodowania za nienależyte wykonanie zobowiązania w postaci niezgłoszenia przez nią w terminie wniosku o zasiłek macierzyński oraz do ubezpieczeń społecznych w imieniu powódki, wskutek czego powódce odmówiono prawa do zasiłku chorobowego za okres niezdolności do pracy oraz wypłaty zasiłku macierzyńskiego. Na szkodę klientki w wysokości niespełna 75 tys. zł składały się: kwota ponad 15 tys. zł niewypłaconego przez ZUS zasiłku chorobowego oraz blisko 60 tys. zł różnicy pomiędzy zasiłkiem macierzyńskim, który powódka otrzymałaby a zasiłkiem, który rzeczywiście został jej wypłacony.

Świadcząca usługi nie uznała roszczeń

Pozwana nie uznała roszczenia swojej klientki, podnosząc, że strony nie łączyła żadna umowa na świadczenie usług kadrowo-księgowych, a te usługi księgowe, które wyświadczyła, miały jedynie charakter grzecznościowy i okazjonalny, a ich przedmiotem były sprawy kadrowo-księgowe spółki, a nie sprawy bezpośrednio związane z osobą klientki. Pozwana zwróciła również uwagę, że ewentualne konsekwencje za utratę tego typu korzyści ciążyły na jej klientce jako głównej zainteresowanej pobieraniem zasiłku macierzyńskiego. Co więcej, ostatecznie uzyskała ona przedmiotowe świadczenie z tytułu urodzenia drugiego dziecka, stąd jej roszczenie odszkodowawcze nie ma podstaw.

Strony wiązała umowa ustna

Na podstawie zgromadzonych dokumentów oraz zeznań stron i partnera prowadzącej działalność gospodarczą przedsiębiorcy sąd ustalił, że obie strony sporu łączyła ustna umowa, w której pozwana zobowiązała się do świadczenia na rzecz powódki usług kadrowo-księgowych. Łączący strony stosunek nie miał charakteru okazjonalnego, o czym przesądzały wystawiane na rzecz spółki comiesięczne faktury za te usługi.

Szczególna odpowiedzialność profesjonalnych podmiotów obrotu gospodarczo-prawnego

Sąd Rejonowy Szczecin-Centrum w Szczecinie, Wydział XI Gospodarczy uznał, że intencją klientki od samego początku nawiązania współpracy z pozwaną było scedowanie na nią obowiązków administracyjno-prawnych związanych z rozliczeniem działalności gospodarczej jako na podmiot zajmujący się tym profesjonalnie. Potwierdziła to sama księgowa, zeznając, że doradzała klientce w sprawach założenia spółki, ale i instruując o terminach i wysokości koniecznych do opłacenia składek. Dlatego też orzekł na korzyść powódki, zasądzając na jej rzecz całą objętą żądaniem pozwu kwotę blisko 75 tys. zł.

„…odpowiedzialność za uchybienie terminowi, a w konsekwencji powstanie szkody w majątku powódki obciąża pozwaną jako podmiot profesjonalnie zajmujący się świadczeniem usług księgowych. Zauważyć należy, iż osoby korzystające z tego typu usług w głównej mierze kierując się zaufaniem do profesjonalisty, dążą do przekazania zawiłych spraw księgowych profesjonaliście, który w ich imieniu dokona stosownych czynności administracyjno-prawnych w celu osiągnięcia konkretnego rezultatu, przy zachowaniu należytej staranności …” (wyrok z 15 czerwca 2020 r., sygn. akt XI GC 1836/18).

Podsumowanie

Wyrok szczecińskiego sądu stanowi poważne ostrzeżenie dla wszystkich podmiotów traktowanych w obrocie gospodarczo-prawnym jako podmioty profesjonalne: przedstawicieli wolnych zawodów, a zwłaszcza przedsiębiorców. I nie dotyczy to wyłącznie usługodawców, jak w niniejszej sprawie, lecz wszystkich przyjmujących na siebie w drodze umowy zobowiązanie do określonych działań na rzecz klienta. Mając na uwadze grożącą odpowiedzialność i jej wysokość, warto zadbać o zabezpieczenie interesów swoich i swojej firmy poprzez analizę zawartych, wiążących umów oraz audyt aktualnej sytuacji prawnej. Należałoby też zastanowić się nad wdrożeniem środków ochrony majątku przed przyszłymi wierzycielami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polacy zużywają nawet 3900 l wody dziennie

W ciągu jednego dnia każdy Polak zużywa średnio 92 litry wody z sieci wodociągowej, to tzw. bezpośrednie zużycie wody. Wartość ta nie uwzględnia wody niezbędnej do produkcji żywności i przedmiotów, które kupujemy. Gdy weźmiemy ją pod uwagę, okazuje się, że tak naprawdę zużywamy nawet 40 razy więcej wody.

Wyprodukowanie żywności pochłania najczęściej kilka tysięcy litrów, a odzieży nawet kilkadziesiąt tysięcy. Wytwarzanie opakowań, które zazwyczaj natychmiast trafiają do naszych śmietników, wymaga już zasobów wodnych szacowanych na 650 do 800 miliardów m3 rocznie. Eksperci rankomat.pl sprawdzili, jaki ślad wodny posiadają mieszkańcy wybranych regionów świata oraz jakie zużycie wody przypada na wybrane produkty spożywcze i przemysłowe. Każdy może również sprawdzić swoje zużycie tzw. wirtualnej wody, korzystając z porównywarki śladu wodnego dostępnej na stronie rankomat.pl/woda.

W Rankomat od lat pomagamy oszczędzać czas i pieniądze. Dzisiaj, chcemy wykorzystać nasze doświadczenie w znajdowaniu najlepszych rozwiązań do realizacji ważnego, ogólnospołecznego celu. Dlatego zachęcamy do skorzystania z naszej nowej porównywarki, dzięki której każdy w kilka minut może dowiedzieć się, ile wody zużywa każdego dnia,
a także co może zrobić, by korzystać z niej mądrzej i oszczędniej. Mamy nadzieję, że nasze działania zainspirują Polaków do zmiany na lepsze, zwłaszcza w obliczu nadchodzących zmian klimatycznych
– komentuje Tomasz Masajło Prezes Zarządu Rankomat

Czym jest ślad wodny i ile wynosi dla mieszkańców Polski?

O tym, ile naprawdę zużywamy wody, mówi nam ślad wodny. Określa on sumę wody zużytej przez nas bezpośrednio i pośrednio (woda wirtualna). Bezpośrednio zużywamy wodę do picia, mycia, prania, czy sprzątania. Możemy łatwo określić jej ilość, ponieważ widzimy, kiedy ją wykorzystujemy. Pośrednio zużywamy wodę wirtualną, która również pochodzi z globalnych, wyczerpywalnych zasobów słodkiej wody.

Średni dzienny ślad wodny jednego mieszkańca/mieszkanki Polski wynosi 3900 litrów wody. Z danych GUS wynika, że przeciętny mieszkaniec naszego kraju zużywa bezpośrednio ok. 92 litry wody. Oznacza to, że pośrednio, czyli w procesie konsumpcji towarów i usług, zużywamy aż 3808 litrów wody dziennie. Zużycie wirtualnej wody w Polsce jest zatem bardzo duże. Są jednak kraje, które wykorzystują jej jeszcze więcej.

Jaki jest ślad wodny mieszkańców wybranych państw?

Średni dzienny ślad wodny mieszkańców USA jest dwukrotnie wyższy niż w Polsce i wynosi 7800 litrów na osobę. Nieco mniejszy odnotowano dla Australii i Włoch (po 6300 l/os.).
W krajach skandynawskich dzienny ślad wodny na osobę wynosi tyle samo co w naszym kraju  – 3900 litrów, w Egipcie: 3700 litrów, a w Chinach już tylko 2900 litrów.Dzienny ślad wodny mieszkańców wybranych państw_v2

Ile litrów wody zużywa się do produkcji poszczególnych produktów spożywczych?

Różnice w śladzie wodnym wybranych produktów spożywczych są znaczące. Przykładowo, jedno jajko (60 g) ma ślad wodny w wysokości 196 litrów wody, 1 kg pomarańczy już 560 l, natomiast 1 kg sera aż 3178 l. Ślad wodny żywności_v3

Im bardziej złożony produkt, tym większy jest jego ślad wodny, gdyż na każdym etapie jego produkcji zużywana jest woda. Przykładowo, wyprodukowanie 1 kg wołowiny pochłania 15 415 l wody. Tylko 1% śladu wodnego wołowiny to woda wykorzystywana do pojenia i mycia zwierzęcia oraz utrzymania gospodarstwa i otoczenia, w którym jest chowane. 99% śladu wodnego produktu stanowi woda związana z konsumowanym przez zwierzę pożywieniem.

Jaki jest ślad wodny ubrań?

Ślad wodny mają nie tylko produkty spożywcze, ale także ubrania. Co istotne, produkcja odzieży może pochłaniać znacznie większe zasoby wody niż przemysł spożywczy. Przykładowo, do produkcji 1 kg bawełny (tkaniny) zużywa się 10 000 litrów wody, a ślad wodny skórzanych butów wynosi 14503 litry wody.Ślad wodny ubrań_v3

Ile wody ulega zanieczyszczeniu wskutek produkcji opakowań?

Rocznie na świecie produkowanych jest 400 milionów ton opakowań. Służą one do przechowywania żywności, ubrań, elektroniki i innych dóbr podczas ich transportu
i magazynowania. Wytwarzanie opakowań pochłania zasoby wodne, które szacuje się na 650 do 800 miliardów m3 rocznie. Oprócz wody użytej na etapie produkcji dochodzi tu także ilość wody, która zostaje zanieczyszczona wskutek produkcji opakowań. Określa ją szary ślad wodny opakowań. Roczny szary ślad wodny opakowań na świecie_v2

Średni roczny szary ślad wodny poszczególnych opakowań jest tak duży, że niejednokrotnie odpowiada on ilości wody wykorzystywanej przez kilka lat do użytku domowego.

Przykładowo:

  • wyprodukowanie aluminiowego opakowania pochłania tyle wody, ile wystarczyłoby mieszkańcom Londynu przez 2,5 roku,
  • średni roczny szary ślad wodny metalowych opakowań odpowiada ilości wody wykorzystywanej do użytku domowego przez mieszkańców Australii przez rok,
  • produkcja szklanych opakowań (roczny szary ślad) pochłania tyle wody, ile zużywają średnio mieszkańcy Francji przez 2 lata;
  • na roczną produkcję plastikowych opakowań przeznacza się tyle samo wody co do użytku domowego mieszkańców Chin przez 6 miesięcy.

Pamiętajmy, że każda rzecz, którą posiadamy, ma własny ślad wodny. Aby być świadomym i odpowiedzialnym konsumentem, trzeba rozsądnie nabywać rzeczy, biorąc pod uwagę ślad wodny (i nie tylko wodny), jaki one generują. Jeśli nie możemy ograniczać konsumpcji, starajmy się wybierać produkty mniej uciążliwe dla środowiska zarówno podczas produkcji, jak i utylizacji. Zastanawiając się nad wymianą działającego telefonu na nowszy model, miejmy w tyle głowy informację, że smartfon generuje ślad wodny
w wysokości 12760 litrów wody, a planując wymianę samochodu na nowszy model, zwróćmy uwagę, że ślad wodny samochodu wynosi aż 380000 litrów wody
– komentuje  Marek Piątkowski, prezes Fundacji Aeris Futuro.

Polskie firmy nie są gotowe na wykorzystanie potencjału danych generowanych podczas pandemii

Pandemia COVID-19 sprawiła, że wiele działań przeniosło się ze świata rzeczywistego do wirtualnego, co stanowi szansę dla biznesu. Klienci pozostawiają po sobie cyfrowy ślad, którego analiza pozwala poprawić ich doświadczenia, przygotować lepszą ofertę, a w efekcie zwiększyć lojalność względem marki. Aby wykorzystać wiedzę drzemiącą w danych generowanych przez użytkowników podczas pandemii, biznes musi wdrożyć skuteczne narzędzia do analiz big data.

(2 września 2020 r.) – Jak wynika z raportu Krajowego Rejestru Długów, podczas pandemii 54% użytkowników dłużej przebywało w sieci. Wydłużył się również czas korzystania z telefonu komórkowego, w przypadku 30% respondentów było to więcej niż 2 do 4 godzin. Dla firm oznacza to wzrost liczby danych generowanych w przestrzeni cyfrowej, które mogą okazać się niezwykle przydatne zarówno w procesie tworzenia planów biznesowych, jak i podczas bieżących działań.

Niestety brak narzędzi analitycznych w polskich firmach sprawia, że potencjał ten nie może być w pełni wykorzystywany. Według Indeksu Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego 2020 (DESI 2020), tylko 8% polskich przedsiębiorstw analizuje duże zbiory danych. Średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 12%. Pierwsze miejsce w rankingu DESI zajmuje Malta, gdzie niemal 25% organizacji posiada rozwiązania z zakresu big data. Polska znalazła się na 21. pozycji wyprzedzając m.in. organizacje z Cypru, Węgier, Austrii czy Bułgarii.

Analityka w ciągu kilku godzin

Eksperci SAS podkreślają, że nie można usprawiedliwiać braku narzędzi do analizy dużych zbiorów danych w polskich firmach jedynie wieloletnimi zapóźnieniami technologicznymi względem krajów zachodnich. Wzór stanowi Litwa, która uzyskała wynik powyżej unijnej średniej.

Mimo tego, że według raportu DESI rozwiązania z zakresu big data posiada niemal trzy razy więcej dużych firm niż przedstawicieli sektora MŚP, zdaniem SAS wdrożenie systemów analitycznych nigdy nie było łatwiejsze i wbrew powszechnej opinii nie wymaga znacznych inwestycji początkowych. Wszystko dzięki technologii cloud computing. Przykładowo, platforma analityczna SAS składa się z gotowych komponentów, które pozwalają skrócić czas uruchomienia modelu analitycznego z kilku dni do kilku godzin w wybranych środowiskach chmury publicznej.

Dzięki chmurze łatwo jest rozbudowywać środowisko analityczne wraz ze wzrostem ilości przetwarzanych danych, bez potrzeby inwestowania w kosztowną infrastrukturę IT. Kolejną korzyścią są elastyczne formy finansowania, które sprawiają, że analityka jest łatwiej dostępna również dla mniejszych firm. SAS oferuje rozliczanie kosztów użycia swojego oprogramowania na podstawie liczby użytkowników, grupy konkretnych zastosowań czy w odniesieniu do wielkości biznesu.

W wielu organizacjach pandemia COVID-19 przyspieszyła proces cyfrowej transformacji. Trzeba było niemal z dnia na dzień zapewnić narzędzia do pracy zdalnej, w tym komunikacji czy współdzielenia zasobów. Trudno oczekiwać, że wdrożenie narzędzi analitycznych przebiegnie równie szybko, jednak chmura znacznie skróciła ten czas. Teraz jest idealny moment dla przedsiębiorstw na wykorzystanie potencjału danych. Nigdy wcześniej tyle osób nie korzystało z technologii w pracy i życiu codziennym, generując informacje niezwykle cenne dla biznesu podsumowuje Patryk Choroś, Business Development Director w SAS Polska.

Źródła:

  1. Indeks gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI) na 2020 r., Komisja Europejska, 2020
  2. Jak Polacy korzystają z telefonu i Internetu w czasie pandemii, Krajowy Rejestr Długów, 2020

[1] https://www.sas.com/pl_pl/news/informacje-prasowe-pl/2019/sas-zainwestuje-miliard-dolarow-w-sztuczna-inteligencje.html

Już 4 września nowe zasady delegowania pracowników

Już 4 września wejdą w życie nowe zasady delegowania pracowników w kontekście świadczenia usług i czasowych wyjazdów do spółek w ramach grupy kapitałowej. Z badania przeprowadzonego przez PwC wynika, że przedsiębiorcy obawiają się zmienionych przepisów – jedna piąta respondentów twierdzi, że nowe zasady wpłyną negatywnie na ich biznes poprzez zmniejszenie przychodów lub wzrost kosztów ich usług, a 15% ankietowanych przewiduje, że może to doprowadzić do utraty możliwości konkurowania z podmiotami zagranicznymi.

Nowe zasady delegowania pracowników wynikają z wdrożenia wymogów dyrektywy (UE) 2018/957. Dyrektywa nakłada na pracodawców zwiększone obowiązki informacyjne oraz istotnie zmienia warunki delegowania. Eksperci PwC podkreślają, że nowe obowiązki zgłoszeniowe i zwiększone ryzyko kontroli będa wymagać od przedsiębiorców większej skrupulatności w monitorowaniu zagranicznych wyjazdów pracowników, co dodatkowo komplikują dziesiątki niestandardowych sytuacji pracowników mobilnych wynikające z COVID-19. Ponadto, pracodawcy powinni – wykazując należytą staranność – przeprowadzić przegląd swoich zasad wynagradzania i warunków zatrudnienia pracowników delegowanych. Z jednej strony pozwoli to zidentyfikować, które przepisy (polskie czy zagraniczne) stosować z perspektywy nowych wymagań, z drugiej będzie to dla nich odpowiedzią na pytanie jakie składniki wynagrodzenia należy zapewnić pracownikowi zależnie od długości jego delegowania.

O tym, jakie będą rzeczywiste efekty wprowadzenia nowych przepisów, przekonamy się wraz z upływem czasu. W krótkiej perspektywie możemy bez wątpienia stwierdzić, że samo wdrożenie nowych wymogów, niezależnie od tego jak silny skutek one wywrą na działalność biznesową, będzie dla pracodawców dużym wyzwaniem. Nowelizacja ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług wprowadzająca przepisy dyrektywy (UE) 2018/957 nie zawiera szerszych uregulowań dotyczących okresu przejściowego w stosowaniu tych przepisów. Jest wprost przeciwnie – ponieważ nowe wymogi stosuje się do oddelegowań, które będą trwały w momencie ich wejścia w życie, tj. 4 września 2020 r., pracodawcy mają niewiele czasu, aby zaplanować swoje działania w tym obszarze. – Bartosz Siwiak, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC

80% respondentów badania PwC przeprowadzonego wśród 35 firm korzystających z delegowania pracowników, uważa, że nowe wymogi będą stanowiły dla nich dodatkowe obciążenie administracyjne, co przełoży się na wzrost kosztów obsługi oddelegowań. Co piąty badany twierdzi, że nowe zasady wpłyną negatywnie na ich biznes poprzez zmniejszenie przychodów lub wzrost kosztów ich usług. Około 15% ankietowanych przewiduje, że może to doprowadzić do utraty możliwości konkurowania z podmiotami zagranicznymi. Jedynie 10% nie obawia się negatywnych konsekwencji zmiany przepisów.

Normy prawa nie funkcjonują w próżni – zmiana zasad delegowania pracowników w kontekście wymogów wynikających z prawa pracy to nie jedyny punkt widzenia, który należy przyjąć analizując sytuację pracownika delegowanego. To, jak w świetle wyjazdu za granicę czy przyjazdu do Polski będą wyglądały kwestie podatkowe, ubezpieczeniowe czy imigracyjne może mieć równie ważne, jeśli czasem nie ważniejsze znaczenie. Kiedy dołożymy do tego obrazu potencjalne komplikacje wynikłe z dziesiątek scenariuszy rozmaitych sytuacji przed jakimi stanęli pracownicy transgraniczni w dobie COVID-19, można uznać, że rozwikłanie tych problemów z różnych perspektyw wymaga dobrego zorientowania w przepisach i nałożenia na siebie kilku reżimów prawnych jednocześnie.- Michał Balicki, adwokat w kancelarii PwC Legal

Najważniejsze zmiany wynikające z dyrektywy (UE) 2018/957

Warunki oddelegowania

  • warunki zatrudnienia i składniki wynagrodzenia na poziomie wynikającym z obowiązujących przepisów oraz powszechnie obowiązujących umów zbiorowych
  • zwiększone wymogi w zakresie warunków zakwaterowania pracowników oraz stawek dodatków / zwrotu wydatków na pokrycie kosztów podróży.

Okres trwania oddelegowania

  • zróżnicowanie sytuacji pracowników w zależności od okresu oddelegowania:
    • do 12 miesięcy (z możliwością przedłużenia do 18 miesięcy) – stosowanie rozszerzonych minimalnych wymogów
    • powyżej 12 (18) miesięcy – stosowanie warunków zatrudnienia wynikających z przepisów państwa przyjmującego
  • uregulowanie sposobu sumowania okresów delegowania pracowników

Obowiązki zgłoszeniowe/informacyjne

  • nowe obowiązki w zakresie aktualizowania zgłoszeń do PIP
  • procedura składania powiadomienia o przedłużeniu okresu stosowania minimalnych wymogów
  • przekazanie pracodawcy wysyłającemu pracownika do Polski pisemnej informacji o warunkach zatrudnienia

ABM: 30 mln na badania dedykowane pacjentom z ostrą niewydolnością serca

Rusza badanie kliniczne zainicjowane przez naukowców Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego dedykowane pacjentom z ostrą niewydolnością serca. Projekt uzyskał dofinansowanie Agencji Badań Medycznych w ramach konkursu na działalność badawczo–rozwojową w zakresie niekomercyjnych badań klinicznych. Wartość wsparcia to ponad 30 mln zł. 

Ostra niewydolność serca, zwłaszcza niewydolność ze znacznie upośledzoną funkcją serca jest rosnącym problemem zdrowia publicznego. Obecnie według szacunków aż 63 miliony ludzi na całym świecie jest dotkniętych tym problemem, z czego 1 milion w Polsce. Ponowne przyjęcia do szpitala z powodu zaostrzenia przebiegu choroby pozostają̨ stałym wyzwaniem w opiece nad pacjentem z niewydolnością serca. Pomimo poprawy tej sytuacji, nadal ponad połowa pacjentów jest przyjmowana ponownie z powodu pojawienia się objawów niewydolności serca w ciągu 6 miesięcy od ostatniego epizodu zaostrzenia.

Hospitalizacja z powodu niewydolności serca jest wskaźnikiem szczególnie niekorzystnego rokowania i z wysokiej śmiertelności po wypisaniu ze szpitala. Hospitalizacje są kosztowne dla świadczeniodawców i stanowią ponad połowę kosztów związanych z leczeniem niewydolności serca.

Ponadto, dotychczasowe badania nie wykazały, że stosowane metody leczenia ostrej niewydolności serca zmniejszają śmiertelność. Obecne leczenie pozwala na złagodzenie objawów, ale nie wpływa na długość życia i rokowanie pacjenta.  Ze względu znaczące ryzyko związane z zbyt słabą i nieefektywną pracą serca, istnieje niezaspokojone zapotrzebowanie na terapie modyfikujące przebieg choroby, które mają bezpośredni wpływ na samopoczucie pacjenta bez skutków ubocznych.

Dotychczasowe dane sugerują, że leki stosowane u pacjentów z cukrzycą typu 2, zmniejszają ryzyko hospitalizacji z powodu niewydolności serca i śmiertelności z przyczyn sercowo-naczyniowych. Leki te zmniejszyły również ryzyko wystąpienia niewydolności serca o 30% i spowodowały istotne 35% względne zmniejszenie ryzyka w hospitalizacji z powodu jego niewydolności, a korzystne efekty obserwowane w grupach pacjentów stosujących wydają się występować bardzo szybko po rozpoczęciu leczenia.

Coraz więcej danych wskazuje na bezpośredni wpływ tej grupy leków na mięsień sercowy. Zakładamy, że inhibitory SGLT-2 poprawiają̨ rokowanie pacjentów hospitalizowanych z powodu ostrej niewydolności serca poprzez zmniejszenie występowania złożonego punktu końcowego związanego ze śmiertelnością̨ z przyczyn sercowo-naczyniowych i hospitalizacji z powodu niewydolnością serca.  – podsumowują badacze prof.  Jolantra Siller-Matula i prof. Marek Postuła z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej WUM.

Badanie kliniczne EMPATHY realizowane przez Warszawski Uniwersytet Medyczny w międzynarodowym konsorcjum zostanie przeprowadzone w populacji pacjentów z ostrą niewydolnością serca, w celu porównania wpływu na rokowanie dwóch leków przeciwcukrzycowych z grupy inhibitorów SGLT-2 oraz placebo.

Badanie będzie prowadzone w 12 ośrodkach kardiologicznych w całym kraju, a włączonych zostanie ponad 1400 pacjentów. Dodatkowo zaplanowano przeprowadzenie badania wielu biomarkerów  w celu określenia molekularnych mechanizmów odpowiedzialnych za efekt terapeutyczny badanych leków oraz ich wpływ na przebieg kliniczny.

Badanie zostało zaprojektowane przez zespół naukowców z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Jolantę Siller-Matulę, która jest głównym badaczem oraz prof. Marka Postułę. W skład Komitetu naukowego badania wchodzą także: prof. dr hab. n med. Krzysztof J. Filipiak, I Katedra i Klinika Kardiologii WUM, prof. dr. Harald Sourij, Division of Endocrinology and Diabetology Department of Internal Medicine Medical, University of Graz, Austria, prof. dr Dirk von Lewinski, Division of Cardiology Department of Internal Medicine Medical, Medical University of Graz, Austria, dr hab. med. Łukasz Małek, Instytut Kardiologii w Warszawie, prof. dr hab. med. Piotr Ponikowski, Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.

Dla dolara lipiec był najgorszym miesiącem od dekady

Lipiec był najgorszym miesiącem dolara od dekady. Sierpień nie przyniósł wyraźnej odmiany sytuacji w notowaniach głównych walut: nie odegrała się wyraźna korekta tego rekordowego osłabienia. Wbrew szablonom sezonowym nie doszło również do pogorszenia nastrojów inwestycyjnych.

Początek września to jednak wyraźne odrabianie strat przez amerykańską walutę. Nie ma ono miejsca przy korekcie na rynkach akcji. Wręcz odwrotnie: Nasdaq i S&P500 ustanowiły nowe, historyczne szczyty. Nie towarzyszyło mu również korzystne dla USD podbicie rentowności amerykańskich obligacji. Szerszym tłem, zarysowanym zaledwie w ubiegłym tygodniu pozostaje negatywne dla USD nastawienie władz monetarnych USA. Nie ma ono prawa zmienić się pod wpływem jednego odczytu.

Impulsem do zahamowania i odwrócenia wyprzedaży dolara stał się odczyt ISM dla przemysłu, czyli najważniejszego barometru nastrojów w tym sektorze największej światowej gospodarki. Główny wskaźnik przybrał wyższą wartość od oczekiwań, pozytywnie wypadłą kluczowa składowa nowych zamówień. Słabo – subindeks zatrudnienia.

I to właśnie ta sfera gospodarki będzie w najbliższych dniach na tapecie.

Po pierwsze: piątek to publikacja raportu Departamentu Pracy. Po drugie: dziś odczyt ADP. Na papierze są to dwie pierwszoplanowe figury makro tego tygodnia. Na papierze, gdyż reakcja na NFP ostatnio jest znikoma. Co więcej, szacunki ADP okazują się być marną wskazówką odnośnie do ważniejszych publikacji. Po trzecie, przed nami długi weekend w USA, który nigdy nie sprzyja zwiększaniu ekspozycji przez inwestorów. Wręcz przeciwnie: można go traktować jako pretekst do wygaszania ewentualnego ruchu kierunkowego z poprzednich dni.

W rezultacie zakładamy, że jest zdecydowanie za wcześnie by wieścić koniec słabości dolara. Tym bardziej, że nie tworzy się bardziej sprzyjające otoczenie ze strony rynków długu, czy akcji. Nie widać żadnych symptomów przygasania apetytu na ryzyko. Po cofnięciu się z 1,20 do 1,19 inwestorzy na rynku EUR/USD będą szukać lokalnych dołków. Spodziewamy się kolejnych prób podejść do 1,20. Naszym preferowanym wehikułem do wykorzystania słabości dolara pozostaje funt. Brytyjska waluta ignoruje zagrożenia związane z brexitem a ze względu na swój ryzykowny profil korzysta na nieustającej pogoni za stopą zwrotu.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek kredytów mieszkaniowych i ceny transakcyjne nieruchomości w II kwartale 2020 r.

Najświeższe dane rynkowe wskazują na widoczny efekt osłabienia dynamiki wzrostu na rynku kredytów mieszkaniowych w Polsce w II kwartale 2020 roku. Jest to spowodowane głównie okresem globalnej pandemii i lockdownem gospodarki. Wydaje się on jednak być płytszy niż początkowo można było się spodziewać, co jest dobrą wiadomością w kontekście odbudowy popytu na rynku kredytów hipotecznych w najbliższych miesiącach.

Widoczny jest spadek dynamiki wzrostu wartości ogólnej kwoty zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych. O ile zmiana w I kwartale 2020 roku porównując do IV kwartału 2019 roku wynosiła +3,77%, o tyle w II kwartale w stosunku do I kwartału 2020 roku osiągnęła wartość jedynie +0,66%. Wynika to głównie z mniejszej ilości umów zawartych przez banki, których liczba w II kwartale 2020 roku osiągnęła poziom 45 179 i była niższa w stosunku do okresu poprzedniego aż o 19,97% – wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Wartość globalna kwoty zadłużenia Polaków z tytułu kredytów mieszkaniowych wyniosła 462,532 mld zł, co oznacza wzrost w drugim kwartale o 13,472 mld zł – wynika z raportu AMRON-SARFiN, „Ogólnopolski raport o kredytach mieszkaniowych i cenach transakcyjnych nieruchomości” za II kwartał 2020 roku. Biorąc pod uwagę okres zamknięcia gospodarki spowodowany pandemią COVID-19, te 13,4 mld zł nowych kredytów mieszkaniowych należy i tak odnotować jako sukces.

Na uwagę zasługuje fakt, iż średnia wartość udzielonego kredytu mieszkaniowego w tym okresie wzrosła o 1,27%, osiągając kwotę 297 567 zł. Dodatkowo – co interesujące – średnia cena transakcyjna na rynku nieruchomości za 1 mkw. mieszkania w Warszawie wzrosła o 1,12%, co oznacza słabszą dynamikę wzrostu cen nieruchomości (w poprzednim okresie I kw. 2020/IV kw. 2019 wartość ta wynosiła 2,29%). Nie potwierdziły się,  do tej pory, prognozy o nieuchronnym spadku cen na rynku nieruchomości. Można go zaobserwować jedynie na rynku najmu nieruchomości. Cena najmu mieszkania w Warszawie spadła o cały 1% w stosunku do poprzedniego okresu – mówi Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

 

Ponadto, rynek nieruchomości w pierwszym okresie pandemii zachował się bardzo stabilnie. Z uwagi na jego specyfikę warto jednak poczekać z pełną analizą na dane za trzeci, a przede wszystkim czwarty kwartał 2020 roku.

Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy. Jest jednym z bardziej cenionych ekspertów hipotecznych w Polsce. Obecnie jest Partnerem Zarządzającym w spółce Trinity House & Finance oraz niezależnym Ekspertem Finansowym stale współpracującym z największymi instytucjami finansowymi w Polsce. Ukończyła kierunek Finanse i Bankowość na warszawskiej SGH. Swoją karierę zawodową związała od początku z sektorem finansów, pracując na menedżerskich stanowiskach w banku ING.

W swojej 20 letniej karierze prowadziła wiele projektów z zakresu finansowania nieruchomości. Współtworzyła projekty dużych inwestycji komercyjnych, jak galerie handlowe, oparte o międzynarodowe konsorcja finansowe, oraz projekt fuzji bankowej. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie kredytów hipotecznych dla Klientów indywidualnych oraz finansów osobistych.

Polska nominacja do nagrody Emmy

Podczas wirtualnej konferencji w Los Angeles ogłoszono nominacje do 72. nagród Emmy. Tym razem, wśród nominowanych pojawił się polski akcent. W kategorii Dokument / Outstanding New Approaches znalazła się aplikacja mobilna Apollo’s Moon Shot AR, stworzona przez polską firmę Immersion  z okazji 50. rocznicy lądowania na księżycu.

Aplikacja przeprowadza użytkownika przez historię programu Apollo, wykorzystując przede wszystkim technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR – Augmented Reality), filmy i zdjęcia. Została stworzona na zamówienie Smithsonian Channel, a jej partnerem merytorycznym jest NASA. Jej premiera odbyła się wspólnie z serialem dokumentalnym o tym samym tytule.

Aplikacja Apollo’s Moon Shot AR umożliwia wirtualną podróż na powierzchnie księżyca za pomocą portalu stworzonego w technologii AR, wystrzelenie rakiety Saturn V z własnej kanapy albo ogródka, odwiedziny we wnętrzu kapsuły kosmicznej Apollo, posłuchanie rozmów między Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem, a także spróbowanie samodzielnego wylądowania księżycowym lądownikiem.

Nominacja do nagrody Emmy nie jest pierwszym wyróżnieniem dla aplikacji – wcześniej Apollo’s Moon Shot AR była nominowana m.in. do Webby Awards czy SXSW (South by Southwest). Jesteśmy dumni, że polska myśl techniczna może stawać do walki z gigantami zza wielkiej wody – mówi Piotr Baczyński, CEO Immersion.

Nagrody Emmy są nazywane „telewizyjnymi Oscarami” – to najważniejsza impreza roku dla świata amerykańskiej telewizji. Głównym organizatorem gali jest Stacja ABC. 72. gala rozdania Emmy odbędzie się 20 września, a jej prowadzącym i producentem wykonawczym będzie Jimmy Kimmel, który również współpracuje z polską firmą Immersion przy produkcji aplikacji AR.

Oczekiwania i obawy pracowników przed powrotem do „nowej normalności”

Tylko 10% Polaków ankietowanych przez EY Polska spodziewa się, że powrót do pracy jaką znamy sprzed pandemii zajmie kilka lat albo nawet nigdy nie wrócimy do zwyczajów i schematów zgodnie z którymi pracowaliśmy przed marcem 2020 roku. Zdaniem 36% badanych powrót do „normalności w pracy” zajmie miesiące, a 54% Polaków spodziewa się, że nastąpi to bardzo szybko – w ciągu dni bądź tygodni. Choć odpowiedzi respondentów polskiej edycji badania EY zbliżone są wyników światowych, różnimy się jednak w poglądach dotyczących szczegółów funkcjonowania życia zawodowego po pandemii.

Rys 1. Jak szybko możliwy będzie powrót do „normalnej pracy”, kiedy skończy się już pandemia

Jak szybko możliwy będzie powrót do „normalnej pracy”, kiedy skończy się już pandemia

Mimo że temat pracy zdalnej szeroko obecny jest w przestrzeni publicznej, jedynie 14% Polaków ankietowanych przez EY Polska w ramach polskiej edycji badania Future Consumer Index spodziewa się, że będzie pracować z domu częściej. To zdecydowanie niższy wynik niż średnia globalna. W badaniu światowym takiej zmiany spodziewa się bowiem blisko połowa (48%) ankietowanych.

– Badanie EY Polska zostało przeprowadzone na szerokiej grupie respondentów i objęło osoby reprezentujące różne formy zatrudnienia, przynależące do różnych grup wiekowych i mieszkające niemal w całym kraju, na mniej i bardziej zurbanizowanych obszarach. To pokazuje, że w skali całego kraju praca zdalna nie jest aż tak powszechna, jak można by sądzić patrząc jedynie na firmy zlokalizowane w większych aglomeracjach. Porównując z kolei wyniki z Polski z badaniem globalnym, wyraźnie widać, że w Polsce formy pracy zdalnej i rozwiązania pozwalające na unikanie służbowych kontaktów bezpośrednich nie są tak powszechne jak w innych krajach. Oczywiście dalsze rozpowszechnienie pracy zdalnej zależne będzie zapewne od sytuacji epidemicznej, ale skala oczekiwanych przez Polaków zmian w sposobie pracy, jest obecnie stosunkowo niewielka w porównaniu ze zmianami, jakich spodziewają się respondenci ankietowani przez EY w innych krajach – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner EY, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

Jedynie 9,3% Polaków zamierza częściej uczestniczyć w wideokonferencjach wewnątrz organizacji, w której pracuje, co jest wynikiem wyraźnie niższym niż średnia światowa, która jest na poziomie 42%. Podobne rozbieżności dotyczą również wideokonferencji zewnętrznych, mających zastąpić bezpośrednie spotkania z klientami czy kontrahentami.

Rys. 2 Oczekiwania Polaków dotyczące zmian w sposobie pracyOczekiwania Polaków dotyczące zmian w sposobie pracy

Ponieważ Polacy nie spodziewają się masowo wykonywania obowiązków służbowych z domu, również nie oczekują istotnych zmian dotyczących samego podróżowania do miejsca pracy. Rzadszych podróży do biura czy zakładu spodziewa się 39% ankietowanych w badaniu światowym, podczas gdy w Polsce ograniczenia wyjazdów do pracy oczekuje jedynie 7% osób.

Patrząc z kolei na stosunek Polaków do środków komunikacji miejskiej można wnioskować, że nie będą oni unikać poruszania się do pracy autobusami, tramwajami czy pociągami. Nieco połowa z nas (52%) uważa transport publiczny za niekomfortowy albo wręcz bardzo niekomfortowy. Na tle krajów Ameryki Północnej i zachodniej Europy to zdecydowanie wyższa ocena. Tylko dla niespełna 30% mieszkańców tych rejonów świata jest on bowiem komfortowy (73% badanych uznaje go za niekomfortowy lub bardzo niekomfortowy).

13% osób badanych przez EY Polska spodziewa się natomiast, że gdy już powróci do swojego dotychczasowego miejsca pracy, będzie musiało liczyć się z zaostrzonymi rygorami sanitarnymi i przestrzegać specjalnie wdrożonych procedur sanitarnych. O tę samą kwestię EY pytał również uczestników globalnego badania, a wyniki pokazują, że specjalnych procedur sanitarnych w miejscach pracy oczekuje na świecie 54% badanych.

Jak się okazuje, strach przed koronawirusem nie odstrasza nas od przestrzeni co-workingowych. Mniej skłonnych do korzystania z tego typu rozwiązań będzie jedynie 5% badanych Polaków, podczas gdy w skali światowej, będzie się ich obawiać 30% ankietowanych.

Patrząc na wyniki polskiej edycji badania, można wnioskować również, że niewielu z nas spodziewa się zobaczyć korzyści wynikające z wykonywania pracy z domu. Jedynie 9% ankietowanych przez EY Polska uważa, że dzięki temu poprawi się ich zdrowie i równowaga między życiem zawodowym a prywatnym. To zdecydowanie niższy wynik, niż pokazują statystyki globalne – gdzie poprawy zdrowia i samopoczucia spodziewa się 40% ankietowanych. Co ciekawe, 5% Polaków spodziewa się pogorszenia swojej sytuacji w tym zakresie. Pod tym względem wyróżniamy się pozytywnie na tle świata, ponieważ w skali globalnej, negatywnego wpływu częstszej pracy z domu oczekuje 23% ankietowanych.

– Choć wydawać by się mogło, że praca zdalna jest korzystna dla większości osób, trzeba pamiętać o wielu kwestiach, które mogą być kłopotliwe. Organizacja miejsca i czasu pracy, czy konieczność jednoczesnego łączenia opieki nad dziećmi z obowiązkami zawodowymi mogą okazać się dla wielu pracowników sporym i w pełni zrozumiałym wyzwaniem. Po początkowym entuzjazmie związanym z oszczędnością czasu na dojazdy do miejsca pracy, wiele osób zaczęło odczuwać dyskomfort wynikający z izolacji i rozszerzeniem sfery zawodowej na sferę domową. Nowa sytuacja to też nowa rzeczywistość prawna. Niektóre przepisy pozostawiają wiele wątpliwości interpretacyjnych, nawet w zakresie samej pracy zdalnej. Instytucja pracy zdalnej nie została jak dotąd uregulowana w Kodeksie Pracy i nadal zgłaszane są wątpliwości dotyczące tego, w jaki sposób taka praca może być zlecona i wykonywana i w jakim zakresie pracownik może wykonywać ją poza granicami kraju. Taka praca może wygenerować materialne ryzyka podatkowego nie tylko dla pracowników, ale także pracodawców – tłumaczy Karol Raźniewski, Associate Partner w zespole People Advisory Services EY.

O badaniu

Polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach 22-28 czerwca 2020 roku na grupie 1000 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań dotyczących różnych obszarów życia, a także nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

Krakowska Ekospalarnia inwestuje w instalację odzysku ciepła ze spalin

Przygotowywana przez KHK SA instalacja odzysku ciepła ze spalin w Ekospalarni to mniej emisji CO2 do środowiska, obniżenie temperatury spalin i duża oszczędność wody. To także znaczny wzrost produkcji energii elektrycznej
i cieplnej. KHK SA otrzymał już decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla potrzeb tej inwestycji.

– Instalacja odzysku ciepła ze spalin to projekt innowacyjny, który pozwoli nam zwiększyć produkcję ciepła w sezonie grzewczym i prądu w ciepłych miesiącach, bez konieczności zwiększenia zużycia paliwa, czyli w przypadku Ekospalarni – odpadów. W Polsce takich instalacji działa kilka, natomiast jest to rozwiązanie dobrze znane w Europie, przede wszystkim w Skandynawii – zaznacza Tadeusz Trzmiel, prezes Zarządu KHK SA, spółki odpowiedzialnej za eksploatację Ekospalarni.

Odpady komunalne utylizowane w Ekospalarni zawierają ok. 35-45% wilgoci. Obróbka termiczna w kotłach tak wilgotnego „paliwa” powoduje, że część ciepła powstającego
w czasie spalania zużywana jest do odparowania wilgoci zawartej w tym paliwie. Obecnie ciepło to wraz ze spalinami zostaje bezpowrotnie utracone. Przygotowywana instalacja pozwoli schłodzić spaliny i odebrać ciepło w procesie kondensacji pary wodnej w nich zawartej.

– Instalacja odzysku ciepła ze spalin pozwoli na osiągnięcie wielu korzyści, zarówno środowiskowych jak i ekonomicznych. W Ekospalarni zwracamy szczególną uwagę na ochronę środowiska – zakład jest bezpieczny dla ludzi i otoczenia. Stale podnosimy też efektywność energetyczną, chociażby poprzez inwestycje w fotowoltaikę. Staramy się podążać za światowymi trendami i stale się unowocześniać, stąd decyzja o przystąpieniu do realizacji tej inwestycji – zaznacza Jakub Bator, członek Zarządu KHK SA i dyrektor Ekospalarni.

Aktualnie trwa dialog techniczny z firmami, które zgłosiły się w ramach ogłoszonego postępowania. Dialog ma na celu uzyskanie szczegółowych informacji o możliwościach
i ograniczeniach technicznych budowy i eksploatacji instalacji oraz innych uwarunkowań związanych z jej realizacją. – Dzięki dialogowi technicznemu w sposób jasny i optymalny sformułujemy nasze oczekiwania dotyczące dostawy, montażu a później eksploatacji instalacji, zgodnie z warunkami wynikającymi z prawa zamówień publicznych – dodaje Jakub Bator. KHK SA 29 maja złożył wniosek o dofinansowanie przedsięwzięcia w formie pożyczki w NFOŚiGW, w ramach programu priorytetowego nr 5.12.1 „Wsparcie dla innowacji sprzyjających zasoboszczędnej i niskoemisyjnej gospodarce, Część 1) Sokół – wdrożenie innowacyjnych technologii środowiskowych”. Wnioskowana kwota pożyczki to 23 800 000 (85% kosztów kwalifikowanych), oprocentowanie pożyczki na warunkach preferencyjnych. W ramach projektu istnieje możliwość umorzenia spłaty w wysokości
1 mln zł.

Jak branża gastronomiczna chroni się przed koronawirusem?

Na samym początku pandemii branża gastronomiczna mocno ucierpiała. Trudno było zadbać o klienta, ponieważ brakowało odpowiednich wytycznych z sanepidu albo były one bardzo niejasne. Środki ochrony były zaś bardzo trudno dostępne – brakowało maseczek i środków do dezynfekcji. Zapasowe partie takich preparatów kończyły się po miesiącu. Zabezpieczenie dotyczyło nie tylko konsumentów, ale i pracowników. Obsługujący klientów chcieli czuć się bezpiecznie, a pracodawcy zapewnić im komfort pracy. Środki ochronne były więc zdobywane różnymi, także prywatnymi kanałami od dostawców. Dziś każda firma może być już pod tym względem dobrze przygotowana, a potrzebnego asortymentu jest pod dostatkiem. Dotyczy to także samego działania lokali.

 Przy wejściu do dyspozycji są środki do dezynfekcji rąk, nadal obowiązują zwiększone odległości między stolikami oraz noszenie maseczek, które mogą być zdejmowana dopiero podczas konsumpcji – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Kołaszewski, członek zarządu Bobby Burger. – Lokale zachęcają swoich klientów do siadania w ogródkach oraz korzystania z kanału delivery – czyli ofert z dostawą. Niestety od początku zdarzali się klienci, którzy ignorowali obowiązek zakrywania ust i nosa. Kiedy liczba zakażeń zaczęła wzrastać, ludzie zaczęli zdecydowanie chętniej nosić maseczki. Nadal jednak pojawiają się pewne problemy z niektórymi klientami, jak i brak dyscypliny wśród pracowników. Nie zawsze są oni w stanie w czasie pracy wyegzekwować u gości zastosowanie się do obwiązujących przepisów – wyjaśnia Kołaszewski.

Ceny wieprzowiny ostro lecą w dół. Eksperci: Kluczem jest sytuacja w Chinach, ASF i koronawirus

Z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i serwisu DING.pl wynika, że w wakacje wieprzowina w sklepach potaniała o przeszło 4%. Zmiana ta dotyczy średnich cen promocyjnych porównanych z ubiegłorocznymi. Spadki na poziomie ponad 11% odnotowano w supermarketach, a o blisko 9% – w sieciach convenience. Natomiast w hipermarketach koszty zakupu nieznacznie wzrosły, tj. o 2,5%, a w dyskontach – o 1%. Eksperci podkreślają, że to pokłosie epidemii ASF-u i zawirowań na światowych rynkach, głównie chińskim. Dodają też, że przyszłe ceny w dużej mierze będą zależały od sytuacji eksportowej, a także od stworzenia szczepionki do walki z ASF-em i od zatrzymania pandemii koronawirusa.

Latem taniej

W porównaniu z poprzednimi wakacjami średnie ceny promocyjne wieprzowiny zmalały w sklepach o 4,1%. Jak podkreśla Witold Choiński, prezes zarządu Związku Polskie Mięso, jeszcze większy spadek nastąpił w skupie i w zakładach. Rolnicy otrzymywali za towar o około 10% mniej r/r, co oznacza, że wyższą marżę generowały dyskonty i supermarkety. Ekspert dodaje, że na to, co się dzieje na rynku, wpływ ma sytuacja na świecie, a przede wszystkim – w Chinach. A tam w ubiegłym roku osiągnięto rekordowe poziomy cen.

– Od kwietnia 2019 roku mieliśmy bardzo silny wzrost cen skupu trzody chlewnej, co wynikało z sytuacji w Chinach. To największy na świecie producent wieprzowiny. Mówiło się, że tam produkowany jest co drugi kilogram tego mięsa. Jednak pogłowie trzody chlewnej w Państwie Środka zmniejszyło się o ponad 1/3 ze względu na rozprzestrzenianie się afrykańskiego pomoru świń. Chińczycy po prostu zwiększyli import wieprzowiny do swojego kraju, a największym ich dostawcą pozostaje UE. Ale zaczęli też dogadywać się z Amerykanami, którzy mają nadprodukcję tego mięsa – komentuje dr Magdalena Kowalewska, analityk sektora rolno-spożywczego w Banku BNP Paribas.

Z kolei według Janusza Rodziewicza, prezesa Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, trudno porównywać tegoroczne wakacje z ubiegłorocznymi. Dziś mamy do czynienia z pandemią, a wtedy jej nie było. Na rynku krajowym zapotrzebowanie na wieprzowinę nie zmniejszyło się, ale za to mniej eksportujemy do Unii Europejskiej i krajów trzecich. Wpływ na to ma mniejszy popyt na wieprzowinę w Chinach.

– Ceny w Polsce są uzależnione od tego, co dzieje się na rynku unijnym, szczególnie w Niemczech. To nasz główny partner handlowy. A tam za wieprzowinę w detalu trzeba było płacić coraz więcej. Tak działo się w drugiej połowie zeszłego roku i jeszcze na początku tego – dodaje dr Kowalewska.

Jak stwierdza Karol Kamiński, dyrektor zarządzający w Grupie AdRetail, główne przyczyny obniżek w sklepach to koronawirus i epidemia ASF. Do tego dochodzi też specyficzny okres letni, który z reguły skutkuje tym, że są niższe ceny spowodowane mniejszą podażą żywca. Widać też, że na rynkach europejskich nie dochodzi do wzrostów. Sytuacja utrzymuje się na w miarę stabilnym poziomie.

Wpływ pandemii

– W związku z koronawirusem zawalił się eksport z Niemiec do Chin. Okazało się, że za zachodnią granicą można stosunkowo tanio kupić żywiec czy surowiec magazynowy, tj. tusze, półtusze oraz inne składniki. I przemysł to zrobił, dlatego mógł zaproponować niższą cenę i jeszcze zarobić. Mówimy tutaj więc o czynniku pewnej polityki handlowej – mówi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Pandemia koronawirusa spowodowała nadwyżkę produkcji wieprzowiny, co podkreśla Michał Majszczyk, analityk z Hiper-Com Poland. I dodaje, że gastronomia została zamknięta na kilka miesięcy, a niektóre zakłady przetwórcze zmniejszyły produkcję. Ponadto klienci ograniczyli zakup świeżych produktów na rzecz tych bardziej trwałych. Doprowadziło to do nadwyżki wieprzowiny. Ceny spadły, co odczuli nie tylko duzi odbiorcy, ale też zwykli konsumenci.

– Ten rok jest zdecydowanie inny. COVID-19 powoduje, że w części zakładów brakowało pracowników, zwłaszcza na liniach rozbiorowych. Firmy, głównie europejskie, zaczęły sprzedawać elementy z kością, a nie już końcowe, czyli te rozebrane. Możemy powiedzieć, że to nie był surowiec, tylko półsurowiec. I to też spowodowało, że ceny zostały obniżone – dodaje prezes Związku Polskie Mięso.

Natomiast Karol Kamiński zaznacza, że w ostatnim czasie pogorszyła się sytuacja finansowa Polaków. A to z kolei wpływa na mniejszy popyt. Ponadto konsumpcja wieprzowiny się obniża na rzecz innych mięs, w tym głównie drobiowych, które są tańsze. Z kolei prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP podkreśla, że generalnie mięso potaniało, nie tylko wieprzowina. W ostatnim czasie w sklepach płaciło się mniej też za wołowinę i drób, co jest swego rodzaju trendem ogólnoeuropejskim.

– Generalnie wieprzowina nie jest droga. W wakacje mamy sezon grillowy, a wiele osób nie pojechało na wczasy, tylko odpoczywa i szuka rozrywek na miejscu. W związku z tym grillowe asortymenty, głównie wieprzowe, stworzyły większą nadpodaż. Sklepy za wszelką cenę chciały sprzedać towar. Zrobiło się tego produktu dużo, a jednocześnie oferowano go taniej, bo konkurencja decydowała się na obniżki – wskazuje dr Faliński.

Ceny pod lupą

Z analizy również wynika, że największe spadki cen zanotowano w supermarketach – o 11,2%, a także w sieciach convenience – o 8,7%. Z kolei w dyskontach i hipermarketach nieznacznie wzrosły koszty zakupu, odpowiednio o 1% i 2,5%. Jak podkreśla dr Faliński, w supermarketach generalnie są relatywnie wysokie ceny. A ten format konkuruje z dyskontami, gdzie z kolei można kupić tańsze produkty. Obniżka jest więc formą ostrej walki o klienta.

– Nie dziwi mnie większy spadek w mniejszych formatach, które nie mają przestrzeni i warunków do przechowywania nadwyżki mięsa. Musiały więc obniżyć ceny, żeby pozbyć się zalegającego towaru. Natomiast hipermarkety, mając lepsze zaplecze magazynowe, nie musiały robić tego aż tak szybko. Z kolei dyskonty oferują w dużej mierze mięso paczkowane. Rzadko są tam lady, na których towar może krócej przebywać, niż jego zamknięte odpowiedniki – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

Zdaniem Janusza Rodziewicza, w najbliższym czasie ceny raczej pozostaną na obecnym poziomie. Może być inaczej, jeśli Chiny znowu zwiększą import, to wtedy trzeba będzie więcej zapłacić. Natomiast Witold Choiński podkreśla, że jesienią może być różnie. W dobie pandemii pewne kwestie znacznie trudniej też prognozować. Jednak w krótkim okresie, tzn. w najbliższych 4-8 tygodniach, nie powinno się nic zmienić na rynku. Z kolei według eksperta z Grupy AdRetail, to, ile w najbliższym czasie zapłacimy w sklepach, zależeć będzie od dwóch czynników. To stworzenie szczepionki do walki z ASF-em oraz leku, który zatrzyma pandemię koronawirusa.

– Jeżeli odblokuje się eksport, to ceny będą się utrzymywać, a nawet lekko wzrosną, bo wyeliminowana zostanie nadpodaż. Ale taki scenariusz ze względu na COVID-19 i spadek koniunktury na naszych głównych rynkach odbiorczych wygląda pesymistycznie. Jeżeli nie będzie eksportu, to cena wieprzowiny spadnie. Jednak to zadziała wyniszczająco i za kilka miesięcy może wejść w ten trend inflacyjny. Wtedy będzie rosła – przewiduje dr Faliński.

Jak przekonuje dr Kowalewska, w tym momencie nie ma przesłanek do silnego wzrostu cen w sklepach w drugiej połowie roku. W tej prognozie uwzględniono czynniki znane na dziś oraz założono, że nie będzie tak mocnego lockdownu jak wiosną. Ekspert BNP Paribas nie wyklucza, że podrożeje skup żywca wieprzowego. Jednak to nie przełoży się błyskawicznie na ceny detaliczne. One tradycyjnie mogą podskoczyć przed świętami, co wynika z cyklicznego wzrostu popytu na wieprzowinę.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz serwisu DING.pl. Porównano ceny promocyjne z okresu 21.06-21.08.2020 roku oraz z analogicznego czasu w ub.r. W sumie sprawdzono blisko 1,4 tys. akcji promocyjnych w dyskontach, hipermarketach, supermarketach, sieciach convenience i cash&carry.

Equator IV na finiszu komercjalizacji

Należący do CPI Property Group, biurowiec Equator IV zlokalizowany na warszawskiej Ochocie przy Al. Jerozolimskich 100 pozyskał nowego najemcę. Do budynku na początku stycznia przyszłego roku wprowadzi się spółka Mota Engil Real Estate Management (MEREM) – znaczący deweloper na rynku projektów mieszkaniowych i usługowych w Europie Centralnej. Za proces negocjacji z MEREM i podpisanie umowy na wynajem powierzchni odpowiedzialna była firma Karimpol Polska, poprzedni właściciel budynku.

Equator IV na finiszu komercjalizacji
Equator IV

Mota Engil zajmie na 11 piętrze biurowca Equator IV blisko 540 mkw. powierzchni. Tym samym proces komercjalizacji budynku należącego do CPI Property Group powoli dobiega końca, w biurowcu pozostały bowiem ostatnie dwa wolne lokale o powierzchni 600 mkw. i 300 mkw.

MEREM do swojej nowej siedziby wprowadzi się w styczniu 2021 r. Firma specjalizuje się w realizacji projektów mieszkaniowych oraz usługowych i jest częścią grupy Mota-Engil, będącej generalnym wykonawcą w segmencie budownictwa drogowo-mostowego, kubaturowego, oraz elektroenergetycznego. MEREM ma w swoim dorobku na rynku polskim liczne kompleksy mieszkaniowe między innymi w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach czy Szczecinie.

– Cieszy nas pozyskanie nowego prestiżowego Najemcy, zwłaszcza w trudnym czasie pandemii. Jesteśmy na finiszu jeśli chodzi o najem, ponieważ w biurowcu pozostały ostatnie metry wolnej powierzchni. Equator IV to niewątpliwie najlepsza lokalizacja na warszawskiej Ochocie i dogodne miejsce do prowadzenia biznesu. Nie dziwi zatem fakt, że budynek wypełnił się wiodącymi na polskim rynku markami – mówi Andrzej Lany, Director of Asset Management w firmie Karimpol Polska, odpowiedzialnej za komercjalizację biurowca.

Equator IV został oddany do użytku w 2018 roku, posiada 20 800 mkw. powierzchni najmu i 226 miejsc parkingowych. Wśród jego najemców znajdują się m.in.: Fiserv – jeden z największych dostawców technologii płatniczych na świecie, JTI – wiodący producent wyrobów tytoniowych, Tivo – oddział notowanej na giełdzie NASDAQ spółki technologicznej, spółka Colian specjalizująca się w produkcji oraz sprzedaży słodyczy, kulinariów i napojów, Inoffice Group działająca na warszawskim rynku branży biur serwisowanych, Unum – wiodąca firma oferująca m.in. ubezpieczenia na życie, Linux Polska – lider otwartych technologii, klub fitness ZDROFIT, Execon One oraz Edwards Lifesciences Polska z branży medycznej. Zarówno biurowiec, jak i cały teren są w pełni przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Equator IV jest certyfikowany w systemie BREEAM na poziomie Very Good. Autorem projektu architektonicznego jest pracownia APA Wojciechowski.

Obiekt w listopadzie 2019 r. został sprzedany CPI Property Group. Poprzedni właściciel biurowca – Karimpol Polska – odpowiada obecnie za komercjalizację dwóch ostatnich wolnych biur.