Jak zmienić leada w płacącego klienta?

Współczesny marketing kładzie duży nacisk na generowanie nowych leadów online, z wykorzystaniem dostępnych narzędzi. Efektywność kampanii bardzo często mierzy się poprzez liczbę pozyskanych kontaktów do potencjalnych klientów.

Warto jednak zdać sobie sprawę, że samo generowanie leadów nie pozwoli osiągnąć sukcesu. Równie istotne jak wygenerowanie leada jest zarządzanie nim. Nie każdy jest bowiem gotowy do zakupu w danym momencie.

Koncentrując się wyłącznie na generowaniu szans sprzedażowych, możemy łatwo wpaść w pułapkę – pozyskać tysiące leadów, których nigdy nie zamienimy w klientów. Dlaczego? Ponieważ nie przygotujemy się na dalszy proces. Zanim rozpoczniemy, musimy zatem rozważyć kilka kwestii.

  • Jak będziemy budować dalszą komunikację?
  • W jaki sposób podzielimy klientów na segmenty?
  • W jaki sposób będziemy podgrzewać zainteresowanie niegotowych leadów.

W tym artykule przedstawię, kilka istotnych kroków na drodze do zmiany leada w klienta.

1. Skuteczne zarządzanie wszystkimi pozyskanymi leadami

Prowadząc działania marketingowe nakierowane na pozyskiwanie leadów, niezwykle istotne jest, aby zbierać je w jednym miejscu. Do tego zadania świetnie służą systemy zarządzania relacjami z klientem – CRM. W przypadku, gdy takiego systemu w firmie nie ma, można wykorzystać Excel.

Ważne jest, aby do systemu trafiły wszelkie informacje o osobach, które miały styczność z firmą. Niezależnie czy jest to zapytanie z Facebooka, mail, telefon, chat czy formularz ze strony www. Wykorzystując narzędzia do automatyzacji, możemy oczywiście sprawić, że część z tych kontaktów trafi do systemu automatycznie, jednak niektóre musimy uzupełnić ręcznie.

Regularnie i skrupulatnie prowadzona baza leadów to ważne narzędzie, które pozwala osiągnąć przewagę nad konkurencją.

2. Odpowiednia klasyfikacja pozyskanych leadów

Pozyskując leady dla naszego biznesu, musimy liczyć się z tym, że niektóre będą gotowe do zakupu, inne nie. Niezależnie od tego, w której grupie znajduje się lead, należy traktować je tak samo, czyli jako potencjalnie sprzedażowe.

Brak klasyfikacji leadów stanowi poważny błąd. Bez tego nie możemy bowiem określić na jakim etapie znajduje się on obecnie. Możemy źle dobrać kolejne działania marketingowe i w ostateczności stracić szansę na transakcję. Niegotowy na zakup lead nie może być przez nas „bombardowany” komunikatami marketingowymi, a stopniowo edukowany i dogrzewany.

Zalecam rozpoczęcie procesu klasyfikacji leadów od zadania kilku pytań.

  • Czy istnieje szansa na sprzedaż?
  • Czy sprzedaż jest możliwa w krótkim czy długim okresie czasu?
  • Czy pozyskany lead jest gotowy zapłacić taką cenę?

Dochodzimy do momentu, w którym lead zmienia się w prospekt. Prospekt, czyli sklasyfikowana osoba, która nawiązała interakcję z naszą firmą i przygotowuje się do zakupu.

Klasyfikacja leada powinna kończyć się przydzieleniem go do konkretnego segmentu, który określi dalsze działania i komunikację.

Warto dodać, że klasyfikacja leadów pozwala efektywniej zarządzać czasem, gdyż nie musimy zajmować się wszystkimi jednocześnie.

3. Nieustanne „podgrzewanie” leadów

Wiemy już, że nie każdy potencjalny klient, który wypełni formularz, jest gotowy na zakup. Bardzo często zdarza się tak, że klient dopiero bada rynek produktów lub usług. Jednak już sam fakt, że osoba wykonała działanie to dowód, że wykazuje zainteresowanie, które firma powinna wykorzystać.

Nie gotowym na zakup leadom możemy zaproponować dodanie do listy mailingowej lub bezpłatne zaproszenie na szkolenie online. Takie działania sprawią, że lead trafi na ścieżkę dogrzewania (lead nurtingu).  Lead Nurturing to nowe pojęcie marketingowe związane z prowadzeniem programów marketingowych, których zadaniem jest przygotowanie potencjalnego klienta do dokonania zakupu. Działania lead nurturingowe to kluczowy proces dla utrzymania wzrostu Twojego biznesu.

Klasyczny Lead Nurturing to rozmowy, kolejne spotkania, przedstawianie kolejnych wariantów ofert, edukacja o produkcie, rynku, sprawdzanie możliwości decyzyjnych itd.  Mamy dovzynienia z przeprowadzaniem potencjalnego klienta przez etapy tzw. „dojrzewania”, czyli od odkrycia potrzeb przez poznanie możliwości zaspokojenia po wybór najlepszego wariantu i zakup.

Utrzymanie kontaktu przez dłuższy okres czasu znacznie zwiększa szansę, na sprzedaż w przyszłości, gdy lead dojrzeje, tzn. będzie gotowy na zakup.

4. Szybki kontakt z potencjalnymi klientami.

Planując działania marketingowe, których celem jest pozyskanie leadów, musimy upewnić się, że posiadamy zasoby, które umożliwią szybką reakcję i kontakt z potencjalnym klientem. Często zdarza się bowiem tak, że dział marketingu prowadzi kampanię i pozyskuje setki leadów, a dział sprzedaży nie posiada wolnych zasobów, aby w ciągu maksymalnie 24h skontaktować się z tymi leadami.

Warto zrozumieć, że po drugiej stronie znajduje się człowiek, którego zainteresowania spada z upływem czasu. Otrzymując telefon po kilku dniach już często nie pamięta, że wypełnił formularz i czym wyróżniała się oferta Twojej firmy, że się na ten krok zdecydował.

Nie zapominajmy, że w tym samym czasie mogła dotrzeć oferta konkurencji i jeśli, skontaktują się przed Tobą, możesz bezpowrotnie stracić szansę na sprzedaż.

Większość firm ma tak skonfigurowane kampanie, że gdy tylko zaczniesz czegoś szukać pojawią Ci się oferty konkurencji. Ostatnio chcąc ubezpieczyć samochód, skorzystałam z jednej popularnej porównywarki ubezpieczeń. Godzinne później tablica na Facebooku wypełniła się reklamami ubezpieczycieli. W momencie, gdy pierwsza firma nie zareaguje błyskawicznie na moje zapytanie, zadzwonią z innej.

Potraktuj pozyskane leady, jakby każdy z nich był zgłoszeniem do działu pomocy klienta – tam zawsze liczy się czas, w którym udzielisz odpowiedzi. Dział sprzedaży powinien pracować na podobnych zasadach.

5. Bezwzględny monitoring leadów na każdym etapie lejka sprzedaży

Lejek sprzedażowy to tak naprawdę szeroko ujęty proces sprzedaży podzielony na kilka etapów. Dostarcza wartościową wiedzę o tym jak zachowują się leady, na którymi pracujesz. W celu monitorowania kolejnych etapów należy zaopatrzyć się w narzędzia, dzięki którym możliwe będzie łatwiejsze monitorowanie i analizowanie szans sprzedaży. Najlepszym sposobem na osiągnięcie tych celów jest lejek sprzedaży w systemie CRM.

W początkowej fazie lejek sprzedaży w systemie CRM jest najszerszy, bowiem określa wszystkich potencjalnych klientów, którzy mogą być zainteresowani naszą ofertą, np. otworzyli mailing.

Obowiązkowe powinno być regularne monitorowanie leadów na każdym etapie. Tą czynność może wykonać każdy pracownik, odpowiedzialny za prowadzenie procesu sprzedaży. Ważne jest, aby osiągane wyniki omawiać na spotkaniach zespołu i wyznaczać miejsca, nad którymi powinniśmy popracować.

Istotne jest również, aby dostęp do bieżącego monitorowania lejka posiadał nie tylko dział sprzedaży, ale również dział marketingu. Marketing i sprzedaż wspólnie pracują na końcowy sukces.

6. Zaangażowanie w proces dojrzewania leadów z wyczuciem

Ustaliliśmy już, że pozyskany lead nie zawsze oznacza natychmiastową sprzedaż. Często potrzeba wielotygodniowej, a nawet wielomiesięcznej pracy, aby potencjalny klient stał się klientem płacącym.

Odpowiednie przygotowanie całego procesu dojrzewania i zarządzania ledami wymaga nakładu pracy i czasu. Nie można jednak pomiąć tego etapu, ponieważ wówczas energia poświęcona na zdobycie leada zostanie zaprzepaszczona.

Pracując z leadami musimy pamiętać jednak o prostej zasadzie: „co za dużo to niezdrowo”. Możemy dogrzewać leady, wysyłać spersonalizowane wiadomości, ale koniecznie zachować przy tym umiar.

Pamiętaj, że osoba, która zgodziła się na kontakt ze Twojej strony w każdej chwili może tą zgodę cofnąć, a Ty musisz to uszanować. Nachalne komunikaty, wysyłane z dużą częstotliwością mogą wywołać odmienny skutek od zamierzonego i sprawić, że potencjalny klient będzie miał negatywne skojarzenia z Twoją firmą.

Agnieszka Szklarczyk, CEO Agencji Marketingowej IAM

Obowiązki ewidencyjne w podatku akcyzowym w procedurze zawieszenia poboru akcyzy

Procedura zawieszenia poboru akcyzy pozwala na odsunięcie w czasie zobowiązania podatkowego w zakresie podatku akcyzowego. Przedsiębiorcy korzystający z tej możliwości muszą jednak dopełnić licznych formalności, również ewidencyjnych, związanych z wyrobami akcyzowymi objętymi zawieszeniem poboru podatku. Konsekwencje nieprawidłowego prowadzenia dokumentacji mogą być bowiem bardzo kosztowne i dotkliwe.

Procedura zawieszenia poboru akcyzy w praktyce

Do czasu zakończenia procedury zawieszenia poboru akcyzy obowiązek podatkowy dotyczący objętych nią wyrobów akcyzowych nie może przekształcić się w zobowiązanie podatkowe, a tym samym podatnik w okresie jej stosowania nie jest zobowiązany do zapłaty należnego od tych wyrobów podatku akcyzowego. Przepisy ustawy z dnia 6 grudnia 2008 r. o podatku akcyzowym (Dz.U. z 2019 r. poz. 864 ze zm.) oraz rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie ewidencji i innych dokumentacji dotyczących wyrobów akcyzowych i znaków akcyzy (Dz.U. z 2019 r. poz. 2534) szczegółowo określają przypadki, w których omawiana procedura może znaleźć zastosowanie, jak również niezbędne do korzystania z niej wymogi dokumentacyjne. W praktyce procedura ta ma kluczowe znaczenie dla podmiotów zaangażowanych w produkcję i obrót wyrobami akcyzowymi, działających w ramach tzw. składu podatkowego, czyli miejsca, gdzie dane wyroby objęte podatkiem akcyzowym są w procedurze zawieszenia poboru akcyzy produkowane, magazynowane, przeładowywane lub do którego wyroby te są wprowadzane, lub z którego są wyprowadzane. Znajduje ona również zastosowanie w przypadku przemieszczania wyrobów akcyzowych, zarówno w obrocie międzynarodowym (import, transakcje wewnątrzwspólnotowe), jak i krajowym (np. między dwoma składami podatkowymi). Korzystają z niej także podmioty, które w ramach prowadzonej działalności gospodarczej otrzymały zezwolenie na wysyłanie wyrobów akcyzowych z miejsca ich importu (zarejestrowani wysyłający) lub na wewnątrzwspólnotowe nabywanie albo na jednorazowe nabycie wewnątrzwspólnotowe wyrobów akcyzowych wysłanych w ramach omawianej procedury (zarejestrowani odbiorcy).

Obowiązki ewidencyjne w zakresie procedury zawieszenia poboru akcyzy

Podmioty prowadzące skład podatkowy, jak i zarejestrowani wysyłający zobowiązani są do prowadzenia ewidencji wyrobów akcyzowych zawierającej informacje wymienione w rozporządzeniu MF z uwzględnieniem wyrobów objętych procedurą zawieszenia poboru akcyzy. Dokumentacja musi być prowadzona w sposób ciągły, tak aby możliwa była identyfikacja zarówno rodzajów wyrobów objętych akcyzą, jak i czynności lub stanów faktycznych związanych z takimi wyrobami, znakami akcyzy lub dokumentami towarzyszącymi przemieszczaniu wyrobów. Wpisów do ewidencji należy dokonywać niezwłocznie po zakończeniu czynności lub wystąpieniu stanu faktycznego objętych obowiązkiem wpisu, jednak nie później niż w następnym dniu roboczym.

Od dnia 1 stycznia 2020 r. wszystkie ewidencje dotyczące wyrobów akcyzowych, a zatem również dokumentacja dotycząca wyrobów objętych procedurą zawieszenia poboru akcyzy, muszą być co do zasady obowiązkowo prowadzone w formie elektronicznej. Jedynie w okresie przejściowym, tj. do dnia 31 grudnia 2020 r. dla małych i średnich przedsiębiorców oraz do 31 grudnia 2021 r. dla mikroprzedsiębiorców, możliwe jest prowadzenie ewidencji w wersji papierowej. Podmioty zaangażowane w obrót wyrobami akcyzowymi muszą zadbać zatem również nie tylko o rzetelne i terminowe prowadzenie ewidencji, ale również o to, aby wykorzystywane w tym celu oprogramowanie zapewniało bezpieczeństwo i trwałość dokonanych wpisów, umożliwiając ich wydruk, a jednocześnie chroniąc je przed utratą lub usunięciem.

Przedsiębiorcy decydujący się na kontynuowanie ewidencji w formie papierowej muszą natomiast pamiętać, iż dokumentacja sporządzana w tej formie wymaga oplombowania i podpisu właściwego naczelnika urzędu celno-skarbowego.

Przepisy rozporządzenia MF szczegółowo określają zakres informacji, które muszą znaleźć się w prowadzonych ewidencjach wyrobów akcyzowych. Z perspektywy podmiotów prowadzących skład podatkowy istotne jest, aby dokumentacja umożliwiała wyodrębnienie wyrobów objętych procedurą zawieszenia poboru akcyzy, w tym takich, których wyprowadzenie ze składu skutkuje zakończeniem procedury i obowiązkiem zapłaty podatku. Z kolei ewidencja prowadzona przez zarejestrowanych wysyłających musi umożliwić przede wszystkim identyfikację wyrobów objętych procedurą, jak również podmiotów, do których są one wysyłane oraz kwotę podatku akcyzowego przypadającego do zapłaty od tych wyrobów.

Niezależnie od powyższych obowiązków ewidencyjnych, przemieszczanie wyrobów akcyzowych w ramach procedury zawieszenia poboru akcyzy musi obowiązkowo odbywać się z zastosowaniem systemu EMCS (ang. Excise Movement and Control System) służącego do nadzoru i kontroli wyrobów przemieszczanych w tej procedurze – z wykorzystaniem dokumentu eAD. Przepisy ustawy o podatku akcyzowym w części dotyczącej procedury zawieszenia poboru akcyzy szczegółowo określają zasady przemieszczania wyrobów akcyzowych z wykorzystaniem EMCS.

Konsekwencje podatkowe i karnoskarbowe

Należy pamiętać, że w przypadku zakończenia procedury zawieszenia poboru akcyzy wskutek naruszenia warunków jej stosowania, właściwy urząd skarbowy pobierze podatek obliczany według stawki obowiązującej w dniu, w którym do takiego naruszenia doszło, a jeśli nie można ustalić takiego dnia – według stawki z dnia, w którym takie naruszenie stwierdzono. W konsekwencji przedsiębiorcy mogą być zobowiązani do uiszczenia podatku akcyzowego od wyrobów, wobec których naruszone zostały warunki zawieszenia poboru akcyzy. Warto również podkreślić, iż naruszenie przepisów dotyczących obrotu wyrobami akcyzowymi w wielu przypadkach może stanowić przestępstwo bądź wykroczenie skarbowe zagrożone karą grzywny lub pozbawienia wolności.

Nie ulega wątpliwości, że podatnicy muszą zadbać o to, aby rzetelnie wypełnić ustawowe, w tym również ewidencyjne, wymogi stosowania procedury zawieszenia poboru akcyzy. Mając na uwadze, że obrót wyrobami akcyzowymi w dalszym ciągu stanowi dla resortu finansów obszar „podwyższonego ryzyka”, kontrolerzy skarbowi z pewnością będą się wnikliwie przyglądać przedsiębiorcom działającym w tej branży i rozliczać ich z obowiązków dokumentacyjnych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Frank znów zyskuje

Fala strachu mocno pcha w górę walutę Szwajcarii. O ile może to cieszyć inwestorów, którzy chcieli bezpiecznie zainwestować, o tyle jest to wyraźnym problemem dla tamtejszej gospodarki. 

Niemcy uciekły spod noża

Kolejny kwartał bez recesji w Niemczech. O recesji mówimy wtedy, gdy dwa kwartały z rzędu zanotujemy ujemny wzrost PKB. W ciągu ostatniego roku u naszego zachodniego sąsiada ujemny wzrost mieliśmy dwa razy, ale nie następowały one po sobie bezpośrednio. Obecnie pomimo negatywnych oczekiwań wynik wyniósł 0%. W rezultacie najszybciej zobaczymy techniczną recesję aż pół roku. Warto zwrócić uwagę, że w ujęciu rocznym PKB rośnie już o zaledwie 0,3% i tempo to spada, zatem ryzyko pojawienia się dwóch ujemnych odczytów pod rząd wyraźnie wzrasta. Nie może zatem dziwić, że europejska waluta jest pod silną presją. Wczoraj oglądaliśmy najsłabsze euro względem franka od 2015 roku i pamiętnego “uwolnienia kursu franka”.

Czy Szwajcarzy zainterweniują

Od początku roku frank umocnił się już 10% względem złotego, niedużo mniej zyskał względem euro. Tak silne umocnienie nie pomaga tamtejszej gospodarce. Gwałtownie zyskująca na wartości waluta szkodzi eksportowi i powoduje, że import staje się istotnie tańszy. Przy wielkości kraju i dobrych drogach szybko okazuje się, że zakupy można robić taniej za granicą. Nie mogą zatem dziwić słabsze dane makroekonomiczne. W rezultacie wraca temat interwencji walutowych mających osłabić szwajcarską walutę. Nie wiadomo jednak, ile musiałby Bank Szwajcarii rzucić na rynek, by przezwyciężyć obecny strach przed koronawirusem. 

Giełdy w odwrocie

Europejskie parkiety wyraźnie tracą po doniesieniach z Włoch. Na poniedziałkowym otwarciu mieliśmy dużą lukę i indeksy traciły ponad 2% od razu. Ruch ten jednak jest kontynuowany. DAX, główny niemiecki index, spadł od wczoraj już niemal 5%. Okazuje się, że giełdy były spokojne tylko tak długo, jak wirus był z dala od Europy.

Dzisiaj dzień w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Delegowanie pracowników do Holandii? Teraz obowiązek notyfikacji pracowników delegowanych wprowadziła także Holandia

Wielu polskich pracowników zatrudnionych przez pracodawców w Polsce jest delegowanych do Holandii.  Na przykład, są zatrudnieni tymczasowo przy projekcie w budownictwie w Holandii lub przy projekcie IT. Są także pracownicy samozatrudnieni, którzy prowadzą własny biznes zarejestrowany w Polsce, ale wykonują prace dla usługobiorców w Holandii. Od dn. 1 marca br. wejdzie w życie nowy obowiązek, którego muszą przestrzegać.

Podobnie jak wiele krajów Unii Europejskiej, teraz Holandia wprowadza obowiązek notyfikacji pracowników delegowanych. Pracodawcy zagraniczni z krajów Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG: krajów członkowskich Unii Europejskiej, Norwegii, Lichtensteinu i Islandii) oraz Szwajcarii, którzy tymczasowo delegują swoich pracowników, a także osoby samozatrudnione, muszą spełnić ten obowiązek od dnia 1 marca br. Obowiązek ten dotyczy prac wykonywanych w tym dniu i po tej dacie.

Więcej szczegółów jest dostępne na holenderskiej stronie www.postedworkers.nl opracowanej przez Ministerstwo Spraw Społecznych i Zatrudnienia (SZW), a także na portalu informacyjnym www.wHolandii.pl prowadzonym przez Ambasadę Królestwa Niderlandów w Warszawie (strona w j.polskim). Logowanie do portalu notyfikacyjnego dostępnego online jest możliwe przez stronę www.postedworkers.nl od dn. 1 marca br.

Kogo dotyczy obowiązek?

Obowiązek dotyczy dwóch grup: pracodawców zagranicznych oraz osób samozatrudnionych pracujących w wybranych sektorach.

Pracodawcy zagraniczni to pracodawcy za granicą, którzy:

  • Przyjeżdżają do Holandii tymczasowo z własnymi pracownikami w celu wykonania pracy;
  • Delegują tymczasowo pracowników z międzynarodowej firmy w Polsce do jej oddziału
    w Holandii; lub
  • Jako polska agencja pracy tymczasowej udostępniają na określony czas pracowników tymczasowych w Holandii.

Osoby samozatrudnione, których dotyczy obowiązek notyfikacji, to osoby, które zwyczajowo pracują w Polsce, prowadzą działalność gospodarczą zarejestrowaną w Polsce, zaś tymczasowo pracują w Holandii.

Wyjątki od konieczności dokonania notyfikacji

Co do zasady, pracodawcy z krajów spoza EOG i Szwajcarii muszą dokonać wcześniejszej notyfikacji, jeśli przyjeżdżają do Holandii ze swoimi pracownikami w celu dostarczenia usług w Holandii.

W niektórych przypadkach notyfikacja nie jest konieczna. Ten wyjątek dotyczy
tzw. prac o charakterze incydentalnym, np. udziału w spotkaniach biznesowych, konferencjach, czy konieczności wykonania nagłych prac konserwacyjnych.

Co więcej, większość usług transportowych jest wyłączona z obowiązku notyfikacji. Tylko towarowy transport drogowy (z załadunkiem i rozładunkiem w Holandii) podlega obowiązkowi notyfikacji i często może być zgłoszony tzw. notyfikacją roczną.

Osoby samozatrudnione dokonują notyfikacji tylko, gdy pracują w określonych sektorach

Osoby samozatrudnione w określonych sektorach mają obowiązek dokonania notyfikacji. Prace, które zawsze trzeba notyfikować dotyczą m.in. takich sektorów, jak: budownictwo, sprzątanie, przetwórstwo przemysłowe, mycie okien, przetwórstwo spożywcze, rolnictwo i ogrodnictwo. Pełna lista sektorów dostępna jest na stronie: postedworkers.nl oraz wHolandii.pl.

Jak to działa w praktyce?

System jest podobny do tych, które już istnieją w innych krajach Unii Europejskiej.

Pracodawca zagraniczny musi zgłosić pracownika w portalu notyfikacyjnym dostępnym przez stronę postedworkers.nl. Należy wprowadzić dane dotyczące, m.in. czasu delegowania, ale także rodzaju pracy, faktu dysponowania formularzem A1, dane dotyczące firmy delegującej/agencji pracy tymczasowej, dane usługobiorcy w Holandii, a także dane pracowników delegowanych do Holandii. Osoba samozatrudniona musi dokonać notyfikacji swoich danych samodzielnie.

Notyfikacja musi zostać dokonania przed podjęciem pracy przez pracownika.

Po wprowadzeniu danych, zgłoszenie musi zostać potwierdzone przez usługobiorcę (klienta). Tylko wówczas notyfikacja jest ważna.

Pracownik ma prawo wiedzieć

Pracownik delegowany ma prawo wiedzieć, jakie informacje zostały zgłoszone przez jego pracodawcę. Jeśli zgłoszone dane nie są prawidłowe, pracownik powinien w pierwszej kolejności zwrócić się do swojego pracodawcy o dokonanie korekty zgłoszenia.
Jeśli pracodawca odmówi dokonania korekty, wówczas pracownik ma prawo złożenia uzasadnionego wniosku do Ministerstwa SZW z prośbą o korektę danych. Wniosek można złożyć również w celu uzyskania informacji na temat zgłoszonych danych.

Korzyści dla pracownika?

Zapytaliśmy o to Panią Urszulę Kozłowską, Doradcę ds. Polityki Migracyjnej i Spraw Społecznych w Ambasadzie Królestwa Niderlandów w Warszawie. Jej zdaniem, „obowiązek notyfikacji jest nowym wymogiem dla polskich pracodawców, którzy delegują pracowników do Holandii. Ale każdy mechanizm mający na celu kontrolę przepisów – w tym przypadku przepisów dotyczących delegowania pracowników – zapobiega nieuczciwej konkurencji wśród firm i faworyzuje te, które przestrzegają zasad i chronią pracowników przyjeżdżających, by pracować w Holandii”.

Równie ważne jest, aby pracownicy byli świadomi swoich praw. Dlatego informacja na temat delegowania pracowników do Holandii jest teraz dostępna na portalu wHolandii.pl.

Oparte na prawie UE

Delegowanie pracowników jest uregulowane przepisami prawa Unii Europejskiej. Prawo to reguluje warunki zatrudnienia pracowników delegowanych, którzy przez określony czas wykonują prace
na terytorium Państwa Członkowskiego innego niż państwo, w którym zwyczajowo pracują.

Tzw. Dyrektywa wdrożeniowa 2014/67/EU z dnia 15 maja 2014 r.[1] w sprawie egzekwowania dyrektywy 96/71/WE dotyczącej delegowania pracowników daje Państwom Członkowskim możliwość wprowadzenia „wymogu w stosunku do usługodawcy prowadzącego działalność w innym państwie członkowskim dotycząc[ego] złożenia odpowiedzialnym właściwym organom krajowym zwykłego oświadczenia, najpóźniej w momencie rozpoczęcia świadczenia usług (…), zawierającego istotne informacje niezbędne w celu umożliwienia przeprowadzenia kontroli sytuacji faktycznej
w miejscu pracy
”.

Dyrektywa wdrożeniowa zawiera także przepisy mające na celu wzmocnienie współpracy transgranicznej w zakresie egzekwowania i monitorowania przepisów dotyczących delegowania pracowników.

W Holandii obowiązek ten został wprowadzony w ramach Ustawy o warunkach zatrudnienia pracowników delegowanych w Unii Europejskiej (WagwEU), która weszła w życie dn. 16 czerwca 2016 r. Obowiązek notyfikacji wchodzi w życie z dniem 1 marca 2020 r.

[1] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/HTML/?uri=CELEX:32014L0067&from=EN

Systemy CAD/CAM – co to takiego?

CAD to skrót od wyrażenia Computer Aided Design, który w tłumaczeniu z języka angielskiego oznacza projektowanie techniczne wspomagane komputerowo. Oprogramowanie CAD jest bardzo popularnym narzędziem wspierającym w pracach inżynierskich i służy projektowaniu modeli maszyn czy urządzeń w formacie 3D, a także przygotowywaniu rysunków kreślarskich 2D. Natomiast Computer Aided Manufacturing, czyli w skrócie system komputerowy CAM wspiera integrację fazy projektowania oraz wytwarzania.

O systemie CAD

Oprogramowanie CAD odpowiada za cyfrowe modelowanie geometryczne poprzez określenie postaci konstrukcyjnej wyrobu i zazwyczaj wspomaga inżynierów w pracy. To niezwykle przydatne narzędzie, które bierze udział w tworzeniu wirtualnych prototypów i prezentacji ofertowych. System CAD pozwala także wyeliminować potencjalne błędy w projekcie. Specjalistyczny program służy wzornictwu mechatroniki, obliczeniom CAE, projektowaniu form, elektrod i wielu innych elementów. Opracowanie zapisu dokumentacji technicznej odbywa się za pomocą zbioru trzech informacji – geometrycznej, dynamicznej, technologicznej, czyli materiałowej. Polecanym dystrybutorem tego oprogramowania w Polsce jest firma CAMdivision, która jako jedyna zdobyła prestiżowy tytuł w dziedzinie NX CAD/CAM.

O systemie CAM

Komputerowe wspomaganie wytwarzania CAM obejmuje etapy, takie jak: tworzenie bieżących programów obróbczych, programowanie adaptacyjne, robotów i kontrolę jakości CMM itp. System CAM służy przede wszystkim sterowaniu obrabiarek, oraz centr obróbczych, jak również wpływa na skrócenie czasu pracy oraz zredukowanie odpadów. Projektowanie CAM umożliwia także wygenerowanie dokumentacji technologicznej. Program tego typu posiada biblioteki narzędzi wspomagające procesy technologiczne.

System CAD i systemy CAD/ CAM

Pakiet NX CAD/CAM jest oferowany przez polską firmę CAMdivision. System CAD i systemy CAD/CAM to innowacyjne oprogramowania, których rozwój następuje w dynamicznym tempie. Nowe możliwości w tym obszarze stanowią fundament procesów produkcyjnych przyszłości. Oba systemy są w pełni kompatybilne, to znaczy CAM może być w pełni zintegrowany z NX CAD lub działać jako niezależny program. Więcej szczegółów na temat NX CAD/CAM znajduje się na stronie internetowej www.camdivision.pl. Zachęcamy do zapoznania się ze szczegółami oferty!

Sztuka współczesna sprzedaje się w Polsce najlepiej i za najwyższe ceny

Sztuka współczesna na polskim rynku sztuki już drugi rok z rzędu dzierży pozycję lidera. Dotychczas rekordy aukcyjne notowali tzw. old masters. Obecnie obiektów sztuki współczesnej sprzedaje się w Polsce najwięcej w historii i za najwyższe ceny. W 2019 roku blisko połowa obrotów aukcyjnych została wygenerowana właśnie przez dzieła sztuki współczesnej. Najdroższym z nich była praca Magdaleny Abakanowicz, za którą zapłacono ponad 8 mln zł. W marcu w DESA Unicum zaprezentowana zostanie kolejna odsłona aukcji Sztuka Współczesna. Pojawią się na niej prace najciekawszych artystów i dzieła bijących rekordy twórców jak m.in. Erny Rosenstein, której wartość prac wzrosła w ciągu roku ponad 6-krotnie czy Victora Vasarely’ego.

Erna Rosenstein
Erna Rosenstein
Ryszard Winiarski
Ryszard Winiarski
Tadasuke Kuwayama
Tadasuke Kuwayama
Victor Vasarely
Victor Vasarely

Na aukcji zaprezentowane zostaną również m.in. prace Ryszarda Winiarskiego – jednego z najbardziej charakterystycznych polskich artystów. Pierwszy rekord na pracy tego awangardzisty padł w 2012 roku, kiedy to dzieło „Obszar 163” sprzedano za 72 tysiące złotych. W 2017 roku za inną pracę Winiarskiego „Gra” zapłacono już ponad milion złotych, czyli blisko 14 razy więcej niż zaledwie 5 lat wcześniej. To pokazuje, w jak gwałtownym tempie rosną ceny na sztuce współczesnej. Na marcowej aukcji zaprezentowany zostanie m.in. dyptyk „Sto zdarzeń losowych 8 x 8” Winiarskiego. W jego skład wchodzą dwie charakterystyczne dla stylu tego twórcy czarno-białe minimalistyczne kompozycje o geometrycznym charakterze. Analogiczna praca znajduje się w kolekcji warszawskiej Zachęty. Górna estymacja dzieła wynosi 800 tys. złotych.

 

Notującą wysokie wzrosty artystką jest również Erna Rosenstein. W zaledwie rok wartość jej prac wzrosła z 70 tysięcy do prawie pół miliona złotych. Dzieło „Don Kichot Mrozu”, zakupione zostało na zeszłorocznej, listopadowej aukcji za 495,6 tys.złotych. To również rekord światowy na pracy artystki. Na marcowej aukcji pojawi się z kolei obraz „3 godzina rano” z 1974 roku, którego estymacja wynosi od 260 do 300 tys. złotych. Na aukcji pojawią się również prace Victora Vasarely’ego, uznawanego za jednego z ojców „op-artu”. Najdroższe dzieło tego artysty sprzedano w londyńskim Sotheby’s za ponad 643 tys. euro. W Polsce rekord ten należy do pracy „Nebulus’ sprzedanej w 2018 roku za ponad 2,3 mln zł. Prace tego węgierskiego twórcy od 2016 roku notują stabilny wzrost cen. Na marcowej aukcji pojawi się obraz „Firaxo”, którego wartość szacowana jest na około pół miliona złotych. Ciekawą pozycję na polskim rynku sztuki ma też inny zagraniczny artysta – Tadasuke Kuwayama. Jego prace w Polsce cieszą się od kilku lat dużą popularnością i to właśnie u nas biją rekordy cenowe. W 2017 roku jeden z obrazów  Kuwayamy sprzedał się  za ponad 224 tysiące złotych.

5 marca na aukcji w DESA Unicum zaprezentowanych zostanie ponad 80 dzieł sztuki współczesnej. Pojawią się prace również takich artystów jak m.in. Edward Krasiński, Tadeusz Kantor, Wojciech Fangor czy Tomasz Tatarczyk. Wszystkie obiekty oglądać można na wystawie przedaukcyjnej.

Wystawa Sztuka Współczesna. Klasycy Awangardy: 24 lutego – 5 marca 2019, godz. 11-19 (poniedziałek-piątek) i godz. 11-16 (sobota), Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny

Aukcja Sztuka Współczesna. Klasycy Awangardy: 5  marca 2019, godz. 19, Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny

https://desa.pl/pl/aukcje/sztuka-wspolczesna-klasycy-awangardy-po-1945-cbft/

Disney i Alphabet z wyższymi cenami docelowymi na Wall Street

We wtorek notowania kontraktów terminowych na amerykańskie indeksy wskazują na wyższe otwarcie w relacji do poniedziałkowego zamknięcia. Kontrakt na S&P 500 zyskuje prawie 0,6 proc., podobnie jak Dow Jones Industrial Average, a futures na Nasdaq rośnie o 0,9 proc. Inwestorzy na Wall Street, jak widać, wykorzystali wczorajszą przecenę do tego, aby kupić akcje taniej.

Z takim scenariuszem mieliśmy do czynienia już wielokrotnie, zwłaszcza że notowania amerykańskich indeksów obroniły wsparcia wyznaczone przez styczniową korektę, która również została zapoczątkowana wzrostem obaw o wybuch epidemii koronawirusa i jej wpływ na spowolnienie światowego wzrostu gospodarczego, co z kolei może przełożyć się na wyniki spółek. Tego jednak dowiemy się dopiero na wiosnę, gdy poznamy wyniki za pierwszy kwartał 2020 roku.

Na nowojorskiej giełdzie nie brakuje spółek, które w obecnym otoczeniu otrzymują pozytywne rekomendacje. Jedną z nich jest Disney, który rośnie w handlu przed sesją o 0,7 proc. Spółka otrzymała od Deutsche Bank nowy wyższy poziom ceny docelowej, który wynosi obecnie 147 USD. Wcześniej poziom ceny docelowej znajdował się na 139 USD. W relacji do wczorajszej ceny zamknięcia DIS ma szanse, zdaniem banku, na wzrost o 11 proc. Wśród analityków z Wall Street Disney ma średni poziom ceny docelowej na 162 USD i 26 rekomendacji kupna, 8 trzymaj i tylko 1 sprzedawaj.

Również podniesiony został poziom docelowy dla spółki Alphabet, właściciela Google. Analitycy banku Morgan Stanley wyznaczyli nową cenę na poziomie 1650 USD. Poprzednio było to 1560 USD. W relacji do poniedziałkowego zamknięcia implikuje to cenę o 16 proc. wyższą od rynkowej. Na Wall Street GOOGL ma 40 rekomendacji kupna, 5 trzymaj i 0 sprzedawaj.

W handlu przed sesją o ponad 3 proc. drożeją akcje Home Depot, spółki należącej do indeksu Dow Jones. Sieć marketów budowlanych pozytywnie zaskoczyła, bijąc szacunki dotyczące sprzedaży oraz zysków. Spółka z Atlanty posiadająca ponad 2000 sklepów podała dziś, że odnotowała zysk netto w wysokości 2,48 mld USD, czyli 2,28 USD na akcję, w porównaniu z 2,34 mld USD, czyli 2,09 USD na akcję, w porównywalnym kwartale przed rokiem. Konsensus zakładał 2,10 USD na akcję.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Rekordowa kwota €281 mld zainwestowana na rynku nieruchomości komercyjnych i najem powierzchni biurowych w najważniejszych rynkach europejskich w 2019 roku

Inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych: wyjątkowy ostatni kwartał 2019 roku przyczynił się do ustanowienia nowego rekordu w sektorze inwestycyjnym w Europie.Wolumen transakcji inwestycyjnych na poziomie €100 mld zawartych w 4 kw. stanowił ponad jedną trzecią całkowitej kwoty €281 mld zainwestowanych w całym 2019 roku, co jest wynikiem o 3% wyższym od tego osiągniętego we wcześniejszym rekordowym 2018 r. Jest to kwota tym bardziej imponująca, że największy historycznie rynek, tzn. Wielka Brytania, już drugi rok z rzędu doświadczył wyhamowania (-18%) wynikającego z wątpliwości co do jego dalszej współpracy z krajami Unii Europejskiej. Holandia (czwarty rynek europejski) również odnotowała spadek (-28%). Jednak wyniki dwóch pozostałych głównych rynków, a mianowicie Niemiec (+19%) oraz Francji (+19%), a także pozostałych rynków wiodących, takich jak Szwecja (+44%), Włochy (+41%) oraz Irlandia (+84%), przeważyły nad spadkami i w efekcie wynik za 2019 rok przekroczył wielkość wolumenu inwestycyjnego osiągniętego rok wcześniej.

Udział Niemiec w tym wzroście wyniósł €12 mld. Tym samym rynek ten ustanowił nowy rekord, przekraczając swój dotychczasowy najwyższy wynik z roku 2007. Zarówno w Berlinie jak i w Monachium w 2019 r. sfinalizowano transakcje inwestycyjne o wartości ponad €10 mld.

2019 był rokiem rekordowym również dla Francji, gdzie wartość dokonanych inwestycji po raz pierwszy przekroczyła poziom €40 mld – do takiego wyniku przyczyniły się transakcje zawarte we wszystkich klasach aktywów i we wszystkich regionach kraju.

Powierzchnie biurowe pozostają najważniejszą kategorią aktywów na poziomie europejskim, stanowiąc 47% wszystkich inwestycji (+6%). Około 20 zawartych transakcji osiągnęło w sumie całkowitą wartość €20 mld. W szczególności właścicieli zmieniły trzy francuskie i niemieckie portfele o znaczącej wielkości, a także wiele pojedynczych budynków w tych dwóch krajach, jak również w Wielkiej Brytanii i Irlandii. W skali europejskiej nieruchomości handlowe ucierpiały z powodu utraty zaufania inwestorów, kontynuując w ten sposób trend spadkowy, który rozpoczął się w 2016 roku i będzie trwał w najbliższej przyszłości. Wśród największych transakcji zawartych w ubiegłym roku znalazło się kilka portfeli, na czele z dwoma niemieckimi o wartości ponad € 1 mld. Wydaje się, że po nagłym wzroście w 2017 roku sektor logistyczny ustabilizował się, przyciągając od tego czasu inwestycje w wysokości około €38 mld rocznie. W 2019 roku odnotowano 17 transakcji o jednostkowej wartości ponad €200 mln, z czego 14 było transakcjami portfelowymi zawartymi głównie we Francji, Szwecji, Niemczech oraz Wielkiej Brytanii.

Ożywienie w sektorze inwestycji zagranicznych na europejskim rynku w 2019 roku

W porównaniu z 2018 r. inwestycje zagraniczne na rynku europejskim w roku 2019 nabrały tempa (+10%). Napływ kapitału zagranicznego stanowiły połowę inwestycji dokonanych w ciągu całego roku, tj. €141 mld. Wartość inwestycji po stronie inwestorów europejskich (+ 13%) to również nowy rekord (€61,7 mld), stanowiący 44% wartości wszystkich transakcji. Kraje, które w największym stopniu skorzystały na tym wzroście to Niemcy (€14 mld), Holandia (€6 mld) oraz Włochy (€4 mld).

Inwestorzy koreańscy odegrali ważną rolę w 2019 r. na rynku europejskim. Na przykład we Francji zainwestowali oni bezprecedensową kwotę €4,3 mld. Pomimo dużego zaangażowania kapitału z Korei Południowej, w ujęciu ogólnym poziom inwestycji azjatyckich na szczeblu europejskim znacznie spadł w porównaniu z 2018 r., głównie ze względu na sytuację w Wielkiej Brytanii. W 2017 i 2018 roku wartość inwestycji azjatyckich była ogromna, a ich przedmiotem były głównie prestiżowe aktywa w Londynie. W 2019 roku inwestorzy z Azji byli już mniej aktywni (-50% w porównaniu z 2018 rokiem), co doprowadziło do niedoboru na poziomie ponad €6 mld. Wartość inwestycji dokonanych przez nich w Niemczech też spadła (-30%) – Larry Young, Dyrektor Międzynarodowej Grupy Inwestycyjnej (International Investment Group) BNP Paribas Real Estate.

Po dramatycznym spadku w 2016 roku, poziom kapitału zainwestowanego na rynku europejskim przez podmioty z USA obecnie stopniowo wzrasta. W 2019 roku nabrał on rozpędu (+38%), co było drugim najwyższym wynikiem od 2015 roku, w którym odnotowano €43,5 mld. Inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych poszli pod prąd ogólnego trendu, więcej niż podwajając wartość swoich inwestycji w Wielkiej Brytanii i prawie ją podwajając w Niemczech. Inwestycje z Bliskiego Wschodu nieznacznie wzrosły w porównaniu z 2018 rokiem (+14%). Od 2016 roku mieszczą się one w przedziale od €6,5 mld do €8 mld. W 2019 roku gracze z Bliskiego Wschodu zwiększyli poziom swoich inwestycji w Niemczech i we Włoszech, a utrzymali je na stabilnym poziomie w Wielkiej Brytanii.

Popyt na powierzchnie biurowe na 15 głównych rynkach europejskich utrzymuje się na wysokim poziomie

W 2019 roku na 15 głównych rynkach europejskich odnotowano niewielki spadek liczby transakcji najmu powierzchni biurowych. Poziom najmu osiągnął wielkość 9.6 mln m kw., co stanowiło spadek o 4% w porównaniu z rokiem 2018. To jednak nadal wysokie wyniki pozostające znacznie powyżej średniej długoterminowej.

Co więcej, za tą ogólną wartością kryją się bardzo zróżnicowane sytuacje na poszczególnych rynkach. Niektóre z nich wykazują wyraźne oznaki spowolnienia, podczas gdy inne nadal kwitną. Berlin ponownie pobił wszystkie swoje wcześniejsze rekordy. Poziom najmu wzrósł o 22% w porównaniu z rokiem 2018 i po raz pierwszy przekroczył próg miliona m kw., i to pomimo niedoboru podaży. To samo dotyczy Mediolanu, w którym odnotowano wzrost o 25% w stosunku do najwyższego poziomu najmu w historii. Wreszcie Madryt (+16%) i Bruksela (+42%) odnotowały najwyższe wzrosty popytu od 2007 roku, a wielkość powierzchni wynajętej w Luksemburgu przyrosła o 5%. Pomimo spadków wielkości popytu netto odnotowanych w Centralnym Paryżu (-6% na skutek braku podaży), Warszawie, Lizbonie (obydwa rynki odnotowały spadki na poziomie -8%) oraz Dublinie (-17%), poziom najmu pozostaje wysoki i porównywalny ze średnimi długoterminowymi, a nawet wyższy. Będąc w niepewnej sytuacji politycznej, rynek w Centralnym Londynie odnotował niezłe wyniki pomimo gwałtownego spadku wolumenu o 19% w porównaniu ze znakomitym rokiem 2018.

Wolumen transakcji na europejskim rynku powierzchni biurowych wzrasta nieprzerwanie od kilku lat. W związku z tym wiele rynków notuje bardzo niski wskaźnik pustostanów, zwłaszcza w dzielnicach biznesowych o najbardziej ugruntowanej sytuacji, czego efektem są rosnące stawki czynszów we wszystkich największych miastach Europy – Lou Cellier, Zastępca Dyrektora Działu Advisory & Alliances w BNP Paribas Real Estate

W rezultacie średni wskaźnik pustostanów liczony dla 15 głównych rynków w Europie spadł do 5,2%, przy czym znacznie niższy poziom wakatów odnotowano w Berlinie (1,5%) i Monachium (2,4%). Największe spadki wskaźnika powierzchni niewynajętej odnotowano w Madrycie (-140 pb), Warszawie (-120 pb), Amsterdamie oraz Lizbonie (-100 pb). Równocześnie czynsze dla najatrakcyjniejszych nieruchomości na wszystkich rynkach europejskich utrzymały się na stabilnym poziomie lub wzrosły. Największy wzrost czynszów odnotowano w Lizbonie (+19%, €300/m kw./rok). Poza tym znaczące wzrosty odnotowano w Berlinie (+11%), Amsterdamie (+8%), Hamburgu oraz Warszawie (+7%).

Dobry początek 2020 roku

Chociaż poziom wzrostu gospodarczego w Europie w 2019 roku nie spełnił wszystkich oczekiwań, co było spowodowane napięciami handlowymi pomiędzy USA a Chinami oraz Brexitem, najnowsze analizy gospodarcze sugerują pozytywne nastroje na 2020 rok.

Podpisanie pierwszego porozumienia handlowego pomiędzy USA a Chinami oraz rozpoczęcie negocjacji między Unią Europejską a Wielką Brytanią, w połączeniu z pozytywnymi nastrojami rynkowymi sugerują, że poziom wzrostu gospodarczego powinien ustabilizować się lub nawet poprawić w 2020 roku – Richard Malle, Global Head of Research w BNP Paribas Real Estate

Inflacja w strefie euro jest nadal niska, a polityka pieniężna prawdopodobnie pozostanie niezmieniona. Zgodnie z ostatnimi deklaracjami EBC nie przewiduje się podwyżki kluczowych stóp procentowych do 2022 roku.

W ciągu najbliższych trzech lat spodziewany jest w Europie napływ kapitału, co wynika z bliskich terminów zapadalności obligacji skarbowych o ogromnej wartości, a także kontynuacji ekspansywnej polityki pieniężnej przez niektóre z banków centralnych. W kontekście utrzymujących się niskich stóp procentowych, sektor nieruchomości może stanowić atrakcyjną alternatywę dla inwestorów poszukujących zwrotów przy stosunkowo umiarkowanym ryzyku – Richard Malle, Global Head of Research w BNP Paribas Real Estate

Czy sztuczna inteligencja może pokonać koronawirusa?

Jak wynika z najnowszych informacji podawanych przez chińskie służby medyczne, łączna liczba zarażonych koronawirusem na świecie wynosi ponad 80 000. Do tej pory spowodował on śmierć ponad 2 600 osób. Chcąc skutecznie walczyć z wirusem rządy, służba zdrowia i organizacje międzynarodowe wykorzystują dostępne technologie, w tym sztuczną inteligencję i systemy analityczne.

Analityka i sztuczna inteligencja pozwalają wykryć pierwsze symptomy, wskazujące na to, że w danym regionie rozwijają się nowe ogniska epidemii. Analizowane są dane kliniczne oraz historyczne dotyczące innych wirusów, w tym H1N1, SARS czy Ebola, a także treści postów zamieszczanych w mediach społecznościowych. Informacje pochodzą ze szpitali, lotnisk i innych miejsc publicznych, takich jak szkoły, gdzie sprawdza się liczbę nieobecnych dzieci, co umożliwia ocenę prędkości rozprzestrzeniania się wirusa. Analizowane są również dane z aptek dotyczące sprzedaży leków na obniżenie gorączki. Pozwala to wskazać regiony, gdzie istnieje ryzyko pojawienia się wirusa, na wiele tygodni zanim zostanie ogłoszony oficjalny alarm. Dzięki temu szpitale mogą przygotować odpowiednią przestrzeń dla osób, które muszą zostać objęte kwarantanną czy zapewnić wystarczającą ilość leków przeciwwirusowych.

Analityka pozwala walczyć z dezinformacją

Poza walką z koronawirusem, niezwykle istotne jest również zapobieganie panice spowodowanej nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi 2019-nCoV. Specjaliści SAS przekonują, że wykorzystanie systemów analitycznych i podejmowanie decyzji w oparciu o dane zwiększa zaufanie społeczeństwa do decyzji rządów i służby zdrowia.

Podobnie jak w przypadku innych epidemii, na temat koronawirusa pojawia się wiele nieprawdziwych informacji. Wykorzystanie systemów analitycznych, w tym rozwiązań SAS, pozawala uargumentować konkretne decyzje dotyczące walki z wirusem. Analizy danych pochodzących z wielu źródeł dają poczucie, że osoby decyzyjne mają pełen obraz zagrożenia, panują nad sytuacją i kontrolują, jak rozprzestrzenia się wirus tłumaczy Radosław Pidzik, Head of Customer Advisory Central Europe w SAS.

 AI może pomóc stworzyć szczepionkę na koronawirusa

Sztuczna inteligencja i analityka są wykorzystywane na każdym etapie opracowywania, produkcji i dystrybucji szczepionek. Dzięki analizie danych pochodzących z badań klinicznych możliwe jest stwierdzenie, czy są one bezpieczne i odpowiadają określonym normom medycznym. Sztuczna inteligencja umożliwia również monitorowanie występowania niepożądanych skutków ubocznych. Gdy szczepionki trafią do placówek medycznych, analityka pozwala zarządzać ich terminami ważności oraz dystrybucją. Szacuje się, że tylko u 1 na 20 zainfekowanych pacjentów zostaje zdiagnozowany koronowirus 2019–nCoV. Oznacza to, że najtrudniejszy etap walki z wirusem wciąż jest jeszcze przed nami. Niezbędne będzie stworzenie skutecznej szczepionki, która przyczyni się do zmniejszenia liczby zakażeń.

E-sport, zakłady sportowe, 5G – co wpłynie na sportowy biznes

W 2019 roku oczy kibiców wiele razy były skupione na sporcie w wydaniu kobiet. Telewizyjne relacje z Mistrzostw Świata kobiet w piłce nożnej oglądał rekordowy miliard widzów, pojawiło się wiele młodych gwiazd, ale dojrzali sportowcy, tacy jak Serena Williams, nadal byli inspiracją dla wielu osób. Jak przewidują w raporcie „2020 Sports industry outlook” eksperci firmy doradczej Deloitte, biznes zaczął postrzegać zawodowy sport kobiet jako potężną platformę różnorodności, integracji i szans na zysk.

Rozmach wokół rozgrywek kobiet w minionym roku otworzył nowe możliwości dla tworzenia lig zawodowych, franczyzy, sponsorów oraz wpłynął na wzrost sprzedaży biletów. Doskonale widać to na przykładzie rozgrywanych na francuskich stadionach meczów Mistrzostw Świata w piłce nożnej pań, gdzie jak podała FIFA w telewizji mecze obejrzało 1,12 miliarda widzów, bijąc tym samym rekord tej imprezy. Mecz finałowy obserwowało ponad 260 milionów osób.

Stare wyzwania

Rosnąca liczba fanów i coraz lepsze wyniki sportowe sprawiają, że kibice z coraz większym zainteresowaniem oglądają wyczyny sportsmenek. Mimo to kobiecy sport, szczególnie w dyscyplinach uznawanych dotąd za domenę mężczyzn, nadal mierzy się z pewnymi wyzwaniami. Dotyczy to szczególnie piłki nożnej, gdzie pule nagród są mniejsze, choć rosnąca, jednak wciąż niższa jest frekwencja na meczach, a czasy transmisji mniej atrakcyjne niż w przypadku męskich rozgrywek. To samo dotyczy sum, które wpływają na konta drużyn i lig od sponsorów. W opinii ekspertów Deloitte wpływ na zmianę tego stanu rzeczy mogą mieć nadawcy, sponsorzy oraz same organizacje sportowe.

– Świat sportu profesjonalnego, kręci się wokół pieniędzy. Organizacje sportowe i sponsorzy nie powinny dłużej czekać i jeszcze w tym roku rozważyć rzucenie mocniejszego światła na kobiece rozgrywki. Podwojenie inwestycji może być motorem wzrostu, który przyniesie korzyści nie tylko ligom i franczyzobiorcom, ale również samym kobietom decydującym się na sportowe zawodowstwo – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, lider Grupy Sportowej w Deloitte. Ekspert dodaje, że ruch jest także po stronie nadawców telewizyjnych, którzy poprzez lepszą ekspozycję sportu kobiet mogą zwiększyć zainteresowanie nim, a co za tym idzie przyczynić się do zwiększenia wartości transakcji.

Nowe możliwości

Zdaniem specjalistów z Deloitte rok 2020 przyniesie zawodniczkom wiele nowych możliwości. Producenci zainspirowani sukcesami takich sportsmenek jak Naomi Osaka (22 lata), sensacyjna triumfatorka wielkoszlemowego US Open czy złota medalistka olimpijska w snowboardzie Chloe Kim (19 lat) wprowadzą na rynek wiele produktów i usług dla młodych zawodniczek i amatorek.

Inna prognoza dotyczy większego wsparcia dla całorocznych sportów z udziałem pań, takich jak koszykówka i siatkówka czy piłka ręczna. Wzrośnie także liczba sponsorów na profesjonalnych imprezach sportowych, którzy będą zwiększać swoje wsparcie i zainteresowanie szczególnie lekką atletyką. Z kolei podczas finału Mistrzostw Świata w krykiecie może zostać pobity rekord frekwencji na kobiecej imprezie sportowej. Melbourne Cricket Ground ma ponad 100 tys. miejsc siedzących.

Dotąd kobiece ligi sportowe były wzorowane na męskich. Jak zauważają eksperci firmy doradczej istnieją jednak unikalne aspekty sportu kobiecego, które stwarzają zupełnie nowe możliwości. – W 2020 roku ligi i zespoły mogą nauczyć się czerpać z tych różnic, zaakceptować je i zaangażować kibiców w zupełnie nowy sposób. Pomóc w tym może większe skupienie się na integracyjnych strategiach zatrudniania w sporcie i to zarówno na stanowiskach biznesowych czy organizacyjnych jak i trenerskich – mówi Przemysław Zawadzki.

Rozgrywki piłki kobiecej w PZPN

Kobiety coraz śmielej zaznaczają swoją obecność w zdawałoby się męskim świecie futbolu. Doskonale widać to nad Wisłą, gdzie szczególnie wśród kobiet piłka zyskuje na popularności. Z przeprowadzonego w ubiegłym roku badania firmy Kantar Media na zlecenie UEFA wynika, że 63 proc. Polek interesuje się tym sportem i związanymi z nim wydarzeniami. To imponujący wynik przy 35 proc. średniej europejskiej. Mając to na uwadze, PZPN inwestuje w promocję oraz rozwój kobiecego futbolu. W ubiegłym roku zarząd federacji podjął decyzję, że począwszy od sezonu 2019/20 będzie przeznaczał kwotę ponad 7 mln na sezon na reorganizację systemu kobiecych rozgrywek, zarówno seniorskich jak i młodzieżowych oraz na plan rozwoju projektów związanych z kobiecą piłką, jak na przykład wdrożenie nowych programów organizacyjno-szkoleniowych. – Jedna z wprowadzonych zmian to zmniejszenie niemal o połowę, z 84 do 48, liczby klubów kobiecych na szczeblu centralnym. Chodziło o to, by zwiększyć poziom rywalizacji. Mieliśmy i nadal mamy jedną z najbardziej rozbudowanych struktur rozgrywek ligowych w Europie, nieadekwatną do liczby piłkarek. Dla porównania w Niemczech jest 21 klubów na szczeblu centralnym, a poziom gry zdecydowanie wyższy – mówi Maciej Sawicki, Sekretarz Generalny PZPN.

Od e-sportu do 5G

Zdaniem ekspertów Deloitte wzrost popularności kobiecych dyscyplin jest jednym z pięciu trendów jakie w 2020 roku wpłyną na sportowy ekosystem. W czołówce ponownie jest e-sport. Oczekuje się, że w ciągu tego roku światowy rynek sportów elektronicznych wygeneruje 1,5 miliarda dolarów przychodów, a widownia będzie liczyła 600 milionów fanów.

Odkąd w 2018 roku Sąd Najwyższy USA zniósł federalny zakaz zakładów sportowych, zalegalizowało je 14 stanów. Firmy widzą w hazardzie spore możliwości zarabiania, dlatego analityka sportowa i możliwości przechwytywania danych prawdopodobnie szybko się rozwiną, a strony bukmacherskie dadzą nowe pole dla lukratywnego sponsoringu w zakresie wykorzystania logo i danych ligi.

Decyzja amerykańskiego Narodowego Stowarzyszenia Sportów Akademickich, która pozwala sportowcom uniwersyteckim otrzymać odszkodowanie za używanie ich nazwiska oraz umożliwia graczom negocjowanie umów i zatrudnianie agentów przez California Fair Pay to Play Act może spowodować potrzebę wprowadzenia nowej formy agenta, specjalisty od reprezentowania talentów związanych z uczelniami.

– Trendem, który co roku pojawia się w naszych raportach jest rozwój technologii i jej wpływ na świat sportu. W 2020 roku wprowadzenie technologii bezprzewodowej 5G może zmniejszyć opóźnienia w transmisji dla kibiców zarówno w domu, jak i na stadionach – dodaje Przemysław Zawadzki.

Polski rząd kusi obligacjami

  • FED umiarkowanie pozytywny wobec światowego wzrostu PKB
  • Prawybory w Partii Demokratycznej w ocenie rynków finansowych
  • Kolejny udany przetarg zamiany Ministerstwa Finansów w tym roku
  • Mieszane sygnały polityki pieniężnej w gospodarkach wschodzących

Rynki finansowe uważnie przyglądają się wyborom prezydenckim w USA

W Stanach Zjednoczonych tematem numer jeden są zbliżające się wybory prezydenckie. Po stronie demokratów panuje zamieszanie. Największym poparciem elektoratu Partii Demokratycznej cieszy się Bernie Sanders. Zaskoczeniem jest wysokie poparcie dla Pete Buttigieg. Lidera wyścigu poznamy już 3 marca podczas „Super Wtorku”. Dla obligacji rynków wschodzących istotne znaczenie będzie miało to, kto zostanie przeciwnikiem Donalda Trumpa. Jeśli nominację otrzymają Michael Bloomberg lub Pete Buttiegieg, to wzrośnie skłonność do ryzyka. Pojawi się też jednak perspektywa nieznacznie mocniejszego dolara. Zwycięstwo urzędującego prezydenta to skierowanie się w stronę euroobligacji rynków wschodzących (czyli w twardej walucie) i silny dolar. Negatywnym scenariuszem dla obligacji emerging markets byłby wybór Elizabeth Warren lub Berniego Sandersa.

Widzimy dobre perspektyw dla polskich obligacji

W zeszłym roku w uniwersum emerging markets tylko trzy rynki zanotowały spadek zaangażowania inwestorów zagranicznych w lokalne obligacje skarbowe: Turcja, Sri Lanka i właśnie Polska (o ok. 35 mld PLN). W międzyczasie miecz Damoklesa w postaci orzeczenia TSUE w sprawie kredytów frankowych oraz wybory parlamentarne, które odbyły się bez istotnej licytacji na programy socjalne, zdematerializowały większość ryzyk tkwiących w segmencie polskich obligacji skarbowych. Zatem spread (różnica) rentowności do niemieckiego bunda w wysokości 2,5% jest atrakcyjna dla inwestorów zagranicznych. W świetle udanego przetargu zamiany i prefinansowania 73% potrzeb pożyczkowych państwa na 2020 rok utrzymujemy pozytywne nastawienie do polskich obligacji skarbowych. W segmencie obligacji o zmiennym kuponie szczególnie atrakcyjnie wyglądają obligacje z środka krzywej. Pewnym zaskoczeniem dla rynku było ujawnienie, że na ostatnim posiedzeniu RPP trzech członków głosowało za podwyżką stóp procentowych (Ł. Hardt, E. Gatnar i K. Zubelewicz). Znając jednak ultra-gołębie wypowiedzi pozostałych członków z ostatnich miesięcy, a nawet lat, ciężko znaleźć kogokolwiek kto mógłby do nich dołączyć. Scenariuszem bazowym jest utrzymanie poziomu stóp do końca 2022 roku.

Mieszane polityki pieniężne w gospodarkach wschodzących

Ujemna realna stopa procentowa na Węgrzech (odczyt inflacyjny za styczeń: 4,7%) spowodowała presję na forincie. Węgierski bank centralny, prowadzący ultra-gołębią politykę pieniężną, zareagował na rynku pieniężnym i fx-swapów. Dla rynków było oczywistym jastrzębim sygnałem – w ślad za tym rentowności obligacji węgierskich dramatycznie wzrosły (węgierska 10-latka w pewnym momencie aż o 40 punktów bazowych). Jednak gdy EURHUF spadł z poziomu 340 na 330 rynek obligacji uznał, że to wystarczająca aprecjacja, w ślad za czym rentowności spadły o 20 pkt bazowych w porównaniu do lutowego szczytu. Politykę pieniężną węgierskiego banku centralnego można podsumować cytatem z Seneki: „Temu kto nie wie do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr”.

Z kolei w Tajlandii sytuacja zgoła inna: dodatnia realna stopa procentowa i zagrożenie koronawirusem (który już się odbił na turystyce tego kraju odpowiadającej za 20% jego PKB) sprawił, że tajski bank centralny obniżył stopę procentową z 1,25% do 1%. Spowodowało to spadek rentowności obligacji na całej tajskiej krzywej.

Adam Szymko, Zarządzający Funduszami Generali Investments TFI

Spółki gamingowe w centrum uwagi

  • Przewaga sWIG80 nad WIG20
  • PlayWay liderem wzrostu w spółkach gamingowych
  • Koronawirus odczuwalny w wynikach za 1Q

Małe spółki wracają do łask inwestorów. Od początku roku widać wzrost zainteresowania spółkami skupionymi w indeksie sWIG80. Przewaga indeksu małych i średnich spółek nad WIG20 jest co najmniej kilkupunktowa. Jest tak nawet pomimo kilku liderów z rewelacyjnymi wynikami jak na przykład CD Projekt czy Dino Polska. WIG20 traci jednak znacząco przez spadki spółek Skarbu Państwa i spółek energetycznych.

Negatywnie na sentyment do energetyki i spółek wydobywczych wpłynęło także ograniczenie wydobycia węgla kamiennego o 25% przez spółkę Lubelski Węgiel „Bogdanka”. To dość duże zaskoczenie, bo spółka nie ma problemów ze sprzedażą węgla ani dużych, zaległych zapasów. Decyzja była podyktowana chęcią wsparcia śląskich kopalni, które mają problem ze sprzedażą zalegającego u nich surowca.

Duże wzrosty od początku roku zanotowały spółki gamingowe, najszybciej rozwijający się sektor na polskiej giełdzie. Liderem wzrostów jest PlayWay, który od początku roku urósł o prawie 60%. Jest to w dużej mierze powiązane z zapowiedzią premiery ich nowej gry House Flipper. Zainteresowaniem inwestorów cieszą się też niezmiennie akcje CD Projektu.

Na rynek i decyzje inwestorów wpływają kolejne informacje związane z koronawirusem. W przypadku niektórych spółek zdecydowano się na delikatną korektę, zwłaszcza po dużych wzrostach. Jednak były one relatywnie krótkie i w wielu przypadkach spółki dosyć szybko odrobiły straty. Rynki traktują koronawirus jak okres przejściowy, którego skutki najmocniej odczujemy w wynikach pierwszego kwartału. Potwierdzają to także historyczne dane dotyczące podobnych epidemii.

Ryszard Rusak, Dyrektor Inwestycyjny ds. Akcji Generali Investments TFI

88% pracowników z Ukrainy pracuje poniżej swojego wykształcenia

Polski rynek pracy nadal nie wykorzystuje w pełni potencjału jaki stanowią pracownicy z Ukrainy. Według raportu OTTO Work Force Polska aż 95% badanych Ukraińców, zatrudnionych w Polsce, posiada wykształcenie średnie lub wyższe, a tylko 12% pracuje zgodnie ze swoim wykształceniem.

Pracownicy z Ukrainy od kilku lat wspierają polski rynek pracy, szczególnie w branży budowlanej, przemysłowej, logistyce i handlu. Bardzo duże zainteresowanie Ukraińcami widać wśród międzynarodowych firm, które mają doświadczenie w zarządzaniu wielokulturowym środowiskiem pracy. Mimo, że obywatele Ukrainy są cenieni na polskim rynku pracy to zdecydowana większość wykonuje prace poniżej swoich kompetencje, wymagające wykształcenia niższego niż posiadane. Poniżej swoich kwalifikacji pracuje aż 88% badanych Ukraińców. Oznacza to, że istnieje luka pomiędzy potencjalnymi umiejętnościami, jakie może zaoferować dany pracownik, a tymi rzeczywiście wykorzystywanymi.

Największa grupa osób, które wzięły udział w badaniu, posiada wykształcenie średnie (54%). Osób z wykształceniem wyższym było 41%, a podstawowym 5%. Mimo tego, że zdecydowana większość badanych posiada minimum średnie wykształcenie, to są oni zatrudniani przede wszystkich na najniższych stanowiskach i wykonują prace fizyczne.

Z raportu OTTO Work Force Polska wynika, że 51% badanych obywateli Ukrainy pracuje na stanowiskach w zakładach produkcyjnych, a 40% wykonuje inne prace fizyczne. Zatrudnienie na stanowisku kierowniczym zadeklarowało jedynie 2% badanych, a w charakterze pracownika administracyjnego 4%.

„Skala problemu związanego z pracą poniżej poziomu wykształcenia u pracowników ukraińskich jest bardzo duża. Wynika to przede wszystkim z sytuacji na polskim rynku pracy, który cierpi na niedobór pracowników przede wszystkim niższego szczebla i takich wakatów oferuje najwięcej. Ponadto bardzo dużą barierę stanowi niewystarczająca znajomość języka polskiego. W obliczu poprawiającej się sytuacji gospodarczej na Ukrainie i rosnących zarobków, możemy prognozować, że część pracowników wróci do kraju, by pracować tam na stanowiskach adekwatnych do wykształcenia” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Polska.

***

Informacje pozyskane w badaniu pochodzą od 500 pracowników tymczasowych z Ukrainy, zatrudnionych poprzez OTTO Work Force Polska sp. z o.o. Wywiady zostały zrealizowane w listopadzie 2019 roku. Przekazane w nich opinie przeanalizowała i opracowała agencja badawcza PBS Sp. z o.o.

W ciągu dekady rynek pracy czeka rewolucja. Papieska inicjatywa pomoże liderom biznesu w tym wyzwaniu?

Ponad miliard osób będzie trzeba przekwalifikować w ciągu najbliższych 10 lat w związku z postępującą automatyzacją i robotyzacją na rynku pracy – to jeden z wniosków tegorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Zdaniem ekspertów Personnel Service, liderzy biznesu z całego świata będą potrzebowali wiele wytrwałości, aby ten proces zakończył się sukcesem i dla nich, i dla pracowników. Pomóc może w tym inicjatywa Masterclass Leadership with the Pope.

Podczas styczniowego Światowego Forum Ekonomicznego przedstawiono dane z analiz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), z których wynika, że w następnych 10 latach zmiany wywołane postępującą automatyzacją i robotyzacją dotkną ponad miliard miejsc pracy na całym świecie. Nie dla każdej osoby, która w wyniku tego procesu będzie musiała się przekwalifikować, zmiana będzie prosta. Zdaniem ekspertów Personnel Service, kluczowe w tym procesie będzie stawianie dobra pracowników na pierwszym miejscu. To zasada zgodna z inicjatywą Masterclass Leadership with the Pope. Przedsięwzięcie powstałe z inspiracji papieża Franciszka we współpracy z Papieską Radą Kultury od dwóch lat motywuje ludzi biznesu, świata nauki, kultury, sportu oraz organizacji non-profit do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodym pokoleniem liderów.

Te wszystkie osoby biorą pod uwagę wiele kluczowych wartości, którymi warto kierować się w życiu i w pracy oraz tzw. „15 zasad przywództwa papieża Franciszka”. Jedną z tych zasad jest apel Ojca Świętego, by w biznesie nie tracić wrażliwości. Świat biznesu musi być świadomy, że już niedługo wiele osób może stracić zawód niemal z dnia na dzień. Nie wszyscy będą w stanie natychmiastowo zmienić swoje umiejętności czy posiadane kompetencje. Dlatego trzeba ich na to przygotować. W ramach programu Masterclass Leadership with the Pope naszym celem jest bezpłatne przeszkolenie miliona młodych liderów na całym świecie. Chcemy, by osoby decydujące o obliczu światowej gospodarki miały świadomość, że pieniądze nie są najważniejsze, a w nieuchronnych procesach automatyzacji i robotyzacji warto pamiętać o człowieku – mówi Marek Ratajczak, prezes polskiej Fundacji Twórczości Narodowej (CTN), jeden z pomysłodawców Masterclass Leadership with the Pope.

Wiedza od doświadczonych do młodych

Całodzienne wystąpienia, warsztaty i rozmowy z mentorami w 25 państwach świata – to tylko niektóre z elementów programu umożliwiające przepływ wiedzy między doświadczonymi a młodymi liderami w biznesie. Papież Franciszek jest mentorem programu. Wśród tzw. „Przewodników” w Polsce są m.in. aktor teatralny i filmowy Janusz Gajos, prezes zarządu Virgin Mobile Polska Grażyna Piotrowska-Oliwa czy znany przedsiębiorca Jarosław Królewski. W tym gronie znajduje się także Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.

W naszej firmie, która zajmuje się pośrednictwem na rynku pracy, analizę pojawiających się trendów traktujemy jako kluczowy element pracy. Musimy wiedzieć jak np. nowoczesne technologie wpłyną na firmy i pracowników. Już teraz wiemy, że automatyzacja i robotyzacja znacząco zmienią rynek pracy. Robot będzie w stanie wykonywać za pracowników mozolne i czasochłonne zadania, dzięki temu zatrudnieni skupią się na bardziej angażujących i kreatywnych czynnościach. To oczywiście szansa, ale też wyzwanie, do którego pracowników należy przygotować. Pojawiają się też liczne pytania, np. czy roboty, które zastąpią ludzi na ich stanowiskach, będą opłacać składki ZUS? Brzmi to nieco dziwnie, ale takie rozmowy już się pojawiają, a przedsiębiorcy i rządzący, mając na uwadze dobro zatrudnianych osób, muszą takie problemy brać pod uwagę – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.

Więcej o inicjatywnie Masterclass Leadership with the Pope można się dowiedzieć na stronie internetowej popeleadership.org. Chętni przedsiębiorcy mogą dołączyć do projektu jako doświadczeni przewodnicy lub jako młodzi liderzy.

Szukanie powodów do odbicia

Wtorek rozpoczyna się od stabilizacji nastrojów po wczorajszym załamaniu, gdyż inwestorzy znajdują ukojenie w różnorodnych doniesieniach, które pozwoliły stonować strach. Ponieważ jednak ekonomiczny wpływ epidemii pozostaje trudny do oszacowania, zmienność i wrażliwość na negatywne informacje pozostaje duża.

Poniedziałkowe załamanie nastrojów związane z rozprzestrzenieniem się epidemii koronawirusa na Europe była potężne i unaoczniło, jak bardzo ryzyko było przez rynki niedoszacowane. Ale dziś przyszedł czas na wzięcie nowego oddechu i przenalizowanie informacji. Z Włoch docierają głosy, że nagły wzrost zgonów dotyczył osób starszych i chorych, tj. mniej odpornych na wirusa, a główne ognisko zakażeń dotyczy jednej placówki medycznej nieprzestrzegającej procedur izolowania przypadków zakażenia. Spowolnienie tempa wzrostu liczby nowych przypadków W Chinach i Korei Południowej pomogło uspokoić nastroje. Wall Street Journal donosi o pracach nad szczepionką, która jednak będzie gotowa dopiero na przyszłoroczny wybuch grypy. Wreszcie USA gotowe są przeznaczyć 2,5 mld USD na walkę z wirusem.

Spirala paniki została przerwana, ale pełne odreagowanie wydaje się mało prawdopodobne. Niepewność związana z gospodarczymi szkodami wyrządzonymi przez epidemię pozostanie duża na kilka tygodni, jeśli nie miesięcy. Dla inwestorów może być trudno dalej bagatelizować ryzyka i przyjmować, że aktywność ekonomiczna szybko wróci do stanu sprzed epidemii. Przedłużający się okres wstrzymywania dostaw towarów z Chin hamuje produkcję w gospodarkach rozwiniętych polegających na komponentach z Azji. Ponadto władze mogą podejmować drastycznych środki w celu powstrzymania epidemii, jak na przykład zakazy dla podróży i handlu nie tylko z Chinami, ale teraz także np. między USA a Europą. W efekcie rynki mogą dyskontować podwyższoną premię za ryzyko ekonomiczne, co podniesie zmienność aktywów i wzmocni odpływ w stronę bezpiecznych przystani.

Dziś rynki pozostają z otwartym pytaniem, jak daleko może zajść korekta wcześniejszego beztroskiego optymizmu. Testem sentymentu może być odczyt indeksu nastrojów konsumentów z USA. Z jednej strony solidny rynek pracy, mocny rynek akcji (w czasie przeprowadzania ankiety) i brak silniejszych skutków w gospodarce na tym etapie powinien skutkować obniżonym ryzykiem pogorszenia nastrojów gospodarstw domowych. Z drugiej strony piątkowy PMI z USA był pierwszym sygnałem ostrzegawczym, że obawy w gospodarce narastają. Inwestorzy z pewnością chcieliby się uczepić pozytywnego odczytu, by wymazać wczorajszą panikę. Ale też niewiele będzie trzeba, by rozczarowujące dane zanegowały całą stabilizację, która zawiązała się w ostatnich godzinach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wykrycie we Włoszech ogniska koronawirusa spowodowało panikę na giełdach

Sytuacja na rynkach rozwijała się pod presją napływających danych o rozwoju epidemii koronawirusa w Europie. We Włoszech zostało wykryte nowe ognisko rozprzestrzenienia się wirusa, w odpowiedzi na to rządy Włoch oraz Austrii podjęły szereg działań w celu ograniczenia mobilności ludzi. Owa sytuacja poważnie wystraszyła inwestorów i była powodem kilkuprocentowych spadków europejskich indeksów akcyjnych.

Wspomniane wyżej okoliczności całkowicie przyćmiły opublikowane w środę (19.02.2020) dane o przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniu w Polsce. Dynamika wynagrodzeń przyspieszyła z 6,2% r/r w grudniu 2019 do 7,1% r/r w styczniu 2020, co okazało się pozytywną niespodzianką. Warto zauważyć, że pomimo przyspieszenia nominalnej dynamiki płac, ich wzrost w ujęciu realnym wyhamował, ze względu na jeszcze silniejsze przyspieszenie inflacji. W styczniu 2020 r. realna dynamika płacy w sektorze przedsiębiorstw wyniosła 2,6% r/r wobec 2,8% r/r w grudniu 2019 roku. Widać zatem, że przyspieszająca inflacja zmniejsza siłę nabywczą dochodów z pracy.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 0,81%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek – o 1,27%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień: ze wzrostem o 0,90% dla sWIG80 oraz spadkiem o 0,04% dla mWIG40.

W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na koronawirusie oraz działaniach podejmowanych przez poszczególne rządy w celu powstrzymania rozwoju epidemii.

Jednak nie można lekceważyć danych makroekonomicznych. Kalendarz odczytów z USA będzie wyglądał następująco: we wtorek (25.02.2020) poznamy odczyt indeksu zaufania konsumentów – Conference Board. W czwartek (27.02.2020) poznamy dane o zamówieniach na dobra trwale oraz PKB Stanów Zjednoczonych. Natomiast w piątek (28.02.2020) nadejdzie kolej na dane o dochodach i wydatkach amerykanów, saldo obrotów towarowych oraz odczyt indeksu PCE.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne. Jednak we wtorek (25.02.2020) poznamy aktualną stopę bezrobocia, a w piątek (28.02.2020) poznamy dane dotyczące dynamiki wzrostu PKB. Poza tym, w piątek (28.02.2020) poznamy inflacje HICP dla Strefy Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Elektromobilność i napędy wodorowe – kiedy polski samochód elektryczny?

Rewolucja mobilności staje się faktem. Zjawisko to ma miejsce już teraz, kiedy na co dzień obserwujemy coraz więcej pojazdów elektrycznych na drogach. Dzisiaj w Polsce nadal nie mamy jednak wystarczającej infrastruktury, co stanowi poważny hamulec na drodze rozwoju elektromobilności. Ładowanie aut – zwłaszcza jednocześnie przez wielu użytkowników – nadal jest wyzywaniem dla rządu, samorządów terytorialnych, jak i biznesu. Póki co ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych daje jednak możliwości wsparcie rozwoju tego sektora. W ubiegłym roku akcyza na samochody z napędem hybrydowym została obniżona o 50 proc. Zniesiony został także podatek dochodowy z dotacji z funduszu niskoemisyjnego transportu – jako dopłaty do pojazdów elektrycznych. Niebawem uruchomiony zostanie nabór wniosków.

– Już niedługo nastąpi bardzo duży postęp w zakresie funkcjonowania elektromobilności w Polsce. Nie należy jej jednak zawężać jedynie do pojazdów ładowanych prądem (tzw. plug-in), czy na baterie elektryczne. Przyszłość transportu nisko- i zeroemisyjnego wiąże się także z wykorzystaniem wodoru i napędów hybrydowych – powiedział serwisowi eNewsroom Ireneusz Zyska, Sekretarz Stanu, Ministerstwo Klimatu. – Wiele globalnych firm, potentatów w tym obszarze twierdzi, że czysta elektromobilność będzie do pewnego momentu będzie ograniczona. Według nich zdecydowanie lepsze perspektywy ma wykorzystywanie wodoru. Tymczasem w Polsce ogłoszono 2025 rok jako termin, kiedy na naszych drogach pojawi się już milion samochodów elektrycznych. Duży udział w rynku tych pojazdów będą miały auta produkowane przez polski podmiot. Przede wszystkim będą to jednak globalne marki, które już teraz poruszają się po zagranicznych miastach. Z informacji ministerstwa wynika, że projekt jest już zaawansowany. Choć na razie nie można wskazać konkretnego czasu jego realizacji, ze względu chociażby na objęcie tajemnicą handlową – trwają negocjacje na poszczególnych szczeblach. Dotyczą montażu, czy zaangażowania kapitałowego jego uczestników. Póki co, wiadomo jednak, że projekt jest już na zaawansowanym etapie i przyniesie wiele korzyści – zapowiada Zyska.

Satelitarny internet zmorą telekomów. Kiedy trafi do Polski i ile będzie kosztował?

Niebo pełne jest gwiazd, ciemnej materii i… satelitów! Według The Union of Concerned Scientists, w kosmosie znajduje się ich aktualnie ok. 2200, jednak lada chwila Ziemia zostanie otoczona konstelacją dziesiątek tysięcy kolejnych. O dominację na orbicie ścigają się Jeff Bezos, Elon Musk i Mark Zuckerberg. W efekcie internet ma stać się dostępny na całej kuli ziemskiej, niwelując problem cyfrowego wykluczenia.

Takich dwóch jak ich trzech to nie ma ani jednego. Jeff Bezos, Mark Zuckerberg i Elon Musk posiadają jedne z najdroższych i najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie. Ich łączny majątek wyceniany jest na ponad 200 mld USD. Tak Jeff Bezos (wycena na styczeń 2020: 115 mld USD), Mark Zuckerberg (68 mld USD), jak i Elon Musk (30 mld USD) to ekscentryczni miliarderzy, którzy cieszą się taką sławą jak gwiazdy rocka i bez trudu uzyskali status ikon popkultury. Ich droga do gwiazd stała się możliwa, ponieważ angażują się w realizację najodważniejszych projektów. Do niedawna podobne zapędy mieli wyłącznie szaleni naukowcy z komiksów.

Kosmiczne projekty tej nieświętej trójcy to nowa liga w rankingu nietypowych inicjatyw. Słynne słowa jako w niebie tak i na Ziemi na ustach niestrudzonych miliarderów nabierają nowego znaczenia. Dominacja w przestrzeni kosmicznej ma im zapewnić trwałą hegemonię na światowych rynkach.

Gwiezdne wojny miliarderów

Jak twierdzi The Union of Concerned Scientists, organizacja założona przeszło pół wieku temu przez studentów i profesorów słynnej amerykańskiej uczelni MIT, na ziemskiej orbicie znajduje się ponad dwa tysiące satelit. Tymczasem liczba ta już niebawem przestanie być aktualna. – Jak wskazują ostatnie doniesienia, Amazon planuje wystrzelić ponad 3 tys. satelitów na niską orbitę ziemską, co pozwoli dostarczyć szybki internet do regionów, które dotychczas mogły tylko o nim pomarzyć. Ma to znacząco przyczynić się do likwidacji zjawiska wykluczenia informatycznego i informacyjnego, otwierając przed platformą handlową Jeffa Bezosa nowe rynki zbytu – mówi Sascha Stockem z firmy Nethansa, specjalizującej się we wsparciu i automatyzacji sprzedaży na Amazonie.

Project Kuiper, bo taką nazwę nosi inicjatywa, zyskał rozgłos, gdy serwis GeekWire zidentyfikował trzy  zestawy zgłoszeń do ITU, międzynarodowej organizacji odpowiedzialnej za koordynację orbit satelitarnych. Pod dokumentami podpisała się firma Kuiper Systems LLC. Dopiero wówczas Amazon potwierdził jej istnienie, informując, że projekt rozmieszczenia satelit na orbicie okołoziemskiej jest w trakcie realizacji. Amerykański gigant e-commerce jeszcze nie zdecydował, czy podejmie się budowy własnych satelitów, czy też kupi je od strony trzeciej. To twardy orzech do zgryzienia, gdyż jak podaje OneWeb, wyprodukowanie jednego urządzenia to koszt około miliona USD. Amazon zapowiedział, że w kosmos planuje wystrzelić ich ponad 3 tys. Nie ma również pewności co do tego, w jaki sposób gigant e-handlu wypuści je na orbitę. Jeśli wierzyć zapewnieniom rzecznika Amazona, korporacja przyjrzy się wszystkim możliwym opcjom. Można jednak domniemać, że Jeff Bezos skorzysta w tym celu z usług zajmującej się lotami kosmicznymi firmy Blue Origin, która nota bene również znajduje się w jego posiadaniu.

Tymczasem SpaceX Elona Muska planuje wystrzelić aż 12 tys. satelitów, z których każdy waży niewiele więcej niż 400 kg (najlżejsze jak dotychczas konstrukcje). W ten sposób nad Ziemią ma zawisnąć konstelacja Starlink. Niektóre źródła podają nawet zawrotną liczbę 40 tys. urządzeń, które w niedalekiej przyszłości twórca Tesli miałby zawiesić na nieboskłonie.

OneWeb taķże planuje wzbogacić firmament o pokaźną liczbę satelitów. Na oficjalnej stronie internetowej firmy czytamy, że ma ich być aż 900. Do tego wszystkiego swoje trzy grosze planuje dorzucić Mark Zuckerberg, umieszczając na orbicie nieznaną jeszcze liczbę urządzeń.

Pliki z nieba

Według danych zebranych przez portal Statista, w 2019 r. blisko 4,5 mld ludzi na świecie było aktywnymi użytkownikami internetu, co obejmuje 58% światowej populacji. Oznacza to jednocześnie, że ponad 40% ludzkości nie posiada dostępu do globalnej sieci. Powodów może być wiele – położenie geograficzne, brak odpowiedniej infrastruktury, kwestie polityczne, ekonomiczne czy kulturowe. To właśnie głównie z myślą o takich regionach Elon Musk i Jeff Bezos planują odpalić kosmiczny internet. Nie ma co się łudzić, że w tych dążeniach kierują nimi wyłącznie pobudki natury altruistycznej, a nie zwyczajna chęć zysku.

Stabilny, szybki i wszechobecny dostęp do internetu to wielowymiarowa inwestycja. Po pierwsze to globalny rozgłos, jednak tym Jeff Bezos zdążył się już nasycić. Posiadanie takiej infrastruktury oznacza dostęp do olbrzymiej ilości danych. Jest to również krok w kierunku dywersyfikacji. Stając się dostawcą internetu, Amazon bezpardonowo wkracza na nowy, mocno zabetonowany rynek, zyskując odrębne źródło dochodów – wymienia Sascha Stockem, ekspert w dziedzinie Amazona. Jego zdaniem, w perspektywie długoterminowej zarówno Facebook jak i Amazon zabezpieczają swoje podstawowe źródła dochodu. – W końcu najważniejsza dla Jeffa Bezosa jest jego platforma handlowa. Satelitarny internet dostępny z każdego miejsca na ziemi będzie jak zastrzyk ze sterydami dla rynku e-commerce. Handel w internecie czeka prawdziwy rozkwit – dodaje Stockem.

Kosmiczne ceny

Dostawcy gwiezdnego internetu mogą liczyć na spore zyski również ze sprzedaży abonamentu. Jak wskazują wewnętrzne dokumenty SpaceX, do 2025 r. firma ma nadzieję wypracować nawet 22 mld USD rocznego zysku operacyjnego – w większości ze sprzedaży satelitarnego serwisu internetowego. Ile taka usług będzie kosztować zwykłego Smitha, Schmidta lub Kowalskiego?

Jak na razie, żaden z gigantów nie wypowiedział się na temat ceny abonamentu, jednak prezydent SpaceX Gwynne Shotwell wspomniała w październiku 2019 r., że wielu konsumentów płaci 80 USD za „kiepskiej jakości serwis”. Możemy więc wnioskować, że taka suma nie padła bez powodu, jednak jeśli celem ma być dostarczenie internetu do miejsc, które z różnych przyczyn znajdują się poza jego zasięgiem, to kwota ponad 300 zł za dostęp do usługi jest totalnie odrealniona. Trudno sobie wyobrazić, żeby mieszkańcy wysp filipińskich lub Madagaskaru mogli pozwolić sobie na taki wydatek – zwraca uwagę Sascha Stockem. W 2015 r. w Seattle Musk sugerował, że taka usługa mogłaby być oferowana bezpłatnie, pod warunkiem zakupu kompatybilnego urządzenia w kwocie od 100 do 300 USD. Ile więc trzeba będzie zapłacić za dostęp do satelitarnego internetu? To pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

Niewykluczone natomiast, że ceną za korzystanie z satelitarnego internetu będą nie dolary, lecz reklamy wyświetlane jego użytkownikom. W najlepszym wypadku mogą się one pojawiać przy logowaniu, w najgorszym – wyskakiwać podczas surfowania w internecie. Zarówno dla Amazona, jak i Facebooka, obranie takiego kierunku ma mocne uzasadnienie biznesowe. Obie firmy zarabiają na sprzedaży powierzchni reklamowej. To, czy zdecydują się na taką ingerencję, w dużej mierze zależeć będzie od tego, czy wejdą we współpracę z lokalnymi telekomami. Realizacja takiego scenariusza dla dostawców satelitarnego internetu wiąże się z wieloma ograniczeniami. Przy samodzielnej dystrybucji sky is the limit.

Prędkość nie z tej ziemi

Należy również pamiętać, że o sukcesie tych przełomowych przedsięwzięć zadecyduje nie tyle cena abonamentów, co jakość świadczonych usług i ich konkurencyjność w stosunku do oferty firm telekomunikacyjnych. Jak podaje serwis Speedtest, biorąc pod uwagę wyłącznie osiągi mobilnych sieci, do jakich mają dostęp nasze smartfony w ramach technologii GSM, średnia prędkość pobierania danych wynosi 32 Mbps. Jak na tym tle wypada internet satelitarny?

Zgłoszenie, jakie złożyła firma Elona Muska w amerykańskim urzędzie certyfikacyjnym w 2016 r., opisywało usługę internetową, która zapewni transfer danych na poziomie do jednego gigabita na sekundę i opóźnienia między 25 a 35 milisekund. Od niedawna SpaceX współpracuje również z siłami powietrznymi USA, testując pilotażowy program dostępu do internetu za pośrednictwem sieci satelitów. Testy rozpoczęto na początku 2018 r., wykorzystując zaledwie dwie satelity. Pozwoliło to na osiągnięcie prędkości sięgającej nawet 610 megabitów na sekundę. Podobne prędkości od niedawna zaczęli oferować operatorzy korzystający z technologii naziemnego przesyłu danych, których infrastruktura zbudowana jest w oparciu o światłowody.

A kiedy w końcu doczekamy się takiej usługi? Jak wskazuje serwis SpaceNews, konstelacja mikrosatelit Starlink, które należą do firmy SpaceX, zacznie oferować własną satelitarną usługę internetową już w tym roku. Nie wiadomo natomiast, kiedy swoją ofertę zaprezentują konsumentom pozostali operatorzy. Jedno jest pewne – jeśli opisane powyżej plany zagospodarowania okołoziemskiej orbity dojdą do skutku, to w ciągu zaledwie dekady garstka firm umieści na niej więcej satelitów niż wszystkie mocarstwa razem wzięte, począwszy od pierwszego satelity, Sputnika 1 z 1957 r.

Revolut pozyskał pół miliarda dolarów na dalszy rozwój, wśród inwestorów duże amerykańskie fundusze

  • Revolut uzyskał finansowanie w wysokości 500 milionów dolarów w serii D i wycenę na poziomie 5,5 miliarda dolarów, stał się jedną z najwyżej wycenianych firm fintech na świecie
  • Liderem rundy finansowania był amerykański fundusz inwestycyjny TCV, brało w niej udział wielu dotychczasowych inwestorów
  • Revolut wykorzysta pozyskany kapitał do tworzenia nowych produktów na rynkach gdzie jest już dziś obecny, do rozwinięcia działalności bankowej w Europie i zwiększenia wykorzystania aplikacji do codziennych finansów

Revolut, globalna platforma usług finansowych, z której korzysta 10 milionów klientów, ogłosiła dziś pozyskanie 500 milionów dolarów finansowania serii D, co oznacza, że spółka pozyskała do tej pory na swój rozwój w sumie 836 milionów dolarów.

Liderem nowej rundy finansowania był amerykański fundusz inwestycyjny TCV, brało w niej również udział wielu dotychczasowych inwestorów. Dzięki nowej wycenie na poziomie 5,5 miliarda dolarów, Revolut stał się jedną z najwyżej wycenianych spółek z branży fintech na świecie.

Nie udałoby się pozyskać nowego kapitału, gdyby nie rosnący popyt i zaangażowanie ze strony konsumentów oraz solidne wyniki finansowe za poprzedni rok. W 2019 roku Revolut zwiększył liczbę klientów o 169%, dzienną liczbę użytkowników korzystających z aplikacji o 380%, a w roku 2018 przychody wzrosły o 354%.

Pozyskany kapitał przeznaczony zostanie na dalszą poprawę doświadczeń klienta (customer experience) oraz na wzmocnienie oferty usług i produktów Revolut dla klientów indywidualnych i dla firm, na rynkach gdzie firma już dziś jest obecna. W szczególności na produkty, które zachęcą klientów do korzystania z aplikacji na co dzień. Fintech planuje uruchomienie pożyczek dla firm i klientów indywidualnych, wyjście z ofertą oprocentowanych kont oszczędnościowych poza Wielką Brytanię, poprawę jakości wsparcia i obsługi klienta, a także rozwinięcie działalności bankowej w Europie.

Revolut zamierza dalej zwiększać wartość i użyteczność planów Premium i Metal, które potwierdziły, że są dla biznesu ważnym źródłem przychodów. W 2019 roku przychody z tego tytułu wzrosły o 154%. Konta Premium i Metal oferują szereg benefitów, takich jak nielimitowana wymiana walut, dostęp do saloników lotniskowych, bezprowizyjny handel akcjami czy ubezpieczenie podróżne.

Firma zatrudnia ponad 2000 pracowników i planuje intensywnie zwiększać zatrudnienie w wielu lokalizacjach. Miniony rok był przełomowy pod kątem kluczowych transferów na szczeblu kierowniczym, które umocniły ład korporacyjny w spółce. Do fintechu dołączył Martin Gilbert, były prezes Standard Life Aberdeen, a obecnie szef Rady Dyrektorów Revolut. Jako Dyrektorzy Niewykonawczy dołączyli także Caroline Britton, wcześniej Partner w Deloitte odpowiedzialna za audyt oraz Bruce Wallace, wcześniej COO w Silicon Valley Bank.

Naszym celem jest stworzenie globalnej platformy usług finansowych – jednej aplikacji, z pomocą której klienci mogą zarządzać wszystkimi swoimi potrzebami finansowymi, na co dzień. Nowa runda inwestycyjna potwierdziła, że inwestorzy mają zaufanie do naszego modelu biznesowego. W kolejnym kroku skupimy się na rozwoju działalności bankowej w Europie, zachęceniu klientów do codziennego korzystania z naszej aplikacji i działaniach, dzięki którym osiągniemy rentowność. Fundusz TCV ma wieloletnie doświadczenie we wspieraniu założycieli firm, które zmieniają rynki w skali globalnej, dlatego cieszymy się na myśl o nowym partnerstwie i przygotowujemy wspólnie kolejny etap rozwoju” – powiedział Nik Storonski, współzałożyciel i CEO w Revolut.

Jesteśmy zachwyceni współpracą z Nikiem, Władem i całym zespołem Revolut. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii i skupieniu całej uwagi na zadowoleniu użytkownika, Revolut tworzy wyjątkowe doświadczenie klienta – wykracza ono daleko poza to, co oferują współczesne banki. Chcemy wspierać zespół Revolut i pomóc uczynić z firmy jedną z największych na świecie platform usług finansowych” – powiedział John Doran, General Partner w TCV.

* * *
O  TCV

Założony w 1995 r. fundusz TCV oferuje kapitał prywatnym i publicznym spółkom technologicznym, na etapie wzrostu. Od momentu powstania, TCV zainwestował ponad 13 miliardów dolarów w wiodące technologiczne firmy, w tym ponad 1,5 miliarda dolarów w branżę fintech. Pomógł też zarządom spółek w ponad 120 debiutach giełdowych i strategicznych przejęciach.

Służba zdrowia może sobie nie poradzić bez wzrostu nakładów społeczeństwa. Konieczna publiczna debata na ten temat

Planowany wzrost nakładów na służbę zdrowia do poziomu 6 proc. PKB w 2025 roku może być niewystarczający i nie przynieść żadnych efektów, bo pieniądze zostaną pochłonięte przez inflację w sektorze medycznym i wzrost wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia. Konieczne jest szybsze zwiększanie finansowania, nie tylko z budżetu. – Czeka nas dyskusja w społeczeństwie o wzroście również naszych nakładów na służbę zdrowia – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego. W perspektywie kilku lat może być niezbędne wprowadzenie jak w innych państwach dodatkowego, powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego, które pozwoli zbudować stabilny system opieki długoterminowej.

Jak ocenia, w Polsce system ochrony zdrowia w perspektywie kilku najbliższych lat stoi przed trzema głównymi wyzwaniami. Jednym z nich jest właśnie finansowanie, które musi odpowiadać na problemy związane z pogarszającą się demografią. Polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się na tle Unii Europejskiej. Według GUS w 2020 roku liczba seniorów wzrośnie do prawie 9,9 mln osób i będą oni stanowili 27,5 proc. ogółu populacji. W 2050 roku będzie to odpowiednio 13,7 mln osób oraz 41,4 proc. To pociągnie za sobą większą częstotliwość występowania chorób przewlekłych i większy popyt na świadczenia medyczne.

 Starzejemy się jako społeczeństwo, rośnie ryzyko zachorowania na wiele chorób cywilizacyjnych, a dynamika zachorowań jest naprawdę przerażająca. To oznacza, że systemy ochrony zdrowia będą zgłaszały zapotrzebowanie na coraz większe finansowanie. Racjonalne inwestycje w sektor ochrony zdrowia są absolutnym obowiązkiem. Musimy przyglądać się temu, na co wydajemy pieniądze, ale nie będziemy w stanie zabezpieczyć wielu potrzeb przy wydatkach publicznych na zdrowie rzędu 4,5 proc. PKB, podczas gdy w krajach OECD jest to średnio 6,5 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Obecnie Polska wydaje ze środków publicznych na służbę zdrowia ok. 4,7 proc. PKB, ale dwa lata temu Sejm przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na ten cel mają stopniowo wzrastać i do 2025 roku sięgnąć 6 proc. krajowego PKB, zrównując się z państwami OECD.

 Jednak zjawiska makroekonomiczne, czyli wysoka inflacja w sektorze medycznym i wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia, sprawiają, że siła nabywcza tych pieniędzy topnieje. Trzeba liczyć się z tym, że pomimo 100 mld zł w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia nasze zdolności do zwiększenia dostępności świadczeń zdrowotnych wcale nie będą rosły – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia podkreśla, że sytuacja ta wymaga publicznej, merytorycznej dyskusji o przebudowie systemu ochrony zdrowia i jego finansowaniu. Potrzebne jest uświadomienie społeczeństwu, że bez zwiększania prywatnej daniny na ten cel nie będzie możliwe zabezpieczenie wszystkich potrzeb zdrowotnych.

– Wątków, pomysłów i rozwiązań jest bardzo wiele, więc najważniejsze to zacząć tę dyskusję z przekonaniem, że chcemy realnie zwiększyć finansowanie ochrony zdrowia w szybszej dynamice – mówi ekspertka Uczelni Łazarskiego. – To wymaga konsensusu społecznego, czyli zgody każdego z nas, że warto i trzeba trochę więcej z naszego dochodu przeznaczyć na publiczny system ochrony zdrowia, aby czuć się bezpieczniej.

Możliwości, w jaki sposób miałoby to nastąpić, jest wiele. Może to być stopniowy wzrost składki zdrowotnej, nałożenie podatków na produkty o wysokiej szkodliwości czy rozwijanie systemu prywatnych ubezpieczeń medycznych.

 Być może powinniśmy się zastanowić, wzorem innych państw, nad wprowadzeniem dodatkowego, powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Wiele chorób ma charakter choroby przewlekłej, wymagającej długotrwałej rehabilitacji i wsparcia społecznego. Opieka długoterminowa zasługuje na uwagę i na pytanie, czy nie warto byłoby w perspektywie kilku lat dodać do 9 proc. naszej bazowej składki ubezpieczenia zdrowotnego jeszcze około 3 proc., żeby zabezpieczyć i zbudować stabilny system opieki długoterminowej – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Kolejnym wyzwaniem dla polskiej służby zdrowia są braki kadrowe. Jak wynika z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego przez OECD i Komisję Europejską, Polska ma najmniej lekarzy w Europie. Na 1 tys. mieszkańców przypada 2,4 lekarza przy średniej europejskiej na poziomie 3,8. Dla porównania w sąsiednich Czechach ten wskaźnik wynosi 3,7. Według ubiegłorocznego raportu ManpowerGroup („Niedobór talentów w służbie zdrowia”) już 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, 68 proc. szuka lekarzy, a 13 proc. – położnych.

 Żadna cudowna interwencja raczej nie sprawi, żebyśmy w 2020 roku rozwiązali ten problem. Wymaga to konsekwentnego działania na wielu polach: promowania pracy w sektorze ochrony zdrowia, sukcesywnego zwiększania liczby miejsc na uczelniach medycznych, rozwoju nowych zawodów w ochronie zdrowia i delegowania uprawnień tych specjalistów, których nam najbardziej brakuje, czyli lekarzy i pielęgniarek, na zawody niżej ulokowane. Również odciążenie ich od obowiązków czysto administracyjnych i biurokratycznych dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii to proces, który ciągle jest przed nami – mówi dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia.

Z tym wiąże się także kolejny obszar wyzwań, a mianowicie odpowiednia organizacja – zarówno pracy, jak i ścieżki leczenia. Zdaniem ekspertki najistotniejsze jest zwiększenie roli kompleksowej i koordynowanej opieki zdrowotnej, która będzie ukierunkowana głównie na wysoką efektywność procesu leczenia.

 Wymaga to zaangażowania podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistów ulokowanych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej i szpitali różnego poziomu referencyjności, w zależności od potrzeb pacjenta na ścieżce jego choroby. Tutaj nie ma uniwersalnych schematów, bo każdą chorobę charakteryzuje zupełnie inne zapotrzebowanie na wysokospecjalistyczną wiedzę, technologie czy interwencje. Dlatego też bardzo ważne jest wdrożenie i pilotowanie nowych rozwiązań opieki kompleksowej i koordynowanej, które będą ukierunkowane na efekty leczenia, na relację wyników leczenia do przeznaczanych na nie nakładów – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Firmy w finansowych tarapatach wciąż rzadko korzystają z narzędzi naprawczych. Pomocą dla nich może być ustawa antyzatorowa

Wskaźnik upadłości i restrukturyzacji jest w Polsce dosyć niski, a rodzime przedsiębiorstwa rzadko – w porównaniu z innymi krajami Europy – korzystają z przewidzianych prawem środków naprawczo-oddłużeniowych. Ułatwieniem ma być nowelizacja prawa upadłościowego, która wejdzie w życie 24 marca i uelastyczni oraz przyspieszy procedurę tzw. pre-packu, czyli przygotowanej sprzedaży. Przełoży się to m.in. na krótszy czas i niższe koszty postępowania upadłościowego. Z kolei na zmniejszenie skali problemów z płynnością finansową może wpłynąć działająca od stycznia ustawa zatorowa.

– Polskie przedsiębiorstwa – nawet te zagrożone trudną sytuacją płynnościową – wciąż bardzo rzadko sięgają po przewidziane prawem środki, jak upadłości bądź restrukturyzacje. W ubiegłym roku mieliśmy około tysiąca takich przypadków na 2 mln aktywnie działających w Polsce firm. To pokazuje, że wskaźnik upadłości i restrukturyzacji jest dosyć niski – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

W ubiegłym roku ogłoszono 1019 postanowień o upadłości i restrukturyzacji polskich firm. To o 4,5 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. Najwięcej z nich to upadłości (574, wzrost o 3 proc.), które stanowią 56 proc. wszystkich postępowań. Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła natomiast o blisko 7 proc. do 445 spraw. Eksperci Coface zwrócili też uwagę na utrzymujący się duży wzrost liczby przyspieszonych postępowań układowych (o 15 proc. r/r). Takie sprawy stanowią już 67 proc. wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych. Z drugiej strony zmalała liczba zwykłych postępowań układowych i sanacyjnych.

– W innych krajach – nie tylko Europy Zachodniej, ale także Środkowo-Wschodniej, chociażby w Czechach czy na Węgrzech – te przewidziane prawem środki, czyli postępowania upadłościowe i restrukturyzacyjne, są popularniejsze i znacznie powszechniej stosowane. Wszystkie ułatwienia i procedury, które przyczynią się do tego, że i w Polsce firmy zagrożone trudną sytuacją płynnościową będą mogły sprawniej korzystać z tych środków i powrócić do efektywnej działalności biznesowej, należy ocenić pozytywnie – mówi Grzegorz Sielewicz.

Temu ma właśnie służyć nowelizacja prawa upadłościowego, która wejdzie w życie 24 marca br. i uelastyczni oraz przyspieszy procedurę tzw. pre-packu, czyli przygotowanej sprzedaży. Polega ona na złożeniu wraz z wnioskiem o ogłoszenie upadłości oferty na zakup majątku dłużnika i wskazaniu nabywcy. Może nim być dowolny podmiot (nawet powiązany z dłużnikiem). Zatwierdzenie przez sąd warunków pre-packu otwiera drogę do zawarcia umowy sprzedaży pomiędzy syndykiem a inwestorem w ciągu 30 dni po uprawomocnieniu się wyroku. Zaletami tej procedury są m.in. krótszy czas i niższe koszty postępowania upadłościowego.

– Zmiany w prawie upadłościowym, które zostaną wprowadzone w marcu, dotyczą głównie przyspieszenia postępowań upadłościowych i rzeczywiście należy je ocenić bardzo pozytywnie – mówi Grzegorz Sielewicz. – Takie przygotowane postępowanie nie wymaga już składania całej dokumentacji i przechodzenia przez całą, długą ścieżkę sądową.

Jak podkreśla, część zmian prawnych, które będą miały przełożenie na upadłości firm, weszła w życie z początkiem tego roku. Najważniejszą z nich jest ustawa o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych, tzw. ustawa antyzatorowa. To rozwiązanie długo wyczekiwane przez przedsiębiorców, zwłaszcza tych mniejszych, dla których nieterminowe płatności stanowią jedno z głównych zagrożeń. Firma, która nie dostaje zapłaty na czas, sama nie ma z czego inwestować ani opłacić pracowników i kontrahentów.

– Na mocy nowych przepisów podmioty publiczne mają 30 dni na realizowanie swoich zobowiązań. Wyjątkiem są tutaj podmioty lecznicze – mówi Grzegorz Sielewicz. – Bardzo istotny jest też 60-dniowy termin zapłaty przy tzw. transakcjach asymetrycznych, kiedy mała bądź średnia firma sprzedaje towar lub świadczy usługę na rzecz dużego przedsiębiorstwa. Rzeczywiście duże firmy wielokrotnie wykorzystywały swoją dominującą pozycję i dyktowały mniejszym kontrahentom dosyć długie terminy zapłaty. Z kolei dla  nich często oznaczało to być albo nie być.

W przypadku gdy zaległość w płatności przekroczy 120 dni, wierzyciel będzie mógł odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć. To właśnie zatory płatnicze stanowią jedną z najpoważniejszych przyczyn problemów finansowych firm. Jak wynika z ubiegłorocznego badania płatności Coface, opóźnień doświadcza dziewięć na dziesięć firm. Średnie zaległości wprawdzie nieco się skróciły, ale i tak firmy czekają na zapłatę z około dwumiesięcznym opóźnieniem.

– Często dotyczy to nie pojedynczych faktur, ale rzeczywiście dość dużej części rocznych przychodów. W ostatnim roku opóźnienia płatności w polskim biznesie sięgały średnio 57 dni. To dość dużo, a w branży transportowej czy budowlanej przekraczają nawet 100 dni. Pytanie, czy sankcje przewidziane w ustawie i ewentualne kary UOKiK rzeczywiście odniosą skutek. W ciągu najbliższego roku i w kolejnych latach okaże się, czy te rozwiązania poprawią sytuację płynnościową polskiego biznesu – mówi główny ekonomista Coface.

Umacnia się pozycja polskich portów morskich. Dzięki nowym inwestycjom znacznie zwiększą się ich zdolności przeładunkowe

Przeładunki w polskich portach morskich w 2019 roku przekroczyły rekordowe 108 mln ton. Do ponad 3 mln TEU wzrosła też liczba kontenerów, które do nich trafiły. Zaplanowane na kolejne lata inwestycje mają przyczynić się do dalszego wzrostu możliwości przeładunkowych i znaczenia krajowych portów w Europie. Prognozy zakładają, że do 2050 roku zapotrzebowanie na przeładunki kontenerowe będzie ponad trzykrotnie większe niż dziś. Przykładem takiej inwestycji jest budowa Portu Zewnętrznego w Gdyni.

 Jesteśmy otwarci na Europę Zachodnią, współpracujemy i jesteśmy połączeni chociażby z portami brytyjskimi. Jednak dzisiaj najważniejszymi partnerami dla całego shippingu są rynki dalekowschodnie. Chcielibyśmy, aby również do Portu Gdynia wpływały kontenerowce z tamtych rynków – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Meller, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

W kierunku Morza Bałtyckiego przesuwa się coraz więcej strumieni ładunkowych, a polskie porty stają się istotnym partnerem dla państw Dalekiego Wschodu. Toczą się rozmowy między ich przedstawicielami i azjatyckimi potęgami. Gdański port nawiązał m.in. współpracę z Singapurem, by zbudować dwustronne relacje handlowe, a gdyński port – z Japonią. Na razie Port Gdańsk jest jedynym bałtyckim portem, do którego regularnie przypływają statki z Azji, również największe pływające jednostki świata. Stąd kontenery najszybciej i najtaniej mogą trafić do krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Czech, Słowacji, Węgier, Ukrainy i Białorusi.

 Dzisiaj polskie porty, szczególnie te o podstawowym znaczeniu dla gospodarki narodowej, liczą się w Europie coraz bardziej. Osiągamy całkiem niezłe wyniki. W Hamburgu dynamika jest ujemna, u nas cały czas dodatnia. Osiągnęliśmy w pewnym momencie poziom ponad 100 mln przeładowanych ton w trzech polskich portach i utrzymujemy dalej tę tendencję zwyżkową – podkreśla prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

Z danych Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wynika, że w 2019 roku przeładunki w polskich portach morskich wyniosły 108,3 mln ton (wzrost o 2,4 proc. r/r). Po raz drugi w historii przekroczyły barierę 100 mln ton. W Porcie Gdańsk przeładowano 52,2 mln ton, w Porcie Gdynia – 24 mln ton, a w Porcie Szczecin-Świnoujście – 32,2 mln ton. Do polskich portów trafiło łącznie 3,04 mln TEU.

 Mamy nadzieję pobić rekord poprzedniego roku. Myślę, że będzie wzrastał udział obsługi kontenerów w Porcie Gdynia. Pewnie będą tendencje zniżkowe, np. w przeładunku węgla i koksu. Być może za kilkanaście lat węgiel będzie w portach polskich jedynie śladowym towarem, bo taka jest tendencja na rynku, spowodowana dbałością o środowisko, ale będą alternatywne paliwa – wskazuje Adam Meller.

W Porcie Gdynia w 2019 roku przeładowano o 2,2 proc. towarów więcej niż rok wcześniej. Liczba kontenerów wzrosła do ok. 900 tys. TEU. Dane za pierwsze 10 miesięcy ubiegłego roku wskazują, że przeładunki przetworów naftowych wzrosły o 9,4 proc. (134 tys. ton), przeładunki węgla i koksu – o 15,5 proc. (321,7 tys. ton), zboża – o 4,8 proc. (118 tys. ton), drobnicy – o 2,7 proc. (313 tys. ton), a przewóz innych ładunków masowych wzrósł o 11,4 proc. (129,3 tys. ton).

– Gdańsk ze swoim terminalem kontenerowym zaczyna odgrywać w Europie bardzo ważną rolę. Gdynia otwiera drugą dziesiątkę portów, ale przez nasze inwestycje chcielibyśmy zdecydowanie wejść do pierwszej dziesiątki – zapowiada Adam Meller.

Ma w tym pomóc planowana budowa Portu Zewnętrznego, który powstanie na sztucznym lądzie, z wykorzystaniem istniejącego Nabrzeża Śląskiego. Zgodnie z planem ma on zwiększyć powierzchnię portu o 151 ha, a jego możliwości przeładunkowe o 2,5 mln TEU.

Z kolei w Gdańsku powstanie Port Centralny. Projekt zakłada 19 km dodatkowych nabrzeży użytkowych, dziewięć terminali i 8,5 km falochronów. Dzięki inwestycji możliwy będzie wzrost przeładunków do 100 mln ton w ciągu 10 lat. Planowane jest także wybudowanie terminala kontenerowego w Świnoujściu i pogłębienie toru wodnego Świnoujście-Szczecin. Inwestycje te stały się koniecznością w obliczu coraz większej konkurencji i zwiększonego popytu na przeładunki kontenerowe. Prognozy mówią, że w 2050 roku mogą one sięgnąć 9,5 mln TEU.

Polacy coraz chętniej korzystają z usług assistance. Na znaczeniu zyskuje pomoc medyczna i w podróży

Pakiet usług pomocowych ma 42 proc. Polaków, a co trzeci deklaruje, że korzysta z nich w praktyce przynajmniej raz do roku – wynika z badania Europ Assistance. Największą popularnością niezmiennie cieszy się assistance drogowy, w tym m.in. holowanie samochodu czy możliwość wynajęcia auta zastępczego. Szybko rośnie również liczba Polaków, którzy posiadają i wykorzystują assistance podróżny i medyczny. W tych produktach firmy świadczące takie usługi widzą szczególny potencjał wzrostu, zwłaszcza dzięki nowym rozwiązaniom technologicznym, m.in. możliwości odbycia wideokonsultacji z lekarzem.

– Assistance staje się powszechne i popularne. Zakładamy, że ten trend będzie się utrzymywał. Jeszcze dekadę temu tylko 27 proc. osób deklarowało, że posiada usługi pomocowe, pięć lat temu było to 30 proc., a w tej chwili – już 42 proc. Widać więc, że ten odsetek rośnie z roku na rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Niebutkowska-Jończyk, menedżer komunikacji i marketingu w Europ Assistance Polska.

Jak wynika z „IX Ogólnopolskiego Badania Assistance”, przeprowadzonego w styczniu przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Europ Assistance Polska, wśród posiadaczy assistance przeważają osoby w wieku 35–44 lat (52 proc.), więcej jest też mężczyzn (46 proc.) niż kobiet (38 proc.).

– Rosnąca popularność usług pomocowych jest związana głównie z dostępnością na rynku oferty dostarczanej przez takie podmioty jak towarzystwa ubezpieczeniowe, banki, firmy leasingowe czy telekomunikacyjne, które dołączają assistance do swoich podstawowych usług – wskazuje Justyna Niebutkowska-Jończyk. – Assistance samochodowy najczęściej otrzymujemy razem z polisą OC i AC. Medyczny dołączany jest często do polis życiowych lub znajduje się w ofercie bankowej. Assistance domowy możemy znaleźć w ramach ubezpieczenia mieszkania, z kolei podróżny Polacy najczęściej nabywają razem z polisami turystycznymi.

Usługi assistance są niezmiennie kojarzone z pomocą drogową (78 proc.), ale coraz więcej osób łączy je również z pomocą w nagłych sytuacjach (30 proc.) czy w trakcie podróży (29 proc.). Utożsamiają je z określeniami „pomoc”, „bezpieczeństwo”, „opieka” czy „wsparcie”. Zdecydowana większość, bo aż 93 proc. osób, które skorzystały do tej pory z assistance, jest zadowolona z jakości świadczonej pomocy.

– Assistance samochodowy posiada 92 proc. osób. Badani twierdzą, że jest on najbardziej użyteczną usługą – deklaruje tak 98 proc. z nich. Najbardziej pożądane świadczenia w ramach tej usługi to holowanie, usprawnienie pojazdu na miejscu i wynajem pojazdu zastępczego. Polacy cenią również inne rodzaje assistance – medyczny czy podróżny, na których użyteczność wskazuje odpowiednio 53 i 51 proc. osób – mówi Justyna Niebutkowska-Jończyk.

Wyniki tegorocznego badania pokazują, że wzrosła liczba Polaków, którzy posiadają assistance domowy (21 proc.) i podróżny (12 proc.). Z kolei pakiet assistance medycznego ma 15 proc. badanych. W ramach tego ostatniego Polacy najbardziej cenią możliwość zamówienia domowej wizyty lekarskiej, transportu medycznego i pomoc w domu po hospitalizacji. Z kolei w assistance podróżnym najczęściej wykorzystywane są: pomoc w organizacji leczenia w nagłym przypadku podczas podróży, zwrot jego kosztów, ale także pomoc w przypadku problemów z bagażem, opóźnieniem bądź odwołaniem lotu.

Ponad 1/3 badanych posiadaczy assistance przyznaje, że korzysta z usług pomocowych. Dla porównania, jeszcze dekadę temu ich wykorzystanie deklarował tylko co dziesiąty. Po pomoc równie często sięgają mężczyźni i kobiety. Najczęściej wykorzystywaną przez Polaków usługą jest holowanie auta lub pomoc drogowa (81 proc.), ale najwięcej osób (100 proc.) jest zadowolonych z pomocy, jaką uzyskały w ramach assistance podróżnego.

– W najbliższych latach będziemy z pewnością obserwowali wzrost posiadania i wykorzystania tego typu usług. Polacy na co dzień korzystają z assistance w różnych momentach swojego życia, również tych trudnych. Dlatego też oferta assistance będzie ewoluowała, dostosowywała się do ich bieżących potrzeb – mówi menedżer komunikacji i marketingu w Europ Assistance Polska.

Jak podkreśla, szczególnie perspektywiczne wydają się assistance podróżny – wraz ze wzrostem wyjazdów Polaków w coraz bardziej egzotyczne zakątki świata – oraz medyczny, który będzie zyskiwać na znaczeniu dzięki trendom demograficznym.

– Niewątpliwie będziemy też obserwować zmiany związane z nowymi technologiami – mówi Justyna Niebutkowska-Jończyk.

Coraz większym zainteresowaniem cieszy się wideokonsultacja z lekarzem w assistance medycznym. 17 proc. osób deklaruje, że korzystało z tej formy kontaktu, a 91 proc. z nich było zadowolonych z tej usługi. Chęć skorzystania z niej w przyszłości wyraziło aż 2/3 badanych.

Wciąż najpopularniejszą formą kontaktu w sprawie zgłoszenia problemu pozostaje na razie kanał tradycyjny (96 proc.) i tylko 4 proc. klientów kontaktowało się w tej sprawie przy wykorzystaniu kanału online. Jednak z drugiej strony 25 proc. Polaków deklaruje, że najchętniej wykupiłoby assistance przez internet. Na rynek usług pomocowych stopniowo wchodzą też inne technologiczne rozwiązania, takie jak boty, aplikacje webowe czy czaty.

Coraz większe zainteresowanie uprawą i wykorzystaniem konopi. Rozluźnienie przepisów mogłoby przyspieszyć rozwój rynku

W Polsce rynek konopi stopniowo się rozwija. W ubiegłym roku areał upraw zgłoszonych do dopłat z ARiMR zwiększył się prawie dwukrotnie (o 1,5 tys. ha). Konopie są wydajne i można je uprawiać – pod pewnymi warunkami – na niemal każdej glebie, ale co istotne znajdują zastosowanie w wielu branżach przemysłu. Przybywa więc chętnych, by inwestować m.in. w ubrania, kosmetyki czy produkty budowlane z konopi. – Uprawy do celów przemysłowych mogłyby być objęte lżejszymi regulacjami – podkreślają eksperci. Równolegle rozwija się także wykorzystanie konopi w medycynie.

 Mamy możliwość uprawy w Polsce konopi włóknistych, nazywanych też konopiami przemysłowymi, oczywiście po przejściu określonych procedur. Oczywiście są też obostrzenia, które dotyczą składnika psychoaktywnego, który występuje w konopiach. To THC – tetrahydrokannabinol. Jest wymóg, aby uprawa – niezależnie od tego, czy jest na nasiennictwo, czy na włókno, np. dla przemysłu papierniczego albo budowlanego – mieściła się w 0,2 proc. THC w biomasie – mówi agencji Newseria Biznes Patrycja Bartosz-Burdiak, radca prawny w Kancelarii Bartosz-Burdiak, prezes zarządu Orbis Cannabis.

Według przytaczanych przez Orbis Cannabis danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (dane upraw deklarowanych do płatności gruntowych dla rolników) w 2017 roku areał upraw konopi włóknistych wynosił 1288 ha, rok później -19 =69 ha, natomiast w ubiegłym roku już 3556 ha. Te dane nie odzwierciedlają jednak całej powierzchni zajętej pod uprawę konopi włóknistych, bo część rolników nie deklaruje jej do przyznania płatności gruntowych.

Konopie włókniste znajdują zastosowanie w takich branżach jak włókiennictwo, papiernictwo, budownictwo czy kosmetyka. Można je uprawiać niemal na każdej glebie i są bardzo wydajne – z hektara konopi można wyprodukować czterokrotnie więcej pulpy (np. do produkcji papieru) niż z hektara lasu. Między innymi dlatego w Polsce coraz więcej przedsiębiorców chce inwestować w produkcję np. ekstraktów CBD, półsurowców z przetworzenia konopi (np. produkcję izolatu CBD, destylatu), produkcję ubrań, kosmetyków z dodatkiem oleju z nasion konopi, produktów spożywczych czy budowlanych. W Polsce budowane są już domy o strukturze wspartej cementem konopnym. Jak ocenia prezes Orbis Cannabis, lekkie rozluźnienie polskiego prawodawstwa pozwoliłoby jeszcze bardziej zdynamizować rynek.

– Każdy akt prawny można udoskonalić, w tym też przepisy dotyczące rynku konopnego. Chodzi np. o inwestorów i producentów konopi włóknistych, którzy chcą prowadzić produkcję na nasiennictwo, cele budowlane, włókiennicze, celulozowe w tym zakresie, gdzie poziom THC jest niższy niż 0,2 proc. Tutaj można zaproponować trochę lżejsze regulacje – wprowadzić możliwość zgłoszenia uprawy bez konieczności przechodzenia wszystkich skomplikowanych procedur. W tym aspekcie konopi niemedycznych faktycznie można by bardziej poluzować system legislacyjny – ocenia Patrycja Bartosz-Burdiak.

Jak ocenia, polskie przepisy nie są w tej kwestii tak liberalne jak np. amerykańskie, ale już bardziej niż francuskie czy niemieckie

– Między polskim prawodawstwem a przepisami innych krajów UE i poza nią istnieją różnice, aczkolwiek w Polsce prawo stopniowo staje się bardziej liberalne. Pierwsze przepisy, które pozwoliły na stosowanie m.in. konopi medycznych, pochodziły z Kanady. To ustawodawstwo nie było doskonałe, zawierało wiele błędów i wiązało się z problemami. Kanadyjczycy uczyli się na własnych błędach, my zaś możemy uczyć się na nich, żeby ich nie powielać – mówi Patrycja Bartosz-Burdiak.

Drugą sferą wykorzystania konopi jest zdrowie. W listopadzie 2017 roku w Polsce weszła w życie ustawa legalizująca marihuanę do celów medycznych. Dzięki temu od ponad dwóch lat kurację konopiami medycznymi może przepisać każdy lekarz. Spółka Spectrum Therapeutics, która zajmuje się importem suszu konopnego, szacuje, że w Polsce jest około 300 tys. osób potrzebujących takiej terapii. Legalne wyroby wydawane są wyłącznie w aptekach na podstawie recepty lekarskiej. Ich skład jakościowy i ilościowy jest ściśle określony oraz kontrolowany na każdym etapie produkcji.

– W tym przypadku uprawa nie jest dozwolona, ale import i dystrybucja konopi medycznych funkcjonują już na polskim rynku. Oczywiście jest to możliwe po przejściu licznych procedur rejestracyjnych, ale to również furtka otwarta dla pacjentów, którzy potrzebują takiej terapii – mówi prezes zarządu Orbis Cannabis.

Konopie mają udowodnioną badaniami klinicznymi skuteczność w przebiegu terapii bólu przewlekłego. Stąd głównymi wskazaniami do stosowania konopi medycznych są chroniczne bóle, łagodzenie objawów wywołanych chemioterapią i radioterapią, stwardnienie rozsiane czy padaczka. Ponadto stosowane są jako wsparcie w procesie leczenia m.in. alzheimera i parkinsona, zespołu stresu pourazowego, stanów lękowych, zespołu Tourette’a, wyniszczenia z powodu AIDS czy choroby Leśniowskiego-Crohna. Badania naukowców z Uniwersytetu w Michigan, przytaczane przez Spectrum Therapeutics, wykazały, że 42 proc. pacjentów korzystających z medycznej marihuany rezygnuje z dotychczas przyjmowanych leków, a kolejne 38 proc. zmniejsza ich dawki.

Z raportu „The Poland Cannabis White Papers” przygotowanego przez Prohibition Partners wynika, że wartość krajowego rynku konopnego za osiem lat sięgnie 2 mld euro. Cały europejski rynek będzie wart ok. 123 mld euro.

Mieszkania Polaków maleją

W 2019 r. po raz kolejny spadła średnia powierzchnia mieszkania ukończonego na terenie Polski. Wyjaśniamy, dlaczego spadki średniego metrażu lokali i domów są widoczne już od dawna

Jeżeli chodzi o wyniki inwestorów mieszkaniowych z minionego roku, to media największą uwagę poświęcają rekordowej liczbie ukończonych mieszkań. Mniejsze zainteresowanie wzbudza natomiast zmiana przeciętnego metrażu wybudowanych lokali i domów. To również jest ważna kwestia. Dane GUS-u wskazują bowiem, że w 2019 r. średnia powierzchnia oddanego do użytku mieszkania znów znacząco spadła. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili wyjaśnić przyczyny ubiegłorocznej zmiany i zaprezentować ją w kontekście wyników z poprzednich 25 lat.

Spadek średniego metrażu trwa już od 2014 roku …

Informacji o średniej powierzchni mieszkań ukończonych w Polsce, trzeba szukać na stronie Głównego Urzędu Statystycznego. Wspomniane informacje mają charakter zbiorczy, ponieważ GUS pod pojęciem mieszkania rozumie zarówno lokal mieszkalny, jak i dom. Taka definicja mieszkania stosowana przez Główny Urząd Statystyczny tłumaczy, dlaczego wyniki widoczne na poniższym wykresie są znacznie wyższe od przeciętnej powierzchni nowego „M”. Wykres przygotowany przez ekspertów RynekPierwotny.pl informuje, jak w latach 1995 – 2019 zmieniała się średnia powierzchnia ukończonych mieszkań. Taki przeciętny metraż od 2003 r. do 2014 r. niemal bez przerwy przekraczał 100,0 mkw. Szczególnie wysokie wyniki odnotowano w latach 2003 – 2004 oraz 2010 – 2011. Wtedy były oddawane do użytku m.in. domy oraz lokale, których budowa rozpoczęła się w czasach dobrej koniunktury gospodarczej z końca lat 90 – tych i podczas poprzedniego boomu mieszkaniowego.

Warto jednak wrócić do czasów nieco nam bliższych i przyjrzeć się spadkowemu trendowi, który dotyczy średniej powierzchni mieszkań ukończonych w ostatnich sześciu latach. Taka średnia powierzchnia zmieniała się następująco:

  • 2013 r. – 104,6 mkw.
  • 2014 r. – 100,9 mkw.
  • 2015 r. – 99,8 mkw.
  • 2016 r. – 94,5 mkw.
  • 2017 r. – 92,7 mkw.
  • 2018 r. – 90,3 mkw.
  • 2019 r. – 88,8 mkw.

Zmiany metrażu mieszkań Polska RP wyk.1

Na poniższym wykresie dobrze widać, że spadki z lat 2017 – 2019 miały niemal identyczne tempo. Jeżeli chodzi o wynik dotyczący 2019 roku, to trzeba podkreślić, że w ciągu poprzedniego ćwierćwiecza niższą wartość odnotowano tylko dwa razy (1999 r. – 87,3 mkw. oraz 2001 r. – 86,0 mkw.).

 

Mieszkania deweloperskie nie skurczyły się mocno

 

Na średnią powierzchnię mieszkań ukończonych w Polsce, wpływa głównie aktywność dwóch różnych typów inwestorów. Chodzi o deweloperów i osoby prywatne budujące mieszkania na własny użytek. W przypadku prywatnych inwestorów, możemy śmiało mówić o budowie tylko domów jednorodzinnych. Deweloperzy budują zarówno lokale mieszkalne, jak i domy stanowiące znacznie mniejszą część ich oferty (ok. 3% – 5%).

Poniższa tabela przedstawia zmiany średniej powierzchni mieszkań (lokali i domów) wybudowanych przez deweloperów oraz osoby prywatne w latach 2013 – 2019. To zestawienie przygotowane przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, dobrze tłumaczy spadkowy trend na powyższym wykresie (dotyczący lat 2014 – 2019). Informacje z tabeli potwierdzają, że w analizowanym okresie szybko spadała średnia powierzchnia ukończonych domów jednorodzinnych (spadek ze 148,5 mkw. – 2013 r. do 143,5 mkw. – 2019 r.). W przypadku mieszkań wybudowanych przez deweloperów, procentowy spadek średniego metrażu był dwuipółkrotnie mniejszy. To sugeruje, że kurczenie się przeciętnego mieszkania ukończonego w Polsce jest przede wszystkim efektem mniejszej wielkości prywatnych domów.

Średnia powierzchnia wybudowanych domów spada nie tylko z przyczyn demograficznych. Warto również wskazać na bardziej restrykcyjną politykę kredytową banków niż w czasach poprzedniego boomu, a także na wzrost kosztów budowy domów. Trzeba jednak pamiętać, że statystyczne skutki rekordowo szybkich wzrostów kosztu wybudowania domu (widocznych w 2018 roku oraz 2019 roku), zobaczymy dopiero za 3 lata – 4 lata. W Polsce budowa przeciętnego domu trwa bowiem 48 miesięcy (według aktualnych danych GUS).   Zmiany metrażu mieszkań Polska RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Hasła reklamowe układane przez roboty bardziej chwytliwe niż te wymyślone przez człowieka. Marketingowcy sięgają po sztuczną inteligencję

Chatboty zapewniają konsumentom możliwość całodobowego kontaktu z usługodawcą, a algorytmy sztucznej inteligencji już dziś tworzą skuteczniejsze hasła reklamowe niż człowiek. Jednak na razie wdrożenie rozwiązań z zakresu SI wiąże się z wysokim kosztem inwestycyjnym. Na taki mogą sobie pozwolić tylko najbogatsze firmy. Sztuczna inteligencja najprawdopodobniej zrewolucjonizuje w pierwszej kolejności marketing w firmach o profilu finansowym.

– Sztuczna inteligencja sprzyja wprowadzaniu nowych rozwiązań i innowacji do procesu marketingowego. Pomaga tworzyć nowe produkty, rozwiązania, usługi czy procesy. Mimo że nadal jest to nisza na rynku, coraz więcej firm z tego korzysta i robi to efektywnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Przemysław Tomczyk z Akademii Leona Koźmińskiego.

Algorytmy uczenia maszynowego są w stanie analizować ogromne zbiory danych. Na podstawie informacji o charakterze demograficznym, a także tych związanych z dochodami czy zainteresowaniami sztuczna inteligencja opracowuje profile potencjalnych klientów, co przekłada się na łatwiejsze tworzenie nowych produktów i usług.

– Sztuczna inteligencja to przyszłość marketingu. Dzięki niej można automatyzować procesy, usprawniać obsługę klienta i proces tworzenia innowacji razem z nim. Dzięki temu klienci są bliżej firmy, współtworzą rozwiązania, które są dla nich lepsze, i tracą mniej czasu na sprawy formalne typu realizacja i kontrola zamówień czy obsługa klienta – uważa dr Przemysław Tomczyk.

Algorytm opracowany przez start-up Persado zajmuje się tworzeniem reklam. Hasła reklamowe są budowane na bazie miliona słów oznaczonych tagami. Slogany stworzone przez robota osiągały nawet dwukrotnie większą klikalność niż te, które napisał człowiek. Z uwagi na to amerykański bank JPMorgan Chase podpisał z Persado pięcioletnią umowę na tworzenie kampanii reklamowych przez sztuczną inteligencję.

Sztuczną inteligencję wykorzystuje się też do obsługi klientów, głównie poprzez tzw. chatboty, które prowadzą rozmowy z klientami np. w mediach społecznościowych bądź na stronach internetowych. To jest niezwykle wygodne dla dostawców, natomiast nie jest jeszcze na tyle dopracowane, żeby było traktowane przez klientów jako zupełnie naturalne, i nad tym firmy bardzo mocno pracują – zauważa dr Przemysław Tomczyk.

Na zatrudnienie chatbotów i voicebotów w centrum obsługi klientów zdecydował się m.in. Bank Pocztowy. Tego typu decyzje zwykle podyktowane są preferencjami klientów. Ci oczekują od firm przede wszystkim natychmiastowej reakcji na ich problemy i wątpliwości. Według badań przeprowadzonych przez SAP Customer Experience prawie 75 proc. konsumentów może zrezygnować z kontaktowania się z firmą, jeśli reakcje na pytania są zbyt powolne. Trend popularyzacji kanału komunikacji opartego na sztucznej inteligencji potwierdza się w przewidywaniach analityków. Raport firmy Symetria X wskazuje natomiast, że 25 proc. konsumentów wysoko ocenia firmy dające możliwość całodobowego kontaktu.

Inwestycja w sztuczną inteligencję oznacza dla firm spory wydatek. Roczny abonament za wykorzystanie gotowego chatbota to nawet 40 tys. dol. rocznie. W przypadku rozwiązań tworzonych specjalnie dla danej firmy koszt wdrożenia może sięgać nawet 300 tys. dol. Z uwagi na wysokie koszty implementacji na tego typu rozwiązania decydują się zwykle najwięksi gracze, zwłaszcza ci działający w sektorze bankowym.

Sztuczna inteligencja w marketingu wiąże się z dużym kosztem na początku, bo trzeba stworzyć albo zaadaptować rozwiązanie. Jednak później wraz ze zmianą kształtu krzywej doświadczenia te koszty są coraz mniejsze, bo mamy jedno rozwiązanie, które samo się uczy, dzięki czemu samo dopasowuje się do klientów, jest elastyczne i generuje mniejsze koszty – przekonuje ekspert.

Z raportu „Sztuczna inteligencja w społeczeństwie i gospodarce” opublikowanego przez NASK wynika, że 90 proc. Polaków dostrzega wpływ sztucznej inteligencji na otaczającą rzeczywistość. Prognozy Global Market Insights zakładają, że do 2024 roku rynek chatbotów ma być wyceniany na 1,3 mld dol.

Pociągi przyszłości będą ekologiczne i znacznie szybsze. Najnowsze technologie zadbają o komfort pasażerów, również na dworcach

Kolej przyszłości pozwoli skrócić czas trwania podróży. Jazda koleją ma być konkurencją dla samolotów, przy tym bardziej ekologiczną. Pociągi są już napędzane wodorem, coraz więcej firm wprowadza do taboru elektryki i hybrydy. Zmieniają się także dworce, które wykorzystują sztuczną inteligencję do skanowania twarzy pasażerów i usprawniania ruchu. Maszyniści mogą liczyć z kolei na inteligentne systemy wspomagające ich prace, a systemy badania drgań ostrzegą przed wypadkiem.

– W kolei czeka nas przede wszystkim rewolucja napędów do pojazdów szynowych. To już nie tylko typowe pojazdy elektryczne lub diesle, lecz także hybrydy, pojazdy wodorowe i magazynowanie energii przy napędach pojazdów szynowych. Na rynku pojawiają się także nowe materiały, nowa aerodynamika i większa wygoda – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Zdziarski, prezes PESA Bydgoszcz.

Wodór jest najbardziej rozpowszechnionym pierwiastkiem we wszechświecie, a produktem ubocznym jego spalania nie jest gaz cieplarniany – tylko czysta woda, z której można ekstrahować wodór, aby wytworzyć więcej paliwa. W Europie do taborów są już wprowadzane pociągi ze zbiornikami wodoru na dachu, o zasięgu ok. 1 tys. km. Aby usprawnić podróż, testuje się już mobilne tankowania. Nikogo nie dziwią już pociągi elektryczne czy hybrydy. W Japonii praktycznie odchodzi się od tradycyjnie napędzanych pociągów.

– Wygląd czy konfiguracja pojazdu są ograniczone torami, więc on musi się w tych torach zmieścić i po nich poruszać, ale już jego wygląd, aerodynamika i estetyka mogą być zróżnicowane. Nie tylko kolorystyka, lecz także kształt, szczególnie jeżeli mówimy o pojazdach wysokich prędkości, w których aerodynamika odgrywa fundamentalną rolę. Wewnątrz ważne są przede wszystkim wygoda pasażerów i użyteczne spędzenie czasu – mówi Krzysztof Zdziarski.

Pociągi są coraz lżejsze, a przy tym bezpieczne. Wprowadzane są też pierwsze lewitujące pociągi – rozpędzają się na szynach, a dzięki elektrodynamicznemu układowi zawieszenia i sile magnetycznej można je unieść i wyeliminować tarcie. Takie składy są już testowane w Azji. Polacy pracują natomiast nad pociągami, które będą poruszać się z prędkością ok. 400 km/h po już istniejącej infrastrukturze. Także konwencjonalne pociągi w najbliższych latach będą wspierane innowacjami.

– Innowacje, które za kilka–kilkanaście lat pojawią się, a nad którymi de facto już pracujemy, to są nowe materiały, które muszą bazować na bardzo wysokiej wytrzymałości, parametrach fizycznych, ale również lekkości. Mówimy również o nowego rodzaju napędach i przede wszystkim aerodynamice przy wysokiej prędkości – wskazuje prezes PESA Bydgoszcz.

Już w lotnictwie, gdzie waga samolotu decyduje o zużyciu paliwa, materiały kompozytowe coraz częściej zastępują metal. Dzięki temu  można obniżyć zużycie paliwa. Także kolej może skorzystać na takich rozwiązaniach. Trwają też prace nad zbudowaniem pociągu przyszłości w całości z biodegradowalnych materiałów, choć na razie opracowywana jest sama koncepcja takiego modelu.

Jak podkreśla Krzysztof Zdziarski, nowe technologie zmieniają też samą podróż i wygodę pasażerów. Coraz częściej same dworce są naszpikowane nowymi technologiami, które m.in. skanują twarze podróżnych. W Azji testuje się już ruch bezbiletowy, tylko na podstawie rysów twarzy. Wkrótce takie rozwiązania mogą pojawić się także w Europie. W trakcie jazdy pociągiem podróżni mogą też liczyć na udogodnienia, w tym lepiej zintegrowane połączenia z innymi środkami transportu.

– Za kilkanaście lat przewozy pociągami czy pojazdami szynowymi będą się bardziej integrowały między sobą – ruch tramwajowy z ruchem kolejowym, ruch podmiejski z ruchem dalekobieżnym. Przyszłość to także większy dostęp do lotnisk, w tym Centralnego Portu Komunikacyjnego – zaznacza Krzysztof Zdziarski.

Według analiz MarketsandMarkets rynek inteligentnej kolei do 2024 roku ma osiągnąć wartość 39 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu blisko 14 proc. w najbliższych latach.

Nadchodzą podwyżki cen adresów w domenie .com

Najpopularniejsza na świecie domena .com stanie się na całym świecie wyraźnie droższa. Cena za jej utrzymanie wzrośnie o 7 proc. w drugiej połowie 2020 roku i taka sama podwyżka czeka nas także przez 3 kolejne lata. Niestety na tym się nie skończy. Od 2026 ceny zaczną rosnąć dalej – informuje serwis hostingowy Domeny.pl. Wedle firmy, podwyżka wynika z porozumienia, które jest obecnie finalizowane przez Verisign, globalnego operator domeny .com, oraz ICANN, organizację nadzorującą globalny rynek domen.

Ceny domen .com były zamrożone od 2012 roku na mocy postanowienia wydanego przez amerykańską Narodową Administrację Telekomunikacji i Informacji (US National Telecommunications and Information Administration). Decyzja ta została jednak zniesiona pod koniec 2018 roku w porozumieniu między rządem USA i Versign, na mocy którego przedłużono prawo firmy do administrowania domeną .com.

„W tej umowie Versign uzyskał też zgodę na podnoszenie cen za utrzymanie domeny .com o maksymalnie 7 proc. każdego roku przez cztery kolejne lata, a potem przychodzi dwuletni okres zamrożenia cen. Okres podwyżek rozpoczyna się w 2020 roku i potrwa do 2023 roku. Do 2025 ceny zostaną zamrożone, ale od 2027 przez cztery lata znowu będą rosły o 7 proc. każdego roku. I tak dalej. Wdrożenie tego mechanizmu wymagało zgody ICANN, co praktycznie już się stało” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Manager serwisu Domeny.pl.

Jak wyjaśnia przedstawicielka Domeny.pl, ICANN już w czerwcu minionego roku wyraził zgodę na zniesienie ograniczenia cen dla domen najwyższego poziomu (gTLD), w tym m.in. .org czy .com, motywując to zaostrzającą się konkurencją dla tego typu domen ze strony tzw. domen z nietypowymi rozszerzeniami (new gTLD). Zgoda na podwyżki cen domeny .com jest zatem naturalną konsekwencją wcześniejszej decyzji.

„Smaczku temu nadaje jednak fakt, że za oficjalną zgodę ICANN na wdrożenie mechanizmu podwyżek wynegocjowanego między rządem USA i Verisign, organizacja otrzyma od operatora 20 milionów dolarów, płatne 4 miliony przez kolejne 5 lat. Ma to być formą wsparcia inicjatyw podejmowanych przez  ICANN. Dla Verisgn to kropla w morzu korzyści, jakie osiągnie dzięki uwolnieniu cen na domenę .com” – mówi Elżbieta Kornaś.

Versign w minionym roku miał 1.232 miliardów dolarów przychodu, a w tym roku szacuje, że jego przychody wzrosną do poziomu 1.250-1.265 miliardów dolarów. Szacunki te nie uwzględniają wzrostu cen za utrzymanie domen .com.

Według danych Domeny.pl, obecnie w internecie jest zarejestrowanych ponad 146 milionów domen z rozszerzeniem .com, co czyni ją najpopularniejszą domeną najwyższego poziomu na świecie. Na kolejnych miejscach są: tk (30 mln), .cn (15,3 mln), .de (14,7 mln), .net (13,2 mln), .uk (10.9 mln) oraz org (10,1 mln).

Rynki mierzą się ze skutkami epidemii koronawirusa

Miniony tydzień przyniósł wzrost obaw inwestorów, co odbiło się na cenach aktywów – w tym walut takich jak polski złoty.

W zeszłym tygodniu obserwowaliśmy spadki indeksów giełdowych z całego świata. Niepokój związany z wpływem epidemii koronawirusa na stan światowej gospodarki negatywnie odbił się na bardziej ryzykownych aktywach. Rynki akcji traciły po raz pierwszy od trzech tygodni, a gwałtownej wyprzedaży doświadczały również waluty rynków wschodzących. Umacniały się natomiast, jak zwykle w takich sytuacjach, aktywa uznawane za bezpieczne (tzw. safe haven). W oczy rzucał się jedynie brak aprecjacji jena japońskiego. Tłumaczyć to może fakt, że gospodarka Japonii jest jedną z bardziej narażonych na negatywne skutki epidemii koronawirusa.

W obliczu atmosfery paniki na rynkach finansowych, uwagę zwraca stabilizacja euro w parze z dolarem amerykańskim. Ograniczona zmienność tej pary wspiera tezę, że jej ostatnie spadki wynikały raczej z używania euro do realizacji strategii “carry trade” – polegającej na wykorzystywaniu różnic w stopach procentowych między krajami – aniżeli z gorszych perspektyw ekonomicznych wspólnego bloku walutowego.

Kalendarz ekonomiczny na najbliższe dni nie obfituje w istotne publikacje. Inwestorzy będą zatem obserwować dane dotyczące liczby zainfekowanych koronawirusem w Chinach i innych krajach. Większą zmienność może przynieść jedynie raport o inflacji PCE w USA, w związku z tym, że jest to wskaźnik dynamiki cen preferowany przez Fed.

PLN

Ryzyko związane z koronawirusem miało negatywny wpływ na zachowanie złotego w zeszłym tygodniu, wywołując wyprzedaż polskiej waluty i jej osłabienie w relacji do głównych walut. Informacje z Polski były dość mieszane, jednak napływające w ostatnim czasie dane makroekonomiczne nadal zdają się sugerować utrzymanie względnie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. W minionym tygodniu opublikowane zostały “minutki” ze spotkania RPP, które wskazują na pewne rozbieżności w ocenach decydentów. Pomimo tego, obecnie za najbardziej realistyczny scenariusz uznajemy utrzymanie stabilnych stóp procentowych w kolejnych miesiącach.

GBP

Szereg danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii – dotyczących zatrudnienia, cen nieruchomości oraz aktywności biznesowej – opublikowanych w ostatnich dniach, nie wsparł brytyjskiej waluty. Jej obecne zachowanie wydaje się zależeć niemal wyłącznie od szczątkowych informacji o stanie negocjacji handlowych z Unią Europejską. W tym tygodniu można spodziewać się kolejnych informacji dotyczących tej kwestii: Wielka Brytania ma przedstawić swoje stanowisko a propos żądań w kontekście negocjacji.

Brak istotnego wpływu odczytów ekonomicznych na funta jest pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że większość wspomnianych danych okazała się zauważalnie lepsza od oczekiwań. Szczególną uwagę warto zwrócić na odczyt inflacji w styczniu, który pokazał wzrost dynamiki cen do najwyższego poziomu od sześciu miesięcy – nieznacznie poniżej 2-procentowego celu inflacyjnego Banku Anglii. Naszym zdaniem oznacza to, że w najbliższym czasie w Wielkiej Brytanii nie należy spodziewać się cięcia stóp procentowych.

EUR

Ubiegły tydzień przyniósł stabilizację sytuacji po gwałtownych i niekiedy zaskakujących zmianach na głównej parze, jakie obserwowaliśmy w poprzednich tygodniach. Wspólna europejska waluta w ostatnich dniach umocniła się w relacji do większości istotnych walut (za wyjątkiem franka szwajcarskiego). Zachowanie euro zdaje się potwierdzać nasz pogląd tłumaczący niedawną deprecjację waluty, który zakłada, że ostatnie spadki euro miały związek przede wszystkim z wykorzystywaniem wspólnej europejskiej waluty w strategiach „carry trade”. W tym przypadku chodzi o pożyczanie przez inwestorów niskooprocentowanego euro w celu inwestycji w waluty wyżej oprocentowane, co pozwala zarobić na różnicy w stopach procentowych między krajami. Wzrost awersji do ryzyka zazwyczaj przekłada się na zamykanie części tego typu pozycji.

Mimo obaw związanych z wpływem epidemii koronawirusa na globalne łańcuchy dostaw, ostatnie odczyty indeksów PMI w strefie euro w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus, wskazując na poprawę w aktywności biznesowej w krajach bloku walutowego. Bardziej wnikliwa analiza danych pokazuje jednak mniej optymistyczny obraz – w kontekście odczytu dla przemysłu zaobserwowano wydłużenie czasu realizacji dostaw od dostawców związane z koronawirusem. Wzrost indeksów PMI jest dobrą informacją, jednak należy mieć na uwadze, że pełen wpływ epidemii nie jest jeszcze odzwierciedlony w tych danych.

USD

Optymistyczne odczyty drugorzędnych publikacji makroekonomicznych dla Stanów Zjednoczonych, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, musiały ustąpić negatywnej niespodziance, jaką okazała się piątkowa publikacja indeksów PMI. Podczas gdy konsensus oczekiwał, że indeks dla usług znajdzie się powyżej poziomu 53 pkt, odczyt pokazał spadek poniżej progu 50 pkt, który oddziela ekspansję od kurczenia się sektora. Warto jednak zachować pewien dystans do tych danych – historia indeksu w USA jest krótsza, a jego zdolności prognostyczne są niższe w porównaniu z indeksem dla strefy euro.

Najważniejszą publikacją dla USA w tym tygodniu będzie piątkowy odczyt inflacji PCE. Konsensus zakłada, że wskaźnik bazowy w styczniu wzrósł do poziomu 1,7%, powoli kierując się w stronę 2-procentowego celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Czwartek przyniesie również rewizję danych o PKB w USA w IV kwartale, jednak oczekuje się, że dynamika nie zmieni się względem wstępnego odczytu na poziomie 2,1% w ujęciu zanualizowanym.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Złoto najdroższe od siedmiu lat

Ceny złota w ostatnich tygodniach dość systematycznie rosną. Kontynuowany jest trend z minionego roku.

Jest to istotne dla polskich inwestorów także ze względu na różnice kursowe związane ze wzmacnianiem się dolara wobec złotego. Cena złota to już 1 684 USD za uncję, a dolar podrożał do 3,98 zł.

Cena złota w dolarach jest najwyższa od siedmiu lat. Jednak jest o prawie 200 USD tańsze od historycznego szczytu z października 2011 r.

Złoto drożeje ze względu na różne obawy geopolityczne. A jakie są perspektywy, zwłaszcza że drożeje zarówno złoto i dolar, a kursy akcji na amerykańskich giełdach są na rekordowych poziomach, co może wydawać się sprzeczne?

– Polityka banków centralnych pozostanie bez zmian albo nawet będzie łagodzona, tego spodziewają się inwestorzy oceniając, że atrakcyjność amerykańskich obligacji będzie niska – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Największym zagrożeniem dla tego trendu cen złota byłaby konieczność zaostrzenie polityki przez Fed.

Icos Capital Fund III zainwestuje w sektorach rolno-spożywczym i czystych technologii

Fundusz Icos III będzie inwestować w scale-upy skupiające się na rozwijaniu oprogramowania oraz technologii na potrzeby produkcji w przemyśle rolno-spożywczym, biochemikaliów i nowoczesnych materiałów. Nowy fundusz corporate venture capital (CVC) jest wspierany przez trzech, międzynarodowych, korporacyjnych inwestorów: Nouryon, Bühler Group oraz Royal Cosun.

Myśląc perspektywicznie wspieramy innowacyjne projekty korzystając z różnych mechanizmów, także tych z udziałem funduszy venture capital. Zwiększają one szansę na sukces rodzimych spółek technologicznych, a jednocześnie sprawiają, że Polska staje się coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla inwestorów z zagranicy, którzy widzą ogromny potencjał polskich innowatorów. Co istotne, stawiamy przy tym nie tylko na dynamiczny, ale zrównoważony rozwój. Inwestycje w nowe technologie w sektorach rolno-spożywczym i chemicznym to korzyść dla całego społeczeństwa, nie tylko dla inwestorów i twórców rozwiązań – zaznacza wicepremier Jarosław Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Kapitał dla innowacji

Icos Capital Fund III (ICF III) planuje zainwestować ponad 20 milionów euro w innowacyjne scale-upy działające w sektorach rolno-spożywczym, biochemikaliów i materiałów w Polsce. Fundusz zaangażował trzy europejskie korporacje jako głównych inwestorów i strategicznych partnerów: Nouryon (wcześniej AkzoNobel Specialty Chemicals), Bühler Group oraz Royal Cosun. Finansowanie pochodzi także z Funduszy Europejskich – z zarządzanego przez PFR Ventures Funduszu Funduszy PFR NCBR CVC, który współtworzy Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Pieniądze unijne wykorzystujemy też do rozwoju sektora venture capital w Polsce, w tym w coraz bardziej liczącej się na świecie formule corporate venture capital. Fundusz ICOS III to około 20 milionów euro, z czego połowa pochodzi z programu Inteligentny Rozwój. Doceniamy, że w polskie innowacyjne spółki chcą inwestować fundusze i inwestorzy korporacyjni z zagranicy. To tylko potwierdza, że w naszym kraju jest wiele ciekawych firm z nowatorskimi pomysłami i dużym potencjałem rozwoju – powiedziała Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej.

Europejski fundusz Icos obecny jest w Holandii, Polsce, Szwajcarii i Niemczech. Siedziba zespołu znajduje się w Rotterdamie. Równolegle do polskiego rynku, fundusz czynnie inwestuje w pozostałych regionach Unii Europejskiej. Icos to już trzeci fundusz CVC uruchomiony przez PFR Ventures. Dwa poprzednie to SpeedUp Energy Innovation wspierany przez PGE oraz EEC Magenta, którego inwestorem korporacyjnym jest Tauron. W 2019 roku dokonały one swoich trzech pierwszych inwestycji, o łącznej wartości ok. 13 mln PLN

Cieszymy się, że na naszym rynku pojawiają się pierwsze fundusze CVC zasilane przez prywatne korporacje. Mamy nadzieję, że wpłynie to na lokalnych graczy i dzięki temu, by przyjrzeli się bliżej formule wykorzystywanej przez większość spółek z listy Fortune500 – mówi Maciej Ćwikiewicz, CEO, PFR Ventures.

Stworzyliśmy już sieć funduszy VC, a teraz na polski rynek wprowadzamy kolejny fundusz CVC ukierunkowany na B+R. Dzięki temu spółki technologiczne będą mogły rozwijać się w długim okresie, korzystając z know-how naszych partnerów – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Icos angażuje korporacje i instytucje finansowe w partnerską współpracę, mającą na celu przyspieszenie wzrostu obiecujących scale-upów. Skuteczna realizacja naszego modelu biznesowego w połączeniu z dobrymi wynikami pomogły nam założyć trzeci taki fundusz z rozpoznawalnymi partnerami. Jesteśmy podekscytowani tym, że dołączył do nas inwestor instytucjonalny w postaci PFR Ventures, ponieważ otwiera nam to szerszy dostęp do polskiego ekosystemu start-upów – mówi Peter van Gelderen, Dyrektor Zarządzający, Icos Capital.

Konsorcjum

Współpraca partnerska ICF III obejmuje trzy wiodące europejskie korporacje: szwajcarską Bühler Group, lidera rynku systemów i rozwiązań dla sektora rolno-spożywczego i samochodowego; Nouryon, znaną wcześniej jako AkzoNobel Specialty Chemicals, z siedzibą w Holandii; oraz Royal Cosun, wiodącą europejską spółdzielnię rolno-spożywczą oraz w obszarze biochemikaliów i materiałów, również posiadającą siedzibę w Holandii.

Konsorcjum zapewnia unikalną wiedzę o rynku, pozwalającą analizować ponad 1000 propozycji rocznie i inwestować w te najlepsze. Już wcześniej, partnerstwo gwarantowało duże zaangażowanie we wspieraniu spółek portfelowych na ich drodze do zwiększania skali działalności na rynkach przemysłowych. Wszystkie korporacje ICF III są obecne w Polsce. Ich łączny przychód za 2019 roku wyniósł ponad 10 miliardów euro w skali światowej.
ICF III dokonał już czterech inwestycji, w cyfryzację przemysłu, rozszerzoną inteligencję (Squirro, Szwajcaria), rolnictwo precyzyjne (Gamaya, Szwajcarcia), analitykę predykcyjną (Reliability Solutions, Polska, finansowana wcześniej także przez NCBR) oraz fermentację beztlenową biochemikaliów (Holiferm, Zjednoczone Królestwo). Niedługo fundusz planuje ogłosić dwie kolejne inwestycje w Polsce.

W ostatnich latach w Polsce obserwujemy stały wzrost obiecujących spółek technologicznych, a obecnie prowadzimy rozmowy z kilkoma start-upami w regionie. W połowie 2019 roku, wspólnie z EEC Magenta, przeprowadziliśmy inwestycję w krakowską spółkę Reliability Solutions. Planujemy ogłosić kilka nowych inwestycji w tym regionie w nadchodzących latach – mówi Nityen Lal, Dyrektor Zarządzający, Icos Capital.

Mamy ambitny plan cyfryzacji, a we współpracy z Icos Capital przyglądamy się bliżej najlepszym spółkom, aby pomóc im odnieść sukces na ich rynkach oraz sprawić, że cyfrowe i zrównoważone rozwiązania przetwarzania żywności będą dostępne na naszych rynkach i dla naszych klientów. Współpracujemy z Reliability Solutions, Squirro oraz Gamaya, które naszym zdaniem oferują najlepsze rozwiązania na niektórych głównych rynkach, na których operujemy – mówi Ian Roberts, CTO Bühler Group, Szwajcaria.

Pracujemy z Icos nad kilkoma innowacjami, w tym nad naszym partnerstwem z Photanol, aby produkować chemikalia ze światła słonecznego i CO2. Icos to skuteczna platforma do wyszukiwania, monitorowania i współpracy z wiodącymi innowacyjnymi spółkami, Icos wspiera także naszą strategię rozwoju bardziej zrównoważonych platform chemicznych dla naszych klientów – mówi Marco Waas, Dyrektor Działu Badań, Rozwoju i Innowacji w Nouryon, Holandia.

Nasz udział w ICF III to inwestycja w poszukiwanie innowacji, które wzmacniają i poszerzają naszą działalność poprzez nawiązywanie nowej współpracy z innowacyjnymi scale-upami zarówno na naszych głównych rynkach, jak również na nowych rynkach, gdzie nasze dotychczasowe możliwości mogą sprawić różnicę. Czynnie współpracujemy z Icos oraz pozostałymi korporacyjnymi partnerami w funduszu prowadzących działalność komplementarną, ale skupiającymi się na podobnych możliwościach cyfryzacji oraz wyzwaniach związanych ze zrównoważonym rozwojem – mówi Albert Markusse, CEO Royal Cosun, Holandia.

Od 2005 roku Icos Capital wsparł 18 ambitnych start-upów oraz scale-upów na pograniczu sektora cyfrowego i zrównoważonego rozwoju. Poprzez wspólne podejmowanie ryzyka Icos Capital wsparł i nadal wspiera spółki o wysokim potencjale transformacji sektorów rolno-spożywczych i (bio)chemikaliów z innowacjami w dziedzinie zrównoważonego rozwoju i cyfryzacji przemysłu. Dzięki ponad 80-letniemu doświadczeniu całego zespołu, nadal zapewnia on finansowanie na najwyższym poziomie, przyciąga wiodące korporacje i stosuje interaktywne podejście, jeśli chodzi o partnerstwo z bardzo innowacyjnymi start-upami w branży.

Kradł sygnał TV i inwestował w kryptowaluty i nieruchomości, grozi mu 10 lat więzienia

600 tys. złotych w Bitcoinie, nieruchomości i pojazd o łącznej wartości 400 tys. złotych zabezpieczyła na poczet przyszłych kar i grzywien Prokuratura Okręgowa w Olsztynie po zatrzymaniu przez Policję 49-latka, mieszkańca powiatu mrągowskiego, podejrzanego o tzw. „sharing”.

Wg ustaleń śledczych mężczyzna od kilku lat nielegalnie udostępniał w internecie programy telewizyjne płatnych platform satelitarnych, a zarobione w ten sposób pieniądze inwestował w zakup kryptowalut i nieruchomości. Zarobione na piractwie środki transferował również przez wirtualne portfele i konta w bankach założone na tzw. słupy w celu ukrycia ich faktycznego pochodzenia.

Przestępstwo sharingu polega na nielegalnym rozdzieleniu uprawnień karty abonenckiej i udostępnieniu tych uprawnień osobom do tego nieuprawnionym przy użyciu urządzeń niedozwolonych, za pośrednictwem Internetu. Jest to proceder pozwalający na odbiór kanałów telewizji satelitarnej w czasie rzeczywistym w wyniku bezprawnego uzyskania uprawnień przysługującym klientom nadawców telewizyjnych. W procederze sharingu biorą udział dawca – oferujący nielegalną usługę i biorca – osoba, której udostępniana jest telewizja. Biorca również popełnia przestępstwo określone w art. 7 ust. 2 Ustawy o ochronie niektórych usług świadczonych drogą elektroniczną opartych lub polegających na dostępie warunkowym. Dawca dysponuje legalnym dostępem do usługi płatnej telewizji kodowanej, ma zawarte legalne umowy o świadczenie usług telewizyjnych z operatorami.

Mężczyzna wpadł w trakcie jednego z kilkunastu przeszukań realizowanych na terenie trzech województw przez funkcjonariuszy i przedstawicieli Stowarzyszenia Sygnał.

Wobec podejrzanego 49-latka zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy. Mężczyźnie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Sprawa ma charakter rozwojowy.

Łączne straty, jakie poniosły firmy z branży mediów, szacowane są na chwilę obecną na kwotę około 6 mln złotych.

Gospodarka hamuje, ale nie tak ostro jak się spodziewano

Jak podaje GUS w opublikowanej dzisiaj informacji sygnalnej, wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w lutym br. wyniósł 1,6 i był niższy niż w styczniu (3,2), jak i w lutym w ostatnich sześciu latach. Przy czym zróżnicowanie między branżami jest dość znaczne:

  • przetwórstwo przemysłowe (dane wyrównane sezonowo +1,3/dane niewyrównane: +1,6): długookresowy trend spadkowy; po styczniowej korekcie, w lutym obserwujemy dalsze spadki. Ocena obecnego stanu rzeczy wyraźnie lepsza niż oczekiwania na przyszłość (dane niewyrównane: +4,7 vs. -1,6), chociaż należy zauważyć, że przed miesiącem mieliśmy do czynienia z bardziej optymistyczną diagnozą i słabszymi prognozami.
  • budownictwo (+0,9/+0.1): po wyłączeniu silnego czynnika sezonowego notujemy długookresowy trend negatywny. Pesymistyczne prognozy (-4,5) przy relatywnie dobrej ocenie stanu bieżącego (+4,6), silna weryfikacja opinii styczniowych (słabsza diagnoza, lepsza prognoza).
  • handel: w handlu hurtowym sentymenty firm na sporym plusie (+4,6/+4,5), zbliżone w poziomach do tych notowanych w 2016. Systematycznie wysoka ocena stanu zastanego (+12,5), powyżej długookresowych średnich, składowa prognostyczna na minusie (-3,5); w handlu detalicznym (+0,3/-0,8) po tąpnięciu na początku 2019 konsekwentnie zbiegamy w stronę zera; znaczne minusy w ocenie przyszłego popytu (-7,4) – obok stałych wyzwań, związanych ze spadkiem koniunktury, branża czeka na rozwiązanie kwestii podatku cukrowego.
  • transport i logistyka (+0,7/+0,1): także tu wyraźny długookresowy trend spadkowy, który w ostatnich miesiącach ustabilizował się wokół zera; bardzo słabe prognozy (-5,5; chociaż skorygowane in plus po styczniu), u podłoża których leży m.in. niepewność związana z kształtem brexitu.
  • zakwaterowanie i gastronomia (-2,1/-5,6): kontynuacja ostrego trendu spadkowego, dla którego decydująca jest składowa prognostyczna – jeszcze gorsza niż przed miesiącem (-13,2 vs. -9,0). Tu ujawnia się przeciwstawna siła czynników długookresowych, jak bogacenie się społeczeństwa, ze spadającą koniunkturą i efektem czynników administracyjnych, czyli wzrostu płacy minimalnej.
  • informacja i komunikacja (+17,5/+19,0): niezmiennie na wyraźnych plusach w ostatniej dekadzie, zmiany strukturalne w gospodarce premiują tę dziedzinę, przez co zmiany cykliczne właściwie nie są odczuwalne. Słabną prognozy (+5,0), ale nadal znajdują się na poziomach nieosiągalnych dla przemysłu.
  • finanse i ubezpieczenia (niewyrównane sezonowo +23,6): podobnie jak informacja, pozytywne oceny wyraźnie górują nad negatywnymi, ale jednak obserwowany lekki trend spadkowy, który nieco zaostrzył bieg od połowy 2019 – w lutym słabszym diagnozom (+37,2) towarzyszą lepsze prognozy (+10,0).

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Jak budować relacje z klientami?

Obecne nasycenie rynku sprawia, że koszty reklamy i pozyskiwanie klientów stają się coraz droższe. Firmy ciągle prześcigają się w pomysłach marketingowych. W najtrudniejszych branżach marki są wstanie oferować usługi ze stratą, aby zarobić na obsłudze klienta dopiero za drugim lub trzecim razem. Liczy się ciągłe zwiększanie skali działania i podnoszenie jakości obsługi.

Klienci dziś oczekują coraz lepszego „customer experience”, weryfikują marki, sprawdzają ich działania oraz politykę, chcą zamawiać produkty i usługi w firmach, które niosą za sobą wartość. Sam produkt i dobra cena dziś nie wystarczają – wymaga się, aby marki niosły za sobą określone wartości. Wg. Najnowszych badań wynika, że coraz większa rzesza osób wierzy, że obecny kryzys klimatyczny zostanie rozwiązany przez największe i najbardziej odpowiedzialne marki świata, a nie przez polityków i inne organizacje pozarządowe.

Wszystkie powyższe aspekty powinny skłaniać do wsłuchiwania się w swoich odbiorców i zaangażowanie się w stałe i konsekwentne budowanie relacji z nimi. Ta zasada powinna przyświecać nie tylko największym firmom, ale i tym małym – prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą – które chcą przetrwać na rynku w kolejnych latach,
Jak zatem budować relacje z klientami?

„Dziś pozyskiwanie klientów stanowi dla firm jedno z największych wyzwań. Często taniej i efektywniej jest inwestować w pozyskanych już klientów i budować z nimi szczerą relacje. Niezastąpione są wówczas gadżety reklamowe, które użyte w odpowiedni sposób, dają najwyższy zwrot z inwestycji i potrafią zwiększyć CLV(customer lifetime value – wartość klienta w firmie) o nawet kilkaset procent” – mówi przedstawiciel Artigraf.pl

Gadżety reklamowe dla firm z każdej branży

Wiele firm, błędnie, kojarzy gadżety z logo jako drogą formę promocji. Mimo swojej wysokiej jakości, gadżety reklamowe dla firm, to narzędzie marketingowe, na które będzie stać nawet najmniejsze firmy. Upominki z logo sprawdzą się w każdej branży np.

  • Gadżety reklamowe dla fryzjerów – wymienić możemy takie produkty jak: lusterka z nadrukiem, kosmetyczki reklamowe, pomadki do ust czy gadżety reklamowe z kategorii higieny osobistej
  • Gadżety reklamowe dla branży motoryzacyjnej – produkty znaleźć można już od kilku złotych jak np. latarka LED z magnesem lub zegarek reklamowy w kształcie felgi.
  • Gadżety reklamowe dla branży medycznej – antystresy z nadrukiem lub pendrive z grawerem, skórzane etui na recepty
  • Gadżety reklamowe dla branży budowlanej – kubki reklamowe, kubki termiczne z grawerem lub narzędzia z nadrukiem
  • Gadżety eventowe – plecaki reklamowe, portfele reklamowe, torby z nadrukiem lub smycze reklamowe

Powyższe informacje wyraźnie pokazują, że artykuły reklamowe może dopasować do swoich potrzeb każda firma, niezależnie od branży jak i budżetu. Tanie gadżety reklamowe to sposób na reklamę dla nawet najmniejszych przedsiębiorstw.

Sposób na promocję – tanie gadżety reklamowe

Budżety marketingowe małych firm, oscylują czasem w obrębie kilku tysięcy a nawet kilkuset złotych. Dla tego wybór upominków reklamowych to najlepsza opcja jeśli chcemy w tani sposób zbudować relacje z klientami. Dla przykładu, salon kosmetyczny lub fryzjerski może wybrać atrakcyjne lusterka z grawerem, które będzie wręczać swoim klientom. Nawet przy stosunkowo niewielkim nakładzie zamówienia (100 szt.)  produkt taki nie przekroczy kwoty 4 zł/szt. netto. Jest to bardzo niska kwota, biorąc pod uwagę, że obdarowany odbiorca na pewno poczuje się mocno związany z marką, a ponadto wręczony upominek reklamowy będzie użytkował na co dzień. To z kolei pozwala nam na dodatkową promocje marki za pośrednictwem naszego klienta poprzez codziennie użytkowanie gadżetu reklamowe z logo. Poprawia to również nasz ogólny PR i rozpoznawalność – wszystko to za 4 zł!
Czy rabat do wykonanej usługi zapewniłby aż takie możliwości ?

Jak wybierać upominki reklamowe?

Kluczowym czynnikiem, który wpływa na sukces artykułów reklamowych w procesie budowania relacji z klientami, jest użyteczność. Gadżet reklamowy z nadrukiem musi zostać wybrany w sposób staranny i przemyślany. Dodatkowo powinien korelować z branżą  w której działa firma. To pozwoli na lepsze odnajdowanie marki w głowach klientów. Wybieranie produktów sugerując się jedynie ceną lub własnymi preferencjami jest błędem.
Zawsze należy starać się wczuć w rolę odbiorcy i wybrać produkt taki jaki sami chcielibyśmy otrzymać będąc na miejscu naszych odbiorców.

Dostosowanie się do powyższych wskazówek pozwoli w znacznym stopniu zwiększyć efektywność w utrzymaniu już zdobytych klientów jak i pomóc w promowaniu wizerunku marki. Ważne, aby pamiętać, że gadżety reklamowe to nie tylko utrzymanie już zdobytych klientów, ale sposób na pozyskanie nowych. Upominki można wykorzystywać na setki sposobów jak np. konkursy na facebooku, akcje promocyjne, systemy lojalnościowe eventy.
Kreatywność to podstawa w działaniu jak i ważny czynnik, który może zwiększyć jeszcze bardziej efektywność artykułów reklamowych użytych do reklamy Twojej firmy

Złoty boi się koronawirusa. Euro po 4,30 zł, frank 4,05 zł, dolar zbliża się do 4 zł

Pomimo dobrych danych z głównej gospodarki europejskiej zarówno euro, jak i złoty są w odwrocie. Powodem jest wykrycie kolejnego przypadku śmiertelnego koronawirusa we Włoszech.

Euro znów po 4,30 zł

W ciągu trochę ponad tygodnia złoty stracił na wartości przeszło 6 groszy. Jeszcze w walentynki oglądaliśmy 4,24 zł za jedno euro, dzisiaj to już 4,30 zł. Nie lepiej wygląda sytuacja na innych, ważnych dla Polaków, walutach. Frank kosztuje powyżej 4,05 zł, a dolar zbliża się wyraźnie do 4 zł, funt z kolei odbił się od poziomu 5,15 zł. Niepewność na rynkach wyraźnie szkodzi polskiej walucie. Część komentatorów jako powód wskazuje kolejny przypadek śmiertelny koronawirusa we Włoszech.

Indeks IFO

Kolejne lepsze od oczekiwań dane z Niemiec. Indeks Instytutu IFO to jedne z najważniejszych danych wyprzedzających koniunkturę. Gdy indeks spada poniżej 100 punktów, sugeruje on spowolnienie w gospodarce, gdy jest powyżej należy oczekiwać rozwoju. Wynik 96,1 punktów nie jest zatem dobry, warto jednak przyrównać go do 95 punktów, których oczekiwali analitycy. Dane te zderzyły się jednak z doniesieniami o ofiarach koronawirusa w Europie, przez co euro i tak jest w odwrocie.

Słabsze indeksy koniunktury z USA

W piątek poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI zarówno dla przemysłu, jak i dla usług. Z dwóch odczytów ten ważniejszy wyniósł 50,8 punktów. Z jednej strony to powyżej granicy 50 punktów oddzielającej rozwój od recesji, z drugiej odczyt był słabszy od oczekiwań – analitycy spodziewali się 51,5 punktów. Gorzej jeszcze wypadł indeks dla usług, do tego jednak inwestorzy przeważnie przykładają mniejszą wagę. Efektem tych danych było pierwsze od niemal miesiąca realne odbicie na parze EURUSD. Dzisiaj od rana jednak widzimy korektę tego ruchu i znów wracamy blisko maksimów dolara. Najwyraźniej czas się pogodzić z marszem zielonego w stronę 4 zł.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Emerytura z ZUS może nie wystarczyć – Polacy obawiają się o jakość życia na emeryturze

W przeprowadzonym przez Esaliens TFI badaniu „Barometr emerytalny 2019” ponad połowa respondentów (50,79%) stwierdziła, że emerytura z ZUS będzie zbyt niska, a zaledwie 3,77% uznało, że będzie wystarczająca. Prawie 73% badanych obawia się problemów finansowych na emeryturze. Respondenci w większości spodziewają się na tym etapie życia również rzadszych wyjazdów, mniejszych wydatków konsumpcyjnych i spadku ogólnej jakości życia. Jednocześnie kwotę pozwalającą na godne życie większość lokuje w przedziale od 3 000 do 4 000 PLN na rękę. Wielu z respondentów szanse widzi w prywatnym oszczędzaniu – 51,59% już odkłada w ten sposób pieniądze, a blisko 67% zamierza to robić w przyszłości.

„Polacy z obawą patrzą na jesień życia. Wielu z nich jest świadomych, że z perspektywy wydatków może być to bardzo wymagający czas i trzeba się do niego odpowiednio przygotować, np. dodatkowo odkładając pieniądze. Istnieje tutaj wiele możliwości – IKE, IKZE, PPE albo PPK, które w tym roku otwiera się na pracowników średniej wielkości firm, zatrudniających od 50 do 250 osób. Rozwiązania są zatem dostępne i skrojone bezpośrednio pod gromadzenie kapitału na emeryturę. Wraz ze wzrostem świadomości i postępującymi obawami, powinny one być coraz bardziej popularne. Zwłaszcza, że w każdym z wymienionych produktów kapitał gromadzony prywatnie z celem emerytalnym jest dziedziczony” – wyjaśnia Przemysław Gawlak, dyrektor Rozwoju Planów Emerytalnych z Esaliens TFI.

Polacy mają świadomość, że emerytura ma swoje prawa i może się wiązać z potrzebami wydatkowymi, które mogą okazać się trudne do zaspokojenia ze świadczeń z ZUS. Zaledwie 27,78% pytanych nie obawia się problemów finansowych na emeryturze, przy czym aż 72,22% się ich obawia. Zdecydowana większość respondentów (63,69%) uważa, że jakość ich życia na emeryturze spadnie, a 33,33% jest zdania, że się nie zmieni. Przy tym zaledwie 2,98% liczy w tym względzie na wzrost.

Większość respondentów (62,70%) jest zdania, że będzie rzadziej podróżować na emeryturze. Mniej, bo 30,95% badanych osób, sądzi, że uda im się zachować podobną częstotliwość wyjazdów jak obecnie. Zaledwie 6,35% osób jest przekonanych, że na emeryturze będzie podróżowało częściej niż dotychczas. Ponad połowa badanych (50,60%) uważa, że ich wydatki na konsumpcję spadną na emerytalnym etapie życia. 41,87% jest zaś zdania, że będzie wydawało na konsumpcję tyle ile dotychczas. Najmniej respondentów (7,54%) wskazało, że ich wydatki konsumpcyjne wzrosną.

„Prywatne oszczędzanie na emeryturę ma kilka poważnych zalet, w zależności od rozwiązania, na które się zdecydujemy. Poza samym budowaniem zabezpieczenia finansowego, które jest wartością samą w sobie i może po prostu pozwolić na realizowanie bardziej wysublimowanych potrzeb, takich jak np. podróżowanie, są to przede wszystkim liczne preferencje podatkowe i możliwość dziedziczenia przez bliskich naszych środków. Nie mniej ważne są duże możliwości związane z dysponowaniem zgromadzonymi przez nas środkami. Przykładowo środki odkładane w Pracowniczym Planie Kapitałowym będą dostępne dla uczestnika w każdym czasie, a w razie konieczności wypłaty na cel mieszkaniowy lub choroby, jeśli dzieje się to na warunkach zgodnych z ustawą, oszczędzający zachowuje wszelkie korzyści finansowe” – dodaje Przemysław Gawlak z Esaliens TFI.

Badanie „Barometr emerytalny 2019” zostało przeprowadzone na podstawie kwestionariusza internetowego, tzw. metodą CAWI (ang. Computer-Assisted Web Interview) na próbie 504 respondentów w okresie od czerwca do września 2019 r.

Studia w Wielkiej Brytanii po brexicie. Co dalej?

Mimo brexitu jeszcze kolejny rocznik kandydatów może studiować na brytyjskich uczelniach na dotychczasowych warunkach. Co potem? Zdaniem ekspertów Elab Education Laboratory uniwersytety brytyjskie będą chciały zachować status quo.

Przed brexitem studia w Zjednoczonym Królestwie dla obywateli krajów należących do Unii Europejskiej były marzeniem zupełnie osiągalnym. Przewagą Wielkiej Brytanii nad np. USA była niewielka odległość, a przede wszystkim nieskomplikowane formalności i dzięki pożyczkom rządowym, stosunkowo niskie koszty studiów.

Krótko o obecnej sytuacji:

Czesne za rok studiów dla aplikantów z UE wynosi 9 250 funtów. Można otrzymać pożyczkę rządową na bardzo korzystnych warunkach (takich samych jak dla obywateli UK).
Czesne za rok studiów dla aplikantów spoza UE wynosi od 10 500 do 33 000 funtów (na kierunkach medycznych). Rząd nie oferuje pożyczek pokrywających wysokość czesnego.
Wymagania przedmiotowe są dość podobne, ale np. dla przyszłych studentów spoza UE obowiązkowy jest egzamin językowy IELTS.

Co się zmieniło po 31 stycznia 2020 roku?

Rok akademicki 2019/2020

Obecni studenci uczelni wyższych Zjednoczonego Królestwa ukończą studia na dokładnie takich samych warunkach z jakimi zostali przyjęci. Czyli ich czesne nie wzrośnie a Student Finance England przyzna im pożyczkę na kolejne lata studiów z takimi samymi warunkami spłaty.

Rok akademicki 2020/2021

Osoby rozpoczynające studia w 2020 roku otrzymają takie same warunki rekrutacji i studiowania jak w poprzednich latach. Dotyczy to całego okresu trwania studiów.

Studia w UK po brexicie – Co dalej?

Transition period kończy się 31 grudnia 2020 roku. Osoby, które rozpoczną studia do tego czasu po złożeniu odpowiedniego wniosku w terminie do 30 czerwca 2021 (będąc zarejestrowanymi i mając status osiedlonego) będą mogły kontynuować studia i mieszkać w UK. Wysokość czesnego dla Polskich maturzystów nie jest jeszcze znana. Tak samo jak możliwości finansowania studiów.

– Według statystyk w roku 2017/2018 ponad 6 proc. wszystkich studentów w Wielkiej Brytanii było obywatelami krajów Unii Europejskiej. Zakładając wysokość samej opłaty za studia wynoszącej 9 250 funtów daje to prawie 1,3 miliarda funtów zysku. Łącznie prawie 14 proc. studentów w UK pochodzi z krajów nienależących do Zjednoczonego Królestwa. To prawie 328 tysięcy studentów. Dodajmy do tego pozytywny wpływ studentów z całego świata na różnorodność kulturową na kampusach oraz ich zaangażowanie w rozwój naukowy uniwersytetów, a powstanie obraz najlepszych i nowoczesnych uczelni, z jakiego nie chcą one rezygnować. Prawdopodobnie same zaczną przyznawać pożyczki, zastępując wsparcie rządowe. Taka sytuacja jest znana z uniwersytetów amerykańskich, które wspierają zdolnych studentów, nie będących w stanie samodzielnie opłacić studiów – tłumaczy Przemysław Jeziorowski z firmy doradztwa edukacyjnego Elab Education Laboratory.

Tragedia przedsiębiorcy wkręconego w karuzelę VAT

Walka z mafiami VAT-owskimi ma zapewnić wyższe wpływy do budżetu państwa, ale i dać jego obywatelom poczucie sprawiedliwości społecznej. Tylko że w tej wojnie mafie wkręcają w łańcuch dostaw uczciwych przedsiębiorców, nieświadomych uczestnictwa w oszustwie podatkowym. To z nich potem fiskus ściąga uszczuploną w karuzeli VAT należność, podczas gdy prawdziwi jej twórcy pozostają anonimowi. Czasem ten bezkompromisowy topór sprawiedliwości zabiera nie tylko dorobek życia wkręconych podatników.

Jeden z lidzbarskich przedsiębiorców, trudniący się handlem cukrem, w październiku 2012 r. uczestniczył w transakcji wewnątrzwspólnotowej jego dostawy na rzecz zagranicznych firm. Cztery lata później Naczelnik Urzędu Skarbowego w Bartoszycach stwierdził, że przedsiębiorca nie zachował należytej staranności przy doborze kontrahentów w ramach tej dostawy i określił mu zobowiązanie w podatku od towarów i usług za ww. miesiąc w wysokości 72 373 zł. W ocenie NUS podatnik nie miał prawa zastosować przy przedmiotowej dostawie zerowej stawki VAT. Stwierdził, a za nim powtórzył także Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Olsztynie, że przedsiębiorca wiedział, lub przy zachowaniu należytej staranności mógł wiedzieć, że uczestniczy w oszustwie mającym na celu wyłudzenie VAT.

Brak należytej staranności przy wewnątrzwspólnotowej dostawie dla innego z zagranicznych kontrahentów NUS stwierdził także w okresach za luty i marzec 2013 r. i również nakazał zwrot kwot VAT ustalonych w obejmujących te miesiące postępowaniach. W sumie zaległość podatkowa przedsiębiorcy w podatku od towarów i usług wynosi obecnie ponad 90 000 zł.

Brak świadomości uczestnictwa w oszustwie

Przedsiębiorca nie zgodził się z ustaleniami organów podatkowych. Wyjaśniał, że nie miał świadomości uczestnictwa w oszustwie podatkowym, a przyszło mu za to ponieść najgorsze z możliwych konsekwencje. Zawsze żył w uczciwy sposób i nie jest w stanie zrozumieć tak krzywdzących dla niego decyzji fiskusa, zwłaszcza że u ich podstaw legły ustalenia niezwiązane bezpośrednio z przepisami prawa podatkowego, a z regułami należytej staranności, stworzonymi i opublikowanymi przez Ministerstwo Finansów dopiero w drugiej połowie 2017 r., czyli po upływie ok. 5 lat od dokonania pierwszej zakwestionowanej przez organ dostawy.

6 lat po pierwszej spornej transakcji

W opublikowanym 30 sierpnia 2019 r. na stronie Ministerstwa informatorem nt. wyłudzeń VAT, wyjaśniającym jak działa karuzela VAT, znalazły się wskazówki „Jak uniknąć oszustwa podatkowego. Co możesz zrobić, by uniknąć wkręcenia w karuzelowy wir?”. Zalecają one, by w tym celu zapoznać się i skorzystać z narzędzi przygotowanych przez Ministerstwo Finansów i Krajową Administrację Skarbową, czyli z:

  • wskazówek należytej staranności,
  • mechanizmu podzielonej płatności.

25 kwietnia 2018 r. Ministerstwo Finansów opublikowało „Metodykę w zakresie oceny dochowania należytej staranności przez nabywców towarów w transakcjach krajowych”. Metodyka, choć stanowiąca zbiór wytycznych i wskazówek dla organów podatkowych, w jaki sposób mają dokonywać oceny zachowanej przez podatników staranności, jest jednocześnie przydatna dla samych podatników. Mechanizm podzielonej płatności (split payment) zaczął obowiązywać od 1 lipca 2018 r.

Wskazywany więc zbiór zasad zachowania należytej staranności Ministerstwo zdołało opracować dopiero 6 lat po tym, jak przedsiębiorca z Lidzbarka Warmińskiego „dał się wkręcić” w karuzelę VAT.

Ważny wyrok TSUE

Wszystkie decyzje organów wobec lidzbarskiego przedsiębiorcy w przedmiocie orzeczenia braku jego należytej staranności i ustalenia jego zobowiązań podatkowych zostały wydane: najwcześniejsza – 29 listopada 2016 r., a ostatnia – 6 sierpnia 2018 r., czyli odpowiednio po upływie 4 i blisko 6 lat od dokonania przez niego pierwszych rzekomych oszustw, jak również po upływie 4 i 6 lat od wydania przez Trybunał Sprawiedliwości UE wyroku w sprawach połączonych Mahagében kft przeciwko Nemzeti Adó- és Vámhivatal Dél-dunántúli Regionális Adó Főigazgatósága (C‑80/11), i Péter Dávid przeciwko Nemzeti Adó- és Vámhivatal Észak-alföldi Regionális Adó Főigazgatósága (C‑142/11). W wyroku tym TSUE stwierdził, że nie można odmawiać podatnikowi prawa do odliczenia podatku: „…z tego powodu, iż podatnik nie upewnił się, że wystawca faktury za towary, których prawo do odliczenia ma dotyczyć, jest podatnikiem (…) że podatnik nie posiada, poza fakturą, innych dokumentów potwierdzających spełnienie powyższych warunków, mimo że spełnione były warunki materialne i formalne powstania prawa do odliczenia określone w dyrektywie 2006/112, a podatnik nie miał przesłanek podejrzewać, że wystawca faktury dopuścił się nieprawidłowości lub przestępstwa” (ECLI:EU:C:2012:373).

Wyrok TSUE został wydany 21 czerwca 2012 r. Kwotę pierwszego z zobowiązań w wysokości głównej 72 373 zł Naczelnik Urzędu Skarbowego w Bartoszycach ustalił decyzją z 29 listopada 2016 r. za październik 2012 r., co oznacza, że stwierdzone oszustwa przedsiębiorcy nastąpiły już po wydaniu wyroku przez TSUE. Nie mając zatem żadnych wiążących w tamtym czasie ogólnie obowiązujących wytycznych co do zachowania należytej staranności w doborze kontrahenta, a jedynie dostęp do wyroku TSUE, przedsiębiorca mógł pozostawać w przekonaniu, że uczestnicząc w zwykłej transakcji handlowej, nie dokonuje malwersacji podatkowej. A jeśli działania te miałby ktoś mimo wszystko uznać za oszustwo, to nie będzie to dotyczyć jego, bo on żadnego oszustwa nie popełnia, czego świadomość w ostateczności w sposób obiektywny zbadają organy. Nie przewidział jednak, że wraz z nastaniem nowych rządów fiskus zintensyfikuje uszczelnienie systemu VAT. Co więcej, że badaniu jego świadomości uczestnictwa w karuzeli VAT niekoniecznie towarzyszyć musi obiektywizm organów.

Organy niezależnie od występujących okoliczności stwierdzają brak należytej staranności

W interpelacji poselskiej nr 11813 z 19 kwietnia 2017 r. poseł Jakub Kulesza, zwracając się do ówczesnego Ministra Finansów z wnioskiem o udzielenie wyjaśnień w zakresie przesłanek należytej staranności, stwierdził:

„Aktualny rząd niewątpliwie podjął szereg kroków mających na celu przeciwdziałać oszustwom przy rozliczaniu VAT-u. Należy jednak pamiętać, że walka z wyłudzeniami podatku VAT nigdy nie może odbywać się kosztem uczciwych przedsiębiorców. (…) Przedstawiciele doktryny i praktyki zwracają uwagę, że zwykle polskie organy niezależnie od występujących okoliczności stwierdzają u podatnika brak należytej staranności. Jest to wbrew powyższym zasadom. Ponadto należy zwrócić uwagę, że pojęcie „należytej staranności” nie zostało w ustawie zdefiniowanie, przez co jego treść jest każdorazowo określana przez właściwe instytucje prowadzące konkretną sprawę. W piśmiennictwie można spotkać pogląd, że taki ustawowy brak definicji narusza art. 199a ust. 2 lit. c dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28.11.2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Co istotniejsze – brak definicji „należytej staranności” czy też określenie jasnych i zrozumiałych kryteriów, według których będzie ona oceniana, utrudnia w tej chwili funkcjonowanie uczciwym przedsiębiorcom. Nie wiedzą oni tak naprawdę, w oparciu o jakie kryteria i czynności mają sprawdzać swoich kontrahentów”.

Wszyscy wiedzą, ale daninę z kogoś ściągnąć trzeba

Zgodnie z aktualnym (data ostatniej modyfikacji: 11.10.2019 r.) komunikatem, zamieszczonym na stronie Ministerstwa Finansów, zatytułowanym: „Wyłudzenia VAT”, Ministerstwo, wyjaśniając, czym jest oszustwo podatkowe, przyznaje, że:

„Za oszustwami najczęściej stoją dobrze zorganizowane grupy przestępcze, które tworzą rozbudowane sieci powiązań gospodarczych i osobowych. Oszustwo na dużą skalę ma najczęściej formę karuzeli podatkowej. Do oszukańczego działania jego organizatorzy zwykle wykorzystują od kilku do nawet kilkudziesięciu firm. Najczęściej w karuzelę wplątywane są uczciwie działający przedsiębiorcy, na ogół osoby nieuważne lub nieświadome konsekwencji, w szczególności zachęcone „łatwym zyskiem” lub atrakcyjnymi okolicznościami transakcji. Poprzez wykorzystanie legalnie działających podmiotów, przestępcy dążą do uwiarygodnienia swojej działalności i utrudniają odkrycie oszustwa. Kiedy osiągną swój cel – wyłudzenie pieniędzy z budżetu państwa – zwykle szybko znikają z rynku. Kiedy przestępstwo podatkowe jest wykrywane – a wykrywalność tego typu oszustw jest bardzo wysoka – okazuje się, że zyski z działalności zabrali przestępcy, natomiast osoba wciągnięta w nielegalną działalność zostaje z długiem wobec Skarbu Państwa, a w skrajnych przypadkach może ponosić odpowiedzialność karną za wyłudzanie podatków. (…) Ofiarą oszustw karuzelowych jest budżet państwa, z którego wyłudzane są ogromne kwoty. Ofiarą są również podmioty wciągnięte w karuzelę” (www.podatki.gov.pl).

Jak pokazują przywołane wyżej przykłady, problem braku jasnego kodeksu dobrych praktyk i właściwego postępowania w transakcjach gospodarczych z zachowaniem należytej staranności, celem ustrzeżenia się przed udziałem w oszustwie podatkowym, nie dotyczył jedynie przedsiębiorcy. Świadomość jego istnienia wyrażali jeszcze kilka lat po dokonanej przez niego dostawie sami przedstawiciele władzy. Co więcej, wyrażali nawet obawę o sprawiedliwość dokonywanej przez organy oceny zachowanej przez przedsiębiorcę staranności.

A przecież wraz z modyfikacją i wyszukiwaniem przez fiskusa i organy ścigania coraz to nowych metod walki z karuzelami VAT, sposoby swojej działalności dostosowują do nich i unowocześniają rozkręcający te karuzele oszuści. Jedną z najpowszechniej znanych przestępczych modyfikacji jest wkręcanie w karuzele uczciwych przedsiębiorców, nieświadomych swego uczestnictwa w nielegalnym procederze.

Dramat przedsiębiorcy

7 lat nieszczęścia – bo taki okres upłynął od czasu dokonania przez przedsiębiorcę z Lidzbarka Warmińskiego dostawy, która skutkowała obciążeniem go ciężarem podatkowym nie do udźwignięcia. Śladu po prowadzonej przez niego firmie dawno już nie ma. Co jednak w całej sprawie najtragiczniejsze, był to ciężar nie do udźwignięcia także dla jego rodziny. We wrześniu 2019 r. 30-letnia córka przedsiębiorcy popełniła samobójstwo, którego powodem były problemy finansowe i sytuacja, w jakiej rodzina znalazła się w związku z ciążącymi zaległościami podatkowymi. Dwa dni później samobójstwo popełnił również jej partner życiowy.

Przedsiębiorca wystąpił o przyznanie mu opieki nad chorym na autyzm wnukiem, synem tragicznie zmarłej córki. Przeciw biologicznemu ojcu dziecka toczy się postępowanie o pozbawienie go władzy rodzicielskiej. Były już przedsiębiorca pozostaje bezrobotny, niezdolny do wykonywania jakichkolwiek prac fizycznych, z nadal ciążącym, ponad 90 000 zł zobowiązaniem podatkowym, niemal bez środków do życia – chyba nie tak wygląda los mafiosa wyłudzającego miliony z budżetu państwa. Na początku stycznia 2020 r. działający w imieniu byłego przedsiębiorcy pro bono radca prawny Robert Nogacki złożył do Naczelnika Urzędu Skarbowego w Bartoszycach wniosek o umorzenie jego zaległości podatkowych. Przedsiębiorca wciąż nie może pogodzić się z tym, że organy uznały, iż był on świadomy uczestnictwa w karuzeli VAT.

Na początku stycznia 2020 r. przedsiębiorca złożył wniosek o umorzenie zaległości podatkowych. Wciąż tłumaczy, że nie miał świadomości uczestnictwa w karuzeli VAT.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Upadłość konsumencka. Od marca 2020 r. nowe zasady

W marcu wejdzie w życie nowelizacja prawa upadłościowego. Upadłość konsumencka to sądowe postępowanie przeznaczone dla tych, którzy stali się niewypłacalni, tj. nie mają m.in. na spłatę kredytów i zaciągniętych pożyczek. Nie ma przy tym znaczenia, o jak duże zobowiązania chodzi ani przez jaki czas dłużnik zwlekał z ich uregulowaniem. Efektem ogłoszenia upadłości konsumenckiej jest przede wszystkim oddłużenie niewypłacalnego konsumenta, czyli umorzenie całości lub części jego długów bądź ich spłata, przy czym tylko w tych dwóch ostatnich sytuacjach można mówić o zaspokojeniu interesu wierzyciela. Co się zmieni?

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że liczba upadłości konsumenckich rośnie z roku na rok. W 2016 roku ogłoszono prawie 4,5 tys. upadłości konsumenckich przy prawie dwukrotnej liczbie wniosków. W 2017 roku było już blisko 5,5 tys. upadłości (na ponad 11 tys. złożonych wniosków), a w 2018 – 6,5 tys. (na prawie 13 tys. podań). W 2018 roku łączna wysokość długu osób, które ogłosiły upadłość wynosiła 732,4 mln zł. Duża część z tych zobowiązań obejmowała kredyty – 679,4 mln zł. Same „mieszkaniówki”, czyli kredyty hipoteczne miało 145 ubiegłorocznych bankrutów. Aż 347 osób spłacało jednocześnie zarówno kredyty konsumpcyjne, jak i mieszkaniowe. Najwięcej, bo 2372 Polaków miało kredyty konsumpcyjne o przeciętnej wartości 81 tys. 826 zł.

Na przestrzeni ostatnich lat liczba upadłości konsumenckich wciąż rośnie. Eksperci rynkowi przestrzegają, że nowelizacja przepisów może spowodować, iż część osób będzie wnioskować do sądu o ogłoszenie upadłości konsumenckiej bez dogłębnej analizy sytuacji oraz bez dostatecznej wiedzy z czym taka upadłość się wiąże – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF), organizacji zrzeszającej m.in. firmy windykacyjne, które wraz z ZPF realizują kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa!”.

Czy faktycznie o upadłość będzie łatwiej?

Co zmieni się w prawie upadłościowym wraz z wejściem w życie nowych przepisów? Po pierwsze, zgodnie z nowelizacją, osoby zadłużone prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą będą traktowane w taki sam sposób jak konsumenci. Po drugie: obecnie sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa. Po zmianie ustawy będą mogli ogłosić bankructwo również ci, którzy doprowadzili do swojego zadłużenia z premedytacją. Zgodnie z nowymi przepisami, przyczyna niewypłacalności będzie badana dopiero po ogłoszeniu upadłości, czyli na kolejnym etapie postępowania, tj. ustalaniu planu spłaty. Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, ma to usprawnić procedurę upadłościową. I usprawni, przy czym osoba zadłużona, która umyślnie doprowadziła do niewypłacalności albo np. przez niedbalstwo, będzie potraktowana inaczej niż ktoś, kto ogłasza upadłość z przyczyn od niego niezależnych (takich jak choroba czy utrata pracy). W pierwszym, opisanym powyżej przypadku, dłużnik będzie zatem spłacał zobowiązania dłużej, tj. od min. 36 miesięcy do siedmiu lat. W drugim z kolei ten czas wyniesie tylko trzy lata.

Czy przy ogłoszeniu upadłości konsumenckiej wchodzi w grę całkowite umorzenie długu? Będzie ono możliwe tylko w przypadku, gdy sąd lub tymczasowy nadzorca sądowy udowodnią, że dłużnik nie posiada majątku, a także, że jest „trwale niezdolny do spłaty zobowiązań”. Chodzi na przykład o sytuacje, w których bankrut jest „trwale niezdolny do jakiejkolwiek pracy zarobkowej”. W większości przypadków zatem upadłość konsumencka nie będzie jednoznaczna z tym, że zadłużenie „automatycznie zniknie”.

Sąd może również ustalić, że niezdolność do spłaty nie ma u dłużnika charakteru permanentnego i podjąć decyzję o warunkowym umorzeniu zobowiązań – wtedy dłużnik pozostaje w pięcioletnim okresie „zawieszenia”, podczas którego może zostać złożony wniosek o ustalenie planu spłaty, a w konsekwencji obowiązek uregulowania, chociażby częściowego, zobowiązań upadłego. Podczas tego okresu, upadły musi np. składać sądowi coroczne sprawozdania dotyczące swojej sytuacji finansowej.

Jednak nie wszystkie zobowiązania dłużników będą mogły zostać umorzone. Co z tej puli wypada? Na przykład alimenty, naprawienie szkody wynikającej z przestępstwa lub wykroczenia, czy też renty odszkodowawcze. Jak wielu Polaków to dotyczy, dowodzą choćby te liczby: w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor figuruje ponad 301,3 tys. winnych własnym dzieciom 11,8 mld zł.

Jest jeszcze jedna istotna zmiana. W myśl nowych przepisów dłużnik nie może zostać skazany na bezdomność. Jego majątek zostanie zlicytowany, ale z pieniędzy ze sprzedaży mieszkania czy domu ma otrzymać równowartość przeciętnego czynszu za okres od roku do dwóch lat.

Upadłość konsumencka – czy warto ogłosić?

Należy pamiętać, że ogłoszenie upadłości powinno być ostatecznością. Po pierwsze dlatego, że na całkowite umorzenie długu mogą liczyć tylko niektórzy, a procedura upadłościowa może okazać się złożona i długotrwała. Poza tym trzeba pamiętać, że w chwili rozpoczęcia postępowania upadłościowego wobec konsumenta, nadzór nad jego majątkiem jest przekazywany syndykowi. Likwidacji przez syndyka podlegają nieruchomości (mieszkanie, dom), jak również ruchomości (np. samochód). Syndyk może być zainteresowany również akcjami, czy udziałami dłużnika w spółkach, jak również wynagrodzeniem pobieranym za pracę w części podlegającej zajęciu. Dodatkowo osoba zadłużona traci możliwość korzystania ze swojego majątku (np. samochodu) i dysponowania swoim majątkiem – pieczę nad tym również sprawuje syndyk. Sama może jedynie kupować produkty niezbędne do funkcjonowania, takie jak np. żywność czy środki czystości.

To jednak nie wszystko. Upadłość konsumencka wiąże się także z innymi konsekwencjami. Jeśli jeden z małżonków ogłosi upadłość, to automatycznie między małżonkami powstaje rozdzielność majątkowa, zaś majątek wspólny wejdzie do masy upadłościowej. Sąd zwykle bada również, czy na sześć miesięcy przed złożeniem wniosku o upadłość konsumencką nie doszło do przeniesienia majątku lub jego części na osoby np. z rodziny dłużnika. Wówczas sąd może podważyć takie umowy. Małżonek upadłego może dochodzić w postępowaniu upadłościowym należności z tytułu udziału w majątku wspólnym, zgłaszając tę wierzytelność sędziemu-komisarzowi. Również niektóre czynności prawne – darowizny, umowy sprzedaży – dokonane przez dłużnika w okresie do roku przed dniem złożenia wniosku o upadłość konsumencką będą bezskuteczne w stosunku do masy upadłościowej.

Ogłoszenie upadłości powinno być traktowane jako jedna z istotniejszych życiowych decyzji. Zanim ją podejmiemy, warto pomyśleć o tym, jak wpłynie ona na naszą sytuację materialną oraz prawną. Nowe przepisy, co prawda, ułatwią sam proces ogłoszenia upadłości, ale nie wpłyną na konsekwencje takiego działania. Zanim podejmiemy kroki zmierzające do ogłoszenia upadłości, zastanówmy się, czy wykorzystaliśmy wszelkie możliwe sposoby, by zapanować nad swoim zadłużeniem. Czy podjęliśmy rozmowy z wierzycielami? Czy chcieliśmy zawrzeć ugodę? Czy negocjowaliśmy jej warunki? Czy próbowaliśmy przesunąć termin spłat lub rozłożyć kwotę należności na raty? To jedne z najważniejszych pytań, które powinniśmy sobie zadać – wskazuje mec. Czugan, Wiceprezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych.

Producenci aut zapłacą 14,5 mld Euro za przekroczenie unijnych norm emisji CO2

Analitycy brytyjskiej firmy konsultingowej PA Consulting ostrzegają, że 13 największych, obecnych w Europie producentów samochodów nie osiągnie swoich celów emisji CO2 na 2021 rok i zostanie ukaranych grzywnami. Na podstawie corocznych prognoz redukcji emisji CO2 w stosunku do narzuconych w Unii Europejskiej celów, analitycy PA Consulting obliczyli, że samochodowe koncerny zapłacą łącznie ponad 14 mld Euro. Najniższą karę może otrzymać Toyota, najwyższą koncern Volkswagena, a kilkanaście marek znacząco przekroczy w 2021 roku swój limit emisji dwutlenku węgla.

Rosnąca obawa opinii publicznej o zmiany klimatu zwiększyła działania regulacyjne na terenie Unii Europejskiej. Nastały ciężkie czasy dla producentów samochodów, którym coraz trudniej spełnić wygórowane normy. Dla tradycyjnych silników spalinowych widoczna jest już wyraźna bariera technologiczna oraz kosztowa. Zyskać może ten, kto ma w swojej ofercie najbardziej niskoemisyjne hybrydy i będzie wprowadzać nowe modele z napędem elektrycznym.

Już po raz piąty eksperci z PA Consulting ocenili postępy w osiąganiu celów redukcji emisji. Jednakże, po pozytywnie zapowiadających się wynikach z ostatnich lat, wielu producentów… zwiększyło średnie emisje. Aby uniknąć potencjalnych kar, muszą już priorytetowo potraktować niskoemisyjne pojazdy i podjąć bardzo intensywne działania, by zrealizować cele UE w zakresie emisji CO2 w roku 2025 i 2030.

Jak wykazało najnowsze badanie, po czterech latach ciągłego postępu w obniżaniu emisji CO2 koncerny motoryzacyjne zrobiły krok wstecz. Emisje wzrosły, głównie ze względu na klientów kupujących SUV-y, znaczny popyt na samochody o dużej mocy i masie, a także brak odpowiedniej oferty niskoemisyjnych samochodów w salonach oraz zmianę preferencji użytkowników na zakup silników benzynowych po aferze z jednostkami Diesla.

Kto truje najmniej i kto najwięcej straci?

Niektórzy producenci otrzymają rekordowo wysokie kary, które będą mieć wpływ nie tylko na ich reputację, lecz również rentowność. Rekordowo niską karę zapłaci japoński koncern Toyota. Analitycy PA Consulting prognozują, że minimalnie przekroczy swój limit – o 0,2 g/km. Będzie się to wiązało z karą w wysokości 18 mln euro, co stanowi 0,1 proc. zysku EBIT, wypracowanego przez koncern w 2018 roku. Zwycięstwo w rankingu Toyota zawdzięcza pozycji lidera na rynku niskoemisyjnych pojazdów hybrydowych. Eksperci zaznaczają, że jako lider w dziedzinie napędów spalinowo-elektrycznych, który jednocześnie intensywnie rozwija także w pełni elektryczne rozwiązania, japoński koncern ma możliwość dalszego ograniczenia emisji oraz zminimalizowania przyszłych kar.

Według prognoz PA Consulting, rekordową grzywną – nawet 4,5 miliarda euro, ze względu na wysoki wolumen sprzedaży w Europie, może zostać ukarany Volkswagen, przekraczając swój limit o 12,7 g/km. Nawet koncerny, które do niedawna notowały coraz lepsze wyniki na polu ograniczania emisji, jak alians Renault-Nissan-Mitsubishi, Volvo i Jaguar Land Rover, zaczynają mieć problemy z utrzymaniem dobrego wyniku.

Choć rekordową karę może zapłacić Volkswagen i będzie ona stanowić ponad 30 proc. jego zysków EBIT, unijne grzywny najmocniej uderzą w koncern Jaguar Land Rover. Co prawda do zapłaty może mieć znacznie mniej niż niemiecki producent, bo 93 mln euro, lecz kwota ta stanowi ponad 400 proc. wypracowanych przez niego w 2018 roku zysków.

Jak ograniczyć emisje?

Choć oczywistym rozwiązaniem wydaje się być masowe wprowadzenie do sprzedaży samochodów z napędem elektrycznym, nie będzie to proste. Infrastruktura do ładowania tych pojazdów wciąż nie nadąża za restrykcyjnymi ograniczeniami emisji, wprowadzonymi na terenie Unii Europejskiej. Nawet jeśli producenci byliby w stanie przestawić swoją produkcję niemal w całości na auta bezemisyjne, ze względu na ograniczony zasięg i osiągi oraz wysoką cenę, nie znalazłyby dziś na rynku odpowiedniej liczby nabywców.

Zdaniem ekspertów PA Consulting, możliwe rozwiązania powinny obejmować obniżanie cen – zarówno pojazdów elektrycznych, jak również hybrydowych typu plug-in, ograniczając w ten sposób sprzedaż aut z tradycyjnym napędem, emitujących dużo zanieczyszczeń.

Potrzebne jest również wprowadzenie nowych usług z wykorzystaniem niskoemisyjnych pojazdów. Jednym z takich rozwiązań jest np. carsharing. Pomocne mogą być również fuzje pomiędzy koncernami oraz optymalizacja łańcuchów dostaw. Potrzebne jest też opracowanie otwartych platform w celu popularyzacji technologii elektrycznej. By spełnić unijne normy, producenci musieliby je wdrożyć jeszcze w tym roku.

Prognoza emisji CO2 na 2021 rok

Toyota niezmiennie od lat pozostaje najlepiej przygotowanym do zmian producentem, najskuteczniej redukującym emisje dwutlenku węgla nowych samochodów. Na drugim miejscu, awansując z piątej pozycji, znalazł się francuski koncern PSA, który wyprzedził alians Renault-Nissan-Mitsubishi. Natomiast spadki w rankingu PA Consulting odnotowały marki Volvo, Volkswagen, Daimler i BMW. Najwyższą, przewidywaną na 2021 rok emisję CO2 – aż 135 g/km ma Jaguar Land Rover. Najlepsza w rankingu Toyota uzyska w tym czasie w swoich pojazdach średnią emisję ma poziomie 95,1 g/km.

By już za rok uzyskać pożądaną emisję dwutlenku węgla, producenci musieliby sprzedać ponad 2,5 mln pojazdów elektrycznych, co oznaczałoby wzrost do 2021 roku o 1280 proc., a to nie jest możliwe. Jedyną marką, która nie została ujęta w raporcie PA Consulting, ponieważ – ze względu na w pełni zelektryfikowaną gamę modelową – nie będzie płacić żadnych kar, jest Tesla.

Jak dotąd tylko dwa europejskie kraje skutecznie zmniejszyły na swoim terenie emisję CO2 nowych samochodów. Pierwszy to Norwegia, drugi – Holandia. W pozostałych odnotowano pogorszenie wyników. Norwegia zmniejszyła emisję z 83,7 g CO2/km (2017) do 72,4 g CO2/km (2018), a sprzedaż pojazdów elektrycznych w tym kraju stanowiła 31,2 proc. rynku nowych samochodów. Holandia zyskała drugie miejsce z emisją wynoszącą 106 g CO2/km (2018) i sprzedażą w pełni elektrycznych pojazdów na poziomie 6 proc. rynku w 2018 roku.

W Wielkiej Brytanii odnotowano wzrost emisji ze 120,8 CO2/km do 125,1 CO2/km, pomimo wzrostu sprzedaży pojazdów elektrycznych o 0,7 proc. Niemcy również odnotowały wzrost emisji z poziomu 126,2 g CO2/km do 129,1 g CO2/km, przy niewielkim wzroście udziału sprzedaży pojazdów elektrycznych (z 0,7 do 1,1 proc.).

co2_emissions_source_pa_consulting 

Ranking emisji CO2 w 2021 roku według PA Consulting

  1. TOYOTA (95,1 g/km)

Według analiz PA Consulting emisje samochodów tej marki spadną z obecnego poziomu 100,9 g/km do 95,1 g/km w 2021 roku, czyli nieznacznie powyżej wyznaczonego celu 94,9 g/km. Analitycy spodziewają się, że sprzedaż hybryd – w tym hybryd plug-in – będzie stanowić w 2021 roku ponad 71 proc. portfolio japońskiej marki w Europie. Szacowana kara może wynieść 18 mln euro, co stanowi ok. 0,1 proc. przychodu EBIT koncernu.

  1. PSA (95,6 g/km)

Przewidywany jest spadek emisji z poziomu 113,9 g/km do 95,6 g/km. Do realizacji celu w wysokości 91,6 g/km zabraknie więc tylko 4 gramów. Hybrydy plug-in i samochody elektryczne będą stanowić w 2021 roku około 10 proc. sprzedaży. Szacowana kara wyniesie 938 mln euro, stanowiąc 21,3 proc. przychodów koncernu.

  1. RENAULT-NISSAN-MITSUBISHI (97,8 g/km)

Emisje spadną z poziomu 108,2 g/km do 97,8 g/km w 2021 roku, przekraczając cel wyznaczony na poziomie 92,9 g/km. Samochody elektryczne i hybrydy plug-in będą stanowić 11 proc. sprzedaży, a szacowana kara to ponad 1 miliard euro, co stanowi ponad 12 proc. przychodów koncernu.

  1. HYUNDAI-KIA (101,1 g/km)

Koreański producent obniży emisje ze 118,9 g/km do 101,1 g/km w roku 2021, nie osiągając celu w wysokości 93,4 g/km. Spodziewany udział sprzedaży samochodów elektrycznych i hybryd plug-in wyniesie 15 proc. Kary oszacowano na 797 mln euro, co stanowi prawie 29 proc. zysków.

  1. VOLKSWAGEN (109,3 g/km)

Niemiecki producent obniży swoje emisje z poziomu 121,1 g/km do 109,3 g/km, lecz nie zrealizuje celu w wysokości 96,6 g/km. Będzie się to wiązało z najwyższą karą – ponad 4,5 miliarda euro, co stanowi ponad 32 proc. przychodów koncernu.

  1. BMW (110,1 g/km)

Emisje zostaną obniżone z poziomu 123,6 g do 110,1 g/km, przekraczając cel w wysokości 102,5 g/km. To wiąże się z karą w wysokości 754 mln euro, stanowiącą 8,3 proc. przychodów koncernu.

  1. FORD (112,8 g/km)

Emisje zostaną ograniczone z poziomu 122,7 g/km do 112,8 g/km, lecz daleko będzie do realizacji celu w wysokości 96,6 g/km. To wiąże się z karą prawie 1,5 miliarda euro, stanowiącą aż 39 proc. przychodów koncernu.

  1. DAIMLER (114,1 g/km)

Emisje spadną z poziomu 130,4 do 114,1 g/km, lecz sporo zabraknie do celu na poziomie 103,1 g/km. Daimler może spodziewać się kary 997 mln euro, stanowiącej 9 proc. jego przychodów.

  1. HONDA (119,2 g/km)

Nastąpi spadek emisji z poziomu 126,8 do 119,2 g/km, co będzie bardzo odległym wynikiem od planowanych 94 g/km. Hybrydy i samochody elektryczne będą stanowić w 2021 roku około 5 proc. sprzedaży koncernu, a spodziewana kara to 322 mln euro, co stanowi 5,5 proc. przychodów.

  1. FCA (119,8 g/km)

Emisje zostaną obniżone z poziomu 125,4 g/km do 119,8 g/km w 2021, znacznie przekraczając planowany poziom 92,8 g/km. Samochody elektryczne i hybrydowe będą stanowić ponad 6 proc. sprzedaży marki. Kary za przekroczenie emisji mogą sięgnąć okolic 2,5 miliarda euro, stanowiąc prawie połowę przychodów koncernu.

  1. VOLVO (121 g/km)

Emisje zostaną zredukowane z poziomu 129,5 do 121 g/km, przekraczając cel w wysokości 108,5 g/km. Udział zelektryfikowanych pojazdów w ogólnej sprzedaży marki w 2021 roku przekroczy 14 proc. Koncern może spodziewać się kary 382 mln euro, stanowiącej ponad 27 proc. jego przychodów.

  1. MAZDA (123,6 g/km)

W tym przypadku redukcja emisji ma nastąpić z poziomu 134,8 do 123,6 g/km, przekraczając cel 94,9 g/km. Sprzedaż elektryków i hybryd marki oszacowano na 2 proc. w 2021 roku, a wysokość kary na 877 mln euro, co stanowi ponad 115 proc. przychodów koncernu.

  1. JAGUAR LAND ROVER (135 g/km)

Sprzedający w Europie poniżej 300 000 aut rocznie producent prawdopodobnie zredukuje emisje z poziomu 151,5 do 135 g/km, przekraczając wyznaczony cel 130,6 g/km, mimo że samochody hybrydowe i elektryczne mają stanowić w 2021 roku około 13 proc. jego sprzedaży. Spodziewana kara to 93 mln euro, co stanowi 404 proc. przychodów.