CDRL umacnia kanał e-commerce. Spółka podsumowuje sprzedaż w II kwartale 2020 r

0

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w II kwartale br. wygenerowała 85,22 mln zł przychodów w obu markach, o 21 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spółka odnotowuje rekordowe zainteresowanie kanałem e-commerce. W omawianym okresie wpływy z tytułu sprzedaży w polskim sklepie internetowym wzrosły o 165 proc. r/r. 

– Biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą i społeczną, w jakiej przyszło nam prowadzić biznes zarówno w kraju jak i na świecie, jesteśmy umiarkowanie zadowoleni z osiągniętych rezultatów w II kwartale 2020 r. Wpływ na wyniki z ostatnich miesięcy miało ograniczenie działalności galerii handlowych – w marcu i kwietniu większość polskich sklepów stacjonarnych nie funkcjonowała, a po ich otwarciu obserwujemy istotnie mniejszy ruch. Na znaczeniu cały czas zyskuje kanał e-commerce – przewidujemy, że tendencja wzrostowa sprzedaży w Internecie będzie utrzymywać się w kolejnych miesiącach. – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL.

Polskie sklepy stacjonarne w II kwartale 2020 roku osiągnęły przychody na poziomie 24,4 mln zł. Jest to wynik o 37 proc. niższy od odnotowanego w analogicznym okresie 2019 roku. Sieć sklepów stacjonarnych Buslik w omawianym okresie wygenerował 34,34 mln zł przychodów – jest to o 31 proc. mniej niż II kwartale ubiegłego roku.

W minionym kwartale rekordową popularnością wśród klientów cieszył się kanał e-commerce. Polski sklep internetowy wygenerował 12,1 mln zł przychodów i jest to wynik wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku o 165 proc. W tym czasie sklep internetowy sieci Buslik osiągnął przychody na poziomie 3,73 mln zł, co oznacza wzrost względem II kwartału 2019 roku o 144,7 proc.

Narastająco, od stycznia do końca czerwca Grupa CDRL wygenerowała 181,3 mln zł przychodów. Jest to wynik niższy od ubiegłorocznego o 15,8 proc.

Style pracy w czasach postcovid. Nowy raport Forbis Group

0

Odporne rozproszone środowiska pracy to ekosystem różnych przestrzeni, pomiędzy którymi pracownicy się przemieszczają. Ten ruch stworzy nowe wzory mobilności i style pracy. Projektowanie biur, stanowiących jeden z elementów takich środowisk pracy wymaga uwzględnienia nowych potrzeb, wynikających z odmiennych sposobów użytkowania przestrzeni bardziej mobilnych użytkowników. W najnowszym raporcie eksperci Forbis Group pokazują, jak projektować biura, by odpowiednio wspierały pracę różnych grup pracowników zarówno tych wykonujących swoje zadania przede wszystkim stacjonarnie w biurze, jak i tych, którzy w większym stopniu pracują zdalnie. Prezentują też czytelne grafiki wyjaśniające różnice pomiędzy poszczególnymi stylami pracy i przykładowe aranżacje przestrzeni.

W opublikowanym w maju raporcie „Resilient distributed workplace. Nowoczesne środowiska pracy w erze postcovid” wyjaśniał model odpornego rozproszonego środowiska pracy, wspierającego bardziej mobilne style pracy wyłaniające się po pandemii. Resilient distributed workplace to nie tylko biura, lecz także inne typy przestrzeni: tzw. home office, coworking, kawiarnie, etc. W takim ekosystemie pomiędzy poszczególnymi przestrzeniami odbywa się ciągły ruch: jednego dnia ktoś pracuje w domu, innego ­– w biurze albo u klienta, dla którego realizuje projekt. Część zespołu może spotykać się w coworkingu, żeby omówić bieżące kwestie. Właśnie z tą mobilnością wiążą się nowe style pracy. Ruch w ramach ekosystemu rozproszonego odpornego środowiska pracy nie dla wszystkich będzie równie intensywny, bo nie we wszystkich organizacjach zmiany praca zdalna będzie wykorzystywana w równym stopniu. Będą jednak takie organizacje, które zdecydowanie postawią na home office i inne przestrzenie, a dzięki temu wdrożą bardziej elastyczne, odporne strategie nieruchomościowe, umożliwiające kontynuowanie działalności operacyjnej niezależnie od dalszego rozwoju wypadków.

W najnowszym raporcie eksperci Forbis Group pokazują, jak trzeba dziś myśleć o projektowaniu przestrzeni biur, by efektywnie wspierały organizacje transformujące się pod wpływem impulsu, jakim był lockdown.

Rolą architekta jest zrozumieć potrzeby klienta i zaproponować odpowiednie rozwiązania. Powinien być wspierającym ekspertem. Dziś firmy zastanawiają się, co dalej z biurami. Dlatego najpierw pokazaliśmy układankę przestrzeni stanowiącą efektywne wsparcie biznesu w świecie, w którym możliwość wykonywania pracy regulowana jest obostrzeniami związanymi z pandemicznym reżimem sanitarnym. Teraz czas na następną odsłonę. Schodzimy poziom niżej i pokazujemy, jak myśleć o projektowaniu przestrzeni dla pracowników, dla różnych stylów pracy, będących efektem tego, że praca zdalna się upowszechniła. Oczywiście nie wszyscy będą doskonale „uzdalnionymi” pracownikami. Część osób będzie dalej pracować stacjonarnie, ale będzie też duży odsetek osób pracujących z domu i innych przestrzeni. Przy projektowaniu biur trzeba myśleć o jednych i drugich. – mówi Mateusz Laskowski, członek zarządu Forbis Group, architekt.

Jak wyodrębnić nowe style pracy?

Konstruowanie strategii na najbliższe lata wiele organizacji zacznie od poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kto może pracować w większym wymiarze w trybie pracy zdalnej, a kto powinien wrócić do biura? Ewaluacja prowadząca do wyodrębnienia grup pracowników, którym można zaproponować poszczególne rozwiązania, powinna mieć kilka wymiarów. Profile poszczególnych stylów pracy zaprezentowane w raporcie graficznie pokazują różnice w odniesieniu do czterech kryteriów.

Osoba będąca specjalistą workplace, architekt i project manager czy inżynier odpowiadający za kwestie techniczne zawsze musieli współpracować by stworzyć przestrzeń, która będzie wspierała biznes. Wcześniej jednak poruszaliśmy w obszarze względnie rozpoznawanym, mogliśmy zbierać dane dotyczące wykorzystania przestrzeni, weryfikować różne kwestie metodami jakościowymi i pytać o specyfikę pracy zespołów i plany strategiczne a następnie na tej podstawie projektować środowisko pracy. Teraz musimy zmierzyć się z tym wszystkim, co było wyzwaniem do tej pory, ale dodatkowo działamy w nowym obszarze, w sytuacji niepewności i dlatego bardzo ważne by opracować metodologię, która pozwoli uporządkować proces projektowania w taki sposób, aby wszyscy zaangażowani w tworzenie środowiska pracy mieli wspólne, zrozumiałe ramy działania. – mówi Karolina Dudek, Workplace Strategy Director w Forbis Group.

Dobrym punktem wyjścia jest ocena doświadczeń pracy zdalnej w czasie kwarantanny. Trzeba przy tym pamiętać, że nie był to typowy home office, lecz praca w trybie awaryjnym, dla wielu osób będąca trudnym doświadczeniem. Subiektywne odczucie pogorszenia lub poprawy efektywności może być jednak dobrym wyznacznikiem tego, dla kogo praca zdalna jest dobrym rozwiązaniem.

Trzeba też wziąć pod uwagę charakter współpracy: Czy są to często drobne konsultacje, takie które najlepiej odbywać, gdy siedzi się we wspólnej przestrzeni? Czy raczej praca koncepcyjna, warsztatowa nad jakimś zagadnieniem raz na jakiś czas? A może są to konsultacje w metodyce zwinnej, mające swoje rytuały i określony harmonogram? W zależności od tego, jakie wzory komunikacyjne dominują w danym zespole, osoby przypisane do niego powinny albo pracować razem w przestrzeni biura albo zbierać się w biurze raz lub dwa razy w tygodniu a resztę komunikacji przenieść do sfery online i pracować zdalnie.

Ostatni aspekt to autonomia, czyli to, na ile wykonywane zadania mogą być realizowane samodzielnie i niezależnie. Praca osób wykonujących swoje zadania z domu lub innych przestrzeni powinna być dosyć autonomiczna, czyli dająca możliwość niezależnego określania, jak należy realizować wyznaczone cele. Częściowo jest to związane z etapami kariery: osoby piastujące stanowiska seniorskie i menedżerskie zwykle w większym stopniu niż asystenci decydują o organizacji czasu pracy i sposobie realizacji zadań. Ponadto osoby o dłuższym stażu zwykle w większym stopniu mogą polegać na własnej wiedzy i rzadziej muszą zasięgać porady kolegów.

Ewaluację dobrze rozpocząć od metod ilościowych, by uchwycić ogólny obraz, ale wyniki powinny być skonsultowane z menedżerami i skonfrontowane z danymi zbieranymi metodami jakościowymi, by przygotować trafne rekomendacje i przypisać grupy pracowników do odpowiednich stylów pracy. W każdej firmie inaczej będzie się kształtowała wielkość poszczególnych grup – nie ma uniwersalnej kombinacji, która by pasowała do wszystkich organizacji. Strategia odpornego rozproszonego środowiska pracy musi uwzględniać specyfikę branży i cele strategiczne przedsiębiorstwa.

Nowe style pracy

W każdej organizacji da się jednak wyodrębnić cztery główne style pracy, wynikające ze wzorów komunikacyjnych i sposobów poruszania się w rozproszonym środowisku: biurowe kotwice, cyfrowych nomadów, cyfrowe żeglarzy i cyfrowe kotwice. Czym się charakteryzują?

Biurowe kotwice to grupa osób, których obecność fizyczna w biurze jest istotna dla jakości ich pracy. Będą to też osoby, które po prostu wolą pracować z kolegami z firmy w tej samej przestrzeni. Obecność innych osób ich mobilizuje, a samo wyjście do biura ułatwia organizację pracy.

Cyfrowi nomadzi to styl, który wiąże się z połączeniem wykonywania zadań z domu z pracą w biurze. To model dla osób, których obecność w biurze przez cały czas nie jest niezbędna dla funkcjonowania organizacji.

Cyfrowi żeglarze to osoby, które do tej pory często jeździły w delegacje, a teraz zamiast części podróży będą odbywać wideokonferencje. To o wiele bardziej zrównoważone rozwiązanie.

Cyfrowe kotwice, czyli osoby pracujące całkowicie zdalnie. Nie znaczy to jednak, że one nigdy nie będą bywały w biurze, wręcz przeciwnie – do biura będą przychodzić, tylko bardzo rzadko. Będą to osoby, które pracują dosyć autonomicznie.

Aranżacje funkcjonalne dla różnych stylów pracy

Reprezentanci poszczególnych stylów pracy będą korzystali z elementów odpornego rozproszonego środowiska pracy w odmienny sposób, będą też inaczej wykorzystywali przestrzenie biurowe.

Wiemy, że niełatwo sobie wyobrazić, jak biuro będące częścią rozproszonego odpornego środowiska pracy mogłoby wyglądać, dlatego w raporcie pokazujemy przykłady przestrzeni wykorzystywane przez nas w praktyce projektowej, które mogłyby być komponentami stref wsparcia poszczególnych stylów pracy. Opracowane przez nas repozytorium elementów aranżacyjnych jest oczywiście o wiele bogatsze, tak abyśmy mogli tworzyć dopasowane przestrzenie dla różnych organizacji. – wyjaśnia Anna Oksiuta-Strzałkowska Head of Design Team w Forbis Group. 

Czy nie za wcześnie na myślenie o zmianach?

We wrześniu przestaną obowiązywać przepisy spec ustawy, na mocy których wykonywana jest obecnie praca zdalna. Jak słusznie zwracają uwagę prawnicy i analitycy rynku, jeśli nie pojawią się nowe przepisy, pozostaniemy w obszarze uwarunkowań legislacyjnych sprzed pandemii.

To fakt, ale faktem jest też to, że dziś biznes musi wymyślić, jak organizacje mają działać w przyszłości. Jak wykorzystać tę ogromną szansę związaną ze zdobytymi w ostatnich miesiącach kompetencjami i doświadczeniami oraz zwrot z nakładów poniesionych na „uzdalnienie” pracowników? Zadaniem prawa jest nadążanie za tym, jak się zmienia świat i regulowanie coraz to nowych obszarów i dziedzin życia, a nie tworzenie sztucznych ograniczeń. Należy się więc spodziewać, że zmiany zapowiadane przy okazji prac legislacyjnych nad tzw. tarczą antykryzysową zostaną wprowadzone do kodeksu pracy i że stan prawny zostanie niebawem dostosowany do wymagań nowej rzeczywistości. My natomiast skoncentrowaliśmy się na tym, co wynika z nowych praktyk w biznesie i wykorzystywania pracy zdalnej w o wiele większy stopniu niż do tej pory dla organizacji środowiska pracy i aranżacji funkcjonalnej biur. Naszym zdaniem warto już dziś rozmawiać o biurze przyszłości, bo zmiany aranżacji trzeba zaplanować, zaprojektować i zrealizować. To są długo trwające procesy. – mówi Karolina Dudek, Workplace Strategy Director w Forbis Group.

Brak stacji ładowania w okolicy nie przekreśla możliwości korzystania z auta elektrycznego

0

Nie mogę mieć elektryka, w okolicy nie ma stacji ładowania

Dostępność szybkich ładowarek wcale nie jest konieczna, by na co dzień wygodnie korzystać z elektrycznego samochodu.

Według najnowszego badania InsightOut Lab i marki Volkswagen, z kwietnia z tego roku*, średni dzienny dystans pokonywany samochodem wynosi 51,3 km. Każdym dostępnym obecnie elektrykiem przejedziemy kilka razy więcej na jednym ładowaniu, a ładować go można w domu. To tylko wygodne, ale też korzystne dla akumulatorów. Częste uzupełnianie energii na szybkich ładowarkach może obniżyć trwałość baterii.

Kiedy i gdzie najlepiej ładować elektryczny samochód?

Najlepiej podłączyć samochód do stacji ładowania w nocy, w domu lub w siedzibie firmy. Podczas nocnego postoju czas ładowania nie ma większego znaczenia, a użytkownik może skorzystać z tańszej taryfy nocnej. Ponadto nie obciążamy wówczas sieci, a większość pozostałych odbiorników energii jest wyłączona. Dobrze wiedzą o tym producenci ładowarek i pojazdów EV, dlatego pozwalają na programowanie czasu pracy urządzenia. Natomiast z szybkiego ładowania prądem stałym (stacje DC) należy korzystać jedynie wtedy, gdy jest taka konieczność – np. w trasie lub gdy kierowca musi skorzystać z auta bardzo szybko. Zbyt częste korzystanie z tej metody ładowania może prowadzić do zmniejszenia pojemności baterii i skrócenia cyklu jej życia.

Ładowanie do pełna? Niepotrzebne!

Użytkownik elektrycznego samochodu wcale nie musi ładować go codziennie do 100% pojemności baterii. Nie tylko nie musi, ale wręcz nie powinien. – Częste ładowanie baterii do pełna, tak jak w przypadku telefonu komórkowego, zdecydowanie skraca czas jej życia. Wiele aut elektrycznych posiada obecnie tzw. tryby long battery life, dzięki którym ładowanie kończy się automatycznie po osiągnięciu poziomu 80% – informuje Radosław Kitala z firmy Arval Service Lease Polska, zajmującej się wynajmem długoterminowym pojazdów. Kiedy zatem należy ładować baterie do 100% jej pojemności? – W zasadzie jedynie, gdy planujemy dłuższą podróż i maksymalny zasięg jest nam rzeczywiście potrzebny. Ewentualnie, jeśli sugeruje to producent – zgodnie ze swoimi zaleceniami, na przykład w przypadku Tesli powinno to być co najmniej raz na trzy miesiące w celu wyrównania napięć w ogniwach – dodaje Radosław Kitala.

Lepiej ładować częściej, a mniej

Twórcy baterii litowo-jonowych nie mają w tej kwestii wątpliwości. Biorąc pod uwagę cykle życia baterii, optymalny poziom naładowania dla większości obecnie stosowanych technologii mieści się w przedziale 50 – 80%.

* panel Ariadna na ogólnopolskiej próbie liczącej N=1101

Autor: Radosław Kitala, Consultant & Arval Mobility Observatory Manage

Gdzie przedsiębiorcy szukają oszczędności po pandemii koronawirusa

0

Takich zmian nikt się nie spodziewał. Z dnia na dzień pandemia koronawirusa zamknęła wiele firm na kilka tygodni, co znacząco przedłożyło się na ich wyniki finansowe i rezultaty osiągane przez nich w skali rocznej. Do Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska  w ostatnim półroczu zgłosiło się wielu przedsiębiorców, którzy w obliczu kryzysu i nieciekawych perspektyw na kolejne miesiące postanowiło „zacisnąć pasa”. Od czego zaczynają przedsiębiorcy? – Zwykle polecamy audyt kosztów. Oszczędności w firmie są możliwe zarówno jeżeli mówimy o kosztach wewnętrznych jak i zewnętrznych – mówi Katarzyna Michalska. – Widzimy, że najbliższe miesiące to będzie czas inwestycji, ale i gromadzenia pieniędzy „na czarną godzinę”, niektórzy przedsiębiorcy decydują się na inwestycje np. w nieruchomości, bo nie chcą już przechowywać pieniędzy w bankach – dodaje specjalistka Centrum Doradczego.

  • Wiele firm po pandemii koronawirusa zdecydowało się na optymalizację kosztów swojej działalności – to efekt strat, ale i chęć gromadzenia środków na czas, kiedy firmy generują mniejsze przychody
  • Przedsiębiorcy szukają oszczędności w kosztach wynajmu powierzchni, kosztach użytkowania samochodów czy kosztach energii elektrycznej
  • Koszty personalne również podlegają redukcji. Mowa o benefitach, premiach czy dywidendach. Wielu klientów Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska zaznaczało, że zwolnienia biorą pod uwagę w ostatniej kolejności.
  • Wiele osób ze względu na konsekwencje pandemii zdecydowało się na rezygnację z luksusów indywidualnych, w tym z wyjazdów wakacyjnych

Przedsiębiorcy nie chcieli zwalniać pracowników, ale zdarzały się redukcje benefitów i obniżki wynagrodzeń

Jeżeli ktoś myśli, że fala procesów optymalizacyjnych przypadała przede wszystkim na marzec, kwiecień i maj to jest w poważnym błędzie. Przedsiębiorcy przygotowują się na trudną jesień – niebawem przestaną działać programy pomocowe, a sytuacja rynkowa wciąż nie jest stabilna. Wiele firm poważnie przygląda się kosztom prowadzonej przez siebie działalności. Jak mówią specjaliści Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska to zdecydowanie czas oszczędności lub czas bezpiecznych inwestycji, które mają zastąpić przedsiębiorcom lokowanie pieniędzy w bankach.

– W ostatnich miesiącach przeprowadziliśmy kilkadziesiąt postępowań optymalizacyjnych i restrukturyzacyjnych. Na początek dobra wiadomość – w wielu przypadkach przedsiębiorcy planowali poważne cięcia i oszczędności, ale najpierw zaznaczali, że zwolnienia i redukcje etatów planują w ostatniej kolejności – mówi Katarzyna Michalska. – Oszczędności w firmach dotyczą bardzo prozaicznych rzeczy jak oszczędzanie na energii elektrycznej, na prądzie, na benefitach i funduszach integracyjnych i socjalnych. Przedsiębiorcy z którymi współpracujemy zdecydowanie stawiają na zachowanie możliwie szerokiej efektywności przy sporym obniżeniu kosztów – mówi Katarzyna Michalska. – W imieniu naszych klientów prowadziliśmy rozmowy z dzierżawcami powierzchni biurowych lub właścicielami magazynów czy obiektów, w których firma funkcjonuje. W wyniku przejścia na tryb zdalny, wiele firm zdecydowało się na rozwiązanie umów z właścicielami biur. Optymalizacja dotyczy także kosztów eksploatacji samochodów – dodaje Filip Kiżuk.

Strategia „zaciskania pasa” w firmach dotyczy także pracowników. Pierwsze zredukowane zostały wydatki marketingowe i reprezentacyjne. Przedsiębiorstwa mniej wydają także na inwestycje, które można odłożyć w czasie. – Koszty personalne pochłaniają zwykle w firmach bardzo duże budżety. Przedsiębiorcy unikają zwolnień, ale w wielu firmach doradzaliśmy obniżki wynagrodzeń, redukcję premii, anulowanie dywidend dla członków zarządu czy rezygnacje z programów benefitowych – mówi Filip Kiżuk.

Wakacje 2020? Wersja low-coast lub tylko krótkie wypady weekendowe

Czy przedsiębiorcy decydują się także na oszczędności w swoich gospodarstwach domowych? Jak mówią specjaliści z Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska w pierwszym etapie pandemii koronawirusa, kiedy nie wiadomo było kiedy lockdown się skończy i jakie będą gospodarcze konsekwencje pandemii, wielu przedsiębiorców decydowało się na sprzedaż niektórych części swojego majątku. – Byliśmy świadkami sytuacji, gdzie świetnie prosperujący przedsiębiorcy musieli decydować się na sprzedaż np. mieszkania czy swoich dóbr, po to by zapewnić płynność finansową w firmie w czasie lockdownu – mówi Filip Kiżuk.

– Obecna sytuacja zmusiła wielu przedsiębiorców do przełożenia planów inwestycyjnych na rok 2021. Niektórzy rezygnują z zakupu samochodu czy nieruchomości. Wiele osób mówi także o rezygnacji z wyjazdów wakacyjnych. Spotkałam się nawet z takim powiedzeniem, że „był lockdown, nie ma urlopu” i pewnie wiele osób, które spędzało  wakacje zagranicą, teraz wybierze opcję low-coastową – dodaje Katarzyna Michalska. – Przedsiębiorcy decydują się na oszczędzanie z odpowiedzialności, z poczucia niepewności odnośnie drugiej fali epidemii oraz dlatego, że obecne oferty np. turystyczne nie wydają im się atrakcyjne. Przejawem oszczędności są także często decyzje inwestycyjne. W obecnych czasach trzymanie pieniędzy na lokatach bankowych nie jest efektywne. Spotykamy się więc z decyzjami o inwestycjach w kruszce czy nieruchomości. Lokowanie pieniędzy w nieruchomościach jest bardziej opłacalne niż gromadzenie środków w banku – mówi Filip Kiżuk.

PHN zwiększył udział w parku magazynowym Hillwood & PHN Pruszków do 100 proc.

0

Polski Holding Nieruchomości podpisał umowę kupna od spółki z grupy Hillwood pozostałych 50 proc. udziałów w dwóch spółkach realizujących inwestycję parku magazynowego Hillwood & PHN Pruszków w podwarszawskim Parzniewie. Po przeprowadzeniu transakcji za łączną kwotę 5,73 mln EUR, PHN będzie posiadał 100 proc. udziałów w obu spółkach. 

Obie spółki – Parzniew Logistics Center 1 Sp. z o. o., oraz Parzniew Logistics Center Infrastructure Sp. z o. o. powstały na podstawie umowy joint venture w styczniu 2015 roku i zrealizowały wspólną inwestycję budowlaną – Hillwood & PHN Pruszków.

Pomimo pandemii pozostajemy aktywnym graczem na krajowym rynku nieruchomości i konsekwentnie realizujemy naszą strategię umacniania wiodącej pozycji w kluczowych dla nas obszarach biznesu. Jesteśmy aktywni nie tylko na rynku przestrzeni biurowych, mieszkaniowym czy hotelarskim. Przejęcie udziałów w znakomicie położonym centrum logistycznym Hillwood & PHN Pruszków w pobliżu Warszawy świetnie wpisuje się w naszą strategię dywersyfikacji działalności – powiedział Marcin Mazurek, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości S.A.

Inwestycja Hillwood & PHN Pruszków obejmuje 4 budynki magazynowe o łącznej powierzchni ok. 50,6 tys. mkw., położone na 17-ha terenie. Projekt znajduje się w miejscowości Parzniew, 3 km od węzła „Pruszków” (autostrada A2) i 20 km od centrum Warszawy, co zapewnia doskonały dostęp do głównych dróg transportowych w kraju: autostrady A2 łącząca Warszawę – Poznań – Berlin, a także dostęp do obwodnicy Warszawy – trasy S8/S2. W bliskim sąsiedztwie nieruchomości znajduje się stacja PKP linii Warszawa – Grodzisk, a międzynarodowy port lotniczy im. „Fryderyka Chopina” oddalony jest zaledwie o 15 km.

Potencjał obu firm w postaci m.in. zasobów gruntowych oraz bogatego doświadczenia w sektorze magazynowym zaowocował powstaniem parku logistycznego w partnerstwie Joint Venture. Dziękujemy zespołowi Polskiego Holdingu Nieruchomości za udaną współpracę – powiedział Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska.

Śląskie Kamienice S.A. – Farmy Fotowoltaiki S.A. zawiązały spółkę z Columbus Energy

0

Farmy Fotowoltaiki S.A. zawiązały wspólnie z Columbus Energy S.A. spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i opublikowały również strategię rozwoju na lata 2020-2022. 

Farmy Fotowoltaiki S.A. w organizacji, w której 100% udziału w kapitale zakładowym posiadają Śląskie Kamienice S.A., spółka notowana na rynku NewConnect zawiązała z Columbus Energy S.A. spółkę COLUMBUS&FARMY Sp. z o.o. Każdy ze wspólników objął po 50 udziałów w jej kapitale zakładowym. Przedmiotem działalności spółki COLUMBUS&FARMY Sp. z o.o. jest m.in. wytwarzanie i handel energią elektryczną. Spółka została powołana w celu wspólnej realizacji projektów, polegających przede wszystkim na znalezieniu lokalizacji, zaprojektowaniu, budowie i uruchomieniu wolnostojącej instalacji fotowoltaicznej, poprzez ich wspólne finansowanie i podział zadań związanych z ich przygotowaniem.

„Zawiązanie spółki z Columbus Energy było jednym z kluczowych elementów naszej współpracy. Za pośrednictwem nowoutworzonego podmiotu COLUMBUS&FARMY Sp. z o.o. przystąpimy do realizacji pierwszych projektów farm fotowoltaicznych. Wspólnie chcemy stworzyć silną, szybko rozwijająca się strukturę, która osiągnie nie tylko zakładany wzrost ekonomiczny, ale będzie godnym uwagi konkurentem dla innych firm z branży fotowoltaicznej.” – komentuje Kamil Kita, Prezes Zarządu Spółki Farmy Fotowoltaiki S.A. 

Główne założenia strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. w organizacji obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi

partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

„Strategia przedstawia jasny kierunek, w którym zmierzamy i model biznesowy spółki.” – mówi Kamil Kita. – „Pokazaliśmy, jakie procesy planujemy wdrożyć w okresie 1,5 roku. Branża OZE rozwija się niesamowicie szybko. Jesteśmy przekonani, że przemyślany plan i jego konsekwentne realizowanie przyniesie szybkie, oczekiwane efekty. Najważniejsze punkty na najbliższe miesiące, w tym m.in. umowa o współpracy z Columbus Energy S.A., która jest liderem na rynku branży fotowoltaicznej zostały już poczynione. Stanowi to fundament, na którym zbudujemy dynamicznie rozwijającą się firmę.” – dodaje Kita.

Spółka Farmy Fotowoltaiki S.A. planuje realizować swoją działalność opierając się na kilku modelach współpracy. Pierwszy z nich to model na własne potrzeby, w którym spółka celowa będzie budować instalacje na własny użytek, dokonując zakupu atrakcyjnych gruntów, co będzie podstawą do rozpoczęcia budowy, uruchomienia działalności i czerpania korzyści z prowadzenia farmy fotowoltaiki. Drugim modelem będzie spółka 50/50 z partnerem branżowym, która będzie realizować projekty farm fotowoltaicznych na zlecenie kolejnych podmiotów. Kolejnym modelem jest spółka z inwestorem bezpośrednim, gdzie Farmy Fotowoltaiki S.A. będą pełniły rolę operatora projektu. Możliwa będzie także spółka celowa z inwestorem w modelu 50/50. Farmy Fotowoltaiki S.A. myślą również o konsolidacji rynku poprzez nabywanie 100% udziałów w spółkach, które posiadają gotowe farmy fotowoltaiczne albo zaakceptowane projekty farm.

„Każdy biznes potrzebuje kilku ścieżek rozwoju, które ostatecznie prowadzą do wspólnego punktu. W przypadku Farm Fotowoltaiki S.A. postawiliśmy na szerokie wykorzystanie możliwości, jakie dają zróżnicowane kanały przychodów. Będziemy stawiać farmy na własne potrzeby, aby mieć stałe dochody, jak również przygotowywać projekty pod oczekiwania klientów, czy przy współpracy z partnerami. Jednocześnie uruchamiamy pozyskiwanie działek, jak i gotowych projektów farm fotowoltaicznych, aby szybko rozpocząć pierwsze inwestycje. Budujemy bazę inwestorów, którzy będą naszymi klientami na gotowe farmy fotowoltaiczne. Modelów współpracy jest wiele po to, aby odpowiedzieć na zróżnicowane potrzeby rynku. Ważnym elementem dla naszego rozwoju będzie dokapitalizowanie spółki w najbliższym czasie. Pozwoli nam to zrealizować kolejne punkty strategii, czyli zakup pierwszych projektów i zaangażowanie się kapitałowe w inne spółki z branży.” – zakończył Kamil Kita.

Śląskie Kamienice S.A. zakończyły 2019 r. zyskiem netto w wysokości ponad 2,1 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 22,8 mln zł. Wartość aktywów Spółki na koniec 2019 r. ukształtowała się na poziomie blisko 89,8 mln zł. Spółka planuje podjąć działania mające na celu spełnienie przez nią warunków niezbędnych do przeniesienia notowań na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Śląskie Kamienice S.A. to Spółka stworzona na silnych fundamentach, która zajmuje się modernizacją zakupionych kamienic na obszarze Górnego Śląska. W 2017 r. Spółka zadebiutowała na rynku NewConnect.

Kaprysy wakacyjnego handlu

0

Huśtawka z ostatnich dni jest kwintesencją spłyconego wakacyjnego handlu, gdzie rynki są podatne na kaprysy każdej kolejnej informacji. Kilka pomniejszych nagłówków skutkuje redukcją ryzyka przed weekendem, ale kto wie, co zdoła się utrzymać do końca dnia. Tymczasem złoty przygotowuje się na drugą turę wyborów prezydenckich w Polsce.
Raz lepiej, raz gorzej w zależności, jak „powieje” z serwisów informacyjnych.

Optymizm odpuszcza na rzecz redukcji ryzyka przed weekendem. Ponownie nie ma jednego silnego powodu dla odmiany nastrojów, ale pojawiło się kilka pomniejszych informacji, które zasiały niepewność wśród inwestorów i skłaniają do spieniężania zysków, nawet jeśli nie widać skoku zmienności. Uczestnicy rynków mogą wybierać między drugim rekordem z rzędu liczby nowych przypadków zachorowań na wirusa w USA (60,6 tys.), zapowiedzią kandydata na prezydenta Joe Bidena podwyżki podatku korporacyjnego w USA, plany redukcji udziałów w chińskim rynku akcji przez dwa państwowe fundusze, aż wreszcie plotki o szykowanych przez Biały Dom cłach na francuskie towary. Było w czym wybierać, choć równie dobrze można było zakładać, że każda z tych informacji zostanie zbagatelizowana. Byłby to nie pierwszy objaw chimeryczności rynków, kiedy utrzymuje się silna chęć do ciągnięcia wzrostów. I dlatego też nie chcę przesądzać, w jakich nastrojach zakończy się ten tydzień, gdyż wszystko może być potraktowane jako źródło entuzjazmu. Dla przykładu, dzisiejsze posiedzenie EcoFinu może przynieść ustalenia popychające do przodu negocjacje nad unijnym budżetem i funduszem naprawczym.

Nie widzimy w wyborach prezydenckich istotnego czynnika ryzyka dla złotego, co z resztą potwierdził spokój po wynikach pierwszej tury. Gdyby po drugiej turze wygranym okazał się Andrzej Duda, wynik byłby zgodny z oczekiwaniami rynku, które bazują na wygranej prezydenta w pierwszej turze i prowadzeniu w sondażach, choć w ostatnich dwóch tygodniach różnica między kandydatami zmalała do błędu statystycznego. Pomimo tego na rynku nie ma pogłębionej dyskusji o wyniku wyborów i brak dyskonta ewentualnego zaskoczenia oznacza, że wygrana Dudy będzie neutralna dla PLN. Z kolei zwycięstwo Trzaskowskiego daje pretekst do sprzedaży złotego pod argumentację, że od teraz realizacja polityki rządu PiS będzie utrudniona. Tylko aby miało to trwały i wymierny wpływ na złotego, rynek wpierw musiałby kupować PLN pod perspektywy polityki gospodarczej wzmacniającej fundamenty waluty. Nic takiego dawno nie miało miejsca, a szczególnie w obliczu pandemii. Główna odpowiedź rządu na kryzys – Tarcze Antykryzysowa i Finansowa – już weszły w życie; jeśli druga fala zachorowań wymagałyby większej ekspansji fiskalnej, wątpimy, aby dla nowego prezydenta byłoby to korzystne wizerunkowo pole do politycznych przepychanek. Dopuszczamy scenariusz, w którym zwycięstwo Trzaskowskiego zachęci krótkoterminowy kapitał do szukania szansy na zainicjowanie osłabienia złotego, ale jeśli będzie to niespójne z okołorynkowymi nastrojami, nic z tego nie wyjdzie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przygotowani i elastyczni. Nastroje w polskich firmach w II kwartale 2020

0

Warsaw Equity Group postanowiło sprawdzić, jakie nastroje panowały w przedsiębiorstwach pod koniec drugiego kwartału 2020. Wydaje się, że słowem, które najlepiej je oddaje jest mobilizacja. Znaczących lub wręcz fundamentalnych zmian w swoich biznesowych strategiach dokonał prawie co trzeci przebadany przedsiębiorca.

W anonimowej ankiecie zapytano właścicieli przedsiębiorstw i osoby zarządzające o trudności i wyzwania, z którymi musieli mierzyć się w ostatnim kwartale. Ale także o to, jakie strategie przyjęli zarządzający firmami i jak zapatrują się na perspektywy swoich firm oraz polskiej gospodarki.

Trudności i wyzwania

Aż 45,2 proc. firm w okresie od marca do maja przeżywało trudności. 11 proc. było zmuszone zredukować liczbę pracowników.
Jednocześnie, dla prawie co piątego przedsiębiorstwa, czas pandemii był momentem rozkwitu biznesu. Im większa, czyli bardziej stabilna przychodowo firma – tym częściej. Bardzo dobrze radziły sobie firmy z e-commerce – żadne z przedsiębiorstw, z tej branży, uwzględnionych w ankiecie nie miało do czynienia z trudnościami, większość przeżywała boom na swoje usługi, a dla dwóch stan był podobny do stanu sprzed epidemii. Świetnie radziły sobie również firmy ułatwiające dostęp do kultury online i firmy IT.
Co ciekawe – wśród firm, które w 2019 roku odnotowały przychód powyżej 5 mln zł prawie połowa (47,8 proc.) zwiększyła zatrudnienie w trakcie pandemii, podczas gdy pośród firm o obrotach poniżej 1 mln zł – praktycznie żadna.
Warswa1
Ankietowanych poproszono o wskazanie aspektów biznesu, będących w obecnej sytuacji największym wyzwaniem. Dla ponad 61 proc. była to niepewność dotycząca wartości sprzedaży w nadchodzącym okresie, dla 45 proc. – obniżenie popytu na produkty lub usługi. Wśród najmniejszych firm, o obrotach poniżej 1 mln zł w 2019 roku, największym wyzwaniem było finansowanie bieżącej działalności operacyjnej (54,5 proc. wskazań dla firm o obrotach poniżej 1 mln zł vs. 21,4 proc. dla firm powyżej 5 mln zł).
Warsaw2

Podejmowane strategie

Niespełna 18 proc. respondentów zadeklarowało, że nie wprowadziło żadnych zmian w swojej strategii. Ponad 82 proc. wdrożyło je choćby w niewielkim stopniu. Prawie co trzecia firma wprowadziła znaczne lub fundamentalne zmiany.
– Najczęściej znaczne lub fundamentalne zmiany wprowadzały firmy najmniejsze, o przychodach od 0 do 1 mln zł w skali roku, najrzadziej – firmy o przychodach powyżej 5 mln zł – odpowiednio 41 proc. vs 18 proc. – zauważa Adam Markiel, dyrektor inwestycyjny Warsaw Equity Group. – Zdrowy rozsądek podpowiada, że oczywiście małym firmom jest łatwiej wprowadzać rewolucje. Na uwagę zasługuje, że takie zmiany zadeklarowała również aż co piąta firma o najwyższych obrotach w naszym badaniu – dodaje Adam Markiel.
Warsaw3
Najczęściej zmiany dotyczyły opracowania nowych celów biznesowych, sposobów ich realizacji i mierzenia. Co nie powinno dziwić, najczęściej deklarowały zmiany na tym polu firmy najmniejsze – bo prawie ¾ z nich – w porównaniu do 40 proc. firm o największych obrotach. Prawie co drugi respondent wskazał również na korekty w definiowaniu, kim są klienci firmy.
– W dobrych czasach można długo odsuwać od siebie konieczność przemodelowania dotychczasowego modelu biznesowego. Pandemia wielu przedsiębiorcom pomogła nie tylko jaskrawo uświadomić potrzebę wprowadzenia zmian, ale też dodała motywacji do podjęcia bardziej energicznych działań – zauważa Przemysław Danowski, wiceprezes zarządu Warsaw Equity Group.
Na uwagę zasługuje też fakt, że wśród firm o przychodach powyżej 5 mln zł prawie trzy razy częściej niż wśród firm najmniejszych respondenci wskazywali, że rozszerzyli lub wręcz rozpoczęli dystrybucję w kanale online (31,8 proc największych vs  11,1 proc. najmniejszych przebadanych firm).
Warsaw4
Spośród firm, które przeżywały trudności, do radzenia sobie w kryzysie najwięcej wykorzystywało własne oszczędności – 72,7 proc. Ponad połowa korzysta z tarczy antykryzysowej, a 3 proc. dopiero planuje złożyć wniosek w tej sprawie. Mniej niż co piąta firma deklarowała korzystanie z kredytu.
Warsaw5
– Warto zauważyć, że tylko 12 proc. spośród firm przeżywających trudności poszukiwało inwestora, który mógłby dokapitalizować spółkę. Co ciekawe, korzystało ze wsparcia lub tego wsparcia poszukiwało tylko 9 proc. najmniejszych firm, ale już 38,5 proc. firm o obrotach powyżej 5 mln zł – zauważa Adam Markiel, dyrektor inwestycyjny Warsaw Equity Group.
– Przypuszczalnie przed lockdownem większa część przedsiębiorstw planowała szukać inwestorów, ale ich wyniki pogorszyły się na tyle, że temat zawieszono. Warto dodać, że wiele podmiotów, szczególnie projektów opartych o nowe technologie, nie ucierpiało w trakcie pandemii i są one w stanie kontynuować czy nawet rozpoczynać rozmowy z inwestorami – zauważa Przemysław Danowski, wiceprezes zarządu Warsaw Equity Group.
– Dostrzegamy rosnący popyt na finansowanie restrukturyzacyjne wśród dojrzałych firm. A warto zauważyć, że w naszym kraju nie ma wielu funduszy, które jednocześnie oferują zastrzyk gotówki i wsparcie strategiczne, które jest kluczowe w momentach transformacji biznesu, a jednocześnie po partnersku podchodzą do spółek – dodaje Przemysław Danowski.
A co według przedstawicieli firm jest aktualnie najważniejsze, by osiągnąć sukces lub odbudować pozycję firmy? – W odpowiedziach respondentów przebija się świadomość przedsiębiorców dotycząca konieczności przystosowania się do nowej rzeczywistości. To właśnie wypracowanie nowych rozwiązań biznesowych – dostosowanych do tego, jak zmienił się rynek – ankietowani wskazywali najczęściej  – mówi Adam Markiel.
Warsaw6
Okazuje się, że firmy umieją dostosować się do panujących warunków. Łącznie aż 68,5 proc. określa stan swojej gotowości do działania w nowych warunkach jako wysoki lub bardzo wysoki.
Odsetek odpowiedzi „średni poziom przygotowania” wśród firm powyżej 5 mln zł to tylko 10,7 proc., podczas gdy tę opcję odpowiedzi wybrało aż 45,5 proc. firm o obrotach poniżej 1 mln zł.  – Większe firmy wyraźnie lepiej oceniają poziom swojego przygotowania do działania – zauważa Adam Markiel.
Warswa7

Perspektywa dla firmy, perspektywa dla gospodarki

Firmy, które przeżywały trudności, są nastawione pozytywnie. Aż 55 proc. z nich uważa, że ich biznes znów zacznie rosnąć – lub ich sytuacja wróci do normy – jeszcze w tym roku. Im większa firma – tym większy optymizm. 70 proc. firm o obrotach powyżej 5 mln zł widzi odbicie swojego biznesu jeszcze w 2020, podczas gdy wśród firm o przychodach poniżej 1 mln zł odsetek ten wynosi 45,5 proc. Niespełna jedna czwarta wszystkich respondentów zakłada, że sytuacja unormuje się  w okresie od stycznia do maja 2021 roku.
A kiedy odbije polska gospodarka? Według 37 proc. ankietowanych stanie się to między czerwcem 2021 a kwietniem 2022. Według 31,5 proc. będzie to możliwe między styczniem a majem przyszłego roku.
warsaw8
– Według naszych szacunków, wychodzenie z obecnej sytuacji może zająć nawet dwa lata. Warto zauważyć, że mimo trudnych okoliczności, firmy wysoko oceniają swoją gotowość do działania w nowych warunkach. Być może grupa respondentów – a skupiliśmy się na osobach prowadzących małe i średnie firmy wykorzystujące nowe technologie – ma faktycznie lepsze podstawy do patrzenia w przyszłość przez różowe okulary – mówi Przemysław Danowski, wiceprezes zarządu Warsaw Equity Group.

Metodyka: 
Badanie metodą CAWI (internetowa ankieta na grupie). Odpowiedzieli między innymi właściciele/ki, prezesi, dyrektorzy generalni i menedżerowie wysokiego szczebla 73 polskich firm. Największą częścią ankietowanych byli przedstawiciele firm z przychodami powyżej 5 mln zł rocznie. Najliczniejszą grupę stanowili reprezentanci firm z branż związanych z IT, mobile i technologiami (30,1 proc.), marketingiem i reklamą (20,5 proc.) i e-commerce (11 proc.). Zdecydowana większość (72,6 proc.) oceniła kondycję swojej firmy przed wybuchem między 5 a 7 w skali 1-7, gdzie 0 oznacza firmę w trakcie przeprowadzania procesu upadłości, a 7 – kondycję rewelacyjną.

Wykres nr 9.png

Druga młodość outsourcingu w Polsce

0

W okresie pandemii Polska przeżywa renesans zainteresowania outsourcingiem usług i specjalistów IT –wynika z analiz Avenga, firmy zajmującej się cyfrową transformacją biznesu.

„Jeszcze w zeszłym roku wydawało się, że outsourcing w Polsce biznesowo już niczym nas nie zaskoczy, ponieważ w warunkach równowagi podaży i popytu trudno było konkurować inaczej niż ceną” – mówi Małgorzata Wiśniewska, Managing Director Avenga Poland. „Pandemia ożywiła nasz rynek na nowo” – dodaje.

Po tym jak COVID-19 osłabił offshoring usług IT, lekarstwem na problemy takich liderów tego rynku jak Indie stał się nearshoring. Firmy z Europy Zachodniej zaczęły szukać dostawców i podwykonawców bliżej swoich macierzystych lokalizacji. „Polska na nowo przyciągnęła uwagę, ponieważ leży w tej samej strefie czasowej, ma podobną kulturę pracy i gospodarkę ustabilizowaną obecnością w Unii Europejskiej” – uważa Małgorzata Wiśniewska. „A przede wszystkim ma cenionych za swoje kompetencje specjalistów, którzy dobrze znają angielski i nadal są tańsi niż ci z Zachodu”
– podkreśla.

Przykłady płyną z Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Skandynawii, Wielkiej Brytanii i Francji. Coraz częściej złożone projekty są realizowane przez zespoły hybrydowe, podzielone między dwoma lub więcej krajami. W Avenga najmocniejszym tandemem są Polska i Niemcy. Przykładem mogą być projekty realizowane dla Direkt Gruppe z Hamburga i Allianz Vienna z Wiednia. Wbrew pozorom do tej zmiany musiały dojrzeć też Niemcy, np.
zwiększając swoją otwartość na angielski jako język projektowy.

Według Avenga, w okresie pandemii wzrosły koszty ewentualnych błędów
w IT i związanych z tym opóźnień lub awarii. Dlatego zyskały na znaczeniu
jakość i gwarancja sprawnej realizacji zadań. „Pojawili się klienci, którzy za
usługi lub sprawdzonych specjalistów IT są gotowi zapłacić nieco więcej
byle działać i szybko reagować na rynkowe wyzwania“ – mówi Małgorzata
Wiśniewska. Zespoły z Polski już od dawna tworzą innowacyjne
rozwiązania, wymagające kreatywności zamiast czynności powtarzalnych i
odtwórczych.

Innym rozwijającym się modelem outsourcingu jest onshoring, który polega na szukaniu dostawców usług czy podwykonawców we własnym kraju. „W ostatnich tygodniach coraz częściej jesteśmy pytani o specjalistów w modelu team leasing” – potwierdza Justyna Wroniak, Talent Acquisition Director Avenga Poland. Dotyczy to przede wszystkim klientów
z branży finansowej i farmaceutycznej.

Zmalały obawy przed możliwością uzależnienia się od jednego dostawcy specjalistów IT. Klienci chętniej zatrudniają całe zespoły IT z jednego źródła, zyskując bardziej zgranych ze sobą ludzi i oszczędzając czas potrzebny na ich integrację. Wcześniej częściej woleli dywersyfikować źródła pochodzenia specjalistów.

W Avenga najwięcej nowych zleceń dotyczy przenoszenia danych firm do chmury oraz usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. Znacząco wzrosło zainteresowanie konsultantami z doświadczeniem w technologiach chmurowych. Przejściem na rozwiązania chmurowe są zainteresowani klienci praktycznie ze wszystkich branż, włącznie z takimi które dotychczas
wykazywały największy opór i obawy w tym zakresie, jak np. z bankowości i automotive. „Pandemia uderzyła też w polski rynek IT, wyhamowując w wielu firmach inwestycje i redukując miejsca pracy dla specjalistów IT, ale z drugiej strony wpływa na dalszy rozwój i specjalizację tego rynku” – podsumowuje Małgorzata Wiśniewska.

JR HOLDING ASI S.A. zanotowała w czerwcu wzrost aktywów o ponad 257 mln zł

0

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., zwiększyła wartość posiadanych aktywów do blisko 738 mln zł na koniec czerwca 2020 r. Spółki portfelowe Emitenta realizują przyjęte strategie rozwoju i notują istotne wzrosty wycen rynkowych. 

W bardzo sprzyjającym otoczeniu rynkowym wartość portfela JR HOLDING ASI S.A. wzrosła na koniec czerwca 2020 r. do rekordowego poziomu prawie 738 mln zł. W samym tylko czerwcu br. aktywa Spółki uległy zwiększeniu o ponad 257 mln zł, a w całym drugim kwartale 2020 r. o 507 mln zł. Wzrost wartości całego portfela, a także kursu akcji Emitenta jest związany nie tylko z bardzo dobrym nastawieniem rynkowym do małych i średnich spółek, ale przede wszystkim z realizacją strategii rozwoju, czego potwierdzeniem są wysokie stopy zwrotu spółek portfelowych. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. będzie pracował nad pozyskaniem kolejnych innowacyjnych i perspektywicznych spółek do portfela inwestycyjnego.

„Osiągnięty przez nas wzrost aktywów w poszczególnych miesiącach drugiego kwartału 2020 r., jak również w całym kwartale, jest w naszej opinii imponujący. Wszystkie nasze spółki portfelowe realizują przyjęte plany rozwoju, a rynek pozytywnie dyskontuje ich działalność i wyniki finansowe, czego potwierdzeniem jest wzrost kursów akcji. Nasza koncentracja na projektach z branży OZE, gamingu i biotechnologii przynosi oczekiwane rezultaty i zamierzamy nadal kontynuować przyjęte kierunki inwestowania.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A. 

W najbliższym czasie Zarząd Spółki będzie chciał dokonać aktualizacji strategii rozwoju na lata 2020-2022, bowiem dynamiczny rozwój spółek z portfelowych oraz planowane nowe inwestycje znacząco wyprzedziły wartości zakładane w opublikowanej strategii. Jednocześnie Zarząd Spółki będzie rekomendował na najbliższym Zwyczajnym Walnym Zgromadzeniu rozpoczęcie prac nad przejściem Emitenta na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

JR HOLDING ASI S.A. przeprowadza obecnie rebranding Spółki i pracuje nad uruchomieniem nowego serwisu korporacyjnego. Podejmowane działania odzwierciedlają dynamiczny rozwój Emitenta i mają na celu przejrzyście pokazywać strukturę JR HOLDING ASI S.A. Spółka uruchomiła także nową podstronę – www.portfel.jrholding.pl, na której prezentowany jest aktualny portfel inwestycyjny wraz z wartością jej inwestycji oraz udziałem w poszczególnych spółkach wchodzących w jego skład. Wszystkie te działania mają za zadanie zwiększyć transparentność JR HOLDING ASI S.A. oraz poprawiać wizerunek Emitenta wśród inwestorów i uczestników rynku kapitałowego. 

Spółka wypracowała w 2019 r. ponad 165 mln zł zysku brutto, co jest rekordowym wynikiem w jej wieloletniej historii. W minionym roku JR HOLDING ASI S.A. została wpisana przez Komisję Nadzoru Finansowego do Rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi.

JR HOLDING ASI S.A. jest spółką inwestycyjną notowaną na rynku NewConnect od listopada 2012 r., która wygasza działalność w segmencie nieruchomości komercyjnych oraz zwiększa zaangażowanie w nowe projekty inwestycyjne. Spółka opublikowała w listopadzie ub. roku strategię rozwoju na lata 2020-2022, która przewiduje wyjście z segmentu nieruchomościowego i reinwestycję środków w nowe projekty inwestycyjne z obszaru odnawialnych źródeł energii, gier komputerowych oraz nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji. Emitent planuje także przenieść notowania na rynek główny GPW w Warszawie. JR HOLDING ASI S.A. będzie prezentowała wartość portfela inwestycyjnego poprzez kwartalną aktualizację wyceny aktywów, w szczególności aktywów notowanych na giełdzie. Ambicją Zarządu Spółki jest osiągnięcie do końca 2022 r. aktywów o wartości 1 mld zł.

Czy Unia Europejska chce ograniczyć prawa pasażerów? Rozwiewamy wątpliwości

0

Wbrew obiegowej opinii, Komisja Europejska obecnie nie pracuje nad zmianą przepisów regulujących wypłacanie podróżnym odszkodowań za odwołane i opóźnione loty – dowiedziała się firma AirCashBack. Mimo pandemii COVID, która mocno dotknęła branżę lotniczą, KE nadal priorytetowo traktuje ochronę pasażerów i nie zgadza się na regulacje ograniczające ich prawa.

Pod koniec czerwca media obiegła informacja, że Komisja Europejska pracuje nad zmianami w rozporządzeniu WE 261/2004, które określa zasady wypłaty odszkodowań pasażerom linii lotniczych. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, za lot odwołany lub opóźniony o więcej, niż 3 godziny, pasażerom należy się nie tylko zwrot ceny biletu (jeśli nie zdecydują się na alternatywny rejs) ale także finansowa rekompensata. Jest to odpowiednio 250 euro za lot do 1500 km, 400 euro za lot na dystansie 1500-3500 km i 600 euro za lot na dystansie powyżej 3500 km.

Nagłe zamknięcie granic w marcu sprawiło, że przewoźnicy nie byli w stanie zrealizować wielu zaplanowanych połączeń. Zgodnie przepisami, w takiej sytuacji linie nie są zobowiązane wypłacać określonego rozporządzeniem odszkodowania – muszą jedynie zwrócić klientom koszty zakupu biletów. Obecnie jednak przestrzeń powietrzna jest ponownie otwarta, a linie testują nowe, pokryzysowe siatki połączeń. I choć bardzo tego nie chcą, muszą, odpowiadać finansowo za ewentualne nagłe zmiany w grafikach swoich lotów.

Według medialnych spekulacji z końca czerwca, przewoźnicy mieliby być zwolnieni z obowiązku wypłaty odszkodowań za loty opóźnione do pięciu godzin, a nie, jak do tej pory, trzech. W przypadku długich lotów, opóźnienie mogłoby wynieść nawet 12 godzin – informowała Rzeczpospolita. W publikacjach w mediach gospodarczych przewijały się też informacje o wyłączeniu odpowiedzialności przewoźników w przypadku odwołania lub opóźnienia lotu z powodu technicznej usterki maszyny. Wszystkie te zmiany miałyby być sposobem na ratowanie osłabionej pandemią branży.

Przedstawiciele AirCashBack postanowili zweryfikować te doniesienia u źródła. W odpowiedzi na zapytanie skierowane do Punktu Informacyjnego Unii Europejskiej, prawnicy firmy uzyskali informację, że nie ma żadnych oficjalnych komunikatów na temat wyżej opisanych lub podobnych zmian. Co więcej, już w maju tego roku Komisja Europejska odrzuciła naciski krajów unijnych, w tym m.in. Polski, lobbujących na rzecz przewoźników, którzy chcieli uniknąć masowego zwracania klientom poniesionych kosztów. Firmy lotnicze, zamiast zwracać pieniądze za opłacone i niewykorzystane z powodu pandemii bilety, chciały zastąpić je voucherami. Tymczasem unijne instytucje rekomendują pozostawienie pasażerom decyzji co do formy odbioru środków.

Jak informuje Julia Wawryło z Punktu Informacyjnego Unii Europejskiej, nie można wykluczyć, że trwają wewnętrzne konsultacje dotyczące rozporządzenia WE 261/2004, które nie zostały podane do wiadomości publicznej. Jednak nawet gdyby instytucje unijne przychylnie spojrzały na postulaty przedstawicieli branży lotniczej, na wprowadzenie nowych regulacji musielibyśmy jeszcze poczekać.

Unijny proces ustawodawczy trwa minimum trzy miesiące – tłumaczy Alexander Stan-Otasevici, dyrektor działu prawnego AirCashBack. – Nie można także zapominać o tym, że wprowadzanie nowych przepisów prawa wymaga ustalenia odpowiedniego vacatio legis, tj. określonego w przepisach okresu między publikacją aktu prawnego, a jego wejściem w życie – dodaje. Przy uchwaleniu rozporządzenia 261/2004, okres vacatio legis wynosił ponad rok. Pamiętajmy, że od złożenia przez Komisję Europejską projektu Rozporządzenia 261/04 (21 grudnia 2001 roku) do jego wejściaw życie (17 lutego 2005 roku) minęły prawie trzy lata i dwa miesiące.

Hakerzy atakują częściej, bo pracujemy zdalnie. Ekspert: Rosną technologiczne możliwości odpierania cyberataków

0

Zdalna praca z domu, na którą przestawiło się dziś wiele firm, zwiększyła wśród pracowników ryzyko stania się celem cyberprzestępców – ostrzegają eksperci Canon, którzy uczulają na to, że dziś także w domowym biurze konieczne jest zapewnienie odpowiedniego cyfrowego zabezpieczenia, zwłaszcza wrażliwych informacji firmowych. Jak wynika z najnowszych danych, liczba cyberataków w trakcie pandemii wzrosła, ale też – co podkreślają specjaliści – mamy coraz więcej możliwości ich skutecznego odpierania.

W ostatnich trzech miesiącach nastąpił przede wszystkim wzrost złośliwych ataków zawierających oprogramowanie ransomware (czyli takie, które szyfruje dane i umożliwia hakerowi domagania się okupu) – podają autorzy raportu Związku Cyfrowa Polska i Instytutu Kościuszki na temat aktualnej sytuacji cyberbezpieczeństwa na świecie i w Polsce. Widoczna jest także korelacja siły uderzenia wirusa z liczbą cyberataków.  Z danych kanadyjskiej firmy doradczej SecDev Group wynika, że głównymi ofiarami hakerów są dziś mieszkańcy Włoch i Stanów Zjednoczonych, krajów, które najmocniej dotknęła pandemia. Tylko w marcu dynamika zachorowań na Covid-19 w tych krajach sięgnęła 15–20 proc., a w tym czasie natężenie cyberzagrożeń wzrosło tam aż o 25–30 proc. Zwiększona intensywność działalności hakerów obserwowana jest również w Polsce.

Powód? Z jednej strony – skupienie społeczeństwa na kwestiach walki z wirusem i kryzysem finansowym. Z drugiej – działalność zorganizowanych grup hakerów, liczących na wywołanie destabilizacji. Nie mniej istotnym powodem jest jednak coraz bardziej popularna praca zdalna. Pracownicy zabierający obowiązki do domu często nie dbają o zapewnienie danym tak wysokiego poziomu zabezpieczeń, jak w biurze.

Chmura – bezpieczne i jednolite środowisko pracy

– Warto pamiętać, że z roku na rok rosną nie tylko liczby cyberataków, ale też możliwości ich odpierania. Nowoczesne oprogramowanie jest coraz lepiej przystosowane do zapobiegania zagrożeniom – mówi Dariusz Szwed, Product Business Development Manager w Canon Polska. I dodaje, że najwięcej pewności dają rozwiązania umieszczone w cyfrowej chmurze. Dlaczego? Jak podkreśla ekspert Canon Polska, tego typu systemy są na bieżąco aktualizowane i ulepszane. Firma, która wykorzystuje oprogramowanie zawieszone w cyfrowej chmurze obliczeniowej, zwalnia pracownika z konieczności instalowania łatek i uaktualnień.

Jednak, co szczególnie istotne w kontekście pracy zdalnej, chmura zapewnia całej firmie jednolite środowisko pracy. To wygodne, bo łatwo można zorganizować system wymiany plików, dostęp do materiałów czy dyskusję między pracownikami. Wzrasta także poziom bezpieczeństwa, bo cała firma pracuje według wspólnych standardów.

– Weźmy pod uwagę np. drukarki i skanery – mówi Dariusz Szwed. – To bardzo ważne urządzenia, bo mogą stanowić potencjalną bramę cyfrowego ataku. Często pamiętamy o zabezpieczeniu komputera, całkowicie zapominając o podłączonych do niego drukarkach, skanerach i kamerach. Integracja z systemami monitorowania incydentów (SIEM) oraz odpowiednie oprogramowanie chmurowe do zarządzania środowiskiem druku pozwala wyeliminować większość zagrożeń – twierdzi ekspert.

Producenci oprogramowania zapewniają na przykład opcje monitoringu i audytu zdarzeń, dzięki któremu żadne wykorzystanie drukarki lub skanera nie pozostanie niezauważone. Coraz częściej pamięta się o zapewnieniu możliwości łatwego, choć bezpiecznego, druku dla gości. Oprogramowanie może także pomóc w odpowiednim szyfrowaniu plików, przesyłanych do końcowego urządzenia.

– Czasami spotykamy się z nieufnymi reakcjami klientów – przyznaje specjalista Canon Polska. – Przedsiębiorcy dopytują, czy dane utrzymywane w przestrzeni internetowej są bardziej bezpieczne niż na fizycznym dysku. Nasza odpowiedź zazwyczaj brzmi: „tak, są zdecydowanie bardziej bezpieczne, bo chronione przez najwyższej klasy oprogramowanie”. A przecież dysk, choć może stać na biurku obok pracownika, zazwyczaj i tak posiada dostęp do internetu – przekonuje Dariusz Szwed.

Potwierdzają to badania amerykańskiego przedsiębiorstwa analityczno-badawczego Gartner, według których aż 95 proc. problemów pojawiających się podczas eksploatacji oprogramowania chmurowego było powodowane błędem ludzkim.

Domowa higiena zawodowa

Odpowiednia technologia niewiele jednak pomoże, jeśli pracownicy podczas HomeOffice nie będą przestrzegać odpowiedniej higieny pracy. Dariusz Szwed: – Czasami atak hakera może ułatwić taka drobnostka jak zbyt proste hasło do usługi sieciowej. „Admin”, „12345” oraz inne oczywiste hasła powinny być całkowicie zapomniane w każdym przedsiębiorstwie. Radziłbym także unikać stosowania haseł zbiorczych. Dobry klucz dostępu powinien być unikatowy dla każdego z pracowników.

Kiedy praca dobiega końca, zawsze warto pamiętać o odpowiednim zamykaniu i zabezpieczaniu sprzętu. Szczególny problem mogą stanowić także niezabezpieczone domowe drukarki – być może lepiej przełożyć wydruk na następny dzień i odebrać go w biurze? To łatwiejsze tym bardziej przy wykorzystaniu nowoczesnego oprogramowania chmurowego – pliki mogą oczekiwać w chmurze na dogodny moment wydruku.

– Najważniejszy podczas pracy z domu jest tak naprawdę zdrowy rozsądek – twierdzi Dariusz Szwed. – Na świecie coraz bardziej popularne jest tak zwane CEO Fraud, czyli oszustwo na prezesa. Przestępcy, przy użyciu fałszywej wiadomości e-mail, podszywają się pod przełożonego i zlecają pracownikom wykonanie przelewu na dużą kwotę. Najskuteczniejszą metodą walki z takim oszustwem jest po prostu druga metoda kontaktu z potencjalnym przełożonym, telefon lub sms. Zagrożeń w sieci czyha wiele, ale wielu z nich można uniknąć, będąc po prostu świadomym. Ze strony firmy koniecznością jest zatem odpowiednie przeszkolenie pracowników – podsumowuje ekspert Canon Polska.

Eksperci o sprawach frankowych: Szansa na szybsze kończenie sporów dopiero za 2 lata

Nawet 3-4 lata trwa rozpoznanie sprawy w stołecznym sądzie w pierwszej instancji, a 2 lata – w apelacji. W pozostałych miastach jest niewiele lepiej. Natomiast sami sędziowie przekonują, że zawsze działają bez zbędnej zwłoki. Z kolei prawnicy zwracają uwagę na nadmierną skłonność do rozpoznawania wniosków dowodowych. Do tego na opinię biegłego trzeba czekać nawet rok. Światełko w tunelu dają wprowadzone w ub.r. nowe regulacje w procedurze cywilnej, które mogą przyspieszyć procesy, na co liczą kredytobiorcy. Są też głosy, że korzystna byłaby obowiązkowa mediacja. Jednak eksperci studzą emocje. Kluczowa sprawa, czyli oczekiwane jednolite orzecznictwo, nie tak szybko się u nas wykształci. A tylko to może dać gwarancję, że sprawy będą rozstrzygane w zbliżony i szybki sposób.

 Czas na długi proces

W przestrzeni publicznej pojawiają się opinie, że tzw. sprawy frankowe trwają zbyt długo. Jak informuje adwokat Jakub Bartosiak z warszawskiej Kancelarii MBM Legal, w sądzie pierwszej instancji w stolicy rozpoznanie zajmuje nawet 3-4 lata, a w apelacji od 1,5 do 2 lat. W mniejszych ośrodkach jest niewiele szybciej, trwa to kilka miesięcy krócej. W toku procesu są zazwyczaj 2-3 rozprawy. Zdaniem eksperta, realne jest, żeby sprawy w pierwszej instancji zamykały się góra w półtora roku. Postępowanie apelacyjne mogłoby trwać kolejne 6-12 miesięcy.

– Sprawy frankowe są jednymi z najtrudniejszych, jakie prowadziłam w ostatnim czasie. Same umowy kredytowe nie są łatwe do zrozumienia, nawet dla wykształconego człowieka, jeżeli nie zdobył on odpowiedniej wiedzy z zakresu bankowo-finansowego. Pozwanych banków jest mnóstwo, ponadto mamy do czynienia z różnymi umowami, a liczba pozwów stale rośnie. Dlatego sprawy tyle trwają – komentuje SSO Joanna Ciesielska-Borowiec, rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Jak podkreśla SSO Monika Pawłowska-Radzimierska, rzecznik prasowy ds. cywilnych SO w Łodzi, paradoksalnie masowość problemu utrudnia go. Powoduje bowiem znacznie mniejszą elastyczność stron sporu oraz większe poczucie konieczności wypracowania jednolitego sposobu rozstrzygania, co jest poza zasięgiem sędziów. Z kolei mec. Bartosiak przekonuje, że sprawy dotyczą głównie interpretacji prawa – postanowień zawartej umowy kredytowej. W większości przypadków sądy mogłyby orzekać wyłącznie na podstawie zgromadzonych dokumentów, ewentualnie przesłuchując na jednej rozprawie kredytobiorców. Wymaga to jednak od sądu znajomości tego typu umów, wyrobionego stanowiska w ich ocenie, stanowczości i odwagi w oddalaniu wniosków dowodowych.

– Wyroku nie można wydać od razu po przeczytaniu pozwu i załączników. Niestety, jeszcze ani Sąd Najwyższy ani TSUE, nie wskazały np. prostego wzoru, do którego można podstawić zmienne z konkretnych umów i uzyskać w parę minut wynik. Jest wręcz przeciwnie. Wskazywano na potrzebę indywidualizacji sytuacji każdego kredytobiorcy, unikając uogólnień – podkreśla SSO Lidia Wieliczuk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim.

Sądy robią wszystko, żeby sprawy frankowe, podobnie jak i inne, rozpoznawane były bez zbędnej zwłoki. Przekonuje o tym sędzia Mirosław Wieczorkiewicz, przewodniczący IX Wydziału Cywilnego Odwoławczego w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. Jego zdaniem, mylne jest stanowisko, że sprawy dotyczą tylko oceny prawnej. Umowy kredytowe nie są takie same. Były zawierane przez wiele banków, w różnym czasie i na odmiennych warunkach. W związku z tym na początku takie fakty należy ustalić. Z kolei jak zaznacza SSO Monika Pawłowska-Radzimierska, można oczekiwać, że jednolite orzecznictwo wykształci się najszybciej za ok. 2 lata. Wówczas sprawy będą rozstrzygane w zbliżony sposób.

– Z pewnością wykształcenie jednolitego orzecznictwa, uwzględniającego stanowisko Sądu Najwyższego, potrwa. Pozwy składane obecnie i tak będą rozpoznane dopiero za 2-3 lata, nie wcześniej. Nie ma zatem sensu czekać. Jeśli wniesiemy sprawę w 2022 roku, to sąd zajmie się nią za 4 lata. Wśród sędziów jest coraz większa znajomość przepisów i orzecznictwa TSUE dotyczącego ochrony konsumentów. Regulacje unijne w relacjach przedsiębiorca-konsument jednoznacznie chronią tego ostatniego  – stwierdza mec. Bartosiak.

Krążenie wokół dowodów

Z kolei sędzia Mirosław Wieczorkiewicz podkreśla, że żądania pozwów nie są takie same. Dotyczą unieważnienia umowy albo tylko zapłaty. To powoduje odmienne postępowanie, także dowodowe. Zdaniem eksperta z Kancelarii MBM Legal, dodatkowym obciążeniem jest nadmierna skłonność sądów do rozpoznawania wszystkich wniosków dowodowych zgłaszanych przez strony. Wynika to z chęci uniknięcia zarzutów apelacyjnych dotyczących niepełnego postępowania dowodowego. Tymczasem na opinię biegłego trzeba czekać od 6 do 12 miesięcy.

– Aktualnie sądy w procesie cywilnym co do zasady nie dopuszczają dowodów z urzędu. To znaczy, że nie powołują z własnej inicjatywy biegłych i nie szukają świadków. To pełnomocnicy stron, najczęściej już w pozwie lub odpowiedzi na pozew, wnoszą o tego typu działania – informuje sędzia Wieliczuk.

Jak zaznacza sędzia Juliusz Ciejek, Przewodniczący I Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Olsztynie,  świadkowie wnioskowani przez banki są przesłuchiwani. Nie można z góry przesądzać tego, że ich zeznania będą np. niewiarogodne lub nic nie wniosą do sprawy, jeśli teza dowodowa dotyczy okoliczności istotnej. Natomiast SSR (del) Tomasz Durlej, rzecznik prasowy SO w Kielcach, podkreśla, że w określonych sytuacjach wymagane są wiadomości specjalne. Tak jest, zwłaszcza gdy trzeba coś wyliczyć w sposób precyzyjny. Dla przykładu, trzeba dokładnie ustalić daty wymagalności poszczególnych rat, kwot, odsetek od nich czy wartości w ogóle. W takich przypadkach opinia biegłego wydaje się jak najbardziej wskazana.

–  Gdyby był jakiś program, który umożliwiałby sędziom wprowadzenie odpowiednich danych, być może zbędne byłoby przeprowadzanie dowodu z opinii biegłych. Sprawy frankowe, jak się okazuje, nie są jednak wyłącznie prostą matematyką, skoro biegli potrzebują kilku miesięcy na wykonanie opinii. Z kolei sędziowie nie dysponują odpowiednimi narzędziami, by biegłych zastąpić. Dodać także należy, że w procesach w tego typu sprawach ukształtowały się zasadniczo dwie linie. Jedna to uznanie umowy za nieważną, a druga to tzw. „odfrankowienie”, czyli przewalutowanie na złotego według wskazanych zasad – komentuje Dorota Kordiak, wiceprezes Sądu Okręgowego w Zielonej Górze.

Według mec. Bartosiaka, długie oczekiwanie na opinie biegłych nie jest zaskoczeniem. Ekspert zaznacza, że specjaliści w zakresie finansów, bankowości i rachunkowości finansowej otrzymują 32,39 zł brutto za godzinę pracy. Przy tak niskiej zapłacie brakuje chętnych do prowadzenia tego typu działalności na rzecz sądów. Zdaniem eksperta, konieczne jest zwiększenie wynagrodzenia dla biegłych. Musi ono motywować do sprawnej pracy i odpowiadać zdobytym kwalifikacjom.

– Od 7 listopada ub.r. obowiązuje nowy przepis – art. 2352 k.p.c., który upoważnia sąd do pominięcia poszczególnych dowodów, np. gdy jest nieprzydatny do wykazania danego faktu. Przy tym trudno jeszcze ocenić po kilku miesiącach obowiązywania regulacji, jak to wpłynie na tok procesów. Natomiast jeżeli strona wnioskuje o przesłuchanie świadka czy dowód z opinii biegłego, a nie zachodzą przesłanki ze wskazanego wyżej przepisu, obowiązkiem Sądu jest przeprowadzenie takiego dowodu– wyjaśnia SSO Tomasz Szaj, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Szczecinie.

Szansa na przyspieszenie

Zmiany w procedurze cywilnej wprowadzone od listopada 2019 roku pozwalają na składanie przez świadków zeznań w formie pisemnej, o czym informuje SSO Monika Pawłowska-Radzimierska. I dodaje, że w dobie pandemii jest coraz szerzej stosowane. Jest to zatem szansa na znaczne przyspieszenie procesów w sprawach frankowych. Dopiero jednak jednolite orzecznictwo Sądu Najwyższego ostatecznie ukształtuje praktykę co do orzekania i koniecznych do przeprowadzenia dowodów.

– Obowiązkowa mediacja wpłynęłaby na przyspieszenie rozpoznawania spraw. Strony mogłyby uzgodnić w trakcie mediacji nie tylko kwestie związane z zarzutami dotyczącymi nieważności umowy, ale również – jak ma wyglądać ostateczne rozliczenie stron. My sędziowie nakłaniamy do mediacji, ale do jej przeprowadzenia niezbędna jest zgoda obu stron. A z reguły pozwany nie jest tym zainteresowany – stwierdza SSO Kordiak.

W opinii mec. Bartosiaka, wprowadzenie obowiązkowej mediacji jest bezcelowe. I zaznacza, że to jest dodatkowy rok postępowania, który do niczego nie doprowadzi. Banki nie mają w tej chwili żadnego interesu, żeby szybko kończyć sprawy. Dla nich długie trwanie sporu jest korzystniejsze, bo nie muszą od ręki wypłacać pieniędzy. Ponadto, obracając środkami kredytobiorców, zarabiają więcej niż mają później wypłacić. Odsetki za opóźnienie wynoszą obecnie 6% w skali roku, a oprocentowanie kredytów np. 10-20%.

– Do spraw dotyczących kredytów frankowych najbardziej pożądani są biegli z zakresu bankowości i finansów lub rachunkowości i matematyki finansowej. W praktyce często się zdarza, że opinie tych biegłych, którzy nie posiadają doświadczenia stricte bankowego, mają luki i są później podważane, zwłaszcza przez same banki. Idealnie byłoby, gdyby sędziowie mogli weryfikować biegłych z listy nie tylko pod kątem ich specjalizacji, ale również z uwzględnieniem posiadanego przez nich doświadczenia, w tym znajomość produktów kredytowych. Myślę, że to byłoby bardzo pomocne – podkreśla SSO Kordiak.

Jak stwierdza sędzia Ciejek, to nie sędziowie mają działać na rzecz np. wprowadzania przepisów, które miałyby istotnie i na korzyść zmienić sytuację prawną tzw. frankowiczów. To niewątpliwie należy do innych organów władzy państwowej. One ich nie wprowadziły, pomimo licznych zapowiedzi stosownych zmian i udogodnień w tym kierunku.

– Długi czas trwania postępowań to jeden z fundamentalnych problemów całego wymiaru sprawiedliwości. Nie dotyczy on tylko frankowiczów. Spraw sądowych nie będzie ubywać. Zarówno sędziom, jak i pełnomocnikom powinno zależeć na ułatwieniu pracy sędziów i usprawnieniu procesu. Wszyscy jego uczestnicy – sędziowie, pełnomocnicy, klienci – muszą wywierać presję na ustawodawcę w celu rozwiązania tego problemu. Chodzi przede wszystkim o zapewnienie stabilności prawa, odpowiedniego finansowania i możliwości technicznych. Jeśli już idziemy do sądu, to zależy nam na tym, aby sprawiedliwość była wymierzona szybko  – podsumowuje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Tegoroczne wakacje pod znakiem ścisłych restrykcji. Na kolonie i obozy wyjedzie 80 proc. mniej uczniów [DEPESZA]

Tegoroczne wakacje pod znakiem ścisłych restrykcji. Na kolonie i obozy wyjedzie 80 proc. mniej uczniów [DEPESZA] 1

Około 240 tys. dzieci i młodzieży wyjedzie w tym roku na letnie kolonie i obozy. Te upłyną jednak pod znakiem ścisłych restrykcji. Dzieci muszą być przygotowane na stosowanie się do zasad higieny, a na organizatorów zostały nałożone dodatkowe wymogi. – Z kolei rodzice w tym roku poza organizacją i logistyką powinni bardziej skupić się na kwestiach zdrowia i pomyśleć o dodatkowym ubezpieczeniu dla dzieci – podkreślają przedstawiciele ERGO Hestii. Przyda się ono np. w razie nagłej choroby lub nieszczęśliwego wypadku.

W tym roku wakacyjne wyjazdy upłyną pod znakiem ścisłych restrykcji. Pod koniec maja Ministerstwo Edukacji Narodowej we współpracy z Głównym Inspektorem Sanitarnym i resortem zdrowia opublikowało wytyczne dla ich organizatorów i rodziców, którzy zdecydują się wysłać swoje dziecko na kolonie czy obóz letni.

– Płyny dezynfekujące, limit osób w pokojach i ścisłe regulacje. Jeszcze niedawno nie przeszłoby nam przez myśl, że tak mogą wyglądać kolonie. W te wakacje dzieci będą musiały przestrzegać surowych restrykcji. Przygotować się muszą również rodzice. Poza organizacją i logistyką warto jeszcze bardziej niż zwykle pochylić się nad ochroną zdrowia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Madziar, ekspertka ds. ubezpieczeń podróżnych w ERGO Hestii.

W dniu wyjazdu na letni wypoczynek dziecko musi być zdrowe. Rodzic musi pisemnie zaświadczyć, że nie mieszkało ono z osobą przebywającą na kwarantannie i nie miało kontaktu z osobą podejrzaną o zakażenie koronawirusem na 14 dni przed wyjazdem ani nie zdradza żadnych objawów wskazujących na chorobę zakaźną  (np. kaszel, gorączka, katar czy duszności). Jeśli takie wystąpią w czasie obozu czy kolonii, rodzic jest zobowiązany odebrać je maksymalnie w ciągu 12 godzin.

Dzieci, które wyjeżdżają na letni wypoczynek, muszą być z kolei przygotowane na konieczność stosowania się do wzmożonych zasad higieny, zachowywania dwumetrowego dystansu, a także wyposażone w maseczki. Jeżeli rodzice nie zapewnili dzieciom środków do ochrony osobistej i dezynfekcji, to zobowiązany do tego jest organizator wyjazdu. Musi też wyposażyć w nie wszystkich pracowników i wychowawców.

Wytyczne MEN regulują też, jak ma wyglądać sam wypoczynek. Grupy uczestników mogą liczyć maksymalnie 12 osób w przypadku dzieci do 10. roku życia i do 14 osób w przypadku dzieci starszych. W jednym pokoju czy namiocie może być zakwaterowana maksymalnie czwórka dzieci. Dodatkowo pokoje muszą być odpowiednio duże – na jedną osobę powinny przypadać 4 mkw. Ten limit obowiązuje też podczas zajęć prowadzonych w pomieszczeniach. Dzieci z różnych grup będą od siebie odizolowane, również na stołówce. W tym roku organizatorzy muszą też maksymalnie ograniczyć wyjścia do miejsc publicznych (np. zwiedzanie muzeów, popularnych atrakcji turystycznych). Mają też obowiązek zapewnić stałą obecność pielęgniarki lub możliwość szybkiej konsultacji z pielęgniarką, ratownikiem medycznym lub lekarzem.

– W tym roku dzieci nagle przestały chodzić do szkoły i do klas już nie wróciły. Nietypowe będą również wakacje. Wiele osób, które zazwyczaj wysyłało dzieci na dwutygodniowe obozy, teraz musi dwa razy się nad tym zastanowić. Dziś niemal każdy ruch podszyty jest wieloma wątpliwościami – mówi Agnieszka Madziar.

Organizator takiego wypoczynku jest zobowiązany zgłosić wyjazd z odpowiednim wyprzedzeniem. Do 26 czerwca br. w prowadzonej przez MEN bazie znajdowało się ok. 7 tys. zatwierdzonych zgłoszeń. Na zorganizowany wypoczynek w tym roku wyjedzie w sumie ok. 240 tys. dzieci i młodzieży. Dla porównania tylko w pierwszym miesiącu ubiegłorocznych wakacji organizatorzy zgłosili do bazy MEN ponad 27 tys. wyjazdów, w których wzięło udział prawie 1,2 mln uczniów. W te wakacje większość (ok. 160 tys.) dzieci będzie wypoczywać w kraju, ok. 3 tys. wyjedzie za granicę, a ok. 80 tys. będzie uczestniczyć w letnich półkoloniach.

– Koronawirus to temat numer jeden, jeśli chodzi o przygotowanie się do wakacji. Dlatego, mimo wznowienia lotów do wielu krajów, mnóstwo Polaków wciąż decyduje się na spędzenie lata nad Bałtykiem, na Mazurach czy w Bieszczadach. Firmy ubezpieczeniowe muszą dostosować się z ofertą do takich warunków. Tym bardziej że do tej pory skupiały się na wyjazdach zagranicznych – mówi ekspertka w ERGO Hestii.. – Dobra polisa musi być elastyczna. W dobie koronawirusa musimy sprawdzić, czy dane ubezpieczenia nie mają wyłączeń, np. w przypadku ogłoszenia epidemii w danym kraju. To by oznaczało, że po ogłoszeniu takiego stanu odszkodowanie nie zostałoby wypłacone.

Jak podkreśla ekspertka, w tym roku oprócz nowych zagrożeń spowodowanych przez koronawirusa rodzice nie powinni też zapomnieć o tych starych. Podczas letnich kolonii i obozów może dojść do nieszczęśliwego incydentu, w wyniku którego dziecko np. złamie rękę lub nogę.

– Na wakacyjnym wyjeździe warto mieć pewność, że niezależnie, w którym miejscu stanie się coś niespodziewanego, lekarz natychmiast do nas przyjedzie. Podobnie ma się to w przypadku uprawiania letnich sportów. Chodzimy po górach, pływamy żaglówkami, jeździmy rowerami. Zwiększamy w ten sposób ryzyko np. złamania nogi. Dobrze mieć pewność, że w takich momentach będziemy posiadali finansowe zabezpieczenie. A pandemia tym bardziej powinna nas skłonić do zakupu odpowiedniej polisy – podkreśla Agnieszka Madziar.

Zgodnie z przepisami organizatorzy wypoczynku dla dzieci mają obowiązek zapewnienia ubezpieczenia kosztów leczenia i NNW w przypadku wyjazdów zagranicznych. Często jednak są to polisy z minimalną sumą ubezpieczenia, która niekoniecznie pokryje wszystkie niezbędne wydatki, np. związane z leczeniem za granicą lub transportem do kraju. To dlatego rodzice decydują się na dodatkową ochronę ubezpieczeniową. Niezależnie od tego polisa powinna zawierać także ochronę na wypadek nieszczęśliwego wypadku. Ta przyda się także w Polsce.

– Coraz więcej osób decyduje się na ubezpieczenie, bo wystarczy prosta kalkulacja, żeby zrozumieć, że dobra polisa nie musi być droga. Zaczynamy rozumieć, że koszt ubezpieczenia podróżnego w porównaniu do kwoty wydawanej na całość wakacji wcale nie jest duży. Obecnie miesięczne wakacje rodzinne można ubezpieczyć nawet za 80 złotych. To nie są duże pieniądze. Przed wyborem ubezpieczenia warto zorientować się w ofertach dedykowanych właśnie wakacjom w kraju – mówi ekspertka ds. ubezpieczeń podróżnych w ERGO Hestii.

W transporcie ubywa pasażerów, ale przybywa gapowiczów. Długi za jazdę bez ważnego biletu przekraczają już 144 mln zł

W transporcie ubywa pasażerów, ale przybywa gapowiczów. Długi za jazdę bez ważnego biletu przekraczają już 144 mln zł 2

Z powodu pandemii średni spadek przychodów ze sprzedaży biletów – zarówno w komunikacji miejskiej, jak i na kolei – szacuje się na ponad 80 proc. Z publicznego transportu wciąż nie korzysta tylu pasażerów, co wcześniej, za to pojawia się coraz więcej gapowiczów. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor figuruje ich już ponad 115 tys. z łącznym długiem 144,3 mln zł, a rekordzista z Pomorza ma do zapłaty ponad 219 tys. zł. Niższe wpływy z biletów, a z drugiej strony wzrost kosztów związany z zaostrzonymi procedurami bezpieczeństwa powodują, że przewoźnicy są coraz bardziej zniecierpliwieni i zdeterminowani w odzyskiwaniu długów.

– W marcu ZTM w Warszawie sprzedał o 3,5 mln biletów mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej, co stanowi spadek o 53 proc., a ze sprzedaży biletów uzyskano blisko 37 mln zł mniej [spadek o 44 proc. – red.]. W Krakowie liczba pasażerów zmniejszyła się o 90 proc., a tygodniowe wpływy z tytułu sprzedanych biletów spadły z 8 mln zł do 600 tys. zł. Z kolei przewoźnicy kolejowi stracili od 70 do 90 proc. pasażerów. W PKP Intercity liczba rezerwacji biletów zmniejszyła się o 94 proc. Spółka z powodu pandemii odwołała 60 proc. połączeń, a 8 proc. miało skrócone trasy – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Gołębiewski, ekspert Departamentu Rynku Korporacyjnego w Rejestrze Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Choć większość obostrzeń związana z pandemią SARS-CoV-2 została już zniesiona, z transportu pasażerskiego wciąż nie korzysta tylu pasażerów, co wcześniej. Pojawia się za to więcej pasażerów podróżujących na gapę.

– Z obserwacji PKP Intercity wynika, że w niektórych pociągach istotnie wzrósł odsetek osób podróżujących bez ważnego biletu. Potwierdzają to też dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, które pokazują, że w tym roku liczba osób podróżujących na gapę wzrosła o prawie 18 tys., a kwota niezapłaconych kar z tego tytułu – o ponad 20 mln zł. Tylko w maju przybyło 7 tys. nowych dłużników i prawie 8 mln zł nowych długów – mówi Rafał Gołębiewski. – Średni dług z tytułu jazdy bez ważnego biletu wynosi około 1250 zł.

Łącznie na liście dłużników BIG InfoMonitor figuruje w tej chwili ponad 115 tys. gapowiczów z łącznym długiem 144,3 mln zł (dane na koniec maja br.).

Wbrew pozorom profil statystycznego gapowicza to nie osoba, która niedawno odebrała dowód osobisty, ale stateczny 40-latek. Jedna trzecia dłużników to osoby między 35. a 44. rokiem życia. Wśród nich zdecydowaną większość, bo aż 80 proc., stanowią mężczyźni.

– Najwięcej dłużników pochodzi z województw: mazowieckiego, śląskiego i pomorskiego. W tych regionach są także największe kwoty zaległości. Najmniej gapowiczów pochodzi natomiast z województw: podlaskiego, opolskiego i lubuskiego – wymienia ekspert.

Ograniczona liczba pasażerów i coraz wyższe długi gapowiczów stanowią poważny problem dla firm przewozowych. Dodatkowo zaostrzone procedury bezpieczeństwa w środkach transportu oznaczają dla nich wyższe koszty.

– W tych trudnych warunkach finansowych przewoźnicy wykazują się większą determinacją w ściąganiu należności i kar – twierdzi Rafał Gołębiewski. – Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor to dla firm przewozowych skuteczne narzędzie.

Już sama groźba wpisania informacji do tego systemu powoduje, że 67 proc. dłużników dokonuje płatności do 30 dni po otrzymaniu wezwania. Cały proces trwa znacznie krócej niż skierowanie sprawy do sądu czy windykacji.

– Całkowita spłata zobowiązania powoduje, że informacja jest usuwana z rejestru, nie są przechowywane żadne dane historyczne, co dodatkowo motywuje dłużnika do spłaty. Nawet 26 proc. informacji jest usuwanych w ciągu pierwszych czterech miesięcy od dokonania wpisu – mówi ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Jak podkreśla, dużą grupą gapowiczów są osoby, które prędzej czy później będą chciały skorzystać np. z ofert pożyczkowych, kredytowych czy telekomunikacyjnych, a instytucje, które je zapewniają, aktywnie korzystają z bazy BIG InfoMonitor i sprawdzają tam swoich klientów. Dłużnik, który figuruje w bazie, może mieć problemy z późniejszym zaciągnięciem kredytu, podpisaniem umowy abonamentowej czy kupieniem sprzętu na raty.

Z BIG InfoMonitor współpracuje m.in. spółka PKP Intercity, która dotąd wpisała do Rejestru Dłużników ponad 120 tys. osób. Ostatnio do grona przewoźników, którzy korzystają z tego narzędzia windykacyjnego, dołączył też Miejski Zakład Komunikacji w Nysie, wobec którego 300 dłużników zalega łącznie na kwotę ponad 378 tys. zł.

Prof. Marian Noga: Banki w Polsce są w bardzo złej kondycji. Upadek choćby jednego z nich wywołałby efekt domina

Zysk sektora bankowego w pierwszych miesiącach br. spadł o ponad 40 proc. Rekordowo niskie stopy procentowe, odpływ kapitału z rynku bankowego, znaczny wzrost ryzyka kredytowego i upadłości banków, które może wywołać falę domina – to główne zagrożenia, którym sektor będzie musiał stawić czoła w nadchodzących miesiącach. Jak ocenia prof. Marian Noga z wrocławskiej WSB, efektem będzie dalsze zaostrzanie polityki kredytowej, co ograniczy dostępność finansowania w gospodarce, a banki uciekną w inne produkty inwestycyjne. – Niedługo Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała podnieść stopy procentowe, żeby wzmocnić złotego i przeciwdziałać rosnącej inflacji, dzięki czemu banki zaczną powoli odrabiać straty związane z kredytowaniem gospodarki – dodaje.

– Banki w Polsce są w tej chwili w bardzo złej kondycji. Wyliczenia dla pierwszych czterech miesięcy tego roku pokazują, że z zaplanowanych około 4 mld zł zysku osiągnięto tylko niecałe 2,5 mld zł – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu i dyrektor Instytutu Współpracy z Biznesem.

Według Komisji Nadzoru Finansowego w pierwszych czterech miesiącach tego roku zysk netto sektora bankowego spadł o prawie 44 proc. rok do doku do poziomu 2,39 mld zł. Zbliżone dane opublikował w zeszłym tygodniu Narodowy Bank Polski, który podał, że w okresie styczeń–maj zyski sektora wyniosły 3,38 mld zł, co oznacza spadek o 42,2 proc. r/r.

W czerwcowym „Raporcie o stabilności systemu finansowego. Wydanie specjalne: skutki pandemii COVID-19” NBP ocenił, że w nadchodzącym czasie trzeba spodziewać się znacznego spadku zyskowności sektora. Wpłynie na to m.in. spadek marży odsetkowej wywołany obniżką stóp procentowych, wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe oraz spadek przychodów z tytułu opłat i prowizji, spowodowany zmniejszonym popytem na usługi bankowe. Jak zauważyli analitycy NBP, polskie banki mają tymczasem niewielki potencjał do głębszego obniżania kosztów.

– Największym zagrożeniem dla banków jest w tej chwili upadłość chociażby jednego z nich, bo to wywoła efekt domina i może pociągnąć za sobą upadek kolejnych – mówi ekspert.

Jak podkreśla, taki scenariusz reguluje unijna dyrektywa o restrukturyzacji i uporządkowanej upadłości banków (BRRD – Bank Recovery and Resolution Directive), którą musiały zaimplementować państwa członkowskie UE. Niemniej w nadchodzących miesiącach banki będą musiały zmierzyć się z całym szeregiem czynników, które zagrażają stabilności sektora. Jednym z głównych są niskie stopy procentowe (RPP obniżyła główną stopę referencyjną do 0,1 proc. i była to już trzecia obniżka w czasie pandemii) oraz znaczny wzrost ryzyka kredytowego.

– Po pięcioletnim bezruchu RPP trzykrotnie obniżyła stopy procentowe. To spowodowało, że bankom komercyjnym w Polsce w ogóle nie opłaca się akcja kredytowa. Zabezpieczenia kredytu są w tej chwili tak skomplikowane i wywindowane, że właściwie aż niemożliwe do spełnienia i w efekcie akcja kredytowa się zmniejsza, a nie zwiększa. Banki będą teraz uciekać od kredytowania, będą kupować złoto, obligacje, dokonywać inwestycji zagranicznych – prognozuje prof. Marian Noga. – W systemie bankowym jest około 400 produktów, w Polsce jak na razie uruchomionych jest tylko ok. 100. Banki zaczną teraz inwestować w te 300 produktów, w które dotąd jeszcze nie inwestowały.

Na zmiany w polityce kredytowej wskazuje też NBP. Według banku centralnego już w I kwartale tego roku banki zaostrzyły warunki udzielania kredytów we wszystkich segmentach. W przypadku kredytów dla przedsiębiorstw skala tego zaostrzenia była największa od 2009 roku. I choć w kolejnych miesiącach banki spodziewają się dużego spadku popytu na kredyty (zwłaszcza mieszkaniowe, konsumpcyjne i kredyty długoterminowe dla MŚP), to nadal zamierzają kontynuować tę politykę. Jak wskazał NBP, skala tego zaostrzenia będzie znaczna i spowoduje ryzyko nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce („Sytuacja na rynku kredytowym II kwartał 2020 r.”).

Według danych BIK w maju tego roku banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych. W ujęciu liczbowym  przyznały o prawie 53 proc. mniej limitów kredytowych, o 22 proc. mniej kredytów konsumpcyjnych oraz o 29 proc. mniej kredytów mieszkaniowych. Duże spadki nastąpiły też w ujęciu wartościowym. Dla przykładu wartość udzielanych kredytów konsumpcyjnych spadła prawie o połowę, a mieszkaniowych – o ponad 1/5.

– Obniżki stóp procentowych miały służyć temu, żeby przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe zaciągały kredyty, a w efekcie gospodarka się rozwijała. Czyli było to działanie na rzecz akcji kredytowej, ale skutek tych decyzji był odwrotny – tłumaczy dyrektor Instytutu Współpracy z Biznesem.

Niskie stopy procentowe – z powodu niskiego oprocentowania lokat i depozytów – zniechęcają do gromadzenia na nich kapitału. W efekcie powinna nastąpić stymulacja gospodarki, ponieważ Polacy zaczną chętniej kupować i zadłużać się, choć jednocześnie zaczną topnieć ich oszczędności. Tymczasem – jak podkreśla ekspert WSB – ta sytuacja prowadzi też do zagrożenia stabilności finansowej banków. Mniejsze zyski oznaczają dla nich mniej pieniędzy, choćby na konieczne inwestycje w cyfryzację i IT. Co więcej, bardzo niska stopa referencyjna sprawi też, że klienci zabiorą kapitał z rynku bankowego na ryzykowny rynek finansowy. W efekcie banki znajdą się w potrzasku, posiadając portfele kredytowe o wyższym ryzyku, notując niższe zyski ze sprzedaży kredytów oraz odpływający kapitał z depozytów.

– Oprocentowanie depozytów jest bliskie zera, co oznacza, że w tej chwili w ogóle się nie opłaca trzymać depozytów w banku. Gospodarstwa domowe nie mają wiedzy z zakresu finansów i bankowości, ale np. obligacje emitowane przez Skarb Państwa będą dla nich zdecydowanie lepsze i bezpieczniejsze niż depozyt bankowy. To oznacza, że nastąpi ucieczka w obligacje. Z kolei bogatsi – tak jak banki – będą uciekać np. w złoto, a jeszcze bogatsi i lubiący ryzyko – na rynek papierów wartościowych i w akcje – ocenia prof. Marian Noga.

Według danych NBP średnie oprocentowanie lokat bankowych zakładanych w kwietniu po raz pierwszy w historii spadło poniżej 1 proc. i wyniosło 0,93 proc. Natomiast strach przed kryzysem i pandemią w połączeniu z bardzo niskim oprocentowaniem lokat sprawił, że nigdy w dotychczasowej historii Polacy nie wypłacili z banków tak dużej gotówki – w marcu i kwietniu było to w sumie 46 mld zł, co oznacza, że kwota gotówki w obiegu wzrosła aż o 20 proc.

Jak podkreśla prof. Marian Noga, trudna sytuacja banków nie jest wyłącznie pokłosiem pandemii. SARS-CoV-2 to kolejny na przestrzeni ostatnich miesięcy cios dla sektora bankowego, m.in. po procesach o kredyty frankowe, tzw. małym TSUE regulującym zwroty prowizji za wcześniejszą spłatę kredytów konsumpcyjnych czy podatku bankowym.

– Sektor został obarczony podatkiem bankowym, którego nigdzie indziej na świecie właściwie nie ma. Także chociażby restrukturyzacją SKOK-ów, na ratowanie których zostały wydane ponad 3 mld zł. To oznacza, że banki w pewnym sensie zostały niesprawiedliwie obciążone kosztami, na które same sobie nie zapracowały. Nie należy się dziwić, że teraz nie chcą udzielać kredytów, bo po prostu boją się tzw. kredytów nieregularnych, niespłacanych. Można się spodziewać, że dwa główne banki państwowe, czyli PKO BP i Pekao SA, będą pod presją polityczną, żeby jednak kredytów udzielać więcej, i znajdą się w potrzasku – mówi.

Ekspert ocenia, że w najbliższym czasie RPP nie będzie miała innego wyjścia, jak podnieść stopy procentowe, żeby wzmocnić złotego i przeciwdziałać inflacji, która najdotkliwiej odbija się na budżetach gospodarstw domowych. Dzięki temu banki zaczną powoli odrabiać straty związane z kredytowaniem zarówno ich, jak i gospodarki.

– System bankowy będzie się jednak zmieniał, odchodząc od kredytów i depozytów, czyli od dwóch najważniejszych funkcji banku komercyjnego – mówi prof. Marian Noga.

Instytucje finansowe mają obowiązek zwrotu prowizji oraz innych pozaodsetkowych kosztów udzielenie kredytu lub pożyczki. Niesety wiele z nich nie wywiązuje się z tego obowiązku, albo wypłaca kwoty niższe od należnych. Chcąc złożyć wniosek o zwrot odsetek od kredytu wzór znajdziesz w sieci, ale to może nie wystarczyć. Zanim podejmiesz jakiekolwiek działania najlepiej skonsultuj się ze specjalistą, prawnikiem biegłym w prawie bankowym i finansowym.

Polska zacieśnia współpracę z USA w sektorze energetyki. Kluczowy atom i dostawy skroplonego gazu

Polska zacieśnia współpracę z USA w sektorze energetyki. Kluczowy atom i dostawy skroplonego gazu 3

Dostawy skroplonego gazu to kluczowy obszar polsko-amerykańskiej współpracy w sektorze energetyki. PGNiG, które stawia na dywersyfikację dostaw i uniezależnianie się od rosyjskiego surowca, sukcesywnie zwiększa wolumen zakupu LNG od Amerykanów. Do 2024 roku będzie to ponad 9 mld m3 rocznie. Kolejnym perspektywicznym obszarem współpracy jest też energetyka jądrowa. – Pojawiają się kolejne zapowiedzi Amerykanów, którzy są zainteresowani uczestnictwem w polskim projekcie atomowym – mówi ekspert ds. energetyki Mateusz Kubiak.

– Współpraca energetyczna pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi przeżywa dzisiaj rozkwit, czego dowodem jest także ostatnia wizyta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, analityk rynków energetycznychEsperis. –Pojawiają się kolejne zapowiedzi Amerykanów, którzy są zainteresowani uczestnictwem w polskim projekcie atomowym. Wciąż czekamy na konkretne decyzje, wiemy jednak, że rozmowy są ponoć coraz bardziej zaawansowane.

Jednym z obszarów współpracy jest energetyka jądrowa i budowa pierwszej w Polsce elektrowni atomowej. Był to temat rozmowy prezydentów Polski i USA podczas czerwcowego spotkania w Białym Domu.

W najbliższym czasie zostanie podpisana umowa między rządami Stanów Zjednoczonych i Rzeczypospolitej Polskiej, która umożliwi podjęcie prac projektowych związanych z wielkim projektem wprowadzenia konwencjonalnej energii nuklearnej dla produkcji energii elektrycznej w naszym kraju. Podmioty, które będą w tym brały udział, już w tej chwili są wytypowane. Uzgodnienia są bardzo daleko posunięte. Z polskiej strony te negocjacje od dawna już prowadzi minister Piotr Naimski. Obecnie konkludują one właśnie w zawarcie stosownej umowy międzyrządowej, czego można się spodziewać w najbliższym czasie – zapowiedział 24 czerwca Andrzej Duda po spotkaniu z Donaldem Trumpem.

Uruchomienie pierwszego bloku (o mocy ok. 1–1,5 GW) pierwszej elektrowni jądrowej przewidziano na 2033 rok. Do 2043 roku planowane jest uruchomienie kolejnych pięciu takich bloków. Według rządowych planów w latach 2040–2045 około 20 proc. produkcji energii w Polsce ma już pochodzić z atomu.

Jak podkreślał Andrzej Duda, od lat rozwijana jest współpraca między Polską a USA w dziedzinie energetyki. Jej główny obszar to dostawy skroplonego gazu LNG. Pierwszy w historii ładunek błękitnego surowca przypłynął do Polski w czerwcu 2017 roku, dostarczony przez amerykańskiego producenta Cheniere. Na mocy długoterminowych kontraktów zawartych w kolejnych latach import skroplonego gazu szybko rośnie. W tej chwili PGNiG ma zakontraktowany portfel do 2024 roku, który przewiduje dostawy ok. 9,3 mld m3 gazu po regazyfikacji rocznie. Po tym czasie wielkość zakupu LNG (wraz z dostawami z Kataru) przez PGNiG istotnie wzrośnie – do ok. 12 mld m3 po regazyfikacji rocznie.

Nie cały surowiec trafi jednak na polski rynek, ponieważ taki wolumen przekracza dostępne moce regazyfikacyjne – włącznie z tymi, które zostaną oddane do użytku w kolejnych kilku latach (rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu zakłada zwiększenie jego mocy regazyfikacyjnych o 50 proc. – do 7,5 mld m3 gazu rocznie do końca 2021 roku). PGNiG sprowadza więc skroplony gaz ze Stanów Zjednoczonych zarówno na użytek polski, jak i po to, żeby dalej nim handlować.

Trzeci obszar polsko-amerykańskiej współpracy energetycznej dotyczy regionu, zarówno Trójmorza, a więc szeroko rozumianej Europy Środkowo-Wschodniej, jak i Ukrainy. Ta współpraca jest dość aktywnie rozwijana. W zeszłym roku zostało chociażby podpisane porozumienie o współpracy polsko-ukraińsko-amerykańskiej właśnie w kwestii dostaw amerykańskiego gazu LNG na Ukrainę. Kto wie, czy także ten obszar nie będzie jeszcze aktywniej rozwijany w kolejnych miesiącach i latach – mówi analityk Esperis.

Polska jest uzależniona od importu gazu – z zagranicy pochodzi ok. 70 proc. tego surowca, w większości z Rosji.

Współpraca polsko-amerykańska związana z dostawami gazu do Polski ma oczywiście duże znaczenie. Nie chciałbym jednak się koncentrować konkretnie na znaczeniu gazu od jednego wskazanego dostawcy. Podstawowe znaczenie dla polskiej energetyki ma szerzej rozumiana dywersyfikacja – mówi Mateusz Kubiak.

PGNiG konsekwentnie realizuje jednak strategię dywersyfikacji kierunków dostaw. W ciągu ostatnich czterech lat udział paliwa kupowanego od Gazpromu w imporcie polskiej spółki spadł z 87 proc. do 60 proc. Wzrósł za to import skroplonego gazu sprowadzanego z Kataru, USA i Norwegii do terminalu w Świnoujściu – w ubiegłym roku udział LNG w imporcie gazu przez PGNiG wyniósł już 23 proc. Spółka sprowadziła w sumie 3,43 mld m3 skroplonego gazu ziemnego po regazyfikacji, czyli o ponad 1/4 więcej niż w 2018 roku. Tylko w I kwartale tego roku wolumen dostaw LNG wyniósł 0,98 mld m3, co oznacza wzrost o 34 proc. rok do roku.

– Pojawiają się nowe źródła dostaw ze Stanów Zjednoczonych, z Norwegii i innych kierunków poprzez terminal w Świnoujściu, a w przyszłości także terminal pływający w Gdańsku i gazociąg Baltic Pipe. Te wszystkie nowe źródła dostaw przekładają się na to, że zwiększa się konkurencja pomiędzy poszczególnymi dostawcami, a w efekcie spadają ceny gazu dla polskiej gospodarki, co też przekłada się na jej efektywność – mówi analityk rynków energetycznych Esperis.

Większe bezpieczeństwo dostaw ma zapewnić także budowa gazociągu Baltic Pipe. Błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym ma popłynąć do Polski w październiku 2022 roku. Przepustowość Baltic Pipe ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok. 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz.

Nadchodzi era post-covid commerce. Rozwój rynku będą napędzać przede wszystkim nowe technologie

Pandemia zmieniła nawyki zakupowe Polaków. Co czwarty internauta i ponad połowa e-kupujących zaczęła z jej powodu częściej robić zakupy w sieci – wynika z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020”. – Inwestycje w technologie to podstawa e-commerce’owego rozwoju – przekonuje Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. W erze post-covid commerce inteligentny sprzęt domowy sam zamówi brakujące produkty, sztuczna inteligencja sama odgadnie potrzeby konsumenta, a sklep przyszłości będzie łączyć świat offline z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością.

– Post-covid commerce to zjawisko, które nastąpi po całej sytuacji pandemii. Według naszego raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020” wynika, że konsumenci pozostaną w e-commerce. To znaczy, że te osoby, które rozpoczęły zakupy przez internet, a dla których powodem tego była pandemia, pozostaną im wierne, ponieważ to znacznie ułatwia im życie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Patrycja Sass-Staniszewska.

Z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej wynika, że pandemia znacząco wpłynęła na nawyki zakupowe Polaków. Co czwarty (27 proc.) internauta i ponad połowa e-kupujących zaczęła z jej powodu częściej robić zakupy w sieci. Zakupy online robi już 72 proc. badanych. To wzrost o 15 pkt proc. w stosunku do danych sprzed roku.

Zyskały nie tylko kategorie, które już wcześniej dobrze sobie radziły w e-biznesie, jak moda, uroda czy elektronika, lecz także zakupy spożywcze, które do tej pory były uznawane za branżę najbardziej offline’ową. Obecnie zadowolenie klientów z e-zakupów w kategorii  spożywczej jest bardzo duże. 72 proc. uważa, że dostępność produktów jest dobra lub nawet bardzo dobra. Wartość branży e-commerce na koniec 2020 roku sięgnie 98 zamiast wcześniej szacowanych 70 mld zł.

– Inwestycje w technologie to aktualnie podstawa rozwoju e-commerce, zwłaszcza w sytuacji, kiedy rośnie tak dynamicznie. Ludzie nie są w stanie obsłużyć w ten sposób konsumenta. W niektórych krajach zaczynają być popularne drony, bo brakuje kurierów, którzy dostarczają produkty zakupione przez internet. Niektóre firmy wykorzystują autonomiczne samochody. Inwestycja w technologie, automatyzację da kolejny sukces branży e-commerce – przekonuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

E-commerce do dalszego rozwoju potrzebuje przede wszystkim szerszego wykorzystywania sztucznej inteligencji. Uczenie maszynowe poznaje potrzeby konsumenta, stąd wiele firm e-commerce korzysta już z SI, aby lepiej zrozumieć swoich klientów i zapewnić im lepszą obsługę poprzez personalizację oferty. Na znaczeniu już zyskuje internet rzeczy – inteligentny sprzęt domowy zamówi brakujące produkty, zasugeruje też np. zdrowsze zamienniki tych najczęściej spożywanych. Technologia idzie krok dalej – lodówki same ocenią, kiedy dany produkt może się wyczerpać, i zrobią zakupy z wyprzedzeniem.

– W przypadku sprzedaży wielokanałowej bardzo fajnym pomysłem jest sklep przyszłości. To połączenie świata offline’owego z online’owym. Sklep przyszłości, który wykorzystuje najnowsze technologie, jest w stanie wykorzystać również augmented reality, czyli przenieść konsumenta, który już jest wirtualny w świecie stacjonarnym, do świata internetowego. Inwestycja w technologie i pełną automatyzację daje szansę na obsługę większej liczby konsumentów w internecie – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.

Coraz więcej firm rozwija koncepcję inteligentnych, wirtualnych półek sklepowych, na których zamówione produkty są dostępne od razu. Klient może przeglądać dostępne na półce produkty lub równolegle w aplikacji mobilnej. Dzięki oprogramowaniu i połączeniu go z podajnikiem produkty trafią bezpośrednio do klienta bez udziału sprzedawcy. Program poinformuje także właściciela sklepu o tym, jakie towary należy uzupełnić.

Nowinki technologiczne przyciągają klientów. Jak wynika z raportu IGE, już ponad połowa internautów korzysta z nowoczesnych rozwiązań zakupowych, m.in. wirtualnych przymierzalni.

Coraz więcej sklepów zdaje też sobie sprawę, że bez szerszej obecności w internecie, w tym w mediach społecznościowych, może nie mieć szans w walce z konkurencją.

– Rośnie social selling. Według naszego raportu ludzie chętnie kupują przez serwisy społecznościowe, klikając w przycisk „Kup” np. na Facebooku. Bardzo popularny staje się również TikTok – wskazuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. – Jeżeli sklep dostarcza jak największy wachlarz komunikacji, konsument z niego skorzysta.

Jesteśmy w samym środku „tsunami e-odpadów”. Tylko gospodarka zamkniętego obiegu zapobiegnie dalszej fali zanieczyszczeń [DEPESZA]

Coraz większy popyt i zużycie urządzeń elektronicznych tworzy najszybciej rosnący strumień odpadów na świecie. Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa to „tsunami e-odpadów”. Trzecia edycja raportu „Global E-Waste Monitor 2020” wskazuje, że w 2019 roku ludzkość wyprodukowała 53,6 mln ton metrycznych e-odpadów. W ciągu pięciu lat ich liczba wzrosła o 21 proc. – Pilnie potrzebujemy połączenia czwartej rewolucji przemysłowej z gospodarką o obiegu zamkniętym – przekonuje Antonis Mavropoulos, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Odpadów Stałych.

– W wielu częściach świata powstaje znacznie więcej odpadów elektronicznych, niż jest bezpiecznie przetwarzanych. Trzeba więcej wspólnych wysiłków, aby uświadomić sobie ten rosnący problem i podjąć odpowiednie środki zaradcze uzupełnione odpowiednimi badaniami i szkoleniami – podkreśla Nikhil Seth, dyrektor Instytutu ONZ do spraw Badań i Szkoleń (UNITAR).

Z najnowszej, trzeciej edycji raportu „Global E-Waste Monitor 2020” wynika, że w 2019 roku ludzkość wyprodukowała rekordowe 53,6 mln Mt elektronicznych odpadów. Oznacza to, że liczba e-śmieci w ciągu pięciu lat wzrosła o 21 proc. Do 2030 roku globalna liczba e-odpadów może sięgnąć 74 Mt, niemal dwukrotnie więcej niż jeszcze w 2014 roku. Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa to „tsunami e-odpadów”.

Co istotne, tylko niewielki odsetek elektronicznych śmieci trafia do recyklingu. W 2019 roku tylko 17,4 proc. z nich zostało przetworzonych. Tym samym szacuje się, że żelazo, miedź, złoto i inne wysokowartościowe materiały wycenione na 57 mld dol. zostały w większości wyrzucone, a nie przetworzone i ponownie wykorzystane. Tymczasem dla przykładu w tonie telefonów komórkowych jest 100 razy więcej złota niż w tonie rudy złota.

– Ilości odpadów elektronicznych rosną trzy razy szybciej niż ludność świata i 13 proc. szybciej niż światowy PKB w ciągu ostatnich pięciu lat. Ten gwałtowny wzrost każe zwrócić szczególną uwagę na kwestie związane ze środowiskiem i zdrowiem oraz pokazuje pilną potrzebę połączenia czwartej rewolucji przemysłowej z gospodarką o obiegu zamkniętym – wskazuje Antonis Mavropoulos, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Odpadów Stałych (ISWA).

Według raportu „Global E-Waste Monitor 2020”  Azja wygenerowała największą ilość e-odpadów w 2019 roku – 24,9 Mt. Obie Ameryki wyprodukowały 13,1 Mt, Europa – 12 Mt, a Afryka i Oceania odpowiednio 2,9 Mt i 0,7 Mt. E-odpady stanowią zagrożenie dla środowiska. Zawierają toksyczne dodatki i niebezpieczne substancje, np. rtęć, która może spowodować uszkodzenie mózgu. Szacuje się, że rocznie 50 ton rtęci stosowanej w monitorach czy fluorescencyjnych i energooszczędnych źródłach światła znajduje się w nieudokumentowanym przepływie e-odpadów. Dlatego tak ważna jest zrównoważona polityka.

Tymczasem, choć od 2014 roku liczba krajów, które przyjęły krajową politykę w zakresie e-odpadów, przepisy lub regulacje, wzrosła z 61 do 78, a największe firmy wyznaczyły ambitne cele w zakresie recyklingu, problem pozostaje nieuregulowany. Pomóc może gospodarka zamkniętego obiegu, która pozwoli na szerokie, ponowne wykorzystywanie e-odpadów.

– Czwarta rewolucja przemysłowa albo wprowadzi nowe podejście do gospodarki o obiegu zamkniętym w naszych krajach, albo pobudzi dalsze wyczerpywanie zasobów i nowe fale zanieczyszczeń. Postęp w monitorowaniu e-odpadów osiągnięty przez globalne partnerstwo w dziedzinie ich statystyki  daje promyk nadziei, że uda się nie tylko ściśle monitorować wzrost ilości e-odpadów, lecz także kontrolować ich wpływ i ustanowić odpowiednie systemy zarządzania – wskazuje Antonis Mavropoulos.

Zostań managerem marketingu przyszłości. Zrób to dzięki MMC

0

Precyzyjna wiedza, doświadczeni eksperci i kolejny krok w stronę rozwinięcia kompetencji managerskich. 23 września rusza Marketing Management Congress.

Już od kilku lat jesteś managerem, ale chcesz zwiększać swoje kompetencje?

Doskonale opanowałeś narzędzia marketingowe i chcesz się upewnić, że nic ci nie umyka?

Jesteś otwarty na naukę poprzez doświadczenie najlepszych ekspertów w Polsce?

Chcesz wiedzieć więcej z dziedziny, którą się zajmujesz?

Jeśli na którekolwiek z tych pytań odpowiedziałeś twierdząco, Marketing Management Congress  to event dla ciebie! 

Podczas wydarzenia poruszone zostaną istotne dla branży tematy:

– jak sprzedawać więcej dzięki kreatywnej reklamie

– co jest podstawą budowania silnej marki

– jak organizować pracę, by zespół był efektywny

– jak dostosować marketing do „nowej normalności”

– co jest skuteczniejsze – marketing subtelny czy też strategia „zawłaszczania kanału”

Marketing Management Congress to również doświadczeni eksperci. Prelekcje wygłoszą:

  1. Jacek Walkiewicz – psycholog, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich mówców. Od dwudziestu pięciu lat aktywnie uczestniczy w rozwoju edukacji dorosłych.
  2. Grzegorz Borowiecki – nadsztygar w agencji reklamowej WUNDERTEAM. Wierzy w etos ciężkiej pracy i śląski pragmatyzm. W komunikacji na pierwszym miejscu stawia mocne insighty, prostotę i autentyczność.
  3. Wojciech Ławniczak – jeden z pionierów service design thinking w Polsce. Współzałożyciel think-tanku Service Design Polska oraz Very Human Services, czyli agencji zajmującej się badaniami i projektowaniem w oparciu o podejście human-centred.
  4. Janina Bąk – komendant komedii i wirtuoz statystyki. Umie liczyć, opowiadać i opowiadać o liczeniu. Jak sama zaznacza, w jej historiach zasób słów jest tak bogaty, że mógłby samodzielnie spłacić cały dług publiczny Grecji.
  5. Jakub Biel – PR & Communication Manager znany z niestandardowego podejścia do marketingu, co udowodnił m.in. pierwszą głośną polską kampanią na Pornhubie czy wysłaniem iPhone’a do stratosfery. Aktualnie odpowiada za komunikację grupy x-kom.
  6. Michał Leszek – Marketing Director rodzinnej firmy Lechpol. Zajmuje się rozwijaniem strategii marketingowej oraz nadzorowaniem działań promocyjnych marek należących do firmy. Twórca projektu marketingowego Kruger&Matz, w którym szuka ludzi z pasją.
  7. Wojciech Herra – Keynote & Motivational Speaker, jeden z najbardziej inspirujących mówców w Polsce. Pokazuje przenikanie się zasad rządzących światem sportu i biznesu.
  8. Franciszek Georgiew – CEO Social Tigers, który siedem lat temu stawiał pierwsze kroki w branży reklamowej, bazując na doświadczeniach z dziennikarstwa internetowego. W ciągu dwóch lat przeszedł od stanowiska juniorskiego do zarządzania działem social media.

Ponadto, na uczestników czekają wydarzenia towarzyszące: networking, konsultacje oraz bogata strefa wystawiennicza.

Od ciebie zależy, czy nadążysz za dynamicznie kształtującą się branżą i wprowadzisz konieczne zmiany, by usprawnić pracę twojego zespołu. Zainwestuj w rozwój swojej firmy i skorzystaj z pomocy doświadczonych ekspertów, którzy zdradzą ci najlepsze techniki zarządzania marketingiem w dobie rzeczywistości cyfrowej.

Zaufali nam: Senuto, Social Tigers, WUNDERTEAM

Marketing Management Congress

Termin: 23 września 2020

Miejsce: Sound Garden Hotel, Warszawa

Więcej informacji, agendę oraz bilety na Marketing Management Congress znajdziesz na stronie internetowej mmcongress.pl.

Zostań managerem marketingu przyszłości. Zarejestruj się na MMC już dziś!

Gdzie Polacy ulokują 54 miliardy złotych?

0

Polacy w ciągu ostatnich 3 miesięcy wypłacili z polskich banków ponad 54 miliardy złotych. W fazie głębokiego kryzysu epidemicznego, jakiego świat nigdy wcześniej nie doświadczył, wielu ludzi decyduje się na zabezpieczenie swojego majątku. Gdzie podczas kryzysu lokować pieniądze, by zapewnić sobie stabilną przyszłość? Które aktywa są najbezpieczniejsze?

To zawsze jest pewnego rodzaju schemat – gdy sytuacja w kraju pogarsza się drastycznie, ludzie zaczynają szukać zabezpieczenia własnego majątku. W pierwszej kolejności próbują zabezpieczyć gotówkę. Wtedy warto szukać stabilnych aktywów, o których wiemy jak zachowują się w ekstremalnej sytuacji. Należy pamiętać o zasadzie – lokata to zabezpieczenie, a nie inwestycja – mówi Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark.

Jak podkreśla ekspert, głównym celem lokowania kapitału jest zabezpieczenie przyszłości, dlatego lokowanie zawsze powinno być rozważane w kontekście długoterminowym. Podstawową zasadą umiejętnego lokowania środków jest też dywersyfikacja. Umieszczenie całego majątku tylko w jednym rodzaju aktywów jest niebezpieczne w kontekście sytuacji ekstremalnej, takiej jak na przykład pandemia. Warto pamiętać, by środki były podzielone proporcjonalnie pomiędzy różnego rodzaju aktywami.

Wybór aktywów jest różnorodny – zarówno ziemia, złoto czy nieruchomości są trwałe i, jak udowodniono, utrzymują wartość. Historycznie, najlepiej sprawdzającym się w kryzysie instrumentem jest jednak złoto. Fizyczna postać tego instrumentu sprawia, że ma on potwierdzoną statystykami odporność na inflację, niską korelację z giełdami i bardzo wysoką płynność. Złoto stało się stabilnym i bezpiecznym narzędziem.

Cena złota wzrosła o przeszło 30 procent w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Tę wartość warto porównać do m. in. lokaty bankowej, której z założenia roczne oprocentowanie wynosiło 3 procent, a aktualnie oscyluje w okolicach 1 procenta. To potwierdza, jak drastycznie inne są te narzędzia – dodaje Tekliński.

Niemcy osłabiają euro

Dane z zachodniej granicy rozczarowały inwestorów. Wymiana handlowa Niemiec okazała się znacznie słabsza niż oczekiwano. W rezultacie euro jest dzisiaj w odwrocie od rana.

Niemiecki handel odbija wolniej

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat wymiany handlowej w Niemczech za maj. Teoretycznie wzrost eksportu o 9% a importu o 3,5% to dobry wynik w ujęciu miesięcznym. Problem w tym, że oczekiwano odpowiednio 13,8% i 12% wzrostu. Jest to znacznie mniej niż spadki z kwietnia wynoszące 24% w przypadku eksportu i 16,6% w przypadku importu. Pokazuje to, że gospodarka unijna wcale nie odbudowuje się tak szybko po lockdownie, jak sądzono. Widać wpływ tych danych na parze EURUSD, gdzie po ich publikacji euro wyraźnie traci względem dolara.

Złoto najdroższe od 2011 roku

Złoto jest najpopularniejszą inwestycją na trudne czasy. Nie inaczej było w trakcie pandemii. Wzrosty na złocie trwają jednak bez większych przerw od końca 2018 roku. Po przebiciu ważnej bariery 1800 dolarów za uncję przekroczyliśmy maksima z 2012 roku. Do poziomów z 2011 pozostaje jednak jeszcze ponad 100 dolarów. Była to jednak historycznie najwyższa cena dolarowa złota. Obliczenia te oczywiście nie uwzględniają inflacji.

Rynki dalej ufają Polsce

Pomimo słabości polskiej waluty jest jeden ważny wskaźnik, na którym można sprawdzić poziom zaufania inwestorów do Polski. Są to obligacje długoterminowe. Im wyższe oprocentowanie tych papierów wartościowych tym większej premii oczekują inwestorzy za powierzanie nam pieniędzy, a tym samym realnie za ryzyko niespłacenia zobowiązań. Rentowność obligacji spadła gwałtownie na początku epidemii, ale był to wynik spadku stóp procentowych. Warto jednak zwrócić uwagę, że ostatnie tygodnie powoli dalej obniżają rentowność. Świadczy to o tym (że pomimo rosnących potrzeb pożyczkowych państwa) znajdują się wciąż chętni na kredytowanie nas, a warunki się poprawiają.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ultima Ratio pierwszym w Polsce sądem online rozstrzygającym sprawy na linii konsument-przedsiębiorca

0

Ultima Ratio został wpisany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów na listę podmiotów uprawnionych do rozpoznawania tzw. sporów konsumenckich. To pierwszy w Polsce polubowny sąd online, który będzie mógł wydawać prawomocne wyroki w sprawach dotyczących niedotrzymania warunków umów pomiędzy konsumentami, a takimi firmami jak chociażby firmy pożyczkowe, operatorzy telefonii komórkowej i telewizji kablowej, dostawcy mediów czy ubezpieczyciele. Co ważne, stronami sporu będą mogły być również podmioty obracające wierzytelnościami wynikającymi z tych umów. Twórcy Ultima Ratio spodziewają się znacznego wzrostu liczby prowadzonych spraw i  podkreślają, że nowe uprawnienia nadane przez UOKiK traktują także jako dodatkową legitymizację biznesu, referencje świadczące o rzetelności i bezstronności stworzonego przez nich e-sądu.   

Do tej pory arbitrzy Ultima Ratio wydawali wyroki dotyczące sporów gospodarczych między firmami. Teraz Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny działający przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, Ultima przeszedł pozytywnie weryfikację UOKiK, który nadał mu uprawnienia do rozpatrywania tzw. sporów konsumenckich. Od teraz, Ultima Ratio obok spraw gospodarczych, może rozpoznawać także spory wynikające z umów między konsumentami a podmiotami, takim jak: uczestnicy rynku finansowego, zakłady ubezpieczeń, operatorzy telefonii komórkowej, operatorzy telewizji kablowych czy dostawcy mediów a także firmami czy instytucjami obracającymi wierzytelnościami wynikającymi z tych umów.

– Jesteśmy przekonani, że dzięki nowym uprawnieniom, lawinowo wzrośnie liczba spraw, którym zajmą się nasi arbitrzy.  Coraz więcej tzw. spraw konsumenckich jest rozwiązywanych poza salą sądową – w 2017 było ich 18 tysięcy, rok później niemal 20 tysięcy – z czego duża część dotyczyła branży finansowej, a więc sektora, który, zgodnie z decyzją Urzędu, możemy także „obsługiwać”. Liczymy także na to, że o wyborze Ultima Ratio jako sądu online orzekającego przez strony sporów konsumenckich wpłynie także obecna sytuacja w sądach powszechnych, które z powodu pandemii koronawirusa rozpatrują wiele spraw ze znacznym opóźnieniem a kolejki następnych sporów do rozstrzygnięcia w tradycyjnych sądach rosną. Zgodnie ze statutem nasi arbitrzy wydają wyrok w 3 tygodnie. Warto też zaznaczyć, że w Polsce jest ponad 4 tysiące notariuszy, którzy mogą dla nas pracować, dla porównania w sądach powszechnych wyroki wydaje ponad 10 tysięcy sędziów. „ – mówi Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.

Zgodnie z uprawnieniami nadanymi przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Ultima Ratio, jest pierwszym sądem polubownym w Polsce, którego orzeczenia w sprawach konsumenckich będą dla stron wiążące. Wyrokom nadawana będzie klauzula wykonalności, a w przypadku nie wykonania orzeczenia sądu możliwa będzie skierowanie roszczenia do komornika. W przypadku innych sądów arbitrażowych, uprawnionych przez UOKiK do rozpatrywania tzw. sporów konsumenckich – na przykład sądu arbitrażowego działającego przy Rzeczniku Finansowym albo przy Prezesie Urzędu Komunikacji Elektronicznej – wyroki nie mają charakteru prawomocnego, strony mogą, ale nie muszą, brać ich pod uwagę.

Możliwość polubownego rozstrzygnięcia sporu na linii konsument-przedsiębiorca została uregulowana Ustawą o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich, w myśl której, w osiągnięciu porozumienia mogą pomagać jedynie podmioty uprawnione przez UOKiK, działające niezależnie i bezstronnie. Decyzja Urzędu o wpisaniu nas na listę podmiotów mogących orzekać w tzw. sporach konsumenckich – mogących, jako pierwszy sąd polubowny, wydawać prawomocne wyroki w takich sprawach – jest więc dla nas czymś w rodzaju referencji. To potwierdzenie naszej rzetelności i bezstronności. zaznacza Paweł Orłowski, Członek Zarządu Stowarzyszenia Notariuszy RP, Prezes Ultima Ratio.

Ultima Ratio, Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, rozstrzyga sprawy wyłącznie online. Nie ma konieczności stawiania się gdziekolwiek czy fizycznego dopełniania jakichkolwiek formalności – wszystkie czynności można wykonać bez wychodzenia z domu czy biura, o dowolnej porze. To oszczędność czasu i duże ułatwienie, szczególnie teraz, w dobie pandemii koronawirusa. Pozew składa się w zaledwie kilka minut za pośrednictwem systemu informatycznego, wypełniające specjalnie przygotowane przez arbitrów formularze.

Zabezpieczenia platformy e-sądu są identyczne jak te, stosowane w bankowości elektronicznej. Dzięki porozumieniu z Ministerstwem Cyfryzacji, strony potwierdzają swoją tożsamość poprzez Profil Zaufany, podpis kwalifikowany oraz e-dowód. Cały materiał dowodowy – w formie np. zdjęć, skanów dokumentów, filmików czy nagrań mp3 – jest przesyłany za pośrednictwem bezpiecznych łącz, a arbitrzy orzekający w danej sprawie mogą kontaktować się ze stronami korzystając ze specjalnie dedykowanego czatu. Aby „na bieżąco” śledzić przebieg spraw strony mogą korzystać ze specjalnej darmowej aplikacji mobilnej dostępnej na urządzenia z systemami iOS i Android.

Arbitrami Ultima Ratio są notariusze przeszkoleni przez Stowarzyszenie Notariuszy RP. Arbitrzy Ultima Ratio mają na wydanie wyroku statutowo 3 tygodnie, choć jak pokazuje praktyka średni czas, jaki upływa od złożenia pozwu do rozstrzygnięcia sprawy, to 11 dni. To zdecydowanie krócej niż gdyby spór został skierowany do sądu powszechnego, gdzie postępowania potrafią ciągnąć się miesiącami, a niekiedy nawet latami. Co istotne, nad poprawnością procesu orzeczniczego czuwa Rada Sądu, złożona z czołowych przedstawicieli nauki prawa w Polsce, a wyrok wydany przez e-sąd arbitrażowy jest w pełni prawomocny.

Wiemy coraz więcej o wpływie COVID-19 na światową gospodarkę

0

UNIDO – Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju Przemysłowego opublikowała raport o wpływie epidemii COVID-19 na światową gospodarkę. Rozważania ekspertów ONZ koncentrują się na trzech najważniejszych zagadnieniach: typowej ścieżce rozwoju i odbudowy gospodarki w czasie kryzysów zdrowotnych, problemach regionów najbardziej dotkniętych kryzysem oraz efektywnych metodach reakcji na kryzys.

Przede wszystkim uwagę zwraca fakt, że koronawirus stanowi bardziej rozpowszechnione zagrożenie dla światowej gospodarki niż wcześniejsze epidemie, takie jak SARS, H1N1, MERS, Ebola czy Zika. Podczas poprzednich, w krajach najbardziej dotkniętych tempo rozwoju gospodarczego było o 2,4% niższe niż w pozostałych. Jednocześnie zauważono, że po ustaniu epidemii, wzrost gospodarczy przyspieszał, przekraczając o 1% wzrost w pozostałych krajach. Jest jednak obawa, że obniżone tempo wzrostu może się utrzymywać w kolejnych latach.

Prognozy dotyczące zmian globalnego PKB w 2020 roku wahają się pomiędzy -8,8% szacowanym przez Międzynarodową Organizacją Handlu i +1% ogłoszonym przez Departament ONZ do spraw Ekonomicznych i Społecznych. Eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego prognozują spadek o 4,2% i jest to o 7 punktów procentowych mniej, niż w przypadku prognoz ogłaszanych przed pandemią.

Według MFW charakterystyczną cechą kryzysu wywołanego przez COVID-19 jest to, że najbardziej dotknięte są kraje rozwinięte. Tam tempo spadku gospodarki ma wynieść 7,8% w porównaniu z 5,6% w krajach rozwijających się i około 5% w krajach najmniej rozwiniętych.

Jednak najbardziej bolesny może być spadek globalnego handlu i inwestycji. Eksperci WTO szacują go na aż 32%. Nieco mniej pesymistyczne są przewidywania MFW mówiące o 9%. O 0,8% do 1,5% ma również globalnie wzrosnąć liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie. To o 50 do 70 milionów osób więcej niż w prognozach publikowanych przed okresem epidemii.

Prognozy niestety potwierdzają się po analizie faktycznych danych. Prawdopodobnie najbardziej bolesny jest wzrost bezrobocia. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy, w drugim kwartale 2020 roku liczba przepracowanych godzin spadła o ponad 12% w obu Amerykach i 11,8% w Europie i Azji Centralnej.

Ogółem w marcu 2020 roku aż 72% państw odnotowało spadek PKB w porównaniu z marcem 2019. Najbardziej dotknięte branże to przemysł odzieżowy, samochodowy oraz transport, podczas gdy w stosunkowo dobrej sytuacji są sektory farmaceutyczny, spożywczy, tytoniowy i chemiczny.

Zdaniem ekspertów UNIDO, najważniejszym zadaniem rządów jest wspieranie przetrwania podmiotów gospodarczych. Osobnym zagadnieniem jest konieczność koordynacji pomocy dla państw najmniej rozwiniętych. W tym zakresie na razie nie opracowano skutecznych rozwiązań.

Przytoczone dane wskazują na to, że rozmiar strat, jakie ponosi światowa gospodarka jest już dość precyzyjnie znany. Wiemy też, że po ustaniu epidemii, możemy się spodziewać nieco przyspieszonego tempa rozwoju. Otwarte pozostaje pytanie o długoterminowe skutki rządowej pomocy gospodarczej. Najbardziej istotnym niebezpieczeństwem wydaje się tu być inflacja powodująca spadek wartości oszczędności, dodatkowo napędzany obniżką stóp procentowych.

Autor: Łukasz Blichewicz – prezes zarządu w alternatywnej spółce inwestycyjnej Assay

Czego dowiedzieliśmy się o technologii podczas pandemii i jakie trendy zostaną z nami na dłużej

0

W ciągu ostatnich kilku miesięcy mogliśmy przekonać się jak ogromne znaczenie w naszym życiu ma technologia. To właśnie skalowalne, odporne na zakłócenia i bezpieczne narzędzia oraz usługi pozwoliły nam szybko zareagować na kryzys wywołany przez COVID-19. Eksperci Cisco prezentują 8 wniosków, które możemy wyciągnąć z pandemii.

„Wyobraźmy sobie co by się stało, gdybyśmy musieli zmierzyć się z globalną pandemią, jaką jest koronawirus, 20-30 lat temu, kiedy Internet nie był tak powszechny, a jego przepustowość często pozostawiała wiele do życzenia. Gospodarka światowa byłaby zrujnowana, a dużo więcej firm niż obecnie musiałoby ogłosić upadłość. Można śmiało powiedzieć, że możliwość przeniesienia licznych usług do przestrzeni wirtualnej uratowała nas przed globalną zapaścią i sprawiła, że w wielu aspektach stosunkowo szybko udało się wrócić do względnej normalności” – mówi Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce.

Jakie zmiany technologiczne pozostaną z nami po pandemii:

  1. Online zamiast offline

Ten trend nie jest niczym nowym. Od kilku lat obserwujemy stopniowe wypieranie sklepów stacjonarnych przez sklepy on-line czy przenoszenie do przestrzeni wirtualnej usług finansowych co skutkuje zamykaniem fizycznych oddziałów banków. Przykładowo, firma Tesco zaobserwowała 103% wzrost sprzedaży online w ciągu zaledwie kilku tygodni. Z kolei eksperci z firmy Kearney przewidują, że w ciągu trzech lat w Polsce może zniknąć około 15% placówek bankowych.

Pandemia koronawirusa tylko nasiliła powyższy trend. Firmy chcąc przetrwać trudny czas pandemii musiały wdrożyć cyfrową strategię działania i na tyle, na ile było to możliwe przenieść swoją działalność do sieci.

  1. Bezdotykowe interakcje i interfejsy

Walka z koronawirusem wymusiła ograniczenie dotykania powierzchni wspólnych. Dlatego ekrany dotykowe będą coraz częściej zastępowane przez rozwiązania sterowane głosem i wykorzystujące systemy wizyjne, a płatności zbliżeniowe będą coraz bardziej sukcesywnie wypierały transakcje gotówkowe, także u starszych przedstawicieli społeczeństwa.

  1. E-porady lekarskie

Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prawie 1/3 przypadków zakażeń koronawirusem w Polsce to efekt kontaktu z chorym w szpitalu lub przychodni. Potrzeba ograniczenia wizyt w tych miejscach przyczyniła się do wzrostu popularności telemedycyny. Niektórzy dostawcy usług z tego obszaru zaobserwowali 50% wzrost wirtualnych konsultacji lekarskich z wykorzystaniem narzędzi wideo. W dłuższej perspektywie ten trend może okazać się niezwykle pozytywny i przyczynić się do zmniejszenia kolejek do lekarza a także znacząco skrócić i przyspieszyć czas diagnozowania i wstępnych porad medycznych.

  1. Nie wszyscy wrócą do biura, a biura nie będą takie same

Mało prawdopodobne, abyśmy po zniesieniu restrykcji wrócili do stanu sprzed pandemii. Koronawirus sprawił, że wiele osób doceniło walory pracy zdalnej i nie wszyscy wrócą do biur. Te osoby powinny mieć możliwość pracy zespołowej z wykorzystaniem narzędzi do współpracy, takich jak Cisco Webex. Powrotowi do miejsc pracy będą towarzyszyły liczne obawy dotyczące bezpieczeństwa i zdrowia. Firmy powinny elastycznie reagować na potrzeby pracowników. Biura należy dostosować tak, aby zapewnić odpowiednio szerokie ciągi komunikacyjne, wentylację czy bezdotykowe panele w windach co zmniejsza ryzyko zarażania w przyszłości.

  1. Zdalna nauka i szkolenia

Po zamknięciu placówek edukacyjnych ponad 1,2 miliarda dzieci na całym świecie niemal z dnia na dzień musiało przejść na model nauki zdalnej. Często był to trudny proces zarówno dla nauczycieli, jak i podopiecznych. Jednak w niektórych przypadkach okazywało się, że część uczniów doskonale odnajduje się w nowych warunkach i np. śmielej udziela odpowiedzi, gdy nie czuje na sobie wzroku całej klasy. Przeniesienie nauki do sfery online sprawiło, że łatwiej jest też dzielić się zasobami edukacyjnymi co może być niezwykle pomocne w sytuacji, gdy któryś z uczniów nie będzie mógł uczestniczyć w zajęciach. Eksperci Cisco przewidują, że po zakończeniu pandemii, również szkolenia w firmach częściej będą odbywały się online.

  1. Cyfrowe wydarzenia

Potrzeba zachowania dystansu społecznego sprawiła, że liczne konferencje, targi czy festiwale nie mogły się odbyć w pierwotnej formie. Wydarzenia przeniosły się do przestrzeni wirtualnej, czego najlepszym przykładem jest Cisco Live, które zgromadziło ponad 124 tys. uczestników online. W przyszłości możemy spodziewać się wzrostu popularności wydarzeń hybrydowych, łączących spotkania dużych grup ludzi z sesjami w sieci.

  1. Wzrost roli analityki, automatyzacji i robotyki

Jako że maszyny są odporne na wirusy atakujące ludzi, ich rola podczas pandemii COVID-19 była nie do przecenienia. To właśnie inteligentne maszyny sprawiły, że wiele organizacji np. fabryk mogło działać niemal bez zakłóceń. Nie byłoby to możliwe bez systemów analitycznych, przetwarzających dane generowane przez urządzenia. Na podstawie tych analiz ludzie mogli podejmować decyzje biznesowe nawet z domowego zacisza. Analityka pozwalała również walczyć z koronawirusem np. poprzez tworzenie prognoz dotyczących rozwoju pandemii.

  1. Cyberbezpieczeństwo ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej

Podczas pandemii cyberprzestępcy starają się wykorzystywać masowe przejście użytkowników na pracę zdalną. Koncentrują się między innymi na próbach wyłudzania dostępu do aplikacji czy danych użytkowników, głównie po to, aby w ten sposób wejść w posiadanie danych firmowych. Do tego celu stosują złośliwe domeny, phishing, czy wzmożony trend wyszukiwania informacji związanych z wirusem COVID-19 i np. prowadzą do dezinformacji. Chcąc skutecznie bronić się przed cyberzagrożeniami w tym trudnym okresie, biznes musiał wdrożyć jeszcze bardziej restrykcyjne polityki bezpieczeństwa oraz odpowiednie rozwiązania takie jak VPN, które objęły zarówno pracowników biurowych, jak i zdalnych.

Pakiet mobilności przyjęty w Parlamencie Europejskim. 38 proc. przewoźników niepokoi się konsekwencjami

0

Polscy przewoźnicy są zgodni. Największym wyzwaniem dla branży transportowej w ciągu najbliższych dwóch lat jest spowolnienie gospodarcze w Europie. Przekonanie to wyraziło ponad 90 proc. respondentów badania Inelo. Na kolejnych miejscach, z niemal taką samą liczbą wskazań znalazło się „rozumienie polskiego prawa” (40 proc.), a następnie pakiet mobilności (38 proc.). Co ciekawe, rodzimi przedsiębiorcy w większości nie śledzą na bieżąco informacji o nowych zapisach europejskiego prawa drogowego, a zapytani o największe obawy dotyczące pakietu mobilności wskazują zwiększenie obowiązków administracyjnych (41 proc.). Tymczasem 8 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie, w wyniku którego pakiet mobilności został przyjęty bez poprawek. To ostatni krok do zatwierdzenia przepisów niekorzystnych w szczególności dla polskich przedsiębiorców. Co warto wiedzieć o pakiecie mobilności?

Nastroje – branża transportowa w Polsce 

Najnowsze badanie Inelo zostało przeprowadzone na próbie ponad 500 polskich przedsiębiorców transportowych w kwietniu 2020 roku metodą ankiety telefonicznej (CATI). O ile bardzo duża liczba wskazań na spowolnienie gospodarcze w poszczególnych krajach UE w związku z COVID-19 nie dziwi, to brak powszechnego zainteresowania zmianami w unijnym prawie drogowym może w przyszłości zaskoczyć przewoźników. Dlaczego? Po lipcowym głosowaniu, w ciągu 20 dni od daty publikacji rozporządzenia, wejdą w życie zmienione przepisy, określające czas prowadzenia pojazdów, przerw i okresów odpoczynku. Natomiast po 18 miesiącach od ogłoszenia dyrektywy zaczną obowiązywać nowe zasady kabotażu oraz delegowania pracowników. Te mogą już przysporzyć przewoźnikom nie tylko więcej obowiązków administracyjnych, ale będą znaczącym utrudnieniem, w szczególności dla ponad 4,5 tysiąca firm z Polski, których działalność bezpośrednio uzależniona jest od usług kabotażu wewnątrz państw Wspólnoty.[1]

s-537-x

Wykres 1. Badania INELO 2019 i 2020. 

Jak pakiet mobilności wpłynie na Twój biznes? 

Blisko połowa badanych przedsiębiorstw (47 proc.) ocenia wpływ Mobility Package I, jako zdecydowanie negatywny. To o 10 punktów procentowych więcej niż rok wcześniej. Zatem mamy świadomość, że szykują się istotne zmiany w prowadzeniu biznesu przewozowego w Europie i że nie są one dla nas korzystne. Skąd zatem niewielkie zainteresowanie tym tematem wśród polskich transportowców?

– Umiarkowanie zaangażowanie rodzimych przedsiębiorców w śledzenie tego, co dzieje się  w Brukseli wynika z dwóch faktów. Nadal pozostajemy pod wpływem informacji związanych z COVID-19 i odmrażaniem gospodarek krajów Unii. Skupiamy się na powrocie do zleceń sprzed pandemii i poszukujemy nowych kontraktów. Z danych systemu telematycznego GBOX, monitorującego ponad 30 tysięcy ciężarówek, wynika, że więcej jeździmy do Francji i Włoch. Niemcy, nasz główny partner w wymianie towarowej, stabilizuje gospodarkę, co widoczne jest też w liczbie realizowanych tam frachtów i kilometrów przejechanych przez polskich przewoźników. Potwierdzają to statystyki z raportu Inelo i sieci E-100 o ruchu w transporcie krajowym i międzynarodowym – wyjaśnia Bartosz Najman, wiceprezes Inelo i OCRK.

Ze średniej dziennej aktywności polskich kierowców zawodowych wynika na przykład, że w maju 2020 roku wzrósł wolumen zatankowanego paliwa na terenie Niemiec – do poziomu 122,77 proc.
w porównaniu do liczb z połowy marca br.

– Branża koncentruje się na powrocie do równowagi, a pakiet mobilności traktowany jest jako coś, nad czym UE pracuje już ponad trzy lata. Zatem przedsiębiorcy postrzegają go jako wyzwanie, lecz nie jest to temat numer jeden wśród przedstawicieli TSL. Obecnie dużo częściej mówi się na przykład o cyfryzacji zarówno w kontekście łańcuchów dostaw, jak i przewag konkurencyjnych samych przewoźników. Przyszłość transportu to wszelkie rozwiązania chmurowe, oparte na wymianie danych w czasie rzeczywistym, które usprawniają realizowanie operacji przewozowych i podnoszą efektywność wykorzystania taboru. Liczy się też rentowność przedsiębiorstwa, a tę w długofalowej perspektywie podnoszą nowoczesne technologie. Dlatego klienci myśląc o przyszłości biznesu, coraz częściej pytają o telematykę czy programy typu TMS – dodaje wiceprezes Najman, Grupa Inelo.

s-524-x

Wykres 2. Badania INELO 2019 i 2020.

Pakiet mobilności – konsekwencje

s-634-x

Wykres 3. Badania INELO 2019 i 2020.

Okazuje się, że polscy przedsiębiorcy najbardziej obawiają się skomplikowanych obowiązków administracyjnych po wejściu w życie pakietu mobilności (62 proc.). Co trzeci badany wskazuje na to, że będzie znacznie ograniczony kabotaż. 28 proc. respondentów uznaje, że prawdopodobnie nastąpi wzrost kosztów wynagrodzeń pracowników. Niepokój budzą też możliwe trudności w dostępie do rynku przewozów międzynarodowych (25 proc.).

– O ile możliwość wydłużenia o dwie godziny czasu jazdy na dojazd do miejsca odpoczynku tygodniowego to pozytywna zmiana w pakiecie mobilności – to kabotaż i zmiany w zasadach delegowania pracowników budzą spore kontrowersje. Po nowemu będzie można wykonać trzy przewozy kabotażowe przez siedem dni w danym państwie, a po powrocie do kraju ciężarówka odczeka cztery dni zanim wykona następny kabotaż. Polacy realizują najwięcej takich operacji w Europie. Według danych Eurostat w 2018 roku przewieźliśmy w kabotażu 16 637 milionów tonokilometrów, o 12 752 mln tkm więcej niż druga na liście Litwa – wyjaśnia Kamil Wolański, OCRK, Grupa Inelo.  

Wzrost wynagrodzeń po pakiecie mobilności – przykład

Jeżeli kierowca, podróżujący na trasie międzynarodowej Warszawa – Libourne, pracuje 20 dni za granicą i zarabia 6500 zł netto, to jaki koszt całkowity na pracownika poniesie pracodawca po wejściu w życie pakietu mobilności? W obliczeniach założono, że kierowcy otrzymują średnio 47€ dziennych należności z tytułu podróży służbowych. Wszystkie dodatkowe składniki (dyżury, nocne, nadgodziny, wyrównania do minimalnych) mieszczą się średnio w kwocie 3500 zł brutto. Kierowca pracuje 160h, a średnia stawka zagranicznej płacy minimalnej wraz z dodatkami wynosi12 €/h.

Potrzebne do obliczeń w przypadku potraktowania kierowcy jako pracownika oddelegowanego prognozowane miesięcznie wynagrodzenie w 2019 r. wynosi 4 765 zł.

s-x-440

– Koszty pracownicze po wejściu w życie pakietu mobilności mogą wzrosnąć nawet o 30 proc.  Delegowaniem zostaną objęte przewozy cross trade oraz wszelkie operacje kabotażowe. A delegowanie po nowemu oznacza korzystanie z pełnych układów zbiorowych przy rozliczaniu płac minimalnych oraz brak możliwości zaliczania do wynagrodzeń kierowcy diet i ryczałtów. Zatem przypuszczenia i obawy polskich przedsiębiorców w kwestii kabotażu i delegowania są uzasadnione. Dlatego warto postawić na współpracę z doświadczonym partnerem, który wesprze działalność firmy od strony formalno-prawnejmówi Wolański, ekspert OCRK, Grupa Inelo.

Branża transportowa – kondycja. Szanse i zagrożenia

W ciągu najbliższych dwóch lat, to spowolnienie gospodarcze w Europie jest postrzegane przez polskich przewoźników jako główne wyzwanie dla branży transportowej. Tak uważa 91 proc. właścicieli firm zapytanych przez Inelo. Z pewnością w kolejnych miesiącach ich opinia może się zmieniać, co będzie zależeć od kondycji gospodarek europejskich i zmieniającej się z tygodnia na tydzień sytuacji na rynku przewozowym. Na razie sektor TSL reaguje na zmiany związane z rzeczywistością postpandemiczną. Mimo powrotu do tak zwanej nowej normalności konieczne jest wsparcie przedsiębiorców, dlatego przedstawiciele firm stowarzyszeni w Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU) w czerwcu 2020 roku wystąpili z wnioskiem do KE o przekazanie 75 mld euro wsparcia dla branży, by przewoźnicy mogli dalej rozwijać się po COVID-19. 

– Wdrożenie pakietu Wspólnot europejskich na rzecz mobilności” zostało wskazane jako jeden z czynników, mających znaczący wpływ na transport w ciągu dwóch najbliższych lat. IRU określa pakiet mobilności jako „game changer”, gdyż na długo zmieni krajobraz międzynarodowego transportu towarów na starym kontynencie. Musimy być na to przygotowani oraz na zwrot ku nowoczesnym technologiom. To rozwiązania IT oparte na chmurze (Saas) jak telematyka czy TMS (Transport System Management) będą w ciągu pięciu kolejnych lat nabierały znaczenia, by wreszcie stać się jedną z głównych przewag konkurencyjnych względem zachodnich przewoźników. Dojrzałość cyfrowa polskich przedsiębiorców jest coraz większa. Wraz z pakietem mobilności trzeba zastanowić się nad dalszym rozwojem i umacnianiem pozycji Polski jako lidera transportu drogowego w Europie – podsumowuje Bartosz Najman, Grupa Inelo.

[1] Ecipe.org, Freight transport restrictions

Obiektom noclegowym opłaca się być eko – także w dobie pandemii

0
  • Z danych Polskiej Organizacji Turystycznej wynika, że aż 87% Polaków tegoroczne wakacje planuje spędzić w kraju.
  • Branża liczy na duży ruch, ale to może nie wystarczyć, żeby odrobić straty spowodowane pandemią.
  • Jednym ze sposobów na optymalizację kosztów jest zmiana dostawcy prądu i przejście na w 100% zieloną energię.

Branża hotelarska należy do tych, które najbardziej odczuły negatywne skutki pandemii. Rozpoczynający się właśnie sezon wakacyjny jest szansą na odrobienie części strat, a kluczowe wydaje się skupienie również na odpowiednim zarządzaniu. O przyszłości branży mogą zadecydować m.in. nietuzinkowe rozwiązania służące optymalizacji dotychczasowych kosztów.

Prowadzenie obiektu noclegowego wiąże się z ogromnym zużyciem energii, m.in. na klimatyzację, ogrzewanie czy oświetlenie. Pandemia spowodowała, że wiele zakładów zaprzestało produkcji i drastycznie spadł popyt na prąd. Na te zmiany zareagowała Towarowa Giełda Energii, a dokładniej indeks TGeBase, który powstaje na podstawie obliczeń bazujących m.in. na średnich ważonych cenach godzinowych energii elektrycznej i nieustannie się zmienia. W związku z tym, dzięki zmianie dostawcy na takiego, który korzysta z TGE, hotele mogą obecnie na kilka lat wprzód zakontraktować energię elektryczną blisko 20% taniej – porównując rok do roku. Wraz z odmrażaniem gospodarki spodziewamy się jednak wzrostu cen na TGE, dlatego nie warto zwlekać z decyzją. Zmiana sprzedawcy prądu wiąże się także z innymi korzyściami. W Axpo udostępniamy w 100% zieloną energię, co z pewnością docenią klienci – mówi Katarzyna Bienias, Dyrektor sprzedaży do małych i średnich przedsiębiorstw w Axpo Polska.

Jak wygląda zużycie energii w hotelach**?

  • 61% stanowią koszty ogrzewania, klimatyzacji oraz wentylacji
  • 21% zapewnienie ciepłej wody
  • 12% oświetlenie
  • 6% przygotowywanie posiłków

Jednym z najczęściej występujących problemów w optymalizacji wydatków w hotelach jest uzależnienie wysokości kosztów stałych – w tym prądu – od obłożenia miejsc noclegowych. Idąc dalej, warto przyjrzeć się tematyce przekraczania mocy umownej i związanym z tym naliczaniem wysokich opłat przez dostawców energii. Zmiana sprzedawcy jest dobrym momentem, aby dokładnie przeanalizować dotychczasowe wydatki i wynegocjować z nowym usługodawcą korzystniejsze warunki.

9 na 10 Polaków zapłaci więcej, jeśli firma dba o środowisko

Jak wynika z badania Świadomość zmian klimatycznych przeprowadzonego dla Busradar.pl, Polscy konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na odpowiedzialność przedsiębiorstw w kwestii podejścia do ekologii. 9 na 10 osób deklaruje gotowość do płacenia więcej za usługi firm, które dbają o środowisko, 21% wybierze zawsze proekologiczną markę, bez względu na różnicę w cenie. Warto zatem szukać rozwiązań, które zapewnią obiektowi noclegowemu przewagę nad konkurencją. Z danych Polskiej Organizacji Turystycznej wynika, że aż 87% Polaków tegoroczne wakacje spędzi w kraju. Dla części z nich oprócz ceny istotne będą także inne czynniki przy wyborze noclegu, m.in. podejście hotelu do ochrony środowiska.

Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów naszą ofertą, nie tylko ze względu na możliwość obniżenia rachunków, ale i korzystania wyłącznie z zielonej energii. Wiele firm, dla których ważna jest ekologia, a które nie mogą pozwolić sobie na instalacje fotowoltaiczne, szuka sposobu, aby korzystać z energii odnawialnej. Nasi klienci oprócz wybranej usługi otrzymują także dostęp do materiałów z praktycznymi wskazówkami, jak zwiększyć konkurencyjność i rozpoznawalność firmy, dzięki zastosowaniu ekologicznych rozwiązań – dodaje Katarzyna Bienias z Axpo Polska.

*Badanie Świadomość zmian klimatycznych przeprowadzone na zlecenie Busradar.pl
** KAPE SA Struktura zużycia energii w hotelach

Jak chińskie firmy zapewniły ciągłość działania w czasie kryzysu?

0

W związku z globalną pandemią COVID-19, Chiny jako pierwsze wprowadziły kwarantannę, ograniczenia dotyczące przemieszczania się obywateli i funkcjonowania przedsiębiorstw, które miały powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Chińskie przedsiębiorstwa musiały pogodzić się z ogromnymi stratami w produkcji, starając się jednocześnie utrzymać ciągłość biznesową pomimo daleko idących działań prewencyjnych. Wstępna analiza przeprowadzona przez Dassault Systèmes pokazuje, jak udało się sprostać temu wyzwaniu i jakie wnioski mogą na tej podstawie wyciągnąć również firmy w Polsce.

Ważną kwestią dla wielu chińskich przedsiębiorstw było stopniowe dostosowywanie procesów do aktualnej sytuacji, a tym samym zapewnienie sprawnego funkcjonowania w każdych warunkach. Jeśli pracownicy musieli pracować z domu, ze względu na ograniczenia w kontaktach i kwarantannę, firmy stawały przed wyzwaniem zapewnienia infrastruktury technicznej do pracy zdalnej umożliwiającej sprawną, niezależną od lokalizacji komunikację i współpracę w zespole. Już dziś widać, że ta elastyczność będzie odgrywać kluczową rolę w przyszłości, a firmy, które nie wezmą tego pod uwagę w planach kadrowych, przegrają w wyścigu o wykwalifikowanych pracowników.

Drugim kluczowym czynnikiem zapewniającym ciągłość biznesową jest wykorzystanie centralnej puli danych. Chińskie firmy korzystające z platformy 3DEXPERIENCE firmy Dassault Systèmes korzystają z płynnej i bezpiecznej współpracy w chmurze, niezależnie od lokalizacji użytkownika. Stwarza to podstawy do efektywnej pracy zespołowej i rozwoju projektów, nie tylko zresztą w sytuacji kryzysowej. Ponadto wszystkie dane zgromadzone na platformie są szyfrowane i dlatego można je bezpiecznie przetwarzać – w ten sposób wykluczone są wąskie gardła z powodu braku lub nieodpowiednich połączeń VPN.

Trzecim ważnym aspektem, na który wskazuje Dassault Systèmes, jest dostępność wirtualnych środowisk pracy. Jest to szczególnie ważne, gdy z powodu choroby lub innych czynników, pewne obowiązki muszą być szybko delegowane na innych pracowników. Okres przekazywania obowiązków lub żmudne gromadzenie odpowiednich informacji w celu przekazania aktualnego stanu wiedzy wszystkim zaangażowanym stronom, stanowią główne przeszkody w zarządzaniu projektami. Chińskie firmy, które prowadziły transfer wiedzy w przestrzeni cyfrowej od samego początku, nie miały problemów z „silosami decyzyjnymi” i mogły szybciej wrócić do pracy nad swoimi projektami.

Dla polskich przedsiębiorstw wnioski płynące z Chin są cenną pomocą, bowiem cyfryzacja i niezależna od lokalizacji dostępność danych i wiedzy stwarzają warunki nie tylko do opanowania kryzysu, ale także do wytyczenia kierunku dla biznesu jutra.

Pandemia motorem napędowym zmian

0

Epidemia koronawirusa przyniosła wiele, często zaskakujących, zmian w różnych dziedzinach życia. Wpłynęła na naszą codzienność, edukację, ale także na trendy konsumenckie. A jak zmienił się biznes? Czy wprowadzone zmiany zostaną z nami na dłużej?

Stephen King musiał przeredagować najnowszą książkę, by akcja toczyła się w innych realiach, światowe muzea i galerie umożliwiły turystom wirtualne zwiedzanie z domowej kanapy, a stacje telewizyjne podkładały w transmisjach wirtualny doping kibiców, którzy nie mogli wspierać swoich drużyn z trybun stadionów. Rzeczywistość ery pandemii wygląda zupełnie inaczej niż świat, który znaliśmy do tej pory. Ogromną rolę w tej przymusowej „transformacji” odegrały nowoczesne technologie. W czym pomogła ta nagła  informatyzacja biznesu?

Pomocna dłoń technologii

Nowoczesne rozwiązania oraz internet w wielu przypadkach stały się dla firm ostatnią deską ratunku. Błyskawicznie wdrożone usługi cyfrowe umożliwiły zapewnienie ciągłości pracy, a liczne przedsiębiorstwa realizowały swoje codzienne zadania i zobowiązania, choć nie bez wyzwań. Wśród licznych zmian związanych z koronawirusem, w firmach najczęściej wprowadzano pracę zdalną (56% wskazań) oraz spotkania służbowe w formie wideokonferencji (43%), a także ograniczono działania związane z bezpośrednim kontaktem z klientem (33%). Tylko w 3% firm, w których pracują respondenci, nie wprowadzono żadnych zmian.[1]

Po początkowych trudnościach, takich jak zapewnienie sprzętu czy oprogramowania pracownikom, ale przede wszystkim konieczność opanowania nowych cyfrowych kompetencji, rozwiązania technologiczne na dobre weszły do codziennej praktyki. Aż 71% badanych ocenia dobrze lub bardzo dobrze narzędzia, takie jak komunikatory czy aplikacje, których używa obecnie do pracy zdalnej.

Z perspektywy kilku tygodni można stwierdzić, że ta przymusowa ewolucja, a może raczej rewolucja stylu pracy ma wiele zalet. – Koronawirus przede wszystkim zmienił organizację działania firm. Pracodawcy otworzyli się na technologie umożliwiające pracę zdalną, ale przede wszystkim przekonali się do nowoczesnych rozwiązań – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. – Dla działów HR internet stał się podstawowym narzędziem rekrutacji, działy sprzedaży czy komunikacji mogły pracować wspólnie, wykorzystując m.in. bezpieczne rozwiązania chmurowe, a branża szkoleniowa sięgnęła po funkcje komunikatorów, pozwalające na prowadzenie zdalnych prezentacji. Dzięki dobrodziejstwu technologii biznes mógł nie tylko przetrwać w tych szczególnych warunkach, ale także sprawnie funkcjonować w tym pełnym wyzwań czasie – dodaje Tikhomiroff.

Pandemia przyspieszyła znacznie to, co było nieuniknione – cyfrową transformację pracy i nauki. Większość firm i pracowników szybko zaadaptowało się do nowej, kryzysowej rzeczywistości, dzięki czemu z powodzeniem przetrwali najgorszy moment. – Jestem przekonany, że po zakończeniu pandemii wiele z tych „doraźnych” rozwiązań pozostanie z nami na dłużej – dodaje Stephane Tikhomiroff. Ponad połowa (55% ankietowanych) ocenia dobrze lub bardzo dobrze zdolność firmy, w której pracują, do dalszego realizowania zadań w trybie zdalnym po ustaniu pandemii. Poczynione w ostatnich miesiącach inwestycje w sprzęt i rozwiązania to znaczący technologiczny krok naprzód, który przekłada się na większą efektywność oraz mobilność pracy i będzie procentował w najbliższych miesiącach.

[1] Raport Efekt COVID-19 w kontekście środowiska pracy, przeprowadzone między 21 kwietnia, a 10 maja 2020 r.

Colliers International reprezentuje europejskiego giganta obuwniczego

0

Colliers International, wiodąca firma doradcza na rynku nieruchomości komercyjnych, reprezentowała Grupę Deichmann w renegocjacji umowy najmu 13 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowych w centrum Prologis Park Wrocław III oraz ekspansji o dodatkowe 7 tys. mkw.

Prologis Park Wrocław III to jedno z najnowocześniejszych centrów dystrybucyjnych Wrocławia. Położenie tuż przy obwodnicy Wrocławia oraz autostradzie A4, do tego w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska sprawia, że jest on atrakcyjnym miejscem dystrybucji na Polskę oraz całą Europę. Zastosowane w parku rozwiązania, jak system smart metering do zdalnego odczytu mediów, zapewniają efektywność operacyjną i oszczędności.

– Nasi klienci otrzymują do dyspozycji nie tylko powierzchnie w kluczowych lokalizacjach, ale także zespół zarządców nieruchomości zapewniający im wsparcie w codziennych działaniach. Każde przedłużenie umowy to dla nas dowód, że szeroki zakres usług i partnerskie podejście sprawdza się w oczach naszych klientów. To ogromna satysfakcja, gdy ich pozytywne doświadczenia sprawiają, że chcą zostać z nami na kolejne lata – podkreśla Magdalena Kostjan, Senior Leasing Manager Prologis.

Grupa Deichmann to największa firma obuwnicza pochodząca z Europy, która istnieje na rynku od ponad 100 lat. Oprócz rodzimych Niemiec, firma jest obecna w 26 europejskich państwach, a także w Chinach, USA oraz ZEA. Mimo bycia liderem na europejskim rynku obuwniczym, Deichmann pozostaje wierny swojemu pierwotnemu założeniu, by rozwijać się wyłącznie z własnych środków i nie wchodzić na giełdy i rynki finansowe. Wszystkie sklepy są własnością grupy. Deichmann to odpowiedzialny partner biznesowy zainteresowany długotrwałym najmem.

– Decyzja o zwiększeniu powierzchni magazynowej jest nierozerwalnie związana z rozwojem obszaru e-commerce oraz otwarciem kolejnych salonów sprzedaży Deichmann w krajach bałtyckich. Nie mniej istotna pozostaje możliwość podjęcia kolejnych kroków w kierunku automatyzacji procesów magazynowych we wrocławskim centrum dystrybucyjnym – mówi Marcin Musielak, Dyrektor Centrum Dystrybucyjnego Deichmann odpowiedzialny za logistykę w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

– Decyzją o przedłużeniu umowy najmu oraz powiększeniu powierzchni operacyjnej w Prologis Park Wrocław III firma Deichmann potwierdziła, że dobrze zaplanowane, strategiczne działania, w długim okresie przynoszą korzyści, nawet w tak trudnych i nieprzewidywalnych warunkach – mówi Maciej Cieliczko, dyrektor w Dziale Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych Colliers International.

W ostatnich miesiącach, mimo izolacji spowodowanej pandemią COVID-19, eksperci z Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International doradzali w 19 transakcjach najmu na łączną powierzchnię 200 tys. mkw.

5 zasad bezpiecznego korzystania ze smartfona na urlopie

0

Polacy chętnie korzystają z sieci za pomocą smartfonów – ponad połowa ruchu internetowego generowanego jest z telefonów. Jest to wygodne szczególnie podczas wyjazdów: 30% posiadaczy smartfonów używa ich do przechowywania biletu czy karty pokładowej.[1] Niestety, często zapominają przy tym o zagrożeniach, jakie niesie nieostrożne korzystanie z sieci i aplikacji mobilnych. Zalogowanie się do publicznego hotspota czy kliknięcie w podejrzany link grozi utratą wrażliwych danych, a nawet środków na koncie. O czym trzeba pamiętać, aby bezpiecznie używać smartfona podczas urlopu?

  1. Bezpłatne Wi-Fi to duże ryzyko

Sieć dzielona z innymi klientami hotelu czy restauracji może być niebezpieczna, nawet jeśli wymaga podania hasła. Podczas ataków man-in-the-middle przestępcy mogą monitorować ruch sieciowy i przesyłane informacje. Czasem tworzą własną, spreparowaną sieć o nazwie identycznej jak ta dostępna w lokalu i za jej pomocą przechwytują dane logowania do skrzynki mailowej, banku czy mediów społecznościowych.

Hotspoty są ryzykowne, zwłaszcza jeśli np. rezerwujemy za ich pomocą bilety i podajemy swój numer PESEL czy dane karty kredytowej, które łatwo mogą zostać przechwycone i wykorzystane przez przestępcę. Podczas korzystania z publicznej sieci najbezpieczniej jest całkowicie zrezygnować z korzystania z platform czy usług służących do prowadzenia transakcji, które wymagają podania hasła. Jeśli konieczne jest zrobienie przelewu najlepiej skorzystać z komórkowego transferu danych i użyć specjalnej aplikacji bankowej na urządzenia mobilne – radzi Łukasz Formas, kierownik zespołu inżynierów w firmie Sophos.

  1. Uwaga na podejrzane linki i aplikacje

W sezonie wakacyjnym przestępcy rozsyłają maile z atrakcyjnymi ofertami wycieczek, zawierające złośliwe załączniki lub linki, a nawet tworzą fałszywe aplikacje z mapami czy przewodnikami turystycznymi w celu przechwycenia danych logowania. Należy więc zachować czujność i zwracać uwagę na wszelkie błędy w wiadomościach, nie klikać w podejrzane załączniki czy linki, o które nie prosiliśmy (także te przychodzące SMS-em), a aplikacje pobierać tylko z oficjalnych źródeł.

  1. Ważna ochrona prywatności

W zamian za dostęp do bezpłatnego hotspotu użytkownicy często podają swoje dane, takie jak data urodzenia czy miejsce zamieszkania. Aż 33% internautów nie czyta też regulaminów na które się zgadza, a ponad połowa robi to jedynie czasami.[2] Tymczasem mogą one kryć zapisy o zbieraniu i przetwarzaniu danych takich jak historia przeglądania czy aktualnej lokalizacji. Warto też zawsze sprawdzać jakie uprawnienia mają instalowane aplikacje czy programy i wyłączyć im np. dostęp do aparatu czy galerii urządzenia.

  1. Zabezpieczenia także na telefonie

Wszystkie aplikacje i system operacyjny urządzenia powinny być zawsze zaktualizowane, gdyż przestępcy często wykorzystują powszechnie znane luki w starszych wersjach oprogramowania. Ważne jest także korzystanie z rozwiązań ochronnych na telefonie – nadal posiada je jedynie 28% użytkowników. Dodatkowym zabezpieczeniem może być również VPN (ang. Virtual Private Network), czyli oprogramowanie szyfrujące ruch sieciowy i uniemożliwiające przechwycenie haseł czy danych logowania.

  1. Backup danych

Przed wyruszeniem w drogę warto wykonać kopię zapasową zdjęć i wszelkich danych. Zabezpieczy to cenne informacje na wypadek kradzieży telefonu, zgubienia go czy zniszczenia w trakcie podróży. Dobrze jest także pamiętać o zaszyfrowaniu urządzenia i ustawienia trudnego do odgadnięcia kodu blokady.

[1] Według raportu We Are Social, Digital 2020:Poland.

[2] Badanie opinii publicznej w zakresie funkcjonowania rynku usług telekomunikacyjnych oraz preferencji konsumentów. Raport z badania klientów indywidualnych, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Warszawa, Gdańsk, 29.11.2019.

Firma nie dochowała należytej staranności, bo nie zweryfikowała wieloletniego kontrahenta

0

Posądzenie o udział w karuzeli podatkowej i odmowa odliczenia VAT – to efekty ustaleń poczynionych wobec jednej ze spółek przez organ podatkowy. Organ zakwestionował wiele działań przedsiębiorcy, ale pośród zarzutów mających uzasadnić odmowę prawa do odliczenia podatku znalazł się również taki, że nie dochował on należytej staranności przy przeprowadzaniu transakcji, bo nie poddał swojego dostawcy weryfikacji, uznając go za wiarygodnego na podstawie wieloletniej współpracy. Jak podsumował to Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu: „Stwierdzenie takie jest oczywiście sprzeczne z logiką, doświadczeniem życiowym i realiami funkcjonowania obrotu gospodarczego” (wyrok z 17 marca 2020 r., sygn. akt I SA/Wr 768/19).

Naczelnik urzędu celno-skarbowego przeprowadził w spółce kontrolę podatkową. Organ zakwestionował siedem faktur VAT dokumentujących zakupy dokonane w okresie od lipca 2013 r. do marca 2014 r., stwierdzając, że spółka nie nabyła w rzeczywistości na ich podstawie towaru. Jego zdaniem wystawca faktur nie mógł dokonać do spółki dostaw, bowiem nigdy nie dysponował jak właściciel wykazanymi w nich towarami.

Zarzut uczestnictwa w karuzeli VAT

Organ ustalił, że spółka uczestniczyła w oszustwie podatkowym karuzeli VAT, gdzie jednym z dostawców był tzw. znikający podatnik. Między dalszymi dostawcami w łańcuchu dochodziło do wystawiania fikcyjnych faktur bez rzeczywistego obrotu towarami. Stąd też nie mogła również nastąpić sprzedaż do firmy będącej bezpośrednim dostawcą spółki. Dlatego zdaniem organu spółka nie mogła odsprzedać towaru do firmy czeskiej. Przedsiębiorca ten, nabywając towar, który rzekomo miał dostarczyć dalej do Czech, zawyżył więc podatek VAT naliczony. Zarzutem wobec spółki było niedochowanie przez nią należytej staranności kupieckiej. Ponadto organ uznał, że faktury odsprzedaży owego towaru do czeskiego kontrahenta również nie odzwierciedlają rzeczywistych dostaw.

Jak wynikało z pozyskanych informacji od administracji czeskiej, odbiorca towaru całość otrzymywanych od polskiej spółki dostaw przekazywał dalej na Słowację do tamtejszej firmy, która dostarczała z kolei towar na teren Unii Europejskiej do takich państw, jak Polska, Litwa oraz Wielka Brytania. Firma czeska stała się niekomunikatywna, nie składa zeznań podatkowych. Organ ocenił więc, że celem tych działań było wyłudzenie VAT poprzez niewpłacanie go we wczesnych etapach obrotu, bo faktury wystawiali tzw. znikający podatnicy, późniejsze odliczenie go przez dalszych uczestników oszustwa i na końcu nieuiszczenie przez podmioty dokonujące wewnątrzwspólnotowej dostawy towaru ze stawką 0%, z czego finalnie skorzystała spółka.

Wystarczający dla organu materiał dowodowy

Spółka złożyła odwołanie, w ramach którego wniosła o przeprowadzenie dowodu z przesłuchania świadków: przedstawicieli uczestniczących w transakcji dostawców, odbiorców oraz firm spedycyjnych na okoliczność potwierdzenia prawdziwości zawartych i wykonanych przez nią kontraktów. Jednak dyrektor izby administracji skarbowej odmówił, stwierdzając, że materiał dowodowy został zgromadzony przez organ pierwszej instancji w sposób wyczerpujący i wystarczający.

Przesłuchani już świadkowie potwierdzili, że spółka jest wieloletnim dystrybutorem kosmetyków i perfum z dużym doświadczeniem i ma wyrobioną renomę na całym świecie. Zakwestionowany pod względem rzetelności dostawca starał się m.in. z tych przyczyn nawiązać ze spółką współpracę. Rozpoczęła się ona jeszcze przed 2013 r. i polegała na wzajemnym handlu posiadanym przez obie firmy asortymentem. Pracownicy spółki przyznali, że towary wyróżnione na zakwestionowanych fakturach nie zostały dostarczone do magazynu firmy, a w całości przetransportowane od razu do czeskiego odbiorcy, którego legalność działania sprawdzono przez internet.

Wieloletnia znajomość dostawcy to żadna weryfikacja

Po przeprowadzeniu kontroli u dostawcy spółki za okres od lipca 2012 r. do marca 2013 r. dyrektor urzędu kontroli skarbowej stwierdził jego uczestnictwo w oszustwie podatkowym, mającym za przedmiot wewnątrzwspólnotowy obrót towarem i wyłudzenie VAT. Stąd też organ w niniejszej sprawie miał prawo wnioskować, że również w okresie lipiec 2013 – marzec 2014 dostawca ten wystawiał faktury VAT niedokumentujące rzeczywistych transakcji gospodarczych, w tym na rzecz spółki.

Czeska administracja podatkowa potwierdziła zaewidencjonowanie i rozliczenie przez wskazanego przez spółkę odbiorcę czterech z siedmiu transakcji WDT, pokrywających się z dostawami zakwestionowanymi przez polskie organy. Ale firma czeska dostarczyła następnie towar na Słowację, skąd tamtejsza firma dystrybuowała go dalej: na Litwę, do Wielkiej Brytanii i do Polski. To z kolei przesądza o łańcuchu dostaw tworzących oszustwo w postaci karuzeli VAT. Potwierdza to m.in. fakt, że szczegóły transakcji pomiędzy zakwestionowanym dostawcą a spółką uzgadniane były wyłącznie przez ich właścicieli, ustnie, mailowo lub telefonicznie. Organ drugiej instancji zarzucił więc spółce m.in.: powierzchowną weryfikację odbiorcy czeskiego oraz brak weryfikacji dostawcy i uznanie go za wiarygodnego na podstawie wieloletniej współpracy.

Transakcja musi być oceniana indywidualnie, a nie przez pryzmat innych transakcji

U podstaw wniesionej przez spółkę do sądu skargi na takie rozstrzygnięcie organu legło przede wszystkim to, że organy oceniły przeprowadzoną przez spółkę transakcję przez pryzmat wyników kontroli przeprowadzonych u innych przedsiębiorców uczestniczących w łańcuchu dostaw przez inne organy.

Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu podkreślił, że ponieważ sprawa dotyczy transakcji i rozliczeń w podatku od wartości dodanej, to musi być rozpoznawana z uwzględnieniem orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Z tego ostatniego wynika, że pojęcie „działalności gospodarczej” ma szeroki zakres przedmiotowy o obiektywnym charakterze, co oznacza, że musi być ona oceniana stricte indywidualnie, niezależnie od jej celów i rezultatów tak jak i każda przeprowadzona w ramach działalności transakcja. Dlatego jej charakteru nie mogą zmieniać wcześniejsze lub późniejsze zdarzenia w łańcuchu dostaw. Transakcje, które same nie są oszustwem, w obliczu prawa są skutecznymi dostawami oraz stanowią działalność gospodarczą, skoro podatnik o oszukańczym charakterze innego jej ogniwa nie wiedział lub nie mógł się dowiedzieć.

Sprzeczne rozumowanie fiskusa

Na tle powyższej wykładni WSA we Wrocławiu stwierdził, że rozumowanie organów podatkowych w niniejszej sprawie jest pełne sprzeczności. Z jednej strony przyznają one, że doszło do transakcji między spółką skarżącą a jej dostawcą, a z drugiej to kwestionują. Organy powinny wykazać, czy zakwestionowane przez nie faktury rzeczywiście nie dokumentują żadnego obrotu towarem, lub że skarżąca wiedziała o podszywaniu się przez jej dostawcę pod prawdziwego wystawcę faktur. A w tej sprawie organy w części swej decyzji kategorycznie wykluczyły możliwość rzeczywistego nabycia towaru przez spółkę, co czyniło zbędnym badanie dobrej wiary skarżącej, a w dalszej części analizowały jej istnienie, wskazując spółce, co powinno wzbudzić jej wątpliwości i jakie środki należytej staranności powinny zostać dochowane.

Normalna praktyka obrotu

Zagłębiając się w sedno sprawy, sąd wskazał, że zeznania świadków z obu stron transakcji potwierdziły jej rzeczywiste dokonanie. Dodatkowo organ sam przyznał, że miały one miejsce. Zrobił to, gdy podważył ważność ustnej formy nawiązania współpracy i ustalenia jej szczegółów między przedstawicielami obu firm, biorąc to za podstawę sformułowania przeciw spółce braku dochowania należytej staranności z uwagi na brak formy pisemnej. Co więcej, przemawiające za oszustwem uzgodnienia co do dostaw towaru do Czech, poczynione między właścicielami spółki skarżącej i spółki jej dostawcy, w opinii sądu są właśnie dowodem na rzeczywisty charakter tej transakcji, skoro była ona podejmowana przez obu kontrahentów dodatkowo, niejako obok trwającej między nimi zasadniczej, wewnątrzkrajowej współpracy handlowej. Jak to ujął sąd, takie działania przedsiębiorców stanowią raczej normalną praktykę obrotu. Dotyczy to również prowadzonych przez telefon i drogą e-mailową negocjacji handlowych przez oba podmioty, z których organ niesłusznie uczynił skierowany wobec spółki zarzut.

Przedsiębiorca nie jest organem kontroli podatkowej

Jako sprzeczne sąd uznał także ustalenia organów co do fikcyjności dokonanej przez spółkę dostawy na teren Czech. Organ podatkowy drugiej instancji z jednej strony podzielił zdanie organu pierwszej instancji, że taka transakcja nie miała miejsca, jednocześnie w swojej decyzji kilkakrotnie wyliczał, do jakich krajów czeska spółka dystrybuowała towar, argumentując tym właśnie istnienie karuzeli VAT. Co więcej, przecież czeska administracja podatkowa potwierdziła zaewidencjonowanie znacznej części transakcji WDT przeprowadzonej przez czeskiego kontrahenta skarżącej. Sąd nie zgodził się, aby weryfikacja czeskiego odbiorcy, dokonana w oparciu o analizę dokumentów rejestrowych, jak i będąca wynikiem polecenia go przez długoletniego kontrahenta spółki, została dokonana powierzchownie.

Sąd poparł również zarzut spółki, że organy nie mogą, uzależniając od tego prawo do odliczenia VAT, wymagać od przedsiębiorców, by ci badali swoich kontrahentów, czy jako wystawcy faktury są podatnikami, czy dysponują ujętymi w nich towarami i są je w stanie dostarczyć, jak również, czy wywiązują się ze swoich obowiązków podatkowych. Czyniąc to, przerzucałyby na przedsiębiorców sobie powierzone zadania w zakresie kontroli podatników i ich działalności.

Sprzeczne z logiką

WSA we Wrocławiu, uchylając 17 marca 2020 r. zaskarżone rozstrzygnięcie organu, orzekł:

„…zasadniczy sprzeciw budzi sformułowanie organu II instancji, że o braku należytej staranności Skarżącej miałby świadczyć brak weryfikacji dostawcy (B) i uznanie go za wiarygodnego na podstawie długoletniej współpracy. W sytuacji, w której – jak sam stwierdza organ (…) oba podmioty współpracowały ze sobą przez długi czas i współpracę tę obie strony uznawały za dobrą i owocną, trudno mówić o konieczności jakiejkolwiek weryfikacji jednego z tych kontrahentów wobec drugiego. Stwierdzenie takie jest oczywiście sprzeczne z logiką, doświadczeniem życiowym i realiami funkcjonowania obrotu gospodarczego” (sygn. akt I SA/Wr 768/19).

Podsumowanie

To korzystny i niezwykle istotny dla przedsiębiorców wyrok, wskazujący słuszną drogę podejmowania walki z niesprawiedliwymi dla nich rozstrzygnięciami fiskusa. W swoim wyroku sąd podkreślił, że brak udowodnienia przedsiębiorcy działania w złej wierze wyklucza możliwość pozbawienia go prawa do zastosowania stawki 0%, odliczenia VAT czy też jego zwrotu. A już tym bardziej w przypadku argumentowania takich niekorzystnych dla podatnika decyzji „sprzecznymi z logiką” ustaleniami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Zarządzanie płynnością finansową dla MŚP: Finiata wprowadza inteligentną, zautomatyzowaną usługę planowania finansowego Finiata Analityka

0

Finiata wprowadza w Polsce cyfrową i inteligentną usługę doradztwa finansowego. Wraz z wprowadzeniem tej nowej funkcji osoby prowadzące własną działalność gospodarczą, freelancerzy i małe firmy otrzymają możliwość bezpłatnego przeglądu ich przepływów pieniężnych. Usługa oferuje także wskazówki i porady dotyczące planowania płynności. Analizy są oparte i generowane automatycznie na podstawie ustaleń algorytmu uczenia maszynowego Copernicus. Nowa funkcja produktu Analityka nie tylko prognozuje przyszłą płynność finansową firmy, ale także pokazuje, w jakich obszarach działalności użytkownicy mogą potencjalnie zaoszczędzić i jak pokonać ewentualne zagrożenia.

Z badań przeprowadzonych w II kwartale 2020 r. wśród właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce wynika, że 76 proc. z nich obawia się utraty płynności finansowej. Ponad połowa z badanych podmiotów wyraziła obawy o konieczność zapotrzebowania na środki pieniężne ze źródeł zewnętrznych.[1] Eksperci zauważyli niepokojący trend rosnących zobowiązań – na koniec marca 2020 należności firm wobec banków i kontrahentów wynosiły 33,2 mld zł, a miesiąc później kwota ta wzrosła o kolejne 572 mln zł.[2] Badania pokazują również, że 27 proc. przedsiębiorców poszukuje w internecie narzędzi lub usług mogących pomóc w poprawieniu płynności.[3]

Na rynku istnieje kilka rozwiązań cyfrowych, które pomagają przedsiębiorcom w usprawnieniu płynności finansowej. Jednym z nich jest elastyczna linia finansowa FlexKapital od Finiaty. Obecnie fintech oferuje swoim klientom środki finansowe w wysokości 3,8 procent ich rocznych obrotów. Teraz Finiata rozszerza swoje usługi cyfrowe o inteligentnego, cyfrowego doradcę płynności. Dzięki temu małe firmy i przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą, którzy obecnie nie są w stanie uzyskać pożyczek gotówkowych z powodu negatywnych wyników finansowych, mogą łatwo sprawdzić, jak poprawić swoją zdolność kredytową. Podobna korzyść dotyczy osób samozatrudnionych, które mogą korzystać z nowej usługi Analityki w celu łatwego planowania płynności bez konieczności posiadania specjalistycznej wiedzy w tej dziedzinie. Na przykład otrzymują ostrzeżenia przed możliwymi zagrożeniami już na wczesnym ich etapie, a jednocześnie mają także określone możliwości, aby je pokonać.

– Wielu drobnych przedsiębiorców lub freelancerów – takich jak rzemieślnicy, graficy lub szefowie kuchni – są mistrzami w swojej branży, ale nie są ekspertami finansowymi – wyjaśnia Jan Enno Einfeld, dyrektor generalny Finiata Group. – Nasz algorytm pomaga im zaplanować przepływy pieniężne oraz uzyskać przegląd swoich finansów bez konieczności posiadania tytułu magistra ekonomii. W ten sposób konsekwentnie realizujemy naszą misję, pomagania małym przedsiębiorstwom, które dotychczas były całkowicie ignorowane przez tradycyjnych pożyczkodawców w czasach trudności finansowych. Wspieramy również tych, którzy obecnie przechodzą kontrolę kredytową, do uzyskania wiarygodności kredytowej.

Podobnie jak FlexKapital, Finiata Analityka opiera się na samouczącym się algorytmie sztucznej inteligencji Copernicus. Ten algorytm całkowicie zdigitalizował i zautomatyzował udzielanie przez Finiatę krótkoterminowych małych pożyczek w wysokości od 500 do 50 000 zł. Wskaźnik niewypłacalności wynosi około dwóch procent, współczynnik Giniego jest nieco poniżej 70, a więc o około 30 punktów wyższy niż u porównywalnych pośredników kredytowych. Aby obliczyć wynik, algorytm uwzględnia dane finansowe, behawioralne, publiczne, transakcyjne, agencji kredytowej i mikrogeograficzne. Chociaż Analityka opiera się na tej samej procedurze co FlexKapital, różnica polega na tym, że dane nie wpływają na końcowy wynik – zamiast tego stają się wizualizowanym przebiegiem przyszłej płynności, w tym kosztów i dochodów.

– Korzystając z danych mikrogeograficznych, w najbliższej przyszłości będziemy mogli na przykład doradzić klientom, czy czynsz za ich biuro jest odpowiedni, czy też powinni rozważyć zmianę siedziby firmy. – wyjaśnia Jan Enno Einfeld. – Nowy produkt, Analityka, ponownie udowadnia, że ​​w Finiacie konsekwentnie myślimy i działamy z punktu widzenia klienta. Ponieważ algorytm Copernicus jest w pełni skalowalny, możemy skutecznie oferować zindywidualizowane informacje na temat planowania finansowego. To z kolei oznacza rozszerzenie naszej bazy klientów. To ważna informacja, gdy wiemy, że coraz więcej klientów ma kontrolę nad swoimi finansami. Równie cenna jest pewność, że mogą spłacić pożyczki na czas. To sytuacja korzystna dla wszystkich stron zaangażowanych w proces usprawnienia płynności przy minimalnym wysiłku każdej z nich.

[1] Barometr COVID-19 Puls Biznesu na zlecenie EFL, 2020

[2] Dane KRD, 2020

[3] Badanie IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów, 2020

Po epidemii firmy postawią na drugie życie po leasingu

0

Koronawirus nie oszczędził polskich przedsiębiorców – wielu z nich mierzy się ze spadkami przychodów czy opóźnieniami w płatnościach od kontrahentów lub klientów. Są jednak firmy, które mimo trudnej sytuacji i niepewnej przyszłości, nie zwalniają tempa i nie rezygnują ze swoich planów, także tych inwestycyjnych. Z Barometru COVID-19 zrealizowanego przez EFL pod koniec maja br. wynika, że 1 na 7 przedsiębiorstw planuje inwestycje w środki trwałe. 81 proc. z nich zamierza kupić maszyny i urządzenia, 44 proc. samochody ciężarowe, 39 proc. samochody dostawcze, a 35 proc. auta osobowe. Eksperci EFL i Carefleet zwracają uwagę, że w obecnej sytuacji więcej firm niż dotychczas stoi przed dylematem – kupić nowy sprzęt czy poszukać oszczędności i nabyć używany?

– Perspektywa nabycia sprzętu na rynku wtórnym jest bardzo kusząca, szczególnie teraz, kiedy budżety inwestycyjne polskich przedsiębiorców zdecydowanie się skurczyły. Przed finalną decyzją istotne jest określenie parametrów ważnych z punktu widzenia nabywcy. W pierwszej kolejności pod lupę warto wziąć dostawcę towaru. Z pewnością wiarygodnym partnerem będzie firma leasingowa, która sprzedaje sprzęt tuż po zakończonych kontraktach. Zna źródło pochodzenia towaru, a każdy sprzęt wystawiony na sprzedaż – czy to auta osobowe, ciężarówki czy maszyny – zawsze wyceniane są przez niezależnego rzeczoznawcę. Można liczyć na udokumentowany przebieg pracy i opisany stan techniczny. Co więcej, często poddawane były systematycznym przeglądom, a ich naprawy prowadzone były przez renomowane i autoryzowane serwisy. Z pewnością pozwoli to uniknąć zaskoczenia faktycznym stanem technicznym i przykrych niespodzianek wymagających kolejnych inwestycji już po zakupie – zwraca uwagę Krzysztof Maszczyk, Zastępca Dyrektora Departamentu Kredytów Trudnych w EFL. I dodaje, że każdy sprzęt poleasingowy można wziąć nie tylko za gotówkę, ale i w leasing. Ten drugi sposób to kolejny krok w stronę zrównoważenia firmowego budżetu.

Od osobówki i motocykla, po meble i kopiarki

Sprzęt poleasingowy to nie tylko używane samochody osobowe. Lista jest zdecydowanie dłuższa. W przypadku pojazdów na rynku dostępne są właściwie ich wszystkie rodzaje – ciągniki siodłowe, naczepy i przyczepy, samochody dostawcze czy motocykle. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się maszyny i urządzenia. Są to między innymi maszyny do obróbki, sprzęt budowlany, maszyny rolnicze i leśne, sprzęt gastronomiczny i piekarniczy, wózki widłowe czy meble i wyposażenie biur. Firmy mogą także zaopatrzyć się w używany sprzęt IT, zarówno w komputery jak i drukarki, kserokopiarki, urządzenia wielofunkcyjne.

Z oferty sprzętu poleasingowego korzystają przedsiębiorcy, głównie osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Proces zakupu takiego towaru przez przedsiębiorców jest bardzo prosty. Wystarczy odwiedzić serwis  www.aukcje.efl.com.pl., w którym  dostępna jest pełna  oferta towarów poleasingowych,  i w przypadku zainteresowania wziąć udział w aukcji i wylicytować wybrany środek trwały.

Przedsiębiorcy, osoby fizyczne prowadzące działalność oraz klienci indywidulani mogą dodatkowo skorzystać z szerokiej oferty pojazdów pokontraktowych firmy Carefleet. Auta osobowe i dostawcze po zakończonych umowach wynajmu długoterminowego sprzedawane są w Internecie oraz w stacjonarnych centrach sprzedaży, m.in. w Magnicach pod Wrocławiem, Katowicach, Poznaniu, Piasecznie oraz Ożarowie Mazowieckim. Spółka oferuje samochody używane większości marek dostępnych na polskim rynku. Każdy z nich przed wystawieniem na sprzedaż poddawany jest ocenie niezależnego rzeczoznawcy, dzięki czemu kupujący mają pewność, że nabywają auta z wiarygodnym przebiegiem i pełną historią serwisową, których naprawy były wykonywane w sprawdzonych serwisach zgodnie z technologią przewidzianą przez producentów.

COVID-19 a sprzedaż  sprzętu poleasingowego

Analiza sprzedaży towarów poleasingowych wykonana przez EFL wskazuje, że mimo pandemii jest pewna grupa towarów, które nawet pomimo kryzysu chętnie kupują przedsiębiorcy. Należą do nich maszyny budowlane  takie jak maszyny do prac drogowych, ziemnych, koparki , ładowarki, samochodowe urządzenia diagnostyczne oraz rolnicze w tym między innymi ciągniki, kombajny , przyczepy, ładowarki itp.

Co istotne, sprzęt poleasingowy jest zazwyczaj młodszy niż ten oferowany u dostawców sprzętu używanego. Towary mają udokumentowany przebieg pracy i opisany stan techniczny. Poddawane były systematycznym przeglądom, a ich naprawy prowadzone były przez renomowane i autoryzowane serwisy.

Jak zoptymalizować koszt wynajmu biura?

0

Jak zoptymalizować koszt wynajmu biura? To pytanie, szczególnie w dobie trwającej wciąż pandemii, spędza sen z powiek niejednego działu administracyjnego odpowiadającego w firmie za proces pozyskiwania nowych powierzchni. Eksperci OPG Property Professionals podpowiadają, na jakie aspekty warto zwrócić uwagę, aby wynająć biuro dobrze, czyli w sposób efektywny kosztowo.

Przez optymalizację kosztów prowadzonej działalności rozumieć można takie zarządzanie wszelkiego rodzaju opłatami, które spowoduje ich obniżenie, bez uszczerbku na jakości funkcjonowania firmy. Jeśli chodzi o wynajem powierzchni, podstawowe koszty to oczywiście czynsz, opłaty za media, ochrona czy utrzymanie czystości. Ale to nie wszystko. Wynajmując powierzchnię w biurowcu, należy się bowiem liczyć ze współczynnikami, które w ostatecznym rozrachunku mogą wiele zmienić.
W budynkach biurowych najczęściej mamy do czynienia z dwoma wskaźnikami wpływającymi na finalny koszt wynajmu. Pierwszy z nich dotyczy nas wówczas, gdy piętro dzielimy z innymi najemcami. – Korytarze, toalety oraz pomieszczenia socjalne na tym samym poziomie składają się na tzw. współczynnik kondygnacyjny, który do opłaty za wynajmowane metry kwadratowe wprowadza dodatkowy koszt na poczet części wspólnych – wyjaśnia Monika Hryniewicz, Head of Leasing w firmie OPG Property Professionals. – Jeśli mamy być na piętrze sami, możemy ten współczynnik pominąć. Niezależnie jednak od opcji, powierzchnia najmu brutto, a zarazem koszt najmu, zwiększa się o tzw. add-on factor – dodaje.

Ilość biura w biurze

Czym dokładnie jest ów współczynnik add-on? Jest to wyrażana w procentach wartość, która umownie oznacza proporcjonalny udział najemcy w powierzchniach wspólnych biurowca, takich jak hol, recepcja czy szatnie dla rowerzystów, a także w pomieszczeniach technicznych – rozdzielniach elektrycznych, serwerowniach bądź centrach danych.
Najemca, oprócz własnego biura do wyłącznego korzystania, automatycznie staje się najemcą części współdzielonych, co przekłada się na ostateczną wysokość czynszu i opłat eksploatacyjnych. Oznacza to, że w hipotetycznym budynku z add-on factor na poziomie 10%, firma zajmująca 1000 mkw. płaci de facto taką stawkę, jak gdyby wynajmowała 1100 mkw. Jeszcze wyższą, jeśli dodatkowo dzieli to samo piętro z innymi najemcami.
Dla wielu firm często jest to znaczący wysiłek finansowy. Da się go jednak uniknąć, optymalizując koszt wynajmu powierzchni na jednego pracownika. Na rynku pojawiają się niekiedy ciekawe oferty. – Z myślą o firmach, dla których ilość „biura w biurze” ma znaczenie i które chciałyby przenieść lub otworzyć nowe centrum obsługi klienta, w budynku Orange Plaza Financial Center w całości zrezygnowaliśmy z wprowadzania add-on factor – podkreśla Monika Hryniewicz. – Najemca poszukujący w Łodzi większej powierzchni może zająć nawet do 1000 metrów pozbawionych zarówno współczynnika kondygnacyjnego, jak i współczynnika części wspólnych – dodaje.

Biuro z drugiej ręki, choć jak nowe

Jeśli firma wprowadza się do całkowicie nowego obiektu biurowego, oprócz comiesięcznych kosztów stałych, należy także doliczyć początkowe nakłady związane z dostosowaniem przestrzeni do potrzeb jej pracowników. A te, w przypadku call center mieszczącego codziennie ponad 150 osób, będą oscylować w granicach nawet kilkuset tysięcy złotych, w zależności od przyjętego standardu.
Koszt ten można znacząco zredukować, szukając przestrzeni w obiektach nieco starszych, choć nieodbiegających mocno standardem od bardziej współczesnych projektów. Okazuje się, że przysłowiowe „oldtimery” w biurowej klasie B+ mają jeszcze sporo do zaoferowania. – Biura w Orange Plaza Financial Center wyposażyliśmy m.in. w pełną instalację ICT, światłowód czy sieć wi-fi. O komfort pracowników dba zaś klimatyzacja, duże okna oraz podwieszane sufity ze zintegrowanym oświetleniem – wymienia Monika Hryniewicz. – Dzięki elastycznej powierzchni, możemy przygotować przestrzeń w pełni dopasowaną do potrzeb firmy. Środki, które najemca wydałby na wykończenie pomieszczeń w stanie surowym, może przeznaczyć na przykład na zaaranżowanie pokojów rekreacyjnych – dodaje.

Koszty/korzyści = biuro na plusie

Archimedes z Syrakuz rzekł kiedyś: dajcie mi punkt oparcia, a poruszę Ziemię. O kluczowym znaczeniu punktu przyłożenia doskonale wiedzą duże firmy z szeroko pojętego sektora usług dla biznesu, które poruszając się w skali globalnej, praktycznie każdy koszt filtrują przez niekończącą się liczbę kolumn i wierszy w arkuszu kalkulacyjnym.
Podstawowa zasada? Im mniej mnożników i niższe ich wartości, tym korzystniejszy rezultat końcowy.

Nowe oprogramowanie Lease Commander usprawni proces wynajmu centrum handlowego, w dobie pandemii i nie tylko

0

Nawet 70% czasu potrzebnego na zarządzanie wynajmem centrum handlowego można zaoszczędzić z wykorzystaniem nowego oprogramowanie Lease Commander, wprowadzonego na polski rynek przez kancelarią prawniczą Causa Finita. System informatyczny, stworzony przez rzeszowskich prawników oraz firmę informatyczną Appgo, pozwala na szybkie i intuicyjne zarządzanie umowami najmu, umożliwia zebranie w jednym miejscu istotnych warunków biznesowych ze wszystkich umów, zestawienie ich ze sobą i wykrycie ewentualnych sprzeczności. W trakcie negocjacji ułatwia też wykrycie, że żądania jednych najemców nie mogą być spełnione wobec deklaracji złożonych wcześniej innym najemcom. Pomaga prawidłowo określić zakres dozwolonej działalności, kształtować harmonogram inwestycji i formułować inne zapisy. Nowe oprogramowanie pomaga zarządzać komercjalizacją centrum handlowego w sposób zdalny, co jest również niezwykle ważne w dobie pandemii koronawirusa.

Wynajem centrum handlowego to zwykle długotrwały i żmudny proces, podczas którego właściciele prowadzą równolegle wiele niełatwych rozmów z potencjalnymi najemcami. Klauzule o wyłączności na dany asortyment w obrębie centrum, zapewnienia co do konkretnego poziomu wynajmu powierzchni handlowej, gwarancje dotyczące obecności w obiekcie innych marek, zobowiązania do otwarcia centrum w z góry ustalonych okresach, czy graniczne terminy wydania lokali – to jedynie przykładowe zagadnienia, które muszą zostać szczegółowo uregulowane w umowach najmu, a które pokazują skalę skomplikowania całej procedury. Dotychczas właściciele zarządzali tymi danymi wykorzystując arkusze kalkulacyjne, abstrakty (wyciągi) z umów najmu oraz pocztę elektroniczną. Kancelaria Causa Finita, zajmująca się obsługą prawną centrów i sieci handlowych, przygotowała dla nich specjalne, dedykowane oprogramowanie Lease Commander, które w przejrzysty sposób organizuje i ułatwia zarządzanie procesem komercjalizacji. Można z niego korzystać na komputerze, tablecie czy smartfonie.

Program gwarantuje łatwy dostęp do najważniejszych i najbardziej aktualnych warunków umów najmu z każdym najemcą. Dane pogrupowane są w jednolity, przejrzysty sposób i pozwalają na dokonywanie rozmaitych zestawień i porównań. Informacje istotne lub bardziej skomplikowane można weryfikować w oparciu o podgląd fragmentu (wycinek) rzeczywistej, podpisanej umowy. Dodatkowo, system posiada szczegółowe kalendarium terminów, wspomagane przez zestaw powiadomień mailowych. Ponieważ w chwili zawierania umowy najmu strony nie znają jeszcze z reguły szczegółowych dat, na przykład otwarcia galerii, terminy w kalendarium mają charakter dynamiczny. Automatycznie dostosowują się do wskazanej przez wynajmującego, aktualnej, planowanej daty otwarcia obiektu dla ogółu klientów.

W związku z dużym zainteresowaniem Lease Commanderem, pierwsze wdrożenia będą miały miejsce u naszych aktualnych klientów. Prowadzimy w tym zakresie zaawansowane prace. Prawnicy zespołu odpowiedzialnego za komercjalizację zajmą się wprowadzaniem danych, co sprawi, że implementacja oprogramowania u klienta odbywać się będzie w sposób skoordynowany, bez niepotrzebnych tarć organizacyjnych, a stała współpraca w zakresie obsługi prawnej pozwoli nam udoskonalać użytkowe funkcje programu”- mówi mec. Diana Kalita, zarządzająca praktyką komercjalizacji w kancelarii Causa Finita.

„Lease Commander automatycznie i na bieżąco analizuje umowy wszystkich lokali, weryfikując wykluczające się zapisy. Pozwala też na o wiele bardziej konstruktywną pracę z danymi, niż ma to miejsce w przypadku standardowego arkusza kalkulacyjnego. Przede wszystkim, pozwala w każdej chwili wygenerować dowolne zestawienie danych i informacji z umów najmu. Jest to szczególnie pomocne w razie potrzeby zestawienia danych, których się zwyczajowo do arkuszy nie wprowadza – kar umownych, odpowiedzialności za brak kluczowych najemców, informacji o reklamach najemcy na pylonach reklamowych, niestandardowych terminach, oknach handlowych, etc.” – mówi Mirosław Jabłoński z firmy informatycznej Appgo, współtwórcy oprogramowania.

W normalnych warunkach, aby przygotować takie przekrojowe zestawienie, prawnik musi poświęcić nawet kilkanaście godzin na przeanalizowanie wszystkich umów najmu w interesujących go obszarach. Tymczasem z systemem Lease Commander, wszystkie niezbędne informacje można wygenerować w kilka minut. Zalety oprogramowania są jeszcze bardziej widoczne, gdy zachodzi potrzeba dokonania wszechstronnej analizy umów najmu pod kątem ewentualnej sprzedaży centrum handlowego czy uzyskania finansowania.

Szacujemy, że Lease Commander może o 70% skrócić czas potrzebny na przygotowanie np. raportu prawnego obejmującego umowy najmu centrum handlowego. Dzięki naszemu systemowi można zarządzać komercjalizacją w sposób zdalny, a to szczególnie ważne w obecnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa.”dodaje mec. Diana Kalita.

Szczególnie ciekawą funkcją oprogramowania są alerty w przypadku, kiedy dana umowa najmu posiada zapisy sprzeczne z innymi, wcześniej zawartymi umowami. Pozwala to utrzymać porządek prawny i organizacyjny, a także uniknąć kosztownych błędów i nieporozumień zanim nowa umowa zostanie podpisana. System informuje na przykład użytkownika – i to już na etapie wprowadzania pierwszych danych – że termin otwarcia centrum pozostaje w sprzeczności z oficjalnym terminem wynikającym z harmonogramu albo że przypada on poza uzgodnionymi gdzie indziej oknami handlowymi, że w centrum brak jest najemców kluczowych, albo że asortyment danego najemcy narusza zapis o wyłączności w innej umowie. W przypadku właścicieli większej ilości projektów w toku, funkcja ta może pozwolić uniknąć wielu kosztownych pomyłek.

Prace nad systemem trwały ponad 8 miesięcy. System wykonano w technologii Laravel Framework.

Tańsze waluty na wakacje? Kursy raczej stabilne. Jesienią może być drożej

0

Wybierasz się za granicę? Sprawdź, ile zapłacisz za euro oraz inne waluty. Dowiedz się też, czy w kolejnych tygodniach i miesiącach kursy wymiany mogą być korzystniejsze. 

Pandemia koronawirusa sprawiła, że tego lata o wiele rzadziej decydujemy się na zagraniczne urlopy. Polska Organizacja Turystyczna podaje, że grubo ponad 80 proc. Polaków planuje wakacje w kraju.

Linie lotnicze zaczynają jednak kusić promocyjnymi biletów, a wielu z nas z uwagi na prognozy pogody na pewno tęskni za słoneczną Grecją, Chorwacją czy Hiszpanią, szwajcarskimi Alpami, Riwierą Turecką, włoskimi zabytkami czy atrakcjami Londynu. Czy zatem w tym sezonie urlopowym skorzystamy z niższych kursów walut, np. z uwagi na znacznie mniejszy ruch i słabszy popyt?

Czasy nie sprzyjają złotemu

Potężny cios koronawirusa w całą branżę turystyczną niestety nie zadziałał na korzyść polskiego urlopowicza. O wiele więcej waży w tym wypadku strach przed pandemią i reakcje inwestorów na świecie niż zainteresowanie zagranicznymi wakacjami.

Już w pierwszej fazie wirusowego zagrożenia złoty razem z innymi walutami z grupy krajów wschodzących (w Europie to m.in. Polska, Węgry, Czechy) silnie tracił na wartości w relacji do euro, dolara, franka czy funta.

– Dzieło się tak wskutek naturalnego procesu odpływu kapitału z bardziej ryzykownych klas aktywów, a do tych należy złoty, do tzw. bezpiecznych przystani, czyli np. obligacji skarbowych, złota, franka czy dolara – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Przed większymi stratami polską walutę uratowała szybka i prowadzona na bezprecedensową skalę stymulacja monetarna i fiskalna banków centralnych w wielu krajach świata. Spowodowała ona powrót apetytu na ryzyko, wspierając jednocześnie cały rynek finansowy.

W efekcie na początku lipca obserwujemy relatywnie słabego globalnie dolara, a kursy USD/PLN i GBP/PLN wróciły w okolice stanów sprzed pandemii. – Podwyższone w stosunku do przełomu stycznia i lutego pozostają kursu EUR/PLN i CHF/PLN, co z jednej strony podkreśla jeszcze w pewnym stopniu zauważalną dawkę niepewności na rynku, a także stosunkowo dobrą kondycję euro w relacji do głównych walut świata – zauważa Bartosz Grejner.

Dziś wygrywa nadzieja, jesienią może wygrać strach

Jeżeli nie letni sezon wakacyjny, to może opłaca się poczekać? Czy za kilka tygodni lub miesięcy złoty może zyskać na wartości?

By odpowiedzieć na takie pytanie, warto sobie zadać inne. Co jest wyznacznikiem obecnych poziomów? To przede wszystkim stymulacja monetarna, jaką zapewniają banki centralne, a także nadzieje związane ze znoszeniem restrykcji, otwieraniem się gospodarek i związanym z tym wzrostem aktywności gospodarczej.

Gdy świat wychodzi z zastoju, początkowe tygodnie i miesiące przynoszą informacje o imponujących wzrostach parametrów określających sytuację w produkcji, usługach, handlu czy też na rynku pracy. Dane mogą się jednak wydawać o tyle mylące, że w niektórych sektorach mieliśmy do czynienia z zupełnym zastopowaniem działalności, a w innych z bardzo poważnymi ograniczeniami. – Dlatego o wiele istotniejsze wydaje się to, co będzie dalej, jakie będą nasze decyzje dotyczące zakupów, inwestycji, czyli w ogólnym ujęciu, jak ukształtuje się popyt konsumpcyjny – wylicza analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby oceniać sytuację na bazie tego, co dzieje się na początku lipca w niektórych częściach świata, widać, że staliśmy się o wiele bardziej ostrożni i mniej skorzy do wydatków – zakupów czy też zagranicznych wyjazdów. Tempo wzrostu wskaźników gospodarczych może zatem szybko wygasać.

– Jeżeli dodamy do tego jeszcze niepewność związaną z potencjalną drugą falą zachorowań w okresie jesienno-zimowym, zbliżającymi się wyborami prezydenckimi USA, a także wzrost napięcia geopolitycznego w stosunkach handlowych USA i Chin oraz USA i Unii Europejskiej, negocjacje umowy handlowej Wielkiej Brytanii z UE czy wreszcie kwestię narzucenia nowego prawa bezpieczeństwa w Hongkongu przez Chiny, to rośnie prawdopodobieństwo pogorszenia nastrojów na rynku – argumentuje Bartosz Grejner.

Co z tego wyniknie? Istnieje duże prawdopodobieństwo umacniania się dolara wraz ze wzrostem awersji do ryzyka. To z kolei może oznaczać zwiększenie presji podażowej na bardziej ryzykowne dla inwestorów waluty krajów wschodzących, czyli m.in. złotego.

Ile kosztowały waluty latem 2019 r.?

Jeżeli porównamy aktualne ceny walut z ubiegłorocznymi, okaże się, że zagraniczne wakacje mogą tego lata okazać się droższe. Na początku lipca 2019 r. za euro płaciliśmy 4,24 zł, za funta 4,75 zł, za franka 3,81 zł, a za dolara 3,76 zł.

Jak to wygląda obecnie? Euro kosztuje 4,49 zł, funt 4,99 zł, frank 4,22 zł, a dolar 3,95 zł – oto kursy wg Cinkciarz.pl z 9 lipca 2020 r.

Dość istotne, bo ok. 20-groszowe różnice nie są pokłosiem pandemii, tylko tego, co działo się wcześniej. Rok 2019 r. na globalnych rynkach finansowych stał pod znakiem wojny handlowej USA i Chin. W jej obliczu dolar i inne główne waluty zyskiwały na wartości względem złotego.

Co trzeci Polak korzysta z dofinansowania do okularów od pracodawcy

0

Polacy wciąż płacą za okulary z własnej kieszeni – tak wynika z najnowszego opracowania “Raport o okularach Polaków. Jak je nosimy, kupujemy i co dla nas znaczą?” przygotowanego przez sklep wOkularach.pl. Ankietowani, którzy wzięli udział w badaniu, najczęściej nie korzystają z dofinansowań od pracodawców.

Jedynie co trzeci respondent podczas zakupu nowych oprawek uzyskał pomoc finansową od pracodawcy. 31 proc. badanych przyznało przy tym, że ich zakład w ogóle nie przewiduje takiej możliwości. Ponadto, według raportu wOkularach.pl, jedna na dziesięć osób nie zdawała sobie sprawy z takiej możliwości.

Te dane mogą zastanawiać zwłaszcza wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę kwoty, jakie Polacy przeznaczają na zakup okularów. Najczęściej wciąż są one wysokie: 46 proc. badanych na nowe oprawki wydało ponad 500 zł, zaś 34 proc. wysupłało u optyka kwotę rzędu 300-500 zł. Jedynie 2 proc. okularników kupiło oprawki za 100 zł lub mniej.

Trzeba przy tym pamiętać, że dofinansowanie do okularów jest obowiązkiem pracodawcy – mówi o tym art. 207 Kodeksu pracy. W zakładach, w których pracownik ma kontakt z komputerem przez co najmniej połowę dobowego czasu pracy, pracodawca zobowiązany jest do wsparcia przy zakupie okularów. Wysokość dofinansowania ustalana jest jednak wewnętrznie, w zakresie każdej firmy.

Nasz wzrok to także narzędzie pracy – zwłaszcza w biurach, w których w dużej mierze “pracuje się” oczami. Długie godziny spędzone przy ekranie w klimatyzowanym pomieszczeniu nie pozostaną bez wpływu na wzrok. Z tego powodu warto sprawdzić, jak w naszej firmie wygląda kwestia dofinansowań do okularów. Powinni o tym pamiętać zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.

Skanska, Traficar i Hop.City wspierają alternatywne środki transportu. Przy gdańskim Wave ruszy hub komunikacyjny

0

Przy gdańskim biurowcu Wave, zrealizowanym przez Skanska, już w sierpniu rozpocznie działalność City Hub – pierwszy w Trójmieście węzeł współdzielonej mobilności. To specjalnie zaaranżowana przestrzeń, w której każdy będzie mógł m.in. wypożyczyć elektryczne skutery, hulajnogi czy samochody. Doskonale skomunikowany z innymi częściami aglomeracji City Hub ma zachęcać do korzystania z alternatywnych form transportu i tym samym ma szansę stać się odpowiedzią na rosnące natężenie ruchu oraz poziom zanieczyszczenia powietrza w mieście.

Mieszkańcy Trójmiasta pokonują średnio ponad 25 km dziennie i spędzają w podróży 3 godziny i 28 minut. To o 27 minut więcej niż średnia dla 10 polskich aglomeracji[1]. W samym Gdańsku, w 2019 roku na każdy 1000 mieszkańców przypadało aż 640 pojazdów osobowych[2]. Często podróżuje nimi tylko jedna osoba. Rosnący ruch samochodowy szczególnie w okresie letnim przyczynia się do powstawania smogu (za smog zimowy odpowiadają z kolei głównie domowe piece).

Odpowiedzią na te wyzwania mogą być przyjazne środowisku środki transportu. Zachęcanie do korzystania z nich to jeden z celów przyświecających koncepcji City Hub, za którą odpowiedzialna jest spółka biurowa Skanska oraz firmy Traficar i Hop.City. Będą mogli z niego korzystać najemcy zlokalizowanych obok biurowców, okoliczni mieszkańcy czy studenci położonego nieopodal głównego kampusu Uniwersytetu Gdańskiego.

W City Hub będzie można wypożyczyć elektryczne skutery od Hop.City. Na miejscu stanie także stacja do ładowania Si.City (marka Hop.City) dla hulajnóg elektrycznych, która poza funkcją ładowania, będzie także chronić sprzęt przed kradzieżą. Pojawią się tu również samochody firmy Traficar, a także postój taksówek. W kompleksie Wave powstały aż 442 miejsca rowerowe, szatnie, prysznice oraz specjalne windy do garażu dla rowerzystów. Dostępna dla wszystkich stacja naprawy przyda się w razie usterki roweru.

– City Hub zapewnia wygodne, bezpieczne i łatwo dostępne połączenia między różnymi środkami transportu. Dodatkowo, dzięki bliskości Szybkiej Kolei Miejskiej i linii autobusowych, jest doskonale skomunikowany z innymi częściami Trójmiasta. Ten węzeł komunikacyjny pozytywnie wpłynie na mobilność mieszkańców w tej części miasta – mówi Sławomir Koc, menadżer projektu Wave w spółce biurowej Skanska – Jako firma odpowiedzialna społecznie, wyznaczyliśmy sobie za cel osiągnięcie do 2045 roku neutralności emisyjnej i zredukowanie do roku 2030 emisji dwutlenku węgla o 50%. Zrównoważony rozwój jest to aspekt uwzględniany w strategii biznesowej i na każdym poziomie działalności Skanska. Wspieranie alternatywnych środków transportu jest więc dla naszej firmy niezwykle istotne – dodaje Sławomir Koc.

– Współpraca ze Skanska to pierwszy krok do realnego wprowadzenia City Hub, jako koncepcji przestrzeni dedykowanej pojazdom współdzielonym. Kluczem do sukcesu takiego projektu, jest zagregowanie różnych dostawców usług – w tym skuterów elektrycznych Hop.City czy samochodów od Traficar oraz zapewnienie odpowiedniej infrastruktury do ich ładowania. Bardzo cieszymy się, że możemy właśnie na terenie Trójmiasta udostępnić pierwszy model ładowarki Si, która pozwoli ładować elektryczne hulajnogi z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa i przy wykorzystaniu najnowszej technologii. Wierzymy, że współpraca ze Skanska i trójmiejski City Hub to początek wspólnej zmiany na rynku elektromobilności – komentuje Łukasz Banach, Co-founder Hop.City (JedenŚlad Sp. z o.o.)

– Wspólnie ze Skanska udało nam się stworzyć prawdziwy hub komunikacyjny, nie tylko dla najemców, ale również dla mieszkańców Trójmiasta. W jednym miejscu dostępne będą różne środki transportu, w tym pojazdy współdzielone Traficar – mówi Konrad Karpiński, dyrektor Traficara. – Cieszę się i jestem dumny, że staliśmy się częścią tak ważnego dla Trójmiasta projektu, który wyznacza nowy standard nie tylko dla obiektów komercyjnych, ale także dla tworzenia rozwiązań transportowych w polskich miastach – dodaje Konrad Karpiński.

Sprawdzenie dostępności pojazdów w City Hubie będzie możliwe również dzięki specjalnej aplikacji Connected by Skanska, dostępnej dla najemców biurowca Wave. Daje ona pracownikom również możliwość zorganizowania wspólnego przejazdu samochodem, czyli tzw. carpoolingu.

City Hub powstaje przy inwestycji Wave, której pierwszy budynek został już dopuszczony do użytkowania. Oferuje on blisko 25 tys. mkw. innowacyjnej i zrównoważonej powierzchni biurowej, zlokalizowanej na 14 kondygnacjach. Jest to pierwszy budynek biurowy w Trójmieście, ubiegający się o niezwykle wymagający certyfikat WELL Core&Shell. W praktyce oznacza to, że biura w Wave są zdrowym oraz zrównoważonym miejscem pracy.

[1] Źródło danych: Instytut Badań Outdooru (IBO).

[2] https://www.gdansk.pl/gdanskwliczbach/transport,a,108052

Czy wirus COVID-19 zmienił sposób konsumpcji owoców w Europie?

0

Gwałtowny wzrost spożycia paczkowanych owoców i warzyw, większe zainteresowanie konsumentów lokalnymi produktami, jak również ogólny wzrost konsumpcji zdrowej żywności, w tym warzyw i owoców w czasie pandemii COVID-19, to tylko niektóre wnioski, które płyną ze spotkania grupy ekspertów ds. rynku owoców i warzyw przy Komisji Europejskiej. Unia Owocowa podsumowuje dotychczasowy wpływ pandemii COVID-19 na rynek owoców i warzyw w UE.

Komisja zaobserwowała silny trend w preferencjach konsumentów związany z zakupem owoców i warzyw w opakowaniach (nie tylko jabłek i gruszek, ale ogólnie w całym sektorze owoców i warzyw). Unia Owocowa podkreśla, że tworzenie „tzw. zapasów wojennych” i kupowanie produktów paczkowanych z dłuższym terminem przydatności do sprzedaży w pierwszych miesiącach, walczyło w dłuższej perspektywie wśród konsumentów z przeciwstawnym trendem – nurtem slow, zwiększaniem spożycia żywności organicznej oraz kupowaniem żywności lokalnej i ekologicznej. Eksperci podkreślili jednak konieczność obserwowania obu trendów ze względu na planowane ograniczanie plastikowych opakowań w produkcji owoców w całej UE.

Tylko w Niemczech obroty w sektorze świeżej żywności wzrosły do 6,8 mln euro w marcu, co stanowiło wzrost o 15% (10% tłumaczy się wyższym wolumenem i 5% wyższymi cenami). Zaobserwowano także wzrost liczby konsumentów dokonujących zakupu produktów lokalnych i ekologicznych.

Wskazuje się na korzystne perspektywy dla rynku owoców i warzyw związane ze zdrowszym stylem życia. Jest to jednak równoważone zauważalnym zmniejszaniem się zaufania konsumentów do rynku w obliczu rosnących obaw o swoje przyszłe dochody.

Nastąpił wzrost sprzedaży detalicznej o blisko 25%, jednakże tylko w części zrekompensował producentom spadki sprzedaży w kanale HORECA, całkowicie zamkniętym przez pierwsze miesiące pandemii. Jednocześnie producenci szacują, że ponieśli około 1 miliard euro dodatkowych kosztów w ciągu 2 miesięcy pandemii związanych z dostosowaniem produkcji i logistyki do COVID.

Przedstawiając sytuację rynkową dla 4 największych producentów owoców
i warzyw spośród państw członkowskich, czyli: Polski, Włoch, Francji i Niemiec, Komisja zwróciła uwagę na jedno z głównych zagrożeń dla dalszej produkcji warzyw i owoców, jakim jest nadal niedostatek pracowników sezonowych. Tylko w przypadku Włoch i Polski potrzeba ich minimum 200 tys., by nie doszło do spadku produkcji.

Podkreśla się również przekrojowe wyzwania dla całego łańcucha dostaw:

  1. ograniczenia w podróży w odniesieniu do siły roboczej skutkujące wieloma wakatami,
  2. konieczność utrzymania dystansu społecznego skutkujące gwałtownym spowolnieniem produkcji, pakowania i handlu,
  3. niedobór sprzętu ochronnego (ograniczenie zdolności sektorów do ochrony pracowników i kontynuacji operacji),
  4. ostre zakłócenia logistyki w całym łańcuchu dostaw, „puste rejsy”, brak kontenerów, brak certyfikatów papierowych, spowolnienie operacji i transportu skutkująca utratą, jakości i marnotrawieniem żywności,
  5. zmianę stylu życia na „zamknięcie domu” i wzrost zapotrzebowania na świeże owoce i warzywa oraz gwałtowny spadek zapotrzebowania na „wygodne” produkty przetworzone.

Jednocześnie eksperci podkreślają silny wzrost popytu konsumpcyjnego od marca i wysokie ceny na jabłka i gruszki zarówno na poziomie detalicznym, jak i na poziomie producentów. Na wybranych rynkach pandemia COVID pomogła  całkowicie zlikwidować zapasy owoców z zeszłego roku, przy utrzymaniu dobrych cen.

Według Komisji Europejskiej, sektor owoców i warzyw powinien utrzymać się we względnie dobrej kondycji w porównaniu do innych sektorów gospodarki (np. turystyki, czy lotnictwa). Prognoza ta wynika głównie z bardzo dobrego początku roku, kiedy to nastąpił wzrost konsumpcji spożywczej, podyktowany zapasami tworzonymi przez konsumentów na czas pandemii. Według Komisji ceny producentów w szczycie tego trendu w kwietniu wzrosły aż o 33% w porównaniu ze średnią z ostatnich 5 lat. Wyższe ceny były podyktowane również niższą produkcją – szacowaną na 10,8 milionów ton, tj. o 10% niższą od średniej i silnym popytem wewnętrznym, również wywołanym zmianami konsumpcji towarzyszącymi kryzysowi COVID-19 (+ 9% w porównaniu do średniej).

Jak podkreśla Unia Owocowa, pandemia miała również wpływ na dotarcie do rynków eksportowych. Pod względem przepływów handlowych, prognozowany eksport świeżych jabłek ma spaść o 34% w porównaniu ze średnią, z powodu zwiększonego popytu w UE, niższej produkcji wywołanej brakiem pracowników sezonowych i trudnościami logistycznymi w dotarciu na niektóre rynki (np. rynek indyjski). Według ekspertów zachodzą obawy, że mniejszy eksport z UE w tym sezonie może doprowadzić do ryzyka utraty udziałów na rynkach zagranicznych w przyszłości.

Komisja podała również prognozy na nadchodzący sezon. Na początku wynikało z nich, że warunki pogodowe na początku sezonu były ogólnie dość dobre w całej UE i można było przewidywać, że plony będą się kształtowały na średnim poziomie, zarówno w przypadku upraw jabłek, jak i gruszek. Następnie wiele krajów Europy zgłaszało epizody późnego mrozu, m. in. na Węgrzech, w Austrii, Polsce, czy Włoszech. Fala przymrozków pojawiła się również poza Europą – m. in. w Chinach. Polskich rolników i sadowników dotknęła również susza. Poważne susze pojawiły się również na Węgrzech, gdzie prognozowany spadek produkcji zarówno jabłek i gruszek ma być w nadchodzącym sezonie najniższy od 20 lat. We Francji gleba uprawna jest najsuchsza od pięciu lat. Przyczyną wzrastających cen są również podtopienia spowodowane intensywnymi deszczami krótko po okresie suszy. I choć intensywne deszcze zalewają pola uprawne i sady, przyczyniając się do gnicia owoców i warzyw, są miejsca w Polsce, gdzie susza nadal trwa. Związane jest to z tym, że tak zwana susza glebowa dotyczy niewystarczającej wilgotności ziemi.

Produkcję jabłek z półkuli południowej, która trafi do Europy w nadchodzących miesiącach, szacuje się na ok. 5 mln ton dla obecnej kampanii. Jest to nieco mniej niż w latach poprzednich, głównie ze względu na spadki produkcji w Chile i zaobserwowaną w tym rejonie świata ciągłą konwersję sadów jabłkowych na sady wiśniowe, pozwalającą osiągać wyższe ceny.

W przypadku półkuli północnej, produkcja jabłek w Chinach może drastycznie spaść ze względu na mróz, który mocno zniszczył uprawy i spowodował straty, a w konsekwencji już teraz prognozuje się w Chinach wyższe ceny.  Z kolei produkcja w USA w obecnym sezonie ma kształtować się na poziomie poniżej 5 mln ton.