Spowolnienie na rynku mieszkaniowym czas zacząć!

W danych budownictwa mieszkaniowego coraz trudniej o rosnące słupki, czyli  spowolnienie czas zacząć.

Najnowsza informacja GUS, komunikująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w kwietniu oraz w okresie pierwszych czterech miesięcy bieżącego roku, dostarcza kolejnych argumentów świadczących o wchodzeniu rynku w fazę cyklicznego spowolnienia. Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki jakby wciąż chciały rosnąć, jednak na przeszkodzie staje wyraźna zadyszka po pięciu latach historycznej prosperity.

Tradycyjnie już i niezależnie od stanu koniunktury największą wagę z punktu widzenia bieżącej kondycji  rynkowej należy przypisać gusowskim statystykom prezentującym wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto. W kwietniu inwestorzy ogółem ruszyli z budową nieco ponad 22 tys. lokali. Jest to wciąż bardzo dobry miesięczny wynik, choć o kilka procent gorszy zarówno w relacji r/r jak i m/m. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych czterech miesiącach br., zamknęła się liczbą niespełna 76 tys., co oznacza progres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o równe 7 proc.

Wyraźniejsze osłabienie w rozpoczynaniu nowych inwestycji widać natomiast u deweloperów. Z wynikiem kwietniowym rzędu 11,5 tys. jednostek wypadli oni gorzej licząc rok do roku o ponad 5 proc. i o aż 13 proc. słabiej niż w miesiącu poprzednim. Gdyby jednak wykreślić słupek obrazujący wynik za okres styczeń — kwiecień br. na poziomie 44,9 tys. lokali, to wciąż byłby on wyższy od analogicznego z zeszłego roku o niecałe 5 proc.

W ostatnich czasach, obok nowo rozpoczynanych budów, do najmocniejszych stron gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego należały statystyki dotyczące nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Coraz więcej wskazuje na to, że użyty w tym przypadku tryb przeszły jest jak najbardziej uzasadniony. Choć bowiem sam kwiecień z wynikiem ogółem 22,8 tys. pozyskanych tego rodzaju decyzji administracyjnych nie wygląda wprawdzie najgorzej, notując wyraźny wzrost zarówno rok do roku, jak i miesiąc do miesiąca, to wynik za okres styczeń – kwiecień na poziomie 80 tys. pozyskanych pozwoleń ustępuje temu z analogicznego okresu roku ubiegłego o ponad 8 proc. Jeszcze gorzej przedmiotowe statystyki prezentują się w przypadku deweloperów. W czterech pierwszych miesiącach tego roku uzyskali oni bowiem „tylko” 48 tys. nowych pozwoleń, a to oznacza już wynik gorszy rok do roku aż o ponad 14 proc.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są, jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie, nie mówiąc już o dalszej eskalacji rekordowego w ostatnich latach popytu na mieszkania z pierwszej ręki.

Z kolei miesięczne statystyki mieszkań oddanych do użytkowania od około roku oscylują w zakresie 15 – 20 tys. lokali. W tegorocznym kwietniu przedmiotowy wolumen osiągnął dolny poziom ograniczenia wahań z wynikiem 16,5 tys. lokali. Natomiast ogółem od początku roku oddano bez mała 64 tys. mieszkań, co jest rezultatem lepszym od uzyskanego w analogicznym okresie 2018 roku o ponad 9 proc.

W sumie widać wyraźnie, że statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki, choć wciąż utrzymują się na zadowalających poziomach, to jednak zaczynają powoli podążać za danymi sprzedażowymi mieszkań z pierwszej ręki. A te jak wiadomo, już ponad rok temu przybrały tendencję spadkową, sygnalizując koniunkturalne przesilenie i wejście rynku w fazę cyklicznego spowolnienia. Jest to jak najbardziej właściwa, a nawet pożądana reakcja, zapobiegająca ryzyku wykreowania sytuacji kryzysowej analogicznej choćby do tej sprzed dokładnie dekady.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

IX Europejski Kongres Finansowy 3-5 czerwca Sopot

baner EKF2019 – 600×200 v2Rok 2019 to czas, w którym coraz liczniej i głośniej pojawiają się opinie o zbliżającym
się nieuchronnie spowolnieniu wzrostu gospodarczego. I choć, na szczęście, niezbyt często pada określenie „nadchodzący kryzys”, to czy na pewno wyciągnęliśmy wnioski z ostatniego kryzysu gospodarczego i czy mamy świadomość złożoności i różnorodności możliwych przyczyn ewentualnego kolejnego kryzysu?

IX Europejski Kongres Finansowy, podobnie jak w latach poprzednich, podejmie dyskusję o tym co istotne, aby przyszłość finansów, a więc i gospodarki była stabilna, nowoczesna i sprawiedliwa.

Gościem Specjalnym IX EKF będzie Nouriel Roubini, profesor Stern School of Business, New York University, autorytet w dziedzinie makroekonomii, który wsławił się m.in. przewidując nadejście kryzysu finansowego z 2008 roku. Profesor Nouriel Roubini wygłosi wykład inauguracyjny Kongresu.

Roubini

Główne obszary tematyczne tegorocznego EKF to:

  • Brexit i napięcia w globalnej gospodarce
  • Czy jesteśmy przygotowani na okres dekoniunktury?
  • Wyzwania dla modeli biznesowych i stabilności systemu finansowego ze strony rewolucji technologicznej
  • wzrost wiarygodności i zaufania na rynkach finansowych
  • Rynek kapitałowy a zrównoważony i innowacyjny rozwój gospodarczy
  • Rynek nieruchomości – potencjał inwestycyjny i mechanizmy finansowania

TYLKO w Sopocie podczas EKF:

  • Makroekonomiczne wyzwania i prognozy dla polskiej gospodarki
  • Mapa wyzwań technologicznych dla sektora bankowego
  • Mapa wyzwań przed sektorem bankowym – debata Prezesów Banków

IX Europejski Kongres Finansowy odbędzie się w dniach 3-5 czerwca 2019 roku w Centrum Konferencyjnym Hotelu Sheraton w Sopocie.

Więcej informacji o Kongresie: www.efcongress.com

Przeniesienie działalności gospodarczej za granicę bez podatku dochodowego

Praktyka gospodarcza pokazuje, że szereg polskich przedsiębiorców decyduje się na przeniesienie działalności gospodarczej poza Polskę. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różnorakie, poczynając od rozszerzenia rynków zbytu, zredukowania barier przepływu towarów, wzrostu konkurencyjności, poprzez wzrost obowiązków administracyjnych, na zbyt agresywnej polityce aparatu fiskalnego naszego państwa kończąc.

Nie budzi również wątpliwości, że każdy transfer majątku gospodarczego poza terytorium Polski może wiązać się z powstaniem obowiązków podatkowych. Wyróżnić tutaj należy przede wszystkim podatek od towarów i usług oraz podatek dochodowy od osób fizycznych.

W przypadku tego pierwszego transfer majątku gospodarczego nie powinien jednak wygenerować obowiązku zapłaty podatku. Przemawiają za tym zasady rządzące systemem podatku od wartości dodanej, z których najbardziej wyraźna mówi, że podatek VAT nie powinien obciążać przedsiębiorcy. Między innymi w związku z tą zasadą wprowadzono do porządku krajowego instytucję przemieszczenia towarów w ramach przedsiębiorstwa. Spełnienie przez podatnika odpowiednich przesłanek formalnych powoduje, że transfer aktywów poza granice Polski może nie podlegać podatkowi VAT obowiązującemu w naszym kraju, jak również w kraju, do którego aktywa są wywożone.

Podatek dochodowy od osób fizycznych

Bardziej skomplikowane zagadnienie związane z transferem majątku pojawia się w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych. Aby ustalić obowiązek jego odprowadzenia, warto posłużyć się stanem faktycznym, który został przedstawiony w jednym z wniosków o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego.

Na gruncie jednej ze spraw osoba fizyczna, polski rezydent podatkowy, wskazała, że jest komandytariuszem spółki osobowej prowadzącej działalność w formie spółki komandytowej. Ze względu na zaangażowanie tej spółki na jednym z rynków UE rozważono założenie za granicą spółki osobowej, do której zamierzano przenieść całą obecną działalność inwestycyjną spółki polskiej. Mając to na uwadze, konieczne stało się zaopatrzenie zagranicznej spółki w aktywa potrzebne do prowadzenia tej działalności. Miało to zostać dokonane za pośrednictwem aportu określonych towarów oraz praw przez spółkę polską.

Polski rezydent podatkowy powziął zatem w wątpliwość, czy dokonanie aportu do zagranicznej spółki będzie podlegało opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych po jego stronie.

W opinii podatnika przeniesienie składników majątku nie powinno wygenerować obowiązku podatkowego, w związku z czym cała operacja powinna być neutralna podatkowo na gruncie omawianego podatku.

Organ podatkowy zgodził się ze stanowiskiem podatnika i tym samym z dokonaną przez niego wykładnią przepisów.

Organ podatkowy potwierdził, że w zależności od przedmiotu wkładu wniesionego do spółki zagranicznej, czynność ta może podlegać opodatkowaniu w kraju siedziby tej spółki lub w Polsce. Stanowisko to jest naturalnie pokłosiem brzmienia odpowiedniej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, której regulacje mówią, kiedy transfer określonego aktywa może podlegać opodatkowaniu w Polsce. Organ wyjaśnił dalej, że jeżeli transfer ten podlega opodatkowaniu w naszym kraju (czyli w państwie, w którym przenoszący tytuł własności ma miejsce zamieszkania), to skutki opisanego we wniosku zdarzenia rozpatrywać należy w świetle przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

W dalszej kolejności organ podatkowy przywołał podstawę prawną, na którą powoływał się podatnik, argumentując własne stanowisko. Organ przytoczył art. 21 ust. 1 pkt 50b ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zgodnie z którym wolne od podatku są przychody z tytułu przeniesienia własności składników majątku będących przedmiotem aportu wnoszonych do spółki osobowej.

Stwierdzono zatem finalnie, że przeniesienie wkładu niepieniężnego w postaci całej swojej obecnej działalności inwestycyjnej do zagranicznej spółki osobowej będzie czynnością prawną, neutralną podatkowo w związku ze wskazaną powyżej regulacją prawną.

Podsumowanie

Jak wynika z powyższego, przeniesienie działalności gospodarczej za granicę może okazać się transakcją „bezpodatkową”. Jeśli zaś krajem przyjmującym jest państwo o mniejszym natężeniu obowiązków administracyjnych oraz obciążeń fiskalnych, to polski podatnik uzyskuje niejako podwójną korzyść.

Co warte zauważenia, polski ustawodawca, dostrzegając aktywność podatników podążającą w kierunku zmiany miejsca prowadzenia działalności gospodarczej, wprowadził z dniem 1 stycznia 2019 r. do polskiego porządku prawnego tzw. exit tax. Danina ta to kolejny podatek nałożony na przedsiębiorców, którzy przenoszą swój biznes za granicę. Dodać jednak trzeba, że podatek ten nie ma bezwzględnego charakteru. Istnieją bowiem podstawy prawne eliminujące obowiązek jego zapłaty. Przykładowo exit tax nie może zostać nałożony, jeżeli łączna wartość rynkowa przenoszonych składników majątku nie przekracza kwoty 4 000 000 zł.

Analiza powyższego skłania do wniosku, że zmiana miejsca prowadzenia działalności może nie wygenerować w Polsce obowiązków podatkowych. Jeśli zaś nowa jurysdykcja podatkowa okaże się korzystniejsza od polskiej, będzie to stanowiło mocny punkt całego przedsięwzięcia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nieruchomości magazynowe i przemysłowe w pierwszym kwartale 2019 r.

Popyt na nieruchomości magazynowe i przemysłowe w pierwszym kwartale 2019 r., pomimo odnotowania spadku rdr., niemal dwukrotnie przekroczył podaż nowej powierzchni, podaje firma doradcza Savills. Na mapie logistycznej Polski pojawiają się nowe lokalizacje, które są odpowiedzią na niskie bezrobocie na głównych rykach. Na znaczeniu zyskują również obiekty przeznaczone pod logistykę miejską.

Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills
Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills

„Po raz pierwszy w historii najwięcej powierzchni magazynowej i przemysłowej oddano poza głównymi rynkami. Stało się tak za sprawą dwóch projektów: BTS dla Zalando w Olsztynku (120 500 m kw.) oraz Panattoni Park Kielce (22 200 m kw.). Dopiero za nimi uplasował się Wrocław, gdzie w pierwszym kwartale przybyło niespełna 95 000 m kw. Nowe lokalizacje, które mają szanse rozwijać się w najbliższym czasie to również Bolesławiec, Gorzów Wielkopolski, Radom, Świebodzin, Słubice czy Zielona Góra. Coraz więcej buduje się także projektów przeznaczonych pod logistykę miejską. Na koniec marca w trakcie realizacji znajdowało się blisko 65 000 m kw. powierzchni tego typu, czyli o ponad 1/3 więcej niż trzy miesiące wcześniej” – mówi Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Jak wynika z raportu „Market in Minutes – Rynek magazynowy w Polsce” w pierwszym kwartale 2019 r. popyt na nieruchomości magazynowe i przemysłowe niemal dwukrotnie przewyższył podaż nowej powierzchni. W ciągu trzech pierwszych miesięcy roku na rynek dostarczono ponad 505 000 m kw. nowej powierzchni (o 28% więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku), a wynajęto ponad 965 000 m kw. (21% mniej niż przed rokiem). Najsilniejszy popyt odnotowano w Warszawie (prawie 285 000 m kw., wzrost o 35%).

Zgodnie z danymi Savills na koniec marca 2019 r. Polska dysponowała 16,2 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej. Największym rynkiem magazynowym pozostaje Warszawa i okolice (4 mln m kw.). Na drugim miejscu jest Górny Śląsk (2,62 mln m kw.), do którego jednak bardzo szybko zbliża się Polska Centralna (2,60 mln m kw.). Po pierwszym kwartale w budowie znajdowało się kolejne 2,1 mln m kw. (13% więcej, niż przed rokiem), z czego zdecydowana większość powinna zostać oddana do użytku do końca roku. Ponad 60% powierzchni w budowie jest już zabezpieczone umowami najmu.

Stopa pustostanów w pierwszym kwartale wzrosła nieznacznie (0,7 pkt. proc. rdr.) i na koniec marca 2019 r. wyniosła 5,5%. Czynsze bazowe ustabilizowały się na poziomie od 2,7 euro do 4,2 euro za m kw. na miesiąc w przypadku wielkopowierzchniowych obiektów, sięgając 5,35 euro za m kw. na miesiąc w mniejszych modułach zlokalizowanych na terenie Warszawy.

„Rynek nieruchomości magazynowych jest nadal na fali. Pomimo utrzymującej się ogromnej dynamiki, rozwija się on w sposób zdrowy i zrównoważony. Dane za pierwszy kwartał potwierdzają, że nowe inwestycje znajdują najemców, a stopa pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie. Stawki czynszowe, po wzrostach odnotowanych w zeszłym roku ustabilizowały się, co powinno stanowić czynnik zachęcający najemców do inwestowania w ekspansje i przenoszenia się do obiektów w lepszych lokalizacjach i o wyższym standardzie” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Otwarte rozwiązania dźwignią dla rozwoju polskiego biznesu. Za nami 12. edycja konferencji Open Source Day

14 maja w Warszawie odbyła się kolejna edycja największej w Europie Środkowo-Wschodniej konferencji poświęconej otwartym technologiom. Ponad 800 uczestników dopisało kolejną kartę do 12-letniej historii wydarzenia. Na uczestników czekało 9 sesji technicznych podzielonych na 3 bloki tematyczne. Wśród omawianych wątków znalazły się takie tematy jak: bezpieczeństwo i monitoring infrastruktury IT, cloud computing, automatyzacja czy rozwój oprogramowania. Organizatorzy spotkania, czyli przedstawiciele Linux Polska, keynote speakerzy i zaproszeni goście byli zgodni co do jednej kwestii – technologia open source jest motorem rozwoju światowej gospodarki, ale otwarte rozwiązania są coraz częściej niezbędnym elementem w rozwoju polskich przedsiębiorstw.

Wdrażanie rozwiązań open source synonimem innowacyjności i szansą na rozwój

W tym roku konferencję Open Source Day gościł warszawski stadion Legii im. Józefa Piłsudskiego. Konferencję otworzył Dariusz Świąder, prezes Linux Polska, który nawiązał do postaci marszałka Piłsudskiego, jednego z ojców naszej niepodległości i niezależności. Podkreślając tym samym, że te same wartości stoją za ideami niezależności i otwartości, które nierozerwalnie wiążą się z rozwiązaniami open source.

Znaczenie technologii otwarto źródłowych dla światowej gospodarki, w tym dla Polski, jest dziś nie do przecenienia. Dzięki coraz bardziej powszechnemu stosowaniu rozwiązań open source nadrabiamy zaległości w informatyzacji naszego kraju, a także te związane z edukacją w tym obszarze, które wynikają, chociażby z naszych uwarunkowań historycznych. Od pewnego czasu obserwujemy, że coraz więcej firm odchodzi od wyboru rozwiązań komercyjnych, a tym samym od ograniczeń, które się z nimi wiążą. Z kolei otwartość i dostępność do tworzonych narzędzi i rozwiązań – czerpanie z wiedzy i know-how milionów specjalistów (co daje większe szanse na rozwój), to naczelne zasady filozofii i ruchu open source. Co więcej, każdy, kto będzie starał się „zamknąć” i ograniczyć rozwiązania tworzone w tym duchu, spotka się z oporem społeczności twórców, jak i całego społeczeństwa, ponieważ w dzisiejszym świecie wszyscy jesteśmy beneficjentami open source – zaznacza Dariusz Świąder.

Ekonomia współdzielenia i rozwiązania otwarte są dziś najlepszą drogą prowadzącą do innowacyjności. Twórcy i producenci narzędzi z tego obszaru są świadomi, jaka duża odpowiedzialność na nich ciąży. Muszą bowiem publikować wyniki swoich prac, jeżeli chodzi o technologię open source, poddawać je weryfikacji i ocenie użytkowników, bo tylko tą drogą odbywa się rozwój.

W ostatnim czasie mogliśmy być świadkami kilku istotnych przejęć firm zajmujących się rozwiązaniami otwartymi przez światowych gigantów z sektora IT, którzy wcześniej byli kojarzeni wyłącznie z rozwiązaniami zamkniętymi. To kolejny przykład pokazujący, że open source jest przyszłością i jednym z ważniejszych czynników zapewniających sukces w biznesie – dodaje Dariusz Świąder, Prezes Linux Polska, organizator Open Source Day.

Open source w mainstreamie

Dwadzieścia lat temu nie wierzono w sukces technologii open source. Firmy nie traktowały rozwiązań otwartych jako wartościowej alternatywy w stosunku do rozwiązań komercyjnych i nie sądzono, że mogą one z powodzeniem wspierać działalność największych przedsiębiorstw na rynku. Branża IT, co paradoksalne, w związku tym także patrzyła podejrzanie na open source, bez przekonania, że rozpowszechnienie tej technologii może stanowić podstawę działalności biznesowej. Dziś rozwiązania otwarto źródłowe są rozwiązaniami informatycznymi pierwszego wyboru. Nikt się nie zastanawia, czy je wdrażać, tylko jak je wdrażać, które konkretne narzędzia zastosować, by wspierały wybrane procesy w przedsiębiorstwach czy po prostu zapewniały efektywne działanie infrastruktury IT w danej firmie – stwierdził Tomasz Dziedzic, Wiceprezes Zarządu ds. Technologii w Linux Polska, występujący w panelu głównym podczas Open Source Day 2019.

Nie można jednak przyznać, że w kontekście Polski wszystko już zostało zrobione w kwestii zwiększania świadomości na temat korzyści z wdrożenia i samej mechaniki funkcjonowania narzędzi open source.

W dodatku tworzenie nowych produktów i rozwiązań w tym obszarze to domena głównie firm i producentów zagranicznych. Jeżeli Polska ma w pełni korzystać z tej ogromnej fali zainteresowania rozwiązaniami otwarto źródłowymi nie tylko wśród firm z sektora prywatnego, ale i instytucji publicznych, z którą mamy obecnie do czynienia, to jako kraj powinniśmy nastawić się na aktywne tworzenie i produkowanie rozwiązań otwartych – zauważa Tomasz Dziedzic.

III generacja rozwoju otwartego oprogramowania

Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat
Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat

Podobne zdanie o obecnej sytuacji rynku rozwiązań otwartych przedstawił podczas konferencji Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat, firmy będącej partnerem wydarzenia od pierwszej edycji.

Blisko od dekady rozwiązania open source, jeżeli chodzi o powszechność zastosowania, znajdują się w mainstreamie. Co więcej, na świecie, a także i w Polsce, są motorem zmian, które zachodzą w przedsiębiorstwach, również w urzędach administracji centralnej czy samorządowej. Dziś możemy mówić o tym, że wkroczyliśmy w trzecią generację rozwoju otwartego oprogramowania. Biorąc pod uwagę trzy ważne aspekty wdrażania rozwiązań otwarto źródłowych, w dalszym ciągu utrzymują one przewagę nad rozwiązaniami komercyjnymiuważa Adam Wojtkowski.

Koszt zakupu i zastosowania dla przedsiębiorstw rozwiązań otwartych jest relatywnie niższy niż tych „tradycyjnych”. Podobnie jest ze wskaźnikiem innowacyjności – pozostaje on niższy dla narzędzi nie-opensourcowych. A jeżeli chodzi o elastyczność użytkowania, dopasowanie do narzędzi IT posiadanych już przez przedsiębiorstwo, technologia open source nie ma żadnej konkurencji.

Obecnie 15 mln deweloperów na całym świecie pracuje nad rozwiązaniami open source, a rozwijanych jest ok. milion produktów. Inne dane są mniej optymistyczne. Jak podaje GUS, w Polsce brakuje ok. 50 tys. deweloperów, ale według szacunków mówiących o realnym zapotrzebowaniu, liczba ta wynosi nawet
200 tys. W Hiszpanii brakuje aż 500 tys. programistów. Podobnie jest w Danii, która ma ambicje stać się kolejną Doliną Krzemową. Jest to o tyle problematyczna kwestia, że to deweloperzy oprogramowania nadają ton zmianom gospodarczym, to oni tworzą narzędzia, które pozwalają zawalczyć firmom o rynkową konkurencyjność. Także i w tym przypadku odpowiedzą może być open source.

Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB
Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB

Kolejnym gościem panelu głównego 12. edycji konferencji Open Source Day był Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB, jednej z firm będącej partnerem wydarzenia, który mówił o drugiej fali w rozwoju relacyjnych baz danych opartych o technologie open source. W gronie partnerów Open Source Day 2019 znalazły się również: MicrosoftOracle MySQLSysdig oraz Zabbix.

Honorowy patronat nad konferencją Open Source Day 2019 objęły: Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Przedsiębiorczości
i Technologii
 oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Z kolei wśród patronów medialnych znalazły się redakcje: TOK FM, Warsaw Business Journal, Infor.pl, Egospodarka.pl, PC Format, CD Action, Magazynu Programista, ITWiZ, IT Reseller, Dziennika Internautów, OSworld.pl, Linux.pl oraz Linux Magazine Polska.

Ponad 3200 firm prowadzi prace nad sztuczną inteligencją

Ponad 3200 firm prowadzi prace nad sztuczną inteligencją – wynika z analiz dr. Andrzeja Wodeckiego, adiunkta na Wydziale Zarządzania Politechniki Warszawskiej. Najwięcej z nich specjalizuje się w Big Data i uczeniu maszynowym. Badania pokazują też, że w pracach nad AI cały czas dominują Amerykanie, ale po piętach mocno depczą im Chińczycy.

Serwis Index.co to jeden z największych analitycznych serwisów internetowych gromadzących i udostępniających informacje na temat firm z całego świata. Wykorzystał je w swoich badaniach dr Andrzej Wodecki z Politechniki Warszawskiej, który postanowił przeanalizować wykorzystanie sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach. Badania zostały po raz pierwszy zaprezentowane podczas konferencji Oracle Cloud Day.

Dofinansowanie nie dla wszystkich

Jak wynika z jego analiz, w połowie maja tego roku, 3269 firm uwzględnionych w statystykach Index.co. deklarowało, że zajmuje się sztuczną inteligencją. Najwięcej, bo 1947 z nich specjalizuje się w technologii Big Data, 1724 firmy prowadzi prace w zakresie uczenia maszynowego, a 682 specjalizuje się w wykorzystaniu sztucznej inteligencji w obszarze Internetu. Mniej popularna jest działalność badawcza skoncentrowana np. na przetwarzaniu języka naturalnego (375 firm), wykorzystaniu AI w marketingu (238), obszarze finansów (208) czy zdrowia (199). Najmniej firm deklaruje, że zajmuje się analityką predyktywną.

Największy zastrzyk gotówki otrzymały do tej pory firmy specjalizujące się w technologii: Big Data (16,5 mld dolarów dofinansowania) oraz uczeniu maszynowym (15,5 mld), a także wykorzystujące AI w Internecie (5,1 mld). Firmy specjalizujące się w produkcji oprogramowania otrzymały na rozwój sztucznej inteligencji kwotę 4,2 mld dolarów, te działające w obszarze bezpieczeństwa 3,9 mld dolarów. Przedsiębiorstwa specjalizujące się w rozpoznawaniu obrazu pozyskały 2,9 mld dolarów, a te rozwijające technologie w zakresie robotyki, w sumie 2,4 mld dolarów.

Tylko w ubiegłym roku przejęliśmy kilka podmiotów specjalizujących się w sztucznej inteligencji. To m.in. firma DataFox, której oparty na chmurze silnik AI analizuje dane dotyczące 2,8 mln przedsiębiorstw, czy Data Science. Dzięki takim inwestycjom, łatwiej jest pozyskać wiedzę, szybciej można rozwijać innowacje w obszarze AI czy uczenia maszynowego. Pamiętajmy, że te technologie mają dzisiaj największy biznesowy potencjał, co dobrze widać na przykładzie zarówno rozwiązań, np. autonomicznej bazy danych, która wykorzystując technologię uczenia maszynowego sama się stroi, optymalizuje i zabezpiecza, bez konieczności udziału człowieka, jak i prognoz firm analitycznych. IDC spodziewa się, że do 2021 r. przedsiębiorstwa wydadzą na sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe, blisko 60 mld dolarów – zwraca uwagę Tomasz Przybyszewski, Autonomous Cloud, Regional Senior Sales Leader z Oracle.

Firmy inwestują w technologiczne fundamenty

Badania dr Andrzeja Wodeckiego wskazują na dużą przewagę inwestycji w technologie stanowiące fundament rozwoju sztucznej inteligencji nad inwestycjami w gotowe, branżowe rozwiązania. Przedsiębiorstwa dostarczające aplikacje wykorzystujące AI w branży zdrowotnej i finansowej otrzymały 1,9 mld dolarów dofinansowania, a te dostarczające rozwiązania dla branży transportowej 1,8 mld dolarów. To nawet 8-krotnie mniej niż wyniosły inwestycje w rozwijające się technologie.

Oznacza to, że rynek technologii jest już dojrzały, ale aplikacyjny dopiero się rozwija. Widzę tutaj duże pole dla globalnych firm, które samodzielnie rozwijając technologie AI, bądź też przejmując podmioty się w nich specjalizujące, mają dzisiaj wystarczającą wiedzę i możliwości, by edukować rynek w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w biznesie – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Prześledził on też wartość inwestycji w spółki już na etapie serii B, czyli w momencie, kiedy firma dysponuje gotowym produktem i sprawdzonym modelem biznesu. – To najlepszy wskaźnik potencjału nie tylko samych firm, ale też konkretnych technologii.  Okazało się, że wciąż największe szanse na sprawdzony model biznesu mają inwestycje w technologie Big Data czy uczenia maszynowego. To one niosą największą wartość dla przedsiębiorstw. Znów potwierdza się teza, że dla popularyzacji sztucznej inteligencji i wdrożeniu jej z sukcesem w biznesie, niezmiernie ważna jest rola firm technologicznych takich jak np. Oracle. Agregując doświadczenia z wdrożeń sztucznej inteligencji na wielu polach, zdobyły one doświadczenia, którymi mogą się dzielić – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Stany Zjednoczone potęgą w AI

Andrzej Wodecki w swoich badaniach przeanalizował także lokalizację firm specjalizujących się w sztucznej inteligencji. Najwięcej z nich, co nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, działa w Stanach Zjednoczonych (1067), ale kolejne pozycje mogą już nieco dziwić. Druga pod względem nasycenia rynku firmami zajmującymi się AI, Wielka Brytania, może pochwalić się 340 tego typu działającymi na rynku podmiotami. Co ciekawe, na 3 pozycji uplasowała się Holandia ze 147 firmami specjalizującymi się w sztucznej inteligencji. Na kolejnych miejscach znalazły się: Kanada (109 firm), Indie i Francja (po 107) oraz Finlandia (98), Hiszpania (84) i Chiny (81). Ranking zamyka Izrael (77), Szwecja (58), Szwajcaria (28) oraz Dania i Włochy (po 27 firm).

– Gdybyśmy wzięli wyłącznie pod uwagę liczbę działających w obszarze sztucznej inteligencji firm, to uzyskalibyśmy niepełny obraz rynku. Dlatego przeanalizowałem także firmy pod kątem inwestycji, czyli realnego potencjału płynącego z ich działalności dla inwestorów. Tu wyniki są zupełnie inne – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Pekin najsilniejszym ekosystemem

W firmy specjalizujące się w AI zainwestowano do tej pory najwięcej na rynku amerykańskim (12,8 mld dolarów). Zaskakująca jest druga pozycja Chin. Na tamtejszym rynku firmy pozyskały blisko 8 mld dolarów. Dla porównania, w trzeciej na liście Wielkiej Brytanii, dofinansowanie wyniosło kilkakrotnie mniej, bo 1,8 mld dolarów. Poniżej 1 mld dolarów dofinansowania zebrały firmy z Izraela, Kanady i Francji. Poniżej progu 500 mln zł zebrały przedsiębiorstwa niemieckie, szwedzkie, japońskie, hinduskie, fińskie i hiszpańskie. Stawkę zamykają firmy z Estonii (116 mln dolarów), Tajwanu (84 mln dolarów) oraz Singapuru (71 mln dolarów).

– Najsilniejsze ekosystemy firm specjalizujących się w sztucznej inteligencji znajdziemy w Krzemowej Dolinie i w Pekinie, gdzie tamtejsze firmy otrzymały do tej pory 6,4 mld dolarów dofinansowania od inwestorów. To bardzo ciekawe, bo jeśli spojrzymy na liczbę firm, to zdecydowanie dominują tutaj ośrodki amerykańskie i europejskie. Pekin nie został nawet uwzględniony w zestawieniu tych najpopularniejszych. To może świadczyć o tym, że jeśli Chińczycy inwestują w sztuczną inteligencję, to po pierwsze dużo, a po drugie, przede wszystkim w duże spółki – mówi dr. Andrzej Wodecki.

Silnymi aglomeracjami, które pozyskały ponad 1 mld dofinansowania są też Chicago, Londyn i Nowy Jork. Na liście nie brakuje też Cambridge (700 mln dolarów), Paryża (488) czy Tel Avivu (383).

Talenty są w cenie

Zatrudnienie w sektorze AI przekracza 1 mln pracowników. W badanych przez dr. Wodeckiego firmach, średnie zatrudnienie nie przekracza 8 osób. Ciekawa jest też rynkowa wartość specjalistów AI. Według badań, pracownik o tej specjalizacji wart jest średnio 1,5 mln dolarów, ale zdarzają się też przypadki, gdzie są oni wyceniani na poziomie nawet 45 mln dolarów.

Badania dr. Andrzeja Wodeckiego zostały przeprowadzone w oparciu o ogólnodostępne dane. Informacje na temat firm pochodzą m.in. z serwisu analitycznego Index.co.

Czy May poda się do dymisji? Niemiecka koniunktura znów słabo

Funt brytyjski ostatnio nie ma dobrej passy. Temat Brexitu przez cały czas pozostaje niewyjaśniony, a kolejne próby rozwiązania problemu wcale nie przybliżają do sukcesu, a prędzej do dymisji szefowej rządu. Na horyzoncie coraz wyraźniej widać kolejny wyznaczony termin opuszczenia Wspólnoty, czyli 31 października.

Dane z Polski

O 10:00 poznaliśmy dwa ważne odczyty dla naszego kraju. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 13,6% w skali roku wobec oczekiwanych 8,6%. Z kolei produkcja budowlano-montażowa o 17,4% przy oczekiwaniach na poziomie 15,9%. Analitycy są zgodni, że tak duże wzrosty są jednym z efektów licznych programów socjalnych. Potwierdza to również opinie ekonomistów, że środki te są raczej konsumowane, a nie inwestowane. Co interesujące, pomimo tego, że są to bardzo dobre dane, w momencie ich publikacji złoty się osłabiał. Było to jednak spowodowane publikacją w tym samym momencie odczytów zza zachodniej granicy.

Niemiecka koniunktura znów słabo

Pomimo zgodnych z oczekiwaniami pomiarów w sprawie finalnego odczytu PKB, nasz zachodni sąsiad nie może zaliczyć tego dnia do udanych. Powodem były indeksy PMI, które zarówno dla przemysłu, jak i dla usług, wypadły poniżej oczekiwań. Nie bez znaczenia był również (opublikowany równo z polskimi danymi) indeks instytutu IFO. Okazał się on o 1,2 pkt gorszy od przewidywań, co było kolejnym ciosem dla europejskiej waluty. Niemcy są zdecydowanie najważniejszą gospodarką Unii i spowolnienie tej gospodarki ma największe przełożenie na pozycję euro. Z kolei słabość euro przekłada się na słabszego złotego.

Czy premier May poda się do dymisji?

Po ostatnim braku sukcesów w sprawie Brexitu oraz buncie wewnątrz partii coraz głośniej słychać o ustąpieniu Theresy May, które mogłoby nastąpić nawet jutro. Teoretycznie w Izbie Gmin jest kolejna propozycja rozwiązania brexitowego galimatiasu, ale szanse na znalezienie większości nie są zbyt duże. Gdyby doszło do odwołania pani premier, to prawdopodobnie można się spodziewać dalszego osłabienia funta, chociaż spora część zawirowania wokół tego tematu jest już zawarta w jego cenie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Dane wskazują na siłę polskiej gospodarki. Złoty jednak nie reaguje

Polski złoty wczoraj zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro i dolara amerykańskiego. Złoty, podobnie jak główne waluty, w środę umocnił się w relacji do słabszego funta brytyjskiego.

Do wczorajszych dobry danych o krajowej produkcji przemysłowej, dziś dołączył świetny odczyt sprzedaży detalicznej w kwietniu. W ujęciu rocznym sprzedaż rosła o 13,6% w cenach bieżących i 11,9% w cenach stałych. Realna dynamika była najwyższa od 2011 r. Wysoki wzrost sprzedaży częściowo jest wynikiem efektu ułożenia kalendarza, który sprawił, że świąteczne zakupy przypadły właśnie na kwiecień. Znaczenie miała również niska baza z analogicznego okresu w ubiegłym roku. Niemniej, wyraźny rozstrzał z oczekiwaniami konsensusu ekonomistów (rzędu kilku punktów procentowych) pokazuje, jak dobre były to dane.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,30-4,31, notując bardzo niewielką zmienność. Kurs EUR/USD wczoraj również pozostawał względnie stabilny.

Ostatnie godziny przyniosły gros odczytów makroekonomicznych ze strefy euro. Poranne dane o dynamice PKB Niemiec okazały się zgodne ze wstępnym szacunkiem. PKB kraju rosło o solidne 0,4% w ujęciu kwartalnym, odbijając wyraźnie w relacji do płaskiej dynamiki z końcówki ubiegłego roku. Z jednej strony można to uznać za optymistyczny sygnał, z drugiej natomiast należy zwrócić uwagę, że znaczenie dla poprawy danych miała kwestia niskiej bazy z poprzedniego kwartału.

Co tyczy się bardziej bieżących danych: dzisiejsze odczyty PMI dla strefy euro rozczarowały, notując jednocześnie poziomy zbliżone do tych z poprzedniego miesiąca. O tej samej godzinie opublikowane zostały dane Ifo opisujące sentyment biznesu w Niemczech, które w ujęciu ogólnym zaskoczyły in minus, sugerując pogorszenie nastrojów wśród niemieckich przedsiębiorców w maju. Wspólna europejska waluta na dzisiejsze dane zareagowała negatywnie, doświadczając wyprzedaży w relacji do głównych walut.

Oprócz danych warto zwrócić uwagę, że dziś rozpoczynają się wybory do Parlamentu Europejskiego, które potrwają do końca tygodnia. Zgodnie z oczekiwaniami znaczenie populistów w PE ma istotnie wzrosnąć. W tym kontekście istotna będzie skala tego wzrostu. Im będzie on większy, tym najpewniej gorzej dla europejskich aktywów. Zakładając, że wybory nie przyniosą większych niespodzianek, w naszej opinii ich wpływ na samą walutę powinien być jednak dość ograniczony. Ewentualne większe zmiany na europejskich aktywach mogą zostać zaobserwowane na początku przyszłego tygodnia, wyniki wyborów mamy poznać bowiem dopiero w niedzielę.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,87-4,91. Wczorajsze, gorsze od oczekiwań dane o inflacji w Wielkiej Brytanii nie skupiły na sobie zbyt wielkiej uwagi inwestorów. Tematem numer jeden pozostaje Brexit, a coraz mniejsze szanse na akceptację porozumienia Theresy May przez brytyjski parlament sprawiają, że funt nie przestaje tracić. Co więcej, jak donosi brytyjski „The Times” sytuacja może jeszcze bardziej skomplikować się w piątek, kiedy zgodnie ze źródłami dziennika premier Wielkiej Brytanii ma ogłosić rezygnację z urzędu. Zgodnie z doniesieniami, May ma pozostać na stanowisku jedynie do momentu wyboru nowego lidera.

USD

Kurs USD/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,85-3,87. „Minutki” z ostatniego spotkania FOMC opublikowane wczoraj wieczorem nie przyniosły istotnego przełomu. Członkowie Rezerwy Federalnej postulują „cierpliwość przez jakiś czas” w kwestii stóp procentowych. Jednocześnie wielu z nich zgadza się z opinią prezesa Fed, zgodnie z którą ostatni spadek dynamiki cen jest zjawiskiem tymczasowym.

 

Dziś poznamy cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA oraz wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej PMI w USA w maju. Wieczorem przemawiać będzie również kilku członków FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
  • 15:45 – wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej w USA w maju
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
  • 18:00 – przemawia Ewald Nowotny z EBC
  • 19:00 – przemawiają Thomas Barkin, Raphael Bostic, Mary Daly i Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Revolut uruchamia wspólne Sejfy (Group Vaults) do organizacji zrzutek wśród znajomych i rodziny

  • Group Vaults to alternatywa dla wspólnych kont i łatwy sposób na oszczędzanie z przyjaciółmi i rodziną
  • Grupa może odkładać zaokrąglone końcówki, ustawić powtarzalne donacje, zrobić jednorazową zrzutkę
  • Od kwietnia 2018 r. użytkownicy stworzyli 1 milion Sejfów Vault i zaoszczędzili na nich 360 milionów zł

Revolut, najszybciej rosnący fintech w Europie, ogłosił uruchomienie Group Vaults, łatwego sposobu na wspólne oszczędzanie ze znajomymi, współlokatorami lub rodziną na z góry ustalone cele.

Użytkownicy będą mogli w dowolnym czasie wpłacać do sejfów Group Vaults zaokrąglone końcówki płatności, ustawić automatyczne powtarzające się donacje lub dokonać jednorazowej wpłaty. To najłatwiejszy sposób na organizację zrzutki na wyjazd wakacyjny, wspólny budżet na domowe rachunki lub składkowy prezent.

Nowa funkcjonalność może spodobać się parom, które nie chcą wypełniać formularzy i podań o wspólne konto w tradycyjnych instytucjach finansowych. Elastyczna funkcjonalność pozwoli w dowolnym momencie zwiększyć lub zmniejszyć poziom donacji, zmodyfikować tryb oszczędzania lub szybko wypłacić zgromadzoną kwotę.

Od wprowadzenia funkcji Sejfów Vault w kwietniu 2018 roku użytkownicy Revolut w Europie założyli ponad 1 milion sejfów oszczędzając na nich łącznie ponad 360 milionów zł. Każdego dnia zakładanych jest około 3000 nowych sejfów na przeróżne cele, marzenia i potrzeby. Najczęściej nadawanymi nazwami sejfów w Europie są “savings” (70 tys.), “holidays” (60 tys.) i “car” (10 tys.), a w Polsce “wakacje” (5600 sejfów). Walutami, w których użytkownicy najczęściej oszczędzają w Sejfach Vault, są euro (EUR), brytyjskie funty (GBP), franki szwajcarskie (CHF) oraz bitcoiny (BTC).

Po sukcesie Sejfów Vault, otrzymaliśmy tysiące pytań przez czat pomocy w aplikacji Revolut, na internetowym forum naszej społeczności użytkowników i mediach społecznościowych o dalszy rozwój tej usługi. Wiele osób wskazywało na konieczność poszerzenia jej o wspólne oszczędzanie. To przeciwieństwo naszej funkcji split bill, czyli automatycznego dzielenia rachunku. Group Vaults można porównać też do funkcji grupowego czatu, który łatwo założyć, łatwo do niego dołączyć, łatwo go opuścić i łatwo zamknąć. Oddajemy go w ręce użytkowników. Mamy nadzieję, że ułatwi realizację wielu udanych zbiórek” – powiedział Ed Cooper, Head of Mobile w Revolut.

Revolut zamierza umocnić swoją pozycję jednego z najbardziej innowacyjnych fintechów w Europie realizując w najbliższych miesiącach szereg zapowiadanych premier, w tym: usługi robo-advisory, bezprowizyjnego handlu akcjami, aplikacji dla dzieci oraz Google Pay i Apple Pay.

Niezależnie od nadchodzących nowości produktowych, Revolut planuje w najbliższych miesiącach wyjść poza Europę i udostępnić usługi w Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Singapurze, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Na listach kolejkowych oczekuje na to łącznie 190 000 przyszłych użytkowników.

Wpłata własna w leasingu. Sprawdź, jak ją dopasować

euro-870758_1280Zamierzasz wziąć samochód w leasing? Aby taka forma finansowania była jak najbardziej korzystna, już na wstępie musisz ustalić wysokość wpłaty własnej. To istotny element wszystkich opłat leasingowych, który zależy m.in. od aktualnej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa oraz Twoich oczekiwań.

Leasing może być korzystną formą finansowania firmowej floty pojazdów. Duże znaczenie ma ustalenie wpłaty własnej w takiej wysokości, która będzie odpowiadała na potrzeby i oczekiwania przedsiębiorcy. Dlatego często pojawia się dylemat: zdecydować się na możliwie najniższy czynsz inicjalny czy wpłacić większą kwotę? W podjęciu odpowiedniej decyzji pomoże kalkulator leasingowy – internetowe narzędzie, z którego warto skorzystać.

Wpłata własna – ważny element całkowitego kosztu leasingu

Wpłata własna to parametr, który występuje również pod nazwą czynszu inicjalnego lub opłaty wstępnej. Ponosi ją leasingobiorca w momencie podpisywania umowy leasingowej – na poczet całkowitego kosztu leasingu. Stanowi procentową wartość liczoną od wartości leasingowanego pojazdu.

Wpłata własna stanowi ważny element leasingu. Między innymi od jej wysokości zależy wysokość miesięcznej raty. Od niej zależy również całkowity koszt leasingu. Im wyższa wpłata własna, tym niższy koszt całkowity. I odwrotnie – niższy czynsz inicjalny oznacza wyższy koszt całkowity. Warto jednak podkreślić, że w istotną rolę może odgrywać przy tym także wysokość wykupu.

Wysoka czy niska wpłata własna – co się opłaca?

Kalkulator leasingowy nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Biorąc pod uwagę fakt, że różnice w kosztach całkowitych wcale nie muszą być znaczące, nie zawsze warto decydować się na wysoki czynsz inicjalny. Zamiast wpłacać np. 30%, aby uzyskać optymalną ratę, lepiej wybrać wkład własny na poziomie 10% – i w tym przypadku wysokość raty może być akceptowalna. Za przykład może posłużyć Leasing SMARTPLAN na nowe pojazdy z oferty Toyota Leasing, którego cechą charakterystyczną jest niższa nawet o połowę miesięczna rata.

Przykład. Załóżmy, że wybierasz leasing z wpłatą własną na poziomie 10% i okresem finansowania wynoszącym 3 lata. Toyotę Yaris możesz wziąć w leasing już od 505 zł netto na miesiąc. 

Wysoka wpłata własna będzie korzystna, jeśli:

  • chcesz osiągnąć dużą korzyść podatkową w miesiącu poniesienia wydatku,
  • nie masz odpowiednio wysokiej zdolności kredytowej.

Jeżeli natomiast na względzie masz wyłącznie niską ratę, może to zapewnić także niski czynsz inicjalny na poziomie 10%. Różnicę warto natomiast przeznaczyć na inwestycje lub pozostawić jako środki obrotowe w przedsiębiorstwie.

Jak rozpoznać indywidualne motywatory pracowników?

Utrzymanie wysokiego zaangażowania wśród pracowników to niezwykle ważny element funkcjonowania każdej firmy. O tym co najbardziej mobilizuje do działania niektórzy mówią wprost, inni nie chcą lub nawet nie potrafią dokładnie określić, co ich motywuje. Podpowiadamy jak skutecznie motywować pracowników oraz jak sprawdzić ich indywidualne potrzeby.

Motywacja jest bardzo ważnym czynnikiem nie tylko do wykonywania efektywnej pracy, ale także do rozwoju indywidualnych kompetencji. Kluczowe znaczenie ma osobowość, czyli potencjał do osiągania sukcesów, a także sytuacja życiowa i zawodowa.

Badania i praktyka wielokrotnie pokazywały, że osobowość jest jednym z najlepszych czynników prognostycznych, w jaki sposób ludzie budują relacje, postrzegają rzeczy i podchodzą do pracy. Wszystkie te cechy w dużym stopniu przewidują wyniki pracy, potrafią ukazać zachowania pracownika lub rekrutowanego kandydata, odzwierciedlając jego kompetencje i zapewniając wgląd w jego mocne strony i obszary rozwoju, a także ich motywatory i wartości. – mówi Magdalena Nowacka, Senior Consultant, Assessment Systems Polska.

Obecnie wśród firm panuje przekonanie iż nowocześnie urządzone biura, owocowy dzień, czy też niekończąca się kafeteria pozapłacowych świadczeń pomoże motywować pracowników. Zapominamy, iż każdy człowiek ma swój system wartości i zestaw jego osobistych motywatorów wewnętrznych, np.: rozpoznawalność, władza, hedonizm, altruizm, przynależność, tradycja, bezpieczeństwo, finanse, estetyka i nauka. Ten zestaw rdzennych wartości opisuje również kulturę organizacyjna jaką tworzą poszczególne osoby na konkretnych stanowiskach w swoim otoczeniu. Często faktyczna kultura organizacyjna mocno różni się od oficjalnie głoszonych haseł w firmie.

Czynniki motywujące pracowników do efektywniejszej pracy

Finanse: bez wątpienia skutecznym motywatorem są pieniądze, czyli premie i podwyżki płac. Na pracowników dobrze działają również świadczenia pozapłacowe takie jak karnety sportowe, bilety do kina i teatru, czy bony na zakupy.

Pakiet dodatkowych świadczeń socjalnych działa niestety tylko przez krótki czas. Jest jednak szereg czynników, które nie mają bezpośredniego związku z finansami, a o których każdy pracodawca powinien pamiętać. Wśród wymienionych motywatorów na pewno choć jeden mobilizuje każdego z naszych pracowników.

Stabilność zatrudnienia i bezpieczeństwo: praca w stabilnych warunkach to dla wielu osób ważny czynnik, który pozwala wykonywać powierzone obowiązki z zaangażowaniem. Gdy pracownik czuje, że w danym miejscu pracy zostanie dłużej i otrzymuje „na czas” wynagrodzenie, bardziej identyfikuje się z firmą.

Niezależność w wykonywaniu obowiązków: większą swobodę w działaniu i podejmowaniu decyzji na pewno docenią osoby, które lubią niezależność. Okazane w ten sposób zaufanie  przez przełożonego na pewno pozytywnie wpłynie na wyniki pracy wśród tego typu osób. Warto pamiętać, że takie osoby nie odnajdują się w organizacjach o strukturze hierarchicznej, czyli tam, gdzie obowiązują sztywne reguły i procedury.

Przyjazna atmosfera/kultura organizacyjna: „Przychodzimy do firmy, odchodzimy od szefa” – to zdanie często słyszymy w kuluarach, gdy żegnają się pracownicy. Szacunek i wsparcie przełożonego oraz możliwość wykonania zadań w bezstresowych warunkach to niezwykle istotna kwestia w każdej pracy niezależnie od branży i wykonywanych obowiązków. Jeśli dodatkowo szef potrafi pochwalić i podziękować za dobrze wykonane zadanie możemy być pewni, że kolejne zostanie wykonane z jeszcze większym zapałem.

Posiadanie wpływu na realizowane zadania: wielu pracowników lubi mieć pewność, że powierzony projekt wpłynie pozytywnie na ich rozwój i umiejętności. Lubią mieć poczucie realizacji interesującego i odpowiedzialnego zadania.

Hedonizm: poczucie zadowolenia z pracy i radość w życiu prywatnym to wciąż dla wielu kluczowy element codziennego życia. Jeśli kultura organizacyjna firmy jest spójna z systemem wartości danej osoby to jest szansa na długoterminową lojalność pracownika, ponieważ odnajduje on każdego dnia radość z pracy.

Nauka: poszukiwanie wiedzy, technologii i danych – pracownicy o wysokich wynikach na skali nauki doskonale odnajdą się w firmach o nowoczesnej technologii. Ich motywacją jest ciągłe uczenie się. Jeśli takie osoby trafią do firmy, która dużą wagę przywiązuje do reliktów przeszłości, szybko się frustrują i uciekają.

Jak sprawdzić prawdziwą motywację przyszłych i obecnych pracowników?

Niezwykle ważne jest, by pracodawca poznał indywidualne motywatory swoich pracowników. Pamiętajmy, że to, co motywuje przełożonego – nie musi motywować jego podwładnych. Wprowadzenie systemów motywacyjnych wiążę się z dodatkowymi kosztami. Warto wybrać takie, które zostaną docenione. Przydatnym narzędziem do sprawdzenia indywidualnych motywatorów wśród pracowników może okazać się opracowany przez amerykańskiego psychologa Roberta Hogana Kwestionariusz Motywów, Wartości i Preferencji (MVPI), który wskazuje pragnienia i prawdziwą motywację, system wartości badanego, zamiary oraz  dopasowanie do kultury organizacyjnej badanego. Kwestionariusz składa się z 200 pytań, na wypełnienie których ankietowany ma 15 – 20 minut. Swoją efektywność zawdzięcza normalizacji na grupie ok 150 000 osób pracujących w 200 zawodach obejmujących główne gałęzie przemysłu. W Polsce jedynym przedstawicielem metod Hogana jest Assessment Systems Polska.

Jak zhakować wybory? Fake news – subtelna sztuka manipulacji

W pewnym “demokratycznym” kraju odbywały się wybory, tak więc jeden porządny obywatel poszedł do lokalu wyborczego i oddał swój głos. Kiedy wrócił do domu, żona spytała go na kogo zagłosował. Odpowiedział, że w tym roku postanowił dać szansę opozycji. Jego żona krzyknęła “Oszalałeś?! Zabiją nas oboje jeżeli nie zagłosujemy na aktualnego prezydenta! Wracaj i zmień swój głos!”. Facet niechętnie wrócił do lokalu i wyjaśnił strażom o tym, że zaszła pomyłka i chciałby zmienić swój głos. Strażnik odpowiedział: “Już nie trzeba proszę Pana, zrobiliśmy to za Pana!”.

Pomimo tego, że ingerowanie w wynik wyborów to nie jest sprawa do żartów, nie jest to nowe zjawisko. Hakowanie wyników wyborów występowało już w historii pod wieloma postaciami, poczynając od lat 40-tych XX wieku. W dzisiejszych czasach, gdy cyberataki stają się coraz popularniejsze, to właśnie one stały się najsilniejszą bronią, za pomocą której jedno państwo może uderzyć w drugie.

Subtelna sztuka manipulacji

Przykładem najbardziej znanej metody wpływania na wynik wyborów jest domniemana rosyjska kampania podczas amerykańskich wyborów z 2016 roku. Miała ona polegać na manipulowaniu skomputeryzowanymi systemami głosowania. Wiele osób słyszało o niej dzięki licznym doniesieniom w mediach.

Jednym z podobnych doniesień była historia 11-letniego chłopca, który znalazł podatności w kopii strony internetowej  wyborów w stanie Floryda. Po włamaniu się na fałszywą stronę był w stanie zmienić sumy głosów na niej zapisane w niecałe 10 minut.

Istnieją jednak bardziej subtelne, ale równie szkodliwe techniki, pozwalające zagranicznym lub krajowym aktorom na złamanie lub zmianę reguł wedle własnego upodobania, bez konieczności przebywania w pobliżu maszyny do głosowania.

Od roku 2016, cyfrowe kampanie propagandowe i dezinformacyjne stały się coraz bardziej wyrafinowane. Wynika to po części ze wzmożonego zainteresowania obcych sił tematem podatności międzynarodowych systemów głosowania, a po części z faktu, że media społecznościowe są szczególnie podatne na zorganizowanie kampanie dezinformacyjne, co pokazuje słynna i kontrowersyjna sprawa firmy konsultingowo-politycznej Cambridge Analytica.

Wiele osób obarcza winą za istniejący stan rzeczy tysiące fałszywych kont na Twitterze i Facebooku, mających ogromny wpływ na opinię publiczną. Jednakże wg specjalistów bezpieczeństwa cybernetycznego z firmy Check Point Software Technologies jest to tylko po części prawdziwe.

Weźmy jako przykład nadchodzące wybory w Izraelu. Według niektórych szacunków, w celu zdobycia jednego miejsca w parlamencie, na daną partię musi zagłosować 100 000 osób. W rzeczywistości ciężko jest przekonać głosujących, żeby w ogóle pofatygowali się do lokalu wyborczego i zagłosowali, a co dopiero żeby zagłosowali na konkretnego kandydata. Jest to również rozwiązanie bardzo kosztowne, co widać po wydanych 5 miliardach dolarów na amerykańskie wybory w połowie 2018 roku, uznane za najdroższe wybory w historii.

Powyższe wynika z faktu, że w tygodniach poprzedzających dzień wyborów, wyborcy są zalewani politycznymi komunikatami, co w praktyce bardzo ogranicza wpływ pojedynczej wiadomości, niezależnie od tego czy jest ona pozytywna czy negatywna – wskazują eksperci Check Pointa.

Zamiast tego, dużo bardziej efektywnym i potężnym sposobem jest wpływanie na narrację wiadomości. Dzięki temu, zewnętrzne siły mają znaczący wpływ na wzmocnienie obecności poszczególnych artykułów w mediach społecznościowych, co może spowodować zmianę wyniku wyborów.

Najważniejsze jest wyczucie czasu

Głosujący często mają ustalony światopogląd i podejście do sił politycznych biorących udział w wyborach. Z tego powodu, według badań nad komunikacją polityczną, media nie są efektywne w mówieniu ludziom co mają myśleć. Natomiast z dużym sukcesem są w stanie nakłonić czytelników i widzów, o czym mają myśleć.

 

Co więcej, na preferencje wyborcze wpływ ma fenomen określany jako recency bias (ang. “uprzedzenia spraw aktualnych”), polegający na tym, że sprawy omawiane w mediach najczęściej na kilka tygodni przed wyborami, mają dla wyborców największe znaczenie. Przykładowo, artykuły o imigrantach będą jedną z kluczowych kwestii, która może zadecydować o wyborze populistycznego bądź niepopulistycznego kandydata.

Z powodu powyższego, niekoniecznie boty postujące tysiące wiadomości o konkretnej kwestii są najbardziej efektywnym sposobem hakowania wyborów. Zamiast tego, seria skandali, które wyciekną do mediów w odpowiednim czasie bezpośrednio przed wyborami, może mieć największy wpływ poprzez zdominowanie narracji mediów. W ten sposób, zagraniczne siły mogą w ukryty sposób wstrzykiwać wiadomości, prawdziwe bądź nie, w ogólną świadomość.

Udawaj aż Ci się uda

Jak wspominaliśmy wcześniej, dezinformacja podczas wyborów nie jest niczym nowym, ale piąta generacja zagrożeń sieciowych, dezinformacja czy fake news są rozprzestrzeniane w dzisiejszych czasach na znacznie bardziej wyrafinowane sposoby. Wraz z rozwojem technologii, narzędzia, które zaczynały jako oczywiste fałszywe konta rozsyłające spam w mediach społecznościowych, stały się dużo bardziej dojrzałe.

W sercu wszystkiego znajduje się sztuczna inteligencja, która pozwala komputerom przeprowadzać obliczenia w czasie rzeczywistym i tworzyć treści, które wydają się coraz bardziej prawdziwe i naturalne. Doszliśmy do momentu, w którym część z nich jest uznawana przez ich autorów za zbyt niebezpieczną, aby je publikować. Tak było w przypadku GPT-2, opartej na sztucznej inteligencji maszyny, która opierając się na algorytmach wykorzystujących algorytmy uczenia maszynowego i big data, mogła generować bardzo spójne akapity tekstu bez konieczności ingerencji użytkownika.

Narzędzia te nie ograniczają się jedynie do tekstu. Osiągnięto zaskakujące wyniki w tworzeniu fałszywych nagrań wideo, które są praktycznie nierozróżnialne od oryginalnych. Wykorzystując fakt, że materiały wideo stały się preferowanym medium dla milionów odbiorców na całym świecie (przede wszystkim dzięki popularyzacji smartfonów), wykorzystując materiały wideo tzw. “Deep Fake”, ktoś może sfingować wypowiedzi kandydatów politycznych, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca. Zanim prawda wyjdzie na jaw, szkody zostały już wyrządzone.

Wykorzystując opisane wyżej narzędzia i potencjał wiralny platform mediów społecznościowych, strach pomyśleć, jakie efekty można osiągnąć. Mimo tego, że istnieją inicjatywy próbujące przeciwstawić się zalewowi dezinformacji ogarniającej media społecznościowe, ciężko nie odnieść wrażenia, że nie nadążają one za nowościami wprowadzanymi na froncie nowoczesnych cyberzagrożeń.

Jednym z powodów obecnego stanu rzeczy może być fakt, że narzędziom zapobiegawczym brakuje dostępu do danych przechowywanych przez platformy społecznościowe, które pozwoliłyby na odsianie fałszywych i wprowadzających w błąd treści – wnioskują analitycy Check Pointa.

Podczas gdy trwają spory w jakim stopniu platformy te są odpowiedzialne za treści na nich udostępniane, jedno jest pewne: zdecydowanie potrzeba kooperacji pomiędzy nimi i stroną trzecią, czy to rządami czy prywatnymi firmami, które mają interes w zminimalizowaniu szkód wyrządzonych użytkownikom. Bez podjęcia takich środków, najprawdopodobniej zobaczymy kolejne ataki na wszystkie etapy procesów wyborczych oraz rezultaty tego typu szkodliwych działań.

2019 rokiem wyborów

Od Hiszpanii, przez Polskę, do Izraela i od Kanady po Nową Zelandię, ponad 90 regionalnych i państwowych wyborów zostało zaplanowanych na rok 2019, a strach przed obcą interwencją rośnie.

Wolne wybory są kluczowym elementem działania demokratycznych instytucji. Cyberataki na te instytucje umożliwiają ingerencję w wyniki wyborów i podważenie samych podstaw demokracji przez siły zarówno rządowe jak i pozarządowe.

Niezależnie od tego czy chodzi o atakowanie skomputeryzowanych systemów głosowania czy manipulowania preferencjami wyborczymi poprzez sianie dezinformacji, podstawą tego typu działań jest technologia. Dlatego też odpowiedzią na wszelkiego rodzaju cyberataki powinny być rozwiązania, które również opierają się na alternatywnych, ale wcale nie mniej rozwiniętych technologiach, które pomogą zapobiec tego typu działaniom.

RODO zmieniło polskie firmy

Wejście w życie RODO, w 89% polskich firm skutkowało istotnymi zmianami – wynika z przygotowanego przez EY Polska raportu „Rok z RODO. Stosowanie RODO w firmach – szanse i zagrożenia”. 68% organizacji poniosło odczuwalne wydatki na dostosowanie do nowych przepisów, a oprócz pieniędzy zainwestowało w ten proces również czas. Jedna trzecia organizacji poświęciła na wdrożenie dyrektywy co najmniej rok, a 44% około pół roku. Ale koszty to nie wszystko. Firmy, które dostosowały się do nowych regulacji, wykorzystały okazję, by wdrożyć w swojej działalności podejście procesowe (82%), zoptymalizować zasoby (70%) i zwiększyć bezpieczeństwo informatyczne (68%).

Przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, które weszły w życie 25 maja 2018 roku bez wątpienia wymusiły na przedsiębiorstwach konieczność wprowadzenia zmian. Jak wynika z raportu EY Polska powstałego na podstawie badania zleconego firmie badawczej CubeResearch, prawie dla połowy organizacji były one bardzo istotne. Dotyczy to przede wszystkim największych firm (zatrudniających co najmniej 1000 osób).

Zmiany wprowadzone w firmach, w największym stopniu (70%) wpłynęły na procesy obsługi klienta i procesy rekrutacyjne. Z kolei 67% ankietowanych odczuło skutki RODO w procesach kadrowych, 47% – w marketingowych.

Biorąc pod uwagę kwestię dostosowania technologicznego, 1/3 firm – przede wszystkim dużych – przyznała, że by wdrożyć nowe przepisy konieczny był zakup dodatkowego oprogramowania.

Wprowadzenie w życie zmian, dla niemal wszystkich firm wiązało się z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów. Wysokie i średnio wysokie wydatki odnotowano w 68% firm.

Oprócz inwestycji pieniężnych, przedsiębiorcy musieli w zmiany zainwestować również czas. Dostosowanie do przepisów RODO, średnio zajęło firmom około pół roku – tak deklaruje 44% ankietowanych, biorących udział w badaniu. Z kolei 33% przyznało, że proces był znacznie dłuższy i trwał co najmniej rok.

– Wyniki badania potwierdzają, że zmiany dla firm wynikające z RODO mają istotny, przekrojowy i dotykający całej organizacji charakter. RODO z założenia jest aktem interdyscyplinarnym, wymagającym dostosowania również na innych polach niż tylko prawne – m.in. na polu zarządzania danymi, oceny ryzyka oraz bezpieczeństwa. Chociaż po nałożeniu przez francuski i polski organ ochrony danych kar pieniężnych za nieprawidłowości przy spełnianiu obowiązku informacyjnego, a w przypadku organu francuskiego również za nieprawidłowości przy odbieraniu zgody, może błędnie wydawać się, że RODO sprowadza się tylko do zagadnienia klauzul będącego domeną działów prawnych. Oczywiście tak nie jest. W mojej opinii zmiany wynikające z RODO mają w rzeczywistości sens biznesowy – mówi Konstanty Dobiejewski, Radca prawny,  Associate Partner, Kancelaria EY Law

Z punktu widzenia ponad połowy firm (56%) wyzwania na nadchodzący czas to ograniczenie wpływu RODO na działania marketingowe i sprzedażowe. Przedsiębiorcy deklarują, że będą musieli stawić również czoła nadużywaniu przez konsumentów np. prawa do zapomnienia (39%) i lepiej przygotować się bardziej skomplikowany proces rekrutacji pracowników (30%).

Komu najtrudniej wynająć mieszkanie i dlaczego najem instytucjonalny to dobre rozwiązanie?

Pomimo wzrostu cen wynajmowanych mieszkań, chętnych na nie wciąż nie brakuje i obecnie popyt na lokale do wynajęcia stanowi ponad 20 proc. całego popytu na rynku nieruchomości. Okazuje się jednak, że stale rosnące koszty najmu, to niekiedy najmniejszy problem w poszukiwaniu idealnego miejsca do życia. Dla niektórych wynajęcie mieszkania to nie lada wyzwanie.

Według ostatnich doniesień, średnio czynsz w Polsce wzrósł o ok. 3 proc, ale nie zraziło to potencjalnych zainteresowanych poszukujących mieszkań na wynajem.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Duże zainteresowanie mieszkaniami na wynajem to nie tylko kwestia większej konkurencji pomiędzy potencjalnymi najemcami, ale także jeszcze trudniejsze znalezienie odpowiedniego miejsca dla wybranych grup społecznych. Okazuje się, że część właścicieli  lokali na wynajem ma różne preferencje i wymagania, co do przyszłego najemcy – komentuje Rafał Malik,  dyrektor biura zarządzania najmem Funduszu Mieszkań na Wynajem. Dane pokazują, że wśród prywatnych osób chcących wynająć mieszkanie są mniej i bardzie preferowani lokatorzy.

Obcokrajowcy a uprzedzenia

Jak wynika z danych dostępnych na stronie Urzędu ds. Cudzoziemców na przestrzeni ostatnich lat zauważalny był wzrost liczby wydanych pozwoleń na zamieszkanie na czas oznaczony lub pobyt czasowy. W 2017 roku była to rekordowa liczba 103 219 pozwoleń, co w stosunku do roku 2014, gdzie wydano 42 557 takich pozwoleń, oznacza wzrost o ponad 58 proc. Okazuje się, że najliczniej przybywającą do nas grupą emigrantów są mieszkańcy Ukrainy, a następnie Wietnamu, Chin i Białorusi.

Często wynajem mieszkania dla tych osób bywa kłopotliwy. Właścicieli mieszkań na ogół zniechęca nadal obecna bariera językowa i różnice kulturowe, które dla wynajmujących mogą być problematyczne.– zauważa Rafał Malik.

Rodzinom z dziećmi wcale nie jest łatwiej

Problemy z wynajmem mają także osoby zakładające rodzinę Niekiedy wprost można usłyszeć od osób oferujących nieruchomość, że mieszkanie nie zostanie wynajęte, ponieważ dziecko pomaże ściany. W tej sytuacji na nic zdaje się argument, że w umowie jest wyraźnie zaznaczone, że najemca ponosi wszystkie koszty zniszczeń i szkód.

Sceptycznie wobec zwierząt

Okazuje się, że posiadanie czworonożnego przyjaciela także nie ułatwia znalezienia mieszkania. Mimo, iż większość z nas lubi i samemu posiada zwierzęta w domu, to w przypadku wynajmowania mieszkania, nie jesteśmy już tak otwarci. Jak wynika z raportu Kantar Public (dawniej Zespół Badań Społecznych TNS Polska) w 2017 roku ponad połowa z nas, bo 52 proc. Polaków miała zwierzę w domu. Niestety, właściciele nieruchomości często obawiają się zniszczeń, zwłaszcza świeżo wyremontowanych mieszkań, jakich może dokonać nasz pupil, zwłaszcza jeśli jest to pies lub kot lub nieprzyjemnego zapachu. Z tego względu wielu najemców poszukujących domu ze swoim czworonogiem niejednokrotnie musieli zrezygnować z wynajmu wymarzonego lokum z powodu zapisu w umowie, że przetrzymywanie zwierząt jest w nich niedopuszczalne.

Nie wszyscy wynajmujący mają upodobania

Osoby dyskryminowane w trakcie poszukiwań mieszkania do wynajęcia coraz częściej, aby uniknąć nieprzyjemności, decydują się na skorzystanie z tzw. najmu instytucjonalnego. W Funduszu Mieszkań Na Wynajem, który oferuje wygodną opcję najmu instytucjonalnego, są jasne zasady i warunki, które trzeba spełnić, aby zamieszkać w jednym z mieszkań. Ocenie podlega zdolność finansowa i to jest główne kryterium dostępności mieszkań.

Jako Fundusz zdajemy sobie sprawę z powyższych problemów, dlatego staramy się im przeciwdziałać naszą ofertą, która jest dostępna dla wszystkich. Wystarczy spełnić określone wymogi formalne i nie obawiać się jakichkolwiek uprzedzeń ani dyskryminacji. Obecnie z naszej oferty coraz chętniej korzystają osoby, które przyjechały do Polski zza wschodniej granicy. Przejrzyste warunki wynajmu i dostęp do anglojęzycznej obsługi zdecydowanie ułatwia przejście formalności i znalezienie komfortowego lokum. Chcemy aby nasi lokatorzy czuli się jak u siebie – przede wszystkim bezpiecznie, mając przy tym poczucie równego traktowania – podkreśla Rafał Malik.

Polskie recyklomaty w Warszawie – wymienisz puste opakowania na benefity

10 automatów do oddawania zużytych opakowań: plastikowych butelek PET, butelek szklanych i puszek aluminiowych pojawi się Warszawie. 5 recyklomatów pojawi się już przed wakacjami, a kolejne 5 na jesieni. Za programem pilotażowym stoi Coca-Cola, Miasto Stołeczne Warszawa i Fundacja Nasza Ziemia. To kolejny etap realizacji przez firmę inicjatywy ‘Świat Bez Odpadów’.

Automaty dostarczy polska firma EcoTech System, oferująca rozwiązania wspierające działania ekologiczne. Schemat działania jest prosty: każdy do maszyny będzie mógł wrzucić butelki plastikowe PET, aluminiowe puszki oraz butelki szklane. Recyklomaty są zintegrowane z aplikacją, która rejestruje każdy oddany surowiec i w zamian przyznaje ECO-punkty. ECO-punkty oddający opakowania będzie mógł wymieniać na różnego rodzaju benefity, jak np. zniżki na bilety do kina czy zniżki na kawę czy zakupy. Podobne dwie maszyny (testowe) działały już m.in. w Wieluniu.

Maszyny, które staną w stolicy to pierwsze w Polsce zewnętrzne recyklomaty, które przyjmą aż 3 frakcje odpadów: butelki PET, szkło i aluminium. Wszystkie dane o całym procesie segregacji w recyklomacie są przesyłane w trybie on-line do Centralnej Platformy ETS m.in.: ilość zebranych surowców, szacunkowa waga poszczególnych frakcji, poziom napełnienia komory poszczególną frakcją, ilość osób korzystających oraz ilość zebranych ECO-punktów przez użytkowników.

EcoTech System jest autorem innowacyjnego rozwiązania, który właśnie za pomocą aplikacji mobilnej i systemu nagród ma zwiększyć poziom segregacji odpadów w Polsce (Motywacyjny System Gospodarki Odpadami).

– W systemie motywacyjnym zachęcamy do segregacji wszystkich odpadów opakowaniowych, a recyklomat odbiera każdy rodzaj opakowania (możemy tak zdefiniować i nauczyć recyklomat, aby przyjmował dowolne opakowanie np. szklany słoik – tzw. machine learning). W systemie kaucyjnym automaty przyjmują tylko opakowania objęte kaucją – wyjaśnia Łukasz Waksmundzki z firmy EcoTech System.

Firma Coca-Cola zdaje sobie sprawę, że odpady po opakowaniach konsumenckich, szczególnie te z plastiku są dziś kwestią niezwykle ważną społecznie. Choć w Polsce butelki PET tylko ok. 6 proc. odpadów komunalnych, firma postanowiła działać. Realizując inicjatywę ‘Świat Bez Odpadów’ wspiera więc w takie rozwiązania, które mają pomóc wprowadzić tę ideę w życie, czyli m.in. maszyny, które staną niebawem w stolicy.

Równocześnie Coca-Cola ogłosiła dziś start globalnej kampanii społecznej #NEVERSETTLE. Polska jest pierwszym krajem, gdzie kampania zostanie wyemitowana. Hasło w Polsce to #WCIĄŻZMIENIAMY. Poprzez nie Coca-Cola pragnie pokazać, jak tworzy rozwiązania prośrodowiskowe i zamierza przeciwdziałać zanieczyszczeniu odpadami opakowaniowymi czy nadmiernej eksploatacji zasobów wodnych, a także podejmuje wyzwania społeczne związane z sytuacją demograficzną czy barierami na rynku pracy. Tutaj przykładem może być współpraca z Fundacją Sukces Pisany Szminką i programy Sukces to Ja czy YEP Academy, które służą aktywizacji zawodowej kobiet i młodzieży.

Inauguracja kampanii #WCIĄŻZMIENIAMY i program recyklomatów ma współgrać z celami polityki ekologicznej firmy Coca-Cola*:

– Do 2025 roku Coca-Cola będzie tworzyć opakowania, które będą w 100 proc. nadawały się do recyklingu. Co ciekawe w Polsce ten cel został już osiągnięty.

– Do 2030 roku średnio 50 proc. składu opakowań produktów Coca-Cola będą stanowiły surowce wtórne. W Polsce stanowią one ok. 8 do 10 proc. składu opakowań Coli, ale firma będzie je sukcesywnie zwiększać.

– Do 2030 r. Coca-Cola chce zbierać i przekazywać do recyklingu tyle opakowań, ile trafia od niej do rąk konsumenta. Ważne jest, by każde opakowanie trafiało do odpowiedniego pojemnika w ramach selektywnej zbiorki odpadów, by następnie mogło być przetworzone i ponownie wykorzystane.

– Produkcja puszek z recyklingu w porównaniu do produkcji z boksytu pozwala zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza aż o 95%, natomiast w przypadku wody o 97%. Co więcej, recykling 1 tony aluminium pozwala oszczędzić 4 tony boksytu, którego złoża są nieodnawialne. Chcemy nagradzać za segregację, pozytywnie wpływać na zmianę zachowań i przyzwyczajeń mieszkańców oraz zwiększać poziomy segregacji w każdym samorządzie. Coca-Cola po raz kolejny wspólnie z EcoTech System angażuje się w motywację do segregacji przy wykorzystaniu nowych technologii tak jak to miało miejsce podczas szczytu klimatycznego COP24 – mówi prezes zarządu EcoTech System Konrad Romek.

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji

0

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji 1

Zgodnie z wymogami unijnej polityki klimatycznej do 2020 roku Polska musi zwiększyć udział odnawialnych źródeł w końcowym zużyciu energii do 15 proc. Jedną z metod osiągnięcia tego celu są inwestycje w fotowoltaikę, również na poziomie małych i średnich firm. Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się lub rozważa taką inwestycję. Tym bardziej, że pojawiają się nowe możliwości ich dofinansowania. Bank Gospodarstwa Krajowego wspiera tego typu inwestycje poprzez gwarancje spłaty kredytu Biznesmax. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro.

Do 2020 roku nasz kraj powinien zapewnić 15 proc. udział odnawialnych źródeł energii w końcowym zużyciu energii.

– Jesteśmy świadomi, że Polska musi wypełnić swoje zobowiązania związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej. Do 2020 roku chcemy obniżyć emisyjność naszej gospodarki o 20 proc., i poprawić o 20 proc. efektywność energetyczną gospodarki – mówi Wojciech Hann, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Walka o niskoemisyjne źródła energii i transformacja energetyczna są faktem. Wszyscy w Europie o tym mówią, myślą i to robią. Trudno, żeby polscy przedsiębiorcy zachowywali się inaczej. Jedną z metod osiągnięcia większego udziału OZE jest fotowoltaika, również ta na mikro- i małą skalę, instalowana np. przez małych i średnich przedsiębiorców.

Dlatego Bank Gospodarstwa Krajowego zdecydował, że jeden ze swoich produktów gwarancyjnych, czyli gwarancje Biznesmax, rozszerzy i szczególnie ukierunkuje na fotowoltaikę. Projekt zyskał akceptację Ministerstw.

– Inicjatywa BGK to kolejny krok w stronę realizacji zainicjowanego przez minister Jadwigę Emilewicz programu Energia plus. Jego celem jest upowszechnienie w Polsce prosumenckich instalacji fotowoltaicznych, po to, by zmniejszyć koszty energii elektrycznej, pomóc w realizacji przez Polskę unijnego celu OZE, a także poprawić jakość powietrza w naszym kraju. W ciągu ostatnich lat ceny takich instalacji spadły u nas niemal dwukrotnie. Podejmujemy działania na rzecz tego, by spopularyzować je wśród MŚP, samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych oraz gospodarstw domowych. Teraz ze swoją ofertą, gwarancjami Biznesmax – wchodzi Bank Gospodarstwa Krajowego. Jestem przekonany, że gwarancje te ułatwią przedsiębiorcom inwestowanie w fotowoltaikę i pomogą w jej rozpropagowaniu – mówi wiceminister przedsiębiorczości i technologii Marek Niedużak.

– Temat czystej energii jest nierozerwalnie związany z kwestią poprawy jakości powietrza w Polsce, która jest jednym z najważniejszych wyzwań i priorytetów polskiego rządu. Od początku tego roku w ramach programu Czyste Powietrze udało nam się wprowadzić ulgę termomodernizacyjną w podatku dochodowym od osób fizycznych. Ulga ta umożliwia również rozliczenie zakupu mikroinstalacji fotowoltaicznej w PIT. Niezależnie od tego ciągle wprowadzamy inne zmiany w przepisach prawa gwarantujące polskim gospodarstwom domowym możliwość wykorzystywania dobrych źródeł ciepła i paliw o odpowiedniej jakości – przypomina Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu Czyste Powietrze.

Gwarancja Biznesmax jest bezpłatnym zabezpieczeniem kredytu, udzielanym przez BGK tym przedsiębiorcom, którzy chcą zaciągnąć kredyt na sfinansowanie zakupu instalacji fotowoltaicznej. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro, przyznawana jest na maksymalnie 20 lat i zabezpiecza do 80 proc. wartości kredytu. Z oferty BGK mogą skorzystać mikro-, mali i średni przedsiębiorcy, którzy chcą produkować prąd na własne potrzeby i w ten sposób ograniczyć rachunki za energię. Jak podkreśla Wojciech Hann z BGK, instrument wsparcia w postaci gwarancji Biznesmax ma zachęcić tę grupę przedsiębiorców do podjęcia decyzji o inwestycjach w fotowoltaikę.

Obecne alokacje środków pozwolą na wygenerowanie 2,87 mld zł akcji kredytowej, pokrywającej wszystkie koszty kwalifikowane związane z samą inwestycją, czyli zakupem instalacji fotowoltaicznych, oraz z kosztami dodatkowymi, takimi jak doradztwo. Środki finansowe można przeznaczyć także na montaż oraz wydatki bieżące, związane uruchomieniem instalacji fotowoltaicznej.

Program Biznesmax jest finansowany ze środków pochodzących z Unii Europejskiej (z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój). Z informacji Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wynika, że do tej pory gwarancje BGK pozwoliły bankom udzielić finansowania w wysokości ponad 150 mln zł dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

– Fundusz gwarancyjny  wsparcia innowacyjnych przedsiębiorstw to największy instrument finansowy w programie Inteligentny Rozwój. Przeznaczyliśmy na niego blisko 1,2 miliarda złotych z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Środki te ułatwiają innowacyjnym przedsiębiorcom dostęp do kredytów bankowych na sfinansowanie inwestycji, które przyczynią się do ich rozwoju. Łączna wartość kredytów, jakie będą udzielone dzięki gwarancjom ze środków POIR to blisko 3 miliardy złotych. Zachęcam zatem innowacyjnych przedsiębiorców do korzystania z tego atrakcyjnego instrumentu, jakim są gwarancje Biznesmax – dodaje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Wiceminister Inwestycji i Rozwoju.

Nie ma górnego ograniczenia kosztów kredytu zaciąganego przez małego lub średniego przedsiębiorcę. Gwarancje spełniają wymogi dopuszczalnej pomocy publicznej, w tym de minimis i podlegają ustawodawstwu Komisji Europejskiej. Dzięki gwarancjom Biznesmax przedsiębiorcy zyskują łatwiejszy dostęp do kredytów. BGK zapewnia szybką ścieżkę decyzyjną. Wnioski można składać w trybie ciągłym, a ocena merytoryczna projektu jest maksymalnie uproszczona. Poza wydatkami inwestycyjnymi kredyt z gwarancją może pokryć część kosztów towarzyszących i bieżących związanych z inwestycją. Poza tym finansowane są wydatki w kwotach brutto, czyli z VAT.

Bank Gospodarstwa Krajowego jest punktem kontaktowym, w którym można uzyskać informacje o warunkach gwarancji. Obecnie bank współpracuje przy udzielaniu gwarancji Biznesmax na fotowoltaikę z dwoma bankami komercyjnymi – BOŚ Bankiem i Alior Bankiem. Wkrótce lista banków oferujących kredyt zabezpieczony gwarancją ulegnie rozszerzeniu o pozostałe banki współpracujące z BGK w programie gwarancji Biznesmax.

innogy Renewables Polska wybuduje elektrownię wiatrową o mocy 33 MW w Żukowicach na Dolnym Śląsku

innogy Renewables Polska rozpoczyna budowę lądowej farmy wiatrowej Żukowice. Farma otrzymała wsparcie w drodze aukcji, przeprowadzonej w listopadzie 2018 roku przez Urząd Regulacji Energetyki. Park wiatrowy Żukowice wyposażony będzie w 11 turbin wiatrowych – 10 typu N131/3000 i 1 typu N117/3000 – wyprodukowanych przez firmę Nordex. Grupa Nordex i innogy, w ramach strategicznego partnerstwa, wspólnie realizują projekty lądowe zarówno na terenie Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. Farma wiatrowa Żukowice ma zostać oddana do użytku w 2020 r.

Robert Macias
Robert Macias

Ogromnie cieszy nas fakt, że po zaledwie czterech latach od ostatniej inwestycji w sektorze energetyki wiatrowej, znów mamy okazję instalować turbiny wiatrowe budując Park Wiatrowy Żukowice. Wygrana przez innogy Renewables Polska aukcja, której wyniki ogłoszono w listopadzie zeszłego roku, to kolejny, niezwykle ważny element naszego zaangażowania w rozwój, budowę i popularyzację odnawialnych źródeł energii w Polsce. Fakt, że od realizacji poprzedniego projektu minęło tak niewiele czasu, to potwierdzenie zasadności rozwoju strategicznej współpracy z Grupą Nordex – mówi Robert Macias, Członek Zarządu innogy Renewables Polska.

Grupa innogy eksploatuje w Polsce 8 parków wiatrowych o łącznej mocy zainstalowanej ponad 240 MW. Farmy wiatrowe umiejscowione są w czterech regionach Polski: w Nowym Stawie w pobliżu Gdańska, Opalenicy w rejonie Poznania, Krzęcina i Tychowa na terenie Pomorza Zachodniego oraz na obszarze województwa podlaskiego, w okolicach Suwałk, Piecek i Taciewa.

Polska – kraj wielu możliwości dla koreańskich inwestorów

Korea Południowa jest jednym z największych pozaeuropejskich inwestorów w Polsce, a jej zaangażowanie w Polsce rośnie. Między Odrą a Wisłą działa ponad 260 przedsiębiorstw z koreańskim kapitałem. Z okazji 30. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych między oboma krajami, Polska Agencja Inwestycji i Handlu oraz firma doradcza JP Weber przygotowały raport Poland Land of Opportunities, prezentujący aktywność inwestycyjną firm południowokoreańskich w Polsce oraz identyfikujący najbardziej perspektywiczne sektory dla koreańskich inwestorów. Premiera raportu odbyła się dzisiaj w Seulu podczas forum biznesowego Polska – Korea.

Południowokoreańskie przedsiębiorstwa działają w Polsce praktycznie od momentu nawiązania relacji dyplomatycznych. Skala ich zaangażowania w polską gospodarkę robi wrażenie. – Korea Południowa to trzeci po USA i Japonii największy inwestor zagraniczny spoza Unii Europejskiej. PAIH obsłużyła już 53 projekty z tego kraju  mówi Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która jest współautorem raportu oraz organizuje forum inwestycyjne w Korei. Jak podkreśla Senger, do niedawna Koreańczycy byli u nas kojarzeni głównie z produkcją elektroniki i AGD. Od kilkunastu miesięcy wspólnie z polskimi inżynierami, piszą nowy rozdział historii motoryzacji.

– Właśnie dzięki Koreańczykom i powstającemu wokół fabryki LG Chem klastra elektromobilnego, w polskiej motoryzacji dokonuje się rewolucyjna zmiana technologiczna. Polska staje się ważnym centrum produkcji aut elektrycznych w Europie – mówi SengerW ostatnich latach, dyskusja na temat przyszłości transportu i jego oddziaływania na środowisko skłoniły światowych producentów motoryzacji do rozwoju napędów zeroemisyjnych. Korea, jako ważny producent rozwiązań do aut elektrycznych, postawiła na Polskę, aby w europejskim centrum produkcji podzespołów motoryzacyjnych produkować m.in. baterie i inne elementy do innowacyjnych „elektryków”.

Autorzy raportu podkreślają, że zainteresowanie Polską wśród koreańskich firm wiąże się przede wszystkim z wysokimi kompetencjami polskich kadr technicznych, dostępem do poddostawców czy aż 160 centrami innowacji w całym kraju. Znaczenie ma również atrakcyjna oferta zachęt. – Gospodarka koreańska jest najbardziej innowacyjna na świecie, co przekłada się na specyfikę projektów inwestycyjnych prowadzonych przez przedsiębiorstwa z tego krajuPolski system zachęt inwestycyjnych wychodzi im naprzeciw. Zapewnia innowatorom jedne z najwyższych ulg podatkowych wśród krajów OECD, a do tego oferuje wyższy zwrot z inwestycji niż średnia w UE – wyjaśnia Senger.

Według Marcina Dudarskiego, Partnera Zarządzającego JP Weber i współautora raportu, oferta kierowana do inwestorów przedstawia polską gospodarkę, jako dynamicznie rozwijający się organizm.

Silną zachętą jest Polska Strefa Inwestycji, z szansą na zwolnienia z podatku CIT przez okres od 10 do 15-lat. To nowe rozwiązanie pozwala inwestorom na lokalizację wedle życzenia – praktycznie w całej Polsce, a nie zmusza do ograniczenia się do terenów znajdujących się w zasobach stref ekonomicznych. Ważnym impulsem są w dalszym ciągu dostępne fundusze unijne, wpierające działania B+R, czyli przyciąganie inwestycji o wysokim stopniu technologicznego zaawansowania i możliwości dalszego rozwoju know-how w Polsce. Towarzyszą temu instrumenty takie, jak ulga B+R, Innovation Box, a także system zachęt na poziomie lokalnym i rządowym dla inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki. To kluczowe argumenty, poza dostępnością doskonałej kadry inżynieryjnej i znaczną poprawą infrastruktury kolejowej oraz drogowej, aby przekonać koreańskiego inwestora do lokalizacji fabryki w Polsce  – mówi Marcin Dudarski z JP Weber, działającej w obszarze transakcji.

PAIH oraz JP Weber, które na co dzień współpracują z koreańskimi inwestorami, spodziewają się napływu kolejnych inwestycji z tego kraju. W międzynarodowym rankingu najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla biznesu południowokoreańskiego Polska zajmuje 14. miejsce. Firmy z tego kraju są aktywne w 11 polskich województwach. Tylko w PAIH prowadzonych jest obecnie 11 projektów z Korei Południowej, za którymi stoją przed wszystkim firmy z segmentu elektromobilność. Autorzy raportu dostrzegają jednak rosnące zainteresowanie Polską również wśród firm z Korei Południowej z innych sektorów. Chcąc wykorzystać ten potencjał Biuro Handlowe PAIH w Seulu zorganizowało 24 maja w Seulu Polsko – Koreańskie Forum Biznesowe. – Zamierzamy zaproponować przedsiębiorcom z Korei Południowej współpracę przy projektach infrastrukturalnych, jak Centralny Port Komunikacyjny, czy wzmocnić ich obecność na rynku nieruchomości komercyjnych, produkcji spożywczej, a także skłonić do przyjrzenia się polskiemu sektorowi usług nowoczesnych w tym ICT – tłumaczy Krzysztof Senger.

O znaczeniu wydarzenia dla bilateralnej współpracy świadczy obecność licznej delegacji polskich instytucji i firm, na czele z wiceministrem Przedsiębiorczości i Handlu, Tadeuszem Kościńskim. Do inwestowania w Polsce Koreańczyków w Seulu przekonują m.in. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), Katowicka Specjalna Strefa Ekonomicznej, a także przedstawiciele Centralnego Portu Komunikacyjnego, czy firmy z sektora nieruchomości komercyjnych, jak Capital Park czy CBRE, a także reprezentanci firm koreańskich, już obecnych w Polsce.

Z analizy Biura Handlowego PAIH w Seulu wynika, że koreańskie firmy mogą być zainteresowane zarówno zarządzaniem, jak i generalnym wykonawstwem Centralnego Portu Komunikacyjnego z racji na doświadczenie w udziale w analogicznych projektach m.in. w Iraku, Kuwejcie czy Turcji . Aktywne w naszym kraju są także przedsiębiorstwa z Korei Południowej z segmentu nieruchomości komercyjnych. Pod koniec 2018 roku fundusz inwestycyjny z tego kraju przejął jeden z warszawskich biurowców. Dodatkowo w Polsce działają już trzy oddziały banków koreańskich Industrial Bank of KoreaShinhan Bank oraz Woori.

O tym, jak skorzystać z potencjału inwestycyjnego Polski koreańskie firmy dowiedzą się z raportu Poland Land of Opportunities, electromobility and other sectors in the heart of Europe, którego premiera odbyła się podczas Forum Biznesowego w Seulu. Przyszli inwestorzy znajdą w nim informacje na temat ekonomicznych oraz formalno – prawnych warunków prowadzenia działalności biznesowej w Polsce, systemu zachęt inwestycyjnych czy instytucji wsparcia oraz sektorów z najwyższym potencjałem do zainwestowania w naszym kraju. Wzmocnieniu współpracy w jubileuszowym roku służyć ma podpisanie w trakcie seulskiego forum aż trzech umów bilateralnych między PAIH a siostrzanym podmiotem koreańskim KOTRA, rządową agencją importową KOIMA oraz federacją przemysłu koreańskiego FKI.

MLP Group trzykrotnie zwiększa zysk netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 roku. W tym okresie Grupa zarobiła na czysto 12,9 mln zł niemal potrajając wynik sprzed roku. Przychody wzrosły natomiast r./r. o 25,9% do 34,8 mln zł. Konsekwentnie rosną również aktywa netto oraz wartość nieruchomości inwestycyjnych.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w pierwszym kwartale 2019 roku uzyskał 34,8 mln zł przychodów, czyli o 25,5% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Grupa zanotowała 23 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko dwa razy wyższym niż rok wcześniej (było 13,9 mln zł). MLP Group jednocześnie niemal trzykrotnie poprawiło wynik netto wypracowując 12,9 mln zł na plusie względem 4,3 mln zł uzyskanych w pierwszym kwartale 2018 r. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec marca 2019 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 827,5 mln zł, czyli o 1,5% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2018 roku. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 3,9% do 1,5 mld zł (336,3 mln euro).

Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

„Cały czas konsekwentnie się rozwijamy. Osiągane wyniki potwierdzają jednocześnie, że strategia zorientowana na utrzymaniu silnej pozycji na krajowym rynku oraz ekspansji zagranicznej jest słuszna i przynosi świetne efekty finansowe. Zawarta kilka dni temu umowa najmu z liderem niemieckiej branży tekstylnej na ponad 56 tys. m2 świadczy również, że nasza oferta jest bardzo dobrze przyjmowana przez najbardziej wymagających klientów w Europie”  – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

„Grupa posiada bardzo dobrą kondycję finansową. W okresie kwartale br. wypracowaliśmy bardzo wysoką rentowność operacyjną oraz netto. Jednocześnie utrzymujemy zadłużenie na bezpiecznym poziomie mając niemal pełne pokrycie zobowiązań kapitałami własnymi. Daje nam to bardzo dobrą bazę do dalszego dynamicznego rozwoju” – powiedziała Monika Dobosz, Dyrektor Finansowy MLP Group S.A.

Na koniec marca br. MLP Group miało podpisane umowy najmu na 519,7 tys. m2, czyli o 3,2% więcej niż rok wcześniej. Aktualnie w budowie pozostaje  44,2 tys. m² , z czego 39,5 tys. m2 objętych jest umowami najmu. Z kolei docelowa powierzchnia do zabudowy na posiadanych gruntach sięga blisko 1,1 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia obecnej skali działalności.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Polski rynek złomu czeka kryzys? Rosną obawy wytwórców

Po trwającym 1,5 roku prosperity polski rynek złomu staje na krawędzi kryzysu. Ma na to wpływ spadek cen złomu na światowych rynkach oraz malejąca od kilku miesięcy sprzedaż wyrobów stalowych. Sytuacji nie polepszają także decyzje dużych koncernów, które stopniowo ograniczają produkcję stali w Polsce.

Będzie kryzys? Ceny na to wskazują!

Druga połowa 2019 roku zapowiada się nie najlepiej dla polskiego rynku złomu. Przedstawiciele firm handlujących surowcem mówią wręcz o widmie kryzysu, jakie zawisło nad całą branżą. Jedną z przyczyn upatrują w tendencji spadkowej cen złomu stalowego na Londyńskiej Giełdzie Metali.

Ceny te na przestrzeni ostatniego roku spadły z poziomu 359 USD za tonę do 291 USD. Także 2019 rok nie przynosi poprawy sytuacji. Ostatnie 4 miesiące tylko umocniły negatywny trend, zapoczątkowany w styczniu obniżką cen do poziomu 280 USD za tonę – najniższego w ciągu ostatnich 2 lat.

Znaczny spadek cen na świecie już uderza w ceny na rodzimym rynku. Od kilku miesięcy notujemy ich wyraźną obniżkę dla każdej klasy złomu. Przykładowo w maju br. ceny te spadły aż o 100 zł za tonę. To niepokojąca tendencja, która zapowiada dalsze spadkimówi Przemysław Oleś, prezes spółki Olmet, która jest jednym z liderów na polskim rynku złomowym.

Rosnący import stali uderza w dostawców złomu

Niepokojąca jest nie tylko cena stali, ale również coraz niższa sprzedaż wyrobów stalowych. W 2018 roku eksport tego typu towaru w Polsce spadł o 4%, przy jednoczesnym wzroście importu o 11%. Początek 2019 roku przyniósł natomiast pogłębienie tej dysproporcji.

Według raportu Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w okresie od stycznia do lutego br. eksport wyrobów stalowych wynosił 950 tys. ton, a import – dwa razy tyle, bo aż 1914 tys. ton. Zmalała także produkcja stali w Polsce. W okresie od stycznia do marca wynosiła ona 2,479 tys. ton, tj. aż o 7,3% mniej niż w tym samym okresie przed rokiem – podaje World Steel Association.

W skutek ograniczania produkcji w Polsce spada zapotrzebowanie na złom wykorzystywany do jej wytwarzania. Pierwsza połowa 2019 roku jest pod tym względem szczególnie niepokojąca. Kolejny wzrost importu będzie bowiem oznaczał kolejne zmniejszenie liczby zamówień na ten surowiec u rodzimych dostawców – mówi Przemysław Oleś.

Zdaniem przedstawicieli branży zagrożeniem jest także napływ do Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej taniej stali ze Wschodu. Tylko w 2019 roku import z krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, czyli m.in. Rosji i Ukrainy, wzrósł trzykrotnie w stosunku do ubiegłego roku.

Gasną piece, spada zapotrzebowanie na złom

Całej sprawie nie pomaga trudna sytuacja, w jakiej dziś znajduje się polskie hutnictwo. Na początku maja największy producent stali w Polsce, koncern ArcelorMittal Poland, poinformował, że planuje tymczasowo wstrzymać pracę wielkiego pieca w Krakowie. To sygnał alarmowy dla całego rynku złomu i stali.

Decyzja firmy podyktowana jest m.in. rosnącym importem spoza Unii Europejskiej, malejącym popytem na stal, ale również wzrostem cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla oraz rosnącymi kosztami produkcji. ArcelorMittal wskazuje także na wysokie ceny energii w Polsce.

Rynek staje dziś w obliczu realnego ryzyka wycofania produkcji stali z Polski, a w najlepszym przypadku jej znacznego ograniczenia. Argumenty, które podaje ArcelorMittal, w hutnictwie pojawiają się coraz częściej. Zaczynają także pociągać za sobą konkretne decyzje – mówi prezes Olmetu.

Co to oznacza dla rynku złomu? Przede wszystkim dalszy spadek zapotrzebowania na produkt.

Niestety, ale polskie firmy stopniowo tracić będą odbiorców w kraju. Wymusi to poszukiwanie ich na rynkach zagranicznych, a tym samym skoncentrowanie się na eksporcie. Dla wielu firm oznaczać to będzie konieczność zmiany modelu biznesowego – mówi Przemysław Oleś.

Problem w tym, że nie każda firma złomowa będzie w stanie poradzić sobie w nowej sytuacji na bardzo konkurencyjnym rynku. W niedalekiej przyszłości może to oznaczać upadek mniejszych przedsiębiorstw, które nie są w stanie wytrzymać konkurencji np. na zachodnim rynku. Przetrwają najsilniejsi – dodaje.

Kluczem do przetrwania w branży złomowej w czasach kryzysu może okazać się jednak technologia. Przykład płynie z Tarnowskich Gór, a dokładnie z firmy Olmet.

Od lat konsekwentnie realizujemy intensywną politykę inwestycyjną. Dzięki niej nasza firma może pochwalić się tym, że jest napędzana nowoczesną technologią i działa niczym rozpędzona lokomotywa, którą trudno zatrzymać. Obecnie mimo pesymistycznych prognoz dla branży Olmet jest w trakcie realizacji największego zadania inwestycyjnego w historii spółki – dodaje.

Raport ONZ przestrzega: Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka

Przez trzy lata na zlecenie ONZ powstawał raport o wymieraniu gatunków. Obejmował on pracę badawczą i analityczną, skupioną na działalności ludzi w epoce zwanej antropocenem, która – jak sama nazwa wskazuje – jest przez nich zdominowana. Ta sytuacja powoduje radykalne zubożenie bioróżnorodności. Według ostatnich szacunków wyginęło 10 proc. owadów, a do 2049 roku wyłowiona zostanie ostania ryba z oceanu na skutek przeławiania, czyli nadmiernej eksploatacji łowisk. Na całym świecie od 1950 roku wyprodukowano już 8 miliardów ton plastiku. W przeliczeniu na jednego człowieka przypada więc jedna tona. Tworzywo to oczywiście w tak krótkim czasie nie mogło się rozłożyć. Ono także przyczynia się do zabijania bioróżnorodności. Wielka plama odpadów na Pacyfiku obejmuje ok. 100 tysięcy ssaków morskich, aż milion ptaków i niezliczoną ilość ryb. Powoduje też podobne spustoszenia ekosystemów w przestrzeni lądowej. Według danych ONZ, przyczynia się do tego również osuszanie mokradeł, które dotknęło już 85 proc. wszystkich na świecie. Na potęgę wycinane są lasy tropikalne – nie tylko w Brazylii, ale i w tzw. złotym trójkącie, który tworzą Tajlandia i Indonezja. Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka.

 Jeżeli dalej będziemy działać w ten sposób, ludzkość, jako gatunek homo sapiens wyginie. Stanie się to mniej więcej w 2200-2250 roku – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Global Compact w Polsce. – Ubożenie bioróżnorodności to problem, który dotyka już także Polskę. Jest efektem zmian klimatycznych. Przede wszystkim zaobserwować można kryzys wodny. Kurczące się zasoby skutkują suszą – nie tylko w rolnictwie, ale również w polskich lasach. W perspektywie jest więc wyschnięcie drzew iglastych, które charakteryzuje płytki system korzeniowy. W ten sposób występowanie sosen i świerków przesunie się na północ i przestaną być one elementem polskiego krajobrazu. Stopniowe ocieplanie i zanieczyszczanie Bałtyku azotanami i fosforanami powoduje natomiast zjawisko eutrofizacji. Powoduje to pojawianie się glonów – organizmów takich, jak okrzemki i sinice, które zaburzają gospodarkę tlenową. Tym samym zagrożone wyginięciem będą ryby, a w konsekwencji ssaki morskie i ptactwo wodne. Zmiana ekosystemu doprowadzi do utraty ich bazy pokarmowej – alarmuje Wyszkowski.

Kurs funta na czteromiesięcznych minimach. EUR/USD w konsolidacji

Protokół z posiedzenia Fed nie wnosi nic nowego. Wprawdzie decydenci słabość inflacji postrzegają jako zjawisko przejściowe, ale i tak przeważają ryzyka po stronie takiego rozwoju wypadków, który wymagać będzie załagodzenia polityki. Innymi słowy obniżka jest bardziej prawdopodobna niż podwyżka stóp procentowych. Należy przy tym pamiętać, że ostatnie posiedzenie Fed miało miejsce tuż przed zaognieniem konfliktu handlowego na linii USA – Chiny, gdy oficjalnie negocjacje szły w dobrym kierunku. W obecnej sytuacji nakazuje to jeszcze szybciej zapomnieć o możliwości powrotu do zacieśniania przez Fed.

Na froncie wojen handlowych widać zmianę broni. Odejście od środków taryfowych na rzecz wzięcia na tapetę chińskich firm technologicznych rodzi odpowiedź pod postacią podjęcia kroków mających odciąć USA od dostępu do chińskich zasobów metali ziem rzadkich, które znajdują zastosowanie w nowoczesnych technologiach. Chiny odpowiadają za 2/3 globalnego wydobycia. USA są co prawda nieznacznym konsumentem tych surowców, lecz około 80 proc. swoich potrzeb zaspokajają importem z Państwa Środka. Ostre komentarze i twarde stanowisko obu stron pokazuje, że na przełom nie ma co szybko liczyć. Powinno to podtrzymywać awersję do ryzyka na podwyższonym poziomie (korzystne środowisko dla JPY i CHF), choć pierwsza szokowa reakcja oczywiście jest już za nami.

Kurs EUR/USD tkwi w konsolidacji poniżej 1,12 a euro jest wyraźnie słabe. Rynek oczekuje na dzisiejsze dane o koniunkturze, a w mniejszym stopniu na protokół z ostatniego posiedzenia ECB. Brak nawet skromnego odbicia PMI dla przemysłu w największych gospodarkach sugeruje ryzyko zejścia eurodolara na nowe minima. Dane z Eurolandu nadal są słabe, ale na tle oczekiwań wypadają coraz korzystniej. Obecne wycena euro w szerszym horyzoncie jest jednoznacznie atrakcyjna, ale windująca kurs redukcja negatywnego nastawienia do wspólnej waluty nie nastąpi bez wyraźnej poprawy w fundamentach makroekonomicznych.

Funt jest na czteromiesięcznych minimach. Tygodnie mijają a na brexitowym froncie nie ma postępów. Nasila się za to presja na premier May, której posada wisi na włosku. Jej odejście dla GBP nie będzie niczym dobrym, gdyż prowadzić prawdopodobnie będzie do objęcia władzy przez zwolennika twardego brexitu. Ze swojego stanowiska zrezygnowała Przewodnicząca Izby Gmin, Andrea Leadsom, która nie wierzy w zachowanie wierności rządu wynikom referendum z 2016 roku. Trudno o bardziej namacalny i jednoznaczny dowód, że w pozycja premier w Partii Konserwatywnej jest fatalna.

Przy słabości rynku metali przemysłowych (praktycznie całe tegoroczne odbicie cen miedzi wymazane) i chińskich indeksów giełdowych (Szanghai Composite kilkanaście procent poniżej kwietniowego szczytu), zaognionej wojnie handlowej i jasnych perspektywach polityki monetarnej (gubernator Lowe zapowiedział, że na czerwcowym posiedzeniu należy spodziewać się obniżki kosztu pieniądza) nie może dziwić, że polityczna niespodzianka pod postacią prorynkowego wyniku wyborów parlamentarnych nie dała dolarowi australijskiemu trwałego aprecjacyjnego impulsu a podbicie kursu stało się jedynie okazją do sprzedaży. AUD/USD nie może jak na razie zejść pod 0,6850 i na nowe lokalne minima, ale do AUD pozostajemy jednoznacznie negatywnie nastawieni. W obecnym środowisku rynkowym przestrzeń do zniżek widzimy zwłaszcza w przypadku AUD/JPY.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz więcej Polaków chce pracować zdalnie. Czy polskie firmy są gotowe na zmiany?

Jak wynika z badania „Confidence Index”, przeprowadzonego w I kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page, już ponad połowa Polaków (52 proc.) chciałaby od czasu do czasu pracować poza biurem. Jeszcze więcej, bo ponad 65 proc. ankietowanych docenia możliwość wyboru godzin, w jakich będzie wykonywać swoje obowiązki. Czy firmy w Polsce są gotowe na wprowadzenie elastycznego stylu pracy? – analizuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Modny trend czy standard?

Coraz więcej pracowników oczekuje możliwości wykonywania pracy poza biurem. Z badania Michael Page „Confidence Index” wynika, że na początku 2018 r. na ten aspekt zwracało uwagę 50 proc. respondentów, a więc o 2 p.p. mniej niż obecnie. Rośnie również popularność korzystania z elastycznych godzin pracy – w analogicznym okresie ub.r. w takim trybie chciało pracować 62 proc. ankietowanych., w stosunku do 65 proc. obecnie.

Rynek pracy przechodzi pokoleniową zmianę, która wpływa również na kulturę organizacji oraz kształtuje nowe postawy wobec pracy. Zauważamy, że coraz więcej kandydatów już na rozmowie rekrutacyjnej pyta o możliwość korzystania z pracy zdalnej w firmie, podczas gdy jeszcze 5 lat temu taki temat poruszany był o wiele rzadziej. Nasze obserwacje pokrywają się również z opiniami ekspertów, którzy zgodnie przyznają, że pokolenie millenialsów oraz osób jeszcze młodszych – dopiero rozpoczynających karierę zawodową – oczekują zdecydowanie więcej swobody i chciałoby mieć wpływ na to gdzie, kiedy i jak będzie wykonywać swoje obowiązki. Według szacunków PWC, do 2020 r. połowę siły roboczej na świecie będą stanowili millenialsi. Możemy zatem przypuszczać, że trend pracy zdalnej będzie się upowszechniał – komentuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Kto i jak często pracuje zdalnie?

Z badania Michael Page „Życie w Pracy”, przeprowadzonego w 2018 r., wynika, że już 6 na 10 polskich pracowników ma możliwość realizowania swoich obowiązków zdalnie. Z takiego przywileju najczęściej korzystają freelancerzy (82 proc.) oraz managerowie i dyrektorzy (69 proc.). Największy odsetek respondentów (35 proc.) zadeklarował, że poza biurem swoje obowiązki zawodowe wykonuje rzadziej niż raz w miesiącu. Niewiele mniej, bo 33 proc. pracę zdalną podejmuje minimum cztery razy w miesiącu. Poza firmą od 2 do 3 razy w miesiącu pracuje co piąty respondent (21 proc.), a tylko raz na miesiąc zdarza się to co 10. osobie (11 proc.).

– W Polsce tzw. „home office” jest szczególnie popularny w branżach IT, finansowej, przemysłowej i produkcyjnej – o ile zadania nie wymagają pracy przy użyciu konkretnych maszyn, sprzętu, czy taśmy produkcyjnej. Możliwość korzystania z tego udogodnienia coraz częściej spotykana jest także wśród specjalistów z innych obszarów, których zadania nie wymagają fizycznej obecności w wyznaczonym miejscu. Na wprowadzenie takiego przywileju bardziej otwarte są także firmy znajdujące się w gorszej lokalizacji lub poza miastem. W ten sposób pracodawcy chcą zrekompensować pracownikom trudności związane z dojazdem do biura – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Dwie strony medalu

Wprowadzenie pracy zdalnej może przynieść konkretne profity nie tylko kandydatom, ale również pracodawcom. Dzięki temu mają oni szansę zwiększyć atrakcyjność firmy na rynku pracy oraz wpłynąć na poprawę satysfakcji i work-life balance pracowników. W dłuższej perspektywie może to przełożyć się także na ich produktywność oraz wyniki. Ponadto, „home office” wpływa korzystnie na samodzielność zespołów, co może w przyszłości ograniczyć liczbę managerów i obniżyć koszty związane z utrzymaniem biura. Warto również zauważyć, że większa swoboda i elastyczność w realizacji zadań może zredukować liczbę nagłych urlopów i zwolnień wynikających np. z potrzeby załatwienia pilnej sprawy, czy zostania w domu z chorym dzieckiem.

Praca zdalna wiążę się też z pewnymi zagrożeniami. Wymaga przekazania pracownikom dużego „kredytu zaufania”, który, co oczywiste, nie wszyscy będą potrafili docenić. Wprowadzenie takiego modelu pracy zwiększa także ryzyko potencjalnego niedopełnienia obowiązków czy obniżenia jakości wykonywanych zadań. Ponadto zespoły, których członkowie często pracują poza biurem, mogą mieć trudności, aby się zintegrować i działać efektywnie – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Kto gotowy na „home office”?

Wprowadzenie „home office” jest praktycznie niemożliwe w przedsiębiorstwach, gdzie przeważająca część działań oparta jest na pracy fizycznej, wymagającej obecności specjalistów w określonym miejscu. Trudności w dostosowaniu się do tego trendu mogą mieć także mniejsze organizacje, w których role pracowników są bardziej płynne i mniej ustrukturyzowane, przez co często trudne do zaplanowania. Zarządzanie zadaniami takiego zespołu może okazać się dużym wyzwaniem również dla niektórych pracodawców, zwłaszcza tych którzy przywykli do hierarchicznej struktury w organizacji oraz oczekują tradycyjnej i formalnej postawy wobec pracy.

Także wśród pracowników możemy spotkać osoby niechętnie nastawione do tego, aby przejść na swobodniejszy styl wykonywania zadań. Niekomfortowo w takiej atmosferze mogą czuć się zwłaszcza starsi stażem pracownicy, którzy przyzwyczaili się, że ich praca jest kierowana i skrupulatnie nadzorowana. Wszystko wskazuje jednak na to, że w niedalekiej przyszłości organizacje hołdujące tradycyjnemu, hierarchicznemu modelowi zarządzania będą tracić na konkurencyjności na rynku pracy. Złotem środkiem wydaje się zatem zapewnienie pracownikom możliwości wyboru oraz systematyczne przygotowywanie managerów, jak i zespołów do nadchodzących zmian – podsumowuje Mateusz Bocian.

Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników

Co dziesiąte zapytanie sprawdzające w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor wiarygodność potencjalnego klienta otrzymuje w odpowiedzi informację o długu sprawdzanej osoby. A wtedy o udzieleniu jej kredytu, pożyczki, czy sprzedaży telefonu nie ma mowy. Najwięcej niesolidnych dłużników wychwytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne, do nich osoby z problemami finansowymi przychodzą najczęściej. Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor dochodzi do 41 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500+ w obecnym jego kształcie.

Na swoistej tablicy ogłoszeń jaką jest Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor znajduje się już ponad 2,2 mln osób i z każdym miesiącem jest ich więcej. W ostatnim roku przybyło ponad 159 tys. niesolidnych dłużników. Powód, to nie tylko postępujący problem z wypłacalnością, ale coraz powszechniejsze wykorzystanie narzędzia jakim jest Biuro Informacji Gospodarczej do mobilizowania dłużników. Firmy, które nie otrzymują płatności za sprzedane towary czy usługi coraz chętniej zgłaszają dłużnika do rejestru BIG licząc, że ten w trosce o reputację finansową spłaci zaległość. W ten sposób ostrzegają też innych przed niesolidnymi klientami i udaje się to coraz lepiej.

Statystycznie każda z osób widniejących w BIG InfoMonitor ma na koncie co najmniej dwa nieuregulowane zobowiązania, a wpisów o zaległościach osób fizycznych jest prawie 5,5 mln. – Wiedza o tych długach wychodzi na jaw w co dziesiątym raporcie sprawdzającym wiarygodność finansową potencjalnego klienta. Jeszcze częściej negatywne informacje z pobieranych raportów odczytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne. Po pożyczkę i nowy telefon przychodzi najwięcej osób, które wcześniej nie dały rady opłacić posiadanych już zobowiązań – informuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników
Źródło: BIG InfoMonitor

Liczba zapytań weryfikujących potencjalnych klientów systematycznie rośnie, w I kwartale tego roku zbliżyła się już do 5 mln, podczas gdy całym 2018 r. było ich ponad 18,5 mln. Tradycyjnie zainteresowanie raportami na temat konsumentów jest najwyższe w ostatnich trzech miesiącach roku, co wynika ze wzmożonej aktywności zakupowej i kredytowej Polaków w tym właśnie okresie.

Niesolidni dłużnicy to straty liczone w milionach

Nie jest, więc łatwo ukryć się w tłumie z niespłaconymi zobowiązaniami. Firmy, bowiem częściej zgłaszają dłużników i coraz chętniej zaglądają do rejestru zanim sprzedadzą, np. abonament na telewizję kablową czy internet, abonament telefoniczny albo oddadzą coś w leasing lub pożyczą. Sprawdzenie odbywa się online i już w trakcie rozmowy z klientem sprzedający wie, czy może zaufać osobie siedzącej po drugiej stronie lady.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Obecność na liście dłużników BIG InfoMonitor może więc sprawić, że niesolidny dłużnik nie otrzyma kolejnego kredytu lub nie kupi następnego sprzętu na raty. – My jednak patrzymy na to inaczej. Znalezienie niesolidnego dłużnika w rejestrze może uchronić go przed spiralą zadłużenia, a sprawdzającą go firmę przed stratami z tytułu niezapłaconych rachunków – mówi Sławomir Grzelczak. – Wyobraźmy sobie, że z dokonywanych przez nas na co dzień transakcji co dziesiąta kończy się w ten sposób, że płacimy, ale nie otrzymujemy tego co kupiliśmy. Czasami jest to chleb, ale innym razem prąd w mieszkaniu. Ewentualnie dostajemy tylko część tego za co zapłaciliśmy i internet działa co drugi dzień, a telewizja kablowa raz na tydzień, itp. Tego właśnie ze strony niesolidnych klientów doświadczają firmy, szczególnie te oferujące usługi i towary na masową skalę. Sprawdzenie wiarygodności kupującego pozwala im w pewnym stopniu ograniczyć udział nieudanych transakcji. Dla firmy posiadającej miliony klientów jak choćby dostawcy energii, czy telekomunikacyjnej, przykładowe 10 proc. niezapłaconych rachunków, to już straty idące w setki tysięcy na nawet miliony złotych, choć z perspektywy pojedynczych osób są to niewielkie kwoty – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor wynosi obecnie do 40,7 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500 + w obecnym jego kształcie. Każdy kto ureguluje swoją zaległość, zgodnie z  ustawą o Biurach Informacji Gospodarczej, maksymalnie w ciągu 21 dni usuwany jest z rejestru. W BIG nie pozostaje jakakolwiek informacja o wykreślonym dłużniku ani jego długu. Do rejestru można trafić za nieopłacenie min. 200 zł na rzecz jednej firmy, przy opóźnieniu wynoszących co najmniej 30 dni. Wierzyciel przed wpisem zobowiązany jest przesłać listem poleconym pismo informujące i zamiarze wpisu do BIG. Informację wysyła pod ostatni posiadany adres klienta. Dla skuteczności wpisu nie jest konieczne potwierdzenie odbioru listu przez dłużnika.

Warto inwestować nad Wartą

Wielkopolska to dziś jeden z trzech najszybciej rozwijających się polskich regionów. Według najnowszych danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wskaźnik PKB na mieszkańca przekroczył 76% średniej w UE i jest zaliczany do trzech najwyższych w Polsce. W ślad za tym rozwija się także rynek nieruchomości, również tych luksusowych.

Według ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, potencjał poznańskiego rynku mieszkaniowego ujawnił się w ubiegłym – 2018 roku, kiedy to w mieście nastąpił gigantyczny wzrost liczby mieszkań wprowadzonych do sprzedaży – nawet o 2/3 w stosunku do roku 2017. To skutkowało też rekordowym wzrostem liczby lokali w ofercie do 5,2 tys. na koniec roku 2018, czyli 32 proc. więcej r/r. Z kolei popyt na nowe mieszkania utrzymał się w stolicy Wielkopolski na rekordowym poziomie roku 2017, przy średnim spadku w całym kraju o kilkanaście procent. Wszystko to razem oznacza silne przyśpieszenie i uwolnienie potencjału poznańskiego rynku mieszkaniowego.

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

– To nie tylko statystyka, widzimy, jak szybko miasto się zmienia. Jak dzięki swojej otwartości i swemu potencjałowi przyciąga młodych, ambitnych i zamożnych. W ślad za tym przybywa również inwestycji w przemysł i lokowane są nowe centra usług wspólnych. To z kolei pozwala na planowanie inwestycji w nieruchomości z odpowiednią perspektywą – podkreśla Jakub Nieckarz z PVI. – Systematycznie rośnie grono wymagających klientów, którzy mają bardzo dokładnie sprecyzowane oczekiwania i szukają oryginalnych nieruchomości w dobrych lokalizacjach. Także tych luksusowych – dodaje.

W opiniotwórczym raporcie CBR, w którym oceniane są miasta m.in. z Europy, Poznań znalazł się wśród 10 miast zaklasyfikowanych do kategorii Growth Clusters, czyli wśród metropolii z największym potencjałem. Dziś trudno znaleźć dzielnice, w których nie byłyby prowadzone inwestycje budowlane, zarówno mieszkaniowe, jak i usługowe. Dynamicznie rozwijają się Winiary, Winogrady i Podolany. Zmiany zachodzą także w centrum metropolii.

– W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że Poznań zajmuje jedno z czołowych miejsc w kraju pod względem jakości życia swoich mieszkańców, wynikającej głównie z wysokiej jakości rynku pracy. Poznań obok Warszawy jest najczęściej wybieranym miejscem urządzania swych głównych siedzib oraz filii przez firmy zagraniczne, wśród których jest wiele międzynarodowych koncernów. Dlatego też stolica Wielkopolski nie od dziś jest jednym z głównym celów wewnętrznej migracji Polaków, która jest i będzie w przyszłości silnym stymulatorem rozwoju tutejszego rynku mieszkaniowego – zdecydowanie stwierdził Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

W październiku 2018 r. agencja Fitch potwierdziła rating Poznania na poziomie A−.  PVI specjalizuje się w nieruchomościach położonych w newralgicznych punktach miast, tam gdzie „wszystko jest blisko”. W Poznaniu jest to ul. Za Bramką w sąsiedztwie planowanego nowego centrum Poznania, na pl. Kolegiackim.  – To inwestycja znacząco odmieni starą część miasta, która zyska na atrakcyjności i znaczeniu, a nasz budynek został tak zaprojektowany, aby uzupełnić istniejący krajobraz i jego dotychczasowy charakter – przekonuje J. Nieckarz i dodaje. –  Naszym zdaniem coraz bardziej doceniane jest to, co dobre i odbiegające od rozwiązań standardowych. Dla deweloperów, podobnie jak dla inwestorów zaangażowanych na rynku nieruchomości, Poznań należy do miast z przyszłością – podsumowuje J. Nieckarz.

Raport EH: wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W kwietniu 2019 w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 73 niewypłacalnych polskich firmach wobec 76 w kwietniu 2018 roku – spadek o 4% w porównaniu r/r
  • Jednocześnie od początku roku liczba niewypłacalności wzrosła o 7% w porównaniu do analogicznego okresu przed rokiem (I-IV), co w skali całego roku oznaczać może utrzymanie dynamiki wzrostu tej liczby na poziomie ubiegłorocznym (+10%), pomimo statystycznego efektu wysokiej już bazy w 2018 roku.
  • Ponownie (jak m.in. w lutym br.): liczba niewypłacalności zwiększała się r/r w kwietniu przede wszystkim w handlu oraz usługach, w miejsce firm produkcyjnych i budowlanych, mających problemy na dużą skalę w poprzednich miesiącach.
  • Najwyższa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze produkcyjnym (20, wobec 22 w kwietniu 2018 roku). Kolejne pod względem skali niewypłacalności były w kwietniu: usługi (17 firm, wobec 15 przed rokiem) i handel hurtowy (13 niewypłacalności wobec 11)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Liczba niewypłacalności polskich firm w kwietniu była nieznacznie niższa niż przed rokiem – efekt zarówno skokowego zwiększenia się liczby niewypłacalności miesiąc wcześniej, w marcu (na koniec roku finansowego w wielu przedsiębiorstwach) a także ogólnie wysokiego punktu odniesienia już przed rokiem – wzrostu liczby niewypłacalności od czterech już lat, ale też… pewnego oczyszczenia się rynku budowlanego oraz utrzymania a nawet poprawy koniunktury w eksporcie.

wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handluŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Niewypłacalności nie rosną już (lub jak na razie…) w budownictwie i w przemyśle

Wiosna przynosi nadzieję w budownictwie – w tym roku nawet podwójną, ruszyły bowiem nie tylko prace (np. drogowe) zastopowane na czas zimy, ale także rynek „oczyścił się” w znacznej mierze z efektów zatorów płatniczych w ubiegłym sezonie i w kwietniu zmniejszyła się w r/r liczba niewypłacalności w budownictwie, było ich 9 wobec aż 18 przed rokiem.

Z drugiej strony niepokoić muszą kolejne doniesienia o zrywaniu kontraktów infrastrukturalnych – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. Oprócz opóźnień w ich realizacji oraz strat podwykonawców i… dostawców, niesie to za sobą jasny przekaz: skala wzrostu kosztów pracy oraz materiałów budowlanych, jak i popyt na prace budowlane na rynku uzasadniają w ocenie wykonawców porzucanie nierentownych obecnie inwestycji i godzenie się na straty rzędu 15% wartości poniesionych nakładów, które potrącają sobie zamawiający. To nie jest krzepiąca wiadomość – tak niska rentowność tak wielu kontraktów nie jest dobrą perspektywą dla wyspecjalizowanych podwykonawców oraz dla zaopatrujących te inwestycje dostawców materiałów budowlanych. Za jakiś czas, gdy tempa nabiorą zarówno sezon jak i efekty tych rozstrzygnięć, usłyszymy z pewnością o kolejnej fali problemów na rynku budowlanym, niestety zapewne także wśród jego dostawców.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W przemyśle opublikowano w kwietniu br. mniej niewypłacalności niż przed rokiem (20 wobec 22), ale nie była to znaczna różnica, ich liczba była m.in. wyższa niż w kwietniu 2018 roku (18). Warto zwrócić uwagę na problemy producentów wyrobów konsumenckich (6 przedsiębiorstw) – głównie żywności, ale też np. tekstyliów, bowiem podobną grupę niewypłacalnych firm o tym profilu zaobserwować można wśród dystrybutorów hurtowych (także 6 firm).

Jak co miesiąc, od wielu już kwartałów w statystyce niewypłacalności obecna była grupa firm produkcyjnych wyspecjalizowanych w obsłudze procesów inwestycyjnych – produkcji, montowaniu i serwisowaniu urządzeń produkcyjnych, w kwietniu 2019 ich problemy przełożyły się na 4 niewypłacalności. Kiedy rodzime firmy zaczną ponownie inwestować? Wydaje się, iż oczekiwanie na powrót do rynku pracodawcy – wyraźny spadek płac i większa dostępność pracowników nastąpią nie prędko, jeśli w ogóle…

Liczba niewypłacalności w przemyśle przyhamowała nie tylko dzięki mniejszej aktualnie skali problemów w budownictwie, ale także dzięki powrotowi dynamiki polskiego eksportu (za NBP: +7,9 % r/r w marcu). Wzrost eksportu świadczy o tym, iż jak na razie konkurencyjność cenowa polskiej produkcji jest… wystarczająca – mówi Tomasz Starus. – Jak długo jednak będziemy mieć do czynienia ze wzrostem polskiego eksportu, skoro skala wzrostu kosztów pracy czy cen energii (pomimo prób przeciwdziałania temu już są one wyższe niż np. w Niemczech) przewyższa wzrost produktywności?

Problemy w handlu, usługach, pracochłonnych gałęziach przemysłu – remedium na wzrost kosztów pracy to koncentracja, budowanie skali oraz większa automatyzacja procesów

Wzrost r/r liczby niewypłacalności w handlu oraz w usługach nie był może spektakularny – bo kilkunastoprocentowy, ale miał miejsce w sytuacji dynamicznego wzrostu popytu konsumenckiego. Przyczyna problemów niewypłacalnych firm nie leżała więc w spadku popytu, ale w jeszcze szybszym wzroście kosztów, zwłaszcza kosztów pracy.

Możliwości rekompensowania krajowych niedoborów rąk do pracy napływem pracowników z krajów ościennych są na wyczerpaniu. Remedium na wzrost kosztów pracy może być większa automatyzacja procesów – innowacyjność w tym obszarze jest najbardziej pożądana tam, gdzie udział kosztów pracy jest najwyższy, a wiec w sektorach handlu, usług, niektórych sektorach produkcyjnych (m.in. wspomnianej produkcji żywności). Mamy już „bezobsługowe” nie tylko pojedyncze kasy, ale całe sklepy czy np. usługi ochrony. Na automatyzację stawia też sektor publiczny – m.in. zamiast budowy nowych więzień wdraża się elektroniczną kontrolę skazanych.

Inwestycje lokalnych firm nie będą więc efektem powrotu niskich kosztów pracy. Jak na razie zwiększaniu potencjału tych firm służą przejęcia – koncentracja na lokalnym rynku. Większe w efekcie firmy będą miały inny potencjał skali – nie tylko zakupowy, ale także w sprzedaży, a w efekcie możliwość kształtowania cen w odpowiedzi na wzrost kosztów, co pozwoli im zachować rentowność – podsumowuje Tomasz Starus.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 3wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 4

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów

0

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów 2

Podatki, zarówno te bezpośrednie, jak i pośrednie, takie jak akcyza czy VAT, to dla państwa nie tylko sposób na pozyskanie środków do budżetu, ale też narzędzie do stymulowania rozwoju poszczególnych branż i kształtowania pozytywnych zachowań konsumenckich. I w drugą stronę – błędne decyzje w sprawie stawek podatków mogą powodować problemy danego sektora, prowadzić do upadłości działających w nim firm, ale też zniechęcać konsumentów do konkretnych produktów. To dlatego niektóre propozycje zmian w VAT budziły takie wątpliwości.

– Im mniejsze obciążenia podatkowe, tym wzrost gospodarczy powinien być większy, ponieważ wtedy mamy większe możliwości inwestowania w sektorze prywatnym, który znakomicie wie, jak sobie zagospodarować ten niezapłacony zysk w formie podatków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marian Podstawka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Natomiast drugą stroną medalu jest to, że jeżeli będą niższe podatki, niższe wpływy do budżetu, to nie będzie środków na edukację, administrację, bezpieczeństwo czy ochronę zdrowia. Zatem to wymaga pewnej równowagi i godzenia interesów.

Nowa matryca VAT, zaproponowana przez Ministerstwo Finansów, miała być neutralna dla budżetu, czyli suma wpływów powinna pozostać bez zmian: jedne stawki miały wzrosnąć, inne spaść. Proponowany projekt od początku budził jednak sprzeciwy różnych zainteresowanych branż. Wśród nich byli producenci soków, nektarów i napojów owocowych z wysoką zawartością soku. Resort finansów proponował – zamiast dotychczasowych, obowiązujących od 25 lat dla wszystkich kategorii 5 proc. VAT-u – podniesienie do 23 proc. stawki dla nektarów i napojów. Później ministerstwo złagodziło swoje stanowisko, godząc się najpierw na 8-proc. stawkę na nektary, a potem obniżając ją do 5 proc. Problem jednak w tym, że największy udział w rynku mają napoje. A tu resort pozostał nieugięty. W połowie marca Sejm zawiesił prace nad matrycą, ale jej los nadal nie jest jeszcze przesądzony.

– Gdyby ta matryca była zastosowana, to nie moglibyśmy w zasadzie produkować napojów, bo ich cena na tyle podskoczy, że konsument odejdzie od tych wyrobów – tłumaczy Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. – Od kiedy w grę wszedł obniżony VAT dla napojów, ich produkcją zajęły się firmy polskie. Smaki, które są preferowane przez konsumentów, są oparte głównie o jabłko, czarną porzeczkę, wiśnię, aronię, czyli polskie owoce. Wyliczyliśmy, że w branży napojów zatrudnienie zmniejszyłoby się o 25 procent, natomiast ubytek zakupu owoców od rolników polskich byłby na poziomie 150 tys. ton, w tym 120 tys. ton jabłek.

To oznaczałoby także problemy dla sadowników, którzy i tak mają trudności ze zbytem swoich surowców przez rosyjskie embargo i konkurencję owoców sprowadzanych z Ukrainy, Turcji czy Chin. Zmniejszenie rynku zbytu na polskie jabłka o 120 tys. ton to duży cios dla rodzimych sadowników. Ta wielkość produkcji przekracza cały eksport polskich jabłek do Afryki i Azji. Tylko w ubiegłym roku wyniosła ona 95 tys. ton.

– Pozostaje jeszcze kolejny obszar – tworzenie takich obciążeń podatkowych, takiej polityki podatkowej, która by sprawiała, że nasze podmioty gospodarcze będą miały szansę konkurować na rynku europejskim i światowym. Jeżeli te obciążenia będą zbyt duże, to siłą rzeczy nasze przedsiębiorstwa utracą konkurencyjność – wskazuje prof. Marian Podstawka.

Dzięki preferencyjnej stawce podatkowej rozwinęła się w Polsce kultura produkcji i zakupu napojów o wysokiej zawartości soków – 20-30-proc. Podniesienie VAT-u o 18 pkt proc. mogłoby zaważyć o wzroście ceny nawet o 1,3 zł na litrze napoju i odstraszyć konsumentów. Ponieważ napoje, inaczej niż soki, zaspokajają potrzebę orzeźwienia, a  nie stanowią substytutu owoców, kupujący prawdopodobnie przerzuciliby się na tańsze, wspomagane sztucznymi barwnikami i aromatami, mniej zdrowe produkty.

Innym przykładem wpływu państwa na kształtowanie postaw konsumenckich poprzez podatki jest branża alkoholowa. Wysoka akcyza na alkohole mocne i preferencyjne warunki fiskalne i reklamowe dla piwa przełożyły się na zmianę struktury spożywania tych kategorii produktowych. O ile przed transformacją 70 proc. alkoholu spożywano w postaci wódki, to od 1996 roku piwo zaczęło przeważać i dziś odpowiada ono za dwie trzecie konsumpcji. Proporcje wpływów z akcyzy pozostały natomiast niezmienione.

– Akcyzę na alkohole wysokoprocentowe podwyższano tyle razy i tak wysoko, że tak naprawdę nie ma już w tej chwili możliwości jej podwyższenia. W 2014 roku próbowano to zrobić, ale okazało się, że natychmiast nastąpił spadek wpływów budżetowych i bardzo istotny spadek legalnych zakupów, a co za tym idzie, spadek produkcji – podkreśla Dawid Piekarz, wiceprezes Instytutu Staszica. – Z drugiej strony fakt istnienia ustawy o wychowaniu w trzeźwości sprawia, że nie ma pewnej woli politycznej ustanowienia jednego spójnego systemu podatkowego dla różnego rodzaju alkoholi. Jednym z uzasadnień jest właśnie to, że trzeba zmieniać strukturę konsumpcji, nie patrząc na to, że ta struktura jest od 20 lat zmieniona.

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej 3

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w najbliższy weekend. Polacy wybiorą w nich 52 swoich przedstawicieli. Jak ocenia dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda, nadchodzące eurowybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ Unia Europejska będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać.

– Po wyborach do Parlamentu Europejskiego UE musi odzyskać pewność kierunku, w którym należy zmierzać. Myślę, że lepiej wygrać Europę dzięki dobrym pomysłom niż szerzeniu panik. Mamy z jednej strony proeuropejskich liberałów, z drugiej – antyeuropejskich autokratów, przeciwników Unii Europejskiej. Oczywiście, takie podziały się zaznaczą, ale raczej skoncentrujmy się na zadaniach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Jak ocenia, Unia Europejska jest w tej chwili bogatsza o doświadczenia poprzednich kryzysów, a zbliżające się wybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ UE będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać. Wielu komentatorów podkreśla, że obywatele Wspólnoty będą wybierać między opcją decentralizacji a głębszej integracji UE.

– Po dotychczasowych kryzysach widzimy pewne zależności. Widzimy, że aby utrzymać Schengen i przenikalność granic, musimy lepiej strzec granic zewnętrznych. Musimy wypracować wspólne, europejskie narzędzia, żeby umieć kontrolować nadużycia niektórych korporacji. To jest nasza dodatkowa wiedza i motyw, żeby pracować nad suwerennością europejską – mówi Marek Prawda.

Dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia też, że można się spodziewać wzmocnienia grup, które są nie tylko sceptyczne, lecz także przeciwne integracji europejskiej po prawej stronie centrum.

– Mogą otrzymać więcej niż 25 proc. Te grupy będą coraz silniejsze, ale nie będą miały większości. One przyjdą do Europarlamentu po to, żeby tam zostać, więc wyzwaniem będzie właśnie konkurowanie na programy, a nie okładanie się ideologiczne dwóch stron – mówi Marek Prawda. – Dzisiaj świat wygląda w ten sposób, że jeśli chcemy bronić suwerenności narodowej, to musimy to robić na poziomie ponadnarodowym. Na poziomie narodowym nie da się zagwarantować interesów narodowych, ponieważ mamy inną naturę dzisiejszych problemów. To będzie moim zdaniem jedno z głównych wyzwań dla nowego parlamentu.

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w Polsce w niedzielę, 26 maja br. W całej UE odbywają się w dniach 23–26 maja w zależności od państwa. Polacy wybiorą w nich 52 europosłów, o jednego przedstawiciela więcej niż poprzednio. PE jest jedyną unijną instytucją, której członkowie są wybierani w bezpośrednim głosowaniu obywateli. W kadencji 2014–2019 zasiada w nim 751 posłów. Po wystąpieniu Wielkiej Brytanii ta liczba zmniejszy się do 705.

Lokale okręgowych komisji wyborczych będą otwarte w godz. 7.00–21.00. Warunkiem przystąpienia do głosowania jest ukończenie 18. roku życia i posiadanie ważnego dowodu tożsamości. W tegorocznych eurowyborach Polska została podzielona na 13 okręgów – w każdym okręgu wyborcy będą mogli oddać głos na jedną listę wyborczą. Polacy, którzy przebywają za granicą, do 23 maja mogą zgłaszać wnioski o wpisanie do spisu wyborców w obwodach głosowania utworzonych za granicą.

Z przedstawionego w końcówce kwietnia sondażu IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej”, Dziennik.pl i radia RMF FM wynika, że na PiS zamierza głosować 38,7 proc. ankietowanych. Za partią Jarosława Kaczyńskiego plasuje się Koalicja Europejska z poparciem na poziomie 33 proc., a dalej – Wiosna Roberta Biedronia (8,2 proc.) i Kukiz 15 (5,4 proc.). Ponad 7 proc. ankietowanych jeszcze nie zdecydowało na kogo zamierza głosować, a udział w eurowyborach zadeklarowało 48,9 proc. respondentów. W badaniu Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 10–13 maja, pójście do urn zadeklarowało 58 proc. uprawnionych do głosowania, co byłoby jednym z najwyższych wyników po 1989 roku.

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców 4

Do 2020 roku musiałoby powstać w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do samochodów elektrycznych, aby w pełni wykorzystać potencjał elektromobilności – podaje Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych. Rządowe plany zakładają wzrost liczby takich punktów do nieco ponad 6 tys. Rozbudowa infrastruktury do ładowania oznacza wyzwania również dla miast. Kolejnym jest współpraca z dystrybutorem sieci energetycznej.

– Elektromobilność jest zjawiskiem, które zupełnie zmieni to, jak poruszamy się w miastach. Z tego punktu widzenia kierowcy samochodów elektrycznych oczekują też trochę innej infrastruktury. Każdy właściciel takiego samochodu oczekuje, że będzie mieć w bliskim zasięgu ładowarkę, tymczasem dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych to jedna z głównych barier związanych z elektryfikacją transportu w Polsce. Rządowe plany zakładają, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion pojazdów zasilanych napędem elektrycznym. W związku z tym do 2020 roku w Polsce ma powstać już około 400 szybkich punktów ładowania samochodów i ponad 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

– Dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma. Według różnych szacunków w całej Polsce jest mniej więcej 800 punktów takich otwartych dla każdego. Ministerstwo Energii chciałoby, żeby tych punktów było 6,4 tys. w przyszłym roku. To nie jest jakby duży skok, ale z analizy naszej fundacji wynika, że aby być na drodze do tego miliona aut elektrycznych, to musimy mieć około 120 tys. ładowarek w przyszłym roku [raport „Napędzamy polską przyszłość” Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i Cambridge Econometrics – red.]. Więc co do szacunków trochę się rozbiegamy z ministerstwem – mówi Krzysztof Bolesta.

Zgodnie z tą analizą do 2025 roku będzie potrzebne ok. 1 mln ładowarek. W kontekście rozbudowy sieci ładowania istotny jest również aspekt wytrzymałości systemu elektroenergetycznego, który dziś nie jest przygotowany na taką eksploatację. Tym bardziej że większość właścicieli aut elektrycznych będzie je ładować w podobnych godzinach, po powrocie pracy, wieczorem lub nocą.

Dla polskich miast rozbudowa sieci ładowarek oznacza szereg wyzwań, z którymi do tej pory nie musiały się mierzyć.

– Polskie miasta są trochę inne od norweskich czy holenderskich, nie mamy wielu domów ani nie mamy bloków, w których są miejsca parkingowe. Ładowarki będą musiały być na ulicach i to dosyć gęsto. Miasto będzie więc musiało współpracować z firmami energetycznymi, żeby te ładowarki dobrze zaplanować, a po drugie – żeby je później ktoś sfinansował, bo miasta raczej nie mają pieniędzy na rozbudowę tej sieci – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Do tej pory miasta głównie koncentrowały się na tym, by zapewnić miejsca parkingowe dla prywatnych samochodów mieszkańców. Jednak nowe możliwości transportowe wymuszają na nich podejmowanie większego wysiłku. Mowa tu również o takich trendach, jak rosnąca popularność carsharingu i wypożyczania aut na minuty czy korzystanie z elektrycznych hulajnóg.

– Miasta muszą otwierać się na nowe technologie, co dzisiaj czasem oznacza bałagan, bo np. na trawnikach leżą elektryczne hulajnogi albo rowery. Często też współdzielone samochody są porzucane w takich miejscach, gdzie mogą dostać klamrę od straży miejskiej. Na razie jest to faza burzy i naporu, miasta muszą sobie z tym radzić, ale ten wstępny okres bałaganu zaraz pewnie przejdzie – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak ocenia, jednym z państw, które mogą posłużyć za wzorzec rozwoju elektromobilności, jest Norwegia. Jak wynika z oficjalnych danych, w Oslo już 70 proc. noworejestrowanych samochodów to auta elektryczne.

– Norwegowie mają po prostu szereg ułatwień dla właścicieli aut elektrycznych, a poza tym mogą sobie pozwolić na podwyższone opłaty dla kierowców samochodów z tradycyjnymi silnikami. Czyli z jednej strony marchewka w postaci dopłat do zakupu, zniżek w podatkach czy redukcji opłat za korzystanie z mostów i tuneli, a z drugiej strony bat, czyli podwyższenie podatków dla samochodów z silnikiem spalinowym – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak wynika z kwietniowych danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM), w Polsce zarejestrowanych jest obecnie 5 642 elektrycznych samochodów osobowych. Blisko dwie trzecie (63 proc.) stanowią pojazdy w pełni elektryczne. Pozostałe 37 proc. to hybrydy typu plug-in. Natomiast w całej Unii Europejskiej w I kwartale br. zarejestrowano w sumie 61 789 samochodów całkowicie elektrycznych, co stanowiło aż 85-proc. wzrost rok do roku, oraz 37 385 hybryd typu plug-in (wzrost o 0,1 proc. w ujęciu rocznym) – wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA).

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku 5

27 proc. Polek po raz pierwszy odwiedza gabinet ginekologiczny dopiero w związku z ciążą. 7 proc. kobiet nigdy nie wykonywało badania cytologicznego, 14 proc. nie miało natomiast USG ginekologicznego. Polki rezygnują z wizyty u ginekologa głównie ze względu na poczucie wstydu, brak czasu lub obawę przed negatywnym wynikiem badań. 40 proc. w ogóle nie widzi potrzeby regularnych wizyt u specjalisty.

Regularne poddawanie się badaniom ginekologicznym pozwala na wczesne wykrycie choroby i szybkie wdrożenie leczenia. Wczesna diagnostyka zwiększa natomiast szanse na całkowite wyleczenie, także groźnych dla życia chorób onkologicznych. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce stale wzrasta zachorowalność na raka. W ciągu ostatnich trzech dekad liczba nowych przypadków zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nowotwory narządów płciowych stanowią ok. 20 proc. zachorowań onkologicznych wśród kobiet w Polsce. Najczęstszym schorzeniem są nowotwory trzonu macicy, jajnika i szyjki macicy. Rak piersi stanowi natomiast 20 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory w Polsce.

Wszystkie podstawowe nowotwory, które dzisiaj atakują Polki, są do wykrycia dzięki prostym badaniom profilaktycznym, do których namawiamy Polki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Grzegorzewska, dyrektor korporacyjny Gedeon Richter Polska, inicjator kampanii „W kobiecym interesie”.

Jak pokazują dane zebrane na potrzeby kampanii, 72 proc. Polek wie, że regularne wizyty u ginekologa pozwalają wykryć groźne choroby. Jednocześnie, co roku chodzi do ginekologa i wykonuje badania tylko 57 proc. respondentek, najczęściej są to młodsze kobiety, w wieku 26–30 lat. 39 proc. regularnie, raz w roku, poddaje się badaniu cytologicznemu, 20 proc. wykonuje natomiast badanie dopochwowe USG. Odpowiednio 7 i 14 proc. respondentek nigdy nie miało takich badań. Ponad 3 mln Polek decyduje się na wizytę u specjalisty rzadziej niż raz w roku lub wcale.

Im jesteśmy starsze, tym trudniej jest z tym chodzeniem, czyli po pięćdziesiątce częstotliwość chodzenia do ginekologa się zmniejsza. Młode kobiety, bardziej świadome, chodzą częściej, co pewnie wynika z tego, że są po prostu w okresie ciąży – mówi Aneta Grzegorzewska.

40 proc. kobiet w ogóle nie widzi potrzeby regularnego badania, 38 proc. rezygnuje z niego, gdyż w gabinecie ginekologa nie czuje się komfortowo, 17 proc. ankietowanych nie ma na to czasu, tyle samo wstydzi się takiej wizyty. Znaczna część boi się ponadto, że może dowiedzieć się o chorobie lub otrzymać negatywny wynik badania. Z przeprowadzonego w marcu 2019 roku badania wynika, że 27 proc. Polek po raz pierwszy stawia się w gabinecie ginekologicznym po zajściu w ciążę, 14 proc. ze względu na bolesne dolegliwości lub problemy z miesiączką. Dla 22 proc. impulsem do wizyty u specjalisty są badania kontrolne.

Ta statystyka wygląda jeszcze dużo gorzej, jeżeli rozdzielimy Polki mieszkające w miastach i Polki mieszkające na terenach wiejskich, bo 72 proc. mieszkanek terenów pozamiejskich trafia do ginekologa dopiero wtedy, kiedy zachodzi w ciążę. Statystyki są porażające – mówi Aneta Grzegorzewska.

Prawidłowa profilaktyka ginekologiczna obejmuje przede wszystkim regularne wizyty u ginekologa. Każda kobieta, niezależnie od wieku raz w roku powinna odbyć taką wizytę. Kolejnym elementem diagnostyki jest badania cytologiczne, USG piersi oraz USG dopochwowe. Są to proste i bezbolesne badania, które mogą jednak uratować życie pacjentek. Twórcy kampanii „W kobiecym interesie” wraz z Polskim Towarzystwem Ginekologiczno-Onkologicznym przygotowali kalendarz badań ginekologicznych każdej Polki, który ma pomóc kobietom zadbać o zdrowie.

Zachęcam państwa do wejścia na stronę Wkobiecyminteresie.pl, żeby zobaczyć, w jakim wieku jakie badania powinniśmy robić, jak ta diagnostyka powinna wyglądać, czego możemy oczekiwać od lekarza – mówi Aneta Grzegorzewska.

W czasie trwania kampanii specjalny mobilny gabinet ginekologiczny odwiedzi 8 miejscowości w północnej i wschodniej części województwa mazowieckiego, gdzie w majowe i czerwcowe weekendy przeprowadzane będą bezpłatne konsultacje lekarzy ginekologów oraz badania cytologiczne i USG. Jak pokazuje raport Najwyższej Izby Kontroli, województwo mazowieckie ma drugi najwyższy odsetek gmin bez poradni ginekologiczno-położniczych.

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie

0

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie 6

Przynajmniej raz w tygodniu z fake newsami styka się blisko 75 proc. Polaków. Coraz większa jest aktywność hejtujących trolli internetowych. Brakuje instrumentów prawnych, by zwalczać te negatywne zjawiska. To tym groźniejsze, że pojawiają się one również w mediach głównego nurtu. Dopóki nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, to będzie się działo źle – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations Uniwersytetu Warszawskiego.

– Mamy ogromny problem z fake newsami, kłamliwymi informacjami publikowanymi przez niektóre media i osoby, które żyją siecią i w sieci. To wynika z paru kwestii. Jedną z nich jest potrzebą odbiorców. Łakniemy takich informacji, sami doprowadzamy do tego, żeby media później odpowiadały na nasze zapotrzebowanie, na to, jakich informacji chcemy słuchać. Wystarczy zobaczyć, jaki nakład mają media uznawane za brukowe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations na Uniwersytecie Warszawskim.

Raport „Fake news – dezinformacja w świecie nowych mediów” wskazuje, że fake newsy docierają do odbiorców sześciokrotnie szybciej niż informacje prawdziwe. Często są ciekawsze niż prawdziwe newsy i bazują na emocjach, przyciągając uwagę widzów czy internautów. Często oni sami nie zdają sobie sprawy z tego, że kłamstwa kształtują ich poglądy i opinie na dany temat.

Brakuje skutecznych mechanizmów prawnych do zwalczania manipulacji, a edukacja odbiorców nie jest wystarczającym narzędziem. Zwłaszcza że dezinformują nie tylko portale i pojedyncze osoby, ale także media głównego nurtu w Polsce wpisują się w istniejące podziały, a często same je kreują.

– Media są podzielone tak jak podzielone jest nasze społeczeństwo. Każdy, kto stara się wyłowić ważne dla niego informacje, widzi tę okrutną polaryzację. Ale to jest wynikiem głównie bardzo dużego podziału, jaki istnieje w społeczeństwie i to podziału, który pogłębiają politycy, bardzo mocno się przeciwko sobie nakręcając. Społeczeństwo za tym podąża – podkreśla kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations UW.

W tak spolaryzowanym społeczeństwie problemem jest zamykanie się w tzw. „bańce medialnej”. W mediach społecznościowych algorytmy pokazują użytkownikom tylko informacje zbieżne z ich poglądami, w ten sposób utwierdzają ich w określonym przekonaniu. Odbiorcy o jasnych przekonaniach bezkrytycznie odbierają informację z jednej strony, nie dopuszczając do świadomości, że niekoniecznie są one zgodne z prawdą.

– Powinniśmy racjonalnie podchodzić do tego, co nas otacza i konfrontować informacje, które uzyskujemy, z różnymi źródłami – przekonuje Dariusz Tworzydło.

Raportu Pracowni Badań Społecznych NASK „Bezpieczne wybory. Badanie opinii o (dez)informacji w sieci” wskazuje, że 37 proc. Polaków nigdy nie sprawdza, czy informacje, które czytają w sieci są wiarygodnie. Oceniając ich wiarygodność, zwracają uwagę na to, czy informacja pochodzi z medium, któremu ufają ok. 46 proc.). Co trzeciemu internaucie wystarcza, że publikują ją osoby, do których mają zaufanie. W ten sposób fake newsy stają się równie oczywiste, co informacje prawdziwe. Winę ponoszą też sami dziennikarze.

– Dziennikarze faktycznie w wielu przypadkach są ukierunkowani, co nie sprzyja obiektywizmowi. Ale tego nie zmienimy, będziemy to obserwować z coraz większym natężeniem. Miejmy tylko nadzieję, że odbiorcy będą bardziej świadomi i tak jak w Stanach Zjednoczonych zaczną świadomie podchodzić do przekazu, który jest im serwowany i potrafią już odróżnić to, co jest prawdą, a co fake newsem, co jest tylko ogłupiaczem, z którym musimy się zmierzyć – mówi ekspert.

Wzrost świadomości odbiorców może okazać się gwoździem do trumny tych najbardziej niewiarygodnych mediów.

– Niestety, wciąż skala tego zjawiska narasta w zastraszającym tempie. Jesteśmy obserwatorami coraz to poważniejszych działań ze strony osób, które czują się bezkarne. Prawo i ustawodawca nie nadążają, tworząc normy prawne, za tym, co się dzieje w sieci, za tym okrutnym hejtem, jaki rozlewa się w sieci w zasadzie wobec wszystkich osób, które cokolwiek mają do powiedzenia – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło.

Hasło „mowa nienawiści” stała się modnym sformułowaniem, które jeszcze nigdy nie było tak często wykorzystywane. Internet sprzyja anonimowości – ukrywając się pod nickiem łatwo wyrażać swoje negatywne opinie, także w sposób przekraczający granicę, ale także na swoich prawdziwych profilach na Facebooku czy Instagramie internauci atakują słownie innych użytkowników. Jak podkreśla Tworzydło, krytyka dotyczy w zasadzie wszystkiego, także wydawałoby się neutralnych wpisów czy opinii. Zdaniem części psychologów, jeśli dojdzie do agresji słownej, przestają już istnieć jakiekolwiek bariery, a dozwolone staje się niemal wszystko. Internet to zjawisko znacznie przyspieszył.

– Dopóki po pierwsze, ustawodawca, po drugie, środowiska, a po trzecie, my sami, nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, a nie niszczeniem, to będzie się działo źle – przekonuje ekspert.

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych 7

Coraz więcej polskich miast zainteresowanych jest wdrożeniem koncepcji smart city, która pozwoli zautomatyzować pracę urzędników i systemów informatycznych. Powstają sieci inteligentnych latarni, systemy monitorowania ruchu kołowego oraz analizy zanieczyszczenia powietrza. Urzędy inwestują także w platformy ułatwiające komunikowanie się z mieszkańcami miast za pośrednictwem aplikacji mobilnych, które mogą posłużyć jako narzędzie do składania dokumentów oraz projektów obywatelskich.

W badaniu IESE Cities in Motion Index 2019 Warszawa zajęła 69. miejsce na liście najbardziej inteligentnych miast na świecie. Wrocław, drugie polskie miasto na tej liście, uplasowało się na 95. miejscu. Wysoką pozycję Warszawa zawdzięcza m.in. wdrożeniu systemów informatycznych zarządzających aglomeracją i ich komunikacji w ramach wspólnej platformy. Dzięki temu możliwa jest błyskawiczna wymiana danych z najróżniejszych czujników, a co za tym idzie – zautomatyzowanie procesu obsługi miasta.

– Budujemy platformy, które stwarzają możliwości budowania dowolnych rozwiązań w ramach smart city. W ramach projektu „Miasto jako platforma” budujemy platformy komunikacji z mieszkańcami, internetu rzeczy, otwierania danych i taką, w której dostarcza się usług codziennych oraz wysublimowanych dla mieszkańców. Główną platformę usługową skończymy w październiku, natomiast platformy big data, otwierania danych i komunikacyjna są już gotowe. Teraz skupiamy się na tym, żeby dostarczyć w oparciu o nie usługi – mówi agencji Newseria Innowacje Tadeusz Osowski, dyrektor Biura Cyfryzacji Urzędu Miasta m.st. Warszawy.

W ramach wdrażania systemów smart sity Zarząd Dróg Miejskich wprowadził Zintegrowany System Zarządzania Ruchem, monitorujący płynność ruchu na kluczowych skrzyżowaniach w aglomeracji miejskiej. Wykorzystuje on dane telemetryczne do reagowania w czasie rzeczywistym na to, co dzieje się na drogach. Kolejnym elementem inteligentnego zarządzania ruchem będzie system e-parkowania, zaprojektowany jako element Wirtualnego Warszawskiego Obszaru Funkcjonalnego.

Nowe narzędzie ułatwi wyszukiwanie wolnych miejsc postojowych w strefie płatnego parkowania. ZDM zainwestuje w system monitoringu, który w czasie rzeczywistym będzie wskazywał wolne miejsca parkingowe. Następnie dane te zostaną przesłane do aplikacji mobilnej, aby kierowcy mogli szybko i sprawnie ustalać, gdzie mogą znaleźć miejsce postojowe. Wdrożenie tego narzędzia nie tylko pozwoli mieszkańcom zaoszczędzić cenny czas. Poprawi drożność ulic i zmniejszy zużycie paliwa, a co za tym idzie – przyczyni się do obniżenia emisji spalin do atmosfery.

Efektem podjętych działań modernizacji systemów informatycznych jest uruchomienie Miejskiego Centrum Kontaktu Warszawa 19115, które sprawdza się w roli narzędzia do przyjmowania wniosków mieszkańców i uruchamiania procedur administracyjnych. W przeciwieństwie do klasycznych urzędów MCKW działa bez przerwy, zapewniając mieszkańcom dostęp do administracji publicznej 24 godziny na dobę.

– Stworzyliśmy usługę kontaktu całodobowego z mieszkańcami, specjalny contact center. Teraz będziemy dostarczać usługi celowe. Te usługi są naszym głównym celem – budowane wokół Karty Warszawiaka, karty mieszkańca, który eksploatuje to miasto, żyje w nim. To na nim chcemy się skupić – przekonuje ekspert.

Podpisanie przez warszawskich urzędników manifestu „Miasto jako platforma” było krokiem na drodze do upowszechnienia takich zintegrowanych narzędzi. Wdrożenie przez Biuro Cyfryzacji Miasta wspomnianych wcześniej platform smart city ma ułatwić wymianę informacji pozyskiwanych przez miejskie systemy informatyczne z rozwiązaniami opracowanymi przez podmioty zewnętrzne zainteresowane wprowadzeniem usług wykorzystujących technologie inteligentne oraz urządzenia funkcjonujące w ramach internetu rzeczy.

– Myślimy o hubie, w którym testuje się najnowocześniej rozwiązania razem z mieszkańcami. Żeby każdy mógł przyjść, dotknąć, zobaczyć, co to jest, jak się tego używa i żeby odpowiedział nam na pytanie, czy tego chce. Wtedy jest nam o wiele łatwiej wdrażać tę technologię. Jesteśmy w fazie wdrażania normy ISO, która porównuje, czy miasto jest inteligentne, czy nie. Ale tak naprawdę liczy się odczucie mieszkańców. Czy wybiorą to miejsce, bo jest fajne do życia, czy przeniosą się gdzie indziej? To jest miara smart – twierdzi Tadeusz Osowski

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży inteligentnych miast w 2018 roku wynosiła 308 mld dol. Szacuje się, że do 2023 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 18,4 proc.

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy 8

Co chwilę dochodzi do wycieku wrażliwych danych. Miliony adresów mailowych, haseł, a nawet numerów telefonów codziennie trafiają na czarny rynek, gdzie zostają sprzedane za kilkadziesiąt dolarów. Chociaż twórcy przeglądarek internetowych robią wszystko, by odpowiednio zabezpieczyć nasze dane logowania, nie zastąpią zdrowego rozsądku. Eksperci podkreślają, by nie korzystać z tych samych, prostych haseł do wielu różnych witryn, bo od wycieku danych do zaciągnięcia kredytu na kilkaset tysięcy złotych droga jest krótka. A dane mogą wyciec nie tylko z prywatnej firmy, lecz także z urzędu.

– Dane z polskich firm wyciekają. Operatorzy mają taki problem, że bardzo łatwo się u nich zatrudnić, bo w ogóle jest teraz rynek pracownika i pracownicy są potrzebni. Osoba, która pracuje w biurze obsługi klienta, w małej galerii handlowej, w niewielkim miasteczku, nie zarabia kroci, a ma dostęp do systemów informatycznych, z których może wyciągnąć dane, które niestety w tzw. darknecie, czyli tych podziemnych forach internetowych, są zdecydowanie bardziej cenne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Konieczny, szef Zespołu Bezpieczeństwa Niebezpiecznik.pl.

W ostatnich miesiącach cyberprzestępcy wystawili na sprzedaż bazę zawierającą 773 mln adresów e-mail oraz 21 mln haseł z przeszło 2 000 serwisów, w tym z polskich serwisów internetowych. Za dostęp do bazy Collection HASH1 żądano zaledwie 45 dol., co oznacza, że bezcenne z punktu widzenia użytkowników informacje mogły wpaść w ręce tysięcy cyberprzestępców.

– Codziennie pojawiają się ogłoszenia: pracuję u tego operatora, mam dostęp do bazy, kto mi zapłaci i ile, to mogę coś sprawdzić albo mogę wręcz wyeksportować pewne dane i je przekazać. To jest coś, z czym będziemy musieli sobie jako społeczeństwo coraz bardziej zinternetyzowane poradzić, dbając o to, żeby tych danych podawać jak najmniej. Żeby mieć z tyłu głowy, że zawsze to, co komuś przekazujemy, może z systemów informatycznych wylecieć – mówi Piotr Konieczny.

Aby uchronić się przed takimi wyciekami, producenci przeglądarek wdrażają systemy bezpieczeństwa, które sprawdzają, czy nasze loginy i hasła nie zostały złamane. Firefox Monitor to nowa usługa uruchomiona przez Fundację Mozilla. Jej celem będzie monitorowanie sieci w poszukiwaniu wycieków e-maili, haseł i innych newralgicznych informacji, którymi raczej nikt nie chce dobrowolnie dzielić się ze światem.

Monitor porównuje hasła z bazą serwisu Have I Been Pwned, którego twórca gromadzi od 2013 r. dane logowania, które wyciekły od usługodawców i trafiły w ręce cyberprzestępców. Wpisując naszego e-maila do Firefox Monitor, możemy się dowiedzieć, czy nie trafił on w niepowołane ręce. HIBP pozwala także sprawdzić, czy w bazie nie znajduje się nasze hasło, a logując się do usługi Firefox Monitor będziemy informowani o wszystkich wyciekach danych, których staniemy się ofiarami.

Podobne rozwiązanie wdrożyli programiści Google do przeglądarki Chrome, jednak ich wtyczka Password Checkup korzysta z szyfrowanej i anonimowej bazy Google.

– Jeśli wszędzie używamy hasła ABC123, to nie powinniśmy się dziwić, że jeśli dane wyciekną z jednego z naszych systemów, to przestępcy od razu zweryfikują, czy na nasz adres e-mail są zarejestrowane konta w bardzo popularnych serwisach, takich jak np. Allegro, Uber, czy Netflix i czy przypadkiem tam też nie mamy hasła ABC123. A jeśli mamy, no to oczywiście nasze konto trafi na sprzedaż, ktoś nam zwiększy abonament, ktoś podepnie jeszcze członków rodziny. I tak naprawdę na tym się zarabia. Na wyłudzeniach albo wystawianiu lewych przedmiotów na sprzedaż i przekierowaniu pieniędzy w zupełnie inne miejsce – tłumaczy Piotr Konieczny.

Nasza dane mogą być narażone na niebezpieczeństwo nie tylko przez prywatne firmy. Badania przeprowadzone przez funkcjonariuszy Najwyższej Izby Kontroli dowodzą, że polskie urzędy masowo przetwarzające nasze dane osobowe, nie są w stanie zagwarantować, że nie dostaną się one w ręce osób niepowołanych. Niemal 70 proc. skontrolowanych urzędów ma problem z wdrożeniem systemów bezpiecznego przetwarzania danych, a 75 proc. nie ma aktualnych informacji o przetwarzanych zasobach informatycznych.

W przeszło połowie jednostek nie przestrzega się także zasad prawidłowego zabezpieczania dostępu do informacji, co najczęściej przekłada się na stosowanie haseł niespełniających podstawowych norm bezpieczeństwa. Powszechne jest także gromadzenie informacji na niezabezpieczonych nośnikach – proceder taki stosuje aż 70 proc. skontrolowanych urzędów.

– Musimy mieć świadomość, że ktoś te dane będzie miał w jakimś systemie, ktoś może ich nie skasować, ktoś może mieć gorszy dzień w pracy, ktoś może odejść od komputera. Wreszcie, to może być jakiś stażysta, który zatrudnił się wyłącznie po to, żeby takie dane sobie zebrać i na nich zarobić zdecydowanie więcej niż na stażu – mówi Piotr Konieczny.

Ustawodawcy próbują wyjść naprzeciw wyzwaniom, jakie stawia przed nimi dynamiczny rozwój internetu, i planują wdrożyć zapisy prawne, które zaostrzą kary dla finansowych cyberprzestępców. Do Rządowego Centrum Legislacji trafiła nowelizacja Kodeksu karnego, która zakłada, że złamanie zabezpieczeń internetowych, w tym m.in. nieuprawniony dostęp do serwisów bankowych, będzie utożsamiane z kradzieżą z włamaniem. Pozwoli to nakładać na cyberprzestępców wyższy wymiar kary i skazywać ich nawet na dziesięć lat pozbawienia wolności.

– Jeśli nasze dane zostaną wykradzione, to prawdopodobnie przestępca będzie chciał na nich szybko zarobić. Jeśli są to dane związane z dokumentami tożsamości, to prawdopodobnie na te osoby zostaną pobrane pożyczki, kredyty. Dzisiaj można to zrobić przez internet albo w oddziale, mimo że jesteśmy nie do końca podobni do zdjęcia, które jest na dokumencie. Czasem nawet nie potrzebujemy oficjalnego dokumentu, którego skan mamy, bo możemy wyrobić tzw. dowody kolekcjonerskie. Fałszerzowi podajemy dane z prawdziwego dowodu, który wykradliśmy i zdjęcie naszego słupa, który pójdzie do firmy pożyczkowej – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2017 roku wyniosła 135 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 246 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 16 proc.

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostać?

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostaćWiększość pożyczkodawców w sieci wymaga weryfikacji tożsamości przez przelew. Zazwyczaj jest to złotówka lub właśnie tytułowy grosz. Takie wymaganie może wydawać się dziwne – w końcu jeśli ktoś stara się o pożyczkę to może nie mieć pieniędzy na koncie. Na szczęście istnieje wiele pożyczek, które można uzyskać bez przelewania 1 grosza. Zobacz, na czym to polega.

W jaki sposób pożyczki bez przelewania 1 grosza są możliwe?

Jest to możliwe dzięki automatycznym systemom weryfikacji konta. Jest to nie tyle alternatywa do przelewu groszowego, co sposób nowocześniejszy, szybszy i wygodniejszy zarówno dla klientów, jak i firm pożyczkowych. To zdecydowanie przyszłość wszelkich pożyczek online. Możesz sprawdzić, które chwilówki dostaniesz bez przelewu groszowego na portalu Ofin.

Wymaganie weryfikacji przez konto bankowe istnieje, gdyż sam dowód osobisty nie wystarcza do rzetelnego ocenienia, czy faktycznie osoba która go posiada jest tą, której go wydano. Dowód osobisty można znaleźć, ukraść czy nawet podrobić. W przypadku konta bankowego jest to znacznie trudniejsze. Kradzież ich obu, wraz z telefonem komórkowym na pewno zostałaby szybko zauważona przez pokrzywdzoną osobę.

Systemy automatycznej weryfikacji są lepsze od przelewu groszowego z wielu istotnych powodów, takich jak:

  • Niemal natychmiastowe działanie. Przelewy bankowe są ograniczone sesjami ELIXIR, przez co nie działają w weekendy, a w dni powszednie trwają kilka godzin.
  • Weryfikacja dochodów. Dzięki temu pożyczkodawca jest w stanie zaproponować niższe opłaty za użyczenie pieniędzy.
  • Brak czynnika ludzkiego. System nie kieruje się uprzedzeniami i jest niemal wolny od błędu.

Zwykły przelew, pod warunkiem, że nie jest to przelew natychmiastowy albo pożyczkobiorca nie ma konta w tym samym banku co pożyczkodawca, podróżuje między kontami przez kilka godzin. Czyni to pożyczki w 15 minut niemożliwymi ze względu na ograniczenia technologiczne. Odpowiedzią na ten problem jest właśnie weryfikacja automatyczna.

Systemy weryfikacji automatycznej działają przez technologię screenscrapingu, czyli odczytywania danych przez program. Firma pożyczkowa sama nie ma dostępu do naszych danych logowania, korzysta jedynie z programu dostarczanego przez dostawcę usługi weryfikacyjnej. Programy te nie przechowują naszych danych – są one wykorzystywane jednorazowo, przez co proces jest całkowicie bezpieczny.

Potwierdzenie tożsamości w inny sposób

Skorzystanie z automatycznej weryfikacji jest bardzo proste. Najpierw wybieramy bank, w którym mamy konto bankowe. Najlepiej jest wybrać konto, na które mamy największe wpływy – zwiększy to naszą zdolność kredytową. Niestety, nie wszystkie banki wspierają usługi automatycznej weryfikacji. Jest to jednak znacząca większość z nich. Najwięcej umów z bankami mają podpisane KontoConnect, BlueMedia i Instantor.

Następnie klikamy ‘pobierz moje dane’ lub podobny przycisk i czekamy na usługę. Powinno to zająć zaledwie kilka minut. Po pobraniu danych przeglądamy je, zatwierdzamy i wysyłamy do pożyczkodawcy. To wszystko. Wystarczy jedynie czekać na pozytywną decyzję o przyznaniu pożyczki i przelew na konto.

Systemy weryfikacji konta bankowego bez przelewu

Istnieje kilka systemów weryfikacji konta. Są to:

  • Kontomatik,
  • GroszConnect,
  • BlueMedia,
  • Szybka Identyfikacja,
  • KontoConnect,
  • Instantor.

Różnią się one od siebie nieznacznie w sposobie działania. Kontomatik, BlueMedia i Instantor badają historię wpływów na konto (zazwyczaj z ostatnich 3 – 12 miesięcy), natomiast KontoConnect i GroszConnect pobierają jedynie podstawowe informacje o tożsamości klienta.

Pożyczki przez internet bez konta bankowego

Co zrobić w sytuacji, jeśli powodem dla którego nie chcemy weryfikować się przez przelew groszowy nie jest lepsza alternatywa w postaci weryfikacji automatycznej, tylko inne czynniki? Nie każdy musi przecież posiadać konto w banku, albo posiadać je w banku obsługiwanym przez usługi weryfikacyjne. Mogą też pojawić się wątpliwości co do bezpieczeństwa usług tego typu.

Dla takich osób również istnieje możliwość uzyskania pożyczki przez internet bez przelewania pieniędzy. Są to jednak metody starsze od przelewu groszowego, przez co wolniejsze i bardziej uciążliwe. Zasadniczo mamy w takim przypadku dwie możliwości: weryfikację telefoniczną i osobistą (przez kuriera lub pracownika firmy pożyczkowej).

Weryfikacja telefoniczna to nic innego jak rozmowa z konsultantem firmy pożyczkowej, który oceni czy jesteśmy osobą, za którą się podajemy. W przypadku braku konta bankowego można przy takiej pożyczce odebrać pieniądze przez np. czek GIRO na poczcie.

Pożyczka z kurierem polega na potwierdzeniu naszej tożsamości przez kuriera i przekazaniu nam przez niego pieniędzy.

Ostatnia możliwość to pożyczka domowa. Zamawiamy przez internet spotkanie z pracownikiem firmy pożyczkowej, który zweryfikuje naszą tożsamość i przekaże nam pożyczkę. Niestety, takie pożyczki wiążą się zazwyczaj z dodatkową prowizją za obsługę w domu.

5 pytań, które warto sobie zadać przed rozpoczęciem współpracy z mediami

Wielu przedsiębiorców marzy o tym, aby ich marka stała się szeroko rozpoznawalna i obecna w mediach. Jeśli jesteś jednym z nich, zanim podejmiesz się współpracy z dziennikarzami, zadaj sobie kilka pytań. Sprawdzić czy aby na pewno jesteś przygotowany na samodzielne budowanie relacji z przedstawicielami mediów.

  1. Co chcę przekazać?

Może już masz upatrzony tytuł prasowy, w którym widzisz swój produkt lub własne nazwisko. Zanim jednak wyślesz pierwszego maila do dziennikarza, pamiętaj, że Twoim celem nie jest pojawienie się w danej gazecie, tylko trafienie do odpowiedniej grupy docelowej. Dokonaj analizy swoich klientów i zastanów się, jak możesz do nich dotrzeć, zbudować swoją wiarygodność i zwiększyć ich zaufanie.

Czy wiesz, co czytają lub oglądają? Jakie informacje są dla nich interesujące i wartościowe? Czy potrzebują materiałów rozrywkowych czy eksperckich?

Pamiętaj również, że zadaniem dziennikarzy nie jest opisywanie, jak fantastyczna jest Twoja firma czy Twój produkt. Dziennikarz szuka tematu, z którego może zrobić materiał. Przemyśl, jakie tematy możesz zaproponować ze swoim udziałem.

  1. Czy znam i rozumiem specyfikę pracy dziennikarzy?

Nie wystarczy, że przygotujesz bazę mediów i wyślesz informację prasową na temat swojej firmy. Warto lepiej poznać dziennikarzy, którzy pracują w wybranej przez Ciebie redakcji. Czy wiesz, na jakie tematy lubią pisać? Jak wyglądają opracowane przez nich artykuły: czy są ramki z ciekawostkami, ramki z produktami? Czy korzystają z wiedzy eksperta? Czy lubią reportaże, poradniki czy wywiady? Kolejna rzecz, czy wiesz, jak wygląda praca dziennikarza w miesięczniku, tygodniku, dzienniku, portalu internetowym, radiu czy telewizji? Jakie materiały będą pomocne dla każdego z nich? Co warto wcześniej przygotować?

  1. Czy lubię budować relacje z ludźmi?

Dobra relacja z dziennikarzami nie buduje się sama czy poprzez wysyłanie notek prasowych. Przede wszystkim potrzebuje czasu, zaangażowania, wzajemnego zaufania, na które sobie trzeba zapracować. Jak? Poprzez rzetelność, rozumienie potrzeb drugiej strony, dostarczanie wartościowych materiałów i bycia w tzw. gotowości.

  1. Czy mam czas na dodatkową aktywność?

Budowanie długotrwałych relacji to nie tylko dobre chęci, ale przede wszystkim czas, który trzeba na to poświęcić. Czy jesteś na tyle dyspozycyjny, aby w każdej chwili dostarczyć dziennikarzowi odpowiedzi na jego pytanie, spotkać się na wywiad, przeprowadzić dłuższą rozmowę telefoniczną czy szybko dostarczyć niezbędne do artykułu materiały. Pamiętaj, że zazwyczaj dziennikarz potrzebuje materiałów na już i jeśli Ty mu nie dostarczysz, to zrobi to ktoś inny.

  1. Czy zamierzam prowadzić uczciwą komunikację?

Budowanie relacji z mediami opiera się na zaufaniu i rzetelności. Jeśli nie znasz odpowiedzi na pytanie dziennikarza, nie podawaj nieprawdziwych informacji. Powiedz, że musisz to sprawdzić, doczytać. Nie naciągaj faktów na swoją korzyść, nie kłam i nie wyolbrzymiaj. Mów prawdę, słuchaj drugiej strony i nie nadwerężaj zaufania.

Jeśli chcesz budować relacje z mediami w sposób efektywny dla obu stron, pobierz bezpłatny ebook „PR w branży health & beauty” i poznaj wskazówki praktyków i dziennikarzy. Link: https://rolingerpr.pl/ebook/

Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego. Działki pod budownictwo będą tańsze

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

Z uwagi na upływ 12 letniego okresu ochronnego na zakup ziemi rolnej przez cudzoziemców, polski ustawodawca w 2016 roku przeprowadził prace legislacyjne, które miały na celu poprawę sytuacji ekonomicznej polskich rolników oraz wzmocnienie ochrony ziemi rolnej przed spekulacyjnym wykupem. Poprzez wprowadzenie do polskiego porządku prawnego szeregu unormowań, które miały gwarantować realizację tych postulatów doszło do faktycznego wstrzymania obrotu nieruchomościami rolnymi.

Wprowadzone zmiany bardzo szybko zaczęły budzić kontrowersje. Obiektem krytyki stały się m.in. pięcioletni zakaz sprzedaży gruntów pozostających z zasobach, wówczas Agencji Nieruchomości Rolnych a następnie Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR), dopuszczenie do prywatnego obrotu jedynie nieruchomości rolnych o powierzchni mniejszej niż 3000 m2 oraz ograniczenie prawa nabywania nieruchomości rolnych bez konieczności uzyskiwania zgody Dyrektora Generalnego KOWR wyłącznie do grupy tzw. rolników indywidualnych. Zwracano uwagę również na wybiórcze wyłączenie z obostrzeń związków wyznaniowych.

– Eksperci zgodnie zauważali, że ograniczenia w handlu ziemią, które dotychczas obowiązywały spowodowały zastój w budownictwie, co dotknęło nie tylko deweloperów, ale również zakłady przemysłowe, które nie mają szans na rozbudowę w przypadku lokalizacji na terenach rolnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Patrick Koźliczak, prawnik w kancelarii Zięba&Partners.

W wyniku trwających od 2 lat prac nad projektem zmian w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego parlament przyjął nowelizację przedmiotowej ustawy, która w dniu 10 maja 2019 roku została przekazana prezydentowi do podpisu.

Do najistotniejszych zmian wprowadzonych nowelizacją należy zaliczyć zwiększenie powierzchni nieruchomości rolnej, której nabycie nie wymaga uzyskania zgody Dyrektora Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. W związku z tym każdy bez kwalifikacji rolniczych, w tym również przedsiębiorcy oraz spółki prawa handlowego będą mieć prawo do nabycia nieruchomości rolnej, której powierzchnia nie przekracza 1 hektara zarówno na terenach miast jak i wsi bez uzyskania wspomnianej zgody.

– Należy jednak podkreślić, że sam fakt iż przeprowadzenie takich transakcji nie będzie wymagało uzyskania zgody Dyrektora KOWR nie oznacza, że KOWR nadal nie będzie uprawniony do wykonania przysługującego mu dotychczas prawa pierwokupu nieruchomości – wyjaśnia prawnik z Zięba&Partners. – W tym zakresie do zmiany nie doszło, wobec czego umowa sprzedaży mająca za przedmiot nieruchomość rolną o powierzchni wahającej się między 3000 m2 a jednym hektarem nadal będzie musiała być umową sprzedaży zawartą pod warunkiem, że KOWR nie wykona przysługującego mu prawa pierwokupu.

W przypadku nabycia nieruchomości rolnej, nowy właściciel obowiązany będzie prowadzić gospodarstwo rolne, w skład którego weszła nabyta nieruchomość przez co najmniej 5 lat co stanowi zmianę w kontekście wcześniej obowiązującego terminu 10 letniego. W tym też okresie nie ma możliwości zbycia takiej nieruchomości bez zgody Dyrektora KOWR. Co istotne zakaz niezbywania nie ma zastosowania do nieruchomości rolnych położonych w granicach administracyjnych miast, w przypadku gdy ich powierzchnia jest mniejsza niż 1 hektar.

Wspomniany okres pięcioletni będzie również obowiązywał nabywców sprzed wejścia w życie nowelizacji.

Co istotne w kontekście funkcjonowania spółek prawa handlowego, KOWR przysługiwać będzie prawo pierwokupu udziałów i akcji w spółkach kapitałowych, w przypadku gdy taka spółka jest właścicielem lub użytkownikiem wieczystym nieruchomości rolnej o powierzchni co najmniej 5 ha albo nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni co najmniej 5 ha. Stanowi to istotną zmianę w kontekście dotychczasowych przepisów, które przyznawało prawo pierwokupu udziałów i akcji w przypadku posiadania przez spółkę nieruchomości rolnej o powierzchni powyżej 3000 m2. Te konkretne zmiany zapewne będą stanowić pozytywny impuls na rynku fuzji i przejęć niejako ułatwiając i usprawniając przeprowadzanie tego typu transakcji.

Pomimo tego, że wprowadzone zmiany nadal utrzymują ograniczenie obrotu nieruchomościami rolnymi, w kontekście jednak bardzo restrykcyjnych uregulowań z 2016 r., obecne zmiany należy ocenić co do zasady pozytywnie i ufać, że jest to jedynie początek działań ustawodawcy w tym zakresie i kierunku.

Sytuacja gospodarstw domowych coraz lepsza

Dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób zwiększyła się w kwietniu do 7,1% r/r wobec 5,7% w marcu. Dochody gospodarstw domowych rosną najszybciej od dwóch lat.

– Niższy wzrost wynagrodzeń w marcu okaże się prawdopodobnie jednorazową anomalią – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Warto też zwrócić uwagę na bardzo stabilną tendencję dotyczącą wzrostu zatrudnienia. Wzrost ten przekracza 3 proc. Dzięki temu poprawiają się dochody rozporządzalne gospodarstw domowych.

– Wzrost tych dochodów jest bardzo solidny, po uwzględnieniu inflacji w kwietniu wynosił 8 proc., a pamiętać trzeba, że nie uwzględnia się tu dodatkowych transferów z budżetu państwa, które też rosną – komentuje ekspert XTB.

Aż 63% kupujących w Internecie korzysta z usług InPost

Według badań Kantar Polska1 kupujący w Internecie deklarują, że najczęściej korzystają z usług oferowanych przez InPost. Wskazanie 63% badanych to najwyższy wynik wśród wszystkich firm logistycznych działających w Polsce. InPost jest drugą najbardziej rozpoznawalną firmą kurierską w Polsce – aż 92% konsumentów zna markę InPost, a 55% wskazuje ją spontanicznie. InPost uzyskał także najwyższy wśród wszystkich kurierów wynik NPS – czyli wskaźnik zadowolenia konsumentów i polecania marki.

Rafał Brzoska, prezes InPost
Rafał Brzoska, prezes InPost

“InPost jest oceniany lepiej od konkurencji pod względem większości badanych elementów wizerunku marki. W porównaniu do pomiaru z października 2018 roku, InPost odnotował wzrost ocen większości aspektów wizerunkowych. Jesteśmy najlepiej oceniani zwłaszcza w obszarach związanych z innowacyjnością, wprowadzaniem nowych rozwiązań, a także z atrakcyjnością i elastycznością oferty oraz prostotą i wygodą korzystania z usług. InPost uzyskał też najwyższy wynik wskaźnika NPS wśród wszystkich kurierów. To pokazuje, że nasze zaangażowanie i ciężka praca przynoszą efekty – nawet, jeśli popełniamy błędy, to staramy się je jak najszybciej wyeliminować. Jesteśmy innowacyjni, a nasi kurierzy mają najlepsze na rynku narzędzia, by realizować usługę szybko i efektywnie” – powiedział Rafał Brzoska, prezes InPost.

W tym roku InPost udostępnił nową aplikację mobilną na telefony pracujące pod kontrolą systemów iOS i Android. W ramach aplikacji użytkownicy mogą skorzystać bezpłatnie z usług, które obejmują m.in. statusy i śledzenie drogi przesyłek, dodatkowe powiadomienia, możliwość odbioru czy zapłaty za pobraniem.

Ponadto InPost w ramach współpracy z ZEBRA Technologies wyposażył 3800 pracowników terenowych w komputery mobilne z ekranem dotykowym Zebra TC56. Modele, działające pod kontrolą systemu Android, umożliwiają szybsze i bardziej precyzyjne wykonywanie zadań związanych z obsługą paczek. Dzięki temu wydajność dostaw InPost wzrosła nawet o 10%.

InPost dostarczył w 2018 roku ponad 86 mln przesyłek, czyli o 52,5% więcej niż rok wcześniej. Dostawy za pośrednictwem Paczkomatów® wzrosły o 56,3%, a przez Kuriera InPost o 45,5%.

We wrześniu 2018 roku InPost i KKR – amerykańska firma inwestycyjna – zawarły porozumienie gwarantujące 125 mln euro finansowania dla InPost w okresie 5,5 roku. Ponadto Advent International i InPost zainwestują w 2018 roku nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich.

Według raportu Gemius E-commerce w Polsce w 2018 roku:

  • Paczkomaty® InPost są drugą najbardziej popularną formą dostaw zakupów w sieci, po dostawach kurierem – wskazuje je aż 48% badanych
  • InPost Kurier utrzymał ubiegłoroczne trzecie miejsce wśród najchętniej wybieranych firm kurierskich w Polsce. Wyprzedził m.in. Pocztex (Pocztę Polską) oraz światowych potentatów, takich jak GLS, UPS i FedEx. Usługi kurierskie InPost zanotowały przyrost wskazań o 4 punkty procentowe w stosunku do 2017 roku, co jest sporym osiągnięciem na tak konkurencyjnym rynku

Rośnie także odsetek osób, które dzięki możliwości dostawy do Paczkomatów® motywowane są do zakupów online – to już 55% (wzrost o 5 punktów procentowych z roku na rok).

W 2018 roku InPost zrealizował:

  • ponad 86 mln dostaw, czyli więcej o 52,5% rok do roku
  • 56,3% wzrost wolumenu przesyłek do Paczkomatów® InPost r/r
  • 45,5% wzrost wolumenu paczek kurierskich InPost r/r
  • w szczycie świątecznym wzrosty wolumenów dostaw do Paczkomatów® przekroczyły 92%

InPost notuje jeden z najwyższych wskaźników zadowolenia klientów NPS (styczeń 2019, ankieta wysyłana do klientów po wykonaniu usługi):

  • InPost Kurier: 70,81 /N=4512/
  • Paczkomaty® InPost: 81,5 /N=13278/

FPP i CALPE: Od 2020 roku płaca minimalna powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że płaca minimalna od 2020 roku powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto. Stosując metodykę analogiczną do wykorzystywanej w rządowej ocenie skutków regulacji rozporządzeń w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę – można szacować, że podwyższenie płacy minimalnej do 2500 zł brutto spowodowałoby wzrost wpływów do sektora finansów publicznych o 2,2 mld zł w skali roku. FPP proponuje, by 1,6 mld zł z tej kwoty przeznaczyć na obniżenie klina podatkowego i podwyższenie kwoty pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do ponad 333 zł miesięcznie.

Panująca w ostatnich latach sytuacja na polskim rynku pracy doprowadziła do tego, że rzeczywiste najniższe rynkowe stawki wynagrodzenia zaczęły znacząco przewyższać determinowaną prawnie płacę minimalną. Z punktu widzenia prowadzenia działalności gospodarczej – m.in. w tych sektorach, gdzie często realizowane są zamówienia publiczne – istotne znaczenie ma jednak, by administracyjne stawki minimalne odzwierciedlały realne stawki rynkowe – tylko one bowiem często mogą stanowić podstawę do waloryzacji kontraktów.

Polskie firmy stają również przed koniecznością przyciągnięcia i utrzymania na rynku pracy licznej grupy cudzoziemców, w warunkach coraz silniejszej konkurencji z przedsiębiorcami z innych krajów. W tym segmencie rynku realne minimalne stawki również oderwały się od minimum formalnoprawnego. W sytuacji, gdy to ograniczenia po stronie podaży – zamiast popytu – zaczynają stanowić największą barierę rozwoju, możliwość oferowania wyższych wynagrodzeń staje się źródłem przewagi konkurencyjnej.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Rynek pracy jest bardzo trudny – przedsiębiorcy regularnie podwyższają wynagrodzenia w celu zatrzymania pracowników i zmniejszenia ich fluktuacji. Nie ma co utrzymywać fikcji – płaca minimalna powinna nadążać za realiami. Poziom 2500 zł brutto jest całkowicie uzasadniony i potrzebny. Mam nadzieję, że do naszego apelu – jako przedsiębiorców – przyłączą się związki zawodowe, a rząd uwzględni te głosy jako racjonalną potrzebę rynkową. Taka zmiana korzystnie wpłynie na warunki funkcjonowania przedsiębiorców – dla których ważne jest, by regulowana przez prawo minimalna stawka odpowiadała istniejącym realiom, zaś dla pozostałych firm byłaby ona neutralna” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Podwyższenie płacy minimalnej przyczyniłoby się do zwiększenia wpływów do sektora finansów publicznych z tytułu potrącanych zaliczek na podatek dochodowy, składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, a także składki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W konsekwencji podwyżka płacy minimalnej o 250 zł brutto spowodowałaby zwiększenie kosztów ponoszonych przez pracodawcę o 301 zł – z czego 176 zł trafiłoby bezpośrednio do pracownika, podnosząc jego wynagrodzenie netto, zaś pozostałe 125 zł zostałoby zaliczone na poczet obowiązkowych danin na rzecz państwa.

Ostateczny koszt pracodawcy ukształtowałby się na poziomie 3012 zł, a wynagrodzenie netto pracownika 1852 zł – po uwzględnieniu zapowiedzianych zmian, takich jak podwyżka kwoty kosztów uzyskania przychodu do 250 zł miesięcznie oraz wprowadzenie najniższej stawki PIT 17%.

Należy ponadto zwrócić uwagę na fakt, iż po podwyżce minimalnego wynagrodzenia, rośnie klin podatkowo-składkowy w odniesieniu do osób otrzymujących najniższe pensje. Jest to efekt proporcjonalnego zanikania korzyści wynikających z odliczeń kwotowych z tytułu kwoty wolnej od podatku oraz kwoty kosztów uzyskania przychodu. W rezultacie po podwyżce płacy minimalnej, dotyczący ją klin podatkowo-składkowy wzrósłby z 38,2% do 38,5%.

W związku z tym Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje, by w połączeniu z podwyższeniem płacy minimalnej została zwiększona kwota pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do 3-krotności jej dotychczasowej wartości. Oznaczałoby to, że standardowo zamiast do 250 zł miesięcznie – jak obecnie planuje rząd – wzrosłaby ona do 333,75 zł miesięcznie. Dzięki temu po podwyżce płacy minimalnej o 250 zł brutto, pracownicy zarabiający minimalne wynagrodzenie zyskaliby ponad 190 zł netto, a ich klin podatkowo-składkowy zamiast wzrosnąć, obniżyłby się do 38,1% – co miałoby istotne znaczenie w kontekście wzmacniania bodźców do podejmowania aktywności przez osoby bierne zawodowo.

Koszt takiej zmiany, jak wynika z obliczeń przedstawionych w najnowszym Wieloletnim Planie Finansowym Państwa wyniósłby 1,6 mld zł rocznie i mógłby zostać pokryty z większych wpływów do sektora finansów publicznych, wynikających ze wzrostu podstawy wymiaru podatków i obowiązkowych składek.

Renta dożywotnia, czy zamiana mieszkania na mniejsze?

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość.[1] Dzięki uwolnieniu kapitału zamrożonego w tej nieruchomości osoby starsze mogłyby poprawić swoją sytuację finansową, zwłaszcza, że nie mają zbyt wielu oszczędności, a polskie emerytury są jednymi z najniższych w Europie. Sposobów jest kilka. Pierwszy z nich to podnajęcie pokoju lub części domu. Drugi – renta dożywotnia, czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne. Trzeci – sprzedaż mieszkania lub domu oraz przeprowadzenie się do mniejszego lokum. Co jest najbardziej opłacalne z ekonomicznego i psychologicznego punktu widzenia?

Eksperci przekonują, że kapitał zamrożony w mieszkaniu można spieniężyć i żyć dostatniej na emeryturze. Wszystko zależy od rodzaju i wielkości nieruchomości oraz tego jaki wariant „spieniężenia” wybierze senior. Jedną z opcji jest wynajęcie pokoju lub części domu. Takie rozwiązanie pozwala „dorobić” ok. 500-1000 zł miesięcznie do emerytury. Powoduje jednak utratę prywatności i mniejszy komfort życia (m.in. przez mniejszą powierzchnię użytkową, z której osoba starsza może korzystać). Wśród najczęściej porównywanych opcji jest zatem renta dożywotnia (czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne i gwarancję dożywotniego korzystania z lokum) oraz sprzedaż dotychczasowego i zakup mniejszego mieszkania. Często słyszy się, że z ekonomicznego punktu widzenia ta druga opcja jest bardziej opłacalna. Eksperci z Funduszu Hipotecznego DOM przeanalizowali kilka scenariuszy.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Przeanalizowaliśmy trzy scenariusze. W pierwszym z nich senior sprzedaje mieszkanie zlokalizowane w Warszawie, o powierzchni 65 m kw. oraz przeprowadza się do mniejszego w tej samej dzielnicy, ale o metrażu 40 m kw. W drugim scenariuszu senior podpisuje umowę renty dożywotniej na w/w mieszkanie o powierzchni 65 m kw. W trzecim scenariuszu podnajmuje pokój – wyjaśnia Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Z naszych wyliczeń wynika, że zarówno senior, który zamienił mieszkanie na mniejsze, jak i ten, który podpisał umowę renty dożywotniej będzie mógł uzyskać miesięcznie odpowiednio 966 zł lub 960 zł. To bardzo podobne kwoty, ale warto podkreślić, że przy zamianie mieszkania na mniejsze senior „straci 25 metrów kwadratowych”, czyli obniży swój komfort życia. Dzięki sprzedaży zyska nadwyżkę finansową w wysokości 142 600 zł, co oznacza, że będzie mógł „wypłacać sobie” dodatkowe środki w kwocie 966 zł do emerytury przez określony czas – 12 lat. Dla takiej wartości przygotowaliśmy wyliczenia, co oznacza, że wypłaty będą ograniczone w czasie. Skąd wzięliśmy 12 lat? To oczekiwania długość życia naszego reprezentatywnego seniora według danych GUS. Jeżeli nasz senior pożyje dłużej, środki pieniężne ze sprzedaży mieszkania skończą się. Będzie zatem musiał wypłacać sobie „coraz mniejsze kwoty” lub zaniechać tych wypłat całkowicie. Senior, który wybrał rentę dożywotnią, będzie otrzymywał świadczenia finansowe w wysokości 960 zł (+ waloryzacja) dożywotnio. Renta dożywotnia to rozwiązanie, w którym fundusz hipoteczny szacuje ryzyko, bierze go na siebie i zobowiązuje się do wypłacania świadczeń, aż do śmierci beneficjenta – dodaje Robert Majkowski.

Scenariusz 1 – sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego

Z wyliczeń Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że senior, który sprzeda mieszkanie o powierzchni 65 m kw. i kupi lokum o pow. 40 m kw. zyska na tej transakcji 142 600 zł. Będzie musiał jednak koszty dodatkowe (m.in. prowizje i opłaty z tytułu transakcji), koszty przeprowadzki czy ewentualnej adaptacji nowego mieszkania. Jeżeli będzie chciał „wypłacać sobie” dodatkowe środki do emerytury z uzyskanego w ten sposób budżetu, to przez 12 lat (bo taka jest oczekiwania długość życia wg GUS) będzie miał dodatkowe 966 zł miesięcznie. Czas realizacji transakcji będzie dość długi, a sam proces – energochłonny, co dla seniora może być dużym wyzwaniem. Warto też pamiętać, że przeprowadzka wiąże się ze zmianą środowiska, sąsiadów, współlokatorów. Zmieni się też metraż nieruchomości, a więc obniży się standard życia. – Ktoś, kto żył dotychczas w „oswojonej przestrzeni”, będzie musiał przyzwyczaić się do nowej. I mowa tu nie tylko o sąsiadach, ale również sprzedawcy z osiedlowego sklepiku, pani na poczcie, czy personelu przychodni lekarskiej. To właśnie dlatego mówi się, że sprzedaż mieszkania w starszym wieku należy rozpatrywać nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia. Bardzo ważnym aspektem są emocje, poczucie bezpieczeństwa, znajomość miejsca, w którym żyło się 40 czy 50 lat – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Tę tezę potwierdza zresztą szereg badań. W przeprowadzonym jakiś czas temu badaniu PolSenior, osoby starsze deklarowały, że mimo wysokich kosztów utrzymania nieruchomości – nie zamierzają zmieniać swoich mieszkań. Tak odpowiedziało 45 proc. ankietowanych. Z kolei seniorzy, którzy przeprowadzali się do domów opieki, mimo dość szybkiej adaptacji, przyznawali, że „wyrwanie ich” z dotychczasowego miejsca zamieszkania powoduje w nich smutek, osamotnienie, z pragnieniem śmierci włącznie. Osoby te twierdziły, że dałyby wszystko, by móc wrócić do domu rodzinnego.[2]

Scenariusz 2 – renta dożywotnia

Ten sam senior (w wieku 75 lat), który jest właścicielem mieszkania o pow. 65 m kw. zlokalizowanego w Warszawie, może podpisać umowę renty dożywotniej, otrzymywać comiesięczne świadczenia pieniężne aż do swojej śmierci, oraz mieszkać dożywotnio we własnym lokum. Świadczenie w przypadku takiego seniora wyniesie 960 zł miesięcznie, więc będzie podobne jak w przypadku sprzedaży mieszkania, tyle tylko, że nieograniczone w czasie, dożywotnie. Takie świadczenie będzie również waloryzowane. Komfort życia pozostanie bez zmian, podobnie z otoczeniem, sąsiadami, współlokatorami. Czas realizacji transakcji będzie znacznie krótszy, ok. 2-4 tygodnie. – Warto pamiętać, że w przypadku sprzedaży mieszkania i zamiany go na mniejsze senior wciąż będzie właścicielem nieruchomości, a mniejsze mieszkanie odziedziczą spadkobiercy. Jeżeli senior zdecyduje się na rentę dożywotnią, mieszkanie stanie się własnością funduszu hipotecznego, a więc nie będzie mogło być dziedziczone. To jeden z najważniejszych czynników, który wpływa na podjęcie decyzji o podpisaniu umowy renty dożywotniej. Mamy natomiast wielu klientów, którzy nie mają żadnych spadkobierców lub ich spadkobiercy nie są zainteresowani dziedziczeniem danej nieruchomości (np. dalecy krewni). W ostatnim badaniu opinii, które przeprowadziliśmy wśród naszych klientów, 62 proc. z nich przyznało, że ich sytuacja rodzinna nie miała wpływu na zawarcie umowy renty dożywotniej, a 73 proc. deklarowało, że ich spadkobiercy (dzieci, wnuki, dalsza rodzina) nie chcą podważać lub unieważnić takiej umowy. To wskazuje, że renta dożywotnia staje się, wzorem innych krajów, jednym ze sposobów poprawy życia na emeryturze, a zrozumienie zalet tego rozwiązania dotyczy nie tylko samych seniorów, ale również ich bliskich – podsumowuje Robert Majkowski.

Scenariusz 3 – podnajęcie pokoju lub części domu

Senior może zdecydować się też na podnajęcie pokoju w swoim mieszkaniu lub wynajęcie części domu. Co prawda komfort życia również będzie mniejszy, a czas pozyskiwania środków ograniczony czasem najmu, ale w takim przypadku emeryt będzie mógł liczyć na dodatkowe 500-1000 zł miesięcznie. – W tym przypadku trudno mówić o prawdziwym i długoterminowym bezpieczeństwie finansowym, bo rzadko wynajmuje się komuś pokój na 12 lat lub dłużej. Mimo to wynajęcie pokoju może być dobrym, dostępnym i dość szybkim w realizacji pomysłem – mówi Robert Majkowski. – Warto pamiętać również o opcjach pośrednich. Nawet, jeżeli sprzedamy mieszkanie i przeprowadzimy się do mniejszego lokum o pow. 40 m kw. to wciąż będziemy właścicielami nieruchomości. Możemy żyć z nadwyżki finansowej, którą uzyskaliśmy w wyniku sprzedaży, a dodatkowo podpisać umowę renty dożywotniej – tyle, że na mniejszy lokal. Jeżeli połączymy wypłaty z obu źródeł, okaże się, że miesięczne wpływy mogą sięgać 1500 zł – podsumowuje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Analiza Funduszu Hipotecznego DOM:

sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego, podnajęcie pokoju, renta dożywotnia – porównanie korzyści finansowych oraz innych aspektów związanych z przeprowadzką

  Sprzedaż domu/mieszkania i przeprowadzka do mniejszego Podnajęcie pokoju lub części domu Renta dożywotnia
Korzyść finansowa jednorazowa* 142 600 zł jednorazowo
lub

966 zł miesięcznie

Brak Do negocjacji
Korzyść finansowa miesięcznie* 500-1000 zł 960 zł miesięcznie +waloryzacja
Okres korzyści finansowych* Ograniczony czasem dożycia (wg GUS wyliczenia dla 12,3 lat wypłaty miesięcznego świadczenia) Ograniczony do czasu wynajmowania Nieograniczony, dożywotni
Koszty dodatkowe (prowizje, opłaty, przeprowadzka, adaptacja) Duże Niskie Brak
Czas realizacji transakcji Bardzo długi Średni Krótki (2-4 tyg.)
Komfort i standard życia Mniejszy Mniejszy Większy
Zmiana środowiska, otoczenia (sąsiedzi, współlokatorzy) Istotna zmiana Zmiana Bez zmian
Dziedziczenie Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Brak dziedziczenia
Podatek od nieruchomości/użytkowanie wieczyste Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Brak
PIT od dochodu Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości Jest Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości
Ubezpieczenie Koszt seniora Koszt seniora Fundusz ubezpiecza wszystkie nieruchomości, nadzoruje i przeprowadza ewentualną likwidację szkód
Podwyżki czynszu Są, koszt seniora Są, koszt seniora Koszt Funduszu

*Przykładowe wyliczenia dla mieszkania 65 m2 w Warszawie, zamienione na 40 m2 w tej samej dzielnicy, średnie ceny za m2 wg danych NBP. Wyliczenia dla kobiety w wieku 75 lat.

Wartość nieruchomości 65 metrów – 8060,21 zł x 65 = 523 914 zł

Wartość nieruchomości 40 metrów – 8388,22 zł x 40 = 335 529 zł

Oczekiwania długość życia wg GUS wynosi 12,3 lat, kapitał z korzyści finansowej przy zamianie mieszkania wypłacany w okresie 12,3 lat przy braku oprocentowania lokaty. Oprocentowanie lokaty kapitału 2% w skali roku zwiększa wysokość korzyści miesięcznej do 1066 zł.

[1] Informacja o sytuacji osób starszych w Polsce, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Druk nr 2043, Wyd. Warszawa,  9 listopada 2017

[2] Monografia prawnicza „Hipoteka odwrócona” pod redakcją E.Rutkowskiej-Tomaszewskiej (wyd. C.H. Beck, 2017). Badanie przeprowadzono w 2011 i 2012 roku wśród mieszkańców podlaskich domów społecznych.