ATAL przekazał 794 lokali w Q1 2021 r.

ATAL, ogólnopolski deweloper, w pierwszym kwartale 2021 roku przekazał 794 lokale, co oznacza wzrost o 67,9% rok do roku (473). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (281), Łodzi (167) i Katowicach (140).

Mimo trwającej pandemii rynek mieszkaniowy pozostaje niezmiennie w wysokiej fazie aktywności, a perspektywy są wciąż bardzo dobre. Jeśli chodzi o wydania, to pierwszy kwartał roku był dla nas udany – od stycznia do końca marca przekazaliśmy klientom 794 lokale – mówi Zbigniew Juroszek, Prezes ATAL S.A.  

WYDANIA LOKALI ATAL W Q1 2021 r. (wg. MIAST)
Miasto Liczba przekazanych lokali
Katowice 140
Kraków 83
Łódź 167
Warszawa 281
Wrocław 75
Trójmiasto 6
Poznań 42
Łącznie 794

ATAL w pierwszym kwartale 2021 roku zakontraktował 848 mieszkań, czyli o 14,28% więcej niż przed rokiem. W analogicznym okresie roku poprzedniego sprzedaż plasowała się na poziomie 742 lokali. W marcu podpisano 400 umów deweloperskich – to rekordowy miesięczny wynik w historii spółki. Spółka zakłada, że kontraktacja w 2021 roku wyniesie co najmniej 3 200 lokali.

W 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali – deweloper wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48% rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

ATAL jest spółką dywidendową. Zarząd w marcu br. zarekomendował Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 80% zeszłorocznego zysku netto jednostki dominującej. Oznacza to, że do akcjonariuszy trafi 117,3 mln złotych, czyli 3,03 zł na akcję. Pozostałą część wypracowanego zysku – 28,4 mln zł – Zarząd rekomenduje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

Kurs euro może zmierzać w kierunku 4,50

Nadchodzące dni będą wyglądały zupełnie inaczej w wykonaniu złotego niż jeszcze tydzień temu można było przewidywać. Posiedzenie Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych zostało ponownie przełożone, a NBP zaczyna neutralnie patrzeć na kurs złotego. W krótkim terminie złoty ma przestrzeń do dalszego umocnienia.

Nieprzychylny dla polskich banków wyrok SN, zmuszający je do domykana pozycji walutowych i sprzedaży PLN, oraz Narodowy Bank Polski wciąż zainteresowany słabszą walutą – takie mogłoby być realia na rynku złotego w tym tygodniu. Tymczasem posiedzenie Izby Cywilnej SN zostało przełożone z 13 kwietnia na 11 maja z powodu restrykcji pandemicznych oraz wyczekiwania wyroku TSUE w sprawie kredytów, który planowany jest na 29 kwietnia. Odroczenie pomaga złotemu dwojako. Po pierwsze wyklucza spekulacyjne budowanie pozycji na wypadek negatywnej reakcji złotego na wyrok. Po drugie, wszelkie pozostałości pozycji na osłabienie złotego zawieranych podczas marcowej fali deprecjacji mogą być dalej domykane, gdyż nie ma sensu czekać na niepracujących pozycjach dodatkowy miesiąc. W ubiegłym tygodniu widać było, jak wyciszenie ryzyk wokół złotego pomaga w odreagowaniu z nieuzasadnionych fundamentalnie poziomów. Oczywiście ryzyka te i inne (jak. np. trzecia fala COVID-19) nie zniknęły i będą straszyć złotego w kolejnych tygodniach. Decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF pozostają sprawą otwartą bez żadnych sugestii, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Można jedynie przyjąć, że wyrok TSUE 29 kwietnia stanie się szablonem dla Sądu Najwyższego i ta data może być najważniejsza dla złotego.

Piątkowa konferencja prezesa NBP A. Glapińskiego przynajmniej nie zaszkodziła złotemu. NBP pozostaje gołębi, a prezes w dalszym ciągu podtrzymuje zdanie, że jeśli zależałoby to wyłącznie do niego, to stopy procentowe nie uległyby zmianie co najmniej do końca kadencji RPP, tj. do połowy 2022 r. Z jednej strony jest to odbierane negatywnie jako blokada dla podwyżek w obliczu przyspieszającej inflacji, choć Glapiński zaznaczył, że przestrzelenie celu inflacyjnego w kolejnych miesiącach będzie zjawiskiem przejściowym wynikającym z wyższych cen energii i wywozu śmieci, na co Rada i tak nie ma wpływu. Jednocześnie jednak prezes zasugerował malejące ryzyko obniżki stóp procentowych, podkreślając coraz mniejszy wpływ kolejnych restrykcji covidowych na aktywność gospodarczą. Dodał, że NBP zakłada scenariusz optymistyczny z przezwyciężeniem pandemii i powrotem do normalności w lecie.

Najważniejsze jednak padło w kwestii złotego. Glapiński przyznał, że bankowi centralnemu udało się osiągnąć zamierzony cel i sprowadzić złotego do „strefy komfortu”. Bank może dalej interweniować, jednak nie dąży do określonego poziomu kursu. Prezes podkreślił, że każda dynamiczna zmiana kursu jest niepożądana, gdyż rujnuje spokój gospodarczy. Osobiście widziałbym tutaj otwarcie furtki dla dwustronnej stabilizacji kursu. Z jednej strony NBP niezmiennie będzie krzywym okiem parzył na zbyt szybkie umocnienie złotego i spadek EUR/PLN poniżej 4,50 zapewne wywoła gołębie komentarze członków RPP. Z drugiej strony słowa Glapińskiego sugerują, że bank centralny nie chce słabego złotego za wszelką cenę i dynamiczna deprecjacja na wzór tej z poprzedniego miesiąca także nie jest pożądana. Jeśli w marcu sprzedaż złotego wydawała się nieryzykowna, bo zakładano brak reakcji obronnej NBP, tak teraz ten argument słabnie.

Krótkoterminowo złoty powinien mieć większą swobodę w podążaniu za trendami globalnymi i równaniu do walut regionu (od początku marca złoty wciąż jest ok. 1,6 proc. słabszy od węgierskiego forinta). Jakkolwiek dziś nie zanosi się na dominację apetytu na ryzyko, tak w kolejnych dniach EUR/PLN może zmierzać w kierunku 4,50. Kurs wkracza jednak w strefę, gdzie tym razem to sprzedający złotego mogą czuć się komfortowo z odnawianiem pozycji pod decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pożyczanie w czasach pandemii

Jedynie co szósty Polak starał się w ciągu ostatnich 12 miesięcy o pożyczkę lub kredyt – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Wonga.

Najczęściej o kredyt/pożyczkę starały się osoby w wieku 34-44 lata (25 proc.) oraz 24-33 lata (22 proc.), najrzadziej najmłodsi, czyli poniżej 24 roku życia.

– Jeśli spojrzymy na wykształcenie i miejsce zamieszkania, to okazuje się, że o dodatkowe finansowanie zabiegali przede wszystkim Polacy z wyższym i średnim wykształceniem, którzy mieszkają w największych miastach Polski – mówi Aneta Gergont-Gałązka, Dyrektor Departamentu Marketingu w Wonga.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, akcja kredytowa w 2020 r. osiągnęła 140,8 mld zł i była niższa o 29 mld zł (18%) niż w 2019 r. – to bilans sprzedaży kredytów i pożyczek w dobie pandemii, która zaważyła na wynikach wszystkich produktów kredytowych i pożyczek. W 2020 r. udzielonych zostało 51,7 mld zł kredytów gotówkowych, czyli o 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadła także sprzedaż kredytów hipotecznych z 65 mld zł w 2019 r. do 63,2 mld zł w 2020 r. Wzrosły, ale tylko o 0,8 proc. kredyty ratalne.

– Czas pandemii to dla instytucji finansowych czas podwyższonego ryzyka, czyli większej selektywności i ostrożności. Konsumenci mogli mieć problem otrzymaniem pozytywnej decyzji kredytowej zarówno od banków, jak i firm pożyczkowych. Ostatnie 12 miesięcy to czas koncentracji na własnych klientach i szczegółowej weryfikacji nowych – wyjaśnia Krzysztof Koremba, Dyrektor Działu Oceny Ryzyka w Wonga. – Kolejne lockdowny sprawiają, że zwiększa się grupa Polaków z mniejszymi lub praktycznie zerowymi przychodami i wiele z tych osób chce ratować domowy budżet, którym wstrząsnęła pandemia, pożyczką czy kredytem, ale nie zawsze mogą to zrobić. Obecnie w Wonga akceptujemy około 50 proc. przychodzących wniosków.Pożyczanie w czasach pandemii

32 proc. badanych twierdzi, że w trakcie pandemii jest trudniej dostać kredyt/pożyczkę. 16 proc. ankietowanych przyznało, że odmówiono im finansowania, tak samo liczna grupa powiedziała, że dostała niższą kwotę kredytu/pożyczki niż tą, o którą wnioskowali. Co czwarty 35-44 latek z dużego miasta (100-500 tys. mieszkańców) odchodził z kwitkiem, a co trzeci 25-34 latek musiał zadowolić mniejszą kwotą przyznanej pożyczki/kredytu.

Badanie zostało przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie liczącej N=1094 osób. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji Polaków w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 26 – 29 marca 2021 r.. Metoda: CAWI.

Europejskie firmy nieprzygotowane do automatyzacji

Większość europejskich dyrektorów ds. informatyki uważa, że ich organizacje są niedostatecznie przygotowane do automatyzacji – donosi Forrester. Tylko co piąta firma potrafi jasno określić, w jaki sposób automatyzacja mogłaby usprawnić ich procesy biznesowe.

Trzech na czterech (76%) europejskich dyrektorów ds. informatyki (CIO) uważa, że ich organizacja jest niedostatecznie przygotowana do wdrożenia automatyzacji, podaje ośrodek badawczo-doradczy Forrester. Niewiele lepiej niż na Starym Kontynent jest w Ameryce Północnej (73%). Najlepiej wypada Azja, gdzie “tylko” dwóch na trzech (65%) ankietowanych CIO uważa, że ich organizacja jest niewystarczająco dojrzała, by sprostać wymaganiom automatyzacji. Zdaniem Tomasza Marczuka, Menedżera ds. Sprzedaży w BPSC, informacje od dyrektorów ds. informatyki są szczególnie ważne, bo ci managerowie doskonale orientują się w sytuacji firmy i jej cyfrowej dojrzałości.

Jeszcze kilkanaście lat temu dyrektor ds. informatyki (CIO) odpowiadał za sprawne funkcjonowanie IT. Teraz ta rola została scedowana na dział operacyjny, by pozwolić CIO działać bardziej strategicznie. Dziś manager odpowiedzialny za IT odpowiada za wdrażanie technologii, które dają firmie przewagę nad konkurencją, on najlepiej wie, co
w przedsiębiorstwie piszczy, tak w obszarze IT, jak i operacji biznesowych.
– tłumaczy Tomasz Marczuk.

Droga bez celu

Zdaniem Forrestera problemem europejskich przedsiębiorstw może być brak jasnych celów, które określają, po co firmy chcą się automatyzować. Tylko co piąty (20%) zapytany CIO ze Starego Kontynentu może określić, czego właściwie oczekuje od robotyzacji i jak dzięki niej usprawnić procesy biznesowe. Najsłabiej zdaniem analityków z automatyzacją radzą sobie kraje z Europy Południowej i Wschodniej.

Te wyniki są efektem nierównomiernej digitalizacji. – twierdzi Marczuk i dodaje: – Wystarczy spojrzeć na nasz kraj. Mamy wiele firm, które inwestują w IT, wymieniają oprogramowanie na nowsze i rozwijają park maszynowy. Po drugiej stronie mamy grupę przedsiębiorstw, które nie są tak aktywne na tym polu. Nie modernizują się systematycznie, dlatego automatyzacja jest dla nich wyzwaniem. Potrzebujemy zmiany nastawienia, digitalizacja nie może być postrzegana jako koszt a jako inwestycja. – wyjaśnia ekspert z BPSC.

Przyszłość automatyzacji w Europie

Co czeka Europę? Forrester przewiduje, że w 2021 roku wiele firm zachęconych możliwością wykorzystania rządowych pakietów stymulacyjnych, zrewiduje swoje plany. To sprawi, że w perspektywie średnio i długoterminowej przybywać będzie managerów, którzy będą chcieli zabezpieczyć przedsiębiorstwo przed zdarzeniami niepożądanymi. Podobnymi do pandemii, ale nie tylko, także rynkowymi zawirowaniami.

Zdaniem eksperta z BPSC robotyzacja nie tylko wzmacniana biznesowy układ odpornościowy, ale także poprawia produktywność.

Jeżeli producenci z Europy chcą być konkurencyjni na globalnym rynku, muszą rozwijać inicjatywy w obszarze automatyzacji. To już się dzieje, ale z roku na rok będzie przyspieszać i będziemy świadkami dużych transformacji. Szczególnie w przemyśle. – mówi Tomasz Marczuk. Podobnego zdania są analitycy Forrestera, którzy uważają, że efektem wdrażania coraz bardziej zaawansowanych technologii będzie przejście produkcji na pełną automatyzację.

Spadki wydatków na technologie. Poza centrami danych

Według danych Gartnera, w 2020 roku światowe wydatki na IT wyniosły 3,7 biliona dolarów i były o 2,2% niższe niż rok wcześniej. Choć spadek był mniejszy niż wcześniej prognozowano, to był odczuwalny we wszystkich segmentach rynku. Wyjątkiem były rozwiązania dla data center.

Dane Gartnera mówią jasno: cyfryzacja z powodu pandemii zwolniła. W obliczu niepewnej sytuacji, firmy zaciskały pasa, co wpłynęło na wyniki sprzedaży dostawców technologii.  

Największy spadek odnotowano w segmencie urządzeń – ich sprzedaż spadła o 6,9% do 663 mln dolarów. Mniejszy, choć wciąż znaczący, był spadek sprzedaży oprogramowania dla przedsiębiorstw, który wyniósł 2,1% (466 mln dolarów) oraz usług IT. Wartość sprzedaży zmniejszyła się w tym przypadku o 1,8% do kwoty 1 mld dolarów. Zmniejszyły się także nakłady na usługi komunikacyjne – o 0,7%. Na tym tle prawdziwym wygranym jest segment systemów dla centrów danych. Ich sprzedaż bowiem wzrosła i to o 2,3% wynosząc w sumie 219 mln dolarów.

 

Wprawdzie polski rynek IT nie zawsze idzie w parze z globalnymi trendami, widzimy jednak, że w czasie pandemii centra danych stały się kluczowym ogniwem dla cyfrowej transformacji biznesu. To tutaj zlokalizowane są infrastruktura, kompetencje i technologie, które pomagają firmom dostosowywać oraz optymalizować procesy do wymogów współczesnej cyfrowej gospodarki. Szukanie oszczędności, to nie tylko rezygnacja z zakupów. Często jest to dokonywanie ich w modelu outsourcingu – tam, gdzie łatwiej o elastyczność wydatków i skalowalność. Infrastruktura i kompetencje IT nie należą do tanich ani łatwych w zakupie (CAPEX, koszty rekrutacji i utrzymania pracowników IT) a kompetencyjne centra danych oferują jedno i drugie w przystępnym modelu abonamentowym. Współpraca z dobrym data center może jednocześnie podnieść poziom bezpieczeństwa IT i umożliwia łatwy dostęp do chmury obliczeniowej. To właśnie data center stanowią fundament dla wielu nowych projektów IT wdrażanych teraz przez firmy i instytucje – mówi Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.

Co ciekawe, okazuje się, że Gartner nie doszacował popytu. W lipcu ubiegłego roku firma analityczna prognozowała, że segment rozwiązań dla centrów danych wzrośnie w 2020 r. o 1%. Jednocześnie Gartner szacował, że rynek IT skurczy się o 5,4%. Te prognozy się nie sprawdziły.

Cyfryzacja w niektórych obszarach przyśpieszyła, co uchroniło branżę IT przed większymi spadkami, niemniej wiele firm przesunęło inwestycje w czasie, czekając na wyklarowanie się sytuacji gospodarczej. Dziś, gdy duża część klientów przeniosła się do świata online, a sytuacja powoli się stabilizuje, firmy będą wracały do inwestycji w technologie. Spora część z nich skorzysta jednak z outsourcingu i usług chmurowych, aby nie zamrażać środków inwestycyjnych i zapewnić sobie większą elastyczność działania. To kolejna szansa dla rynku centrów danych – prognozuje Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.  

Gartner szacuje, że w tym roku segment systemów dla centrów danych wzrośnie o 7,7%. Sprzedaż ma urosnąć zdaniem analityków do 247 mln dolarów.

Polscy przewoźnicy pod ścianą? Pakiet mobilności może zwiększyć ich koszty nawet o 100 proc.

Jeśli nie zmienią się polskie przepisy, to przewoźników czeka drastyczny wzrost kosztów. To kolejne skutki pakietu mobilności, które firmy odczują już na początku 2022 roku. Eksperci OCRK przeprowadzili symulację, z której wynika, że w zależności od typu wykonywanych przewozów będzie to od 20 do nawet 100 proc. Jeśli teraz kierowca zarabia 7 tys. zł „na rękę”, a podstawa wynosi 3600 zł brutto i reszta jest dopełniona nieopodatkowanymi ryczałtami i dietami, to łączny koszt pracodawcy wynosi 8700 zł brutto. Przy założeniu, że poza granicami kraju wykonuje więcej przewozów podlegających przepisom pakietu mobilności, to od lutego 2022 roku ten koszt, gdy nie wprowadzimy zmian w dokumentacji wewnętrznej firm, może wzrosnąć nawet do 14 tys. zł brutto. Chyba, że do tego czasu uda się zmienić polskie przepisy. Jednak w każdym przypadku koszty przewoźników i tak wzrosną – podkreśla Kamil Wolański, kierownik działu ekspertów OCRK, Grupa INELO.

Polscy przewoźnicy pod ścianą – jaki transport ucierpi najbardziej?

Nadchodzą kolejne zmiany w związku z wprowadzonym w ubiegłym roku pakietem mobilności w Unii Europejskiej. Od 2 lutego 2022 roku na terenie wspólnoty kierowcom trzeba będzie płacić pełne wynagrodzenie minimalne adekwatne do kraju, w którym wykonują usługę. Wyłączone z tego będą przejazdy tranzytowe. Co to w praktyce oznacza? Jeśli kierowca jedzie z Polski do Francji, to za przejazd przez Niemcy nie trzeba będzie przyjmować stawek niemieckich. Przepisy pakietu mobilności nie obejmą też transportu bilateralnego z i do Polski. Dotyczyć będą za to przejazdów kabotażowych, czyli jeśli kierowca polskiej firmy przewozi towar na terenie innego kraju Unii lub cross trade, czyli z jednego państwa unijnego do drugiego, innego niż siedziba przewoźnika.

– Właściciele firm transportowych muszą mieć świadomość, że koszty utrzymania kierowców na pewno wzrosną. I to niezależnie od tego, czy przed lutym 2022 roku zmienią się polskie przepisy. Powinni przygotować się na to, że trzeba będzie bardzo dokładnie wyliczać, ile należy dopłacać kierowcy, który zacznie podlegać przepisom pakietu mobilności w transporcie międzynarodowym. Nasi eksperci na bieżąco monitorują sytuację i jesteśmy gotowi, by pomóc firmom w nowych rozliczeniach – podkreśla Bartosz Najman, wiceprezes Zarządu Grupy Inelo.

Wyliczanie wynagrodzenia minimalnego od nowego roku

Zapowiadane zmiany najmocniej uderzą w Polskę i kraje, które mają płace minimalną na podobnym lub niższym poziomie. Dla kierowcy z francuskiej firmy nie będą miały większego znaczenia, bo gdziekolwiek pojedzie w UE, to w większości przypadków nie będzie miał dopłat.

– W przypadku polskiego kierowcy albo pracodawca od razu zapewni mu wyższą wypłatę, z tzw. górką albo będzie musiał szczegółowo wyliczać wynagrodzenie minimalne w poszczególnych krajach Unii. W Polsce, przy założeniu 200 godzin pracy w miesiącu, stawka minimalna za godzinę wynosi 14 zł, a na przykład w Niemczech prawie 9,5 euro, czyli prawie 45 zł. Polski pracodawca będzie musiał kierowcy dopłacić różnice za każdą godzinę pracy za zachodnią granicątwierdzi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

W państwach UE rozwiązania dotyczące płacy minimalnej są różne. We Francji kierowca dostaje 10,39 euro, ale także może liczyć na dodatki np. za tzw. amplitudę czy stażowe. Z kolei w Austrii polski trucker podlega pod układ zbiorowy i w związku z tym również trzeba mu wypłacić różne dodatki. – Bardzo ważne będzie wyszczególnienie, który przejazd podlega pod płace minimalne. Tu też mogą pojawić się wątpliwości. Na przykład w ramach przewozu bilateralnego kierowca jedzie z Polski do Francji. Stamtąd z nowym ładunkiem jako transport cross trade do Hiszpanii i wraca do kraju znów jako przewóz bilateralny. Przepisy nie definiują wprost jaka część tego transportu podlega wyliczaniu płacy minimalnej w ramach pakietu mobilności – przyznaje Łukasz Włoch. – „Ręczna” analiza np. na podstawie listów przewozowych byłaby bardzo czasochłonna. Na szczęście mamy narzędzia jak system telematyczny GBOX i oprogramowania typu TMS np. Nawigator, które są w stanie automatycznie zebrać te informacje i na tej podstawie stwierdzić, z jakim rodzajem transportu mamy do czynienia.

Niska pensja plus diety i ryczałty

Od 2 lutego 2022 roku kierowcy będą podlegać pod nową dyrektywę związaną z delegowaniem pracowników. Dodatki z tytułu podróży służbowych nie będą uznawane za część wynagrodzenia, chyba, że zostaną opodatkowane i ozusowane. Teraz sytuacja wygląda tak, że pracownik dostaje podstawę np. minimalną 2800 zł brutto, a resztę w dietach i ryczałtach. Te nie są opodatkowane. W efekcie, jeśli kierowca zarabia 7 tys. złotych netto, to całkowity koszt pracodawcy, w zależności od wysokości podstawy, wynosi między 8350 a 9 tys. zł brutto.

Jeśli nic się nie zmieni w przepisach, to już za niecały rok pracodawca musi być gotowy na  większe koszty, czasem nawet dwukrotnie. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców przeprowadzili szczegółową symulację jak wzrosną koszty właścicieli firm przewozowych po wejściu w życie nowych regulacji.

Symulacje kosztów wg ekspertów INELO i OCRK

W pierwszym przypadku założyli, że do 2 lutego 2022 roku nie zmienią się polskie przepisy. To najgorsze rozwiązanie dla krajowych przewoźników. Nie dość, że dopłacą kierowcom z tytułu wyższej pensji minimalnej w krajach UE, to jeszcze będą musieli wypłacić diety i ryczałty, które obecnie są zawarte w regulaminie wynagradzania lub umowach o pracę pracowników – W przypadku firmy, która wykonuje głównie przejazdy kabotażowe, koszty mocno poszybują w górę. Jeśli pracownik ze 160 godzin na 200 przejechanych podlegał pod przepisy pakietu mobilności, koszt pracodawcy, przy minimalnej podstawie 2,8 tys. zł brutto dla kierowcy, wynosił 8350 zł brutto. W myśl nowych przepisów i konieczności wypłacania „czystego” wyrównania do zagranicznego wynagrodzenia ten wydatek urośnie aż do ponad 16 tys. zł brutto – komentuje Kamil Wolański. – Jeśli kierowca z 200 godzin, 160 wykonywał jako przejazdy bilateralne i tranzytowe, koszt pracodawcy od lutego też wzrośnie, ale nie tak drastycznie. W nowych realiach musi przygotować około 10 300 zł brutto, czyli i tak ponad 20 proc. więcej. Dla firm transportowych to wielka zmiana.

Polscy przewoźnicy zaapelowali do rządu o zmiany w sposobie wynagradzania kierowców i nowelizację Ustawy o Czasie Pracy Kierowców. Jeśli do tego nie dojdzie, muszą przygotować się na duże wyższe koszty pracownicze. Jest kilka pomysłów, jak sprawić, by skutki wprowadzonych przepisów nie były tak dotkliwe dla firm transportowych.

Pracownik delegowany, a nie w podróży służbowej

Najprostsza i najbardziej prawdopodobna propozycja Ministerstwa to uchylenie przepisów o podróży służbowej w przypadku kierowców, a także związanych z tym wypłat diet i ryczałtów. W takim przypadku całe wynagrodzenie zostanie opodatkowane i ozusowane. – Trucker nie będzie wtedy jeździł w podróży służbowej i nie będą przysługiwały mu świadczenia z tego tytułu. Przy zarobkach 7000 złotych „na rękę”, koszt pracodawcy stanie się stały i wyniesie 11800 zł brutto jak dla „zwykłego” pracownika. To wciąż bardzo dużo. Firmy przewozowe będą musiały szukać pieniędzy. Gdzie? Najpewniej podwyższą opłaty za swoje usługi, bo obniżka pensji dla kierowców, przy ich ciągłym niedoborze na rynku pracy raczej nie wchodzi w grę – przyznaje Kamil Wolański.

Kolejna propozycja zakłada, że kierowca jest pracownikiem delegowanym. Jednak tylko część pensji (do wysokości prognozowanego średniego wynagrodzenia w 2021 roku – około 5,5 tys. zł brutto), w zależności od czasu spędzonego za granicą, jest opodatkowana i odprowadzona do ZUS. Reszta jest zwolniona z części podatku i ZUS. Wtedy przy zarobkach 7000 zł ”na rękę”, całkowity koszt pracodawcy wyniósłby około 10 tys. zł brutto.

Najkorzystniejszą, ale zdecydowanie najbardziej skomplikowaną w rozliczaniu czasu pracy jest opcja „łączona”. Przy takich założeniach kierowca w transporcie kabotażowym i międzynarodowym (cross trade) byłby pracownikiem delegowanym i wtedy podlegałby przepisom pakietu mobilności. A kiedy wykonywałby przewozy tranzytowe lub bilateralne byłby traktowany jak obecnie, czyli z wypłatą nieopodatkowanych ryczałtów i diet. To najbardziej korzystne rozwiązanie dla pracodawców.

Legimi pozyskało 3,7 mln zł z NCBiR na rozwój technologii rekomendacyjnych

Legimi, pionier na polskim rynku e-książek, pozyskał 3,70 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na rozwój technologii rekomendacyjnych wykorzystujących algorytmy sztucznej inteligencji (AI). Implementacja nowego silnika rekomendacji znacznie pomoże zwiększyć lojalność i rentowność bazy klientów. Legimi w najbliższą środę 14 kwietnia zadebiutuje na rynku NewConnect.

Bardzo cieszymy się z przyznanego dofinansowania. Już od dłuższego czasu przygotowywaliśmy się do wprowadzenia elementów AI do naszej platformy aby wspomóc jakość rekomendacji. Pozyskana kwota z pewnością przyśpieszy proces wdrażania tej technologii. W biznesie subskrypcyjnym system rekomendacji ma kluczowe znaczenie, czego przykładem może być wszystkim dobrze znany Netflix. – komentuje Mikołaj Małaczyński, prezes zarządu Legimi.

Projekt Legimi pt. „Opracowanie modeli analizy behawioralnej użytkowników z wykorzystaniem algorytmów sztucznej inteligencji w celu predykcji zachowań konsumenckich, rekomendacji produktów i automatyzacji procesów marketingowo-sprzedażowych w branży księgarskiej.” został złożony w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014- 2020.

Wdrożenie systemu rekomendacji spowoduje optymalizację kluczowych dla biznesów subskrypcyjnych parametrów, takich jak koszt pozyskania klienta (CAC), lojalność (LTV) a także zmniejszy poziom rezygnacji (churn rate). Naturalnie, dzięki skutecznemu dopasowaniu oferty do gustów czytelniczych, satysfakcja użytkowników również powinna się poprawić, co jest dla nas kluczowe. – dodaje Mateusz Frukacz, CTO i Członek Zarządu Legimi.

Koszt całkowity projektu Legimi wynosi 4,68 mln zł. Z kolei wnioskowana kwota dofinansowania to 3,70 mln zł. Ocenie według kryteriów zostało poddanych 601 wniosków i zgodnie z zatwierdzoną 9 kwietnia 2021 r. listą rankingową, 169 projektów zostało wybranych do dofinansowania, na łączną kwotę dofinansowania  774,24mln zł, a 432 projekty nie zostały wybrane do dofinansowania. Wniosek Legimi S.A. znalazł się wśród 11 projektów z najwyższą oceną.

Krytyczna sytuacja branży beauty i salonów fryzjerskich. Pojawiają się opóźnienia w wynagrodzeniach i przechodzenie „do podziemia”

Sytuacja salonów piękności i salonów fryzjerskich jest bardzo trudna. Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom dochodzą sygnały o tym, że wielu pracownikom grożą zwolnienia jeżeli lockdown w branży utrzymałby się dłużej niż miesiąc. Pojawiają się także głosy o tym, że pracownicy muszą pracować „w podziemiu fryzjerskim” na co nie zawsze chcą się godzić. – Sytuacja tej branży jest dość trudna. Działała ona nieprzerwanie od wiosennego odmrożenia w 2020 roku, ale słabość innych sektorów gospodarki odbijała się tu rykoszetem. Brak ślubów, brak eventów, brak imprez okolicznościowych. Mogę powiedzieć, że na pewno przedłużający się lockdown doprowadzi wiele salonów i zakładów do bankructwa – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Branża beauty okrojona z możliwości zarabiania pieniędzy. „Każdy tydzień lockdownu to prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw”

Lockdown w salonach fryzjerskich i kosmetycznych rozpoczął się 27 marca i teoretycznie ma potrwać do 9 kwietnia. Większość salonów jest jednak przekonana, że zostanie on przedłużony, a to będzie oznaczało realną blokadę zarabiania przez przynajmniej miesiąc. Zamknięte są salony fryzjerskie, kosmetyczne, salony tatuażu, gabinety kosmetologiczne czy solaria. Wiele z tych branż nie ma na tyle dużych zapasów finansowych by poradzić sobie z zamknięciem na kolejne tygodnie.

– Otrzymaliśmy kilka wiadomości od pracownic, którym zasugerowano, że jeżeli lockdown potrwa dłużej niż do 9 kwietnia to ich wynagrodzenia mogą zostać zawieszone lub właściciele salonów będą musieli je zwolnić. Na przestrzeni ostatniego roku nasze stowarzyszenie kilkukrotnie podejmowało mediacji z właścicielami salonów piękności czy kosmetycznych lub fryzjerskich, które nie wypłacały swoim pracownikom pensji na czas. Jest to jedna z tych branż, która na pewno jest dotknięta przez pandemię, choć przecież teoretycznie mogła działać wiele miesięcy bez żadnych komplikacji. Dostajemy także sygnały, że niektórzy fryzjerzy dostali „propozycję nie do odrzucenia”, by np. rozpocząć dzierżawę swojego stanowiska pracy – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Branża beauty straciła w czasie pandemii ogromną część swoich przychodów. Wiele pracownic, wiele specjalistek straciło pracę. Nie ma ślubów, nie ma wesel, nie ma świąt, nie było sylwestra, nie było karnawału, nie ma komunii. Cały rynek utrzymuje się tylko ze standardowego strzyżenia oraz podstawowych zabiegów pielęgnacyjnych. Każdy tydzień lockdownu to gigantyczne prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw.

Fryzjerzy strzygą po domach i w „nieczynnych” salonach. Nie wszystkim się to podoba

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom trafiają też skargi od pracownic salonów fryzjerskich, które muszą… dojeżdżać do klientów do domu lub przyjmować klientów w nieczynnych salonach. Takich wiadomości było kilka i pracownice salonów były zaniepokojone tym, czy mogą działać wbrew obowiązującym obostrzeniom.

– Takie historie też się zdarzają, trudno ocenić ich skalę, bo wiadomości mieliśmy kilka, ale pracownice nie zawsze chcą działać „w podziemiu” i też należy je zrozumieć. Pracodawcy powinni tak prowadzić działalność żeby samodzielnie ponosić konsekwencje swoich decyzji. Nie oceniam czy prowadzenie biznesu wbrew obostrzeniom jest prawidłowe czy nie, ale na pewno nie powinno się zmuszać do tego podwładnych, a tym bardziej nie powinno im się grozić zwolnieniem jeżeli pracownica np. odmówi jechania do domu do klienta, by wykonać manicure czy strzyżenie – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Personalny drenaż. HoReCa zaczyna się przebranżawiać

W 2020 r. przedsiębiorcy z sektora gastronomii i zakwaterowania zlikwidowali 24,1 tys. miejsc pracy, a utworzyli ich 18,8 tys., wynika z danych GUS. Z rynku – w wielu przypadkach bezpowrotnie – zniknęło 5,3 tys. etatów. Wraz z nimi zniknęli także pracownicy, którzy zaczęli się przebranżawiać i szukać zajęcia w innych gałęziach gospodarki. Jak wynika z danych Grupy Progres, liczba kandydatów do pracy w przemyśle produkcyjnym, logistyce czy handlu i pochodzących z branży HoReCa zwiększyła się ponad 20 proc. Obserwowany wzrost dotyczy nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach, którzy po upływie pandemii nie wrócą do pracy w swojej macierzystej branży.

Niemal 14 miesięcy pandemii sprawiło, że branża HoReCa cofnęła się o kilka lat. Obostrzenia wprowadzone w marcu 2020 r. wymusiły – na przedsiębiorcach z sektora gastronomii i zakwaterowania – wprowadzenie zmian, a w wielu przypadkach drastyczne cięcia kosztów. Firmy zwalniały pracowników, wysyłały ich na bezpłatne urlopy lub obniżały wymiar etatu czy wynagrodzenie. Pracownicy zamkniętych restauracji oraz hoteli szukali i nadal szukają zatrudnienia w miejscach, których do tej pory nie brali pod uwagę w swojej karierze zawodowej. Niestety, brak oszczędności, konieczność szybkiego zarobku i strach przed przyszłością powoduje, że często wykonywać będą prace poniżej swoich kwalifikacji. Z drugiej strony wielu z nich znajdzie lub już znalazło zajęcie pozwalające rozwinąć skrzydła i sprawdzić się w nowym miejscu. Jak wynika z danych Grupy Progres, największą popularnością wśród pracowników z sektora HoReCa cieszą się stanowiska w branży produkcyjnej, logistycznej, handlowej i usługowej, które covid-19 potraktował bardzo łagodnie. Co więcej, sprawił, że podmioty z tych sektorów pandemię przekuwały w sukces stając się atrakcyjnym pracodawcą dla kandydatów do tej pory zarabiających w branży HoReCa.

Niepokojące wzrosty

Według danych GUS w 2020 r. w sektorze gastronomii i zakwaterowania ubyło 5,3 tys. miejsc pracy. Urząd podaje, że tylko w jednym kwartale ubiegłego roku (III kw.) liczba nowych miejsc pracy przewyższyła o 2,8 tys. liczbę tych zlikwidowanych. W pozostałych trzech okresach miejsc pracy ubywało. W I kw. 2020 r. z rynku zniknęło 2,4 tys. etatów (6,7 tys. nowych vs. 9,7 tys. zlikwidowanych), w II kw. ubyło 2,8 tys. miejsc pracy (4,8 tys. nowych vs. 7,6 tys. zlikwidowanych), a w ostatnim kwartale roku z rynku zniknęło 2,7 tys. etatów (1,8 tys. nowych vs. 4,5 tys. zlikwidowanych). Niepokojące są także dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, której raport – opublikowany w grudniu 2020 r. –wykazał, że w ciągu ostatnich miesięcy 2020 r. upadło pomiędzy 7 a 8 tysięcy restauracji, a zwolniono około 130 tysięcy pracowników. Co więcej, według danych Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego już ponad 100 tys. osób straciło pracę w branży noclegowej, a kolejne 16 tys. zostanie zwolnionych w przypadku braku adekwatnej pomocy finansowej państwa.

Pomoc udzielona branży gastronomicznej i hotelarskiej wydaje się iluzoryczna. Jest za mała, zbyt długo trzeba na nią czekać, oznacza wiele zbędnej biurokracji, a wsparcie informacyjne ze strony rządowej jest bardzo słabe. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, wspomniana pomoc została ograniczona kodami PKD, które wielu przedsiębiorców pozbawiają szansy na jej otrzymanie. Co więcej, wsparcia nie udzielono także firmom ściśle związanym z sektorem HoReCa jak np. wyposażenie, hurtownie gastronomiczne itp. – podkreśla Rafał Krzycki, Wydawca Horeca Business Club oraz Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – Skutki obostrzeń i niewystarczającej pomocy już widać na polskim rynku pracy. Te podmioty, które walczą o przetrwanie do zakończenia epidemii zredukowały zatrudnienie do niezbędnego minimum i można powiedzieć, że pracują tylko dla podtrzymania krążenia – mówi Rafał Krzycki.

Zawodowe przebukowanie

W ciągu ostatnich 30 dni w Centralnej Bazie Ofert Pracy (CBOP) dostępnych było 80 wolnych miejsc pracy dot. stanowiska pokojowej, 157 etatów dla kelnerów, 50 wakatów dla barmana i 409 ogłoszeń dot. stanowiska kucharza. To kropla w morzu potrzeb, która dla wielu oznacza konieczność przebranżowienia.

Nie zaobserwowaliśmy wzmożonego wzrostu liczby zapytań o pracowników z branży HoReCa. Jest jednak sporo kandydatów, którzy do tej pory byli zatrudnieni właśnie w tym sektorze. Z naszych danych wynika, że ta grupa wzrosła o ponad 20 proc. Wiedzą oni bowiem, że etat, w swojej macierzystej branży, mogą znaleźć nieprędko. Nawet, jeśli – w najbliższym czasie – obostrzenia zostaną zniesione to nadwyrężona kondycja finansowa restauracji czy hoteli nie pozwoli na nagłe rozbudowanie kadry, a raczej wymusi optymalizację zatrudnienia oraz ostrożne planowanie nowych etatów. Ta sytuacja, na wielu pracownikach, wymusiła zmianę branży i wiele wskazuje na to, że może czekać nas kolejny wzrost liczby osób zmieniających zawód i bezpowrotnie odchodzących z branży gastronomicznej i hotelarskiej – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

Rafał Krzycki dodaje, że po ustąpieniu pandemii rynek nie odbuduje się z dnia na dzień. To oznacza, że zakończy się nawet ta ograniczona pomoc rządowa, a sektor, jeszcze przez długi czas, nie wygeneruje przychodów pozwalających na pokrycie kosztów. Odbudowa rynku, niektórym hotelom i restauracjom zajmie nawet kilka lat.

Goście wrócą, pracownicy nie

Wzrost liczby osób zainteresowanych podjęciem zatrudnienia w innej branży niż dotychczasowa obejmuje nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach pochodzących głównie z branż dotkniętych pandemią tj. HoReCa. Co więcej, część z tych osób jest lub była na wypowiedzeniach, które w przypadku specjalistów trwają nawet 6 miesięcy, dlatego sukcesywnie zasilali oni i będą zasilać rynek pracy. Co więcej, pracownicy z branży gastronomii i zakwaterowania nie mieli wielu możliwości uniknięcia przebranżowienia. Praca zdalna, która mogłaby uchronić przed zmianą zawodu, w ich przypadku nie była możliwa, co pokazują dane GUS. W ubiegłym roku niecałe 2 proc. pracowników restauracji czy hoteli wykonywało pracę na odległość. Ci, którzy nie mieli takiej możliwości szukali jej, w innym miejscu.

Według Cezarego Maciołka, jeżeli reżim sanitarny i niektóre ograniczenia zostaną utrzymane możemy spodziewać się powolnego wzrostu liczby ofert pracy, a faktyczny pik odnotujemy po zakończeniu roku szkolnego, który tradycyjnie jest też początkiem szczytu sezonowych rekrutacji. Trzeba mieć jednak na uwadze fakt, że personalny drenaż branży HoReCa trwa i trudno będzie go cofnąć.

Rynek pracy w branży HoReCa po zakończeniu pandemii stanie się skomplikowany. Będzie problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, którzy sami odeszli lub zostali zwolnieni z powodu redukcji kosztów i zatrudnili się u nowego pracodawcy, niejednokrotnie w innym sektorze. Rekrutacje okażą się wyzwaniem dla przedsiębiorców, ponieważ – z jednej strony – wymuszą na nich walkę o najlepszych kandydatów, a z drugiej mocne pilnowanie kosztów. Być może, część z nich postawi na jednego dobrego lidera, który weźmie na siebie budowanie zespołu od początku i z zupełnie niewykwalifikowanych pracowników. W każdej wersji – w perspektywie długiego czasu – po ustaniu epidemii ryzykiem jest spadek jakości usług i niestety trzeba się z tym liczyć – podsumowuje Rafał Krzycki.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali

Co piąte przedsiębiorstwo z branży obróbki metali zwiększyło automatyzację procesów produkcji w trakcie pandemii. Podobna liczba firm (23 proc.) podniosła również nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń.  W porównaniu jednak do pomiaru przeprowadzonego tuż przed wybuchem Covid-19 skala inwestycji jest mniejsza – wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce. Co ważne, firmy, które korzystają z finansowania zewnętrznego inwestują częściej.

Część firm jednak inwestuje

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r. N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Mimo trwającej pandemii 23 proc. firm z branży obróbki metali zwiększyło nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń (MiU), a  19 proc. także częstotliwość samych odnowień. Jednocześnie 21 proc. ankietowanych podniosło automatyzację. Nieco więcej producentów planuje inwestować w te obszary również w najbliższych miesiącach – zwiększyć nakłady na park MiU chce 30 proc., a podnieść automatyzację 27 proc.

– W porównaniu do sytuacji przed wybuchem pandemii Covid-19, odsetek firm inwestujących w automatyzację i odnowienia parku MiU zmniejszył się. W dużej mierze może to być spowodowane spadkami w sprzedaży krajowej i zagranicznej. Poprawa koniunktury krajowej spowoduje zapewne ponowny wzrost inwestycji. Nie bez znaczenia jest również kondycja gospodarek europejskich, ponieważ aż 74 proc. badanych firm z tej branży eksportuje swoje produkty. Przedsiębiorcy nie powinni jednak zwlekać z inwestycjami zbyt długo, ponieważ znacząco przekłada się to na ich zdolność do konkurowania, co odzwierciedla wynik sub-indeksu MiU dla branży obróbki metali – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 2
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Aktualny pomiar branżowego wskaźnika konkurencyjności Siemens Financial Services w Polsce (Indexu MiU) wskazuje na niższą ocenę zdolności do konkurowania firm obrabiających metale. Sub-indeks MiU dla tej branży wynosi 41,57 pkt – w porównaniu z pomiarem marcowym, zrealizowanym jeszcze przed wybuchem pandemii, obniżył się o 13,51 pkt (z 55,08 pkt). Obecny odczyt oznacza, że w kolejnych miesiącach należy się spodziewać mniejszej ekspansji na nowe rynki zbytu. Istotny wpływ na zmianę wyniku ma skala nakładów na odnowienia parków maszyn i urządzeń oraz niższa sprzedaż krajowa i eksportowa.

Branża z niższą sprzedażą

Liczna część przedstawicieli producentów zajmujących się obróbką metali odnotowała w czasie pandemii spadek sprzedaży krajowej – informuje o tym aż 39 proc. ankietowanych. Na tym samym poziomie wyniki utrzymało 43 proc. firm. O wzroście sprzedaży informuje z kolei 12 proc. badanych. W najbliższych miesiącach wzrostów w tym obszarze spodziewa się 24 proc. ankietowanych, a spadki przewiduje 26 proc.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 3
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Nieco lepiej jest w przypadku eksportu. O spadkach informuje podobna liczba firm (39,2 proc.), jednak więcej ankietowanych odnotowało wzrost sprzedaży zagranicznej – 23 proc. W najbliższej przyszłości dalszych wzrostów spodziewa się 35 proc., a spadków 20 proc.

 

W badanym okresie 17 proc. firm z tej branży zwiększyło również dywersyfikację rynków zbytu, a u 16 proc. się ona zmniejszyła.

Dywersyfikacja finansowania sprzyja inwestycjom

Przedsiębiorcy z branży obróbki metali najczęściej finansują inwestycje w maszyny i urządzenia ze środków własnych (45 proc.). Niewiele mniej firm (40 proc.) dywersyfikuje źródła finansowania, korzystając jednocześnie z wypracowanych zysków oraz leasingu, kredytu lub dotacji. W całości ze środków zewnętrznych inwestuje 15 proc. przedsiębiorstw. Jednocześnie warto zaznaczyć, że 8 proc. ankietowanych z tej branży wskazało, iż w czasie pandemii wzrósł udział finansowania zewnętrznego w ich firmie, natomiast dalszych wzrostów tego udziału w kolejnych miesiącach spodziewa się 16 proc. respondentów.

Z badania Siemens Financial Services w Polsce wynika, że firmy, które dywersyfikują źródła finansowania zdecydowanie częściej inwestują w kluczowe obszary rozwoju. Automatyzację procesów produkcji zwiększyło w trakcie pandemii ponad 34 proc. przedsiębiorstw dywersyfikujących źródła finansowania, a prawie co drugie (47,4 proc.) planuje podnieść automatyzację w najbliższych miesiącach. W przypadku firm, które wykorzystują tylko środki własne było to niecałe 12 proc.

Podobna zależność występuje także w obszarze odnowień parku maszyn i urządzeń. W najbliższych miesiącach inwestycje planuje blisko 45 proc. podmiotów dywersyfikujących źródła finansowania, 40 proc. przedsiębiorstw korzystających wyłącznie ze środków zewnętrznych i 16,3 proc. badanych, którzy inwestują tylko z wypracowanych zysków.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 4
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 96 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP), pominięto odmowy odpowiedzi.

Okres pandemii w znaczący sposób wpłynął także na podejście przedsiębiorców do kupowanych MiU. Jak wynika z naszego badania, wzrósł odsetek firm, które chcą inwestować tylko w nowe maszyny. W marcu, tuż przed wybuchem pandemii, w takie urządzenia planowało inwestować niecałe 43 proc., gdy obecnie jest to już ponad 71 proc. firm z branży obróbki metali. To bardzo ważna wiadomość, ponieważ przede wszystkim najnowsze technologicznie MiU dają przewagę na rynku i pomagają budować konkurencyjność. Przedsiębiorstwa zajmujące się obróbką metali, w przypadku których większość badanych rywalizuje o klienta również na rynkach zagranicznych, mają tego coraz większą świadomość  – podsumowuje Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services w Polsce.

Nota metodologiczna:

Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o zdolności do konkurowania producenta. Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.

Badanie z przedstawicielami 100 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2020 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży obróbki metali z całej Polski, posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę standaryzowanych wywiadów telefonicznych (CATI).

1 lipca wchodzi VAT na przesyłki spoza UE

Rząd zdecydował, że od 1 lipca 2021 r. kupowanie w sieci u sprzedawców spoza Unii Europejskiej będzie droższe. Do kosztu przesyłki trzeba będzie doliczyć VAT. Komentatorzy zauważają, że zmiana ta zniechęci Polaków do kupowania w chińskim marketplace Aliexpress, jednak nie wyczerpuje to listy konsekwencji wejścia w życie nowych regulacji.

Co zmieni VAT na przesyłki spoza UE, ocenia Artur Halik, Head of Sales Shoper:

– Wprowadzone zmiany są zapowiadane jako próba uregulowania konkurencji, by ta stała się uczciwsza wobec tanich produktów z Chin. Napływ paczek z nieopodatkowanymi towarami z krajów trzecich do Unii Europejskiej ma zostać ograniczony, co ma się przysłużyć polskim przedsiębiorcom. Faktem jednak jest, że wielu z nich sprowadza tanie produkty z Chin i sprzedaje je na polskim rynku, dlatego ich ten wprowadzony VAT szczególnie zaboli.

Projekt resortu finansów zakłada zwolnienia z VAT dla przesyłek o wartości mniejszej niż 150 euro, jeśli VAT będzie deklarowany i rozliczany za pomocą Import One Stop Shop, ale już można przeczytać w sieci komentarze, że ktoś będzie próbował wszystkie faktury towarów z Chin wystawiać na 1 euro wartości, że ktoś będzie szukał znajomości w odpowiedzialnej za pobór podatku od przesyłek zagranicznych Poczcie Polskiej.

Warto pamiętać, że coraz więcej produktów wysyłana jest do klienta końcowego z różnych centrów logistycznych z Europy – nie tylko bezpośrednio z Chin, więc nie na wszystkie zakupy zostanie nałożona danina.

Wszystko wskazuje jednak na to, że czeka nas wzrost cen towarów kupowanych poza UE i być może także kosztów obsługi logistycznej, jeśli np. firmy kurierskie zyskają w związku z nakładaniem VAT-u więcej obowiązków do wypełnienia. Ale to zdecydowanie pozytywna informacja dla tych sprzedawców w Polsce, którzy dziś konkurują z ofertami sklepów internetowych działających w modelu dropshipping z Chin, czy ofert na platformach marketplace, gdzie nie są wystawiane faktury do zakupu.

Coraz atrakcyjniejsze powinny stać się produkty “made in Poland”, nie tylko ze względu na konkurencyjność w cenach, ale i wysoką jakość, którą często doceniają zagraniczni klienci – np. Niemcy, Słowacy czy Czesi – kupujący już dziś chętnie w polskich sklepach.

Sytuacja firm jest trudna, ale lepsza, niż prognozowano na początku pandemii

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego wyniósł w kwietniu 97,1 pkt., co oznacza wzrost o 6,8 pkt. w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca. Wciąż jednak jest to odczyt poniżej poziomu neutralnego, świadczący o niekorzystnej koniunkturze. Relatywnie najlepsza sytuacja jest w produkcji  i handlu, najtrudniejsza w sektorze usługowym. Co  istotne, obawy firm zgłaszane na początku pandemii w większości się nie sprawdziły. Rok temu aż 30 proc. przedsiębiorstw planowało zwolnienia, dziś rozważa je tylko 6 proc. z nich. To wnioski płynące z czwartego notowania wskaźnika.

Kwietniowy odczyt Miesięcznego Indeksu Koniunktury, oprócz przedstawienia zmian
w koniunkturze w ujęciu miesięcznym, prezentuje deklaracje przedsiębiorców z badania przeprowadzonego rok temu i zestawia z wynikami tegorocznymi. MIK w kwietniu przyjmuje wartości powyżej poziomu neutralnego w trzech obszarach: zatrudnieniu (108,1 pkt.), wynagrodzeniach (104,6 pkt.) oraz płynności finansowej (115,9 pkt.).
W pozostałych komponentach wskaźnika: wartość sprzedaży (89,2 pkt.), liczba nowych zamówień (97,3 pkt.), moce produkcyjne (95,6 pkt.) i inwestycje (68,6 pkt.) nadal obserwowane są poziomy świadczące o złej koniunkturze.

Ubiegłoroczny lockdown był dla wielu firm zaskoczeniem i szokiem, który mogliśmy obserwować w badaniach PIE. Na przełomie marca i kwietnia 2020 roku 30 proc. firm planowało zwolnienia, a 56 proc. zmniejszenie poziomów wynagrodzeń. Obecnie tylko 6 proc. firm rozważa redukcję etatów, a 4 proc. obniżki płac. Również po stronie finansowej sytuacja wygląda mniej dramatycznie. Na początku pandemii 27 proc. firm deklarowało płynność finansową pozwalającą na przetrwanie powyżej trzech miesięcy,
a obecnie na taką płynność wskazuje 53 proc. Po roku pandemii wiele firm, szczególnie
z sektora produkcyjnego, dostosowało się do wymagającego otoczenia i radzi sobie relatywnie dobrze. Najtrudniejsza sytuacja występuje w sektorze usługowym, choć ten
w ostatnich dwóch odczytach Miesięcznego Indeksu Koniunktury zbliżył się do poziomów neutralnych. Wyraźnie lepiej w obecnych warunkach recesyjnych radzą sobie również duże i średnie firmy, w porównaniu do mniejszych podmiotów. Obecnie MIK znajduje się niemal 3 punkty poniżej neutralnego poziomu, co oznacza, że początek II kwartału 2021 to nadal trudne otoczenie, które negatywnie wpływa na koniunkturę.
– mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego ds. badań i analiz.

Firmy radzą sobie z kryzysem lepiej niż myślały

Wiosną zeszłego roku, na początku pandemii, firmy funkcjonowały w warunkach szoku spowodowanego silnymi ograniczeniami działalności gospodarczej. O ile zatem obecne deklaracje przedsiębiorstw mają miejsce w sytuacji ponad rocznego działania w reżimie pandemicznym, to odpowiedzi z zeszłego roku należy traktować jako wyraz powszechnych wówczas obaw o przyszłość. Istotnym czynnikiem wzmacniającym te obawy była niepewność w zakresie możliwości utrzymania płynności finansowej oraz zatrudnienia, częściowo złagodzona w wyniku rządowych programów wsparcia firm.

W stosunku do badania przeprowadzonego przed rokiem wystąpiła zdecydowana poprawa ocen zmian wartości sprzedaży. Wzrósł udział firm, w których nastąpił wzrost sprzedaży z 6 proc. 2020 r. do 22 proc. w 2021 r., przy jednoczesnym spadku udziału oceniających, że wystąpił spadek sprzedaży z 59 proc. do 39 proc. Obserwowana jest także zdecydowana poprawa w zakresie liczby zamówień. Odsetek firm, w których nastąpił wzrost zamówień zwiększył się z 6 proc. 2020 r. do 19 proc. w 2021 r., a przedsiębiorstw nie dostrzegających zmiany z 31 proc. do 55 proc.

Wystąpiła też znacząca poprawa w obszarze ocen przyszłego zatrudnienia. Udział firm planujących wzrost zatrudnienia wzrósł z 2 proc. w 2020 r. do 14 proc. w 2021 r.,
a utrzymanie dotychczasowego poziomu z 68 proc. do 80 proc. Zdecydowanie spadł natomiast odsetek firm zamierzających redukcję zatrudnienia z 30 proc. do 6 proc. Szczególną uwagę zwraca także zmniejszenie odsetka firm planujących redukcję wynagrodzeń z 56 proc. w 2020 r. do 4 proc. w 2021 r.  Korzystnie zmieniła się również płynność finansowa firm w 2021 r. w porównaniu z 2020 r. W 2020 r. tylko 27 proc. firm deklarowało płynność finansową pozwalającą na przetrwanie powyżej trzech miesięcy,
a obecnie na taką płynność wskazuje 53 proc.

Zmiany w zatrudnieniuzmiany w zatrudnieniu

Duża poprawa wśród średnich firm, obniżenie koniunktury w usługach

Analizując wyniki kwietniowego MIK w relacji do sytuacji sprzed miesiąca, należy zauważyć, ze niezmiennie najtrudniejsza sytuacja występuje wśród mikro i małych przedsiębiorstw. Warto jednak odnotować, że w firmach mikro wskaźnik wzrósł aż o 15,9 pkt. i wynosi obecnie 91,3 pkt., co wciąż oznacza wynik negatywny, jednak bliski poziomu neutralnego. Największe polepszenie koniunktury zaobserwowano w firmach średnich, wśród których niemal co trzecia (32 proc.) odnotowała wzrost wartości sprzedaży, zaś 24 proc. zanotowało wzrost liczby zamówień.

Najwyższe i powyżej odczytu neutralnego poziomy wskaźnika osiągnęły w kwietniu produkcja i handel (108,3 pkt. oraz 103,9 pkt.). Zdecydowany spadek koniunktury nastąpił w usługach, gdzie obecnie poziom MIK wynosi 90,8 pkt. i jest mniejszy o 11,1 pkt.
w porównaniu z marcem. Taka sytuacja ma związek z wprowadzonymi w marcu ograniczeniami działalności firm usługowych. Lepszą sytuację niż miesiąc temu obserwujemy wśród firm sektora TSL, gdzie obecny odczyt MIK wynosi 99,6 pkt. (wzrost o 10 pkt.). Na polepszenie koniunktury w firmach transportowych i kurierskich miał zapewne okres przedświąteczny.

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) według branżmik według branz

Kwietniowy MIK wskazuje, że przedsiębiorstwa są coraz lepiej dostosowane do uwarunkowań pandemicznych. Wprowadzone w marcu restrykcje epidemiczne nie przeszkodziły bowiem we wzroście indeksu MIK do najwyższego poziomu w bieżącym roku. Poprawa jest sektorowo powszechna, z wyłączeniem grupy najsilniej dotkniętych koronakryzysem firm usługowych. Co istotne, podniosły się składowe dotyczące inwestycji, a więc najsłabszego w ostatnich kwartałach komponentu PKB. Wciąż jednak ich zwiększenie deklarują przede wszystkim duże przedsiębiorstwa. Natomiast mniejsze firmy pozostają ostrożniejsze. Towarzyszy temu stabilna sytuacja płynnościowa przedsiębiorstw. Jest ona znacząco lepsza niż w ubiegłym roku. Uwagę zwracają także solidne poziomy wskaźników opisujących zmiany zatrudnienia i wynagrodzeń. Wskazują one, że notowana poprawa koniunktury ma trwały charakter. Tym samym wyniki kwietniowego badania wpisują się w prawdopodobny w bieżącym roku scenariusz postępującego ożywienia gospodarczego – mówi Piotr Dmitrowski, menedżer ds. analiz rynków w Biurze Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Wkład własny kredytów mieszkaniowych. Sprawdzamy, jakie pieniądze przynoszą obecnie Polacy do banków

Mimo pandemii koronawirusa rynek nieruchomości szybko odzyskał równowagę, a popyt wrócił do wysokiego poziomu. To samo dotyczy akcji kredytowej. Polacy znów chętnie się zadłużają, co więcej – są gotowi angażować w to coraz większe środki, jako tak zwany wkład własny.

W zeszłym roku tak naprawdę tylko w drugim kwartale dało się odczuć wyraźne wyhamowanie koniunktury na rynku mieszkaniowym, co miało oczywiście związek z lockdownem. Obrót nieruchomości został nieomal fizycznie zablokowany, podobnie jak wyhamowało życie społeczne i – w dużej mierze – gospodarcze.

Jednak już latem sektor nieruchomościowy zaczął odczuwać odbicie. Szybko też politykę kredytową złagodziły banki. Na początkowym etapie pandemii mocno zaostrzyły one rygory dotyczące wkładu własnego kredytów (wówczas minimum 30 procent), zmniejszono także możliwość uzyskania finansowania dla przedstawicieli branż narażonych na skutki pandemii, ale już na przełomie lata i jesieni sytuacja się unormowała, a banki zrezygnowały z większości tych rozwiązań.

W efekcie – choć rok 2020 zamknął się gorszymi niż rok wcześniej wynikami w zakresie sprzedaży mieszkań i akcji kredytowej, to jednak nie były one drastycznie, a jedynie nieznacznie gorsze. Rynek więc „uciekł spod topora”.

Z danych Amron-Sarfin, z raportu za IV kw. 2020 wynika, że wartość umów zawartych wyniosła ponad 60 mld zł i zmniejszyła się rok do roku tylko o nieco ponad 3 proc., a liczba udzielonych kredytów w analizowanym okresie spadła o 9,3 proc. Jak podkreślają autorzy raportu – mimo tak trudnego czasu – „z kwotą ponad 60 mld złotych sektor bankowy osiągnął drugi w okresie po transformacji wynik akcji kredytowej”.

O tym, że na rynku nie widać było ostrego hamowania świadczą również ceny. Wg Amron-Sarfin, metr kwadratowy nowego mieszkania w Warszawie w zeszłym roku podrożał rok do roku o blisko 12 proc. Średnia stawka wynosi niecałe 11 tysięcy zł. Największe wzrosty średnich cen rok do roku odnotowano natomiast w aglomeracji katowickiej – o ponad 15,5 proc. i w Łodzi – o 12,19 proc.

Coraz wyższe kredyty

Z raportu Amron-Sarfin za ostatni kwartał ubiegłego roku wynika również, że rośnie przeciętna wysokość kredytów mieszkaniowych zaciąganych przez Polaków. W zeszłym roku – na przestrzeni 12 miesięcy średnia wartość udzielonego kredytu wyniosła ponad 295 tysięcy złotych i była o ponad 6 proc. wyższa niż rok wcześniej. W rozbiciu na poszczególne kwartały ten wzrost był jeszcze wyższy. W IV kw. 2019 przeciętna wysokość kredytu złotowego wyniosła ponad 284 tys. Zł. W IV kw. 2020 było to już 305 tys. zł, co daje wzrost o 7,4 proc.

Wzrost wartości zaciąganych kredytów przełożył się na wartość udzielonych kredytów w sumie tylko o nieco ponad 3 proc. niższą niż w niekryzysowym 2019 roku , podczas gdy liczba nowoudzielonych kredytów spadła o ponad 9 proc. Można zakładać, że wpływ na taki stan rzeczy miały nie tylko drożejące mieszkania, ale także fakt, że w „kryzysowych” czasach wielu posiadaczy kapitału szukało dla niego bezpiecznej przystani i ochrony przed inflacją. To mogło się przełożyć w większym stopniu na zakupy mieszkań większych, lepiej zlokalizowanych, o wyższym standardzie – a więc droższych. Nieruchomości w dobrych lokalizacjach lepiej opierają się wahaniom koniunktury i lepiej „przechowują” wartość.

Coraz więcej z własnej kieszeni

Być może zakupy w celu zainwestowania i ochrony kapitału, przełożyły się też na wyraźniejszy spadek udziału kredytów z najniższym wymaganym wkładem własnym. Większa chęć do inwestowania w nieruchomości może oznaczać więcej zakupów za duże środki, np. wyprowadzone z banków. Takie zakupy inwestycyjne często tylko „posiłkują się” kredytem, by sfinansować resztę ceny. Z całą pewnością również na mniejszy udział kredytów z najniższym możliwym wkładem przełożyło się też czasowe zaostrzenie polityki w tym zakresie ze strony banków.

Z danych Amron-Sarfin wynika, że w IV kw. zeszłego roku tylko 34,6 proc. kredytów mieszkaniowych miało wskaźnik LTV (loan to value) na poziomie od 80 proc. w górę, czyli z maksymalnie 20 procentowym wkładem własnym.

Dobra informacja jest taka, że udział kredytów z najniższym możliwym wkładem sukcesywnie maleje. Jeszcze w IV kw. 2019 odsetek takich kredytów wynosił 42 procent, co oznacza, że w ciągu roku ich udział zmniejszył się wyraźnie – o 7,43 punktów procentowych.

W ostatnim kwartale zeszłego roku najwięcej kredytów – blisko 45 proc. – udzielonych zostało z wkładem własnym na poziomie od 50 do 80 proc. Jeśli natomiast chodzi o kredyty z bardzo wysokim udziałem środków własnych, ponad 14 proc. zostało przyznanych przy wkładzie własnym na poziomie 70 proc. lub większym (LTV do 30 proc.). Z kolei, jeśli chodzi o zobowiązania z wkładem własnym na poziomie od 30 do 50 proc., ich udział w całości kredytów przyznanych w ostatnim kwartale 2020 roku wyniósł 6, 47 proc.

Podsumowując – fakt, że zmniejsza się odsetek kredytów udzielonych z najniższym możliwym wkładem to oczywiście dobra wiadomość. Im większe zaangażowanie środków własnych kredytobiorcy, tym bezpieczniejszy i tańszy kredyt. Malejąca liczba kredytów z najniższym wkładem potwierdza również większą skłonność kupujących do inwestowania środków finansowych w nieruchomości, co z pewnością wynika z postrzegania tego rynku jak atrakcyjnej, alternatywnej wobec banków, lokaty kapitału w niepewnych czasach.

Autor: Marcin Moneta , ekspert portalu GetHome.pl

Środki z rachunku VAT nie dla każdego. Odmów jest nawet 7 razy więcej niż rok wcześniej

W ubiegłym roku złożono o ponad 20% więcej wniosków o uwolnienie środków zgromadzonych na rachunku VAT w porównaniu z 2019 rokiem. Ostatnio łączna kwota, o którą podatnicy ubiegali się w ten sposób, była niemal 2 razy większa niż wcześniej. Natomiast o prawie 18% wzrosła rdr liczba wydanych postanowień w tych sprawach. Decyzji odmownych było o ponad 7 razy więcej niż 2 lata temu. Patrząc na branże i sektory gospodarki, można zauważyć, że w minionym roku najwięcej wniosków i odmów dotyczyło przedstawicieli budownictwa.

Ministerstwo Finansów informuje, że w 2020 roku złożono 25,4 tys. wniosków o uwolnienie środków zgromadzonych na rachunku VAT. Opiewały one na łączną kwotę przeszło 11,1 mld zł. Natomiast rok wcześniej podatnicy chcieli pozyskać w ten sposób ponad 5,6 mld zł. Wówczas wpłynęło od nich 21,1 tys. wniosków.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– To są zupełnie nieporównywalne lata. Początkowo podzielona płatność była dobrowolna. Miała marginesowe znaczenie, została praktycznie zignorowana przez podatników. Dopiero od listopada 2019 roku stała się obowiązkowa – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Wzrost liczby wniosków jest zrozumiały, co podkreśla dr Jacek Matarewicz, partner w Kancelarii Ożóg Tomczykowski, ekspert BCC. Można było się spodziewać tego, że w okresie pandemii przedsiębiorcy zechcą wykorzystać pieniądze, które są potencjalnie dla nich dostępne. Państwo powinno więc usprawnić ten proces, żeby podatnicy możliwie szybko je otrzymywali. Zwłaszcza teraz to ma spore znaczenie. Podobnego zdania są inni eksperci.

Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI
Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI

– Należało się spodziewać, że wzrośnie nie tylko liczba wniosków, ale przede wszystkim kwota oczekiwana przez podatników. Przed pandemią wielu przedsiębiorców kumulowało nadwyżki zapłaconego podatku czy też środki na rachunkach VAT. Wtedy mogli sobie oni na to pozwolić, ale w ciągu ostatniego roku zmieniła się sytuacja. W obliczu utraty płynności finansowej właściciele firm zaczęli częściej sięgać po te pieniądze – mówi Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak wynika z danych resortu za 2020 rok, wydano 24,1 tys. postanowień dot. uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT na łączną kwotę ponad 9,3 mld zł. Z kolei statystyki za rok wcześniejszy wyniosły odpowiednio 20,5 tys. oraz 5,5 mld zł. Według Marka Niczyporuka, widać zdecydowanie większą wartość uwolnionych środków. Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że 2 lata temu pozytywnie rozpatrzono ok. 98% wniosków. W ubiegłym roku było to już tylko ok. 84%.

– Moim zdaniem, ubiegłoroczne statystyki wyglądają niekorzystnie dla aparatu skarbowego. Mam na myśli to, jaki procent z całości wnioskowanych środków został uwolniony oraz jak wyglądają te dane porównując je r/r z 2019 rokiem. Oceniając 2020 rok mówimy przecież o pandemii, a więc o wyjątkowych okolicznościach. Nie wiemy, czy procentowy spadek zwrotów w stosunku do wnioskowanych kwot wynika z faktu, że rzeczywiście pojawiły się wątpliwości co do uczciwości podatników, czy zdecydowały inne względy – dodaje ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

W 2020 roku w przypadku 1002 wniosków wydano postanowienie o odmowie uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT na łączną kwotę przeszło 164,8 mln zł. Rok wcześniej zapadły 123 decyzje niekorzystne dla podatników, w których wnioskowano o ponad 14,6 mln zł.

– Widać więc, że skala tego zjawiska nie jest zatrważająca, zwłaszcza że mamy ok. 1,8 mln czynnych podatników VAT-u. Ustawa jasno stwierdza, w jakich przypadkach musi być wydana odmowa – podkreśla prof. Modzelewski.

Jak zaznacza dr Matarewicz, powodem odmowy są nie tylko istniejące zaległości podatkowe przedsiębiorcy. To również jest obawa co do regulowania zobowiązań w przyszłości, w praktyce oceniana np. przez pryzmat wątpliwości co do uczciwości podatnika lub jego kontrahentów. Istnieje więc potencjalne ryzyko, że takie długi zostaną wkrótce stwierdzone przez organy podatkowe. Ekspert BCC obawia się, że aparat skarbowy coraz częściej odwołuje się do takich miękkich i trudno mierzalnych przesłanek jak „obawa” organu podatkowego.

– Przesłanki odmowy uwolnienia środków są bardzo nieostre. W wielu przypadkach podatnicy mogą być narażeni na przedłużające się procedury. To w efekcie prowadzi do pogłębiania się problemów finansowych – dodaje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Patrząc na konkretne sektory gospodarki, można zauważyć, że w ub.r. składane wnioski ws. uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT dotyczyły najczęściej budownictwa – 4899. Z informacji izb administracji skarbowej wynika, że następne w zestawieniu są takie branże, jak handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów samochodowych – 4799, a także przetwórstwo przemysłowe – 2822. Rok wcześniej budownictwo z wynikiem 2 614 znalazło się na trzeciej pozycji. Na czele zestawienia wówczas było rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo – 4 142, a dalej – handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów – 3 264.

– Te dane oddają rozkład sytuacji, inaczej pogorszenia płynności finansowej. W te branże z największą liczbą wniosków uderzyły bezpośrednio lub pośrednio te wszystkie ograniczenia kwarantannowe czy lockdownowe. Mimo że system jest dość biurokratyczny, to jednak się sprawdził – stwierdza były wiceminister finansów.

W 2020 roku odmowy uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT dotyczyły najczęściej budownictwa – 203 (rok wcześniej – 22). Dalej są takie sektory, jak handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów samochodowych – 161 (27), a także przetwórstwo przemysłowe – 109 (20). Jak podkreśla Marek Niczyporuk, w tych branżach widać tendencję polegającą na odmowie uwolnienia środków. Ale nie znamy przyczyn tego zjawiska. Nie wiemy też, czy decyzje miały związek z ujawnianymi nieprawidłowościami, czy może z dużym poziomem zaległości podatkowych.

– Mówi się, że dobrze zarządzana firma nie uzależnia swojej płynności finansowej od np. terminowego zwrotu VAT-u. Ten podatek ma bowiem pozostawać neutralny dla podatnika. Nie jest jednak żadnym nadużyciem uwzględnienie swojej sytuacji podatkowej w procesie planowania biznesu. Argument o neutralności VAT nie powinien być wykorzystywany na niekorzyść wnioskodawcy, zwłaszcza gdy przedsiębiorstwo ma problemy finansowe i ubiega się o własne środki. W takiej sytuacji trzeba szukać jakiegoś źródła finansowania zewnętrznego, np. kredytu. Tylko po co to robić, skoro przedsiębiorca ma swoje pieniądze na rachunku – podsumowuje dr Matarewicz.

Naukowcy ostrzegają przed kolejnymi groźnymi wirusami odzwierzęcymi. Już teraz stanowią przyczynę wielu nowo pojawiających się chorób

Naukowcy z Kanady i USA przygotowali zestawienie prawie 900 najgroźniejszych wirusów odzwierzęcych. O części z nich już wiadomo, że są niebezpieczne dla ludzi i mogą prowadzić do poważnych chorób. Wśród nich jest SARS-CoV-2, sklasyfikowany na drugiej pozycji miedzy wirusem Lassa a ebolą. Zoonozy już dziś stanowią ok. 70 proc. nowo pojawiających się chorób, a w przyszłości może być ich coraz więcej. Eksperci ostrzegają, że to w dużej mierze efekt działalności człowieka, m.in. masowego stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt i rolnictwie czy degradacji środowiska naturalnego.

Wścieklizna, toksoplazmoza, gruźlica, bąblowica, ornitoza, ptasia grypa, tyfus czy bardziej znana borelioza i kleszczowe zapalenie mózgu – wszystko to choroby odzwierzęce, czyli tzw. zoonozy, które mogą przenosić się na człowieka poprzez bezpośredni albo pośredni kontakt ze zwierzęciem. Mogą one mieć charakter wirusowy, ale także pasożytniczy, bakteryjny albo wynikać z ukąszenia przez owady. Zarazić nimi mogą się nie tylko właściciele i opiekunowie zwierząt. Wiele pasożytów bytuje w glebie lub w wodzie i kontakt z nimi mogą mieć nawet osoby, które nie mieszkają ze zwierzętami.

– Według Światowej Organizacji Zdrowia dzisiaj rozpoznanych jest około 200 zoonoz. Każdego roku pojawia się co najmniej kilka nowych. Około 70 proc. nowo pojawiających się chorób tak naprawdę to jest ten sam patogen, który wywołuje choroby i u zwierząt, i u ludzi. Mało kto sobie z tego zdaje sprawę. W związku z tym przed zoonozami musimy się chronić poprzez dbanie o zdrowie zwierząt – mówi agencji Newseria Biznes Artur Zalewski, lekarz weterynarii i dyrektor biura zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

SARS-CoV-2 jest wirusem, który pochodzi od zwierząt, ale nie do końca wiadomo jakich. Jedna z tez mówi o nietoperzach, inna o wężach czy innych dzikich zwierzętach na chińskich farmach czy targach mięsnych. Jak podkreśla ekspert, COVID-19, podobnie jak wścieklizna, jest typową zoonozą, ponieważ chorują na niego zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Koronawirusem SARS-CoV-2 mogą zakazić się zwierzęta domowe, w tym psy i koty – choć takie przypadki należą do rzadkości i od początku pandemii informowano o nich tylko kilkukrotnie. W pierwszych miesiącach pandemii z tego powodu dochodziło też do przypadków porzucania zwierząt, ale WHO i naukowcy wskazują, że jak na razie nie ma żadnych dowodów na to, aby mogły one przenosić chorobę i zarażać ludzi.

Inaczej jest w przypadku norek hodowlanych i łasicowatych, na których w tej chwili skupiają się prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt. Zyskały one priorytet po potwierdzonych przypadkach zakażeń odzwierzęcych w Danii. Tamtejsze władze jesienią ubiegłego roku oficjalnie nakazały wybicie milionów tych zwierząt, kiedy okazało się, że setki zakażeń COVID-19 w kraju były powiązane z nowymi wariantami koronawirusa, które rozwinęły się właśnie u norek hodowanych na fermach.

– Inna zoonoza, wścieklizna, jest chorobą śmiertelną. Około 60 tys. ludzi na całym świecie co roku umiera z jej powodu, głównie w krajach Trzeciego Świata. Jest projekt, żeby całkowicie wyeliminować wściekliznę do 2030 roku, ale będzie to możliwe tylko i wyłącznie dzięki szczepieniom. Zakłada się, że 70 proc. populacji wałęsających się psów, głównie w uboższych rejonach świata, musi zostać zaszczepiona, żeby wyeliminować tę chorobę. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku COVID-19, jak i innych chorób, takich jak np. gruźlica czy bąblowica – podkreśla Artur Zalewski.

Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady przygotowali zestawienie najgroźniejszych wirusów pochodzenia zwierzęcego. Na liście jest prawie 900 wirusów, które badacze uszeregowali, biorąc pod uwagę ponad 30 czynników ryzyka, m.in. możliwość przenoszenia się ze zwierząt na ludzi oraz między ludźmi. Na pierwszych pozycjach wśród tych rozpoznanych znalazły się m.in. wirus Lassa, SARS-CoV-2, ebola, Seul i Nipah.

– Chorób odzwierzęcych będzie więcej. Będziemy radzili sobie z jedną, a tymczasem będą pojawiać się kolejne i niebagatelny wpływ ma tutaj to, co człowiek robi ze środowiskiem naturalnym – ocenia ekspert Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wskazuje, że do powstawania nowych chorób odzwierzęcych przyczynia się m.in. masowe stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt i rolnictwie. Wiele tych samych drobnoustrojów infekuje też zarówno zwierzęta, jak i ludzi, ponieważ po prostu współdzielą ekosystemy, w których żyją. Wysiłki tylko jednego sektora nie mogą zapobiec problemowi, dlatego WHO – w ramach koncepcji Jednego Zdrowia (One Health) – współpracuje m.in. z rządami krajowymi, środowiskiem akademickim i organizacjami pozarządowymi i międzynarodowymi, aby eliminować potencjalne zagrożenia. Koncepcja ta zakłada ochronę zdrowia człowieka przy jednoczesnej ochronie zdrowia zwierząt i uwzględnianiu wpływu stanu  środowiska na ludzi i zwierzęta.

– Koncepcja Jednego Zdrowia mówi o pewnej równowadze między światem ludzi i zwierząt, ale też i naturą, która nas otacza. Musimy na równi traktować te trzy elementy, bo one ze sobą współgrają. Jeżeli będziemy wycinać lasy amazońskie, niszczyć puszczę i doprowadzać do sytuacji stresogennych dla zwierząt, to niestety będą one w stresie chorowały częściej, a przez to tych patogenów w środowisku będzie więcej. Człowiek niestety bardzo wykorzystuje środowisko i niszcząc je, powoduje, że i chorób pojawia się coraz więcej – mówi Artur Zalewski. – Koncepcja Jednego Zdrowia została na nowo odkryta przez WHO i wydaje się, że robi teraz postępy. W Polsce jednak bardzo powoli to idzie, a trzeba zdecydowanie więcej nad tym popracować.

Samorządy krytykują Krajowy Plan Odbudowy. Chcą większego udziału w dysponowaniu unijnymi środkami

Samorządy oceniają, że władze lokalne i regionalne zostały pominięte w pracach nad Krajowym Planem Odbudowy. Dokument pomija też ich rolę w dysponowaniu unijnymi środkami – pieniądze mają być dzielone centralnie i według mało klarownych, nieprecyzyjnych kryteriów. Dlatego samorządy domagają się wprowadzenia jasnych zasad i większego udziału w podziale funduszy. Na uwzględnienie ich postulatów rząd ma stosunkowo niewiele czasu, bo ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia.

– Krajowy Plan Odbudowy jest potrzebny, bo oczywiste jest, że pandemia wywołała szkody społeczne i gospodarcze. Kilka jego elementów przyjmujemy z zadowoleniem, a priorytety, które w nim wskazano, są bardzo istotne. Jako samorządy chcielibyśmy jednak położyć większy akcent na produktywność gospodarki, lepszy dostęp do usług zdrowotnych czy dostępność miejsc pracy – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika i przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Krajowy Plan Odbudowy to zakrojony na szeroką skalę program inwestycji i reform na kolejne lata. Ma wzmocnić gospodarkę po covidowym kryzysie i przestawić ją na nowe, zielone tory. Taki program muszą przygotować wszystkie kraje członkowskie UE i jest to warunek uruchomienia środków z unijnego Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na walkę ze skutkami pandemii. Łącznie Polska otrzyma z niego ponad 200 mld zł i będzie czwartym największym beneficjentem. Zgodnie z wymogami UE 37 proc. dotacji ma zostać przeznaczone na zieloną transformację, a 20 proc. – na cyfryzację.

Prace nad KPO koordynuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Proces konsultacji społecznych zakończył się 2 kwietnia, po czym dokument trafił do ponownego rozpatrzenia. Rząd ma na to stosunkowo niewiele czasu, ponieważ ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia. Ta będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

W trakcie konsultacji wiele uwag do Krajowego Planu Odbudowy zgłosili m.in. przedsiębiorcy, NGO-sy i samorządy. Te podkreślają, że rząd pominął władze lokalne i regionalne w pracach nad KPO.

– W pewnym sensie wyklucza się samorządy z całego pomysłu. Inwestycje samorządowe przez bardzo długi czas stanowiły ok. 40–50 proc. wszystkich inwestycji w Polsce, dlatego to wykluczenie i pewna centralizacja Krajowego Planu Odbudowy jest w naszym rozumieniu czymś złym – mówi Piotr Kuczera.

Co więcej, dokument pomija też rolę samorządów w dysponowaniu unijnymi środkami, a pieniądze mają być dzielone na szczeblu centralnym.

– Centralizacja nie jest procesem, który służy rozwojowi samorządności. Wykluczenie samorządów powoduje też, że duże projekty ogólnopolskie są realizowane po prostu źle. Dlatego jak najwięcej inicjatyw powinno być skierowanych na te najniższe szczeble, bo ostatnich 30 lat istnienia samorządów pokazało, że potrafią one sobie z tym poradzić i są po prostu bliżej ludzi – podkreśla przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

KPO w obecnym kształcie skrytykowała też Unia Metropolii Polskich. Jej przedstawiciele wskazali, że projekt dyskryminuje miasta i ich obszary metropolitalne, co jest niezrozumiałe zwłaszcza w zakresie środków przeznaczonych np. na zieloną transformację czy niskoemisyjną mobilność. W ocenie prezydentów 12 największych polskich miast zabrakło też jasnych kryteriów, według których środki unijne będą dzielone na konkretne projekty.

– Postulujemy, żeby nie wykluczać z tego projektu także średnich miast, których mamy w Polsce 255. To one powinny być swoistymi lokomotywami rozwoju lokalnego – postuluje Piotr Kuczera. – Poza tym środki finansowe powinny być dysponowane klarowniej. Obecny tryb budzi szereg pytań, widzimy tendencję do centralizacji. Chcielibyśmy, żeby jednak to tryb konkursowy był najbardziej widoczny, a kryteria były transparentne i jasne.

Śląski Związek Gmin i Powiatów w swoim stanowisku wobec KPO wskazał także, że w rządowym dokumencie zabrakło też adekwatnych działań wspierających te branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii, czyli m.in. gastronomię, turystykę i drobny handel detaliczny.

– Pewne branże powinny zostać wsparte w większym stopniu – ocenia przewodniczący związku. – Dostrzegamy też, że w tym planie pojawia się cyfryzacja, ale w większym stopniu powinny zostać zaakcentowane np. kompetencje cyfrowe pracowników samorządowych i generalnie społeczeństwa. To dla jednostek samorządu terytorialnego jest bardzo ważne.

W projekcie KPO uwzględniono też zagadnienia związane z cyberbezpieczeństwem. Jednak finansowanie w tym zakresie przewidziano tylko na poziomie krajowym. Tymczasem dla zapewnienia bezpieczeństwa e-usług, świadczonych na poziomie lokalnym lub regionalnym, potrzebne jest też finansowanie dla samorządów.

Wśród strategicznych kwestii jest też potrzeba finansowania działań przyszłościowych. Pandemia się pojawiła i kiedyś minie, ale pytanie, czy ten plan pozwoli nam się przygotować na ewentualne kolejne fale i problemy związane z mutacjami wirusa – mówi Piotr Kuczera.

Śląskie samorządy poruszają też wątek planowanej reformy planowania przestrzennego. W ich ocenie termin wdrożenia w połowie 2026 roku jest mało realny. Dodają, że wyzwanie – jakim jest zmniejszenie konfliktów przestrzennych i ograniczenie kosztów suburbanizacji – nie zostanie osiągnięte bez odpowiednich regulacji ustawowych, a może i konstytucyjnych. Aktualny projekt planu nie wskazuje jednak takich rozwiązań.

 W kilku kwestiach wskazujemy na potrzebę dość daleko idących zmian i jedną z nich jest właśnie planowanie przestrzenne. Dla gmin jest to element podstawowy. Z punktu widzenia dat, które tu wyznaczono, widzimy pewną trudność związaną z tak szybką mobilizacją i przygotowaniem całej propozycji – mówi prezydent Rybnika.

Jak podkreśla, z perspektywy całego Śląska jako regionu górniczego kluczowe będą też środki kierowane na przebranżowienie i kształcenie nowych kompetencji. Tym bardziej w obliczu planowej transformacji regionu.

– Stoimy przed wyzwaniem pokoleniowym, szczególnie w średnich miastach zauważalny jest odpływ najzdolniejszych do dużych metropolii w poszukiwaniu wykształcenia i pracy. Wyzwaniem jest przyciąganie do nas takich gałęzi biznesu czy gospodarki, które spowodują, że wiedza nabyta w dużych ośrodkach będzie mogła zostać przekazana tutaj. Za tym idą oczywiście dobrze płatne miejsca pracy, które często decydują o tym, czy proces marginalizacji średnich miast postępuje, czy też nie – wyjaśnia Piotr Kuczera. – Branża górnicza jest dobrze płatna, ale nie do końca przyszłościowa. Dlatego bardzo liczę, że te pieniądze, które pójdą w kierunku specjalizacji, szkoleń i przygotowania nowych kadr, stworzą wartość dodaną i spowodują, że wykształcona kadra będzie chciała zostać na miejscu. Dzięki temu życie gospodarcze średnich miast będzie lepsze, oparte na nowych technologiach, nowym przemyśle, nowym biznesie.

Wypłaty za odwołane wycieczki pochłonęły 225 mln zł z Turystycznego Funduszu Zwrotów. Zgłoszono ok. 90 tys. wniosków

– Ze wsparcia Turystycznego Funduszu Zwrotów w rozliczeniach z klientami skorzystało prawie 300 touroperatorów i przedsiębiorstw turystycznych – informuje Marek Niechciał z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Po zwrot pieniędzy za odwołane wycieczki zgłosiło się ok. 90 tys. Polaków, ale ze względu na to, że podpisywane przez nich umowy dotyczyły zwykle kilku osób, lista beneficjentów jest kilkukrotnie większa. Do końca marca wykorzystano łącznie 225 z zaplanowanych 300 mln zł środków zgromadzonych w TFZ. Kolejną formą wsparcia dla branży jest też działający od początku tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi zabezpieczenie na wypadek kolejnych nadzwyczajnych okoliczności. Na jego koncie jest 2 mln zł składek.

– Turystyczny Fundusz Zwrotów był otwarty dla każdego przedsiębiorstwa turystycznego. Ostatecznie zgłosiło się do nas 298 przedsiębiorstw, ale dwie bardzo duże firmy z pierwszej dziesiątki w nim nie uczestniczyły [Ecco Holiday i TUI Poland – red.], ponieważ postanowiły dokonywać zwrotów z własnych środków. Uwzględniając ten fakt, okazuje się, że w akcji zwrotów uczestniczy zdecydowana większość polskiego rynku turystycznego, liczonego wartością czy też liczbą podróżnych – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Od października ub.r. Polacy mogli składać do Turystycznego Funduszu Zwrotów wnioski o zwrot pieniędzy za odwołane i niedoszłe z powodu pandemii wycieczki. Środki z TFZ – czyli specjalnego funduszu covidowego – były wypłacane, gdy podróżny nie otrzymał zwrotu wniesionej zaliczki albo nie wyraził zgody na przyjęcie vouchera od touroperatora. Zgodnie z ustawą o zwrot środków można było ubiegać się maksymalnie do 31 grudnia ub.r., ale weryfikacja wniosków trwała jeszcze do końca marca.

– Ustawa o Turystycznym Funduszu Zwrotów przewidywała, że zostanie na niego przeznaczone 300 mln zł. Do końca marca wykorzystano z tego 225 mln zł – mówi ekspert.

Jak informuje, po zwrot środków za odwołane wycieczki zgłosiło się około 90 tys. Polaków, z którymi touroperatorzy podpisali umowy. Rzadko kiedy umowa dotyczyła tylko jednej osoby, więc lista beneficjentów to kilkaset tysięcy osób. Każda wypłata musiała mieć potwierdzenie w dwóch źródłach: występował o nią zarówno touroperator, jak i jego klient. Jeżeli dane się zgadzały, pieniądze były wypłacane na jego konto. Jednak we wnioskach kierowanych do TFZ częste były też rozbieżności, które wymagały dłuższej weryfikacji.

– Głównym problemem, z jakim się zetknęliśmy, była kwestia nazwisk, ponieważ firmy turystyczne często przekazywały nam informacje w oparciu o bazy danych linii lotniczych, gdzie nie ma polskich znaków. Problematyczna była też kwestia daty zawarcia umowy, która często różniła się w zeznaniach przedsiębiorcy i podróżnego. Kolejny duży problem stanowiła różna liczba wpłat. Przykładowo podróżny płacił w dwóch ratach, ale robił to za pośrednictwem agenta, który jedną z tych wpłat podzielił. Dlatego po stronie firmy turystycznej mieliśmy już trzy płatności. Trudno było to połączyć, wymagało to już nie systemu teleinformatycznego, ale ręcznej pracy – wymienia członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Działający przy UFG Turystyczny Fundusz Zwrotów stanowił formę pomocy nie tylko dla podróżnych poszkodowanych przez pandemię, ale i dla całej branży turystycznej. Firmy i touroperatorzy nie dysponowali bowiem wystarczającymi środkami, żeby samodzielnie rozliczyć się z klientami za odwołane wycieczki. Na ogół sami już wcześniej wpłacili zaliczki liniom lotniczym i hotelom, rezerwując ich usługi, a kiedy rozszalała się pandemia, mieli problem z odzyskaniem tych środków od zagranicznych kontrahentów, którzy zasłaniali się swoimi kosztami.

Zgodnie z ustawą o TFZ to państwo – na wniosek klienta i touroperatora – zwracało środki za odwołane wyjazdy, ale ta pomoc ma charakter zwrotny. Zwrot wypłaconych środków będzie dokonywany przez organizatorów turystyki w 72 ratach.

 Zgodnie z ustawą środki z Turystycznego Funduszu Zwrotów są pożyczką udzieloną przez fundusz covidowy BGK dla przedsiębiorstw turystycznych i trzeba je zwrócić w ciągu sześciu lat. Spłaty powinny rozpocząć się do 21 kwietnia br., natomiast wiem, że rząd i Sejm pracują nad nowelizacją tej ustawy tak, aby pozostałe płatności były dokonywane od 2022 roku. Czyli można powiedzieć, że ten proces będzie odłożony mniej więcej o osiem miesięcy – mówi Marek Niechciał.

Jak ocenia, zmiany przepisów uchwalone na przestrzeni ostatniego roku wzmocniły ochronę turystów i przyczyniły się do tego, że liczba upadłości w polskim sektorze turystycznym okazała się niewielka w stosunku do prognoz i sytuacji rynkowej.

– W 2020 roku formalnie upadłości było mniej niż w poprzednim, który był rekordowo dobry dla turystyki. Mieliśmy osiem upadłości, natomiast w 2019 roku – ponad 10, więc można powiedzieć, że prawo zadziałało i ochroniło zarówno firmy turystyczne, jak i konsumentów, którzy dostali zwrot zaliczek za niedoszłe imprezy turystyczne – podkreśla przedstawiciel UFG.

Jedną z form wsparcia dla sektora jest też wprowadzony z początkiem tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi formę zabezpieczenia na wypadek kolejnych, nadzwyczajnych okoliczności. Przedsiębiorstwa turystyczne od 1 stycznia br. są zobowiązane odprowadzać składki na TFG, w którym obecnie znajdują się już ponad 2 mln zł.

– W przyszłości w przypadku różnych nieprzewidzianych zdarzeń będzie można pożyczyć pieniądze Turystycznego Funduszu Pomocowego  przedsiębiorstwom w kłopotach, żeby uchronić je przed upadłością – wyjaśnia Marek Niechciał. – Przykładowo firma, która wysłała turystów w jakiś region, gdzie nagle wybucha wulkan albo wojna domowa, prawdopodobnie by zbankrutowała. Natomiast dzięki TFG będzie mogła pożyczyć środki, żeby później oddać w ciągu kilku lat i dzięki temu przetrwać na rynku.

Choroba Parkinsona coraz częściej dotyka młodych ludzi. Pandemia znacząco opóźnia diagnostykę i leczenie.

Minęły już czasy, kiedy Parkinson był problemem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat – mówi wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu Wojciech Machajek. Chorobę Parkinsona, na którą cierpi w Polsce ok. 100 tys. osób, diagnozuje się coraz częściej i u coraz młodszych. W ostatnich latach poprawił się dostęp do leczenia zaawansowanego stadium choroby, a w ramach dwóch programów lekowych pacjenci mają dostęp do nowoczesnych terapii infuzyjnych. Kluczowe znaczenie dla sprawności chorych ma jednak wczesne rozpoznanie i wdrożenie leczenia, co ostatnio utrudnia pandemia.

– Choroba Parkinsona jest chorobą trudną, obejmującą całe ciało i wszystkie mięśnie: aparat mowy, przełykanie, ręce i nogi, układ wydalniczy, moczowy i trawienny. Choroba przychodzi do człowieka jak złodziej – powoli i stopniowo wykrada to, co najlepsze, czyli sprawność, uśmiech, zdolność logicznego myślenia. To jest naprawdę bardzo przykre, zwłaszcza dla opiekunów, którzy patrzą, jak ta choroba zabiera najbliższą osobę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Machajek, wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu.

Na całym świecie co roku 11 kwietnia obchodzony jest Światowy Dzień Choroby Parkinsona, którego symbolem jest czerwony tulipan. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią ok. 100 tys. pacjentów. Statystycznie na tę neurodegeneracyjną chorobę częściej cierpią mężczyźni niż kobiety, a ryzyko zachorowania rośnie wraz z wiekiem. Najczęściej diagnozuje się ją między 50. a 60. rokiem życia, ale dotyka ona również osoby, które nie ukończyły nawet 20. roku życia (parkinsonizm młodzieńczy).

– Minęły już czasy, kiedy mówiło się że choroba Parkinsona to jest problem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat. Zdiagnozowano go w wieku 19, a stymulator DBS wszczepiono kiedy miał 24 lata. U mojej żony chorobę Parkinsona zdiagnozowano w wieku 44 lat. Ta choroba zdecydowanie częściej niż kiedyś dotyka ludzi młodych – mówi Wojciech Machajek.

Chorobę Parkinsona po raz pierwszy opisano ponad dwa wieki temu, ale jej przyczyny nie są znane do dziś. Wśród możliwych powodów rozważa się m.in. czynniki genetyczne i środowiskowe, stres oksydacyjny albo przebyte infekcje. W przebiegu choroby dochodzi do uszkodzenia i obumierania w mózgu neuronów produkujących dopaminę. Jest ona jednym z najważniejszych neuroprzekaźników, które umożliwiają przesyłanie między komórkami nerwowymi sygnałów odpowiedzialnych np. za pracę mięśni i koordynację ruchową.

W miarę rozwoju choroby Parkinsona zdecydowanie pogarsza się jakość życia. Kiedy zmiany w mózgu są coraz poważniejsze, objawy przybierają na sile i pojawiają się m.in. zaburzenia chodu, równowagi, trudności z wykonywaniem codziennych czynności, takich jak mycie się, ubieranie i spożywanie posiłków, a także zaburzenia mimiki i spowolnienie mowy, która staje się monotonna. W zaawansowanym stadium chory spędza większość czasu w łóżku albo na wózku inwalidzkim i wymaga nieustannej pomocy opiekuna.

Choroby Parkinsona nie da się wyleczyć, można jedynie opóźnić jej postęp, łagodzić objawy i jak najdłużej utrzymywać samodzielność i sprawność chorego. W tym celu niezbędne jest jednak wczesne rozpoznanie i jak najszybsze wdrożenie leczenia, które opiera się głównie na uzupełnieniu niedoborów dopaminy. Podstawowym lekiem jest lewodopa będąca aminokwasem, który w mózgu zamienia się właśnie w dopaminę. Ponadto stosowane są też leki hamujące rozkład dopaminy, jak np. rasagilina. W ostatnich kilku latach szansą dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona są również nowoczesne terapie infuzyjne, w Polsce refundowane w ramach programów lekowych.

– Terapie infuzyjne polegają na tym, że omijamy przewód pokarmowy, który jest newralgicznym miejscem w chorobie Parkinsona i powoduje, że leki nie działają, nie są wchłaniane z jelita cienkiego. Dlatego stworzono postać lewodopy zawieszoną w żelu, którą można spakować w kasetkę i podłączyć do zewnętrznej pompy przez zgłębnik, przeprowadzony przez powłoki brzuszne. Jego końcówka znajduje się w jelicie, gdzie ten lek się wchłania. Tą metodą w badaniach klinicznych uzyskano aż cztery godziny dodatkowej aktywności pacjentów w ciągu dnia – mówi prof. Jarosław Sławek.

Powyższa terapia wymaga założenia cewnika do jelita cienkiego, a więc jest metodą inwazyjną. W pierwszych miesiącach leczenia wskazana jest kontrola dawki leku, która powinna być przeprowadzona przez lekarza i pielęgniarkę.

Druga z metod – prostsza i mniej inwazyjna – polega na podawaniu podskórnie apomorfiny.

– To już jest inny lek, z innej grupy, a terapia jest przeznaczona raczej dla młodszych chorych z racji profilu działania tego leku i działań niepożądanych. W tej metodzie też omijamy przewód pokarmowy. Podajemy podskórny wlew, a lek wchłania się z tkanki podskórnej do krwiobiegu i przechodzi do mózgu – wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Wojciech Machajek wskazuje, że Polska była jednym z ostatnich krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w której chorzy na Parkinsona zyskali dostęp do terapii infuzyjnych.

W Polsce jest w tej chwili dziewięć ośrodków, które prowadzą terapie infuzyjne dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona.

– Generalnie nie mamy ograniczeń związanych z kontraktowaniem z Narodowego Funduszu Zdrowia. Mamy natomiast ograniczenia dotyczące wydolności tych ośrodków i dostępu do nich chorych. Próbujemy to poprawić, ale okres pandemii COVID-19 nam to utrudnił. Przez długi czas ośrodki nie przyjmowały chorych na planowane zabiegi, a niektóre z nich stały się szpitalami covidowymi i zawiesiły całkowicie taką działalność – mówi prof. Jarosław Sławek.

– Obecnie w Polsce powstają kolejne ośrodki prowadzące terapie infuzyjne. Przygotowujemy się np. do otwarcia takiego ośrodka w Sandomierzu, który obejmowałby województwo świętokrzyskie. Z kolei na Śląsku, gdzie mieszka ok. 4,5 mln ludzi, potrzeby są naprawdę wielkie, a tam jest tylko jeden ośrodek w Katowicach. Staramy się także o uruchomienie kolejnego w Gliwicach i Sosnowcu – dodaje Wojciech Machajek.

W zaawansowanym stadium choroby poza terapiami infuzyjnymi stosuje się również DBS, czyli głęboką stymulację mózgu.

– Jest to neurochirurgiczny zabieg, który polega na tym, że do mózgu wprowadza się dwie elektrody, kabelki, które biegną pod skórą do stymulatora na piersi. Płynący przez nie prąd po prostu wspomaga pracę mózgu – wyjaśnia Wojciech Machajek.

Problem z jakim mierzą się osoby, u których podejrzewa się chorobę Parkinsona lub jej zaawansowane stadium, to m.in. długi czas oczekiwania na konsultację ze specjalistą neurologiem.

– W Polsce na poradę w poradni neurologicznej czeka się przeciętnie trzy miesiące, a w ośrodkach wysokospecjalistycznych nawet pół roku lub rok. Chcemy skrócić tę ścieżkę, bo pacjenci z chorobą Parkinsona nie mają tyle czasu. Zwłaszcza w zaawansowanym stadium mogą zdarzyć się w tym czasie np. upadki i złamania. Wiemy z brytyjskich badań, że chorzy z chorobą Parkinsona pięciokrotnie częściej niż ich zdrowi rówieśnicy łamią sobie szyjkę kości udowej. To często powoduje, że później nie są już w stanie wrócić do normalnej sprawności – mówi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, specjalista neurolog, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. – Aby tego uniknąć, powinniśmy dać chorym szansę na szybsze wdrożenie efektywnego leczenia. Wszystkie dostępne w tej chwili metody są bardzo skuteczne, mimo że drogie i reglamentowane.

W Polsce każdego roku diagnozę choroby Parkinsona słyszy ok. 8 tys. osób.

Treści i reklamy audio zyskują na znaczeniu. Przyszłością rynku będą reklamy interaktywne

W ubiegłym roku wydatki na reklamę poza internetem wzrosły jedynie w radiu, które mimo pandemii obroniło swoją pozycję. W I półroczu ub.r. codziennie włączało je ponad 69 proc. Polaków, czyli ok. 21 mln osób. Pandemia przyspieszyła także rozwój podcastów i muzycznych serwisów streamingowych, dzięki czemu zarówno treści, jak i reklama audio zyskują na znaczeniu jako nowy sposób przyciągania uwagi odbiorców i dostarczania angażujących treści. – W nadchodzącym roku reklama audio ma być jednym z najgorętszych trendów na rynku reklamowym – prognozują eksperci. Tym bardziej że testowane są już także technologie umożliwiające odbiorcom interakcję z reklamą.

– Audio do tej pory było traktowane trochę po macoszemu. Obserwowana cyfrowa rewolucja dotyczyła technologii i zakupów online, objęła też reklamy wideo, ale audio zostało gdzieś z tyłu. Na szczęście teraz nadrabia zaległości. Widać wyraźny wzrost liczby reklam i słuchaczy, którzy słuchają podcastów, serwisów streamingowych czy zwykłego radia przez internet – mówi agencji Newseria Biznes Michał Marcinik, założyciel i CEO AdTonos, firmy specjalizującej się w audiomarketingu.

Mimo pandemii COVID-19, która wywołała regres na rynku reklamowym, radio wypadło bardzo dobrze na tle innych mediów tradycyjnych i wykazało się największą stabilnością. Według danych Kantar w 2020 roku na reklamę w mediach przeznaczono 35 mld zł (bez promocji w internecie i bez uwzględnienia rabatów), co oznacza spadek o 9,3 proc. r/r. Wydatki reklamowe wzrosły w tym czasie jedynie w radiu – o 4,2 proc., do poziomu 8,7 mld zł.

– Pandemia spowodowała lekką zmianę przyzwyczajeń. Wcześniej słuchaliśmy radia głównie w samochodzie, jadąc do pracy. Teraz słuchamy go w domu, w trakcie home office. Coraz częściej korzystamy z urządzeń podłączonych do internetu i radia online. W Wielkiej Brytanii już ok. 8 proc. słuchaczy stacji radiowych słucha właśnie poprzez aplikacje mobilne, smart speakery czy ze zwykłego laptopa. W Polsce tempo zmian jest podobne. Można przyjąć, że przepływ słuchaczy z FM do online’u w 2020 roku był najbardziej dynamiczny na przestrzeni ostatnich 10 lat – ocenia Michał Marcinik.

Według danych Komitetu Badań Radiowych (KBR) na początku pandemii (marzec–maj 2020 roku) radia słuchało codziennie 20,4 mln Polaków, czyli ok. 67 proc. Był to najniższy wynik w roku. Ten lekki spadek (o 5,9 proc.) wynika z tego, że dotychczas wiele osób (ok. 11 mln) słuchało radia wyłącznie w samochodzie lub w pracy, a przez lockdown i przymusową kwarantannę stracili tę możliwość. Szybko jednak liczba słuchaczy radia w domu wzrosła i w kolejnych miesiącach to medium obroniło swoją pozycję. W sumie w I półroczu ub.r. radio włączało codziennie 69,3 proc. Polaków, czyli prawie 21 mln osób w wieku 15–75 lat, a każda z nich słuchała radia średnio 4,4 godziny dziennie.

Michał Marcinik wskazuje, że pandemia pociągnęła za sobą wzrost znaczenia treści i reklam audio jako nowego sposobu przyciągania uwagi odbiorców i dostarczania angażujących treści. Jego zdaniem potencjał do dalszego rozwoju jest ogromny. Z jednej strony słuchaczy jest coraz więcej, a z drugiej – coraz więcej mediów chce korzystać z różnych form audio i produkuje własne podcasty czy zakłada własne stacje online.

– Nasza baza w ciągu roku urosła do 35 mln unikalnych słuchaczy i do przyszłego roku ta liczba zostanie co najmniej podwojona – prognozuje prezes AdTonos. – Reklama audio przede wszystkim jest mniej intruzywna. W przypadku wideo każdy kolejny kontakt z taką reklamą powoduje nasze zniechęcenie. Natomiast audio to jest bardziej reklama tła, bardziej natywna i działająca raczej na naszą podświadomość.

Według styczniowego raportu Carat Trends 2021 jednym z wiodących trendów nadchodzącego roku na rynku reklamowym będą screen-free-media, czyli media bezekranowe, a wraz z nimi właśnie reklama audio. Eksperci  wskazują, że strategie marek dotyczące dźwięku rozbudowują się: od wyszukiwania głosowego i podcastów, przez reklamy audio, po branding audio. To, że cyfrowy dźwięk będzie w najbliższych latach mocno zyskiwać na znaczeniu, prognozują również autorzy tegorocznego raportu „UK Digital Users 2021” Insider Intelligence i eMarketer.

– Technologia sprzyja częstszemu i dłuższemu słuchaniu audio online. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii widzimy rosnącą penetrację smart speakerów na rynku, ok. 25 proc. tamtejszych gospodarstw domowych ma już przynajmniej jedno takie urządzenie. To pozwala na dwukierunkową formę komunikacji, co pokazują testy przeprowadzone przez nas w Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Michał Marcinik.

Jak podkreśla, był to pierwszy na świecie test reklamy interaktywnej w radiu.

– Daliśmy odbiorcom możliwość umówienia się na jazdę próbną nowym modelem samochodu za pomocą komend głosowych, przez wejście w interakcję z reklamą nadawaną w radiu, przez trzy stacje radiowe. Na koniec nadawania lektor mówił: „a teraz, jeżeli chcesz umówić się na jazdę próbną, powiedz…” – mówi prezes AdTonos. – Wszystkie firmy, które korzystają z narzędzi reklamy online, wykorzystują informacje zostawiane przez nas w internecie, np. w mediach społecznościowych. Dzięki temu my także jesteśmy w stanie tak dobrać reklamę, żeby słuchacz, który jest zainteresowany zakupem określonego produktu bądź usługi, był skłonny z niej skorzystać.

Fotowoltaika: prosumenci potrzebują wydajnego systemu magazynowania energii

Jednym z głównych problemów, które dotykają prosumentów energii fotowoltaicznej, jest brak możliwości realnego magazynowania wytwarzanego prądu. Obecnie system magazynowania działa jedynie wirtualnie – cała energia przesyłana jest do sieci, a nadwyżki energii niewykorzystanej przez prosumenta są podliczane. Później może on skorzystać z tej ilości niewykorzystanej energii, pobierając ją z sieci energetycznej. To jednak teoretyczny zabieg, który dodatkowo destabilizuje sieć energetyczną – nieprzystosowaną do odbierania energii od dużej liczby rozproszonych źródeł. Dlatego by fotowoltaika mogła się dalej dynamicznie rozwijać, potrzebne jest nowe rozwiązanie – które pozwoli prosumentom magazynować energię w sposób realny. Idealny system to spółdzielczy magazyn energii – każdy z prosumentów mógłby go współfinansować, a jednocześnie współkorzystać z jego możliwości. Za magazynami energii przemawia również to, że mogą one oferować usługi sieciowe – czyli dbać o natężenie i napięcie prądu, a także wyłapywać skoki napięcia.

– Magazyny energii są rozwiązaniem idealnym dla odbiorcy. Nie będzie on musiał tworzyć wirtualnego magazynu energii, ale byłby w stanie posiadać magazyn realny. Czyli realne miejsce, gdzie ta energia będzie gromadzona na potrzeby korzystania z niej, kiedy instalacje prosumenckie nie produkują prądu – powiedział serwisowi eNewsroom Roman Karbowy, przewodniczący grupy roboczej ds. agrowoltaiki, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki. – Magazyny energii nie są jednak rozwiązaniami tanimi. Dla większości prosumentów już sama instalacja fotowoltaiczna jest dość znaczącym wydatkiem. Przydałoby się więc rozwiązanie, polegające na współdzieleniu jednego magazynu energii dla konkretnego obszaru. Ciężko mi zdefiniować, jaki zasięg mógłby mieć taki magazyn – natomiast to już operatorzy wiedzą, gdzie mają największe problemy. Niestety póki co rozwiązania prawne hamują rozwój tego typu technologii. Ciągle nie mamy rozwiązania prawnego, które zdefiniuje, czyja jest energia przechowywana w magazynie. Czy operator takiego magazynu energii musi być dystrybutorem, czy musi mieć koncesję? To są rzeczy, które muszą być uregulowane – zanim magazyny zaczną funkcjonować. A czasu mamy mało. W 2025 roku powinny się już pojawić na rynku magazyny energii w dużej skali. Natomiast opieszałość legislacji powoduje, że czasu na ich wprowadzenie robi się coraz mniej – wskazuje Karbowy.

Płuca do przeszczepu dzięki innowacyjnemu urządzeniu mogą być utrzymane przez pół doby w warunkach fizjologicznych. Taka procedura medyczna bywa ostatnim ratunkiem po ciężkim przebiegu COVID-19

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy można przechowywać do 12 godzin w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują w ciele żyjącego człowieka. Standardowo narząd poza organizmem może wytrzymać w warunkach hipotermii maksymalnie do czterech godzin. Przeszczep jest jedyną drogą ratunku dla pacjentów, którzy w wyniku choroby COVID-19 doznali nieodwracalnego uszkodzenia płuc. W szpitalu w Zabrzu udało się w ten sposób ocalić życie sześciu osób.

– TransMedics ma jedyny, unikalny sprzęt, który pozwala przewozić płuca w innych niż dotychczas warunkach. Wszystkie inne sposoby przewożenia łączą się z hipotermią, czyli z chłodzeniem, z lodem, a to jest coś, czego ta filozofia transportu narządów unika – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr n. med. Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog, prezes Fundacji dla Transplantacji.

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy są utrzymywane w stanie zbliżonym do fizjologicznego. Pozwala to wydłużyć maksymalny czas od pobrania do zakończenia przeszczepu z 4 do 12 godzin. Co więcej, według danych producenta o 50 proc. zmniejszone jest ryzyko pierwotnej dysfunkcji przeszczepu, które jest najczęstszym powikłaniem rzutującym na skuteczność transplantacji. Urządzenie jest zatwierdzone do użycia przez amerykańską Agencję Żywności i Leków. Sprzęt może się okazać jednym z ważniejszych narzędzi w walce o życie pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby COVID-19.

– Płuca to w tej chwili gorący temat przez COVID. Na oddziale intensywnej terapii podtrzymujemy przez aparaturę ECMO życie kilku osób, które czekają na przeszczep płuc, ponieważ COVID zniszczył  całkowicie ich płuca i nie mają żadnych szans. Tylko przeszczep płuc może je uratować – wskazuje dr Zygmunt Kaliciński.

W Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeszczepiono płuca już sześciu pacjentom po COVID-19. Pierwsza taka procedura została tam przeprowadzona latem ubiegłego roku. Wszyscy pacjenci poddani transplantacji byli osobami w wieku poniżej 50 lat, wcześniej nieobciążonymi żadnymi schorzeniami.

– Zwracamy się z tym do naszych transplantologów płuc i do władz, żeby wprowadzić ten sprzęt do Polski. W porównaniu do obecnie w Polsce stosowanej metody transportu płuc w lodzie w hipotermii nowa metoda pozwala przechowywać organ w transporcie do biorcy w warunkach fizjologicznych w normotermii. Będziemy walczyć o to, żeby była stosowana w Polsce – zapowiada kardiochirurg.

W niektórych przypadkach płuca nawet w niewielkim stopniu uszkodzone, np. od osoby po łagodnym przebiegu COVID-19, mogą być wykorzystane do przeszczepu innemu choremu. Pierwszy przeszczep od pacjenta pocovidowego został przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku przez belgijski szpital uniwersytecki UZ Leuven. Z kolei w lutym tego roku chirurdzy z Northwestern Medicine w Chicago z powodzeniem przeszczepili oba płuca ozdrowieńca mężczyźnie, którego płuca zostały nieodwracalnie zniszczone przez tę chorobę.

Według danych Poltransplantu w całym ubiegłym roku dokonano przeszczepu płuca od 51 dawców. Na liście oczekujących na przeszczep znajduje się w Polsce średnio około 150 osób.

Pandemia i unijne prawo zrewolucjonizowały polską bankowość. W polskich bankach pojawia się coraz więcej nowych technologii

Pandemia stała się katalizatorem zmian w bankowości. Przyspieszyła procesy wykorzystywania nowych technologii zapoczątkowane już wcześniej, zwiększając ich świadomość w coraz szerszej grupie użytkowników. Zmiany przyspieszyło też wejście w życie dyrektywy PSD2 – to dzięki niej poprzez jedno konto można mieć wgląd we wszystkie prowadzone rachunki. Dodatkowo coraz łatwiej jest założyć konto zdalnie. Pomagają w tym narzędzia, które pozwalają na cyfrowe potwierdzenie tożsamości.

– Dyrektywa PSD2 została wdrożona już ponad półtora roku temu i faktycznie krajobraz jest taki, że w większości polskich banków możemy dołączyć konto innego banku i mieć bardzo duży ogląd naszych finansów. Czyli jesteśmy w stanie połączyć konto w jednym banku, w drugim banku, w trzecim banku i widzieć to całościowo. Coraz częściej banki mogą też wysyłać polecenie zlecenia płatności do innego banku, co usprawnia cały proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Dzięki otwartej bankowości z poziomu jednej aplikacji można mieć wgląd we wszystkie swoje konta. Zgodnie z unijną dyrektywą banki musiały zapewnić dostęp do rachunków klientów zewnętrznym podmiotom – innym bankom, fintechom czy serwisom płatniczym. Dla klientów oznaczało to spore ułatwienia – nie ma już potrzeby wylogowania się z jednego banku, by móc zalogować się w kolejnym. Otwarta bankowość sprawiła, że z jednego miejsca możemy sprawdzać stan kont czy zlecać płatności w innym banku. Ułatwia to również proces weryfikacji zdolności kredytowej.

– PSD2 nie tylko daje możliwość instytucjom takim jak banki, lecz także instytucjom płatniczym do połączenia tych rachunków i mamy możliwość panowania nad naszymi finansami jako klienci detaliczni. Ale także przedsiębiorstwa, które operują w różnych krajach na świecie, dzięki otwartej bankowości mogą połączyć konta w różnych krajach i mieć całościowy obraz swoich finansów – przekonuje ekspertka.

Jeszcze w 2019 roku, na co wskazywały wyniki międzynarodowego badania „Finansowy barometr ING”, tylko 26 proc. Polaków twierdziło, że możliwość udostępniania danych klientów przez banki zewnętrznym podmiotom jest czymś użytecznym. Jedynie 22 proc. wyraziło gotowość udostępnienia danych. Pandemia zmieniła nastroje wśród użytkowników aplikacji bankowych.

– Szczęście w nieszczęściu, że PSD2 i pandemia ze sobą dosyć mocno współgrały. Dzięki PSD2 i otwartej bankowości ułatwiono nam otwieranie kont przez uwierzytelnienie w innym banku. Czyli nie musieliśmy iść do oddziału, żeby otworzyć konto w innym banku, tylko wystarczy, że uwierzytelnił nas inny bank, gdzie miał już nasze dane i przekazał je na podstawie właśnie otwartej bankowości innemu bankowi – tłumaczy Katarzyna Niewińska.

Dyrektywa PSD2 sprawiła, że banki są zobowiązane do stosowania tzw. silnego uwierzytelnienia klienta przy co szóstej transakcji lub jeśli skumulowana wartość transakcji bez silnego uwierzytelniania przekroczy 150 euro. W dobie pandemii możliwość bezdotykowych płatności okazała się nieoceniona, wzrosła też popularność e-zakupów. Do sieci niemal całkowicie przeniosła się też cała bankowość, zwłaszcza że prostszy i szybszy jest też sam proces założenia konta.

Związek Banków Polskich podaje, że dobrym przykładem szybkiego wdrożenia rozwiązania w czasie lockdownu było wykorzystanie selfie w procesie identyfikacji klientów przy zakładaniu konta bankowego (raport „COVID-19 – banki i technologia”). Pojawiają się też platformy do zdalnego podpisywania dokumentów – nie jest już konieczna wizyta w placówce. To, co jeszcze niedawno wymagało bezpośredniego kontaktu, teraz można całkowicie bezpiecznie wykonać samodzielnie w domu.

– Pandemia sprawiła, że nie musimy mieć zawsze papierowej umowy i m.in. w kilku bankach zostało wdrożone rozwiązanie polskiego start-upu, które „odpapieryzowało” nasze umowy. Możemy zawrzeć umowę i przechowywać ją w konkretnej aplikacji. To ogromna rewolucja, że klient w Polsce jest w stanie założyć konto w banku zdalnie, bez spotykania się z pracownikiem. Pandemia przede wszystkim wpłynęła na to, że wiele procesów w bankach zostało zautomatyzowane i scyfryzowane – podkreśla dr Katarzyna Niewińska.

Według raportu ZBP na koniec czerwca 2020 roku liczba użytkowników mobilnych aplikacji bankowych w Polsce wyniosła niemal 13 mln.

Czy w kwietniu będzie jeszcze drożej?

Kwiecień zwykle jest bardzo dobrym miesiącem dla inwestorów, jak wynika z giełdowych statystyk. Czy jednak będzie drożej, skoro najważniejsze indeksy ostatnio pobiły historyczne rekordy?

Patrząc na statystyki okazuje się, że w perspektywie 30, 20 czy 10 ostatnich lat kwiecień radził sobie bardzo dobrze, a w zasadzie najlepiej, biorąc pod uwagę powtarzalność w tych wszystkich 3 interwałach czasowych. Może średnie wzrosty za ostatnie 10 lat na S&P 500 na poziomie nieco ponad 2 proc. nie powalają, ale warto wiedzieć, że jest to jedynie średnia wartość.

Nasdaq, a konkretnie indeks skupiający 100 największych spółek z tej giełdy znalazł się o 1 proc. od historycznych szczytów. Inwestorzy z pewnością spoglądają na poziom 14 tysięcy punktów – tak samo, jak całkiem niedawno ekscytował ich indeks S&P 500, który zbliżał się do magicznego poziomu 4000 punktów. Historyczny rekord padł, co nie spowodowało odwrotu inwestorów. S&P 500 zbliżył się do 4100 punktów.

Czy kwiecień 2021 r. będzie zbieżny ze statystykami z lat poprzednich?

– Ten rok jest rzeczywiście bardzo specyficzny, przy historycznych szczytach 2 proc. wzrosty to naprawdę byłoby sporo, jednak jestem optymistą – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Mój optymizm spowodowany jest bardzo dużą ilością szczepień w USA.

Jest kilka czynników, które mogą sprzyjać wzrostom indeksów giełdowych. To przede wszystkim osłabienie wzrostu rentowności obligacji rządowych i osłabienie dolara.

– Oczekiwania inwestorów są umiarkowanie pozytywne – dodaje ekspert XTB.

Kij i marchewka w sporze o Nord Stream 2

Sankcje wobec Nord Stream 2 wprowadzone przez USA mają skłonić Rosję do zmiany zachowania, ale niekoniecznie zatrzymają budowę. Może do tego doprowadzić moratorium, które jest możliwe do wynegocjowania z Niemcami.

USA mają przedstawić zaktualizowaną czarną listę sankcji wobec spornego gazociągu Nord Stream 2. Pomimo różnych apeli administracja Joe Bidena nie zrobiła tego do teraz, ale ma czas do maja 2021 r. Tymczasem budowa tego spornego gazociągu postępuje. Pierwsza nitka ma być gotowa do końca maja a druga do końca czerwca 2021 roku. Projekt ma zostać ukończony do końca 2021 roku. Mimo to terminarz Gazpromu wielokrotnie się wydłużał. Nord Stream 2 już teraz jest opóźniony o prawie dwa lata, bo miał powstać do końca 2019 roku, kiedy na jego drodze stanęły pierwsze sankcje amerykańskie.

Amerykanie nie będą prawdopodobnie chcieli użyć poszerzonych sankcji, jeśli administracja Joe Bidena będzie czekać do maja z przedstawieniem nowej listy sankcji wbrew apelom przeciwników Nord Stream 2 albo/i nie będzie ona zawierać nowych podmiotów związanych z tym projektem. Będzie to mogło oznaczać, że nie chcą uderzyć w firmy niemieckie, antagonizując sojusznika albo/i uznały to narzędzie za mniej skuteczne od alternatywy.

– Może okazać się, że ani rozmowy dyplomatyczne, ani sankcje tej inwestycji nie zatrzymają – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Jednak zakończenie inwestycji wcale nie musi oznaczać, że przez Nord Stream 2 kiedykolwiek popłynie gaz z Rosji, a W.Putin z tą rurą gazową pozostanie sam.

Politico przypomina, że Departament Sprawiedliwości przedstawił dwa pakiety nowych restrykcji związanych z tym projektem przeciwko operatorowi Nord Stream 2 AG oraz prezesowi Matthiasowi Warnigowi, które nie zostały dotąd wdrożone. Nie oznacza to jednak, że Amerykanie na pewno porzucą sankcje wobec Nord Stream 2, a raczej o to, że nie będą traktować ich jako narzędzie usuwające problem. Mogą się być kijem, oprócz którego pojawi się marchewka, kierowana szczególnie w stronę sojuszników jak Niemcy, ale i Polska wymieniana co rusz przez sekretarza Blinkena jako kraj poszkodowany przez sporny gazociąg.

Niezmiennie jednak możliwy jest scenariusz, w którym dojdzie do układu co najmniej zamrażającego budowę Nord Stream 2 na mocy moratorium w celu spokojniejszego prowadzenia rozmów na temat rozwiązań pozwalających w końcu powstać temu gazociągowi, ale przy zabezpieczeniach chroniących interesy sojuszników USA innych, niż Niemcy, na przykład Polski czy Ukrainy.

Nieoficjalnie można usłyszeć o „wyłączniku” Nord Stream 2 pozwalającym zatrzymać jego pracę w razie zagrożenia bezpieczeństwa dostaw gazu przez Ukrainę. Przekierowanie dostaw ze szlaku ukraińskiego na niemiecki z użyciem Nord Stream 2 oraz gotowej już odnogi niemieckiej EUGAL jest bardzo prawdopodobnie, szczególnie po informacjach o tym, że Ukraińcy stracili już przesył do Mołdawii na rzecz Turkish Stream omijającego ich od południa i gazociągów europejskich, w tym rumuńskich. Nie jest pewne, czy taki „wyłącznik” działałby efektywnie wobec nieprzewidywalności Rosji.

Rozważania na temat kija i marchewki mających zatrzymać Nord Stream 2 mogą stracić rację bytu, jeżeli Rosjanie ukończą budowę tego gazociągu zgodnie z ich oficjalnymi zapowiedziami, do których należy mieć oczywiście dystans ze względu na doświadczenia historyczne. Należy powtórzyć, że Nord Stream 2 był już wielokrotnie opóźniany przez różne zdarzenia, w tym te nieprzewidywalne, jak sztormy. Tak stało się na początku kwietnia i można znaleźć obliczenia sugerujące, że same sztormy opóźniły ten projekt o niecały miesiąc.

Wciąż możliwy jest scenariusz, w którym Nord Stream 2 powstaje po polskim Baltic Pipe i jest on umiarkowanie optymistyczny z punktu widzenia interesów Polski wobec faktu, że jeszcze w 2019 roku ukończenie rury rosyjskiej wydawało się nieuniknione. Tymczasem jest już opóźniona o prawie dwa lata a polityka amerykańska kija i marchewki może ją dalej opóźniać, o ile administracji Joe Bidena nie zabraknie werwy przy poszerzaniu restrykcji oraz umiejętności dyplomatycznych w rozmowach z sojusznikami.

– Mamy więc kij w postaci sankcji, które nadal mogą opóźniać budowę Nord Stream 2, i jednocześnie marchewkę w postaci rozmów dyplomatycznych, które mogą doprowadzić do jakiegoś układu z udziałem Niemców, ale wtedy także przy udziale Polaków i Ukraińców – podsumowuje W.Jakóbik.

Cyfrowa rewolucja w przemyśle. Polskie firmy w pandemii wydają najmniej

Według raportu Banku Pekao, co czwarte polskie przedsiębiorstwo zmniejszyło lub całkowicie zrezygnowało z inwestycji w nowoczesne technologie w czasie pandemii COVID-19. Od polskich firm mniej w Unii Europejskiej inwestują tylko Węgrzy, Rumuni i Bułgarzy. Natomiast dla światowych pionierów przeprowadzona już transformacja cyfrowa oznaczała nie tylko utrzymanie się na powierzchni, ale też większe zyski.

W obliczu pandemii COVID-19, największego kryzysu zdrowotnego i gospodarczego w najnowszej historii, firmy z wielu sektorów zostały zmuszone do podjęcia nadzwyczajnych środków w celu ochrony swoich pracowników i utrzymania ciągłości działalności. Lockdown, trudności w przemieszczaniu, zerwane łańcuchy dostaw i konieczność zachowania reżimu sanitarnego, to tylko niektóre trudności, z którymi musieli mierzyć się przedsiębiorcy.

Wyniki badania przeprowadzonego przez Instytut McKinsey nie pozostawiają złudzeń. Firmy, które były wyposażone w nowoczesne technologie, już na starcie kryzysu pandemicznego, były w lepszej sytuacji od tych, którzy dopiero wdrażali innowacyjne rozwiązania w swoich przedsiębiorstwach.

Rozwiązania Przemysłu 4.0 dla 94% respondentów (z ponad 400 przebadanych firm na całym świecie) okazały się kluczowe w kontynuowaniu działalności podczas kryzysu, 56% stwierdziło, że pionierskie technologie miały kluczowe znaczenie dla ich reakcji na kryzys.

Pionierzy wskazali drogę

Instytut McKinsey przytoczył też ciekawy przykład. Amerykański producent niezbędnych w okresie pandemii środków ochrony indywidualnej zwiększył swoją wydajność poprzez instalację nowej linii produkcyjnej. Było to możliwe dzięki zdalnemu wykorzystaniu rzeczywistości rozszerzonej.

Aby sprostać nowym wyzwaniom nie wystarczyło wdrożyć tylko nowych rozwiązań komunikacyjnych czy tych dotyczących pracy zdalnej. Najlepiej na rynku odnalazły się firmy, które miały przygotowane rozwiązania inteligentnej logistyki i zarządzania łańcuchem dostaw. Również automatyzacja takich procesów jak zdalna kontrola linii produkcyjnej, bezzałogowe magazyny czy bardziej automatyczny przepływ towarów między producentem a konsumentem, z miejsca poprawiły sytuację firm, które wcześniej zainwestowały w nowoczesne technologie – podkreśla Zbigniew Czajkowski, Channel & Marketing Manager z NMG S.A.

Polska w europejskim ogonie

Firmy na całym świecie dostrzegają jednak swoje braki we wdrażaniu nowoczesnych technologii. Ponad 40% firm przepytanych przez McKinsey uważa się za mniej innowacyjne niż były w 2017 roku. – Ta zmiana postrzeganej dojrzałości ma dwie prawdopodobne przyczyny. Po pierwsze, podniosła się poprzeczka określająca, co oznacza udana transformacja cyfrowa. Od rozwiązań Przemysłu 4.0 oczekuje się, że okażą się cenne w trudnych czasach, takich jak kryzys COVID-19. Po drugie, próba jaką musiały przejść już używane rozwiązania, mogła pokazać firmom, że muszą pójść dalej niż sądzili. W szczególności wiele firm zauważa, że nie mogą dłużej ignorować ograniczeń wynikających ze słabości ich infrastruktury informatycznej – twierdzi ekspert firmy NMG S.A.

Pandemia zmusiła również i polskie przedsiębiorstwa do przyjrzenia się ich własnym postępom w sferze transformacji cyfrowej. Z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że aż 70% polskich firm nie inwestowało w nowoczesne technologie przed kryzysem.

Dane raportu Banku Pekao przygotowanego dla PIE, który sprawdzał sytuację mikro, małych i średnich firm w Polsce w 2020 r., także są niepokojące. Okazuje się, że w 2020 r. innowacje produktowe lub procesowe wdrożyło zaledwie co czwarte polskie przedsiębiorstwo. Jednak aż 25% firm zmniejszyło lub całkowicie zrezygnowało z inwestycji w takie technologie jak: wykorzystanie robotów, automatyzacja pracy biurowej czy systemy ułatwiające pracę zdalną.

Natomiast z analizy dotyczącej gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego za rok 2020, który został przygotowanym przez ekspertów Komisji Europejskiej, wynika że niższą skłonność do wykorzystania technologii cyfrowych od polskich firmy charakteryzują się tylko przedsiębiorstwa z Węgier, Rumunii i Bułgarii.

Przepaść będzie się zwiększać

W raporcie McKinsey czytamy, że firmy nie wdrażają nowych technologii cyfrowych na potrzebną skalę ze względu na kilka czynników. Wyzwaniami są trudności spowodowane lockdownem, bariery w przemieszczaniu się i wprowadzeniem pracy zdalnej oraz przekierowanie zespołów do innych pilnych problemów. Najważniejszym czynnikiem ograniczającym postęp jest jednak brak funduszy. To spora zmiana, bo w poprzednich badaniach podkreślano, że główną przeszkodą jest brak odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.

Przed kryzysem strategicznymi priorytetami większości firm z sektora przemysłowego było zwiększenie produktywności i minimalizacja kosztów. Dziś, dla firm przepytanych przez McKinsey, najważniejsza staje się elastyczność operacji i wykorzystanie odpowiednich narzędzi do pracy zdalnej. Na liście priorytetów nie może zabraknąć też technologii wspomagających zarządzanie niestabilnymi i zakłóconymi sieciami dostaw, zdalnego zarządzania linią produkcyjną i badającej jej efektywność, czy też optymalizacji energetycznej.

Zdaniem Channel & Marketing Managera z NMG S.A., liderzy Przemysłu 4.0 już czerpią korzyści ze swoich inwestycji sprzed pandemii, co stwarza perspektywę powiększania się przepaści między zwycięzcami a przegranymi. – Brak czasu i zasobów finansowych sprawia, że większości firm najbardziej dziś pomoże stworzenie strategicznej mapy drogowej dla swoich ambicji w sferze cyfryzacji. Zasypywaniem nierówności technologicznych należy zajmować się już na wczesnym etapie projektu. Wykorzystanie na przykład rozwiązań opartych na chmurze z użyciem VPN lub platform Internetu Rzeczy powinno rozwiązać wiele problemów, z którymi borykają się przedsiębiorcy w dobie pandemii – podkreśla Czajkowski.

Czy cynkowanie ogniowe to rzeczywiście najlepsze zabezpieczenie antykorozyjne stali?

Skuteczne zabezpieczenie stali przed korozją ma kluczowe znaczenie przede wszystkim w przemyśle, budownictwie i rolnictwie, niemniej z problemem niszczenia metali zmaga się również wiele innych branż. Jedną z najskuteczniejszych metod walki z korozją jest cynkowanie ogniowe, które sukcesywnie znajduje coraz większe uznanie wśród ekspertów.

Korozja zawsze oznacza duże problemy, a szczególnie w przemyśle, gdzie uszkodzone konstrukcje trzeba wyłączyć z użytkowania, aby wykonać ich renowację a następnie pokryć powłoką antykorozyjną. Im dłuższa przerwa w eksploatacji, tym wyższy koszt. Jednak korozja może także pojawić się wszędzie tam, gdzie otaczają nas stalowe konstrukcje (np. ogrodzenia posesji czy barierki). Skutecznym rozwiązaniem tego rodzaju problemów jest cynkowanie ogniowe – bezpieczna i długotrwała metoda ochrony stali przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.

Na czym polega cynkowanie ogniowe?

Zabezpieczenie antykorozyjne w postaci cynkowania ogniowego to dobrze znana technika, która wbrew pozorom nie jest nowym pomysłem. Już w 1741 roku chemik z Francji – Malouin – odkrył, że ocynk to doskonała powłoka antykorozyjna, ale dopiero wiek później jego rodak – Sorel – opatentował cynkowanie ogniowe. W Polsce na skalę przemysłową tego rodzaju cynkowanie stosował Tadeusz Sendzimir w zakładzie przemysłowym niedaleko Katowic.

Cynkowanie ogniowe rozpoczyna się od zanurzenia elementów stalowych w wannach trawialniczych. Ma to na celu oczyszczenie tych elementów z różnych zanieczyszczeń. W kolejnym etapie stal jest poddawana kąpieli cynkowej. Elementy zanurza się w rozgrzanym do nawet 600°C cynku, co umożliwia mu dotarcie do wszystkich zakamarków konstrukcji stalowej. Po ostygnięciu cynk chroni stal twardą i szczelną powłoką antykorozyjną.

Cynkowanie ogniowe – dlaczego warto?

Zalety cynkowania ogniowego to nie puste slogany marketingowe, ale rzeczywiste korzyści. Można wśród nich wymienić przede wszystkim:

  • Skuteczne zabezpieczenie antykorozyjne stali na kilkadziesiąt lat.
  • W czasie procesu cynkowania wystarczy jedno zanurzenie w ciekłym cynku, żeby powstała trwała powłoka antykorozyjna.
  • Dłuższa ochrona niż w przypadku innego rodzaju zabezpieczeń antykorozyjnych.
  • Dzięki zanurzeniu cynk chroni konstrukcję nie tylko od zewnątrz, ale i od wewnątrz.
  • Ocynkowanej stali nie trzeba pokrywać dodatkową powłoką malarską.
  • W ocynkowanym elemencie nie pojawia się tzw. korozja podpowierzchniowa.
  • Krótki czas realizacji procesu nakładania powłoki antykorozyjnej.
  • Cynkowanie ogniowe pozwala skutecznie wyeliminować koszty związane z konserwacją lub naprawami konstrukcji stalowej.

Powłoki antykorozyjne stosowane w przemyśle i budownictwie

Powłoki antykorozyjne wykonane w technice cynkowania ogniowego szczególnie upodobał sobie przemysł, doceniając wysoką skuteczność takiej ochrony. Dotyczy to szczególnie przemysłu motoryzacyjnego, gdzie ocynkowaniu poddaje się elementy nadwozia pojazdów. Wynika to z faktu, że używana w takich elementach stal niestopowa lub niskostopowa ma małą odporność na korozję, dlatego wymaga szczególnie solidnej ochrony. Zapewnia to cynkowanie ogniowe, które jest dodatkowo wspierane poprzez nałożenie powłoki lakierniczej (tzw. system typu duplex).

Ponadto cynkowanie ogniowe jest stosowane również w przemyśle stoczniowym i morskim (np. do zabezpieczania kadłubów statków), energetyce (cynkowanie elementów infrastruktury – także ze względu na dużą odporność mechaniczną powłoki cynkowej i zabezpieczenie przed korozją podpowierzchniową) oraz budownictwie (ochrona konstrukcji i blach pokrywających budynki, włączając w to pręty i druty).

Cynkowanie ogniowe w innych branżach

Również wiele innych branż korzysta z zalet cynkowania ogniowego. Można tu wymienić chociażby infrastrukturę drogową, gdzie takie zabezpieczenie antykorozyjne otrzymują na przykład latarnie uliczne w miejscach o dużej korozyjności atmosferycznej (strefa brzegowa) i w miastach – barierki, znaki drogowe, podesty i podjazdy dla wózków narażone na uszkodzenia mechaniczne. Ocynk bardzo często stosowany jest do ochrony elementów infrastruktury sportowej, takich jak wyciągi narciarskie, przyrządy do ćwiczeń montowane na zewnątrz, elementy boisk, stojaki rowerowe itp. Takie samo zabezpieczenie antykorozyjne otrzymują ponadto różne konstrukcje wolnostojące, jak np. stalowe garaże, hale, schowki na narzędzia oraz ogrodzenia. Stal ocynkowana jest powszechnie używana także do budowy stołów warsztatowych, trwałych szaf i nie tylko.

Cynkowanie ogniowe to bez wątpienia bardzo skuteczny i właściwie najlepszy sposób zabezpieczenia antykorozyjnego stali. Proces nakładania powłoki nie jest długi, a ponadto cynkować można zarówno małe, jak i bardzo duże elementy, chroniąc je przed korozją nawet na kilkadziesiąt lat.

Ile trwa likwidacja spółki?

Przejście przez procedurę likwidacyjną w przypadku spółki prawa handlowego wymaga dokonywania różnych czynności prawnych. To z kolei wiąże się z odpowiednią ilością czasu, która potrzebna jest do ich powzięcia. Ile zatem może trwać likwidacja spółki z oo?

Likwidacja spółki

Zakończenie prowadzonej działalności w formie spółki prawa handlowego wymaga przeprowadzenia odpowiedniego postępowania sądowego. Likwidacja jest więc sposobem na rozwiązanie danego przedsiębiorstwa i zakończenie możliwe wszystkich transakcji handlowych.

Jak stanowi art. 274 Kodeksu spółek handlowych, otwarcie likwidacji następuje z dniem uprawomocnienia się orzeczenia o rozwiązaniu spółki przez sąd, powzięcia przez wspólników uchwały o rozwiązaniu spółki lub zaistnienia innej przyczyny jej rozwiązania. Likwidację prowadzi się pod firmą spółki z dodaniem oznaczenia „w likwidacji”. W czasie prowadzenia likwidacji spółka zachowuje osobowość prawną.

Jeśli zainteresował Państwa ten temat i chcielibyście uzyskać większą ilość praktycznych informacji w zakresie likwidacji spółek, zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej inlegis.pl na której znajdziecie bazę wiedzy w zakresie Prawa Spółek.

Czas trwania likwidacji spółki

Każda likwidacja spółki prawa handlowego wymaga poświęcenia pewnej ilości czasu. Likwidatorzy, którymi są najczęściej członkowie zarządu danej spółki lub jej wspólnicy, muszą bowiem podjąć stosowne uchwały rozwiązujące daną działalność, złożyć wnioski likwidacyjne do sądu rejestrowego KRS oraz pozałatwiać wszelkie bieżące sprawy spółki (tak, by nie pozostała w niej żadne nieuregulowane zobowiązanie).

Ustawodawca przewidział jednak pewien minimalny okres czasu, w którym muszą być przeprowadzone czynności likwidacyjne. W przypadku spółki z ograniczoną odpowiedzialnością okres ten musi wynosić co najmniej 6 miesięcy, licząc od dnia opublikowania ogłoszenia o otwarciu likwidacji w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Pamiętajmy, że dopiero po upływie tego terminu możliwe jest dokonanie podziału pozostałego po zakończeniu likwidacji majątku spółki i zakończenie postępowania likwidacyjnego. Wniosek o ogłoszenie otwarcia likwidacji w Monitorze Sądowym i Gospodarczym powinien być złożony równolegle z wnioskiem o wpis otwarcia likwidacji do KRS, tak aby wszelkie formalności mogły być dokonane jak najszybciej.

W rzeczywistości okres wspomnianych 6 miesięcy jest najkrótszym możliwym sposobem na zlikwidowanie działalności prowadzonej w formie spółki prawa handlowego. W praktyce spółki przestają jednak istnieć na rynku dopiero po upływie ok. roku od zainicjowania całego procesu likwidacyjnego. Niezależnie od tego ile czasu będzie trwała cała procedura likwidacyjna, w trakcie dokonywanych czynności likwidacyjnych spółka zobowiązana jest zawsze do podpisywania się firmą z dopiskiem „w likwidacji”.

Obowiązkowy okres 6 miesięcy na likwidację spółki potwierdzony jest nie tylko treścią art. 286 KSH, ale także i wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 6 marca 2016 r. (sygn. akt III SA/Wa 596/15), zgodnie z którym z treści art. 286 §1 KSH w sposób niebudzący wątpliwości wynika, że podział między wspólników majątku pozostałego po zaspokojeniu lub zabezpieczeniu wierzycieli nie może nastąpić przed upływem sześciu miesięcy od daty ogłoszenia o otwarciu likwidacji i wezwaniu wierzycieli. Tym samym, co do zasady, możliwy jest podział majątku likwidowanej spółki między jej wspólników po upływie ww. – sześciomiesięcznego – terminu, gdy zaspokojono wierzycieli lub zabezpieczono ich roszczenia.

Jeżeli zainteresował Państwa opisany wyżej temat, zapraszamy do kontaktu z Kancelarią (tel.: +48 793 101 800, +48 71 729 21 50 lub e-mail: [email protected]) – reprezentujemy klientów na terenie całej Polski.

Patron merytoryczny artykułu:

Kancelaria Wrocław – Radca prawny
INLEGIS Kancelarie Prawne sp. z o.o. sp. k.
ul. Podwale 83/7
50-414 Wrocław
tel. 71 729 21 50

Własne konto w 3 krokach bez wizyty w banku? Sprawdź sam!

Zakładanie konta w dalszym ciągu wielu osobom kojarzy się z koniecznością naszej obecności w banku albo przynajmniej wizyty w domu kuriera z dokumentami do podpisu, a potem jeszcze oczekiwanie na aktywację.

Internetowe konto w 5 minut?

Postęp technologii zdecydowanie sprzyja nowoczesnym rozwiązaniom. Dzisiaj konto internetowe można założyć bez wychodzenia z domu i oczekiwania na papierową wersję umowy rachunku. Jak to możliwe? Ściągamy aplikację, wypełniamy swoje dane, weryfikujemy się za pomocą dowodu osobistego usługą iDenfy (dowód nie jest zapisywany w bazie danych). Pozytywna weryfikacja pozwala na odblokowanie funkcjonalności aplikacji (w tym przypadku Provema), a tym samym otrzymujemy numer IBAN, czyli nasze konto.

Funkcjonalność

Aplikacje finansowe to nie tylko dostęp do konta. W przypadku aplikacji Provema to też szybkie przelewy nie tylko do użytkowników aplikacji i bogaty software. Często pomijanym, a jednak ciekawym rozwiązaniem jest budżet, czyli możliwość skategoryzowania wydatków. W przypadku płatności karta kategorie podstawiają się same, ale można je ręcznie zmienić lub rozdzielić, co pozwala na dokładną kontrolę wydatków i przychodów. Łatwo określić, gdzie „znika” najwięcej środków. Kontrola nad budżetem to jedno, a monitorowanie płatności to kolejne rozwiązanie warte uwagi. Pobierając aplikację Provema otrzymujemy indywidualny adres e-mail do wysyłki faktur. Otrzymane faktury zaczytują się w galerii, a klikając na zdjęcie, dane do zapłaty zaczytują się same i płatność wykonywana jest na klik. Można również samodzielnie dokonywać zdjęć rachunków i również będą zapisywały się w galerii, a tym samym wszystkie faktury możemy mieć w jednym miejscu. Sporo aplikacji dokłada starań, żeby użytkownik miał nie tylko wszystko w jednym miejscu, ale również uatrakcyjniają softy o niecodzienne rozwiązania jak np. zrzutka czy rozrywka.

Czy to jest bezpieczne?

Najczęściej aplikacje bankowe powstają w odpowiedzi na potrzeby użytkowników. Są nie tylko autorskie, ale też odpowiednio chronione i zabezpieczone. Szczególnie w przypadku weryfikacji KYC, ponieważ żadne dane nie zostają zapisywane w pamięci podręcznej. Transakcje dokonywane przez aplikację z rynku technologii finansowych autoryzowane są bezpośrednio przez podmioty za nie odpowiedzialne. Opracowane systemy informatyczne muszą być bezpieczne. Instytucje finansowe dokładają wszelkich starań, aby dostęp do aplikacji był odpowiednio chroniony. Najważniejsze jest opracowanie i wdrożenie zabezpieczeń chroniących użytkowników przed atakami z zewnątrz i dokonywaniem nieautoryzowanych operacji. Następną ważną kwestią jest nałożenie zabezpieczeń do szyfrowania i przechowywania danych. Całość sprowadza się do faktu, że żadna osoba z zewnątrz nie może uzyskać dostępu do aplikacji. W przypadku np. utraty urządzenia, na którym aplikacja była zainstalowana chronią nas dodatkowe zabezpieczenia tj.:

unikalny kod PIN, który służy tylko do logowania, automatyczne wylogowywanie się aplikacji już po kilku minutach braku aktywności użytkownika, podwójna autoryzacja wszelkich transakcji, zabezpieczenia biometryczne niektórych aplikacji (np. odciskiem palca).

Autor: Monika Chrobasik, Project Manager w Provema.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 12.04 – 16.04.2021

Mijający tydzień przyniósł poprawę nastrojów, jak gdyby całe obawy związane z trzecią falą zachorowań w Europie zostały już zdyskontowane i teraz łatwiej o budowanie z powrotem szczepionkowego optymizmu. Indeksy giełdowe poprawiają szczyty, a na FX ryzykowne waluty zyskują kosztem porzucanego dolara bez oglądania się na wyjątkowo dobre danych z USA, których w nowym tygodniu nie będzie brakować. Jednak w apetycie na ryzyko nie widać silnego przekonania, co sugeruje, że odbicie jest kruche i łatwo podatne na negatywne zaskoczenia.

Wydarzenia tygodnia: sprzedaż/produkcja/CPI z USA, ZEW z Niemiec, PKB/produkcja z Wlk. Brytanii, rynek pracy z Australii, RBNZ, PKB z Chin

USA

W USA marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej (czw). Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa (czw) wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Wskaźniki koniunktury – NY Empire State i Philly Fed – prawdopodobnie dalej będą podkreślać pozytywne nastroje wśród firm dzięki poprawie popytu wewnętrznego i silnej aktywności na zewnątrz. Uwagę przyciągną też dane o inflacji (wt) w obliczu dyskusji nad polityką Fed i trendami na rynku obligacji. Konsensus zakłada silny wzrost cen o 0,5 proc. m/m. Prezes Fed będzie ponownie przemawiał (śr) na kilka godzin przed publikacją Beżowej Księgi Fed.

Strefa euro

W strefie euro sprzedaż detaliczna (pon) i produkcja przemysłowa (śr) za luty tracą na istotności, kiedy region zmaga się z trzecią fala pandemii, zatem lepsze od oczekiwań odczyt będą filtrowane pod kątem ponownego pogorszenia w marcu. Niemiecki indeks ZEW (wt) będzie bardziej intersujący, gdyż wskaźnik oczekiwań powie więcej o perspektywach gospodarki w kolejnych miesiącach. Silna pozycja przemysłu, który z jednej strony korzysta na globalnym ożywieniu, a z drugiej w mniejszym stopniu jest dotknięty restrykcjami, powinien zapewniać dalszy wzrost indeksu. Z perspektywy EUR umiarkowany optymizm na rynku akcji ciągnie w górę za sobą EUR/USD. Podtrzymanie tych nastrojów oznacza, że w krótkim terminie EUR/USD może dalej zyskiwać.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy lutowe dane o PKB i produkcji przemysłowej (wt). Po wstępnym szoku wywołanym trzecim lockdownem w styczniu oczekiwane jest częściowe odbicie w mobilności i aktywności gospodarczej. Po spadku PKB o 2,9 proc. m/m w styczniu teraz prognozy zakładają odbicie o 0,5 proc. Dane z przemysłu (np. PMI) dopiero w marcu zasygnalizowały odbicie aktywności, toteż lutowa produkcja raczej pozostanie słaba. W ostatnich dniach funt ma problemy z odbudowaniem siły, gdyż efekt szybkiego tempa szczepień w Wielkiej Brytanii przestał być wystarczającym wsparciem, przynajmniej by konkurować z bardziej widocznym umocnieniem EUR. Nowe informacje o sytuacji covidowej po obu stronach kanału La Manche mogą mieć kluczowe znaczenie dla dalszego kierunku EUR/GBP.

Polska

W Polsce z kalendarza zniknął główny czynnik ryzyka najbliższy dni, czyli posiedzenie Sądu Najwyższego ws. kredytów frankowych. Rozprawa nad uchwałą została przełożona na 11 maja. Sugeruje to potencjał do dalszego umocnienia złotego, jeśli na rynku pozostały jeszcze spekulacyjne krótkie pozycje w złotym w oczekiwaniu na negatywną dla waluty decyzję. Jednocześnie pozwala to na wierniejsze podążanie złotego za trendami na rynkach globalnych, które w ostatnich dniach są proryzykowne. Z drugiej strony im bliżej EUR/PLN znajdzie się 4,50, tym bardziej będzie na powrót rosło niezadowolenie NBP z siły złotego. A samo ryzyko uchwały SN całkowicie nie znika, stąd asymetria ryzyka dla PLN przechyla się na korzyść negatywnych.

Australia

W Australii raport z rynku pracy będzie na pierwszym planie (czw). Tempo wzrostu zatrudnienia wyraźnie spowolni wraz z wygasaniem rządowego programu JobKeeper ale stopa bezrobocia ma dalej spadać do 5,7 proc. Indeks zaufania konsumentów (śr) pomoże ocenić perspektywy wzrostu w II kw. Dla AUD lepsze dane są pozytywnym tłem, ale główny pęd prędzej może zapewnić odbudowa strategii reflacyjnej i odbicie cen surowców.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii RBNZ pozostawi stopę OCR na 0,25 proc. (śr), a ważniejszym tematem będzie odniesienie się banku centralnego do nowej polityki mieszkaniowej rządu przeciwdziałającej bańce na rynku nieruchomości. Brak sugestii, aby decyzja rządu wpływała na ścieżkę stopy procentowej (odracza termin podwyżki), pozwoliłoby NZD odreagować część z przeceny zanotowanej w pierwszej reakcji na zmianę polityki mieszkaniowej.

Chiny

Poza tym w Chinach seria danych – PKB, produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna (pt) – pozwoli kompleksowo ocenić stan gospodarki na starcie nowego kwartału.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Quiosque przenosi sklepy z galerii handlowych do hoteli

Decyzją rządu, po raz kolejny uniemożliwiona została swoboda prowadzenia działalności gospodarczej dla wielu firm. Surowe obostrzenia dotyczą m.in. hoteli, a sklepy odzieżowe zlokalizowane w centrach handlowych, pozostają zamknięte. Czy można znaleźć wspólny, biznesowy mianownik dla tych branż i wesprzeć się wzajemnie w kryzysie? Okazuje się, że tak. Właściciel marki odzieżowej QUIOSQUE po raz kolejny zaskakuje innowacyjnym pomysłem. Tym razem sprzedaż kolekcji QUIOSQUE zostaje przeniesiona do hoteli.

QUIOSQUE to znana marka modowa dla kobiet, obecna na polskim rynku blisko 30 lat. QUIOSQUE stanowi jedną z największych polskich sieci sprzedaży w branży odzieżowej, posiada szybko rozwijający się kanał e-commerce. Obecnie sieć salonów liczy ponad 160 sklepów stacjonarnych.

Rok temu, podczas pierwszego lockdownu byliśmy pierwszą firmą odzieżową, która rozpoczęła sprzedaż kolekcji za pośrednictwem mediów społecznościach. Sukces tego pomysłu sprawił, że sprzedaż live wpisała się na stałe do kalendarza naszych działań, a grono fanek takiej formy zakupów on-line wciąż rośnie. W marcu, tego roku, stanęliśmy przed koniecznością zamknięcia sklepów po raz czwarty. W myśl obowiązujących obecnie przepisów nasze salony, znajdujące się przy ulicach, mogą działać, a pozostałe sklepy – zlokalizowane w galeriach handlowych – muszą pozostać zamknięte. Czujemy ogromną niesprawiedliwość i brak logiki przy podejmowaniu takich decyzji przez rząd. Cała sieć naszych sklepów funkcjonuje według tych samych standardów i reżimów bezpieczeństwa. Dlaczego więc tylko wybrane sklepy QUIOSQUE mogą działać? – mówi Agnieszka Krzywańska, Dyrektor Zarządu PBH S.A.

Marka – wsłuchując się w potrzeby swoich klientek – zaprasza je do showroomów, mieszczących się w wybranych hotelach sieci Focus. Dzięki takiej inicjatywie, to klientki podejmą decyzję czy chcą odwiedzić swoją ulubioną markę osobiście, czy też pozostać w kontakcie on – line – w myśl hasła akcji: „Modnie jest móc decydować”. Panie, które odwiedzą QUIOSQUE w hotelach, mogą nie tylko zaspokoić potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem, przymierzyć wybraną przez siebie rzecz, otrzymają także specjalny rabat przy zakupie oraz aromatyczną kawę na wynos.  QUIOSQUE – znany z wysokiego poziomu obsługi i doradztwa przy doborze odzieży – także w tej wyjątkowej sytuacji, zapewnia indywidualny kontakt z konsultantem sprzedaży.

Grupa Kapitałowa IMMOBILE – właściciel sieci hoteli Focus – od 10 kwietnia udostępnia powierzchnię hoteli do sprzedaży oferty QUIOSQUE. Stworzono specjalnie zaaranżowane showroomy – z wybraną ofertą produktów – dostępną dla klientek w godzinach 10.00-18.00. Innowacyjne przedsięwzięcie biznesowe będzie w pełni bezpieczne zarówno dla odwiedzających, jak i pracowników, odbywa się bowiem z zachowaniem rygoru  sanitarnego.

Showroomy QUIOSQUE mieszczą się w hotelach Focus w: Gdańsku, Bydgoszczy, Lublinie, Szczecinie, Łodzi, Chorzowie i Poznaniu. W przyszłym tygodniu do tej listy dołączy też Sopot.

W czasie pandemii wynagrodzenie niższe nawet o połowę – co z dalszą spłatą zadłużeń?

Zapisy Tarczy antykryzysowej pozwalają pracodawcom – w określonych warunkach – na obniżenie pensji pracownikom nawet do poziomu minimalnego wynagrodzenia. 1/4 pracowników przyznaje, że w 2020 r. ich wypłaty zostały czasowo obniżone, natomiast dla 17% była to zmiana na stałe[1]. To problem zwłaszcza dla tych osób, które oprócz standardowych, comiesięcznych opłat, mają także zobowiązania wobec wierzycieli.

Wiele firm znalazło się przez pandemię w trudnej sytuacji finansowej. Mimo to, pracodawcy starają się utrzymywać miejsca pracy i wypłacać pracownikom pensje. Nie zawsze jest to możliwe w pełnym zakresie. Co mogą zrobić osoby, których wynagrodzenie zostało obniżone i nie są w stanie spłacać zobowiązań wobec firm windykacyjnych na dotychczasowych warunkach?

W czasie pandemii wynagrodzenie niższe nawet o połowę

W związku z wprowadzeniem już pierwszego lockdownu i problemami z wypłacalnością wielu firm, rząd w tzw. Tarczy antykryzysowej umieścił zapisy przewidujące możliwość obniżenia pracownikom pensji o nie więcej niż 50% w związku z przestojem ekonomicznym firmy. Wynagrodzenie po obniżce nie może być jednak niższe niż ustawowa pensja minimalna. Pracodawcy mogą także skorzystać z innego rozwiązania, pozwalającego na dodatkowe oszczędności w firmie, czyli zmniejszenia wymiaru czasu pracy maksymalnie o 20%, nie więcej jednak niż do połowy etatu.

Jak wynika z badania Randstad „Monitor rynku pracy”, część przedsiębiorców skorzystała z tych możliwości. 26% pracowników przyznało, że w 2020 r. ich wynagrodzenie u obecnego pracodawcy uległo na jakiś czas zmniejszeniu z powodu pandemii. Natomiast dla 17% jest to obniżka na stałe. Według raportu Intrum, European Consumer Payment Report 2020, pandemia obniżyła dochody 45% konsumentów.

Gdy niższa pensja nie pozwala na spłatę zadłużeń, negocjuj nowe warunki

Może się tak zdarzyć, że obniżono nam pensję, gdy już posiadamy zadłużenie, które jest w obsłudze firmy windykacyjnej. Średnia wartość pojedynczej wierzytelności obsługiwanej przez firmy windykacyjne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych wynosi 7 240 zł. Przy znacznym obniżeniu wynagrodzenia, systematyczna spłata rat takiego zadłużenia może być bardzo trudna. Po informacji o zmianie dotychczasowych warunków zatrudnienia, warto więc przeanalizować domowy budżet i – w razie zdiagnozowania możliwych trudności ze spłatą zobowiązań – skontaktować się z firmą windykacyjną, przedstawić sytuację i ustalić nowy harmonogram spłat i wysokość raty.

Pamiętajmy, że w firmach windykacyjnych pracują osoby, które na co dzień mają do czynienia z wieloma tego typu sytuacjami i wiedzą, że takie przejściowe problemy się zdarzają, zwłaszcza w trakcie pandemii. Nie unikajmy z nimi kontaktu. W relacjach z firmą windykacyjną najważniejsza jest chęć współpracy. Przekazanie ekspertowi informacji o obniżeniu przez pracodawcę wynagrodzenia pomoże w ustaleniu nowej wysokości rat, które osoba zadłużona będzie w stanie realizować nawet przy niższej pensji  – mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji realizującej kampanię Windykacja – jasna sprawa!

[1] Instytut badawczy Randstad „Monitor rynku pracy”

Ponad 2,5 mln mkw. wolnej powierzchni biurowej – podsumowanie I kw. na rynku biurowym

REDD Real Estate Digital Data, największa baza o rynku nieruchomości w Polsce, podsumowała sektor biurowy w pierwszym kwartale 2021 roku. Na koniec marca dostępnych było ponad 2,5 mln m kw. powierzchni biurowej w budynkach klasy A, B i C. Jest to wzrost od końca 2020 roku o ponad 150 tys. m kw.

Według danych REDD, obecnie zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą prawie 13 mln m kw., a w budowie znajduje się kolejnych 1,2 mln m kw.

– Mówiąc o wolnej powierzchni w budynkach istniejących oraz tych w budowie, na dzień 31.03.2021 na rynku dostępne były 2 650 949 m kw. biur. W biurowcach oddanych wolnych było prawie 1,9 mln m kw., to wzrost od końca 2020 roku o ponad 140 tys. m kw.  Z kolei w obiektach w budowie znajdowało się 641 tys. m kw. dostępnej powierzchni. Tutaj notujemy spadek od końca 2020 roku o ponad 100 tys. m kw.– wymienia Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.REDD1

Warszawa: Biurowe podsumowanie I kwartału 2021 w stolicy

Na koniec marca w stolicy znajdowało się 6,9 mln m kw. nowoczesnych powierzchni biurowych. Dzieląc warszawskie obiekty biurowe na klasy otrzymujemy następujące dane:

  • 4 903 723 m2 stołecznej powierzchni biurowej znajduje się w budynkach klasy A
  • 1 982 314 m2 – w obiektach klasy B
  • 80 303 m2 – w budynkach klasy CREDD2Współczynnik pustostanów dla Warszawy ukształtował się na poziomie 11,46 proc.

     

    – 722 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni pozostaje dostępne do wynajmu od zaraz, a w ciągu najbliższych trzech miesięcy zasoby biur dostępnych natychmiast może zasilić kolejne 90 tys. m kw.  biur, w których obecni najemcy nie przedłużają umów najmu – mówi Piotr Smagała z REDD.

     

    Średni czynsz w Warszawie odnotował delikatny wzrost i wynosi obecnie – 13,99 EUR/miesiąc. Z kolei zmalał stołeczny REDD INDEX o 1 p.p. (3,03 dni) i stanowi obecnie 287,21 dni. REDD INDEX to liczony w dniach wskaźnik średniego czasu, jaki potrzebny jest na wynajęcie powierzchni biurowej.

    REDD z rekordową liczbą danych o biurach w Polsce

    REDD w swojej bazie zgromadził już 10 mln danych. To informacje o 2 tys. budynków na 29 rynkach w Polsce. Poza Warszawą, Poznaniem, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem analizowane są dane m.in. z Lublina, Opola, Rzeszowa czy Gniezna.

    W sumie to ponad 13 tys. obserwowanych modułów biurowych.  Liczby te czynią z REDD największą bazę danych o rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. – Jako jedyni w Polsce posiadamy tak szerokie portfolio monitorowanych rynków biurowych – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Skutki utraty przez podatkową grupę kapitałową statusu podatnika

Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych przewiduje szczególną konstrukcję prawną, jaką jest podatkowa grupa kapitałowa. Składa się ona z co najmniej dwóch spółek prawa handlowego, spełniających określone w ustawie warunki w zakresie powiązań kapitałowych, kapitału zakładowego i zaległości podatkowych. Podatkową grupę kapitałową tworzy spółka dominująca (minimum 75% udziału w kapitale spółek zależnych) oraz spółki zależne w drodze umowy o utworzeniu PGK, zawartej w formie aktu notarialnego na okres minimum trzech lat. Umowa musi zostać zarejestrowana przez właściwego naczelnika urzędu skarbowego. Powyższe warunki powinny być także spełnione po utworzeniu PGK.

Dodatkowo ustawodawca przewidział warunki, jakie musi spełniać podatkowa grupa kapitałowa w trakcie funkcjonowania, czyli osiąganie udziału dochodów w przychodach na poziomie co najmniej 2%, brak korzystania ze zwolnień przez którykolwiek podmiot grupy oraz zawieranie transakcji na warunkach rynkowych.

Podatkowa grupa kapitałowa może utracić status podatnika w sytuacji, gdy upłynie czas, na który została zawarta umowa, dojdzie do zmiany w stanie faktycznym lub prawnym skutkującej naruszeniem warunków PGK lub nie zostanie zachowany stosunek udziałów dochodów w przychodach.

Zmiana stanu faktycznego lub prawnego

W przypadku, gdy w trakcie obowiązywania umowy podatkowej grupy kapitałowej dojdzie do zmiany w stanie faktycznym lub prawnym skutkującym naruszeniem warunków uznania podatkowej grupy kapitałowej za podatnika podatku dochodowego, dzień poprzedzający wystąpienie zmian jest dniem, w którym dochodzi do utraty statusu podatnika przez podatkową grupę kapitałową oraz końca jej roku podatkowego. Dzień wystąpienia zmian jest pierwszym dniem roku podatkowego dla spółek, które tworzyły podatkową grupę kapitałową. Pierwszy rok podatkowy po utracie statusu PGK nie może być krótszy niż 12 miesięcy i dłuższy niż kolejne 23 miesiące.

Kolejnym obowiązkiem spółek tworzących podatkową grupę kapitałową jest konieczność w terminie trzech miesięcy od dnia utraty przez PGK statusu podatnika rozliczenia podatku dochodowego za okres od drugiego roku podatkowego poprzedzającego dzień utraty przez PGK statusu podatnika, licząc od początku roku, w którym zdarzenie wystąpiło oraz rozliczyć podatek dochodowy za okres od początku roku, w którym PGK utraciła status podatnika. W takich sytuacjach przyjmuje się fikcję prawną, że PGK w tych okresach nie istniała. Przykładowo, jeżeli PGK powstała w 2016 r. i wystąpiła utrata statusu podatnika w 2020 r., wtedy spółki tworzące PGK powinny rozliczyć podatek za lata: 2018, 2019 oraz 2020.

Kwoty wpłaconych przez PGK zaliczek za poszczególne okresy rozliczeniowe zalicza się proporcjonalnie do dochodów poszczególnych spółek. W przypadku, gdy zaliczki wyliczone proporcją będą niższe niż należny podatek, pozostała kwota stanowi zaległość podatkową, od której należy zapłacić odsetki za zwłokę.

Funkcjonowanie PGK krócej niż trzy lata podatkowe

W przypadku, gdy podatkowa grupa kapitałowa funkcjonuje krócej niż trzy lata, każda ze spółek musi rozliczyć podatek za cały okres funkcjonowania PGK. Innymi słowy, jeżeli PGK powstała w 2018 r., a utraciła status podatnika w 2020 r., wówczas każda ze spółek będzie zobowiązana do złożenia zeznania i rozliczenia podatku za lata 2018-2020.

Naruszenie warunku udziału dochodów w przychodach

Zgodnie z art. 1a ust. 12 ustawy o CIT w przypadku naruszenia warunku utrzymywania stosunku dochodów do przychodów na poziomie co najmniej 2% podatkowa grupa kapitałowa traci status podatkowy z ostatnim dniem roku podatkowego, w którym warunek ten naruszyła. W takiej sytuacji brak jest konieczności składania deklaracji oraz rozliczeń podatkowych za okresy wsteczne (interpretacja z dnia 12 marca 2018 r., sygn. akt 0111-KDIB1-2.4010.38.2018.1.AW).

Przystąpienie do innej PGK

Naczelnik urzędu skarbowego wydaje decyzję stwierdzającą wygaśnięcie decyzji o rejestracji umowy PGK. Którakolwiek ze spółek wchodzących w skład PGK, która utraciła status PGK, może przystąpić do innej podatkowej grupy kapitałowej nie wcześniej niż po upływie:

  • roku podatkowego takiej spółki następującego po roku kalendarzowym, w którym PGK utraciła prawo do uznania jej za podatnika, w przypadku naruszenia warunku udziału dochodów w przychodach;
  • trzech lat podatkowych w przypadku, gdy PGK utraciła swój status na skutek naruszenia innych warunków funkcjonowania PGK.

W przypadku jednak skrócenia okresu trwania PGK poprzez aneks do umowy PGK w formie aktu notarialnego możliwe jest przystąpienie do innej PGK w krótszym okresie niż po upływie trzech lat podatkowych. Zmiana okresu nie stanowi bowiem naruszenia warunku PGK, o ile okres PGK będzie cały czas dłuższy niż trzy lata podatkowe (interpretacja z dnia 14 października 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-1.4010.295.2020.1.OK).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Legimi zadebiutuje na NewConnect 14 kwietnia

Legimi, pionier na polskim rynku e-książki, jest o krok od debiutu na rynku NewConnect. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zatwierdziła Dokument Informacyjny spółki oraz wyznaczyła pierwszy dzień notowań. Debiut na warszawskiej giełdzie odbędzie się 14 kwietnia br.

Bardzo się cieszymy i czekamy na dzień debiutu. Nasz biznes dynamicznie rośnie, w Polsce jesteśmy jednym z liderów rynku, szybko rozwijamy się także na bardzo perspektywicznym rynku niemieckim. Działamy w modelu subskrypcyjnym, który gwarantuje nam stały regularny i przewidywalny cash flow. Wierzę, że inwestorzy docenią naszą pracę i perspektywy rozwoju, podobnie jak miało to miejsce w trakcie wcześniejszych emisji, a sam debiut będzie udany. – komentuje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Debiut Legimi na NewConnect odbędzie się 14 kwietnia o godzinie 11:30. Do obrotu zostaną wprowadzone już istniejące akcje, debiut na giełdzie nie jest związany z emisją nowych akcji. Uroczystość będzie transmitowana w kanałach społecznościowych Giełdy Papierów Wartościowych. Legimi będzie jedną z nielicznych spółek subskrypcyjnych notowanych na GPW.

Według opublikowanych szacunkowych danych za rok 2020, w minionym roku Spółka wypracowała ponad 32 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 84 proc. rdr., zysk netto wzrósł prawie 3,5-krotnie do blisko 2,1 mln zł, a liczba klientów podskoczyła o 73 proc. do ponad 120 tys. Dynamicznie rośnie także skala biznesu w Niemczech. W minionym roku baza płacących użytkowników wzrosła o 100 % rdr., a tytuły dostępne w abonamencie zwiększyły się o 40 % rdr. do 150 tys.

Podczas pandemii COVID-19 i lockdown’ów całego kraju, ludzie siedzący w domach bardzo chętnie korzystają z cyfrowej rozrywki. My odnotowaliśmy w tym czasie znacznie zwiększone zainteresowanie ofertą Legimi, co zauważyliśmy po dynamice wzrostu liczby abonentów. Mogę powiedzieć, że zdecydowana większość nowych użytkowników pozyskiwanych w okresie pandemii zostaje z nami na dłużej, współczynnik rezygnacji tej nowo pozyskanej grupy jest na niskim poziomie. – dodaje Mikołaj Małaczyński.

Mimo wysokiej inflacji NBP nie zmienia swojej polityki pieniężnej

W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem dla złotego było posiedzenie NBP. Zgodnie z oczekiwaniami Narodowy Bank Polski nie zmienił stóp procentowych i potwierdził negatywny wpływ pandemii koronawirusa na polską gospodarkę. Ze względu na obecną sytuację w gospodarczą bank centralny jest więc gotowy do dalszego skupu obligacji rządowych. Można wnioskować, że NBP nadal preferuje słabego złotego, co wskazuje, że prawdopodobnie w dalszym ciągu jest gotowy do interwencji.

Para walutowa PLN/EUR prawdopodobnie nadal będzie miała problem z zejściem znacznie poniżej poziomu 4,5. W związku z tym, pomimo wysokiej inflacji, polityka pieniężna prawdopodobnie pozostanie bardzo luźna. Z drugiej strony, prawdopodobieństwo, że NBP obniży stopy procentowe do poziomu ujemnego jest nadal niskie. Można zatem oczekiwać, że nie zmieni on stóp procentowych w najbliższej przyszłości i podstawowa stopa referencyjna pozostanie na poziomie 0,1%.

Warto również wspomnieć o wynikach niemieckiej produkcji przemysłowej. Niestety, w lutym produkcja spadła o 1,6% m/m i tym samym nie osiągnęła wyniku zgodnie z oczekiwaniami rynku, co nie jest korzystne również dla polskiego przemysłu.

W tym tygodniu złoty się umocnił, częściowo korygując straty z ostatnich dwóch miesięcy. W ten sposób w piątek rano kurs wyniósł 4,55 PLN/EUR. Natomiast kurs eurodolara wzrósł w ciągu ostatnich kilku dni i na koniec tygodnia wyniósł 1,189 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Euro poniżej 4,55!

Ostatnie dni są bardzo korzystne dla osób zainteresowanych tańszym złotym. Nie wszystkie waluty tanieją tak bardzo, jak funt brytyjski. Na tę zmianę z dużą zazdrością patrzą szczególnie kredytobiorcy frankowi.

Lepsze dane ze Szwajcarii

To, co jednych cieszy na rynkach, innych martwi. Tak też było dzisiaj z danymi z rynku pracy w Szwajcarii. Wyraźny spadek stopy bezrobocia z 3,6% na 3,3% to dobra wiadomość dla Szwajcarów. Silniejsza gospodarka Szwajcarii to jednak również potencjalnie silniejszy frank szwajcarski. To, z kolei, słabsza informacja dla polskich kredytobiorców. W ostatnich dniach CHF, co prawda, tanieje, ale jest to zdecydowanie bardziej wynikiem dobrej dyspozycji polskiego złotego niż słabości franka, który zaliczył dobry tydzień.

Złoty nadal silny

Od środy inwestorzy wyraźnie przychylniej patrzą na polskiego złotego. Nie wiadomo, jaki wpływ na to miała decyzja RPP, która przecież była niemal pewna, jeszcze przed jej ogłoszeniem. Faktem jest jednak, że od środowego poranka do dzisiaj euro staniało o ponad 5 groszy. Podobnie zachowywały się również inne waluty. W przypadku funta zmiana wynosiła imponujące 12 groszy w ciągu dwóch dni. Funt jest jednak wyraźnie w odwrocie i od szczytów z 5 kwietnia staniał ponad 20 groszy.

Znów więcej bezrobotnych w USA

Po kilku lepszych odczytach w kwestii tygodniowej liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znów jesteśmy świadkami wzrostu drugi tydzień z rzędu. Poziom 744 tysięcy to z jednej strony dużo, ale z drugiej jeszcze kilka miesięcy temu zejście do tych poziomów wydawało się odległą perspektywą. W rezultacie tych danych byliśmy świadkami kolejnego już osłabienia dolara względem euro w tym tygodniu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Toyota numerem 1 na polskim rynku – dane z pierwszego kwartału 2021 roku

  • Toyota zakończyła pierwszy kwartał 2021 roku jako lider polskiego rynku (20 393 rejestracje)
  • W marcu 2021 roku Toyota zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 7 902 samochodów
  • Corolla jest najpopularniejszym samochodem w Polsce i najchętniej wybieranym autem flotowym (w Q1 2021)
  • Yaris zajmuje drugie miejsce w Polsce i pierwsze wśród klientów prywatnych (w Q1 2021)
  • Popularność Toyoty PROACE CITY wzrosła w pierwszym kwartale o prawie 500% rok do roku

Toyota liderem rynku samochodów osobowych

Jak wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Toyota zarejestrowała w pierwszym kwartale 2021 roku 20 393 auta – o 24% więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Tylko w marcu salony Toyoty opuściły 7 902 samochody. Wyniki te zapewniają Toyocie pozycję lidera polskiego rynku, z udziałem na poziomie 17,3% (w Q1 2021). Jest to efekt bardzo dużej popularności kluczowych modeli Toyoty, w szczególności ich wersji hybrydowych.

 

Na świetne rezultaty Toyoty składają się indywidualne sukcesy modeli marki. Corolla i Yaris to dwa najpopularniejsze samochody w Polsce – zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i w pierwszym kwartale br. Corolla należy do faworytów polskich nabywców niemal od samego pojawienia się na rynku nowej, 12. generacji. Atrakcyjność nowego Yarisa potwierdził zdobyty niedawno tytuł Europejskiego Samochodu Roku 2021.

Cztery Toyoty w pierwszej dziesiątce (wyniki z marca 2021)

W marcu Corolla zanotowała 2 746 rejestracji, a Yaris 1 986 zarejestrowanych aut. W ubiegłym miesiącu w pierwszej dziesiątce znalazły się także Toyota C-HR (1 047 aut, 6. miejsce) i Toyota RAV4 (870 aut, 8. miejsce).

Pierwsze miejsca w swoich segmentach zajęły w ubiegłym miesiącu obok Corolli i Yarisa także AYGO (504 auta, aż 50,4% udziału w segmencie) i Toyota C-HR. RAV4 zajął drugie miejsce wśród średniej wielkości SUV-ów, Camry z wynikiem 166 aut znalazła się na piątym miejscu w swoim segmencie, zaś Highlander, który zadebiutował w Polsce na początku tego roku, zarejestrował w ciągu miesiąca 81 egzemplarzy.

Toyota dominuje w pięciu kluczowych segmentach (wyniki kwartalne)

Licząc od początku roku, salony opuściło 6 546 Corolli (+23,2% r/r) oraz 5 153 Yarisy (+21% r/r). Corolla była najczęściej rejestrowanym modelem wśród klientów flotowych (4 788 egz., +28,5%), zaś Yarisa najchętniej wybierali klienci indywidualni (2 744 egz., +13,1%).

W pierwszym kwartale 2021 roku samochody Toyoty zajęły pierwsze miejsca w pięciu segmentach. Liderami obok Corolli i Yarisa są także Toyota C-HR, RAV4 i AYGO. Od stycznia do marca zarejestrowano 1 563 egzemplarze AYGO, co stanowi ponad 53% wszystkich małych samochodów zarejestrowanych w tym roku. Do klientów trafiło 2 677 egzemplarzy Toyoty C-HR i 2 450 RAV4.

Toyota Camry jest w tym roku trzecim najpopularniejszym sedanem średniej wielkości (689 egz.), a Highlander siódmym najchętniej wybieranym dużym SUV-em (166 aut). Oba modele są dostępne na polskim rynku wyłącznie z napędem hybrydowym.

Samochody dostawcze – PROACE CITY liderem kombivanów

Toyota zyskuje coraz silniejszą pozycję na rynku samochodów dostawczych. Kompaktowy van PROACE CITY zaczął nowy rok w bardzo dobrym stylu. Nie tylko zajmuje pierwsze miejsce w segmencie, ale liczba jego rejestracji w pierwszym kwartale wzrosła aż o 482% przy średnim wzroście rejestracji kombivanów o 38%. 1 490 egzemplarzy dostarczonych klientom przekłada się na 23,8-procentowy udział w segmencie. W marcu PROACE CITY zarejestrował 673 egzemplarze (+298% r/r).

Średniej wielkości van PROACE zajął w marcu oraz w pierwszym kwartale 2021 roku czwarte miejsce w swojej klasie. W ciągu miesiąca zarejestrowano 227 egzemplarzy tego modelu, o 61% więcej rok do roku. Od stycznia do marca do klientów trafiło 541 PROACE’ów, co przekłada się na 13,3-procentowy udział w segmencie.

Trzeci użytkowy model Toyoty, terenowy Hilux, jest drugim najpopularniejszym pick-upem w Polsce. W marcu z salonów wyjechały 72 egzemplarze, a od stycznia do marca 154 auta. Udział Hiluxa w segmencie wyniósł w pierwszym kwartale 22%. Hilux to symbol trwałości i niezawodności o legendarnych zdolnościach terenowych. W marcu na polskim rynku zadebiutowała jego zmodernizowana wersja z mocniejszym, 204-konnym silnikiem 2,8 litra.

Już ponad połowa Polaków jest za wprowadzeniem zakazu palenia węglem

Nieco ponad połowa Polaków jest za wprowadzeniem zakazu palenia węglem w gospodarstwach domowych. Zwolennikami tego rozwiązania są przede wszystkim osoby w wieku 56-80 lat, a także z miejscowości liczących 100-199 tys. ludności. Do tego badani podkreślają, że taka zmiana przepisów powinna nastąpić w ciągu najbliższych 2-3 lat. Natomiast za złamanie zakazu głównie należałoby ustanowić kary pieniężne, a w drugiej kolejności – prace społeczne.

Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 50,7% Polaków opowiada się za wprowadzeniem zakazu palenia węglem w gospodarstwach domowych. Natomiast 33,6% jest przeciwnego zdania, a 15,8% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie.

– Te wyniki nie zaskakują. One pokazują, że coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z negatywnych konsekwencji ogrzewania domów paliwami stałymi. Ludzie zaczynają dostrzegać, że spalanie węgla jest przyczyną zanieczyszczenia powietrza, gigantycznego problemu, z którym Polska od wielu lat nie może sobie poradzić – komentuje Andrzej Guła, współzałożyciel Polskiego Alarmu Smogowego, prezes Instytutu Ekonomii Środowiska.

Pozytywnie zaskoczona ww. wynikami jest Agnieszka Warso-Buchanan, kierowniczka Projektu Czyste Powietrze w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi. Jak zaznacza ekspertka, widać wzrost świadomości w obszarze szkodliwego wpływu zanieczyszczenia powietrza na zdrowie ludzi, w szczególności dzieci, kobiet w ciąży oraz seniorów. Można spodziewać się, że liczba zwolenników zakazu będzie sukcesywnie rosła.

– W polityce energetycznej państwa jest zapis dotyczący całkowitego odejścia od ogrzewania gospodarstw domowych węglem. Na obszarach miejskich ma to nastąpić w 2030 roku, a wiejskich – w 2040 roku. Jednocześnie przysłowiowy Kowalski może w programie „Czyste Powietrze” dostać dopłatę do kotła węglowego. Okres eksploatacji takich urządzeń przekracza nawet 15 lat. To oznacza, że w 2030 roku będziemy musieli wymieniać zupełnie sprawne urządzenia finansowane obecnie z publicznych pieniędzy – dodaje Andrzej Guła.

Patrząc na wiek respondentów, najwięcej zwolenników zakazu widzimy w grupie 56-80 lat – 60,5%. Dalej są rodacy w wieku 36-55 lat – 51,8%, a także 18-22 lata – 46,1%. Natomiast najmniej zwolenników obostrzeń jest w przedziale 23-35 lat – 42%.

– Najczęściej ofiarami zanieczyszczenia powietrza są dzieci i osoby starsze. Te pierwsze nie biorą udziału w takich badaniach, więc zrozumiałym jest, że z przebadanych grup najbardziej za zakazem opowiadają się ludzie w wieku 56-80 lat. Z reguły mają oni większą wiedzę jakie czynniki wpływają na pogorszenie ich zdrowia. Często mają też różne choroby, np. kardiologiczne czy układu oddechowego, na które negatywny wpływ ma jakość powietrza. Natomiast młodszych ten problem jeszcze nie dotyczy albo nie odczuwają jego skutków, tak dotkliwie jak osoby starsze – wyjaśnia Agnieszka Warso-Buchanan.

Biorąc pod uwagę miejsce zamieszkania ankietowanych, największe poparcie zakazu zauważamy w miejscowościach liczących 100-199 tys. mieszkańców – 60%. Z kolei najmniejsza akceptacja występuje na wsiach i w miejscowościach mających do 5 tys. ludności – 40,8%.

– Na obszarach wiejskich udział gospodarstw, które ogrzewają się węglem, jest po prostu większy. Natomiast w miastach jest dużo więcej domostw podłączonych do sieci ciepłowniczej, co przekłada się na powyższe wyniki – zaznacza prezes Instytutu Ekonomii Środowiska.

Osoby, które opowiadają się za wprowadzeniem zakazu, podczas badania wskazały też, od kiedy powinna być wprowadzona zmiana przepisów. Najczęściej padała odpowiedź, że należy ją wprowadzić w ciągu najbliższych 2-3 lat – 26,9%. Na dalszych miejscach była opcja od zaraz – 21,2%, a także od 2022 roku – 20,6%.

– Na pewno takich zmian nie da się wdrożyć z dnia na dzień czy nawet w ciągu roku. Do tego potrzebne jest uzgodnienie długości okresu przejściowego, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Tak też było w Krakowie w związku z wprowadzaniem uchwały antysmogowej. Ostatecznie ustalono, że zakaz palenia węglem i drewnem zaczął obowiązywać po pięciu latach od uchwalenia prawa przez sejmik – stwierdza Andrzej Guła.

Ta grupa respondentów mówi też, jakie kary powinny być stosowane za łamanie zakazu. Zdecydowanie najczęściej widzimy formy pieniężne – 52,1%. Dalej w zestawieniu, ale już ze znacznie mniejszą liczbą wskazań, są prace społeczne – 18,8%.

– Wydaje się, że w społeczeństwie jest powszechna świadomość, że za łamanie zakazu grozi nam grzywna. Dlatego też stosunkowo wielu respondentów akceptuje kary pieniężne. Są łatwe do nałożenia, jednak w praktyce widzimy problemy z efektywną egzekucją kar za zanieczyszczanie powietrza – zaznacza ekspertka z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Natomiast współzałożyciel Polskiego Alarmu Smogowego stwierdza, że nie ma nic gorszego niż martwe prawo. Zdaniem eksperta, trzeba konsekwentnie wdrażać nowe i lepsze przepisy. Pozytywnym przykładem jest krakowska uchwała antysmogowa. Ona sprawdza się, ponieważ straż miejska stanowczo egzekwuje przyjęte regulacje. To przynosi efekty. Ludzie po prostu zaczynają się dostosowywać do obowiązujących obostrzeń.

– Wprowadzenie zakazu palenia paliwami stałymi to najskuteczniejsza metoda, żeby ograniczyć zanieczyszczenie powietrza w Polsce. Mamy problem z niską emisją, której głównym źródłem jest spalanie węgla w domach przez osoby indywidualne. Dodać należy, że w miastach jest to też transport. Po ulicach naszych miast wciąż jeździ za dużo starych samochodów z silnikami spalinowymi – dodaje Agnieszka Warso-Buchanan.

W indywidualnym ogrzewnictwie odchodzi się od paliw stałych, co podkreśla Andrzej Guła. I dodaje, że decyduje o tym nie tylko aspekt środowiskowy. Pod uwagę brane są inne czynniki, takie jak np. wygoda użytkowania, czyli fakt, że nie trzeba nosić węgla do pieca. Według raportu Polskiego Alarmu Smogowego, od 2014 roku liczba pozaklasowych kotłów spadła o ok. 850 tys. Natomiast pozostało ich jeszcze ok. 3 miliony. Zdaniem eksperta, coraz więcej osób będzie opowiadać się za zakazem palenia węglem. Zwyczajnie zaczyna nam to przeszkadzać.

Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie marca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla portalu money.pl na reprezentatywnej próbie 1041 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Dziś ważna konferencja prezesa NBP Glapińskiego

Gołębie komentarze szefa Fed Powella dopasowały się do generalnie pozytywnych nastrojów w tym tygodniu. Dolar zmierza do zaliczenia pierwszego od czterech spadkowego tygodnia. Wall Street poprawia szczyty. Poprawa apetytu na ryzyko pomaga walutowym ryzykownym, w tym złotemu, ale dziś ważna konferencja prezesa NBP Glapińskiego.

Oficjele z Fed muszą wykorzystywać każdą okazję, by przypomnieć rynkom, że nastawienie banku jest gołębie i takie pozostanie jeszcze przez długi czas. Nawet jeśli oznacza to powtarzanie się. Wczoraj prezes Powell powtórnie bronił akomodacyjnej polityki, która sprzyja trwałemu wyjściu z kryzysu zdrowotnego. Przede wszystkim odpierał zarzuty o brak reakcji na przyspieszenie inflacji zaznaczając, że jest to zjawisko przejściowe, a jednorazowy skok cen nie jest od razu trwałą inflacją. Dodał, że jeśli inflacja trwale wykroczy poza tolerowane poziomy, Fed będzie reagował. Jednak na razie celem jest wsparcie ożywienia i choć niektóre wskaźniki pokazują siłę, ożywienie nie jest kompletne. Tutaj uwaga Fed skupia na zapewnieniu pełnego zatrudnienia, a wczorajszy nieoczekiwany wzrost liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych przypomina, że nie do końca wszystko w gospodarce gra. Ponadto Fed jest świadomy, że ryzyka związane z pandemią nie zniknęły, o czym świadczy rosnąca liczba hospitalizacji na całym świecie i obawy przed nowymi szczepami.

Co to znaczy dla rynku walutowego? Póki ryzyka inflacji są tłumione, a inwestorzy bardziej koncentrują się na rozgrywaniu odreagowania po marcowej redukcji ryzyka, komentarze Powella są pomoce dla odchodzenia od USD na rzecz walut ryzykownych. Pośrednio korzysta na tym EUR/USD, który jest pozytywnie skorelowany z ruchami na rynku akcji. Po tym tygodniu wydaje się, że obawy o skutki trzeciej fali są już w pełni zdyskontowane i zrobiło się miejsce na rozgrywanie szczepionkowego optymizmu w średnim terminie. Są to jednak założenia kruche i podatne na zwrot, jeśli ryzyka zdrowotne wyjdą na pierwszy plan. Wówczas odbicie USD będzie szybkie.

To dobry tydzień dla złotego, ale czwartek był szczególnie imponujący, gdyż polska waluta była najsilniejszą w segmencie rynków wschodzących. Na 4,54 EUR/PLN znalazł się wczoraj najniżej od miesiąca. Ostrożnie jednak z przypisywaniem siły złotego do reakcji na środowy komunikat RPP, z którego zniknął fragment o niezadowoleniu z braku dostosowania kursu do łagodnej polityki. Umocnienie było widać wśród pozostałych walut regionu (CZK, HUF), a większa skala ruchu złotego bierze się przede wszystkim z silniejszego osłabienia w poprzednich tygodniach. Biorąc za punkt odniesienia początek marca, złoty wciąż jest o 1,7-1,9 proc. słabszy od korony i forinta. Widzimy wpływ domykania krótkich pozycji w złotym, które aktualnie nie współgrają z pozytywnymi nastrojami. Oportunistyczne transakcje spekulacyjne pod uchwałę Sądu Najwyższego ws. kredytów frankowych stają się niewygodne, kiedy media donoszą o możliwym kolejnym odroczeniu posiedzenia. Dziś jednak może przyjść moment dla odwrócenia trendu w obliczu konferencji prezesa NBP Adama Glapińskiego. Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Biorąc jednak pod uwagę preferowanie przez NBP słabego złotego, wątpimy, aby wideokonferencja mogła przynieść pozytywne impulsy dla PLN.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fotowoltaika: Mój Prąd 3.0 podtrzyma boom?

Osoby, które interesuje przydomowa fotowoltaika, może ucieszyć zapowiedź szybkiej kontynuacji programu Mój Prąd. Wnioski będzie można składać już niebawem.

  • Kolejny nabór wniosków w programie Mój Prąd ma się zacząć na początku lipca 2021 r.
  • Prawdopodobnie dofinansowanie będzie obejmowało również punkty ładowania samochodów elektrycznych. Program Mój Prąd dodatkowo przyspieszy wzrost liczby domów z fotowoltaiką na rynku wtórnym.
  • Poniżej prezentujemy więcej informacji o trzeciej odsłonie programu Mój Prąd. Przy okazji analizujemy też inne aspekty rozwoju fotowoltaiki w Polsce.

Wiele osób żałuje, że nie udało im się złożyć wniosku w ramach drugiej edycji programu Mój Prąd. Wspomniana inicjatywa przyczyniła się do tego, że przydomowa fotowoltaika w Polsce nie jest już zupełnie rzadkim zjawiskiem. Informacje umieszczone na stronie internetowej programu Mój Prąd wskazują, że na razie skorzystało z niego ponad 150 000 gospodarstw domowych. Niebawem ta liczba znacząco się zwiększy, ponieważ Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarski Wodnej już zapowiedział realizację trzeciej edycji programu Mój Prąd. Ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl wyjaśnia, co już wiemy o tej inicjatywie. Warto oczywiście pamiętać, że fotowoltaika w Polsce nie ogranicza się do przydomowych instalacji, których budowę aktualnie wspiera państwo. Wszystko wskazuje na to, że inwestorzy sprzedający prąd wytworzony z energii słonecznej też będą bardzo aktywni w bieżącym roku.

Nowy program ruszy na początku lipca 2021 r.

W ramach wstępu, warto przypomnieć, że poprzednia edycja programu Mój Prąd działała od 13 stycznia 2020 roku do 6 grudnia 2020 roku. Mowa o terminie naboru wniosków. Już od pewnego czasu pojawiały się spekulacje odnośnie uruchomienia trzeciego naboru wniosków jeszcze w bieżącym roku. Sprawę niedawno wyjaśnił wiceprezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Dzięki jego oświadczeniu wiemy już, że nowy nabór wniosków do „Mojego Prądu” rozpocznie się 1 lipca 2021 r. „Jeżeli chodzi o wysokość wsparcia, to na razie można być pewnym tego, że będzie ona zależna od zakresu rzeczowego inwestycji” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Wiemy ponadto, że trzecia edycja opisywanego programu zostanie sfinansowana ze środków unijnych i będą nią objęte koszty budowy niewielkich instalacji fotowoltaicznych (2 kW – 10 kW), które wnioskodawcy ponieśli od 1 lutego 2020 r. do 31 grudnia 2023 r. Podobnie jak poprzednio, wymogiem będzie podłączenie nowo powstałej instalacji prosumenckiej (na własne potrzeby) do sieci OSD, czyli Operatora Systemu Dystrybucyjnego. Kolejny nabór wniosków ma potrwać do 20 grudnia 2021 roku, ale NFOŚiGW zapowiada, że może on się zakończyć wcześniej w razie dużego zainteresowania. „Jest to całkiem możliwy wariant. Fotowoltaika zwraca bowiem coraz większą uwagę przeciętnego Kowalskiego” – sądzi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Fotowoltaika połączy się z elektromobilnością

Ważny wydaje się także fakt, że NFOŚiGW zapowiada dość istotne zmiany dotyczące zasad nowej edycji programu Mój Prąd. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej planuje rozszerzenie opisywanego programu o dodatkowe rozwiązania, które pomogą prosumentom w lepszym wykorzystywaniu wytworzonego prądu. Wiadomo, że NFOŚiGW poważnie rozważa objęcie dofinansowaniami takich elementów jak punkty ładowania dla samochodów elektrycznych, inteligentne systemy zarządzające energią w domu oraz magazyny ciepła lub chłodu. „Kwestia punktów ładowania pojazdów na pewno dobrze wpisuje się w strategię rządu związaną z elektromobilnością” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Domy z fotowoltaiką są na rynku wtórnym …

Tak jak już wspomnieliśmy, poprzednie edycje programu Mój Prąd sprawiły, że przydomowa fotowoltaika nie jest już postrzegana w Polsce jako zupełne novum. Można przypuszczać, że Mój Prąd 3.0 dodatkowo przyspieszy ten trend. Warto nadmienić, że takie inicjatywy nie oddziałują wyłącznie na obecnych właścicieli domów, przy których została uruchomiona fotowoltaika. Eksperci agencji NieruchomosciSzybko.pl zauważają, że instalacje fotowoltaiczne jako element używanych domów coraz częściej pojawiają się na rynku wtórnym. „Mogą one być sporym atutem sprzedażowym pod warunkiem, że są sprawne, znajdują się w dobrym stanie technicznym i nie będą wymagały sporych nakładów finansowych w najbliższym czasie” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Inwestorzy zwracają uwagę na inne kwestie

Zapowiadany niebawem start trzeciej edycji programu Mój Prąd 3.0 oczywiście nie ma kluczowego znaczenia dla inwestorów. Rządowa inicjatywa wspiera bowiem prosumentów, czyli te osoby, dla których fotowoltaika jest tylko sposobem zaspokojenia własnych potrzeb energetycznych. „Inwestorzy muszą natomiast brać pod uwagę fakt, że większe zainteresowanie ze strony prosumentów może spowodować wzrost cen niektórych komponentów potrzebnych do budowy instalacji fotowoltaicznych” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Tym niemniej, bieżący rok zapowiada się dobrze dla fotowoltaicznych inwestorów, choć widoczne jest coraz większe nasycenie rynku. Na korzyść dalszych inwestycji przemawia natomiast spodziewany wzrost cen prądu oraz jego rosnące zużycie. Pojawia się też szansa na korzystne dla inwestorów zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Można zatem spodziewać się, że w 2021 r. nadal będzie rosnąć liczba osób budujących własne farmy fotowoltaiczne lub wydzierżawiających działki na ten cel. „Więcej o inwestycjach związanych z fotowoltaiką można przeczytać w mojej książce Jak bez wysiłku i pieniędzy zarabiać na nieruchomościach” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl