Firmy branży ochrony zdrowia potrzebują planu strategicznego rozwoju cyfrowego

Okres pandemii i wymagania z nią związane spowodowały, że firmy sektora zdrowotnego, które wcześniej zainwestowały w innowacyjne rozwiązania, w znacznie większym stopniu skorzystały na digitalizacji napędzającej wszystkie etapy funkcjonowania całej branży. Z kolei nowe podmioty często od samego początku działania przyjmowały przede wszystkim cyfrowy model pracy. Z raportu firmy doradczej Deloitte 2022 Global Life Sciences Outlook. Digitalization at scale: Delivering on the promise of science wynika, że branża life sciences będzie kontynuować długoterminowe inwestycje w obszarze cyfrowym, wychodząc naprzeciw ewoluującym oczekiwaniom konsumentów i nowym standardom dotyczącym kwestii środowiskowych.

Raport Deloitte 2022 Global Life Sciences Outlook. Digitalization at scale: Delivering on the promise of science pokazuje, że chociaż w minionym roku oceny kondycji sektora life sciences i jego segmentów (farmaceutycznego, biotechnologicznego oraz technologii medycznych) bardzo zmieniały się w czasie, podstawowe wyniki i perspektywy dalszego rozwoju są dla niego bardzo pozytywne. Zdaniem ekspertów branża pozostaje przede wszystkim odporna na te skutki pandemii, których początkowo najbardziej się obawiano, dotyczące np. spowolnienia realizacji badań. Dalszy rozwój tego sektora będzie też napędzać elastyczne podejście przedsiębiorstw i stale podejmowane działania dostosowujące do zmieniających się okoliczności.

Rzeczywistość sektora staje się cyfrowa

Niedawny raport Deloitte i Fortune pokazuje, że 77 proc. dyrektorów generalnych z 15 branż twierdzi, że kryzys COVID-19 przyspieszył cyfrową transformację i w tym zakresie zarządzający wykazują się silnym optymizmem co do nadchodzącego roku. Wyznaczanie bardziej długoterminowych strategicznych celów digitalizacyjnych, a także coraz powszechniejszy dostęp do wielu innowacyjnych narzędzi do gromadzenia i analizowania danych powoduje, że także sektor life sciences powinien zacząć stosować narzędzia cyfrowe na dużą skalę.

To znacząca zmiana w biznesowej filozofii przedsiębiorstw branży ochrony zdrowia – przejście od podejmowania doraźnych cyfrowych aktywności do stania się podmiotem w pełni cyfrowym. Brak spójnej wizji powoduje uruchamianie nieefektywnych działań ad hoc. Bycie cyfrowym oznacza zaprojektowanie i wdrożenie strategii cyfrowej, i w następstwie konsekwentne włączenie jej do DNA organizacji. W praktyce sprowadza się to do planowego budowania sprawności i elastyczności operacyjnej, automatyzacji, integracji danych i umiejętności analitycznych – mówi Paweł Kuśmierowski, partner associate, Life Sciences & Health Care Poland, Deloitte Digital.

O dynamice sektora decyduje też konieczność mierzenia się dużych graczy, od dawna funkcjonujących na rynku ze zdecydowanie mniejszymi, ale niezwykle prężnie rozwijającymi się start-upami. Te nowe podmioty, z założenia w pełni cyfrowe we wszystkich obszarach swojej działalności, nie są powiązane ze starszymi systemami, przyświeca im zupełnie inna filozofia biznesowego myślenia i to pozwala im na zdecydowanie bardziej elastyczne podejście.

Pacjent w centrum systemów zdrowotnych

Cyfrowa medycyna i cyfrowa terapie oferują możliwość tworzenia bardziej spersonalizowanych doświadczeń i nowych sposobów na efektywne dotarcie do pacjentów. Zdaniem ekspertów Deloitte planowane w nadchodzącym roku większe inwestycje w rozwiązania cyfrowe pozwolą firmom zajmującym się naukami przyrodniczymi i technologiami medycznymi na skupienie się na bardziej dopasowanym wsparciu pacjentów. Innowacyjność w pandemii umożliwiła szybkie zmiany umiejscawiające pacjentów w centrum działań branży. W ciągu ostatnich dwóch lat mobilizacja do współpracy między interesariuszami sektora zdrowotnego była bezprecedensowa – wszystko w interesie pacjentów.

Zorientowanie na pacjentów to coś więcej niż tylko zapewnienie dobrej jakości opieki. Oznacza to uczynienie z nich partnerów, którzy znajdują się w centrum decyzji dotyczących opieki zdrowotnej. Koncepcja ta nie jest nowa, ale jej znaczenie ciągle rośnie. Już teraz widzimy, jak bardzo wzrosła komunikacja pacjentów z ośrodkami badawczymi, instytucjami finansowymi oraz dostawcami usług i rozwiązań. Ich wkład w toczące się projekty jest coraz bardziej wyrafinowany i rozpowszechniony. Takie efektywne pozycjonowanie pacjentów pozostaje jednak wyzwaniem do opanowania – mówi Paweł Kuśmierowski.

Według niedawnego badania przeprowadzonego przez Deloitte, kadra kierownicza branży life sciences oczekuje, że produkty medycyny cyfrowej staną się strategicznym priorytetem dla ich firm. Pandemia pomogła stworzyć bardziej zorientowane na pacjenta kanały. W szczególności technologie cyfrowe zostały przyjęte na całym świecie, a telemedycyna stała się szeroko dostępna. Współpraca z systemami opieki zdrowotnej umożliwia wgląd w dane, a pacjenci przejmują większą kontrolę nad troską o swoje zdrowie. Co więcej, firmy farmaceutyczne zaczynają dostosowywać swoje decyzje biznesowe, odzwierciedlając potrzeby pacjentów, a jednocześnie rośnie znaczenie podmiotów zajmujących się technologią zdrowotną i innymi ekosystemami. W szczególności terapie cyfrowe zaczynają wpływać na wyniki pacjentów i wykazują walidację kliniczną.

Potencjał oszczędności, jaki niesie ze sobą cyfryzacja procesów wynajdywania nowych leków i ich badań klinicznych przekłada się także na rozwój technologii informatycznych w tym zakresie. Dotyczy to zarówno narzędzi analizy danych, umiejętność korzystania z danych uzyskanych w codziennej praktyce lekarskiej (RWE), terapii cyfrowych, czy automatyzacji procesów. Doświadczenia zdobyte w branży dzięki projektom dotyczącym COVID-19 stanowią dodatkowy czynnik, który wpłynął na skracanie cyklu rozwoju wszystkich terapii i na wzrost rentowności firm biotechnologicznych z innowacji – według Deloitte jest on najwyższy od 2015 roku – mówi Paweł Kuśmierowski

Branża zdrowotna pod lupą środowiskową

Według raportu Deloitte kwestie z obszaru ESG (środowisko, społeczeństwo i zarządzanie) pozostaną w centrum uwagi w 2022 r., ponieważ także firmy branży life sciences będą musiały stawić czoła zmieniającym się wytycznym w zakresie ujawnień i nowym globalnym standardom raportowania. W nadchodzącym roku od liderów sektora oczekuje się skupienia się na istotnych dla nich czynnikach środowiskowych, takich jak dostęp do leków i ich ceny, zrównoważone podejście do zagadnień klimatycznych, kwestie równości i różnorodności.

Kwestie środowiskowe, społeczne i te związane z zarządzaniem coraz mocniej się łączą. Na przykład uczynienie leków bardziej zrównoważonymi chroni środowisko. W rezultacie coraz więcej firm zdaje sobie sprawę, że cele ESG i cele biznesowe są ze sobą nierozerwalnie związane. Można więc oczekiwać, że firmy sektora zdrowotnego będą musiały skupić się na tych czynnikach, które najsilniej na nie wpływają, tym bardziej, że inwestorzy, partnerzy, społeczności, klienci i pracownicy coraz częściej przyglądają się, kogo wspierają
– mówi Julia Patorska, partner associate, ekspertka w obszarze analiz ekonomicznych i środowiskowych w Deloitte.

W obszarze zrównoważonego rozwoju i ograniczenia marnotrawstwa branża ma sporo do zrobienia. Dla przykładu, przemysł biofarmaceutyczny produkuje rocznie ogromne ilości leków, a wiele z nich nigdy nie jest używanych. Same niedoskonałości chłodniczych łańcuchów dostaw powodują roczne straty w wysokości 37 mld dol. Co więcej, okres przydatności nadany lekowi jest zwykle oparty na informacjach dostępnych podczas procesu zatwierdzania. W rzeczywistości zanim preparat przestanie być skuteczny może minąć dwa razy więcej czasu.

Obszarem o rosnącym znaczeniu w zakresie ESG są też zagadnienia równości i braku wykluczenia. Oczekuje się, że w 2022 r. firmy będą musiały zmierzyć się z ciągłą presją zewnętrzną ze strony inwestorów instytucjonalnych, aktywnych akcjonariuszy, potencjalnych pracowników i klientów, aby zwiększyć reprezentację kobiet w zarządach przedsiębiorstw, na stanowiskach kierowniczych oraz w kierownictwie wykonawczym, a także wyrównać wynagrodzenia i mobilność.

W 2022 r. kurs dolara zrówna się z euro

Dolar jest najmocniejszy do euro od marca 2020 r. Do wyrównania kursów powinno dojść w najbliższych miesiącach, po raz pierwszy od października 2002 r.

– Jest to spowodowane tym, że Fed podnosi i będzie podnosił stopy procentowe w dość agresywnym tempie, natomiast w strefie euro podwyżki jeśli będą to niewielkie i pozostaje pytaniem czy stopa redyskontowa EBC wzrośnie powyżej zera – mówi w rozmowie z MarketNews24 Damian Rosiński, główny ekonomista Domu Maklerskiego AFS.

Dolar jest mocny także z tego względu, że wojna w Ukrainie w niewielkim stopniu wpływa na gospodarkę USA, natomiast jest bardzo silnym negatywnym impulsem dla strefy euro. Skutki widać w postaci terms of trade, bo koszty towarów importowanych bardzo wzrosły.

Dolar jest globalnie silną walutą co szczególnie mocno widać w relacji do jena. Osiągnął poziom 125 jenów za dolara. Jen stracił status bezpiecznej waluty, w którą warto inwestować. Bank centralny Japonii nadal ocenia, że jest zbyt wcześnie, aby interweniował podnosząc stopy procentowe.

Podwyżki stóp procentowych bardzo zmieniają kursy walut. Gdy w kolejnych krajach rosną stopy procentowe dla inwestorów wiele walut jest atrakcyjniejszych od japońskiego jena.

W ostatnich tygodniach dolar wzmacniał się wobec euro. Na parze EUR/USD odnotowujemy poziomy poniżej 1,10.

– W perspektywie najbliższych miesięcy przewiduję nawet dojście do parytetu – ocenia ekspert DM AFS.

Creotech Instruments w Q2 br. planuje przeprowadzić publiczną emisję akcji i następnie wejść na rynek GPW

Notowana na NewConnect spółka Creotech Instruments, jeszcze w tym roku planuje przeniesienie akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie. Wcześniej, w II kwartale 2022 r., firma chce przeprowadzić publiczną emisję akcji. Potrzeby inwestycyjne spółki to około 50 – 60 mln zł. Strategia spółki zakłada ukończenie kluczowych projektów R&D oraz zwiększenie zdolności produkcyjnych i sprzedażowych spółki. W perspektywie najbliższych lat celem Creotech Instruments jest zdobycie pozycji jednego z głównych dostawców technologii kosmicznych z Europy Środkowej. W 2021 r. spółka wypracowała ok. 40 mln zł przychodów ogółem, m.in. z projektów kosmicznych, biznesu kwantowego, usług dla segmentu dronowego oraz produkcji kontraktowej i grantów.

– Działamy na perspektywistycznym rynku, przy stosunkowo małej konkurencji w Polsce. Jednocześnie konsekwentnie realizowana strategia i innowacyjny model biznesowy pozwoli nam osiągać dynamiczny wzrost skali biznesu. Jednym z naszych najważniejszych celów jest umieszczenie na orbicie okołoziemskiej satelity EagleEye, a następnie satelit obserwacyjnych dla segmentu obronności w ramach projektu PIAST. Będzie to niezwykle ważny moment w historii Creotech. Chcemy dowieść, że nasze platformy mikrosatelitarne spełniają wszystkie oczekiwania i uzyskać tzw. space heritage. To pozwoli nam na rozpoczęcie sprzedaży platform mikrosatelitarnych o jednostkowej wartości do 4 mln USD klientom komercyjnym. Jednocześnie w bliższej perspektywie chcemy przenieść  akcje naszej spółki na rynek regulowany GPW i tym samym poszerzyć grupę kontrahentów i przyszłych partnerów biznesowych – mówi Grzegorz Brona, Prezes zarządu Creotech Instruments S.A. – Planujemy by dołączenie do grona spółek z rynku głównego GPW poprzedziła publiczna emisja akcji. Proces zatwierdzania Prospektu jest już na ostatniej prostej. Liczymy na otrzymanie pozytywnej decyzji KNF-u w najbliższym czasie – dodaje Grzegorz Brona.

Środki pozyskane z publicznej emisji akcji spółka przeznaczy na rozbudowę technologii produkcyjnych i tym samym ukończenie projektów R&D dotyczących technologii satelitarnych, systemów kwantowych i systemów zarządzania operacjami UAV (bezzałogowych statków powietrznych).

Koordynatorem oferty będzie Dom Maklerski Navigator SA. Proces wspierać będzie Noble Securities i kancelaria prawna WBW Weremczuk, Bobeł & Wspólnicy. Funkcję Doradcy Zarządu Creotech pełni CC Group. Szczegóły oferty publicznej akcji, w tym harmonogram zapisów, będą dostępne w Prospekcie, który zostanie opublikowany niezwłocznie po jego zatwierdzeniu przez KNF.

Creotech Instruments S.A. to polska firma specjalizująca się w rozwoju technologii kosmicznych oraz elektroniki i aparatury do zastosowań globalnych, m.in. na potrzeby komputerów kwantowych, kryptografii kwantowej, laboratoriów fizyki kwantowej i wysokich energii. Firma jako pierwsza w Europie rozpoczęła produkcję elektroniki sterującej komputerami nowej generacji. Dotychczas stworzyła 37 systemów dla kwantowego zaplecza, które dostarcza  do blisko 50 laboratoriów naukowych, m.in. do Oxfordu, czy Berkley`a.

Strategiczne założenia Creotech Instruments do 2025 roku:

  • Kosmos:
    • sukces misji kosmicznej EagleEye w zakresie umieszczenia na orbicie mikrosatelity do obserwacji Ziemi – 2023 rok. Satelita powstaje na platformie HyperSat
    • realizacja misji PIAST (Polish ImAging SaTellites) realizowanej dla Ministerstwa Obrony Narodowej.
  • Atmosfera ziemska: główny dostawca systemów do analizy ryzyka, planowania i kontroli misji UAV w Polsce i znaczący w Europie
  • Ziemia:
    • dostawca pełnego systemu sterowania dla komputerów kwantowych
    • silna pozycja jednego z najważniejszych integratorów danych satelitarnych w Europie z uwagi na współpracę z EUSPA i KE
    • wprowadzenie systemu synchronizacji czasu do rozwiązań telekomunikacyjnych.

Creotech Instruments uczestniczy obecnie w kolejnej misji Comet Interceptor organizowanej przez Europejską Agencję Kosmiczną. Zadaniem spółki jest zaprojektowanie i wykonanie komponentów do jednego z urządzeń badawczych sondy. W 2029 r. czytnik zostanie  umieszczony w głębokiej przestrzeni kosmicznej w celu badania składu i właściwości komet.

Trójmiejski rynek mieszkaniowy coraz bardziej premium

Rok 2021 przyniósł skokowy wzrost zainteresowania mieszkaniowym segmentem premium w Polsce. Trójmiasto wyrasta na drugi po Warszawie największy rynek nieruchomości tego typu ze sprzedażą, która sięgnęła w minionym roku rekordowych 900 lokali.

Trójmiejski rynek nieruchomości rozwijał się w ostatnich latach bardzo dynamicznie, a średnie ceny mieszkań ustępowały jedynie tym w Warszawie. Wszystko za sprawą coraz większego udziału w ofercie deweloperskiej lokali z segmentu apartamentowego i niesłabnącego zainteresowania nimi nabywców. Z najnowszego raportu „Rynek mieszkań premium w Trójmieście” opracowanego przez globalną firmę doradczą JLL we współpracy z firmą Invest Komfort wynika, że:

Na sześciu głównych rynkach mieszkaniowych w Polsce[1] apartamenty i apartamenty luksusowe[2] stanowiły na koniec 2021 r. 6% dostępnej oferty. W Trójmieście udział ten wynosił 10,6% i był najwyższy wśród analizowanych miast.

Sprzedaż apartamentów wyraźnie wzrosła w 2021 r. osiągając poziom blisko 3200 lokali, z czego aż 900 dotyczyło rynku trójmiejskiego.

Głównymi nabywcami lokali typu premium pozostaje grupa szybko bogacących się, zamożnych Polaków lub obcokrajowców związanych bezpośrednio z Polską. Wciąż niewielki udział stanowią obcokrajowcy z Azji czy krajów Bliskiego Wschodu, traktujący zakup czysto inwestycyjnie.

Motywy nabywców to zarówno chęć poprawienia warunków życia, jak i budowania zysków z najmu krótkoterminowego. W ostatnich latach obserwowany był wyraźny wzrost popytu tezauryzacyjnego spowodowanego m.in. rosnącą inflacją oraz niepewnością na rynkach finansowych.

Co trzeci apartament w Polsce można było kupić w Trójmieście

Rynek trójmiejski, podobnie jak rynki mieszkaniowe innych największych miast w Polsce, zdominowany jest przez inwestycje, które JLL zalicza do segmentu mieszkań o podstawowym i podwyższonym standardzie. Wprawdzie oferta lokali z wyższych segmentów jakościowych jest od kilku lat systematycznie rozbudowywana przez deweloperów we wszystkich dużych miastach, to jednak właśnie w Trójmieście jej udział jest obecnie najwyższy. Na koniec roku w ofercie na rynku pierwotnym Gdyni, Gdańska i Sopotu znajdowało się łącznie 580 apartamentów, czyli tyle samo, co na dwukrotnie większym rynku warszawskim.

Można śmiało powiedzieć, że co trzeci apartament z oferty deweloperskiej, jaka była dostępna na największych krajowych rynkach na koniec 2021 r., znajdował się właśnie w Trójmieście. Trójmiasto było też jedynym rynkiem, na którym udział lokali w segmencie apartamentowym przekroczył 10% wszystkich dostępnych do zakupu mieszkań,
-komentuje Aleksandra Gawrońska, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego.

Choć w tej puli przeważają nieruchomości, które sklasyfikować można jako klasyczne apartamenty, to w Gdańsku i Sopocie w minionym roku pojawiły się w sprzedaży również apartamenty luksusowe, dostępne dotychczas przede wszystkim w stolicy. Co warte podkreślenia, spośród 1200 apartamentów, które na koniec grudnia ubiegłego roku były w trakcie realizacji, blisko połowa znalazła już swoich nabywców, a nie jest to typowe dla segmentu apartamentowego.

Niesłabnąca atrakcyjność nieruchomości typu premium jako formy zabezpieczenia kapitału, ale także coraz dalej idąca specjalizacja firm, które tego typu produkt dostarczają na rynek sprawia, że coraz częściej decyzje o zakupie podejmowane są już na etapie realizacji inwestycji. To z kolei daje większą płynność i możliwość przygotowywania kolejnych inwestycji z odpowiednim wyprzedzeniem, a tym samym bieżące uzupełnianie oferty,
-mówi Michał Ciomek, Członek Zarządu Invest Komfort.

Kupujących przyciąga widok na wodę

Nieruchomości apartamentowe oferowane na rynku pierwotnym różnią się na całym świecie – ale także w Polsce – skalą inwestycji, wykończeniem czy pakietem dostępnych usług. Wszystkie łączy jedno – wyjątkowa lokalizacja. Niezmienne pozostaje też to, że do tych najbardziej cenionych zalicza się lokalizacje określane jako „waterfront”, gwarantujące nieograniczony widok i bezpośredni dostęp do wody: rzeki, jeziora, oceanu czy, jak w przypadku Trójmiasta, zatoki. Gdańsk dodatkowo ma do zaoferowania wiele ciekawych miejsc z widokiem na rzekę oraz stare fragmenty miasta. To sprawia, że nieruchomości w Gdańsku, Gdyni i Sopocie cieszą się coraz większą popularnością wśród zamożnych Polaków. Trudno też dziwić się deweloperom, że wobec rosnącego popytu, coraz aktywniej rozbudowują w tych lokalizacjach ofertę nieruchomości premium.

Wyraźny wzrost podaży lokali, które JLL klasyfikuje jako apartamenty i apartamenty luksusowe, nastąpił w Trójmieście w 2016 r. Od tamtej pory zdarzały się lata kiedy do sprzedaży na rynku pierwotnym wprowadzano nawet 800 takich mieszkań rocznie. Większa podaż i rosnące zainteresowanie klientów sprawiły, że w 2021 r. sprzedano tu ponad 900 tego typu lokali, a tym samym ustanowiony został nowy rekord rocznej sprzedaży w segmencie apartamentów. Miało to oczywiście istotne przełożenie na ceny.

W ciągu ostatniej dekady ceny apartamentów w Trójmieście wzrosły z poziomu 10 000 zł/mkw. w 2011 r. do 19 900 zł/mkw. na koniec 2021 r. Z wyższą ceną za metr mamy obecnie do czynienia jedynie w Warszawie. Od 2015 r. obserwowaliśmy na trójmiejskim rynku skokowy wzrost zainteresowania zakupem nieruchomości z wyższych segmentów jakościowych – najpierw na użytek własny, potem z przeznaczeniem na najem krótkoterminowy, a od 2019 r. przede wszystkim z myślą o ochronie posiadanych oszczędności. W efekcie, mimo istotnego zwiększenia podaży lokali z segmentu apartamentowego, wciąż mieliśmy do czynienia z przewagą popytu nad podażą,
-komentuje Aleksandra Gawrońska, ekspertka JLL kierująca Działem Badań Rynku Mieszkaniowego.

Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja

To na ile zaspokojenie rosnącego popytu na nieruchomości z najwyższej półki będzie możliwe, jest w dużym stopniu uzależnione od dostępności gruntów w lokalizacjach pozwalających na stworzenie projektu o odpowiednim standardzie. I chociaż zasób ten jest w największych miastach ograniczony, to jak podkreślają eksperci, właśnie w przypadku Gdańska, Gdyni i Sopotu ewolucja tych miast pozwala na wykorzystanie czasem zaskakujących możliwości.

W Trójmieście bank ziemi tworzą także lokalizacje z ukrytym potencjałem. Zmiany, które na zachodzie obserwujemy od lat, teraz powoli kiełkują i u nas. Uczymy się czytać miasto, przewidywać przyszłość jego rozwoju urbanistycznego, stymulować i wspierać pozytywne zmiany. W Gdyni czy Gdańsku jeszcze kilkanaście lat temu mało kto patrzył na tereny portowe jako miejsca z potencjałem na luksusowe nieruchomości. Dziś nasze miastotwórcze inwestycje takie jak Brabank Apartamenty w Gdańsku czy Portova w centrum Gdyni nie dziwią nikogo i cieszą się dużym zainteresowaniem,
-podsumowuje Michał Ciomek, Członek Zarządu Invest Komfort.

To sprawia również, że jak w żadnym innym mieście katalog trójmiejskich inwestycji z najwyższych segmentów jakościowych jest mocno zróżnicowany pod względem rodzajów zabudowy. Począwszy od wysokościowych projektów w centrum Gdyni, poprzez kameralne projekty np. w okolicy Oliwy, Jelitkowa i Orłowa, po typowo inwestycyjne apartamenty wzdłuż Motławy. Dodatkową kategorię stanowią inwestycje posiadające dostęp do mariny, jak np. Yacht Park w Gdyni.

Wszystko wskazuje na to, że grupa zamożnych Polaków, którzy będą mogli pozwolić sobie na zakup apartamentu w przyszłości będzie się powiększać, a najzamożniejsi będą kupować coraz większe i bardziej luksusowe lokale. Klienci coraz częściej będą oczekiwać standardów, które dorównują tym europejskim, zarówno pod względem wykończenia, metrażu jak i oferowanych usług dodatkowych. Dotyczyć to będzie zwłaszcza grupy empty-nesters – osób w wieku 50+ przenoszących się z domów jednorodzinnych do mieszkań na kolejny etap w swoim życiu, na aktywną emeryturę. Przy ograniczonej dostępności tego typu lokali zjawisko to będzie istotne dla przyszłej wartości kupowanych obecnie lokali, ponieważ dobro jakim jest drogi apartament, stanie się bardziej płynne,
-podsumowuje Aleksandra Gawrońska, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL.

Więcej na temat rynku nieruchomości mieszkaniowych premium w Trójmieście w najnowszym raporcie JLL dostępnym na stronie jll.pl.

[1] Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław.

[2] W analizach JLL lokale w budownictwie wielorodzinnym dzielone są na dwa podstawowe segmenty: mieszkania i apartamenty. Mieszkania dzielą się dalej na mieszkania o podstawowym standardzie i mieszkania o podwyższonym standardzie. W segmencie apartamentów wyróżniane są z kolei podsegmenty apartamentów i apartamentów luksusowych.

Spowolnienie na rynku IPO

W pierwszym kwartale 2022 roku na światowych rynkach zadebiutowało 321 spółek, co oznacza spadek o 37% rok do roku. Wartość debiutów spadła do 54,4 mld USD, o 51% r/r. W Polsce nie było w tym czasie debiutów, wyjąwszy transfery z NewConnect. Spowolnienie na rynku IPO jest pokłosiem napięć geopolitycznych i idącej za nimi niepewności na poziomie makroekonomicznym, wzrostu cen surowców i energii oraz perspektywy rosnących stóp procentowych. Wstrzemięźliwość potencjalnych debiutantów powinna się utrzymać przez kolejne miesiące – wynika z badania EY Global IPO Trends.

Po rekordowych napływach na rynki pierwotnych ofert publicznych (IPO) w 2021 roku, pierwszy kwartał 2022 roku przyniósł ochłodzenie koniunktury. Pierwsze tygodnie roku oznaczały kontynuację fali debiutów z ubiegłego roku, a wartość IPO w styczniu 2022 roku była najwyższa od 21 lat. Wybuch wojny w Ukrainie i idący za nim wzrost niepewności wśród inwestorów spowodował ostre hamowanie na rynkach w drugiej połowie lutego, które objęło również obszar ofert pierwotnych. W efekcie, w pierwszym kwartale 2022 roku na światowych rynkach zostało przeprowadzonych 321 transakcji o wartości 54,4 mld USD, co oznacza spadek odpowiednio o 37% i 51% rok do roku. Część transakcji została odwołana, część – przesunięta na późniejszy termin.

– Nagła zmiana sentymentu była spowodowana szeregiem czynników: wzrostem napięć geopolitycznych, zmiennością na światowych parkietach, korektą rynkową bańki cenowej dotychczasowych IPO, obawą o efekt rosnących cen surowców i energii oraz inflacji i idącą za nią perspektywą podwyżki stóp procentowych przy zmniejszonym, acz wciąż obecnym, ryzykiem nawrotu pandemii koronawirusa, które hamuje powrót globalnej gospodarki na ścieżkę pełnego wzrostu – wylicza Anna Zaremba, Partnerka EY Polska, CFO Consulting, odpowiedzialna za rynek IPO.

Najlepiej w regionie Azji i Pacyfiku

W pierwszym kwartale najlepiej wypadł region APAC (Azja i Pacyfik), w ramach którego zadebiutowało 188 spółek o wartości 42,7 mld USD (odpowiednio 18% wzrost rok do roku i 16% spadek r/r). Połowa z 10 największych IPO w Q1 2022 miała miejsce w tym regionie. Wartość debiutów w pierwszym kwartale była wyższa niż w rekordowym Q1 2021, który był najlepszym pierwszym kwartałem pod kątem wartości debiutów w regionie od 21 lat.

– Pandemia koronawirusa wciąż wpływa na gospodarkę i aktywność na rynku IPO w wielu obszarach regionu Azji i Pacyfiku. Panuje jednak optymizm co do zwiększenia aktywności na rynku debiutów w drugiej połowie roku w tym regionie. Jest popyt na wysokiej jakości spółki w korzystnym dla wycen giełdowych otoczeniu gospodarczym i przy dużej podaży pieniądza przez banki centralne – mówi Bartłomiej Smolarek, Lider Zespołu ds. Fuzji i Przejęć, Partner EY Polska.

Wzrost napięć geopolitycznych i idąca za nimi zmienność na rynkach spowodowały spadki wolumenów IPO w regionie EMEIA (obejmującym Europę, Bliski Wschód, Indie i Afrykę), gdzie w Q1 2022 zadebiutowało 96 spółek, a wartość transakcji wyniosła 9,3 mld USD, co oznacza spadek odpowiednio o 38% i 68% rok do roku.

W Europie przeprowadzono 47 IPO o wartości 2,7 mld USD, co dało Staremu Kontynentowi 15% światowego rynku IPO pod względem ilości transakcji i 5% pod kątem ich wartości w pierwszym kwartale 2022 roku.

Żadna spółka nie zdecydowała się w tym czasie na debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, nie licząc dwóch przejść z NewConnect, które nie są wliczane do statystyk w metodologii EY.

– Tegoroczne statystyki są zaburzone przez efekt wysokiej bazy, ponieważ – na poziomie globalnym – pierwsze trzy miesiące 2021 roku były najbardziej aktywnym pierwszym kwartałem dla IPO w ciągu 21 lat. W tym kontekście, nie jest wielkim zaskoczeniem spadek aktywności w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku. Szok rynkowy związany z wybuchem wojny w Ukrainie w połączeniu z zagrożeniami na poziomie makroekonomicznym powoduje, że stagnacja na rynku debiutów może się utrzymać w kolejnych miesiącach – mówi Magdalena Warpas, Associate Partner, Doradztwo Strategiczne i Transakcyjne, EY Polska.

Surowce gonią technologię

Zmieniające się otoczenie gospodarcze i warunki rynkowe powodują przesunięcia pomiędzy sektorami, w jakich klasyfikowani są debiutanci na poziomie globalnym. Technologia i surowce znalazły się na czele analizy sektorowej debiutantów (w pierwszym kwartale miało miejsce po 58 IPO w każdym z sektorów), zaraz za nimi – sektor przemysłowy (57 IPO). Technologia, wyniesiona na szczyt popularności w pandemii koronawirusa, utrzymuje pozycję lidera ilości debiutów i jest numerem jeden siódmy kwartał z rzędu. Natomiast pod względem wartości debiutów w pierwszym kwartale 2022 roku, technologia oddała palmę pierwszeństwa sektorowi energetycznemu (który zanotował 12,2 mld USD IPO w Q1 2022) – w dużej mierze dzięki największemu debiutowi z ubiegłego kwartału, który został przeprowadzony na południowokoreańskim parkiecie. Spółki z sektora technologii pozyskały z IPO 9,9 mld USD w pierwszym kwartale 2022 roku, o 1,3 mld USD więcej niż sektor telekomunikacji, który pozyskał od inwestorów 8,6 mld USD – tutaj też na statystyki miało znaczący wpływ drugie co do wielkości w minionym kwartale IPO, które zostało przeprowadzone na Szanghajskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

O badaniu
Dane zaprezentowane w opracowaniu EY Global IPO Trends pochodzą od firmy EY, Dealogic, CB Insights, Crunchbase i SPAC Insider, o ile nie stwierdzono inaczej. Dane do wykresów pochodzą od firmy EY i Dealogic. Pierwszy kwartał 2022 roku obejmuje dane o przeprowadzonych debiutach giełdowych w okresie 01.01.2022 do 23.03.2022, plus transakcje spodziewane do końca marca 2022 roku. Raport globalny nie obejmuje debiutów opartych o special purpose acquisition company (SPAC); na poziomie Polski statystyki nie uwzględniają przejść z NewConnect, o ile nie stwierdzono inaczej.

Rosnąca popularność jednoosobowych działalności IT. Wzrost o prawie 18 proc.

Według danych pochodzących z KRS i przeanalizowanych przez szwedzki Evolution – globalnego twórcę i dostawcę oprogramowania do gier online – liczba jednoosobowych firm informatycznych lawinowo rośnie. Na koniec roku 2021 aktywnych było ponad 131 tys. firm z branży IT. W porównaniu do analogicznego okresu w roku 2020, stanowi to wzrost o niemal 18 proc.

Rodzaje działalności IT. Ta związana z oprogramowaniem najpopularniejsza

Między innymi pandemia i wynikający z niej trend pracy zdalnej, który nadal się utrzymuje, znacznie wpłynął na wzrost liczby jednoosobowych firm działających w sektorze IT. Jak wynika z danych płynących z KRS wywiadowni gospodarczej Dun & Bradstreet, przeanalizowanych przez Evolution, wzrost ten w porównaniu roku 2021 z 2020, wyniósł niemal 18 proc. Co więcej, w pierwszym kwartale 2022 liczba firm z branży IT wzrosła o kolejne 5 proc. i na koniec marca wyniosła 138,5 tys.

Jak się okazuje, najwięcej firm jednoosobowych w polskim IT działa w branży związanej z oprogramowaniem i jest ona już od kilku lat najbardziej popularną wśród wszystkich z tego sektora – stanowią blisko 70 proc. z nich. Z kolei 18 proc. to działalności związane z doradztwem w zakresie informatyki, 8 proc. usługami w zakresie technologii informatycznych i komputerowych, a 5 proc. z zarządzaniem urządzeniami informatycznymi.

W Polsce w roku 2021 działało ponad 91 tys. firm IT związanych z oprogramowaniem. Co ciekawe, ich odsetek, w porównaniu do roku 2020, zwiększył się aż o 20 proc. A tylko w pierwszym kwartale tego roku przybyło ich już ponad 5 proc. Liczby te mogą wynikać nie tylko z rosnącego zapotrzebowania na inżynierów oprogramowania, ale także świadczyć o tym, że polscy programiści często świadczą usługi również dla zagranicznych podmiotów. Nie ma się czemu dziwić – są dobrze wykształceni i zaangażowani w projekty, więc chętnie ich one zatrudniająmówi Konrad Bromiński, Senior HR Manager w Evolution. – Województwo mazowieckie z największą liczbą jednoosobowych działalności IT

Wśród wszystkich jednoosobowych firm IT, według analizowanych danych, największy odsetek znajduje się w województwie mazowieckim – stanowią one 27,1 proc. Na miejscu drugim znalazło się małopolskie (11,9 proc.), a trzecim i czwartym kolejno dolnośląskie (10,2 proc.) i śląskie (blisko 10 proc.). Na kolejnych pozycjach uplasowało się wielkopolskie (7,9 proc.), pomorskie (7 proc.) oraz łódzkie (5,4 proc.). W przypadku pozostałych województw odsetek waha się od 3 do 1,4 proc. (opolskie).

BPI Real Estate Poland planuje start 6 nowych inwestycji w Polsce

BPI Real Estate Poland przygotowuje się do uruchomienia 6 nowych inwestycji w Polsce. Mowa o projektach we Wrocławiu, Poznaniu, Trójmieście oraz Warszawie. Ich rozpoczęcie planowane jest w 2022 roku. Łącznie projekty dostarczą na polski rynek blisko 70 tys. mkw PUM w ponad 2200 lokalach mieszkalnych. Plany spółki obejmują zarówno inwestycje mieszkaniowe, mixed-use, jak i wejście w nowy sektor PRS.

Konsekwentnie realizujemy nasz plan biznesowy zakładający przede wszystkim rozwój.
W minionym roku intensywnie przygotowywaliśmy się do jego realizacji. Dokonaliśmy zakupu kilku doskonale zlokalizowanych działek, rozpoczęliśmy prace projektowe nad planowanymi inwestycjami oraz powiększyliśmy nasze struktury. Wszystko to po to, aby z sukcesem zrealizować przyjętą strategię oddania na polski rynek do 2026 roku ponad 4 tys. mieszkań
– powiedział Béranger Dumont, Dyrektor Generalny BPI Real Estate Poland.

W minionym roku intensywnie pracowaliśmy nad przygotowaniem kolejnych nowych inwestycji we Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu oraz Warszawie. W tej chwili koncentrujemy się nad rozpoczęciem projektów, których start przewidujemy w pierwszej połowie bieżącego roku. Jak dotychczas będą to inwestycje w atrakcyjnych lokalizacjach, o miastotwórczym charakterze, które wyróżniać będzie przemyślana architektura i różnego rodzaju rozwiązania w duchu zrównoważonego rozwoju – mówi Wojciech Smolak, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w BPI Real Estate Poland.

Deweloper aktualnie przygotowuje się do uruchomienia w pierwszej połowie roku budów dla projektów mieszkaniowych we Wrocławiu przy ul. Czystej, w Poznaniu przy ul. Wagrowskiej oraz w Gdyni przy ul. Wzgórze Bernadowo. W drugiej połowie roku BPI Real Estate Poland planuje rozpoczęcie innowacyjnego wielkomiejskiego projektu, który realizowany będzie na poznańskim Łazarzu we współpracy z Revive.

Kolejne zaplanowane na bieżący rok projekty położone będą w Warszawie. Pierwszy z nich to inwestycja mieszkaniowa przy ul. Chmielnej w centrum miasta. Drugi projekt znajduje się przy ul. Obrzeżnej i zrealizowany zostanie w ramach sektora PRS we współpracy ze spółką Acteeum.

– Naszym celem jest budowa przemyślanej inwestycji, zakładająca sprzedaż blokową inwestorowi instytucjonalnemu. W planowanym budynku znajdą się małe jednostki na wynajem krótkoterminowy dla młodych profesjonalistów z częściami wspólnymi typu kuchnia, pralnia, salon gier i TV, pokój do coworkingu, a nawet siłownia i sauna. Aktualnie pracujemy nad szczegółami, aby już wkrótce móc zaprezentować ten zupełnie nowy w naszym portfolio projekt – powiedział Andrzej Świder, Dyrektor Projektu w BPI Real Estate Poland.

Belgijski deweloper jest obecny na polskim rynku od 2009 roku i w tym czasie zrealizował
7 inwestycji oddając łącznie ponad 2 tys. mieszkań. Są to inwestycja typu mixed-use Bulwary Książęce we Wrocławiu oraz projekty mieszkaniowe Rezydencja Barska, wolaRE, Wola Libre i Wola Tarasy w Warszawie, osiedle Vilda Park w Poznaniu i kompleks mieszkaniowy Cztery Oceany w Gdańsku. Zgodnie z przyjętą strategią biznesową, w najbliższych latach firma planuje realizację kolejnych inwestycji w Polsce, koncentrując się na tych miastach, w których powstały wcześniejsze projekty – Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu, jak również w Trójmieście. Belgijski deweloper pozostaje otwarty też na nowe atrakcyjne lokalizacje. Aktualnie firma pracuje nad wdrożeniem strategii ESG, aby w najbliższych latach, móc skutecznie wprowadzać zasady zrównoważonego rozwoju w realizowanych przez siebie inwestycjach, w tym stosowania różnego rodzaju proekologicznych rozwiązań i innowacji.

Gdzie szukać dołka na EUR/USD?

Od momentu ostatniej konferencji prezeski EBC Christine Lagarde, EUR/USD cały czas znajduje się w dolnym przedziale wahań. Rynek oczekiwał, że stanowisko EBC wobec inflacji będzie nieco bardziej stanowcze. Nastąpiło rozczarowanie. Nadal zejście głównej pary walutowej na niższy poziom (mam tu na myśli 1,0650) jest realny i możemy go zobaczyć w najbliższych tygodniach.

To czy euro osiągnęło już dno nie jest do końca przesądzone. Po pierwsze ryzyko kryzysu energetycznego, który to może wywrzeć presję na gospodarkę strefy euro, nie zostało jeszcze zażegnane i tak naprawdę czai się za rogiem. Pytanie tylko kiedy wyjdzie i pokaże się w pełnej okazałości. Po drugie w przyszłym tygodniu poznamy szacunki inflacyjne dla Europy. W najlepszym przypadku wskaźnik osiągnie szczyt i zacznie w kolejnych miesiącach spadać, jednak prawdopodobnie będzie to powolny proces. CPI poniżej 7 proc. to perspektywa dopiero II połowy roku. Rynek może zareagować ponownie na niezdecydowane podejście EBC do walki z inflacją i odpowiednio po raz kolejny wywrzeć presję na euro. Żeby wspólna waluta zaczęła zyskiwać musi być jasna deklaracja i chęć walki EBC z inflacją. Dopóki tego rynek nie otrzyma, dalsze spadki głównej pary walutowej są jak najbardziej prawdopodobne.

Kurs EUR/USD dziś rano podszedł pod techniczny opór wyznaczony przez horyzontalny poziom oraz linię krótkoterminowego trendu spadkowego. Ten aspekt może dodatkowo powodować presję na dalsze podążanie kursu na południe. Z drugiej strony USD przestaje być szczególnie wrażliwy na wypowiedzi przedstawicieli Fed, które otrzymujemy każdego dnia. W średnim terminie zakładam dalsze spadki do poziomu 1,0650 (dołek z marca 2020 roku) a następnie odbicie kursu. Może się tak zdarzyć, że dołek EUR/USD wypadnie w momencie majowej podwyżki stóp procentowych przez Fed. Rynek zacznie sprzedawać fakty i dopiero wówczas zobaczymy większą korektę wzrostową na eurodolarze.

Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

Karuzela na złotym

Wczorajsza przecena na części rynków związana z rosyjską agresją nie wytrzymuje próby czasu. Nie można bagatelizować cierpień Ukraińców atakowanych przez swoich sąsiadów. Warto natomiast zwrócić uwagę na niską skuteczność militarną Rosjan.

Putin nie taki straszny

Wczoraj inwestorzy uciekali z Polski. Było to widać zarówno na walucie, jak i na giełdzie. Kurs euro poszedł w górę w ciągu dnia o około 3 grosze. Giełda straciła na wartości ponad 2%. O tyle obsunęły się główne indeksy. Dlaczego piszemy o karuzeli? Bo jeszcze tego samego dnia rozpoczął się ruch powrotny. Dzisiaj rano jesteśmy znów niemal w punkcie wyjścia. Analitycy wskazują, że powodem jest przecenienie wpływu na rynek rosyjskiej ofensywy na Donbas. Mało kto poza Rosjanami wierzy w plan szybkiego zajęcia Donbasu i utrzymania go w procesie pokojowym. Nawet scenariusz tzw. “wolnych” wyborów na Wschodzie Ukrainy, które Rosja mogłaby szeroko zmanipulować, wydaje się obecnie bardzo korzystnym dla niej scenariuszem.

Zawrotka na ropie

Wtorek był również dniem wyraźnej przeceny ropy naftowej. Czarne złoto od rana staniało niemal 6 dolarów za baryłkę. Tak duża przecena była jednak w większości korektą zeszłotygodniowych gwałtownych wzrostów. W tym czasie ropa poszła w górę ponad 15 dolarów. Nie bez znaczenia było też obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego na świecie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. To właśnie to wydarzenie było jednym z powodów, że korekta ta miała miejsce akurat w tym momencie. Z drugiej strony perspektywy na przyszłość dla tego surowca są nadal bardzo dobre. Ciągle nie wiadomo, co z dostawami z Rosji. Do tego doszły kolejne problemy z produkcją w Libii. Niepokoje polityczne ciągną się tam jeszcze od Arabskiej Wiosny, a to nie sprzyja stabilizacji. Do tego należy dodać spadek rezerw w USA. W rezultacie istnieje wiele powodów, by surowiec zbytnio nie taniał. To z kolei nie jest dobrą wiadomością dla osób oczekujących szybszego spadku inflacji.

Kres inflacji w Polsce?

Członek Rady Polityki Pieniężnej Henryk Wnorowski wypowiedział się wczoraj na temat prognoz na przyszłość polityki monetarnej. Oczekuje on dotarcia inflacji w czerwcu do maksimum w okolicach 13%. Drugim bardziej interesującym kredytobiorców elementem jest górny poziom stóp procentowych na poziomie 7,5%. Wartość ta jest wyższa nawet od tego, co wynika z kontraktów na WIBOR. Jest to zatem scenariusz powyżej dotychczasowych oczekiwań, co powinno działać na korzyść złotego. Z drugiej strony inflacja bazowa wczoraj wyniosła 6,9%, co było zgodne z oczekiwaniami. W rezultacie można mówić o początkach pewnej stabilizacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Gwałtowne hamowanie cen używanych aut w USA

Nowe i używane samochody stanowią 7 proc. amerykańskiego koszyka inflacyjnego, jeszcze do niedawna spadały jednak aż za 1/3 wzrostu tamtejszej inflacji. Teraz ceny używanych samochodów w USA spadają za sprawą coraz mniej zasobnych portfeli konsumentów. W Polsce ceny używanych samochodów nadal rosną, ale nie wpływają na wzrost inflacji.

Gwałtownie rosnące ceny amerykańskich aut używanych, napędzały wzrost amerykańskiej inflacji. Problemy, spowodowane przez rozerwane łańcuchy dostaw części i samych samochodów, dały producentom i dealerom, bardzo rzadko występującą na wolnym rynku, moc ustalania cen. Teraz jednak ten stan zaczyna powoli się zmieniać, bo w portfelach Amerykanów jest przez inflację coraz mniej pieniędzy. Do tego, poza wyższymi cenami benzyny, amerykańscy konsumenci muszą się także zmagać z opóźnioną w tym roku wypłatą zwrotu podatku za 2021 rok.

Według danych firmy Manheim, zajmującej się globalnym hurtowym handlem samochodami, ceny amerykańskich aut używanych w marcu spadły o 3,3 proc. w stosunku do lutego, jednak wciąż są o 24,8 proc. wyższe niż rok wcześniej. W zeszłym roku ta sama firma zanotowała wzrosty cen samochodów powyżej 50 proc. r/r. Widać też duże różnice pomiędzy kategoriami samochodów. Najmniej, bo tylko o 10 proc. r/r, podrożały pickupy, podczas gdy najbardziej vany, bo aż o 38 proc. r/r. Hamowanie cen mniej dotyka także samochodów elektrycznych.

Spadki widać również w wynikach spółek z rynku motoryzacyjnego. CarMax, największy detaliczny sprzedawca samochodów w USA, w okresie od grudnia 2021 do lutego 2022 sprzedał o 5 proc. mniej samochodów niż rok wcześniej, wzrosły także jego koszty finansowe związane z nieściągalnymi kredytami samochodowymi.

Podobne problemy z popytem dotykają także rynku samochodów nowych. Prognozy dotyczące globalnej produkcji samochodów zostały obniżone z powodu utraconego popytu i zakłóceń w łańcuchach dostaw (pallad, neon, wiązki przewodów) spowodowanych kryzysem w Ukrainie, wyższymi cenami ropy i perspektywami wyższych stóp procentowych. Chińskie lockdowny także stanowią ryzyko dodatkowych zakłóceń. Jednak w tym roku na całym świecie zostaną prawdopodobnie wyprodukowane ponad 82 miliony samochodów. Stanowi to dwucyfrowy wzrost w porównaniu z 2021 rokiem, przy globalnym popycie obniżonym o około 10 proc. światowej produkcji, dokładnie z tych samych powodów, dla których słabnie wzrost cen samochodów używanych. Oczywiście spadki popytu nie rozkładają się równomiernie, co widać, po cały czas wysokim i niezaspokojonym, popycie na nowe samochody w Polsce.

W Polsce GUS tylko w ograniczonym zakresie uwzględnia w wyliczeniach inflacji wzrost cen używanych aut. Nie bierze pod uwagę transakcji między indywidualnymi konsumentami, które stanowią dużą część rynku. To dlatego w oficjalnych statystykach używane samochody w Polsce w okresie pandemii drożały tylko nieznacznie. Choć dane firm zajmujących się rynkiem wskazywały, że od jej początku ceny używanych samochodów także wzrosły nawet o 50 proc.

Producenci samochodów mają obecnie swój najlepszy okres związany z jednej strony z odradzaniem się gospodarki, przy wciąż utrzymujących się wysokich cenach. Przewiduje się, że producenci samochodów odnotują wzrost zysków trzy razy wyższy niż globalna średnia. Te dodatkowe środki pomogą im w wymagającym dużego kapitału procesie zwrotu w kierunku samochodów elektrycznych. Warto zatem przyjrzeć CopyPortfolio eToro @AutoIndustry. A także szerzej branży motoryzacyjnej, od samochodowych detalistów, takich jak CarMax, przez firmy finansujące zakupy samochodów, jak Ally, po wypożyczalnie samochodów, jak Avis.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Nadszedł czas płacenia za lata beztroski w polityce finansowej

Co dzisiaj Rząd i Bank Centralny mogą zrobić z finansami? Co mogą zrobić z inflacją, jak ją obniżać? Jest jasne, że niesłychanie trudno jest utrzymać inflację w ryzach – zwłaszcza, gdy jest ona napędzana potężnym impulsem zagranicznym. Trudno jest też podnosić stopy procentowe w sytuacji, kiedy gospodarka być może zmierza w stronę recesji. Przede wszystkim Rząd i Bank Centralny powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, jak powinna wyglądać strategia prowadzenia polityki gospodarczej w najbliższych latach. Nie ma wątpliwości, że sytuację w finansach publicznych trzeba w jakiś sposób opanować.

– Nadszedł czas płacenia za lata beztroski w polityce finansowej i po stronie Rządu i Banku Centralnego. Jednocześnie nie ma wątpliwości, że nadeszły dodatkowe potężne wyzwania, z którymi trzeba sobie radzić. Szkoda, że zmarnowaliśmy te kilka lat, kiedy można to było zrobić stosunkowo łatwo – powiedział serwisowi eNewsroom  profesor Witold Orłowski, ekonomista, Rektor Akademii Finansów i Biznesu VISTULA. – Można było zresztą wprowadzić Euro i mielibyśmy dzisiaj znacznie mniejsze kłopoty. Rządzący  twierdzili, że jest to przepis na katastrofę – co było oczywiście bzdurą. Dzisiaj bylibyśmy znacznie bezpieczniejsi. A teraz przyszedł czas na fundamentalną zmianę polityki. Na odejście tych historii, że Polskę stać na wszystkie wydatki, że stać na budowę wielkiego Państwa dobrobytu. Nie. W tej chwili nie stać. W tej chwili musimy wydawać pieniądze na wiele rzeczy. Na innych musimy zacząć oszczędzać – a Narodowy Bank Polski musi również prowadzić zdecydowaną politykę monetarną. Musi odbudować swoją wiarygodność – nawet, jeśli to ma być bolesne. Jeśli Bank Centralny straci wiarygodność, wtedy zwalczanie inflacji staje się niemożliwe i niewiarygodnie kosztowne. Rząd i Bank muszą przemyśleć swoją strategię gospodarczą. Lata beztroskiego wyrzucania na lewo i prawo pieniędzy się już kończą. Opowieści o tym, że mamy najlepszą sytuację gospodarczą od czasów rozbiorów – lepiej skończyć z tego typu bajkami – wylicza Orłowski.

Tylko 7 proc. Ukraińców pracowało w sektorze HoReCa, reszta do przyuczenia?

Minione dwa lata nie obchodziły się łagodnie z pracodawcami działającymi w sektorze HoReCa. Gdy wydawało się, że wszystko wraca do normy, a hotelarze oraz restauratorzy starali się wyjść na prostą i budowali na nowo zespoły uszczuplone przez covid, jak bumerang wróciła kwestia braku kandydatów. Po wybuchu wojny w Ukrainie prognozowano, że HoReCa może zatrudnić część uchodźców. Niestety, wszystko wskazuje na to, że ten sektor czekają kolejne miesiące permanentnych poszukiwań ludzi do pracy, bo dla naszych wschodnich sąsiadów etat w hotelu czy restauracji często jest zbyt wymagający.

Według danych GUS, w czwartym kwartale 2021 r. największy w skali roku – 2,6 krotny – wzrost liczby wolnych miejsc pracy wystąpił w firmach zajmujących się zakwaterowaniem i gastronomią. Liczba nowo utworzonych stanowisk zwiększyła się niemal siedmiokrotnie. Obecnie popyt na pracowników z obszaru HoReCa jest również bardzo wysoki, a przedsiębiorcy z tego sektora praktycznie każdego dnia poszukują kandydatów na etat w hotelu, restauracji, barze, kawiarni czy firmie cateringowej. W ciągu pierwszych dwóch tygodni kwietnia tylko na portalu pracuj.pl w sekcji hotelarstwo, gastronomia, turystyka ukazało się ok. 1,6 tys. ofert zatrudnienia (średnio 114 ofert dziennie).

Wielu pracowników w czasie covidu odeszło do innych branż, a na ich miejsce nie chcą przyjść kolejni. Po wybuchu wojny w Ukrainie, która spowodowała falę migracji naszych wschodnich sąsiadów do Polski, HoReCa była wskazywana jako jeden z sektorów mogących zatrudnić osoby uciekające ze swojej ojczyzny. W przeciwieństwie do branż oferujących ciężkie zajęcia i dedykowane przede wszystkim mężczyznom, hotelarstwo i gastronomia – z uwagi na lżejszy rodzaj obowiązków i dużą liczbę wolnych etatów – wydawały się idealnym rozwiązaniem dla kobiet z Ukrainy, które rozważały podjęcie pracy nad Wisłą.

Uchodźcy z Ukrainy, nadal są dla branży HoReCa atrakcyjnymi, potencjalnymi kandydatami do pracy. W hotelu, jak i restauracji jest mnóstwo stanowisk, które są zupełnie niewidoczne dla gości. To zadania wykonywane na „zapleczu” przy przygotowywaniu usług lub zapewnianiu ich ciągłości. Nie wymagają one ani znajomości języka, ani doświadczenia. Istotne są tylko chęci do pracy. Mimo dość niskich oczekiwań względem kandydatów do zajęć na zapleczu, to właśnie w tych miejscach są największe braki kadrowe mówi Rafał Krzycki, Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej oraz wydawca Horeca Business Club. Uważam, że te niższe stanowiska mogą być szansą zarówno dla uchodźców z Ukrainy szukających pracy, jak i dla pracodawców walczących z deficytem kadrowym – podkreśla ekspert. 

Niestety, chociaż otwartość firm z sektora hotelarsko-gastronomicznego na pracowników z Ukrainy jest bardzo duża, to wielu kandydatów (również naszych wschodnich sąsiadów) szuka etatów i podejmuje je w innych branżach, bo według nich stanowiska, które oferuje HoReCa wymagają dużego zaangażowania, ta praca często odbywa się kosztem ich prywatnego życia. Z danych resortu rodziny wynika, że do tej pory zatrudnienie znalazło blisko 63 tys. obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w związku z wojną w ich kraju. Blisko 30 tys. osób zatrudniono do wykonywania prostych zajęć. Niespełna 9 tys. osób zostało robotnikami przemysłowymi i rzemieślnikami, 6,4 tys. osób to pracownicy usług i sprzedawcy, niemal 5,4 tys. podjęło etat w biurze i prawie 2,5 tys. zarabia jako specjaliści.

Mimo wielu zalet HoReCa ma też słabe punkty wskazywane m.in. przez Barometr Zawodów na 2022 r., według którego deficyty kadrowe dot. kelnerów i barmanów, a także recepcjonistów najczęściej spowodowane niechęcią do podjęcia pracy wynikającą z braku doświadczenia w obsłudze gości oraz niewystarczającymi kwalifikacjami tj. znajomość języków obcych. Innym z ważnych powodów niepodejmowania etatu w hotelu czy restauracji są niskie zarobki, praca na zmiany oraz w weekendy. Niedobór kucharzy, szefów kuchni i pokojówek w największym stopniu wynika z niesatysfakcjonujących zarobków (niskie płace), ale też czasu pracy – na zmiany i weekendy.

Pracodawcy z sektora HoReCa, chcący zatrudniać panie z Ukrainy znajdujące się obecnie w Polsce, powinni uczyć się na „błędach” swoich poprzedników tzn. przedsiębiorców, którzy mimo wcześniejszych deklaracji nie byli w stanie dostosować wielu męskich stanowisk do kobiet. Nie wzięli pod uwagę choćby braku znajomości tej grupy – jej potrzeb, planów czy mechanizmów, które dotyczą imigrantów. Jednym z nich jest fakt, że Ukrainki przebywające u nas z powodu wojny i gotowe zarabiać, często są tu same z dziećmi lub ze starszymi rodzicami i dla nich etat w branży wymagającej pracy po godzinach, na zmiany czy w weekendy jest zbyt dużym poświęceniem często niemożliwym do wykonania. Wiele z nich nie ma z kim zostawić dziecka, które wraca ze szkoły czy przedszkola. Część nie chce tego robić, nawet jeśli ich pociechą ma się kto zająć zaznacza Magda Dąbrowska, wiceprezes Grupy Progres

Nie bez znaczenia są również kompetencje zawodowe i znajomość języka polskiego, które dla pracodawców liczących na szybkie wdrożenie osób z Ukrainy i zatrzymanie ich w Polsce na dłużej mogą stanowić spore wyzwanie. Jak wynika z badania Grupy Progres – przeprowadzonego wśród 1 tys. Ukraińców, którzy przyjechali do naszego kraju po 24 lutego 2022 r. – 84 proc. z nich posługuje się tylko językiem ukraińskim lub rosyjskim, 19 proc. badanych zna też język angielski, a tylko 16 proc. mówi po polsku. Tylko 7 proc. badanych ma doświadczenie w branży HoReCa. Nawet jeśli nie jest ono oczekiwane, bo pracodawcy są w stanie nauczyć wszystkiego nowych pracowników, to jednak już samo przełamanie bariery językowej, w przypadku części stanowisk, będzie wymagało od nich np. zatrudnienia w firmie osoby – koordynatora – znającej język ukraiński lub zorganizowania podstawowego kursu językowego dla obcokrajowców.

Brak doświadczenia czy znajomości języka polskiego będzie przeszkodą, tylko jeśli chodzi o stanowiska wymagające bezpośredniego kontaktu z gościem. Wcześniejszy etat w branży HoReCa czy posługiwanie się naszym ojczystym językiem nie jest wymagane do pracy na „zapleczu” np. na tzw. zmywaku, w serwisie bankietowym czy housekeepingu – mówi Rafał Krzycki. Wspomniane w badaniu 7 proc. ankietowanych, którzy mają doświadczenie w sektorze HoReCa, to znakomici kandydaci np. na pracowników kuchni, a jeśli znają język polski, mogą pracować np. jako kelnerki czy pracownicy recepcji w hotelach. To posady lepiej płatne, a nawet pozwalające wypracować dodatkową premię czy prowizję za sprzedaż usług. Jestem przekonany, że wszystkie osoby chcące dziś pracować w hotelarstwie czy gastronomii, zostaną natychmiast zatrudnione, a stanowiska będą dopasowane do ich doświadczenia i znajomości języka polskiego czy angielskiego – zaznacza ekspert.

Magda Dąbrowska dodaje, że pracodawcy myślący o zatrudnieniu pań z Ukrainy nie są na straconej pozycji, muszą jednak zaoferować konkurencyjne warunki. Argumentem przemawiającym za zatrudnieniem się w sektorze HoReCa, ale tylko na stanowiskach niewymagających znajomości przynajmniej języka angielskiego, mogą być np. bezpłatne posiłki dla kobiety i jej rodziny, bezpłatny dojazd do pracy czy zapewnienie rodzinnego zakwaterowania, a także elastyczny grafik pozwalający pogodzić opiekę nad dzieckiem i pracę. Obecnie takie benefity oferuje ok. jedna piąta przedsiębiorców z sektora HoReCa.

Kontrakty publiczne są zagrożone – waloryzacja jest konieczna

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że konieczne jest zwiększenie wynagrodzeń wykonawców zamówień publicznych, w sposób równoważący wzrost kosztów realizacji umów wskutek nadzwyczajnej inflacji. W przeciwnym razie wykonawcy bardziej opłaci się zerwać umowę i wejść w spór sądowy z zamawiającym, niż dokładać  przez wiele miesięcy do kontraktu. Na największe ryzyko utraty wykonawców narażone są szpitale czy przedszkola i szkoły. Takie placówki muszą prowadzić działalność w sposób bezpieczny i nieprzerwany a brak dostaw czy usług niezbędnych do ich działania oznacza ich zamknięcie. Dlatego rozwiązania waloryzacyjne są pilnie potrzebne – wprowadzono je już dzięki szybkiej decyzji Ministra Infrastruktury w branży budowlanej – teraz kolej na pozostałe zamówienia publiczne.

Brak szybkiej i skutecznej interwencji nie uchroni finansów publicznych przed poniesieniem dodatkowych kosztów, a jedynie spowoduje większe zakłócenia w realizacji zamówień.

„Nasilająca się presja inflacyjna powoduje, że wykonawcy zamówień publicznych ponoszą znacznie wyższe niż zakładane koszty realizacji zamówień. W wypadku kontraktów wieloletnich oferty były kalkulowane w zupełnie innych warunkach ekonomicznych – często jeszcze przed pandemią COVID-19. Poza utrudnieniami operacyjnymi wynikającymi z pandemii, czy rosyjskiej agresji na Ukrainę, takimi jak brak pracowników, konieczność finansowania dodatkowych środków ochronnych itp. – kluczową przeszkodą dla wykonawców stał się gwałtowny wzrost cen towarów i usług. Sztywne ramy prawne powodują, że wykonawcy zamówień publicznych mają znacznie bardziej ograniczone możliwości renegocjowania umów, w porównaniu do umów rynkowych. Pisane jednostronnie przez zamawiających umowy nie przewidują zazwyczaj postanowień niwelujących wpływ inflacji, przerzucają całość ryzyk na wykonawców – a równocześnie zastrzegają wysokie kary umowne za ich rozwiązanie. Zamawiający nadal wybierają oferty głównie w oparciu o najniższą cenę – co powoduje, że umowy realizują wykonawcy, który zgodzili się realizować je z najniższą marżą. Wykonawcy ci nie mają więc rezerw na pokrycie kosztów nadzwyczajnej inflacji. Prowadzi to do braku możliwości pokrywania kosztów zakupu środków niezbędnych do wykonania zamówienia i płac pracowników, którzy jednocześnie również oczekują waloryzacji swoich wynagrodzeń. W tej sytuacji interwencja państwa wydaje się niezbędna. Całościowe uregulowanie kwestii waloryzacji w odpowiedzi na wzrost inflacji pozwoli uczytelnić i zobiektywizować zmiany umów, zachować ciągłość realizacji dostaw i usług dla zamawiających oraz uniknąć sporów sądowych między wykonawcami a zamawiającymi” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich oraz przewodniczący Rady Zamówień Publicznych.

Waloryzacja oparta o wskaźniki publikowane przez Główny Urząd Statystyczny jest rozwiązaniem niezadawalającym dla części wykonawców, których dotknęły wyższe wzrosty kosztów. Za jej zastosowaniem przemawia jednak jego transparentność i prostota. Pozwala ona na sprawne, w miarę sprawiedliwe i skuteczne przeprowadzenie procesu dla zdecydowanej większości umów. Wyjątkiem są umowy o roboty budowlane, które są objęte odrębną regulacją.

Podsumowanie I kwartału 2022 r. na mieszkaniowym rynku wtórnym

W marcu 2022 r. eksperci GetHome.pl zaobserwowali w większości największych miast wzrost popytu na mieszkania z drugiej ręki. Wzrosły też ich ceny, najbardziej we Wrocławiu i Poznaniu.

Ile pośrednicy w obrocie nieruchomościami wprowadzili ofert sprzedaży mieszkań i ilu było na nie chętnych? Jak zmieniła się oferta używanych lokali oraz ich ceny? Odpowiedzi na pytania dotyczące trendów na mieszkaniowym rynku wtórnym będziemy udzielali w cokwartalnym raporcie portalu GetHome.pl, który stworzył w tym celu narzędzie analityczne BIG DATA.

Analizowanie rynku wtórnego bardzo utrudnia fakt, że oferty mieszkań na sprzedaż są rozproszone w wielu portalach ogłoszeniowych i bazach agencji pośrednictwa w obrocie nieruchomościami – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

I dodaje, że oferty z rynku wtórnego zamieszcza w tym portalu ok. 1,6 tys. agencji pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Co ważne, trafiają do niego oferty unikalne z potwierdzonymi adresami. GetHome.pl odsiewa bowiem duplikaty, które w niektórych portalach ogłoszeniowych stanowią nawet 80% wszystkich ofert.

Średnie ceny ofertowe w górę

Z danych GetHome.pl wynika, że marzec przyniósł w większości analizowanych miast symboliczny, bo niespełna 1% wzrost średniej ceny m kw. w porównaniu z lutym. Tylko w Poznaniu i Wrocławiu podwyżka była dość wyraźna, bo przekroczyła 2%. Natomiast w Katowicach średnia spadła o 1%.

Biorąc pod uwagę okres styczeń-marzec, to najwyższą – 4% – podwyżkę odnotowaliśmy we Wrocławiu. W Poznaniu średnia cena m kw. wzrosła o 3%, w Gdańsku i Poznaniu – o 2%, w Warszawie – o 1%, zaś w Katowicach i Krakowie średnia nie drgnęła.Średnie ceny ofertowe w górę

Gdzie popyt wzrósł najbardziej?

Co ciekawe, mimo drożejących kredytów mieszkaniowych, co skutkowało spadkiem zdolności kredytowej potencjalnych nabywców mieszkań, agencje nie mogły narzekać na brak chętnych. W większości analizowanych miast wzrosła bowiem sprzedaż, np. w stolicy o jedną czwartą w porównaniu z lutym.

Z kolei w Łodzi marcowa sprzedaż na rynku wtórnym była aż o 86% większa od lutowej, w Poznaniu – o 38%, a w Katowicach – o 36%.Gdzie popyt wzrósł najbardziej?

Marek Wielgo zwraca uwagę, że są to miasta, w których średnia cena metra kwadratowego używanych mieszkań jest wyraźnie niższa niż nowych. I prawdopodobnie z tego powodu wzrosło zainteresowanie rynkiem wtórnym.średnia cena ofertowa

Ponadto wiele osób do finalizowania transakcji w marcu mogła skłonić perspektywa mniejszego budżetu na zakup mieszkania. Od 1 kwietnia banki zostały zobowiązane do przyjęcia najnowszej rekomendacji KNF, która nakazuje wdrożenie bufora służącego do obliczania maksymalnie dostępnej kwoty kredytu: 5 pkt proc. ponad obecny WIBOR. Firma brokerska Notus Finanse obliczyła, że w zależności od banku zdolność kredytowa dla singla obniżyła się od 6% do 38%, zaś dla rodziny 2+1 – od 14% do nawet 42%.

Spada metraż kupowanych mieszkań

Dla wielu nabywców mieszkań oznaczało to obniżenie aspiracji metrażowych. W marcu spadek średniej powierzchni kupowanych mieszkań zaobserwowaliśmy w większości miast. Wyjątkiem był Poznań. Przy czym często wiąże się to z rezygnacją z dodatkowego pokoju. W marcu w porównaniu ze styczniem jedynie we Wrocławiu wzrósł udział mieszkań trzypokojowych w sprzedaży. W pozostałych miastach kupujący częściej zadawalali się dwoma pokojami.Spada metraż kupowanych mieszkań

Więcej mieszkań na rynku

Wygląda na to, że sprzedający mieszkania doszli do wniosku, że ze względu na drożejące kredyty oraz zaostrzenie zasad ich udzielania przez banki, ceny mieszkań osiągnęły szczyt. Odkładanie decyzji o sprzedaży może skutkować koniecznością weryfikacji oczekiwań cenowych – komentuje Marek Wielgo.

Może o tym świadczyć wzrost podaży mieszkań w Poznaniu, Gdańsku i Warszawie. W stolicy pośrednicy wprowadzili na rynek przeszło 1,8 tys. mieszkań, czyli przeszło dwukrotnie więcej niż miesiąc wcześniej.Więcej mieszkań na rynku

W efekcie niemal we wszystkich analizowanych przez nas miastach (wyjątkiem jest Poznań) wzrosła liczba mieszkań w ofercie, co jest dobrą wiadomością dla potencjalnych nabywców. Więcej mieszkań na rynku

Ekspert GetHome.pl ocenia, że w niektórych miastach rynek wtórny zyska wkrótce na atrakcyjności. Już na przełamie maja i czerwca w ofercie banków pojawi się bowiem kredyt z gwarantowanym przez państwo wkładem własnym.

Mieszkań będą wtedy szukać także ci, którzy nie mają oszczędności. W Katowicach i Łodzi deweloperom trudno się będzie nagiąć do ustawowego limitu ceny metra kwadratowego. Np. w Łodzi kryterium cenowe programu „Mieszkanie bez wkładu” (6354 zł za m kw.) spełniało w marcu zaledwie 2% mieszkań będących w ofercie firm deweloperskich. Natomiast na rynku wtórnym udział takich mieszkań w ofercie (z ceną poniżej 5865 zł za m kw.) wynosił 16%. Jeszcze wyższy odsetek używanych mieszkań do kupienia bez wkładu własnego jest w Katowicach i Poznaniu.Więcej mieszkań na rynku

Problem w tym, że do czasu pojawienia się takiego kredytu (ustawa o gwarantowanym kredycie mieszkaniowym wejdzie w życie 27 maja 2022 r.) oferta tak tanich mieszkań może się wykruszyć. Z danych  GetHome.pl wynika, że w I kw. w większości analizowanych miast skurczył się udział mieszkań z ceną poniżej 7 tys. zł za m kw.Spada metraż kupowanych mieszkań,

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Polki, kupując akcesoria dla dzieci, głównie kierują się ceną. Na znaczeniu zyskuje jakość i funkcjonalność


Jedna trzecia
matek kupuje akcesoria dla swoich dzieci 3-4 razy w roku. Ponad jedna piąta robi to częściej, co szczególnie widać wśród kobiet mających miesięczne dochody rzędu co najmniej 5 tys. zł na rękę. Blisko 60% ankietowanych jednorazowo wydaje na tego typu zakupy do 300 zł, a niespełna 20% powyżej 400 zł. Z kolei kobiety uzyskujące co miesiąc minimum 5 tys. zł netto każdorazowo płacą ok. 400-500 zł. Do tego widać, że Polki mocno dzielą się na klientki sklepów stacjonarnych i internetowych. Pomimo tego posiadany budżet i cena najczęściej decydują o wyborze towaru. Wyjątkiem są najlepiej sytuowane respondentki, które stawiają głównie na jakość i estetykę.

Częstotliwość zakupów

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez UCE RESEARCH dla operatora sklepu internetowego Hlonda6 wśród ponad tysiąca Polek, które mają dzieci w wieku 0-12 lat i osobiście kupują dla nich akcesoria, najwięcej matek nabywa takie produkty 3-4 razy w roku – 32,8%. Chodzi o art. łazienkowe, gadżety do zabawy, gry i pomoce naukowe, przedmioty służące do edukacji, snu, spożywania posiłków i porządkowania, a ponadto grzechotki, kocyki, pozytywki, rzutniki bajek, zawieszki, etui itp. Z badania wyłączono odzież, meble oraz sprzęt sportowy.

– Moim zdaniem, matki dużo częściej kupują tego typu produkty, dlatego że dzieci bardzo szybko się rozwijają i potrzebne są nowe rozwiązania ułatwiające opiekę nad nimi. Artykuły, takie jak pomoce naukowe, wspierają edukację najmłodszych w domu, a każdemu z rodziców zależy na tym, aby ich pociechy zdobywały nowe umiejętności – komentuje Magdalena Kordaszewska, ekspert ds. zabawek i akcesoriów dla dzieci, Redaktor Naczelna serwisu Zabawkowicz.pl.

Robienie takich zakupów częściej niż 4 razy w ciągu roku deklaruje 21,2% badanych. W zależności od bieżących potrzeb realizuje je 14,6% ankietowanych. 2-3 razy w okresie 12 miesięcy kupuje ww. produkty 11,4% respondentek, a raz w roku – 4,6%. Okazyjnie nabywa je 3,1% kobiet. Inną częstotliwość, niż podali autorzy badania, wskazuje 6,1%. Z kolei 6,2% matek nie potrafi tego określić.

– Ponad połowa badanych kupuje akcesoria dla dzieci kilka razy w roku. Zakupy robione z taką częstotliwością muszą być mocno przemyślane i ukierunkowane na konkretne zadania, np. ułatwianie zasypiania. Tylko niespełna 15% ankietowanych nabywa art. dziecięce w zależności od bieżących potrzeb – mówi Leszek Kobyliński, współautor badania ze sklepu internetowego Hlonda6.

Respondentki, które mają większe możliwości finansowe, czyli uzyskują miesięcznie co najmniej 5 tys. zł netto, stanowią 40,8% uczestniczek badania. Te klientki przeważanie kupują akcesoria dla dzieci ponad 4 razy w roku. Głównie zamieszkują miasta liczące 200-499 tys. ludności.

– To dobra wiadomość, że matki dysponujące większymi środkami kupują produkty dla dzieci możliwie jak najczęściej i otwarcie to przyznają. Potwierdza to też nasza wieloletnia praktyka w tej branży. Obserwujemy również, że kobiety, które lepiej zarabiają, częściej interesują się wszelkiego rodzaju nowościami, szczególnie służącymi jako szeroko pojęte pomoce naukowe – dodaje Leszek Kobyliński.

Jednorazowy koszt

Ponadto z badania wynika, że 21,2% matek jednorazowo wydaje średnio 100-200 zł. 18,3% ankietowanych wskazuje górną granicę 100 zł. Z kolei 17,4% badanych podaje 200-300 zł, 14,1% – 300-400 zł, 9,4% – 400-500 zł, a 10,4% – powyżej 500 zł. Natomiast 9,2% nie umie tego określić. Według Magdaleny Kordaszewskiej, przy założeniu, że akcesoria są kupowane średnio 3 razy w roku, zakupy mogą się okazać duże, ponieważ rosnące potrzeby dziecka skłaniają rodziców do poszukiwania nowych produktów.

– Blisko 60% badanych jednorazowo wydaje do 300 zł. Natomiast prawie 20% uczestniczek sondażu deklaruje kwotę od 400 zł wzwyż. Wynik ten, jak na jednorazowe zakupy, należy uznać za dość dobry. Świadczyć to może też o tym, że konsumentki częściej zwracają uwagę na towary z wyższej półki, a także – na jakość i estetykę – uważa ekspert ze sklepu internetowego Hlonda6.

Matki mające dochody na poziomie co najmniej 5 tys. zł netto zwykle wydają jednorazowo 400-500 zł. Najrzadziej podają przedział 100-200 zł. Z kolei wydatki przekraczające 500 zł najczęściej wskazują kobiety, które uzyskują miesięcznie min. 9 tys. zł na rękę. Powyższe deklaracje głównie dot. mieszkanek największych miast, tj. liczących powyżej 500 tys. ludności.

– Im więcej pieniędzy mają do dyspozycji matki, tym chętniej wydają je na produkty dla swoich pociech. Rynek akcesoriów dziecięcych daje szerokie możliwości wsparcia rozwoju maluchów i ułatwia opiekę nad nimi. Coraz większe znaczenie odgrywają w tym nowoczesne pomysły i rozwiązania, które pomagają dzieciom samodzielnie wykonywać różne czynności i rozwijać talenty. Przedmioty codziennego użytku dla najmłodszych coraz częściej mają wbudowaną skomplikowaną elektronikę i są wykonywane z dobrych gatunkowo materiałów. Jeśli zdecydujemy się na ich wybór, musimy liczyć się także z wyższymi kosztami – stwierdza Magdalena Kordaszewska.

Kanały sprzedaży

Akcesoria są kupowane głównie w sklepach stacjonarnych – 37,7%. Wyłącznie przez Internet nabywa je 32,5% uczestniczek badania. Oba kanały wybiera naprzemiennie 11,3% kobiet. Natomiast metodę oglądania produktów w placówkach i kupowania ich online praktykuje 17,2%. Z kolei 1,3% nie pamięta, gdzie przeważnie robi takie zakupy. Jak zauważa Leszek Kobyliński, Polki są mocno podzielone na klientki offline i online. To pokazuje, jak mocno pandemia uderzyła w tradycyjny handel, który wcześniej miał dużo większą przewagę. Obecnie blisko co szósta badana traktuje placówkę jak wystawę, a później robi zakupy w sieci. Do tego ekspert dodaje, że mimo takiego wyniku, na rynku widać mocną tendencję powrotu do placówek stacjonarnych.

– Wielu sprzedawców dostrzega rosnący trend zakupów hybrydowych. Rodzice przychodzą do sklepu, by obejrzeć produkty i wypróbować je. Następnie kupują identyczne art. w sieci, gdzie są one tańsze. Stacjonarne sklepy stają się showroomami. Zakupy internetowe są preferowane ze względu na wygodę dokonania ich w dowolnym miejscu i czasie, różne metody płatności, możliwość zwrotu, a przede wszystkim – łatwość porównania cen – podkreśla Urszula Kaszubowska, Redaktor Naczelna „Branży Dziecięcej”, partnera medialnego Polskiego Stowarzyszenia Branży Zabawek i Artykułów Dziecięcych.

Kobiety, które co miesiąc uzyskują min. 5 tys. zł netto, przeważnie kupują art. dla dzieci stacjonarnie. W tej grupie tak deklarują głównie mieszkanki miast liczących 200-499 tys. ludności. Na drugim miejscu wskazywane jest rozwiązanie hybrydowe, przede wszystkim przez osoby zamieszkujące miasta mające 100-199 tys. mieszkańców.

– Co ciekawe, osoby, których dochody wynoszą ponad 9 tys. zł netto miesięcznie, najczęściej robią takie zakupy przez Internet. Te klientki przeważanie żyją w miastach liczących 400-499 tys. mieszkańców. I najrzadziej oglądają towary w sklepach, a później zamawiają je w sieci – dodaje Kobyliński.

Czynniki decyzyjne

Polki wskazały też, czym kierują się podczas zakupów dla dzieci. O wyborze konkretnego art. najczęściej decyduje posiadany budżet – 23,4%, a także cena 23,1%. Na trzeciej pozycji jest jakość – 19,2%. Mniejsze znaczenie ma funkcjonalność – 14,1%, a także estetyka – 9,3%. Klientki rzadko sugerują się opiniami kupujących czy sprzedawców – odpowiednio 2,2% i 1,5%. Inne niż ww. kwestie bierze pod uwagę 1,3% badanych. Natomiast 5,9% kobiet nie potrafi wskazać najważniejszego czynnika.

– Głównym kryterium jest pieniądz. I to jest oczywiste, zwłaszcza w dobie rosnącej inflacji. Dobrą informacją jest to, że co piąta matka patrzy na jakość. Od kilku lat widać, że klientkom coraz bardziej na niej zależy. Wolą kupić mniej produktów, ale za to lepszych jakościowo. To samo dotyczy funkcjonalności i estetyki. Opinie sprzedawców lub innych kupujących tracą na znaczeniu, bo zakupy są robione z góry określonym planem – przekonuje ekspert ze sklepu internetowego Hlonda6.

Konsumentki uzyskujące powyżej 5 tys. zł miesięcznie na rękę w pierwszej kolejności stawiają jednocześnie na jakość i estetykę. Potem kierują się funkcjonalnością. Tak twierdzą przeważnie osoby z miast liczących od 400 tys. mieszkańców wzwyż. Natomiast Polki otrzymujące co miesiąc wynagrodzenie ponad 9 tys. zł na rękę na trzecim i czwartym miejscu wymieniają opinie sprzedawcy i kupujących. Najrzadziej przejmują się też ceną i posiadanym budżetem.

Ponad 1/3 przedsiębiorców gotowa robić interesy z dłużnikami

Co 5. firma nie sprawdza wiarygodności finansowej kontrahentów przed realizacją umowy bądź zlecenia. Te, które to robią, najczęściej ograniczają weryfikację tylko do nowych klientów – wskazuje tak 43 proc. przedsiębiorstw. Najczęściej sprawdzają ich zadłużenie w biurach informacji gospodarczej, np. w KRD. Aż 36 proc. byłoby gotowych nawiązać współpracę z partnerem biznesowym wiedząc, że jest on dłużnikiem – wynika z badania „Audyt windykacyjny” Kaczmarski Inkasso.

Zadłużenie firm, widniejące w Krajowym Rejestrze Długów, spadło pod koniec ub.r., co wynikało z odbudowującej się koniunktury. Teraz jednak znowu rośnie. Pogorszenie się warunków gospodarczych, rosnąca inflacja, oprocentowanie kredytów, koszty energii i paliwa zaczynają się odbijać na płynności finansowej przedsiębiorstw. Od lutego 2022 r. zadłużenie pnie się w górę i na koniec marca wynosiło 9,07 mld zł. Zaczyna też rosnąć liczba dłużników notowanych w KRD –  jest ich już 272 669.

W 2021 r. firmy pobrały z KRD 37,5 mln raportów o kondycji finansowej kontrahentów i konsumentów i  z roku na rok ta liczba jest coraz wyższa. Jednak ich zdecydowana większość jest pobierana przez wielkie korporacje i dotyczy głównie klientów indywidualnych. Raporty pobierane przez sektor MŚP o przedsiębiorcach to zaledwie 8-10 proc. całości. Sprawdzanie kondycji finansowej nowych partnerów biznesowych i konsumentów pozwala nie tylko chronić interes firmy, ale też zapobiegać wyłudzeniom w gospodarce.

Tylko nowi klienci pod lupą

71 proc. ankietowanych przez Kaczmarski Inkasso przedsiębiorców deklaruje, że weryfikuje wiarygodność finansową swoich kontrahentów przed realizacją umowy. To tylko pozornie dobra wiadomość, bo z tego grona zaledwie 40 proc. bada sytuację finansową wszystkich partnerów biznesowych. Natomiast 41 proc. – tych, o których nie ma żadnych informacji. Swoich kontrahentów weryfikują głównie firmy duże, ulokowane w województwie mazowieckim oraz działające w branży produkcyjnej. 1/3 firm kontroluje sytuację finansową partnerów tylko przy wysokiej wartości zlecenia.

– Opóźnione płatności lub ich brak są bolączką prawie dwóch trzecich firm z sektora MŚP. Z naszego doświadczenia w obsłudze wierzytelności wynika, że stali i dobrze znani klienci też nie płacą i nie jest to rzadkie zjawisko. Natomiast ograniczanie weryfikacji kontrahenta tylko do dużych transakcji też może się skończyć potężnymi kłopotami. Kilkanaście takich niezapłaconych faktur na niskie kwoty daje łącznie znaczną sumę, a jej brak na koncie staje się dla firmy mocno odczuwalny – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Dlatego weryfikacja kontrahentów powinna być naturalną czynnością przedsiębiorców. Ponoszą oni odpowiedzialność za stabilność finansową swoich firm i zatrudnionych pracowników, więc warto, aby sprawdzali, czy podmiot, któremu sprzedają towar lub świadczą usługi nie jest dłużnikiem. Dmuchając na zimne, są w stanie ochronić swoją firmę przed kontraktem czy umową, za którą zleceniobiorca nie zapłaci.

Firmy, które weryfikują wypłacalność partnerów przed rozpoczęciem współpracy, najczęściej (47 proc. wskazań) robią to poprzez sprawdzenie ich w biurach informacji gospodarczej, m.in. w KRD.  Popularne jest też analizowanie danych finansowych publikowanych w Krajowym Rejestrze Sądowym (blisko 44 proc.), czytanie informacji w Internecie – na forach i giełdzie wierzytelności – ponad 1/3 odpowiedzi. Przedsiębiorcy proszą także klientów o dostarczenie zaświadczeń o niezaleganiu w ZUS i z podatkami. Inne, mniej popularne metody, to poszukiwanie informacji w izbach gospodarczych, rozpoznanie prowadzone wśród klientów potencjalnego partnera biznesowego (26 proc.) i raport z wywiadowni gospodarczej (18 proc.).

– KRS dostarcza sprawozdania za poprzedni rok, ale nie daje wglądu w bieżącą sytuację finansową. Z kolei w przypadku forów internetowych nie ma pewności, czy są to prawdziwe opinie. Warto więc korzystać z bardziej wiarygodnych źródeł, bo daje to aktualny i kompleksowy obraz kontrahenta – zauważa Jakub Kostecki.

Sprzedają dłużnikom za wszelką cenę

Mając wiedzę o sytuacji finansowej partnera łatwiej podjąć decyzję, czy nawiązać z nim współpracę. Według badania „Audyt windykacyjny” 64 proc. przedsiębiorców nie porwałoby się na kooperację wiedząc, że firma jest dłużnikiem, z czego „zdecydowanie nie” odpowiedziało tylko 13 proc.

Jednak aż 36 procent badanych firm stwierdziło, że nawiązałoby relacje handlowe z dłużnikiem. Co więcej, w tej grupie odsetek przedsiębiorstw, które powiedziały „zdecydowanie tak” wyniósł 13 procent.

Te firmy, które są gotowe przeprowadzić transakcje z dłużnikiem, wskazują, że wymagałyby zabezpieczeń od takiego klienta. 46 proc. zażądałoby pełnej płatności za towar lub usługę przed realizacją zamówienia. 43 proc. wzięłoby zaliczkę, a 39 proc. zastosowałoby specjalne zapisy w umowie. 2 proc. nie oczekiwałoby żadnych zabezpieczeń.

– Ci, którzy zabezpieczają się pełną płatnością przed sfinalizowaniem transakcji, niczym nie ryzykują. Ale pozostali już tak. Przyjęcie samej zaliczki może oznaczać, że firma sprzeda towar, a zostanie tylko z niewielką kwotą od kontrahenta. Podobnie jest z zapisami w umowie. Łatwo sformułować w niej obostrzenia na wypadek niepłacenia przez klienta, ale trudniej je wyegzekwować – ocenia Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Patrząc przez pryzmat obiegu pieniądza w gospodarce, weryfikowanie kontrahentów jest niezwykle ważne. Jeśli firma już zalega z regulowaniem zobowiązań, prawdopodobieństwo, że nie zapłaci nowemu kontrahentowi, jest bardzo duże. Informacje uzyskane przed podpisaniem umowy umożliwiają stworzenie pełniejszego obrazu partnera, pomagają w podjęciu decyzji o nawiązaniu współpracy oraz ustaleniu jej warunków, takich jak terminy płatności czy formy zapłaty. Prawidłowa ocena wiarygodności płatniczej pozwala także zmniejszyć koszty windykacji.

Badanie „Audyt windykacyjny” zostało przeprowadzone przez TGM Research na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso w styczniu 2022 r. metodą CAWI na 422 firmach, tj. podmiotach gospodarczych wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności.

Stefan Krüger partnerem inwestycyjnym w MCI Capital

Nowym partnerem inwestycyjnym w MCI Capital został dr Stefan Krüger. Będzie odpowiadał głównie za projekty e-commerce i marketplace oraz rozwój firmy na wybranych rynkach zagranicznych.

Wcześniej Stefan Krüger był szefem warszawskiego biura Morgan Stanley, gdzie nadzorował działalność oddziału i był odpowiedzialny za bankowość inwestycyjną. Przez 11 lat pracy w Morgan Stanley zrealizował wiele transakcji M&A oraz na rynkach kapitałowych w naszym kraju, Europie Środkowo-Wschodniej, Niemczech i Turcji. Do najważniejszych należą: IPO Allegro i Avast, sprzedaż Allegro, Porsche AG, Polskie ePłatności, Pekao SA oraz przejęcie Slovak Telekom.

– Przejście Stefana Krügera to kolejny międzynarodowy transfer MCI Capital w tym roku. Jego doświadczenie przyczyni się do wzmocnienia naszej pozycji na rynku e-commerce i marketplace oraz da impuls do rozwoju projektów inwestycyjnych w Niemczech, krajach nadbałtyckich oraz Skandynawii – mówi Tomasz Czechowicz, partner zarządzający MCI Capital. Stefan Krüger będzie także odpowiadał za nadzór nad spółkami portfelowymi: Morele, Pigu oraz Answear.

– Z podziwem obserwuję rozwój funduszu i prowadzone przez tę firmę inwestycje. Cieszę się, że swoim doświadczeniem będę mógł przyczynić się do tworzenia wartości dla inwestorów MCI, rozwoju spółek portfelowych, a także wspierania trendów cyfryzacji – mówi Stefan Krüger.

Nowy partner inwestycyjny MCI pochodzi z Niemiec. Ukończył Uniwersytet w Mannheim oraz ma doktorat (kwestie ESG) uzyskany w warszawskiej SGH.

Zarząd Develii rekomenduje dywidendę w wysokości 201,4 mln zł

Zarząd Develii rekomenduje wypłatę dywidendy za 2021 r. w wysokości 117,6 mln zł. Pozostała część zysku netto za ubiegły rok w kwocie 40,3 mln zł zostałaby przeznaczona na kapitał zapasowy. Rekomendacja przewiduje też wypłatę akcjonariuszom 83,8 mln zł z kapitału rezerwowego utworzonego z zysku z 2019 r. z przeznaczeniem na wypłaty dywidend i zaliczek na poczet dywidend. Łącznie proponowana wypłata wyniesie 0,45 zł na akcję.

Proponowany przez zarząd dzień ustalenia prawa do dywidendy to 24 maja 2022 r. Wypłata miałaby nastąpić 31 maja br.

– Rekomendowany przez nas podział zysku za 2021 r. jest zgodny z polityką dywidendy, która przewiduje wypłaty do 75 proc. zysku. Jednocześnie zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami chcielibyśmy dzielić się z inwestorami częścią wpływów ze sprzedaży aktywów komercyjnych. Niedawna sprzedaż Sky Tower daje nam taką możliwość. Kierując się naszym celem, by rosnąć w segmencie mieszkaniowym szybciej niż rynek, pozostałą część zysku chcielibyśmy pozostawić w spółce i przeznaczyć na inwestycje mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

Ostateczną decyzję o podziale zysku netto za 2021 r. i wysokości dywidendy podejmie zwyczajne walne zgromadzenie Develii.

W 2021 r. Develia wypłaciła 76,1 mln zł dywidendy z zysku za 2020 r., czyli 0,17 zł na akcję.

USD/PLN ciągle wysoko, nie pomagają gołębi EBC i rosnące rentowności w USA

Złoty w parze z euro odrobił większość strat związanych z inwazją Rosji na Ukrainę. Niekorzystne otoczenie zewnętrzne sprawia jednak, że kurs USD/PLN nadal oscyluje wokół wysokiego poziomu 4,30.

Patrząc globalnie, w ostatnim czasie uwaga na rynkach finansowych koncentrowała się m.in. na amerykańskim rynku papierów skarbowych. Fed jest skupiony na odzyskaniu kontroli nad inflacją i sygnalizuje, że nastąpi jeden z najszybszych procesów zacieśniania polityki monetarnej w historii. Amerykańskie papiery dłużne doświadczają w związku z tym szerokiej wyprzedaży, a rentowność benchmarkowych 10-letnich papierów skarbowych wzrosła o kolejne 13 pb. do 2,83%.

Niejasne i niezobowiązujące komunikaty Europejskiego Banku Centralnego po kwietniowym posiedzeniu nie przyniosły wielu nowych informacji, a różnica w nastawieniu dwóch głównych banków centralnych ciąży kursowi EUR/USD. Waluty Ameryki Łacińskiej i funt brytyjski oparły się jednak sile dolara i w zeszłym tygodniu umocniły się względem amerykańskiej waluty. Ceny surowców wciąż rosną, a rynki akcji radzą sobie wyjątkowo dobrze, biorąc pod uwagę gwałtowne wzrosty rynkowych stóp, które zwykle są niekorzystne dla akcji.

W tym tygodniu poznamy niewiele istotnych dla rynku danych ze świata. Najważniejsze będą kluczowe wskaźniki PMI opisujące aktywność biznesową w kluczowych gospodarkach, które zostaną opublikowane w piątek. Niemniej będziemy w tym tygodniu uważnie przysłuchiwać się przemówieniom bankierów z najważniejszych światowych banków centralnych podczas panelu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), w tym wystąpieniu prezesa Fed Jerome’a Powella w czwartek 21.04.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie z kursem EUR/PLN w okolicy 4,64, gdzie znajduje się również obecnie. Niedawno notowaliśmy pewną poprawę sentymentu związaną z sytuacją w Ukrainie, wydaje się jednak, że cały czas rzuca ona negatywne światło na waluty regionu, w tym szczególnie złotego. Nie można wykluczyć, że ofensywa w Donbasie w krótkim terminie ograniczy potencjał złotego do umocnienia. Oprócz tego w nadchodzących dniach warto obserwować sytuację w zakresie wyborów prezydenckich we Francji, która może wpływać na sentyment do Europy, oraz informacje z Chin. Dochodzą stamtąd dość niepokojące wieści w zakresie COVID-19 i związanych z nim obostrzeń, ograniczających aktywność gospodarczą i mogących ponownie prowadzić do zaburzeń w łańcuchach dostaw.

W tym tygodniu poznamy też wiele wieści z Polski, w tym szczególnie skupimy się na informacjach z rynku pracy (czwartek 21.04) – konsensus zakłada, że płace w marcu nadal rosły w dwucyfrowym tempie, aczkolwiek tym razem wolniej niż ceny. Tego samego dnia opublikowane zostaną też istotne dane o sprzedaży detalicznej, a w piątek – o produkcji przemysłowej. Dadzą one wgląd w to, jak gospodarka radziła sobie pod koniec I kwartału, w okresie obejmującym wojenny szok.

EUR

Podczas kwietniowego posiedzenia w zeszłym tygodniu EBC stracił szansę, by przekonać rynki, że poważnie podchodzi do inflacji. Komunikaty były w większości powtórzeniem słów z poprzedniego zebrania, mimo że od tamtego czasu wszystkie wskaźniki inflacyjne uległy pogorszeniu. Wydaje się jednak, że w Radzie Prezesów powstał poważny rozłam, i jak nieoficjalnie zdradziły mediom źródła zbliżone do EBC, podwyżka stóp w lipcu cały czas jest możliwa.

Poza wskaźnikami PMI istotna będzie druga tura wyborów prezydenckich we Francji odbywająca się w ten weekend. Spodziewamy się, że zgodnie z przewidywaniami wszystkich sondaży wygra Emmanuel Macron, ale uważamy również, że jest to w dużej mierze zawarte w cenach i będzie mieć niewielki wpływ na euro.

USD

Ulga na rynku instrumentów o stałym dochodzie spowodowana nieco słabszym od oczekiwań raportem inflacyjnym była krótkotrwała. W ciągu dwóch kolejnych dni silne dane o sprzedaży detalicznej i wyższa od oczekiwań inflacja cen producentów uświadomiły rynkom, że epizod inflacyjny wciąż trwa, a przed Fedem długa droga, by poskromić inflację. Rynkowe stopy procentowe w USA nadal rosną, co wspiera dolara względem walut europejskich, ale już nie tak mocno względem surowcowych.

W tym tygodniu poza przemówieniami oficjeli Rezerwy Federalnej istotne będą rządowe aukcje amerykańskich obligacji skarbowych. Szczególnie spora będzie środowa sprzedaż 20-letnich obligacji o wartości 16 mld dolarów. Aukcje w zeszłym tygodniu nie były udane i w obliczu braku zakupów obligacji przez Fed USA mogą być zmuszone do coraz większych ustępstw, by zabezpieczyć swoje ogromne potrzeby pożyczkowe.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Skanowanie dokumentacji: co musisz wiedzieć

Dzięki procesowi skanowania, archiwizacja dokumentów może być łatwiejsza i bardziej efektywna. Daje to przedsiębiorstwu szereg korzyści, w tym na przykład większą wydajność czy umożliwienie maksymalnego wykorzystania przestrzeni biurowej. Pozwala ponadto skuteczniej i szybciej wyszukiwać potrzebne informacje, co w oczywisty sposób pozytywnie wpływa na codzienne funkcjonowanie firmy.

Jednak w pewnych sytuacjach proces skanowania może ulec komplikacji. Niekiedy dochodzi do takiego nagromadzenia dokumentacji, że liczy dosłownie tysiące egzemplarzy. Jest to dość duże wyzwanie, ponieważ chodzi tu nie tylko o odpowiednie zorganizowanie i przeprowadzenie skanowania, lecz o kwestie związane z bezpieczeństwem.skanowanie dokumentów

Zadbaj o porządek

Proces archiwizacji dokumentów można uznać za przeprowadzony skutecznie wtedy, gdy po jego zakończeniu pracownicy i zarządzający firmą mogą znaleźć wszelkie informacje sprawnie, szybko i z zachowaniem standardów bezpieczeństwa. W przeciwnym wypadku może dojść do marnowania czasu na bezowocne poszukiwania dokumentów, a przecież nie o to w tym chodzi.

Co istotne, konsekwencje chaotycznej archiwizacji mogą być bardziej poważne niż obniżona wydajność firmy. Chodzi mianowicie o sytuację, w której przedsiębiorstwo uczestniczy w sporze sądowym. Problem z odzyskaniem czy dostępem do konkretnych informacji i dokumentów może skutkować sporymi, nadprogramowymi kosztami.

A może outsourcing?

Z uwagi na opisane wyżej kwestie, warto zastanowić się nad outsourcingiem. W zdecydowanej większości przypadków jest to o wiele bardziej opłacalne, zwłaszcza jeśli chodzi o duże przedsiębiorstwo. Wynika to z następujących czynników:

  • kosztowny sprzęt i nowoczesne rozwiązania IT: aby przeprowadzać digitalizację dokumentów efektywnie i bezpiecznie, niezbędne są specjalistyczne narzędzia oraz kosztowne oprogramowanie; w przypadku współpracy z firmą zewnętrzną nie musisz ponosić tych wydatków (do których zalicza się również konserwacja i aktualizacja);
  • konieczność zatrudnienia lub wyszkolenia pracowników: skanowanie, przechowywanie oraz inne czynności związane z digitalizacją dokumentów wymagają określonych umiejętności i wiedzy, a doświadczona firma zewnętrzna dysponuje profesjonalnymi zasobami kadrowymi.

Bezpieczne przechowywanie dokumentów

Kolejnym ważnym argumentem przemawiającym za tym, aby kwestie związane z archiwizacją dokumentów powierzyć zewnętrznej firmie, są względy bezpieczeństwa związane z ich przechowywaniem.

W pierwszym odruchu można ulec pokusie przechowywania dokumentów w siedzibie firmy. Jednak zdecydowanie nie jest to pomysł godny polecenia, ponieważ mało które przedsiębiorstwo będzie w stanie spełnić wysokie normy bezpieczeństwa w przypadku bardzo dużych ilości danych. Outsourcing rozwiąże dwa problemy jednocześnie: zagwarantuje bezpieczeństwo informacji i pozwoli zaoszczędzić przestrzeń biurową.

Doświadczone i profesjonalne firmy z branży korzystają z nowoczesnych, autorskich rozwiązań informatycznych. Dobrym przykładem jest Pika, w ofercie której znajduje się również usługa Cyfrowego Archiwum, umożliwiające dostęp za pośrednictwem aplikacji online, oczywiście  z zachowaniem rygorystycznych procedur.

Podsumowanie

Jak więc widzisz, rozwiązanie nasuwa się samo: gdy w grę wchodzą bardzo duże ilości dokumentów, idealnie sprawdzi się współpraca z firmą zewnętrzną. Oszczędność czasu, pieniędzy oraz gwarancja bezpieczeństwa to bez wątpienia bardzo duże korzyści dla przedsiębiorstwa.

Poniedziałek Wielkanocny a rynki

Niestety nie wszystkie polskie święta to dni wolne od pracy także na świecie. Poniedziałek Wielkanocny nie jest tak mało popularny jak święto Trzech Króli, ale to nadal dzień, kiedy światowe rynki działają a w Polsce mamy wolne.

Dzień wolny w Polsce, ale nie na rynku

Poniedziałek Wielkanocny był dniem wolnym w Polsce i wielu innych krajach. Wiele istotnych rynków jednak tego dnia działało. Z tego też powodu mieliśmy wczoraj notowania rynku forex. Przy mniejszej liczbie uczestników jest to zawsze ryzykowny moment. Polska waluta jednak wyraźnie była w cenie tego dnia. W szczytowym momencie uzyskano niemal najniższe poziomy euro względem złotego od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Niemal, gdyż tuż przed publikacją danych o stopach procentowych pojawiło się niższe wybicie. Dzisiaj widzimy delikatne odbicie. Jest ono zdaniem części komentatorów połączone z wydarzeniami na Ukrainie. Rosjanie rozpocząć mieli w nocy szturm na Donbas. Zdaniem analityków może to być ostatnia istotna operacja tej wojny. Zajęcie tych regionów jest podobno planem minimum dla Rosjan, by usiąść do rozmów. Trudno jednak sobie w dzisiejszych okolicznościach wyobrażać, że utrzymają oni je w wyniku negocjacji pokojowych.

Pakiet danych z Chin

W poniedziałek poznaliśmy również pakiet danych z Państwa Środka. PKB w ujęciu rocznym rośnie wolno jak na ten kraj, bo zaledwie 4,8%. Z drugiej strony oczekiwania mówiły o zaledwie 4,4%. Lepiej od oczekiwań wypadła także produkcja przemysłowa. Słabiej z kolei wygląda sprzedaż detaliczna, która spada w ujęciu rocznym. Dzieje się to pomimo przyspieszenia inwestycji w aglomeracjach miejskich. Jak widać, kraj ten w dalszym ciągu ma sporo problemów. Szczególnie istotny jest ten z przenoszeniem akcentów na konsumpcję wewnętrzną. Chiny mocno chciały się swego czasu uniezależnić od eksportu na rzecz własnego rynku. Jednak projekt ten, delikatnie mówiąc, nie jest sukcesem.

Lepsze dane zza oceanu

W piątek poznaliśmy pakiet danych z USA. Indeks NY Empire State niespodziewanie wyskoczył do 24,6 pkt, pomimo że oczekiwano symbolicznego 0,5 pkt na plusie. Dobra wypadły też dane o produkcji przemysłowej. Rośnie ona w ujęciu miesięcznym o 0,9%, to o 0,5% więcej niż sądziły rynki. Siłą rzeczy wykorzystanie mocy produkcyjnych również poszło w górę powyżej oczekiwań. Dzieje się tak niemal zawsze przy wzrostach produkcji przemysłowej. Z jednej strony nie są to najważniejsze dane dla rynku walutowego. Z drugiej, są one wyraźnie lepsze od oczekiwań. Trafiły też na ważny moment dla dolara, gdzie testowana są kolejne ważne minima na parze EURUSD. Dane te pozwoliły kolejny raz atakować najniższy poziom od pierwszej połowy 2020 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – inflacja bazowa,
14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Polski Ład. W I kw. zainteresowanie ubezpieczeniami dla księgowych wzrosło o aż 60%

  • Po ponad trzech miesiącach od wejścia w życie Polskiego Ładu, liczba nieścisłości w przepisach podatkowych ciągle jest ogromna.
  • Ryzyko popełnienia błędu w rozliczeniach podatkowych jest duże, a konsekwencje i odpowiedzialność karno-skarbowa mogą ciążyć na księgowych i biurach rachunkowych nawet kilka lat.
  • Szacuje się, że pierwsze kontrole podatkowe zaczną się po 4-5 miesiącach od wdrożenia zmian. Najprawdopodobniej zatem czerwiec i lipiec będą czasem wzmożonej pracy dla osób z branży podatkowo-rachunkowej.
  • Księgowi szukają zabezpieczenia przed skutkami ewentualnych niedopatrzeń – wg multiagencji CUK Ubezpieczenia zainteresowanie ubezpieczeniami ochrony prawno-skarbowej wzrosło w I kwartale tego roku o aż 60 proc.

Wdrażanie przepisów Polskiego Ładu od wielu miesięcy pozostaje przedmiotem szerokiej debaty społecznej. O budzących wiele wątpliwości zmianach od początku alarmowali eksperci. Po niecałych czterech miesiącach od wprowadzenia największej w ostatnich latach reformy podatkowej zaplanowano wprowadzenie kolejnych zmian. Nowelizacja ma na celu uproszczenie systemu i wprowadzenie ograniczonych zmian na korzyść przedsiębiorców. Księgowi zauważają jednak, że nowe propozycje rządowe nie rozwiązują wszystkich problemów i wątpliwości zgłaszanych odnośnie pierwszej wersji Polskiego Ładu, a w niektórych przypadkach powodują dodatkowe komplikacje.

Ofiarami nieścisłości w prawie mogą stać się księgowi

Z największymi problemami wynikającymi z Polskiego Ładu zmagają się księgowi. Duża liczba luk i pułapek w nowym prawie nie ułatwiają ich codziennych obowiązków, a kolejne rozporządzenia mające na celu „łatanie” błędów, wcale nie upraszczają sprawy. Niepewność co do tego, które przepisy są wiążące, a które, być może, przedawnią się w najbliższym czasie sprawia, że praca wykonywana jednego dnia, może okazać się nieaktualna już kolejnego. Niedopracowanie systemu i pośpiech w przyjęciu tak wielu skomplikowanych rozwiązań sprawia też, że ewentualne pomyłki w rozliczeniach podatkowych mogą wychodzić na jaw jeszcze przez wiele lat.

Brak jasnej interpretacji wprowadzonych rozwiązań przenosi ogromną odpowiedzialność na księgowych i przedsiębiorców. Presję ciążącą na tej grupie zwiększą zapewne zapowiadane kontrole podatkowe. Pierwsze z nich, według szacunków, mają zacząć się po 4-5 miesiącach od wdrożenia zmian. Najprawdopodobniej zatem czerwiec i lipiec będą czasem wzmożonej pracy dla osób z branży podatkowo-rachunkowej.

Nic więc dziwnego w tym, że rozwiązania zabezpieczające przed konsekwencjami pomyłek są coraz popularniejsze. Z danych Multiagencji CUK Ubezpieczenia wynika, że liczba zapytań o polisy OC i ochrony podatkowej wzrosła w I kwartale roku o 60 proc.

Ryzyko popełnienia błędów w rozliczeniach z Urzędem Skarbowym wiąże się z dużymi konsekwencjami, na które narażeni są przede wszystkim księgowi i przedsiębiorcy. Ciągła niepewność co do interpretacji przepisów sprawia, że ochrona przed sankcjami karno-skarbowymi jest coraz bardziej pożądana. Od początku roku zauważamy zwiększone zainteresowanie tego typu polisami. Sprzedaż tych produktów wzrosła o aż 30 proc. w porównaniu do roku ubiegłego, co jeszcze bardziej obrazuje fakt realnej potrzeby ochrony. To specjalne rozwiązania dedykowane przedsiębiorcom i osobom fizycznym pracujących w działach księgowych ma na celu zabezpieczenie przed następstwami popełnionych, często zupełnie nieświadomie, błędów mówi Aurelia Szymańska z CUK Ubezpieczenia. 

Ochrona prawno-skarbowa. Na czym polega?

Wykonywanie czynności księgowych oraz czynności nadzorczych nad czynnościami księgowymi wiąże się z odpowiedzialnością karno-skarbową ciążącą nad osobami fizycznymi. Mowa tu głównie o księgowych, dyrektorach finansowych, osobach zarządzających, przedsiębiorcach oraz innych osobach ponoszących odpowiedzialność karno-skarbową i karną, jak np. pracownik działu controllingu, burmistrz czy wójt. Ubezpieczenia ochrony prawno-skarbowej, oprócz refundacji mandatów i kar administracyjnych, mogą również zawierać szereg dodatkowych rozwiązań budujących kompleksową ochronę.

Dla biur rachunkowych przewidziano ochronę w postaci obowiązkowego i/lub dobrowolnego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej przedsiębiorców, którzy usługowo prowadzą księgi rachunkowe. Taka polisa chroni przede wszystkim przed błędami, które powstaną w związku z wykonywaniem działalności księgowej oraz roszczeniami ze strony klientów.

Dodatkowym rozwiązaniem często poszukiwanym przez biura rachunkowe jest rozszerzenie obowiązkowego OC o ryzyka dobrowolne, w tym dotyczące osobistej odpowiedzialności karno-skarbowej. Dodatek przeznaczony jest dla osób profesjonalnie zajmujących się księgowością, na które możliwe jest nałożenie bezpośredniej kary wynikającej z popełnionego we własnych rozliczeniach błędu . W tym przypadku do kosztów odpowiedzialności karno-skarbowej zalicza się koszty obrony, kar administracyjnych i innych nałożonych na ubezpieczonego w wyniku wypadku ubezpieczeniowego.

Nawet 15 000 zł kary za błąd w rozliczeniu

Suma ubezpieczenia musi stanowić realne pokrycie potencjalnej kary i mandatów karno-skarbowych, ale też ponoszonej wobec pracodawcy odpowiedzialności trzykrotności wynagrodzenia. Wysokość mandatów karnych za wykroczenie skarbowe określana jest w granicach nieprzekraczających pięciokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia, czyli w 2022 roku może sięgać nawet ponad 15 000 zł. Refundacja kosztów może również pokrywać odtworzenie zniszczonych dokumentów, koszty ochrony dobrego imienia czy wynagrodzenie adwokata. Pokrycie kosztów ochrony prawnej może mieć miejsce w postępowaniu karnym oraz karno-skarbowym.

Zauważamy, że zwiększone ryzyko związane z odpowiedzialnością podatkową nie wpłynęło znacząco na zmiany w składkach oczekiwanych przez ubezpieczycieli. Sytuacja na świecie i wzrost kosztów w praktycznie każdym sektorze mogą sprawić, że wkrótce ceny polis będą jednak rosły. Zapowiadane kolejne zmiany mogą wprowadzić jeszcze większy chaos w codziennej pracy biur rachunkowych i księgowych, którzy już teraz twierdzą, że problemy z interpretacją przepisów i nieprzewidywalność decyzji administracyjnych sprawiają, że perturbacje związane z naliczaniem podatków będą coraz większe. Koszt ubezpieczenia zapewniającego ochronę przed konsekwencjami karno-skarbowymi zaczyna się już od zaledwie 4,5 proc maksymalnej wysokości kary – dodaje Aurelia Szymańska z CUK Ubezpieczenia.

Według ekspertów planowane w niedługim czasie kontrole podatkowe, oprócz zwiększenia zainteresowania dodatkową ochroną ubezpieczeniową, mogą również wpłynąć na wzrost wysokości składek. Będzie to wynikało bezpośrednio z poziomu szkodowości, który prawdopodobnie się zwiększy w efekcie wychodzących przy okazji kontroli na jaw błędów i niedopatrzeń w rozliczeniach.

6 trendów w centrach danych, które należy obserwować w 2022 

Rynek centrów danych w Europie przeżywa rozkwit. W związku z rosnącym popytem na outsourcing IT inwestycje na Starym Kontynencie osiągają rekordowe wartości. Wnioski z raportu Global Data Center Survey pokazują tendencje na rynku DC i są pewną wskazówką dla klientów, którzy myślą o zakupie usług data center.

Rynek data center będzie się rozwijał coraz szybciej

To wniosek dość oczywisty, niemniej warty odnotowania. Zapotrzebowanie na usługi centrów danych jest rekordowo wysokie, co wynika z inicjatyw związanych z transformacją cyfrową, optymalizacją kosztów i rosnącym popytem na rozwiązania w chmurze. Gartner przewiduje, że globalne wydatki na usługi centrów danych wzrosną do 226 miliardów dolarów w 2022 roku, co oznacza wzrost o 11,4% w skali roku. Wnioski, jakie płyną z tych liczb dla klientów? Operatorzy z pewnością będą wprowadzali nowe usługi, starając się wykorzystać dobrą passę. Można spodziewać się zmian właścicielskich na rynku i budowy nowych ośrodków.

W związku z tym klienci powinni uważnie analizować oferowany przez operatorów poziom bezpieczeństwa w nowych inwestycjach. Może, ale nie musi on odpowiadać ich potrzebom. Nie każdy potrzebuje najwyższej  gwarancji dostępności, z drugiej strony centrum danych w przestrzeni adaptowanej często nie spełniają potrzeb firm z sektora finansowego czy handlowego, gdzie wymagana jest ciągłość działania — zwraca uwagę Mariusz Kagan, Dyrektor Działu Usług IT ds. Zarządzania Infrastrukturą w Grupie 3S.

Więcej obciążeń w chmurze

Firmy coraz częściej przenoszą krytyczne obciążenia do chmury publicznej. Przyznaje tak 33% ankietowanych, co w porównaniu do 2019 r. oznacza 7% wzrost. Z drugiej strony aż 32% organizacji przywróciło obciążenia z chmury publicznej do prywatnej chmury lub środowisk on-premise czy kolokacji. Najczęstszym powodem były koszty utrzymania, a następnie konieczność zachowania zgodności z przepisami. Inne powody to problemy z wydajnością i obawy związane z bezpieczeństwem, jednakże rzeczywiste naruszenia zabezpieczeń były przyczyną zaledwie 1% repatriacji obciążeń.

  • Oznacza to, że chmura publiczna nie jest optymalnym wyborem dla każdego. Często, dla większości organizacji lepszym rozwiązaniem jest chmura hybrydowa — połączenie chmury publicznej z chmurą prywatną lub z kolokacją — zarówno ze względu na koszty, jak i regulacje. Aby to jednak dostrzec, czasem trzeba przetestować chmurę publiczną na własnej skórze. I tak często się dzieje w ostatnich latach — podkreśla Mariusz Kagan. 

Z badań wynika, że 61% organizacji posiadających rozproszone obciążenia — w modelu on-premise, w chmurze i kolokacji — uważa, że rozłożenie ich ciężaru zwiększyło odporność na awarie i cyberataki.

Mniej przestojów w centrach danych, ale wyższe koszty

69% operatorów data center miało przestój w ciągu ostatnich 3 lat. Oznacza to spadek w porównaniu z rokiem 2020 o 9 pkt procentowych. Ograniczenie liczby awarii jest efektem większych inwestycji w technologie w okresie pandemii. To dobra wiadomość dla klientów.

Jeśli chodzi o wymiar przestojów, mniej więcej połowa z nich powoduje znaczne straty. Znajduje to odzwierciedlenie w spadku przychodów czy czasie nieaktywności. W tegorocznym raporcie 20% awarii zostało uznanych za poważne lub groźne dla organizacji, które je zgłosiły. Mniej więcej 6 na 10 poważnych przestojów w 2021 r. kosztowało więcej niż 100 tysięcy dolarów.

Niestety, zasilanie ciągle jest głównym czynnikiem poważnych przestojów, odpowiadając za 43% z nich w 2021. Kolejne powody to problemy z siecią (14%), awarie chłodzenia (14%) oraz błędy oprogramowania/systemów IT (14%).

– Centra danych gwarantują zazwyczaj zdecydowanie wyższy poziom bezpieczeństwa niż własne serwerownie, niemniej pewna część ośrodków data center nie spełnia wymogów do uzyskania stosownych certyfikatów opisujących poziomy zabezpieczenia ośrodka DC. Tak naprawdę, wysoki poziom niezawodności gwarantuje dopiero certyfikacja Tier 3 z redundancją kluczowych elementów infrastruktury – zwraca uwagę Mariusz Kagan z Grupy 3S.

Rozwój centrum danych na brzegu sieci

Edge computing odegra ważną rolę w rozwoju centrów danych – 61% przedsiębiorstw twierdzi, że spodziewa się wzrostu popytu na tę technologię. Szybki rozwój Internetu Rzeczy, AI inteligentnych miast zwiększa popyt na szybkie przetwarzanie danych jak najbliżej klienta. Decentralizacja mocy obliczeniowej bezpośrednio wpłynie na rodzaj centrów danych, jakie będą budowane w najbliższej przyszłości.

Zapotrzebowanie kadrowe na specjalistów

Walka o przyciągnięcie i utrzymanie pracowników jest dużym wyzwaniem dla wielu właścicieli i operatorów centrów danych. I będzie jeszcze większym. 47% zgłasza trudności w znalezieniu wykwalifikowanych kandydatów na wolne stanowiska pracy, a 32% twierdzi, że ich pracownicy są przechwytywani przez konkurencję. W szerszej perspektywie przewiduje się, że zapotrzebowanie na personel wzrośnie globalnie z około 2 milionów etatów w 2019 roku do prawie 2,3 miliona w 2025.

Dopływ nowych pracowników będzie potrzebny na wszystkich stanowiskach i we wszystkich regionach geograficznych. Na dojrzałych rynkach centrów danych w Ameryce Północnej i Europie istnieje dodatkowe zagrożenie starzenia się siły roboczej — wielu doświadczonych specjalistów przejdzie na emeryturę w tym samym czasie, pozostawiając wiele nieobsadzonych stanowisk, a także braki w wiedzy i doświadczeniu.

Praktyki ochrony środowiska wymagają poprawy

Uptime Institute zwraca uwagę, że obecnie 82% organizacji śledzi zużycie energii. Jednak efektywność wykorzystania energii (PUE) liczy zaledwie 70% firm.

PUE to ważny wskaźnik wydajności energetycznej centrów danych, szczególnie przy obecnych kosztach energii. Obiekt, który ma PUE na poziomie 2.1 lub 1.9 będzie droższy niż ten, który to PUE ma na poziomie 1.4 – po prostu do zasilania potrzebuje więcej energii – podkreśla Mariusz Kagan.

Raport wskazuje, że wiele centrów danych konsumuje znaczne ilości wody, ale tylko około połowa właścicieli i operatorów kontroluje jej wykorzystanie. Jeszcze mniej organizacji bada poziom eksploatacji serwerów (40%), emisji dwutlenku węgla (33%) oraz ilości wygenerowanych e-odpadów (25%), czyli zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego.

Wniosek? Podejście do zrównoważonego rozwoju zyska coraz większe znaczenie w sektorze centrów danych, choć na dziś większość organizacji nie śledzi zbyt dokładnie swojego śladu ekologicznego. Wymuszą to podejście klienci.

Czy warto używać hasztagów na Instagramie?

Nie ma co się oszukiwać, że hasztagi na Instagramie pełnią bardzo ważną funkcję. Nikt nas co prawda nie może Cię zmusić do ich stosowania, jednak warto zastanowić się nad tym, jakie możemy mieć z nich korzyści – a może być ich całkiem sporo.

Używanie hasztagów wpływa na większe zasięgi

Jednym z podstawowych, a zarazem z najcenniejszych plusów używania hasztagów pod postami, jest zwiększony zasięg danego zdjęcia.

Stosowanie odpowiednich hasztagów jest kluczowe w tej sytuacji. Ważne jest to, że muszą być one dobrane, tak aby pasowały do naszego postu. Inaczej stosowanie ich mija się kompletnie z celem.

Jeśli użyjemy dobrych hasztagów, w stosownej ilości możemy spodziewać się odpowiedniego wzrostu zasięgów. W ten sposób funkcjonuje właśnie algorytm Instagrama. Specjalistycznie dobrane hasztagi wzbogacają według algorytmu wartość dodanych przez użytkownika treści. W dodatku powoduje, że odbiorca ma ułatwione zadanie podczas wyszukiwania określonych treści.

Łatwiejsze dotarcie do grupy docelowej

Tu bezpośrednio możemy przejść do drugiej korzyści, która jest korzystna i dla twórcy, ale też dla odbiorców. Dlaczego? Głównie z powodu, że hasztagi na Instagramie, są swego rodzaju podpisem zdjęcia.

Podpisane za ich pomocą zdjęcia są łatwiejsze do wyszukania dla ludzi, którzy dokładnie wiedzą czego szukają. Dlatego tak kluczowa jest nie tylko ich obecność, ale świadomość ich wykorzystania.

Osoba szuka konkretnych informacji, treści, a dobre hasztagi pozwalają na ich łatwiejsze odnalezienie. Co z tego wynika? Twórca łatwiej dociera do grup docelowych swoich postów, a odbiorcy łatwiej odnajdują profile, które ich interesują. Powoduje to również, że użytkownicy Instagrama chętniej zostają na danym profilu, gdyż łatwiej trafiają do specjalistów w danej dziedzinie.

Serduszka to miara sukcesu

Każdy kto chociaż raz używał Instagrama wie, że są tam ważne dwie rzeczy: obserwacje i polubienia na Instagramie. Czy hasztagi mają wpływ na ilość serduszek pod postami? Oczywiście, że tak. Ktoś może zapytać jak? Śpieszymy z tłumaczeniem.

Dobre hasztagi sprawiają, że odpowiednie grupy odbiorcze łatwiej docierają na nasze profile i do naszych treści. Często zostają na takich profilach dłużej. Również powoduje to pobudzenie ich zainteresowania postami, które trafiają w ich gusta. A to już bezpośrednio wpływa na ilość polubień.

Ilość czy jakość hasztagów?

Wiele osób zajmujących się mediami społecznościowymi przyzna, że nie liczy się ilość hasztagów, a ich celowość. Stosunkowo niedawno nawet sam Instagram zalecił używanie od 3 do 5 hasztagów pod postem. Wydaje się niewiele, zważywszy jak spojrzy się na niedawne posty z masą, dosłownie całą toną bezcelowych, kompletnie nietrafionych hasztagów. Czy wpływało to w dobry sposób na naszą promocję? Nie do końca. Dlatego tak istotne jest używanie dobrze dobranych do treści hasztagów. Używanie za dużej ilości hasztagów może powodować ograniczenie widoczności postów, a nawet blokadę konta po które będzie konieczny kontakt z Instagramem.

Tylko po czym poznać jaki będzie ten odpowiedni hasztag? To bardzo proste. Wystarczy dobrać je albo do zdjęcia, tudzież do rzeczy jaką promujemy. To naturalne, że kompletnie innych hasztagów będzie używać sportowiec, a innego fotomodelka. Warto za pomocą trafnych hasztagów postarać się po prostu opisać fotografię, którą udostępniamy. Przekazać jakieś emocje. Jeśli jednak celujemy w odbiorców ze znacznie mniejszych grup, warto zastanowić się nad bardziej szczegółowymi hasztagami. Bowiem używanie tych najpopularniejszych oraz najbardziej ogólnych sprawia, że nasze posty po prostu gubią się w morzu pozostałych. Tego raczej nikt nie chce.

Podsumowanie

Gdy następnym razem, ktoś będzie zastanawiać się nad tym czy warto używać hasztagów na Instagramie, niech lepiej dobrze się zastanowi. W końcu Instagram już bardzo dawno przestał być tylko rozrywką, dla wielu to dosłownie biznes i bardzo często podstawowe źródło dochodu. Skoro więc jego twórcy dali nam możliwość korzystania z hasztagów warto się zastanowić nad tym, jak najlepiej je wykorzystać, by przyniosły pożądane rezultaty.

Oprocentowanie stałe czy zmienne – co wybrać?

Inflacja sięgająca w marcu poziomu 11 proc.[1], kolejne podwyżki stóp procentowych, niepewna sytuacja ekonomiczna związana z wojną w Ukrainie… To wszystko sprawia, że na rynku kredytowym obserwujemy dynamiczne zmiany dotyczące wzrostu kosztów kredytów hipotecznych. Na to, ile wynosi miesięczna rata zobowiązania, w dużej mierze wpływa wysokość oprocentowania kredytu. W obecnej rzeczywistości potencjalny kredytobiorca stoi przed ważnym wyborem: jakie oprocentowanie wybrać – stałe czy zmienne? Jednak, żeby podjąć taką decyzję, potrzebna jest odpowiednia wiedza. A jak wynika z badania ZBP, prawie połowa Polaków nie wie, z czym wiążą się obie opcje: aż 47 proc. badanych błędnie uważa, że zmiana stóp procentowych wpływa na wysokość raty kredytu o stałym oprocentowaniu[2]. Dlatego tak ważna jest stała edukacja w tym temacie i czerpanie informacji z wiarygodnych źródeł. Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF) wyjaśnią, więc pokrótce najważniejsze rzeczy związane z oprocentowaniem kredytu hipotecznego.

Z powodu ogromnego skoku cen na rynku paliw, w marcu GUS odnotował wyższy od oczekiwanego wskaźnik inflacji na poziomie 10,9 proc[3]. Aby „walczyć” z negatywnymi skutkami tego zjawiska, RPP zdecydowała się podnieść na przestrzeni ostatnich miesięcy kilkukrotnie stopy procentowe. Dzięki czemu możliwe jest stopniowe wyhamowanie dalszego wzrostu cen. W tej chwili mamy do czynienia z bezprecedensową serią podwyżek. Stopa referencyjna wzrosła z bardzo niskiego poziomu 0,10 proc. we wrześniu 2021 r. do 4,5 proc. proc. obecnie. Co będzie dalej?

–  Prawdopodobnie to nie koniec podwyżek. Większość prognoz pokazuje, że stopa referencyjna NBP osiągnie poziom od 5 proc. do nawet 7 proc. Trzeba się więc przygotować na to, że raty kredytów w kolejnych miesiącach mogą być jeszcze wyższe – tłumaczy Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Wysokie stopy wpływają na wysokie oprocentowanie

Wysokość oprocentowania kredytów jest pochodną poziomu stóp procentowych. Im są one wyższe, tym wyższe oprocentowanie. Z kolei oprocentowanie jest najważniejszą składową kosztu kredytu.

–  Dlaczego pierwszą rzeczą, na którą powinno się zwracać uwagę w ofertach kredytu hipotecznego jest oprocentowanie? Ponieważ to podstawowy koszt kredytu. Jest to wyrażony procentowo wskaźnik, który pokazuje koszt odsetek zobowiązania w skali roku. Banki doliczają tę kwotę w odpowiednich proporcjach do comiesięcznych rat kredytowych. Im niższe oprocentowanie, tym niższe odsetki i niższy całkowity koszt kredytu – tłumaczy Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

W tej chwili potencjalny kredytobiorca ma możliwość wyboru spośród dwóch opcji: kredyt o oprocentowaniu stałym lub kredyt o oprocentowaniu zmiennym. Przyjrzyjmy się im i zobaczmy, jakie są między nimi różnice.

Oprocentowanie zmienne

Zdecydowana większość kredytów hipotecznych w Polsce to kredyty o tzw. zmiennym oprocentowaniu. Jak podaje ZBP, wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych z oprocentowaniem zmiennym przekroczyła w zeszłym roku rekordowe 500 mld zł[4].

Wysoki udział kredytów o oprocentowaniu zmiennym w całym portfelu kredytów hipotecznych wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, do niedawna w ofercie banków właściwie nie było alternatywy. Zmieniła to dopiero wydana przez KNF Rekomendacja S, która zobowiązała banki do wprowadzenia kredytów ze stałym oprocentowaniem od lipca 2021 r. Z drugiej strony, nawet gdy takie oferty się pojawiły, to niewiele osób z nich korzystało, ponieważ stawka stała była zdecydowanie wyższa niż zmienna. Jednak ci, którzy wybrali oprocentowanie stałe teraz mogą cieszyć się z tego, że ich raty nie rosną – mówi Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Całkowite oprocentowanie kredytu opartego o oprocentowanie zmienne wyliczane jest według wzoru:

marża banku (stała w trakcie trwania umowy) + WIBOR 3M lub 6M[5] (zmienny w czasie) = oprocentowanie

Tu dochodzimy do sedna owej „zmienności”. WIBOR, (nazywany także stawką referencyjną), to wskaźnik, który ogólnie rzecz biorąc, pokazuje oprocentowanie, na jakim banki w kraju pożyczają sobie wzajemnie pieniądze. Jego wysokość jest zmienna i mocno powiązana z wysokością stóp procentowych – im one wyższe, tym wyższy wskaźnik WIBOR. A im wyższy WIBOR… tym wyższe oprocentowanie naszego kredytu a w konsekwencji, również jego rata – tłumaczy Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Dla przykładu: kredyt zaciągnięty na 300 000 zł na 25 lat w 2021 r., podczas niskich stóp procentowych o oprocentowaniu 3% miał ratę wyjściową na poziomie 1 423 zł. Wzrost oprocentowania o 1 pkt. proc. przekłada się na dodatkowe 161 zł raty, wzrost o 2 pkt. proc. – o 331 zł, a wzrost o 3% – o 510 zł.

Natomiast w sytuacji, w której stopy procentowe i WIBOR spadną, nasz kredyt również stanieje, a rata stanie się mniej odczuwalna.

Oprocentowanie stałe

Jeszcze do połowy ubiegłego roku banki prawie bez wyjątku oferowały nam kredyty oparte wyłącznie o oprocentowanie zmienne. Zmieniła to nowelizacja rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego, zwana potocznie Rekomendacją S, która zaczęła realnie obowiązywać od lipca 2021 r.

Zgodnie z jej założeniami, banki mają obowiązek posiadać w swoich ofertach kredyt hipoteczny o stałym oprocentowaniu na okres minimum 5 lat. Jest to duża zmiana, ponieważ Rekomendacja S w pewnym sensie zmusiła banki do poszerzenia oferty o produkty, które do tej pory na polskim rynku były właściwie nieobecne. Dzięki niej, kredytobiorca ma wybór trochę podobny do tego, przed jakim staje inwestor: zysk w zamian za ryzyko czy brak ryzyka, ale mniejszy zysk. Z tą różnicą, że w przypadku kredytów zysk zastępujemy kosztem.

Jak wynika z danych[6], w 2021 r. w Polsce udzielono blisko 256,5 tys. kredytów hipotecznych. Zaledwie 5 proc. z tej sumy, to kredyty ze stałym oprocentowaniem. Niska popularność takich kredytów wynika z tego, że w dobie niskich stóp procentowych banki ich po prostu nie promowały, a dodatkowo – kredyty o zmiennym oprocentowaniu były po prostu tańsze.

Oprocentowanie stałe oznacza, że w założonym czasie nie ulegnie ono żadnym zmianom, niezależnie od sytuacji gospodarczej, wysokości stóp procentowych czy wskaźników referencyjnych. Na umowie będziemy mieć zapisaną konkretną wysokość oprocentowania, a nie wzór matematyczny, według którego będzie ono dopiero liczone. Ma to przełożenie na naszą ratę: będzie stała, niezmienna.

W tym miejscu jedna ważna uwaga! W polskich warunkach oprocentowanie stałe nie oznacza, że przez przykładowe 20 lat spłacania kredytu będzie ono takie samo, a rata się nie zmieni! –  Banki obecne na naszym rynku oferują kredyty tak właściwie o oprocentowaniu okresowo stałym. W większości przypadków jest to 5 lat, choć na rynku pojawiają się już też okresy 10-letnie. Oznacza to, że owszem, oprocentowanie jest niezmienne i rata też – ale przez wspomniane 5 czy 10 lat. Po tym czasie większość banków zaproponuje nam albo przejście na oprocentowanie zmienne, albo otrzymamy propozycję nowego oprocentowania stałego, przystającego do bieżących warunków ekonomicznych – tłumaczy Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Oprocentowanie stałe a zmienne – porównanie

Podsumowując, podstawowe różnice między kredytem z oprocentowaniem zmiennym i zobowiązaniem z oprocentowaniem stałym dotyczą:

  • zmienności wysokości raty: w oprocentowaniu stałym jest niezmienna przez min. 5 lat;
    w zmiennym – będzie modyfikowana w zależności od aktualnego poziomu wskaźnika WIBOR, oznacza to, że w tym okresie nasza rata może i wzrosnąć i zmaleć, przynosząc nam stratę lub zysk;
  • znajomości kosztów kredytu: jeśli decydujemy się na kredyt z oprocentowaniem stałym, możemy łatwiej oszacować jego całkowity koszt; w przypadku oprocentowania zmiennego takie wyliczenia są bardzo trudne, wręcz niemożliwe;
  • ceny: Expander porównał wysokość oprocentowania i rat dla kredytu na 300 000 zł,
    z LTV na poziomie 80 proc., udzielonego na 25 lat przy oprocentowaniu stałym i zmiennym udzielone we wrześniu 2021 r. Początkowo niższą ratę miał kredyt z oprocentowaniem zmiennym. Obecnie jednak widać ogromną różnicę na korzyść oprocentowania stałego:
  Oprocentowanie stałe Oprocentowanie zmienne
Początkowo wysokość oprocentowania 4,04% 2,44%
Obecna wysokość oprocentowania 4,04% 7,68%
Rata początkowa 1 591 zł 1 337 zł
Rata obecnie 1 591 zł 2 236 zł

 

  • poziomu ryzyka: przy zmiennej stopie procentowej jest ono większe niż przy kredytach opartych o stałą stopę procentową. W przypadku pierwszej opcji, gdy wzrasta stopa procentowa i WIBOR, wzrasta nasza rata, nawet o kilkanaście procent w skali kwartału czy półrocza, tego ryzyka nie ma w przypadku kredytu o stałej stopie.

 

–  Każdy kredytobiorca z jednej strony musi sam podjąć decyzję, na jaki kredyt się zdecyduje i rozważyć, jaki poziom ryzyka jest dla niego akceptowalny. Z drugiej, aby to zrobić, trzeba posiadać do tego odpowiednią wiedzę. Jeśli nie mamy takiego zasobu informacji, warto zaczerpnąć porady osoby doskonale znającej aktualną sytuację na rynku i potrafiącej dokładnie wyjaśnić wszystkie zależności. Taką osobą jest ekspert finansowy – podpowiada Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Dla kogo kredyt o stałym, a dla kogo o zmiennym oprocentowaniu?

Stałe oprocentowanie powinni rozważyć ci, którzy nie chcą ryzykować, że rata w najbliższych latach wzrośnie. Należy jednak pamiętać, że oprocentowanie stałe nie obejmuje całego okresu spłaty lecz zwykle tylko 5 pierwszych lat. Po tym okresie oprocentowanie zostanie dostosowane do obowiązujących wtedy stóp procentowych, czyli rata może wtedy wzrosnąć lub spaść– mówi Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Kto w takim razie może czerpać korzyści z oprocentowania zmiennego?

– Oprocentowanie zmienne zwykle wybierają ci, którzy uważają stopy procentowe już nie wzrosną lub wzrosną nieznacznie, ale niedługo później zaczną spadać. Warto jednak pamiętać, że takie przewidywania mogą się nie sprawdzić, więc lepiej wybierać takie oprocentowanie, jeśli ktoś ma na tyle wysokie dochody, że poradzi sobie w sytuacji znaczącego wzrostu raty – dodaje Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

[1] GUS, dane na 15 kwietnia 2022 r.

[2] Badanie Poziom Wiedzy Finansowej Polaków 2022, edycja V.

[3] GUS, Szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług 01.04.2022 r. konsumpcyjnych w marcu 2022 r.

[4] Raport AMRON-SARFiN III kwartał: Rekordowy rok w hipotekach i dalsze wzrosty cen mieszkań.

[5] WIBOR 3M lub 6M – oznacza okres aktualizacji stopy procentowej (w tym przypadku co 3 bądź co 6 miesięcy).

[6] AMRON-SARFiN, Ogólnopolski raport o kredytach mieszkaniowych i cenach transakcyjnych 4/2021.

Różnice cen ofertowych i transakcyjnych mieszkań

Drożejące kredyty skłaniają kupujących mieszkania do poszukiwania cenowych okazji. Z kolei deweloperzy w obliczu malejącego popytu mogą być w większym stopni otwarci na negocjacje cenowe i upusty. Z drugiej strony, rosnące koszty robocizny i ziemi ograniczają możliwość “zejścia” z cen. Eksperci portalu GetHome.pl postanowili zatem sprawdzić, ile można utargować, kupując obecnie mieszkanie.

Po kilku latach hossy na rynku mieszkaniowym, na którą duży wpływ miało rekordowo niskie oprocentowanie kredytów, dziś sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Po ostatniej decyzji Rady Polityki Pieniężnej podstawowa stopa procentowa NBP wynosi aktualnie 4,5 proc., a przeciętne oprocentowanie kredytu wraz z marżą ponad 7 proc. Jeszcze jesienią zeszłego roku kredyty były oprocentowane średnio na poziomie 2,5 – 3 proc. Taki stan rzeczy musi oczywiście rzutować na popyt na mieszkania. Część kupujących wstrzyma się z decyzją, widząc coraz większe koszty, inni mogą już nie spełniać wymogów dotyczących zdolności kredytowej i możliwości regulowania rosnących rat.

Już w styczniu 2022 widać było wyraźny spadek akcji kredytowej. Liczba udzielonych kredytów zmniejszyła się wówczas co prawda o 2,4 proc. , ale w lutym wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe zmalała aż o 29,2% r/r , a liczba zapytań zmalała o 36,3%r/r.

Czy to oznacza, że mieszkania będą tanieć? Niekoniecznie. Eksperci PKO BP podkreślają, że spadki cen mogą być wyhamowane poprzez ograniczenie podaży nowych mieszkań, które z kolei będzie skutkiem drożejącej ziemi, materiałów budowlanych i robocizny. Spodziewają się, że w tym roku mieszkania podrożeją średnio o 3 proc. Czynnikami, które będą ciągle wpływać na atrakcyjność inwestycji mieszkaniowych są: wysoki popyt na rynku najmu i atrakcyjność nieruchomości jako lokaty kapitału w niepewnych czasach i w obliczu wysokiej inflacji.

Ceny ofertowe i transakcyjne

Ile da się utargować u dewelopera? Sporo na ten temat mówi różnica między cenami ofertowymi, a tymi po których rzeczywiście dochodzi do transakcji. Różnice cen ofertowych i transakcyjnych są uzależnione od popytu i podaży mieszkań na lokalnych rynkach, oraz polityki cenowej deweloperów. Czasem mogą być wyraźne.

Z ostatnich danych na temat średnich cen mieszkań, publikowanych przez NBP wynika, że wśród czterech najmocniejszych rynków mieszkaniowych (Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk), na największe upusty mogą liczyć kupujący we Wrocławiu i Krakowie. Z informacji banku centralnego wynika, że w przypadku stolicy Dolnego Śląska różnica średnich cen w ofercie i transakcji wynosi blisko 7 procent, natomiast w Krakowie jest to nieco ponad 5 procent. W przypadku Warszawy i Gdańska różnice są minimalne, sięgają nie więcej niż 2 proc.

Wykres 1 – ceny ofertowe i transakcyjne nowych mieszkań, na podstawie danych NBP za IV kw. 2022Ile można utargować

Jak widzimy możliwości ewentualnego targowania się uzależnione są w dużym stopniu od specyfiki lokalnego rynku. Powyższe dane dotyczą jeszcze IV kw. 2022, do tej pory bank centralny nie upublicznił nowych – za I kw. 2022. Tak więc znamy póki co obraz sytuacji z początku serii podwyżek stóp procentowych NBP.

Promocje deweloperskie

Pewnym prognostykiem dotyczącym możliwości uzyskania lepszej ceny, są  promocje i rabaty deweloperskie.

Z początkiem wiosny nie brak tego typu ofert. Z przeglądu tych umieszczonych na RynekPierwotny.pl wynika, że rzeczywista skala możliwości wypracowania niższej ceny jest znacznie większa, niż wynikałoby to z danych NBP.

Przykładowo – we Wrocławiu jeden z deweloperów mieszkań na osiedlu Jagodno oferuje promocje o wartości do 70 tys. zł, na którą – przy zakupie mieszkania z puli promocyjnej, oprócz rabatu składają się też dwa miejsca postojowe gratis,  system smart home i ubezpieczenie opłacone przez dewelopera. Ta sama firma realizuje również projekty w Gdańsku. Tu wartość rabatu sięga nawet 82 tys. zł, do tego są również bonusy w postaci miejsc parkingowych. Także w Krakowie, deweloper budujący na Prądniku Białym oferuje rabat o wartości nawet do 79 tys. zł plus bonusy. W Warszawie jeden z deweloperów realizujących inwestycję na Mokotowie oferuje 5 procentowy rabat na wybrane mieszkania. Wśród popularnych form promocji są również garaże, czy miejsca parkingowe za darmo, lub w obniżonej cenie, albo korzystne dla klientów systemy płatności – 10/90, czy też 20/80.

Dla kogo lepsza cena?

Kto może liczyć na lepszą cenę u dewelopera? Z całą pewnością klient, który kupuje mieszkanie za gotówkę, lub też płaci większą kwotę z góry. Taki klient będzie potraktowany priorytetowo i może walczyć o atrakcyjny upust. To samo dotyczy klientów pakietowych, a więc osób które kupują kilka mieszkań od danej firmy. Taki kupujący to cenny klient, duża wartość transakcji pozwala wynegocjować korzystniejsze warunki cenowe.

 

Nie bez znaczenia jest też termin podejścia do zakupu i negocjacji. Firmy deweloperskie będą w większym stopniu skłonne do upustów na początkowym etapie inwestycji, gdy jeszcze pod znakiem zapytania stoi ewentualne “rozkręcenie” sprzedaży. Drugim dogodnym momentem będzie końcowy etap inwestycji, gdy już większość bądź duża część mieszkań się sprzedała. Te – które pozostały, mogą sprzedawać się wolniej. Takie oferty mogą być przecenione, lub też firma deweloperska będzie w większym stopniu skłonna do przeceny.

Generalnie każdy, niezależnie czy dysponuje większą kwotą do zapłacenia “na start”, może i powinien podjąć się negocjacji cenowych. Dobrze jednak przed ich rozpoczęciem po pierwsze sprawdzić popularność inwestycji, ceny w okolicy, sytuację rynkową dewelopera, dokładnie obejrzeć mieszkanie, które ma być przecenione, określić cel negocjacji (czy chodzi o niższą cenę, czy np. bonusy w cenie) i przygotować zestaw argumentów, który mógłby przekonać drugą stronę (np. wskazać na mankamenty nieruchomości, jej słabsze strony, konkurencyjne oferty itp.).

W aktualnym czasie w związku z szeregiem dynamicznych procesów, które dzieją się na naszych oczach, ciężko jednoznacznie określić, w którą stronę pójdzie rynek nieruchomości mieszkaniowych w Polsce – niewykluczone jednak, że klienci będą mieli większe niż w czasach hossy możliwości negocjacji cenowych.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

Rynek pracy IT pod znakiem dalszych wzrostów

Początek 2022 roku to kolejne rekordy w liczbie ofert pracy skierowanych do sektora IT i telekomunikacji. Podczas gdy w marcu bieżącego roku w polskiej sieci ukazało się ponad 61 tys. ogłoszeń o pracę, rok temu w analogicznym miesiącu było ich 30,8 tys. Co więcej prognozy zatrudnienia wskazane przez pracodawców mówią o kolejnych wzrostach zatrudnienia w okresie od kwietnia do czerwca – powiększać swoje zespoły chce co czwarta firma działająca w obszarze IT, technologie, telekomunikacja, media.

W pierwszym kwartale 2022 roku opublikowano dwukrotnie więcej ofert pracy dla przedstawicieli branży IT i telekomunikacji, niż rok temu (źródło: Job Market Insights). Podczas gdy w styczniu br. było ich 51 tys., to w styczniu 2021 ukazało ich się ponad połowę mniej – 21 tys. Luty br. to 53,6 tys. ogłoszeń o pracę vs. 24,3 tys. zamieszone w analogicznym miesiącu rok wcześniej. Na zakończenie kwartału w marcu ukazało się 61 tys. ofert vs. 30,8 tys. w marcu rok temu.

Bieżący kwartał, zgodnie z deklaracjami firm przedstawionymi w raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” to zapowiedź kolejnych wzrostów. Prognoza netto zatrudnienia wskazana przez pracodawców na okres kwiecień-czerwiec, która jest odwzorowaniem ich nastrojów rekrutacyjnych wynosi +13% i jest zwiastunem intensywnych działań ze strony przedsiębiorstw. Dla kandydatów to z kolei zapowiedź korzystnych perspektyw zmiany kariery. Jak zaznacza Konrad Gandziarski, odpowiedzialny za rozwój obszaru outsourcingu usług IT w Experis, to bardzo dobry sygnał dla rynku, który pokazuje, że mimo skomplikowanej sytuacji politycznej jaką jest wojna w Ukrainie i rzeczywistości postcovidowej, polscy przedsiębiorcy chcą inwestować i rozwijać organizacje, za które odpowiadają. – Specjaliści IT są cały czas w grupie najbardziej poszukiwanych pracowników, więc mogą liczyć na bardzo dobre warunki finansowe oraz wybierać spośród różnorodnych projektów. Model pracy zdalnej stworzył ogromne możliwości dla polskich pracowników, którzy mogą realizować zadania na rzecz klientów w innym mieście, a także w innym kraju. Barierami w takim podejściu mogą być kwestie językowe, choć większość naszych specjalistów dobrze lub bardzo dobrze komunikuje się w języku angielskim, oraz strefa czasowa, ponieważ nie każdemu odpowiada praca w późnych godzinach wieczornych – dodaje Konrad Gandziarski.

Jak zauważa ekspert w związku z transformacją cyfrową i z przeniesieniem środowiska IT do chmur obliczeniowych, cały czas obserwujemy stałe zapotrzebowanie na kompetencje specjalistów IT odpowiedzialnych za obszar cloud i security. – Rozwiązania chmurowe pozwalają na podniesienie bezpieczeństwa aplikacji i przechowywanych danych a także na szybką i wydajną skalowalność. Z takim podejściem wiąże się ogromne zapotrzebowanie na kompetencje pracowników IT, którzy będą wspierać takie rozwiązania. Kolejny dynamicznie rozwijający się obszar, w którym obserwujemy zwiększony popyt na ekspertów IT to automatyzacja procesów oraz sztuczna inteligencja. Nowoczesne organizacje w związku z podnoszeniem efektywności procesów będą zmniejszać zatrudnienie w obszarach wymagających wykonywania powtarzalnych i nieskomplikowanych czynności. Dlatego oczekiwania rynku są jeszcze większe niż obecnie, w zakresie wykwalifikowanych specjalistów z obszarów architektury, programowania, analizy danych, jak i sztucznej inteligencji. W ramach zakrojonej na szeroką skalę automatyzacji procesów w firmach wymagana będzie wiedza i doświadczenie eksperckie, co pozwoli na szybkie i elastyczne wprowadzanie zmian zgodnych z oczekiwaniami organizacji – dodaje przedstawiciel Experis. – Przyszłość dzieje się na naszych oczach – to określenie świetnie oddaje sytuację związaną z technologią blockchain i możliwościami jej wykorzystania nie tylko w obszarze kryptowalut. Coraz więcej rozwiązań w szeroko pojętym sektorze finansowym, opieki medycznej a także administracji publicznej jest opartych na tych mechanizmach. Architektura oparta o łańcuch bloków jest gwarantem transparentności i niezależności, a co za tym idzie bezpieczeństwa przetwarzanych danych. I właśnie z tą technologią należy wiązać duże zapotrzebowanie na developerów oraz architektów, którzy będą współtworzyli i rozwijali sieci blockchain – uzupełnia.

Konrad Gandziarski zapytany o najbliższą przyszłość sektora IT w Polsce wskazuje na ciągły rozwój przy jednoczesnym niedoborze talentów IT. – W zależności od źródła publikującego dane w Polsce musimy mierzyć się z niedoborem specjalistów na poziomie kilkudziesięciu tysięcy osób, a niektóre z nich wspominają nawet o kilkuset tysiącach. Mimo to firmy chcą w Polsce inwestować i rozwijać swoje centra operacyjne. Przyciąga ich wykwalifikowana kadra, która jest w stanie spełnić wysokie oczekiwania związane z realizowanymi projektami mającymi wpływ na rozwój organizacji na rynkach światowych – mówi ekspert. – Uzupełnienie luki kompetencyjnej w obszarze IT jak najbardziej jest możliwe, pytanie tylko, ile czasu nam to zajmie i jakie koszty pochłonie. Działania powinny zostać podjęte już na etapie edukacji, na poziomie średnim i wyższym, ponieważ na rynku nadal brakuje odpowiednio wykształconych i przygotowanych do dalszego rozwoju absolwentów. Na kolejnym etapie kariery widać światełko w tunelu, czyli akademie, programy stażowe realizowane przez pracodawców. Jako organizacja pomagająca w dostarczaniu wykwalifikowanej kadry IT też podejmujemy działania zmierzające do uruchomienia projektów szkoleniowych w oparciu o funkcjonujące już w ramach naszej globalnej struktury mechanizmy Experis Academy. Jestem przekonany, że właśnie takie rozwiązania pozwolą nam na metodyczne podnoszenie i rozwijanie kompetencji absolwentów, którzy w oparciu o wiedzę teoretyczną i praktyczną wykładowców wejdą szybciej i łatwiej na ścieżkę kariery w IT. Potencjał rynku jest ogromny, a jedyne, co należy zrobić to go wykorzystać – podsumowuje Konrad Gandziarski.

Banki centralne zbyt długo zwlekały z podwyżkami stóp procentowych

Inflacja w coraz szybszym tempie staje się coraz poważniejszym problemem. Banki centralne zbyt długo zwlekały z podwyżkami stóp procentowych, co widać szczególnie w efektach działań naszego NBP.

Na rynku długu mamy ruchy tektoniczne. Dlaczego? Banki centralne przekonały przez lata inwestorów, że rentowności mogą zawsze już zostać niskie, a jeśli nawet wzrosną, bank może kupić dowolną ilość długu i utrzymać rentowność na zakładanym poziomie. Eksperyment przećwiczony po GFC z 2008 r. został uruchomiony na taką skalę w 2020 r, że wiele osób uwierzyło w bezkresną moc Fed, EBC, czy nawet NBP. Dlatego też, rentowności 10-latek w okolicach 2% już wydawały się wysokie, a obligacje na tym poziomie „świetną inwestycją”. Także w Polsce wiele osób mogło mieć problem z wyobrażeniem sobie wzrostu rentowności 10-latek najpierw powyżej 4%, potem 5%.

Na rynku obligacji dzieją się niepokojące rzeczy i zaczyna mieć to coraz większy wpływ na cały rynek finansowy. Rentowności amerykańskich 10-latek wzrosły powyżej 2,8%. Niemieckich powyżej 0,8%, to niby niewiele, ale są najwyżej od 2015 roku, choć EBC utrzymuje ujemne stopy. W Polsce rentowności te są już sporo powyżej 6%.

– Ryzyka inflacyjne były bardzo jasno widoczne już rok temu, ale banki wolały tłumaczyć swoje decyzje obawami o skutki pandemii – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Nie tego powinniśmy oczekiwać po bankach centralnych, które zatrudniają najlepszych fachowców. Gdyby błędy o podobnej skali popełniały zarządy spółek giełdowych, to zostałyby odwołane ze swych stanowisk przez rady nadzorcze reprezentujące interes akcjonariuszy.

Co się zmieniło? Banki przegrały pierwszą bitwę z inflacją. Zamiast reagować na jej wzrost rok temu cynicznie wmawiały rynkom, że to przejściowe i teraz nie tylko straciły wiarygodność, ale same wpadły w widoczny popłoch.

– Banki centralne nie mają wprawdzie akcjonariuszy, ale powinniśmy oceniać je z perspektywy interesariuszy, bo jesteśmy nimi jako uczestnicy życia gospodarczego i jako podatnicy – dodaje ekspert XTB.

Banki centralne myliły się i kontynuowały swoje pomyłki, choć działo się to w różnym stopniu. Gdyby szukać banków, które najszybciej rewidowały swoje błędne decyzje, to takie można znaleźć w krajach rynków wschodzących np. w Meksyku. W naszym regionie takim przykładem jest czeski bank narodowy. Natomiast bankiem, który jeszcze nie zareagował na wysoką inflację jest EBC.

NBP jest bankiem centralnym, którego reakcja była bardzo spóźniona, a jego polityka komunikacyjna dezorientowała inwestorów, obniżając ich zaufanie. Teraz bardzo wysoka inflacja (11,0% w marcu r/r) tłumaczona jest jako skutek wojny w Ukrainie, gdy w rzeczywistości już przed wybuchem tego konfliktu zbrojnego Polska była wśród trzech państw UE o najwyższym wzroście cen, były nawet miesiące, gdy stawała się liderem takiego porównania.

– Efektem wojny w Ukrainie jest szok podażowy, na szoki podażowe można reagować obniżając stopy procentowe, co niestety nie jest możliwe w sytuacji, gdy wcześniej stopy procentowe były bliskie zera i trwało drukowanie pieniędzy przez co doprowadzono do przegrzania gospodarki – komentuje P.Kwiecień.

Inwestorzy na świecie zatem zaczynają zadawać sobie pytanie „a co, jeśli?”. A jest o co pytać. Gdy rozpoczynała się dekada wysokiej inflacji w USA w latach 70-tych, rentowności przekraczały 8%! Naturalnie to całkiem inna historia, ale obecnie takie porównania działają na wyobraźnię i znacznie poszerzają zakres wahań cen, które rynek dopuszcza jako możliwe. A jak wiadomo wzrost rynkowych stóp procentowych to nic dobrego dla gospodarki i giełd na krótką metę.

Teraz podejmowane są decyzje, które przez inwestorów oceniane są jako paniczne. Pojawiają się też obawy, że podwyżki stóp procentowych mogą wywołać światową recesję, na co uwagę zwracają w swych raportach Deutsche Bank i Bank of America.

Co banki centralne powinny zrobić? Przez politykę pieniężną można ograniczać popyt i w konsekwencji wzrost cen. Rządy nie powinny jednak zwiększać swoich wydatków budżetowych, rozdając pieniądze, bo będzie to działanie sprzeczne z podwyżkami stóp procentowych. Przy tym trzeba się pogodzić z tym, że istnieje ryzyko recesji, aby na takie niebezpieczeństwo zareagować w odpowiedniej chwili.

Banki centralne wiedzą coś więcej

Wczoraj były posiedzenia dwóch banków centralnych, które w ostatnim czasie podejmują decyzje najmocniej przeczące wiedzy płynącej z podręczników makroekonomii. O ile powodem w Turcji są naciski rządzącego dyktatora, o tyle motywacje EBC nie są do końca jasne.

EBC kreuje własną rzeczywistość

Jeżeli komuś się wydaje, że pod żadnym pozorem nie można w pracy ignorować swoich zadań, warto spojrzeć na EBC i inflację. Misją tej instytucji jest “utrzymanie stabilności cen, czyli ochrona wartości euro”, jak można przeczytać na oficjalnej stronie internetowej. Wydawać by się mogło, że przy tak postawionym celu co najwyżej kilka państw może mieć inflację powyżej celu inflacyjnego. Nic bardziej mylnego. Mają wszystkie. W związku z tym, skoro wczoraj odbyło się posiedzenie, to pewnie wykonano jakieś zdecydowane działania? W pewnym sensie tak. Zdecydowanie nic się nie zmieniło. Potwierdzono również, że normalizacja polityki monetarnej nastąpi dopiero w kolejnym kwartale i to pod licznymi warunkami. Z jednej strony analitycy nie mieli wysokich oczekiwań. Z drugiej nawet te zostały zawiedzione. Nie może zatem dziwić, że wczoraj kapitał uciekał za ocean, a dolar był silniejszy względem euro niż w najtrudniejszych momentach rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W tle warto pamiętać, że coraz więcej się mówi, że EBC nie podnosi stóp, bo to może spowodować bankructwa południa kontynentu.

Inflacja w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj finalne dane w ramach inflacji. Ceny rosną symbolicznie szybciej. Zamiast 10,9% z danych wstępnych jest to 11%. Biorąc pod uwagę, że główna stopa procentowa wynosi 4,5% widać, że czeka nas jeszcze kilka podwyżek stóp w najbliższych czasach. Widać to wyraźnie chociażby po stawce WIBOR 3M. Skoro wynosi ona obecnie 5,5%, to znaczy, że w tym czasie średnia oczekiwana powinna być jeszcze 1%. Nie pozostawia to wątpliwości, że trzy decyzje po 0,5% w górę w tym okresie to scenariusz minimum zdaniem rynków. Na uwagę zasługuje natomiast spadek kontraktów na stopę procentową w Polsce. Sugerują one, że bardziej prawdopodobnym scenariuszem docelowym dla stóp procentowych jest nie 7% a 6,5%. Jest to z pewnością dobra wiadomość dla kredytobiorców.

Turcja twardo przy swoim

Prezydent Erdogan w dalszym ciągu podtrzymuje swoją innowacyjną w skali świata koncepcje, że inflację wywołują wysokie stopy procentowe. Problemem tego myśliciela, a tym samym całej Turcji, jest to, że nie zachowuje on tych rewelacji dla siebie. W rezultacie Turcy wczoraj pomimo inflacji przekraczającej 60% nie podnieśli stóp procentowych z poziomu 14%. Co ciekawe, lira turecka umacniała się po tej decyzji. Jest to jednak bardziej korekta po kolejnych spadkach, których waluta ta doświadczyła tym razem w wyniku rosyjskiej inwazji. Od początku roku euro podrożało względem liry o ponad 65%, co najlepiej pokazuje skalę problemów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – indeks NY Empire State.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

MF potwierdza: będzie możliwa zmiana formy opodatkowania za 2022 rok

W tym roku będzie jeszcze można zmienić formę opodatkowania w związku ze zmianami, które wejdą w życie 1 lipca – ogłosił wiceminister finansów Artur Soboń. Będzie to dotyczyło podatników, którzy wybrali na początku roku sposób rozliczania z fiskusem bazując na przepisach Polskiego Ładu. Na tej podstawie mogli zupełnie inaczej ocenić korzyści wynikające z danej formy i wiedząc o zmianach, jakie zaplanował rząd, dokonaliby innego wyboru.

Ministerstwo wysłuchało przedsiębiorców

Strona rządowa po zakończeniu konsultacji zaproponowała możliwość ponownej zmiany formy opodatkowania w 2022 roku. Będąc na spotkaniu konsultacyjnym z Ministerstwem Finansów, postulowałem, aby dopuścić takie rozwiązanie i pytałem, czy to się stanie. Minister Soboń poinformował mnie wtedy, że być może zostanie to dopuszczone tuż po zakończeniu roku 2022.

Zgodnie z zapowiedzią ze środowej konferencji prasowej – czekamy jeszcze wciąż na publikację aktu prawnego – zmiana formy na skalę podatkową dla rozliczających się obecnie na liniówce lub na ryczałcie będzie możliwa po zakończeniu roku podatkowego.

Dodatkowe okienko na zmianę dla ryczałtowców

Dodatkowo ryczałtowcy będą mogli zmienić sposób opodatkowania pomiędzy 1 lipca a 22 sierpnia. Oznacza to, że będą mogli przez pierwszą połowę roku być opodatkowani w formie ryczałtu, a drugą połowę wg skali podatkowej. W związku z tym dla ryczałtowców istnieją dwie możliwości zmiany: albo cały rok na skali podatkowej, albo połowa roku na ryczałcie, a druga połowa na skali podatkowej.

Warto podkreślić, że wprowadzając możliwość takiej zmiany wykorzystano rozwiązanie istniejące już wcześniej. W przypadku przedsiębiorców na ryczałcie ewidencjonowanym taka zmiana była bowiem możliwa, ale tylko pod jednym warunkiem – utraty prawa do ryczałtu. Działo się to m.in. w przypadku rozpoczęcia sprzedaży produktów lub usług wyłączonych z ryczałtu (do takich należały m.in. wyroby akcyzowe lub części samochodowe). Ryczałtowiec tracił wtedy uprawnienia i z automatu przechodził na skalę podatkową, rozliczając się według niej już od pierwszej sprzedaży takiego wyrobu.

Ministerstwo Finansów użyło teraz podobnego mechanizmu, ale już dla wszystkich ryczałtowców.

Nie ma możliwości zmiany na ryczałt lub na liniówkę

Zmiana formy opodatkowania będzie możliwa wyłącznie na skalę podatkową. Czyli nie będzie można przejść ani na ryczałt, ani na liniówkę w trakcie trwania roku lub po jego zakończeniu. Jedyna możliwość to przejście na skalę z ryczałtu lub z liniówki.

Minister Soboń wyraźnie podkreślił również, że ponowna zmiana dotyczyć to będzie wyłącznie tego roku.

Podatki rozliczymy w jednym terminie

Ponadto od przyszłego roku zeznania podatkowe będzie można złożyć w jednym terminie do 30 kwietnia 2023 roku. Dotyczy to wszystkich podatników niezależnie od wybranej formy. Przykładowo wg starych zasad ryczałtowcy rozliczali się do 28 lutego, a osoby na karcie podatkowej do 31 stycznia. Ta zmiana może zostać z nami na dłużej.

Rozwiązania te oceniam bardzo dobrze, ponieważ skala podatkowa po zmianach staje się bardziej korzystną formą. Wielu przedsiębiorców do samego końca będzie zastanawiało się, jaką formę za rok 2022 wybrać. Nie będą musieli o tym decydować wcześniej, jeśli takiej pewności nie mają. Spokojnie będą mogli to zrobić do 30 kwietnia przyszłego roku.

Nową formę rozliczania z fiskusem będzie można wybrać w terminach:MF potwierdza będzie możliwa zmiana formy opodatkowania za 2022 rok

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Sfinks z prawomocnym układem w ramach UPR

Spółka Sfinks Polska będzie mogła kontynuować działania związane z Uproszczonym Postępowaniem Restrukturyzacyjnym. To efekt oddalenia przez sąd zażaleń wniesionych na postanowienie zatwierdzające układ zaproponowany przez spółkę i przyjęty przez zdecydowaną większość wierzycieli.

Wierzyciele Sfinks przyjęli układ w ramach Uproszczonego Postępowania Restrukturyzacyjnego spółki  już w lutym 2021 r., a Sąd zatwierdził go w niespełna miesiąc później,  tj. postanowieniem z 9 marca 2021 r.  Jednakże w związku z wniesieniem przez kilku drobnych wierzycieli zażaleń, Sfinks przez ponad rok oczekiwał na uprawomocnienie układu. 

Obecnie prawomocny już układ określa m.in. przesunięcie w czasie spłaty części wierzytelności, rozłożenie na raty, zmianę sposobu naliczania odsetek, zamianę części długu na akcje oraz częściowe umorzenie wierzytelności. Wierzyciele Sfinks zgodzili się na jego zawarcie  w związku z trudną sytuacją w spółce, wynikającą z pandemii i przedłużającego się lockdown, które odcisnęły szczególne piętno na branży gastronomicznej.

 – Postanowienie sądu o oddaleniu zażaleń samo w sobie powoduje uprawomocnienie decyzji o zatwierdzeniu przez sąd układu, gdyż od tego postanowienia nie ma możliwości odwołania. Byśmy jednak mogli rozpocząć dalsze procedury związane z realizacją układu i rozliczeniem z naszymi wierzycielami, musimy poczekać, aż formalnie otrzymamy postanowienie sądu z klauzulą prawomocności i zostanie ono opublikowane w Monitorze Sądowym. Powinno to się wydarzyć w niedalekiej przyszłości. Cieszy nas to tym bardziej, że długo oczekiwane prawomocne zatwierdzenie układu było uwzględnione również wśród warunków decyzji wydanej przez ARP o wydłużeniu do 31 grudnia 2030 r.  terminu spłaty pożyczki przyznanej nam w ramach rządowych programów pomocowych w związku z pandemią. Mimo iż nigdy nie wątpiliśmy, że decyzja sądu w sprawie zażaleń będzie dla nas pozytywna, wobec zdecydowanej większości głosów wierzycieli zatwierdzających układ, niepewny pozostawał termin jej wydania. Teraz wiemy, że sprawa została merytorycznie rozstrzygnięta i muszą zostać przeprocedowane już tylko kwestie techniczne – komentuje Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska SA.

Jak inwazja na Ukrainę wpływa na gospodarkę Rosji?

Najnowsza edycja raportu CEIC „Russia Economy in a Snapshot” zawiera kompleksowy przegląd danych gospodarczych i finansowych z końca 2021 i początku 2022 roku. Analitycy z ISI Emerging Markets Group przedstawiają sytuację makroekonomiczną Rosji, zwracając szczególną uwagę na wpływ trwającego konfliktu zbrojnego w Ukrainie oraz konsekwencje zaostrzania sankcji. Zebrane informacje pozwalają ocenić aktualny stan rosyjskiej gospodarki w świetle obecnej sytuacji geopolitycznej.

Inflacja w Rosji rośnie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej

Inflacja, mierzona wskaźnikiem cen konsumpcyjnych, przekroczyła cel Centralnego Banku Rosji (CBR), który zakładał 4% w IV kwartale 2021 i I kwartale 2022, osiągając 9,15% w lutym i 16,7% w marcu 2022. Ma to związek ze słabnącym rublem, co z kolei jest efektem sankcji nałożonych na Rosję. Kolejnym czynnikiem jest podwyżka cen owoców i warzyw, która ma miejsce w Rosji już od drugiej połowy sierpnia 2021 roku, a spowodowana była trudną pogodą, epidemią ptasiej grypy oraz zakłóceniami w łańcuchu dostaw. Według CBR wzrost inflacji oznacza, że stały wzrost popytu krajowego przewyższa możliwości produkcyjne całej gospodarki. W obliczu inwazji na Ukrainę, od pierwszego dnia wojny inflacja wzrosła o 2,2% w ciągu tygodnia. Było to najgwałtowniejsze przyspieszenie inflacji w historii kraju.

Kreml od lat przygotowywał się na czarny scenariusz

W odpowiedzi na inwazję, kraje zachodnie i ich sojusznicy nałożyli na Rosję bezprecedensowe sankcje gospodarcze i finansowe. Spowodowały one między innymi zablokowanie dostępu wybranych banków rosyjskich do systemu SWIFT. W efekcie rosyjska waluta spadła do najniższego w historii poziomu 88,41 rubli za dolara amerykańskiego na koniec marca 2022 roku, w porównaniu z 78,69 rublami na koniec IV kwartału 2021 roku. Kreml akceptuje powrót do scenariusza niskiego tempa wzrostu gospodarczego. W przypadku gospodarek rozwijających się, do których należy Rosja, w praktyce oznacza to stagnację i dalsze powiększanie dystansu dzielącego Federację Rosyjską od liderów światowej gospodarki.

Eksperci CEIC z ISI Emerging Markets Group zauważają, że Kreml przez lata przygotowywał się na trudny okres w gospodarce, w rozsądny sposób prowadząc politykę budżetową. Nadwyżki gromadzono w Funduszu Dobrobytu Narodowego, co umożliwia wzrost rezerw rządowych w kolejnych latach. Z drugiej strony rząd akceptuje powrót do scenariusza niskiego tempa wzrostu gospodarczego. Ośrodek Studiów Wschodnich (OSW) wskazuje, że w przypadku gospodarek rozwijających się, do których należy Rosja, de facto oznacza to stagnację i dalsze powiększanie dystansu dzielącego kraj od światowych liderów.

Ponadto w 2022 r. Kreml zamierza obniżyć nakłady na politykę społeczną. Jak podaje OSW władze zdecydowały się również na indeksację najniższej płacy oraz minimum socjalnego powyżej inflacji, podczas gdy skala podwyżek emerytur ma być niższa niż inflacja, czego skutkiem będzie spadek ich realnej wartości. W efekcie wątpliwe jest podwyższenie realnych dochodów społeczeństwa w następnych latach.

Pod koniec listopada 2021  Duma Państwowa Rosji przyjęła projekt budżetu federalnego na rok 2022, a także okres 2023-2024. Zgodnie z przewidywaniami łączne dochody nominalne w 2022 r. osiągną poziom 25,02 bilionów rubli, czyli 18,8% PKB. Na rok 2023 prognozuje się dochody w wysokości aż 25,54 bilionów rubli (18% PKB), a na rok 2024 – 25,83 bilionów rubli (17% PKB). Łączne nominalne wydatki budżetowe w 2022 roku mają wynieść 23,69 bilionów rubli, czyli 17,8% PKB. Na lata 2023 i 2024 prognozy wydatków wynoszą odpowiednio 25,24 bilionów rubli (17,8% PKB) i 26,35 bilionów rubli (17,4% PKB).

Wynikiem tego jest przewidywana nadwyżka budżetowa w wysokości 1,33 miliardów rubli, czyli 1% PKB w 2022 roku, następnie 299,1 miliardów rubli (0,2% PKB) w 2023 i deficyt w wysokości 522,7 miliardów RUB (-0,3% PKB) w 2024 r. Budżet opiera się na założeniu, że PKB wyniesie 133,3 bilionów w 2022 roku, 141,9 bilionów w 2023 i 151,5  rubli w 2024 roku.

W II kwartale 2022 odczuwane będą wpływy sankcji

W obliczu ataku na Ukrainę, wiele zagranicznych firm wstrzymało działalność w Rosji, co doprowadziło do znacznego spadku handlu zagranicznego i zakłóceń w łańcuchu dostaw. W rezultacie, choć gospodarka rosyjska nadal rozwijała się w I kwartale 2022 roku, oczekuje się, że w okresie kwiecień – czerwiec skutki sankcji będą bardziej odczuwalne, a popyt krajowy znacznie się obniży.

Według ekspertów CEIC z ISI Emerging Markets Group, surowe sankcje mogą spowodować długotrwałe wycofanie zagranicznego kapitału i inwestycji z Rosji. W połączeniu z gwałtownym wzrostem inflacji – już i tak podwyższonej przez rosnące ceny energii i paliw oraz deprecjację waluty – presja na spadek popytu krajowego będzie prawdopodobnie znaczna. Pomimo tego, że rząd rosyjski ma możliwości finansowe, aby wesprzeć swoją gospodarkę, szanse Rosji na wygranie finansowej wojny są bardzo niskie. Wyniszczająca recesja, która jest skutkiem usilnych prób utrzymania waluty to oznaka, że siła rosyjskiej gospodarki ulega znacznemu osłabieniu.

Amortyzacja podatkowa a amortyzacja bilansowa w spółkach nieruchomościowych – negatywne skutki Polskiego Ładu

Jedną z negatywnych zmian wprowadzonych Polskim Ładem jest ograniczenie amortyzacji podatkowej w spółkach nieruchomościowych do wysokości amortyzacji dokonywanej zgodnie z przepisami ustawy o rachunkowości. Jakie trudności dla przedsiębiorców rodzi zmiana przepisów?

Kogo dotyczy zmiana?

Zmiana w zakresie amortyzacji nieruchomości nie dotyczy wszystkich podatników, a jedynie spółek nieruchomościowych, tj. spółek, których główne aktywa to nieruchomości o wartości łącznej minimum 10 mln zł, które, w przypadku prowadzenia już działalności osiągają głównie przychody z najmu czy dzierżawy tych obiektów. Szczegółowa definicja dotycząca spółki nieruchomościowej została zawarta w art. 4a pkt 35 ustawy o CIT. W uproszczeniu zatem spółki nieruchomościowe to duże podmioty, które większość swoich przychodów osiągają z wynajmu bądź dzierżawy posiadanych nieruchomości.

Zakres zmiany

Zmiana dotyczy art. 15 ust 6 ustawy o CIT, zgodnie z którym kosztem uzyskania przychodów są odpisy z tytułu zużycia środków trwałych oraz wartości niematerialnych i prawnych (odpisy amortyzacyjne) dokonywane zgodnie z art. 16a–16m, przy czym w przypadku spółek nieruchomościowych odpisy dotyczące środków trwałych zaliczonych do grupy 1 Klasyfikacji nie mogą być w roku podatkowym wyższe niż dokonywane zgodnie z przepisami o rachunkowości odpisy amortyzacyjne lub umorzeniowe z tytułu zużycia środków trwałych, obciążające w tym roku podatkowym wynik finansowy jednostki.

Zatem jak wskazano w uzasadnieniu do ustawy celem zmiany treści przepisów art. 15 ust. 6 ustawy CIT jest zmniejszenie różnic występujących między wartością wykazywanego przez spółkę nieruchomościową w roku podatkowym dochodu przed jego opodatkowaniem podatkiem dochodowym, a wartością wykazywanego za ten sam okres zysku brutto (zysku przed obciążeniem podatkiem dochodowym). W szczególności należy podkreślić, że w ocenie ustawodawcy przepisy dotyczące odpisów amortyzacyjnych wynikające z ustawy o rachunkowości w sposób bardziej adekwatny odnoszą się do wartości nieruchomości.

W praktyce spółki nieruchomościowe na potrzeby podatkowe często korzystały z przepisów o przyspieszonej amortyzacji, albo zastosowaniu indywidualnych stawek amortyzacji. W efekcie nabywane nieruchomości mogły być amortyzowane nawet w ciągu 3 lat, co nie znajdzie zastosowania w przypadku przepisów ustawy o rachunkowości. Obecnie takie korzystne uregulowania nie będą już dostępne dla przedsiębiorców.

Co więcej część spółek prowadzi rachunkowość w oparciu o międzynarodowe standardy, a nie Polską ustawę o rachunkowości. W takich przypadkach wydaje się, że będzie możliwe zastosowanie polskich przepisów jeżeli będą korzystniejsze dla podatnika, niemniej takie uzgodnienia będą wymagały zgody grupy kapitałowej i audytora.

Brak amortyzacji

Przepisy, które weszły w życie z dniem 1 stycznia 2022 r. zdają się nie uwzględniać sytuacji, w której spółki nieruchomościowe dokonują wyceny nieruchomości według ceny rynkowej bądź inaczej określonej wartości godziwej, w związku z czym ceny te rosną a spółki nie dokonują odpisów amortyzacyjnych na potrzeby rachunkowe. Jak wynika z nieoficjalnej oceny Ministerstwa Finansów opublikowanej na łamach Dziennika Gazety Prawnej, w takiej sytuacji spółki te nie będą miały prawa do dokonywania odpisów amortyzacyjnych na cele podatkowe od tych nieruchomości, skoro brak będzie odpisów rachunkowych.

Takie znaczenie wynika z literalnej interpretacji przepisu, jednak trudno przypuszczać, że była to intencja ustawodawcy. Nie tylko w mojej ocenie takie rozumienie przepisu art. 15 ust 6 ustawy o CIT byłoby zbyt daleko idące i wykraczałoby poza cel jaki ustawodawca chciał osiągnąć wdrażając te przepisy. Gdyby celem ustawodawcy było całkowite ograniczenie amortyzacji podatkowej w spółkach nieruchomościowych zastosowałby podobne zasady jak w art. 16c ust 2a ustawy o CIT, czyli zakaz dokonywania odpisów amortyzacyjnych od budynków i lokali mieszkalnych.

W związku z niejednoznacznością przepisów, przedsiębiorcy prowadzący spółki nieruchomościowe w rozumieniu ustawy o CIT, którzy ze względu na politykę rachunkowości nie dokonują odpisów amortyzacyjnych na potrzeby rachunkowe, powinni wystąpić z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej celem potwierdzenia prawa do amortyzowania posiadanych nieruchomości na cele podatkowe. W perspektywie braku innych oficjalnych opracowań i interpretacji, ta droga wydaje się jedyną gwarantującą względne bezpieczeństwo.

Autor: Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

70 proc. przedsiębiorców wierzy, że Polska będzie brała udział w odbudowie Ukrainy

95 proc. przedsiębiorców ocenia, że wojna na Ukrainie ma lub będzie miała wpływ na polską gospodarkę. Jednocześnie co trzeci nie potrafi określić, w jaki sposób odbije się ona na jego własnej działalności. Firmy zamierzają jednak przeciwdziałać negatywnym skutkom wojny, zmniejszając wydatki, podnosząc ceny produktów i usług oraz szukając nowych rynków zbytu. 70 proc. z nich wierzy, że Polacy będą mieć znaczący udział w odbudowie Ukrainy po zakończeniu wojny – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Choć wojna rosyjsko-ukraińska toczy się wyłącznie za naszą wschodnią granicą, to wszyscy w Polsce również odczuwamy jej skutki. Mało tego, zdaniem ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego, konsekwencje gospodarcze kryzysu będziemy ponosić jeszcze przez wiele lat po zakończeniu konfliktu. Dla naszego kraju oznacza to: dalszy wzrost inflacji, pogorszenie struktury długu publicznego, podwyżki cen paliw i energii, ale nie tylko. Obok negatywnych konsekwencji ekonomicznych dla całej gospodarki, pojawiają się też szanse. A wpływ wojny na poszczególne biznesy zaczynają dostrzegać też przedsiębiorcy niezwiązani bezpośrednio umowami handlowymi z żadną ze stron konfliktu.

Rykoszetem w biznes

Jak pokazuje najnowsze badanie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej „Biznes a Ukraina”, 95 proc. właścicieli polskich firm z sektora MŚP prognozuje, że trwająca wojna nie pozostanie bez wpływu na sytuację gospodarczą w naszym kraju. Większość z nich (61 proc.) jest zdania, że konflikt będzie miał negatywne skutki dla polskiej gospodarki.

70 proc. przedsiębiorców wierzy, że Polska będzie brała udział w odbudowie Ukrainy

Wśród negatywnych czynników wymieniają przede wszystkim: wzrost cen energii (prądu, gazu, paliwa) – 75,8 proc., wzrost cen surowców, półproduktów lub produktów – 71,4 proc., a także wzrost inflacji (65,7 proc.) czy podwyżki stóp procentowych (55 proc.). Blisko co drugi badany (48,8 proc.) szacuje, że na skutek wojny sytuacja finansowa firm ulegnie pogorszeniu, a niemal co trzeci (31,2 proc.) zwraca uwagę na rezygnację z planowanych inwestycji.70 proc. przedsiębiorców wierzy, że Polska będzie brała udział w odbudowie Ukrainy

Jednocześnie 8 proc. firm dostrzega pozytywne konsekwencje dla polskiej gospodarki, a ponad jedna czwarta badanych twierdzi, że skutki mogą być zarówno dobre, jak i złe (26 proc.). Im większa firma, tym jest w stanie dostrzec więcej szans, przy czym co dwudziesty przedsiębiorca nie potrafił wskazać żadnej odpowiedzi.

Inaczej jest z pytaniem o wpływ wojny na ich własną działalność. Wtedy aż 31 proc. przedsiębiorców nie potrafi powiedzieć, jakie ona będzie miała dla nich konsekwencje.

Handel widzi szanse, budownictwo straty

Dużo większa niepewność towarzyszy przedsiębiorcom, gdy pytamy o wpływ wojny na ich własną działalność. To już nie co dwudziesty, ale co trzeci nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej i dodaje: – Widać, przedsiębiorcy z łatwością wypowiadają się o gospodarce, ale gdy temat dotyczy bezpośrednio ich firmy, pojawia się wahanie.70 proc. przedsiębiorców wierzy, że Polska będzie brała udział w odbudowie Ukrainy

Analizując wpływ konfliktu na własną działalność, mniej firm wskazuje negatywne konsekwencje dla swoich biznesów (38 proc.). Najwięcej pozytywnych czynników wymieniają przedsiębiorcy z Mazowsza (15 proc.) oraz z branży handlowej (15 proc.). Upatrują dobrych stron we wzroście konsumpcji spowodowanym przez napływ osób z Ukrainy i w zwiększonym zapotrzebowaniu na produkty dla kobiet i dzieci (obydwa wskazania powyżej 50 proc.).

Z kolei najmocniej negatywny wpływ na swój biznes odczuwają mikrofirmy z regionu południowo-zachodniego (dolnośląskie, opolskie) i z branży budowlanej (56 proc.). Te bolesne konsekwencje to ich zdaniem: wzrost inflacji (99 proc.) i wzrost cen energii (73,5 proc.).

Aby zminimalizować negatywny wpływ wojny na firmę, ich właściciele zamierzają podjąć konkretne kroki: zmniejszyć wydatki (43,6 proc.) i podnieść ceny produktów i usług (42,9 proc.), a także poszukać nowych rynków zbytu (28,5 proc.) czy nowych dostawców (27 proc.). Co piąty planuje zwiększyć skuteczność odzyskiwania należności od kontrahentów (20,5 proc.), a co szósty skorzysta z zewnętrznego wsparcia finansowego jak kredyt, faktoring czy pożyczka (17,8 proc.).70 proc. przedsiębiorców wierzy, że Polska będzie brała udział w odbudowie Ukrainy

Świat po wojnie

W swoim badaniu Krajowy Rejestr Długów zapytał też przedsiębiorców o to, czy ich zdaniem polskie firmy będą miały znaczący udział w odbudowie Ukrainy po zakończeniu wojny. Blisko 70 proc. z nich uważa, że tak właśnie będzie. Z tego najwięcej, bo ponad 90 proc. deklaracji płynie od firm transportowych (96,7 proc.) i produkcyjnych (91,1 proc.). Najmniej, o dziwo, od firm budowlanych (43,8 proc.). Również najwięcej optymistów pod tym względem jest w regionie północnym (woj. kujawsko-pomorskie, pomorskie i warmińsko-mazurskie) – 80,9 proc., a najwięcej pesymistów w regionie wschodnim (lubelskie, podkarpackie, podlaskie), gdzie 29,1 proc. jest odmiennego zdania.

Odbudowa Ukrainy po wyniszczającej wojnie będzie koniecznością, dlatego nie mam wątpliwości, że Polska jako kraj najbardziej zaangażowany w pomoc naszym wschodnim sąsiadów, również i w tej kwestii wykaże się największą inicjatywą. Brak wiary polskich firm budowlanych prawdopodobnie wynika stąd, że już dziś spora część zatrudnionych w budownictwie pracowników przebywa nie na placach budów, ale w swoim kraju, gdzie walczą o wolność. Po zakończeniu wojny też nieprędko wrócą do Polski, bo będą chcieli odbudować ojczyznę – komentuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Ogólnopolskie badanie „Biznes a Ukraina” przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA w marcu 2022 r. przez TGM Research na grupie 320 firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, metodą CAWI.

Niezdecydowanie EBC wywołuje presję na euro

Na wczorajszej konferencji prasowej EBC podtrzymał swoje oczekiwania dotyczące normalizacji polityki pieniężnej od trzeciego kwartału. Uzależnił to jednak od dalszego rozwoju gospodarki, która może popaść w recesję z powodu ewentualnego kryzysu energetycznego. Niezdecydowana postawa instytucji mimo wysokiej dynamiki cen jest ryzykowna, ponieważ oczekiwania inflacyjne, a tym samym inflacja, mogą wzrosnąć nawet w przypadku słabych wyników gospodarki. Euro zdecydowanie osłabiło się względem dolara.

Prezeska EBC Christine Lagarde przekazała zasadniczo te same informacje, co po ostatnim posiedzeniu Rady. Zgodnie z oświadczeniem, EBC nadal oczekuje zakończenia zakupów aktywów netto w trzecim kwartale. Według Lagarde, wyższe stopy procentowe powinny zostać podniesione dopiero „jakiś czas” po zakończeniu zakupów, przy czym okres ten może wynieść od tygodnia do trzech miesięcy. Powtórzone zostało stwierdzenie, że normalizacja polityki pieniężnej będzie ostatecznie zależeć od rozwoju danych, a jeszcze w większym stopniu od tego czy dojdzie do embarga na Rosję i tym samym kryzysu energetycznego, który może wywołać recesję.

W komunikacie pojawiły się jednak także pewne zmiany. Na przykład szefowa EBC podkreśliła, że inflacja bazowa, wynosząca 3,0 proc. jest obecnie znacznie powyżej granicy 2 proc, co wymaga „bacznej uwagi” ze strony EBC. Jest to prawdopodobnie główny powód, dla którego Rada czuje się obecnie wzmocniona w swoich oczekiwaniach co do zakończenia zakupów aktywów netto w trzecim kwartale. Decyzję o dokładnym terminie instytucja podejmie na posiedzeniu w czerwcu, gdy będą dostępne jej nowe projekcje.

Euro nie otrzymało żadnego wsparcia. Wydźwięk konferencji był mocno gołębi. Rada tkwi w pewnym zawieszeniu i oczekuje na dalszy rozwój wydarzeń. Główna para walutowa przebiła wsparcie na 1,0815 i w pewnym momencie była na poziomie 1,0757, po czym wykonała lekką korektę wzrostową. Notowania na moment obecny nie wróciły do poziomów sprzed konferencji. Z technicznego punktu widzenia padł sygnał sprzedaży. W tym momencie prawdopodobne jest, że EUR/USD będzie kierować się do 1,0650, gdzie znajduje się dołek z marca 2020 roku.

Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

Budżet korzysta na inflacji?

Z najnowszych szacunków GUS wynika, że inflacja w marcu w skali roku wyniosła 10,9%. Jest to niestety zaskakująco wysoki odczyt. Większość ekonomistów spodziewała się wyników inflacji na poziomie 10,1%. Na tym poziomie ukształtował się konsensus. Niestety, do przyspieszenia wzrostu cen przyczyniły się zawirowania na poziomie geopolitycznym – czyli agresja rosyjska na Ukrainę. To przyczyniło się do zawirowań na rynkach surowcowych – przede wszystkim surowce energetyczne i paliwa były tym komponentem, który rzeczywiście bardzo istotnie podbił wskaźnik inflacji. Komponent paliwowy w koszyku inflacyjnym wzrósł aż o około 1/3. Dla budżetu państwa sytuacja związana z wysoką inflacją jest czynnikiem, który tymczasowo powoduje załagodzenie problemów jeśli chodzi o finansowanie wydatków budżetowych – które faktycznie w ostatnim czasie istotnie rosły w związku z prowadzaną rządową tarczą antyinflacyjną, jak również dodatkowymi świadczeniami społecznymi w formie waloryzacji emerytur czy też zapowiedzi wprowadzenia 14 świadczenia emerytalnego i rentowego.

– W sytuacji, w której tak istotnie rosną stopy procentowe, koszty finansowania emisji nowego długu publicznego i jego obsługi rzeczywiście będą wysokie. Natomiast jednocześnie wysoka inflacja oddziałuje na wzrost bazy podatkowej – pojawiają się dodatkowe możliwości finansowania, co ułatwia zmiany w systemie podatkowym przez wprowadzenie niższej stawki podatkowej – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Natomiast oczywiście z punktu widzenia konsumentów i przedsiębiorców obecna sytuacja jest głęboko niekomfortowa. Utrudnia kalkulację ekonomiczną i wymusza stałe zmiany cen po stroni przedsiębiorców. Wywołuje dodatkowe koszty i niepewność, jeśli chodzi o składniki kosztowe ponoszone przez przedsiębiorców. Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja będzie wymagała dalszej reakcji ze strony Rady Polityki Pieniężnej – która już od wielu miesięcy podnosi stopy procentowe. Niestety musimy spodziewać się, że koszt pieniądza będzie dalej rósł, a na najbliższym kwietniowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej możemy spodziewać się podwyżki stóp procentowych o 50, a nawet 75 punktów bazowych – przewiduje Kozłowski.

Już 8 państw UE z dwucyfrową inflacją. Rynki czekają na EBC

Na rynku widzimy kolejne niemiłe niespodzianki w odczytach inflacji. Wzrost cen podbijany jest przez wzrosty na ropie. Dzisiaj posiedzenie EBC. Jeżeli bank znów będzie starał się udawać, że problemu nie ma, to będzie on tylko rósł.

Ropa znów straszy

Jeszcze na początku tygodnia wydawało się, że wracamy w stronę taniego paliwa. Rosyjska ropa trafia na rynek azjatycki, co prawda po silnych przecenach. Problemem jest jednak logistyka. Kierunek ten jest niewydajny i nie jest w stanie odebrać takiej ilości surowca. Co ciekawe, mimo nieskuteczności sankcji, surowiec w tym tygodniu idzie wyraźnie w górę. Bardziej interesująca nas w Europie ropa, która w poniedziałek znajdowała się poniżej 100 dolarów, dzisiaj w nocy była już 10 dolarów droższa. W górę idą też notowania amerykańskiej ropy. Są to problematyczne dane, gdyż wzrost cen paliw tylko napędza problemy inflacyjne na świecie.

Inflacja w Europie

Dzisiaj Słowacja dołączyła do ekskluzywnego grona już 8 państw Unii Europejskiej z dwucyfrową inflacją. Do tego grona nie dostała się wczoraj Hiszpania, która uzyskała wynik 9,8%. W obydwóch przypadkach były to rezultaty zgodne z oczekiwaniami. Oba te państwa są również członkami unii walutowej i nie mają instrumentów, by realnie przeciwdziałać inflacji. Mają co prawda środki spoza polityki monetarnej, ale te są mniej skuteczne. W teoretycznie lepszej sytuacji jest Szwecja, która ma możliwość reagowania. Inflacja wynosi tam co prawda zaledwie 6%, aczkolwiek jest to wzrost aż o 1,7% w skali miesiąca. W tym tempie kraj ten szybko będzie mieć poważny problem. Rynki wyraźnie mają nadzieję na wzrost stóp procentowych w Szwecji, bo po odczycie korona się umacnia.

Kanada podniosła stopy procentowe

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami Bank Kanady podniósł główną stopę procentową o 0,5%. Wynosi ona obecnie 1%. Kanadyjczycy ze względu na bardzo silne powiązania gospodarcze ze swoim południowym sąsiadem starają się mocno dopasowywać do tamtejszej polityki monetarnej. Skoro Amerykanie podnoszą stopy procentowe, to i w Kanadzie pojawia się dobra okazja. Kanadyjczycy mogli się bać podnosić wcześniej, by nie umacniać zbytnio dolara kanadyjskiego. Trzeba pamiętać, że inflacja wynosi tam “zaledwie” 5,7%, zatem przestrzeni do działań władze monetarne mają więcej niż w USA. To, czego się bała część analityków, czyli umocnienie dolara kanadyjskiego, miało jednak miejsce. Po decyzji waluta umocniła się względem dolara amerykańskiego o niemal 1%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,
13:45 – strefa euro – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Jastrzębie EBC?

Spodziewamy się, że kwietniowe zebranie Europejskiego Banku Centralnego w tym tygodniu przyniesie jastrzębi ton i otworzy drogę do pierwszej podwyżki stóp od ponad dekady na jednym z najbliższych posiedzeń. O ile na długo wyczekiwaną podwyżkę w czerwcu może być dla banku centralnego zbyt wcześnie, o tyle nie wykluczamy, że już wówczas może dojść do wzrostu stóp o 10 pb.

Dostrzegamy również możliwość, że EBC decyduje się na podwyżkę w lipcu – byłoby to jednak dość niekonwencjonalne działanie, biorąc pod uwagę, że lipcowe posiedzenie nie przyniesie nowych projekcji makroekonomicznych. Uważamy, że podwyżki o 25 pb. we wrześniu i grudniu są coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem, a skala podwyżek w 2023 r. powinna przekraczać obecne rynkowe oczekiwania.

Spodziewamy się w tym tygodniu kolejnej jastrzębiej rekalibracji programu skupu aktywów APP. W marcu EBC mówił o zakupach o wartości 40 mld euro w kwietniu, 30 mld euro w maju i 20 mld euro w czerwcu, zanim zakończy zakupy netto w III kwartale. Uważamy, że ze względu na kolejne zaskoczenia inflacyjne bank może teraz ogłosić zakończenie zakupów istotnie wcześniej. Możliwe, że skup będzie trwał tylko do czerwca. Sama wysokość zakupów w międzyczasie raczej nie będzie szczególnie istotna dla inwestorów, przyspieszenie zakończenia skupu mogłoby jednak otworzyć drzwi do podwyżki stóp najwcześniej w czerwcu, a najpóźniej we wrześniu. Wielu jastrzębich członków Rady (w tym Klaas Knot, Robert Holzmann i Pierre Wunsch) wyraziło już poparcie dla wcześniejszego zakończenia skupu aktywów, a część wprost wspomniała, że we wrześniu możliwa jest podwyżka stóp.

Komentarze Lagarde zaważą na kursie EUR/USD

Komunikaty prezeski Christine Lagarde będą odgrywać istotną rolę w kształtowaniu rynkowych oczekiwań dotyczących stóp. Nie spodziewamy się radykalnych zmian retoryki. Najistotniejsze różnice dotyczące dalszych kroków poznamy najprawdopodobniej dopiero w czerwcu, kiedy zostaną wydane nowe projekcje makroekonomiczne. Uważamy, że Lagarde w kwietniu ponownie podkreśli, że podwyżki nadejdą „jakiś czas” po wygaszeniu APP, a bank przyjmie elastyczne podejście do polityki zależne od odczytów. Jednocześnie naszym zdaniem EBC zasygnalizuje rosnące obawy związane z uporczywością nadwyżkowej inflacji i zobaczymy przybierający na sile rozłam między jastrzębimi i gołębimi członkami Rady Prezesów, o którym wspominamy od jakiegoś czasu.

Obecnie rynek wycenia, że stopy w czerwcu będą wyższe o 6 pb., w lipcu – o 18 pb., a do końca roku – o 70 pb. Jeśli rynek uzna, że komentarze Lagarde torują drogę do podwyżki na zebraniu w czerwcu lub lipcu, euro prawdopodobnie gwałtownie się umocni w relacji do głównych walut. Szczególnie biorąc pod uwagę jego obecnie niską cenę – kurs EUR/USD jest w okolicy najniższego poziomu od maja 2020 r. (Wykres 1).

Wykres 1: Kurs EUR/USD (2021 – 2022)Kurs EUR USD (2021 – 2022)

Źródło: Refintiv Datastream Data: 12.04.2022

Miesiąc istotnych zmian dla EBC

Po marcowym posiedzeniu wspominaliśmy, że rynek zareagował prawdopodobnie nieco zbyt mocno na wskazanie banku, że podwyżka może nadejść „jakiś czas” po wygaszeniu APP. Uważamy, że dało to EBC większą elastyczność w kwestii polityki. Utrzymujemy ten pogląd, szczególnie biorąc pod uwagę jastrzębi ton protokołu z marcowego zebrania. Wynika z niego, że część decydentów wyraziła obawy, że polityka banku nie jest dostosowana do sytuacji i że nadwyżka inflacji jest większym problemem niż perspektywy wzrostu gospodarczego. Dodatkowo w tekście pojawiła się niespodziewanie ostra krytyka projekcji makroekonomicznych banku, które zakładają powrót do celu inflacyjnego w 2023 r. EBC znacząco nie docenia uporczywości wysokiej inflacji, co naszym zdaniem naraża wiarygodność banku.

Od czasu marcowego zebrania wzrost cen w strefie euro pobił kolejne rekordy, co stanowi dodatkową zachętę dla Rady Prezesów, by zwiększyć tempo wygaszania stymulacji. Główna miara inflacji konsumenckiej wzrosła do 7,5% (oczekiwano 6,6%), zaś bazowa do 3,0%. Oczekiwania inflacyjne również istotnie wzrosły, szczególnie po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Swap inflacyjny 5y5y (oczekiwania inflacyjne dla 5-letniego okresu 5 lat od teraz) wzrósł do ponad 2,3%, a decydenci prawdopodobnie coraz bardziej przejmują się odkotwiczeniem oczekiwań inflacyjnych. Odpowiada to obecnie mniej więcej wartości tej miary w USA, gdzie stopy procentowe mają być podnoszone w tym roku w agresywnym tempie – fed funds futures wyceniają obecnie ponad 220 pb. podwyżek w pozostałej części 2022 r.

Uważamy, że stopa procentowa EBC jest zdecydowanie zbyt niska w stosunku do sytuacji inflacyjnej, i wydaje się, że coraz większa część Rady Prezesów ma podobne zdanie.

Wykres 2: Swap inflacyjny 5y5y w strefie euro i USA (2021 – 2022)Swap inflacyjny 5y5y w strefie euro i USA (2021 – 2022)

Źródło: Refintiv Datastream Data: 12.04.2022

Decyzja w sprawie polityki EBC zostanie ogłoszona w czwartek o godz. 13:45, a konferencja prasowa rozpocznie się o 14:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

4 pokolenia pracowników – 4 korzyści

  1. Baby Boomers: są zdyscyplinowani, lojalni wobec pracodawcy i to w ramach struktury firmy widzą swój rozwój kariery. Cenią dobrą płacę, możliwość awansu, stabilność zatrudnienia oraz pakiety benefitów. W kwestii komunikacji preferują formę bezpośrednią (rozmowa lub telefon), ewentualnie e-mail.
  2. Pokolenie X: jest nastawione na rozwój swoich kompetencji, ale też dużą wagę przywiązuje do wykonywanego zawodu. Oprócz adekwatnego wynagrodzenia ceni możliwość awansu, samodzielność, benefity oraz work-life balance. W komunikacji najchętniej wykorzystuje e-mail, ewentualnie telefon.
  3. Pokolenie Y: ma „misyjne” podejście do pracy, a pracodawcę chce traktować po partnersku i takie relacje zawodowe preferuje. Docenia możliwość rozwijania kompetencji, niezależność i pracę zespołową. W komunikacji częściej korzysta z wiadomości tekstowych, również za pośrednictwem mediów społecznościowych lub przez aplikacje.
  4. Pokolenie Z: ceni zarówno dobrą płacę, jak i inspirującą pracę, najchętniej z misją i w nowoczesnym otoczeniu. Nie jest mocno związane z pracodawcą i stosunkowo łatwo zmienia pracę, poszukując nowych wyzwań. Jako narzędzie komunikacji najczęściej wykorzystuje aplikacje mobilne a także wideo – ceni szybki kontakt.

Współczesne firmy są coraz częściej jak wielopokoleniowe rodziny, co jest oczywiście konsekwencją trendów demograficznych. Podobnie jak w przypadku domu, w którym mieszka jednocześnie kilka generacji, również przedsiębiorstwa, posiadające zespół o zróżnicowanej strukturze wiekowej, muszą nauczyć się funkcjonować w tym układzie. To wiąże się z wyzwaniami – przede wszystkim dotyczącymi metody zarządzania zespołem. Jednak zapłatą za ten wysiłek są korzyści, jakie przynosi multigeneracyjność. Oto 4 najważniejsze.

Mamy obecnie niecodzienną sytuację demograficzną, jeśli chodzi o strukturę zatrudnienia w firmach. Może bowiem zdarzyć się, że w jednym przedsiębiorstwie pracują jednocześnie przedstawiciele czterech pokoleń: Baby Boomers, generacji X, Y oraz Z. Choć różni ich podejście do pracy, stopień lojalności w stosunku do pracodawcy, rodzaj oczekiwań wobec niego, a także preferowane formy komunikacji – dobra współpraca nie jest wykluczona. Przeciwnie, może przynieść wymierne korzyści.

Korzyść 1: różnorodne kompetencje

W rodzinie wielopokoleniowej każdy członek ma określone miejsce, rolę do spełnienia oraz wyznaczone zadania, z których musi się wywiązać. Zadania te oczywiście dopasowane są do wieku i możliwości każdego z członków rodziny. Podobnie rzecz się ma z firmami, w których wspólnie pracują przedstawiciele różnych generacji. Są na różnych etapach rozwoju zawodowego, posiadają różne umiejętności – wynikające zarówno z doświadczenia zawodowego, jak i z wieku.

– W rodzinie wielopokoleniowej życie toczy się swoim rytmem, ale to nie oznacza, że członkowie rodziny nie czerpią korzyści ze wspólnego życia. Tak samo jest w firmie, w której jednocześnie pracują osoby w różnym wieku, z różnym stażem pracy, doświadczeniem zawodowym, wykształceniem, kompetencjami. Mogą i powinni czerpać nawzajem od siebie – uczyć się i wspomagać. Przykładem może być współpraca młodego pracownika, przedstawiciela pokolenia Z, który – z natury jest multizadaniowy, ma bardzo wysokie kompetencje w zakresie nowych technologii i np. aplikacji mobilnych – oraz przedstawiciela generacji Baby Boomers, który co prawda zazwyczaj słabiej porusza się po nowych technologiach, za to ma szerszą sieć kontaktów zawodowych, a przede wszystkim doświadczenie, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. Połączeni tworzą team idealny – wyjaśnia Aneta Stelmach z firmy Quercus.

Jak wykorzystać taki potencjał? Dzięki narzędziom, takim jak SuccessFactors, można bardzo szybko uzyskać informacje o kompetencjach posiadanych przez każdego z pracowników i skonfrontować je z wymaganiami dla poszczególnych stanowisk w zespole. Wówczas może okazać się, że choć pracownikowi na danym stanowisku brakuje konkretnych umiejętności, posiada je inny członek zespołu. Przy efektywnej współpracy – w kontekście całego zespołu – lukę kompetencyjną można więc zniwelować (oraz oczywiście uwzględnić odpowiednie szkolenia w przyszłości).

Korzyść 2: szersze spojrzenie

Czasami przeszkodą w zbudowaniu dobrze funkcjonującego wielopokoleniowego zespołu bywa niezrozumienie i koncentrowanie się na „wadach”, a nie „zaletach” poszczególnych pokoleń. To działa w obie strony. Starsi pracownicy mogą postrzegać młodych jako roszczeniowych, nie zauważając, że to od nich warto uczyć się umiejętności oddzielania spraw zawodowych od prywatnych. Młodzi często koncentrują się na tym, że starsze pokolenia nie zawsze nadążają za zmianami technologicznymi, Tymczasem ich wielką zaletą jest doświadczenie i wiele „przerobionych” sytuacji zawodowych, dzięki czemu potrafią bez wahania poradzić sobie w momentach trudnych, a nawet kryzysowych.

– Zróżnicowany wiekowo zespół, który koncentruje się na pozytywach, jest innowacyjny, bo potrafi czerpać z atutów każdego pokolenia. Jest bardziej skuteczny w realizacji projektów, umie spojrzeć na zadanie z perspektywy różnych generacji, a w efekcie opracować optymalne rozwiązanie, uwzględniające te problemy. Starsi pracownicy potrafią na przykład przeprowadzać wnikliwe analizy, ale to młodsze pokolenia sprawniej owe dane pozyskają. Przedstawiciele Baby Boomers i pokolenia X są bardziej odpowiedzialni w kwestii realizacji zadań, ale to młodzi nie zawahają się postawić trudne pytanie przełożonemu. W dłuższej perspektywie zespół wielopokoleniowy to rozwiązanie optymalne – podkreśla Aneta Stelmach.

Korzyść 3: mniejsza rotacja

Jednym z większych zagrożeń zespołów monogeneracyjnych są falowe rotacje. Dotyczy to na przykład sytuacji, kiedy pracownice w zbliżonym wieku odchodzą na urlopy macierzyńskie lub pojawia się fala odejść na emeryturę albo klasycznej zmiany pracy, co w przypadku młodszych pokoleń jest niejako wpisane w ich naturę. Zarówno czasowe absencje, jak i rotacje, jeśli są falowe, stanowią istotne zagrożenie dla płynności procesów w firmie i są wyzwaniem rekrutacyjnym. Takich problemów nie ma w przypadku wielopokoleniowych zespołów – w pewien sposób chroni to firmę przed falą odejść, zapewniając stabilność zatrudnienia i wydajność zespołów.

– Dzięki zaawansowanym narzędziom, takim jak SuccessFactors Succession & Development, możemy w pewnym stopniu przewidzieć, w przypadku których pracowników występuje największe zagrożenie odejściem (i oczywiście spróbować zawczasu temu przeciwdziałać). Aby uniknąć większego ryzyka falowych odejść, warto otworzyć się na zatrudnianie pracowników w różnym wieku, nawet jeśli oznacza to konieczność wdrożenia dodatkowych szkoleń – zaznacza Wojtek Miszewski, ekspert w zakresie SuccessFactors w Quercus.

Korzyść 4: naturalny transfer wiedzy

W zróżnicowanym wiekowo zespole, podobnie jak w wielopokoleniowej rodzinie, poszczególni członkowie w naturalny sposób uczą się od siebie. To nie tylko transfer wiedzy od młodych, zaawansowanych technologicznie pracowników do starszych stażem kolegów, ale również w drugim kierunku. Pracownicy 50+, często niesłusznie marginalizowani, mają bardzo duży potencjał – wynikający z doświadczenia, kompetencji zawodowych, zaangażowania w pracę, potrzeby samorealizacji – również w wieku okołoemerytalnym i emerytalnym. Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że jako społeczeństwo starzejemy się i coraz trudniej będzie pozyskać do pracy specjalistów z młodszych pokoleń (bardzo duża konkurencja). Dobrze przemyślany plan współpracy ze starszymi pracownikami może okazać się skutecznym rozwiązaniem.

– Część pracowników w wieku emerytalnym może i chce nadal pracować. Warto wykorzystać te deklaracje i stworzyć im odpowiednie warunki pracy, takie, w których mogliby w pełni wykorzystać swoje atuty. Dobrym pomysłem może być wprowadzenie funkcji mentora oraz wdrożenie długofalowego planu sukcesji. W obu przypadkach starsi pracownicy mogą przekazać swoją wiedzę młodszym, dzieląc się również know how. A jednocześnie – w trakcie codziennych obowiązków – zwiększać swoje kompetencje, na przykład dotyczące nowych technologii. Nikt lepiej niż przedstawiciele generacji Z się po nich nie porusza – podsumowuje Wojtek Miszewski.

Wielopokoleniowy zespół może stać się zespołem samozarządzającym. Posiadając różnorodne kompetencje, umiejętność spojrzenia na problem z różnych perspektyw, ucząc się wykorzystywać atuty członków w każdym wieku i w naturalny sposób przekazując sobie wiedzę i doświadczenie – może w dużym stopniu odciążyć menedżera. Starsi pracownicy, zwykle czujący większą odpowiedzialność, „porządkują” pracę w zespole, młodsi są z kolei pełni entuzjazmu i otwarci na to, co nieszablonowe. Wspólnie mogą wypracować rozwiązania nieosiągalne dla grup zbliżonych wiekowo. Wszystko jednak pod jednym warunkiem – że będą słuchać się nawzajem, będą empatyczni i nauczą się szukać pozytywów, unikając stereotypowego spojrzenia na poszczególne generacje.

Unfold.vc zwiększa zaangażowanie kapitałowe w Poley.me

  • vc zwiększył zaangażowanie kapitałowe w Poley.me – wrocławskim startupie z autorską maszyną do robienia drinków, działającą w modelu RaaS (Robot as a Service).
  • To już druga transza inwestycyjna Unfold.vc w spółkę. W sumie, „bar przyszłości” pozyskał 1 mln zł od wrocławskiego funduszu. Startup widzi szansę na szybki rozwój i ekspansję, dlatego już szykuje się na jesienną rundę finansową.
  • W portfelu Unfold.vc (d. Venture INC) oprócz Poley.me znajdują się m.in: Brand24, Infermedica, Timecamp, Intelliseq, Sundose, neurocare group czy GibLib.

Ostatnie dokapitalizowanie wrocławskiego startupu Poley.me przez Unfold.vc wpisuje się w strategię notowanego na GPW funduszu, który po ogłoszonym w marcu tego roku rebrandingu intensyfikuje działania inwestycyjne. Oprócz aktywnego poszukiwania kolejnych projektów, fundusz mocno angażuje się w spółki, które już ma w portfelu. W Poley.me, automatyzujące proces sprzedaży, przygotowywania i podawania drinków, właśnie zwiększył zaangażowanie kapitałowe.

Unfold.vc uwierzył w spółkę już w 2021 roku, poszerzając tym samym swoje kategorie inwestycyjne o model RaaS (Robot as a Service), wskazywany jako nadchodzący trend w automatyzacji usług. Objęcie kolejnych udziałów w Poley.me jest wynikiem udanej realizacji planów spółki, zakładających m.in. rozwój technologii i realizację pierwszych wdrożeń.

– Poley.me wykazuje duży potencjał rozwoju i wzrostu, m.in. ze względu na obecność w branży, która szczególnie teraz potrzebuje innowacyjnych rozwiązań. Widzimy, że postępująca automatyzacja wkracza w coraz to nowe obszary, nie tyle zastępując pracę ludzi, co ułatwiając ją. Poświęcamy szczególną uwagę spółkom reagującym na zmiany, jakie się wokół nas dzieją. Jako inwestor dostrzegamy globalny potencjał Poley.me, dlatego po raz kolejny inwestujemy w ten doświadczony zespół z wysokimi kompetencjami inżynierskimi, menedżerskimi i biznesowymi – mówi Magdalena Surowiec, managing partner w Unfold.vc.

Pierwszy tysiąc w tydzień

Poley.me powstało w 2019 roku z inicjatywy grupy przyjaciół inżynierów: Dawida Kościółka, Daniela Wieczorka, Michała Szarka i Kamila Paśko. W ciągu kilku miesięcy od pojawienia się pomysłu na biznes powołali spółkę, a następnie zbudowali prototyp maszyny, którą Unfold.vc docenił, inwestując w projekt już w sumie 1 mln zł.

Maszyna właśnie stanęła u pierwszego klienta, rozpoczynając tym samym oficjalną sprzedaż napojów. W ciągu pierwszych siedmiu dni od uruchomienia zaserwowała ich ponad tysiąc.

– Nasz robot wzbudził ogromne zainteresowanie, zarówno ze strony klientów, którzy dosłownie dziękują nam za to rozwiązanie, jak i ze strony samych barmanów, których maszyna realnie odciąża w codziennej pracy i pozwala skupić się na kreatywnych koktajlach oraz budowaniu relacji z gośćmi. Ludzie podchodzą do nas i mówią: nareszcie, to jest to, czego potrzebowaliśmy. Mamy też odzew z rynku – coraz więcej telefonów od właścicieli barów i innych punktów gastronomicznych. Cieszymy się, że krok po kroku realizujemy założony plan. Zbudowaliśmy prototyp, w który uwierzyli inwestorzy. Teraz pokazaliśmy, że nasze rozwiązanie ma sens pod kątem biznesowym, zwiększając efektywność i obroty lokali – mówi Dawid Kościółek, wspólnik w Poley.me.

Autorski, w pełni autonomiczny robot może przygotować nawet 120 piw lub drinków na godzinę, zwielokrotniając tym samym przepustowość i eliminując długie kolejki przy barach – obsługa jednego klienta zajmuje kilkadziesiąt sekund. Poley.me planuje wykorzystać sztuczną inteligencję, dzięki której maszyna na podstawie preferencji klientów połączy smaki, a także zweryfikuje, czy dana osoba jest pełnoletnia. Automat jest w stanie przyjąć zamówienie i płatność, a następnie wydać drinka wraz z paragonem.

Startup zapowiada dalsze prace nad technologią tak, by robot stawał się coraz bardziej niezawodny i wydajny, spełniając jednocześnie rosnące oczekiwania klientów. Dzięki finansowaniu od Unfold.vc, Poley.me będzie realizować ambitny plan dalszego doskonalenia produktu i rozszerzenia sieci sprzedaży.

Kolejna runda w drodze

W założeniach na najbliższy czas mamy ulepszanie produktu, by po planowanej na czwarty kwartał kolejnej rundzie rozpocząć produkcję na większą skalę i móc dystrybuować do kilkunastu maszyn miesięcznie, zdobywając kolejnych klientów w różnych lokalizacjach. Widząc zainteresowanie funduszy naszą spółką, planujemy w tym roku pozyskać jeszcze 1 mln euro. Finansowanie przeznaczymy na skalowanie biznesu – zapowiada Dawid Kościółek, wspólnik w Poley.me.

Przedstawiciele Poley.me zakładają szeroką ekspansję, najpierw lokalnie we Wrocławiu i w Warszawie, a później za granicami kraju, w największych europejskich miastach.

W stronę automatyzacji

Pandemia Covid-19 pomogła wkroczyć innowacyjnym maszynom w nowe branże. Już 2 lata temu Międzynarodowa Federacja Robotyki informowała w raporcie „World Robotics Reports 2020”, że na świecie jest blisko 2,7 mln robotów. Pracują one głównie w fabrykach, laboratoriach, przemyśle lekkim, rolnictwie czy opiece medycznej. Coraz częściej znajdują zastosowanie w gastronomii, wspierając kelnerów w serwowaniu dań czy kucharzy w tworzeniu potraw. Pandemia wyraźnie wyeksponowała kluczową rolę robotów i przyspieszyła trend automatyzacji branży.

–  Do tej pory większość procesów w gastronomii odbywała się manualnie, ale tak dynamicznie zmieniająca się branża potrzebuje wsparcia ze strony automatyzacji. Covid-19 dał właścicielom lokali impuls do odważnych zmian w obliczu m.in. przechodzenia pracowników do innych sektorów, ale i faktu, że klienci oczekują wysokiego standardu higieny. Lawinowo zwiększyło się więc w tym obszarze zapotrzebowanie na innowacyjne, bezpieczne rozwiązania podkreśla Daniel Wieczorek, wspólnik i CEO Poley.me.

Pomysłodawcy Poley.me podkreślają, że maszyna nie ma zastąpić barmanów, a być ich partnerem w codziennej pracy, przyczyniając się do generowania jeszcze większych zysków. – Czujemy, że to dobry moment na rozwój naszego biznesu. Jeszcze 10 lat temu skonstruowanie takiej maszyny i wejście na rynek wiązało się z dużo większymi kosztami i wymagało znacznie więcej czasu. My jesteśmy w stanie przejść ten proces w ciągu kilku miesięcy. Robotyzacja gastronomii to teraźniejszość, a my przygotowywaliśmy się na ten moment od kilku lat – podkreślają przedstawiciele spółki.