Marzec to idealny miesiąc na wynajem mieszkania

Zadań stojących przed inwestorami zainteresowanymi zakupem nieruchomości na wynajem jest naprawdę wiele. W przypadku kiedy inwestor nastawiony jest na szybkie zyski warto, aby zaczął interesować się nieruchomościami już teraz. Marzec to idealny miesiąc na rozpoczęcie takich działań. Dlaczego?

Wielu początkujących inwestorów nie zdaje sobie sprawy jak długo może trwać cały proces związany z nabyciem nieruchomości i przygotowaniem jej do wynajmu. Znalezienie odpowiedniego mieszkania, negocjacje, formalności prawno – notarialne, procedury około kredytowe – w przypadku korzystania z kredytu, remont, etc. To wszystko zajmuje dużo czasu i jeszcze więcej … pieniędzy. Dlaczego zatem najlepiej zacząć cały proces poszukiwania mieszkania na wynajem właśnie w miesiącu marcu?

Ofert sprzedaży mieszkań w sieci jest wiele, czy to z rynku pierwotnego czy wtórnego. Jak więc znaleźć tą najlepszą? Przede wszystkim należy zarezerwować odpowiednią ilość czasu na właściwe rozpoznanie rynku i rozpatrzenie ofert, które spełniają kryteria inwestora. W celu znalezienia takowych, warto zastosować zasadę 100/10/1. Oznacza ona, że inwestor powinien obejrzeć 100 ofert, wybrać 10 do przeanalizowania, aby kupić 1-dno mieszkanie. Na pierwszy rzut oka, zasada ta może wydawać się przesadą, jednak wiedza oraz doświadczenie, które inwestor zdobędzie będzie nie do przecenienia. Przyczyni się m.in. do lepszego rozeznania rynku nieruchomości, aktualnych trendów i cen. Dodatkowo, spotkania które inwestor odbędzie, przygotują go do negocjacji cenowych, ale także pokażą na co warto zwracać uwagę. Mieszkanie z potencjałem, ale wymagające remontu czy odświeżona kawalerka, ale z utrudnioną komunikacją? Przed inwestorem stoi wiele tego typu pytań, a są to ważne wybory pod kątem opłacalności inwestycji. Dodatkowo, kluczowe pytanie – gdzie znaleźć te naprawdę dobre oferty sprzedaży nieruchomości?

Z pomocą czy samemu?

Samo przeglądanie portali internetowych, ze względu na konkurencję ze strony innych inwestorów, jak i konieczność poświęcenie dużej ilości czasu, może okazać się niewystarczające. W odwodzie mamy zawsze profesjonalnych pośredników nieruchomości, którzy mogą pomóc w znalezieniu najlepszej inwestycji. Jeżeli jednak inwestor nie chce spędzać wielu godzin na ciągłym przeglądaniu internetowych ogłoszeń, ani współpracować z pośrednikiem, to może skorzystać ze zautomatyzowanych, internetowych narzędzi wyszukujących nieruchomości według określonych wymagań. Przeszukują one i analizują tysiące ofert ogłoszeniowych oraz rekomendują tylko takie, które spełniają wybrane przez inwestora kryteria, np. minimalne ROI na poziomie 5% lub miesięczny przychód z najmu wynoszący min. 3000 zł. Dzięki takiej pomocy, inwestor może skupić się na rozważeniu tylko kilku, najciekawszych ofert. Dodatkowym atutem korzystania z tego typu platform jest szybkość ich działania. Najlepsze oferty przestają być aktualnie w ciągu kilkunastu godzin – kilku dni od ich opublikowania na portalach ogłoszeniowych. Niestety, inwestor samodzielnie przeszukując tysiące ofert, często dociera do ciekawych dopiero wówczas kiedy są one już nieaktualne. Używając narzędzia automatyzującego poszukiwanie nieruchomości, przyszły właściciel otrzymuje informację w ciągu godziny i może od razu rozpocząć działania.

Dla przykładu, poniżej zostały zaprezentowane wybrane oferty pochodzące z platformy Rentier.io, wyselekcjonowane na podstawie następujących kryteriów potencjalnego inwestora poszukującego nieruchomości na wynajem: roczny zwrot z inwestycji (ROI) na poziomie większym niż 6,5% dla nieruchomości z min. 2 pokojami, ceną najmu powyżej 2 350 zł, przy kosztach miesięcznych opłat administracyjnych nie przekraczających 540 zł, zlokalizowanych w Warszawie.

          2019
  Lokalizacja metraż pokoje Opłaty administracyjne Cena najmu Cena zakupu ROI 12m ROI 11m
1 Warszawa, Wola, przy Cmentarzu Żydowskim 48 2 430 2 350 350 000 8,06% 7,26%
2 Warszawa, Wola, Szarych Szeregów 47 2 460 2 800 431 000 7,80% 7,04%
3 Warszawa, Praga Południe, Józefa Dwernickiego 58 3 460 2 450 429 000 6,85% 6,17%
4 Warszawa, Włochy, Park Kombatantów 60 2 540 2 500 460 000 6,52% 5,86%

Źródło: Rentier.io, dane z 18.03.2019 r.

Co ważne, platformy internetowe takie jak Rentier.io umożliwiają także sprawdzenie jak zwrot inwestycji, tj. ROI, kształtował się na przestrzeni ostatnich miesięcy czy lat. Poniżej dane dla nieruchomośc o takich samych kryteriach tylko w 2018 roku. Porównanie danych z obu  tabeli pozwala zauważyć, że rosnące ceny zakupu nieruchomości są w pewnym stopniu równoważone przez zwiększające się ceny najmu, co w konsekwencji przekłada się na niewielki spadek rentowności inwestycji.

          2018
  Lokalizacja Metraż pokoje Opłaty administracyjne Cena najmu Cena zakupu ROI 12m ROI 11m
1 Warszawa, Wola, przy Cmentarzu Żydowskim 48 2 430 2 250 325 000 8,31% 7,48%
2 Warszawa, Wola, Szarych Szeregów 47 2 460 2 620 400 000 7,86% 7,09%
3 Warszawa, Praga Południe, Józefa Dwernickiego 58 3 460 2 227 380 000 7,03% 6,33%
4 Warszawa, Włochy, Park Kombatantów 60 2 540 2 306 440 000 6,29% 5,64%

Źródło: Rentier.io, dane z 18.03.2019 r.

To tylko początek

Znalezienie odpowiedniej nieruchomości, wbrew temu co można sądzić, nie oznacza jeszcze końca pracy inwestora. Wielu początkujących zapomina o czasie, który potrzebny jest na załatwienia wszystkich formalności związanych z zakupem mieszkania, np. sprawdzeniem jego stanu technicznego, spraw formalno-prawnych nieruchomości, m.in. w księgach wieczystych; nie mówiąc już o przygotowaniu umowy zakupu lub sprawdzenia wraz z prawnikiem tej dostarczonej przez sprzedającego. Jeśli przyszły właściciel nieruchomości decyduje się na jej zakup na kredyt, dodatkowo wydłuży to czas związany z oczekiwaniem na decyzję banku oraz podpisaniem umowy. Cały etap, składający się z decyzji wstępnej i ostatecznej, teoretycznie powinien trwać od 4 do 6 tygodni. W ich trakcie badana jest zdolność kredytowa inwestora, a także oceniania jest sama wartość wybranej nieruchomości. Mimo wyznaczonych przez instytucję finansową ram czasowych, często procedury wydłużają się, m.in. ze względu na brak kompletu dokumentów od sprzedającego lub inwestora. To powoduje, że pierwotnie zaplanowany czas znacząco się wydłuża, nierzadko nawet dwukrotnie.

Ostatnia prosta

Zanim inwestor podpisze umowę najmu z przyszłymi najemcami, musi jeszcze dokonać niezbędnych drobnych napraw lub przeprowadzić poważniejszy remont. Bez względu na zakres prac, znalezienie dobrych fachowców, oferujących rozsądne i akceptowalne ceny, może potrwać. Co więcej, na tych naprawdę dobrych trzeba będzie poczekać kilka miesięcy, nierzadko pół roku lub więcej. Oczywiście, na rynku są także ekipy remontowe dostępne w ciągu kilku dni. Jednak duża ilość wolnego czasu, nie jest dla nich najlepszą rekomendacją. Dodatkowo, termin oddania mieszkania może przesunąć się w czasie. Oczekiwanie na potrzebne materiały, niespodziewane awarie czy nieprzewidziane nieobecności ekipy remontowej – to wszystko może oznaczać wydłużenie czasu prac.

Najlepszym momentem na rozpoczęcie wynajmu nieruchomości są miesiące sierpień i wrzesień. Wówczas inwestor może liczyć na duże zainteresowanie zarówno ze strony studentów, rozpoczynających rok akademicki, ale także tych, którzy już podjęli pracę. Ci ostatni niezbyt chętnie przeprowadzają się do nowych mieszkań w okresie zimowym czy letnim, który zarezerwowany jest przede wszystkim na odpoczynek. Cały proces od rozpoczęcia poszukiwań nieruchomości, poprzez załatwienie kredytu, a skończywszy na przeprowadzeniu remontu zazwyczaj trwa około pół roku. Zatem jeżeli inwestor chce zaoferować swoje mieszkanie na wynajem w optymalnym okresie warto, aby zaczął szukać nieruchomości już teraz. Sezon poszukiwań dobrych nieruchomości został rozpoczęty.

Transition Technologies podsumowuje wyniki za 2018 r.

Grupa Kapitałowa Transition Technologies (GK TT) – lider IT w obszarze energii, gazu, informatyki medycznej i przemysłu, podsumowuje wstępne wyniki 2018 i pomimo konserwatywnej oceny przyszłości rynku informatycznego, przedstawia optymistyczne prognozy na 2019 rok.

Transition Technologies po raz kolejny utrzymuje założony, silny trend wzrostowy. Spółki Grupy Kapitałowej TT osiągnęły w roku 2018, zgodnie z wcześniejszymi prognozami, globalne przychody na poziomie ponad 300 mln PLN, co stanowi ponad 15 proc. wzrostu sprzedaży w porównaniu do poprzedniego roku.

Przez cały 2018, spółka kontynuowała realizację kluczowych projektów w sektorze energetycznym i przemysłowym, notując dynamiczne zwiększanie sprzedaży w segmencie informatycznych usług outsourcingowych i Managed Services. W Polsce grupa staje się liderem usług outsourcingowych dla administracji publicznej i służby zdrowia. Coraz istotniejszą rolę odgrywają też segmenty IoT (Internet rzeczy), Virtual i Augmented Reality (wirtualna i rozszerzona rzeczywistość) oraz zastosowania nowych technologii w Medical Intelligence. Cała Grupa Kapitałowa TT SA  realizuje strategię rozwijania zaawansowanych technologicznie produktów oraz budowy kompetencji w najbardziej dynamicznie rosnących kierunkach światowej informatyki.

W 2018 r. GK TT umacniała swoją pozycję w sektorze ochrony zdrowia. TT kontynuowała współpracę z amerykańską spółką Public Health nad budową platformy wymiany danych pacjent-instytucja. Grupa realizowała także, dofinansowaną z NCBiR, grę mobilną Echo-Vis wspierającą naukę echolokacji dla osób z dysfunkcjami wzroku. TT przeprowadzała także w placówkach ochrony zdrowia kolejne wdrożenia innowacyjnego rozwiązania własnego klasy Business Intelligence – MedStream Designer.

Stabilna pozycja lidera w sektorze energetycznym i dynamicznie zwiększająca się sprzedaż informatycznych usług outsourcingowych w segmencie Managed Services w kraju i za granicą wzmocniły portfel stałych zamówień. Backlog TT już teraz stanowi 65% w koszyku przychodów Transition i pozwala na bezpieczne realizowanie działań B&R.

Konrad Świrski,
Prof. Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies S.A.

– Decydując się w poprzednich latach na współpracę z gigantami technologicznymi oraz rozwój Managed Services zdobyliśmy kompetencje w wiodących technologiach. Obok wysokiego backlogu, oferowanie unikatowych kompetencji IT i opracowywanie naprawdę przydatnych dla przemysłu czy organizacji rozwiązań daje nam przewagę. Jesteśmy przekonani, że możemy zyskać na możliwym w 2019 roku spowolnieniu gospodarczym – mówi Konrad Świrski, prezes zarządu Transition Technologies SA.

GKTT ma rozproszoną strukturę zatrudnienia – w 2018 r. 19 lokalizacji biur i partnerstw w Europie, Azji, Ameryce Pn. – oraz zbudowała unikalne portfolio usługowo-produkcyjne. – Mamy silną pozycję, długoterminowe zamówienia, znajdujemy nisze, adaptujemy dostępne technologie do nowych zastosowań we własnych, kompleksowych wdrożeniach. Dlatego zakładamy 15 proc. wzrost w 2019 roku, czyli blisko 350 mln PLN przychodu, z liczbą zatrudnionych na poziomie 2 tysięcy osób, bez względu na koniunkturę – dodaje Konrad Świrski. Jeśli scenariusz kryzysowy się zrealizuje, a sporo na to wskazuje, nie wykluczamy akwizycji i nowych partnerstw. Na rynku powstaje kilka cennych dla gospodarki rozwiązań – podsumowuje prof. Świrski.

Co dalej z wojną handlową?

W ostatnich tygodniach zdecydowanie wzrósł optymizm odnośnie do perspektyw zawarcia przez Stany Zjednoczone umowy handlowej z Chinami.

W ubiegłym roku prezydent USA ogłosił szereg różnych opłat celnych na dobra importowe pochodzące z Chin, m.in. 10-procentowe cło na ekwiwalent 200 mld USD chińskich dóbr. Za działaniem Trumpa stała m.in. chęć zmniejszenia narastającego deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych. W 2018 roku deficyt handlu zagranicznego USA był najwyższy od niemal dekady – wyniósł on wówczas 621 mld USD. Jednym z ważniejszych czynników odpowiedzialnych za tę sytuację była właśnie nierównowaga w handlu z Chinami, które zaspokajają około 22% całego popytu importowego Stanów Zjednoczonych (czyli ok. 477 mld USD). W ciągu ostatnich dziesięcioleci to właśnie deficyt z Chinami rósł najszybciej w porównaniu z innymi partnerami handlowymi USA.

Bilans handlowy USA i wybranych krajów [średnia krocząca z 12 miesięcy] (1990-2019)Bilans handlowy USA i wybranych krajów

Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 14/03/2019

Wielokrotnie wyrażaliśmy wątpliwość co do tego, jakoby administracja Trumpa miała zamiar w istotnym stopniu próbować zaburzyć międzynarodowy handel zagraniczny. Uważamy, że protekcjonistyczna retoryka i działania Donalda Trumpa stanowią w dużej mierzę technikę negocjacyjną. Nasz pogląd o prognozowanej deeskalacji napięcia na tle handlu, wyrażony m.in. przed szefa departamentu ryzyka Ebury, Enrique Diaza-Alvareza na początku grudnia w Bloomberg Daybreak Asia, był wówczas dość kontrariański w relacji do opinii rynkowego konsensusu. Wypowiedzi kilku wyższych urzędników z obu stron negocjacji głoszone w ostatnich tygodniach wydają się jednak wspierać głoszoną przez nas opinię.

Główny negocjator ze strony Stanów Zjednoczonych, Robert Lighthizer, stwierdził, że rozmowy z Chinami wchodzą w „ostatnie tygodnie”, a całkiem niedawno pozytywnie na temat umowy wypowiadał się sam prezydent Trump. W ubiegłym tygodniu prezydent USA twierdził, że istnieją „spore szanse” na to, że umowa dojdzie do skutku. Z kolei w ostatni czwartek podczas wypowiedzi w telewizji Trump podtrzymał ten pogląd, twierdząc, że rozmowy z Chinami przebiegają „bardzo dobrze”.

Również Gary Cohen, były przewodniczący National Economic Council (Krajowej Komisji ds. Gospodarki), a także bliski współpracownik Donalda Trumpa, sugerował w ubiegłym tygodniu możliwość zawarcia umowy handlowej między krajami. Podczas wywiadu radiowego Cohen ostro skrytykował nałożenie ceł na Chiny ze względu na ich negatywny wpływ na gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Były współpracownik prezydenta stwierdził również, że Trump potrzebuje osiągnąć jakiekolwiek wizerunkowe „zwycięstwo” – rozstrzygnięcie długotrwałego konfliktu z Chinami mogłoby realizować ten cel.

Następne spotkanie Donalda Trumpa z przewodniczącym ChRL, Xi Jinpingiem było planowane na marzec, aczkolwiek bardzo prawdopodobne, że zostanie ono przełożone. Reporterzy związani z różnymi mediami donoszą, że prezydenci spotkają się najpewniej dopiero pod koniec przyszłego miesiąca.

Główną kwestią sporną pozostaje uwzględnienie w treści umowy handlowej praw własności intelektualnej. Mimo to z obu stron negocjacji dochodzą do nas pozytywne sygnały. Wydaje się, że chęć osiągnięcia umowy jest tak duża, że strony najpewniej będą wolały zgodzić się na zawarcie umowy nawet niespełniającej ich wszystkich wymagań, niż odroczyć z takich powodów jej podpisanie. Pozostajemy przekonani, że w niedalekiej przyszłości Chiny i Stany Zjednoczone podpiszą bilateralną umowę handlową. Możliwe, że już podczas spotkania Trumpa z Xi Jinpingiem pod koniec kwietnia.

Zagrożenie eskalacją konfliktu handlowego ograniczyło skłonność do ryzyka, co niekorzystnie wpłynęło na zainteresowanie aktywami gospodarek wschodzących oraz – na pozór nieco paradoksalnie – doprowadziło do szerokiego umocnienia dolara amerykańskiego. Aprecjacja USD wynikała z wizerunku dolara amerykańskiego, jako waluty „bezpiecznej” (tzw. safe haven), jak i z tego, że wzrost gospodarki Stanów Zjednoczonych napędzany jest przede wszystkim przez popyt wewnętrzny.

Rozwiązanie konfliktu handlowego poskutkuje zniesieniem jednego z głównych czynników ryzyka, które oddziaływały na rynek walutowy przez znaczną część ubiegłego roku. Tym samym w przypadku podpisania umowy handlowej spodziewamy się umocnienia walut rynków wschodzących, zwłaszcza krajów eksponowanych na popyt z Chin.

Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Co czwarta firma z branży produkcyjnej planuje zwiększyć zatrudnienie

Co czwarta firma z branży produkcyjnej planuje zwiększyć zatrudnienie w nadchodzącym kwartale. Produkcja przemysłowa już piąty kwartał z rzędu odnotowuje najwyższe zapotrzebowanie na pracowników wśród 10 przeanalizowanych przez ManpowerGroup sektorów rynku. Jednocześnie zajmuje trzecie miejsce w rankingu państw EMEA, gdzie najwięcej firm chce rekrutować nowych pracowników. Potwierdza to optymistyczną sytuację dla osób poszukujących pracy w tym obszarze i jest także wyzwaniem dla polskich przedsiębiorstw, by przyciągnąć i zatrzymać pożądanych kandydatów.

Pracodawcy w sektorze produkcji przemysłowej deklarują prognozę netto zatrudnienia (czyli wyrażoną w procentach różnicę pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych) po korekcie sezonowej na poziomie +22%. W ujęciu kwartalnym wskaźnik wzrósł o 1 punkt procentowy, a w ujęciu rocznym obniżył się o 3 punkty procentowe – potwierdza raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” przedstawiający plany pracodawców na drugi kwartał 2019 roku.

Dane wskazują, że 24% pracodawców zgłasza chęć powiększania swoich zespołów od kwietnia do czerwca bieżącego roku. 66% przebadanych firm nie przewiduje zmian w liczbie pracowników, a tylko 1% planuje redukcję etatów. Odsetek pracodawców, którzy planują zwiększyć zatrudnienie wzrósł o 2 punkty procentowe w ujęciu kwartalnym, natomiast w ujęciu rocznym obniżył się o 8 punktów procentowych. Stabilną sytuację w produkcji przemysłowej potwierdza również mniejszy odsetek firm, które planują redukcję zatrudnienia. Wskaźnik ten obniżył się o 5 punktów procentowych w porównaniu do ubiegłego kwartału i tego samego okresu w 2018 roku.

– Pracodawcy będą poszukiwać kandydatów nie tylko na stanowiska bezpośrednio związane z produkcją, lecz także na stanowiska techniczne związane z szeroko rozumianą automatyzacją. Coraz więcej firm podejmuje decyzje o automatyzacji procesów, w celu zwiększania wydajności produkcji i możliwości dynamicznego odpowiadania na wyzwania rynku pracy Poszukiwani będą operatorzy i mechanicy maszyn, automatycy, inżynierowie procesów. W firmach z sektora produkcji przemysłowej konieczne jest także zadbanie o obsługę magazynową i transport wewnętrzny stąd zwiększone zapotrzebowanie na operatorów wózków widłowych – mówi Kamil Sadowniczyk z Manpower. –  Największego zapotrzebowania na pracowników w obszarze produkcji przemysłowej można się spodziewać w regionach najbardziej uprzemysłowionych oraz charakteryzujących się znacznym napływem inwestycji, czyli na Śląsku i w Wielkopolsce. To te firmy będą musiały zmierzyć się z największymi wyzwaniami związanymi z pozyskaniem i zatrzymaniem pracowników. Jednocześnie obserwujemy tam trend polegający na coraz częstszym korzystaniu przez pracodawców z rozwiązań typu OnSite, mających na celu wsparcie w zarządzaniu pracownikami tymczasowymi poprzez zespół pracujący na rzecz klienta, co pomaga między innymi w zmniejszeniu rotacji pracowników – dodaje Kamil Sadowniczyk.

– Mimo wysokich prognoz zatrudnienia obserwujemy ostrożny optymizm ze strony pracodawców spowodowany między innymi niepewną sytuacją związaną z Brexitem. Z uwagą śledzimy również sytuację na rynku niemieckim, od którego nasza gospodarka jest w znacznym stopniu uzależniona. Obecnie nie ma powodów, by mówić o negatywnych zmianach na rynku, jednak nie możemy być pewni, że pozytywny trend utrzyma się do końca roku. Zależy to również od naszej wewnętrznej konsumpcji w Polsce. Na wyniki prognozy możemy też spojrzeć od strony pracodawców, którzy w wyniku niedoboru kandydatów nadal nie osiągnęli swojego docelowego poziomu zatrudnienia, dlatego od kilku kwartałów niezmiennie deklarują chęć pozyskiwania nowych pracowników – podsumowuje Kamil Sadowniczyk.

Polska produkcja przemysłowa uzyskała również wysokie trzecie miejsce w zestawieniu 26 analizowanych rynków regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Polskę wyprzedziła Rumunia z prognozą wynoszącą +25% i Grecja, ze wskaźnikiem +23%. Tuż za podium znajduje się Słowacja (+20%), Słowenia (+19%) i Finlandia (+19%). Optymizm jest również zauważalny we Francji (+16%), a także w Niemczech (+14%) oraz Wielkiej Brytanii (+7%) i Austrii (+7%). Na przeciwległym biegunie znajdują się Czechy (-1%) i Hiszpania (0%).

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

60% przedsiębiorców przeciwnych zakazowi handlu w niedziele

Firma Maison & Partners przeprowadziła na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców badanie firm z sektora MSP dotyczące wpływu zakazu handlu w niedziele na gospodarkę.

Przedsiębiorcy z sektora MSP są mocno podzieleni w sprawie możliwych rozwiązań dot. handlu w niedziele. Co piąty badany popiera wprowadzenie całkowitego zakazu, tyle samo za najwłaściwsze uznaje wprowadzenie gwarancji dwóch wolnych niedziel dla każdego pracownika, zaś prawie 40% opowiada się za brakiem jakichkolwiek ograniczeń. Najmocniej za brakiem restrykcji opowiadają się mikroprzedsiębiorcy – taką opcję wybrało 43% respondentów z tej grupy.

Symptomatyczne jest, że mikroprzedsiębiorcy stanowią również tę grupę, która najgorzej ocenia efekty wprowadzonych regulacji ograniczających handel w niedziele. Tylko 38% z nich uważa, że sektor handlu na ograniczeniach nie ucierpiał, a dokładnie 40% twierdzi, że przepisy nie osiągnęły żadnego pozytywnego skutku, czyli że uderzyły w branżę, a pracownicy nie zostali odciążeni.

Cezary Kaźmierczak – Prezes ZPP
Cezary Kaźmierczak

Widzimy tutaj doskonale zależność, którą można było przewidzieć. O ile większe firmy sobie jakoś z zakazem radzą i dlatego łagodniej oceniają jego rezultaty, o tyle mikroprzedsiębiorcy bardziej radykalnie wskazują na negatywne skutki tej regulacji – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Możemy zauważyć również, że skutki ograniczeń bardzo krytycznie oceniają przedstawiciele branży usługowej, spośród których aż 66% uważa, że wskutek wejścia w życie regulacji sektor handlu ucierpiał.

Interesujące są wyniki w zakresie oceny wpływu ograniczeń na sytuację małych sklepów. Zdaniem ponad 60% respondentów, ograniczenie negatywnie wpływa na najmniejsze podmioty. Co ciekawe, największy odsetek ankietowanych wskazujących na pogorszenie sytuacji małych sklepów występuje wśród przedsiębiorców z sektora handlowego (64% wobec 61% badanych z sektora usług i 56% z sektora produkcji).

Dostrzegamy, że największy odsetek zdecydowanie zgadzających się z twierdzeniem, że ograniczenie handlu negatywnie wpływa na sytuację małych sklepów, odnotować można wśród średnich i dużych przedsiębiorców oraz mikroprzedsiębiorców: jest to odpowiednio 35% i 34% badanych. – wskazuje prof. Dominika Maison Jednocześnie, odsetek przedsiębiorców zdecydowanie nie zgadzających się z tym stwierdzeniem jest wszędzie podobny i wynosi 13% – 14%.

Z badania wynika, że sektor MSP generalnie nie popiera propozycji zaostrzania ograniczenia handlu, poprzez m.in. propozycję doprecyzowania pojęcia placówki pocztowej – przeciwko temu pomysłowi opowiada się 55% ankietowanych. Największy odsetek badanych będących przeciwko zaostrzeniu to mikroprzedsiębiorcy, spośród których aż 61% nie popiera tego postulatu, w tym 36% w sposób zdecydowany.

To badanie to kolejna nasza publikacja na temat wpływu tej szkodliwej regulacji na gospodarkę i sytuację małych firm. Pokazywaliśmy już, że społeczeństwo nie akceptuje coraz bardziej restrykcyjnych przepisów. W naszych raportach przedstawialiśmy statystyki świadczące o złych skutkach zakazu handlu. Teraz przyszedł czas na przedsiębiorców z sektora MSP – również ich zdaniem branża handlowa na ograniczeniu ucierpiała. Mamy nadzieję, że będzie to wystarczający sygnał do rządzących, który skłoni ich do uchylenia tej ustawy. – podsumowuje Cezary Kaźmierczak.

Oczywiście, że coś musiało pójść nie tak!

Już chyba nikogo nie powinno dziwić, jeśli sprawy związane z brexitem przybierają niespodziewany zwrot i to chyba najlepiej tłumaczy, dlaczego rynek funta zachowuje spokój. Strategia premier May trafiła na kolejną przeszkodę, gdyż zablokowane zostały jej plany ponownego poddania pod głosowanie jej własnej wersji umowy brexitu. Z ręki May została wytrącona ważna karta przetargowa przed rozmowami z UE o odroczenie brexitu, choć nikt się spodziewa, że strony dopuszczą do bezumownego brexitu. Inne opcje rozwoju wypadków tylko się mnożą.

Wczoraj szokiem (przynajmniej na chwilę) była informacja, że marszałek Izby Gmin zamierza odwołać się do przepisów sprzed ponad 400 lat, by efektywnie zablokować dążenia premier May do poddania po raz trzeci pod głosowanie planu porozumienia z UE ws. brexitu. W opinii marszałka ma on prawo nie zezwolić na głosowanie nad tym samym dokumentem bez fundamentalnych zmian w jego treści, tj. bez uzgodnienia z UE nowych warunków w niektórych kwestiach (jak backstop). Zaskakujące posunięcie powoduje, że May traci silny argument, by przekonać UE do „krótkiego technicznego” odroczenia brexitu do końca czerwca, a w zamian prawdopodobnie liderzy UE przyznają wielomiesięczne odroczenie na sporządzenie nowej wersji porozumienia.

Od jakiegoś czasu częściej towarzyszy mi rozbawienie niż zdziwienie rozwojem wypadków w brytyjskiej polityce. Wachlarz scenariuszy zaczyna się rozszerzać na tak wiele opcji, że trudno oceniać prawdopodobieństwo każdego z nich, w efekcie karkołomnym zadaniem jest oszacowanie faktycznej premii za ryzyko do ujęcia w wartości funta. To chyba najlepiej tłumaczy, dlaczego GBP/USD po wstępnym tąpnięciu wrócił do punktu wyjścia. Wygląda na to, że cokolwiek nastąpi, na pewno nie będzie to bezumowny brexit. Ale poza tym wciąż jest czas, by do końca marca w cudowny sposób parlament brytyjski zatwierdził plan May, by brexit miał miejsce w czerwcu na obecnie dyskutowanych warunkach. Albo nawet po decyzji o odsunięciu brexitu o 18 miesięcy ten sam projekt porozumienia zostanie zatwierdzony podczas nowej sesji obrad parlamentu po 23 kwietnia (wówczas prawo z 1604 r., na które powołał się marszałek, nie będzie obowiązywać), a potem rząd ustali z UE skrócenie okresu negocjacyjnego. Albo nastąpi coś zupełnie zaskakującego, czego nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić. Jest tego po prostu za dużo i inwestorzy najwyraźniej uznali, że szkoda ich czasu i zdrowia, by z wyprzedzeniem angażować się w dyskontowanie niewiadomych. I to chroni funta przed głębszym załamaniem.

Reszta rynku pozostaje w uśpieniu w odliczaniu do decyzji FOMC. Po wczorajszym budowaniu oczekiwań na dalsze złagodzenie nastawienia Fed, dziś widać stabilizację, gdyż nikt nie zamierza grać va banque. Jestem zdania, że jakkolwiek Fed nie chce gasić rajdu ryzykownych aktywów (głównie Wall Street), również nie zamierza włączać turbo-gołębiego trybu w otoczce pesymistycznych wizji przyszłości. Niuanse najprawdopodobniej zaważą na finalnej interpretacji, a na razie przygotowania traderów na jutrzejszy wieczór zostały w większości dokonane.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Presja płacowa nie słabnie. Firmy szykują się na kolejne podwyżki

Luty przyniósł kontynuację dotychczasowych tendencji na rynku pracy, czyli umiarkowany wzrost zatrudnienia w firmach i wysoką dynamikę wzrostu wynagrodzeń.

Według danych GUS, w lutym przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (obejmującym firmy zatrudniające powyżej 9 pracowników) wyniosło 4949,42 zł. Nadal więc pozostaje poniżej 5000 zł, który przejściowo przekroczyło grudniu ubiegłego roku, ale powoli się do niego zbliża. Nadal nie słabnie płacowa presja. Średnie wynagrodzenie wzrosło bowiem w porównaniu do lutego 2018 r. o 7,6 proc., a więc mocniej niż spodziewali się analitycy (liczyli oni na wzrost o 7,2 proc.). Pierwsze miesiące obecnego roku przynoszą więc kontynuację tendencji obserwowanej od kilkunastu miesięcy i utrzymywanie się dynamiki wzrostu płac powyżej 7 proc. W sumie po dwóch miesiącach jest ona wyższa niż w tym samym czasie przed rokiem o 7,5 proc. Na razie nie potwierdzają się więc prognozy zakładające stopniowe wyhamowanie presji płacowej, a spory odsetek firm nadal szykuje się na podwyżki.

Zgodnie z oczekiwaniami, o 2,9 proc. zwiększyło się w lutym zatrudnienie w firmach i wyniosło 6 mln 378 tys. osób. To o 181 tys. więcej niż rok wcześniej. W porównaniu do stycznia obecnego roku liczba zatrudnionych zwiększyła się o 9,6 tys. osób.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Jak wykorzystać rozszerzoną rzeczywistość (AR) w e-commerce?

To nowoczesne technologie odpowiadają za to, że konsumenci, oprócz dokonywania zakupów w internecie, mogą także z fotograficzną dokładnością zobaczyć i zapoznać się z produktem online. W jaki sposób połączyć ze sobą funkcjonowanie w świecie wirtualnym i rzeczywistym, aby zwiększyć sprzedaż w e-sklepach?

Stale rosnąca popularność rozszerzonej (AR) i wirtualnej (VR) rzeczywistości sprawia, że stają się one nieocenionym narzędziem m.in. w marketingu, reklamie czy handlu internetowym. Według analityków firmy International Data Corporation (IDC) wartość rynkowa tych zaawansowanych technologicznie rozwiązań może osiągnąć nawet 162 mld dolarów do końca 2020 roku. Chcąc jednak w pełni wykorzystać potencjał sprzedażowy AR i VR trzeba najpierw zmierzyć się z pewnym wyzwaniem – konsumenci w dalszym ciągu preferują zakupy w sklepach stacjonarnych. Dlaczego? – Dominacja handlu tradycyjnego nad internetowym najbardziej przejawia się w odmiennych doświadczeniach zakupowych. Specjaliści muszą przede wszystkim przezwyciężyć barierę psychologiczną panującą w społeczeństwie. Jest ona bezpośrednio związana z brakiem możliwości rzeczywistego kontaktu z produktami i ich oceną chociażby pod względem realnych kształtów, kolorów, rozmiaru czy tekstury – mówi Izabela Kaczmarska, Strategic Planner w agencji reklamowej PA.

Naturalną konsekwencją globalnych trendów związanych z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością jest zdecydowana poprawa jakości w zakresie user experience. Połączenie cyfrowych informacji z fizycznym środowiskiem otwiera przed społeczeństwem nieznane dotąd doświadczenia konsumenckie. Wiele osób czuje się niepewnie w czasie zmiany, np. wyposażenia wnętrz, ponieważ boją się podjęcia złych decyzji, które negatywnie wpłyną na finalny efekt. Naprzeciw tym obawom powstała IKEA Place, aplikacja na smartfony
z zaimplementowaną technologią AR. Szwedzki gigant meblowy pozwala swoim użytkownikom na kontynuowanie zakupów na stronie producenta w zupełnie nowym kierunku i formie, a także umożliwia pokonanie im bariery pomiędzy wyobraźnią
a rzeczywistością. Platforma mobilna łączy obraz realnej przestrzeni z nałożonym na nią trójwymiarowym obrazem wirtualnym. Dzięki takiemu rozwiązaniu wszyscy zainteresowani
z łatwością mogą zmieniać style, eksperymentować z kolorami i aranżacjami, otrzymując jednocześnie szczegółową wizualizację tego, jak nowe elementy łączą się z tym, co
w danym pomieszczeniu się znajduje. Ogromną zaletą aplikacji jest jej niezwykła dokładność – nawet do 98% – jak i precyzyjność. Przejawia się ona w tym, że klienci mogą zobaczyć m.in. strukturę tekstyliów, a także dowiedzieć się, w jaki światła i cienie padają na meble już znajdujące się w pomieszczeniu.

Nowe zasady funkcjonowania w branży e-commerce wyznacza także polski start-up Delivr. Stworzył on aplikację AR Furniture, która wykorzystując technologię rozszerzonej rzeczywistości, umożliwia nie tylko dopasowanie mebli i akcesoriów do wnętrza, ale także pozwala na zakup produktów w sklepie internetowym.

Szeroki potencjał technologii AR

Rozszerzona rzeczywistość jest tak wszechstronna, że ​​może znaleźć zastosowanie
w każdej branży. Sieci restauracji nie są wyjątkiem. Pizza Hut znalazła kreatywny sposób na ulepszenie swojego menu dzięki technologii AR. Zaprojektowana w tym celu aplikacja została opracowana przez Engine Creative. Jej celem było sprawienie, aby ​​menu Pizza Hut stało się bardziej angażujące. Mechnika tego rozwiązania polega na tym, że użytkownicy
z użyciem aplikacji Ogle skanują obraz (np. ulotę) i zostają przeniesieni do wirtualnego świata, w którym czekają na nich ciekawe gry z wyzwaniami i możliwość wygrania jednodniowej wycieczki dla całej rodziny. Aplikacja umożliwia także przeglądanie menu
i bezpośrednie zamawianie z poziomu platformy mobilnej. Prezentacja posiłków w 3D dodatkowo pobudza chęć dokonywania zakupów.

Poprawa user experience dzięki zastosowaniu technologii AR

Obszarów, w których rozszerzona rzeczywistość wspiera e-commerce może być niezliczenie wiele. Trend ten dopiero się rozwija, jednak już teraz można wyróżnić kilka bardzo ważnych zalet tego typu rozwiązań. Jakie korzyści w e-commerce przynosi AR?

  • Pozwala klientowi zwizualizować doświadczenie związane z użytkowaniem produktu przed jego zakupem, dzięki czemu zostaje przełamana bariera braku fizycznego kontaktu z produktem. Wirtualna półka z różnorodnymi produktami, wyświetlana na ścianach salonu klienta to przyszłość e-commerce.
  • Daje możliwość zobaczenia innych wariantów produktu (kolor, rozmiar, tekstura etc.), porównania ich ze sobą (na tym oparła swój mechanizm popularna aplikacja AR Sephory), bez konieczności wizyty w sklepie stacjonarnym (który często posiada bardziej ograniczony, w stosunku do sklepu on-line, asortyment).
  • Ułatwia wybór produktu jednocześnie zmniejszając ryzyko związane
    z niezadowoleniem po zakupie (zwroty, wymiany, reklamacje). Możliwość obejrzenia produktu w warunkach zbliżonych do realnej wizyty w sklepie.
  • Umożliwia zamieszczenie dodatkowych informacji na temat produktu
    i bardziej precyzyjne ich przedstawienie. Sprzedający, dzięki technologii AR, może opisać przedmiot wykorzystując wirtualne, interaktywne teksty, grafiki, formaty wideo pojawiające się w momencie, kiedy klient skupi się na wybranym produkcie/części produktu.

Wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości pozwala zabrać konsumentów w nieznaną dotąd podróż po wirtualnej przestrzeni, która już teraz buduje emocjonalny stosunek do marki,
jak i zwiększa zaufanie społeczeństwa do zakupów w kanale online. Technologia idealnie wpisuje także w najnowsze trendy w dziedzinie designu czy user experience. Jednak tempo wprowadzania tych zmian w sprzedaży i komunikacji marketingowej z wykorzystaniem AR, zależy przede wszystkim od ekonomicznych możliwości marek i otwartości konsumentów na tego typu innowacje.

Lawina niewypłacalności firm w polskim handlu

    • W lutym 2019 opublikowano informację o 87 niewypłacalnych przedsiębiorstwach wobec 76 w lutym 2018 roku – wzrost o 14% w porównaniu r/r
    • Od początku roku liczba niewypłacalności wzrosła już o 17%, co w skali całego roku oznaczać może utrzymanie dynamiki wzrostu tej liczby na poziomie ubiegłorocznym (+10%), pomimo statystycznego efektu wysokiej już bazy w 2018 roku
    • Zamiana ról – bo o trendzie w skali miesiąca trudno jeszcze mówić: liczbę niewypłacalności zwiększał r/r w lutym przede wszystkim handel oraz usługi, zastępując w tej roli firmy produkcyjne i budowlane, mające liczne problemy w poprzednich miesiącach
    • Najwyższa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze usług (28, wobec 23 w lutym 2018 roku). Kolejne pod względem skali niewypłacalności były w lutym: produkcja (18 firm, wobec 25 przed rokiem) i handel hurtowy (16 niewypłacalności wobec 6)
    • Główne przyczyny wzrostu niewypłacalności w handlu to spadek rentowności
    • Specyfika Podkarpacia – wciąż liczne niewypłacalności firm produkcyjnych oraz budowlanych

    Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W lutym 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 87 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 76 w lutym 2018 roku i 77 w lutym 2017 roku. To oznacza aktualny wzrost ich liczby r/r o 14%.

    Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

    niewypłacalność firm luty 2019Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

    Dwucyfrowe tempo wzrostu liczby niewypłacalności

    Największy procentowo wzrost liczby niewypłacalności, jak również największa ich skala pod względem obrotu miała miejsce w sektorze handlu. Grupa tych firm jest dobrym przykładem problemów polskich przedsiębiorstw: ta część z nich, która zajmowała się dystrybucją żywności w ciągu 5 lat doświadczyła obniżenia rentowności sprzedaży o połowę, gdy poziom wyjściowy był już i tak niski, na poziomie kosztu pieniądza… Hurtownie dystrybuujące inne rodzaje dóbr: odzieży i obuwia czy ogólnie dóbr nazwijmy to szeroko konsumenckich miały nieznacznie wyższą wyjściowo rentowność (4-5%), aby w analogicznym okresie dojść nawet do ujemnych wskaźników rentowności sprzedaży. Skala tych zmian – spadku rentowności w czasie wspomnianych 5 ostatnich lat była największa w przypadku hurtu art. budowlanymi, elektroniką, a przede wszystkim – odpadami i złomem ( w tym przypadku na początku firmy te z każdej złotówki obrotu miały 20 i więcej groszy po odliczeniu podatków i kosztów, a na koniec okresu – analogiczne w swojej skali, a nawet większe straty).

    Rentowność sprzedaży powinna rosnąć (jako efekt optymalizacji działalności przedsiębiorstwa) lub przynajmniej utrzymywać się. Wahania, a mówiąc wprost – stopniowy i prawie gremialny spadek rentowności sprzedaży w tej grupie skłania do analizy, czy wpływ na to miał spadający zysk, czy raczej zmieniająca się wielkość sprzedaży – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. – Obserwacja pozostałych wskaźników wskazuje, iż generalnie w tym okresie nie udało się omawianej grupie firm podnieść zysku, a co więcej – aby go utrzymać wielkość sprzedaży zazwyczaj stopniowo rosła, ale efekt ten niweczyły rosnące koszty prowadzonej działalności oraz podatki. To właśnie doprowadziło do niskiej rentowności sprzedaży, a de facto strat na prowadzonej działalności.

    Wszystkim jest źle? Ponad 60% wzrost liczby niewypłacalności firm największych oraz najmniejszych (spółek akcyjnych oraz działalności prowadzonej przez osoby fizyczne)

    Wzrost liczby niewypłacalności firm handlu hurtowego i usługowych przekłada się także na wzrost tych zdarzeń w odniesieniu do spółek akcyjnych. W samym lutym opublikowano informacje o niewypłacalności 14 spółek akcyjnych (z czego 6 to firmy handlowe a 3 usługowe). Tyle przed rokiem było ich niewypłacalnych łącznie w ciągu dwóch pierwszych miesięcy (stąd wzrost o +63% za analogiczny okres r/r). Równie duży wzrost w okresie pierwszych dwóch miesięcy odnotować można w odniesieniu do liczby niewypłacalności osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą – było to +61% r/r (53 przypadki wobec 33 w tym samym okresie ub. roku). Widać więc wyraźnie, iż nadal w trudnym położeniu są firmy z sektora MSP, stanowiące gros niewypłacalności, ale niska rentowność i problemy handlu dotykają wszystkich, także firmy większych, działających w formie spółek akcyjnych.

    Sektor produkcyjny: wciąż widać pokłosie problemów z rentownością budownictwa oraz generalnie inwestycji. Podobnie – sektor mięsny

    Jak w ostatnich miesiącach największą grupę niewypłacalnych firm produkcyjnych (8 z 18) stanowili dostawcy dla budownictwa oraz producenci maszyn i urządzeń oraz firmy je instalujące, serwisujące etc.

    Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
    Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

    „Pomimo odpowiednio ponad 20% wzrostu w 2018r. rynku budowlanego oraz 10% wzrostu wartości inwestycji dostawcy dóbr wykorzystywanych w tych procesach nadal mieli problemy z rentownością – był to efekt niskiej rentowności firm je realizujących, czyli ich klientów – mówi Tomasz Starus. Niestety, spodziewane spadki tempa wzrostu w budownictwie (do kilku procent, a nawet w okolice zera na koniec roku) oraz inwestycji (ostrożnie zakładając – o połowę) nie będą służyć odwróceniu tego trendu, a wręcz odwrotnie, utrzymaniu ryzyka w tej grupie firm”

    Może mniej liczna, ale widoczna w lutym, jak i w poprzednich miesiącach jest grupa niewypłacalnych firm z sektora mięsnego – w poprzednim miesiącu były to 3 firmy, w tym jedna o obrotach przekraczających 0,5 mld złotych.

    Zazwyczaj wzrost niewypłacalności był za sprawą handlu i usług (m.in. dolnośląskie i wielkopolskie), trochę inaczej na Podkarpaciu (wciąż budownictwo i produkcja)

    W większości województw, gdzie obserwujemy wzrost liczby niewypłacalności, wynikał on w dużym stopniu z większej ich liczby w sektorach usług i handlu. Można wskazać dwa wyjątki, a raczej odrębne przypadki. Na Mazowszu generalnie zawsze dominują niewypłacalności firm produkcyjnych i usługowych – taka jest specyfika regionu, nie inaczej jest więc i tym razem, ale nie jest to efekt bieżących ogólnopolskiej koniunktury w tym względzie. Na drugim biegunie jest Podkarpacie: tutaj nie dość, że liczba niewypłacalności aktualnie rośnie, odmiennie niż w 2018 r., to nadal w lutym był to efekt niskiej rentowności w budownictwie oraz m.in. problemów z zamówieniami w przemyśle. Tutaj też można wskazać na specyfikę regionu: pomimo wybitnie turystycznego charakteru działa tutaj w określonych, historycznych skupiskach wiele przedsiębiorstw produkcyjnych, realizowane tu były także m.in. liczne inwestycje drogowe, stąd lokalna specyfika niewypłacalności.

    niewypłacalność firm luty 2019 regionyŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

    niewypłacalność firm luty 2019 sektoryŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Jak rozliczać kredyty indeksowane? Kurs średni NBP nie ma uzasadnienia

Dlaczego średni kurs NBP nie może być stosowany do rozliczenia kredytów frankowych? W kwestii prawnej i orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego sprawa wydaje się oczywista. Sytuację zdaje się tłumaczyć aspekt ekonomiczny. Bank pozyskiwał franki na rynku międzybankowym, a  następnie – w momencie uruchomienia kredytu – sprzedawał dla zrównoważenia własnej pozycji walutowej. Sprzedaż ta odbywała się po kursie kontrahenta banku. Inna instytucja finansowa nabywała więc franki od banku po kursie kupna tejże. Kiedy kredytobiorca spłaca kredyt, bank równoważąc pozycję walutową kupuje franki na rynku międzybankowym po kursie sprzedaży kontrahenta. Dokonuje zatem obrotu walutowego po kursie kupna lub sprzedaży obowiązującym na rynku międzybankowym. Co wynika z tego dla kredytów indeksowanych?

– Jeżeli banki wiążą waluty ze swoimi operacjami na rynku międzybankowym, oczywistym jest, że nie stosują do nich średniego kursu NBP. W związku z tym próba rozliczenia kredytu indeksowanego czy waloryzowanego po tym kursie nie ma żadnego uzasadnienia –  powiedziała agencji eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Art. 56 Kodeksu Cywilnego mówi o tym, że umowa ma wywołać skutki zgodne z ustalonymi zwyczajami. Kredyty frankowe wiązane są z operacjami banku na rynku międzybankowym. W tym przypadku ustalonym zwyczajem do rozliczenia nie był średni kurs NBP, tylko kurs kupna i sprzedaży.Koncepcja wprowadzenie średniego kursu NBP nie ma więc żadnego uzasadnienia prawnego, a tym bardziej ekonomicznego. Obie strony sporu są jednogłośne co do tego, że takie rozwiązanie nie jest zgodne z kursem transakcyjnym, bo w istocie banki nie nabywały ani nie sprzedawał franków w ten sposób. Kurs średni NBP nie może być również wprowadzony do umów kredytowych. Na gruncie doktryny europejskiej i prawa wspólnotowego wykształciła się doktryna testu błękitnego ołówka. Polega ona wykreśleniu nieuczciwej części z danego postanowienia, czyli np. kursu bankowego – co powoduje, że sama dookreślana przez niego zasada indeksacji powinna upaść. Należy zaznaczyć, że w tym przypadku indeksacja sama w sobie jest nieuczciwa, co jest podnoszone jako argument w sądach. Jeżeli sąd wykreśli ten warunek z umowy, zostaje ona w złotówkach LIBOR i nie ma podstawy do tego, aby cokolwiek rozliczać po jakimkolwiek kursie – oceniła Garlacz.

Saga Brexitowa

W minionym tygodniu uwaga inwestorów skupiona była na wydarzeniach dotyczących wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W brytyjskim parlamencie odbyły się aż trzy głosowania. Pierwsze dotyczące przyjęcia wynegocjowanej przez Theresę May umowy brexitowej zostało odrzucone. Kolejnego dnia politycy odrzucili również opcję twardego Brexitu, aby w czwartek zdecydować się na przedłużenie terminu wyjścia ze wspólnoty. Teraz na stole pozostają już tylko dwie opcje. Jeśli w tym tygodniu przy kolejnej próbie parlament w końcu przegłosuje proponowaną przez premier May umowę, Brexit za zgodą UE zostanie przesunięty o kilka miesięcy w celach technicznych. Jeśli jednak umowa zostanie odrzucona brytyjska premier zwróci się do pozostałych liderów UE o zaproponowanie kolejnego, odleglejszego, terminu Brexitu. Sytuacja jest dynamiczna, co przekłada się przede wszystkim na dużą zmienność brytyjskiego funta.

W minionym tygodniu mieliśmy również do czynienia z mocnym odbiciem i odreagowaniem przecen z poprzedniego tygodnia na rynkach akcyjnych. Zarówno indeksy za oceanem, jak i te na Starym Kontynencie zanotowały solidne wzrosty. Indeks S&P 500 zyskał 2,89%, niemiecki DAX 1,99%, a francuski CAC40 wzrósł o 3,33%.

Lepszy sentyment na rynkach przełożył się na wzrosty na polskiej giełdzie. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał w skali całego tygodnia 2,14%, w czym największe spółki wzrosły o 2,06%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 1,04% oraz 2,91%.

W tym tygodniu czeka nas pełen kalendarz makroekonomiczny z krajowej gospodarki. We wtorek poznamy dane z rynku pracy, w środę produkcję przemysłową oraz inflację PPI, a w czwartek opublikowana zostanie sprzedaż detaliczna oraz protokół z posiedzenia RPP. Na rynkach globalnych uwaga inwestorów skupiona będzie na posiedzeniu Fed, które zakończy się w środę, oraz na piątkowych wstępnych odczytach PMI dla usług i przemysłu z USA i Europy za marzec.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ministerstwo Cyfryzacji w ciągu czterech lat przeznaczy 9,5 mld zł na rozwój sztucznej inteligencji. Dzięki dofinansowaniu rozwiązania polskich firm mają szansę konkurować ze światowymi

Ministerstwo Cyfryzacji w ciągu czterech lat przeznaczy 9,5 mld zł na rozwój sztucznej inteligencji. Dzięki dofinansowaniu rozwiązania polskich firm mają szansę konkurować ze światowymi 1

W Polsce podejmowanych jest coraz więcej inicjatyw mających na celu szerzenie świadomości dotyczącej sztucznej inteligencji. Pod koniec 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało „Założenia do strategii AI w Polsce” mające ułatwić programistom wdrażanie rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, a na początku marca 2019 r. podpisano porozumienie na rzecz edukacji społeczeństwa w zakresie nowych technologii, w tym SI. Tymczasem już teraz na rynku dostępnych jest wiele polskich technologii, które odnoszą sukces na świecie. Polskie wózki autonomiczne pracują w zachodnich fabrykach, a systemy Customer Intelligence pozwalają zwiększyć zarobki firmom z branży e-commerce.

– Polska jest ciekawym rynkiem z punktu widzenia rozwoju sztucznej inteligencji. Z jednej strony mamy pewne deficyty, np. środków inwestycyjnych, które możemy przeznaczyć na te działania, z drugiej strony w Polsce mamy bardzo ciekawy, dobrze przygotowany do pracy kapitał intelektualny w tym obszarze informatyki – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Borys Stokalski, prezes zarządu Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Wdrożenie rządowej strategii rozwoju technologii wykorzystujących sztuczną inteligencję ma ułatwić polskim firmom zaistnienie na rynku globalnych rozwiązań z sektora sztucznej inteligencji. O wysokim potencjale polskich firm w tym obszarze może świadczyć fakt, że cieszą się one coraz większym zainteresowaniem wśród klientów zagranicznych. Ministerstwo Cyfryzacji w ramach realizacji założeń do strategii SI w Polsce planuje do 2023 roku przeznaczyć ok. 9,5 mld zł na inwestycje z sektora sztucznej inteligencji.

– Dzisiaj w polskiej strategii narodowej dotyczącej rozwoju sztucznej inteligencji mówi się o środkach rzędu 9 mld zł i wydaje się, że to są środki stosunkowo ubogie w perspektywie do tego, ile na rozwój tego typu zastosowań wydają Chiny czy Stany Zjednoczone. Myślę jednak, że w Polsce widać potencjał i widać też konkretne rozwiązania, które mają dzisiaj niewątpliwie rangę produktów world crowd, czyli są na poziomie zdolnym do konkurowania z podobnymi produktami tworzonymi gdziekolwiek indziej – twierdzi Borys Stokalski.

Gwałtowna automatyzacja i robotyzacja przemysłu są nieuniknione. Według badań przeprowadzonych przez Oxford Martin School technologia uczenia maszynowego oraz sztuczna inteligencja mogą doprowadzić do skomputeryzowania blisko połowy amerykańskich zawodów w ciągu najbliższych dwudziestu lat. Podobny los czeka polskie firmy, a rządowa strategia sztucznej inteligencji ma przygotować je na ten scenariusz i dać im odpowiednie warunki do rywalizowania w branży SI na arenie międzynarodowej.

Niektórym już to się udało. Firma Upsaily to producent rozwiązań e-commerce wykorzystujących technologię uczenia maszynowego do poprawy wskaźników sprzedażowych. Platforma bazuje na sztucznej inteligencji, która w czasie rzeczywistym analizuje poczynania klientów, ich preferencje zakupowe i automatyzuje proces tworzenia scenariuszy marketingowych. Z kolei firma Astor, zajmująca się produkcją maszyn przemysłowych, wdrożyła na rynek roboty z serii MiR, czyli wyspecjalizowane maszyny fabryczne przeznaczone do automatyzacji transportu wewnętrznego. Modułowa konstrukcja robotów umożliwia dostosowanie ich do indywidualnych zapotrzebowań klienta, a najwydajniejsze jednostki mogą unieść nawet do 500 kg ładunku i przemieszczać się z prędkością do 7,2 km/h.

– Polskie, autonomiczne wózki wykonują już pracę w fabrykach zachodnich koncernów motoryzacyjnych. I to jest świadomy wybór klientów, którzy widzą, że właśnie autonomia tych wózków, czyli ta ich zdolność do inteligentnego interpretowania otoczenia, do inteligentnego zachowywania się w warunkach rzeczywistej fabryki, jest właśnie najwyższej klasy. Myślę, że to jest dobry prognostyk, że mamy rzeczywiście na tym rynku szansę. Ale ważne jest, żeby nie tworzyć w związku z tym barier rozwojowych – zaznacza ekspert.

W trakcie 11 Forum Gospodarczego Time w Warszawie sześć organizacji podpisało porozumienie na rzecz edukacji społeczeństwa w zakresie cyfryzacji oraz nowoczesnych technologii. Celem porozumienia ma być wypracowanie rozwiązań, które pozwolą polskim firmom przyswoić koncepcję przemysłu 4.0, zapoznać się z możliwościami, jakie stwarza technologia uczenia maszynowego, oraz wykorzystać pozyskaną wiedzę do zwiększenia konkurencyjności na rynku globalnym.

Według firmy badawczej MarketsandMarkets w 2017 roku wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wynosiła 16,6 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wzrośnie do 190,61 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 37 proc.

Liczba mikroprzedsiębiorców w Polsce rośnie z roku na rok. Blisko połowa dobrze ocenia swoją sytuację

0

Liczba mikroprzedsiębiorców w Polsce rośnie z roku na rok. Blisko połowa dobrze ocenia swoją sytuację 2

W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 58,6 mikrofirm. Stanowią 96 proc. wszystkich przedsiębiorstw, a 2/3 z nich to firmy jednoosobowe. Choć zwracają uwagę na uciążliwe bariery w prowadzeniu działalności – wysokie podatki, rosnące koszty zatrudnienia oraz konkurencję ze strony przedsiębiorstw działających w szarej strefie, to blisko połowa ocenia swoją sytuację finansową jako dobrą. Ogólnie nasz mikroprzedsiębiorca ma się całkiem nieźle i oby tak dalej – ocenia Katarzyna Dębkowska z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

 Liczba mikroprzedsiębiorstw rośnie z roku na rok o 3 proc. W tej liczbie znaczący udział, bo 2/3, mają przedsiębiorstwa jednoosobowe. Mikrofirmy stanowią generalnie 96 proc. naszych wszystkich przedsiębiorstw i generują co trzecią złotówkę w PKB, więc jest to bardzo istotny segment naszej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dębkowska, kierownik Zespołu Foresightu Gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Raport „Mikrofirmy pod lupą” przygotowany przez Polski Instytut Ekonomiczny wskazuje, że na koniec 2017 roku działało w Polsce 2,3 mln firm zatrudniających do 10 osób, z czego 67 proc. stanowili przedsiębiorcy samozatrudnieni. Średnio w Polsce w 2017 roku na tysiąc mieszkańców przypadało 58,6 mikrofirm.

Najmniejsi przedsiębiorcy wśród barier, które utrudniają im prowadzenie działalności, wskazywali wysokie podatki i inne obciążenia finansowe (69 proc.), rosnące koszty zatrudnienia pracowników (66 proc.), konkurencję ze strony przedsiębiorstw krajowych (59 proc.), trudności w pozyskaniu nowych pracowników (53 proc.) i niestabilność przepisów prawa gospodarczego (52 proc.). Mimo wprowadzanych przepisów ułatwiających prowadzenie biznesu  45 proc. przedstawicieli mikrofirm wymienia jako barierę rozwoju niekorzystną politykę rządu wobec przedsiębiorstw.

Mikroprzedsiębiorstwa nie są jednomyślne w ocenie tych barier. Raport zidentyfikował trzy grupy, które pod tym względem się różnią.

– Grupę, w której mikroprzedsiębiorcy generalnie wszystkie bariery oceniają jako bardzo utrudniające tę działalność, nazwaliśmy malkontentami. W tej grupie najczęściej są przedsiębiorstwa prowadzone w formie spółek, które działają w branży transportowej, budownictwie, przetwórstwie przemysłowym – wskazuje ekspertka PIE.

Grupa malkontentów stanowi 37 proc. badanych przedsiębiorstw. To najczęściej spółki o przeciętnym stażu 5–10 lat o dochodach najczęściej w granicach 100–500 tys., a w przypadku większych przedsiębiorstw – ponad 500 tys. zł. Malkontenci częściej niż pozostałe grupy mikroprzedsiębiorstw wskazują na wzrost kosztów zatrudnienia, są też wrażliwi na pogorszenie dostępności kredytów lub innych form finansowania zewnętrznego.

– Zadowoleni to mikroprzedsiębiorcy, którzy bariery w prowadzeniu działalności wskazują jako w ogóle nieutrudniające bądź w bardzo małym stopniu. Najczęściej to jednoosobowe działalności gospodarcze działające w sektorze usług biznesowych, najczęściej o najniższych obrotach rocznych, do 100 tys. zł. Grupa średniaków to z kolei tacy, którzy niektóre bariery oceniali wyżej, inne niżej – wyjaśnia Katarzyna Dębkowska.

Średniacy są najbardziej wrażliwi na zmiany cen dóbr zaopatrzeniowo-inwestycyjnych, zadowoleni zaś znacznie rzadziej niż pozostali mikroprzedsiębiorcy mają problemy z terminowością regulowania należności przez kontrahentów. Jednocześnie wszystkie grupy dostrzegły poprawę konkurencyjności swojej firmy w 2018 roku.

Blisko połowa mikroprzedsiębiorstw uznaje swoją sytuację finansową za dobrą lub bardzo dobrą. 80 proc. w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie miało zaś problemów z regulacją swoich zobowiązań.

– Ponad połowa badanych mikroprzedsiębiorstw wskazuje, że ma bardzo dobrą albo dobrą sytuację finansową. Jest bardzo niewielki odsetek, który wskazuje, że mają jakieś problemy z zobowiązaniami czy też są na skraju bankructwa – podkreśla ekspertka PIE.

Najgorzej sytuacją finansową oceniają przedsiębiorstwa handlowe, które w większości należą do grupy malkontentów. Jednak nawet w przypadku tego sektora zdecydowanie przeważały oceny korzystne (tylko 6,4 proc. ocen złych i bardzo złych).

Z badań wynika, że 1/3 mikroprzedsiębiorstw nie podejmuje i nie planuje żadnych inwestycji. Są nastawione przede wszystkim na utrzymanie status quo i nie mają potrzeby, aby dostosować się do zmian zachodzących na rynku. Część dobrze radzi sobie na rynku nawet bez inwestycji.

 Tylko około 20 proc. przedsiębiorstw korzysta z pomocy publicznej. Jeśli chodzi o finansowanie swojej działalności, to stawiają na siebie i środki własne. Z drugiej strony, jeśli np. pytamy o powody niewprowadzania innowacyjności, podają takie kwestie jak właśnie brak środków – ocenia Katarzyna Dębkowska.

Sieć 5G pozwoli na rozwój nowych modeli biznesowych i usług. Wymaga to jednak pilnych zmian w prawie oraz w sposobie wykorzystywnia danych przez firmy

Sieć 5G pozwoli na rozwój nowych modeli biznesowych i usług. Wymaga to jednak pilnych zmian w prawie oraz w sposobie wykorzystywnia danych przez firmy 3

Zbyt rygorystyczne normy pola magnetycznego, konieczność uporządkowania zakresu częstotliwości, żeby móc je alokować do 5G, oraz przygotowanie polskich przedsiębiorstw do tego, żeby były w stanie w pełni z tej technologii korzystać, to obecnie największe bariery dla rozwoju sieci 5G w Polsce – uważa Wojciech Pytel, członek rady nadzorczej Polkomtela i Netii. Jak podkreśla, firmy muszą przede wszystkim zrozumieć, jak wielkie znaczenie dla ich rozwoju mają dane i nauczyć się je lepiej wykorzystywać. – Także klient musi zrozumieć, że wchodzimy w nowy świat, który jest bardzo mocno zrobotyzowany – dodaje Wojciech Pytel. 

Przygotowujemy się do wdrożenia 5G w wielu warstwach. Pierwszą są testy techniczne, które przeprowadzamy od dwóch lat. Pracujemy również nad nowymi modelami biznesowymi, nowymi produktami bazującymi na tej technologii, które będziemy sprzedawać na rynku. To przede wszystkim model B2B2C, czyli sprzedaż do klienta końcowego poprzez jeszcze jedno przedsiębiorstwo. Po trzecie, pracujemy nad modelami finansowania tego przedsięwzięcia. 5G w tej chwili to dość kompleksowa dziedzina naszej działalności – powiedział podczas Forum TIME agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Pytel, członek rady nadzorczej Polkomtela i Netii.

Sieć 5G zapewni o wiele wyższe przepustowości, co przełoży się na zwiększenie szybkości mobilnego internetu. Wymaga jednak gęstszej sieci nadajników, w stosunku do obecnej technologii. Tymczasem Polska ma obecnie jedne z najbardziej wyśrubowanych w Europie norm poziomów pól elektromagnetycznych (PEM). Dopuszczalne 0,1 W/mkw. to gęstość mocy nadajników nawet stukrotnie mniejsza niż w wielu innych krajach UE, gdzie limity dosięgają 10 W/mkw. To powoduje trudności w zaprojektowaniu sieci 5G. Zmiana regulacji dotyczących norm PEM to jedna z najpilniejszych potrzeb.

– Jeżeli sieć 5G rzeczywiście ma obsługiwać tak wiele urządzeń, to przy mocach 0,1 W/mkw. po prostu nie jesteśmy w stanie jej zbudować w dużych miastach. To kwestia regulacyjna, pod tym względem odstajemy od reszty Europy dość znacznie. Oprócz tego mamy też dużo problemów mniejszego kalibru, np. uporządkowanie zakresu częstotliwości, żeby móc je alokować do 5G – mówi Wojciech Pytel.

Ministerstwo Cyfryzacji w końcówce ubiegłego roku zwróciło już uwagę, że zbyt rygorystyczne normy PEM mogą spowodować trudności we wdrażaniu sieci 5G w Polsce. Uruchomienie sieci piątej generacji będzie wymagać też nowych częstotliwości i ogromnych inwestycji w infrastrukturę, które resort oszacował na 11,4–20,3 mld zł.

Członek rady nadzorczej Polkomtela podkreśla, że konieczne jest też przygotowanie polskich przedsiębiorstw do tego, żeby były w stanie tej technologii potem użyć. W tym celu firmy muszą przede wszystkim zrozumieć, jak wielkie znaczenie dla ich rozwoju mają dane, i nauczyć się je lepiej wykorzystywać.

Siła 5G polega na tym, że będzie dostarczać bardzo wiele informacji, które trzeba przetworzyć, a potem „wykrzesać” z nich pieniądze – mówi Wojciech Pytel. – Dostosowanie 5G do przemysłu 4.0 czy w ogóle obszaru B2B to najtrudniejsza część zagadnienia, ponieważ mówimy o nowych modelach biznesowych. Jeszcze bardziej skomplikowany jest model, w którym za danym przedsiębiorstwem stoją miliony klientów końcowych, do których również będziemy starali się dotrzeć.

Eksperci są zgodni, że sieć 5G ma zapoczątkować nową rewolucję technologiczną i – w porównaniu do LTE – stworzy rewolucyjne możliwości, oferując ultraszybką komunikację i większą pojemność sieci. Podczas gdy LTE pozwala na dostęp do internetu z przepustowością liczoną w megabitach, sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością sięgającą kilku czy nawet kilkudziesięciu gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund.

Dzięki temu możliwe będzie upowszechnienie usług takich, jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy rozwiązań z obszaru smart cities.

– Dzięki 5G będzie można świadczyć usługi inaczej niż do tej pory. Duże przepustowości i bardzo małe opóźnienia pomiędzy sygnałem wysłanym z czujnika a odpowiedzią, która przychodzi z sieci, będą mieć znaczenie np. w przypadku krytycznych aplikacji służących do sterowania ruchem czy robotyzacji w fabryce – twierdzi Wojciech Pytel. – Masowe użycie czujników podłączonych do sieci ułatwi nam życie. W centrum jest jednak klient, który będzie chciał zdalnie włączać i wyłączać światło albo monitorować sytuację w domu podczas nieobecności. Ten klient musi zrozumieć, że wchodzimy w nowy, bardzo mocno zrobotyzowany świat.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do 2020 roku kraje członkowskie UE powinny uruchomić technologię 5G w co najmniej jednym dużym mieście, natomiast do 2025 roku – zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G.

Sektor usług biznesowych walczy o pracowników. Pracodawcy muszą się prześcigać w benefitach

Sektor usług biznesowych walczy o pracowników. Pracodawcy muszą się prześcigać w benefitach 4

Polski sektor usług biznesowych cechuje szybki rozwój i duże zapotrzebowanie na nowych pracowników. Najbardziej poszukiwani są kandydaci wielojęzyczni, posługujący się więcej niż jednym językiem obcym. Ze względu na niską podaż specjalistów i dużą rotację pracodawcy muszą przykładać coraz większą wagę do świadczeń pozapłacowych, które są już niemal równie istotne co wysokość wynagrodzenia. Obecnie kandydaci oczekują już nie tylko podstawowych benefitów, lecz także spersonalizowanych świadczeń dopasowanych do ich potrzeb.

W sektorze business services na pewnych poziomach – mniej więcej od stanowisk juniorskich po specjalistyczne – następuje dosyć duża rotacja pracowników. Dlatego ten sektor ma duże potrzeby rekrutacyjne, ponieważ pracownicy rotują, a z drugiej strony – branża dość dynamicznie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Glogier-Osiński, dyrektor marketingu w GI Group.

Rynek centrów biznesowych w Polsce jest jednym z najszybciej rosnących w całej Europie. Cechuje go zarówno szybki rozwój, jak i regularny wzrost zatrudnienia, ponieważ firmy mające w Polsce swoje centra BPO, SSC i IT rozszerzają zakres działalności. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL wynika, że w I kwartale 2018 roku na polskim rynku działało ponad 1,2 tys. centrów usług dla biznesu, zatrudniających 279 tys. osób (ponad 80 proc. pracuje w centrach zagranicznych). Na przestrzeni poprzedzającego roku działalność rozpoczęło 91 nowych, a zatrudnienie w branży wzrosło w tym czasie o 13 proc. Natomiast licząc od 2016 roku – całkowity przyrost nowych miejsc sięgnął aż 30 proc. To oznacza, że w ciągu dwóch lat w branży przybyło 65 tys. nowych miejsc pracy (średnio 90 każdego dnia). ABSL szacuje, że w optymalnym scenariuszu już na początku przyszłego roku zatrudnienie w centrach usług biznesowych sięgnie 340 tys. osób.

Jest zapotrzebowanie na nowych pracowników i – w zależności od rynku lokalnego – to zapotrzebowanie przybiera obraz deficytu lub zdrowej konkurencji rynkowej. W przypadku Krakowa, który jest największym tego typu rynkiem w Polsce, jest to już dość ostra rywalizacja o pracownika. Bardzo konkurencyjnym rynkiem jest również Warszawa, kolejny jest Wrocław, gdzie też już zaczyna się robić ciasno, jeśli chodzi o potencjał kandydatów na rynku. To jest segment, który dynamicznie rekrutuje i cały czas jest zapotrzebowanie na pracowników – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Jak podkreśla, w Polsce sektor business services opiera się na usługach informatycznych, finansowo-księgowych, bankowo-finansowych oraz na obsłudze klienta. W każdym z tych obszarów są funkcje niszowe, które trudniej obsadzić, bo podaż specjalistów jest znacznie mniejsza niż popyt.

Typowym przykładem są oczywiście stanowiska IT, ale równie trudno jest znaleźć kandydatów posługujących się więcej niż jednym językiem obcym –mówi Rafał Glogier-Osiński.

Obok kompetencji zawodowych znajomość języków obcych to najbardziej pożądana cecha kandydatów. Według badań ABSL centra usług wspólnych zatrudniają obecnie pracowników, którzy posługują się 35 językami obcymi (co trzecie centrum świadczy usługi w przynajmniej 10 językach). Oprócz angielskiego najbardziej popularne są niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, niderlandzki, rosyjski i portugalski.

Poziom wynagrodzeń w sektorze business services na przestrzeni ostatnich lat raczej nie maleje, a rośnie, choć w różnym tempie i w zależności od specjalizacji. Odnosząc się do średniego wynagrodzenia krajowego, sektor oferuje płace w dolnej granicy, trochę poniżej średnich statystycznych wynagrodzenia krajowego. Jest to kwota około 5 tys. zł. Natomiast biorąc pod uwagę dominantę wynagrodzenia krajowego, gdzie dochodzimy do poziomu trochę niższego, bo około 2–2,5 tys. zł brutto – to są stanowiska, gdzie wynagrodzenia zaczynają się od takich kwot. Mówię tu oczywiście o stanowiskach juniorskich, osób rozpoczynających karierę zawodową – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Jak zaznacza, niemal równie istotne co wysokość wynagrodzenia są świadczenia pozapłacowe. Kandydaci zwracają uwagę na ten aspekt i sprawdzają oferty tych świadczeń u potencjalnych pracodawców. Najbardziej popularne są dobrze znane świadczenia grupowe, takie jak podstawowa opieka medyczna, karty sportowe czy programy dofinansowywania posiłków. Natomiast – jak wynika z raportu „Business Services 2019” Grafton Recruitment (należącej do GI Group) – pracownicy i kandydaci coraz częściej oczekują spersonalizowanych świadczeń.

Cenią sobie świadczenia, które wpływają na ich jakość życia, takie jak możliwość pracy zdalnie albo w elastycznych godzinach, rozpoznanie przez firmę istotnych okazji w ich życiu, dofinansowanie nietypowych programów, jak rozszerzona opieka medyczna czy dentystyczna, dofinansowywanie wyjazdów albo taki prosty benefit jak dodatkowy dzień płatnego urlopu w ciągu roku. Są i bardziej zaawansowane programy, takie jak akcjonariat pracowniczy, udział pracowników w majątku firmy – wylicza Rafał Glogier-Osiński.

Dyrektor marketingu w GI Group ocenia, że w Polsce pracodawcy są świadomi, że w sytuacji niedoboru pracowników i walki o talenty muszą dołożyć wszelkich starań, żeby przyciągnąć wykwalifikowanych kandydatów do pracy. Dlatego coraz lepiej komunikują swoje oferty i coraz lepiej dopasowują je do potrzeb pracowników.

Największym wyzwaniem jest taka komunikacja, aby pracownik od razu rozpoznał, że przyszły pracodawca rozumie jego potrzeby, że oferta benefitów w danej firmie jest elastyczna i lepsza niż na rynku albo przynajmniej porównywalna – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Polityka zagraniczna mężczyznami stoi. Kobiety są w mniejszości, zwłaszcza na kierowniczych stanowiskach

Polityka zagraniczna mężczyznami stoi. Kobiety są w mniejszości, zwłaszcza na kierowniczych stanowiskach 5

Kobiety wciąż stanowią mniejszość wśród polityków, dyplomatów czy posłów do Parlamentu Europejskiego, których wybierać będziemy już za dwa miesiące. Dysproporcja płci widoczna jest zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych, ale także wśród wypowiadających się w mediach ekspertów ds. stosunków międzynarodowych. Pomóc mogłyby m.in. kwoty płci, edukacja i wsparcie instytucjonalne, które ułatwiłoby łączenie roli matki z obowiązkami zawodowymi – wynika z raportu Instytutu Spraw Publicznych.

– Uwzględniłyśmy w naszym badaniu takie grupy, jak polityczki, dziennikarki, urzędniczki, zarówno szczebli centralnych, jak i bardziej lokalnych, oraz dyplomatki. Wynika z niego, że liczebnościowo kobiet jest mniej. Średnio obsadzają 1/5 stanowisk kierowniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych, współautorka raportu „U wioseł i za sterem. Kobiety w polskiej polityce zagranicznej”. – Ale również chciałyśmy zbadać, jak one postrzegają swoją sytuację i czy widzą bariery warunkowane płcią. Faktycznie, te bariery są, natomiast jeśli chodzi o poziom uświadomienia ich przez kobiety, to się dość mocno różni w zależności od grupy. Polityczki na pewno są grupą najbardziej świadomą tych barier, które są specyficzne dla kobiet w ich karierach zawodowych.

W Polsce posłanki i senatorki stanowią zaledwie jedną piątą wszystkich parlamentarzystów. Nieco lepiej jest w Parlamencie Europejskim: tam kobietą jest co czwarty polityk z Polski. W dyplomacji na placówkach zagranicznych znów kobiety zajmują tylko co piąte miejsce kierownicze, a w Ministerstwie Spraw Zagranicznych odsetek ten wynosi 23 proc. Natomiast na stanowiskach urzędniczych w urzędach centralnych kobietami obsadzonych jest 28 proc. posad.

Główna bariera, która zawsze się pojawia w tego typu badaniach, to jest to podwójne obciążenie kobiet pracą zawodową i obowiązkami domowymi. Ta bariera była wymieniana przez większość naszych respondentek. Ona jest bardzo dotkliwa dla tych, które wyjeżdżają za granicę, czy to do Parlamentu Europejskiego, czy na placówki – mówi Małgorzata Druciarek. – Brakuje infrastruktury, która miałaby pomóc im w łączeniu życia zawodowego z obowiązkami rodzinnymi. Ale to przeszkadza zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Oni również wskazywali, że to utrudnia im karierę.

Z raportu wynika, że Polska na tle innych krajów zbliżonego kręgu kulturowego wypada dobrze pod kątem reprezentacji i znaczenia oraz kompetencji kobiet w polityce zagranicznej. W niektórych kwestiach nawet wyprzedza nieraz tak progresywnie kojarzone kraje jak państwa skandynawskie czy Niemcy, ale w innych powinna się od nich uczyć. Zwłaszcza uczelnie odstają jeszcze od norm w Europie Zachodniej. Na uczelniach publicznych kobiety zajmują 39 proc. stanowisk kierowniczych, na prywatnych – 32 proc. Dwie na pięć osób ze stopniem co najmniej doktora na uczelniach prywatnych to kobiety, na publicznych zaś odsetek ten wynosi 36 proc.

W MSZ faktycznie kobiet urzędniczek jest dość dużo, natomiast jeżeli popatrzymy na wyższe stanowiska, kierownicze, to jest ich zdecydowanie mniej. Myślę, że około jedna czwarta stanowisk jest zajmowana przez kobiety – ocenia przedstawicielka Instytutu Spraw Publicznych. – Dodatkowo wciąż pokutuje stereotypowe podejście do kobiet, że my nadajemy się do prac konkretnych, organizacyjnych, a im wyżej patrzymy, jeśli chodzi o stanowisko, tym mężczyzn jest więcej, bo oni chętniej się biorą za kierowanie, chętniej wchodzą w przestrzeń publiczną i wypowiadają się na dany temat.

Mężczyźni dominują także w debacie publicznej, np. podczas dyskusji w mediach. Według współautorki raportu to skutek tego, że dziennikarze i dziennikarki sięgają ciągle po ten sam krąg ekspertów i zazwyczaj są to mężczyźni, a ponadto kobiety się same ograniczają, niechętnie idą do mediów i zabierają głos, ponieważ nie zawsze czują się wystarczająco kompetentne. Tymczasem w polityce zagranicznej nie ma typowo męskich czy kobiecych tematów, i panie tak samo dobrze znają się na energetyce czy bezpieczeństwie jak panowie.

Pozytywem jest zaobserwowana w badaniu zmiana pokoleniowa: młodsi mężczyźni traktują koleżanki w o wiele bardziej partnerski sposób niż ich starsi koledzy, zwłaszcza w urzędach i na uczelniach, co dobrze wróży na przyszłość. Gorzej było już w samej polityce. Potrzebne są dalsze zmiany, by obecność kobiet była bardziej widoczna.

– Wśród rekomendacji na przyszłość na pewno są kwoty płci na stanowiskach wybieralnych i również tych obsadzanych przez dane urzędy, co by pomogło kobietom zaistnieć na stanowiskach kierowniczych. To na pewno jest edukacja równościowa, czyli działanie u podstaw, które odwróciłoby stereotypowe postrzeganie ról kobiet i mężczyzn – postuluje Małgorzata Druciarek. – To jest także stworzenie infrastruktury instytucjonalnej, która umożliwiłaby łączenie obowiązków domowych, czyli wychowywania dzieci, z pracą zawodową kobiet.

Włoska kuchnia od lat króluje w polskim rankingu ulubionych zagranicznych kuchni. Włosi też coraz chętniej sięgają po polskie specjały

Włoska kuchnia od lat króluje w polskim rankingu ulubionych zagranicznych kuchni. Włosi też coraz chętniej sięgają po polskie specjały 6

Mięsa, zupy i słodkie wypieki to dania kuchni polskiej, na które są gotowi skusić się Włosi. Polacy za to wciąż lubują się w pizzy, sałatce caprese czy makaronach i coraz częściej używają do ich przygotowania oryginalnych produktów sprowadzanych z Półwyspu Apenińskiego. Wymiana handlowa produktów spożywczych między Polską a Włochami rośnie.

Włosi eksportują w szczególności makarony, oliwę z oliwek, sery oraz wyroby cukiernicze, produkty na bazie kakao. Od dwóch lat skala eksportu żywności z Włoch do Polski podwoiła się i wciąż wzrasta, czym jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Antonio Mafodda, dyrektor ICE Agencji Promocji i Internacjonalizacji Przedsiębiorstw Włoskich z Sekcji Promocji Handlu Ambasady Włoskiej. – Polacy cenią włoską żywność przede wszystkim za różnorodność smaków, która jest istotnym elementem kuchni włoskiej. Jest to zasługa wysokiej jakości składników we włoskich potrawach. Dlatego tak istotne jest, aby włoskie potrawy były przyrządzane z oryginalnych składników.

Polacy od lat deklarują, że po rodzimej najbardziej lubią kuchnię włoską. To samo wynika zresztą z danych firm zajmujących się dowozem dań z restauracji. Włochy są też od lat wysoko w rankingu partnerów Polski w wymianie zagranicznej. W 2018 roku zajmowały czwarte miejsce na liście krajów, z których Polska sprowadza towary i piąte na liście odbiorców produktów znad Wisły. Wartość wymiany, mimo turbulencji we włoskiej gospodarce, jest równa 21,5 mld euro, a choć w ostatnim roku udział Włoch w polskiej wymianie handlowej spadł, to nominalnie wzrósł we wszystkich walutach. Jedynie eksport z Polski pozostał na niezmienionym poziomie.

Wielkość eksportu produktów żywnościowych z Włoch do Polski szacuje się na około 1 mld euro – mówi Antonio Mafodda. – Włochy są największym eksporterem win do Polski. Eksport szacowany jest na 60 mln euro.

Nieodłącznym składnikiem kuchni włoskiej pozostają wina. Wbrew powszechnemu mniemaniu, to właśnie ten kraj od kilku już lat jest największym producentem winnego trunku. W 2018 roku w Italii powstało 48,5 mln hl wina, a w drugiej na podium Francji – 46,4 mln hl.

– Nasze najważniejsze rynki dla włoskich win to Niemcy, Francja, Kanada i USA. Rynek w Stanach Zjednoczonych ma największą tendencję wzrostową i rośnie w bardzo szybkim tempie. Nasze wina – chianti, barolo, brunello di montalcino – cieszą się tam dużą popularnością, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni. Włochy są największym eksporterem wina, nie tylko w Polsce, lecz także na świecie. Wielkość eksportu szacuje się na 6 mld euro rocznie –mówi Antonio Mafodda.

Wymiana żywnościowa ma jednak dwa kierunki ruchu. Polska kuchnia, tradycyjnie z natury cięższa, podobnie jak włoska, zawierająca dużo węglowodanów, również się odchudza, a producenci coraz częściej zwracają uwagę na prozdrowotne wartości produktów. Włosi cenią zwłaszcza polskie mięso.

Włosi kochają dobrze zjeść. Jesteśmy także otwarci na nowe smaki. Zatem na pytanie, czy polska kuchnia ma szanse podbić włoskie serca, odpowiedź jest prosta: tak! Jeśli chodzi o poszczególne produkty, wielu Włochów odwiedzających Polskę bardzo chwali sobie kaczkę, dziczyznę, a także pyszne polskie wyroby cukiernicze, takie jak szarlotka. Polska kuchnia ma także do zaoferowania bardzo dobre zupy, np. borowikową – wymienia Antonio Mafodda.

Łącznie w 2018 roku Włochy sprowadziły z Polski towary rolno-spożywcze o wartości 1,6 mld euro, w tym także żywe zwierzęta i surowce. To więcej niż 5 proc. całego polskiego eksportu w tej dziedzinie w ubiegłym roku. Mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego chętnie sięgają także po polskie produkty przetworzone. Jak informuje GUS, w 2017 roku (za 2018 nie ma jeszcze danych) przetwory spożywcze odpowiadały za niemal 698 mln euro w eksporcie i tylko 424,6 mln euro w imporcie.

Rewolucyjne urządzenie zaalarmuje służby ratunkowe po katastrofie morskiej i wskaże jej dokładną lokalizację. Energię do pracy wygeneruje z fal

Rewolucyjne urządzenie zaalarmuje służby ratunkowe po katastrofie morskiej i wskaże jej dokładną lokalizację. Energię do pracy wygeneruje z fal 7

Co roku na morzu ginie średnio 20 marynarzy. Podstawowym zagrożeniem dla życia rozbitka jest hipotermia. W zimnej wodzie już po 45 minutach zanikają funkcje życiowe. Większość dostępnych sygnalizatorów i alarmów umożliwia wezwanie pomocy, ale czas oczekiwania sięga nawet kilku– kilkunastu godzin. Dzięki niewielkiemu urządzeniu akcje ratownicze mogą jednak znacznie przyspieszyć. Nić złożona ze splecionych nanorurek węglowych sama wytwarza elektryczność, dzięki czemu urządzenie nie wymaga baterii, wystarczy słona woda.

Rynek urządzeń alarmujących w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia dynamicznie się rozwija. Dotyczy to nie tyko rozwiązań mających zastosowanie w szeroko rozumianej ochronie zdrowia i telemedycynie, lecz także służących zapewnieniu bezpieczeństwa. Wciąż brakuje jednak rozwiązań, które sprawdziłyby się podczas wypadków na morzu.

Obecnie najczęściej wykorzystywane są radiolatarnie Emergency Position Indicating Radio Beacon, które kiedy są aktywowane, przekazują informacje o statku do satelitów.  Stamtąd informacje są przesyłane do lokalnego terminala użytkownika, wysyłane do centrum kontroli misji, a następnie do centrum koordynacji ratownictwa. Jeszcze inne automatycznie wysyłają informację o położeniu, wymagają jednak wcześniejszego aktywowania. Podczas wypadku często jednak okazują się mało przydatne.

Dzięki nowej technologii wykorzystującej nanorurki węglowe, akcje ratownicze podczas wypadków na morzu oraz wodowań samolotów mogą znacznie przyspieszyć.

– Możemy pozyskiwać energię elektryczną z wody morskiej i wykorzystać ją w krytycznych sytuacjach w przypadku osób rannych na morzu. Urządzenie zbudowane jest z włókien nanorurek węglowych, które mogą pozyskiwać energię elektryczną z wody morskiej poprzez rozciąganie. Dodatkowo wyposażyliśmy je w kondensator magazynujący tę energię do późniejszego wykorzystania, gdy tylko będzie potrzebna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tae Jin Mun z  Hanyang University w Seulu.

Emergency Signal Devices to urządzenie sygnalizacji awaryjnej z własnym zasilaniem. Przeznaczone jest do wytwarzania energii elektrycznej z fal morskich bez użycia baterii, dzięki wykorzystaniu transmisji sygnału GPS, i emisji światła LED w celu ułatwienia akcji ratowniczych. Wykorzystuje technologię nanorurek węglowych. Zwinięte w nicie nanorurki węglowe są w stanie wytworzyć energię elektryczną po rozciągnięciu lub skręceniu. Gdy przędza jest skręcona lub rozciągnięta, jej objętość maleje, zbliżając ładunki elektryczne do siebie i zwiększając ich energię.

Aby wytworzyć energię elektryczną, przędza musi być zanurzona lub pokryta materiałem przewodzącym albo elektrolitem, wystarczy więc zwykła mieszanka wody z solą czy woda morska. Urządzenie nie potrzebuje baterii, samo produkuje energię, tym samym może być z powodzeniem wykorzystywane we wszelkich lokalizatorach, urządzeniach ustalających położenie. Sprawdzi się więc przede wszystkim w akcjach ratunkowych.

– Urządzenie przeznaczone jest do zastosowania w sytuacjach, gdy ktoś zostanie ciężko ranny na morzu i potrzebuje szybkiej pomocy medycznej. Dzięki naszemu urządzeniu pomoc może nadejść szybciej – przekonuje Tae Jin Mun.

Z raportu International Association of Dry Cargo Shipowners’ (Intercargo) Bulk Carrier Casualty Report wynika, że w ciągu ostatniej dekady życie na morzu straciło ponad 200 marynarzy w wyniku kolizji i zdarzeń, do których doszło przy udziale masowców. Do wypadków dochodzi jednak znacznie częściej – według danych udostępnionych przez Komisję Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku wynika, że tylko na Bałtyku dochodzi rocznie do 120 zdarzeń z udziałem statków.

Groźna jest zwłaszcza hipotermia – zgodnie z informacjami podawanymi w Międzynarodowym lotniczym i morskim poradniku poszukiwania i ratowania czas przeżycia w wodzie ludzi nieubranych w kombinezony ratownicze waha się do maksimum 45 minut, przy temperaturze wody do 2 st. C. Przy katastrofach na morzu ratunek często przychodzi za późno. Dzięki technologii wykorzystującej nanorurki węglowe wystarczyłoby tylko aktywować urządzenie, a ratownicy otrzymaliby w ciągu chwili dokładną lokalizację.

– Obecnie koszty są wysokie, więc musimy przeprowadzić dalsze badania nad masową produkcją i obniżyć koszty naszych materiałów. Kiedy ten proces się zakończy, będziemy gotowi do wprowadzenia naszego produktu na rynek – zapowiada Tae Jin Mun.

Jak otworzyć lokal gastronomiczny?

Prowadzenie własnej restauracji lub innego lokalu gastronomicznego może dawać sporo satysfakcji. Nic więc dziwnego, że dla wielu osób pasjonujących się gotowaniem jest to prawdziwe spełnienie marzeń.Jak otworzyć lokal gastronomiczny

Często jednak nie decydują się na otwarcie lokalu z powodu obaw i wątpliwości. Obawiamy się formalności, nie wiemy o co warto zadbać. Sprawdźmy więc jak wygląda otwieranie własnego lokalu krok po kroku.

Biznesplan i rejestracja firmy

Nie da się ukryć, że założenie lokalu gastronomicznego nie jest zadaniem łatwym i wymaga sporych nakładów finansowych. Warto więc zastanowić się nad skorzystaniem z unijnych dotacji, które pomogą nam wyremontować i urządzić lokal oraz zadbać o jego odpowiednie wyposażenie. Kolejnym krokiem jest założenie działalności gospodarczej. Na szczęście, w dzisiejszych czasach możemy zrobić to wygodnie za pośrednictwem internetu.

Znajdź lokal i najlepszych dostawców

Kolejnym krokiem jest znalezienie odpowiedniego lokalu, który położony będzie w dogodnej lokalizacji zachęcającej gości. Zwracaj uwagę na to jakich prac remontowych wymaga dany lokal – im mniej zmian musisz wprowadzić tym lepiej dla twojego portfela.
Bardzo duże znaczenie ma również znalezienie odpowiednich, lokalnych dostawców, którzy będą w stanie zaoferować ci produkty, które pozbawione są chemii. Od tego, z czego będziesz przyrządzał potrawy zależy bowiem ich smak. Nie bój się sprawdzać opinii w internecie – dzięki temu szybko znajdziesz hurtownie i producentów, których oferty są warte rozpatrzenia.

Zakup niezbędne wyposażenie

Jeśli zależy ci na tym, by twój lokal gastronomiczny osiągnął sukces musisz pamiętać o tym, że niezwykle ważny jest wybór odpowiedniego, spełniającego normy wyposażenia. Zarówno urządzenia grzewcze, jak i chłodnicze powinny posiadać niezbędne atesty. Warto więc stawiać na sprawdzonych, cieszących się dobrą opinią producentów. Pamiętaj również, że potrzebujesz nie tylko urządzeń, ale również odpowiedniej zastawy oraz akcesoriów i garnków, które ułatwią ci przygotowywanie posiłków. Jednym z miejsc, w których znajdziesz wszystko co niezbędne do prowadzenia lokalu jest https://www.sas24.pl/.

Ustawa frankowa w oczach ekspertów rynku nieruchomości

Ustawa frankowa wprowadzi fundusz wsparcia kredytobiorców, który udzieli pomocy tym, którzy są w ciężkiej sytuacji finansowej. Pieniądze pomogą pokryć raty kredytów, ale trzeba pamiętać o tym, że jest to pożyczka i w przyszłości trzeba będzie ją spłacić.

– Ustawa frankowa ma się składać z dwóch części. Jedna część będzie dotyczyła pomocy osobom, które np. stracą pracę i nie będą sobie radziły ze spłatą kredytu i w takiej sytuacji będą mogły liczyć na wsparcie. Fundusz będzie gromadzić pieniądze na wypłaty, które mają nam pomóc w spłacie rat. Kwota, którą będziemy mogli co miesiąc dostawać zostanie podwyższona z 1500 zł do 2000 zł – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Biuro Informacji Kredytowej podaje, że obecnie do spłaty zostało jeszcze ponad 450 tys. kredytów frankowych, a na koniec 2018 roku wartość portfela kredytów frankowych wynosiła 107,1 mld zł.

– Druga część ustawy zakłada powstanie tzw. funduszu konwersji, w którym banki mają się składać na kwoty, które pokrywać będą straty wynikające z przewalutowania kredytów frankowych na złotowe po kursie korzystniejszym od obecnego. Pieniądze na tą całą operację zamiany mają być zgromadzone na tym funduszu. Na niego mają składać się banki, które mają w portfelu kredyty walutowe – wyjaśnia J. Sadowski, Expander

– Najbliższe pięć lat pokaże czy uwolnimy się z tych kredytów i będziemy mogli kupić nowe, większe mieszkania, chociażby dlatego, że rodzina nam się rozrasta i zostajemy z problemem, bo nie możemy sobie pozwolić na kupno większego lokum – podsumowuje Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Rafał Schurma, Prezydent Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Kurs funta zyskuje. Brytyjski parlament odrzuca „Brexit bez porozumienia”

Brexit cały czas powinien pozostać w centrum uwagi inwestorów. Jednak w tym tygodniu warto również obserwować spotkanie FOMC oraz odczyty płynące ze strefy euro.

W zeszłym tygodniu rynek walutowy był zdominowany przez informacje dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Izba Gmin po raz kolejny odrzuciła projekt umowy regulującej wyjście Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej ze znaczną przewagą głosów „przeciw”. Następnie parlament zagłosował za odrzuceniem scenariusza tzw. Brexitu bez umowy, a potem poparł przełożenie dotychczasowego terminu na wyjście z UE (29 marca) na nieco bardziej odległy termin. Optymizm związany z dematerializacją najbardziej ryzykownego scenariusza doprowadził do wzrostu kursu pary GBP/USD do poziomu najwyższego od lipca zeszłego roku. Wyraźnie zyskała również para GBP/PLN. Za aprecjacją szterlinga podążyły pozostałe waluty Starego Kontynentu. Ogólne umocnienie aktywów postrzeganych za ryzykowne sprzyjało walutom G10, z wyjątkiem tych powszechnie postrzeganych za bezpieczne, czyli jena japońskiego i franka szwajcarskiego.

W najbliższą środę spotkanie Rezerwy Federalnej spowoduje, że rynek walutowy ponownie skupi się na polityce monetarnej. Nie bez znaczenia pozostaje jednocześnie brytyjska polityka. We wtorek Theresa May po raz trzeci podda pod głosowanie parlamentu jej umowę regulującą Brexit. Pod koniec tygodnia poznamy również wstępne odczyty wskaźników aktywności biznesowej PMI dla całej strefy euro, co pozwoli nam na lepszą ocenę aktualnej sytuacji gospodarczej w bloku walutowym.

PLN

Polski złoty w relacji do euro zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie, a w relacji do USD i GBP praktycznie w całości reagował na zmiany na głównych parach. Najważniejszą publikacją z ostatniego tygodnia były szczegółowe projekcje inflacji i wzrostu gospodarczego DAE NBP, które zakładają nieco wyższy wzrost gospodarczy i wyraźnie niższą inflację, niż sugerowała projekcja listopadowa. Zmieniło się jednak sporo założeń, więc zaskoczenie takim obrotem spraw nie jest bardzo duże, mimo sporej skali zmian.  Co tyczy się samej inflacji: dane z ubiegłego tygodnia pokazały, że sama dynamika CPI w lutym wzrosła i to nieco bardziej od oczekiwań (zwłaszcza w ujęciu miesięcznym), nadal jednak pozostaje bardzo niska.

Bieżący tydzień przyniesie zatrzęsienie informacji z Polski, w tym poniedziałkowe wyliczenia inflacji bazowej w styczniu, wtorkowe dane o zatrudnieniu i płacach w przedsiębiorstwach w lutym, środowe dane o produkcji przemysłowej w lutym i czwartkowe „minutki” z ostatniego spotkania RPP oraz dane o sprzedaży detalicznej w lutym.

GBP

„All Brexit, all the time”. Ostatnie trzy kluczowe głosowania w parlamencie przebiegły zgodnie z naszymi oczekiwaniami: odrzucono umowę wynegocjowaną przez Theresę May, odrzucono scenariusz Brexitu bez porozumienia oraz wyrażono chęć przedłużenia terminu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. We wtorek premier Wielkiej Brytanii podejmie się trzeciego podejścia do głosowania w sprawie jej Withdrawal Agreement. Spodziewamy się, że przewaga głosów „przeciw” w tym głosowaniu będzie nieco mniejsza w porównaniu z zeszłym tygodniem. Aczkolwiek liczba dodatkowych głosów, które musiałaby uzyskać May jest wciąż zbyt duża, żebyśmy mogli spodziewać się przyjęcia treści umowy. Jeżeli jednak okaże się, że się mylimy, a Izba Gmin zagłosuje „za” porozumieniem Theresy May, możemy oczekiwać istotnego umocnienia szterlinga z obecnych i tak względnie wysokich poziomów.

Uwagę rynku w tym tygodniu przykuje również szczyt Rady Europejskiej, który odbędzie się pod koniec tygodnia. Podczas spotkania głów europejskich państw rozpatrzony zostanie wniosek o przedłużenie terminu na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, który obecnie wciąż wyznaczony jest na 29 marca. Naszym zdaniem im bardziej odległy okaże się nowy termin Brexitu, tym większego umocnienia doświadczy szterling. Rynki w przypadku dłuższego odsunięcia Brexitu w czasie powinny bowiem zacząć wyceniać możliwość przeprowadzenia drugiego referendum.

EUR

Dane o produkcji przemysłowej w strefie euro w styczniu, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu pozytywnie zaskoczyły rynek. Warto zwrócić uwagę, że o ile ostatnie opinie dotyczące sytuacji gospodarek strefy euro są dość ponure, o tyle same odczyty gospodarcze z ostatnich kilku tygodni przybrały zdecydowanie pozytywny obrót. Nasz optymistyczny stosunek względem sytuacji gospodarek bloku walutowego skonfrontujemy z rzeczywistością już w piątek. Wtedy bowiem poznamy wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w strefie euro. Wierzymy, że piątkowa publikacja wspomnianych wskaźników pozytywnie zaskoczy, zwłaszcza w przypadku indeksu dla przemysłu. Taki obrót spraw spowodowałby prawdopodobnie umiarkowane umocnienie wspólnej europejskiej waluty, co z kolei mogłoby doprowadzić kurs EUR/USD do okolic 1,15, czyli do środka korytarza wahań, w którym para znajdowała się przez kilka ostatnich miesięcy.

USD

W najbliższym tygodniu uwaga rynku będzie skupiona na marcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, które rozpocznie się we wtorek i będzie trwać dwa dni. Konsensus ekonomistów nie spodziewa się podniesienia stóp procentowych na spotkaniu banku centralnego. Oczekuje się natomiast decyzji w sprawie wznowienia reinwestowania przychodów z zapadających obligacji, które obecnie znajdują się w bilansie banku. Taki ruch byłby uznany za lekko stymulujący.

Kluczowe będą zmiany w „dot plocie” FOMC, obrazującym indywidualne oczekiwania decydentów Rezerwy Federalnej co do przyszłego poziomu stop procentowych na koniec najbliższych kilku lat. Spodziewamy się, że mediana oczekiwań w nowym „dot plocie” wskaże na brak jakichkolwiek zmian w poziomie stop w 2019 roku – nasze oczekiwania są nieco bardziej „gołębie” niż zakłada konsensus analityków.  W związku z tym sądzimy, że w najbliższym tygodniu możemy spodziewać się osłabienia dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Amazon idzie po swoje i nie bierze jeńców. Polskie e-sklepy czeka prawdziwy sprawdzian

Jeżeli Amazon zdecyduje się przekroczyć polską granicę, krajowy e-handel czekają ogromne zmiany. Amerykański gigant na globalnym rynku rozpycha się coraz bardziej, pożerając po drodze lokalne przedsiębiorstwa – od płotek po grubsze ryby. Na przegrupowywanie rodzimej konkurencji czasu jest niewiele. Jak polskie firmy e-commerce przygotowują się na nadchodzącą rewolucję?

Jeżeli Amazon zdecyduje się otworzyć polski e-sklep, miałaby dużą wyjściową grupę klientów – każdego miesiąca blisko milion Polaków odwiedza brytyjski czy niemiecki sklep internetowego giganta. Amazon mógłby wygrać ceną. Z raportów wynika, że marże na jego usługach wynoszą ok. 1,3 proc. na rynku międzynarodowym i są zdecydowanie niższe niż w polskich e-sklepach. Kolejna ewentualność to upadek małych graczy. Otwarcie polskiej wersji sklepu doprowadzi do podziału e-handlu między duże firmy – małe nie będą w stanie konkurować ceną oraz szybkością. Należy się również spodziewać, że Amazon szukać będzie możliwości do przejęć. Do niedawna kandydatem do takiej transakcji była grupa Empik Media & Fashion, z którą amerykański hegemon współpracował przy sprzedaży e-czytników Kindle. Dziś Empik zbroi się na potęgę: nowa strona, aplikacja mobilna, program Mój Empik czy system ekspresowej rezerwacji i odbioru. Wygląda to tak, jakby zarząd grupy spodziewał się nadejścia potężnego rywala i robił wszystko, by z tej potyczki wyjść obronną ręką. Być może jego członkowie wiedzą o planach Amazona coś, czego nie wie reszta konkurencji?

Im więcej rynku zagarnie dla siebie Amazon, tym mniej miejsca pozostanie na nim dla innych sklepów – zarówno stacjonarnych, jak i wirtualnych. Upadek wielu mniejszych i większych firm jest więc nieunikniony. Kultowa sieć sklepów z zabawkami Toys R Us ogłosiła niedawno, że planuje zamknąć wszystkie sklepy w USA i Wielkiej Brytanii, czyli łącznie 900 placówek. W 2017 firma złożyła wniosek o upadłość. Już wtedy jej dług wynosił 5,2 mld dol. Wielu ekspertów uważa, że jedną z głównych przyczyn spektakularnej porażki Toys R Us jest migracja klientów do e-commerce – głównie do Amazona.

Wyścig zbrojeń już się rozpoczął

Jednym z głównych obszarów, w którym polskie e-sklepy mają sporo lekcje do odrobienia jest dostępność stron internetowych oraz rich contentu, czyli rozbudowanych i bogatych opisów na kartach produktów (w terminologii Amazon są one znane także pod hasłem: detalied product pages). Sama metoda publikacji i dostarczania e-contentu jest czymś, co dotychczas wyróżniało firmę Jeffa Bezosa, jednak powoli wprowadzają ją również inni gracze.

Do niedawna sklepy internetowe same indywidualnie ustalały formę rich contentu. Nie było oficjalnych specyfikacji i brakowało wytycznych. Dziś firmy, dążąc do standaryzacji, udostępniają tzw. guides, tym samym ograniczając do minimum pracę web developerów – mówi Tomek Kasperski, CEO & Founder Omnipack. Na tego typu współpracę możemy liczyć z Allegro, które podaje m.in. wymaganą rozdzielczość layoutu, wagę plików czy listę akceptowalnych tagów. Kolejny krok w kierunku rozwiązań oferowanych przez Amazona i znów „podebranych” przez polski serwis aukcyjny to tzw. Shop in Shop. W skrócie, polskie firmy przekonują się, że warto oferować swoje produkty w Strefie Marek, która ułatwi internautom nawigację po ofercie, tak aby wszystkie były widoczne w jednym miejscu.

E-sprzedawca nie zawsze jest w stanie oferować usługi logistyczne swoim klientom – brzmi kolejna lekcja, którą już dawno temu odrobił Amazon. W Polsce większość sklepów realizuje logistykę samodzielnie, ale sprawdza się to dobrze tylko w przypadku niektórych mniejszych przedsiębiorstw. Niestety, magazynowanie oraz obsługa zamówień i zwrotów pochłania tak wiele czasu i energii, że zazwyczaj brakuje jej na działania wspierające rozwój. To m.in. dla tego, większość małych e-commerce ma małe szanse, że urośnie i przy coraz większej konkurencji w końcu zniknie z rynku.

Dla sklepów internetowych, które chcą się rozwijać, kluczowe jest rozwiązanie kwestii logistyki. Niektóre inwestują we własny magazyn, a inni wybierają fulfillment jako pełne zabezpieczenie procesów logistycznych bez dużego nakładu kapitału. Wielu naszych partnerów biznesowych zdecydowało się na outsourcing, aby zachować konkurencyjność i powalczyć o lepszą pozycję na rynku. Przechowujemy towar, pakujemy, wysyłamy zamówienia, obsługujemy zwroty i świadczymy inne przydatne usługi, a nasi klienci mogą skupić się na marketingu, rozbudowanie e-sklepów i innych działaniach biznesowych – dodaje Kasperski.

Według analityków z ResearchAndMarkets zapewnienie wysokiej jakości fulfillmentu jest jednym z najważniejszych zadań, jakie stoją dziś przed sklepami internetowymi. Usprawnienie procesów z nim związanych ma decydować o utrzymaniu istniejących klientów, których oczekiwanie rosną razem z rynkiem. Tymczasem wiele polskich e-commerce wpada w pułapkę samodzielnego magazynowania oraz obsługi zamówień i zwrotów, przy niewystarczających możliwościach kadrowych. W efekcie jest on co najwyżej przeciętny, a inne działy kuleją i pozostają niedoinwestowane.

Zakupowa spirala

Usługa cyklicznego zamówienia wybranych produktów szybko zbywalnych, czyli Amazon Subscribe, to stosunkowo nowe rozwiązanie. Jest to niewątpliwie doskonała możliwość zbliżenia do siebie klientów, ale wydaje się, że Polacy nie chcą jeszcze kupować produktów w ten sposób. Jedną z pierwszych tego typu inicjatyw był Glossybox, firma, która chciał zawojować polski sektor beauty oferując lifestyle’ową usługę testowania kosmetyków, dostarczanych raz w miesiącu do domu klienta. O tym, co finalnie lądowało w pudełku, decydowali pracownicy Glossybox w oparciu o współpracę z innymi markami. Po każdej edycji klientki mogły wypełniać ankiety, a na ich podstawie dopasowywano kolejne przesyłki. Szybko okazało się, że polski rynek nie jest jeszcze gotowy na takie innowacje. Być może niebawem ta tendencja ulegnie zmianie, a cykliczne zakupy lądować będą u drzwi Polaków coraz częściej. Rodzime sklepy mogą samemu doprowadzić do ich popularyzacji lub czekać z założonymi rękami, aż zrobi to monstrum Jeffa Bezosa.

Czas na nowy front

By wyprzedzić Amazona trzeba patrzeć dalej, niż robi to konkurencja. Coraz częściej mówi się o innowacyjnych pomysłach, które zmienią branżę technologiczną. Weźmy na tapetę pomysł Elona Muska, który zadeklarował, że zaprezentuje światu przełomowy produkt, łączący mózg z komputerem. Zdaniem twórcy Tesli, już dziś jesteśmy podłączeni do naszych smartfonów, dlaczego więc nie mielibyśmy usprawnić tego połączenia, tworząc przepływ danych między naszymi umysłami, a komputerami czy urządzeniami mobilnymi?

Co prawda, ciężko wyobrazić sobie zakupy za pomocą nowego interfejsu mózg-komputer, ale to właśnie tu może rozegrać się kolejna walka na rynku e-commerce. Przecież jeszcze niedawno usługa taka, jak np. same-day delivery była zupełną nowinką, a dziś pierwsze sklepy w Polsce decydują się na jej wprowadzenie[1]. To nieuniknione, że za parę lat taka forma dostawy będzie standardem – zwraca uwagę założyciel Omnipack.

Jak przygotować się na nieuchronne wejście Amazona na polski rynek? Jakie decyzje podjąć w zakresie strategii sprzedażowej i jak rozdzielić budżety reklamowe? Takie i inne pytania stawiają sobie managerowie dużych i średnich e-commerce, którzy czują już na plecach oddech amerykańskiego giganta. Nie ma tu jednoznacznych odpowiedzi, ale jedno jest pewne: bez odważnych kroków konfrontacja z tak silnym konkurentem może okazać się fatalna w skutkach.

[1] Przykład eobuwie.pl: https://innpoland.pl/140905,nikt-w-europie-nie-sprzedaje-tak-jak-eobuwie-pl-sklep-internetowy-w-realu

Wybitni matematycy w 5 dni rozwiążą problemy zgłoszone przez firmy

18 marca br. w Warszawie rozpoczyna się European Study Group with Industry (ESGI), czyli tygodniowy matematyczny hackaton, w którym udział biorą polscy i zagraniczni matematycy współpracujący z przedsiębiorcami. Cel? Wypracowanie rozwiązań konkretnych problemów zgłoszonych przez biznes.

ESGI to organizowane od 50 lat kilkudniowe hackatony i sesje warsztatowe, w których uczestniczą wybitni naukowcy z dziedziny matematyki, nauk ścisłych i inżynierii – z Wielkiej Brytanii (Oxford, Cambridge), różnych stron świata oraz kraju będącego gospodarzem spotkań.

ESGI drugi raz w Polsce

Tegoroczna 144 edycja ESGI została zorganizowana w Warszawie przez Instytut Matematyczny PAN przy współpracy z Ambasadą Brytyjską. Tego typu spotkania zostaną przeprowadzone w Polsce po raz drugi – poprzednia 77 edycja, której gospodarzem także był IM PAN i Ambasada Brytyjska, odbyła się przed 9 laty. Zaproszeni na ESGI144 naukowcy pracują nad problemami zgłoszonymi przez polskie przedsiębiorstwa, m.in. z sektora energetyki, przemysłu wydobywczego, e-reklamy czy produkcji oprogramowania, by na koniec warsztatów (22 marca) przedstawić wypracowane rozwiązania. 

„Poprowadzenie ESGI w Warszawie to dla Instytutu Matematycznego PAN wielkie wyróżnienie, tym bardziej, że specjalnie z tej okazji przyjeżdżają do nas takie sławy świata nauki, jak profesorowie John Ockendon czy Artur Ekert – obaj będący członkami Royal Society. Nasze rodzime przedsiębiorstwa zgłaszając problemy do rozwiązania postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Taki zresztą jest zamysł – chodzi o to, by odpowiedzi na pytania zadane przez przedsiębiorców były wyzwaniem dla najlepszych matematyków, a wypracowane rozwiązania stanowiły wartość użytkową. Zespoły robocze w ciągu kilku dni tworzą rozwiązania realne do wdrożenia w prawdziwym biznesie” – powiedział dr Kamil Kulesza, Chairman ESGI144 w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk. Podkreślił, że formuła spotkań roboczych, w trakcie których rozwiązywane są rzeczywiste problemy firm, to bardzo atrakcyjna metoda budowania współpracy świata nauki ze światem biznesu. ESGI to miejsce, w którym czysta nauka tworzy wartości utylitarne.

Nad czym pracują naukowcy

Podczas ESGI144 zespoły robocze będą pracować nad następującymi projektami:

  • z sektora wydobywczego: opracowanie algorytmów, które pozwolą odpowiednio dobierać parametry eksploatacji pokładów w kopalniach, tak by w kontrolowany sposób prowokować zbliżające się i nieuniknione zjawiska sejsmiczne;
  • z sektora energetycznego: opracowanie metod optymalizacji w zakresie dostarczania energii cieplnej do budynków mieszkalnych oraz wdrożenia narzędzi opartych na grywalizacji do systemu zarządzania energią i jej stratami w budynkach mieszkalnych;
  • w sektorze e-reklamy: wykorzystanie metod sztucznej inteligencji do lepszego personalizowania reklam adresowanych do poszczególnych segmentów rynku;
  • w branży IT: opracowanie algorytmów określających zwrot z inwestycji w gratyfikowanie pracowników na poszczególnych etapach realizowania przez nich powierzonych zadań;
  • w sektorze badań zjawisk i trendów: opracowanie skutecznych metod prognozowania z wykorzystaniem mechanizmów i logiki wirtualnych rynków predykcyjnych.

Gośćmi honorowymi ESGI144 są m.in. znakomici naukowcy i popularyzatorzy nauki z Oxfordu: profesorowie Artur Ekert, John Okendon i Hilary Ockendon. Artur Ekert to światowej sławy fizyk i matematyk realizujący badania w zakresie mechaniki kwantowej oraz kwantowego przetwarzania informacji, wybitny specjalista w dziedzinie komputerów kwantowych. Jest profesorem fizyki kwantowej na wydziale Matematyki Uniwersytetu Oksfordzkiego, profesorem Narodowego Uniwersytetu Singapuru oraz dyrektorem Centrum Technologii Kwantowych działającego przy tym uniwersytecie. John Ockendon jest profesorem Oxfordu, znanym popularyzatorem nauki w dziedzinie matematyki stosowanej i jednym z najważniejszych prekursorów na polu wykorzystania nauk matematycznych w świecie przemysłu i biznesu. Obaj profesorowie są członkami najstarszego na świecie towarzystwa naukowego – The Royal Society, Towarzystwa Królewskiego w Londynie, założonego w 1660 r.

Wizje przyszłości – czyli debata o AI, kryptografii, komputerach kwantowych i cyberbezpieczeństwie

Podczas debaty przeprowadzonej w hotelu Westin w dniu otwarcia ESGI144, naukowcy wspólne z przedsiębiorcami rozmawiali o przyszłości – zastosowaniu sztucznej inteligencji, trendach w cyberbezpieczeństwie, kryptografii i komputerach kwantowych. Uczestnicy debaty zwracali uwagę, że rozwój komputerów kwantowych wymusi wypracowanie nowych modeli kryptograficznych, ponieważ dotychczasowe sposoby szyfrowania informacji przestaną być skuteczne. Omawiano też zasadnicze kwestie związane z upowszechnianiem i rozwojem sztucznej inteligencji (AI), jak np. czy przyczyni się ona do samoistnego generowania wiedzy, czy i kiedy będzie ona zdolna do rozpoznawania, rozumienia i odczuwania emocji, czy prawodawstwo będzie nadążać za jej rozwojem lub jak rozstrzygnąć kwestie odpowiedzialności za zdarzenia wywołane przez AI. Choć odpowiedzi na te pytania są trudne i odnoszą się do kreowania wizji przyszłości, z rozmowy niewątpliwie wynikał zasadniczy wniosek – że matematyka jako królowa nauk ścisłych ma przemożny wpływ na większość aspektów naszego życia, nawet jeśli na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Patronami honorowymi ESGI144 są Ambasada Brytyjska i Urząd Regulacji Energetyki.

Sponsorem głównym ESGI144 jest KGHM Polska Miedź, a sponsorami wspierającymi: Bank Millenium i Celon Pharma.

Partnerzy ESGI144 to: Ministerstwo Cyfryzacji, Fortum, Mabion S.A. oraz Simons Foundation.

Ponadto ESGI144 jest wspierane przez: EuRoPol GAZ, Hotel Westin w Warszawie, KIR, Job Finder oraz Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Patronat medialny nad ESGI144 objęły: dziennik Rzeczpospolita, Forbes, InnPoland, Polska Agencja Prasowa – Nauka w Polsce, Radio dla Ciebie oraz portale wnp.pl i wysokienapiecie.pl.

Czeka nas odpływ fali pracowników z Ukrainy. Czas na Azjatów

Polski rynek pracy od schyłku ubiegłego roku mierzy się już nie tylko z deficytem kadrowym dotyczącym rodzimych pracowników, ale także ze spadkiem migracji zarobkowej zza wschodniej granicy. W jakim stopniu odpływ fali pracowników z Ukrainy zagrozi polskim pracodawcom? Czy istnieje możliwość przygotowania się na zbliżające się problemy? Na te pytania odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work. 

Jako że na chwilę obecną na polskim rynku pracy brakuje wszystkich rodzajów pracowników, polska gospodarka w coraz większym stopniu zależna jest od imigrantów zarobkowych, których lwią część stanową Ukraińcy. Niestety, ich liczba w ostatnim czasie zaczęła maleć. Skąd wziął się ostatni spadek migracji zarobkowej do Polski zza wschodniej granicy?

Atrakcyjne sąsiedztwo

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, zmniejszająca się liczba pracowników ukraińskich w Polsce związana jest z postępującym rozwojem rynków państw ościennych – Czech, Słowacji i Niemiec: „Działając na zagranicznych rynkach pracy, dostrzegamy tam wiele ułatwień dotyczących pracy oraz samej legalizacji pobytu pracowników ze wschodu. Widząc te udogodnienia, Ukraińcy w sposób naturalny wybierają legalną pracę za większe pieniądze – choć odnośnie kwestii przestrzegania miejscowego prawa można powiedzieć, że popularniejsza jest działalność w szarej strefie. Szczególnie często praktykowane jest to u pracowników z terenu zachodniej Ukrainy, gdzie panuje długa tradycja wyjazdów zarobkowych do Polski. Co więcej, samo zjawisko jest bardzo podobnie do sytuacji polskich pracowników jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej, gdzie nasi rodacy masowo wyjeżdżali na Zachód pracować nielegalnie.”.

Niemieckie eldorado

Najwięcej emocji wzbudza jednak otwarcie niemieckiego rynku pracy, które zostało zaplanowane na 1 stycznia 2020 roku. W tym czasie mają wejść w życie zmiany dotyczące ograniczenia przeszkód formalnych w zatrudnianiu pracowników z krajów trzecich, w tym Ukrainy. „Zgodnie z naszymi informacjami, do końca drugiego kwartału tego roku projekt ustawy powinien być zatwierdzony przez Bundestag. Warto wspomnieć, iż nowe prawo przewiduje najistotniejsze zmiany dla wykwalifikowanych pracowników, posiadających znajomość języka niemieckiego. Dzięki uzyskaniu wizy pracowniczej obywatele państw ze Wschodu przez pół roku będą mogli szukać pracy, a potem przez kolejne sześć miesięcy pracować u dowolnego pracodawcy. Z pewnością jest to bardziej liberalne podejście do zagranicznej kadry pracowniczej niż w Polsce, gdyż kładzie się akcent na samodzielność w utrzymaniu się oraz poszukiwaniu zatrudnienia.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Pomimo braku otwartości rynku niemieckiego na każdą grupę pracowniczą, i tak pierwszą falą ewentualnych migrantów ukraińskich do Niemiec będą Ukraińcy pracujący do tej pory w Polsce. Jak mówi Prezes firmy Smart Work: „Aby otrzymać pozwolenie na pracę, obcokrajowiec będzie musiał wykazać się wykształceniem kierunkowym oraz potwierdzoną znajomością języka niemieckiego. Z warunku lingwistycznego wyłączone są jedynie dwie grupy zawodowe – spawacze i kierowcy tirów. Możemy więc oczekiwać, iż z początkiem przyszłego roku nagle zabraknie na polskim rynku spawaczy, ponieważ większość specjalistów ukraińskich posiada dokumenty wyrobione w Polsce i kwalifikujące do uzyskania niemieckich wiz pracowniczych. Co więcej Instytut Goethego, którego certyfikaty językowe będą honorowane przez niemieckie służby konsularne, już otwiera swoje oddziały na Ukrainie oraz rozwija sieć w Polsce, właśnie pod kątem przebywających tu Ukraińców. W ukraińskim sektorze edukacyjnym bardzo popularny stał się trend szkolenia się właśnie w zakresie języka niemieckiego. Widać więc jak ogromną szansę w otwarciu niemieckiego rynku pracy dostrzegają obywatele Ukrainy. Jednak co dla jednych jest okazją, to dla innych stanowi poważne zagrożenie”.   

Równie niebezpiecznym zapisem w nowym prawie niemieckim dla polskiego rynku pracy będzie regulacja zasad prac sezonowych. „Pracownicy ze wschodu będą mogli podjąć się pracy sezonowej bez znajomości języka niemieckiego. Jeżeli Niemcy rozwiną to pojęcie w odpowiedni sposób, ich rynek pracy momentalnie otworzy się na kilkukrotnie większą ilość zagranicznych pracowników niż ma to obecnie miejsce. Dla Polski tworzy to sytuację, w której w okresie zbiorów po prostu zabraknie rąk do pracy.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Czy istnieje rozwiązanie?

Czy można złagodzić skutki nieuchronnego odpływu pracowników z Ukrainy? Zdaniem Mariusza Hoszowskiego, rozwiązaniem dla polskiej gospodarki z pewnością jest dywersyfikacja kierunków pozyskiwania pracowników i otwartość na inne narodowości. Oczywiście taki kierunek działania wiąże się z dodatkowymi czynnikami – z racji specyfiki każdej z nacji, pracodawcy będą musieli przygotować się na nowe strategie działania swoich przedsiębiorstw. W tym procesie istotną rolę odgrywają agencje zatrudnienia takie jak Smart Work: „Temat jest bardzo złożony, jednak dzięki posiadaniu własnego przedstawicielstwa, struktur, pracowników i partnerów biznesowych w różnych punktach za granicą, mamy stałe źródło wszelkiego rodzaju pracowników – bez względu na aktualny odpływ fali migracyjnej. Stosując zdywersyfikowaną strategię rekrutacyjną, możemy oferować kadry dostosowane każdego reżimu pracy oraz wymagań klienta odnośnie kwalifikacji pracowników.” – mówi prezes firmy Smart Work.

Polska Szkoła FM pod auspicjami IFMA, RICS i PRFM

Powstaje zespół, w skład którego wejdą przedstawiciele najważniejszych organizacji branżowych z rynku FM. IFMA, RICS i PRFM łączą siły, by wypracować wspólny program edukacyjny dla zawodów FM w Polsce i spopularyzować go następnie w całym sektorze nieruchomości komercyjnych, jak i poza nim.

Joanna Plaisant - Country Manager RICS w Polsce
Joanna Plaisant – Country Manager RICS w Polsce

Celem działania zespołu będzie opracowanie kompletnego programu edukacyjnego w oparciu o unikalne kompetencje trzech najważniejszych organizacji zrzeszających profesjonalistów z rynku nieruchomości w Polsce. Opracuje on m.in. zestaw przedmiotów, kompetencji, umiejętności i wymagań zgodny z najwyższymi standardami krajowymi, europejskimi i światowymi.

To odpowiedź na potrzeby gwałtownie rosnącego rynku FM oraz rozwoju tego obszaru w Polsce, ale i  na całym świecie. Stworzony w oparciu o globalne standardy RICS i IFMA program ma odpowiadać współczesnym realiom biznesowym i być jednym z najnowocześniejszych tego typu programów dostępnych obecnie na rynku.

Nowy program będzie tworzony z uwzględnieniem wszystkich istotnych perspektyw biznesowych jak i najnowszych trendów technologicznych oraz aktualnej wiedzy managerskiej. Dzięki szerokiej dyskusji branżowej, w której wezmą udział zarówno przedstawiciele strony zamawiającej, jak i dostawców, nowi adepci sztuki FM uzyskają gigantyczny zastrzyk wiedzy na temat zasad funkcjonowania współczesnego rynku.

“Polska Szkoła FM” to projekt, którego celem jest wzmocnienie strategicznej roli FM’u w organizacjach poprzez podniesienie wiedzy o funkcjonowaniu nowoczesnych usług wsparcia dla organizacji, inteligentnych obiektów a także partnerskich relacji biznesowych.

Wspólna praca trzech organizacji ma także pomóc lepiej ustrukturyzować ścieżki rozwoju oraz zachęcić większą liczbę potencjalnych kandydatów do aktywnego uczestnictwa w życiu branży, poprzez stałe podnoszenie swoich kompetencji.

“Ten program to ogromna szansa na promocję jednego z najdynamiczniej rozwijających się obecnie obszarów rynku nieruchomości jakim jest Facility Management. Mamy nadzieję, że odpowie on na potrzeby młodych ludzi wkraczających na rynek pracy, dając im możliwość edukacji i podnoszenia swoich kompetencji poprzez skorzystanie z doświadczeń i standardów międzynarodowych największych organizacji profesjonalnych takich jak RICS i IFMA

– przekonuje Seweryna Afanasjew, Członek Europejskiego Zarządu RICS.

Udział IFMA w tym szczytnym projekcie jest realizacją naszej misji związanej z profesjonalizacją facility management. IFMA posiada wypracowane międzynarodowe standardy i systemy certyfikacji kompetencji. Uzyskanie ich wymaga jednak od kandydata ugruntowanego doświadczenia zawodowego. Dlatego istotną rolę, jaką widzę w tej inicjatywie, to wspieranie rozwoju branży poprzez dostarczenie wiedzy  wszystkim osobom zaczynającym swoją przygodę w tym sektorze. Cieszy mnie także nasze wspólne podejście i intencje jakie nam przyświecają. Razem możemy dać ludziom więcej, łącząc różnorodne perspektywy.

– podkreśla Wojciech Walania, Prezes IFMA Polska.

“Rolą Polskiej Rady Facility Management jest szeroka integracja środowisk biznesowych i doprowadzenie do powstania otwartego programu edukacyjnego, który będzie wspierał naszych członków w pozyskiwaniu nowych ekspertów. Efektywne zarządzanie zasobami ludzkimi jest bowiem największym wyzwaniem z jakim mierzą się obecnie najważniejsi gracze na rynku usług FM”.

– dodaje Krzysztof Kogut, Prezes, Polskiej Rady Facility Management

Sprzedaż aut: rekordowy luty w Polsce, przebudzenie największych rynków

Sprzedaż nowych samochodów osobowych w lutym okazała się najlepszym wynikiem tego miesiąca od 10 lat – z polskich salonów wyjechało ponad 43,5 tys. pojazdów, czyli 3,9% więcej niż rok wcześniej. Rezultat ten jest w dużej mierze zasługą poziomu rejestracji aut premium, które wbrew obawom, zanotowały wzrost o 18,2% r/r – wynika z najnowszych danych ACEA. Eksperci Exact Systems zwracają także uwagę na dysonans wyników sprzedażowych na 5 głównych rynkach w UE. Niemcy, Francja i Wielka Brytania w lutym zanotowały wzrosty, natomiast Włochy i Hiszpania już 6. miesiąc pozostają na minusie.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

– Po stagnacji w styczniu powrócił optymizm sprzedażowy, głównie dzięki wzrostowi rejestracji r/r marek premium i elektroaut. Po wprowadzeniu nowelizacji przepisów leasingowych, w 2019 r. spodziewano się spadków sprzedaży najdroższych pojazdów. Jednakże wbrew obawom, wróciliśmy na ścieżkę wzrostu z 2018 r., gdy segment marek premium rósł szybciej niż średnia rynkowa. Czy tak wysoka dynamika jest jedynie tymczasowym efektem presji legislacyjnej, przez którą Polacy przyspieszyli swoje decyzje zakupowe i już w grudniu podpisywali umowy na auta produkowane w 2019 r., okaże się za 2-3 miesiące. Ewentualne zawirowania dotkną jedynie marek premium. Częściowo przebudziły się również największe rynki w Europie – w lutym Niemcy, Francja i Wielka Brytania zanotowały nieznaczne wzrosty popytu po 5 miesiącach ciągłych spadków. Mniej optymistycznie wygląda sytuacja Hiszpanii i Włoch, które nadal nie mogą wydostać się z dołka sprzedażowego, notując regres odpowiednio o ‐8.8% r/r i ‐2.4% r/r – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Rekordowy luty w Polsce

W lutym br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiły się 43 764 sztuki nowych samochodów osobowych, czyli o 3,9% więcej niż w tym samym miesiącu 2018 roku. Jest to najwyższy lutowy wynik w ciągu ostatnich 10 lat. Liczba samochodów marek premium wyniosła 5,8 tys. szt., co oznacza wzrost o 18,2% r/r oraz o 12,2% w porównaniu do stycznia. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 64,1% kupujących. Tylko 35,9% nabywców to klienci indywidualni. TOP3 marek nie zmienił się w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca: najchętniej kupowane są modele Skody, druga na liście uplasowała się Toyota, a trzeci był Volkswagen.

Od początku roku, w ciągu dwóch miesięcy zarejestrowano w Polsce 89 961 nowych samochodów osobowych, czyli o 1,7% więcej rok do roku.

Hybrydy zwolniły, auta elektryczne przyspieszają

Luty nie był w pełni optymistyczny, jeśli chodzi o sprzedaż aut z alternatywnymi napędami. Z danych PZPM[1] wynika, że z salonów w Polsce wyjechało niespełna 1400 hybryd (-13,6% r/r). Spadek ten częściowo udało się skompensować wyższą dynamiką sprzedaży aut z napędem elektrycznym, których kupiono 151 szt. (+68% r/r). W porównaniu z ubiegłym rokiem zmniejszył się udział diesli (z 22,9% do 21,2%), a zwiększył silników benzynowych (z 71,5% do 73,9%).

W ciągu dwóch miesięcy 2019 r. zarejestrowano 3,4 tys. hybryd (-3,9%) oraz 228 sztuk aut (+9,6%) z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in.

Dysonans na głównych rynkach UE

Z danych ACEA[2] wynika, że w lutym br. Europejczycy kupili ponad 1,1 mln nowych osobówek (-1% r/r). Spadek dynamiki wynika z ubiegłorocznej bardzo wysokiej bazy. Było to drugi najlepszy lutowy wynik w Unii Europejskiej od 2008 roku. W drugim miesiącu tego roku na zielono możemy zaznaczyć 3 z 5 największych rynków europejskich: Niemcy (+2,7 r/r), Francję (+2,1 r/r) oraz Wielką Brytanię (+1,4% r/r). Miesiąc pod kreską zakończyły Włochy (-2,4% r/r) i Hiszpania (-8,8% r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej, pomimo delikatnego regresu (-0,7% r/r), może pochwalić się grupa Volkswagen.

Od stycznia do lutego 2019 r. popyt na nowe samochody w Unii Europejskiej spadł o 2,9%. Silne spadki w porównaniu z ubiegłym rokiem odnotowały Hiszpania (-8,4%) i Włochy (-4,9%). Natomiast stabilny poziom pozostał w Niemczech (+ 0,6%), Francji (+ 0,5% ) i Wielkiej Brytanii (-0,6%). Od początku roku najszybciej rozwijają się rynki: litewski (+68,8% r/r) i rumuński (+26,8% r/r). Natomiast największy spadek dynamiki nastąpił w Holandii -17,6% r/r.

Patrząc na dane ACEA, zarówno te dotyczące Polski, jak i całej Unii, ciężko prognozować w jakim miejscu znajduje się branża motoryzacyjna i jak będą wyglądały najbliższe miesiące. Dysonans w wynikach sprzedażowych spowodowany jest głęboką transformacją, którą przechodzi sektor automotive. Pojazdy elektryczne nadal traktowane są jako drugie lub trzecie auto dla zamożnej rodziny, przeznaczone do jazdy po mieście. Nie zmienia to faktu, że producenci dostrzegają rosnący potencjał ekoaut i już teraz przygotowują swoje zakłady w kierunku ich masowego  wytwarzania, stopniowo przestając inwestować w unowocześnianie i modyfikowanie pojazdów z napędami tradycyjnymi – podsumowuje Paweł Gos.

[1] https://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Luty-2019r

[2] https://www.acea.be/uploads/press_releases_files/20190315_PRPC_1902_FINAL.pdf

Twardy Brexit – skutki podatkowe VAT, CIT, akcyza i cło

Wielka Brytania nie zawarła umowy kształtującej relacje ze Wspólnotą, w związku z czym 30 marca 2019 r. nastąpi tzw. twardy brexit. Wielka Brytania przestanie być członkiem Unii Europejskiej, a w zamian uzyska status państwa trzeciego. Nowa rzeczywistość będzie miała skutki także na gruncie prawa podatkowego.

CIT

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza, że dyrektywy unijne nie będą obowiązywały w odniesieniu do tego państwa. Z perspektywy podatków bezpośrednich nie będzie możliwości skorzystania z dyrektyw m.in.:

  • 2003/49/WE (tzw. dyrektywa odsetkowa), która eliminuje opodatkowanie podatkiem u źródła odsetek i należności licencyjnych przy spełnieniu określonych warunków,
  • 2011/96/UE, która eliminuje opodatkowanie podatkiem u źródła dywidend przy spełnieniu określonych warunków,
  • 2009/133/WE, która odracza opodatkowanie spółek zaangażowanych w łączenie, podział lub podział przez wydzielenie.

W przypadku niemożliwości skorzystania ze zwolnień zawartych w dyrektywach unijnych oraz braku umowy regulującej brexit konieczny będzie powrót do ustaleń umowy polsko-brytyjskiej w sprawie unikania podwójnego opodatkowania. W konsekwencji może pojawić się konieczność poboru podatku u źródła w przypadku wypłaty odsetek czy należności licencyjnych (obowiązek zapłaty 5% podatku u źródła w Polsce w przypadku płatności do rzeczywistego właściciela i posiadania certyfikatu rezydencji). W przypadku dywidend, przy spełnieniu określonych warunków, istnieje możliwość utrzymania braku opodatkowania.

VAT

W związku z tym, że terytorium Wielkiej Brytanii od 30 marca 2019 r. nie będzie już częścią terytorium Unii Europejskiej, zmianie ulegną transakcje towarowe. Wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów (WNT) zostanie zastąpione procedurami importowymi. W związku z tym zastosowanie będą miały przepisy dotyczące VAT importowego – obowiązek podatkowy ma miejsce z chwilą powstania tzw. długu celnego, tj. co do zasady z chwilą dopuszczenia towaru do obrotu na obszarze celnym Unii. Konieczność zapłaty VAT importowego wcześniej, najczęściej już w momencie dokonania odprawy celnej, wpłynie na płynność finansową podmiotów gospodarczych. Dziś podatek VAT należny i naliczony w związku z WNT jest, poza wyjątkami (okres 3 miesięcy od daty obowiązku podatkowego do daty otrzymania faktury), rozliczany w tej samej deklaracji, przez co nie ma wpływu na płynność finansową.

Ponadto wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów (WDT) zostanie zastąpiona procedurami eksportowymi. Eksport towarów jest połączony z koniecznością spełnienia dodatkowych formalności celnych. Dla zastosowania stawki 0% przy eksporcie wymagane są także inne dokumenty niż w przypadku WDT, co podatnik musi weryfikować.

Zastosowania nie będzie miała Dyrektywa Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Jedną z negatywnych konsekwencji będzie brak możliwości korzystania z uproszczenia dla transakcji trójstronnych. Uproszczenie przewiduje, że przy spełnieniu określonych warunków jedynie odbiorca towaru zobowiązany jest do naliczenia podatku VAT od takiej dostawy.

Dodatkowo zmianie ulegną np. przepisy dotyczące świadczenia usług elektronicznych czy możliwość występowania o zwrot VAT w przypadku sprzedaży detalicznej – tak jak obecnie występuje to w przypadku obywateli Ukrainy czy Białorusi.

Akcyza i cło

Jak zostało wspomniane powyżej, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będziemy mieli do czynienia z eksportem lub importem, co wiąże się m.in. ze składaniem zgłoszenia celnego przywozowego lub wywozowego. Nie będzie możliwości przemieszczenia w procedurze zawieszenia poboru akcyzy wyrobów akcyzowych na podstawie e-AD w Systemie EMCS. Dodatkowo dopuszczenie do konsumpcji w Unii Europejskiej nie będzie mogło się odbywać na podstawie uproszczonego dokumentu towarzyszącego (UDT). Co do zasady w przypadku gdy importowane wyroby akcyzowe nie zostaną objęte procedurą zawieszenia poboru akcyzy na terytorium kraju, podatnik będzie zobowiązany do obliczenia i wykazania kwoty akcyzy w zgłoszeniu celnym. Podobny mechanizm będzie występował w przypadku samochodów osobowych.

Zmianie mogą ulec stawki celne. Po 30 marca 2019 r. w przywozie z Wielkiej Brytanii będą obowiązywały takie same stawki celne, jak są obecnie stosowane przez UE dla towarów z państw trzecich. Nie oznacza to jednak, że taka sama klasyfikacja będzie obowiązywała w przypadku wywozu towarów do Wielkiej Brytanii. Może ona przygotować odmienną klasyfikację lub pozostać przy taryfie unijnej.

Podsumowując, tzw. twardy brexit niesie za sobą szereg konsekwencji w zakresie podatków, które są szczególnie istotne dla przedsiębiorców współpracujących z kontrahentami z Wielkiej Brytanii. W pierwszej kolejności rekomendujemy przeprowadzenie analizy, jakie obszary działalności będą dotknięte „twardym brexitem”, a następnie wdrożenie działań celem dostosowania się do nowej rzeczywistości podatkowej, która czeka nas już od 30 marca 2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przemysł 4.0, a zmiany na rynku pracy

Rozwój nowoczesnego przemysłu wymusza na pracodawcach zmianę podejścia do biznesu. Nie dotyczy to jedynie otwierania się na innowacyjne rozwiązania. Firmy chcące zachować przewagę konkurencyjną muszą również uświadomić sobie potencjał wykwalifikowanych, dostosowanych do panujących trendów pracowników.

Zarządzanie w nowej rzeczywistości

Najnowszy międzynarodowy raport, przygotowany przez Deloitte i Forbes Insights, podsumowujący badanie przeprowadzone wśród prezesów największych światowych przedsiębiorstw pokazuje, że liderzy firm bardziej realistycznie podchodzą dziś do kwestii związanych z funkcjonowaniem w erze Przemysłu 4.0. Są świadomi, że muszą dostosować model zarządzania do nowej rzeczywistości.

Zgodnie z raportem „Success personified in the Fourth Industrial Revolution” zaangażowanie w pracę na rzecz społeczeństwa i ekorozwoju, podejmowanie decyzji na podstawie danych, realizowanie długoterminowej wizji wykorzystania technologii oraz koncentracja na rozwoju pracowników to najważniejsze cechy modelowych przywódców, zarządzających w obszarze Przemysłu 4.0.

Z punktu widzenia pracodawców szczególnie ważna jest czwarta cecha, mówiąca o odpowiednim przygotowywaniu pracowników do transformacji cyfrowej. Zgodnie z wynikami badania 55% ankietowanych zauważyło, że obecny zakres kompetencji zatrudnionych przez nich osób nie spełnia wymogów przyszłości, z kolei 25% nadal woli zatrudniać nowych pracowników zamiast szkolić i przekwalifikowywać obecnych. Ponad połowa ankietowanych uważa również, że obecny system edukacji nie jest dopasowany do funkcjonowania w, zmieniającym się w wyniku transformacji cyfrowej, rynku pracy.

W dostosowaniu się do nowych trendów mają pomóc tzw. ambasadorzy talentów, aktywnie działający na rzecz przygotowania swojego przedsiębiorstwa do transformacji, świadomi odpowiedzialności za szkolenie pracowników i korzyści z tego wynikających, którzy są bardziej skłonni inwestować w nowe technologie, by uzyskać przewagę konkurencyjną.

Z perspektywy pracownika

Sztuczna inteligencja, robotyka, automatyzacja kognitywna, zaawansowane analizy danych czy Internet rzeczy – wszystkie te trendy definiują na nowo rynek pracownika. I choć od lat słychać głosy, że transformacja cyfrowa oznacza zastąpienie pracy ludzi przez maszyny, to coraz częściej pojawiają się przykłady na to, że Przemysł 4.0 zamiast likwidować będzie tworzył nowe miejsca pracy. Co więcej Deloitte i The Manufacturing Institute przewidują deficyt pracowników. Według ich szacunków w latach 2015-2025, ze względu na brak wykwalifikowanych kandydatów, ponad 2 miliony miejsc pracy może pozostać nieobsadzonych.

Raport “The future of work in manufacturing” pokazuje, w jaki sposób zmienia się podejście do pracownika, ale też pożądane kompetencje i najbardziej liczące się umiejętności w dobie Przemysłu 4.0. Zgodnie z badaniami, opublikowanymi przez Deloitte Insights na początku tego roku, przyszłość przemysłu ma się opierać na kilku filarach.

Po pierwsze, przedsiębiorstwa pracują nad tym, by poprzez reorganizację pracy, przekwalifikowanie pracowników oraz wykorzystywanie technologii do transformacji biznesu, angażować pracowników w cały proces decyzyjny. Według raportu Global Human Capital Trends takie działanie ma pomóc nie tylko w eliminacji rutynowych zadań i obniżeniu kosztów, ale w szerszej perspektywie przynieść też wartość zarówno dla klientów jak i poczucia większej wartości pracy przez pracowników.

Wzrost automatyzacji miejsc pracy sprawia, że zmienia się zakres obowiązków pracowników. Dzięki temu, że technologia zaczyna zastępować wiele powtarzalnych zadań, otwierają się możliwości wykorzystania w pracy tzw. „miękkich” umiejętności. Krytyczne myślenie, kreatywność i umiejętność zarządzania ludźmi to według badań World Economic Forum jedne z najbardziej cenionych przez pracodawców kompetencji, które odegrają kluczową rolę w ciągu najbliższej dekady.

Wraz z rozwojem automatyki, robotyki i sztucznej inteligencji pracownicy produkcyjni w coraz większym stopniu będą też korzystać z narzędzi cyfrowych i wykorzystywać je w codziennej pracy. Mają one wspierać codzienną komunikację, a w efekcie przekładać się na wzrost produktywności.

Wzrasta świadomość pracodawców

Według raportu „Przemysł 4.0 – wyzwania współczesnej produkcji”, przygotowanego przez PwC i bazującego na odpowiedziach przedstawicieli ponad 2000 firm z całego świata, badane przedsiębiorstwa planują do 2020 roku przeznaczyć łącznie 907 miliardów dolarów na wydatki związane z Przemysłem 4.0. Środki te zostaną wydane przede wszystkim na inwestycje w technologie. Firmy są świadome, że przewaga konkurencyjna w dużej mierze zależy od odpowiednio dobranej kadry, dlatego  spora część zostanie przeznaczona również na szkolenia dotychczasowych pracowników oraz zatrudnianie nowych specjalistów, którzy będą wsparciem w przeprowadzaniu zmian, wynikających z zachodzącej w firmach transformacji cyfrowej.

Zgodnie z raportem, największym ograniczeniem we wprowadzaniu zmian może być brak odpowiednio wykwalifikowanej kadry, brak możliwości odpowiedniego przeszkolenia pracowników oraz trudności w przyciągnięciu do firm osób, które posiadają odpowiednią wiedzę. Jednocześnie transformacja cyfrowa będzie też wymuszać na pracodawcach tworzenie zupełnie nowych stanowisk, m.in. w takich obszarach jak innowacje, bezpieczeństwo i zarządzanie danymi wrażliwymi, czy współpraca z klientami oraz dostawcami.

Nowe wyzwania

Na pracodawców czeka bardzo wiele wyzwań w obszarze poszukiwania talentów dla przemysłu 4.0. Mamy do czynienia z luką w obszarze osób pracujących na rynku dłużej niż 10 lat. Uczelnie techniczne od mniej niż dekady dostarczają wielu cennych absolwentów w obszarze elektrotechniki, mechatroniki, budowy maszyn czy automatyki i robotyki. Siłą rzeczy jednak osoby te nie mają dużego doświadczenia zawodowego, więc kluczowe jest tutaj doszkalanie pracowników. Wcześniej kierunki te, choć istniały, nie cieszyły się tak dużą popularnością absolwentów szkół średnich –  tłumaczy Róża Szafranek – HR Manager w Elmodis. – Zauważalny jest też trend, że wraz z nadejściem młodszego pokolenia, zmienia się mobilność pracowników w przemyśle. Pracownicy wcześniej dużo więcej czasu spędzali u jednego pracodawcy, rzadziej zmieniali pracę, mając też dużo mniejszy wybór i mniej możliwości zawodowych

Jednocześnie przyszli pracownicy coraz bardziej doceniają interdyscyplinarne podejście. Zwracają oni uwagę nie tylko na możliwość pracy nad nowoczesnym rozwiązaniem, ale też współpracy z ekspertami w obszarze projektowania hardware’u, oprogramowania wbudowanego w urządzenie, ale także chmurowego oraz z częścią biznesową. Dzięki temu udaje nam się przyciągnąć pracowników zainteresowanych tematem IoT – dodaje Róża Szafranek.

W 2019 r. wolumen transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych może wynieść 230 mld euro

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, do końca bieżącego roku wolumen transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych może wzrosnąć do 230 mld euro, czyli szósty rok z rzędu przekroczy poziom 200 mld euro. To bezprecedensowy wynik w historii europejskiego rynku inwestycyjnego, potwierdzający status kontynentu jako bezpiecznej przystani dla inwestorów.

W 2019 roku Niemcy, Wielka Brytania i Francja nadal będą przyciągały lwią część kapitału inwestycyjnego, ale Polska (+46% wzrost wolumenu rok do roku odnotowany w 2018 r.), Dania (+38%), Finlandia (+32%) i Portugalia (+27%) mogą odnotować znaczący wzrost wolumenów transakcji inwestycyjnych powyżej średniej pięcioletniej dla poszczególnych rynków.

Jak podaje Savills, w 2018 roku najliczniej reprezentowaną grupą inwestorów spoza Europy były podmioty ze Stanów Zjednoczonych, Singapuru i Korei Południowej. Według prognoz w 2019 roku mogą utrzymać dominującą pozycję na rynku inwestycyjnym.

„Znaczny udział w obrotach na europejskim rynku nieruchomości mieli ponownie inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, na których w 2018 roku przypadło 48% wolumenu transakcji z udziałem kapitału spoza Europy (27,4 mld euro), a ich największym zainteresowaniem cieszyły się nieruchomości we Francji oraz w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Jednocześnie wartość inwestycji kapitału singapurskiego w Europie wzrosła niemal dwukrotnie z 2,9 mld euro w 2017 roku do ponad 5,6 mld euro w 2018. Z 10-procentowym udziałem w łącznym wolumenie zagranicznych transakcji inwestycyjnych inwestorzy z Singapuru stanowili drugą pod względem wielkości grupę aktywnych graczy na rynku spoza Europy. Na trzecim miejscu znaleźli się inwestorzy z Korei Południowej, którzy w ubiegłym roku zainwestowali 5,4 mld euro (4,89 mld euro w 2017 roku). W kręgu ich zainteresowań pozostają nieruchomości biurowe zlokalizowane w ramach Centralnych Obszarów Biznesowych na głównych rynkach, ale ostatnio poszerzają horyzonty inwestycyjne o kraje, takie jak Belgia, Polska, Włochy, Irlandia, Dania i Hiszpania” – mówi Lydia Brissy, dyrektor, dział badań rynków europejskich w Savills.

„Oprócz obiektów logistycznych, wysoką pozycję na liście życzeń inwestorów będą zajmowały w tym roku także nieruchomości wielorodzinne w największych miastach charakteryzujących się dobrymi wskaźnikami demograficznymi. Przewidujemy, że na przykład w Holandii łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze mieszkaniowym będzie zbliżony do obrotów na rynku nieruchomości biurowych. Jednocześnie prognozujemy wzrost udziału biur i mieszkań w oddawanych do użytku obiektach wielofunkcyjnych z uwagi na zainteresowanie wynajmujących dywersyfikacją źródeł przychodów” – dodaje Mike Barnes, Associate, dział badań rynków europejskich w Savills.

Savills wskazuje na dużą – według standardów historycznych – różnicę pomiędzy średnimi stopami kapitalizacji dla najlepszych europejskich nieruchomości biurowych w COB a rentownością dziesięcioletnich obligacji rządowych (212 pb w 2018 roku w porównaniu ze 185 pb w latach 2008/2009). Jeżeli ta dysproporcja utrzyma się, inwestorzy będą nadal chętnie lokowali kapitał w nieruchomościach komercyjnych, aby uzyskać wyższy zwrot z inwestycji.

„Przewidujemy, że w najbliższych sześciu miesiącach stopy kapitalizacji dla większości nieruchomości komercyjnych w Europie utrzymają się na dość stabilnym poziomie. Obserwujemy wzrost udziału w wolumenie transakcji inwestycyjnych inwestorów z Korei Południowej i Singapuru; według naszych prognoz, w 2019 roku Koreańczycy zwiększą swoją aktywność w Europie kontynentalnej i poszerzą ją o nowe kraje. Nieruchomości biurowe będą nadal preferowaną klasą aktywów, ale uwagę inwestorów, zwłaszcza z USA, przyciągają obiekty przemysłowe i logistyczne na terenie całej Europy. Przychody i wzrost stawek czynszowych to dwa główne czynniki wpływające na wysokość zysków inwestorów we wszystkich sektorach, ale uzależnione one są od potencjału poszczególnych lokalizacji, który musi być szczegółowo przeanalizowany” – mówi Marcus Lemli, dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego na Europę i dyrektor generalny Savills w Niemczech.

John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska
John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska

„Rok 2018 był rekordowy dla rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce – całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych przekroczył 7,2 mld euro, co świadczy o imponującym wzroście. Przewidujemy, że dobre nastroje na rynku inwestycyjnym utrzymają się również w 2019 roku. W ubiegłym roku liczba transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości magazynowych wzrosła prawie trzykrotnie w porównaniu z poprzednim rokiem, a wartość obrotów wzrosła do aż 1,84 mld euro. Nieruchomości magazynowe stają się najbardziej pożądaną klasą aktywów na całym świecie, ale rozwojowi tego sektora w Polsce sprzyja wyjątkowo dobra kondycja rynku. Strategiczna lokalizacja, silna gospodarka, prognozy długofalowego wzrostu, liczne przewagi konkurencyjne związane przede wszystkim z kosztami prowadzenia działalności oraz inwestycje infrastrukturalne stwarzają bardzo dobre fundamenty umożliwiające dynamiczny i trwały wzrost rynku logistycznego” – dodaje John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska.

Likwidacja marek własnych wprowadzi do handlu spory chaos. Kto straci najwięcej?

Audyt sklepów dyskontowych wykazał spore różnice w cenach regularnych 10 popularnych produktów marek narodowych i własnych. Gdyby nagle zniknęły z rynku te drugie, to np. żel pod prysznic zdrożałby aż o 165%, czekolada – o 107%, a sok jabłkowy – o 68%. Najmniejsze wahania dotyczyłyby cukru – 10%, a także mleka – 16%. Oszacowano też, że ewentualne ograniczania mogłyby objąć aż 52% żywności, 35% art. kosmetycznych i 44% towarów z obszaru chemii gospodarczej. Najbardziej zagrożony ww. zmianami byłby Lidl, który oferuje najwięcej produktów FMCG marki własnej. Jednak niemałe problemy czekałyby również Biedronkę, Aldi i Netto. Niektórzy eksperci uważają, że w miejsce tzw. private label pojawiłyby się droższe towary odpowiadające jej jakością. Inny scenariusz zakłada, że dyskonty mogłyby zmniejszać opakowania artykułów, aby pozornie utrzymywać niskie ceny w sklepach.

Potencjalne zagrożenia

– Pomiędzy cenami marek własnych i narodowych największe różnice widać w przypadku żelu pod prysznic – aż 165%. Następnie należy wymienić czekoladę – 107%, sok jabłkowy – 68%, chipsy – 64%, a także wodę mineralną – 61%. Producenci tego typu markowych produktów komunikują, że dają one określone benefity, np. wysoką jakość lub pozytywny ładunek emocjonalny. Niestety, koszty związane z budowaniem określonego wizerunku są przenoszone na konsumentów. Marki własne nie inwestują w reklamy i dlatego są tańsze – tłumaczy Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Gdyby nagle zniknęły z dyskontów marki własne, mniejsze wahania wystąpiłyby w przypadku cukru – 10%, mąki pszennej – 13%, mleka – 16%, oleju – 24%, a także masła extra – 35%. Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Poland, zauważa, że klienci nie sugerują się markami w procesie wyboru tego typu artykułów. Dla świadomych konsumentów znaczenie może mieć ewentualnie to, czy dany towar jest np. ekologiczny. W tych kategoriach producenci nie konkurują mocno między sobą. I dlatego zdecydowanie rzadziej spotykamy się reklamą mąki niż żelu pod prysznic, czekolady albo chipsów.

– Jeżeliby doszłoby do realizacji ww. scenariusza, to w miejsce marek własnych pojawiłyby się produkty odpowiadające im jakością, tylko nieco droższe. Wprowadziliby je producenci, niekoniecznie związani z polskim biznesem. Konsumenci, nie mając alternatywy, płaciliby więcej. Starszym osobom mogłoby to przypominać czasy, gdy rynek był sztucznie regulowany. Oczywiście teraz półki nie świeciłyby pustkami. Wielu specjalistów pracowałoby nad nowymi rozwiązaniami, lecz niekoniecznie korzystnymi dla klientów – przewiduje Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.

Według analityków Instytutu Badawczego ABR SESTA, ewentualne ograniczania mogą dotyczyć ponad połowy żywności w dyskontach – 52%, co trzeciego produktu kosmetycznego – 35%, a także 44% art. chemii gospodarczej, potrzebnych do m.in. do prania i sprzątania. Hubert Majkowski uważa, że zawężona liczba najtańszych towarów najbardziej dotknęłaby osoby o najmniejszych dochodach. Niemniej wszyscy konsumenci płaciliby więcej za podstawowe produkty. A jak wiadomo, duża część Polaków lubi kupować tanio i okazyjnie, bez względu na zasobność portfela.

– Sieci, które częściej promują marki własne, byłyby zmuszone redefiniować strategie promocyjne i sprzedażowe, aby nie stracić klientów. Większy nacisk mogłyby kłaść np. na aspekty jakościowe produktów, aby usprawiedliwić wzrost cen. Ewentualnie mogą zmniejszać opakowania artykułów, aby utrzymać wśród klientów opinie, że wciąż są tanimi sklepami. I to jest dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że konsumenci często nie zwracają uwagi na parametry towarów czy ich skład – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Zdaniem Andrzeja Wierzchonia, wyeliminowanie marek własnych początkowo doprowadziłoby do wahań cen najtańszych towarów na rynku. Następnie zostałyby opracowane strategie łączenia artykułów w zestawy, tzw. pack’i. Liczne promocje typu „2 w cenie 1” dawałyby poczucie oszczędności. Jednak nie byłyby to tak wygodne zakupy, na jakie obecnie pozwalają marki własne. Inne możliwe rozwiązania zależałyby od siły negocjacyjnej danej sieci, chcącej utrzymać dotychczasowych klientów lub pozyskać nowych.

Kto straci najwięcej?

– W dyskontach średni udział produktów FMCG tzw. private label jest na poziomie 44%. Największy jest w Lidlu – 62%. Ewentualne zmiany najbardziej dotknęłyby tę sieć. Ma ona za sobą wyjątkowo duże zaplecze międzynarodowe. W każdym kraju są produkowane lokalne marki własne, a następnie wysyłane do innych państw. W ten sposób polskie towary trafiają m.in. do Grecji, Francji, Włoch czy Hiszpanii. A tamtejsze specjały urozmaicają tutejsze półki sklepowe. Zatem nasi producenci współpracujący z Lidlem straciliby zamówienia, a konsumenci – dostęp do wielu dobrych produktów – ostrzega prezes Starzyński.

Nieco mniejszy udział art. FMCG marki własnej charakteryzuje Biedronkę. Jednak również jest on dość wysoki – 49%. W opinii Andrzeja Wierzchonia, po ewentualnej zmianie sytuacja wymagałaby ze strony sklepów więcej zaangażowania, zarówno po stronie kreatywnej, w tym marketingowej, jak i negocjacyjnej. Zmuszenie klienta do płacenia więcej za produkty podobne do artykułów znanych obecnie z segmentu marek własnych jest możliwe, ale to wymaga dłuższego czasu. Jak podkreśla ekspert z TERRITORY Influence/TRND CEE, zarówno Lidl, jak i Biedronka nie są zagrożone. Potrzebują tylko opracować dobre strategie sprzedaży droższych niż dotychczas produktów.

– W przypadku wprowadzenia ww. ograniczeń liderów rynku dyskontowego czeka szok. Będą musieli całkowicie zmienić swoje modele biznesowe. Zapewne Lidl i Biedronka nie zdołałyby zastąpić całego asortymentu private label markami narodowymi, zatem w ich sklepach wyraźnie zawęzi się liczba produktów. Duże problemy mogą mieć też Aldi i Netto, choć udział produktów FMCG marki własnej w tych sieciach wynosi odpowiednio 39% i 27%. Przy mniejszej skali działania zmiany mogą być równie trudne, jak w przypadku Biedronki i Lidla – analizuje ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Sieci mogą już teraz prognozować, jaką część ich biznesu dotknęłyby ewentualne zmiany w prawie. W Lidlu marka własna dominuje w większości kategorii FMCG. W przypadku żywności stanowi aż 71%, z czego najwyższy odsetek mają takie produkty, jak mięso i owoce morza – 86%. Dla porównania, w art. spożywczych Biedronki udział private label stanowi 60%. W Aldi to 45%, a w Netto – 31%. Tylko w trzech kategoriach najwyższy odsetek marki własnej ma Aldi. Tymi wyjątkami są kosmetyki/zapachy – 41%, środki do prania i płukania – 42%, a także lody – 77%.

– W mojej ocenie, jakiekolwiek próby wpływania na decyzje rządu nie przyniosą żadnego skutku. Idea przyświecająca pomysłowi wycofania marek własnych była poza obszarem uwarunkowań ekonomicznych. Zatem na tym polu nie będzie porozumienia. Sieci są piętnowane jako zewnętrzny kapitał. Jednak na nowych regulacjach paradoksalnie najbardziej zyskałyby marki globalne, które dotychczas operowały najsilniejszą dźwignią negocjacyjną. Natomiast mali polscy producenci byliby przejmowani przez światowe koncerny. W ten sposób mogłyby one obchodzić wysokie koszty importu lub ewentualne ograniczania wynikające z nacjonalizacji części oferty – podsumowuje Andrzej Wierzchoń.

Audyt sklepów dyskontowych przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA pod koniec lutego br. Wzięto pod uwagę najczęściej kupowane (według ekspertów) oraz najtańsze marki własne i narodowe. Produkty w cenach promocyjnych nie były uwzględniane. Artykuły „no name” zostały potraktowane jako towary marek własnych.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. przygotowuje proces połączenia z ABS Investment S.A.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., przygotowuje się do przeprowadzenia procesu połączenia z ABS Investment S.A. Obie spółki chcą w ten sposób osiągnąć istotne korzyści i wykorzystać efektywnie uzupełniające się wzajemnie potencjały.

Na początku tego roku Zarząd Spółki poinformował, że w wyniku przeprowadzonych rozmów z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki ABS Investment S.A. podjął decyzję o przygotowaniu oraz rozpoczęciu procesu połączenia Spółki z tym podmiotem w drodze przejęcia przez ABS Investment S.A. spółki Emitenta. Aktualnie Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. realizuje działania mające na celu przygotowanie procesu połączenia od strony formalno-prawnej. Połączenie obu spółek ma przynieść znaczące korzyści ich Akcjonariuszom m.in. poprzez wykorzystanie efektów synergii biznesowych, uzupełniających się potencjałów oraz wzmocnienie pozycji na rynku kapitałowym. Przeprowadzenie procesu połączenia wymaga wyrażenia zgody przez Akcjonariuszy obu spółek podczas WZA, na których zaproponowane zostaną stosowne uchwały w tym zakresie, więc samo rozpoczęcie procesu nie jest jednoznaczne z faktycznym dokonaniem połączenia obu podmiotów.

„Można śmiało powiedzieć, że w tym kwartale definitywnie zakończyliśmy „porządki” w BBI i można uznać, że Spółka jest gotowa na połączenie z ABS. Aktualnie BBI funkcjonuje jako Grupa Kapitałowa, w skład której wchodzą dwa podmioty: BBI jako firma aplikująca o wpis do rejestru zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi i Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o. jako firma doradcza świadcząca usługi m.in. autoryzowanego doradztwa, sporządzania wycen ekonomicznych i pozyskiwania środków pomocowych. BBI posiada 100% udziałów w BBC i w naturalny sposób konsoliduje wyniki tej drugiej spółki. Po ewentualnym połączeniu z ABS struktura grupy będzie identyczna tzn. ABS przejmie aktywa, które posiada obecnie BBI i będzie konsolidował wyniki BBC. Na skutek połączenia zwiększy się istotnie wartość aktywów ABS, zostaną zredukowane koszty, które w tej chwili dublują się w obu firmach, a jest ich naprawdę sporo. Dodatkowo nastąpi większa koncentracja pakietów akcji i udziałów w jednym podmiocie, co ułatwi współpracę ze spółkami portfelowymi i zwiększy realny wpływ na podejmowane w nich decyzje. Łączna wartość aktywów powinna kształtować się na poziomie 32-35 mln zł.” – komentuje Michał Damek, Prezes Zarządu Spółki Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. zakończyło z sukcesem proces restrukturyzacji kosztów. Dzięki podjętym działaniom Spółce udało się znacząco obniżyć koszty funkcjonowania oraz zmniejszyć poziom łącznych zobowiązań, które stanowią relatywnie niewiele w porównaniu z całkowitą wartością posiadanych aktywów. Emitent posiada w swoim portfelu inwestycyjnym ok. 5-6 spółek dywidendowych, z których strumień otrzymanych dywidend powinien przekroczyć poziom rocznych kosztów funkcjonowania i zapewnić tym samym bezpieczny model działalności. Zarząd Spółki jest bardzo zadowolony z efektów przeprowadzonych działań restrukturyzacyjnych i optymalizacyjnych w zakresie kosztów.

„Proces restrukturyzacji grupy to dwa równoległe procesy. Pierwszy z nich stanowi zmniejszenie do absolutnego minimum kosztów związanych z działalnością inwestycyjną (BBI) i ten stan został osiągnięty w marcu tego roku. Poziom tych kosztów jest obecnie najniższy w historii. Drugim elementem jest uzyskanie takiego poziomu stałych miesięcznych przychodów związanych z działalnością doradczą (BBC), które pokryją stałe koszty funkcjonowania Spółki. I ten stan został już osiągnięty w ostatnim kwartale zeszłego roku. Efekt tych zmian jest taki, że strumień dywidend, jakie BBI powinno otrzymać w tym roku znacznie przekroczy stałe koszty działania. Z kolei poziom tych kosztów w ujęciu rocznym nie powinien przekroczyć 1% wartości posiadanych aktywów. Jest to sytuacja bardzo komfortowa i raczej niespotykana na rynku. Również poziom zobowiązań nie powinien przekraczać 5% wartości aktywów. Taki bezpieczny model działania powinien przynieść też dobre efekty finansowe w tym roku.” – wyjaśnia Damek.

Do Spółki Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. należy spółka doradcza Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o., która świadczy usługi ekonomiczno-finansowe oraz zajmuje się obsługą consultingową o charakterze B2B. Podstawowymi usługami świadczonymi przez BBC są przede wszystkim usługi doradcze przy pozyskiwaniu dotacji dla przedsiębiorstw, sporządzanie wycen, analiz i innych opracowań ekonomicznych oraz usługi w zakresie pełnienia funkcji Autoryzowanego Doradcy dla rynku NewConnect i Catalyst. W tym ostatnim obszarze działalności BBC jest jednym z liderów rynku.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. prognozuje wypracowanie w 2019 r. jednostkowego zysku brutto w wysokości 600 tys. zł. Natomiast skonsolidowany zysk brutto Spółki ma wynieść 750 tys. zł. Prognozy finansowe Emitenta na ten rok zostały przygotowane w oparciu o zakładane przez Zarząd wpływy z działalności inwestycyjnej w ramach Spółki oraz z działalności doradczej w spółce zależnej – Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o.

„Do tej pory Spółka realizowała z dużą konsekwencją wszystkie wyznaczone cele, które mają spowodować jak najlepsze przygotowanie się do połączenia z ABS, ale również do ewentualnego dalszego samodzielnego funkcjonowania. Oprócz połączenia istotne jest także zrealizowanie założeń finansowych na ten rok, czyli wykonanie prognoz finansowych i to zarówno na poziomie Grupy, jak i obu spółek. Na dzień dzisiejszy można być zadowolonym zarówno z jakości aktywów posiadanych przez BBC, jak i portfela zleceń, który posiada spółka doradcza.” – zakończył Prezes Damek.

Spowolnienie gospodarcze dotknie Polskę, ale w mniejszym stopniu niż naszych sąsiadów

Spowolnienie gospodarcze jest samosprawdzającą się prognozą. Jednak dynamika polskiego PKB zmniejszy się w niewielkim stopniu, do 3,7 proc. w tym roku i do 3,5 proc. w 2020 r. Wiele krajów UE będzie nam tego zazdrościć.

Lista powodów, które schładzają światową gospodarkę jest długa, to wojny handlowe, brexit, nierównowaga włoskiego budżetu państwa czy konflikt na Bliskim Wschodzie. Chiny zmieniły swoją politykę gospodarczą, nie stawiają już tak bardzo na międzynarodową ekspansję, a coraz istotniejsze staje się podnoszenie poziomu życia, przez wprowadzanie transferów socjalnych, a skutkuje to spadkiem cen surowców na świecie.

Polska gospodarka jest uzależniona od tego, co dzieje się w niemieckiej, bo jest to nasz największy partner handlowy. Z Niemiec napływają kolejne, negatywne sygnały: w styczniu zamówienia w przetwórstwie obniżyły się o 2,6 proc. Jednak na polską gospodarkę spowolnienie w Niemczech wpływa słabiej, niż się obawiano.

– Tak, jak przed 10 laty, Polska poradzi sobie z tym spowolnieniem – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Prognoz i Analiz, były prezes GUS. -Dla mnie najważniejsze są nastroje polskich przedsiębiorców. Ponieważ przez dłuższy czas mieliśmy wysoki wzrost gospodarczy, a ceny rosły umiarkowanie, to przedsiębiorcy nie widzą powodów żeby zwalniać poziom swojej aktywności gospodarczej. Światowe spowolnienie dotknie Polskę, ale znów w mniejszym stopniu niż inne kraje.

„13-ta emerytura” – szkodliwa, droga i niemoralna próba nakłonienia starszych wyborców

W trakcie konwencji, która odbyła się pod koniec lutego, partia rządząca zaprezentowała kilka nowych postulatów programowych, które następnie zbiorczo zaczęły być nazywane „piątką Kaczyńskiego”. Propozycje te sprowadzają się w istocie do socjalnych transferów kierowanych do precyzyjnie wyłonionych grup społecznych, atrakcyjnych z punktu widzenia nadchodzących wyborów: rodziny z dziećmi, ludzie młodzi, ludzie mieszkający poza większymi ośrodkami miejskimi, ludzie starsi. Zaprezentowany podczas konwencji pakiet propozycji oceniamy zdecydowanie negatywnie. W naszym przekonaniu, nie zawierają one żadnego postulatu stanowiącego jakikolwiek impuls pro-rozwojowy. Odbieramy je raczej jako próbę prostego przekupstwa politycznego, podjętą w gorącym okresie poprzedzającym dwie kampanie wyborcze – do Parlamentu Europejskiego oraz do parlamentu krajowego.

Przedstawiony projekt ustawy ma realizować obietnicę skierowaną do ostatniej wymienionej grupy, tj. wypłatę w 2019 roku jednorazowego świadczenia dla emerytów i rencistów w wysokości 1100 złotych brutto. Jak wynika z uzasadnienia, koszt propozycji będzie wynosił prawie 11 mld złotych. Nie sposób odnieść się do treści projektu, nie oceniając samej obietnicy, ponieważ podstawową funkcją przedstawionego aktu ma być jej wdrożenie. Tym samym, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uznaje tzw. „trzynastą emeryturę” za szkodliwą, drogą i niemoralną próbę nakłonienia starszych wyborców do udzielenia poparcia w wyborach. Wypłata jednorazowego świadczenia w żadnym stopniu nie przyczyni się do rozwiązania strukturalnych problemów dławiących polski system emerytalny, związanych z jego repartycyjnym charakterem i fatalną sytuacją demograficzną.

Polski system emerytalny, z uwagi na powyższe czynniki, znajduje się w tej chwili w rzeczywistym kryzysie, dodatkowo pogłębianym przez nieroztropne decyzje polityczne. Obniżenie wieku emerytalnego doprowadziło do konieczności wypłacania świadczeń 300 tysiącom nowych, dodatkowych emerytów w roku 2018, co wiązało się z kosztem w wysokości ok. 7 miliardów złotych. Musimy podkreślić, że ta reforma, istotnie zwiększająca obciążenie systemu emerytalnego, została przeprowadzona w warunkach znajomości prognoz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Wynika z nich, że nawet zakładając wyższy wiek emerytalny, w 2060 roku grupa osób w wieku produkcyjnym ma skurczyć się z nieco ponad 63 proc. społeczeństwa do niespełna 54 proc. ludności, podczas gdy odsetek ludzi pobierających świadczenia wzrosnąć ma z 18,5 proc. do ponad 30 proc. W warunkach obniżonego wieku emerytalnego, sytuacja ma być jeszcze gorsza – 48,4 proc. ludności w wieku produkcyjnym ma odprowadzać składki na wypłacanie świadczeń grupie 35,8 proc. Rezultat? Deficyt funduszu emerytalnego sięgający nawet ponad 80 mld złotych.

Dostrzegamy pewne analogie pomiędzy propozycją zaprezentowaną w omawianym projekcie, a ponownym obniżeniem wieku emerytalnego. Oba ruchy mają charakter populistyczny i stanowią nieodpowiedzialną próbę politycznego dyskontowania krótkotrwałego zadowolenia „grupy obdarowanych” – czy to możliwością wcześniejszego korzystania ze świadczeń, czy jednorazową wypłatą gotówki – bez względu na długo i krótkotrwałe konsekwencje gospodarcze. Uważamy, że propozycje takie, jak jednorazowa wypłata dodatkowego świadczenia, są niemal skandaliczne w sytuacji, w której od rządu nie wyszła żadna koncepcja systemowej reformy emerytalnej, odpowiadającej na wyzwania i zagrożenia, które są już przecież publicznie znane.

Sama treść aktu prawnego przesłanego do konsultacji, budzi niemałą konsternację. Nie jest bowiem rozwiązaniem standardowym, by uzasadniając potrzebę wprowadzenia danej ustawy, powoływać się już w pierwszych zdaniach na konwencję partyjną (sic!) i konieczność zrealizowania obietnic, które w jej trakcie padły. W zdaniach następnych zawarto treści pasujące bardziej do przedwyborczego komunikatu medialnego, niż uzasadnienia do projektu aktu normatywnego. Wskazano bowiem na szereg działań, które podjął rząd, a które miały poprawić sytuację materialną najuboższych świadczeniodawców, powołując się m.in. na podwyżkę najniższej emerytury, czy też wyższą waloryzację świadczeń. W treści uzasadnienia nie znajduje się ani jedno zdanie zawierające jakikolwiek argument świadczący o konieczności uchwalenia projektu w przedstawionym kształcie. Nie przywołano żadnych danych świadczących o potrzebie wypłaty takiego świadczenia. Wręcz przeciwnie – przez większą część „merytorycznego” uzasadnienia, projektodawca wymieniał posunięcia rządu skutkujące podwyżkami emerytur. Na końcu podsumował, że wypłata jednorazowego świadczenia „wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom większości emerytów i rencistów”. Trzeba przyznać, że to szokująco oszczędne uzasadnienie konieczności wprowadzenia rozwiązania kosztującego budżet aż 11 mld zł. W praktyce zatem, partnerzy społeczni nie mają możliwości odnieść się do żadnego argumentu za uchwaleniem ustawy, ponieważ żaden nie został przytoczony – ani w uzasadnieniu do projektu, ani w ocenie skutków regulacji.

„Trzynasta emerytura” nie przyczyni się do poprawy sytuacji materialnej emerytów. Świadczenie o charakterze jednorazowym stanowić będzie atrakcyjny „prezent” dla wyborców, jednak w perspektywie czasowej dłuższej niż miesiąc, w żadnym stopniu nie wpłynie na ich położenie. Przedstawiony projekt, ukierunkowany wyłącznie na spełnienie jednorazowej obietnicy przedwyborczej o charakterze finansowym, wydaje się być całkowicie niepoważny. W związku z powyższym, oceniamy go jednoznacznie negatywnie, po raz kolejny apelując o rzeczywistą debatę na temat przyszłości systemu emerytalnego i jego docelowego kształtu.

Opóźnienia płatności największym wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców

Kolejny rok z rzędu rośnie liczba upadłości wśród polskich przedsiębiorstw. Od zeszłego roku utrzymuje się ona na poziomie kilkunastu procent wszystkich funkcjonujących firm. Głównym problemem, z którym mierzą się polscy przedsiębiorcy, są opóźnienia w płatnościach za wykonane usługi bądź sprzedane produkty. Czas opłacenia faktury jest jednym z czynników wpływających na tak zwaną jakość płatności. Im ta jakość niższa, tym większego kapitału obrotowego potrzebuje firma, by utrzymać się na rynku. Jeśli przedsiębiorstwo nie posiada odpowiednio wysokich stałych środków do funkcjonowania, a nie otrzymuje płatności na czas, ryzyko upadłości jest bardzo duże.

– Według danych zebranych przez Coface, firmę zajmującą się ubezpieczeniami należności i wspieraniem przedsiębiorców w zakresie otrzymywania płatności, średni czas oczekiwania na płatność na polskim rynku wynosi trzy i pół miesiąca. To 60 dni więcej, niż termin płatności określony w umowach – powiedział serwisowi eNewsroom Jarosław Jaworski, prezes Coface – To bardzo długi okres. Ma on bezwzględnie wpływ na jakość prowadzenia biznesu w Polsce. W najbardziej zagrożonych sektorach polskiego rynku: budownictwie i transporcie, średnie opóźnienie jest jeszcze większe – wynosi odpowiednio 105 i 140 dni.  By omówić tę sytuację, Coface co roku organizuje konferencję Country Risk, poświęconą zarządzaniu należnościami w prowadzeniu biznesu.

Nasi partnerzy będą dzielić się swoimi doświadczeniami z rynków polskich i zagranicznych, aby uczestnicy konferencji mogli nauczyć się, jak prowadzić biznes w sposób bezpieczny, niewpływający na pogorszenie sytuacji finansowej – zapewnia Jaworski.

USA wkrótce ważniejszym rynkiem dla eksporterów niż Rosja?

Na przełomie lat 2008-2018 wartość krajowego eksportu do Stanów Zjednoczonych wzrosła niemal 4,5-krotnie. Dziś to już 8. najważniejszy rynek zbytu dla towarów z Polski, a wartość wysyłanych tam towarów (26,2 mld zł) jest już zbliżona do tej, którą wysyłamy do Rosji (28,8 mld zł). Potencjał do dalszej ekspansji w USA jest spory, twierdzą analitycy instytucji płatniczej AKCENTA. Widać to chociażby w dynamice wzrostu sprzedaży w 2018 r. Wśród top 10 eksportowych rynków Stany zajęły pod tym względem pierwsze miejsce z przyrostem rzędu 12% r/r.

W ostatnich latach polska sprzedaż na kierunku amerykańskim doznała największego przyśpieszenia w roku 2017, kiedy to jej wartość wzrosła o prawie 1/4 w stosunku do wyniku odnotowanego rok wcześniej. W liczbach bezwzględnych to skok aż o 4,5 mld zł. W tym samym roku Stany Zjednoczone pojawiły się też zadebiutowały w pierwszej dziesiątce największych odbiorców polskiego eksportu. W kolejnym, 2018 roku znów awansowały w rankingu i zajmują już ósmą pozycję, tuż za Rosją, która jest siódma. Warto przy tym dodać, że w 2008 r. USA były dopiero na 19. miejscu, zauważają eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej zajmującej się obsługą walutową eksporterów i importerów.

Obecnie największy udział w polskim eksporcie do Stanów Zjednoczonych mają maszyny i urządzenia mechaniczne. Znaczącymi kategoriami są także maszyny i urządzenia elektroniczne; części do samochodów oraz samolotów; urządzenia ortopedyczne, jak kule, protezy, aparaty słuchowe itp. oraz meble i akcesoria do wystroju wnętrz. Wśród żywności i produktów rolnych pierwsze miejsce zajmuje mięso, a konkretnie wieprzowina. Sporo wysyłamy do USA także czekolady i wyrobów zawierających kakao, przetworów mięsnych i rybnych oraz produktów przemysłu młynarskiego (w tym głównie gluten).

Eksporterów ciągnie za ocean

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Poza wielkością, na rynek amerykański przyciąga polskich eksporterów także przeważnie wysoki w ostatnich latach kurs dolara, wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY. – Na przełomie 2016 i 2017 r. notowania amerykańskiej waluty osiągały rekordowe poziomy, przekraczając nawet poziom 4,2 zł. Jednakże na przestrzeni samego 2017 r. dolar już sporo tracił, by zakończyć rok z prawie o 1 zł niższą wartością. Od pewnego czasu utrzymuje jednak wysoką wartość wobec złotówki, co wpływa korzystnie na marże przedsiębiorców wysyłających swoje towary do USA. Wahania kursu pozostają jednak realnym problemem w handlu na tym kierunku – analizuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

Wahania kursu solą w oku eksporterów

Nieprzewidywalność i zmiany notowań walutowych to istotne utrudnienie w działalności eksporterów. – W momencie negocjacji kontraktu na dostawę towaru za granicę firmy muszą uwzględnić w nim wielką niewiadomą – czyli wysokość kursu waluty, w której zawierają zagraniczny kontrakt. Biorąc pod uwagę, że między jego zawarciem, a realizacją może minąć kilka miesięcy, to ryzyko wpływu zmian kursu na marżę eksportera staje się bardzo trudne do oszacowania – tłumaczy Radosław Jarema i dodaje, że w takich sytuacjach najbezpieczniejszym wyjściem są transakcje terminowe typu forward, które „zamrażają” kurs wymiany dla przedsiębiorcy do ustalonego w niej terminu – np. do momentu, kiedy spodziewa się on zapłaty za dostawę towaru. – To wygodne, praktyczne, i co istotne dostępne bezpłatnie rozwiązanie dla eksporterów, także z sektora MŚP. Nie tylko pomaga zabezpieczyć marżę przedsiębiorcy, ale i lepiej zarządzać finansami firmy. Mając pewność co do kwoty, która pojawi się na jego koncie po realizacji kontraktu, eksporter łatwiej może planować swoje decyzje biznesowe. Przy tak dużej zmienności kursu dolara w ostatnich latach, w biznesie ze Stanami Zjednoczonymi zabezpieczenie kursu wymiany to wyjątkowo przydatne rozwiązanie  – zaznacza ekspert AKCENTY.

Myślami już przy środzie

Spokojny optymizm w odniesieniu do ryzyka panuje na rynkach na początku tygodnia. Myślą przewodnią są oczekiwania gołębiego przekazu Fed w środę, co już teraz osłabia dolara, ale daje pole do wzrostów ryzykownych walut i indeksów akcji. Równocześnie inwestorzy wyczekują nowych wieści na froncie bitwy o brexit.

Fed jest w trudnym położeniu, ale rynek oczekuje, że ponownie (jak w styczniu) bankierzy centralni ulegną presji uczestników rynku. Gospodarka USA jest słabsza niż kilka miesięcy temu, ale spowolnienie nie postępuje szybko i wciąż daje gdzieniegdzie argumenty, by nie rezygnować z jastrzębich planów. Generalną myślą jest zbudowanie wygodnego pułapu restrykcyjnej polityki na przyszłą ewentualność recesji, by mieć amunicję do ratunkowego luzowania. Jednak pod koniec ubiegłego roku rynek zaczął panikować, że zbyt agresywna ścieżka podwyżek stóp procentowych już teraz zdławi koniunkturę i ten kasandryczny scenariusz zaczął być dyskontowany niezależnie od faktycznych dowodów w danych. W rezultacie Fed stanął przed trudnym wyborem: stać przy swojej strategii, czy udobruchać rynki. W styczniu wygrała druga opcja i teraz inwestorzy zakładają, że utrzymają „kontrolę” nad Fed. Nie jestem do końca pewien, czy Fed jest gotów porzucić długoterminowe plany, ale też nie wierze, by bank zaryzykował ślepy opór przy swoim. Sądzę, że ostateczny wydźwięk w środę będzie gdzieś po środku, co z obecnego położenia może być zawodem dla sprzedających USD.

Istnieje ryzyko, że w środę wieczorem obserwatorom rynku FX przyjdzie się rozdwoić, jeśli w trakcie konferencji prasowej prezesa Fed Powella brytyjska Izba Gmin będzie po raz trzeci głosować nad projektem porozumienia ws. brexitu. Rząd premier May cały weekend wypraszał poparcie dla jej umowy, które ma być kartą przetargową do uzyskania zgody UE na przesunięcie daty brexitu z 29 marca na koniec czerwca lub później. W czwartek staruje dwudniowy szczyt unijny, zatem głosowanie w brytyjskim parlamencie nad planem May może nastąpić najpóźniej w środę, ale może i jutro. Jednak według doniesień May nie przedstawi wniosku o głosowanie, dopóki nie będzie mieć pewności, że wygra. Gdzie to ustawia GBP? Moim zdaniem – w próżni, ale z presją na utratę cierpliwości przez tych, którzy kupowali funta w ubiegłym tygodniu, licząc na szczęśliwe zakończenie sagi brexitu. Jeśli May ogłosi datę głosowanie będzie to oznaczać, że zgromadziła głosy, co na pierwszy rzut oka jest pozytywny informacją. Ale ile razy brytyjscy politycy zdążyli nas zaskoczyć zmianą zdania w ostatniej chwili? Szkoda czasu, by liczyć. Szczególnie, że ewentualne głosowanie w tym tygodniu będzie nad tym samym planem, który kilka dni temu został odrzucony.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowe instrumenty pochodne w ofercie GPW

  • GPW planuje wprowadzenie do obrotu nowych instrumentów pochodnych dostosowanych do potrzeb uczestników rynku
  • Po raz pierwszy w obrocie znajdą się kontrakty terminowe na akcje spółki LPP z nowym mnożnikiem 1 oraz spółki 11BIT Studios z nowym mnożnikiem 10
  • Mnożnik na kontraktach terminowych na akcje spółek mBank oraz Santander Bank zostanie zmieniony na 10 (do tej pory wynosił 100)
  • Nowe makroindeksy mają w przyszłości stać się instrumentami bazowymi dla kontraktów terminowych

Nowe instrumenty pochodne oraz zmiana mnożnika

Celem inicjatywy strategicznej – rozwój instrumentów pochodnych – jest zainteresowanie nowych inwestorów rynkiem terminowym. GPW we współpracy z uczestnikami rynku wprowadziła możliwość notowań kontraktów terminowych na akcje pojedynczych spółek z mnożnikami 1 i 10.

Dalszy rozwój rynku instrumentów pochodnych został ujęty w inicjatywie strategicznej GPW. Uważamy, że jednym z priorytetów jest przyciągnięcie inwestorów na ten rynek, dlatego wprowadziliśmy szereg zmian regulacyjnych, organizacyjnych oraz systemowych, co umożliwiło wprowadzenie do obrotu kontraktów terminowych z mnożnikami 1 i 10. Niższa wartość kontraktu i w konsekwencji niższa wartość depozytu zabezpieczającego mogą stanowić zachętę dla inwestorów do większej aktywności. Zmiana ta ułatwi również aktywne wspieranie płynności przez animatorów rynku, co jest bardzo istotne dla bezpieczeństwa obrotu – powiedziała Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.

W związku z wprowadzeniem nowych mnożników w obrocie na GPW od 18 marca 2019 r. będą dostępne:

  1. Kontrakty terminowe z mnożnikiem 1 dla kontraktów terminowych na akcje spółki LPP oraz z mnożnikiem 10 na akcje spółki 11 BIT Studios;
  2. Kontrakty terminowe na akcje spółek Santander Bank Polska oraz mBank z mnożnikiem 10 (poprzednio 100; dotyczyć będzie wyłącznie serii wprowadzanych do obrotu od 18 marca 2019 r.).

Kontrakty terminowe na indeksy makrosektorowe

GPW planuje również wprowadzenie nowych kontraktów indeksowych. Instrumentami bazowymi dla nowych kontraktów będą indeks WIG.GAMES oraz trzy indeksy makrosektorowe, których publikację GPW rozpoczyna 18 marca 2019 r.:

  • Banki-ubezpieczenia-rynek kapitałowy-wierzytelności (WIG.MS-FIN)
  • Paliwa-gaz-chemia (WIG.MS-PET)
  • Energia-górnictwo-surowce (WIG.MS-BAS)

– Konstrukcja indeksów była konsultowana z uczestnikami rynku tak, aby nowe wskaźniki w jak największym stopniu spełniały wymogi atrakcyjnych instrumentów bazowych dla kontraktów terminowych. Jesteśmy przekonani, że dzięki temu inwestorzy szybko zauważą ich zalety i przekonają się do tych instrumentów – dodaje Izabela Olszewska.

Pierwsza publikacja nowych indeksów będzie miała miejsce 18 marca br. Wartości indeksów będą podawane w sposób ciągły co 15 sekund od rozpoczęcia do zakończenia sesji.

Kontrakty terminowe na indeksy makrosektorowe pojawią się w obrocie giełdowym po zatwierdzeniu Warunków Obrotu dla tych kontraktów przez Komisję Nadzoru Finansowego.

MLP Group – skonsolidowane wyniki finansowe za 2018 rok

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za 2018 rok. W tym okresie Grupa zarobiła na czysto 92,4 mln zł niemal podwajając wynik sprzed roku. Przychody wzrosły z kolei o 36,3% do 141,5 mln zł. Zarząd MLP Group zapewnia, że sytuacja finansowa spółki jest doskonała. Poza rozwojem w kraju priorytetowy pozostaje rynek niemiecki. W tym roku możliwe jest również rozpoczęcie działalności w Austrii w okolicach Wiednia.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w 2018 roku uzyskał 141,5 mln zł przychodów, czyli o 36,3% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Przez dwanaście miesięcy ub.r. Grupa zanotowała 151,1 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko trzy razy wyższym niż rok wcześniej (było 55,2 mln zł). Z kolei na poziomie wyniku netto MLP Group osiągnęło 92,4 mln zł zysku, co oznacza poprawę o 95% względem poprzedniego roku. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec 2018 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 815,4 mln zł, czyli o 12% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2017 roku. W minionym roku wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 24% do 1,44 mld zł (334,3 mln euro).

Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

„Osiągnięte w 2018 roku wyniki są bardzo dobre i dają nam mocne podstawy do realizacji naszej strategii rozwoju w Europie, na rynkach na których jesteśmy obecni. Ostatnio podpisane transakcje wynajmu w Niemczech potwierdzają słuszność przyjętej przez nas strategii”  – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

W 2018 roku Grupa zawarła umowy najmu komercjalizując łącznie 169 575 m² powierzchni magazynowej i biurowej. Z tego 119 009 m² zostało wynajęte przez klientów jako nowe umowy najmu, transakcje na łącznie 55 566 m² dotyczyły przedłużeń okresu najmu przez dotychczasowych klientów.  Aktualnie w budowie i w przygotowaniu pozostaje  62 000 m²  objętych umowami najmu.. Z kolei docelowa powierzchnia do zabudowy na posiadanych gruntach sięga blisko 1,1 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia obecnej skali działalności.

 „Grupa znajduje się w doskonałej sytuacji finansowej. Posiadamy bardzo dobrą strukturę kapitałową umożliwiającą realizację długofalowych celów strategicznych oraz własny bank ziemi zlokalizowany w atrakcyjnych lokalizacjach umożliwiający nam podwojenie wielkości posiadanej powierzchni magazynowej. Poza naszym krajem priorytetowy jest rynek niemiecki, a w szczególności pięć regionów, w których chcemy funkcjonować: Hamburg, Monachium, Berlin, Frankfurt i Zagłębie Ruhry. W najbliższych latach Niemcy zapewnią nam największy potencjał zwrotu z inwestycji i jednocześnie dywersyfikację działalności w Polsce. Widzimy też szansę na rozpoczęcie w tym roku działalności w Austrii w okolicach Wiednia – dodał Radosław T. Krochta.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Opóźnienie brexitu

We wtorek T. May może po raz trzeci poddać pod głosowanie parlamentu swój (już dwa razy odrzucony) projekt umowy brexitowej z UE (pod warunkiem, że wcześniej uzyska zapewnienie o poparciu ze strony północnoirlandzkiej DUP oraz zwolenników brexitu ze swojej partii). Od rozstrzygnięcia będzie zależało to, o jak długie opóźnienie brexitu T. May poprosi następnie UE. Przyjęcie umowy oznaczałoby przesunięcie terminu „rozwodu” o kwartał. Jej odrzucenie może przesunąć termin brexitu nawet o rok, co wg cytowanych przez FT głosów z UE wymuszałoby na UK udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Taka perspektywa może skłaniać głosujących dotychczas przeciwko T. May brexitowców do zmiany zdania. Wg brytyjskiej telewizji Sky News Demokratyczna Partii Unionistów (DUP) prowadzi „istotne” rozmowy z brytyjskim rządem dotyczące ewentualnego poparcia umowy. DUP miałoby je uzależniać od otrzymania dodatkowych funduszy na inwestycje w Irlandii Płn. Przedstawiciele UE z Francji, Danii i Niemiec poinformowali, że chcąc wystąpić do UE z wnioskiem o opóźnienie brexitu, Londyn musi się liczyć z koniecznością zdefiniowania wiarygodnego celu opóźnienia oraz skłonności do ustępstw.

IAI wprowadziła system Barak-MX

Israel Aerospace Industries Ltd. (IAI) – największa izraelska firma przemysłu lotniczego i obronnego – wprowadziła nowy system obrony powietrznej i przeciwrakietowej z morza i lądu. Barak-MX jest kolejnym innowacyjnym systemem IAI z rodziny rakiet Barak, opartej na szerokiej gamie radarów i wyrzutni. Zapewnia zoptymalizowaną reakcję na myśliwce, śmigłowce, pociski manewrujące czy rakietowe pociski ziemia-powietrze oraz ziemia-ziemia.

Israel Aerospace IndustriesBarak-MX pozwala na dobór różnorodnych typów radarów i wyrzutni przechwytujących w zależności od rodzaju zagrożenia i realizowanej misji. Modułowa budowa systemu umożliwia użytkownikowi budowanie systemu od podstawowej konfiguracji, a następnie stopniowe lub szybkie rozbudowanie posiadanych zdolności – w zależności od potrzeb operacyjnych czy możliwości budżetowych.

Po ogromnym sukcesie eksportowym Barak-8 kontynuujemy ulepszanie naszych wiodących systemów o nowe, innowacyjne zdolności. Barak-MX jest bardzo wszechstronny i ma na celu wspieranie sił zbrojnych maksymalną elastycznością operacyjną” – powiedział Dror Bar, wiceprezes do spraw systemu obrony powietrznej i rakietowej Israel Aerospace Industries (IAI).

Barak-MX – w oparciu o inteligentny, sprawdzony operacyjnie system dowodzenia – wspiera użycie różnych pocisków przechwytujących:

  • Barak MRAD – pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o krótkim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 35 km. Wyposażony w głowicę naprowadzaną radarem oraz silnik jednopulsowy.
  • Barak LRAD – pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o średnim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 70 km. Wyposażony w głowicę naprowadzaną radarem oraz silnik dwupulsowy.
  • Barak ER –pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o dalekim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 150 km. Wyposażony w przyspieszacz rakietowy, dwupulsowy silnik rakietowy oraz zaawansowaną głowicę naprowadzaną radarem.

Zaletą pocisków Barak – MRAD, LRAD oraz ER – jest pełna kompatybilność – co stanowi istotną przewagę w przypadku konserwacji, szkoleń czy ćwiczeń.

„Innowacyjne rozwiązania wprowadzone do systemu Barak-MX sprawiają, że ma ogromną efektywność na polu bitwy. System pozwala na szybką i adekwatną reakcje na pojawiające się zagrożenia. Jedną z najważniejszych jego zalet jest elastyczność – osiągnęliśmy ją przez integracje trzech pocisków rakietowych, których możliwości wzajemnie się uzupełniają” – dodał Boaz Levi, dyrektor generalny IAI.