Trendy w e-commerce w pierwszym półroczu 2020

0

Pandemia koronawirusa pozytywnie wpłynęła na rozwój e-commerce. W jej trakcie aż o 11% wzrosła liczba osób kupujących online i obecnie 7 na 10 Polaków deklaruje, że robi zakupy w Internecie.[1] Jak wynika z analizy ExpertSender największym wzrostem zainteresowania wśród kupujących – aż o 715% – cieszyły się sklepy spożywcze. W tym czasie sprzedający online chcąc przyciągnąć jeszcze większą liczbę klientów skupili się na e-mail marketingu, personalizacji wiadomości i programach lojalnościowych. Wzrost zainteresowania tymi tematami w Internecie wynosi kolejno: 377%, 157% i 77%. 

Coraz więcej Polaków kupuje w Internecie

Pandemia wpłynęła na to, jak i gdzie Polacy robią zakupy. W 2019 roku 62% osób deklarowało, że kupuje w Internecie, natomiast obecnie jest to 73%[2]. Dlatego pod koniec bieżącego roku można się spodziewać znacznie większego wzrostu wartości branży rok do roku, niż przewidywane wcześniej 18%. Z analizy wynika też, że w Internecie zainteresowanie sprzedażą i kupowaniem online było w marcu o 50%, a w kwietniu aż o 111% większe, niż w styczniu 2020.

Klienci coraz chętniej robią zakupy online, a w czasie pandemii sklepy offline straciły na popularności. To sprawia, że transformacja technologiczna handlu przyspieszyła do maksimum, a nowe e-sklepy pojawiają się na rynku z zawrotną prędkością. Część osób już teraz obawia się, że nie nadąży za klientami. To ma także ogromny wpływ na kanały komunikacji, które wykorzystują marki. – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Techniki wspierające e-handel

Po tak dużym wzroście popularności sklepów online przyszła kolej na automatyzację e-commerce’u, która była wymieniana i wyszukiwana w Internecie o 195% częściej niż jeszcze na początku tego roku. Nic dziwnego, ponieważ to rozwiązanie, które ułatwia i przyśpiesza pracę, co jest szczególnie ważne przy dużej liczbie zamówień i zapytań od klientów.

Ciekawą formą automatyzacji w e-commerce jest też zastosowanie chatbotów. Te mogą zarówno wspierać sprzedaż, jak i obsługiwać klienta, dlatego są dużym odciążeniem dla pracowników tej branży. Wpływają też na poziom satysfakcji kupujących w Internecie. W ostatnim czasie to rozwiązanie również zyskało na popularności. Wzrost liczby wypowiedzi internautów na ten temat porównując kwiecień do stycznia tego roku wynosi 44%. – mówi Ewa Stachowiak, Head of Marketing w SentiOne

Inną kwestią jest zastosowanie big data. E-sklepy posiadają dużą liczbę informacji zarówno o produktach, jak i zachowaniach oraz preferencjach zakupowych swoich klientów, które mogą wykorzystywać w celu rozwoju i dostosowania swojego biznesu. W czasie tak silnego rozwoju branży, zainteresowanie w Internecie frazą: analiza danych również wzrosło. W marcu ten temat był wspominany 3 razy częściej, niż w styczniu.

E-mail marketing nadal najpopularniejszym kanałem komunikacji

Wielokanałowe i zautomatyzowane kampanie marketingowe oparte na danych to rozwiązania, z których z chęcią korzystają marki. Posiadając wiele różnych danych warto je wykorzystywać, tak by wspierać klientów podczas ich decyzji zakupowych. Od wielu lat najczęściej stosowanym kanałem komunikacji jest e-mail.

Jest on nadal jednym z najtańszych i najbardziej efektywnych narzędzi wspierających sprzedaż, a jego popularność rośnie. Potwierdza to też zainteresowanie Internautów tą tematyką, które w czerwcu było prawie 5-krotnie wyższe, niż na początku roku.

Wbrew pozorom marki w czasie pandemii nie przestały wysyłać wiadomości do swoich klientów. Jednak zmieniło się trochę postrzeganie tej metody na zwiększenie sprzedaży. Obecnie firmy dążą do zwiększenia wartości koszyka i skalowania swojego biznesu, dlatego też w każdym elemencie swoich działań chcą osiągnąć jak najlepsze wyniki. Jeszcze bardziej szczegółowo analizują dane, za pomocą dedykowanych platform – dodaje Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Spersonalizowana komunikacja nadal kluczowa

Od pewnego czasu jednym z kierunków, w którym rozwija się branża, jest maksymalne wykorzystanie personalizacji wiadomości marketingowych. To działanie, które pozwala tak dostosować treść i kanał komunikacji do preferencji klienta, żeby ten podjął decyzję o zakupie. Jak wynika z analizy, w czasie pandemii wzrosło również znaczenie tematyki związanej z personalizacją wiadomości. Porównując dane z marca z tymi ze stycznia 2020 roku widać 2,5-krotny wzrost zainteresowania tematem.

Programy lojalnościowe dla szukających oszczędności

Na e-sprzedaż pozytywnie wpływają też programy lojalnościowe, które zachęcają klientów do ponownych zakupów w sklepie. Wpływa to na ich przywiązanie i w konsekwencji częstsze zakupy. Klienci z kolei w czasie pandemii chętnie szukali oszczędności, które zazwyczaj są korzyścią z przystąpienia do programu lojalnościowego danej marki lub sklepu.

W związku z tym, zniżki i bony online cieszyły się większym zainteresowaniem Internautów.  Porównując popularność tych fraz w marcu do stycznia widać 77% wzrostu. Co ciekawe oszczędności szukali głównie mężczyźni, którzy stanowią 60% grupy.

*Analizę przeprowadzono za okres styczeń-czerwiec 2020 za pomocą narzędzia SentiOne służącego do monitorowania Internetu i automatyzacji obsługi klienta za pomocą chatbotów. SentiOne wykorzystując autorską technologię zbiera dane z ponad 5 milionów źródeł, takich jak social media oraz blogi, strony www, portale informacyjne, czy strony z recenzjami.

[1] e-commerce Polska 2020, Gemius dla e-commerce Polska

[2] e-commerce Polska 2020, Gemius dla e-commerce Polska

Europejski Zielony Ład oznacza dla Polski ogromne pieniądze od Unii Europejskiej

Europejski projekt Zielonego Ładu obejmuje wiele obszarów życia gospodarczego i społecznego. To zmiany w gospodarowaniu odpadami i transporcie dla firm, zmiany żywieniowe, odejście od paliw kopalnych oraz zalecenia dotyczące indywidualnych decyzji transportowych i konsumenckich obywateli. Polską branżę Odnawialnych Źródeł Energii najbardziej dotyczą jednak plany w zakresie energetyki. Zielony Ład przewiduje bowiem osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku – jako społeczeństwo Unii Europejskiej będziemy wytwarzać tylko tyle dwutlenku węgla, ile przyroda jest w stanie pochłonąć. Dla Polski oznacza to przede wszystkim odejście od energetyki węglowej. A ponieważ opiera się o nią większa część produkcji naszej energii – możemy liczyć na duży pakiet funduszy unijnych, przeznaczonych na wspieranie rozwoju OZE.

– Wysokości dotacji są jeszcze negocjowane, ale do obszarów najbardziej pokrzywdzonych dekarbonizacją mają trafić ogromne pieniądze – mówi się nawet o 100 miliardach euro. Takim obszarem jest właśnie Polska. Możemy więc dużo na Zielonym Ładzie ugrać – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Korecki, członek rady nadzorczej w spółce ENEVI S.A, realizującej projekty wiatrowe w ramach Grupy Pracownia Finansowa. – To fantastyczna okazja do tego, żebyśmy wreszcie odeszli od paliw kopalnych i dobrze spożytkowali te pieniądze. Koncepcja Zielonego Ładu, jeśli chodzi o samą energetykę, zakłada przede wszystkim rozwój OZE, wspierany gazem i wodorem. Nie ma tu w ogóle miejsca na energię z węgla. Nie mówi się też za wiele o atomie, gdyż jego ekologiczność jest kwestią sporną. Więc koncepcja, która ma nam pozwolić do 2050 roku osiągnąć neutralność klimatyczną, jest najmocniej oparta o inwestycje w Odnawialne Źródła Energii – wskazuje Korecki.

Korzystasz z tarczy antykryzysowej? Spodziewaj się kontroli

Po ustaniu stanu epidemii podmioty, które skorzystały z form pomocy w związku z pandemią i otrzymały dofinansowane, mogą spodziewać się kontroli ze strony właściwych organów administracji publicznej.

Jak przygotować się do kontroli w związku z otrzymaniem dofinansowania z tarczy antykryzysowej do wynagrodzeń pracowników? Form pomocy przewidzianych w tarczach antykryzysowych jest co najmniej kilkanaście. W celu prawidłowego przygotowania się do kontroli, punktem wyjścia jest określenie wszystkich form pomocy, z jakich skorzystał dany przedsiębiorca.

Podmioty, które mogą przeprowadzać kontrole to np. Państwowa Inspekcja Pracy, urzędy pracy, ZUS, urzędy skarbowe.

Obszar kontroli dotyczyć będzie w pierwszej kolejności prawidłowości uzyskania dofinansowania. Organ kontrolujący będzie weryfikował czy przedsiębiorca spełnił przesłanki uprawniające go do otrzymania dofinansowania.

– Problematyczne jest to, że poszczególne tarcze wprowadzane były w okolicznościach wyjątkowych i część przepisów nie precyzuje jednoznacznie jakie warunki trzeba spełnić i jakie dokumenty przygotować, dlatego przedsiębiorca musi działać ostrożnie i zapobiegliwie, zbierając wiele różnych dokumentów – wyjaśnia dr Agata Miętek. – Nie będzie to łatwe bowiem wielu przedsiębiorców może uważać, że skoro dostali dofinansowanie spełnili wszystkie koniecznie przesłanki. Tak jednak nie jest, gdyż na etapie przyznawania dofinansowania przedsiębiorca nie dołączał dokumentów potwierdzających wszystkie istotne okoliczności, a jedynie dołączał wybrane dokumenty i składał stosowane oświadczenia.

Drugi z tych obszarów kontroli dotyczyć będzie prawidłowości korzystania z dofinansowania. Poza określeniem przesłanek uprawniających do otrzymania dofinansowania, ustawa nakłada na przedsiębiorcę określone obowiązki już po jego otrzymaniu, w tym np. obowiązek wydatkowania środków na wypłatę świadczeń na rzecz ochrony miejsc pracy; obowiązek informowania urzędu pracy o okolicznościach, które mogą mieć wpływ na wysokość dofinansowania. W trakcie kontroli weryfikacji będzie podlegało to, czy dany przedsiębiorca prawidłowo wywiązuje się z przedmiotowych obowiązków.

Z jakimi konsekwencjami musi się liczyć przedsiębiorca jeżeli wynik kontroli będzie negatywny? Najbardziej łagodną formą będzie upomnienie, a w dalszej kolejności – obowiązek zwrotu części otrzymanych środków.

– To może być utrata dofinansowania przypadającego na jednego pracownika i obowiązek zwrotu tej części otrzymanych środków – wyjaśnia A.Miętek z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Dużo bardziej bolesna będzie utrata całej otrzymanej pomocy wraz z odsetkami.

Przedsiębiorcom grozi także odpowiedzialność karna za składanie fałszywych zeznań. Odpowiedzialność będzie ponosiła osoba, która w trakcie procedury ubiegania się o dofinasowania złożyła nieprawdziwe oświadczenia (w praktyce będzie to osoba, która podpisała wniosek o udzielenie pomocy).

Kartony archiwizacyjne i artykuły do segregacji dokumentów biurowych

0

Każdy przedsiębiorca ma obowiązek archiwizowania dokumentów związanych z prowadzeniem działalności. Do przechowywania dokumentacji warto używać specjalnych kartonów archiwizacyjnych i innych akcesoriów. Dzięki temu w biurze zapanuje porządek.

Archiwizacja dokumentów to przechowywanie ich w sposób bezpieczny przez czas, określony przepisami. Przed zarchiwizowaniem, należy je odpowiednio sklasyfikować przez nadanie im oznaczeń literowych. Urząd skarbowy i inne instytucje mogą w każdym momencie poprosić o udostępnienie dokumentacji w celu sprawdzenia. Zatem przedsiębiorca, który nie wywiązuje się z tego obowiązku może zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Po upływie określonego czasu obowiązkowej archiwizacji przedsiębiorca może zniszczyć dokumenty.

W sytuacji, gdy trzeba udostępnić dokumenty, warto mieć do nich szybki dostęp, dlatego tak ważne jest odpowiednie ich przechowywanie. Do tego celu wykorzystuje się kartony biurowe, a konkretnie pudła archiwizacyjne oraz segregatory. Należy pamiętać o prawidłowym ich opisaniu lub naklejeniu etykiet. Nie bez znaczenia jest także ułożenie chronologiczne.

Pudła archiwizacyjne

Specjalne pudła archiwizacyjne zapewniają łatwą identyfikację dokumentów – posiadają pola do opisu zawartości na 2 bokach. Świetnie zabezpieczają zawartość przed kurzem, zgnieceniem i innymi uszkodzeniami dzięki zintegrowanej pokrywie. Są przy tym bardzo wytrzymałe, gdyż wykonane z trójwarstwowej tektury. Dostęp do dokumentów jest wygodny – poprzez otwór na krótkim boku ułatwiającym podniesienie pudła i wyjęcie zawartości.

Kartony na segregatory

Tego rodzaju kartony biurowe znacząco ułatwiają archiwizację. Mają bardzo dużą pojemność – mogą zmieścić aż 7 segregatorów. Mają też dużą ilość miejsca na notatki po obu stronach. Pokrywę można unieść, dzięki czemu dostęp do zawartości jest szybki, a dodatkowo jest ona chroniona przed zanieczyszczeniami. Są wytrzymałe, gdyż wykonane z grubej pięciowarstwowej tektury.

Dokumenty przechowywane w specjalnych pudłach archiwizacyjnych są chronione przed czynnikami takimi jak wilgoć, niska temperatura i uszkodzenia mechaniczne (np. rozdarcia czy przetarcia). Dzięki nim znalezienie potrzebnej dokumentacji jest szybkie, a poza tym nie zajmują dużo miejsca.

Kartony biurowe przeznaczone do archiwizacji są także ekologiczne – wykonane w aż 90% z recyklingu i nadają się do powtórnego recyklingu.

Akcesoria do segregacji dokumentów

W ofercie RAJA znaleźć można także wiele akcesoriów przydatnych podczas archiwizacji dokumentów, np. klipsy archiwizacyjne, segregatory z mechanizmem dźwigniowym czy przekładki indeksujące.

Klipsy archiwizacyjne są przeznaczone do kartek w formacie A4 z perforacją, o rozstawie 80 mm. Są wykonane z mocnego plastiku. Dzięki nim weryfikacja i wymiana dokumentów jest szybka – klips ma uchwyt, który pozwala jednym ruchem ręki wyjąć i złączyć wszystkie kartki.

Segregatory z mechanizmem dźwigniowym służą do łatwej identyfikacji dokumentów (mają szerokie pole do opisu zawartości na grzbiecie) i zapewniają wygodny do nich dostęp (otwór na palec ułatwia ich wyjmowanie z półek). Mają wymiary 290×320 mm i występują w 4 kolorach.

Przekładki indeksujące są wykonane z papieru o gramaturze 225 g/m². Dzięki ich zastosowaniu identyfikacja dokumentów jest znacznie łatwiejsza. Występują w różnych kolorach – każdy kolor indeksu może służyć do zaznaczenia innego rodzaju dokumentów.

Pudła archiwizacyjne oraz akcesoria przydatne podczas archiwizowania dokumentów można znaleźć na stronie: https://www.rajapack.pl/artykuly-biurowe/archiwizacja-segregacja_C2110.html.

Eksperci alarmują: FIZ-y mogą źle rozporządzać powierzonymi środkami. Zagrożone są aktywa klientów

0

Na rynku pojawiają się sygnały o możliwych kłopotach inwestorów, którzy wybrali fundusze zarządzające aktywami niepublicznymi. Mówi się, że już teraz kilka tego typu podmiotów przestało wypłacać środki lub poważnie zredukowało wypłaty, bo nawet o 98%. Występują też nieprawidłowości w zarządzaniu lub wycenie aktywów. Przez to w niedługim czasie sytuacja może się mocno skomplikować. Do UKNF docierają skargi związane z tego typu uchybieniami. W ciągu dwóch ostatnich lat wymierzono 8 kar pieniężnych za naruszenia związane z FIZ. Najwyższa wyniosła 3,5 mln zł. Kary dotyczą także depozytariuszy funduszy aktywów niepublicznych.

Fundusze pod lupą

Wkrótce inwestorzy mogą mieć poważne problemy. Takie opinie pojawiają się na rynku w kontekście funduszy, które zarządzają aktywami niepublicznymi. Jak wyjaśnia Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych, wspólnik Kancelarii MBM Legal, one lokują co najmniej 80% wartości swoich aktywów w rzeczy inne niż papiery wartościowe oraz instrumenty rynku pieniężnego. Natomiast najczęściej spotykaną formułą funduszu aktywów niepublicznych jest fundusz inwestycyjny zamknięty (FIZ). Ekspert zaznacza, że aktywami są tam w większości instrumenty nienotowane na rynku regulowanym. Zatem bardzo istotną rolę w procesie kontroli wyceny pełni bank depozytariusz.

– Do UKNF wpływają zgłoszenia ws. funduszy, które zarządzają aktywami niepublicznymi i dotyczą różnych obszarów działalności operacyjnej. Wskazanie ich dokładnej liczby jest niemożliwe z uwagi na brak precyzji w opisie poszczególnych skarg. Jednocześnie szczegółowe dane dotyczące konkretnych podmiotów nie są podawane do publicznej wiadomości. Dzieje się tak ze względu na tajemnicę zawodową wynikającą z ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym – mówi Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej Urzędu KNF.

UKNF sprawdza podmioty nadzorowane pod kątem zgodności ich działania z obowiązującymi przepisami. W przypadku FIZ AN kontrola obejmuje również zgodność ich działania z treścią statutów funduszy. Patrząc na decyzje I instancji, można zauważyć, że w latach 2018-2020 wymierzono 8 kar pieniężnych na TFI za naruszenia związane z FIZ. Wynosiły one od 30 tys. zł do nawet 3,5 mln zł.

– W ciągu ostatnich dwóch lat kilkakrotnie dochodziło do naruszeń przepisów przez banki depozytariuszy i nałożenia kar przez KNF. W uzasadnieniach decyzji Komisja wskazywała wielokrotnie na uchybienia wobec art. 72 ust. 1 pkt 7 ustawy o funduszach inwestycyjnych. W nim ustawodawca zobowiązuje depozytariusza do zapewnienia, aby wycena wartości aktywów była zgodna z przepisami prawa i statutem Funduszu. Działalność depozytariusza nie może być sprowadzona jedynie do kontroli i nadzoru procedur stosowanych przez Towarzystwo w zakresie wyceny – komentuje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Z kolei ekonomista Marek Zuber podkreśla, że istnieje czarna lista, na której KNF ma obowiązek umieszczać podejrzane podmioty. I z punktu widzenia inwestorów, bardzo dobrze, że tak się dzieje. Rolą Komisji jest więc jak najszybsze reagowanie na łamanie prawa. Natomiast jeżeli ktoś popełnił błąd z inwestowaniem, to nie oznacza, że od razu podlega kodeksowi karnemu. Według eksperta, warto zawczasu informować instytucje nadzorcze o nieprawidłowościach. W naszych warunkach może to zadziałać jako element edukacji.

Ryzykowna gra

– W ramach aktualnie trwających czynności kontrolnych KNF weryfikowana jest m.in. działalność wybranych FIZ AN. Na temat szczegółów dotyczących naszych kontroli nie możemy udzielić informacji z uwagi na ustawową tajemnicę zawodową – podkreśla dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej Urzędu KNF.

Obecnie na rynku mówi się, że jest kilka funduszy, które już teraz przestały wypłacać środki klientów bądź poważnie zredukowały wypłaty (nawet o 98%). – Pojawiają się też przypadki nieprawidłowości w zarządzaniu lub wycenie aktywów netto funduszy. Przez to w niedługiej przyszłości sytuacja uczestników funduszy aktywów niepublicznych może się mocno skomplikować – ostrzega Krzysztof Michrowski.

Jak zaznacza Jacek Barszczewski, FIZ AN co do zasady są funduszami, które inwestują w aktywa o ograniczonej płynności. Kluczowe są zapisy statutu funduszu regulujące zasady wykupu certyfikatów. Jeżeli uczestnicy czują się poszkodowani, mogą skorzystać z przepisów art. 72a ust. 1-2 ustawy o funduszach inwestycyjnych i zarządzaniu alternatywnymi funduszami inwestycyjnymi. One zobowiązują depozytariusza do wytoczenia powództwa na rzecz uczestników funduszu przeciwko towarzystwu. Jest ono przygotowane z tytułu szkody spowodowanej niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem obowiązków w zakresie zarządzania funduszem i jego reprezentacji.

Walka z oszustwami

– Ustawodawca powołał do życia instytucję depozytariusza, by zwiększyć zaufanie do informacji podawanych przez towarzystwo, w szczególności w zakresie wycen aktywów. Jest to część całego systemu budującego bezpieczeństwo rynku finansowego. Depozytariusz powinien znać politykę inwestycyjną funduszu, identyfikować obszary ryzyka i zwracać uwagę na nietypowe transakcje. W tym zakresie konieczne jest nie tylko bierne oczekiwanie na przekazanie informacji przez towarzystwo i mechaniczne jej zatwierdzanie, lecz aktywna działalność szeroko pojmowana po stronie depozytariusza – wyjaśnia ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Mówi się, że depozytariusz, dokonując samodzielnej wyceny aktywów, powinien sprawdzić, jak ten proces funkcjonuje w towarzystwie. Musi ustosunkować się do tego, czy te szacunki są realne, rzetelne i wiarygodne. Dopiero po dokonaniu przez oba podmioty niezależnych wycen aktywów funduszu, otrzymane wyniki powinny zostać ze sobą porównane. A w przypadku stwierdzenia rozbieżności, depozytariusz zobowiązany jest doprowadzić wyceny do stanu zgodności z prawem i statutem, a także poinformować fundusz o tych różnicach.

– Przedstawienie przez towarzystwo nierzetelnych danych bazowych prowadzi do osiągnięcia nieprawidłowych wyników. Natomiast depozytariusz nie powinien polegać jedynie na tych wyliczeniach. Przepisy prawa nie pozwalają mu na tak zachowawczą postawę. Powinien więc samodzielnie przeprowadzić wycenę tak, aby wartość aktywów netto funduszu była obliczana zgodnie z przepisami prawa i statutem tego podmiotu. To samo dotyczy wartości aktywów netto przypadających na jednostkę uczestnictwa lub certyfikat inwestycyjny – podsumowuje Krzysztof Michrowski.

Języki obce nie dają się pandemii

0

Mimo pandemii, na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy niezmiennie mogą liczyć osoby władające biegle językami obcymi. To kompetencje, w które warto inwestować, co może być ważną wskazówką dla osób wybierających kierunek studiów. Najbardziej pożądane na rynku są języki europejskie, oprócz angielskiego to przede wszystkim niemiecki i francuski. O tym, jak w czasach nowej normalności wykorzystać na rynku potencjał języków obcych mówi ekspert Manpower.

Skala zmian na rynku pracy i dynamiczna sytuacja gospodarcza to dla osób planujących zmianę zawodową trudny moment. Kryzys spowodowany pandemią nie zatrzymał jednak procesów rekrutacyjnych skierowanych do osób z zaawansowaną znajomością języków obcych. Jak mówi Aleksandra Topolewska, menedżer projektów rekrutacyjnych w Manpower, od kilku lat zapotrzebowanie na specjalistów z językami obcymi w Polsce jest niezmiennie bardzo duże i jest to ścieżka, którą warto podążać, gdyż daje zróżnicowane perspektywy zawodowe na przyszłość. To jednocześnie podpowiedź dla przyszłych studentów, jak mogą zwiększyć swoją atrakcyjność na rynku pracy.

Jakie języki są cenione przez pracodawców w Polsce? – Na rynku pracy najbardziej pożądane są języki europejskie, w szczególności niemiecki, francuski, hiszpański oraz włoski. Dodatkowo wiele firm poszukuje także specjalistów ze znajomością języka węgierskiego, rumuńskiego, chorwackiego czy greckiego. Rzadziej znajdziemy oferty z wymaganą znajomością języków azjatyckich, na przykład japońskiego lub chińskiego. Oprócz jednego z nich konieczna jest jednak bardzo dobra znajomość języka angielskiego – wyjaśnia ekspert Manpower.

Języki obce domeną dużych miast

– Najwięcej ofert pracy dla osób ze znajomością języków obcych pojawia się w dużych miastach, gdzie jednocześnie kompetencje językowe są bardziej dostępne. Obecnie wielu kandydatów jest także otwartych na relokację celem znalezienia ciekawych propozycji zawodowych, jednak nadal w kręgu ich zainteresowania pozostają duże ośrodki miejskie. Specjalistów ze znajomością języków obcych poszukują firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, czyli BPO/SSC, które w Polsce rozbudowują międzynarodowe zespoły takie jak obsługa klienta, księgowość, HR czy coraz częściej spotykane działy marketingu. Firmy decydują się na centralizację procesów w Polsce, gdyż jakość świadczonego serwisu jest na wysokim poziomie, a dostępność kandydatów posiadających pożądane kompetencje nadal jest znaczna. Perspektywy zawodowe czekają także w rodzimych firmach, na przykład jako tłumacz lub wsparcie przy rozmowach z klientami z innego kraju – komentuje Aleksandra Topolewska.

Kompetencje miękkie także w cenie

– Poza kompetencją językową ceniona jest umiejętność adaptacji do nowych warunków i zmiennego otoczenia. Duże firmy często wprowadzają zmiany mające na celu optymalizację procesów, dlatego nowy pracownik musi być otwarty na nowe rozwiązania i metody pracy. Dodatkowo istotna jest komunikatywność, gdyż w pracy nieodłącznym elementem jest kontakt z innymi zespołami, także z zagranicznym klientem – zaznacza ekspert Manpower.

Wynagrodzenia i ścieżka awansu

Znajomość języków obcych to konkurencyjność na rynku pracy, za którą idzie większe wynagrodzenie. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego w 2019 roku osoby, które oceniły swoją znajomość języka angielskiego jako zaawansowaną zarabiały znacznie więcej niż osoby znające słabiej ten język [1].

– Wynagrodzenia na stanowiskach wymagających biegłej znajomości języków obcych zaczynają się od poziomu około 4500 złotych brutto, natomiast warto zaznaczyć, że od kandydatów bez doświadczenia zawodowego pracodawcy najczęściej oczekują jedynie znajomości języka, a do wykonywanego zawodu kandydat jest przyuczany – mówi Aleksandra Topolewska. – W zależności od zdobytego doświadczenia wynagrodzenia kształtują się na różnych poziomach, natomiast po kilku latach pracy i awansu można liczyć nawet na kilkanaście tysięcy złotych brutto miesięcznie – dodaje ekspert.

– Kandydaci rozpoczynający swoją przygodę z rynkiem pracy są zatrudniani najczęściej na stanowisku juniorskim bądź specjalistycznym. Po około półtora roku pracy zatrudniony może rozwijać się w kierunku specjalisty lub seniora, jednak wszystko zależy od jego wyników i pracy. Najczęściej spotykaną ścieżką kariery jest awans z młodszego specjalisty na specjalistę, następnie na starszego specjalistę, z którego awansuje się na team leadera lub eksperta. Dodatkowo duże organizacje dają możliwość rotacji pomiędzy zespołami, co oznacza, że na przykład z działu obsługi klienta możemy przejść do księgowości, dalej wykorzystywać język, jednocześnie poszerzając swoje kompetencje – wyjaśnia Aleksandra Topolewska.

[1] Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń (OBW) przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2019 roku.

Autor: Patrycja Miązek

Polkon zebrał 1,2 mln zł w pierwszej transzy emisji akcji i rozpoczyna kampanię crowdinvestingu

0

Polkon, producent modułowych kontenerów specjalnego przeznaczenia działający na dynamicznie rozwijającym się rynku budownictwa modułowego, rozpoczyna dziś kampanię crowdinvestingu na CrowdConnect.pl. Dzięki emisji akcji spółka chce pozyskać 2 mln zł na finansowanie inwestycji. W ramach pierwszej transzy skierowanej do dużych inwestorów, spółka pozyskała już 1,2 mln zł. Polkon chce zadebiutować na rynku NewConnect jeszcze w tym roku.

Polkon prowadzi działalność w dynamicznie rozwijającym się segmencie budownictwa modułowego. W swojej ofercie posiada domy jednorodzinne, mikro- i makro-apartamenty oraz obiekty specjalnego przeznaczenia (m.in. biurowe, gastronomiczne i socjalne) tworzone z dedykowanych kontenerów. Charakteryzują się one bardzo dużymi możliwościami konfiguracji i zestawienia pomieszczeń. Polkon współpracuje z firmą IKEA, która wyposaża mieszkania. Aktualnie produkty są sprzedawane w Polsce i Niemczech, już teraz spółka prowadzi rozmowy dotyczące międzynarodowej ekspansji z partnerami z Hiszpanii, Portugalii, Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Pozyskane środki zostaną przeznaczone m.in. na zakup dźwigu hydraulicznego HDS, sprzętu bezpośrednio produkującego oraz oprogramowania do wizualizacji i tworzenia projektów graficznych.

– Działamy w dynamicznie rozwijającym się branży. Popyt na budownictwo modułowe stale rośnie dzięki sprzyjającemu otoczeniu prawnemu, jak i infrastrukturalnemu. Już teraz obserwujemy znaczący wzrost popularności tego typu budownictwa, szczególnie w krajach Europy Zachodniej. Ceny przeciętnego domu modułowego w państwach zachodnich wzrosły średnio o 25 proc. w ostatnich kilku latach. – mówi Grzegorz Koń, prezes Polkon. – Dzięki naszemu doświadczeniu oraz know-how jesteśmy w stanie znacząco skrócić proces postawienia takiego domu. Średni czas budowy domu przez Polkon trwa ok. 8-10 tygodni, co w przypadku podmiotów konkurencyjnych może trwać nawet do 4 miesięcy. – dodaje.

Spółka w najbliższej przyszłości zamierza wzbogacić oferowane mikro i makroapartamenty o nowe wyposażenie i rozwiązania takie jak np. solarny system grzewczy, fotowoltaiczną instalacje elektryczną, wewnętrzny system oczyszczania ścieków. Dodatkowo, celem strategicznym Polkon jest stworzenie biodegradowalnego i przyjaznego środowisku kontenera. Dzięki zmianom w konstrukcji budowli m.in. wymiany stali na drewno, niekonserwowany i nieodnawialny kontener ma planowo ulec całościowemu rozkładowi po około 20-25 latach po zakończeniu użytkowania. Na ten cel udało się pozyskać finansowanie od PARP w wysokości ponad 1,3 mln zł.

– Naszym wyróżnikiem na rynku jest nie tylko krótszy czas budowy i niższa cena, ale również innowacyjność. Intensywnie pracujemy nad rozwojem kontenerów, wzbogacając je o nowe rozwiązania. W przyszłości chcemy oferować w pełni samowystarczalne apartamentyi. – dodaje Grzegorz Koń.

Już dziś o godzinie 10:00 startuje emisja akcji Polkon na platformie crowdinvestingowej CrowdConnect.pl. Jednorazowy zapis na akcje spółki może wynieść minimalnie 1 tys. zł, a maksymalnie 25 tys. zł. Łącznie z emisji akcji spółka chce pozyskać 2 mln zł, które przeznaczy m.in. na zakup dźwigu hydraulicznego HDS, sprzętu bezpośrednio produkującego oraz oprogramowania do wizualizacji i tworzenia projektów graficznych. Jeszcze w tym roku Polkon chce dołączyć do grona spółek notowanych na rynku NewConnect.

Letus Capital skupi się na rozwoju fotowoltaiki oraz inkubatora innowacyjnych projektów

0

Notowany na NewConnect Letus Capital zaktualizował strategię rozwoju. Spółka będzie rozwijać działalność w oparciu o dwa filary działalności – doradztwo w zakresie finansów dla przedsiębiorstw oraz rozwój nowych technologii. W ramach drugiego filaru spółka rozwinie działalność na rynku fotowoltaiki, w zakresie sprzedaży i montażu instalacji dla klientów indywidualnych i form oraz budowy własnych farm fotowoltaicznych. Równocześnie spółka będzie rozwijać inkubator innowacyjności.

– Aktualizacja strategii jest efektem zmieniającego się otoczenia oraz działań, które podejmowaliśmy w ostatnim czasie. Jest to ewolucja wcześniejszej strategii i działań skupionych ogólnie na odnawialnych źródłach energii oraz elektromobilności. Chcemy skoncentrować się na rynku instalacji fotowoltaicznych, dostarczając klientom produkt oraz jego finansowanie. – komentuje Dariusz Przewłocki, prezes zarządu Letus Capital.

W ramach działalności na rynku fotowoltaiki spółka zaoferuje klientom różne formy finansowania, w tym leasing, który będzie spłacany przez klientów dzięki oszczędnościom na kosztach energii elektrycznej. Spółka zamierza również budować farmy wiatrowe na własnym gruncie. Obecnie spółka prowadzi zaawansowane rozmowy z potencjalnym partnerem, który prowadzi już sprzedaż instalacji fotowoltaicznych, podmiot ten będzie obsługiwał zamówienia Letus Capital do momentu zbudowanie własnego zespołu fachowców od rynku fotowoltaiki.

Równolegle Letus Capital będzie wspierał rozwój nowych technologii poprzez inkubator innowacyjności, który będzie realizował patenty, wynalazki oraz innowacyjne pomysły. Działalność w tym obszarze będzie realizowana poprzez rozwijanie spółek StartUp z udziałem pomysłodawców, organizowanie pomocy prawnej w zakresie ochrony patentowej, wdrażanie i komercjalizację wybranych pomysłów, patentów i wzorów przemysłowych oraz pozyskiwanie środków z programów unijnych.

– Wykorzystując nasze dotychczasowe doświadczenia biznesowe, chcemy pomóc młodym biznesmenom i innowatorom rozwijać działalność oraz komercjalizować swoje pomysły. Nie ograniczamy się do wybranych branż, skupiamy się na innowacyjności, potencjale do komercjalizacji i skalowania. Prowadzimy już zaawansowane rozmowy w tym obszarze i w najbliższym czasie uruchomimy pilotażowe projekty.  – dodaje Dariusz Przewłocki.

Mniejsze zapotrzebowanie na pracowników zza granicy

Pracownicy cudzoziemscy są ważną częścią polskiej gospodarki. Wiele sektorów, głównie sezonowych – ale też zatrudniających pracowników fizycznych – polega na pracy osób z zagranicy. Tak było również podczas epidemii. Wielu cudzoziemców pozostało w Polsce, na mocy zapisów z pierwszej tarczy antykryzysowej. Niejednokrotnie ratowali oni ciągłość działania przedsiębiorstw. Według badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego tylko 10% pracujących w Polsce cudzoziemców wraz z wybuchem epidemii wróciło do swoich krajów. Teraz, gdy następuje odmrożenie gospodarki i otwarcie granic, ich powrót jest nam potrzebny – ale jednocześnie dosyć trudny. Obowiązuje bowiem zasada dwutygodniowej kwarantanny, której muszą poddać się osoby przekraczające granicę. A pracownicy cudzoziemcy są w Polsce potrzebni – jedną z rzeczy, których epidemia nie zmieniła, jest trwający kryzys demograficzny. Chociaż więc chwilowo na rynku obserwujemy niedobór miejsc pracy, ta sytuacja może bardzo szybko wrócić do przed-covidowej normy.

– Pandemia wywróciła nieco dotychczasowy trend na rynku pracy. Wolnych miejsc pracy jest znacznie mniej, niż było we wcześniejszych latach. Pula wakatów jest najniższa od 2015 roku. To sytuacja, która powoduje, że zapotrzebowanie na pracowników cudzoziemskich będzie mniejsze – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak w kolejnych kwartałach będziemy najpewniej obserwować w Polsce ożywienie gospodarcze. To sprawi, że sytuacja na rynku pracy powróci do normy sprzed pandemii. Głównym trendem na rynku pracy, którego nie skasował COVID-19, są bowiem wyzwania kryzysu demograficznego. Długoterminowo rąk do pracy w Polsce będzie brakować. Dlatego prędzej czy później na naszym rynku znów będzie miejsce i zapotrzebowanie na pracowników zza granicy – przewiduje Kubisiak.

Ceny ciepła rosną. Wytwórcy energii przeznaczają ogromne nakłady na proekologiczne inwestycje

W kolejnych miesiącach czekają nas podwyżki cen ciepła. Nowe taryfy przedsiębiorstw energetycznych w lipcu zatwierdził prezes Urzędu Regulacji Energetyki. – Przy kształtowaniu cen ciepła nie ma dowolności, bo wszystko jest regulowane rozporządzeniem, a wzrosty cen to przede wszystkim efekt kilkukrotnego wzrostu cen emisji CO2 i węgla – podkreślają przedstawiciele PGE Energia Ciepła. Tylko cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla od 2017 roku wzrosła z ok. 5 do 25 euro za tonę, a w ostatnich tygodniach zbliża się do 30. To wymusza na przedsiębiorstwach energetycznych nowe, proekologiczne inwestycje. Strategia PGE EC zakłada stopniowe przestawianie ciepłownictwa na tańszy i bardziej ekologiczny gaz.

– Polityka klimatyczna i energetyczna Unii Europejskiej wymaga działań, które są kosztotwórcze. Należy się więc spodziewać, że ceny energii i ciepła będą rosły, ale dzięki temu będziemy oddychać czystszym powietrzem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

Ceny ciepła są pochodną wielu czynników, m.in. sytuacji rynkowej, regulacji prawnych, wzrostu kosztów wytwarzania i prowadzonych inwestycji. W ostatnich latach największy wpływ miały na nie koszty paliwa i uprawnień do emisji CO2. Wzrost ceny zakupu węgla w latach 2017–2019 wyniósł prawie 20 proc., natomiast cena uprawnień CO2 w tym czasie wzrosła pięciokrotnie, z 5 do 25 euro za tonę.

– W porównaniu z poprzednimi latami, gdy na początku całość potrzebnych uprawnień do emisji przedsiębiorstwa dostawały nieodpłatnie, w ostatnich latach liczba bezpłatnych uprawnień była ograniczana. W strukturze kosztów wzrost kosztów zakupu uprawnień do emisji CO2 jest istotny, co rzutuje na cenę ciepła – mówi Przemysław Kołodziejak.

W przypadku PGE Energia Ciepła średni wzrost cen ciepła wytwarzanego np. w rzeszowskiej elektrociepłowni na przestrzeni lat 2018–2019 wyniósł poniżej 1 proc., podczas gdy sama tylko inflacja w tym okresie wyniosła około 3,6 proc. Taryfa zatwierdzona w połowie lipca przez prezesa URE będzie oznaczała kilkunastoprocentowy wzrost cen.

 Skala podwyżek w ostatnio zatwierdzonej taryfie jest istotnie większa. Jednak zawiera ona wyrównanie wcześniej poniesionych kosztów na zakup uprawnień do emisji CO2, które nie były uwzględnione w poprzednich taryfach – mówi p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

W kształtowaniu cen ciepła nie ma dowolności, a każde przedsiębiorstwo energetyczne, czyli wytwórca i sprzedawca ciepła, kalkuluje swoją taryfę zgodnie z przepisami Prawa energetycznego i rozporządzenia taryfowego Ministra Klimatu (ostatnia wersja z 7 kwietnia br.). To rozporządzenie dokładnie określa, jakie koszty może ono uwzględniać przy kalkulowaniu stawek za ciepło. Sporządzona przez przedsiębiorstwo energetyczne taryfa musi jeszcze zostać zatwierdzona przez prezesa URE. Ma on ustawowy obowiązek równoważenia interesów przedsiębiorstw energetycznych z interesami odbiorców ciepła.

– Te skalkulowane ceny muszą pokryć koszty, jakie ponosi przedsiębiorstwo – podkreśla Przemysław Kołodziejak. – Tam, gdzie nasze przedsiębiorstwo ma swoje elektrociepłownie, stosuje tzw. metodę cen referencyjnych. Bazą dla kalkulacji nowych stawek za ciepło są ceny referencyjne, które co roku publikuje Prezes URE. Ostatni wzrost naszych cen za ciepło także wynika ze wzrostu tych stawek.

Zmiany cen referencyjnych na ciepło ogłoszone zostały przez Prezesa URE komunikatem z dnia 30 marca br. Wzrosły one dla wszystkich paliw, w szczególności dla węgla (o 11,4 proc.) i dla gazu (o 13, proc.).

– Jesteśmy w Unii Europejskiej od lat i musimy dostosowywać się do polityki klimatyczno-energetycznej. Jeżeli chcemy oddychać powietrzem bez smogu, to musimy podejmować pewne inwestycje. To jest kolejny czynnik kosztotwórczy w kształtowaniu cen ciepła. Wszystkie nasze źródła musimy dostosować do tzw. konkluzji BAT, czyli bardzo zaostrzonych norm emisji podstawowych zanieczyszczeń: pyłu, dwutlenku siarki i tlenków azotu – wskazuje ekspert.

Przyjęte w 2017 roku przez Komisję Europejską konkluzje BAT mają ograniczyć niekorzystny wpływ przemysłu na środowisko. Dotyczą dużych obiektów spalania energetycznego o mocy równej lub większej 50 MWth, wprowadzając nowe i o wiele bardziej restrykcyjne przepisy związane z działalnością elektrociepłowni i elektrowni oraz rygorystyczne normy emisji zanieczyszczeń dla takich obiektów. Dostosowanie się do norm środowiskowych BREF/BAT to w tej chwili jedno z głównych wyzwań dla branży energetycznej, która ma na to czas do połowy 2021 roku. Wymaga jednak od przedsiębiorstw dużych nakładów na inwestycje.

Jak podkreśla Przemysław Kołodziejak, zaniechanie modernizacji i remontów w długiej perspektywie doprowadziłoby tylko do jeszcze większego wzrostu kosztów pozyskiwania ciepła i wzrostu cen.

Należąca do PGE elektrociepłownia w Rzeszowie jest w trakcie przygotowań do budowy nowej jednostki wytwórczej – kotłowni gazowej złożonej z sześciu kotłów o łącznej mocy 186 MWt. Będzie to nowoczesna jednostka wytwórcza spełniająca wymagania BAT, która do końca 2023 roku zastąpi dotychczasowe kotły wodne rusztowe WR25 i kotły wodne pyłowe WP120 opalane paliwem węglowym.

– Oprócz tego, dążąc do wyznaczonego przez Komisję Europejską celu neutralności klimatycznej, mamy w strategii zmianę miksu paliwowego w kierunku niskoemisyjności. Takim paliwem niskoemisyjnym jest np. gaz ziemny. Dlatego wiele naszych inwestycji dotyczy przepaliwowania istniejących obiektów tak, aby móc je zasilać bardziej ekologicznym i czystszym paliwem, jakim jest właśnie gaz. Przy jego spalaniu nie ma np. pyłów czy dwutlenku siarki – tłumaczy p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

PGE Energia Ciepła do końca roku 2023 planuje całkowite wycofanie kotłów węglowych i zastąpienie ich kotłami gazowymi. Strategia spółki zakłada stopniowe przestawianie ciepłownictwa na gaz i w tym kierunku są prowadzone nowo rozpoczęte inwestycje m.in. w Bydgoszczy i Siechnicach.

– Mamy opracowany cały portfel inwestycji. Ta najważniejsza, w której jesteśmy w trakcie przetargu, to budowa bloku gazowo-parowego w Siechnicach pod Wrocławiem. Toczy się również postępowanie na budowę układu gazowego w Bydgoszczy. Mamy przygotowane przetargi na mniejsze układy w Kielcach i Zgierzu. Oprócz tego praktycznie we wszystkich lokalizacjach budujemy kotłownie szczytowe. Przykładowo w Rzeszowie za kilka lat nie będzie już spalany węgiel, a ciepło w okresie szczytowym będzie pozyskiwane w kotłach gazowych i olejowo-gazowych. Wszystkie te inwestycje są rzędu ponad 100 mln zł na każdą lokalizację – mówi Przemysław Kołodziejak.

W kryzysie Polacy chętniej inwestują w grunty. W niektórych regionach ziemia przez 15 lat zyskała ponad 800 proc. na wartości

Pandemia koronawirusa znacznie zwiększyła zainteresowanie inwestycjami w grunty, co może wynikać z faktu, że Polacy – zwłaszcza w czasie kryzysu – szukają przede wszystkim bezpiecznej lokaty kapitału, a za taką postrzegany jest zakup ziemi. Według danych GUS w ciągu ostatnich 15 lat średnia cena 1 ha gruntu rolnego na Warmii i Mazurach wzrosła o 888 proc., a wzrostu cen nie wyhamował nawet kryzys z lat 2008–2009. Widocznego w ostatnich miesiącach zainteresowania inwestycjami gruntowymi nie powinno zatrzymać nawet zaostrzenie polityki kredytowej po stronie banków, gdyż większość inwestorów finansuje taki zakup gotówką.

Na rynku widać wzmożony popyt na inwestycje gruntowe. Wynika to ze specyfiki sytuacji, w której się znaleźliśmy, oraz z naturalnej potrzeby posiadania. Grunt zawsze był wartością samą w sobie. Teraz został bardziej doceniony przez społeczeństwo – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Węglarski, dyrektor ds. marketingu firmy Rodzinne Inwestycje.

Kupno nieruchomości to jeden z najchętniej wybieranych przez Polaków sposobów inwestowania. Kojarzy się z bezpiecznym, ale i opłacalnym lokowaniem kapitału. Badanie Kantar dla UOKiK, przeprowadzone pod koniec 2018 roku, pokazuje, że 47 proc. Polaków dysponujących kwotą 500 tys. zł zdecydowałoby się zainwestować ją właśnie w nieruchomość (w przypadku kwoty 100 tys. zł ten odsetek wyniósł 31 proc.). Wśród ankietowanych, którzy posiadają inwestycje inne niż produkty i usługi finansowe, 62 proc. zdecydowałoby się właśnie na zakup nieruchomości.

Z kolei w ubiegłorocznym badaniu Biostat na zlecenie Green House Development 3/4 badanych zadeklarowało, że wolne środki przeznaczyłoby na inwestycję w nieruchomość. Prawie 100 proc. wskazało, że inwestowanie w nieruchomość na wynajem jest dobrym sposobem na uzyskanie dodatkowego, stałego przychodu. Jak wskazuje ekspert Rodzinnych Inwestycji, na niesłabnące zainteresowanie tą formą lokowania kapitału wpływa głównie stabilność i pewność inwestycji.

Cechą gruntu jest bezpieczeństwo. Po podpisaniu aktu notarialnego inwestycja z założenia jest już bezpieczna, aczkolwiek trzeba posiadać pewne kompetencje i wiedzę, ponieważ grunty mogą kryć w sobie „niespodzianki”. Jeżeli ktoś jest niedoświadczony, może kupić kota w worku. Wieloletnia praktyka z pewnością umożliwia nabycie ziemi pozbawionej ukrytych wad – mówi Jakub Węglarski.

Jak podkreśla, inwestycje w grunty mogą być też bardziej opłacalne niż dużo popularniejszy zakup mieszkania na wynajem. Według danych Związku Banków Polskich w ciągu ostatnich czterech lat wzrost cen mieszkań w siedmiu największych aglomeracjach w Polsce wyniósł średnio 21,5 proc. Jak jednak pokazuje indeks Urban.one, od 2010 roku, po przegrzaniu koniunktury, mieliśmy do czynienia ze spadkiem cen. Dopiero półtora roku temu stawki wróciły do poziomu sprzed dekady. Ekspert podkreśla, że istnieje ryzyko, że spodziewana recesja w następstwie pandemii SARS-CoV-2 wywoła podobne wahania.

Grunty w tym samym czasie cały czas stabilnie rosły – mówi dyrektor ds. marketingu firmy Rodzinne Inwestycje. – Nawet kryzys gospodarczy w latach 2007–2008 nie wpłynął na zmianę dynamiki ich wartości. To pokazuje, że taka inwestycja jest dużo bardziej odporna na to, co dzieje się w gospodarce.

Potwierdzają to przywoływane przez Rodzinne Inwestycje dane GUS na temat średniej ceny 1 ha ziemi rolnej na Warmii i Mazurach w latach 2004–2019. Na przestrzeni ostatnich 15 lat wzrosła ona aż o 888 proc. To oznacza, że każdy 1 tys. zł zainwestowany w 2014 roku przełożył się na 8,8 tys. zł w ubiegłym.

Tym, co wyróżnia grunty i powoduje, że jest to inwestycja bardziej pewna niż np. nieruchomości mieszkaniowe, jest podaż, która jest niezmienna. Mieszkań możemy wybudować więcej, gruntów nam nie przybędzie. Kiedy podaż jest stała, a mamy do czynienia ze wzmożonym popytem na nieruchomości gruntowe, to rachunek ekonomiczny jest prosty i możemy spodziewać się wzrostów – mówi Jakub Węglarski. – Myślę, że w ciągu najbliższych kilku bądź kilkunastu miesięcy boom na ziemię się utrzyma.

Ekspert wskazuje, że poza bezpieczeństwem i dobrą stopą zwrotu z inwestycji grunty cechuje też dodatkowa zaleta, czyli możliwość wykorzystania na cele konsumpcyjne, np. rekreacyjnie lub pod budowę domu.

Tych, którzy kupują je w celu zabudowy albo wykorzystania w sposób konsumpcyjny, jest dużo mniej. U nas stanowią około 1 proc. klientów. Osoby, które mają zgromadzone oszczędności, inwestują w ziemię głównie ze względu na fakt, że bezpiecznie przechowuje kapitał. Niezabudowane nieruchomości gruntowe nie niszczeją i nie trzeba na nie przeznaczać dodatkowych nakładów finansowych – mówi.

Jak podkreśla, widocznego w ostatnich miesiącach wzrostu zainteresowania inwestycjami gruntowymi nie powinno zatrzymać nawet zaostrzenie polityki kredytowej po stronie banków. Wynika to z faktu, że większość inwestorów finansuje taki zakup gotówką ze zgromadzonych oszczędności.

Kolejne środki unijne trafią na walkę ze skutkami pandemii. Trwają prace nad Krajowym Planem Odbudowy

0

750 mld zł – na takie wsparcie z budżetu unijnego i Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy może liczyć Polska w latach 2021–2027. To pieniądze, które m.in. pozwolą wyprowadzić polską gospodarkę z problemów, w jakich znalazła się na skutek pandemii. Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej pracuje już nad Krajowym Planem Odbudowy, który umożliwi wykorzystanie środków z Funduszu Odbudowy. Komisja Europejska zatwierdziła też ostatnio przesunięcia w obecnych programach operacyjnych, dzięki czemu kolejne środki trafią do firm i instytucji na walkę z kryzysem.

Fundusz Odbudowy ma być tym instrumentem, który ma jak najszybciej zapracować w gospodarce, więc chcemy, aby ruszył jak najszybciej. Komisja też ma takie oczekiwania. Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej przygotowuje Krajowy Plan Odbudowy tak, aby jesienią tego roku można było przedstawić Komisji Europejskiej zarys takiego programu do wstępnych dyskusji i żeby w przyszłym roku te środki mogły już być przekazywane bezpośrednio do przedsiębiorców, beneficjentów programu – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Zgodnie z ustaleniami zakończonego we wtorek unijnego szczytu w kolejnych siedmiu latach kwota 1,8 bln euro trafi na doraźną pomoc państwom członkowskim w kryzysie i zapobiegnięcie recesji, wzmocnienie potencjału Europy w obszarze ochrony zdrowia, transformację cyfrową i realizację Zielonego Ładu. Na tę sumę składa się nowa siedmiolatka na lata 2021–2027 w wysokości prawie 1,1 bln euro oraz dodatkowe 750 mld euro w ramach nowo powołanego Funduszu Odbudowy.

Ma on wspomóc europejską gospodarkę w wychodzeniu z kryzysu wywołanego pandemią i dać jej nowy impuls do wzrostu. W ramach tego instrumentu do Polski ma trafić łącznie ok. 750 mld zł (139 mld euro w bezpośrednich dotacjach i 34 mld euro w ramach uprzywilejowanych pożyczek – w cenach bieżących).

W ostatnich dniach Komisja Europejska zatwierdziła również zmiany w trzech trwających programach operacyjnych polityki spójności, dzięki czemu polskie firmy i system zdrowotny zyskają kolejne 618 mln euro na przeciwdziałania skutkom kryzysu. Jak informuje Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, zmiany dotyczą m.in. programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. Środki z niego trafią m.in. na dotacje dla średnich firm z przeznaczeniem na finansowanie kapitału obrotowego (2 mld zł), pożyczki płynnościowe dla MŚP (1,05 mld zł), gwarancje bankowe dla MŚP (600 mln zł) oraz na dotacje na realizacje projektów badawczo-rozwojowych w obszarach związanych z walką z koronawirusem (200 mln zł).

– Planujemy na bieżąco wszystkie konkursy i produkty dla przedsiębiorców, żeby odpowiadać na ich potrzeby. Podstawowymi potrzebami na początku były zapewnienie płynności i utrzymanie miejsc pracy – i to zostało zagwarantowane dzięki środkom zarówno z rządowych tarcz antykryzysowych, jak i funduszy europejskich. Dzisiaj dostosowujemy kolejne programy i konkursy, wprowadzamy ułatwienia w realizacji tych konkursów i składaniu wniosków, wydłużamy terminy naborów i realizacji projektów – tak, aby jak najlepiej dostosować to wsparcie do potrzeb – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Z początkiem lipca wygasła część rządowej pomocy dla przedsiębiorców, np. popularne zwolnienia ze składek ZUS. Wciąż mogą oni korzystać z niektórych instrumentów oraz funduszy unijnych w ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego przygotowanego przez MFiPR. Opiera się na dwóch filarach – nie tylko środkach finansowych, ale i ułatwieniach prawnych. Resort już w połowie marca wydał rekomendacje dla instytucji zajmujących się funduszami unijnymi, żeby łagodniej traktowały rozliczanie dotacji przez firmy i instytucje korzystające z funduszy europejskich. Dzięki temu można było np. wydłużyć nabory wniosków, przesunąć terminy rozliczania inwestycji czy sfinansować z funduszy UE wydatki na szkolenia czy wyjazdy, które się nie odbyły przez koronawirusa. Następnie ministerstwo ekspresowo przygotowało specustawę funduszową, opartą na zasadzie „zero obciążeń, same ułatwienia”, która ułatwia pozyskiwanie i rozliczanie funduszy z UE.

– Wspólnie z marszałkami województw przygotowaliśmy dopłaty do wynagrodzeń dla pracodawców. Na ten cel zostało przeznaczone 2,4 mld zł i dzięki tym środkom udało się uratować ok. 600 tys. miejsc pracy. Kolejny produkt to pożyczki płynnościowe, gdzie pulę środków musieliśmy zwiększyć z 500 do 1,05 mld zł, ponieważ zainteresowanie przedsiębiorców było bardzo duże – mówi minister funduszy i polityki regionalnej.

Część środków jest dysponowana we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. To m.in. 400 mln zł z programu Inteligentny Rozwój na nowy, antykryzysowy fundusz pożyczkowy dla firm oraz nowe gwarancje Biznesmax z dopłatą do oprocentowania kredytu. Dzięki nim dostęp do finansowania i utrzymanie płynności firm w czasach pandemii będą łatwiejsze. Przedsiębiorcy mogą też korzystać z ułatwień w kredycie technologicznym (350 mln zł) czy grantów dla firm inwestujących w infrastrukturę B+R potrzebną do walki z pandemią (200 mln zł w ramach specjalnego konkursu Szybka Ścieżka „Koronawirusy”).

– Następny pakiet to dotacje do kapitału obrotowego. To również produkt realizowany wspólnie z marszałkami województw, z poziomu krajowego dofinansowane są średnie przedsiębiorstwa, a w ramach regionalnych programów operacyjnych wsparcie mogą uzyskać mikro- i małe firmy. Przeznaczyliśmy 2,5 mld zł dla średnich przedsiębiorców właśnie na dotacje na kapitał obrotowy. Ponad 3 tys. wniosków otrzymało już pozytywną decyzję o możliwości udzielenia takiego wsparcia – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

W czasie pandemii 60 proc. Polaków zaangażowało się w akcje charytatywne. Dostarczali m.in. sprzęt do nauki zdalnej

Pandemia SARS-CoV-2 skłoniła blisko 60 proc. Polaków do zaangażowania się w dobroczynność i akcje pomocowe na rzecz potrzebujących – wynika z badania Orange Polska. Masowo włączali się m.in. w akcje szycia maseczek dla szpitali, przygotowywanie posiłków dla seniorów i wspieranie dzieci w trakcie zdalnej nauki. To istotne o tyle, że edukacja online uwypukliła problem wykluczenia cyfrowego wśród dzieci i młodzieży, którym naukę utrudniał brak internetu lub komputera. Część braków sprzętowych nadrobili wolontariusze, informatycy i osoby związane z branżą IT.

– COVID-19 wywołał zryw solidarnościowy. Znacząco wzrosła liczba Polaków angażujących się w akcje dobroczynne, pojawiła się potrzeba pomocy osobom, które są nam bliskie bądź mogą znajdować się w trudnej sytuacji życiowej. Widać to szczególnie na poziomie lokalnym – samorządowcy podawali przykłady, gdzie z dnia na dzień całe grupy angażowały się w pomoc wolontaryjną, szycie maseczek, rozwożenie posiłków czy dostarczanie zakupów osobom starszym albo nawet w zaawansowane formy pomocy, np. w domach pomocy społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich.

Jak wynika z badania Orange Polska, ponad połowa Polaków (56 proc.) pod wpływem doświadczeń ostatnich miesięcy uświadomiła sobie, że wzajemne wsparcie pozwala łatwiej radzić sobie w trudnych czasach. Za tymi deklaracjami poszły czyny. Blisko 60 proc. mieszkańców naszego kraju w trakcie pandemii SARS-CoV-2 zaangażowało się w pomoc osobom potrzebującym wsparcia. Najczęściej przekazywaliśmy środki materialne i finansowe, ale 41 proc. osób aktywnie włączyło się w akcje pomocowe.

Jednym z obszarów, gdzie wsparcie było wyjątkowo potrzebne, okazała się edukacja. Wiele osób zaangażowało się w pomoc dzieciom, wspierając je w odrabianiu lekcji i udzielając korepetycji online.

– W okresie pandemii dzieci musiały się zmierzyć z potężnym problemem, jakim było przejście na zdalną edukację. W zasadzie odbyło się to z dnia na dzień. Ministerstwo Edukacji Narodowej zarządziło, że dzieci nie będą chodziły do szkoły i od tego momentu nauczyciele i uczniowie musieli się przystosować do nowych warunków – mówi dr hab. Adam Bodnar.

Z edukacją zdalną lepiej poradzili sobie nauczyciele, którzy byli przygotowani od strony technologicznej i już wcześniej wykorzystywali cyfrowe narzędzia w swojej pracy. Inni ograniczyli się wyłącznie do wysyłania lekcji i zadań, które należy wykonać w domu. Z kolei po stronie uczniów i rodziców problemem okazały się chociażby dostęp do szybkiego internetu i niewystarczająca liczba sprzętu.

– Nie wszystkie dzieci miały komputery, a czasem – nawet jeżeli sprzęt był w domu – to tylko dla jednego dziecka, a nie dwójki czy trójki – mówi rzecznik praw obywatelskich. – W zależności od szkoły, regionu Polski, a także od zamożności rodziców ta edukacja zdalna wyglądała w różny sposób.

Część braków sprzętowych nadrobili wolontariusze, informatycy i osoby związane z branżą IT, które zawiązały w sieci akcję społeczną.

– Akcja rozpoczęła się na początku pandemii od przekazania jednego ze zbędnych komputerów, który był u nas w serwisie. Naprawiliśmy go i przekazaliśmy osobie potrzebującej. Później odezwała się pani dyrektor z zaprzyjaźnionej szkoły z informacją, że też potrzebuje komputerów do edukacji. Wrzuciłem post do mediów społecznościowych, a on odbił się dość szerokim echem. Mieszkańcy Zamościa i okolic zaczęli dostarczać niezbędny sprzęt. Dołączyły firmy, kolejne szkoły i kolejne rodziny i w efekcie powstała szeroko zakrojona akcja – wyjaśnia Ireneusz Dybziński, inicjator akcji i właściciel serwisu komputerowego w Zamościu.

Do tej pory w ramach inicjatywy, którą rozpoczął, do uczniów trafiło już prawie 800 komputerów. Wśród darczyńców były zarówno osoby prywatne z Polski i zagranicy, jak i firmy.

– Jedna z firm przekazała nam 60 kompletów komputerowych, inna dostarczyła kolejnych 50, a ostatnio przyjechała cała paleta ponad 30 sztuk sprzętu komputerowego z Gdyni – wylicza.

Jak podkreśla, co prawda edukacja zdalna już się zakończyła, a od września uczniowie mają wrócić do szkół, ale akcja cały czas trwa, bo zapotrzebowanie okazało się znaczące. Tylko w rejonie Zamościa znalazło się kilkaset potrzebujących rodzin, którym sprzęt komputerowy jest niezbędny do pracy i nauki.

– W naszym rejonie ok. 500 osób miało sprzęt wypożyczony ze szkół, gmin czy ośrodków pomocy społecznej, tzw. MOPS-ów. Na koniec roku trzeba było go zwrócić, a nie chcemy zostawiać dzieci bez sprzętu komputerowego. Podejrzewam, że potrzeby są dużo większe i takich rodzin jest znacznie więcej – mówi Ireneusz Dybziński. – Dotychczas 99 proc. obdarowanych rodzin nie wierzyło, że to jest sprzęt przekazany za darmo. Większość myślała, że to wypożyczenie z opcją wykupu w późniejszym okresie albo trzeba go zwrócić.

– Fascynujące, że te braki sprzętowe po stronie dzieci były choć w części wyrównywane poprzez pracę społeczną, że pojawili się informatycy, którzy byli w stanie przygotowywać sprzęt i dystrybuować go do biedniejszych rodzin. To zrozumienie, że można swoje kompetencje zawodowe wykorzystywać na rzecz społeczeństwa, jest czymś, co buduje wspólnotę, i miejmy nadzieję, że już z nami zostanie – dodaje rzecznik praw obywatelskich.

Jak ocenia, cała ta sytuacja uwypukliła problem, jakim jest wykluczenie cyfrowe wśród dzieci i młodzieży.

– Mamy w Polsce kilka rodzajów wykluczenia edukacyjnego. Są regiony, gdzie dojazd do szkoły, szczególnie na terenach mniej zaludnionych, jest mocno utrudniony i dotyczy to szczególnie licealistów. Teraz okazało się, że są też czarne punkty na internetowej mapie Polski, gdzie nie ma dostępu do sieci, a nawet jeśli jest, to nie szerokopasmowy, pozwalający na regularne, porządne prowadzenie zajęć. Okazało się także, że sporo dzieci nie ma komputerów dostosowanych do potrzeb komunikacji zdalnej. To utrudniło edukację i niestety ucierpiały zwłaszcza dzieci z mniejszych miejscowości. Dopiero teraz będziemy w stanie zbadać skalę tego wykluczenia cyfrowego i jak przełożyło się ono na jakość edukacji i realizację podstawy programowej – wskazuje dr hab. Adam Bodnar.

Premiera prototypu polskiego samochodu elektrycznego jeszcze w lipcu. Dla Polski to szansa na powrót na rynek motoryzacyjny

Spółka ElectroMobility Poland pod koniec lipca zaprezentuje prototypy pierwszego polskiego samochodu elektrycznego. Auto ma mieć zasięg minimum 300 km, a nad jego designem pracowało włoskie studio znane z projektów m.in. dla BMW i Ferrari. Debiut rynkowy modelu będzie oznaczał powrót Polski na rynki motoryzacyjne, z których zniknęła wraz z końcem produkcji Poloneza – niemal dwie dekady temu.

– Pod koniec lipca powinniśmy zobaczyć trzy prototypy polskiego samochodu elektrycznego. Będą to hatchback, SUV i sedan. O cenie tego auta dzisiaj jeszcze nie możemy mówić, ale jego zasięg na pewno będzie przyzwoity, na poziomie europejskim, czyli minimum 300 km. Mam nadzieję, że Polska powróci na rynki motoryzacyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Baranowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Premiera pierwszego polskiego osobowego samochodu elektrycznego zapowiadana jest na 28 lipca na godzinę 14. Będzie w niej można uczestniczyć również online – za pośrednictwem strony internetowej producenta, czyli spółki ElectroMobility Poland. Jak na razie opublikowane zostały tylko szkice koncepcyjne auta.

– Jeśli spojrzymy na ten samochód już dzisiaj, chociaż jest mocno pozakrywany, a w całej krasie będzie go można zobaczyć raptem za kilka dni, to nie będziemy się mieli czego wstydzić, zarówno na polskim, jak i zagranicznym rynku, jeśli chodzi o design, wykonanie i o to, jak został zrobiony i do kogo jest kierowany – wskazuje Michał Baranowski.

Prace ElectroMobility Poland nad tym samochodem trwały od 2016 roku. Spółka będąca producentem auta powstała z inicjatywy PGE Polskiej Grupy Energetycznej, Energi, Enei oraz Tauronu Polskiej Energii. Za projekt wizualny odpowiadała pracownia Torino Design, która wcześniej współpracowała z takimi markami jak BMW czy Ferrari.

– Elektromobilność daje trochę forów przy konstrukcji takiego samochodu w porównaniu z autem spalinowym, bo nie ma w nim wielu elementów potrzebnych w tym drugim i możemy tę przestrzeń zagospodarować znacznie lepiej dla użytkownika. Małe auto elektryczne jest bardziej pojemne niż średnie auto spalinowe – zaznacza członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności.

Ostatnim polskim samochodem osobowym, jaki był produkowany seryjnie, był Polonez, który po raz ostatni zjechał z taśmy produkcyjnej fabryki na warszawskim Żeraniu wiosną 2002 roku. Tymczasem elektromobilność daje Polsce szansę nie tylko na powrót na rynek samochodów osobowych, lecz także na to, by powalczyć o przychody na rynku części zamiennych.

– Polska jest bardzo znaczącym producentem części zamiennych do samochodów spalinowych, a teraz także elektrycznych. Powstaje wiele zakładów, które budują podzespoły, są też zakłady, które budują autobusy elektryczne eksportowane na całą Europę. Jednak projekt polskiego samochodu elektrycznego daje nam jeszcze niezwykłą szansę, żebyśmy byli też konstruktorami w motoryzacji, a nie tylko fabrykami części zamiennych. To jest bardzo istotne, żebyśmy mogli rozwijać nasze własne pomysły, żeby polskie uczelnie, polscy wynalazcy mogli wreszcie komercjalizować swoją pracę – wskazuje Michał Baranowski.

Według analityków Allied Market Research, światowy rynek aut elektrycznych, który był w 2019 roku wyceniany na ponad 162 mld dol., do 2027 roku osiągnie wycenę sięgającą niemal 803 mld dol.

Technologie zmieniają dotychczasowy model pracy. Urządzenia łączące dotykowe monitory z mikrofonem i kamerą ułatwiają zdalną komunikację

W obliczu pandemii koronawirusa firmy opracowują nowe zasady dotyczące pracy zdalnej. Kilku gigantów technologicznych już zaczęło ogłaszać swoje plany dotyczące trwałego przyjęcia polityki pracy z domu. Twitter zapowiedział, że jego pracownicy mogą pracować zdalnie w nieskończoność. Facebook zaś ogłosił, że do 2030 roku połowa zatrudnionych będzie pra​cować w ten sposób. To zaś oznacza konieczność wprowadzenia rozwiązań technologicznych, które ułatwią taką pracę. Nowa aplikacja Zoom for Home łączy kamery i mikrofony z interaktywnym monitorem i ułatwia zdalną komunikację.

– Po tym, jak sami doświadczyliśmy pracy zdalnej przez ostatnich kilka miesięcy, stało się jasne, że musimy wprowadzić innowacje w nowej kategorii przeznaczonej właśnie dla pracowników zdalnych – wskazuje Eric S. Yuan, dyrektor generalny Zoom Video Communications.

Niedawno firma ogłosiła, że wkrótce na rynek trafi Zoom for Home, nowa kategoria oprogramowania i urządzeń sprzętowych do obsługi pracy zdalnej. Umożliwi każdemu użytkownikowi wdrożenie dedykowanego osobistego urządzenia na potrzeby spotkań wideo, rozmów telefonicznych i interaktywnych tablic. Łączy oprogramowanie Zoom z kompatybilnym sprzętem, aby ulepszyć domowe biuro.

– Trzy miesiące temu chodziło o upewnienie się, że pracownicy mają zapewnione ergonomiczne miejsca pracy – mówi Rich Costello, starszy analityk ds. badań w IDC. – Teraz przeszliśmy do etapu upewniania się, że mają oni odpowiednie urządzenia zapewniające im produktywność. Nowa kategoria Zoom for Home to skuteczny sposób na dotarcie do odbiorców pracujących w domu, którzy potrzebują narzędzi pomagających w zaangażowaniu, nawiązywaniu kontaktów i współpracy.

Pierwszym urządzeniem Zoom for Home jest DTEN ME. Za jego pośrednictwem użytkownicy mogą  odbywać spotkania wideo za jednym dotknięciem. 27-calowe urządzenie zawiera trzy wbudowane inteligentne kamery wideo, układ ośmiu mikrofonów i bardzo czuły wyświetlacz dotykowy, który może również służyć jako drugi monitor. DTEN ME jest już dostępne w przedsprzedaży, a w USA do regularnej sprzedaży ma trafić w sierpniu 2020 roku.

Takie urządzenia są koniecznością, zwłaszcza że coraz więcej osób pracuje zdalnie, a duże korporacje nie przewidują powrotu do takiej pracy jak przed pandemią. Z badania IBM wynika, że 81 proc. osób chce kontynuować pracę zdalną przynajmniej przez pewien czas. Ponad 60 proc. chciałoby, aby stało się to ich podstawowym sposobem pracy.

– Obecnie pracodawcy i pracownicy cały czas pracują nad tym, w jaki sposób będzie wyglądać przyszłość pracy. Ważne, aby ludzie czuli się przygotowani – podkreśla Rich Costello.

Według ostatnich badań przeprowadzonych przez Morning Consult prawie połowa osób, które pracują z domu, uważa, że ​​spotkania wirtualne są co najmniej tak samo skuteczne jak te osobiste.

Nawalne deszcze a susza. Czy Polsce w dalszym ciągu zagraża susza?

0

Zasoby wód powierzchniowych w Polsce wynoszą około 1,6 tys. m3/rok/osobę, podczas gdy średnia dla Europy jest niemal 3-krotnie większa (4,56 tys. m3/rok/osobę)[1]. Tym samym zasoby wodne Polski są jednymi z najniższych w Europie. O suszy w naszym kraju mówi się od lat, a zagrożenie nią, pomimo ulewnych opadów w ostatnich kilku dniach nie minęło. Ekspert Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego wyjaśnia, dlaczego nawalne opady ostatnich tygodni nie rozwiązały problemu suszy.

Susza to zjawisko wieloetapowe. Brak opadów atmosferycznych lub ich znaczące ograniczenie w dłuższym horyzoncie czasowym powoduje nie tylko przesuszenie powierzchniowej warstwy gleby (w której znajdują się korzenie roślin), co nazywamy suszą glebową, ale również wpływa na obniżenie stanów wody w rzekach poniżej średniego przepływu z wielolecia. Jest to tzw. susza hydrologiczna. Dodatkowo, jeśli zjawisko się utrzymuje i dochodzi do znacznego obniżenia poziomu wód podziemnych, mamy do czynienia z suszą hydrogeologiczną. Wówczas może nie być możliwe korzystanie ze studzien kopanych i płytkich wierconych.

– W ostatnich tygodniach w wielu regionach Polski występują obfite opady deszczu, często o charakterze nawalnym. Tego rodzaju opady, w stosunkowo niewielkim stopniu uzupełniają zasoby wód podziemnych. Duże ilości wody trafiające w krótkim czasie na przesuszony grunt w znacznej części spływają po powierzchni, zamiast infiltrować do wód podziemnych. Jest to mechanizm podobny do tego, który obserwujemy, próbując podlać kwiaty doniczkowe, które dawno nie były nawadniane. Sytuacja na terenie obszarów zurbanizowanych wygląda podobnie. Charakteryzuje je znaczny odsetek powierzchni nieprzepuszczalnych, dróg, parkingów, dachów. Uniemożliwiają one wodzie opadowej infiltrację w głąb ziemi. Tym samym znacząco ograniczają zasilanie wód podziemnych. Woda opadowa jest szybko odprowadzana do najbliższej rzeki przez sieć kanalizacyjną lub spływa po powierzchni terenu. Chociaż ostatnie deszcze załagodziły nieco problem. Nasycenie wodą w głębszych warstwach ziemi w wielu regionach Polski jest jednak w dalszym ciągu niskie, ponieważ odpowiednia ilość wody nie zdążyła wsiąknąć. Ta sytuacja daje nam pozorne poczucie rozwiązania problemu suszy w naszym kraju – komentuje Michał Marcinkowski, hydrolog, główny specjalista projektu Klimada 2.0, realizowanego przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy.

Woda pochodząca z opadów nawalnych, która nie miała możliwości infiltracji w ziemię z powodu uszczelnienia gruntu i nie została odprowadzona przez sieć kanalizacyjną (np. ze względu na jej niewydolność), w bardzo krótkim czasie gromadzi się w zagłębieniach terenu. Może dochodzić do powstawania tzw. powodzi błyskawicznych (ang. flash flood). W ostatnich latach obserwuje się wzrost częstotliwości występowania tego typu powodzi. Wynika to ze zmian klimatu i związanej z nimi rosnącej liczby opadów o charakterze nawalnym, jak również z rosnącej presji człowieka na środowisko wyrażającej się wzrostem odsetka powierzchni nieprzepuszczalnych. Powodzie tego typu ze względu na swój charakter są trudne do prognozowania. Powodują często istotne szkody w mieniu, ale przede wszystkim stanowią realne zagrożenie dla zdrowia i życia ludności.

W okresie letnim, w Polsce zwykle występują liczne opady, często o charakterze nawalnym. W wielu miejscach mogą być one przyczyną podtopień i znaczących szkód materialnych. Śledząc doniesienia prasowe można zauważyć, iż wiele osób zakłada, że dzięki temu nie zagraża nam już susza, o której tak wiele mówi się w ostatnich miesiącach. Niestety problem jest bardziej złożony. Wzrost stanu wód gruntowych i podziemnych wymaga czasu. Kilka dni intensywnych opadów deszczu w większości przypadków nie rozwiąże problemu suszy hydrogeologicznej. W celu adaptacji do zmieniających się warunków klimatycznych, w tym również w celu ograniczenia zjawiska suszy konieczne jest podejmowanie określonych działań na różnych poziomach – administracji rządowej, samorządu, a także przez każdego z nas. W odniesieniu do gospodarki wodnej najważniejsze jest retencjonowanie wody w możliwie naturalny sposób. Dzięki temu w okresie suchym będzie ona mogła być efektywnie wykorzystana przez człowieka i przyrodę. Istotne jest także ograniczenie powierzchni nieprzepuszczalnych, które w znaczący sposób zakłócają naturalny obieg wody w przyrodzie, m.in. zwiększając zagrożenie powodziowe i ograniczając infiltrację wody opadowej do wód podziemnych. Z wody powinniśmy korzystać w sposób świadomy i odpowiedzialny. Jest ona zbyt cennym zasobem, aby pozwolić sobie na jej marnotrawstwo na jakimkolwiek etapie – dodaje Michał Marcinkowski, hydrolog, główny specjalista projektu Klimada 2.0, realizowanego przez IOŚ-PIB.

[1] Hlavínek P., Zeleňáková M., Storm Water Management: Examples from Czech Republic, Slovakia and Poland, Springer, s. 68

Victoria Dom planuje uruchomić program emisji obligacji na 200 mln zł

0

Wiodący warszawski deweloper z sukcesem zakończył publiczną emisję trzyletnich obligacji korporacyjnych pozyskując 11 mln zł. Oferta miała ponad 20% nadsubskrypcję. W celu dalszego finansowania dynamicznego rozwoju Zarząd Victoria Dom zamierza uruchomić program emisji obligacji o łącznej wartości 200 mln zł.

Wiodący warszawski deweloper przeprowadził z sukcesem emisję trzyletnich niezabezpieczonych obligacji w trybie oferty publicznej oferowanych na bazie memorandum informacyjnego. Łączna wartość emisji wyniosła 11 mln zł. Przydzielono wszystkie z oferowanych 11.000 sztuk obligacji serii „O”, przy nadsubskrypcji wynoszącej ponad 20%. Papiery obejmowane były przez inwestorów po cenie 1.000 zł każda. Wyemitowane obligacje mają oprocentowanie stałe w wysokości 6,65%, a odsetki będą płatne w okresach 6- miesięcznych. Oferta została przeprowadzona przez Michael / Ström Dom Maklerski.

„Cały czas bardzo pozytywnie oceniamy sytuacje na rynku deweloperskim. Pomimo pandemii koronawirusa atrakcyjne mieszkania nadal świetnie się sprzedają i są ciekawą alternatywą dla klientów na alokację posiadanych nadwyżek finansowych. Pozyskane ze sprzedaży obligacji 11 mln zł przeznaczymy na bieżące finansowanie projektów deweloperskich oraz zasilenie kapitału obrotowego. Bardzo cieszymy się z dużego zainteresowania i zaufania inwestorów, czego potwierdzeniem jest zanotowana ponad 20% nadsubskrypcja na oferowane papiery”– powiedział Waldemar Wasiluk, Wiceprezes Zarządu Victoria Dom.

Victoria Dom ma w planie dalszy bardzo dynamiczny rozwój. „W naszej ocenie warszawski rynek ma wciąż bardzo dobre perspektywy. Dlatego nie zwalniamy tempa i na bieżąco wprowadzamy do oferty nowe projekty oraz kolejne etapy bardzo popularnych osiedli. Skala naszej działalności jednocześnie systematycznie rośnie. W efekcie w celu zabezpieczenia finansowania realizacji przygotowywanych inwestycji zamierzamy uruchomić program emisji obligacji o łącznej wartości do 200 mln zł. W najbliższym czasie złożymy w tym zakresie prospekt emisyjny do Komisji Nadzoru Finansowego” – podkreślił Waldemar Wasiluk.

Victoria Dom utrzymuje bogaty bank ziemi, na którym może realizować inwestycje deweloperskie przez co najmniej kolejnych kilka lat.

Soft launch pomaga dopracować produkcje mobilne

0

Gaming cieszy się obecnie na świecie coraz większą popularnością, wraz z rosnącymi prognozami wynikowymi dotyczącymi tego rynku. Coraz więcej podmiotów angażuje się w tą działalność, a wraz ze wzrostem konkurencji rośnie również presja na jakość produktu. Na tak konkurencyjnym rynku finalna jakość może się bowiem okazać kluczowym czynnikiem, dlatego takie formuły jak „early access” czy soft launch w przypadku gier mobilnych mają coraz więcej sensu ponieważ pozwalają dopracować produkt w kierunku jakiego oczekują gracze, a tym samym wzmocnić jego potencjał sprzedażowy. 

Lockdown jeszcze wzmocnił zainteresowanie grami. W dobie gdy ludziom w wielu miejscach ograniczono dostep do rozrywki (zamknięte kina, teatry czy restauracje oraz wstrzymane rozgrywki sportowe) gaming stał się jedną z nielicznych enklaw rozrywki, co od razu dało się zauważyć śledząc chociażby aktywność użytkowników na platformie Steam, która biła historyczne rekordy właśnie podczas lockdownu. Dla wielu ludzi był to pewnie pierwszy dłuższy kontakt z grami i nawet jeśli otwarcie gospodarek obniży tą aktywność, to jednak gaming na całej tej sytuacji niewąpltiwie skorzystał trafiając do nowych ludzi, którzy w przyszłości chętniej mogą wracać do tej formy aktywności.

Z drugiej strony rynek gier już w tym momencie jest niezwykle konkurencyjną branżą – oferta Steam, Epic Games Store, App Store czy Google Play jest bardzo bogata i samo wyprodukowanie gry w żadnym przypadku nie gwarantuje sukcesu sprzedażowego. Kluczowym czynnikiem staje się jakość produkcji oraz umiejętne zbalansowanie takich kwestii jak np. mikropłatności, zapewniające dodatkowe wpływy studiu. Profesjonalny game dev oczywiście wcześniej przeprowadza szeroko zakrojone testy by odpowiednio dopracować produkcję, jednak jak pokazuje praktyka to gracz, osobiście zaangażowany w daną produkcję, może dać najbardziej szczegółowy i wartościowy feedback dot. zarówno błędów jak i kierunków rozwoju gry.

Formula soft launch w przypadku gier mobilnych pozwala właśnie na zebranie takiego feedbacku od próbki graczy. Często po implementacji takich zmian finalna produkcja nie tylko jest chętniej pobierana, ale również lepiej się monetyzuje. Warto mieć to na uwadze inwestując w sektor gamingu – szybka, nieprzemyślana premiera może obniżyć potencjał sprzedażowy nawet najlepiej zapowiadającej się produkcji.

Autor: Jarosław Zeisner, członek zarządu BTC Studios S.A.

Coca-Cola lepiej od oczekiwań. IBM mocno drożeje

Kontrakty terminowe na indeksy giełdowe notowane w Stanach Zjednoczonych kontynuują wczorajsze wzrosty m.in. za sprawą lepszych wyników finansowych spółki IBM oraz nadziei na kolejną rządową pomoc dla gospodarki USA. Akcje IBM wzrosły w handlu przed sesją o ponad 5 proc. po tym, jak spółka zasygnalizowała większy popyt na usługi obliczeniowe w chmurze ze względu na to, że wielkie korporacje przyspieszyły z cyfryzacją pracy.

Do pozytywnego wyniku notowań na Wall Street przyczyniły się również obiecujące wczesne dane z badań trzech potencjalnych szczepionek przeciw COVID-19 oraz solidny wzrost cen opisywanych wcześniej spółek jak Amazon.com Inc i Microsoft Corp. Spośród głównych spółek naftowych Exxon Mobil Corp. i Chevron Corp. wzrosły odpowiednio o 2,2 proc. i 1,4 proc. w związku z perspektywą wyższego popytu na paliwa.

Choć w poniedziałek na Florydzie pojawiły się nowe infekcje, to w Kalifornii nastąpiła poprawa, a liczba zachorowań i hospitalizacji zaczęła się stabilizować po gwałtownym wzroście. Donald Trump powiedział również, że we wtorek wznowi regularne briefingi informacyjne dotyczące COVID-19.

Doradcy prezydenta Donalda Trumpa oraz Demokraci w Kongresie USA przygotowują się do omówienia kolejnych kroków, jako odpowiedź na kryzys wywołany pandemią. Republikanie w Kongresie mówią z kolei, że pracują nad ustawą wartą 1 bln USD. Również sentyment na rynkach akcji wspierają uzgodnienia płynące z Brukseli, gdzie decydenci zgodzili się na pakiet ratunkowy warty 750 mld euro.

W dalszej części dnia inwestorzy zapoznają się z kwartalnymi raportami dostawcy broni Lockheed Martin Corp. i producenta Marlboro Philip Morris International Inc. czy United Airlines. Tymczasem cena akcji Coca-Coli wzrosła o 1,1 proc. w handlu przed sesją po tym, jak spółka podała swoje wyniki finansowe w drugim kwartale. Jej zysk na akcję, mimo że spadł o 32 proc., to przebił oczekiwania. Spółka stwierdziła również, że jej całoroczne wyniki nie mogą być w tym momencie oszacowane ze względu na niepewność związaną z koronawirusem.

Wracając na chwilę do spółki Microsoft, firma Bernstein podniosła poziom ceny docelowej z 213 do 221 USD, pozostawiając rating lepszy od rynku. Średni poziom ceny docelowej dla MSFT na Wall Street to 219,32 USD, a zakres waha się o 180 do 260 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Konsumpcja się rozkręca. Mniej kupujemy przez internet

0

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan :

Podobnie jak przed miesiącem obserwujemy powroty do wzorców sprzed pandemii, a trajektorie poszczególnych kategorii zakupów są zróżnicowane. Największe wzrosty w horyzoncie miesięcznym notują te branże, które lockdown doświadczył najsilniej. Widzimy więc odbicie sprzedaży pojazdów samochodowych, motocykli i części (42,9% m/m, przy czym nie wróciliśmy jeszcze do poziomów sprzedaży sprzed roku: -6,4% r/r). Przypuszczalnie mamy tu jednak splot kilku okoliczności, zwłaszcza model spędzania tegorocznych wakacji oraz wciąż relatywnie niskie ceny paliw (wzrost sprzedaży 11,1% m/m).

Sezon wakacyjny i przeceny sprzyjają odroczonej sprzedaży odzieży i obuwia (27,1% m/m, -3,7% r/r) – to co jednak korzystne dla konsumenta, jest dalece suboptymalne dla producentów i sprzedawców tej branży. Ewidentnie nie kończymy jednak sezonu remontowego, co widać po utrzymującej się na wysokim poziomie sprzedaży mebli, rtv i agd (16,1% r/r, 1,4% m/m). W przypadku sprzedaży żywności (3,8% m/m, -5,0% r/r) niezmiennie problematyczna pozostaje niepewna interpretacja. GUS nie dostarcza wytycznych co do tego, jak traktować sprzedaż w sklepach wielkopowierzchniowych (objętą tajemnicą statystyczną).

Niezmiennie ciekawy wgląd przynosi aneks o sprzedaży przez internet. W czerwcowych danych zauważamy ogólny spadek zainteresowania zakupami online (powracający na starą ścieżkę). Bez niespodzianki, konsumenci rezygnują przede wszystkim z zakupów tą drogą żywności oraz farmaceutyków (przy czym warto podkreślić, że to relatywnie słabe kategorie w całości sprzedaży).

Najbardziej rozpowszechnione kategorie nabywane przez internet (odzież i obuwie, książki, w mniejszym stopniu również wyposażenie wnętrz) wracają do wzorców z 2019 roku. Stąd wnioskujemy, że pandemia nie zmieniła znacząco przyzwyczajeń zakupowych Polaków, a jedynie stworzyła możliwość bezpieczniejszej wymiany w strategicznym okresie.

Konfederacja Lewiatan

Badanie Lewiatana : Rząd zaniedbał dialog z przedsiębiorcami

0

• 76% przedsiębiorców uważa, że rząd prowadził w ostatnich miesiącach zdecydowanie za mały dialog ze środowiskiem biznesu
• O tym, że brakuje jasnej strategii wspierania gospodarki na najbliższe kilkanaście miesięcy przekonanych jest 79% firm – wynika z badania, które na zlecenie Konfederacji Lewiatan przeprowadził Instytut Badań Spraw Publicznych.

Po czterech miesiącach walki o utrzymanie miejsc pracy, w połowie lipca 2020 r., zapytaliśmy reprezentatywną próbę przedsiębiorców o ich wnioski wynikające z doświadczeń pandemii. Interesowały nas głównie informacje, które mogą okazać się przydatne w przyszłości.

79% przedsiębiorców uważa, że brakuje jasnej strategii wspierania gospodarki na najbliższe kilkanaście miesięcy. 76% jest przekonanych, że po trzech miesiącach wsparcia przedsiębiorcy zostaną sami ze swoimi problemami. 76% podkreśla, że rząd prowadził zdecydowanie za mały dialog ze środowiskiem biznesu.

66% firm twierdzi, że informacja na temat pomocy, jaką mogły uzyskać była dla nich dostępna i zrozumiała, a 63% przedsiębiorców uważa, że zakres i czas zamrożenia gospodarki były za długie.

– Wyzwanie ostatnich czterech miesięcy pracodawcy zdali z wyróżnieniem. Pomimo ogromnych obaw, które wyrażali w naszych badaniach realizowanych podczas pandemii, wciąż starają się z optymizmem patrzeć w przyszłość. To co jednak zawiodło to dialog rządu ze środowiskiem biznesu i działania informacyjne rządu. Ponad trzy czwarte przedsiębiorców skarży się na brak dialogu i uważa, że strategia wspierania gospodarki w najbliższych kilkunastu miesiącach jest niejasna, a oni zostaną sami ze swoimi problemami – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Badanie przeprowadził w połowie lipca br. Instytut Badań Spraw Publicznych, na zlecenie Konfederacji Lewiatan na próbie 300 przedsiębiorców.

Konfederacja Lewiatan

Powiew optymizmu na rynku mieszkaniowym

Najnowsza publikacja danych sygnalnych GUS, prezentująca osiągnięcia budownictwa mieszkaniowego w miesiącu czerwcu oraz w całym pierwszym półroczu bieżącego roku, wskazuje na kontynuację zapoczątkowanego w maju wzrostowego odreagowania po wiosennym „pandemicznym” osłabieniu statystyk. Co może oznaczać ten powiew optymizmu?

Inwestycje mieszkaniowe na fali odreagowania

W czerwcu deweloperzy odreagowali silny spadek mieszkań rozpoczętych w maju. Osiągnięty tym razem wynik 9,3 tys. lokali był o ponad połowę lepszy w relacji miesiąc do miesiąca i gorszy „zaledwie” o 11 proc.  rok do roku. Jednak dane za całe tegoroczne półrocze na poziomie 53,5 tys. jednostek oznaczają regres w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego o prawie jedną piątą. Z półrocznych danych GUS dowiadujemy się tym samym, że mieszkaniowe inwestycje deweloperskie pozostają na spadkowej fali, odwrócenie której jeszcze w roku bieżącym może okazać się bardzo trudnym wyzwaniem.

Wolumen mieszkań rozpoczętych ogółem w czerwcu na poziomie 18,8 tys., w pełni koresponduje już ze średnią miesięczną z kilku ostatnich lat, głównie za sprawą bardzo dobrego rezultatu inwestorów budujących na własne potrzeby. W czerwcu ruszyli oni z budową blisko 10 tys. domów, wyraźnie większą zarówno rdr (15,2 proc.) jak i mdm (2,8 proc.). Mimo to rezultat w sumie niemal równo 100 tys. mieszkań rozpoczętych w pierwszym półroczu br. jest słabszy od uzyskanego w analogicznym okresie roku ubiegłego o ponad 13 proc.

Tymczasem nadzwyczaj optymistycznie ma się sprawa z nowymi pozwoleniami na budowę, których czerwcowe statystyki wręcz eksplodowały do bliskiemu rekordowym poziomu ogółem prawie 27 tys., wyższego o blisko jedną piątą licząc rok do roku. Tym razem o tego typu niespodziankę postarali się solidarnie inwestorzy indywidualni i deweloperzy, których przedmiotowy wynik był o 18-19 proc. lepszy niż w czerwcu 2019 roku. Ogółem pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym było w zakończonym półroczu ponad 122 tys., co na razie daje wynik tylko minimalnie gorszy – rzędu 5,5 proc. – od osiągniętego w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Powrót optymizmu po okresie niepewności

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez inwestorów, zwłaszcza zaś deweloperów. Osiągnięty przez nich czerwcowy rezultat na poziomie blisko 17 tys. przedmiotowych decyzji administracyjnych świadczy o tym, że  pomimo mocno destrukcyjnego dla gospodarki kryzysu pandemicznego, w dalszym ciągu oceniają oni perspektywy rozwoju koniunktury mieszkaniowego rynku pierwotnego w dłuższym terminie jeśli nawet nie jako optymalne, to z pewnością bardzo obiecujące.

Analogicznie optymistycznym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania. Ogółem w okresie styczeń – czerwiec br. oddano 97 tys. mieszkań, czyli o 2,7 proc. więcej aniżeli w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ta dodatnia dynamika to w decydującym stopniu dzieło deweloperów, którzy z wynikiem 10,4 tys. lokali oddanych w czerwcu poprawili wynik z analogicznego miesiąca ub. roku aż o 16 proc. W sumie półroczny wynik mieszkań oddanych z przeznaczeniem na sprzedaż lub wynajem osiągnął wolumen 62,4 tys., poprawiając wynik pierwszego półrocza 2018 roku o ponad 6 proc. Należy jednak mieć na uwadze, że ta kategoria danych GUS jest rezultatem rekordowej aktywności deweloperów sprzed około dwóch lat, przez co tylko w ograniczonym stopniu odzwierciedla stan bieżącej koniunktury.

Odreagowanie ze znakiem zapytania

Statystyki budownictwa mieszkaniowego z najnowszej informacji GUS sygnalizują dość zdecydowane odreagowanie danych po krótkotrwałym ich wiosennym osłabieniu w następstwie lockdown’u. Czy oznacza to definitywny powrót do normalności, przez którą należy rozumieć szybką oraz trwałą reaktywację wskaźników aktywności inwestycyjnej na rodzimym rynku mieszkaniowym do poziomów sprzed pandemii?

Na razie bardzo trudno o w pełni wiarygodne rozstrzygnięcie tego typu kwestii. Decydujące okażą się jak zwykle wyniki sprzedaży nowych mieszkań w kolejnych miesiącach i kwartałach. Na razie te opublikowane ostatnio za II kwartał przez deweloperów giełdowych, obrazujące skalę załamania kontraktacji rzędu dziesiątek procent, mogą budzić uzasadnione wątpliwości co do racjonalności nad wymiar optymistycznych prognoz błyskawicznego powrotu kondycji rynkowej do stanu sprzed marca br.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polacy wracają do centrów handlowych – najnowsze wyniki odwiedzalności

0

Okres 13-19 lipca jest pierwszym tygodniem, w którym odwiedzalność obiektów handlowych w dni robocze nie spadła poniżej 80% ubiegłorocznych wartości. Dane Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH), pokazują, że Polacy chętnie wracają do tradycyjnego handlu. W badanym okresie jedno centrum handlowe odwiedziło średnio od 9,5 do 14,5 tys osób. 

W ubiegłym tygodniu (13-19 lipca br.) wskaźnik odwiedzalności – footfall zanotował średnie wartości na poziomie od 80 do 87% wyników analogicznego okresu ubiegłego roku, w zależności od dnia. Dla porównania, podczas pierwszego tygodnia szerszych otwarć centrów handlowych w maju (4-10 maja br.) dane kształtowały się na poziomie 53%-68%.

– Pandemia koronawirusa mocno zachwiała poczuciem bezpieczeństwa Polaków. Jednak sytuacja powoli stabilizuje się, a klienci wracają do stacjonarnego handlu. W dużej mierze, dzięki szybkiemu dostosowaniu galerii do nowych regulacji prawnych i przestrzeganiu ścisłych norm sanitarnych. Teraz czas na konsumentów, by troszczyli się o bezpieczeństwo swoje i innych: zakładali maski, dezynfekowali dłonie i utrzymywali dystans społeczny – mówi Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager w PRCH.

Duże i bardzo duże obiekty wciąż dzieli kilka punktów procentowych od małych średnich obiektów, które notują nieco lepsze wyniki. Zauważalne są również różnice między poszczególnymi regionami Polski. Najwyższy footfall zanotowano w regionach Północnym i Południowym, a najniższy w regionie Wschodnim.

Dane zebrane przez PRCH pochodzą od 87 obiektów handlowych, których powierzchnia GLA wynosi 3,1 mln mkw. co stanowi ponad ¼ rynku (26%).

Work smart, not hard”. Czy praca zdalna pozwoli nam pracować lepiej?

0

Praca zdalna – kiedyś benefit, obecnie odpowiedź na pandemię, w przyszłości prawdopodobnie standardowa i powszechna forma pracy. Jak powinniśmy się do niej przygotować? – wyjaśnia Malwina Puchalska-Kamińska, psycholog i trener biznesu Uniwersytetu SWPS.

Część korporacji oficjalnie ogłosiła, że do końca roku pracownicy utrzymają zdalny charakter pracy. W niektórych firmach padły już deklaracje, że i po pandemii praca zdalna pozostanie jedną z typowych form wykonywania obowiązków zawodowych. Ten nagły zwrot ku pracy z domu niesie za sobą wiele konsekwencji i stawia nowe wyzwania zarówno przed pracodawcami, jak i pracownikami.

Home office szansą na większą satysfakcję w pracy?

Badania przeprowadzone przez IBM (International Business Machines Corporation) w kwietniu 2020 roku w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że 54% pracowników chętnie pracowałoby głównie zdalnie, nawet po zakończeniu pandemii. Badania Owl Labs i Global Workplace Analytics z 2019 roku, a więc jeszcze sprzed czasu pandemii, pokazały, że praca zdalna niesie za sobą wiele korzyści. Taka praca to szansa na, m.in.: większą wydajność i koncentrację, mniejszy poziom stresu oraz lepszy balans między życiem prywatnym a zawodowym. Warto dodać, że pracownicy, którzy pracowali na cały etat zdalnie deklarowali aż o 22% większe zadowolenie z pracy niż ci pracujący wyłącznie z biur. Jednak korzyści z pracy zdalnej, według autorów badania, ukazują się przede wszystkim wtedy, gdy pracownicy otrzymują wsparcie w tym zakresie i są przeszkoleni z takiej formy aktywności.

Nowa rzeczywistość – nowe wyzwania

Należy jednak podkreślić, że nie wszystkie organizacje i managerowie radzą sobie z zarządzaniem pracą w formie zdalnej. Z moich obserwacji wynika, że polscy szefowie często obawiają się utraty kontroli nad pracownikiem, gdy nie widzą go w biurze. W niektórych firmach pracownicy odbierają telefony od swoich przełożonych co godzinę, gdyż ci chcą sprawdzić, czy pracownicy na pewno wykonują swoje obowiązki. Taka forma kontroli nie tylko potęguje stres pracownika, ale i zmniejsza efektywność pracy. Badania prowadzone nad open space już dawno wykazały, że środowisko pracy bogate w dystraktory i pozbawione intymności obniża efektywność pracowników. Co prawda korporacyjny open space w domach nam nie grozi, ale notoryczne przerywanie pracy owszem, jeżeli zabraknie jasnych i wspierających pracę zdalną reguł. W niektórych firmach, przy zgodzie managera, zespoły umówiły się między sobą na „godziny ciszy”. Każdy z pracowników raz w tygodniu może wybrać przedział czasowy, w którym skupia się jedynie na indywidualnej i wymagającej skupienia pracy. W tym czasie współpracownicy nie bombardują go telefonami ani mailami i, co więcej, zastępują takiego pracownika w kontaktach z klientami zewnętrznymi. Kolejną praktyką, która sprawdza się w pracy zdalnej i zapobiega konfliktom, jest jawne ustalenie czasu pracy i przerw. W wielu firmach pracownicy mogą rozpoczynać pracę między 8.00 a 10.00 i kończą ją po przepracowaniu 8 godzin. W jednej z firm czas między 12.30 a 14.00 jest przedziałem, w którym nie organizuje się telekonferencji i nie wykonuje telefonów. Jest to oficjalny przedział czasowy na lunch i każdy z pracowników może wybrać sobie pół godziny przerwy w tym czasie według własnych potrzeb. Takie rozwiązania z jednej strony są elastyczne i pozwalają pracownikom dostroić pracę do życia domowego, z drugiej strony dają poczucie bezpieczeństwa, ponieważ wyznaczają jasne granice w pracy.

Wirtualne kawy i „przedszkole”

Coraz więcej badań nad pracą w czasie pandemii pokazuje, że pracownikom „zdalnym” brakuje przede wszystkim kontaktów społecznych. Dla młodych stażem wadą pracy zdalnej jest trudność w pozyskaniu wsparcia od współpracowników. Bywa, że pytanie wrzucone na firmowego Slacka (popularny system do komunikacji) pozostaje bez odpowiedzi przez kilka dni. Dobrą praktyką w obszarze dbania o relacje i wzmacniania wymiany między pracownikami są rytuały i zwyczaje, które wynikają z oddolnej inicjatywy pracowników. W jednym z zespołów pracownicy założyli na Whatsappie grupę, pt.: „Przedszkole”. W grupie tej każdy może zadać pytanie bez obaw o to, jak zostanie ono odebrane. Zasada jest taka, że raz dziennie każdy wchodzi na tę grupę i odpowiada na pytania, na które zna odpowiedzi. Inna popularna metoda, to on-linowe przerwy na kawę, czyli czas, w którym pracownicy łączą się ze sobą o stałej porze, np. o 11.00-11.15, żeby porozmawiać o wszystkim, tylko nie o pracy. Taka norma wspólnych wirtualnych spotkań pozwala zastąpić to, co do tej pory spontanicznie wydarzało się w kuchni. W jednym z eksperymentów prowadzonych pod kierunkiem Alexa Pentlanda z Massachusetts Institute of Technology pokazano, że rytuał wspólnych przerw kawowych w pracy wpływa nie tylko na relacje, ale i efektywność pracowników. Co prawda eksperyment ten odbywał się w biurze w czasie przed pandemią, lecz mimo wszystko pokazał, jak ważny jest czas na nieformalne kontakty w pracy.

Zdalnie oznacza więcej?

Badania zrealizowane przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree w kwietniu 2020 roku ujawniły, że ponad dwie trzecie osób pracujących zdalnie przyznaje, że przekracza standardowe godziny pracy. Wśród najczęściej wymienianych przyczyn takiego stanu rzeczy ankietowani wymienili: wykonywanie dodatkowych, niezwiązanych z pracą czynności (46%), zbyt długie przerwy (30%), z kolei 17% respondentów wskazało, że powodem nadgodzin są problemy ze skonsultowaniem tematów z przełożonymi czy współpracownikami. Co ważne, taki wynik nie oznacza, że pracownicy podczas home office pracują mniej – natomiast pokazuje, że mają większą trudność w osiąganiu efektywności, rozumianej jako sprawne wykonywanie swojej pracy w założonym czasie.

„Work smart, not hard”

Nawiązując do wspomnianych wcześniej badań nad pracą zdalną z 2019 roku, warto przypomnieć, że pracy z domu można się nauczyć. Z jednej strony taka praca wymaga przejrzystych i elastycznych zasad, z drugiej strony sprawdza się, gdy pracownicy mają w tym obszarze kompetencje, np. związane z planowaniem i radzeniem sobie z dyrektorami. Może więc pandemia będzie czasem, gdy zdamy sobie większą sprawę z tego, że potrzebujemy pracować mądrze i efektywnie, a nie dużo i ciężko. Wspierać mogą nas w tym nie tylko nowoczesne narzędzia pracy i transparentne zasady, ale i inwestycje w rozwój takich kompetencji u pracowników, jak samodzielność i samoorganizacja.

Autor: mgr malwina puchalska-kamińska

Więźniowie szklanych ekranów – dlaczego nie potrafimy być offline?

0

Zoom fatigue to zjawisko, które w ostatnich miesiącach zyskało na szczególnym znaczeniu w kręgach zawodowo-edukacyjnych. Osoby, które zaczęły spędzać o wiele więcej czasu przed ekranem, niż dotychczas, zaczęły odczuwać ogromne zmęczenie i poczucie przytłoczenia społecznego. Niegdyś tak pożądany home office stał się pracowniczym nieprzyjacielem numer jeden. Ale problem ten nie pojawił się wraz z lockdownem, tylko stał się bardziej doskwierający.

Zoom fatigue dotarło też do Polski

Ponad  50%[1] Polaków w wyniku lockdownu zaczęło częściej korzystać z telefonu i laptopa. Blisko co czwarty pracownik przekonał się, że na korzystanie ze szklanych ekranów w celach służbowych zaczął przeznaczać nawet o 2 do 4 więcej godzin dziennie. Przeniesienie naszego życia do świata wirtualnego w ostatnich miesiącach dało nam się we znaki, ponieważ próbowaliśmy odtworzyć nasze przyzwyczajenia i typowe czynności zawodowo-prywatne, ale w wersji online. Wykonywanie obowiązków zawodowych, videokonferencje, spotkania towarzyskie, korepetycje czy pogłębianie naszych kompetencji podczas kursów – wszystko naraz odbywało się przed szklanym ekranem komputera lub smartfona. W pewnym momencie, zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy, pomimo odległości dzielącej od siebie osoby, wszyscy zaczęli czuć się zmęczonym i społecznie przytłoczonym.

– Nazwa syndromu Zoom fatigue pochodzi od popularnego komunikatora Zoom.  Objawia się on odczuwaniem wzmożonego zmęczenia i pogłębiającego się dyskomfortu wynikającego z nadmiernego korzystania z komputera i prowadzenia rozmów video. Wykorzystywanie ich w codziennej pracy jeszcze bardziej uwidacznia zacierające się granice między środowiskiem zawodowym, a prywatnym ponieważ wszystkie czynności wykonujemy na tych samych sprzętach, nieważne czy to call z klientem, czy wieczorne oglądanie filmu – wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej.

Presja bycia idealnym podczas rozmowy online

Z pozoru mogło wydawać się, że video rozmowy nie są zbyt męczące i angażujące, a do ich odbycia nie potrzeba większego przygotowania. Wystarczy połączenie z Internetem i wygodne miejsce. Jednak ostatnie miesiące pokazały, że szykując się do rozmowy na tle zawodowym staramy się do niej szczególnie przygotować: zmieniamy ubrania na lepiej wyglądające, porządkujemy przestrzeń uchwyconą w kadrze, wybieramy lepszy profil. Ale to nie jedyny problem, z jakim pracownicy się mierzą podczas videokonferencji.

Interakcje poprzez wideo online różnią się od tych twarzą w twarz. Siedząc przed komputerem musimy być lepiej przygotowani do rozmowy, dokładnie przemyśleć, co i w jaki sposób chcemy powiedzieć, a także w którym momencie do niej dołączyć. Niezwykle ważna staje się wówczas mowa ciała, która wpływa na prawidłowy odbiór całego przekazu. Z pozoru banalne, ale wymaga od uczestników zwiększonej czujności i samokontroli. Tym samym pochłania o wiele więcej energii niż rozmowy w realu.  Staramy się ogarnąć wzrokiem cały ekran, odczytać odpowiednio mimikę współuczestników, a także ich ton głosu oraz intencje. Stres narasta również z powodu poczucia, że jesteśmy w centrum wydarzeń, na nas skupiony jest wzrok i tym mocniej odczuwamy presję, by pokazać się z jak najlepszej strony: merytorycznie i wizerunkowo.

– Jest kilka sposobów, by lepiej znosić video rozmowy. Pomocne w tym będzie prowadzenie rozmów bez włączonej kamerki lub zastosowanie zdjęcia zamiast twarzy. Warto też rozważyć typowe telekonferencje. Dla utrzymania higieny pracy lepiej też nie planować spotkań po sobie, by robić krótkie przerwy od szklanego ekranu – podpowiada Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej.

Cyfrowy detox od szklanych ekranów

Z każdej strony jesteśmy bombardowani informacjami, skupiamy uwagę na kilku różnych rzeczach jednocześnie, trzymamy się deadline’ów, a w tym wszystkim nierozłącznie korzystamy  z naszego laptopa i smartfona. Cyfrowe rozproszenie uwagi wpływa negatywnie na naszą efektywność zawodową, ale również oddziałuje na nasze relacje międzyludzkie. Wpatrując się stale w szklane ekrany tracą na wartości rozmowy
ze współpracownikami, a rozmówcy mają poczucie braku szacunku do ich osoby,  zlekceważenia i nie docenienia. Problem ten narasta z biegiem lat, ponieważ zarówno dorośli, jak i młodzież, a często także już dzieci, nie wyobrażają sobie dnia, czy godziny bez skorzystania z telefonu i dostępu do Internetu.

– Uzależnienie od bycia cały czas online i obawa przed utratą kontaktu z innymi powoduje, że przestajemy być zdolni do odpoczynku i wsłuchania się w potrzeby naszego organizmu. W wyniku tego nawet podczas urlopu nie potrafimy być offline – podkreśla Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

W myśl zasady „przykład idzie z góry” managerowie i kadra zarządzająca powinni inspirować pracowników do  dobrych praktyk.  Jedną z nich jest umiejętność oddzielenia życia zawodowego, od prywatnego i poddania się prawdziwemu, efektywnemu odpoczynkowi. Dobrym pomysłem jest też praktyka jogi, medytacja, czy kąpiele w dźwiękach gongów, które pozwalają na złapanie oddechu w codziennym biegu i regenerację przepełnionego stresem organizmu. W dzisiejszych czasach bycie offline jest prawdziwą sztuką i wymaga czasu, na jej wdrożenie. Pomocne w tym mogą okazać się coraz bardziej popularne na zachodzie Cyfrowe detoxy.

– Cyfrowy detox to zazwyczaj  kilkudniowy wyjazd na łono natury, podczas którego uczestnicy nie korzystają z żadnych urządzeń elektronicznych. Wyciszają się, regenerują i skupiają na wsłuchaniu w swój organizm. Na nowo uczą się siebie i obcowania z drugim człowiekiem. To także czas na długie spacery i nadrabianie książkowych zaległości – na robienie tego, na co nie było wcześniej czasu – podsumowuje Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista  z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej.

Oczyszczenie organizmu wyzwala w nas nowe pokłady motywacji, kreatywności, chęci do działania. Managerowie dostrzegają natomiast potrzebę wprowadzenia zmian w kulturze organizacji, zachęcając pracowników do ograniczenia, w miarę możliwości, korzystania z telefonu, co przełoży się na lepszą wydajność zespołu

[1] Krajowy Rejestr Długów, Raport Jak Polacy korzystają z telefonu i Internetu w czasie pandemii?, 2020

Czego Polacy oczekują od tożsamości cyfrowej?

0

Rosną oczekiwania Polaków wobec zastosowania tożsamości cyfrowej – wynika z najnowszego badania Kantar dla KIR i ZBP*. Już co trzeci Polak, który korzysta z bankowości internetowej, chciałby mieć możliwość dostępu do usług online z wykorzystaniem mechanizmów potwierdzania tożsamości opartych na logowaniu do serwisów bankowych. Dotyczy to sektorów takich jak energetyka, ubezpieczenia, branża medyczna oraz usług świadczonych przez administrację publiczną.

Do jakich celów Polacy najchętniej używaliby narzędzi do weryfikacji tożsamości w sposób cyfrowy? Jak pokazuje tegoroczne badanie Kantar, na pierwszym miejscu respondenci wymieniają logowanie do różnych serwisów (38 proc.), autoryzowanie dyspozycji i oświadczeń (35 proc.), potwierdzanie swojej tożsamości w serwisach internetowych (32 proc.), rejestrację w celu dostępu do usług (28 proc.) oraz odzyskiwanie dostępów do serwisów (22 proc.).

Potrzeby rynku

Według tego samego badania, co trzeci aktywny użytkownik bankowości internetowej w Polsce chce zdalnie potwierdzać swoją tożsamość w kontaktach z administracją (32 proc.), z dostawcami usług użyteczności publicznej, takich jak woda, prąd, gaz czy firmami wywożącymi śmieci (29 proc.). Ankietowani widzą zastosowanie zdalnej weryfikacji tożsamości także w kontaktach z firmami telekomunikacyjnymi (22 proc.) oraz w obszarze usług medycznych świadczonych online (18 proc.). Na dalszych pozycjach wymieniane są zakupy i usługi w branżach regulowanych, wymagających potwierdzenia pełnoletności, jak gry losowe (16 proc.).

– Użytkownicy usług sami wskazują coraz więcej obszarów możliwego wykorzystania tożsamości cyfrowej. W większości z nich już funkcjonują nowoczesne rozwiązania oparte na elektronicznej identyfikacji, dostarczane przez KIR. Rok temu udostępniliśmy mojeID, usługę która umożliwia potwierdzanie tożsamości w procesach rejestrowania się, dostępu i logowania do serwisów dostawców usług, zarówno komercyjnych jak i z sektora publicznego. Rozwiązanie, wykorzystujące systemy bankowości internetowej, jest w pełni zgodne z regulacjami unijnymi i krajowymi. Weryfikacja tożsamości w usłudze mojeID, bazuje na danych, które zostały wcześniej uwierzytelnione i sprawdzone przez bank, którego jesteśmy klientem. Mechanizmy sprawdzone w funkcjonowaniu sektora bankowego pozwalają zagwarantować użytkownikom najwyższy stopień bezpieczeństwa w zakresie ochrony danych. Z tej formy potwierdzania tożsamości może potencjalnie korzystać 18,9 milionów użytkowników bankowości elektronicznej[1] – mówi Piotr Alicki, prezes Zarządu KIR.

Rozwiązania przyjęte w Polsce

W ciągu roku od rynkowego debiutu, mojeID zdobywa popularność w różnych sektorach gospodarki. Usługa znalazła się w ofercie kluczowych firm z różnych branż, w tym np. Medicover Polska, PGNiG Obrót Detaliczny, Diners Club Polska, Totalizator Sportowy, Open Life, PZU czy Nationale Nederlanden. Dzięki mojeID, klienci tych firm mogą m.in. rejestrować się w celu uzyskiwania zdalnego dostępu do portali, odzyskiwać hasła, zawierać umowy czy zlecać polecenie zapłaty.

– Spodziewamy się, że popularność narzędzi do zdalnej weryfikacji tożsamości będzie rosła wraz z postępującym trendem cyfryzacji. Zarówno w obszarze administracyjnym jak i komercyjnym wzrasta zapotrzebowanie na rozwiązania, umożliwiające kompleksową elektronizację procesów. Naszym celem jest udostępnienie usług, które te procesy skutecznie wspierają. Chcemy aktywnie uczestniczyć
w rozwoju e-gospodarki. Dziś z pewnością jeszcze nie znamy wszystkich obszarów potencjalnego zastosowania usługi mojeID, ale jesteśmy gotowi odkrywać je wspólnie z naszymi klientami i partnerami – dodaje Piotr Alicki.

Coraz więcej haseł

O postępującej cyfryzacji polskiego społeczeństwa może świadczyć chociażby rozwój mediów społecznościowych, takich jak Facebook czy Instagram. Każdy, przeciętny użytkownik social media w Polsce korzysta średnio z ponad 7 kont (7,3 konta na różnych portalach)[2]. Specjaliści od bezpieczeństwa IT zalecają zmianę hasła co 1-3 miesiące[3], co wiązałoby się z koniecznością zapamiętania nawet 88 haseł rocznie na osobę – w samych tylko serwisach społecznościowych.
Do tego należy doliczyć jeszcze inne serwisy wymagające logowania, choćby konta pocztowe, poradnie medyczne czy portale ubezpieczycieli.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy doświadczyliśmy większego zainteresowania możliwością załatwiania spraw – prywatnych i służbowych, przez Internet. Wszystko dlatego, żeby zachować wymagany przez epidemię dystans społeczny. Zwiększona aktywność w przestrzeni cyfrowej może jednak oznaczać nasilenie cyberzagrożeń, w tym wzrost ataków hakerskich na dane osobowe. Warto zatem przykładać szczególną wagę do kwestii bezpieczeństwa, zwłaszcza w kontekście dostępu do naszej tożsamości.

*) Badanie zrealizowane w marcu 2020 r. przez Kantar na ogólnopolskiej próbie osób w wieku 15+, w tym pracowników banków. Liczebność próby N=1009

[1] https://zbp.pl/getmedia/aef02d51-5f69-45bc-9d0b-3637159d14b4/Raport-Netbank_Q1-2020

[2] M. Kuchta-Nykiel, Ilu użytkowników korzysta z sieci i social media w 2019 roku?, Social Press

[3] A. Gott, How Often Should You Change Your Password?, LastPass

Prawie 45 tys. zapisów i ponad 27 tys. uczestników. „Akademia PARP” świętuje jubileusz i rosnącą popularność.

0

W ciągu roku działalności Akademii PARP z tej formy rozwoju i poszerzania kompetencji skorzystało 27 tys. osób. To oznacza, że grono uczestników kursów „Akademii PARP” powiększyło się w tym czasie niemal 7-krotnie. Dodatkowo Akademia zyskała na popularności w czasie epidemii COVID-19, kiedy wzrosło zainteresowanie e-learningiem. Platforma Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oferuje bezpłatne szkolenia on-line dla sektora MŚP, pracowników i właścicieli. Dzięki kursom przygotowanym przez ekspertów można zdobyć wiedzę i umiejętności niezbędne do założenia i prowadzenia firmy.

„Akademia PARP” prowadzona jest w ramach Centrum Rozwoju MŚP – projektu Agencji, który skupia się na działaniach związanych z edukacyjnym wsparciem dla przedsiębiorców i budowaniu kompetencji miękkich. Zainteresowani poszerzeniem wiedzy mogą korzystać z interaktywnej platformy www.akademia.parp.gov.pl, na której obecnie dostępnych jest 19 kursów, a do końca roku przybędzie jeszcze 13 nowych szkoleń. Największym zainteresowaniem cieszą się te z obszaru marketingu i doskonalenia umiejętności miękkich, z których w sumie korzysta ponad połowa wszystkich kursantów, ale do ich dyspozycji są także niewiele mniej popularne kursy z obszaru prawa, zarządzania czy finansów.

– Szkoleniem, które bije rekordy w Akademii, jest to pt. „Jak założyć własną firmę”. Skorzystało z niego ponad 6 tys. osób. Na pewno na jego popularność wpłynął fakt, że prowadzenie własnego biznesu interesuje coraz większą liczbę Polaków, ale to przede wszystkim dobrze zaprojektowany kurs, który po prostu spełnia oczekiwania przyszłych przedsiębiorców – mówi Michał Polański, dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości, koordynator „Akademii PARP”. – Dużym zainteresowaniem cieszy się także szkolenie „Media społecznościowe w biznesie” z prawie 5 tys. zapisów i „Umiejętności interpersonalne”, na który mamy ponad 3,7 tys. zgłoszeń – dodaje.

Rosnąca popularność

W ciągu ostatniego roku funkcjonowania Akademii w nowej ulepszonej wersji, powiększyła się liczba zapisów na kursy. W lipcu 2019 r. było to ponad 4 tys. osób, dziś już ponad 27 tys. To prawie 7-krotny wzrost. W sumie uczestnicy Akademii spędzili na jej szkoleniach 66 tys. godzin. Akademia wydała też ponad 18 tys. certyfikatów ukończenia kursu. Ponadto, w czasie epidemii koronawirusa COVID-19 „Akademia PARP” obserwuje bardzo duży wzrost popularności kursów online. Średni tygodniowy przyrost wynosił dotychczas 380 osób, a obecnie jest on trzykrotnie większy.

Kursy są dobrze oceniane przez uczestników – średnia nota, na którą składa się ocena poziomu merytorycznego, wygląd i oprawa graficzna, oraz to, czy kurs jest interesujący i angażujący dla odbiorców, to 4,7 na 5 punktów. Do najwyżej ocenianych należą: „Umiejętności kierownicze”, „E-commerce i marketing internetowy” oraz „Prawo pracy w MŚP”.

W Akademii PARP uczestnicy sami mogą zaproponować nowy kurs. Zaakceptowane pomysły następnie przechodzą trzypoziomową ścieżkę, która obejmuje przygotowanie wkładu merytorycznego, rozpisanie scenariusza technicznego oraz przygotowanie modułów
e-learningowych.

Uczymy się przez całe życie

Do 2023 roku rynek kursów e-learningowych osiągnie wartość ok. 286 mld dolarów przy rocznej dynamice wynoszącej ok. 5 proc. wynika z raportu „E-learning trends 2019” przygotowanego przez platformę Docebo.

– Rynek technologii edukacyjnych mocno przyśpieszył. Powstaje wiele platform do nauki zdalnej, takich jak edX, Udemy czy Coursera. Za cyfrową transformacją w świecie nauki stoją między innymi takie czynniki, jak postępująca cyfryzacja życia publicznego, większa mobilność i elastyczność społeczeństw czy powszechny dostęp do nowoczesnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja i wirtualna rzeczywistość – mówi Michał Polański.

Przeciętna tzw. długość życia zdobywanych dziś umiejętności to 4-6 lat. Nieustanne szkolenie jest zatem konieczne, nie tylko, by pozyskiwać nową wiedzę, ale też, aby ta wcześniej zdobyta była aktualna. Z tego też powodu pracownicy oraz klienci stali się bardziej wymagający względem platform szkoleniowych. Mają dostęp do zasobów, wiedzą, jak wygląda profesjonalny e-learning i jak wykorzystać narzędzia takie, jak kursy e-mailowe, e-booki, kursy wideo czy bootcampy prowadzone online. Pracodawcy platform e-learningowych natomiast mierzą się z nowymi wyzwaniami, do których wlicza się utrzymanie talentów, wdrażanie nowych technologii w biznesie czy retencja pracowników.

Nie bez znaczenia w wyborze metody samokształcenia jest wiek respondentów. Z raportu GUS „Kształcenie dorosłych” wynika, że reprezentujący pokolenie Z (w wieku 18-24 lat) stanowią najliczniejszą grupę osób (94 proc.), które z chęcią czerpią wiedzę z programów komputerowych i Internetu. Korzysta z niej zaledwie 50 proc. osób w wieku 65-69 lat.

– Do najważniejszych zalet tej formy kształcenia zaliczamy efektywność szkoleń, możliwość śledzenia postępów kursanta, oszczędność kosztów czy dostępność materiałów niezależnie od miejsca i czasu. Wymaga ona jednak posiadania stałego łącza internetowego, odpowiedniego sprzętu i biegłości w poruszaniu się w cyfrowym środowisku, co może stanowić problem dla osób starszych – mówi Michał Polański. Znaczenie ma również potrzeba ciągłego podnoszenia kwalifikacji, którą wg. analizy Docebo deklaruje ponad 70 proc. pracowników. W Polsce w ciągu ostatniego roku 63 proc. pracowników ukończyło co najmniej jeden kurs podnoszący kwalifikacje.

E-learning w biznesie

Ankietowani przez Fundację Obserwatorium Zarządzania wśród zalet e-learningu w biznesie wymieniali niższe koszty szkolenia, możliwość uczenia się w dowolnym czasie i miejscu, sprawne przeszkolenie osób w krótkim terminie czy szybkość i łatwość dostępu do wiedzy (raport „Wykorzystanie nowych technologii w uczeniu”). Jednak nowoczesne metody jej przekazywania mają również wady: brak interakcji pomiędzy trenerem a uczniem czy opór wielu osób przed nowymi formami szkoleń.

Najwięcej (65 proc.) firm wybiera nagrania audio i wideo. Zaraz za nimi plasują się webinaria wybierane przez prawie połowę respondentów (48 proc.). M-learning natomiast, czyli szkolenia z wykorzystaniem urządzeń mobilnych, stanowi w Polsce obszar, którego potencjał nie został jeszcze w pełni odkryty, mimo dynamicznego wzrostu liczby użytkowników smartfonów i tabletów oraz rosnącego udziału młodszych pokoleń na rynku pracy. Wychodząc temu naprzeciw „Akademia PARP” planuje stworzenie aplikacji mobilnej. Na podstawie algorytmu mierzącego zainteresowania uczestnika, aplikacja będzie dostarczać dopasowane do potrzeb materiały i integrować usługi, które oferuje PARP w ramach Centrum Rozwoju MŚP czyli szkolenia online, stacjonarne, webinary, szkolenia wideo itd.

Agro break, nowy trend w krajowych podróżach

0

Czy w dobie pandemii i po niej zmienią się tendencje dotyczące weekendowych lub krótkich kilkudniowych wyjazdów? Przypuszczamy, że minie moda na city break, zamiast tego polscy turyści skupią się na nowej formie wypoczynku – agro breaku.

Przez wiele lat polskie city breaki cieszyły się ogromną popularnością. Turyści chętnie planowali wyjazdy do dużych miast, w których intensywnie spędzali dwa lub trzy dni. Podczas takiej podróży zwiedzali zabytki i muzea, ale również planowali wyjścia do kina, teatru lub klubu. Szukali także restauracji serwujących lokalną kuchnię, co pozwalało im poznać danej miejsce od podszewki.

W marcu wszystko się jednak zmieniło – epidemia koronawirusa przyniosła społeczną izolację, a mimo iż powoli wracamy do normalności, nadal obowiązują pewne ograniczenia. Jednak nie tylko odgórne polecenia sprawiają, że Polacy inaczej podchodzą do codziennego życia i wypoczynku. Nadal z rezerwą traktują miejsca, gdzie gromadzi się wiele osób, zamiast tego preferują lokalizacje bliżej natury. Również my od wielu tygodni obserwujemy znaczącą zmianę w kierunkach, jakimi interesują się turyści.

Agro break, tak będą wypoczywać Polacy

Ostatnie miesiące przyniosły znaczącą weryfikację planów wyjazdowych Polaków – i to nie tylko tych dotyczących podróży zagranicznych. Teraz popularnością cieszą się krajowe kierunki, a zwłaszcza ustronne miejsca. Wszystko wskazuje na to, że taka tendencja utrzyma się dłuższy czas i największe zainteresowanie będą budzić lokalizacje z dala od dużych ludzkich skupisk czy osiedli. – mówi Kamila Miciuła z portalu Nocowanie.pl.

Nawet krótsze wyjazdy będą teraz lepiej przemyślane – zamiast szybkiego wypadu do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, turyści zdecydują się na spędzenie weekendu na wsi w gospodarstwie agroturystycznym. City break odejdzie do lamusa, zostanie zastąpiony agro breakiem!

Wyjazd w ustronne, położone bardziej na uboczu miejsce, nie oznacza jednak, że Polacy całkiem zrezygnują z rozrywki. Będą jednak szukać atrakcji położnych w promieniu kilkunastu kilometrów, by dotarcie do nich nie zabrało zbyt wiele czasu. To również dobry pretekst do tego, by spędzać czas aktywnie, na świeżym powietrzu. Zamknięte przestrzenie i miejsca, gdzie gromadzi się zbyt wiele osób na razie będą omijane szerokim łukiem.

Z tego też powodu spore zainteresowanie turystów budzą gospodarstwa agroturystyczne. Zarezerwowanie noclegu w obiekcie tej kategorii to niemal gwarancja spokojnego wypoczynku na łonie natury. Właściciele zwykle oferują kilka pokoi, więc goście nie spotykają wielu innych osób, co na pewno znacznie ogranicza ryzyko. Reklamując usługi tego typu warto skupić się kwestiach, które są ważne dla turystów planujących agro break:

  • warto podać wyczerpujące informacje dotyczące położenia, w takim wypadku położenie na uboczu będzie dużym atutem;
  • właściciele powinni również wskazać atrakcje, jakie znajdują się w najbliższej okolicy. Jako osoby najlepiej znające region, są znakomitym źródłem wiedzy;
  • trzeba pomyśleć także o zapewnieniu atrakcji w swoim gospodarstwie. Turyści cenią możliwość spróbowania lokalnych przysmaków, oprócz tego warto stworzyć szansę na to, by poznali codzienne życie wsi, np. poprzez udział w karmieniu zwierząt domowych, wspólne wyjście na grzyby czy wędkowanie;
  • wskazania procedur bezpieczeństwa to nadal jedna z najważniejszych kwestii, na którą zwracają wczasowicze.

Agro break, popularne kierunki…

Agro break nie oznacza wcale, że Polacy porzucą regiony, które do tej pory tłumnie odwiedzali. Morze i góry to nadal topowe kierunki, ale obserwujemy zmianę, dotyczącą wybieranych miejscowości wypoczynkowych. Są to mniejsze miasteczka i wioski w atrakcyjnej lokalizacji. Turyści chcą unikać tłumów, więc także na krótki wyjazd chętniej wybiorą takie miejsce. Nadal jednak ważne będzie zaspokojenie głodu aktywności i doświadczenia czegoś nowego… – dodaje Miciuła z Nocowanie.pl.

Oznacza to, że niektórzy postawią na turystykę kulinarną oraz odkrywanie tras turystycznych. Zwiedzanie szlaków kulinarnych albo polskich zamków na pewno będzie popularne wśród osób szukających pomysłu na weekend. Zyskają więc obiekty noclegowe, które mają atrakcyjną lokalizację i podejdą elastycznie do liczby oferowanych noclegów. Warto zastanowić się, czy należy upierać się przy dłuższych rezerwacjach, skoro turysta chce skorzystać z krótszego pobytu?

…i mniej oblegane miejsca

Osoby, które szukają miejsca na weekendowy wyjazd, będą chciały wybrać zakątek, gdzie jeszcze nigdy wcześniej nie były. Zyskają więc na tym mniej oblegane regiony, wśród których znajdują się Kaszuby, oferujące wypoczynek nad czystymi jeziorami, a także Podlasie. Okolice Puszczy Białowieskiej mogą bardziej niż zwykle zapełnić się turystami, na których czeka zarówno przyroda, jak też atrakcje, urozmaicające agro break.

Wśród jeszcze chętniej wybieranych kierunków znajdują się również Warmia i Mazury. Choć nadal liczą się topowe miejscowości, takie jak Mikołajki oraz Giżycko, to turyści zaczynają odkrywać również atrakcje okolic Rynu i Ełku, a także niewielkich Kruklanek. Warto zdawać sobie sprawę, że w regionie można naprawdę atrakcyjnie, i z dala od ludzi, spędzić agro break: żeglować po niezliczonych jeziorach, jeździć na rowerze czy zwiedzać tajemnicze miejsca, gdzie nie dociera wielu turystów. Większość nadal woli wylegiwać się na plaży, nie oddalając się zbytnio od kurortu. Wybór warmińskiej lub mazurskiej wioski może okazać się najlepszym planem na krótki wyjazd.

Jerzy Karney dołączył do AFORTI Collections. Spółka ma ambitne plany na ekspansję

0

Ostatnie miesiące są bardzo udane dla AFORTI Collections. Spółka z miesiąca na miesiąc osiąga coraz to lepsze wyniki, a teraz została dodatkowo wzmocniona, ponieważ doradcą zarządu został Jerzy Karney. Zaangażowanie tak doświadczonego menadżera zwiastuje aktywne działania, które będą miały miejsce w najbliższym czasie.

Pierwsze półrocze 2020 roku w wykonaniu AFORTI Collections okazało się być najlepszym w historii spółki. Pomimo pandemii COVID-19, wyniki operacyjno-sprzedażowe w każdym miesiącu bardzo dynamicznie rosły. Dzięki dobremu dostosowaniu się do pracy w stanie zagrożenia epidemicznego, m.in. poprzez wykorzystanie technologii teleinformatycznych czy elastycznych procedur, AFORTI Collections w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku uzyskało wartość nominalną zleceń windykacyjnych na poziomie ponad 310 mln PLN, co było wynikiem niemal o 30 proc. lepszym niż w analogicznym okresie w 2019 roku. Jeszcze korzystniej to prezentuje się pod względem przyjętej liczby zleceń. W tym przypadku nastąpiła poprawa aż o 123 proc., co przełożyło się na ponad 94 tys. zleceń.

Inwestycja w rozwój

Pomimo bardzo dobrych wyników osiąganych w trudnym czasie pandemii, AFORTI Collections nieustannie myśli o dalszym rozwoju. Zarząd spółki w szczególności rozważa szeroką ekspansję zagraniczną, która jest jednym z celów strategicznych całej Grupy AFORTI. W związku z tymi ambitnymi planami, do polskiej spółki windykacyjnej dołączył znany menadżer Jerzy Karney. Nowy doradca zarządu ma wspomóc markę w jej ekspansji na inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

Jerzy Karney należy do czołówki polskich menadżerów, którzy specjalizują się w dziedzinie fuzji i przejęć. Doświadczenie zawodowe zdobywał w największych firmach na rynku finansowym – m.in. w Pekao S.A. oraz w instytucjach należących do Grupy Raiffesien czy PZU Group S.A. Poza pracą w branży finansowej, Karney sprawował funkcje strategiczne w tak uznanych markach, jak Indykpol, Trans Polonia, Gatta czy G2A.com. Teraz swoją wiedzę i umiejętności będzie mógł pokazać w AFORTI Collections, w którym będzie odpowiedzialny za akwizycje zainicjowane przez spółkę zarówno na rynkach zagranicznych, jak i w Polsce.

–  Dywersyfikacja przychodów, w szczególności z uwzględnieniem rynków rozwijających się to droga, którą powinno podążać każde przedsiębiorstwo. Czasy pandemii dobitnie pokazały, że firmy mające ograniczone źródła przychodów miały największe problemy z utrzymaniem płynności. Dlatego AFORTI Collections, które w niedalekiej przyszłości chce być jednym z najmocniejszych brandów windykacyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej, intensywnie myśli o wyjściu ze swoimi usługami poza granice Polski – mówi Jerzy Karney.

Wykorzystanie potencjału M&A

Pozyskanie przez Grupę AFORTI tak uznanego menadżera jak Jerzy Karney to wyraźny sygnał, że polski holding finansowy chce postawić na ekspansję z wykorzystaniem fuzji i przejęć. Jak się okazuje, jest to coraz częściej wybierana droga rozwoju przez polskich przedsiębiorców. Raport „Emerging Europe M&A 2019/2020”, przygotowany przez kancelarię CMS we współpracy z EMIS, wskazuje, że w 2019 roku Polacy byli drugim – po Rosjanach – największym inwestorem z regionu CEE. Firmy z naszego kraju dokonały aż 136 przejęć w Europie Środkowo-Wschodniej o łącznej wartości ponad 1,8 mld euro.

Zdaniem nowego doradcy zarządu AFORTI Collections, właśnie teraz jest dobry moment na wykorzystanie pełni potencjału drzemiącego w M&A. – Uważamy, że aktualnie jest idealny czas na wzbogacenie portfolio Grupy AFORTI o nowe spółki. Kryzys gospodarczy nie wpłynął znacząco na kondycję naszego holdingu, natomiast nie może tego samego powiedzieć wiele innych instytucji finansowych w całej Europie. Dlatego zamierzamy wyciągnąć pomocną dłoń do podmiotów mających problemy. Wierzę, że dzięki kooperacji uda nam się wypracować efekt synergii. Znajomość rynku oraz specyfiki lokalnych klientów przez przejmowane spółki w połączeniu z naszym doświadczeniem i wypracowanymi procedurami, może dać nam przewagę konkurencyjną na każdym rynku Europy Środkowo-Wschodniej – tłumaczy Karney.

O dobrym momencie na wykorzystanie fuzji i przejęć świadczy również najnowsza publikacja „World Investment Report 2020”, przygotowana przez ONZ. Według prognoz opublikowanych przez tę międzynarodową organizację, bezpośrednie inwestycje zagraniczne w skali całego globu spadną w ciągu najbliższych lat o 40 proc. Jest to przede wszystkim skutek pandemii COVID-19, która spowodowała, że wiele firm musiało wycofać się lub przełożyć na późniejszy okres swoje plany inwestycyjne.

– To nie są dobre informacje szczególnie dla krajów rozwijających się, które potrzebują zagranicznego kapitału do utrzymania rozwoju. Jednakże z perspektywy kupującego są to pozytywne doniesienia. Mniejszy popyt na dany podmiot powoduje, że jego wycena jest w pełni rynkowa. Dzięki temu zarówno Grupa AFORTI, jak i inne spółki posiadające odpowiednie rezerwy kapitału mogą rozszerzyć swoją markę bez generowania nadmiernie dużych kosztów – podsumowuje Jerzy Karney.

Od małej kilkuosobowej firmy, zajmującej się organizacją międzynarodowych transportów, do organizacji z trzema oddziałami w Polsce – przepis na sukces w LOXX

0

Czy historia firmy może być ciekawa, a nawet pasjonująca? Jeszcze kilka lat temu stwierdzilibyśmy zapewne, że nie. Jednak dziś zaczytujemy się w opowieściach o powstaniu Apple, Netflixa czy SpaceX. Są to historie gigantów amerykańskiego rynku, historie ludzi zdeterminowanych, którzy przechodząc kryzysy i popełniając błędy wytrwale dążyli do celu – wbrew sceptykom i przeciwnościom. A jak to jest w Polsce? Opowieści o przedsiębiorcach, odnoszących sukcesy na rodzimym rynku jest coraz więcej. Częściej też słyszymy o przedsiębiorczych kobietach, które z pasją rozwijają swoje biznesy. Jedną z takich kobiet jest Iwona Betlejewska, prowadząca firmę LOXX, która obchodzi właśnie 30-lecie istnienia na polskim rynku.

Trudne początki

30-lecie istnienia firmy jest doskonałą okazją do podsumowań. Kiedy w 1990 r. Gunter Weber, założyciel niemieckiej spółki LOXX Holding, planował rozszerzenie działalności na Europę Wschodnią, wielu managerów w centrali firmy zadawało sobie pytanie, czy warto podejmować ryzyko i otwierać biznes w kraju postkomunistycznym, o niestabilnej sytuacji politycznej i gospodarczej. Wielu z nich było sceptycznych, a nawet nastawionych do tego pomysłu nieprzychylnie. Gunter Weber postawił jednak na swoim, bo czuł intuicyjnie, że to dobre posunięcie.

Dziś, po 30 latach, nikt nie wraca do wątpliwości, które towarzyszyły przy powstawaniu firmy, bo patrząc na to, co udało się nam osiągnąć w Polsce, widać, że było warto! Od małej kilkuosobowej firmy, zajmującej się organizacją międzynarodowych transportów, urośliśmy do organizacji z trzema oddziałami w Polsce, odpowiadającej za regularne przewozy drobnicy krajowej i międzynarodowej. Świadczymy profesjonalną usługę magazynowania towaru na powierzchni 8500 mkw., powiązaną z obsługą logistyczną. – Iwona Betlejewska, współwłaścicielka LOXX i dyrektor zarządzająca.

Branża nie dla kobiet?

Często mówi się, że logistyka i branża transportowa nie jest uważana za typowo kobiecą.

Rzeczywiście kiedyś był taki stereotyp. Na szczęście od wielu lat w logistyce pracuje coraz więcej kobiet i to mnie bardzo cieszy. LOXX rozwinął się dzięki zaangażowaniu wielu osób: pracowników, klientów i podwykonawców. Wiem jednak, że nadałam temu rozwojowi własny kształt, a także – co jest dla mnie bardzo ważne – sama rozwijam się stale jako leader. Stajemy się w tej chwili firmą doradczą, która najpierw poznaje klienta i jego specyficzne potrzeby, a dopiero potem opracowuje ofertę. Etap, od którego rozpoczynamy współpracę jest dla nas kluczowy. Wiemy, że kiedy zdobędziemy zaufanie naszych klientów, zostaną oni z nami na długie lata. – Iwona Betlejewska.

Długofalowe relacje – kluczem do sukcesu firmy

Firma, by mogła działać jak jeden sprawny organizm, w którym wszystkie elementy ze sobą współpracują, potrzebuje mieć solidnych partnerów biznesowych. Często ich znalezienie wymaga czasu oraz wielu prób i błędów. Tym bardziej doceniamy tych, na których możemy polegać. Właśnie dlatego budujemy z nimi długofalowe relacje i wieloletnie biznesy.

Wiele firm jako wskaźnik sukcesu pokazuje twarde dane i wyniki finansowe. Dla mnie sukcesem jest zespół klientów i pracowników, którzy od lat z nami współpracują. Znam historie wielu naszych klientów, pamiętam jak razem z nami zaczynali prowadzenie swojego biznesu i, tak jak my, zmagali się z różnymi wyzwaniami. Dziś z dumą obserwuję, jak wspaniale rozwinęły się ich firmy. Cieszę się, że mogliśmy ich wspierać w tym rozwoju. A oni pomimo upływu czasu, nadal korzystają z naszych usług. – Iwona Betlejewska.

Pracownicy podstawą rozwoju firmy

W ciągu ostatnich kilku lat Iwona Betlejewska zmieniła sposób myślenia o firmie po to, aby zapewnić jej dalszy rozwój, ugruntować stabilną pozycję i dać szansę na ekspansję:

Jako menadżer pracuję przede wszystkim w oparciu o rozpoznanie naturalnych talentów i predyspozycji moich pracowników. To klucz do tego, by jak najlepiej dopasować właściwe zadania do odpowiednich osób. Chcę, aby pracownicy czuli, że mogą się rozwijać, a ich praca była dla nich prawdziwą pasją. – Iwona Betlejewska.

To, że nie jest to jedynie pusta deklaracja, udowodnił kryzys związany z pandemią. Jak mówi Iwona Betlejewska:

Żadna firma nie przetrwa bez ludzi. Niezależnie od tego, czy jest rynek pracownika czy pracodawcy – dbaj o swój zespół i jego potrzeby, dotrzymuj danego słowa, bądź autentyczny, słuchaj, wspieraj, pomagaj, inwestuj w jego rozwój. Jeśli twój zespół zawsze mógł liczyć na ciebie, to i ty będziesz mógł liczyć na niego podczas kryzysu. Po wybuchu pandemii wszyscy nasi pracownicy stanęli na wysokości zadania i z dużym zaangażowaniem i poświęceniem wspierali mnie i firmę w tym trudnym czasie. – Iwona Betlejewska.

Takie podejście okazało się drogą do sukcesu. Jej zespół solidarnie przetrwał najgorszy czas. Iwona otrzymała duże wsparcie od pracowników, dzięki czemu w LOXX nie doszło do zwolnień. Teraz firma działa na najwyższych obrotach i celebruje 30-lecie istnienia.Zapytana o źródło sukcesu podkreśla, że stawia na autentyczność, wiarygodność i nastawienie na działanie.

Jak oszuści „łowią” w chmurach…

0

Hakerzy opracowali nową technikę w atakach phishingowych! Dzięki hostingowi w popularnych chmurach pokroju Google Cloud lub Microsoft Azure, atakujący tworzą strony podszywające się pod znane instytucje, które mogą nie wzbudzać podejrzeń nawet wśród pracowników przeszkolonych w dziedzinie bezpieczeństwa cybernetycznego – ostrzegają analitycy Check Pointa.

Firma Check Point opublikowała niedawno raport pokazujący w jaki sposób cyberprzestępcy wykorzystują dobrze znane usługi w chmurze do infekowania komputerów. Okazuje się, że technikę tę zaobserwowano również w atakach phishingowych, w których do hostowania stron wyłudzających dane wykorzystywane są usługi przechowywania w chmurze.

Jednymi ze znaków ostrzegawczych, na które zwracają uwagę przeszkoleni użytkownicy podczas ataku phishingowego, są podejrzanie wyglądające domeny (np. z błędem w nazwie) lub strony internetowe bez certyfikatu HTTPS, czyli popularnej kłódki wyświetlającej się po lewej stronie paska adresu przeglądarki. Jednak dzięki korzystaniu z dobrze znanych usług w chmurze publicznej, takich jak Google Cloud lub Microsoft Azure do publikowania swoich stron phishingowych, atakujący mogą z łatwością ukryć najłatwiej dostrzegalne oznaki ataku, jednocześnie zwiększając swoje szanse na usidlenie nawet zorientowanych w cyberbezpieczeństwie ofiar.

Taka właśnie była strategia hakerów, w wykrytej przez firmę Check Point kampanii, przeprowadzonej styczniu br. Atak rozpoczął się od dokumentu PDF, który został przesłany na Dysk Google i zawierał łącze do strony phishingowej.
Strona phishingowa, znajdująca się na dysku Google, prosiła użytkownika o zalogowanie się przy użyciu konta Office 365 lub adresu e-mail organizacji. Po wprowadzeniu danych uwierzytelniających użytkownik zostawał przekierowany do prawdziwego raportu PDF opublikowanego przez renomowaną globalną firmę konsultingową. Tymczasem jego dane logowania właśnie znalazły się w posiadaniu przestępców…

Na żadnym z etapów użytkownik mógł nie podejrzewać złych zamiarów, ponieważ strona phishingowa znajdowała się w Google Cloud Storage. Dopiero wyświetlenie jej kodu źródłowego ujawniło, że większość zasobów jest ładowana z witryny internetowej należącej do atakujących.

W tego typu atakach nawet obeznany z zagrożeniami użytkownik może przeoczyć zagrożenie. Atakujący zaczęli bowiem korzystać z Google Cloud Functions, usługi umożliwiającej uruchamianie kodu bezpośrednio w chmurze. W tym przypadku zasoby na stronie phishingowej zostały załadowane z instancji Google Cloud Functions bez ujawniania złośliwych domen atakujących.

Wspomniany projekt hakerski został zatrzymany przez Google’a w styczniu 2020. Z powodu nadużyć phishingowych, Google zablokowało adres URL, a także wszystkie adresy URL powiązane z kampanią.

Incydent ten doskonale ukazuje coraz to większe wysiłki podejmowane przez oszustów i przestępców, aby ukryć swoje złośliwe zamiary.

Wszyscy zadowoleni ze szczytu – komentarz walutowy

0

Negocjacje podobno polegają na rozwiązaniach win-win i ostatni szczyt jest tego dobrym przykładem. Czytając relacje w mediach każdy dostał to, co chciał. Pewnym problemem jest jednak np. kwestia powiązania wypłat z praworządnością. Bo sukces świętują wszyscy. Polska i Niemcy zadowolone pomimo różnego stanowiska wobec tego zapisu.

Krajobraz po szczycie UE

Dzisiaj nad ranem w końcu poznaliśmy treść porozumienia ze szczytu Unii Europejskiej. Jest to jeden z tych szczytów, o których warto czytać w wielu różnych mediach. Każdy chyba odniósł tutaj sukces. Polacy i Węgrzy nie mają wprost połączenia praworządności z wypłatami pieniędzy. Niemcy i Holendrzy mają zapis o praworządności i powiązaniu jej z wypłatami pieniędzy. Państwa walczące o zmniejszenie wydatków zmniejszyły ilość dotacji kosztem pożyczek. Państwa walczące o pieniądze utrzymały łączną kwotę wsparcia. Wygląda na to, że wszyscy mogą ogłaszać sukces. Rynki kupują tę narrację. W górę idą zarówno giełdy, jak i waluty państw członkowskich, szczególnie naszego regionu.

Dobre dane z Polski

Główny Urząd Statystyczny podał dzisiaj dane na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Czerwiec był oczywiście wyraźnie lepszy od maja, ale to na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że był zaledwie 1,9% gorszy od czerwca zeszłego roku. Był to kolejny dobry sygnał dla polskiego złotego. W rezultacie po raz kolejny euro staniało do poziomu 4,40 zł. Pociągnęło to za sobą inne waluty. Frank jest najtańszy od czerwca a dolar od marca tego roku.

Metale szlachetne w górę

Pomimo korzystnego, wydawać by się mogło, rozwoju sytuacji w górę w dalszym ciągu idą metale szlachetne. Cena złota waha się bardzo blisko historycznych maksimów utrzymując poziomy powyżej 1800 dolarów za uncję. W górę mocno poszło w ostatnich dniach również srebro przebijając barierę 20 dolarów. Tutaj jednak musimy pamiętać, że maksima dla tej pary walutowej wynoszą niemal 50 dolarów po zwyżce z 2011 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zgromadziłeś ponadprzeciętny majątek? To masz się o co bać! Przyjdzie konfiskata prewencyjna i ci go odbierze

0

Zaledwie ok. 1% pochodzącego z przestępstwa mienia potrafią odzyskać organy ścigania. W obliczu takiej indolencji służb Ministerstwo Sprawiedliwości chce od przyszłego roku zasilać budżet państwa pieniędzmi zajętymi także uczciwym obywatelom. Nowe przepisy o konfiskacie prewencyjnej umożliwią prokuratorom przejmowanie ich majątków bez prawomocnego wyroku.

Zasada domniemania niewinności to podstawowa reguła postępowania karnego (art. 5 K.p.k.). Wynika z niej, iż do obarczenia odpowiedzialnością karną konieczne jest udowodnienie winy sprawcy czynu zabronionego i dodatkowo stwierdzenie jej prawomocnym wyrokiem sądu. Zasada ta wyrażona została również wprost w art. 42 ust. 3 Konstytucji RP, podobnie jak inne reguły demokratycznego państwa prawa, mówiące o tym, że własność i inne prawa majątkowe podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej (art. 64 ust. 2), a przepadek rzeczy może nastąpić tylko na podstawie prawomocnego orzeczenia sądu (art. 46).

Konfiskata prewencyjna

Ministerstwo Sprawiedliwości chce natomiast tak zmienić prawo, by organy ścigania mogły zajmować majątki prywatne tylko w oparciu o podejrzenia powzięte przez prokuratora co do możliwego związku mienia z przestępstwem. Oczywiście do przejęcia prokurator będzie musiał uzyskać zgodę sądu, jednak to, że podejrzenia były niesłuszne, a majątku właściciel dorobił się legalnie, będzie musiał udowodnić sam, już po tym, jak zostanie mu on zabrany. Łamiąc więc zasady konstytucyjne, resort sprawiedliwości chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zapewnić organom ścigania łatwy dostęp do majątków firm i osób prywatnych, jednocześnie zrzucając z siebie ciężar konieczności udowodnienia nielegalnego pochodzenia majątku.

Najważniejsze to zająć majątek. Niech właściciel udowadnia, że niesłusznie

Opublikowany w lutym 2020 r. raport Najwyższej Izby Kontroli ujawnił, że w objętych kontrolą latach 2014-2018 służby ścigania zabezpieczyły mienie przestępców o wartości zaledwie 2,7 mld zł, podczas gdy osiągnięte w tym czasie przez nich zyski oszacowano na 217-520 mld zł. Być może proponowane zmiany mają te wyniki poprawić i zabezpieczyć budżetowe źródło dochodów z zajęć majątkowych. I nie ma dla ich pomysłodawców znaczenia, że rykoszetem uderzą w niebędących przestępcami właścicieli. Teraz to oni będą musieli udowadniać, że wielkość rodzinnego majątku to zasługa wspólnych wysiłków pokoleń, a na wszystko, co posiadają, mają umowę, fakturę lub rachunek.

Ochrona majątku

Nowy pomysł władz to przeciwny do ukłonu gest wobec przedsiębiorców. Jego zwolennicy podnoszą, że przecież właściciel zajętego majątku będzie mógł udowodnić przed niezawisłym sądem pochodzenie swego mienia. Zapominają jednak przy tym o przerzuceniu na przedsiębiorcę ciężaru udowadniania, podczas gdy nie to jest przedmiotem jego działalności. Równie istotny jest fakt utraty przez niego władztwa nad swoim majątkiem w okresie zajęcia. A szybkość załatwiania spraw przez sądy w Polsce wciąż pozostawia wiele do życzenia.

Dlatego, jeżeli nadal forsowane będą takie projekty zmian regulacji prawnych, naturalną reakcją przedsiębiorców oraz właścicieli majątków prywatnych może być odruch obronny. Jeśli poprzez konfiskatę prewencyjną państwo zamierza zabierać im, co zechce i kiedy zechce, to przedsiębiorcy i właściciele majątku mogą, a nawet powinni, będąc odpowiedzialnymi za swoje mienie, chcieć je przed tymi działaniami ochronić.

Przyjazna zagraniczna przeprowadzka

Jak mogą to zrobić? Lokując majątek w państwach, których jurysdykcje takich „prewencyjnych” zaborów mienia nie przewidują, a wręcz przeciwnie – są dla jego właścicieli przyjazne. Na przykład w kwestii lokowania mienia nieruchomego doskonale sprawdzają się spółki zagraniczne na Cyprze i Malcie. Otwarcie rachunku bankowego w takich państwach jak Liechtenstein, Luksemburg czy Szwajcaria to już 99% sukcesu w kontekście ochrony przed ryzykiem „prewencyjnych” blokad rachunków.

Uzyskanie drugiej rezydencji podatkowej lub też całkowita jej zmiana to nie tylko sposób na zabezpieczenie majątku, także poprzez uwolnienie się od nadmiernego opodatkowania w ramach przepisów o CFC (ang. Controlled Foreign Company). Dla niektórych największym walorem będzie zabezpieczenie się przed ujawnieniem wrażliwych, poufnych informacji na temat beneficjentów struktur organizacyjnych, co grozi w państwach objętych międzynarodową procedurą CRS (ang. Common Reporting Standard). Taką ochronę przynieść może np. zmiana rezydencji podatkowej na maltańską.

Zakres właściwości komornika za granicą się nie rozciąga

Zagraniczna przeprowadzka to w świetle najnowszych pomysłów konfiskacyjnych świadome i odpowiedzialne działanie w kierunku zabezpieczenia własnego majątku przed roszczeniami. Wprawdzie polskiemu komornikowi przysługują instrumenty międzynarodowej pomocy prawnej, jednak są to procedury długotrwałe, sformalizowane, a i tak ich powodzenie w ostateczności zależy od władz drugiego państwa – nie zawsze chętnego takiej pomocy udzielać. Dla przykładu europejski nakaz zabezpieczenia na rachunku bankowym nie daje polskiemu komornikowi możliwości zajęcia i egzekucji z zagranicznego konta, bo przepisy nie rozciągają terytorialnych granic jego właściwości.

Obowiązuje tu bowiem ta sama reguła, jakiej hołduje polski Kodeks postępowania cywilnego: „Do wyłącznej jurysdykcji krajowej należą sprawy egzekucyjne, jeżeli egzekucja ma być wszczęta lub jest prowadzona w Rzeczypospolitej Polskiej” (art. 1110⁴ § 1, Dz.U. 1964 nr 43 poz. 296, ze zm.). Zatem do wyłącznej jurysdykcji odpowiednich organów państwa, w którym posiada rachunek, rezyduje dłużnik, należeć będzie realizacja prawa do prowadzenia spraw egzekucyjnych.

Za dużo schodów i komplikacji

W 2018 r. ustawą o kosztach komorniczych drastycznie zmniejszono wysokość opłat komorniczych. Do tego, w odróżnieniu od zachodnioeuropejskich komorników, polscy są także listonoszami, księgowymi, rzeczoznawcami i licytatorami. Zgodnie z danymi Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości z 2015 r. ogólna efektywność kancelarii komorniczych w 2015 r., czyli ich współczynnik wyegzekwowanych świadczeń w stosunku do wszystkich załatwionych spraw, wyniosła tylko 20,8%, a już jako procent z ogólnej liczby spraw wpływających w roku – 16,4%. Jak wynika z odpowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości z 10 stycznia 2020 r. na interpelację poselską nr 278, na obszarze całego kraju skuteczność egzekucji w pierwszym półroczu 2019 r. wyniosła 18,4%.

Jeśli więc komornicy mają trudności ze skuteczną egzekucją świadczeń w Polsce, to niemal znikome wydaje się ich szczere zaangażowanie w działania windykacyjne za granicą.

Badanie granic wytrzymałości na cienkim lodzie

Wizja wyposażenia wybranych organów państwa w uprawnienie do przejmowania całych majątków prywatnych w jednej chwili, bez prawomocnego wyroku sądu może być dla wielu dzierżycieli prawa własności wizją niewiarygodną. Jeśli się urzeczywistni, wówczas chyba największą ironią losu może okazać się wprowadzenie w życie przez władze, ponad rok temu, podatku pobieranego z tytułu przenoszenia majątku za granicę, czyli tzw. podatku od zysków, których nie ma. Jego bardziej popularna nazwa to „exit tax”. Usilne dążenia władz do przesuwania granic gwarantowanych konstytucyjnie wolności, swobody gospodarczej i ochrony praw własności może sprawić, że dla niektórych mniejszym złem będzie zapłata tego podatku i zrobienie prawdziwego, dosłownego „exit”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Dlaczego firmy z branży finansowej odwlekają transformację cyfrową? – suma wszystkich strachów, czyli chmura w bankowości

0
  • Globalnie już ponad 93 proc. organizacji używa chmury lub planuje jej wdrożenie. Tymczasem w Polsce z technologii chmurowych aktywnie korzysta albo ma to w planach zaledwie co druga firma. [i]
  • Popularność chmury z każdym rokiem jednak rośnie. Przyczyniają się do tego efektywność kosztowa, wygoda i bezpieczeństwo.[ii]
  • Choć aż 81 proc. banków uznaje transformację cyfrową za swój priorytet[iii], ograniczone zaufanie do bezpieczeństwa IT spowalnia ten proces wśród firm z sektora bankowego.
  • Z początkiem 2020 polski KNF pozytywnie zaopiniował przenoszenie usług bankowych do chmury. Czy zatem powolna transformacja cyfrowa przeistoczy się w chmurową rewolucję?

Transformacja cyfrowa jest szczególną zmianą, ingerującą we wszystkie procesy zachodzące w przedsiębiorstwie. Oznacza to nie tylko zerwanie z utartymi przez lata schematami działania, ale często także delegowanie niektórych kompetencji na zewnątrz organizacji i rezygnację z utrzymywania fizycznych zasobów. Nie dziwi więc, że porzucenie wypracowywanych przez lata modeli nie przychodzi dużym organizacjom z łatwością. Tym bardziej, jeśli w grę wchodzi wymóg zapewnienia bezpieczeństwa wrażliwych danych całych rzesz klientów. Rynkowa konieczność jak również sytuacja, która zmusiła klientów do załatwiania spraw zdalnie sprawia jednak, że coraz mniejsza część organizacji wciąż zastanawia się czy przeprowadzać cyfrową transformację, więcej zadaje sobie natomiast pytanie – w jakiej formie?

Transformacja cyfrowa w dobie startupów

Wzrost potrzeb klientów oraz ograniczenie mobilności wymusza na przedsiębiorstwach wprowadzanie rozwiązań zapewniających lepszą i sprawniejszą obsługę, poprawiające szybkość reakcji na zapytania klientów i interaktywność, a także zwiększenie bezpieczeństwa korzystania z udostępnianych zasobów.

Już w tej chwili ze względu na zaistniałą sytuację zauważyć można przełom w transformacji cyfrowej w sektorze finansowym. Powstają nowe funkcjonalności pozwalające na zakładanie konta poprzez selfie lub w procesie wideoweryfikacji, sprawdzanie salda za sprawą smartwatcha jak również umożliwiające podpisywanie dokumentów i zawieranie umów z zewnętrznymi podmiotami za pomocą e-podpisu. Pojawienie się Covid-19 wpłynęło na przyspieszenie wielu decyzji, w tym również Komisji Europejskiej w sprawie cyfryzacji sektora finansowego. W ramach nowego stanowiska, przepisy nie powinny opisywać lub zakazywać technologii tworzonych do innowacyjnych rozwiązań co stwarza możliwość wejścia na nowy level firm z tego sektora.

Ze względu na charakter działalności, szczególnym przypadkiem przedsiębiorstw mogłyby wydawać się firmy z branży finansowej. One także jednak funkcjonują na rynku w środowisku wysokiej konkurencyjności i zaniedbanie przez nie zagadnienia obsługi klientów – detalicznych lub biznesowych – może się skończyć utratą udziału w rynku.

Wzorem dla wielu organizacji są startupy, w tym nowe, często innowacyjne i dynamiczne spółki technologiczne, działające w branży finansowej i określane wspólnym mianem – fintech. Sektor ten osiągnął w 2018 roku przychody o łącznej wartości aż 150 mld. USD co stanowi aż 5 proc. wpływów całego sektora finansowego. W samej Polsce funkcjonuje już około 200 takich firm, wartych w sumie 856 mln euro.ii Najwięcej operuje na polu płatności (około 50 proc.), pożyczek (31 proc) i rozwiązań z zakresu finansów osobistych i biznesowych (18 proc.), włączając się tym samym do walki o klientów. Nie jest zaskakujący więc fakt, że polska bankowość elektroniczna jest jedną z najlepiej rozwiniętych w Europie.[iv] Przyczynia się do tego uwielbienie Polaków do płatności kartami, szybkich przelewów czy płatności BLIK. Są to elementy, które nie tylko usprawniają płacenie detaliczne, lecz również ograniczają fizyczny kontakt z pieniędzmi, który w aktualnej sytuacji pozwala nam na minimalizację ryzyka związanego z przenoszeniem drobnoustrojów, w tym także wirusów.

Jakie więc w tym wszystkim znaczenie mają Fintechy? Są one często wygodnymi narzędziami dla dużych banków, które z natury rzeczy potrzebują więcej czasu na tworzenie i wdrażanie innowacji. W obecnych warunkach, kiedy to wieloletnie procesy transformacji cyfrowej zachodzą w znacznie przyśpieszonym tempie, bardziej niż kiedyś potrzebne są szybkie, bezpieczne, a także nowoczesne rozwiązania. Odpowiedzią na aktualne zapotrzebowanie może być więc właśnie współpraca banków z fintechami. Te pierwsze potrzebują innowacji i dysponują dużymi budżetami na rozwój, te drugie zaś opracowują nowoczesne rozwiązania, ale wymagają w tym celu stabilnych przychodów. Wzajemnie potrzebują więc swojej pomocy w rozwoju nowoczesnych usług finansowych. Inwestowanie w start‑upy wzmaga więc ubankowienie społeczeństwa.

– Wprowadzenie zmian w przedsiębiorstwie własnymi siłami zwykle wiąże się z nowymi wyzwaniami. Warto więc pomyśleć o pomocy kogoś, kto już działa w nowy sposób. Zmiany pozwalają bowiem na usprawnienie kluczowych procesów zachodzących w organizacji, a więc i zwiększenie jej konkurencyjności. Transformacja cyfrowa umożliwia zatem nawet przedsiębiorstwom „z tradycjami” nabranie startupowego wiatru w żagle. – mówi Robert Paszkiewicz, VP OVHcloud Europe – Ze względu na wrażliwość gromadzonych i przetwarzanych danych, decydując się na transformację cyfrową, przedsiębiorstwa z branży finansowej powinny wybrać korzystanie z rozwiązań chmurowych. Jak bowiem powiedział Sean Roche z CIA, „Chmura w swoim najsłabszym dniu jest nadal bezpieczniejsza niż rozwiązania po stronie klienta”

Suma wszystkich strachów – bezpieczeństwo w chmurze

Przedsiębiorstwa mogą wybierać spośród wielu rodzajów chmury. Szeroka oferta cloud pozwala dobrać programy czy całe systemy w zależności od potrzeb firmy, takich jak jej wielkość czy niezbędne zasoby. Jedną z najważniejszych zalet chmury jest jednak to, że zapewnia bezpieczeństwo operowania na danych firmowych. Mimo to, fakt ten często poddawany jest w wątpliwość przez sceptyków. Co więcej, obecnie aż 80 proc. instytucji finansowych wskazuje wizję nieautoryzowanego dostępu i przejmowanie kont osób uprawnionych jako głównego zagrożenie w modelu chmurowym.

W rzeczywistości jednak wdrożenie systemów opartych na chmurze, pozwala skutecznie ograniczyć zagrożenia w obszarze cyberbezpieczeństwa. Posiadają one bowiem wiele mechanizmów do zarządzania bezpieczeństwem informacji. Umożliwiają też bieżącą kontrolę przyznanych certyfikatów i uprawnień a także zarządzanie tożsamościami pracowników. To o tyle ważne, że kluczowy jest tu właśnie czynnik ludzki. Z badań wynika, że w około 90 proc. incydentów (80 proc. w przypadku Gartnera), w których zostało naruszone bezpieczeństwo danych w chmurze, wynikło z błędów pracowników, nie zaś z winy dostawców chmury bądź niedoskonałości technologicznych tego rozwiązania.[v] Były to m.in. niewłaściwa konfiguracja, błędnie przypisane uprawnienia, zagrożenia wewnętrzne i zaniedbania procedur bezpieczeństwa, co sprzyjało podatności na ataki phishingowe. Większości tych Incydentów można było zapobiec przy zachowaniu ostrożności, poprzez regularną zmianę haseł i dwustopniowe uwierzytelnianie (nawet w 95 proc. incydentów w chmurze).

Obecnie sposoby wykorzystania danych (np. do identyfikacji i manipulacji) stają się nieograniczone. Dlatego chmura pozostaje także w centrum wyzwań dotyczących ochrony i przetwarzania danych osobowych (dot. RODO), w spełnieniu których skutecznie pomaga. Jak się bowiem okazuje, ważne jest nie tylko, bezpieczeństwo udostępnianych systemów, ale też kto je udostępnia i kto ma dostęp do danych w myśl obowiązującego prawa. Dlatego ważny jest wybór dostawcy chmury z terytorium Europy. Dostawców z USA obowiązuje CLOUD Act, stojący w opozycji do europejskiego RODO. Przyznaje on administracji Stanów Zjednoczonych nieograniczony dostęp do danych należących także do europejskich firm, jeśli są one przechowywane na serwerach amerykańskich firm. W praktyce oznacza to, że dane trzeba będzie teraz uważać za eksterytorialne, gdy nawiąże się współpracę z usługodawcą z USA, nawet jeśli pozostaną one w Europie. Poddaje to w wątpliwość bezpieczeństwo systemów oferowanych przez pozaeuropejskich dostawców i stwarza ryzyko niekontrolowanego wypływu danych poza Europę.

– Mówi się, że pierwsze co muszą zrobić twórcy nowoczesnej technologii, to stworzyć problem, który ona rozwiązuje. Jeśli to prawda, to chmura jest tu chlubnym wyjątkiem. Cloud rozwiązuje zdecydowanie więcej problemów niż stwarza. O potrzebie istnienia usług chmurowych niech świadczy fakt jak błyskawicznie przyjmują się na rynku. Dziś nikt już nie zastanawia się jaki nośnik zastąpi muzyczne płyty CD. Wszyscy streamują ulubione playlisty z chmury. Także w oddziałach banków dawno nikt nie widział już tłumów oczekujących na złożenie wniosku lub dokonanie przelewu. Chcąc założyć firmę technologiczną wystarczy za to pomysł i odrobina umiejętności. Nie trzeba już inwestować olbrzymich środków w budowę własnej infrastruktury IT. Już teraz możliwości wydają się prawie niegraniczone, a wraz z rozwojem sieci 5G naprawdę mogą się takie stać. – komentuje Robert Paszkiewicz, OVHcloud.

Możliwości rodem z chmur

Według prognoz IDC, w 2020 roku aż 67 proc. wszystkich wydatków, które przedsiębiorstwa poniosą na infrastrukturę informatyczną i oprogramowanie, przypadnie technologiom chmurowym. To element większego obrazu. Coraz częściej bowiem transformacja cyfrowa jest utożsamiana właśnie z przeniesieniem środowiska biznesowego do chmury. Rozwiązania te są postrzegane jako katalizator IT, przyśpieszający działanie i umożliwiający wprowadzenie nowych produktów, oraz usług na rynek. W zasięgu możliwości staje już nie tylko mobilna bankowość, ale także mobilne płatności, wydzielone aplikacje, technologie oparte na blockchain, automatyzacja obsługi czy analiza big data. Wszystko z myślą o dostarczeniu klientom nowej jakości, przy jednoczesnym rozszerzeniu własnego portfolio i obsłużeniu większej części rynku.

Dzięki outsourcingu do chmury możliwe staje się utrzymywanie infrastruktury IT, systemów oraz niezbędnego oprogramowania także przez instytucje finansowe działające na niskich marżach. Natomiast dla większych organizacji to okazja do radykalnego zmniejszenia kosztów.[vi]

Dodatkowo chmura eliminuje powszechne problemy firm finansowych, związane z ograniczeniami i wydajnością tradycyjnych systemów IT. Pozwala na skrócenie czasu testowania i wdrażania produktów oraz wpisuje się w wymogi Open Banking, dyrektywy PSD2 i współpracę z branżą fintech. Jak wynika z raportu Gartnera „Cloud Heat Map for Banking and Investment Services” zalety te zostały już dostrzeżone i docenione. Zapotrzebowanie na rozwiązania chmurowe dla sektora bankowego w latach 2014-2018 wzrastały bowiem rokrocznie aż o 148 proc. Część banków migrowała do tego środowiska z niekrytycznymi aplikacjami jeszcze przed wydaniem stanowiska KNF w sprawie przetwarzania przez podmioty nadzorowane informacji w chmurze, co pokazuje gotowość tego sektora na kolejne kroki związane z przeniesieniem biznesu na nowy poziom.

– W bankowości nie ma miejsca na kompromisy. Chmura, w której przechowywane i przetwarzane są tak ważne i wrażliwe dane, jak ma to miejsce w sektorze bankowym, musi być bezpieczna, ale także opłacalna. W tym kontekście świetnie sprawdza się chmura typu „smart” – prosta i szybka do wdrożenia, a dodatkowo odwracalna i dostępna dla wszystkich na całym świecie. Według szacunków, widząc zalety chmury, branża bankowa miały w 2019 roku zainwestować w tę technologię aż 20 mld dol. To spory wzrost wydatków. Warto zaznaczyć też, że na rynku są już w tej chwili banki istniejące wyłącznie w wirtualnym świecie, w pełni opierające się na rozwiązaniach chmurowych – mówi Robert Paszkiewicz, OVHcloud.

KNF na „tak” chmurze w branży finansowej?

Według autorytetów z branży IT, dobrze skonfigurowana chmura nie naraża przechowywanych i przetwarzanych danych na niebezpieczeństwo. M.in. dlatego, w końcu stycznia rozwiązanie to uzyskało pozytywną opinię KNF także w kontekście stosowania go w bankowości.

– W styczniu 2020 roku KNF publikując nową rekomendację na temat zasad korzystania z usług w chmurze przez sektor bankowy, niejako dał „zielone światło” na korzystanie z nich przez ten sektor. Choć sama rekomendacja raczej porządkuje i aktualizuje istniejące przepisy, może zapowiadać rewolucję bankowości w chmurze. Wierzymy, że Cloud computing umożliwi zwiększenie zarówno rentowności, jak i konkurencyjności podmiotów finansowych – komentuje Robert Paszkiewicz, OVHcloud

[i] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/Globalne-inwestycje-w-chmure.html

[ii] https://www.erp-view.pl/it-solutions/28249-polska-chmura-obliczeniowa-umacnia-swoja-pozycje.html

[iii] https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/biznes-i-banki-wchodza-w-chmure/

[iv] https://forsal.pl/galerie/970383,duze-zdjecie,1,polska-bankowosc-elektroniczna-jedna-z-najbardziej-innowacyjnych-w-europie.html

[v] https://retail360.pl/kalendarium-cyberzagrozen-na-2020-rok/

[vi] https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/biznes-i-banki-wchodza-w-chmure/

Kolejny debiut na GPW. Skinwallet liczy na dopuszczenie akcji do obrotu w najbliższych tygodniach

0

Szykuje się kolejny debiut na GPW. Skinwallet, platforma handlu dobrami cyfrowymi w grach wideo, która powstała w ramach funduszu venture buildingowego Tar Heel Capital Pathfinder, jest w trakcie oczekiwania na wyznaczenie daty debiutu na NewConnect.

Głównym rynkiem aktywności spółki jest gra Counter-Strike: Global Offensive, a także Dota 2 oraz Team Fortress. Skinwallet wykorzystuje własne algorytmy by doprowadzić do połączenia między sprzedającymi i kupującymi, jednocześnie wspomagając płynność w obrocie dobrami cyfrowymi. – Skinwallet istnieje, by pomagać graczom w znalezieniu najlepszego sposobu na wyrażanie siebie i pokazanie swojej wyjątkowej osobowości w grze. W tym celu dostarczamy graczom narzędzia i wiedzę niezbędną do poruszania się na rynku dóbr cyfrowych w efektywny i bezpieczny sposób. – tłumaczy prezes spółki, Kornel Szwaja – Głównym wyróżnieniem na tle konkurencji jest możliwość natychmiastowej (automatycznej) wyceny i sprzedaży przedmiotów za pieniądze – dodaje Prezes.

Na początku bieżącego roku Skinwallet przeprowadził emisję akcji, dzięki której pozyskał 3,4 mln złotych. Akcje trafiły do 56 inwestorów, w tym trzech funduszy. Firma postanowiła ulokować uzyskaną kwotę w trzech głównych obszarach działalności – Pierwszy to rozbudowa zespołu oraz budowa własnego marketplace. Drugi to eskalacja i uruchamienie działań marketingowych na nowych rynkach, prowadzących do pozyskiwania aktywnych użytkowników. Trzeci obszar to pozyskanie kapitału obrotowego potrzebnego do zwiększania liczby zawieranych transakcji. Według przedstawicieli firmy efekty inwestycji środków widoczne są już teraz – W każdym z 3 wymienionych segmentów widać znaczący progres – marketplace jest już na ukończeniu, znacząco zwiększyliśmy ilość specjalistów wchodzących w skład naszego zespołu, a środki przeznaczone na zwiększenie ilości zawieranych transakcji pozwoliły nam wygenerować rekordowe przychody zarówno w pierwszym jak i w drugim kwartale tego roku. –  mówi Kornel Szwaja – Dynamika wzrostu również jest bardzo imponująca. Wynosi ona bowiem kilkaset procent w porównaniu z analogicznymi okresami poprzedniego roku. – dodaje Prezes Szwaja.

Obecnie spółka skupia się na wdrożeniu marketplace – platformy, dzięki której gracze będą mogli bezpośrednio handlować przedmiotami cyfrowymi. Skinwallet planuje także rozwinąć działalność usługową – W marcu udostępniliśmy pierwszą część projektu, czyli katalog produktów z gier. Ma on na celu budowanie pozycji SEO strony, pozyskanie użytkowników przez wyszukiwarki. Pierwszą wersję platformy chcemy uruchomić już w III kwartale tego roku. – tłumaczy Kornel Szwaja. Skinwallet pragnie także działać w dodatkowej sferze – chcemy być również dostawcą technologii, która umożliwi producentom gier w prosty sposób wdrażać do swoich produkcji ekonomię opartą o dobra cyfrowe. – dodaje.

13 lipca br. spółka złożyła Dokument Informacyjny na GPW –  Obecnie czekamy na pozytywną decyzję giełdy w sprawie dopuszczenia akcji do obrotu. Mamy nadzieję na szybki proces decyzyjny, tak aby inwestorzy mogli kupić nasze akcje bezpośrednio na rynku w przeciągu najbliższych kilku tygodni – mówi prezes – giełda daje nam długofalowy dostęp do kapitału, zwiększa wiarygodność prowadzonych przez nas działań zarówno w oczach odbiorców naszych usług, czyli użytkowników naszej platformy, a także wśród partnerów biznesowych – dodaje.

Gaming Factory S.A. planuje debiut na GPW w ciągu najbliższego miesiąca

0

Kolejny debiut na GPW. Gaming Factory S.A. chce zadebiutować na głównym parkiecie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie na przełomie lipca i sierpnia. Spółka jest producentem i wydawcą gier na PC i konsole. Strategia firmy opiera się głównie na wydawaniu nisko i średnio-budżetowych gier komputerowych (6-15 rocznie), a także na stopniowym zwiększaniu przychodów z własnych projektów. Od 2019 Gaming Factory tworzy Grupę ze spółkami, które uzupełniają jej działalność o portowanie gier na platformy Nintendo Switch, PlayStation, Xbox, VR oraz produkcję gier planszowych.

Na przełomie czerwca i lipca odbyła się pierwsza publiczna oferta akcji spółki. Obejmowała ona łącznie 1 375 000 akcji, w tym 1 100 000 nowo emitowanych akcji serii E oraz 275 000 istniejących akcji serii B. Cena emisyjna została ustalona na poziomie ceny maksymalnej – 15,50 zł za akcję. Z emisji nowych akcji spółka pozyskała ponad 17 mln zł. Gaming Factory przeznaczy około 70 proc. wpływów na produkcję gier, pozostałe środki na działania marketingowe. Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji był Trigon Dom Maklerski. Według przedstawicieli spółki emisja była znaczącym sukcesem dla firmy –  IPO zostało przeprowadzone na przełomie czerwca i lipca, i trzeba przyznać, że spotkało się ono ze sporym zainteresowaniem. Redukcja wśród inwestorów indywidualnych wyniosła aż 89 proc., popyt ze strony inwestorów instytucjonalnych również był wysoki, co pozwoliło nam na osiągnięcie ceny maksymalnej ustalonej podczas przygotowywania oferty. Pozyskane środki będziemy inwestować przede wszystkim w rozwój produkcji własnych oraz w marketing. Mamy sporo gier do ukończenia i pracujemy nad nowymi projektami. Z kolei bez wydatków marketingowych trudno jest uplasować grę na bardzo konkurencyjnym rynku – komentuje Mateusz Adamkiewicz, prezes Gaming Factory.

Obecnie spółka działa na dwóch głównych obszarach – Kluczowa jest dla nas produkcja i wydawnictwo tytułów własnych. Przed nami wiele premier gier zaplanowanych na drugą połowę tego roku i przez cały 2021. W perspektywie 2-3 lat zamierzamy wydać około 30 gier, zatem przed nami duże wyzwanie produkcyjne i marketingowe – mówi Prezes Gaming Factory.

W najbliższych miesiącach możemy spodziewać się działalności produkcyjnej, a co za tym idzie, wypuszczenia na rynek większych tytułów – Mamy w planach wydawanie pierwszych większych gier z naszego portfela, które posiadają spore wishlisty, jeszcze przed głównymi działaniami marketingowymi. Dotychczas wydaliśmy kilka mniejszych autorskich produkcji, teraz czas na większe –  dodaje Mateusz Adamkiewicz.

Spółka planuje wejście na Rynek Główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w ciągu najbliższych dni – Spodziewamy się, że debiut może nastąpić jeszcze w lipcu lub sierpniu. Debiut na głównym rynku GPW jest dla nas kolejnym krokiem w kierunku rozwoju spółki i istotnym celem biznesowym. Decyzja o chęci ubiegania się o status spółki giełdowej zapadła już rok temu i od tego czasu trwały prace nad prospektem, a następnie postępowanie w KNF. GPW to dla nas szansa na dynamiczny rozwój i wskoczenie na wyższy poziom jakościowy naszych gier. – tłumaczy Mateusz Adamkiewicz.

300 mln zł na innowacje od NCBR. Ostatnia szansa na skorzystanie z Szybkiej ścieżki

0

3 sierpnia ruszy ostatni konkurs Szybka ścieżka w ramach obecnej perspektywy finansowej UE. Do rozdysponowania jest 300 mln zł na prace badawczo-rozwojowe realizowane przez MŚP i duże przedsiębiorstwa, konsorcja oraz podmioty opierające się na współpracy sektora prywatnego z nauką. Nabór wniosków potrwa niespełna półtora miesiąca, a poziom dofinansowania waha się od 25 do 70 proc., zaś w przypadku jednostek naukowych może pokryć 100 proc. kosztów. Czego mogą spodziewać się firmy w procesie oceny wniosków? 

Szybka ścieżka, dedykowana dla badań aplikacyjnych i prac rozwojowych, jest jednym z najbardziej popularnych konkursów w ramach funduszy europejskich. I to mimo niezbyt wielkiej szansy na pozyskanie dofinansowania, która w zależności od rundy konkursu waha się ostatnio w przedziale od 18 do 40 proc. (stosunek wniosków wybranych do dofinansowania do wszystkich wniosków złożonych w danej rundzie). Od początku Szybkiej ścieżki w 2015 r. pozytywnie rozpatrzono niemal 1,5 tysiąca projektów na łączną kwotę ponad 9,3 mld zł.

Szybka ścieżka wydaje się najbardziej trafionym instrumentem wsparcia przedsiębiorstw w perspektywie finansowej 2014-2020. Warto też wspomnieć o przyjaznym systemie informatycznym, który stanowi jeden z kluczowych elementów decydujących o jej popularności. Rozbudowana biurokracja jest jednym z czynników, które skutecznie zniechęcają firmy w Polsce do aplikowania o dotacje unijne. Dla przykładu, w przeciwieństwie do Szybkiej ścieżki konkurs na utworzenie Centrów Badawczo-Rozwojowych wymaga złożenia przez przedsiębiorców dokumentacji składającej się z wniosku, agendy badawczej oraz 12 załączników, które muszą być wydrukowane, podpisane, zeskanowane i nagrane na nośnik elektroniczny, po czym wysłane na adres Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej – tłumaczy Przemysław Gabrysiak, ekspert Ayming ds. innowacji i funduszy unijnych.

Ostatnia Szybka ścieżka

Konkurs jest przeznaczony dla wszystkich województw poza Mazowszem i został podzielony na dwie rundy. W pierwszej, trwającej od 3 do 21 sierpnia, o dofinansowanie w łącznej kwocie 100 mln zł będą mogły się ubiegać duże przedsiębiorstwa oraz ich konsorcja. Z kolei druga runda, trwająca od 22 sierpnia do 14 września, skierowana jest do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw oraz konsorcjów z udziałem jednostek naukowych.

Dofinansowanie w ramach poddziałania 1.1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój przeznaczone jest na realizację badań przemysłowych i prac rozwojowych, których efektem będzie opracowanie innowacyjnego rozwiązania gotowego do wdrożenia w działalności gospodarczej. Projekty realizowane samodzielnie przez MŚP muszą obejmować koszty kwalifikowane w wysokości powyżej 1 mln zł, a te prowadzone przez duże firmy – powyżej 2 mln zł.

Koszty i dofinansowanie

Koszty prowadzenia badań można rozliczać w ramach kosztów wynagrodzeń, podwykonawstwa oraz kosztów bezpośrednich (odpisy amortyzacyjne, koszty odpłatnego korzystania z aparatury naukowo-badawczej lub wartości niematerialnych i prawnych, koszty budynków i gruntów, zakup materiałów i sprzętu laboratoryjnego, koszt utrzymania linii technologicznych, koszty usług obcych). Jednocześnie beneficjenci mogą rozliczyć takie koszty, jak wynagrodzenie kadry zarządzającej, delegacje czy koszty administracyjne w ramach kategorii „koszty pośrednie”, która jest wyliczana metodą ryczałtową jako procent od kosztów bezpośrednich bez kosztów podwykonawstwa.

Zachęcająco wygląda poziom możliwego dofinansowania, który waha się od 25 proc. w przypadku prac rozwojowych prowadzonych przez największych beneficjentów do 70 proc. w odniesieniu do badań przemysłowych realizowanych przez mikro- i małych przedsiębiorców. Warto odnotować, iż w przypadku prac przedwdrożeniowych, obejmujących badania rynku, opracowanie dokumentacji wdrożeniowej, usługę rzecznika patentowego, testy i certyfikację, poziom dofinansowania wynosi aż 90 proc. dla każdego rodzaju przedsiębiorstwa. Natomiast jednostki naukowe, działające w ramach konsorcjów, mogą uzyskać pełne pokrycie ponoszonych kosztów.

Proces oceny wniosków

Projekty w ramach Szybkiej ścieżki są weryfikowane pod kątem formalnym oraz merytorycznym. Oceny zasadności przedsięwzięcia, poziomu jego innowacyjności oraz opłacalności wdrożenia dokonuje panel ekspertów, który tworzą co najmniej trzej członkowie. Elementem tej części procesu jest spotkanie
z wnioskodawcą, podczas którego można się odnieść do pytań i wątpliwości członków panelu. W okresie pandemii COVID-19 zastosowano formułę spotkań z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej, co stanowi znaczne ułatwienie dla uczestników.

Sposób oceniania wniosków przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju budzi wśród przedsiębiorców skrajne emocje, a szczególnie ostra krytyka płynie ze strony przedsiębiorców, których wnioski odrzucono. Największe kontrowersje dotyczą możliwości opiniowania projektów przez ekspertów, którzy pozostają anonimowi, a ich dane nie stanowią informacji publicznej.

Aplikowanie na konkursy organizowane przez NCBR jest zdecydowanie prostsze w porównaniu – na przykład – z konkursami urzędów marszałkowskich uruchamianych w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych. Ma na to wpływ przede wszystkim nieskomplikowana struktura wniosku o dofinansowanie, ograniczona do minimum liczba załączników oraz mocno ograniczona w ostatnich naborach liczba kryteriów punktowych. Dodatkowo, NCBR w prowadzonej akcji medialnej stara się zapewnić o transparentności całego procesu oceny, który ma być wzorowany na praktykach stosowanych w innych państwach Unii Europejskiej. System nie wymaga radykalnych zmian, a jedynie drobnych poprawek oraz podniesienia zaufania wnioskodawców odnośnie procesu oceny – dodaje Przemysław Gabrysiak, ekspert Ayming ds. innowacji
i funduszy unijnych.

REDD ANALYTICS : Rekordowa liczba transakcji 200 tys. m kw. nowej wolnej przestrzeni

0

Dane REDD z ostatnich 14 dni wskazują na intensywność minionych dwóch tygodni, podczas których odnotowano rekordową liczbę 174 transakcji. Odnotowana liczba transakcji prawie dwukrotnie przebiła dwutygodniową średnią z pierwszego półrocza wynoszącą 96 transakcji na 2 tygodnie.

– Ostatni okres to niezwykle gorący czas na rynku biurowym w Polsce, dlatego wszystkie dane sugerujące pozytywne odbicie są niezwykle interesujące – przyznaje Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

W okresie od kwietnia do początku lipca 2020, zasoby wolnych biur zwiększyły się o 200 tys. m kw., podnosząc całkowitą dostępną powierzchnię biurową do rekordowego poziomu 2.44 mln m kw.

– Ostatnie 14 dni okazały się jednak bardzo intensywne. W ciągu dwóch tygodni odnotowano rekordową liczbę 174 transakcji. W ich wyniku dostępna powierzchnia została zredukowana o 20 tys. m kw., powracając do poziomu 2.43 mln m kw. wolnej powierzchni – wylicza Judyta Bartnicka, analityczka REDD.  Odnotowana liczba transakcji prawie dwukrotnie przebiła dwutygodniową średnią z pierwszego półrocza (96 trans./2 tyg.).

Na polskim rynku dostępnych jest obecnie 4438 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2.43 mln m kw.

REDD ANALIZA 1

REDD ANALIZA 2

Polacy mocno o frankowiczach: Rząd nie powinien im specjalnie pomagać w czasie kryzysu

0

Blisko 38% Polaków uważa, że rząd nie powinien w żaden specjalny sposób wspierać frankowiczów podczas ewentualnego kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa. Natomiast grupa zwolenników takiej pomocy jest niewiele mniejsza. Różnica wynosi przeszło 6%. Z kolei prawie 31% ankietowanych nie ma zdania w tej sprawie. Ponad połowa zwolenników rządowego wsparcia przekonuje, że należy je wdrożyć tylko ustawami. Ale niemal co czwarta osoba z tej grupy wskazuje na pomoc w zakresie finansowym.

Rząd nie powinien w żaden specjalny sposób wspierać frankowiczów podczas ewentualnego kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa. Tak twierdzi 37,7% uczestników badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland. Z kolei 31,6% respondentów wyraża przeciwną opinię w tej kwestii. Natomiast 30,7% nie ma zdania na ten temat.

– Ten podział wynika z osobistego zaangażowania ankietowanych w kredyty frankowe. Około 1/3 osób skorzystała z takiego produktu bankowego albo ma kogoś w rodzinie, kto tak zrobił. I ta grupa oczekuje wsparcia ze strony rządu. Nieco mniej respondentów ma do spłacenia kredyty w złotych. Ewentualnie dotyczy to ich bliskich. Ci ludzie uważają, że absolutnie nie należy pomagać frankowiczom. Natomiast niespełna 31% badanych nie podpisało żadnych umów kredytowych, więc oni nie są zainteresowani tematem – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Z kolei Krzysztof Michrowski z Kancelarii MBM Legal zwraca uwagę na fakt, że co trzeci respondent nie ma wyrobionego zdania. To świadczy o skomplikowanej naturze problemu i wciąż małej wiedzy społeczeństwa dot. funkcjonowania rynku finansowego. Ekspert powołuje się na dane Biura Informacji Kredytowej. Wynika z nich, że na 31 grudnia 2019 roku pozostawało w spłacie 451,63 tys. kredytów frankowych. W dobie pandemii koronawirusa wielu kredytobiorców ma problem z regulowaniem rat zobowiązania. Przyczynia się do tego m.in. wysoki kurs franka w stosunku do złotego.

– Dla mnie wyniki badania nie są zaskoczeniem, bo w przypadku frankowiczów mamy do czynienia z różnymi sytuacjami. Ponadto nie można tej grupy wyróżniać z powodu pandemii, ponieważ trudności ze spłatą kredytów mają też inni. Wszyscy zasługują na taką samą pomoc. W związku z epidemią przewidziano wsparcie w rządowym programie antykryzysowych tarcz. W bankach wprowadzono możliwość moratorium kredytowego, czyli przesunięcia terminów płatności rat i odsetek. Skorzystanie z niej wymaga porozumienia z kredytodawcą. I tutaj absolutnie nie ma potrzeby angażowania ustawodawcy – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Jak zaznacza Krzysztof Michrowski, wiele osób twierdzi, że frankowicze są sami sobie winni, bo widzieli, co podpisywali. Są przeciwni jakiejkolwiek pomocy tej grupie kredytobiorców kosztem reszty społeczeństwa. Ekspert podkreśla, że banki przygotowywały treść umów kredytowych, w których klienci nie byli należycie informowani o ryzyku kursowym. Ponadto, jak wskazują sądy w prawomocnych wyrokach, zawierały klauzule niedozwolone. A zgodnie z treścią obowiązującego w Polsce prawa, takie postanowienia umowne nie wiążą konsumenta.

– Jak wiadomo, w przypadku części kredytów frankowych dochodziło do nieuczciwych wobec kredytobiorców zapisów w umowach kredytowych. Były to klauzule niedozwolone. Potwierdził to w ubiegłym roku werdykt Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ale w takich przypadkach sprawy powinny być rozstrzygane  przez sądy albo w drodze porozumienia kredytobiorców z bankami. I właśnie  tak się obecnie dzieje, co potwierdzają liczne przypadki – dodaje prezes PTE.

Zwolennicy rządowego wsparcia dla frankowiczów wskazują, w jaki sposób powinno ono wyglądać. 51,5% respondentów z tej grupy opowiada się za ustawami, a 39% – za zastrzykiem finansowym. Natomiast 2,2% osób uważa, że powinna to być inna pomoc. Z kolei 7,4% nie ma w tej kwestii zdania.

– Ludzie nie bardzo wiedzą, w jaki sposób należałoby rozwiązać ten problem. Bo w gruncie rzeczy ustawowe wsparcie przecież też musi się wiązać z finansami. Chociaż zawsze jest różnica, czy sprawa dotyczy pieniędzy wypłacanych do kieszeni kredytobiorcy, czy np. zmiany przez bank kursu do przeliczenia kredytu na złote. Zapewne rozkład odpowiedzi byłby inny, gdyby wskazano badanym bardziej szczegółowe opcje do wyboru – podkreśla prof. Witold Orłowski.

Według eksperta z Kancelarii MBM Legal, systemowe rozwiązanie problemu frankowiczów nie wydaje się realne w tej chwili. Natomiast doraźnym środkiem zaradczym byłaby możliwość zawieszenia płatności rat kredytu w ramach pakietu antykryzysowego. I to należałoby wprowadzić na czas walki z pandemią COVID-19 i wysokiego kursu franka względem złotego. Jak zaznacza Krzysztof Michrowski, obecnie nie ma rozwiązań ustawowych, więc kredytobiorcom pozostaje jedynie dochodzenie roszczeń w sądach. A zdecydowana większość frankowiczów nie jest w stanie prowadzić sporu z bankiem bez profesjonalnej pomocy.

– Byłoby niezasadne, gdyby w każdym przypadku zakłóceń kredytowych państwo regulowało takie kwestie specjalnymi ustawami. To byłoby niepotrzebne mnożenie bytów. Istnieją przecież regulacje ogólne, które dotyczą ochrony konsumentów, konkurencji i ochrony obrotu gospodarczego. Zamiast wprowadzać nowe regulacje prawne, w pierwszym rzędzie powinny być należycie wykorzystywane te już istniejące, aby nie dopuszczać do inflacji prawa – przekonuje prof. Mączyńska.

Podsumowując, prof. Orłowski wskazuje, że rząd, mimo obietnic, nadal nie zajmuje się kwestią frankowiczów. Ale nie jest wykluczona zmiana postawy. Ona może nastąpić np. w wyniku nagłego pogorszenia kursu złotego. To prawdopodobnie wymusi pewne działania ze względu na zagrożenia, które mogą się pojawić w sektorze bankowym w związku z niespłacaniem kredytów.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland w dniach 08-09.07.2020 roku na reprezentatywnej próbie 1 032 dorosłych Polaków.

Gospodarka kreatywna to 1/6 wzrostu całej polskiej gospodarki w latach 2015-2018 i wynagrodzenia o 30 proc. wyższe niż średnia

0

Według danych za 2018 rok gospodarka kreatywna odpowiadała za 6,3 proc. wartości dodanej w Polsce. Przeciętne wynagrodzenie w gospodarce kreatywnej wynosiło w tym czasie 6 351 PLN brutto (w firmach zatrudniających ponad 9 pracowników) – to o ponad 30 proc. więcej niż średnie wynagrodzenie w całej gospodarce. Ponadto usługi kreatywne stanowią aż 1/5 całkowitego eksportu usług w Polsce. W latach 2010-2018 ich wartość wzrosła prawie trzykrotnie: z 4,8 do 13,9 mld USD – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Rola gospodarki kreatywnej w Polsce”.

Gospodarka kreatywna, czyli ta część gospodarki, w której podstawowym czynnikiem wytwórczym jest kreatywność i kapitał intelektualny, stanowi dynamicznie rosnący element polskiej gospodarki. Jej udział w całkowitej wartości dodanej tworzonej w Polsce wzrósł z 4 proc. w 2010 r. do 6,3 proc. w 2018 r. – to o ponad połowę więcej w mniej niż dekadę. Dla porównania gospodarka kreatywna tworzy prawie czterokrotnie wyższą wartość dodaną niż wartość dodana w produkcji pojazdów samochodowych, a podobną jak cała sekcja transportu i magazynowania.

Polski Intytut Ekonomiczny1

Na pełny obraz gospodarki kreatywnej wpływają trzy składowe: przemysły kreatywne (m.in. firmy architektoniczne, doradcze, badawcze, marketingowe oraz biura projektowe), sektor cyfrowy (usługi informatyczne) oraz sektor kultury. Podczas gdy przemysły kreatywne odpowiadają w Polsce za około połowę całej gospodarki kreatywnej, jej najszybciej rozwijającą się część stanowi sektor cyfrowy. – W latach 2010-2018 średnioroczny wzrost wartości dodanej w tym sektorze wyniósł prawie 17 proc. Ponadto to właśnie w tym sektorze występuje najwyższe przeciętne wynagrodzenie w gospodarce kreatywnej na poziomie 7369 PLN brutto – tłumaczy Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Najmniejszą, ale wciąż istotną część gospodarki kreatywnej stanowi sektor kultury, w którym mieści się m.in. produkcja filmów i programów telewizyjnych czy działalność twórcza związana z kulturą i rozrywką. W 2018 r. sektor ten odpowiadał za 13,5 mld PLN, co stanowiło 11,6 proc. wartości dodanej gospodarki kreatywnej oraz 0,73 proc. wartości dodanej w całej gospodarce.

Sektor ten ma nieco inny charakter od przemysłów kreatywnych czy sektora cyfrowego, ponieważ wytwarza i dystrybuuje dobra i usługi, które bezpośrednio wykorzystują bądź przekazują treści kultury, a nie tylko konsumują zasoby kulturowe w sposób pośredni – wyjaśnia Jakub Sawulski.

W gospodarce kreatywnej zarabia się wyraźnie lepiej

Przedsiębiorstwa należące do gospodarki kreatywnej i zatrudniające powyżej 9 pracowników deklarowały w 2018 r. przeciętne wynagrodzenie na poziomie 6351 PLN brutto – to o 32 proc. więcej niż średnie wynagrodzenie w całym sektorze małych, średnich i dużych przedsiębiorstw. Najwięcej zarabiano w sektorze cyfrowym (7369 PLN brutto), a najmniej w sektorze kultury (5629 PLN brutto). Pomiędzy nimi uplasowały się przemysły kreatywne z przeciętną płacą wynoszącą 5933 PLN brutto.

W latach 2010-2018 wzrost wynagrodzeń w gospodarce kreatywnej był porównywalny do pozostałych sektorów gospodarki. W konsekwencji relacja między średnim wynagrodzeniem w gospodarce kreatywnej a średnim wynagrodzeniem ogółem utrzymywała się na podobnym poziomie – od 130 do 135 proc. – w całym badanym okresie.

Polski Intytut Ekonomiczny2

Rośnie udział Polski w handlu towarami i usługami kreatywnymi w UE

W 2015 r. udział Polski w całkowitym handlu towarami i usługami kreatywnymi na terenie Unii Europejskiej wyniósł 3,5 proc. i był ponad dwukrotnie wyższy niż tuż po przystąpieniu Polski do UE (w 2005 r. wyniósł 1,6 proc.). Również udział eksportu gospodarki kreatywnej w eksporcie ogółem w Polsce jest wysoki na tle innych państw UE. W 2015 r. wyniósł 6,8 proc. wobec 6,4 proc. średnio w UE. Pod tym względem Polska wyprzedza większość państw Europy Środkowo-Wschodniej. Co więcej, saldo handlu zagranicznego gospodarki kreatywnej jest wyraźnie dodatnie – w 2018 r. eksport był o 9,5 mld USD większy niż import.

Polski Intytut Ekonomiczny3

Można przewidywać, że w kolejnych dekadach znaczenie gospodarki kreatywnej w rozwoju gospodarczym będzie rosło. Proces ten może przyspieszyć po kryzysie wywołanym epidemią COVID-19, bo głębokie kryzysy zazwyczaj zmieniają reguły gry w gospodarce, a dodatkowo charakter obecnego sprawia, że szczególnie istotny impuls do rozwoju może otrzymać sektor cyfrowy – mówi Jakub Sawulski.