Uznanie środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku bankowym za dowód rzeczowy

Często stosowaną praktyką prokuratury, jednakże wątpliwą pod kątem zgodności z prawem, jest uznawanie środków zgromadzonych na rachunku bankowym za dowód rzeczowy.

Uprawnienie do blokowania rachunku

W sytuacjach określonych w Prawie bankowym, a także w ustawie o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu bank oraz Generalny Inspektor Informacji Finansowej wyłącznie na ściśle określony krótki czas, a następnie Prokurator w postępowaniu przygotowawczym na okres do 6 miesięcy w przypadku przestępstw określonych w art. 165a oraz w art. 299 Kodeksu karnego (kk) albo na okres do 3 miesięcy w przypadku pozostałych przestępstw mogą wstrzymywać określone transakcje lub dokonywać blokady rachunku bankowego.

Uznawanie środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku za dowód rzeczowy

Kluczowa z punktu widzenia problematyki niniejszej publikacji jest natomiast kwestia dopuszczalności i zgodności z prawem praktyki prokuratury polegającej na uznawaniu za dowód rzeczowy środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku bankowym.

Podkreślić bowiem należy, że do wydania postanowienia w przedmiocie zabezpieczenia majątkowego, który to właśnie środek przeznaczony jest m.in. do zabezpieczenia przed utratą mienia mogącego pochodzić z przestępstwa niepodlegającego przepadkowi bądź zwrotowi pokrzywdzonym, konieczne jest uprzednie przekształcenie postępowania z fazy in rem w fazę ad personam, a zatem wydanie postanowienia o przedstawieniu zarzutów.

Aktualnie więc w fazie in rem postępowania przygotowawczego, a więc, gdy postępowanie prowadzone jest jeszcze „w sprawie”, właśnie poprzez wydanie przez prokuratora postanowienia o uznaniu środków pieniężnych znajdujących się na rachunku bankowym za dowody rzeczowe i następnie przechowywanie tych środków na rachunku depozytowym prokuratury dochodzi do dalszego ich zabezpieczenia w postępowaniu przygotowawczym.

Bezprawność praktyki

Powstaje więc pytanie, czy powyższa praktyka jest zgodna z prawem i czy nie stanowi obejścia przepisów o zabezpieczeniu majątkowym. W rzeczywistości bowiem celem uznania środków pieniężnych za dowód rzeczowy nie jest ich zabezpieczenie jako dowodu, ale zabezpieczenie przed ich utratą, gdyż w przypadku upadku blokady rachunku bankowego środki te musiałyby zostać zwolnione do dyspozycji posiadacza rachunku bankowego.

Opisywana praktyka działania prokuratury nie jest kwestionowana przez sądy. Już z pobieżnej analizy powszechnie dostępnych orzeczeń wynika, że sądy nie rozważają w ogóle legalności tego rodzaju działań, uznając je za prawidłowe.

Wydaje się, że praktykę taką uznać należy jednak za błędną, gdyż środki pieniężne zapisane na rachunku bankowym nie posiadają cech, które pozwalałyby uznać je za dowody rzeczowe. Środki te nie istnieją bowiem jako rzeczy, ale są wyłącznie czymś wirtualnym, zapisami w systemie informatycznym.

W Kodeksie postępowania karnego, który reguluje kwestię postępowania dowodowego, pojęcie „dowodów rzeczowych” występuje wielokrotnie, lecz nie istnieje jego legalna definicja. Wprawdzie art. 115 § 9 kk stanowi, że rzeczą ruchomą lub przedmiotem jest także polski albo obcy pieniądz lub inny środek płatniczy, środek pieniężny zapisany na rachunku oraz dokument uprawniający do otrzymania sumy pieniężnej albo zawierający obowiązek wypłaty kapitału, odsetek, udziału w zyskach, albo stwierdzenie uczestnictwa w spółce, jednakże przepisów Kodeku karnego nie stosuje się do kwestii nieuregulowanych w kpk. Regulacja art. 115 § 9 kk ma więc zastosowanie wyłącznie w przypadku ustalania treści przepisów tego kodeksu statuujących czyny zabronione.

W świetle powyższego podzielić należy pogląd prezentowany w doktrynie prawa karnego procesowego, zgodnie z którym pod pojęciem „dowodów rzeczowych” należy rozumieć rzeczy stanowiące źródło dowodowe, które dostarczają środków dowodowych w postaci swoich cech poznawanych za pomocą zmysłów, przy czym wyróżnia się trzy bardziej szczegółowe kategorie, z których jednoznacznie wynika, że w każdym przypadku chodzi o przedmioty materialne istniejące fizycznie.

W związku z powyższym uprawnione wydaje się stwierdzenie, że praktyka polegająca na uznawaniu środków pieniężnych zapisanych na rachunku bankowym, a więc tak naprawdę samego zapisu na rachunku bankowym, za dowód rzeczowy stanowi działanie niemające oparcia w powszechnie obowiązujących przepisach prawa, a dodatkowo obejście przepisów o zabezpieczeniu majątkowym w postępowaniu przygotowawczym. Jest to więc praktyka niezgodna z prawem.

Uznawanie za dowód rzeczowy jako wypełnienie luki prawnej

Przyjmując prezentowany pogląd, stwierdzić należy, że mamy do czynienia z luką w prawie w zakresie, w jakim prokurator w fazie in rem postępowania przygotowawczego po upływie okresów wynikających z Prawa bankowego oraz z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu nie ma tak naprawdę możliwości dalszego blokowania rachunku bankowego ani też przetrzymywania zapisanych na nim środków pieniężnych. Omawiana praktyka działania prokuratury stanowi natomiast jedynie próbę – i to bezprawną – wypełnienia tej luki.

Na postanowienie przysługuje zażalenie

Warto pamiętać, że na postanowienie w przedmiocie uznania za dowód rzeczowy środków pieniężnych zapisanych na rachunku bankowym przysługuje prawo wniesienia zażalenia i kwestionowania dokonanego „zajęcia” zarówno co do istoty, jak i co do zakresu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W Tarczy 1.0 „przemycono” dodatkowy obowiązek informowania ZUS o każdej zawartej umowie o dzieło

Od 1 stycznia 2021 r. osoba zlecająca dzieło ma obowiązek poinformowania ZUS o każdej umowie o dzieło zawartej z osobą, z którą nie pozostaje w stosunku pracy lub jeżeli w ramach takiej umowy osoba nie wykonuje pracy na rzecz swojego pracodawcy.

W Tarczy 1.0 „przemycono” dodatkowy obowiązek informowania o każdej zawartej umowie o dzieło, który został zapisany w art. 22 ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw.

Obowiązek ten, wprowadzany z pierwszym dniem przyszłego roku, będą musieli dopełnić płatnicy składek (np. pracodawca, ubezpieczony zobowiązany do opłacenia składek na własne ubezpieczenia społeczne), a także osoba zlecająca dzieło niebędąca płatnikiem składek.

Obowiązek dotyczy wszystkich umów o dzieło zawartych przez płatnika składek/osobę zlecającą dzieło z osobą, z którą nie pozostaje się w stosunku pracy lub jeżeli w ramach takiej umowy osoba nie wykonuje pracy na rzecz pracodawcy, z którym pozostaje w stosunku pracy.

– Obecnie, umowy o dzieło nie są tytułem do ubezpieczeń społecznych, a wyjątkiem są umowy o dzieło zawarte ze swoim pracodawcą albo te, w ramach których praca wykonywana jest na rzecz swojego pracodawcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Agata Miętek, Lider Praktyki Prawa Pracy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. -Tym samym, nowy obowiązek będzie dotyczył wszystkich umów o dzieło, z których uzyskany przychód nie stanowi dzisiaj podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne.

Obowiązek informacyjny trzeba będzie spełnić w terminie 7 dni od dnia zawarcia umowy o dzieło. Wzór informacji o zawartych umowach o dzieło będzie określało rozporządzenie Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Dane o umowach będą ewidencjonowane na koncie płatnika składek.

Zgodnie z uzasadnieniem, celem zmiany jest umożliwienie ZUS-owi weryfikacji istnienia obowiązku ubezpieczeń społecznych osób wykonujących umowy o dzieło, a jednocześnie udostępniania informacji o zawarciu takich umów ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych.

Wprowadzona regulacja znacznie ułatwi ZUS-owi kontrolę zawartych umów o dzieło oraz kwestionowanie czy poszczególne umowy o dzieło spełniają cechy stosunku prawnego odpowiadającego umowie o dzieło, czy może powinny być uznane za umowę zlecenia/umowę o świadczenie usług, od których odprowadzane są składki ZUS. Począwszy od 1 stycznia 2021 r. ZUS będzie miał bieżącą informację o tym jaka jest skala takich umów, co zdecydowanie ułatwi prowadzenie kontroli w tym zakresie.

– Przedsiębiorcy oceniają, że wprowadzane zmiany to pierwszy krok prowadzący do „ozusowania” wszystkich umów o dzieło – komentuje dr A.Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Od 1 stycznia ZUS uzyska informacje o wszystkich zawartych umowach o dzieło, co ułatwi kontrolowanie tych umów i tym samym ich kwestionowanie, co niewątpliwie leży w interesie ZUS.

Pandemia zachwiała domowymi budżetami. Polacy w tym roku częściej będą szukać wyprawki szkolnej w promocji

Z raportu UCE RESEARCH i Grupy BLIX wynika, że przeszło 60% badanych kupi artykuły szkolne w promocjach. To prawie o połowę więcej niż w poprzednim roku. Ponad 77% ankietowanych twierdzi, że zrobi tego typu zakupy głównie w dyskontach. I pomimo pandemii, niespełna 60% obierze kurs na sklepy stacjonarne. Tylko nieco powyżej 3% rodziców chce skompletować wyprawki wyłącznie przez Internet. Blisko 26% zrobi to pół na pół. W tym roku także zamiast kilku miejsc konsumenci odwiedzą średnio dwa sklepy. Co ciekawe, większość dokona zakupów pod koniec wakacji, a nie jak to było w minionych latach, tj. na początku i w środku sierpnia.  

Najlepiej w promocji

Aż 60,9% rodziców chce kupić wyprawki szkolne w promocji. 19% nabędzie połowę art. okazyjnie. 4,2% zrobi zakupy w regularnych cenach. – Polacy chętnie korzystają z gazetek promocyjnych i platform, które pomagają im znajdować najlepsze oferty. Aktualna niepewność gospodarcza wyjątkowo zachęca ich do oszczędzania. Obserwujemy też teraz silny wzrost aktywności aplikacji agregujących rabaty sieci handlowych – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy BLIX.

Jak potwierdzają inni eksperci, w tym roku to nie moda czy jakość art. szkolnych odegra główną rolę. Najważniejszym determinantem wyborów konsumenckich będzie promocja. Dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego uważa, że droższe, markowe wyprawki szkolne straciły na znaczeniu. Dla sklepów to mniejsza szansa na wyróżnienie swoich ofert. Oczekiwanie klientów na promocje oznacza realizację niższych marży.

– Dla sieci handlowych to nie jest żadna nowość czy zaskoczenie. Art. szkolne, tak jak inne produkty sezonowe, trzeba umieścić w dużym stopniu w promocji, aby podkreślić konkurencyjność oferty względem innych sklepów – przekonuje Maciej Boroń, ekspert marketingu i zachowań konsumenckich.

W zeszłym roku 36% Polaków deklarowało, że kupi wyprawkę w promocji, a 11,9% – w regularnej cenie. Z kolei 17,6% badanych zapowiadało połowę zakupów po rabacie, a drugą część – bez zniżek. – Mniej pieniędzy niż rok temu w portfelach wielu osób powoduje, że bardziej zależy im na promocjach. Sklepy mocniej komunikują obniżki, bo chcą odbudować obroty. Niższe ceny raczej nie zwiększą zysków, ale handel odżywa – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Oblężenie dyskontów

Na pytanie wielokrotnego wyboru 77,4% badanych odpowiedziało, że kupi art. szkolne w dyskontach. 39,1% zadeklarowało zakupy w hipermarketach. Maciej Boroń zwraca uwagę na to, że już od 2018 roku co trzecia złotówka w handlu trafia do dyskontów. Polacy chodzą do nich na małe zakupy, a na większe – do hipermarketów. Natomiast dr Kłosiewicz-Górecka podkreśla, że rodzice mogą kupić tam również wyprawki szkolne przy okazji codziennych wizyt. Bliskość tego typu sklepów w połączeniu z promocjami stanowi dodatkową zachętę.

– Dyskonty od wielu lat kojarzą się Polakom z najtańszymi zakupami. Widoczna podczas codziennych zakupów ekspozycja art. szkolnych w promocjach budzi w klientach poczucie okazyjności. To z pewnością wygeneruje zwiększone przychody wiodących sieci dyskontowych – przewiduje Tomasz Jabłoński, prezes Grupy BLIX.

Pomimo pandemii, 58,7% Polaków zrobi zakupy stacjonarnie. 25,9% ankietowanych kupi połowę art. online, a resztę – offline. Tylko 3,2% badanych wskazało e-sklepy. 7,9% nie umiało tego określić. Maciej Boroń zauważa, że podczas izolacji społeczeństwo otworzyło się na zakupy internetowe. Jednak po zniesieniu ograniczeń większość Polaków woli korzystać ze swobody osobistych wypraw do sklepów.

– Relatywne poluzowanie obostrzeń wpłynęło na to, że Polacy nadal wolą robić zakupy stacjonarnie. Podchodzą do nich jednak bardziej zadaniowo niż pół roku temu. Skrupulatniej się przygotowują, w tym częściej korzystają z list zakupowych – zwraca uwagę Marcin Lenkiewicz.

Natomiast prezes Jabłoński przypomina, że kanał tradycyjny w dalszym ciągu odpowiada za 90% obrotów w rodzimym handlu. Dla części rodziców e-zakupy mogłyby być bezpieczniejsze, ale niekoniecznie łatwiejsze. Ponadto niektóre dzieci chcą samodzielnie wybierać swoje przybory, po obejrzeniu, przymierzeniu i dotknięciu wybranych produktów.

– Zdecydowana większość art. szkolnych zostanie kupiona stacjonarnie, zgodnie z deklaracjami. Ilość zakupów internetowych może wzrosnąć dopiero tuż przed powrotem dzieci do szkół, zwłaszcza w sytuacji gdy pójdzie w górę liczba zachorowań – dodaje dr Kłosiewicz-Górecka.

Góra dwa sklepy

Najwięcej osób, czyli 24,5%, planuje skompletować wyprawkę w dwóch sklepach, 12,9% – w jednym, a 16,3% – w trzech. Więcej placówek odwiedzi 10,2% badanych. Dla 14,3% respondentów nie ma to znaczenia, a 21,7% nie potrafi tego jeszcze określić. Co ciekawe, w ub.r. konsumenci najbardziej preferowali kilka placówek.

– Jest to ciekawa zmiana. Wynika z chęci minimalizowania ryzyka odwiedzania zbyt wielu placówek na raz. Dodatkowo sytuacja pandemiczna jest cały czas niejasna i część osób przez to nie jest w stanie podać jednoznacznej odpowiedzi – zauważa Maciej Boroń.

Zdaniem Marcina Lenkiewicza, tak duża liczba niezdecydowanych osób oznacza pewnego rodzaju zdezorientowanie shopperów. Może ono skutkować odkładaniem zakupów i obserwacją sytuacji pandemicznej. Z kolei ci, którzy planują odwiedzić kilka sklepów, mogą ostatecznie zdecydować się na e-zakupy.

– Decyzja o skompletowaniu wyprawki w dwóch placówkach jest również uwarunkowana ofertą cenową i wygodą. Rodzic, który znajdzie odpowiadającą mu promocję, zdecyduje się na zakup większej liczby artykułów w mniejszej ilości sklepów – wyjaśnia prezes Grupy BLIX.

W ub.r. 28,8% Polaków kupowało art. szkolne na początku sierpnia i tyle samo osób – w połowie. W tym roku 30% zrobi to w najbliższych dniach, a 19,9% – dokładnie pod koniec miesiąca. Dr Kłosiewicz-Górecka dodaje, że utrzymująca się piękna pogoda zachęca Polaków do wydłużania swoich urlopów i oddalania zakupów na nieco późniejszy termin.

– Przesunięcie terminu zakupów jest też skorelowane z niepewną sytuacją w sprawie powrotu dzieci do szkół. Wciąż nie jest w stu procentach pewne, że 1 września wszędzie w kraju rozpocznie się rok szkolny. Natomiast wyprawka kupowana do nauki w domu znacząco różni się od tej nabywanej na potrzeby chodzenia do szkoły. Dlatego właśnie w tym roku wielu rodziców odkłada decyzje zakupowe wręcz na ostanią chwilę – podsumowuje Tomasz Jabłoński.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i Grupę BLIX na początku sierpnia 2020 roku. W ankiecie wzięło udział 1002 rodziców planujących zakupy związane z powrotem do szkoły dzieci w wieku 6-19 lat.

3 błędy, które można popełnić, rozliczając wsparcie z tarcz antykryzysowych

  • Duże zainteresowanie tarczami rządowymi sprawiło, że kontrole ich rozliczenia mogą potrwać do 2026 r.
  • Wśród błędów grożących karami i odsetkami od zaległości podatkowych są m.in. nieprawidłowe rozliczenie darowizny, zakupu sprzętów na walkę z pandemią czy wynagrodzeń pracowniczych.
  • Przed skutkami błędnego rozliczenia tarcz antykryzysowych chroni połączenie ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej kadry zarządzającej z polisą skarbową.

Kolejne zmiany w przepisach i uszczelnianie systemu podatkowego nie ułatwiają życia podatników. Po majowej zmianie regulaminu ubiegania się o subwencję z tzw. tarczy finansowej PFR część przedsiębiorstw zdecydowała się na zwrot wcześniej otrzymanych środków. Dalsza część pozostaje w niepewności co do wyników ewentualnej przyszłej kontroli skarbowej.

Duże zainteresowanie wsparciem rządowym spowodowało, że weryfikacja tego, czy poszczególnym firmom należała się pomoc, czy nie, rozciągnie się do 2026 r. Ewentualne nieprawidłowości mogą zatem wiązać się z koniecznością zapłaty odsetek karnych, a te po latach potrafią być wysokie. Trzeba też pamiętać, że kontrole będą uwzględniały nie tylko ocenę samej zasadności przyznania wsparcia rządowego, ale i tego, jak zostało ono wykorzystane oraz rozliczone. Błędne lub za późne rozpoznanie kosztów czy nierozpoznanie przychodu podatkowego to tylko część pomyłek, jakie można popełnić. Dlatego warto już teraz zadbać o to, żeby dokumenty, które złożymy do Urzędu Skarbowego, nie budziły żadnych wątpliwości – radzi dr Ewelina Skwierczyńska, właściciel TAX-ES Kancelaria doradztwa podatkowego.

Co może zwrócić uwagę urzędników? Oto 3 przykładowe błędy, na które warto uważać.

  1. Preferencyjne rozliczenie darowizn

Jednym z działań, które miało zachęcić firmy do włączenia się w walkę z COVID-19, było preferencyjne traktowanie darowizn dla lokalnych placówek służby zdrowia. Datki przekazane w kwietniu pozwalały na odliczenie 200% darowizny od podatku, w miejsce standardowych 100%. Gdzie tkwi haczyk? Otóż w ten sposób można rozliczyć tylko środki przekazane konkretnym SP ZOZ (przeważnie szpitale jednoimienne), wskazanym w przepisach. Co to oznacza? Jeżeli firma przekazała pieniądze podmiotowi spoza listy i zastosowała odliczenie w wysokości 200%, to musi się liczyć z tym, że US potraktuje to jako zaniżenie podstawy opodatkowania! Upomni się zatem o zaległe 19% podatku z nierozliczonej kwoty, plus odsetki.

2. Zakup sprzętów służących walce z COVID-19

Tarcze antykryzysowe traktowały też ulgowo tych przedsiębiorców, którzy chcieli włączyć się w walkę z pandemią poprzez produkcję towarów, których wiosną brakowało, np. maseczek ochronnych. W związku z tym wszystkie zakupy dodatkowych sprzętów potrzebnych do ich wytworzenia można było rozliczyć jako jednorazowy koszt podatkowy, bez amortyzacji. Co może sprawić, że US odmówi uznania tej ulgi? Kupione i rozliczone w ten sposób środki trwałe mogą służyć tylko przeciwdziałaniu COVID-19. Analizując przykład maseczek, jeżeli kupiona maszyna służyła później do produkcji innych tekstyliów, to kontrola podatkowa wykaże zaniżenie przychodów o blisko 80% wartości sprzętu.

3. Podwójne wynagrodzenia i zaliczki

Zaliczki do US za wynagrodzenia za marzec i kwiecień można było odroczyć do 1 czerwca. Mogło to zachęcić niektórych przedsiębiorców do wypłacenia pensji majowych z wyprzedzeniem, jeszcze w kwietniu. Dzięki temu firma miała przez miesiąc dodatkowe środki obrotowe. Niestety tego typu rozwiązanie może zostać zakwestionowane i potraktowane jako próba obejścia prawa. Powstaną wtedy zaległości z tytułu nieterminowych wpłat do US, a to skutkuje nałożeniem kary i odsetkami w PIT. W skrajnych wypadkach może to być nawet potraktowane jako przestępstwo. 

Za błędy odpowiada kadra zarządzająca

Wiele tego typu pomyłek związanych z wykorzystaniem wsparcia rządowego jest wynikiem decyzji zarządczych. To menedżerowie ustalają komu przekazać darowiznę lub wypłacić dodatkowe wynagrodzenie czy jak wykorzystać zakupiony sprzęt. Jeżeli wynikiem ich decyzji będzie nałożenie kary na organizację, to ta może później domagać się od nich odszkodowania.

Wiele decyzji biznesowych jest obarczonych ryzykiem i może być brzemienne w skutkach, jak np. te związane z korzystaniem z tarcz antykryzysowych. Dlatego rynek ubezpieczeń już od dawna oferuje dodatkowe zabezpieczenie przed finansowymi skutkami nieumyślnych błędów kadry zarządzającej. Spółki kapitałowe, spółdzielnie, stowarzyszenia, fundacje wspólnoty a czasem nawet i ZOZ-y mogą wykupić ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej członków swoich władz (D&O), zyskując możliwość uzyskania rekompensaty za wyrządzone przez nich szkody. Warto podkreślić, że wartość takich potencjalnych szkód często przewyższa prywatny majątek osób zarządzających, a zatem bez ubezpieczenia możliwości uzyskania pełnego odszkodowania byłyby praktycznie zbliżone do zera – zauważa Łukasz Górny, radca prawny, Dyrektor Departamentu Rozwoju EIB SA.

Oprócz środków na pokrycie ewentualnych roszczeń firmy, polisa D&O może też zapewnić pieniądze na:

  • obronę prawną osoby ubezpieczonej i pokrycie kosztów sądowych,
  • koszty porady zewnętrznych ekspertów z zakresu rachunkowości lub podatków,
  • zobowiązania podatkowe dochodzone od osób ubezpieczonych na podstawie art. 116 lub 116a Ordynacji Podatkowej.

Ubezpieczenie D&O nie zrefunduje jednak grzywien karnych lub karnoskarbowych. Taką możliwość – w określonych przypadkach – zapewnia dopiero osobne ubezpieczenie skarbowe.

Firmy zainteresowane dodatkową ochroną powinny pamiętać, że polisy skarbowe przewidują okres karencji. Wynosi on zazwyczaj 6 tygodni od podpisania umowy. Dlatego nie można czekać z zakupem ochrony do momentu wszczęcia postępowania karnego lub karnoskarbowego, ponieważ nie będzie ich można objąć polisą. – dodaje Łukasz Górny z EIB.

 

Źródło: EIB SA.

Złośliwe oprogramowanie Dharma atakuje sektor MŚP – raport Sophos

0

W 2020 roku popularne jest złośliwe oprogramowanie Dharma, które atakuje głównie małe i średnie firmy – wynika z raportu firmy Sophos.[1] Aż 85%[2] infekcji nastąpiło przez narzędzia dostępowe takie jak zdalny pulpit. Przestępcy szyfrują dane korzystając z gotowych szablonów i skryptów. Żądany okup za odzyskanie informacji wynosi średnio ponad 20 razy mniej niż  przypadku innych rodzajów ransomware’u. Skala ataków sprawia jednak, że Dharma jest obecnie najbardziej dochodowym z nich.

Pulpit furtką do sieci

Przestępcy wykorzystują przede wszystkim narzędzia zdalnego dostępu do urządzenia, takie jak protokół zdalnego pulpitu (ang. Remote Desktop Protocol). Umożliwia on m.in. podłączenie się do komputera, dostęp do widoku ekranu, logowanie czy przeglądanie przechowywanych na nim plików tak, jakbyśmy pracowali bezpośrednio na urządzeniu. Po zainfekowaniu systemu Dharma szyfruje pliki i wyświetla komunikat „Have fun, bro!” z żądaniem okupu za ich odblokowanie. Zdarza się, że mimo otrzymania zapłaty przestępcy nadal przetrzymują część informacji, aby wyłudzić dodatkowe środki.

Wirtualny fast food

Żądany okup wynosi średnio 8 620 dolarów, więc nie jest wysoki w porównaniu z 191 tys. dolarów w przypadku innych rodzajów ransomware[3]. Przestępcy „rekompensują” sobie jednak niższe stawki dużą liczbą przeprowadzanych ataków. Są one opłacalne, gdyż oprogramowanie Dharma jest powszechnie dostępne – na czarnym rynku znaleźć można gotowe zestawy skryptów i szablonów. Za 2 tys. dolarów przestępcy kupują usługę Ransomware-as-a-Service (RaaS), w której otrzymują m.in. dostęp do narzędzi automatyzacji ataku i serwerów czy pomoc techniczną. Taki bazujący na franczyzie model pozwala przeprowadzać ataki szybko i na dużą skalę, bez konieczności posiadania zaawansowanej wiedzy czy umiejętności. 

Łatwo zapomnieć, że ransomware stanowi zagrożenie dla mniejszych podmiotów, ponieważ nagłaśniane są głównie przypadki ataków na światowych gigantów i żądania wielomilionowych okupów. Ryzyko dla MŚP dodatkowo rośnie w sytuacji związanej z epidemią, gdy firmy starają się dopasować do modelu pracy zdalnej, a monitoring systemów i zarządzanie dostępem do danych czy sieci są utrudnione. W skutecznej ochronie przed ransomware pomoże szyfrowane połączenie VPN oraz wieloskładnikowe uwierzytelnianie. Równie ważna jest podstawowa cyberhigiena: instalowanie najnowszych aktualizacji systemów i aplikacji, czujność na wszelkie próby wyłudzenia danych dostępu (phishing), regularne tworzenie kopii zapasowych na dyskach, które nie są podłączone do sieci. Warto pamiętać, że zaawansowaną ochronę zapewnią wielowarstwowe rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję – wskazuje Łukasz Formas, kierownik zespołu inżynierów w firmie Sophos.

[1] Raport  „Color by Numbers: Inside a Dharama Ransomware-as-a-service (Raas) Attack”

[2] https://www.coveware.com/dharma-ransomware-payment.

[3] Raport  „Color by Numbers: Inside a Dharama Ransomware-as-a-service (Raas) Attack”

Jak szybko przenieść sprzedaż do Internetu dzięki Sky-Shop?

Liczby związane ze sprzedażą internetową z roku na rok rosną. Najnowsze dane mówią o tym, że w Polsce zakupy w sieci robi już co 7 internauta, co daje 21 milionów e-kupujących. Można się spodziewać, że w związku z pandemią w przyszłym roku statystyki będą jeszcze bardziej imponujące. Już wiemy, że 27% z osób kupujących w sieci deklaruje, że robi to częściej z powodu koronawirusa. 

Polacy zmieniają więc swoje nawyki zakupowe na korzyść branży e-commerce. Czy oznacza to, że tradycyjny handel za kilka, kilkanaście lat stanie się reliktem przeszłości? Nie. Na osiągnięcie maksymalnych zysków i uniknięcie potencjalnych strat pozwoli Ci jednak prowadzenie sprzedaży zarówno w kanałach online, jak i offline.

Jak i dlaczego warto przenieść sklep do Internetu?

Skoro zainteresował Cię ten artykuł, prawdopodobnie prowadzisz już sprzedaż w sklepie stacjonarnym. Oznacza to, że masz ogromną przewagę nad wieloma przedsiębiorcami zaczynającymi działalność w e-commerce. I nie polega ona jedynie na cennym doświadczeniu, choć oczywiście jest ono na wagę złota. To jednak także bardziej namacalne kwestie, takie jak:

  • Posiadanie działalności gospodarczej i znajomość obowiązków związanych z prowadzeniem własnej firmy.
  • Ugruntowana współpraca z hurtowniami i dostawcami produktów, a co za tym idzie wyższa dostępność produktów i niższe ceny.
  • Własny magazyn (lub sklep, który można traktować jako magazyn). 

Co zyskasz, przenosząc sprzedaż do sieci?

  • Nowych klientów z całej Polski, a nawet świata, do których dotrzesz ze swoją ofertą o każdej porze dnia i nocy.
  • Pozycję eksperta dzięki tworzonym materiałom.
  • Zwiększenie rozpoznawalności marki zarówno w świecie online, jak i offline.
  • Możliwość sprzedaży nie tylko za pośrednictwem sklepu i e-sklepu, ale także Allegro i innych platform zakupowych.

Już w tym miejscu chcemy podkreślić, że aby otworzyć sklep internetowy nie musisz zatrudniać zespołu programistów ani grafików. Współczesne rozwiązania e-commerce sprawiają, że rozpoczęcie handlu w sieci to przysłowiowe kilka kliknięć.

Oprogramowanie sklepów internetowych

Błyskawiczne założenie sklepu internetowego jest możliwe dzięki nowoczesnym platformom sklepowym, jak Sky-Shop. Działają one w modelu abonamentowym. Oznacza to, że w zamian za opłacanie miesięcznego abonamentu, którego ceny rozpoczynają się od 99 zł, dostajesz dostęp do oprogramowania, umożliwiającego sprzedaż, oraz szeregu innych przydatnych w e-commerce funkcji. Oto, co zyskujesz, zakładając sklep na Sky-Shop:

  • możliwość korzystania z ponad 1200 funkcji,
  • elastyczne pakiety abonamentowe, dzięki którym płacisz tylko za te funkcje, z których naprawdę korzystasz,
  • sklep zaprojektowany w technologii RWD,
  • intuicyjny panel administracyjny,
  • gotowe integracje z ponad 330 hurtowniami,
  • gotowe integracje z Allegro, eBay, marketplace’ami, systemami płatności, kurierami oraz narzędziami marketingowymi,
  • aplikację mobilną do zarządzania sklepem,
  • bezpłatne wsparcie techniczne doradców.

Otwarcie sklepu internetowego w 5 krokach

Przeniesienie sprzedaży do sieci rozpoczyna się od wyboru oprogramowania, które Ci to umożliwi. Następnie zakładasz tam konto – na początek może być testowe, czyli całkowicie bezpłatne. W dalszej kolejności musisz zadbać o:

  1. Wykupienie domeny, czyli adresu internetowego Twojego sklepu. Jego nazwę prawdopodobnie wymyśliłeś już dawno.
  2. Dodanie produktów do sklepu. Jeśli współpracujesz z hurtownią zintegrowaną z danym oprogramowaniem, produkty pobierzesz automatycznie. Jeśli dostawcy nie ma na liście integracji, w Sky-Shop.pl nowe integracja zostanie wykonana dla Ciebie bezpłatnie. W innych przypadkach np. autorskiego asortymentu, produkty dodasz ręcznie uzupełniając przygotowane wcześniej pola.
  3. Konfiguracja wyglądu sklepu. Kreator szablonu w oprogramowaniu sprawi, że będzie to łatwe, szybkie, przyjemne – i niewymagające umiejętności graficznych. Działa on na zasadzie “przeciągnij i upuść” – to jak układanie klocków. Możesz oczywiście zdecydować się także na własny projekt graficzny stworzony zgodnie z Twoimi wytycznymi.

SPONS2

  1. Określenie metod płatności i dostawy. Szybkie płatności to dziś absolutna konieczność w sprzedaży online, dlatego przed jej rozpoczęciem musisz podpisać umowę z dostawcą bramki płatności. W przypadku bramki Sky-Pay wystarczy wypełnienie formularza. Podobnie jest z różnymi formami dostawy – pamiętaj, że klienci lubią mieć wybór.
  2. Stwórz regulamin i politykę prywatności. Oczywiście nie musisz robić tego samodzielnie. Jeśli nie masz aktualnej wiedzy prawniczej, dobrym pomysłem będzie zlecenie napisania tych dokumentów specjalistom.

Strategia omnichannel, czyli jak łączyć sprzedaż online i offline

Jak wspomnieliśmy już we wstępie, celem tego artykułu nie jest zniechęcenie Cię do tradycyjnego handlu. Chcemy Ci za to pokazać, że warto prowadzić sprzedaż w kilku kanałach. Dlaczego? Bo to jeden z najbardziej skutecznych sposobów na zwiększenie liczby klientów.

Musisz pamiętać jednak o pewnych zasadach, które sprawią, że sprzedaż wielokanałowa rzeczywiście będzie się opłacać:

  • Polityka cenowa w każdym kanale powinna być spójna.
  • Daj klientom możliwość zamówienia towaru przez Internet i stacjonarny odbiór przesyłki.
  • Zadbaj o zsynchronizowane działania marketingowe.
  • Stale aktualizuj stan dostępności towarów w każdym kanale – pomoże Ci w tym Sky-Shop.
  • Pamiętaj, że omnichannel to również różne formy komunikacji. Komunikuj się ze swoimi konsumentami na żywo, telefonicznie, mailowo, za pośrednictwem mediów społecznościowych, a także chatu.

Łączenie kanałów sprzedaży w sieci

Prowadzenie sklepu stacjonarnego i internetowego to dopiero początek drogi w kierunku sprzedaży wielokanałowej. Internet oferuje znacznie więcej możliwości, z czego zdają sobie sprawę e-kupujący. Dane mówią jasno: 52% internautów wybiera sklepy internetowe, a 38% woli kupować za pośrednictwem platform zakupowych. Jakie jeszcze kanały warto wziąć pod uwagę?

  • Allegro, eBay, Emipik Marketplace i inne portale aukcyjne oraz marketplace’y.
  • Sklep na Facebooku.
  • Porównywarki cenowe.

Sky-Shop dostarcza gotowe integracje ze wszystkimi z tych kanałów, byś mógł wygodnie obsługiwać sprzedaż z poziomu jednego panelu administracyjnego.

Podsumowanie

Sprzedaż przenosi się do Internetu. To fakt, z którym nie sposób dyskutować. To jednocześnie ogromna szansa na zwiększenie liczby klientów, a co za tym idzie – zysków.

Na zakończenie chcemy się podzielić liczbami, które utwierdzą Cię w przekonaniu, że właśnie teraz warto handel online:

SPONS3

  • Tylko w kwietniu 2020 roku sklepy internetowe korzystające z oprogramowania Sky-Shop odnotowały 70-procentowy wzrost wartości zamówień, a maju 44-procentowy. Inne wartości możesz sprawdzić na grafice powyżej.
  • Firmy, które stosują strategię omnichannel, zatrzymują 89% swoich klientów, podczas gdy te, które tego nie robią – tylko 33%

To co, gotowy do podboju Internetu? Zachęcamy do kontaktu na www.sky-shop.pl!

I po korekcie – raport walutowy

Słabość dolara powróciła w czwartek, gdyż rzekomo jastrzębi wydźwięk minutek FOMC okazał się jedynie pretekstem do oczyszczenia rynku ze źle uczepionych zleceń sprzedaży USD, ale nie wystarczył na generalną odmianę nastawienia inwestorów do amerykańskiej waluty. Wraca risk-on z pomocą wzrostów na rynku akcji, ale wakacyjna niska płynność i brak solidnych katalizatorów sprzyjają szarpanemu handlowi.

Szybkość, z jaką rynek otrząsnął się z odbicia USD, potwierdza wnioski z wczorajszego Komentarza Porannego – niezależnie jak mało wskazówek dostarczyły minutki z lipcowego posiedzenia FOMC, Fed pozostaje gołębi i utrzyma ultra-ekspansywną politykę jeszcze przez dugi czas. Przy wątpliwościach wokół wsparcia fiskalnego dla ożywienia gospodarczego oraz niepewnej ścieżce rozwoju pandemii, USD ma niewiele czynników za sobą. Jednocześnie rynek akcji widzi wszędzie szklankę do połowy pełną i bardziej przekonuje go obfitość taniego kapitału dla wspierania rajdu indeksów (nowe rekordy Nasdaq100, wycena Apple 2 bln USD, akcja Tesli warta tyle co uncja złota). Dziś w nocy dodatkowym impulsem dla poprawy nastrojów stały się doniesienia, że Pfizer dąży do przedstawienia szczepionki na COVID-19 pod aprobatę regulatora w październiku. I nawet jeśli wciąż nie ma wyników testów klinicznych trzeciej fazy, rynki każdy news związany ze szczepionka traktują jako dobrą monetę i pretekst do wzrostów.

Na FX obserwujemy wymazywanie korekty USD i kupowanie innych walut G10 po okazyjnych cenach. Najsilniejsze odbicie notuje GBP/USD. Rynek pozostaje optymistycznie nastawiony wobec funta i w ciągu ostatnich kilku tygodni GBP/USD zaczął nadganiać inne ryzykowne waluty G10 w relacji do USD. Na rynku nie widać wzrostu premii za ryzyko z tyłu niepewności o postępy w negocjacjach handlowych między Unią Europejską i Wielką Brytanią. Przecieki z kończącej się dziś ostatniej rundy negocjacji sugerują, że ponownie nie doszło do przełomu w rozmowach. Mimo to wśród inwestorów panuje przekonanie, że porozumienie nastąpi choćby w ostatniej chwili, tj. na październikowym szczycie UE. Nawet jeśli mamy wątpliwości co do jakości porozumienia (uzgodnienie umowy ramowej dla wymiany towarów, ale z pominięciem istotnych aspektów dotyczących usług i inwestycji), dopóki szczegóły umowy nie zostaną przedstawione, rynek będzie ograniczał interpretację do interpretacji „każda umowa jest lepsza od braku umowy w ogóle”. W tym kontekście przynajmniej do połowy września GBP powinien pozostać niewrażliwy na ryzyka brexitu i odczuwać silniejszy wpływ szerokiego apetytu na ryzyko.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Załamanie przedsiębiorstw w Polsce. Ogromny wzrost długów!

Kiedy przyjrzeć się dostępnym danym dotyczącym stanu polskiej gospodarki i bieżącego poziomu zadłużenia krajowych przedsiębiorstw, wyłania się obraz, który jest (delikatnie rzecz ujmując) bardzo niepokojący. Tylko z pozoru nasza gospodarka radzi sobie całkiem dobrze w dobie koronakryzysu. Trzeba pamiętać, że firmy działające w Polsce są odpowiedzialne za niemal ¾ krajowego PKB (72,3%), a wśród nich znakomitą większość stanowią podmioty z sektora MŚP, które generują aż 49,1% PKB. I nie byłoby w tym wielkiego problemu, gdyby nie fakt, że to właśnie firmy z sektora MŚP najbardziej ucierpiały w trakcie lockdownu – a najgorsze wciąż przed nimi.

Ukryty dramat polskich firm

Na pierwszy rzut oka sytuacja wcale nie wygląda źle: liczba dłużników zarejestrowanych w Krajowym Rejestrze Długów rośnie raczej w postępie liniowym (zarejestrowana liczba zadłużonych firm na koniec marca 2020 to 288,5 tys., na koniec kwietnia 2020 wzrosła do 293 tys.), kwoty zaległych płatności również nie wzrosły gwałtownie – na koniec marca 2020 łączna kwota zadłużenia firm wynosiła 10,55 mld zł, z końcem kwietnia wzrosła do 10,63 mld zł. Gdzie więc jest problem?

Odpowiedź jest prosta: w danych. Mamy obecnie połowę sierpnia, dane przytoczone powyżej są z końca kwietnia. Maj, czerwiec i lipiec to czas, kiedy sytuacja większości firm w Polsce nie ulegała znaczącej poprawie pomimo stopniowego odmrażania gospodarki i wprowadzenia w życie tarcz antykryzysowych. Dotyczy to szczególnie sektora MŚP, którego przeważającą część stanowią usługi (52,1%) i handel (23,6%), które desperacko walczą o przetrwanie lub w najlepszym razie powoli odbijają się od dna.

Wg. danych, które udostępnia firma windykacyjna Payhelp.pl (której właścicielem jest Grupa Kapitałowa BEST S.A.), średnia liczba zgłaszanych niezapłaconych faktur dramatycznie wzrosła. Przed marcem 2020 było to 1,6 faktury na użytkownika, dzisiaj sięgają one nawet 4 niezapłaconych faktur na użytkownika. To z jednej strony efekt szybciej wyczerpującej się cierpliwości przedsiębiorców, którzy chcą jak najszybciej odzyskać zaległe należności ze względu na własną kiepską sytuację, a z drugiej wyraźny wzrost zaufania do windykatorów.

Jako przykład wystarczy tylko przytoczyć dane dotyczące branży transportowej, która nie jest liderem w zestawieniu najbardziej zadłużonych przedsiębiorstw (wyżej są usługi, handel i przemysł) – początek kwietnia 2020 to zadłużenie rzędu 930 mln zł. Pod koniec czerwca kwota ta wzrosła o ponad 50 mln zł, sięgając zadłużenia na sumę 981 mln zł. Skoro tak kiepsko jest w branży TLS, to jak źle się dzieje w innych, bardziej narażonych na koronakryzys sektorach gospodarki, jak właśnie wspomniane przed chwilą usługi i handel?

Windykacja jako ratunek przed upadkiem

Problemy finansowe i wiążące się z tym dramatyczne wzrosty zadłużenia polskich firm znajdują, także odzwierciedlenie w windykacji długów. Dziś większość przedsiębiorców znacznie chętniej niż w przeszłości sięga po usługi zewnętrznych firm windykacyjnych, wyspecjalizowanych w skutecznym odzyskiwaniu długów. Dzieje się tak jednak głównie dlatego, że w skutecznej windykacji wielu przedsiębiorców widzi szansę na poprawę swojej bieżącej płynności finansowej.

Katarzyna Gulbicka, Business Development Manager z payhelp.pl, platformy windykacyjnej należącej do Grupy Kapitałowej BEST S.A. komentuje sytuację związaną z długami tak:

 „Przewidujemy w najbliższych miesiącach utrzymywanie się trendów wzrostowych w zakresie długów i windykacji, ale ich dynamika z pewnością się wypłaszczy. Problem z niezapłaconymi fakturami będzie trwał wiele miesięcy, stracą Ci, którzy nie będą szukać rozwiązań i alternatyw na poradzenie sobie z problemami finansowymi, a uważają, że ze wszystkim poradzą sobie sami. Zyskają Ci którzy potrafią wyciągać wnioski i w każdej sytuacji dostrzegają szanse. Przedsiębiorcy powinni skupiać się na rozwoju biznesu, a odzyskiwanie należności pozostawić  specjalistom, gdyż procent odzyskiwanych faktur samodzielnie jest bardzo niski.”

Polska gospodarka (jak zresztą każda inna gospodarka wolnorynkowa) to system naczyń połączonych. Niestety, liczba naczyń się dramatycznie zmniejsza i trudno przewidywać, jak ten system będzie działał i ile nowych dziur będzie mogło się w nim jeszcze pojawić, zanim przestanie funkcjonować. Już pod koniec kwietnia 2020 polski rząd oszacował, że w wyniku pandemii koronawirusa z rynku zniknie w kwietniu, maju i czerwcu około 200 tysięcy samych tylko mikrofirm. To aż 4,8% łącznej liczby przedsiębiorstw prowadzących działalność w Polsce. A przecież bankrutują i upadają także firmy większe, niż tylko jednoosobowe. I dzieje się to na naszych oczach. W kontekście powyższych faktów przyszłość naprawdę nie rysuje się w szczególnie jasnych barwach…

 

Newsletter kredytowy BIK, lipiec 2020 r. Najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce

0

W lipcu 2020 r., w porównaniu do lipca 2019 r., banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej trzech rodzajów kredytów zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-39,2%) mniej kart kredytowych,  o (-32,0%) mniej kredytów gotówkowych oraz o (-22,7%) mniej kredytów mieszkaniowych. Jedyny wzrost odnotowały kredyty ratalne (+1,2%). W ujęciu wartościowym spadki dotyczą limitów w kartach kredytowych (-41,0%), kredytów gotówkowych (-33,6%) oraz mieszkaniowych (-22,6%). Wzrosła jedynie o (5,1%) wartość udzielonych kredytów ratalnych.
W okresie styczeń – lipiec 2020 r. banki i SKOK-i udzieliły 1 863,6 mln kredytów ratalnych na kwotę 7,89 mld zł, 1 583,4 mln kredytów gotówkowych na kwotę 29,717 mld zł. Zaś mieszkaniowych 124,7 tys. na kwotę 36,028 mld zł.

Prezentujemy kolejny Newsletter kredytowy BIK, obejmujący pełen miesiąc odmrażania gospodarki, po lockdownie. Nadal m.in. sektor finansowy znajduje się w sytuacji nadzwyczajnej, dlatego dla analizy BIK istotne są poniższe uwagi metodyczne:

Po pierwsze, należy wziąć pod uwagę, iż kredyty konsumpcyjne oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank. W przypadku tych produktów, lipcowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w czerwcu i lipcu br., czyli już w okresie odmrażania gospodarki. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy, zatem sprzedaż kredytów mieszkaniowych w lipcu jest efektem wniosków składanych w maju i końcówce kwietnia br., pochodzących z okresu lockdownu i częściowego odmrażania.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów w wyniku pandemii nie mogły się jeszcze w pełni zmaterializować w odczytach Indeksów Jakości, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni. Dodatkowo część kredytobiorców, z powodu sytuacji wywołanej COVID – 19, skorzystała z bankowego wsparcia o okresowym odroczeniu spłaty rat kredytowych. Część odroczeń spłat już się zakończyła. Będziemy więc uważnie obserwować zachowanie tych rachunków.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W okresie styczeń – lipiec 2020 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Najwyższy spadek dotyczył kredytów wysokokwotowych tj. powyżej 50 tys. zł (-36,3%) liczbowo oraz (-38,1%) wartościowo. Obserwowaliśmy już to zjawisko od samego początku lockdownu. Co ciekawe, niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziału niskokwotowego do 1 tys. zł: liczbowo (-11,6%) oraz (-14,1%) wartościowo. W porównaniu do kredytów gotówkowych dużo lepiej wygląda sytuacja w przypadku  kredytów ratalnych. Są one dla udzielającego banku dużo bardziej bezpieczne od wysokokwotowych gotówkowych. Inny jest również ich charakter, kredyty gotówkowe służą uzupełnieniu bieżącego budżetu domowego, zaś ratalne wiążą się z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, sprzętu RTV/AGD, innej elektroniki czy mebli. Kredyty ratalne odnotowały dużo niższą ujemną dynamikę styczeń – lipiec 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. niż kredyty gotówkowe: w ujęciu liczbowym (-0,8%) a w wartościowym (-3,8%). Są jednak dwa przedziały kwotowe, w których dynamika jest dodatnia. Są to przedziały od 2 – 3 tys. zł (+2,0%) oraz 3-5 tys. zł (+3,5%) liczbowo i odpowiednio (+2,5%) oraz (3,5%) wartościowo. Są to zazwyczaj właśnie kredyty finansujące różnego rodzaju sprzęt elektroniczny oraz artykuły gospodarstwa domowego czy meble, które były nabywane w e-commerce, często po atrakcyjnych cenach wynikających z promocji – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 17 699 zł – spadek o 2,3% w stosunku do lipca 2019 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 624 zł i jest ona wyższa niż w lipcu rok temu o 3,9%. Kredyty ratalne obejmują również kredyty samochodowe, których średnia kwota udzielonego finansowania jest wyższa.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych w oparciu o Indeks Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – lipcowy odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 2,13%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Lipcowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 6,3% i jest najwyższy od 2015 r.

– W porównaniu do lipca 2019 r. wartość Indeksu kredytów gotówkowych pogorszyła się (wzrosła) o 0,20. Trzeba przygotować się jednak na duże pogorszenie w kolejnych miesiącach, szczególnie w końcówce roku. Powodem tego będzie wzrost ryzyka dla portfela kredytów gotówkowych wysokokwotowych, których szkodowość jest zawsze wyższa od niskokwotowych. Musimy pamiętać, że część kredytobiorców uzyskała pomoc z banków, występując z powodu COVID-19 o odroczenie spłaty rat swoich kredytów. W mojej opinii to właśnie z tej grupy mogą pochodzić kredytobiorcy, którzy po skończonych „wakacjach” nie będą w stanie terminowo regulować swoich kredytów gotówkowych. Należy więc ze zdwojoną uwagą śledzić status tych rachunków kredytowych. W BIK-u już prowadzimy stosowne analizy. Dużo lepiej przedstawia się jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu w okresie 12 miesięcy pogorszyła się (wzrosła) jedynie o 0,02. Wartość lipcowa jest dwukrotnie niższa od wartości z 2015 r.  – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W lipcu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy wysokie ujemne dynamiki wartości (-22,6%) udzielonych kredytów, przy również wysokiej ujemnej dynamice liczby udzielonych kredytów (-22,7%) w porównaniu z lipcem 2019 r. W okresie styczeń – lipiec 2020 r. już 41,7% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego w okresie styczeń – lipiec 2020 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których pomiędzy styczniem a lipcem 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 9,4%, a w wartościowym o 9,5%.

– Wyniki lipcowej sprzedaży kredytów mieszkaniowych są już w pełni odzwierciedleniem końcówki lockdownu oraz początku defrostingu. Lepszy od czerwca lipiec (+8,3% liczbowo oraz 8% wartościowo), sygnalizował już lepszy czerwcowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (-6,7%). Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana zachowaniem zarówno potencjalnych kredytobiorców, chcących nabyć nieruchomość na kredyt, jak i banków udzielających kredytów. Banki, w nadal dużej niepewności, mają zaostrzoną politykę kredytową, skutkującą ograniczoną dostępnością kredytu, szczególnie w wyniku zmniejszenia akceptowalnego poziomu wskaźnika LtV. Te czynniki oraz wyższe wymagania odnośnie wysokości wkładu własnego mogą stanowić istotną barierę uzyskania kredytu, szczególnie w grupie wiekowej 22 – 35 lat. Stąd duże ujemne dynamiki w przedziałach kredytów 100 -150 tys. zł oraz 150 – 200 tys. zł (odpowiednio liczbowo minus 24,2% oraz minus 20,5%). To właśnie strona podażowa a nie popytowa (która praktycznie już się odbudowała – lipcowy odczyt Indeksu popytu to tylko minus 3,5%, decydować będzie o obliczu rynku kredytów mieszkaniowych w kolejnych miesiącach i całej drugiej połowie 2020 r. Banki sygnalizują już w cyklicznej ankiecie sporządzanej dla NBP poluzowanie wymagań wobec potencjalnych kredytobiorców hipotecznych – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lipcu 2020 r. wyniósł 0,84%. W ostatnich 12 miesiącach (lipiec 2019 r. – lipiec 2020 r.) jakość portfela nieznacznie się pogorszyła, o czym świadczy niewielki wzrost (pogorszenie) Indeksu o (+0,05).

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw obecnie nie odnotowujemy spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3 miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Ponadto część kredytobiorców skorzystała lub nadal korzysta z bankowych „wakacji kredytowych”, i w ich przypadku ewentualne przeterminowanie może najwcześniej wystąpić w IV kwartale 2020 r. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów musimy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Czy po zakończeniu okresu odroczenia będą regularnie miesięcznie spłacać raty kredytu, czy też nie. Intuicja i doświadczenie podpowiadają, że większość wróci do regularnej comiesięcznej spłaty zaciągniętego kredytu mieszkaniowego – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W lipcu 2020 r. banki wydały 65,7 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 373 mln zł.

– W lipcu 2020 r., mamy kontynuację negatywnego trendu obserwowanego już od początku roku. W lipcu odnotowaliśmy bardzo wysokie, choć nie tak ekstremalnie wysokie ujemne dynamiki, jak w kwietniu br. W ujęciu liczbowym (-39,2%) i w ujęciu wartościowym (-41,0%). Negatywne zjawisko dotyczy wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych, stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność. Ponadto ostatnie obniżki stóp procentowych, które sprowadziły je do historycznie niskiego, nawet ultraniskiego poziomu, określiły maksymalny poziom oprocentowania kredytów na poziomie 7,2%, a lipcowy odczyt Indeksu jakości dla kart kredytowych to 4,35%. Pogorszenie w ciągu roku o 0,49, jeszcze bardziej zniechęca banki do ich przyznawania (duże pogorszenie relacji dochód vs ryzyko) – mówi prof. Rogowski z BIK.

Skuteczny apel Rzecznika MŚP o pomoc przedsiębiorcom w restrukturyzacji

Skuteczny apel Rzecznika MŚP o pomoc przedsiębiorcom w restrukturyzacji. W dniu 11 sierpnia 2020 r. weszła w życie ustawa z dnia 16 lipca 2020 r. o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców 

Na początku czerwca 2020 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się do Wiceprezes Rady Ministrów – Minister Rozwoju i Ministra Sprawiedliwości z informacją o barierach i utrudnieniach w wykonywaniu działalności gospodarczej polegających na tym, że przedsiębiorcy w restrukturyzacji nie mogą korzystać ze wsparcia przewidzianego ustawą z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 (tarcza antykryzysowa).

Przepis art. 2 ust. 3 wspomnianej tarczy antykryzysowej wskazuje bowiem, że ustawy nie stosuje się do przedsiębiorców, wobec których ogłoszono upadłość oraz przedsiębiorców, wobec których otwarte zostało postępowanie restrukturyzacyjne. W przypadku przedsiębiorców, względem których złożono wnioski w powyższych postępowaniach, do czasu ich prawomocnego rozpatrzenia procedura udzielenia wsparcia określona w ustawie ulega zawieszeniu.

Rzecznik MŚP w swoim wystąpieniu wskazał, że pozbawienie przedsiębiorców w restrukturyzacji możliwości wsparcia nie tylko osłabia podmioty już i tak słabe, ale także zniechęca do korzystania ze ścieżki restrukturyzacyjnej, co może przyczynić się w przyszłości do zwiększenia ryzyka upadłości.

Wystąpienie Rzecznika MŚP spotkało się z pozytywnym oddźwiękiem – 16 lipca 2020 r. Sejm uchwalił ustawę o udzieleniu pomocy publicznej przedsiębiorcom na ich ratowanie, tymczasowe wsparcie restrukturyzacyjne i restrukturyzację. Wskazana ustawa, która weszła w życie 11 sierpnia 2020 r., przewiduje, że pomoc na restrukturyzację może być udzielona m.in. w formie: pożyczki; objęcia akcji lub udziałów w podwyższonym kapitale zakładowym albo udziału w podwyższeniu kapitału zakładowego przez podwyższenie wartości nominalnej dotychczasowych udziałów lub akcji; objęcia obligacji; zmiany terminów spłaty pożyczki wobec podmiotu udzielającego pomocy na restrukturyzację; konwersji pożyczki, udzielonej jako pomoc na ratowanie lub jako tymczasowe wsparcie restrukturyzacyjne, na udziały lub akcje przedsiębiorcy. W roku 2020 na realizację zadań wynikających z ustawy przewidziano 120 mln zł.

Ponadto należy wspomnieć, że instrumenty wsparcia w zakresie restrukturyzacji przedsiębiorstw przewiduje również ustawa z dnia 19 czerwca 2020 r. o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu w związku z wystąpieniem COVID-19, na mocy której wprowadzono instytucję uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego.

W sierpniu Polacy wyjeżdżali głównie z bonem turystycznym

Za nami pierwsze tygodnie z bonem turystycznym. O tym, jak duże zainteresowanie budzi wśród Polaków, mogliśmy przekonać się od samego początku jego działania. Wiele osób już zdążyło go wykorzystać!

Program Polski Bon Turystyczny ruszył 1 sierpnia 2020 – wtedy też swoje bony aktywowali pierwsi beneficjenci. ZUS podaje, że do tej pory tych aktywacji jest już 716 tysięcy, co stanowi 17% z przygotowanych 4 milionów bonów, natomiast suma płatności za usługi turystyczne przekroczyła 100 milionów złotych!

Z badania, jakie przeprowadził portal Nocowanie.pl, wynika, że mimo początkowych obaw, tegoroczne wakacje nie przyniosły drastycznych podwyżek cen noclegów. Aż 56% właścicieli pozostało przy stałych stawkach, a 24% nawet je obniżyło. Jedynie 17% procent zwiększyło ceny noclegów lub je zróżnicowało. Poza tym niektórzy wprowadzili atrakcyjne promocje, dzięki którym sprzedają wolne terminy.

Przypuszczamy, że przedsiębiorcy, którzy przystąpili do programu Polski Bon Turystyczny, w sierpniu nie musieli się martwić brakiem zainteresowania. Z danych portalu Nocowanie.pl wynika, że obiekty noclegowe, które akceptowały płatność bonem 500+ cieszyły się nawet trzykrotnie większym zainteresowaniem niż inne! Można je łatwo znaleźć na stronie, ponieważ zostały wyróżnione specjalną odznaką na wynikach wyszukiwania.

Nasza lista stanowi uzupełnienie tej, która znajduje się na stronie POT. W portalu można znaleźć konkretne oferty obiektów noclegowych, z danymi kontaktowymi, opisem usług, zdjęciami i opiniami innych turystów. POT prezentuje wyłącznie nazwę, na jaką została zarejestrowana działalność gospodarcza i nie zawsze kojarzy się ona z branżą turystyczną. Natomiast Nocowanie.pl pomaga turystom w szybkim znalezieniu obiektu akceptującego Polski Bon Turystyczny i zaplanowani urlopu – mówi Kamila Miciuła, kierownik PR portalu Nocowanie.pl.

Najpopularniejszym terminem, o jaki pytali beneficjenci bonu, były dni pomiędzy 14 a 16 sierpnia. W tym czasie przypadał przedłużony weekend, więc Polacy chętniej organizowali rodzinne wyjazdy, które opłacali pieniędzmi z bonu 500+.

Bon turystyczny. Te miasta są wybierane najchętniej

Sprawdziliśmy, czy preferencje beneficjentów bonu turystycznego różnią się od kierunków, które były wybierane przed jego wprowadzeniem. Od razu można uciąć te spekulacje, gdyż tak samo jak wcześniej króluje Zakopane oraz miejscowości nad morzem. Poza stolicą polskich Tatr w TOP 5 znalazły się Władysławowo, Łeba, Mielno i Krynica Morska. Sporo pytań o możliwość noclegu pojawia się też w Karpaczu.

Można zauważyć prawidłowość, że Polacy częściej pytają o kurorty, które poza plażą czy górskimi szlakami oferują dodatkowe atrakcje, takie jak parki rozrywki czy oryginalne muzea.

Polacy omijają hotele?

Z informacji portalu Nocowanie.pl wynika, że Polacy, którzy korzystają z bonu turystycznego, najczęściej szukają noclegów w obiektach z kategorii kwatery i pokoje. Nadal jest to najbardziej ekonomiczna forma noclegów, wybierana zwłaszcza przez rodziny z małymi dziećmi. Głównie takie w tym momencie decydują się na wyjazd nad morze. Zwykle wystarcza im pokój z łazienką i możliwością korzystania z części wspólnej, gdzie znajduje się na przykład kuchnia.

Oprócz tego wśród chętnie wybieranych obiektów na urlop z dzieckiem znajdują się domki, pensjonaty i apartamenty. Mniejszy odsetek pyta o noclegi w hotelach, które plasują się dopiero na siódmym miejscu wśród popularnych kategorii obiektów noclegowych. Nie oznacza to jednak, że Polacy omijają hotele, gdyż nawet jeżeli dziecko przebywa tam bezpłatnie, rodzic / opiekun nadal może opłacić pobyt za pomocą bonu.

Niektórzy turyści mogą sugerować się ceną noclegu i chęcią zmieszczenia w kwocie bonu turystycznego (500 zł). Przypominamy, że nawet jeśli jego wartość zostanie przekroczona, różnicę bez problemu można uregulować.

miejscowosci_bon_turystyczny_mapa (002)

Nowy spin-off UW – wyszukiwarka na sterydach dla biznesu i inwestorów

Quant_kit to nowa spółka technologiczna powołana przy Uniwersytecie Warszawskim. Jej celem jest wprowadzenie na rynek autorskiej technologii wykorzystującej dane alternatywne, sztuczną inteligencję (AI) i uczenie maszynowe (ML). Wypracowane przez Quant_kit technologie mają dawać możliwość szybkiego wyszukiwania danych i analiz potrzebnych do podejmowania trafnych decyzji biznesowych i inwestycyjnych.

Spółka Quant_kit została powołana w marcu 2020. Część udziałów w firmie została objęta przez uniwersytecką spółkę celową (UWRC Sp. z o.o.), która wspiera naukowców i studentów w preinkubowaniu inicjatyw przedsiębiorczych oraz wprowadzaniu na rynek nowych technologii, rozwiązań i usług.

Nowa praktyka wspomagania decyzji biznesowych

Z perspektywy użytkownika rozwiązanie Quant_kit ma działać analogicznie do popularnych wyszukiwarek internetowych. Różnica polega na skomplikowaniu mechanizmów analitycznych i sposobie prezentacji wyników – technologia Quant_kit nie tylko przeszukuje zbiory informacji ustrukturyzowanych i nieustrukturyzowanych, ale też dokonuje zautomatyzowanej analizy danych. Co więcej, wyniki wyszukiwania prezentowane są w interaktywnej formie graficznej. Taka praktyka ma na celu usprawnienie procesu wnioskowania oraz podejmowania decyzji biznesowych.

Jak podkreślają autorzy rozwiązania, podejście, które polega na elastycznym wyszukiwaniu informacji poprzez automatyzację procesu przetwarzania oraz analizy danych, jest pożądane na rynkach międzynarodowych. Quant_kit na tle konkurencji ma wyróżniać się: swobodą w formułowaniu zapytań przez użytkownika oraz wykorzystaniem wielu niepowiązanych ze sobą źródeł danych alternatywnych, w tym również dla rynku CEE.

Obecnie gromadzenie i przetwarzanie dużej ilości nieustrukturyzowanych danych pomocnych w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnych jest poważnym problemem dla 65% inwestorów. Z kolei aż dla 74% uczestników rynku wyzwaniem jest interpretowanie i wnioskowanie w oparciu o zebrane informacje (powyższe dane pochodzą z badania przeprowadzonego wśród kilkudziesięciu działających w Polsce towarzystw funduszy inwestycyjnych i funduszy typu venture capital na zlecenie Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii UW w czerwcu 2020 r.). Produkt Quant_kit ma dostarczać rozwiązania na powyższe problemy.

W dużych firmach przetwarzanie danych z wielu źródeł generuje wysokie koszty. Na stworzenie miarodajnych opracowań potrzeba wielu godzin pracy analityków, którzy zmuszeni są weryfikować wewnętrzne zasoby danych i szereg informacji pojawiających się w internecie. „Zasadniczą korzyść, jaką chcemy dać przyszłym użytkownikom, jest ograniczenie czasu trwania procesu analitycznego. Jednocześnie damy możliwość poszerzenia zakresu analiz o wiele źródeł danych wykorzystując zaawansowane metody ML i wyszukiwania. Każdy użytkownik będzie miał do dyspozycji elastyczną wyszukiwarkę uporządkowanych danych i analiz rynkowych – rezultaty będą prezentowane na interaktywnym dashboardzie. Główne zewnętrzne źródła informacji będą obejmować między innymi treść internetową, sentyment wyrażony w mediach społecznościowych, trendy internetowe, sieci powiązań podmiotów i rynków, dane reklamowe, dane patentów i innowacji, ruch w internecie. Naszym celem nie jest zatem zastąpienie sprawdzonych rozwiązań analitycznych stosowanych od lat w firmach, lecz uzupełnienie tych narzędzi o alternatywne źródła informacji wspomagające wnioskowanie i decyzje biznesowe” – wyjaśnia Michał Jaworski, współzałożyciel i prezes zarządu Quant_kit.

„Być może największym walorem rozwiązania będzie udostępnianie zagregowanych informacji w postaci graficznej, w tym także wykazanie powiązań między wyszukanymi obiektami oraz wychwytywanie sentymentów i trendów. Wyszukane informacje będą przedstawiane w postaci analizy rynkowej, z zachowaniem uszeregowania poziomu istotności obiektów pod kątem zadanego pytania. Kolejną korzyścią dla użytkownika będzie możliwość formułowania dowolnej liczby zapytań , dla pełnego kontekstu analitycznego. W świecie analizy biznesowej, ekonomicznej i inwestycyjnej dane alternatywne mogą okazać się bardziej istotne niż dane finansowe” – dodaje Wojciech Zdunkiewicz, współzałożyciel i członek zarządu Quant_kit.

Pierwsze pilotażowe wdrożenia

Quant_kit obecnie uruchamia dwie niezależne wersje pilotażowe swojego rozwiązania. Jedno z nich w czołowej instytucji infrastruktury rynku kapitałowego w Polsce, drugie – w spółce z sektora energetycznego. Projekty wdrożeniowe mają być prowadzone do końca roku. W wyniku tych wdrożeń założyciele firmy przewidują zainteresowanie szerokiego rynku odbiorców i już w 2021 r. planują zbudować portfolio klientów krajowych i zagranicznych. „Jako spółka mamy bardzo dobry start. Zauważyliśmy, że nasz produkt posłuży również działom strategii, biznesu, bezpieczeństwa przedsiębiorstw, których profil nie jest skupiony na inwestycjach – to znacznie poszerza grupę docelową oraz perspektywę wzrostu. Najbliższe pół roku pozwoli nam z jednej strony szybko dopracować technologię, a z drugiej strony dopracujemy ofertę dla kolejnych klientów” – dodaje Wojciech Zdunkiewicz.

Spółka chce udostępniać narzędzie w trybie online jako subskrybowane usługi (model SaaS). W ofercie znajdą się także najprawdopodobniej usługi towarzyszące, niezbędne do realizacji dedykowanych wdrożeń. Grupami docelowymi Quant_kit są głównie fundusze inwestycyjne oraz venture capital, banki, ubezpieczyciele, podmioty działające na rynkach kapitałowych. Technologią mogą być też zainteresowane przedsiębiorstwa, które wykorzystują duże zbiory danych oraz analitykę do podejmowania decyzji biznesowych – np. firmy z sektora przemysłu ciężkiego, energetycznego, paliwowego czy budownictwa.

Obecnie Quant_kit współpracuje z partnerami biznesowymi w ramach akceleratora IDEA Global – HugeTECH. Spółka jest pierwszym podmiotem grupy technologicznej Banacha Street wywodzącej się z wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW.

W sierpniu firma Quant_kit wykupiła od Uniwersytetu Warszawskiego prawa własności intelektualnej do warstwy wizualnej produktu (interfejs / front-end), której wytworzenie zostało sfinansowane w II połowie 2019 r. z programu „Inkubator Innowacyjności 2.0” realizowanego przez Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii UW. Jest to tylko fragment całego produktu, niemniej założyciele Quant_kit podkreślają, że prace badawczo-rozwojowe znacząco przybliżyły ich do wypracowania autorskiej technologii i rozpoczęcia pilotażowych wdrożeń. W rozwój produktu obecnie zaangażowanych jest osiem osób. Założyciele przewidują powiększenie zespołu w najbliższej przyszłości.

Delikatne odbicie na rynku pożyczek pozabankowych w lipcu – analiza FRRF

W porównaniu z czerwcem w lipcu nastąpiło nieznaczne odbicie na rynku pożyczek pozabankowych. Porównując jednak wyniki rok do roku, o ożywieniu rynku nie można mówić. Branża wciąż notuje spadki o niemal 50 proc. w wartości i o 31 proc. w liczbie udzielonych pożyczek – wynika z analizy Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Średnia wartość pojedynczej pożyczki wyniosła 2529 złotych.

Nieznaczna poprawa względem danych czerwcowych

Mimo że minęły już ponad cztery miesiące od wprowadzenia nowych regulacji, znacząco obniżających limit pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego, które całkowicie zmieniły zasady funkcjonowania rynku pożyczek pozabankowych i zmusiły spółki pożyczkowe do przebudowania oferty produktowej, branża wciąż notuje wyraźne spadki sprzedaży w porównaniu do poprzedniego roku.

Według danych BIK spadek wartości udzielonych pożyczek oscylował w poszczególnych tygodniach lipca br. w zakresie 45,8-56,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w 2019 roku.  Natomiast analiza liczby zapytań o raporty BIK w tygodniu od 27.07.2020 do 02.08.2020 wskazuje na ujemną dynamikę w wysokości -50,6 proc. r/r, co i tak jest najniższą dynamiką spadku w lipcu – w najgorszym tygodniu (06-12.07.2020) spadek wynosił bowiem aż -61,4 proc. r/r. Warto zauważyć, że choć w ujęciu miesięcznym, dane za lipiec dotyczące zarówno wartości udzielonych pożyczek, jak również liczby zapytań o raporty BIK wskazują na delikatną poprawę względem czerwca 2020 r. w wartościach bezwzględnych, to nadal nie zaobserwowano wyraźnego ożywienia w sektorze. Może to oznaczać, że podmioty aktywne na rynku trwale obniżyły poziom prowadzonej działalności.

Wartość udzielonych pożyczek rośnie wolniej niż ich liczba w porównaniu z poprzednim rokiem

Dane CRIF za lipiec 2020 r., podobnie jak dane BIK, ilustrują powolną poprawę wyników sprzedażowych w stosunku do poprzednich miesięcy, w tym wyjątkowo słabego kwietnia i maja, kiedy to działalność akwizycyjna firm pożyczkowych była mocno ograniczona. Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że pomimo wznowienia aktywnej sprzedaży i dostosowania oferty do nowych, zaostrzonych regulacji wyniki sektora są w dalszym ciągu wyraźnie poniżej poziomów ubiegłorocznych. Firmy pożyczkowe udzieliły w lipcu 2020 r. o niemal 50 proc. mniej pożyczek w ujęciu wartościowym i o 31 proc. mniej w ujęciu liczbowym niż przed rokiem.

Nieco szybsza poprawa w zakresie liczby przyznanych pożyczek niż w zakresie ich wartości może oznaczać, że firmy pożyczkowe mogły nieznacznie poluzować politykę kredytową w stosunku do poprzednich miesięcy, udzielając finansowania większej liczbie klientów, ale wciąż przy niskich wartościowo pożyczkach. Nie oznacza to jednak, że na rynek powróciły firmy, które przestały udzielać pożyczek w efekcie zaostrzenia regulacji.

Wykres nr 1
Liczba i wartość przyznanych pożyczek w okresie marzec-lipiec w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego[1]

Wykres_Liczba i wartość udzielonych pożyczek

Źródło: CRIF

Z danych CRIF wynika, że w lipcu 2020 r. branża zanotowała względem czerwca 27 proc. wzrost wartości udzielonych pożyczek. Należy jednak pamiętać, że dni roboczych w lipcu było 23, a w czerwcu o dwa mniej. Skorygowane o ten aspekt dane pokazują wzrost o niecałe 16 proc. względem poprzedniego miesiąca w wartości udzielonych pożyczek i o 7 proc. w ich liczbie. W ujęciu miesięcznym, inaczej niż w ujęciu rocznym, wartość udzielanych pożyczek rośnie szybciej niż ich liczba, co widoczne jest również w średniej wartości pojedynczej pożyczki.

Średnia wartość pojedynczej pożyczki w lipcu 2020 r. wyniosła 2 528,72 zł, co oznacza wzrost o około 8 proc. względem czerwca 2020 r. i spadek o 27 proc. w porównaniu z lipcem 2019 r., kiedy to średnia pożyczka wynosiła 3 451,81 złotych. Sam wzrost średniej wartości udzielonej pożyczki może świadczyć o nieco większym optymizmie pożyczkodawców w kwestii ryzyka kredytowego.

Wykres nr 2
Średnia wartość pożyczki w okresie marzec-lipiec w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r.Średnia wartość pożyczki w okresie marzec-lipiec w stosunku do analogicznego okresu w 2019

Źródło: CRIF

Wykres 3
Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę w okresie marzec-lipiec w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłegoLiczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę w okresie marzec-lipiec w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Źródło: CRIF

Wykres 4
Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec-lipiec 2020 r.[2]

Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec-lipiec 2020Źródło: CRIF

W poprzednich miesiącach wydawało się, że branża notuje stopniowy wzrost liczby odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczki z poziomu około 35 proc. w momencie największego załamania na rynku, przypadającego na początek kwietnia, do poziomu około 50 proc. w jednym z tygodni czerwca. Lipiec pokazał jednak, że był to wynik jednorazowy i wskaźnik oscylował na stabilnym poziomie ok. 45 proc., z lekką tendencją rosnącą, ale dalej poniżej 50 procent. W przypadku odsetka klientów odrzuconych, dane CRIF za czerwiec zostały skorygowane do poziomów około 43 procent. W dłuższej perspektywie czasowej poprawa w tym zakresie zaczyna być widoczna, co koresponduje także ze wzrostem wartości udzielanych pożyczek i wzrostem średniej wartości udzielonej pożyczki.

Liczba aktywnych firm pożyczkowych nie rośnie

Liczba aktywnych firm pożyczkowych w lipcu, tj. takich, które udzieliły choć jednej pożyczki, według danych CRIF pozostała na takim samym poziomie jak w czerwcu. Jest ich 35, o 27 proc. mniej niż przed rokiem. „Warto zauważyć, że liczba aktywnych firm nie zwiększyła się względem czerwca, pomimo zanotowanych w analizowanym okresie delikatnych wzrostów w wartości i liczbie udzielonych pożyczek” – komentuje Mateusz Mucha, doradca ekonomiczny FRRF, manager w DM Navigator.

„Ostatnie miesiące były czasem powrotu do normalnej aktywności gospodarczej dla wielu branż, czego nie można jednak powiedzieć o firmach pożyczkowych – dane potwierdzają tezę stawianą w poprzednich miesiącach, że najprawdopodobniej drastyczne ograniczenie strony przychodowej w wyniku zmian regulacyjnych jest głównym powodem zmniejszenia się liczby firm aktywnych na rynku” – dodaje Mateusz Mucha.

Wykres nr 5
Liczba aktywnych firm pożyczkowych[5]

Liczba aktywnych firm pożyczkowych[5] We wszystkich danych CRIF, gdzie dokonujemy porównania z analogicznym okresem zeszłego roku, stosujemy jednorodną grupę porównawczą, tj. analizujemy wyłącznie grupę instytucji pożyczkowych, która była obecna w całym okresie badania, co pozwala na uniknięcie zaburzeń wniosków na skutek rozpoczęcia lub zakończenia raportowania przez instytucję pożyczkową. W przypadku tego wykresu wskazana w pierwszym zdaniu reguła nie obowiązuje.

Podsumowanie

Analizowane dane z BIK i CRIF wskazują na anemiczne wzrosty na rynku pożyczkowym pomimo upływu czterech miesięcy od wprowadzenia nowych regulacji prawnych, odmrożenia gospodarki i wznowienia działalności akwizycyjnej przez największe podmioty. Spadki sprzedaży nie są tak głębokie, jak były jeszcze w maju, lecz w dalszym ciągu wyniki, zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, są bardzo dalekie od zeszłorocznych poziomów. Wszystko wskazuje na to, że rynek trwale obniżył się do dużo niższych poziomów sprzedaży z mniejszą liczbą działających na nim podmiotów, co potwierdzają dane CRIF.

[1] W materiale analizie zostały poddane dane za okres 02.03.2020 – 27.07.2020 r.

[2] Ze względu na specyfikę raportowania spółek do CRIF dane za ostatnie tygodnie lipca w zakresie odsetka klientów odrzuconych mogą ulec zmianom. W niniejszej publikacji używamy danych CRIF wg stanu na dzień 10 sierpnia 2020 r.

Warszawa wcale nie taka droga na tle Europy

Ceny warszawskich lokali wzbudzają kontrowersje. RynekPierwotny.pl sprawdził, czy polska stolica pod tym względem odróżnia się od reszty kraju bardziej niż inne europejskie metropolie. 

Dane portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że pod koniec czerwca 2020 r. przeciętna ofertowa cena nowych stołecznych lokali nadal przekraczała 10 000 zł/mkw. Oznaczało to bardzo dużą różnicę względem ogólnopolskiej średniej. Warto zatem sprawdzić, czy warszawski rynek pod względem cenowym jest bardziej „oderwany” od krajowych realiów niż na przykład praski lub budapesztański. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl odpowiedzieli na to pytanie posługując się danymi firmy Deloitte.

 Stolica danego kraju nie zawsze musi być „najdroższa”

Firma Deloitte w swoim najnowszym raporcie poświęconym cenom nieruchomości mieszkaniowych pokazuje koszt zakupu nowych mieszkań z różnych metropolii, a także jego różnicę względem krajowej średniej. Poniższa tabela prezentuje ten drugi wskaźnik dotyczący miast z wybranych krajów Starego Kontynentu. Eksperci RynekPierwotny.pl wzięli pod uwagę nie tylko stolice. Jeżeli w jakimś kraju stołeczne miasto nie cechowało się najwyższym poziomem cen nowych mieszkań, to uwzględniono również „najdroższy” ośrodek miejski. Taka sytuacja wystąpiła w przypadku Niemiec (Berlin/Monachium), Włoch (Rzym/Mediolan) oraz Hiszpanii (Madryt/Barcelona). Warto też zwrócić uwagę na podział Londynu, czyli osobne uwzględnienie cen nowych mieszkań z zewnętrznej i wewnętrznej części tego miasta (Outer London oraz Inner London).

Podobne wyniki są notowane w Pradze i Budapeszcie …

Poniższe zestawienie wskazuje, że wynik Warszawy z 2019 roku, czyli poziom transakcyjnych cen 1 mkw. nowych „M” wynoszący 139% krajowej średniej wcale nie jest ewenementem na tle Europy. Podobne wartości odnotowano między innymi na terenie Budapesztu, Belgradu, Brukseli, Pragi oraz Rzymu. Wbrew pozorom, takie miasta jak np. Monachium, Paryż, Barcelona i Mediolan nie wyróżniały się zdecydowanie największą różnicą kosztów zakupu nowych lokali względem krajowej średniej. Dane z 2019 r. informują natomiast, że na obszarze Lizbony przeciętne nowe „M” w przeliczeniu na 1 mkw. kosztowało aż 336% krajowej średniej.

Jeżeli zaś chodzi o najmniejszy wynik w poniższej tabeli, to dotyczy on Łodzi (89% krajowej średniej). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl w przypadku Polski postanowili uwzględnić cztery miasta. Oprócz Warszawy i Łodzi, w tabeli znalazł się również Kraków (119%) oraz Wrocław (114%). Takie wyniki dla metropolii drugiego rzędu (znacznie mniejszych od stolicy) również nie są wyjątkowe na tle Europy. 

Na ceny stołecznych mieszkań wpływa wiele czynników

Rekordowo duża różnica cen lizbońskich mieszkań w stosunku do reszty kraju na pewno ma związek z wyludnianiem się portugalskiej prowincji oraz wysokim udziałem stolicy w PKB całego państwa. Spore znaczenie może mieć też turystyczna popularność Lizbony. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że różnicę cen nowych „M” względem krajowej średniej nie zawsze można wytłumaczyć wpływem tych samych uwarunkowań. Przykładowo metropolia warszawska pod względem PKB na osobę osiąga około 200% krajowej średniej, co stanowi jeden z najwyższych wyników w całej Europie.

Mimo wspomnianej sytuacji, stołeczne mieszkania nie są rekordowo drogie w stosunku do ogólnokrajowej średniej. Może to wynikać między innymi z konkurencji innych dużych ośrodków miejskich, rozbudowanej oferty deweloperów i dostępności terenów pod zabudowę. Warto pamiętać, że Polska wyróżnia się obecnością kilku dość prężnych ośrodków metropolitalnych i znacznie mniejszym udziałem stołecznej metropolii w PKB (17%) niż takie kraje jak np. Węgry (46%), Dania (43%), Czechy (39%), Austria (34%), Wielka Brytania (33%), Belgia (31%), Szwecja (31%) oraz Słowacja (29%).

Tab. 1 – Ceny a PKB w stolicach europejskich

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

 

5 działań, które tłumacze mogą podjąć, aby chronić się przed kryzysem spowodowanym COVID-19

Jakkolwiek trudne mogą być okoliczności, każdy kryzys może również przynieść nowe możliwości. Przeżycie podczas i po katastrofie COVID-19 jest trudne, zwłaszcza dla specjalistów pracujących w branży usług językowych. Jeśli jesteś tłumaczem pisemnym lub ustnym, powinieneś podjąć natychmiastowe działania, aby chronić swoją firmę, niezależnie od tego, czy pracujesz dla biura tłumaczeń, czy sprzedajesz swoje usługi jako osoba uprawiająca wolny zawód.

Jak COVID-19 wpływa na tłumaczy pisemnych i ustnych

W czasach kryzysu dostęp do usług językowych jest niezbędny dla naukowców, jak również dla władz regionalnych i rządów. W tym samym czasie, sztywne środki podjęte w celu powstrzymania wirusa wpłynęły na całą branżę.

Zamknięcie firm i instytucji publicznych ma poważny wpływ finansowy na pracę tłumaczy pisemnych i tłumaczy ustnych na całym świecie. Według Międzynarodowej Federacji Tłumaczy (FIT) „ tłumacze konferencyjni i inni specjaliści z branży konferencyjnej są poważnie dotknięci ekonomicznie z powodu obecnego globalnego zagrożenia zdrowia”.

Organizacje nie tylko odwołują wydarzenia i projekty, ale także reorganizują długoterminowe działania, aby upewnić się, że przestrzegają ograniczeń dotyczących mobilności.

Wiele krajów ogłosiło już serię środków, aby pomóc tłumaczom pisemnym i ustnym pracującym w wolnych zawodach. Mimo to kryzys może mieć długoterminowe konsekwencje, które trudno przewidzieć w tym momencie. Gospodarki są zmuszone, aby zwolnić do minimum, a od wielu firm oczekuje się, że anulują lub przełożą projekty, aby obniżyć koszty. Tłumacze ustni, tłumacze pisemni oraz inni specjaliści ds. lokalizacji ryzykują utratę klientów i części zysków.

Co więcej, koronawirus może wpłynąć na około 25 milionów miejsc pracy na całym świecie, co będzie miało gospodarcze i społeczne konsekwencje na wszystkich rynkach światowych.

W tym kontekście myślenie nieszablonowe może być czymś, co uratuje Twój biznes. Oto pięć działań, które możesz podjąć, aby chronić Twoją firmę tłumaczeniową przeciwko skutkom kryzysu COVID-19.

  1. Zachowaj relacje z klientami. Utrzymanie relacji biznesowych w środowisku regularnym jest ciężkie, a jest jeszcze trudniejsze, kiedy wszyscy przechodzą przez kryzys, taki jak ten wywołany przez koronawirusa. Jednak ten okres dotyczy zarówno zdobywania nowych klientów, jak i utrzymania dotychczasowych partnerów. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, musisz poznawać oczekiwania twoich klientów i, jeśli to możliwe, dostarczać trochę więcej, które pokażą Twoje zaangażowanie. Powinieneś spróbować być dla nich dostępny tak dużo, jak tylko możesz: odpowiadać szybko na e-maile, robić korektę swojej pracy i starać się postawić na miejscu klienta.

Musisz zawsze działać profesjonalnie, co oznacza podążanie za wskazówkami i słowniczkami klienta, a także dostarczanie na czas. Co więcej, powinieneś regularnie komunikować się z kierownikami projektów i informować ich o jakichkolwiek problemach, tak szybko jak się pojawią, jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem. Krótko mówiąc, upewnij się, że Twoja relacja jest korzystna dla obu stron, aby wzmocnić Twoją umowę i zapewnić projekty na przyszłość.

  1. Zbuduj swój autorytet w niszy Jeśli nadal nie wybrałeś niszy w branży tłumaczeniowej, teraz może być czas, aby rozważyć korzyści z zawężenia swojej działalności i doskonalenia umiejętności w określonej dziedzinie. Podczas gdy może wydawać się to ryzykowne, wybranie niszy jest bardziej prawdopodobne, że zapewni stały rozwój zawodowy i ostatecznie wyższe honorarium. W końcu sukces należy się profesjonalistom, którzy znają swój biznes od podszewki i potrafią zapewnić doskonałe wyniki. Oceń swoje umiejętności i spróbuj zidentyfikować obszary, w których możesz zaoferować najlepsze usługi. W ten sposób możesz pozyskać więcej klientów i skonsolidować istniejące umowy o pracę w Twojej niszy. Jeśli dasz radę zbudować autorytet i stać się znanym w określonej branży, masz większe szanse na otrzymanie rekomendacji, pięciogwiazdkowych recenzji i postawienia się jako eksperta w branży.
  2. Zdefiniuj zasady anulowania i zmiany harmonogramu polityki w umowach Osoby samozatrudnione rzadko korzystają z pomocy państwa w sytuacjach takich jak kryzys COVID-19, więc roztropniej jest przejąć inicjatywę i zbudować sobie siatkę bezpieczeństwa. Pamiętaj, że powinieneś mieć umowę na każdą pracę w tej branży, niezależnie czy jest to tłumaczenie, głos lektora, tłumaczenie ustne czy jakiekolwiek inne usługi. Jeśli jesteś freelancerem, przyjrzyj się jeszcze raz Twojemu aktualnemu szablonowi umowy, a może nawet poproś eksperta o pomoc w wyeliminowaniu wszystkich luk w umowach. Upewnij się, że dodałeś klauzulę w przypadku wszystkich nieprzewidzianych i nieuniknionych zdarzeń. Zweryfikuj również, czy wszystkie prace i odpowiednie opłaty są poprawnie wymienione w Twojej umowie, gdy podpisujesz umowę z nowym klientem. W porządku jest zapewnić trochę więcej, ale praca za darmo powinna być zabroniona.

4.Skonsoliduj swoją sieć Większość wydarzeń branżowych i konferencji tłumaczeniowych zaplanowanych na ten sezon została odwołana lub przełożona. Jednak to najgorszy moment aby zaprzestać nawiązywania kontaktów. Mając po swojej stronie silny zespół współpracowników, bardziej prawdopodobne jest, że przeżyjesz kryzys, albo nawet podniesiesz poziom swojej firmy i zwiększysz przychody. Rozważ dołączenie do lokalnego stowarzyszenia zawodowego lub nawiązanie kontaktu z innymi tłumaczami używając mediów społecznościowych. Twitter i LinkedIn są doskonałymi sieciami dla profesjonalistów językowych szukających nowych współpracowników. Mogą także stać się dobrymi miejscami, aby znaleźć nowych klientów i zdobyć więcej pracy. Im większa publiczność, tym większe szanse na otrzymanie projektów. Łączność sieciowa może także stać się wiarygodnym źródłem informacji o nowych trendach i lepszych narzędziach tłumaczeniowych. Wielu lingwistów może pomóc Ci rozwinąć karierę i zapewnić twoim klientom lepsze usługi.

  1. Naucz się sprzedawać swoje usługi Marketing powinien stać się niezbędną częścią ogólnej strategii rozwoju. Przy tak wielu zmianach zachodzących w chwili, gdy mówimy (i więcej, których nie możemy nawet przewidzieć w tej chwili), musisz nauczyć się promować swoje usługi jak profesjonalista. Zacznij od zbudowania swojej obecności online. Oznacza to utrzymanie zaktualizowanego konta LinkedIn, tworzenie strony na Facebooku, pisanie postów gościnnych dla uznanych publikacji lub tworzenie magazynów. Jeśli masz jakieś zasoby, możesz nawet zainwestować w małą stronę internetową lub portfolio online. Ponadto możesz poprosić byłych lub obecnych klientów o referencje i umieścić je na swojej stronie. Dowód społeczny może pomóc w utrwaleniu reputacji i budowaniu zaufania wśród potencjalnych klientów. Marketing cyfrowy zawiera mnóstwo narzędzi, które możesz wypróbować w dowolnym miejscu na świecie. W zależności od Twojej dostępności i umiejętności możesz eksperymentować z reklamami w mediach społecznościowych albo nawet Google AdWords, aby zwiększyć swój zasięg i zdobyć więcej klientów.

To czas, aby odkryć siebie na nowo! COVID-19 zmienił zasady gry dla większości firm. Specjaliści językowi, podobnie jak wiele innych kategorii pracowników, muszą dostosować się do nowych zasad, aby zapewnić wzrost. Kryzys koronawirusa przyniósł wiele zmian we wszystkich branżach. Mimo to może także wiązać się z nowymi możliwościami dla osób, które są gotowe przyjąć zmiany w swojej branży tłumaczeniowej. Jest to czas uczenia się i adaptacji, ale inwestycja się opłaci.

Popyt na ropę powoli się odbudowuje. Ceny na rynkach i stacjach paliw nie powinny jednak znacząco wzrastać

0

Popyt na ropę zależy od tego, jak będzie się rozwijać pandemia koronawirusa w największych gospodarkach, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. – Na razie pokazała, że transport czy zakłady produkcyjne wcale nie potrzebują tego surowca tyle, ile wykorzystywały wcześniej – mówi Jakub Bogucki z e-Petrol.pl. Mimo wszystko ropa jeszcze przez długi czas pozostanie wiodącym surowcem na rynku paliw. Na polskich stacjach benzynowych ceny w najbliższych tygodniach powinny być stabilne.

Jednym z czynników, które obecnie decydują o poziomie popytu na ropę, jest to, jak szybko uda się albo się nie uda uporać z koronawirusem. Przez pryzmat SARS-CoV-2 musimy patrzeć na to, jak dużo ropy będzie potrzebne w fabrykach czy transporcie – mówi agencji Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw w e-Petrol.pl.

W ostatnich miesiącach problem dotyczy przede wszystkim amerykańskiego rynku, który musi poradzić sobie z dużą liczbą zakażeń, a w efekcie mniejszym popytem na paliwa i produkty ropopochodne. Do tej pory, zgodnie z danymi WHO, w USA odnotowano prawie 5,4 mln przypadków SARS-CoV-2, a codziennie przybywa kilkadziesiąt tysięcy nowych. W środę 19 sierpnia odnotowano ich prawie 40 tys. Na świecie już mamy prawie 22 mln przypadków tej choroby.

Dochodzą do nas sygnały z Chin, że sytuacja się poprawia i ropa jest do tego kraju zamawiana w większej ilości. Ale zapotrzebowanie ze strony Stanów Zjednoczonych, czyli jednej z kluczowych gospodarek świata, w ciągu najbliższych miesięcy na pewno będzie mniejsze – mówi ekspert

To też wpływa na decyzję światowych producentów ropy w sprawie wielkości wydobycia. W najbliższym czasie państwa zrzeszone w organizacji OPEC+ muszą się zastanowić, czy decyzja o zwiększeniu możliwości wydobywania ropy od początku sierpnia będzie korzystna i opłacalna dla jej członków.

Z jednej strony daje to możliwość dodatkowego zasilenia budżetów przez te państwa, a z drugiej im więcej ropy na rynkach światowych, tym jej cena jest niższa, więc będzie trzeba ją sprzedawać taniej – mówi Jakub Bogucki.

Pod koniec kwietnia kraje OPEC+ porozumiały się w zakresie redukcji wydobycia ropy. Od maja miało ono zostać zmniejszone o 9,7 mln baryłek dziennie, czyli 10 proc. globalnej podaży surowca, ze względu na spadek popytu o ok. 30 proc. w efekcie pandemii oraz wojny naftowej pomiędzy Rosją i Arabią Saudyjską. Jednak od sierpnia wysokość cięć została obniżona do 7,7 mln baryłek dziennie. Część krajów nie przestrzegała jednak obowiązujących limitów w okresie od maja do czerwca, więc rzeczywista redukcja będzie wynosić ok. 8,1–8,3 mln baryłek dziennie.

Jak podkreślono podczas spotkania online 19 sierpnia, widać stopniową poprawę sytuacji na rynku związaną z wyrównywaniem popytu i podaży. Jednak tempo powracania do normalności jest wolniejsze, niż przewidywano wcześniej, m.in. ze względu na dalszy wzrost zakażeń koronawirusem. To wszystko ma wpływ na notowania czarnego surowca na światowych rynkach. Ceny ropy Brent zaczęły spadać z poziomu ok. 68 dol. na początku stycznia poniżej 20 dol. za baryłkę w połowie kwietnia. Od tego momentu stopniowo pną się w górę.

Obecnie ceny są stabilne i oscylują w okolicy 45 dol. za baryłkę. Wydaje się, że w najbliższym czasie nie będą znacząco rosnąć. Czynnikiem, który mógłby odwrócić ten trend, byłoby pokonanie koronawirusa, powrót do popytu sprzed pandemii i wznowienie normalnej aktywności wydobywczej i produkcyjnej na świecie – mówi analityk rynku paliw w e-Petrol.pl.

Na polskich stacjach też w najbliższym czasie nie zobaczymy spektakularnych zmian związanych z cenami paliw.

Zwykle w okresie wakacji ceny na stacjach paliw są stosunkowo wysokie. W tym roku są one dużo niższe, bo i notowania międzynarodowe są na niższym poziomie. W najbliższym czasie ceny powinny oscylować w granicach 4,3–4,4 zł zarówno za benzynę, jak i olej napędowy – mówi Jakub Bogucki. – To nie jest konsekwencja wyłącznie wakacji, ale przede wszystkim odbudowy popytu po fatalnej sprzedaży na stacjach w okresie wiosennym i na początku lata.

Jego zdaniem pandemia pokazała, że ludzie są w stanie z wielu rzeczy zrezygnować i w gruncie rzeczy transport czy zakłady produkcyjne nie potrzebują tak dużo ropy jak wcześniej. Nie ma jednak szansy na to, że gospodarki przestawią się całkowicie na alternatywne napędy.

– Ropa naftowa jeszcze długo będzie dominującym paliwem na światowych rynkach – mówi ekspert e-Petrol.pl..

Zwraca uwagę, że w efekcie spadku popytu na ropę koncerny naftowe zdecydowały o nieuruchamianiu nowych złóż, trudniejszych w eksploatacji.

W czasie pandemii i w obawie przed jej kolejną falą byłaby to decyzja ryzykowna ekonomicznie. To zrozumiałe, że najpierw będziemy korzystać z bardziej dostępnych i mniej kosztownych zasobów, a w razie potrzeby będzie można uruchomić te trudniej dostępne – mówi Jakub Bogucki.

Większość polskich uczelni kończy procesy rekrutacyjne. Wyniki na większości z nich będą znane do końca miesiąca

Kończą się rekrutacje na polskich uczelniach, w tym roku odbyły się one wyjątkowo późno i w całości zdalnie. Większość szkół opublikuje ich wyniki w ciągu najbliższych dni. – Wśród kandydatów na studia widać zainteresowanie kierunkami, które dają konkretne umiejętności bądź pozwalają na zdobywanie certyfikatów potwierdzających kompetencje – wskazuje prof. Bogusława Drelich-Skulska z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Na wrocławską uczelnię zgłosiło się blisko 8 tys. kandydatów, w tym blisko 200 z zagranicy. Na najbardziej obleganych kierunkach o jedno miejsce walczy nawet 11 osób.

W tym roku rekrutacje na polskich uczelniach, ze względu na przesunięcie matur, zaczęły się wyjątkowo późno. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zaleciło, by z uwagi na wciąż wysokie zagrożenie epidemiczne cały proces przeprowadzony był online. Również na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu wszystkie dokumenty kandydaci składali zdalnie, ale ten sposób praktykowano już w poprzednich latach.

– W ciągu najbliższych dni spodziewamy się ogłoszenia wyników rekrutacji i będziemy zapraszali potencjalnych kandydatów do potwierdzania chęci studiowania na naszej uczelni – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Bogusława Drelich-Skulska, prorektor ds. nauki i współpracy z zagranicą na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. – Największym zainteresowaniem na stopniu pierwszym cieszyły się finanse i rachunkowość, zarządzanie, rachunkowość i controlling czy logistyka. Na najbardziej obleganych kierunkach o jedno miejsce walczy 7–11 kandydatów, na pozostałych kierunkach zaś 3–4 osoby.

Większość uczelni w Polsce kończy już rekrutacje na studia. Podobnie jak w ubiegłym roku akademickim o miejsce na studiach pierwszego stopnia lub na jednolitych studiach magisterskich walczy ok. 300 tys. osób. Wśród kierunków najbardziej oblegane od lat są informatyka, psychologia i zarządzanie, także w tym roku – jak wynika ze wstępnych analiz – największą popularnością cieszą się kierunki, które dają konkretne umiejętności.

– Stąd zapewne zainteresowanie rachunkowością, logistyką, zarządzaniem, ale też takimi kierunkami jak ekonomia czy międzynarodowe stosunki gospodarcze, które dają relatywnie szerokie spektrum możliwości poszukiwania pracy i zapewniają młodym ludziom otwartość na kontakty z otoczeniem zewnętrznym – tłumaczy prorektor ds. nauki i współpracy z zagranicą na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Ogółem na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu o miejsca na 15 kierunkach walczy blisko 8 tys. kandydatów, w tym 180 osób z zagranicy, przede wszystkim z Ukrainy, Białorusi, Niemiec, Turcji oraz Indii. Mimo pandemii zainteresowanie obcokrajowców studiami w Polsce jest podobne jak w ubiegłych latach. Wciąż jednak nie wiadomo, czy nauka na polskich uczelniach ruszy tradycyjnie, czy będzie prowadzona zdalnie.

– Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu oferuje pięć kierunków w języku angielskim – cztery na pierwszym stopniu i pięć na drugim stopniu. Zainteresowanie studentów jest porównywalne do poprzedniego roku akademickiego. Na pewno należy zaczekać do momentu, gdy ogłosimy, w jaki sposób będzie prowadzona nauka. To prawdopodobnie zdeterminuje liczbę zagranicznych studentów – mówi prof. dr hab. Bogusława Drelich-Skulska

Co roku na wrocławskiej uczelni studiuje ok. 500 cudzoziemców. Ostatni semestr był pod tym względem wyjątkowy, ponieważ wielu z nich wróciło do swoich krajów na czas lockdownu.

Hotelarze odrabiają straty. Obłożenie w obiektach turystycznych sięga 90 proc., ale ruch biznesowy jest dużo mniejszy niż rok temu

– Od strony przychodowej II kwartał dla hoteli jest spisany na straty, ale niektóre obiekty już je odrabiają – mówi Andrzej Szymczyk z Walter Herz. Dotyczy to przede wszystkim hoteli w popularnych kurortach, gdzie obłożenie jest prawie pełne. Zdecydowanie mniej gości mają obiekty położone w dużych miastach nastawione na klientów biznesowych, ale i w tym przypadku są wyjątki. Branża czeka na wrzesień i uruchomienie podróży służbowych, ale stoją one pod dużym znakiem zapytania ze względu na sytuację epidemiczną w kraju i na świecie.

Wpływ koronawirusa na rynek hotelowy w Polsce był bardzo wyraźny na początku pandemii. Hotele straciły klientów z dnia na dzień, a następnie w wyniku regulacji prawnych musiały zawiesić lub zamknąć działalność (z nielicznymi wyjątkami, które nie miały wpływu na sytuację w branży).

Od połowy maja hotele zaczęły znów przyjmować gości, na początku w bardzo ograniczonym zakresie usług – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szymczyk, zastępca dyrektora Investment & Hospitality w Walter Herz. – Dziś mogą świadczyć w zasadzie wszelkie usługi, więc powróciły do sytuacji sprzed pandemii, natomiast od strony przychodowej drugi kwartał tego roku jest spisany na straty.

Najnowsze wytyczne dla hoteli, zgodne z zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego, pozwalają na obsługiwanie gości w restauracjach, funkcjonowanie hotelowych basenów i saun. Hotelarze są zobowiązani dbać o reżim sanitarny – zwiększyć odległości między pracownikami do co najmniej 1,5 m, ograniczyć liczbę pracowników korzystających jednocześnie z przestrzeni wspólnych, zapewnić im środki ochrony osobistej i przygotować pomieszczenie do czasowej izolacji osoby z objawami COVID-19 oraz przestrzegać zasad wietrzenia, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń.

W obiektach położonych na terenie strefy czerwonej i żółtej, które zależą od aktualnej liczby zakażeń, zalecenia dla obiektów hotelowych pozostały bez zmian. Obecnie ich działalność jest dopuszczalna, z wyłączeniem znajdujących się na ich terenie klubów i dyskotek. Poza tym stosuje się przepisy dotyczące kongresów, basenów, siłowni oraz działalności kulturalnej, jeśli taka jest świadczona na terenie obiektu.

Obecnie sytuacja w hotelach wygląda różnie, co bardzo mocno zależy od konkretnej lokalizacji obiektu. Hotele typowo turystyczne w miejscowościach kurortowych mają znaczne obłożenie, w większości przypadków przekraczające 90 proc. To zasługa okresu wakacyjnego, ale też kilkumiesięcznego zamknięcia ludzi w domach i pracy zdalnej, co naturalnie wpłynęło na to, że chcieli wyjechać i odpocząć – mówi ekspert z Walter Herz.

Hotele w dużych miastach i lokalizacjach nastawionych na klienta biznesowego, które były odwiedzane podczas podróży służbowych, są w gorszej sytuacji rynkowej.

Dla nich tradycyjnie okres wakacji jest sezonem słabszym, natomiast w tym roku widać, że jest dużo gorzej niż w poprzednich latach. Kluczowy będzie pierwszy tydzień września, kiedy zobaczymy, czy klienci biznesowi będą dokonywać rezerwacji. Obecnie obłożenie w hotelach biznesowych waha się w granicach 25–30 proc., ale to także zależy zarówno od obiektu, jak i jego lokalizacji – zauważa Andrzej Szymczyk.

Wrzesień jest miesiącem, w którym firmy po okresie urlopowym wysyłają pracowników w delegacje, aby utrzymać kontakty z klientami. Poprzednie kryzysy pokazały, że będą one chciały szybko wrócić na ścieżkę wzrostu i odbudować relacje biznesowe, a to wiąże się z wyjazdami służbowymi.

Nie da się wszystkiego zrobić zdalnie, a wyjazdy wygenerują popyt na usługi hotelowe. Jednak ostatni kwartał tego roku to dziś jeszcze duży znak zapytania dla hoteli. Wraz z początkiem 2021 roku powinno już być dobrze, zwłaszcza że jest szansa na uzyskanie szczepionki, która pozwalałaby dość swobodnie podróżować, a to jest bardzo ważny czynnik dla hoteli – zaznacza ekspert Walter Herz. – Rynek hotelowy w drugiej połowie 2020 roku będzie powoli powracał do normalnej działalności operacyjnej. Jednak kluczowe będzie trzymanie w ryzach zagrożenia epidemiologicznego, które do tej pory uniemożliwiało zarówno podróże międzynarodowe w szerszym zakresie, jak i podróżowanie po kraju.

Użytkownicy kosmetyków są coraz bardziej świadomi. 31 proc. zwraca uwagę na ich skład

0

Użytkownicy kosmetyków są coraz bardziej świadomi. 31 proc. zwraca uwagę na ich skład 1

Niespełna co trzeci konsument zwraca uwagę na skład kosmetyków do codziennej higieny – wynika z badań marki Kneipp. Większe znaczenie ma on dla kobiet, za to mężczyźni są bardziej lojalni wobec marki. Obie grupy respondentów doceniają za to zapach oraz uczucie odświeżenia i nawilżenia skóry. Zdaniem ekspertów jednak wiele kosmetyków, przynoszących zadowalający efekt na początku, w dłuższym okresie może działać na skórę drażniąco.

Ostatnio przeprowadziliśmy badanie, które powiedziało nam, czym się kierują konsumenci przy wyborze codziennych kosmetyków, takich jak żele pod prysznic. Okazało się, że dla blisko 70 proc. ankietowanych najważniejsze jest poczucie odświeżenia i zapach. Nie zawsze jest to cena, bo okazuje się, że jeżeli kosmetyk nam odpowiada, pozostajemy przy nim na dłużej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Łusiak, marketing manager z firmy Kneipp. – Dosyć ważnym czynnikiem, szczególnie dla pań, jest również poczucie nawilżenia skóry po prysznicu. Oczywiście jest to ściśle związane ze składem i z właściwościami danego kosmetyku.

Okazało się także, że choć konsumenci są coraz bardziej świadomi, to jednak skład kosmetyku jest dla nich mniej istotny, niż sądzili autorzy badania przed otrzymaniem jego wyników. A te pokazały, że tylko 31 proc. konsumentów sprawdza skład i kieruje się nim przy wyborze danego żelu pod prysznic. Jest to ważniejsze dla kobiet niż dla mężczyzn, którzy są za to bardziej lojalni wobec marki. Jeżeli raz przekonają się do jakiegoś kosmetyku, częściej pozostają mu wierni. Z kolei dla pań dużo większe znaczenie mają jego właściwości i walory zapachowe niż sama marka.

Konsumenci są coraz bardziej świadomi, co dla producentów oczywiście oznacza podwyższoną poprzeczkę. Z jednej strony musimy zastosować  składniki, które będą powodować, że żele pod prysznic będą się pienić i oczyszczać skórę, ale z drugiej dbamy o to, aby negatywne skutki chemicznych substancji aktywnych dla skóry były jak najbardziej zredukowane – tłumaczy Ewa Łusiak. – Dlatego bardzo istotne jest użycie substancji pochodzenia naturalnego, np. olejków, ale musimy w jakiś sposób nadać im konsystencję żelu, dlatego działamy według zasady: najlepsze z nauki, najlepsze z natury. Łączymy efekt i skuteczność naturalnych składników ze składnikami aktywnymi, jak np. pantenol.

Kneipp wykorzystuje w swoich produktach olejki z kwiatów migdałowca czy z pestek słonecznika, aromaty mięty i eukaliptusa, marakui i grejpfruta, werbeny i cytryny czy lawendy. Jak podkreśla ekspertka z firmy Kneipp, z badań marki wynika, że naturalne olejki eteryczne oddziałują na nastrój i samopoczucie psychofizyczne. Przykładem może być żel z patentem dowodzącym, że zawarty w nim olejek cytrusowy powoduje, że skóra zachowuje się tak jak podczas śmiechu, na co producent prowadzi badania w Instytucie Psychologii Stosowanej.

Tymczasem w większości żeli pod prysznic stosowane są substancje chemiczne, takie jak SLS, PEG i SLES. Są to odpowiednio laurylosiarczan sodu (Sodium Lauryl Sulfate), glikol polietylenowy (Polyethylene Glycol) oraz sól sodowa siarczanu oksyetylenowanego alkoholu laurylowego (Sodium Laureth Sulfate).

SLS-y to mocne detergenty myjące, które mają na celu przede wszystkim stworzenie piany, natomiast przy wrażliwej skórze spowodują one podrażnienia i różnego rodzaju alergiczne odczyny – mówi Agnieszka Pocztarska, właścicielka serwisu CzytamyEtykiety.pl. – PEG-i to związki chemiczne, które mają za zadanie scalić ten kosmetyk i dać mu jednolitą konsystencję, natomiast są to bardzo mocne środki chemiczne, które mają negatywny wpływ na naszą skórę. SLES-y to taki łagodniejszy brat SLS-ów, jednak on również jest negatywnie oceniany przez ekspertów kosmetycznych i także może mieć niepożądane efekty.

Ekspertka podkreśla, że niepokojący jest fakt, że SLS jest akceptowany przez jedną z najbardziej restrykcyjnych jednostek certyfikujących ECOCERT i może być używany w kosmetykach, które mają jej certyfikat. Zdaniem serwisu CzytamyEtykiety.pl te substancje nie powinny znajdować się w składzie kosmetyków z dobrym, naturalnym składem. Jednocześnie jednak warto wspomnieć, że reprezentujący przeciwne stanowisko twierdzą, że w kosmetykach składniki te obecne są od kilkudziesięciu lat, a ich użycie nie budzi wątpliwości Komisji Europejskiej czy innych instytucji, jak np. Komitetu Naukowego ds. Bezpieczeństwa Konsumentów. SLS i SLES są stosowane w ilościach niezagrażających zdrowej skórze, a co najwyżej wyjątkowo wrażliwej. Tym bardziej że jako składniki produktów myjących są szybko spłukiwane, więc mają krótki kontakt ze skórą. Dodatkowo producenci stosują w kosmetykach inne składniki, które mają łagodzić efekty tych substancji chemicznych i pielęgnować skórę.  

Musimy pamiętać o tym, że efekty naturalnej pielęgnacji przychodzą z czasem, natomiast my jako konsumenci bardzo często oczekujemy zmian tu i teraz, efektu wow czy w przypadku produktów myjących  piany z reklamy. I to właśnie wykorzystują producenci kosmetyczni, dodając takie składniki jak SLS-y czy PEG-i, ponieważ te składniki dadzą nam efekt od razu – przekonuje Agnieszka Pocztarska. – Wprawdzie nasza skóra będzie jedwabiście piękna i napięta zaraz po użyciu kosmetyków, ale po jakichś trzech–czterech tygodniach, czyli naturalnym czasie cyklu zmiany naskórka na naszym ciele, skóra jasno powie nam, że coś tu jest nie tak i zaczną się pojawiać wypryski i inne niepożądane efekty.

Jej zdaniem wybierając kosmetyk dla siebie, trzeba wziąć pod uwagę typ skóry i nasze oczekiwania co do rezultatów, a następnie dopasować do tego kosmetyk z odpowiednim składem.

– W kosmetykach, podobnie jak w jedzeniu, doceniam jak najmniejszy stopień przetworzenia, dlatego wybieram produkty naturalne, z jak najmniejszą liczbą syntetycznych dodatków – dodaje właścicielka serwisu CzytamyEtykiety.pl. – Nie da się niestety w kilku zdaniach zawrzeć tego, czego unikać w kosmetyku, ale jeśli czujemy się przytłoczeni, to warto rozglądać się za produktami z certyfikatami lub sprawdzać opinie na zaufanych serwisach.

Pandemia przyczyniła się do błyskawicznej cyfryzacji płatności w Polsce. Wkrótce dalsze zmiany w zakresie elektronicznych pieniędzy

Polscy konsumenci coraz chętniej i częściej korzystają z systemów płatności bezgotówkowej oraz zakupów online. Restrykcje pandemiczne wpłynęły na zwiększenie zainteresowania płatnościami elektronicznymi i przyspieszyły cyfryzację społeczeństwa. W trakcie pandemii koronawirusa Polacy rzadziej korzystali z dostaw za pobraniem, przedkładając nad nie systemy transakcji bezgotówkowych. Na przełomie III i IV kwartału tego roku ogłoszona zostanie strategia płatności dla Europy, która zapowiada kolejne zmiany w zakresie elektronicznych płatności.

– Polacy zrozumieli zalety płatności elektronicznych, widzą, że można tak płacić wygodniej i bezpieczniej. Wątki sanitarne także są teraz bardzo ważnym elementem naszej codzienności. Widzimy duży wzrost płatności elektronicznych, punkty handlowo-usługowe zachęcają do nich, ponieważ to dla wszystkich jest wygodniejsze, bezpieczniejsze. Te wszystkie procesy płatnicze i okołopłatnicze w tych trudnych czasach różnych obostrzeń po prostu sprawniej funkcjonują – mówi agencji Newseria Innowacje Paweł Bułgaryn, zastępca dyrektora Departamentu Zarządzania Strategicznego Ministerstwa Finansów.

Z danych opublikowanych przez firmę Comp Platforma Usług, twórców cyfrowej platformy usługowej M/platform, wynika, że w szczytowym okresie pandemii zanotowano wzrost płatności bezgotówkowych wśród małych przedsiębiorców sięgający przeszło 35 proc. Ponadto pomimo powolnego powrotu do transakcji gotówkowych nadal blisko 30 proc. transakcji w sklepach małoformatowych realizowanych jest za pośrednictwem kart płatniczych. Oznacza to, że w perspektywie kilku ostatnich miesięcy przeszło 4,5 proc. klientów porzuciło gotówkę na rzecz płatności elektronicznych.

Z kolei firma Blue Media na początku pandemii koronawirusa zanotowała wzrost obrotów z tytułu płatności online sięgający 10 proc. w skali miesiąca. Jedną z istotnych przyczyn takiego stanu rzeczy było porzucenie przez wielu kontrahentów opcji płatności za pobraniem. Firmy unikały transakcji tego typu, aby zmniejszyć ryzyko transmisji wirusa pomiędzy kurierami oraz klientami.

Analiza rynku płatności zrealizowana przez Blue Media pokazała, że w czasie pandemii zanotowano wzrost szybkich płatności internetowych z 41 proc. do 48 proc., a płatności kartą z 32 proc. do 39 proc. Zauważalnie wzrosło także zainteresowanie transakcji realizowanych za pośrednictwem BLIK-a (z 24 do 33 proc.).

– Widzimy dwucyfrowe wzrosty dotyczące liczby i wartości transakcji elektronicznych. W tym roku przekroczyliśmy liczbę miliona terminali płatniczych na polskim rynku. Sklepy widzą, że obecnie trudno prowadzić działalność gospodarczą, nie mając płatności elektronicznych. Padają takie bastiony gotówki jak np. handel elektroniczny – w Polsce zawsze było tak, że w zakupach internetowych bardzo duży odsetek płatności to była płatność za pobraniem. A teraz to się kończy, wszyscy zrozumieli, że bezpieczniej jest korzystać z kanałów elektronicznych – wyjaśnia ekspert.

Od płatności gotówkowej odeszły również firmy wyspecjalizowane w dostawie żywności. Przedstawiciele Pyszne.pl oraz Uber Eats podjęli decyzję o wprowadzeniu bezkontaktowej dostawy pod drzwi, która zachęcała do opłacania zamówień z góry. Z kolei z raportu firmy Ailleron wynika, że tylko w pierwszym miesiącu obowiązywania restrykcji pandemicznych aplikacja Glovo zanotowała 122-proc. wzrost liczby zamówień oraz 140-proc. wzrost średniej wartości transakcji.

Transformacja cyfrowa w zakresie płatności bezgotówkowych jest wspierana także systemowo przez ustawodawcę. Bon turystyczny wprowadzony do obrotu za pośrednictwem platformy PUE ZUS ma charakter dokumentu elektronicznego, który realizuje się przy wykorzystaniu unikalnych kodów autoryzacyjnych. Wdrażanie cyfrowych rozwiązań tego typu ma zachęcić obywateli do realizacji płatności bezgotówkowych.

– Wdrożyliśmy paragon elektroniczny, dodatkowy element elektronizujący relacje przedsiębiorcy–konsumenci. Ma on usprawnić pewne procesy i w całości zelektronizować obrót, gdyż cyfryzacja wymaga takich zmian. Wiele rzeczy w zakresie płatności elektronicznych dzieje się w ramach strategii płatności dla Europy, która będzie przedstawiona przez Komisję Europejską na przełomie III i IV kwartału. Toczą się dyskusje o europejskim systemie płatności detalicznych, dlatego dyskutujemy o rozwiązaniach, które miałyby dać Polakom prawo do płacenia elektronicznego wszędzie tam, gdzie dochodzi do relacji konsumentów z przedsiębiorcami – wyjaśnia Paweł Bułgaryn.

Narodowy Bank Polski od stycznia do czerwca 2020 roku przekazał do obiegu ok. 561 mln monet. W analogicznym okresie ubiegłego roku do obiegu przekazano 749 mln sztuk.

Odnaleziono enzym odpowiedzialny za sprawność fizyczną. Jego zablokowanie może zwiększyć fizyczne możliwości i usprawnić rehabilitację [DEPESZA]

Doprowadzenie do niedoboru enzymu PHD3, blokującego zdolność komórek do spalania tłuszczu, może spektakularnie poprawić wyniki sportowców – nawet o 50 proc. Mechanizm ten może być wykorzystany również w celu usprawnienia procesu rehabilitacji. – Lepsze zrozumienie mechanizmów leżących u podstaw działania enzymu PHD3 może pewnego dnia pomóc w odblokowaniu nowych zastosowań u ludzi, takich jak nowe strategie leczenia zaburzeń mięśni – przewiduje Marcia Haigis z Harvard Medical School. Jak zaznaczają naukowcy, potrzebne są jednak dalsze badania, które ocenią bezpieczeństwo takich praktyk medycznych.

Naukowcy z Harvard Medical School odkryli, że blokowanie produkcji enzymu PHD3 prowadziło do znacznej poprawy sprawności fizycznej.

– Chcieliśmy sprawdzić, czy wyeliminowanie PHD3 zwiększyłoby zdolność spalania tłuszczu i produkcję energii oraz miałoby korzystny wpływ na mięśnie szkieletowe, które są zależne od energii potrzebnej do funkcjonowania mięśni i zdolności wysiłkowej. Okazało się, że  wpływ na wydolność fizyczną jest ogromny – wskazuje Marcia Haigis, profesor biologii komórkowej w Blavatnik Institute w Harvard Medical School.

PHD3, czyli enzym hydroksylazy prolilowej, odgrywa kluczową rolę w wykrywaniu dostępności składników odżywczych i regulowaniu zdolności komórek mięśniowych do rozkładania tłuszczów. Naukowcy z Harvard Medical School odkryli, że kiedy dostarczane do organizmu są wystarczające ilości węglowodanów, enzym ten pełni funkcję swoistego hamulca blokującego metabolizm tłuszczów. Kiedy zapotrzebowanie na energię rośnie, a organizm dostaje zbyt małą dawkę paliwa w postaci węglowodanów, metabolizm ten jest zwalniany.

– Nasze wyniki sugerują, że hamowanie PHD3 w całym ciele lub mięśniach szkieletowych jest korzystne dla sprawności pod względem wydolności wysiłkowej, czasu biegu i dystansu biegu – twierdzi badaczka.

Potwierdzają to badania przeprowadzone na myszach. Okazuje się, że blokowanie produkcji enzymu PHD3 prowadziło u nich do znacznej poprawy sprawności fizycznej. Myszy pozbawione tego enzymu biegały o 40 proc. dłużej i pokonywały o 50 proc. większe dystanse niż inne z miotu – niepozbawione PHD3. Co więcej, osiągały wyższy wskaźnik wytrzymałości tlenowej.

– Lepsze zrozumienie tych procesów i mechanizmów leżących u podstaw działania PHD3 może pewnego dnia pomóc w odblokowaniu nowych zastosowań u ludzi, takich jak nowe strategie leczenia zaburzeń mięśni – wskazuje Marcia Haigis.

Jak podkreślają autorzy, potrzebne są dalsze badania, które pozwoliłyby określić możliwość zastosowania mechanizmu hamowania wydzielania PHD3 u ludzi w celu poprawy wyników sportowych, rehabilitacji czy leczeniu niektórych chorób. Jednak ten sam zespół badawczy w swoich poprzednich badaniach stwierdził, że w przypadku nowotworów, takich jak m.in. niektóre typy białaczki, zmutowane komórki mają znacznie niższe poziomy PHD3. W rezultacie niedoboru PHD3 komórki rakowe zużywają tłuszcze, aby napędzać nieprawidłowy wzrost i proliferację.

– Zrozumienie tej ścieżki i sposobu, w jaki nasze komórki metabolizują energię i paliwa, ma potencjalnie szerokie zastosowanie w biologii, od zwalczania raka po fizjologię ćwiczeń – wymienia profesor biologii komórkowej w Blavatnik Institute w Harvard Medical School.

(Newseria Innowacje)

Więcej pieniędzy w emeryckiej sakiewce

Z ankiety przeprowadzonej przez Fundusz Hipoteczny DOM wynika, że seniorzy nie potrzebują wiele, by mieć poczucie finansowego bezpieczeństwa. Ich emerytury nie są wysokie, ale blisko 60 proc. osób starszych stwierdziło, że wystarczyłoby im mniej niż 1000 zł miesięcznie dodatku do emerytury, by mogli czuć się komfortowo i nie martwić się codziennymi wydatkami.[1] Skąd pozyskać takie środki do emerytury? Dorobić? Pożyczyć? Podpowiadamy. 

Nie tak dawno ZUS opublikował dane dotyczące najniższych, a raczej „głodowych” emerytur. Tylko od grudnia 2017 r. (wtedy rząd PiS wprowadził obniżenie wieku emerytalnego) liczba osób pobierających najniższe świadczenia wzrosła o ponad 100 tys.[2] O podsumowanie ostatnich lat pokusiła się na Twitterze również ekonomistka Alicja Defratyka. Z wykresu, który opublikowała wynika, że między grudniem 2011 a grudniem 2019 roku liczba osób z głodowymi emeryturami wzrosła w Polsce 23,9 tys. do 261 tys. osób.

– Warto przypomnieć, że najniższe emerytury pobierają osoby, które nie mają pełnego stażu ubezpieczeniowego, czyli 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. Te osoby nie mogą nawet liczyć na minimalne świadczenie emerytalne, które obecnie wynosi 1200 zł. Na co dzień rozmawiamy z wieloma seniorami, którzy przyznają, że borykają się z problemami finansowymi. Zresztą finanse są jednym z głównych powodów, dla których decydują się na rentę dożywotnią – przypomina Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Według niego portfel każdego emeryta powinien w pewnym sensie przypominać układankę puzzle i składać się z wielu elementów. – Wyobraźmy sobie, że każdy puzzel to inne źródło finansowania, dzięki któremu do emeryckiej sakiewki wpływają dodatkowe pieniądze. Tylko taki model zarządzania senioralnymi finansami ma moim zdaniem przyszłość. Już dziś emerytury nie są wysokie, rośnie liczba osób pobierających najniższe świadczenia, a na dodatek stopa zastąpienia będzie kształtowała się coraz mniej korzystnie dla przyszłych emerytów – mówi Robert Majkowski.

Z jakich puzzli senior może zbudować swój domowy budżet? Jak znaleźć dodatkowe źródło finansowania? Oto kilka podpowiedzi.

Własna firma

Okazuje się, że sieć restauracji KFC zaczęła powstawać, gdy założyciel Harald Sanders, miał 62 lata. Niewiele mniej, bo 55 lat, liczył John Pemberton kiedy stworzył przepis legendarnej Coca-Coli. W Polsce założenie jednoosobowej działalności zajmuje coraz mniej czasu, a można to zrobić nawet nie wychodząc z domu. Seniorom coraz częściej nie brakuje energii i pomysłów, ale odpowiedniej wiedzy i wiary w siebie. Tymczasem do prowadzenia firmy wystarczy dziś biurko i własny komputer. Dodatkowym atutem prowadzenia własnej firmy przez seniora jest zwolnienie ze składek ZUS – jednym obciążeniem jest składka na ubezpieczenie zdrowotne.

Pożyczka bankowa

Dodatkowe pieniądze z banku, to rozwiązanie dla tych, którzy nagle potrzebują gotówki na sfinansowanie niespodziewanych wydatków. Niektóre z banków mają specjalne oferty kredytowe dla seniorów. Zaciągając pożyczkę warto przeczytać dokładnie umowę, sprawdzić jakie jest oprocentowanie (i to nie nominalne a tzw. RRSO, czyli całkowite), dowiedzieć się czy pożyczka musi być ubezpieczona, a przede wszystkim przemyśleć, czy raty w danej wysokości nie będą obciążeniem dla senioralnego budżetu. 

Renta dożywotnia

To rozwiązanie dla tych seniorów, którzy posiadają na własność nieruchomość np. dom czy mieszkanie. Mogą podpisać wtedy z funduszem hipotecznym umowę renty dożywotniej i w zamian za prawo własności do nieruchomości otrzymywać dodatkowe świadczenia pieniężne. Jednocześnie, na mocy odpowiednich zapisów (służebność osobista mieszkania) mogą dożywotnio mieszkać w swoim lokum. Wysokość renty dożywotniej zależy m.in. od wieku i płci emeryta oraz od wartości nieruchomości. 

Wynajem pokoju

Zamieszkanie ze studentem, daje kilkaset złotych wpływu do domowego budżetu, a czasem i więcej. Chociaż ten sposób na drobienie do emerytury wydaje się dość prosty, bo nie wymaga ani dodatkowej pracy ani nakładów finansowych, to nie jest on polecany osobom, które cenią ciszę i spokój. Wynajmując pokój, warto pamiętać o pobraniu kaucji w wysokość czynszu za 2-3 miesiące, która pokryłaby ewentualne zniszczenia tak jak brudna ściana czy rozbite lustro. 

Kooperacja sąsiedzka

Sporo na zakupach zaoszczędzić można kupując większe ilości, dlatego grupa sąsiedzka, która zdecyduje się na taki krok może zaoszczędzić ok. 20 proc., na codziennych produktach, jeśli zamiast do osiedlowego marketu wybierze się po nie do hurtowni czy sklepu typu makro. Dodatkowo np. jarzyny kupione bezpośrednio u rolnika są kilkakrotnie tańsze np. marchewka będzie o połowę tańsza, a cena jabłek u producenta z Garwolina to 1/3 tego, ile płaci się za nie w sklepie w Warszawie lub innym dużym mieście. Kooperacja sąsiedzka to również wspólne obiady (każdy sąsiad gotuje dla pozostałych w wybranym dniu tygodnia), uprawianie wspólnego ogródka, wymiana świadczeń typu „usługa za usługę”, czy organizacja osiedlowego kiermaszu, na którym można sprzedać lub wymienić niepotrzebne rzeczy na nowe.   

Opieka nad dzieckiem

Dobra i doświadczona opiekunka, to skarb. Aby podjąć się takiego zajęcia, najlepiej mieć doświadczenie z własnymi wnukami, dodatkowym atutem jest mobilność np. posiadanie prawa  jazdy. Stawki w Warszawie są bardzo różne, ale opiekując się dzieckiem można zarobić ok. 2500 zł lub więcej.

Rękodzieło i drobne naprawy

Umiejętności nabyte, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, mogą być dzisiaj w cenie. Mowa o robieniu na drutach, szydełkowaniu czy cerowaniu.  Przykładowo: za wykonanie swetra na zamówienie klient jest w stanie zapłacić 100-120 zł, a czapki 30-35 zł, chociaż te ceny różnią się w zależności od materiałów i wzorów.  Z kolei panowie, którzy wiedzą, jak majsterkować, mogą zaoferować swoje usługi nie tylko sąsiadom i rodzinie, ale również tym osobom, którym obce są drobne naprawy. Za wykonanie pojedynczej usługi można zarobić od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych.

Prace sezonowe

Zwykle zbiór wiśni czy truskawek kojarzy się z ciężką i słabo płatną pracą, jednak nie brakuje, zwłaszcza  w mniejszych miastach amatorów takiej pracy. Stawki godzinowe są różne, ale chętnych nie brakuje. Do takiej pracy trzeba mieć jednak zdrowie, pamiętać o odpowiednim nawodnieniu i ochronie przed słońcem.

[1] Ankieta internetowa przeprowadzona przez FH DOM w dniach 10-16.07.2020. Próba = 226

[2] https://www.msn.com/en-us/news/finance-top-stories/zbigniew-grycan-narzeka-na-nisk%c4%85-emerytur%c4%99-zdradzi%c5%82-ile-pieni%c4%99dzy-dostaje-co-miesi%c4%85c-z-zus/ar-BB16a7wx?fbclid=IwAR3rVJSj5oOrN1angnWV_Tv2TjH3N_JTJQcssU6kH028ZLHdi9b28Jft1bE

Co na Wschodzie? – raport walutowy

Im dłużej trwają protesty na Białorusi, tym dłużej kraj ten znajduje się w centrum zainteresowania. Patrząc jednak na jego sytuację gospodarczą zmiana władz jest tylko jednym z problemów.

Dolar odzyskuje oddech

Wczorajsze spokojny dzień niemal pozbawiony odczytów makroekonomicznych spowodował, że inwestorzy przychylniej spojrzeli na dolara. Po tak silnych przecenach wielu z nich szukało pretekstu, by skorzystać z niższej ceny i wczoraj znalazło. Dzięki temu za jednego dolara znów płacimy mniej niż 1 dolara i 19 centów. Poziom ten jednak szybko może ponownie zostać pokonany. Chociażby dzisiejsze dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, jeżeli wypadną słabiej mogą znów zadziałać na niekorzyść amerykańskiej waluty.

Co dzieje się na Wschodzie?

Protesty po wyborach na Białorusi nie ustają. Głównym sukcesem protestujących jest jednak to, że ze względu na skalę zgromadzeń nie są one pacyfikowane siłowo. Prezydent jednak nie zamierza negocjować oddania władzy pomimo wątpliwego mandatu pochodzącego z tych wyborów. Wielu analityków zastanawia się, jaki będzie miało to wpływ na gospodarkę. Z jednej strony może to silnie uderzyć w branżę technologiczną. Wyłączenie internetu być może pomogło w celu utrudnienia organizacji demonstracji. Te jednak i tak się odbywają. Firmy IT jednak nie są w stanie pracować w takich warunkach. Są to często specjaliści, którzy mogą relatywnie łatwo znaleźć pracę za granicą. Kolejny drenaż wysoko wykwalifikowanej kadry połączony z sankcjami gospodarczymi nakładanymi przez Unię Europejską może tylko pogłębić problemy gospodarcze tego kraju. Jak nietrudno się domyślić białoruski rubel wyraźnie traci. 

Komunikat z FED

Wczoraj poznaliśmy zapiski z ostatniego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Co ciekawe, zniknął zapis o gotowości do podnoszenia stóp procentowych. Patrząc na obecną sytuację było to dosyć dziwne sformułowanie. Nie zabrakło oczywiście odwołań do trwającej obecnie pandemii koronawirusa i możliwego wpływu tych wydarzeń na sytuację dolara. Amerykańska waluta jednakże utrzymała zapoczątkowany wcześniej tego dnia trend umacniający dolara.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Produkcja rośnie. Firmy ostrożniej patrzą w przyszłość niż konsumenci

Jak podaje w dzisiejszym komunikacie GUS, w lipcu produkcja sprzedana przemysłu (w cenach stałych) wzrosła o 1,1% r/r i 3,4% m/m. Wyłączenie czynników sezonowych i kalendarzowych przynosi korektę do poziomów odpowiednio 0,2% r/r (efekt liczby dni roboczych) i 6,2% m/m.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Biorąc pod uwagę kontekst, w którym się znajdujemy, to umiarkowanie dobry sygnał – z jednym ważnym zastrzeżeniem: branże nie odbijają równomiernie, co zwiększa ryzyko realizacji szoków sektorowych.

Ponownie widzimy dowody, że wyraźnie większa pewność przyszłości cechuje konsumentów niż firmy. Sprzedaż dóbr konsumpcyjnych nietrwałych utrzymuje się na zbliżonym poziomie co przed rokiem (+1,6%), dóbr konsumpcyjnych trwałych wzrosła aż o 22,9%. Na tym tle tym gorzej wygląda spadek sprzedaży dóbr inwestycyjnych (-3,3%). O próbie „przeczekania” niepewności mówią firmy członkowskie Konfederacji Lewiatan.

Na poziomie pojedynczych podmiotów byłoby nieracjonalne decydować teraz o większości długofalowych inwestycji – stąd ujemny wynik na poziomie makroekonomicznym. Dominują inwestycje adaptujące do pandemicznych warunków lub w obszarach, których kierunki rozwoju są pewne, jak transformacja energetyczna czy cyfrowa. Produkcja energii jest przykładem splotu czynników strukturalnych (transformacja miksu) i koniunkturalnych (niższy popyt z powodów sezonowych i pandemicznych). Jeśli brak inwestycji jest czynnikiem, który ogranicza dynamikę wychodzenia z recesji, tym bardziej zastanawia ujemna dynamika miesięczna kategorii naprawy i konserwacja maszyn i urządzeń (-15,5%).

Jak dotąd, dodatni wynik przypisywaliśmy konieczności przywrócenia starszych sprzętów do pracy (w związku z pandemią) i konserwacji w imię oczekiwanego powrotu do wysokich mocy produkcyjnych. Ten efekt najwyraźniej zaczyna wygasać – zapewne jednak nie zwiastuje masowych zakupów (spadki produkcji maszyn -8,8% m/m).
Ponad 40% działów (tworzących 1/3 wartości dodanej) wciąż jest pod kreską w stosunku do lipca 2019 roku. Obok górnictwa i wydobycia spadki stały się udziałem produkcji maszyn i urządzeń (-13,3%), metali (-9,7%), wyrobów z metali (-2%).

Przetwórstwo przemysłowe jednak co do zasady kontynuuje odbicie od dna (3,8% m/m). Roczną dynamikę 1,1% tej kategorii ciągnie w górę produkcja komputerów i wyrobów elektronicznych (15,3%), wyrobów elektrycznych (7,1%), a także dobra eksportowe niższych technologii: mebli (24,2%, kontynuacja trendu), wyrobów z drewna (14,8%), wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (4,5%). Wciąż na wyraźnych plusach produkcja farmaceutyków i wyrobów chemicznych (odpowiednio 8,3% i 4,1% r/r). W tych ostatnich obszarach rysuje się szansa na długofalowy wzrost, jeśli tylko Polsce uda się wygrać konkurencję o relokację produkcji do Europy.

Konfederacja Lewiatan

ANALIZA: Wojna na ceny warzyw. Sieci handlowe mocno uderzają w place targowe i lokalne ryneczki

O niespełna 2% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Analitycy porównali dane z ostatnich trzech miesięcy z analogicznym okresem ubiegłego roku. O przeszło 35% więcej trzeba było zapłacić za fasolę szparagową. Natomiast wzrosty wynoszące niemal 13% odnotowano w przypadku cukinii i ogórków. Z kolei o ponad 18% mniej kosztowały buraki. Za cebulę chciano prawie 16% niżej niż wcześniej, a cena kapusty spadła o przeszło 6%. Tak wyglądają wnioski z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Grupy BLIX.

Od początku maja do końca lipca br. średnia cena promocyjna warzyw na wagę była o 1,8% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jak stwierdza Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland, ta niewielka zmiana jest dosyć zaskakująca. W tym roku mieliśmy do czynienia z suszą na przełomie wiosny i lata. Możliwe jest, że sieci handlowe nie chcą ryzykować dużego wzrostu cen w obawie o zaleganie towaru, który ma krótki okres trwałości. Magazynowanie w chłodniach generowałoby dodatkowe koszty.

– Epidemia koronawirusa oraz zakaz handlu w niedziele spowodowały mniejszy ruch w sklepach. One świadomie postawiły na oferowanie jak najniższych cen warzyw. W ten sposób chciały zachęcić konsumentów do powrotu na zakupy, a także odebrać część klientów placom targowym i lokalnym ryneczkom, gdzie trudniej zachować reżim sanitarny – komentuje Magdalena Szlezyngier, menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Z kolei Adam Wilkosz, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Producentów Warzyw (OZPW) zwraca uwagę na to, że urodzaj ma wpływ na ceny. One standardowo rosną, jeśli czegoś jest mniej na rynku. A przykładowo, ostatnio było bardzo dużo nasadzeń ziemniaków. Ale kluczowe decyzje są podejmowane przez sieci handlowe. Natomiast Magdalena Szlezyngier podkreśla, że wiosną panowały lepsze warunki pogodowe w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Wówczas z powodu suszy ucierpiały głównie warzywa gruntowe o płytkim systemie korzeniowym, m.in. marchew, pietruszka, buraki i ziemniaki.

– W standardowych okolicznościach owoce i warzywa są często objęte akcjami promocyjnymi, ponieważ zachęcają klienta do odwiedzenia konkretnej sieci sklepów. W początkowej fazie wzrostu zachorowań w Polsce, ale i w całej Europie, zaburzeniu uległo funkcjonowanie łańcucha dostaw. Wiele łatwo psujących się warzyw, tj. cukinii, ogórków, pomidorów czy pieczarek, nie mogło trafić na półki sklepowe z powodu zamknięcia granic lub obostrzeń w kraju – informuje Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BNP Paribas.

Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX, bardzo ciekawe jest porównanie ww. wyników z owocami. Średnia cena promocyjna warzyw w tym samym czasie podskoczyła o niespełna 2%, a owoców – o ponad 21%. Znacząca część tych ostatnich produktów jest importowana, co podkreśla ekspert z DNB Bank Polska. Słabsze notowania polskiej waluty w stosunku do euro i dolara musiały się przełożyć na ostateczną cenę dla konsumenta. Dodatkowo lokalni producenci żądali więcej za te towary.

– Susze oraz inne zjawiska pogodowe dość mocno uderzyły w rynek owoców. Wiele krajów eksportujących je do Polski miało problemy ze zbiorami w związku z koronawirusem. Natomiast sporo warzyw jest bardziej odpornych na warunki pogodowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

Z analizy wynika również, że ceny najbardziej wzrosły w przypadku fasoli szparagowej (35%). Dalej w zestawieniu znalazły się takie warzywa jak cukinia (12,8%), ogórek (12,8%) i pomidory (5,3%). Jak zaznacza Magdalena Szlezyngier, trzy pierwsze warzywa są roślinami ciepłolubnymi. Zimny maj i chłodny czerwiec istotnie wpłynęły na ich wegetację. Sieci sięgały więc po towar z importu. Z kolei wiceprezes Wilkosz dodaje, że fasola szparagowa jest bardzo wymagającym warzywem do zbiorów. To mogło się przyczynić do wzrostu cen, zwłaszcza że rolnicy odczuli poważny problem z dostępnością pracowników.

– Wiele badań pokazuje, że Polacy zmienili podejście do zakupów spożywczych. Robią je rzadziej, ale kupują więcej, a także chętniej korzystają ze sklepów internetowych. Taka postawa miała również wpływ na łatwo psujące się towary, jakimi są warzywa szklarniowe czy nowalijki. Robiąc zakupy raz w tygodniu, konsumenci ograniczyli ilość nabywanych np. ogórków i cukinii. W odróżnieniu od większości warzyw okopowych, nie można ich długo przechowywać, więc nie kupowano ich na zapas – podkreśla Karolina Załuska.

Jak dodaje ekspert z Grupy BLIX, spadki średnich cen odnotowano w przypadku sześciu spośród dziesięciu najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Najbardziej na minusie były buraki (18%). Za nimi znalazły się takie towary jak cebula (15,7%), kapusta (6,2%) i marchew (5,9%). Natomiast nieznacznie tańsze niż wcześniej były ziemniaki (1,3%) oraz papryka (1,3%).

– Przyczyną spadków takich produktów jak buraki, cebula, marchew itd. jest efekt wysokiej bazy w 2019 roku, czyli szybkiego wzrostu cen. Wówczas susza była bardzo niekorzystna dla uprawy warzyw gruntowych. Z tego wynikają obniżki, które odnotowujemy obecnie – dodaje ekspert z DNB Bank Polska.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano dane TOP 10 najczęściej promowanych warzyw w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

Przemysł 4.0 to więcej niż roboty – kiedy Polska wkroczy w erę cyfrową?

Z przemysłem 4.0 kojarzą się głównie automatyzacja i roboty. Tych ostatnich
w polskich zakładach ma być w tym roku już ponad 3 miliony. Cyfryzacja przemysłu to jednak przede wszystkim połączone z siecią urządzenia i czujniki. Dostarczają one zdalnie
i w czasie rzeczywistym m.in. informacje o stanie technicznym maszyn. Ale polskie firmy nadal nie mają zaufania do tego typu narzędzi. Rozwiązania do monitorowania i zarządzania maszynami z wykorzystaniem czujników IoT wdrożyło dotąd tylko 31% rodzimych przedsiębiorstw. 

Przemysł w świecie wirtualnym

Przemysł 4.0 to połączenie sztucznej inteligencji, internetu rzeczy, automatyki i robotyki. Wiele procesów oraz mechanizmów zapewniających ich nadzorowanie przenoszonych jest do sieci. Dzięki temu stają się szybsze, bardziej wydajne i bezpieczniejsze dla pracowników. Zainteresowanie takimi cyfrowymi technologiami widać szczególnie w większych firmach i zakładach – aż 86% uważa, że mają kluczowe znaczenie w budowaniu przewagi rynkowej. Dla mniejszych graczy barierę wciąż stanowi jednak m.in. obawa przed wysokimi kosztami oraz niski poziom wiedzy o możliwościach technicznych. 

– Trendy związane z przemysłem 4.0 napływają do nas z Europy Zachodniej, gdzie szybciej przyjmują się wszelkie techniczne nowinki. W Polsce ten proces przebiega dość powoli, ponieważ temat cyfrowych rozwiązań czy inteligentnych czujników jest wciąż mało znany. Firmy i zakłady przemysłowe będą jednak stopniowo nabierały zaufania do tego typu technologii. Szukając oszczędności związanych nie tylko z samym produktem zaczną dostrzegać możliwości obniżenia kosztów eksploatacji, konserwacji, napraw czy zużycia energii jakie zapewniają rozwiązania przemysłu 4.0 wskazuje Tomasz Grzegulski, Product Manager w firmie Eaton. 

Czujnik w zakładzie jak inteligentna lodówka

Podobnie jak inteligentna pralka czy rolety, czujniki wykorzystywane w przemyśle mogą być połączone z siecią i sterowane całkowicie zdalnie z komputera lub tabletu. Sprawdzają ciśnienie, przepływ cieczy czy poziom energii. Monitorują parametry techniczne, temperaturę i stan poszczególnych części instalacji. Alarmują o wszelkich anomaliach oraz konieczności wymiany lub naprawy sprzętu. Wszystkie informacje przekazywane są w czasie rzeczywistym, bez potrzeby fizycznego sprawdzania instalacji, wyłączania maszyn, korzystania z kamer termowizyjnych czy narażania pracowników na pracę pod napięciem.

Informacja na wagę oszczędności

Przemysł 4.0 to jednak nie tylko czujniki i sensory, ale też umiejętne wykorzystywanie danych, które one dostarczają. Aplikacje bazujące na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym analizują przekazywane z maszyn parametry i na tej podstawie przewidują ryzyko wystąpienia usterek i problemów oraz prognozują termin zakupu części zamiennych. Mogą też lokalizować słabe punkty procesów produkcyjnych i dopasowywać je do pory dnia tak, aby zredukować koszty i zużycie energii, unikać przestojów czy drogich napraw.

Polska wciąż sceptyczna

Pomimo obserwowanej z roku na rok poprawy, Polska nadal zajmuje odległe miejsca w indeksach, które oceniają potencjał rozwoju przemysłu 4.0 i cyfryzacji gospodarki. Technologie IoT wciąż nie są popularne – poziom zużycia i stan narzędzi za pomocą czujników monitoruje jedynie 23% firm. Z prognozowania zakupu części zamiennych korzysta 16% przedsiębiorstw, co trzecie nie jest zainteresowane takimi rozwiązaniami.

– Potrzebne jest „oswajanie” inteligentnych rozwiązań i możliwości jakie niosą dla przemysłu. Polska gospodarka jest pozytywnie oceniana m.in. pod względem kompetencji cyfrowych i warto ten potencjał wykorzystać – mówi Tomasz Grzegulski. 

Źródła: Raport Agencji Rozwoju Przemysłu o szansach i wyzwaniach Polskiego przemysłu 4.0, 2019, https://przemysl-40.pl/wp-content/uploads/2019-Raport-ARP.pdf

Badanie Deloitte, https://img06.en25.com/Web/DELOITTECENTRALEUROPELIMITED/%7B9ec29b13-65b0-4328-bff9-2b55a6d0923a%7D_pl_Raport_Przemysl-4-0-small_size.pdf

Badanie Ericsson: Droga do logistyki wyprzedzającej

67% przedstawicieli branży logistycznej twierdzi, że w ciągu najbliższych 5 lat będzie wykorzystywać sztuczną inteligencję i analizę danych w celu dopasowania potrzeb logistycznych do możliwości operacyjnych, a 19% już to w pewnym stopniu robi. Co więcej, 64% respondentów twierdzi, że w ciągu najbliższych 3-5 lat wprowadzi transport towarów z wyprzedzeniem. Jak wynika z raportu firmy Ericsson, tzw. logistyki wyprzedzającej nie można jeszcze uznać za powszechnie stosowaną, ale istnieją wczesne próby rozwoju branży logistycznej w tym kierunku. 

Perspektywy dla logistyki wyprzedzającej

Logistyka wyprzedzająca opiera się na szerokiej analizie danych sprzedażowych, rynkowych oraz działań konkurencji czy też informacji z lokalnego i globalnego środowiska ekonomicznego. W takim systemie możliwe jest prognozowanie popytu na produkty i usługi zanim jeszcze klienci podejmą decyzje zakupowe. Możliwe jest to dzięki rozwojowi analizy Big Data, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Dzięki logistyce wyprzedzającej dostawy towarów mogą być uruchamiane proaktywnie. Z kolei ulepszony czas planowania pozwala na bardziej efektywny i zrównoważony wybór metod transportu, np. wykorzystanie okresów niskiego natężenia ruchu, czy też optymalny załadunek towarów.

logistyka1

„Dystrybucja towarów z wyprzedzeniem będzie możliwa dzięki połączeniu technologii internetu rzeczy, sztucznej inteligencji oraz komunikacji w czasie rzeczywistym w standardzie 5G. Logistykę wyprzedzającą należy postrzegać jako coś więcej niż tylko odchudzoną, zoptymalizowaną kosztowo dostawę towarów „just-in-time”. Prawdziwie wyprzedzający przepływ logistyczny powinien obsłużyć ogromne globalne zmiany zarówno w nawykach konsumpcyjnych, jak i w kwestii dostaw. Wprowadzenie takiego system logistycznego będzie wymagało od rynku zmiany podejścia i większej otwartości na współpracę między konkurentami” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

5G podstawą dalszych zmian w branży

Łączność i komunikacja w całym łańcuchu logistycznym są kluczowymi wymogami przy tworzeniu rozwiązań z zakresu logistyki wyprzedzającej. Bezprzewodowa łączność komórkowa 5G w czasie rzeczywistym może zapewnić odpowiednie warunki technologiczne niezbędne do stworzenia kompleksowego rozwiązania. W zależności od potrzeb, centra logistyczne i magazynowe można wzbogacić o lokalne rozwiązania w zakresie łączności, takie jak prywatne sieci 5G. Technologie internetu rzeczy lub technologie bliskiego zasięgu, takie jak Bluetooth, mogą zapewnić ekonomiczną i energooszczędną komunikację między wieloma czujnikami i urządzeniami stosowanymi zarówno w przestrzeniach magazynowych, jak i wewnątrz pojazdów. Na tych technologiach opierać się mogą skanery towarów podczas rejestrowania przepływu palet czy kontenerów na każdym etapie łańcucha dostaw.

logistka2

Priorytety inwestycyjne według badania Ericsson

Osoby decyzyjne w sektorze logistycznym biorące udział w badaniu są zgodne co do tego, że cyfryzacja, łączność i ulepszone narzędzia logistyczne są ważnymi czynnikami umożliwiającymi rozwój całej branży. To podejście widoczne jest również na przykładzie ustalania priorytetów inwestycyjnych w dziedzinie logistyki. Priorytetem numer jeden jest uzyskanie ulepszonych narzędzi logistyki cyfrowej, a następnie wdrożenie łączności bezprzewodowej jako bazy umożliwiającej korzystanie z tych narzędzi.

61% decydentów z branży umieściło ulepszone narzędzia logistyczne w pierwszej trójce swoich priorytetów inwestycyjnych, a 54% łączność bezprzewodową. Z kolei 73% badanych zgadza się, że zarówno łączność bezprzewodowa, jak i śledzenie zasobów będą bardzo ważne w ciągu najbliższych 3-5 lat. Te dwie technologie będą miały kluczowe znaczenie dla wyeliminowania dzisiejszych problemów z widocznością w łańcuchu dostaw, a także wzmocnią szersze możliwości, takie jak zaawansowana analiza operacyjna, optymalizacja tras i zarządzanie ryzykiem. Dwie trzecie ankietowanych dostrzega również wielki potencjał w technologii Blockchain, która mogłaby potencjalnie poprawić procesy logistyczne, gdyby była wykorzystywana w efektywny sposób, jeśli chodzi o zużycie energii elektrycznej.

Według firmy Berg Insight na świecie używanych jest ponad 25 milionów kontenerów w transporcie intermodalnym i ponad 14 milionów przyczep. Szacuje się, że do 2023 r. jedna trzecia przyczep i 15% kontenerów będzie podłączona do sieci. „Patrząc na wyniki badania firmy Ericsson, te wartości wydają się być zachowawcze. W miarę jak świat staje się coraz bardziej połączony, istnieje coraz więcej możliwości poprawy logistyki poprzez wykorzystywanie danych zebranych i udostępnionych w łańcuchu logistycznym przez wszystkich uczestników” – mówi Marcin Sugak.

Polska u progu technologii 5G

Ericsson posiada obecnie 100 komercyjnych umów i kontraktów 5G z operatorami, z czego 58 to publicznie ogłoszone umowy. 56 sieci na pięciu kontynentach już funkcjonuje. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G.

Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP(standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe  dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G.

Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Nowe podatki proponowane przez Unię Europejską zagrażają rozwojowi Polski

W dyskusji wokół konkluzji z ostatniego szczytu Rady Europejskiej dominuje temat wynegocjowanych przez Polskę funduszy. Niewiele uwagi poświęca się tymczasem kwestii wprowadzenia europejskich podatków. W nowym raporcie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawia szereg zagrożeń wynikających z proponowanych europejskich danin. Podatki plastikowy, cyfrowy i węglowy oraz rozszerzenie systemu ETS są niezgodne z wymogami Parlamentu Europejskiego. Prowadzą również do głębszej harmonizacji fiskalnej, a tym samym ujednolicania warunków prowadzenia biznesu w UE. Z perspektywy Polski nowe podatki stanowią zagrożenie nieproporcjonalnie dużego ciężaru dla gospodarki oraz większego uzależnienia od finansowania z unijnego budżetu.

Nie ulega wątpliwości, że pandemia COVID-19 i wynikające z niej wyzwania dla UE wymagają podjęcia nadzwyczajnych środków. Propozycję stworzenia funduszu Next Generation EU obok tradycyjnego unijnego budżetu należy zatem traktować jako szansę dla odbudowy gospodarek państw członkowskich. Niemniej, utworzone na poczet spłacenia funduszu podatki pociągną za sobą skutki wykraczające daleko poza koronakryzys.

– Konkluzje ze szczytu w zakresie podatków są bardzo niebezpieczne dla Polski i mogą spowodować, że będziemy trwale biedni w relacji do zachodniej Europy. Polska ma niewiele narzędzi, żeby konkurować z Zachodem. Ład prawno-instytucjonalny jest jednym z nich. Harmonizacja prawa pozbawia nas tego atutu – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

W nowym opracowaniu ZPP analizuje proponowane europejskie podatki w oparciu o kryteria ustanowione przez Parlament Europejski. W rezultacie identyfikuje szereg zagrożeń oraz trend pogłębiającej się integracji fiskalnej, który jest wyjątkowo groźny z perspektywy Polski.

– Na chwilę obecną, zawetowanie porozumienia przez Parlament pozostaje możliwe. Wydaje się, że w interesie Polski i polskiego biznesu leży porozumienie pomiędzy Radą a Parlamentem, oraz jak najlepsze dopracowanie mechanizmów, które ograniczałyby negatywny wpływ nowych podatków na możliwości rozwoju polskiej gospodarki przy jednoczesnych działaniach mających na celu odbudowę europejskiej gospodarki po pandemii – zaznacza Kamila Sotomska, Analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

ZPP w raporcie wskazuje, że podatek plastikowy, cyfrowy, węglowy oraz rozszerzenie systemu ETS mogą nie spełnić przesłanek określonych przez Parlament Europejski, w tym:

1) Ekonomicznych: Proponowane przez Radę podatki nie są zgodne z zawartą w tym kryterium zasadą powszechności opodatkowania.

– ZPP konsekwentnie sprzeciwia się wprowadzaniu jakichkolwiek danin o charakterze sektorowym. Jedną z kluczowych cech systemu podatkowego powinna być powszechność, podczas gdy nakładanie dodatkowych obciążeń na arbitralnie wybrane branże gospodarki jest niemożliwe do zaakceptowania – mówi Cezary Kaźmierczak.

– ZPP popiera działania mające na celu transformację w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym, natomiast, wydaje się, że instrumenty podatkowe nie są właściwe dla rozwiązywania tego typu problemów – dodaje Kamila Sotomska.

2) Sprawiedliwości: Zgodnie z tą przesłanką należy unikać sytuacji, gdzie większy ciężar spoczywa na państwach członkowskich znajdujących się w gorszej sytuacji. Mimo iż podatek plastikowy przewiduje rabat dla państw członkowskich, których systemy recyklingu są na wczesnym etapie rozwoju, ZPP uważa, że danina nieproporcjonalnie obciąży biedniejsze państwa UE. Polska zostanie piątym największym płatnikiem podatku odprowadzając do unijnego budżetu 429 mln EUR. Skutki nowej regulacji mogą być szczególnie dotkliwe dla samorządów czy operatorów spalarni odpadów i składowisk. Dla porównania, do kosztu zagospodarowania tony odpadów w instalacjach termicznego przekształcenia wynoszącego obecnie od 300 do 700 PLN, trzeba będzie doliczyć 3.500 PLN podatku.

Jak zaznacza ZPP w raporcie „wprowadzenie podatku cyfrowego negatywnie odbije się na kondycji polskiej gospodarki, a co za tym idzie grozi niespełnieniem przesłanki sprawiedliwości między państwami członkowskimi. Dynamiczny rozwój branży cyfrowej pokazuje jej rosnący udział w tworzeniu polskiego PKB – w 2014 wyniósł 3 proc., w 2016 ok. 6,2 proc., a w 2025 może wynieść już 12 proc. Dodatkowo, znacząco wzrósł udział zakładanych firm cyfrowym – z 3 proc. w 2015 do 20 proc. w 2019, a Polska utrzymuje się na czwartym miejscu pośród państw członkowskich UE pod względem liczby absolwentów studiów informatycznych. Nie ulega więc wątpliwości, że w naszym interesie pozostaje stworzenie i utrzymane dogodnych warunków dla rozwoju branży cyfrowej.”

3) Technicznych i administracyjnych: To kryterium oznacza, że koszty wprowadzenia podatku muszą być niewielkie w porównaniu z wynikającymi z niego zyskami. Daniny proponowane przez Radę nie spełnią jednak tego warunku ponieważ pociągają za sobą negatywne praktyczne, prawne i polityczne skutki.

Kwota podatku węglowego ma być ustalana w oparciu o ilość dwutlenku węgla wyemitowanego przy produkcji danego dobra. Ustalenie zawartości węgla nastręcza szereg praktycznych i prawnych problemów – m.in. zmusiłoby przedsiębiorstwa do ujawnienia szczegółów dotyczących ich łańcuchów dostaw, czyli tajemnic handlowych.

W kwestii podatku cyfrowego również napotkamy poważne problemy. Zdaniem OECD, stworzenie podziału na gospodarkę cyfrową oraz tradycyjną byłoby prawie niemożliwe i wymagałoby postawienia arbitralnych granic. Biorąc pod uwagę pułap dochodowy ustawiony na poziomie 750 mln EUR, podatek cyfrowy będzie de facto podatkiem od firm amerykańskich. Jako że Ameryka sprzeciwia się propozycjom jakiegokolwiek państwa by regulacyjnie sektor cyfrowy, takie unilateralne działanie doprowadzi do napięć politycznych i osłabienia się pozycji UE względem partnerów z innych części świata.

– Jako Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rekomendujemy działania, które będą mitygować negatywne skutki proponowanych podatków. Dla Polski kluczowa powinna być zdolność do konkurowania z innymi państwami otoczeniem instytucjonalnym dla przedsiębiorczości. W tej chwili nie wykorzystujemy jej wystarczająco, ale zwrot w kierunku „federalizmu fiskalnego” praktycznie nas jej pozbawi – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

Polskie sieci handlowe wnioskują o równe traktowanie branży. Małe, rodzime sklepy chcą prowadzić biznes na równych warunkach

0

Przedstawiciele wybranych sklepów spożywczych skupionych wokół polskich sieci handlowych wnioskują o wprowadzenie kodeksu etyki w branży handlu spożywczego. Kodeks powinien obowiązywać wszystkie podmioty prowadzące działalność gospodarczą, niezależnie od skali biznesu. Taki wniosek płynie z wypowiedzi przedstawicieli zarówno niezależnych  przedsiębiorców jak i tych skupionych wokół polskich sieci handlu detalicznego. To reakcja na doniesienia o decyzji UOKiK i karach wymierzonych w dominującą na rynku (ponad 25% udział) sieć Biedronka.

– Kodeks etycznej sprzedaży to możliwość bardziej przejrzystych zasad, które staną się wykładnią dla wszystkich uczestników rynku – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów, skupiającej m.in. sklepy Top Market, Minuta 8.

– Popieramy postulat wprowadzenia kodeksu dla branży spożywczych sklepów jako gwarancji bezpieczeństwa zakupów dla Klienta – dodaje Wojciech Krawczyk, z Galerii Otwockiej.

Wypowiedzi te są reakcją na decyzje UOKiK, który w zeszłym tygodniu nałożył karę na Jeronimo Martins Polska, właściciela sklepów Biedronka w wysokości 115 mln zł. Sieć sklepów przez kilka lat miała dopuszczać się praktyki wprowadzania klientów w błąd. – Klienci skarżyli się na wyższe ceny w kasie niż na sklepowych półkach oraz na brak cen przy towarach. Praktyki te potwierdziły także kontrole Inspektoratów Inspekcji Handlowej. Tym samym w pełni potwierdziliśmy niepokojące sygnały pochodzące od konsumentów – powiedział prezes UOKiK, Tomasz Chróstny.

UOKiK badał sprawę Jeronimo Martins Polska przez kilka lat. Pierwsze sygnały od konsumentów docierały już w 2016 r. Informacje o tych nieprawidłowościach docierały także od Wojewódzkich Inspektoratów Inspekcji Handlowej. „Prezes UOKiK zlecił kontrole Inspekcji Handlowej, które potwierdziły skalę nieprawidłowego informowania o cenach w sklepach należących do Jeronimo Martins Polska. Z ustaleń Urzędu wynika, że praktyka trwa co najmniej od 2016 r. Dopiero wszczęcie postępowania pod koniec ubiegłego roku przyczyniło się do podjęcia przez właścicieli Biedronki działań, których celem ma być rozwiązanie stwierdzonych nieprawidłowości. Prezes UOKiK będzie monitorował skutki wdrażanych zmian, mających usunąć naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu Urzędu.

Przedstawiciele branży zwracają uwagę na konieczność wyeliminowania tego typu praktyk za pomocą m.in. Kodeksu Etyki Handlu. Dokument taki, sygnowany przez większość uczestników rynku mógłby pozwolić na ukrócenie nieprawidłowości takich jak nieuczciwe konkurowanie promocjami na wybrane produkty (piersi z kurczaka w 2019), które wprowadzały w błąd klientów i skutecznie eliminowały z rynku małych przedsiębiorców prowadzących lokalne sklepy, oferując podobny, wysoki jakościowo towar – twierdzą przedstawiciele małych sklepów.

Innym zagadnieniem, wymagającym regulacji powinien być nadzór nad dominująca pozycją wybranych podmiotów na rynku handlu. – Rząd powinien wrócić do swoich deklaracji o wsparciu polskich podmiotów branży spożywczej i zapobieganiu sytuacji zbyt dużej koncentracji w rękach jednego, dużego podmiotu – dodają przedstawiciel branży.

INELO News – Pakiet Mobilności obowiązuje od dziś. O czym należy pamiętać?

Już dziś, czyli 20 sierpnia 2020 roku w życie wchodzą pierwsze regulacje zawarte w Pakiecie Mobilności. 31 lipca dyrektywa została wpisana w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. Tym samym jest to oficjalny koniec procesu legislacyjnego, zmieniającego oblicze transportu, który formował się już od 3 lat. Nowe przepisy ukazały się ok. 10 dni wcześniej, niż przewidywała to początkowo Komisja Europejska. Jakie są szczegóły zmian, które zaczęły obowiązywać z dniem dzisiejszym? Na co trzeba uważać? Odpowiedzi znajdziemy w materiale przygotowanym przez Mateusza Włocha z Grupy INELO.

Obowiązkowy powrót kierowcy do centrum operacyjnego (tzw. „bazy”) lub miejsca zamieszkania maksymalnie co 4 tygodnie

Kierowca w każdych 4 tygodniach kalendarzowych (pn.-nd.) będzie zobligowany rozpocząć odpoczynek 45-godzinny w miejscu zamieszkania lub centrum operacyjnym firmy. Jednak w przypadku wykorzystania w trasie dwóch odpoczynków tygodniowych skróconych pod rząd, kierowca będzie musiał wrócić przed kolejnym wymaganym odpoczynkiem tygodniowym, w tym przypadku już regularnym. Tym samym najczęściej przy korzystaniu z odstępstwa dotyczącego wykorzystania dwóch odpoczynków tygodniowych w trasie, kierowca będzie zobligowany do powrotu już po 3 tygodniach. Duże znaczenie w tym przypadku będzie miało właściwe zaznaczenie na tachografie wpisu kraju zakończenia i rozpoczęcia pracy, szczególnie w sytuacji powrotu kierowcy np. jako pasażera w busie. Powinien on wówczas zaznaczyć w tachografie wpisem manualnym, odpowiadający długości podróży okres dyspozycyjności, a następnie wprowadzić kraj zakończenia – „PL”.

Dwa skrócone odpoczynki tygodniowe pod rząd

To nowe odstępstwo od przepisów dotyczących odpoczynków tygodniowych. Kierowca międzynarodowy może odbyć dwa skrócone tygodniowe okresy odpoczynku pod rząd (2x24h), o ile spełni następujące warunki:

  • oba odpoczynki tygodniowe skrócone zostają wykorzystane za granicą (w przypadku polskiej firmy, mogą to być wszystkie kraje, w których obowiązuje rozporządzenie 561 poza Polską). Oznacza to, że nowe odstępstwo nie dotyczy przewozów wykonywanych wyłączenie na terenie Polski oraz w krajach AETR;
  • w każdych czterech tygodniach kalendarzowych mają zostać zrealizowane przynajmniej dwa odpoczynki tygodniowe regularne i dwa odpoczynki tygodniowe skrócone. Oznacza to, że jeśli firma będzie chciała w sposób ciągły wykorzystywać odstępstwo, to kierowca przed kolejnym wyjazdem na 3 tygodnie, aby spełnić tą regułę, powinien wykonać dodatkowy odpoczynek 45-godzinny;
  • po dwóch odpoczynkach tygodniowych skróconych, kolejnym odpoczynkiem powinien być tygodniowy regularny, dodatkowo poprzedzony rekompensatą za dwa poprzednie skrócenia. Sama rekompensata powinna jednak zostać poprzedzona odpoczynkiem dobowym. Tak długi odpoczynek powinien zostać wykorzystany w centrum operacyjnym firmy lub miejscu zamieszkania kierowcy.

Zakaz odbierania odpoczynków tygodniowych regularnych w kabinie pojazdu

Nowy zapis nie pozostawia wątpliwości – wszystkie odpoczynki trwające min. 45 godzin nie mogą być odebrane w kabinie pojazdu. Dodatkowo, pojawił się nowy wymóg – wspomniane odpoczynki mają odbywać się w miejscu przyjaznym dla wszystkich płci z odpowiednim zapleczem sanitarnym oraz sypialnym. Warto tutaj podkreślić, że zmiana zapisu pomoże w egzekwowaniu ww. przepisu w krajach UE, co zapewne będzie miało swoje odzwierciedlenie w częstszych kontrolach. Jedną z ważniejszych przesłanek, na którą inspektorzy zwracają uwagę, próbując określić, czy doszło do naruszenia przepisów jest kwestia pozostawiania karty kierowcy w tachografie – oprogramowanie automatycznie podpowiada, czy taka sytuacja miała miejsce.

Możliwość przedłużenia czasu jazdy o maksymalnie 1 lub 2 godziny przy powrocie do bazy

Przedłużenie czasu jazdy przy powrocie do bazy jest obwarowane dodatkowymi warunkami, co może skutkować, że w praktyce w niewielu sytuacjach kierowca prawidłowo z niego skorzysta. Warto poznać wytyczne przed zezwoleniem kierowcy na takie przekroczenie, gdyż można się narazić na przykre konsekwencje w formie naruszeń. Pierwszym aspektem jest konieczność udokumentowania takiego przedłużenia na wydruku z tachografu lub wykresówce. Kierowca na wydruku powinien wskazać powody takiego odstępstwa. Możliwość przekroczenia dotyczy czasu jazdy dziennej oraz tygodniowej, jak również powstałym przy tym ewentualnym naruszeniu doby kierowcy – oznacza to, że odpoczynek dzienny może w tej sytuacji również zostać odebrany za późno. Należy podkreślić, że nowa regulacja nie zezwala na przekroczenia związane z odpoczynkami tygodniowymi, dlatego mimo przedłużenia jazdy kierowca i tak musi wrócić do bazy w przeciągu 6 okresów 24-godzinnych od poprzedniego odpoczynku tygodniowego. Dodatkowym wspólnym warunkiem obu przedłużeń jest także konieczność rekompensaty przedłużonego czasu, która jest do odebrania na dotychczasowych warunkach – więc razem z przynajmniej 9-godzinnym odpoczynkiem, w ciągu maksymalnie kolejnych trzech tygodni. W praktyce przeglądając tysiące tygodni pracy kierowców okazuje się, że prawie u każdego w normalnej pracy zdarzają się dni, gdy odpoczywa dłużej, niż wymagane przepisami minimum – co przy jednoczesnym utrudnionym korzystaniu z ww. odstępstwa oznacza, że tą rekompensatą nie należy się przejmować, ponieważ zostanie zapewne wykonana przy okazji normalnej pracy kierowcy. Pozostałe warunki różnią się w zależności od wielkości przekroczenia czasu jazdy. Przed skorzystaniem z tej możliwości należy oszacować, o ile zostanie przekroczony ewentualny czas jazdy. Jeśli będzie to do jednej godziny, wówczas kierowca powinien wrócić do bazy lub do domu na co najmniej odpoczynek tygodniowy skrócony (min. 24h). Jeśli zostanie przekroczony o czas do dwóch godzin to:

  • kierowca powinien wrócić do bazy lub do domu na przynajmniej odpoczynek tygodniowy regularny (min. 45h);
  • przed tymi dodatkowymi 2 godzinami jazdy kierowca powinien odebrać dodatkową 30-minutową przerwę.

Możliwość przerwania odpoczynków tygodniowych skróconych oraz regularnych na promie lub w pociągu

Do tej pory istniała możliwość dwukrotnego przerwania jedynie odpoczynków dziennych regularnych na promie lub w pociągu (11h lub 3h+9h) – nawet w załodze! Według zasad Pakietu Mobilności można przerwać także odpoczynki tygodniowe skrócone na tych samych warunkach (maks. dwa przerwania trwające łącznie nie dłużej niż 1h). W przypadku przerwania na promie odpoczynku tygodniowego regularnego poza dotychczasowymi warunkami pojawiają się nowe:

  • kierowca musi mieć dostęp do kabiny sypialnej, a nie jak w przypadku krótszych odpoczynków do koi lub kuszetki;
  • podróż promem, bądź pociągiem ma być zaplanowana przynajmniej na 8 godzin.

Nowe wyłączenia – kto nie musi mieć tachografu?

Dobra wiadomość dla branży budowlanej – w życie wchodzą dwa nowe wyłączenia, z których wynika, że w przypadku pojazdów lub zespołu pojazdów wykorzystywanych przez przedsiębiorstwo budowlane do przewozu maszyn budowlanych (w promieniu do 100 km od bazy przedsiębiorstwa, jak również pod warunkiem, że prowadzenie takich pojazdów nie stanowi głównego zajęcia kierowcy) oraz pojazdów wykorzystywanych do dostarczania masy betonowej prefabrykowanej (bez dodatkowych warunków) nie trzeba się stosować do ograniczeń czasów jazdy i odpoczynku z rozporządzenia 561/2006. Co więcej, nie będzie obowiązku użytkowania oraz instalowania w takich pojazdach tachografu. Jednak przed podjęciem działań należy, w pierwszej kolejności zwrócić uwagę, że wspomniane odstępstwa zostały dodane w art. 13 rozporządzenia 561, co oznacza, że nie każde państwo członkowskie musi je wprowadzić. W Polsce zgodnie z ustawą o czasie pracy kierowców wszystkie przewozy z art. 13 rozporządzenia 561 są zaakceptowane, więc jeśli nie zmieni się polska ustawa, to te wyłączenia będą u nas obowiązywać.

Posiadasz tachograf analogowy? Pamiętaj o nowym obowiązku!

Od wielu lat wymagane jest, żeby na wykresówkach używanych w tachografach analogowych uzupełniać m.in. miejscowości rozpoczęcia oraz zakończenia pracy – teraz dochodzi do tego obowiązek wpisania na wykresówce symbolu kraju rozpoczęcia i zakończenia pracy, najlepiej na jej przodzie, zaraz przy miejscowości. Dodatkowo, jeśli kierowca w pojeździe z tachografem analogowym będzie przekraczał granice wewnątrz UE oraz innych krajów, które podlegają pod rozporządzenie 561, powinien się zatrzymać na granicy lub w pierwszym bezpiecznym miejscu postoju bezpośrednio po przejechaniu granicy i odnotować na wykresówce symbol kraju, do którego wjeżdża.

 

Materiał przygotował Mateusz Włoch, Grupa INELO.

Koronawirus weryfikuje rynek outsorcingu

To, że przedsiębiorca kupował puste faktury, nie oznacza, że sam też je wystawiał

Stwierdzenie nabycia przez przedsiębiorcę pustych faktur celem uzyskania korzyści podatkowych upoważnia organy do odmówienia mu prawa do odliczenia wynikającego z nich podatku. Nie oznacza jednak, że na tej podstawie mogą żądać od niego zapłaty VAT z faktur, które on wystawił. Jak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi w wyroku z 19 marca 2020 r., to, iż przedsiębiorca kupował puste faktury, nie oznacza, że sam takie wystawiał. Organy muszą to dopiero udowodnić.

Przepis art. 88 ust. 3a pkt 4 lit. a) ustawy o VAT stanowi, że nie mogą być brane za podstawę do obniżenia lub zwrotu należnego podatku od towarów i usług faktury stwierdzające czynności, które nie zostały dokonane. Z drugiej strony na mocy art. 108 ust. 1 tej ustawy sam fakt wystawienia faktury zobowiązuje wystawcę do zapłaty wykazanej w niej kwoty VAT. Nawet jeśli jest to tzw. pusta faktura, czyli niedokumentująca rzeczywistych zdarzeń gospodarczych.

Dostawca fałszował dokumenty nabycia towaru

Naczelnik urzędu skarbowego ustalił, że jeden z dostawców sprzętu fotograficznego w określonych miesiącach 2011, 2012 i 2013 r. nie dokonywał nabyć towarów, a zaewidencjonowane przez niego faktury zakupu nie stwierdzały rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Przemawiały za tym m.in. zeznania zbywcy tych towarów, który stanowczo zadeklarował, że przedmiotowe faktury zawierają podrobione pieczęcie jego firmy, a on sam ujętych na tych fakturach ilości towarów wskazanemu dostawcy nie sprzedał. Również jego zeznania sugerowały, że prowadzona hurtowa sprzedaż aparatów fotograficznych nie miała prawdziwego charakteru, bo odsprzedawał je wyłącznie podmiotom narzuconym przez jednego ze swoich kontrahentów. Zasadność tych zarzutów potwierdził WSA w Białymstoku.

Skoro przedsiębiorca nie nabył, to i nie mógł sprzedać

Gdy inny przedsiębiorca trudniący się sprzedażą sprzętu fotograficznego w okresie od listopada 2011 r. do marca 2013 r. zaewidencjonował 44 faktury nabycia towaru od ww. dostawcy, organ uznał, że i one dokumentują czynności, które nie zostały dokonane. Przedsiębiorca nie mógł nabyć towaru, skoro w sprawie wskazanego wyżej dostawcy bezsprzecznie ustalono, że on sam towaru tego nie kupił. Poza tym mimo wynikającej z faktur wieloletniej współpracy, firmy nigdy nie zawarły transakcji na piśmie, a całość zamówień składana była przez przedsiębiorcę telefonicznie. Stąd też na podstawie tych i innych przesłanek naczelnik urzędu skarbowego określił przedsiębiorcy na nowo zobowiązanie w podatku od towarów i usług, odbierając mu prawo do odliczenia VAT wykazanego na zakwestionowanych fakturach nabycia.

Jednocześnie, powołując się na art. 108 ust. 1 ustawy o VAT, zobowiązał przedsiębiorcę do zapłaty podatku od towarów i usług z wystawionych przez niego fikcyjnych faktur jako niedokumentujących dokonanej przez niego rzeczywistej odsprzedaży sprzętu fotograficznego do dalszych odbiorców. Organ uznał, że przedsiębiorca jest uczestnikiem pozornego obrotu tym sprzętem.

Przedsiębiorca wniósł skargę na decyzję dyrektora izby administracji skarbowej, utrzymującą w mocy decyzję naczelnika urzędu skarbowego, a rozpoznający ją Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi przychylił się do niej. Sąd przychylił się do ustaleń organów co do fikcyjności nabyć dokonanych przez przedsiębiorcę od podmiotów jedynie stwarzających pozory prowadzenia działalności gospodarczej, o której to pozorności potwierdził WSA w Białymstoku. Uznał, że przedsiębiorca świadomie uczestniczył w oszustwie, którego celem było uzyskanie korzyści podatkowych za pośrednictwem tzw. pustych faktur.

To, że sam kupował puste faktury, nie oznacza, że sam je wystawiał

Sąd orzekł, że fakt, iż przedsiębiorca nabywał puste faktury, nie oznacza automatycznie, że sam takie dokumenty wystawiał. Jak wynika z ustaleń organów, skarżący nie mógł nabyć towaru od ww. nierzetelnego dostawcy, to i nie mógł go odsprzedać. Ale organy jedynie na tym poprzestały, zapominając, że mógł on sprzedać towar pochodzący z innego źródła. Jeśli tak nie było, organy muszą to udowodnić. A w niniejszej sprawie wszystkie podmioty wskazane na zakwestionowanych fakturach sprzedaży wystawionych przez skarżącego przedsiębiorcę potwierdzają, że transakcje doszły do skutku. Jeśli tak było, wówczas zastosowania nie znajduje w tym przypadku przepis art. 108 ust. 1 ustawy o VAT. Chcąc obarczyć przedsiębiorcę konsekwencjami wynikającymi z regulacji tego przepisu, organy muszą więc wykazać, że transakcje te nie miały w rzeczywistości miejsca.

„Brak przeprowadzenia takich (…) dowodów świadczy o prowadzeniu postępowania w sposób dalece niewystarczający. Nie można nakładać na żadnego podatnika poważnych obowiązków daninowych bez przeprowadzenia prawidłowego postępowania dowodowego, bez ustalenia stanu faktów i należytej oceny dowodów” (wyrok z 19 marca 2020 r., sygn. akt z I SA/Łd 864/19).

Wina musi zostać udowodniona, a przedsiębiorcy mają prawo się bronić

To bardzo ważny wyrok dla przedsiębiorców, przypominający im, że organy skarbowe nie mogą nakładać na nich dodatkowych ciężarów podatkowych ani odmawiać ulg i odliczeń bez silnych, uzasadnionych i udowodnionych podstaw. Przedsiębiorcy mają prawo się przed takim nieuprawnionym działaniem bronić, chroniąc siebie i majątek swojej firmy sami, lub korzystając ze wsparcia kancelarii prawnych, wyspecjalizowanych w reprezentacji firm w postępowaniach przed organami podatkowymi.

 

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Mandaty, a nawet więzienie za brak maseczki. Jakie kary obowiązują w poszczególnych krajach?

0

W większości krajów na świecie obowiązują nakazy noszenia maseczek [1]. Mogą obowiązywać na terenie całego kraju (jak w większości krajów Europy) albo w niektórych
częściach, w zależności od sytuacji epidemiologicznej lub decyzji władz lokalnych (np. Stany Zjednoczone, Rosja, Kanada, Australia). Wszędzie za nieprzestrzeganie przepisów o zasłanianiu ust i nosa grożą kary finansowe, a w niektórych jurysdykcjach nawet kary pozbawienia wolności.

Jeszcze w marcu i kwietniu WHO, CDC i część rządów krajowych nie zalecały lub
wręcz zniechęcały do powszechnego noszenia maseczek przez osoby bez objawów
twierdząc, że w żaden sposób nie chronią one osób zdrowych przed zarażeniem. Skąd
zatem zmiana zdania? Wydaje się, że wynika ona przede wszystkim z początkowego braku odpowiedniej wiedzy – zalecenia zaczęto zmieniać mniej więcej w momencie, w którym
pojawiły wyniki badań wskazujące na to, że osoby z COVID-19 mogą zarażać innych jeszcze przed wystąpieniem objawów lub w ogóle przechodzić chorobę bezobjawowo. Jako inny powód można podać ograniczoną podaż maseczek na początku pandemii i strach przed
tym, że powszechne ich stosowanie spowoduje niedobory w placówkach medycznych.
Na chwilę obecną dysponujemy już znaczną liczbą prac naukowych, które wskazują na
skuteczność maseczek w walce z koronawirusem. Na przykład, za pomocą eksperymentów laboratoryjnych pokazano, że nawet niemedyczne maseczki zatrzymują kropelki
o rozmiarze wymaganym do ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa [2]. Do dyspozycji
jest także pokaźny zasób badań epidemiologicznych, które sugerują skuteczność powszechnego obowiązku noszenia maseczek i jego negatywny wpływ, między innymi na
prędkość rozprzestrzeniania się COVID-19 [3] oraz na śmiertelność [4].

Przepisy i zalecenia dotyczące maseczek zmieniały się także już po ich wprowadzeniu. Przykładowo w Polsce jeszcze w lutym minister zdrowia twierdził, że nie wie, po co
ludzie noszą maseczki, 16 kwietnia wprowadzono stosunkowo restrykcyjny nakaz
zasłaniania ust i nosa obejmujący praktycznie całą przestrzeń publiczną, by 30 maja ograniczyć powyższy nakaz wyłącznie do zamkniętych pomieszczeń i miejsc, w których nie da się zachować odległości co najmniej 2 metrów między osobami. Wreszcie, 8 sierpnia dokonano podziału Polski na strefy zielone, żółte oraz czerwone (w zależności od sytuacji epidemiologicznej). W tych ostatnich przywrócono obowiązek zakrywania nosa i ust w całej przestrzeni publicznej. Podobne, częste zmiany zaobserwować można w wielu innych krajach.

Obecnie obowiązek zakrywania ust i nosa dotyczy zazwyczaj wymienionych z nazwy
miejsc (najczęściej są to: transport publiczny, urzędy, placówki handlowe i usługowe)
oraz wszystkich innych części przestrzeni publicznej, w których nie ma możliwości zachowania odpowiedniego dystansu między osobami. Takie przepisy obowiązują między
innymi w Polsce i w zdecydowanej większości krajów Europy. Przed szereg na starym kontynencie wysuwają się Francuzi i Hiszpanie. We Francji w całym kraju przepisy nakazujące zasłanianie ust i nosa zbliżone są do polskich, jednak władze samorządowe wielu miast i regionów, w szczególności dużych aglomeracji (m.in. Marsylia, Tuluza, część Paryża) i miejscowości turystycznych, nałożyły dodatkowy nakaz noszenia maseczek również na świeżym powietrzu. W Hiszpanii już wszystkie regiony wprowadziły lokalny nakaz noszenia maseczek zarówno w zamkniętych pomieszczeniach, jak i w otwartych przestrzeniach – 13 sierpnia taki przepis wprowadzono na Wyspach Kanaryjskich. Decydenci poszli nawet krok dalej i za przykładem Galicji zaproponowali również zakaz palenia w miejscach publicznych, w których nie da się zachować odpowiedniego odstępu (np. w ogródkach restauracji i barów). Jako osobną grupę krajów wymienić można niektóre kraje azjatyckie (Chiny, Japonia), w których formalnego obowiązku noszenia maseczek może nie być, ale ze względu na normy kulturowe zakrywanie ust i nosa jest powszechne. Jedynie kilka krajów na świecie do tej pory nie wprowadziło (przynajmniej lokalnie) żadnych przepisów nakazujących noszenie maseczek i w których
20 sierpnia 2020 r. takie zachowanie nie jest powszechne. W Europie są to Norwegia, Szwecja, Finlandia i Białoruś.

Za niezastosowanie się do obowiązku zasłaniania ust i nosa grożą kary grzywny. W Polsce jest to mandat w wysokości 500 PLN, choć sprawa może również zostać przekazana do sanepidu, który może nałożyć nawet 30 tys. PLN kary administracyjnej. We Francji grozi mandat w wysokości 135 EUR, w Hiszpanii jest to około 100 EUR, a w Portugalii między 120 EUR a 350 EUR. Do najwyższych należą kary przewidziane przez prawodawcę irlandzkiego. Nie dość, że maksymalna wysokość mandatu za nienoszenie maseczki wynosi tam 2,5 tys. EUR, to w przypadku rażących naruszeń przepisów grozi nam również kara do
6 miesięcy pozbawienia wolności.

We Włoszech kary mają charakter regionalny. I tak w rejonie Mediolanu za nienoszenie maseczki grozi do 400 EUR kary, a np. w Kampanii już do 1000 EUR. Ze zróżnicowaniem kar w zależności od regionu (miasta) spotkamy się także między innymi w Niemczech. W Berlinie wysokość mandatu za niedostosowanie się do przepisów to 50 EUR i nawet 500 EUR dla „recydywistów”, w Nadrenii Północnej-Westfalii jest to 150 EUR. W Stanach
Zjednoczonych już w 34 stanach funkcjonuje jakaś forma obowiązkowego noszenia maseczek. Wysokość kary za naruszenie tego obowiązku zależy od stanu i hrabstwa, jednak zazwyczaj waha się od 100 USD do 300 USD.

Podobnie jak przepisy, również wysokość kar podlega zmianom. Dla przykładu, w Wielkiej Brytanii do niedawna mandat za brak maseczki wynosił 100 GBP (50 GBP jeśli wpłaty dokonano w ciągu 14 dni). Najwidoczniej kara ta nie była wystarczająco odstraszająca,
gdyż 14 sierpnia Boris Johnson ogłosił nowe przepisy, które zakładają dwukrotny wzrost
kary za każde kolejne wykroczenie aż do maksymalnej wysokości 3200 GBP.

Jak widać, od początku pandemii mamy do czynienia z prawdziwą karuzelą zmian
przepisów dotyczących obowiązku noszenia maseczek, jak i kar za ich nieprzestrzeganie. Zmiany wynikały ze stanu (nie)wiedzy na temat skuteczności maseczek, z ich dostępności, ze strachu przed niekontrolowanym rozrostem pandemii oraz z późniejszego oswojenia się z problemem. Motywowane były nie tylko względami epidemiologicznymi, lecz
także kulturowymi, politycznymi i gospodarczymi. Należy pamiętać, że pandemia koronawirusa jest pierwszym prawdziwie globalnym kryzysem epidemiologicznym i dla większości krajów walka z nim jest zupełną nowością, podobnie jak konieczność zasłaniania ust i nosa oraz uchwalanie przepisów nakładających taki obowiązek. W dużej mierze częstotliwość zmian wynika z pogłębiania i poszerzania wiedzyna temat skuteczności różnych działań. I choć w najbliższej przyszłości najpewniej należy spodziewać się, że „maseczkowa karuzela” dalej będzie się kręcić, to warto mieć nadzieję, że przynajmniej zaczerpniemy z niej odpowiednie doświadczenia i wyciągniemy właściwe wnioski. I że następnym razem (choć miejmy nadzieję, że ten dzień nigdy nie nadejdzie) będziemy zdecydowanie lepiej przygotowani.

[1] Informacje zawarte w niniejszym wpisie są aktualne wg
stanu na 13 sierpnia 2020 r.
[2] http://files.fast.ai/papers/masks_lit_review.pdf
[dostęp: 13.08.2020].
[3] https://www.healthaffairs.org/doi/10.1377/
hlthaff.2020.00818 [dostęp: 13.08.2020].
[4] https://www.medrxiv.org/content/10.1101/
2020.05.22.20109231v5 [dostęp: 13.08.2020].

źródło : Tygodnik PIE

Czy emeryci ucierpią na kryzysie?

Zastój gospodarczy i wysoki wskaźnik zwolnień wpłynął na ilość spływających do ZUSu składek emerytalnych. Będzie to miało wpływ na wysokość emerytur tych osób, które z powodu epidemii koronawirusa tracą teraz pracę lub zmniejsza się ich pensja. Niższe składki, odprowadzane na konto emerytalne lub przerwa w ich opłacaniu – wpłyną na wysokość ich emerytur w przyszłości. Jednak obecna sytuacja gospodarcza będzie miała także niemały wpływ na wysokość świadczeń tych osób, które na emeryturę przechodzą za chwilę. To, ile emerytury dostaną, zależy bowiem od waloryzacji kapitału emerytalnego, którym dysponuje ZUS. A waloryzacja ta zależna jest od aktualnej sytuacji gospodarczej kraju.

– Osoby, które będą przechodziły na emeryturę za rok, w gruncie rzeczy wypracowały już swój kapitał emerytalny. Składki, które teraz odprowadzą, nie powinny mieć na to dużego wpływu. Jednak wysokość waloryzacji kapitału emerytalnego zależy od tempa przyrostu wszystkich składek. Dlatego osoby, które będą przechodzić na emeryturę za chwilę, też będą poszkodowane przez tę sytuację – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Nie ma wątpliwości, że skala strat będzie duża. Zwolnienie przedsiębiorców ze składek na ZUS będzie miało wpływ na poziom waloryzacji nie tyle samych emerytur – co kapitału emerytalnego tych osób, które są tuż przed przejściem na emeryturę. W taki sposób został skonstruowany nasz system – mechanizm bilansujący dostosowuje wysokość emerytur do sytuacji gospodarczej. Niestety pociąga on za sobą też taki skutek, że przyszłe emerytury będą naliczane w oparciu o mniej korzystne parametry – tłumaczy Kozłowski.

Nie takiego protokołu się spodziewano – sytuacja na rynku walutowym

Fed pozostaje gołębi, ale w opublikowanych wczoraj minutkach z lipcowego posiedzenia FOMC nie przypomniał o tym, ani też nie zasugerował, że zamierza agresywnie pogłębić ekspansywne nastawienie. Dokument nie spełnił wygórowanych oczekiwań rynkowych, oferując powód do wzrostu rentowności obligacji skarbowych i odbicia USD.

Protokół po lipcowym posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku został odczytany, jakby Fed był zadowolony z aktualnego kształtu polityki monetarnej, nawet jeśli utrzymują się obawy o wpływ kryzysu zdrowotnego na gospodarkę. W szczególności zaskoczeniem był duży opór w szeregach komitetu przed wprowadzeniem ograniczeń dla wzrostu rentowności obligacji skarbowych (tzw. kontrola krzywej dochodowości = yield curve control, YCC), gdyż większość członków uważa, że takie rozwiązanie przyniesie niewielkie korzyści. W minutkach nie pojawiły się też żadne wskazówki o poważnych zmianach w forward guidance dotyczących celu inflacyjnego. Innymi słowy Fed nie dostarczył niczego, co mogłoby gwarantować utrzymanie niskich stóp procentowych na wiele lat do przodu. Z drugiej strony w żadnym miejscu nie wykluczył takiego scenariusza. Wręcz przeciwnie, decydenci wyrazili obawy o ścieżkę ożywienia w obliczu nasilenia się skali zachorowań na wirusa. Komunikat zasugerował, że członkowie gorąco debatują nad dalszą ekspansją monetarną, gdyby warunki gospodarcze uległy ponownemu pogorszeniu.

Rynek jednak chciał więcej. Na pozbawionym innych impulsów wakacyjnym rynku trwająca pięć dni przecena dolara potrzebowała świeżego paliwa. I to najlepiej w postaci jasnych wskazówek Fed, że nasilenie gołębiości jest tuż za rogiem (tj. pojawi się na wrześniowym posiedzeniu). Tego w minutkach brakowało, a inwestorzy pozostali na wyśrubowanych poziomach EUR/USD i innych crossów z dolarem (także złoto). Nocna przecena oczyszcza rynek z zatęchłego pozycjonowania, jednak przekaz z minutek nie powinien być pretekstem do silniejszego odwrotu w stronę USD. Od wczoraj nic nie zmieniło się w podstawach gospodarczych, monetarnych i fiskalnych. Wirus zagraża ożywieniu w USA, wsparcie fiskalne stanęło pod znakiem zapytania, w rezultacie otwartą pozostaje droga do dalszego luzowania polityki Fed. Obecnie nie ma konieczności ucinać spekulacje o rychłej normalizacji polityki monetarnej, bo takich spekulacji nie ma. Jedyne, co się od wczoraj zmieniło, to tylko oczekiwania rynkowe uległy schłodzeniu. Jednak kierunek w średnim terminie nie powinien ulec zmianie. Dolar pozostanie słaby.

Schłodzenie nastrojów rynkowych przykróciło optymizm w stosunku do walut rynków wschodzących, przynosząc odbicie EUR/PLN ponad 4,40. Jeszcze przed publikacją minutek FOMC widać było, jak odchylenie kursu pod 4,38 szybko spotkało się z reakcją strony kupującej i dalej uważamy, że w tym rejonie złoty zahacza o przewartościowanie. Poza śledzeniem sentymentu na rynkach zewnętrznych nic innego nie buduje przekonania, aby złoty miał dalej zyskiwać. Ale też takie zawężenie listy determinantów zmienności sugeruje, że podbicia powinny aktualnie wyhamowywać przy 4,41, gdyż nie sądzimy, aby dalsze odbicie dolara na rynkach bazowych miało być kontynuowane.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Doświadczona menedżerka wzmacnia BNP Paribas Real Estate Poland

0

Justyna Nieciecka w strukturach BNP Paribas Real Estate Poland obejmie nowo utworzone stanowisko Business Development Managera. Transfer do agencji doradztwa na rynku nieruchomości jest transferem wewnątrz Grupy BNP Paribas ze struktur BNP Paribas Bank Polska S.A. Nowa menedżer będzie odpowiedzialna za rozwój działalności firmy, budowanie oraz utrzymywanie relacji z klientami banku i strategiczne doradztwo przy projektach nieruchomościowych.

Justyna Nieciecka posiada bogate doświadczenie w rozwoju biznesu, które zdobywała pracując w sektorze bankowym przez blisko 20 lat. W swojej karierze realizowała cele sprzedażowe, dbając o długofalowy rozwój relacji z klientami bankowości korporacyjnej, a w ostatnich latach głównie o zasięgu międzynarodowym. Wieloletnie doświadczenie zawodowe zdobywała w renomowanych instytucjach finansowych (BNP Paribas Bank Polska S.A., BZ WBK, mBank, ING Bank oraz Bank Handlowy). Zanim dołączyła do BNP Paribas Real Estate Poland zarządzała relacjami biznesowymi w ramach BENELUX & Nordic Desks w BNP Paribas Bank Polska S.A., a także odpowiadała za realizację wielu projektów z udziałem międzynarodowych izb handlowych. W swoim dorobku zawodowym ma założenie i współprowadzenie przez 5 lat kancelarii inwestycyjnej zorientowanej między innymi na rynek nieruchomości.

-Transfer Justyny Niecieckiej to efekt bliskiej współpracy pomiędzy spółkami Grupy BNP Paribas, która stanowi fundament naszej kultury organizacyjnej. Dzięki bliskim relacjom między naszymi firmami mamy aktualną wiedzę nt. produktów przez nie oferowanych, dlatego możemy zaoferować Klientom Grupy BNP kompleksowe i niestandardowe rozwiązania nie tylko w zakresie finansowania czy obrotu nieruchomościami. Justyna posiada wysokie kompetencje menedżerskie, a dzięki swojej wieloletniej pracy dla Banku BNP Paribas Polska bardzo dobrze zna strukturę Grupy oraz ekspertów z poszczególnych spółek. Dzięki jej wysokim kompetencjom będzie łącznikiem pomiędzy nami i pomoże realizować przedsięwzięcia rozszerzające działalność naszej firmy. – Erik Drukker, CEO CEE, BNP Paribas Real Estate

Bardzo cieszymy się, że nie tylko możemy zatrzymać w grupie osoby bardzo doświadczone i kompetentne, ale też, że możemy stworzyć dla nich w organizacji nowe możliwości rozwoju. Jestem przekonana, że dalsza współpraca z bankiem zaprocentuje na wielu płaszczyznach. – Agnieszka Konarzewska-Włodarczyk, Dyrektor Zarządzający Pionu Przedsiębiorstw Międzynarodowych, Sektora Publicznego i Instytucji, BNP Paribas Bank Polska S.A

Justyna Nieciecka od 2008 roku jest licencjonowanym pośrednikiem w obrocie nieruchomościami, ukończyła studia MBA oraz podyplomowe studia w zakresie administrowania i obrotu nieruchomościami.

Nowe przepisy zdestabilizują rynek gospodarowania odpadami

• Odpady pochodzące z mechanicznego przetworzenia odpadów komunalnych, będą mogły być przetwarzane termicznie jedynie w spalarniach – przewiduje projekt rozporządzenia ministra klimatu.
• Zdaniem Konfederacji Lewiatan ograniczenie sposobów przetwarzania odpadów wyeliminuje z rynku pewną grupę firm, mimo iż prowadzą one analogiczne procesy termicznego przekształcania co spalarnie.

– Niezrozumiałe, z punktu widzenia zasady efektywnego gospodarowania odpadami jest ograniczenie możliwości stosowania odpadów pozyskanych w procesie mechanicznego przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych wyłącznie do spalarni odpadów, pomijając inne rodzaje instalacji – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Już obecnie tylko sektor cementowy poddaje termicznemu przetwarzaniu ok. 1,5 mln ton odpadów rocznie. Firmy prowadzące takie instalacje poniosły ogromne koszty inwestycyjne w celu dostosowania technologii do współspalania paliwa, co z kolei przekłada się pozytywnie na ochronę środowiska.

– Zastosowanie odpadów w zastępstwie węgla nie tylko pozwala zaoszczędzić cenne zasoby paliwa kopalnego, ale również z uwagi na zawartość biomasy w odpadach, umożliwia ograniczenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery – dodaje Dominik Gajewski.

Projekt rozporządzenia ministra klimatu może przyczynić się do obniżenia konkurencyjności instalacji i tym samym nie spadną ceny przetwarzania odpadów komunalnych. Zmniejszenie liczby firm przetwarzających odpady ograniczy bowiem konkurencję, co zgodnie z prawem popytu i podaży, spowoduje wzrost cen.

Nowe przepisy wprowadzają również obowiązek rozładunku i przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych w zamkniętych obiektach. Mają być one wyposażone w szczelne podłoże zapobiegające przedostawaniu się odcieków do środowiska, a także w urządzenia wentylacyjne oraz ograniczające przenikanie pyłów do powietrza, co ma na celu ograniczenie emisji do środowiska, w tym zredukowanie uciążliwości zapachowych. Firmy prowadzące instalacje będą musiały ponieść duże koszty, aby dostosować obiekty do nowych regulacji.

Ponadto, projekt rozporządzenia nie zawiera przepisów przejściowych, które wskazywałyby w jaki sposób nowe regulacje należy stosować do decyzji oraz pozwoleń wydanych wcześniej.

– To kolejna, w ostatnich latach, regulacja destabilizująca warunki prowadzenia działalności na rynku gospodarowania odpadami w Polsce. Brak ciągłości prawnej oraz częsta konieczność dostosowywania instalacji do zmieniających się wymogów, skutkuje olbrzymimi nieuzasadnionymi kosztami oraz uniemożliwia skuteczne planowanie i realizację przedsięwzięć z zakresu gospodarowania odpadami – podkreśla Dominik Gajewski.

Konfederacja Lewiatan

Coraz więcej ludzi ma problemy ze snem. To niepokojące, zwłaszcza w dobie pandemii

Tylko 49 proc. ludzi jest zadowolonych z jakości swojego snu. Większość z nas przesypia mniej niż zalecane minimum siedem godzin, a w ciągu nocy budzimy się przeciętnie dwa razy wynika z globalnego badania przeprowadzonego przez firmę Philips. Czynników zaburzających jakość snu jest wiele, ale najczęściej wymienianym z nich jest stres – co trzecia osoba deklaruje, że to właśnie stresujący tryb życia jest główną przyczyną ich problemów z wysypianiem się. Coraz częstsze nadużywanie telefonów komórkowych w sypialni także nie pozostaje bez znaczenia dla jakości naszego odpoczynku w nocy. W walce z zaburzeniami snu niezwykle użyteczne okazują się być nowe technologie urządzenia do diagnostyki oraz leczenia oparte na zaawansowanych algorytmach.

Jak wynika z ogólnoświatowego badania „Wake Up Call: Global Sleep Satisfaction Trends” przeprowadzonego przez firmę Philips, jedynie 49 proc. badanych jest zadowolonych z jakości swojego snu. Aż 3/4 przyznaje, że są mniej produktywni, a 61 proc. – że ich pamięć pogarsza się, jeżeli nie są wyspani. Z drugiej strony 84 proc. deklaruje, że ich nastrój w ciągu dnia jest znacznie lepszy, jeżeli dobrze przespali noc, a aż  90 proc. uważa, że sen jest jednym z kluczowych czynników wpływających zarówno na kondycję fizyczną, psychiczną, jak i na regenerację organizmu.

– Szacuje się, że w sumie ok. 50–60 proc. populacji ma kłopoty związane ze snem. To mogą być problemy złożone, takie jak insomnia, parasomnia czy bezdech senny, a także nieco bardziej powszechne, związane z odczuwanym przez nas stresem czy korzystaniem z telefonu komórkowego tuż przed zaśnięciem – mówi agencji Newseria Biznes Michał Grzybowski, dyrektor dywizji Connected Care w krajach Europy Środkowo-Wschodniej w firmie Philips. – Optymizmem napawa fakt, że rośnie nasza świadomość dotycząca pozytywnego działania snu i jego jakości na nasze samopoczucie.

Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, zdrowy sen odgrywa istotną rolę. Jak pokazują badania przeprowadzone przez firmę Sleep Standards, aż 77 proc. Amerykanów cierpi na problemy ze snem, przy czym dla 44 proc. główną przyczyną jest złość wywołana pandemią. Pozostałe przyczyny, jakie wymieniali ankietowani, to m.in. obawa o najbliższych czy doskwierająca samotność. Wysypianie się i odpowiedni wypoczynek, zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa, mają kluczowe znaczenie dla budowania odporności i wzmacniania organizmu. Sen w takim samym stopniu co układ odpornościowy chroni nas przed chorobami.

– Całe nasze życie jest zależne od rytmu okołodobowego, którego istotną częścią jest prawidłowy sen. Uczucie wyspania jest niezbędne, żeby nasz komfort życia był na odpowiednim poziomie. W czasie snu w całym organizmie zachodzi szereg procesów metabolicznych związanych z czynnością mózgu, niezbędnych, abyśmy mogli dobrze funkcjonować w ciągu dnia. Cała gospodarka hormonalna, pulsacyjne wydzielanie hormonów płciowych, a także procesy związane z łaknieniem także są powiązane ze snem. Zatem gdy go brakuje – organizm funkcjonuje gorzej – mówi dr Paweł Nastałek z Kliniki Pulmonologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Stres i zmartwienia są głównym czynnikiem pogarszającym jakość snu – w badaniu firmy Philips wskazuje na nie 33 proc. osób. W coraz większym stopniu winne są też przenośne urządzenia, takie jak choćby telefon czy tablet, oraz brak odpowiedniej higieny snu. Blisko 4 na 10 badanych tuż przed zaśnięciem „scrolluje” wiadomości, gra w gry albo przegląda social media. Z kolei co 10. przyznaje, że w ciągu nocy odpowiada na SMS-y i wiadomości, które wybudzają go ze snu. W sumie prawie 80 proc. badanych przyznaje się do korzystania w łóżku z telefonu komórkowego.

– Aż 40 proc. ludzi tuż przed snem używa telefonów komórkowych, więc są eksponowani na światło z ekranu. Podobnie dla blisko 40 proc. ludzi pierwszą czynnością tuż po przebudzeniu jest sięgnięcie po telefon komórkowy. To nie wpływa korzystnie na jakość naszego snu oraz pracę naszego mózgu – mówi Michał Grzybowski z firmy Philips.

Jakość snu oddziałuje także na relacje międzyludzkie. 30 proc. badanych deklaruje, że trudności ze snem mają wpływ na ich związek z partnerem życiowym (wśród osób z bezdechem sennym ten odsetek wzrasta do 51 proc.), a 36 proc. czasami sypia osobno ze swoim partnerem, żeby poprawić jakość swojego odpoczynku.

Konsekwencje wynikające z niewłaściwej higieny snu mogą być zauważalne od razu – takie symptomy jak zmęczenie w ciągu dnia, rozdrażnienie czy spadek odporności powinny zwrócić naszą uwagę. Problemy te mogą prowadzić także do długofalowych skutków, takich jak bezsenność, a nawet bezdech senny.

– Zaburzenia snu o typie bezsenności pojawiają się coraz częściej i są związane z trybem życia – z presją środowiska, brakiem czasu – wymienia dr Paweł Nastałek. – By im przeciwdziałać, powinniśmy stosować się do szeregu wzorców nazwanych tzw. higieną snu. Należy chodzić spać o podobnej porze, unikać picia kawy, herbaty, palenia papierosów przed pójściem do łóżka. Nie należy też czytać w łóżku książek i oglądać telewizji przed snem, a kłaść się wtedy, kiedy czujemy, że faktycznie chce nam się spać.

W walce z zaburzeniami snu niezwykle pomocne mogą być innowacyjne technologie. Nowoczesne algorytmy i wykorzystujące je urządzenia diagnostyczne coraz częściej wspierają lekarzy i pacjentów w walce o poprawę jakości snu. Przykładem mogą być aparaty CPAP, służące zarówno do diagnostyki, jak i terapii bezdechu sennego. Dzięki algorytmowi rejestrują one dane związane z jakością snu, na podstawie których lekarz jest w stanie ustalić stopień zaburzeń oraz dobrać odpowiednią terapię.

Bezdech jest poważną chorobą, której nie należy bagatelizować. Powoduje między innymi zmęczenie, rozdrażnienie i problemy z koncentracją, ale może też prowadzić do zaburzeń rytmu serca czy wysokiego ciśnienia. Brak leczenia może skutkować między innymi udarem mózgu czy zawałem serca.

– Problem zaburzeń snu jest bardzo powszechny. Duży procent populacji cierpi na bezsenność, natomiast jeśli czujemy się permanentnie senni, mamy przerwy w oddychaniu podczas snu, może to świadczyć o występowaniu bezdechu sennego, zwłaszcza w korelacji z otyłością. Szacuje się, że z tą chorobą mierzy się nawet kilkanaście procent społeczeństwa, niestety często o tym nie wiedząc. A bezdech senny może być bardzo groźny jest w stanie skutecznie obniżyć nasz komfort życia, a także przyczynić się do innych powikłań zdrowotnych, choćby kardiologicznych – mówi dr Nastałek.

Jak podkreśla, w bezdechu sennym jednym z głównych czynników ryzyka są nadwaga i otyłość oraz nadciśnienie tętnicze lub przerost migdałków u dzieci. Do lekarza pierwszego kontaktu powinny zgłosić się zwłaszcza osoby z grupy ryzyka, które czują się permanentnie senne albo mają problem z chrapaniem w nocy. Sygnałem ostrzegawczym mogą być też częste i długie drzemki w ciągu dnia. Leczenie bezdechu sennego jest możliwe, a lekceważenie tego schorzenia może powodować szereg negatywnych konsekwencji, wpływać na pamięć czy zdolność koncentracji.

Pandemia ograniczyła konsumpcjonizm Polaków. Aż 30 proc. zrezygnowało w tym roku z wakacji, co przekłada się na kondycję środowiska

Pandemia przyczyniła się do zmiany nawyków konsumenckich i ograniczenia nadmiernego konsumpcjonizmu. 37 proc. Polaków zaczęło dokładniej planować zakupy spożywcze, dzięki czemu marnuje mniej jedzenia. Niemal 1/3 zrezygnowała ze zbędnych wydatków, w tym zakupu nowych ubrań czy sprzętu RTV/AGD, a co piąty stara się więcej oszczędzać. To wpływa na zasobność naszych portfeli, lecz także zmiany klimatyczne. Prawie połowa Polaków uważa, że koronawirus miał pozytywne przełożenie na stan środowiska – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Grupy KRUK.

Według wyliczeń organizacji Global Footprint Network w tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypadnie w sobotę, 22 sierpnia. To ruchoma data, wyznaczająca moment, w którym zapotrzebowanie ludzkości na zasoby planety w danym roku przekroczyło możliwości ich regeneracji. To oznacza, że o miesiąc wolniej niż w zeszłym roku zużywaliśmy naturalne zasoby planety, które naturalnie mogą się regenerować.

– Od tego momentu, kiedy wykorzystaliśmy zasoby przeznaczone na cały rok, na dobrą sprawę żyjemy na kredyt naszej planety. Mechanizm tworzenia się długu ekologicznego jest bardzo podobny do długu finansowego. Im dłużej bagatelizujemy sprawę, tym trudniej jest wyjść na prostą. Dlatego ważna jest świadomość takiego zadłużenia i jego konsekwencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Z ekonomicznej perspektywy dług ekologiczny oznacza nadmierne wykorzystanie zasobów planety, kosztem przyszłych pokoleń. Od 1987 roku ten dzień wypadał coraz wcześniej – najpierw w październiku, a od 2005 roku regularnie przypadał coraz wcześniej. W ubiegłym roku Dzień Długu Ekologicznego obchodzono rekordowo wcześnie, bo już 29 lipca. Przesunięcie tego terminu w tym roku oznacza zatem, że planeta ma o miesiąc dłużej na zregenerowanie swoich naturalnych zasobów.

Paradoksalnie globalna pandemia SARS-CoV-2 okazała się mieć pozytywny wpływ na środowisko. Przyczyniła się do chwilowego spadku emisji CO2 w różnych sektorach gospodarki, m.in. w transporcie, przemyśle i lotnictwie. Ten pozytywny skutek pandemii dostrzegli też Polacy. Z nowego badania przeprowadzonego na zlecenie Grupy KRUK wynika, że zdaniem 48 proc. respondentów miała ona korzystny wpływ na środowisko (odmiennego zdania jest raptem 20 proc. badanych). 73 proc. uważa, że poprawie kondycji środowiska naturalnego najbardziej przysłużyło się ograniczenie podróży i związana z tym niższa emisja zanieczyszczeń.

Pandemia przyczyniła się także do zmiany przyzwyczajeń i decyzji zakupowych konsumentów. Ograniczyła nadmierny konsumpcjonizm, który – poza zasobnością portfeli – wpływa również na stan klimatu. Przykładowo 37 proc. z grupy badanych, która dostrzega pozytywny wpływ pandemii na środowisko, wskazało, że dokładniej planuje zakupy spożywcze, dzięki czemu marnuje mniej jedzenia.

 Ponieważ jesteśmy zmuszeni do planowania zakupów na dłuższy czas, marnujemy mniej jedzenia, do którego produkcji są potrzebne zasoby takie jak woda i energia. To ma pozytywny wydźwięk i spowodowało, że w tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypada trochę później – tłumaczy Agnieszka Salach.

Z badania Grupy KRUK wynika, że dla 38 proc. Polaków sytuacja epidemiczna nie miała wpływu na decyzje zakupowe. Część zaczęła jednak bardziej świadomie zarządzać swoim domowym budżetem i podejmować bardziej przemyślane decyzje zakupowe. Prawie połowa spędza mniej czasu w galeriach handlowych. Niemal 1/3 Polaków zrezygnowała ze zbędnych wydatków. Tylko 7 proc. badanych zadeklarowało, że kupuje więcej.

 16 proc. Polaków odpowiedziało nam, że od marca, czyli od ogłoszenia pandemii, stara się więcej oszczędzać. Te oszczędności wiążą się głównie z rezygnacją z niektórych dóbr, które kupowaliśmy do tej pory, chociażby z wyjazdów wakacyjnych. Tak zadeklarowało ok. 30 proc. ankietowanych – wskazuje ekspertka z Grupy KRUK.

Blisko połowa Polaków (47 proc.) nie zrezygnowała ze swoich bieżących lub wcześniej zaplanowanych wydatków. Są jednak tacy, których sytuacja finansowa się pogorszyła bądź jest niestabilna. Niewielki odsetek, bo po 2 proc. ankietowanych, deklaruje, że rezygnuje z terminowego opłacania bieżących zobowiązań, takich jak rachunki telefoniczne, czynsz, prąd czy gaz. Po 3 proc. badanych przyznało, że nie płaci terminowo rat kredytów lub pożyczek. Niemniej jednak aż 18 proc. Polaków zrezygnowało z zakupu nowych ubrań, 16 proc. wstrzymało się z zakupem nowego sprzętu RTV lub AGD, a 10 proc. – z zaplanowanym kupnem samochodu.

29 proc. osób ogółem odpowiedziało nam, że rezygnuje ze zbędnych wydatków i bardziej analizuje swoje plany zakupowe – mówi Agnieszka Salach.

Badanie Grupy KRUK pokazuje jednak, że Polacy są sceptyczni i ich zdaniem te pozytywne zmiany mają krótkotrwały charakter.

 Niestety tylko 19 proc. uważa, że najprawdopodobniej ten trend rezygnacji z dodatkowych zakupów i dbania o środowisko się utrzyma – mówi specjalistka.

Warszawska giełda chce uruchomić platformę obrotu surowcami wtórnymi. Czeka na stabilne i transparentne przepisy

W lipcu przed siedzibą GPW na Książęcej stanął recyklomat do segregacji odpadów. W najbliższych miesiącach giełda chce sprawdzić potencjał komercjalizacji tego rozwiązania i możliwość połączenia go z projektowaną właśnie platformą obrotu surowcami wtórnymi. Stworzenie takiej platformy do handlu odpadami i systemu certyfikatów recyklingowych to jedna z inicjatyw strategicznych GPW. Ma zostać uruchomiona w ciągu roku od momentu stworzenia w Polsce stabilnych i transparentnych ram prawnych dla rynku odpadów.

Planujemy uruchomienie platformy obrotu surowcami wtórnymi wspólnie z EcoTech, innowacyjną spółką z branży recyklingu. W ramach programu inkubacji, którego sponsorem jest Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, a organizatorem HugeTECH, chcemy zbadać, czy da się włączyć w naszą platformę detaliczne, dostępne dla wszystkich recyklomaty. Takie urządzenie stanęło przed siedzibą giełdy i będziemy sprawdzać, jak ludzie z niego korzystają, jakie dane wypływają i czy możemy je włączyć do naszej koncepcji platformy obrotu surowcami wtórnymi – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Recyklomat do segregacji odpadów stanął przed siedzibą GPW na Książęcej na początku lipca. To część Motywacyjnego Systemu Gospodarki Odpadami (MSGO) autorstwa spółki EcoTech System. Program ma zachęcać mieszkańców do segregacji odpadów i nagradzać ich za  to przy użyciu aplikacji mobilnej ECO-Portfel. Najpierw recyklomat zbiera i automatycznie segreguje butelki, plastik czy aluminium, a system rejestruje transakcje i nagradza użytkownika za segregację ECO-punktami, które mają realną wartość i można je wymieniać na kupony rabatowe.

Warszawska giełda chce w kolejnych miesiącach przetestować potencjał komercjalizacji tego rozwiązania. GPW chce sprawdzić, czy stworzony przez spółkę system wpisuje się w koncepcję elektronicznej platformy obrotu surowcami wtórnymi. Ta nie jest nowy pomysł – zapowiedzi takiej inicjatywy pojawiły się już w 2018 roku. Warszawska giełda do nich wróciła i wymienia jako jedną z kluczowych inicjatyw w aktualizacji strategii HASHGPW2022.

Równolegle zamierza stworzyć system certyfikatów recyklingowych. Polegać to będzie na potraktowaniu odpadów jak surowca, którym można obracać, np. na wzór handlu certyfikatami CO2.

Platforma będzie miała dwa wymiary: pierwszy finansowy, czyli przy recyklingu będzie wydawany certyfikat recyklingowy, którym można będzie obracać na platformie i umorzyć go na giełdzie. To model znany np. z zielonych certyfikatów, które były umarzane przez Towarową Giełdę Energii. Drugi  wymiar to rzeczywista sprzedaż, czyli wystandaryzowane, przetworzone towary z recyklingu będzie można nabywać za pośrednictwem tej platformy – tłumaczy Marek Dietl.

Spółka zaznacza, że projekt wpisuje się w unijny plan budowania gospodarki w obiegu zamkniętym. Jednak komercyjne wdrożenie platformy zależy od tego, kiedy i w jakim kształcie zacznie w Polsce obowiązywać Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta i Pakiet Dyrektyw Odpadowych, które definiują zakres odpowiedzialności producentów za odpady opakowaniowe. Ministerstwo Klimatu kończy prace nad ich ostatecznym kształtem i harmonogramem wdrażania.

GPW czeka z uruchomieniem projektu na wdrożenie w Polsce stabilnych i transparentnych ram prawnych dla rynku odpadów. Od nich będzie uzależniony kształt i funkcjonalności nowej platformy.

– Jak tylko pakiet regulacji zostanie wdrożony, w ciągu roku będziemy gotowi, aby uruchomić platformę, a być może także połączyć ją z siecią recyklomatów – zapowiada prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.