Ranking OC, AC, NNW – luty 2019 r.

Luty był ciekawym miesiącem na rynku OC. Sprawdzamy, czy pod koniec zimy zmienili się „najtańsi” ubezpieczyciele.

Jak ustalamy wyniki rankingowe?

W lutym 2019 r. (tak samo jak zawsze) do rankingu zakwalifikowano ubezpieczycieli posiadających odpowiednio dużą liczbę kalkulacji wykonanych przez użytkowników Ubea.pl (w ciągu wcześniejszych 30 dni). Każdy spośród analizowanych zakładów ubezpieczeń otrzymał ocenę wynoszącą od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. W praktyce taki wynik wydaje się jednak nierealny” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

W jednej kategorii mamy aż dwóch zwycięzców

Po obliczeniu wyników punktowych ubezpieczycieli z lutego 2019 r. można stwierdzić, że mieszczą się one w podobnym przedziale jak zwykle (tzn. 2,0 punkty – 4,4 punktu). W najkrótszym miesiącu roku, zwycięskie zakłady ubezpieczeń uzyskały następującą liczbę punktów:

  • You Can Drive – 4,06 pkt. w rankingu polis OC
  • Link4/You Can Drive – po 3,99 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 4,35 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 4,42 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Wyniki rankingowe ze stycznia oraz lutego 2019 r. świadczą o tym, że zdecydowanie najważniejsza zmiana dotyczyła kategorii OC + NNW. Mowa o awansie firmy Link4 (dwa miejsca w „górę”). „Dzięki tej zmianie, ubezpieczyciel z Grupy PZU znalazł się na pierwszej pozycji – razem z You Can Drive. Warto zwrócić uwagę, że komunikacyjna oferta Link4 jest kierowana do każdego klienta, podczas gdy polisy You Can Drive (sprzedawane pod tą marką przez Ergo Hestię) mogą wybrać tylko młodzi kierowcy” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.  

Jeżeli chodzi o pozostałych ubezpieczycieli oraz wszystkie inne kategorie, to nie odnotowano poważnych zmian względem stycznia 2019 roku. „Warto jednak podkreślić, że w przypadku dwóch zestawień (dotyczących OC i pakietów OC + AC), mamy do czynienia z bardzo niewielką różnicą punktową pomiędzy pierwszym miejscem oraz drugą pozycją (zaledwie 0,01 punktu). Ta sytuacja pokazuje jak bardzo zacięta jest rywalizacja między czołowymi zakładami ubezpieczeń” – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ubezpieczyciele solidarnie obniżali składki OC

W każdym miesiącu eksperci porównywarki Ubea.pl badają zmiany dotyczące średniej wysokości składki OC z różnych towarzystw. Miesięczne wahania warto zaprezentować, jeżeli wyglądają one szczególnie ciekawie. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w lutym 2019 r. Ten najkrótszy miesiąc cechował się następującymi zmianami średniej składki OC u poszczególnych ubezpieczycieli:

  • Aviva – spadek o 9% względem stycznia 2019 r.
  • Benefia – spadek o 8% względem stycznia 2019 r.
  • Generali – spadek o 12% względem stycznia 2019 r.
  • Gothaer – spadek o 10% względem stycznia 2019 r.
  • Link4 – spadek o 8% względem stycznia 2019 r.
  • MTU24 – spadek o 7% względem stycznia 2019 r.
  • Proama – spadek o 12% względem stycznia 2019 r.
  • UNIQA – spadek o 9% względem stycznia 2019 r.
  • You Can Drive – spadek o 10% względem stycznia 2019 r.

Lutowe statystyki Ubea.pl są szczególnie ciekawe dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazują one na obniżki średnich kosztów OC we wszystkich towarzystwach. Co więcej, skala takich miesięcznych spadków (7% – 12%) nie jest szczególnie zróżnicowana. Swoje średnie składki OC oferowane przez Internet mocno obniżyli zarówno liderzy cenowi (m.in. Benefia, Link4, MTU24), jak i ubezpieczyciele zwykle plasujący się pod koniec rankingu (np. UNIQA oraz Generali).

Wyniki dotyczące lutego 2019 r. wskazują, że możemy mieć do czynienia z początkiem mocniejszej rywalizacji cenowej na rynku. „Na możliwość wystąpienia takiego zjawiska wskazuje solidarność ubezpieczycieli dotycząca obniżek. Kolejne miesiące pokażą, czy zgodność w zakresie obniżania składek OC przerodzi się w początek wojny cenowej na rynku” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.  Ubea ranking luty 18.03.19 – infografika

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang

W ostatnich latach współpraca gospodarczo-handlowa pomiędzy Chinami a Polską nieustannie się zacieśnia. Rośnie także zainteresowanie artykułami pochodzącymi z Chin. Dowodem tego jest już kolejna edycja targów Zhejiang International Trade Exhibition Poland, które odbyły się podczas Targów ŚWIATŁO 2019 w Warszawie.Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (2)

Uroczysta ceremonia otwarcia targów

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (1)Dzień przed rozpoczęciem Targów ŚWIATŁO 2019, 12 marca br. w hotelu Marriott w Warszawie miała miejsce uroczysta ceremonia otwarcia Międzynarodowych Targów produktów z prowincji Zhejiang (Zhejiang International Trade Exhibition (Poland) 2019). W ceremonii otwarcia udział wzięli m.in. radca handlowy Ambasady CHRL w Polsce Xu Xiaofeng, zastępca dyrektora Departamentu Handlu prowincji Zhejiang Wang Jian, a także Prezes Polskiego Związku Przemysłu Oświetleniowego Marek Orłowski oraz przedstawiciel Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. W czasie uroczystej gali przedstawiciele branży rozmawiali na temat współpracy biznesowej pomiędzy Polską a Chinami. Ceremonię uświetniła uroczysta kolacja.

Relacja z Zhejiang International Trade Exhibition Poland 2019

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (3)W tym roku targi przybrały formę pawilonu podczas Międzynarodowych Targów Sprzętu Oświetleniowego 2019, który zgromadził 150 stoisk. Organizatorem targów jest Departament Handlu Prowincji Zhejiang, wykonawcą Taizhou Xiandai International Business Exhibition. Głównym celem targów była promocja artykułów z branży oświetleniowej pochodzących z prowincji Zhejiang na rynku polskim i wschodnio-europejskim oraz rozmowy na temat możliwości współpracy pomiędzy Polską a Chinami. Tegoroczna edycja targów Zhejiang International Trade Exhibition cieszyła się ogromnym zainteresowaniem.

Laptopy, telefony i drukarki najłatwiejszym celem hakerów. Administracja publiczna pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa

Laptopy, telefony i drukarki najłatwiejszym celem hakerów. Administracja publiczna pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa 1

Tylko w 2017 roku podjęto w Polsce 6 mln prób cyberataków na urządzenia końcowe – wynika z danych Związku Cyfrowa Polska. Eksperci podkreślają, że komórki, laptopy i drukarki są furtką, przez którą najłatwiej włamać się do poufnych danych. Wprowadzenie odpowiednich zabezpieczeń to wyzwanie zarówno dla biznesu, jak i administracji, która pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa m.in. w publicznych przetargach. To poważne wyzwanie zwłaszcza w kontekście wdrażania nowoczesnej sieci 5G.

– Niemal codziennie dostajemy ze świata informacje medialne o kolejnych atakach hakerskich. Tymczasem największym zagrożeniem dla naszych danych na co dzień jest dostęp przez telefon komórkowy, drukarkę czy laptop. To nie są wielkie ataki na systemy teleinformatyczne. Takich włamań każdego dnia odnotowujemy tysiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Jak wynika z raportu „Cyberbezpieczeństwo w Polsce: Ochrona urządzeń końcowych przed cyberatakami”, opracowanego przez Związek Cyfrowa Polska, w ciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na notebooki, laptopy i komputery stacjonarne wzrosła o 232 proc. Tylko w 2017 roku było ich w Polsce 6 mln. To oznacza, że cyberprzestępcy próbowali włamać się do prywatnych, firmowych oraz państwowych urządzeń i sieci średnio 700 razy na godzinę. Z raportu wynika tez, że średnio co 4,2 sekundy pojawia się na świecie nowe złośliwe oprogramowanie, które coraz częściej atakuje hardware urządzeń.

Skala ataków na nasze urządzenia końcowe rośnie z każdym miesiącem z prostej przyczyny – tędy najłatwiej włamać się do danych poufnych, firmowych czy państwowych. Jeżeli włamiemy się do jednej drukarki, która stoi w urzędzie czy ministerstwie, mamy dostęp właściwie do wszystkich komputerów w tym budynku. Stąd tak ważne jest, żeby powszechnie stosowane były standardy bezpieczeństwa oraz standardy certyfikowania produktów końcowych – podkreśla Michał Kanownik.

W przyszłości nowym celem ataków mogą stać się urządzenia typu IoT (Internetu Rzeczy), których liczba stale rośnie.

Problemem jest niska świadomość cyberzagrożeń. Dane przytaczane przez Związek Cyfrowa Polska pokazują, że jedynie 40 proc. pracowników ma na uwadze ochronę urządzeń końcowych – takich jak komputery, laptopy, drukarki, urządzenia wielofunkcyjne – i w praktyce stosuje odpowiednie mechanizmy. Dlatego w Polsce potrzebna jest szersza edukacja na temat cyberzagrożeń i sposobów ochrony przed nimi.

– Jako konsumenci musimy nauczyć się pewnych standardów postępowania z naszymi telefonami komórkowymi, laptopami czy drukarkami. Podstawą jest rozważne używanie publicznych sieci Wi-Fi, ściąganie aktualizacji, nowych wersji oprogramowania antywirusowego. Jest wiele elementów, często bardzo prozaicznych, o których na co dzień zapominamy, a które mogą kolosalnie podnieść nasze bezpieczeństwo – mówi Michał Kanownik.

Równie ważne co edukacja są zabezpieczenia technologiczne użytkowanych urządzeń. Zwłaszcza w administracji publicznej i urzędach, które dysponują wrażliwymi danymi obywateli, ważny jest odpowiedni poziom bezpieczeństwa komputerów, smartfonów czy drukarek. Dlatego urzędnicy odpowiedzialni za przetargi i zamówienia publiczne powinni mieć jasne wytyczne, jakie kryteria cyberbezpieczeństwa powinien spełniać zamawiany przez nich sprzęt.

Zdaniem ekspertów administracja publiczna powinna wykorzystywać tylko sprzęt posiadający specjalny, krajowy certyfikat bezpieczeństwa, który powinien zostać wprowadzony przez polski rząd. Taki certyfikat byłby potwierdzeniem, że urządzenia spełniają najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa. Ta rekomendacja jest zgodna z zapisami rządowej polityki cyberbezpieczeństwa na lata 2017–2022, w której wskazano, że priorytetem jest utworzenie „krajowego systemu oceny”.

– Jako państwo, rząd powinniśmy budować własną ścieżkę certyfikacji, co już się dzieje. Mam nadzieję, że w ciągu 2–3 lat będziemy gotowi, żeby polską certyfikację wdrożyć na naszym rynku – mówi Michał Kanownik.

Kwestie bezpieczeństwa będą szczególnie istotne w kontekście rozwoju sieci 5G. To nowa generacja sieci komórkowej, nad której wdrożeniem pracują największe globalne koncerny technologiczne. Są wśród nich m.in. Samsung, Ericsson i Intel, Orange czy Deutsche Telekom.

Sieć 5G zapewni o wiele wyższe przepustowości, co przełoży się na zwiększenie szybkości mobilnego internetu. Dzięki temu możliwe będzie upowszechnienie usług takich jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy rozwiązań z obszaru smart cities. Eksperci są zgodni co do tego, że wdrożenie 5G będzie oznaczać kolejny etap rewolucji technologicznej.

– Bezpieczeństwo to jeden z ważniejszych elementów strategii budowy sieci 5G w Polsce i  Europie. Operatorzy na każdym etapie muszą zadbać, żeby spełniała ona najwyższe standardy bezpieczeństwa. Stąd uważamy, że nie należy się w tej kwestii spieszyć. Najpierw musimy zagwarantować, żeby wszelkie urządzenia i technologie użyte przy budowie sieci 5G spełniały najwyższe standardy cyberbezpieczeństwa – podkreśla Michał Kanownik.

Kompetencje społeczne zyskują na znaczeniu. To one będą przesądzać o sukcesie na rynku pracy

Kompetencje społeczne zyskują na znaczeniu. To one będą przesądzać o sukcesie na rynku pracy 2

Efektywny dialog, umiejętność współpracy i mądrze pojęte przywództwo to umiejętności miękkie, które wkrótce będą przesądzać zarówno o sukcesie zawodowym, jak i biznesowym – wynika z najnowszego raportu Orange Polska „Mądre zarządzanie”. Eksperci wskazują, że kompetencje te mocno zyskują na znaczeniu, zwłaszcza w kontekście postępujących zmian technologicznych. Do nowych realiów muszą się dostosować zarówno pracownicy, jak i całe organizacje.

Umiejętności miękkie są bardzo ważne w naszej działalności, podobnie jak i w każdej innej, ponieważ najcenniejszym kapitałem każdej firmy są ludzie, współpracownicy. W Orange poświęcamy tym kwestiom wiele czasu i pracy, ponieważ uważamy, że mają one kluczowe znaczenie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Kompetencje miękkie bardzo zyskują na znaczeniu zarówno w biznesie, jak i na rynku pracy. Kalifornijski Institute for the Future (IFTF) już w 2011 roku wskazał, że wysoka inteligencja społeczna pozwala pracownikom na lepszą współpracę w grupie i budowanie zaufania, co ma pozytywne przełożenie na wyniki ich pracy. Również Unia Europejska do kluczowych kompetencji zalicza zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, analityczne czy międzykulturowe oraz umiejętność pracy zespołowej. W kontekście postępującej robotyzacji nazywa się je „kompetencjami przyszłości”.

Korzystamy z nowego oprogramowania, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Technologie tworzą i adaptują ludzie, ale z drugiej strony wpływają one na to, jak wygląda ich praca. Można zauważyć istotne zmiany i różnice w metodach pracy stosowanych w przeszłości i obecnie. Oczywiste jest to, że w przyszłości będziemy pracować zupełnie inaczej niż na przykład 50 lat temu – mówi Jean-François Fallacher.

Z raportu „Mądre zarządzanie” wynika, że to właśnie wartości, postawy i kompetencje społeczne będą wkrótce decydujące dla sukcesu zawodowego i biznesowego. Rozwijanie biznesu wymagać będzie w coraz większym stopniu tych samych umiejętności, co rozwój społeczny i budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Eksperci Helping Heads, którzy współtworzyli raport, wyróżniają trzy kluczowe kompetencje: współpracę, dialog oraz dobrze pojęte przywództwo. Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu przez instytut badawczy Kantar wynika, że Polacy cenią sobie współpracę – 62 proc. uważa, że działając wspólnie, można osiągać lepsze wyniki niż w pojedynkę.

Pod tym względem Polacy nie różnią się od innych narodowości. Współpraca ma dziś ogromne znaczenie dla każdej firmy – podkreśla Jean-François Fallacher.

Ponad połowa ankietowanych przez Kantar wierzy, że współpracując z innymi, mogą pomóc potrzebującym albo rozwiązać część problemów w swoim najbliższym otoczeniu. Preferują jednak współpracę w ramach swojego najbliższego otoczenia. Jedynie co trzeci respondent byłby gotów prowadzić firmę z osobą spoza kręgu swojej rodziny czy znajomych. Również w sferze biznesu jest jeszcze duże pole do rozwoju – tylko 29 proc. badanych deklaruje gotowość do współdziałania z innymi firmami dla dobra swojego przedsiębiorstwa (np. dla realizacji kontraktu czy wspólnego celu).

Kompetencją nieodzowną w biznesie jest również umiejętność dialogu. Działające globalnie organizacje coraz częściej stawiają na szkolenia międzykulturowe, które pozwalają prowadzić taki dialog i podtrzymywać współpracę bez względu na różnice występujące pomiędzy poszczególnymi rynkami. Norweski Nansen Center for Peace and Dialogue wskazuje, że efektywny dialog musi być prowadzony z poszanowaniem wartości, celów i światopoglądów każdej ze stron.

W Polsce największym deficytem jest umiejętność konstruktywnego słuchania innych ludzi, umiejętność szukania tego, na czym możemy zbudować coś wspólnie, zamiast tego, co czyni rozmówcę głupszym ode mnie. Mamy taką skłonność do słuchania negatywnego, czyli słuchania kogoś z nastawieniem na wyłapywanie błędów – mówi prof. dr hab. Anna Giza-Poleszczuk, prorektor do spraw rozwoju Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak ocenia, w Polsce od wielu lat mamy do czynienia z niskim poziomem zaufania i kapitału społecznego. Paradoksalnie biznes jest tym obszarem, który promuje wartości umożliwiające budowanie tego kapitału.

Myślę tutaj przede wszystkim o kulturze organizacyjnej, która przyszła do nas po 1989 roku. Sama miałam przyjemność pracy na rzecz bardzo dużej, międzynarodowej korporacji i właśnie tam nauczyłam się zaufania, otwartej komunikacji, słuchania innych oraz partycypacyjnego planowania. Biznes jest środowiskiem, które uczy wielu konstruktywnych rzeczy, takich jak współpraca, umiejętność negocjacji, przywództwo czy praca metodą projektową, czyli tych kompetencji miękkich, które są określane jako kompetencje przyszłości – mówi prof. Anna Giza-Poleszczuk.

Autorzy raportu „Mądre zarządzanie” wskazują, że coraz większy nacisk na kompetencje miękkie i zmiana kultury organizacyjnej pociągają za sobą również potrzebę wypracowania nowego modelu zarządzania. Obecnie skuteczny styl przywództwa określany jest jako bardziej włączający i coachingowy, a liderzy coraz częściej muszą się wykazywać umiejętnością słuchania i wczuwania się w sytuację drugiego człowieka. Obok słowa „leadership” coraz częściej pojawia się także hasło „followership”.

Prezes Orange Polska podkreśla, że do tych wszystkich zmian muszą się dostosować zarówno pracownicy, jak i  całe przedsiębiorstwa.

Przedsiębiorstwa muszą się dostosowywać i wprowadzać nowe sposoby pracy. W Orange kładziemy duży nacisk na zmianę kultury pracy, aby stać się firmą jeszcze bardziej otwartą na technologie, o większej przejrzystości działania. Firmą, która właściwie korzysta z informacji zwrotnych i działa sprawniej dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii – podkreśla Jean-François Fallacher.

Kompetencje przyszłości były głównym tematem zorganizowanej 12 marca debaty ekspertów „Inspirator, kreator, zdobywca. Gotowi na przyszłość?”, zorganizowanej przez Orange Polska w ramach cyklu Miasteczko Myśli.

CNN: Współczesne niewolnictwo i handel ludźmi silniejsze niż kiedykolwiek. Dziennikarze mają tu ogromną rolę do odegrania – uważa Dominika Kulczyk

0

CNN: Współczesne niewolnictwo i handel ludźmi silniejsze niż kiedykolwiek. Dziennikarze mają tu ogromną rolę do odegrania – uważa Dominika Kulczyk 3

Mamy do czynienia ze zjawiskiem niewolnictwa na ogromną skalę, to biznes liczony w setkach miliardów dolarów – podkreślają dziennikarze CNN zaangażowani w inicjatywę CNN Freedom Project. Od 2011 roku stacja przygotowała na ten temat ponad 600 reportaży i filmów dokumentalnych. Jednym z takich reportaży jest „Troubled Waters” (pol. „Wzburzone wody”) przygotowany wspólnie z Dominiką Kulczyk i Kulczyk Foundation na temat niewolniczej pracy dzieci z regionu jeziora Wolta w Ghanie.

Amerykańska telewizja CNN International od 2011 roku prowadzi CNN Freedom Project, którego celem jest naświetlanie problemu współczesnego niewolnictwa oraz niesienie realnej pomocy jego ofiarom. Reporterzy CNN podkreślają, że istotnym elementem ich działań jest również rozliczanie miejscowych władz z działań podejmowanych przez nie w walce z niewolnictwem.

– Historii z tym związanych jest niestety więcej niż możemy opowiedzieć. To bardzo smutne w 2019 roku. Kiedy zastanawiamy się nad tematami i decydujemy, czym się zająć, to patrzymy na to, czy i jak możemy coś zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Leif Coorlim, reżyser filmu „Troubled Waters”, redaktor naczelny CNN Freedom Project.

– Z jednej strony, bolesne jest to, że ciągle jest tak bardzo dużo do zrobienia. Z drugiej strony, inspirujące jest oglądanie pracy moich kolegów, ponieważ czuję, że ich praca zmienia świadomość ludzi. Miejmy nadzieję, że zmienia również sposób, w jaki my, jako społeczeństwo, postrzegamy te rzeczy – dodaje Nima Elbagir, korespondentka CNN International.

Dziennikarze CNN nie mają wątpliwości, że dzięki takim projektom wiedza zachodnich społeczeństw w zakresie współczesnego niewolnictwa jest coraz większa. Jeszcze do niedawna znaczna część ludzi nie zdawała sobie sprawy z tego, że w XXI wieku wciąż może istnieć niewolnictwo, kojarząc je wyłącznie ze stron podręczników do nauki historii. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy zyski ze współczesnego niewolnictwa wynoszą 150 mld dol zysku rocznie, a ofiar jest blisko 40 mln na całym świecie.

– Myśl o tym, że mamy teraz więcej niewolników niż kiedykolwiek wcześniej w historii, przyprawia o dreszcze. Mamy do czynienia z nadużyciami na wielką skalę. To biznes liczony w miliardach dolarów. Jest to odpowiedzialność nas wszystkich, aby mieć oczy szeroko otwarte, dostrzegać te problemy i zgłaszać, kiedy jesteśmy ich świadkiem – mówi Tony Maddox, wiceprezes, dyrektor zarządzający CNN International.

W ramach CNN Freedom Project w 2018 roku CNN nawiązało współpracę z Dominiką Kulczyk i Kulczyk Foundation. Efektem tej współpracy jest dokument pt. „Troubled Waters”, opowiadający o problemie niewolnictwa dzieci nad jeziorem Wolta w Ghanie, gdzie według szacunków do pracy przymuszanych jest 20 tys. nieletnich. W filmie pokazano m.in. relację z akcji ratowania dzieci–niewolników, a także rozmowę z matką, która sprzedała własne dziecko. Zdaniem twórców CNN Freedom Project dokument przybliżył tematykę współczesnego niewolnictwa zwykłemu odbiorcy.

– Reportaże o pomaganiu robię w nadziei, że właśnie historia może zmienić rzeczywistość, że pewna prawda przekazana publicznie i możliwie szeroko jest w stanie wpłynąć na percepcję owej publiki. Dlatego opowiadam historię reportażem, bo przede wszystkim zajmuję się pomaganiem. A mam przekonanie, że jeśli o tym pomaganiu, a przede wszystkim ludziach, którzy pomocy potrzebują, powiemy głośno, to jest szansa, że z tą wiadomością, z tym przekazem, z tą informacją, że gdzieś ktoś cierpi, potrzebuje naszej pomocy, dotrzemy jak najdalej – podkreśla Dominika Kulczyk, prezes Kulczyk Foundation.

– Kiedy rozmawiamy tylko o statystykach albo mówimy o tym problemie bezosobowo, to tak naprawdę nie przekazujemy ludziom istoty tego komunikatu. Ten film naprawdę robi wrażenie. Widzisz małych chłopców i zaczynasz się zastanawiać, jak możesz poprawić ich los. Musimy śledzić te historie i pokazywać je światu, aby podejmować konkretne działania – podkreśla Tony Maddox.

Reżyser filmu opowiadał o trudnościach przy realizacji dokumentu: – Jest taki moment w filmie, kiedy spotykamy czterech chłopców poniżej 10 roku życia w starej, przeciekającej łodzi, którzy od 24 godzin nic nie jedli. Ten widok naprawdę mocno rozdzierał nasze serca – mówi Leif Coorlim.

Stacja CNN od lat jest mocno zaangażowana w impact journalism, czyli dziennikarstwo, które realnie i aktywnie wpływa na otaczający nas świat.

– Idea impact journalism jest dość prosta. Kiedy widzisz ludzi w potrzebie, musisz działać. Nie możesz tylko opowiedzieć tej historii, a potem odejść. Musisz coś z tym zrobić, przeanalizować, jakie są możliwości ratunku, a później sprawdzić, jak zmieniła się dana sytuacja, na skutek twojej pracy – zaznacza Leif Coorlim.

– CNN to potężna marka. Produkuje reportaże, które są kierowane do szerokiej widowni, a jej dokumenty przynoszą wymierne efekty. Władze, które często nie robią wystarczająco dużo w kwestii tych problemów, nagle uświadamiają sobie, że to o wiele ważniejszy priorytet, kiedy CNN robi o tym program. To jest właśnie wpływanie na rzeczywistość – dodaje Tony Maddox.

Biznes coraz szybciej przenosi się do chmury. Polski rynek z ogromnym potencjałem rozwoju

Biznes coraz szybciej przenosi się do chmury. Polski rynek z ogromnym potencjałem rozwoju 4

Elastyczność, skalowalność, oszczędności i usprawnienie pracy – to główne zalety, które powodują, że na przejście do chmury decyduje się coraz więcej firm. Według danych Eurostatu w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce odsetek ten wynosi 11,5 proc., z czego jedną trzecią stanowią wciąż duże firmy. Ze względu na niskie koszty, rośnie jednak popularność chmury wśród start-upów i mniejszych podmiotów. Z danych IBM wynika, że coraz więcej firm decyduje się również na chmurę hybrydową i tzw. multicloud, czyli korzystanie z usług opartych na kilku chmurach jednocześnie.

– Tempo wdrażania rozwiązań chmurowych w Europie Środkowo-Wschodniej jest nieco wolniejsze niż w innych krajach, takich jak USA. Jednak rośnie ono szybko, w miarę jak firmy prywatne i instytucje publiczne zauważają korzyści z przeniesienia swoich danych do chmury, dostrzegają możliwości skalowania oraz elastyczność, jaką to rozwiązanie wnosi. W krajach takich jak Polska tempo wdrożenia jest bardzo wysokie i obserwujemy jego dynamiczne przyspieszenie. Po części wynika to z powiązań między firmami w Polsce i w innych krajach Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Christian Noll, general manager of the global technology services, IBM Central and Eastern Europe.

Prognozy Gartnera zakładają, że w 2019 roku rynek usług chmury publicznej wzrośnie o 17,3 proc., osiągając wartość 206,2 mld dol. (w porównaniu z 175,8 mld dol. i 21-proc. wzrostem w 2018 roku). Najszybciej rosnącym segmentem jest IaaS (Infrastructure as a Service, infrastruktura jako usługa), który według prognoz wzrośnie w tym roku o 27,6 proc. do wartości 39,5 mld dol.

Migracja do chmury jest dzisiaj jednym z kluczowych elementów rozwoju i cyfrowej transformacji przedsiębiorstw. To obecnie jeden z najgorętszych trendów w IT. Według prognoz Gartnera za kilka lat firmy niewykorzystujące rozwiązań chmurowych będą tak rzadkie jak te, które dziś nie wykorzystują w swojej działalności internetu.

Rozwiązania chmurowe zapewniają cały szereg korzyści – dzięki szyfrowaniu i kluczom API zapewniają bezpieczeństwo, pozwalają obniżyć koszty i utrzymać infrastrukturę IT oraz usprawniają pracę, bo aplikacje i dane w chmurze są dostępne z każdego urządzenia podłączonego do sieci, niezależnie od lokalizacji.

– Wybór usług w chmurze jest ogromny. Począwszy od usług doradczych, poprzez usługi migracyjne i technologiczne, a skończywszy na tych związanych z bezpieczeństwem. Obserwujemy zainteresowanie klientów usługami wszelkiego rodzaju, od doradztwa po wdrażanie rozwiązań w chmurze z zakresu obsługi i przechowywania danych – mówi Christian Noll.

Usługi w chmurze eliminują konieczność wyposażenia i utrzymania serwerowni, dzięki czemu organizacje oszczędzają na kosztach sprzętu. Infrastrukturą zarządza dostawca usług chmurowych, co pozwala przedsiębiorstwu skupić się na strategicznej działalności. Z tego względu – jak ocenia dyrektor generalny IBM Polska Jarosław Szymczuk – chętnie wykorzystują ją start-upy i mniejsze przedsiębiorstwa.

– Wbrew pozorom z usług chmurowych najchętniej korzystają start-upy i firmy, które mają niski budżet na infrastrukturę IT czy rozwiązania aplikacyjne. Potrzebują szybko wejść w rozwój aplikacji, skorzystać z istniejących rozwiązań. Rozwiązania chmurowe odpowiadają na tę potrzebę. Z drugiej strony duże przedsiębiorstwa potrzebują rozwiązań chmurowych po to, żeby zwiększyć szybkość adaptacji nowych aplikacji, skorzystać z możliwości, które niesie analityka dostępna w chmurze, żeby maksymalnie szybko zaadaptować rozwiązania sztucznej inteligencji – mówi Jarosław Szymczuk, dyrektor generalny IBM Polska i kraje bałtyckie.

Jak podkreśla, kolejną zaletą chmury jest pełna skalowalność – przez co dopasowuje się ona do skali prowadzonego biznesu. Kiedy firma rośnie i zwiększa się jej zapotrzebowanie na moce obliczeniowe, chmura sprawnie i szybko obsługuje zmieniające się obciążenia, a przedsiębiorstwo ponosi koszty jedynie za wykorzystane zasoby.

– Możemy wystartować z małym rozwiązaniem, które niewiele kosztuje i jest dostępne bardzo szybko, a następnie, wraz ze wzrostem zapotrzebowania biznesowego, uzyskiwać więcej pojemności z chmury. Z drugiej strony, wyobraźmy sobie, że mamy kampanię marketingową, kiedy jest bardzo duże zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Po jej zakończeniu zapotrzebowanie jest bliskie zeru. Chmura w bardzo sprawny sposób zapewnia obsługę tych pików – mówi Jarosław Szymczuk.

Według danych Eurostatu z ubiegłego roku z usług chmurowych w Unii Europejskiej korzysta 26,2 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. Jeszcze w 2014 roku ten odsetek wynosił 19 proc. W Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje 11,5 proc. przedsiębiorstw, z czego jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Jak podaje GUS, większość firm korzysta z usług w chmurze za pomocą serwerów współdzielonych (77,1 proc.) lub serwerów dedykowanych ( 44,1 proc.).

Dla porównania z chmury korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Finlandii (65 proc.), Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), co oznacza, że polski rynek wciąż ma ogromny potencjał rozwoju.

– Zainteresowanie usługami chmurowymi w Polsce jest wciąż niewystarczające. Świat bardzo dynamicznie zmierza w stronę rozwiązań chmurowych i hybrydowych, czyli połączenia chmury prywatnej z publiczną. Polskie przedsiębiorstwa są na początku tej transformacji cyfrowej. Chcielibyśmy, żeby tempo zmian przyspieszyło z pozytywnym efektem dla firm i gospodarki – mówi Jarosław Szymczuk.

Z raportu PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2018. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2018–2023” wynika, że rośnie on w tempie 5–6-krotnie wyższym niż cały rynek IT.

– Polski rynek jest bardzo otwarty na zastosowania chmury obliczeniowej. Z drugiej strony mamy też pewne ograniczenia, na przykład w dziedzinie usług finansowych, gdzie regulacje wprowadzone przez KNF słusznie nakazują przechowywanie niektórych danych w kraju. Dlatego bardzo dobrym rozwiązaniem jest chmura hybrydowa, w której część danych znajduje się w chmurze publicznej, a część w chmurze prywatnej użytkownika, w jego własnym centrum danych – dodaje Christian Noll.

Jak podkreśla, usługi chmury hybrydowej, których wiodącym dostawcą jest IBM, to obecnie jeden z czołowych trendów i w perspektywie nadchodzących lat to rozwiązanie będzie przeważać na rynku. Jak wynika z danych PMR, w Polsce najpopularniejsze są usługi chmury prywatnej, z których korzysta ponad 66 proc. dużych firm. W modelu chmury publicznej funkcjonują najczęściej te zasoby, które nie zawierają żadnych danych wrażliwych. Natomiast szeroko stosowany jest model chmury hybrydowej, z którego korzysta ponad 80 proc. dużych przedsiębiorstw.

– Kluczowe jest pytanie o strategię firmy, jej potrzeby biznesowe, wymagania regulatora, architekturę informacji w przedsiębiorstwie czy wrażliwość danych, z których firma korzysta. To determinuje strategię wdrażania i adaptacji rozwiązań chmurowych. Architektura hybrydowa będzie przeważała globalnie w ciągu następnych lat – mówi Jarosław Szymczuk.

Coraz więcej firm decyduje się także wykorzystywać wiele chmur, czyli usługi różnych dostawców dla różnych zadań i procesów. Tak zwany multicloud to obecnie drugi, wiodący trend na rynku rozwiązań chmurowych.

– Działanie tego mechanizmu można porównać do tankowania auta na różnych stacjach paliw – właściciel nie jest ograniczony do jednego dostawcy paliw, ale może kupować paliwo raz na jednej, raz na innej stacji. Różne są ceny i poziomy usług, więc klient ma duży wybór – mówi Christian Noll. – Korzystanie z rozwiązań multicloud wymaga jednak wcześniejszego planowania, ponieważ użytkownik musi dysponować narzędziami, które umożliwią mu zmianę. IBM mocno stawia na koncepcję otwartych standardów, możliwość przenoszenia pracy z jednej chmury do drugiej. Uważamy, że przyszłość należy do takich rozwiązań.

Rozwiązania chmurowe i ich rosnąca popularność w Polsce były tematem rozmów podczas warszawskiej konferencji IBM Cloud Summit 2019.

Niezwykłe metale tnące stal!

Przemysł wiele zyskał od czasu produkcji stali szybkotnącej na początku XX wieku. To dzięki niej, konstruktorzy mieli do dyspozycji stop, który bardzo przyspieszył obróbkę innych metali. Niestraszne mu były ani obciążenia, ani wysoka temperatura, ani wysokie prędkości obrotowe, toteż szybko uzyskał nazwę high speed steel, czyli „stal dużych prędkości” – w skrócie: HSS.

Z czego powstaje stal szybkotnąca?

Wikipedia podaje następujący skład stali szybkotnących: 0,75-1,4% węgla, do 18% wolframu, do 10% molibdenu, do 4% wanadu, do 4% chromu oraz do 10% kobaltu. Taki skład stali szybkotnącej powoduje, że nie jest to stop tani. Ze względu na swoje właściwości fizykochemiczne stal HSS jest niezwykle odporna na odkształcenia nawet w skrajnie wysokich temperaturach. Jest też wyjątkowo twarda. Dzięki temu nadaje się do wysokowydajnych narzędzi do obróbki skrawaniem. Oczywiście ze stali szybkotnącej wykonywane są jedynie same końcówki robocze, cała reszta to już stal nieposiadająca takich właściwości.

Szczegółowe parametry stali szybkotnącej zależą od jej składu. Na przykład zawartość kobaltu (mniejsza lub większa) ma wpływ na twardość stopu. Tak wygląda to w różnych temperaturach:

Twardość stali szybkotnącej w zależności od zawartości kobaltu
Twardość stali szybkotnącej w zależności od zawartości kobaltu. Ilustracja: MHz`as [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], źródło: Wikimedia Commons 

Wszystkie gatunki stali szybkotnącej mają jednak te same wspólne cechy.  Należy do nich ogromna twardość podczas pracy w wysokich temperaturach, odpowiednią ciągliwość rdzenia, odporność na ścieranie, i zmęczenie materiału oraz ogólnie rozumiana wysoka trwałość.

Stal szybkotnąca i jej zastosowania

Różne gatunki stali szybkotnącej znajdują rozmaite zastosowania. Na przykład stal HSS wolframowo-molibdenowa wykorzystywana jest do wytwarzania przeciągaczy, wierteł, noży, narzędzi do obróbki gwintów, frezów, kół zębatych, rozwiertaków trzpieniowych, ostrzy i elementów pił tarczowych. Noże tokarskie i strugarskie wykonywane są często ze stali oznaczonej symbolem SW18.

Stal szybkotnąca z dodatkiem kobaltu określana jest symbolem HSS-E, natomiast HSSE-PM oznacza stal szybkotnącą proszkową. Pozawala ona produkować narzędzia tnące szybciej, albowiem podlegają one wstępnemu formowaniu poprzez prasowanie i spiekanie proszku w specjalnych formach.

Z powodu swojej ceny oraz obecności wielu metali rzadkich, stal szybkotnąca jest bardzo pożądana przez firmy uczestniczące w łańcuchu recyclingowym, jak choćby Stellmet – weglik.eu. Nie ona jedna, ponieważ stal szybkotnąca jako materiał do wyrobu narzędzi ma poważnego konkurenta.

Przypadki i wynalazki – węgliki spiekane

W nauce zdarza się często, że przy okazji jakichś badań odkrywa się coś, co w ogóle nie było w planie. Tak było z węglikami spiekanymi. W latach 20. XX wieku w Niemczech trwały prace nad stworzeniem ultratwardego metalu, który zastąpiłby diament jako surowiec do produkcji ciągadeł. Celem było zaś wytwarzanie na dużą skalę… drutu do żarówek. Badacze wpadli wtedy na to, że jeśli sięgnąć po bardzo twardy wolfram, sproszkować go, dodać węgla oraz kobaltu, potem mocno sprasować i wyprażyć w bardzo wysokiej temperaturze, wtedy powstanie coś, co szybko nazwano słowem Widia od niemieckiego wie Diamant – jak diament.

Inserti_widia
Zęby piły tarczowej (tarczy pilarskiej) z nakładkami z węglików spiekanych. Fot. Basilicofresco [CC BY 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/3.0)], from Wikimedia Commons

Zaczęło się tuż przed wojną

Również i ten wynalazek przyczynił się do rewolucji przemysłowej. Według Wikipedii w Polsce produkcja węglików spiekanych rozpoczęta została przez Hutę Baildon w Katowicach w 1936 roku i trwa do dzisiaj w spółce Węgliki Spiekane Baildonit będącej dawnym wydziałem Huty Baildon.

Na trzy lata przed wybuchem wojny węgliki spiekane szybko okazały się cenne także dla przemysłu zbrojeniowego: pancerze i pociski przeciwpancerne potrzebowały utwardzacza. Otworzyły się też możliwości naprawdę szybkiej obróbki metali skrawaniem – można było m.in. ciąć maszynowo stal hartowaną. Impuls rozwojowy otrzymało górnictwo, dla którego można odtąd było produkować efektywne i trwałe wiertła, by wykonywać nimi więcej otworów strzałowych na przodku.

Wyroby wyprodukowane z użyciem węglików spiekanych
Węgliki spiekane – bez nich nie powstałóby to wszystko. Fot. Dolya-boss [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0) oder GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html)], von Wikimedia Commons

Wkrótce okazało się tez, że do produkcji węglików spiekanych można używać nie tylko wolframu, ale i innych twardych metali. Pojawiły się więc komponenty z zawartością chromu, cyrkonu, tytanu i tantalu. Dowiedziono ponadto, że szczegółowe właściwości stopu, jakim są węgliki spiekane, zależą istotnie od procentowego udziału spoiwa.

Podobnie jak w wypadku stali szybkotnącej, także węgliki spiekane stanowią jedynie końcówki robocze narzędzi. Decyduje o tym nie tylko cena węglików, ale i ich kruchość. Węgliki można umieszczać na narzędziach poprze lutowanie lub w postaci wymiennych końcówek mocowanych śrubą.

Recykling węglików

Ze względu na masowe wykorzystywanie węglików spiekanych w przemyśle nieustannie powstaje duża ilość złomu z ich zawartością. Firmy skupujące węgliki przyjmą każdą ilość. Recykling węglików jest koniecznością, m.in. ze względu na ograniczone wydobycie rud wolframu. Ponadto produkcja węglików jest kosztowna, bardziej więc opłaca się odzyskiwać gotowe stopy i wykorzystywać je w produkcji. W wielu skupach można negocjować cenę, przy czym zależy ona m.in. od czystości stopu oraz jego komponentów: im rzadsze są metale użyte do produkcji, tym cena za kilogram złomu będzie wyższa.

Niezdarność dziecka często spowodowana jest poważnym zaburzeniem. Rodzice nierzadko to lekceważą

Niezdarność dziecka często spowodowana jest poważnym zaburzeniem. Rodzice nierzadko to lekceważą 5

Częste potykanie się, trudności z kopaniem piłki, ubieraniem się czy posługiwaniem sztućcami – takie symptomy mogą świadczyć o dyspraksji. To zaburzenie, które upośledza rozwój motoryczny malucha, często prowadząc do alienacji. Cierpi na nie nawet co dziesiąte dziecko, częściej chłopcy niż dziewczynki. Objawy dyspraksji mogą być łagodzone dzięki terapii integracji sensorycznej, wymaga to jednak prawidłowej i szybkiej diagnozy. Wielu rodziców myli jednak te zaburzenia z niezdarnością dziecka.

Dyspraksja, nazywana także dysfunkcją percepcyjno-motoryczną lub syndromem dziecka niezdarnego, to rozwojowe zaburzenie koordynacji. Jest to stosunkowo częsty problem, występuje bowiem u 5–10 proc. dzieci, przy czym trzykrotnie częściej chorują chłopcy niż dziewczynki. Przyczyny dyspraksji nie są znane, eksperci nie wykluczają jednak, że ma ona związek z czynnikami uszkadzającymi w ciąży, przedwczesnym porodem lub niedotlenieniem okołoporodowym. Dotknięte nią dziecko rozwija się prawidłowo pod względem intelektualnym, ma jednak trudności z wykonywaniem precyzyjnych czynności i uczeniem się nowych zadań ruchowych. Problemy mogą się pojawić zarówno przy wykonywaniu drobnych czynności, takich jak układanie klocków lub rysowanie, jak i bardziej skomplikowanych, np. kopaniu piłki.

– Wydaje nam się, że czynności takie jak rzucenie piłką o ścianę są elementarne, ale jest to skomplikowana czynność, złożona z kilku etapów, której musimy się nauczyć. Na każdym z tych etapów, i na poziomie pomysłu, tworzenia planu, i na poziomie realizacji czynności dziecko, z dyspraksją może mieć zaburzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Gluźniewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Dziecko z dyspraksją ma trudności nie tylko z wykonywaniem ruchów, lecz także z planowaniem czynności, co przekłada się na problemy z wymową, pisaniem i koordynacją ruchową. Maluch nie jest w stanie płynnie pisać, ma trudności z zapamiętywaniem i opanowywaniem niektórych czynności, choćby jazdy na rowerze czy założeniem ubrania, często potyka się lub przewraca. Bardzo często skutkiem dyspraksji jest alienacja od otoczenia i niska samoocena. Objawy zaburzenia występują niekiedy już w pierwszych miesiącach życia i zmieniają się w miarę rozwoju dziecka.

– Diagnoza jest trudna, dlatego stawia się ją późno i rzadko. Wymaga skoordynowania wiedzy wszystkich osób, które z dzieckiem funkcjonują. Najlepiej przygotowani do tej diagnozy są terapeuci integracji sensorycznej – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Objawy dyspraksji stają się najbardziej widoczne w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, gdy dziecko zaczyna się kontaktować z rówieśnikami. Uważni rodzice mogą jednak zaobserwować symptomy choroby wcześniej, a tym, co powinno ich zaniepokoić, jest m.in. opóźnienie rozwoju ruchowego, np. długo utrzymujący się u małego dziecka krok dostawny przy wchodzeniu i schodzeniu ze schodów, zderzanie się z rówieśnikami podczas zabawy, problemy z koncentracją, zapamiętaniem i wykonywaniem dłuższych poleceń. Ponadto dziecko jest źle zorganizowane, nie pamięta drogi do sali, w której codziennie ma zajęcia, jego zabawa jest mało kreatywna pomimo dobrych możliwości intelektualnych, długo uczy się nowej umiejętności ruchowej, np. kroków tańca.

 Nawet jeżeli dyspraktyk radzi sobie z ubieraniem, to i tak ubierze się nieprawidłowo: pięta w skarpetce będzie do góry, bluzka będzie wystawać ze spodni, guziki będą niezapięte. Generalnie to ubranie jest niedokładne – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Objawy dyspraksji często usprawiedliwiane są jednak niezdarnością malucha. Rodzice nie mają świadomości, że ich dziecko może cierpieć z powodu zaburzenia integracji sensorycznej i powinno pozostawać pod opieką terapeuty. Dyspraksji nie da się wprawdzie wyleczyć, można jednak złagodzić jej przebieg i objawy. Terapia umożliwia ponadto dziecku nauczenie się, jak żyć z tą dysfunkcją. Obejmuje ona ćwiczenia zmuszające malucha do wykonywania kilku czynności jednocześnie, doskonalenie praktycznych umiejętności takich jak samodzielne jedzenie oraz gimnastykę zwiększającą poziom koordynacji ciała.

– Gdy wybieramy dla dziecka przedszkole, warto wybrać takie, gdzie odbywa się terapia integracji sensorycznej, żeby dziecko mogło być nią objęte. Terapeuta integracji sensorycznej wskaże rodzicowi optymalny zestaw ćwiczeń dla jego dziecka. Tylko we współpracy z rodzicem ta praca może być efektywna – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Dla dzieci z dyspraksją pomocne będą wszystkie ćwiczenia ogólnorozwojowe, np. jazda na rowerze lub hulajnodze, gra w klasy, pływanie. Niektórzy eksperci proponują również trening bazujący na doświadczeniach siłowych związanych z naciskiem. Dobrym pomysłem będzie także bieganie, skakanie, wskakiwanie na ławeczkę i zeskakiwanie z niej. Niezwykle istotnym elementem rozwoju dziecka z dyspraksją jest też trening radzenia sobie z planowaniem czynności, w którym ogromną rolę odgrywają rodzice.

 Nie możemy powiedzieć dyspraktykowi: posprzątaj biurko. To jest szereg zadań, które on musi wykonać po kolei i może to być dla niego za trudne. Lepiej powiedzieć: zbierz wszystkie kredki, włóż do tego pojemnika. I tak krok po kroku możemy go uczyć – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Rodzice powinni dbać o pozytywne doświadczenia dziecka, chwaląc je po każdej zrealizowanej czynności. W ten sposób maluch otrzyma wsparcie w osiąganiu małych sukcesów, co dla dyspraktyków ma ogromne znaczenie. Akceptacja ze strony rodziców pomaga również w walce z niską samooceną dziecka, często narażonego na brak zrozumienia i odrzucenie ze strony rówieśników.

 To wiąże się z pewnymi problemami dziecka z jego emocjami, lękami, może być zbyt nieśmiałe albo przeciwnie, może naruszać pewne granice przestrzenne wobec innych, np. przysuwać się za blisko, mówić za dużo. Często ten rozwój emocjonalny może być poniżej pewnej normy, w związku z czym rodzina musi dawać mu wsparcie i poczucie sukcesu – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Prezes UKE: Pierwsze miasta w Polsce zyskają dostęp do sieci 5G już w przyszłym roku. Planowane są już przetargi na częstotliwości dla największych operatorów

Prezes UKE: Pierwsze miasta w Polsce zyskają dostęp do sieci 5G już w przyszłym roku. Planowane są już przetargi na częstotliwości dla największych operatorów 6

Nadchodzi rewolucja 5G w Polsce. Już w 2020 roku może zacząć działać telekomunikacyjna sieć piątej generacji, choć na początku tylko w wybranych lokalizacjach. W ciągu 3–4 lat może zyskać krajowy zasięg, choć część bardziej zaawansowanych funkcji może być komercyjnie dostępna dopiero w drugiej połowie przyszłej dekady. Przygotowywane są już podwaliny pod budowę 5G na krajową skalę, wśród operatorów będzie dystrybuowane pasmo C, czyli 3,7 GHz w wariancie po 50 MHz dla każdego z operatorów. Przetarg ruszy prawdopodobnie na początku 2020 roku.

– Komisja Europejska zobowiązuje nas do tego, abyśmy do 2020 wyposażyli chociaż jedno miasto w każdym kraju unijnym w technologię 5G w wariancie już dostępnym dla użytkowników końcowych. Z informacji, które urząd otrzymuje od przedsiębiorców telekomunikacyjnych, dość jasno wynika, że oni oczekują jednego kroku i rolloutu sieci, a więc będziemy starali się przygotować spektrum radiowe tak, żeby mogli wyposażyć w 5G za jednym zamachem jak największe terytorium kraju, a co za tym – idzie też jak największą grupę populacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Cichy, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

W sieci 5G przesyłanie danych będzie dziesięć razy szybsze niż w 4G. W kolejnych etapach technologia umożliwi sprawną komunikację między dziesiątkami miliardów urządzeń. Rozwijane obecnie 4G pozwala na dostęp do internetu z prędkością do 300 Mb/s. Natomiast sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością wielokrotnie większą, liczoną w gigabitach na sekundę. Czas opóźnienia transmisji danych skróci się z obecnych 50 milisekund do zaledwie 1 milisekundy, to zaś będzie miało ogromne znaczenie dla rozwoju internetu rzeczy, a tym samym autonomicznych pojazdów, smart city i w pełni inteligentnych domów.

W Polsce trwają już zaawansowane przygotowania do wdrożeń. UKE wyodrębnił 20 największych miast w Polsce, w których są wskazane dostępne częstotliwości w zakresie 26 GHz i 3,4–3,8 GHz.

– Mamy wytypowanych około 20 lokalizacji, w których już dziś właściwie operatorzy mogliby startować z komercyjnymi rozwiązaniami. Do tego jednak potrzebna jest pewna gwarancja ze strony państwa, przede wszystkim regulatora, że te częstotliwości będą dla nich ważne przez dłuższy czas. To częstotliwości przyznawane na 15 lat. Po dystrybucji, kiedy operatorzy już zobaczą, w jaki sposób zostali rozlokowani w poszczególnych blokach, będą mogli się zastanowić, na których terytoriach w pierwszej kolejności uruchomią 5G – zapowiada Marcin Cichy.

Do wdrożenia technologii 5G dedykowane są pasma z zakresu 3,4–3,6 GHz, 3,6–3,8 GHz oraz 26 GHz, aktualnie użytkowane przez wiele podmiotów, m.in samorządy. Co więcej, ostatnie z obowiązujących obecnie rezerwacji w tych pasmach wygasają za 12 lat (3,4–3,6 GHz), ponad 11 lat (26 GHz) i 4 lata (3,6–3,8 GHz).

– Operatorzy na pewno będą musieli współpracować ze sobą na poziomie współpracy międzyrynkowej, międzyoperatorskiej, aby pokryć terytorium Polski na zasadzie tzw. hand-overu, przełączać tego klienta między poszczególnymi sieciami w momencie, kiedy on podróżuje np. przez różne województwa – ocenia prezes UKE.

Padł już pomysł, żeby stworzyć wspólną sieć 5G, którą mogliby wynajmować po hurtowych cenach Orange, Play, Plus oraz T-Mobile. Exatel wstępnie szacuje, że pokrycie kraju siecią 5G w paśmie 700 MHz wymaga około 6–9 tys. stacji bazowych, a koszt budowy infrastruktury mógłby wynieść 3,9–5,9 mld zł. Gdyby udało się choć częściowo wykorzystać istniejącą już infrastrukturę wieżową, koszty inwestycji spadłyby o 2–3 mld zł, a przy założeniu, że udałoby się wykorzystać zarówno istniejące wieże, jak i sieci transportowe, koszty inwestycji spadłyby do zaledwie 540–780 mln zł. Mogłoby to również przyspieszyć przetargi.

– Będziemy dystrybuować pasmo C, czyli 3,7 GHz w wariancie po 50 MHz dla każdego z operatorów tak, żeby wszyscy 4 operatorzy telefonii komórkowej mieli szansę na to, aby wystartować w przetargu i uruchomić usługi w tym samym czasie. Myślę, że w tym roku spokojnie będziemy w stanie skonsultować pełną dokumentację przetargową i jeżeli nie w tym, to na początku 2020 roku rozpocząć już proces dystrybucji w formie przetargu – zapowiada Marcin Cichy.

Komisja Europejska przeznaczyła miliard euro na rozwój technologii kwantowej. Wkrótce na rynku pojawią się pierwsze realne projekty

Komisja Europejska przeznaczyła miliard euro na rozwój technologii kwantowej. Wkrótce na rynku pojawią się pierwsze realne projekty 7

Komisja Europejska powołała do życia program Quantum Flagship, w ramach którego finansuje przedsięwzięcia związane z wykorzystaniem technologii kwantowej. Na rozwój technologii przeznaczono miliard euro, a już wkrótce pojawią się pierwsze projekty wykorzystujące potencjał komputerów kwantowych. Naukowcy szacują, że do 2035 r. technologia ta rozwinie się do tego stopnia, że będzie wpływać na przemysł w skali globalnej.

– Obecnie mówimy przede wszystkim o filarze komunikacji kwantowej, w ramach którego pojawiają się technologie i zastosowania, których integracja z obecnymi systemami jest kwestią niedalekiej przyszłości. Szczególnie jeśli chodzi o wykorzystanie kwantowych generatorów liczb losowych, np. w kryptografii do szyfrowania wiadomości i zabezpieczenia komunikacji przy użyciu systemów kwantowej dystrybucji klucza, które można wdrożyć w ramach obecnych systemów – mówi agencji Newseria Innowacje Lydia Sanmartí Vila z Instytutu Fotoniki (ICFO) w Castelldefels pod Barceloną.

W 2016 roku 3400 fizyków podpisało „manifest kwantowy”, w którym nawoływali do powołania ogólnoeuropejskiego projektu badań nad potencjałem technologii kwantowych. Dotychczas do programu Quantum Flagship zgłoszono 19 projektów, które próbują rozwiązać najróżniejsze problemy z pogranicza nauki i technologii.

Projekt QRANGE zakłada wykorzystanie komputerów kwantowych w procesie generowania liczb losowych. Technologia taka mogłaby znacząco poprawić dokładność symulacji laboratoryjnych oraz zwiększyć bezpieczeństwo systemów szyfrujących, które w dużej mierze polegają na liczbach losowych, dziś generowanych przez skomplikowane algorytmy. Wykorzystanie do tego celu komputerów kwantowych pozwoliłoby wygenerować w pełni losowe, nieprzewidywalne ciągi znaków. Jakość algorytmów szyfrujących wzrosłaby, co przełożyłoby się na zwiększenie bezpieczeństwa naszych danych przechowywanych m.in. w internecie.

Jednym z pierwszych zastosowań rozwiązań kwantowych może być stworzenie zegarów optycznych. Zespół odpowiedzialny za iqClock twierdzi, że zegary takie wykazują znacznie większą dokładność niż jakakolwiek inna technologia stosowana do pomiaru czasu. Charakteryzują się tak stabilną częstotliwością pracy, że na przestrzeni istnienia całego wszechświata ich opóźnienie względem realnego upływu czasu wyniosłoby zaledwie jedną sekundę.

– Zakres zastosowania technologii kwantowych w przyszłości jest bardzo trudny do przewidzenia. Przy obecnym stanie wiedzy możemy powiedzieć, że rozwiążą nasze problemy z bezpieczeństwem, dając praktycznie stuprocentowe zabezpieczenie transmisji i przechowywania danych. Dzięki komputerom kwantowym zyskamy też znacznie większą moc obliczeniową. Wiele problemów, które są obecnie niemożliwe do rozwiązania albo wymagają setek lat obliczeń, będzie można rozwiązać w ciągu kilku minut – twierdzi  Lydia Sanmartí Vila.

Wprowadzenie do powszechnego użytku komputerów kwantowych umożliwiłoby także stworzenie systemów, których nie jesteśmy w stanie skonstruować przy zastosowaniu technologii krzemowej. Komputery kwantowe pozwoliłyby skonstruować modele symulacyjne żywych organizmów, na których naukowcy mogliby np. testować nowe leki.

Projekt OpenSuperQ realizowany w ramach Quantum Flagship zakłada stworzenie 100-kubitowego systemu obliczeniowego. Maszyna dysponowałaby wystarczającą mocą obliczeniową do przeprowadzania zaawansowanych badań nad sztuczną inteligencją oraz skomplikowanych obliczeń kwantowych – w tym m.in. z dziedziny medycyny. Jeśli projekt uda się zrealizować, naukowcy otrzymają jedną z najbardziej zawansowanych maszyn kwantowych na świecie i pierwszą tego typu w Europie.

Pełen zakres wykorzystania technologii kwantowych jest trudny do przewidzenia, dlatego w ramach projektu Quantum Flagship wyznaczono cztery szeroko pojęte kategorie badań, które pozwalają starać się o dofinansowanie: obliczenia kwantowe, czujniki i metrologia kwantowa, symulacje kwantowe oraz komunikacja kwantowa.

– Wszystkie cztery filary są ze sobą w wielu punktach zbieżne i każdy przechodzić będzie przez inne kluczowe etapy rozwoju w różnym czasie. Obecny harmonogram jest aktualny na ten moment i odzwierciedla nasze myślenie w tej chwili, ale za pięć lat wszystko może się zmienić w miarę jak nasza wiedza na temat technologii kwantowych będzie się poszerzać i ich rozwój będzie postępował – przewiduje Lydia Sanmartí Vila.

Według wyliczeń firmy marketsandMarkets wartość rynku komputerów kwantowych w 2016 wynosiła 88,5 mln dol. Szacuje, że do 2023 roku wzrośnie do 495,3 mln przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29 proc.

Kurs dolara – prognozy na najbliższe dni

W przyszłym tygodniu decydenci Rezerwy Federalnej podejmą kolejne decyzje dotyczące kształtowania się polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Konsensus rynkowy w kontekście spotkania spodziewa się gwałtownej aktualizacji projekcji stóp procentowych FOMC.

Podczas ostatniego spotkania FOMC, które odbyło się w grudniu ubiegłego roku, opublikowano projekcje zakładające znacznie wolniejsze tempo podwyżek stóp procentowych w 2019 roku w porównaniu z poprzednim rokiem. W tak zwanym „dot plocie”, czyli w wykresie punktowym obrazującym oczekiwany przez poszczególnych decydentów poziom stóp procentowych na zakończenie najbliższych kilku lat, członkowie Rezerwy Federalnej spodziewali się mniej więcej dwóch podwyżek stóp procentowych w 2019 roku, w porównaniu do czterech podwyżek do których doszło w 2018 r.

Od czasu grudniowego spotkania retoryka Rezerwy Federalnej uległa jednak znaczącej zmianie, a decydenci FOMC zaczęli wygłaszać znacznie bardziej „gołębie” opinie. Przewodniczący Fed, Jerome Powell, podczas spotkania Rezerwy Federalnej w styczniu wypowiadał się dość ostrożnie. W swoim przemówieniu Powell nie wspominał już o tym, że pozytywne i negatywne czynniki ryzyka dla perspektyw gospodarczych „mniej więcej się równoważą”, stwierdził natomiast, że potrzeba kolejnych podwyżek stóp procentowych wyraźnie „osłabła”. Przewodniczący Fed niedawno stwierdził też, że stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych mogą być blisko poziomu „neutralnego”, czyli takiego, który zapewnia jednocześnie stabilną inflację w długim okresie, jak i wzrost gospodarczy zbliżony do długookresowego trendu.

Ta gwałtowna zmiana w retoryce Fedu naszym zdaniem w znacznej części związana jest z publikacją słabszych danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki, szczególnie tych wskazujących spowolnienie inflacji w USA. Inflacja CPI na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy spadła do zaledwie 1,5% i po raz pierwszy od połowy 2017 roku znalazła się na poziomie niższym od 2-procentowego celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.

Inflacja w USA (2014-2019)

Inflacja w USAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 12/03/2019

Publikowane od stycznia słabsze wskaźniki aktywności w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza dotyczące sytuacji w sektorze przemysłowym i sprzedaży detalicznej, nieco osłabiły narrację dotyczącą rozbieżności w wynikach gospodarczych między USA a resztą gospodarek rozwiniętych. W 2019 roku wyraźnie spadł wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie, który na bieżąco szacuje aktywność gospodarczą w amerykańskiej gospodarce na podstawie wcześniej opublikowanych danych.  Indeks sugeruje, że w pierwszym kwartale bieżącego roku Stany Zjednoczone doświadczą wzrostu o jedyne 0,3% w ujęciu SAAR (ujęciu zanualizowanym po odsezonowaniu).

Wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie w USA (lipiec ’18-marzec ’19)

Wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie w USAŹródło: Bloomberg Data: 13/03/2019

Szereg negatywnych, zewnętrznych czynników ryzyka również może budzić obawy co do dalszych losów gospodarki USA, a tym samym zmniejszyć potrzebę zacieśniania polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną w bieżącym roku. Wzrost gospodarki światowej wyraźnie zwalnia. Spowolnienie obserwowane jest zwłaszcza w Chinach i w strefie euro, a utrzymująca się niepewność co do dalszych losów Brexitu, jak i obawy co do dalszych losów handlu międzynarodowego, nie wydają się sprzyjać podnoszeniu stóp procentowych. O ile nie spodziewamy się, żeby w najbliższym czasie w Stanach Zjednoczonych miało dojść do recesji, jesteśmy zdania, że amerykańskiej gospodarce obecnie dość daleko jest do „przegrzania” – aktywność w USA jest raczej w fazie schładzania. Zważając na powyższe uważamy, że na najbliższym spotkaniu Rezerwy Federalnej z dużym prawdopodobieństwem dojdzie do obniżenia oczekiwań wyrażonych w „dot plocie” FOMC. Oczekujemy, że mediana nowego „dot plot” będzie wskazywać na brak jakichkolwiek podwyżek stóp procentowych w 2019 roku. Taka zmiana oznaczałoby również, że obniżeniu uległaby prognozowana długookresowa stopa równowagi, która tym samym osiągnęłaby poziom równy albo nieco wyższy od obecnej wartości stóp procentowych Rezerwy Federalnej. Tym samym prognoza FOMC pokryłaby się z prognozą rynku. Obecnie fed fund futures nie wskazują, żeby rynek w jakimkolwiek stopniu spodziewał się nawet jednej podwyżki stóp procentowych. Zgodnie z wyceną rynku dużo bardziej prawdopodobna jest obniżka stóp procentowych.

Inwestorzy na rynku walutowym zdają się jednak w większości pomijać gołębią retorykę Fed. Dotychczas w 2019 roku decydowali się oni raczej na sprzedaż euro ze względu na dość rozczarowujące odczyty płynące z bloku walutowego, jak i na podobnie „gołębią” retorykę Europejskiego Banku Centralnego podczas spotkania w marcu. Tym samym kurs wspólnej europejskiej waluty względem dolara amerykańskiego spadł do najniższego poziomu od niemal dwóch lat, aczkolwiek euro zaczęło odrabiać część poniesionych strat.

Kurs USD/EUR & USD/PLN (styczeń ’19-marzec ’19)

Kurs USD EUR & USD PLNŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 15/03/2019

Uważamy, że jeżeli na spotkaniu w najbliższą środę, Rezerwa Federalna potwierdzi efektywne zakończenie cyklu zacieśniania polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych i towarzyszące temu „gołębie” komentarze Jerome Powella, na rynku walutowym może dojść do wzrostu kursu EUR/USD, dotychczas kierującego się w dół. Tym samym kurs wspólnej europejskiej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego może powrócić do oczekiwanego przez nas poziomu 1,15 na koniec kwartału i utrzymać się w okolicy tego poziomu do końca bieżącego roku.

Niskie oczekiwania względem dodatkowych podwyżek stóp procentowych oznaczają jednak, że osłabienie dolara amerykańskiego związane z gołębią retoryką Fed raczej nie będzie natychmiastowe, a względnie stopniowe i o potencjalnie ograniczonej skali.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, analitycy Ebury

Brazylia – jak gospodarczy cud zamienił się w koszmar

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Świetny program wspierania rodzin, niezwykle długi okres szybkiego wzrostu PKB, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To obraz Brazylii sprzed kilku lat. Teraz natomiast, po największej w historii recesji, przyszedł czas wyrzeczeń, czyli podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji. Co poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W ubiegły weekend najlepsze szkoły samby zakończyły występy w Rio De Janeiro. Dla Brazylijczyków powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach może być mniej bolesny niż realia, które nastały po wieloletniej ekonomicznej fieście. Zakończyła się ona niezwykle gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty w 2014 roku, dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób oraz olbrzymimi roszadami w brazylijskiej polityce.

Zaskoczenie dotyczące Brazylii i trudności w ocenie jej sytuacji są tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Brazylia jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych. Kogo można winić za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?

Genialny pomysł – warunkowa gotówka dla rodzin

W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono pierwsze bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.

Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu i relatywnie spokojnych cen. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. I tutaj na arenę wkracza szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) w zamian za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały swoje zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.

Program Bolsa Familia (szeroko opisywana np. przez Wojciecha Duranowskiego) sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale również stał się bohaterem narodowym i ikoną dla prospołecznej polityki gospodarczej. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, przywódca miał nawet 80 proc. poparcia (2010 r.).

Mensalão

Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc. Inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.

Pewne zawahanie się popularności nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni mensalão, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.

Afera finalnie nie zmieniła jednak obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych przyczyn katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu – mówiła na łamach „The New York Times” dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka. – Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – argumentowała de Bolle, która jest jednocześnie ekonomistką w amerykańskim think-tanku Peterson Institute for International Economics.

Populizm polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia, a dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli na nie przechodzić w wieku znacznie poniżej 60 lat. Rząd ochoczo (często o kilkanaście proc. rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.

Władze utrzymywały także bardzo silne kontakty ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Deficyt zawsze pod korek, ale dług nie rośnie

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany pod 3-procentowy korek. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. otrzeć się nawet o zbilansowane finanse publiczne.

Wysoki deficyt nie przekładał się natomiast na wyraźny wzrost wskaźników opisujących zadłużenie. Dlaczego? Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec 54,2 proc.

Suchą stopą przez kryzys

Sceptycy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musieli zamilknąć, gdy okazało się, że kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach gospodarka urosła ponad 12 proc. i tylko 2008 był rokiem stabilizacji PKB.

Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu na te surowce z Chin), to jednak niezaprzeczalny był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.

Samouwielbienie władzy

Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. W orędziu prezydenckim, według cytatu z książki „Brazil’s Lula: The Rise and Fall of an Icon”, mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity przekształcając się w kraj rozwinięty”.

Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Rosnące ceny elektryczności trzeba zamrozić

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.

Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do prądu niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.

Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty dla gospodarstw domowych, ale także obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co także ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.

Największa w historii recesja

W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata, wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. PKB, według danych MFW. W kolejnych trzech latach średnio przekraczał 8 proc. W rezultacie dług do PKB wystrzelił do poziomu 88,4 proc.

Chaos w finansach publicznych spowodował cięcie ratingu do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,57 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc. PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii dla brazylijskiej gospodarki.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze w ostatnich latach zbiegło się również z olbrzymią aferą korupcyjną obrazującą patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa czy nawet zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).

Afera dosłownie przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.

Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o drastycznym podniesieniu wieku emerytalnego i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli niespełna 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.

Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, tylko zła polityka

Utrzymująca się zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii. Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą związaną ze zbyt silną i procykliczną stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi cenami surowców.

Wysoki wzrost PKB i konsumpcja ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję i ingerencję państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.

Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.

Branża transportowa na zakręcie

Przedsiębiorców z branży transportowej czeka ciężki okres. Stracili jedną z najważniejszych przewag, którą mieli nad konkurencją z zagranicy – tanie zasoby siły roboczej. Wpłynęło to również na ich płynność finansową, która została znacznie zachwiana. Oprócz kosztów porad prawnych i dostosowywania przedsiębiorstwa do funkcjonowania w innym kraju, dochodzą kwestie utrzymania płynności finansowej. W styczniu 2019 odnotowano 98 niewypłacalnych przedsiębiorstw, gdzie na trzecim miejscu znalazł się sektor transportowy[1].

Według danych[2] kierowca z kategorią prawa jazdy C+E w 2017 r., w ruchu krajowym zarabiał przeciętnie 6200 zł brutto. Jeszcze lepiej wyglądają zarobki w ruchu międzynarodowym, mediana płac tych kierowców wynosi 8600 zł brutto. Pensje w skali kraju są wysokie, jednak w porównaniu do kierowców zatrudnionych za granicą jest to niewysokie wynagrodzenie. Relatywnie niskie płace przekładają się na niższe koszta operacyjne i niższe stawki za usługi, stanowiąc o sile polskich przedsiębiorstw. Polskie firmy transportowe muszą obecnie wręcz walczyć o pracowników.

Nowe unijne regulacje

Rynek transportowy w UE w ponad 25 proc. należy do polskich przedsiębiorstw i to o ten kawałek tortu od lat toczy się walka. Głównie lobbing z Niemiec i Francji doprowadził do zatwierdzenia przez ministrów państw UE w czerwcu zeszłego roku dyrektywy o pracownikach delegowanych. Dokument – z punktu widzenia polskich firm – jest wyjątkowo niekorzystny. Ogranicza on okres delegowania pracowników do 12 miesięcy z możliwością przedłużenia o sześć miesięcy na podstawie „uzasadnionej notyfikacji” przedstawionej przez przedsiębiorcę władzom państwa przyjmującego. Przyjęcie przepisów może oznaczać, że wiele firm będzie zmuszonych zamknąć działalność lub przenieść się do kraju, do którego dotychczas delegowało pracowników. Zmiany wiążą się z ogromnym wzrostem kosztów – wliczając w to choćby porady prawne i dostosowywanie przedsiębiorstwa do funkcjonowania w innym kraju, jak również zadbanie o płynność finansową firmy.

Obecne przepisy wymagają, by pracownik delegowany otrzymywał przynajmniej pensję minimalną kraju przyjmującego, ale wszystkie składki socjalne odprowadzał w państwie, które go wysyła. Zmiany przepisów w tej sprawie przewidują wypłatę wynagrodzenia na takich samych zasadach, jak w przypadku pracownika lokalnego. Regulacje mają wejść w życie w połowie 2020 roku. Sprzeciw niektórych państw członkowskich doprowadził do tego, że przepisy o transporcie miały zostać poddane pod osobną dyskusję. Jednak i to nie rozwiązało problemu.

Z nowych ustaleń wynika, że jeśli kierowca będzie wykonywał przewóz z kraju, w którym mieści się siedziba firmy, do innego państwa, to będzie wyłączony z przepisów o delegowaniu. Jednocześnie w drodze do kraju docelowego kierowca będzie mógł wykonać jeden dodatkowy załadunek lub rozładunek, co również nie będzie wiązało się z podleganiem przepisom o delegowaniu. Podobnie jeden załadunek i wyładunek będzie mógł zostać przeprowadzony w drodze powrotnej. Inna opcja, na którą mają zezwalać nowe przepisy, to brak dodatkowego załadunku lub wyładunku w drodze do punktu docelowego, a w zamian możliwość dokonaniu dwóch załadunków lub wyładunków w drodze powrotnej. Problem polega na tym, że nie będzie można wykonać operacji kabotażu, do której przepisy o delegowaniu będą już obowiązywać. Dodatkowo nałożono przymus montowania w samochodach tachografów, które będą monitorować, czy przewozy są realizowane zgodnie z prawem unijnym.

Branża transportowa a problemy finansowe

W 2018 roku zadłużenie polskich przewoźników sięgało 925 mln złotych[3]. Jak twierdzą analitycy, problemy polskiego sektora transportowego związane są z dużą konkurencją cenową, ze wzrostem kosztów paliwa oraz kosztów prowadzenia działalności[4].

– Taki stan rzeczy może wpłynąć na zachwianie płynności finansowej polskich przedsiębiorstw branży transportowej – szczególnie tych z sektora MSP – które będą musiały sięgać po dodatkowe finansowanie celem uniknięcia utraty rentowności. Niestety banki nie uwzględniają wszystkich potrzeb przedsiębiorców, zazwyczaj wiąże się to z długim oczekiwaniem na decyzję i koniecznością zebrania wielu dokumentów. W rzeczywistości, najważniejszy jest czas i swoboda przedsiębiorców w podejmowaniu decyzji na co przeznaczyć pieniądze, np. na wypłatę wynagrodzeń, podatek czy ratę leasingu, mówi Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Polska mikroprzedsiębiorczość stanowi w ogromnej mierze o sile naszej gospodarki. Mimo to firmy zderzają się masowo z barierami, utrudniającymi prowadzenie własnego biznesu, zwłaszcza w obszarze transportu. Wśród czynników, które negatywnie wpływają na działanie przedsiębiorstwa m.in. są częste zmiany w prawie oraz brak finansów na zatrudnienie bardziej kwalifikowanych pracowników, a za największy z nich polscy przedsiębiorcy uważają brak płatności na czas i kłopoty ze ściąganiem należności od kontrahentów (20,5 proc.)[5]. Wspomniane problemy najczęściej zgłaszają małe przedsiębiorstwa, zatrudniające do 49 osób.

  • [1] Raport Euler Hermes, Niewypłacalność polskich firm
  • [2] Raport „pracuj.pl”
  • [3] Raport Krajowego Rejestru Długów
  • [4] Raport Euler Hermes, Niewypłacalność polskich firm
  • [5] Badania Keralla Research przeprowadzonych na zlecenie BIG InfoMonitor

Perfumy w miejscu pracy. Na ile mozemy sobie pozwolic

Perfumy w miejscu pracy. Na ile mozemy sobie pozwolicPonieważ w pracy spędzamy dużą część życia, zazwyczaj pragniemy dobrze się w niej prezentować – nie tylko pod względem kompetencji, ale również wizerunku, na który składa się wygląd czy… zapach. Właśnie: to ciekawe zagadnienie. Czy istnieją granice związane ze stosowaniem perfum w pracy? W jakim stopniu możemy sobie pozwolić w tej kwestii? Przyjrzyjmy się jej bliżej.

Jeżeli prześledzimy doniesienia medialne z państw, w których często dochodzi do procesów cywilnych, np. USA, dowiemy się, że… można pozwać koleżankę z biura za „nękanie” zapachem w miejscu pracy. Problemem nie jest jednak brak higieny i związany z tym nieprzyjemny zapach, a wręcz przeciwnie – zbyt intensywne i drażniące perfumy!

Kosmetyki, których używamy, żeby poczuć się lepiej i pewniej, mogą działać na drugą osobę z zupełnie odwrotnym skutkiem. Nie chodzi tylko o kwestie upodobań, bo wszyscy zgodzimy się, że gusta są różne. Jedni wolą nuty kwiatowe, inni mocniejsze, bardziej wieczorowe – to kwestia co najwyżej prywatnych upodobań. Jeżeli jednak w miejscu pracy nie czujemy niczego innego niż perfum kolegi lub koleżanki, sytuacja przestaje być zabawna.

Po pierwsze, poprzez zbyt intensywny zapach perfum zwyczajnie krzywdzi się innych. Osoby obdarzone wrażliwym węchem, ze skłonnościami do silnych bólów głowy, dosłownie cierpią pod wpływem mocnych zapachów. Przesadna aplikacja perfum przez koleżankę z pracy może się dla nich zakończyć nudnościami, migreną i fatalnym samopoczuciem, na które trudno znaleźć inne lekarstwo niż jak najszybszą ucieczkę na świeże powietrze. A o to, jak wiemy, w pracy niezbyt łatwo.

Po drugie – intensywność perfum dekoncentruje, co może przynieść równie fatalne skutki na hali produkcyjnej i w korporacyjnym biurze firmy. Dlaczego? Są różne argumenty. Niektórzy nie znoszą konkretnych aromatów. Inni reagują na perfumy skojarzeniami. Wyczuwając konkretny produkt znanej marki, mimowolnie skupiają się na tym, skąd go znają (np. używała go była dziewczyna), a nie na tym, co mają do zrobienia.

Idąc jeszcze dalej: wiele perfum działa dzięki feromonom, pobudzając osoby dookoła. Ma to sens na randce lub podczas wyjścia ze znajomymi, aczkolwiek niekoniecznie przydaje się w pracy. Dobrze jest kojarzyć się ze stylowym zapachem, ale nie można nim paraliżować pracy całej organizacji.

PPP – Pachnący Profesjonalny Pracownik

Mówiliśmy już o tym, że perfumy składają się na nasz wizerunek. Dla wielu osób wybór konkretnych marek to nawyk i element budowania własnego prestiżu. Każdy zainteresowany tematem rozpozna na ulicy kultowe zapachy Bossa, Versace, Calvina Kleina, Armaniego czy nawet Elizabeth Arden. Dlatego, pracując wśród ludzi, wszyscy chcemy używać perfum, które lubimy. Pod tym względem najważniejszy jest umiar – to oznaka profesjonalizmu i szacunku wobec współpracowników oraz kontrahentów.

8-godzinna praca w biurze to nie pikantna randka we dwoje czy wyjście do klubu, dlatego wybieraj perfumy lekkie. Trafnym wyborem mogą być mgiełki zapachowe – dyskretnie dodające uroku i niewyczuwalne z dużej odległości. Przy okazji pamiętaj o tym, że często ulegamy złudzeniom. „Wylewamy na siebie litry perfum”, oczywiście w przenośni, bo wydaje nam się, że w ogóle ich nie czuć. Aczkolwiek przecież węch przyzwyczaja się do zapachu i nie wyróżnia go (inaczej człowiek chyba zwariowałby sam ze sobą). W związku z tym poprzestań na maksymalnie kilku niewielkich psiknięciach! Inni na pewno to poczują.

Perfumy świetnie się spisują podczas spotkań twarzą w twarz. Dodają pewności siebie, podkreślają styl, budzą pozytywne skojarzenia u innych osób. Należy pamiętać, że gdy czuć Cię na kilometr, współpracownicy marzą zaś o jak najszybszym uchyleniu okna, rujnujesz swój wizerunek, a nawet najdroższe perfumy wywołują skutek odwrotny do zamierzonego. Nie wspominając już o realnym ryzyku, że przez Twoją dłuższą obecność w pomieszczeniu… ktoś zwymiotuje albo sparaliżuje go ból głowy.

Nie ryzykuj

Pamiętaj, że wielu pracodawców i znajomych z pracy nie waha się wyrazić na głos dosadnych opinii. Jeżeli swoim intensywnym zapachem uniemożliwisz innym efektywną pracę, kierownicy mogą się tym zainteresować. A przecież nikt nie chce się tłumaczyć z tego, jak pachnie, zwłaszcza jeżeli stosuje perfumy, żeby wywrzeć pozytywne wrażenie.

Oddzielaj sferę zawodową od prywatnej. Stawiaj na stonowane zapachy w niewielkich ilościach. Zadziałają zgodnie z oczekiwaniami, a jednocześnie nie przeszkodzą nikomu w pracy. Podobnie jak w kościele, na pogrzebie lub podczas ważnej uroczystości, również w pracy istnieją pewne granice, których przekroczenie jest – delikatnie mówiąc – niewskazane i nieeleganckie.

Przez ostre, męskie zapachy i dominujące, wieczorowe perfumy dla pań można kompletnie odlecieć myślami i stracić pewność siebie. Być może wiesz o tym i świadomie używasz pewnych flakonów przed wyjściem do pracy. Uświadom sobie jednak, że to niezbyt dobrze widziane, szczególnie gdy tak bardzo wzrosła świadomość na temat budowania wizerunku i niepisanych reguł zachowań w miejscu pracy.

Jest tyle pięknych zapachów na rynku. Z pewnością znajdziesz odpowiedni do pracy, a delikatna aplikacja sprawi, że flakon starczy na długo. Z korzyścią dla Ciebie i współpracowników!

Źródło: Polski prawnik w UK

CEO Lloyd Group, Kamil Kosior o rozwoju biznesu zarządzania najmem

Czeska Praga na kilka dni stanie się stolicą branży nieruchomości. W dn. 17-19 marca odbędzie się konferencja VRMA (Vacation Rental Management Association), poświęcona w całości biznesowi najmu nieruchomości. Prelegentem podczas jednego z najbardziej prestiżowych, branżowych wydarzeń w Europie będzie Kamil Kosior, CEO Lloyd Group.

Konferencja VRMA to spotkanie specjalistów działających w branży wynajmu nieruchomości. Uczestnicy będą mogli uzyskać wskazówki ekspertów dotyczące zwiększania rentowności biznesu, dowiedzieć się, jakie trendy kształtują rynek wynajmu nieruchomości oraz poznać najlepsze praktyki w zakresie współpracy na linii najemca-wynajmujący.

Kamil Kosior, CEO Lloyd Group
Kamil Kosior, CEO Lloyd Group

Jednym z uczestników konferencji będzie Kamil Kosior, CEO Lloyd Group. Wiodącym tematem prelekcji będzie natomiast rozwój biznesu zarządzania najmem. W swojej prezentacji skupi się na jednej z marek wchodzących w skład Grupy – Rent like home, która obecnie zarządza 250 apartamentami w Warszawie, Zakopanem oraz Międzyzdrojach. – VMRA to jedna z najważniejszych platform wymiany doświadczeń biznesowych z zakresu najmu krótkoterminowego z zasięgiem globalnym. Miłe zaskoczenie, że nasza polska marka Rent like home została doceniona przez organizatorów konferencji. Znaleźć się wśród najlepszych ekspertów z całego świata to duża odpowiedzialność. Korzystając z tego wyróżnienia będę mieć okazję w ramach swojej prelekcji podzielić się wiedzą o rozwoju
i organizacji naszej marki, której szybki wzrost będzie w mojej ocenie ciekawą inspiracją dla branży – powiedział Kamil Kosior.

Zmiany w Galerii Bronowice w Krakowie

Galeria Bronowice, zarządzana przez Ceetrus Polska, bardzo dynamicznie wkroczyła w rok 2019. Nowe umowy, wzmocnienie tenant-mix, kolejne udogodnienia dla klientów oraz rozpoczęcie budowy nowego wejścia do obiektu to tylko część zmian, jakie dzieją się w krakowskim centrum handlowym.

18 marca 2019 roku Galeria Bronowice rozpoczyna dużą inwestycję, związaną z budową dodatkowego wejścia do obiektu. Powstaną schody zewnętrzne z windą oraz mała architektura i wiata rowerowa. Dodatkowe wejście umożliwi komunikację pieszą z terenu zewnętrznego na poziom +1 parkingu. Przewidziany czas budowy to około 6 miesięcy.

O powstaniu dodatkowego wejścia od strony sklepu IKEA myśleliśmy już od dawna, wnioskowali też o to nasi klienci. Zmiana ta zdecydowanie ułatwi odwiedzającym komunikację z naszą Galerią, skracając czas dotarcia na zakupy – podkreśla Aleksandra Rzońca, Dyrektor Galerii Bronowice. I dodaje: – W trakcie budowy ograniczone będzie dotarcie i wyjazd z parkingu na poziomie -1 od strony ul. Sosnowieckiej. Dotyczy to dni roboczych, w weekendy ograniczenie to nie będzie obowiązywać.

Oprócz zmian architektonicznych równie dużo dzieje się na mapie handlowej Galerii Bronowice. Wzmocnieniu uległa modowa oferta – już niebawem otwarty zostanie tu ponad 750-metrowy, pierwszy w Krakowie, salon Kappahl. Trwają również prace związane z modernizacją i powiększeniem salonu 4F. Ostatnio został także otwarty, pod szyldem znanej dotychczas  z usług farmaceutycznych marki Dr.Max, pierwszy w Polsce gabinet w centrum handlowym, gdzie pacjenci mogą liczyć na szybką konsultację lekarską w przerwie między zakupami. Po rozbudowie otwarty został salon Diverse. Wzrosła także oferta usług, dostępnych w Centrum – pojawił się m.in. paczkomat oraz ekopudełko, niezwykły kosz, do którego można oddawać zużyte przedmioty zagrażające środowisku – płyty CD, drobną elektronikę, baterie oraz żarówki.

– Wzrost odwiedzalności i przychodów, którymi zamknęliśmy miniony rok, pokazuje, że pomimo wprowadzenia tzw. niehandlowych niedziel i aktywności nowego, konkurencyjnego centrum handlowego, jesteśmy atrakcyjni dla mieszkańców Krakowa i jego północnych sąsiadów. Tym bardziej więc intensyfikujemy wysiłki, by powiększać naszą ofertę i komfort przebywania oraz dotarcia do Galerii Bronowice – mówi Aleksandra Rzońca.

Warto również przypomnieć wyniki badań, jakie prowadziła firma ARC Rynek i Opinia wśród osób odwiedzających Galerię Bronowice i w tzw. strefie zasięgu. Potwierdziły one, że pozycja Galerii jest silna na tle konkurencji – wg badanej grupy Galeria jest najlepiej znanym centrum handlowym w Krakowie i okolicach. Również pod względem odwiedzania znajduje się na pierwszej pozycji w rankingu – bywa tu średnio trzech na czterech mieszkańców strefy zasięgu.

– Widać więc, że nasze wielokierunkowe działania, prowadzące do podniesienia oferty, jakości i komfortu zakupów przyniosły fantastyczne efekty. Jesteśmy także postrzegani jako miejsce idealne na przyjemne, komfortowe zakupy. Według odwiedzających dużą zaletą Galerii jest atmosfera. Jest miło, jest wiele miejsc przeznaczonych do odpoczynku, a sama obiekt jest estetyczny, z życzliwą obsługą – dodaje Aleksandra Rzońca.

Van Eupen Logistik wprowadzi się do MLP Unna

Firma logistyczna z Essen została pierwszym najemcą w parku logistycznym MLP Unna. Van Eupen Logistik będzie korzystać z 10,3 tys. m2 powierzchni magazynowej. MLP Group prowadzi negocjacje z kolejnymi potencjalnymi najemcami zainteresowanymi oferowanymi powierzchniami.

MLP Group rusza z komercjalizacją parku logistycznego MLP Unna rozwijanego na rynku niemieckim. Pierwszym najemcą została firma Van Eupen Logistik, która wynajęła łącznie 10,3 tys. m2 powierzchni magazynowej i socjalno-biurowej. Obiekt jest gotowy do użytkowania i przekazania klientowi. Jako doradca ds. nieruchomości w transakcji pośredniczyła agencja Brockhoff.  

Van Eupen Logistik jest firmą logistyczną z siedzibą w Essen w Niemczech, posiadającą ogólnokrajową sieć dystrybucji. Poprzez logistykę kontraktową oferuje wszystkie branżowe usługi wysokiej jakości w zakresie transportu, logistyki i magazynowania, napraw i remontów, usług związanych z przenoszeniem działalności gospodarczej i projektów, a także doradztwem i rozwojem.

„Cieszymy się, że możemy podpisać naszą pierwszą umowę najmu powierzchni magazynowej w parku logistycznym MLP Unna. Zaoferowaliśmy klientowi elastyczne i szybkie rozwiązanie dla jego operacji logistycznych” – podkreślił Patrick Kurowski, Country Manager MLP Group S.A. odpowiedzialny na rozwój parków logistycznych na rynku niemieckim i austriackim.

MLP Unna jest parkiem logistyczno-produkcyjnym położonym na działce o powierzchni 12,5 ha, Docelowa łączna powierzchnia najmu wyniesie ok. 60 tys. m2 nowoczesnych magazynów. MLP Unna znajduje się w miejscowości Unna w Nadrenii Północnej-Westfalii w obszarze metropolitarnym Zagłębia Ruhry, który jest jednym z największych rynków logistycznych w Europie.

Kryptowalut nie obchodzi brexit. Bitcoin oazą stabilności

Polityka monetarna Rezerwy Federalnej, globalne spowolnienie gospodarcze, brexit, negocjacje handlowe USA i Chin – te wydarzenia wywołują ostatnio ogromne wahania na rynku akcji, obligacji czy walut, w znikomym jednak stopniu wpływają na kryptowaluty. To może być cenny sygnał dla inwestorów – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Ceny większości najpopularniejszych kryptowalut stoją w miejscu. Od blisko miesiąca cena bitcoina porusza się w bardzo wąskim przedziale ok. 3,6-4 tys. dolarów. Jeżeli popatrzymy nieco szerzej – od końcówki listopada do dzisiaj notowania mieszczą się w przedziale ok. 3,15-4,30 tys. dol. Jak na wahania, do jakich przyzwyczaiły nas kryptowaluty, to naprawdę niewiele. Oczywiście wcześniej były istotne spadki – na przełomie lat 2017 i 2018 czy nawet jeszcze w połowie listopada ub.r., który w szybkim tempie sprowadził ceny bitcoina z 6,5 tys. dol. do poziomo o niemal połowę niższego. Bieżący stan, w jakim znalazły się kryptowaluty, niekoniecznie musi być jednak zły. Biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia ekonomiczne i geopolityczne, stabilizację kryptowalut można nawet wziąć za ich ogromny plus.

Gdy w świecie kryptowalut zapanował stan stabilności, rynek akcji przeżył prawdziwy rollercoaster. W trzy grudniowe tygodnie największe indeksy giełdowe w USA – m.in. Dow, S&P500 czy Nasdaq – potraciły ponad 15 proc. w trzy tygodnie. Od świąt Bożego Narodzenia do dzisiaj odrobiły wszystko z nawiązką, zyskując ok. 20 proc. Stało się tak, ponieważ zmaterializowały się obawy o silniejsze od oczekiwań spowolnienie gospodarcze w strefie euro, spełniła się perspektywa podwyżek stóp procentowych w USA, negocjacje handlowe USA i Chiny wciąż się toczą.

Praktycznie w tym samym czasie po osiągnięciu rocznych minimów wartości funta (w relacji do dolara) brytyjska waluta zyskała do dzisiaj ponad 6 proc. Tu rzecz rozbija się o niekończący się spektakl pt. Brexit. Dzienna rozpiętość notowań funta sięga czasami kilku procent, co zdarza się w przypadku walut krajów wschodzących. Tymczasem tu mamy do czynienia z jedną z najbardziej płynnych par walutowym – GBP/USD.

W całym gospodarczym i politycznym galimatiasie zachowanie się cen kryptowalut może zaskakiwać. Wygląda na to, że są one w dużym stopniu niewrażliwe na wydarzenia pokroju brexitu, spowolnienia wzrostu największych gospodarek czy polityki monetarnej największych banków centralnych. Ta bliska zeru korelacja z tradycyjnymi aktywami jest bardzo atrakcyjna z punktu widzenia inwestycyjnego, tj. dywersyfikacji portfela, dzięki której można istotnie zmniejszać ryzyko. Wprawdzie w przypadku kryptowalut nadal istnieje kilka zasadniczych przeszkód, by móc je wykorzystywać w taki sposób. Jedną z nich jest spadek cenowy w perspektywie ostatnich kilkunastu miesięcy. Plusy z dywersyfikacji znikają, gdyby miało się okazać, że kryptowaluty pozostają w trendzie spadkowym, a obecna stabilizacja ma charakter wyłącznie przejściowy.

Z pomocą mogłyby przyjść zmiany w prawie, które być może są tuż za rogiem. Implementacja kryptowalut wielkie i rozpoznawalne światowe firmy, m.in. JP Morgan czy Facebook, prawdopodobnie szerzej otwiera oczy politykom odpowiedzialnym za wprowadzanie takich zmian. I oto w ostatni wtorek Kevin McCarthy, lider Republikanów w Izbie Reprezentantów w USA, przyznał, że „blockchain zmienia i rewolucjonizuje bezpieczeństwo branży finansowej”, sugerując dlaczego Kongres miałby wprowadzić ten system, by być „efektywnym, wydajnym i odpowiedzialnym”. Co prawda McCarthy nie odniósł się bezpośrednio do kryptowalut, ale technologia blockchain jest podstawą większości z nich, w tym także bitcoina. Choć nie można definitywnie wykluczyć ryzyka dalszych spadków cenowych na rynku kryptowalut, ostatnie miesiące dają pozytywny sygnał na dalszą część roku – zarówno dla przeciętnego konsumenta, jak i instytucji finansowych.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu pod lupą znajdą się komunikatu banków centralnych: Fed, Banku Anglii i SNB, w szczególności jak instytucje oceniają globalne ryzyka dla wzrostu gospodarczego. Ponieważ łagodzenie nastawienia stało się nową normą, zachowawczość bankierów może być niespodzianką. Z danych najbardziej interesujące będą PKB z Nowej Zelandii, rynek pracy z Australii i PMI z Eurolandu. Pod koniec tygodnia UE będzie decydować o odroczeniu brexitu.

Przyszły tydzień: FOMC, ZEW, PMI z Eurolandu, brexit, BoE, Norges Bank, SNB, rynek pracy z Australii, PKB z NZ, inflacja/sprzedaż z Kanady

USA

W USA wydarzeniem tygodnia będzie decyzja Fed (śr). Oczekujemy utrzymania celu dla stopy rezerw federalnych na 2,25-2,50 proc. W komunikacie bank powtórzy za przekazem ze stycznia, że zachowuje „cierpliwość” w ocenie sytuacji gospodarczej przy oznakach słabości w kraju i na świecie. Prognozy wzrostu i inflacji raczej zostaną lekko skorygowane w dół, ale główna uwaga skupi się na prognozowanej ścieżce stóp procentowych. Większość członków FOMC przeszła w tryb „wait-nad-see”, przez co utrzymanie prognozy trzech podwyżek w tym roku jest niemożliwe. Pozostawienie jednej w tym i jednej w przyszłym roku wydaje się scenariuszem wyjściowym. Gołębio może zabrzmieć decyzja o zakończeniu programu redukcji sumy bilansowej w tym roku, choć rynek od jakiegoś był na nią przygotowywany. Największe ryzyko leży w podtrzymaniu optymizmu przez Fed, co by wzmocniło USD, ale też uderzyło w ryzykowne aktywa.

Strefa euro

Dane z Eurolandu ograniczają się do niemieckiego indeksu nastrojów ZEW (wt) oraz wstępnych szacunków PMI (pt). Ostatnie tygodnie przyniosły lekką poprawę w odczytach makro z Europy, co powinno przełożyć się na skromną poprawę nastrojów inwestorów, choć indeks wciąż pozostaje blisko 6-letnich dołków. Indeksy PMI mają niewiele powodów do wyraźnej poprawy przy rozgrzebanych tematach brexitu i rozmów handlowych USA-Chiny, ale też wydaje się, że tendencja spadkowa została zatrzymana. Z perspektywy EUR ważniejsze będą pozytywne zaskoczenia, biorąc pod uwagę negatywne nastawienie kapitału spekulacyjnego.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii premier May zamierza trzeci raz podjąć próbę przeforsowania swojego planu brexitu przez parlament (prawdopodobnie we wtorek). Jeśli się to uda, realnym staje się zgoda państw UE (szczyt 21-22 marca) na odroczenie brexitu do 30 czerwca. To byłoby najlepsze rozwiązanie dla GBP, ale ostatnie tygodnie nakapują z dużą dozą ostrożności podchodzić do wydarzeń w brytyjskiej polityce. Dane (rynek pracy – wt, inflacja – śr, sprzedaż detaliczna – czw) prawdopodobnie zejdą na drugi plan. Z powodu sagi brexitu Bank Anglii ma związane ręce i wydźwięk czwartkowej decyzji powinien być neutralny.
Norges Bank przyszykował rynek na podwyżkę stopy procentowej (czw), więc rezygnacja z tego planu w obliczu niepewności o globalną gospodarkę byłaby wielkim zaskoczeniem. W przypadku decyzji o podwyżce duża uwaga skupi się na ścieżce przyszłych podwyżek. Silniejszy wzrost, wyższa i inflacja ceny ropy naftowej oraz tańsza korona przemawiają za kontynuacją podwyżek. Ale ryzyka zewnętrzne mogą być tym czynnikiem, które powstrzymają Norges Bank od promieniować optymizmem. Wówczas ostatnia fala umocnienia NOK zostanie przerwana.

Szwajcaria

Zdecydowania mniejsza uwaga będzie towarzyszyć decyzji Narodowego Banku Szwajcarii (czw). Stopy procentowe bez zmian, frank dalej określany jako „wysoko wyceniany”, a perspektywy gospodarcze poddane negatywnej rewizji. Komunikat nie zmieni percepcji rynku, że SNB zacznie zmieniać nastawieni, dopiero gdy jastrzębiego zwrotu dokona EBC, aby nie wywoływać aprecjacji CHF.

Polska

W tym tygodniu otrzymamy główną porcję danych z Polski. Najważniejszymi będą produkcja przemysłowa (śr) i sprzedaż detaliczna (czw). Wahania sezonowe zaciążą na dynamikach miesięcznych, ale ogólnie dane nie powinny wysyłać sygnałów alarmowych. Złoty będzie szukał wskazówek w nastrojach zewnętrznych, a bez tego zanosi się na płaski dryf przy 4,30 za euro.

Japonia

Kalendarz z Japonii oferuje dane o bilansie handlowym (pon), produkcji przemysłowej pon) i inflacji CPI (pt), jednak JPY powinien przejść obok nich obojętnie. Umiarkowanie pozytywny dryf ryzykownych aktywów pomaga w podciąganiu USD/JPY wyżej, choć rynek pozostaje bardzo wrażliwy na skoki awersji do ryzyka. Zgrzyt w rozmowach handlowych USA-Chiny lub wzrost ryzyka chaotycznego brexitu mogą łatwo uruchamiać popyt na JPY.

Australia

Z Australii otrzymamy raport z rynku pracy (czw), który w ostatnich miesiącach był solidnym wsparciem dla AUD. Przy obudzonej dyskusji obniżkach stóp procentowych, kolejne dobre dane mogą być kubłem zimnej wody, który może wypłukać część z wiszących na rynku krótkich pozycji w AUD. W Nowej Zelandii główna uwaga będzie na PKB (śr). Prognozy są optymistyczne (0,6 proc. k/k) co w odniesieniu do rozczarowania z sąsiadującej Australii podnosi ryzyka po stronie rozczarowania. W ostatnim czasie NZD względnie opierał się sile USD i zachowywał się lepiej od AUD, więc rynek może być w niewygodnym położeniu posiadania długich pozycji wrażliwych na słabsze dane.

Kanada

W Kanadzie najważniejsze będą sprzedaż detaliczna i CPI (pt), jednak dość świeżo po komunikacie Banku Kanady wrażliwość rynku na dane będzie mniejsza. Jeśli już to silne odczyty staną w opozycji do ostrożnego podejścia BoC i mogą osłabić gołębie oczekiwania rynku (wycena 10 pb obniżki stopy procentowej do końca roku), które blokują CAD przed dyskontem premii z tytułu umocnienia ropy naftowej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Brytyjczycy przeciągają Brexit. Kurs funta się stabilizuje

Wszystko wskazuje na to, że niekończąca się brexitowa saga potrwa jeszcze dłużej. A przynajmniej na to liczą brytyjscy posłowie, po raz kolejny głosujący wczoraj w kwestii Brexitu. 

Izba Gmin w czwartek wieczorem przeważającą większością głosów opowiedziała się za odsunięciem Brexitu w czasie o co najmniej 3 miesiące. Tak krótki okres przedłużenia zakłada jednak, że udałoby się przyjąć porozumienie ws. wyjścia z UE – kolejne, trzecie już głosowanie w sprawie akceptacji umowy odbędzie się w środę. Jeśli nie, brytyjscy posłowie chcieliby jeszcze dłuższego opóźnienia Brexitu. Wniosek o odłożenie Brexitu w czasie nie jest prawnie wiążący i wymaga akceptacji strony europejskiej.

Komisja Europejska zdaje się być otwarta na odsunięcie w czasie Brexitu dłuższe niż 3 miesiące. Mimo, iż brytyjscy posłowie wczoraj opowiedzieli się przeciwko propozycji ogłoszenia drugiego referendum ws. Brexitu niewykluczone, że w przypadku długiego wydłużenia całego procesu mogłoby dojść i do tego. Wczorajsze głosowanie nie jest prawnie wiążące, a za drugim referendum opowiada się druga największa siła w brytyjskim parlamencie, czyli Partia Pracy.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,30-4,31. Wspólna europejska waluta wczoraj nie była poddana większym wahaniom w relacji do ważonego koszyka walut.

Dzisiejsze dane o inflacji w strefie euro nie przyniosły zbyt wielu rewelacji (tylko lekkie rewizje styczniowych wskaźników). W lutym dynamika cen wyniosła 1,5%, indeks bazowy z kolei znalazł się na poziomie 1% w ujęciu rocznym. Brak istotnych zmian bazowego wskaźnika uzasadnia gołębie nastawienie Europejskiego Banku Centralnego. W najbliższym czasie nie mamy co liczyć na podwyżki stóp procentowych w strefie euro.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 5,02-5,06. Dziś, podobnie jak wczoraj funt zachowuje się dużo spokojniej niż kilka dni wcześniej. Waluta stabilizuje się w okolicy poziomu 5,05.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,79-3,81. Dolar amerykański wczoraj zyskiwał w relacji do głównych walut. Wczorajsze dane z USA nieco rozczarowały: zarówno te o sprzedaży nowych nieruchomości w styczniu, jak i cotygodniowe o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych. Różnice w relacji do oczekiwań konsensusu były jednak dość niewielkie, a dane drugorzędne, więc reakcja rynku znikoma.

W kontekście Stanów Zjednoczonych i dolara warto wspomnieć, iż w ostatnich godzinach pojawiły się sugestie ze strony prezydenta USA, zgodnie z którymi informacje o możliwym porozumieniu w handlu z Chinami Donald Trump ma poznać w ciągu najbliższych 3-4 tygodni. Wszelkie informacje o rozwiązaniu konfliktu nieco paradoksalnie powinny negatywnie wpływać na USD, ze względu na status waluty jako „bezpiecznej przystani”.

Dziś poznamy dane o produkcji przemysłowej w USA w lutym, a także raport JOLT z amerykańskiego rynku pracy w styczniu. W piątek opublikowany zostanie również wstępny odczyt indeksu sentymentu konsumentów w USA według Uniwersytetu Michigan w marcu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w lutym
  • 15:00 – dane JOLT z amerykańskiego rynku pracy w styczniu
  • 15:00 – wstępny odczyt wskaźnika o sentyment

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Biznes zwiększa wydatki na analizę ryzyka, a także technologie i szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa

Cisco zaprezentowało piątą edycję rocznego raportu CISO Benchmark Study 2019. W badaniu wzięło udział ponad 3000 specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa z 18 krajów świata. Respondenci jako priorytety wskazali konsolidację dostawców rozwiązań cybersec, potrzebę współpracy pomiędzy zespołami zajmującymi się sieciami i cyberbezpieczeństwem, a także zwiększanie świadomości pracowników poprzez ćwiczenia praktyczne. Chcąc stawić czoła złożonym wyzwaniom z zakresu bezpieczeństwa, wielu specjalistów na stanowiskach chief information security oficer (CISO) jest coraz bardziej przekonanych, że migracja do chmury przyczyni się do wzrostu bezpieczeństwa.

Na współczesne, złożone środowiska cyberbezpieczeństwa często składają się rozwiązania pochodzące od 10 lub większej liczby dostawców, co może wpływać na ich przejrzystość. 65% respondentow przyznaje, że ma trudności z określeniem zakresu naruszeń bezpieczeństwa, ograniczeniem ich wpływu i zapobieganiem im w przyszłości. Nieznane zagrożenia funkcjonujące poza organziacją, które odpowiadają za ataki wykorzystując błędy użytkowników, dane, urządzenia i aplikacje również budzą niepokój u CISO, którzy wzięli udział w badaniu.

Aby stawić czoła tym wyzwaniom i lepiej chronić swoje organziacje:

  • 44% respondentów zwiększyło wydatki na technologie z zakresu bezpieczeństwa,
  • 39% respondentów prowadzi szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa wśród pracowników,
  • 39% respondentów koncentruje się na wdrażaniu technik mających na celu redukcję ryzyka wystąpienia cyberataku.

Respondenci zwrócili również uwagę na wciąż bardzo wysokie skutki finansowe cyberataków. Dla połowy uczestników badania, najpoważniejszy cyberatak wymierzony w ich organizację kosztował nie więcej niż pół mln USD. 45% respondentów zadeklarowało stratę przekraczającą kwotę 500 tys. USD, a dla 8% oznaczało to koszt nawet powyżej 5 mln USD.

Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland
Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland

„W tegorocznej edycji badania, więcej specjalistów na stanowiskach CISO niż kiedykolwiek wcześniej przyznaje, że działa proaktywnie, aby zredukować ryzyko wystąpienia cyberataku. Respondenci deklarują inwestycje w technologie krytyczne dla działania organizacji oraz rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa. Wciąż jednak jest wiele do zrobienia” – mówi Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w Cisco Polska. „Nie da się zabezpieczyć przed tym, czego nie widać, a specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa wciąż napotykają problemy związane z wglądem w zasoby IT i identyfikowaniem zagrożeń”.

Kluczowe wnioski z raportu wskazują wiele pozytywnych zmian dokonanych w ostatnim roku przez specjalistów ds. bezpieczeństwa:

  • Trend polegający na odchodzeniu od rozwiązań punktowych na rzecz konsolidacji rozwiązań trwa – w 2017 r. 54% respondentów przyznało, że korzysta z usług 10 lub mniej dostawców. W najnowszej edycji badania takiej odpowiedzi udzieliło 63% badanych.
  • W wielu przypadkach, rozwiązania pochodzące od dużej liczby dostawców nie są zintegrowane, co powoduje problemy związane z selekcją i nadawaniem priorytetów alertom i informacjom o incydentach. Badanie wykazało, że nawet ci specjaliści na stanowiskach CISO, którzy zadeklarowali, że korzystają z mniejszej liczby rozwiązań punktowych, mogliby lepiej zarządzać powiadomieniami, gdyby korzystali ze spójnej architektury.
  • Zespoły, które najbliżej współpracują ze sobą, odnotowują najmniejsze straty. Eliminacja silosów ma pozytywne skutki finansowe:
  • 95% specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa zadeklarowało, że ich zespoły odpowiadające za sieć i bezpieczeństwo współpracują blisko lub bardzo blisko.
  • 59% respondentów, którzy wskazali, że ich zespoły odpowiadające za sieć i bezpieczeństwo współpracują blisko lub bardzo blisko, przyznało również, że straty finansowe spowodowane najpoważniejszym atakiem wyniosły mniej niż 100 tys. USD.
  • Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa coraz bardziej ufają rozwiązaniom cyberbezpieczeństwa dostarczanym z chmury.
  • 93% specjalistów na stanowiskach CISO wskazało, że migracja do chmury przyczyniła się do zwiększenia efektywności ich zespołów.
  • Jednocześnie zmalała ocena stopnia trudności zabezpieczenia infrastruktury chmurowej – w 2019 za duże wyzwanie uważało to 52% ankietowanych, w porównaniu z 55% w roku 2017.
  • „Cyber zmęczenie” – rozumiane jako porzucenie starań, aby pozostać o krok przed cyberprzestępcami – spadło z 46% w 2018 roku do 30% w 2019 roku.

Jednak walka pomiędzy specjalistami ds. cyberbezpieczeństwa, a cyberprzestępcami jest daleka od zakończenia. Specjaliści Cisco wskazują obszary wymagające poprawy:

  • Zdaniem wielu CISO, pracownicy/użytkownicy wciąż stanowią najsłabszy punkt systemu zabezpieczeń.
  • Kluczowe jest prowadzenie szkoleń z zakresu cyberbezpieczeństwa, mających na celu zwiększenie świadomości już w pierwszym dniu pracy nowych członków zespołu.
  • Tylko 51% respondentów twierdzi, że świetnie sobie radzi z zarządzaniem bezpieczeństwem pracowników w ramach kompleksowych procesów wprowadzenia ich do zespołu, zmiany zespołu czy odejścia z firmy.
  • Poczta e-mail wciąż jest głownym wektorem cyberataków.
    • Phishing i ryzykowne zachowania użytkowników (np. klikanie w podejrzane linki czy odwiedzanie zainfekowanych stron) wciąż stanowią poważny problem dla CISO. Ocena ryzyka wystąpienia tego rodzaju zdarzeń utrzymywała się na podobnym poziomie w ciągu ostatnich 3 lat i wahała się od 56% do 57%.
  • Selekcja alertów bezpieczeństwa i niwelowanie skutków ataku pozostaje wyzwaniem. Spadek analizowanych i naprawianych alertów z 50,5% w 2018 roku do 42,7% w tym roku budzi niepokój. Tym bardziej, że dla wielu CISO jest to główny wskaźnik efektywności działań z zakresu cybersecurity.
  • Sposoby oceny poziomu skuteczności cyberbezpieczeństwa wciąż się zmieniają. Liczba respondentów, dla których wskaźnikiem efektywności jest czas wykrycia spadła średnio z 61% w 2018 roku do 51% w roku 2019. Czas wprowadzenia łatek również ma mniejsze znaczenie, spadek z 57% w 2018 r. do 40% w 2019 r. CISO przywiązują większą wagę do czasu potrzebnego na zniwelowanie skutków cyberataku: 48% odpowiedzi w 2019 roku, w porównaniu z 30% w roku 2018.

Rekomendacje dla CISO:

  • Opieranie budżetów cyberbezpieczeństwa na mierzalnych wynikach działań i praktycznych strategiach oraz ocenie ryzyka. Te elementy powinny wpływać na decyzje zakupowe działów IT, kształtowanie strategii oraz podejmowanie decyzji.
  • Istnieją sprawdzone procesy, które organizacje mogą wdrożyć, aby zniwelować ryzyko oraz zakres cyberataków. Przygotuj swoją organizację poprzez praktyczne ćwiczenia, wprowadź rygorystyczne metody śledcze oraz poznaj najbardziej optymalne sposoby przywrócenia stabilnego działania po wystąpieniu cyberataku.
  • Jedynym sposobem, aby zrozumieć rzeczywiste potrzeby związane z cyberbezpieczeństwem jest współpraca pomiędzy poszczególnymi działami: IT, sieciowym, bezpieczeństwa oraz ryzyka/zgodności.
  • Koordynacja reakcji na incydenty z wykorzystaniem różnych narzędzi, aby płynnie przejść od wykrycia do działania przy jednoczesnym ograniczeniu działań manualnych.
  • Połączenie wykrywania zagrożeń z zabezpieczeniami dostępu, aby stawić czoła zagrożeniom wewnętrznym i móc prowadzić politykę Zero Trust.
  • Wprowadzenie szkoleń dotyczących phishingu, wieloetapowa autoryzacja, zaawansowane filtry antyspamowe oraz uwierzytelnianiu DMARC, aby zabezpieczyć się przed atakami typu BEC (Business Email Compromise).

NBP znacząco zmienił prognozy makroekonomiczne

Mijający tydzień nie obfitował szczególny dopływ danych z polskiej gospodarki. Dopiero w piątek opublikowane zostaną wyniki dla inflacji konsumenckiej. Nie mniej jednak warto zwrócić uwagę na nowe prognozy makroekonomiczne NBP. W marcu, w przeciwieństwie do listopadowej prognozy z ub.r., w predykcjach pojawiły się całkiem znaczące zmiany. Najważniejszą z nich jest oczekiwanie wyraźnego spadku inflacji w tym roku, z poziomu 3,2% (prognozowanego w listopadzie) do 1,7%. NBP uzasadnił korektę niższym wzrostem cen energii i niższym wzrostem inflacji bazowej. W kontekście nowej prognozy polskiego banku centralnego, nie warto spodziewać się podniesienia stóp procentowych w tym roku. Naszym zdaniem istnieją na to bardzo nikłe szanse. Z drugiej strony, prognoza wzrostu polskiego PKB też uległa korekcie i z przewidywanych w listopadzie 4%, NBP obniżył ją do 3,6%. Niewątpliwie miała na to wpływ planowana ekspansja fiskalna ze strony obecnego rządu polskiego, w tym nowe propozycje programowe partii rządzącej, tzw. „nowa piątka PiS”.

W tym tygodniu rynki ponownie żyły tematem Brexitu. Brytyjscy posłowie znów nie zatwierdzili warunków współpracy między UE i Wielką Brytanią, które proponowała Theresa May. Z powodu braku porozumienia i obawy przed twardym Brexitem, brytyjska Izba Gmin przyjęła projekt uchwały, który ma przenieść termin wyjścia z UE na 30. czerwca br.

W tym tygodniu kurs złotego w stosunku do euro był dość stabilny. W piątek rano znajdował się na poziomie 4,30 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym czasie wynosił 1,13 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

R22 wykupi 28,5 proc. udziałów w H88 S.A.

Notowana na warszawskiej giełdzie R22 zawarła umowę z funduszem TCEE Fund III dotyczącą wykupienia 28,5 proc. udziałów w H88 S.A. – spółce prowadzącej działalność Grupy na rynku hostingu i domen. Dzięki transakcji o wartości około 13,6 mln euro (58,6 mln zł) R22 będzie właścicielem wszystkich akcji H88. Transakcja będzie finansowana środkami własnymi i długiem bankowym.

W latach 2016-2018, dzięki finansowaniu od funduszu 3TS Capital Partners (poprzez TCEE Fund III), środkom pozyskanym przez R22 w ramach IPO na warszawskiej giełdzie oraz finansowaniu bankowemu, Grupa przeprowadziła proces konsolidacji polskiego rynku hostingu i domen. W tym czasie do Grupy dołączyły między innymi marki Domeny.pl, Linuxpl.com czy Kei.pl. Dzięki tym transakcjom R22 istotnie umocniło swoją pozycję na polskim rynku, awansując do TOP3 największych graczy. W 2018 r. Grupa rozpoczęła ekspansję zagraniczną i budowę lidera rynku Europy Środkowo-Wschodniej.

Na przestrzeni ostatnich 3 lat segment hostingu R22 rozwijał się bardzo dynamicznie. W 2015 r. segment generował 8 mln zł rocznych przychodów i 2,5 mln zł zysku EBTIDA, a w samym II kwartale 2018/2019 roku finansowego osiągnął 17 mln zł przychodu i 5,3 mln zł skorygowanej EBITDA, co oznacza ponad 8-krotny wzrost zarówno przychodów, jak i EBITDA.

Jakub Dwernicki, prezes R22
Jakub Dwernicki, prezes R22

– Nabycie akcji od 3TS to najlepsza inwestycja jaką możemy sobie wyobrazić. Przy atrakcyjnej wycenie nabywamy udziały w najdynamiczniej rozwijającym się podmiocie na polskim rynku hostingu, podmiocie który doskonale znamy, jednocześnie uwalniamy się od ograniczeń wynikających z zawartej z funduszem umowy inwestycyjnej, co znacznie zwiększa elastyczność działania. Mówiąc najprościej odzyskujemy pełną kontrolę nad spółką. Po intensywnym okresie akwizycji na rynku polskim, nieustannie zwiększamy przychody i efektywność segmentu oraz rozwijamy się zagranicą. Zdobycie pozycji lidera na rumuński rynku hostingu i domen, to pierwszy krok w międzynarodowym rozwoju. Już w tym roku chcemy wejść na kolejny rynek, a w ciągu 2 lat co najmniej podwoić biznes i zostać liderem w regionie CEE. – komentuje Jakub Dwernicki.

Zgodnie z podpisaną umową R22 w dwóch transzach przejmie 28,5 proc. akcji H88 S.A. za łączną kwotę około 13,6 mln euro. Transakcja będzie finansowana długiem bankowym.

– Mamy stabilną sytuację finansową, która pozwala nam na zwiększanie zadłużenia. Na koniec 2018 roku wskaźnik zadłużenia senioralnego netto do EBITDA Grupy R22 wynosił 1,6. Transakcja wykupu mniejszościowych udziałów, nie zmienia naszych planów oraz możliwości pozyskania finansowania bankowego na rozwój działalności na kolejnych rynkach regionu. Podtrzymujemy również chęć i deklarację przeprowadzenia skupu akcji własnych i wypłaty dywidendy z zysku roku 2018/2019. – dodaje Jakub Dwernicki.

Współpraca R22 z 3TS umożliwiła przeprowadzenie dynamicznego procesu konsolidacji polskiego rynku hostingu i domen, który był również finansowany długiem bankowym oraz środkami pozyskanymi w ramach publicznej oferty akcji przed debiutem na GPW.

– Gratulacje dla Prezesa i zespołu, który od września 2016, kiedy zostaliśmy udziałowcem H88, niezwykle skutecznie i efektywnie kapitałowo dokonał nabycia 9 podmiotów budując dużego gracza w swoim segmencie. Zrealizowaliśmy na tej inwestycji ponad 2-krotny zwrot z kapitału, osiągając średnioroczną stopę zwrotu (IRR) około 30 proc. – komentuje Zbigniew Łapiński z 3TS Capital Partners, zarządzającego funduszem TCEE Fund III.

Inflacja w Polsce rośnie. Przygotujcie się na wzrost cen

Według ostatecznych wyliczeń, inflacja wyniosła w lutym 1,2 proc., a więc okazała się nieco wyższa niż spodziewali się analitycy. Dodatkowo GUS zrewidował z 0,9 do 0,7 proc. wynik za styczeń, co było efektem zmian struktury koszyka dóbr i usług, składających się na wskaźnik inflacji.

Ekonomiści oczekiwali w lutym wzrostu wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych o 1,1 proc. Inflacja okazała się jednak nieco wyższa, a głównym tego powodem był silniejszy, sięgający 2,2 proc. wzrost cen żywności i rosnące o 2,5 proc. koszty transportu. Żywność podrożała więc w tempie ponad dwukrotnie wyższym niż w styczniu, gdy zwyżka wyniosła jedynie 0,8 proc. Warto jednak przypomnieć, że w pierwszych dwóch miesiącach ubiegłego roku ceny żywności rosły o wiele mocniej (w styczniu 2018 r. o 4,8 proc., a w lutym o 3,4 proc.). W pierwszym miesiącu obecnego roku ceny związane z transportem spadły zaś o 2,6 proc. Drugi miesiąc z rzędu utrzymuje się wysoka, wynosząca 3,1 proc. dynamika cen związanych z edukacją oraz zdrowiem, w przypadku którego wzrost sięga 2,6 proc. W związku z zamrożeniem cen energii wyraźnie słabiej niż w poprzednich miesiącach, w górę idą koszty użytkowania mieszkania W styczniu zwiększyły się one o zaledwie 0,2 proc., a w lutym o 0,6 proc. W ubiegłym roku „normą” był wzrost przekraczający 2 proc. O 3,4 proc. więcej trzeba płacić za usługi w restauracjach i hotelach.

W grupie produktów żywnościowych mamy do czynienia z kolejnym przyspieszeniem wzrostu cen pieczywa, które poszły w lutym w górę w porównaniu do lutego ubiegłego roku aż o 9,3 proc. (w styczniu zwyżka sięgała 8,8 proc.). Niewiele, bo jedynie o 0,4 proc. wzrosły ceny mięsa (miesiąc wcześniej notowano ich spadek o 0,2 proc.)., ale wędliny podrożały o 1,3 proc. Cena masła wzrosła o 3,8 proc. Owoce potaniały aż o 13,7 proc., ale za to ceny warzyw poszybowały w górę o 15,8 proc., rosnąć niemal dwukrotnie mocniej niż miesiąc wcześniej. O 5,1 proc. więcej niż przed rokiem trzeba było płacić za cukier. W przypadku usług związanych z utrzymaniem mieszkania o 8,3 proc. w górę poszły koszty wywozu śmieci. Za energię cieplną trzeba było płacić o 1,5 proc. więcej niż rok wcześniej. O 4,1 proc. podrożały usługi lekarskie. Na paliwo trzeba było wydać o 5,8 proc. więcej niż w lutym ubiegłego roku, przy czym ceny oleju napędowego poszły w górę aż o 10,8 proc., a benzyny o 3,1 proc. Gaz ciekły podrożał o 6,2 proc.

GUS tradycyjnie na początku roku dokonał zmian struktury inflacyjnego koszyka. Zwiększył się w nim z 24,36 do 24,89 proc. udział żywności. Mocno, bo z 8,74 do 10,34 podskoczył udział kosztów transportu. Z 5,71 do 6,2 proc. wzrósł także udział wydatków w hotelach i restauracjach, a w przypadku wyposażenia mieszkania i prowadzenia gospodarstwa domowego z 5,25 do 5,7 proc. Zmniejszył się z kolei z 20,35 do 19,17 proc. udział kosztów związanych z użytkowaniem mieszkania, zawierających także ceny nośników energii.

W kolejnych miesiącach należy spodziewać się dalszego wzrostu inflacji, między innymi z powodu rosnących kosztów produkcji, ale także zwiększonej presji popytowej, napędzanej wzrostem płac oraz zapowiadanymi znaczącymi transferami socjalnymi.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Brexit opóźniony. Inflacja w Polsce wzrosła do 1,2%

Głosowanie w brytyjskim parlamencie pozwala wydłużyć termin Brexitu o 3 miesiące lub więcej. GUS opublikował inflację w lutym –  jest 0,5% wyższa niż styczniu, ale wciąż niska.

Trzeci dzień maratonu głosowań na wyspach

Tym razem głosowano w sprawie przedłużenia terminu, do którego Wielka Brytania ma opuścić Unię Europejską. Za byli zarówno zwolennicy negocjowanego Brexitu jak i przeciwnicy opuszczania w ogóle. W rezultacie nie może dziwić, że uchwała przeszła przewagą ponad 200 głosów. Jaki jest nowy termin? Teoretycznie 30 czerwca. W praktyce jest dłuższy, gdyż 30 czerwca zakłada, że do 20 marca parlament przyjmie warunki wynegocjowane przez Theresę May. Będzie to trzecie głosowanie w związku z czym patrząc na wyniki poprzednich podejść można mieć wątpliwości co do sensowności tych działań. Co ciekawe, jeżeli dojdzie do przyjęcia tych warunków termin też może zostać skrócony. W rezultacie wiemy na dzień dzisiejszy absolutnie nic. Funt przyjmuje te decyzje dosyć spokojnie. Trochę stracił na wartości, ale warto przypomnieć, że odbijał się od najwyższego poziomu od pierwszej połowy 2017 roku.

Wzrost inflacji i zmiany w składzie koszyka inflacyjnego

Inflacja wzrosła do 1,2%. To więcej niż oczekiwali analitycy spodziewający się 1,1%, ale w dalszym ciągu jest to poziom wyraźnie poniżej celu inflacyjnego. Jak co roku zmieniono wagi w koszyku inflacyjnym. Większy udział otrzymała między innymi żywność, alkohol, papierosy a przede wszystkim transport. Spadł głównie udział odzieży, zdrowia i mieszkań. Wynikiem zmian jest również przeszacowanie zmian cen za styczeń. W rezultacie inflacja wyniosła wówczas nie 0,9% a zaledwie 0,7%. Tak niski wzrost cen pokazuje, że prognozy braku zmian stóp procentowych okazują się zasadne. Jest to element negatywnie rzutujący na wycenę złotego na rynkach,

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Obowiązkowy split payment. Dla kogo i na czym polega?

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Od 1 lipca 2018 r. w Polsce funkcjonuje mechanizm podzielonej płatności (MPP), czyli split payment. Jak dotąd istnieje dobrowolność stosowania go przez nabywcę – osobę płacącą, która może, ale nie musi z niego skorzystać. Jednak w wybranych branżach split payment jeszcze w tym roku może być obowiązkowy. O które branże chodzi i jaki jest przybliżony termin wprowadzenia tych zmian w życie?

Na czym polega split payment?

Najprościej mówiąc, jest to mechanizm podzielonej płatności (MPP) za faktury. Obecnie w Polsce split payment występuje tylko w relacjach B2B i dotyczy wyłącznie elektronicznych przelewów bankowych. Mechanizm podzielonej płatności można zastosować wyłącznie wtedy, gdy sprzedawca posiada rachunek VAT (zakładany wyłącznie do kont firmowych). Płacący korzysta wówczas z tzw. komunikatu przelewu. Jest to informacja dla banku, że przedsiębiorca chce dokonać zapłaty z użyciem MPP i bank musi samodzielnie odpowiednio podzielić tę kwotę. Przedsiębiorca płacący w systemie podzielonej płatności nigdy nie dokonuje dwóch przelewów – nawet nie musi znać rachunku VAT sprzedawcy. Wprowadzenie split payment to zdaniem przedsiębiorców najgorsza zmiana prawna, do której doszło w 2018 roku. Wskazało tak 31% ankietowanych w badaniu zrealizowanym przez inFakt.

Decyzja Komisji Europejskiej i zmiany w polskim prawie

Już w tym roku split payment, jako jeden ze środków do walki z oszustwami podatkowymi, będzie obowiązkowy w niektórych branżach, które są szczególnie podatne na nadużycia związane z VAT.

15 maja 2018 r., czyli jeszcze przed dniem wejścia w życie dobrowolnego split payment w Polsce, do Komisji Europejskiej wpłynęło pismo, w którym Polska zawnioskowała o zastosowanie obowiązkowego MPP w niektórych obszarach gospodarki. Rząd wskazywał w nim, że podjął już liczne działania w celu zwalczania oszustw. Wprowadził między innymi mechanizm odwrotnego obciążenia oraz solidarną odpowiedzialność dostawcy/usługodawcy i nabywcy, jednolity plik kontrolny, surowsze przepisy dotyczące rejestracji podatników VAT i ich wykreślania z rejestru oraz większą liczbę kontroli. Pomimo tego uważa jednak, że środki te są niewystarczające, aby zapobiec oszustwom związanym z VAT i chce wprowadzić obligatoryjny system podzielonej płatności.

18 lutego 2019 r. Komisja Europejska wypowiedziała się pozytywnie na temat tej inicjatywy, określając termin wprowadzenia przepisów na 1 marca 2019 r. Jednak do tego konieczne jest dostosowanie polskich przepisów, a na to potrzeba czasu. W związku z tym termin wejścia w życie obowiązkowego split payment, o którym się mówi, to 1 lipca 2019 r., ale realną datę poznamy dopiero wtedy, gdy pojawi się projekt nowelizacji ustawy o VAT.

Dla których branż obowiązkowy split payment?

Obowiązkowy MPP będzie prawdopodobnie dotyczył 152 pozycji spośród Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług, testowo przez 3 lata. Będą to np. branża budowlana, handel złomem i stalą czy sprzętem elektronicznym.

Co oznacza dla polskich przedsiębiorców obowiązkowy split payment?

Split payment niesie to ze sobą obowiązek zakładania przez przedsiębiorców z tych branż kont bankowych, do których bank utworzy automatycznie rachunek VAT. Ten z kolei będzie prowadzony bez prowizji i opłat, ale za konto podstawowe trzeba będzie uregulować należności zgodnie z ofertą banku, na który zdecyduje się przedsiębiorca.

Jednak najpoważniejszą konsekwencją split payment dla przedsiębiorców jest ryzyko problemów lub nawet utraty płynności finansowej. Przedsiębiorcy otrzymujący VAT na rachunku VAT będą mieli te środki zamrożone, nie będą mogli nimi w dowolnym momencie dysponować. Dla wielu z nich, zwłaszcza najmniejszych, może okazać się to dużą przeszkodą w prowadzeniu biznesu.

Warto też mieć na uwadze, że wprowadzenie obowiązkowego split payment w wybranych branżach może być wstępem do objęcia tym systemem wszystkich przedsiębiorców w Polsce. W Europie obowiązkowy MPP funkcjonuje np. we Włoszech. Jednak tam split payment jest o wiele bardziej restrykcyjny – rachunek VAT jest bowiem własnością urzędu, a nie podatnika.

Czy spodziewać się kar?

Warto pamiętać, że ustawodawca może wprowadzić kary za niestosowanie MPP. Co będzie grozić za niedostosowanie się do przepisów? Jakie sankcje czekają za niedokonanie zapłaty w systemie split payment? Co będzie mógł zrobić przedsiębiorca, który chce zapłacić MPP, ale sprzedawca nie ma rachunku VAT? Póki co nie znamy odpowiedzi na te pytania – musimy poczekać na projekt polskich przepisów.

Koszty uzyskania przychodu przy sprzedaży akcji przekształconej spółki

Jeśli nabywasz obraz wart 3 000 000 zł w zamian za rzeźbę o tej samej wartości, którą kilka lat wcześniej kupiłeś za złotówkę, to czy Twój kontrahent nabył rzeźbę wartą 1 zł, czy 3 000 000 zł? A Ty na dzień zakupu obrazu po stronie wydatków wskażesz 1 zł, czy 3 000 000 zł? Wydawać by się mogło, prosta i oczywista odpowiedź na to pytanie jest całkowicie nieoczywista dla fiskusa, gdy w grę wchodzi wartość należnego mu podatku. W obronie podatnika stanął sąd, który w wyroku z 4 lutego 2019 r. stwierdził: „organ, forsując swoją koncepcję, wyraźnie domaga się zawężenia wniosków wynikających z interpretacji literalnej przepisu” (wyrok WSA w Gliwicach, sygn. akt I SA/Gl 789/18).

Przekształcenie spółki z o.o. w spółkę akcyjną

W 1993 r. podatnik zawiązał spółkę z o.o., jako jedyny jej udziałowiec. W 1995 r. dokonał podwyższenia kapitału zakładowego spółki. W 1996 r., będąc właścicielem 100% udziałów, zbył po 1% na rzecz dwojga należących do jego rodziny wspólników, a następnie wraz z nimi podjął uchwałę o przekształceniu spółki z o.o. w spółkę akcyjną. Na potrzeby przekształcenia zarząd spółki sporządził bilans wartości majątku spółki przekształcanej, co pozwoliło ustalić również wartość majątku spółki przypadającą na 1 udział. Prowadzona dalej w formie spółki akcyjnej spółka została wycofana z giełdy w 2017 r., stając się z powrotem firmą rodzinną.

W 2018 r. założyciel spółki wystąpił do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej. Chciał się upewnić, m.in. dla celów przyszłego dziedziczenia, co do skutków podatkowych jego ewentualnego wycofania się ze spółki, z którym wiązałaby się konieczność odpłatnego zbycia akcji. Podatnik stał na stanowisku, że osiągnięty z tego tytułu przychód będzie mógł zostać pomniejszony o koszt nabycia akcji w spółce akcyjnej, czyli o wartość bilansową majątku spółki z o.o., ustaloną dla celów przekształcenia.

Sentyment fiskusa do wartości historycznych

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, przywołując przepisy art. 551, 552, 553 i 555 Kodeksu spółek handlowych (Dz.U. 2017, poz. 1577, ze zm.), wskazał, że przekształcenie spółek skutkuje przeniesieniem majątku jednej spółki do innej spółki, działającej w innej formie prawnej, w której to podmiot przenoszący prowadzi dalszą działalność. Nie dochodzi więc do likwidacji spółki przekształcanej, a jedynie do zmiany jej formy prawnej. Dodatkowo, zgodnie z art. 93a § 1 pkt 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (Dz.U. 2018, poz. 800, ze zm.) powstała w wyniku przekształcenia osoba prawna wstępuje we wszelkie prawa i obowiązki podatkowe przekształcanej osoby prawnej.

Według organu, ponieważ ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych przewiduje 19% opodatkowanie dochodu z odpłatnego zbycia akcji (art. 30b ust. 1, Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.), dochód ten można pomniejszyć o wydatki poniesione w celu ich nabycia. Zaliczenie tych wydatków do kosztów uzyskania przychodu następuje w oparciu o art. 23 ust. 1 pkt 38 ustawy o PIT. Zgodnie jednak z regułą ogólną zawartą w art. 22 ust. 1 za koszty te można uznać jedynie wydatki poniesione w celu osiągnięcia przychodu lub zachowania albo zabezpieczenia jego źródła.

Uznając więc stanowisko założyciela spółki za nieprawidłowe, Dyrektor KIS stwierdził: „Wydatkami na nabycie” będą zatem wyłącznie koszty, bez których przeniesienie własności udziałów (akcji) nie będzie możliwe. (…) przy ustalaniu kosztów uzyskania przychodu z tytułu odpłatnego zbycia akcji w spółce akcyjnej otrzymanych w wyniku przekształcenia spółki z o.o. należy wziąć pod uwagę koszt „historyczny”, tzn. wartość wydatków poniesionych na wkład w spółce przekształcanej, czyli w spółce z o.o.” (sygn. akt I SA/Gl 789/18).

Dla ustalenia kosztów decydujące znaczenie ma wartość bilansowa majątku spółki

Sąd, analizując treść art. 23 ust. 1 pkt 38, nie zgodził się z organem, że ustawodawca wiąże przedmiotowe wydatki z okresem historycznym. Przypomniał organowi podstawową zasadę dokonywania wykładni przepisów prawa, zgodnie z którą najpierw należy interpretować w oparciu o wykładnię językową, a dopiero gdy ta nie rozwiewa wszelkich wątpliwości, stosować wykładnię systemową.

„Zdaniem Sądu już z wykładni literalnej art. 23 ust. 1 pkt 38 u.p.d.o.f. wynika coś przeciwnego. Ten przepis stanowi przecież, że wydatki na objęcie akcji stanowią koszt uzyskania przychodu z odpłatnego zbycia tych akcji. Gdyby było tak, jak przyjął organ, przepis prawa podatkowego powinien wyraźnie stanowić, że kosztem uzyskania przychodu jest tzw. wartość historyczna, używając przy tym dowolnej nomenklatury, np. stanowiąc o „pierwotnych” wydatkach” (sygn. akt I SA/Gl 789/18).

Sąd ustalił również, że przekazanie majątku spółki przekształcanej na pokrycie akcji w spółce akcyjnej stanowiło dla wnioskodawcy realne uszczuplenie majątku. W chwili zbycia akcji spółki akcyjnej spółka z o.o. już nie istnieje. Dlatego wartość wydatków poniesionych na objęcie jej udziałów nie ma znaczenia. Wysokość kosztów uzyskania przychodu wyznacza wartość bilansowa majątku spółki z o.o., bo to za tę wartość podatnik objął akcje w spółce akcyjnej.

Fiskus regułom interpretacyjnym się nie kłania

Niniejsza sprawa kolejny raz pokazuje, że dla zastrzeżenia sobie możliwości poboru większego podatku fiskus jest w stanie naruszać nie tylko podstawowe reguły prawne, ale i reguły zdrowego rozsądku. Tokiem rozumowania organu można bowiem dojść do abstrakcyjnych konkluzji, że fiskus auto nabyte w 2000 r. za 100 000 zł, a warte teraz 15 000 zł, chciałby dziś wymienić na nowe auto warte również 100 000 zł. Przecież dla fiskusa liczy się tylko „wartość historyczna”.

Dobrze więc, że podatnik zdecydował się walczyć o swoje w sądzie. Fiskus, interpretując przepisy podatkowe, żadnym regułom się nie kłania.

„Sąd zauważa również, że art. 23 ust. 1 pkt 38 u.p.o.l. stanowiąc, iż wydatki na objęcie akcji stanowią koszt uzyskania przychodu z odpłatnego zbycia tych akcji, nie rozróżnia, czy chodzi o akcje objęte w związku z zawiązaniem spółki akcyjnej, czy też o akcje objęte w związku z przekształceniem innej spółki w spółkę akcyjną. Tym samym organ, forsując swoją koncepcję, wyraźnie domaga się zawężenia wniosków wynikających z interpretacji literalnej przepisu. Tymczasem – zgodnie z zasadą lege non distinquente nec nostrum est distinquere – skoro sam ustawodawca nie wprowadził w przepisie takiego rozróżnienia, nie powinien tego czynić interpretator” (sygn. akt I SA/Gl 789/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Euler Hermes: Kryzys jest pewny i nadciąga

Kryzys w budownictwie na poziomie Polski i świata nie jest kwestią oczywistą. Mylnie można odczytać obroty finansowe tego rynku, które wciąż pozostają w fazie wzrostu – mimo konsekwentnego spowolnienia na przestrzeni ostatnich lat. Można jednak porównać sytuację rynku budowlanego do miękkiego lądowania bez zapiętych pasów bezpieczeństwa. Mimo ciągłego wzrostu obrotów, pogarsza się sytuacja w firmach świadczących usługi budowlane. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat płynność finansowa firm budowlanych znacznie spadła. W porównaniu do 2014 roku, w którym aż 2/3 firm w skali świata deklarowało jej dobry stan, dzisiejsza sytuacja jawi się całkowicie odwrotnie. Już 2/3 firm budowlanych, działających w 70 krajach, utraciło w 2019 roku płynność finansową, lub jest bliskie jej utraty w najbliższym czasie. Zwiastuje to nieodwołalne nadejście kryzysu w budownictwie.

– Co jest przyczyną braku płynności finansowej w firmach budowlanych? Przede wszystkim wzrost cen materiałów budowlanych, ale w pierwszym rzędzie: wzrost cen kosztów pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Błachnio, analityk Euler Hermes 

– Budownictwo jest jednym z najbardziej pracochłonnych sektorów gospodarki. Szacujemy, że ponad 60% kosztów w budownictwie stanowią koszty pracy. Jest ono wrażliwe na ich wzrost, a z tym mamy właśnie do czynienia na świecie. Budownictwo cierpi także na deficyt siły roboczej. Średnia wieku pracownika budowlanego wzrosła od roku 1970 z 35 do 40 lat. Jest to wskaźnik odpływu młodych pracowników z rynku pracy w tej branży. Wraz ze starzeniem i zmniejszeniem się liczby pracowników budownictwa, koszty pracy będą rosły – a coraz więcej przedsiębiorstw narażonych będzie na utratę płynności finansowej. Sądzimy, że kryzys jest pewny i nadciąga. Jest to ważna prognoza dla gospodarki światowej, gdyż budownictwo ma na nią duży wpływ, stanowiąc 10% całej aktywności gospodarczej na świecie – ocenił Błachnio.

Rynek kredytowy w głównych aglomeracjach Polski

Za 53% rynku kredytowego osób detalicznych w Polsce odpowiadają mieszkańcy 11 głównych aglomeracji miejskich, pomimo że stanowią oni tylko 1/3 ludności. BIK porównał kredytobiorców pod względem średniej wielkości zadłużenia przypadającego na mieszkańca danej aglomeracji, w której są także osoby bez kredytu. Okazuje się, że o połowę wyższe jest średnie zadłużenie, przypadające na mieszkańca aglomeracji niż osoby żyjącej poza jedenastoma głównymi aglomeracjami.

Z najnowszego Raportu Kredyt Trendy za rok 2018 wynika zróżnicowany apetyt na kredyty w zależności od miejsca zamieszkania. Opracowanie analityków BIK wykazuje, że zadłużenie osób prywatnych w głównych aglomeracjach wyniosło na koniec grudnia 2018 r. 329,7 mld zł i stanowiło 53% całkowitego zadłużenia osób prywatnych w Polsce. Bez względu na rodzaj produktu kredytowego, w pierwszej trójce z najwyższym średnim zadłużeniem łącznie w bankach i firmach pożyczkowych, uplasowały się aglomeracje warszawska, wrocławska i poznańska. Najwięcej do spłaty mieli mieszkańcy aglomeracji warszawskiej (36,1 tys. zł). W czołówce poza Warszawą wymienić należy aglomeracje wrocławską (29,2 tys. zł) oraz poznańską (27,4 tys. zł) i trójmiejską (27 tys. zł). Najniższe były należności opolan i okolic (14,2 tys. zł) oraz mieszkańców aglomeracji górnośląskiej (14,9 tys. zł). Średnio mieszkaniec analizowanych aglomeracji był zadłużony na 24,5 tys. zł. Z kolei osoby mieszkające poza głównymi jedenastoma aglomeracjami, które stanowią dwie trzecie ludności kraju, winne były tylko 12,3 tys. zł na osobę. zadłużenie

W przypadku kredytów mieszkaniowych, różnice pomiędzy aglomeracjami zaznaczają się jeszcze bardziej wyraźnie. W grudniu 2018 r. osób prywatnych – mieszkańców analizowanych jedenastu aglomeracji stanowiło 58% zadłużenia Polaków w kredytach mieszkaniowych.

Znacznie niższe niż w aglomeracjach jest pozostające w spłacie zadłużenie na mieszkańca poza aglomeracjami, które wynosi 18,5 tys. zł, a poza aglomeracjami jedynie 7,6 tys. zł. Patrząc z perspektywy „rankingu aglomeracji” pod względem kwoty kredytu na mieszkańca, prowadzi aglomeracja warszawska. Przeciętnie mieszkaniec Warszawy i okolic ma do spłaty 29,2 tys. zł. najmniej do spłaty „za mieszkanie” ma osoba z aglomeracji górnośląskiej (8,7 tys. zł. )

Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej
Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej

– Różnice zadłużenia osób zamieszkujących główne aglomeracje i poza nimi wynikają, m.in. ze zróżnicowania poziomu zamożności, a w przypadku kredytów mieszkaniowych – z wyższych cen nieruchomości – tłumaczy dr Andrzej Topiński, główny ekonomista BIK. – Warto zwrócić uwagę także na strukturę wiekową kredytobiorców. Młodsi są mieszkańcy aglomeracji. Największy udział ludności w wieku 24 – 44 lata był w aglomeracjach wrocławskiej i poznańskiej (po 34%), najmniejszy w aglomeracji łódzkiej (30%), poza aglomeracjami udział tej grupy wynosił 30% – dodaje dr Topiński.  

* Aglomeracje stanowią miasta wraz z otaczającymi je gminami, powiązanymi z miastem funkcjonalnie i komunikacyjnie. BIK w oparciu o dane z GUS przyjmuje zasięg aglomeracji i dane demograficzne.

Dane o zadłużeniu pochodzą z bazy BIK według stanu na koniec 2018 r. Dotyczą one stanu zobowiązań osób prywatnych  łącznie wobec sektora bankowego i pożyczkowego.

Rozwód po angielsku. Zgodni co do braku zgody

Dobiega końca emocjonujący tydzień związany z głosowaniami nad brexitem, po których wiemy, że brytyjscy parlamentarzyści nie chcą bezumownego brexitu, ale nie są w stanie dojść do porozumienia w sprawie wizji umowy rozstania z UE. Premier May prawdopodobnie zamierza wykonać trzecie podejście w przeforsowaniu swojego planu, inaczej funt nie pozbędzie się premii za ryzyko chaotycznego rozwodu z Unią.

Premier Theresa May dziś będzie przemawiać w brytyjskim parlamencie, gdzie prawdopodobnie zaprezentuje dalsze kroki postepowania. Informacje wskazują, że do 20 marca May zamierza po raz trzeci poddać pod głosowanie projekt porozumienia. Jeśli się uda, będzie miała argument, by prosić UE o „techniczne odroczenie” brexitu do 30 czerwca. Jeśli jej umowa po raz trzeci przepadnie, a po wydarzeniach tego tygodnia nie trudno przewidywać taki scenariusz, konieczne będzie rozpoczęcie prac nad nowym porozumieniem, a to będzie wymagać dłuższego odroczenia daty wyjścia z UE. To jednak nie spodoba się eurosceptykom z Partii Konserwatywnej, dla których odraczanie może przerodzić się w całkowite porzucenie projektu brexitu. W zamian prawnicy European Research Group oraz północnoirlandzkiej partii DUP negocjują z prokuratorem generalnym Coxem zmianę interpretacji zapisów dotyczących irlandzkiego backstopu, a mianowicie czy można zastosować art. 52 Konwencji Wiedeńskiej do jednostronnego wypowiedzenia zapisów backstopu. Jeśli tak, eurosceptycy i DUP mogą poprzeć plan May, na razie jednak dalej nie wiemy nic, stąd równie dobrze plan May ponownie przepadnie, UE nie zgodzi się na wielomiesięczne odroczenie i powróci wizja bezumownego brexitu na koniec marca (środowe odrzucenie takiej opcji przez parlament nie jest prawnie wiążące). A nawet jeśli UE zgodzi się na przedłużenie negocjacji i tworzenie nowego projektu porozumienia, przy tak podzielonym parlamencie, gdzie rząd nie ma wystarczająco sojuszników, na koniec nowego okresu Wielka Brytania może być w tym samym położeniu, co teraz. Dla GBP to w żadnym razie nie są warunki, by budować trwały fundamentalny rajd. Odliczanie godzin do weekendu tradycyjnie przynosiło redukcję pozycji w funcie i po wzrostach w drugiej połowie tygodnia jest to opcja mogąca kusić inwestorów.

Bank Japonii zrobił dziś to, co po nim oczekiwano i na co w zasadzie mógł sobie pozwolić. Parametry polityki monetarnej pozostały bez zmian, ale BoJ dołączył do grona banków zaniepokojonych kierunkiem, w którym zmierza gospodarka (krajowa i międzynarodowa). Bank zrewidował w dół perspektywy wzrostu gospodarczego, widząc spowolnienie w przemyśle i eksporcie w wyniku niekorzystnej sytuacji na rynkach zewnętrznych. Jednak nie zanosi się prędko na rozszerzenie ekspansji monetarnej. Po latach monetarnego wspierania gospodarki arsenał BoJ jest niemal pusty, a jeśli jeszcze coś zostało, to bank raczej zatrzyma to na wypadek silniejszego negatywnego szoku. Możemy mieć tylko pewność, że BoJ na dłużej nie zrezygnuje z ultra-łagodnego nastawienia, co także powinno ucinać wszelkie spekulacje w odniesieniu do JPY. Przynajmniej do końca tego roku polityka pieniężna może wszystko tylko nie pomagać jenowi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Potęga marketingu sensorycznego

Mood Media – światowy dostawca rozwiązań w zakresie Expierience Design, wykonał kolejny etap globalnych badań związanych z wpływem marketingu sensorycznego na konsumentów w stacjonarnych punktach sprzedaży. Raport pokazuje nastawienie klientów do doznań sensorycznych oraz ich zachowania podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Okazuje się, że aż 78 procent klientów na całym świecie wskazuje miłą atmosferę w sklepie, jako kluczowy czynnik decydujący o wyborze sklepu stacjonarnego zamiast internetowego. A jak sytuacja wygląda w Polsce?

Badanie będące uzupełnieniem raportu z 2017 roku o stanie tradycyjnych sieci sprzedaży zostało przeprowadzone przez Walnut Unlimited, światową agencję badań rynku specjalizującą się w neurobiologii, psychologii behawioralnej i ekonomii. Przebadanych zostało ponad 10 000 konsumentów w kilkunastu krajach na całym świecie, w tym Australii, krajach Beneluksu (Belgia, Holandia i Luksemburg), Chinach, Francji, Niemczech, Hiszpanii, krajach Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.

Poza przyglądaniu się zmianom, jakie zachodzą ostatnio w odczuciach i oczekiwaniach klientów sklepów stacjonarnych, najnowsze badanie z 2019 roku naświetla wpływ atmosfery panującej w punktach sprzedaży na ogólne doświadczanie zakupów. Raport pokazuje także to, co ma bezpośredni wpływ na określone zachowania klientów, takie jak ponowna wizyta w sklepie czy finalne dokonanie zakupu. Przeanalizowane zostały spostrzeżenia klientów z sześciu różnych obszarów: bankowości, urody, mody, spożywczego, farmaceutycznego oraz restauracji szybkiej obsługi.

Niektóre z najważniejszych odkryć to:

Przełamanie efektu sprzedaży internetowej: 78 procent kupujących na świecie wskazuje miłą atmosferę w sklepie, jako kluczowy czynnik decydujący o wyborze sklepu stacjonarnego zamiast internetowego (najbardziej podatna w tym względzie jest Hiszpania, gdzie 89 procent kupujących jest bardziej skłonnych dokonać zakupu w sklepie stacjonarnym).

  • Wpływ dźwięku: Muzyka stanowi czynnik numer jeden w przypadku polepszania nastroju klienta w sklepie stacjonarnym i ma ogólny, pozytywny wpływ na 85 procent kupujących na świecie. Jednak niezmiernie ważna jest jakość odtwarzanej muzyki. Ponad połowa (57 procent) kupujących porzuci markę, jeśli wybór muzyki będzie nieodpowiedni.
  • Bodziec do zmiany zachowania: połączenie elementów muzycznych, wizualnych i zapachowych przedłuża czas przebywania klienta w sklepie: 75 procent kupujących twierdzi, że pozostało w sklepie dłużej, gdy wszystkie te elementy były obecne.
  • Budowanie lojalności: 9 z 10 konsumentów zdecydowało się na powrót do sklepu, ponieważ podobało im się połączenie muzyki, elementów wizualnych i zapachu.
  • Psychologia zapachowa: 1 na 2 globalnych konsumentów twierdzi, że ładnie pachnący lokal „polepsza mój nastrój”
  • Siła treści wizualnych: Ponad połowa (58 procent) konsumentów na całym świecie twierdzi, że przyciągające uwagę treści wizualne mają pozytywny wpływ na ich zakupy.
  • Znaczenie interakcji i personalizacji: Możliwość dotknięcia, poczucia i spróbowania różnych produktów lub usług, wymieniana jest jako największa zachęta do kupna podczas przebywania w sklepie stacjonarnym zdaniem konsumentów (56 procent). Ponad jedna trzecia konsumentów na całym świecie (38 procent) twierdzi, że „poczucie personalizacji” zwiększa prawdopodobieństwo dokonania zakupu, i jest drugim najważniejszym czynnikiem mającym na to wpływ.

Raport naświetla również różnice w reakcjach kupujących na atmosferę panującą w punktach sprzedaży, wskazując, że najbardziej pozytywnie na przyjemne środowisko sklepu stacjonarnego reagują konsumenci w Chinach i Hiszpanii. Podczas gdy 90 procent konsumentów na całym świecie prawdopodobnie ponownie odwiedzi sklep, w którym panuje przyjemna atmosfera, liczba ta jest nawet wyższa w Chinach i Hiszpanii (odpowiednio 93 i 95 procent). Natomiast podczas gdy zapach ma silny wpływ na kupujących we wszystkich badanych krajach (65 procent globalnie), najbardziej zapamiętywany był w Hiszpanii, gdzie 85 procent hiszpańskich kupujących pamiętało, że zauważyli przyjemny zapach sklepu. Kupujący w Chinach i USA najsilniej reagowali na muzykę w punktach sprzedaży: 65 procent osób w tych krajach potwierdziło, że z przyjemnością słuchało tam muzyki.

Muzyka jest ważna bez względu na branżę:

  • MUZYKA & MODA

74% kupujących ubrania pamięta, że z przyjemnością słuchało muzyki przeszukując sekcję wyprzedażową.

  • MUZYKA & RESTAURACJE SZYBKIEJ OBSŁUGI

58% konsumentów pamięta obecność przyjemnej muzyki podczas posiłku.

  • MUZYKA & URODA

1 na 2 kupujących pamięta, że z przyjemnością słuchał/a muzyki w drogerii.

  • MUZYKA & ZAKUPY SPOŻYWCZE

1 na 2 kupujących pamięta słuchanie przyjemnej muzyki podczas zakupów spożywczych. 1 na 4 pamięta ogłaszane promocje, a 1 na 5 przypomina sobie zmianę decyzji zakupowej pod wpływem słyszanych ogłoszeń.

  • MUZYKA & BANK

1 na 4 klientów banków wyraźnie pamięta obecność „odpowiedniej” muzyki

Sukces jest w zasięgu WZROKU – kontent WIZUALNY rządzi:

  • 58% konsumentów wskazuje, że przyciągające uwagę treści wideo mają pozytywny wpływ na ich zakupy
  • 58% klientów restauracji szybkiej obsługi pamięta konkretne informacje, które widzieli na ekranach
  • 54% robiących zakupy spożywcze z Generacji Z na całym świecie potwierdza, że dowiedzieli się o produkcie lub promocji z ekranów umieszczonych w sklepie
  • 25% klientów aptek na świecie mówi, że zostało w nich dłużej ze względu na przyciągające uwagę treści wyświetlane na ekranach

Młodzi, uważni, żywo reagujący – Generacja Z

Na całym świecie to konsumenci z Generacji Z najszybciej zauważają i żywo reagują na elementy marketingu sensorycznego w sklepie (1,4 razy silniej niż ogół przebadanych dorosłych). Podoba im się obecność muzyki w sklepie, zauważają i doceniają przyjemne zapachy oraz zdecydowanie wyczuwają wpływ treści wideo/cyfrowych.

Okazuje się, że 74% klientów między 18 a 24 rokiem życia pamięta, że ostatnie słuchanie muzyki w sklepie sprawiało im przyjemność.  Dla porównania, dla klientów z grupy 55+, muzyka była przyjemnym i zapamiętywanym doświadczeniem, już w nieco mniejszym stopniu – 48% badanych.

Dla ponad połowy klientów Generacji Z muzyka jest tak ważna, że jeśli im się podoba, to zostają oni w sklepie znacznie dłużej. 1 na 2 osoby z tej grupy potwierdza również, że miały na nią wpływ treści wideo/cyfrowe.

A jak sytuacja wygląda w Polsce?  

– Nasze globalne badanie pokazuje trendy w zachowaniach Klientów, na rynkach zdecydowanie najbardziej rozwiniętych pod względem stosowania nowinek technologicznych, związanych z brandingiem oraz Experience Design. Zauważamy jednak, że polscy Klienci wykazują bardzo podobne zachowania. Mam wrażenie, że u nas wpływ marketingu sensorycznego jest już równie wysoki jak w krajach które zostały uwzględnione w badaniach.– mówi Aleksandra Potrykus–Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood.

Rekompensaty i wynagrodzenia za godziny nadliczbowe

Przedsiębiorco, czy wiesz, że rekompensatę za pracę w nocy najlepiej rozliczysz
w ryczałcie? Nie stosuj jednak tego rozwiązania w przypadku dyżurów, bo nie zgodzi się na to Państwowa Inspekcja Pracy. Nie musisz zaś płacić za godziny nadliczbowe, wystarczy, że dasz pracownikowi dzień wolny. Radzimy też, byś ewidencję czasu pracy przechowywał w firmie nawet trzy lata. Inspekcja służb kontrolnych może być i stresująca, i kosztowna, gdyż kary za naruszenia ujawnione w podczas kontroli w przedsiębiorstwie mogą sięgać nawet 40 tysięcy złotych.

W jaki sposób należy zrekompensować dyżur?

Zgodnie z art. 9 ustawy o czasie pracy kierowców, dyżur może wynikać z trzech sytuacji:

  1. dyspozycji po normalnych godzinach pracy w miejscu i czasie wskazanym przez pracodawcę,
  2. czasu oczekiwania na prowadzenie pojazdu w załodze, gdy pracownik siedzi obok kierowcy, który prowadzi pojazd,
  3. wymaganych przerw wynikających z ustawy lub stosownych rozporządzeń oraz umów międzynarodowych.
Kamil Wolański
Kamil Wolański

W zależności od rodzaju dyżuru przepisy określają różne formy jego rekompensaty. Za dyżur wskazany w punkcie a) kierowcy przysługuje wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika, najczęściej określone stawką miesięczną lub godzinową. Pracodawca ma również możliwość rekompensaty poprzez udzielenie czasu wolnego w wymiarze odpowiadającym długości dyżuru, jednak ustawodawca nie określił terminu, do końca którego ten czas wolny powinien zostać oddany mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Czasu Kierowców.

Nieco inne zasady dotyczą rekompensaty za okresy dyżuru wskazane w punktach b) oraz c), za które przysługuje wynagrodzenie w wysokości określonej w przepisach o wynagradzaniu obowiązujących
u danego pracodawcy, nie niższe jednak niż w wysokości połowy wynagrodzenia wynikającego z osobistej stawki zaszeregowania pracownika. To 50 proc. kwoty określonej dla dyżuru wynikającego z dyspozycji pracownika po normalnych godzinach pracy.

W przypadku tzw. dyżuru 50 proc. ustawodawca nie przewidział możliwości rekompensaty czasem wolnym. Jednak w sytuacji niewypracowania wymiaru czasu pracy dyżur ten może zostać zaliczony do godzin przestoju po to, aby pracodawca nie ponosił podwójnego kosztu zarówno za czas godzin zaplanowanej, a niewykonanej pracy, jak i dyżur wynikający z przerw oraz jazdy w zespoledodaje ekspert OCRK.

Wskazane rozwiązanie potwierdził Sąd Najwyższy wyrokiem z 18 stycznia 2012 r. sygn. akt II PK 116/11 (OSNP 2012/23–24/285) tłumacząc, że dyżury przypadające w normalnych godzinach pracy, podlegają zaliczeniu do czasu pracy, uzupełniając jego niewypracowany wymiar. Rozliczanie wykonane w ten sposób pozwala uniknąć sytuacji, w której kierowca będący głównie w dyspozycji na fotelu pasażera, zarabia lepiej niż jego zmiennik, który prowadzi w tym samym czasie pojazd.

Wielu pracodawców, chcąc uniknąć comiesięcznego dokładnego określania liczby godzin do wypłaty, wprowadza ryczałt, który odpowiada przewidywanej liczbie godzin dyżurów. Rozwiązanie to jest z powodzeniem stosowane w przypadku wynagrodzenia za pracę w nocy oraz w godzinach nadliczbowych. Jednak w przypadku dyżurów jest kwestionowane przez Państwową Inspekcję Pracy, gdyż kodeks nie przewiduje zryczałtowanego wynagrodzenia za ten składnik. W takim wypadku, jeśli w praktyce nie jest możliwe określenie dokładnej liczby godzin dyżuru w ciągu maksymalnie 10 dni po miesiącu, którego dotyczy rozliczenie (np. w wyniku dłuższej podróży służbowej kierowcy i braku możliwości odczytania danych z wykresówki lub karty kierowcy), przedsiębiorstwa stosują wypłatę zaliczki na poczet dyżurów w późniejszym czasie, weryfikowaną później z faktycznie powstałymi godzinami – wyjaśnia Wolański.

W jaki sposób należy rekompensować godziny nadliczbowe?

Godziny nadliczbowe to pojęcie ściśle związane z pracą kierowcy, szczególnie gdy chodzi o przewozy międzynarodowe. Fakt ten wynika z połączenia europejskich przepisów dotyczących czasu prowadzenia pojazdu, odbierania odpoczynków i przerw, z polskimi przepisami regulującymi sposób naliczania wynagrodzenia za czas przepracowany.

Rozporządzenie nr 561/2006 zezwala na prowadzenie pojazdu w ciągu dwóch kolejnych tygodni przez maksymalnie 90 godzin. Przyjmując okres 4 tygodni, jako miesiąc pracy pracownika, sama czynność jazdy, przy jej maksymalnym wykorzystaniu, daje 180 godzin pracy kierowcy w miesiącu.

Do tej sumy należy doliczyć zdarzenia innych prac wynikających najczęściej z okresów obsługi załadunku i rozładunku, przeciętnie wynoszących około 20 godzin w miesiącu oraz codziennej 15-minutowej przerwy tzw. śniadaniowej, zaliczanej do czasu pracy wynoszącej
w miesięcznym wymiarze około 5 godzin. Zatem miesięczna suma godzin pracy pracownika zatrudnionego na stanowisku kierowcy, wykonywana zgodnie z obowiązującymi regulacjami, nierzadko wynosi nawet 205 godzin. To w porównaniu z największą możliwą liczbą godzin do zaplanowania w miesiącach 2018 r., wynoszącą 184 godziny, daje co najmniej 21 godzin nadliczbowych
komentuje ekspert ds. rozliczania czasu pracy kierowców zawodowych.

Ważne jest, aby prawidłowo rekompensować ponadnormatywną pracę.

Podstawowy podział, który należy zastosować, opisując godziny nadliczbowe to:

  1. dobowe godziny nadliczbowe,
  2. średniotygodniowe godziny nadliczbowe.

Dobowe godziny nadliczbowe wynikają z pracy ponad 8 godzin lub w przypadku zastosowania systemu równoważnego, z pracy ponad przedłużony dobowy wymiar czasu pracy (czyli praca ponad plan większy niż 8 do 12 godzin). Z kolei średniotygodniowe godziny nadliczbowe wynikają
z przekroczenia przeciętnego tygodniowego czasu pracy, wynoszącego 40 godzin na tydzień
w przyjętym okresie rozliczeniowym.

Oczywiście należy pamiętać o zasadzie, że dobowe godziny nadliczbowe nie wchodzą
w skład nadgodzin średniotygodniowych. Upraszczając nieco wzór na ich wyliczenie – należy od liczby godzin faktycznej pracy w okresie rozliczeniowym odjąć wymiar czasu pracy, pomniejszony o nieobecności usprawiedliwione (jak urlop czy chorobowe) oraz wyliczone wcześniej dobowe godziny nadliczbowe
Kamil Wolański, OCRK.

W zamian za czas przepracowany w godzinach nadliczbowych, zamiast wypłaty (oprócz podstawy) dodatkowego wynagrodzenia, pracodawca, na pisemny wniosek pracownika, może udzielić mu w tym samym wymiarze czasu wolne od pracy (1:1). Udzielenie czasu wolnego może nastąpić także bez wniosku pracownika. W takim przypadku pracodawca udziela czas wolny od pracy, najpóźniej do końca okresu rozliczeniowego, w wymiarze o połowę wyższym niż liczba przepracowanych godzin nadliczbowych (1:1,5). Nie może to jednak spowodować obniżenia wynagrodzenia należnego pracownikowi za pełny miesięczny wymiar czasu pracy.

Z uwagi na trudności z terminowym rozliczeniem faktycznej liczby godzin nadliczbowych kierowcy oraz tym, że jest to grupa pracowników, którzy z uwagi na charakter pracy wykonują ją stale poza zakładem pracy, pracodawcy nierzadko zastępują wynagrodzenia z dodatkiem za faktycznie przepracowane nadgodziny – ryczałtem. Jest to jedyne świadczenie, które zastępuje ściśle wyliczone wynagrodzenie za pracę w godzinach nadliczbowych, przewidziane przez art. 1511 par. 4 kodeksu pracy.

Należy mieć na uwadze, że wysokość ustalonego ryczałtu powinna odpowiadać przewidywanemu wymiarowi ponadplanowej pracy. Taka regulacja (ryczałt) nie pozbawia pracownika prawa roszczeń o wynagrodzenie za pracę w godzinach nadliczbowych, nieobjętych ryczałtemmówi ekspert.

Jak długo należy przechowywać w firmie ewidencję czasu pracy?

Zgodnie z art. 25 ustawy o czasie pracy kierowców, pracodawca prowadzi ewidencję czasu pracy kierowców w formie:

  • zapisów na wykresówkach,
  • wydruków danych z karty kierowcy i tachografu cyfrowego,
  • plików pobranych z karty kierowcy i tachografu cyfrowego,
  • innych dokumentów potwierdzających czas pracy i rodzaj wykonywanej czynności lub
  • rejestrów opracowanych na podstawie dokumentów, o których mowa w pkt 1–4.

Przedsiębiorca jest zobowiązany przechowywać ewidencję:

  • 3 lata dla pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę,
  • 2 lata dla pracowników zatrudnionych na umowie cywilnoprawnej/samozatrudnionych.

Jeśli ewidencja jest prowadzona w formie danych źródłowych (punkty 1–4), pracodawca zobowiązany jest dodatkowo do prowadzenia indywidualnych kart ewidencji nieobecności pracownika w pracy
z podziałem na rodzaj i wymiar (urlopy, chorobowe).

Ile wynosi maksymalna kara nakładana na przedsiębiorcę?

Zgodnie z art. 92a ust. ustawy z 6 września 2001 r. o transporcie drogowym (tj. Dz.U. 2001 Nr 125 poz. 1371 ze zm.) podczas kontroli w przedsiębiorstwie kary mogą wynieść:

  • 15 000 zł – dla podmiotu zatrudniającego kierowców (za kierowców uważa się również osoby niezatrudnione przez podmiot wykonujący przewóz drogowy, wykonujące osobiście przewozy drogowe na jego rzecz) w liczbie średnio do 10 w okresie 6 miesięcy przed dniem rozpoczęcia kontroli,
  • 20 000 zł – dla podmiotu zatrudniającego kierowców w liczbie średnio od 11 do 50 w okresie 6 miesięcy przed dniem rozpoczęcia kontroli,
  • 25 000 zł – dla podmiotu zatrudniającego kierowców w liczbie średnio od 51 do 250 w okresie 6 miesięcy przed dniem rozpoczęcia kontroli,
  • 30 000 zł – dla podmiotu zatrudniającego kierowców w liczbie większej niż 250 w okresie 6 miesięcy przed dniem rozpoczęcia kontroli,
  • 40 000 zł – dla podmiotu wykonującego inne czynności związane z przewozem drogowym.

W styczniu oddano do użytkowania o 8,6 proc. więcej mieszkań niż przed rokiem

Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, rozwijające się w rekordowym tempie budownictwo mieszkaniowe może realnie pobudzić rynek najmu w Polsce. Potwierdzają to najnowsze dane GUS – w styczniu br. oddano do użytkowania o 8,6 proc. więcej mieszkań niż przed rokiem.

Po rekordowym roku 2018 mieszkaniowa hossa wciąż trwa. Według wstępnych analiz GUS w styczniu br. oddano do użytkowania ponad 16 tys. mieszkań, czyli o 8,6 proc. więcej niż przed rokiem. O ponad 20 proc. wzrosła także liczba mieszkań oddanych do użytkowania w budownictwie przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem. Wzrost widoczny jest także w budownictwie komunalnym i zakładowym. Według ogólnych szacunków na koniec stycznia br. w budowie pozostawało ponad 793 tys. mieszkań, czyli o 4,7 proc. więcej niż w końcu stycznia 2018 roku. Uwagę zwraca fakt, że zmniejszyła się liczba lokali oddawanych do użytkowania w budownictwie indywidualnym – o 5 proc. Mniej mieszkań powstało również w budownictwie spółdzielczym i społecznym czynszowym.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Warunki lokalowe w Polsce systematycznie się poprawiają. Z roku na rok deweloperzy budują i oddają do użytku coraz więcej mieszkań, co pozytywnie wpływa na zwiększenie ogólnego zasobu. Są to nie tylko lokale przeznaczone na sprzedaż. Widoczny jest wzrost zainteresowania inwestorów całymi pakietami mieszkań przeznaczonymi na coraz popularniejszy wynajem. W połowie styczniu br. Fundusz Mieszkań na Wynajem oddał do użytku kolejną inwestycję w Gdańsku przy ul. Kołodzieja, oferując prawie 80 lokali gotowych do zamieszkania. W tym roku planujemy dalszą rozbudowę naszego portfela o dwie inwestycje na ok. 200-250 mieszkań. Prawdopodobne lokalizacje to Poznań i Łódź – informuje Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

W krajach Europy Zachodniej, a w szczególności w Niemczech,  już blisko co druga osoba nie mieszka w posiadanym na własność lokum, tylko korzysta z wygodnej opcji wynajmu

Rynek najmu w natarciu

W Polsce rynek najmu stanowi integralną część całego sektora mieszkaniowego i jest dla młodych ludzi coraz atrakcyjniejszy. Potwierdzają to dane z raportu Stowarzyszenia Mieszkanicznik. W 2017 roku 715 tys. podatników wykazało przychody z najmu mieszkań. To imponujący, bo ponad dwukrotny wzrost w stosunku do roku 2011.

Przez ostatnie 5 lat co roku przybywało 7 proc. nowych podatników rozliczających wpływy z najmu. Ponadto najnowsze dane GUS potwierdzają, że w Polsce istnieje duże pole do rozwoju tego sektora mieszkaniowego. Tym samym na popularności coraz bardziej zyskuje najem instytucjonalny, który zapewnia najemcom stabilizację i poczucie bezpieczeństwa na cały okres zawieranej umowy. W dużych aglomeracjach popyt na rynku najmu zwiększają pracownicy zza granicy. Szansą na poprawienie statystyk byłaby także reemigracja – podkreśla Rafał Malik.

81% przedstawicieli MŚP uważa, że cyfryzacja zwiększa wydajność

Nowe badania TomTom Telematics wskazują, że przedsiębiorcy z sektora MŚP coraz częściej sięgają po rozwiązania z zakresu automatyzacji w celu poprawy wydajności, usprawnienia komunikacji i redukcji kosztów.

Aż 81% decydentów zatrudnionych w małych i średnich przedsiębiorstwach, posiadających flotę pojazdów, uważa, że mogłoby pracować wydajniej dzięki cyfryzacji – wynika z nowego badania TomTom Telematics. Jednak, gdy zapytano ich, jak radzą sobie z codziennymi zadaniami, takimi jak zarządzanie wydatkami, kontakt z klientem, tworzenie raportów i notatek oraz fakturowanie, większość z nich ujawniła, że królują wciąż rozwiązania manualne i papierowe segregatory.
Z kolei w dalszej części badania, 59% respondentów zgodziło się, że kwestie związane z raportowaniem czasu pracy jest zbyt pracochłonne. Przedsiębiorcy również uważają, że zarządzanie flotą pojazdów, jak i samym zużyciem paliwa jest problematyczne: 66% respondentów stwierdziło, że mogą zrobić jeszcze więcej, aby obniżyć koszty paliwa, a 55% uważa, że ich średnie koszty pojazdu są wyższe niż to konieczne.

Rozmawialiśmy z ponad tysiącem firm z obszaru Unii Europejskiej i USA. Podczas tych rozmów, dwa wnioski pojawiały się zdecydowanie najczęściej: po pierwsze, przedsiębiorcy są zmęczeni klasycznym stylem zarządzania z powodu kosztochłonności i niskiej wydajności, a po drugie menedżerowie widzą szansę rozwiązania swoich problemów w dalszej cyfryzacji biznesu – komentuje Dariusz Terlecki, Dyrektor Sprzedaży TomTom Telematics Polska

Badani wskazali również na to, że w codziennej pracy mierzą się z problemami dotyczącymi zarządzania zespołem oraz komunikacji wewnętrznej. 51% respondentów stwierdziło, że nieprzestrzeganie przez ich zespoły terenowe wyznaczonego harmonogramu ma negatywny wpływ na ich działalność, a 53% odpowiedziało, że nie mają pewności, że ich kierowcy zachowują się bezpiecznie na drodze. Poza tym 55% respondentów zgodziło się, że mają problem z komunikacją z zespołem terenowym.

Komunikacja jest kolejnym obszarem, w którym decydenci stosują automatyzację w celu poprawy efektywności. 23% respondentów zautomatyzowało proces identyfikacji i wysyłania odpowiedniego członka zespołu do zlecenia w pełni, a 41% częściowo – mówi Terlecki

Jako TomTom Telematics jesteśmy mocno zaangażowani we wsparcie rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, które wykorzystują samochody osobowe i furgonetki do realizacji swojej działalności gospodarczej. Nasz najnowszy raport, Digitalizacja Procesów Zarządzania FLotą, oferuje ciekawe wnioski w oparciu o nasze badania, które mogą służyć jako poradnik i źródło inspiracji dla przedstawicieli MŚP dzięki przedstawieniu przykładów tego, jak inni w ich branży podchodzą do digitalizacji i automatyzacji

komentuje Dariusz Terlecki

Pełny raport dostępny jest do pobrania tutaj: https://telematics.tomtom.com/pl_pl/webfleet/landingpages/workflow-management/free-ebook/

Uwagi:

Statystyki wykorzystane w materiale zostały zebrane w drodze ankiety przeprowadzonej wśród 1350 osób podejmujących decyzje dotyczące samochodów osobowych i vanów w wybranych branżach, w tym m.in. w budownictwie, inżynierii, przemyśle spożywczym i napojów, dostaw, opiece zdrowotnej, hotelarstwie, nieruchomościach, handlu detalicznym, telekomunikacji i usługach komunalnych.
Badanie zostało przeprowadzone we współpracy z agencją OnePoll w Polsce, Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Holandii, Belgii, Włoszech, USA, Szwecji i Danii.
TomTom Telematics jest częścią grupy TomTom, zajmującą się zarządzaniem flotami, telematyką pojazdową i świadczeniem usług typu „connected car”. Nasza platforma WEBFLEET oferuje rozwiązanie „Software-as-a-Service”, z którego korzystają zarówno małe, średnie jak i duże przedsiębiorstwa w celu zapewnienia bardziej efektywnego wykorzystania pojazdów, optymalizacji kosztów eksploatacyjnych i paliwa, wsparcia kierowców oraz ogólnego zwiększenia wydajności pracy. Ponadto TomTom Telematics świadczy usługi na rzecz ubezpieczycieli, wypożyczalni samochodów, przedsiębiorstw leasingowych, importerów samochodowych oraz podmiotów kierujących swoją ofertę zarówno do przedsiębiorców, jak i do konsumentów.

Debata: AGROBIZNES 4.0 – szanse i wyzwania w branży rolniczej

Już w 20 marca 2019 r. w Hotelu Bristol w Warszawie, będzie miała miejsce ekspercka debata, dotycząca rozwoju sektora rolnictwa w Polsce. Spotkanie odbędzie się pod patronatem honorowym Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

debata agrobiznes 4.0Celem organizowanej przez Executive Club debaty eksperckiej, będzie wypracowanie odpowiedzi na pytania związane z perspektywami rozwoju branży. Dyskusję zdominują zagadnienia dotyczące wykorzystania IT w sektorze rolniczym oraz sposobów na zwiększenie produkcji i wydajności pracy. Eksperci pochylą się również nad metodami wsparcia finansowanego producentów z branży a także porozmawiają o szansach i wyzwaniach stojących przed tym sektorem.

Patroni Honorowi: Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, Polskie Towarzystwo Agrofizyczne, Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa, Krajowa Rada Izb Rolniczych, Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, Instytut Technologiczno-Przyrodniczy, Centralny Ośrodek Badania Odmian Roślin Uprawnych, Stowarzyszenie Naukowo-Techniczne Inżynierów i Techników Rolnictwa, Polskie Towarzystwo Inżynierii Rolniczej

Partnerzy: Alventa, Nordkalk, Skotan SA, Syngenta

Udział w wydarzeniu jest bezpłatny, ale wcześniej należy zgłosić swoją chęć uczestnictwa pod adresem: [email protected]

F5 przejmuje NGINX

  • F5 – światowy lider usług aplikacyjnych w środowiskach multi-cloud ogłasza przejęcie NGINX – lidera w dostarczaniu aplikacji open source.
  • Strategiczne przejęcie i organiczna inwestycja ma na celu zapewnienie spółce przychodów i wzrostu wartości akcji w perspektywie długoterminowej.
  • F5 zobowiązuje się do dalszego inwestowania w innowacyjny projekt open source NGINX, by wspierać rozbudowaną społeczność tego środowiska.
  • F5 zachowa markę NGINX. Gus Robertson – CEO oraz założyciele NGINX – Igor Sysojev i Maksim Konovalov, dołączą do F5, aby kontynuować zarządzanie firmą.

F5 Networks (NASDAQ: FFIV) i NGINX ogłosiły w dn. 11 marca 2019 r. umowę przejęcia wszystkich udziałów i akcji prywatnej spółki NGINX przez F5. Całkowita wartość transakcji wyniosła niemal 670 mln USD.

Przejęcie NGINX umacnia pozycję F5 i przyspiesza naszą transformację w obszarze oprogramowania i multi-cloud – mówi François Locoh-Donou, dyrektor i prezes zarządu F5. Dodaje: Po stronie F5 mamy światowej klasy ochronę aplikacji i bogate portfolio usług aplikacyjnych, które poprawiają wydajność, dostępność i zarządzanie. Od NGINX otrzymujemy wiodące rozwiązania dostarczania aplikacji, zarządzania API, niespotykaną wiarygodność i świadomość marki w środowisku DevOps oraz ogromną bazę użytkowników open source. Wspólnie dostarczymy stałe usługi aplikacyjne we wszystkich środowiskach multi-cloud i połączymy siły specjalistów NetOps i DevOps w przedsiębiorstwach.

Jesteśmy przekonani, że każda organizacja może czerpać korzyści z elastyczności i zwinności, jakie dają nowoczesne technologie i to bez kompromisu na poziomie bezpieczeństwa, zarządzania czy wiarygodności – kontynuuje Locoh-Donou. Połączone firmy uzbroją każdego klienta – od programisty aplikacji, przez inżyniera sieciowego, do specjalisty ochrony – w narzędzia zapewniające dostępność i bezpieczeństwo ich aplikacji na każdej platformie, od centrum baz danych do prywatnej i publicznej chmury.

F5 wzbogaci bieżącą ofertę NGINX o własne rozwiązania ochrony. Zintegruje także swoje innowacje cloud-native z technologią balansowania obciążenia od NGINX. Pozwoli to na przyspieszenie procesu wprowadzania na rynek usług aplikacyjnych dla nowoczesnych, skonteneryzowanych aplikacji. F5 wykorzysta także swoje siły sprzedaży we wszystkich kanałach wraz z ekosystemem partnerskim dla zwiększenia skali możliwości sprzedażowych NGINX.

Dzielimy tę samą misję i wizję. Obie organizacje wierzą, że aplikacje są sercem cyfrowej transformacji. Jesteśmy przekonani, że infrastruktura aplikacji end-to-end, która łączy kod z użytkownikiem, jest potrzebna w dostarczaniu aplikacji we wszystkich środowiskach multi-cloud – mówi Gus Robertson, CEO NGINX. Dziś łączymy siłę innowacji open source od NGINX z pozycją lidera ADC i biznesowym zasięgiem F5. F5 wzbogaca w ten sposób swoje rozwiązania zaprojektowane dla DevOps, podczas gdy NGINX zwiększa swoje możliwości dotarcia do tysięcy klientów i partnerów.

Prężnie działająca społeczność open source NGINX była jednym z najważniejszych czynników, które zdecydowały o przejęciu. F5 docenia ogromne zaufanie, którym środowisko użytkowników darzy technologie NGINX. Open source jest rdzeniem strategii multi-cloud w F5 i głównym elementem kolejnego etapu innowacji. F5 zobowiązało się do kontynuowania tego projektu i dalszych inwestycji w open source NGINX, by zwiększyć zasięg w grupie użytkowników tego rozwiązania. W wyniku połączenia z NGINX F5 oczekuje przyśpieszenia integracji swoich produktów z wiodącymi projektami open source oraz wzmocnienia dotychczasowego partnerstwa technologicznego z vendorami.

Po finalizacji przejęcia F5 zachowa markę NGINX. Gus Robertson – CEO oraz założyciele NGINX – Igor Sysojev i Maksim Konovalov, dołączą do F5, aby kontynuować zarządzanie firmą. Robertson dołączy do zespołu senior management F5 i będzie podlegał François Locoh-Donou. F5 zachowa piony operacyjne NGINX w San Francisco w Kalifornii oraz pozostałych lokalizacjach na świecie.

Konsumenci wciąż podpisują umowy, które są dla nich niezrozumiałe. Rzadko proszą o dodatkowe wyjaśnienia

0

Konsumenci wciąż podpisują umowy, które są dla nich niezrozumiałe. Rzadko proszą o dodatkowe wyjaśnienia 8

11 proc. Polaków otrzymało do podpisu umowę, której treść budziła ich wątpliwości. Ponad połowa z nich, mimo niejasności, zdecydowała się ją podpisać – wynika z Barometru Providenta przeprowadzonego z okazji Światowego Dnia Konsumenta. Jednocześnie 5 proc. badanych w ciągu ostatnich 24 miesięcy zetknęło się z umową, która naruszała ich interesy. Co czwarty z nich w takiej sytuacji nie podjął żadnych kroków.

– Tylko 5 proc. naszych respondentów stwierdziło, że w ciągu ostatnich 24 miesięcy zetknęło się z umową, która ich zdaniem naruszała ich interesy. Były to głównie umowy telekomunikacyjne – stanowiły aż 51 proc., na drugim miejscu, zdecydowanie rzadziej, pojawiały się umowy związane z ubezpieczeniami oraz z mediami domowymi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, w przypadku, gdy dana firma nie wywiązuje się z umowy lub narusza prawa konsumenta, 40 proc. klientów składa reklamację. 28 proc. decyduje się opowiedzieć o wszystkim rodzinie lub opisać sprawę w internecie. Poważniejsze kroki podejmuje znacznie mniej osób: 10 proc. skonsultowało sprawę z prawnikiem, kolejne 10 proc. złożyło pozew do sądu, a 7 proc. zgłosiło się do organizacji konsumenckiej. Co istotne, 25 proc. w takiej sytuacji nie robi absolutnie nic.

– Reklamację zgłaszają przeważnie mężczyźni. Kobiety albo nic nie robią, albo – jak już robią – to są to działania dużego kalibru: zgłaszają sprawę do odpowiedniej organizacji konsumenckiej, jednocześnie opisują ją szeroko w internecie, ale także często kontaktują się z prawnikami, a nawet uruchamiają postępowanie w sądzie – wskazuje Anna Karasińska.

Badanie Providenta wskazuje, że większość Polaków nie ma problemów ze zrozumieniem umów – 79 proc. uważa, że umowy, które podpisywali, były zrozumiałe.

 Co dziesiąty respondent zetknął się z zapisami w umowie, które były dla niego w jakiś sposób niejasne. Niestety, co przerażające, ponad połowa osób jednak podpisuje takie umowy. Druga część naszych badanych próbuje to wyjaśniać, ale nie zawsze są to wyjaśnienia skuteczne – mówi ekspert ds. badań rynkowych Providenta.

W przypadku niezrozumiałej umowy blisko 60 proc. klientów poprosiło przedstawiciela firmy o wyjaśnienia, co piąty nie robi jednak nic. Ponad połowa podpisuje umowę, nawet jeśli nie wszystko było zrozumiałe. Warto jednak pamiętać, że tak jak nieznajomość prawa nie zwalnia od jego przestrzegania, tak nieprzeczytanie umowy nie zwalnia od wywiązania się z jej zapisów.

– Musimy też pamiętać o tym, że taka umowa jest później dla nas podstawą do dalszych ewentualnych działań. Nie bójmy się brać umów do domu, by móc na spokojnie je przeczytać. Pamiętajmy, że dla nas obowiązkiem jest przeczytanie umowy, a możliwością podpisanie, nigdy odwrotnie – przypomina Anna Karasińska.

Światowy Dzień Konsumenta obchodzony jest 15 marca.

Ministerstwo Zdrowia: Będą zmiany w kalendarzu szczepień. Szybko rośnie liczba zachorowań na niektóre choroby zakaźne

Ministerstwo Zdrowia: Będą zmiany w kalendarzu szczepień. Szybko rośnie liczba zachorowań na niektóre choroby zakaźne 9

– Chcemy zmodyfikować obecny rytm szczepień i naszą uwagę skierować na osoby powyżej 40. roku życia i w podeszłym wieku – zapowiada Zbigniew Król, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia. Ze względu na rosnący odsetek nieszczepionych dzieci pojawia się coraz więcej ognisk zachorowań na choroby zakaźne. Narażone na nie są nie tylko dzieci, lecz także dorośli. Niektóre szczepienia należy powtarzać, a inne wykonać pierwszy raz, jeśli ze względu na harmonogram szczepień nie udało się ich przeprowadzić w dzieciństwie. Nowy kalendarz szczepień mógłby obowiązywać już od 2020 roku.

 Chcemy kalendarzem szczepień zmodyfikować obecny rytm szczepień, począwszy od momentu urodzenia, doby po urodzeniu, do okresu niemowlęcego. Ale kalendarz szczepień musi również zawierać to, co w tej chwili coraz częściej doskwiera społeczeństwu. Z perspektywy zdrowia publicznego bardziej powinniśmy nasze radary również przestawić na osoby powyżej 40. roku życia czy nawet osoby w wieku podeszłym i w kalendarzu szczepień też powinny być określone odniesienia do potrzeb tych grup – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Król, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Obecnie osoby dorosłe nie są objęte programem obowiązkowych szczepień. Nie oznacza to jednak, że nie powinni się szczepić, zwłaszcza że w przypadku chorób zakaźnych są znacznie bardziej narażeni na powikłania niż dzieci. W przypadku części chorób obniża się odporność nabyta w wyniku szczepienia, dotyczy to np. błonicy, tężca czy krztuśca. Szczepionka na odrę jest obowiązkowa od 1975 roku, a do 1991 roku podawano tylko jedną dawkę. Osoby urodzone wcześniej mogą nie być odporne na tę chorobę. Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego podaje, że obecnie ok. 5 proc. dzieci zaszczepionych jedną dawką szczepionki przeciw odrze lub szczepionki MMR (przeciw odrze, śwince i różyczce) nie wytwarza odporności na tę chorobę.

– Myślimy o młodych dorosłych, którzy są według nas bardzo mocno narażeni na odrę. Osoby urodzone przed połową lat 90. miały tylko jedno szczepienie, a te, które się urodziły już w latach 70., nie miały nawet tego. Ze względu na ogniska choroby, które obserwujemy w różnych krajach, powinniśmy na ten temat przeprowadzić debatę z gronem ekspertów – mówi Zbigniew Król.

Z danych PZH wynika, że w Regionie Europejskim WHO w 2018 roku odnotowano trzykrotnie więcej zachorowań na odrę w porównaniu do 2017 roku i piętnastokrotnie więcej w porównaniu do 2016 roku. Zdecydowana większość chorych nie była zaszczepiona. W Polsce każdego roku występuje od 100 do 300 zachorowań.

– Chcemy jeszcze w tym roku zmodyfikować kalendarz szczepień, zarówno w tych szczepieniach obowiązkowych, jak i szczepieniach zalecanych dla osób dorosłych. Na pewno będzie się to wiązało z wprowadzeniem nowoczesnych szczepionek, multiwalentnych, które są jeszcze bardziej bezpieczne, były też rozważane najnowsze technologie oparte o badania genetyczne – wskazuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Resort zdrowia wspólnie z Głównym Inspektoratem Sanitarnym chcą wprowadzić szczepionki przeciwko krztuścowi dla osób w wieku 19 lat, a szczepienia przeciwko różyczce miałyby być obowiązkowe dla młodych mężczyzn, aby całkowicie wyeliminować przypadki różyczki wrodzonej. Planowane jest też wprowadzenie dla wszystkich szczepień przeciwko ospie wietrznej. Osoby z chorobami sercowo-naczyniowymi mają być szczepione na grypę, rozszerzone mogłyby zostać szczepionki przeciwko pneumokokom i wprowadzone obowiązkowe szczepienia przeciwko wirusowi HPV. Do kalendarza szczepień mogą też zostać wpisane szczepienia na rotawirusy. W czerwcu resort zdrowia ma przedstawić dokładne propozycje, a nowy kalendarz szczepień mógłby obowiązywać od 2020 roku.

G. Piotrowska-Oliwa: Książkowy model edukacji bolączką młodych. W rozwoju ich ścieżki kariery pomagają programy mentoringowe

G. Piotrowska-Oliwa: Książkowy model edukacji bolączką młodych. W rozwoju ich ścieżki kariery pomagają programy mentoringowe 10

17 marca kończy się nabór do szóstej edycji programu Mentors4Starters, w którym grupa doświadczonych biznesmenów i postaci z życia publicznego dzieli się z młodymi ludźmi, stojącymi u progu kariery zawodowej, swoją wiedzą i umiejętnościami. – Tego typu programy mentoringowe są potrzebne, by uzupełnić niedociągnięcia modelu edukacji, który nie uczy rozwiązywania problemów, wyciągania wniosków i analizy krytycznej – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes Virgin Mobile i jedna z mentorek w programie.

Pracuję ze studentami, jestem zapraszana na wykłady na różne polskie uczelnie i widzę bardzo zdolną młodzież. Ona nie jest źle uczona, bo mamy świetnych profesorów i wykładowców, tylko sam model edukacji, który jest nastawiony na testy, zapamiętywanie, a nie na umiejętność korzystania z informacji z różnych źródeł, to jest największa bolączka, z którą ci młodzi muszą się niestety cały czas borykać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes zarządu Virgin Mobile Polska, mentorka w programie Mentors4Starters.

Jak podkreśla, pod tym względem system polskiej edukacji w sposób istotny odbiega od standardów zachodnich. Ponadto od przedszkola po studia podyplomowe prowadzi zajęcia grupowe, co utrudnia rozwijanie indywidualnych zdolności i umiejętności. Właśnie na spotkania indywidualne z młodymi ludźmi stawia program mentoringowy Mentors4Starters.

– Tego typu programy są potrzebne, dlatego że kontaktu jeden na jeden uczelnie nie oferują w dużym zakresie, bez względu na to, jaki jest ich profil. Nie oferuje tego edukacja podyplomowa, gdzie również jest praca w dużych grupach. Programy mentoringowe dają możliwości osobom, które chcą się uczyć od konkretnych osób – podkreśla Grażyna Piotrowska-Oliwa.

W gronie stałych mentorów są wieloletnia szefowa Coca-Coli w Polsce i krajach bałtyckich, obecnie prezes MBWS Anna Jakubowski, Wojciech Kostrzewa – były prezes zarządów m.in. mBanku i ITI, prezes zarządu Mediacap i inwestor Jacek Olechowski, Wojciech Borowski, prezes reklamowej grupy McCann i Piotr Pietrzak, dyrektor zarządzający serwisu Sport.pl. Do tego dochodzi 30 mentorów współpracujących przy konkretnych edycjach, a wśród nich wieloletni prezes PZU Andrzej Klesyk, Alicja Kornasiewicz, była prezes banku Pekao SA, obecnie szefująca bankowi Morgan Stanley w Warszawie, czy Jerzy Baczyński, redaktor naczelny „Polityki”.

– Program jest nauką w praktyce. To, czego wymagam od swoich mentees, to żeby oczekiwali pomocy w konkretnym zadaniu czy problemie. Jedne osoby mają problem z prezentacją, inni oczekują pomocy w budowaniu biznesplanu, jeszcze inne w ocenie potencjału ich pomysłów biznesowych – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa.

Do programu mogą aplikować osoby, które stoją przed ważnymi wyborami w zakresie swojej ścieżki kariery: rozważają zmianę pracy, branży, rozwijają własną firmę czy start-up, mają pomysł na własny biznes lub konkretny projekt zawodowy. Oferta jest skierowana do osób w wieku 20–35 lat, które pierwsze doświadczenia zawodowe mają już za sobą. Choć wiek określany jest umownie, nieprzypadkowo wyznaczono go właśnie w takim zakresie.

– Jeżeli popatrzymy na nasze – mentorów – doświadczenia, to w okolicy 30–35 roku życia podejmowaliśmy najważniejsze decyzje zawodowe: czy studia, które kończyliśmy, to kierunek, w którym dalej chcemy rozwijać swoją karierę, czy szukać czegoś innego – tłumaczy Grażyna Piotrowska-Oliwa. – To też jest wiek, kiedy podejmuje się decyzję np. o programach typu Executive MBA czy innych podnoszących kompetencje.

Zgłoszenie polega na przesłaniu wypełnionego formularza dostępnego na stronie programu wraz z CV ze zdjęciem i listem motywacyjnym. Potem następuje proces rekrutacji. Jego przejście nie jest proste ze względu na liczbę chętnych – kilkaset osób na 30 miejsc. Program trwa około 8 miesięcy i gwarantuje uczestnikom od 4 do 6 spotkań z przydzielonym mentorem. Coraz więcej zarówno wśród mentorów, jak i tzw. mentees jest kobiet.

– Ogromną przyjemność sprawia mi współpraca z tymi młodymi ludźmi. Zadają oni szereg pytań, które w ich wieku chciałabym móc zadać komuś z  doświadczeniem moim albo moich kolegów z programu Mentors4Starters, żeby ktoś mógł mi pomóc, a tym samym oszczędzić czasu, nerwów i straconej energii – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa.

Jak podkreśla, jedną z podstawowych, uniwersalnych rad dla uczestników programu jest konieczność ciągłej nauki, podnoszenia swoich kompetencji i nadążania za otoczeniem biznesowym.

Druga rada: dziesięciu rzeczy na raz nie da się zrobić dobrze. Po trzecie, warto pamiętać, że w życiu są nie tylko sukcesy, lecz także porażki. Wyciągnięcie z nich dobrych wniosków to też jest duży sukces – przekonuje prezes Virgin Mobile Polska.

Słodycze produkowane na polski rynek coraz częściej w mniejszych opakowaniach. Ma to wspierać odpowiedzialną konsumpcję

Słodycze produkowane na polski rynek coraz częściej w mniejszych opakowaniach. Ma to wspierać odpowiedzialną konsumpcję 11

Ponad połowa słodyczy sprzedawanych w Polsce to produkty o wadze do 50 gramów – wynika z danych Nielsena. Jedzenie mniejszych porcji to dobra metoda kontrolowania konsumowanych kalorii, dlatego producenci coraz częściej w ten sposób ułatwiają świadome zarządzanie codziennym bilansem kalorycznym bez wyrzeczeń. To o tyle istotne, że konsumenci zwracają na ten aspekt coraz większą uwagę. Na małe porcje – o wartości odżywczej poniżej 130 kalorii – stawia także Ferrero, producent m.in. Kinder Bueno czy Kinder Chocolate.

 Na rynku słodyczy w Polsce dominują tradycyjne duże kategorie. Numerem jeden są ciastka, w dalszej kolejności czekoladowe tabliczki, pralinki, cukierki i batony. Dalej mamy już mniejsze kategorie, jak np. bardzo intensywnie rozwijająca się kategoria batonów musli i specjalistycznych. Wbrew pozorom jesteśmy bardzo tradycyjni pod tym względem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Rogalska, client director w Nielsen Polska.

Z danych Nielsena wynika, że mimo coraz popularniejszego trendu eko i zdrowego odżywiania na polskim rynku słodycze – zwłaszcza te czekoladowe – wciąż dobrze się sprzedają. Konsumenci traktują je przede wszystkim jako produkt, który ma dostarczyć radości i przyjemności, bez względu na skład i kalorie.

Raport Nielsena „Convenient Snacking, Confectionery market in Poland” wskazuje, że wartość rynku słodyczy w Polsce w 2018 roku wyniosła 12,3 mld zł. Polacy kupili 4,2 mld słodkich produktów, a ponad połowę stanowiły produkty o wadze do 50 gramów.

– Małe porcje słodyczy są właściwym sposobem kontrolowania konsumpcji. Jeżeli mówimy o słodyczach, mamy na myśli przyjemność. Lubimy czekoladę, jej smak, słodycz. Jednak ważne jest kontrolowanie spożywanych kalorii. Małe porcje są odpowiedzią na potrzebę zrównoważonej i rozsądnej konsumpcji – przekonuje Enrico Bottero, dyrektor generalny Ferrero Polska Commercial.

Nielsen podaje, że dla 25 proc. konsumentów to właśnie niewielkie porcje są dobrym sposobem na kontrolę nad liczbą spożywanych kalorii. Mniejsze porcje wpisują się w trend reformulacji produktów żywieniowych.

– Reformulacja to takie działanie producenta, które ma za zadanie zmodyfikować skład tak, żeby produkt nie stracił swoich walorów użytkowych i smakowych, ale żeby był w pełni dopasowany do zaleceń żywieniowych dotyczących odpowiedzialnej konsumpcji. Czyli żeby zawierał mniej tłuszczu, soli i cukru, oczywiście w granicach akceptowalnych potem finalnie przez konsumenta – tłumaczy Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

W przypadku niektórych słodyczy, np. czekolady, modyfikacja składu nie jest możliwa, ponieważ zmienia się wówczas sam produkt. Rozwiązaniem są właśnie niewielkie porcje. W przypadku Grupy Ferrero już 83 proc. całości sprzedaży stanowią porcje poniżej 40 gramów. Nieco ponad połowa produktów jest dostępna dla konsumentów w porcjach o gramaturze poniżej 15 gramów. Mniejsze porcje to znacznie mniej dostarczanych kalorii.

– Reformulację bardzo chętnie stosują producenci słodyczy, ale ten proces dotyczy także takich produktów jak zupy w proszku czy wędliny. To daje efekt. W niektórych produktach udało się ograniczyć zawartość cukru nawet o 20–30 proc., a w innych produktach zawartość soli nawet o 60 proc. To ma znaczenie dla dobrze zbilansowanej diety – przekonuje Andrzej Gantner.

W porównaniu z 2017 rokiem uśredniona kaloryczność pojedynczych porcji produktów Ferrero się zmniejszyła. 68 proc. produktów koncernu jest dostępnych w porcjach o kaloryczności mniejszej niż 100 kcal. Ponad 80 proc. ma niski indeks glikemiczny, ten zaś ma ogromne znaczenie dla cukrzyków czy osób z insulinoopornością.

 Jednorazowe sięgnięcie po produkt powoduje, że zjadamy go mniej, niż gdyby to była większa porcja. Mniej marnujemy, nie mamy też odruchu, że skoro zostało coś jeszcze w paczce, to musimy to dokończyć. Ponadto małe porcje produktów pakowane np. w jakiejś większej paczce pozwalają nam się łatwiej dzielić tym produktem z innymi użytkownikami – wymienia Andrzej Gantner.

– Małe przyjemności są bardzo ważne w życiu. Jednak jak człowiek przesadza, to może się przejeść i w związku z tym nie będzie doceniał tego, co jest smaczne. Jestem bardziej za tym, żeby jeść małe porcje, żeby to była mała przyjemność, a dodatkowo musi być aktywność fizyczna – ocenia Pascal Brodnicki, kucharz i prezenter telewizyjny.

Jak podkreślają przedstawiciele marki Ferrero, mniejsze porcje wpisują się w społeczną odpowiedzialność biznesu. To jednak nie jest jedyny aspekt edukowania konsumentów. Koncern stawia na czytelne etykiety tak, by ułatwić klientom świadomą konsumpcję. Promuje także aktywny styl życia, m.in. poprzez program Kinder+Sport, który ma objąć 5 mln dzieci z 30 krajów.