Podsumowanie sytuacji w branży centrów handlowych w 2018 r.

Przyrost nowoczesnej powierzchni handlowej, wysoki poziom wynajmu, historycznie wysoka  aktywność inwestycyjna, niewielki spadek odwiedzalności oraz obrotów w obiektach handlowych a także utrzymanie tendencji do modernizacji i rozbudów oddanej wcześniej powierzchni – takie wnioski wypływają z podsumowania polskiego rynku retail w roku 2018, dokonanego i opublikowanego przez Polską Radę Centrów Handlowych w raporcie PRCH Retail Research Forum za II połowę 2018 roku.

Polska Rada Centrów Handlowych po raz kolejny dokonała analizy rynku centrów handlowych w Polsce. W opublikowanym właśnie raporcie PRCH Retail Research Forum scharakteryzowano aktualną sytuację krajowego rynku nowoczesnego handlu  oraz określono trendy kształtujące kondycję branży na przestrzeni ostatnich 5 lat.

Stabilizacja z niewielką tendencją wzrostową

Na koniec 2018 roku na polskim rynku istniało ponad 12 mln m kw. powierzchni GLA (Gross Leasable Area), na którą składają się centra handlowe, parki handlowe i centra wyprzedażowe. W stosunku do roku poprzedniego zanotowano przyrost powierzchni handlowej o 3,5%. Jednak na przestrzeni ostatnich 5 lat wzrost zasobów handlowych w Polsce wyniósł 2,3 mln m kw.

Radosław Knap
Radosław Knap, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych

„Oddano do użytku ponad 390 tys. m kw. GLA. nowoczesnej powierzchni handlowej, z czego aż 43%  stanowiła łączna powierzchnia czterech nowych inwestycji: Forum Gdańsk (62 000 m kw. GLA), Galeria Libero w Katowicach (45 000 m kw. GLA), Gemini Park w Tychach (36 000 m kw. GLA) oraz Nowa Stacja Pruszków (27 000 m kw. GLA). Ponad 15% nowej podaży powierzchni stanowiły rozbudowy istniejących projektów  w dużych miastach, co stanowi stały już trend od ostatnich 5 lat. Pozostałe otwarcia w 2018 to głównie parki i galerie handlowe o wielkości do 10 000 m. kw. GLA w miastach małych i  średnich. Tym samym w zakresie łącznej wielkości powierzchni handlowych rok 2018 był zbliżony do roku poprzedniego” – mówi dyrektor generalny PRCH, Radosław Knap.

Wskaźnik wolnej powierzchni handlowej wyniósł 3,1%, co świadczy o dobrej kondycji rynku i zainteresowaniu przedsiębiorców wynajmem lokali pod handel i usługi w polskich centrach i parkach handlowych poddanych analizie. Spośród badanych miast najwyższy udział pustostanów zarejestrowano w aglomeracjach wrocławskiej i łódzkiej, odpowiednio 4,4% i 4,2%. Najniższy – w aglomeracji szczecińskiej (0,9%), Olsztynie (1,0%) oraz w Toruniu (1,2%).

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych dla całej Polski na koniec 2018 roku osiągnęło poziom 316 m kw./1000 mieszkańców. Jest to więc średni poziom tego wskaźnika dla krajów Unii Europejskiej. Przyrost powierzchni spowodował wzrost tej wartości w stosunku do końca 2017 roku o 9,8 m kw./ 1000 mieszkańców.

Indeksy obrotów sprzedaży oraz odwiedzalności – Mimo iż spędzanie czasu w centrach i parkach handlowych w Polsce cieszy się bardzo dużą popularnością to jednak w roku 2018 nastąpił niewielki spadek średniej odwiedzalności wobec roku poprzedzającego. Średnia odwiedzalność centrum handlowego w ubiegłym roku wyniosła nieco ponad 370 tys. osób miesięcznie, co stanowi 4% mniej niż w roku 2017. – „Spadek ten wynika głównie z wprowadzonego w marcu 2018 ograniczenia handlu w niedziele, tym samym mimo przesunięcia się części wizyt klientów na inne dni tygodnia, spadek ten był nieunikniony” – wyjaśnia Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager w PRCH .

Średnie obroty generowane przez placówki handlowe i usługowe w analizowanych przez PRCH centrach handlowych, które wyniosły średnio 865 PLN netto /m kw. GLA, tak jak przypadku odwiedzalności,  zanotowały niewielki roczny spadek, tj. na poziomie 0,8 %. Mimo obniżki średniej wartości, w wielu kategoriach handlowych odnotowano wzrost lub brak zmian w stosunku do roku poprzedzającego. Największy przyrost, bo aż 10 %, odnotowano w kategorii Dom i Wnętrze oraz AGD/RTV, a także w usługach o 8 %. Dynamika tych wzrostów była jednak niższa niż obserwowana
w latach ubiegłych.

Z podsumowania przedstawionych wartości wskaźników charakteryzujących polski sektor centrów handlowych w roku 2018, wynika że pod względem podaży powierzchni rynek nieruchomości handlowych wszedł w fazę dojrzałości, a pod względem wskaźników efektywności sytuacja krajowego rynku retail jest mocna i stabilna. Tezę tę potwierdza także wysoka wartość transakcji inwestycyjnych w nieruchomości komercyjne w Polsce. –  „Łączny wolumen transakcji przeprowadzonych w sektorach biurowym, handlowym, magazynowo – logistycznym i hotelowym osiągnął prawie 7,3 miliarda EUR

– o 42% więcej niż w roku 2017. Tak wysoki rezultat dotychczas nie został zanotowany na polskim rynku.” – zdradza dyrektor PRCH.  „Inwestycje w nieruchomości handlowe wyniosły w 2018 roku 2,5 mld EUR i były o 30% większe niż w roku 2017 – dodał Radosław Knap.

Coraz więcej przeciwników całkowitego zakazu handlu w niedziele

Rok 2018 był dla rynku handlowego przełomowy. W marcu wprowadzono ustawę o zakazie handlu w niedziele. Zgodnie z jej zapisami do roku 2020 wszystkie niedziele zostaną wykluczone z kalendarza dni handlowych. Wprowadzenie tej ustawy nie przeszło bez echa w branży nieruchomości handlowych. Według danych pochodzących z PRCH Turnover Index oraz PRCH Footfall Trends Index, w okresie od marca do grudnia odnotowano 2% spadek średniej z obrotów na m kw. powierzchni GLA wobec roku 2017,  a także 4% spadek wskaźnika odwiedzalności.

W raporcie przeanalizowano badania opinii Polaków na temat wprowadzonych ograniczeń. Średnio mniej niż połowa badanych Polaków popiera wprowadzenie ograniczeń handlu w niedziele, które funkcjonowało w 2018 roku. Zdecydowanie najmniej zwolenników zyskuje jednak  rozwiązanie, które ma wejść w życie od 2020 roku czyli całkowity zakaz handlu we wszystkie niedziele. Badanie przeprowadzone przez firmę Maison & Partners pokazują, że popiera je już jedynie 35% badanych Polaków. W opinii branży negatywne efekty wprowadzenia ustawy ograniczającej niedzielny handel widoczne są przede wszystkim w zmniejszeniu liczby odwiedzających centra handlowe. Niekorzystnie wpłynęło to także na koszty utrzymania obiektów handlowych.

Raport PRCH przygotowała Polska Rada Centrów Handlowych we współpracy z ekspertami z firm Savills, Knight Frank, BNP Paribas Real Estate, GfK, Metro Properties oraz Cresa.

PRCH Retail Research Forum powstało jako think-tank  Polskiej Rady Centrów Handlowych w 2009 roku. Do forum należą eksperci z  firm członkowskich PRCH, które w znacznym stopniu w swojej działalności biznesowej zajmują się analizami i badaniami rynku oraz doradztwem w dziedzinie nieruchomości handlowych.

Twój Klient korzysta z wirtualnego biura? Uważaj na VAT

W jednym z najnowszych wyroków NSA (sygn. akt I FSK 1460/16) polska spółka została pozbawiona prawa do zastosowania mechanizmu reverse chargé pozwalającego na brak odprowadzenia podatku VAT w Polsce. Przyjęto bowiem, że usługi nie były świadczone na rzecz zagranicznej spółki, której siedziba znajdowała się w tzw. wirtualnym biurze zlokalizowanym na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. NSA wskazał, że świadczenia były dokonywane na rzecz stałego miejsca prowadzenia działalności tej spółki, które znajdowało się w Polsce. W związku z tym na polską spółkę nałożony został obowiązek odprowadzenia zaległego podatku VAT.

Prawidłowość stanowiska sądów oraz organów podatkowych nie budzi wątpliwości. Warto jednak zwrócić uwagę na częstą praktykę polskich przedsiębiorców polegającą na braku weryfikowania istnienia na terytorium Polski stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej zagranicznego kontrahenta. Element ten jest jednym z najistotniejszych, aby móc przyjąć brak istnienia obowiązku odprowadzenia podatku VAT w Polsce.

Najważniejsze zasady

Zgodnie z ustawą VAT każdy przedsiębiorca świadczący usługę na rzecz zagranicznego kontrahenta powinien ustalić miejsce jej świadczenia. Jest to o tyle istotne, że ustalenie miejsca świadczenia usługi wyznacza istnienie (bądź brak) obowiązku rozliczenia podatku VAT w krajowym fiskusie. Podkreślenia wymaga, że w świetle regulacji omawianej ustawy nie zawsze chodzi o miejsce, gdzie fizycznie świadczona jest usługa. Zgodnie bowiem z Dyrektywą Rady 2006/112 z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej, implementowaną do polskiego porządku prawnego w ramach ustawy VAT, miejsce świadczenia jest uzależnione od rodzaju świadczonej usługi oraz statusu nabywcy. Jeśli więc zgodnie z ustawą VAT miejsce świadczenia będzie zlokalizowane w Polsce, to podatek VAT powinien zostać rozliczony w krajowym urzędzie skarbowym.

Bazując na regulacjach rozdziału III ustawy VAT, wyróżnić należy cztery podstawowe reguły:

  • miejscem świadczenia usług na rzecz innego podatnika VAT (przedsiębiorcy) jest miejsce siedziby działalności gospodarczej tego podatnika;
  • miejscem świadczenia usług na rzecz stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej podatnika VAT jest to stałe miejsce prowadzenia działalności;
  • miejscem świadczenia usług na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT (nie przedsiębiorców) jest miejsce, w którym usługodawca posiada siedzibę działalności gospodarczej);
  • w przypadku określonych kategorii usług miejscem ich świadczenia jest np. miejsce ich wykonania lub położenia obiektu, dla którego świadczone są te usługi (np. usługi transportu, usługi wstępu na imprezy sportowe, usługi związane z nieruchomością).

Stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej

Polskie przepisy nie definiują pojęcia stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej. W tym zakresie należy się odwołać do Rozporządzenia Wykonawczego Rady (UE) nr 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r. ustanawiającego środki wykonawcze do Dyrektywy 2006/112. Zgodnie z jego treścią stałe miejsce prowadzenia działalności to miejsce, które charakteryzuje się wystarczającą stałością oraz odpowiednią strukturą w zakresie zaplecza personalnego i technicznego, by umożliwić mu odbiór i wykorzystywanie usług świadczonych do własnych potrzeb. Innymi słowy, mowa tutaj o zespole powiązanych ze sobą elementów gospodarczych wykazujących związek z danym krajem. Jeśli zatem elementy te pozwalają przyjąć, że w Polsce istnieje pewna struktura organizacyjna, która pozwala na świadczenie usług w Polsce, to sprzedaż usług na rzecz tej struktury podlega opodatkowaniu VAT w naszym kraju. Nie jest przy tym istotne, że formalna siedziba kontrahenta znajduje się w innym państwie.

Uwypuklić również należy, że omawiane Rozporządzenie precyzuje narzędzia, które służą zweryfikowaniu istnienia zakładu dla celów VAT.

Wracając do stanu faktycznego będącego przedmiotem wyroku NSA, dostrzec należy, że usługi zakupione od polskiej spółki były odsprzedawane przez zagranicznego kontrahenta na terytorium Polski do polskich konsumentów. Świadczenie usług nabytych uprzednio od polskiej spółki następowało zaś przy pomocy polskiego portalu internetowego. Organy ustaliły również, że zagraniczny odbiorca usług dokonywał płatności z rachunku prowadzonego przez polski bank, a jego formalna siedziba była zarejestrowana w tzw. wirtualnym biurze.

Opisane powyżej okoliczności faktyczne, w których doszło do sprzedaży usług na rzecz zagranicznego kontrahenta, niewątpliwie powinny były skłonić polskiego dostawcę do zwiększenia czujności, a to z kolei powinno było przełożyć się na zwiększenie ceny świadczenia o podatek VAT i jego odprowadzenie do polskiego organu podatkowego. Ustalono bowiem, że to właśnie struktura stanowiąca stałe miejsce prowadzenia działalności faktycznie konsumowała, zużywała usługi świadczone przez polski podmiot.

Sprawa, która zawisła przed NSA, powinna zatem skłonić przedsiębiorców do dwóch aktywności – bacznej obserwacji okoliczności towarzyszących transakcji oraz zapoznania się z regulacjami unijnymi, które są bezpośrednio stosowane w polskim porządku prawnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polnord wdraża nowy plan działania spółki

Polnord wdraża nowy plan działania spółki – w planach na rok 2019 znajduje się oddłużenie i zoptymalizowanie działania struktury, co będzie się wiązało ze zmniejszeniem zatrudnienia. Jednak te rozwiązania mają prowadzić firmę do lepszej przyszłości. Cele obejmują nie tylko rozpoczęcie nowych, wysokomarżowych projektów z sektora premium, lecz także inwestycje w kontrakty eko-premium – wyznaczające w Polsce nową drogę budownictwa przyjaznego środowisku. Rok 2019 to także zakończenie dużych projektów i rozpoczęcie nowych – takich, jak mieszkania na Haffnera w Sopocie oraz budowa nowych kompleksów mieszkaniowych w warszawskim miasteczku Wilanów.

– Miasteczko Wilanów to 16 hektarowa działka w jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Warszawie. Zagospodarowanie tak dużego terenu w sposób inteligentny wymaga czasu, jak również zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Gomoła, prezes zarządu Polnord – Atrakcyjność działki budowlanej zwiększyła się w minionym roku za sprawą budowy kolejnego odcinka autostrady, będącej obwodnicą Warszawy. Łatwe połączenie komunikacyjne Wilanowa z Ursynowem znacznie skróciło czas dojazdu do metra i komunikacji z centrum miasta. Polnord pracuje teraz nad optymalizacją projektu, by uzyskać jak największą przestrzeń użytkową mieszkań (PUM). Ten duży, kosztowny i wymagający projekt będzie jedną z wyskomarżowych inwestycji, które zbudują przyszłość spółki. 16 hektarów to jest mniej więcej tyle, ile ma Stare Miasto w Warszawie. Można więc powiedzieć, że jest to drugie Miasteczko Wilanów – ocenia inwestycję Gomoła.

PKB wzrasta, ale gospodarka będzie powoli wyhamowywać

Produkt krajowy brutto wzrośnie – tymi słowami można podsumować ścieżkę projekcji Narodowego Banku Polskiego, która towarzyszyła publikacji „Raportu o inflacji”. W tym roku nasza gospodarka może liczyć na 4% wzrost PKB. O prognozach na kolejne lata i największych zagrożeniach dla polskiej gospodarki rozmawiamy z Jackiem Kotłowskim, zastępcą dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP.

– „Spodziewamy się, że w tym roku dynamika wzrostu gospodarczego sięgnie 4%, czyli będzie nadal wysoka, zwłaszcza na tle innych krajów Europy. W kolejnych latach będziemy mieli stopniowe spowolnienie, według naszej prognozy, tempo wzrostu w roku 2020 wyniesie 3,7%, a 3,5% w roku 2021. Nie traktujemy tego jako silnego spowolnienia, raczej jako powrót polskiej gospodarki na ścieżkę długookresowego wzrostu.” – dla Newsrm.tv tłumaczy Jacek Kotłowski.

W II połowie 2018 r. pojawiły się sygnały pogorszenia koniunktury w gospodarce światowej. W III kwartale ub.r. tempo wzrostu globalnego PKB osłabło przede wszystkim wskutek niższej dynamiki w strefie euro oraz w części krajów azjatyckich, w tym w Chinach. Pogłębiło się również spowolnienie produkcji przemysłowej, dóbr kapitałowych oraz dynamika sprzedaży detalicznej.

Powyższe czynniki wpływają także na polską gospodarkę. Zapytaliśmy naszego eksperta, o to, jakie czynniki będą miały największy wpływ na polską gospodarkę w najbliższym czasie:

– „Głównym czynnikiem ryzyka w tej kwestii jest spowolnienie wzrostu w strefie euro, zwłaszcza w Niemczech, którzy są naszym głównym partnerem handlowym i tam, jakiekolwiek, tąpnięcia wzrostu gospodarczego przekładają się na nasz eksport. Na szczęście w czwartym kwartale jeszcze tego nie doświadczyliśmy, eksport rósł dosyć szybko, natomiast uważamy, że jest to głównym czynnik ryzyka w naszej projekcji. Wpływa na nas także sytuacja między Chinami i Stanami Zjednoczonymi, chociaż dosyć pośrednio. Głównie poprzez pogorszenie wzrostu gospodarczego w strefie euro, bo gorsza koniunktura w Chinach to zanik dóbr inwestycyjnych z Europy. My, w ramach globalnych łańcuchów dostaw, w dużym stopniu bierzemy udział w tej wymianie handlowej, produkujemy dużo komponentów, które potem, przetwarzane w Niemczech, wędrują nas rynki azjatyckie. Drugim kanałem oddziaływania na naszą gospodarkę, jest ogólna niepewność na świecie, związana z wprowadzaniem taryf czy ceł, co może doprowadzić do wolniejszego wzrostu globalnych sieci podaży – na tym Polska może stracić.” – podkreśla nasz ekspert.

Zapytaliśmy także analityka, czy głośna w ostatnim czasie sytuacja, o tym, jakoby Niemcy chciały się otworzyć na imigrantów z rynków wschodnich, wpłynie na sytuację gospodarczą Polski:

– „To, jak bardzo Niemcy się otworzą na pracowników z Ukrainy, zależy w dużym stopniu od tego, jaka będzie sytuacja gospodarcza w Niemczech w przyszłym roku czy za dwa lata. Jeżeli będziemy obserwowali spadek zatrudnienia i wzrost bezrobocia, to Niemcy będą mniej chętne do otwierania się na emigrantów. Gdyby jednak nasi zachodzi sąsiedzi zdecydowali się otworzyć granice, to Polska musi liczyć się z bolesnym odpływem pracowników, którzy w jakimś stopniu już się nauczyli pracy w polskiej gospodarce. Natomiast zawsze można tych pracowników zastąpić osobami z innych krajów, bo obserwujemy dużą migrację z krajów niekoniecznie europejskich do Polski.” – uspokaja ekspert.

Ważnym czynnikiem wzrostu PKB w 2019 roku pozostanie spożycie prywatne, do czego przyczyni się korzystna z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy. Dochody gospodarstw domowych podwyższą także świadczenia społeczne: poszerzenie programu „Rodzina 500+” oraz wypłata jednorazowej, trzynastej emerytury i renty i spadek obciążeń podatkowych.

Jeśli chodzi o prognozy na kolejne lata, NBP prognozuje, że w latach 2020-2021 zarówno dynamika wynagrodzeń, jak i liczby pracujących będzie się powoli obniżać, zmniejszając skalę wzrostu dochodów do dyspozycji ludności. Spowoduje to spowolnienie tempa konsumpcji i ograniczy siłę nabywczą gospodarstw domowych.

Nowy Ład Konsumencki – ochrona konsumentów i wolność przedsiębiorców

Ponad 60 proc. spośród 560 sklepów internetowych przebadanych przez Komisję Europejską stosowało politykę informacyjną lub prowadziło działania, które mogły wprowadzać konsumentów w błąd. Unia Europejska jest w trakcie przygotowywania pakietu przepisów, tzw. Nowego Ładu Konsumenckiego, który ma chronić konsumentów m.in. przed nieuczciwymi praktykami handlowymi. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte jest to krok w dobrą stronę, a kluczem do rozwiązania obecnych, jak i przyszłych problemów w zakresie ochrony 500 mln unijnych konsumentów, jest równowaga pomiędzy ich uprawnieniami a interesami przedsiębiorców. 15 marca obchodzony jest Światowy Dzień Konsumenta.

Niemal rok temu Komisja Europejska ogłosiła tzw. Nowy Ład Konsumencki, na który składają się dyrektywa o powództwach przedstawicielskich oraz dyrektywa „Omnibus”. Ta druga zmienia unijne przepisy dotyczące praw konsumenta, zwalczania nieuczciwych praktyk handlowych i nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich oraz cen produktów. W tej chwili pakiet projektów znajduje się w Parlamencie Europejskim i według medialnych doniesień ma zostać uchwalony jeszcze w tej kadencji.

– Komisji Europejskiej przyświecało przekonanie, że choć obowiązujące przepisy zasadniczo odpowiadają potrzebom konsumentów funkcjonujących na jednolitym rynku, w tym tworzącym się rynku cyfrowym, to konieczna jest aktualizacja ich zapisów i usprawnienie ich egzekwowania. Jednocześnie liczne badania wskazywały na brak znajomości regulacji konsumenckich, zarówno po stronie samych konsumentów, jak i średnich i małych przedsiębiorców. Zresztą te same badania ujawniły, że odsetek naruszeń praw konsumentów jest zaskakująco wysoki – mówi Paweł Moskwa, Adwokat, Partner, Deloitte Legal.

Dodatkowo, jako przyczynę niskiej aktywności konsumentów w egzekwowaniu swoich praw wskazywano brak skutecznych mechanizmów umożliwiających indywidulane i zbiorowe dochodzenie roszczeń, bez obawy o wysokie koszty takich postępowań oraz długi czas ich trwania. Dla przykładu tylko w czterech krajach członkowskich UE organizacje konsumenckie mogły skutecznie wnieść pozwy zbiorowe przeciwko Volkswagenowi w sprawie tzw. „Dieselgate”. Z danych Eurostatu wynika, że w latach 2006-2018 w krajach unijnych do odpowiednich organów wpłynęło niespełna 7 mln skarg od konsumentów. Z kolei do polskiego UOKIK w 2017 roku wpłynęło około 6,5 tys. skarg od poszkodowanych klientów.

Pod koniec lutego Komisja Europejska opublikowała wyniki badania przeprowadzonego we współpracy z krajowymi organami ochrony konkurencji. Objęło ono 560 stron internetowych, zajmujących się, m.in. sprzedażą odzieży, sprzętu audio i wideo oraz treści cyfrowych w 26 krajach i miało na celu zidentyfikowanie najczęściej pojawiających się niezgodności z regulacjami konsumenckimi.

Ochrona konsumentów i wolność przedsiębiorców

Nowy Ład Konsumencki ma więc za zadanie przede wszystkim doprowadzenie do większej przejrzystości zakupów internetowych, ochronę konsumentów korzystających z usług cyfrowych, ułatwienie indywidualnego dochodzenia roszczeń, likwidację nieuczciwych praktyk handlowych, w tym agresywnego marketingu, ale też z drugiej strony usunięcie obciążeń dla przedsiębiorców i walkę z podwójnymi standardami produktów.

Zdaniem ekspertów Deloitte w przygotowywanych przepisach widać daleko posuniętą dbałość o zachowanie równowagi pomiędzy uprawnieniami konsumentów i obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorców. – Wyzwaniem jest stworzenie takiego prawa, które z jednej strony będzie na tyle jasno sformułowane i jednoznaczne, aby jego znajomość wśród konsumentów i przedsiębiorców była znacznie lepsza niż obecnie, a z drugiej strony będzie równoważyło interesy konsumentów i przedsiębiorców. Przepisy mają zapewnić konsumentom bezpieczeństwo prawne, ale też nie zniechęcać firm do rozwoju istniejących dóbr i usług, szczególnie na rynku cyfrowym, jak też do poszerzania swojej oferty – mówi Katarzyna Karasiewicz, Radca prawny, Partner Associate, Deloitte Legal.

Planujesz zmianę lub rearanżację biura? Możesz natknąć się na te pojęcia

Dobrze zaprojektowane biuro powinno być uszyte na miarę danej organizacji. Mówiąc zatem o biurowych trendach w aranżacji nie mamy na myśli konkretnych zabiegów estetycznych, ale idee, które świadome firmy, mogą zaadaptować na własne potrzeby – zgodnie ze swoją tożsamością. W słowniku osób związanych z branżą nieruchomości komercyjnych na dobre zagościły pojęcia wyznaczające kierunki w projektowaniu. Nie zawsze są one jednak prawidłowo interpretowane. Eksperci Forbis Group wyjaśniają te, najbardziej popularne.

Activity Based Working, czyli… czy naprawdę potrzebujemy biurek?

Idea Activity Based Working to kwintesencja elastyczności. Przestrzeń biurowa zaprojektowana w duchu ABW dzieli się na „tematyczne” strefy przeznaczone do wykonywania różnego rodzaju zadań w ciągu dnia. Próżno szukać tu stanowisk pracy sztywno przypisanych do konkretnych pracowników. Nie ma jednej uniwersalnej recepty na stworzenie idealnego „biura bez biurek”. Wszystko zależy od charakteru działalności danej firmy i rodzaju wykonywanych zadań na poszczególnych stanowiskach. Model ten niekoniecznie musi się sprawdzić w przypadku każdej organizacji, więc zanim zdecydujemy się na rozwiązania ABW, warto dobrze przemyśleć wszelkie za i przeciw – podkreśla Mateusz Laskowski, członek zarządu Forbis Group.

Human-Centered Design, czyli… wszystko jest dla ludzi

Projektując biuro w duchu Human-Centered Design, na pierwszym miejscu stawiamy pracowników, którzy będą użytkowali daną przestrzeń, a zatem ich oczekiwania, potrzeby i tryb pracy. Projektowanie „dla ludzi” to twórcze aranżowanie biur niezwykle praktycznych i przyjemnych w użytkowaniu. Cała przestrzeń, a także przedmioty znajdujące się w jej wnętrzu powinny być intuicyjne. Nie jest to zadanie proste. Projektanci muszą „wejść w buty” użytkowników i zrobić wszystko, aby poznać ich potrzeby, rozkład dnia oraz przyzwyczajenia. Nie zapominamy oczywiście o względach estetycznych – bo przecież w pięknym biurze milej spędza się czas – mówi Mateusz Laskowski.

Biophilic Design, czyli… umiłowanie natury

Życie w mieście i długie godziny spędzane w biurze ograniczają nasz codzienny bezpośredni kontakt z przyrodą, co zazwyczaj negatywnie wpływa na komfort pracy oraz… produktywność. Biophilic Design to nic innego jak projektowanie przestrzeni z uwzględnieniem natury – jej elementów, ale i procesów. W tak zaaranżowanym biurze znajdziemy więc nie tylko dużą ilość roślin, ale także dostęp do naturalnego światła, widoków i cyrkulacji powietrza oraz naturalne materiały, kolory czy tekstury.  W centrum takich „zielonych” projektów zawsze jest człowiek – troska o jego zdrowie oraz dobre samopoczucie – podkreśla ekspert Forbis Group.

Agile Workplace, czyli… zwinne biuro

Założenia „manifestu agile” powstały na potrzeby programistów, jednak dość szybko zostały zawłaszczone również przez inne branże. W sporym skrócie: „zwinne metodyki pracy” charakteryzują się znacznie większą elastycznością i dynamizmem niż tradycyjne modele działania. Zakładają stałą wymianę wiedzy, częste testowanie projektu, ciągłe wprowadzanie zmian i ulepszeń. Przedkładają ludzi i interakcje ponad procesy i narzędzia, działające oprogramowanie ponad obszerną dokumentację, współpracę z klientem ponad formalne ustalenia i reagowanie na zmiany ponad podążanie za planem. Agile Workplace jest zatem miejscem przystosowanym do potrzeb „zwinnych” zespołów, „reagującym” na szybkie zmiany podczas wykonywania różnorodnych zadań. Zazwyczaj są to przestrzenie modularne, wyposażone w zróżnicowane strefy (np. do pracy w różnych konfiguracjach i pozycjach, w ciszy i zespołowo, do odpoczynku i regeneracji), tworzące multifunkcyjne „ekosystemy” – mówi Mateusz Laskowski, członek zarządu Forbis Group.

Najwięksi reklamodawcy z sektora farmacji w 2018 r.

Reklamodawcy z sektora farmacji w 2018 r., podobnie jak w latach poprzednich, aktywnie wspierali swoje produkty. W ostatnich trzech latach wydatki reklamowe tej branży osiągały poziom 1 mld złotych rocznie charakteryzując się dodatnią, choć spadającą, dynamiką – wynika z szacunków domu mediowego Codemedia. W ubiegłym roku wśród reklamodawców w tym sektorze imponujący wzrost nakładów odnotował Natur Product Zdrovit, liderem zaś niezmiennie pozostaje Aflofarm.Codemedia_wydatki_reklamowe_farmacja_branze_2018

Rynek

Obserwując rynek suplementów diety i leków OTC można zauważyć, że po dużym, ponad 10% wzroście w latach 2015-2016, jego dynamika nieznacznie wyhamowała, co potwierdza zanotowany w 2018 r. szacowany na ok. 4% wzrost w stosunku do 2017 roku. Wśród możliwych przyczyn takiego stanu rzeczy, raport PMR wskazuje między innymi coraz większe nasycenie rynku przy braku zmian na listach leków dopuszczonych do sprzedaży pozaaptecznej oraz negatywny wizerunek głównie suplementów diety. Trendy dotyczące suplementów oraz leków OTC mogą mieć spory wpływ na wydatki reklamowe sektora farmacji, gdyż zdecydowaną większość, bo aż 95% budżetów, reklamodawcy z tej kategorii przeznaczają właśnie na promocję farmaceutyków i parafarmaceutyków. Było tak zarówno w latach 2016-2017, jak i w roku minionym – mówi Piotr Kaniewski, Media Director, Codemedia. Pozostałe 5% stanowią reklamy usług zdrowotnych, sprzętu medycznego, produktów i usług medycznych dla zwierząt i inne – niesklasyfikowane.

Reklamodawcy

Wśród największych reklamodawców niezmiennie króluje Aflofarm, który od kilku lat  zajmuje pozycję niekwestionowanego lidera. O ile USP Zdrowie, które w 2016 i 2017 roku zajmowało pewne drugie miejsce pod względem inwestycji mediowych, to na koniec 2018 r. – pomimo odnotowanego 11% wzrostu wydatków rok do roku – nie mogło czuć się bezpiecznie na swojej dotychczasowej pozycji. Zagroził mu Natur Product Zdrovit. Marketer ten jeszcze w 2016 roku walczył o zajęcie ostatniego miejsca na podium, ale już w 2017 r. znalazł się w pierwszej trójce największych reklamodawców branży farmaceutycznej (spychając na czwartą pozycję Polpharmę). W 2018 r. wydał wg szacunków Codemedia blisko 94 mln złotych i dorównał w poziomie inwestycji mediowych dotychczasowemu wiceliderowi – USP Zdrowie. Awans jaki odnotował Natur Produkt Zdrovit możliwy był dzięki 40% wzrostowi jego wydatków w porównaniu do roku 2017.

Zmiany nastąpiły także na liście najbardziej reklamowanych marek. Mimo, że największym reklamodawcą w sektorze farmaceutycznym pozostaje wciąż Aflofarm, to nie jego produkt był w ubiegłym roku numerem jeden pod względem poziomu inwestycji mediowych – zauważa Piotr Kaniewski, Media Director, Codemedia. Pozycję lidera w 2018 r. zajął Ibuprom (USP Zdrowie), który na koniec 2017 r. walczył jak równy z równym o miejsce pierwsze z Neomagiem (Aflofarm Farmacja Polska). W 2018 r. tę bezpośrednią walkę o palmę pierwszeństwa Ibuprom toczył nadal, ale już z preparatem Molekin (Natur Product Zdrovit). Szacunki Codemedia pokazują, że wydatki na reklamę obu tych marek w ubiegłym roku mogły wynieść odpowiednio nawet 24 mln i 22 mln złotych. Miejsce trzecie w tej rywalizacji z nakładami mniejszymi o blisko 40% zajął Neomag (Aflofarm). Podium opuścił natomiast Voltaren (GlaxoSmithKline Consumer Healthcare), który w 2018 r. uplasował się dopiero na pozycji siódmej.

Kategorie

W 2018 roku najsilniej wspieranym mediowo rodzajem farmaceutyków były środki przeciw przeziębieniom. Na ich reklamę przeznaczono szacunkowo ok. 270 mln złotych, czyli nieco ponad 23% ogółu wydatków całego sektora. Na podium, którego układ nie zmieniał się w trzech ostatnich latach, znalazły się także następujące kategorie produktów: „witaminy, środki pobudzające i środki odpornościowe” (ponad 19%) oraz „środki wspomagające układ trawienny” (ponad 11%). Warto zauważyć, że różnice w TOP3 kategorii w porównaniu do 2017 r. nieznacznie się zmniejszają –kategorie produktowe zajmujące miejsca 2. i 3. odnotowały w minionym roku po około 12% wzrostu, podczas gdy „przeziębieniówka” będąca liderem „jedynie” niecałe 5%.

Media

Podobnie jak we wcześniejszych latach, także w roku 2018 farmacja reklamowała się przede wszystkim w telewizji. Udział tego medium w wydatkach reklamowych całego sektora wynosi około 59%, co w ubiegłym roku oznaczało inwestycje rzędu 678 mln złotych.

Drugim najważniejszym medium elektronicznym w komunikacji sektora farmaceutycznego pozostaje radio, w które w ubiegłym roku zainwestowano szacunkowo około 190 mln złotych. Udział radia w wydatkach farmacji na poziomie zbliżonym do 17% oznacza, że w 2018 r. straciło ono nieznacznie na korzyść innych mediów. Jego głównymi konkurentami w walce o budżety reklamowe była telewizja, ale także prasa.

Lider wśród reklamodawców – Aflofarm Farmacja Polska – lokuje w telewizji znacznie mniejszą część swoich wydatków niż cały sektor farmacji (w 2018 r. było to około 39%), a resztę rozdziela między radio i magazyny. Co ciekawe, Natur Product Zdrovit walcząc o miano wicelidera, powiększył w ubiegłym roku swój budżet telewizyjny o ponad połowę, zaś radiowy o 16%. Broniące drugiego miejsca USP Zdrowie inwestuje konsekwentnie niemal wyłącznie w telewizję, w 2018 r. już ponad 97% ogółu wydatków marketera skierowane zostało do tego medium.

Wśród TOP3 mediów, w których w 2018 roku sektor farmaceutyczny wydał najwięcej na reklamę, znalazły się wyłącznie media telewizyjne. Najwięcej budżetu trafiło do głównych kanałów trzech największych nadawców. W kolejności wielkości szacowanych inwestycji były to: TVN (124 mln złotych), Polsat (117 mln złotych) i TVP1 (83 mln złotych). Tuż za podium znalazła się druga główna antena telewizji publicznej –TVP2 (ok. 81 mln złotych).

Wydatki reklamowe sektora farmacji cechują się wyraźną sezonowością, związaną ze wzrostem zachorowalności w okresie jesienno-zimowym. Nie inaczej było w minionym roku. Na pierwszy i czwarty kwartał 2018 przypadło po około 30% a na pozostałe okresy po 20% ogółu rocznych inwestycji w media całej branży. W pierwszym i czwartym kwartale zdecydowanie najwięcej wydano na promocję środków przeciw przeziębieniu. Szacunkowo było to odpowiednio ponad 107 mln zł i ponad 134 mln złotych. Dwa kluczowe kwartały pochłonęły łącznie prawie 90% rocznego budżetu mediowego tej kategorii farmaceutyków. Natomiast w okresie kwiecień – wrzesień 2018 największe wydatki poniesiono na reklamę „witamin, środków pobudzających i środków odpornościowych” (łącznie blisko 90 mln zł), co stanowiło około 40% całorocznych nakładów tej kategorii.

Analiza została przygotowana przez Codemedia. Dane o wydatkach są szacunkowe i powstały w wyniku unettowienia danych cennikowych, których źródłem jest Kantar Media.

Otwarta perspektywa: Linux

Stefanie Chiras, vice president and general manager of Red Hat Enterprise Linux, Red Hat
Stefanie Chiras, vice president and general manager of Red Hat Enterprise Linux, Red Hat

Rok 2018 w branży technologicznej potwierdził, że to możliwość wyboru jest dziś wartością najbardziej pożądaną przez biznes. Taki wniosek płynie z obserwacji usług działających w różnych przedsiębiorstwach, sposobów ich uruchamiania oraz docelowych środowisk, do których trafiają. Pojawiają się nowe rodzaje aplikacji biznesowych, które stają się coraz popularniejsze przez rosnące zainteresowanie rozwiązaniami typu blockchain, Internetem rzeczy i systemami sztucznej inteligencji. Aplikacje takie działają na serwerach fizycznych, maszynach wirtualnych i w kontenerach Linksowych znajdujących się w chmurach prywatnych i wielu chmurach publicznych.

Skoro jednak otoczenie zmienia się w tak szybkim tempie, przedsiębiorstwa i instytucje muszą znaleźć jakiś stały element, na którym będą mogły oprzeć swoje próby wdrażania innowacyjnych rozwiązań, nie tracąc zarazem okazji do zmian infrastruktury IT w momencie pojawienia się nowych szans na rynku. Istnieje jeden wspólny czynnik łączący dostępne opcje: większość rozwiązań nowej generacji stworzono w oparciu o system Linux.

Linux

W ramach rozwijania firmowej infrastruktury IT przedsiębiorstwa koncentrują się na udoskonaleniach wprowadzanych na poziomie aplikacji. Oczywiście takie podejście jest słuszne, ale to Linux napędza te innowacje i przyczynia się do rozwoju współczesnej informatyki. System operacyjny Linux jest uznaną, wspólną, transparentną podstawą funkcjonowania centrów przetwarzania danych, maszyn wirtualnych, różnorodnych środowisk chmurowych oraz aplikacji i usług korporacyjnych. Pojęcie chmury jest nierozerwalnie związane ze współczesnymi technologiami informatycznymi, podobnie ma się rzecz z systemem Linux.

Znaczenie systemu Linux w kontekście rozwiązań IT klasy enterprise zostało uwypuklone na początku 2018 roku, kiedy ujawniono luki Spectre i Meltdown. W przypadku tych dwóch luk atak następował na poziomie sprzętu. Próby zlikwidowania tego problemu wymagały intensywnej pracy ze strony społeczności użytkowników systemu Linux, dostawców sprzętu, niezależnych analityków oraz liderów rynku open source, takich jak Red Hat. Prace nad łatkami pozwoliły nie tylko zobaczyć to, jak społeczność pracuje nad rozwiązaniem problemów związanych z utrzymaniem cyberbezpieczeństwa, lecz także to, jak ważna jest w środowiskach produkcyjnych sama platforma Linux klasy korporacyjnej, niezależnie od wszystkich zaawansowanych usług i aplikacji, które na niej działają.

To jednak już przeszłość. W roku 2019 zapewne będzie można zaobserwować kolejne zmiany w firmowych środowiskach IT, rośnie bowiem złożoność centrów przetwarzania danych, zmienia się definicja osób odpowiedzialnych za infrastrukturę IT, a ponadto wciąż bardzo wiele uwagi poświęca się zagadnieniom cyfrowej transformacji biznesu. Jakie miejsce znajdzie w tym wszystkim system Linux?

Fundament umożliwiający wybór różnych rozwiązań technologicznych

System operacyjny Linux stanowi środowisko aplikacji i usług, dzięki którym przedsiębiorstwa mogą wyróżnić się na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Nic dziwnego zatem, że osoby decyzyjne w zakresie firmowej infrastruktury IT będą wybierać Linuxa, który obsługuje szeroką gamę wcześniejszych i nowych technologii. Dyrektor ds. IT nie chce zgadywać, czy dana aplikacja dostarczana przez niezależnego producenta oprogramowania będzie działać na wybranej dystrybucji Linuksa. Taka osoba po prostu musi wiedzieć, że wszystko będzie funkcjonować zgodnie ze specyfikacją na różnych platformach sprzętowych.

Oznacza to, że rola platformy Linux nie może polegać wyłącznie na zaspokajaniu bieżących potrzeb przedsiębiorstwa. Środowisko powinno realizować wymagania zespołu IT, zarówno obecnie, jak i w przyszłości. Musi zatem istnieć stabilny ekosystem obejmujący dostawców sprzętu, aplikacji i usług chmurowych, którzy będą oferować różne rozwiązania technologiczne.

Zmiana paradygmatu

Proces podejmowania decyzji dotyczących technologii do niedawna nie uwzględniał szerszego kontekstu przedsiębiorstwa. Dyrektor ds. IT lub menedżer określali potrzeby, tworzyli pewien zestaw wymagań, zbierali oferty i weryfikowali koncepcje, a następnie wybierali konkretne rozwiązanie i kierowali jego wdrożeniem. W roku 2019 możemy się spodziewać, że taki model działania będzie występować coraz rzadziej, zwłaszcza w odniesieniu do systemu Linux.

Działanie Linuksa ma wpływ na pracę zespołów operacyjnych, programistów, inżynierów sieci, działów biznesowych i dyrektora ds. IT. Dostawcy tego systemu nie mogą się ograniczać do realizowania potrzeb kierownika jednego z działów. Należy teraz myśleć o bardzo wielu wymaganiach, być może początkowo pozostających w sprzeczności. Pojawiają się pytania: czy system jest stabilny? Czy obsługuje newralgiczne aplikacje? Jak często jest aktualizowany? Kto się zajmuje jego wsparciem? Czy można go łatwo uzyskać, zainstalować i używać? Co z bezpieczeństwem? W jakich chmurach publicznych działa?

Trzeba odpowiedzieć na wszystkie tego rodzaju pytania. W nadchodzących miesiącach dystrybucje systemu Linux będą musiały mieć naprawdę uniwersalny charakter, zwłaszcza w kontekście procesu wyboru technologii.

Wzrost znaczenia automatyzacji na poziomie systemu operacyjnego

Szerszy zakres opcji związanych z różnymi modelami wdrożenia oznacza jednak także pewne koszty; często są one naliczane w skomplikowany sposób. Istniejące środowiska i tak odznaczają się sporą złożonością. Dodanie nowych elementów do istniejącej infrastruktury IT oznacza, że dział IT musi zarządzać rozbudowaną siecią zależnych od siebie systemów, pojedynczymi serwerami i odseparowanymi grupami procesów.

Dzięki technologiom automatyzacji takim jak Red Hat Ansible Automation można zmniejszyć obciążenia spowodowane czasochłonnymi, skomplikowanymi zadaniami. W roku 2019 technologie tego typu będą wykorzystywane coraz częściej. Zostaną także ściślej zintegrowane z dystrybucjami systemu Linux, ponieważ decydenci w obszarze IT będą poszukiwać jednolitej platformy zapewniającej skuteczną obsługę w złożonych zastosowaniach.

Przykładem tego trendu jest interfejs System Roles dostępny w ramach systemu Red Hat Enterprise Linux. Komponent ten pojawił się w wersji Red Hat Enterprise Linux 7.6. Korzysta z platformy Ansible i umożliwia realizowanie zadań administracyjnych w systemie za pośrednictwem gotowych, prostych mechanizmów. Ułatwia zespołom informatycznym skonfigurowanie często wykonywanych zadań na serwerze, np. obsługi sieci, poczty elektronicznej i zabezpieczeń.

Rozwiązania IT klasy enterprise wciąż się rozwijają, a Linux może być ich fundamentem

Mimo nowych rozwiązań technologicznych, które pojawiły się w 2018 roku w środowiskach chmurowych, takich jak platforma Kubernetes czy bezserwerowe przetwarzanie danych, w roku 2019 będziemy nadal świadkami ciągłego rozwoju korporacyjnej infrastruktury IT. Nie  zdarzy się nigdy sytuacja, w której dyrektor ds. IT będzie mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że praca została zakończona. To po prostu niemożliwe! Zawsze będzie istnieć jakieś zadanie do wykonania polegające na migracji ostatniej aplikacji działającej w starszej technologii albo na zbudowaniu nowego systemu ERP. Z kolei dzięki nowym technologiom programistycznym, takim jak kontenery, zawsze będzie można uzyskać dodatkowe korzyści i zwiększyć elastyczność działania w oparciu o dotychczasowe inwestycje.

Począwszy od serwerów fizycznych i maszyn wirtualnych, a skończywszy na chmurach publicznych, prywatnych i hybrydowych, system Linux w 2019 roku pozostanie stałym elementem środowisk IT. Niezależnie od sposobu realizacji przez przedsiębiorstwo celów w obszarze IT, niezależnie od wyzwań, z jakim przyjdzie się zmierzyć, Linux będzie mu towarzyszyć na co dzień.

Red Hat od już od wielu lat udostępnia klientom technologie Linux klasy korporacyjnej. Od czasu, gdy system Red Hat Enterprise Linux pojawił się na rynku, infrastruktura informatyczna przedsiębiorstw przeszła wiele przemian, jednak znaczenie platformy jako fundamentu działania nowoczesnych centrów przetwarzania danych – zarówno lokalnych, jak i w ramach chmur publicznych – nie uległo zmianie. Spodziewamy się, że w 2019 roku firma Red Hat, podobnie jak sam system Linux, nadal będzie wspierać działania  organizacji oraz uczestniczyć w ich rozwoju, niezależnie od przyjętych przez nie celów.

Autor: Stefanie Chiras, vice president and general manager of Red Hat Enterprise Linux, Red Hat

W ciągu dekady praca zdalna stanie się normą na całym świecie

Wraz z wejściem na rynek pracy najmłodszego pokolenia praca zdalna stanie się obowiązującym zwyczajem. Według raportu Upwork „Future Workforce” już teraz blisko połowę (48 proc.) kadry menadżerskiej i specjalistycznej stanowią przedstawiciele Millenialsów i Generacji Z ze swoimi cyfrowymi i mobilnymi przyzwyczajeniami. Nimi właśnie młodzi pracownicy niejednokrotnie szafują swoich pracodawców. Analitycy przekonują, że do 2028 r. w większości globalnych firm, ponad 70 proc. zespołów będzie realizować swoje obowiązki zdalnie.

Urodzili się po 1995 roku. Najstarsi z nich skończyli właśnie 24 lata. Na rynku pracy jest ich jeszcze niewielu, ale to niebawem się zmieni. Do 2028 r. 58 proc. globalnej kadry stanowić będą m.in. przedstawiciele generacji Z, która będzie dla pracodawców podstawą cyfrowego biznesu. Penetrujący rynek pracy młodzi ludzie są zaznajomieni z nowymi technologiami do tego stopnia, że stanowią one dla nich naturalne środowisko. Umożliwiają im pracę z dowolnego miejsca na świecie i jednocześnie wpływają na zmiany w stylu życia. Nowe na rynku pracy generacje chcą mieć większy wpływ na planowanie swego czasu i dlatego też popularność pracy zdalnej będzie już tylko rosła – wynika z raportu Upwork.

Cyfrowi tubylcy dyktują warunki

Wejście najmłodszych pokoleń na rynek pracy oznacza poważne wyzwanie dla pracodawców pod kątem zarządzania wielopokoleniowym środowiskiem zatrudnienia – ostrzegają analitycy Upwork. Niebawem w firmach pracować będą przedstawiciele pięciu różnych generacji, o różnych kompetencjach, zwyczajach oraz nawykach.

Pracodawcy muszą zrozumieć, że najmłodsi pracownicy nie dadzą się przykuć do biurek. Zarówno „zetki” jak i Millenialsi są mobilni, chętni do poznawania nowych ludzi i miejsc, a skoro nowe technologie im to umożliwiają – to, po co mają z tego rezygnować? Biznes nie powinien patrzeć na tę zmianę pod kątem problemu do rozwiązania, tylko szansy. Praca zdalna stanowi  bowiem okazję do poszerzenia puli talentów np. o rodziców rezygnujących z pracy na rzecz opieki nad dziećmi lub freelancerów pracujących dla kilku firm – tłumaczy Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska.

Według analityków Upwork, już teraz 70 proc. młodych menadżerów pozwala swoim współpracownikom na pełnoetatową, zdalną pracę. Młoda kadra lepiej rozumie przyzwyczajenia swoich młodszych współpracowników i jednocześnie wie jak wykorzystać mobilność swoich podwładnych, czego nie potrafią np. baby boomersi.

„Wyklikana” rewolucja

To, że kierunek mobilność to nowy paradygmat myślenia dla polskich pracodawców, podkreślają wyniki ostatniego raportu Pew Research Center. W ciągu tylko 3 lat liczba młodych Polaków (w wieku 18-34 lat) posiadających smartfona wzrosła o prawie 20 proc.  Coraz więcej z nich chce jednocześnie pracować w oparciu o własne urządzenia (BYOD – bring your own device). To samo w sobie stanowi poważne wyzwanie dla bezpieczeństwa firmowych danych i spójności wykorzystywanych systemów i urządzeń.

Według analizy Pew Research Center, młodzi Polacy korzystają zarówno z iPhone’ów, jak i telefonów z systemem Android czy Windows. Co ciekawe nie brakuje na naszym rodzimym rynku zwolenników telefonów Blackberry – komentuje Stanisław Bochnak. Dla firmowych działów IT czy zewnętrznych dostawców technologii nie lada wyzwaniem jest więc dostosowanie organizacyjnych serwisów, systemów i aplikacji do różnorodnych urządzeń mobilnych i umożliwienie koordynacji pracy, niezależnie od tego jaki sprzęt posiada pracownik. Na każdym urządzeniu możliwości wykonywania obowiązków powinny być takie same. Dzisiejsze rozwiązania End-User-Computing umożliwiają już efektywny oraz bezpieczny dostęp do firmowych aplikacji, danych i desktopów z dowolnego miejsca i urządzenia. Tworzą bowiem wirtualny odpowiednik fizycznego miejsca pracy – dodaje.

Praca bez biurka, za to z asystentem

Przed nowymi technologiami w miejscach pracy nie ma już ucieczki. Tradycyjnie rozumiana praca biurowa to przeżytek w mobilnych czasach, co potwierdzają nie tylko eksperci, ale i konsumenci.  Z badań można wywnioskować, że wręcz oczekują oni nowych technologii, licząc na szereg udogodnień jakie mogą za sobą przynieść.

Według badań, przeprowadzonych przez VMware na grupie 5 tys. konsumentów z Francji, Niemiec i Wlk. Brytanii – 35 proc. respondentów przyznaje otwarcie, że nowoczesne technologie mogą stworzyć dla nich nowe, nieoczekiwane perspektywy.  Badania, które przeprowadziliśmy z kolei w Polsce wyraźnie pokazały, że biznes dostrzega profity wynikające z digitalizacji miejsca pracy. 72 proc. polskich dyrektorów informatyki, choć dostrzega ryzyka, uważa jednocześnie, że swobodny dostęp pracowników do urządzeń i aplikacji mobilnych może w istotny sposób zmienić funkcjonowanie firmy i przynieść wiele korzyści m.in. zwiększyć efektywność pracowników i całej organizacji – komentuje Stanisław Bochnak.

Wyniki ankiety przeprowadzonej przez Gartnera w 2018 r. wykazały, że technologie cyfrowe podnoszą satysfakcję z wykonywanych obowiązków wśród ponad 70% pracowników. jednocześnie około trzech na czterech pracowników zgadza się, że technologia cyfrowa, którą zapewnia organizacja, pozwala im na sprawniejsze wykonywanie pracy.

Polskie firmy coraz lepiej radzą sobie w handlu z Chinami

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

Choć świat ostatnio emocjonuje się głównie „wojną handlową” między Chinami i USA, to lepiej jednak zwrócić uwagę na coraz intensywniejsze stosunki gospodarcze Państwa Środka z Polską. Przykładowo, udział rozliczeń w juanie polskich przedsiębiorców korzystających z usług Ebury wzrósł o 150% rok do roku. To bardzo dobrze świadczy o naszych importerach i eksporterach.

Od wielu miesięcy jednym z najważniejszych biznesowych tematów są napięte stosunki handlowe między Chinami i USA. Twarde negocjacje prezydenta USA Donalda Trumpa z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpingiem, potrafiły niejednokrotnie zatrząść w ubiegłym roku rynkami finansowymi.

Na styku wielkiej polityki i biznesu

Od początku trwania „wojny handlowej” znaczną przewagę posiadał prezydent Stanów Zjednoczonych. Donald Trump nie wahał się wykorzystywać swojej dominującej pozycji. Dlaczego Xi Jinping był w mniej komfortowej sytuacji? Otóż aż około 20% przychodów z eksportu Chin pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Dla coraz gorzej radzącej sobie gospodarki Państwa Środka jest to niezwykle ważne źródło kapitału płynącego do ich kraju.

Czując tę przewagę, Donald Trump kilkakrotnie nałożył na Chiny cła. Zaczęło się w marcu ub.r. od nałożenia 25-procentowego i 10-procentowego cła, odpowiednio na import wyrobów ze stali i aluminium. Następnie – w czerwcu – nałożono 25-procentowe cła na równowartość chińskich towarów o wartości ok. 50 mld dolarów amerykańskich, głównie dóbr przemysłowych. A we wrześniu 2018 r. nałożone zostały kolejne 10-procentowego cła na kolejne 6 tys. towarów importowanych z Chin, o wartości ok. 200 mld USD. Oczywiście Chiny odpowiedziały na amerykańskie cła nałożeniem własnych opłat, jednak ich konsekwencje dla USA były mniej odczuwalne.

Tak zaczął się długi spektakl pt. „wojna handlowa”. Z biegiem czasu jego akcja nabrała jednak dodatkowej pikanterii m.in. za sprawą coraz gorszych informacji dotyczących chińskiej gospodarki. Przykładowo, indeks Caixin PMI dla sektora przemysłu w styczniu znalazł się na poziomie 48,3 (każda wartość poniżej 50 sugeruje, że sektor się skurczył).

Biznesowa dojrzałość

Z czasem stosunki handlowe między Stanami Zjednoczonymi a Chinami powinny się unormować. Z perspektywy naszego kraju lepiej jednak pochylić się nad relacjami gospodarczymi Chin z… Polską. A te są coraz bardziej intensywne, i jest to przede wszystkim zasługa prywatnego biznesu.

Mimo nie zawsze sprzyjających warunków, polskie firmy radzą sobie dość dobrze w kontaktach handlowych z Chinami. Polsce nadal brakuje strategii z prawdziwego zdarzenia, wspierającej polskich przedsiębiorców na tamtejszym rynku. A przecież to gospodarka numer 2 na świecie. Poza skalą możliwości dodatkowo zainteresowanie tym kierunkiem – co ważne, nie tylko importerów, ale także eksporterów – jest coraz większe, gdyż to rynek rosnący. Pokazują to m.in. wypełnione po brzegi przedsiębiorcami konferencje o handlu z Państwem Środka, ale również twarde dane.

Chiński kierunek kojarzy się przede wszystkim z importem, który w ostatnich latach nadal dynamicznie rośnie. Posiłkując się danymi GUS wyrażonymi w dolarach amerykańskich, przez ostatnie dziesięć lat import z Chin do Polski zwiększył się o ponad 60 proc., z 16,8 mld USD w 2008 r. do ponad 27 mld w 2017 r. Warto także pochwalić polskich eksporterów, którzy coraz odważniej spoglądają w kierunku azjatyckiego mocarstwa. Eksport polskich produktów do Chin zwiększył się przez dekadę o 80 proc., z ok. 1,3 mln USD w 2008 r. do ponad 2,3 mld USD w 2017 r. (co jest rekordowym wynikiem polskiego eksportu do Chin w wartościach nominalnych).

Wystarczy szybko porównać powyższe dane o imporcie i eksporcie, aby zobaczyć, jak mocno w kontaktach handlowych z chińskimi partnerami dominuje kupowanie towarów przez polskie przedsiębiorstwa. Nie dziwi więc, że deficyt w handlu z Chinami ciągle rośnie. W 2017 r. wyniósł 24,7 mld USD, dla porównania w 2008 r. był na poziomie 15,5 mld USD.

Wzrost zainteresowania kierunkiem chińskim potwierdzają również nasze wewnętrzne dane, jako międzynarodowej instytucji finansowej. Istotna jest przede wszystkim informacja, że udział rozliczeń w juanie polskich przedsiębiorców korzystających z usług Ebury wzrósł aż o 150%, zestawiając 2017 i 2018 rok. Choćby z uwagi na czynniki geopolityczne i strategiczne, np. wprowadzenie przez Chiny kontraktów terminowych na ropę w juanach, spodziewam się coraz większego zaufania do chińskiej waluty wśród polskich przedsiębiorców.

Ze wzrost rozliczeń w juanie wynikają co najmniej dwa ważne wnioski. Po pierwsze, polscy przedsiębiorcy coraz częściej decydują się na wymianę towarów bezpośrednio z chińskimi partnerami. A po drugie, robią to z dużo większą świadomością – po prostu rozliczanie się w tamtejszej walucie im się opłaca.

Jeszcze kilka lat temu nasi importerzy i eksporterzy najczęściej rozliczali się w dolarze amerykańskim. Przełomowym wydarzeniem było jednak dołączenie juana przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do koszyka SDR (ang. Special Drawing Rights od 1 października 2016 r. Chińska waluta stała się walutą bardziej płynną i chętniej przyjmowaną do rozliczeń.

Z czasem polscy przedsiębiorcy zaczęli zauważać, że regulowaniu rachunków za towar tą walutą można uzyskać istotne korzyści handlowe. Polski importer kupujący w juanie może otrzymać w określonych sytuacjach lepszą ofertę od chińskiego producenta. Jest tak m.in. dlatego, że chiński producent zaopatruje się w towary do wytwarzania produktów w swoim kraju, płacąc tamtejszym dostawcom w lokalnej walucie. Wynagrodzenia pracowników również wypłaca swoim pracownikom w juanie. Dlatego, gdy kontrahent z Polski oferuje płatność w juanie, często opłaca się to również jego chińskiemu partnerowi z uwagi na brak ryzyka kursowego.

Oczywiście nie jest to regułą. Wiąż jest wiele branż, które preferują otrzymywanie płatności w dolarze amerykańskim. Dlatego przy każdej okazji podkreślam, że każdy importer czy eksporter powinien przeanalizować rozliczenia w juanie, ale uzależnić je od konkretnej sytuacji i analizować wspólnie ze swoimi zagranicznymi partnerami handlowymi.

(Nie)oczywiste podpowiedzi

Przy dalszych wskazówkach dla polskich firm zamierzających rozpocząć handel z Chinami, warto zacząć od kwestii oczywistych.

Po pierwsze, przy produktach, na których są dość niskie marże, niezbędne jest zabezpieczanie walutowe wszystkich transakcji. W handlu tego typu najlepiej sprawdzają się bezpieczne kontrakty terminowe forward.

Ze spraw mniej oczywistych, myśląc o długotrwałych relacjach handlowych z Chinami, warto rozważyć zatrudnienie chińskiego menedżera lub przedstawiciela handlowego. Kwestie kulturowe są niezwykle istotne dla tamtejszego biznesu i klientów. Przekonali się o tym niedawno właściciele marki dóbr luksusowych Dolce&Gabbana, których produkty obecnie są bojkotowane przez chińskich konsumentów ze względu na reklamy tej firmy, uznane przez mieszkańców tego kraju za obraźliwe.

Jak wielokrotnie wskazywali mi nasi polscy klienci-przedsiębiorcy, znajomość różnic kulturowych bardzo ułatwia nawiązywanie pierwszych kontaktów i prowadzenie negocjacji z partnerami z Chin.

Podsumowując, obserwujemy szybki wzrost wzajemnego zainteresowania biznesowego między polskimi i chińskimi przedsiębiorcami. Warto więc poszukać szansy w handlu z firmami funkcjonującymi w Państwie Środka.

– Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury Polska

Cyfryzacja w polskiej służbie zdrowia nabiera tempa. Pacjenci są gotowi na nowe technologie

Cyfryzacja w polskiej służbie zdrowia nabiera tempa. Pacjenci są gotowi na nowe technologie 1

Connected Care, czyli model opieki medycznej oparty o rozwiązania telemedycyny i internetu rzeczy, szybko zyskuje na popularności. Do 2022 roku z systemów telemedycznych ma korzystać już 16,5 mln Europejczyków. Cyfryzacja to sprawdzony i skuteczny sposób poprawy efektywności w służbie zdrowia, czego dowodzi m.in. przykład Holandii i Estonii. Pozwala zaoszczędzić środki, poprawić efektywność leczenia i ułatwić pracę personelowi medycznemu. Również w Polsce nastąpiło duże przyspieszenie w cyfryzacji publicznej służby zdrowia, czego przykładem są e-zwolnienia, e-recepty czy Internetowe Konto Pacjenta. Dalszy rozwój e-zdrowia mógłby przynieść znaczne oszczędności, a takich cyfrowych rozwiązań oczekują sami pacjenci. 

 Bardzo mocno wierzymy w Connected Care, czyli opiekę zdrowotną, w ramach której usługi medyczne, sprzęt, oprogramowanie i cały system działają w sposób zintegrowany – mówi agencji Newseria Biznes Henk Siebren de Jong, szef rynków międzynarodowych w Philips. – Kluczowe jest, by wszystkie podmioty działające w sektorze opieki zdrowotnej podjęły starania w kierunku realizacji tej wizji. Wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądało nasze życie 10 lat temu – jak robiliśmy wtedy zakupy, rezerwowaliśmy wakacje – i jak wygląda to teraz. Wszystko się zmieniło, przeniosło do świata cyfrowego. Ten sam proces obserwujemy w sektorze ochrony zdrowia.

Connected Care oznacza szereg korzyści zarówno dla pacjentów, lekarzy i placówek, jak i finansów publicznych. Zintegrowana opieka, oparta na rozwiązaniach z zakresu e-zdrowia i telemedycyny, pozwala zaoszczędzić i efektywniej wydawać środki, poprawić efektywność leczenia i bezpieczeństwo pacjentów oraz ułatwić pracę personelowi medycznemu. Resort zdrowia prognozuje, że rozwój e-zdrowia w Polsce może zapewnić oszczędności rzędu 0,35 proc. PKB oraz umożliwić przyjęcie 2 proc. więcej pacjentów. Natomiast z raportu „Zdrowe oszczędności”, opracowanego przez ekspertów Pracodawców RP i Polskiej Unii Onkologii, wynika, że efektywniejsze wydatkowanie środków na służbę zdrowia mogłoby ograniczyć niezbędny wzrost publicznych nakładów na ten cel o około 0,5 proc. PKB rocznie.

– W ostatecznym rozrachunku na zmianach najbardziej skorzystają pacjenci. Otrzymają lepsze świadczenia, a ich leczenie będzie skuteczniejsze, dzięki czemu wzrosną szanse wyzdrowienia i dłuższego życia w lepszym zdrowiu. W tym kontekście często słyszymy pytanie, czy pacjenci są gotowi na zdigitalizowaną służbę zdrowia? Z naszych obserwacji wynika jednoznacznie, że tak – mówi Henk Siebren de Jong.

Według szwedzkiej firmy badawczej Berg Insight w 2022 roku z systemów telemedycznych będzie korzystać już 16,5 mln Europejczyków (wobec 5,9 mln w 2016 roku). Do tego czasu model Connected Care ma się rozwijać w tempie 18,7 proc. rocznie, a w 2022 roku przychody związane z tym segmentem przekroczą 6 mld euro.

– Młode pokolenie przywykło do korzystania z technologii cyfrowych w codziennym życiu. Jednak – co może być zaskakujące – inne grupy społeczne też są na to gotowe. Badania pokazują, że w populacji powyżej 60. roku życia 70 proc. osób uważa, że cyfryzacja i telezdrowie będą miały pozytywny wpływ na opiekę zdrowotną. 75 proc. osób w grupie 50+ oświadcza, że woli otrzymywać recepty drogą elektroniczną. Te dane wymownie świadczą o tym, że ludzie są gotowi na cyfryzację usług zdrowotnych – dodaje Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak podkreśla, w Polsce cyfryzacja postępuje we wszystkich obszarach gospodarki, wprowadzane są nowe e-usługi dla obywateli. Również polski system opieki zdrowotnej zmierza w kierunku cyfrowej dojrzałości. W tym zakresie w ostatnich latach poczyniono znaczne postępy. Przykładem jest chociażby powstanie Programu Zintegrowanej Informatyzacji Państwa czy wprowadzenie e-zwolnień czy e-recept.

– W przyszłości cyfryzacja obejmie też inne obszary, szpitale i gabinety lekarskie, a kolejnym etapem tej podróży będzie wprowadzenie elektronicznej dokumentacji medycznej. Podsumowując, sądzę, że Polska jest na dobrej drodze – mówi Reinier Schlatmann. – Zmiany będą mieć wielu beneficjentów, przede wszystkim skorzysta na nich pacjent, który będzie mógł liczyć na wyższą jakość opieki. Ważne, żeby poprawić również warunki pracy personelu medycznego, bowiem od niego w dużej mierze zależy jakość leczenia. Jednocześnie chodzi o utorowanie drogi do lepszych wyników leczenia i – co nie mniej ważne – obniżenia kosztów. Ostatecznie więc wszyscy zaangażowani w sektor opieki zdrowotnej skorzystają na transformacji w kierunku Value Based Care, czyli opieki zdrowotnej opartej na rezultatach.

Jak podkreśla, cyfryzacja jest sprawdzonym sposobem poprawy efektywności w służbie zdrowia, czego dowodzi m.in. przykład Holandii, Szwecji albo Estonii, gdzie chociażby e-recepty są rozwiązaniem stosowanym już od ośmiu lat.

Ze względu na duże przyspieszenie w cyfryzacji publicznej służby zdrowia w tym roku Polska dołączy do globalnego raportu Future Health Index, który pokazuje, jak kraje na całym świecie kształtują przyszłość opieki zdrowotnej.

– Dzięki dołączeniu Polski do Future Health Index będzie można śledzić gotowość kraju do wdrożenia i korzystania z rozwiązań w obszarze e-zdrowia oraz nastawienie do nich społeczeństwa i lekarzy, a także porównać dynamikę zmian z innymi krajami. Myślę też, że będzie to doskonałe źródło informacji na temat m.in. rozwoju digitalizacji służby zdrowia w Polsce – mówi Reinier Schlatmann.

Future Health Index pozwala porównać, jak służba zdrowia w danym kraju dostosowuje się do globalnych trendów i w jakim stopniu wprowadza innowacyjne technologie medyczne. Jednocześnie bada gotowość społeczeństwa i personelu medycznego do korzystania z tego typu rozwiązań. Włączenie do tego raportu Polski pozwoli sprawdzić, jak tutejszy rynek wypada w zestawieniu z innymi krajami i monitorować m.in. stopień cyfryzacji polskiej służby zdrowia.

Według firmy doradczej Deloitte do 2022 roku cyfrowe technologie już niemal całkiem zrewolucjonizują sektor opieki medycznej (raport „A journey towards smart health. The impact of digitalization on patient experience”). Cyfryzacja w służbie zdrowia obejmuje nie tylko zarządzanie zasobami czy przetwarzanie danych administracyjnych – coraz popularniejsze będą e-wizyty lekarskie, telemedycyna i monitorowanie stanu zdrowia za pomocą urządzeń mobilnych. Z badań Deloitte wynika, że 74 proc. pacjentów udziela różnym lekarzom tych samych informacji, a 60 proc. wielokrotnie wykonuje te same testy. Cyfryzacja może usprawnić zarządzanie danymi pacjentów, a – według ekspertów – lekarzom i placówkom docelowo będzie się płacić nie za liczbę wizyt czy wykonanych badań, ale za jakość opieki i jej rezultat.

Ministerstwo Finansów chce wprowadzić Konstytucję Podatkową w II połowie 2020 roku. Ma zmniejszyć liczbę konfliktów między fiskusem a firmami

Ministerstwo Finansów chce wprowadzić Konstytucję Podatkową w II połowie 2020 roku. Ma zmniejszyć liczbę konfliktów między fiskusem a firmami 2

W ciągu najbliższych tygodni projekt nowej ordynacji podatkowej trafi do akceptacji rządu. Prawdopodobnym terminem wejścia w życie nowych przepisów jest druga połowa 2020 roku – mówi wiceminister finansów Filip Świtała. Ordynacja podatkowa ma wprowadzić około 20 nowych rozwiązań, które służą ochronie praw podatnika w jego relacjach z organami skarbowymi. Celem jest zmniejszenie liczby konfliktów między przedsiębiorcami a fiskusem.

Nowa ordynacja podatkowa jest – w naszym zamierzeniu – nowym otwarciem pomiędzy fiskusem a przedsiębiorcami. Wprowadzamy dużo nowych procedur, które będą dla przedsiębiorców przyjazne. Mamy nadzieję, że wprowadzimy również akt budujący większe zaufanie między przedsiębiorcami a KAS. Kończymy w tej chwili uzgodnienia zewnętrzne i w niedługim czasie – być może w ciągu najbliższych tygodni – skierujemy projekt do akceptacji na Komitet Stały Rady Ministrów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Świtała, wiceminister finansów.

Obecnie obowiązująca ordynacja podatkowa liczy już 20 lat i nie nadąża za światowymi i unijnymi standardami w prawie podatkowym. Świadczą o tym również wyroki Trybunału Konstytucyjnego uznające za niezgodne z Konstytucją niektóre obowiązujące przepisy. Dodatkowo, wpływ na jej obecny kształt mają liczne nowelizacje. Na potrzebę zmiany zwracają uwagę eksperci, doradcy podatkowi, przedstawiciele środowiska akademickiego oraz sędziowie.

Projekt nowej ordynacji autorstwa resortu finansów ma przede wszystkim odwrócić model współpracy między administracją a podatnikiem, zmienić go na bardziej elastyczny i przyjazny.

– Chcemy, żeby administracja była bardziej przyjazna, współpracowała z podatnikiem, a nie nakazywała i kontrolowała. Wprowadziliśmy już systemy informatyczne, które znacznie precyzyjniej typują podmioty do kontroli. Przedsiębiorcy już dostrzegli, że kontroli jest mniej, za to są lepiej celowane. W kolejnym etapie chcemy wprowadzić tzw. cooperative compliance, czyli model współpracy między podatnikiem a władzami skarbowymi, która odbywa się na zasadzie: „transparentność w zamian za pewność” – czyli my dajemy pewność, a podatnik jest wobec nas transparentny – mówi Filip Świtała.

W zamierzeniu resortu finansów nowa ordynacja ma być Konstytucją Podatkową, fundamentem całego systemu podatkowego w Polsce. Projekt wprowadza około 20 nowych rozwiązań, które służą ochronie praw podatnika w jego relacjach z organami podatkowymi, oraz instytucji zwiększających skuteczność i efektywność wymiaru i poboru podatków.

– Ograniczymy sytuacje, które z punktu widzenia przedsiębiorców mogą dzisiaj wyglądać na nadużycia. Przykładowo, w zakresie przedawnienia wykluczymy możliwość niekontrolowanego przerywania jego biegu, które powoduje, że za każdym razem to przedawnienie liczy się od nowa – mówi Filip Świtała.

Wśród nowości są między innymi: mediacja podatkowa – procedura rozwiązywania sporów z udziałem osoby trzeciej (mediatora z listy prowadzonej przez MF) i procedura konsultacyjna – inaczej nazywana kontrolą na zamówienie. Podatnik niepewny co do poprawności dokonanych rozliczeń podatkowych będzie mógł się zwrócić do organu podatkowego o skontrolowanie przez organ określonej transakcji.

Wprowadzamy również nową instytucję, tzw. umowy podatkowej, gdzie pewne kontrowersyjne kwestie dotyczące stanu faktycznego, np. zasad wyceny aktywów czy dóbr, które są trudne do wycenienia, będzie można uzgodnić w ramach porozumienia pomiędzy organem podatkowym a podatnikiem, zamiast angażować kilkunastu biegłych – wylicza wiceminister finansów.

Jak informuje, prawdopodobnym terminem wejścia w życie nowej ordynacji podatkowej to 1 stycznia 2020, ale być może będzie to II połowa 2020 roku, jeśli potrzeba będzie więcej czasu na przygotowanie się do zmian dla przedsiębiorców.

– Robimy wszystko, żeby nowa ordynacja podatkowa została uchwalona w trakcie bieżącej kadencji Sejmu – mówi Filip Świtała.

Blisko połowa Polaków czuje się niedoceniana w pracy. To wpływa na wyniki biznesowe firm

Blisko połowa Polaków czuje się niedoceniana w pracy. To wpływa na wyniki biznesowe firm 3

Tylko połowa Polaków słyszy pochwały od swoich szefów. Tymczasem dla zdecydowanej większości pracowników pozytywna atmosfera jest jednym z ważniejszych czynników przy wyborze pracy. Blisko 95 proc. Polaków twierdzi, że dzięki temu pracują efektywniej. Radość w pracy motywuje 82 proc. do osiągania najlepszych wyników. W Polsce oficjalne systemy doceniania ma jednak tylko 39 proc. firm, dla porównania w USA aż 80 proc. organizacji – wynika z „Raportu z ogólnopolskiego badania doceniania 2018”.

– Organizacje nie dostrzegają potencjału tego, że docenianie pracowników za codzienny wysiłek i trud, który wkładają, ma bardzo pozytywny wpływ, m.in. na to, jak oni czują się w pracy, na ich morale i zaangażowanie. Co ważne, chodzi nie tylko o docenianie przez przełożonego, lecz także przez inne osoby, z którymi na co dzień pracujemy. Buduje to zaangażowanie i silniejsze relacje w zespołach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Arkadiusz Poński, twórca i pomysłodawca platformy doceniania pracowników TeamworkBuzz.

Z raportu „Fun at Work 2018” wynika, że u zdecydowanej większości osób (95 proc.) pozytywna atmosfera w pracy przekłada się na większą efektywność, radość w pracy motywuje ponad 80 proc. do osiągania lepszych wyników. Dla 87 proc. Polaków ważna jest kultura organizacyjna i wartości wyznawane przez firmę, a 77 proc. przyznaje, że gdyby w ich pracy nie było radości, zaczęliby szukać innej.

Duża rola spoczywa na pracodawcach – dobra atmosfera i przyjazne relacje na linii pracownik–pracodawca przekładają się na większe zadowolenie z pracy. Według badania HRM dla AmRest docenianie to drugi najważniejszy atrybut pracodawcy. Tylko 53 proc. pracowników czuje, że są doceniani.

– Jeżeli czujemy, że ktoś docenia to, co robimy na co dzień, nasz wysiłek, wkład, to podchodzimy trochę inaczej do tego, jak realizujemy swoje zadania i obowiązki. Dlatego powstają różne narzędzia i sposoby na to, jak usprawnić takie docenianie – wskazuje Arkadiusz Poński.

Przygotowany przez AmRest, Allegro, Preeshare, Employer Branding Institute i HRM Institute „Raport z ogólnopolskiego badania doceniania 2018” wskazuje, że 53 proc. osób regularnie słyszy pochwały od przełożonego, a im dłuższy staż pracy w konkretnej firmie, tym niższe poczucie docenienia – ma je tylko co trzeci pracownik z ponad trzyletnim stażem pracy. W Polsce system doceniania pracowników ma 39 proc. firm. Dla porównania w USA to 80 proc. Dane przytaczane w tym raporcie wskazują, że tylko w 2016 roku amerykańskie firmy wydawały na ten cel łącznie ponad 1 mld dol., ale jest to opłacalne. Organizacje mające system doceniania notują o 27 proc. wyższe przychody, o blisko połowę wyższą realizację wyników sprzedażowych, mają bardziej lojalnych klientów, a pracownicy są o 38 proc. bardziej produktywni.

 Do oceny pracowników firmy wykorzystują różne sposoby. Pochwały można przekazywać wprost, podczas rozmowy z pracownikiem. Może to przyjąć również formę ręcznie napisanej kartki czy e-maila z podziękowaniem. W praktyce jednak często o tym zapominamy lub po prostu nie potrafimy komuś podziękować w zwykłej rozmowie. Stąd uważam, że firmy powinny wspierać się narzędziami, które pozwalają zbudować taką kulturę codziennego doceniania się przez współpracowników, żeby się to stało nawykiem – przekonuje ekspert.

Platforma TeamworkBuzz pozwala docenić i nagrodzić pracowników za dobrze wykonaną pracę. Członkowie zespołów mogą wyrażać uznanie dla współpracowników za pomocą odznak z punktami i krótkim komentarzem, a zbierane punkty mogą być wymieniane na nagrody.

– Chciałem wdrożyć narzędzie i kulturę organizacji, w której docenianie przez współpracowników stanie się codziennością. Narzędzie zostało przyjęte z dużym entuzjazmem i statystyki dotyczące tego, jak jest wykorzystywane, są bardzo pozytywne – wskazuje Arkadiusz Poński. – Wdrożenia w firmie kultury, w której docenianie innych osób staje się codziennością, to długotrwały proces, a takie narzędzia mogą go usprawnić. 

Nowoczesny system zbada emitowane pole elektromagnetyczne. Ułatwi też wprowadzenie w Polsce sieci 5G

Nowoczesny system zbada emitowane pole elektromagnetyczne. Ułatwi też wprowadzenie w Polsce sieci 5G 4

W Polsce normy natężenia pola elektromagnetycznego należą do najniższych w Europie. Bez ich zwiększenia wprowadzenie sieci 5G, mimo zaawansowanej infrastruktury w tym zakresie, staje pod znakiem zapytania. System Informacji o Instalacjach Wytwarzających Pole Elektromagnetyczne (SI2PEM) ma rozwiać wątpliwości, czy stacje telefonii komórkowej przekraczają dopuszczalną w Polsce wartość graniczną pola elektromagnetycznego. Dzięki zaawansowanym algorytmom i modelom matematycznym stworzy symulacje rozkładu wartości pola elektromagnetycznego z dokładnością do jednego metra. Prototyp systemu ruszy w listopadzie, a budowa SI2PEM ma zakończyć się w 2020 roku.

– System monitorujący natężenie pola elektromagnetycznego jest nam potrzebny z wielu względów. Jest potrzebny operatorom po to, żeby łatwiej i bardziej efektywnie mogli planować budowę sieci. Ale jest nam też przede wszystkim potrzebny dla obywateli, którzy oczekują informacji o natężeniu pola elektromagnetycznego, które ich otacza – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji.

W Polsce normy dopuszczalnego poziomu natężenia pola elektromagnetycznego ze stacji bazowych, w tym np. telefonii komórkowej, należą do najostrzejszych na świecie. Tym samym jesteśmy jednym z trzech krajów unijnych o stukrotnie niższych normach niż pozostałe kraje UE. Choć nie ma jednoznacznych dowodów na szkodliwość promieniowania elektromagnetycznego, wciąż u części osób budzi spore obawy. Według Światowej Organizacji Zdrowia pole elektromagnetyczne jest jednak mniej szkodliwe niż kawa, aloes czy talk dla dzieci. Ogólnopolski system SI2PEM ma rozwiać wątpliwości.

– System SI2PEM, który zaczynamy budować, będzie dawał wszystkim jasną, klarowną, spójną informację o istniejących wartościach natężenia pola elektromagnetycznego w środowisku. Dane będą pochodziły zarówno od operatorów, którzy przedstawiają sprawozdania z badań do działów ochrony środowiska, jak i z prowadzonych symulacji ciągłych rozkładów natężenia pola elektromagnetycznego – tłumaczy Rafał Pawlak z Instytutu Łączności w Warszawie.

Dzięki zaawansowanym algorytmom i modelom matematycznym system będzie dokładnie analizował informacje pochodzące od operatorów telekomunikacyjnych, z akredytowanych laboratoriów przeprowadzających pomiary, Głównej Inspekcji Ochrony Środowiska i baz Urzędu Komunikacji Elektronicznej. W tym momencie w systemie gromadzonych jest 141 tys. wyników z 5,4 tys. stacji bazowych sieci komórkowych. Na tej podstawie system stworzy symulacje rozkładu wartości pola elektromagnetycznego z dokładnością do jednego metra, te zaś zostaną naniesione na mapy.

Docelowo każdy będzie miał możliwość sprawdzenia, w jakim miejscu z jakim natężeniem emitowane jest pole elektromagnetyczne.

– Będzie to w pełni darmowy system internetowy, składający się z dwóch modułów. Pierwszy moduł będzie prezentował na mapach wyniki pomiarów przedstawianych w sprawozdaniach z badań pól elektromagnetycznych do wydziałów ochrony środowiska. Drugi to moduł symulacji, gdzie na podstawie zaawansowanych metod analizy matematycznej będziemy w stanie wyznaczać pewne wartości rozkładu natężenia pól w środowisku w zasadzie w dowolnie wybranym miejscu na terenie Polski – twierdzi Rafał Pawlak.

Według szacunków w ciągu kilku lat średnie zużycie danych w Polsce wyniesie 81 GB miesięcznie na jednego użytkownika. Dla porównania w 2017 roku było to tylko 3,5 GB. Już teraz Instytut Łączności ostrzega, że w ciągu kilkunastu miesięcy na niektórych obszarach może dojść do maksymalnego wykorzystania pojemności sieci. Dlatego budowa sieci 5G jest koniecznością. Pod względem infrastruktury Polska jest w europejskiej czołówce. Dzięki uruchomieniu systemu SI2PEM budowa sieci może być ułatwiona, bo zmniejszy się opór społeczeństwa.

– System rusza w tej chwili, czas trwania projektu to 18 miesięcy, więc uruchomienie wersji produkcyjnej planujemy na sierpień 2020 roku – zapowiada Rafał Pawlak.

Budowa systemu będzie kosztować 11,2 mln zł. Umowę na finansowanie budowy podpisały 12 marca Instytut Łączności i Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Ponad połowa uczniów zgłasza problemy z matematyką. Winne są wadliwe metody nauczania

Ponad połowa uczniów zgłasza problemy z matematyką. Winne są wadliwe metody nauczania 5

Polscy uczniowie mają z matematyką duże problemy, a w ocenie NIK winny jest wadliwy proces nauczania. – Nauczyciele są mocno przyzwyczajeni do tego, żeby uczyć dokładnie tak, jak oni byli uczeni. Widać bardzo niewielką chęć do zmiany albo wzbogacenia metod nauczania – wskazuje Marcin Karpiński, wykładowca dydaktyki matematyki. Z analiz NIK wynika też, że przed rozpoczęciem szkolnej edukacji więcej niż połowa polskich dzieci wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki. Po kilku miesiącach nauki w szkole większość zatraca jednak swoje zdolności. 

Jakość nauczania matematyki jest w Polsce zróżnicowana. Mamy nauczycieli przygotowanych lepiej albo gorzej oraz takich, którzy są zmęczeni zawodem i właściwie nie są skłonni do tego, żeby zmieniać swoje metody nauczania. Fakt, że wszyscy nauczyciele matematyki są po wyższych studiach matematycznych z magisterium nic nie pomaga, bo to nie przesądza o tym, czy jest się dobrym nauczycielem i czy stosuje się odpowiednie metody nauczania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Karpiński, wykładowca dydaktyki matematyki w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak ocenia, nauczyciele tego przedmiotu wykazują bardzo niewielką chęć do zmiany swoich metod nauczania. Potwierdzają to dane NIK, z których wynika, że w 85 proc. szkół nauczyciele – choć mieli takie prawo – nie skorzystali z możliwości opracowania własnych programów nauczania. Korzystali wyłącznie z programu zaproponowanego w podręcznikach przez wydawnictwa oświatowe.

Ta dziedzina jest wyjątkowo oporna na wprowadzanie metod nauczania innych niż przed laty. Nauczyciele są mocno przyzwyczajeni do tego, żeby uczyć dokładnie tak, jak oni byli uczeni. Ponieważ oni sami świetnie się matematyki nauczyli, to uznają, że to są dobre metody. Zapominają, że one były dobre dla nich, a niekoniecznie dla ich kolegów, którzy nie wybrali zawodu nauczyciela matematyki – mówi Marcin Karpiński.

Dane z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej pokazują, że polscy uczniowie mają z matematyką większe problemy niż z innymi przedmiotami. Również w badaniach NIK 56 proc. uczniów oceniło, że tempo pracy na lekcji jest dla nich nieodpowiednie i nie nadążają ze zrozumieniem materiału, a 57 proc. uczniów zgłaszało rodzicom trudności ze zrozumieniem matematyki. W ocenie NIK główną przyczyną niepowodzeń uczniów jest wadliwy proces nauczania tego przedmiotu. Mimo że poziom uczniów jest zróżnicowany, klasy nie są dzielone na grupy pod względem umiejętności i wiedzy, podobnie jak ma to miejsce np. w przypadku nauki języków obcych.

– Matematyka skłania do tego, żeby ograniczyć nauczanie tylko do rozwiązywania kolejnych zadań. Często lekcje różnią się od siebie głównie tym, że zmieniają się zadania do rozwiązania. Poza tym one wyglądają identycznie, wobec czego uczeń nie ma żadnej motywacji i nie wkłada w to żadnych emocji. Jeśli lubi matematykę, to rozwiązuje, a jeśli nie rozumie, to nie robi nic. Nauczyciele najczęściej sądzą, że to uczniowie są słabi, a nie ich metody nauczania. Oczywiście są nauczyciele, którzy robią to świetnie, angażują uczniów, powodują, że wielu z nich interesuje się matematyką. Ale patrząc na stan ogólny, sposób nauczania matematyki w Polsce jest poniżej przeciętnego europejskiego poziomu – mówi Marcin Karpiński.

Z opinii przygotowanej na zlecenie NIK wynika, że przed rozpoczęciem szkolnej edukacji więcej niż połowa polskich dzieci wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki. Co czwarte jest wysoce uzdolnione w tym kierunku. Po kilku miesiącach nauki w szkole większość dzieci jednak stopniowo zatraca swoje zdolności, czego powodem jest spychanie ich do poziomu przeciętnych uczniów. W kolejnych latach szkolnej edukacji ten proces się pogłębia i w efekcie tylko 2–3 uczniów na klasę wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi. U pozostałych narastające zaległości zastępują początkową fascynację dziecka szkołą i przeradzają się w niezadowolenie, frustrację i na długo zakorzenioną niechęć do matematyki.

– Trudno jest nauczać matematyki w klasach 1–3. Tym, co nauczyciele zwykle chcą tam umieścić, jest matematyka dość techniczna, oparta na pewnych prostych umiejętnościach algorytmicznych. Na koniec trzeciej klasy oczekują, że uczniowie powinni znać właściwie tylko tabliczkę mnożenie. Tymczasem tam są jeszcze olbrzymie obszary związane z geometrią, wyobraźnią geometryczną, przestrzenną, mimo że w podstawie nie ma tego zbyt wiele. To są podwaliny pod naukę matematyki w kolejnych latach, których brakuje – podkreśla Marcin Karpiński.

Jak podkreśla, matematyka powinna odgrywać ważną rolę nie tylko w edukacji, lecz także w przygotowaniu do życia zawodowego. Specyficzne umiejętności matematyczne są potrzebne w wielu zawodach, jednak metodyka nauczania w tej chwili tego nie uwzględnia.

W bardzo wielu zawodach – agenta ubezpieczeniowego, robotnika na taśmie w fabryce samochodów czy pielęgniarki – potrzebna jest matematyka, ale specyficzna. Wymagane są umiejętności związane z głębszym rozumieniem prostych zagadnień matematycznych, a nie rozwiązywaniem równań. Niestety, ćwiczy się akurat tę drugą część – mówi Marcin Karpiński. – Przykładowo pielęgniarka potrzebuje metody, która nazywa się rozumowaniem proporcjonalnym. Jeżeli ma przeliczyć odpowiednią dawkę leku, potrzebuje tego rozumowania na poziomie w miarę prostym, ale głębszym niż zwykle uczy się tego w szkole.

Inteligentne obroże dla zwierząt nie tylko wskażą lokalizację pupila, ale uspokoją go oraz przypomną o wizycie u weterynarza. Dzięki sztucznej inteligencji mogą wykryć też chorobę

Inteligentne obroże dla zwierząt nie tylko wskażą lokalizację pupila, ale uspokoją go oraz przypomną o wizycie u weterynarza. Dzięki sztucznej inteligencji mogą wykryć też chorobę 6

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń do śledzenia, sprawdzania lokalizacji i bezpieczeństwa psów i kotów. To nie tylko obroże z wbudowanym czujnikiem GPS, ale specjalne tropiciele, które śledzą i zapamiętują lokalizację czworonożnego przyjaciela, a dane przechowują przez rok. Sprawdzają też aktywność pupila, przypominają o wizycie u weterynarza, nagrywają i monitorują każdy ruch, a przy okazji mogą też wykryć choroby zwyrodnieniowe  stawów. Sztuczna inteligencja sprawdza sposób chodzenia, monitoruje podstawowe parametry życiowe i ostrzega właściciela, gdy ze zwierzęciem dzieje się coś niepokojącego.

– Pet Tracker to lokalizator GPS dla zwierząt domowych – psów i kotów. Lokalizacja odbywa się za pomocą sygnału GPS i sieci WiFi. Korzystamy z sieci LPWAN o niskim poborze mocy, aby przesyłać informacje do naszej platformy back-end i wyświetlać je na smartfonie użytkownika. Bazujemy na sygnale GPS, Wi-Fi i Bluetooth, jeśli odległość od smartfona jest niewielka – mówi agencji Newseria Innowacje Serge Renouard, prezes zarządu firmy Invoxia, produkującej obroże Pet Tracker.

Rynek gadżetów dla psów i kotów jest coraz większy, a producenci prześcigają się w pomysłowości. Psom można sprawić specjalne karuzele, do złudzenia przypominające te dla chomików, które zadbają o kondycję czworonoga, a przy okazji odciążą właściciela od konieczności spacerów. Mini  bieżnia sprawdzi się w rehabilitacji, a specjalne piłeczki do gryzienia sprawdzą stan uzębienia.

To nowe technologie odkrywają jednak nowe możliwości w zakresie pilnowania czworonogów. Właściciele mogą wyposażyć zwierzę w obrożę z lokalizatorem, która sprawdzi miejsce, w którym przebywa pies, czy ostrzeże jeśli przekroczy określoną przez właściciela „granicę bezpieczeństwa”. Na rynku są też małe znaczniki GPS z unikalnym kodem QR.  Skanując ten kod, każdy, kto znajdzie psa, zostanie skierowany na specjalną stronę internetową zawierającą szczegółowe informacje na temat zwierzaka i jego właściciela. Z kolei urządzenia w kształcie cienkiej płytki przymocowanej do obroży psa zawiera kod QR ze wszystkimi  informacjami na temat czworonoga –  od kontaktów właściciela do dokumentacji medycznej.

Niektóre urządzenia idą jednak o krok dalej, sprawdzają aktywność zwierzęcia, sposób poruszania, obliczają czy stosunek odpoczynku do aktywności fizycznej jest odpowiedni. Badają też podstawowe parametry życiowe. Obroża Pet Tracker ostrzeże także właściciela, gdy ze zwierzęciem będzie działo się coś złego – dzięki sztucznej inteligencji ocenia sposób chodzenia i biegania, a porównując zebrane dane z wzorami będzie w stanie wykryć anomalie.

– Monitorowanie aktywności działa na podstawie sieci neuronowej, czyli sztucznej inteligencji, w celu identyfikacji określonych wzorców zachowań zwierząt domowych – kotów i psów – tłumaczy ekspert.

Obroża pomaga śledzić psa poprzez odbiór i pomiar GPS, śledzić zapisy weterynaryjne, monitorować temperaturę i śledzić wszystkie rodzaje aktywności psa podczas nieobecności właściciela. Z obrożą można się łatwo połączyć za pomocą smartfona. Nowoczesne urządzenia pomagają też uspokoić zwierzę jeśli jest rozdrażnione lub przestraszone.

– Oprócz samej lokalizacji, urządzenie pozwala też na monitorowanie aktywności zwierząt, dzięki któremu możemy rejestrować określone zachowania psów i kotów, jesteśmy również w stanie monitorować jakość ich snu, co pozwala na uniknięcie niektórych chorób. Jeśli lokalizator zarejestruje zmniejszoną aktywność psa, może to sugerować początki choroby zwyrodnieniowej stawów. W takim przypadku należy udać się do weterynarza – tłumaczy Serge Renouard.

Urządzenie jest już dostępne na rynku w cenie 99 euro. Według Grand View Research, rynek lokalizatorów GPS dla zwierząt w najbliższych latach będzie rozwijać się w tempie niemal 15 proc. średniorocznie.

Aviva prezentuje wyniki za 2018 r.

Zysk operacyjny według IFRS n  Zysk operacyjny grupy Aviva w Polsce według międzynarodowych standardów sprawozdawczości finansowej wyniósł 956 mln zł, co oznacza wzrost o 8% w stosunku do 2017 r. (889 mln zł).
Wartość nowego biznesu n  Wartość nowego biznesu w ubezpieczeniach na życie według dyrektywy Wypłacalność II wyniosła 279 mln zł i była porównywalna do 2017 r. (276 mln zł).
Wskaźnik zespolony (COR) n  Wskaźnik zespolony w ubezpieczeniach majątkowych i pozostałych osobowych (COR) wyniósł 87,0% i pogorszył się o 0,3 punktu proc. (86,7% w 2017 r).

Mocny, 8% wzrost zysku operacyjnego grupy w 2018 roku to synteza osiągnięć spółek Avivy w Polsce i na Litwie, towarzystw Santander Aviva oraz Expandera.

Wyzwaniem dla branży jest negatywny sentyment na rynku ubezpieczeń na życie, głównie wobec produktów o profilu inwestycyjnym. W tych warunkach poradziliśmy sobie całkiem dobrze, bo koncentrujemy się na polisach indywidualnych i grupowych z dużym zakresem ochrony i mamy silną, własną sieć dystrybucji. Utrzymaliśmy wartość nowego biznesu i lekko zwiększyliśmy składkę brutto, która przekroczyła 1,9 mld zł w 2018 roku. Pracujemy jednocześnie nad nowym ubezpieczeniem ochronnym na życie i zdrowie, w którym część inwestycyjna będzie opcjonalna. Naszym zdaniem takie właśnie przejrzyste produkty, uwzględniające zmianę oczekiwań i stylu życia klientów, mogą ożywić rynek.

Pozytywny efekt powinien też przynieść program Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Finalizujemy naszą propozycję, którą przedstawimy po rejestracji na Portalu PPK, a także dzielimy się ekspercką wiedzą z pracodawcami. Ofertę PPK wprowadzi nasze TFI, a za dystrybucję będą odpowiadać regionalni menedżerowie PPK i agenci sprzedający ubezpieczenia grupowe. Chcemy odciążyć pracodawców od formalności, wykorzystując do tego m. in. serwis MojaAviva.

W ubezpieczeniach majątkowych utrzymujemy poziom składki, ale zmieniamy jej strukturę w kierunku ubezpieczeń mieszkaniowych oraz gospodarczych. Składka z ubezpieczeń gospodarczych (dla firm) w skali roku przekroczyła 100 mln zł, również dzięki wprowadzeniu linii ubezpieczeń OC dla firm. Efektywnie sprzedajemy ubezpieczenia komunikacyjne i mieszkaniowe w kanale direct, czyli przez telefon i internet. Mamy jeden z najlepszych na rynku wskaźnik COR, pokazujący rentowność portefa ubezpieczeń majątkowych – na poziomie 87% (liczony razem dla Avivy i Santander Aviva).

Zaczynają procentować nasze inwestycje w rozwój serwisu dla klientów MojaAviva i innych narzędzi cyfrowych. W zeszłym roku z MojejAvivy skorzystało 330 tys. klientów, w tym może ich być już 500 tys. Klienci coraz częściej tam właśnie kupują i odnawiają polisy podróżne, samochodowe i mieszkaniowe, płacą składki, aktualizują dane, zmieniają fundusze. Niedawno wprowadziliśmy platformę umożliwiającą zgłaszanie online i samolikwidację szkód z AC oraz szybką ścieżkę wypłaty niektórych świadczeń z polis życiowych. Pracujemy nad kolejnymi funkcjonalnościami MojejAvivy, np. nad formularzem ubezpieczenia samochodu, który nie wymaga wpisywania danych pojazdu.
W połowie roku planujemy też wprowadzenie innowacyjnego ubezpieczenia dla kierowców.

W zeszłym roku Aviva i Santander Aviva wypłaciły łącznie 331 mln zł świadczeń z ubezpieczeń życiowych oraz 192 mln zł odszkodowań z polis majątkowych. Zwykle jest to największa pomoc finansowa dla klientów w trudnych sytuacjach – i taka właśnie jest rola ubezpieczeń.

Badamy poziom satysfakcji naszych klientów, prosząc ich o wypełnienie ankiet po kontakcie z nami. W zeszłym roku dostaliśmy 66 tysięcy odpowiedzi. 83% ankietowanych wskazało, że jest zadowolonych z produktów i usług Avivy, a ponad połowa podzieliła się dodatkowymi komentarzami.

Spółki Santander Aviva rozwijają zintegrowany dostęp do produktów bankowych i ubezpieczeniowych w systemie transkacyjnym Santander Bank Polska. Klienci mogą tam znaleźć informacje o posiadanych polisach i ubezpieczyć swoje mieszkanie lub dom. W zeszłym roku Santander Aviva sprzedało w ten sposób 20% polis mieszkaniowych.

Expander bardzo dobrze wykorzystał koniunkturę na rynku kredytowym, zwiększając zysk operacyjny o 32% w stosunku do roku 2017.”

Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA

Wyniki finansowe (wstępne dane nieaudytowane, w mln zł)

2018

 

 

2017

Składka przypisana brutto  

1 912

1 879
Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto 1 308 1 416
Koszty działalności ubezpieczeniowej 391 377
Wynik techniczny 577 630
Wynik finansowy brutto 698 687
Wynik finansowy netto 588 570
     

Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń Ogólnych SA

Wyniki finansowe (wstępne dane nieaudytowane, w mln zł)  

 

 2018

 

 

2017

Składka przypisana brutto
443
443
Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto 193 236
Koszty działalności ubezpieczeniowej 163 140
Wynik techniczny 27 46
Wynik finansowy brutto 32 55
Wynik finansowy netto 25 44

Santander Aviva Towarzystwa Ubezpieczeń (łącznie)

Wyniki finansowe (wstępne dane nieaudytowane, w mln zł)  

 

 2018

 

 

2017

Składka przypisana brutto
408
430
Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto 158 226
Koszty działalności ubezpieczeniowej 169 158
Wynik techniczny 146 151
Wynik finansowy brutto 152 154
Wynik finansowy netto 120 124

Łukasz Białek: Nierentowne kopalnie należy zamknąć, a ludzi przekwalifikować

Łukasz Białek, ekonomista i analityk gospodarczy
Łukasz Białek, ekonomista i analityk gospodarczy

Sektor wydobycia węgla kamiennego co jakiś czas informuje o wielomilionowych zyskach. Jednak prawda jest taka, że żyje z nieustannego wsparcia budżetowego. Tylko w ubiegłym roku podatnicy dorzucili górnikom kilka mld zł. Nie oznacza to, że mamy zamknąć wszystkie kopalnie. Trzeba postawić tylko na te, które są rentowne. I oczywiście nie można zostawiać pracowników na lodzie. Wszyscy wiedzą, że kopalnictwo jest w opłakanym stanie, ale od lat politycy nie chcą zmienić tego stanu rzeczy. W tym sektorze łatwo jest zatrudnić krewnych i znajomych. Efekt to zapaść, brak inwestycji, spadek wydobycia i wzrost importu. Można ten stan zmienić, ale w tej kwestii brakuje odważnych decyzji. O problemach górnictwa mówi Łukasz Białek, ekonomista i analityk gospodarczy.

Czy wobec wszystkich wad górnictwa należy likwidować kopalnie węgla kamiennego?

Łukasz Białek: Na takie pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, choć wielu chciałoby, żeby właśnie tak było. Jeśli kopalnie są rentowne, jak np. lubelska Bogdanka, to nie ma powodu do ich zamykania. W przypadku zakładów przynoszących straty, najpierw należy się zastanowić, czy możliwe są działania restrukturyzacyjne, w krótkim czasie prowadzące do zyskowności i opłacalności wydobycia. Jedno jest pewne – górnictwo węgla kamiennego w Polsce nie jest dochodowe, ponieważ wciąż, rok po roku musimy do niego dopłacać i to całkiem sporo. Decyzje o losie poszczególnych kopalń czy całej branży powinno się podjąć w ciągu najbliższych dwóch lat. To musi być męska decyzja, ale szczególnie politykom brakuje tutaj odwagi.

Dobry zespół fachowców i szybkie decyzje wystarczyłyby do tego, żeby naprawić branżę. A jednak do tej pory tak się nie stało. Dlaczego?

Łukasz Białek: Oczywiście łatwo się mówi, ale trudniej jest to zrobić. Wyraźnie widzimy, że przez ostatnie lata nie było woli politycznej. Decyzje i problemy odkłada się na później, zmuszając koncerny energetyczne do przejęcia części zakładów wydobywczych, w dużej mierze nierentownych. I z pewnością to nie są działania biznesowe, tylko stricte księgowe i pokazowe. Służą ukryciu różnego rodzaju deficytów i złych wyników tych podmiotów. Powstały molochy o skomplikowanej sieci relacji i powiązań, co w efekcie uniemożliwia ocenę ich kondycji i źródeł generujących straty. Konsekwentnie utrudnia to podejmowanie poważnych decyzji strategicznych. Powstał nieprzejrzysty system niezgodny z duchem przedsiębiorczości.

W takim razie zamknijmy wszystko?

Łukasz Białek: Łatwo tak powiedzieć lub zostawić wszystko bez zmian i przez kolejne dekady dopłacać do kopalń, jak to czynimy od wielu lat. W obu przypadkach będą to decyzje nieodpowiedzialne. Po pierwsze, możemy postawić na zakłady wydobywcze zautomatyzowane, bezpieczne, bez pionowych szybów. Tego typu kopalnie powstają w Chinach czy w Japonii. A my nie korzystamy z takich rozwiązań. Warto zaznaczyć, że w latach 1990-2016 dopłaciliśmy do górnictwa nawet 230 mld zł. Czyli ok. 8,5 mld zł rocznie. I wciąż wydajemy krocie. Te subwencje rosną z roku na rok, a spowodowane są trwałą nierentownością tych zakładów. Nawet jeśli okresowo wykazują one wielomilionowe zyski, to nie uwzględnia się w wynikach ukrytych dopłat, np. na emerytury górnicze.

Jakie są inne przyczyny wysokich kosztów górnictwa?

Łukasz Białek: Wiadomo, że wysokie koszty wynikają m.in. z przywilejów górniczych i związkowych, tj. dwóch dodatkowych nagród jubileuszowych czy skróconego do 6 godzin czasu pracy bez obniżenia pensji. To także wczesne i dobrze płatne emerytury, związane z nimi odprawy, zasiłki dla rodzin, wyprawki dla dzieci, a nawet bezpłatne bilety kolejowe na przejazdy urlopowe. Dodatkowo absurdalnie wysokie wynagrodzenia nijak się mają do wyników i rentowności, a patrząc z punktu widzenia biznesowego, wygląda to mało racjonalnie. Co więcej, ze specjalnych uprawnień korzystają często także pracownicy naziemni. Branża pozostaje nierentowna od kilkudziesięciu lat m.in. ze względu na takie patologie.

Jak na kraj, który węglem stoi, nie wygląda to różowo?

Warto podać przykład Rosji, gdzie wydobycie węgla jest tańsze niż u nas. Wynika to m.in. z tego, że 70 proc. zakładów to kopalnie odkrywkowe, w których surowce znajdują się płytko. Ponadto praca jest tam bardziej wydajna, a górnicy zarabiają o połowę mniej niż nasi. W Polsce ponad 50 proc. kosztów stałych wiąże się z utrzymaniem pracownika. Według Agencji Rozwoju Przemysłu, przy cenach tony surowca na poziomie 60 dol. wydajność pracy na jednego górnika w ciągu roku powinna wynieść 1 tys. ton wydobytego węgla. Jednak, jak wskazują analizy, obecnie jest ona na poziomie ok. 700 ton. W Rosji statystyczny pracownik wydobywa 2,3 tys. ton węgla rocznie. Natomiast w USA czy w Australii to średnio aż 10 tys. ton rocznie. Przy takich różnicach nigdy nie będziemy konkurencyjni.

Czy w takim razie pomogłaby reforma? Promujemy kopalnie rentowne, zamykamy te mało opłacalne? Pana zdaniem, politycy baliby się protestów górników?

Łukasz Białek: Politycy wcale nie obawiają się zmian, a taka sytuacja jest im raczej na rękę. Zasłanianie się strachem przed potencjalnym przyjazdem protestujących górników to blef. Branża daje ogromne możliwości zatrudniania członków rodzin i swoich ludzi. Z tego korzystali i korzystają działacze niezależnie od poglądów czy przynależności partyjnej. W samej Kompanii Węglowej istnieje ponad 160 organizacji związkowych, a poziom uzwiązkowienia przekracza 100%. Oficjalnie koszt ich utrzymania wynosi 25 mln zł rocznie. Dlatego nikomu nie zależy na reformach, wszyscy pragną utrzymania status quo. Sensowne próby likwidacji nierentownych zakładów, proponowane w przeszłości np. przez  Janusza Steinhoffa i Jerzego Buzka, właśnie z tego powodu zostały storpedowane. Problem jest wyłącznie polityczny. Gdyby kopalnie były w prywatnych rękach, już dawno znalazłyby zagranicznych inwestorów zdolnych do przeprowadzenia restrukturyzacji. Dzisiaj utrzymuje się nienormalny stan rzeczy.

Ale pracownicy firm wydobywczych utrzymują, że są fundamentem gospodarki i należą im się specjalne świadczenia. Mają rację?

Łukasz Białek: Tak było kiedyś, ale czasy się zmieniły. 16 milionów podatników składa się na około 80 tys. górników, pozostających w zdecydowanie lepszej sytuacji finansowej od większości społeczeństwa. A ci przy tym pracują w branży nierentownej od dziesiątek lat, często posługującej się kreatywną księgowością przy publikacji danych. W 2018 roku zarabiali przeciętnie ponad 6 tys. zł, a cała reszta zatrudnionych w innych sektorach miała mniej. Nie wspominając o tym, że zwykli pracownicy nie mogą liczyć na sowitą emeryturę, mając ok. 40 lat. I nie chodzi tutaj o to, aby tym ciężko pracującym górnikom, którzy narażają życie, cokolwiek zabierać. Konieczne jest zdywersyfikowanie poziomów zarobków. W tej chwili system jest nieefektywny. Wróćmy jednak do danych o państwowym wsparciu dla branży wydobywczej. Czyje to pieniądze? Wyłącznie podatników, a więc w założeniu dobro wspólne.

Jak na potencjalne decyzje o likwidacji górnictwa wpływa niechęć Komisji Europejskiej do stosowania tego wysokoemisyjnego surowca?

Łukasz Białek: Ta niechęć wynika nie tylko z kwestii przeciwdziałania zmianom klimatycznym, choć jest ważnym elementem. Ale w głównej mierze wiąże się z wyczerpywaniem zasobów i w konsekwencji nieopłacalności wydobycia. Widać to też w naszym kraju. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że wydobycie węgla kamiennego cały czas spada, rośnie import, także na potrzeby koncernów energetycznych, które po przejęciu części kopalń miały się usamodzielnić. I nic z tego nie wyszło.

Co mamy robić? Zamknąć wszystko i wyrzucić pracowników na bruk?

To nie jest do zrobienia. Z jednej strony nie da się zamknąć kopalń z dnia na dzień, a z drugiej – obecna sytuacja jest na rękę politykom. Powinniśmy zmienić ten stan, jednak gwałtowne ruchy lub rewolucje nie są wskazane. Należy działać ewolucyjnie. Trzeba rozwijać odnawialne źródła energii. Błędem było zahamowanie inwestycji w takie instalacje przez rząd, chociaż to się zmienia. Powinniśmy myśleć długofalowo, bo z upływem czasu dotrzemy do granicy głębokości wydobycia, a produkcja węgla będzie jeszcze bardziej spadać. Jeśli w tym czasie nie zapewnimy alternatywnych rozwiązań, będziemy zmuszeni do stałego importu. Dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy dążyć do pełnej dywersyfikacji na tym rynku, tj. stawiać elektrownie atomowe, słoneczne, wiatrowe i gazowe, a tam gdzie to uzasadnione ekonomicznie – także węglowe.

Brzmi to dobrze, ale co z górnikami? Niezależnie od ich roszczeniowości mogą po prostu wylądować na bruku.

Łukasz Białek: Bez względu na podejście rządu, zmiany w energetyce będą postępować. Nie chodzi o to, by kogokolwiek zostawiać bez pracy, ale by zapewnić mu alternatywę. Kończą się możliwości schodzenia w głąb z wydobyciem, a to kiepska perspektywa dla młodych pracowników. Potrzebny jest szybki przegląd kondycji kopalń i podjęcie decyzji, ile sobie dobrze radzi, jak wiele można zrestrukturyzować, a ile trzeba finalnie zamknąć. Ważny będzie też sposób przekazania takich informacji pracownikom i zaproponowanie im w zamian sensownych rozwiązań. Może to być pełna pomoc państwa w zdobyciu nowych, przydatnych kwalifikacji zawodowych, np. w sektorze odnawialnych źródeł energii, a także wsparcie kompetencyjne czy psychologiczne. Należy im i ich rodzinom dać poczucie bezpieczeństwa. Tylko wtedy ta cała operacja miałaby sens i jakiekolwiek uzasadnienie finansowe.

Bank Pekao podpisał porozumienie o współpracy z PolChambers

Bank Pekao S.A. będzie oferował swoje usługi doradztwa oraz finansowania ponad pięciu tysiącom firm zrzeszonych w izbach należących do Stowarzyszenia Polskich Izb Handlowych za Granicą (PolChambers).

Współpraca wpisuje się w naszą strategię budowy polskiego banku międzynarodowego, który będzie wspierał przedsiębiorców w kraju, ale także pomagał im realizować ambicje rozwoju za granicą. Dzięki porozumieniu, zyskujemy łatwiejszy dostęp do firm działających na całym świecie i możliwość oferowania im naszych usług – powiedział Tomasz Styczyński, wiceprezes zarządu Banku Pekao odpowiedzialny za pion bankowości korporacyjnej.

To kolejny krok Banku Pekao (po otwarciu swojego pierwszego zagranicznego przedstawicielstwa w Londynie w zeszłym roku) w kierunku wspierania ekspansji zagranicznej polskich firm. Porozumienie pozwoli firmom zrzeszonym w izbach na pięciu kontynentach uzyskać dostęp do szerokiej oferty banku, w tym m.in. specjalnej oferty finansowania eksportu polskich firm z gwarancjami KUKE.

Od wielu lat izby aktywnie wspierają polski biznes za granicą, a teraz, dzięki porozumieniu, nasze firmy będą miały łatwiejszy dostęp do informacji, doradztwa i finasowania swoich planów rozwojowych – powiedziała Hanna Stypułkowska Goutierre, prezes PolChambers.

Koszty finansowania dłużnego – rozbieżności w orzecznictwie sądowym oraz administracyjnym

Ustawą z dnia 27 października 2017 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne nastąpiła nowelizacja przepisów ograniczających m.in. wysokość odsetek od pożyczek zaliczanych do kosztów uzyskania przychodów. Wprowadzenie zmian jest pokłosiem implementacji dyrektywy Rady (EU) 2016/1164 z dnia 12 lipca 2016 r. ustanawiającej przepisy mające na celu przeciwdziałanie praktykom unikania opodatkowania, które mają bezpośredni wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego (dyrektywa ATAD). W związku z tym prawodawca dokonał modyfikacji przepisów o niedostatecznej kapitalizacji (ang. thin cap).

Limit w zaliczaniu odsetek do kosztów podatkowych

W konsekwencji w 2018 r. do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych dodana została regulacja, która spowodowała ograniczenie możliwości odliczenia od przychodu kosztów finansowania dłużnego. Koszty te posiadają w ustawie definicję legalną, zgodnie z którą obejmują one koszty związane z uzyskaniem od innych podmiotów, w tym od podmiotów niepowiązanych, środków finansowych. Koszty finansowania dłużnego obejmują również wydatki związane z korzystaniem z tych środków. Chodzi tutaj zwłaszcza o odsetki, w tym skapitalizowane lub ujęte w wartości początkowej środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej, opłaty, prowizje, premie, część odsetkową raty leasingowej, kary i opłaty za opóźnienie w zapłacie zobowiązań.

Ograniczenie, o którym mowa powyżej, polega na obowiązku wyłączenia kosztów uzyskania przychodów – „kosztów finansowania dłużnego w części, w jakiej nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% kwoty odpowiadającej nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonej o przychody o charakterze odsetkowym nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych oraz kosztów finansowania dłużnego nieuwzględnionych w wartości początkowej środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej”.

W uproszczeniu podatnicy obowiązani są wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty finansowania dłużnego w części, w jakiej nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% podatkowej EBITDA (zysk netto przed opodatkowaniem, odsetkami i amortyzacją).

Powyższe ograniczenie nie ma jednak zastosowania do nadwyżki kosztów finansowania dłużnego w części nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 3 mln zł.

Rozbieżności w orzecznictwie

Właśnie na gruncie ww. wielkości w zakresie limitowania kwot, które mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych, pomiędzy podatnikami a organami podatkowymi powstał spór. Jego istotę wyznacza następujące zagadnienie: czy limit 30% należy zastosować do całości nadwyżki kosztów finansowania dłużnego nad przychodami odsetkowymi, czy też limit ten stosuje się tylko do części nadwyżki, która przekracza 3 mln zł?

Pierwsze stanowisko reprezentowane jest przez organy podatkowe, drugie zaś przez podatników oraz sądy administracyjne.

Organy podatkowe, uzasadniając swoją konkluzję, wskazują, że podatnicy zobowiązani są wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów część kosztów finansowania dłużnego, jeżeli zostaną spełnione dwa warunki:

  • wyłączenie ma miejsce tylko wówczas, gdy nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przekracza w roku podatkowym kwotę 3 mln zł;
  • wyłączenie z kosztów uzyskania ma miejsce, jeżeli kwota nadwyżki kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% wyniku EBITDA.

Mając to na uwadze, 30% EBITDA wyznacza limit nadwyżki kosztów finansowania dłużnego nad odpowiadającymi rodzajowo tym kosztom przychodami. Dla przykładu, jeżeli 30% EBITDA odpowiada kwocie 4,5 mln zł, to każde przekroczenie wartości nadwyżki kosztów finansowania ponad tę kwotę powoduje obowiązek wyłączenia wartości odpowiadającej temu przekroczeniu z kosztów uzyskania przychodów. Jeżeli zaś 30% EBITDA jest niższe niż 3 mln zł, to ewentualna nadwyżka kosztów finansowania dłużnego nad odpowiadającymi rodzajowo tym kosztom przychodami do wysokości 3 mln zł podlega zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów.

Stanowisko podatników oraz sądów administracyjnych jest natomiast odmienne i jednocześnie korzystniejsze dla rozliczeń podatkowych osób prawnych. W wyrokach o sygn. akt I SA/Po 699/18 oraz I SA/WR 833/18 stwierdzono, że gdy u danego podatnika nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przekracza 3 mln zł, to wskaźnik obliczony na podstawie EBITDA należy stosować dopiero do nadwyżki ponad wspomnianą kwotę 3 mln zł. Zatem dopiero nadwyżka kosztów finansowania dłużnego ponad 3 mln zł stanie się przedmiotem ograniczenia. Nie jest zatem tak, jak twierdzi fiskus, że ograniczenie przewidziane w treści art. 15c ust. 1 ustawy o CIT będzie miało zastosowanie w odniesieniu do całości kwoty takiej nadwyżki.

Podsumowanie

Przedmiotowe rozbieżności wynikają co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze skomplikowana konstrukcja słowna przepisu. Po drugie odejście przez polskiego ustawodawcę od brzmienia dyrektywy ATAD, której zapisy wydają się bardziej precyzyjne. Wreszcie po trzecie posłużenie się przez prawodawcę w uzasadnieniu do projektu ustawy takim rozumieniem przepisu, jakie stosują organy podatkowe.

Oba przytoczone wyroki zostały zaskarżone do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Nie można więc uznać, że mogą one stanowić rzetelną podstawę do obrony rozliczeń podatkowych niezgodnych ze stanowiskiem fiskusa. Podatnicy muszą więc uzbroić się w cierpliwość i jednocześnie analizować aktualne orzecznictwo organów, jak i sądów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

3 przyczyny wzrostu cen ropy w 2019 roku

Rynek surowców energetycznych w 2018 roku był wzburzony niczym ocean podczas sztormu. Nic nie zwiastuje by kolejne kwartały były spokojniejsze. Zdaniem ekspertów kurs ropy, który dramatycznie się załamał, w 2019 roku będzie odbijać na wyższe pułapy.

Kurs ropy WTI jeszcze na początku października ostro rósł i przekraczał nawet przez moment 76 USD za baryłkę. Później doszło jednak do dramatycznego załamania, które w połowie grudnia sprowadziło notowania w kierunku 45 USD za baryłkę. Jednak cięcia wydobycia, na które zgodził się OPEC i państwa współpracujące z kartelem powinny wystarczyć by utrzymać rynek w równowadze rynek. Eksperci wymieniają trzy czynniki, które mogą skutkować rosnącymi cenami ropy.

Duża przestrzeń do odbicia

Ceny ropy WTI od początku października spadły około 40 proc. W tym czasie inwestorzy spekulacyjni ograniczyli swoje zaangażowanie w inwestycje w „czarne złoto”. Dowodzi to, że ten ostry spadek cen był powodowany przede wszystkim przez spekulację. Poprzednio gorszy sentyment względem ropy obserwowano podczas ostatniej fazy spadków surowcowej bessy, czyli na przełomie 2015 i 2016 roku. Oznacza to, że potencjał spadkowy został już w dużej mierze wyczerpany, a przestrzeń do potencjalnego odbicia jest naprawdę gigantyczna.

Spowolnienie i cięcia

Globalna gospodarka wyhamowała, co powinno mieć negatywny wpływ na popyt na ropę. Szczególnie, że pierwszy kwartał zwyczajowo stoi pod znakiem najniższego w roku zapotrzebowania na surowiec.

Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers
Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

– Państwa OPEC+ zdecydowały na początku grudnia o obcięciu wydobycia o łącznie 1,2 milionów baryłek dziennie. Sadzę, że to właśnie efekt tych cięć, które zostały przyjęte przez kraje kartelu i ich sojuszników, ostatecznie przeważy i będzie skutkował rosnącymi cenami ropy – podkreśla Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers.

Państwa OPEC zmniejszą produkcję o 800 tys. baryłek, zaś pozostałe kraje, przede wszystkim Rosja, o kolejne 400 tys. baryłek. Dodając do tego cięcia produkcji w Kanadzie, wynikające z gigantycznych tarapatów, okazuje się, że dostępność surowca wraz z początkiem 2019 roku skurczyła się o 1,5 mln baryłek na dzień.

Ograniczenie irańskiego eksportu

Wiosną należy spodziewać się kolejnego ograniczenia irańskiego eksportu ropy. Mało prawdopodobne zdaje się być przedłużenie złagodzenia sankcji przez Stany Zjednoczone. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna i niestabilność powinny także skutkować przejściowym spadkiem dostępności surowca z takich krajów jak Angola, Nigeria czy Libia. Perturbacje polityczne, głęboka zapaść gospodarcza i przestarzała infrastruktura w Wenezueli również sprawią, że poziom wydobycia surowca w tym kraju nie zmieni się.

Biorąc to wszystko pod uwagę, obecnie panujący pesymizm na rynku ropy, powinien stopniowo wyparować wraz ze słabnięciem obaw o gigantyczną nadpodaż surowca. Eksperci szacują, że to ma szansę sprzyjać odbijaniu cen ropy, które pod koniec 2019 roku powinny osiągnąć pułapy zbliżone do 70 USD za baryłkę.TMS_Infografika_Ropa_Naftowa

Źródło: TMS.pl

Koszty siły roboczej i transportu największymi wyzwaniami dla polskich firm w 2019 r.

Dyrektorzy finansowi w Polsce mają mniejszą skłonność do podejmowania ryzyka niż CFO z regionu. Częściej spodziewają się także wzrostu kosztów, spadku rentowności i marż operacyjnych. Jak zauważają autorzy badania „Central Europe CFO Survey 2019” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, opinie dotyczące rozwoju gospodarczego i niepewności finansowej firm w Polsce są spolaryzowane – wysoki poziom niepewności w firmach deklaruje 49 proc. CFO, a niski 33 proc. Większość dyrektorów uważa sztuczną inteligencję za przydatną lub bardzo przydatną, jednak wprowadziło ją zaledwie 25 proc. firm w Polsce.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Dyrektorzy finansowi mają podzielone opinie na temat rozwoju polskiej gospodarki. 40 proc. ankietowanych przez Deloitte spodziewa się w 2019 roku wzrostu PKB powyżej 2,6 proc., podczas gdy aż 44 proc. przewiduje bardzo niewielkie zmiany na poziomie maksymalnie 0,5 proc. W Europie Środkowej opinie są bardziej wypośrodkowane – 35 proc. spodziewa się wzrostu PKB na poziomie 1,6-2,5 proc., a jedynie 8 proc. oczekuje podwyżki ponad 3,5 proc. – Rok 2019 prawdopodobnie przyniesie spowolnienie rozwoju gospodarczego w Polsce. Wskazują na to pogorszenie światowej koniunktury i spadająca konsumpcja gospodarstw domowych. Z drugiej strony zbliżające się wybory mogą wpłynąć na przyspieszenie inwestycji publicznych, a zapowiedź dodatkowych transferów z budżetu może odsunąć moment spowolnienia – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte.

Niepewność i rosnące koszty

Dużą różnicę widać także w opiniach polskich CFO na temat niepewności gospodarczej i finansowej firm – jedynie 18 proc. określa swój poziom niepewności jako „normalny”, podczas gdy w krajach regionu jest to ponad 54 proc. CFO w Polsce częściej niż inni dyrektorzy finansowi oceniają poziom niepewności jako wysoki (49 proc. vs 35 proc.), ale również częściej oceniają go jako niski (33 proc. vs 11 proc.). W konsekwencji polskich dyrektorów wyróżnia niższa skłonność do podejmowania ryzyka.

Według nich największym zagrożeniem dla rozwoju lub stabilności finansowej firm jest wzrost kosztów prowadzenia działalności, w szczególności związanych z siłą roboczą oraz transportem.  – Firmy coraz częściej stawiają na doświadczonych pracowników z wiedzą techniczną. Takich też kandydatów poszukują, a to wiąże się z większym wynagrodzeniem. Z niedoborem pracowników liderzy radzą sobie  próbując zatrzymać obecnych, między innymi poprzez poprawę pakietów wynagrodzeń i szkolenia  – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Lider Programu CFO w Polsce, Deloitte.

Nasi badani spodziewają się również wzrostu kosztów dla firm w obszarze podatków. Największe różnice oczekiwań dotyczą kosztów związanych z podatkami oraz rezerwami na należności nieściągalne. Dodatkowo podwyżek CIT obawia się 39 proc. dyrektorów – aż o 23 p.p. więcej niż w regionie, a podwyżek VAT – 21 proc. dyrektorów, czyli o 10 p.p. więcej  – dodaje Robert Nowak, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider Programu CFO w Polsce, Deloitte.

Polska pesymistą regionu

CFO w Polsce są również mniej optymistyczni w ocenie perspektyw finansowych spółek, przewidywanej rentowności i marż operacyjnych. Aż 42 proc. dyrektorów w Polsce i jedynie 21 proc. w regionie Europy Środkowej uważa, że perspektywa finansowa ich firm pogorszyła się w ciągu ostatniego półrocza. Wzrostu poziomu zadłużenia firmy obawia się 47 proc. dyrektorów w Polsce. Są oni jednak bardziej optymistyczni w kwestiach możliwości obsługi zadłużenia – aż 46 proc. oczekuje wzrostu (vs 37 proc. w regionie). Restrukturyzacja i wzrost przychodów poprzez przejęcia to dwie najczęściej wskazywane kluczowe strategie na najbliższe 12 miesięcy – zarówno przez CFO z Polski, jak i ogółem z regionu Europy Środkowej.

Ostrożnie ze sztuczną inteligencją

Dyrektorzy finansowi dostrzegają duży potencjał w implementacji AI szczególnie w księgowości, planowaniu finansowym i analizie oraz kontrolingu. Nowe technologie pomogą obniżyć koszty i zwiększą efektywność w produkcji, obsłudze klienta i działach operacyjnych. Mimo tak pozytywnych opinii jedynie 25 proc. CFO z Polski i 37 proc. z Europy Środkowej deklaruje, że ich firmy wprowadziły rozwiązania związane ze sztuczną inteligencją. Stan przygotowań do wdrożenia nowych technologii jest najczęściej określany jako niezbyt dobry lub zerowy (65 proc.). CFO w Polsce rzadziej niż w Europie Centralnej angażują się we wdrażanie rozwiązań technologicznych. W przedsiębiorstwach, które wdrożyły sztuczną inteligencję, najczęściej wykorzystują ją do zadań rutynowych (23 proc. w Polsce i 30 proc. w regionie).

Nowe technologie to wciąż wyzwanie

Świadomość technologiczna dyrektorów finansowych nie jest wysoka. – Większość z nich nie jest, bądź nie wie czy jest przygotowana na zmiany spowodowane nadejściem nowych technologii. Co trzeci dyrektor deklaruje, że wie jak zmienią one sposób dostarczania towarów i usług oraz jak wpłyną na personel i strukturę organizacyjną. Tylko 7 proc. CFO z Polski jest przekonanych , że nie ma problemu z wdrażaniem nowych technologii. Najczęstszym problemem jest brak jednolitej strategii działania – mówi Robert Nowak.

Co czwarty CFO przyznaje, że jego organizacja nie korzysta z rozwiązań opartych na chmurze. Do głównych przyczyn należą obawy o bezpieczeństwo krytycznych danych i niejasne implikacje prawne.

Najczęściej czynnikami decydującymi o wdrożeniu zaawansowanych technologii są oczekiwany zwrot z inwestycji, możliwość integracji z już posiadanymi rozwiązaniami oraz długofalowy wpływ na firmę.

Deloitte CFO Survey to badanie opinii dyrektorów finansowych (CFO) największych firm w Europie. W tej edycji Deloitte przebadał blisko 674 osób z 17 krajów Europy Centralnej: Albanii, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Węgier, Kosowa, Łotowy, Litwy, Czarnogóry, Polski, Rumunii, Serbii, Słowacji, Słowenii i Ukrainy.

Ryzyka na rynkach w bieżących warunkach ekonomiczno-politycznych

Często jestem pytany o źródła największego ryzyka w gospodarce światowej. Obecnie największe ryzyko związane jest, według mnie, ze skrajnymi tendencjami na scenie politycznej w wielu częściach świata. Narastająca frustracja wywoływana przez takie czynniki, jak imigracja czy dysproporcje w poziomach zarobków, to żyzny grunt dla populizmu (zarówno lewicowego, jak i prawicowego), co może przekładać się na bardzo niebezpieczną i destabilizującą budżet politykę ekonomiczną. Populistyczna polityka wiele obiecuje w krótkiej perspektywie, lecz nigdy nie sprawdza się w dłuższym horyzoncie czasowym i często kończy się potężnym zadłużeniem budżetowym.

W przeszłości widywaliśmy już tego typu zjawiska. Stany Zjednoczone borykają się z trudnościami w stosunkach handlowych z Chinami oraz niezdolnością Kongresu do uchwalenia ustawy budżetowej. Kolejny przykład to brak zgody w Wielkiej Brytanii co do Brexitu i podejścia do opuszczenia wspólnoty. Wreszcie mamy też rosnące poparcie dla eurosceptycznych, antyestablishmentowych partii politycznych w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Belgia, a z kolei Francuzi odrzucili wizję zintegrowanej Europy zaproponowaną przez prezydenta Emmanuela Macrona.

Obawiam się, że ponieważ świat jest coraz bardziej podzielony i wiele krajów zaczyna w większym stopniu koncentrować się na sytuacji wewnętrznej, trudno będzie opanować sytuację w przypadku potencjalnego ogólnoświatowego wstrząsu. Coraz trudniej będzie doprowadzić do skoordynowanej reakcji banków centralnych z różnych części świata podobnej do tej, która przeprowadziła nas przez globalny kryzys finansowy w latach 2008-2009.

Mniej dynamiczny wzrost na świecie w odpowiednim kontekście

Światowy wzrost i gospodarka Stanów Zjednoczonych najwyraźniej weszły w fazę cyklicznego spowolnienia, jednak nie sądzimy, by oznaczało to koniec cyklu. W ciągu ostatnich kwartałów Chiny przyspieszyły produkcję, by z wyprzedzeniem reagować na potencjalne podwyżki ceł, które miały wejść w życie od 1 stycznia. Teraz Chińczycy nieco ograniczyli tę dynamikę i wrócili do niższych wolumenów produkcji, co odbija się na sytuacji w innych krajach. Nie sądzimy, by Stany Zjednoczone lub światowa gospodarka stały u progu recesji. Po okresie potężnej stymulacji, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, obserwujemy pewien spadek dynamiki inwestycyjnej. Gospodarka Stanów Zjednoczonych nie jest jednak zbyt mocno przegrzana, ponieważ nie widzimy nadwyżek inwestycji lub zdolności produkcyjnych, które musiałyby być zniwelowane przez recesję. Zasadniczo warunki ekonomiczne nie zapowiadają, według nas, potężnej recesji, chyba, że dojdzie do poważnego wydarzenia na rynkach finansowych.

Generalnie spodziewamy się przejścia zsynchronizowanego globalnego wzrostu z ostatnich lat we wzrost napędzany przez Stany Zjednoczone w 2019 r. Wyjątkowo zaostrzone warunki na rynku pracy wciąż są jedną z najważniejszych cech charakteryzujących obecną kondycję gospodarki Stanów Zjednoczonych. Stany Zjednoczone przekroczyły już poziom pełnego zatrudnienia, a jednocześnie obecna administracja ogranicza zarówno legalną, jak i nielegalną imigrację. Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinien być wzrost płac i dokładnie takie zjawisko obserwujemy. Wyższe płace z kolei stymulują konsumpcję, która jest największą siłą napędową dynamiki gospodarczej w Stanach Zjednoczonych. Przewidujemy, że dobre warunki na rynkach pracy, rosnące płace i solidna konsumpcja będą nadal napędzać ekspansję gospodarki amerykańskiej w 2019 r.

Zmieniająca się rola Chin

Rola Chin w świecie przechodzi właśnie, według nas, radykalną zmianę, którą dodatkowo wzmacnia polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych skoncentrowana w większym stopniu na sytuacji wewnętrznej. Pomimo spadku dynamiki chińskiego wzrostu sądzimy, że Chiny mają narzędzia budżetowe potrzebne do zapobieżenia poważnemu spowolnieniu gospodarki, wyłączając prawdopodobieństwo zewnętrznego wstrząsu finansowego. W związku z tym uważamy, że scenariusz „twardego lądowania” chińskiej gospodarki, którego wszyscy najwyraźniej się obawiają, raczej nie nastąpi w najbliższej przyszłości.

Te zmienne warunki przekładają się na nową dynamikę rynkową i ekonomiczne luki w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji. Dziś Chiny starają się wypełniać te braki i zwiększać swoje wpływy w krajach, które dotychczas były odcięte od Stanów Zjednoczonych, w tym, w szczególności, krajów, którym Stany Zjednoczone odmawiają wsparcia finansowego. Sądzimy zatem, że wpływ gospodarczy Chin na resztę świata będzie coraz większy.

Możliwości na rynkach wschodzących

W tych złożonych globalnych warunkach koncentrujemy się na budżetowej, gospodarczej i społecznej polityce poszczególnych krajów, ponieważ to właśnie ta polityka ostatecznie napędza, według nas, aktywność gospodarki. Najważniejsze pytanie dotyczy zdolności tych krajów do odrzucenia krótkoterminowej populistycznej polityki na korzyść wizji długofalowej. Sądzimy, że kraje, które wykażą się taką zdolnością, będą oferowały znakomite możliwości. Dwa przykłady takich krajów to Argentyna i Brazylia, których rządy z żelazną konsekwencją realizują odpowiedzialną, ortodoksyjną politykę pomimo utrzymującej się presji politycznej i niedawnej wyprzedaży na rynkach wschodzących. Uważamy, że ekspozycja na wybrane rynki wschodzące to ważny czynnik z punktu widzenia dywersyfikacji portfela, ponieważ jego wyniki są w większym stopniu zależne od wskaźników alfa dla poszczególnych krajów, a w mniejszym stopniu od wskaźnika beta dla szerokiego rynku.

Autor komentarza: Dr Michael Hasenstab, CIO Templeton Global Macro

Decydujący moment – dziś kurs funta może poszybować lub pikować

Jest niemal tradycją w UE, by kluczowe decyzje w kryzysie podejmować „za 5 dwunasta”, tak samo jak rutyną stało się postępowanie brytyjskich polityków wbrew zdrowemu rozsądkowi. Premier May uzyskała od UE „prawnie wiążące” deklaracje, które uniemożliwiają zamknięcie Wielkiej Brytanii w unii celnej w nieskończoność. Zdaniem May ustalenia są „tym, czego chciał parlament”, ale przegłosowanie umowy dziś wieczorem nie jest pewne. Na koniec dnia funt równie dobrze może szybować lub pikować.

W ocenie negocjujących wczoraj May i szefa Komisji Europejskiej Junckera osiągnięto przełom. Według nowych, prawnie wiążących zapisów UE nie może w nieskończoność zatrzymać Wielkiej Brytanii w mechanizmie backstopu. Jeśli UE celowo torpedowałaby przyszłe negocjacje, Wielka Brytania ma prawo złożyć skargę w trybunale arbitrażowym i jeśli trybunał przyzna Londynowi rację, może rozpocząć działania zawieszające backstop. Zmiany są dodatkiem do umowy, która w swojej treści nie została zmieniona (sprzeciw UE), ale ewidentnie jest to kompromis, który powinien w teorii dawać wygraną wszystkim. W teorii, gdyż zatwardziali eurosceptycy w Partii Konserwatywnej od początku żądali zmian zapisów w samej umowie. Czy zaakceptują pośrednie rozwiązanie? Czy północnoirlandzka partia DUP, sojusznik rządu May, także zaakceptuje nowe zapisy? Wiemy już, że lider Partii Pracy Jeremy Corbym apeluje o odrzucenie porozumienia. Wiemy też, że szef KE przestrzega, że nie będzie trzeciej szansy. Jego zdaniem „wybór jest jasny: albo ta umowa, albo brexitu może w ogóle nie być”.

Nowa wersja umowy ma być teraz przeanalizowana od strony prawnej przez brytyjskiego prokuratora generalnego Geoffreya Coxa, po czym trafi dziś pod debatę i głosowanie w parlamencie. Jeśli umowa zostanie przyjęta, wówczas trafi pod ratyfikację na szczycie unijnym 21-22 marca, a 29 marca Wielka Brytania opuści UE. Jeśli nie, środa przyniesie głosowanie nad bezumownym brexitem, a w przypadku sprzeciwu – czwartkowe głosowanie nad wydłużeniem Artykułu 50. Otwartą kwestią pozostaje, jak długie będzie wydłużenie, na które musi się też zgodzić Bruksela?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie ma sensu trzymać w niepewności całej gospodarki w zamian za szasnę wynegocjowania lepszej umowy. I to w przypadku, kiedy szef KE Juncker jasno dał do rozumienia, że lepszej oferty nie będzie. Ale jeśli ostatnie miesiące czegokolwiek nas nauczyły, to że brytyjscy politycy potrafią przykro zaskoczyć. W efekcie nie przesądzam, czy jutro rano GBP/USD będzie po 1,35, czy 1,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

30 lat WWW – Dziś mija 30 lat od powstania usługi internetowej WWW

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Cisco z okazji 30-lecia powstania usługi internetowej World Wide Web, słynne „www” przede wszystkim ułatwia dostęp do informacji i rozrywki, a także jest narzędziem, które pozwala pozostać w kontakcie z rodziną i przyjaciółmi.

Dziś mija 30 lat od powstania usługi internetowej WWW, która na zawsze zmieniła sposób, w jaki korzystamy z Internetu i wpłynęła na jego ogromną popularyzację w ostatnich trzech dekadach. Badanie przeprowadzone przez Cisco miało na celu z jednej strony prezentację najczęstszych sposobów wykorzystywania najpopularniejszej usługi sieciowej na świecie jaką jest „www”, a z drugiej poznanie opinii internautów na temat przyszłości Internetu. Zdaniem 57% respondentów w Polsce możliwość kontaktu z ludźmi niezależnie od dzielącej ich odległości jest najbardziej pozytywnym zjawiskiem, do którego przyczynił się Internet. Największe szanse dla przyszłych generacji polscy ankietowani upatrują w lepszym dostępie do edukacji (76% odpowiedzi) oraz służby zdrowia (71% odpowiedzi).

W badaniu „30 lat www” wzięło udział 11 tysięcy respondentów z 13 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA), w tym tysiąc osób z Polski w każdym przedziale wiekowym. Wyniki pokazują, jak ogromne znaczenie na rozwój społeczeństwa miała usługa „www”. Zarówno osoby prywatne, jak i całe organizacje polegają na Internecie i wręcz nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez możliwości korzystania z sieci.

30 lat www – opinie polskich respondentów

  • Zdaniem polskich internautów, Internet jest ważnym narzędziem rozwoju. 79% respondentów uważa, że umożliwia on zdobywanie nowych umiejętności, a 70% twierdzi, że pozwala pracować na nowe sposoby.
  • 53% uczestników badania zwraca uwagę na fakt, że Internet ułatwia życie.
  • W perspektywie kolejnych trzydziestu lat 58% internautów spodziewa się, że sieć stworzy możliwości łatwiejszego uzyskania przychodu. Ponad 40% badanych twierdzi, że Internet przyczyni się do wyrównania różnic społecznych, a także będzie stanowił platformę dla zmian społeczno-politycznych.

30 lat www – opinie respondentów z regionu EMEA

  • W ciągu ostatnich trzydziestu lat, dla uczestników badania z regionu EMEA, Internet był przede wszystkim źródłem informacji i pozwalał pozostać „na czasie” (74%), dostarczał rozrywkę (71%) oraz pozwalał utrzymywać kontakt z rodziną i przyjaciółmi (70%).
  • W perspektywie kolejnych trzydziestu lat ankietowani chcieliby, aby Internet umożliwiał zdobywanie edukacji (63%) oraz ułatwił dostęp do służby zdrowia (54%).
  • Niespełna 40% respondentów z regionu EMEA nie wyobraża sobie funkcjonowania w życiu prywatnym bez dostępu do sieci.

30_lat_www_infografika„Przeprowadzone przez Cisco badanie pokazuje jak ogromny wpływ na życie miała wprowadzona 30 lat temu usługa internetowa WWW i jak wielkie oczekiwania mamy wobec niej w przyszłości – – mówi Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w Cisco Polska. „80% ruchu sieciowego, w którymś momencie przechodzi przez urządzenia Cisco. Od początku bierzemy udział w tworzeniu sieci, którą znamy dziś i która stała się integralną częścią naszego życia.W ciągu kolejnych 30 lat Internet z pewnością zmieni sposób w jaki żyjemy, pracujemy i spędzamy czas wolny, a także otworzy przed nami zupełnie nowe możliwości rozwoju”.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Cisco z okazji 30-lecia powstania usługi internetowej World Wide Web, słynne „www” przede wszystkim ułatwia dostęp do informacji i rozrywki, a także jest narzędziem, które pozwala pozostać w kontakcie z rodziną i przyjaciółmi.

Dziś pierwsze z serii trzech głosowań ws. brexitu

Dziś w brytyjskim parlamencie odbędzie się pierwsze z serii trzech głosowań ws. brexitu. Członkowie Izby Gmin będą głosowali nad przyjęciem wynegocjowanej przez T. May umowy, z dołączonymi w ostatniej chwili niewielkimi poprawkami dotyczącymi backstopu. Po odrzuceniu porozumienia (najbardziej prawdopodobny wynik dzisiejszego głosowania), jutro parlament zajmie się brexitem bez umowy, a w środę decyzją ws. opóźnienia brexitu. J.-C. Juncker w liście do D. Tuska wskazał, że Wielka Brytania musi opuścić Unię Europejską przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w dniach 23-26 maja.

Standard Chartered otwiera w Polsce „Treasury Modelling Hub”

  • Jeden z największych międzynarodowych banków podjął decyzję o utworzeniu w Polsce zespołu ekspertów odpowiedzialnych za tworzenie modeli i platform wspierających zarządzanie jego globalnym bilansem.

 

  • „Treasury Modelling Hub” organizacyjnie będzie częścią centrum usług biznesowych Standard Chartered, które od września 2018 roku działa
    w Warszawie, a kompetencyjnie – częścią międzynarodowego zespołu tworzącego Pion Skarbu tej instytucji.
Sebastian Skowroński, dyrektor zarządzający Grupy Standard Chartered odpowiedzialny za obszar modelowania i platform w globalnym Pionie Skarbu
Sebastian Skowroński, dyrektor zarządzający Grupy Standard Chartered odpowiedzialny za obszar modelowania i platform w globalnym Pionie Skarbu

“Wymagania regulatorów sektora bankowego w zakresie zarządzania ryzykiem płynności
i stopy procentowej ewoluują w szybkim tempie. Aby sprostać tym wymaganiom,
a jednocześnie spełniać potrzeby naszych klientów, nieustannie wdrażamy rozwiązania służące dalszej optymalizacji bilansu banku. Dynamicznie zmieniające się warunki na rynkach finansowych, postęp technologiczny i rosnąca konkurencja ze strony nowych graczy sprawiają, że stosowane przez nas rozwiązania muszą umożliwiać precyzyjne prognozowanie i szybkie reagowanie. Od wielu już lat rozbudowujemy nasz globalny zespół specjalistów o zróżnicowanych kompetencjach, zarówno informatycznych i analitycznych, jak i z obszaru zarządzania ryzykiem, projektowania systemów oraz zarządzania projektami. O lokalizacji głównego trzonu tego zespołu w Warszawie zadecydowały wiedza i doświadczenie lokalnych specjalistów oraz lokalizacja na zachodniej półkuli”, mówi Sebastian Skowroński, dyrektor zarządzający Grupy Standard Chartered odpowiedzialny za obszar modelowania i platform w globalnym Pionie Skarbu.

Kogo szuka Standard Chartered?

W skład warszawskiego zespołu „Treasury Modelling Hub”, który początkowo będzie liczył 40 członków, wejdą eksperci do spraw zarządzania ryzykiem płynności i stopy procentowej (np. z kwalifikacjami FRM lub PRM), programiści (ze znajomością języka Haskell, Java i innych), analitycy biznesowi i kierownicy projektów. Ich zadaniem będzie projektowanie oraz wdrażanie najwyższej klasy rozwiązań do prognozowania i analizy ryzyka. „Aby skutecznie zarządzać płynnością banku i ryzykiem stopy procentowej, potrzebujemy szybkiego dostępu do szczegółowych danych, jak również zaawansowanych platform analitycznych. Dostarczają je eksperci merytoryczni, w tym specjaliści od modelowania ryzyka, wspierani przez ekspertów od analizy danych, zajmujących się m.in. analizą behawioralną. Zadaniem programistów jest tworzenie rozwiązań technologicznych służących automatyzacji procesu zbierania, przetwarzania i prezentacji danych osobom zarządzającym ryzkiem. Biorąc pod uwagę projektowy tryb pracy, który przyjęliśmy ze względu na wdrażanie nowych rozwiązań niemal non-stop, do naszego zespołu potrzebujemy także ekspertów od zarządzania projektami’, wyjaśnia Sebastian Skowroński.

Piotr Kulma
Piotr Kulma

Zadanie zbudowania zespołu „Treasury Modelling Hub” otrzymał Piotr Kulma, menedżer
z kilkunastoletnim doświadczeniem w obszarze zarządzania ryzykiem, zdobytym
w bankowości oraz branżach doradczej i informatycznej, certyfikowany ekspert w obszarze zarządzania ryzykiem finansowym (FRM). Rekrutacja ruszyła, oferty pracy w tym i innych zespołach dostępne są na stronie internetowej Standard Chartered, w zakładce „Kariera”.

Nowy ośrodek kompetencyjny pod szyldem Standard Chartered w Polsce

Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług Standard Chartered w Polsce
Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług Standard Chartered w Polsce

„Treasury Modelling Hub” to kolejny zespół powstający w globalnym centrum usług Standard Chartered w Warszawie, którego funkcjonowanie jest oparte na specjalistycznej wiedzy i doświadczeniu pracowników i który będzie odpowiadał za przeprowadzanie złożonych procesów na skalę międzynarodową. Tym samym do prawie 280 zatrudnionych już przez nas w Polsce specjalistów dołączają kolejni eksperci, tworząc nowy ośrodek kompetencyjny pod naszym dachem”, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług Standard Chartered w Polsce. „W naszym warszawskim biurze działają już zespoły odpowiedzialne za przeciwdziałanie przestępczości finansowej, cyberbezpieczeństwo, rekrutacje na rynku lokalnym i na rynkach zagranicznych, międzynarodowe projekty z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, negocjowanie kontraktów oraz operacje bankowe. Nie zamierzamy na tym poprzestać. Cały czas analizujemy pulę dostępnych na lokalnym rynku specjalistów i rozważamy ulokowanie w Warszawie kolejnych zespołów”, dodaje. Standard Chartered planuje utworzyć w Polsce 750 miejsc pracy w ciągu kilku lat.

Raport: 14% polskich firm zwiększy liczbę zatrudnionych, 3% będzie zwalniać

Produkcja przemysłowa, transport i logistyka oraz handel detaliczny i hurtowy to branże, które w drugim kwartale bieżącego roku będą zatrudniać najwięcej nowych pracowników. Największe szanse na znalezienie nowej pracy będą w Polsce południowo-zachodniej, mniejsze w północnej. Choć w porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne firm pogorszyły się, to osoby poszukujące pracy nadal mogą liczyć na korzystną dla nich sytuację na rynku pracy – potwierdza opublikowany dziś raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” dla drugiego kwartału 2019 roku.

Zgodnie z opublikowanym dziś raportem „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” 14% polskich firm chce powiększać swoje zespoły, 3% przewiduje redukcję etatów a 80% nie planuje żadnych zmian w tym zakresie (3% nie wie). Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy liczbą pracodawców deklarujących wzrost i spadek zatrudnienia, wynosi +11%, zaś poddana korekcie sezonowej sięga +9%.

IwonaJanas_ManpowerGroup
Iwona Janas

– Zarówno na przestrzeni ostatniego kwartału, ale też ostatniego roku widzimy spadki w prognozach zatrudnienia pracodawców. Choć ich plany nie są już tak optymistyczne jak w ubiegłym roku to prognoza dla Polski na poziomie +9% zapowiada kontynuację dużej rywalizacji o kadry – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Osoby poszukujące nowej pracy lub planujące zmianę kariery nie muszą się zatem obawiać o swoją przyszłość na rynku pracy. Pracodawcy w dalszym ciągu będą powiększać swoje zespoły, szczególnie w obszarze produkcji przemysłowej, transportu i logistyki oraz handlu, które wypadają zdecydowanie korzystniej niż u naszych południowo-zachodnich sąsiadów – dodaje Iwona Janas.

Biorąc pod uwagę dane dla 10 przeanalizowanych w raporcie sektorów rynku, najwyższe prognozy odnotowano w produkcji przemysłowej (prognoza netto zatrudnienia na poziomie +22%), transporcie i logistyce (+14%) oraz handlu detalicznym i hurtowym (+12%). Najmniejszej liczby ofert pracy w drugim kwartale bieżącego roku można się spodziewać w branży związanej z finansami i usługami dla biznesu (0%), restauracjami i hotelami (+1%) a także z rolnictwem, leśnictwem i rybołówstwem (+3%). Pracodawcy z dziewięciu na 10 uwzględnionych w raporcie branż planują w najbliższym kwartale powiększać swoje zespoły. W porównaniu do ubiegłego kwartału prognozy pogorszyły się w siedmiu sektorach, a polepszyły w trzech.ile polskich firm zwiększy liczbę zatrudnionych, ile będzie zwalniać regiony ile polskich firm zwiększy liczbę zatrudnionych, ile będzie zwalniaćW raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” przedstawiono również plany zatrudnienia w podziale na regiony Polski. Spośród sześciu regionów najsilniejszej rywalizacji o kadry można się spodziewać w południowo-zachodniej Polsce, z prognozą netto zatrudnienia +12%. Na korzystne perspektywy znalezienia nowej pracy mogą liczyć kandydaci z centralnej (+10%), południowej (+10%) i wschodniej Polski (+10%). Mniejszej liczby ofert pracy można oczekiwać w północnej Polsce (+4%). We wszystkich sześciu regionach pracodawcy planują powiększać swoje zespoły. W stosunku do ubiegłego kwartału prognozy firm pogorszyły się we wszystkich analizowanych regionach.

Ponad 500 właścicieli małych sklepików apeluje do Premiera o wycofanie się z ograniczenia handlu w niedzielę

12 marca 2019 roku do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wpłynęła petycja w sprawie zniesienia ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i niektóre święta, a także wprowadzenia zmian w Kodeksie pracy, gwarantujących każdemu pracownikowi dwie wolne niedziele w miesiącu. Petycja podpisana została przez Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Jerzego Romańskiego, prezesa Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Kupców i Producentów, a także ponad pięciuset właścicieli małych, rodzinnych sklepików.

W petycji zwraca się uwagę zarówno na ekspresowy tryb uchwalenia ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i brak rzetelnej oceny skutków regulacji, jak i na negatywne skutki wprowadzonych regulacji. W ciągu pierwszego roku jej obowiązywania zamkniętych zostało aż 16 tysięcy małych rodzinnych sklepów, którym nowe przepisy miały przecież pomóc. Dodatkowo, coraz gorszy jest społeczny odbiór wprowadzonych regulacji – wraz ze stopniowym zmniejszaniem liczby handlowych niedziel w miesiącu, zwiększa się odsetek przeciwników zakazu handlu w niedziele.

– Niejednokrotnie, po tym jak prezentowaliśmy twarde dane statystyczne, jasno pokazujące że zakaz handlu w niedziele przynosi dla małych sklepów fatalne skutki, spotykaliśmy się w odpowiedzi z „argumentacją” na zasadzie dowodu anegdotycznego. – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – Przywoływano szwagrów, kuzynów i sąsiadów, którzy rzekomo prowadzą małe sklepy i chwalą zakaz handlu – to miał być kontrargument wobec miażdżących tę regulację statystyk. Skoro zatem powszechnie dostępne dane wciąż niektórych nie przekonują, postanowiliśmy zebrać podpisy pod petycją do Pana Premiera, w której apelujemy o uchylenie tej szkodliwej ustawy. Jest ich ponad pięćset – a więc solidna, reprezentatywna grupa właścicieli najmniejszych sklepów, a nie pojedyncze anonimy, jasno twierdzi, że zakaz im szkodzi i prosi, by się z niego wycofano.

W petycji wskazano na rozwiązanie, które zdaniem jej sygnatariuszy byłoby dużo bardziej optymalne, niż ograniczenie handlu w niedziele, tj. wprowadzenie gwarancji dwóch wolnych niedziel w miesiącu dla każdego pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę. W ten sposób udałoby się osiągnąć pierwotnie zakładany cel, bez nadmiernej ingerencji w rynek i funkcjonowanie przedsiębiorców. Zaletą tego rozwiązania jest również to, że miałoby ono charakter powszechny i obejmowało wszystkich pracowników, a nie tylko tych zatrudnionych w części sektora handlowego.

– My naprawdę widzimy i czujemy, że zakaz handlu w niedziele jest dla właścicieli małych, polskich sklepików, szalenie szkodliwy. – twierdzi Jerzy Romański, prezes Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Kupców i Producentów – Ta petycja to krzyk rozpaczy. Najdrobniejsi przedsiębiorcy z sektora handlowego apelują do Premiera, by wycofał się z regulacji, które doprowadzają do ich bankructw. Mam głęboką nadzieję, że zostaną wysłuchani.

Za granicą zapłacisz niższy ZUS? Weryfikujemy mity

Podstawowy powód do prowadzenie biznesu za granicą jest jasny – oszczędzić na opłatach, które zjadają zyski zwłaszcza małych firm. Tylko czy rzeczywiście na przeprowadzce wychodzi się lepiej? Eksperci SMEO, firmy oferującej usługi faktoringu online, porównali warunki dla przedsiębiorców w krajach, gdzie wielu Polaków prowadzi firmy – w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Norwegii, Rumunii i na Cyprze.

Połowa polskich mikrofirm kilkukrotnie napotkała problemy finansowe w ciągu ostatnich dwóch lat – wynika z badania przeprowadzonego dla SMEO na grupie kilkuset drobnych przedsiębiorców. W niedawnej ankiecie Konfederacji Lewiatan większość właścicieli firm stwierdziła, że warunki do prowadzenia biznesu w 2018 r. jeszcze się pogorszyły. Ostatnio Rzecznik MŚP Adam Abramowicz zaproponował zniesienie sztywnej stawki ZUS i zastąpienie jej dobrowolnym ubezpieczeniem podobnym do niemieckiego. Jednak jak zauważyli eksperci, nasi zachodni sąsiedzi akurat powoli wycofują się z takiego systemu…

Krytycy warunków panujących w naszym kraju często lubią idealizować sytuację za granicą. Tam podobno państwo nie gnębi, tylko wspiera. Podatki są niższe i prostsze, a przedsiębiorcy dostają mnóstwo zachęt do działania. Weryfikacja tych obiegowych opinii pokazuje że otoczenie instytucjonalne firmy w krajach europejskich jest często podobne do polskiego. Jednak w specyficznych sytuacjach wysokość i rodzaje obciążeń fiskalnych mogą faktycznie bardziej sprzyjać prowadzeniu firmy za granicą – zauważa Michał Pawlik, CEO spółki SMEO.
gdzie łatwiej prowadzi się firmęJak wyglądają warunki do działania dla biznesu w pięciu krajach, gdzie popularne stało się zakładanie firm przez Polaków?

Wielka Brytania

Według minister Jadwigi Emilewicz, na Wyspach Brytyjskich działa ponad 60 tys. polskich firm. Tak duża skala zjawiska doprowadziła do powstania całej branży pomagającej Polakom pod kątem prawnym w zakładaniu firm w Wielkiej Brytanii. Większość firm to samodzielnie prowadzona działalność gospodarcza (tzw. sole trader). Nic dziwnego, skoro National Insurance Contributions (NIC, czyli brytyjski odpowiednik składek ZUS) dla takich podmiotów wynosi niecałe 15 zł (3 funty) na tydzień lub 9 proc. dochodów, gdy ich dochody przekroczą 43 tys. zł (8632 funtów) rocznie. Wobec 1320 zł miesięcznej składki na ZUS w Polsce robi wrażenie.

Brak sztywnej stawki NIC dotyczy również spółek Ltd. (Limited Liability Company, odpowiednika naszej spółki z o.o.). Taka firma płaci składkę w wysokości 13,8 proc. przy dochodach wyższych niż 816 zł (162 funtów) tygodniowo, zaś jej właściciel musi być także jej pracownikiem i jako dyrektor płacić 12 proc. od dochodów wyższych niż 780 zł (162 funtów) tygodniowo i 2 proc. od wyższych niż 4500 zł (892 funtów) tygodniowo. Składkom ubezpieczeniowym towarzyszy też podatek Corporate Tax (odpowiednik CIT) w wysokości 17 proc. Założenie spółki Ltd., w przeciwieństwie do samodzielnej działalności, nie wymaga zamieszkiwania na terenie Wielkiej Brytanii.

Warto też pamiętać o obowiązującej w Wielkiej Brytanii kwocie wolnej od podatku dochodowego, która wynosi 62 tys. zł (12,5 tys. funtów) i stanowi niemal 20-krotność jej polskiego odpowiednika.

Niemcy

Gesellschaft mit beschränkter Haftung (w skrócie GmbH) funkcjonuje podobnie jak polska spółka z o.o., ale ma jedną cechę, która działa na korzyść naszych zachodnich sąsiadów. Minimalny kapitał zakładowy przy zakładaniu tego typu firmy wynosi okrągłe 1 euro (w Polsce 5000 zł), choć w pierwszych latach działalności należy go uzupełniać z zysków (aż osiągnie 25 tys. euro). Atrakcyjna dla biznesów działających na niewielką skalę jest także kwota wolna od podatku, która wynosi ok. 100 tys. zł (24 500 euro) rocznego dochodu.
Inną ciekawą różnicą między polskim ZUS-em a Deutsche Rentenversicherung Bund jest brak obowiązkowego ubezpieczenia emerytalnego dla pracodawców. Mogą oni skorzystać z ubezpieczeń prywatnych, których kwotę wolno im odliczyć od podatku. System ten stał się jednak obiektem krytyki, a niemiecki rząd planuje w 2020 r. wprowadzić w nim zmiany, których finalny kształt nie jest jeszcze znany.

Same obciążenia fiskalne w Niemczech są relatywnie wysokie. Wprawdzie firmy płacą składkę CIT w wysokości 15 proc., jednak jest ona powiększana o 5 proc. tzw. podatku solidarnościowego, przeznaczanego na wspieranie regionów byłego NRD. Dodatkowo funkcjonuje też podatek handlowy zwiększający obciążenia o kolejne kilkanaście procent, zależnie od skali działalności. W połączeniu z wysokimi kosztami pracy sprawia to, że prowadzenie firmy w Niemczech nie jest tak tanie, jak mogłoby się wydawać. Warto jednak pamiętać, że obciążenia dla przedsiębiorców rekompensowane są dużą przejrzystością i sprawnością systemu skarbowego.

Norwegia

Sprawna administracja i przyjazny system podatkowy wymieniane są jako główne zalety prowadzenia działalności gospodarczej w krajach skandynawskich. Legendarne wysokie podatki dotyczą głównie osób fizycznych, firmy traktowane są przez fiskusa nieco łagodniej.
W Norwegii Trygdeavgift czyli odpowiednik składki ZUS wynosi 11,4 proc. i pobierany jest automatycznie, zaś podatek od dochodów firmy wynosi 23 proc. Przedsiębiorcy cenią sobie też regulowanie niemal wszystkich formalności przez internet.

Należy mieć jednak na uwadze relatywnie wysokie opłaty administracyjne. O ile założenie firmy jednoosobowej jest bezpłatne, to start z działalnością w formule spółki z o.o. (aksjeselskap) to koszt rzędu 1 tys. zł (2250 koron norweskich) i konieczność dysponowania kapitałem zakładowym ponad 13 tys. zł (30 000 koron).

Przy kalkulowaniu rentowności prowadzenia biznesu w Norwegii powinno się uwzględnić dość wysokie koszty niezbędnych usług oraz koszty pracy, które należą do najwyższych na świecie – średnia stawka godzinowa w gospodarce przekracza 200 zł (ok. 480 koron).

Rumunia

Z kolei jednymi z najniższych kosztów pracy (średnia stawka godzinowa to 26 lei czyli 27 zł) kusi przedsiębiorców Rumunia. Kraj ten postanowił w ostatnich latach dość radykalnie postawić na ożywienie gospodarki, czego przejawem była przed dwoma laty likwidacja ponad 100 podatków i opłat. Na uwagę zasługują także preferencyjne stawki CIT w wysokości 1 proc. i 3 proc. dla małych firm, których roczny dochód mieści się w limicie 2,2 mln zł (2,3 mln lei). Dla pozostałych firm stawka wynosi 16 proc. Na uruchomienie spółki SRL, czyli firmy odpowiadającej polskiej spółce z o.o., wystarczy dysponować kapitałem rzędu niecałych 200 zł (215 lei).

Rumuński system skarbowy staje się nieco mniej przejrzysty, gdy przychodzi do płacenia składek ubezpieczeniowych. Oprócz CAS, czyli składek na ubezpieczenie emerytalne w wysokości 26 proc. istnieje kilka mniejszych, z których część jest opcjonalna. Przedsiębiorca musi podzielić się z rumuńskim fiskusem ok. 30 proc swoich dochodów. Powinien też liczyć się z czasochłonnym załatwieniem formalności, szczególnie przy dość istotnej barierze językowej.

Cypr

Do tego śródziemnomorskiego kraju przylgnęła etykietka raju podatkowego, jednak jest ona często używana na wyrost. Owszem, Republika Cypryjska leży na wyspie i rosną tam palmy, ale zarejestrowanie tam firmy nie działa jak klasyczna kryjówka dla wielkiej fortuny, jak w przypadku niektórych państw na Karaibach. Ostatnie zmiany przepisów spowodowały też, że formalne przeniesienie firmy na Cypr nie jest aż tak opłacalne, jak jeszcze kilka lat temu.

Wciąż jednak cypryjskie podatki należą do najniższych w Unii Europejskiej, a procedura zakładania działalności do najprostszych. Aby zarejestrować spółkę Ltd. (z o.o.) nie potrzeba kapitału zakładowego, a na formalności wystarczy tydzień. Wysokość podatku CIT to zaledwie 12,5 proc, zaś suma składek ubezpieczeniowych – 11,5 proc.

Państwo stosuje też dużo zachęt do prowadzenia biznesu, które pozwalają obniżyć go jeszcze bardziej. Dotyczy to szczególnie przedsiębiorstw z sektora finansowego – cypryjski fiskus nie pobiera np. podatku, którego podstawą byłyby zyski kapitałowe.
Warto przy tym pamiętać, że prowadzenie biznesu na Cyprze wiąże się z koniecznością rezydowania w tym kraju przez przynajmniej 60 dni w roku i posiadania w nim nieruchomości na mieszkanie i/lub biuro oraz ponoszeniem relatywnie wysokich opłat księgowych i administracyjnych, co w przypadku małych i średnich polskich firm częściowo niweluje zalety operowania w tym kraju.

EBC łagodzi retorykę

W minionym tygodniu najważniejsze wydarzenia miały miejsce w drugiej części tygodnia. Uwaga inwestorów była skupiona najpierw na posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego, a kolejnego dnia, w piątek, na danych z amerykańskiego rynku pracy. EBC znacząco złagodził swoją retorykę w obliczu ryzyka wolniejszego wzrostu, co w zasadzie było oczekiwane, jednak jego skala zaskoczyła rynki. Stopy procentowe pozostały na dotychczasowych poziomach, jednak w komunikacie wycofano się z możliwej podwyżki stóp w drugiej połowie roku. Obecnie nie należy oczekiwać zmian przynajmniej do końca 2019 roku. Co więcej, prognozy PKB i inflacji na kolejne lata zostały zrewidowane mocno w dół, a dodatkowo, zdecydowano się na kolejną rundę długoterminowych pożyczek TLTRO.

Piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy okazały się mocno mieszane. Liczba nowych miejsc pracy w sektorach pozarolniczych zaskoczyła negatywnie, wzrosła tylko o 20 tys. wobec oczekiwanych 180 tys. Kolejne dane okazały się już powyżej oczekiwań, stopa bezrobocia spadła z 4,0% do 3,8%, a wynagrodzenia wzrosły 3,4% rdr.

W Polsce najważniejszym wydarzeniem było posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. RPP zgodnie z oczekiwaniami pozostawiła stopy procentowe bez zmian, nie zmieniła swojej retoryki, a na pytania o wpływ pakietu fiskalnego PiS, prezes NBP stwierdził, że nie zwiększa on szans na zacieśnienie polityki pieniężnej. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG stracił -1,07%, w czym największe spółki spadły o -1,46%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 1,54% oraz -0,45%.

W tym tygodniu w Polsce warto zwrócić uwagę na piątkowy odczyt inflacji CPI za luty. Na rynkach globalnych istotne okazać się mogą odczyty produkcji przemysłowej (Wielka Brytania we wtorek, strefa euro w środę, oraz USA w piątek), a dodatkowo poznamy wielkości inflacji w Stanach Zjednoczonych w lutym (CPI we wtorek, PPI w środę). Warto również pamiętać o serii głosowań w sprawie Brexitu (we wtorek za przyjęciem wynegocjowanych przez premier May warunków Brexitu, w razie niepowodzenia, w środę za twardym Brexitem, a w przypadku jego odrzucenia, w czwartek za przedłużeniem czasu na negocjacje).

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Klienci coraz chętniej łączą usługi telekomunikacyjne w pakiety. Ten segment rynku wart jest około 5 mld zł

0

Klienci coraz chętniej łączą usługi telekomunikacyjne w pakiety. Ten segment rynku wart jest około 5 mld zł 7

Z danych UKE wynika, że sprzedaż pakietów usług to jeden z najszybciej rosnących segmentów rynku telekomunikacyjnego. W Polsce nasycenie usługami łączonymi jest wciąż na niskim poziomie i wynosi ok. 30 proc. Dlatego wciąż ma ogromny potencjał wzrostu, tym bardziej że zainteresowanie klientów usługami pakietowymi jest coraz większe. Osiągnięcie 80 proc. nasycenia jest możliwe – podkreśla wiceprezes Orange Polska.

Pakiety mają coraz większe znaczenie i uważam, że rynek już się do nich przyzwyczaił. Konwergencję każdy realizuje w taki sposób, na jaki pozwalają zasoby firmy. Niektórzy idą w kierunku ofert multiSIM-owych, rodzinnych, a inni – tak jak my – dostarczają oferty, które łączą internet stacjonarny i komórkowy czy też w ogóle świat mobilny i telewizji. W ciągu ostatnich 2 lat pozyskaliśmy 1,2 mln klientów naszej sztandarowej usługi Orange Love – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Gaca, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Z danych UKE wynika, że sprzedaż pakietów łączących różne usługi telekomunikacyjne od jednego dostawcy to jeden z najszybciej rosnących segmentów rynku telekomunikacyjnego. Według danych UKE za 2017 rok ten segment rynku wart jest ok. 5 mld zł. Wciąż ma więc duży potencjał wzrostu, bo wartość całego polskiego rynku telekomunikacyjnego to ok. 39,5 mld zł.

– Przyszłość zależy od tego, jak długo klienci będą zainteresowani pakietyzowaniem usług. Dzisiaj ok. 30 proc. Polaków ma pakiety, więc jest jeszcze 70 proc. gospodarstw domowych, które nie korzystają z konwergencji. Pewnie nigdy nie osiągniemy poziomu 100 proc., natomiast wciąż pozostaje ogromne pole do zagospodarowania. Osiągnięcie 80 proc. byłoby racjonalne, zwłaszcza patrząc na inne kraje, które wcześniej niż Polska zaczynały z konwergencją – mówi Mariusz Gaca.

W innych krajach Europy, jak np. Hiszpanii, odsetek klientów korzystających z usług pakietowych jest znacznie wyższy. W Polsce pierwsze usługi łączone pojawiły się dekadę temu, ale dopiero w ostatnich latach nastąpił prawdziwy boom. Z danych UKE wynika, że w latach 2013–2017 liczba klientów ofert pakietowych wzrosła blisko trzykrotnie.

Łączenie ofert internetu, telefonii i telewizji w ramach różnych technologii (mobilnej i stacjonarnej) to korzyść dla klientów, którzy płacą jeden – w dodatku niższy – rachunek oraz mogą korzystać z wybranych usług tam, gdzie chcą i na dowolnym urządzeniu.

Wzrost polskiego rynku dobrze oddaje wprowadzona blisko dwa lata temu oferta Orange Love. Usługa oferuje w jednym pakiecie telefonię komórkową i stacjonarną, internet domowy, dekoder telewizyjny 4K i treści telewizyjne w tej jakości. Operator właśnie wprowadził do sprzedaży dwa nowe pakiety Orange Love, zawierające więcej szybkiego internetu mobilnego i nawet 181 kanałów telewizyjnych, w tym Eleven Sports w 4K i szeroką bibliotekę filmów na żądanie.

– Mam przekonanie, że konwergencja będzie dla klientów bardzo ważna, co najmniej w perspektywie najbliższych dwóch lat. Im więcej będzie na rynku ofert konwergentnych albo multiSIM-owych, tym większe będzie zainteresowanie, bo kolejne reklamy będą powodować efekt halo – mówi Mariusz Gaca.

Jak podkreśla, wszyscy operatorzy są w coraz większym stopniu zainteresowani rozwijaniem usług konwergentnych. Wpływa na to większa dostępność łączy stacjonarnego dostępu do internetu wysokiej jakości, w tym zwłaszcza światłowodów, i coraz lepsza infrastruktura mobilna. W zasięgu sieci LTE jest obecnie 99 proc. populacji, co stawia Polskę w europejskiej czołówce. Wszystko to sprawia, że konwergencja staje się polem nowej konkurencji między operatorami, ale też podnosi świadomość na temat korzyści ofert pakietowych.

– Z naszych badań wynika, że prawie 70 proc. klientów nie wyobraża sobie życia bez telewizji, a blisko 60 proc. bez telefonu komórkowego. Brak tych dwóch usług spowodowałby istotny niedosyt. Natomiast z perspektywy samego użytkowania wydaje mi się, że jest ogromny apetyt na transmisję danych, bo chcemy być podłączeni do internetu cały czas, z każdego miejsca i urządzenia. Klienci oczekują, żeby pakiety internetu, w szczególności w telefonii mobilnej, były jak największe – kończy wiceprezes zarządu Orange Polska.

Dzięki Agencji Badań Medycznych przyspieszą prace nad nowoczesnymi technologiami medycznymi. Pierwsze konkursy mogą ruszyć jeszcze w tym roku

Dzięki Agencji Badań Medycznych przyspieszą prace nad nowoczesnymi technologiami medycznymi. Pierwsze konkursy mogą ruszyć jeszcze w tym roku 8

Wsparcie niekomercyjnych badań klinicznych, analiza danych dla efektywnej polityki zdrowotnej i wsparcie polskich naukowców – to najważniejsze cele Agencji Badań Medycznych. W Polsce rynek badań klinicznych wart jest ok. 1,2 mld zł rocznie. Choć mamy dobrze rozwinięty rynek badań komercyjnych, to te niekomercyjne stanowią zaledwie 1–2 proc. wszystkich badań. Agencja ma zwiększyć innowacyjność polskiej medycyny i zapewnić stałe źródło finansowania badaniom naukowym. Pierwsze konkursy mogą zostać rozpisane już w drugiej połowie 2019 roku.

– Agencja Badań Medycznych, która – mam nadzieję – wystartuje w ciągu najbliższego miesiąca, będzie bardzo istotnym składnikiem polskiego rynku biotechnologicznego, a także pewnego rodzaju animatorem rynku ochrony zdrowia w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Sierpiński, doradca i pełnomocnik ministra zdrowia ds. utworzenia Agencji Badań Medycznych.

Agencja Badań Medycznych ma być remedium na największe bolączki polskiej medycyny. Ma zwiększyć jej innowacyjność i zapewnić badaniom naukowym stałe źródło finansowania. Na wsparcie mogą liczyć m.in. niekomercyjne badania kliniczne, badania procesów leczniczych czy badania dotyczące optymalizacji całego sektora.

– Wśród trzech kluczowych działań Agencji Badań Medycznych identyfikujemy głównie niekomercyjne badania kliniczne, czyli takie, które mają poza konkretnym zyskiem biznesowym przynieść pewien zysk społeczny i wiedzę, np. na temat funkcjonowania danych technologii, ich zastosowania w polskim rynku ochrony zdrowia czy budowania sprawnej polityki zdrowotnej w kraju – wskazuje Radosław Sierpiński.

Z danych resortu zdrowia wynika, że rynek badań medycznych w Polsce, aby być efektywny, powinien być wart 3 mld zł. Obecnie to mniej niż połowa. Do tego nieznaczną tylko część ogółu (ok. 1–2 proc.) stanowią badania niekomercyjne. Dla porównania w krajach Europy Zachodniej ten odsetek sięga nawet 40 proc. W Polsce w 2011 roku zarejestrowano trzy niekomercyjne badania, w 2017 – dwadzieścia cztery. Raport PwC „Badania kliniczne w Polsce” wskazuje, że tylko w 2014 roku z powodów administracyjnych nie przeprowadzono blisko 70 badań o wartości ok. 170 mln zł. To właśnie niekomercyjne badania potwierdzają lub sprawdzają skuteczność produktów i technologii medycznych.

– Drugim obszarem działania Agencji Badań Medycznych będzie analityka, szeroko pojęty dostęp do danych, których mamy w systemie bardzo dużo. Musimy je dokładnie analizować, tak by podejmować decyzje w oparciu o konkretne dane z systemu, bo tylko wtedy ta polityka zdrowotna, value-based healthcare będzie efektywna i będzie przynosiła konkretne zmiany – wymienia Sierpiński. – Celem agencji jest też wsparcie polskich naukowców, granty badawcze w dziedzinach priorytetowych, takich jak kardiologia czy onkologia.

Sierpiński przekonuje, że dostęp do danych pochodzących z NFZ, GUS czy ZUS i ich analiza pozwolą ocenić efektywność nowych technologii, policzyć koszty i sprawdzić, czy dana innowacja faktycznie coś zmienia, a jej koszt wprowadzenia jest równoważony przez efekty.

W tym roku na działalność ABM trafi 40 mln zł, w 2020 roku – pół miliarda złotych, a w 2028 roku – blisko miliard złotych. Na dofinansowanie mogą liczyć badania naukowe i prace rozwojowe w dziedzinie nauk medycznych oraz projekty interdyscyplinarne wyłonione w drodze konkursu, zwłaszcza badania kliniczne, obserwacyjne i epidemiologiczne. Ustawa o Agencji Badań Medycznych została już podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę, a 22 marca kończy się jej okres vacatio legis.

– Myślę, że kilka miesięcy będzie trwała organizacja samej agencji. Podobne instytucje organizowały się nawet latami. My chcielibyśmy, żeby ona w drugiej połowie roku rozpisała pierwsze konkursy, wydatkowała pierwsze środki, tak żeby już teraz rozwiązać te kluczowe, palące problemy polskiego systemu ochrony zdrowia – zapowiada Radosław Sierpiński.

Polska jest liderem w legislacji dotyczącej dronów. Przepisy pobudzą rynek wart ok. 150 mln zł

Polska jest liderem w legislacji dotyczącej dronów. Przepisy pobudzą rynek wart ok. 150 mln zł 9

Ostatnie zmiany w prawie, które określają m.in. zasady lotów dronów poza zasięgiem wzroku, zdecydowanie uproszczą zasady ich użytkowania i będą impulsem do rozwoju branży – podkreśla Michał Wojas, prezes FlyTech UAV. Jak ocenia, Polska jest jednym z liderów w legislacji dronowej i istnieje duża szansa, że wdrożone u nas rozwiązania regulujące rynek dronów zostaną wkrótce przetransferowane na grunt europejski.

– Rynek w Polsce i na świecie znacząco się rozwija, z roku na rok notujemy coraz większą jego wartość. Co ciekawe, z roku na rok prognozy dotyczące dynamiki okazują się nietrafione, bo ten rynek rośnie szybciej, niż by się wydawało – mówi agencji Newseria Biznes Michał Wojas, prezes FlyTech UAV. – Na rynku coraz wyraźniej widoczna jest granica pomiędzy dronami konsumenckim a profesjonalnymi. Widzimy też rozwój technologii w zastosowaniach bardzo specjalistycznych oraz typowo hobbystycznych – dodaje ekspert.

Jak ocenia, Polska jest europejskim liderem w prawnym uregulowaniu rynku dronów. Wprowadzone z końcem stycznia rozporządzenie, które określa m.in. zasady lotów dronów poza zasięgiem wzroku BVLOS i dopuszcza loty automatyczne, zdecydowanie uprości zasady ich użytkowania oraz zdefiniuje granice pomiędzy lataniem hobbystycznym a komercyjnym.

– Do tej pory te loty nie były zdefiniowane i musieliśmy je zgłaszać kilka miesięcy wcześniej, uzyskiwać odpowiednią zgodę, rezerwować przestrzeń. Teraz to trwa kilka dni, co zdecydowanie ułatwia i usprawnia działania komercyjne w lotach, które wykonujemy na większe odległości – mówi Michał Wojas.

Zgodnie z obowiązującymi od niedawna przepisami, loty BVLOS są dopuszczone po poinformowaniu PAŻP (za pośrednictwem systemu teleinformatycznego) o zamiarze lotu co najmniej siedm dni przed jego wykonaniem. Takie operacje mogą wykonywać jedynie podmioty, które złożyły odpowiedni wniosek do Urzędu Lotnictwa Cywilnego i uzyskały na to zgodę, obowiązującą przez dwanaście miesięcy. Do lotów BVLOS dopuszczone są jedynie drony, które zostały uprzednio zarejestrowane w ewidencji statków powietrznych prowadzonej przez ULC.

– Zobaczymy, czy rejestracja okaże się skuteczna, czy nie, bo głównym celem rejestrowania dronów jest przede wszystkim identyfikacja ich użytkowników i weryfikowanie tych, którzy łamią prawo. Pytanie, czy ci, którzy łamią prawo, będą rzeczywiście rejestrować drony. Inną kwestią jest wykorzystywanie ich do zadań specjalnych, które tak naprawdę będą wymagały wykroczenia poza ramy obecnego rozporządzenia i na to będą wydawane specjalne zgody. Dlatego będzie wymagana rejestracja dronów, żebyśmy w przypadku sytuacji awaryjnej wiedzieli, jaki to dron i jakie ma możliwości – mówi Michał Wojas.

Z raportu opracowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Ministerstwem Infrastruktury wynika, że w polskiej przestrzeni powietrznej znajduje się w tej chwili około 100 tys. dronów, a wartość rynku wynosi ok. 150 mln zł. Już w tym roku przekroczy ona 190 mln zł, a do 2026 roku będzie rosła w tempie ok. 47 proc. Prognozowana wartość rynku (bez uwzględnienia dronów militarnych) w latach 2017–2026 to blisko 3,3 mld zł, co jest odpowiednikiem sześciokrotnych rocznych wydatków sektora rządowego na działalność B+R. Świadectwa kwalifikacji uprawniające do wykonywania lotów komercyjnych ma w tej chwili w Polsce ok. 10 tys. osób.

– Wydaje się, że w Polsce drony będą coraz bardziej wykorzystywane w administracji publicznej, chociażby w systemach antysmogowych czy inspekcjach turbin wiatrowych. To widzimy już przy zamówieniach publicznych. To jedne z wielu możliwych zastosowań, których wdrożenie umożliwi obecna legislacja, bo do tej pory barierą większą niż możliwości technologiczne były właśnie przepisy. Każdy kraj tworzy je po swojemu, natomiast organizacje międzynarodowe mocno przyglądają się temu, co dzieje się w Polsce, ponieważ uważają nas za pionierów w tej dziedzinie – mówi Michał Wojas.

Z tego względu, jak ocenia prezes FlyTech UAV, jest duża szansa, że polskie rozwiązania legislacyjne w tym zakresie zostaną wkrótce przetransferowane na grunt europejski, a przepisy zostaną ujednolicone w całej UE. To z kolei znacznie ułatwiłoby pracę operatorom dronów, którzy nie musieliby ograniczać się już tylko do krajowego rynku.

– Obecnie w każdym państwie mamy inne legislacje, co jest dość istotne z punktu widzenia operatora, który chciałby wykorzystywać drony również za granicą. W takim wypadku musi doskonale znać lokalne przepisy, które czasami znacząco różnią się od polskich – zauważa Michał Wojas.

Nowe statuty to szansa dla uczelni. Mają poprawić innowacyjność i uprościć współpracę z firmami

Nowe statuty to szansa dla uczelni. Mają poprawić innowacyjność i uprościć współpracę z firmami 10

Nowe statuty uczelni – najważniejsze akty wewnętrzne, które będą regulować ich działalność i struktury organizacyjne – mają powstać do 1 października tego roku. To jedno z głównych wyzwań, przed jakim stoją w tym roku polskie uczelnie w związku z wprowadzeniem Konstytucji dla Nauki. Wiceminister Piotr Dardziński ocenia, że nowe statuty zapewnią uczelniom większą autonomię i przyczynią się do budowania innowacyjności. – Ministerstwo już nie pokazuje palcem, jakie umowy muszą być podpisywane i w jaki sposób, przez konkretną jednostkę czy osobę. Dzisiaj to jest już wolna decyzja organów uczelni, senatu, rektora i rady uczelni – mówi wiceminister. 

– Większość uczelni już przygotowała nowe statuty, które będą obowiązywać od 1 października i rozstrzygną o tym, czy na uczelniach zaczną być tworzone nowe struktury organizacyjne. Ale tak naprawdę w statucie najważniejsze jest to, żeby – mówiąc językiem ekonomicznym – wskazać osoby odpowiedzialne za dowożenie wyników, za doskonałość naukową i dydaktyczną. To jest klucz rozstrzygający dla wszystkich nowych statutów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Piotr Dardziński, sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Jednym z najważniejszych założeń Konstytucji dla Nauki, która obowiązuje już od 1 października 2018 roku, jest zmiana struktur organizacyjnych uczelni. Te mają zostać zapisane w nowych statutach, które zaczną obowiązywać z nowym rokiem akademickim. Nowe statuty uczelni mają być najważniejszym dokumentem regulującym ich działalności i dokładnie określać ich strukturę wewnętrzną i organizacyjną.

– Będą one różnie wyglądały. Zresztą reforma zakładała, że polskie uczelnie zaczną się różnicować. Dzięki temu studenci nie będą szli na uczelnię, która została uszyta na miarę ustawy, ale została ukształtowana przez wspólnotę akademicką – mówi Piotr Dardziński. – Pewnie będą uczelnie, które dokonają tylko niewielkich korekt w starych statutach, oraz takie, które pójdą daleko w eksperymentach, np. utworzą jeden wydział dydaktyczny. Jednak to będzie autonomiczna decyzja wspólnoty akademickiej. Wierzymy w akademików, wierzymy, że są w stanie odkryć nową metodę organizacji pracy dydaktycznej i naukowej w Polsce.

W połowie lutego, otwierając debatę „Statut uczelni a ustawa 2.0” na Forum Narodowego Kongresu Nauki, szef MNiSW Jarosław Gowin zapewnił, że resort nie będzie narzucać uczelniom żadnych rozwiązań dotyczących nowo tworzonych statutów. Każda z nich powinna wypracować taki model organizacyjny i statut, które będą najlepiej oddawać jej misję. Jak podkreślił, założeniem reformy jest przekazanie środowisku akademickiemu jak największej autonomii, a zarazem odpowiedzialności.

– Autonomia uczelni jest bardzo ważna, bo charakterystyczną cechą innowacyjności jest to, że trudno ją usystematyzować. Szkoły samodzielnie ukształtują swoją wewnętrzną kulturę organizacyjną. Będą mogły się dostosowywać do potrzeb otoczenia, w tym także do potrzeb przedsiębiorców. Mogą też uprościć swoje wewnętrzne procedury, bo ministerstwo już nie pokazuje palcem, że takie, a nie inne umowy muszą być podpisywane w taki, a nie inny sposób, przez konkretną jednostkę i konkretnego kierownika. Dzisiaj to jest już wolna decyzja organów uczelni, senatu, rektora i rady uczelni – mówi Piotr Dardziński.

Jak podkreśla, to te organy będą odpowiedzialne za to, żeby jak najefektywniej przystosować uczelnię do współpracy z otoczeniem społeczno-gospodarczym. Dlatego – jak ocenia – nowe statuty i regulaminy wewnętrzne będą bardzo istotne dla pobudzania innowacyjności tych jednostek.

– W statutach będą zaprogramowane drzwi, którymi będą mogli wchodzić przedsiębiorcy chętni do współpracy. One będą też definiować m.in. ścieżki kariery, pokazywać, za co będzie można awansować na danej uczelni, co jest doceniane przez władze tej jednostki, będą rozkładać akcenty – mówi wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Podkreśla też, że w tym roku uczelnie dostały 3 mld zł obligacji na procesy inwestycyjne i jest to największy od 1989 roku zastrzyk na infrastrukturę uczelni i jednostek naukowych. Do tego ponad 700 mln zł jest przeznaczonych na podwyżki dla naukowców i akademików.

– Po trzecie, uruchamiamy wszystkie strumienie finansowania, które są dostępne w ramach naszych agencji, jeśli chodzi o perspektywę badań i rozwoju czy projektów innowacyjnych. To oczywiście są sztandarowe programy związane z szybkimi ścieżkami w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju i w tym roku jest to prawie 5 mld zł – mówi Piotr Dardziński.

Wartość polskiego rynku nieruchomości premium do 2023 roku może wzrosnąć do 4 mld zł. Co czwarta transakcja na tym rynku realizowana jest w Warszawie

Wartość polskiego rynku nieruchomości premium do 2023 roku może wzrosnąć do 4 mld zł. Co czwarta transakcja na tym rynku realizowana jest w Warszawie 11

W samej Warszawie rocznie sprzedaje się ponad 180 ekskluzywnych apartamentów, których cena za metr kwadratowy przekracza średnio 25 tys. zł – wynika z raportu „High Level Book” przygotowanego przez High Level Sales & Marketing. To właśnie w stolicy padł w 2018 roku transakcyjny rekord na rynku nieruchomości luksusowych – za apartament w rezydencji Park Lane, położonej przy Łazienkach Królewskich, zapłacono blisko 14,5 mln zł. Wartość polskiego rynku nieruchomości premium szacuje się na 1,3 mld zł, a w 2023 roku może ona wzrosnąć do blisko 4 mld zł.

– Zgodnie z naszym najnowszym raportem „High Level Book”, w którym analizujemy rynek nieruchomości apartamentowych premium w Polsce, w siedmiu największych miastach wartość rynku wynosi 1,3 mld zł. Urosła ona w stosunku do roku poprzedniego o 9 proc. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Kaim, prezes zarządu Tacit Investment, do którego należy High Level Sales & Marketing. – Na potrzeby naszych analiz przyjmujemy, że rynek premium to 1 proc. wszystkich transakcji w danej lokalizacji.

Liczba sprzedanych apartamentów premium w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach i Łodzi przekroczyła 700 sztuk. To o 19 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Pod względem cen i wolumenu transakcji na rynku nieruchomości premium dominuje Warszawa, ilościowo to jest blisko 25 proc. transakcji. Tu miała miejsce wartościowo najdroższa transakcja za blisko 14,5 mln zł, notujemy też tu rekordy za metr kwadratowy. Pozostałe rynki natomiast rozwijają się i podążają w kierunku Warszawy, ale dzieli je pewien dystans – ocenia prezes Tacit Investment.

Za apartament w rezydencji Park Lane przy stołecznych Łazienkach Królewskich nabywca zapłacił blisko 14,5 mln zł. Łącznie wartość rynku w Warszawie ocenia się na 694 mln zł. W Gdyni blisko 200-metrowy lokal sprzedano za 5,9 mln zł, a 350-metrowy apartament w Poznaniu – za 3,9 mln zł. Ok. 3 mln zł kosztowały też najdroższe apartamenty w Gdańsku i Sopocie, znacznie mniej w Krakowie i Wrocławiu (po ok. 1,6 mln zł), Katowicach (1 mln zł) oraz Łodzi – 975 tys.

– Każda rekordowa transakcja charakteryzuje się podobnymi kryteriami. Przede wszystkim są to zdecydowanie bardzo duże metraże, przeważnie powyżej 200, a często i 300 mkw. Są to najlepsze lokalizacje w danym mieście, z najlepszymi widokami albo otoczeniem, które gwarantuje niezmienność tego miejsca przez bardzo długi czas. Mówimy tu o ekspozycji na plac, park, jezioro czy morze, w zależności od tego, gdzie dana nieruchomość się znajduje. Ale to musi być zawsze pierwsza linia i miejsce niepowtarzalne – tłumaczy Karolina Kaim.

Próg wejścia, czyli minimalna średnia cena za 1 mkw., jaką trzeba zapłacić, aby stać się właścicielem nieruchomości premium, najwyższy jest w Warszawie i wynosi blisko 25 tys. zł. W ciągu roku kwota ta wzrosła o 29 proc. W pozostałych miastach cena za metr kwadratowy jest już znacznie niższa: w Trójmieście wynosi 17,5 tys. zł, we Wrocławiu – 14,5 tys. zł, w Krakowie – 13,8 tys. zł, Poznaniu – 11 tys. zł. Najmniej za luksusowy apartament trzeba zapłacić w Łodzi – 6,6 tys. zł.

Raport High Level Book ocenia, że rynek nieruchomości luksusowych będzie się rozwijał w tempie 8–10 proc. KPMG w raporcie „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” szacuje, że do 2023 roku jego wartość sięgnie 3,9 mld zł. Wzrost może być jednak szybszy. W ciągu najbliższych czterech lat liczba dobrze zarabiających Polaków sięgnie 1,6 mln, a ich łączny dochód wyniesie ponad 381 mld zł.

– Polski rynek nieruchomości premium jest na innym etapie rozwoju niż znacznie bardziej rozwinięte rynki europejskie. W 2017 roku zrobiliśmy raport z firmą EY, w którym patrzyliśmy na tzw. premię za luksus, czyli mnożnik, który mówi nam o tym, ile razy trzeba pomnożyć średnią cenę na rynku, aby uzyskać najwyższą cenę osiąganą na danym rynku. Dla Warszawy ten mnożnik wynosi 6, natomiast dla Londynu to 10, a dla Nowego Jorku – 12 – wylicza Karolina Kaim.

LPP SA powiększa centrum dystrybucyjne obsługujące kanał e-commerce

Intensywnie rozwijająca się polska firma odzieżowa LPP SA zdecydowała się na powiększenie swojego centrum dystrybucyjnego na terenie parku logistycznego w Strykowie. Biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój sektora e-commerce oraz rosnące wymagania klientów, firma LPP SA potrzebowała nowych 16 000 m2 magazynu, dzięki którym łącznie zajmowany przez nią budynek ma obecnie powierzchnię 46 400 m2. Rozbudowa obiektu rozpoczęła się w drugiej połowie 2018 roku i trwała zaledwie cztery miesiące. Centrum dystrybucyjne obsługuje kanał e-commerce LPP SA, a produkty wysyłane są z niego nie tylko do Polski, ale również do Wielkiej Brytanii, Niemiec, krajów bałtyckich, Czech, Słowacji, Rumunii oraz Węgier.  

Topowa polska firma odzieżowa, spółka LPP SA, właściciel takich marek jak Reserved, Mohito, Cropp, House i Sinsay, konsekwentnie realizuje swoją strategię dążenia do osiągnięcia statusu marki globalnej. Rozwijając działalność stawia na innowacje i nowoczesne rozwiązania, również w przypadku centrum dystrybucyjnego, które już teraz rocznie realizuje wysyłki kilkunastu milionów sztuk produktów nie tylko do Polski, ale również na wiele rynków zagranicznych.

W magazynie po rozbudowie znajduje się czterdzieści docków, sześć combi-docków, umożliwiających obsługę zarówno pojazdów dostawczych jak i użytkowych, dzięki czemu możliwa jest szybsza realizacja zamówień oraz cztery docki „0”. W budynku nie zabrakło również innowacyjnych rozwiązań – dzięki zainstalowaniu kurtyn powietrznych nad ośmioma dockami zminimalizowano utratę ciepła, a tym samym obiekt stał się bardziej energooszczędny. Analogicznie jak w powstałej w 2017 roku, także w nowej części zainstalowano nowoczesne oprawy LED przyczyniające się do obniżenia zużycia energii elektrycznej o ponad 30%. Dodatkowe naświetla dachowe oraz częściowo przeszklone docki w strefie odbioru zamówień zapewniają maksymalny dostęp do światła dziennego i zwiększają komfort pracy zatrudnionych. Dzięki tym i innym nowoczesnym rozwiązaniom z obszaru zrównoważonego rozwoju budynek otrzymał certyfikat BREEAM z oceną Very Good.

W celu usprawnienia codziennego funkcjonowania centrum dystrybucyjnego wprowadzono również system automatycznie rozpoznający tablice rejestracyjne, co pozytywnie wpływa na płynność komunikacyjną dostawców, pracowników oraz zwiększa bezpieczeństwo.

– Cieszymy się, że tak prężnie rozwijająca się firma, jak LPP SA, ponownie zaufała SEGRO i powierzyła nam dalszą rozbudowę. Staramy się wszystkim naszym klientom zapewnić możliwości rozwoju w lokalizacji, którą wybrali jako optymalną dla prowadzenia swojej działalności i jesteśmy dumni, że udało się to nam także tym razem – mówi Waldemar Witczak, Dyrektor Regionalny SEGRO. Rozwój LPP w Strykowie jest jednym z wielu przykładów pokazujących, iż Stryków to doskonałe miejsce dla centrum dystrybucyjnego.

Park logistyczny SEGRO w Strykowie utworzony w 2006 roku, to jeden z flagowych parków dewelopera w tej części Europy. Położony blisko skrzyżowania autostrad A1 i A2 zapewnia klientom sprawne dostawy we wszystkich kierunkach. Docelowo cały obiekt może zostać rozbudowany do prawie 400 000 m2 powierzchni magazynowej, logistycznej (cross-docking) i produkcyjnej.

Nowy system informacji wesprze sztuczna inteligencja. Wdrażane w jego ramach rozwiązanie antyplagiatowe wykryje powtórzenia i styl wypowiedzi

Nowy system informacji wesprze sztuczna inteligencja. Wdrażane w jego ramach rozwiązanie antyplagiatowe wykryje powtórzenia i styl wypowiedzi 12

Nowy system POL-on, opracowywany przez Ośrodek Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego, ma być zgodny z założeniami Konstytucji dla Nauki. Wśród przygotowywanych inteligentnych rozwiązań znajdują się m.in. chatbot, inteligentne wyszukiwarki czy system antyplagiatowy śledzący nie tylko powtórzenia, lecz także styl wypowiedzi. Fundamenty systemu powstaną przed początkiem nowego roku akademickiego.

System POL-on stanowi obszerne źródło danych o polskiej nauce i szkolnictwie wyższym. Składa się na niego 40 modułów obejmujących m.in. monitorowanie ekonomicznych losów absolwentów, gromadzenie prac dyplomowych, a także umożliwiających łączenie naukowców z przemysłem i biznesem w celu komercjalizacji innowacyjnej myśli technologicznej. Nowy utworzony system będzie czerpał też m.in. z technologii sztucznej inteligencji.

– System POL-on powstaje na nowo, tzn. musimy go dostosować do Konstytucji dla Nauki, czyli ustawy 2.0, i te prace trwają. Sens tego systemu jest naprawdę wielki. Chodzi o to, żeby dane zbierane z różnych źródeł można było przedstawiać jak najszerzej w sposób bardzo uporządkowany – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas 11. Forum Gospodarczego Time Olaf Gajl, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego.

Główne obszary zastosowania systemu to m.in. dostarczanie danych dla GUS, elektroniczna sprawozdawczość szkół wyższych, gromadzenie prac dyplomowych, dostarczanie obiektywnych informacji o nauce i szkolnictwie wyższym dla studentów, kandydatów na studia, pracowników nauki i przedsiębiorców czy wspomaganie oceny jakości kształcenia.

Jednym z elementów systemu jest także Jednolity System Antyplagiatowy, który od stycznia 2019 r. jest wdrażany na wszystkich uczelniach w Polsce. Platforma do sprawdzania legalności prac dyplomowych także wspierana jest przez sztuczną inteligencję.

– Jednolity System Antyplagiatowy, który jest wprowadzany na wszystkich uczelniach, poza sprawdzaniem, czy kawałek tekstu został przepisany czy nie, ma również np. analizę stylu. Oznacza to, że jesteśmy w stanie wykryć, że część pracy jest napisana w innym stylu niż pozostałe kawałki pracy. Promotor może się zastanowić wówczas, czy przypadkiem nie nastąpiły jakieś nieprawidłowości – wskazuje Olaf Gajl.

Udoskonalony system wykrywający naruszenie praw autorskich w pracach naukowych to jednak tylko część z wprowadzanych zmian. Jednym z celów nadrzędnych wdrażania systemu POL-on, jest odbiurokratyzowanie uczelni i instytutów naukowych, co umożliwić ma wprowadzenie zdalnej sprawozdawczości. System zdejmuje z uczelni obowiązek m.in. sprawozdań finansowych, raportów rocznych, ankiet rekrutacyjnych czy formularzy wypełnianych na potrzeby GUS.

Zgodnie z założeniami ustawy 2.0 wszystkie te procesy mają być zautomatyzowane. Ośrodek Przetwarzania Informacji PIB chce, by większość gromadzonych danych była dostępna publicznie, m.in. dla badaczy, ale także dla zwykłych obywateli.

– Mamy projekt, w którym będziemy używać hurtowni danych. Będzie ona zasysać informacje z różnych źródeł, które posiadamy, i prezentować te dane w sposób jednolity dla społeczeństwa, dla ministerstwa, dla agencji rządowych. Użytkowników mamy w planie wielu – twierdzi dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego.

Zaawansowane plany dotyczą także ewaluacji losów maturzystów w związku z ustawą 2.0. Dzięki danym z POL-onu można będzie weryfikować popularność kierunków studiów w oparciu o rzeczywiste wybory kandydatów.

– Jest cały szereg działań, które będą wprowadzane w kolejnych latach, np. ewaluacja ma być wprowadzona w 2021 roku. Zadań mamy naprawdę dużo, a poza tym wykorzystujemy sztuczną inteligencję. W tej chwili w systemie z tzw. OSF (obsługi systemu strumieni finansowania – przyp.red.), czyli systemie, który pozwala na składanie wniosków o granty w Narodowym Centrum Nauki, w NCBiR i w ministerstwie, mamy już chatbota, z którym można się porozumieć normalnym językiem. Mamy też inteligentne wyszukiwarki – mówi ekspert.

Chatboty postrzegane są przez polskie uczelnie m.in. jako szansa na udoskonalenie i uzupełnienie oferty dydaktycznej. Uniwersytet Rzeszowski przygotowuje się do pilotażu, w ramach którego testowana będzie platforma wirtualna do immersyjnej nauki języków obcych. Student korzystający z gogli VR przeniesie się np. na lotnisko, gdzie będzie musiał się porozumieć z chatbotem.

Pierwszy etap tworzenia systemu POL-on planowany jest na 1 października. Mają być wtedy gotowe zręby systemu. System prowadzi ewidencję ponad 5,6 mln studentów z niemal 400 uczelni publicznych i niepublicznych. W systemie zdeponowano do tej pory ponad 2,8 mln prac dyplomowych.

Technologia dźwięku przestrzennego zwiększy realizm w grach i filmach. Pozwoli dokładnie odwzorować dźwięki, uwzględniając pozycję słuchacza

Technologia dźwięku przestrzennego zwiększy realizm w grach i filmach. Pozwoli dokładnie odwzorować dźwięki, uwzględniając pozycję słuchacza 13

Dzięki zastosowaniu silnika przetwarzania przestrzennego można osiągnąć u odbiorcy wrażenie bycia w centrum wydarzeń. Technologia rozwijana przez polski start-up pozwoli dokładnie zasymulować dowolne dźwięki, uwzględniając wiele aspektów, takich jak rozkład pomieszczenia, materiał budynku czy pozycja słuchacza. Rozwiązanie może znaleźć zastosowanie głównie w grach i na salach kinowych, ale skorzystać mogą z niego także architekci projektujący np. stadiony czy hale sportowe. Duże nadzieje dla dźwięku przestrzennego wiązane są również z branżą VR i AR.

– SoundToolKit to silnik przetwarzania dźwięku przestrzennego. Tworzymy model trójwymiarowy jakiegoś pomieszczenia i umieszczamy w nim źródła dźwięku, a słuchacza ustawiamy np. w miejscu kamery. Następnie robimy dokładną symulację, jak ten dźwięk powinien w tym miejscu brzmieć, składając te wszystkie dźwięki – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Ziółko z polskiej firmy Techmo.

Innowacyjne rozwiązanie SoundToolKit pozwala na realistyczne odwzorowanie niemal każdego dźwięku w trójwymiarowym środowisku. Podczas przeprowadzania symulacji technologia bierze pod uwagę m.in. rozkład pomieszczenia, materiał, kubaturę, a także ruch źródła dźwięku czy pozycję słuchacza. Symulacja realizowana jest w czasie rzeczywistym, reagując dynamicznie na zmieniające się warunki otoczenia.

System stworzono z myślą o rynku gier wideo – ma ułatwiać i przyspieszać pracę programistów.

– Symulację możemy wykonać także dla budynków, które nawet jeszcze nie istnieją, czy dla budynków z różnych materiałów, np. zanim ktoś je zaprojektuje. W tej chwili działamy głównie pod kątem gier, natomiast przymierzamy się także, aby stosować to w rozwiązaniach pomagających architektom. Chodzi o to, żeby architekt na etapie projektowania budynku mógł poczuć, jak ten dźwięk w różnych miejscach będzie brzmiał – mówi Bartosz Ziółko.

Silnik przetwarzania dźwięku przestrzennego może także znacząco urealnić doznania przy oglądaniu filmów zarówno w kinie, jak i w domu. Z podobnego rozwiązania korzysta już Moskiewski Teatr Muzyczny. Od tego sezonu artystycznego spektakle wykorzystują technologię L-ISA, która wychwytuje sygnały wyjściowe dla każdego kanału, a silnik dźwięku przestrzennego przetwarza sygnały dla każdego głośnika lub grupy głośników osobno, co znacząco zwiększa realizm odczucia dźwięku.

W przyszłości narzędzie można by zastosować jeszcze w trakcie opracowywania filmów, tak by oglądający mógł zdecydować, z którego miejsca na planie chciałby odbierać dźwięki.

– Najlepsze zastosowania tej technologii są w rozrywce, do tworzenia bardziej realistycznych gier. W przyszłości możliwe będzie zastosowanie także w filmach. Pojawia się taki trend, żeby osoba oglądająca film mogła zadecydować, z którego miejsca chce go oglądać. Ma to związek z trendem wirtualnej rzeczywistości i zwiększeniem interaktywności filmów – wskazuje ekspert.

Z raportu Transparency Market Research wynika, że coraz więcej firm wprowadza specjalistyczne badania neurosłuchowe i zaawansowane algorytmy cyfrowego przetwarzania dźwięku (DSP), które można zintegrować bezpośrednio z silnikiem dźwiękowym gry. Obiecująco wygląda także wykorzystanie dźwięku 3D w przemyśle kinowym. Przewiduje się, że rozkwit technologii rzeczywistości wirtualnej  (VR) i rozszerzonej (AR) oraz jej wdrożenie w muzeach i na wystawach również stworzy atrakcyjne możliwości rynkowe dla dźwięku 3D.

Technologie związane z obróbką i miksowaniem dźwięków coraz częściej sięgają także po sztuczną inteligencję. Neutron 2 to rozwiązanie, które pozwala na kształtowanie idealnie zrównoważonego miksu dźwięków w oparciu o inteligentną analizę dziesiątek tysięcy profesjonalnych miksów. Technologia zdolna jest też m.in. do wykrywania instrumentów fortepianowych opartego na uczeniu maszynowym.

Tymczasem Techmo kieruje swoją technologię na razie do mniejszych deweloperów.

– Uruchomiliśmy nasz silnik jako plugin w Unity, można go po prostu jednym kliknięciem ściągnąć i bez naszej pomocy próbować zrobić prostą grę z jego wykorzystaniem. To zostało zrobione dopiero parę tygodni temu, teraz czekamy na wyniki, na ile się ta technologia przyjmie – mówi Bartosz Ziółko.

Według prognoz Transparency Market Research światowy rynek dźwięku 3D osiągnie do 2026 roku wartość 14,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 16,6 proc. Głównym czynnikiem napędzającym rynek ma być zwiększenie wykorzystania dźwięku 3D w grach.

Cyberbezpieczeństwo: Polska wśród najbezpieczniejszych krajów Europy

W lutym Polska ulokowała się na 12 miejscu w Europie pod względem cyberbezpieczeństwa. Liderem w Europie niespodziewanie okazała się Estonia. Cryptominer Coinhive stanął na czele indeksu zagrożeń globalnych 15. miesiąc z rzędu, choć jednocześnie, jego twórca ogłosił, że 8 marca 2019 roku przestał być wspierany i rozwijany, ponieważ był przestał być opłacalnym.

Tabela 1. Cyberbezpieczeństwo w Europie – Luty ’19. Na podstawie Threat Index, Check Point Software Technologies
Tabela 1. Cyberbezpieczeństwo w Europie – Luty ’19. Na podstawie Threat Index, Check Point Software Technologies

W najnowszym, marcowym rankingu cyberbezpieczeństwa opracowanym przez Check Point Software Technologies, najbezpieczniejszym krajem w Europie okazała się Estonia. Na podium uplasowały się również Irlandia oraz Bułgaria. Polska zajęła 12 miejsce, wyprzedzając m.in. Belgię oraz Holandię!

W lutym badacze Check Pointa wykryli kilka szeroko zakrojonych kampanii dystrybuujących ransomware GandCrab w Japonii, Niemczech, Kanadzie i Australii oraz wśród kilku innych krajów docelowych.  Operacje z wykorzystaniem GrandCrab pojawiły się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, a jedna z ostatnich była związana z nową wersją oprogramowania – V5.2, która zawiera większość funkcji poprzednika ale posiada klucz zmiany szyfrowania, który sprawia, że narzędzie dekodujące dla poprzednich wersji jest nieskuteczne.

Nowa wersja GandCrab udowadnia po raz kolejny, że choć istnieją rodziny złośliwego oprogramowania, które pozostają na szczycie listy złośliwego oprogramowania przez kilka miesięcy i wydają się być statyczne, to w rzeczywistości starają się one znaleźć nowe metody unikania wykrywania produktów bezpieczeństwa. Aby skutecznie z tym walczyć, eksperci cyberbezpieczeństwa nieustannie śledzą je na podstawie ich rodzinnego „DNA”.

Wg Check Pointa cryptominery nadal dominują w indeksie zagrożeń, mimo że ich globalny wpływ stopniowo maleje wraz ze spadkiem wartości kryptowalut. Rosnące koszty wydobycia wraz ze spadkiem wartości pieniądza kryptograficznego Monero sprawiły, że światowy udział Coinhive spadł z 18% w październiku 2018 roku do 12% w styczniu 2019 roku i do 10% w tym miesiącu. Nie jest jeszcze jasne, czy w najbliższym miesiącu na pierwszym miejscu znajdzie się inny rodzaj ransomware, czy też zupełnie inna forma złośliwego oprogramowania.

Na świecie za plecami Coinhive znów znalazł się cryptominer Cryptoloot, z kolei trzecim najpopularniejszym malware jest trojan Emotet. W Polsce Coinhive również jest najpopularniejszym malware, jednak z mniejszym udziałem – nieprzekraczającym 7%. Drugie miejsce zajmuje Emotet, z kolei podium zamyka downloader SLoad.

Badacze Check Pointa przeanalizowali również najczęściej wykorzystywane cyberpodatności. CVE-2017-7269 jest nadal liderem wśród najlepiej wykorzystanych słabych punktów. OpenSSL TLS TLS DTLS Heartbeat Information Disclosure jest drugą pod względem częstości występowania luki z globalnym wpływem 40%, a niechlubne podium podatności zamyka PHPMyAdmin Misconfiguration Code Injection, z globalnym wpływem na 34% organizacji.