Liczba niezaszczepionych dzieci wzrosła prawie sześciokrotnie. Resort zdrowia chce edukować Polaków i wzmacniać ich zaufanie do lekarzy

Liczba niezaszczepionych dzieci wzrosła prawie sześciokrotnie. Resort zdrowia chce edukować Polaków i wzmacniać ich zaufanie do lekarzy 1

Już ponad 30 tys. rodziców odmówiło poddania dziecka szczepieniom ochronnym. Zdaniem resortu zdrowia to jedna z przyczyn wzrostu zachorowań na odrę, jaki miał miejsce w 2016 i 2018 roku. Rząd obawia się powrotu innych chorób, takich jak błonica i tężec, stąd nacisk na kampanie edukacyjne. Prowadzi je m.in. Główna Inspekcja Sanitarna, a ich celem jest przekonanie Polaków, że szczepienia nie powodują negatywnych skutków ubocznych, mogą natomiast ratować życie i zdrowie.

Zgodnie z informacjami Państwowego Zakładu Higieny na przestrzeni ostatnich kilku lat niemal sześciokrotnie wzrosła liczba niezaszczepionych dzieci i młodzieży do 19 roku życia. W 2012 roku odnotowanych zostało ponad 5 tys. odmów ze strony rodziców, a w 2017 roku było ich już 30 tys. W niektórych województwach odsetek niezaszczepionych dzieci spadł poniżej 93 proc. Dalszy jego spadek może prowadzić do powrotu chorób dotychczas skutecznie zwalczanych, m.in. odry, krztuśca, tężca oraz błonicy. Już teraz w Polsce notuje się wzrost zachorowań na odrę.

– W 2016 roku mieliśmy niespotykane w latach poprzednich przypadki odry, co było spowodowane, jak sądzę, zmniejszeniem poziomu wyszczepialności. Na szczęście jeszcze jesteśmy na takim poziomie, że nie grozi to powstaniem ognisk epidemicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Goryński z Zakładu Centrum Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności Państwowego Zakładu Higieny Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego.

W 2016 roku w Polsce zanotowano 133 przypadki zachorowania na odrę, czyli o 85 więcej niż w roku poprzednim. Duży wzrost miał miejsce również w 2018 roku – na odrę zapadło wówczas 128 osób, czyli dwukrotnie więcej niż w 2017. Mimo prognoz WHO mówiących o całkowitym wyeliminowaniu odry do 2020 roku, zachorowalność zwiększa się na całym świecie. Najwięcej, bo ponad 4 tys. przypadków, zarejestrowano w Rumunii. Na dalszych miejscach w rankingu zachorowań znalazła się Francja (ponad 2,5 tys.), Grecja (ponad 2 tys.) oraz Włochy (1,7 tys.). 37 osób chorych na odrę zmarło.

– Ogniska, które pierwotnie były gdzieś w Azji Środkowej, dotarły do innych regionów i w tej chwili mamy problem również w Europie. Polska dzięki szczepieniom i populacji, która ma odporność, nie jest tak dramatycznie atakowana, jak np. Rumunia czy nawet Niemcy, ale jesteśmy już w tej chwili zagrożeni – mówi Zbigniew Król, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Dzięki szczepieniom ludzkość może wkrótce całkowicie zapomnieć o tak groźnej chorobie jak gruźlica. W Polsce liczba zachorowań sukcesywnie spada. Według Państwowego Zakładu Higieny w 2017 roku odnotowano ok. 5,7 tys. nowych przypadków, czyli 657 mniej niż w roku poprzednim i 2 294 mniej w porównaniu z 2008 rokiem. Niemal całkowicie nieaktywne stało się na całym świecie polio – pierwszy od 1989 roku przypadek zachorowania miał miejsce rok temu w Wenezueli. W Polsce ostatni przypadek porażenia dziecięcego zanotowano w 1984 roku. Lista szczepień obowiązkowych jest modyfikowana w miarę dostępu do nowych szczepionek – w ostatnich latach poszerzono ją m.in. o szczepienia na rotawirusy, HPV i meningokoki.

– Największą zmianą jest wprowadzenie pneumokoków, a co za tym idzie – praktycznie podwojenie budżetu na szczepienia. Chociaż wynika to nie tylko z pneumokoków. Wiele szczepionek, np. na haemophilus influenzae, choroby zakaźne w grupach ryzyka, meningokoki, zostało docenionych i wprowadzonych – mówi Zbigniew Król.

Resort zdrowia prowadzi działania edukacyjne stanowiące przeciwwagę dla ruchu antyszczepionkowców i rozpowszechnianych przez niego informacji na temat negatywnych skutków ubocznych szczepień. Za tę sferę działalności odpowiedzialna jest przede wszystkim Główna Inspekcja Sanitarna. Misja edukacyjna wpisana jest również w Narodowy Program Zdrowia. Resort kieruje kampanie społeczne zwłaszcza do dzieci, rodziców oraz personelu medycznego, który jako pierwszy powinien uświadamiać pacjentom konieczność wykonywania szczepień ochronnych.

– Pierwszy raz udało nam się to, że zdecydowanie ta informacja pozytywna o szczepieniach zaczęła zwyciężać w internecie i mediach społecznościowych. Tutaj kluczowa jest wiedza medyczna, zaufanie do lekarza, pielęgniarki, i to chcemy wspierać, bo bez tego ani rusz – mówi Zbigniew Król.

Od niedzieli ważna zmiana w przepisach dotyczących zadłużonych lokatorów. Może ona oznaczać problemy dla właścicieli lokali

0

Od niedzieli ważna zmiana w przepisach dotyczących zadłużonych lokatorów. Może ona oznaczać problemy dla właścicieli lokali 2

21 kwietnia wejdzie w życie nowelizacja ustawy o ochronie praw lokatorów oraz Kodeksu postępowania cywilnego. Na zmianę art. 1046 kodeksu powinni zwrócić uwagę zwłaszcza nabywcy lokali w licytacjach komorniczych, ale również wynajmujący mieszkania osobom, które zalegają z czynszem. Zniknie bowiem zapis, że na wniosek komornika gmina powinna w ciągu 6 miesięcy znaleźć dłużnikowi lokal zastępczy. Teraz to będzie mogło trwać znacznie dłużej.

– Zmiany przepisów dotyczą w największym stopniu przedsiębiorców, którzy nabywają lokale mieszkalne w drodze licytacji komorniczej, oraz przedsiębiorców, których głównym przedmiotem działalności jest wynajem lokali na rzecz osób fizycznych. Za to zdecydowanie polepszą one sytuację lokatorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Ulejczyk z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński i Wspólnicy.

Komornicy nie mogą usunąć zadłużonego lokatora z mieszkania do momentu, kiedy gmina – właściwa ze względu na lokalizację tego mieszkania – nie znajdzie mu tymczasowego pomieszczenia. Według dotychczasowej wersji art. 1046 § 4 Kodeksu postępowania cywilnego gmina miała na to 6 miesięcy. Po upływie tego terminu komornik mógł usunąć dłużnika, np. do noclegowni czy schroniska.

– Teraz ustawodawca wyeliminował możliwość usunięcia lokatora do noclegowni bądź schroniska dla osób bezdomnych, jeżeli nie ma on tytułu prawnego do innego lokalu, w którym mógłby zamieszkać – mówi Katarzyna Ulejczyk. 

Po nowelizacji przepisów gminy nie będą mieć już wyznaczonego terminu na znalezienie zastępczego lokalu. W praktyce dłużnik może zamieszkiwać lokal, dopóki gmina nie znajdzie zastępstwa, a taka sytuacja może trwać latami.

W trakcie oczekiwania, aż znajdzie się lokal zastępczy, właścicielowi mieszkania będzie przysługiwać odszkodowanie, ale nie od gminy, a od lokatora.

Zgodnie z przepisami lokatorzy mają obowiązek uiszczania odszkodowania na rzecz właściciela w wysokości umówionego czynszu za przebywanie w tym lokalu. Jednak biorąc pod uwagę to, że lokator już tego czynszu nie płaci i za to właśnie ma zostać usunięty, to wątpliwe jest, żeby właściciel uzyskał jakąkolwiek rekompensatę z tego tytułu – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Przepisy, które właśnie wchodzą w życie, szczególnie utrudnią działalność przedsiębiorcom, którzy w ramach prowadzonej działalności nabywają lokale mieszkalne na licytacji komorniczej. W praktyce po uzyskaniu prawa własności nieruchomości przedsiębiorca zostanie z dłużnikiem zamieszkującym lokal i bez narzędzi prawnych, które umożliwiałyby mu usunięcie takiego lokatora.

– Inną możliwością dla takiego przedsiębiorcy jest zapewnienie lokatorowi pomieszczenia zastępczego we własnym zakresie, co będzie wiązać się z dodatkowymi kosztami – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Jak podkreśla, przed taką sytuacją przedsiębiorcę może zabezpieczyć jedynie umowa najmu instytucjonalnego, również uregulowana w ustawie o ochronie praw lokatorów.

 W przypadku osób fizycznych, które wynajmują lokale, nie będąc przedsiębiorcami, sytuacja również ulega pogorszeniu, ponieważ one także będą musiały tolerować lokatora, który nie wypełnia warunków umowy najmu do czasu, aż gmina znajdzie lokal zastępczy – mówi ekspertka Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński i Wspólnicy. 

Jajka są nawet o połowę tańsze niż na Boże Narodzenie. W najbliższych latach ceny mogą jednak znacznie wzrosnąć

Jajka są nawet o połowę tańsze niż na Boże Narodzenie. W najbliższych latach ceny mogą jednak znacznie wzrosnąć 3

Znacznie niższe ceny jaj w porównaniu do końcówki 2018 roku to wynik dużej nadpodaży, bo produkcja rośnie, a konsumpcja pozostaje na stabilnym poziomie. Jeśli zostaną wprowadzone zapowiedzi o wycofywaniu jaj z chowu klatkowego, to w najbliższych latach konsumenci muszą się liczyć z dużymi podwyżkami. Ten rodzaj jaj ze względu na cenę jest dziś najchętniej wybierany. Coraz częściej też kupujemy je na bazarkach. Jeśli decydujemy się na zakup jaj w miejscach poza systemem weterynaryjnym, bierzemy na siebie ryzyko przede wszystkim różnych zakażeń bakteryjnych – podkreśla Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

– Konsumenci są w szczęśliwym położeniu, dlatego że ceny jaj w ostatnim czasie spadły znacząco. W grudniu zeszłego roku za 10 średnich jaj klasy M płaciliśmy około 6 zł, a w tej chwili na promocjach jest to tylko 3 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Choć większość Polaków kojarzy z jajkami Wielkanoc, to szczyt sprzedaży przypada na Boże Narodzenie.

– Początek roku do momentu, kiedy sklepy nie zaczną się zaopatrywać w jaja przed Wielkanocą, jest kiepski, później po świętach też mamy bardzo duże kłopoty, a cena spada znacząco. W okolicach początku wakacji sprzedaż zaczyna się znów odbudowywać, utrzymuje się na stabilnym poziomie, by osiągać właśnie roczne maksima przed świętami Bożego Narodzenia – wskazuje Mariusz Szymyślik.

Niskie ceny jaj to w dużej mierze wynik nadpodaży. Rocznie Polska produkuje ok. 9 mld sztuk jajek, z kolei spożycie krajowe jest na stosunkowo niskim poziomie – przeciętny Polak zjada ok. 160 jaj rocznie. W połączeniu z rekordową liczbą nowych kur nieśnych (36,5 mln w 2018 roku) oznacza to niższe ceny w sklepach.

– Na ceny jaj przede wszystkim wpływa podaż i popyt, czyli podstawowe prawo ekonomii. W tej chwili w Polsce mamy bardzo dużą produkcję jaj znajdującą się prawie na szczytach historycznych. I to jest główny powód tego, że jaja w ostatnim czasie nieco potaniały – tłumaczy dyrektor KIPDiP.

Obecnie 85 proc. jaj sprzedawanych w Polsce pochodzi od kur trzymanych w klatkach. Konsumenci coraz częściej jednak przyznają, że zamiast na cenę, uwagę zwracają na sposób hodowli kur. Z badań CBOS wynika, że od 2006 roku blisko trzykrotnie wzrosło znaczenie, czy jajka pochodzą z chowu klatkowego czy alternatywnego. Dodatkowo coraz więcej sklepów detalicznych, restauracji, producentów żywności chce w ciągu najbliższych lat zrezygnować w ogóle z wykorzystywania jaj z chowu klatkowego.

– Jeżeli utrzyma się trend, który doprowadzi do tego, że od roku 2025 czy 2026 zostaną wycofane jaja klatkowe, to może się okazać, że jaja będą znacząco droższe niż dzisiaj. Podwyżka o 100, 200, a może nawet 300 proc. nie powinna nikogo dziwić właśnie ze względu na to, że drastycznie zmniejszy się podaż jaj i koszty ich produkcji istotnie wzrosną – zaznacza Szymyślik.

Z raportu De Heus wynika, że Polacy chętnie kupują żywność źródła, czyli mięso od rzeźnika, warzywa u rolników, a jaja – np. na bazarkach. Choć takie jajka wydają nam się zdrowsze i lepsze niż te w supermarkecie, to zakup wiąże się z większym ryzykiem.

– Wszystkie hodowle, które dostarczają jaja do sklepów, sieci marketów, są pod nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej i innych służb badających jaja i warunki, w jakich żyją ptaki. Jeśli decydujemy się na zakup jaj w miejscach, które nie są w systemie weterynaryjnym i nadzoru państwowego, musimy być świadomi, że bierzemy na siebie ogromne ryzyko. Dotyczy ono przede wszystkim różnych zakażeń bakteryjnych czy nieczystości mikrobiologicznych – przestrzega Mariusz Szymyślik.

Symultaniczne translatory zrewolucjonizują sposób komunikacji. Technologia pozwala swobodnie porozumiewać się w nawet kilkudziesięciu językach

Symultaniczne translatory zrewolucjonizują sposób komunikacji. Technologia pozwala swobodnie porozumiewać się w nawet kilkudziesięciu językach 4

Dostęp do kilkudziesięciu języków, tłumaczenie w czasie rzeczywistym i brak konieczności parowania urządzeń w aplikacji mobilnej to możliwości najnowszych translatorów, które coraz częściej wyglądają jak zwykła słuchawka bluetooth, a wyposażone są w algorytmy sztucznej inteligencji. Wystarczy jedną słuchawkę mieć w uchu, drugą przekazać rozmówcy, a proces tłumaczenia rozpocznie się automatycznie. Skuteczność tłumaczenia w kompaktowych translatorach sięga już nawet 95 proc.

– WT2 Plus to system tłumaczący, który można mieć zawsze przy sobie. Gdy spotkam kogoś z zagranicy albo pójdę na spotkanie ze znajomymi z innego kraju, wystarczy, że przekażę słuchawkę drugiej osobie, a będziemy mogli mówić w swoich ojczystych językach, jednocześnie rozumiejąc się nawzajem. Nasza rozmowa będzie na bieżąco tłumaczona przez aplikację mobilną – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alex Qin z Timekettle Tech.

tłumacz onlineAby skorzystać z tłumaczenia, wystarczy założyć słuchawkę na ucho, a drugą przekazać rozmówcy. Za tłumaczenie odpowiedzialna jest aplikacja mobilna zasilana przez algorytmy sztucznej inteligencji, które rozpoznają mowę i dokonują tłumaczenia w czasie rzeczywistym. Aplikacja zainstalowana może być tylko u właściciela słuchawek, a tłumaczenie rozpoczyna się całkowicie automatycznie.

Do tej pory podobne rozwiązania oferowały tłumaczenie w maksymalnie 15 językach. WT2 Plus jest gotowe do pracy w ponad 36 językach, co sprawia, że może być stosowane właściwie na całym świecie. Jedynym warunkiem jest uzyskanie dostępu do sieci.

– Nie ma potrzeby otwierania aplikacji i przełączania języków, wszystko odbywa się automatycznie. Do tłumaczenia niezbędne jest połączenie internetowe, ponieważ ta usługa działa o wiele lepiej niż jej odpowiednik offline. Do tłumaczenia z chińskiego na inne języki wykorzystujemy własne rozwiązanie, ale współpracujemy też z Google, Microsoft, a nawet DeepL i innymi firmami z Europy, ponieważ w tej branży Google i Microsoft nie wszystko mogą zrobić najlepiej – przekonuje Alex Qin.

System rozpoznawania mowy nie jest jedyną funkcją WT2 Plus opartą na sztucznej inteligencji. Wbudowana w urządzenie adaptacyjna redukcja szumów opiera się na technologii sieci neuronowej, dzięki której aplikacja tłumaczy z dokładnością nawet do 95 proc. Bezobsługowe korzystanie z tłumaczenia możliwe jest z kolei dzięki algorytmowi rozpoznającemu głos użytkownika, nawet w bardzo hałaśliwym otoczeniu.

Słuchawki są już dostępne na włoskim rynku, a ich cena to 249 euro. Z danych, na które powołuje się Ampere Translations, światowy rynek tłumaczeń maszynowych osiągnie do 2022 roku wartość niemal 1 mld dol.

Konferencja IT w bankowości GigaCon 2019

Wydarzenie  poświęcone informatyzacji sektora bankowego.  Dokonamy przeglądu rozwiązań IT, które mają na celu usprawnić zarządzanie, podnieść efektywność pracy czy zoptymalizować koszty.IT w Bankowości – nagłówek

Prelegenci opowiedzą o najnowszych trendach, przeprowadzonych wdrożeniach i swoich doświadczeniach związanych z informatyzacją instytucji finansowych.

Zapraszamy przedstawicieli instytucji finansowych, którzy są zainteresowani rozwiązaniami IT.bankowość 1

W agendzie m.in. tematy:

Pivoting attack, czyli parę słów o atakach na infrastrukturę sieciową – Rafał Gołębiowski i Jacek Mrówka (Bank BNP Paribas)

Open Source’owy stos technologiczny w Bankowości – Jerzy Baranowski (EuroLinux)

Unified Communication vs Unified Collaboration. Hybrydowa wideokonferencja, czyli cloudowe rozwiązanie w wydaniu on premise – Jakub Stępniak (VisionCube)

Automatyzacja BOK: czatboty w sektorze finansowym  – Paweł Wałuszko (Ekspert Niezależny)

Architektura IT w obliczu transformacji cyfrowej banków. Ludzie, procesy, technologia – Paweł Wawrzyniak (Nordea Bank)

Każde pokolenie ma własny czas. Czyli o projektowaniu produktów finansowych skierowanych do pokolenia Z – Joanna Ostafin (Project: People)

Szczegóły wydarzenia, tematy wystąpień i formularz bezpłatnej rejestracji znajdują się na stronie: https://gigacon.org/event/bankowosc_19/

Polska spada w Indeksie Wolności Człowieka

W najnowszej edycji Indeksu Wolności Człowieka – Human Freedom Index 2018, który obejmuje pierwszy rok rządów Prawa i Sprawiedliwości, Polska zajęła miejsce na 162 kraje z wynikiem 7,81 pkt. To spadek o 3 pozycje w rankingu i pogorszenie indeksu 0,18 pkt. Za większość tego spadku odpowiada pogorszenie wskaźnika wolności osobistej, w tym w dużej mierze poziomu praworządności. Tylko w trzech innych krajach na świecie poziom oceny wolności zmalał bardziej.

Jest to kontynuacja spadku widocznego też w poprzedniej edycji indeksu, kiedy wartość indeksu wolności w Polsce również spadła, na skutek in. gorszej oceny praworządności, wynikającej z pierwszych działań PiS w celu przejęcia kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym.

Pomimo coraz gorszych ocen wolności człowieka w Polsce politycy partii rządzącej wypowiadali się wielokrotnie na temat wolności. Mateusz Morawiecki mówił na konwencji PiS w lutym :

Wolność musi być realna. Nie dajmy się omamić. Trzeba odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, czy wolność to zasobność, prawdziwa wolność bez poprawności politycznej, to drogi awansu dla młodych”. Jarosław Kaczyński odbierając nagrodę „Człowieka Wolności 2016” tygodnika Sieci powiedział, że „może się zdarzyć tak, że Polska pozostanie taką wyspą, że tej wolności gdzie indziej będzie coraz mniej, albo nawet zupełnie mało”, choć na koniec 2016 r. wiele krajów regionu i świata zostało ocenionych lepiej pod względem poziomu wolności niż Polska. W lutym br. Jarosław Kaczyński twierdził z kolei, że „są tacy, którzy chcą nam odebrać wolność poglądów, wolność słowa, wolność sumienia, wolność religii”, choć to za rządów PiS pogorszyła się ocena praworządności (ważny składnik indeksu wolności), wolności gospodarczej, wolności religijnej czy wolności słowa.  

Polska zajęła w Indeksie Wolności Człowieka dopiero ósme miejsce wśród krajów naszego regionu. W czołówce znalazły się Estonia, Litwa i Czechy. Te dwa pierwsze kraje miały najwyższy poziom wolności gospodarczej. Z kolei w Czechach autorzy indeksu zaobserwowali najwyższy poziom wolności osobistej.

W czołówce najnowszej edycji Human Freedom Index znalazły się Nowa Zelandia, Szwajcaria, Hongkong, Australia, Kanada, Holandia, Dania, Irlandia, Wielka Brytania, Finlandia, Norwegia.

Indeks zamykają Libia, Irak, Jemen, Wenezuela i zajmująca ostatnią pozycję Syria. Nie wszystkie kraje, które słyną m.in. ze skrajnie antywolnościowego reżimu znalazły się w rankingu, z uwagi na brak wiarygodnych danych do wykorzystania, np. jak w przypadku Korei Północnej.

Autorzy zwracają uwagę na kilka istotnych zależności. Po pierwsze, istnieje silny związek pomię- dzy wolnością gospodarczą i wolnością osobistą. Po drugie, istnieje silna zależność pomiędzy ogólnym poziomem wolności i zamożnością. Średni poziom PKB wśród 25% najbardziej wolnych krajów przekracza 39 tys. dolarów, a w krajach najmniej wolnych to tylko ok. 12 tys. dolarów. Po trzecie, istnieje silna korelacja pomiędzy wolnością a indeksem mierzącym jakość demokracji.

W najnowszej edycji Indeksu Wolności Człowieka poziom praworządności, zarówno w obszarze wolności osobistej, jak i wolności gospodarczej (oceniany w ramach składowej „System prawny i ochrona praw własności”) miał największy wpływ na pogorszenie oceny Polski. Warto też zwrócić uwagę na pogorszenie oceny wolności religijnej (więcej o samej składowej w następnych częściach tej publikacji – w tym miejscu warto zwrócić uwagę, że wolność religijna to także wolność od narzucania przez instytucje państwa jakiejkolwiek konkretnej religii). Dane do tej składowej pochodzą z Pew Research Center (badanie Global Restrictions on Religion), a spadek może wynikać z pogorszenia oceny rozdziału państwa od kościoła i uprzywilejowanego traktowania jednej religii w Polsce3. Negatywny wpływ na finalną wartość Indeksu Wolności Człowieka miała też rosnąca obecność państwa w gospodarce w pierwszych kilkunastu miesiącach rządów Prawa i Sprawiedliwości. Gorzej oceniono także różne miary wolności słowa i wyrażania opinii i tylko z powodu jednorazowego zdarzenia, związanego z zabójstwem dziennikarza w Mławie w czerwcu 2015 r., nie doszło do pogorszenia tej składowej w indeksie (zob. tabela poniżej).

Tabela 1. Zmiany wartości głównych składowych Indeksu Wolności Człowieka pomiędzy 2015 (Human Freedom Index 2017) i 2016 (HFI 2018)

Składowe Indeksu Wolności Człowieka (WO – wolność osobista, WG – wolność go- spodarcza) Zmiana pomię- dzy 2015 a 2016

r. (w %)

Praworządność (WO) -9,9
Wolność religijna (WO) -9,9
System prawny i ochrona praw własności (WG) (także miara praworządności) -4,0
Udział państwa w gospodarce (WG) -2,1
Bezpieczeństwo osobiste (WO) -1,6
Regulacje rynku finansowego, rynku pracy i prowadzenia działalności gospodar-

czej (WG)

-1,3
Wolność handlu międzynarodowego (WG) -0,5
Wolność poruszania się (WO) 0,0
Wolność zgromadzeń i zrzeszania się (WO) 0,0
Wolność w zakresie tożsamości i zawierania związków (WO) 0,0
Jakość polityki pieniężnej (WG) 0,3
Wolność słowa i wyrażania opinii (WO)* 2,0 / -2,3*

* Jedną ze składowych miary dotyczącej wolności słowa i wyrażania opinii jest indeks zabójstw dziennikarzy (press killed). Powstaje on na podstawie bazy The Committee to Protect Journalists. Każde zabójstwo dziennikarza obniża ocenę. W prowadzonej od 1992 r. bazie znajduje się tylko jeden taki przypadek z Polski – zabójstwo Łukasza Ma- siaka z „Naszej Mławy” w czerwcu 2015 r. Na podstawie opisu tej sytuacji4 nie można wyciągnąć wniosku, że w 2015 r. istniały w Polsce systemowe zagrożenia dla zdrowia i życia dziennikarzy, a więc i wolności słowa. Gdyby nie ten jednorazowy spadek oceny w edycji z indeksu w 2015 r. to pogorszenie się oceny Polski w najnowszej edycji byłoby większe, ze względu na gorszą o ponad 2% ocenę wolności słowa i wyrażania opinii na koniec 2016 r.

Finalna ocena Polski w Indeksie Wolności Człowieka klasyfikuje Polskę dopiero na ósmym miejscu wśród krajów naszego regionu5. W czołówce znalazły się Estonia, Litwa i Czechy. Te dwa pierwsze kraje miały najwyższy poziom wolności gospodarczej. Z kolei w Czechach autorzy indeksu zaobserwowali najwyższy poziom wolności osobistej.

Najwyższy i najniższy poziom wolności na świecie

Poziom wolności na świecie w ostatniej edycji Indeksu Wolności Człowieka zmalał nieznacznie względem 2015 r. – o 0,01 pkt. Wartość indeksu poprawiła się w 63 krajach, a pogorszyła w 87, w tym w Polsce. Jeśli porównamy aktualne wyniki indeksu z pierwszym rokiem dla którego dostępne są dane (2008) to spadek globalnego poziomu wolności okazuje się nieco większy (-0,06).

W przypadku rankingów warto zwrócić uwagę na kraje w czołówce, jako inspirację, oraz kraje znajdujące się na końcu rankingu, jako ostrzeżenie. W najnowszej edycji najwyższy poziom wolności człowieka zaobserwowano w Nowej Zelandii, Szwajcarii, Hongkongu, Australii, Kanadzie, Holandii, Danii, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Finlandii, Norwegii i na Tajwanie.

Indeks zamykają Libia, Irak, Jemen, Wenezuela i zajmująca ostatnią pozycję Syria. Nie wszystkie kraje, które słyną m.in. ze skrajnie antywolnościowego reżimu znalazły się w rankingu, z uwagi na brak wiary- godnych danych do wykorzystania, np. jak w przypadku Korei Północnej.

Warto też przyjrzeć się poziomowi wolności w krajach Unii Europejskiej. Polska wypadła tutaj słabo i w najnowszej edycji Indeksu Wolności Człowieka zajęła zaledwie czwarte miejsce od końca. Czołowe pozycje należały do Danii, Holandii i Irlandii, a najgorzej wypadła Grecja. Holandia, Dania i Szwecja to także kraje z najwyższym poziomem wolności osobistej. Słabo po tym względem prezentują się kraje naszego regionu, w tym Polska, oraz Grecja. Z kolei kilka krajów z Europy Środkowo Wschodniej charakteryzuje wysoki poziom wolności gospodarczej. Pod tym względem w czołówce poza Irlandią i Wielką Brytanią znajdują się Estonia i Litwa. Z kolei poza państwami naszego regionu, w tym ponownie Polską, oraz Grecją niski poziom wolności gospodarczej w UE zaobserwowano m.in. we Francji i Włoszech.

Autorzy indeksu zachęcają do wykorzystywania zebranych przez nich danych do dalszych badań. Zwracają też uwagę na kilka istotnych zależności. Po pierwsze, istnieje silny związek pomiędzy wolnością gospodarczą i wolnością osobistą. Są też oczywiście pewne wyjątki, takie jak Singapur czy niektóre posiadające bogate zasoby ropy kraje arabskie (wysoki poziom wolności gospodarczej i dużo niższy wolności osobistych), czy Argentyna (wysoki poziom wolności osobistej i dużo niższy poziom wolności gospodarczej). Po drugie, istnieje silna zależność pomiędzy ogólnym poziomem wolności i zamożnością. Średni poziom PKB wśród 25% najbardziej wolnych krajów przekracza 39 tys. dolarów, a w krajach naj- mniej wolnych to tylko ok. 12 tys. dolarów. W tej drugiej grupie krajów zamieszkuje ok. 42% światowej populacji, stąd tak ważne jest wzrost ich wolności i zamożności. Po trzecie, istnieje silna korelacja pomiędzy wolnością a indeksem mierzącym jakość demokracji6.

Jak powstaje Indeks Wolności Człowieka?

Indeks Wolności Człowieka powstaje dzięki współpracy kilku organizacji – Cato Institute (USA), Fraser Institute (Kanada), Liberales Institut – think tanku powołanego przez Friedrich Naumann Foundation (Niemcy), przy wsparciu tworzenia indeksu przez Visio Institute (Słowenia) i The Institute of Economic Analysis (Rosja).

Indeks złożony jestz 79 składowych podzielonych na dwa główne obszary – wolność gospodarcza i wol- ność osobista. Ocena wolności gospodarczej zależy od ocen w pięciu głównych kategoriach:

  • Udział państwa w gospodarce
  • System prawny i ochrona praw własności
  • Jakość polityki pieniężnej
  • Wolność handlu międzynarodowego
  • Regulacje rynku finansowego, rynku pracy i prowadzenia działalności gospodarczej Z kolei wolność osobista analizowana jest pod kątem siedmiu składowych:
  • Praworządność
  • Bezpieczeństwo osobiste
  • Wolność poruszania się
  • Wolność religijna
  • Wolność zgromadzeń i zrzeszania się
  • Wolność słowa i wyrażania opinii
  • Wolność w zakresie tożsamości i zawierania związków

Dane wykorzystane przy konstrukcji 79 składowych pochodzą z wielu innych baz danych, rankingów i indeksów. Do pomiaru wolności gospodarczej wykorzystywany jest Indeks Wolności Gospodarczej przygotowywany przez kanadyjski Fraser Institute7.

W ostatniej edycji rankingu, biorącym pod uwagę wszystkie powyższe obszary, zmierzono poziom wolności w 162 krajach. Autorzy zebrali też dane dotyczące wolności od 2008 r., co pozwala na analizę zmiany wartości indeksu w czasie.

Autorom Indeksu Wolności Człowieka przyświecają dwa główne cele. Po pierwsze, stworzenie jak najszerszej bazy porównawczej poziomu wolności na świecie. Po drugie, umożliwienie innym badaczom wykorzystywania indeksu do analizy zależności pomiędzy wolnością oraz innymi zjawiskami gospodarczymi i społecznymi.

W pierwszej części raportu podsumowującego indeks jego twórcy przypominają też, czym jest i jak na- leży rozumieć wolność. Nawiązują do słów angielskiego filozofa Johna Locka, który pisał, że wolność oznacza, że jednostka nie jest „zależna od arbitralnej woli innych osób, ale swobodnie podąża za własną wolą”8. Autorzy indeksu podkreślają, że wolność powinna być rozumiana jako prawo do prowadzenia życia wedle naszego własnego uznania, dopóki nie naruszamy wolności innych osób.

Twórcy indeksu przypominają też, że wolność w polityce należy rozumieć szerzej niż tylko samo istnienie demokracji. Ważną rolę we wzmacnianiu wolności jednostki odgrywają instytucje, które ograniczają władzę, umożliwiają jej kontrolę czy chronią prawa mniejszości przed ich naruszaniem na skutek woli większości.

Twórcy indeksu nie bez powodu łączą dwa obszary wolności jednostki (gospodarczy i osobisty), przypominając, że ograniczanie wolności gospodarczej może być wykorzystywane jako forma uzależnienia jednostki od państwa czy, w skrajnej postaci, represji. Gdy bowiem wolność gospodarcza jest silnie ograniczona państwo ma silny wpływ na to, gdzie pracujemy, do jakich zawodów mamy dostęp,

jakie wynagrodzenie otrzymujemy, czy awansujemy, gdzie mieszkamy i czy jesteśmy w stanie zapewnić byt rodzinie.

Wolność osobista – główne składowe

Praworządność. Ważnym wskaźnikiem związanym z wolnością jest praworządność. Wagę tej składowej podkreśla fakt, że różne miary praworządności znaleźć można zarówno po stronie indeksu wolności gospodarczej, jak i wolności osobistej. Praworządność jest traktowana przez autorów jako swoisty gwarant wolności jednostki i ochrony podstawowych praw obywatelskich. Ponadto, praworządność ogranicza arbitralność władz i zabezpiecza wolność jednostek przed opresyjnością innych. Na miarę praworządności składa się ocena sprawiedliwości proceduralnej, karnej i cywilnej.

Bezpieczeństwo osobiste. Autorzy podsumowują, że „bez [fizycznego] bezpieczeństwa i praworządności wolność ulega degradacji lub traci na znaczeniu”. Bezpieczeństwo osobiste jest istotne dla realizacji innych wolności. W tym obszarze pod uwagę brane są takie miary jak liczba zabójstw, ofiar zamachów terrorystycznych czy skala innych szkodliwych dla wolności przejawów przemocy. Twórcy indeksu zwracają też uwagę na bezpieczeństwo kobiet, np. dotyczące ich przymusowego okaleczania, porwań czy ograniczania praw związanych z dziedziczeniem.

Wolność poruszania się. Jest to fundament wolnego społeczeństwa. Dlatego autorzy analizują ograniczenia związanie z poruszaniem się wewnątrz kraju, poza granice kraju, a także ograniczenia samodzielnego poruszania się kobiet.

Wolność religijna. Wolne społeczeństwo szanuje wolność wyboru religii czy niepraktykowanie żadnej religii przez jednostki. W ramach tego wskaźnika brane są pod uwagę ograniczenia dotyczące tworzenia związków wyznaniowych, uprzywilejowania danej religii czy prześladowania określonych religii.

Wolność zgromadzeń i zrzeszania się. Jest to ważny obszar wolności pozwalający jednostkom na formo- wanie zorganizowanego sprzeciwu, np. wobec arbitralności i opresyjności władzy czy poparcia dla jakichś działań, udział w polityce (np. tworzenie partii) czy organizowanie się w gospodarce (np. organizacje pracowników i przedsiębiorców).

Wolność słowa i wyrażania opinii. To ważny rodzaj wolności, zarówno dla jednostek, jak i dla zorganizowanych podmiotów, takich jak media. W ramach tej składowej autorzy biorą pod uwagę ataki na dziennikarzy, poziom regulacji mediów i nacisków na media przez polityków, dostępność do telewizji kablowej/satelitarnej, dostępność do zagranicznej prasy czy kontrolę Internetu.

Wolność w zakresie tożsamości i zawierania związków. W ramach tego wskaźnika mierzona jest wolność w zakresie podejmowania decyzji o zmianie płci, równości praw w obszarze opieki na dziećmi małżonków czy osób rozwiedzionych i legalność kontaktów seksualnych osób tej samej płci.

Wolność gospodarcza – główne składowe

Udział państwa w gospodarce. Celem tej składowej jest ocena, na ile gospodarka opiera się na indywidualnych wyborach i siłach rynkowych, a nie na decyzjach polityków i budżecie państwa. Twórcy indeksu biorą  pod  uwagę   poziom   wydatków   państwa   w   relacji   do   PKB,   udział   państwa   w przedsiębiorstwach czy wysokość obciążeń podatkowych.

System prawny i ochrona praw własności. Dobrze działający system prawny i skutecznie chroniona własność prywatna są ważnymi gwarantami wolności gospodarczej i innych wolności osobistych. Autorzy indeksu widzą tu też rolę państwa, a więc jest to ocena sprawności państwowych instytucji i efektywności realizacji zadań im powierzonych. Brane są pod uwagę niezależność i bezstronność sądownictwa, ochrona praw własności, spójność systemu prawnego, nieinterweniowanie wojska w praworządność i politykę, sprawność egzekwowania umów, koszty sprzedaży nieruchomości, jakość pracy policji i koszty przestępczości dla biznesu.

Jakość polityki pieniężnej. Stabilność cen i jakość pieniądza są ważnymi elementami obrotu gospodarczego. Zdrowy pieniądz to, jak tłumaczą autorzy, taki pieniądz, który minimalizuje koszty transakcyjne i ułatwia wymianę handlową, czym wspiera wolność gospodarczą. Twórcy indeksu biorą pod uwagę po- ziom inflacji, wzrost podaży pieniądza i wolność gromadzenia pieniędzy w innych walutach.

Wolność handlu międzynarodowego. Wskaźnik ten dotyczy wymiany handlowej pomiędzy krajami. Kiedy państwo stosuje protekcjonistyczne polityki i ogranicza handel z zagranicą to ogranicza też wolność gospodarczą. W ramach tej składowej indeksu mierzone są różne bariery handlowe, takie jak poziom ceł, bariery regulacyjne, czarnorynkowy  kurs  walutowy  czy  ograniczenia  w  przepływie  kapitału i osób.

Regulacje rynku finansowego, rynku pracy i prowadzenia działalności gospodarczej. Różne państwowe regulacje, które najczęściej zwiększają bariery wejścia na rynek lub podnoszą koszty działalności, są ograniczeniem wolności gospodarczej. Autorzy skupiają się na nadmiernych regulacjach rynku finansowego (udział państwa w sektorze bankowym, kontrola kredytu), rynku pracy (regulacje dotyczące zatrudniania i zwalniania, poziom płacy minimalnej czy obowiązkowy pobór do wojska) i prowadzenia działalności gospodarczej (koszty otwierania firmy, koszty związanie z płaceniem podatków i obciążeniami biurokratycznymi, koszty wynikające z konieczności wręczania łapówek i innych form korupcji).

Podsumowanie

Indeks Wolności Człowieka to wartościowy zbiór danych na temat wolności na świecie. Przypomina on, że wolność powinna być rozumiana jako pakiet, w którego skład wchodzą zarówno wolność osobista, jak i gospodarcza. Obszary te wzajemnie się przenikają. Kraje o wysokim poziomie wolności to kraje zamożne, praworządne, z wysoko ocenianą jakością systemu demokratycznego. Pokazuje to, dlaczego także w Polsce powinniśmy dążyć do zatrzymania obecnego trendu osłabiania wolności, przede wszystkim na skutek osłabiania praworządności, a także działać na rzecz poprawy pozycji Polski w rankingu.

Author: Marek Tatała, Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju – FOR

Prosta spółka akcyjna – najważniejsze informacje w pigułce

13 lutego 2019 r. do Sejmu wpłynął Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks spółek handlowych oraz niektórych innych ustaw (druk 3236), powołujący do życia nowy typ spółki prawa handlowego – prostą spółkę akcyjną (PSA).

Ustawa zmieniająca w art. 1 pkt 1 do katalogu spółek handlowych dodaje prostą spółkę akcyjną, a w pkt 2 precyzuje, że obok spółki z o.o. i spółki akcyjnej będzie ona należeć do grona spółek kapitałowych. W uzasadnieniu projektu ustawodawca wskazał, że głównym celem jej wprowadzenia do obrotu gospodarczo-prawnego jest udostępnienie specjalistom z różnych dziedzin struktury stworzonej na potrzeby realizacji innowacyjnych przedsięwzięć, startupów, w oparciu o twórcze know-how i nowoczesne technologie. Prosta spółka akcyjna ma łączyć te wizjonerskie pomysły z niezbędnym do ich realizacji kapitałem. Do PSA będzie można wnosić nie tylko wkłady pieniężne, ale też w postaci np. świadczenia pracy. Ta forma spółki będzie miała status niepubliczny, co oznacza, że jej akcje nie będą udostępnione na rynku.

„Dlatego też w PSA zezwolono na wnoszenie wkładów w postaci świadczenia pracy lub usług, a także innego rodzaju wkładów, które nie poddają się łatwej rynkowej wycenie. Jest to podyktowane także niskim poziomem oszczędności oraz akumulacji kapitału inwestycyjnego w polskim społeczeństwie, przy wysokim poziomie wiedzy i doświadczenia polskich specjalistów – np. z zakresu informatyki. (…) PSA powinna dysponować możliwością korzystania z szerokiego kręgu różnorodnych instrumentów finansowych celem pozyskiwania kapitału, a w szczególności akcji uprzywilejowanych i obligacji występujących w formie zdematerializowanych papierów wartościowych. Pociąga to za sobą konieczność zachowania niepublicznego charakteru PSA – akcje tej spółki nie powinny być wprowadzane ani dopuszczane do zorganizowanego obrotu, w szczególności na rynku regulowanym” (Uzasadnienie Rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy Kodeks spółek handlowych oraz niektórych innych ustaw, druk 3236).

Prostej spółce akcyjnej ma zostać poświęcony nowy osobny dział Kodeksu spółek handlowych (Dz.U. 2000 nr 94, poz. 1037, ze zm.) dział IA, usytuowany w tytule III, po dziale I, składający się z art. od 300¹ do 300¹³³.

Prosta spółka akcyjna w organizacji

Z chwilą zawarcia umowy prostej spółki akcyjnej powstaje prosta spółka akcyjna w organizacji. Reprezentuje ją pełnomocnik powołany jednomyślną uchwałą akcjonariuszy do czasu ustanowienia zarządu. PSA w organizacji może we własnym imieniu nabywać prawa, także własności nieruchomości, zaciągać zobowiązania, pozywać i być pozywaną. Posiadającą osobowość prawną prostą spółką akcyjną staje się z chwilą wpisania jej do rejestru przedsiębiorców.

Zawiązanie spółki

Nie istnieją żadne ograniczenia podmiotowe w zakresie zawiązania prostej spółki akcyjnej, poza wyjątkiem, że nie może być założona wyłącznie przez jednoosobową spółkę z o.o. Do jej zawiązania konieczne jest zawarcie umowy spółki w formie aktu notarialnego lub przy wykorzystaniu wzorca umowy za pośrednictwem systemu teleinformatycznego. Niezbędne jest także ustanowienie organów wymaganych przez ustawę lub umowę spółki oraz pokrycie kapitału akcyjnego co najmniej w kwocie 1 zł i wpisanie spółki do rejestru przedsiębiorców. Zgłoszenia do sądu rejestrowego dokonuje zarząd.

Umowa prostej spółki akcyjnej

Projektowany art. 3005 § 1 Kodeksu spółek handlowych zawiera katalog elementów wchodzących w skład umowy prostej spółki akcyjnej: firmę i siedzibę spółki, przedmiot jej działalności, liczbę, serię i numery akcji, związane z nimi uprzywilejowanie akcjonariuszy obejmujących poszczególne akcje oraz cenę emisyjną akcji, przedmiot wkładów niepieniężnych, jeśli takowe są wnoszone, akcje obejmowane za wkłady niepieniężne oraz akcjonariuszy, którzy obejmują te akcje, wskazanie organów ustanowionych w spółce, liczbę członków zarządu i rady nadzorczej, jeżeli została ustanowiona albo co najmniej minimalną i maksymalną liczbę członków tych organów, a także czas trwania spółki, jeżeli jest oznaczony.

W celu skutecznej zmiany umowy prostej spółki akcyjnej konieczna jest uchwała walnego zgromadzenia oraz wpis do rejestru przedsiębiorców.

Akcjonariusze, wkłady i akcje

Akcjonariusze prostej spółki akcyjnej są zobowiązani jedynie do świadczeń określonych w umowie spółki i nie odpowiadają za jej zobowiązania. Obejmują akcje w zamian za wkłady pieniężne lub niepieniężne, którymi mogą być wszelkie wkłady mające wartość majątkową, w szczególności świadczenie pracy lub usług. Powinny one być wniesione w całości w terminie trzech lat od dnia wpisania spółki do rejestru. Akcje prostej spółki akcyjnej nie mają wartości nominalnej, nie stanowią części kapitału akcyjnego, są niepodzielne i nie mają formy dokumentu. Utworzony osobno kapitał akcyjny powinien wynosić co najmniej 1 złoty, a dokonywane z niego wypłaty na rzecz akcjonariuszy nie mogą doprowadzić do obniżenia tej kwoty.

Jak zawarto w uzasadnieniu nowelizacji: „Założeniem i celem projektodawcy jest, aby wkłady w postaci świadczenia pracy bądź usług, prawa niezbywalne i inne wkłady, które nie mają zdolności aportowej w świetle ugruntowanej praktyki stosowania art. 14 § 1 KSH, nie podlegały zaliczeniu na kapitał akcyjny. Niemniej jednak projektowane przepisy przewidują pośrednio obowiązek swoistej „umownej wyceny” takiego wkładu w następstwie nakazu wskazania ceny emisyjnej akcji w połączeniu z identyfikacją akcji obejmowanych za wkłady niepieniężne i osoby akcjonariusza wnoszącego wkład” (Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy Kodeks spółek handlowych oraz niektórych innych ustaw [druk 3236]).

Dywidendy

Wypłacana akcjonariuszom dywidenda nie może przekraczać nie tylko minimalnego kapitału akcyjnego, ale również sumy zysku za ostatni rok obrotowy, niepodzielonych zysków z lat ubiegłych oraz utworzonych z zysku kapitałów rezerwowych, które mogą być przeznaczone do podziału. Na ogół dzieli się ją proporcjonalnie do liczby posiadanych akcji, jednak w umowie spółki można zastrzec inaczej, lub zawrzeć zapis upoważniający zarząd do wypłacania akcjonariuszom zaliczek na poczet przewidywanej dywidendy.

Akcje uprzywilejowane

Zgodnie z treścią projektowanego art. 30025 spółka może emitować akcje o szczególnych uprawnieniach, przede wszystkim w zakresie prawa głosu, prawa do dywidendy lub podziału majątku w przypadku likwidacji spółki. Nowelizacja wymienia wśród nich akcje założycielskie, których uprzywilejowanie przejawia się w tym, że każda kolejna emisja nowych akcji nie może naruszać określonego minimalnego stosunku liczby głosów przypadających na te akcje uprzywilejowane do ogólnej liczby głosów przypadających na wszystkie akcje spółki. Gdy spółka dokonuje emisji, liczba głosów przypadających na akcje założycielskie musi wówczas ulec odpowiedniemu zwiększeniu.

Nabycie i umorzenie akcji

Akcje nowej emisji są obejmowane na podstawie umowy zawartej między spółką a subskrybentem, w której spółka zobowiązuje się wyemitować akcje na rzecz subskrybenta, w zamian za jego zobowiązanie do wniesienia wkładu. Akcje prostej spółki akcyjnej mogą również ulec umorzeniu przymusowemu i dobrowolnemu. W zakresie pierwszego regulacje są zbieżne z odpowiednimi przepisami w zakresie spółek z o.o. i akcyjnej. Natomiast umorzenie dobrowolne będzie możliwe także mimo braku takiego zastrzeżenia w umowie spółki.

Umowa prostej spółki akcyjnej może również określać warunek, którego spełnienie spowoduje umorzenie akcji, bez potrzeby podejmowania przez akcjonariuszy uchwały w tej sprawie. Nastąpi wówczas tzw. umorzenie automatyczne. Wymusza ono na zarządzie podjęcie uchwały stwierdzającej umorzenie i zgłoszenia jej do rejestru.

Struktura organizacyjna

W umowie spółki jej założyciele i akcjonariusze będą mogli dokonać wyboru struktury organizacyjnej pomiędzy modelem rozdzielającym zarządzanie i nadzór na powołany zarząd i radę nadzorczą a modelem skupiającym obie te funkcje w jednym organie – radzie dyrektorów. Przy czym powołanie rady nadzorczej jest uprawnieniem, a nie obowiązkiem. W odniesieniu do rady dyrektorów należy stosować przepisy o zarządzie, a do dyrektorów przepisy dotyczące członków zarządu.

Zarząd jest organem wyznaczonym do kierowania i reprezentowania spółki, składa się z jednego lub więcej członków powoływanych uchwałą akcjonariuszy, chyba że w spółce została ustanowiona rada nadzorcza – wówczas to ona powołuje, odwołuje i zawiesza w czynnościach członków zarządu. Nowością w prostej spółce akcyjnej jest przyznanie radzie uprawnienia do określania w drodze uchwały czynności, których zarząd nie będzie mógł dokonać bez jej zgody.

Uchwałą akcjonariuszy co do zasady kształtowany jest również skład rady dyrektorów, który stanowić może jeden lub większa ilość dyrektorów. Rada dyrektorów może powoływać dyrektorów wykonawczych do wykonywania zadań zarządczych. Wówczas w spółce wystąpi model rozdziału funkcji zarządczych od nadzorczych i powierzenie ich odpowiednio dyrektorom wykonawczym i dyrektorom. Prawo do reprezentowania spółki przysługiwało będzie każdemu z tych dyrektorów, bez względu na pełnioną funkcję.

W zakresie zgromadzenia wspólników przyjęto dotychczasowe rozwiązania stosowane w spółkach z o.o. i akcyjnych. Istotnym novum jest zezwolenie na podejmowanie uchwał zarówno podczas walnych zgromadzeń, jak i poza walnym zgromadzeniem, poza siedzibą spółki oraz przy użyciu środków komunikowania się na odległość. W jednoosobowej prostej spółce akcyjnej jedyny akcjonariusz pełni rolę walnego zgromadzenia.

Odpowiedzialność cywilnoprawna

Członkowie zarządu PSA odpowiadają solidarnie ze spółką wobec wierzycieli za umyślne lub niedbałe podanie fałszywych danych w oświadczeniach dotyczących wniesienia wkładów do spółki. Odpowiedzialność ciąży przez 3 lata od dnia zarejestrowania spółki lub zarejestrowania emisji nowych akcji. Projektowany art. 300123 przewiduje ogólną odpowiedzialność każdego, kto brał udział w tworzeniu spółki, za wyrządzenie spółce szkody w sposób zawiniony. Taką odpowiedzialność ponosi również członek organu PSA, który sprowadził na spółkę szkodę wskutek zawinionego niewykonania lub nienależytego wykonania swoich obowiązków, także poprzez niedochowanie lojalności wobec spółki. Roszczenia o naprawienie szkody przedawniają się z upływem trzech lat od dnia, w którym spółka dowiedziała się o szkodzie i o osobie obowiązanej do jej naprawienia, jak również w każdym razie z upływem 10 lat od dnia, w którym nastąpiło zdarzenie wyrządzające szkodę.

Członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za zobowiązania spółki, gdy egzekucja przeciw spółce okaże się bezskuteczna. Mogą uchylić się od tej odpowiedzialności, jeśli we właściwym terminie zostanie zgłoszony wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym samym czasie wydano postanowienie o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego, lub o zatwierdzeniu układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu albo jeśli niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości nastąpiło bez winy członka, albo że pomimo niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewydania postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego lub niezatwierdzenia układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu wierzyciel nie poniósł szkody (art. 300¹³¹).

Odpowiedzialność karna

Nowelizacja Kodeksu spółek handlowych przewiduje również odpowiedzialność karną związaną z działalnością PSA. Po art. 589 dodaje art. 5891 w brzmieniu: „Kto, będąc członkiem zarządu albo likwidatorem prostej spółki akcyjnej, dopuszcza do wydania przez spółkę dokumentów na akcje, warranty subskrypcyjne lub na inne tytuły uczestnictwa w dochodach lub w podziale majątku spółki podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 6 miesięcy” (druk 3236).

Karze grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do 1 roku podlegać będzie członek zarządu, który dopuszcza do zarejestrowania akcji w rejestrze akcjonariuszy przed zarejestrowaniem spółki, a także w przypadku emisji nowych akcji prostej spółki akcyjnej – przed wpisem do rejestru zmiany liczby akcji.

Odpowiedzialność karna nad członkiem zarządu PSA spoczywa również w sytuacjach przewidzianych w art. 594 i 595 Kodeksu spółek handlowych. Między innymi za dopuszczenie do nieprowadzenia rejestru akcjonariuszy zgodnie z przepisami ustawy przewiduje on grzywnę do 20 000 zł. Grzywną do 5 000 zł będzie mógł zostać ukarany członek zarządu, który nie dopilnuje określonych ustawą obowiązków informacyjnych w zakresie danych, jakie powinny zawierać pisma i zamówienia handlowe.

Nowa spółka, stare obowiązki

Każdy, kto będzie chciał skorzystać z nowej formy spółki kapitałowej prawa handlowego, oprócz przewidywanych korzyści, powinien pamiętać o wskazanej odpowiedzialności cywilnoprawnej i karnej. Trzeba mieć na uwadze, że w związku z powołaniem do życia nowej struktury zmianie ulegną jeszcze inne ustawy, choćby ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, która zostanie dostosowana tak, by mogła uwzględniać proste spółki akcyjne w katalogu podmiotów obowiązanych do zgłaszania informacji o beneficjentach rzeczywistych i ich aktualizacji.

PSA podlega również wymogom ustawy o rachunkowości i jako podmiot zobowiązany zobligowana będzie do prowadzenia ksiąg rachunkowych oraz sporządzania sprawozdań finansowych. Jako osoba prawna podlega także obowiązkom wynikającym z ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Akcjonariuszy PSA nie ominą również obowiązki podatkowe wynikające z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

Ustawa ma wejść w życie z dniem 1 marca 2020 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nowelizacja ustawy deweloperskiej oraz Deweloperski Fundusz Gwarancyjny oczami deweloperów

Rynek mieszkaniowy w napięciu oczekuje kontynuacji procesu legislacyjnego tzw. ustawy deweloperskiej, meritum której ma stanowić powołanie instytucji Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego (DFG). RynekPierwotny.pl przeprowadził sondę wśród zarządzających czołówką rodzimych firm deweloperskich, z zapytaniem o prawdopodobne skutki zmiany przedmiotowych  przepisów. 

Nowelizacja ustawy deweloperskiej, wprowadzająca instytucję DFG, jest modyfikacją pierwotnego projektu UOKiK, który zakładał zupełną likwidację deweloperskich rachunków powierniczych bez zabezpieczenia. Treść projektu upoważnia ministra do spraw budownictwa do określania wysokości składki na DFG w maksymalnym zakresie do 1 proc. w przypadku rachunku powierniczego zamkniętego, natomiast w przypadku otwartego aż do 5 proc. Tego typu rozwiązanie ma gwarantować bezpieczeństwo środków nabywców mieszkań nie tylko w razie bankructwa dewelopera czy odstąpienia nabywcy od umowy, ale – co być może najważniejsze – także w sytuacji upadłości banku prowadzącego rachunki powiernicze.

Wg powszechnej opinii wprowadzenie w życie pomysłu Prezesa UOKiK musi wywołać skutek w postaci przerzucenia kosztów nowelizacji przez deweloperów na klientów ich biur sprzedaży, a co za tym idzie wzrost cen nowych mieszkań. Zwłaszcza maksymalna dopuszczalna stawka 5-procentowa mogłaby się niestety okazać zdecydowanie destrukcyjna dla działalności krajowej branży deweloperskiej. Ogromne wątpliwości budzi więc zasadność konieczności wprowadzenia zmian, zwłaszcza w sytuacji braku przykładów zdarzeń świadczących o niedostatecznej ochronie dotychczasowych przepisów.

Na ten aspekt zwrócił uwagę Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development:Warto zauważyć, że nie słychać ostatnimi czasy zbyt wiele o bankructwach firm, które prowadzą swój biznes w sposób rzetelny, w oparciu o ustawę deweloperską. Niemniej uważamy, że każde rozwiązanie, które zwiększa bezpieczeństwo kupującego, to krok w dobrym kierunku. Trzeba jednak mieć na uwadze, że będzie ono kosztować i w efekcie zapłaci za to także kupujący. Jesteśmy przyzwyczajeni, że za bezpieczniejszy samochód czy bezpieczniejsze wakacje płacimy więcej. W tym przypadku będzie podobnie. Efektem większego bezpieczeństwa kupujących będzie właśnie wyższa cena mieszkań”.

Podobnego zdania jest Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska:W ramach DFG nabywca na każdym etapie transakcji zakupu mieszkania będzie mógł liczyć na dodatkowe zabezpieczenie wpłaconych środków. Uważam jednak, że dotychczasowe regulacje są wystarczające, ponieważ rachunki powiernicze odpowiednio chronią klientów. W mojej ocenie DFG nie powinien znacząco wpłynąć na branżę, jednak płynność finansowa mniejszych deweloperów może zostać osłabiona przez utratę sporych środków finansowych. Nowe regulacje podniosą koszty realizacji inwestycji, co automatycznie przyniesie wzrost cen mieszkań, a w rezultacie – spadek popytu”.

Poważną wadą nowelizacji ustawy deweloperskiej jest zdaniem przedstawicieli branży deweloperskiej wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej, a więc perspektywa płacenia za błędy niesolidnych deweloperów przez całą resztę. Zdaniem wybranych respondentów cała nowelizacja ustawy deweloperskiej wydaje się mało konkretna i niedopracowana.

Taką opinię wyraził Marek Smogór, prezes Quadro Development:Nowelizacja ustawy deweloperskiej, którą zamierza wprowadzić UOKiK w postaci DFG jest mało konkretna. Zwłaszcza, że brak szczegółów na temat samego funkcjonowania funduszu (propozycja nie nabrała jeszcze ostatecznego kształtu). Ponadto, wysokość składki jest ruchoma, nie określono też mechanizmu kontrolowania zasadności i prawidłowości wypłat. Uruchomienie DFG, a więc dodatkowej linii zabezpieczeń, ponad funkcjonujące już rachunki powiernicze – czy to otwarte, czy to zamknięte – to dodatkowe koszty, które znajdą odzwierciedlenie w cenie, a w mojej ocenie są zbędne”.

Głos krytykujący odpowiedzialność zbiorową zawiera wypowiedź Grzegorza Woźniaka ze spółki Quelle Locum:Zmiany dotyczące ustawy deweloperskiej to bardzo szeroki temat. Nie podobają nam się propozycje wymuszające stosowanie tylko rachunków mieszkaniowych zamkniętych oraz tworzenie DFG. Za działania złych deweloperów będą płacić dobrzy, a tak naprawdę za wszystko zapłacą klienci, gdyż firmy nie działają na ich rzecz charytatywnie”.

Na ten sam aspekt zwraca uwagę Michał Wawrzyniak, dyrektor ds. nieruchomości Grupy Partner: „Propozycja UOKiK przewidująca stworzenie DFG jest dość kontrowersyjna. Dlaczego  bowiem ogół deweloperów ma ponosić koszty upadku konkurencji? Obowiązkowe rachunki powiernicze dobrze chronią nabywców, a ewentualnego zwiększenia bezpieczeństwa należy upatrywać na drodze zmian w prawie upadłościowym i restrukturyzacyjnym, nie zaś poprzez wprowadzanie dodatkowych opłat dla deweloperów. W czasie coraz mniejszej dostępności gruntów, stale rosnącego kosztu zakupu materiałów budowlanych, wzrostu cen wykonawstwa dodatkowe opłaty (bezzwrotne), uiszczane na konto DFG, zmuszą inwestorów do pokrycia większych o kilka procent kosztów finansowych projektów mieszkaniowych, co ostatecznie wpłynie na ceny lokali”.

Natomiast w możliwości dopracowania nowelizacji ustawy deweloperskiej, tak by spełniała oczekiwania uczestników rynku nieruchomości wierzy Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA: :”Najnowsza wersja projektu ustawy deweloperskiej, przedstawiona 28.02.2019 r., uwzględnia sporo uwag zgłoszonych przez deweloperów oraz inne podmioty związane z rynkiem mieszkaniowym. Mimo to pojawiło się w niej także kilka dyskusyjnych kwestii, spośród których jedną z najistotniejszych dla branży jest propozycja utworzenia DFG oraz wysokość maksymalnej stawki dla deweloperów stosujących Otwarte Mieszkaniowe Rachunki Powiernicze. Biorąc pod uwagę fakt, że blisko 90 proc. podmiotów działających na rynku korzysta z tego typu rachunków, stawka maksymalna na poziomie 5 proc. odnosiłaby się w zasadzie dla całego rynku, mając niebagatelny wpływ na ceny mieszkań, ich dostępność, a więc ogólnie na sytuację mieszkaniową w Polsce. Dlatego też podczas konsultacji społecznych postulowaliśmy obniżenie jej poziomu maksymalnego do 2 proc. Innym zasadnym podejściem, zamiast likwidacji rozwiązań które już funkcjonują, nie tylko w naszym kraju, czyli rachunków powierniczych z gwarancją bankową lub ubezpieczeniową, wydaje się być dopracowanie przepisów w tym zakresie, tak aby zachęcić deweloperów do korzystania z nich. Podsumowując, kibicujemy rozwiązaniom wyważonym, uwzględniającym interesy wszystkich uczestników rynku”.

Można się tylko domyślać, że główną inspiracją Prezesa UOKiK utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego był przypadek upadłości dewelopera Dolcan Plus i powiązanego z nim SK Banku. Był to przykład obnażający niedoskonałość ustawy deweloperskiej w ochronie nabywców nowych mieszkań, zwłaszcza w sytuacji upadku banku finansującego inwestycję deweloperską. Stąd zapewne pomysł radykalnych rozwiązań dopracowujących procedury bezpieczeństwa pierwotnego rynku mieszkaniowego.

Prawdopodobnie pod koniec roku, a więc raczej już po wyborach parlamentarnych, nowelizacja ustawy deweloperskiej w obecnym lub bardzo zbliżonym kształcie doczeka się uchwalenia, wywołując w mniejszym lub większym stopniu przewidywane skutki, a więc przede wszystkim kilkuprocentowy wzrost cen mieszkań z pierwszej ręki.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

LC Corp sprzedaje dwa biurowce i zapowiada nową strategię

Firma LC Corp SA podpisała przedwstępne umowy sprzedaży dwóch kompleksów biurowych – katowickiego Silesia Star oraz wrocławskiego Retro Office House. To pierwsza tego typu transakcja w historii LC Corp SA, która zwiastuje zmianę strategii dotyczącej obiektów biurowych. Wartość umów zawartych ze spółkami Ingadi i Artigo, należącymi do międzynarodowego podmiotu inwestującego w nieruchomości komercyjne, to ponad 113 mln euro. Podpisanie umów przyrzeczonych zaplanowano do 15 sierpnia 2019 roku.

Silesia Star Katowice
Silesia Star Katowice

Silesia Star to kompleks biurowy klasy A, składający się z dwóch budynków o łacznej powierzchni 27 tys. mkw. Obiekty połączone wspólnym ogólnodostępnym pasażem wyróżniają się nowoczesną i prostą architekturą. Biurowiec położony jest przy ul. Uniwerysteckiej, w ścisłym centrum Katowic, bezpośrednio przy Drogowej Trasie Średnicowej, Uniwersytecie Śląskim oraz Muzeum Śląskim. Kompleks zakończył proces komercjalizacji w 2016 roku. Umowa sprzedaży Silesia Star ze spółką Artigo opiewa na ponad 54,3 mln euro.

Retro Office House to usytuowany w centrum Wrocławia prestiżowy biurowiec, wyróżniający się modernistycznym stylem. Portfolio najemców obiektu tworzy 13 polskich i międzynarodowych firm rozlokowanych na 21 tys. mkw.  Na parterze obiektu ulokowano lokale handlowo-usługowe. W podziemiach przygotowano 155 miejsc parkingowych. Obiekt został w pełni skomercjalizowany, w zaledwie 6 miesięcy po oddaniu do użytku. Kwota tej transakcji została ustalona ze spółką Ingadi na poziomie 58,8 mln euro.

– Sprzedaż  biurowców Silesia Star i Retro Office House to pierwsza tego typu transakcja w historii naszej spółki – mówi Tomasz Wróbel, Członek Zarządu LC Corp SA. Proces negocjacji ze spółkami Ingadi i Artigo, rozpoczęty w lutym 2019 przebiegł wyjątkowo sprawnie. Chciałbym przy tej okazji podkreślić profesjonalizm naszych partnerów oraz pozytywną atmosferę, w której odbywały się rozmowy – dodaje Tomasz Wróbel.

W sprzedaży obu biurowców pośredniczyła firma doradcza Knight Frank oraz kancelaria Dentons.

– Cieszymy się, że możemy wspierać LC Corp w procesie sprzedaży nieruchomości. Transakcja zakupu budynków biurowych Retro Office House oraz Silesia Star, potwierdza niesłabnące zainteresowanie inwestorów rynkami regionalnymi – mówi Marcin Purgal, Dyrektor Działu Capital Markets w Knight Frank. – W krótkim czasie udało nam się skutecznie przeprowadzić cały proces począwszy od podpisania listu intencyjnego, poprzez due diligence, aż do etapu umów przedwstępnych, co  potwierdza, iż obie strony były w pełni skoncentrowane i zaangażowane w finalizację transakcji – dodaje Marcin Purgal.

Transakcja, jaką realizujemy dla naszego klienta potwierdza najnowszy trend, jaki w ciągu ostatnich latach zauważamy na rynku nieruchomości biurowych w Polsce. Aktywność inwestycyjna, zwłaszcza we Wrocławiu i Katowicach jest imponująca i stale rośnie – mówi Bartłomiej Kordeczka, partner w dziale nieruchomości kancelarii Dentons.

–  Jesteśmy przekonani, że znakomita lokalizacja biurowców należących do LC Corp, zapewni przyszłym nabywcom doskonałe warunki do dynamicznej ekspansji. Cieszymy się nie tylko z roli, jaką nasza kancelaria pełni przy tej transakcji, ale przede wszystkim z przebiegu całego procesu, który na tym pierwszym etapie został wyjątkowo szybko sfinalizowany – podsumowuje Maciej Jodkowski, counsel w kancelarii Dentons.

Oprócz Silesia Star i Retro Office House w portfolio nieruchomości biurowych LC Corp znajdują się zlokalizowane we Wrocławiu Sky Tower oraz Arkady Wrocławskie, a także warszawskie Wola Center i Wola Retro, której planowana data oddania do użytku to III kwartał 2019. W sumie spółka zarządza 158 955 mkw. powierzchni biurowej. W 2018 roku LC Corp pochwaliło się najlepszym wynikiem w historii firmy – podpisano 32 umowy najmu na 32 900 mkw. powierzchni biurowej.

– Podczas realizacji każdego z naszych obiektów komercyjnych stawiamy na innowacyjność, funkcjonalność i dobrą lokalizację. Dokładamy starań, aby biura w naszych kompleksach odpowiadały najwyższym standardom i indywidualnym wymaganiom potencjalnych najemców. Najlepszym dowodem naszego sukcesu jest to, że sprzedawane przez nas obiekty zostały w 100% skomercjalizowane w stosunkowo krótkim czasie – mówi Piotr Pirogowicz, Dyrektor Działu Komercjalizacji LC Corp SA.

Dlaczego warto zatrudnić pracownika 50+

Liczba pracujących emerytów wzrosła o około 30% w ciągu ostatnich czterech lat – wynika z najnowszych danych ZUS. Aż 56% takich osób stanowią kobiety, a 9 na 10 jest wieku 60-65 lat i więcej. Wieloletnie doświadczenie, opanowanie, przywiązanie do stanowiska i firmy, większa elastyczność ze względu na mniej intensywny tryb życia, niższe koszty pracy – to główne zalety starszych pracowników. Jak wskazują eksperci Personnel Service, powrót do modelu uczeń – mistrz opartym na czerpaniu z wiedzy i doświadczenia przyniesie ogromne korzyści polskiemu rynkowi pracy.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

– Nastawienie na pracowników 50+ to bardzo dobry sposób radzenia sobie z niedoborem rąk do pracy, szczególnie w branżach i na stanowiskach, które wymagają większego doświadczenia. Dzisiejsi 50-latkowie są w dużo lepszej kondycji psychofizycznej, niż osoby w takim wieku jeszcze 20 lat temu. Żyjemy coraz dłużej, coraz lepiej dbamy o swoje zdrowie, a szeroki dostęp do wiedzy i środków masowego przekazu ułatwia nadążanie za tzw. nowinkami technologicznymi. Widać to w najnowszych danych ZUS, które pokazują duży skok aktywności zawodowej emerytów. To zjawisko, z którego polscy pracodawcy powinni czerpać pełnymi garściami, dając starszym pracownikom zatrudnienie na dobrych warunkach i korzystając z ich wiedzy i doświadczenia przy rozwijaniu tych młodszych – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Wieloletnie doświadczenie

Lata doświadczenia to umiejętność szerokiego spojrzenia na każdą sytuację. Osoby, które „widziały już wiele”, potrafią łatwiej i szybciej znaleźć rozwiązanie problemu. Wielowymiarowo analizują sytuację, wskazują różne możliwości i rzadziej popełniają pomyłki. Jeśli do tego są otwarte na „świeże” pomysły młodszych i potrafią o nich konstruktywnie dyskutować, mogą stanowić ogromną wartość dla instytucji. Umiejętne budowanie zespołu zgodnie z modelem „uczeń – mistrz” często pozwala firmom osiągać lepsze wyniki.

Opanowanie

Duże doświadczenie przekłada się na opanowanie w podejściu do pojawiających się zadań i problemów. Chłodniejsze spojrzenie pozwala dojrzalszym pracownikom lepiej ocenić sytuację i zaproponować sprawdzone rozwiązanie. W instytucjach opartych przede wszystkim na bardzo młodych pracownikach seniorzy mogą równoważyć nadmierne emocje, ograniczając liczbę popełnianych błędów.

Przywiązanie do stanowiska lub firmy

W starszych pokoleniach nikogo nie dziwi praca w jednej firmie lub na jednym stanowisku przez dziesiątki lat, a nawet pozostawanie w tej samej instytucji od początku kariery zawodowej do emerytury. Wśród młodszych, żądnych zmian i szukających coraz lepszych możliwości, takie przywiązanie do pracodawcy wręcz zanika. W związku z tym współcześnie wiele przedsiębiorstw boryka się z dużą rotacją pracowników, potrzebą częstego wdrażania kolejnych i ryzykiem związanym z niepewnością jak nowa osoba poradzi sobie w firmie. Dlatego zatrudnienie starszego pracownika może być najkorzystniejszym rozwiązaniem, szczególnie na kluczowych stanowiskach, na których częste zmiany mogą w większym stopniu wpływać na funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

Większa elastyczność i zaangażowanie

Osoby 50+ i starsze często mają już dorosłe dzieci, które żyją własnym życiem. Nierzadko tę „lukę” w obowiązkach i więcej czasu wolnego chętnie wypełnią zajęciami, które pozwolą im zaspokoić potrzeby samorealizacji i bycia potrzebnym. Dzięki tym czynnikom są w stanie lepiej dopasować się do wymogów i warunków pracy, angażując się w nią w większym stopniu, niż młodsi, których czas w ogromnym stopniu pochłaniają obowiązki rodzinne. Dodatkowo, niektórzy seniorzy chętnie podejmują pracę na część etatu, by dorobić do emerytury, ale mieć też trochę czasu np. dla wnuków.

Niższe koszty pracy

Firmy zatrudniające seniorów mogą liczyć na różne ulgi, które obniżają koszty zatrudnienia.  Na przykład nie muszą płacić na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych za mężczyzn, którzy ukończyli 60 lat i za kobiety w wieku powyżej 55 lat. Dodatkowo, za zwolnienie lekarskie pracownika 50+ pracodawca płaci tylko przez 14 dni, podczas gdy przy osobach młodszych ZUS przejmuje wypłatę świadczeń dopiero po 33 dniach nieobecności pracownika.

Ograniczenia emisji CO2 na 2021 rok spowodują miliardy euro kar dla producentów samochodów w Europie

Szanse dużych producentów działających na europejskim rynku na uniknięcie ogromnych kar za sprzedawanie zbyt wysoko emisyjnych samochodów są już nikłe. W ubiegłym roku średnie emisje większości marek wzrosły zamiast spadać, a do wejścia w życie limitu 95 g/km zostały już tylko dwa lata. Wśród dużych marek najlepiej radzi sobie pod tym względem Toyota, której średnia emisja spadła w 2018 roku poniżej 100 g/km. Do tej pory udało się to tylko marce Smart i oczywiście Tesli.

Od 2021 roku producenci samochodów działający na europejskim rynku prawdopodobnie będą płacić wysokie kary za przekroczenie poziomu emisji CO2 swoich aut. Mogą one sięgnąć łącznie 33,6 miliardów euro. Tak wynika z raportu portalu analitycznego JATO, opartego na średnich poziomach emisji samochodów sprzedanych w 2018 roku oraz na wysokości kar nakładanych przez Komisję Europejską od 2019 roku. W ubiegłym roku średnia emisja samochodów sprzedanych w Europie wzrosła. Jeśli nic się nie zmieni w ciągu najbliższych dwóch lat, najwięksi producenci będą musieli się zmierzyć z poważnymi problemami, gdyż żaden z nich nie zbliża się do celów wyznaczonych na 2021 rok.

Władze unijne jasno dały do zrozumienia, że do 2021 roku średnia emisja CO2 wszystkich nowych samochodów musi zmieścić się w limicie 95 g/km. To o 24,7 g/km mniej niż wyniosła średnia emisji 11 producentów, którzy sprzedali na europejskim rynku w 2018 roku powyżej 300 000 samochodów.jato_top_average_co2_emissions_1

Rośnie przepaść między celami CO2 a rzeczywistością

W ubiegłym roku tylko 12 na 50 producentom obecnym w Europie udało się obniżyć średnią emisję CO2 sprzedanych samochodów. Emisja wzrosła u 36 producentów – w przypadku Mercedesa, Land Rovera, Infiniti, Maserati i Alpiny aż o dwucyfrowe wyniki, sięgające nawet 26,2%. Średnia emisja Volkswagen Group, PSA, Renault Group, Nissan Group, BMW Group, Hyundai-Kia, Forda, FCA, Daimlera, Toyoty i Volvo wyniosła 119,7 g/km, o 2,4 g/km więcej niż rok wcześniej. W tej grupie dużych producentów tylko Toyota zanotowała spadek emisji CO2.

Średnia emisja samochodów marki Toyota w 2018 roku wyniosła 99,9 g/km. To najlepszy i jedyny poniżej 100 g/km wynik wśród dużych marek samochodowych, oferujących szeroką gamę modeli. Smart uzyskał wynik 89,8 g/km, choć nie oferuje dużych sedanów, aut dostawczych, SUV-ów czy terenówek, zaś Tesla oczywiście 0 g/km.

Grupa Volkswagena i PSA najbardziej ucierpią na nowych limitach

Gdyby limity CO2 z 2021 roku zostały nałożone dziś na podstawie wyników z 2018 roku, wielu producentów znalazłoby się w bardzo trudnej sytuacji. Portal JATO odkrył, że w takim wypadku kary pochłonęłyby niemal połowę łącznych zysków tych producentów. Grupa Volkswagena musiałaby zapłacić niemal 2525 euro za każdy sprzedany samochód, co daje łącznie 9,2 miliarda euro. W ubiegłym roku firma uzyskała zysk po opodatkowaniu 12,15 miliarda euro. Zatem kara wyniosłaby trzy czwarte zeszłorocznych zysków niemieckiego producenta.

W koncernie PSA sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Średnia emisja CO2 tego producenta wyniosła w ubiegłym roku 114,2 g/km, o 2,3 g/km więcej niż rok wcześniej. Wynik ten jest za wysoki o 23,1 g/km w stosunku do normy na 2021 rok, co przełożyłoby się na konieczność zapłaty 2194 euro za każdy samochód, czyli 5,4 miliarda euro rocznie. Jednak zysk netto w ubiegłym roku francuskiego producenta wyniósł 2,83 miliarda euro, a zatem jeśli nic się nie zmieni, firmę czekają w niedalekiej przyszłości znaczące straty.

Pozytywnym przykładem jest Toyota, której dobra pozycja wynika z dwóch czynników. Po pierwsze Toyota Motor Europe (Toyota i Lexus) ma najniższą średnią emisję CO2 wśród dużych producentów (101,3 g/km), głównie za sprawą szerokiej gamy hybryd. Po drugie, Toyota w mniejszym stopniu niż inni producenci opiera się na europejskim rynku.

Jak uniknąć wysokich kar?

Z raportu JATO wynika, że producentów samochodów działających w Europie czekają trudne czasy. Przewidywania analityków portalu opierają się jednak na założeniu, że do 2021 roku producenci nie poprawią swoich wyników emisji CO2, co niekoniecznie musi być prawdą. Wielu producentów planuje intensywną elektryfikację swojej gamy modelowej, lecz z drugiej – wzrost średniej emisji w 2018 roku u większości z nich budzi niepokój.

Prawdopodobnie część modeli zostanie wycofanych z rynku, jeśli koszty dostosowania ich napędów do nowych wymagań przekroczą generowane przez nie zyski. Cięcia obejmą także zapewne wiele mocnych silników spalinowych, dużych i ciężkich samochodów oraz aut niszowych.

Ostatnia wspólna Wielkanoc. Co dalej? Funt będzie mocniejszy

Po wielu miesiącach niełatwych negocjacji na temat opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię warto przedstawić prognozy dla brytyjskiej waluty.

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

Gdy cztery lata temu Brytyjczycy i Polacy szykowali się do Wielkanocy, kurs GBP/PLN oscylował w okolicy 5,5. Wtedy wydawało się, że to okazja na „promocyjny” zakup brytyjskiej waluty. W dalszej części 2015 roku funt się umacniał. Jednak pod koniec wspominanego roku zapadła decyzja, która doprowadziła do znacznego spadku wartości funta. 17 grudnia 2015 r. zarządzono referendum w sprawie Brexitu. Od tego czasu wszystkim przedsiębiorcom używającym brytyjskiej waluty do rozliczeń biznesowych zaczęła towarzyszyć duża niepewność.

Dzień, który zmienił wszystko

Niepewność zmieniła się w nerwowość, gdy niemal trzy lata temu Brytyjczycy zagłosowali w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej.

Przewaga głosów była minimalna: 51,9% było za opuszczeniem Wspólnoty, a 48,1% za pozostaniem w UE. Był to niewątpliwy szok. „Dzisiaj rano obudziła nas szokująca informacja ze Zjednoczonego Królestwa. Obywatele Wielkiej Brytanii zagłosowali we wczorajszym referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej. (…) Funt doświadcza kilku najgorszych godzin od co najmniej 1992 r., notując spadek o 11% podczas sesji azjatyckiej i obniżając się do najniższego poziomu od 31 lat względem dolara. Brytyjska waluta straciła na wartości 8% względem euro i pozostałych głównych walut. Rynki akcji notują poziomy niższe o około 5-10% już w momencie otwarcia, w związku ze zmniejszaniem ekspozycji większości inwestorów. Ze względu na wydarzenia w Wielkiej Brytanii pieniądze są większym stopniu lokowane w rządowe obligacje i gotówkę” – pisał 24 czerwca Enrique Díaz-Álvarez, dyrektor ds. oceny ryzyka w Ebury.

To co wydarzyło się później stanowi bogaty materiał na wielostronicowe analizy i książki. Spróbujmy jednak w kilku zdaniach podsumować ostatnie miesiące. Premier Wielkiej Brytanii – Theresa May – nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów do porozumienia w sprawie opuszczenia Wspólnoty, które zdołała uzgodnić z Unią Europejską. Przy pierwszej próbie, 432 parlamentarzystów zagłosowało przeciwko tzw. Withdrawal Agreement, a zaledwie 202 opowiedziało się „za” umową proponowaną przez May. Była to niewątpliwa klęska premier Wielkiej Brytanii (przewaga głosów z jaką projekt został odrzucony była niespotykana w historii brytyjskiego parlamentu). Theresa May jeszcze dwukrotnie próbowała zyskać przychylność Izby Gmin – bezskutecznie. Na szczęście posłowie odrzucili scenariusz tzw. Brexitu bez umowy, co miałoby katastrofalne skutki dla gospodarki Wielkiej Brytanii.

Brak konsensusu sprawił, że odkładano dzień opuszczenia Wielkiej Brytanii z UE (pierwszy termin był wyznaczony na 29 marca br., później 12 kwietnia). Obecnie został on wydłużony do 31 października br. Elastyczny element porozumienia oznacza, że faktyczna data opuszczenia UE może nadejść znacznie wcześniej, jeśli May w międzyczasie uda się przekonać większość parlamentarną do poparcia jej porozumienia.

Oczywiście cała ta niełatwa sytuacja komplikuje planowanie handlu zagranicznego, zarówno polskim, jak i brytyjskim, przedsiębiorcom.

Funt będzie mocniejszy

Dziś kurs GBP/PLN znajduję się nieco poniżej poziomu 5. Co go czeka w kolejnych miesiącach?

Jak podkreślają analitycy Ebury, do końca 2019 r. zmiany kursu funta brytyjskiego w relacji do złotego będą zależały niemal wyłącznie od postępów w kwestii Brexitu. Odrzucenie przez Izbę Gmin scenariusza „twardego” Brexitu jest oczywiście bardzo optymistycznym sygnałem, jednak nie wyklucza możliwości wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy regulującej dalsze relacje kraju z UE. „No deal” byłby katastrofalny dla szterlinga i najpewniej doprowadziłby do gwałtownej wyprzedaży funta względem wszystkich pozostałych walut.

Na drugim końcu spektrum możliwych scenariuszy jest przeprowadzenie drugiego referendum. Zdaniem analityków Ebury takie rozstrzygnięcie byłoby bardzo pozytywne dla funta i najpewniej doprowadziłoby do jego umocnienia.

Faktyczny rezultat znajdzie się prawdopodobnie gdzieś pomiędzy wspomnianymi scenariuszami. Zapewne premier May ostatecznie uda się uzyskać akceptację większości brytyjskiego parlamentu w dalszej części roku. Dlatego prognoza Ebury na koniec roku (uwzględniająca również lekkie umocnienie złotego w parze z euro) zakłada kurs GBP/PLN na poziomie 5,15.

Autor: Jakub Makurat, Dyrektor generalny Ebury Polska

Game Jam Square, czyli impreza dla twórców gier i fanów wirtualnej rozrywki

Już 26 kwietnia rusza Game Jam Square. Impreza jest skierowana do twórców gier oraz przedstawicieli biznesu, a jej organizatorami są Agencja Rozwoju Przemysłu oraz ARP Games. Wydarzenie jest inwestycją polskiego rządu w rozwój branży gier komputerowych. Impreza trwa trzy dni na Torze Służewiec w Warszawie, a w jej trakcie możemy spodziewać się zawodów dla programistów oraz rozgrywek esportowych.

Według raportu Forbesa polska branża gier jest warta 26 mld zł, co daje jej 23. miejsce na świecie. Newzoo i Wargaming wskazują Polskę jako 8. na świecie pod względem wydatków na gry. Ale jedną z barier rozwoju, na którą wskazało badanie przeprowadzone przez Krakowski Park Technologiczny jest brak właściwych kompetencji na rynku talentów w obszarze GameDevu. Dlatego jako ARP Games zaangażowaliśmy się w stworzenie game jamu z atrakcyjną pulą nagród. Jest to okazja dla twórców gier, by z jednej strony zaprezentować swoją kreatywność i specjalistyczne umiejętności, a z drugiej pracować pod dużą presją czasu -Remigiusz Kopoczek, prezes ARP Games.

W trakcie imprezy twórcy gier będą mogli stworzyć zupełnie nowy projekt, a fani e-sportu zobaczyć w akcji swoje ulubione drużyny.

Gry komputerowe. Branża z miliardowym potencjałem

Impreza organizowana jest przez Agencję Rozwoju Przemysłu i ARP Games, we współpracy z Totalizatorem Sportowym i Polską Fundacją Narodową, a partnerem technologicznym wydarzenia są AMD oraz Actina.

ARP Games, to jedyny w Polsce akcelerator gier wideo, który wspiera młodych twórców gier wideo. Spółka powstała w 2016 r. Została założona przez Agencję Rozwoju Przemysłowego S.A. SPIN-US sp. z o.o. – spółkę celową Uniwersytetu Śląskiego oraz Powiat Cieszyński.

Według 4. edycji raportu Polish Gamers Research przygotowanego na zamówienie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego aż 79% badanych respondentów deklaruje, że w wolnym czasie zdarza im się grać w gry. Badania świadczą o bardzo wysokim poziomie zainteresowania Polaków rozrywką wirtualną oraz wysokim potencjale branży gier w naszym kraju.

Sektor gier jest szczególny, bo bazuje na konkretnych, ludzkich umiejętnościach, które są dużo ważniejsze niż kapitał finansowy. Inwestowanie w „ludzi” jest naturalnym kierunkiem dla naszej gospodarki, między innymi dlatego powołaliśmy spółkę ARP Games. Jej celem jest nie tylko wsparcie finansowe młodych twórców gier wideo, ale także merytoryczna opieka mentorów z branży -mówi Dariusz Śliwowski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A.

ARP Games ma w założeniu wesprzeć finansowo i merytorycznie startupy działające na rynku gier wideo. Wsparcie projektów zorganizowane jest w formie programu akceleracyjnego. Uczestnicy mogą liczyć na wsparcie finansowe, pomoc mentora, specjalistyczne szkolenia i udział w branżowych wydarzeniach. Aktualnie zakończono cztery edycje programu, z których w ramach programu akceleracyjnego zostało założonych 6 spółek. Pierwsze gry mają ukazać się jeszcze w tym roku.

Sukces polskich gier obudził ambicje w młodych, ambitnych ludziach. Codziennie przed komputerami starają się spełnić swoje marzenia i stworzyć nowego Wiedźmina. Każdego dnia dopisują nowy kod, często w wirtualnych zespołach, połączonych przez sieć. Wierzymy w sieć, ale spotkanie twarzą w twarz z innym deweloperami i użytkownikami z pewnością ma co najmniej taką samą wartość! Dlatego zaprosiliśmy twórców gier na te kilka dni na warszawski Służewiec. Jestem przekonany, że to wyjątkowe miejsce będzie źródłem inspiracji dla uczestników Game Jame Square -dodaje Śliwowski.

Agencja Rozwoju Przemysłu S.A. (ARP S.A.) to spółka Skarbu Państwa, działająca w ramach Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju. Od początku swojej działalności (1991 r.) odpowiada na najważniejsze potrzeby polskiej gospodarki. W okresie transformacji ARP S.A. uratowała tysiące miejsc pracy, unowocześniając duże i średnie przedsiębiorstwa. Portfel spółek ARP S.A. obejmuje m.in. przedsiębiorstwa produkcyjne działające w sektorach: budowlanym, energetycznym, elektromaszynowym, a także w obszarze wzornictwa przemysłowego czy innowacji.

Co zobaczymy podczas Game Jam Square?

W trakcie Game Jam Square twórcy gier sprawdzą się w 40-godzinnym hackathonie, czyli zawodach w tworzeniu gier komputerowych na czas. Zmagania wystartują w piątek 26 kwietnia. Wówczas zostanie ogłoszony temat zadania. Uczestnicy będą mieli 40 godzin na stworzenie prostej i ciekawej gry. Ich poczynania oceniać będzie jury, które nominuje najlepszych w siedmiu kategoriach: Best Game Play, Best 2D Art, Best 3D Art, Best Audio, Best Story, Best Small Team, Best Multiplayer Game. Najlepsze zespoły otrzymają Grand Prix i dwa równorzędne wyróżnienia. Na uczestników czekają nagrody o łącznej wartości 250 tysięcy PLN.

Dla wszystkich zainteresowanych Game Jam Square, organizator oprócz hackathonu przygotował wiele atrakcji, które będzie można śledzić podczas transmisji live na kanale Piotra “Izaka” Skowyrskiego w Twitch.tv. Każdy fan sportów elektronicznych będzie mógł oglądać e-sportowy turniej najlepszych polskich drużyn Counter-Strike: Global Offensive. Zostanie on zorganizowany przy wsparciu Totalizatora Sportowego.

Dodatkowo w trakcie imprezy obecne będą stoiska startupów gamingowych wspieranych przez ARP Games. Przy wsparciu  Polskiej Fundacji Narodowej zostali zaproszeni zagraniczni Youtuberzy, a całość wydarzenia wzbogaci relacja live ze specjalnego studia, w którym głównym tematem dyskusji będzie polski rynek GameDev.

W hackathonie Game Jam Square wezmą udział zespoły zaproszone po dokonaniu rejestracji. Impreza jest zamknięta dla widzów.

Łapiąc wielkanocnego króliczka

  • Na tegoroczne święta Wielkiej Nocy Polacy planują przeznaczyć aż o 43 zł więcej niż w roku poprzednim, czyli średnio 563 zł.
  • Jednocześnie pojawiają się sezonowe rekrutacja pomagające uzupełnić domowy budżet.
  • Zapotrzebowanie na personel w centrach logistycznych może wzrosnąć nawet o 100 proc., a na kasjerów o 50 proc.

Okres wielkanocny to szczególny czas, nie tylko pod względem przygotowań do świąt czy samego świętowania, ale także pod kątem zatrudnienia. Wzmożona ilość pracy dla wszystkich podmiotów związanych z FMCG i produkcją sezonową powoduje wzrost zatrudnienia i umożliwia zwiększenie wynagrodzenia pracowników. Przykładem dla takiego stanu rzeczy może być produkcja tradycyjnych świątecznych figurek – jajek i króliczków z czekolady. To typowo sezonowy biznes realizowany zarówno przez największe firmy zajmujące się produkcją słodyczy, jak i wyspecjalizowane małe firmy zwiększające zatrudnienie o 800 – 900 proc., a czasem otwierające produkcję tylko w tym okresie.

  • Czas przed świętami Wielkiej Nocy, to dogodny moment, aby zarobić dodatkowe pieniądze na świąteczne zakupy. Jak przewidują analitycy firmy Provident w tym roku jesteśmy gotowi przeznaczyć na nie aż o 43 zł więcej niż w 2018 r., czyli średnio 563 zł. Gdzie znaleźć dodatkowe źródło dochodów? Okazuje się, że możliwości jest wiele. Potrzebie sezonowej rekrutacji podlega także np. Poczta Polska oferująca zatrudnienie dodatkowym 600 osobom w marcu i kwietniu. Są to miesiące charakteryzujące się wzrostem zakupów internetowych a także wysyłanych kartek z życzeniami świątecznymi. – mówi Piotr Modliński, szef działu outsourcingu personalnego w ASM Sales Force Agency, spółki należącej do ASM Group.

Przygotowane figurki czekoladowe od razu po spakowaniu zostają przygotowane do wysyłki.   Razem z innymi szybko zbywalnymi produktami, niezbędnymi w okresie świąt jak majonez, kajmak, jajka, napoje, a także chemia gospodarcza czy ozdoby świąteczne, trafiają do centrów logistycznych. To tutaj zostają odpowiednio przesortowane, przepakowane i skompletowane do wysyłki do sklepów, marketów czy stoisk handlowych. Co roku, operatorzy logistyczni na 4 – 5 tygodni przed świętami wielkanocnymi odnotowują wzrost zapotrzebowania na personel nawet do 100%. Stan utrzymuje się jeszcze chwile po świętach.

  • Wielkanoc, mimo całej swojej powagi jest świętem, do którego przygotowujemy się krócej i mniej ekspansywnie. Zapotrzebowanie na pracowników jest niższe niż w grudniu, jednak często bardziej długotrwałe. Przyczyniają się do tego wolne dni na początku maja. Osoby znajdujące zatrudnienie w sezonie świątecznym mogą liczyć na utrzymanie go przynajmniej do drugiego tygodnia maja w przypadku TSL i handlu. – dodaje mówi Piotr Modliński.

Co następnie dzieje ze świątecznym króliczkiem? Za pośrednictwem firmy logistycznej trafia do punktów sprzedaży. Pierwsze świąteczne aranżacje, dekoracje oraz atrakcje dla klientów dostępne są w sklepach już na 2 – 3 tygodnie przed Wielkanocą. Osoby zajmujące się ekspozycją dbają, aby czekoladowy króliczek znalazł się na półce w przygotowanymi dla siebie miejscu i wyeksponowany, jak przystało na symbol świąteczny. Z drugiej strony,  osoby zajmujące się promocją starają się, aby nie został ominięty przy realizacji świątecznej listy zakupów. W tym także okresie, właściciele sklepów odczuwają potrzebę dodatkowych rąk do pracy. Z jednej strony wydłużają godziny obecności promotorów pracujących na stałe, z drugiej zatrudniają dodatkowych, którzy organizują degustacje oraz animacje mające na celu zwrócenie uwagi konsumentów na konkretne produkty wykorzystywane w okresie świątecznym. Również zapotrzebowanie na kasjerów zwiększa się o ponad 50 proc.

Od dziś wchodzą nowe regulacje w obszarze e-fakturowania

Ruszyła Platforma Elektronicznego Fakturowania. Od północy administracja publiczna ma obowiązek przyjmowania od dostawców usług i wykonawców zamówień publicznych, automatycznych e-faktur. Tym samym Polska staje się jednym z pierwszych krajów, które zaczynają w pełni wdrażać europejską dyrektywę o obowiązkowym przyjmowaniu e-faktur w administracji publicznej.

Są drogie w obsłudze, często zawierają błędy i zwiększają ryzyko finansowych wyłudzeń – z tego powodu faktury papierowe a także te przesyłane w postaci pliku PDF, mają być w UE stopniowo zastępowane przez faktury automatyczne. Komisja Europejska chce w ten sposób m.in. ustandaryzować metodę wymiany i dokumentowania rozliczeń w Unii oraz uszczelnić system podatkowy.

Kilkaset podmiotów

Od dziś, 18 kwietnia, polska administracja ma obowiązek przyjmowania od dostawców towarów i wykonawców zamówień publicznych faktur w jednolitym, europejskim standardzie. Tym samym Polska stała się jednym z pierwszych krajów, które wdrożyły unijną dyrektywę 2014/55/UE o e-fakturowaniu w dostawach publicznych.

To duża zmiana, która w długofalowej perspektywie może wpłynąć na popularyzację automatycznych faktur wśród przedsiębiorców i wyeliminowanie problemów wynikających z przetwarzania faktur papierowych lub tych przesyłanych w plikach PDF. Mam tu na myśli zmniejszenie opóźnień w płatnościach, wyeliminowanie błędów czy obniżenie kosztów obsługi przetwarzania faktur – komentuje Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison będącej członkiem konsorcjum PEF Expert, które na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przygotowało Platformę Elektronicznego Fakturowania.

Pośredniczy ona w bezpłatnej wymianie automatycznych e-faktur pomiędzy wykonawcami zamówień publicznych a administracją publiczną. Umożliwia także składanie zamówień, awizowanie dostaw, potwierdzanie ich odbioru, a także wystawianie faktur korygujących i not księgowych. Także za granicę. – Faktury automatyczne można od dziś wysyłać za pośrednictwem strony WWW lub aplikacji. Można też zintegrować platformę z własnymi systemami IT – tłumaczy Tomasz Kuciel z PEF Expert.

Na razie powyżej 30 tys. EUR

Nowe przepisy o e-fakturach dotyczą wszystkich podmiotów, które realizują zamówienia publiczne w trybie ustawy Prawo zamówień publicznych, ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym oraz ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane i usługi. W praktyce oznacza to, że obowiązkiem przyjmowania automatycznych faktur są objęte m.in. organy władzy publicznej wszystkich szczebli, w tym jednostki samorządu terytorialnego, urzędy, państwowe szkoły i uczelnie oraz placówki medyczne. Regulacje dotyczą na razie zamówień o wartości powyżej 30 000 Euro. Od 1.08. br. zamawiający będzie miał jednak obowiązek przyjmować także automatyczne faktury na kwotę poniżej 30 000 Euro. Oczywiście oba te przypadki dotyczą zamówień publicznych wszczętych po 18 kwietnia 2019. Co istotne, decyzja o wystawieniu jednolitej e-faktury należy tylko do dostawcy (wykonawcy), gdyż w przypadku zamówień publicznych nie jest już wymagana zgoda nabywców na wystawianie faktur elektronicznych.

To kolejny krok w stronę informatyzacji państwa. Chcielibyśmy, aby z nowego rozwiązania korzystała nie tylko strona publiczna, która jest do tego prawnie zobowiązana, ale również biznes. Kolejnym krokiem będzie wymiana faktur między przedsiębiorcami, a następnym w relacjach biznes–klient – mówiła podczas prezentacji portalu Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Zastosowanie ustrukturyzowanych e-faktur sprawia, że dokumenty handlowe wymieniane są automatycznie, a po stronie człowieka jest wyłącznie ich akceptacja. Szacuje się, że wdrożenie takiego systemu zmniejsza koszty obsługi zamówień i fakturowania nawet o 60-80%.

Rejestracji i wymiany dokumentów można dokonywać na stronie https://brokerpefexpert.efaktura.gov.pl/. Korzystanie z Platformy jest bezpłatne.

W Poznaniu powstaje najwięcej biur od dekady

Obecny rok ma być dla stolicy Wielkopolski rekordowy pod względem podaży nowej powierzchni biurowej. W budowie znajduje się ponad 80 tys. mkw. biur, czyli najwięcej od dekady. W 2018 roku w Poznaniu oddano ich do użytku ponad 21 tys. mkw.

Według szacunków Colliers International obecne zasoby biurowe Poznania przekroczą magicznie 0,5 miliona mkw., co plasuje miasto na piątym miejscu wśród rynków regionalnych, po Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Katowicach.

Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu
Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu

— Prawie 40% istniejącej powierzchni biurowej zlokalizowane jest w centrum między ulicami Solną, Małe Garbary, Matyi, Królowej Jadwigi, Roosevelta oraz rzeką Wartą. Jednocześnie właśnie w tej części miasta występuje luka podażowa, czyli przewaga popytu nad podażą. Pozostałe dwa obszary o dużej koncentracji biurowców to okolice Jeziora Maltańskiego oraz zachodnia część miasta, przy ul. Bułgarskiej, gdzie znajduje się kompleks Business Garden — mówi Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu.

Dwie największe realizowane w mieście inwestycje biurowe w Poznaniu to Nowy Rynek (Skanska Property) oraz Business Garden II (Vastint). Pozostałe inwestycje planowane do oddania do użytku w nadchodzących kwartałach to Giant Office (15,2 tys. mkw., Giant), Zajezdnia Poznań (6,5 tys. mkw., REF Eastern Opportunities) oraz rozbudowa projektu Mercator (6 tys. mkw., Mercator).

Najwięcej renegocjacji wśród miast regionalnych

W skali ostatnich 9 lat zapotrzebowanie na nową powierzchnię biurową było w ubiegłym roku wysokie, choć o 11% niższe niż w rekordowym pod tym względem roku 2017. Całkowity wolumen transakcji najmu wyniósł 70,4 tys. mkw.

— Cechą charakterystyczną rynku poznańskiego jest największy spośród wszystkich miast regionalnych udział renegocjacji w zawartych kontraktach (38%). Wśród największych najemców odnawiających swoje umowy, a zarazem naszych klientów, znalazł się Bank Santander w Poznań Business Garden (10,2 tys. mkw. plus ekspansja na 4,5 tys. mkw.), Carlsberg Shared Services w Nowych Garbarach (4 tys. mkw.) oraz Grant Thorton w Malta Office Park F (3,1 tys. mkw.). W 2018 roku Colliers International umocnił pozycję lidera na poznańskim rynku biurowym osiągając najwyższy wynik przeprowadzonych transakcji wśród firm doradczych — mówi Sebastian Bedekier.

Nowe kontrakty stanowiły w 2018 r. 44% najmów, a umowy typu pre-let odpowiadały za 17% całkowitego popytu. Poziom wynajęcia projektów oddanych do użytku wynosił 61%.

Czynsze wysokie, ale stabilne

Poznański rynek biurowy oferuje stabilne warunki najmu. W najnowszych projektach czynsze wywoławcze wynoszą średnio od 13,25 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie. Tym samym stolica Wielkopolski pod względem stawek plasuje się na drugim miejscu wśród ośrodków regionalnych po Wrocławiu, który jest nieco droższy (od 13,25 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie). Poznański rynek był do tej pory rynkiem wynajmującego, a prognozy dotyczące najbliższych kwartałów nie przewidują większych zmian w tym zakresie.

Współczynnik powierzchni niewynajętej pod koniec ubiegłego roku osiągnął najniższą wartość od 2010 r. i wyniósł 7,3%. Ten wynik oznacza zarazem spadek o 1,3% w porównaniu do IV kw. 2017 r. i wiąże się między innymi z faktem stopniowego wchłaniania oddawanej w ostatnich latach powierzchni biurowej. Zdaniem ekspertów Colliers International w kolejnych kwartałach bieżącego roku pustostany powinny utrzymywać się na poziomie zbliżonym do minionego roku. Obecnie w Poznaniu jest prawie 35 tys. mkw. wolnych biur – zarówno w klasie A, jak i B/B+.

Polski pacjent czeka dłużej. Gorzej tylko w Grecji

18. kwietnia obchodzimy Europejski Dzień Praw Pacjenta. Z tej okazji warto pokazać, jak opieka zdrowotna w Polsce wypada na tle Europy. Jak można się spodziewać, znajdujemy się w ogonie nie tylko pod względem liczby lekarzy i dostępnego sprzętu, ale także czasu poświęcanego pacjentom. Ponadto, czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wydłużył się o około dwa tygodnie w porównaniu do ubiegłego roku. Dlatego coraz częściej pacjenci decydują się na opiekę prywatną i dodatkowe zabezpieczenie oferowane przez ubezpieczycieli.

W większości krajów europejskich pacjenci są zadowoleni z jakości opieki zdrowotnej. Według badania  „European Quality of Life Survey” na prowadzenie w tym względzie wysuwają się Austria, Luksemburg i Malta, w okolicach średniej europejskiej znajdują się też nasi sąsiedzi – Litwa i Czechy. Lepsza jakość opieki zdrowotnej jest zazwyczaj związana z wyższymi wydatkami publicznymi. Średnia całkowitych wydatków zdrowotnych dla krajów Unii Europejskiej wynosi 2 773 euro – prawie o połowę więcej niż w Polsce (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej PPP). Dla porównania w 2016 roku w Luksemburgu wydatki te wyniosły aż 4 713 euro.

Subiektywnie gorzej tylko w Grecji

Zgodnie z przypuszczeniami Polska znajduje się w ogonie państw europejskich pod względem zadowolenia pacjentów. Jedynie Grecy oceniają służbę zdrowia gorzej niż Polacy. Z raportu OECD „Health at Glance: Europe 2018” wynika, że 60 proc. pacjentów w naszym kraju uważa, że lekarze poświęcają im wystarczającą ilość czasu, podczas gdy za naszą zachodnią granicą twierdzi tak już 86 proc. pacjentów. Wśród analizowanych krajów europejskich jesteśmy jedynym, w którym mniej niż połowa pacjentów deklaruje, że lekarze biorą pod uwagę ich zdanie przy podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia.

Tyle samo wizyt, mniej lekarzy

Mimo, że w większości rankingów negatywne postrzeganie rzeczywistości jest domeną Polaków, to niska jakość służby zdrowia może być potwierdzona za pomocą wielu obiektywnych danych i wskaźników. Mamy do dyspozycji średnio 2,4 lekarzy na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia europejska to 3,6. Zajmujemy w tym aspekcie niechlubne ostatnie miejsce wśród krajów Unii. Gabinety lekarskie odwiedzamy przeciętnie równie często co mieszkańcy innych krajów, co oznacza, że lekarze w Polsce przyjmują znacznie więcej pacjentów niż ich zachodni sąsiedzi. Bardziej obciążeni są jedynie węgierscy i słowaccy medycy.

Czas oczekiwania na wizytę u lekarza coraz dłuższy

Przodujemy również pod względem czasu oczekiwania na wizyty u specjalistów i zabiegi operacyjne. Dla przykładu w 2016 roku czas oczekiwania na usunięcie zaćmy wynosił w Polsce 484 dni, na kolejnym miejscu znalazła się Estonia z czasem oczekiwania równym 283 dni. W Holandii na podobny zabieg czeka się jedynie nieco ponad miesiąc. Zraportu Fundacji Watch Health Care wynika, że czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w Polsce wynosi obecnie około cztery miesiące, czyli o około dwa tygodnie dłużej niż w ubiegłym roku.

Ubezpieczyciele w stronę europejskich standardów

Nadzieją może napawać fakt, że spada liczba skarg złożonych do Rzecznika Praw Pacjenta. W 2017 roku wyniosła 61 218 zgłoszeń, a rok wcześniej – 68 832. Jednak dziesięć lat temu podobnych wniosków składano zdecydowanie mniej, co może wynikać z rosnącej świadomości pacjentów co do przysługujących im praw.

Pacjenci coraz częściej wybierają prywatną opiekę zdrowotną oferowaną najczęściej w formie benefitów przez zakłady pracy. Szacuje się, że nawet 60 proc. Polaków korzysta równocześnie z opieki w ramach NFZ, jak i prywatnej służby zdrowia. W segment usług medycznych coraz częściej wchodzą również  ubezpieczyciele. W ramach polis zdrowotnych i dodatków do polis na życie zapewniają pełne wsparcie na etapie diagnozy, leczenia i dochodzenia do zdrowia.

– Potrzeby pacjentów w Polsce są ogromne. Coraz częściej nawet w prywatnych przychodniach musimy czekać na konsultację lekarską, co wiąże się z ogromnym stresem. Dlatego proponujemy naszym klientom kompleksową pomoc również w umówieniu wizyty i znalezieniu najlepszych specjalistów – mówi Edyta Fundowicz, Dyrektor ds. Marketingu i Produktów w Nationale-Nederlanden. – Mogą oni liczyć także na konsultacje u dietetyka i psychologa, a także organizację procesu rehabilitacyjnego.

Dywersyfikacja i polaryzacja, czyli rynek handlowy w obliczu zmian

Deweloperzy weryfikują swoje strategie rozwoju. Rozwija się rynek centrów convenience i projektów wielofunkcyjnych. W 2019 r. może przybyć 430 000 mkw. nowej powierzchni handlowej w całym kraju.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec I kwartału tego roku.

Podaż – deweloperzy poszukują nowych opcji rozwoju

„Rynek dużych centrów handlowych stopniowo się nasyca, w związku z czym deweloperzy zmieniają swoje strategie biznesowe. Obecnie jesteśmy świadkami sukcesywnej polaryzacji rynku pomiędzy dużymi galeriami handlowo-rozrywkowymi a obiektami typu „convenience”. Mniejsze centra i parki handlowe powoli wypełniają niszę rynkową, co ma odzwierciedlenie zarówno w obiektach oddanych do użytku w I kwartale, jak również tych planowanych do ukończenia w dalszej części roku”, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Na razie na rynku przybyło niewiele ponad 38 000 mkw. powierzchni, z czego największym nowo otwartym projektem był Silesia Outlet w Gliwicach (12 000 mkw. GLA). Wśród obiektów otwartych w minionym kwartale znalazły się także mniejsze centra handlowe: ATUT Ruczaj w Krakowie (6 800 mkw.) i Galeria Hosso w Drawsku Pomorskim (9 000 mkw.).

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL
Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

„Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wynosi 14,3 mln mkw. z czego 10,1 mln mkw. oferują 422 centra handlowe. Pozostałe formaty, czyli parki i wielkopowierzchniowe magazyny handlowe oraz centra wyprzedażowe odpowiadają odpowiednio za 3,9 mln mkw. oraz blisko 300 000 mkw. Choć I kwartał – tradycyjnie już – nie obfitował w nowe otwarcia, to w całym 2019 roku może przybyć 430 000 mkw. nowej powierzchni w ramach wszystkich formatów”, komentuje Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

Największym nowym projektem w 2019 roku będzie Galeria Młociny w Warszawie (78 500 mkw. i 6 200 mkw. powierzchni biurowej), której otwarcie zaplanowano na maj.

Popyt – „phygital” na topie

Polski rynek handlowy nadal oczekuje debiutów znanych marek, takich jak Abercrombie & Fitch, Banana Republic i Urban Outfitters. Póki co w I kwartale tego roku zadebiutowały u nas dwie sieci – czeski TEPfactor otworzył pierwszy park rozrywki w warszawskim Blue City, natomiast niemiecka grupa Deichmann zadebiutowała ze swoim najnowszym konceptem My Shoes jednocześnie w trzech lokalizacjach (w Galerii Mokotów, Galerii Katowickiej i Galerii Echo Kielce).

„Analizując trendy na rynku handlowym w Polsce i Europie nie sposób nie wspomnieć o wciąż rosnącej popularności zakupów online. Z tego powodu wiele marek, mając na względzie zapewnienie klientom pozytywnych doświadczeń, decyduje się na kombinację fizycznych narzędzi z bogactwem cyberświata, czyli tzw. „phygital”. Przykładem jest tzw. HubStyle, który otwiera stacjonarne sklepy marek Sugarfree i Cardio Bunny”, dodaje Joanna Tomczyk.

Czynsze i pustostany

Czynsze „prime”[1] są tradycyjnie najwyższe w Warszawie (do 130 euro/ mkw./ miesiąc). Na większości rynków lokalnych poziom czynszów „prime” wynosi od 42 do 60 euro za mkw. miesięcznie.

Średni poziom pustostanów w centrach handlowych w ośmiu głównych aglomeracjach w kraju wyniósł 3,5% według stanu na koniec 2018 roku.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

„Wzrost siły nabywczej i wydatków konsumpcyjnych Polaków to dobry prognostyk dla przyszłości rynku handlowego w Polsce. To z tego powodu zakaz handlu w niedzielę nie wpłynął w tak znaczący sposób na kondycję wielu centrów handlowych w kraju. Odwiedzalność w większości galerii faktycznie spadła, jednak obroty w wielu lokalizacjach nieznacznie wzrosły. Potencjał handlowy niedziel, z uwagi na zakaz handlu, jest jednak niewykorzystany a wzrosty obrotów mogłyby być znacznie większe. Według Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zakaz handlu w niedziele doprowadził także do bankructwa ok. 16 000 małych sklepów, czyli tych, których miał najbardziej chronić”, informuje Anna Wysocka.

Jednocześnie, już od dłuższego czasu właściciele dużych centrów handlowych dostosowują swoją ofertę do zmieniających się oczekiwań konsumentów poprzez zwiększenie oferty rozrywkowej, usługowej i gastronomicznej. Dzięki temu centra stają miejscem nie tylko robienia zakupów, ale także spędzania wolnego czasu, również w niehandlowe niedziele miesiąca.

[1] Czynsze prime odnoszą się do najlepszych lokali handlowych o powierzchni około 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych.

Ostatni normalny dzień w tym tygodniu

To prawdopodobnie będzie ostatni „żywy” dzień na rynkach w tym tygodniu, gdyż w wielu krajach Wielki Piątek jest dniem wolnym od handlu. Oznacza to też, że dwa dni publikacji zostały upakowane w jeden. Na pierwszym planie są ważne dane o aktywności biznesowej z Eurolandu, które wskażą, czy odbicie sygnalizowane w Chinach znajduje szoki wtórne w Europie. Od tego będzie zależeć, czy rynki podtrzymają pozytywny klimat.

Po dwóch miesiącach wyraźnych spadków indeksów PMI dla przemysłu strefy euro po kwietniowych danych oczekuje się przynajmniej stabilizacji (prog. 48, poprz. 47,5). Pozytywny wkład odreagowania słabości w Chinach może się ujawnić w lepszej postawie wytwórców nastawionych na eksport. Najważniejsze będą dane z niemieckiego przemysłu (prog. 45, poprz. 44,1), który jest motorem dla całego bloku i także tutaj ostatnie załamanie aktywności było najdotkliwsze. Dla rynku, który w ostatnich dniach łatwo akceptuje preteksty do podtrzymania apetytu na ryzyko, nie będzie potrzeba wiele, by odebrać dane pozytywnie. Ale też wrażliwość na rozczarowanie będzie silna, gdyż da podstawy do wątpliwości, że odbicie w Chinach nie rozlewa się na pozostałe kluczowe gospodarki. Przy wizji długiego weekendu inwestorzy nie będą silnie bronić pozycji, jeśli dane przygaszą dotychczasowy entuzjazm.

Reszta dzisiejszych odczytów (a jest ich sporo) będzie miała znaczenie tylko pod warunkiem, że europejskie PMI nie zaliczą super-niespodzianki (pozytywnej lub negatywnej) i nie skupią na sobie całej uwagi. Produkcja przemysłowa z Polski jest najważniejszą figurą z krajowego zestawu, a po danych marcowych spodziewamy się nieznacznego spowolnienia, ale głównie w oparciu o niekorzystny układ dni roboczych. Poza tym sytuacja w sektorze nie jest niepokojąca i dane nie powinny wyrwać EUR/PLN z drzemki na 4,27.

Co do danych z Wielkiej Brytanii w tym tygodniu miałem nadzieję, że pozwolą one odreagować funtowi presję związaną z brexitem, ale jak na razie moje oczekiwania okazały się złudne. Publikowana dziś sprzedaż detaliczna to bardzo zmienny wskaźnik, który może zaoferować wszystko, ale to też oznacza, że inwestorzy z rezerwą będą podchodzić do silnych zaskoczeń.

Po południu najważniejsze będą odczyty sprzedaży detalicznej z Kanady i USA. W pierwszym przypadku po wczorajszym silnym odczycie CPI z Kandy pojawiły się wątpliwości, czy rynkowe oczekiwania powrotu Banku Kanady do obniżek są słuszne i teraz kolejny mocny odczyt jeszcze bardziej zachwieje pewnością siebie inwestorów. W USA oczekuje się odreagowania słabości z lutego, co w przypadku ogólnego wskaźnika będzie prostsze przez wzrost cen paliw. Ważniejsza będzie tzw. sprzedaż bazowa i brak odbicia tutaj mocno kłóciłby się z systematyczną poprawa na rynku pracy i wzrostem dochodów. Ale słabe dane z USA to sygnał, że Fed na dłużej odłoży pomysły podwyżki stóp procentowych do szuflady, więc w ogólnym rozrachunku mogłoby to być dobre dla rynkowego apetytu na ryzyko. Taki mamy rynek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trzy zmiany w podatku dochodowym planowane przez rząd

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Według zapowiedzi rządzących w 2020 roku miałyby wejść w życie znaczące zmiany w PIT. Dotyczą one obniżenia pierwszego progu podatkowego do 17%, zerowego PIT dla osób do 26 roku życia oraz podniesienia kosztów uzyskania przychodu dla pracowników. Projekt ustawy zmieniającej ma w ciągu najbliższych dwóch tygodni trafić do konsultacji.

Nowy próg podatkowy

Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, zlecenie, a także wielu przedsiębiorców rozlicza się według zasad ogólnych. Obecnie przy podatku progresywnym obowiązują dwie stawki PIT:

  • 18% – do kwoty 85 528 dochodu
  • oraz 32% – powyżej kwoty 85 528 zł.

Według zapowiedzi od 1 stycznia 2020 r. mają być obowiązywać trzy stawki:

  • 17% – do kwoty 42 764 dochodu,
  • 18% – powyżej 42 764 zł, a nie więcej niż 85 528 zł,
  • 32% – powyżej kwoty 85 528 dochodu.

Oczywistym jest, że dodanie nowej stawki podatku, niższej o 1 punkt procentowy, przyniesie podatnikowi zysk w postaci niższego podatku. Różnica wyniesie od 428 zł do 855 zł w skali roku – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe.

Zerowy PIT dla młodych

Zerowy PIT dla młodych, jeden z elementów tzw. „piątki Kaczyńskiego”, to po prostu nowe zwolnienie z podatku dochodowego. Ma ono dotyczyć osób do 26 roku życia. Według wstępnych założeń zwolnione z podatku będą przychody z umowy o pracę, aby ograniczyć liczbę zawieranych umów zlecenie czy dzieło – często nazywanych umowami śmieciowymi. Ze zwolnienia nie będą mogły skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą.

Rząd proponuje jednak wprowadzić limit dochodów w kwocie 42 764 zł. Jeśli osoba do 26 roku życia przekroczyłaby tę kwotę, płaciłaby podatek na zasadach ogólnych liczony od nadwyżki ponad tę kwotę.

Zwolnienie z PIT dla młodych ma zostać wprowadzone od  czwartego kwartału 2019 roku, ale w tym okresie wciąż będą pobierane zaliczki na podatek. Jego zwrot nastąpi w zeznaniu rocznym składanym za 2019 rok. Jeśli zgodnie z prognozami zwolnienie zostanie wprowadzone od 1 października 2019 r., to dla osób do 26 roku życia limit przychodów zwolnionych na 2019 r. wyniesie 10 691 zł.

Jak podkreśliła Minister Finansów Teresa Czerwińska, należy pamiętać jeszcze o składkach ZUS. Zgodnie z przepisami każdy pracownik podlega obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnemu. Rządzący zatem z jednej strony zachęcają zwolnieniem z PIT, ale z drugiej strony przypominają o należnościach, jakie trzeba uregulować do ZUS.

Rozwiązaniem najkorzystniejszym finansowo, bez żadnych zobowiązań dla młodych osób do 26 roku, które są uczniami szkół ponadpodstawowych lub studentami, byłyby umowy zlecenie zwolnione z PIT. W tej sytuacji nie zapłaciliby ani składek ZUS, ani podatku dochodowego. Oznaczałoby to, że dana osoba otrzymałaby dokładnie taką kwotę, która zapisana jest w umowie, bez pomniejszania jej o jakiekolwiek zobowiązania – zauważa ekspert inFakt.

Wyższe koszty uzyskania przychodu pracownika

Zatrudnieni na podstawie umowy o pracę są grupą podatników, których obowiązują bardzo niskie koszty uzyskania przychodu. Standardowo wynoszą one 1335 zł rocznie. – Ich wysokość jest tak niska, że można się pokusić o stwierdzenie, że pracownicy na dobrą sprawę płacą podatek od przychodu, nie od dochodu – wskazuje Aneta Socha-Jaworska.

Rok 2020 ma przynieść zmiany w tym zakresie i podwyżkę rocznych kosztów uzyskania przychodu do kwoty 3 000 zł. Dla pracownika, który otrzymuje minimalne wynagrodzenie, w skali roku oznacza to niższy podatek o około 252 zł.

Koszty pracownicze mają zostać podniesione do kwot:

  • 3 000 zł – ma zastąpić kwotę 1 335 zł (koszty standardowe z jednego stosunku pracy),
  • 3 600 zł – zamiast 1 668,72 zł (podwyższone koszty[1] uzyskania z jednego stosunku pracy),
  • 4 500 zł – ma zastąpić kwotę 2 002,05 zł (standardowe koszty z więcej niż jednego stosunku pracy),
  • 5 400 zł – w miejsce kwoty 2 502,56 zł (podwyższone koszty uzyskania z więcej niż jednego stosunku pracy).

[1] Są to koszty, gdy miejsce stałego lub czasowego zamieszkania pracownika jest położone poza miejscowością, w której znajduje się zakład pracy i podatnik nie uzyskuje dodatku za rozłąkę.

Minimalizacja szarej strefy, czyli pomysł FPP na uzdrowienie systemu podatkowego

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje aktywne podejście do problemów, które dotykają system podatkowy. Wspólna debata Ministerstwa Finansów i polskich przedsiębiorców mogłaby doprowadzić do zmniejszenia szarej strefy, której istnienie przyczynia się do dużych strat budżetu państwa. Środki obracane „na szaro” oscylują w granicach 400 miliardów złotych. Podatki, które mogłyby zostać odprowadzone od transakcji i dochodów w szarej strefie, stanowiłyby znaczący dodatek do budżetu państwa i miałyby pozytywny wpływ na polską gospodarkę. Jednak zmiany w tym zakresie nie mogą się odbyć bez współpracy państwa i przedsiębiorców.

– Nasza propozycja poprawy systemu podatkowego opiera się na rzetelnej i partnerskiej współpracy biznesu z administracją – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Szara strefa zaburza warunki konkurencji wśród przedsiębiorców i powoduje, że nieuczciwe podmioty zyskują przewagę nad uczciwymi. Niewątpliwie sukcesem państwa jest stworzenie platformy „Głos Przedsiębiorców”. W ostatnim czasie chęć współpracy wyraził też zespół do spraw wsparcia przedsiębiorców Ministerstwa Finansów, nadzorowany przez Krajową Administrację Skarbową. Upatrujemy w tym szansę na to, aby wspólnie doprowadzić do sytuacji, w której zminimalizujemy istnienie szarej strefy. Będziemy razem podejmowali i realizowali działania, które będą korzystne dla budżetu państwa i dla samych przedsiębiorców – planuje Korzeb.

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci 5

Handel internetowy rozwija się w Polsce bardzo szybko – w tym roku będzie wart już 50 mld zł, a zakupy online robi już 15 mln Polaków. Z drugiej strony polscy konsumenci wyróżniają się na tle innych nacji przywiązaniem do tradycyjnego kanału sprzedaży. 49 proc. chce mieć możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie przed zakupem – wynika z badań SAP. Polacy oczekują spójnego podejścia marek do klientów we wszystkich kanałach sprzedaży. To dla sprzedawców wyzwanie, w którym wsparciem może być wdrożenie odpowiednich technologii. 

– Szacuje się, że w tym roku Polacy wydadzą w kanale online około 50 mld zł, co nie oznacza jednak zapaści w kanale offline, czyli fizycznych sklepach. Myślę, że zmienia się głównie ich rola. Tym, czego oczekują klienci, to pewna integracja obu kanałów i spójne doświadczenie zakupowe niezależnie od sposobu, w jaki nabywamy produkty czy usługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Niebylski, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Cały handel – w tym zwyczaje zakupowe klientów i podejście sprzedawców do obsługi klienta – jest na etapie zmian wywołanych rozwojem technologii. Według raportu Ecommerce Europe i SAP regularne zakupy w sieci robi już 49 proc., czyli około 15 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie, a Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-handlu na świecie.

Mimo to w Polsce nadal istotną rolę odgrywa segment tradycyjny. Według PwC udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi w Polsce raptem ok. 5 proc. W krajach takich jak Chiny, Korea Południowa, Niemcy czy Wielka Brytania jest on ponaddwukrotnie wyższy. To oznacza, że tradycyjne sklepy wciąż są najpopularniejszym kanałem sprzedażowym. Wielu klientów nadal traktuje zakupy jako sposób na spędzanie wolnego czasu, w tradycyjnym sklepie mogą też dotknąć produktu, obejrzeć go i przymierzyć albo zasięgnąć rady wykwalifikowanego sprzedawcy.

– Aż 49 proc. Polaków deklaruje, że potrzebuje fizycznego kontaktu z produktem w tradycyjnym sklepie. Dla polskiego konsumenta ten proces musi się w pewien sposób przenikać. Z jednej strony bardzo chętnie wchodzimy w online, inicjując proces zakupowy, ale ta część związana ze sprawdzeniem, przymierzeniem, odbiorem czy zwrotem produktu często odbywa się w kanale tradycyjnym – mówi Tomasz Niebylski.

Jak wynika z SAP Consumer Propensity Report, Polska jest w gronie państw, w których możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie jest dla konsumentów szczególnie ważna. Pod tym względem wyprzedzają nas tylko Rosjanie (56 proc. chce testować produkt w sklepie). Dla porównania w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji ten odsetek wynosi odpowiednio 29, 34 i 38 proc.

– Jako konsumenci oczekujemy też spójnych doświadczeń. Chcemy być traktowani w ten sam sposób niezależnie od kanału, w którym toczy się dany proces zakupowy. Polacy oczekują również spójnych cen w kanale online i offline. Aż 40 proc. klientów jest w stanie w ogóle zrezygnować z kontaktu z daną marką i z zakupu produktu, jeżeli stwierdzi, że występują różnice cenowe pomiędzy tymi dwoma kanałami – mówi Tomasz Niebylski.

Dlatego jednym z największych wyzwań dla sprzedawców jest budowa wielokanałowej strategii kontaktu z klientem, tak aby zapewnić mu zintegrowane i pozytywne doświadczenia zarówno online, jak i offline.

– Trzeba łączyć najlepsze cechy obu tych kanałów. W kanale online wygodna jest możliwość porównywania towarów i cen, bo mamy dostęp do szeregu różnych narzędzi. Z drugiej strony kanał offline daje dużo lepszą możliwość interakcji z klientem. Jeżeli w sklepie jest sprzedawca, który interesuje się klientem, sprawdza jego preferencje, to doświadczenie zakupowe jest znacznie bogatsze. Firmy powinny w sprytny, inteligentny sposób łączyć te cechy, tak żeby proces zakupowy czerpał z każdego kanału to, co najlepsze – mówi Tomasz Niebylski.

Jak podkreśla, budowa wielokanałowej, spójnej strategii kontaktu z klientem w kanale cyfrowym i tradycyjnym wymaga odpowiednich rozwiązań IT dla branży retail. Te m.in. wpierają proces interakcji klienta i pomagają w tworzeniu spersonalizowanych ofert. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Fundacji Kronenberga i Citi Handlowego, 39 proc. firm uważa, że stosowanie rozwiązań takich jak machine learning czy big data do lepszego personalizowania oferty dla klientów to w tej chwili jedno z największych wyzwań dla branży e-commerce. Dla prawie połowy (45 proc.) takim wyzwaniem jest też wprowadzanie ułatwień w procesie komunikacji klienta z marką.

– Narzędzia IT są konieczne. Jeżeli sklep chce adresować do klienta spersonalizowaną ofertę, musi mieć odpowiednie narzędzia do budowy strategii marketingowych. Konsumentów denerwuje zalew ofert, które ich nie dotyczą i nie trafiają w ich oczekiwania. To może skutecznie odwieść klienta od kontaktów z daną marką. Tego nie da się zrobić w sposób manualny, potrzebne są zaawansowane narzędzia informatyczne. Te zbierają dane o preferencjach klientów i wykorzystują np. sztuczną inteligencję i mechanizmy predykcyjne do tworzenia spersonalizowanych ofert dla konkretnego klienta – mówi Tomasz Niebylski.

Przykładem wykorzystania potencjału, jaki stwarzają w retailu narzędzia IT, są wdrożenia zrealizowane przez SAP w Polsce i za granicą. W SPAR Switzerland, która zarządza siecią 160 sklepów spożywczych, firma wdrożyła platformę SAP Marketing Cloud. W ciągu tygodnia od jej uruchomienia program lojalnościowy SPAR Friends przyciągnął 20 tys. klientów, a w kolejnych kilku miesiącach – łącznie ponad 100 tys.

– Program premiuje uczestników darmowymi zakupami – jedna transakcja na tysiąc jest darmowa. Klient, kiedy przychodzi do kasy, dowiaduje się o tym, że jest tysięcznym konsumentem, dla którego zakupy są za darmo. Z jednej strony firma mocno przyciąga tym klientów, a z drugiej zbiera informacje o tym, co klienci wkładają do koszyka, jakie mają preferencje i na tej podstawie tworzy dla nich spersonalizowane oferty w aplikacji mobilnej – wyjaśnia Tomasz Niebylski.

W ubiegłym roku SAP stworzył pakiet C/4 HANA, czyli integrację swoich rozwiązań wspierających budowę relacji zarówno w kanale B2B, jak i B2C. System analizuje zwyczaje zakupowe, bieżące zasoby magazynowe i trendy, tworząc na bazie tych danych spersonalizowaną ofertę dla klienta. Takie właśnie rozwiązanie wdrożyła firma Under Armour, która jest jedną z wiodących na rynku odzieży sportowej.

– Firma Under Armour wbudowała w swoje buty czujniki zbierające informacje o liczbie przebytych kilometrów. Dzięki temu klient dostanie powiadomienie o tym, że parametry jego butów, np. elastyczność podeszwy, spadły poniżej określonych progów i ich dalsze używanie może się skończyć kontuzją i warto pomyśleć o zakupie nowej pary. Firma, wiedząc, kto tych butów używa, jaki jest jego profil zużycia, czy biega w terenie czy po twardych nawierzchniach, jest w stanie zaproponować klientowi nowy, odpowiedni dla niego model. Poprzez zachętę w postaci dodatkowego rabatu w wysokości 5 proc. przy odbiorze w tradycyjnym w sklepie, istnieje możliwość sprzedaży innych usług, np. dedykowanego programu żywieniowego. W ten sposób buduje się ekosystem, który wiąże klienta z daną marką i wyzwala u niego pozytywne doświadczenia – podkreśla dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Wykorzystanie nowych technologii w handlu i zalety z tego wynikające były głównym tematem kwietniowej edycji SAP Intelligent Enterprise Truck w Warszawie.

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł 6

Do końca tego roku Agencja Rozwoju Przemysłu przeznaczy 200 mln zł na finansowanie małych i średnich firm. Takim podmiotom trudniej jest pozyskać środki komercyjne od banków, zwłaszcza jeżeli są krótko na rynku. ARP udzieli im pożyczek m.in. na realizację innowacyjnych projektów, inwestycji, wsparcie płynności finansowej czy finansowanie zamówień. Co istotne, spółki nie ogranicza prawo bankowe czy regulacje KNF, co daje jej większą elastyczność i pozwala finansować przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznane za zbyt ryzykowne.

Małe i średnie firmy mają utrudniony dostęp do kapitału zewnętrznego, gdyż banki zwykle patrzą na nie tak jak na korporacje i próbują ocenić je według tych samych wzorów i schematów. W związku z tym one często mają zły standing finansowy, są źle oceniane. Jest jednak dość duża różnica pomiędzy takim przedsiębiorstwem a korporacją. Wielu właścicieli małych i średnich firm obawia się też pożyczać pieniądze, co jest związane m.in. ze złym prawem upadłościowym w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jeżeli ktoś w Polsce znajdzie dobrą metodę finansowania małego i średniego biznesu, to odniesie wielki sukces. Ale musi przestać myśleć o spółce Jana Kowalskiego i jego żony jak o General Electric.

Małym i średnim przedsiębiorstwom dodatkowe środki są na ogół potrzebne na zakup urządzeń czy maszyn, zatrudnienie dodatkowych pracowników, stworzenie nowych linii technologicznych czy zakup samochodu albo sprzętu komputerowego. Takie inwestycje, nawet niewielkie, umożliwiają im rozwój i podnoszenie konkurencyjności.

Oferty takie jak ta stworzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu stanowią alternatywę dla systemu bankowego. Mam nadzieję, że ARP będzie trochę inaczej niż banki patrzeć na małe oraz średnie przedsiębiorstwa i przyjmie trochę inne zasady ich finansowania czy udzielania im kredytów. I to z całą pewnością może skłonić wiele firm do podjęcia inwestycji – mówi Cezary Kaźmierczak.

Agencja Rozwoju Przemysłu jest kojarzona przede wszystkim z finansowaniem restrukturyzacji. Na początku jej działalności większość pożyczek dla firm miało charakter pomocowy, teraz jednak większość pożyczek jest udzielana na zasadach komercyjnych. Wynika to z faktu, że w realiach stabilnego wzrostu gospodarczego coraz mniej firm szuka koła ratunkowego, a coraz więcej jest zainteresowanych finansowaniem potrzeb związanych z luką w kapitale obrotowym czy finansowaniem inwestycji.

ARP SA w ciągu ostatnich 10 lat przeznaczyła ponad 5 mld zł na finansowanie przedsiębiorstw działających w różnych sektorach gospodarki. Są wśród nich zarówno firmy państwowe, jak i prywatne, w tym spółki giełdowe. Działalność agencji rozszerzyła się o ofertę dedykowaną małym i średnim przedsiębiorstwom.

Składają się na nią trzy elementy. Po pierwsze, pożyczki, po drugie, oferta leasingu przemysłowego, i po trzecie, oferta nazwana przez nas International Desk [wspierająca eksport – red.] – mówi Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu SA. – Pożyczki to podstawowy instrument, jaki możemy zaoferować właścicielom małych i średnich przedsiębiorstw. Uzupełnia on tradycyjne pożyczki dla dużych podmiotów, które są domeną Agencji Rozwoju Przemysłu, natomiast postanowiliśmy nieco zdywersyfikować naszą działalność.

Na finansowanie MŚP ARP SA przeznaczy tylko w tym roku 200 mln zł. Ta kwota może zostać wykorzystana przez małe i średnie przedsiębiorstwa m.in. na sfinansowanie potrzeb inwestycyjnych, kontraktów albo potrzeb związanych z oczekiwaniem na rozliczenie VAT-u – jest to instrument w szczególności dla tych przedsiębiorców, którzy dobrowolnie skorzystali z instrumentu split payment, czyli podzielonej płatności.

Wreszcie są to pożyczki innowacyjne, a także restrukturyzacyjne. Zdarzają się przypadki, kiedy firma powstaje, rozwija się, ale przeżywa również trudne okresy. Tutaj również chcemy wykorzystać doświadczenia Agencji Rozwoju Przemysłu w zakresie restrukturyzacji i doradzić im merytorycznie oraz ewentualnie udzielić finansowania restrukturyzacyjnego – mówi Paweł Kolczyński.

Jak podkreśla, oferta ARP SA jest raczej uzupełnieniem niż konkurencją dla komercyjnej oferty banków. Zaletą jest m.in. to, że nie ogranicza jej prawo bankowe, co pozwala się angażować w branże i przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznawane za zbyt ryzykowne. W odróżnieniu od banków ARP SA ma większą elastyczność. Może np. sfinansować niestandardowy przedmiot inwestycji albo pomagać firmom przeżywającym przejściowe trudności finansowe i uruchomić proces nawet wtedy, kiedy spółka ma ujemne wyniki finansowe. Każdy projekt jest traktowany indywidualnie, poprzedzony analizą sytuacji przedsiębiorstwa i szyty na miarę jego potrzeb.

Nasza oferta może być bardziej elastyczna. Nie oznacza to jednak, że nie weryfikujemy przedsiębiorców, nie stosujemy odpowiedniego portfela zabezpieczeń – podkreśla Paweł Kolczyński.

Co istotne, ARP SA finansuje kapitał obrotowy na okres dłuższy niż banki. Dzięki temu firmy nie muszą co roku występować o przedłużenie finansowania i nawet krótkoterminowe osłabienie sytuacji firmy lub kondycji danej branży nie powodują ryzyka nieprzedłużenia finansowania. Okres i harmonogram spłat kapitału, także okres karencji, ustalane są przez ARP SA indywidualnie z każdym przedsiębiorstwem.

Możemy zapewnić naszym kontrahentom z sektora MŚP dłuższy okres karencji w spłacie kapitału głównego. W pewnych uzasadnionych przypadkach może wynosić nawet 18 miesięcy. Dzięki temu przedsiębiorca realizujący inwestycję może ją w spokoju zakończyć i uruchomić, a tym samym uzyskać źródło przychodów, które pomoże mu w spłacie kapitału głównego pożyczki – mówi Paweł Kolczyński.

Oferta Agencji Rozwoju Przemysłu dla małych i średnich przedsiębiorstw skierowana jest do wszystkich branż. Wśród dotychczasowych pożyczkobiorców są firmy z różnych sektorów – od przemysłu lekkiego i ciężkiego, poprzez spożywczy, telekomunikacyjny, paliwowy, maszynowy, RTV i AGD czy przemysł motoryzacyjny.

Co do zasady pożyczka nie może być mniejsza niż 800 tys. zł, a aplikujący przedsiębiorca powinien osiągać w skali roku przychody nie mniejsze niż 4 mln zł. Dostępne są jednak odstępstwa od tych zasad. Pożyczki sięgają od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych, w zależności od finansowanego przedsięwzięcia, najwyższa jak do tej pory wyniosła 150 mln zł.

Każdego przedsiębiorcę zainteresowanego ofertą Agencji Rozwoju Przemysłu zapraszamy do Centrum Obsługi Przedsiębiorców, otwartego już we Wrocławiu. Niedługo ruszają też centra w Katowicach oraz Gdyni. Nasi doradcy pomogą dobrać najbardziej efektywne finansowanie dla danego przedsiębiorcy – mówi Paweł Kolczyński.

Przykładem firmy, która rozwinęła się dzięki finansowaniu ARP SA, jest spółka Libru Sea, która działa na rynku od stycznia ubiegłego roku. Średniej wielkości przedsiębiorstwo produkuje wędzone ryby. Nieco ponad pół roku po rozpoczęciu działalności firma otrzymała 8,9 mln zł pożyczki na zakupu dzierżawionej wcześniej nieruchomości wraz z zakładem przetwórstwa rybnego, modernizację tego zakładu oraz zasilenie kapitału obrotowego. Dzięki temu powstało ok. 50 nowych miejsc pracy w regionie ze znaczną stopą bezrobocia, a to też ważny czynnik, który ARP SA bierze pod uwagę przy udzielaniu pożyczki.

Agencja Rozwoju Przemysłu podchodzi do finansowania w sposób bardzo biznesowy. Podobnie jak fundusze inwestycyjne analizuje cały model biznesowy i benefity, które płyną z rozwoju tego biznesu. Podobnie jak fundusze interpretuje też model wyjścia z biznesu, czyli finansuje go w jakimś określonym czasie i oczekuje zwrotu z inwestycji. Patrzy na to zupełnie inaczej niż bank, który żąda bardzo dużych profitów tu i teraz, co uniemożliwia rozwój biznesu właściwie od zera – mówi Kamil Jerominek, prezes Libru Sea.

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie 7

Po cyfrowej transformacji firmy czeka w najbliższych latach kolejna duża zmiana. Do 2030 roku muszą się dostosować do wymogów gospodarki obiegu zamkniętego (GOZ), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych. Jak wynika z badań Stena Recycling, oczekują tego sami konsumenci. 65 proc. z nich jest skłonnych zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Gospodarka cyrkularna pomoże też firmom zmniejszyć koszty działalności – w skali UE przyniesie 600 mld euro oszczędności i stworzy 2 mln nowych miejsc pracy. Część firm zaczęła już transformację w kierunku GOZ – przykłady najlepszych zostały wyłonione w Stena Circular Economy Award. ​ 

Gospodarka obiegu zamkniętego, inaczej gospodarka cyrkularna, bardzo mocno zyskuje na znaczeniu. Jest ogólnoświatowym trendem, którego głównym założeniem jest to, żeby racjonalnie gospodarować zasobami. Chodzi o zasoby naturalne, których nie mamy nieskończenie wiele, a z drugiej strony o racjonalne korzystanie z zasobów, których dostarczają nam istniejące produkty w momencie, kiedy przestajemy z nich korzystać. Wszystko po to, żeby minimalizować negatywny wpływ na środowisko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Stena Recycling.

Gospodarka obiegu zamkniętego to koncepcja, według której produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można przetworzyć i ponownie wykorzystać. To odróżnia ją od gospodarki linearnej, opartej na zasadzie „wyprodukuj, zużyj i wyrzuć”, w której odpady są przeważnie ostatnim etapem cyklu życia produktu.

Sytuacja, kiedy odpady pochodzące z produkcji i produkty, które przestają być używane, będą mogły zostać wykorzystane ponownie, to idealny model, do którego powinniśmy dążyć – mówi Piotr Bruździak.

GOZ jest jednym z priorytetów polityki Unii Europejskiej. Pod koniec 2015 roku Rada UE przyjęła pakiet odpadowy ustanawiający nowe przepisy gospodarki odpadowej. Do 2030 roku państwa członkowskie UE są zobowiązane osiągnąć poziom 75 proc. recyklingu odpadów opakowaniowych, 65 proc. odpadów komunalnych oraz ograniczyć składowanie odpadów do maksymalnie 10 proc. i nie oddawać na składowiska żadnych odpadów nadających się do recyklingu lub odzysku. UE wprowadziła także tzw. system rozszerzonej odpowiedzialności producentów, którzy mają odpowiadać – także finansowo – za zarządzanie odpadami, które powstają po wykorzystaniu ich produktów.

Ludzi na świecie przybywa, coraz więcej osób wychodzi z ubóstwa, mogą sobie na więcej pozwolić, zwiększyć wydatki i konsumpcję. Dla biznesu to jest szansa, ale jednocześnie – biorąc pod uwagę ograniczone zasoby naturalne – rodzi to też zagrożenia. Dlatego tak ważne jest, żeby promować i przechodzić na gospodarkę obiegu zamkniętego. To jest rozwiązanie, które pozwoli nam budować biznes, jednocześnie służąc klientom, odpowiadając na ich potrzeby w sposób zrównoważony, przyjazny dla planety i społeczności – dodaje Agata Czachórska, liderka projektu Circular IKEA w IKEA Retail w Polsce.

Gospodarka obiegu zamkniętego odpowiada na takie wyzwania, jak wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatacja środowiska. GOZ pozwoli zmienić model konsumpcji na bardziej świadomy i odpowiedzialny, racjonalniej gospodarować zasobami i zaoszczędzić energię. Przyczyni się też do większej innowacyjności europejskich firm, które będą musiały wypracować odpowiednie rozwiązania w tym modelu. Według Parlamentu Europejskiego przejście na gospodarkę obiegu zamkniętego przyniesie europejskim przedsiębiorstwom 600 mld euro oszczędności, przyczyni się do zredukowania odpadów oraz emisji gazów cieplarnianych o 2–4 proc. rocznie i powstania w UE 2 mln nowych miejsc pracy.

Przeanalizowanie procesów produkcyjnych: w jakich miejscach powstają odpady, na ile można zoptymalizować miejsce ich magazynowania, kwestie logistyki i kompaktowania materiału oraz możliwości ponownego przetworzenia – to są rzeczy, które wpisują się w model GOZ i nad którymi przedsiębiorstwa już muszą się zastanawiać – mówi Piotr Bruździak. – Dyskusja na ten temat wchodzi na zupełnie inny poziom. Są firmy, które stawiają sobie już ambitne cele, chcą uzyskiwać wyższe poziomy gospodarowania odpadami, chcą podnosić poziomy recyklingu.

Zdaniem ekspertów przedsiębiorstwa muszą się przeorganizować i stworzyć nowe modele biznesowe, żeby dostosować się do GOZ. Z drugiej strony to pomoże im zwiększyć konkurencyjność i zmniejszyć koszty działalności przy jednoczesnym podniesieniu jakości świadczonych usług. Poza tym oczekują tego sami konsumenci. Według badania przeprowadzonego przez SW Research dla Stena Recycling 69 proc. Polaków chciałoby, żeby ich ulubione produkty pochodziły ze zrównoważonej produkcji (były zaprojektowane i wytworzone według zasad GOZ). Podobny odsetek (65 proc.) jest skłonny zmienić swoje przyzwyczajenia i zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Prawie 60 proc. Polaków uważa, że ich wybory konsumenckie mają wpływ na wdrażanie GOZ przez firmy.

– Polscy przedsiębiorcy w ostatnich 2–3 latach bardzo dużo słyszeli na temat gospodarki obiegu zamkniętego. Odbyło się mnóstwo dyskusji, warsztatów, debat na ten temat, jednak one wszystkie skupiały się głównie wokół tego, że jest to ważne zagadnienie, którym musimy się zająć, że to szansa dla polskich przedsiębiorstw. Mało było w tym praktyki. Firmy przychodzą do nas i mówią: „No dobrze, jesteśmy przekonani, że to ważny temat, ale od czego mamy zacząć?”. Widzimy, że jest wielka potrzeba tworzenia praktycznych rozwiązań i narzędzi, które pozwoliłyby firmom prowadzić pilotaże tych rozwiązań – mówi Małgorzata Greszta, partner zarządzający CSR Consulting.

Odpowiadając na tę potrzebę, Stena Recycling organizuje Stena Circular Economy Award – Lider Gospodarki Obiegu Zamkniętego, pierwszy w Polsce konkurs dla biznesu i środowiska akademickiego pozwalający na wymianę pomysłów i doświadczeń w obszarze GOZ. Projekt jest skierowany do studentów, którzy mają ciekawe pomysły z tego obszaru, oraz firm, które mogą się pochwalić swoimi „cyrkularnymi” praktykami.

Przede wszystkim chcemy pokazać, że gospodarka cyrkularna nie jest odległą perspektywą. To jest coś, co zaczyna się tu i teraz, i wcale nie jest takie trudne. Nagradzamy tych, którzy już działają na rzecz gospodarki cyrkularnej, i młodych ludzi, którzy mają na to pomysł – mówi Piotr Bruździak.

– Takie konkursy, które wydobywają z rynku dobre praktyki, to jest bardzo dobre narzędzie, żeby zachęcać kolejne firmy. Dopiero widząc przykłady innych, przedsiębiorcy chcą robić coś podobnego. Staje się to inspiracją do uruchomienia kolejnych działań, a baza dobrych praktyk z roku na rok rośnie – dodaje Małgorzata Greszta.

Jednym z tegorocznych finalistów Circular Economy Award jest IKEA Retail, doceniona za projekt „Przyda się!”, który ma zwrócić uwagę na liczbę i wartość posiadanych przez ludzi przedmiotów, często zapomnianych. W tym celu została stworzona wirtualna kolekcja rzeczy leżących na strychach, w piwnicach oraz szafach. Program „Przyda się!” to również szereg wskazówek od IKEA, co zrobić, by zapomnianym przedmiotom podarować kolejne życie, np. poprzez naprawę, przerabianie lub przekazywanie innym.

Celem kolekcji było wzbudzenie refleksji nad tym, co już posiadamy. To wciąż są wartościowe rzeczy i tę wartość – czy to emocjonalną, czy funkcjonalną – możemy przywrócić. Cały program, „Przyda się!” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. To jest coś, czego ludzie potrzebują – mówi Agata Czachórska.

Jak wynika z badania Stena Recycling, trzech na czterech Polaków w ogóle nie zetknęło się z pojęciem GOZ – ponad 40 proc. nigdy o nim nie słyszało, a 30 proc. nie wie, czy je zna. Spośród Polaków, którzy słyszeli o GOZ (29 proc.), najwięcej osób kojarzy ten termin głównie z kwestiami ekologicznymi: możliwością zmniejszenia liczby składowisk i odpadów oraz ogólną poprawą stanu środowiska naturalnego.

Z drugiej strony proekologiczne działania cieszą się coraz większą popularnością wśród Polaków. Najwięcej osób segreguje odpady (74 proc.) oraz oszczędza energię w domu lub miejscu pracy (71 proc.). Większość oszczędza też wodę (68 proc.) oraz zwraca uwagę na to, aby nie marnować jedzenia (67 proc.). Ponad połowa Polaków minimalizuje także liczbę odpadów, używając produkty wielokrotnego użytku (54 proc.) lub unikając korzystania z jednorazowych reklamówek w trakcie zakupów (52 proc.).

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny 8

Czwarta rewolucja przemysłowa będzie mieć przełożenie na gospodarkę, biznes i rynek pracy. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, szerokie wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analizy danych pozwoli osiągnąć poziom PKB zaplanowany na lata 2035–2036 już o pięć lat wcześniej. Jednak nowe technologie oznaczają także duże wyzwania związane z legislacją oraz cyberbezpieczeństwem. Pod tym względem przełomowy był ubiegły rok, kiedy weszły w życie ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO – wynika z nowego raportu NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Szybkie tempo rozwoju technologii to z jednej strony szansa na to, żeby użytkownicy otrzymywali coraz bardziej spersonalizowane i zautomatyzowane usługi. Z drugiej strony, wprowadza to cała masę nowych kategorii zagrożeń. Technologie, takie jak sieci 5G, są wielką szansą dla nowych usług, ale też wprowadzają kolejne pakiety zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa i trzeba wiedzieć, jak się przed tym chronić – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji.

Cyberbezpieczeństwo to kluczowe wyzwanie z puntu widzenia Przemysłu 4.0. Z danych Związku Cyfrowa Polska wynika, że tylko w 2017 roku podjęto w Polsce 6 mln prób cyberataków na urządzenia końcowe, a wciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na notebooki, laptopy i komputery stacjonarne wzrosła o 232 proc. Cyberprzestępcy próbowali się włamać do prywatnych, firmowych oraz państwowych urządzeń i sieci średnio 700 razy na godzinę. Coraz częstszym celem ataków są także urządzenia internetu rzeczy.

Nie jesteśmy gotowi zapewnić sobie bezpieczeństwa w Gospodarce 4.0. Nowe zagrożenia pojawiają się szybciej, niż rośnie świadomość i gotowość do reagowania na nie. Sztuczna inteligencja jeszcze dla większości ludzi wydaję się fikcją, a ona już działa, już mamy algorytmy, które myślą za nas. Pojawiają się nowe zastosowania robotyzacji, nowe zagrożenia związane np. z pojazdami autonomicznymi, które lada moment wejdą na rynek – mówi dr hab. Rafał Mrówka, ekspert warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Jak podkreśla zastępca dyrektora NASK, cyberbezpieczeństwo należy rozpatrywać nie tylko w aspekcie technologicznym, lecz także organizacyjnym i regulacyjnym. Pod tym ostatnim względem przełomowy był ubiegły, 2018 rok, kiedy weszła w życie nowa Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO, czyli nowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

– Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa stanowi ramę systemowego podejścia dla cyberbezpieczeństwa w Polsce, ale we współpracy z całym ekosystemem w Unii Europejskiej – mówi Krzysztof Silicki.

Ustawa o KSC weszła w życie 28 sierpnia ubiegłego roku. Nowe prawo wdraża na gruncie krajowym wymogi unijnej dyrektywy NIS, przyjętej w 2016 roku, której celem jest zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej.

UE kontynuuje też prace nad stworzeniem Jednolitego Rynku Cyfrowego i jest to jedno z największych wyzwań w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i cyberbezpieczeństwa na nadchodzący rok. Kolejnym są m.in. negocjacje dotyczące Cybersecurity Act, wprowadzenie certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla przetargów publicznych czy rozporządzenie, które ustanawia Europejskie Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa. Szeroko omawia je zaprezentowany w tym tygodniu raport NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Ten raport pokazuje cyberbezpieczeństwo od strony policy level – czyli tego, co w standardach, regulacjach i strategiach jest wyrażone zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i całego świata. Tutaj nastąpiło wielkie przyspieszenie – podkreśla Krzysztof Silicki.

Wraz z prezentacją raportu NASK uruchomił nową odsłonę strony www.cyberpolicy.nask.pl, która jest zbiorem informacji na temat cyberbezpieczeństwa w kontekście strategicznym, regulacyjnym i organizacyjnym. Publikowane są na nim m.in. omówienia obowiązujących aktów prawnych oraz opisy dobrych praktyk i inicjatyw z całego świata.

Eksperci podkreślają, że potrzebne są zmiany w prawie dotyczące nie tylko bezpieczeństwa, lecz także możliwości wdrażania nowych technologii. Obecnie postęp technologiczny przebiega na tyle szybko, że nie nadążają za nim zmiany legislacyjne. Stąd wyzwaniem pozostaje zlikwidowanie barier legislacyjnych i stworzenie takich ram prawnych, które umożliwią wdrażanie tych technologii.

Przykładowo, od lat jest już możliwość wykorzystywania dronów przez firmy kurierskie, ale to nie funkcjonuje, ponieważ brakuje właściwych uregulowań prawnych, które pozwalałyby używać dronów do celów komercyjnych. Ta sfera uregulowań prawnych zupełnie odstaje od nowych technologii, które już się pojawiają – mówi dr hab. Rafał Mrówka.

Czwarta rewolucja przemysłowa bazuje na rosnącym udziale nowych technologii w gospodarce. Dane z milionów czujników, połączonych internetem rzeczy, zapewniają w czasie rzeczywistym informacje potrzebne do optymalizowania biznesu, a robotyzacja produkcji zwiększa jej wydajność. Z ubiegłorocznego raportu Manpower Group („From C-Suite do Digital Suite”) wynika, że to się zwyczajnie firmom opłaca – te, które wdrażają transformację cyfrową, odnotowują średnio o 26 proc. większe zyski od konkurencji i osiągają o 12 proc. wyższą wycenę rynkową. Do 2020 roku 30 proc. dochodów w przemyśle będzie pochodzić z nowych modeli biznesowych, a już w tej chwili 89 proc. liderów biznesu planuje, testuje i wdraża cyfrowe rozwiązania.

Polska ma ambicję stać się krajem, w którym firmy bazujące na nowych technologiach staną się siłą napędową gospodarki. Musimy stworzyć warunki ku temu, żeby stopień ich adaptacji i wykorzystania był jak najwyższy w stosunku do pozostałych krajów Europy. Niestety, pod względem wykorzystania technologii chmurowych, sztucznej inteligencji czy blockchain, polskie firmy na razie zdecydowanie odstają od średniej europejskiej, a na pewno od liderów – mówi Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 i cyfrowych technologii w gospodarce jest dla Polski o tyle istotne, że – według wyliczeń McKinsey & Company („Polska jako cyfrowy challenger”) – cyfryzacja mogłaby przynieść krajowej gospodarce 275 mld zł dodatkowego PKB do 2025 roku i stać się jej nowym motorem napędowym wobec słabnącej podaży wykwalifikowanej siły roboczej czy napływu środków z UE.

Z ubiegłorocznego raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Politechnikę Warszawską, wynika, że polskie firmy postrzegają automatyzację i analitykę danych jako dwie technologie o największym wpływie na wzrost zysków firmy. Z drugiej strony, 45 proc. małych i średnich przedsiębiorstw nie ma działów badawczo-rozwojowych, a na wdrażanie technologii opartych na automatyzacji i informatyzacji przeznaczają raptem 14,5 proc. przychodów. Jako największe bariery hamujące rozwój technologiczny MŚP wymienia brak środków (65 proc.), brak czasu (62 proc.) i brak pracowników (53 proc.). To oznacza, że polskie firmy wciąż mają sporo do nadrabiania.

– Im więcej wykorzystamy tych nowych rozwiązań, tym większą produktywność polskich firm możemy osiągnąć, co z kolei przełoży się na ich konkurencyjność, możliwość oferowania swoich usług za granicą, a w konsekwencji również na wyższe wpływy z podatków, więc tym samym wszyscy będziemy zadowoleni – mówi wiceminister cyfryzacji.

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów 9

Pola elektromagnetyczne są wszechobecne. Ich źródła znajdziemy w środowisku naturalnym, jednak te pochodzące ze sztucznych źródeł mają miliony razy większe natężenie. Tymczasem rośnie liczba urządzeń komunikacji bezprzewodowej. Każdy człowiek narażony jest na złożoną mieszankę słabych pól elektrycznych i magnetycznych od wytwarzania i przesyłania energii elektrycznej, sprzętu gospodarstwa domowego i urządzeń przemysłowych, po telekomunikację i nadawanie. Choć na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed promieniowaniem, zdaniem ekspertów lek jest bezzasadny, a pole elektromagnetyczne jest mniej szkodliwe niż kawa czy aloes.

– Przeprowadzono bardzo mało badań na temat częstotliwości i modulacji 5G. Są one jednak bardzo zbliżone do tych już użytkowanych, a Międzynarodowa Komisja ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym sprawdziła wszystkie dostępne informacje medyczne i naukowe w celu aktualizacji zaleceń w sprawie ochrony przed narażeniem na promieniowanie niejonizujące. Naszym zdaniem, jeżeli utrzymamy ekspozycję poniżej zalecanej granicy, nie wiąże się z nim żaden niekorzystny wpływ na ludzkie zdrowie – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zenon Sienkiewicz z Międzynarodowej Komisji ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym (ICNIRP).

Jak wskazuje WHO, w obszarze efektów biologicznych i zastosowań medycznych promieniowania niejonizującego w ciągu ostatnich 30 lat opublikowano około 25 tys. artykułów. Wiedza naukowa w tej dziedzinie jest teraz bardziej obszerna niż w przypadku większości chemikaliów. Obecne dowody nie potwierdzają istnienia jakichkolwiek konsekwencji zdrowotnych wynikających z narażenia na pola elektromagnetyczne. Co więcej, bardziej szkodliwe dla człowieka mogą się okazać kawa, aloes, a nawet talk dziecięcy.

Z fal elektromagnetycznych korzystają telefony komórkowe, systemy GPS, Bluetooth, czy Wi-Fi (częstotliwość od 2,4 do 5 GHz). Promieniowaniem jest też zwykłe światło. Dla porównania kuchenka mikrofalowa operuje w tym samym paśmie co sieci komórkowe i emituje minimum 600 watów, podczas gdy antena telefonii komórkowej ma ok. 40 W.

– Ludzi martwi ból głowy, bezpłodność, rak. Jeśli jednak przyjrzymy się dowodom, to nie widać tutaj spójnego obrazu, na podstawie którego badacze z ICNIRP i ogół społeczeństwa mogliby nakreślić wytyczne i ograniczenia dot. ekspozycji na pole elektromagnetyczne. Z naukowego punktu widzenia nie ma dowodów wskazujących na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów, pod warunkiem że utrzymujemy poziom ekspozycji w rozsądnych granicach – podkreśla Zenon Sienkiewicz.

Wokół promieniowania elektromagnetycznego narosło sporo mitów. Choć faktycznie istnieją osoby szczególnie wrażliwe na pole elektromagnetyczne, większość z nas w żaden sposób tego nie odczuwa. Fałszywe newsy, jak np. ten, jakoby w Holandii po uruchomieniu sieci 5G doszło do masowej śmierci ptaków, choć okazał się mocno przesadzony, jest podawany jako przykład śmiercionośnego działania fal elektromagnetycznych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed śmiertelną pułapką – w sprzedaży są np. bokserki, które tłumią fale i zapobiegają niepłodności. Można się też zaopatrzyć w maty ekranujące, śpiwór, siatki czy folie okienne, które powstrzymają fale radiowe.

Jak wskazuje ekspert, obawy przed promieniowaniem mogą się wiązać z myleniem różnych pojęć, bo pole elektromagnetyczne ze względu na częstotliwość można podzielić na tzw. pole o charakterze niejonizującym i jonizującym. Z polem niejonizującym można się zetknąć w energetyce, w telefonii komórkowej czy przekazach telewizyjnych i radiowych.

Dopiero promieniowanie jonizujące potrafi zniszczyć wiązania atomowe. Średni poziom dawki od wszechobecnego tzw. promieniowania tła w Polsce to 2,5 mSv rocznie. Na przykład na stacji kolejowej Grand Central w Nowym Jorku dawka promieniowania wynosi 5,4 mSv/rok (z powodu użycia podczas budowy granitu, w którym są substancje promieniotwórcze). W niektórych rejonach Norwegii i Szwecji promieniowanie ze źródeł naturalnych wynosi od 10 do 35 mSv rocznie. W rekordowym pod tym względem Ramsar w Iranie roczna dawka promieniowania sięga nawet 132 mSv.

– Spektrum promieniowania elektromagnetycznego jest bardzo rozległe. Z jednej strony mamy statyczne pola elektromagnetyczne, dalej mamy zmienne w czasie pola elektromagnetyczne tworzone przez słupy wysokiego napięcia. Zmieniając częstotliwość, otrzymujemy pola elektromagnetyczne o częstotliwości radiowej. Na drugim końcu spektrum mamy promieniowanie optyczne – światło, podczerwień, ultrafiolet. Po osiągnięciu odpowiedniego poziomu energii otrzymamy promieniowanie jonizujące, np. rentgenowskie lub gamma. W ICNIRP zajmujemy się jednak niejonizującą częścią spektrum elektromagnetycznego – tłumaczy Zenon Sienkiewicz.

Na co chorują nauczyciele?

  • Nauczyciele co roku stanowią ok. 10% pracowników zapadających na choroby zawodowe.
  • 96% z nich cierpi na przewlekłe choroby narządów głosu.
  • W zapewnieniu sprawnej profilaktyki zdrowotnej w ramach medycyny pracy i wczesnym wykryciu problemów pomaga grupowe ubezpieczenie zdrowotne.
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Nauczyciele są jedną z grup o najwyższej zapadalności na choroby zawodowe. W 2017 współczynnik zapadalności na 100 tys. pracujących wynosił 20,7 (przy ogólnym współczynniku dla wszystkich branż 12,7), a rok wcześniej 17,9 (ogólny – 14,3). W liczbach bezwzględnych oznacza to, że w 2017 r. zachorowało 239 nauczycieli, a rok wcześniej 204 osoby. To odpowiednio 12% i 10% ogółu zarejestrowanych w tych latach nowych przypadków osób borykających się z przypadłościami zawodowymi[1]. Bardziej narażonymi od nauczycieli grupami zawodowymi w 2017 r. byli tylko górnicy i przedstawiciele sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa.

Nauczyciele od lat stanowią grupę o podwyższonym ryzyku występowania chorób narządów głosu i słuchu. W związku z tym ich pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę na zapewnienie im dostępu do jak najlepszych świadczeń w ramach medycyny pracy oraz nie ograniczać ich jedynie do odbywających się co kilka lat badań okresowych. Działania prozdrowotne pracodawcy powinny też uwzględniać odpowiednią profilaktykę, np. w postaci corocznych testów medycznych pod kątem wybranych schorzeń. W ich sprawnej i regularnej organizacji pomocne może okazać się grupowe ubezpieczenie zdrowotne – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Na co chorują nauczyciele?

Jak wynika ze statystyk gromadzonych przez Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, zdecydowaną większość schorzeń zawodowych, z jakimi borykają się nauczyciele,  są problemy z narządami głosu, spowodowane ich nadmierny wysilaniem. Stanowią one aż 96% przypadków. Do najczęściej diagnozowanych należą: guzki głosowe twarde, wtórne zmiany przerostowe fałdów głosowych oraz niedowład mięśni przywodzących i napinających fałdy głosowe z niedomykalnością fonacyjną głośni i trwałą dysfonią.

Pierwsze z wymienionych schorzeń to forma zapalenia krtani. W jego wyniku powstają guzki na fałdach głosowych w miejscu, gdzie wibracje są największe. Na ich powstanie najbardziej narażone są osoby charakteryzujące się głosem o wyższym zakresie częstotliwości. Do najbardziej powszechnych  objawów należą: chrypka, szybkie zmęczenie głosu i jego łamliwość.

Druga z występujących u nauczycieli chorób zawodowych objawia się wytworzeniem polipów na fałdach głosowych. Podobnie jak w przypadku guzków objawem jest chrypka, ale też i obniżenie głosu. W niektórych przypadkach może również dojść do bezgłosu. Duży rozmiar polipa może też powodować duszność.

Trzecia z omawianych przypadłości skutkuje tym, że fałdy głosowe nie zwierają się na całej długości. Powoduje to pogorszenie wydolności i jakości głosu. Oprócz chrypki i bezdźwięczności skutkiem może być także uczucie napięcia i ból mięśni w okolicy krtani.

Jak powinna wyglądać profilaktyka zdrowotna?

Podstawowym działaniem, które pozwala uniknąć tych schorzeń, jest odpowiednia dbałość o nieprzeciążanie narządów głosowych, ale jak wiadomo w przypadku nauczycieli może się to okazać niewykonalne. W związku z tym powinni oni szczególnie dbać o higienę jamy ustnej, spożywać odpowiednie ilości wody niegazowanej dziennie, ograniczyć ilość wypijanej kawy i mocnej herbaty, a także unikać ostro przyprawionych potraw i bardzo gorących lub zimnych napojów. Oprócz tego powinni również pamiętać o regularnym wykonywaniu badań profilaktycznych.

Każde wykrycie schorzenia na wczesnym etapie jego rozwoju daje większe szanse na jego zwalczenie i powrót do zdrowia. Dlatego nauczyciele, zwłaszcza ci z długim stażem pracy, powinni przynajmniej raz w roku poddać się rzetelnej kontroli laryngologicznej. Fakt ten powinni mieć również na uwadze zarządcy szkół i starać się zapewnić im dostęp do tych świadczeń w ramach medycyny pracy  – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Jednym ze sposobów na zagwarantowanie szybkiej pomocy w ramach medycyny pracy jest zakup grupowego ubezpieczenia zdrowotnego. Ponieważ polisa zapewnia dostęp do prywatnych placówek zdrowotnych, to czas oczekiwania na konsultacje lekarskie i badania jest znacznie krótszy w porównaniu z publiczną służbą zdrowia, w której na wizytę u specjalisty czeka się średnio co najmniej 3 miesiące. Grupowe ubezpieczenie zdrowotne pozwala na umówienie konsultacji odległej o kilka dni.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

[1] Beata Świątkowska, Wojciech Hanke, N. Szeszenia-Dąbrowska, Choroby zawodowe w Polsce w 2017 r., Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, Centralny Rejestr Chorób Zawodowych, Łódź 2018

Zmiany na rynku najmu powierzchni biurowych

Nie ulega wątpliwości, że duże parki biurowe w centrach miast nadal będą dominowały na rynku wynajmu. Coraz więcej przesłanek świadczy jednak o tym, że biurowce lokowane przy lotniskach, podmiejskich liniach kolejowych i dużych węzłach komunikacyjnych będą najdynamiczniej rozwijającym się sektorem rynku biurowego.

Kuehne + NagelMiędzynarodowy trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast coraz dynamiczniej rozwija się także w Polsce, czego dowodem są istniejące i budowane kompleksy biurowe np. w Gdańsku czy Krakowie. Najnowszy przejaw tej tendencji możemy zaobserwować również na Dolnym Śląsku, gdzie w podwrocławskich Bielanach spółka Megapolis zrealizowała biurowiec Bielany Business Point. Jego oferta adresowana jest przede wszystkim do najemców stawiających na bliskość autostrady A4 i lotniska. – Nasi najemcy stawiają na dobre warunki dojazdu. To niezaprzeczalnie jeden z najsilniejszych trendów jakie zauważamy. Lokalizacja naszego biurowca jest kluczowa. Budynek położony jest przy autostradzie A4, a dojazd na lotnisko zajmuje zaledwie 10 minut. Te atuty sprawiają, że międzynarodowi najemcy, poszukując miejsca na organizację międzynarodowych spotkań, coraz częściej decydują się na Dolny Śląsk – mówi  Adam Pietkiewicz, współwłaściciel Megapolis.

W dużych kompleksach biurowych znajdujących się w centrach miast, w których nierzadko pracuje po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w godzinach szczytu nawet sprawna organizacja ruchu powoduje paraliż komunikacyjny. W efekcie dojazdy praca-dom często zajmują dużo więcej czasu niż w przypadku analogicznej sytuacji na przedmieściach. Rozwój miast w ostatnich latach obejmował wiele obszarów podmiejskich, czemu nie towarzyszył jednak rozwój odpowiedniej infrastruktury drogowej.

Rozwijający się trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast potwierdza Marcin Faleńczyk z międzynarodowej firmy doradczej JLL: Obecni i przyszli pracownicy parków biurowych zlokalizowanych poza centrami miast nie będą mieli co prawda dostępu do infrastruktury śródmiejskiej, ale zyskają dogodne warunki dojazdu do pracy, czy szybkiego wyjazdu w inne części Polski. Nawet jeśli nie wybiorą transportu publicznego, to w godzinach szczytu będą podróżować w przeciwnych kierunkach względem korków tworzących się między miastem, a głównymi drogami wyjazdowymi – podkreśla. – Budowanie centrów biurowych na obrzeżach ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza w sąsiedztwie portu lotniczego – mówi Faleńczyk i jak dodaje obecnie tak buduje się na całym świecie, ponieważ łatwy dojazd do lotniska znacznie usprawnia podróże o charakterze biznesowym.

Biura blisko osiedli mieszkalnych

W świetle panującej tendencji do rozlewania się miast na tereny podmiejskie, taka lokalizacja może również oznaczać przewagę konkurencyjną. Wyniki badań rynku pracy, przeprowadzone przez Kantar Millward Brown dla Work Service pokazują, że blisko połowa ankietowanych preferuje firmy mające swoje siedziby w odległości maksymalnie 15 km od ich miejsca zamieszkania. Ankietowani cenią sobie przede wszystkim krótki czas dojazdu, dlatego też praca w biurze znajdującym się w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania może być jednym z kluczowych czynników, skłaniających do podjęcia zatrudnienia.

Dla niezmotoryzowanych pracowników komunikacja publiczna zorientowana jest na godziny szczytu – przyjazdy i wyjazdy z pracy. Spółka Megapolis dodatkowo uruchomiła dedykowaną linię autobusową prowadzącą do centrum Wrocławia. Zainteresowanie linią autobusową jest na tyle  duże, że rozpoczęliśmy już rozmowy z operatorem w sprawie rozbudowania tego połączenia – mówi Adam Pietkiewicz Inwestor wychodzi naprzeciw również innym potrzebom najemców. W ostatnich tygodniach w obiekcie uruchomiona została również kantyna, zapewniająca pracownikom menu śniadaniowe i lunchowe.

Wrocławski rynek biurowy należy do ścisłej polskiej czołówki według analizy CBRE przeprowadzonej w sierpniu 2018 r. Obejmuje on 40% powierzchni dostępnej w regionach. Większą liczbą powierzchni biur dysponuje jedynie Warszawa, w której dostępnych jest 5,4 mln mkw. biur. W ubiegłym roku stolica Dolnego Śląska przekroczyła liczbę 1 mln mkw. powierzchni, przy czym niewynajętej przestrzeni biurowej dostępnej w mieście jest niespełna 10%. Do największych najemców należą przedstawiciele sektora finansów i IT. To właśnie we Wrocławiu i Poznaniu w 2018 r. miała miejsce rekordowa transakcja najmu o łącznej powierzchni 41,8 tys. mkw. przez spółki z Grupy Santander. Rozwój parków biurowych poza centrum miasta będzie naturalnym procesem, adresowanym do pracowników, dla których wygoda i łatwość dostępu z podmiejskich dzielnic będzie sporym atutem.

Cena benzyny na stacjach paliw najwyżej od 4 lat

Benzyna bezołowiowa na polskich stacjach jest ponownie droższa i kosztuje najwięcej od ponad 4 lat. Co się dzieje na rynku paliw i czy sytuacja w Polsce jest wyjątkowa? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane Komisji Europejskiej z 15 kwietnia pokazują poważne wzrosty cen paliw na unijnym rynku. W Polsce litr popularnej „95” kosztuje już 5,17 zł, co oznacza tygodniowy wzrost aż o 11 groszy. 5,17 zł to dodatkowo najwyższa cena benzyny od października 2014 r. i prawie o 50 gr więcej niż na początku marca br. Rośnie również koszt tankowania pojazdów zasilanych dieslem. Olej napędowy podrożał jednak tylko o 1 gr w ciągu tygodnia, do 5,15 zł/litr, co oznacza, że pierwszy raz od pół roku jest tańszy od benzyny. Gdzie leży przyczyna tak gwałtownych wzrostów cen benzyny na polskich stacjach?

Problemy po drugiej stronie globu

Chociaż 11-groszowy wzrost cen benzyny w ciągu tygodnia był procentowo drugim z najwyższych w Unii, to jednak samo paliwo w Polsce kosztuje tylko o 1 eurocent powyżej unijnej średniej (bez podatków). Ta różnica mieści się więc w normalnym przedziale wahań i nie powinna wywoływać większego niepokoju, że coś szczególnego dzieje się na polskim rynku.

Po odpowiedź na pytanie, co kreuje ruchy cen paliw w Europie oraz w Polsce, trzeba udać się na drugą stronę oceanu, czyli do USA. To tam rytm zmian na rynku benzyny często wyznacza ceny globalne tego paliwa. W Stanach Zjednoczonych jeszcze kilka miesięcy temu była olbrzymia nadpodaż benzyny (ropa z łupków jest głównie przerabiana na benzynę), co sprowadziło marżę rafineryjną na tym paliwie do najniższych poziomów od dekady.

Teraz jednak sytuacja się odwróciła. Popyt na benzynę jest silny, doszło też do wielu nieplanowanych wyłączeń rafinerii w USA (według danych Bloomberga na początku drugiej dekady kwietnia ubytek w produkcji paliw wynosił 1,3 mln baryłek wobec połowy tego tej wartości rok wcześniej). Jak wynika z danych EIA, zapasy tego paliwa spadły w USA poniżej 5-letniej średniej pierwszy raz od 2017 r. Dodatkowo ten spadek pojawił się przed sezonem wzmożonego popytu letniego. W USA cena detaliczna benzyny bezołowiowej według AAA (American Automobile Association) wzrosła do poziomu 2,83 dolara za galon, podczas gdy jeszcze w połowie lutego było to 2,28 dolara. Finalnie więc niewiele brakuje, by cena osiągnęła granicę trzech dolarów, czyli najwięcej od października 2014 r.

Ból kierowców i przedsiębiorców oznacza radość udziałowców działających rafinerii – i to praktycznie na całym świecie. Marża na przerobie benzyny w USA (crack-spread) wzrosła z 5 dolarów do ponad 20 USD na jednej baryłce. Marża na przerobie ropy na diesla utrzymuje się także wysoko (powyżej 20 USD na baryłce), m.in. ze względu na ubytek wenezuelskiej ropy. Dzięki temu rafinerie mogą liczyć na sowite zyski.

Zapomnijmy o poziomach poniżej 5 zł

Rekordowo droga benzyna prawdopodobnie pozostanie z nami na najbliższe tygodnie, a ceny powyżej 5,20 zł za litr popularnej „95” nie powinny nas dziwić. Diesel także będzie drogi, ale na razie nie powinien przekraczać ceny detalicznej bezołowiówki. Chociaż jest jeszcze stosunkowo wcześnie, by robić przewidywania na wakacje, ale rośnie ryzyko, że zarówno diesel, jak i benzyna podczas letnich podróży będą najdroższe od 5 lat.

„Test Przedsiębiorcy” budzi obawy

Ponad 160 tys. firm w Polsce wykonuje pracę dla jednego klienta – świadcząc tak naprawdę pracę i omijając zatrudnienie. Czy rząd pozbawi je możliwości prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej? Na tym miałby polegać Test Przedsiębiorcy, co do którego wprowadzenia otrzymujemy sprzeczne sygnały.

Michał Pawlik, prezes SMEO
Michał Pawlik, prezes SMEO

Prowadzisz działalność, która wystawia miesięcznie tylko jedną fakturę, w dodatku tej samej firmie? Test Przedsiębiorcy da urzędnikom możliwość zablokowania Twojego biznesu – tak samo jak ponad 160 tys. innych jednoosobowych działalności gospodarczych, które są dla Ministerstwa Finansów niczym innym, jak próbą ominięcia regularnych form zatrudnienia jak umowa o pracę.Test przedsiębiorcy_SMEOPomysł spotkał się z ogromnym sprzeciwem nie tylko mikroprzedsiębiorstw, ale również ekspertów.  Oddzielenie osób pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorców, od pracowników etatowych w praktyce jest niezwykle trudne czy wręcz niemożliwe – ocenia Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

– Pomysł jest sprzeczny z Konstytucją dla Biznesu, czyli inną propozycją rządu mającą ułatwić życie polskim przedsiębiorcom – mówi Michał Pawlik, prezes firmy faktoringowej SMEO. Ekspert zwraca uwagę na to, że taki zapis można i tak obejść. Na przykład uruchamiając spiralę wystawiania licznych fikcyjnych faktur pomiędzy firmami.

Wymagań Ministerstwa byłoby na pewno znacznie więcej, więc koniec końców, prócz zero-jedynkowych danych, to urzędnik musiałby zadecydować, czy dany przedsiębiorca jest “prawdziwym” – według urzędnika – przedsiębiorcą.

Kiedy test na przedsiębiorcę?

Gdyby test przedsiębiorców wszedł w życie, byłaby to bezprecedensowa zmiana rewolucjonizująca polski sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Ale może to raczej burza w szklance wody? Cała sprawa ma drugie dno, ponieważ informacje dotyczące pracy nad testem różnią się od siebie, również pomiędzy Ministerstwami. Najpierw prześledźmy zatem, jakie komunikaty o tym innowacyjnym pomyśle pojawiały się w ciągu jednego tygodnia.

Test przedsiębiorcy_Timeline_SMEO

Ministerstwo przeciw Ministerstwu (ZAPIS DZIEŃ PO DNIU)

  • W poniedziałek (25 marca, ok. godz. 17) wiceminister finansów Filip Świtała oraz Maciej Żukowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów, goszczą na konferencji naukowej na Uczelni Łazarskiego. Najpierw minister narzeka na jednoosobowe przedsiębiorstwa, które według niego “tylko pozornie prowadzą działalność gospodarczą” po to, by płacić niższy podatek. W panelu dyskusyjnym na temat opodatkowania dochodów z pracy pada głośne zdanie drugiego z przedstawicieli Ministerstwa Finansów: – Pracujemy nad „testem przedsiębiorcy”, który miałby określić, kto jest prawdziwym przedsiębiorcą, a kto nim nie jest – powiedział Żukowski. – Będziemy starali się skalibrować ten test w taki sposób, żeby mysz się nie przecisnęła – dodał.
We wtorek (26 marca) informacja zostaje opublikowana w mediach.

W środę (27 marca)

    •  Jadwiga Emilewicz stojąca na czele Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii torpeduje pomysł… innego Ministerstwa. To dość rzadka praktyka. –

Dzisiaj będziemy rozmawiać z Ministerstwem Finansów na ten temat. Naszym zdaniem to jest ryzykowne rozwiązanie. Podatek liniowy jest jednym z tych, który polscy średni i mali przedsiębiorcy bardzo sobie cenią. To ważny bodziec rozwojowy

     – powiedziała Emilewicz.
    • W piątek (29 marca o godz. 2:16) w środku nocy rzecznik MF zapewnił na Twitterze, że jego Ministerstwo tylko dyskutuje o pomyśle. “Nie zapadły jednak decyzje co do rozpoczęcia prac nad takim testem. Nie ma też żadnego projektu ani harmonogramu działań”.

      Przy tak sprzecznych informacjach trudno orzec, jaką formę przyjmie ostatecznie test przedsiębiorcy. – Już teraz mikroprzedsiębiorcy są obciążeni zbyt wieloma procedurami. Z badania SMEO “Bezpieczeństwo małych firm w Polsce” wynika, że osobiście o finanse dba aż 53 proc. właścicieli. Nie powinno się ich obciążać kolejnym testem – mówi Michał Pawlik. Eksperci zauważają również, że Ministerstwo Finansów koncentruje się na wyniku, zamiast na przyczynie: czyli niesłabnącej popularności samozatrudnienia.

Wyniki finansowe deweloperów za 2018 r. świadczą o rozgrzaniu rynku nieruchomości

Sezon publikacji wyników finansowych za 2018 r. spółek z GPW w pełni. Kilka tuzów branży deweloperskiej pochwaliło się swoimi zyskami. Czy były krociowe i co zapowiadają w bliższej i dalszej perspektywie mieszkaniowego rynku pierwotnego.

– Dom Development osiągnął zysk na poziomie 227 mln zł. Jest to prawie 40 mln zł więcej niż w roku 2017. Druga spółka Atal miała ponad 206 mln zł zysku w stosunku do 180 mln zł w 2017 roku. Z tych firm, które już podały wyniki, tylko JW Construction zaprezentował nieco mniejsze wyniki za 2018 w stosunku do 2017 – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

Branża deweloperska bardzo wyróżnia się na giełdzie pod względem dywidendy. Spółki zadeklarowały wypłatę dywidendy na poziomie stopy dywidendy przekraczającej 11%.

– Jesteśmy akurat na górce na rynku nieruchomości. Obowiązuje cykl koniunkturalny i jeżeli na kimś zrobiła wrażenie ta dywidenda i teraz kupi akcje to może się zdziwić – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Zatrudnienie i płace w firmach rosną, ale wolniej

Duży wzrost wynagrodzeń w niektórych branżach, np. górnictwie może zwiększyć oczekiwania płacowe w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Jak wskazują dane GUS, sektor przedsiębiorstw jest w dobrej kondycji. Rośnie przeciętne zatrudnienie – w marcu br. zatrudnionych w przedsiębiorstwach było 6 393,6 tys. osób, co oznacza wzrost w stosunku do lutego o 0,2%., zaś w stosunku do marca 2018 roku o 3% Zgodnie z przewidywaniami liczba zatrudnionych nie rośnie już tak szybko jak rok wcześniej, kiedy to mieliśmy do czynienia ze zwiększeniem liczby pracujących w ciągu roku o 3,7%.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5164,53 zł i było wyższe od tego wypłacanego rok wcześniej o 277,97 zł (czyli 5,7%). Widać również wzrost wysokości wynagrodzenia w stosunku do miesiąca poprzedzającego (o 4,3%). Porównanie tych wskaźników z sytuacją sprzed roku wskazuje, że wzrost płac nie jest już tak znaczący jak w 2018, kiedy to – w porównaniu z rokiem poprzednim – zatrudnieni w sektorze przedsiębiorstw otrzymali w skali całego roku podwyżki na poziomie 6,7%.

Co ciekawe, w porównaniu z rokiem wcześniejszym, widać większe zróżnicowanie wzrostu płac pomiędzy sektorami w pierwszym kwartale roku br.. W 2018 roku przeciętne wynagrodzenie rosło od 1,3% w sekcji „górnictwo i wydobywanie” do 10,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę”, dając ogólny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń na poziomie 7,1%. W tym roku, w pierwszym kwartale wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 6,7%, ale jest to wynikiem wzrostu płac sięgających od 1,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę” do aż 16,6% w sekcji „górnictwo i wydobywanie”.

Duży wzrost wynagrodzeń w wyodrębnionych branżach może być impulsem do wzrostu oczekiwań płacowych w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Chińska gospodarka przyspiesza. Akcje w Szanghaju dają zarobić

Światowi inwestorzy chcą się przeprosić z chińską giełdą. W tym roku mocno tam inwestują. Główny indeks giełdowy wzrósł o 30 proc.

Najnowsze dane z chińskiej gospodarki (wzrost PKB w I kw. 2019 r. o 6,4% rok do roku) mogą świadczyć o tym, że najgorsze ma już ona za sobą. Chińczycy produkują i kupują więcej niż oczekiwali analitycy, to samo dotyczy eksportu. Warto przypomnieć, że tamtejszy rząd prowadzi program stymulujący gospodarkę. Nadzieję można wiązać też ewentualnym osiągnięciem porozumienia handlowego między Chinami i USA. Prezydent Trump sygnalizował ostatnio, że może to nastąpić nawet w ciągu najbliższego miesiąca.

Z drugiej strony gospodarka chińskiego smoka nie rośnie już tak szybko, jak przed dziesięcioma laty. – Teraz inwestorzy cieszyliby się, gdyby jej wzrosty PKB wróciły do 7 proc. rocznie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Aby osiągnąć szczyty sprzed ponad 10 lat, indeksy chińskiej giełdy musiałyby podskoczyć o ponad 100 proc. To jednak pokazuje, że jest perspektywa wzrostów.

Apetyty inwestorów na chińskie aktywa wydają się rosnąć. Dla osób z Polski, które chciałaby zarabiać na zmianach cen chińskich akcji i indeksów giełdowych, ważne jest to, że mają taką możliwość. Pozwalają na to nie tylko fundusze inwestycyjne, ale też instrumenty pochodne, takie jak fundusze ETF, kontrakty terminowe czy kontrakty na różnice kursowe (CFD).

Rząd wraca do pomysłu zniesienia limitu składek na ZUS

Osoby, których roczne zarobki przekroczą limit 30 – krotności średniej pensji dalej płacić będą składki emerytalne. Obecnie są z tego obowiązku zwolnieni. Zdaniem Roberta Lisickiego z Konfederacji Lewiatan spowoduje to w dłuższej perspektywie rozwarstwienie wysokości świadczeń emerytalnych, ograniczy obecnie deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, ale w przyszłości znacznie go zwiększy. Nowe przepisy dotkną pracowników zatrudnionych na umowę o pracę. Budzą one też zastrzeżenia w kontekście obciążeń, które już wprowadziły Pracownicze Plany Kapitałowe.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

Efektem zniesienia limitu składek na ZUS będzie powstanie „kominów emerytalnych” (duże zróżnicowanie wysokości świadczeń), które są sprzeczne z zasadą solidarności społecznej i szkodliwe z punktu widzenia długofalowej stabilizacji wydatków z FUS. Deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych doraźnie się zmniejszy, ale w przyszłości znacznie wzrośnie, pogłębiając nierównowagę dochodów i wydatków FUS (nastąpi akumulacja przyszłych zobowiązań systemu) – ostrzega Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

Nastąpi dalsze rozwarstwienie obowiązków składkowych i przenoszenie ciężarów utrzymania systemu ubezpieczeń społecznych na osoby posiadające status pracowników.

Rząd szacuje, że po zniesieniu limitu składek do ZUS do budżetu wpłynie 5,1 mld zł. To są koszty, które poniosą pracodawcy i pracownicy. O tyle zmniejszą się bowiem wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosną koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających.

Przykładowo, przy wynagrodzeniu miesięcznym brutto pracownika w wysokości 15 tys. zł, jego miesięcznie zarobki netto będą niższe o ok. 300 zł, a koszt, który poniesie pracodawca wyniesie ok. 700 zł miesięcznie.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy będą zmotywowani do unikania podwyższonych składek, co nie będzie sprzyjało zatrudnianiu specjalistów w ramach stosunku pracy, szczególnie w środowisku nowych technologii i wysokich kompetencji.

– Istnieje poważne ryzyko, że znaczący wzrost kosztu pracy wysokiej klasy specjalistów zmniejszy atrakcyjność tworzenia w naszym kraju właśnie takich miejsc pracy i skłoni inwestorów do zrewidowania dotychczasowej polityki inwestycji i zatrudnienia – dodaje Robert Lisicki.

Zmiana dotknie w szczególności sektor zaawansowanych procesów biznesowych oraz nowych technologii, które swoją działalność opierają na wysoko wykwalifikowanych specjalistach.

Powstaje największy magazyn do obsługi logistycznej Warszawy

ROHLIG SUUS Logistics rozpoczyna budowę największego na rynku operatorów logistycznych obiektu magazynowo-przeładunkowego do obsługi logistycznej stolicy i regionu Mazowsza. Nowy obiekt stanie w Sokołowie na terenie Panattoni Park Warsaw South Janki i zajmie ponad 48,5 tys. m kw.

Warszawski oddział firmy ROHLIG SUUS Logistics rozpoczął swoją działalność w Sokołowie w 2013 r. Mieścił się on wówczas w Prologis Park Janki i obejmował powierzchnię niemal 26 tys. m kw. W ciągu 5 lat intensywnego rozwoju warszawski oddział spółki powiększył swoją powierzchnie o kolejne 15 tys. m kw., zlokalizowane w pobliskim Panattoni Park Janki I oraz Panattoni Park Janki II. W związku z rozwojem działalności ROHLIG SUUS Logistics w 2019 r. podjął decyzję o rozbudowie dotychczasowej powierzchni oddziału. Po konsolidacji dwóch z trzech budynków do nowoczesnego Centrum Logistycznego, całość powierzchni warszawskiego oddziału Rohlig Suus Logistics będzie wynosiła 58 tys. m kw. i powstanie
w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki.

– Popyt na usługi logistyczne w rejonie Warszawy stale rośnie. Dzięki dobrej lokalizacji i połączeniu z Warszawą, Sokołów k. Janek stał się ważnym zapleczem logistycznym stolicy. Stąd nasza decyzja o powiększeniu powierzchni magazynowej i terminalowej w tym miejscu. Nowoczesny terminal przeładunkowy pozwoli dwukrotnie zwiększyć obsługiwany wolumen przesyłek drobnicowych krajowych i międzynarodowych. Nowy multikliencki magazyn logistyczny, tworzony w oparciu o nasze autorskie rozwiązania, będzie służył obecnym i przyszłym klientom, ze szczególnym uwzględnieniem branży AGD, FMCG i elektronicznej – mówi Krzysztof Gąsiewski, Dyrektor Oddziału Warszawa w ROHLIG SUUS Logistics.

Nowy obiekt w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki  zastąpi dwa dotychczasowe, w tym główny obiekt zlokalizowany w Prologis Park Janki. Będzie składał się z wydzielonego terminala przeładunkowego typu cross-dock o powierzchni 10 tys. m kw. oraz z 36 tys. m kw. ponadstandardowej wysokości powierzchni magazynowej. Całość biur zostanie rozlokowana na powierzchni 2,5 tys. m kw.

Magazyn logistyczny zostanie wyposażony w system składowania typu VNA (Verry Narrow Aisle) oraz standardowy system składowania z użyciem wózków bocznych. Wszystko to w podwyższonej wysokości, która ma zwiększyć wykorzystanie powierzchni magazynowej. Część magazynu zostanie zagospodarowana również przez układ lokalizacji do składowania blokowego towarów objętościowych (AGD). Pojemność magazynu logistycznego przekroczy liczbę 55 tys. miejsc paletowych EUR oraz 25 tys. m sześc. towarów objętościowych AGD.

Unikalny układ Centrum Logistycznego, obejmującego pod jednym dachem zarówno terminal przeładunkowy, jak i magazyn wysokiego składowania, pozwoli na ograniczenie liczby operacji handlingowych, co przełoży się na efektywność pracy, bezpieczeństwo przesyłek i skrócenie czasu realizacji zleceń. Za realizację projektu odpowiedzialny jest deweloper powierzchni magazynowych PANATTONI EUROPE.

Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe
Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe

Historia ROHLIG SUUS Logistics w regionie Warszawy to niezwykle dynamiczny rozwój tego operatora, którego niezmiennie wspieramy od lat, dostarczając możliwie najlepsze rozwiązania, w najciekawszych lokalizacjach – w obiektach Panattoni firma wynajęła łącznie ok. 100 tys. m kw. – komentuje Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe. – Cieszę się, że naszemu stałemu klientowi mogliśmy zaproponować kolejną, gwarantującą sukces inwestycję Panattoni Park Warsaw South Janki.

Centrum dystrybucyjne o charakterze multi-tenant i planowanej powierzchni ponad 70,5 tys. m kw., zlokalizowane jest tuż przy węźle łączącym S8 z DK7 i nieopodal S2, wchodzącej w skład Południowej Obwodnicy Warszawy. Lokalizacja jest jednym najważniejszych punktów transportowych, a Panattoni Park Warsaw South Janki już w IV kwartale 2019 zostanie w oddane w całości i będzie mogło przyczynić się do kolejnych sukcesów firmy – dodaje.

Co to jest upadłość konsumencka i jak ją ogłosić?

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło ponad 6,5 tys. osób, czyli o 18,7 proc. więcej niż w 2017 r., a suma ich niespłaconych zobowiązań wyniosła łącznie ponad 732 mln zł[1]. Od początku roku tylko do końca marca br. w Polsce przybyło prawie 2 tys. „bankrutów”[2]. Najczęściej z tego rozwiązania korzystają mieszkańcy Mazowsza, Śląska i Małopolski. Co czwarta osoba ogłaszająca upadłość ma między 36 a 45 lat[3]. Panuje mit, że upadłość konsumencka jest dla tych, którzy lekką ręką wydają pieniądze, żyją ponad stan, popadają w długi, a potem nie radzą sobie z ich spłatą. W rzeczywistości może być to ostatnia deska ratunku dla dłużników, którzy np. z powodu trudnej sytuacji życiowej nie są w stanie spłacać zaciągniętych zobowiązań i wisi nad nimi groźba utraty dorobku życia. Warto zatem wiedzieć, co tak naprawdę oznacza ogłoszenie upadłości konsumenckiej i czy rzeczywiście uwalnia ona od długów. 

Co to jest upadłość konsumencka?

Upadłość konsumencka, czyli ogłoszenie niewypłacalności przez „Kowalskiego” nie jest rozwiązaniem przeznaczonym dla osób, które w beztroski sposób podchodzą do kwestii finansów. Z tej opcji może skorzystać tylko ten dłużnik, który nieświadomie doprowadził do sytuacji, w której się znalazł, czyli jest ona wynikiem zdarzeń losowych, takich, jak np. choroba czy wypadek, które uniemożliwiły pracę przez dłuższy czas pracę, co następnie skutkowało brakiem pieniędzy na spłatę zaciągniętych zobowiązań. – Sąd nie przystanie na upadłość konsumencką, jeżeli dłużnik jest odpowiedzialny za ciężką sytuację finansową, w której się znalazł, np. zaciągnął kredyt czy pożyczkę w sytuacji, gdy miał pewność, że nie będzie mógł ich spłacić. Chodzi tu o wszelkie przypadki, które związane są umyślnym zwiększeniem swojej niewypłacalności lub też tzw. rażące niedbalstwo, czyli niefrasobliwość w podejściu do realizowania spłaty zaciągniętego zobowiązania. Ogłosić upadłość mogą natomiast te osoby, które popadły w spiralę długów nie ze swojej winy. Dla nich często jest to jedyny sposób, by zacząć normalnie funkcjonować bez obciążeń finansowych i ciągłego strachu, że wierzyciele zajmą ich majątek życia – wyjaśnia Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Jak ogłosić upadłość?

Zgodnie z przepisami, upadłość konsumencką mogą ogłosić osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Sam proces ogłoszenia „bankructwa” składa się z kilku etapów. Są to kolejno: przygotowanie wniosku o upadłość, właściwe postępowanie upadłościowe oraz wykonanie planu spłaty wierzycieli. Jednak przebieg tych procesów w rzeczywistości zależy w dużej mierze od indywidualnej sytuacji dłużnika. Warto jednak wiedzieć, jak przebiega każdy z nich:

Etap 1: przygotowanie wniosku

Wniosek o upadłość złożymy w wydziale gospodarczym sądu rejonowego, właściwym dla naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście, we wniosku musimy uzasadnić, dlaczego znaleźliśmy się w trudnej sytuacji finansowej, która uniemożliwiła nam spałę zobowiązań. Zadbajmy o to, aby do formularza dołączyć wszelkie zaświadczenia, które potwierdzą to, że nie mogliśmy dokonywać regularnych spłat, np. zaświadczenie o pobycie w szpitalu i przebytej chorobie. W formularzu trzeba także przedstawić spis naszych długów wraz z listą wierzycieli. – Do dokumentów obowiązkowo dołącza się również spis posiadanego majątku. Co ważne, nie zaliczają się do niego wszystkie nasze dobra, a jedynie te, które mają realną wartość rynkową i mogą zostać sprzedane z zyskiem. Nie warto ukrywać przed sądem żadnych oszczędności czy innych składowych majątku, które teoretycznie mogłyby być przeznaczone na spłatę naszego zobowiązania.  Za takie działania mogą dłużnika spotkać konsekwencje– sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, sam dłużnik natomiast nie będzie mógł starać się o taką „ulgę” przez kolejne 10 lat – zaznacza Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Krok 2: przeprowadzenie postępowania upadłościowego, czyli liczenie majątku dłużnika

Jeżeli wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony, sąd wyznaczy syndyka, który będzie nadzorował wykonanie planu podziału masy upadłościowej. Oznacza to, że majątek osoby zadłużonej zostanie spieniężony, a środki
z tego tytułu pokryją roszczenia wierzycieli. Czy to oznacza, że dłużnik zostanie pozbawiony środków do życia?

Przy temacie upadłości konsumenckiej istnieje popularny mit, że dłużnik straci cały majątek i nie będzie miał za co żyć. Mimo, że postępowanie upadłościowe prowadzi do likwidacji całego majątku upadłego, nie oznacza to pozostawienie upadłego bez środków do życia. Warto wiedzieć, że w skład masy upadłościowej – oprócz oszczędności i zgromadzonych dóbr – wchodzi także wynagrodzenie, jednak tylko w części podlegającej zajęciu. W przypadku egzekucji świadczeń alimentacyjnych wynagrodzenie podlega zajęciu do wysokości trzech piątych, a w przypadku pozostałych świadczeń, do wysokości połowy wynagrodzenia. Warto również zaznaczyć, iż do dyspozycji upadłego pozostają środki w wysokości wynagrodzenia minimalnego (obecnie około 1800 zł netto) – środki do tej wysokości nie podlegają zajęciu. Szczegółowe zasady dot. zajęć wynagrodzenia znajdziemy w prawie pracy. Nie mogą być również odebrane przedmioty, które są nam niezbędne w celach zarobkowych, np. samochód czy sprzęt komputerowy. W trakcie postępowania upadłościowego osoba zadłużona nie zostanie również bez dachu nad głową. Mieszkanie czy dom zostanie spieniężony, jeżeli nie ma innego sposobu, by pokryć wszystkie roszczenia wierzycieli, szczególnie, gdy zadłużenie było bardzo duże. Jednak w takich przypadkach sąd przydziela bankrutowi sumę uzyskaną z masy upadłości, która pozwoli na wynajęcie lokum „zastępczego”. Jej wysokość jest ustalana indywidualnie i zależy np. od tego, jak liczną rodzinę na utrzymaniu ma dłużnik – tłumaczy Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Etap 3 – „awaryjny” – ustalanie planu spłaty wierzycieli

W przypadku, kiedy wysokość całkowitego zadłużenia była wyższa niż majątek dłużnika, który wchodził w masę upadłościową, sąd ustala „dodatkowy” plan spłaty długów, aby zaspokojone zostały wszystkie roszczenia wierzycieli. Nie może on trwać dłużej niż 36 miesięcy. Sałata będzie dokonywana z bieżących dochodów dłużnika. I ponownie – sąd nie pozbawi takiej osoby środków do życia. Chodzi bowiem o to, aby pomóc jej wyjść z kłopotów finansowych, a nie pogłębić zadłużenie. – Dobrą informacją jest to, że jeżeli sytuacja finansowa upadłego będzie naprawdę ciężka, sąd może odstąpić od planu spłaty umorzyć część, a w niektórych przypadkach nawet całość pozostałych zobowiązań – dodaje Dominik Mystkowski.

Z chwilą zakończenia postępowania upadłościowego lub/i zrealizowaniu planu spłaty wyznaczonego przez sąd, kończą się problemy dłużnika – dochodzi do oddłużenia.

Czy planowane zmiany ułatwią nam ogłoszenie upadłości?

W ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o planowanej zmianie prawa upadłościowego. Ustawodawca już w zeszłym roku przedstawił projekt zmian, które mają wejść w życie jeszcze w 2019 r. Na czym będą polegać? Najogólniej mówiąc – łatwiej będzie ogłosić upadłość konsumencką. Według pomysłodawców nowelizacji wprowadzenie zmian jest konieczne, bo obecnie połowa wniosków jest odrzucana. Dłużnicy nie spełniają podstawowych kryteriów, by oficjalnie ogłosić bankructwo. Według planowanych, nowych regulacji, sąd nie będzie brał pod uwagę przyczyn niewypłacalności dłużnika,
a do ogłoszenia upadłości wystarczy to, że taka osoba po prostu jest niewypłacalna. Te powody będą mieć znaczenie ewentualnie na późniejszym etapie postepowania, gdy będzie ustalany plan spłaty wierzycieli. Jeżeli wina dłużnika w powstaniu jego problemów finansowych okaże się ewidentna, to plan spłaty może wydłużyć się z 36 miesięcy nawet do
4-7 lat. Dla jednych może być to dodatkowe ułatwienie, a dla innych problem. Stygmat „bankruta” może utrudnić, chociażby kwestie związane ze staraniem się o wizę na wyjazd czy nową pracę. Najważniejszą ze zmian będzie jednak dopuszczalność upadłości nawet w przypadku rażącego niedbalstwa.

– Niewątpliwie pozytywnym skutkiem prac nad nowelizacją prawa upadłościowego jest skierowanie uwagi na problem zadłużenia polskiego społeczeństwa. Ułatwienie ogłoszenia upadłości umożliwi wielu osobom wyjście z kłopotów finansowych. Istnieje jednak wątpliwość, czy nowe prawo zadba we właściwy sposób o interesy wierzycieli oraz jaki wpływ na rynek będzie miała dalsza liberalizacja przepisów w tym zakresie Ogromna liczba przedsiębiorców w naszym kraju boryka się z problemem niewypłacalnych klientów i kontrahentów. Przez zatory płatnicze sami zaczynają mieć problem
z płynnością finansową
– komentuje Dominik Mystkowski, Intrum.

[1] Dane: BIG InfoMonitor oraz BIK. i Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[2] Dane: Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[3] Dane: BiG InfoMonitor oraz BIK.

GUS: Mniej wypadków śmiertelnych na budowach

W roku ubiegłym w polskich firmach miało miejsce 84 tys. wypadków, w tym 209 śmiertelnych – wynika z najnowszych danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. Jak wypada na tym tle branża budowlana?

Dane GUS pokazują niewielką poprawę bezpieczeństwa pracy w polskich firmach. W sumie zgłoszono 4,6 proc. mniej osób poszkodowanych w wypadku przy pracy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadł też wskaźnik wypadkowości, a więc liczba poszkodowanych przypadająca na 1000 osób pracujących – z 6,84 do 6,37. Niemal o jedną czwartą spadła liczba wypadków śmiertelnych (22,3 proc. mniej w stosunku do 2017 r.) i ciężkich (21,8 proc. mniej).

Budowlanka w środku stawki

Podobną tendencję możemy zaobserwować również w branży budowlanej, gdzie w porównaniu do ubiegłego roku liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy spadła o 3 proc. W 2018 r. odnotowano też mniej wypadków ciężkich (84 osoby poszkodowane) i śmiertelnych (48 wypadków). Chociaż na pierwszy rzut oka te informacje napawają optymizmem, to jednak szersze spojrzenie na wyniki GUS dają do myślenia. Analitycy wskazują, że faktyczne zatrudnienie w tej branży uległo zmniejszeniu; na przykład firma badawcza Spectis mówi tutaj o spadku poniżej 1,2 mln osób, czyli o około 1 proc. mniej względem roku ubiegłego.

Warto pamiętać o tym, że mniejsza wypadkowość w budownictwie jest w pewnej mierze powiązana ze spadkiem zatrudnienia w tej branży. Chociaż różne źródła nie są do końca zgodne co do wyników, to obecnie przyjmuje się, że całkowite zatrudnienie w branży budowlanej zmniejszyło się o około 1 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Oczywiście w statystykach tych nie są uwzględniane osoby pracujące bez żadnej umowy, wśród których mogą być również obcokrajowcy. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że w 2018 roku „na czarno” pracowało aż 14 proc. zatrudnionych w tej branży Ukraińców – zauważa Magdalena Grońska, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa, Ochrony Zdrowia i Zrównoważonego Rozwoju Lafarge w Polsce, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. W zestawieniu sektorów za rok 2018 przygotowanym przez GUS branża budowlana znalazła się w środku stawki, ze wskaźnikiem wypadkowości 6,02, czyli nieco poniżej średniej.

Więcej obcokrajowców, mniej wypadków?

W ubiegłym roku w usługach budowlano-remontowych w Polsce odsetek pracujących Ukraińców był równy odsetkowi Polaków w tej branży w 2016 roku.  44 proc. z nich deklaruje, że wykonuje cięższe i bardziej niebezpieczne prace niż rodzimi pracownicy. Kolejne dane nie świadczą dobrze o stanie bezpieczeństwa wśród naszych wschodnich sąsiadów pracujących w Polsce – 36 proc. z nich nie wie, jak się zachować w razie wypadku przy pracy i tyle samo nie potrafi udzielić pierwszej pomocy. Wina czasem leży po stronie pracodawcy, który nie zapewnił takiemu pracownikowi odpowiedniego przeszkolenia i środków ochrony indywidualnej, a czasem po stornie pracownika, który przygotowanie bhp traktuje po macoszemu. Zaledwie 44 proc. Ukraińców biorących udział w badaniu zadeklarowało, że odbyło szkolenie bhp w obecnym miejscu pracy. Co więcej, dokładnie taki sam odsetek badanych pracujących w branży usług remontowo-budowlanych musi kupować sprzęt ochronny za własne pieniądze. A tymczasem odpowiedzialność za ŚOI leży po stronie pracodawcy. – Problem wypadków przy pracy w budownictwie dotyka również obywateli Ukrainy, których coraz częściej można spotkać na polskich budowach. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że grupa ta ma ogromne braki szkoleniowe, ale i utrudniony dostęp do odpowiedniej odzieży roboczej czy środków ochrony indywidualnej, które niejednokrotnie mogą uratować życie – przypomina Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager Eastern Europe & Russia w firmie TenCate Protective Fabrics, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Fikcyjne szkolenia

Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2018” pokazał dość istotny problem z odpowiednim przygotowaniem cudzoziemców do podjęcia pracy. Połowa z nich nie przeszła szkolenia, głównie z powodu tego, że nie obyło ono organizowane. – Dane z raportu pokazały, że nadal w Polsce pokutuje mit bhp, jako niepotrzebnej formalności, do której zobowiązana jest firma. Obecne przepisy również nie pomagają instytucjom kontrolnym w rzetelnym sprawdzeniu, na ile pracodawca wywiązał się z ustawowego obowiązku. Lekceważenie szkoleń potrafi się jednak mścić, bowiem aż 18 proc. respondentów badania stwierdziło, że w ciągu ostatnich dwóch lat miało wypadek przy pracy. Nawet biorąc pod uwagę nieścisłości wynikające z metodologii, liczba jest niezwykle wysoka – alarmuje Marek Maszewski, Dyrektor Działu Nadzoru SEKA S.A., członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.  – Warto zauważyć, że branża budowlana pod względem dbałości o bezpieczeństwo pracy w ostatnich latach przeszła ogromną rewolucję. Potwierdzają to m. in. dane GUS. Ważne jednak, aby nie spocząć na laurach, tym bardziej że rynek pracy zmienia się dynamicznie – dodaje.

Wyniki chińskiej gospodarki budzą optymizm

Ostatnie informacje płynące z Państwa Środka są pozytywne. Najpierw, dwa tygodnie temu, in plus zaskoczyły marcowe indeksy PMI dla przemysłu i usług Chin, a teraz dane o PKB w pierwszych trzech miesiącach roku i szczegółowe dane z końca I kwartału.

Dynamika wzrostu gospodarczego Chin w I kwartale br., wbrew oczekiwaniom konsensusu, w ujęciu rocznym nie zwolniła, a pozostała na poziomie 6,4%, notowanym na koniec ubiegłego roku. To, że chińska gospodarka radzi sobie całkiem dobrze widać też w szczegółowych odczytach z końcówki kwartału. Dane z dziś pokazały, iż zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa w marcu zaskoczyły konsensus na plus, przy czym zaskoczenie w przypadku drugiego z indeksów było ogromne. Dynamika produkcji przemysłowej wyniosła aż 8,5% i była najwyższa od lipca 2014 r. Rozwiało to sporo obaw dotyczących tego, jak chińska gospodarka radzi sobie w kontekście wojny handlowej z USA (mimo, iż aż tak imponujący skok był w części związany z czynnikami sezonowymi).

Dzisiejsze dane z Państwa Środka przekładają się na poprawę sentymentu do ryzyka: zyskują waluty emerging markets, spora część indeksów akcji świeci się na zielono. Gorzej radzą sobie z kolei dolar amerykański i pozostałe waluty safe-haven.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wspólna europejska waluta wczoraj radziła sobie słabo w parze z dolarem amerykańskim, dziś jednak wyraźnie zyskuje. Nie pomogły w tym jednak lepsze dane makroekonomiczne ze strefy euro. Dzisiejsze rewizje szacunków inflacji w marcu nie przyniosły istotnych zmian. Znaczenie dla wspólnej waluty miały informacje z Chin. Spadek ryzyka globalnego spowolnienia i nieco mniejsze ryzyko, że czynniki zewnętrzne będą negatywnie oddziaływać na gospodarki strefy euro wspierają nastroje nie tylko w Azji, ale również na Starym Kontynencie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,93-4,96. Brytyjska waluta wczoraj radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut, kontynuując osłabienie również dziś. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy okazały się zgodne z oczekiwaniami i pokazały, że Zjednoczone Królestwo w lutym odnotowało imponujący wzrost płac rzędu 3,5% w ujęciu rocznym, co powinno sprzyjać zarówno gospodarce Wielkiej Brytanii, jak i presji inflacyjnej. Dziś sama inflacja jednak rozczarowuje. Wbrew oczekiwaniom konsensusu, zarówno wskaźnik bazowy jak i inflacja CPI w marcu pozostały na poziomie z lutego, odpowiednio 1,8% i 1,9% w ujęciu rocznym. Jeśli inflacja nie wzrośnie, pomimo ciasnego rynku pracy, Bank Anglii będzie dłużej mógł pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W najbliższym czasie i tak trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek działania banku centralnego. BoE przed zmianami jakichkolwiek parametrów polityki monetarnej powinien zaczekać na rozwiązanie kwestii Brexitu, a to może potrwać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Wczoraj dolar amerykański radził sobie dobrze, zyskując w relacji do głównych walut. Dziś jednak rozpoczął dzień oddając zyski, zwłaszcza w parze z euro. Ostatnie dni nie przynoszą zbyt wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. W kontekście wczorajszego dnia można wspomnieć o rozczarowujących danych o produkcji przemysłowej: miesięczna dynamika w marcu spadła o 0,1% wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 0,2%. Na wskaźnik w marcu niekorzystnie działała aktywność w sektorze wydobywczym.

Dziś po południu poznamy dane o handlu zagranicznym USA w lutym, wieczorem natomiast opublikowana zostanie „Beżowa Księga” Fed, czyli zbiór anegdotycznych informacji o stanie gospodarki z dwunastu rejonów obserwowanych przez bank centralny.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o handlu zagranicznym USA w lutym
  • 15:00 – przemawia przewodniczący BoE, Mark Carney
  • 16:30 – przemawia Sabine Lautenschlaeger z EBC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” Fed

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Auta elektryczne coraz częściej biorą udział w kolizjach drogowych

Auta elektryczne zyskują na popularności, ale czy na pewno są bezpieczne? Jak pokazuje przykład Norwegii, gdzie już niemal co trzeci samochód ma napęd elektryczny, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z danych DNB wynika, że w ubiegłym roku ich udział w wypadkach i kolizjach drogowych w tym kraju wynosił ponad 34 proc., a razem z hybrydami było to aż 65 proc. wszystkich typów aut. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska taki stan rzeczy może wynikać paradoksalnie ze zbyt dużej liczby udogodnień technologicznych w samochodach elektrycznych, które powodują, że kierowcy oraz inni uczestnicy ruchu tracą czujność.

Statystyki DNB dotyczące norweskich dróg nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku udział aut elektrycznych w wypadkach i kolizjach drogowych wynosił 34,15 proc. W przypadku hybryd było to 30,58 proc., samochodów napędzanych benzyną 20,75 proc., a dla porównania aut z silnikiem diesla blisko 28 proc. (procenty te nie sumują się do 100 proc., ze względu na to, że w jednym wypadku lub kolizji mogły brać udział samochody z różnym typem silnika).

Ze względu na to, że Norwegia jest modelowym przykładem rozwoju elektromobilności, warto przeanalizować, gdzie leży przyczyna tych zaskakujących danych. Większość samochodów elektrycznych i hybrydowych ma tak dobre przyspieszenie, że może ono sprawiać kłopot wielu kierowcom. Można powiedzieć, że mają one w warunkach miejskich lepsze osiągi niż większość przeciętnych aut spalinowych. Ponadto samochody elektryczne najczęściej spotyka się w miastach, gdzie naturalnie występuje większe ryzyko kolizji – mówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Inną przyczyną wypadków z udziałem e-pojazdów jest to, że samochody te mają wiele innowacji technicznych, wyświetlaczy oraz systemów wspomagających, które mogą – paradoksalnie – rozpraszać kierowców. Duża część z tych zdarzeń wynika z nieuwagi i braku koncentracji. Jednym słowem auta elektryczne usypiają naszą czujność – dodaje. Inną kwestią jest fakt, że auta te nie emitują dźwięków znanych z klasycznych pojazdów, co stanowi realne zagrożenie dla niezmotoryzowanych uczestników ruchu. Unia Europejska świadoma tego zagrożenia, podjęła postanowienie – od 1 lipca 2019 samochody elektryczne i hybrydowe muszą wydawać dźwięk ostrzegawczy.

W większości modeli aut elektrycznych zastosowano takie rozwiązania, jak adaptacyjny tempomat z automatycznym hamulcem, system ostrzegający o niezamierzonym zjeździe z pasa ruchu, układ monitorujący martwe pole czy asystent jazdy w korku. Najdroższe i najbardziej zaawansowane modele są wyposażone w systemy autonomicznej jazdy. Norweskie statystyki pokazują, że marką samochodów elektrycznych, które najczęściej ulegały wypadkom i kolizjom była w ubiegłym roku Tesla. Być może wynika to faktu, że ta marka jest tam bardzo popularna. Co ciekawe od dwóch tygodni w Warszawie istnieje możliwość testować BMW i3 w carsharingu od firmy innogy. I w tym krótkim czasie doszło już do jednej kolizji.

Norweski ewenement

W ubiegłym roku w Norwegii zarejestrowano blisko 148 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 46 tys. samochodów o zerowej emisji. Było to prawie 40 proc. więcej niż w 2017 roku. Ten rok wydaje się być jeszcze bardziej rekordowy. Sprzedaż samochodów elektrycznych w tym kraju po raz pierwszy wyprzedziła tradycyjne pojazdy: 58 proc. wszystkich nowych aut sprzedanych w marcu 2019 r. było zasilanych przez baterie. Poziom około 50 proc. w sprzedaży utrzyma się prawdopodobnie przez cały ten rok. Pod tym względem reszta Europy, w tym także Polska, znajdują się na bardzo początkowym etapie rozwoju elektromobilności.

W Polsce w 2018 r. zarejestrowano 1,6 mln samochodów osobowych i dostawczych. Według Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych udział modeli elektrycznych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł zaledwie 0,2 proc. i zamknął się liczbie 1 324 sztuk (1068 w 2017 r.). Na polskich drogach można spotkać w sumie około 3,5 tys. e-pojazdów, podczas gdy całkowita liczba samochodów osobowych i dostawczych wynosi około 20 mln. Najchętniej kupowanym modelem zeroemisyjnym w 2018 r. był w Polsce Nissan LEAF, zaraz po nim uplasowało się BMW i3.

Infrastruktura ładowania rozwijała się znacznie bardziej dynamiczniej niż flota e-pojazdów. Z danych PSPA wynika, że w ubiegłym roku zainstalowano 293 publicznie dostępne punkty ładowania i w konsekwencji ich łączna liczba zwiększyła się z 552 w 2017 r. do 845 w roku 2018, ale mimo tak dużego wzrostu to nadal nie jest wystarczające infrastruktura, aby móc swobodnie poruszać się po całej Polsce.

Polska droga do elektromobilności

W ramach rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju planowany jest dynamiczny wzrost liczby samochodów elektrycznych w Polsce, co będzie wymagało zastosowania odpowiednich form wsparcia publicznego. – Zachętą do kupna w Norwegii przyjaznych dla środowiska samochodów z napędem elektrycznym były ulgi podatkowe, a także inne przywileje jak np. bezpłatne parkowanie, bezpłatne ładowanie akumulatorów, możliwość jazdy po buspasach czy bezpłatne korzystanie z promów – mówi Olga Plewicka. Rozwój polskiego modelu elektromobilności do 2020 roku ma pochłonąć około 19 mld złotych, dalszych 40 mld na rozwój sieci przeznaczą spółki energetyczne. W 2017 roku rozpoczęto prace nad wprowadzeniem do systemu prawnego kompleksowego systemu zachęt dla nabywców pojazdów elektrycznych, czego wyrazem jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zgodnie z jej założeniami, do końca 2020 r. w Polsce ma powstać m.in. 6 tys. punktów ładowania samochodów elektrycznych. W 2025 roku ma jeździć 300 tys. aut elektrycznych. Pierwszy e-pojazd polskiej produkcji ma zjechać z linii fabrycznej na przełomie 2022 i 2023 roku. Według zapowiedzi spółki ElectroMobility Polska w 2023 roku nasz kraj ma produkować 100 tys. aut elektrycznych rocznie. – Biorąc pod uwagę że mamy już 2019 rok, to ten plan wydaje się bardzo ambitny, ale trzymam kciuki żeby został zrealizowany w wyznaczonych ramach czasowych – mówi Olga Plewicka.

Dyrektywa o ochronie sygnalistów weszła w życie

16 kwietnia 2019 r. Parlament Europejski przyjął Dyrektywę o ochronie sygnalistów. Państwa członkowskie mają obowiązek implementować jej zapisy do krajowych porządków prawnych.

W powszechnym znaczeniu „sygnalista” to pracownik przedsiębiorstwa, który nagłaśnia i informuje o nielegalnej lub nieuczciwej działalności swojego pracodawcy. Pojęcie „sygnalisty” po raz pierwszy pojawiło się w Stanach Zjednoczonych i jest tam używane zwłaszcza w kontekście zgłaszania nieprawidłowości w instytucjach finansowych lub korporacjach. W krajach anglosaskich (Stany Zjednoczone, Australia, Kanada) wprowadzono ustawy przyznające szeroką ochronę sygnalistom ze względu na spotykające ich działania odwetowe pracodawców. Dyrektywa stanowi więc odpowiedź na palącą potrzebę uregulowania kwestii sygnalizowania nieprawidłowości także na gruncie prawa europejskiego. 

Sygnalistami będą mogli zostać pracownicy, samozatrudnieni, wspólnicy i udziałowcy spółek oraz osoby na stanowiskach zarządczych w przedsiębiorstwach, osoby pracujące pod kierownictwem wykonawców, podwykonawców i dostawców, kandydaci na stanowisko pracy, jeśli dowiedzieli się o nieprawidłowościach w trakcie rekrutacji, a także byli pracownicy. Sygnaliści będą podlegać ochronie, gdy istniały uzasadnione powody, aby uważać, że zgłaszane przez nich informacje są prawdziwe oraz pod warunkiem, że zgłosili informacje zgodnie z procedurami przewidzianymi w dyrektywie. Dyrektywa przewiduje, że w każdej instytucji – publicznej czy prywatnej, zatrudniającej co najmniej 50 osób, będzie musiała powstać procedura zgłaszania nieprawidłowości czy nadużyć w miejscu pracy.

Dyrektywa wprowadza trzy procedury zgłaszania nieprawidłowości:

    • procedurę wewnątrz przedsiębiorstwa;
    • procedurę zewnętrzną polegającą na zgłaszaniu nieprawidłowości bezpośrednio do organów państwa;
    • oraz procedurę publiczną polegającą na ujawnieniu informacji o naruszeniach publicznie, np. w mediach.

Odpowiedzialność podmiotów zbiorowych

Dyrektywa przewiduje również szereg środków prawnych chroniących sygnalistów. Sygnaliści zgłaszający nieprawidłowości do organów państwowych będą m. in. mieli zagwarantowaną anonimowość. Państwa członkowskie będą miały obowiązek zapewnić, aby sygnaliści byli odpowiednio chronieni przed działaniami odwetowymi. – Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal

W wypadku wytoczenia przez sygnalistę uzasadnionego pozwu o odszkodowanie, sąd będzie domniemywał, że szkoda powstała na skutek działań odwetowych podjętych przez pracodawcę. To pracodawca będzie musiał udowodnić, że nie podejmował nielegalnych działań odwetowych. Karane będą osoby fizyczne lub prawne, które m. in. przeszkodzą w zgłaszaniu nieprawidłowości, podejmą działania odwetowe wobec sygnalistów czy też naruszą obowiązek poufności.

Pochylając się nad tym tematem warto zaznaczyć od razu, iż także na poziomie prawa polskiego projektowane są już przepisy chroniące sygnalistów. Warto wskazać chociażby na projekt Ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który 10 stycznia 2019 r. został skierowany do Sejmu.

Zgodnie z projektem sygnalistą będzie mógł zostać pracownik, członek organu lub inna upoważniona osoba. Organy podmiotów zbiorowych, w szczególności organy zarządcze (np. zarząd w spółce) będą miały obowiązek wyjaśniać nieprawidłowości zgłoszone przez sygnalistę. Obowiązek wyjaśnienia będzie dotyczył informacji świadczących o:

  • podejrzeniu przygotowania, usiłowania lub popełnienia czynu zabronionego;
  • niedopełnieniu obowiązków lub nadużyciu uprawnień przez organy podmiotu zbiorowego lub inne – wymienione w ustawie osoby – działające w jego imieniu, na jego rzecz lub zlecenie;
  • niezachowaniu należytej staranności przez powyższe osoby; lub
  • nieprawidłowościach w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, które mogłyby prowadzić do popełnienia czynu zabronionego.

W sytuacji, gdy organ podmiotu zbiorowego nie przeprowadzi postępowania wyjaśniającego albo nie usunie występujących nieprawidłowości lub naruszeń, sąd może nałożyć na niego karę pieniężną do wysokości 60 milionów złotych.

Organy podmiotu zbiorowego będą musiały również zapobiegać działaniom odwetowym wobec sygnalistów. Sygnalista, który został zwolniony z pracy, będzie mógł domagać się przywrócenia do pracy lub odszkodowania, jeżeli zgłoszone przez niego informacje były zasadne i mogły doprowadzić do zapobiegnięcia czynowi zabronionemu lub szybszego wykrycia czynu zabronionego. Wysokość odszkodowania wyniesie trzy miesięczne pensje sygnalisty, jednakże w uzasadnionych wypadkach sąd może orzec odszkodowanie za cały okres pozostawania bez pracy przez sygnalistę.  – Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal

Także obowiązująca od 13 lipca 2018 r. Ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu przewiduje obowiązek wprowadzenia procedur dla sygnalistów, ich ochronę oraz kary za naruszenie przepisów dotyczących sygnalistów.

Ustawa reguluje zgłaszanie nieprawidłowości tylko w zakresie prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. Do wprowadzenia procedur zostali zobowiązani przedsiębiorcy prowadzący działalność, przy wykonywaniu której występuje zwiększone ryzyko rozpoznania transakcji prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu, np. instytucje finansowe, domy maklerskie, biura rachunkowe, doradcy podatkowi lub prawnicy. Na gruncie ustawy przedsiębiorcy ci są określani jako „instytucje obowiązane”.

Na uwagę zasługuje fakt, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stworzył kanały komunikacji dla osób, które posiadają informacje o praktykach ograniczających konkurencję. UOKiK umożliwia komunikację anonimową, przez pośrednika oraz osobistą.

Podobne rozwiązanie przyjęto na poziomie unijnym, gdzie możliwe jest jawne bądź anonimowe zgłaszanie informacji o kartelach i praktykach ograniczających konkurencję bezpośrednio do Komisji Europejskiej.

Autorzy artykułu:

  • Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal
  • Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal
  • Jędrzej Siarkowski, Aplikant radcowski, Deloitte Legal