Po wirtualizacji nadszedł czas na konteneryzację – media w przyszłości nie będą już takie same

Przedsiębiorcy z różnych branż stale inwestują w najnowsze technologie, które mogą usprawnić funkcjonowanie ich biznesu i zwiększyć kapitał. Branża medialna wcale nie odbiega od reszty. Począwszy od przejścia TV z sygnału analogowego na pliki cyfrowe po wirtualizację mediów zmiana jest cały czas obecna.

Rosnąca konkurencja na rynku mediów, jak również wzrost oglądalności serwisów VOD, powoduje, że gracze na rynku muszą szukać sposobów na zwiększenie wydajności operacyjnej i wzmocnienie swojej pozycji. Współczesne media odchodzą już od tradycyjnych kanałów dystrybucji, które w przeciągu ostatnich lat znacznie straciły na znaczeniu i przenoszą się do Internetu. Dzięki temu, osiągają większe zasięgi oglądalności, jednak co za tym idzie potrzebują również narzędzi, które będą mogły dostarczać treści jak najwyższej jakości, użytkownikom na całym świecie, w tym samym czasie – a to jest zdecydowanie trudniejsze.

Sposobem na spełnienie powyższych wymogów rynku jest wykorzystanie nowoczesnych technologii, które będą mogły zapewnić najwyższą jakość transmitowanych treści, jednocześnie oszczędzając koszty i zwiększając zyski.

Wirtualizacja mediów

Jednym z rozwiązań, po które współczesny rynek mediowy sięga już od pewnego czasu jest wirtualizacja. Jej głównym celem jest zarządzanie nakładem pracy poprzez transformację tradycyjnego przetwarzania, aby aplikacje mogły być bardziej skalowalne. Wirtualizacja to technologia, która pozwala na tworzenie wielu symulowanych środowisk lub dedykowanych zasobów z jednego, fizycznego systemu sprzętowego. Oprogramowanie zwane hiperwizorem łączy się bezpośrednio z tym sprzętem i pozwala na podzielenie jednego systemu na kilka innych, odrębnych i bezpiecznych środowisk znanych jako maszyny wirtualne (VM). VM polegają na zdolności hiperwizora do oddzielenia zasobów maszyny od sprzętu i odpowiedniej ich dystrybucji.

Z czasem jednak pojawiło się kilka pytań o efektywność rozwiązań VM. Konieczność kompletnej skalowalności, szybkiego i łatwego dostępu oraz prędkość wdrażania spowodowały potrzebę skorzystania z nowej technologii – konteneryzacji.

Po wirtualizacji nadszedł czas na konteneryzację

Czym właściwie są kontenery? Kontenery są jednostkami oprogramowania, które pakują aplikacje i ich komponenty w odizolowaniu od swojego środowiska. Są one niezależnymi wykonywalnymi fragmentami kodu, które zawierają biblioteki wymagane przez aplikację. Współdzielą jądro hosta z innymi kontenerami i aplikacjami działającymi na hoście. Oznacza to, że zamiast każdego kontenera potrzebującego własnego systemu operacyjnego, kontenery te wykorzystują system operacyjny hosta bazowego.

Pomiędzy maszynami wirtualnymi a kontenerami istnieją pewne podobieństwa, jednak to co je znacząco odróżnia to fakt, iż maszyny wirtualne są bardziej obciążone nakładem pracy przez co wolniej się uruchamiają. Kontenery z racji tego, że są otwierane na podbudowie systemu operacyjnego, nie wymagają uruchomienia OS za każdym razem, tak jak to się dzieje w przypadku maszyn wirtualnych. Różnica jest kolosalna. Mówimy tutaj o skróceniu czasu uruchamiania środowiska z minut do sekund.

Zapotrzebowanie na szybki, zorganizowany i multiplatformowy przesył informacji spowodował, że media coraz częściej zwracają się ku technologii kontenerowej, która może sprostać wymaganiom szybkiego dostarczania materiałów bez utraty ich jakości. Tempo w jakim rozwija się biznes jest bardzo intensywne, a według ekspertów gwarantem na jego niezawodność są właśnie kontenery. Istotą ich niezawodności jest możliwość funkcjonowania mechanizmu nawet, gdy jeden z jego składowych ulegnie uszkodzeniu.

 

Według badań[1] rynek konteneryzacji do 2022 roku wzrośnie aż do 4,3 mld USD. Ten sam trend potwierdzają badania przeprowadzone przez Forrester dla Red Hat[2] – w ankiecie, w której wzięło udział 200 specjalistów IT z całego świata, potwierdzono, że wymagania biznesowe napędzają wprowadzanie rozwiązań kontenerowych – 71 procent respondentów już ich używa lub przewiduje wdrożenie kontenerów do aplikacji w chmurze.

Kontenery mogą być niezwykle bezpieczne, jeśli są dobrze skonfigurowane i odpowiednio zarządzane. Z tej potrzeby powstała platforma open source Kubernetes. Ułatwia on zarządzanie i aranżację aplikacji kontenerowych, nawet w wielu klastrach, jak również pomaga w organizowaniu kontenerów i automatyzowaniu wdrożeń. Oprogramowanie znalazło zastosowanie w wielu branżach, również na rynku mediów. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszy się w branży gier online.

Kontenery na rynku mediów

Kontenery powoli stają się normą, przez co coraz więcej firm po nie sięga. Obecne potrzeby biznesu medialnego oscylują wokół przechodzenia z monolitycznego modelu tworzenia aplikacji do mikrousług. Taka tendencja umożliwia szybsze dostarczanie aplikacji bez obaw o utratę jakości. Dzięki tym rozwiązaniom stacje telewizyjne osiągną możliwość dystrybucji tego samego pakietu informacji, w tym samym czasie, bez zbędnych opóźnień i do szerszej grupy odbiorców.

Coraz więcej medialnych korporacji dołącza do grona korzystających ze środowisk opartych na kontenerach, ponieważ dzięki nim mogą działać bez awarii, stale się rozwijając. Wśród nich możemy wymienić choćby Netflixa. Wykorzystanie skonteneryzowanych technologii pozwala oszczędzić koszty, przy jednoczesnym zwiększeniu skalowalności aplikacji.

Autor: Adam Wojtkowski, Dyrektor Generalny Red Hat w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

[1] https://451research.com/451-research-says-application-containers-market-will-grow-to-reach-4-3bn-by-2022

[2] https://www.redhat.com/en/blog/container-technology-age-customer?source=searchresultlisting&page=1&f%5B0%5D=hybrid_type%3ABlog

Inwestorzy chętnie wybierają aktywa alternatywne. Perspektywy dla polskiego segmentu PRS

Rynek mieszkań na wynajem wciąż jest dość nowym sektorem w Polsce, ale regularnie się rozwija. Z roku na rok jego aktywa i zainteresowanie kolejnych inwestorów rosną. Chociaż Polska nadal plasuje się znacznie poniżej średniej europejskiej pod względem przewagi najmu nad własnością w strukturze rynku mieszkaniowego, to zmiany w podejściu do życia ze strony pokolenia Y i Z przemawiają nad zmianą tego trendu.

Polacy wolą na swoim

Według danych Eurostat średnio 1/3 mieszkańców Unii Europejskiej wynajmuje mieszkanie, a blisko 70% jest właścicielem zamieszkiwanych lokali. Polskie wyniki znacznie różnią się od tej średniej, bo aż 84,2% naszych rodaków jest w posiadaniu mieszkania na własność, a zaledwie 15,8% decyduje się na najem. Pod kątem przewagi w strukturze własności nad najmem wyprzedzają nas tylko trzy kraje: Chorwacja, Słowacja i Rumunia, ale jedynym krajem, w którym proporcja najmu nad własnością jest większa jest Szwajcaria (58,4% dla najmu i 41,6% dla własności).

„Silnie zaznaczona w strukturze własność jest uwarunkowana historycznie. Przywiązanie do pracy i jednego miejsca zamieszkania w Polsce wywodzi się jeszcze z poprzedniego ustroju, ale należy tutaj jednocześnie zaznaczyć, że to się systematycznie zmienia. Jak pokazują dane Eurostatu, od 2010 roku w UE obserwowany jest wzrost liczby wynajmujących mieszkania, co może wskazywać na powoli rosnącą otwartość społeczeństwa na najem,” – komentuje Magdalena Czempińska, Dyrektor w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

Młodzi stawiają na niezależność

Zmiany demograficzne w polskim społeczeństwie, głównie za sprawą przedstawicieli pokolenia Y i Z, mogą mieć istotny wpływ na rozwój rynku PRS. Młodzi ludzie pragną dzisiaj większej niezależności, stawiają na mobilność i unikają długoterminowych zobowiązań, jednak transformacja stylu życia odbywa się na płaszczyźnie wszystkich pokoleń.

„Jak pokazują dane GUS z roku na rok wzrasta poziom wykształcenia Polaków, a to przekłada się na lepsze wynagrodzenie. W konsekwencji tego rośnie poziom dochodu rozporządzalnego, co pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb i skierowanie uwagi konsumentów na wzrost jakości życia. Daje to możliwości poprawy warunków mieszkaniowych, np. zmiany lokalu na większy bądź lepiej zlokalizowany. Jak pokazują dane NBP, relacja wysokości przeciętnego jednomiesięcznego czynszu za najem do raty kredytu hipotecznego wskazuje, że aktualnie są to kwoty obciążające budżet gospodarstwa domowego na porównywalnym poziomie. W rezultacie, decyzja o zakupie lub najmie coraz częściej nie jest podejmowana na podstawie wyłącznie czynników ekonomicznych, lecz zgodnie z indywidualnymi preferencjami konsumentów,” – wyjaśnia Magdalena Czempińska.

Rynek PRS w Polsce

Sektor mieszkań na wynajem w Polsce skoncentrowany jest głównie w największych ośrodkach miejskich, w których na koniec 2020 roku 15 podmiotów operowało lub zabezpieczyło grunty pod budowę takich obiektów. Najwięksi gracze obecni lub wchodzący na polski rynek to: TAG Immobilien, Resi4Rent, Heimstaden, Golub GetHouse, Catella, Aurec Capital, Fundusz Mieszkań na Wynajem oraz Zeitgeist Asset Management. Aktualnie istnieje w Polsce niemal 30 inwestycji mieszkaniowych, oferujących łącznie ponad 4 500 mieszkań na wynajem, których właścicielami są podmioty instytucjonalne. Niemal połowa z nich (ponad 2 100) znajduje się w Warszawie, ale miasta regionalne również przyciągają uwagę inwestorów. Jak pokazują dane, w budowie jest już około 3 700 mieszkań, z których większość ma termin oddania w 2021 i 2022 roku. Najwięcej buduje się w Warszawie (około 50%), a spośród miast regionalnych liderem jest Wrocław, gdzie powstaje 600 lokali. Co ważne, inwestorzy informują o kolejnych działkach zabezpieczanych pod inwestycje mieszkaniowe, na których do końca 2025 roku planują oddać do użytku około 15 000 nowych mieszkań przeznaczonych na wynajem.

„Chociaż zainteresowanie sektorem PRS w Polsce rośnie od kilku lat, to ostatnie miesiące charakteryzowały się szczególnie dynamiczną aktywnością inwestorów wynikającą z negatywnego wpływu pandemii na sektor handlowy i hotelowy. Zagraniczne fundusze doskonale zdają sobie sprawę z potencjału jaki posiada sektor najmu instytucjonalnego, a atrakcyjne stopy zwrotu zachęcają inwestorów do wejścia w właśnie ten sektor,” – dodaje Krzysztof Cipiur, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych w Knight Frank.

Inwestycja w nieruchomości pod wynajem – co dalej?

Inwestowanie w mieszkania jest w Polsce nawet dwukrotnie bardziej opłacalne niż na Zachodzie. Natomiast wydatki na utrzymanie to niewiele ponad 6 proc. dochodów rodzin, gdy średnia dla UE wynosiła 9,6 proc.

– Atutem polskiego rynku są przede wszystkim atrakcyjne stopy zwrotu, 1,5-2 razy wyższe niż w krajach Europy Zachodniej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Dariusz Węglicki, dyrektor zarządzający funduszem Catella Polska. – Nawet przy większym ryzyku inwestycyjnym wywołujemy rosnące zainteresowanie.

Jeżeli w Polsce oczekiwana stopa zwrotu wynosi 5,5 proc., to w największych i atrakcyjnych miastach Europy oceniana jest na 2,5-3 proc.

Inne atuty Polski, to wielkość rynku i deficyt liczby mieszkań w przeliczeniu na 100 tys. obywateli.

Według danych Eurostatu w 2018 r. w Polsce współczynnik przeludnienia wynosił ogółem 39,2 proc. Gorzej było jednak w przypadku mieszkań najmowanych, w tym przypadku zjawisko przeludnienia dotyczyło aż 65 procent mieszkań.

To znaczy, że przeciętna powierzchnia użytkowa mieszkania na jedną osobę w Polsce wynosiła jedynie 27,4 m kw., przy średniej europejskiej 42,56 m kw. Za mała jest nie tylko powierzchnia lokali, lecz także ich liczba. Ministerstwo Rozwoju szacowało, że na koniec 2019 r. deficyt na rynku nieruchomości wynosił 641 tys. mieszkań. W Polsce na 1 000 mieszkańców przypada 386 mieszkań. Słabiej w EU wypada jedynie Słowacja – 369 mieszkań.

W 2018 r. większość ludności w każdym z państw członkowskich UE-27 mieszkała we własnych mieszkaniach: od 51,4 proc. w Niemczech do 96,4 proc. w Rumunii; średnia dla UE-27 wynosiła 70,0 proc. W przeludnionych mieszkaniach żyło około 17,1 % ludności UE-27. Najwyższy wskaźnik wśród państw członkowskich UE-27 odnotowano w Rumunii (46,3 proc.). Natomiast najwyższy wskaźnik przeciążenia wydatkami mieszkaniowymi odnotowano w Grecji, gdzie 83,1 proc. najemców przeznaczało na mieszkanie ponad 40 proc. swoich dochodów. To może być zaskakujące, ale dla Polski wskaźnik ten wynosił 6,2 proc., przy średniej dla całej UE 9,6 proc.

– Z tych powodów dużo można jeszcze w Polsce wybudować, wiele mieszkań można dość łatwo wynająć, a pandemia nie wyhamowała wzrostu rynku nieruchomości, na którym w 2020 r. pojawiło się kilku inwestorów zagranicznych – komentuje D.Węglicki. – Podobna jest sytuacja na tej części rynku, jaką są domy studenckie. Natomiast rynek mieszkań luksusowych na wynajem rządzi się w dużym stopniu innymi prawami, w Warszawie, na Złotej 44 najistotniejsza okazuje się liczba cudzoziemców.

Wiele mieszkań jest szybko kupowanych przez inwestorów i coraz częściej są to także zagraniczne fundusze inwestycyjne. To czasami nawet 70 procent wszystkich dostarczonych lokali w danej inwestycji.

– Udział inwestorów zagranicznych w polskim rynku nieruchomości będzie się zwiększał, przy jednoczesnym ograniczaniu udziału inwestorów indywidualnych, a to ze względu na stabilność warunków najmu – ocenia dyr. D.Węglicki.

Co dalej z kursem franka?

Złoty należy do tych walut, które nie zyskują na dobrych nastrojach giełdowych inwestorów. Zapowiadane na 25 marca decyzje Sądu Najwyższego, dotyczące frankowiczów, wpłyną na kurs złotego wobec franka?

Okazuje się, że wypłata bonów dla Amerykanów, po 1 400 dolarów, dla osób indywidualnych, które zarabiają do 75 tys. USD rocznie, w ramach programu wsparcia gospodarki przyczyni się do wsparcia rynku giełdowego. Inwestorzy czekają na wypłatę tzw. czeków Baidena, spodziewając się, że indeksy giełdowe znów pobiją kolejne historyczne rekordy.

– Na rynku walutowym widać wpływ nastrojów inwestorów giełdowych, którzy omijają waluty dobrze radzące sobie w czasach nerwowości i dekoniunktury, takie jak choćby japoński jen, frank szwajcarski czy dolar amerykański – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Natomiast dobrze radzą sobie waluty, które związane są z cenami surowców, a przykładem dolar australijski i dolar nowozelandzki.

Dobrze radzą sobie także waluty rynków wschodzących, choć nie wszystkie, a przykładem polski złoty. Złoty ostatnio był stabilny, jeśli zyskiwał – to wobec franka szwajcarskiego.

Kurs franka szwajcarskiego w ciągu ostatnich 30 dni wahał się pomiędzy 4,08-4,17 zł. Czy na kurs franka będzie miała wpływ uchwała Sądu Najwyższego, który 25 marca ma wypowiedzieć się w kwestiach bardzo istotnych dla frankowiczów? Co stałoby się, gdyby banki zostały zmuszone do przewalutowania kredytów? Gdy banki udzielały kredytów we frankach musiały kupić walutę, którą później wymieniały na złote (to dlatego, że klientom wypłacały kredyty w złotych) odsprzedając franki NBP. Teraz frankowicze spłacają bankom raty w złotych, ale banki muszą oddać pożyczone wtedy franki. I „dostawy” franków mają zabezpieczone w różnych instrumentach finansowych na rożne terminy. Ale gdyby operacja przewalutowania przebiegła w stosunkowo krótkim czasie, banki musiałyby zerwać obecne kontrakty, a franków potrzebowałyby równie szybko. Dlatego już zwróciły się do NBP, żeby w takiej sytuacji dostarczył im walutę.

Jednak obawy, że z tego powodu frank znacząco podrożeje są mocno przesadzone:
– Mieliśmy już wcześniej wyroki TSUE, na które rynek zareagował łagodnie. Frank obecnie jest dość tani, choć mówimy o kursie zbliżonym do poziomu 4,10 zł – wyjaśnia ekspert XTB. – I nie spodziewałbym się, żeby był dużo tańszy, bo Szwajcaria dobrze poradziła sobie z okresem mocnej własnej waluty.

Co będzie działo się z kursem franka w najbliższych miesiącach? Obniżenie kursu franka do poziomu 4,00 zł byłoby wyjątkowo dobrą wiadomością dla frankowiczów.

Faktoring ma szansę zapewnić stabilne zyski w długim czasie

Lokaty zysku nie dają. Jak ochronić nasz kapitał przed inflacją? Rynek długu firm faktoringowych pozwoli na stabilne zyski w długim czasie.

Tradycyjna forma oszczędności w postaci lokat traci bardzo mocno na znaczeniu. Dziś oferty z oprocentowaniem powyżej 1% stanowią wyjątki, a na rynku szaleje inflacja zjadająca nasze oszczędności. Odpowiedzią na tę sytuację może być m.in. fundusz z oferty IPOPEMA TFI – IPOPEMA Benefit 3 FIZAN, którego portfelem zarządza CVI Dom Maklerski.

Od początku roku, Polska jest krajem o najwyższej inflacji w Unii Europejskiej. Jak wynika z danych Eurostatu, dynamika cen sięgała w styczniu 3,6%. Jednocześnie ekonomiści ostrzegają, że inflacja może okazać się niedoszacowana. – Inflacja stanowi jedynie część problemu. Wzrostowi cen na rynku towarzyszą ujemne realne stopy procentowe, wprowadzane przez rządy państw UE. Mają one służyć europejskim rządom w łatwiejszej obsłudze długu powstałego w czasie pandemii. Dodatkowo mają stymulować gospodarkę, poprzez zniechęcanie do oszczędzania – Rafał Lis, Partner Zarządzający CVI Dom Maklerski.

Polacy w ostatnich latach trzymają coraz więcej pieniędzy w bankach.  W depozytach bieżących zgromadziliśmy na koniec II kw. 2020 roku ok. 710 mld PLN i tak jak w przypadku gotówki, tak i tu mamy do czynienia z rekordowo wysoką wartością. W porównaniu do II kw. 2019 r. wartość depozytów wzrosła o ponad 27%.

Rekordowo niskie stopy procentowe przekładają się na bardzo niskie oprocentowanie lokat, zbliżające się w głównych bankach komercyjnych prawie do zera.  Dodatkowo wprowadzane opłaty mogą powodować straty na zdeponowanych środkach. Tym samym ta tradycyjna forma oszczędzania okazuje się całkowicie nieefektywna, a niechęć rządów do walki z obecną inflacją może doprowadzić do całkiem poważnego skurczenia się zaoszczędzonego kapitału.

IPOPEMA TFI wraz z CVI Dom Maklerski odpowiadają na potrzeby Klientów

Dla oczekujących wyższych stóp zwrotu od oprocentowania lokat terminowych pojawia się alternatywa o stabilnych zyskach w czasie i niskiej kwocie wejścia. Największe pod względem aktywów polskie Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych – IPOPEMA TFI wraz z liderem pozabankowego finansowania przedsiębiorstw w Polsce – CVI Dom Maklerski, przygotowały ofertę w postaci funduszu opartego o dług firm faktoringowych i pożyczkowych przedsiębiorstw.

Inwestorzy na rynku funduszy inwestycyjnych są nadal ostrożni w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, wybierają tzw. fundusze o niskim lub średnim poziomie ryzyka, o możliwie stabilnych oczekiwanych stopach zwrotu oraz uwzględniających zastosowanie mechanizmów zabezpieczających. Mając na uwadze taką sytuację i stabilne wyniki funduszu w okresie ostatnich 24 miesięcy, podjęliśmy kolejny raz decyzję o otwarciu oferty funduszu IPOPEMA Benefit 3 FIZAN dla szerokiego grona Klientów, którzy poszukują ciekawych alternatywnych rozwiązań do swoich portfeli inwestycyjnych na ten produkt. – mówi Jarosław Wikaliński, Prezes Zarządu IPOPEMA TFI.

IPOPEMA Benefit 3 FIZAN skupia się na strategii inwestycyjnej, w której głównymi aktywami są zabezpieczone obligacje wyemitowane przez spółki, których przeważającym przedmiotem działalności jest świadczenie usług faktoringu lub udzielanie pożyczek dla przedsiębiorców. Towarzystwo chce tym samym skorzystać w ramach funduszu z możliwości jakie daje rynek faktoringu, z którego skorzystało według danych Polskiego Związku Faktorów na koniec 2020 roku przeszło 18 tys. podmiotów, a wartość wykupionych wierzytelności przekroczyła 290 mld zł.

Faktoring – to dla przedsiębiorców wygodny sposób pozyskiwania środków na finansowanie działalności. W praktyce usługa polega na zamianie należności na gotówkę. Jest przy tym doskonałą formą zabezpieczenia przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów. Oferta jest łatwo dostępna, ponieważ uzyskanie finansowania opiera się w niej wyłącznie na wystawionych fakturach. Dzięki swej przystępności faktoring zyskuje na popularności wśród przedsiębiorców i stał się najszybciej rozwijającą się usługą finansową. (źródło: faktoring.pl)

Co ważne, fundusz będzie udzielał finansowania wyłącznie tym podmiotom, których model biznesowy i zakres usług będzie właściwie zabezpieczał interes Uczestników. Jednocześnie podmioty te muszą przejść pozytywnie audyt prawny i finansowy prowadzony przez doświadczony zespół ekspertów.

Eksperci IPOPEMA TFI podkreślają, że głównymi cechami oferty są stabilne wyniki, znacznie przekraczające inflację, szybka możliwość reagowania oraz odpowiednie zabezpieczenie na głównych aktywach emitentów obligacji pozwalające na ograniczenie ryzyka inwestycyjnego.faktoring

Celem zarządzających funduszem jest uzyskiwanie stabilnej stopy zwrotu w okresie długoterminowym na poziomie 4%-6%. rocznie. Fundusz IPOPEMA Benefit 3 FIZAN ma obecnie ponad 25 mln zł aktywów w zarządzaniu, a dzięki kolejnym emisjom Towarzystwo liczy na dynamiczny wzrost aktywów do ok. 100 mln zł do końca bieżącego roku. Fundusz kierowany jest do osób, które – podobnie jak w przypadku obligacji – zakładają dłuższy horyzont inwestycyjny i akceptują ograniczoną płynność inwestycji. Fundusz charakteryzuje się relatywnie niską kwotą wejścia, która dla serii M będącej obecnie w ofercie wynosi 2.961,75 zł (25CI).

W pierwszej publicznej emisji przeprowadzonej na podstawie zatwierdzonego w grudniu prospektu emisyjnego fundusz przydzielił 63,4 tys. certyfikatów inwestycyjnych o wartości ponad 7,4 mln PLN.


Faktoring to usługa bardzo perspektywiczna, która niesie szereg korzyści dla firm. Jednak ze względu na wiele jego odmian i dużo firm świadczących usługę faktoringu jego wybór nie jest prosty. Serwis FAKTORINGoferty.pl sygnalizuje, aby przy wyborze rodzaju faktoringu oraz faktora poza kosztami poznać inne aspekty, jakie będą decydowały o jego przydatności dla firmy.

Czekając na posiedzenie EBC

Dolar stabilizuje się tuż poniżej poziomu dolara i dwudziestu centów za euro. Z tego miejsca może go jednak wyrzucić dzisiejsze posiedzenie EBC, jeżeli nie ono, to w podobnym czasie mamy dane o bezrobotnych w USA.

Inflacja w USA bez niespodzianek

Wzrost cen za oceanem zgodnie z oczekiwaniami analityków wyniósł 1,7% w skali roku. Jest to wartość blisko optymalnej. Zbyt niska inflacja sugeruje spowolnienie w gospodarce, z drugiej strony za wysoka również nie jest dobrze widziana. Po danych dolar delikatnie tracił względem euro, ale było to raczej pokłosie korekty po ostatnim gwałtownym umocnieniu amerykańskiej waluty.

Kanada utrzymuje stopy procentowe

Bank Kanady poinformował o pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie 0,25%. Znajdują się na nim od marca 2020 roku kiedy to szokowo zostały zredukowane od razu o 1,5%. Była to reakcja na ruchy USA, które w tamtym okresie również silnie cięły stopy procentowe. Decyzja była zgodna z oczekiwaniami analityków, którzy w większości przewidywali pozostawienia ich na tym samym poziomie. Po decyzji dolar kanadyjski zyskiwał, zatem była jakaś część inwestorów, którzy wierzyli w możliwość obniżki i po decyzji odwracali pozycję inwestycyjną.

Posiedzenie EBC

Dzisiaj wydarzeniem dnia będzie najprawdopodobniej posiedzenie EBC. Nawet jeżeli nie dojdzie do żadnych zmian stóp procentowych, na co się nie zanosi, sam komunikat zarządu może okazać się przełomowy. Nie bez znaczenia jest też prezentacja najnowszych prognoz makroekonomicznych. Analitycy spodziewają się presji werbalnej na rosnącą rentowność obligacji. Wątpliwe, by bank miał jakieś pole do manewru, ale zawsze może straszyć. Miękki język wypowiedzi może zresztą wspomóc ostatni ruch dolara względem euro. Zbyt słaby dolar amerykański jest bowiem sporym problemem dla handlu zagranicznego. Rezultatem była bowiem zarówno mniejsza atrakcyjność towarów unijnych za oceanem oraz większa amerykańskich w Europie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA -wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Znaczny wzrost Grupy LEGO w 2020 roku

Silny popyt wśród konsumentów zaowocował dwucyfrowym wzrostem sprzedaży konsumenckiej, przychodów i zysku operacyjnego Grupy LEGO oraz znacznym wzrostem udziału w rynku. W 2020 roku kontynuowane były inwestycje strategiczne, których celem jest zapewnienie zrównoważonego wzrostu w dłuższej perspektywie.

  • Sprzedaż konsumencka wzrosła o 21 proc. w całym roku w porównaniu z rokiem 2019.
  • Przychody wzrosły o 13 proc. do 43,7 mld DKK w porównaniu z rokiem 2019.
  • Zysk operacyjny wzrósł o 19 proc. do 12,9 mld DKK, a zysk netto zwiększył się o 19 proc. i osiągnął 9,9 mld DKK. Znaczące wzrosty odnotowano przy równoczesnych inwestycjach w przyszłe inicjatywy rozwojowe.
  • Wolne przepływy pieniężne wyniosły 11,5 mld DKK.
  • Zwiększył się udział w rynku globalnym.

Grupa LEGO przedstawiła wyniki finansowe za rok 2020. Przychody wzrosły o 13 proc. w porównaniu z rokiem 2019 do 43,7 mld DKK, a sprzedaż konsumencka o 21 proc. w tym samym okresie. Zysk operacyjny wyniósł 12,9 mld DKK, co oznacza wzrost o 19 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Udział marki w rynku wzrósł zarówno globalnie, jak i w 12 największych krajach, w których działa Grupa LEGO.

Niels B Christiansen, CEO Grupy LEGO, przyznał, że jest bardzo zadowolony z osiągniętych wyników. Świadczą one o ponadczasowym znaczeniu klocków LEGO i naszej koncepcji nauki poprzez zabawę. Tak dobre osiągnięcia wynikają z pasji, kreatywności i wytrwałości naszych pracowników, którzy pomimo wyzwań związanych z pandemią pracowali bez wytchnienia, aby ludzie nadal mogli się bawić klockami – stwierdził.

Sprzedaż konsumencka na wszystkich rynkach wzrosła dwucyfrowo, a szczególnie wysokie wskaźniki odnotowano w Chinach, obu Amerykach, Europie Zachodniej oraz w regionie Azji i Pacyfiku.

Wzrost zysku operacyjnego wynika z wysokiej sprzedaży i kompensacji strategicznych inwestycji oraz zwiększonych kosztów dystrybucji związanych z globalnym transportem produktów po tymczasowym przymusowym zamknięciu zakładów produkcyjnych w Meksyku i Chinach. Zysk netto wzrósł o 19 proc. do 9,9 mld DKK, a wolne przepływy pieniężne osiągnęły poziom 11,5 mld DKK.

Jak mówi Christiansen, Grupa LEGO przez ostatnie dwa lata dokonywała dużych inwestycji w inicjatywy mające na celu wspieranie długoterminowego wzrostu. – W 2020 roku zaczęliśmy dostrzegać korzyści płynące z poczynionych inwestycji, zwłaszcza tych w e-commerce i innowacje produktowe. W nadchodzącym roku będziemy dalej inwestować, nadal koncentrując się na innowacyjnej zabawie, naszej marce, cyfryzacji i rozwoju wielokanałowości.

Silne portfolio o szerokim zasięgu

W 2020 roku coraz więcej osób, niezależnie od wieku, budowało z klocków LEGO, co przełożyło się na wysoką sprzedaż. Inspiracją było bogate portfolio marki, w którym zachętę do kreatywnej zabawy odnajdują fani w każdej grupie wiekowej i o różnych zainteresowaniach. Do najczęściej wybieranych serii w ubiegłym roku należały (kolejność losowa): LEGO® CITY, LEGO® Technic, LEGO® Star WarsTM, LEGO® Friends i LEGO® Classic.

Klocki LEGO Super MarioTM, które w unikalny sposób łączą zabawę cyfrową i fizyczną, zostały wprowadzone na rynek w sierpniu 2020 roku i stały się jedną z najbardziej udanych premier tematycznych firmy. Inwestycje w tego rodzaju produkty będą nadal realizowane. Przykładem kolejnej nowości jest seria LEGO VIDIYOTM, która trafiła do sprzedaży w tym miesiącu.

Niels B Christiansen podkreśla, że uwielbiane przez dzieci i dorosłych klocki LEGO zawsze będą stanowiły podstawę biznesu. – Obecnie dzieci wychowują się w cyfrowym świecie i bez trudu łączą go z zabawą fizyczną. Cieszymy się, że możemy zaproponować im bezpieczne, ekscytujące możliwości zabawy, które oferują nowe sposoby nauki i kreatywności – dodaje.

W minionym roku Grupa LEGO kontynuowała również działania na rzecz swojej marki poprzez globalną kampanię „Rebuild the World” oraz została uznana za najbardziej lubianą markę na świecie[1].

Innowacyjna sprzedaż wielokanałowa

Wcześniejsze inwestycje firmy w zintegrowany system wielokanałowej sprzedaży detalicznej znacząco wpłynęły na wzrost sprzedaży w kanałach partnerskich i własnych, pomimo zamknięcia sklepów stacjonarnych w związku z COVID-19. Liczba wizyt na stronie LEGO.com podwoiła się w stosunku do poprzedniego roku, a firma kontynuowała globalny program rozwoju sieci sklepów. W 2020 roku otworzyła 134 nowe sklepy detaliczne, w tym 91 w Chinach. Tym samym na koniec 2020 roku całkowita liczba punktów sprzedaży marki LEGO na świecie wyniosła 678. Firma planuje otwarcie kolejnych 120 w 2021 roku, z czego 80 zlokalizowanych będzie w Chinach.

Jak twierdzi Christiansen, ludzie wciąż szukają bezpośredniego kontaktu z marką. – Planujemy inwestować i rozszerzać sieć sprzedaży detalicznej, a także podnosić poziom doświadczeń zakupowych w sklepach stacjonarnych. Takie podejście wzmacnia markę i pozytywnie wpływa na wszystkie kanały. Będziemy również dalej rozwijać nasze zaplecze w zakresie e-commerce, aby wspierać zakupy online na platformach naszych i naszych partnerów – deklaruje.

Ambitna transformacja cyfrowa

W 2021 roku Grupa LEGO planuje przyśpieszyć inwestycje w digitalizację biznesu. Jej ambicją jest opracowanie światowej klasy rozwiązań cyfrowych dla każdego, kto wchodzi w interakcję z marką – od konsumentów i partnerów detalicznych po dostawców i pracowników. W tym celu firma zamierza powiększyć zespoły zajmujące się digitalizacją i technologią.

Jak mówi Christiansen, Grupa LEGO ma solidne fundamenty digitalowe, ale musi działać szybciej. –Miniony rok pokazał, jak ważne jest posiadanie zwinnej, szybko reagującej firmy zbudowanej na silnych cyfrowych fundamentach. Będziemy dalej rozwijać nasze możliwości w tym obszarze, abyśmy byli dobrze przygotowani do zaspokajania zmieniających się potrzeb naszych partnerów detalicznych i konsumentów zarówno teraz, jak i w dłuższej perspektywie – dodaje.

Inwestowanie w pozytywne zmiany dla przyszłych pokoleń

W 2020 r. Grupa LEGO ogłosiła, że w ciągu trzech lat zainwestuje do 400 mln USD (2,6 mld DKK) w inicjatywy związane ze zrównoważonym rozwojem. Będą one skupiały się wokół umożliwienia nauki poprzez zabawę większej liczbie dzieci, zmniejszenia wpływu na środowisko i zapewnienia przyjaznych miejsc pracy dla wszystkich osób zaangażowanych w tworzenie nowych rozwiązań dla zabawy.

W ramach tych działań firma dotarła do 3,2 miliona dzieci, w tym wielu potrzebujących, poprzez programy edukacyjne oparte na zabawie. Firma rozpoczęła również testy papierowych opakowań, którymi zastąpione zostaną jednorazowe plastikowe opakowania w zestawach. Dodatkowo zadeklarowano zamiar zmniejszenia całkowitej emisji dwutlenku węgla o 37 proc. do 2032 roku. Cel ten został przyjęty w ramach inicjatywy Science Based Target i jest zgodny z poziomami wymaganymi do utrzymania globalnego ocieplenia na poziomie poniżej 1,5°C. LEGO 2020

W ubiegłym roku Grupa LEGO ogłosiła współpracę z wieloma organizacjami, w celu wsparcia swoich wysiłków w zakresie wywierania pozytywnego wpływu na społeczeństwo i planetę. Grupa będzie współpracować m.in. z UN Women (Jednostka Narodów Zjednoczonych ds. Równości Płci i Uwłasnowolnienia Kobiet), aby wzmocnić pozycję kobiet we wszystkich miejscach pracy i dziewcząt w społeczeństwie, oraz z Fundacją Ellen MacArthur, aby badać modele biznesowe oparte na obiegu zamkniętym.

Obecne pokolenie dzieci stoi przed poważnymi i skomplikowanymi wyzwaniami. Jak stwierdza Christiansen, ich rozwiązanie musi nastąpić poprzez zbiorowy wysiłek firm, rządów i ekspertów. – Z niecierpliwością czekamy na połączenie sił z dziećmi, rodzicami, pracownikami i partnerami, aby pomóc w kształtowaniu świetlanej przyszłości dla przyszłych pokoleń – dodaje.

[1] Talkwalker, The Brand Love Story 2020

Zarząd BioMaxima SA zdecydował w sprawie wypłaty dywidendy za 2020 r.

Zarząd BioMaxima SA zarekomenduje Walnemu Zgromadzeniu sposób podziału zysku za rok 2020, który wyniósł rekordowe 7,78 mln zł. Propozycja zakłada wypłacenie dywidendy w kwocie 0,25 zł (dwadzieścia pięć groszy) na jedną akcję oraz przekazanie pozostałej części zysku na kapitał zapasowy. Uchwała w tej sprawie została podjęta 10 marca br. Jako dzień ustalenia prawa do dywidendy, Zarząd Spółki zaproponował 31 maja, natomiast jako dzień wypłacenia dywidendy – 15 czerwca 2021 roku.

Rekordowy w historii spółki zysk, zarówno na poziomie jednostkowym, jak
i skonsolidowanym, powoduje zrozumiałe oczekiwanie akcjonariuszy co do podzielenia się przez spółkę tym zyskiem. Kwota dywidendy, którą zarekomenduje zarząd, jest również najwyższa w historii naszej działalności. Jednocześnie kwota która zostanie przekazana na kapitał zapasowy, pozostawi w spółce środki umożliwiające kontynuację dalszego szybkiego rozwoju
komentuje Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA.

Ambitne plany inwestycyjne

Na decyzję w sprawie wypłaty dywidendy oraz określenie jej poziomu na 0,25 zł na jedną akcję – oprócz wyników finansowych – wpłynęła również potrzeba zrównoważonego finansowania wzrostu majątku obrotowego Spółki i zwiększenie sumy bilansowej wynikające z rosnącej wielkości sprzedaży Spółki. Zarząd wziął również po uwagę potrzeby związane z finansowaniem inwestycji spółki w nadchodzących miesiącach. Wynikają one zarówno z podjętych już decyzji, dotyczących m.in. zakupu nieruchomości i budowy na niej nowego zakładu produkcyjnego. Dzięki niemu, zdolności produkcyjne spółki w obszarze produkcji szybkich testów, testów do oznaczania lekowrażliwości, a także produkcji odczynników do diagnostyki molekularnej (takich jak testy PCR), ulegną zwiększeniu. Pod uwagę wzięto również potrzeby inwestycyjne związane z planowanym zwiększeniem zdolności produkcyjnych poprzez modernizację dotychczasowych budynków produkcyjnych i magazynowych spółki, rozważane działania M&A oraz potrzebę zachowania zdolności uczestniczenia przez spółkę w innych przedsięwzięciach inwestycyjnych i rozwojowych, które są obecnie rozpatrywane przez Zarząd.

Biorąc pod uwagę duży wzrost skali operacji spółki w 2020 roku, kluczowe jest zachowanie zrównoważonego finansowania jej majątku, poprzez odpowiedni udział kapitałów własnych w tym finansowaniu, aby zapewnić długotrwały sukces spółki
i wzrost wartości dla akcjonariuszy
mówi Łukasz Urban. – Spółka działa
w segmencie biotechnologii, rozwijając produkty własne, w uznanych i dojrzałych technologiach, co zmniejsza ryzyko nieprawidłowej alokacji kapitału. Celem realizowanych przez nas projektów rozwojowych jest uzyskanie zdolności dostarczania produktów, na które istnieje sprawdzone zapotrzebowanie na rynku – zarówno polskim, jak i międzynarodowym. Tak więc, finansowanie projektów rozwojowych spółki wymaga uczestniczenia w nich środkami własnymi
– dodaje.

Zarząd BioMaxima S.A. uznaje, że dla zapewnienia wysokiego całkowitego zwrotu na inwestycji (ROI) dla wszystkich obecnych akcjonariuszy oraz bezpieczeństwa ich inwestycji w akcje spółki, wysokość proponowanej przez Zarząd dywidendy jest optymalna w dłuższym horyzoncie inwestycyjnym. Umożliwia ona dalszy, zrównoważony rozwój spółki w świecie zmienionym przez wpływ pandemii, związany z rozprzestrzenieniem się różnych mutacji wirusa SARS-COV-2.

Co 5. Polak skorzystałby z fałszywej oferty inwestycyjnej

Oszustwo na wnuczka, na policjanta, na pracownika ZUS czy na leczenie Clinta Eastwooda – choć wielu osobom wydaje się, że oni sami nie nabraliby się na tego typu przekręt, to jednak w praktyce okazuje się zgoła inaczej. Z badania Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że już co 5. Polak jest skłonny zainwestować w kryptowaluty 10 tys. złotych, jeśli ktoś obieca mu wysokie zyski. Nawet, jeśli oferta pochodzi z nieznajomego źródła. Co zaskakujące, najmniej ostrożne są osoby, które już raz padły ofiarą finansowego oszustwa.

Problem internetowych oszustw finansowych w ostatnim czasie mocno przybiera na sile. Oszuści wykorzystują fakt, że w związku z niskim oprocentowaniem lokat bankowych, Polacy szukają bardziej zyskownych sposobów pomnażania oszczędności. Ostatnio dość modnym przestępstwem jest tzw. fraud inwestycyjny. Na czym polega?

Oszuści publikują w sieci reklamy z wizerunkiem zwykłego Kowalskiego lub celebryty, który „poświadcza”, że dzięki inwestycji zarobił dużo pieniędzy. Reklamy są oczywiście nieprawdziwe, a wizerunki przedstawione na reklamach są wykorzystane bezprawnie. Osoba, która kliknie w reklamę przenosi się na portal, gdzie znajduje się już więcej informacji o inwestycji, a niekiedy także duży zegar odliczający czas do zakończenia niepowtarzalnej promocji. Organizatorzy zachęcają do założenia konta na specjalnej platformie do zakupu i sprzedaży kryptowalut. Klient po rejestracji konta i przelaniu odpowiedniej kwoty na poczet inwestycji jest następnie proszony o zainstalowanie specjalnej aplikacji na komputer lub telefon. Wszystko odbywa się pod pretekstem, że dzięki aplikacji pracownik firmy inwestycyjnej będzie mógł „pomagać” klientowi w zakupie i sprzedaży bitcoinów po najkorzystniejszej cenie. Gdy klient ulegnie i zainstaluje oprogramowanie, oszust otrzyma dostęp do urządzeń klienta i chociaż klient widzi, jakie operacje są dokonywane na jego koncie, to w zasadzie nie ma już nad tym żadnej kontroli. Środkami operuje tylko oszust. Ale to nie koniec.

Klient kuszony coraz większymi zyskami z czasem jest proszony o przelanie kolejnej sumy oszczędności, aż wreszcie jest namawiany do zaciągania kredytów i pożyczek z myślą o zainwestowaniu ich na platformie. Niestety po zaciągnięciu pożyczki, firma inwestycyjna znika. Klient zostaje bez oszczędności, a na dodatek z pożyczką na głowie.

Patrzymy na wysokie zyski, a nie na wiarygodność inwestycji

Słysząc historie poszkodowanych osób, większość z nas ignoruje problem i traktuje go tak, jakby nas nie dotyczył. Tymczasem z Barometru Providenta przeprowadzonego wspólnie z Fundacją Rozwoju Rynku Finansowego, wynika, że już co 5. Polak jest skłonny zaufać oszustowi, jeśli ten będzie nas kusił wysokimi zyskami. Ponad 1100 osób zostało zapytanych, czy gdyby otrzymali na maila propozycję zainwestowania 10 tys. zł w kryptowaluty od nieznanej firmy, ale oferującej wysokie zyski, to czy skorzystaliby z takiej oferty? Okazuje się, że choć 45 proc. respondentów nie skorzystałaby z tego rodzaju oferty, a kolejne 35 proc. badanych w ogóle odrzuca możliwość inwestowania w kryptowaluty, to 1/5 Polaków zaufałaby ofercie. Co 20. Polak zdecydowałby się na ofertę, gdyby oferowane zyski roczne z inwestycji wynosiły 20 proc. zainwestowanego kapitału, a już 1 na 5 osób skorzystałaby z oferty, gdyby obiecywano zysk na poziomie 5 tys. złotych rocznie lub więcej. Oszuści mogą zatem napisać cokolwiek w kontekście zysku z inwestycji, bo i tak co piąty Polak jest potencjalną ofiarą takich przestępców.

Dr Katarzyna Sekścińska z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizująca się w psychologii finansów tłumaczy, co skłania konsumentów do zaufania tego typu ofertom „Niezależnie od tego, jaki jest nasz status, bez trudu umiemy sobie wyobrazić, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby do naszego salda na rachunku bankowym dopisać 2-3 zera. Zatem, gdy otrzymujemy taką propozycję, od razu wyobrażamy sobie, co zrobilibyśmy z zyskami. Budzą się w nas pozytywne emocje, a to sprawia, że oferta wydaje się bezpieczniejsza, lepsza, bardziej opłacalna. Jak dodaje ekspertka: Dodatkowym motywatorem do podjęcia decyzji o inwestowaniu jest ekskluzywność oferty, którą, jak często piszą oszuści, wysłano tylko do wybranej grupy osób. Czujemy się wtedy szczęściarzami, co wzmaga gotowość przyjęcia oferty.

Oszuści wykorzystują jeszcze jedną silną socjotechnikę – wskazują ograniczony czas dostępu do proponowanej oferty. „To wywołuje w nas obawę przed tym, że nie zdążymy z niej skorzystać, jeśli się nie pospieszymy. A jeśli nie zdążymy to nasze marzenia znów będą poza naszym zasięgiem. Więc podejmujemy decyzję w pośpiechu, a ten jest naszym wrogiem, bo sprawia, że stajemy się mało uważni i nie zauważamy wskazówek, że właśnie wpadamy w sidła oszusta” – komentuje Sekścińska.

Polak (nie) mądry po szkodzie

Co może być zaskakujące, z przeprowadzonego badania wynika, że Polacy nie uczą się na błędach. Osoby, które już raz padły ofiarą internetowego oszustwa finansowego są zdecydowanie bardziej skłonne zaufać ofercie inwestycyjnej z nieznanego źródła niż osoby, które takich przykrych doświadczeń za sobą nie mają. A im wyższe zyski, tym skłonność do ponownego ryzyka jest jeszcze większa.

W przypadku osób, które do tej pory jeszcze nigdy nie dały się zwieść przestępcom tylko 2 proc. badanych byłoby skłonnych zainwestować w bitocoiny, jeśli ktoś obiecałby im zysk na poziomie 10 proc. rocznie (w tym przypadku 1 tys. zł), z kolei w przypadku osób, które same lub ktoś z ich bliskich doświadczył oszustwa na własnej skórze, ta skłonność jest już 5-krotnie wyższa. A gdyby nieznana firma oferowała zyski na poziomie 30 proc. rocznie, to 10-krotnie chętniej skorzystałyby z oferty osoby, które przyznają, że już kiedyś dali się nabrać oszustowi.

Jak nie dać się oszukać?

W dobie niskich stóp procentowych oszczędzanie w formie tradycyjnej – na lokatach i rachunkach oszczędnościowych – stało się mało atrakcyjne. Przez to klienci podejmują często pochopną decyzję o wypłacie wszystkich środków ulokowanych w banku, szukając innych możliwości inwestowania. Niestety dość często zapominają przy tym o ryzyku.

Pamiętajmy, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości przekazanych przez nas środków, dlatego nie podejmujmy pochopnych decyzji. Jeśli nie mamy pełnej wiedzy o danym produkcie inwestycyjnym, czym się charakteryzuje i jakie wiąże się z nim ryzyko, zasięgnijmy porady u specjalisty” – radzi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Jak dodaje ekspertka: „Szczególnie uważajmy na oferty, w której ktoś obiecuje nam wysokie zyski w krótkim czasie. Nakłania do rejestracji w nieznanym systemie i żąda wpłacenia określonej kwoty bądź prosi o dostęp do naszego komputera lub telefonu. To może być oszustwo”.

Kilka ważnych rad:

  • Zawsze sprawdzaj, na czym dokładnie polega dana inwestycja. Pamiętaj, że inwestowanie w kryptowaluty może wiązać się z ryzykiem utraty kapitału.
  • Sprawdź wiarygodność firmy, której chcesz powierzyć swoje środki. Zweryfikuj o niej opinie w Internecie, np. w połączeniu z terminami „oszustwo” lub „scam”.
  • Nigdy nie udostępniaj nikomu swoich loginów i haseł do bankowości elektronicznej i mobilnej, a także kodu PIN i innych danych Twojej karty płatniczej.
  • Nie przesyłaj nieznanym podmiotom i innym osobom skanów swojego dowodu osobistego.
  • Nie instaluj na komputerze lub telefonie nieznanych aplikacji, szczególnie tych, które chcą uzyskać dostęp do Twojej karty płatniczej lub bankowości elektronicznej bądź zdalny dostęp do komputera lub telefonu.
  • Nie podawaj osobom trzecim kodów autoryzacji otrzymanych SMS-em lub e-mailem.
  • Pod żadnym pozorem nie przekazuj pieniędzy obcym osobom lub firmom. Nie daj się namówić na zaciągnięcie pożyczki pod pretekstem zainwestowania i szybkiego pomnożenia środków, nawet gdy ktoś będzie Cię kusić dużymi zyskami.
  • Sprawdź, czy podmiot, który zwraca się do Ciebie z ofertą inwestycyjną nie znajduje się na liście ostrzeżeń KNF.

Odpadają argumenty za wzrostem rentowności

EUR/USD podchodzi wyżej, na rynkach akcji dominuje zielony kolor, a rentowności obligacji skarbowych ustabilizowały się z pomocą nieco niższej inflacji i bezproblemowego przebiegu aukcji długu w USA. Obawy o szkodliwość zmian na rynku długu na inne klasy aktywów osłabła i wracamy do polowania na okazje. Dziś wszystko kręci się wokół decyzji EBC.

Brak sygnałów alarmowych z amerykańskiego rynku długu od wczoraj pomaga w odbudowie apetytu na ryzyko. Popyt zgłoszony na aukcji 10-letnich obligacji na poziomie 2,38-krotności oferty był zbliżony do tego z poprzedniej aukcji sprzedaży, sugerując stabilność zainteresowania papierami po bieżącej cenie, a nie wyczekiwanie na większą przecenę (i dalszy wzrost rentowności). To kolejna oznaka stabilizacji po udanej aukcji 3-letnich obligacji dzień wcześniej. Obawy przed wzrostem inflacji, który zmusi Fed do reakcji, zostały też osłabione nieco niższym od oczekiwań odczytem inflacji z USA – w lutym inflacja bazowa obniżyła się do 1,3 proc. r/r z 1,4 proc. Razem przyniosło to spadek dochodowości 10-latek z 1,56 proc. do 1,50-1,53 proc. dziś rano. Dziś jeszcze jedna aukcja papierów 30-letnich, gdzie ewentualna słabość popytu może być katalizatorem dla ponownego skoku rentowności, ale argumenty dla niedźwiedzi na rynku długu powoli się wyczerpują. Korekta tamże otworzyłaby drogę dla wzmocnienia rajdu ryzykownych aktywów, m.in. giełd i walut ryzykownych. Pierwsze takty przesiadki już widzimy – wczoraj Dow Jones zanotował najwyższe w historii zamknięcie – 32 297,02.

Dziś jednak najpierw uwaga skupi się na EBC. Wyższe rentowności obligacji skarbowych zapewne będą głównym tematem na czwartkowym posiedzeniu banku. Parametry polityki pieniężnej nie powinny ulec zmianie, ale oczekujemy, że EBC zasygnalizuje niezadowolenie z niepożądanego zacieśniania warunków finansowych i zamierza temu przeciwdziałać. Jednym z pomysłów, jest zwiększenie tempa skupu aktywów w ramach programu PEPP (Pandemic Emergency Purchases Program). Program nie ma ustalonego miesięcznego limitu, a jedynie całkowity wolumen w wysokości 1,85 bln EUR, z którego pozostało do wykorzystania jeszcze prawie 1 bln EUR. Inwestorów interesować będzie także rewizja ścieżki inflacji, biorąc pod uwagę spekulacje o wyższej inflacji, która będzie wywierać presję na banki centralne. Ale EBC już zaczął tonować oczekiwania i wczoraj na rynek trafił (kontrolowany) przeciek od źródeł w banku, że nowe prognozy zakładają jedynie chwilowy skok inflacji, a w założeniach oszczędności nie wywołają silnego skoku wydatków. Innymi słowy EBC zamierza wysłać przekaz, że presja inflacyjna nie stanowi kłopotu, wzrost rentowności jest nieuzasadniony i będzie przez bank hamowany.

Nie sądzimy, aby EBC miał być gotowy do podjęcia bardziej stanowczych działań, w tym – sugerować chęć do obniżek stóp procentowych. Stąd EBC wybrzmi tylko umiarkowanie gołębio i jedynie wyróżniać się będzie kontrast wobec stanowiska Fed i zeszłotygodniowej wypowiedzi prezesa Powella (brak zaniepokojenia wzrostem rentowności). W takim przekazie jest przestrzeń do negatywnej presji na EUR/USD, ale sądzimy, że duża jej część już została w ostatnich dniach zdyskontowana. Bez istotnych gołębich niespodzianek (np. sugestii cieć stóp procentowych, werbalnych interwencji względem siły waluty), nie wykluczalibyśmy „sprzedaży faktów” i odbicia EUR/USD. Warunkiem koniecznym tutaj jest jednak brak pro-dolarowych impulsów ze strony obligacji skarbowych USA, które pozostają główną siłą aktualnie kształtującą nastroje.

Spadek EUR/PLN pod 4,57 za poprawą nastrojów na rynkach globalnych jest na razie skromnym odreagowaniem wcześniejszej słabości, choć tłumaczenia można szukać we wciąż relatywnie niskich poziomach EUR/USD oraz tradycyjnemu opóźnieniu reakcji walut regionu na zmiany klimatu inwestycyjnego. Ponadto niepewność wokół rozstrzygnięć wokół umów frankowych będzie ciążyć nad polskimi aktywami w tym miesiącu, co z pewnością ustawia złotego na końcu kolejki walut rozpatrywanych pod kątem powrotu kapitału inwestycyjnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ile domów sprzedaje się w Polsce?

Główny Urząd Statystyczny publikuje dane na temat obrotu nieruchomościami. Można z nich dowiedzieć się nie tylko, ile lokali mieszkalnych co roku kupują Polacy, ale również jak wyglądają statystyki dotyczące sprzedawanych domów.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl dość często posługują się danymi GUS na temat sprzedaży lokali mieszkalnych. Te transakcyjne informacje pozwalają np. sprawdzić, ile lokali jest sprzedawanych w każdym powiecie naszego kraju. Warto wiedzieć, że Główny Urząd Statystyczny publikuje również bardziej ogólne informacje dotyczące obrotu działkami z budynkiem mieszkalnym. Warto przyjrzeć się tym danym, aby dowiedzieć się ile domów sprzedaje się co roku w Polsce.

Na wstępie warto zaznaczyć, że informacje GUS na temat obrotu nieruchomościami są podawane ze sporym opóźnieniem, ponieważ wymagają podsumowania danych pochodzących z aktów notarialnych. Dlatego obecnie dysponujemy statystykami dla 2019 r. oraz dwóch poprzednich lat. Wskazują one, że sprzedaż działek zabudowanych nieruchomościami mieszkaniowymi wyglądała następująco:Tabela – Sprzedaż działek zabudowanych nieruchomościami mieszkaniowymi w latach 2017 – 2019

Podane powyżej średnie ceny wydają się niskie, ale trzeba pamiętać, że uwzględniają one również wiejskie domy znajdujące się w gorszych lokalizacjach (często dość stare), a także drugie domy o charakterze rekreacyjnym. Dane GUS z 2019 r. potwierdzają, że lokalizacja miała spory wpływ na ceny. Działka z budynkiem mieszkalnym na terenie miast pełniących funkcję powiatu kosztowała bowiem średnio 410 000 zł. Analogiczny wynik dotyczący terenów wiejskich wynosił zaledwie 282 500 zł. Jeżeli zaś chodzi o województwa, to średnia cena działki z budynkiem mieszkalnym (najczęściej domem jednorodzinnym) wahała się od 228 300 zł (woj. świętokrzyskie) do 451 800 zł (woj. mazowieckie).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Ograniczenie ulgi abolicyjnej – zmiana przepisów od 2021 r.

Ulga abolicyjna została wprowadzona do polskiej ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych dnia 1 stycznia 2018 r. i co do zasady ograniczała negatywne skutki podwójnego opodatkowania dla podatników, którzy osiągali dochody z określonych źródeł za granicą. Ustawodawca zdecydował się na ograniczenie tej ulgi poprzez wprowadzenie limitów, przez co w praktyce od 1 stycznia 2021 r. przepisy o uldze abolicyjnej są praktycznie martwe. Jest to kolejna nowelizacja ustaw podatkowych wprowadzająca zasadniczo wyższe opodatkowanie oraz zmuszająca część podatników do zmiany sposobu rozliczeń. Pomimo zapewnień Wiceministra Finansów ulga dotyczyć będzie nie tylko podatników pracujących dorywczo (krócej niż 6 miesięcy) za granicą, którzy w jego ocenie nie płacą podatków w Polsce ani za granicą. Podatnicy powinni więc odpowiednio się przygotować, a w niektórych przypadkach zmienić sposób prowadzenia biznesu czy realizacji transakcji biznesowych.

Podstawy ulgi abolicyjnej

Ulga abolicyjna została opisana w przepisie art. 27g ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Jej istotą jest zniesienie negatywnych skutków jednej z metod unikania podwójnego opodatkowania, tj. proporcjonalnego odliczenia. Przepisy przewidują, że polscy rezydenci opodatkują zagraniczne dochody metodą wyłączenia z progresją, niezależnie od tego, jak metoda unikania podwójnego opodatkowania została przewidziana w umowie międzynarodowej.

Jej celem jest możliwość umorzenia określonej części bądź nawet całości podatku dochodowego od osiąganych dochodów w innym niż Polska kraju. Ulga abolicyjna dotyczy polskich rezydentów (nieograniczony obowiązek podatkowy) uzyskujących dochody wyłącznie za granicą. Dzięki tej konstrukcji prawnej podatnik może uniknąć podwójnego opodatkowania, a podatek dochodowy jest płacony w kraju, w którym podatnik uzyskiwał dochód.

Ulga abolicyjna ma zastosowanie do szeroko określonych źródeł przychodów z tytułu umów o pracę, spółdzielczego stosunku pracy, pracy nakładczej, stosunku służbowego, działalności wykonywanej osobiście, działalności gospodarczej, majątkowych praw autorskich i pokrewnych, a także działalności artystycznej, literackiej, naukowej, oświatowej i publicystycznej. Ulgą nie są objęte przychody z tytułu emerytur, rent, najmu, dzierżawy, kapitałów pieniężnych czy też odpłatnego zbycia nieruchomości lub ich części.

Warto też zaznaczyć, że z ulgi abolicyjnej można skorzystać niezależnie od faktu uiszczenia podatku za granicą (interpretacja ogólna z 31 października 2016 r. nr DD10.8201.1.2016.GOJ).

 

Ograniczenie ulgi abolicyjnej

Ustawodawca ustawą z dnia 28 listopada 2020 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2020 r. poz. 2123) zdecydował się na ograniczenie ulgi abolicyjnej poprzez wprowadzenie limitu odliczenia dla tej ulgi. Jak czytamy w uzasadnieniu projektu ustawy, zmiana była podyktowana wzrostem świadomości podatników oraz agresywną optymalizacją podatkową w zakresie tej ulgi, a także oszczędnościami budżetowymi.

Zmiana została dokonana poprzez odniesienie się w art. 27g ust. 2 do art. 27 ust. 1a pkt 1 ustawy o PIT, tj. zapisu, zgodnie z którym dla podstawy obliczenia podatku nieprzekraczającej kwoty 8 000 zł kwota zmniejszająca podatek wynosi 1 360 zł. Innymi słowy, podatnicy w dalszym ciągu będą mogli korzystać z ulgi abolicyjnej, jednak po przekroczeniu kwoty wolnej od podatku, czyli powyżej 8 000 zł zapłacą większy PIT. Podatnicy będą zobowiązani do dopłacenia różnicy wynikającej z zapłaconego za granicą podatku, a jego wartości w Polsce – po przekroczeniu 1 360 zł. Po przekroczeniu tej kwoty zastosowanie znajdą stawki 17% oraz 32%.

Powyżej wskazany limit nie dotyczy przypadku dochodów osiąganych poza terytorium Polski z tytułu pracy lub usług wykonywanych poza terytorium lądowym państw (w art. 12 ust. 1 i art. 13 pkt 8 lit. a i pkt 9 ustawy o PIT).

Praktyczne konsekwencje

Wprowadzenie limitów ograniczy planowanie podatkowe polegające przykładowo na prowadzeniu działalności gospodarczej przez polskiego rezydenta za pomocą spółki osobowej położonej w państwie, w którym jest ona traktowana jako spółka transparentna podatkowo, czyli przychód opodatkowany jest na poziomie wspólników. Dochody będą zatem podlegały opodatkowaniu w państwie położenia spółki osobowej, przy czym mogą one podlegać także zwolnieniu. Jednocześnie nie byłoby możliwe zastosowanie metody proporcjonalnego odliczenia z uwagi na ulgę abolicyjną.

Ponadto zmianie ulegną zasady rozliczeń podatkowych w szczególności dla podmiotów, w przypadku których głównym miejscem osiągania przychodów (np. ze stosunku o pracę czy z działalności gospodarczej) była np. Holandia, ale także Wielka Brytania, Irlandia czy Stany Zjednoczone. Kraj ten przoduje w statystykach Ministerstwa w zakresie korzystania z ulgi abolicyjnej. Na zmianach nie stracą zarabiający np. w Niemczech.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wzrost przychodów Miraculum w lutym o 62 proc. r/r

Notowana na rynku głównym GPW firma kosmetyczna Miraculum w lutym 2021 roku osiągnęła 2,7 mln zł przychodów, co oznacza wzrost względem analogicznego okresu 2020 roku o 62 proc. Na wyniki w minionym miesiącu miał wpływ organiczny wzrost sprzedaży we wszystkich kanałach oraz współpraca z sieciami Lidl oraz Aldi.

W lutym Miraculum przeprowadziło akcję marketingową z siecią Lidl (765 sklepów w Polsce). W związku ze zbliżającym się Dniem Kobiet do sprzedaży trafiły kosmetyki marki JOKO. W promocję włączyli się influencerzy na czele z ambasadorką marki – Joanną Jabłczyńską.  W minionym miesiącu spółka podjęła również współpracę z siecią Aldi (190 sklepów), gdzie dostępne były kosmetyki marki Pani Walewska. Obie akcje zostały bardzo dobrze odebrane przez klientów, co znacząco przełożyło się na wyniki sprzedaży.

– Sprzedaż kosmetyków z portfolio marek Miraculum wzrasta. Jest to efekt konsekwentnie realizowanej strategii spółki. Pracujemy nad poszerzeniem kanałów dystrybucji, jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów współpracy z siecią Lidl i Aldi. Tego typu akcje realnie przekładają się na wyniki sprzedaży, ale także zwiększają rozpoznawalność naszych brandów. Już planujemy kolejne wdrożenia – komentuje Sławomir Ziemski, członek zarządu Miraculum.

Narastająco, w okresie styczeń-luty 2021 roku przychody ze sprzedaży wyniosły 5,4 mln zł, co oznacza wzrost w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy 2020 roku o 13 proc.

Miraculum to polska firma kosmetyczna z prawie 100-letnią tradycją. Kosmetyki Miraculum powstają w oparciu o własne, oryginalne receptury, bazujące na nowoczesnych składnikach pochodzenia naturalnego. Spółka skupia w swoim portfolio 11 marek, w tym m.in. Pani Walewska, Joko, Chopin i Tanita. Cały proces produkcyjny odbywa się z dbałością o  środowisko naturalne.

Haitong Securities z wyższym zyskiem w 2020 r.

Haitong Securities wypracował w 2020 r. zysk netto na poziomie 1,4 mld EUR, co oznacza wzrost wyniku o ponad 14 proc. r/r. Poprawie uległy również przychody, które wyniosły 4,7 mld EUR (+9,5 proc. r/r) oraz EBIT na poziomie 2 mld EUR (+14,6 proc. r/r). Pomimo epidemii koronawirusa, właściciel Haitong Banku opublikował lepsze wyniki finansowe dzięki wzrostom na głównych rynkach finansowych na świecie oraz większym wolumenom transakcji.

Haitong Securities w 2020 r. pozostał stabilny operacyjnie we wszystkich segmentach biznesu. Instytucja zachowała silną strukturę kapitałową i wysoki poziom płynności. Świadczy o tym fakt, że na koniec ubiegłego roku aktywa Haitong Securities osiągnęły wartość 86,5 mld EUR, co oznacza wzrost o 8,9 proc. r/r.

Wyniki Haitong Securities za 2020 r. dobitnie pokazują, że zawirowania rynkowe, które w pierwszych tygodniach wybuchu pandemii koronawirusa wydawały się kryzysem, w kolejnych miesiącach stały się katalizatorem wzrostów dla rynków finansowych. Zarówno Haitong Securities, jak i Haitong Bank dzięki obecności na kluczowych rynkach na świecie, stali się beneficjentami nowej sytuacji, mogąc w nieprzerwany sposób świadczyć usługi swoim obecnym klientom i pozyskując nowych kontrahentów – mówi Ryszard Hermanowski, Head of Investment Banking Haitong Bank w Polsce.

Wzrost przychodów Haitong Securities jest efektem dobrych wyników na głównych rynkach finansowych na świecie, a także wyższych wolumenów obrotu papierami wartościowymi i liczby transakcji. Pomimo pandemii COVID-19, rynki kapitałowe w Szanghaju i Shenzen osiągnęły w 2020 r. trend wzrostowy i zwiększyły wartość obrotów w ujęciu r/r. Shanghai Stock Exchange Composite Index, który obejmuje wszystkie spółki notowane na giełdzie w Szanghaju wzrósł w minionym roku o 14 proc., a indeks Shenzhen Stock Exchange Component o 39 proc.

Powołano Komitet Transformacji Cyfrowej w Związku Cyfrowa Polska

Związek Cyfrowa Polska powołał nowy komitet zadaniowy ds. Transformacji Cyfrowej. Jego członkowie będą zajmować się kwestiami związanymi z wykorzystywaniem nowoczesnych rozwiązań technologicznych w biznesie i administracji, m.in. szerzenia idei paperless.

Do Komitetu Transformacji Cyfrowej weszły cztery firmy członkowskie: Asseco, Samsung, HPE i Amazon. – Komitet ma na celu promowania cyfrowych narzędzi, które pomogą przedsiębiorcom oraz administracji publicznej cyfryzować procesy w organizacjach. Chcemy również pokazywać, jakie korzyści wynikają z cyfryzacji biznesu i administracji oraz doradzać, jak rozpocząć cyfrową transformację – mówi prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. I dodaje: – Jeżeli chodzi o wdrażanie transformacji cyfrowej czy to w biznesie, czy w administracji, nie da się tego skutecznie zrobić bez konkretnych regulacji prawnych. Nowy komitet będzie mieć więc również za zadanie pokazywanie, gdzie i jak powinno zadziałać prawo, by cyfryzacja mogła odbywać się nie tylko na papierze, ale w realnym życiu.

Wśród legislacyjnych wyzwań, którymi zamierza zająć się komitet są m.in.: uregulowanie prawne pozwalające zaakceptować metodę wideoweryfikacji realizowaną w trybie automatycznym czy uznanie dokumentów opatrzonych podpisem własnoręcznym utrwalonym elektronicznie na równi z podpisanymi dokumentami papierowymi.

Komitet ds. Transformacji Cyfrowej chce się również zająć promowaniem idei paperless, budowaniem świadomości bezpieczeństwa procesów cyfrowych, podejmowaniem działań mających na celu edukowanie biznesu oraz młodych ludzi w zakresie rozwiązań cyfrowych.

Pierwszą aktywnością nowego komitetu jest trwająca już kampania #BiznesBezPapieru. Więcej o kampanii można przeczytać na stronie: www.biznesbezpapieru.pl.

Vivid Games zaprezentował wstępne wyniki za luty

Spółka postawiła na dużą inwestycję w pozyskanie użytkowników, zachowując stabilne przychody i spodziewa się w najbliższych miesiącach przełożenia wydatków inwestycyjnych na zysk.

„W lutym postawiliśmy na mocne inwestycje w płatne pozyskanie użytkowników. Był to duży wydatek, jednak niezbędny, by w najbliższych miesiącach znacząco poprawić wynik spółki. Systematycznie realizujemy założenia naszej strategii, utrzymujemy przychody na stabilnym poziomie i panujemy nad kosztami. W tym roku poszerzymy nasze portfolio o kilka mocnych pozycji, które przewidujemy w planie wydawniczym. Dodatkowo jesteśmy we wstępnej fazie oceny kolejnych gier i wiemy już, że wkrótce przedstawimy nowe, ekscytujące propozycje. Spodziewamy się, że kolejne premiery i poczynione inwestycje w UA przełożą się wymiernie na wyniki netto spółki w krótkiej perspektywie czasu. – podkreśla Jarosław Wojczakowski prezes Vivid Games, nawiązując do opublikowanych wczoraj wstępnych wyników za luty. Spółka narastająco wygenerowała w tym roku już 3,5 mln zł przychodów

W ostatnich dniach lutego rozpoczął się kolejny już soft launch zapowiedzianego na II kwartał 2021 Right Swipes. „Feedback, który otrzymaliśmy od użytkowników jest bardzo pozytywny i daje podstawy, by wierzyć w komercyjny sukces tytułu. Kupujemy użytkowników i prowadzimy różnego rodzaju AB testy, tak by finalny produkt zadziałał jak najlepiej.” – zdradza Patryk Batko Product Owner tytułu.

Poza wspomnianą wyżej premierą Right Swipes, spółka potwierdziła, że Mythical Showdown zadebiutuje na iOS i Android na przełomie II i III kwartału, a dzięki współpracy z QubicGames kilka tytułów z portfolio spółki trafi w najbliższych miesiącach na Nintendo Switch.

Połowa restauracji, klubów i hoteli zawiesiła działalność lub została zlikwidowana

Rok po wybuchu pandemii Covid-19 w Polsce i wprowadzeniu pierwszego lockdownu prawie połowa lokali z szeroko rozumianej branży gastronomicznej i eventowej zawiesiła działalność lub została zlikwidowana.

Obecnie, na początku marca 2021, widoczny jest wyraźny podział na trzy segmenty w ramach szeroko pojętej branży horeca i eventowej:

  • Restauracje i kawiarnie – większość (60%) działa na wynos
  • Kluby i przestrzenie eventowe – większość (70%) zawiesiło działalność
  • Hotele – większość (84%) działa zgodnie z reżimem sanitarnym
  • W czym zatem upatrywać nadziei?

– Polacy są spragnieni wyjścia z domów i ponownego otwarcia lokali rozrywkowych. W ciągu minionych 12 miesięcy restauracje i kluby opublikowały najpopularniejsze posty w mediach społecznościowych w maju 2020 roku, gdy informowały o otwarciu po pierwszym lockdownie. Lokale otrzymują pozytywne sygnały od klientów i bardzo liczą na „popyt odroczony” – komentuje Tomasz Szczęśniak współzałożyciel i prezes portalu Briefly.gastro i hotele pandemia

Załamanie branży – kłopoty restauracji, klubów i przestrzeni eventowych

Równie smutny fakt co skala likwidacji i tymczasowych zamknięć jest ta dana: jedynie 5% lokali zdołało całkowicie zmienić profil działalności, by móc dalej funkcjonować w epidemicznej rzeczywistości. Zazwyczaj polegało to na rozpoczęciu oferowania cateringu w dostawie lub zamiast organizowania przyjęć okolicznościowych, to wynajmowanie przestrzeni do pracy biurowej (szkolenia, warsztaty).

Ewa Urbańska z klubu Czerwony Fortepian z Kielc wskazuje, które momenty w minionym roku były najtrudniejsze: – Pierwsze zamknięcie, które wywołało totalny szok (lockdown był wówczas całkowity) oraz drugie, październikowe zamknięcie, gdy zostaliśmy z towarem dopiero co kupionym. Zamknięcie było w piątek, a towary na weekend przywozimy w czwartek. To było nie tylko nieprzyjemne, ale też dla nas bardzo kosztowne.

W podobnym tonie wypowiada się Maciej Marks, współwłaściciel Klubokawiarni Jaś i Małgosia z Warszawy: – Ostatnie 12 miesięcy przyniosły spadek obrotów o 40-80% i zysków o 50-90%. Psychicznie najtrudniejsze były ostatnie dni przed pierwszym zamknięciem – wówczas nastąpił gwałtowny spadek sprzedaży bez perspektyw na polepszenie sytuacji.kłopoty restauracji, klubów i przestrzeni eventowych

Rynek dostaw jedzenia

Przed pierwszym zamknięciem branży gastronomicznej w marcu 2020 restauracje (z wyjątkiem np. pizzerii) nie inwestowały w promowanie ofert na wynos. Nie był to segment działalności, który przynosił zyski porównywalne z serwowaniem jedzenia na miejscu.

Epidemia Covid-19 i zamrożenie gospodarki wymusiły skokowy wzrost liczby lokali gastro, które oferują dania na wynos i z dostawą.

Rynek dostaw jedzenia jest z pewnością największym (i raczej jedynym) zwycięzcą okresu pandemii. Ale wobec wysokich prowizji największych platform, restauratorzy próbują zachęcić klientów do odbiorów osobistych: oferują zniżki przy odbiorze osobistym (zamiast w dostawie), a czasem po prostu wprost proszą klientów o zamawianie bezpośrednio, a nie przez pośredników typu Pyszne, Uber Eats, czy Wolt.na wynos

Formy pomocy dla restauracji, klubów, sal bankietowych

Dla branży gastronomicznej i ratunkiem były i są: 

  • sprzedaż na wynos i z dostawą
  • pomoc publiczna i samorządowa (zwolnienia pracowników z ZUS, dotacje do pensji w ramach tarcz antykryzysowych, obniżki czynszów i opłat)
  • współpraca z instytucjami finansowymi (odroczenie spłat kredytów, niskooprocentowane kredyty pomostowe)

Branża eventowa praktycznie polega wyłącznie na dotacjach i ulgach państwowych.

Wsród przedstawicieli lokali opinie nt. pomocy ze strony państwa są podzielone:

  • Wartość pomocy państwowej, obok uruchomienia sprzedaży na wynos i w dostawie, pozwoliła utrzymać działanie lokalu bez konieczności czasowego zamknięcia (Maciej Marks, Jaś i Małgosia z Warszawy).
  • Skorzystaliśmy ze zwolnień ZUS i wypłat tzw tarczy antykryzysowej. Zamierzamy z tego korzystać do końca zamknięcia branży. Pomoc ze strony Państwa w skali makro brzmi imponująco, ale w skali małych firm i realnego pomagania ta „pomoc” to śmieszna sprawa. (Ewa Urbańska, Czerwony Fortepian z Kielc)
  • Lokal funkcjonował na 25% swoich możliwości. Gości było zdecydowanie mniej i rzadziej decydowali się na usługi. Najtrudniejszy moment nastąpił, gdy rząd zakazał wynajmu lokali na imprezy – od tamtego momentu nie możemy pracować. Nie otrzymaliśmy też żadnej pomocy państwowej. (Piotr, współwłaściciel Grindhouse Warsaw).

Wszelkie inne formy pomocy (zbiórki wśród klientów, sprzedaż voucherów, akcje w serwisach społecznościowych) miały raczej marketingowy charakter i jedynie sporadycznie gwarantowały realne wsparcie dla lokali. W naszym raporcie przyjrzeliśmy się szczegółowo poszczególnym akcjom wspierającym lokale.

Medicover przejmuje kolejną sieć klubów fitness

Z początkiem marca Medicover stał się właścicielem sieci ekskluzywnych klubów fitness – Holmes Place. Inwestor zapowiada dalszy rozwój placówek z zachowaniem dotychczasowego standardu, brandingu oraz know-how marki Holmes Place. Transakcja ma związek ze strategią firmy Medicover, który od kilku lat skutecznie realizuje intensywny rozwój swojej działalności nie tylko w zakresie usług zdrowotnych, ale i wellbeingu, sportu oraz rekreacji.

Znana sieć klubów fitness – Holmes Place – z początkiem marca dołącza do portfolio Medicover, które nabyło 100% udziałów firmy. To już kolejna akwizycja Medicover w branży fitness. W ub. roku Medicover stał się właścicielem sieci klubów Fitness World w Polsce, a w 2018 r. przejął operatora pakietów sportowych dla pracowników – OK System (dziś: Medicover Sport). Ambicją firmy jest dalszy rozwój i wzmocnienie swojej pozycji w świecie sportu.

Konsekwentnie rozszerzamy nasze udziały na rynku usług fitness, włączając do naszego portfolio markę Holmes Place, która od 15 lat jest synonimem klasy premium w kategorii klubów sportowych. Ta inwestycja to kolejny przykład naszego zaangażowania w promocję zdrowego trybu życia, wellbeingu, sportu i rekreacji – mówi Artur Białkowski, Dyrektor Zarządzający Business Services, Medicover Polska.

Bardzo cieszymy się , że możemy mieć tak mocną markę w swoim portfolio. Chcemy kontynuować rozwój Holmes Place w Polsce i wspólnie wypracowywać przyszłą ofertę, jak również zależy nam na współpracy z obecnymi pracownikami – dodaje.

Misją Holmes Place od samego początku istnienia jest inspirowanie ludzi do zdrowego, aktywnego i zbalansowanego stylu życia. Dziś wiemy, że podobne wartości wyznaje Medicover. Dlatego wierzymy, że włączenie marki Holmes Place w Polsce do Medicover to przemyślany krok rozwoju dla naszej sieci, a także naszych pracowników. Dziś Medicover ma mocną pozycję na rynku usług medycznych, ale także coraz bardziej rozwija się w obszarze sportu i rekreacji. To gwarantuje nam lepszy rozwój i wzmocnienie obecnej pozycji
– komentuje Anna Bogucka, COO Holmes Place.

Bardzo się cieszę, że firma Medicover jest nowym właścicielem klubów Holmes Place Poland, a tym samym rozszerza swoją działalność w sektorze fitness. W Holmes Place od wielu lat wierzymy, że aktywność fizyczna jest najlepszym sposobem dbania o zdrowie fizyczne i psychiczne. Cieszy nas również, że dostawcy usług medycznych w coraz większym stopniu kierują się w stronę profilaktyk i promocji zdrowego stylu życia. Firma Medicover dysponuje wysokiej jakości ofertą usług medycznych, solidnymi zasobami finansowymi i wnikliwą znajomością polskiego rynku, więc jest to zapowiedź bardzo dobrej i ekscytującej współpracy – dodaje Jonathan Fisher, CEO Holmes Place Brands.

Szczerze dziękuję całemu zespołowi Holmes Place w Polsce za lojalność, oddanie wizji i wartościom Holmes Place – podsumowuje Jonathan Fisher.

Holmes Place to międzynarodowa sieć klubów fitness z ponad 40-letnią tradycją. Pierwszy klub pod marką Holmes Place został otwarty w 1980 roku Chelsea w Londynie, natomiast pierwszy klub Holmes Place w Polsce w 2006 roku. Kluby Holmes Place to miejsce idealne dla każdego, kto szuka różnorodnych form aktywności i wypoczynku. W ofercie znajdują się wszystkie usługi, udogodnienia i atrakcje, jakie powinien zawierać klub sportowy dla wymagających klientów, pasjonatów aktywnego stylu życia.

Wykwalifikowani trenerzy ustalają indywidualny program treningowy, zajęcia grupowe fitness aż po najnowsze formy treningów. Oferowane usługi fizjoterapeutyczne, pomogą zregenerować się szybciej, jednocześnie redukując stres. Ponadto Holmes Place wprowadził na polski rynek pionierską usługę profesjonalnego Treningu Personalnego dla swoich klubowiczów, a pierwszym i honorowym członkiem klubu została dziennikarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska.

Na ten moment usługi Holmes Place będą nadal dostępne dla posiadaczy członkostw Holmes Place.
Obecnie w Warszawie są trzy kluby: Holmes Place Premium Hotel Hilton, Holmes Place Premium Hotel Marriott oraz Holmes Place Fitness C.H. Skorosze. Jeden klub działa we Wrocławiu w znanym futurystycznym kompleksie OVO.

Holmes Place posiada swoje kluby w 8 krajach, łącznie jest to 95 klubów. Aktualnie kluby Holmes Place w Polsce pozostają zamknięte ze względu na obowiązujące obostrzenia związane z pandemią koronawirusa.

Ile utargujesz u dewelopera w 2021 roku?

Początek roku 2021 rozpoczął się optymistycznie na rynku nieruchomości, na co z pewnością wpłynęły dobre dane za rok poprzedni. Ostatecznie okazało się, że kryzys związany z COVID – 19 nie odbił się mocno na popycie na mieszkania. Ciągle utrzymuje się wysoka koniunktura.

Sprawdziliśmy, ile klienci zainteresowani nowym mieszkaniem są obecnie w stanie utargować z deweloperami i jakimi promocyjnymi ofertami kuszą wiosną 2021.

Zanim jednak do tego przejdziemy, kilka zdań trzeba poświęcić na opis sytuacji rynkowej. Jak już wspomnieliśmy – ostatecznie rynek nieruchomości właściwie nie ucierpiał z powodu pandemii. Mocny spadek sprzedaży i lekką korektę cen widać było tylko w drugim kwartale zeszłego roku, a więc w czasie tzw. lockdownu, kiedy obrót nieruchomościami był nieomal zastopowany przez kwarantannę, zamknięcie gospodarki itp. Później jednak sytuacja szybko wracała do normy i już latem 2020 roku nastąpiło odbicie. Dobra koniunktura utrzymała się do końca roku.

Aktualnie na wszystkich wiodących rynkach widoczne są zwyżki cenowe, stawki na koniec roku 2020 pozostawały wyraźnie wyższe, niż rok wcześniej.

Obecnie w Warszawie – (ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w IV kw. 2020 – dane NBP) metr kwadratowy nowego mieszkania kosztuje średnio 10261 zł. Rok do roku przeciętne stawki wzrosły o 800 zł – z 9476 zł, co daje wzrost cen o ponad 8 procent.

W Krakowie średnio za m2 nowego mieszkania płaci się 8685 zł. Rok do roku mieszkania w stolicy Małopolski podrożały o nieco ponad 400 zł.

W Gdańsku zwyżka cen była znacznie większa. Średnie stawki za nowe mieszkania w ciągu roku poszły w górę z 8585 zł do 9401, co stanowi wzrost o ponad 9,5 proc.

We Wrocławiu na koniec 2019 roku za 1 mkw. nowego mieszkania płaciło się 7634 zł. Na koniec ubiegłego roku średnie stawki wynosiły 8233 zł. Daje to wzrost w ciągu 12 miesięcy na poziomie niecałych 8 procent.

W przypadku Poznania ceny poszły w górę nieznacznie – o niecałe 3 proc. Na koniec 2019 roku za 1 mkw. płaciło się w tym mieście 7397 zł. Na koniec 2020 było to 7611 zł.

Jeśli chodzi o Łódź – tu wzrost stawek był wyraźniejszy. Na koniec 2019 roku płaciło się za 1 mkw. średnio 6026 zł. Rok później było to 6624 zł, co daje nieomal 10 procentowy wzrost cen.

Jak więc widzimy – mimo pandemicznego roku 2020 mieszkania na wszystkich głównych rynkach drożały. Podane stawki to ceny transakcyjne, a więc te, które ostatecznie przekładały się na cenę na umowie. Czy koniunktura, z którą ciągle najwidoczniej mamy do czynienia, to dobry czas na negocjacje z deweloperem? Czy i ile można ugrać? Sprawdziliśmy – porównując ceny ofertowe i transakcyjne z ostatniego zakończonego kwartału, czyli z IV kw. 2020.ceny mieszkań

Jak widzimy, możliwość negocjacji cen i ugrania lepszych warunków u deweloperów wygląda różnie, w zależności od rynku. Z danych NBP wynika, że naprawdę sporo da się utargować w Krakowie. Tu różnica cen w ofertach i transakcjach wynosi średnio blisko 10000 na metrze kwadratowym. To oznacza, że realna, średnia cena 50 metrowego mieszkania w grodzie Kraka jest o 50 tys. zł niższa niż w ofertach deweloperskich. Różnica cen wynosi blisko 10 proc.

Kupujący w Warszawie i Gdańsku również mogą utargować niemało. Tak przynajmniej wynika z danych opublikowanych przez NBP. Na obu tych rynkach różnice między cenami ofertowymi a realnymi wynoszą średnio 500 zł/mkw., co przy zakupie 50 mkw. daje 25 tys. mniej od stawek podawanych na bilbordach i folderach reklamowych.

To by z kolei znaczyło, że w tych ośrodkach popyt nie jest jednak aż tak wysoki, jak mogłyby sobie życzyć firmy deweloperskie. Za to zrównoważony poziom cen obserwujemy w Łodzi i Poznaniu. Tu stawki z ofert i realne ceny transakcyjne nie różnią się mocno, co znaczy, że podaż i oczekiwania cenowe są dobrze dostosowane do rzeczywistego popytu.

Promocje deweloperskie w Warszawie wiosną 2021

Statystyki oparte na średnich cenowych są narzędziem niedoskonałym – uwzględniają zarówno budownictwo popularne, a więc tanie, a także to z najwyższej półki. Stąd dane o średnich cenach mogą nie oddawać realiów rynkowych z punktu widzenia tzw. zwykłego Kowalskiego. Dlatego sprawdziliśmy również – na podstawie ofert z RynekPierwotny.pl, ile rzeczywistego upustu są w stanie zaproponować deweloperzy.

Na rynku stołecznym wachlarz promocji, które oferują firmy deweloperskie, jest spory. Najczęściej w grę wchodzą upusty cenowe na wybrane mieszkania, wykończenie i projekt w korzystnej cenie, darmowe miejsca parkingowe.

Jaki rabat można uzyskać kupując nieruchomości w Warszawie? Dla przykładu – jeden z deweloperów na Bemowie (Metro Połczyńska) oferuje rabaty do 20 tys. zł. Na Żeraniu można uzyskać rabat w wysokości 15 tys. zł (Myśliborska 1). Na Rembertowie, inwestor projektu Park Leśny Rembertów proponuje dwa naziemne miejsca parkingowe za złotówkę. Z kolei na Białołęce (Twórcza Home) deweloper oferuje projekt i wykończenie w cenie 349 zł/mkw. Na Wilanowie (Tulip Wilanów) jedna z firm kusi klientów cenami mieszkań od 8900 zł/mkw. , a więc znacznie poniżej średniej dla całego miasta. Na Białołęce najtańsze 35 – metrowe kawalerki w inwestycji Miasto Moje kupimy za 280 tys. zł, a ceny 1 mkw. zaczynają się od 6800 zł. W Ursusie można natomiast znaleźć mieszkania w promocyjnych cenach od 7600 zł/mkw. (Ursus Centralny).

Jak widzimy – wybór promocji jest całkiem spory. Oczywiście, każdą taką ofertę należy dobrze przeanalizować – przede wszystkim upewnić się, czy naprawdę jest promocyjna, czy też oferuje upusty, które w efekcie dają ceny zbliżone do stawek za inne mieszkania w okolicy. Warto też dokładnie zapoznać się z warunkami promocji i skalkulować wartość bonusów – takich jak wykończenie, umeblowanie gratis itp.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

Małe i średnie firmy chcą się szczepić, aby szybko wrócić do pracy

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące inwestycji i planów związanych z zatrudnieniem:

  • NOWOŚĆ:70 proc. przedsiębiorców zdecydowałoby się zaszczepić pracowników, gdyby była taka możliwość. Najwięcej – w branży handlowej. Wskazywali, że zdecydowaliby się na ten krok, ponieważ szczepienia zabezpieczą pracowników przed koronawirusem (71 proc.), a także zwiększą poczucie bezpieczeństwa w firmie (68 proc.).
  • Tylko 13 proc. przedsiębiorstw planuje inwestycje w najbliższych trzech miesiącach. Ale aż 79 proc. nie ma takich zamiarów.
  • Te, które chcą się rozwijać:

– kupią nowe maszyny i sprzęt – 62 proc.

– rozbudują systemy IT – 26 proc.

– kupią lub wydzierżawią nowe lokale – 13 proc.

– zamówią półprodukty i komponenty – 13 proc.

  • 77 proc MŚP nie planuje zatrudnienia nowych pracowników. Tylko 15 proc. jest gotowych zwiększyć stan załogi, przy czym „zdecydowanie tak” mówi jedynie niecałe 3 proc. przedsiębiorców.
  • Jeśli chodzi o model pracy, to wygląda, że MŚP wróciły do fabryk, biur i na place budów. Aż 64 proc. firm przyznaje, że w całości wykonuje swoje obowiązki na miejscu. Tylko nieco ponad 2 proc. mówi, że pracuje w pełni zdalnie.
  • 66 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać obecny model pracy po zakończeniu epidemii.

Pandemia powstrzymuje małe i średnie firmy przed inwestowaniem i zatrudnianiem nowych osób, a praca zdalna jest dla nich dużym wyzwaniem. 70 proc. przedsiębiorców chętnie zaszczepiłoby swoich pracowników, gdyby mieli taką możliwość – wynika z 7. edycji badania „KoronaBilans MŚP” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W najnowszej edycji cyklicznego badania KRD „KoronaBilans MŚP” przedsiębiorcy zostali zapytani, czy gdyby była taka możliwość, zaszczepiliby swoich pracowników. Aż 70 proc. odpowiedziało, że tak – najwięcej w branży handlowej. Wskazywali, że zdecydowaliby się na ten krok, ponieważ szczepienia zabezpieczą pracowników przed koronawirusem (71 proc.), a także zwiększą poczucie bezpieczeństwa w firmie (68 proc.). Prawie 22 proc. uważa, że szczepienia zorganizowane przez firmę byłyby szybko zrealizowane. Z kolei przedsiębiorcy, którzy nie zaszczepiliby swoich pracowników, a jest ich 10 proc., argumentują, że jest to indywidualna decyzja pracownika. Dla blisko 7 proc. koszty akcji byłyby zbyt wysokie. Natomiast aż 40 proc. obawia się brania na siebie odpowiedzialności za skutki uboczne szczepionki.KoronaBilans MŚP

Opór przed inwestowaniem

Bieżąca edycja „KoronaBilansu MŚP”, który od początku pandemii bada sytuację ekonomiczną małych i średnich firm, pokazuje, że nadal utrzymuje się duży opór przed inwestowaniem. Tylko 13 proc. przedsiębiorstw zamierza w najbliższych trzech miesiącach wydać pieniądze na rozwój. Ale aż 79 proc. nie ma takich planów. W poprzedniej fali badania było to odpowiednio 12 proc. i 80 proc.

Decyzja o inwestowaniu w obecnej rzeczywistości gospodarczej nie jest łatwa. Najnowsze dane GUS pokazują, że w czwartym kwartale ubiegłego roku spadek PKB sięgnął 2,8 procent rok do roku. To więcej niż w trzecim kwartale, gdy PKB zmniejszyło się o 1,5 procent. W całym 2020 roku PKB zmalał o ponad 130 mld zł, na co wpływ miało między innymi ograniczenie inwestycji aż o prawie 11 procent. Widać to także w naszym badaniu. Przedsiębiorstwa zamiast się rozwijać, wolą akumulować gotówkę, aby móc finansować bieżącą działalność. Ta wstrzemięźliwość, co zrozumiałe, jest podyktowana niepewnością panującą w gospodarce – ocenia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Technologie przed gruntem

Małe i średnie firmy, które zdecydowały się przeznaczyć pieniądze na inwestycje, przede wszystkim kupią nowe maszyny i sprzęt. Jest to 62 proc. wskazań – najwięcej od początku badania. Ta kategoria od początku cieszy się największą popularnością. Natomiast 26 proc. przedsiębiorców rozbuduje systemy IT, takie jak strony www, aplikacje, czy sklepy on-line (26 proc.), a co 10. ma w planach remont lub prace budowlane.

Jeśli chodzi o inwestycje w rozwiązania IT, to analizując wyniki wszystkich fal badania, widać, że „pospolite ruszenie” miało miejsce na początku epidemii koronawirusa, kiedy małe i średnie firmy gwałtowanie przenosiły działalność do Internetu. Wówczas zrobiła to prawie 1/3 z nich. Najnowszy sondaż pokazuje jednak, że przedsiębiorcy nadal wprowadzają rozwiązania informatyczne, które ułatwiają im funkcjonowanie na rynku.

Ponadto 13 proc. firm zamierza kupić lub wydzierżawić nowe lokale, a tyle samo – zamówić półprodukty i komponenty. Najmniejszym zainteresowaniem cieszy się obecnie zakup gruntów – tylko niecałe 8 proc.Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów

– Większość firm na szczęście ma jeszcze pieniądze, bo wciąż zatrudniają pracowników i prosperują. Kłopotem są jednak inwestycje, z których przedsiębiorcy zrezygnowali w pierwszej kolejności w kryzysie. Jednak nie wszyscy. Okazuje się, że plany inwestycyjne rosną wraz z wielkością przedsiębiorstwa. O ile w przypadku mikrofirm zaledwie 6 proc. przedsiębiorstw myśli o inwestowaniu, o tyle w przypadku firm średnich takie plany ma już ponad sześć razy więcej podmiotów. Nie dziwi też fakt, że największą świadomość inwestycji obserwujemy w przedsiębiorstwach produkcyjnych, bo właśnie one w pandemii prosperują najlepiej – zauważa Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Zdaniem eksperta NFG, jeśli już przedsiębiorcy przeznaczają na coś większą ilość gotówki, to raczej na utrzymanie firmy niż działania prorozwojowe. Tymczasem nie tędy droga: bez inwestowania chociażby w nowoczesne technologie łatwo stracić konkurencyjność na rynku.

– Firmom, które mają wolne środki w budżecie, radziłbym przeznaczyć je na inwestycje, które gwarantują rozwój i konkurencyjność, a działalność operacyjną, bieżącą sfinansować na przykład faktoringiem, który chroni płynność finansową przedsiębiorstwa i zapewnia stabilność – dodaje Dariusz Szkaradek.

Rynek pracy w zastoju

Rynek pracy nie jest już chłonny. 77 proc MŚP nie planuje zatrudnienia nowych pracowników w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Tylko 15 proc. jest gotowych zwiększyć stan załogi, przy czym odpowiedzi „zdecydowanie tak” udzieliło jedynie niecałe 3 proc. przedsiębiorców. Jest to wynik najbliższy pierwszej fali badania, kiedy zadeklarowało tak zaledwie 2 proc. Obecnie co 9. firma nie podjęła jeszcze decyzji dotyczącej zatrudnienia.

W dużej mierze wynika to tego, że na rynku pracy dokonały się już roszady. Część osób, które w ubiegłym roku straciły pracę, znalazła nowe zatrudnienie, a część jeszcze szuka, bo nowych miejsc nie przybywa tak szybko jak przed pandemią. Sektor MŚP nasycił się pracownikami i stąd chwilowy zastój – wyjaśnia Adam Łącki.

Przedsiębiorstwa, które deklarują przyjęcia pracowników, zamierzają powiększyć załogę o ¼ dotychczasowego stanu (blisko 70 proc. wskazań). Z kolei 4,5 proc. zatrudni dodatkowe osoby w przedziale 26-50 proc. obecnego składu. Ale aż 1/4 nie jest w stanie podać, o ile zwiększy etaty.redukacja zatrudnienai

Zwolnienia planuje 11 proc. firm, co jest wynikiem najbliższym początku pandemii, kiedy wskazywał tak co 4. przedsiębiorca z sektora MŚP. W kolejnych edycjach odsetek ten utrzymywał się na poziomie kilku procent, ale w przedostatniej edycji sięgnął już 10 proc.

Praca zdalna dla wybranych

Jeśli chodzi o model pracy, to wygląda, że MŚP wróciły do fabryk, biur i na place budów. Aż 64 proc. firm przyznaje, że w całości wykonuje swoje obowiązki na miejscu. Tylko nieco ponad 2 proc. mówi, że pracuje w pełni zdalnie. Na dodatek 66 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać obecny model pracy po zakończeniu epidemii. Nikt nie deklaruje, że w najbliższych trzech miesiącach wprowadzi w 100 proc. model pracy zdalnej. Spośród firm, które jeszcze nie przestawiły się na home office, aż 54 proc. nie planuje tego zrobić w najbliższych trzech miesiącach.


VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

GDDKiA: dobre perspektywy dla wykonawców inwestycji drogowych

Choć sezon budowlany oficjalnie rusza dopiero w przyszłym tygodniu, to tam, gdzie pozwalała na to technologia, prace były prowadzone nieprzerwanie. Inwestycje na drogach krajowych realizowane są zgodnie z harmonogramem, a polskich budów nie zatrzymała ani zima, ani trwająca epidemia COVID-19. Podczas spotkania z przedstawicielami firm wykonawczych, które odbyło się online 10 marca, podsumowaliśmy 2020 rok, przedstawiliśmy plany na kolejne lata oraz dyskutowaliśmy na temat zmian w zakresie realizacji inwestycji.

Roboty budowlane – intensywny rok 2020

W Polsce dostępnych dla kierowców jest 4269 km dróg szybkiego ruchu (1712 km autostrad i 2557 km dróg ekspresowych). Na etapie realizacji znajdują się 102 zadania z rządowego PBDK o łącznej długości 1313,1 km oraz 3 obwodnice z PB100 o łącznej długości 19,9 km. 25 zadań z PBDK (o długości 355,6 km) i 10 obwodnic, które zrealizowane zostaną w ramach PB100 (o długości 87,2 km), jest na etapie przetargu. Kolejne zadania o łącznej długości niemal 2900 km są obecnie w przygotowaniu.

Zeszły rok był dla nas czasem wytężonych działań. W 2020 r. w ramach PBDK i PB100 ogłosiliśmy przetargi na 48 odcinków nowych dróg o łącznej długości ok. 600,2 km. Podpisaliśmy też 35 umów na realizację o łącznej długości 450 km i wartości ponad 18 mld zł. Warto też wspomnieć, że wydatki inwestycyjne GDDKiA wzrosły z 10,95 mld zł w 2019 r. do 15,35 mld zł w 2020 r., co stanowiło istotny zastrzyk finansowy dla branży budowlanej oraz pozytywny impuls gospodarczy w trudnym czasie zmagań z epidemią COVID-19.

2020 rok to także szereg działań na istniejącej sieci dróg krajowych. Ogłosiliśmy 129 przetargów na roboty, podpisaliśmy 121 umów oraz zakończyliśmy 112 inwestycji.

2021 rok – podpisane umowy i ambitne plany

W bieżącym roku podpisaliśmy już sześć umów na realizację nowych zadań o łącznej długości ok. 87,9 km i wartości ponad 2,2 mld zł.

W planach na 2021 r. mamy ogłoszenie przetargów na realizację 347 km nowych dróg, w tym 26 odcinków o łącznej długości 313 km w ramach PBDK oraz 6 odcinków o łącznej długości 34 km w ramach PB100.

W zakresie zadań na istniejącej sieci planujemy 96 przetargów (do kwoty 100 mln zł) na przebudowy i rozbudowy dróg o długości ok. 255 km. Ich szacunkowa wartość to niemal 1,8 mld zł. W tym roku planujemy także zakończenie 76 robót (o wartości od 0,35 do ok. 120 mln zł) w zakresie m.in. rozbudowy i przebudowy dróg.

Priorytety inwestycyjne na 2021 rok

W 2021 r. planujemy oddać do ruchu niemal 400 km nowych dróg. W woj. podlaskim będą to cztery odcinki drogi ekspresowej S61 o łącznej długości 59 km. W woj. kujawsko-pomorskim oddanych zostanie niemal 10 km drogi ekspresowej S5, a w woj. śląskim podobnej długości odcinek S1. Ponad 13 km drogi ekspresowej S7 planowane jest do oddania w woj. małopolskim. Plany dla województwa lubelskiego to pięć odcinków drogi ekspresowej S19 oraz jeden odcinek S17, które mają łączną długość ok. 64 km.

W woj. łódzkim do końca roku planujemy oddać do ruchu ok. 40 km autostrady A1, a w woj. warmińsko-mazurskim ok. 77 km ekspresówek (trzy odcinki S7 i jeden ponad 20-kilometrowy odcinek S61). W woj. opolskim planujemy oddać dwa odcinki (S11 i GP46) o łącznej długości ok. 18 km, a w woj. podkarpackim dwa odcinki drogi ekspresowej S19 oraz dwa odcinki drogi klasy GP (główna ruchu przyspieszonego) – obwodnica Stalowej Woli i Niska w ciągu DK77 i obwodnica Łańcuta w ciągu DK94. Ich łączna długość to ok. 37 km. Trzy odcinki (dwa odcinki S3 i jeden GP26) oddane zostaną w woj. zachodniopomorskim, a jeden (S3 o długości 14 km) w woj. dolnośląskim. Plany dla Mazowsza zakładają oddanie do końca roku trzech odcinków nowych dróg (S7, S2, GP61) o łącznej długości 14 km.

2022 rok – planowane nowe przetargi

Warunkiem ogłoszenia przetargu na roboty budowlane jest otrzymanie rzetelnej i kompletnej dokumentacji. W 2022 roku planujemy odbiór dokumentacji dla 23 zadań w ramach PBDK o łącznej długości prawie 300 km oraz 8 zadań w ramach PB100 o łącznej długości niemal 60 km. Pozwoli nam to ogłosić przetargi na realizację tych inwestycji.

Program Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej

Zadania realizowane przez GDDKiA to nie tylko PBDK i PB100. 23 lutego br. Rada Ministrów przyjęła Program Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021 – 2024. Program dedykowany jest sieci dróg krajowych. Podejmowane w ramach programu działania będą ukierunkowane na zwiększenie ochrony uczestników ruchu oraz stworzenie bezpiecznej infrastruktury drogowej. Efektem będzie zmniejszenie liczby wypadków i ich ofiar. Na ten cel z Krajowego Funduszu Drogowego przeznaczone zostanie 2,5 mld zł.

Zaangażowanie wykonawców, składane oferty

Podczas spotkania przedstawiono listę 20 największych wykonawców realizujących działania na rzecz GDDKiA. Ich portfele zamówień mieszczą się w przedziale od 0,12 mld zł do 8,28 mld zł.

Wartość najtańszych składanych ofert w 2020 r. (39 przetargów) wahała się między 45,9 a 141,8 proc. szacunków GDDKiA (średnia wartość najtańszej oferty: 80,8 proc.). Średnia ze wszystkich ofert wahała się między 55,7 a 161,1 proc. szacunków GDDKiA (ogólna średnia to 95,7 proc.).

W dotychczasowych 20 przetargach w 2021 roku najtańsze oferty wahały się w przedziale między 53,4 a 99 proc. szacunków GDDKiA (średnia wartość najtańszej oferty: 70,9 proc.). Średnia ze wszystkich ofert wahała się między 59 a 126,8 proc. szacunków GDDKiA (ogólna średnia to 84,2 proc.).

GDDKiA

BitBay nawiązał współpracę ze szwajcarskim SEBA Bank

Największa giełda kryptowalut w Europie Środkowo-Wschodniej BitBay nawiązała współpracę ze szwajcarskim SEBA Bankiem, liderem smart-bankingu. Wyznaczanie potencjalnych obszarów partnerstwa między dwoma podmiotami staje się początkiem nowego standardu wydajności, bezpieczeństwa i elastyczności w zakresie wirtualnego finansowania przedsiębiorstw i tokenizacji aktywów.

Jak wynika z szacunków Cambridge Centre for Alternative Finance, obecnie na świecie ponad 100 mln ludzi posiada cyfrowe aktywa. W porównaniu do 2018 roku oznacza to wzrost o 189 proc[1]. Zdaniem ekspertów, kryptowaluty są przyszłością cyfrowych transakcji, a najbliższe lata upłyną pod znakiem dynamicznego rozwoju branży. Zagwarantowanie bezpieczeństwa operacji na kryptoaktywach jest dzisiaj niezbędnym działaniem. Dostrzegła to giełda kryptowalut z największą liczbą użytkowników w regionie CEE BitBay, która nabyła jednostki inwestycyjne od szwajcarskiego lidera innowacyjnej bankowości. SEBA Bank zapewnia elastyczny, bezpieczny i łatwy w użyciu pomost między aktywami cyfrowymi i tradycyjnymi. Bank ogłosił emisję akcji serii B posiadaczom jednostek inwestycyjnych jako tokeny bezpieczeństwa w łańcuchu blokowym, stając się pierwszym bankiem, który tokenizuje udziały kapitałowe.

Dzięki nowym przepisom DLT pojawiły się prawne regulacje dotyczące zabezpieczenia zarejestrowanych akcji, takich jak tokeny oferowane przez SEBA Bank. Aktywa są wydawane i przechowywane w ramach cyfrowego depozytu bankowego w środowisku regulowanym przez FINMA, dzięki czemu są w pełni zgodne ze szwajcarskim prawem prywatnym i korporacyjnym. Tokeny są oparte na protokole ERC20 i zaprojektowane w celu umożliwienia bezproblemowej łączności w zakresie handlu i płynności w uznanych na świecie cyfrowych systemach płatności.

BitBay to największa giełda cyfrowych walut w Europie Środkowo-Wschodniej i trzecia pod względem wielkości w Europie. Giełda zadebiutowała w 2014 roku i od tamtego czasu zgromadziła blisko milion użytkowników, realizując 125 transakcji na minutę.

Rozwój regulacji prawnych sprawia, że Szwajcaria staje się jednym z najbardziej przyjaznych krajów dla rozwoju kryptowalut, określanych mianem „krypto narodu”. Uchwalenie tzw. ustawy o blockchain (DLT) ma na celu zapewnienie Szwajcarii pozycji lidera w powstającej gospodarce cyfrowej, dzięki wykorzystywaniu i adaptacji istniejących przepisów do promocji  innowacji cyfrowych. Wejście wszystkich przepisów wspomnianej ustawy jest planowane na okres letni 2021 roku.

[1] „3rd Global Cryptoasset Benchmarking Study”, September 2020.  Cambridge U

Algorytm podpowie, jak sprzedać odpady poprodukcyjne szybko i korzystnie

Twórcy aplikacji WasteMaster, łączącej wytwarzających odpady z firmami je odbierającymi i przetwarzającymi, proponują nowy sposób na szybką utylizację dowolnej ilości odpadów. Algorytm Odpadowy umożliwia przedsiębiorcom błyskawiczne wyszukanie jednego z kilku tysięcy punktów skupu lub zbiórki w całej Polsce. To niedostępne dotąd w kraju rozwiązanie przyciągnęło już uwagę firm z zagranicy oraz funduszy inwestycyjnych.

W bazie danych Algorytmu Odpadowego znalazło się około 5 tysięcy firm z całej Polski, zajmujących się odbiorem i recyklingiem odpadów. Baza pokrywa niemal cały kraj – obecnie około 90% terytorium. Dzięki temu gdziekolwiek znajduje się nasz odpad, szybko uzyskamy informację, jak wygodnie go zagospodarować. Wystarczy wybrać w Algorytmie Odpadowym kategorię odpadu oraz kod pocztowy, pod którym się znajduje. Na tej podstawie nowa funkcja WasteMaster wskaże najbliższe punkty zajmujące się skupem lub zbiórką danego odpadu i poda odległość do każdego z nich w kilometrach – od najbliższego do najdalszego.

Kolejność lokalizacji prezentowanych przez Algorytm Odpadowy zachęca do utylizacji odpadów jak najbliżej miejsca ich postania. Twórcy WasteMaster podkreślają, że to element proekologicznego nastawienia spółki – im krótsza jest podróż odpadów, tym mniejsza emisja dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji podczas transportu.

Nowe rozwiązanie WasteMaster jest ogólnodostępne. Aby korzystać z Algorytmu Odpadowego, nie trzeba zakładać konta w aplikacji ani być wpisanym do BDO, czyli Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami. Za korzystanie z nowej funkcji WasteMaster nie są też pobierane opłaty. Z Algorytmu Odpadowego z łatwością skorzysta każdy użytkownik, w tym osoba prywatna. WasteMaster jest dostępny w wersji na smartfony i komputery.

Algorytm oszczędza czas

WasteMaster wprowadził nową usługę w odpowiedzi na sugestie napływające z rynku. Coraz więcej jego uczestników zwraca uwagę na to, jak potrzebny jest wzrost transparentności branży, aby gospodarowanie odpadami odbywało się płynnie. Zdaniem ekspertów z WasteMaster wypełnianie coraz bardziej restrykcyjnych norm, przede wszystkim unijnych, dotyczących przetwarzania odpadów będzie możliwe tylko wtedy, gdy ulegnie poprawie obieg informacji w obrębie branży oraz między wytwarzającymi odpady a odbierającymi je oraz recyklerami.

Obecnie wyszukiwanie punktów skupu lub zbiórki odpadów wymaga cierpliwych i często długich poszukiwań. Informacje o firmach są rozproszone, a dane podane na stronach internetowych zwykle niepełne, więc trzeba je potwierdzać telefonicznie lub mailowo albo udać się do punktu skupu bez pewności, czy zostaniemy obsłużeni.

Aby usprawnić gospodarowanie odpadami, eksperci WasteMaster przez kilka ostatnich miesięcy weryfikowali kilka tysięcy przedsiębiorstw pod kątem zainteresowania każdą z 400 szczegółowych kategorii odpadów dostępnych w aplikacji. Potwierdzili też szereg danych istotnych dla użytkowników: lokalizację punktów zbiórki i skupu, zaplecze transportowe oraz ofertę obsługi firm lub osób fizycznych.

Lista proponowanych przez Algorytm Odpadowy punktów automatycznie dopasowuje się do ostatniego parametru, a pozostałe możemy zmieniać w zależności od tego, czego szukamy. W wynikach wyszukiwania znajdziemy m.in. strony internetowe firm i telefony kontaktowe.

Nasza aplikacja jest skierowana do firm i osób chcących szybko pozbyć się odpadu na jak najlepszych warunkach. Oferujemy dwa rozwiązania, oba szybkie i wygodne, i to użytkownik wybiera, które bardziej mu odpowiada. Można wystawić ogłoszenie w WasteMaster i spokojnie poczekać na korzystne oferty od zainteresowanych danym odpadem przedsiębiorstw. Teraz można też bez wystawiania oferty samodzielnie skontaktować się z podmiotami, które zaproponuje Algorytm Odpadowy – tłumaczy Krzysztof Kowalski, lider projektu w zakresie gospodarki odpadami w WasteMaster.

Ułatwienie dla firm dużych i małych

Algorytm Odpadowy to wygodne rozwiązanie dla przedsiębiorców. Wystarczy, że wskażą ilość wytwarzanych odpadów i ich kategorię. Większe firmy, wytwarzające duże ilości odpadów poprodukcyjnych, będą miały możliwość wyszukania skupów przyjmujących odpady w hurcie. Znacznie ułatwi to utylizację m.in. odpadów poprodukcyjnych z tworzyw sztucznych czy w postaci złomu. Algorytm Odpadowy pomoże także hurtowniom i sklepom w pozbyciu się dużych ilości opakowań kartonowych. Z kolei mniejsze przedsiębiorstwa wyszukają punkty działające lokalnie, gdy zechcą zagospodarować np. zużyte oleje z restauracji.

Dzięki nowej funkcji WasteMaster można szybko nawiązać relacje handlowe z firmami z całej Polski. Również dla przedsiębiorstw z rynku odpadowego, odbierających i przetwarzających odpady, obecność w Algorytmie Odpadowym jest nieodpłatna.

Zebranie danych o branży odpadowej w ramach jednego narzędzia to także źródło wartościowych informacji o zróżnicowaniu rynku odpadowego w każdym województwie. Twórcy WasteMaster zwracają uwagę na to, że w zależności od lokalizacji wytwarzających odpady, różnią się możliwości zagospodarowania poszczególnych frakcji. Poprawa obiegu informacji o poszczególnych punktach pomoże firmom odpadowym w ich działalności.

Liczymy na to, że najaktywniejsze firmy zajmujące się skupem lub recyklingiem odpadów, działające dotąd tylko lokalnie, będą dzięki współpracy z nami szybko rozszerzać działalność. To kolejny element, który wnosimy na rzecz wzrostu ilości odpadów poddawanych recyklingowi. Podobny zamysł stoi za naszymi cyklicznymi raportami cenowymi, dotyczącymi poszczególnych frakcji odpadów. Zaprezentowaliśmy dotąd ceny odpadów z gastronomii, złomu kolorowego, złomu kablowego i katalizatorów – dodaje Krzysztof Kowalski.

Algorytm Odpadowy nie odsyła z kwitkiem

Algorytm Odpadowy proponuje do każdego wyszukiwania łącznie sześć przedsiębiorstw dobranych według zaznaczonych kryteriów. Jeśli mimo to nie uda nam się znaleźć satysfakcjonującej oferty, odpad można wystawić w aplikacji. Dzięki temu, zdaniem zespołu WasteMaster, żaden użytkownik nie pozostanie bez pomocy z niezagospodarowanym odpadem i nie porzuci go, zanieczyszczając środowisko.

– Wprowadzenie Algorytmu Odpadowego to nie jest nasze ostatnie słowo. Równolegle rozwijamy kolejne pomysły, więc użytkownicy WasteMaster mogą już niedługo spodziewać się nowości w aplikacji – zaznacza Krzysztof Kowalski.

Ponad 90% Polaków chce zrobić tegoroczne zakupy wielkanocne w sklepach stacjonarnych

Ponad 60% konsumentów planuje zrobić świąteczne zakupy na dwa tygodnie lub tydzień przed Wielkanocą. Z kolei 12% rodaków już teraz nabywa tego typu produkty. W zeszłym roku Polacy wykazywali dużo większy pośpiech. Z tegorocznego badania również wynika, że przeszło 90% ankietowanych zapowiada wizyty w stacjonarnych sklepach. Poprzednio było to niecałe 80%. Podobnie jak w ubiegłym roku, większość osób zaopatrzy się w dyskontach. Do tego widać, że mniej klientów odwiedzi hipermarkety i sklepy osiedlowe. Za to supermarkety, targowiska i bazary zyskają na znaczeniu.

Badanie „INTENCJE ZAKUPOWE POLAKÓW – Wielkanoc 2020 vs 2021”, zrealizowane przez UCE RESEARCH dla Grupy BLIX, wykazało, że w tym roku Polacy głównie planują zrobić okolicznościowe zakupy na dwa tygodnie i tydzień przed świętami. Tak zapowiedziało odpowiednio 33% (w 2020 roku – 22%) i 31% (w ubiegłym roku – 29%) konsumentów. Z kolei na kilka dni przed Wielkanocą zakupy zrobi 17% ankietowanych (poprzednio 20%). Tylko 12% badanych zadeklarowało, że już teraz dokonuje tego (rok temu – 15%). Dla 4% respondentów nie ma to znaczenia (wcześniej – 5%). Zaledwie 3% jeszcze nie wie, kiedy zrealizuje świąteczne zakupy (w 2020 roku – 10%).

– Konsumenci nauczyli się żyć w warunkach pandemii i nie działają już tak zapobiegliwie, jak w zeszłym roku. Poza tym ograniczenia sanitarne nie są tak dotkliwie szczelne. Do tego sklepy nauczyły się odpowiednio reagować na specjalne wyzwania. Dlatego tylko 12% Polaków wykazuje wyjątkowo duży pośpiech, choć to jeszcze może się zmienić – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia „Forum Dialogu Gospodarczego”.

W tym roku Polacy głównie chcą robić zakupy świąteczne w sklepach stacjonarnych. Zdecydowanie to deklaruje 60% ankietowanych, a raczej jest o tym przekonanych 33% (poprzednio 26% i 52%). W opinii Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, finalnie sposób robienia zakupów będzie zależał od tego, jak ukształtuje się sytuacja epidemiologiczna w kraju przed samymi świętami. Eksperci medyczni zapowiadają duży wzrost zakażeń i to może jeszcze zmienić preferencje konsumentów.

– Wyniki badania idealnie pokazują, że zmalał udział świątecznych zakupów online w relacji rocznej, bo obawa przed fizycznym odwiedzaniem sklepów jest mniejsza niż rok temu. Widać też, że konsumenci przyzwyczaili się do sytuacji i mniej obawiają się kupowania produktów w sklepach stacjonarnych – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy BLIX.

Polacy, tak jak w zeszłym roku, w większości planują zrobić zakupy w dyskontach. Na drugiej pozycji są hipermarkety, a na trzeciej – supermarkety. Na czwartym miejscu są lokalne bazary i targowiska, a za nimi – sklepy osiedlowe. Ranking zamykają placówki typu convenience i cash & carry. Do tego widać, że w tym roku mniej osób odwiedzi hipermarkety i sklepy osiedlowe. W tych dwóch przypadkach różnice wynoszą 5% w relacji rocznej. Za to supermarkety oraz targowiska i bazary odwiedzi więcej osób niż rok temu – odpowiednio o 9% i 4%.

– Nie ma w tym żadnego zaskoczenia. Dyskonty od dłuższego czasu umacniają pozycję rynkową. Jednak na plus należy uznać, że targowiska i bazary będą częściej odwiedzane, bo w czasie pandemii ruch tam się zmniejszył. Sprzedawcy to odczuwają. W ogóle dobrze byłoby, gdyby Polacy częściej wspierali lokalny handel, bo on tego bardzo potrzebuje, szczególnie w obecnych czasach – stwierdza Krzysztof Zych.

Jak informuje Marcin Lenkiewicz, przeprowadzane w ciągu roku badania geolokalizacyjne pokazały, że coraz mniej konsumentów dokonuje zakupów w hipermarketach. Polski shopper w czasie pandemii chętnej wybiera mniejsze sklepy, znajdujące się blisko miejsca zamieszkania. Zdaniem eksperta z Grupy BLIX, z tego właśnie wynika lepsza pozycja na rynku supermarketów. Jest tam relatywnie mniej osób, dzięki czemu konsumenci mogą robić zakupy szybciej i czuć się bezpieczniej. Mniejsze formaty stają się też coraz bardziej konkurencyjne cenowo, co również nie pozostaje bez znaczenia.

Badanie metodą CAWI zostało przeprowadzone w dniach 26.02-01.03.2021 roku przez UCE RESEARCH dla Grupy BLIX na reprezentatywnej próbie 1118 dorosłych Polaków.

Frankowicze mogą być ofiarami nieuczciwych praktyk firm odszkodowawczych. UOKiK sprawdza, czy te podmioty naruszają interesy konsumentów

Wysoki kurs franka szwajcarskiego, przedłużające się postępowania sądowe i rozbieżności w orzecznictwie to tylko część wyzwań, z którymi muszą się mierzyć frankowicze.  – Na rynku usług prawnych działają podmioty, które podszywają się pod kancelarie adwokackie. Często zawierane z nimi umowy są krzywdzące dla konsumentów – mówi adwokat Bartosz Czupajło. UOKiK przygląda się działalności kancelarii odszkodowawczych, m.in. firmom oferującym pomoc frankowiczom, od blisko czterech lat i prowadzi postępowania wyjaśniające wobec kilku z nich.

Wśród firm, które oferują usługi prawne, obserwujemy swego rodzaju wyścig po klienta. Czasami konsumenci są wprowadzani w błąd przez podmioty, które podszywają się pod kancelarie adwokackie, aby nakłonić ich do podpisania umowy o współpracy. Skutki tych umów mogą być zaskakujące i niekorzystne – przestrzega w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Czupajło, adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło & Ciskowski, ekspert kampanii „Prawo bez strachu”.

Jak podkreśla, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowania wyjaśniające wobec kilkunastu podmiotów, które zawierają tego typu umowy z klientami. Ich wynik nie jest jeszcze znany, ale na pewno warto mieć to na uwadze i przed nawiązaniem współpracy z firmami oferującymi pomoc prawną dobrze zapoznać się szczegółowo z umową.

UOKiK przygląda się ofercie kancelarii odszkodowawczych od drugiej połowy 2017 roku, kiedy część z nich zachęcała do współpracy osoby, które posiadały polisy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, do ubiegania się o zwrot opłat likwidacyjnych. Po korzystnym dla frankowiczów wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków kancelarie odszkodowawcze zaczęły oferować swoje usługi na znacznie większą skalę także konsumentom posiadającym kredyty hipoteczne we frankach. Zadaniem UOKiK-u jest sprawdzenie, czy umowy proponowane przez kancelarie nie zawierają klauzul niedozwolonych lub nie naruszają zbiorowych interesów konsumentów. Prezes urzędu wydał już pierwsze decyzje w tych sprawach, a w toku są kolejne postępowania.

Frankowicze mierzą się z wieloma problemami, nie tylko z tym, że ich sprawy sądowe są rozpoznawane bardzo długo. Przede wszystkim długość rozpoznawania ich spraw ma też wpływ na to, że cały czas związani są umowami kredytu, które pociągają za sobą obowiązek uiszczania rat kredytu wynikających z tych umów – dodaje adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło.

Frank szwajcarski kosztuje teraz ok. 4,10 zł. W ciągu ostatnich trzech lat podrożał o ponad 14 proc. Ostatnie zwyżki notował w marcu 2020 roku – ok. 4,30 zł. W 2008 roku jego kurs był dwukrotnie niższy. Wysoki kurs przekłada się na wysokość rat, które muszą płacić kredytobiorcy, choć część sądów uznaje, że umowy z bankami zawierają szereg klauzul niedozwolonych.

Do sądów trafia coraz więcej spraw frankowiczów. To zasługa korzystnego dla kredytobiorców wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE ws. państwa Dziubaków, wydanego jesienią 2019 roku. Eksperci wskazują, że większość procesów jest rozstrzygana na korzyść kredytobiorców. Sądy najczęściej orzekają nieważność umowy z bankiem. Wyroki jednak wciąż różnią się co do sposobu wzajemnych rozliczeń między stronami. Pozostaje też niewielki odsetek spraw, które rozstrzygane są na niekorzyść frankowiczów.

Zdaniem adwokata w kwestii kredytów frankowych możliwe są dwa warianty rozwiązań systemowych. Pierwszy kierunek to rozwiązania na poziomie legislacyjnym. Jako przykład można podać Węgry lub Chorwację, w których to parlament rozwiązał problem frankowiczów, dając im możliwość przewalutowania kredytów.

– Wydaje się jednak, że w Polsce rządzący wycofali się z tego rodzaju pomysłów, które były dość głośno formułowane jeszcze w 2015 roku. Ta koncepcja upadła i tutaj już nie poszukiwałbym nadziei na rozwiązanie tego problemu – zaznacza Bartosz Czupajło.

Innym rozwiązaniem systemowym jest zawieranie ugód z bankami na szeroką skalę. Wszystko wskazuje na to, że fali pozwów składanych przez frankowiczów nie da się już powstrzymać ani zagrozić im roszczeniami zwrotnymi, co przez długi czas próbowały robić banki.

– Z tym problemem trzeba się po prostu zmierzyć i zaproponować kredytobiorcom frankowym realne, rzetelne i uczciwe rozliczenie tych umów. Mam wątpliwości, czy ugody w tym kształcie, jaki zaproponował KNF, spełniają te kryteria – dodaje adwokat z Kancelarii Adwokackiej Czupajło & Ciskowski. – W praktyce jest niewiele przypadków, w których ugody są podpisywane, a wszelkie propozycje, z którymi miałem okazję się zapoznać, były mało korzystne dla klientów. Zwykle niosą one za sobą najczęściej korzyści na poziomie ok. 20 proc. tego, co można by osiągnąć, kierując sprawę do sądu.

Kwestią tzw. umów frankowych ma się wkrótce zająć Sąd Najwyższy. 25 marca w pełnym składzie SN ma wydać orzeczenie dotyczące m.in. możliwości żądania wynagrodzenia za korzystanie z kapitału oraz przedawnienia roszczeń banku w przypadku unieważnienia umowy. Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, podkreślił, że spodziewa się korzystnej dla konsumentów uchwały. Pozwoliłoby to ujednolicić orzecznictwo sądów powszechnych, ale też mogłoby skłonić banki do zaproponowania konkretnych rozwiązań.

– Przez wiele lat sektor bankowy nie wykazał w tym zakresie otwartej postawy. Propozycje ustawowego rozwiązania problemu kredytów walutowych zostały przez sektor bankowy odrzucone. Rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego może być ostatnim momentem dla banków na zaproponowanie rozwiązań wychodzących naprzeciw kredytobiorcom frankowym i przedstawienie realnej alternatywy względem ścieżki sądowej. (…) Liczę na odpowiedzialną postawę i rozsądek – zarówno ze strony banków, jak i organizacji je zrzeszających – podkreślił w komunikacie prasowym prezes UOKiK.

Coraz więcej firm przestawia się na zieloną energię i ograniczanie emisji CO2. To biznes będzie odgrywać decydującą rolę w walce ze zmianami klimatu

Kryzys klimatyczny i zrównoważony rozwój odgrywają coraz ważniejszą rolę w strategii dużych firm. Ze względu na skalę swojej działalności będą one mieć w nadchodzących latach decydującą rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatu i rozwiązywaniu związanych z tym globalnych problemów. – Te problemy, chociaż zajmują się nimi rządy i organizacje pozarządowe, nie zostaną rozwiązane bez udziału i innowacyjności przedsiębiorstw – podkreśla Robert Metzke z firmy Philips, która została niedawno jednym z pierwszych na świecie przedsiębiorstw z branży technologii medycznych w pełni neutralnych pod względem emisji CO2.

– Na przedsiębiorstwach spoczywa ogromna odpowiedzialność związana z realizacją globalnych celów środowiskowych. Klimat naszej planety jest pod presją, wykorzystujemy zasoby w tempie o wiele szybszym, niż mogą się one odnawiać. Występują olbrzymie nierówności społeczne, a połowa ludzkości nie ma dostępu do opieki zdrowotnej. Te problemy – chociaż zajmują się nimi rządy i organizacje pozarządowe – nie zostaną rozwiązane bez udziału i innowacyjności przedsiębiorstw – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Metzke, dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Philipsie. – Stojące przed nami wyzwania znacząco przerastają możliwości jakiejkolwiek organizacji działającej w pojedynkę. Niezależnie od tego, czy mówimy o rządach, czy o poszczególnych firmach.

Według danych Banku Światowego w ciągu ostatnich 50 lat globalny PKB wzrósł o 330 proc., a wolumen światowego handlu zwiększył się o ok. 960 proc. Jednocześnie liczba ludzi żyjących na Ziemi podwoiła się, emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 94 proc., a ilość wykorzystywanej energii w przeliczeniu na osobę zwiększyła się o 44 proc. Zgodnie z prognozami ONZ, jeżeli światowa populacja wzrośnie do 9,6 mld ludzi w 2050 roku, ludzkość będzie już potrzebować zasobów naturalnych trzykrotnie przekraczających obecne zasoby planety.

Pogłębiającym się problemem jest też kryzys klimatyczny. Jak pokazał ostatni raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu), średnia globalna temperatura jest obecnie o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego i jeśli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku, co grozi katastrofą klimatyczną na niespotykaną dotąd skalę.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu PwC i DNB Bank Polska („Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu”), za 70 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych od 1988 do 2015 roku odpowiada tylko 100 firm. Dlatego w nadchodzących latach to właśnie przedsiębiorstwa będą mieć do odegrania decydującą rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatu.

– Pierwszym krokiem, który mogą wykonać przedsiębiorstwa, jest spojrzenie w lustro i analiza własnej działalności, a także ustalenie obszarów, które wywierają istotny wpływ na środowisko i mogą naprawdę coś zmienić – wskazuje ekspert Philipsa. – Następnie zrównoważony rozwój powinien stać się częścią strategii innowacyjności przedsiębiorstwa. Aby osiągnąć realne rezultaty, ekologia nie może być tylko zajęciem sporadycznym. Musi być elementem codziennych działań każdego pracownika.

Jak wskazuje, to właśnie pracownicy powinni zostać włączeni w proces zmian i transformacji ekologicznej przedsiębiorstwa.

Trzeba wspierać pracowników, by pracowali nad tematami związanymi z ochroną środowiska i raportowali te czynności. Kluczowy jest też system motywacyjny. Gdy pracownicy rozumieją wpływ swoich działań na firmę i środowisko, a także otrzymają odpowiednie szkolenia, ich wkład będzie się zwiększał. Co więcej, pracownicy powinni być również nagradzani za swój wkład na koniec roku. Takich działań, które mogą i powinny podejmować firmy, jest bardzo wiele – mówi Robert Metzke.

Philips ogłosił właśnie, że udało mu się osiągnąć wszystkie cele założone na lata 2016–2020 w programie „Zdrowi ludzie, zrównoważona planeta”. Do jego kluczowych założeń należało osiągnięcie neutralności węglowej we wszystkich działaniach firmy i pozyskiwanie 100 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, ponad 70 proc. przychodów z przyjaznych środowisku produktów i usług oraz 90 proc. odpadów operacyjnych poddawanych recyklingowi. Tym samym Philips – jako jedna z pierwszych firm z branży technologii medycznych na świecie – stał się w pełni neutralny pod względem emisji CO2.

 W ramach naszej globalnej działalności osiągnęliśmy neutralność węglową we wszystkich krajach, w których jesteśmy obecni. Obejmuje to emisje z zakładów, lecz także biur, logistyki i przelotów naszych pracowników – wymienia  dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Philipsie. – Opublikowaliśmy ostatnio  nasz raport roczny, którego nieodłączną częścią jest sprawozdanie z naszego oddziaływania na środowisko i społeczeństwo. Podjęliśmy się realizacji szeregu kluczowych zadań – począwszy od zwiększenia dostępu do opieki zdrowotnej w aspekcie społecznym, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii ochrony środowiska, aż po gospodarkę o obiegu zamkniętym i działania na rzecz klimatu.

Na najbliższych pięć lat Philips podjął szereg kolejnych zobowiązań dotyczących dostępu do opieki zdrowotnej, gospodarki o obiegu zamkniętym i działań na rzecz klimatu.

– Do 2025 roku chcemy poprawić jakość życia 2 mld ludzi na świecie. W szczególności obejmuje to zwiększenie dostępu do opieki zdrowotnej w społecznościach, w których jest on szczególnie utrudniony. Żyje w nich 300 mln ludzi, więc jest to fundamentalny aspekt naszej strategii – podkreśla Robert Metzke.

Prof. UW Bogdan Góralczyk: Handel z Chinami to ogromne pole do działania dla polskich firm. Nadal nie rozumiemy jednak, jak dużo możemy zyskać

Chińska szczepionka na COVID-19 – o ile Polska zdecydowałaby się na jej zakup – mogłaby być częścią większej umowy, która szerzej otworzyłaby drzwi dla dwustronnej współpracy gospodarczej. Handel z Państwem Środka to ogromne pole dla krajowych firm i producentów, tym bardziej że tempo wzrostu tamtejszego PKB ma w 2021 roku wrócić do dynamiki sprzed pandemii i przekroczyć 6 proc. Jednak – jak ocenia politolog i dyplomata, dr hab. Bogdan Góralczyk – w Polsce wciąż brak pomysłu i woli politycznej do zacieśniania relacji z Chinami, na które dodatkowo rzutują nasze silne powiązania z USA.

– Polska rozważa zakup chińskich szczepionek. Jak wiadomo z mediów, to prezydent poruszył tę kwestię na wyraźne życzenie premiera. Mamy już przykład w Grupie Wyszehradzkiej, konkretnie na Węgrzech, gdzie zaszczepił się nią Viktor Orbán i zaczynają się szczepienia powszechne, mimo że nie ma atestów odpowiednich służb Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bogdan Góralczyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog i znawca Azji, były ambasador RP.

Pierwsza partia 550 tys. dawek szczepionki przeciw COVID-19 od chińskiego producenta Sinopharm trafiła w połowie lutego na Węgry, które jako pierwszy kraj w UE zatwierdziły ją do stosowania w nagłych wypadkach. Docelowo Węgry mają otrzymać ok. 5 mln dawek. Według deklaracji producenta szczepionka jest skuteczna w około 80 proc., choć dane dotyczące wyników trzeciej fazy badań klinicznych nie zostały opublikowane. Żadna z czterech szczepionek opracowanych w Chinach nie została też jeszcze dopuszczona do stosowania przez Europejską Agencję Leków.

Zakup chińskiej szczepionki – poza unijnym mechanizmem wspólnych zakupów – rozważa również Polska, a o szczegółach prezydent Andrzej Duda rozmawiał z przewodniczącym Xi Jinpingiem. Żadna decyzja w tej sprawie jednak na razie nie zapadła, a minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział, że rząd będzie chciał najpierw zweryfikować bezpieczeństwo i skuteczność preparatu. Szczepionki – o ile Polska zdecydowałaby się je kupić – mogłyby się stać częścią większej umowy, która szerzej otworzyłaby drzwi dla polskiego biznesu w Chinach. Zwłaszcza że w ostatnich latach Polska również znalazła się w kręgu zainteresowania Państwa Środka. W ubiegłym roku, w ujęciu krajowym, była dla niego trzecim najszybciej rozwijającym się partnerem handlowym.

– Szczepionki są ważne w kontekście aktualnym, ale chodzi o sprawy znacznie ważniejsze – podkreśla dr hab. Bogdan  Góralczyk. – Polska znajduje się na chińskim Jedwabnym Szlaku i to w samym jego centrum. To Chińczycy narysowali ten plan i wskazali gdzieś w okolicach Łodzi coś, co nazwaliśmy potem Centralnym Portem Komunikacyjnym. Widziałem te chińskie mapy i na nich z tego miejsca po całym kontynencie rozchodziły się drogi, autostrady, koleje etc. My nie mamy świadomości, że w długich chińskich dziejach jeszcze nie było takiego przypadku, żeby Polska leżała w interesie Chin. Teraz leży i warto by było to sobie uświadomić.

Jak zauważa, to właśnie w Warszawie blisko dekadę temu, w kwietniu 2012 roku, ówczesny premier Wen Jiabao ogłosił inną chińską strategię, zwaną 16+1 (przemianowaną na 17+1 po dołączeniu Grecji), która miała połączyć z Chinami – głównie gospodarczo – kraje Europy Środkowo-Wschodniej, państwa bałtyckie i Bałkany.

– Chińczycy narysowali te dwa Jedwabne Szlaki, które idą ku Europie, tymczasem nasza polityka wschodnia wciąż zamyka się gdzieś między Bugiem a Moskwą – podkreśla politolog. – Kiedy po 2008 roku główny nurt mediów zachodnich zaczął mówić, że Chiny rosną w siłę i stały się mocarstwem, nasze stosunki trochę drgnęły. Wtedy też prezydent Bronisław Komorowski pojechał do Chin i otrzymaliśmy status najwyższy z możliwych, czyli comprehensive strategic partnership, a więc rozwinięte partnerstwo strategiczne. Taki sam status ma na przykład Rosja, a wyższego już w stosunkach z Chinami mieć nie można.

Chiny już w tej chwili są dla Polski drugim po Niemczech największym partnerem handlowym, a  wartość towarów w miesięcznym ruchu kontenerowym szacowana jest na około 10 mld zł. Według danych KUKE przed wybuchem światowej pandemii Chiny miały ponad 12-proc. udział w polskim imporcie, wart przeszło 125 mld zł. Z kolei udział w eksporcie wynosił niewiele ponad 1 proc. i był wart 11,4 mld zł. Dlatego podczas ostatniego, zdalnego szczytu przywódców grupy 17+1, który po raz dziewiąty odbył się na początku lutego, prezydent Andrzej Duda podkreślił, że Polska widzi potrzebę szerszego otwarcia rynku chińskiego na jej towary i eksport z niej, w tym także produktów rolnych, oraz oczekuje podjęcia przez władze Chin możliwych działań w tym zakresie.

Zdaniem eksperta Polsce brakuje jednak woli politycznej, by dbać o rozwijanie współpracy gospodarczej z Chinami. Dodatkowo jednym z czynników rzutujących na dwustronne relacje są też powiązania ze Stanami Zjednoczonymi, które za czasów administracji Donalda Trumpa zapoczątkowały wojnę handlową z Państwem Środka.

– Za Donalda Trumpa wszystko się rozsypało, bo rozpoczęła się wojna handlowa, a potem wojna technologiczna o Huaweia i 5G. Zobaczymy, co z tym zrobi administracja Joe Bidena. Aczkolwiek jestem przekonany, że Chiny pozostaną największym wyzwaniem również dla nowej amerykańskiej administracji – mówi dr hab. Bogdan Góralczyk.

Przeciętnemu Polakowi handel z Chinami może się kojarzyć przede wszystkim z platformą AliExpress, ale w rzeczywistości jest to ogromne pole dla biznesu. Liczący blisko 1,4 mld mieszkańców kraj jest silnie agrarny, ale ma dynamicznie rosnącą klasę średnią, szacowaną na ok. 300 mln osób. Jak zauważa KUKE, kilkaset milionów Chińczyków stanowi grupę konsumentów o poziomie zamożności przynajmniej takim, na jakim są przeciętnie Polacy. To właśnie tam polscy producenci mogliby kierować swoje produkty. Z dynamiką wzrostu PKB wynoszącą jeszcze przed pandemią 6,1 proc. (dane za 2019 rok) Chiny stanowią ogromny rynek, o dużym potencjale wzrostu.

Choć w całym 2020 roku tamtejsza gospodarka urosła tylko o 2,3 proc., to już czwarty kwartał przyniósł wzrost na poziomie 6,5 proc. Cel wyznaczony na tegorocznej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych w Pekinie zakłada, że w 2021 roku PKB urośnie już przynajmniej o 6 proc. W ramach wychodzenia gospodarki z koronakryzysu premier Li Keqiang zapowiedział na początku marca znaczne zwiększenie wydatków m.in. na badania i rozwój oraz zdrowie publiczne.

– Chiny już wyciągają wnioski z pandemii. Na trwającej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli tamtejszego parlamentu, postawiono na nowy model podwójnego obrotu. On zakłada, że najważniejszy jest rynek wewnętrzny, a reszta – czyli handel zagraniczny, który dotychczas był siłą napędową chińskiej gospodarki – stał się wtórny – mówi profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Co trzeci Polak nie dba wystarczająco o oczy, a tylko co czwarty systematycznie chodzi do okulisty. Stan wzroku Polaków pogarsza praca i nauka zdalna

W wolnym czasie 44 proc. Polaków korzysta ze smartfona lub tabletu ponad cztery godziny dziennie, a co trzeci przeznacza ten czas na oglądanie telewizji. W połączeniu z pracą lub nauką zdalną stanowi to ogromne obciążenie dla wzroku. Co najmniej 30 proc. przyznaje, że nie dba wystarczająco o oczy. To wnioski z badania przeprowadzonego w grudniu 2020 roku na zlecenie firmy Ursapharm. Przekłada się to na kondycję naszego wzroku – co czwarty badany ocenia ją źle lub bardzo źle.

– Zgodnie z badaniami inicjowanymi przez markę Hylo-Dual oprócz wad wzroku i niewyraźnego widzenia aż 59 proc. ankietowanych deklaruje problemy z nadmiernym łzawieniem, a 52 proc. z zaczerwienieniem i przekrwieniem. Z kolei szczypanie i pieczenie oczu dokucza aż 49 proc. ankietowanych, a uczucie suchości zadeklarowało 33 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Michał Członkowski, dyrektor marketingu w firmie Ursapharm.

Mimo że Polacy mają świadomość, że nie dbają wystarczająco o swoje oczy (utrzymuje tak co trzeci ankietowany), to często nie korzystają z wizyt u lekarza, nie konsultują niepokojących objawów i tym samym nie stosują odpowiedniego leczenia. W ubiegłym roku 65 proc. Polaków nie było u okulisty.

Troska o oczy powinna sprowadzać się do dwóch obszarów. Po pierwsze, należy kontrolować wzrok u okulisty, a po drugie, dbać o wzrok w codziennym życiu, czyli prowadzić zdrowy styl życia z uwzględnieniem oczu – radzi dr n. med. Agnieszka Nowosielska, chirurg okulista. – Pandemia koronawirusa pogorszyła dostęp do wszystkich specjalistów, w tym okulistów. Badania prowadzone wśród pacjentów pokazały, że tylko 25 proc. osób kontroluje się systematycznie u okulisty. Dla porównania – cztery lata temu u okulisty było 30 proc. badanych osób. Z tego wynika, że większość społeczeństwa w ogóle nie korzysta z porad specjalisty.

Częściej do okulisty chodzą osoby, które mają wadę wzroku. Jednak wizyta polegająca na dobraniu okularów czy soczewek kontaktowych nie jest wizytą lekarską, jeśli dobraniu korekcji nie towarzyszą medyczne badanie okulistyczne lub badanie gałek ocznych. Z badania wynika również, że częściej badają się osoby młode, które pracują przed komputerem. Zapewne wynika to z faktu, że mają więcej dolegliwości związanych z wpatrywaniem się w ekran.

Podstawową funkcją układu wzroku jest zabezpieczenie widzenia, a należy o niego dbać, aby utrzymać prawidłową ostrość widzenia. Jeżeli nie badamy systematycznie narządu wzroku, nie dbamy o niego, nie stosujemy odpowiedniej higieny pracy wzrokowej, to w dłuższej perspektywie narażamy się na pogorszenie widzenia. Niektóre choroby można leczyć, można je cofnąć, natomiast istnieje szereg schorzeń, które nieleczone powodują utrwaloną utratę wzroku – przestrzega dr Agnieszka Nowosielska.

Niekorzystnie na nasze oczy wpływa zmiana stylu życia na bardziej domowy.  44 proc. Polaków deklaruje, że w czasie wolnym od pracy ponad cztery godziny dziennie korzysta ze smartfona lub tabletu, a co trzeci – z telewizji.

Osiem godzin pracy plus rozrywka dla oka to jest bardzo duże obciążenie – mówi Michał Członkowski.

Praca przed komputerem w warunkach domowych może być jeszcze bardziej obciążająca dla oczu niż w biurze ze względu na brak odpowiednich warunków. Niewiele osób stosuje się do tego, że ekran monitora powinien znajdować się w odległości ok. 50–70 cm od oczu i być pochylony pod kątem 10–20 stopni. Ważne jest również odpowiednio dobrane oświetlenie, które nie będzie przemęczać oczu. Praca przy komputerze powinna się odbywać przy włączonym świetle, aby zmniejszyć efekt kontrastu między bardzo jasnym światłem monitora a otoczeniem.

– Co ciekawe, osiem na dziesięć osób przy organizacji swojego stanowiska podczas pracy zwraca uwagę na oświetlenie. To jest pozytywna wiadomość – podkreśla dyrektor marketingu w Ursapharm.

Ważne jest także ustawienie monitora – najlepiej bokiem do okna – wietrzenie pomieszczenia i robienie krótkich regularnych przerw w pracy. Można na chwilę wyjrzeć przez okno, wodzić wzrokiem po pokoju lub zamknąć oczy i wykonywać koliste ruchy wzrokiem w wyobraźni. Takie ćwiczenia warto powtarzać co dwie godziny. Okuliści radzą też, by dbać o nawilżanie oczu, stosując krople. W ten sposób można zapobiec zespołowi suchego oka, który jest powodowany przez długotrwałe patrzenie w ekran. Z badania wynika, że sięga po nie 82 proc. ankietowanych.

Polski start-up opracował rozwiązanie monitorujące pobór energii w czasie rzeczywistym. Analizuje zużycie i produkcję przy wykorzystaniu sieci 5G

Zużycie energii systematycznie rośnie. Choć na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania, które pomagają zwiększyć efektywność energetyczną budynków, jak izolacja nowej generacji czy odblaskowe materiały dachowe, brakuje rozwiązań do monitorowania i zarządzania poborem energii. Ten problem chce rozwiązać polski start-up. Friendly Innovation, przy wykorzystaniu sieci 5G, tworzy narzędzia do monitorowania i optymalizacji wykorzystania energii elektrycznej. EcoPlanet24 integruje odnawialne źródła energii, na bieżąco analizuje też rzeczywiste zużycie i produkcję energii.

– Dla większości konsumentów i producentów energii elektrycznej jedynym monitoringiem, który obecnie jest dostępny w masowym zastosowaniu, jest niestety rachunek za energię elektryczną. Rachunek ten zawiera informacje historyczne, nie pozwala nam powiedzieć, jak bieżące zachowanie wpływa na konsumowanie energii, na oszczędzanie czy na inne możliwości optymalizacji tego zużycia. Idealnym rozwiązaniem byłoby zastosowanie bieżącego monitorowania tego zużycia lub też produkcji energii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Cezary Wierzchołek, prezes Friendly Innovation.

Na rynku nie brakuje innowacji w zakresie efektywności energetycznej, które już pomagają właścicielom domów zaoszczędzić pieniądze. Za pomocą smartfona można monitorować i zarządzać inteligentnymi urządzeniami, np. przełączając je w tryb czuwania. Koszty ogrzewania i chłodzenia można obniżyć dzięki ekologicznej izolacji za pomocą materiałów piankowych pochodzących z recyklingu. Odblaskowe materiały dachowe pozwalają z kolei zmniejszyć koszty klimatyzacji. Zmienia się też technologia chłodnicza, np. nowoczesne lodówki chłodzą poprzez zmianę pola magnetycznego. Wciąż jednak brakuje rozwiązań, które pomagają na bieżąco zarządzać energią i monitorować jej zużycie.

Tę lukę chce wypełnić polski start-up Friendy Innovation.

– Do zarządzania energią potrzebne jest nam urządzenie, które z jednej strony daje nam informację, jakie jest zużycie czy jaki jest kierunek energii na wyjściu z naszego budynku, oraz drugą informację dotyczącą bieżącej produkcji energii, jeżeli ona w tym momencie zaistnieje. Jeżeli do tego dodamy urządzenia, które mogą być sterowane z poziomu naszego sprzętu za pomocą takiej informacji, mamy komplet do tego, żeby zoptymalizować zużycie energii bez ciągłego myślenia, w jaki sposób się to odbywa – tłumaczy Cezary Wierzchołek.

EcoPlanet24 połączone jest ze smartfonem, na który przesyłane są na bieżąco informacje o zużyciu. Użytkownik śledzi więc np., co generuje najwięcej energii i w jaki sposób można byłoby zmniejszyć zużycie.

– Dodatkowo użytkownik ma też informację, czy aktualnie produkuje energię w nadmiarze, czy jest jej deficyt. Czyli, jeżeli np. dołożyłby niektóre elementy do produkcji energii, zyskałby na tym, czy jeżeli np. zakupiłby urządzenie, które by konsumowało tę energię w momencie produkcji, również by na tym zyskał, np. ogrzał wodę czy włączył klimatyzację wcześniej – wskazuje prezes Friendly Innovation.

Start-up wykorzystuje najnowsze technologie oraz sieć 5G, która pozwala na większą przepustowość i przesyłanie dużej ilości danych w czasie rzeczywistym.

– Korzystny wpływ ma niezawodność działania tej technologii, będziemy mogli się nią wesprzeć. Jeżeli będzie to masowe użycie przez konsumentów, będzie większa ilość danych, wówczas będą potrzebne większe kanały przepustowości. Duży nacisk kładziemy na bezpieczeństwo tych danych, żeby po drodze nie trafiały do niepowołanych użytkowników. Odbiorcy będą bezpieczni – zapewnia Cezary Wierzchołek.

Rozwiązanie dedykowane jest przede wszystkim właścicielom domów jednorodzinnych, którzy korzystają z odnawialnych źródeł energii. W Polsce największą popularnością cieszą się panele fotowoltaiczne. Resort rozwoju podaje, że na koniec 2020 roku funkcjonowało ponad 457,4 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 3006 MW, czyli o 196 proc. więcej niż jeszcze na koniec 2019 roku.

– Klienci indywidualni w tej chwili nie optymalizują energii, nawet ci, którzy posiadają produkcję energii, czyli farmy fotowoltaiczne, dopóki nie dostaną rachunku, nie wiedzą, ile tej energii produkują, w jaki sposób ją wykorzystują – wskazuje prezes Friendly Innovation. – Jeśli spojrzymy szerzej, mogą powstać lokalne grupy bilansujące, które będą bilansowały powiat czy gminę. Mając informację z takich urządzeń i sterując nimi, będą mieć wpływ na niektórych użytkowników, na całościowe bilansowanie danego obszaru.

Uczenie maszynowe pozwoli analizować DNA nawet 30 razy szybciej. Możliwe będzie badanie rzadkich komórek, np. rakowych, dotychczas niemożliwych do przebadania

Naukowcy z Nvidii oraz Wydziału Komórek Macierzystych i Biologii Regeneracyjnej Uniwersytetu Harvarda opracowali AtacWorks, narzędzie służące do odszumiania danych uzyskanych z sekwencjonowania DNA. Opiera się ono na współdziałaniu uczenia maszynowego i pracy procesorów graficznych GPU. Dzięki niemu analiza próbek może się odbywać nawet trzydziestokrotnie szybciej niż z użyciem tradycyjnych metod. Odkrycie może oznaczać przełom we wczesnym wykrywaniu raka i chorób genetycznych.

– Za pomocą AtacWorks jesteśmy w stanie przeprowadzić na pojedynczych komórkach eksperymenty, które zazwyczaj wymagałyby 10 razy większej liczby komórek – wskazuje Jason Buenrostro, adiunkt na Uniwersytecie Harvarda, twórca metody ATAC-seq i współautor artykułu w prestiżowym piśmie „Nature”.

Rozwiązanie opisane przez inżynierów Nvidii i naukowców Uniwersytetu Harvarda w „Nature” opiera się na technice ATAC-seq, służącej analizie DNA opartej na badaniu chromatyny w pojedynczych komórkach. Dzięki niej możliwe jest znajdowanie otwartych obszarów w genomie zdrowych i chorych komórek, co może stanowić punkt wyjścia np. w opracowywaniu nowych leków. Standardowo zastosowanie procedury ATAC-seq wymaga dostarczenia dziesiątek tysięcy komórek do przygotowania preparatu, z którego można wyizolować niezaszumiony sygnał. Jest to kłopotliwe w momencie, gdy badaniu trzeba poddać komórki rzadkie, takie jak komórki macierzyste.

Narzędzie AtacWorks pozwala na wykorzystanie w takim samym badaniu zaledwie kilkudziesięciu komórek.

– Odszumienie niskiej jakości danych z sekwencjonowania za pomocą głębokiego uczenia maszynowego wspieranego przez procesory graficzne GPU może mieć ogromny wpływ na naszą zdolność do badania zmian epigenetycznych związanych z rozwojem i chorobami komórek rzadkich – wskazuje Jason Buenrostro.

AtacWorks jest konwolucyjną siecią neuronową przeszkoloną na parach zestawów danych Atac-seq, z których jedne były dobrej jakości, a drugie zaszumione. Wykorzystanie do jej pracy procesorów graficznych NVIDIA Tensor Core umożliwiło przeprowadzenie w zaledwie pół godziny analizy, która normalnie zajęłaby 15 godzin. Co więcej, dostarczone do analizy dane zawierały pięćdziesięciokrotnie mniej odczytów.

– W przypadku bardzo rzadkich typów komórek nie jest możliwe badanie różnic w ich DNA przy użyciu istniejących metod – podkreśla Avantika Lal, badaczka z firmy NVIDIA, główna autorka artykułu w „Nature”. – AtacWorks może nie tylko pomóc obniżyć koszty gromadzenia danych o dostępności chromatyny, lecz także otworzyć nowe możliwości w odkrywaniu nowych leków i diagnostyce.

Dzięki temu rozwiązaniu będzie można identyfikować określone mutacje lub biomarkery, które zwiększają podatność ludzi na choroby, takie jak m.in. choroba Alzheimera, choroby serca czy nowotwory. Może też znacznie ułatwić opracowywanie nowych leków. Naukowcy zastosowali AtacWorks do analizy komórek macierzystych, wytwarzając rzadkie podtypy czerwonych i białych krwinek. Przy tradycyjnych metodach badań ich analiza byłaby niemożliwa.

Z raportu InsightAce Analytic wynika, że światowy rynek sztucznej inteligencji w genomice był w 2019 roku wyceniany na 142,5 mln dol. Do 2028 roku tempo wzrostu utrzyma się na średniorocznym poziomie równym 39 proc. aż do osiągnięcia wyceny na poziomie 2,76 mld dol.

Jakie wyzwania stawia przed Polską europejski Zielony Ład?

Po pandemii zostały uruchomione dodatkowe środki z funduszu odbudowy Unii Europejskiej, które trafią do wszystkich krajów członkowskich. Będą jednak pewne zasady dotyczące ich wydawania. Przede wszystkim mamy spożytkować je na inwestycje związane z rewolucją energetyczną – które z jednej strony zmniejszą nasze zapotrzebowanie na energię, a z drugiej strony zwiększą wydajność i efektywność procesów gospodarczych. Głównym tematem jest udoskonalenie technologii wytwarzania i magazynowania czystej, zeroemisyjnej energii. Dotyczy to przede wszystkim technologii wodorowej, która pozwoli nam na lepsze wykorzystanie i ustabilizowanie dostaw prądu pochodzącego z OZE. Dla Polski oznacza to także wyeliminowanie węgla z miksu energetycznego. Pamiętajmy także, że przeobrażenie energetyczne nie jest tylko kwestią zmiany naszych gospodarstw domowych. Przede wszystkim jest to kwestia zapewnienia energii w odpowiedniej ilości i w odpowiedniej cenie dla naszego przemysłu. Robimy się coraz bardziej przemysłowym krajem i będziemy potrzebowali większej ilości energii, niż w tej chwili. Zupełnie czym innym jest też korzystanie z prądu przy transporcie samochodowym, a być może również morskim. To wyzwania, które będą potrzebowały różnych rozwiązań technologicznych.

– Zielony Ład jest dla nas szczególnie trudnym wyzwaniem – bo nasz system energetyczny oparty jest o węgiel, który się w tej chwili na świecie bardzo nie podoba. W dotychczasowych negocjacjach zobowiązaliśmy się na pewną ścieżkę i musimy zrobić wszystko, żeby móc się w niej znaleźć – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wielu mówi o tym, że przyszłość gospodarki leży w technologii wodorowej. Nie mamy jednak jasnego scenariusza, który na pewno zapewni nam wymarzoną, czystą i efektywną gospodarkę energetyczną. Nie ma jasnego pomysłu, co może odmienić świat. Pamiętam, jak w końcówce ubiegłego tysiąclecia mówiono nam, że w 2000 roku wszystko wyschnie. Będzie zbyt mało wody, wszyscy umrzemy z pragnienia i braku jedzenia. I jakoś udało się w tej agendzie ostatnich dwóch, trzech dekad znaleźć sposoby i pomysły pozwalające na to, że może być nas jeszcze więcej i wciąż mamy zapasy. Wody nie brakuje, rolnictwo się rozwija. Oczywiście pojawiają się kolejne bariery, przy których będziemy mieli kłopot, ale być może znowu nam się uda to w jakiś sposób przeskoczyć – oczekuje Soroczyński.

Co (u)gryzie e-commerce? 21 wskazówek dla e-commerce na 2021 rok

Na podstawie badania zrealizowanego wspólnie przez Mobile Institute i Izbę Gospodarki Elektronicznej na grupie ponad 2700 internautów. Partnerami Merytorycznymi projektu
są Przelewy24 i Adyen.

Jeśli Cię nie ma w e-commerce, to…

Rok 2020 pokazał, że jeśli nie ma Cię w e-commerce, to właściwie nie istniejesz, a jeśli nawet istniejesz, to na pewno gorzej Ci się wiedzie niż biznesom, które zdążyły się choć odrobinę zdigitalizować. Już w maju 2020 roku badania (m.in. „Omnicommerce. Kupuję wygodnie” oraz „E-commerce w Polsce”) wskazały, że prawie ¾ internautów przynajmniej raz kupiło coś w Internecie w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Najnowsze dane – z badania „Co (u)gryzie e-commerce?” z lutego 2021 roku – mówią zaś już o 60% kupujących regularnie w sieci, przy czym 35% kupuje przynajmniej raz w tygodniu. 51% konsumentów deklaruje, że zwiększyli wydatki w Internecie lub zaczęli e-kupować ze względu na pandemię, a kolejne 19% zamierza zwiększyć wydatki w 2021 roku.

„Wyniki badania „Co (u)gryzie e-commerce?” pokazują wyraźnie, że polski handel elektroniczny stale rośnie w siłę. Coraz więcej internautów dokonuje regularnych zakupów online, zaś ponad połowa e-konsumentów deklaruje zwiększenie wydatków w Internecie. Niemniej wpływająca na popularność e-zakupów pandemia obnażyła problemy, z którymi
na co dzień borykają się sklepy internetowe. Według raportu jedynie 12% kupujących w sieci nie wyszczególniło problemów w żadnym z obszarów e-commerce. Sytuacja ta wykazuje, iż przed e-handlem stoi wiele wyzwań, aby zatrzymać e-klientów i dotrzeć do nowych, również w rzeczywistości post-covid. Jestem pewna, że polski e-commerce sprosta wyzwaniom i oczekiwaniom e-konsumenta, tak aby chętniej dokonywał zakupów na rodzinnych platformach, wiedząc, że kupuje produkty dobrej jakości oraz z odpowiednią certyfikacją unijną, na co nie może liczyć, kupując produkty na azjatyckich platformach
e-commerce” – Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

To bardzo pozytywne dane, nic więc dziwnego, że wszyscy patrzymy huraoptymistycznie na e-commerce. Wartość rynku sprzedaży online do konsumentów przekroczyła na koniec 2020 roku 100 mld zł. Jedynie czasem przemyka nam gdzieś z tyłu myśl, co będzie po pandemii – czy konsumenci pozostaną w Internecie, no i czy w tym Internecie pozostaną wierni obecnie kupowanym markom, czy raczej skorzystają z możliwości w zasadzie nieograniczonego wyboru, a jak tak, to jak ich powstrzymać. Czas prosperity to ten moment, kiedy powinniśmy zastanowić się nad aspektami działania e-commerce, bo okazuje się, że różnorodne problemy przy zakupach online zauważa aż 88% e-klientów. I wcale tak łatwo nie wybaczają.

“Jedną z niedogodności, na którą wskazują klienci jest brak wyboru preferowanych metod płatności, co, jak pokazują badania, może być przyczyną porzucania koszyków.
Dlatego właśnie wiodący na rynku operatorzy oferują szereg rozwiązań dostosowanych
do specyfiki danego biznesu, a przede wszystkim spełniających oczekiwania klientów.  Współczesnych konsumentów cechuje otwartość na nowości technologiczne, warto więc stale poszerzać wachlarz oferowanych rozwiązań płatniczych, pamiętając, że satysfakcja klienta przekłada się na konwersję sprzedażową sklepu” – Jacek Kinecki CCO Przelewy24

Testy odbiorowe e-commerce

Zacznijmy od tego, gdzie skierowali swoje kroki – a właściwie kliki – nowi klienci e-commerce, którzy wcześniej wydawali większość budżetu offline. Można by przypuszczać,
że do sklepów, gdzie zwykle kupowali, ale to nie jest do końca prawda. Zrobiło tak 21% internautów, za to 36% udało się do e-sklepów specjalistycznych, dedykowanych do zakupów w danej kategorii, np. sport, hobby, elektronika, a co 4. zaczął kupować na platformach, które Polacy cenią przede wszystkim za duży wybór i bezpieczeństwo zakupów. Nie wygląda to natomiast na zbyt lojalne zachowanie wobec marek znanych z offline’u. Dodatkowo, konsumenci zapytani, czy wyobrażają sobie zakupy wyłącznie w Internecie, mówią, że nie (80% wskazań wśród internautów i 67% wśród regularnie kupujących w Internecie). Owszem, jest sporo czynników, które by im to ułatwiły, jak lepszej jakości zdjęcia, utrzymywanie standardów opisów produktów czy rozwiązania typu esize.me, wizualizacja produktów modowych na modelce (najchętniej w postaci autentycznej klientki) lub mebli czy sprzętu AGD we wnętrzu i wideo produktowe, które wymieniają jednym tchem, ale nie oceniają e-sklepów pod kątem oferowania tych rozwiązań zbyt dobrze.

Co więcej, aż 49% uważa, że e-commerce nie poradził sobie z pandemią. W tym zakresie szczególnie doskwierają konsumentom długie terminy dostaw, mała dostępność produktów, wyższe ceny, np. na elektronikę oraz pozorne promocje, gdzie ceny są sztucznie zawyżane, żeby następnie np. przy okazji Black Friday, czy wyprzedaży sezonowych, znów je obniżyć. Konsumenci to dostrzegają i czują się oszukani.

Wyniki tegorocznego raportu „Co ugryzie e-commerce” wyraźnie wskazują, że klienci oczekują elastycznego, wygodnego, dopasowanego do ich potrzeb procesu zakupowego. 76% badanych przyznało, że gdy zetkną się z problemami w czasie zakupów w sklepie internetowym, są w stanie z nich zrezygnować. Okazuje się, że wystarczy jedna negatywna interakcja ze sklepem, aby klient skierował swoje kroki w inne miejsce. Zapewnienie wygodnej i elastycznej podróży klienta bez względu na kanał, preferowaną metodę płatności czy miejsce składania zamówień wydaje się kluczowym elementem w budowaniu solidnego fundamentu do rozwoju firmy i budowaniu odpowiedniego poziomu doświadczeń konsumentów” – Jakub Czerwiński, VP CEE, Adyen

Houston, we have a problem

Promocje to jednak tylko jeden z niewielu problematycznych obszarów w e-commerce.
17% internautów, a 1/3 e-kupujących przyznaje, że zdarzyło im się podczas zakupów w sieci coś, co zdenerwowało ich do tego stopnia, że przerwali zakup. Co ciekawe, ¾ spośród takich zdenerwowanych konsumentów, uważa, że zdarzyło się to podczas ostatnich zakupów lub zdarza im się non-stop. Co denerwuje konsumentów? Jedną z bolączek jest prezentacja produktów, w kontekście której problemy widzi 77% internautów. Przede wszystkim dotyczą wciąż złej jakości zdjęć, braku zdjęć 360 i wideo produktowego, niewystarczających opisów i braku opcji sprawdzenia dostępności produktów w sklepach stacjonarnych. Niewidoczna jest też często, zdaniem konsumentów, informacja o tym, że produkt będzie dostarczany zza granicy, np. Chin. Nie lepiej wypadły elementy usability e-sklepów, jak porównywanie ofert, wyszukiwanie i filtrowanie oraz niewygodne formularze zamówienia. Zdecydowanie wiele do życzenia, zdaniem badanych, pozostawia kontakt z e-sklepem, a właściwie jego brak. 57% internautów twierdzi, że ma problem z takim skomunikowaniem się ze sprzedawcą. Najmniej przyjazne pod tym względem e-sklepy działają według konsumentów w branży sport i hobby, spożywczej i związanej ze zdrowiem. Rozwiązanie tego problemu konsumenci upatrują w interaktywnych widgetach, które umożliwiłyby kontakt kontekstowy bezpośrednio z obsługą e-sklepu i pozostawienie feedbacku. Stosunkowo najlepiej badani ocenili aspekt płatności w e-sklepach, choć dużym błędem wciąż jest brak opcji płacenia BLIKiem oraz niezapamiętywanie preferowanej przez klienta formy płatności.

Tak duża skala niedostatków e-commerce powinna zostać zauważona, gdyż konsument napotykający wskazane problemy nie zawsze da marce dugą szansę, a dane wręcz pokazują, że 1/3 uda się od razu w inne miejsce zakupowe. 2/3 zawiedzionych e-klientów będzie próbowało nawiązać kontakt z e-sklepem i prosić o pomoc, informacje czy interwencję, ale w przypadku, gdy ponad połowa deklaruje, że nie mają ku temu możliwości, może to oznaczać porzucenie e-sklepu również przez tę grupę.

Zdaniem Katarzyny Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzającej w Mobile Institute: „Zapewnienie konsumentom wygodnego i kontekstowego kontaktu z e-sklepem, może się okazać czynnikiem, który zaważy o utrzymaniu obecnych klientów. 76% konsumentów chce i próbuje kontaktować się z e-sklepami w różnych tematach, m.in. po pomoc w dokończeniu procesu zakupowego czy dodatkowe informacje o produkcie. Konsumenci są też zdania, że powinni móc oceniać nie tylko dokonany zakup, ale też wygląd e-sklepu, proces zakupu, usability i generalnie wszystkie aspekty związane z zakupem. Tymczasem 42% badanych uważa, że e-sklepy nie są niestety zainteresowane ich opiniami, pomysłami i problemami. To musi się zmienić.”

Czy zmiana przepisów budowlanych wpłynie na ceny mieszkań

W jakim stopniu nowe przepisy dotyczące ochrony cieplnej budynków wpłyną na koszt realizacji inwestycji? Czy zmiana norm budowlanych przełoży się na wzrost cen mieszkań? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Nowe przepisy prawa budowanego związane są m.in. ze zmniejszeniem zapotrzebowania budynków na energię nieodnawialną czy zastosowaniem w inwestycjach „cieplejszych” okien i wymagają od inwestorów spełnienia zaostrzonych warunków technicznych. Dodatkowe wymagania przełożą się na wzrost kosztów realizacji inwestycji, a co za tym idzie wzrost cen mieszkań w nowych projektach. Jednak należy mieć na uwadze, że energooszczędne budynki, w których wykorzystane są nowoczesne rozwiązania ekologiczne, np. panele fotowoltaiczne czy osiedla, na których zastosowano lampy solarne to docelowo niższe rachunki za prąd, czyli wymierne oszczędności dla mieszkańców.

Mateusz Bromboszcz, wiceprezes zarządu ds. Prawno-Administracyjnych w Atal

Nowe regulacje związane z oszczędnością energii i izolacją cieplną wiążą się z szeregiem wyzwań dla branży deweloperskiej m.in. niosą konieczność uwzględniania dodatkowych rozwiązań i źródeł zasilania. Wejście w życie nowych przepisów regulujących charakterystykę energetyczną budynków ma więc bezpośrednie przełożenie na wzrost kosztu prowadzenia inwestycji, co wynika z konieczności zastosowania dodatkowego wyposażenia technicznego i większego zapotrzebowania na materiały budowlane.

Trudno jeszcze prognozować, jakie dokładnie mogą to być wzrosty i czy przełoży się to na wyższe ceny mieszkań. Niemniej rosnące koszty prowadzenia inwestycji, wynikające m.in. z wyższych cen materiałów budowlanych i wykonawstwa, ciążą na branży budowlanej. Warto zaznaczyć jednak, że dotąd rosnące koszty inwestycji w naszym przypadku nie miały aż tak odczuwalnego, jak u konkurencji, przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie. Dzięki temu w znacznym stopniu kompensujemy rosnące koszty inwestycji i niezmiennie oferujemy mieszkania w atrakcyjnych cenach.

Sebastian Barandziak, prezes Dekpol Deweloper

Nowelizacja warunków technicznych dokonywana jest systematycznie co kilka lat ze względu na rozwój technologiczny zachodzący w branży budowlanej. Zmiany dotyczące podwyższenia energooszczędności budynków są jednocześnie znane z dużym wyprzedzeniem i deweloperzy na bieżąco się do nich dostosowują. Jest to długofalowy proces, który wpływa na zwiększenie kosztów inwestycji i stopniowy wzrost cen mieszkań. Wyższe wymagania obowiązujące od początku tego roku są już z reguły uwzględnione w realizowanych projektach. Powoli musimy już jednak przygotowywać się do kolejnych zmian, które doprowadzą do tego, że standardem będą m.in: systemy produkcji energii elektrycznej – instalacja fotowoltaiczna, systemy wentylacji z odzyskiem ciepła, pompy ciepła w układzie hybrydowym z układami ogrzewania konwencjonalnego, systemy ogrzewania niskotemperaturowego, tj. ogrzewanie podłogowe lub ścienne. Cena wytworzenia mieszkań może wzrosnąć, w zależności od standardu i wyposażenia oraz zastosowanych rozwiązań, od 200 – 300 zł netto do 600 zł netto/mkw. powierzchni mieszkania. Stawki uzależnione będą również od czynników zewnętrznych, m.in. ceny energii elektrycznej, paliw, podatki itp., a także podwyżki cen materiałów. To z pewnością przełoży się również na dalszy wzrost cen mieszkań.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Tego typu zmiany w przepisach są wprowadzane co jakiś czas i są odpowiedzią na postęp cywilizacyjny. Nie są to zbyt kosztotwórcze zmiany jeżeli deweloper stawia na jakość i dotrzymywanie norm. Nowe przepisy są często tylko potwierdzeniem tego co już jest stosowane w praktyce od dawna.

Dużo większym zagrożeniem są natomiast planowane zmiany w Ustawie Deweloperskiej, które znacząco podniosą koszt realizacji inwestycji deweloperskich, a co za tym idzie ceny mieszkań.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Każda zmiana w przepisach, niosąca za sobą dodatkowe obowiązki po stronie dewelopera w zakresie realizowanych inwestycji, z pewnością przełoży się na ceny mieszkań. Zwiększenie kosztów realizacji projektów spowoduje wzrost cen ofertowych.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Zmiany w prawie budowlanym na pewno wpłyną na koszt realizacji inwestycji. Przyjęty współczynnik przenikania ciepła dla okien i ścian jest bardzo restrykcyjny. Na tle innych, europejskich państw Polska zdecydowanie najwyżej zawiesiła poprzeczkę w tym aspekcie. Zmiany te przełożą się na zmianę cen mieszkań, co będzie widoczne w drugiej połowie roku. Szacowany wzrost to 2-3 proc. w porównaniu do obecnych cen.

Marcin Żurek, dyrektor działu inwestycji w Nickel Development

Nowe przepisy budowlane ponad wszelką wątpliwość wpłyną na zwiększenie kosztów realizacji inwestycji. Zdecydowane podniesienie parametrów cieplnych dla przegród budowlanych oraz wymóg wykorzystania w części energii pierwotnej wynikają z proekologicznej postawy Parlamentu Europejskiego, który znowelizował dyrektywę dotyczącą charakterystyki energetycznej budynków.

Nowobudowane lub modernizowane budynki w krajach członkowskich Unii Europejskiej powinny osiągnąć status zeroenergetycznych z bardzo wyraźnym kierunkiem minimalizowania energii pierwotnej. W praktyce oznacza to, że wszystkie pozwolenia na budowę uzyskane od 2021 roku będą musiały spełnić nowe warunki techniczne. Dla przykładu współczynniki przenikania ciepła jeszcze w 2017 roku wynosiły dla ścian zewnętrznych 0,23 W/m2K, a dzisiaj jest to 0,2 W/m2K. W przypadku stolarki okiennej było to 1,1 W/m2K, a dzisiaj jest to 0,9 W/m2K. Takie dane jasno wskazują, że musimy szukać nowych rozwiązań dla przegród zewnętrznych przez zastosowanie materiałów znacznie droższych od tradycyjnego styropianu. Mogą to być choćby poliuretany, fenole itp. To konieczne, aby utrzymać optymalne grubości przegród, biorąc pod uwagę, że świadomi deweloperzy szanują każdy metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkalnej.

W przypadku energii pierwotnej dyrektywy również zaostrzyły parametry. W 2014 roku wskaźnik Ep wynosił 120kWh/(m2/rok), natomiast dzisiaj nie może on przekroczyć 70kWh/(m2/rok). W konsekwencji niezbędne będzie zastosowanie bardzo nowoczesnych kotłów, wyposażenie budynków w pompy ciepła, rekuperację, czy fotowoltaikę.

W konsekwencji koszt tych wszystkich innowacji, przy rosnących cenach materiałów i paliw, niestety będzie musiał ponieść klient. Budżety inwestycyjne świadomych i odpowiedzialnych deweloperów niestety nie mają już przestrzeni na kompensację tych kosztów.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Oferowane przez nas budynki już od dłuższego czasu spełniały obecne wymagania dotyczące ochrony cieplnej. A nawet proponowaliśmy i proponujemy więcej, na przykład system Smart House bez dodatkowych opłat. Ponadto mamy bardzo atrakcyjne opcje wykończenia: specjalnie uszczelnione okna, rolety, etc. Zakładamy zatem, że nowe przepisy nie wpłyną na ceny naszych mieszkań, ale znacznie większy wpływ mogą mieć na wzrost cen nieruchomości na rynku.

Jarosław Kozak, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Zmiany w zakresie oporu cieplnego przegród budowlanych niewątpliwie przełożą się na wzrost kosztów realizacji inwestycji, zwłaszcza mieszkaniowych. Szacujemy, iż podniesienie parametrów dla otworów oraz ścian spowoduje wzrost kosztów realizacji o około 3-5 proc., co niechybnie spowoduje podniesienie cen sprzedaży mieszkań. Należy jednak pamiętać, że wyższe parametry oporu cieplnego przegród przekładają się na niższe zapotrzebowanie na energię cieplną, a tym samym na niższe koszty eksploatacji.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Zmiany w przepisach spowodowały wzrost kosztów inwestycji, a co za tym idzie wzrost cen mieszkań. Plusem nowych przepisów jest poprawa izolacyjności przegród budowalnych oraz ślusarki okienno-drzwiowej, a także sposobu wykorzystania energii do ogrzewania i wentylacji budynku.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wielu ekspertów przewiduje, że wprowadzony od początku 2021 roku obowiązek podporządkowania się nowym restrykcyjnym normom dotyczącym efektywności energetycznej spowoduje, że inwestorzy będą musieli ponieść wyższe koszty budowy nawet o kilkanaście procent. To niewątpliwie wpłynie na wzrost cen mieszkań. Podwyżek wywołanych tą zmianą należy raczej spodziewać się w przyszłym roku, gdyż aktualnie są i będą kontynuowane inwestycje, które uzyskały pozwolenia na budowę wg starych przepisów. Niemniej jednak mieszkania nadal będą atrakcyjną inwestycją, nie tylko z powodu niskich stóp procentowych. Od wielu lat stosujemy w inwestycjach standardy promujące budownictwo energooszczędne i niskoemisyjne a zatem dostosowanie budynków do nowych norm nie będzie dla nas wyzwaniem.

Obecnie realizujemy projekt budowy domów drewnianych energooszczędnych i ekologicznych w cenie domów standardowych, które produkujemy w naszej fabryce i stawiamy w podmiejskim Osiedlu Villa Campina blisko Puszczy Kampinoskiej, a także oferujemy je klientom, którzy mają własne działki. Dzięki zastosowaniu ogrzewania podłogowego i pompy ciepła, cechują się one wyższą energooszczędnością niż standardowe. W przypadku domów budowanych w technologii szkieletowej nowe standardy nie przekładają się na ich cenę, a niskie koszty użytkowania niewątpliwie są dodatkowym atutem.

Autor: dompress.pl

Jak pandemia zmieniła rynek usług HR w 2020 roku

Główne wskaźniki dotyczące sytuacji na polskim rynku pracy wykazały się sporą odpornością na pandemię, niemniej jednak ubiegły rok przyniósł wiele zmian w zakresie tego, jak przedsiębiorcy podejmowali decyzje dotyczące zmian zatrudnienia. Sytuacja na rynku usług HR doskonale odzwierciedla te zmiany – wynika z raportu przygotowanego przez Polskie Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan.

Praca tymczasowa

Już pierwsze miesiące 2020 roku przyniosły znaczny spadek zatrudnienia pracowników tymczasowych. Branża zareagowała dużo szybciej niż oficjalne wprowadzenie stanu epidemii w Polsce. Wynikało to z faktu, iż duża część pracowników tymczasowych świadczy pracę na rzecz branży produkcyjnej, w dużym stopniu zależnej od zagranicznych, głównie chińskich poddostawców. Drugi kwartał przyniósł kolejne spadki.

Sytuację dodatkowo pogarszał fakt braku faktycznej możliwości objęcia pracowników tymczasowych rozwiązaniami pomocowymi z kolejnych tarcz. Dopiero w trzecim kwartale przyszło odbicie i gwałtowny wzrost zatrudnienia pracowników tymczasowych. Pracodawcy powoli wracali do normalnego funkcjonowania, nie mniej jednak wszelkie decyzje w zakresie zatrudnienia były podejmowanie znacznie ostrożniej, stąd większa otwartość na korzystanie z usług agencji pracy tymczasowej. Podobny trend obserwowaliśmy ponad dekadę temu, w trakcie globalnego kryzysu. Praca tymczasowa jest niezbędnym rozwiązaniem pozwalającym na stosunkowo szybki powrót do normalności. Z jednej strony zapewnia pracownikom możliwość świadczenia pracy w warunkach równego traktowania, z drugiej daje pracodawcom większą elastyczność działania i dostosowania się do zmieniających się warunków otoczenia.

Podsumowując, ubiegły rok zmniejszył liczbę pracowników tymczasowych o ok. 10%, co wydaje się nie najgorszym wynikiem biorąc pod uwagę ogromne spadki na początku roku. Szacujemy, że w całej Polsce liczba pracowników tymczasowych w 2020 roku wyniosła ok. 641 tys. osób.

„Należy pamiętać, iż spadek liczby pracowników tymczasowych towarzyszy nam już od kilku lat, czego główną przyczyną był rynek pracownika i duża łatwość w dostępie do stałych miejsc pracy. Co naturalne, dla dużej części społeczeństwa praca tymczasowa zawsze pozostaje opcją drugiego wyboru. Fakt ten przekłada się to na rosnącą liczbę obywateli państw trzecich, którzy świadczą pracę tymczasową w Polsce. Szybciej niż liczba pracowników tymczasowych spada liczba godzin przepracowana przez tych pracowników, co do tej pory było sygnałem potwierdzającym trend częstszego przechodzenia na bezpośrednie zatrudnienie. W 2020 roku ten spadek świadczy o czymś inny, odzwierciedla duży spadek zapotrzebowania na pracę tymczasową, który obserwowaliśmy w pierwszych dwóch kwartałach roku, wynikający z sytuacji epidemiologicznej w Polsce, jak i na rynkach zagranicznych” – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.

liczba pracowników tymczasowych 1Liczba godzin przepracowanych przez tych pracowników spadła aż o 21% (o tyle samo zmalał współczynnik FTE, czyli liczba przepracowanych godzin w przeliczeniu na pełne etaty). Średnio jeden pracownik tymczasowy przepracował w ubiegłym roku 50 dni, w porównaniu do 57 w roku ubiegłym.

wykres_2

Wśród firm członkowskich PFHR odsetek umów o pracę zawieranych z pracownikami tymczasowymi nadal jest bardzo wysoki, stanowi bowiem 89%. Dla porównania ten wskaźnik dla całego rynku jest dużo niższy – wynosi 44% (dane z Informacji o działalności agencji zatrudnienia 2019, MRPiPS 2020).

Wartość rynku pracy tymczasowej spadła w podobnym tempie co FTE, bo o 18%. Firmy członkowskie w zakresie pracy tymczasowej w 2020 roku wypracowały obroty na poziomie 2,8 mld PLN. Wartość całego polskiego rynku szacujemy na ok. 5 mld PLN.

Rekrutacje stałe

Duża część procesów rekrutacyjnych była zawieszona od momentu wybuchu pandemii. Dopiero w trzecim kwartale pracodawcy zaczęli oswajać się z panującą sytuacją i wtedy to zaczęto podejmować odkładane decyzje i wzrosła liczba rekrutacji. Nie uratowało to niestety całorocznego wyniku branży, która odnotowała blisko 19% spadek.
Firmy członkowskie PFHR w ubiegłym roku w ramach rekrutacji prowadzonych na rzecz polskich i zagranicznych pracodawców wygenerowały obroty na poziomie 156,2 mln PLN.

„Sytuacja na rynku rekrutacyjnym na początku 2020 roku wyglądała jeszcze normalnie, spadki odczuwaliśmy przez cały drugi kwartał roku. Najbardziej dotknęły one przemysł hotelarski, turystykę i sprzedaż detaliczną. Co ciekawe, w odróżnieniu od poprzedniego kryzysu, w pozostałych sektorach zmiany zachodzące w zatrudnieniu nie miały gwałtownego charakteru. Mamy sektory, gdzie popyt na pracowników wręcz wzrósł, odnosi się do centrów logistycznych i dystrybucyjnych, e-commerce czy branży IT. Ciekawym zjawiskiem jest zmiana postawy kandydatów. Podobnie jak dekadę temu, spora ich część traktuje udział w projektach rekrutacyjnych jako sposób na weryfikacje swoich szans na rynku pracy. Chcą się poczuć bezpiecznie. Niestety, przekłada się to często na rezygnację z procesów na finalnym etapie ich realizacji. Mimo obaw, które towarzyszyły rozpoczęciu tego roku, po upływie dwóch pierwszych miesięcy widzimy, iż zainteresowanie pracodawców poszukiwaniem nowych pracowników nie spada” – mówi Piotr Dziedzic, członek Zarządu PFHR.

Outsourcing

Rynek usług HR rozwija się bardzo dynamicznie. Początkowo agencje ograniczały swoją działalność do usługi rekrutacyjnej, potem biorąc coraz większą odpowiedzialność za pracowników zaczęły świadczyć usługi pracy tymczasowej, teraz agencje coraz częściej biorą na siebie odpowiedzialność za całe usługi czy procesy, wkraczając tym samym w świat outsourcingu.

„Ostatni rok był przełomowym dla usług outsourcingu. Pomimo pandemii i spowolnienia, zarówno w rekrutacji stałej, jak i tymczasowej, firmy zrzeszone w ramach PFHR odnotowały wzrost zapotrzebowania na outsourcing usług. Wynika to z faktu, że przedsiębiorcy w warunkach niepewności (czy to zamówień czy rynków zbytu) preferowali oddanie całej odpowiedzialności za daną usługę podmiotowi zewnętrznemu. Dodatkowo postępująca cyfryzacja i spopularyzowanie modelu pracy zdalnej otworzyło oczy wielu zagranicznym klientom na niewykorzystany potencjał zasobów z Europy Środkowej i Wschodniej. Ten trend jest szczególnie widoczny w sektorze IT gdzie przez covid łańcuchy dostaw i dostarczania usług IT z krajów azjatyckich zostały zakłócone. Tym samym, klienci europejscy coraz częściej poszukiwali rozwiązań Nearshoringowych, czyli dostawców usług w kraju o geograficznej i kulturowej bliskości” – mówi Michał Młynarczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR

Polskie Forum HR, podążając za tymi zmianami, w ubiegłym roku rozpoczęło gromadzenie danych w zakresie świadczonych przez firmy członkowskich usług outsourcingowych. Ich wartość w ubiegłym roku wyniosła 902 mln PLN.
wykres_3

Delegowanie

Stosunkowo niewielki spadek obrotów nastąpił w ubiegłym roku również w zakresie delegowania pracowników. Wyniósł on 6%, firmy członkowskie osiągnęły obroty na poziomie 222 mln PLN. Utrudniony ruch tras granicznych z pewnością wpłynął na wyniki firm w tym zakresie.

Career management

Career management to grupa usług w zakresie podnoszenia i zmiany kompetencji. W tym kontekście najczęściej wymienia się outplacement, lecz career management to znacznie więcej. Firmy członkowskie od lat wspierają swoich klientów w odpowiednim zarządzaniu kompetencjami, aby w możliwie najlepszy sposób zabezpieczyć przyszłość zarówno pracowników, jak i firmy. Budowanie strategii zarządzania kompetencjami, mobilność kariery, tzw. redeployment, w kontekście niezmieniających się wyzwań rynku pracy, wśród których najważniejszym pozostaje deficyt kompetencji, nabiera na znaczeniu. Od 2020 roku Polskie Forum HR przygląda się bliżej również tym usługom. W ubiegłym roku ich wartość w gronie członków organizacji wyniosła 3,3 mln PLN.

Raport: RYNEK USŁUG HR W 2020 dostępny jest na stronie:
https://polskieforumhr.pl/wp-content/uploads/2021/03/RAPORT_-RYNEK_USLUG_HR_2020.pdf

Rynek pierwotny czy wtórny – na którym zawarto jest więcej transakcji?

W naszym kraju prawdopodobnie powszechne jest przekonanie, że mieszkaniowy rynek wtórny jest większy od rynku pierwotnego. Ale czy tak jest naprawdę? W jaki sposób liczba oferowanych na danym rynku mieszkań i domów przekłada się na liczbę zawieranych transakcji?

Oferty na obu rynkach policzyć jest stosunkowo łatwo. Np. w portalu RynekPierwotny.pl oferowanych jest do sprzedaży przeszło 60 tys. mieszkań i domów od firm deweloperskich. Z kolei w portalu GetHome.pl znajdziemy dodatkowo ok. 34 tys. ofert z rynku wtórnego. Co ważne, żadna się nie powtarza.

– Oczywiście w portalach ogłoszeniowych nie ma wszystkich ofert dotyczących mieszkań i domów na sprzedaż. Te dwie liczby powinny nam jednak uświadomić, jak bardzo zmienił się rynek mieszkaniowy w ostatnich latach – komentuje ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Według niego, dzieje się tak za sprawą firm deweloperskich, które budują coraz więcej mieszkań. Np. w 2020 r. deweloperzy oddali do użytku prawie 144 tys. mieszkań.  – Tylko w ciągu ostatniej dekady zwiększyli więc swoją produkcję o 142%! – mówi Marek Wielgo.

GetHome – Wykres 1

I dodaje, że znajduje to odzwierciedlenie w liczbie zawieranych transakcji. Na rynku pierwotnym mieszkania i domy zwykle kupowane są na etapie budowy. W takiej sytuacji deweloperzy zawierają ze swoimi klientami umowę deweloperską. Ponieważ odbywa się to w obecności notariusza, więc wiemy – na podstawie sprawozdań Ministerstwa Sprawiedliwości – że np. w 2020 r. zawarto ok. 104,3 tys. takich umów.

Z kolei na runku wtórnym akt notarialny przeniesienia własności zwykle jest poprzedzony przedwstępną umową sprzedaży. Ministerstwo podaje, że w ubiegłym roku zawarto ich nieco ponad 67,6 tys. Z tego wynika, że transakcji na rynku wtórnym może być nawet o ponad jedną trzecią mniej niż na pierwotnym.  – Oczywiście zakładamy, że w obu przypadkach wszystkie te transakcje zostały sfinalizowane – zastrzega ekspert GetHome.pl.GetHome – wykres 2

Dodajmy, że jeszcze w 2013 r. to na rynku wtórnym zawieranych było więcej transakcji mieszkaniowych. Wprawdzie w ostatnich latach ich liczba rosła, ale mniej dynamicznie niż na rynku pierwotnym. Dlaczego?

Na forach internetowych można znaleźć mnóstwo komentarzy i opinii na ten temat. Internauci najczęściej podkreślają, że na rynku wtórnym częściej oferowane są mieszkania na starszych osiedlach z dobrze rozwiniętą infrastrukturą i komunikacją. Mieszkańcy mają więc w zasięgu ręki m.in. sklepy, punkty usługowe, a także przedszkole, szkołę, aptekę czy ośrodek zdrowia. Ponadto na starych osiedlach przestrzenie między budynkami są zwykle dużo większe i zadrzewione. Internauci zwracają także uwagę, że kupując używane mieszkanie można uniknąć kłopotliwego sąsiedztwa.

Z drugiej strony w starych blokach dużo mniejsze są możliwości aranżacji wnętrz, a najczęściej nie ma takiej możliwości. W budynku często nie ma windy. Brakuje miejsc parkingowych, a zaparkowanie auta na ulicy coraz częściej graniczy z cudem.

Tego typu wad nie mają nowe mieszkania. Do tego ich ogromną zaletą jest możliwość indywidualnego rozliczania kosztów ogrzewania oraz wody i ścieków.

– Oczywiście internauci często krytykują deweloperów za zbyt zagęszczoną zabudowę nowych osiedli oraz brak zieleni. Tyle tylko, że o decyzji zakupowej decydują najczęściej ceny mieszkań i możliwości finansowe kupujących – zauważa Marek Wielgo.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w Warszawie, Krakowie i Gdańsku, czyli w miastach, w których deweloperzy budują najwięcej mieszkań, ich średnie ceny ofertowe są wyraźnie niższe niż kupowanych z drugiej ręki.GetHome – Wykres 3

Autor: portal GetHome.pl

Branża piekarnicza czeka na odbicie w HoReCa

  • Pandemia COVID-19 spowodowała, że w branży piekarniczej w zeszłym roku odnotowano spadek zamówień z hoteli i gastronomii. Wzrosła z kolei sprzedaż pieczywa w kanale handlu detalicznego.
  • Dane ze średnich i dużych firm wskazują, że handel detaliczny nie zrekompensował w całości spadku sprzedaży w innych kanałach. W 2020 roku produkcja pieczywa była o 9% niższa niż rok wcześniej.
  • Dla części firm dużą szansą pozostaje rosnący popyt zagraniczny na wyroby piekarskie, m.in. na pieczywo cukiernicze.

Pandemia COVID-19 wpłynęła na producentów pieczywa w zróżnicowany sposób. Z jednej strony segment produkcji pieczywa mrożonego odczuł spadek zamówień z branży hotelarsko-gastronomicznej. Oczywiście wpłynął na to fakt, że w ubiegłym roku przez prawie 5 miesięcy działalność branży HoReCa była silnie ograniczona. Z drugiej strony konsumenci znacznie więcej czasu spędzali w domach, co sprzyjało zakupom pieczywa w kanale handlu detalicznego. Jednak dane o produkcji ze średnich i dużych zakładów pokazują, że wzrost sprzedaży w handlu detalicznym tylko w części wyrównał niższe zamówienia z branży HoReCa. W całym ubiegłym roku produkcja pieczywa wyniosła 970 tys. ton i była niższa o 9% w relacji rocznej.

Pieczywo świeże, nie jest produktem, który można przechowywać długo w warunkach domowych. Dlatego producenci tego rodzaju asortymentu nie skorzystali w marcu ubiegłego roku, kiedy Polacy robili zapasy artykułów spożywczych w obawie o skutki lock-downu. Z kolei osłabienie sprzedaży detalicznej, które nastąpiło w kwietniu, negatywnie wpływało również na pieczywo, produkcja w tym miesiącu spadła 17% w porównaniu z marcem. Druga fala pandemii nie spowodowała tak głębokiego spadku, jak ta z marca i kwietnia, w listopadzie produkcja była niższa o 8% w porównaniu do października – wyjaśnia Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG w Santander Bank Polska.

Oczywiście są kategorie, które w czasie pandemii mogły radzić sobie lepiej, jak np. pieczywo paczkowane (tosty, hamburgery, hot-dogi). Jednak nie zmienia to jednoznacznej negatywnej oceny wpływu COVID-19 na segment produkcji pieczywa. Dodatkowo rok 2020 przyniósł branży wyzwanie w postaci wzrostu kosztu surowców. Z danych Ministerstwa Rolnictwa wynika, że średnia cena pszenicy konsumpcyjnej w ubiegłym roku wzrosła o 4% r/r, a mąki pszennej była na poziomie zbliżonym do roku 2019. Jednak w drugiej połowie ubiegłego roku odnotowano silny wzrost cen, który jest kontynuowany na początku 2021 roku. W styczniu oraz w lutym mąka pszenna piekarnicza była droższa średnio o 15% w relacji rocznej. W efekcie  średnia rentowność sprzedaży w sektorze obniżyła się. W okresie od stycznia do września 2020 roku wyniosła 9,5% wobec 10,2% rok wcześniej.

Polacy jedzą coraz mniej pieczywa

Produkcja pieczywa świeżego w ostatnich latach wykazuje lekką tendencję spadkową. Według danych GUS, łączna produkcja 2019 r. w porównaniu do 2010 roku zmniejszyła się o 12%. Cały czas najwięcej produkujemy pieczywa wytwarzanego z mieszanki mąki pszennej i żytniej. Choć jego udział systematycznie się obniża, nadal jest to 54% produkcji. Spadek produkcji pieczywa jest związany ze spadkiem spożycia. Z badania budżetów gospodarstw domowych, które realizował GUS wynika, że w 2019 roku spadło ono o 5% r/r. Trend spadkowy notowany jest od wielu lat, w porównaniu z rokiem 2010 spożycie było niższe aż o 36%. Jednocześnie więcej jemy pozostałych wyrobów piekarskich, konsumenci bardziej interesują się m.in. wyrobami cukierniczymi. W 2019 roku konsumpcja tego asortymentu była wyższa o 4% w relacji rocznej oraz o 51% w porównaniu do roku 2010.

W latach 2018-2019 na konsumpcję pieczywa niekorzystny wpływ mógł mieć szybki wzrost cen detalicznych. W tym okresie dynamika wzrostu cen pieczywa była znacznie wyższa niż całej kategorii „Żywność i napoje”. Podobnie było w roku 2020, ceny pieczywa wzrosły przeciętnie o 8,1% r/r, przy wzroście cen całej kategorii na poziomie 4,7%. Według szacunków firmy badawczej Euromonitor, w 2020 roku wartość detalicznego rynku pieczywa wyniosła 10 718 mln zł i była o 8% wyższa w relacji rocznej. Głównymi kanałami sprzedaży pieczywa są obecnie dyskonty (38% sprzedaży), na drugim miejscu znalazły się sklepy typu convenience (22% sprzedaży). Na trzecim zaś supermarkety (11%) a tuż za nimi hipermarkety (10%).

Eksport ciągle ważnym silnikiem napędowym branży

Polskie wyroby piekarskie są bardzo istotnym towarem eksportowym. W 2019 roku wartość sprzedaży zagranicznej tego asortymentu osiągnęła 1,8 mld euro i był wyższa o 11% r/r. Również w ubiegłym roku utrzymywał się trend wzrostowy, po jedenastu miesiącach 2020 roku wartość sprzedaży była wyższa o 4% r/r. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wartość eksportu wyrobów piekarskich zwiększyła się ponad trzykrotnie. Przychody z eksportu tej grupy towarowej stanowią około 16% łącznych przychodów ze sprzedaży w grupie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników.

Sprzedaż wyrobów piekarniczych jest ważną częścią naszego eksportu, polska branża notuje regularne wzrosty i z każdym rokiem poprawia wynik. Co ciekawe, za prawie połowę wartości polskiego eksportu wyrobów piekarniczych odpowiada pieczywo cukiernicze. Jest to również jedna z najszybciej rozwijających się kategorii produktowych. W okresie od 2010 do 2019 roku wartość jego eksportu zwiększyła się o ponad 340% – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.eksport piekarni

Wyroby piekarskie sprzedajemy głównie na rynek unijny. W 2019 roku 80% wartości sprzedaży zagranicznej zostało wygenerowane właśnie na tym rynku. Po uwzględnieniu Brexit-u udział wspólnoty

obniży się do 70%, ale nadal jest bardzo istotny. Spośród krajów spoza UE największymi odbiorcami są: Rosja, Arabia Saudyjska i Ukraina. Ogółem polskie wyroby piekarskie trafiły do 129 krajów na świecie.

Plan na przyszłość – podążanie za trendami i nowe kanały sprzedaży

Pandemia wprowadziła wiele zmian w preferencjach zakupowych klientów. Zdanie analityków Santander Bank Polska trudno ocenić, czy w przypadku branży piekarniczej będą one trwałe. Obecnie z wielu badań opinii społecznych płynie wniosek o wzroście znaczenia lokalności wśród konsumentów, to może sprzyjać rozwojowi mniejszych firm, operujących lokalnie.

Polski rynek działa pod presją przesuwania konsumpcji z pieczywa tradycyjnego w stronę pozostałych wyrobów piekarskich. Widać też wyraźnie, że rośnie zainteresowanie konsumentów pieczywem pełnoziarnistym lub z dodatkiem ziaren, produktami o obniżonej zawartości soli, bez cukru czy glutenu. Można się spodziewać, że firmy, które będą rozwijać swoje portfolio produktowe oraz śledzić zmieniające się trendy, w kolejnych latach zwiększą swój udział w rynku.

Pandemia jest za to wyzwaniem dla segmentu pieczywa, produkowanego na potrzeby branży HoReCa. Nawet w przypadku „odmrożenia” gospodarek powstaje obawa o kolejne lock-downy i trwałość popytu. Tu znaczenia nabiera możliwość elastycznego przesuwania sprzedaży między różnymi kanałami, np. do sklepów detalicznych. Powinna temu sprzyjać rosnąca liczba punktów, zarówno w handlu wielko jaki i małoformatowym, które dysponują urządzeniami do odpieku pieczywa.

Dlaczego warto korzystać z usługi Quality Assurance, czyli zapewnienia jakości?

QA pod tymi dwoma literami kryje się niezawodność, wysoka jakość i produkt dopasowany do potrzeb klienta końcowego. Quality Assurance to proces, który zaczyna się na długo przed wdrożeniem testów. Na czym polega i dlaczego warto go wdrożyć?

Quality Assurance – na czym polega zapewnianie jakości?

QA, czyli Quality Assurance, to usługa zapewnienia jakości, która kryje się za sukcesem niejednego produktu lub firmy. Jeżeli czujesz, że to, co tworzysz, mogłoby działać lepiej, QA pomoże Ci znaleźć odpowiedź na pytanie, jak to poprawić. Ta usługa obejmuje szereg działań, które pozwalają na podwyższenie jakości i osiągnięcie pożądanego efektu. Wymagają skrupulatnej analizy, zaplanowania, a następnie wdrożenia zgodnie z dokumentacją. Być może zadajesz sobie pytanie, do czego to wszystko dąży, czy nie da się stworzyć dobrego produktu bez wsparcia specjalistów QA. Oczywiście, istnieje taka możliwość, ale należy liczyć się w takim przypadku z wysokim ryzykiem biznesowym. Jeżeli nie musisz go podejmować, to dlaczego miałbyś to robić?

Wytworzenie i wypuszczenie niesprawdzonego produktu wiąże się z wysokim ryzykiem. W efekcie mogą pojawić się bugi, których naprawa będzie niosła za sobą jeszcze większe koszty. Dodatkowo produkt może nie spełniać oczekiwań klienta końcowego, co wpłynie negatywnie na wizerunek firmy. Koszt może być liczony nie tylko w jednostkach monetarnych, ale również wartościach niematerialnych. Jeżeli chcesz tego uniknąć, pomoże Ci w tym usługa Quality Assurance.

Jakie działania składają się na usługę Quality Assurance?

Quality Assurance ma na celu zapobieganie błędom, które mogą pojawić się w przyszłości. Specjaliści biorą na warsztat nie tylko sam produkt, ale również wprowadzane technologie, metody oraz procesy biznesowe. Do podstawowych działań należy weryfikacja, czy każdy z tych elementów jest prawidłowo zaprojektowany oraz implementowany. Dlatego też warto wprowadzać usługę Quality Assurance na samym początku procesu wytwarzania oprogramowania lub innego produktu. Jak wspomnieliśmy, działania specjalistów mają charakter prewencyjny, więc im wcześniej, tym lepiej. Pojawia się pytanie, czy warto wprowadzać usługę Quality Assurance, kiedy produkt został wdrożony, a klient zaczął z niego korzystać. Odpowiedź brzmi: tak, oczywiście.

W takim przypadku specjaliści pomogą w wykryciu obecnych już błędów, zarekomendują dalsze działania, a także zdefiniują potencjalne zagrożenia i bugi. Po wdrożeniu zaleceń zredukujesz określone ryzyka biznesowe, a także podniesiesz bezpieczeństwo i skuteczność procesu.

Quality Assurance a doskonalenie procesów

Jak wspomnieliśmy, Quality Assurance ma na celu doskonalenie procesów. Jeżeli zdecydujesz się na wdrożenie odpowiednich działań i rekomendacji specjalistów, zyskasz transparentne schematy komunikacji oraz postępowania pracowników w określonych sytuacjach. Dzięki temu unikniesz chaosu, a w razie problemów i wątpliwości możesz zawsze wrócić do procesu i znaleźć w nim odpowiedź, co należy zrobić w danym przypadku. Bez wątpienia Quality Assurance poprawia funkcjonowanie firmy, a nawet wpływa na optymalizację czasu pracy i zwiększa efektywność pracowników. Specjaliści QA zajmą się w ramach doskonalenia procesów metodami pozyskiwania wymagań, sposobami komunikacji, procesami wytwarzania oprogramowania, a także wdrożonymi technikami.

QA w zarządzaniu projektem

Zarządzanie projektami to działania, które mają na celu osiągnięcie najwyższej jakości, terminowości oraz pełnej satysfakcji klienta. Wewnątrz firmy skupiają się na optymalizacji czasu, kosztów oraz prawidłowym wykorzystaniu zasobów ludzkich. Jak widać, cele są niemal takie same jak w przypadku QA. Jeżeli połączysz te usługi i skupisz zarządzanie projektami wokół jakości, osiągniesz złoty środek, który pozwoli na poprawienie wyników firmy. Specjaliści QA opracują dla Ciebie plan wykorzystujący w pełni potencjał zasobów, jakimi dysponuje przedsiębiorstwo.

Wsparcie ekspertów QA w zarządzaniu projektami opiera się przede wszystkim na działaniach, które mają na celu zidentyfikowanie procesów oraz zdefiniowanie i udokumentowanie luk. Następnie przychodzi czas na ich uzupełnienie poprzez opracowanie nowych zasad działania oraz określenie priorytetów.

Outsourcing usługi QA

Outsourcing usługi QA daje Ci pewność, że korzystasz z pomocy osób doświadczonych, posiadających niezbędną wiedzę do tego, by procesy zyskały na jakości i skuteczności. Aby wprowadzić odpowiednie standardy jakości, należy wziąć pod uwagę kilka aspektów:

  • jak przeprowadzać testy,
  • co robisz i dlaczego,
  • skąd bierzesz specyfikację,
  • jak kontrolować cały proces.

Pomożemy Ci zweryfikować, czy wszystkie działania są realizowane zgodnie z harmonogramem, oczekiwaniami klienta i budżetem. Jedną z firm, która oferuje usługę QA, jest Testspring. W zakres jej działań wchodzą nie tylko wyżej wymienione zadania, ale również ulepszenie procesu developmentu. Opracuje dla Ciebie również metody i procedury. Dzięki temu możesz wytwarzać taniej lepiej i szybciej. Twoi pracownicy otrzymają wdrożenie w nowe procesy poprzez odpowiednie szkolenia. Jak widać, usługa QA to nie tylko testy, ale również szereg innych działań, które pomogą osiągnąć pożądaną jakość.

Janusz Palikot: Tenczyńska Okovita planuje crowdfunding, a Grupa Manufaktury Piwa Wódki i Wina IPO

Tenczyńska Okovita jeszcze w marcu br. ruszy z emisją crowdfundingową promowaną przez Crowdway. Jest to część zaplanowanego procesu upublicznienia Grupy Manufaktury Piwa Wódki i Wina, której Tenczyńska Okovita jest częścią. Debiut giełdowy jest przewidziany na III kwartał 2021 roku. W 2022 roku inwestorzy Tenczyńska Okovita SA uzyskają możliwość upłynnienia akcji przez konwersję do spółki matki.

W zbliżającej się zbiórce spółka planuje pozyskać ponad 4,4 mln zł. Środki od inwestorów społecznościowych zostaną przeznaczone na rozbudowę dotychczasowych mocy wytwórczych, uruchomienie produkcji oraz sprzedaży własnej marki whisky, jak i rozpoczęcie działalności eksportowej na rynkach azjatyckich.

Tenczyńska Okovita w ostatnim roku rozwinęła największy w historii polskiego rynku alkoholowego program zakupów whisky. Nie był on wcześniej planowany na etapie crowdfundingu, odniósł jednak ogromny sukces i zapewnił dodatkowe przychody. W związku z bardzo dobrymi wynikami, osiąganymi na początku 2021 roku, spółka wypłaci ok. 0,5 mln zł zaliczki na poczet dywidendy – będzie to pierwszy taki przypadek w historii polskiego crowdfundingu udziałowego.

Polska od kilku lat jest w trakcie rewolucji na rynku alkoholowym. Zaczęło się od piwa kraftowego, które jako pierwsze zaczęło cieszyć się coraz większą popularnością. Następnie przyszedł czas na alkohole wysokoprocentowe. Doświadczenie i zaangażowanie zespołu Tenczyńska Okovita sprawiło, że rzemieślnicze gorzałki z różnych zbóż i owoców podbiły gusta Polaków. Teraz zapraszamy nowych akcjonariuszy do kolejnego przedsięwzięcia – stworzenia nowej polskiej marki whisky – powiedział Janusz Palikot, prezes Manufaktury Piwa Wódki i Wina SA oraz Tenczyńska Okovita SA.

Warto dodać, że w tym roku nasi dotychczasowi inwestorzy otrzymają zaliczkę na poczet dywidendy. Wypłacimy ją jako pierwsza spółka w Polsce, która wsparła się finansowaniem z crowdfundingu udziałowego. Ponadto w tym roku planujemy IPO Grupy Manufaktury, której Tenczyńska Okovita jest ważnym ogniwem, co docelowo dostarczy naszym akcjonariuszom m.in. wartość w postaci płynności papierów wartościowych – dodał Janusz Palikot.

Cele emisji – wzrost produkcji, whisky i eksport

Spółka – za sprawą działań komunikacyjnych i wprowadzeniem na rynek wysokojakościowych rzemieślniczych wyrobów alkoholowych – notuje rosnącą liczbę zamówień. Maszyny zakupione ze środków pozyskanych z crowdfundingu z 2019 roku oraz z dodatkowej późniejszej emisji prywatnej jeszcze przed startem ich pracy były obłożone w pełni na cztery miesiące do przodu. W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie Tenczyńska Okovita postanowiła zwiększyć moce produkcyjne.

Ponadto spółka planuje także produkcję whisky, którą będzie sprzedawana pod własną marką (nie tylko produkując ją dla prywatnych właścicieli beczek) – wymaga to nakładów na rozwój produkcji, zakup kolejnych beczek i zagospodarowanie miejsca na magazynowanie przez minimum 3 lata, a docelowo o wiele dłużej.

Wraz z popularyzacją produktu whisky i jej tokenizacji pojawiła się szansa wprowadzenia projektu na rynek azjatycki, który wykazuje bardzo duże zapotrzebowanie na projekty inwestycyjne w alkohol starzony. Spółka planuje wejść na rynki Azji, które są jednym z najciekawszych rynków sprzedaży dla tego typu produktów. Whisky z Tenczynka – która powstanie w beczkach z profilem japońskim, a także polskim – będzie niebawem oferowana poza granicami Polski.

Beczki Palikota, Palikot Selekcja i tokenizacja whisky

Pod koniec 2019 roku spółka uruchomiła program “Beczki Palikota”, w którym inwestorzy mogą rezerwować beczki pełne rzemieślniczej okowity oraz destylatu, który po trzech latach staje się whisky. Ceny beczek zaczynają się już od 4000 zł. W ciągu roku zarezerwowano ich już prawie 300.

Zanim jeszcze whisky z Tenczynka będzie gotowa spółka wprowadzi na rynek ­– w ramach programu Palikot Selekcja – szkocką whisky słodową mieszaną (blended malt whisky), wybraną jako wzorzec, na którym oprze się smak Whisky Palikota.

Tenczyńska Okovita to prawdopodobnie pierwsza na świecie spółka, która tokenizuje whisky. Projekt wystartował 10 grudnia 2020 roku i do tej pory zakupy whisky w formie tokenów zrealizowało ponad 1100 osób, na kwotę niemal 1,5 mln złotych.

Perspektywy rynkowe

Kultura picia alkoholu znacząco zmieniła się podczas pandemii. Nie tylko piwa rzemieślnicze zyskały na popularności, ale także odnotowano wzrost sprzedaży alkoholi premium. Polacy są otwarci na nietypowe smaki i wysokiej jakości wyroby. Wynika to między innymi z rosnącej świadomości konsumentów. Ponadto widoczny jest trend, w którym coraz bardziej pożądane są marki personalne, pochodzące od aktorów czy przedsiębiorców, a nie produkty korporacyjne. To ta część branży rozwija się dziś najszybciej na całym świecie.

Rynek whisky odnotował w Polsce w trakcie pandemii największy wzrost (aż o 15% rok do roku). Społeczeństwo pije droższe i bardziej ekskluzywne trunki. Za sprawą stabilnej i pewnej lokacie kapitału whisky stało się pożądanym towarem także dla inwestorów. Rynek tego alkohol jest w trakcie dynamicznego wzrostu. Według prognoz International Wine & Spirit Research (IWSR) udział rynku whisky super premium w Polsce wzrośnie do ok. 4 proc. całego rynku whisky, co będzie średnią Europejską w 2025 roku.[1][2]

Na atrakcyjność inwestycyjną whisky wpływa stabilny rynek, wysoki popyt i stopy zwrotu z inwestycji. Analitycy podkreślają, że najmocniej ilościowo rosną takie kategorie, jak whisky (15%), wino (8%), rumy (30%) czy giny (26%).[3]

Zainteresowanie polskimi produktami szczególnie w trakcie pandemii jest mocno zauważalne. Swój wpływ na to zjawisko miały nie tylko kampanie promujące zakupy u polskich producentów, wsparcie krajowej gospodarki, ale także świadomy wybór konsumenta stawiającego na dobrą jakość. Istotnym zjawiskiem nasilonym przez pandemię jest wzrost patriotyzmu konsumenckiego, który skutkuje wyborem polskich marek.

Pod koniec 2019 roku Tenczyńska Okovita zebrała 4 180 000 zł w pierwszej zbiórce crowdfundingowej. Wówczas do Janusza Palikota dołączyło 1339 nowych wspólników. Środki z emisji zostały przeznaczone na powstanie tradycyjnej okowity, starzenie piw warzonych w Browarze Tenczynek i otwarcie taproomu. Cieszymy się z dynamicznego rozwoju biznesu, ale także zapowiedzianego upublicznienia, co pozwoli zrealizować zyski inwestorom – powiedział Marcel Rowiński, dyrektor operacyjny w Crowdway.

[1] https://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/william-grant-and-sons-rynek-whisky-luksusowych-w-polsce-potroi-swoja-wartosc-w-ciagu-5-6-lat,193774.html

[2] https://www.horecatrends.pl/trendy/119/whisky_premium_chetnie_spozywana_w_czasie_pandemii,7006.html

[3] https://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/william-grant-and-sons-rynek-whisky-luksusowych-w-polsce-potroi-swoja-wartosc-w-ciagu-5-6-lat,193774.html

3 na 4 firmy straciły głównego kontrahenta w czasie pandemii

Kryzys związany z COVID-19 dotknął niemal wszystkich. Nawet 80% firm mogło stracić swoich głównych kontrahentów. Polskę dotknęła recesja, a ponad 75% polskich przedsiębiorców uważa, że pandemia negatywnie wpływa na ich biznes. Rozwiązań muszą szukać nie tylko menedżerowie firm, ale też rządzący – choćby w ułatwieniach podatkowych, takich jak ulga IP BOX.

– W dobie szalejącej pandemii zakończenie współpracy z dużym klientem jest niemal codziennością. Wiele firm musiało nauczyć się jak działać na niepewnym rynku. Strata klienta to nie tylko ubytek dochodu, to też wiele ważnych decyzji do podjęcia np. dotyczących zwolnień czy szybkiego przebranżowienia się – mówi Marek Czyżewski, CEO PRAVNA.pl, jednego z największych polskich serwisów świadczących usługi prawne dla biznesu przez internet.

Amerykańska platforma Skynova, która na co dzień zajmuje się pomocą małym firmom w fakturowaniu online, sprawdziła jak ich klienci radzą sobie w dobie pandemii. Ponad 1000 przepytanych właścicieli firm oraz menedżerów wyższego szczebla rysuje obraz, który musi wzbudzać uczucie przynajmniej lekkiego zaniepokojenia.

Najwięksi klienci odchodzą – ludzie tracą pracę

Według raportu, ponad cztery na pięć badanych firm straciło swojego największego klienta w czasie trwania kryzysu wywołanego przez COVID-19, a to skutkowało utratą dochodu na poziomie 48%. Ponad 20% biznesmenów przyznało, że utracili od 60% do nawet 80% całkowitych przychodów z powodu rozstania się z największym kontrahentem. Według Skynovy lepiej poradziły sobie mikroprzedsiębiorstwa, które odnotowały najniższą stratę w całkowitych przychodach po utracie największego klienta (42%), podczas gdy średnie przedsiębiorstwa – zatrudniające od 50 do 249 pracowników – odnotowały największą stratę przychodów (51%). Głównym powodem zakończenia współpracy z kontrahentem była pandemia (50%) i straty finansowe poniesione przez te firmy (48%). Mniejszy wpływ miały zmiany celów i kierunków działania (36%) czy zmiany właścicielskie (31%).

Co ważne, praca badanych firm była oceniana zdecydowanie dobrze, bo zaledwie dla kilkunastu procent klientów brak dalszej współpracy wiązał się z niesatysfakcjonującym czasem pracy, słabą jakością czy brakiem oczekiwanych wyników. Ponadto przedsiębiorcy, którzy tracili swojego największego klienta zmuszeni byli do nagłego i zdecydowanego działania. Średnio pracę straciło 13 osób zatrudnionych w firmach badanych przez Skynovę.

Polska nie jest zieloną wyspą

Dane dotyczą głównie firm amerykańskich, ale w światowej gospodarce, która jest systemem naczyń połączonych, takie rezultaty muszą skłaniać do refleksji. Stan polskiej gospodarki – na tle choćby pozostałych krajów Unii Europejskiej – nie jest najgorszy, ale i tak Polskę trawi pierwsza od ponad 30 lat recesja. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego polskie PKB spadło do poziomu -2,8%. Niepokoić mogą też dane o bezrobociu, które na koniec 2020 roku wzrosło do 6,2% (wzrost o 1%).

Jedną z branż, która przez pandemię przechodzi nieco pewniej niż pozostałe, jest sektor IT. Nie oznacza to jednak tego, że firmy zajmujące się nowymi technologiami, nie musiały mierzyć się z problemami. Według Software Development Association Poland – organizacji zrzeszającej polskie firmy z sektora IT – aż 65% z nich odczuło negatywne skutki kryzysu związanego z COVID-19. Głównym czynnikiem wpływającym na nieco gorszą kondycję branży IT są kłopoty kontrahentów. Spowolnienie w wielu innych branżach bezpośrednio wpływa na sytuację firm IT, a te które współpracowały np. tylko z firmami turystycznymi musiały mierzyć się ze zwolnieniami. To dla sektora usług IT niespotykana do tej pory sytuacja. Przyszłość branży nowych technologii może być też zahamowana poprzez fakt wydawania ogromnych środków państwowych na walkę z pandemią. W rządowej kasie może po prostu zabraknąć środków na innowacje.

Czy polskie firmy mają plan B?

– Fakt, że w raporcie firmy Skynova aż 85% respondentów jest pewnych tego, że pomimo straty swojego największego klienta poradzi sobie w sytuacji kryzysu, napawa optymizmem. Dla połowy z nich utrata kontrahenta to tylko chwilowe niepowodzenie, a plan naprawczy, który posiada ponad 90% z nich, ma im pozwolić tak przebudować swój biznes, żeby znowu był konkurencyjny. Warto zastanowić się czy polskie firmy mają już przygotowane plany awaryjne, bo zdecydowanie jest to czas, żeby przejść do działania – podkreśla Prezes Zarządu, Marek Czyżewski z PRAVNA.pl

Respondenci badania przeprowadzonego przez Skynovę wskazywali na kilka rozwiązań, które poczynili, żeby ratować swoje firmy przed zapaścią. Dla partnerów przygotowywali promocyjne ceny, oferowali więcej pracy i negocjowano inne warunki umowy, tak aby były korzystniejsze dla klientów. Większość spotkań odbywało się online, ale co trzeci badany przyznał, że próbował przekonać swoich partnerów do kontynuowania współpracy podczas tradycyjnego spotkania.

Raport BCC wskazuje drogę rządowi

Raport platformy Skynova skupia się na działaniach, które musi wykonać sam przedsiębiorca, żeby przetrwać kryzys i wejść w kolejny rok z nowymi perspektywami na odbudowę swoich biznesów – z największymi klientami lub bez nich. Menedżerowie firm powinni skupić się na szukaniu nowych możliwości, dążyć do zmaksymalizowania satysfakcji klienta i podejmować natychmiastowe działania, które złagodzą straty największych klientów. Nie mogą też zapominać o wzmocnieniu obecności marketingowej.

Natomiast Business Center Club przepytał ponad stu właścicieli polskich firm. Wnioski z raportu „Pozaprawne bariery związane z zatrudnieniem w okresie COVID-19” są jednoznaczne. Trzech na czterech polskich przedsiębiorców stwierdziło, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję ich biznesów. Przypomnijmy, że ok. połowa polskiego PKB generowana jest przez małych i średnich przedsiębiorców.

Polscy biznesmeni zwracają uwagę nie tylko na chaos prawny, niezrozumiałe dla nich decyzje o zamykaniu kolejnych branż czy dziurawe „tarcze antykryzysowe”. W raporcie zaznaczono, że decyzję o zmniejszeniu zatrudnienia w ramach optymalizacji kosztów działań mogą zastopować też pozaprawne czynniki. Ponad 70% przedsiębiorców zauważa, że wypowiedzi polityków są nacechowane negatywnie wobec działań biznesu. Tworzy to niekorzystny klimat i podważa zaufanie do przedsiębiorców. Jednak już ponad 90% menedżerów uskarża się na przedłużający się czas wydawania decyzji urzędowych czy wyroków sądowych. Według przedsiębiorców w dobie pandemii każdy dzień zwłoki może spowodować niepowetowane straty – z likwidacją firmy włącznie.

Ulga IP BOX pomoże innowacyjnym przedsiębiorcom

Innym czynnikiem, który może pomóc przetrwać przedsiębiorcom jest ulga podatkowa zmniejszająca podatek dochodowy do 5%. – W Polsce firmy i przedsiębiorcy, którzy zajmują się nowymi technologiami, a za swój cel biorą badania i rozwój mogą skorzystać z jeszcze jednej opcji, która pomoże im przetrwać trudny pandemiczny czas. Ulga IP Box, wprowadzona do systemu podatkowego w 2019 roku, pozwala innowacyjnym podatnikom (np. programistom, wynalazcom) na opłacanie referencyjnej 5% stawki podatku CIT/PIT w odniesieniu do dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej – podkreśla ekspert PRAVNA.pl

Idea wprowadzenia specjalnej ulgi podatkowej wiązała się z chęcią zwiększenia innowacyjności polskiej gospodarki. Rząd Mateusza Morawieckiego chciał, żeby na badania i rozwój przypadało 2% polskiego PKB w 2020 roku. Dziś wiemy, że ten plan nie ma już szans powodzenia, bo w 2019 roku zaledwie 1,21% PKB było związane bezpośrednio z wydatkami na innowacyjność.

Z ulgi IP BOX mogą skorzystać te firmy, które prowadzą działalność innowacyjną. – Teoretycznie B+R jest to każda działalność, która rozwija stan wiedzy, wytwarza coś nowego, innowacyjnego. Jednak już tworzenie nowych programów czy ich funkcjonalności w oparciu o stare systemy i przy użyciu dostępnych już narzędzi może być uznane jako nieuzasadnione skorzystanie z ulgi IP BOX – zwraca uwagę Marek Czyżewski.

Według ordynacji podatkowej z takiej ulgi mogą też skorzystać m.in. wynalazcy, którzy zdobyli patent, a także firmy, które zarejestrowały produkt leczniczy czy naukowcy, którzy zarejestrowali nowe odmiany roślin lub ras zwierząt. Dochód dla którego stosuje się ulgę IP Box można uzyskać m.in. ze sprzedaży kwalifikowanego IP czy należności z tytułu umów licencyjnych. – Co do zasady podstawą opodatkowania preferencyjną stawką podatku dochodowego w wysokości 5% jest iloczyn dochodu z kwalifikowanego IP i wskaźnika nexus, który wylicza się ze wskazanego w ustawie wzoru – dodaje ekspert PRAVNA.pl.

Korekta cen ropy. Deflacja w Chinach

Po nagłym wystrzale w górę przyszła korekta cen ropy. Jak widać, na rynku wcale nie jest tak dobrze, jak dotychczas sądzono. Pytanie, jak sytuacja rozwinie się dalej, skoro spadają prognozy popytu na ropę.

Gospodarka strefy euro

Wczorajsze dane ze strefy euro okazały się lepsze od oczekiwań. Wzrost gospodarczy (a właściwie spadek) wyniósł 4,9% w skali roku. To mniej niż oczekiwane 5%, ale przede wszystkim mniej niż w początkach pandemii zakładali analitycy, mówiący o niemal 10% recesji. Dane te ze względu na swoja przewidywalność nie wprowadziły większego zamieszania na rynkach. Większość informacji cząstkowych była bowiem już znana. Potwierdzają one jednak, że początkowo wyraźnie przeszacowaliśmy negatywny wpływ lockdownu.

Korekta czarnego złota

Po niespodziewanym przekroczeniu ceny 70 dolarów za baryłkę ropy wg notowań w Londynie przyszedł czas na korektę. W ciągu raptem dwóch dni cena baryłki spadła od szczytów o 4 dolary. Powodem są między innymi gwałtownie rosnące zapasy surowca i paliw w USA. Sytuacja ta sugeruje, że na rynku wcale nie brakuje surowca. To właśnie zbyt mała produkcja względem potrzeb miała pchać ceny w górę. Wczoraj zapasy rosły o 12,8 mln baryłek, to nie tylko wynik wyższy od spodziewanego spadku, ale przede wszystkim jeden z najwyższych odczytów ostatnich pięciu lat.

Deflacja w Chinach

W Państwie Środka w ujęciu rocznym ceny wciąż spadają. W lutym ten spadek ogranicza się już, co prawda, do 0,2% wobec oczekiwanej deflacji 0,4%. Mówimy o cenach dla konsumentów. Ceny producentów rosną jednak o 1,7%, oznacza to spadek rentowności handlu, skoro koszty rosną a ceny w sklepach spadają. Pokazuje to, że wzrost, który mamy obecnie w Chinach, nie ma zbyt trwałych podstaw i nie da się go w ten sposób trwale podtrzymywać. Jest to zatem kolejny wątpliwy sygnał dla światowej gospodarki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl