WEI apeluje o zmiany w obszarze prawa i sądownictwa gospodarczego w Polsce

Aby zamortyzować negatywne skutki pandemii i skutecznie konkurować z pozostałymi państwami, Polska musi dokonać szeroko zakrojonej deregulacji i maksymalnie uprościć prawo gospodarcze. Kryzys to najlepszy moment na rewizję dotychczasowej polityki i wyeliminowanie barier, które tłumią rozwój przedsiębiorczości. Warsaw Enterprise Institute przedstawia diagnozę i konieczne do wdrożenia zmiany w obszarze prawa w Polsce.

Dobre warunki prowadzenia biznesu, sprawne instytucje oraz wysokiej jakości, proste prawo podatkowe powodują, że państwa stają się bogate. Tymczasem strukturalnym problemem polskiej gospodarki, polskiego prawodawstwa, jest jego przeciętność. Przeciętność, która się nie poprawia, a w ostatnich latach wręcz pogarsza.

Pierwszym obszarem w zakresie poprawy funkcjonowania prawa gospodarczego jest rewizja obowiązujących obecnie przepisów dotyczących otoczenia prawnego działania przedsiębiorstw w Polsce. Stworzenie przyjaznego otoczenia, przejrzystych i skutecznych instytucji, które będą te przepisy egzekwowały to jeden najważniejszych obszarów, w których administracja publiczna może z dnia na dzień pomóc podmiotom gospodarczym.

Poziom skomplikowania polskiego prawa i systemu podatkowego od lat widoczny jest w pozycji Polski w rozmaitych międzynarodowych rankingach. W 2020 roku w rankingu łatwości prowadzenia biznesu „Doing Business” Polska została uplasowana na 40 miejscu zaraz za Portugalią, Rwandą czy Słowenią. Wyprzedzają nas nawet kraje z wysokimi wskaźnikami postrzegania korupcji takie jak Azerbejdżan, Turcja, Rosja.

Rozbudowane i zawiłe prawo gospodarcze wiąże się także z niewydolnością systemu sądownictwa, co z kolei wpływa na osłabienie poziomu wzrostu gospodarczego. Skutkami reform przeprowadzonych w ostatnich latach była jedynie zmiana personalna w kluczowych obszarach wymiaru sprawiedliwości, przy licznych kontrowersjach proceduralnych.

Niewiele w reformie jest elementów, które w wymierny sposób wpływają na jakość polskiego wymiaru sprawiedliwości pod względem instytucjonalnym, jak i proceduralnym. Przykładowo, krajowy rejestr sądowy w dalszym ciągu funkcjonuje przy powolnych sądach, podczas gdy rejestr CEIDG już od dawna prowadzi gmina właściwa dla miejsca zamieszkania przedsiębiorcy, jako zadanie zlecone z zakresu administracji rządowej. Na domiar złego, czas wyegzekwowania kontraktu w polskim sądzie wynosi aż 685 dni, czyli blisko dwa lata.

WEI rekomenduje następujące rozwiązania:

• uchylenie wszelkich nadmiernych regulacji, które nie są wymagane przez Unię Europejską;
• podjęcie inicjatywy ustawodawczej w zakresie nowej ustawy o działalności gospodarczej, napisanej na wzór ustawy Wilczka;
• wprowadzenie zasady, aby przepisy dotyczące przedsiębiorców wchodziłyby w życie wyłącznie raz w roku, 1 stycznia, po uprzednim co najmniej rocznym okresie vacatio legis;
• implementację wszelkich przepisów nakładających na przedsiębiorców nowe restrykcje i uchwalanych na poziomie Unii Europejskiej w zgodzie z zasadą UE+0;
• przeniesienie systemu rejestracji działalności gospodarczej w całości z sądownictwa do administracji;
• wprowadzenie zmian organizacyjnych w sądach, umożliwiających realizację zasady trail, zgodnie z którą proces toczy się dzień po dniu.

5 najczęstszych oszustw związanych z zatrudnieniem Ukraińców w Polsce

Na polskim rynku pracy notuje się wzrost oszustw wobec obywateli Ukrainy, których dopuszczają się małe, pozbawione skrupułów agencje zatrudnienia. Tylko w 2018 roku w Polsce upadło ponad 660 firm pośredniczących, co nie zmienia faktu, że na rynku pozostaje ponad 8 tysięcy agencji zatrudnienia. Wiele z nich, próbując przetrwać w konkurencyjnym środowisku, a tym bardziej przy zamkniętych z powodu pandemii granicach, ucieka się do oszustw wymierzonych w ukraińskich pracowników. Znacząco wzrosła również liczba oszustów określających się mianem pośredników, ale nie mających nic wspólnego z oficjalnie działającymi firmami pośrednictwa pracy.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal zidentyfikowało 5 najczęstszych w ciągu ostatnich trzech miesięcy mechanizmów oszustw wobec Ukraińców w Polsce.

  1. Oszuści podając się za pośredników polskich firm, bez przedstawiania jakichkolwiek dokumentów, ani zawierania oficjalnych umów, zbierają pieniądze na przejazdy przez granicę, po czym znikają jeszcze na terytorium Ukrainy.
  2. Ukraińcy są zatrudniani na terytorium Ukrainy do pracy, wywożeni do Polski i tu pozostawiani bez pracy i warunków do odbycia 14-dniowej obowiązkowej kwarantanny. Natychmiast pojawiają się „życzliwi” pośrednicy, gotowi zatrudnić zdezorientowanych, ale np. za niskie stawki lub w wyjątkowo trudnych warunkach pracy.
  3. Pośrednikami stają się często kierowcy minibusów, którzy obiecują przewieźć Ukraińców przez granicę do Polski za kwotę kilkuset złotych, skąd ma ich odebrać przedstawiciel agencji zatrudnienia. W najlepszym wypadku ludzie są dowożeni do granicy, którą mają samodzielnie przekroczyć nie posiadając odpowiednich dokumentów, co skutkuje odmową wjazdu.
  4. W Polsce powstają fikcyjne agencje zatrudnienia. Aktywnie reklamują się w Internecie jako firmy pomagające Ukraińcom w uzyskaniu Oświadczenia (Oświadczenie to zezwolenie na pracę w Polsce wydawane obywatelom Ukrainy na pół roku). Chętni wpłacają pieniądze na konto fikcyjnej firmy, po czym przedstawiciel „firmy” znika, albo polska Straż Graniczna identyfikuje firmę jako fikcyjną i nie wpuszcza Ukraińców z takimi zezwoleniami na pracę na terytorium Polski.
  5. Agencja zatrudnienia działa oficjalnie i oświadcza, że ​​organizuje kwarantannę dla obywateli Ukrainy. Umieszcza jednak ludzi w niehigienicznych warunkach, a właściwie w barakach, nie zapewniając im żywności i środków higieny osobistej. W rezultacie ludzie stają przed wyborem – albo przerwać kwarantannę i zostać deportowanym, albo zostać bez jedzenia i głodować.

Właściciel agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, Evgenij Kiriczenko, również wskazał kilka głównych oznak oszustw na polskim rynku pracy: „Często oszuści oferują całkowicie „bezpłatne” mieszkanie w ramach zatrudnienia lub zakwaterowanie w ośrodku kwarantanny, a następnie pobierają za to opłatę od pracownika”. Zjawisko „bezpłatnego zakwaterowania” nie istnieje. Kirichenko wyjaśnia, że ​​„status agencji zatrudnienia jest bardzo ważny przy wyborze miejsca odbywania kwarantanny. Na przykład Gremi Personal, która zalicza się do 3 największych liderów na rynku, jako pierwsza w Polsce w czasie pandemii zaczęła organizować ośrodki kwarantanny dla swoich pracowników i obecnie ma ich ponad 10 w całej Polsce. Stale publicznie pokazujemy panujące w nich warunki życia ”.

Ponadto, według właściciela Gremi Personal, oszuści często obiecują przetransportowanie obywateli Ukrainy do Polski nielegalnymi szlakami tranzytowymi przez inne kraje UE, aby rzekomo unikneli kwarantanny w Polsce. „W rezultacie ludzie są pozostawiani gdzieś na dworcach w innych krajach, a ci którzy docierają do Polski i ignorują kwarantannę, są karani grzywnami i deportowani. Firmy działające otwarcie, które dbają o swoją reputację, nigdy nie pozwolą nawet na najmniejszy zawód oczekiwań ludzi. W Gremi Personal, po przejściu kwarantanny w godziwych warunkach, tylko w lipcu około 1000 ukraińskich pracowników przystąpiło do pracy. Jako jedyni w Polsce zorganizowaliśmy w maju i czerwcu trzy loty czarterowe z pracownikami z Ukrainy na pokładzie. Obecnie w ciągu 1,5 miesiąca przyjechało do nas 15 autobusów z ukraińskimi pracownikami. Można porównać teraz, komu warto powierzyć swoje zatrudnienie – dużej spółce działającej otwarcie, czy firmie bez nazwy, która oferuje fantastyczne wynagrodzenie lub szybkie zatrudnienie, przy czym ma tylko pośpiesznie utworzoną stronę internetową lub baner w grupie na Facebooku ”- podsumowuje Evgenij Kirichenko.

Aby nie stać się ofiarą oszustw, Centrum Analityczne Gremi Personal zdecydowanie zaleca dokładną weryfikację informacji dostępnych na temat firmy.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Zespół Synerise zwyciężył Rakuten Data Challenge 2020

Podczas 42 prestiżowej konferencji skupiającej specjalistów z zakresu sztucznej inteligencji i przetwarzania danych – International ACM SIGIR Conference on Research and Development in Information Retrieval, odbywającej się w Xi’an w Chinach, zespół Jacka Dąbrowskiego z Synerise, zwyciężył w dorocznym konkursie organizowanym przez firmę i instytut badawczy Rakuten.

Polacy jako jedyni, zaprezentują podczas konferencji dwie publikacje naukowe, zaakceptowane i zarekomendowane przez kapitułę konferencji podczas ecommercowego bloku organizowanego przez specjalistów z takich firm jak Alibaba, Zalando, Amazon, Rakuten, Apple, Wallmart, eBay czy YouTube. Rozwiązanie przygotowane przez zespół Synerise w składzie: Jacek Dąbrowski, Konrad Gołuchowski, Barbara Rychalska, Dominika Basaj okazało się najlepsze ze wszystkich zgłoszonych podczas konkursu.

Rakuten to jedna z najbardziej znanych obecnie firm azjatyckich w segmencie ecommerce na świecie, nazywana często „japońskim Amazonem” o łącznych wpływach na poziomie 12 MLD dolarów, 14 000 pracowników, działającą w niemal 30 krajach z siedzibami m.in. w USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Jest również sponsorem tytularnym klubu piłkarskiego FC Barcelona.Polski zespół wykorzystał najnowsze osiągnięcia w dziedzinie sztucznej inteligencji, w tym swój autorski algorytm EMDE – wydajną metodę estymacji gęstości na rozmaitościach różniczkowalnych w systemach rekomendacji. Metoda ta pozwala reprezentować dane pochodzące z metod uczenia nienadzorowanego dla różnych modalności (interakcje użytkowników, tekst, obraz, audio) we wspólnym, zunifikowanym formacie.

„Jako firma, rzadko bierzemy udział w konkursach związanych z naszą dyscypliną specjalizacji. Natomiast, podejmujemy te wyzwania, które naszym zdaniem, są w stanie w sposób efektywny i efektowny zmieniać paradygmaty w obrębie sztucznej inteligencji i rewolucjonizować jej upowszechnienie. Cieszymy się bardzo z tego wyróżnienia, ale jeszcze bardziej z możliwości prezentacji polskiej myśli technologicznej na arenie międzynarodowej. Jestem zadowolony, że w takim ważnym gronie Polska ma swoich przedstawicieli, i nie ograniczamy się tylko i wyłącznie do „bycia” podwykonawcą największych marek, ale podejmujemy rękawicę, nie tylko w obserwowaniu rzeczywistości dziejącej się wokół nas, ale w realnej kontrybucji do nauki i w procesie jej tworzenia” – mówi Jacek Dąbrowski – Chief Artificial Intelligence Officer w Synerise.

Synerise to obecnie jedna z najbardziej znanych i innowacyjnych polskich spółek, która funkcjonuje w sektorach wysokich technologii istotnych dla gospodarki, takich jak big data i sztuczna inteligencja. Spółka odważnie inwestuje we własne produkty w zakresie przetwarzania danych oraz rozwiązania w zakresie sztucznej inteligencji. Klientami firmy są znane i innowacyjne marki w Polsce i na świecie. Firma została nagrodzona w wielu prestiżowych konkursach w tym EY Accelerating Entrepreneurs – nagroda dla 1 z 30 najbardziej perspektywicznych globalnie spółek High Tech na świecie czy corocznych globalnych konkursach firmy Microsoft. Synerise znane jest z silnej współpracy z naukowcami z licznych polskich i zagranicznych uniwersytetów. Prezesem Synerise jest Jarosław Królewski, współwłaściciel i przewodniczący Rady Nadzorczej Wisły Kraków, wykładowca i absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.

Sigir jest jedną z najbardziej prestiżowych konferencji na świecie, będącą w czołówce wydarzeń na świecie w zakresie systemów przetwarzania informacji. Historia wydarzenia sięga roku 1978.

Rekordowy popyt na złoto inwestycyjne w I półroczu 2020 roku

W pierwszym półroczu 2020 roku dynamicznie rosło zapotrzebowanie na królewski kruszec.  Globalnie odnotowano rekordowy popyt na złoto inwestycyjne, które osiągnęło najwyższy w historii poziom 1130,7 tony z wartością 60 mld USD. Z drugiej jednak strony mieliśmy do czynienia z zamrożeniem gospodarki i problemami logistyczni, które wpłynęły na obniżenie popytu na rynku – wynika z Gold Demand Trends Q2 2020. W pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku kształtował się on na poziomie 2076 ton i był niższy o 6% w porównaniu rok do roku. Spadek jest jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawimy drugie kwartały 2020 roku i 2019 roku – popyt na kruszec obniżył się o 11%. Za tę zmianę odpowiada zmniejszone zainteresowanie złotem jubilerskim.

Covidowe zamieszanie na rynku biżuteryjnym

Złoto jubilerskie odnotowało spadek o ponad 50% w stosunku rok do roku. Przyczyną było pojawienie się pandemii COVID-19 i załamanie na rynkach jubilerskich przede wszystkim w Indiach i Chinach (spadki analogiczne o 74% i 33%). Podczas lockdownu biżuteria nie była produktem, po który sięgaliśmy równie często jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej.

W szczytowym okresie pandemii wielu dostawców borykało się także z utrudnionym dostępem do towaru. Należy jednak podkreślić, że w związku z odmrażaniem gospodarki oraz ponownym otwarciem sezonu ślubnego można oczekiwać ożywienia w tym segmencie.

Inwestycje? Jak najbardziej!

Obecnie – w dobie nisko oprocentowanych lokat bankowych, depozytów i obligacji – na popularności zyskują sprawdzone inwestycje w złoto. Jak prezentuje najnowszy raport Gold Demand Trends Q2 2020 w pierwszym półroczu br. obserwować mogliśmy także gwałtowne napływy do funduszy ETF zasilanych złotem. Napływy netto wyniosły 734 tony, ustanawiając tym samym nowy rekord i zwiększając globalne zasoby do 3621 ton. Wynika to z trzech kluczowych czynników: rosnącej potrzeby zabezpieczenia się przed ryzykiem, utrzymującego się otoczenia bardzo niskich stóp procentowych oraz pozytywnej dynamiki cen.

Złoto to od dawna jedna z najlepszych, długofalowych inwestycji. Warto jednak pamiętać, że udostępnia ono solidne stopy zwrotu cierpliwym inwestorom, którzy inwestują w długofalowej perspektywie. Co ciekawe, ostatnio jego zalety doceniają również niektóre banki centralne, które kontynuują zakupy kruszcu do swoich rezerw, jednak w nieco mniejszym wymiarze niż przed rokiem. Główną przyczyną spadku w tym obszarze jest zawieszenie zakupów złota przez rosyjski bank centralny – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Wzrost popytu na złoto w głównej mierze został wygenerowany przez fundusze inwestycyjne lokujące środki w fizyczne złoto – dodaje.

Warto jednak wspomnieć, że inwestycje w złote sztabki i monety spadły w II kwartale o 32% do 148,8 tony. Zdaniem analityków za tę zmianę – podobnie jak w przypadku biżuterii – odpowiada gorsza sytuacja na rynkach chińskim i indyjskim. Sektor ten jest jednak mocno zróżnicowany, a przez to mało stabilny, fundując inwestorom emocje porównywalne do tych na roller coasterze.

Duże zainteresowanie sztabkami i monetami w Europie

Podczas gdy na Zachodzie dominowały bezpieczne zakupy i inwestycje związane z potrzebą powiększenia majątku – w obliczu niepewności gospodarczej i perspektyw dalszych wzrostów cen –  na Wschodzie przy zakupie złota przebijał się motyw chęci zysku. W rezultacie w Azji i na Bliskim Wschodzie odnotowano wyraźny spadek popytu na sztabki i monety w porównaniu rok do roku, co kontrastuje ze znacznym wzrostem zainteresowania tymi produktami w Europie i Ameryce Północnej. W Turcji popyt na złoto inwestycyjne osiągnął 7-letnie maksima, a w USA wzrósł 4-krotnie. Rynki europejskie także odnotowały najwyższy popyt od 2010 roku.

Nasza grupa sprzedała na dziewięciu europejskich rynkach 77% więcej złota inwestycyjnego w drugim kwartale tego roku niż w tym samych okresie rok temu. Spływają już do nas pierwsze sygnały, że popyt na złoto w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Spadek wydobycia i recyklingu

W pierwszych sześciu miesiącach tego roku podaż złota zmalała aż o 15% i wyniosła 1034,4 tony. Wydobycie złota i jego recykling zmniejszyły się w pierwszym półroczu 2020 roku o odpowiednio 10% i 8% w porównaniu rok do roku.

Za tę negatywną zmianę w obszarze podaży odpowiada, oprócz pandemii COVID-19, fakt, że oszczędzający są obecnie mniej skłonni do sprzedaży swojej biżuterii do przetopienia – wolą  zachować ją jako zabezpieczenie majątku.

Popyt technologiczny na niższym poziomie

Zmiany nie ominęły również sektora technologii i przemysłu. W pierwszym półroczu 2020 r. popyt z jego strony spadł o 18% (z 80,7 w pierwszym półroczu 2019 roku do 66,6 ton w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku).

Eksperci przyczyny tak dużego spadku upatrują w ograniczeniu aktywności w związku z pandemią COVID-19. Widoczne są już jednak pierwsze oznaki ożywienia i wznawiania produkcji.

Zmiany w rozliczeniach podatku VAT. Czym jest i co zmienia SLIM VAT?

16 lipca Ministerstwo Finansów zapowiedziało zmiany w przepisach o podatku od towarów i usług w zakresie wprowadzenia tzw. SLIM VAT, który jest jednym z zapowiadanych pakietów rozwiązań upraszczających VAT. Resort finansów zamierza odchudzać VAT, ale nie w zakresie stawek, tylko procesu kalkulacji i raportowania.

Pakiet SLIM VAT obejmuje zmiany w sześciu obszarach:

1. Faktury korygujące

W przypadku faktur korygujących in-minus przewiduje się zniesienie warunku uzyskania potwierdzenia otrzymania faktury przez nabywcę towarów lub usługobiorcę. W związku z powyższym podatnik będzie mógł dokonać obniżenia podstawy opodatkowania i VAT należnego już w okresie wystawienia faktury korygującej (a nie uzyskania potwierdzenia, jak obecnie). Warunkiem jest, by z posiadanej przez niego dokumentacji wynikało, że uzgodnił z nabywcą towaru lub usługobiorcą warunki transakcji. W tym samym okresie nabywca będzie zobowiązany do odpowiedniej korekty podatku naliczonego, która wynika z uzgodnienia pomiędzy podatnikami. Przewidziane rozwiązanie bez wątpienia należy ocenić pozytywnie, jako upraszczające dokonywanie rozliczeń VAT. Słuszne wątpliwości podatników może wzbudzić natomiast to, jakiego rodzaju dowód będzie wymagany dla potwierdzenia spełnienia warunku jego zastosowania. Znane są bowiem przypadki regulacji, gdzie przyjęcie przez prawodawcę nieostrych definicji skutkowało stosowaniem przez organy podatkowe niekorzystnej dla podatników ich wykładni. Pozostaje mieć nadzieję na to, że ostateczny projekt określi to w sposób precyzyjny. Jednocześnie część ekspertów dostrzega, że rozwiązanie to, skądinąd korzystne dla wystawców faktur, może być uciążliwe dla odbiorców, gdyż wymusi wprowadzenie w przedsiębiorstwie kolejnych procedur, które w tym przypadku pozwolą im określić moment, od którego zależy obowiązek korekty.

W przypadku faktur korygujących in-plus Ministerstwo zapowiedziało wprowadzenie przepisów, które uregulują w należyty sposób rozliczanie faktur korygujących, które zwiększają podstawę opodatkowania. Jak dotąd, wobec braku takiej regulacji, kwestia ta rozstrzygana była przez orzecznictwo i mogła w praktyce budzić wątpliwości podatników. Wskazano, że rozliczenie będzie dokonywane na bieżąco. Jest to zmiana idąca w dobrym kierunku, gdyż dziś organy podatkowe wymagają korygowania deklaracji wstecz i konieczność zapłaty odsetek. Ważne jest natomiast to czy fiskus nie będzie kwestionować, czy korekta in plus na pewno wynikła ze zdarzeń niezależnych. W ten sposób zamiast spodziewanej korzyści i ułatwienia nastąpi przeniesienie sporu na inną płaszczyznę.

2. Eksport towarów

Zapowiedziano wydłużenie terminu wywozu towarów wymaganego dla zastosowania stawki 0% od zaliczki w eksporcie towarów. Obecnie termin ten wynosi 2 miesiące, zgodnie z zapowiedzią ma zostać wydłużony do 6 miesięcy. Przekroczenie tego terminu wymagać będzie dokonania korekty zaliczki ze stawki 0% do stawki 23%. Oznacza to zatem wydłużenie terminu neutralności zaliczek w eksporcie.

3. Kursy walut

Pakiet SLIM VAT przewiduje również wprowadzenie możliwości wybrania dla potrzeb VAT zasad przeliczania kursu walut stosowanych przy przeliczaniu walut na potrzeby podatków dochodowych. Obecnie częstym problemem podatników jest konieczność stosowania w zakresie jednej transakcji przy rozliczaniu poszczególnych podatków kursów z różnych dni. Możliwość stosowania ujednoliconego kursu bez wątpienia stanowić będzie udogodnienie nie tylko ze względów rachunkowych, ale pozwoli również na wybranie kursu bardziej korzystnego dla podatnika. Zgodnie z zapowiedzią, ministerstwo nie planuje bowiem odgórnego ujednolicania sposobu przeliczania kursów w VAT i podatkach dochodowych, a jedynie możliwość zastosowania kursu z PIT lub CIT na potrzeby VAT, pozostawiając podatnikowi w tej kwestii wybór.

4. Wydłużenie terminu do odliczenia VAT na bieżąco

Wydłużony ma zostać termin na dokonanie odliczenia VAT naliczonego na bieżąco do czterech miesięcy. Obecnie wynosi on trzy miesiące, a po jego przekroczeniu podatnik musi dokonać korekty wcześniejszej deklaracji. Celem tej zmiany jest zredukowanie ilości dokonywanych korekt deklaracji VAT.

5. Nabycie usług noclegowych

Resort finansów przewiduje także wprowadzenie możliwości odliczenia VAT z faktur za nabycie usług noclegowych na rzecz klienta biznesowego w celu ich odsprzedaży. Obecnie nie ma możliwości odliczenia tych faktur, nawet gdy podatnik zrefakturuje tę usługę na kontrahenta. Zgodnie z zapowiedzią, po dokonaniu refaktury dokonanie odliczenia z tego tytułu będzie możliwe.

6. Prezenty o małej wartości

Podwyższeniu do 20 zł ma ulec maksymalna kwota tzw. prezentów o małej wartości, od których nie trzeba odprowadzać VAT. Obecnie, zgodnie z art. 7 ust. 4 ustawy o VAT przez prezenty o małej wartości, o których mowa w ust. 3, rozumie się przekazywane przez podatnika jednej osobie towary:

1. łącznej wartości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 100 zł, jeżeli podatnik prowadzi ewidencję pozwalającą na ustalenie tożsamości tych osób;
2. których przekazania nie ujęto w ewidencji, o której mowa w pkt 1, jeżeli jednostkowa cena nabycia towaru (bez podatku), a gdy nie ma ceny nabycia, jednostkowy koszt wytworzenia, określone w momencie przekazywania towaru, nie przekraczają 10 zł.

Należy zauważyć, że zapowiedziane zmiany dotyczą jedynie punktu drugiego przywołanego przepisu. Nie przewidziano zmiany kwoty przewidzianej dla prezentów, dla których prowadzona jest ewidencja. Pozostaje ona wciąż na relatywnie niskim poziomie, w szczególności zważywszy na fakt, że jest to łączna kwota odnosząca się do całego roku podatkowego i wymaganym jest prowadzenie ewidencji.

Wydaje się, że zaproponowane zmiany nie polegają na wprowadzeniu nowego, systemowego rozwiązania w podatku VAT, a raczej na szeregu drobnych ułatwień, które mają zapewnić przedsiębiorcom prostsze i łatwiejsze wywiązywanie się z obowiązków podatkowych. Tymczasem warto byłoby się zastanowić nad głębszą reformą systemową podatku od towarów i usług. Co więcej, część rozwiązań zaproponowanych w pakiecie SLIM VAT może nie być korzystna dla wszystkich uczestników transakcji lub może stworzyć możliwość pojawienia się nowych ryzyk dla przedsiębiorców. Ostatecznie jednak rozwiązania zaproponowane przez Ministerstwo Finansów będzie można ocenić po pojawieniu się finalnej wersji projektu.

prof. dr hab. Adam Mariański, Główny Ekspert ZPP ds. Prawa i Podatków

PayPal – to jest nasz czas!

Cena akcji byłej spółki Elona Muska – PayPal Holdings Inc. rosła już przed sesją o ponad 3 proc. Spółka spełniła wysokie oczekiwania rynku co do jej wyniku, ponieważ konsumenci przenieśli się na płatności cyfrowe podczas pandemii COVID-19. Jak powiedział na spotkaniu z analitykami dyrektor generalny PayPal, Dan Schulman – to jest nasz czas i mamy zamiar wykorzystać ten moment. Tylko w tym roku akcje spółki wzrosły o 71 proc. wobec szerokiego rynku w postaci S&P 500 i zwyżki o 0,9 proc.

Łączny wolumen płatności, przychody, skorygowany zysk na akcję, transakcje oraz nowi aktywni użytkownicy netto – wszystko to przerosło prognozy, podczas gdy prognoza na trzeci kwartał również bije wszelkie rekordy. Cantwell podniósł swój poziom docelowy dla ceny spółki do 218 dolarów z 152 dolarów i utrzymał swoją rekomendację kupuj. Daje to potencjał do 18 proc. zwyżki względem poprzedniej ceny zamknięcia. Średni poziom cenowy na Wall Street to 199,52 USD, a zasięgi wahają się od 97 do 235 USD.

Firma Bernstein podniosła poziom ceny docelowej dla ceny akcji Visa Inc. do 220 z 210 USD, pozostawiając rating lepiej niż rynek. Nowy poziom ceny docelowej oznaczać może wzrost o 11 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla spółki wynosi na Wall Street 218,06 USD. Zasięgi cenowe mają rozpiętość od 166 do 250 USD. Visa opublikowała wyniki zgodne z szacunkami analityków.

Firma KeyBanc Capital Markets podniosła poziom ceny docelowej dla spółki Shopify to 1150 USD z 1125 USD, utrzymując rating przeważaj. Nowy poziom cenowy może oznaczać wzrost o 9,2 proc. od ostatniej ceny. Średni poziom cenowy na Wall Street to 1007,83 USD. Tzw. Street-High znajduje się na poziomie 1300 USD. Spółka zaraportowała wyniki 29 lipca, które przebiły oczekiwania analityków na Wall Street.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Nowy pomysł Rządu. Czy umowy renty dożywotniej będą bezpieczniejsze?

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad nowelizacją kodeksu cywilnego, a dokładnie art. 388 KC, który ma chronić najsłabszych obywateli m.in. przed wyłudzeniami. W pierwotnym założeniu artykuł ten miał pomagać osobom, których niewiedzę, niedoświadczenie, niedołęstwo lub ciężką sytuację ktoś wykorzystał. Mówiło się jednak, że konstrukcja przepisów powinna zostać zmieniona, gdyż w obecnym kształcie stanowią one tzw. „martwe prawo”. Rząd chce wziąć się za zmiany, a projekt ustawy będzie ponoć gotowy ciągu najbliższych tygodni.

Jednym z obszarów, który zyska na proponowanych przez Rząd zmianach, jest rynek hipoteki odwróconej. W tej chwili seniorzy, którzy przenoszą prawo własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne podpisują umowy renty lub umowy o dożywocie.

– Niestety, na rynku hipoteki odwróconej w Polsce wciąż działa mnóstwo nierzetelnych i nieprofesjonalnych podmiotów, a także osób prywatnych, które chcą wykorzystać niewiedzę seniorów. W mediach wciąż słyszymy o kolejnych wyłudzeniach, a podpisywane umowy wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Walczymy o profesjonalizację tego rynku od lat i postulujemy o dodatkowe regulacje, ale droga do realizacji tego celu jest jeszcze długa – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, najstarszej i największej instytucji działającej w tym sektorze w Polsce. – To, że jakaś instytucja, podobnie jak my, należy do Związku Przedsiębiorstw Finansowych, stosuje Zasady Dobrych Praktyk ustanowione w ramach tej organizacji, przestrzega etycznych norm europejskich uchwalonych przez EPPARG (European Pensions and Property Asset Release Group) to jedynie dobra wola profesjonalnej organizacji. Pozostałe firmy lub osoby mogą działać w sposób nieetyczny, ponieważ nie ma w Polsce odgórnych przepisów, które regulowałyby cały rynek hipoteki odwróconej, a seniorom zapewniałyby należyte bezpieczeństwo – dodaje Robert Majkowski.

Co zmieni nowelizacja art. 388 kodeksu cywilnego?

W dokumencie stworzonym w Ministerstwie Sprawiedliwości, a cytowanym w Dzienniku Gazecie Prawnej [1] czytamy, że „Obecna regulacja wyzysku zbytnio ogranicza uprawnienia strony wyzyskanej w stosunku do tego, czego można zasadnie oczekiwać w konsekwencji uznania sytuacji wyzysku za prawnie i moralnie niedopuszczalną”. Dziś, w oparciu o już istniejące przepisy, osoby wyzyskane, czyli takie, które podpisały niekorzystną dla siebie umowę mają dwa lata (od chwili podpisania) na jej zakwestionowanie. Resort sprawiedliwości chce wprowadzić przepisy, które dadzą możliwość unieważnienia całej umowy na wniosek osoby wyzyskanej, choć poszkodowany będzie mógł zdecydować, czy taką umowę chce unieważnić, czy doprowadzić do jej zmiany. Resort chce również wprowadzić też instytucję przedawnienia (okres 6 lat).

– Proponowane przez Ministerstwo zmiany dotyczą wielu obszarów życia i różnych grup społecznych, nie tylko renty dożywotniej i nie tylko seniorów. W mojej opinii zmiany te są zasadne i bardzo potrzebne. Odnosząc jednak tę kwestię do naszej działalności trzeba podkreślić, że w Funduszu Hipotecznym DOM senior może rozwiązać umowę w całym okresie jej obowiązania, a nie tylko w okresie 2 lat od daty jeje zawarcia, co mają umożliwiać nowe regulacje. Niestety nie wszystkie podmioty, czy osoby prywatne dają taką gwarancję. Dodatkowe przepisy są bardzo potrzebne, ale nie tylko w zakresie proponowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości, ale w znacznie szerszym, jak chociażby w obszarze wypłacalności świadczeniodawcy, dawania należytej rękojmi, posiadania wiedzy i zaplecza do wypełniania zobowiązań, wypłaty świadczeń dla emerytów przez dziesiątki lat – mówi Robert Majkowski. – Dzięki nowelizacji osoby niejednokrotnie słabsze, niedostatecznie poinformowane lub w trudnej sytuacji zyskają większą ochronę i istotnie poprawimy ich bezpieczeństwo. Trzeba jednak podkreślić, że batalia w sądzie, nawet jeżeli senior dostanie narzędzia w postaci nowelizacji przepisów, nie jest sytuacją, w której chciałaby i powinna znaleźć się osoba starsza. Dlatego uważam, że w odniesieniu do naszej branży konieczne są odrębne przepisy regulujące cały rynek hipoteki odwróconej – dodaje Robert Majkowski.

Potrzebne odrębne przepisy dotyczące renty dożywotniej

O odpowiednie przepisy regulujące rynek hipoteki odwróconej  postulują nie tylko fundusze hipoteczne i Związek Przedsiębiorstw Finansowych. Od 2013 roku na potrzebę włączenia się ustawodawcy w kształtowanie rynku świadczeń dożywotnich wskazują również: Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz pozarządowe organizacje emerytów. Mowa nie tylko o przepisach dotyczących wymogów jakie powinna spełniać instytucja oferująca tego typu usługę (m.in. odpowiedni kapitał i doświadczenie), ale również konstrukcji umów, należytego informowania seniorów przed zawarciem takiej umowy, kwestii związanych z wyceną nieruchomości etc.

Warto przypomnieć, że w grudniu 2014 roku weszła w życie Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, ale do dziś żaden bank nie zaoferował tego rozwiązania. Tymczasem Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, której projekt powstał już w roku 2013, została wycofana z prac legislacyjnych, a rynek pozostaje nieuregulowany mimo rosnącego popytu i jego skali. ZPF oraz największe instytucje w Polsce postulują, by Państwo wznowiło prace nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, zapewniło przepisy regulujące cały rynek oraz wprowadziło nadzór obejmujący wszystkie podmioty oferujące hipotekę odwróconą. Wśród postulatów jest również zapewnienie seniorom profesjonalnego doradztwa i informacji (chociażby wzorem Wielkiej Brytanii), stworzenie norm etycznych dla całej branży (mimo, że od 2012 roku działa Zbiór Zasad Dobrych Praktyk wypracowany w ramach ZPF i stosowany przez jej członków) i zainicjowanie oraz prowadzenie kampanii informacyjnych i edukacyjnych skierowanych do osób starszych.

[1] Artykuły: „Rząd weźmie się za wyzysk” oraz „Drogie garnki to wyzysk. Będzie można się sądzić”, Patryk Słowik, Dziennik Gazeta Prawna, data publikacji: 27.07.2020

Stabilizacja złotego

Wczorajszy dzień to duża stabilizacja na rynkach walutowych. Zarówno od strony kursów walut, jak i posiedzenia FED, które nie wniosło żadnych nowych elementów do układanki.

FED bez rewolucji

Zgodnie z oczekiwaniami posiedzenie Rezerwy Federalnej nie przyniosło większych zmian na rynku. Stopy procentowe nie uległy zmianie, pozostając wciąż w przedziale 0-0,25%. Nie wprowadzono również dodatkowych programów interwencyjnych. Również komentarz do decyzji nie wniósł wiele do już posiadanych informacji. Był to raczej komunikat mający uspokoić rynki niż coś zmieniać. Słaby dolar patrząc na sytuację w USA, nie jest wcale niekorzystny dla gospodarki amerykańskiej. Patrząc na wyniki, wsparcie eksportu i podniesienie cen towarów importowanych może szybciej pomóc wstać na nogi.

Kurs złotego

Po wtorkowej korekcie polska waluta ustabilizowała swoją wartość względem większości głównych walut. Inwestorzy wyraźnie uznali, że niedowartościowanie złotego zostało względnie wyrównane i czas poszukać innych okazji inwestycyjnych. Euro kosztuje delikatnie powyżej 4,40 zł, frank stabilizuje się w okolicach 4,10 zł a dolar 3,75 zł.

Gwałtowny spadek zapasów ropy

Wczorajsze dane z USA pokazały istotny spadek zapasów ropy naftowej. Spadły one o imponujące 10,6 milionów baryłek. Ciekawsza była natomiast reakcja rynku, która zareagowała na to spadkiem cen. Przeważnie spadek zapasów sugeruje przeciwny ruch. Warto natomiast zwrócić uwagę, że wyprzedaż zapasów może być przygotowywaniem się pod dalsze spowolnienie i jest to czyszczenie magazynów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Skład celny, czy magazyn czasowego składowania?

Skład celny to najogólniej mówiąc miejsce, w którym składowane są towary, które zostały importowane spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, których import wiąże się z koniecznością wniesienia przez przedsiębiorcę opłat celnych. Korzystanie z usług tego rodzaju składów niesie za sobą wiele korzyści, dla firm korzystających z ich usług. Czym dokładnie jest skład celny i co zyskuje przedsiębiorca, decydujący się z niego skorzystać?

Czym jest skład celny?

Funkcjonowanie składów celnych na terenie Unii Europejskiej reguluje Unijny Kodeks Celny. Najprościej rzecz mówiąc – skład celny jest specjalnie wydzielonym miejscem, które działa podobnie do obszaru wolnocłowego. Póki towary znajdują się w składzie, importujący je przedsiębiorca nie ma obowiązku wnoszenia opłat celnych. Warunek jest jednak jeden – towary muszą tam pozostać, przynajmniej do czasu, w którym te opłaty zostaną wniesione. Jednocześnie teren składu i składowane w nim towary podlegają kontroli Urzędu Celno–Skarbowego, a więc towar musi być dostępny dla urzędników przeprowadzających ewentualne kontrole.

Istnieją dwa rodzaje składów celnych – składy publiczne i prywatne. W składach publicznych towary mogą być przechowywane przez każdego, zainteresowanego tym przedsiębiorcę, oczywiście za odpowiednią opłatą i po podpisaniu umowy o czasowe składowanie. Składy prywatne służą jedynie do przechowywania towaru przez jeden podmiot gospodarczy, który uzyskał w tym celu pozwolenie.

Jak długo towary mogą pozostawać składzie celnym?

W zasadzie czas przechowywania towarów w składzie celnym jest dowolny, choć naturalnym ograniczeniem są tu czynniki ekonomiczne. Przechowywanie importowanych towarów w składzie wiąże się z kosztami, chociaż oczywiście towar może być w tym momencie sprzedawany i opuszczać skład celny partiami. Cła i podatki uiszcza się od tej części towaru, która opuściła skład celny.

Co można, a czego nie można w składzie celnym?

Wbrew pozorom, w składzie celnym przedsiębiorca może bardzo dużo. Dopuszczalne jest przepakowanie towarów, ich konfekcjonowanie, oraz inne czynności, które związane są z przygotowaniem do ostatecznej sprzedaży, takie jak sprawdzanie towaru, wycena, metkowanie i wiele innych. Pamiętać należy jednak o ograniczeniach. Towar nie może zmieniać swoich właściwości oraz musi być przez cały czas przebywania w składzie dostępny dla Urzędu Celno–Skarbowego.

Dlaczego warto z niego skorzystać?

Jest to na przykład świetne rozwiązanie dla przedsiębiorców zajmujących się e-commerce. Towary mogą przebywać w składzie, do momentu, w którym znajdzie się na nie kupiec, a do tego czasu opłaty celne zostają zawieszone. Trzeba wiedzieć, że towar przechowywany w składzie celnym nie musi opuszczać go w całości – może być z niego zabierany partiami. W takim układzie przedsiębiorca ponosi tylko część kosztów opłat celnych. Takie rozwiązanie podnosi płynność finansową importera, a także w znaczny sposób zwiększa dostępność towaru przez niego sprzedawanego.

Magazyn czasowego składowania

Oprócz składu celnego, dla przedsiębiorców istotny może okazać się również magazyn czasowego składowania. To również rodzaj magazynu znajdującego się pod dozorem celnym. Przeznaczony jest do przechowywania towaru przez okres do 90 dni, wobec którego niemożliwe jest skuteczne przeprowadzenie odprawy celnej, np. ze względu na brakującą dokumentację. W tym czasie przedsiębiorca zyskuje możliwość przeprowadzenia odpowiednich badań (np. Stacji sanitarno-epidemiologicznej, czy Izby Handlowej) oraz uzyskania potrzebnych dokumentów i pozwoleń. Po tzw. procedurze naprawczej możliwe jest dokonanie odprawy celnej lub przeniesienie towaru z magazynu czasowego składowania do składu celnego.

OVHcloud przejmuje OpenIO

Firma OVHcloud, wiodący europejski dostawca chmury, poinformowała o przejęciu OpenIO, francuskiej firmy specjalizującej się w rozwiązaniach z zakresu przechowywania danych. Firmy wspólnie mają stworzyć najlepszą na rynku ofertę przechowywania danych Object Storage

W przeciągu zaledwie kilku lat OpenIO wyróżniła się na rynku, projektując nową generację rozwiązań Object Storage, kompatybilnych z S3-API, dostosowanych do potrzeb Big Data i zadań wymagających dużej mocy obliczeniowej. Rozwiązanie OpenIO sprawdza się idealnie do przechowywania dużych zbiorów danych, niezbędnych do zastosowań z dziedziny uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

Komplementarność sprzyjająca stworzeniu najlepszej na rynku oferty Object Storage

OpenIO oferuje rozwiązania programistyczne, niezależne od infrastruktury sprzętowej, nadające się do rozmaitych przypadków użycia w ramach tego samego klastra. Obok rekordowej wydajności, technologia opracowana przez OpenIO zapewnia dowolną skalowalność, która nie wymaga równoważenia danych podczas dodawania zasobów do platformy. Niedawno OpenIO poinformowała o ustanowionym przez siebie rekordzie dostarczania danych obiektowych, który przekroczył 1.372 Tbps. Miało to na celu zaprezentowanie wysokiej wydajności macierzy SAN.

Niezwykle obiecujące jest połączenie funkcjonalności oraz wydajności technologii OpenIO ze specjalistyczną wiedzą branżową OVHcloud w dziedzinie infrastruktury chmurowej. Pozwoli ono na opracowanie oferty Object Storage o bardzo dużej skali i najlepszym stosunku ceny do oferowanej wydajności. Dodatkowo możliwe będzie stosowanie tego rozwiązania jako narzędzia do efektywnego zarządzania infrastrukturą IT. Sojusz ten umożliwi OVHcloud sprostanie wyzwaniom technologicznym zarówno dużych przedsiębiorstw, jak i startupów.

Ilość danych na świecie podwaja się co 18 miesięcy, mamy zatem świadomość wyzwań, które są przed nami stawiane, tym bardziej, że stanowi to przedmiot zainteresowania 1,5 miliona naszych klientów. Wraz z przejęciem OpenIO zamierzamy pracować nad stworzeniem wysoce skalowalnej oferty, wykorzystującej najlepszą infrastrukturę w jak najatrakcyjniejszej cenie” powiedział Michel Paulin, CEO OVHcloud.

Wspólne wartości dla budowy europejskiej alternatywy

Komplementarność OpenIO i OVHcloud opiera się także na systemie wspólnych wartości: odwracalności, przejrzystości i suwerenności, które stanowią DNA obu firm od teraz działających jako jeden zespół.

OpenIO i OVHcloud łączy także zbliżona kultura technologiczna. Obie firmy wierne są idei wolnego oprogramowania, wykorzystują takie same metody programistyczne oraz, co najważniejsze, z taką samą pasją podchodzą do innowacyjnych projektów.

Jako długoletni partnerzy, zespoły OpenIO i OVHcloud wniosły znaczący wkład w rozwój open source’owego projektu Swift, który oferuje rozwiązanie obiektowej pamięci masowej w ramach fundacji OpenStack.

Wszystkie technologie wykorzystane do stworzenia naszego rozwiązania Object Storage są i pozostaną wolnym oprogramowaniem, co stanowi zasadniczą wartość wspólną dla OVHcloud i OpenIO. Co więcej, zostanie ono rozbudowane i wzbogacone dzięki połączeniu naszych talentów” dodał Laurent Denel, współzałożyciel OpenIO.

Prognoza II półrocza 2020 r. dla rynku kredytowego i pożyczkowego

Według danych BIK, wartość portfela kredytów prywatnych i pożyczek na 30 czerwca 2020 r. wyniosła 688,5 mld zł i była wyższa o 6,4% w porównaniu do analogicznego półrocza 2019 r. Jednak pierwsze sześć miesięcy 2020 r. pod wpływem infekcji wirusa COVID 19, zakończyło się ujemnym odczytem dynamiki sprzedaży wszystkich produktów kredytowych. Z ciężkiej zapaści wychodzić będą karty kredytowe (-41,6%), kredyty gotówkowe (-32,9%) i pożyczki pozabankowe (-35,7%). Mniejszym turbulencjom uległy hipoteki (-0,4%) i kredyty ratalne (-5,5%). BIK z umiarkowanym optymizmem prognozuje II półrocze br. i w stosunku do I półrocza przewiduje: wzrost wartości sprzedaży kredytów gotówkowych (19%) i ratalnych (35%), spadek (-8%) w kredytach mieszkaniowych, w sumie jednak wszystkie kategorie zobowiązań mogą zakończyć rok 2020 pod kreską w stosunku do 2019 r. Obecnie widać zwiększający się rozjazd popytu od podaży na rynku kredytowym, funkcjonującym w dynamicznie zmieniającym się środowisku uwarunkowań pandemicznych i społeczno – gospodarczych.

Z powodu pandemii COVID-19 oraz jej bezpośrednich i pośrednich skutków, załamało się wiele dziedzin gospodarki. Wirus odcisnął swoje piętno także na rynku kredytowym i pożyczkowym, wystawiając go na wielki test odporności, zainfekował gwałtownie po 15 marca 2020 r., dyktując nową rzeczywistość.

– Wydarzenia, które nastąpiły od połowy marca zmusiły wszystkich do zredefiniowania planów na rok 2020. Gospodarką wstrząsnęły ograniczenia związane z pandemią koronawirusa, stanęliśmy w obliczu zamrożenia wszelkiej działalności – nie tylko gospodarczej, ale również społecznej, na niespotykaną dotychczas skalę. Stabilny dotąd rynek kredytów znalazł się na pochyłej ścieżce. Gwałtowny spadek liczby zapytań do bazy BIK, kierowanych przez instytucje finansowe w pierwszym okresie lockdownu, stał się zwiastunem spadku zainteresowania kredytami i pożyczkami ze strony konsumentów – komentuje dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu BIK.

Okiem BIK: monitoring poziomu odporności rynku kredytowego na atak wirusa

BIK jest instytucją gromadzącą informacje kredytowe, raportowane dwa razy w tygodniu przez banki komercyjne, banki spółdzielcze, SKOK-i oraz firmy pożyczkowe. Dzięki danym i analizom, dotyczącym wartości, jak i liczby klientów, na podstawie zapytań w procesie ubiegania się o kredyt we wszystkich obszarach finansowania, BIK na bieżąco mierzy poziom popytu na kredytowanie gospodarstw domowych oraz wynikającą z niego akcję kredytową na rynku.

Podejmując się oceny pierwszego półrocza 2020 r., należy wziąć pod uwagę wyjątkowość i nieprzewidywalność sytuacji pandemicznej, która gwałtownie i symetrycznie wpłynęła na zamrożenie (lockdown) całej gospodarki zarówno jej części popytowej, jak i podażowej. Tymczasem okres odmrażania gospodarki (defrosting) przyjął charakter fazowy, niesymetryczny zarówno geograficznie, jak i branżowo. Ta różnica w równym stopniu przekładała się na odbudowę popytu i podaży, obecnie ma także istotne znaczenie dla przyszłości sytuacji na rynku kredytowym.

Analizując rynek kredytów dla gospodarstw domowych w pierwszym półroczu br., wyróżnić należy cztery okresy: miesiące przedpandemiczne (styczeń – luty), częściowo pandemiczne (marzec), pełne miesiące pandemiczne z symetrycznym lockdownem (kwiecień – maj), miesiące częściowo postpandemiczne z asymetrycznym odmrażaniem gospodarki (czerwiec). BIK dokonuje oddzielnej analizy trendów popytowych, opartych na zapytaniach o poszczególne rodzaje kredytów oraz trendów podażowych, kształtujących wartość udzielanych kredytów.

Popyt na kredyty i pożyczki

Kredyty gotówkowe: spadki począwszy od tygodnia 9 – 15 marca, zaliczyły dołek na kilka tygodni do końca kwietnia. Odbicie wystąpiło w maju, kontynuując ten pozytywny trend w czerwcu. Czerwcowy średni poziom zapytań stanowi 97% wyniku z 2019 r. Kredyty gotówkowe związane są z finansowaniem bieżących potrzeb konsumpcyjnych i płynnościowych gospodarstw domowych.

Kredyty ratalne: spadki począwszy od tygodnia 9 – 15 marca, pogłębiane w kolejnych tygodniach aż do dołka w okresie 6-12.04. W kolejnych tygodniach wystąpiło odbicie i szczyt w tygodniu 01-07.06. przerwane krótszym tygodniem (ze Świętem Bożego Ciała). Wynik został odrobiony od 15-21 czerwca (+29,3%), a od tygodnia 22 – 28 czerwca (+9,5%) można mówić o stabilizacji trendu wzrostu. Kredyty ratalne związane są z zakupami sprzętu RTV, AGD, mebli i innych dóbr trwałego użytku zarówno w tradycyjnych sklepach, jak i w e-commerce. Popularność zakupów w tym systemie rośnie wraz z atrakcyjnymi ofertami promocyjnymi handlowców, w celu nadrobienia utraconych wolumenów sprzedaży w poprzednich miesiącach. Wzrost sprzedaży w maju 2020 r. w porównaniu do maja 2019 r. w firmach handlujących meblami, RTV, AGD wyniósł w cenach stałych 14,4% (dane GUS).

Kredyty mieszkaniowe: wyhamowanie popytu od połowy marca, pogłębiane w kolejnych tygodniach aż do dołka utrwalonego od 06.04. do początku maja. Zmiana trendu zaznaczyła się na wykresach od  04-10.05, a w kolejnych tygodniach wystąpiła stabilizacja na poziomie ¾ liczby zapytań z 2019 r. W krótszym tygodniu ze świętem Bożego Ciała wystąpił duży spadek (-39,9%), odrobiony w kolejnym tygodniu 15-21 czerwca (+23%). W tygodniu 22 – 28 czerwca wystąpił powrót do poziomu zeszłego roku. Popyt na kredyty mieszkaniowe po głębokiej korekcie odbudował się do poziomu z roku 2019, co może być spowodowane kilkoma czynnikami: chęcią skorzystania z ultraniskich stóp procentowych, ucieczką w nieruchomości przed inflacją oraz traktowanie nieruchomości jako tej części majątku, która odporna jest na zawirowania rynkowe.

Rynek pozabankowy: spadki zapytań o pożyczki pozabankowe w porównaniu z 2019 r. miały już miejsce od stycznia 2020 r. (-25% r/r), w lutym i na początku marca, czyli jeszcze w okresie przed pandemicznym były nieco łagodniejsze (-8-10%), w kolejnych tygodniach marca, tj. na początku okresu pandemicznego pogłębiły się, a następnie od początku kwietnia i we wszystkich tygodniach głębokiego lockdownu oraz defrostingu do dziś utrzymują się bardzo duże 50-60% spadki r/r. Pandemia pogłębiła więc tylko wcześniejsze problemy branży pożyczkowej.

Negatywne trendy sprzedaży kredytów i pożyczek

Sprzedaż wszystkich produktów kredytowych w I półroczu 2020 r. odnotowała ujemne odczyty. Na negatywne wyniki wpływ miały zarówno część popytowa, jak i podażowa. W aspekcie popytowym bardzo osłabiła się konsumpcja, którą inaczej należy interpretować w odniesieniu do kredytów na zakupy bieżące oraz na zakup nieruchomości. Z kolei wpływ na podaż – dostępność do kredytów, miały niepewność, zwiększona ostrożność instytucji finansowych w procesie przyznawania finansowania, ale również wynikające z rosnącego ryzyka, podniesienie wymogów wobec potencjalnych kredytobiorców.

W największej zapaści pod względem wartości i liczby sprzedaży w okresie 01-06.2020 r. (r/r) znalazły się karty kredytowe (-41,6%) a także limity kredytowe, których przyznano mniej o 37,7%, a wartościowo o 31,2% mniej w stosunku do roku ubiegłego. Zawirowaniom pandemii mocno uległy kredyty gotówkowe, których przyznano o 31,5% mniej oraz na wartość niższą o 32,9%. Znaczny spadek sprzedaży odnotował rynek pozabankowy. W okresie pierwszych sześciu miesięcy 2020 r. liczba udzielonych pożyczek spadła o 26,6% a wartość udzielonego finansowania obniżyła się o 35,7%.  Jednak nie wszędzie spadki były tak drastyczne. W reżimie sanitarnym znacząco lepiej poradziły sobie kredyty ratalne, które w porównaniu do I półrocza 2019 r., osłabiły się w liczbie tylko o 1,2% a wartościowo odnotowały spadek o 5,5% dzięki zwiększonemu zainteresowaniu Polaków zakupami w sieci, co przełożyło się na znaczący wzrost popularności kredytów ratalnych w maju i czerwcu. Nie skompensowało to jednak słabego początku roku oraz negatywnego trendu, pogłębionego przez pandemię w okresie lockdownu.

Gdyby oceniać odporność rynku kredytowego w okresie pandemii, liderem mogłyby zostać kredyty mieszkaniowe, które odnotowały najniższy spadek wartości udzielonego kredytowania na poziomie (-0,4%) w okresie 01-06.2020 r. (r/r), przy spadku liczby udzielonych hipotek o (-8,3%). Na sprzedaż w tym segmencie wpływ miały bardzo dobre dwa pierwsze miesiące roku oraz to, że wnioski złożone jeszcze przed lockdownem były procesowane średnio dwa miesiące. W związku z tym negatywny pandemiczny spadek sprzedaży opóźnił się o dwa miesiące.

Jakość kredytów

Widzimy już pierwsze symptomy pogorszenia jakości portfeli kredytowych. Szczególnie jest to widoczne w ujęciu 12 miesięcznym. Jakość portfela kart kredytowych, mierzona BIK Indeksem Jakości (wskaźnik opisany jest w cyklicznym Newsletterze kredytowym BIK), pogorszyła się o (+0,83 pkt proc.), a kredytów gotówkowych (+0,77). Indeksy jakości sygnalizują najmniejsze pogorszenie w przypadku portfela kredytów ratalnych (+0,11) oraz mieszkaniowych (+0,14). Są to już pierwsze niepokojące symptomy. Choć sam poziom szkodowości kredytów mieszkaniowych i ratalnych jest nadal niski – odpowiednio 0,86% i 2,14%, to już kredytów gotówkowych i kart kredytowych jest na średnim poziomie odpowiednio: 6,67% oraz 4,61%. Pełny negatywny wpływ lockdownu na jakość kredytów dla gospodarstw domowych będzie widoczny na koniec roku i w pierwszych miesiącach 2021 r. Należy bowiem pamiętać, że część kredytobiorców skorzystała z bankowej pomocy i zawiesiła spłatę rat kredytowych, a Indeks obejmuje opóźnienia powyżej 90 dni, które będą widoczne dopiero w przyszłości, gdy skończy się okres zawieszenia.

Prognoza BIK – szanse i zagrożenia

Pomimo widocznych już symptomów powrotu do normalności, rozumianego jako systematyczne odmrażanie poszczególnych gałęzi gospodarki i zmniejszanie obostrzeń sanitarnych, trudno przewidywać wielkość i wartość akcji kredytowej w całym 2020 r. Niepewność odnośnie prognoz wynika z wielu czynników, m.in. z nadal realnej kolejnej fali zachorowań, wyczekującej postawy klientów wstrzymujących konsumpcję z obawy przed utratą zatrudnienia. Niewiadomą jest również zachowanie samych banków, a w konsekwencji dostępność kredytów.

– W kolejnych miesiącach na rzeczywistą wielkość i wartość akcji kredytowej niewątpliwie nadal oddziaływać będzie widmo jesiennej fali pandemii. Zakładamy jednak, że ewentualny nowy lockdown nie będzie tak restrykcyjny, jak wiosenny – prognozuje prezes BIK.

– Ożywienie na rynku kredytów w dużym stopniu zależeć będzie od polityki kredytowej banków, określającej kryteria uzyskania finansowania oraz definiującej poziom apetytu na ryzyko poszczególnych instytucji kredytowych. Naturalnym jest, że banki, w obliczu rosnącego ryzyka, podnoszą wymagania wobec kredytobiorców i są bardziej skłonne do przyznawania finansowania znanym, własnym klientom. Widać to już w poziomie akceptacji wniosków kredytowych w przypadku klientów z wyższą oceną punktową. Jednym słowem, poza zdolnością kredytową, jeszcze większej wagi nabiera dobra historia kredytowa – podkreśla dr Mariusz Cholewa.

Prognoza – kredyty gotówkowe:

BIK spodziewa się w drugiej części roku ograniczonej dostępności kredytów gotówkowych, zwłaszcza wysokokwotowych, a także udzielanych osobom pracującym w wolnych zawodach, samozatrudnionym oraz osobom na elastycznych formach zatrudnienia. Banki chętniej będą udzielały finansowania klientom własnym, do których mają zaufanie – osobom o niskim wskaźniku DTI oraz o wysokim scoringu. Zmniejszy się również zjawisko konsolidacji i refinansowania kredytów gotówkowych. Zdaniem analityków BIK spodziewać się można, że banki udzielą kredytów gotówkowych w 2020 r. na kwotę 55,2 mld zł – o 23% mniej niż w całym 2019 r.

Prognoza – kredyty ratalne:

Drugie półrocze rysuje optymistyczne perspektywy dla kredytów ratalnych. Mocno ograniczona możliwość dokonywania zakupów w systemie ratalnym, w modelu tradycyjnego handlu, ożywiła się wraz ze wzrostem popularności e-commerce. Obniżki cen i promocje przyciągają uwagę tzw. łowców okazji, którzy będą chcieli w tym systemie sfinansować swoje zakupy. Warto zauważyć, że kredyty ratalne cechuje niższa szkodowość niż kredytów gotówkowych, a co za tym idzie – wyższa skłonność banków do akceptacji ich ryzyka. Dobre drugie półrocze jednak nie zrekompensuje w całości tak dużego spadku w samym środku lockdownu (kwiecień). Stąd ostrożna prognoza BIK wynosi 15,3 mld zł udzielonych kredytów ratalnych w 2020 r. – o 8% mniej w stosunku do 2019 r.

Prognoza – kredyty mieszkaniowe:

W ujęciu wartościowym na sprzedaży kredytów mieszkaniowych będzie oddziaływała sytuacja na rynku mieszkaniowym – ceny nieruchomości oraz wymagania banków co do wysokości wkładu własnego – regulacyjne zmniejszenie udziału kredytu. Obecnie, z uwagi na ogromną niepewność co do skutków ekonomicznych lockdownu oraz to w jakim układzie gospodarka będzie dochodziła do normalności, banki przyjmują konserwatywną politykę kredytową, którą charakteryzują wyższe wymagania co do kredytobiorców (wyższy scoring, niższy wskaźnik DtI) oraz samej transakcji kredytowej (niższy LtV, wyższy wkład własny). Powoduje to zmniejszenie dostępności kredytu. Ponadto utrudniony dostęp do kredytu będą mieli pracownicy branż najbardziej doświadczonych koronawirusem, mikroprzedsiębiorcy działający w tych branżach, czy osoby zatrudnione na elastyczne formy zatrudnienia. Są to branże, w których realizacja usługi wymaga kontaktu międzyludzkiego: gastronomia, hotelarstwo, branża turystyczna, transportowa, linie lotnicze, branża eventowa, branża sportowa, klub fitness, branża usług fryzjerskich i kosmetycznych. Obniżka stóp procentowych nie zwiększy znacząco dostępności kredytu mieszkaniowego w najbliższych miesiącach, tym bardziej, że banki podwyższyły marże kredytowe. Uwzględniając te czynniki BIK prognozuje łączną wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych w 2020 r. na kwotę 60 mld zł – niższą w porównaniu do 2019 r. o 8%.

Gig economy jako remedium na niepewną przyszłość

Koronawirus wciąż odbija się na rynku pracy. Chociaż coraz więcej mówi się o powrocie do nowej normalności, to jest ona daleka od standardów, które wszyscy znamy. Codzienne informacje o wzroście zachorowań, brak danych z rynku pracy, a w szczególności o liczbie bezrobotnych – wszystko to wywołuje chaos w niejednej firmie. Pracodawcy niepewni przyszłości nie chcą podejmować decyzji rekrutacyjnych na długi okres. Jednak zapotrzebowanie na pracownika się nie zmniejsza. Jak firmy wobec tego powinny podejść do rekrutacji?

Jak wygląda nowa normalność?

Trudno jednoznacznie powiedzieć, jak wygląda obecnie sytuacja na rynku pracy, ponieważ podawane są różne dane o bezrobociu w Polsce, które wahają się między 3 proc., a 9 proc. Brak jednoznacznych informacji wywołuje w wielu firmach chaos. Badania pokazują rozbieżne wyniki, a, jak podkreślają eksperci rynku pracy, istotne jest aby wiedzieć, ile osób straciło pracę, by oszacować ubytek w podatkach i spadek PKB, a także zapobiec utracie kapitału społecznego. Dane te są również istotne dla przedsiębiorców, którzy planują w niedalekiej przyszłości zatrudnić nowych pracowników. Jak prezentuje się rynek pracy?

  • MRPiPS podaje, że stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 6,1 proc. na koniec czerwca. To o 0,1 pkt proc. więcej niż w maju br.
  • Z badania Diagnoza Plus wynika, że w czerwcu odnotowaliśmy stopę bezrobocia na poziomie 5,4 proc. Odczyt stopy bezrobocia w kwietniu wyniósł 5,7 proc.
  • Z szacunków Konfederacji Lewiatan wynika, że bez pracy jest obecnie od 1,25 mln do 1,3 mln Polaków, czyli 7,8 proc. ogółu zatrudnionych.
  • Według Europejskiego Urzędu Statystycznego mamy w kraju jeden z najniższych wskaźników bezrobocia w całej Unii Europejskiej. Wyniósł on w czerwcu 3 proc.
    Najnowsza Prognoza Przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia, którą opublikował think thank PublicPolicy.pl.pokazuje, że zatrudnienie spadnie o ponad 190 tys. etatów, zaś bezrobocie wzrośnie o 415 tys. osób do poziomu ponad 1,3 mln osób.
  • Fundacja Inicjatyw Ekonomiczno–Społecznych szacuje, że szacuje, że realne bezrobocie obecnie wynosi już ok. 1,5 mln osób. Statystyki są „wypłaszczone” m.in. przez Tarczę Finansową PFR, z której skorzystało 235 tys. firm zatrudniających łącznie 2,3 mln ludzi.
  • Według NBP, stopa bezrobocia w 2022 roku będzie wyższa o ok. 2,4 pkt. proc. niż na początku tego roku. Analitycy NBP podkreślają, że pandemia wzmocniła problem niedopasowania na rynku pracy. Część zwalnianych pracowników nie znajdzie innej pracy, ponieważ nie ma odpowiednich kwalifikacji i nie ma jak ich zdobyć.

Dlaczego brak jednoznacznych danych jest niepokojący?

Trudno jest przewidzieć jak będzie wyglądała sytuacja na rynku pracy za miesiąc czy dwa, zwłaszcza, że jest ona powiązana z sytuacją gospodarczo-społeczną, która również stoi pod znakiem zapytania. Wielu przedsiębiorców nie wie, czy przewidywana druga fala koronawirusa odbije się na ich biznesie, czy znowu dojdzie do zamknięcia niektórych sektorów gospodarki? Przedsiębiorca wobec tych niewiadomych ma problem z oszacowaniem, ilu i w jakim wymiarze czasu potrzebuje pracowników. Czy powinien zatrudnić na stałe, a może na kilka godzin dwa dni w tygodniu? Dlatego firmy coraz częściej chcą zatrudniać pracowników zgodnie z konkretnym zapotrzebowaniem. Dynamiczna sytuacja na rynku pokazuje, że lepiej inwestować w pracowników na krótki okres, który odpowiada konkretnym potrzebom firmy, niż w pracownika na stałe, ponieważ nikt nie może przewidzieć, czy za kilka miesięcy firma nie będzie musiała przeprowadzać redukcji etatów.

Pracownik na godziny

Firmy, które mają okresy wzmożonego zapotrzebowania na pracownika, powinny rozważyć rekrutacje w modelu gig economy, czyli zatrudniać wtedy, kiedy tego potrzebują. Gig economy to trend w gospodarce, który opiera się na realizacji zadań i projektów oferowanych poprzez platformy cyfrowe. To wygodny sposób zarówno dla pracownika, ponieważ daje mu niezależność jak i dla pracodawcy. Firma nie musi od razu decydować się na długotrwałe koszty związane z zatrudnianiem pracownika; ma możliwość „wynajęcia” go w momencie, gdy tego najbardziej potrzebuje. Pracownik, który chce dorobić, albo potrzebuje elastyczności – wybiera odpowiednią dla niego ofertę pracy na dany dzień czy okres. To on wybiera, która praca w danym terminie mu najbardziej odpowiada. Takie rozwiązanie jest coraz bardziej wykorzystywane w Polsce i na świecie. Badanie z 2019 r. przeprowadzone na zlecenie Kongresu Związków Zawodowych (TUC) szacuje, że co dziesiąta osoba dorosła w wieku produkcyjnym w Wielkiej Brytanii przynajmniej raz w tygodniu pracuje za pośrednictwem platform cyfrowych w systemie gig economy, przy czym większość korzysta z tego rodzaju pracy, aby uzupełniać inne formy dochodu. Można przypuszczać, że wobec niepewności na rynku, to rozwiązanie będzie coraz bardziej popularne. Eksperci Mastercard przewidują dwucyfrowy roczny wzrost platform cyfrowych w ciągu najbliższych pięciu lat. Trend jest widoczny również w Polsce. Przykładem platformy w systemie gig economy jest Tikrow.

Zmiany na rynku nie powinny nikogo dziwić. W obecnych czasach i od pracownika i pracodawcy oczekuje się większej elastyczności i szybkiej reakcji na sytuację ekonomiczną. Takie rozwiązanie dają platformy typu gig economy, jak aplikacja Tikrow, która pozwala firmie zatrudniać pracowników „na godziny”. To dobry sposób aby w pełni wykorzystać potencjał pracownika zgodnie z aktualnymi potrzebami firmy. Pracownik zaś może elastycznie dobierać zlecenia i w prosty sposób zarządzać swoim czasem –mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow.

Rynek pracodawcy

Z raportu Grant Thornton wynika, że pracodawcy zaczynają̨ wymagać od przyszłych pracowników coraz więcej. Oferty z maja zawierały już średnio ponad pięć wymagań, co jest znaczącą różnicą wobec kwietnia – gdzie wymagania pracodawcy nie tylko nie podniosły się̨, ale wręcz gwałtownie spadły. Teraz, to pracodawca wybiera spośród specjalistów, którzy w związku z kryzysem są gotowi obniżyć swoje oczekiwania finansowe. Zwłaszcza, że konkurencja na rynku jest duża. Na Podkarpaciu 43 bezrobotnych walczy o jedno wolne miejsce pracy. Podobnie jak w województwie podlaskim czy lubuskim – 31 bezrobotnych na jedno miejsce pracy. Osoby szukające pracy są świadome, że procesy rekrutacyjne w obecnych czasach są bardzo długie i podzielone na etapy. Dlatego, aby zachować płynność finansową i mieć środki na opłacanie swoich bieżących zobowiązań podczas szukania pracy, korzystają z prac dodatkowych wspomagając swój domowy budżet. Wykorzystują do tego strony jak OLX czy pracuj.pl, ale również aplikacje mobilne.

Jak Polacy szukają pracy?

Według raportu Diagonza Plus, osoby, które obecnie szukają pracy, są przekonane, że konieczna będzie zmiana branży, zawodu, aspiracji aby znaleźć pracę. Elastyczność, szybka reakcja jest coraz bardziej wymagana na rynku, dlatego aplikacje mobilne coraz częściej są wykorzystywane jako źródło pozyskiwania nowych pracowników. Jest to wygodne rozwiązanie, które pozwala w szybki sposób zapoznać się z firmą i wymaganiami na dane stanowisko. Pracownik w łatwy sposób może wysłać swoje zgłoszenie, a pracodawca szybko zweryfikować przyszłych pracowników i wybrać odpowiednią osobę na dane stanowisko.

Pracodawca wstawia ogłoszenie opisujące stanowisko, wymagania i dokładny czas pracy – kiedy potrzebuje pracownika i na ile godzin. Osoba szukająca pracy prosto i szybko może dobrać dla siebie zajęcie i od razu zaaplikować na dane stanowisko. Takie rozwiązania cieszą się szczególnym zainteresowaniem wśród studentów, lub ludzi, którzy chcą dorobić do swojej podstawowej pensji. Możliwość elastycznego układania grafiku jest teraz na wagę złota – dodaje Krzysztof Trębski.

Polska europejskim średniakiem pod względem łatwości prowadzenia biznesu

Polska znalazła się na 14. miejscu w Europie wśród państw posiadających najbardziej złożone przepisy regulujące prowadzenie biznesu, wynika z najnowszego raportu opracowanego przez TMF Group, globalną firmę świadczącą usługi biznesowe dla firm działających lokalnie i międzynarodowo. Najtrudniej w Europie prowadzić biznes w Grecji, a najłatwiej w Danii.

W raporcie zatytułowanym Global Business Complexity Index 2020, eksperci TMF Group porównali główne wymagania poszczególnych krajów w ramach 77 jurysdykcji na całym świecie, w zakresie przepisów administracyjnych i zapewnienia zgodności działalności z regulacjami prawnymi, stawianych przed przedsiębiorcami planującymi prowadzić swój biznes na wybranym rynku.

Choć wyniki tegorocznego badania nie są bezpośrednio porównywalne z zeszłoroczną edycją raportu ze względu na niewielkie zmiany w metodologii jego przygotowania, Polska w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy awansowała w badaniu TMF Group (w zestawieniu krajów europejskich o cztery pozycje, a w zestawieniu globalnym o 13 miejsc), co mogłoby oznaczać, że prowadzenie biznesu w Polsce w odniesieniu do badanych krajów w Europie, jak i w skali globu może być relatywnie prostsze niż jeszcze w zeszłym roku. Eksperci firmy zastrzegają jednak, że te zmiany nie wynikają z wprowadzenia bardziej przyjaznych przepisów dla biznesu.

  • Lepsza pozycja naszego kraju w tegorocznym badaniu może sugerować, że w Polsce w porównaniu z zeszłym rokiem jest łatwiej prowadzić biznes. Niestety tak nie jest. Zmiana pozycji w rankingu wynika raczej z roszad jakie miały miejsce w odniesieniu do innych krajów. To smutna konstatacja – tłumaczy Joanna Romańczuk, Dyrektor Zarządzająca TMF Group w Polsce i dodaje: – Firmy z zagranicy chcące rozpocząć działalność w Polsce spotykają się niezmiennie z dużymi wyzwaniami. Wszystkie dokumenty korporacyjne muszą być wypełnione w języku polskim, a założenie firmy w przypadku podmiotów, których spółki-matki zlokalizowane są poza Polską może trwać bardzo długo. Takie czynniki powodują, że tak istotny rynek europejski jak Polska ma wysokie bariery wejścia, co z kolei zmusza inwestorów do bliskiej współpracy z lokalnymi partnerami, poruszającymi się swobodnie w zakresie krajowych regulacji.

W Europie najłatwiej prowadzić biznes odpowiednio w Danii, Holandii, Irlandii, Szwajcarii i na Malcie. Z kolei najtrudniej w Grecji, gdzie eksperci TMF Group szacują, że co roku wprowadzane jest około 70 nowych przepisów podatkowych i to już w czasie trwania roku podatkowego. Tuż za Grecją znalazły się Turcja, Francja, Chorwacja i Belgia. Wśród naszych bezpośrednich sąsiadów łatwiej prowadzi się firmę m.in. na Ukrainie, w Czechach i w Niemczech, a trudniej na Słowacji czy w Rosji.

Z raportu Global Business Complexity Index 2020 wynika również, że Polska pod kątem złożoności środowiska biznesowego znalazła się na 34. miejscu na świecie (w tegorocznym raporcie eksperci TMF Group analizowali 77 jurysdykcji). Liderami w skali globu pod względem łatwości prowadzenia biznesu w 2020 roku są odpowiednio: Curaçao (terytorium zależne Holandii), Stany Zjednoczone, Jamajka, Dania i Brytyjskie Wyspy Dziewicze (brytyjskie terytorium zamorskie w Ameryce Środkowej). Najtrudniej na świecie prowadzić biznes w Indonezji, Brazylii, Argentynie, Boliwii, Grecji i w Chinach.

Miejsce Polski w środku rankingu, oznaczające złożone warunki do prowadzenia biznesu, wynika z często zmieniających się przepisów prawa; relatywnie trudnego dla inwestora zza granicy procesu zakładania firmy a także wyjątkowo uciążliwych wymogów administracyjnych w obszarze sekretariatu korporacyjnego. W zakresie regulacji księgowo-podatkowych Polska znalazła się na jeszcze niższej pozycji (38. miejsce w skali globu), podobnie w obszarze przepisów związanych z zatrudnianiem i wynagradzaniem pracowników (35. miejsce).

  • Polska ma szóstą co do wielkości gospodarkę w Unii Europejskiej i wykwalifikowanych pracowników. Posiada wiele atrybutów niezbędnych do osiągnięcia sukcesu, ale jej głównym wyzwaniem – podobnie jak dużej części krajów Europy Środkowej i Wschodniej – jest ograniczenie sfery administracji w odniesieniu do przedsiębiorstw i podjęcie kroków w kierunku e-administracji na wzór krajów nordyckich. Jeśli Polska podejmie te kroki, będzie mogła spodziewać się większego zainteresowania międzynarodowego biznesu i co za tym idzie zwiększonego napływu inwestycji – mówi Juraj Gerzeni, dyrektor TMF Group na obszar EMEA, obejmujący Europę, Bliski Wschód i Afrykę.

Publikowany od 2013 roku raport Global Business Complexity Index jest kombinacją opracowania statystycznego oraz analizy jakościowej dokonywanej przez lokalnych ekspertów firmy TMF Group działających w ponad 80 lokalizacjach. Tegoroczny raport analizuje kluczowe obszary administracji biznesowej i zgodności z przepisami w 77 jurysdykcjach, począwszy od czasu potrzebnego do założenia firmy w danym kraju, przez wprowadzane zmiany w ustawodawstwie podatkowym, po regulacje w zakresie wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych. W sumie w tegorocznym rankingu uwzględniono ponad 250 różnych kryteriów.

Podnoszenie płacy minimalnej w czasie kryzysu to działanie przeciw pracownikom. Może dojść do zwiększenia fali zwolnień

Podwyżka płacy minimalnej w dobie kryzysu gospodarczego to działanie antypracownicze

– To niekonsekwencja. Od Premiera i ministrów odpowiedzialnych za ekonomię słyszymy o konieczności wspierania przedsiębiorców w tym trudnym gospodarczo czasie, a drudzy dzień później ogłaszają wdrożenie podwyżki płacy minimalnej, która w oczywisty sposób podwyższa koszty stałe przedsiębiorców – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Jesteśmy zwolennikami tego, by nasi pracownicy zarabiali jak najwięcej, ale to wszystko musi być regulowane z rozsądkiem i uwzględnieniem realiów rynkowych. Rząd podnosi płacę minimalną, a wiele firm nie będzie miało z czego tych podwyżek wypłacać. Takie ruchy pogłębiają myśli o restrukturyzacji i pewnie w wielu firmach spowodują zwolnienia – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

„Wiele osób może stracić miejsce zatrudnienia, bo kolejne zobowiązania finansowe będą pogrążać pracodawcę”

Rządowe plany podnoszenia płacy minimalnej zakładały, że w roku 2021 osiągnięty zostanie pułap 3000 złotych brutto. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało pewną korektę – podwyżka wyniesie 200 złotych brutto do 2800 złotych miesięcznie, co oznacza 18,3 zł brutto za godzinę. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zdecydowanie opowiada się za tym, by wynagradzać pracowników adekwatnie do ich pracy. Jeżeli przedsiębiorstwo stać na podwyżki dla pracowników to należy to chwalić i doceniać. Niestety żyjemy w czasie kryzysu gospodarczego spowodowanego pandemią koronawirusa i musimy być świadomi z jak poważnymi problemami boryka się wiele firm. Wszelkie podnoszenie danin i zobowiązań może skutkować koniecznością zwolnień pracowników.

– Nasze doświadczenia pokazują, że wiele firm robi co może, byle tylko nie zwalniać pracowników, nie tracić efektywności działania, by kontynuować działalność. Podwyżka płacy minimalnej w takiej sytuacji nie jest działaniem propracowiczym, a wręcz przeciwnie. Wiele osób może stracić miejsce zatrudnienia, bo kolejne zobowiązania finansowe będą pogrążać pracodawcę – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński. – Pracodawca musi tak regulować wynagrodzeniami, by zatrzymać kadry i specjalistów. Sztuczne podnoszenie płacy minimalnej w takiej sytuacji może doprowadzić tylko do pogłębiania się kryzysu finansowego w firmach. To nie jest odpowiedni moment, by wprowadzać takie regulację. Pamiętajmy, że podwyżki płacy minimalnej prowadzą zwykle do regulacji wynagrodzeń także na innych szczeblach, a na to przedsiębiorców obecnie nie stać – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński.

Jak mówi Prezes Tarczyński przedsiębiorcy są bardzo niepewni jutra: – Wiadomość o podwyżce płacy minimalnej zbiegła się w czasie z informacjami np. o restrukturyzacji kopalń, o kolejnych problemach branży turystycznej, o zagrożeniu drugim lockdownem. Proszę o wyciągnięcie wniosków, czy to jest sprzyjający czas, by podnosić zobowiązania przedsiębiorców. Spodziewam się, że pracownicy są bardziej wyrozumiali dla pracodawców niż Rząd – mówi Prezes Izby.

Możliwy dylemat pracodawców: Wzrost płacy minimalnej czy ochrona zatrudnienia?

– Podniesienie przez rząd płacy minimalnej to niebezpieczna gra – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Dziś, z uwagi na panującą epidemię koronawirusa i jej wpływ oraz konsekwencje dla gospodarki stoimy raczej przed dylematem – Wzrost płacy minimalnej czy ochrona zatrudnienia? Należy bowiem pamiętać, iż najgorsze jednak wciąż przed nami. Spowolnienie gospodarcze w IV  kwartale 2020 r. i I kwartale 2021 jest nieuniknione nawet bez uderzenia drugiej fali pandemii COVID -19, a wszystko przecież wskazuje na to, że druga fala jednak nadejdzie. Dlatego działania rządu powinny skupić się na zabezpieczaniu istniejących miejsc pracy i kompleksowych programach ich ochrony. W tej sprawie należy zachować realizm i postępować racjonalnie – dodaje dyrektor Wolny.

Przedsiębiorcy w tym trudnym okresie, nie dość że muszą odrabiać poniesione ogromne straty, a mają nienajlepsze perspektywy na najbliższe miesiące, to jeszcze podnosi się im koszty prowadzenia działalności. Za moment przestaną działać programy pomocowe w ramach Tarczy Antykryzysowej, więc przy spowolnieniu gospodarczym oraz wysokiej inflacji przedsiębiorcy będą zmuszeni szukać oszczędności.

Czy przedsiębiorca dokonujący zapłaty na rachunek wirtualny musi informować o tym fakcie skarbówkę?

Przedsiębiorca, który dokona zapłaty innemu przedsiębiorcy na rachunek nieznajdujący się w prowadzonym przez administrację skarbową rejestrze podatników VAT, pozbawiany jest przez fiskusa prawa do zaliczenia takiej zapłaty do kosztów uzyskania przychodów. Co więcej, w zakresie tej płatności grozi mu solidarna odpowiedzialność całym swoim majątkiem wraz z jej odbiorcą za jego zaległości podatkowe w VAT. Co jednak w przypadku, gdy przedsiębiorcy dokonują między sobą rozliczeń za pośrednictwem tzw. wirtualnych rachunków bankowych?

Obowiązkowa płatność na rachunek z białej listy

Zgodnie z art. 19 Ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz.U. 2018, poz. 646, ze zm.) dokonywanie lub przyjmowanie płatności wynikających z działalności gospodarczej musi następować wyłącznie za pośrednictwem rachunku płatniczego przedsiębiorcy każdorazowo, gdy drugą stroną transakcji jest inny przedsiębiorca, a jednorazowa jej wartość przekracza kwotę 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty.

Z kolei jak stanowi art. 96b ust. 1 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.), Szef Krajowej Administracji Skarbowej prowadzi w postaci elektronicznej rejestr czynnych podatników VAT, w którym wskazywane są m.in. numery rachunków rozliczeniowych, o których mowa w art. 49 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe, lub imiennych rachunków w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej tych podatników. Przepis art. 15d Ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.) sankcjonuje, że dokonanej między przedsiębiorcami płatności o wartości powyżej 15 tys. zł przedsiębiorca ją ponoszący nie może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, jeśli została dokonana na rachunek inny niż ten, który został zawarty na dzień zlecenia przelewu w rejestrze prowadzonym przez Szefa KAS.

Co więcej, przedsiębiorca odpowiada całym swoim majątkiem solidarnie z odbiorcą tak dokonanej płatności za jego zaległości podatkowe w części podatku od towarów i usług, proporcjonalnie przypadającej na płatność za towar lub usługę uregulowaną na rachunek spoza tzw. białej listy art. 117ba Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2019, poz. 900, ze zm.). Od odpowiedzialności tej przedsiębiorca mógł się do 30 czerwca 2020 r. uwolnić, powiadamiając o tak dokonanej płatności właściwego dla wystawcy faktury naczelnika urzędu skarbowego w terminie 3 dni od dnia zlecenia przelewu. Nowelizacją z 5 czerwca 2020 r. (Dz.U. 2020, poz. 1065) od 1 lipca 2020 r. termin ten został wydłużony do 7 dni.

Indywidualny wirtualny rachunek bankowy

Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością będąca czynnym podatnikiem VAT na potrzeby prowadzonej działalności nabywa towary i usługi (m.in. usługi telekomunikacyjne czy dostarczania energii elektrycznej). Płatności za te usługi dokonuje na rachunki bankowe dostawców, również będących podatnikami VAT. W celu usprawnienia tych rozliczeń każdy z dostawców przypisał spółce indywidualny numer rachunku bankowego – tzw. wirtualny rachunek bankowy, który połączony jest z bankowym rachunkiem rozliczeniowym dostawcy, o którym mowa w art. 49 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe (Dz.U. 1997 nr 140, poz. 939, ze zm.). Ten bankowy rachunek rozliczeniowy ujawniany jest na białej liście podatników VAT prowadzonej przez Szefa KAS. Na liście tej nie są natomiast wykazywane ww. indywidualne wirtualne rachunki bankowe, na które spółka dokonuje przelewu. Zdaniem przedsiębiorców nie są one objęte obowiązkiem ujawniania ich w tym rejestrze, bo nie znajdują się w katalogu rachunków bankowych wskazanym w art. 49 ust. 1 pkt 1 Prawa bankowego.

W związku z powyższym w opinii spółki może ona w pełni zaliczać tak dokonywane płatności do swoich kosztów uzyskania przychodu. Wystąpiła jednak o potwierdzenie tego do Dyrektora KIS. Potwierdzenie jej stanowiska zwalniałoby ją jednocześnie z obowiązku zawiadamiania naczelnika urzędu skarbowego o dokonaniu płatności na rachunek spoza wykazu podatników VAT, o którym mowa w art. 117ba Ordynacji podatkowej.

Organ był za, a nawet przeciw

Dyrektor KIS zgodził się ze spółką, ale… przyznał, że stosowane przez przedsiębiorców dla ułatwienia rozliczeń w obrocie gospodarczym rachunki techniczne, takie jak wirtualne rachunki bankowe, nie są rachunkami rozliczeniowymi w rozumieniu art. 49 ust. 1 pkt 1 Prawa bankowego. Stąd też nie podlegają obowiązkowemu ujawnieniu w prowadzonym przez administrację skarbową rejestrze podatników VAT. Niemniej są to rachunki połączone z głównym rachunkiem rozliczeniowym odbiorcy płatności, będącym przedsiębiorcą. A rozliczenia między przedsiębiorcami w kwocie powyżej 15 tys. zł zawsze powinny być dokonywane za pomocą takich głównych rachunków, które z kolei podlegają ujawnieniu w rejestrze. Dlatego też organ zgodził się, że spółka może zaliczać dokonane na wirtualny rachunek płatności do kosztów uzyskania przychodu pod warunkiem, że w rzeczywistości wpłata trafia na bankowy rachunek rozliczeniowy znajdujący się na dzień zlecenia przelewu na białej liście Szefa KAS. Spółka powinna więc posiadać w swojej dokumentacji dowody potwierdzające taką zależność między rachunkami.

Jakie dowody? – pyta spółka

Mimo że formalnie organ podatkowy zgodził się ze spółką, ta zaskarżyła wydaną interpretację. W skardze podniosła m.in., że w żadnych przepisach nie ma mowy o konieczności posiadania dowodów, o jakich mówi organ, ani o tym, w jakiej formie miałyby być dokumentowane (papierowej, zrzutów z ekranu). Ustawodawca nie uzależnił możliwości zaliczenia dokonanej płatności do kosztów uzyskania przychodu od posiadania takiego dowodu. Spółka wskazała, że do dochowania obowiązków wpłaty na rachunek bankowy ujawniony na białej liście organy nie wymagają przedkładania żadnych takich wydruków czy zrzutów z ekranu monitora. Wystarczający jest fakt, że rachunek znajduje się na niej w dniu składania zlecenia przelewu.

Brak odpowiedzi na pytanie spółki i nieuzasadnione żądanie dowodów

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu uchylił interpretację indywidualną Dyrektora KIS. Zgodził się w pełni ze spółką, że organy podatkowe, publikując wykaz podatników VAT, wymagają od przedsiębiorców tylko tego, aby na dzień zlecania przelewu na dany rachunek znajdował się on w tym wykazie. Zatem do dochowania wymogów art. 15d ustawy o CIT wystarczające jest samo sprawdzenie, czy rachunek widnieje na białej liście.

Sąd stwierdził, że organ nie odpowiedział na pytanie spółki objęte wnioskiem o interpretację. A pytała ona o to, czy płatność o wartości przekraczającej 15 tys. zł dokonaną na wirtualny rachunek bankowy niezgłoszony do wykazu Szefa KAS, ale niebędący rachunkiem, o którym mowa w art. 49 ust. 1 Prawa bankowego, może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, nawet jeśli nie zgłosi tego faktu w odpowiednim terminie naczelnikowi urzędu skarbowego. Uchylając rozstrzygnięcie organu podatkowego, sąd orzekł: „…kwestia dowodów, jakie podatnik winien posiadać, bezspornie nie była przedmiotem wniosku o udzielenie interpretacji indywidualnej, a jednocześnie organ, odnosząc się do powyższej kwestii, nie wskazał ani podstawy prawnej takiego rozstrzygnięcia ani nie sprecyzował rodzaju wymaganych dokumentów” (wyrok z 13 marca 2020 r., sygn. akt I SA/Op 529/19).

Podsumowanie

To bardzo ciekawe rozstrzygnięcie opolskiego sądu. Jak widać, organ podatkowy miotał się, by nie udzielić spółce wprost odpowiedzi na pytanie, czy dokonując zapłaty na wirtualny rachunek bankowy, musi informować o tym skarbówkę. Być może wynikało to z obawy, by jej śladem nie poszli inni przedsiębiorcy, dokonując między sobą rozliczeń za pośrednictwem tych nieujętych w katalogu rachunków bankowych, podlegających zgłoszeniu do prowadzonego przez Szefa KAS rejestru rachunków wirtualnych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Paweł Zieliński dołączy do zespołu MLP Group

MLP Group, jeden z wiodących deweloperów na europejskim rynku nieruchomości magazynowych, wzmacnia zespół odpowiedzialny za komercjalizację parków logistycznych. Paweł Zieliński z początkiem sierpnia br. obejmie funkcję Leasing Managera i będzie odpowiedzialny za wynajem powierzchni magazynowych na terenie Górnego i  Dolnego Śląska.

MLP Group wzmacnia dział odpowiedzialny za najem powierzchni komercyjnych. Do zespołu sprzedaży dołączy Paweł Zieliński obejmując stanowisko Leasing Managera. W ramach MLP Group będzie odpowiedzialny za komercjalizację parków logistycznych na terenie Górnego i Dolnego Śląska.

Paweł Zieliński posiada ponad dziewiętnastoletnie doświadczenie na rynku nieruchomości komercyjnych na Śląsku. W swoim dorobku zawodowym wynajął i sprzedał ponad 250 tys. m kw. powierzchni magazynowych i biurowych. Przed dołączeniem do zespołu MLP Group pracował w spółce Optirem, w której przez 12 lat pełnił funkcję Dyrektora Zarządzającego. Odpowiedzialny był m.in. za zarządzanie magazynami i biurami oraz pozyskiwanie nowych najemców. Doświadczenie zdobywał także w spółce Maksimum, gdzie specjalizował się przede wszystkim w komercjalizacji inwestycji i powierzchni oraz w wyszukiwaniu nieruchomości do zakupu. Odpowiadał również za negocjowanie warunków umów najmu i sprzedaży. Karierę zawodową zaczynał w firmie Opal. Paweł Zieliński jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim. Dodatkowo ukończył kurs zarządzania nieruchomościami oraz uzyskał Państwową Licencję Pośrednika Nieruchomości.

Deweloper sukcesywnie umacnia swoją pozycję w Europie, skupiając się na kluczowych regionach kraju. Śląsk to region, który spełnia te kryteria w 100%, a postęp jaki dokonał się w ostatnich latach na obszarze aglomeracji śląskiej, w tym m.in. rozwój infrastruktury transportowej i dostęp do zasobów ludzkich, przyciąga inwestorów. Dzięki atrakcyjnym lokalizacjom parki MLP Group cieszą się ogromną popularnością wśród potencjalnych, jak i obecnych najemców.

100 dni Tarczy Antykryzysowej – branża skurczyła się o 1/4, a sprzedaż pożyczek spadła o połowę

66 proc. Polaków sprzeciwia się zmianom na rynku kredytowym. Z rynku znikła już 1/4 firm pożyczkowych – podsumowanie 100 dni tarczy antykryzysowej na rynku pożyczek.

Obniżenie limitu kosztów pozaodsetkowych, które było reakcją rządu na wystąpienie pandemii Covid-19 mocno uderzyło w branżę pożyczkową. W ciągu 100 dni obowiązywania nowych regulacji część firm zniknęła z rynku, niektóre zawiesiły działalność, a pozostali gracze musieli zaostrzyć wymogi kredytowe. Efekt? Ponad 50-procentowy spadek sprzedaży. Przyjęte regulacje krytykują Polacy – z badania, które wykonał IBRiS dla Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że co 2. konsument negatywnie ocenia nowe przepisy.

Drugi kwartał 2020 r. przyniósł załamanie na rynku pożyczek pozabankowych – analizowane firmy pożyczkowe udzieliły około 396 tys. pożyczek o łącznej wartości 914,9 mln zł, co oznacza spadek o 48 proc. w ujęciu liczbowym oraz o 64 proc. pod względem wartości udzielonego finansowania w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.

Spadki sprzedaży to jednak nie tyle efekt nagłego spadku popytu, ile ograniczonej podaży. „Z jednej strony lockdown utrudnił wielu podmiotom prowadzenie działalności akwizycyjnej, a z drugiej przyjęto nowe regulacje, które obniżając maksymalną wysokość kosztów pozaodsetkowych, uderzają w rentowność sektora. To z kolei w naturalny sposób spowodowało tymczasowe zawieszenie lub całkowite ograniczenie akcji kredytowej przez wiele podmiotów oraz zaostrzenie wymogów kredytowych przez pozostałe firmy” – tłumaczy Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Regulacyjne tsunami – efekty po 100 dniach

Nowe limity kosztów pozaodsetkowych, obniżone o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniej obowiązujących poziomów, w połączeniu z dwiema szybkimi obniżkami stóp procentowych, zmusiły firmy pożyczkowe do zmian w ofercie produktowej i zaostrzenia polityki kredytowej.

Firmy zaczęły pożyczać znacznie mniejsze kwoty i to przeważnie znanym już sobie klientom. Trend ten poświadczają dane CRIF – w II kwartale 2020 r. średnia wartość pojedynczej pożyczki spadła o ponad ¼ w stosunku do I kwartału. Z tych samych danych wynika, że wiele podmiotów nie było w stanie skonstruować oferty w oparciu o nowe przepisy, więc zawiesiło lub całkowicie zaprzestało prowadzenia działalności. W analizowanym okresie rynek skurczył się o niemal 25 proc. działających na nim firm pożyczkowych.

Polacy krytyczni wobec nowych przepisów

Choć, wbrew założeniom rządu, pandemia nie sprawiła, że Polacy ruszyli tłumnie po kredyty i pożyczki, to jednak dostrzegają zmiany na rynku kredytowym i są wobec nich krytyczni.

Z badania przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie FRRF wynika, że niemal połowa Polaków (48 proc.) ocenia jako niekorzystne przepisy przyjęte w ramach tarczy antykryzysowej, odnoszące się do kredytów konsumenckich. Jeszcze więcej badanych, bo aż 66 proc., uważa, że rząd, nawet w trudnej sytuacji gospodarczej i społecznej, nie powinien ograniczać Polakom możliwości pożyczania pieniędzy w legalnych źródłach, czyli bankach, spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych i firmach pożyczkowych. Aż 59 proc. badanych uważa, że te ostatnie pełnią ważną rolę na rynku usług finansowych.

Niemal co piąty badany uważa, że dzisiaj trudniej jest dostać pożyczkę niż przed pandemią, a co dziesiąty przyznaje, że ktoś z jego bliskiego otoczenia w ciągu ostatnich 3 miesięcy miał problem z uzyskaniem pożyczki z legalnego źródła. A co robią Polacy w takiej sytuacji? Aż 30 proc. respondentów deklaruje, że gdyby znaleźli się w nagłej potrzebie finansowej, a nie otrzymaliby pożyczki w banku lub firmie pożyczkowej, to szukaliby pieniędzy w każdym możliwym miejscu. Jednocześnie ponad 60 proc. badanych uznało, że w takiej sytuacji Polacy raczej zapożyczą się byle gdzie niż zrezygnują z wydatku, który planują: 35 proc. wskazało na pożyczenie od osoby prywatnej (spoza kręgu rodziny i bliskich), a 27 proc. wskazało na wzięcie pożyczki pod zastaw majątku, np. mieszkania, samochodu czy biżuterii.

„To alarmujący fakt, że dla tak dużego grona Polaków ograniczony dostęp do pożyczania z legalnych instytucji finansowych nie stanowi przeszkody w zaciąganiu zobowiązań. Jest to o tyle niebezpieczne, że może wpędzić Polaków w pułapkę nadmiernego zadłużenia. Pamiętajmy, że prywatne pożyczki to w dużej mierze rynek, którego nie obejmują żadne regulacje” – mówi Agnieszka Wachnicka z Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Konsumenci z optymizmem patrzą w przyszłość

Pod względem finansowym pandemia koronawriusa nie dała się we znaki Polakom, tak jak pierwotnie się tego obawiano. Aż 7 na 10 Polaków nie odczuwa, aby w negatywny sposób wpłynęła na kondycję ich domowego budżetu. Aktualna sytuacja gospodarcza i społeczna nie wywołała także u nich większego zapotrzebowania na kredyty i pożyczki – 95 proc. wskazało, że nie musiało zaciągać zobowiązania z związku z epidemią. Badani nie boją się też o przyszłość – zapytani, czy mają obawy o stabilność przychodów w kolejnych miesiącach ponad 2/3 ankietowanych wskazała, że nie ma takich obaw. Kolejne 11 proc. odpowiedziało, że nie ma zdania w tej kwestii.

Sejm bierze się za nierówności płacowe i pracuje nad rozszerzeniem definicji mobbingu

Najnowszy projekt ustawy o zmianie Kodeksu pracy zakłada rozszerzenie definicji mobbingu o kategorię rozróżniającą wysokość wynagrodzenia ze względu na płeć. Jego celem jest zlikwidowanie luki płacowej.

Mobbing to nie jest „szorstki typ zarządzania”

Zgodnie z aktualną definicją zawartą w art. 943 § 2 Kodeksu pracy, mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników.

Alarmujące jest to, że w badaniu „Bezpieczeństwo Pracy w Polsce 2019. Mobbing, depresja, stres w miejscu pracy”, przeprowadzonym na zlecenie Koalicji Bezpieczni w Pracy, aż 46 proc. respondentów stwierdziło, że było ofiarami mobbingu – mówi mówi Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager w TenCate, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Pokazuje to nie tyle skalę problemu, co niezrozumienie w pełni tego zjawiska. Z jednej strony wszelkiego rodzaju niestosowne zachowania przełożonych czy współpracowników interpretowane są jako mobbing, nawet gdy nim nie są, bo ten ma jedną, konkretną definicję. Z drugiej strony jest zapewne jakaś grupa, która negatywne zjawiska nawet już podpadające pod definicję mobbingu bagatelizuje i  błędnie postrzega  jako „szorstki typ zarządzania” – dodaje Ewa Gawrysiak. W badaniu Koalicji Bezpieczni w Pracy respondenci najczęściej wskazywali, że mobbing jest nękaniem (22 proc.), stresem, presją, wymuszaniem (15 proc.), prześladowaniem (15 proc.), znęcaniem się psychicznym (12 proc.), przemocą psychiczną, poniżaniem (12 proc). 3 proc. wskazało na dyskryminację, a 1 proc. na nieodpowiednie, nierówne traktowanie pracowników.

 – Rozbieżność między tym, jak mobbing jest definiowany prawnie, a tym, jak rozumieją go pracownicy, pokazuje potrzebę doprecyzowania definicji tego zjawiska – mówi Elżbieta Rogowska, wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Prawna definicja mobbingu wymienia tylko kilka jego elementów, takich jak nękanie lub zastraszanie, zaniżenie samooceny nękanego czy wykluczenie z zespołu współpracowników. Wniesiony na początku lipca projekt ustawy zawiera propozycję dodania do tej listy różnicowania wysokości wynagrodzenia ze względu na płeć pracownika i to jest w moim przekonaniu krok w dobrą stronę, bo wysokość wynagrodzenia istotnie wpływa na naszą ocenę przydatności zawodowej – dodaje.

Mężczyźni zarabiają o 19,9 proc. więcej niż kobiety

W uzasadnieniu wnoszący projekt ustawy wskazują, że zasada równouprawnienia kobiet i mężczyzn w podejmowaniu pracy zarobkowej wynika bezpośrednio z Konstytucji, a także została ona wyrażona na gruncie prawa Unii Europejskiej. Zgodnie z przywołanymi danymi GUS-u z 2018 r., przeciętne wynagrodzenie mężczyzn było o 19,9 proc. wyższe od przeciętnego wynagrodzenia kobiet.

Autorzy zaproponowanego rozwiązania podkreślają, że rozszerzenie definicji mobbingu stanowić będzie wzmocnienie instrumentów prawnych zapewniających respektowanie zasady równouprawnienia kobiet w zakresie wynagrodzenia. – Jest to o tyle ważne, że zgodnie z badaniem Koalicji Bezpieczni w Pracy dotyczącym zagrożeń psychospołecznych, jedynie połowa respondentów stwierdziła, że przepisy prawa pracy wystarczająco chronią zdrowie i prawo do roszczeń w przypadku negatywnego wpływu pracy na zdrowie. Jednocześnie niemal 65 proc. respondentów stwierdziło, że potrzebne są nowe przepisy, które lepiej chroniłyby pracowników przed negatywnymi skutkami mobbingu i innych podobnych zjawisk związanych z czynnikami psychospołecznymi w miejscu pracy  –mówi Ewa Gawrysiak. – Zaproponowane zmiany to moim zdaniem pierwszy krok w odpowiedzi na potrzebę rozszerzenia wraz z jednoczesnym doprecyzowaniem aktualnych przepisów dotyczących mobbingu – dodaje.

– Warto tutaj podkreślić, że zaproponowana zmiana nie wystarczy, aby zmieniła ona aktualną sytuację na rynku pracy. Sama zmiana prawa będzie martwa, dopóki pracownicy nie będą edukowani na temat mobbingu, jego definicji i sposobów przeciwdziałania, a także obowiązujących w firmie procedur antymobbingowych. Zatem wciąż widać tutaj ogromne pole do działań dla pracodawców i samych pracowników, a w pierwszej kolejności dla ustawodawcy – podkreśla Elżbieta Rogowska.

Gołębi Fed widzi potrzebę dalszego luzowania

Fed podtrzymał gołębie nastawienie, a prezes Powell podkreślił potrzebę ekspansji monetarnej i fiskalnej dla ochrony ożywienia gospodarczego. To w pierwszej chwili osłabiało USD, ale w kolejnych godzinach rynek przeszedł do odwrotu. Przekaz FOMC nie wniósł nic przełomowego, co stało się pretekstem do sprzedaży faktów. Wkraczamy też w ostatnie takty miesiąca, co przysporzy chaotycznej zmienności.

Szybki flirt EUR/USD z 1,18 i GBP/USD z 1,30 zaraz po wstępnych słowach prezesa Powella na konferencji dowodzi, jak bardzo rynek czekał na pretekst, by kontynuować przecenę dolara. Prezes Powell podkreślił ryzyka dla ożywienia, także wynikające z niejasnej strategii fiskalnej. Szef Fed zwrócił uwagę na słabość wydatków konsumenckich i brak oznak ożywienia inwestycji firm, a druga fala zachorowań prawdopodobnie osłabiła tempo ożywienia w lipcu. W efekcie akomodacyjna polityka jest wciąż potrzebna i będzie jej potrzeba więcej w przyszłości. W tym kontekście nie było zaskoczeniem przedłużenie dostępności linii swapowych i operacji repo do 31 marca 2021 r. (z 30 września). Powell powiedział, że Komitet wciąż dyskutuje nad forward guidance, ale zaznaczył, że Fed w ogólnie nie myśli teraz o podwyżkach stóp procentowych. Więcej informacji otrzymamy z minutek wczorajszego posiedzenia, które zostaną opublikowane 19 sierpnia, ale już teraz można przyjąć, że łagodna polityka zerowych stóp procentowych pozostanie na długi czas, tj. co najmniej 2 lata. Podtrzymywanie taniej płynności oznacza, że Fed będzie globalnym dostawcą kapitału do czasu, aż ryzyka dla ożywienia nie zanikną.

Skalę ryzyk, a dokładniej konsekwencje pandemii w kulminacyjnym momencie, pozwolą ocenić publikowane dziś szacunki dynamiki PKB w II kw. z Niemiec i USA. Nałożone restrykcje i lockdowny przyniosły załamanie aktywności gospodarczej, utratę miejsc pracy i zapaść popytu konsumpcyjnego. Wprawdzie odmrażanie gospodarek w maju i czerwcu powinno łagodzić wyniki dla całego kwartału, to mimo to dzisiejsze figury będą rekordowe. W Niemczech spadek PKB ma wynieść 9 proc. r/r, co i tak będzie dobrym wynikiem na tle załamania, jaki pokażą odczyty z Włoch, Hiszpanii czy Francji. W USA dane zannulizowane mają szokować spadkiem o 34,5 proc. (czyli -8,6 proc. k/k). I choć patrzenie na dane historyczne powinno mieć mniejsze znaczenie od analizy wskaźników wyprzedających (jak PMI), to dzisiejsze raporty będą gorzkim przypomnieniem, z jak niskiego pułapu musi startować ożywienie i jak długo zajmie powrót do poziomów sprzed pandemii. A przy niepewności wokół tego, czy wirus jest opanowany, wciąż istnieje zagrożenie, że odbicie ożywienia nie będzie silne i miarowe. Tani kapitał pozwala na rajd ryzykownych aktywów, ale bez solidnego zaplecza fundamentalnego trwałość tych rajdów jest dyskusyjna.
Jak nietrwałe mogą być ruchy podyktowane gorączkowym rajdem ryzyka, kiedy umocnienie odbywa się bez poszanowania fundamentów, pokazał w tym tygodniu złoty. Polska waluta zatrzymała trend aprecjacyjny, a EUR/PLN odbił ponad 4,42. Słaby dolar napędzał aprecjację walut rynków wchodzących, ale gdy czynnik ten wygasł, rynek szybko przeszedł do ucinania długich pozycji w złotym. Jeśli przecena USD nie znajdzie świeżego paliwa, neutralizowanie pozycji na koniec miesiąca może dalej osłabiać złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rzecznik MŚP wystąpił do Marszałka Województwa Mazowieckiego ws zmiany kryteriów naboru wniosków w konkursie na dotacje na kapitał obrotowy

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców skierował wystąpienie do Marszałka Województwa Mazowieckiego w sprawie rozważenia zmiany kryteriów naboru wniosków w konkursie na dotacje na kapitał obrotowy dla przedsiębiorców z sektora MŚP dotkniętych negatywnymi konsekwencjami COVID-19.

W związku z głosami przedsiębiorców w sprawie problematycznych kryteriów naboru wniosków w ramach konkursu na dotacje na kapitał obrotowy (3.3 Innowacje w MŚP, typ projektów – Finansowanie wydatków MŚP, których sytuacja pogorszyła się w związku z pandemią COVID-19, dotyczących utrzymania bieżącej działalności firmy i zapewnienia jej płynności finansowej – nr RPMA.03.03.00-IP.01-14-111/20) Rzecznik MŚP wystąpił do Marszałka Województwa Mazowieckiego o wskazanie powodów, dla których w regulaminie ww. konkursu przyjęto wymóg spadku przychodów ze sprzedaży o co najmniej 50% w czerwcu 2020 roku względem czerwca 2019 roku.

Ponadto Rzecznik MŚP wniósł o rozważenie zmiany ww. kryterium poprzez wskazanie spadku przychodów ze sprzedaży w okresie jednego wybranego miesiąca od marca 2020 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca albo w porównaniu do analogicznego miesiąca w 2019 r. Taka zmiana parametrów pozwoli skorzystać ze wsparcia przez przedsiębiorców najbardziej dotkniętych skutkami stanu epidemii, którzy w okresie marzec-maj 2020 roku ponosili największe straty.

Zdaniem Rzecznika MŚP, wskazanie – jako miarodajnego kryterium – spadku przychodów w czerwcu 2020 roku, kiedy to gospodarka była już w fazie odmrażania, nie wydaje się być właściwe, mając na względzie spadki przychodów w miesiącach wcześniejszych. Pomoc finansowa w ramach dotacji powinna być kierowana do przedsiębiorców najbardziej dotkniętych konsekwencjami COVID-19, tymczasem aktualne brzmienie regulaminu konkursu wręcz wyklucza tych najbardziej poszkodowanych.

W ostatnich dniach Rzecznik MŚP podejmował interwencje odnośnie dotacji na kapitał obrotowy również w innych województwach:

  1. pismem z 8 lipca 2020 r., skierowanym do Ministra Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Marszałka Województwa Pomorskiego, zwrócił się o zajęcie stanowiska w związku z ogłoszeniem naboru wniosków  na dotacje wyłączenie dla wsparcia MŚP z branży przemysłu czasu wolnego, z pominięciem innych branż;
  2. pismem z 16 lipca 2020 r., skierowanym do Marszałka Województwa Lubelskiego, Rzecznik MŚP zaapelował o jak najszybsze całościowe poprawienie procedury przyjmowania wniosków oraz należyte przygotowanie serwerów do obsługi wzmożonego ruchu sieciowego przy ich składaniu tak, aby zapewnić przedsiębiorcom transparentność i uczciwe warunki ubiegania się o wsparcie finansowe;
  3. pismem z 21 lipca 2020 r., skierowanym do Marszałka Województwa Śląskiego, Rzecznik MŚP zwrócił się o zajęcie stanowiska w związku z nieruchomieniem dotacji na kapitał obrotowy dla przedsiębiorców w województwie śląskim.

Krajowy rynek cydru z dramatycznymi spadkami

– Jeśli nic nie zmieni się w kwestii legislacji, to o cydrze będziemy mogli zapomnieć w przeciągu 3-4 lat – takie alarmujące informacje docierają od krajowych producentów do Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie niezwykle trudny dla tej kategorii. To szczególnie smutne w sytuacji, gdy przecież Polska „jabłkami stoi” i  cydr miał wszelkie możliwości, aby stać się naszym dobrem narodowym. Tymczasem inne kraje notują wzrosty sprzedaży…

Kłopoty od lat te same

Brak możliwości reklamy, potężna konkurencja ze strony rynku piwa oraz akcyza – to największe problemy polskich producentów cydru, z którymi zmagają się, i o których alarmują od kilku lat. Dziś krajowy rynek jest dosłownie „zalany” produktami cydropodobnymi. Oryginalny cydr jest w tej walce bez szans. – Rynek cydru funkcjonuje pod bardzo dużą presją rynku piwa – przyznaje Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Browary bowiem oferują piwo aromatyzowane, smakowo zbliżone do cydru, na które jednak jest nałożona niższa akcyza niż na cydr, a dodatkowo mają możliwość jego reklamowania. Uzyskanie cydru z soku jabłkowego jest dużo droższe od wyprodukowania piwa z aromatem cydru, co również nie pozwala na bezpośrednie konkurowanie z tą kategorią. Dodajmy, że jedna z najbardziej znanych marek na całym świecie występuje jako cydr, a w Polsce dystrybuowana jest jako piwo – mówi Prezes JNT Group.

Główny problem  to brak  możliwość dotarcia do  rzeszy  konsumentów – podkreśla z kolei Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex. I dodaje: – Dzisiaj jeden smak piwa aromatyzowanego, mam tu na myśli smak jabłkowy, stanowi 8- krotnie  większy rynek niż cała kategoria cydrów. Konsument nie jest w stanie rozpoznać różnicy pomiędzy piwem, a cydrem.

Nie jest w stanie, bo wciąż niewielka jest wiedza konsumentów na temat cydru – głównie właśnie ze względu na brak możliwości reklamy. A różnica jest istotna –  cydry powstają poprzez fermentację soku jabłkowego, natomiast w składzie cydropodobnych piw jabłkowych sok z jabłek stanowi margines.

Dodatkowo, jak zauważa Tomasz Iżewski, Prezes firmy Warwin,  cydr – w przeciwieństwie do piwa – posiada znaczne ograniczenia w zakresie receptury. – Łączenie cydru z innymi owocami takimi jak truskawki, wiśnie czy aronia, które pozwoliłoby na naturalne uatrakcyjnienie gamy produktowej cydru, jest obwarowane zakwalifikowaniem produktu do wyższej stawki akcyzowej, zarezerwowanej dla wina,  a tym samym powoduje nieopłacalność takich przedsięwzięć. W naszej ocenie cydr nie powinien konkurować z winem, ale właśnie z piwem i z tego względu możliwość eksperymentowania z różnymi smakami w ramach tej kategorii powinna być dopuszczona, tak jak w innych krajach – nadbałtyckich czy w  Skandynawii – mówi Prezes Warwinu.

Niewiele potrzeba

Prawdziwy boom rozpoczął się w roku 2013. Sprzedaż cydru gwałtownie rosła. Trzy lata później nastąpiła stagnacja, a w 2017, 2018 i 2019 roku – znaczne, regularne spadki. Ten rok także nie napawa optymizmem. – Epidemia koronawirusa wpłynęła szczególnie negatywnie na cydr o małych pojemnościach, ponieważ z założenia były one dedykowane na imprezy plenerowe czy spotkania  przy grillu. Społeczny dystans sprawił, że tych okazji mamy w tej chwili znacznie mniej, przez co sprzedaż cydru znacznie spadła – mówi Jakub Nowak. – Aby segment cydru mógł się rozwijać, konieczne jest zapowiadane przez Premiera Mateusza Morawieckiego wprowadzenie zerowej stawki akcyzy. Pozwoliłoby ono na konkurowanie z piwem, a ponadto umożliwiłoby wykorzystanie surowca, jakim jest jabłko, którego w naszym kraju, jak wiadomo, nie brakuje – dodaje Prezes JNT Group.

Grzegorz Bartol sytuację ocenia krótko: – Potrzebne  są skoordynowane działania ze strony Ministerstwa Rolnictwa oraz Ministerstwa Finansów. Rozwój i promowanie  rynku cydrów w oparciu o wykorzystanie polskich  jabłek powinno  wpisać się w strategię rozwoju sadownictwa.

Z kolei Tomasz Iżewski daleki jest od optymizmu. – Pomimo wielokrotnych deklaracji i zapowiedzi władz o obniżeniu stawki akcyzy na cydr do zera, nic w tym temacie nie zostało zrobione, a w obecnej sytuacji pandemii, można przyjąć że nic się w tym zakresie nie zmieni.

Na świecie rośnie

– Z prognoz przedstawianych przez analityków rynku wynika, że cydr jest aktualnie i pozostanie przez najbliższe lata jedną z najszybciej rozwijających się kategorii alkoholowych na świecie – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Globalnie, do roku 2026 r., szacuje się wzrosty o około 6% rok do roku. Wydawałoby się to wielką szansą dla Polski, jednak pozostaje ona całkowicie zaprzepaszczona, a krajowy segment cydru odnotowuje dramatyczne spadki. W zeszłym  roku wyprodukowano w kraju jedynie ok. 6 mln l, podczas gdy jeszcze w 2015 r. było to ok. 12 mln. Alarmujące informacje przekazywane przez producentów do Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa wskazują na to, że ten rok będzie szczególnie trudny. Można  się spodziewać, że jak tak dalej pójdzie, cydr może utracić znaczenie w skali przemysłowej i zostanie zepchnięty do roli produktu niszowego. I dodaje: – Cydrowi nie trzeba dużo, wystarczy zobaczyć jak rozwinęła się moda na ten produkt w innych krajach Europy, żeby zrozumieć, że naprawdę warto poświecić mu uwagę. Tym bardziej, że jego lekki owocowy smak i naturalny charakter trafia w upodobania polskich konsumentów – tego właśnie poszukują w innych napojach alkoholowych.

Szukajmy oryginalnych

Eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa od lat apelują, aby dokładnie czytać etykiety i na półkach sklepowych szukać oryginalnych cydrów, a nie piwa o smaku jabłkowym. A te proponują niektóre browary,  sprytnie wykorzystując modę na cydr.

Na rynku dostępne są napoje alkoholowe próbujące imitować cydry, jednak nie dajmy się zwieść reklamom. Nie są one produktami fermentacji soku jabłkowego. Jak odróżnić prawdziwy cydr od podróbek? Najłatwiejszą, pierwszą wskazówką do identyfikacji oryginalnego cydru jest banderola akcyzowa. Cydry, jako napoje winiarskie są opatrywane znakami akcyzy umieszczonymi na zamknięciu butelek, takimi samymi jakie są aplikowane na opakowaniach wina. Ich brak oznacza, że napój nie jest cydrem.

Przypomnijmy, że według polskiej definicji, cydr to napój alkoholowy, o zawartości alkoholu 1,2-8,5%. Powstaje poprzez  prowadzoną przez drożdże fermentację alkoholową z nastawu, w którym głównym składnikiem jest sok jabłkowy. Warto podkreślić, że polskie cydry charakteryzują się wyższym udziałem owoców (tzn. soku jabłkowego), niż cydry produkowane w zdecydowanej większości krajów europejskich – producentów zobowiązują do tego ustanowione w Polsce przepisy. To najlepsza gwarancja jakości.

Hiszpański start-up Glovo uruchomił w Warszawie swoje drugie europejskie centrum technologiczne

Wraz z wejściem do Polski Glovo, aplikacji mobilnej dostarczającej produkty na życzenie, start-up uruchomił w Warszawie swoje drugie europejskie centrum technologiczne. Firma dostrzega w kraju potencjał rynku pracownika i zapowiada, że do końca roku zatrudni jeszcze ponad 20 osób na specjalistyczne stanowiska. Polscy eksperci będą pracować przy rozwoju oprogramowania, które będzie wdrażane globalnie w aplikacji.

Glovo to platforma, dzięki której użytkownicy mogą zamówić niemal wszystko: dania z restauracji, zakupy spożywcze, a nawet produkty parafarmaceutyczne. Hiszpański start-up cały czas powiększa swój zespół w Polsce, budując centrum technologiczne w stolicy kraju. Jest to drugi taki oddział w Europie. Pierwszy został otwarty w Barcelonie, w której mieści się także główna siedziba firmy.

Polska technologiczna siła

Warsaw Tech Hub powstał w wyniku zakupu istniejącej już na polskim rynku platformy PizzaPortal w 2019 roku. Wraz z przejęciem zespołu deweloperskiego rozpoczęto rozbudowę technicznego oddziału Glovo. Powodem takiej decyzji jest bardzo wysoki poziom kształcenia technologicznego i inżynieryjnego w Polsce. W opublikowanym w lipcu rankingu Perspektywy 2020 w pierwszej dziesiątce znalazło się aż 5 szkół technicznych w tym m.in. Politechnika Warszawska, która zajęła trzecie miejsce w skali kraju. Polska cieszy się też zainteresowaniem inwestorów z zagranicy. Przykładem jest Google Campus Warsaw, inkubator nowoczesnej przedsiębiorczości stworzony przez Google, czy strategiczne partnerstwo Operatora Chmury Krajowej z globalną spółką technologiczną Microsoft.

Polska coraz częściej zostaje dostrzegana na technologicznej mapie Europy, a z pewnością wkrótce też i świata. Wszystko poprzez utalentowane pokolenie, rozwijającą się gospodarkę, ale także otwartość na innowacje. Właśnie dzięki temu Glovo Warsaw Tech Hub rozwija się tak szybko. Jak dotąd zespół zasiliło 30 inżynierów i ekspertów technologicznych. Do końca 2020 roku planujemy zatrudnić kolejne 20 osób – mówi Carlos Silván, General Manager Glovo Polska.

Wsparcie dla kurierów i rozbudowa zasięgu

Do tej pory start-up poszukiwał specjalistów produktowych (Product Manager) i inżynierów na stanowiska: Software Engineer (Android, iOS, Backend, Frontend) oraz Engineering Manager. Glovo zapowiada, że przez najbliższe kilka miesięcy rekrutacje będą kontynuowane, aby docelowo zbudować zespół liczący około 50 osób.

Choć warszawski Hub ściśle współpracuje z oddziałem w Barcelonie, by realizować wspólne cele, to polska załoga będzie docelowo posiadać kompletne i niezależne zespoły, o dużym stopniu autonomii. Utworzone już w Warszawie teamy odpowiadają przede wszystkim za usprawnienie procesu uzyskiwania wsparcia przez kurierów. Doskonalone są narzędzia pomagające dostawcom w rozwiązywaniu powszechnych problemów, które mogą się zdarzyć podczas dowozu do klienta np. brakujący produkt i konieczność zaproponowania alternatywy albo nieobecność zamawiającego pod wskazanym adresem. Zespół, w pełni zlokalizowany w Warszawie, pracuje też nad ciągłym ulepszaniem narzędzi do sprawnej komunikacji pomiędzy działem wsparcia klienta a użytkownikiem, w tym automatyzacją części czynności (np. inteligentne chatboty). Ponadto team odpowiada za projekty z zakresu Fleet Automation – automatyzacji procesów zarządzania flotą kurierów oraz z zakresu Growth, czyli działań zwiększających zasięg platformy oraz wpływających na pozyskiwanie nowych użytkowników.

Drugie centrum technologiczne w historii firmy jest integralną częścią planu start-upu polegającego na budowie 300-osobowego zespołu inżynierów. Celem ich pracy, oprócz bieżących projektów, będzie wspieranie innowacji – takich jak SuperGlovo, czyli centra dystrybucji umożliwiające całodobowe dostarczanie produktów spożywczych w ciągu 20 minut od złożenia zamówienia online.

Umiejętności transferowalne ważne bez względu na koniunkturę na rynku

Umiejętność rozwiązywania problemów, adaptowania się do zmieniających się warunków i współpracy to kluczowe z kompetencji transferowalnych, czyli takich, które są uniwersalne i aktualne. Warto inwestować w ich rozwój, ponieważ można je wykorzystać bez względu na branżę czy stanowisko. A w czasach postępu technologii i szybko zmieniających się warunków na rynku pracy należy stale dbać o swoją konkurencyjność. O tym, jakie umiejętności rozwijać, aby podnieść swoją wartość na rynku pracy opowiada ekspert Talent Solutions.

Umiejętności transferowalne to kompetencje uniwersalne, które nie tracą na ważności i nie zostaną zautomatyzowane ani zastąpione przez maszyny [1]. ­To między innymi kreatywność, skuteczna komunikacja, zarządzanie zespołami a także procesami i projektami, czyli kompetencje ważne dla pracodawców bez względu na wahania koniunktury. Jak zaznacza Agnieszka Krzemień, menedżerka i ekspertka ds. zmiany kariery w Talent Solutions, osoby, u których są one rozwinięte na wysokim poziomie, to atrakcyjni kandydaci na rynku pracy. – Zdecydowanie trudniejszym i bardziej czasochłonnym jest wykształcenie kompetencji uniwersalnych niż zdobycie fragmentu wiedzy, by na przykład dobrze obsłużyć system lub maszynę. Bez względu na postępującą automatyzację atrakcyjność tych kompetencji na rynku będzie w najbliższym czasie niezmiennie wysoka, ponieważ są one ściśle związane z efektywną pracą z ludźmi, a to ludzie osiągają cele dla organizacji. Te kompetencje są wykorzystywane w pracy zarówno do kierowania zespołami, jak i do współpracy z nimi. Niektóre z nich, jak elastyczność a także otwartość na nowe zadania i umiejętność szybkiego dostosowania się do zmieniającej się sytuacji zyskały jeszcze bardziej w warunkach pandemii – dodaje.

W jakie umiejętności warto jeszcze inwestować, aby zwiększyć swoją zatrudnialność?

Jak zaznacza ekspertka Talent Solutions bez względu na branżę i charakter stanowiska, warto rozwijać kompetencje cyfrowe, czyli umiejętność wykorzystywania nowoczesnych technologii w codziennej pracy, zdolności z obszaru ICT, a nawet podstawy programowania. − W wyniku postępującej automatyzacji procesów w firmach zmienia się charakter pracy na stanowiskach, nie tylko technicznych, lecz także administracyjnych. W świetle tego umiejętność wykorzystywania nowoczesnych narzędzi w pracy jest pożądaną kompetencją, która korzystnie wpływa na skuteczność wykonywania zadań, a to jest doceniane w organizacjach. Firmy chcą zatrudniać osoby, które pracują efektywnie – tłumaczy Agnieszka Krzemień.

Umiejętność uczenia się przez całe życie to inwestycja w sukces na rynku pracy

– Ważność kompetencji, czyli czas, kiedy jest ona atrakcyjna w firmie lub w ogóle na rynku jest coraz krótszy. 65% przedstawicieli generacji Z będzie wykonywać zawody, które obecnie jeszcze nie istnieją. To zasługa przede wszystkim coraz bardziej powszechnej i intensywnej digitalizacji w organizacjach. Z tego powodu warto wzmacniać umiejętność uczenia się przez całe życie. To kompetencja, którą warto świadomie pokazywać także podczas rozmów rekrutacyjnych, czyli przytaczać przykłady sytuacji, kiedy nowo zdobyta wiedza przełożyła się na dobre wyniki w pracy, przedstawiać motywację do uczenia się nowych rzeczy, do funkcjonowania w nowym, wcześniej nieznanym otoczeniu. Kluczowe jest również świadome rozwijanie tej kompetencji choćby poprzez angażowanie się w nowe, nieznane zadania w środowisku zawodowym i osobistym – wyjaśnia ekspertka.

Zaplanowany rozwój

Według Agnieszki Krzemień pracodawcy doceniają szerokie doświadczenie zdobywane w wypełnianiu różnych ról, w wielu branżach i środowiskach pracy. Ważne jest, aby pokazać, jak w przyszłości kandydat będzie wykorzystywał praktyczną i teoretyczną wiedzę u nowego pracodawcy oraz jakie korzyści dzięki temu przyniesie zespołowi i organizacji. Managerowie, dobierając osoby do zespołów, doceniają kandydatów, którzy mają wysoką samoświadomość i łączą swoją karierę z dalszą inwestycją w rozwój swoich mocnych stron. Ważne jest, by pracownicy również mieli plan na swoje życie zawodowe i wiedzieli, jak chcą go realizować w najbliższym czasie, a nawet już podjęli kroki w tym zakresie.

Motywacja i postawa

Duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu kandydata ma jego motywacja i postawa. Kluczowa jest więc gotowość i chęć kandydata do zaangażowania się w nowe zadania i współpracę z nowym zespołem. Na niekorzyść przyszłego pracownika działa brak postawy otwartej na nowe środowisko oraz sytuacja, kiedy nie wykazuje gotowości do uczenia się. − Jeśli potencjalny pracownik, także ten reprezentujący bardzo pożądane zawody, posiada odpowiednie kompetencje, ale nie wykazuje motywacji i nie jest dopasowany do kultury organizacyjnej czy zespołu, to pracodawca nie zdecyduje się na podjęcie z takim kandydatem współpracy. Każdy z nas może realnie wpływać na zwiększanie swojej przewagi konkurencyjnej na rynku pracy poprzez budowanie swojej gotowości do zdobywania nowej wiedzy i doświadczeń, wysokiej zdolności adaptacji do zmieniających się warunków i entuzjastycznego nastawienia do tego, co nowe – tłumaczy Agnieszka Krzemień i dodaje – Na obecnie dynamicznie zmieniającym się rynku, organizacje potrzebują i doceniają pracowników, którzy skutecznie reagują na zmieniające się otoczenie biznesowe, na przykład dzięki wysokiej samoświadomości sprawnie odnajdują się w zmianie, są ukierunkowani na osiąganie rezultatów i skutecznie się komunikują. To odpowiedzialność zarówno organizacji na każdym poziomie zarządzania jak i pracownika, by rozwijać zwinność, elastyczność i odporność.

[1] Raport ManpowerGroup „Rewolucja 4.0. Czy roboty potrzebują ludzi?”.

Dzicy lokatorzy coraz większym problemem. Zajmują apartamenty i wille, nie chcą płacić i nie chcą się wyprowadzić

Walka z dzikimi lokatorami to coraz większy problem. Zajmują nie tylko kawalerki i pustostany, ale i wille i apartamenty.

Dzicy lokatorzy zajmujący pustostany? Znamy to, historia dość częsta. Dzicy lokatorzy zajmujący lokale komunalne? Owszem, zdarzają się takie historie.  Dzicy lokatorzy zajmujący apartamenty nad morzem lub 240-metrowe wille pod Szczecinem? O takich sytuacjach nie mówi się często, a to dwie historie z ostatnich tygodni z Pomorza Zachodniego. Ustawa o prawach lokatorach jest cynicznie wykorzystywana przez cwaniaków i oszustów, którzy kosztem właścicieli mieszkań układają sobie życia, nie zważając na jakiekolwiek zobowiązania finansowe i umowy. Jak mówi detektyw Małgorzata Marczulewska do agencji detektywistycznej Grupy AVERTO trafia coraz więcej spraw z prośbą o pomoc w usunięciu  dzikich lokatorów. Sprawy te zwykle są bardzo skomplikowane, a działanie łączy pracę detektywów i windykatorów.

·       Dzicy lokatorzy cynicznie wykorzystują fakt, że prawo cywilne stawia ochronę ich praw nad poszanowaniem prawa własności. Efekt to coraz więcej spraw o zajęcie lokalu, przy jednoczesnym braku regularnych opłat czynszowych, a jednocześnie nawet niszczeniu mienia

·       Dzicy lokatorzy zajmują nie tylko altany, pustostany i kawalerki. Ostatnie dwa przykłady z Pomorza Zachodniego to zajęcie 240-metrowej willi i apartamentu nad morzem

·       Detektywi odradzają działania na własną rękę. Nie warto narażać się na postępowanie karne np. wymieniając zamki w drzwiach czy zastraszając dzikich lokatorów

·       Celem walki z dzikimi lokatorami najpierw jest odzyskanie władania nad nieruchomością, a następnie windykacja długów

Dzikiego lokatora nie można po prostu „wyrzucić na bruk”

Sprawa Pani Ewy, którą prowadziło biuro detektywistyczne Grupy AVERTO stała się przykładem tego jak cyniczni i wyrachowani potrafią być lokatorzy. Rodzina wynajęła 240-metrową willę pod Szczecinem, by już po kilku miesiącach przestać płacić czynsz i zerwać wszelki kontakt z właścicielką lokalu, blokując jej dostęp do swojej nieruchomości. Sprawę szczęśliwie udało się zakończyć wyprowadzką lokatorów. Pozostaje jeszcze zadłużenie przekraczające 40 tysięcy złotych. Jak mówi detektyw i windykator Małgorzata Marczulewska spraw związanych z nielegalnym zajęciem cudzej nieruchomości jest coraz więcej i są to sprawy zwykle bardzo skomplikowane.

– Mamy 100% skuteczność, nie zdarzyło nam się, by lokator się nie wyprowadził. To często kwestia kilku tygodni. Trzeba mieć jednak na uwadze to, że jeżeli dziki lokator jest odporny na nasze działania to polskie prawo w dużej mierze go chroni. Osoby nieuświadomione często niedowierzają, że tak jest, że właściciel mieszkania nie może po prostu „wyrzucić” wynajmującego nawet jeżeli ten nie płaci lub jeżeli skończyła mu się umowa. Osoby wynajmujące nieruchomości nie wiedzą na co prawo im zezwala. My jako agencja detektywistyczna korzystamy z pewnych luk prawnych, ale prawo jest skonstruowane tak, że walka z dzikim lokatorem to jest zwykle walka przed sądem – wyjaśnia detektyw Małgorzata Marczulewska.

Czy z dzikimi lokatorami można radzić sobie na zasadzie „wynajęcia dwóch karków”, którzy siłą argumentów lub argumentem siły? Takie porady przynoszą więcej szkód niż pożytku. – Nie polecam takich czynności, bo skończymy z wyrokiem karnym. Dziki lokator może zawnioskować o przywrócenie władania nieruchomością, a właściciel skończy z wyrokiem za zakłócanie miru domowego. Spotkałam się także z sytuacją, że właściciel mieszkania zniecierpliwiony brakiem zapłaty wymienił zamki w drzwiach pod nieobecność lokatorów. Efektem było oskarżenie o kradzież – mówi detektyw Marczulewska.

Detektywi działają więc w granicach prawa, ale sposobami, które nie narażają właściciela nieruchomości na nieprzyjemności i postępowania karne.

Detektyw Marczulewska: musi się zwiększyć wiedza osób wynajmujących mieszkania

Dzikich lokatorów jest coraz więcej, bo niestety wiedza osób wynajmujących jest zaskakująco niska, a biznes jakim jest wynajem nieruchomości w ostatnich latach znacząco wzrósł. Specjaliści zastanawiają się dlaczego właściciele domów i mieszkań decydują się na podpisywanie umów długoterminowych, zamiast umów o tzw. „najem okazjonalny”, który zdecydowanie ułatwia wszelkie postępowania eksmisyjne, jeżeli najemca okaże się nieuczciwym lub kłopotliwy.

Detektyw Marczulewska wskazuje także na inne błędy właścicieli mieszkań: – Do nas te sprawy trafiają zwykle po wielu miesiącach. Po prostu właściciele mieszkań czekają, proszą, próbują rozmawiać. Efekt jest taki, że dziki lokator jest jeszcze mocniej upewniony w tym, że właściciel nieruchomości nie wie jak w tym temacie postępować. Po drugie rośnie dług – przykład z Mierzyna to ponad 40 tysięcy złotych. Inny słynny przykład z ostatnich dni, czyli dziki lokator w Świnoujściu to prawie 20 tysięcy złotych. To są pieniądze, których odzyskanie jest później sprawą bardzo skomplikowaną – mówi detektyw Małgorzata Marczulewska.  – Zgłaszają się do nas ludzie już „w akcie desperacji”, średnio po roku od momentu przestania płacenia – dodaje.

Jak detektyw może pomóc? – To działania natychmiastowe. Jedziemy na miejsce, przygotowujemy pisma, prowadzimy obserwacje. Nie mogę powiedzieć o szczegółach, ale mamy 100% skuteczność, a dzicy lokatorzy wiedzą, że nie pozbędą się nas szybko – mówi Prezes Zarządu Grupy AVERTO.

Najpierw odzyskanie nieruchomości, potem windykacja

Zwykle windykacja należności jest sprawą bardziej skomplikowaną niż samo wyprowadzenie lokatorów, ale jak mówią specjaliści w wielu sprawach już odzyskanie władania nad obiektem należy uznać jako sukces. Dzicy lokatorzy to osoby, które zwykle wiedzą co robią i cynicznie wykorzystują sytuację właścicieli mieszkań. Jeżeli ktoś jest uczciwy, a ma problem finansowy, to po prostu informuje o tym właściciela mieszkania.

– To nie są absolutnie osoby, które „złapały” mieszkanie i prymitywnie nie chcą się z niego wyprowadzić. To zwykle osoby, które znają swoje prawa i z wykorzystywania tego prawa robią sobie sposób na życie. To osoby aroganckie, cyniczne, pozbawione uczuć współczucia do innych. Nie robią sobie nic z tego, że wyrządza innym krzywdę. Mieliśmy wyprowadzkę dzikich lokatorów z mieszkania kobiety, która wyprowadziła się z niego, bo nie stać jej było na spłatę kredytu frankowego. Efekt był taki, że ona wyprowadziła się do mamy, wynajęła mieszkanie nieuczciwemu lokatorowi i nie dość, że spłacała kredyt to jeszcze nie mogła się pozbyć nieuczciwego najemcy. Inny dziki lokator ostatnio powoływał się na RODO i groził nam policją za łamanie prawa o Ochronie Danych Osobowych – dodaje detektyw Marczulewska.

Izba POLMED o projekcie ustawy o wyrobach medycznych

Głównym celem prawa europejskiego w zakresie ochrony zdrowia jest zapewnienie skuteczności wyrobów medycznych i bezpieczeństwa pacjentów. Taka jest również idea unijnego rozporządzenia MDR (Medical Devices Regulation), którego przepisy od maja 2021 r. podlegać będą stosowaniu w Polsce. Projekt nowej polskiej ustawy o wyrobach medycznych ma stanowić wdrożenie wymogów unijnych. Niestety, projekt ustawy zdecydowanie wykracza poza ramy europejskiego rozporządzenia, nakładając szereg nowych obowiązków i kar, które mogą doprowadzić do przeregulowania systemu i obniżenia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Izba Polmed uważa, że tworzenie lokalnych regulacji na podstawie prawa europejskiego powinno odzwierciedlać zarówno jego literę, jak i ducha. W ten sposób warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce będą zrozumiałe dla partnerów z innych krajów, a sytuacja polskich przedsiębiorców nie będzie gorsza niż działających w innych państwach członkowskich UE.

„Nowe ustawy nie powinny również naruszać konstytucji przedsiębiorców tj. ustawy Prawo przedsiębiorców. Wprowadzanie nadmiernych, lokalnych regulacji +przy okazji+ zmian europejskich nie służy ani pacjentom, gdyż prowadzi do ograniczenia dostępu do nowych technologii, ani przedsiębiorstwom, gdyż komplikuje funkcjonowanie i podnosi koszty działalności” – mówi Tomasz Wróbel, wiceprezes Izby POLMED.

„Wprowadzenie nowych regulacji na gruncie europejskim spowodowało już lawinę kosztów i spowolnienie działalności badawczo-rozwojowej przedsiębiorstw, wynikającą z zaangażowania tysięcy specjalistów do prac nad dostosowaniem do nowych wymogów dokumentacji technicznej wyrobów, nawet tych dostępnych na rynku od kilkunastu lat. Zaostrzenie i nadregulacja polskiej ustawy wdrażającej MDR dodatkowo komplikuje i tak trudną sytuację” – dodaje Tomasz Wróbel.

W trakcie konsultacji publicznych Izba POLMED zgłosiła ok. 100 stron uwag, które miały wymiar systemowy. Część z nich została uwzględniona w obecnej wersji projektu, co pokazuje, że merytoryczny dialog jest możliwy. Branża wyrobów medycznych z satysfakcją odnotowała, że w projekcie zniesiono monopol producentów na realizację reklamy oraz skorygowano wiele przepisów o charakterze technicznym.

Mimo wprowadzenia przez ustawodawcę słusznych zmian, wiele przepisów projektu nadal wymaga dalszego dopracowania, szczególnie w odniesieniu do obowiązków nakładanych na przedsiębiorców i wiążących się z nimi zagrożeń.

Izba zwraca się do rządu i ustawodawcy z apelem o uwzględnienie w ostatecznej wersji ustawy następujących dezyderatów:

– respektowania Prawa przedsiębiorców – wprowadzenie ogólnych regulacji prawnych, dotyczących zasad kontroli przedsiębiorców miało na celu stabilizację warunków funkcjonowania biznesu w naszym kraju. Bardzo niepokojącym działaniem jest wyłączenie Prawa przedsiębiorców przewidziane przez ustawę wdrażającą MDR. Branża wyrobów medycznych ma strategiczne znaczenie dla państwa, dlatego powinna funkcjonować w efektywnym i stabilnym środowisku biznesowym;

– dostosowania kar administracyjnych do standardów legislacyjnych – Izba POLMED zdecydowanie popiera egzekwowanie odpowiedzialności prawnej wobec nieuczciwych przedsiębiorców. Projekt idzie jednak zdecydowanie za daleko i tworzy skrajnie rozbudowany katalog kar, których zakres i wysokość są nieproporcjonalne – zarówno względem chronionych wartości, jak i aktualnego standardu legislacyjnego formułowania kar. Tego typu sankcje są niespotykane zarówno na innych rynkach europejskich w zakresie wyrobów medycznych, jak i w pokrewnych branżach (produkty lecznicze, żywność itp.). Projekt ustawy przewiduje ponad 60 norm karnych, obejmujących kary nawet do 5000000 złotych;

– korekty przepisów reklamowych – przepisy reklamowe zawarte w projekcie powodują trudności w ustaleniu granic dopuszczalności prawnej standardowych działań reklamowo-promocyjnych i wzorowane są na regulacjach farmaceutycznych. Należy przy tym pamiętać, że branża wyrobów medycznych ma inną specyfikę niż farmaceutyczna;

– optymalizacji regulacji ewidencji – Izba stoi na stanowisku, że powielanie istniejącego dziś systemu powiadomień jest zbędne i nie służy żadnemu interesowi publicznemu, a jedynie generuje koszty po stronie administracji i przedsiębiorców; Izba postuluje rezygnację z krajowego wykazu dystrybutorów, względnie jego stanowcze uproszczenie poprzez wyłączenie lub minimalizację formalności związanych z obowiązkiem rejestracji wyrobów medycznych podlegających dystrybucji w Polsce. Wszystkie wyroby medyczne w Unii Europejskiej podlegają systemowi rejestracji EUDAMED, który w najbliższym czasie zostanie zreformowany i powinien być jedynym rejestrem wyrobów medycznych.

W czasie pandemii firmy chcą częściej odraczać termin płatności podatków. Wzrost jest ponad 10-krotny

Blisko 59 tys. wniosków ws. rozłożenia podatków na raty zostało złożonych od marca do czerwca br. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, to o ponad 2,6 tys. więcej niż w analogicznym okresie ub.r. Wtedy łączna kwota z decyzji rozłożenia na raty wyniosła przeszło 603 mln zł. Ostatnio była ona prawie 2 razy wyższa. Największy udział w niej miał VAT – ponad 732 mln zł, rok wcześniej – przeszło 340 mln zł. Natomiast najczęściej wnioskowano ws. podatku dochodowego od osób fizycznych – po 31 tysięcy razy w analizowanych okresach.

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, od marca do czerwca br. liczba złożonych wniosków ws. rozłożenia podatków na raty wyniosła 58 860. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 56 248. Z kolei większe wzrosty odnotowano w przypadku wniosków o umorzenie podatków – z 11 541 do 22 560, a także o odroczenie terminu płatności podatków – z 5 685 do 60 622.

– Dane raczej nie są zaskakujące. Świadczą o wyjątkowej zapobiegliwości polskich przedsiębiorców. Przeważająca część nowych wniosków dotyczyła bowiem odroczenia terminu płatności podatku, a o to należy się ubiegać, zanim jeszcze upłynie termin zapłaty. Podatnicy spodziewali się kłopotów finansowych wywołanych epidemią. Zatem wnioskowali o odroczenie terminów płatności – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak zaznacza Anna Pęczyk-Tofel, doradca podatkowy i radca prawny, partner w Crido, rozłożenie na raty następuje zazwyczaj na okres dwunastu miesięcy. Pandemia nie zmieniła w sposób znaczący liczby wniosków w tej kwestii. Natomiast podatnicy byli bardziej zainteresowani odroczeniem terminu płatności. To może świadczyć o tym, że z uwagi na niepewność co do ich zdolności płatniczych wywołanych przez COVID-19, preferowali odroczyć termin płatności całej kwoty podatku. Woleli to niż zobowiązywać się do rat, które musieliby regulować na bieżąco w mniejszej wysokości. Z kolei przy skrajnie niekorzystnych sytuacjach starano się o umorzenie.

– Epidemia spowodowała ogólny wzrost liczby składanych wniosków o ulgi w spłacie zobowiązań. Rozwiązania te były wręcz promowane przez rząd, chociażby na portalach informujących o instrumentach kolejnych tarcz antykryzysowych. Co więcej, na początku kryzysu organy znacznie obniżyły wymagania formalne, związane ze składanymi wnioskami. Przy ubieganiu się o odroczenie terminu czy rozłożenie na raty wystarczyło złożyć prosty wniosek z oświadczeniem o trudnej sytuacji finansowej, wywołanej pandemią – dodaje radca Niczyporuk.

Z danych resortu finansów wynika, że w od marca do czerwca br. kwota z decyzji rozłożenia na raty wyniosła 1 164 723 644 zł. To blisko 2 razy więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy mowa była o 603 039 611 zł. Jednak wówczas sytuacja w gospodarce była zupełnie inna, co podkreśla Anna Pęczyk-Tofel. Ekspert zaznacza, że w tym roku wielu przedsiębiorców straciło z dnia na dzień źródło dochodów przy jednoczesnym braku wolnych środków pozwalających na regulowanie zobowiązań podatkowych. To sprawiło, że statystycznie starano się o większe kwoty, a spora część wniosków o raty była składana przez dużych lub średnich przedsiębiorców, których zobowiązania podatkowe często stanowią istotne kwoty. Ponadto Tarcza 1.0 wprowadziła możliwość bezkosztowego przesuwania terminu płatności w ramach rozłożenia zapłaty podatku na  raty, czy też odroczenia terminu płatności w związku z wprowadzonym zwolnieniem z opłaty prolongacyjnej.

– W firmach pojawiły się większe zatory płatnicze, a także ograniczono zakup towarów i usług w ramach oszczędności. Wielu przedsiębiorców oficjalnie komunikowało kontrahentom, że wstrzymują się z zapłatą. Jednak takie działania nie mogły być podejmowane w relacji do organów skarbowych, które miały prawo rozpocząć działania egzekucyjne. Stąd pojawiła się konieczność składania wniosków o ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych. A z uwagi na uproszczoną procedurę korzystały z tego też podmioty, które w normalnych warunkach nie zdecydowałyby się na to. W ten sposób uzyskiwały większe środki obrotowe do inwestowania – mówi Marek Niczyporuk.

Patrząc na analizowany okres 2020 roku, można zauważyć, że największy udział w kwocie z decyzji rozłożenia na raty miał podatek od towarów i usług – ponad 732 mln zł (przeszło 340 mln w ub.r.). Dalej znalazł się podatek dochodowy od osób fizycznych – 321 mln zł (224 mln zł), a za nim – podatek dochodowy od osób prawnych – 110 mln zł (37 mln zł). Potem były pozostałe daniny – 27 tys. zł (8 tys. zł). Z kolei analizując liczbę wniosków ws. rozłożenia na raty, widać, że najwięcej z nich dotyczyło PIT – 31 486 (wcześniej 31 070). Następne były VAT – 25 919 (23 756), CIT – 1 399 (1 354) oraz pozostałe – 56 (68).

– Mamy wielu płatników podatku dochodowego od osób fizycznych. W tej grupie może być np. fryzjer, właściciel małej knajpki czy kawiarni. Często w przypadku takich przedsiębiorców kwota podatku do uregulowania nie jest duża. Z kolei gdy duża firma złoży wniosek ws. rozłożenia na raty całego VAT-u, to sprawa może dotyczyć setek tysięcy złotych. Mnie te statystyki nie dziwią – informuje radca Pęczyk-Tofel.

Wpływy z VAT-u stanowią największy udział w przychodach budżetowych państwa. W 2018 roku stanowiły ok. 50% wszystkich dochodów podatkowych, co podkreśla ekspert z Kancelarii Ars AEQUI. I dodaje, że VAT jest konstrukcją, która najgorzej reaguje na zatory płatnicze. Obowiązek jego rozliczenia wiąże się bowiem najczęściej z faktem wykonania usługi bądź dostarczenia towaru, a nie z otrzymaniem zapłaty. Podstawowa stawka jest również stosunkowo najwyższa.

– Z pewnością sytuacja gospodarcza wpłynie na to, czy liczba wniosków o rozłożenie podatków na raty będzie jeszcze wzrastać. Już w marcu część firm była zmuszonych do takiego działania. W tej grupie znalazły się m.in. centra handlowe, hotele czy restauracje. Stopniowo znoszone są kolejne obostrzenia. Ale do niektórych przedsiębiorstw dopiero zaczynają docierać skutki pandemii. Natomiast nie wiadomo, jak w najbliższych miesiącach będzie wyglądała sytuacja z koronawirusem – zaznacza ekspert z Crido.

Według Marka Niczyporuka, liczba wniosków o rozłożenie podatków na raty będzie spadać. Urzędy skarbowe są coraz mniej skłonne do udzielania ulg w spłatach zobowiązań podatkowych. Zdaniem eksperta, organy wracają do praktyki sprzed marca 2020 roku, kiedy złożenie poprawnego wniosku wiązało się dla podatników ze znacznym nakładem pracy. Należało bowiem zebrać i przedłożyć szereg dokumentów obrazujących sytuację majątkową. Zdarzało się również, że wymagano sporządzenia sprawozdania finansowego czy dokonania spisu wierzycieli i dłużników. Sprawę utrudniała również różna praktyka urzędów w poszczególnych regionach, a nawet miastach.

Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje

Choć liczba zachorowań na koronawirusa znów rośnie, to ponad połowa Polaków deklaruje chęć wyjazdu na urlop. 70 proc. ankietowanych zdecyduje się na wypoczynek w kraju, przy czym 19 proc. wyruszy poza granice – wynika z badania przeprowadzonego przez Devire. Tylko co czwarty Polak zrezygnował z wyjazdu.

Jeszcze przed wakacjami wydawało się, że sytuacja z epidemią koronawirusa w Polsce jest unormowana. Dziś eksperci mówią o drugiej fali zachorowań i prognozują kolejny lock-down. W lipcu br. firma rekrutacyjna i outsourcingowa zapytała Polaków o ich plany wakacyjne. Z badania wynika, że 57 proc. ankietowanych wyjedzie na wakacje. Najczęściej na urlop wybierają się osoby w wieku 26-45 lat (64 proc. z nich). W domu zostanie tylko co czwarty Polak (23 proc.).
Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje (2)

Statystyki zachorowań na koronawirusa w lipcu są alarmujące. Mimo tego większość Polaków nie zrezygnuje z wyjazdu w tym roku. Widać jednak, że do urlopu za granicą, który dotychczas wygrywał z lokalnymi atrakcjami, podchodzimy dużo ostrożniej. Na pewno nie bez znaczenia dla rodzin wielodzietnych jest też wprowadzenie bonu turystycznego – komentuje Magdalena Kanclerz, Dyrektor Regionalny w Devire.

Co powstrzymuje nas przed wyjazdem?

Większość osób rezygnuje z wakacji przez ograniczone fundusze (58 proc. osób, które nie wyjadą na urlop) oraz strach przed koronawirusem (46 proc.). Jest to duet, który najskuteczniej powstrzymuje Polaków przed wyjazdami w tym roku. Pozostałe powody to ilość pracy (15 proc. wskazań) i obawa przed zamknięciem granic – 10 proc. odpowiedzi.

Gdzie będziemy podróżować w 2020 roku?

Większość Polaków zdecyduje się na wypoczynek w kraju – 70 proc. Najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnym jest polskie morze – deklaruje tak 35 proc. ankietowanych. Dużym zainteresowaniem cieszą się również tzw. city break, czyli krótkie, zwykle weekendowe wyjazdy. Trzecim, najczęściej wybieranym miejscem na wakacyjny urlop jest domek letniskowy – 30 proc. Z kolei zagraniczny kurort wybiera 11 proc. ankietowanych.Polacy nie boją się wirusa – 57 proc. wyjedzie na wakacje (1)

Metodyka

Badanie “On-line czy off-line? Jak Polacy spędzają wakacje?” zostało przeprowadzone metodą CAWI w lipcu 2020 roku. Odpowiedzi udzieliło 278 respondentów: 15% z nich stanowili młodsi specjaliści, 44% to specjaliści, 27% managerowie, 9% przedstawiciele kadry kierowniczej, a pozostałe 5% – studenci, wolni strzelcy i osoby poszukujące pracy.

PKN ORLEN – skonsolidowane wyniki finansowe za 2 kwartał 2020 r.

PKN ORLEN w drugim kwartale br. osiągnął wynik EBITDA LIFO w wysokości 5,7 mld zł, a zysk netto spółki wyniósł 4 mld zł. Istotny wpływ na wyniki miał zysk z tytułu okazyjnego nabycia Grupy Energa w wysokości 3,7 mld zł. Bardzo dobre wyniki wypracowały segmenty Energetyki i Detalu, które osiągnęły łącznie ok. 1,5 mld zł EBITDA LIFO. Koncern wypracował solidne wyniki finansowe pomimo niesprzyjającego otoczenia makroekonomicznego i sytuacji związanej z pandemią koronawirusa.

W drugim kwartale br. kontynuowano strategiczne projekty rozwojowe, m.in. rozpoczęto budowę Instalacji Visbreakingu, która zwiększy efektywność rafinerii w Płocku, zakończono główną część największej inwestycji petrochemicznej na rynku czeskim – Instalacji Polietylenu, trwały intensywne prace związane z projektem budowy morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku, które umożliwiły złożenie raportu środowiskowego 23 lipca br.

PKN ORLEN sfinalizował przejęcie 80 proc. akcji Grupy Energa 30 kwietnia br. Prowadził również negocjacje z Komisją Europejską w sprawie przejęcia Grupy LOTOS, które zakończyły się warunkową zgodą Komisji uzyskaną 14 lipca br. Tego dnia zainicjowany został również proces integracji z Grupą PGNiG w związku z podpisanym Listem Intencyjnym pomiędzy PKN ORLEN, a Skarbem Państwa.

– Wypracowaliśmy wyniki finansowe, które pomimo trudnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa pozwalają nam kontynuować inwestycje rozwojowe oraz procesy akwizycyjne. PKN ORLEN, uwzględniając przejęcie Grupy ENERGA, utrzymuje dobrą sytuację płynnościową. Zysk operacyjny Grupy ENERGA stabilizuje wyniki całego Koncernu. Jest również potwierdzeniem, że stawiając na budowę koncernu multienergetycznego obraliśmy właściwy kierunek. Działamy w zmiennym otoczeniu i wymagającej branży, dlatego musimy dywersyfikować źródła przychodów i wzmacniać naszą pozycję nie tylko w Europie, ale też globalnie. W tym celu z determinacją realizujemy kolejne procesy: przejęcie kapitałowe Grupy LOTOS oraz proces przejęcia Grupy PGNiG. Widzimy, że tylko podejście zintegrowane może zapewnić konkurencyjność wszystkich podmiotów i przynieść korzyści Akcjonariuszom, Klientom i polskiej gospodarce – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W drugim kwartale 2020 roku PKN ORLEN osiągnął:
 
• 5,7 mld zł EBITDA LIFO co oznacza wzrost o 3,0 mld zł (r/r)
• Zysk netto na poziomie 4 mld zł, co oznacza wzrost o 2,4 mld zł (r/r)
• Przychody na poziomie 17 mld zł

Segment rafineryjny wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 614 mln zł. Został on osiągnięty pomimo spadku marż na benzynie, oleju napędowym i paliwie JET. Pozytywny wpływ na wyniki rafinerii miały m.in. wyższe marże na ciężkich frakcjach rafineryjnych, niższe koszty zużyć własnych w wyniku spadku cen ropy, osłabienie złotówki względem dolara oraz przeszacowanie zapasów do wartości godziwej związane ze wzrostem notowań ropy i produktów w drugim kwartale br. Moce wszystkich rafinerii zostały wykorzystane w 71 proc., a łączny przerób ropy wyniósł 6,2 mt, natomiast sprzedaż 5,2 mt.

Segment petrochemiczny osiągnął 251 mln zł EBITDA LIFO, w tym ANWIL 63 mln zł oraz PTA 72 mln zł. Moce instalacji petrochemicznych w drugim kwartale br. zostały wykorzystane w 73%, na co wpływ miały cykliczne postoje remontowe.

Segment energetyczny wypracował 749 mln zł EBITDA LIFO. W drugim kwartale prawie 80 proc. produkcji energii elektrycznej pochodziło z odnawialnych źródeł energii i gazu. W ramach całego wyniku wypracowanego przez segment energetyczny 260 mln zł to wynik kontrybucji Grupy Energa za miesiąc maj i czerwiec. Łączna zainstalowana moc wytwórcza energii elektrycznej w Grupie ORLEN wyniosła na koniec drugiego kwartału br. 3.253 MWe, w tym: 1.443 MWe przypadało na Grupę Energa.

Segment detaliczny PKN ORLEN osiągnął wynik EBITDA LIFO na poziomie 726 mln zł w efekcie wzrostu marż paliwowych na rynku polskim, niemieckim i czeskim przy porównywalnym poziomie marż na rynku litewskim. Największa dynamikę wzrostu marży paliwowej osiągnęliśmy w Niemczach przy porównywalnej dynamice w Czechach i Polsce. W stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku liczba punktów gastronomicznych Stop Cafe/star Connect (włączając sklepy convenience) wzrosła o 93 i na koniec czerwca wynosiła łącznie 2162, w tym: 1701 Stop Cafe w Polsce (włączając 552 sklepów convenience), 308 Stop Cafe w Czechach, 26 Stop Cafe na Litwie oraz 127 star Connect w Niemczech. Zgodnie ze strategią, europejska sieć stacji Koncernu przystosowywana jest do sprzedaży paliw alternatywnych. Na koniec drugiego kwartału ładowarki do samochodów elektrycznych funkcjonowały na 86 stacjach, w tym: 58 w Polsce, 21 w Czechach i 7 w Niemczech. To wzrost o 56 punktów (r/r), w tym: w Polsce o 45, w Czechach o 6 i w Niemczech o 5. PKN ORLEN posiada także 2 stacje wodorowe w Niemczech i 42 stacje CNG w Czechach. W drugim kwartale 2020 r. zakończono również proces cobrandingu, wzmacniając ekspozycję marki ORLEN w europejskiej sieci Koncernu.

Segment wydobycia wypracował rezultat EBITDA LIFO na poziomie 10 mln zł przy wzroście wolumenów sprzedaży w efekcie wzrostu średniego wydobycia o 1,0 tys. boe/d, w tym: w Kanadzie o 0,9 tys. boe/d i w Polsce o 0,1 tys. boe/d (r/r). Na wynik segmentu wpływ miały głównie niskie kwotowania ropy, gazu i kondensatów w Kanadzie. W drugim kwartale 2020 roku kontynuowano prace nad zagospodarowaniem złoża Bystrowice (projekt Miocen) oraz prace projektowe i formalno-prawne w ramach zagospodarowania złóż: Bajerze i Tuchola (projekt Edge) oraz Chwalęcin (projekt Płotki). Zakończono wiercenie otworu Pławce-3/3H (projekt Płotki), kontynuowano wiercenie otworu Dylągowa-1 (projekt Bieszczady) oraz rozpoczęto wiercenie otworu Sieraków-2H (projekt Sieraków). Zrealizowano także budowę placów pod wiercenia otworów w projekcie Płotki oraz w projekcie Sieraków.

Zdarzenia o charakterze jednorazowym ujęte w EBITDA LIFO w wysokości 4,8 mld PLN to m.in.:

  • 3,7 mld zł zysku z tytułu okazyjnego nabycia akcji Energa
  • 1,2 mld zł z tytułu przeszacowania wartości zapasów w efekcie wzrostu cen ropy w 2 kwartale 2020 r. oraz wzrostu cen sprzedaży produktów wynikającego ze stopniowej poprawy sytuacji popytowej w związku z odmrażaniem gospodarek światowych.
  • (-) 0,1 mld zł z tytułu odpisów aktualizujących wartość aktywów trwałych na skutek decyzji o zrzeczeniu się koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie oraz wydobywanie ropy naftowej i gazu ziemnego na obszarze Bieszczady.

Grupa ORLEN wykazała zysk z tytułu okazyjnego nabycia akcji Energa, pomimo zaoferowania ponad 20% premii w stosunku do rynkowej ceny akcji spółki z dnia wezwania. Wycena giełdowa akcji Energa – podobnie jak wyceny innych polskich spółek z sektora energetycznego – od kilku lat pozostawała pod mocną presją, utrzymując się znacznie poniżej wartości jej aktywów netto. Wynikało to w dużej mierze z wysokiego poziomu zadłużenia spółki, systematycznie spadającego poziomu wypłacanej dywidendy oraz planów rozwojowych związanych z aktywami węglowymi.

PKN ORLEN, przejmując Grupę Energa, zdecydował się na zmianę polityki spółki w kierunku nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania energii i jako silny finansowo akcjonariusz gotowy jest wspierać Grupę Energa w tym zakresie. Koncern zobowiązał się m.in. do wsparcia Grupy Energa w pozyskaniu finansowania na budowę elektrowni Ostrołęka C w formule gazowej.

PKN ORLEN sfinalizował zakup akcji Energa 30 kwietnia br. Na sprzedaż po cenie 8,35 zł na akcję zdecydowali się akcjonariusze posiadający łącznie ok. 80 proc. udziału w kapitale spółki, w tym Skarb Państwa z 53 proc. udziałem w spółce, oraz inni akcjonariusze posiadający kolejne 27 proc. udziałów, w tym duża grupa inwestorów instytucjonalnych.

Zgodnie z zapowiedziami, PKN ORLEN kontynuował realizację inwestycji rozwojowych. Zakończono badania środowiskowe dla morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku oraz wstępne badania geotechniczne dna morskiego. W Płocku realizowano budowę kluczowej dla rafinerii instalacji Visbreakingu. Z kolei w ramach największego w historii PKN ORLEN programu rozwoju aktywów petrochemicznych finalizowano budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego, które zostanie oddane do użytku pod koniec 2020 r. W Zakładzie Produkcyjnym w Trzebini, należącym do spółki ORLEN Południe, rozpoczęto prace związane z budową instalacji kwasu mlekowego – pierwszej instalacji wykorzystującej mikroorganizmy w procesie produkcyjnym na skalę przemysłową. Kontynuowano również budowę największej w Europie instalacji do produkcji ekologicznego glikolu propylenowego. Konsekwentnie prowadzono także rozbudowę zdolności produkcyjnych nawozów we włocławskim ANWILu. Natomiast w Czechach zakończono budowę głównej części instalacji polietylenu.

Koncern utrzymuje również stabilną sytuację płynnościową. Przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w 2 kwartale br. wyniosły ponad 3,3 mld zł, co stanowi porównywalny poziom do osiągniętego w analogicznym okresie 2019 r. Grupa ORLEN kontynuowała dotychczasową politykę w zakresie zarządzania płynnością, polegającą na dywersyfikacji źródeł finansowania. Z wyprzedzeniem zabezpieczone zostało finansowanie przyszłych działań operacyjnych i inwestycyjnych Grupy ORLEN w ramach odnawialnego kredytu obrotowego do kwoty 1,75 mld EUR udzielonego 29 lipca br. przez konsorcjum 16 banków, który zastąpił dotychczasowy kredyt konsorcjalny z 2014 roku. Na bezpiecznym poziomie pozostają również strategiczne wskaźniki finansowe. Uwzględniając akwizycję Grupy ENERGA poziom długu netto do EBITDA LIFO wyniósł na koniec drugiego kwartału br. zaledwie 0,92x, a więc znacznie poniżej zakładanego w strategii Koncernu maksymalnego poziomu 1,5x. Dźwignia finansowa wyniosła na koniec okresu 26,2 proc., tj. poniżej progu ze strategii na poziomie 30 proc.

W lipcu br. Agencja Moody’s – zwracając uwagę na realizowane i planowane działania rozwojowe Grupy ORLEN oraz jej stabilną sytuację finansową – podwyższyła perspektywę ratingu Koncernu z negatywnej na pozytywną, utrzymując przy tym rating na poziomie Baa2. Decyzja Agencji uwzględnia m.in. realizowane procesy akwizycyjne. Pozytywnie ocenia je też Agencja Fitch Ratings.

W drugim kwartale br. Rada Nadzorcza PKN ORLEN powołała Zarząd Spółki w niezmienionym składzie na nową trzyletnią kadencję. Wcześniej, Minister Aktywów Państwowych w imieniu Skarbu Państwa powołał do Zarządu Spółki Daniela Obajtka, któremu następnie Rada Nadzorcza PKN ORLEN powierzyła funkcję Prezesa Zarządu.

BioMaxima S.A. notuje rekordowe wyniki finansowe w 2 kw. 2020 r.

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także dystrybutor odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, wypracowała na poziomie jednostkowym ponad 3,03 mln zł zysku netto w drugim kwartale 2020 roku. Przychody netto ze sprzedaży wzrosły w tym okresie do blisko 16,1 mln zł.

Spółka zakończyła 2 kw. tego roku jednostkowym zyskiem netto w wysokości 3.025 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 16.087 tys. zł. Z kolei zysk EBITDA sięgnął w tym okresie 4.163 tys. zł. W całym pierwszym półroczu BioMaxima S.A. zanotowała 3.430 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 22.843 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku Emitent miał stratę netto. Średnia rentowność brutto Spółki w drugim kwartale 2020 r. wyniosła 22,48% wobec -1,10% w drugim kwartale 2019 r. Wysoki wzrost rentowności jest rezultatem utrzymywania stabilnej struktury kosztów stałych przy zwiększanych przychodach, a także rozszerzania asortymentu i zasobów mocy wytwórczych. Zarząd BioMaxima S.A. jest niezwykle zadowolony z osiągniętych wyników finansowych.

„Wyniki Spółki pokazują, że jako producent mamy koszty wydziałowe i ogólnozakładowe pod kontrolą i w zakresie obecnych mocy produkcyjnych jesteśmy w stanie realizować wysoką marżę na sprzedanych wyrobach. Mamy już stabilny, długoterminowy akcjonariat oraz silną strukturę finansowania. To nam daje możliwość dalszego szybkiego rozwoju.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

Obecnie BioMaxima S.A. jest w stanie dostarczać tygodniowo ponad 200 tys. testów genetycznych PCR oraz 300 tys. szybkich testów serologicznych. Kondycja Spółki pozwoliła jej odnieść korzyści z olbrzymiego popytu na wyroby diagnostyczne w obszarze SARS-CoV-2, co przyczyniło się z kolei do dalszego umacniania marki BioMaxima zarówno w Polsce, jak i na rynkach eksportowych. Dynamika wzrostu sprzedaży na rynkach zagranicznych ukształtowała się w pierwszym półroczu 2020 r. na poziomie ponad 167% wobec analogicznego okresu 2019 r. Zarząd Spółki przewiduje, że popyt na wyroby związane z diagnostyką COVID-19 utrzyma się, a nawet wzrośnie w krótkim horyzoncie czasowym, co pozwala optymistycznie myśleć o drugim kwartale br. w kontekście jej wyników finansowych.

„Prowadzimy obecnie sporo projektów sprzedażowych, oferując nasze rozwiązania w różnych miejscach globu. Potencjał rynkowy jest duży, ponieważ niestety pandemia ogarnęła już teraz cały świat. Chociaż na rynku jest wielu konkurentów, liczę, że dzięki jakości naszych wyrobów uda się pewną część tych projektów przekuć na kontrakty.” – dodaje Prezes Urban.

Drugi kwartał 2020 r. obfitował w bardzo dobre zdarzenia dla dalszego rozwoju biznesu Spółki. Zarejestrowane i wprowadzone do sprzedaży w Polsce molekularne testy do wykrywania SARS-CoV-2, które są wytwarzane przez BioMaxima S.A., były rejestrowane przez kolejnych dystrybutorów zagranicznych w wielu krajach na całym świecie. Udało się również zrealizować pierwsze dostawy tych produktów dla zagranicznych partnerów Emitenta, co wpłynęło pozytywnie na wzrost przychodów eksportowych.

„Nie jesteśmy tylko spółką ‘covidową’. Analizatory iFlash 1800, oprócz przeciwciał na SARS-CoV-2 oznaczają prawie 200 innych markerów. Klienci, którzy kupują od nas te systemy będą z nich korzystali jeszcze przez lata po wygaszeniu pandemii. Dostawy asortymentu ‘covidowego’ otworzyły przed BioMaxima drzwi do wielu nowych klientów, którzy pozostaną, mam nadzieję, z firmą na długo, kupując np. testy na zwykłą grypę, czy inny asortyment mikrobiologiczny.” – zakończył Prezes Urban.

BioMaxima S.A. jest bardzo dobrze przygotowana do działania w związku z pandemią SARS-CoV-2019. W marcu br. Emitent wprowadził do oferty szybkie testy immunochromatograficzne IgG/IgM do diagnostyki tego wirusa i rozpoczął najpierw jego dystrybucję, a następnie sprzedaż wyrobu własnego a także zarejestrował własny test molekularny do wykrywania SARS-CoV-2019 oparty na metodzie Real Time PCR (test genetyczny). Zgodnie z przewidywaniami analityków rynkowych globalny rynek diagnostyki w kierunku COVID-19 będzie stale rósł i w 2027 r. dla samych tylko szybkich testów osiągnie wielkość 3,91 miliarda USD (Reports and Data, maj 2020). BioMaxima S.A. jest wymieniana przez analityków w powyższym raporcie w gronie globalnych liderów rynku. Emitent realizuje też wcześniejsze plany w zakresie rozwoju testów do badania lekowrażliwości mikroorganizmów, a światowy rynek tych badań jest szacowany już dzisiaj na ok. 3 mld USD.

BioMaxima S.A. wprowadziła także do sprzedaży analizator immunochemiczny o wysokiej wydajności do ilościowego oznaczania m.in. przeciwciał IgM/IgG przeciwko SARS-CoV-2019. Analizator jest przeznaczony dla dużych laboratoriów szpitalnych oraz laboratoriów sieciowych w kraju. Metoda chemiluminescencyjna CLIA służąca do wykrywania przeciwciał klasy IgM i IgG przeciwko SARS-CoV-2 z wykorzystaniem analizatora iFlash 1800 znajdzie zastosowanie na każdym etapie postępowania diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2, a ze względu na wysoką wydajność systemu (180 oznaczeń na godzinę) będzie miała szerokie zastosowanie (równolegle z badaniem RT-PCR) w diagnostyce różnicowej określającej etap choroby COVID-19, w badaniach przesiewowych pacjentów, w badaniach nad terapeutycznym zastosowaniem osocza ozdrowieńców, oraz przy wdrażaniu tzw. „paszportu immunologicznego” w populacji. W porównaniu do testów immunochromatograficznych pozwala na szybkie przebadanie dużej liczby pacjentów z nieporównywalnie większą dokładnością, o dwa rzędy wielkości bardziej czułą niż tradycyjnie stosowana metoda ELISA. Analizator ten, umożliwiający oznaczanie 119 różnych parametrów, jest ważnym uzupełnieniem oferty Spółki, która od wielu lat z powodzeniem sprzedaje już inne aparaty do oznaczeń immunochemicznych, mające zastosowanie przy łóżku pacjenta (POCT), a także w mniejszych laboratoriach.

PKN ORLEN refinansuje kredyt na kwotę 1,75 mld EUR

PKN ORLEN zabezpieczył finansowanie na cele bieżącej działalności i projekty rozwojowe. Podpisana umowa obrotowego kredytu odnawialnego z konsorcjum 16 banków gwarantuje spółce wsparcie do 1,75 mld EUR między innymi na działania inwestycyjne, w tym rozwój nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania, modernizację rafinerii i petrochemii oraz wdrożenie innowacyjnych rozwiązań w obszarze sprzedaży detalicznej.

– W ramach naszej struktury finansowania posiadamy różne produkty dłużne, co umożliwia nam korzystanie z dostępnych środków w najbardziej optymalny dla nas sposób. Silna pozycja PKN ORLEN w połączeniu z dużym doświadczeniem zarówno w pozyskiwaniu finansowania bankowego, jak i w przeprowadzonych emisjach obligacji na rynku krajowym i zagranicznym daje nam możliwość zabezpieczenia finansowania naszych planów rozwojowych nawet w trudnych dla rynku bankowego momentach. Dzięki temu możemy konsekwentnie realizować kluczowe dla przyszłości PKN ORLEN i jego Akcjonariuszy projekty inwestycyjne. Pozyskanie wiarygodnych partnerów do kredytu potwierdza, że PKN ORLEN jest zaufanym podmiotem o stabilnej pozycji – mówi Jan Szewczak, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Podpisana umowa obejmuje obrotowy kredyt odnawialny w kwocie do 1,75 mld EUR na okres 3 lat z możliwością przedłużenia o kolejne 2 lata w formule 1+1. To instrument wielowalutowy, który będzie przeznaczony na finansowanie bieżącej działalności i projektów rozwojowych Grupy ORLEN.

PKN ORLEN konsekwentnie umacnia swoją pozycję finansową i wiarygodność wśród inwestorów. Potwierdziła to Agencja Moody’s, która 16 lipca br. podwyższyła perspektywę ratingu koncernu z negatywnej na pozytywną, utrzymując jednocześnie rating na poziomie inwestycyjnym Baa2. Decyzja Agencji to m.in. efekt porozumienia PKN ORLEN z Komisją Europejską w sprawie przejęcia kapitałowego Grupy LOTOS i podpisania listu intencyjnego ze Skarbem Państwa dotyczącego integracji z PGNiG. Procesy akwizycyjne PKN ORLEN pozytywnie ocenia też Agencja Fitch Ratings.

PKN ORLEN, uwzględniając przejęcie Grupy ENERGA, utrzymuje dobrą sytuację płynnościową. Od kilku lat strategiczne wskaźniki finansowe pozostają na bezpiecznym poziomie. Koncern jest przygotowany na różne rozwiązania w ramach produktów dostępnych na rynkach finansowych. Jest to zgodne z trendami światowymi, gdzie wykorzystuje się również alternatywne, w stosunku do bankowych linii kredytowych, sposoby finansowania działalności i rozwoju spółek.

Czego dowiemy się o konsumentach z paragonów? Analiza 10 mln rachunków

Drugi kwartał roku był dużym wyzwaniem dla wielu sklepów i sieci handlowych, które niemal z dnia na dzień straciły swoich klientów na skutek pandemii koronawirusa. Teraz nadszedł czas na odbudowę utraconej pozycji, w której pomóc mogą dane z paragonów. Blovly, na podstawie ponad 10 mln rachunków z różnych sklepów, kawiarni, sieci i centrów handlowych w całym kraju, wyjaśnia czego można dowiedzieć się o klientach z paragonów i jak te dane warto wykorzystać.

Zakupy inne niż dotychczas

W ostatnich miesiącach zwyczaje zakupowe Polaków podlegały dynamicznym zmianom, a zestawiając je z analogicznym okresem ubiegłego roku możemy zaobserwować kilka ciekawych zjawisk.

Jak co roku wczesnym latem także i w 2020 kupowaliśmy więcej ubrań, jednakże w wyniku pandemii ograniczyliśmy te zakupy i wzrost wyniósł tylko +8% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 (+19%). Co ciekawe nie zrezygnowaliśmy z wydatków na nowe obuwie – wzrost w tym sektorze jest nawet większy niż w roku ubiegłym (+110% w 2020 vs. +83% w 2019). O 17% zmniejszyły się natomiast wydatki na artykuły z kategorii higiena i wygląd, co wyjaśnia fakt, że więcej zostajemy w domach i mniej spotykamy się z innymi.

Kolejne istotne zmiany dotyczą 19% spadku wydatków na mięso i wędliny oraz 9% wzrostu wydatków na warzywa, a także nabiał (o 23%). W poprzednim roku sytuacja dotycząca tych kategorii produktów wyglądała zupełnie inaczej, co może oznaczać wyraźną zmianę preferencji w kierunku tańszej żywności.  Znacznie mniej wydajemy także na słodycze (-22%), podczas gdy w zeszłym roku spadek wynosił zaledwie -2%. Obecnie oszczędzamy też na tym, co nie należy do artykułów pierwszej potrzeby oraz preferujemy tańszą żywność.

Warto także zwrócić uwagę na nietypowy spadek wydatków na artykuły biurowe (-26%), podczas gdy zwykle w tym okresie roku pojawia się wzrost (+35% w 2019). Ta zmiana prawdopodobnie wiąże się z zamknięciem szkół i mniejszym wykorzystaniem tego typu artykułów, a częstszym korzystaniem z komputerów w trakcie nauki zdalnej.Grafika 1 Grafika 2

Kilka istotnych wniosków można wyciągnąć również analizując zmiany cen produktu w koszyku oraz sumy koszyka (dane w czasie rzeczywistym dostępne na https://www.blovly.com/dane).

Lockdown Covid-19 spowodował nagły spadek popytu, a co za tym idzie spadek cen i deflację. Od tego czasu obserwujemy istotną zmianę nawyków zakupowych – Polacy kupują rzadziej, ale większą ilość produktów. Zniesienie obostrzeń spowodowało również postępujący wzrost cen i inflację, która zahamowała dopiero na początku czerwca. Jest to związane po części ze wzrostem kosztów produkcji, importu, przestojami, pracą zdalną wielu sektorów, ale także z nagłym wzrostem popytu – szczególnie na dobra, których Polacy nie mogli kupić, gdy galerie handlowe i niektóre sklepy były pozamykane (np. obuwie, ubrania). 

Co jeszcze mówią paragony?

Dane z paragonów mogą posłużyć do analizy bieżących trendów i śledzenia koszyków zakupowych klientów, jednak ich rola nie musi ograniczać się tylko do tego. Rachunki dostarczą też dokładnych informacji dotyczących bardzo konkretnych produktów FMCG.

– Ta wiedza stanowić może potężne narzędzie w walce o klienta, umożliwiając np. budowanie kampanii cross-sellingowych dla produktów kupowanych wspólnie. Dane agregowane z rachunków sklepowych pozwolą również na wytypowanie konkretnych sklepów stacjonarnych, które potrzebują większego marketingowego wsparcia, np. poprzez lokalne kampanie online czy outdoor. Dzięki informacjom o tym co, kiedy i gdzie kupujemy możliwe jest też przeprowadzenie mikrosegmentacji, pozwalającej na poznanie przyczyny zakupowej klienta – wyjaśnia Krystian Dylewski, CEO Blovly.

Informacje zdobyte o kliencie dzięki danym z rachunków sklepowych umożliwiają również budowanie zaangażowania konsumentów. W obecnej sytuacji, kiedy mimo odmrożenia gospodarki, wiele marek musi na nowo powalczyć o motywację zakupową swoich klientów, szczególnie w borykających się ze spadkami odwiedzalności galeriach handlowych,  wykorzystanie najnowszych technologii i wdrażanie innowacyjny rozwiązań customer engagement wydaje się być słusznym posunięciem.

– Duzi retailerzy mogą budować własne programy customer engagement, jednak obecne w nich marki FMCG nie mają  w ten sposób bezpośredniego kontaktu z konsumentami. Dla nich program bazujący na paragonach jest idealnym rozwiązaniem, bo prowadzą działania niezależnie od retailerów. Podobna sytuacja ma miejsce w centrach handlowych. Chcemy zwrócić uwagę na nieocenioną wartość, jaką w budowaniu lojalności klientów, mogą wnieść dane z paragonów – dodaje Krystian Dylewski.

Koalicja Izb Handlowych apeluje ws. procedowanych zmian legislacyjnych, które odnoszą się do kwestii refundacji terapii

29 lipca 2020 roku Koalicja Izb Handlowych zaapelowała do Marszałków Sejmu i Senatu o odrzucenie części przepisów projektu ustawy o Funduszu Medycznym oraz tzw. ustawy covidowej, które odnoszą się do kwestii refundacji terapii. Izba zwraca uwagę, że ich przyjęcie w dotychczasowo procedowanym kształcie zagraża bezpieczeństwu zdrowotnemu polskich pacjentów i budzi zaniepokojenie inwestorów.

W liście do Marszałek Sejmu RP Elżbiety Witek i Marszałka Senatu RP Tomasza Grodzkiego Koalicja Izb Handlowych, do której należą: Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, Szwajcarska Izba Handlowa, Polsko-Kanadyjska Izba Handlowa, Belgijska Izba Handlowa, oraz Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa, zwraca uwagę, że dwa aktualnie procedowane w Parlamencie akty prawne: prezydencki projekt ustawy o Funduszu Medycznym oraz przyjęty w piątek przez Sejm rządowy projekt nowelizacji ustawy w celu zapewnienia funkcjonowania ochrony zdrowia w związku z epidemią COVID-19 oraz po jej ustaniu (tzw. ustawa covidowa), poważnie zagrażają bezpieczeństwu lekowemu Polski. Koalicja apeluje do parlamentarzystów o odrzucenie części przepisów związanych z kwestią refundacji terapii.

Koalicja Izb Handlowych zwraca uwagę, że przyjęcie wspomnianych regulacji w aktualnie procedowanym kształcie doprowadziłoby do zamrożenia udostępniania polskim pacjentom skutecznych i bezpiecznych leków oryginalnych.

Zdaniem przedstawicieli Koalicji utrzymanie przepisów w dotychczasowym kształcie sprawi, że niebawem nastąpi różnicowanie dostępności leków dla pacjentów w zależności od terminu rozpoczęcia terapii. Chodzi o artykuł 17c projektu ustawy covidowej, zwiększający ryzyko podjęcia szeregu negatywnych decyzji w sprawie przedłużenia refundacji produktów leczniczych, udostępnianych polskim pacjentom poprzez programy lekowe. Nieprzedłużenie refundacji dla aktualnie stosowanych przez pacjentów terapii w wielu przypadkach skutkowałoby koniecznością przerwania leczenia, co mogłoby okazać się groźne dla zdrowia i życia chorych. Poprawka wprowadzona na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia, które odbyło się 21 lipca br. zapewnia kontynuację leczenia dla pacjentów, którzy rozpoczęli leczenie przed wygaśnięciem decyzji refundacyjnej, jednak pozostawia bez skutecznego leczenia pacjentów zakwalifikowanych do terapii po tym terminie.

Koalicja zwraca uwagę także na podważające dotychczasowe regulacje nowo zaproponowane przepisy, wprowadzające drugi obieg cen dla leków refundowanych. Chodzi o część regulacji odnoszącą się do finansowania przez Narodowy Fundusz Zdrowia leków nabywanych na podstawie przetargów centralnych. Propozycja, ujęta w art. 132 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, prowadzi do sytuacji, w której Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje leki nie do poziomu ceny wskazanej na liście leków refundowanych, lecz do średniej z przetargów, co wprowadza drugi obieg cen leków refundowanych, wbrew przepisom ustawy refundacyjnej, sankcjonującej system urzędowych cen zbytu.

Zdaniem przedstawicieli Koalicji aktualnie procedowane przepisy, odnoszące się do kwestii refundacji terapii, nie tylko zagrażają bezpieczeństwu pacjentów, ale także negatywnie wpływają na sytuację zagranicznych inwestorów w Polsce. Koalicja zwraca uwagę, że dla inwestorów kluczowym aspektem jest stabilne i przewidywalne otoczenie prawne prowadzonej działalności. Tymczasem zmiany regulacyjne, odnoszące się do aspektu refundacji terapii, procedowane są bez konsultacji publicznych. Także tryb zgłoszenia przepisów w formie poprawek zdaniem przedstawicieli Koalicji Izb Handlowych sprawił, że strona społeczna nie miała możliwości przedstawienia swoich wątpliwości związanych z proponowanymi zmianami.

Zarówno tempo, jak i jakość tego procesu legislacyjnego budzą nasze ogromne zaniepokojenie, ponieważ stabilność regulacyjna jest jednym z kluczowych elementów budujących zaufanie inwestorów i kryteriów branych przez nich pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o inwestowaniu bądź reinwestowaniu w kraju, w którym chcą prowadzić i rozbudowywać swoją działalność – mówi Jacek Graliński, przedstawiciel Koalicji Izb Handlowych i przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham.

Koalicja zapowiada niezwłoczne przedstawienie szczegółowego stanowiska zawierającego propozycję zmian, które zapobiegną negatywnym konsekwencjom aktualnie procedowanych przepisów.

Przetwarzanie śmieci powinno być finansowane przez producentów opakowań

Polski system odbioru i przetwarzania śmieci cierpi na chroniczne niedofinansowanie. Temat opłat za odbiór odpadów komunalnych jest wciąż obecny w naszym życiu – każda gmina kieruje się własnym systemem, lecz wszystkie prędzej czy później podwyższają ceny za wywóz śmieci. Wciąż jednak system przetwarzania i recyklingu w Polsce pozostaje kulawy. Jak efektywnie go dofinansować, by Polska mogła spełnić wymagany przez dyrektywy Unijne poziom przetwarzania odpadów? Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że to nie gospodarstwa domowe powinny być obciążone obowiązkiem finansowania systemu. To nie one bowiem produkują odpady, które trafiają potem do worków. Za produkcję opakowań i śmieci odpowiedzialne są firmy i koncerny, dostarczające na półki sklepowe produkty codziennego użytku. To one podejmują decyzję, czy ich opakowania nadają się do recyklingu i to one powinny finansować system ich przetwarzania.

– W Polsce konieczne jest uporządkowanie systemu odbioru i przetwarzania śmieci. Przede wszystkim system ten wymaga wsparcia finansowego, które powinno pochodzić od producentów. To oni są odpowiedzialni za ilość oraz jakość wprowadzanych odpadów opakowaniowych do całego systemu. Powinni być też więc odpowiedzialni za prawidłowe funkcjonowanie systemu odbioru i przetwarzania śmieci – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Stworzenie efektywnego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta sprawi, że na rynku śmieciowym pojawi się zastrzyk finansowy. Będzie można przeznaczyć go na udoskonalenie systemu – by pozwalał nam na osiągnięcie takich poziomów zbiórki odpadów, do jakich zobowiązuje nas dyrektywa unijna. A przypomnijmy, że jesteśmy zobowiązani do przetworzenia 50% wszystkich odpadów komunalnych – czyli aż 6 milionów ton śmieci. Aktualnie nie jesteśmy w stanie wywiązać się z tych zobowiązań – przypomina Szczepańska.

Ostatnie dni na złożenie wniosku o dofinansowanie zakupu samochodu elektrycznego. Zainteresowanie niższe niż przewidziany budżet

Do końca lipca Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przyjmuje wnioski o dofinansowanie zakupu samochodów elektrycznych. Dotychczasowe wyniki trzech programów: Zielony Samochód, eVan i Koliber wskazują na umiarkowane zainteresowanie nabywców. Liczba aut elektrycznych na polskich drogach stopniowo jednak rośnie, a rynek czeka na uruchomienie programu dopłat dla przedsiębiorców, którzy odpowiadają za większość zakupów w salonach motoryzacyjnych. Ważną kwestią sprzyjającą rynkowi jest także rosnąca świadomość ekologiczna Polaków.

– Ludzie coraz częściej myślą o tym, jak ochraniać środowisko, bo zmiany klimatu widać gołym okiem. Od 2014 roku transport jest jedną z tych dziedzin przemysłu, w których cały czas mamy wzrost emisji. Dlatego konsument chce mieć cichy, ekologiczny samochód, ale również ekonomiczny, ponieważ auta elektryczne czy na paliwa gazowe są bardzo ekonomiczne, a ich serwisowanie jest tańsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Koch-Kopyszko, prezes Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Licznik Elektromobilności Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że na koniec czerwca 2020 roku w Polsce było zarejestrowanych łącznie 12 271 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Ponad połowę stanowiły pojazdy w pełni elektryczne. W pierwszym półroczu 2020 roku przybyło nieco ponad 3,2 tys. elektryków, o 65 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku.

– Na razie liczba samochodów elektrycznych nie zwiększa się raptownie, tylko stopniowo. Nie przybywa ich nie wiadomo jaka liczba. Myślimy, że to są chwilowe zawirowania związane z pandemią, którą mamy od kliku miesięcy. Uważamy, że ten element funduszowy wpłynie dodatnio na zakupy samochodów – mówi Sylwia Koch-Kopyszko.

Na trzy programy przewidziano wsparcie w wysokości 150 mln zł. Jak poinformował Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, do 28 lipca w ramach programu Zielony Samochód wpłynęło 237 wniosków na kwotę nieco ponad 4,1 mln zł, a w trakcie wypełniania przez wnioskodawców było 140 formularzy roboczych. W programie e-Van złożono 48 wniosków na kwotę 2,84 mln zł, a ponad 200 formularzy było w trakcie wypełniania. Z kolei w ramach programu Koliber 20 formularzy roboczych było w trakcie wypełniania przez wnioskodawców.

Zielony Samochód najbardziej rozpala wyobraźnię polskiego konsumenta, bo można w jego ramach dostać 15 proc. dofinansowania, nie więcej niż 18 750 zł, a samochód nie może być droższy niż 125 tys. zł. Jest kilka aut, które w tej kwocie się mieszczą, więc mamy w czym wybierać. Druga kategoria to e-VAN, czyli dostawcze samochody elektryczne dla przedsiębiorców. Tutaj jest 30 proc. dofinansowania, a kwota wsparcia nie może przekroczyć 70 tys. zł na jedno auto. Trzecią kategorią są taksówki – przedsiębiorca może liczyć na dofinansowanie do zakupu elektrycznej taksówki w ramach programu Koliber – mówi prezes Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

W ramach tego programu przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dotację do 20 proc. kosztów kwalifikowanych (do 25 tys. zł).

NFOŚiGW podkreśla, że programy mają charakter pilotażowy, dlatego nie jest przewidziane ich przedłużanie. Eksperci rynku motoryzacyjnego oceniają, że lepsze efekty mogłoby przynieść skorygowanie założeń wsparcia – podniesienie dofinansowania i ceny pojazdu. Rynek liczy także na uruchomienie programu dla przedsiębiorców, obejmującego dofinansowanie zakupu samochodu osobowego.

Firmy takie jak np. pizzerie, które mają po kilka samochodów, też czekają na ten program. Proszę pamiętać, że w miastach wiele się w tym względzie pozmieniało, bo auta elektryczne nie muszą płacić za miejsca parkingowe i mogą poruszać się buspasami. Dla małych firm, które chcą się rozruszać, szczególnie po pandemii, taki program to dobre rozwiązanie – mówi Sylwia Koch-Kopyszko.

Mimo umiarkowanego zainteresowania programami czas oczekiwania na samochód elektryczny jest dosyć długi.

– W dieslach i benzynach takiej sytuacji nie ma, a to znaczy, że na tę liczbę wyprodukowanych samochodów jest bardzo duże zainteresowanie. Niedawno rozmawialiśmy z jednym z producentów, który mówił, że zaprognozowana i wyprodukowana liczba samochodów elektrycznych została całkowicie sprzedana, co oznacza, że na ten rok przewidują jeszcze większą produkcję. To są dobre sygnały – mówi ekspertka.

Świat odchodzi od inwestycji w elektrownie atomowe. Koszt energii z atomu znacznie wyższy niż w elektrowniach wiatrowych czy słonecznych

– Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA w żadnym stopniu nie przybliżyła nas do budowy elektrowni jądrowej w Polsce. Sami Amerykanie się z tego wycofują, praktycznie nie buduje się tam żadnych nowych elektrowni – uważa dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Jak podkreśla, główną zaletą energetyki jądrowej jest jej ograniczone oddziaływanie na środowisko, a wadą – bardzo wysokie koszty. – Atom „zjada” pieniądze na rozwiązania tańsze, które szybciej przyniosłyby też efekt w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – mówi.

Od lat nie mamy w Polsce jasnej i klarownej polityki energetycznej. Gdybyśmy taką mieli, wtedy dopiero można by odpowiedzieć na pytanie, czy energetyka jądrowa jest nam potrzebna i niezbędna, czy raczej nie i należałoby od niej odejść – mówi agencji Newseria Biznes dr Andrzej Kassenberg.

W Polsce projekt budowy elektrowni atomowej ciągnie się już od lat 70. W 2009 roku ówczesny rząd zadecydował o wznowieniu programu polskiej energetyki jądrowej, ale od tego czasu nie odnotowano w nim żadnych postępów (pierwotnie pierwsza elektrownia miała ruszyć w 2020 roku). Za to – jak oszacowała Najwyższa Izba Kontroli w 2018 roku – wydatki na realizację tego programu sięgnęły już około 1 mld zł.

– Wydaliśmy już ponad miliard złotych na przygotowania i do tej pory nie wiemy, ile ma to kosztować, jak zostanie sfinansowane, kto to wybuduje i gdzie. Tak naprawdę wciąż nie wiemy nic konstruktywnego – mówi ekspert z Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Budowa pierwszej w Polsce elektrowni atomowej była jednym z tematów podczas czerwcowego spotkania prezydentów Polski i USA w Białym Domu. Jak poinformował Andrzej Duda po rozmowach z Donaldem Trumpem, w najbliższym czasie ma zostać podpisana międzyrządowa umowa, co pozwoli rozpocząć prace projektowe związane z wprowadzeniem w Polsce konwencjonalnej energii nuklearnej dla produkcji energii elektrycznej.

– Podmioty, które będą w tym brały udział, już w tej chwili są wytypowane. Uzgodnienia są bardzo daleko posunięte – powiedział Andrzej Duda w Waszyngtonie.

Amerykanie mają zaproponować technologię i udzielić Polsce kredytu na budowę pierwszej elektrowni atomowej, której wykonaniem zajmą się amerykańskie firmy. Jak poinformował w jednym z wywiadów prezydent RP, na rozpoczęcie prac potrzeba około 16 mld dol., przy czym wartość całego kontraktu jest szacowana na ok. 30 mld dol.

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych w żadnym stopniu nie przybliżyła nas do budowy elektrowni jądrowej w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że sami Amerykanie się z tego wycofują, praktycznie nie buduje się tam żadnych nowych elektrowni. Na świecie również zdecydowanie odchodzi się od elektrowni jądrowych, może z wyjątkiem Chin, Indii i oczywiście Rosji – ocenia dr Andrzej Kassenberg.

Jedną z głównych zalet energetyki jądrowej jest jej ograniczone oddziaływanie na środowisko. Według rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej.

W raporcie opracowanym w 2018 roku NIK oceniła, że koszty wytwarzania energii elektrycznej w elektrowni jądrowej – przy obowiązkowym zakupie uprawnień do emisji CO2 – będą niższe od tej wytwarzanej w elektrowniach opalanych węglem. Energetyka jądrowa poza możliwością wypełnienia zobowiązań wynikających z polityki klimatycznej UE ma też zapewnić postęp techniczny i impuls rozwojowy dla sektora naukowo-badawczego.

Koszty wytwarzania energii z atomu są niższe niż w elektrowniach węglowych czy gazowych, ale wyższe niż w elektrowniach wiatrowych czy słonecznych, gdzie są prawie zerowe – zauważa ekspert z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. – Energetyka jądrowa „zjada” pieniądze na rozwiązania tańsze, które szybciej przyniosłyby też efekt w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. A tego nam potrzeba.

Jak podkreśla, niekorzystny jest również fakt, że w sensie inwestycyjnym jest to droga technologia.

Rząd szacuje koszty na 20–25 mld zł za 1 tys. MW, eksperci mówią nawet o 30 mld zł. Jednak kluczowe jest to, że nikt nam nie pożyczy pieniędzy na 60 lat, bo na tyle planuje się działanie elektrowni. Trzeba je zwrócić w ciągu 15–20 lat. Koszt tego kredytu jest bardzo wysoki i mocno rzutuje na opłacalność inwestycji. Bez wsparcia rządowego nikt nie podejmie się budowy takiej elektrowni – mówi dr Andrzej Kassenberg. – Przykład z zagranicy – Hinkley Point C w Wielkiej Brytanii, którą budują Francuzi za chińskie pieniądze. Rząd gwarantuje elektrowni jądrowej, że będzie dopłacał do ceny energii elektrycznej ponad cenę rynkową. Dziś się szacuje, że będzie to ok. 100 funtów, czyli ponad 500 zł. Tymczasem hurtowa cena energii w Polsce jest dziś na poziomie 200–250 zł. Tę różnicę płaci podatnik, co jest kompletnie bez sensu. Lepiej byłoby te pieniądze wydać na efektywność energetyczną i energetykę odnawialną.

Ekspert Koalicji Klimatycznej wskazuje też, że minusem energetyki jądrowej są także problemy z zagospodarowaniem odpadów promieniotwórczych.

Odpady wysoko promieniotwórcze najpierw składuje się na terenie elektrowni, a po pewnym czasie trzeba je przechowywać w specjalnie do tego przeznaczonych składowiskach, których – poza jednym pilotażem w Finlandii – praktycznie jeszcze nie ma. To jest bardzo drogie i wpływa na ostateczny koszt programu energetyki jądrowej. Podobnie jak fakt, że po 50–60 latach trzeba taką elektrownię zamknąć i zabezpieczyć przed wszelkimi możliwymi oddziaływaniami, co też jest kosztowne – mówi.

Według rządowych planów, jak i projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” uruchomienie pierwszego bloku elektrowni atomowej przewidziano na 2033 rok. Jej budowa ma się rozpocząć w 2026 roku, a dokładna lokalizacja ma być znana w przyszłym. Do roku 2040 w Polsce ma działać już w sumie sześć reaktorów bloków jądrowych. W latach 2040–2045 około 1/5  produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

Według danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w 30 krajach świata funkcjonuje 448 reaktorów atomowych o łącznej mocy 391 744 MW, natomiast w 17 krajach Europy pracują 183 reaktory o łącznej mocy 162 229 MW. Szóstka europejskich państw – Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Rosja, Ukraina i Szwecja – ma łącznie 139 reaktorów i wytwarza ponad 80 proc. całej energii elektrycznej pochodzącej z elektrowni jądrowych. W Europie Francja jest zdecydowanym liderem – ponad 70 proc. całej energii elektrycznej wytwarzanej w kraju pochodzi właśnie z atomu. Z kolei na Węgrzech, Słowacji, Ukrainie i w Belgii ten udział przekracza 50 proc.

Minister rolnictwa: Wspólną politykę rolną czeka duży wstrząs. Nowa strategia UE dla rolnictwa może ograniczyć produkcję o 20 proc.

Rolnictwo jest w Europie trzecim co do wielkości źródłem gazów cieplarnianych, odpowiadając za ponad 10 proc. emisji. Dlatego UE chce ściśle powiązać rozwój i finansowanie tego sektora z polityką klimatyczną i ochroną środowiska. Nowe strategie bioróżnorodności i „Od pola do stołu”, które są częścią Zielonego Ładu, wprowadzają w tym zakresie ambitne cele, ale – jak wskazuje minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski – mogą spowodować spadek produkcji rolnej w Unii o co najmniej 20 proc. Wciąż nie ma też szczegółów dotyczących ich wdrażania i nie wiadomo, jak Komisja Europejska zamierza zrekompensować rolnikom straty powstałe np. w wyniku ograniczania powierzchni upraw. – Dopóki nie będziemy znali odpowiedzi na szereg tych pytań, trudno nam precyzyjnie zaplanować drogę dla polskiego rolnictwa – podkreśla minister.

Wspólną politykę rolną czeka duży wstrząs. Komisja Europejska zaproponowała Zielony Ład i towarzyszące mu strategie bioróżnorodności oraz „Od pola do stołu” jako elementy składowe. Teraz toczy się dyskusja ideowa, czy jest to dobry kierunek. Jestem przekonany, że rolnictwo zrównoważone i bardziej proekologiczne jest kierunkiem, co do którego nikt nie powinien protestować. Natomiast jest wiele pytań, na które do tej pory nie ma odpowiedzi – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski.

Strategie na rzecz bioróżnorodności i „Od pola do stołu” są kluczowe dla europejskiego Zielonego Ładu. Komisja Europejska przyjęła je w maju tego roku. Pierwsza skupia się na różnorodności biologicznej, ochronie gatunków i ekosystemów oraz większej równowadze między przyrodą a rolnictwem. Druga ma zmienić europejski sektor żywności tak, aby zmniejszyć jego ślad środowiskowy i klimatyczny. KE wyznaczyła w tym zakresie bardzo ambitne cele, m.in.: redukcję stosowania pestycydów o 50 proc. i nawozów o 20 proc. do 2030 roku oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych do 25 proc. przed końcem obecnej dekady. O połowę ma też spaść sprzedaż środków drobnoustrojowych (antybiotyków) dla zwierząt hodowlanych.

Jak wskazała Komisja Europejska, rolnictwo odpowiada za 10,3 proc. emisji gazów cieplarnianych w UE, a prawie 70 proc. z nich pochodzi z sektora chowu zwierząt. Rolnictwo to trzecie największe źródło emisji gazów cieplarnianych w Europie, głównie metanu i podtlenku azotu z nawozów. Nowa strategia ściśle uzależnia finansowanie i rozwój tego sektora od polityki klimatycznej i ochrony środowiska.

Minister ocenia, że kierunek wyznaczony przez KE jest słuszny, ale nieprecyzyjny, przez co wciąż nie wiadomo, jak wdrażanie strategii będzie wyglądać w praktyce i w jaki sposób będzie finansowane.

– Redukcja środków ochrony roślin i nawozów to sensowne hasło, ale kto ma je redukować? Wszyscy czy tylko ci, którzy znacznie przekroczyli normy w stosunku do krajów stosujących minimalne ilości pestycydów czy nawozów sztucznych? Czy jeżeli chcemy wprowadzić 25 proc. rolnictwa ekologicznego, to w każdym gospodarstwie, w skali kraju, czy w całej Unii Europejskiej? Jeżeli mamy odłogować 10 proc. powierzchni na cele proekologiczne, to czy każde gospodarstwo ma wydzielić 10 proc. swojego pola, czy kraj ma dokonać takiej redukcji? To są realne pytania stawiane przez rolników, na które nie ma odpowiedzi – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Jak wskazuje, cele przyjęte w unijnej strategii dla rolnictwa mogą spowodować spadek produkcji rolnej. To z kolei uszczupli dochody rolników.

Można szacować, że produkcja rolnicza w Europie po wdrożeniu tego mechanizmu zmniejszy się o 20 proc., może nawet więcej – mówi. – Jeżeli plony spadną, a spadną, to kto zrekompensuje rolnikom utratę dochodów? Czy konsumenci będą na tyle świadomi i hojni, że zapłacą więcej?

Minister podkreśla, że jeżeli produkcja rolna spadnie, Europa może nie być w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa żywnościowego. Wówczas będzie zmuszona importować z innych kontynentów żywność niespełniającą wysokich unijnych norm.

Pytanie, czy nie będzie hipokryzją sprowadzanie produktów z innych kontynentów, które nie spełniają tych wysokich norm europejskich i czy oszukując tylko sumienie, nie przerzucimy emisji do Ameryki Południowej – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Resort rolnictwa ma przygotowane założenia do Krajowego Planu Strategicznego w ramach nowej perspektywy wspólnej polityki rolnej na lata 2021–2027, który zostanie przedłożony KE. Jednak minister Ardanowski podkreśla, że nie znając szczegółów dotyczących wdrażania i finansowania nowej strategii, trudno jest precyzyjnie wytyczyć kierunki rozwoju polskiego rolnictwa.

– Wiemy, jakie działy rolnictwa chcielibyśmy subsydiować i pomóc im w dostosowaniu się do rynków europejskich – podkreśla minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Dopóki nie będziemy mieli odpowiedzi na szereg tych pytań związanych z kosztami, ze spadkiem produkcji żywności w Europie, z koniecznością zweryfikowania polityki handlowej UE wobec dostawców żywności z innych kontynentów, które nie przestrzegają norm, to trudno nam się do tego dopasować. 

Organizacje rolników zwróciły się już do rządu i Komisji Europejskiej z apelem o przeanalizowanie, jakie będą jej gospodarcze i ekonomiczne skutki. Krajowa Rada Izb Rolniczych wskazuje, że może ona obniżyć konkurencyjność polskiego rolnictwa, które boryka się ze skutkami pandemii SARS-CoV-2, ale też stoi w obliczu wyzwań związanych m.in. ze zmianami klimatu i konkurencji ze strony państw takich jak Ukraina czy kraje Ameryki Północnej i Południowej. Te zaś nie muszą stosować się do unijnych norm produkcji żywności.

„Atlas rolny”, opublikowany w ubiegłym roku przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju, wskazuje, że w skali całej Unii funkcjonuje ponad 10 mln gospodarstw rolnych, z czego ok. 1/3 w Rumunii, a kolejne 13 proc. – w Polsce (na dalszych pozycjach są Włochy i Hiszpania). Od momentu wstąpienia do Unii liczba środków kierowanych do obszarów wiejskich wzrosła 15-krotnie, ale rolnictwo nadal boryka się z istotnymi problemami o charakterze środowiskowym i społecznym.

Rolnictwo jest w Polsce szczególnym sektorem, ma znaczenie strategiczne dla państwa, więc jest dla nas bardzo ważne. Dlatego chcemy je wspierać również ze środków krajowych, za pomocą działań finansowych, ale i prawnych. To jest ważne dla Polski jako dużego kraju rolniczego, który czuje się współodpowiedzialny za żywienie świata – mówi minister.

Polacy obawiają się drugiej fali pandemii. Co czwarty ogranicza wydatki, a ponad połowa wybiera polskie produkty i krajowe atrakcje turystyczne

48 proc. mieszkańców naszego kraju obawia się powrotu pandemii, a wśród kobiet odsetek ten wynosi 51 proc. – to wnioski z badania przeprowadzonego na zlecenie Dentsu Aegis Network Polska w czerwcu. Nastroje Polaków poprawiły się w porównaniu z początkowym okresem pandemii, jednak podczas zakupów jedna czwarta ogranicza wydatki, ponad połowa koncentruje się na produktach, które zaspokajają podstawowe potrzeby, a większość tych, którzy planują wakacje, spędzi je w Polsce.

42 proc. badanych zadeklarowało, że ich sytuacja zawodowa uległa pogorszeniu, a ponad połowa (54 proc.) oceniła, że sytuacja finansowa ich gospodarstwa domowego jest gorsza w porównaniu do tej sprzed pandemii koronawirusa. Szczególnie wyraźne jest to w przypadku kobiet – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paulina Gadowska, Senior Research Analyst w Dentsu Aegis Network Polska.

Restrykcje wprowadzone w początkowym etapie pandemii były dla Polaków bardzo uciążliwe i prawie połowa badanych obawia się powrotu tej sytuacji. W większości wskaźników dotyczących przyszłości wzrósł odsetek osób, które odczuwają niepewność w tej kwestii. 67 proc. respondentów wskazało, że nie wie, czy ich sytuacja się pogorszy, czy poprawi. 35 proc. badanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że sytuacja już nigdy nie wróci do normalności.

Szczególnie widoczne w badaniach są nastroje, jakie nam towarzyszą w czasie pandemii – zauważa Paulina Gadowska. – Na początku był to strach i niesamowita potrzeba bezpieczeństwa oraz poczucia przynależności do wspólnoty. Sposób spędzania wakacji będzie wynikał z tych nastrojów. Ludzie będą szukać takich możliwości i atrakcji turystycznych, które pozwolą na w miarę bezpieczny odpoczynek. Będą unikać dużych skupisk ludzi i wybierać tańsze rozwiązania, bo jednak wyjazd wakacyjny jest dosyć istotnym obciążeniem dla budżetu domowego.

Prawie jedna czwarta badanych przyznała, że zrezygnuje w tym roku z wyjazdu wakacyjnego. Po otwarciu granic i zniesieniu restrykcji w turystyce zauważalne jest pewne ożywienie. 33 proc. respondentów zadeklarowało, że planuje podróż wypoczynkową, ale nie trwającą dłużej niż pięć dni i tylko w kraju. Dłuższy pobyt w Polsce – od 6 do 14 dni – planuje 16 proc. respondentów. Mniej osób decyduje się na urlop poza granicami Polski – zaledwie 5 proc. planuje maksymalnie pięciodniowy wypoczynek za granicą, a wyjazd zagraniczny trwający ponad tydzień – 4 proc. Wśród ankietowanych znalazła się również grupa osób niezdecydowanych (12 proc.), która przygląda się obecnej sytuacji i w ostatniej chwili zdecyduje o miejscu i terminie ewentualnego wypoczynku.

Wielu konsumentów wybiera lokalne, polskie produkty, żeby wspierać naszą gospodarkę. Wiemy, że pieniądze, które zostawimy tutaj, będą procentować – dodaje ekspertka z Dentsu Aegis Network Polska..

Respondenci zadeklarowali, że na co dzień najchętniej poruszają się własnym samochodem (75 proc.), co w dużym stopniu eliminuje ryzyko ewentualnego zakażenie koronawirusem. Jednak często decydują się również na rower (32 proc badanych mężczyzn i 24 proc. kobiet) lub chodzenie pieszo (45 proc.). Mniej osób wybiera komunikację miejską (13 proc.) oraz taksówki (2 proc.). Podobnie jest w  przypadku podróży wakacyjnych – najczęściej wybieranym środkiem transportu jest samochód (83 proc.). Podróż samolotem zamierza odbyć zaledwie 14 proc ankietowanych, zaś pociągiem – 15 proc.

Dziś startuje misja NASA. Nowy łazik będzie szukać śladów pozostałości życia na Marsie

Lipiec 2020 roku to wyjątkowy okres w historii misji kosmicznych. Dzięki korzystnemu oknu startowemu 30 lipca wystartuje już trzecia misja marsjańska w tym miesiącu. Po udanych startach misji emirackiej i chińskiej tym razem w kierunku Czerwonej Planety swoją rakietę z łazikiem Perseverance na pokładzie wystrzeli NASA. Jego głównym zadaniem będzie poszukiwanie śladów pozostałości życia na Marsie. Będzie jednak wyposażony także w specjalny instrument do pozyskiwania tlenu, który może być wykorzystany w przyszłych misjach kolonizacyjnych.

– Łazik Perseverance na Marsie będzie poszukiwał śladów pozostałości życia. W tym celu zostanie umieszczony w kraterze Jezero, który według naukowców był kiedyś miejscem, gdzie znajdowało się głębokie na 250 metrów jezioro. Łazik pobierze próbki osadów dennych z tego miejsca i poszuka jakichś śladów biologicznych, które mogły przetrwać w tym miejscu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Sidz, inżynier w Sener Polska.

W lipcu 2020 roku panuje wyjątkowo korzystne okno startowe dla misji kosmicznych. Z tego względu zaplanowano aż trzy misje, z których najważniejszą wydaje się być amerykański łazik Perseverance, który jest częścią długoletniego programu badawczego NASA: Mars Exploration Program. Głównym zadaniem łazika jest zbadanie procesów geologicznych na Marsie pod kątem ewentualnych przyjaznych warunków panujących tam w przeszłości oraz dawnych śladów życia na Czerwonej Planecie. Perseverance ma za zadanie pobrać i zabezpieczyć ponad 30 próbek skał i gleby.

– Łazik jest wyposażony w specjalną wiertnicę, która będzie pobierała próbki skał i będzie je magazynowała w postaci cylindrów o średnicy 12 mm i długości 60 mm i pozostawi je na powierzchni Marsa. W następnym etapie misji w latach 30. ESA i NASA będą wspólnie próbowały dolecieć na Marsa, pobrać próbki, wrócić na Ziemię i tutaj je dokładnie zbadać – tłumaczy Michał Sidz.

Perservance będzie kontynuował badania swojego poprzednika – łazika Curiosity – do którego firma Sener Aeroespacial opracowała i wykonała mechanizm pozycjonujący jedną z anten (High Gain Antenna Gimbal – HGAG), umożliwiający dwukierunkową komunikację między łazikiem a centrum kontroli na Ziemi.

– Obecnie na Marsie znajduje się łazik Curiosity. Bazując na doświadczeniach wyniesionych z tej misji, inżynierowie przygotowali projekt Perseverance. Trudno na pierwszy rzut oka dostrzec różnicę, ponieważ Curiosity spisał się bardzo dobrze. Zmodyfikowana została natomiast zawartość instrumentów naukowych – mówi inżynier w Sener Polska. – To m.in. instrument do pozyskiwania tlenu z atmosfery Marsa, który potem będzie mógł być wykorzystany w przyszłych misjach kolonizacji Marsa, jak również jako potencjalny utleniacz do paliwa rakietowego.

Start łazika Perseverance jest planowany na 30 lipca, jego podróż na Marsa będzie trwała około siedmiu miesięcy.

– Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, od końca lutego 2021 roku łazik będzie mógł przesyłać pierwsze dane na Ziemię – mówi ekspert. – Misja jest założona na jeden rok marsjański, czyli mniej więcej dwa lata ziemskie, i przez ten cały czas, jeżeli komunikacja i żadne przeszkody jej nie zakłócą, będziemy otrzymywać dane.

W lipcu ruszą więc w sumie trzy misje marsjańskie. 20 lipca z kosmodrou Tanegashima w Japonii wystartowała pierwsza międzyplanetarna misja Zjednoczonych Emiratów Arabskich (Hope), a 23 lipca chińska misja Tianwen-1.

Zbudowano infrastrukturę testową internetu kwantowego. Ma być całkowicie odporny na ataki hakerów [DEPESZA]

Amerykanie chcą stworzyć internet kwantowy. Sieć nowej generacji zapewni najwyższy poziom bezpieczeństwa. W obliczu narastającego problemu cyberprzestępczości zorganizowanej amerykański Departament Energii uruchomił prace nad siecią przesyłu danych nowej generacji. Nad innowacyjnym systemem pracują naukowcy z kilku amerykańskich uczelni. Dzięki wykorzystaniu zjawiska splątania kwantowego chcą stworzyć internet odporny na ataki hakerów i przetwarzać dane bez ryzyka przechwycenia ich przez niepożądane osoby.

– Podstawą sieci kwantowych jest nasza zdolność do precyzyjnej syntezy i manipulowania materią w skali atomowej, w tym kontroli pojedynczych fotonów – tłumaczy David Awschalom, prof. inżynierii molekularnej na Uniwersytecie w Chicago, starszy naukowiec w Argonne National Laboratory i dyrektor Chicago Quantum Exchange. – W naszych laboratoriach krajowych znajdują się światowej klasy obiekty do obrazowania materiałów o rozdzielczości subatomowej i superkomputery do modelowania ich zachowania. Te potężne zasoby mają kluczowe znaczenie dla przyspieszenia postępu w informatyce kwantowej i inżynierii oraz dla przewodzenia tej szybko rozwijającej się dziedzinie we współpracy z partnerami akademickimi i korporacyjnymi.

Amerykańscy naukowcy poczynili już pierwsze kroki na drodze do wdrożenia idei kwantowego internetu w życie. Zespół inżynierów z Argonne National Laboratory oraz Uniwersytetu Chicagowskiego skonstruował 83,6-kilometrową pętlę kwantową rozciągającą się na terenie przedmieść Chicago, która służy do testowania innowacyjnej metody przesyłania informacji. Wkrótce do sieci podłączony zostanie kolejny węzeł znajdujący się w laboratorium Fermilab w mieście Batavia, dzięki czemu pętla kwantowa rozrośnie się do długości 128,8 km.

Przedstawiciele Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych oraz Uniwersytetu Chicagowskiego zaprezentowali strategię rozwoju krajowego internetu kwantowego. Nowa infrastruktura sieciowa pozwoli Stanom Zjednoczonym zwiększyć bezpieczeństwo transmisji danych o znaczeniu strategicznym.

– Budując ​​nową technologię internetu kwantowego, Stany Zjednoczone kontynuują swoje zaangażowanie w utrzymywanie i rozszerzanie swoich zdolności kwantowych –  podkreśla amerykański sekretarz ds. energii Dan Brouillette. – Departament Energii odgrywa kluczową rolę w rozwoju krajowego internetu kwantowego.

Do prac nad rozwojem tego projektu zaproszono 17 laboratoriów Departamentu Energii, które będą eksperymentować z metodami przesyłania informacji za pośrednictwem technologii splątania kwantowego. Aby wdrożyć sieć nowej generacji do powszechnego użytku, należy od podstaw opracować jej infrastrukturę, począwszy od urządzeń do splątania kwantów, przesyłania informacji oraz korekcji błędów.

Władze USA wyznaczyły cztery kamienie milowe, które pozwolą skomercjalizować tę technologię. W pierwszym etapie naukowcy zweryfikują, czy protokoły kwantowe rzeczywiście zapewnią wyższy poziom bezpieczeństwa niż dane przesyłane za pośrednictwem światłowodów. Jeśli uda się potwierdzić tę tezę, kolejnym wyzwaniem będzie przesłanie pakietu informacji pomiędzy kampusami badawczymi bądź miastami. W następnym kroku rząd planuje rozszerzyć działanie internetu kwantowego na poszczególne miasta, a w finalnej fazie projektu opracować kwantowe wzmacniacze sygnału, które pozwolą komunikować się kwantowo w skali globalnej.

 – Oprócz naszej współpracy z University of Chicago Fermilab współpracuje z Argonne, Caltech, Northwestern University i start-upami technologicznymi, aby opracować architekturę oraz stopniowo wdrażać i łączyć kwantowe węzły komunikacyjne w całym Chicago. Wkrótce z tą drugą grupą współpracowników będziemy teleportować dane przez sieć metropolitalną – wskazuje Panagiotis Spentzouris, szef programów kwantowych w Fermilab. –  Ten projekt jest ważny, żeby rozszerzyć budowę internetu kwantowego na cały kraj.

Jeśli projekt zakończy się sukcesem, Stany Zjednoczone będą dysponować nową metodą przesyłu danych, która uniemożliwi przechwycenie transmisji przez cyberprzestępców. W pierwszej kolejności z potencjału sieci kwantowej skorzystają firmy z sektorów strategicznych, takie jak banki, placówki służby zdrowia czy przemysł wojskowy. Naukowcy nie wykluczają jednak, że w przyszłości splątanie kwantowe będzie wykorzystywane także w ramach sieci komórkowych do bezpiecznego przesyłania informacji między użytkownikami a usługami przetwarzającymi dane o charakterze wrażliwym.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku obliczeń kwantowych w 2019 roku wyniosła 93 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 283 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Sfinks z blisko 40 mln zł sprzedaży gastronomicznej w I kw. 2020 r.

Restauracje działające w ramach sieci zarządzanych przez Sfinks Polska w I kw. 2020 r. wypracowały przychody ze sprzedaży gastronomicznej w wysokości 39,88 mln zł wobec 44,66 mln zł w tym samym okresie rok wcześniej. Zmniejszenie obrotów było bezpośrednią konsekwencją zamknięcia wszystkich restauracji 14 marca z powodu pandemii. W miesiącach styczeń-luty br. sieci Sfinksa wypracowały 18% wzrost sprzedaży gastronomicznej wobec dwóch pierwszych miesięcy roku poprzedniego (odpowiednio 33,57 mln zł wobec 28,45 mln zł). Aż 9,9 mln zł spadku obrotów (61%) sieci Sfinksa odnotowały właśnie w marcu br.

Spadek przychodów wskutek pandemii

Spadek przychodów gastronomicznych wskutek pandemii miał bezpośrednie przełożenie na wyniki finansowe osiągane przez Sfinks Polska. W I kwartale br. jednostkowe przychody ze sprzedaży wyniosły 29,63 mln zł wobec 37,67 mln zł rok wcześniej, zaś jednostkowy wynik netto -14,71 mln zł wobec -2,51 mln zł w analogicznym  okresie roku ubiegłego (przy przeliczeniu danych za 2019 r. z uwzględnieniem zmienionej polityki rachunkowości). Obok strat bezpośrednio wynikających ze spadku sprzedaży w związku COVID-19, na pogorszenie wyniku netto wpłynęło także dokonanie odpisu na majątek trwały w kwocie 6,89 mln zł, który również był skutkiem zmiany warunków gospodarczych wynikających z epidemii oraz uwzględnienie w wyniku 4,33 mln zł kosztów niezrealizowanych różnic kursowych z tytułu wyceny zobowiązań finansowych wg MSSF16. Jednostkowa EBITDA w I kw. 2020 r. ukształtowała się na poziomie 5,79 mln zł, co oznacza zmniejszenie o 4,27 mln zł r/r przy zapewnieniu porównywalności danych po zmianie polityki rachunkowości.

 – Wszystkie nasze wiodące sieci odnotowały znaczące  wzrosty sprzedaży w ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku. Posiadająca największy udział w przychodach gastronomicznych, bo aż 83%, sieć Sphinx zwiększyła w tym czasie obroty o 13,5%, Chłopskie Jadło o 18,5%, zaś Fabryka Pizzy o 92%. Tak znaczący wzrost tej ostatniej sieci był spowodowany jej rozwojem w ramach grupy w ciągu minionego roku. W okresie od kwietnia do grudnia 2019 r, otworzyliśmy cztery restauracje pod tą marką, a w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku kolejną. W pierwszym kwartale odnotowaliśmy też w przychodach gastronomicznych ponad 1 mln zł przejętej w drugim kwartale ubiegłego roku Mety. Dodatkowo w styczniu i lutym otrzymaliśmy ponad 900 zgłoszeń z zapytaniami o franczyzę. Niestety, pandemia zatrzymała te wzrosty. Już od początku marca obserwowaliśmy zwiększoną ostrożność wśród Polaków, co przełożyło się także na spadek liczby wizyt w restauracjach jeszcze przed wprowadzeniem oficjalnego zakazu. Po tej decyzji rządu z 13 marca zostaliśmy całkowicie odcięci od naszego głównego źródła przychodów. Dzięki wcześniej wdrożonej usłudze delivery mogliśmy uratować choć część sprzedaży w okresie całkowitego zamknięcia lokali gastronomicznych – wyjaśnia Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Po zamknięciu restauracji Sfinks Polska przestawił się na obsługę klientów w kanale delivery. Dzięki wcześniej rozwijanym narzędziom informatycznym, własnemu serwisowi Smacznieiszybko.pl oraz podpisanym umowom z platformami do składania zamówień online, jak Uber Eats, Wolt, Pyszne czy Pizzaportal, grupa dysponowała już bazą organizacyjną, zaś usługa delivery była już wdrożona w ponad 80 restauracjach w całej Polsce. W ramach grupy realizowane były zamówienia różnych marek z jednego lokalu. W trakcie pandemii, w kwietniu br., wdrożono na potrzeby tego kanału kolejne dwie marki wirtualne (obok Sprytnej Pizzy i The Burgers wprowadzonych do oferty w 2019 r.): YOLO Chicken, czyli dania z kurczaka oraz KEBAPI, bazująca na ofercie typu kebab. Mimo tych wszystkich działań w czasie lockdownu odnotowano spadek przychodów o ponad 90%. Obecnie, Sfinks Polska sukcesywnie odbudowuje sprzedaż po pandemii. W minionym tygodniu w otwartych już restauracjach Sphinx i Chłopskie Jadło odnotowano 75% wartości sprzedaży z analogicznego tygodnia roku ubiegłego, podczas gdy w pierwszym tygodniu po lockdown kształtowała się ona na poziomie zaledwie 34% r/r.

 „Franczyza za 1 zł”

– Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni dynamiką zwiększania sprzedaży w restauracjach. Jednak mając na uwadze tegoroczne kilkunastoprocentowe wzrosty sprzedaży w okresie do początku marca, przywrócenie poziomu sprzedaży z roku 2019 nie może nas satysfakcjonować. Ostatnie 3 lata ze względu na zmiany zachodzące w otoczeniu były bardzo trudne dla gastronomii i gdy już można było liczyć na bardzo dobre wyniki w 2020 roku i odrobienie ponoszonych w przeszłości strat, nastąpiła najcięższa ze zmian w otoczeniu, która powoduje znacznie większe straty niż poprzednie. Jednak obserwowane tempo powrotu gości do restauracji daje nadzieję na ponowienie trendów wzrostowych z początku tego roku w II połowie 2021 roku, nawet przy uwzględnieniu czasowego zahamowanie na skutek ewentualnej drugiej fali epidemii – komentuje Sylwester Cacek.

Jednocześnie, zgodnie z założeniami strategii, Sfinks cały czas pracuje nad rozwojem zarządzanych sieci. W pierwszym kwartale w ramach grupy otwarto jedną nową restaurację – w Nowym Sączu, zaś w całym 2020 roku cztery, z tego trzy po pandemii. Na rzecz rozwoju sieci spółka uruchomiła program „Franczyza za 1 zł”, skierowany do istniejących na ryku niesieciowych restauracji, które w obecnej sytuacji mogą potrzebować wsparcia organizacyjnego i biznesowego. Mogą one przekształcić się w lokal działający pod jedną z marek operatora przy symbolicznej opłacie franczyzowej 1 zł w ciągu pierwszych 12 miesięcy i bez opłaty wstępnej za know-how dla restauracji, które zdecydują się na współpracę ze Sfinks Polska w 2020 r. W pierwszym roku nie ma też konieczności ponoszenia kosztów pełnej inwestycji.

 – Druga fala wzrostu zakażeń Covid-19 może spowodować wiele perturbacji dla podmiotów prowadzących niezrzeszone restauracje, jeżeli nie posiadają odpowiednich procedur bezpieczeństwa, metod wspierania sprzedaży i obniżania kosztów działania restauracji oraz możliwości samodzielnego znalezienia wsparcia finansowego. Przyjęta strategia i konsekwentna jej realizacja, jak też doświadczenia związane z ograniczeniami z powodu epidemii, uzupełniające nasze know-how, umożliwiają nam, z korzyścią dla obu stron, zaoferowanie programu „Franczyza za 1 zł” istniejącym niesieciowym restauracjom o różnych profilach usług gastronomicznych – dodaje Sylwester Cacek.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży grupy Sfinks Polska wyniosły w ciągu pierwszych trzech miesięcy br. 31,62 mln zł wobec 39,11 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Jednocześnie skonsolidowany wynik netto w pierwszym kwartale, na który wpływ miały te same czynniki co w wyniku jednostkowym, wyniósł -14,57 mln zł wobec -2,58 mln zł rok wcześniej, zaś skonsolidowany wynik EBITDA w I kw. 2020 r. osiągnął poziom 6,17 mln zł wobec 3,25 mln zł w analogicznym okresie w 2019 r. (dane porównawcze za I kw. 2019 zostały przeliczone z uwzględnieniem zmienionej polityki rachunkowości).

Przychody ze sprzedaży gastronomicznej Sfinks Polska obejmują przychody ze sprzedaży wszystkich restauracji działających w ramach grupy z wyjątkiem Piwiarni Warki.