Komentarz Jakuba Korczaka (Serinus Energy) do obecnej sytuacji na Ukrainie

W związku z obecną sytuacją polityczną na Ukrainie, a także nowymi regulacjami podatkowymi, rynek wykazuje zaniepokojenie. Serinus Energy z uwagą śledzi rozwój sytuacji i stara się reagować jak najszybciej na ewentualne zmiany w otoczeniu gospodarczym.

Produkcja

Należy podkreślić, że pomimo trudnej sytuacji, produkcja gazu i kondensatu na Ukrainie jest prowadzona bez zakłóceń – obecnie na najwyższym poziomie w historii – wydobywamy ponad 1,1mln m3 gazu dziennie. Wszelkie należności otrzymujemy w terminie, a odbiór gazu odbywa się bez zakłóceń.

Bezpieczeństwo

Najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo i dobro naszych pracowników, którym zawdzięczamy nasz sukces oraz bezpieczeństwo sprzętu i infrastruktury – to jest priorytet we wszelkich podejmowanych decyzjach. Kilka tygodni temu biura spółki zostały przeniesione do Charkowa, i tam praca jest prowadzona bez zakłóceń.

Koncesje produkcyjne

Dwa główne pola Serinus; Makiejewskoje i Oglowskoje, znajdują się w znacznej odległości (ok. 150 km) od terenów objętych działaniami zbrojnymi; w okolicy znajdują się bazy sił rządowych. Na dwóch mniejszych polach, zlokalizowanych bezpośrednio pod Ługańskiem, wstrzymano produkcję ze względów bezpieczeństwa – tamtejsza produkcja stanowiła jedynie 3% całości produkcji w I kwartale 2014, przy czym zwiększenie produkcji z ostatnio podłączonych odwiertów z powodzeniem skompensowało ten ubytek.

Zmiany prawne

Jak już Spółka informowała, najnowsze regulacje będą miały przełożenie na niższą rentowność obecnych działań na Ukrainie, jednak nowe prawo przewiduje znacznie niższe opodatkowanie produkcji z nowych odwiertów. Produkcja ta będzie opodatkowana na poziomie około 30%, w porównaniu do 55% obciążenia produkcji już prowadzonej. Dlatego kierownictwo Serinus i KUB-Gas rozważa przyspieszenie rozpoczęcia nowych prac wiertniczych na koncesjach Makiejewskoje i Olgowskoje. Celem prac byłyby odwierty o stosunkowo niskim ryzyku poszukiwawczym, zlokalizowane w obrębie akumulacji, z których jest już prowadzona produkcja.

Stała aktualizacja informacji

Serinus Energy deklaruje, że tak jak przez ostatnie 4 lata, będzie na bieżąco informować opinię publiczną i Akcjonariuszy o rozwoju sytuacji.

Polski rynek świeżego drobiu jest wart 5,4 mld zł

W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku rynek świeżego drobiu w Polsce odnotował, w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, 1-procentowy spadek w ujęciu ilościowym 1,6-procentowy spadek w ujęciu wartościowym.

Analizowana kategoria obejmuje świeże mięso drobiowe paczkowane i sprzedawane na wagę. Do kategorii tej zaliczają się również produkty marynowane i przyprawione.

Michał Maksymiec, analityk kategorii Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „Zmianie uległa struktura spożycia drobiu w Polsce. Gospodarstwa domowe coraz chętniej decydują się na filety (piersi) z kurczaka (wzrost o 5 proc.). Z kolei spożycie udek i skrzydełek spadło odpowiednio o 7 i 6 proc. Z roku na rok coraz chętniej sięgamy też po mięso z kaczki, którego udział w zakupach całej kategorii wynosi obecnie ok. 3 proc.”

Największym segmentem rynku świeżego drobiu jest mięso z kurczaka. Udział tego segmentu w całkowitych wydatkach przeznaczonych na całą kategorię wyniósł w analizowanym okresie 78 proc. Drugim największym segmentem jest mięso z indyka z udziałem w całej kategorii na poziomie 13 proc.

W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku, pojedyncze polskie gospodarstwo zakupiło około 38 kg mięsa z kurczaka, wydając na ten cel niewiele ponad 8 zł za kilogram. Biorąc pod uwagę częstotliwość zakupów, mięso z kurczaka kupowane było średnio 29 razy w ciągu roku. Na pojedynczy akt zakupowy (pojedynczą wizytę w sklepie) przypadało 1,3 kg produktu.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, w analizowanym okresie świeży drób był najczęściej kupowany w tradycyjnych sklepach małoformatowych, które odpowiadają za około 46 proc. sprzedaży ilościowej całej kategorii w Polsce. Wzrost odnotował natomiast kanał handlu nowoczesnego (hipermarkety, supermarkety i dyskonty). Wśród nich znaczący wzrost zanotowały dyskonty, czyli Biedronka, Lidl, Netto i Aldi. W tym kanale sprzedaży gospodarstwa domowe realizowały 15,9 proc. zakupów produktów z kategorii świeżego drobiu w ujęciu ilościowym (wzrost o 3 proc. w porównaniu do lat ubiegłych). Z kolei udział hipermarketów i supermarketów utrzymał się na stabilnym poziomie i wyniósł odpowiednio 11 i 22 proc.

Michał Maksymiec dodaje: „Można spodziewać się, iż wraz z powstawaniem na mapie kolejnych sklepów Biedronki i Lidla, udział kanału dyskontów w zakupach kategorii świeżego drobiu będzie nadal zyskiwał na znaczeniu. Z drugiej strony, silne przywiązanie Polaków do tradycyjnych sklepów małoformatowych oraz rozdrobnienie handlu w Polsce, może stanowić hamujący czynnik wzrostu dla istotności kanału dyskontów”.

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Koncerny motoryzacyjne najbardziej ekologicznymi markami na świecie

Z czwartej edycji rankingu „Best Global Green Brands” opublikowanego przez globalną firmę Interbrand, a współtworzonego przez Deloitte, wynika, że najbardziej ekologiczne marki na świecie reprezentują branżę samochodową. Firmy z tego sektora zajmują pierwsze cztery miejsca w rankingu. Oprócz nich dominują spółki technologiczne i z sektora elektroniki. Dotychczasowego lidera – Toyotę – w tym roku wyprzedził Ford. W pierwszej trójce znalazła się także Honda. Tegoroczna lista najlepszych 50 firm pokazuje, że coraz więcej branż podejmuje działania, mające na celu publiczną prezentację informacji dotyczących ich zaangażowania w sferze ekologii czy szerzej zrównoważonego rozwoju / odpowiedzialnego biznesu (CR – Corporate Responsibility), w tym gotowość do raportowania tego wymiaru ich działalności zewnętrznym interesariuszom.

Ranking „Best Global Green Brands” bierze pod uwagę dwa wymiary działalności przedsiębiorstw: aktywność w zakresie ekologii oraz ich wizerunek ekologiczny, tj. sposób postrzegania działań ekologicznych przez klientów oraz podejście do komunikacji firmy z rynkiem.

Deloitte ocenia podejmowane działania ekologiczne oraz rozwiązania wdrożone w przedsiębiorstwach. Marki muszą wykazać swój ekologiczny charakter w sześciu analizowanych obszarach:

  • Działalność operacyjna – energooszczędność produkcji, materiałów, zarządzanie odpadami, oszczędność energii etc.
  • Produkt, świadczona usługa – „zielone atrybuty”.
  • Transport i logistyka (raportowanie i mierzenie), w tym ograniczanie stopnia ich wpływu na środowisko.
  • Zarządzanie łańcuchem dostaw, w tym ograniczanie skali jego wpływu na środowisko.
  • Zaangażowanie właścicieli firmy oraz pracowników w działania/rozwiązania ze sfery ekologicznej.
  • Polityki i procedury wdrożone w firmie w celu efektywnego zarządzania skutkami prowadzenia działalności wpływającymi na środowisko naturalne oraz realizowania stosownych programów środowiskowych.

Interbrand ocenia marki pod względem wizerunku – firmy muszą dbać o pozytywne postrzeganie ich przez odbiorców poprzez wiarygodne przedstawianie ich zaangażowania w zakresie oddziaływania na środowisko. Elementy oceny:

  • Autentyczność działań.
  • Waga działań (istotność problemów).
  • Odmienność działań firmy w stosunku do konkurencji.
  • Konsekwencja i spójność podejmowanych inicjatyw.
  • Poziom zrozumienia generalnej problematyki ekologicznej.
  • Świadomość klientów dot. działań firmy oraz posiadanej reputacji na rynku.

Z naszego raportu wynika, że każdy element układanki: działalność operacyjna, konsumenci, pracownicy, dostawcy, organy rządowe oraz inwestorzy muszą wykazać zaangażowanie i chęć współpracy, aby inicjatywy w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu i zrównoważonego rozwoju, przeszły na bardziej zaawansowany poziom” – mówi Jez Frampton, Globalny Dyrektor Generalny Interbrand.

W tegorocznym rankingu firmy z branży motoryzacji, elektroniki i technologii stanowią niemal 50 procent jego składu. Spośród nich dziesięć firm wywodzi się z sektora motoryzacyjnego, a dwanaście z branży elektroniki i technologii.

TOP 10 – Best Global Green Brands 2014

Pozycja Firma Sektor Luka/ Gap Score
1 Ford Motoryzacja + 3,2
2 Toyota Motoryzacja + 0,3
3 Honda Motoryzacja + 1,8
4 Nissan Motoryzacja + 6,6
5 Panasonic Elektronika + 13,9
6 Nokia Elektronika + 19,0
7 Sony Elektronika + 10,7
8 Adidas Produkty Sportowe + 6,1
9 Danon FMCG  – 1,3
10 Dell Technologie + 6,9

Po raz pierwszy w historii rankingu, odnotowano zmianę lidera – firma Ford zdetronizowała Toyotę, która zajmowała pierwszą pozycję od 2011 roku, natomiast w tegorocznym zestawieniu spadła na miejsce drugie. Za nią uplasowały się: Honda (miejsce 3), Nissan (miejsce 4) oraz Panasonic (miejsce 5).

Koncerny motoryzacyjne stanowią 20 proc. wszystkich firm, które znalazły się w pierwszej pięćdziesiątce. „Koncerny samochodowe przywiązują coraz większą wagę do kwestii ochrony środowiska, nie tylko dlatego, że wymaga tego od nich prawo, ale także dlatego, że rośnie świadomość ekologiczna wśród konsumentów, a media poświęcają temu tematowi wiele miejsca. Należy więc oczekiwać, że wiodący producenci aut nadal będą angażować znaczne środki finansowe oraz swoje know how w skonstruowanie auta, które zyska miano najbardziej ekologicznego” – wyjaśnia Tomasz Pałka, ekspert ds. motoryzacji, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Przykładowo Ford, który rok wcześniej zajmował drugie miejsce w rankingu, ma obecnie w swojej ofercie pięć pojazdów elektrycznych. Firma inwestuje też w badania dotyczące rozwoju technologii wodorowych oraz ogniw paliwowych.

Choć firmy reprezentujące sektory elektroniki i technologii zajmują prawie 25 proc. miejsc w rankingu, w ramach tej branży można zaobserwować największe rozbieżności – zarówno w pozytywnym jak i negatywnym sensie. Oznacza to, że firmy te powinny wzmocnić swoje proekologiczne wysiłki albo też popracować nad tym, jak ich inicjatywy są odbierane przez opinię publiczną.

W najnowszym raporcie znalazło się trzech debiutantów: Chevrolet (32. miejsce), Disney (49. miejsce) i Heineken (50. miejsce). Największe awanse zaś zanotowały firmy Ikea (o 14 pozycji na 19. miejsce) oraz Zara (o 14 pozycji na 34. miejsce). W pierwszej dziesiątce rankingu po raz pierwszy znalazły się koncerny Sony (7. miejsce) oraz Adidas (8. miejsce).

Skutecznym sposobem na wyrównanie różnicy między rzeczywistymi działaniami a ich percepcją społeczną jest zaangażowanie się w inicjatywy ekologiczne i programy, które będą nierozerwalnie utożsamiane z daną marką. „Korporacje na całym świecie intensywnie pracują nad wzmocnieniem swojego zaangażowania w sferze ekologii, jak i szerzej pojętym obszarze zrównoważonego rozwoju. Firmy, które chcą odnieść sukces na tym polu, muszą otwarcie komunikować się ze swoimi klientami, opinią publiczną, ale także inwestorami. Nagrodzone marki udowadniają, że rzeczywiste działania połączone z pozytywnym wizerunkiem, mogą przynieść spodziewane rezultaty” – mówi Jacek Kuchenbeker, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte, Lider zespołu świadczącego usługi z obszaru odpowiedzialnego biznesu.

Metodyka:

Ranking „Best Global Green Brands 2014” opublikowano w USA pod koniec czerwca br.

Podstawą rankingu był coroczny raport firmy Interbrand poświęcony 100 najlepszym markom, które przynoszą rekordowe zyski swoim właścicielom (Best Global Brands). Aby znaleźć się w pierwszej pięćdziesiątce rankingu, organizacje muszą być skuteczne zarówno pod względem wyników osiąganych w obszarze środowiska, jak również kreowania swojego wizerunku.

Firma Deloitte (oddział USA) analizowała wyniki każdej marki pod względem zrównoważonego rozwoju, biorąc pod uwagę dane pochodzące z publicznych źródeł, m.in. z raportów CSR danej firmy czy rocznych sprawozdań finansowych. Interbrand badał z kolei ekologiczny wizerunek firm wśród ponad 10 tys. respondentów: po tysiąc osób w każdej z 10 największych gospodarek świata.

W raporcie używane jest określenie „luka” (Gap Score). Jest to różnica między wynikami (działaniami ekologicznymi firmy) a wizerunkiem ekologicznym. Luka dodatnia oznacza, że wyniki w obszarze środowiska są w rzeczywistości lepsze niż to co się wydaje konsumentom. Luka ujemna oznacza, że w oczach klientów marka lepiej sobie radzi w obszarze ochrony środowiska niż ma to miejsce w rzeczywistości.

Ostateczne wyniki rankingu pochodzą z połączenia uzyskanych punktów za wyniki i wizerunek. W sytuacji, gdy wizerunek jest lepszy niż rzeczywiste rezultaty stosuje się czynnik dyskonta. Ostateczny ranking jest opracowywany na podstawie zmiany w ogólnym wyniku marki w stosunku do wyników osiągniętych w roku 2013.

Dyrektorzy finansowi (CFO) prognozują stabilność gospodarczą, ale może jej zagrozić sytuacja na Ukrainie i konflikt z Rosją

Zdaniem dyrektorów finansowych (CFO) polska gospodarka weszła w fazę ożywienia. Ponad połowa badanych uważa, że wzrost PKB w 2014 roku przekroczy 2,6 proc. Jednocześnie 70 proc. z nich ocenia obecny poziom niepewności gospodarczej jako standardowy. Jak dotąd pozytywnej prognozy sytuacji gospodarczej CFO nie zakłócił kryzys ukraiński, ale zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może się to zmienić po katastrofie samolotu Malaysia Airlines i wzajemnym zaostrzeniu sankcji pomiędzy Unią Europejską a Rosją. Aż dwie trzecie badanych firm dostrzega potrzebę stworzenia planu awaryjnego na wypadek negatywnego rozwoju sytuacji na Ukrainie. To najważniejsze wnioski z 6. edycji „Deloitte CFO Survey 2014 H1”, przeprowadzonego wśród przedstawicieli dużych firm w Polsce.

Jak pokazują wyniki poprzednich edycji badania Deloitte, dyrektorzy finansowi trafnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich historyczna prognoza wzrostu na poziomie ok. 1,5 proc. PKB w roku 2013 sprawdziła się.

Zdaniem dyrektorów finansowych polska gospodarka weszła w fazę ożywienia – 56 proc.1 z nich prognozuje, że wzrost PKB dla całego 2014 roku przekroczy 2,6 proc., z czego zdaniem 5 proc. ankietowanych wzrost ten sięgnie ponad 3,5 proc. Z kolei 62 proc. badanych spodziewa się spadku bezrobocia, a niemal 70 proc. CFO prognozuje wzrost cen na poziomie poniżej 2 proc.

Badanie Deloitte CFO Survey analizuje wskaźnik tzw. optymizmu netto, będący różnicą pomiędzy odsetkiem osób wskazujących na poprawę perspektyw finansowych w stosunku do sytuacji sprzed 6 miesięcy a odsetkiem osób mówiących o ich pogorszeniu. Wskaźnik ten w lipcu 2014 roku pokazuje, że netto +40 proc. dyrektorów finansowych ocenia perspektywy finansowe swoich przedsiębiorstw jako lepsze niż pół roku temu. Do tego, 49% dyrektorów ocenia perspektywy finansowe równie dobrze jak pół roku temu. To oznacza, że 89% dyrektorów uważa, że perspektywy finansowe ich firm będą takie same lub lepsze w nadchodzącej przyszłości, a zaledwie 11% dyrektorów ocenia te perspektywy gorzej.

Blisko 90 proc. CFO ocenia, że w najbliższej przyszłości perspektywy finansowe ich przedsiębiorstw będą takie same lub lepsze, a 51 proc. uważa, że sytuacja ich firm poprawi się w porównaniu do sytuacji sprzed sześciu miesięcy. Istotnie poprawiła się ocena stabilności gospodarczej – po raz pierwszy w historii polskiej edycji badania aż 70 proc. badanych dyrektorów finansowych uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest standardowy. „Wyniki badania sugerują, że rozwój wydarzeń na Ukrainie nie wpłynął dotychczas znacząco na poziom optymizmu polskich dyrektorów. Badanie zakończyliśmy jednak przed katastrofą samolotu Malaysia Airlines i zaostrzeniem sankcji UE wobec Rosji i jej odwetowych sankcji m.in. wobec Polski.2 Można się zatem spodziewać, że wydarzenia te znajdą swoje odzwierciedlenie już w następnej edycji badania” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Istotnym jest, że nawet przed tymi wydarzeniami 66 proc. biorących udział w badaniu CFO uważało, że sytuacja jest na tyle poważna, że ich firmy powinny stworzyć plany awaryjne związane z negatywnym wpływem kryzysu ukraińskiego na polską gospodarkę i prowadzony przez nich biznes.

Podobnie jak w czterech ostatnich edycjach, również i w tym badaniu wzrost przychodów na aktualnych rynkach był najczęściej (75 proc. CFO) wskazywanym priorytetem biznesowym. Z kolei popularność rozwijania działalności na nowych rynkach znacznie zmalała w tej edycji badania – z 58 do 44 proc. „Prawdopodobnie spadek ten ma związek z kryzysem na Ukrainie. Wiele polskich firm postrzega wschód jako kierunek potencjalnej ekspansji, a obecna sytuacja geopolityczna staje się na tyle poważna, że polskie firmy muszą wziąć pod uwagę znaczne ograniczenie działalności na tamtych rynkach” – tłumaczy Krzysztof Pniewski. W tej edycji badania wśród priorytetów polskich CFO znacząco wzrósł apetyt na ryzyko (gotowość do jego podjęcia zadeklarowało 63 proc. ankietowanych CFO, a poprzednio 39 proc.) i znaczenie inwestycji (52 proc. badanych), co potwierdza tezę o poprawie koniunktury w gospodarce. Nadal kluczowy nacisk będzie też położony na poprawę działalności operacyjnej oraz obniżenie kosztów bezpośrednich.

Podobnie do poprzedniej edycji badania najważniejszym ryzykiem dostrzeganym przez CFO pozostaje presja cenowa. Obecnie wskazuje na nią 26 proc. CFO, a ostatnio 34 proc. Rośnie także obawa przed wzrostem kosztów działalności. Pół roku temu wskazywało na nią 3 proc. badanych, obecnie 18 proc. Istotnym ryzykiem z punktu widzenia menedżerów odpowiedzialnych za finanse pozostaje obawa o spadek popytu (18 proc.). Większa w porównaniu z poprzednią edycją badania grupa CFO dostrzega ryzyko wynikające ze zmienności prawa podatkowego i gospodarczego (z 12 proc. pół roku temu do 15 proc. obecnie) oraz braku dostępu do wykwalifikowanych pracowników, co okazało się istotne dla 12 proc. respondentów (pół roku temu było to 5 proc. badanych).

Zdaniem dyrektorów finansowych rosną trudności ze znalezieniem specjalistów posiadających wymagane kwalifikacje (z 31 proc. rok temu do 41 proc. obecnie). Wśród poszukiwanych finansistów największy deficyt widoczny jest na poziomie specjalistów średniego (53 proc.) i wyższego szczebla (20 proc.). Największe trudności ze znalezieniem ekspertów występują w obszarze kontrolingu oraz systemów IT w finansach.

Windykacja na własną rękę, czy z pomocą profesjonalistów?

Zdaniem specjalistów samodzielna windykacja jest jak najbardziej możliwa, pod warunkiem, że będziemy twardzi w negocjacjach i skorzystamy z dedykowanych narzędzi. Czym tak naprawdę jest profesjonalna windykacja i jakie działania się na nią składają? Postępując zgodnie z zasadami prezentowanymi przez ekspertów od windykacji, zwiększysz swoje szanse na odzyskanie pieniędzy.

O windykacji mówi się zwykle w kontekście kontrowersji związanych z dochodzeniem roszczeń przedawnionych, niezasadnych lub omyłkowych egzekucji komorniczych. Tymczasem zatory płatnicze od dawna stanowią normę w polskich przedsiębiorstwach. Wiadomo też, że tylko odsetek przedsiębiorców decyduje się na zlecenie windykacji długu zewnętrznym firmom, mniej więcej jedna na cztery firmy. Jak zatem radzą sobie przedsiębiorcy z odzyskiwaniem długów od nierzetelnych kooperantów? Na podstawie różnych raportów i ankiet wynika, że kiepsko lub w ogóle. Zgodnie z danymi wywiadowni Bisnode w samym transporcie w ubiegłym roku 16,6 proc. zobowiązań zostało uregulowanych z opóźnieniem przekraczającym 120 dni. Wspólnie z ekspertami z Pragma Inkaso SA przygotowaliśmy katalog zasad i dostępnych narzędzi, które pomogą przedsiębiorcom w samodzielnym dochodzeniu długów.

Po pierwsze: bądź aktywny i świadomy przysługujących Ci praw!

Przedsiębiorcy z jednej strony zwlekają ze zleceniem windykacji profesjonalnym firmom, z drugiej nie wiedzą jak samodzielnie walczyć o własne pieniądze. Skutkiem tego jest ciche przyzwolenie dla dłużników na przetrzymywanie pieniędzy. Specjaliści od windykacji z Pragma Inkaso SA przekonują, że aktywność w dochodzeniu roszczeń świadczy o naszej gospodarności i nie wpływa negatywnie na relacje biznesowe. Dla kooperantów to znak, że poważnie traktujemy nasz interes i że nie tak łatwo nas lekceważyć.

Jeżeli jednak czujemy się niepewnie w roli windykatora, będzie lepiej jeżeli oddelegujemy do tego zadania pracownika, który ma odpowiednie predyspozycje. Osoba, która podejmuje windykację, sam wierzyciel lub przedstawiciel wierzyciela, powinna być opanowana, odporna na manipulacje oraz świadoma, że występuje w pozycji siły. Żeby zamanifestować tę pozycję warto wiedzieć co przemawia na naszą korzyść. Znajomość istotnych ustaw np. regulujących terminy płatności w transakcjach handlowych jest dobrym punktem wyjścia. Przystępując do negocjacji dajemy dłużnikowi do zrozumienia, że wykazujemy dobrą wolę i wierzymy, że dogadamy się szybko i łatwo. W przypadku fiaska ustaleń pomoże nam świadomość, że zlecenie outsourcingu windykacji nie musi nas nic kosztować, gdyż zgodnie z ustawą o terminach zapłaty w transakcjach handlowych z kwietnia ubiegłego roku, poza długiem, możemy odzyskać od dłużnika również prowizję firmy windykacyjnej.

Po drugie: Przestrzegaj zasad i korzystaj z dostępnych narzędzi

Nie pytamy, czy dłużnik odda nam pieniądze, ale kiedy to uczyni. Jeżeli wykonaliśmy usługę albo sprzedaliśmy towar –ma taki obowiązek. Pamiętajmy, że interesują nas konkrety, bo tylko one mogą doprowadzić nas do celu, czyli odzyskania pieniędzy. Deklaracje w formie pisemnej będą bardziej wiążące. Ustalenia możemy zapisać w formie ugody wraz z harmonogramem spłat. Dzięki temu dłużnik będzie bardziej zmobilizowany, a my, w przypadku konieczności wszczęcia postępowania sądowego, zyskamy dowód w postaci uznania długu. Taki dokument przerywa również bieg przedawnienia.

Roszczenia wynikające z obrotu gospodarczego przedawniają się w zależności od charakteru transakcji po trzech latach, dwóch, a nawet po roku. Dla negocjacji warto przygotować przedpole, bo od tego w dużej mierze zależy ich powodzenie. Firmy windykacyjne prowadzą na zlecenie klientów kontrolę terminów płatności, a w razie opóźnień monitują o ich dokonanie, najczęściej za pomocą wysyłki wezwań do zapłaty. Darmowe wzory takiego dokumentu są ogólnie dostępne na różnych stronach internetowych. Pieczęcie prewencyjne oferowane przez firmy windykacyjne będą informacją dla naszych dłużników, że w razie nieuregulowania płatności sprawa zostanie skierowana do firmy windykacyjnej. Podsumowując: przygotowanie negocjatora oraz właściwe nastawienie, a także wysyłka wezwań do zapłaty poprzedzająca negocjacje spowoduje, że ich przebieg może być szybszy i skuteczniejszy.

Czas to pieniądz

Może się zdarzyć, że mimo dobrych chęci, przygotowania i konsekwencji nasze działania nie przyniosą skutku lub znajdziemy się w sytuacji, kiedy będziemy potrzebowali gotówki natychmiast. Z tego powodu warto pamiętać, że w transakcjach kupna sprzedaży wycenia się wierzytelności na podstawie kilku czynników. Jeżeli decydujemy się spieniężyć dług, dla nabywcy ważny będzie czas, jaki upłynął od terminu jego wymagalności. Jeżeli wierzytelność jest dobrze udokumentowana, bezsporna i znajduje się na etapie polubownym, a kondycja dłużnika nie wskazuje na jego niewypłacalność, to w przypadku fiaska samodzielnej windykacji profesjonaliści odzyskają nasze pieniądze.

Długi, których termin płatności nie przekroczył 120 dni osiągają najwyższe pułapy cenowe. Firma, która zdecyduje się odkupić dług lub podjąć windykację na zlecenie może wypłacić nawet 95 proc. jego nominalnej wartości. Ważne zatem, aby mieć ścisłą kontrolę nad terminowością spłat. Prowadząc monitoring płatności będziemy mogli reagować na opóźnienia w płatnościach na wczesnym etapie, kiedy wyegzekwowanie pieniędzy jest najbardziej prawdopodobne, a sprzedaż najkorzystniejsza finansowo. Z jednej strony unikniemy ryzyka przedawnienia długu, a z drugiej w każdej chwili będziemy mieli możliwość odmrożenia gotówki, nie ponosząc przy tym znaczących strat.

W przyszłym roku Ronson planuje przekazać tysiąc mieszkań. Marża dewelopera wyniesie ponad 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-08-11 godz. 11:48

Ronson spodziewa się, że przekaże w przyszłym roku blisko 1 tys. mieszkań, a marża wyniesie ponad 20 proc. brutto. Wcześniej spółka prawdopodobnie zanotuje stratę w drugiej połowie roku. Poprawa wyników finansowych dzięki wysokomarżowym projektom będzie widoczna jednak już w I kwartale 2015 r. – zapowiada zarząd Ronsona.

W tej chwili na koniec czerwca mieliśmy ponad 500 lokali zakontraktowanych, czekających na wybudowanie bądź na przekazanie naszym klientom. Budowa 400 lokali zakończy się w roku 2015 i trafią one do naszego rachunku zysków i strat właśnie w przyszłym roku. Zakładam, że łącznie możemy przekazać klientom w 2015 roku tysiąc mieszkań i będą to mieszkania z takich projektów, jak Sakura, Verdis czy Tamka. Są to inwestycje realizowane przy wysokich, zdrowych marżach, więc tutaj potencjał do wykazania wyników w roku 2015 jest znacznie wyższy niż w roku 2014 – powiedział agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Łapiński, prezes zarządu Ronson Development.

Zarząd spółki informował z wyprzedzeniem inwestorów, że wyniki w 2014 r. nie będą satysfakcjonujące. Przychody spółki w II kw. 2014 r. wyniosły 47,7 mln zł i były niższe o 16,7 proc. w ujęciu rocznym. Zysk brutto ze sprzedaży obniżył się o 30,7 proc. r/r do 7,7 mln zł, a zysk operacyjny spadł o 73 proc. do 1,4 mln zł. Niekorzystnie kształtowała się również dynamika marży brutto na sprzedaży. W II kw. br. wyniosła ona 18,7 proc., podczas gdy w poprzednim kwartale było to 20,3 proc.

Kurs akcji Ronsona jest od początku roku w trendzie spadkowym, dlatego rynek nie zareagował gwałtowną wyprzedażą po publikacji sprawozdania finansowego za I półrocze. Inwestorów mogą uspokajać prognozy na przyszły rok, w którym deweloper spodziewa się poprawy sprzedaży oraz marż. DM BOŚ – mimo obniżki wyceny do 2,2 zł – w rekomendacji z 22 lipca zaleca kupno akcji Ronsona.

Rok 2014 jest trochę niefortunny dla nas pod względem wyników finansowych, bo nie pod względem operacji czy skali działalności firmy. Po prostu w roku 2014 przekazujemy naszym klientom lokale w projektach Espresso i Młody Grunwald – to są dwie duże budowy, których realizację zakończyliśmy w tym roku. W projekcie Młody Grunwald marża jest jednocyfrowa, niska, więc w tym roku potencjału do wykazania dobrych wyników finansowych niestety nie ma. Jest to wyjątkowy dla nas okres, niestety wyjątkowy w tym złym słowa znaczeniu – ocenia Tomasz Łapiński.

Spadek marży na sprzedaży to efekt pierwszego etapu projektu Młody Grunwald, na którym spółka zanotowała średnią marżę w wysokości 7 proc. W tym czasie Ronson nie odnotował żadnych istotnych zdarzeń jednorazowych, a koszty pozostawały na stabilnym poziomie – wskazuje Łapiński.

Jedyne, co nam rośnie, to koszty marketingu i sprzedaży. Bo wiadomo, jeżeli wynik sprzedażowy rośnie o 40, 50 i więcej procent, to koszty związane z realizacją sprzedaży też odpowiednio rosną. Natomiast, jeżeli chodzi o pozostałe koszty administracyjne, to one są utrzymane w ryzach i mniej więcej wynoszą około 4 mln zł per kwartał – mówi prezes Ronson Development.

Wyniki w pierwszym kwartale były obciążone kosztami programu motywacyjnego dla pracowników. Łapiński zapowiada, że ten koszt w wysokości niespełna 1 mln zł miał charakter jednorazowy i nie wystąpi w następnych kwartałach. Poprawić ma się także rentowność sprzedaży.

Na pewno rok 2014 skończymy, mając marżę brutto średnio poniżej 20 proc., będzie to poziom kilkunastoprocentowy. Natomiast w roku 2015 na pewno wracamy do marży powyżej 20 proc. – zapowiada Łapiński.

Korzystamy z przelewów natychmiastowych dwa razy częściej niż przed rokiem

867,5 tysiąca – tyle operacji wykonali od początku roku klienci banków, które wdrożyły System Płatności BlueCash (SPBC). Rekordowe w całej historii SPBC były dwa miesiące: maj, w którym wykonano ponad 134 tysiące przelewów ekspresowych oraz czerwiec – w którym dziennie realizowano średnio 4 403 przelewy. W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przelewów wykonywanych w ciągu każdego miesiąca niemal się podwoiła. SPBC jest głównym graczem na polskim rynku przelewów ekspresowych – jego udział w liczbie wszystkich transakcji natychmiastowych sięga 75%.

Liczba przelewów natychmiastowych wykonywanych w ramach Systemu Płatności BlueCash (SPBC) od początku roku systematycznie przekracza 100 tysięcy. W styczniu użytkownicy SPBC wykonali 111 973 przelewy, w lutym 107 027, w marcu 117 844, w kwietniu 131 873, w maju już ponad 134 tysiące. W czerwcu i lipcu klienci banków zrealizowali niewiele mniej transakcji – odpowiednio: 132 i 133 tysiące. Oznacza to, że w porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przelewów ekspresowych niemalże się podwoiła.

5 milionów przelewów ekspresowych do 2015 r.
System Płatności BlueCash wdrożyło już 36 banków-uczestników. Zwiększył się również zasięg całego systemu. Obecnie można zrealizować przelew ekspresowy do 53 banków. – Rosnąca popularność przelewów natychmiastowych jest nie tylko efektem kolejnych wdrożeń Systemu Płatności BlueCash w bankach. To również zasługa wzrostu zaufania Polaków do jednej z najszybszych na świecie form transakcji bezgotówkowych – tłumaczy Sebastian Ptak, członek zarządu Blue Media – Prognozujemy, że do końca tego roku za pośrednictwem SPBC liczba wszystkich transakcji przekroczy 2,5 miliona. Dynamika wzrostu oraz przyłączanie się nowych użytkowników dają nadzieję, iż do końca 2015 roku SPBC będzie mógł się pochwalić blisko 5 milionami przetworzonych transakcji – dodaje Sebastian Ptak.

Często przelewamy w weekend

Użytkownicy Systemu Płatności BlueCash najczęściej korzystają z przelewów ekspresowych w poniedziałki i w piątki, a także w okolicach 10-ego dnia każdego miesiąca. Co ciekawe, blisko 4% przelewów natychmiastowych zostało zrealizowanych w nocy, pomiędzy północą a godziną 8:00. Interesujące są także statystyki weekendowe. Liczba przelewów wykonywanych w niedzielę stanowi blisko 25% liczby przelewów wykonywanych w dniu roboczym.
Ekspres przede wszystkim do spłaty zobowiązań Z analizy zrealizowanych transakcji wynika, że płatności natychmiastowe są wykorzystywane przede wszystkim do spłat pożyczek i innych zobowiązań, zasilenia własnych kont bankowych lub regulowania należności za zakupy online. Średnia wartość przelewu natychmiastowego utrzymuje się na podobnym poziomie, oscylując w granicach 705-745 złotych.

System Płatności BlueCash to pierwsze w Polsce i drugie w Europie rozwiązanie umożliwiające realizację bezpośrednich przelewów natychmiastowych pomiędzy kontami w różnych bankach. System został uruchomiony w listopadzie 2012 r. w oparciu o pierwszą w Polsce zgodę Prezesa NBP na prowadzenie systemu szybkich przelewów.
Do tej pory za pośrednictwem systemów informatycznych, będących fundamentem BlueCash, przetworzono już ponad 5 mln płatności natychmiastowych. Blisko 99% w średnim czasie 12 sekund.

Utwór, czyli co chroni prawo autorskie

Źródłem polskiego prawa autorskiego jest ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 j.t. z późn. zm.) Jego przedmiotem jest utwór, czyli każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. W jaki sposób jest on chroniony?

Specyfika utworu

Jak można zauważyć już na podstawie ustawowego zapisu przytoczonego powyżej, pojęcie utworu jest bardzo szerokie. – Ustawa zawiera przykładowe wyliczenie kategorii utworów, wskazując, że są to m.in.: utwory wyrażone słowem, symbolami matematycznymi, znakami graficznymi, plastyczne, fotograficzne, audiowizualne itd. Trzeba jednak pamiętać, że wyliczenie to ma jedynie charakter przykładowy.- tłumaczy Bartłomiej Urbanek, adwokat z TGC Corporate Lawyers. Zgodnie z ustawowym zapisem ochronie nie podlega więc nośnik dzieła literackiego czy płyta
z zarejestrowanym utworem muzycznym – ale dzieło literackie lub utwór muzyczny same w sobie, jako przejawy twórczej działalności spełniający wymóg indywidualności.

Niezależnie i wraz z chwilą ustalenia

Zgodnie z ustawą prawnoautorska ochrona utworu następuje z chwilą jego „ustalenia”. Powinno być ono rozumiane jako uzewnętrznienie utworu przez twórcę, przy jednoczesnym wyodrębnieniu go na tyle, aby mógł „oddziaływać artystycznie”. Obrazuje to wyrok Sądu Najwyższego z dnia 25 kwietnia 1973 roku (I Cr 91/73). – Sąd za „ustalone”, a tym samym zasługujące na ochronę prawnoautorską , uznał nawet tak krótkotrwałe konstrukcje jak kompozycje z kwiatów.

W orzecznictwie sądowym wskazuje się, że „ustalenie utworu” trzeba rozumieć jako nadanie mu jakiejkolwiek, choćby nietrwałej formy, ale takiej, która uzewnętrzni ów artystyczny. – tłumaczy Bartłomiej Urbanek. Nawet samo podyktowanie utworu literackiego przez autora, czy wykonanie improwizacji muzycznej w obecności świadków bez jej fizycznego utrwalenia na nośniku – również powodują przyznaniem ich twórcom ochrony ich praw autorskich. Trzeba pamiętać o tej elementarnej i doniosłej zarazem zasadzie. Utwór uzyskuje ochronę prawną bez konieczności jakiejkolwiek rejestracji, czy dopełnienia formalności. Co ważne następuje to niezależnie od woli twórcy. Nie można zatem zaplanować, że rezultat pracy człowieka będzie objęty ochroną w drodze umowy. Nie wola stron, ale twórczy charakter dzieła ludzkiego decydują o przyznaniu ochrony prawnoautorskiej – dodaje.

Kreatywność przede wszystkim
„Utwór” musi być efektem pracy twórczej, rozumianej jako indywidualny i oryginalny akt kreacji. Do powstania utworu nie będzie prowadziła więc czynność techniczna o charakterze powtarzalnym, której efekt można zaprogramować Ocena „poziomu twórczości” dokonywana jest każdorazowo indywidualnie i trudno o jej generalny wzorzec Walor twórczości przyznawany był na przykład „utworom” w postaci słowników, czy katalogów znaczków, a zatem zbiorom, w których niełatwo dostrzec indywidualny akt kreacji i wyobraźni. Właśnie ten element wyobraźni i nieprzewidywalności procesu twórczego stanowi jedną z najistotniejszych wskazówek interpretacyjnych w zakresie kwalifikacji przejawu ludzkiej aktywności będącej przedmiotem prawa autorskiego.

Prawa na określony czas?

Przysługujące twórcy prawa autorskie dzielą się na prawa osobiste i majątkowe. Prawa osobiste chronią więź twórcy z utworem i są nieograniczone w czasie (w szczególności: prawo do autorstwa utworu, oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo, nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania, decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności, nadzoru nad sposobem korzystania z utworu). Jeśli chodzi o prawa majątkowe obejmują wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do otrzymywania wynagrodzenia za korzystanie z utworu. Czas trwania autorskich praw majątkowych wynosi lat 70.
– Z tego podziału wynika więc, że twórca może wnosić roszczenia służące ochronie osobistych
i majątkowych praw autorskich. Podstawowymi roszczeniami są np. żądania zaniechania naruszania praw, usunięcia skutków naruszeń, czy – w przypadku praw majątkowych – naprawienia wyrządzonej szkody – mówi Bartosz Urbanek.

Podsumowując, należy także podkreślić, że materia przedmiotu ochrony praw autorskich i pokrewnych jest dziedziną rozległą i wymagającą poddania szczegółowej analizie każdego

z jednostkowych przypadków. – Jakiekolwiek generalne próby kwalifikacji wytworu ludzkiego jako podlegającego bądź nie – ochronie prawnoautorskiej, są zawsze obarczone ryzykiem. Dostrzec można, że również w orzecznictwie odzwierciedlenie znajdują przejawy raz bardziej rygorystycznych, innym razem liberalnych trendów wykładni, na co duży wpływ ma dynamika zachodzących

w społeczeństwie zmian w dziedzinie informacji, komunikacji i dostępu do dóbr kultury. Poza zakresem niniejszego opracowania pozostaje szereg węzłowych problemów prawa autorskiego. Szerokiej analizie powinna zostać poddana choćby kwestia realizacji poszczególnych roszczeń przysługujących uprawnionemu, kwestia dozwolonego użytku chronionych utworów czy też kwestie związane z licencjami umownymi. – podsumowuje adwokat TGC Corporate Lawyers.

Wyprzedaż na rynkach obligacji. Dla inwestorów ważniejszy okazał się komunikat Fed niż bankructwo Argentyny

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy zwrócili uwagę na zmiany w ostatnim komunikacie Fed, które mogą świadczyć o rosnącym wpływie zwolenników szybszego zaostrzenia polityki monetarnej. Rynki obligacji zareagowały spadkami, czemu sprzyjało także bankructwo Argentyny oraz obawy o sektor bankowy w Europie. Na razie analitycy prognozują, że pierwsza podwyżka stóp w USA będzie miała miejsce nie wcześniej niż w połowie 2015 r. W dłuższej perspektywie oznacza to nieuchronnie spadek cen obligacji USA.

Argentyna nie jest tematem nowym i wszyscy jesteśmy do niej przyzwyczajeni, ale rzeczywiście im dalej w las i im trudniej z ustaleniami, tym trochę gorzej. Argentyna jest w trudnej sytuacji gospodarczej i to utrudnia normalizację sytuacji wewnętrznej oraz taki zrównoważony rozwój – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Aleksandra Bluj, analityk rynku stopy procentowej w Ipopema Securities SA.

Choć Argentyna jest trzecią co do wielkości gospodarką w Ameryce Łacińskiej, to po bankructwie i kryzysie z 2001 r. pozostaje na peryferiach globalnego rynku finansowego. Niewypłacalność tego państwa, która stała się faktem w konsekwencji niewykonania wyroku sądowego, tym razem nie spowodowała panicznej reakcji na rynkach. Inwestorzy od lat zdają sobie sprawę ze strukturalnych słabości gospodarki Argentyny, czego objawem jest utrzymująca się wysoka inflacja i słabnąca waluta.

Dlatego – zdaniem części analityków – realizacja zysku na światowych rynkach długu wynikała ze zbiegu co najmniej kilku niezależnych zdarzeń. Mimo że na lipcowym posiedzeniu Fed zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy procentowe na bieżącym poziomie i po raz kolejny zmniejszył skalę interwencji do wielkości 25 mld dolarów miesięcznie, inwestorzy zwrócili uwagę na zmiany w komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC. Zdaniem części uczestników rynku pogłębia różnica zdań między przewodnicząca Janet Yellen i innymi zwolennikami łagodnej polityki a tzw. „jastrzębiami”.

Zwolennicy bardziej restrykcyjnej polityki coraz częściej zwracają uwagę na to, że szybka poprawa sytuacji na rynku pracy oraz rosnące PKB wymagają rewizji dotychczasowych założeń polityki Fed. Jeżeli doszłoby do zmiany układu sił w ramach FOMC, to niewykluczone byłyby wcześniejsze podwyżki stóp procentowych w USA. Dla rynków długu mógł to być zatem sygnał do realizacji zysków z obligacji – zarówno rządu USA, jak i państw strefy euro oraz rynków wschodzących.

Ten impuls, przy dodatkowym stresie wynikającym z sytuacji w Argentynie, Brazylii, która jest w dość trudnej sytuacji gospodarczej, oraz Banku Espirito Santo, który znowu odnotował istotne straty i wpłynął na percepcję sytuacji w sektorze bankowym w Europie – to wszystko oddziaływało rzeczywiście na rynek obligacji i powodowało, że realizowaliśmy zyski – ocenia Aleksandra Bluj.

Na razie rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji od początku roku poruszają się w trendzie spadkowym. Nie udało się jednak przełamać bariery 2,4 proc. i obecnie ich dochodowość do wykupu wynosi około 2,5 proc. Na przestrzeni ostatnich 3 lat pozostają jednak relatywnie wysoko. Poza lokalnym szczytami na przełomie 2013 r. i 2014 r., gdy rentowności zbliżyły się do 3 proc., poziom 2,5 proc. był notowany po raz ostatni w połowie 2011 r.

W zupełnie innym kierunku porusza się wycena długu państw strefy euro. Rentowności benchmarkowych niemieckich 10-letnich bundów są na najniższym poziomie od kilkudziesięciu lat i nie przekraczają obecnie 1,2 proc. To efekt m.in. polityki EBC, który może uruchomić – wzorem Fed – skup aktywów z rynku, jeśli tendencje deflacyjne w strefie euro nie ustąpią.

Inwestorzy pamiętają skutki komunikatu Fed z czerwca 2013 r., kiedy bank centralny zaskoczył rynek zapowiedzią rozpoczęcia redukcji programu QE3. Silnej przecenie uległy wtedy rynki akcji, obligacji oraz surowców, na czele ze złotem. Perspektywę zakończenia programu luzowania ilościowego najmocniej odczuły wtedy rynki wschodzące, które korzystały wcześniej z napływu kapitału, który poszukiwał wyższych stóp zwrotu.

Obecnie inwestorzy reagują spokojniej na perspektywę wcześniejszych podwyżek stóp procentowych, gdyż zdają sobie sprawą z tego, że Fed będzie unikał gwałtownych i zaskakujących ruchów. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że w wyniku trzech programów luzowania ilościowego bilans Fed powiększył się do 4,29 bln dolarów według danych z kwietnia 2014 r.

Już wiemy, że będą rosły stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych w następnym roku na przełomie II i III kw. Ta krzywa dochodowości w długim terminie powinna kierować się wzwyż – prognozuje analityk rynku stopy procentowej w Ipopema Securities.

M. Wołos (TMS Brokers): EBC rozpocznie skup aktywów dopiero po wrześniu

CEO Magazyn Polska

Europejski Bank Centralny nie rozpocznie programu skupu aktywów dopóki nie oceni skutków wcześniejszych działań. Inwestorzy od dłuższego czasu twierdzą jednak, że taka interwencja jest tylko kwestią czasu. Dlatego rynek będzie uważnie śledził kolejną konferencję M. Draghiego, która może dać wskazówki dotyczące tego, kiedy EBC rozpocznie program luzowania ilościowego.

– EBC w czerwcu zdecydował się na wprowadzenie dość radykalnych kroków, m.in. wprowadził stopę depozytów lokowanych w EBC poniżej granicy zero, czyli obniżył stopy procentowe i zapowiedział też wprowadzenie programu LTRO, od września banki znowu będą mogły brać w EBC pożyczki, które nie są praktycznie oprocentowane – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Wołos, analityk, członek zarządu TMS Brokers.

Część inwestorów spodziewała się i wciąż oczekuje, że EBC zdecyduje się jednak rozpocząć program skupu aktywów z rynku. Zwolennicy takiej niestandardowej polityki wskazują, że jest ona konieczna, ponieważ rośnie ryzyko deflacji i stagnacji w strefie euro. Ponadto ich zdaniem polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej okazała się być skuteczna w stymulowaniu rynku pracy oraz wzrostu PKB. Fed uruchomił łącznie 3 rundy programu skupu aktywów (QE).

Wśród ekonomistów i analityków przeważa pogląd, który potwierdziło sierpniowe posiedzenie EBC, że bank wstrzyma się z uruchomieniem programu QE co najmniej do września, gdyż będzie chciał sprawdzić skuteczność narzędzi uruchomionych w czerwcu.

Spodziewamy się, że to nastąpi dopiero po wrześniu, w październiku, może w listopadzie, kiedy EBC będzie w stanie ocenić już te wdrożone narzędzia, wdrożoną politykę. Po drugie, będzie chciał zobaczyć też, jak się zachowuje europejska gospodarka, jaki wpływ na nią mają dotychczasowe ruchy i co  będzie się działo z europejską walutą – wskazuje członek zarządu TMS Brokers.

Prezes TMS Brokers prognozuje także, że niedawne wzrosty cen kruszców zostaną zatrzymane, co ma związek z trwającym trendem umacniania się dolara.

Niezbyt dużo też się dzieje na rynku surowców, ale widzimy jednak rosnący popyt na kruszce, złoto i srebro. Gdyby te kierunki zostały zachowane, czyli, gdyby dolar zyskiwał na wartości, a traciło euro i waluty regionalne, to myślę, że wzrosty cen surowców zostaną zahamowane – twierdzi Wołos.

W stosunku do lokalnego dołka na początku czerwca cena złota podskoczyła z poziomu ok. 1240 USD za uncję do ok. 1305 USD. Choć od początku roku widać pewną stabilizację, to długoterminowy trend jest wciąż spadkowy.

Coraz silniejszy dolar to wynik korzystnej sytuacji gospodarczej w USA i coraz bliższej perspektywy wzrostu stóp procentowych. Ponadto Fed w październiku zakończy program QE, który do tej pory sprzyjał osłabieniu najważniejszej waluty świata. Atrakcyjność dolara w stosunku do euro wzrosła w ostatnim czasie także z powodu obaw o kondycję europejskich banków. Impulsem stał się portugalski Banco Espirito Santo, który musiał zwrócić się o pomoc do rządu w Lizbonie. Szukając bezpiecznej przystani, inwestorzy w strefie euro wywindowali ceny obligacji rządowych do rekordowych poziomów, czego przykładem jest rentowność niemieckich 10-letnich papierów na poziomie około 1,1 proc.

Od czasu do czasu widzimy też spore ruchy na rynku europejskich obligacjach, ale jest to raczej związane nie z polityką Europejskiego Banku Centralnego, lecz z obawami dotyczącymi tego, co się dzieje w europejskim systemie finansowym czy w europejskiej gospodarce – uważa Marek Wołos.

Spółki spożywcze znacznie tańsze od średniej giełdowej. Okazją do zakupów mogą być stabilne i rosnące firmy cukiernicze

CEO Magazyn Polska

Od początku roku spółki spożywcze traciły średnio o jedną trzecią. Powodem jest narastający kryzys w stosunkach między Ukrainą, UE, USA a Rosją oraz dekoniunktura na światowych rynkach surowców rolnych. Niskie notowania cukru sprzyjają producentom słodyczy, którzy lokują dużą część produkcji na rynku polskim. To jednak za mało, by zrównoważyć negatywny wpływ spółek z Ukrainy na notowania WIG-u Spożywczego.

– Praktycznie 50 proc. w tym indeksie mają dwie spółki: Kernel i Wawel. Ukraińska spółka [Kernel – przyp. red.] dużo straciła, ponad 40 proc. Wyniki Wawelu może nie są złe, fundamentalnie spółka jest dobra, mimo to ostatnio nie ma dobrej renomy, a to wszystko za sprawą sprzedaży akcji przez prezesa spółki, który tym samym zmniejszył zaangażowanie. To wszystko wraz ze złym nastawieniem do spółek ukraińskich spowodowało, że indeks zachowuje się słabo – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS.

Tracąc ponad 28 proc., WIG-Spożywczy jest najsłabszym subindeksem sektorowym od początku roku. Najsilniejsza przecena dotknęła ukraińskie spółki działające na rynku rolnym: Astartę, Kernel, Milkiland oraz KSG Agro. Porównując do sierpnia 2013 r., wartość rynkowa każdej z nich skurczyła się co najmniej o połowę. Dzięki solidnym fundamentom lepiej radziły sobie spółki mięsne, choć – przez rosyjskie embargo – także nie uniknęły spadków.

– Duda się zrestrukturyzowała, zrobiła sobie porządek z finansowaniem, dług został zamieniony na akcje, teraz sprzedaje część aktywów i skupia się na działalności podstawowej. Tarczyński wygląda całkiem nieźle, Kania ma dobre perspektywy, przede wszystkim ma nowoczesny park maszynowy i partnera handlowego, czyli Biedronkę, do której sprzedaje, więc cały ten segment handlu wędlinami wygląda dość dobrze – twierdzi Stebakow.

Dla producentów mięsa i wędlin kolejnym problemem jest choroba afrykańskiego pomoru świń. Z powodu epidemii utraciły one możliwość eksportu na ważne, azjatyckie rynki. Ponadto od wielu lat konsumpcja wieprzowiny w Polsce utrzymuje się na stabilnym poziomie, dlatego jej ewentualny wzrost w reakcji na niższe ceny będzie zbyt mały, by skompensować niższe marże u producentów.

Korzystniej wyglądają perspektywy spółek cukierniczych. DM PKO BP na początku lipca opublikował rekomendację „kupuj” dla akcji Mieszko, a na początku czerwca taką samą rekomendację dla walorów ZPC Otmuchów. Według Marcina Stebakowa Wawel został zbyt mocno przeceniony, ponieważ poza sprzedażą 30 tys. akcji przez prezesa zarządu na rynek nie napłynęły inne, potencjalnie niekorzystne informacje.

– Fundamentalnie spółka jest dobra, nie ma długu, rozwija się, dużo inwestuje. Trochę gorzej wygląda sprzedaż zagraniczna, to piętą achillesowa spółki. Nie jest ona zwiększana, a przecież za granicą są wyższe marże. Być może firma chce najpierw zwiększyć produkcję, a dopiero później zintensyfikować swoją działalność na rynkach zagranicznych – mówi dyrektor w DM Banku BPS.

Silna przecena spółek spożywczych sprawia, są one tanie w porównaniu z szerokim indeksem WIG. Wskaźnik cena/zysk dla subindeksu WIG-Spożywczy wyniósł według notowań z 6 sierpnia 11,23; natomiast dla WIG – 14,05. Wskaźnik cena/wartość księgowa wyniosła odpowiednio 0,82 i 1,04.

Ministerstwo rolnictwa ma plan pomocy polskim producentom żywności

CEO Magazyn Polska

We wtorek minister rolnictwa Marek Sawicki spotka się z unijnym komisarzem ds. rolnictwa, by uzgodnić, jak pomóc polskim producentom żywności dotkniętym rosyjskimi sankcjami. Z powodu embarga nie sprzedamy tam towarów wartych 400-500 mln euro. Ministerstwo ma plan, by znaczną część tych produktów przekierować na rynki innych państw.

Mamy już plan praktycznie na 12 miesięcy mówi agencji Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Oczywiście w pierwszej kolejności jest to plan wejścia na rynki trzecie z owocami i warzywami, bo nie chcielibyśmy, żeby najwyższej jakości na świecie produkty miały być zniszczone czy wycofane z rynku.

Resort rolnictwa szacuje, że wartość niesprzedanych w Rosji artykułów, na które już obowiązuje embargo, może być bliska 400 mln euro. Liczy się także z kolejnymi ograniczeniami ze strony Rosji, a wtedy wartość ta może przekroczyć pół miliarda euro. Sankcje dotykają nie tylko producentów jabłek i innych owoców, lecz też warzyw, jak kapusta czy papryka, niektórych rodzajów ogórków gruntowych, pomidorów. Minister przyznaje, że plan znalezienia nowych rynków dla polskich produktów rolnych nie będzie łatwy w realizacji.

Jeśli nie będzie nabywcy na rynku, a to jest bardzo trudne w tej chwili, bo Rosja rozszerza embargo na produkty żywnościowe pochodzące także z innych państw unijnych, z pewnością będziemy musieli zastosować mechanizm biodegradacji. Zmuszeni będziemy wycofać z rynku te produkty i zapłacić rolnikom przynajmniej za koszty ich produkcji i zbiorów – mówi Marek Sawicki.

Tych kwestii dotyczą rozmowy polityków i ekspertów zarówno w Brukseli, jak i w Warszawie. W zeszłym tygodniu o pomocy dla polskich rolników debatowano na spotkaniu naszych ekspertów z przedstawicielami Dyrekcji Generalnej ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich w KE oraz w międzyresortowym zespole antykryzysowym. 12 sierpnia Sawicki spotka się z unijnym komisarzem ds. rolnictwa Dacianem Ciolosem.

Jak podkreśla minister, resort zna już skalę możliwej pomocy, ale jej praktyczna wysokość uzależniona będzie od faktycznych strat rolników.

Znamy wartość eksportu na rynek rosyjski. Natomiast to nie oznacza, że cała ta wartość będzie rekompensowana. Nadal wierzymy, że sporą część najwyższej jakości produktów sprzedamy na rynkach trzecich – zaznacza minister rolnictwa.

Dlatego – jak podkreśla Marek Sawicki – Polska na razie stawia przede wszystkim na promocje naszego eksportu.

Promocję prowadzimy regularnie od 2008 roku – przypomina minister. – Polski produkt jest rozpoznawalny zarówno w Azji Południowo-Wschodniej, jak i w Azji Mniejszej. Traktuje się go jako produkt o podwyższonej jakości, stąd też aktywna promocja w tych regionach. Jeśli kwestie związane z dopuszczeniem na rynek poszczególnych państw będą szybko uregulowane, to jest szansa, że za 2-3 miesiące nasze produkty w dużym stopniu trafią na rynki światowe.

Coraz lepsza sytuacja SKOK-u Wołomin. Nie wszystkie kasy mają problemy

CEO Magazyn Polska

SKOK Wołomin w I połowie roku zanotował wysoki zysk, poprawił się także współczynnik wypłacalności. Kasa nie wyklucza przejęć mniejszych podmiotów. Jak podkreśla prezes drugiej największej kasy spółdzielczej, pod względem aktywów mimo upadku kasy Wspólnota i kiepskiej ogólnej sytuacji finansowej sektora członkowie kas nie muszą obawiać się o swoje oszczędności.

System SKOK-ów jest objęty ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, tak jak cały system bankowy, dlatego depozyty klientów są bezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin. – W systemie SKOK jest podobnie jak w każdym innym sektorze: są kasy w dobrej kondycji, są i takie, których sytuacja wymaga podjęcia określonych działań – to normalne.

Komisja Nadzoru Finansowego ocenia, że na koniec 2013 roku w SKOK-ach niedobór kapitału własnego wyniósł 1,37 mld zł, a współczynnik wypłacalności spadł do 2,85 procent. Ponad 40 kas było objętych postępowaniami naprawczymi. Choć ogólna sytuacja finansowa sektora nie jest najlepsza, SKOK Wołomin zanotował w I połowie tego roku znaczący wzrost – o blisko 200 mln zł wzrosła liczba depozytów względem końca 2013 roku. Zysk netto wyniósł 32,6 mln zł, odnotowano również wyższy wskaźnik wypłacalności – prawie 8 proc. (przy 5,44 proc. na koniec ubiegłego roku).

Jak podkreśla Gazda, nie należy przekładać ogólnych wniosków z raportu KNF dotyczącego cały systemu SKOK na rzeczywistą sytuację poszczególnych kas.

Jak jest dobra koniunktura, nie wszystkim się udaje, tak samo jak jest kryzys, nie wszyscy bankrutują. To samo dotyczy SKOK-ów w bieżącej sytuacji. W systemie znajdują się dobre, średnie i złe kasy. Trudno mi komentować sytuację innych inaczej niż tylko przez pryzmat raportu Komisji Nadzoru Finansowego, natomiast mogę powiedzieć, że SKOK Wołomin jest instytucją bezpieczną – podkreśla Gazda.

Prezes nie wyklucza w związku z tym przejmowania mniejszych kas. Obecnie w Polsce działa ich ponad 50, część z nich ma szansę na przetrwanie tylko w przypadku fuzji z większą i stabilniejszą finansowo kasą. Gazda przyznaje, że SKOK Wołomin zadeklarował gotowość do przejmowania kas znajdujących się w gorszej kondycji finansowej, licząc na przychylną opinię KNF.

– Konsolidacja jest możliwa, czy jednak nastąpi, o tym decyduje Komisji Nadzoru Finansowego. W każdym przypadku jest ona indywidualnie rozpatrywana, zależy bowiem od kondycji łączonych podmiotów, a nie od potencjalnych możliwości prawnych – podkreśla Mariusz Gazda.

BTFG Audit: Przedstawiciel Acronu w radzie nadzorczej Azotów nie musi być zagrożeniem dla spółki

0

CEO Magazyn Polska

Rząd nie zamierza sprzedawać akcji Grupy Azoty – zadeklarował resort skarbu państwa, wpisując chemiczną spółkę na listę podmiotów strategicznych. Taki krok postulowali eksperci po zwiększeniu do 20 proc. udziału rosyjskiego Acronu w Grupie. Posunięcie Rosjan budzi niepokój, jednak nie musi oznaczać niebezpieczeństwa dla spółki i dla polskiej branży chemicznej – ocenia Adam Ruciński, prezes BTFG Audit.

Szansa, że ktoś może wejść do rady nadzorczej Grupy Azoty, jest duża. Oczywiście są sposoby, by ten proces utrudnić, a po drugie, żeby utrudnić życie takiej osoby. Wszystko jest kwestią umiejętności prawnych i umiejętności odnalezienia się takiej osoby w radzie nadzorczej. Natomiast teoretycznie taka możliwość istnieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Ruciński, prezes BTFG Audit.

Wejście przedstawiciela Acronu do rady nadzorczej, do czego uprawnia posiadany duży, bo aż 20-proc. pakiet akcji, oznaczałoby, że miałby on prawo do pozyskiwania informacji o strategicznym znaczeniu dla spółki. Wynika to wprost z regulacji Kodeksu Spółek Handlowych, zgodnie z którymi członek RN musi mieć dostęp do wszystkich informacji, które są niezbędne do efektywnego wykonywania funkcji nadzoru nad spółką.

Szef rady nadzorczej Trakcji Polskiej Maciej Radziwiłł mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes, że zarząd Grupy Azoty mógłby ograniczyć dostęp do poufnych informacji członkom RN, jeśli mogliby je wykorzystać na rzecz konkurencyjnych podmiotów. Z kolei Acron może próbować doprowadzić do sytuacji, w której jego przedstawiciel działałby indywidualnie.

Możliwe, że Acron zastanawia się nad wprowadzeniem możliwości indywidualnego nadzoru. Wtedy taki członek rady nadzorczej może działać indywidualnie i nie musi mieć zgody pozostałych członków. Ogólna zasada jest taka, że rada nadzorcza jest ciałem kolegialnym, chyba że członek rady nadzorczej zostanie oddelegowany do wykonywania poszczególnych czynności – mówi Adam Ruciński.

Musi to jednak nastąpić w drodze decyzji samej rady nadzorczej.

Albo trzeba powołać takiego członka rady nadzorczej w sposób specjalny, ale to jest o wiele już trudniejsze – uważa prezes BTFG Audit.

Obawy co do rzeczywistych intencji Rosjan odnośnie polskiej chemii zwiększa fakt, że Acron skupował akcje Azotów poprzez kontrolowaną przez siebie spółkę Norica Holding. Ruciński uważa jednak, że jest to powszechna praktyka w transakcjach, gdzie stronami są duże spółki.

Mamy do czynienia może nie tyle z próbą wrogiego przejęcia spółki, ile na pewno nieprzyjaznego przejęcia, co oznacza, że w takich przypadkach dokonuje się często zakupów za pośrednictwem innych, mniejszych spółek, gdzie posiadanie akcji poniżej 5 proc. nie rodzi obowiązku ogłaszania tego całemu światu i pozwala w sposób cichy pozyskiwać udziały w innym podmiocie, a następnie pojawić się w odpowiednim momencie i głosować wspólnie w istotnych sprawach – uważa prezes BTFG Audit.

To nie pierwsza próba przejęcia polskiej chemii przez Rosjan. Dwa lata temu Acron usiłował przejąć kontrolę nad Azotami Tarnów. Jak podkreślają eksperci Instytutu Jagiellońskiego, Skarbowi Państwa udało się wówczas skutecznie obronić spółkę przed przejęciem poprzez podniesienie kapitału i połączenie z Puławami, w których udział państwa był wyższy niż w Tarnowie. Według Instytutu dziś dalsza konsolidacja byłaby również skutecznym remedium.

Według Rucińskiego trudno przewidzieć, jak potoczy się batalia o Grupę Azoty. Choć ewentualne spory będą skomplikowane na gruncie prawnym, to kluczowe decyzją zapadną na poziomie politycznym.

Oczywiście na to należy spojrzeć trochę szerzej, bo cała gra nie toczy się tylko wokół Grupy Azoty. Myślę, że w pewnym momencie może dojść do pewnych ustaleń na znacznie wyższym szczeblu – twierdzi Ruciński. – Zawsze upubliczniając spółkę, czy jest to spółka, która była dotychczas w rękach prywatnych, czy w rękach Skarbu Państwa, decydujemy się na wprowadzenie innych akcjonariuszy, godzimy się na to i ponosimy ryzyko, że inni akcjonariusze będą wyrażać swoje odrębne zdanie co do losów spółki.

Grupa Wind Mobile – Skonsolidowane wyniki Q2 2014

0

Grupa Wind Mobile – Skonsolidowane wyniki Q2 2014

Czy do sektora bankowego powróci optymizm?

Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI
Hossa bez udziału banków na warszawski parkiet nie wróci z racji ich dużego udziału w indeksach, a w ostatnim czasie ich notowania są pod wyraźną presją (WIGBank od lokalnego szczytu w lutym spadł o blisko 11%). Inwestorzy zdają się nie wierzyć w potencjał poprawy wyników banków w przyszłych okresach. Podczas gdy oczekiwana przez rynek tegoroczna poprawa zagregowanego zysku netto (ok. +7% r/r) wydaje się być osiągalna, to prognozowany na 2015 rok wzrost wyniku netto o 17% jest obarczony dużym ryzykiem. Negatywnie na banki oddziaływać może powszechnie oczekiwana obniżka stóp procentowych (rynek spodziewa się obniżek o w sumie 50 bps.) czy obniżka stawek interchange. Sentyment również nie sprzyja, ponieważ banki w całej Europie nie radzą sobie najlepiej. Poczynając od banków rosyjskich, których wyceny w oczywisty sposób odzwierciedlają problemy tamtejszej gospodarki. Poprzez banki austriackie, które zmuszone zostały do dokonania dużych odpisów na zagranicznych inwestycjach w Rumunii i na Węgrzech w przypadku Erste Group. Nad Raiffeisen ciążą zaś obawy związane z ekspozycją w Rosji. W ostatnich dniach praktycznie zbankrutował największy bank portugalski Banco Espirito Santo, a tamtejszy bank centralny zdecydował się wspomóc go kwotą 4,9 mld euro. Problemy na Półwyspie Iberyjskim mogą stanowić pewne ryzyko dla polskiego sektora bankowego ze względu na ekspozycję tamtejszych instytucji na rodzimym rynku (Millennium, BZ WBK).
Banki w Polsce nie wyglądają też szczególnie atrakcyjnie analizując wycenę wskaźnikową, relacja ceny do zysku dla sektora wynosi obecnie 16,3, podczas gdy banki tureckie wyceniane są 10 razy lepiej. Z drugiej strony banki w Polsce bronią się fundamentami (dobra jakość bilansu, relatywnie wysokie dywidendy)
i wynikami. Wszystkie pięć banków, które zdążyły się już pochwalić wynikami za drugi kwartał 2014 pobiło konsensus rynkowy. We wtorek wyniki opublikował bank Pekao SA i mimo sceptycyzmu analityków był w stanie pozytywnie zaskoczyć i przebić oczekiwania o przeszło 3% na zysku netto. Mniejsze banki również zaskakują na plus, BZ WBK zaksięgował wyższe dywidendy ze spółek zależnych i znacząco poprawił wynik odsetkowy, Citi Handlowy kolejny już kwartał poprawił wynik handlowy. Millennium i mBank także nie zawiodły, wykazując pozytywne dynamiki w relacji do zeszłego roku (mBank poprawił zysk netto o 17%, Millennium o 22%). Jeśli taka tendencja się utrzyma może okazać się, że rynek przereagował i do sektora powróci optymizm.

Twoja „głowa” jest już na wakacjach? Przedtem zrób porządek na biurku, w kalendarzu i…

Porządek na biurku, w kalendarzu i… w głowie = mniejsze straty czasu

Letnia aura nie sprzyja efektywności. Głowę zajmuje nam upragniony urlop lub wspomnienia z właśnie zakończonych wakacji. Trudno w tym czasie o skupienie i wysiłek. Jednak, zamiast tracić ten czas na bezczynne rozmyślanie o wypoczynku lub odliczanie dni, które nas od niego dzielą, warto poświęcić odrobinę uwagi na kilka prostych czynności, które skutecznie wpłyną na naszą postawę.

Choć zadanie to może nie należy do najprzyjemniejszych, to jeszcze zanim wybierzemy się na upragniony urlop powinniśmy pomyśleć o tym, co czeka nas po powrocie do pracy. Czas ten na ogół wiąże się ze stresującym nadmiarem obowiązków, jakimi zasypią nas przełożeni czy współpracownicy, ważne więc jest odpowiednie przygotowanie.

To, z czym przyjdzie nam się niebawem zmierzyć z pewnością okaże się dużo łatwiejsze, jeśli już teraz podejmiemy działania w celu poprawy swojej efektywności. By to osiągnąć, zacząć należy od porządków – i to zarówno rozumianych dosłownie, jak i polegających na wprowadzeniu kilku zmian w codziennych nawykach czy przyzwyczajeniach.

Pozbądź się wszystkiego, co niepotrzebne

Statystycznie w pracy najwięcej czasu spędzamy za biurkiem, zatem powinno ono maksymalnie ułatwiać nam życie i podnosić produktywność. W praktyce jednak często jest zupełnie inaczej, a piętrzące się przed nami stosy niepotrzebnych przedmiotów lub dokumentów tylko rozpraszają naszą uwagę.

Popularnym uzasadnieniem dla trzymania wielu rzeczy na biurku jest chęć posiadania wszystkiego pod ręką. Problem w tym, że na ogół jeśli mamy wszystko przed sobą, to jednocześnie nie jesteśmy w stanie… niczego znaleźć.

Co więcej, zbyt duża liczba elementów sprawia, że, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, mebel i panujący na nim nieporządek mogą nas przytłaczać. Przez bałagan pracujemy niechętnie i wiele spraw odkładamy na później. By otaczająca przestrzeń wspierała nas w realizacji codziennych zadań należy ją zatem uporządkować .

Wszystkie przedmioty na naszym biurku warto podzielić na trzy kategorie: do wyrzucenia (tu znajdą się te niepotrzebne, przestarzałe oraz nieużywane od ponad sześciu miesięcy), do odniesienia na właściwe miejsce (do odpowiednich osób czy archiwum) oraz do przechowywania w pobliżu, czyli rzeczy przydatne na co dzień. W ten sposób to, czego rzeczywiście potrzebujemy, nadal będzie nieopodal, a reszta rozpraszaczy zostanie usunięta.

Właściwa koordynacja pracy – od czego kalendarz!

Jednym z elementów, które prawdopodobnie pozostaną w zasięgu ręki, będzie kalendarz. W dzisiejszym, pełnym wydarzeń i informacji świecie, wielu z nas nie potrafi się już bez niego obejść. I nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego – zapamiętanie setki godzin, dat, spotkań i rocznic nie jest łatwe.

Sam fakt prowadzenia terminarza nie sprawi jednak, że nasza codzienna produktywność ulegnie znaczącej poprawie. Jeśli bowiem wszystko postanowimy „wrzucić do jednego worka”, a robocze notatki i wnioski ze służbowych narad wymieszamy z prywatnymi zapiskami, możemy być niemal pewni, że prędzej czy później o czymś w tym bałaganie zwyczajnie zapomnimy.

Dodatkowo, jeśli korzystamy z tradycyjnego kalendarza musimy się liczyć z tym, że z uwagi na swoją pojemność będzie on duży i ciężki, a przez to niezbyt wygodny w użytkowaniu.

Co zatem zrobić, by uniknąć podobnego kłopotu? Do planowania spotkań można użyć małego, kieszonkowego terminarza. Zorientowanie się w poszczególnych działaniach ułatwią nam z kolei listy zadań – zwykłe, spisane na kartce papieru czy np. w postaci aplikacji w telefonie.

Trzeci element, o którym nie powinniśmy zapominać to notatnik z wyrywanymi kartkami, który pozwoli nasze zapiski na bieżąco archiwizować, co oddzieli sprawy bieżące od tych zakończonych.

Myśl tylko o tym, co naprawdę ważne

Posprzątanie otaczającej nas przestrzeni nie zda się jednak na nic, jeśli przy tej okazji nie wprowadzimy porządku w naszym umyśle.

Codziennie, przez niemal całą dobę jesteśmy bowiem atakowani wieloma różnymi bodźcami i informacjami, a większość z nich nie jest nam do niczego potrzebna. Oprócz tego dużo energii zużywamy na próby zapamiętania rzeczy kompletnie nieistotnych – takich, jak np. listy zakupów czy obowiązków.

W tym względzie zaczynamy przypominać komputer, w którym zbyt duża liczba procesów uruchomionych w tym samym czasie powoduje znaczący spadek wydajności. I choć wydaje nam się, że pracujemy w odpowiednim tempie, w praktyce często brakuje nam choćby odrobiny kreatywności.

By to zmienić, pomocne mogą się okazać wspomniane wcześniej listy zadań, które odciążą naszą psychikę i ułatwią codzienne wykonywanie obowiązków.

W zależności od naszych potrzeb możemy wybrać coś prostego lub nieco bardziej złożoną organizację zajęć w oparciu o metodę Getting Things Done. Dzięki temu będziemy mogli skupić się np. na stojących przed nami w najbliższym czasie wyzwaniach osobistych czy zawodowych, a o codziennych, trywialnych rzeczach w odpowiednim momencie przypomni nam technologia.

Grupa Wind Mobile – Rekordowe wyniki po II kwartale 2014 r.

Grupa Wind Mobile, dostawca rozwiązań informatycznych, m.in. dla branż finansowo-bankowej i telekomunikacyjnej, zaprezentowała raport za II kwartał 2014 r. Jest to pierwszy raport pokazujący skonsolidowane wyniki dwóch spółek tworzących Grupę: Software Mind SA oferującego rozwiązania informatyczne dla branż finansowo-bankowej, telekomunikacyjnej i hotelarskiej oraz Wind Mobile SA, dostawcy rozwiązań teleinformatycznych dla operatorów komórkowych w Polsce i na świecie.

Pod względem osiągniętych wyników okres ten okazał się rekordowy. Przychody netto ze sprzedaży w pierwszym półroczu wyniosły ponad 18,4 mln zł i wykazały się dynamiką wzrostu wynoszącą aż 368 procent. Zysk netto osiągnął poziom 2 mln zł, co oznacza ponad dwukrotny wzrost w stosunku do pierwszego półrocza 2013 r.

„Dwa kwartały tego roku okazały się dla nas rekordowe pod względem przychodów i bardzo pracowite. W tym czasie wzrosła także EBITDA z 1,4 mln do 4,0 mln zł. Wyniki te najlepiej pokazują jak bardzo zwiększył się potencjał obu firm po połączeniu w jedną grupę. Bardzo cieszymy się z takiego rezultatu. Nie zwalniamy tempa i będziemy dalej ciężko pracować nad realizacją strategii intensywnego rozwoju grupy Wind Mobile. Jestem przekonany, iżdruga połowa roku pokaże, że jesteśmy jeszcze mocniejsi i będę mógł przekazać Państwu jeszcze lepsze informacje o naszych wynikach finansowych”, powiedział Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind SA.
Obecnie Grupa pracuje intensywnie nad przejściem na główny rynek warszawskiej GPW. Spółka chce, by nastąpiło to jeszcze w 2014 roku.

„Przejście na duży parkiet to naturalny krok w rozwoju naszej spółki. Cały czas rośniemy, a obecność na głównym parkiecie przyczyni się do znaczącego zwiększenia dynamiki wzrostu. Jestem przekonany, że Wind Mobile osiągnął już odpowiedni stopień rozwoju by w pełni korzystać z potencjału głównego rynku GPW i swojej obecności wśród największych graczy rynku kapitałowego w Polsce”, powiedział Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Software Mind SA.

Jednocześnie Rafał Styczeń poinformował o zbliżającej się finalizacji akwizycji podmiotu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

„Jesteśmy na końcowym etapie przejęcia. Po ustaleniu i zaakceptowaniu nowych warunków, rozpoczynamy prace nad umową akwizycyjną. Nawiązane partnerstwo na Bliskim Wschodzie otworzyło nam drzwi na wiele rynków i wielu operatorów. Do tej pory działaliśmy lokalnie z dostępem do czterech krajowych firm, więc tak szerokie zainteresowanie naszymi rozwiązaniami oraz prowadzone i przygotowywane wdrożenia pozwalają mocno rozwijać się obszarowi Mobile nowej Grupy”, powiedział Tomasz Kiser Wiceprezes Wind Mobile SA.
Wrażenie robią również wdrożenia produktów firmy. iLumio wchodzi do znanych sieci jak Hilton czy Best Western, LiveBank cieszy się zainteresowaniem w wielu krajach, a rozwiązania infrastrukturalne, wywodzące się bezpośrednio z Wind Mobile, notują w tym roku mocne wzrosty.

„Jesteśmy dumni z wdrożeń systemu iLumio, które zrealizowaliśmy dla takich światowych potentatów branży hotelowej jak m.in. Hilton czy Best Western. Pokazują one, że nasze produkty i rozwiązania są doskonałej jakości i odpowiadają potrzebom rynkowym. Wszystkie te sukcesy wzmacniają naszą Grupę. Jestem przekonany, że zarówno w średniej jak i dłuższej perspektywie, przełożą się one na wymierne korzyści dla klientów oraz akcjonariuszy Grupy Wind Mobile” ,zapewnia Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind SA.

NIK o realizacji programu zwalczania nowotworów

Ministerstwo Zdrowia finansuje program wspierający zwalczanie nowotworów, ale słabo nadzoruje jego realizację. Pomimo wydatkowania prawie dwóch miliardów złotych pacjenci objęci programem wciąż zbyt długo czekają na rozpoczęcie radioterapii, zbyt mało kobiet zgłasza się na mammografię i na cytologię, a wskaźniki wykrywania i leczenia nowotworów wciąż znacznie odbiegają od średnich europejskich.

Do końca przyszłego roku potrwa rozpoczęty w 2006 „Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych”, wspierający leczenie raka. Zgodnie z ustawą – państwo powinno przeznaczać na Program co najmniej 250 mln rocznie, a na samo wczesne wykrywanie chorób nowotworowych nie mniej niż 10% wydatków na Program. W rzeczywistości sumy przekazywane na wczesną profilaktykę były dużo wyższe – dochodziły nawet do 38% wydatków. Głównym celem Programu jest zahamowanie wzrostu zachorowań na nowotwory oraz osiągnięcie średnich europejskich wskaźników wczesnego wykrywania nowotworów i skuteczności ich leczenia.

NIK zbadała realizację wybranych programów, m.in. dotyczących profilaktyki i wczesnego wykrywania raka piersi i szyjki macicy, radioterapii onkologicznej, tomografii pozytonowej (PET) oraz systemu zbierania i rejestrowania danych o nowotworach.

Mocną stroną Programu – w ocenie NIK – jest zapewnienia wszystkim chętnym dostępu do badań profilaktycznych bez żadnych ograniczeń. Ministerstwo Zdrowia nie posiada jednak zbiorczej, całościowej informacji o działaniach podejmowanych przez różne podmioty zajmujące się profilaktyką i leczeniem nowotworów, nie stworzono też systemu wymiany informacji i współpracy pomiędzy nimi.

Badania przesiewowe – koszty administracyjno-logistyczne od 2006 r. – ponad 159 mln. zł, koszt samych zaproszeń od 2009 r. ponad 30 milionów złotych

Badania przesiewowe wciąż pozostają najskuteczniejszym i niezastąpionym na razie sposobem wczesnego wykrywania i zapobiegania nowotworom. Jednak, aby były skuteczne (i opłacalne) na badania, zgodnie z zaleceniami WHO i ekspertów Komisji Europejskiej, musiałoby zgłaszać się co najmniej 70% – 75% populacji docelowej.

Tymczasem, mimo prowadzenia akcji mających zwiększyć liczbę Polek zgłaszających się na badania profilaktyczne, odsetek ten w ostatnich latach nie uległ poprawie, a nawet w niektórych województwach zmniejszył się (np.: w 2011 r. w stosunku do 2010 r. w przypadku badań cytologicznych spadł w sześciu, a w przypadku badań mammograficznych – w pięciu województwach).

NIK zwraca uwagę, że podejmowane przez Centralne i Wojewódzkie Ośrodki Koordynujące akcje zachęcające Polki do udziału w badaniach cytologicznych i mammograficznych są nieskuteczne. Od lat niezmiennie podstawą akcji promocyjnych jest list-zaproszenie. Od 2009 roku na wysyłkę imiennych zaproszeń na badania przesiewowe wydano 30 milionów złotych (1/3 wszystkich pieniędzy, przeznaczonych na działania administracyjno-logistyczne). W odpowiedzi na blisko 21 milionów wysłanych zaproszeń (cytologia + mammografia) na badania zgłosiło się nieco ponad 3,5 mln kobiet (18%).

Faktyczny udział kobiet (korzystających z zaproszeń i zgłaszających się samodzielnie) w badaniach mammograficznych wynosił od 36,0% w 2009 r. do 42,9% w 2012 r. (w I półroczu 2013 r. – 19,0%), a w badaniach cytologicznych od 26,7% w 2009 r. do 23,4% w 2012 r. kobiet (w I półroczu 2013 r. – 10,4%).

Zbiorcze dane o liczbie kobiet, u których wykonano badania cytologiczne lub mammograficzne w ramach różnych systemów, np. lecznictwa szpitalnego podstawowej lub ambulatoryjnej opieki zdrowotnej, są rozproszone i dlatego wciąż nie można pozwolić sobie na rzetelną ocenę efektywności Programu.

Program radioterapii – koszt od 2006 r. ponad 1 miliard złotych.

Od początku działania Programu (od 2005 r.) liczba urządzeń do radioterapii wzrosła z 70 do 123. Równocześnie systematycznie skracają się kolejki ( z 8-10 tygodni w 1998 r. do 4-5 tygodni w 2012 r.), zwiększa się też liczba chorych leczonych metodą radioterapii (z ok. 40 tys. w 1999 r. do 80 tys. w 2012 r.). Jednak cały projekt nie działa tak dobrze, jak powinien, a pacjenci wciąż zbyt długo czekają na rozpoczęcie leczenia napromieniowaniem, co zmniejsza ich szanse na wyleczenie. W 1/5 skontrolowanych ośrodków radioterapii czas oczekiwania na udzielenie świadczenia był dłuższy niż 4 tygodnie, a w skrajnych wypadkach wynosi nawet ponad dwa miesiące.

Pomimo że od 2006 r. do połowy 2013 r. na radioterapię wydano łącznie blisko miliard złotych (tj. 55,7% wydatków poniesionych na cały Program) wciąż nie osiągnięto planowanego (i zalecanego m.in. przez WHO) poziomu jednego aparatu na 250 tys. osób. NIK wskazuje, że Minister Zdrowia podejmował decyzje o przyznaniu dofinansowania na zakup nowej oraz modernizację już posiadanej aparatury do radioterapii onkologicznej bez odpowiedniego rozeznania rynku i cen oferowanych przez dostawców. Minister nie dysponował również opinią niezależnych specjalistów w zakresie stosowania urządzeń różnych producentów w tworzeniu zintegrowanych linii radioterapeutycznych.

Na koniec 2012 r., jeden aparat do radioterapii przypadał średnio na 321 154 osób, a w poszczególnych województwach od 242 099 do 425 737 osób. Normy zalecane przez WHO (zgodnie z „Raportem na temat stanu radioterapii w Polsce w 2012 r.”, sporządzonym przez Konsultanta Krajowego w dziedzinie radioterapii onkologicznej), spełniały tylko dwa województwa: warmińsko-mazurskie i zachodniopomorskie. Najmniejszą dostępność odnotowano natomiast w województwie podkarpackim (425.737) i łódzkim (422.280). Przyczyną nieosiągnięcia wskaźników wyposażenia w aparaty było sukcesywne wycofywanie zużytego sprzętu w celu zapewnienia bezpieczeństwa pacjentów w leczeniu radioterapeutycznym.

Programu Tomografii Pozytonowej (PET) – koszt od 2006 r. ponad 90 milionów

Program zakładał, że do 2008 roku jeden ośrodek PET powinien przypadać na 10 mln mieszkańców, a później docelowo każdy aparat powinien wykonywać co najmniej 2000 badań rocznie.

W grudniu 2012 r. w publicznych placówkach zainstalowanych było aż siedem tomografów zakupionych w ramach Programu. Cztery z nich wykonywały mniej niż dwa tysiące badań rocznie (niektóre dużo mniej – np. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku – 423 w 2010 r.) przede wszystkim z powodu niskich kontraktów z NFZ.

Zwiększenie liczby ośrodków onkologicznych wyposażonych w urządzenia PET nie doprowadziło do skrócenia kolejki oczekujących. W trzech skontrolowanych ośrodkach PET wzrosła natomiast liczba oczekujących na badanie.

W Centrum Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie w Warszawie liczba osób oczekujących na badanie PET wzrosła dwukrotnie ( z 48 na koniec 2009 r. do 104 na 30 czerwca 2013 r.),a średni rzeczywisty czas oczekiwania wydłużył się z 14 dni do 28 dni.

W Wielkopolskim Centrum Onkologii w Poznaniu liczba oczekujących wzrosła z 28 w 2009 r. do 80 w 2013 r., a średni rzeczywisty czas oczekiwania z 16 dni w 2009 r. do 23 w 2013 r.

Według danych Głównego Inspektora Sanitarnego w Polsce funkcjonuje aktualnie 27 ośrodków PET, w tym 14 w publicznych podmiotach leczniczych i 13 w placówkach prywatnych.

W planowanym terminie, tj. do końca 2011 r., nie uruchomiono dla potrzeb badań PET produkcji radiofarmaceutyku FDG na potrzeby krajowe, mimo że Ministerstwo Zdrowia sukcesywnie, już od 2007 r., finansowało zakup sprzętu specjalistycznego dla wybranych w tym celu trzech podmiotów. Dwa z nich produkowały radiofarmaceutyk wyłącznie na potrzeby własne, po koszcie znacznie przekraczającym ceny oferowane przez dostawców zagranicznych, a trzeci – Środowiskowe Laboratorium Ciężkich Jonów Uniwersytetu Warszawskiego był w trakcie przygotowywania dokumentacji związanej z uzyskaniem pozwolenia na wytwarzanie radiofarmeceutyku w Polsce.

W Polsce następuje stały wzrost zachorowań na choroby nowotworowe. Zmiany w strukturze ludności i zwiększająca się liczba osób w wieku podeszłym, będą sprzyjać temu zjawisku. Stanowi to istotne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia i polityki państwa w tym zakresie. „Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych” ma charakter interwencyjny, wspierający działania w zakresie onkologii.

Mając na względzie uzasadnione plany kontynuowania Programu przez Ministerstwo Zdrowia, NIK zwraca uwagę na konieczność nadania Programowi lepszej, nowocześniejszej formuły. Zarówno sam Program, jak i rozwiązania organizacyjne przyjęte w leczeniu onkologicznym powinny tworzyć spójny system, zapewniający pacjentowi odpowiednią informację, szybkie podjęcie leczenia i sprawne skoordynowanie jego etapów.

Niezbędne do tego będzie przygotowanie sprawnego i funkcjonalnego systemu rejestrowania udziału pacjentów w badaniach profilaktycznych. Najwyższa Izba Kontroli ponawia także swój wniosek z 2009 roku o zweryfikowanie przez Ministra Zdrowia działań administracyjno-logistycznych podejmowanych w ramach programów przesiewowych oraz o rozważenie wprowadzenia nowych metod i form organizacyjnych, które pozwoliłyby zwiększyć liczbę kobiet uczestniczących w tych badaniach.

BZ WBK: Sprzedaż kredytów inwestycyjnych dla firm w II połowie roku będzie szybko rosła

CEO Magazyn Polska

BZ WBK spodziewa się 2 mld zł zysku netto w tym roku. W pierwszym półroczu bank zarobił blisko 950 mln zł – o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem prezesa BZ WBK pozytywnie wyróżniającym się segmentem będą kredyty korporacyjne oraz kredyty dla małych i średnich firm. Mateusz Morawiecki twierdzi, że szybkie tempo wzrostu sprzedaży kredytów korporacyjnych będzie się utrzymywało w drugiej połowie roku.

Bardzo wzrasta nam sprzedaż kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw, o 15 proc. rok do roku, leasing 17 proc., faktoring ponad 20 proc. Liczba udzielonych korporacjom kredytów także bardzo mocno rośnie. Świadczy o tym wyraźne ożywienie popytu na kredyt inwestycyjny. O ile w zeszłym roku były to głównie kredyty obrotowe, o tyle teraz są to kredyty obrotowe, leasing, faktoring i przede wszystkim kredyty inwestycyjne. Tutaj będzie obserwować pozytywny trend w zakresie akcji kredytowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Morawiecki, prezes zarządu Banku Zachodniego WBK.

Bank Zachodni WBK spodziewa się, że w całym 2014 r. zanotuje zysk netto na poziomie ok. 2 mld zł. W pierwszym półroczu skonsolidowany zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 953,4 mln zł, o 20,2 proc. więcej w ujęciu rocznym. Mimo pojawiających się negatywnych sygnałów z realnej gospodarki bank spodziewa się utrzymania się wysokiego tempa wzrostu kredytów korporacyjnych i konsumpcyjnych w następnych 6 miesiącach. Zdaniem prezesa BZ WBK konflikt między Rosją a Ukrainą nie przekłada się negatywnie na polski eksport, bo firmy zwiększały sprzedaż na innych zagranicznych rynkach.

W tym roku Polska jest w stanie osiągnąć ponad 3-proc. wzrost PKB, co w porównaniu z poprzednimi dwoma latami będzie bardzo dobrym wynikiem. Tutaj polscy przedsiębiorcy wykazują się ogromną elastycznością, bo szybko potrafili znaleźć nowe rynki zbytu – uważa Mateusz Morawiecki.

Bank pracuje nad dalszym zwiększaniem efektywności, którą udało się poprawić w pierwszej połowie br. Dzięki niższej dynamice całkowitych kosztów (2 proc. rok do roku) w porównaniu z dochodami (6,7 proc. rok do roku), wskaźnik kosztów do dochodów spadł z 50,5 proc. do 48,3 proc. Po wyłączeniu efektów integracji z Kredyt Bankiem wskaźnik spadł z 46,4 proc. do 44,6 proc. Poprawę efektywności umożliwia m.in. rozwój bankowości mobilnej przy jednoczesnych zmianach w modelu obsługi klientów w oddziałach.

Testujemy szereg rozwiązań, ponieważ nie chcemy udawać, że wiemy to, czego nikt na świecie nie wie, a mianowicie jak będzie wyglądał model bankowości oddziałowej, bankowości detalicznej za trzy czy cztery lata. On ulegnie na pewno ewolucji, może nawet gwałtownej, ale szczegółów nikt nie zna. W związku z tym chcemy testować różne modele i sprawdzać, który się klientom najbardziej spodoba – mówi Morawiecki.

W ostatnim kwartale 2014 r. inwestorzy poznają wyniki stress-testów, których celem jest przegląd jakości aktywów w bankach (AQR – asset quality review), w tym oszacowanych wysokości odpisów aktualizujących. Dzięki nim możliwe będzie porównanie sytuacji finansowej banków w UE, które stosowały do tej pory różne metody oceny ryzyka aktywów. Prezes BZ WBK nie spodziewa się, by stress-testy prowadzone przez Europejski Bank Centralny istotnie wpłynęły na wyniki banku.

Będzie to dodatkowe ćwiczenie ostrożnościowo-regulacyjne, które da wiedzę Europejskiemu Bankowi Centralnemu i regulatorowi oraz nadzorcom w Polsce, jak zdrowy jest portfel kredytowy poszczególnych banków. Trudno mi wypowiadać się za inne banki, ale w Banku Zachodnim WBK nie spodziewamy się żadnych niespodzianek – mówi prezes BZ WBK.

Fałszywe promocje i manipulowanie cenami to najczęstsze triki podczas sezonowych wyprzedaży

Super- i hipermarkety prześcigają się w promocjach, by przyciągnąć klientów. Manipulowanie cenami i fałszywe promocje to najpopularniejsze triki sprzedawców mające skłonić klientów do wydania większej sumy pieniędzy, niż planowali. Dla kupujących często stanowi to jednak tylko pozorną oszczędność.

Najstarszym i wciąż najbardziej popularnym trikiem stosowanym przez sprzedawców jest tzw. downsizing, czyli zmniejszanie wagi produktu. Klient często nie zauważa, że kupuje mniejsze opakowanie za tę samą cenę. Sposobem na przyciągnięcie klienta są także ceny z końcówką 99 gr. Zdaniem psychologów widząc taką cenę, klient zakłada, że towar został przeceniony. Bardzo często także kupujący podświadomie zaniża cenę, sugerując się cyfrą stojącą przed przecinkiem.

Mózg często idzie na skróty, mówiąc: tu jest taniej, tu jest drożej, a to są tylko 2 grosze różnicy. Czasami przy downsizingu odbieramy jako super promocję obniżenie ceny z 4,01 zł na 3,99 zł, przy czym nowa cena to często nowe i mniejsze opakowanie, czego już klienci nie sprawdzają – tłumaczy Dawid Piaskowski, prezes zarządu Okazjum.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle.

Zdarza się także, że sklepy zawyżają ceny tuż przed okresem wyprzedaży, po czym obniżają je do pierwotnej wysokości, jednocześnie ogłaszając promocję. Właściciele sklepów dbają, aby w lokalach panowała miła atmosfera, dzięki której zrelaksowany klient kupi więcej, niż planował. Utrzymaniu dobrego nastroju kupujących służą zwłaszcza spokojna muzyka, miły zapach i przytulny wystrój wnętrz. Odpowiednia ekspozycja towaru również ma wpłynąć na wybór klienta. Najdroższe produkty lub te, na których sprzedaży właścicielom marketów zależy najbardziej, ułożone są na wysokości wzroku kupującego.

Produkty na wysokości wzroku są zwykle od producentów, którzy płacą sklepom najwięcej. Czasami łączą to z ciekawą sztuczką, która dopiero przychodzi z Zachodu – są to maty na podłodze, gumowe bądź materiałowe, które automatycznie powodują, że idziemy wolniej i wolniej pchamy wózek, co automatycznie powoduje, że zaczynamy się bardziej rozglądać i na wysokości wzroku częściej trafiamy na takie produkty, promocje – tłumaczy Dawid Piaskowski.

Towary w sklepach ułożone są według cen. Obok siebie leżą podobne produkty, ale w różnych cenach. Klienci zazwyczaj rezygnują z produktu najtańszego, sięgając po jego droższy, ale nie najdroższy odpowiednik. Nieco wyższa cena sugeruje bowiem lepszą jakość.

Kiedy idziemy po określony produkt, widzimy, że płacąc więcej, możemy mieć lepszy produkt. Kojarzy nam się to z luksusem, więc często ludzie sięgają po nieco droższy produkt, automatycznie zostawiając więcej przy kasie – mówi Dawid Piaskowski.

Coraz częściej polskie markety manipulują za pomocą rozmiarów koszyków na zakupy. Klienci nie znajdując przy wejściu do sklepu małego, poręcznego koszyka, biorą duże kosze albo wózki na zakupy. Wkładając do nich zakupy, mają wrażenie, że kupili za mało, ponieważ nie zapełnili koszyka, co zachęca ich do dalszego kupowania.

Pracodawca może dofinansować wakacje pracownika. Niektórzy mają nawet taki obowiązek

CEO Magazyn Polska

Przed wyjazdem na urlop warto sprawdzić, czy nasz pracodawca dopłaca do wypoczynku pracowników. Wprawdzie obowiązek taki mają jedynie zakłady budżetowe oraz jednostki samorządowe, ale wiele prywatnych spółek także dotuje wyjazdy wakacyjne.

W mniejszych firmach, gdzie liczba pracowników zatrudnionych w przeliczeniu na pełny etat jest mniejsza niż 20, pracodawca może wybrać, czy tworzy Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych, z którego dofinansowuje wypoczynek pracowników, czy robi to z budżetu firmy. W większych przedsiębiorstwach wsparcie urlopowe pracownicy mogą otrzymać wyłącznie ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Jak wyjaśnia Marta Kosakowska, aplikant adwokacki TGC Corporate Lawyers, główna różnica polega na tym, że świadczenia urlopowe z budżetu firmy otrzymuje każdy z pracowników po spełnieniu określonych przesłanek. Wsparcie z ZFŚS przysługuje tylko niektórym i w różnej wysokości.

Przy tzw. wczasach pod gruszą pracodawca ma obowiązek brać pod uwagę zarówno sytuację życiową, warunki socjalne, materialne, jak i rodzinne pracownika. Nie wszyscy pracownicy są uprawnieni do tego, żeby uzyskać takie świadczenia. Są sytuacje, że w danym roku niektórzy pracownicy ich nie otrzymują, ponieważ mają np. za wysokie dochody, za dobrą sytuację materialną i życiową. Wysokość dofinansowania zależy również od sytuacji pracownika i zasadniczo w odniesieniu do poszczególnych pracowników powinna się różnić – zaznacza Marta Kosakowska w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

W obu przypadkach zasadniczo to pracodawca decyduje o wysokości oraz zasadach wypłaty. Ogólne warunki przyznawania świadczeń urlopowych są zawarte w Ustawie o Zakładowym Funduszu Świadczeń Socjalnych. Zgodnie z ustawą jeśli pracodawca nie rezygnuje w ustawowym terminie z wypłaty świadczeń urlopowych i decyduje się na takie wypłaty, przysługują one bez wyjątku każdemu pracownikowi, który idzie na urlop nie krótszy niż 14 dni kalendarzowych z rzędu, ponadto, co istotne, wypłacając świadczenia urlopowe, pracodawca nie ma obowiązku brać pod uwagę sytuacji socjalnej i rodzinnej pracownika.

Zasady wypłat z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych określone są w zakładowym regulaminie.

W spółce powinien obowiązywać regulamin takiego funduszu – mówi Kosakowska. – Powinny być w nim zawarte zapisy, które stanowią o tym, które osoby są uprawnione do uzyskiwania takiego świadczenia, jakie należy spełnić formalności, jakie przedłożyć dokumenty, jaka jest wysokość tego typu świadczenia i co się dzieje, kiedy na przykład pracownik przerwie urlop bądź wykorzysta dofinansowanie na cele niezwiązane z wypoczynkiem.

By rozliczyć świadczenia, w obu przypadkach pracodawca może zażądać od pracownika przedłożenia rachunków za wakacje.

Jeżeli chodzi o świadczenia urlopowe, to zgodnie z ustawą pracodawca ma obowiązek wypłacić pracownikowi świadczenie urlopowe najpóźniej ostatniego dnia przed rozpoczęciem urlopu. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą nie ma takich ustaleń, ale normalne jest, że środki te są po to, by wykorzystać je na urlop, więc powinny być wypłacone na chwilę przed rozpoczęciem urlopu bądź niedługo po jego zakończeniu – mówi ekspertka z TGC Corporate Lawyers.

Warto też pamiętać, że wakacyjne wsparcie może być opodatkowane.

Od świadczeń urlopowych odprowadza się podatek. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą do kwoty 380 zł w roku kalendarzowym nie odprowadza się podatku. Pracodawca może jednak wypłacić więcej niż 380 zł i dopiero powyżej tej kwoty odprowadza się podatek – zaznacza Marta Kosakowska.

Jak podkreśla, gdy świadczenie urlopowe przekroczy 1093,93 zł, należy od niego zapłacić też składkę na ZUS. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą finansowanych ze środków ZFŚS składek na ZUS nie odprowadza się wcale.

Wielkie fundusze na innowacyjność. Na ten cel trafi część z ponad 100 mld euro ze środków unijnych i krajowych

CEO Magazyn Polska

Jutro rusza nabór projektów w drugim konkursie programu GEKON. Do przedsiębiorstw i konsorcjów naukowych rozwijających technologie proekologiczne trafi prawie 200 mln zł ze środków krajowych. Jesienią ruszą też nabory do pierwszych programów badawczych i wdrożeniowych współfinansowanych przez UE. Do 2020 r. łączne dotacje przekroczą 100 mld euro, z czego znaczna część trafi na rozwój innowacji.

Minimum dla Polski w nowej perspektywie to jest 113 mld euro z samych funduszy spójności [82,5 mld euro z UE oraz obowiązkowe dodatkowe min. 25 proc. ze środków krajowych – red.]. Mamy jeszcze Program Europejskiej Współpracy Terytorialnej, środki norweskie i szwajcarskie. Jest bardzo dużo pieniędzy i bardzo mało lat, bo tak naprawdę mamy tylko czas do 2020 roku. To jest ostatni w mojej ocenie tak duży, potężny ładunek środków dla Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Misiołek, prezes zarządu firmy Abbeys, zajmującej się europejskim doradztwem finansowym.

Naukowcy i przedsiębiorcy mogą liczyć zarówno na programy krajowe, jak i współfinansowane przez UE. Jednym z tych pierwszych jest GEKON ‒ w sobotę 9 sierpnia rusza nabór do drugiego konkursu w ramach tego programu. Potrwa miesiąc, a dla wybranych projektów wstępnie przeznaczonych jest 36 mln zł na fazę badawczo-rozwojową i 160 mln zł na fazę wdrożeniową. Program po połowie współfinansują Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Wcześniej ruszyły już także inne programy. Pierwszy konkurs z programu STRATEGMED, w którym dla konsorcjów naukowych pracujących nad nowymi metodami w medycynie przeznaczono 360 mln zł, jest już na etapie podpisywania umów. 25 lipca ruszył nabór do drugiego konkursu w tym programie, w którym budżet wynosi 220 mln zł.

W ciągu kolejnych miesięcy ruszą programy BIOSTRATEG oraz wspólne przedsięwzięcie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jesienią, po sfinalizowaniu negocjacji dotyczących realizacji perspektywy unijnej 2014-2020, ruszą także współfinansowane ze środków Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój programy Szybka Ścieżka, DEMONSTRATOR+, Innomed oraz Innolot. Wszystkie z nich premiują innowacyjne rozwiązania i ich komercyjne wdrożenie. Jak podkreśla Misiołek, pierwsze fundusze nie trafią do odbiorców wcześniej niż na początku przyszłego roku. Środki są przede wszystkim skierowane dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Czyli firm zatrudniających do 250 osób średniorocznie, ale również dla dużych przedsiębiorstw – precyzuje Misiołek. ‒ Główny nacisk jak zwykle będzie położony na innowacje: czyli albo wprowadzamy zupełnie nową, znacząco ulepszoną usługę lub produkt, albo będziemy chcieli mieć pieniądze na badania, rozwój i na prace rozwojowe, czyli na przykład na prototypy.

O fundusze nie jest jednak łatwo: konkurencja jest silna, a wymogi formalne i merytoryczne skomplikowane. Przedsiębiorcy często nie mają czasu ani umiejętności, by poprawnie przebrnąć przez dokumentację, a przez to nawet bardzo dobre pomysły mogą nie dostać dofinansowania.

Misiołek zauważa, że na dofinansowanie nie mogą liczyć już te projekty, które poprawią tylko wyniki finansowe aplikującej spółki. Muszą one w jakiś sposób wiązać się z celami polityk unijnych, np. aktywizować zawodowo młodych lub starszych pracowników, a nie wyłącznie zwiększać umiejętności tych, którzy już mają pracę.

Teraz będzie już trochę mniej pieniędzy, które mogły pozyskiwać przedsiębiorstwa na szkolenie specjalistyczne, na przykład obsługi wózków widłowych. Większy będzie nacisk na inicjatywy np. dla osób w wieku 55+ albo 25-, a także zapobieganie marginalizacji, na przykład by kobiety po latach opieki nad dzieckiem mogły w dość płynny sposób powrócić na rynek pracy – tłumaczy Misiołek. ‒ Dobry pomysł przedstawiony w taki sposób, że on jest korzystny tak naprawdę dla danego przedsiębiorcy, a nie realizuje postanowień strategii Europa 2020, nie dostanie pieniędzy.

Misiołek podkreśla, że wartości konkursów są bardzo zróżnicowane. Średnia wielkość dotacji dla małych i średnich przedsiębiorstw, na podstawie wniosków spływających do Abbeys, to między 10 a 12 mln zł.

Godziwa emerytura niemożliwa bez własnych oszczędności

CEO Magazyn Polska

Co najmniej 2 mln Polaków zdecydowało się oszczędzać na emeryturę równocześnie w ZUS i OFE. Wysokość przyszłych emerytur będzie jednak w niewielkim stopniu zależeć od podjętej decyzji. Bez dodatkowego zabezpieczenia, czyli własnych oszczędności, większość emerytów będzie otrzymywać bardzo niskie świadczenia.

Według danych z 6 sierpnia liczba osób, która zdecydowała się przekazywać część składki emerytalnej do otwartych funduszy emerytalnych, przekroczyła 2 miliony. To zdecydowanie więcej niż prognozowano jeszcze kilka miesięcy temu. Eksperci jednak podkreślają, że żaden z tych wariantów raczej nie będzie miał wpływu na wysokość emerytur w przyszłości. Tym bardziej że do OFE trafiać będzie niecałe 3 proc. pensji ubezpieczonego.

Załóżmy nawet, że koniunktura będzie sprzyjająca, a decyzje zarządzających OFE trafne, to i tak będzie miało niewielki wpływ na naszą emeryturę. Dodatkowo trzeba liczyć się z zagrożeniem, że OFE w ciągu kilku lat mogą zniknąć w obliczu kolejnych problemów budżetowych – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Suchodolski z Wealth Solutions.

Jak podkreśla, już dziś w ZUS-ie brakuje środków na wypłatę 30 proc. emerytur, a dziura ta łatana jest z budżetu państwa. Problem ten będzie się powiększać przez zmiany demograficzne.

Część naszych wpłat natychmiast jest wypłacana obecnym emerytom i tworzony jest tylko zapis na naszych subkontach i kontach emerytalnych, który jest co roku waloryzowany – dodaje Suchodolski.

Dodaje jednak, że i to jest uzależnione od decyzji politycznych

Niektórzy eksperci prognozują, że 30-latkowie regularnie opłacający składki emerytalne mogą liczyć na emeryturę w wysokości około 30 proc. ostatniej pensji. ZUS przekonuje, że jeżeli ktoś przez 45 lat będzie odkładać składki, to może liczyć na ok. 50 proc. ostatniej pensji. Niezależnie jednak od szacunków przyszli emeryci powinni w porę zadbać samodzielnie o swoją emeryturę.

W myśl reformy emerytalnej z 1999 r. możemy odkładać na emeryturę w ramach III filaru. Do wyboru są dwa rozwiązania: indywidualne konto emerytalne (IKE) i indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Różnią się tylko tym, kiedy możemy skorzystać z ulgi podatkowej, odkładając w danej formie pieniądze na emeryturę – wyjaśnia Suchodolski.

W przypadku IKE przyszły emeryt skorzysta z ulgi przy wypłacaniu środków – nie będzie musiał płacić 19-proc. podatku od zysku. W przypadku IKZE ulgę można wykorzystywać każdego roku przy rozliczeniu PIT-u, odliczając składki od podstawy opodatkowania. Konta różnią się również limitem wpłat: na IKE można w tym roku przeznaczyć nieco ponad 11,2 tys. zł, a na IKZE, zgodnie z limitem procentowym, niecałe 4,5 tys. zł.

Minusem tych rozwiązań jest to, że jesteśmy zmuszeni do regularności wpłat. Możemy być karani za brak sumienności i musimy wtedy ponosić pewne opłaty, które w wielu wypadkach są wyższe niż poza tym systemem – ostrzega Piotr Suchodolski.

Dla mniej odważnych inwestorów dostępne są tradycyjne produkty bankowe, jak np. lokaty. Bardziej odważni mogą wybierać w różnego rodzaju funduszach, lokując swoje środki w akcje, obligacje czy waluty. W opinii Suchodolskiego również inwestycje alternatywne mogą się dobrze sprawdzić jako lokata emerytalna, dlatego że są niezależne od rynków finansowych. Są to m.in. dzieła sztuki, przedmioty kolekcjonerskie, jak butelki ekskluzywnej whisky, autografy czy znaczki pocztowe.

Świetnie się sprawdzają jako lokata długoterminowa, przynajmniej kilkuletnia. Jest to dobre rozwiązanie, jeśli chcemy budować swoją emerytalną przyszłość – dodaje Suchodolski. – W pewnych przypadkach możemy również liczyć na pewne ulgi podatkowe, gdyż jeśli sprzedamy aktywa po upływie 6 miesięcy od zakupu, nie będziemy musieli płacić 19-proc. podatku od zysku.

Zdaniem Suchodolskiego inwestycje alternatywne mogą przynieść spore zyski oszczędzającemu. Globalny indeks sztuki Mei Moses pokazuje, że przez ostatnie 60 lat osoby, które inwestowały w sztukę na okres sześciu lat, mogły zyskać średnio 112 proc. Średni zwrot dla złota wyniósł w tym czasie 64 proc., a dla akcji z indeksu S&P500 – 73 proc. Inwestycje alternatywne wymagają jednak grubego portfela, bo aby rozpocząć inwestowanie, potrzeba co najmniej kilkunastu tysięcy złotych.

Lista strategicznych spółek Skarbu Państwa: komfort dla zarządów i wyraźny sygnał dla inwestorów

CEO Magazyn Polska

Status spółki strategicznej dla polskiej gospodarki zarówno zwiększy komfort działania zarządu, jak i będzie wyraźnym sygnałem dla potencjalnych inwestorów, którzy inwestują, zakładając scenariusz przejęcia danej spółki – ocenia Adam Ruciński, prezes BTFG Audit. Obecność na liście MSP może także obniżyć koszty długu, bo posiadacze obligacji mogą zakładać, że rząd nie pozwoli na upadek takiej firmy. Mniejszościowi akcjonariusze muszą się jednak liczyć z tym, że państwo poprzez spółkę nie będzie realizować ich interesów.

To dobrze, że w Polsce taka lista jest jawna, że jest podawana do publicznej wiadomości. Po pierwsze, jest to wyraźny sygnał dla potencjalnych inwestorów, by liczyli się z tym, że Skarb Państwa będzie bacznie przyglądał się spółkom. Po drugie, jest to również sygnał dla samych zarządów, że mogą działać w bardziej komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o wypełnianie swoich dość szczególnych funkcji w zakresie organizacji danego państwa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit.

Z prawnego punktu widzenia sytuacja strategicznych spółek niczym się nie różni od innych osób prawnych, które są pod kontrolą państwa. Zdaniem Rucińskiego poza wydźwiękiem medialnym czy PR, ma to jednak pewne rynkowe konsekwencje dla akcjonariuszy oraz potencjalnych inwestorów.

Jest to sygnał mówiący, że jest to nie tylko spółka, o którą Skarb Państwa troszczy się szczególnie, lecz także spółka, która nie będzie podlegała przejęciu. Jeżeli są inwestorzy, którzy inwestują, zakładając, że spółka zostanie przejęta, co w ich mniemaniu spowoduje jej nieoczekiwany wzrost, muszą ten scenariusz porzucić – uważa prezes zarządu BTFG Audit.

W dokumencie MSP „Lista podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa” znalazły się 22 spółki, przy czym część z nich nie jest notowana na GPW. Do najważniejszych spółek publicznych na liście należą: Lotos, KGHM, PGE, PKN Orlen, PGNiG, PKO BP, PZU, Tauron, a także Grupa Azoty. Minister SP Włodzimierz Karpiński uzasadniał umieszczenie Azotów na liście „skalą działalności, dużym wpływem na gospodarkę oraz ogromnym znaczeniem dla rynku pracy”. To wyraźny sygnał dla Acronu, który nabył już 20 proc. akcji chemicznej i starał się o wrogie przejęcie Azotów. Jednocześnie oznacza to, że rząd zrezygnował z dokończenia prywatyzacji polskiej chemii.

Inną rynkową konsekwencją umieszczenia danych spółek SP na liście strategicznych jest to, że prawdopodobnie będą one mogły taniej emitować obligacje. Choć według prawa Skarb Państwa nie odpowiada za zobowiązania spółek SP, to w praktyce udzielenie wsparcia zależy tylko od decyzji politycznych. W przypadku spółek strategicznych kupujący akcje i obligacje takich podmiotów mają większe podstawy, by oczekiwać, że w przypadku problemów finansowych państwo będzie interweniować. W przypadku upadłości pierwszeństwo zaspokojenia roszczeń przysługuje jednak posiadaczom obligacji.

To są podobne konsekwencje do tych, jakie widzieliśmy w Stanach Zjednoczonych, że taka spółka nie może upaść. Jest oczywiście bardziej wiarygodna, bardziej stabilna zarówno dla samych akcjonariuszy, jak i dla innych potencjalnych wierzycieli, dla obligatariuszy w przypadku emisji obligacji. Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że taka spółka nie poprawi z roku na rok wyników na przykład o 40-50 proc., ponieważ to są spółki bardziej stabilne – wyjaśnia Adam Ruciński.

Część spółek SP działa w sektorach gospodarki, które podlegają relatywnie małym wahaniom koniunktury, dzięki czemu są one atrakcyjne dla bardziej ostrożnych inwestorów, którzy inwestują w dłuższym horyzoncie czasowym. Szczególnie atrakcyjne dla nich są spółki o stabilnych przychodach, generowanej gotówce oraz dywidendach.

W praktyce w przypadku spółek publicznych pod kontrolą SP istnieje jednak problem z wiarygodnym oszacowaniem przyszłych dywidend. Wynika to stąd, że MSP ma zawsze możliwość przegłosowania wyższej lub niższej dywidendy w stosunku do rekomendacji zarządu. Szczególne ryzyko występuje w przypadku zmiany rządu, ponieważ plany inwestycyjne spółek mogą ulec wtedy zasadniczym modyfikacjom. Wreszcie w przypadku spółek SP istnieje podwyższone ryzyko, że inwestycje będą realizowały inne cele niż maksymalizację zysku dla akcjonariuszy – wskazuje Ruciński.

Należy podchodzić z dużą ostrożnością do inwestowania w tego rodzaju spółki, ponieważ Skarb Państwa wyraźnie mówi, że będzie tych spółek pilnował, co oznacza również, że musi ona wypełniać pewną rolę służebną wobec całego społeczeństwa, a nie tylko kilku czy kilkuset wybranych akcjonariuszy. Oznacza to, że akcjonariusze muszą liczyć się z tym, iż wielkich zysków z takiej inwestycji nie osiągną – podsumowuje prezes BTFG Audit.

Minimalna poprawa na rynku pracy. Koszty pracy jednak wciąż zbyt wysokie

CEO Magazyn Polska

W lipcu bezrobocie wyniosło 11,9 proc. – wynika z szacunków resortu pracy. To ponad 1 procent mniej niż przed rokiem. Zdaniem ekspertów zmiany jednak są wciąż w granicy błędu statystycznego. Tym bardziej że w wakacje ze względu na prace sezonowe zawsze spada liczba bezrobotnych. Sytuację mogłoby poprawić obniżenie kosztów pracy. Pozwoliłoby to na zwiększenie zatrudnienia w mniejszych firmach, a tym samym na zatrzymanie fali emigracji. Obecnie za granicą pracuje już 2 mln Polaków.

Dane Ministerstwa Pracy i GUS-u wskazują, że bezrobocie stopniowo spada. Wynik z lipca, czyli 11,9 proc., jest najlepszym wynikiem od czerwca 2011 roku (11,8 procent). Rok temu bez pracy było ponad 13 proc. Polaków. Mimo to zdaniem specjalistów trudno o optymizm.

– Pamiętajmy, że w Polsce cały czas mamy do czynienia z dwucyfrowym bezrobociem. Stąd zmiany na poziomie błędu statystycznego są pocieszeniem tylko dla polityków, a nie realnym wskaźnikiem pozytywnych zmian w naszym kraju – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Sadowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha.

Jego zdaniem pomóc mogłoby obniżenie kosztów pracy, które w Polsce utrzymują się na wysokim poziomie – podatek dochodowy i składki na ZUS stanowią blisko 70 proc. pensji netto. To oznacza, że na każdy 1 tys. zł, który pracownik dostaje do ręki, 700 zł pracodawca musi dopłacić państwu. Sadowski twierdzi, że dlatego też bezrobocie w Polsce jest zjawiskiem sztucznym, nie wynika ze złej sytuacji gospodarki, lecz z wysokich kosztów pozapłacowych. To problem szczególnie dla małych firm.

Mała firma rozwija się głównie poprzez zatrudnianie kolejnych pracowników, a często nie może zatrudniać oficjalnie, bo musi płacić wysoki ZUS oraz wysokie składki i podatki. To sprawia, że w Polsce albo praca przechodzi do szarej strefy, albo znika za granicą, gdzie przenoszą się nasi obywatele – tłumaczy Sadowski.

Na wysokim poziomie utrzymuje się przede wszystkim bezrobocie u młodych osób. GUS podaje, że w I kwartale najwyższą stopę bezrobocia – 27,2 proc. – zanotowano wśród młodzieży (15–24 lata). Na poziomie ok. 11  proc. utrzymuje się wskaźnik wśród osób w wieku 25–34 lata.

Wzrost zatrudnienia w tych grupach jest istotny przede wszystkim ze względu na rosnącą emigrację. Z Polski wyjechało blisko 2 mln osób. W ubiegłym roku na stałe z kraju wymeldowało się ponad 35 tys. osób, szacuje się jednak, że łącznie w poszukiwaniu pracy wyemigrowało blisko pół miliona.

W najnowszym raporcie Najwyższej Izby Kontroli o braku wypłat przez kilka lat w systemie emerytalnym widać skutek dwumilionowej emigracji. Brak osób, które ze względów czysto fiskalnych nie mogły znaleźć pracy w Polsce, już powoduje zakłócenia, jeżeli chodzi o wpływy do systemu emerytalnego. Tym samym zabraknie tych środków również za kilka lat do utrzymania obecnego poziomu świadczeń emerytalnych – komentuje ekspert.

Sytuację mogłoby poprawić obniżenie opodatkowania pracy. Sadowski przypomina, że kiedy w 2007 roku sejm zdecydował o obniżeniu składki rentowej o 7 proc., powstało więcej miejsc pracy, a część zatrudnionych wyszła z szarej strefy.

– Nie tak dawno rząd rozpatrywał własny projekt dotyczący obniżenia opodatkowania pracy w Polsce o połowę, ale tylko dla marynarzy. Okazało się, że marynarze, którzy pływają pod polską banderą są przez opodatkowanie pracy całkowicie niekonkurencyjni – mówi ekspert z Centrum im. Adama Smitha.

Rząd nie zgodził się jednak na zmniejszenie kwoty podatków i składek z 51,9 do 25,47 proc. W innych krajach Unii możliwa jest natomiast refundacja części składek na ubezpieczenia i tych wpłacanych do ZUS, np. we Włoszech państwo finansuje armatorom wszystkie składki płacone za marynarzy.

– Polska zyskałaby, a gospodarka byłaby bardziej konkurencyjna, gdyby obniżenie kosztów pracy dotyczyło nie tylko marynarzom, lecz także wszystkim zatrudnionym – podsumowuje Andrzej Sadowski.

Tani gaz ze Stanów Zjednoczonych szansą na niezależność energetyczną Europy i niższe ceny energii

CEO Magazyn Polska

Nie tylko odnawialne źródła energii, lecz także umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi może zwiększyć niezależność energetyczną Europy. Możliwość sprowadzania gazu zza Atlantyku zarówno poprawi bezpieczeństwo energetyczne, jak i obniży ceny energii. To może okazać się kołem zamachowym licznych inwestycji w sektorze energetycznym.

Stany przeżywają od kilku lat boom związany z wydobyciem gazu łupkowego, przez co ceny gazu mocno spadły i dzisiaj w Stanach Zjednoczonych są na poziomie 1/3 ceny europejskiej. Ale niska cena energii bardzo mocno napędza gospodarkę amerykańską. Dobrze by się stało, gdyby ten tańszy gaz dotarł również do Europy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce. ‒ Jeżeli mówimy o wysokosprawnej kogeneracji, dużych nowoczesnych rozwiązaniach i blokach gazowych, to dzisiaj na przeszkodzie stoi wysoka cena gazu w Europie.

Stelmach podkreśla, że obniżka cen gazu na Starym Kontynencie wpłynęłaby zdecydowanie pozytywnie na innowacyjne inwestycje w energetyce. Przyznaje, że trudno ocenić, czy po imporcie skroplonego gazu ze Stanów Zjednoczonych do Europy udałoby się utrzymać tak konkurencyjne ceny ze względu na wydatki związane z transportem i regazyfikacją. Jest jednak przekonana, że nawet po tych procesach byłby on bardzo konkurencyjny cenowo wobec gazu europejskiego oraz importowanego z innych kierunków.

Możliwość importu gazu wydobywanego w Stanach Zjednoczonych ma umożliwić negocjowane właśnie Transatlantyckie Partnerstwo Handlu i Inwestycji (TTIP), czyli umowa o wolnym handlu pomiędzy UE i USA. Podaż ze strony amerykańskiej jest duża, bo w latach 2008‒2012, zgodnie z danymi amerykańskiego Urzędu Informacji Energetycznej (U.S. Energy Information Administration), produkcja gazu wzrosła w tym kraju o niemal 20 proc. W tym samym okresie produkcja gazu łupkowego wzrosła 3,5-krotnie z poziomu 81,3 mld metrów sześciennych do ponad 291 mld metrów sześciennych. Udział gazu łupkowego w całej produkcji gazu w Stanach Zjednoczonych w 2012 r. wyniósł niemal 43 proc.

Jeżeli gaz byłby tańszy, byłoby dużo więcej inwestycji w nowoczesne rozwiązania energetyczne – zapewnia Stelmach. Dodaje, że ważnym kierunkiem rozwoju jest też szukanie innych niż gaz źródeł energii: ‒ Dywersyfikacja źródeł energii, źródeł surowców, nie zawsze jest możliwa z dnia na dzień. Ale odpowiedzią na to, co wielokrotnie podkreślamy, jest zastosowanie rozwiązań, które są niezależne od monopolistycznych dostawców. Mówimy tutaj o energetyce wiatrowej i w ogóle o odnawialnych źródłach energii.

Podkreśla, że GE dostrzega duży potencjał w polskiej energetyce właśnie z uwagi na duże potrzeby inwestycyjne tej branży w naszym kraju. Do tego rosnąć będzie też zapotrzebować na energię, bo polska gospodarka należy do najbardziej dynamicznych w Europie. Stelmach przekonuje, że Polska musi być innowacyjna, by wobec tych rosnących potrzeb zapewnić niezależność energetyczną. Szansą jest m.in. energetyka wiatrowa. Jak mówi Stelmach, turbiny wiatrowe można montować wszędzie. M.in. dzięki turbinie GE o wysokości 140 metrów jest to możliwe nawet tam, gdzie przy gruncie nie ma wystarczająco silnych wiatrów.

Sprzedaż mieszkań przyspiesza. Program Mieszkanie dla Młodych działa marketingowo

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż mieszkań w pierwszym półroczu tego roku jest zdecydowanie lepsza niż w pierwszych miesięcy 2013 roku, ale w drugim kwartale nie było przyspieszenia. Program Mieszkanie dla Młodych jest pewną zachętą dla klientów do kupna nieruchomości, ale deweloperzy wykorzystują go raczej w celach marketingowych. Do końca lipca wykorzystano jedynie 27 proc. środków z puli przeznaczonej na ten rok.

Sytuacja na rynku mieszkaniowym wydaje się stabilna – ocenia Paweł Szymański, wiceprezes Marvipol – Zdecydowanie był to lepszy okres niż pierwsza połowa roku 2013. Zresztą ten pozytywny trend zaczął się już budować w drugiej połowie zeszłego roku i widać go było w pierwszym kwartale br. W drugim kwartale widzimy pewną stabilizację, może delikatne spowolnienie w stosunku do tego, co obserwowaliśmy w pierwszym.

W tym roku rynek miał rozruszać program dopłat do kredytów mieszkaniowych. Ale MdM nie zwiększył znacząco sprzedaży, jego efekty są oceniane raczej jako skromne. Jak policzył Home Broker na podstawie danych Banku Gospodarstwa Krajowego, przez siedem miesięcy roku do BGK wpłynęły wnioski na kwotę 211 mln zł, z czego nieco ponad 165 mln zł to pieniądze z puli przeznaczonej na ten rok. To oznacza, że przez ponad połowę roku zarezerwowano tylko 27,5 proc. z całości pieniędzy na ten rok. Jak tak dalej pójdzie, to do końca roku wykorzystana zostanie połowa środków, czyli 300 mln zł. Drugie 300 mln zł przepadnie, bo nie przewidziano możliwości, by pozostała kwota przechodziła na następny rok.

Na początku tego roku wprowadziliśmy do sprzedaży nową, dużą inwestycję, Central Park Ursynów na ulicy Kłobuckiej. Oferowaliśmy ponad 440 mieszkań, większość z nich w programie MdM, ale tylko niecałe 30 proc. z nich zostało kupione z rządowym wsparciem – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes. – Ten program działa, na pewno powoduje większe zainteresowanie klientów, ale oferty i tak muszą się bronić jakością i ceną.

Program Mieszkanie dla Młodych na pewno działa marketingowo i dodatkowo zwiększył zainteresowanie mniejszymi mieszkaniami. Klienci ciągle szukają dobrych cen w atrakcyjnych lokalizacjach, przy czym nie zawsze musi to być mieszkanie kwalifikujące się do MdM.

Marvipol zapowiada, że koncentruje się na lewobrzeżnej części Warszawy, bo – jak wyjaśnia wiceprezes firmy – wciąż jest tam wystarczająca liczba atrakcyjnych lokalizacji do zabudowania.

Resort rolnictwa chce zawieszenia akcyzy na cydr

CEO Magazyn Polska

Minister rolnictwa zwrócił się do resortu finansów o zawieszenie akcyzy nakładanej na cydr oraz perry, czyli lekkie na napoje alkoholowe z jabłek i gruszek. Obecnie jest ona na poziomie akcyzy nakładanej na piwa, a koszt ich produkcji wyższy niż w przypadku browarów. Marek Sawicki namawia również sieci handlowe do zwiększania sprzedaży cydru i perry.

Wystąpiłem do ministra finansów o możliwość czasowego zawieszenia tej akcyzy, bo z pewnością nie będzie woli na jej całkowite zniesienie, ale czasowo – ze względu na konieczność i chęć zachęcenia konsumentów do tego napoju – warto byłoby przynajmniej do końca roku, w tym trudnym okresie embarga rosyjskiego, takie zawieszenie wprowadzić – podkreśla Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Po nałożeniu przez Rosję embarga m.in. na polskie jabłka wicepremier Janusz Piechociński wraz z ministrem Sawickim zabiegają też o zniesienie zakazu reklamy cydru i perry. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości zabrania jakiejkolwiek reklamy alkoholu, choć przewiduje jeden wyjątek dla piwa. Producenci innych niskoalkoholowych napojów od dawna przekonują, że to niesprawiedliwe. Wątpliwości ma jednak Ministerstwo Zdrowia.

Rozmawialiśmy na Radzie Ministrów, żeby można było włączyć cydr i perry do reklamy na równi z piwem – podkreśla Marek Sawicki. – To wymaga zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości i taką nowelizację ustawy na najbliższe posiedzenie Sejmu w moim ministerstwie przygotowujemy. Wierzę, że dla tej sprawy będzie akceptacja i uda się tę zmianę wprowadzić w miarę szybko.

Z powodu zablokowania eksportu jabłek i innych owoców do Rosji znacznie więcej trafi ich na rynek krajowy. By tę nadwyżkę sprzedać, część z nich trzeba przetworzyć. Do sprzedaży trafia więc zarówno perry i cydr, jak i świeżo tłoczone soki z jabłek i innych owoców. Minister rolnictwa zamierza przekonywać sieci handlowe, by wsparły ich sprzedaż.

Produkty te parametrami są bardzo dobre, ale jednocześnie nieco droższe od pospolitego napoju, który nazywa się sokiem, ale jest rozcieńczoną wodą z różnego rodzaju koncentratami i cukrem – mówi Sawicki. – Zachęcam do tego, by jednak przestawić się na soki naturalne, i o tym będę rozmawiać z sieciami. Mam nadzieję, że zrozumieją one, iż bogaty, zadowolony konsument europejski mając do wyboru produkt naturalny i z dodatkami, chętniej sięgnie po naturalny produkt.

Polska, będąca największym producentem jabłek w Europie, wytwarza głównie koncentrat jabłkowy, z którego powstają cydry w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Irlandii, rynek cydru wytwarzanego w naszym kraju jednak dynamicznie się rozwija. W całym 2013 r. sprzedaż cydru na polskim rynku wyniosła bowiem 2 mln litrów. Popularność cydru może wzrosnąć dzięki działaniom sieci handlowym, które wprowadzają ten produkt do swojej oferty, m.in. Biedronka i Kaufland.

Espirito Santo: Stopa dywidendy PKP Cargo na poziomie 4-5 proc., jeśli spółka nie zdecyduje się na przejęcia

CEO Magazyn Polska

PKP Cargo prowadzi kompleksowy program restrukturyzacji, który zwiększy marżę operacyjną w najbliższych latach. To pozwoli spółce wypłacać nawet 50 proc. zysku na dywidendę, jeśli nie przejmie innych aktywów z rynku. Przejęcia zmniejszyłyby jednak ryzyko w działalności, ponieważ obecnie wynikom PKP Cargo ciąży wysoki udział węgla w strukturze przewozów.

PKP Cargo jest przeważone w segmencie węgla, a segment węgla jest w trudnej sytuacji, dlatego spodziewamy się, że praca przewozowa w tym segmencie będzie spadać w najbliższych latach. Myślę, że PKP Cargo może tracić udział w polskim rynku, natomiast nie będzie to znaczący spadek – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Cezary Bernatek, analityk Espirito Santo Investment Bank.

PKP Cargo może jednak przeciwdziałać spadającej pozycji na rynku, przejmując spółki. Najbardziej prawdopodobne zdaniem Bernatka jest przejęcie aktywów z segmentu paliw płynnych, które odpowiadają za mniejszą część przychodów PKP Cargo, niż jest to u konkurencji. To pozwoli zrównoważyć strukturę przychodów, a zatem zmniejszyć ryzyko.

Tutaj potencjalnym podmiotem, który mógłby zostać przejęty, jest Lotos Kolej albo Orlen KolTrans. Lotos Kolej ma mniej więcej 7-proc. udział w rynku, transakcja rzędu 500 mln zł. Orlen KolTrans ma tylko 2 proc. udziału w rynku, więc transakcja dużo mniejsza. Mówi się, że Orlen KolTrans wypracowuje mniej więcej 20 mln zł EBITDY – twierdzi Bernatek.

Poza wpływem możliwych przejęć na wyniki spółka może poprawić marżę operacyjną, którą osiąga, dzięki wykorzystaniu posiadanych obecnie aktywów.

Musimy pamiętać o tym, że będziemy mieli do czynienia z optymalizacją kosztów operacyjnych zmiennych, czyli kosztów paliw, energii, dostępu do infrastruktury. Z drugiej strony musimy pamiętać o tym, że spółka ma bardzo dużą dźwignie operacyjną. W 2013 koszty stałe operacyjne to było około 50 proc. łącznych kosztów, więc za każdym razem, kiedy będziemy mieli do czynienia z lekkim wzrostem przychodów, który prognozuję, będzie to spotęgowane na poziomie marży EBITDA – ocenia analityk Espirito Santo Investment Bank.

Przykładowym obszarem, w którym istnieje duży potencjał do obniżki kosztów, jest modernizacja lokomotyw. Przestarzałe jednostki spalają od 30 do 60 proc. więcej paliwa – wskazuje analityk. Z drugiej strony klienci PKP Cargo mogą jednak negocjować niższe stawki przewozów z powodu obniżonego kosztu dostępu do infrastruktury. Taka sytuacja jest prawdopodobna, zwłaszcza w segmencie węglowym – uważa Bernatek.

–  PKP Cargo generuje bardzo mocny operacyjny cash flow, to są wielkości rzędu ponad 800 mln w dobrych czasach, w momencie, kiedy faktycznie ta praca przewozowa była solidna, czyli w latach 20112012. W 2013 r. było to 700 mln. Spodziewam się, że w najbliższych latach cash flow operacyjny będzie oscylował pomiędzy 650-750 mln – prognozuje analityk.

Duże potrzeby inwestycyjne związane z utrzymaniem i modernizacją ponad 60 tys. wagonów i ponad 4 tys. lokomotyw będą oddziaływać negatywnie na dywidendę. Obecnie obowiązująca polityka dywidendowa zakłada wypłatę akcjonariuszom 35-50 proc. zysku. W najbliższych latach przepływy pieniężne z działalności operacyjnej mają sięgać 650-750 mln zł – prognozuje Bernatek. Jego zdaniem dzięki temu PKP Cargo może wypłacać nawet więcej niż 50 proc., jeśli w danym okresie nie będzie przejmować innych spółek.

Jeżeli mielibyśmy do czynienia z jakąś znaczącą transakcją, to oczywiście należy mieć na uwadze to, że spółka ma bilans, który może być jeszcze mocniej lewarowany, myślę, że tak 2-3 razy EBITDA. W takim przypadku być może polityka dywidendowa musiałaby zostać na takim poziomie, na jakim jest. Nadal jest to 4-5 proc. dywidendy rocznie, więc całkiem przyzwoity poziom – ocenia Cezary Bernatek.

Istotną wskazówką dla inwestorów może być także to, że PKP Cargo ma niską wycenę, mierzoną wskaźnikiem EV/EBITDA w porównaniu z zagranicznymi spółkami prowadzącymi podobną działalność. Dlatego ostatnio analityk Espirito Santo wydał rekomendację „kupuj” dla przewoźnika z ceną docelową o 27 proc. wyższą niż w momencie sporządzania rekomendacji (89,86 zł).

DM BDM: Zmiany w III filarze i fuzja z giełdą w Wiedniu kluczowe dla dalszego rozwoju GPW

CEO Magazyn Polska

Już niemal 2 mln osób wybrało OFE, a liczba ta jeszcze wzrośnie, bo dane wyliczone przez ZUS na koniec 5 sierpnia nie są ostateczne. Jeszcze miesiąc temu inwestorzy uznaliby 1 mln deklaracji za pozytywną informację. Mimo wszystko to poprawi nastroje na GPW jedynie w krótkim okresie, ponieważ OFE nie będą już czynnikiem rozwoju giełdy. Jest jednak jeszcze niewykorzystany potencjał w postaci III filaru, w którym oszczędza mniej niż pół miliona Polaków, a także ewentualna fuzja z giełdą w Wiedniu.

Ostatnie dni zapisów na pozostanie w OFE są przyjemną niespodzianką. Rynek spodziewał się, że w OFE pozostanie od 5 do 7 proc., a wszystko wskazuje na to, że będzie to dwa razy więcej. Polacy po prostu tak jak z deklaracjami podatkowymi czekali na ostatni moment. Myślę, że to na tym negatywnym tle jest pozytywną niespodzianką i że rynek powinien to zdyskontować pozytywnie. Natomiast oczywiście całą reformę Otwartych Funduszy Emerytalnych z punktu widzenia rynku kapitałowego należy ocenić negatywnie, gdyż to, co w ostatnich latach napędzało giełdę w sposób systematyczny, teraz zostało zahamowane – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Jacek Rachel, prezes zarządu Domu Maklerskiego BDM.

W środę ZUS przekazał informację, że liczba klientów OFE wzrosła do 1,93 mln, ponieważ do ZUS wciąż docierają deklaracje wysłane pocztą. Nie jest to jeszcze liczba ostateczna. Według analityków poprawiło to nastroje na GPW, ponieważ przynajmniej w okresie najbliższych 2 lat zmniejsza to ryzyko silniejszej wyprzedaży akcji przez fundusze emerytalne. Nie będą one już jednak motorem wzrostu warszawskiej giełdy.

Przez pierwsze lata polskiego rynku kapitałowego, wtedy, kiedy rosła Giełda Papierów Wartościowych, takim paliwem napędowym były procesy prywatyzacyjne. Później drugim bardzo ważnym krokiem były właśnie Otwarte Fundusze Emerytalne, których pokaźny strumień środków zasilał rynek kapitałowy i powodował, że wiele przedsiębiorstw, nie tylko skarbu państwa, lecz także prywatnych mogło się dzięki tym środkom rozwinąć. Teraz jeden i drugi czynnik się wyczerpał – uważa Rachel.

W rekordowym 2010 r. (gdy składka do OFE wynosiła 7,3 proc. wymiaru) do OFE napłynęło ponad 22,2 mld zł składek – wynika z danych ZUS. W 2013 r. było to już tylko 10,2 mld zł. Teraz strumień składek będzie wielokrotnie niższy, bo liczba ubezpieczonych w OFE spadnie z 16,7 mln do około 2 mln. W przypadku prywatyzacji trudno ocenić jej wpływ na GPW w najbliższych latach, ponieważ – jak informował dziennikarzy minister SP Włodzimierz Karpiński – MSP wciąż pracuje nad założeniami nowej polityki właścicielskiej.

To jest zadanie głównie dla decydentów, dla rządzących, aby ten ubytek systemowy czymś zastąpić i jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się w tej chwili wspomaganie oszczędzania na emeryturę w ramach III filaru, ale to trzeba by było zacząć od szerokiej akcji informacyjnej, edukacyjnej, żeby uświadamiać społeczeństwu, Polakom, że na tę emeryturę trzeba sobie jednak samemu uskładać, że warto inwestować na rynku kapitałowym. Do tego potrzeba też pewnych zachęt systemowych – twierdzi prezes BDM.

Obawy wielu ekonomistów i ekspertów zajmujących się demografią potwierdził opublikowany niedawno raport NIK, zgodnie z którym w najbliższych latach wysokość deficytów w FUS stanie się poważnym problemem dla finansów publicznych. Z drugiej strony część ekspertów wskazuje na niskie, prognozowane emerytury w ramach nowego systemu, opartego o tzw. zdefiniowaną składkę. Obie te kwestie mogą zachęcać coraz większą liczbę osób do prywatnych programów oszczędzania na emeryturę lub indywidualnych inwestycji.

Obecnie w III filarze oszczędza nieco ponad 400 tys. Polaków, dlatego zdaniem Rachela potrzebne są dodatkowe zachęty, zwłaszcza do Indywidualnego Konta Emerytalnego i Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego.

Również pracownicze programy emerytalne nie rozwinęły się w taki sposób, by wypełniały tę funkcję, to zadanie, o którym mówię. Gdyby jednak rozwinęły się do tego stopnia, by faktycznie wspomagać oszczędzanie na emeryturę, to korzyści byłby obopólne. Z jednej strony pozwoliłoby to obywatelom, Polakom, zapracować sobie na swoje przyszłe emerytury, a z drugiej strony rynkowi kapitałowemu zapewniłoby to jakiś dopływ środków, kapitałów, które uzupełniłyby tę lukę po OFE i procesach prywatyzacyjnych – ocenia Jacek Rachel.

Silnym impulsem rozwojowym dla warszawskiego rynku kapitałowego może być ewentualna fuzja z jedną z europejskich giełd. Obecnie trwają rozmowy z wiedeńską grupą CEE SEG oraz szczegółowa analiza korzyści i kosztów z połączenia. W przypadku GPW główną korzyścią byłby wzrost liczby dużych i płynnych spółek, które cieszą się największym zainteresowaniem zagranicznych inwestorów, zwłaszcza funduszy.

Struktura inwestorów na polskiej giełdzie pokazuje, że praktycznie połowa tych obrotów generowana jest już przez inwestorów zagranicznych. Segment krajowych inwestorów instytucjonalnych, jak OFE, TFI, i detal stale te udziały w obrotach zmniejszają. Ewentualna fuzja z inną giełdą na rynku mogłaby zwrócić uwagę inwestorów zagranicznych na rynek warszawski, że warto tu inwestować, że to jest miejsce, w którym koncentruje się kapitał i płynność. Zobaczymy, jak do tego pomysłu ustosunkuje się teraz w tej chwili nowy zarząd giełdy – mówi Rachel.

TAROPAK – najważniejsze w kraju wydarzenie poruszające zagadnienia logistyki i techniki pakowania

Na przełomie września i października na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich odbędą się targi TAROPAK – najważniejsze w kraju wydarzenie poruszające zagadnienia logistyki i techniki pakowania. Czego można się po nich spodziewać? Jakie tematy zdominują TAROPAK?

TAROPAK to wydarzenie z ponad 40-letnią tradycją.
Z roku na rok rośnie jego ranga i liczba odwiedzających. W poprzedniej edycji, która miała miejsce w 2012 r., wzięło udział blisko 600 wystawców z 30 krajów i 44 600 zwiedzających. Organizatorzy mają nadzieję osiągnąć jeszcze lepszy wynik. Szanse są duże – targom towarzyszyć będzie wiele ciekawych imprez, w tym II Kongres Przemysłu Opakowań objęty patronatem honorowym Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju oraz Ministerstwa Gospodarki.

Opakowania od A do Z
Zakres tematyczny samych targów jest bardzo szeroki. Poruszane są wszelkie kwestie związane z produkcją i użytkowaniem opakowań. Organizatorzy wyróżniają następujące grupy zagadnień: surowce i półprodukty; materiały opakowaniowe; opakowania i pomocnicze środki opakowaniowe; maszyny i urządzenia pakujące; maszyny do wyrobu opakowań; logistyka; usługi poligraficzne; wydawnictwa specjalistyczne; stowarzyszenia, instytucje, związki.

Pewną wskazówką, w jakim kierunku będą szli wystawcy może być motyw przewodni II Kongresu Przemysłu Opakowań – najważniejszego, z merytorycznego punktu widzenia, wydarzenia towarzyszącego TAROPAKowi. Pod hasłem „Innowacyjne opakowania dla innowacyjnych produktów” będą przebiegać rozważania dążące do wypracowania odpowiedzi na pytanie „Jakich opakowań oczekuje społeczeństwo i gospodarka w najbliższych latach?”. Ich przedmiotem ma być relacja opakowanie – produkt w branży spożywczej, farmaceutycznej, kosmetycznej i w produkcji przemysłowej.

Wielokrotnie lepsze opakowania
Coraz większym zainteresowaniem cieszy się grupa opakowań wielokrotnego użytku dedykowanych dla przemysłu. Po takie rozwiązanie sięgnęli już przedsiębiorcy z branży automotive i AGD. Głównym celem producentów jest stworzenie produktu maksymalnie dostosowanego do potrzeb Klienta. Wojciech Rośkowicz z firmy Igopak zdradza kilka innowacyjnych rozwiązań z dziedziny opakowań, które zostaną przedstawione na targach TAROPAK. – Już we wrześniu zaprezentujemy produkt, który jest nowością na polskim rynku, a mianowicie pojemniki tekstylne uszyte z materiałów o właściwościach elektroprzewodzących, pozwalające na ochronę delikatnych układów elektronicznych zarówno przed uszkodzeniami mechanicznymi, jak i wyładowaniami elektrostatycznymi – wyjaśnia. – Planujemy również prezentację pojemników, pozwalających zaoszczędzić nawet 80% przestrzeni w transporcie zwrotnym. Są to opakowania typu GLT- trójpak wykonane w technologii TWIN-SHEET, które w połączeniu z indywidualnymi rozwiązaniami przegród dają zupełnie nową jakość na rodzimym rynku –dodaje Rośkowicz.

Deszcz nagród
TAROPAK to nie tylko szansa, by zapoznać się z nowościami i nawiązać kontakty biznesowe. To również okazja do wręczenia branżowych wyróżnień i przeprowadzenie prestiżowych konkursów. Na kilka tygodni przed wydarzeniem ogłoszeni zostaną laureaci Złotego Medalu Międzynarodowych Targów Poznańskich. Podczas targów wręczone zostaną również nagrody w konkursie PakStar dla najlepszych opakowań oraz Student PakStar dla najlepszych projektów. Zwycięskie produkty mają otrzymać szczególne miejsce podczas wydarzenia.
Wiele emocji budzi również rywalizacja operatorów wózków widłowych w trzech kategoriach wagowych. „Sztaplar Show” ma wyłonić najlepszych spośród nich oraz pozwolić zaprezentować pełne możliwości maszyn wiodących producentów. Organizatorzy, prócz samego konkursu, planują testowanie pojazdów, giełdę wózków używanych i spotkania z ekspertami w zakresie ich eksploatacji.

LGBS chce stworzyć jedną z największych grup technologicznych w Polsce

LGBS Polska objął 20 procent udziałów we wrocławskiej firmie IT-Dev, która specjalizuje się we wdrożeniach i rozwoju rozwiązań opartych o platformę MS SharePoint. Inwestycja jest kolejnym krokiem przybliżającym do stworzenia Grupy Technologicznej Euvic. Ma ona skupić kilkanaście wiodących na polskim rynku spółek technologicznych.

IT-Dev (www.it-dev.pl) jest jednym z liderów polskiego runku w zakresie tworzenia rozwiązań ułatwiających obieg dokumentów oraz zarządzanie informacją w oparciu o MS SharePoint. Firma jest złotym partnerem Microsoft i była wielokrotnie nagradzana za wysoką jakość świadczonych usług, między innymi tytułami Microsoft Partner of the Year. IT-Dev należy też do międzynarodowego programu Business-Critical SharePoint, który skupia ściśle wyselekcjonowane przez Microsoft firmy wdrażające rozwiązania w oparciu o technologie SharePoint.

Jak zgodnie podkreślają zarządy obu spółek, w transakcji chodzi przede wszystkim o synergię i efekt skali. Połączone zespoły firm umożliwią realizację najbardziej złożonych wdrożeń platformy Microsoft SharePoint oraz sprawną obsługę serwisową w tym zakresie nawet największych organizacji.

„Objęcie udziałów w IT-Dev jest kolejnym krokiem, który przybliża nas do utworzenia Grupy Technologicznej Euvic. Od kilku lat inwestujemy w wyróżniające się na rynku firmy technologiczne o uzupełniającej się ofercie i doświadczeniach, tworząc powiązania kapitałowe pomiędzy nimi. Ma to stanowić wiarygodną podstawę wspólnego realizowania licznych projektów w Polsce i na świecie. Połączone zasoby wszystkich naszych spółek staną się już wkrótce bazą do stworzenia Grupy Euvic. Będzie to jedna z największych organizacji IT w Polsce pod względem zasobów ludzkich i wszechstronności oferty” – zapowiada Wojciech Wolny, Prezes Zarządu LGBS Polska.

„Dołączenie IT-Dev do tworzonej Grupy Technologicznej Euvic pomoże nam dotrzeć z naszą specjalistyczną ofertą do firm będących klientami Grupy oraz zapewni dostęp do dużego zespołu inżynierów. Jednocześnie wspólna oferta w zakresie rozwiązań SharePoint pozwoli nam adresować potrzeby biznesowe największych organizacji nie tylko na rynku polskim, ale również światowym. Zdrowe fundamenty współpracy i oczywiste korzyści obu naszych firm z jej nawiązania ułatwiły podjęcie decyzji o zawarciu transakcji” – powiedział Tomasz Szałaj, Prezes Zarządu IT-Dev.

LGBS nabył dotychczas udziały większościowe takich spółek technologicznych, jak: Junisoftex Sp. z o.o., Grupa Spot Sp. z o.o., Speednet Sp. z o.o., Bipronet Sp. z o.o., a także pakiet akcji Jcommerce SA, Fild.Net Sp. z o.o. oraz Omnis Sp. z o.o. W skład grupy wchodzą także startupy – LGBS Energia Sp. z o.o. i PI Systems, austriacki współzałożyciel LGBS – LG Nexera AG, a także spółki eOpen Sp. z o.o., Netland Sp. z o.o., Internetium SA. Całość zamyka spółka córka LGBS w USA – LGBS Software LCC. Powiązana z LGBS jest także spółka Multishoring.info, specjalizująca się w oferowaniu usług IT w modelu nearshoringowym.

Łącznie w LGBS i powiązanych z nią firmach jest zatrudnionych ponad 1000 inżynierów pracujących w biurach w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdyni, Katowicach, Gliwicach, Bielsku-Białej, Częstochowie, Wrocławiu, Rzeszowie, a także w Wiedniu, Nowym Jorku i Palo Alto. Wartość usług sprzedanych przez te firmy w 2013 roku wyniosła ponad 120 mln złotych netto, a liczba klientów to blisko 1000 organizacji.

Dodatkowe informacje o LGBS są dostępne pod adresem: http://www.lgbs.pl.

Outsourcing inwentaryzacyjny, czyli oszczędność czasu

W natłoku narastających wyzwań stawianych przez rynek, nie wszystkie działania w firmie warto wykonywać własnym nakładem pracy. Część z nich można zlecić zewnętrznym podmiotom i skorzystać z outsourcingu, który nie tylko jest nowoczesnym standardem, ale coraz częściej koniecznością.

Czym jest outsourcing?

Termin outsourcing został po raz pierwszy użyty w 1979 w odniesieniu do zakupu przez Brytyjczyków niemieckich projektów samochodów. Jest to skrót od angielskiego zwrotu outside-resource-using, który można przetłumaczyć jako użycie zasobów zewnętrznych. Model biznesowy oparty na wydzielaniu niektórych funkcji i przekazywaniu ich do wykonania innym podmiotom został jednak stworzony o wiele wcześniej. Już Henry Ford doceniał jego wagę, mówiąc: „Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my”.

Obecnie ciężko wskazać branże, które nie korzystałaby z tego typu rozwiązań, zwłaszcza w przypadku tak specjalistycznych dziedzin jak informatyka, logistyka, szkolenia, rachunkowość czy inwentaryzacja.

Inwentaryzacja z zewnątrz?

Idea outsourcingu inwentaryzacyjnego narodziła się w latach 50. XX wieku w USA. Wcześniej przedsiębiorstwa przeprowadzały remanent we własnym zakresie, często wykorzystując do tego nieodpowiednio wykwalifikowany personel. Brak fachowej kadry dawał się we znaki coraz większej liczbie przedsiębiorców, w efekcie czego narodziła się potrzeba zlecenia tych działań wyspecjalizowanym podmiotom zewnętrznym.

Przedsiębiorcy traktują inwentaryzację przeważnie jako utrudniający życie obowiązek,z którym wiąże się konieczność poświęcenia dodatkowego nakładu czasu, pracy i pieniędzy. Profesjonalnie przeprowadzona inwentaryzacja przynosi firmie wiele korzyści oraz umożliwia wyciągnięcie wniosków, które wpłyną na efektywniejsze zarządzanie majątkiem firmy.

– Przygotowanie i przeprowadzenie całego procesu inwentaryzacji nie jest specjalnie trudne, wymaga jednak czasu i stanowi dodatkowe zajęcia dla służb finansowo-księgowych oraz technicznych– tłumaczy Marta Cyganik, Dyrektor Działu Usług Księgowych Baker Tilly Poland we Wrocławiu.

-Do jego wykonania można zatrudnić zewnętrzną firmę. Rzetelny partner przeprowadzi taki proces szybko i sprawnie. Dodatkową zaletą takiego rozwiązania jest lista rekomendowanych zmian dookreślająca obszary, w których występuje możliwość zwiększenia efektywności zarządzania składnikami majątku lub też zwiększone ryzyko występowania nieprawidłowości – dodaje.

Nie taki diabeł straszny?

Zgodnie z ustawowymi wymogami majątek trwały, zapasy, środki pieniężne powinny być inwentaryzowany raz na cztery lata. Osobą odpowiedzialną za wprowadzenie zasad inwentaryzacji, przygotowanie instrukcji i przeprowadzenie całego procesu jest kierownik jednostki (czyli osoba lub organ jedno- lub wieloosobowy (zarząd), który – zgodnie z obowiązującymi jednostkę przepisami prawa, statutem, umową lub na mocy prawa własności – uprawniona jest do zarządzania jednostką). Ustawa o rachunkowości z dnia 29 września 1994 roku z p. zm. nie określa jednak, z czego dokładnie powinna składać się instrukcja. By spełniała swoje zadanie powinna zawierać kilka zasadniczych elementów. Podstawowym elementem jest opis metody inwentaryzacji oraz szczegółowy harmonogram jej przeprowadzenia. Powinien on zawierać opis poszczególnych etapów i zadań, które należy wykonać, począwszy od zaplanowania inwentaryzacji poprzez jej przeprowadzenie, aż do rozliczenia. Kolejne etapy przygotowań do inwentaryzacji to opracowanie arkuszy spisowych, wybór metody przeprowadzenia inwentaryzacji dostosowanej do spisywanych składników aktywów i pasywów, przeprowadzenie inwentaryzacji i odpowiednie jej udokumentowanie.

Dla pracowników nie zajmujących się tym na co dzień procedury te mogą wydać się dość skomplikowane. Dlatego nierzadko zatrudnienie zewnętrznych podmiotów okazuje się bardziej efektywne. Zespół dokonujący inwentaryzacji to wykwalifikowani specjaliści, którzy zajmują się tylko inwentaryzacją i dysponują najlepszymi narzędziami. W czasie ich pracy pracownicy przedsiębiorstwa, w którym dokonywana jest inwentaryzacja, mogą skupić się na swojej właściwej pracy.

– Taki spis to czasem jedyna okazja, aby ocenić przydatność posiadanych składników majątku oraz zidentyfikować zbędne elementy. Pozwala również ujawnić funkcjonujące nieprawidłowości w obszarze zarządzania np. środkami trwałymi, daje możliwość rozpoznania słabości i wreszcie służy rozliczeniu osób materialnie odpowiedzialnych za powierzony majątek – wyjaśnia Marta Cyganik. Argumenty te pokazują, że warto zastanowić się nad formą przeprowadzenia inwentaryzacji i zlecenia jej firmie zewnętrznej zanim powstanie obowiązek jej przeprowadzenia.

Union Investment TFI: Fundusze zyskują klientów dzięki zniechęcającym do lokat niskim stopom procentowym NBP

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej wybierają bezpieczne fundusze rynku pieniężnego zamiast lokat bankowych. Po uwzględnieniu inflacji pozwalają one zarobić więcej przy minimalnie tylko wyższym ryzyku. Ich rentowność jest jednak niska, gdy porówna się ją z funduszami na rynkach wschodzących. Szczególnie atrakcyjnie prezentuje się Turcja, gdzie można zarobić nawet 20 proc. w skali roku. W Polsce było to możliwe 20 lat temu.

W tym roku faktycznie dominują w strukturze sprzedaży przede wszystkim fundusze pieniężne, ale bardzo wielu klientów również decyduje się na fundusze obligacyjne, szczególnie te bardziej aktywnie zarządzane, trzymające w swoim spektrum inwestycyjnym inne rynki niż Polskę. Jest wielu klientów, którzy decydują się zakupić również wybrane fundusze akcyjne i zyskują bardzo dobre stopy zwrotu. Ale tutaj jest potrzebna selekcja i wybór odpowiednich rynków. Szczególnie fundusze powiązane z rynkiem tureckim przynoszą w tym roku bardzo dobre stopy zwrotu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Mirek, dyrektor ds. sprzedaży detalicznej w Union Investment TFI SA.

Wzrost sprzedaży funduszy inwestycyjnych to przede wszystkim efekt niskiego realnego oprocentowania lokat bankowych. Jeżeli RPP nie zdecyduje się na zmianę stóp procentowych w najbliższym roku, to dostępne na rynku oferty pozwolą zarobić realnie poniżej 1 proc. rocznie – twierdzą analitycy Open Finance. Ich zdaniem w czerwcu napływ nowych środków na lokaty był bliski zera.

W tegorocznych strategiach wielu banków fundusze inwestycyjne są bardzo ważnym produktem i na pewno przekłada się to na to, że doradcy banków częściej rozmawiają ze swoimi klientami o tych produktach. I oczywiście w konsekwencji również po zapoznaniu się z tą ofertą, klienci decydują się na fundusze pieniężne – uważa Mirek.

Zdaniem dyrektora w Union Investment TFI do tej pory klientami funduszy były głównie osoby zamożne. Obecnie banki starają się rozwijać ofertę funduszy poza tradycyjnym segmentem private banking, by pozyskiwać więcej klientów detalicznych. Tym działaniom sprzyjają obecne warunki na rynku: fundusze pieniężne pozwalają zarobić nominalnie 5 proc. w skali roku – twierdzi Tomasz Mirek. Po uwzględnieniu prognozowanej przez NBP na przyszły rok inflacji w wysokości ok. 1,5 proc., jest to więcej w wielkościach realnych niż w przypadku depozytów terminowych. Ryzyko inwestycyjne w przypadku tego typu funduszy jest bardzo niewielkie, gdyż inwestują one w bezpieczne, krótkoterminowe papiery wartościowe.

Bardzo trudno znaleźć lokaty bankowe, które mogą być realną konkurencją w tym momencie do funduszy pieniężnych. W bankach oprocentowanie jest na poziomie 2-2,5 proc., lokaty promocyjne są na poziomie 3 proc. w skali roku – ocenia dyrektor w Union Investment TFI.

W dłuższym terminie w gospodarce występuje dodatnia korelacja między wysokością realnych stóp procentowych, realnym wzrostem PKB i wzrostem cen akcji. To ma bezpośrednie konsekwencje dla inwestorów giełdowych oraz gospodarstw domowych, które oszczędzają np. na emeryturę. Chcąc utrzymać stopy zwrotu na obecnym poziomie i kupować jedynie krajowe aktywa, będą zmuszeni zaakceptować wyższe ryzyko inwestycyjne. Alternatywą jest poszukiwanie korzystniejszej relacji oczekiwanego zysku do ryzyka na zagranicznych rynkach.

Historycznie w Polsce można było osiągać stopy zwrotu na poziomie 20 proc., w tej chwili już takich sytuacji nie ma. Tego typu stopy należą do przeszłości. Jeżeli się szuka podobnych stóp zwrotu jak te nasze historyczne, to trzeba spojrzeć chociażby na rynek turecki. Nasz fundusz UniAkcje Turcja w tym roku na tę chwilę zrealizował już 30 proc. Oczywiście tego typu rynki wymagają świadomego inwestora, wymagają oceny i akceptacji ryzyka – wskazuje Mirek.

W pierwszym kwartale 2014 r. PKB kraju nad Bosforem zwiększyło się o 4,3 proc. w ujęciu rocznym, co było głównie zasługą silnego wzrostu eksportu i wydatków rządowych. W pierwszych trzech miesiącach br. zanotowano spowolnienie w konsumpcji prywatnej i spadek inwestycji.

W porównaniu z Polską stopy procentowe są na znacznie wyższym poziomie, wobec czego miejscowy rynek akcji powinien pozwalać zarobić ich równowartość z właściwą premią za ryzyko. Krótkoterminowe stopy banku centralnego Turcji wynoszą obecnie 8,25 proc., a rentowności 10-letnich obligacji sięgają 9 proc. To świadczy z jednej strony o wyższym potencjale wzrostu PKB i inflacji, ale z drugiej może sygnalizować sporą premię za ryzyko, w stosunku do krajów rozwiniętych i tamtejszych rynków akcji i obligacji.

Oczywiście można sobie dobrać fundusz do swoich preferencji ryzyka, ponieważ produkty, które powiązane są z rynkiem tureckim, przynajmniej w palecie naszego towarzystwa, są bardzo liczne. To są UniAkcje Nowa Europa, UniObligacje Nowa Europa, czy też czysty fundusz UniAkcje Turcja – wymienia dyrektor w Union Investment TFI.

W przypadku inwestycji na zagranicznych rynkach dodatkowym czynnikiem ryzyka jest zmienność kursu walutowego. Z tego względu zrównoważony i dobrze zdywersyfikowany portfel powinien zawierać różne rodzaje aktywów, z różnych rynków geograficznych oraz branż, jeśli zawiera akcje. Według Tomasza Mirka konstrukcję portfela funduszy najlepiej zacząć od wyboru bezpiecznych funduszy rynku pieniężnego lub obligacji. Następnie warto rozejrzeć się za aktywami lub rynkami, które mają korzystną relację zysku do ryzyka.

Powinny to być np. produkty oparte o rynek turecki, który w naszej ocenie jest bardzo ciekawy i bardzo perspektywiczny. Na pewno zbliżające się wybory powinny w mojej ocenie wywołać również kolejną falę wzrostu na tym rynku, to jest bardzo dobra gospodarka – ocenia Mirek.

Unibep: Nasze kontrakty budowlane w Rosji są bezpieczne

0

CEO Magazyn Polska

Ukraina i Rosja są u progu regularnej wojny, co powoduje ucieczkę kapitału z tamtych rynków. Budowlano-deweloperski Unibep zapewnia jednak, że jego kontrakty w Rosji są bezpieczne. Niepokój inwestorów wywołały zapowiedzi rosyjskiej Dumy, która zastanawia się nad uchwaleniem prawa, dzięki któremu rząd miałby zakazywać działalności firmom z „państw-agresorów”.

Nasze inwestycje wyglądają bardzo dobrze, są bezpieczne pod względem finansowym. Największy kontrakt, który kończymy, czyli Hilton w Moskwie, jest finansowany z polskich banków, ubezpieczony w KUKE. Pieniądze trafiają bezpośrednio z polskiego banku na nasze konto, oczywiście po wykonaniu prac – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu, dyrektor spółki Unibep SA.

Poza kontrowersyjną ustawą rosyjskie państwo może na bieżąco utrudniać działalność gospodarczą, np. wysyłając częste kontrole lub działając poprzez państwowe spółki na szkodę zagranicznych podmiotów. Prezes Unibepu zapewnia jednak, że kryzys w stosunkach międzynarodowych nie musi szkodzić biznesowym relacjom i podaje przykład budowy kompleksu Złote Klucze w Tiumeniu na Syberii. Wartość umowy to 140 mln zł.

Jest to kontrakt dla prywatnego dewelopera i on na spotkaniu tydzień temu podkreślał, że najważniejsza jest współpraca w biznesie, a nie sytuacja polityczna pomiędzy krajami. Rozpoczęliśmy roboty, inwestor zapewnia finansowanie, dlatego nie boimy się o ten kontrakt. Z kolei w Petersburgu realizujemy kontrakt dla spółki, której właścicielami są Austriacy. To oni podjęli decyzję o tym, że to polska firma wybuduje biurowiec Zeppelin – wskazuje Gołąbiecki.

Kontrakt na budowę biurowca w Petersburgu opiewa na kwotę 88,5 mln zł. Obecnie Unibep stara się o pozyskanie kolejnych kontraktów w Rosji o łącznej szacunkowej wartości 450 mln zł. Natomiast szacunkowa wartość wszystkich przetargów, w których bierze udział spółka, sięga ok. 3,5 mld zł. Budowlano-deweloperska grupa planuje dalszy rozwój także na innych zagranicznych rynkach, m.in. w Niemczech, Szwecji i Norwegii.

Mamy już tam cztery kontrakty, walczymy o jeszcze większe, m.in. o dość duży hotel w Hamburgu. I tutaj musimy okrzepnąć, nabrać pewności działania na tym rynku. Natomiast szukamy alternatywy dla naszej działalności modułowej. Oprócz Norwegii interesujemy się też rynkiem szwedzkim, i to może być nasz nowy rynek, gdzie będziemy chcieli ulokować swoją produkcję modułową – mówi prezes Unibepu.

Po osiągnięciu lokalnego szczytu pod koniec 2013 r., akcje Unibepu znajdują się jednak w trendzie spadkowym. Ich cena w tym okresie spadła z poziomu ok. 9 zł do 7,2 zł, ulegając w międzyczasie silnym wahaniom, co miało związek ze spadkami i wzrostami napięcia wokół Ukrainy. Po nałożeniu sektorowych sankcji na Rosję przez UE i USA rynek obawia się, że rosyjskie władze będą starały się zaszkodzić działającym tam zachodnim firmom. Z tego powodu część zagranicznych koncernów krytykowała decyzję Brukseli i Waszyngtonu.

Dotychczas Kreml uderzył w sposób bezpośredni jedynie w polskich i amerykańskich eksporterów żywności. Rosyjski parlament pod koniec lipca rozpoczął jednak dyskusję nad wprowadzeniem do miejscowego prawa pojęcia „państwa-agresora”. Rząd Dmitrija Miedwiediewa zyskałby wtedy prawo do zakazania działalności gospodarczej firmom z takiego państwa. Nie wiadomo na razie, jak w praktyce wyglądałaby realizacja takiej ustawy. Największe wątpliwości dotyczą rekompensat za ewentualne wywłaszczenia oraz czasu, jaki miałyby zagraniczne firmy na zaprzestanie działalności w Rosji.

Strefa euro może uniknąć deflacji. Skup obligacji przez EBC pod znakiem zapytania

CEO Magazyn Polska

Europejski przemysł rozwija się, a inflacja bazowa pozostaje na stabilnym poziomie powyżej zera. To zmniejsza szansę, że EBC zdecyduje się na czwartkowym posiedzeniu uruchomić program luzowania ilościowego. Tym bardziej że bank centralny nie zna jeszcze skutków czerwcowych działań: ujemnej stopy depozytowej i programu długoterminowych kredytów dla banków (TLTRO). Ich celem również jest pobudzenie inflacji i PKB poprzez wzrost płynności w sektorze finansowym.

To, co ma w tej chwili do dyspozycji EBC, to zasilanie rynku w dodatkową płynność. To, co m.in. robił amerykański bank centralny, to, co nazywamy drukowaniem pieniądza, czyli ilościowe łagodzenie polityki pieniężnej – nad tym narzędziem Europejski Bank Centralny zastanawia się. Jeszcze nie jest do końca pewne, czy go użyje, ale już nawet sama nadzieja na to, że ono zostanie użyte, w jakiś sposób pomogła rynkowi europejskiemu w ostatnich tygodniach – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

EBC rozważa rozpoczęcie programu luzowania ilościowego (czyli skupu aktywów finansowych), ponieważ inflacja utrzymuje się znacznie poniżej celu, który jest na poziomie 2 proc. Według wstępnego odczytu w lipcu wzrost cen w strefie euro wyniósł 0,4 proc. wobec 0,5 proc. w czerwcu. To najniższy poziom od października 2009 r., kiedy gospodarka światowa znalazła się w recesji.

Nie oznacza to jednak, że bank centralny z siedzibą we Frankfurcie zdecyduję się na skup papierów wartościowych zabezpieczonych aktywami (ABS, asset-backed securities). Bank zapowiedział, że prowadzi intensywne prace nad możliwością uruchomienia tego mechanizmu, nie zobowiązał się jednak do jego wprowadzenia.

Myślę, że nie będzie się z tym spieszył, na razie będzie chciał ocenić efekty tej polityki, którą dopiero wdrożył, czyli obniżenia stopy depozytowej poniżej zera. Zanim dojdzie do tego ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej, we wrześniu rozpocznie się proces udzielania takich długoterminowych pożyczek na rynku międzybankowym i EBC będzie raczej chciał zaczekać na efekty tego procesu – uważa Bielski.

Obok wprowadzenia ujemnej stopy depozytowej EBC ogłosił w czerwcu 2014 r., że przeprowadzi serię ukierunkowanych długoterminowych operacji refinansujących (TLTRO), które mają stymulować napływ kredytów do sektora prywatnego w okresie 2 lat. Jeżeli uda się pobudzić rynek kredytowy, to inflacja powinna przyspieszyć, dlatego EBC będzie ostrożnie podchodził do wprowadzania kolejnych instrumentów.

Program TLTRO jest komplementarny z obniżką stopy depozytowej poniżej zera: ma on zapobiec sytuacji z przeszłości, kiedy kredyty EBC w postaci LTRO trafiały z powrotem na jego konta zamiast do firm i gospodarstw domowych. Banki obawiały się ryzyka związanego z kredytowaniem sektora prywatnego i zmagając się ze złymi kredytami w swoich portfelach, wolały przechowywać płynność w EBC.

Stopa depozytowa ostatnio obniżona została poniżej zera, by próbować przynajmniej stymulować wzrost kredytów w gospodarce europejskiej, żeby pieniądze nie leżały na rachunkach banku centralnego, tylko krążyły po systemie finansowym, co mogłoby skłonić banki do pożyczania ich zarówno wzajemnie między sobą, jak i też innym podmiotom na rynku finansowym – twierdzi ekonomista BZ WBK.

Ujemna stopa depozytowa może ożywić rynek kredytowy oraz międzybankowy, sektor bankowy w strefie euro w dalszym ciągu zmaga się jednak z trudnościami, o czym świadczy m.in. sytuacja Banco Espirito Santo w Portugalii. Jego trwałe uzdrowienie wymaga restrukturyzacji oraz ożywienia gospodarczego, które podniosłoby wartość aktywów, które są w posiadaniu banków, i zmniejszyło ryzyko ich działalności.

Pojawiają się już pierwsze oznaki ożywienia w Eurolandzie, które może zahamować trwająca dezinflację. Indeks cen producentów (PPI) zanotował w czerwcu spadek o 0,8 proc. w ujęciu rocznym. Ekonomiści prognozowali jednak, że deflacja będzie głębsza i wyniesie 1,1 proc. Czynnikiem zmniejszającym prawdopodobieństwo uruchomienia skupu ABS jest także inflacja bazowa, która utrzymuje się na stabilnym, dodatnim poziomie. Ponadto wskaźnik dla przemysłu PMI wyniósł w lipcu 51,8 pkt, co sygnalizuje poprawę koniunktury.

Choć w krótkim okresie uruchomienie programu luzowania ilościowego nie pogorszyłoby sytuacji w realnej gospodarce, to wśród ekonomistów nie ma zgody co do tego, jaka jest skuteczność tego typu programów. W USA działania Fed doprowadziły do spadku rentowności obligacji oraz osłabienia dolara, co mogło mieć pozytywny efekt w krótkim terminie na wzrost PKB.

Prawdopodobnie oznaczałoby to również osłabienie euro do innych walut, między innymi do dolara, w efekcie wzrosłaby konkurencyjność europejskiego eksportu. Ale to również mogłoby oznaczać dodatkowy zalew płynności, który mógłby potencjalnie przełożyć się na wzrost akcji kredytowej, chociaż co do tego nie ma 100-proc. gwarancji – uważa Piotr Bielski.

A. Radziwiłł (MF): decyzja o wejściu do strefy euro pod warunkiem skutecznych reform w UE

Ustabilizowanie finansów publicznych niezależnie od planów wejścia do strefy euro jest celem Ministerstwa Finansów. Nowy pełnomocnik ds. wprowadzenia euro, Artur Radziwiłł, podkreśla jednak, że przyjęcie wspólnej europejskiej waluty pozostaje strategicznym celem. Jednocześnie, pomimo pozostawania poza strefą euro, Polska aktywnie uczestniczy w niezbędnych reformach obszaru wspólnej waluty, które mają na celu jego wzmocnienie instytucjonalne.

Wejście do strefy euro jest strategicznym celem Polski. Teraz priorytetem dla nas jest wyjście z procedury nadmiernego deficytu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Radziwiłł, nowy wiceminister finansów i pełnomocnik ds. wprowadzenia euro. ‒ Deficyt budżetowy jest dla nas wyzwaniem nie tylko ze względu na kryterium z Maastricht i wejście do strefy euro. Zapewnienie stabilności finansów publicznych w Polsce leży  w naszym własnym interesie.

Radziwiłł, który na początku lipca objął stanowisko po odejściu poprzedniego pełnomocnika ds. wprowadzenia euro Jacka Dominika (został komisarzem UE ds. budżetu), podkreśla, że redukcja deficytu to jedno z wyzwań na drodze do spełnienia kryteriów wprowadzenia europejskiej waluty. Zgodnie z Traktatem o Unii Europejskiej podpisanym w Maastricht, państwo nie może bowiem być objęte tzw. procedurą nadmiernego deficytu. Jedną z przesłanek do nałożenia tej procedury jest natomiast deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych przekraczający 3 proc. PKB. Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej w ubiegłym roku w Polsce odnotowano natomiast deficyt wysokości 4,3 proc. PKB.

Pozostałe kryteria z Maastricht (tzw. kryteria konwergencji) to wysoki stopień stabilności cen, relatywnie niskie stopy procentowe oraz stabilność kursu walutowego (potwierdzona uczestnictwem w systemie ERM II przez co najmniej dwa lata przed momentem dokonywania oceny, bez poważnych napięć na rynku walutowym oraz bez dokonywania dewaluacji waluty względem euro). Radziwiłł zauważa jednak, że samo spełnienie kryteriów nie wystarczy, by Polska dobrze poradziła sobie po wprowadzeniu wspólnej waluty. Ograniczenie zmienności złotego już na etapie ERM II, czyli etapu poprzedzającego faktyczne przyjęcie euro, w którym kurs nie może wahać się o więcej niż 15 proc. w stosunku do ustalonego kursu referencyjnego, ograniczy Polsce możliwość elastycznego reagowania na turbulencje w gospodarce.

W krótszym okresie wiemy, że bycie w jednym obszarze walutowym zmniejsza elastyczność gospodarki i możliwości reagowania na szoki – przyznaje Radziwiłł. ‒ Więc teraz wykonujemy fundamentalną pracę wzmacniania stabilności finansów publicznych w Polsce: jest wprowadzona nowa reguła wydatkowa, deficyt jest trwale obniżany i to pozwoli nam nie tylko wypełnić kryterium umożliwiające wejście do strefy euro, lecz również lepiej funkcjonować w ramach strefy euro. Z drugiej strony prowadzimy szereg działań zwiększających elastyczność polskiej gospodarki.

Wiceminister finansów wylicza, że elastyczność gospodarki można zwiększyć np. na rynku pracy, na rynku produktów oraz w ramach polityki fiskalnej. W trakcie ostatniego spowolnienia gospodarczego Polsce udało się utrzymać wzrost gospodarczy jako jedynemu krajowi w Unii Europejskiej również dzięki posiadaniu własnej waluty. Spośród krajów, które razem z nami wstępowały do UE, euro przyjęło już sześć państw, a Litwa uczyni to na początku 2015 r.

Jak przekonuje Radziwiłł, kryzys pokazał, że mechanizmy wspólnej waluty nie były jednak dopracowane. Dlatego teraz przyszedł czas reformy unijnych instytucji. Gdy Polska będzie miała szansę wstąpienia do strefy euro w ciągu kolejnych lat, jest szansa na to, że będzie ona mocniejsza i lepiej przygotowana na kryzysy. Teraz polscy politycy biorą udział w pracach w Brukseli i Frankfurcie, dzięki czemu mają wpływ na kształt Eurolandu. Gdy opracowywane były pierwotne założenia wspólnej waluty, nie mieliśmy takiej szansy.

Jesteśmy obecni i współtworzymy nowe ramy instytucjonalne, rozumiejąc, jakie skutki może mieć kryzys w unii monetarnej i jakie potencjalnie mógłby mieć skutki dla Polski. Będziemy podejmować decyzję o tym, że już jesteśmy gotowi do wejścia, kiedy będziemy mieć nowe, zreformowane instytucje strefy euro – zapewnia Radziwiłł.

Za bardzo istotne uznaje on zwłaszcza to, aby skuteczność wprowadzonych reform została dowiedziona w praktyce. Nie wyklucza, że w przyszłości może pojawić się możliwość wejścia do strefy euro z pominięciem dwuletniego okresu stabilizacji kursowej w ramach ERM II. O takim rozwiązaniu mówił niedawno Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze RP. Jak zaznacza Radziwiłł, na razie nie jest to możliwe prawnie – przejście przez etap ERM II i uzyskanie pozytywnej opinii Europejskiego Banku Centralnego są niezbędne przed rezygnacją ze złotego.

Radziwiłł podsumowuje, że wejście do zreformowanej i ustabilizowanej strefy euro, wsparte dobrą sytuacją fiskalną Polski, byłoby korzystne dla polskich przedsiębiorców i konsumentów.

Projekt wspólnej waluty jest projektem ważnym, mającym długofalowe korzyści i pozwalającym na pogłębienie jednolitego rynku w Europie. Rynku, na którym polscy przedsiębiorcy są bardzo konkurencyjni. Nam zależy na tym, żeby znosić bariery wymiany towarów i usług w ramach Unii Europejskiej, a wiadomo, że wahania kursowe stanowią barierę – ocenia Radziwiłł. ‒ Doświadczenia krajów, które już wchodziły, wskazują, że nie występuje odczuwalny wzrost cen związany z samym wejściem do strefy euro.

Dzięki wyższym niż w Europie stopom procentowym bankom rosną zyski z odsetek

CEO Magazyn Polska

Nawet o jedną piątą mogły wzrosnąć zyski odsetkowe polskich banków w drugim kwartale tego roku w ujęciu rok do roku. Będzie to wynikało głównie z efektu niskiej bazy na wyniku odsetkowym w drugim kwartale 2013. Obniżka stóp, która może nastąpić we wrześniu, mogłaby spowolnić dynamikę wzrostu wyników odsetkowych banków w kolejnych kwartałach.

W II kw. spodziewamy się, że dynamika wyników odsetkowych netto wyniesie kilkanaście procent, w niektórych bankach nawet do 20 proc. rok do roku. Natomiast gdyby stopy procentowe uległy obniżeniu, to dynamika zmniejszy się w kolejnych kwartałach. Jeśli chodzi o wynik prowizyjny, który też stanowi znaczną część wyniku bankowego, to spodziewamy się dużych presji na wyniki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Komaracka, dyrektor Departamentu Analiz w Erste Securities Polska.

Ocenia, że wyższe niż w Europie stopy procentowe sprawiają, że banki w Polsce mogą osiągać wyższą marżę odsetkową. Rada Polityki Pieniężnej utrzymała na początku lipca stopę referencyjną na poziomie 2,50 proc. To znacznie więcej niż stopa referencyjna Europejskiego Banku Centralnego (0,15 proc.) oraz innych banków centralnych w regionie (np. czeski bank centralny ustalił stopę referencyjną na poziomie 0,05 proc.). Niższe stopy procentowe w krótkim terminie negatywnie przełożyłyby się na marżę odsetkową (bo oprocentowanie kredytów spada natychmiast, a koszty depozytów reagują z opóźnieniem), w dłuższym terminie niższe stopy procentowe wpłynęłyby jednak pozytywnie na popyt na kredyt i obniżyły koszty ryzyka ‒ ocenia Komaracka.

Obniżka stóp procentowych jest możliwa dopiero na wrześniowym posiedzeniu RPP. Jak podkreśla Komaracka, jeśli doszłoby do niej, to dynamika wyników odsetkowych banków mogłaby wyhamować. Pod większą presją są jednak wyniki prowizyjne, na które wpłynęła m.in. obniżka opłat interchange. Od 1 lipca stawka tych opłat, pobieranych przez banki od płatności kartami, została ustawowo ograniczona do 0,5 proc.

Na prowizje wpłynie też proponowana przez Komisję Nadzoru Finansowego nowa Rekomendacja U. Jej skutkiem będzie m.in. ograniczenie przychodów banków z tytułu sprzedaży produktów ubezpieczeniowych, czyli w ramach bancassurance, od 2015 roku.

Spodziewamy się, że przegląd jakości aktywów, który jest obecnie prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego we współpracy z europejskim nadzorem, może doprowadzić do przypadków, kiedy koszty ryzyka będą większe. Można jednak powiedzieć, że szybszy wzrost gospodarczy i lepsza sytuacja gospodarcza konsumentów raczej przekłada się na pozytywne tendencje, czyli spadek kosztów ryzyka – dodaje Komaracka.

Ewentualne mniejsze wpływy z tytułu odsetek i prowizji banki mogą rekompensować cięciami kosztów, przede wszystkim w wydatkach operacyjnych. Choć koszty banków są już teraz mocno kontrolowane, istnieją pewne możliwości dalszych oszczędności. Komaracka wyjaśnia, że wiąże się to ze zmianami zachodzącymi w bankowości. Spodziewa się, że zmniejszeniu może ulec sieć placówek. Coraz więcej usług będzie oferowanych w ramach platform elektronicznych.

W mniejszym stopniu na banki wpłynęła obowiązująca od początku tego roku nowa Rekomendacja S, zgodnie z którą minimalny wkład własny do kredytu hipotecznego wynosi 5 proc. W kolejnych latach poziom ten będzie rósł ‒ aż do 20 proc. w 2017 r.

Banki do tej pory były ostrożne, zwłaszcza w ostatnich czasach, przy udzielaniu kredytów z wysokim wskaźnikiem LTV, czyli wartości kredytu do wartości mieszkania. Wydaje się, że to, co weszło w życie w 2014 roku, nie ma wielkiego przełożenia na banki, bo minimalny udział własny wynosi obecnie jedynie 5 proc. – ocenia Komaracka.

Komaracka przypomina, że aż prawie połowa wszystkich kredytów hipotecznych ma wskaźnik LTV przekraczający 80 proc. (czyli z mniej niż 20-proc. wkładem własnym), a dla jednej czwartej to nawet ponad 100 proc. Dotyczy to przede wszystkim kredytów we frankach szwajcarskich, których wartość wzrosła z uwagi na wahania kursowe tej waluty.

Prawie tysiąc mieszkań na warszawskiej Woli i 700 w Katowicach. J.W. Construction buduje w całym kraju

Nowe mieszkania na warszawskiej Woli, w Katowicach i Gdyni – takie plany na najbliższe miesiące ma J.W. Construction. Deweloper w I kwartale sprzedał o 30 proc. więcej mieszkań niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Choć najlepiej wciąż sprzedają się małe mieszkanie, to zainteresowanie jest tak duże, że spółka podwyższyła nieco ceny.

Rynek warszawski jest najbardziej atrakcyjny, ale w związku z tym, że jesteśmy dużym deweloperem, to nie pogardzamy też innymi dużymi miastami. Byliśmy do tej pory obecni w Łodzi, Gdyni i Katowicach, mamy tam przetarte ścieżki, posiadamy biura handlowe, nie chcemy z tego potencjału rezygnować. W związku z tym kontynuujemy tam inwestycje i stąd nowe poczynione zakupy, które będą miały przełożenie na rozpoczynane inwestycje w tym roku czy następnych latach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Szwarc-Sroka, dyrektor finansowa J.W. Construction Holding.

Spółka ma ambitne plany w wielu dużych miastach. W Warszawie trwają prace na osiedlu Bliska Wola przy ulicy Kasprzaka, gdzie w pierwszym etapie ponad 150 mieszkań sprzedało się w cenie średnio 7 tys. zł za metr. Szwarc-Sroka podkreśla jednak, że w kolejnych etapach ceny wzrosną do co najmniej 7,3 tys. zł za metr, a być może nawet bardziej, bo zainteresowanie jest bardzo duże. Spółka chce w etapie B1 sprzedawać nawet 60 mieszkań miesięcznie, a klienci wprowadzą się do nich w 2016 r. W drugim etapie zostanie wybudowanych 940 mieszkań.

Na przełomie III i IV kwartału tego roku J.W. Construction liczy na otrzymanie kolejnego pozwolenia na budowę w stolicy. Powstanie też kolejny etap osiedla Zielona Dolina na Białołęce, gdzie najtańsze mieszkania kosztują nawet poniżej 5 tys. zł za metr. To oferta skierowana do osób zainteresowanych dotacją z rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”, który, jak zauważa Szwarc-Sroka, ma duży wpływ na rosnącą sprzedaż spółki. Limit ceny w Warszawie to w drugim kwartale br. nieco ponad 6,1 tys. zł.

Program MdM wpłynął poważnie na naszą sprzedaż. Zanotowaliśmy 30-proc. wzrost sprzedaży w I kwartale 2014 roku wobec I kwartału 2013 roku. W naszym portfelu mamy nadal 300 mieszkań gotowych, głównie są to mieszkania popularne: na Białołęce, w Poznaniu, Ożarowie, które też się częściowo wpisują w ten program. Program okazał się bardzo atrakcyjny – ocenia Szwarc-Sroka.

Do końca sierpnia spółka chce uzyskać pozwolenie na budowę kolejnego etapu inwestycji na osiedlu Bernadowo w Gdyni. Jak podkreśla Szwarc-Sroka, dwa pierwsze etapy zrealizowane przy ulicy Parkowej cieszyły się bardzo dużą popularnością.

Kolejnym miastem w orbicie zainteresowań J.W. Construction są Katowice. Obecnie trwa budowa 149 mieszkań na osiedlu Tysiąclecia w pobliżu granicy z Chorzowem, docelowo ma tam znaleźć się nawet 700 lokali. Szwarc-Sroka zapowiada także, że spółka planuje kolejne etapy zakończonej w 2008 r. inwestycji przy ul. Bałtyckiej na zachodnich obrzeżach Katowic.

Niezmiennie najlepiej sprzedają się jednak niewielkie mieszkania.

Polacy nadal poszukują mieszkań małych, niezależnie od sytuacji, od rynku. Nieraz mówiło się, że poszukują już mieszkań większych. W naszej firmie, a jesteśmy dużą firmą z dużą ofertą, najpierw zawsze sprzedawały się mieszkania małe i nieco większe, a na końcu zostawały największe. To się nie zmienia – ocenia Szwarc-Sroka.

Dodaje, że J.W. Construction dzięki 14 mln zł z unijnego instrumentu Jessica uruchomiło także budowę czterogwiazdkowego hotelu w Szczecinie. Obiekt będzie miał 107 pokoi, a atrakcyjne finansowanie było ważnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o inwestycji.