Rok 2021 na rynku nieruchomości – jedna wielka niewiadoma

Obyś żył w ciekawych czasach – brzmi starożytne chińskie przekleństwo. Nie ma wątpliwości, że tym razem zostało wypowiedziane skutecznie. Żyjemy w ciekawych czasach, także na rynku nieruchomości. W minionym roku spodziewano się krachu spowodowanego koronawirusem, a mieszkania nadal drożeją i świetnie się sprzedają. Teraz eksperci prognozują ciąg dalszy hossy i wzrostów cen. Prawda jest jednak taka, że w ciekawych czasach dalszy rozwój sytuacji rynkowej pozostaje po prostu zagadką.

Gdy w marcu 2020 roku koronawiurs uderzył w życie społeczne i gospodarkę prognozowano, że rozgrzany do czerwoności kilkuletnią hossą rynek nieruchomości „odczuje” to boleśnie. Ludzie w obawie o przyszłość mieli wstrzymywać się z kupnem mieszkań i ograniczać kredyty hipoteczne. Spodziewano się głębokiej korekty cen, które dotychczas rosły jak na drożdżach.

I rzeczywiście – wydawało się, że tak właśnie będzie się działo. Marzec, kwiecień, maj – kryzysowy drugi kwartał ubiegłego roku upłynął pod znakiem bardzo mocnego hamowania, nieomal zastopowania obrotu mieszkaniami. W dużych miastach spadki sprzedaży nowych mieszkań sięgały nawet 60 proc.

Spadły też ceny mieszkań, co miało zwiastować głęboką korektę. W Warszawie stawki zmniejszyły kwartał do kwartału o 4 proc. (z 9800 do 9400 zł/mkw.). Wydawało się, że to początek mocnych zjazdów cenowych. Latem 2020 firma doradcza Emmerson prognozowała, że mieszkania będą tanieć przez najbliższe 2,5 roku w tempie 5-7 proc. rocznie.

Spodziewamy się obniżek rzędu 5-7% rocznie. Do końca 2022 r. mogą one sięgnąć do 15-20% względem szczytowego okresu, jaki przypadał na przełom 2019/2020 r. Prognozowane przez nas spadki cen mieszkań będą trwały przez najbliższe 2-2,5 roku. Aby zrównoważyć podaż do popytu, deweloperzy w ciągu tego czasu będą sukcesywnie wyprzedawać obecną dużą ofertę. Równocześnie będą mniej budować, co doprowadzi do istotnego zmniejszenia za ok. 2 lata podaży, w porównaniu z czasami prosperity. Kupujący będą mieli mniejszy wybór. Konsekwencje łatwo przewidzieć – deweloperzy rozpoczną ponowny cykl podwyżek. Oczywiście przy założeniu, że wyjdziemy z kryzysu epidemiologicznego – mówił Dariusz Książek, prezes Emmerson Evaluation.

Letnie odbicie

Przynajmniej na razie te prognozy się nie sprawdziły. Już w trzecim kwartale minionego roku nastąpiło wyraźne odbicie na rynku. Wg Amron-Sarfin (raport za III kw. 2020), spadek popytu wyrażony przez wyniki akcji kredytowej finalnie w pandemicznym 2020 roku może nie być tak głęboki, jak pierwotnie sądzono.

„Wyniki akcji kredytowej po trzech kwartałach, w postaci 151 tysięcy kredytów o łącznej wartości ponad 44 mld zł, pozwalają na oszacowanie wyników zakładających spadek wartości o 6-7 procent oraz spadek liczby nowych kredytów o 11-12 proc. względem rekordowego wyniku roku 2020” – napisano w podsumowaniu raportu.

Duży wpływ na poprawę wyników akcji kredytowej miały same banki, które po początkowym, mocnym zaostrzeniu wymogów kredytowych (m.in. wkład własny do 30 a nawet 40 proc., wstrzymanie finansowania dla przedstawicieli branż narażonych na skutki pandemii i lockdownu), już latem i jesienią mocno złagodziły większość wymogów, dzięki czemu dostęp do finansowania wrócił w dużym stopniu do stanu sprzed pandemii.

W efekcie – już latem nastąpiło mocne odbicie cenowe. W III kwartale 2020 roku stawki na rynku pierwotnym w największych miastach rosły. Wg Amron-Sarfin, średnia cena 1 mkw. nowego mieszkania na sprzedaż w Warszawie była wyższa o 9 proc. od stawek w „niepandemicznym” roku 2019. Wyniosła 9568 zł/mkw.

Takie same wnioski dostarczył nam ostatni raport NBP. W III kw. 2020 roku nie było mowy o taniejących mieszkaniach. Wg informacji banku centralnego, średnio za metr kwadratowy mieszkania w stolicy płaciło się 10184 złote. Stawki z kwartału na kwartał wzrosły o blisko 750 zł, czyli o niecałe 8 proc. Z kolei w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, nowe mieszkania w stolicy podrożały o ponad 1000 zł na metrze kwadratowym, czyli o prawie 11 procent.

Mieszkania drożały także w innych dużych miastach. W Krakowie w III kw. 2020 metr kwadratowy nowego mieszkania kosztował 8838 zł. Rok do roku mieszkania na krakowskim rynku podrożały o ponad 1000 zł. W Gdańsku w III kw. 2020 za 1 mkw. płaciło się 9024 zł. Rok wcześniej było to 8534 zł. We Wrocławiu stawka za 1 mkw. nowego mieszkania w III kw. 2020 wynosiła 8100 zł. Rok wcześniej 7661 zł/mkw.

Według danych z bazy CBN PKO BP, w 3q20 na rynku pierwotnym ceny transakcyjne znacząco rosły w Warszawie i mniejszych stolicach wojewódzkich (odpowiednio o ok. 7% k/k i 9% k/k), natomiast w 9 największych miastach (bez Warszawy) wzrost był niewielki. Na rynku wtórnym wzrost cen w wyróżnionych trzech grupach kształtował się w granicach 2-4% k/k – napisano w raporcie PKO BP z rynku mieszkaniowego za III kw. 2020.

Podaż jak na drożdżach

W pandemicznym 2020 roku deweloperzy budowali mieszkania jak szaleni. Jedynie wiosną było wyhamowanie, generalnie jednak w najbardziej kryzysowym od wielu lat roku dla polskiej gospodarki został pobity rekord podaży mieszkań po 1989 roku! W minionych 12 miesiącach oddano do użytku 222 tys. mieszkań wobec 207,4 tys. w 2019. Ostatnio poziom 200 tys. mieszkań przekroczono w 1980, a najwyższy wynik 284 tys. mieszkań został osiągnięty w 1978 i 1979 roku.

Dominującym „budowniczym” w Polsce nie są już prywatni właściciele, a deweloperzy. Oni dostarczyli ponad 64 proc. z rekordowej podaży w minionym roku.

W 2021 oczekujemy kontynuacji wysokiej liczby mieszkań oddawanych do użytku, z roczną produkcją na poziomie ponad 200 tys. mieszkań. Wskazuje na to duży portfel mieszkań w budowie. Jednocześnie, obserwowany spadek liczby rozpoczynanych projektów i wystąpień o pozwolenia na budowę, może oznaczać wolniejszy wzrost produkcji w kolejnych latach – napisali w komentarzu do danych o podaży mieszkań analitycy PKO BP.

Czy więc – w obliczu zarysowanej wcześniej sytuacji, żadnego kryzysu, poza jedynie „wahnięciem” w II kw. 2020 roku, nie widać? Czy mamy do czynienia z ciągle trwającą hossą na rynku mieszkaniowym? Co prawda nie znamy jeszcze pełnych danych dotyczących sprzedaży mieszkań i akcji kredytowej za rok 2020, ale wszystko wskazuje, że będą one przynajmniej nie tak złe, jak można było sądzić jeszcze wiosną.

Wynajem na minusie

Wygląda na to, że mocny popyt na mieszkania utrzymał się w trudnych czasach i to pomimo wyraźnej zadyszki rynku najmu mieszkań. Tu – w przeciwieństwie do sprzedaży nieruchomości – kryzys pandemiczny był mocniej odczuwalny. Brak studentów, turystów, pracowników – wszystko to przełożyło się na wyraźny spadek popytu na mieszkania ze strony najemców i w efekcie na spadek czynszów najmu.

Z raportu Amron-Sarfin za III kw. 2020 wynika, że głęboka korekta czynszów miała miejsce w Krakowie. Spadek średniego poziomu czynszów rok do roku wyniósł ponad 10 procent. Aktualnie średnia cena mieszkania do wynajęcia w Krakowie wynosi 1342 zł. W Warszawie średni czynsz wyniósł nieco ponad 1700 zł. Stawki spadły rok do roku o 8 procent. 6 – procentowy spadek średnich czynszów zanotowano natomiast we Wrocławiu (1492 zł – przeciętna cena najmu). W pozostałych miastach wojewódzkich spadki czynszów były mniejsze 1- 2 procentowe, ale były – co już jest sytuacją wyjątkową.

Co ciekawe – przynajmniej na razie niższa opłacalność inwestycji na wynajem nie uderzyła w sprzedaż mieszkań, co oznacza, że kupujący inwestycyjne dziś kierują się innymi względami niż zarabianie na wynajmie. W dobie rekordowo niskich stóp procentowych i wysokiej inflacji widzą w mieszkaniach po prostu bezpieczną przystań, która ma im zapewnić zachowanie wartości kapitału.

Taniej już było?

Czy w obliczu faktu, że rynek mieszkaniowy najwyraźniej „uciekł spod topora”, w obecnym roku czeka nas dalej utrzymująca się koniunktura i wzrost cen mieszkań?

Tak właśnie prognozują analitycy Credit Agricole. Wg nich, już w 2023 roku średnia cena metra kwadratowego mieszkania w 7 największych miastach Polski wyniesie 11 tysięcy złotych. Ceny mieszkań będą nadal rosły przez kolejne 3 lata. Co prawda tempo wzrostów będzie nieco hamować, ale i tak ma wynieść 6,8 proc. w 2023 roku. Zdaniem analityków Credit Agricole wpływ na zwyżkę cen, oprócz silnego popytu, będzie miało również stopniowe ograniczanie podaży przez deweloperów.

Wygląda więc na to, że przed kupującymi nieciekawa wizja sprowadzająca się do stwierdzenia, że „taniej już było”. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że analitycy, którzy w ciągu jednego tylko roku przenieśli nas z zapowiadanego kryzysu i korekty cen, do utrzymującej się hossy i wzrostu cen, budują swoje prognozy na podstawie sytuacji obecnej, zakładając stabilność pewnych trendów i zapominając, że nie żyjemy w komforcie stabilności zdrowotnej, gospodarczej, społecznej i politycznej.

Karty w tej grze rozdaje pandemia. Nie wiemy, jak gospodarka zniesie rok 2021, czy będziemy mieli do czynienia z kolejnymi lockdownami, co z bezrobociem i innymi wskaźnikami makroekonomicznymi? W bezpiecznych warunkach można przyjmować, że wskaźniki nie będą zmieniać się szybko, ale sytuacja nie jest stabilna, dlatego też na chwilę obecną nie sposób powiedzieć, jaka sytuacja i nastroje będą panowały na rynku nieruchomości na koniec 2021 roku.

Autor: Marcin Moneta , ekspert portalu Gethome.pl

Dane z sądów: Tarcze na razie chronią przed bankructwem. Eksperci: Najgorsze dopiero przed nami

W ub.r. do sądów w całej Polsce wpłynęło prawie 31% mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm w porównaniu z wcześniejszym rokiem. Zdaniem znawców tematu, do tego spadku przyczyniły się miliardy złotych z tarcz antykryzysowych. Dzięki temu wsparciu, a także własnym środkom wiele przedsiębiorstw uniknęło bankructwa. Ponadto działalność sądów była mocno ograniczona. Istotna okazała się również nowelizacja przepisów regulujących upadłość konsumencką. Eksperci prognozują, że w tym roku wzrośnie liczba ww. wniosków, zwłaszcza wśród mikroprzedsiębiorstw i małych firm. Problem najbardziej może być widoczny w woj. małopolskim, mazowieckim i śląskim. 

Jak wynika ze wstępnych danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2020 roku do sądów w całej Polsce wpłynęło 2860 wniosków o ogłoszenie upadłości firm. To o 1278 mniej niż rok wcześniej, kiedy było ich 4138.

– W pierwszej chwili można pomyśleć, że to paradoks. W kryzysie mamy przecież mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm. Jednak dane nie są zaskakujące, bo dzięki działaniu państwa udało się ograniczyć problem. Miliardy złotych, które zostały przelane przedsiębiorcom w ramach tarcz antykryzysowych, to główny powód spadku – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Silna obrona przed bankructwem była zadaniem numer 1 dla wielu przedsiębiorców, co podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. I dodaje, że pomoc ze strony państwa sprzyjała realizacji tego celu. Ale firmy sięgały również po własne środki, które w ciągu roku znacznie się zmniejszyły. To oznacza przesunięcie zagrożeń na 2021 rok, zwłaszcza w branżach, które najbardziej odczuwają skutki pandemii. Ale ekspert zwraca też uwagę na sytuację w przemyśle i budownictwie, gdzie nastąpiło bardzo duże odbicie w trzecim i czwartym kwartale ub.r.

– Jeśli popatrzymy na wyniki przemysłu, to one nie tylko wróciły do dynamiki sprzed pandemii, ale wręcz były lepsze. Mamy więc pozytywną sytuację. Zobaczymy, co będzie dalej, bo przemysł jest związany z eksportem, a pod koniec roku mieliśmy mocne mrożenie gospodarki w Niemczech. W temacie związanym z upadłościami dochodzi też kwestia ograniczenia działalności sądów. To bardziej mogło opóźniać składanie wniosków w kwietniu czy maju, bo potem już to lepiej funkcjonowało – dodaje Zuber.

Z kolei jak stwierdza Andrzej Głowacki, prezes zarządu DGA Kancelarii Restrukturyzacji i Upadłości, przedsiębiorcy czekali na wsparcie z tarcz antykryzysowych. Ponadto wiedzieli o moratorium na składanie wniosków o upadłość na skutek pandemii, które wynikało z ustawy o COVID-19. Dodatkowo preferowali otwarcie postępowań restrukturyzacyjnych. Do tego ekspert zwraca uwagę na to, że część wniosków o ogłoszenie upadłości jest oddalanych. Najczęściej dzieje się to ze względu na brak środków na koszty postępowania.

– Spadek liczby ww. wniosków był do przewidzenia. To efekt wejścia od 24 marca ub.r. nowelizacji przepisów regulujących upadłość osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, tj. konsumentów. Obecnie mogą z niej skorzystać również byli przedsiębiorcy. Większość firm jest prowadzona przez osoby fizyczne. Wystarczy wykreślić działalność z CEDiG, aby uzyskać możliwość skorzystania z uproszczonego trybu ogłoszenia upadłości – podkreśla Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Jak prognozuje Marek Zuber, wyraźny wzrost upadłości zobaczymy dopiero w bieżącym roku. Kiedy skończą się otrzymane pieniądze i przedsiębiorcy zaczną rozliczać uzyskane pożyczki. Wtedy też  zapewne wzrośnie bezrobocie, choć nie musi to być niesamowity wysyp upadających firm. W wybranych branżach zmieniono bowiem zasady umorzenia. Ono może być całkowite, a nie do 75%. Może też się okazać, że właśnie dzięki tym środkom i restrukturyzacji część firm stanie na nogi.

– W przemyśle zatrudnienie nie jest ogromne. Inaczej sytuacja wygląda w sektorze usług, gdzie mamy dużo mikrofirm i małych przedsiębiorstw. W związku z tym w 2021 roku można spodziewać się większej liczby bankructw i wzrostu bezrobocia, mimo że PKB nie będzie już spadać. Te negatywne efekty ujawnią się w sektorach najbardziej dotkniętych pandemią – prognozuje prof. Gomułka.

Natomiast mec. Parol przewiduje, że na pewno wzrośnie liczba wniosków o ogłoszenie upadłości osób prawnych. To będzie wiązało się z koniecznością znaczącego zaangażowania syndyków w proces likwidacji masy upadłości, w sprawy sądowe. Oni będą prowadzić upadłości formalnie ogłaszane jako konsumenckie, które w rzeczywistości będą gospodarczymi.

– W Polsce mamy w sumie ok. 2 mln przedsiębiorstw. Przeważnie są to mikrobiznesy i małe firmy, zatrudniające do 50 pracowników. I to one są najbardziej zagrożone upadłością. W tej chwili rząd się wstrzymuje z kontynuacją pomocy na wielką skalę. I mamy sytuację bardzo dramatyczną, np. w szeroko pojętej gastronomii czy hotelarstwie – zaznacza główny ekonomista BCC.

Do tego Adrian Parol nie spodziewa się, że w Polsce wzrośnie liczba wniosków w tej kwestii od osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Jednak duże przyrosty mogą być w woj. śląskim, mazowieckim oraz małopolskim. Spowodowane to jest strukturą gospodarczą tych terenów.

– W Małopolsce ten problem będzie dotyczył nie tylko miejscowości górskich, ale również samego Krakowa, który ewidentnie jest nastawiony na turystów, zwłaszcza zagranicznych. W ubiegłym roku wyglądało to katastrofalnie – podsumowuje Marek Zuber.

„Stróżowie” majątków rodzinnych

Mała część zamożnych rodzin w Polsce nie martwi się już o swój majątek samodzielnie. Ich sytuacją i bezpieczeństwem materialnym członków rodziny zarządzają tzw. Family Office, czyli zespoły wykwalifikowanych menedżerów, które mają za zadanie utrzymać, a nawet poprawiać wysoki status swoich klientów. Książkę o tej nowej – w polskich realiach – usłudze napisał zespół naukowców z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego pod kierownictwem Pani Profesor Małgorzaty Janickiej. Jest to efekt współpracy z firmą LONG TERM MANAGEMENT (LTM), którą zarządza absolwent VIP UŁ, Pan Michał Zawisza.

Opiekunowie majątków

Nic, co jest zdobyte, nie jest na wieczność i w związku z tym o majątek również trzeba dbać. Potrzebni są do tego przede wszystkim specjaliści od inwestycji kapitałowych oraz zarządzania strategicznego, ale także: prawnicy, podatkowcy, audytorzy, księgowi i menedżerowie operacyjni. – Michał Zawisza, prezes zarządu LTM.

Family Office (międzypokoleniowe, kompleksowe zarządzanie majątkiem najzamożniejszych rodzin) jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów rynku usług w krajach wysoko rozwiniętych. Analiza trendów rozwoju polskiej gospodarki na tle gospodarki światowej nie pozostawia wątpliwości, że także na rynku polskim, w ciągu najbliższych lat, należy oczekiwać znaczących zmian w tym zakresie.

– Kluczową sprawą jest zabezpieczenie sukcesji operacyjnej majątku wypracowanego w pokoleniu pierwszych przedsiębiorców, aby kolejne pokolenia mogły czerpać korzyści z tego majątku, utrzymywać lub powiększać jego wartość. Stabilny majątek to nie tylko element komfortu życia, ale przede wszystkim, jeżeli jest mądrze zarządzany, bezpieczeństwo życia. Family Office zapobiega również rozdrobnieniu majątku na skutek jego rozdziału na większą ilość jego beneficjentów w kolejnym pokoleniu (dzieci/wnuki) – mówi prezes LTM, Michał Zawisza.

Nauka i biznes

Efektem współpracy naukowców i menedżerów praktyków jest pierwsza polska monografia naukowa opisująca ten obszar działalności gospodarczej – Family Office. Teoria i praktyka działania na rynkach polskim i międzynarodowym, wydana tuż przed końcem w ubiegłego roku przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Książka cieszy się tak dużym zainteresowaniem, że bardzo szybko trzeba było zwiększyć jej nakład.

Autorami są pracownicy Katedry Finansów i Inwestycji Międzynarodowych UŁ – dr hab. Małgorzata Janicka, prof. UŁ; dr Artur Sajnóg oraz dr Tomasz Sosnowski, których zainteresowania naukowe koncentrują się wokół finansów międzynarodowych, finansów korporacji oraz finansów zrównoważonych.

– Opracowanie łączy dwa istotne wątki – teorię i praktykę, naukę i biznes, jest zatem przeznaczona dla szerokiego grona odbiorców. Zawarte w książce treści mogą w szczególności zainteresować osoby prowadzące firmy rodzinne, a także osoby pracujące w podmiotach świadczących usługi na rzecz zamożnych klientów, takich jak firmy consultingowe, banki i inne wyspecjalizowane instytucje finansowe – mówi Pani Prof. Małgorzata Janicka, kierowniczka Katedry Finansów i Inwestycji Międzynarodowych UŁ oraz menedżer Centrum Badań Inwestycji Kapitałowych UŁ (CBIK UŁ).

Pierwsza gra Exit Plan Games zadebiutuje już jutro w Early Access

Pierwsza produkcja ambitnego, doświadczonego studia Exit Plan Games –
Bang-On Balls: Chronicles zadebiutuje już jutro w Early Access na platformie Steam. Gra będzie dostępna w cenie 12.5 EUR/ 15 USD.

Exit Plan Games to studio założone przez Damiena Monniera oraz Jose Teixeirę – doświadczonych gamedeweloperów, którzy pracowali m.in. przy produkcjach CD Projekt RED – Wiedźminie 3 oraz Cyberpunku 2077. Wraz z zespołem tworzą gry, których głównym wyróżnikiem ma być przystępność:

– Chcemy tworzyć gry, w które każdy może zagrać, a przede wszystkim dobrze się bawić. Ludzie mają obecnie coraz mniej czasu, dlatego chcemy tworzyć proste, dynamiczne produkcje, które nie wymagają wielogodzinnych treningów i tłumaczenia niuansów rozgrywki. Te wartości świetnie przedstawia Bang-on Balls: Chronicles, która zadebiutuje już jutro – tłumaczy Jose Teixeira, współzałożyciel i Art Director Exit Plan Games

Gra jest połączeniem trójwymiarowej platformówki z elementami arcade’owej walki, co na myśl przywodzi takie tytuły jak chociażby Crash czy Spyro, a bohaterami gry są tytułowe kulki, reprezentujące poszczególne nacje. Premiera Bang-on Balls: Chronicles odbędzie się we wczesny, który będzie trwał przez około 2 lata – twórcy podkreślają, że długość Early Access, będzie w dużej mierze zależała od feedbacku zebranego od graczy.

Gracze wersji wczesnego dostępu nie zobaczą jeszcze całej gry – obecnie produkcja zawiera około 1/4 docelowej zawartości. W dzień premiery Steam Early Access, w Bang-on Ball: Chronicles będzie dostępny etap osadzony w kulturze wikingów, a co za tym idzie gracze wezmą udział w dynamicznych walkach, korzystając z interesujących przedmiotów – broni, narzędzi użytkowych, czy też elementów wyróżniających avatary użytkowników. – kończy Jose Teixeira

Przypominamy, że spółka jest w trakcie przekształcenia formy prawnej na spółkę akcyjną. Gdy tylko ten proces się zakończy, Exit Plan Games chce rozpocząć proces wejścia na NewConnect, który wg prognoz, powinien zostać zakończony jeszcze w tym roku.

Złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów

Apetyt na ryzyko powrócił wczoraj na rynki finansowe, kiedy inwestorzy starali się otrząsnąć z obaw o wpływ wyższych rentowności obligacji. Ale dziś wszystko psują ostrzeżenia chińskiego regulatora przed bańkami na rynkach aktywów. Europa walczy o stabilizację, ale na FX przewagę znów ma dolar.

W poniedziałek sesja na Wall Street zakończyła się najmocniejszymi od prawie dziewięciu miesięcy wzrostami głównych indeksów, ale dziś nic już to nie znaczy. Odbicie, mimo że imponujące, było kruche, a doniesienia z Chin zachwiały pewnością siebie inwestorów. Apetyt na ryzyko wyparował, nawet pomimo tego, że rentowności obligacji skarbowych USA nie rosną (10-latki siedzą na 1,41 proc.). Aktualnie to kwestia uwierzenia, że są podstawy do odbicia ryzykownych aktywów i – co chyba ważniejsze – wyzbycia się obaw, że nie ma zagrożenia jeszcze jednej fali wyprzedaży. Ten drugi warunek został dziś zakwestionowany, choć jedocześnie można zadać sobie pytanie, ile faktycznie zmienia komentarz przedstawiciela chińskiego nadzoru, który powiedział, że „rynki finansowe w USA i Europie są wysoko i w sprzeczności z gospodarką realną”? Mam wrażenie, że Azja rozegrała swoje własne wewnętrzne strachy i poszła w ślad za nerwową reakcją giełd w Chinach. Z perspektywy Europy i USA nie powinniśmy obserwować takiego nerwowego przereagowania. Tzw. „Wtorek Odwrotu” jest do zrealizowania, ale będzie potrzebował pomocy. Takiej na pewno nie dadzą publikacje makro, gdyż inflacja z Eurolandu i PKB z Kanady nie mają prawa wpłynąć na nastroje. Nadzieja w wystąpieniach Brainard i Daly z Fed pod warunkiem, że werbalnie przekonają do utrzymania niskich stóp procentowych w tym roku i doprowadzą do spadku rentowności. Nie będzie to łatwe zadanie. Poza tym można trzymać kciuki za dobre wieści o skuteczności szczepionek.

EUR/USD cofa się do 1,20 i to nigdy nie wysyła pozytywnych wibracji dla walut ryzykownych. Scenariusz świeżego otwarcia owego miesiąca nie realizuje się, a przynajmniej nie zrealizuje się bez nowego impulsu. Dalej sądzę, że na parach z dolarem dominuje mentalność kupowania dołków (sprzedaży USD na górkach) wraz z oczekiwaniami globalnego ożywienia, ale korekta z czasu azjatyckiej części sesji podkopała pewność siebie proryzykownych inwestorów. Przedłużający się okres niepewności w końcu dosięga walut Europ Środkowo-Wschodniej. Polski złoty i węgierski forint są najsłabszymi walutami emerging markets w tym tygodniu, nadganiając presję sprzedaży, jaka wcześniej łaskawie obchodziła się z lokalnym rynkiem. Dziś rano EUR/PLN zahacza o 4,54, ale złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów na rynkach zewnętrznych, podczas gdy dobre dane makro i optymistyczne perspektywy gospodarcze nie znaczą obecnie nic.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trendy w handlu detalicznym. 2021 rokiem wyzwań, ale również nowych możliwości

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wszystko wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona stanowić kluczowe ogniwo wywierające wpływ na życie społeczno-gospodarcze. Nie jest to jeszcze perspektywa kryzysowa, tym bardziej że handel spożywczy jest mniej narażony na pandemiczne restrykcje czy obostrzenia, ale wymaga od detalistów wysokiej świadomości w zakresie możliwości, które mogą otworzyć się przed nimi w 2021 roku.

Intensywny rozwój technologiczny napędza zmiany w handlu detalicznym. Sama pandemia dodatkowo je przyspieszyła. Wystarczy zwrócić uwagę, że konsumenci poświęcają coraz mniej czasu na codzienne zakupy, a wraz z komfortem oraz wygodą, wiodącą rolę odgrywa także poczucie bezpieczeństwa. Innowacyjne narzędzia orientują się na ułatwianiu poszukiwania zindywidualizowanych produktów dostosowanych do konkretnych potrzeb oraz metodach płatności. Sklepy detaliczne aspirują do miana convenience, co wprost wiąże się z właściwą diagnozą oczekiwań klientów, a nawet ich wyprzedzaniem.

Szybki dostęp do informacji

Nowoczesny konsument docenia zalety korzystania z sąsiedzkich sklepów za rogiem. Warunkiem adaptacji do pandemicznej rzeczywistości jest korzystanie z zaawansowanych narzędzi pozwalających rozwijać biznes w bardzo szerokim zakresie. Dedykowane aplikacje mobilne już teraz zmieniają rynek handlu tradycyjnego, oferując użytkownikom szybki i wygodny dostęp do informacji o najnowszych promocjach w punktach detalicznych znajdujących się w najbliższym otoczeniu. Prezentacja na mapie pozwala im sprawnie znaleźć punkt, w którym można skorzystać z wybranych promocji. Konsumenci mogą też przygotować listę zakupów i wysłać ją bezpośrednio do sklepu, aby skorzystać z usługi „zamów i odbierz” lub zamówić dostawę do domu.

Dotychczas większość nowoczesnych akcji promocyjnych prowadzona była tylko w ramach dużych sieci handlowych i była komunikowana odgórnie. Obecnie, dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym, nawet najmniejsi detaliści sami decydują, kiedy wystartują z nową promocją i indywidualnie wybierają ofertę swojego sklepu. Dzięki temu, są w stanie szybciej reagować na lokalne trendy i skuteczniej przyciągać do sklepu nowych klientów. Jednak komunikacja z konsumentami w tak rozproszonym środowisku wymaga zmiany myślenia i wypracowania bardziej innowacyjnego podejścia. Takiego jak przejście na urządzenia mobilne, za których pomocą właściciele placówek handlowych mogą obsługiwać klientów na odległość oraz sprawniej konkurować ze sklepami sieciowymi, które już od dawna są obecne w kanale mobilnym.

Kto zyska, kto straci?

W tym roku można również spodziewać się stopniowego odwrotu konsumentów od marek premium na rzecz tych tańszych oraz umocnienia się marek popularnych kosztem tych niszowych. Nawyki zakupowe kierują się z jednej strony w stronę produktów podstawowych, co jest efektem kryzysu ekonomicznego wywołanego przez pandemię i zwiększonej obawy konsumentów o stabilność swojej sytuacji finansowej. Z drugiej strony, jest to dobra wiadomość dla marek popularnych i łatwo rozpoznawalnych – w tym także marek własnych w sieciach detalicznych – co jest efektem skrócenia czasu spędzanego na zakupach w obawie o bezpieczeństwo, a co za tym idzie, skrócenia czasu poświęcanego przez konsumentów na eksperymentowanie z nowościami.

Z offline do online

Jednym z największych wyzwań dla branży retail w ubiegłym roku było błyskawiczne przeniesienie handlu z offline do online. Wiele firm musiało dostosować się do nowej rzeczywistości, tym bardziej że nawet po zniesieniu ograniczeń, konsumenci unikali zatłoczonych miejsc, preferując zakupy w Internecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie , że dynamiczny wzrost e-commerce zdominuje, a następnie wyeliminuje sklepy stacjonarne. Nic bardziej mylnego. Handel stacjonarny idzie i nadal będzie szedł w parze z internetowym, mimo wielu niesprzyjających okoliczności. Według danych analitycznych, niewiele ponad połowa kupujących online wybiera sprzedawców detalicznych, którzy prowadzą również biznes w modelu tradycyjnym.

Branża spożywcza co prawda ucierpiała na kryzysie, lecz zasadniczo była odporna na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Wielu detalistów spożywczych w ostatnich miesiącach uruchomiło nowe formaty, platformy czy witryny www. Wyróżniającym się trendem w szeroko pojętym e-commerce stały się marketplace’y jako komfortowe rozwiązanie, dające szereg możliwości w obszarze sprawnego skalowania oraz elastyczności sprzedaży. Co więcej, marketplace zapewnia konsumentom jeszcze większą wygodę w zakresie realizacji zakupów, szybko i łatwo wyszukując korzystną ofertę produktu lub usługi. Jednak w polskim segmencie spożywczym udział sprzedaży internetowej nadal jest marginalny – w odróżnieniu od krajów z północy i zachodu Europy, Polacy wolą kupować żywność tradycyjnie. Jesteśmy skłonni do zdalnego zakupu u dostawcy z innego kraju czy kontynentu produktów takich jak elektronika, odzież czy środki kosmetyczne, jednak to, co trafi na nasz talerz, wolimy wybrać i obejrzeć osobiście lub zamówić w lokalnym, zaufanym sklepie.

Wzmocnienie pozycji rynku detalicznego

Nowe, cyfrowe platformy usługowe dla detalistów pomagają im oferować promocje dopasowane do potrzeb swoich lokalnych klientów, w tym również do pogody lub ruchu w placówce. Narzędzia technologiczne wzmacniają ich pozycję w relacji do marek sieciowych, a ich powszechną już dostępność należy traktować w kategorii przełomu na rynku detalicznym, a zarazem trendu, który może się umacniać. Właściciel lokalnego, niezależnego sklepu, chcąc być bardziej konkurencyjny, otrzymuje spersonalizowane oferty promocyjne od dystrybutorów i producentów – coś, co dawniej było praktycznie niemożliwe na tak rozdrobnionym oraz niejednolitym rynku. Oferta może być różna w zależności od czasu trwania promocji, konkretnej lokalizacji czy profilu danego sklepu. System rekomenduje najbardziej optymalny podział koszyka zamówień z uwzględnieniem ceny, dostępnych promocji, minimum logistycznego, daty dostawy i salda kredytowego. Właściciel sklepu nie musi już śledzić z ołówkiem w ręku wszystkich promocji oferowanych przez dystrybutorów. To system podpowiada, co należy dodatkowo zamówić i dokupić, aby finalnie mieć atrakcyjną ofertę dla konsumentów i optymalną cenę na całym koszyku. System rekomendacyjny wskazuje, że do konkretnego zamówienia warto dorzucić dodatkowy karton określonego produktu, aby załapać się na promocję dystrybutora, a także pozwala wygenerować gotową listę zakupową, która jest tworzona przez system na podstawie analizy sprzedaży, rotacji towaru i marży w danym sklepie oraz w oparciu o trendy w podobnych sklepach.

System rekomendacyjny bazuje na danych uzyskiwanych z wielu źródeł, nawet danych pogodowych czy informacji o wydarzeniach kulturalnych. Umożliwia też właścicielowi sklepu porównanie zamówień ze sklepów o podobnej wielkości czy charakterze placówki. Narzędzie skutecznie wspomaga proces sprzedażowy. Dzięki właściwie dopasowanej ofercie, takie placówki są w stanie zaoferować konsumentom możliwość skorzystania z promocyjnych ofert równie atrakcyjnych jak w dużych, scentralizowanych sieciach. Klienci otrzymują informacje o promocjach, które mogą być zróżnicowane w zależności od pory dnia, usytuowania sklepu czy charakteru asortymentu, który oferuje. Jeśli dana placówka świadczy usługę „zamów i odbierz”, konsument może odebrać produkty na miejscu lub wybrać dostawę we wskazane przez siebie miejsce.

Małe, tradycyjne placówki handlowe szybko przystosowują się do nowych warunków i umiejętnie wykorzystują przewagi, które otwierają przed nimi nowe technologie, takie jak cyfrowe platformy usługowe, hurtowe portale zakupowe czy aplikacji mobilne dla konsumentów. Uzbrojone w takie narzędzia, wspierające ich tradycyjną siłę jaką jest dobra i wygodna lokalizacja, mogą z ufnością spoglądać w przyszłość i utrzymać się w roli jednego z głównych elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego.

Tomasz Jasinkiewicz, Wiceprezes Comp Platforma Usług

Amazon startuje w Polsce

Dziś w sieci pojawiła się polska wersja serwisu Amazon.pl, co oznacza przede wszystkim, że amerykański gigant udostępnienia swoją platformę zakupową polskim sprzedawcom internetowym. Oto jak to wydarzenie komentują przedstawiciele czołowych polskich firm z branży e-commerce.

Marcin Rutkowski, Brand Operations Manager w merce.com

Podzieliłbym wpływ polskiej wersji Amazona na rodzimy rynek e-commerce na dwa aspekty: klienci i sprzedawcy. Jako klienci nauczyliśmy się korzystać z serwisów typu marketplace. Dla kupujący już na Amazonie nie będzie to więc duża zmiana, może nawet niezauważalna. Może okazać się to dość istotna dla osób, które nigdy nie kupowały na tej platformie właśnie ze względu na brak polskiego oddziału. Widoczne było to na przykład w popularności ofert sprzedaży Amazon Kindle na… Allegro. Teraz część z tych klientów wybierze zakup u źródła i to nie tylko czytników.

Klientów będzie ciężko przekonać unikalną ofertą, bo w sytuacji, gdy mamy w Polsce kilkadziesiąt tysięcy sklepów internetowych, Allegro, AliExpress i inne marketplace, czyli powszechny dostępu do produktów, trudno zaproponować coś, czego nie ma już ktoś z konkurencji. Jeff Bezos przed erą potęgi Amazona mawiał, że jego firma zawsze będzie koncentrować się na kliencie. To w e-commerce przekłada się na czas dostawy i obsługę klienta. To głównie tym może do siebie przekonać polskich klientów Amazon. Jednak poprzeczka poziomu obsługi klienta w rodzimym e-commerce zawieszona już jest bardzo wysoko.

Z kolei sprzedawcy do Amazona będą podchodzić z ostrożnością. Z jednej strony to możliwość wejścia na nowe rynki, ale pamiętajmy o wysokości prowizji, które nie odbiegają od innych serwisów, a czasami są nawet wyższe. Amazon to na pewno ciekawa opcja dla producentów, którzy bezpośrednio będą sprzedawali swoje produkty. Wtedy platforma może się stać idealnym miejscem na budowanie nowego brandu czy testowania produktów. W części przypadków będzie to się wziązało z konieczności korzystania z usług logistycznych Amazona, ale taka jest cena za szybką dostawę, którą firma Bezosa chce zapewniać.

Artur Halik, Head of Sales Shoper

Od trzech lat, co pewien czas słyszeliśmy elektryzujące wieści o mającym nastąpić “już za chwilę” pełnym wejściu Amazona do Polski. Pełnym, czyli także dla sprzedawców, bo dla kupujących opcja zamawiania na niemieckim Amazon.de dostępna jest już nawet dłużej. Parokrotne opóźnienie premiery serwisu na naszym rynku może jednak nie wyjść amerykańskiemu gigantowi na dobre, ponieważ w dużych marketplace’ach konkurencja odbywa się przede wszystkim na poziomie cenowym, a polski e-commerce zdążył już powoli wyrosnąć z wojen o to u kogo jest najtaniej. Coraz więcej sprzedawców dba o budowanie swoich marek zwracając uwagę nie tyle na niskie ceny, a wszystkie aspekty doświadczenia zakupowego.

Wejście Amazona z pewnością wpłynie ożywczo na rynek, co z kolei przełożyć się powinno na pozytywne doświadczenia zakupowe konsumentów. Nie spodziewałbym się jednak, iż Amazon będzie głównym rozgrywającym za dwa lata, a każdy kupujący w sieci rozpocznie od razu zakupy poprzez ten serwis. Nie zapominajmy, że na naszym rodzimym rynku istnieje już marketplace, znany od wielu lat, a jednocześnie otwierają się cały czas kolejne sklepy internetowe, cieszące się wielką popularnością i lojalnością klientów, przywiązanych do marki. Jeśli więc właścicielom zależy na budowaniu rozpoznawalnego biznesu i prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, powinny inwestować w pierwszej kolejności we własne kanały, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż. Rozpoczęcie sprzedaży na Amazon to dobry krok w dywersyfikacji ryzyka – trzeba pamiętać jednak, że rozgrywającym jesteśmy tylko na swoim boisku. Jeśli właścicielom e-biznesów zależy na budowaniu rozpoznawalnej marki, prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, eksponowaniu historii założycieli, powinny inwestować przede wszystkim we własne kanały, takie jak własny sklep internetowy, który może działać niezależnie od marketplace’ów, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż.

Krzysztof Bartnik, założyciel firmy logistycznej Imker

O oficjalnym pojawieniu się Amazon w Polsce była już mowa tyle razy w ostatnich latach, że kiedy wreszcie ten moment nastąpił to raczej nie spotykam się z olbrzymimi zachwytami, tylko z lekkim uśmiechem, że wreszcie można się tam oficjalnie dostać. Dla sklepów internetowych Amazon jest świetnym kanałem sprzedaży i nie mogę doczekać się, kiedy rozpocznie się przeciąganie liny pomiędzy firmą Jeffa Bezosa a Allegro. Oby z korzyścią dla sprzedających, a nie tylko kupujących.

Nie rekomenduję robienia biznesu wyłącznie na samym Amazonie, tak samo jak nie rekomenduję obecności tylko na Allegro. Świadome podmioty z branży e-handlu powinny traktować te miejsca jako dodatkowe – choć często naprawdę spore – źródła zamówień, a główną działalność koncentrować na swoich stronach. Wizja docierania do milionów klientów kusi, ale trzeba pamiętać, że taka sprzedaż jest obarczona wysoką prowizją. Niezależnie od tego, i tak warto przetestować Amazon, by przekonać się, jak wygląda współpraca z tym gigantem i czy w przypadku naszej działalności przełoży się to na efekty.

Robert Stolarczyk, prezes zarządu PromoTraffic, agencji digitalowej wspierającej polski e-commerce w sprzedaży na rynkach zagranicznych

Od dawna przepowiadano, że trzeci największy amerykański inwestor w Polsce, zatrudniający w naszym kraju 18 tysięcy pracowników w końcu wykona ważny ruch w celu oficjalnego otwarcia się na nasz rynek. Co prawda już od kilku lat polski konsument mógł relatywnie wygodnie kupować w spolszczonym Amazon.de, ale uruchomienie polskiej wersji to istotny krok w kierunku przyciągnięcia do platformy także polskich e-sprzedawców.
Allegro strategicznie i taktycznie od dawna przygotowywało się na ten moment. Wydaje się, że pozycja lokalnego lidera jest silna, a sama firma jest przygotowana na rywalizację z globalnym graczem. Wszystkie sygnały wskazują na to, że na końcu zwycięski powinien być polski e-konsument oraz e-biznes. Sprzedaż transgraniczna z naszego kraju musi wzrosnąć, a możliwości globalnego handlu, jakie otwiera przed polskim sprzedawcą Amazon są gigantyczne. W najbliższym roku na pewno wzrośnie popyt na usługi oraz systemy związane ze skalowaniem i optymalizacją sprzedaży na Amazonie.

Wystartował Amazon.pl

  • Klienci z Polski mogą od dziś robić zakupy na Amazon.pl, ciesząc się niskimi cenami ponad 100 milionów produktów z ponad 30 kategorii oraz niezawodną, bezpłatną dostawą przy zamówieniach spełniających określone warunki;
  • Klienci mogą kupować na Amazon.pl od tysięcy europejskich i polskich firm;
  • Urządzenia Amazon, w tym nowe międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot oraz Kindle Paperwhite, są już dostępne w sprzedaży na Amazon.pl.

Od dziś polscy klienci mogą kupować na Amazon.pl i wybierać spośród ponad 100 milionów produktów, korzystając codziennie z niskich cen i szybkiej, niezawodnej dostawy. Klienci mogą również cieszyć się darmową dostawą dla zamówień powyżej 100 PLN, sprzedawanych i wysyłanych przez Amazon. Amazon.pl oferuje szeroki wybór produktów z ponad 30 kategorii, takich jak książki, elektronika użytkowa, sport i rekreacja, narzędzia i artykuły gospodarstwa domowego, zabawki i produkty dla dzieci. Towary pochodzą od tysięcy europejskich i polskich przedsiębiorstw.

Alex Ootes
Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon

„Jesteśmy podekscytowani uruchomieniem Amazon.pl i możliwością zaoferowania polskim klientom wyboru spośród ponad 100 milionów towarów, w tym dziesiątek tysięcy produktów polskich firm – powiedział Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon. – Dzisiaj ruszamy ze sprzedażą na Amazon.pl. Będziemy nadal ciężko pracować, aby zdobyć zaufanie polskich klientów poprzez zwiększanie wyboru produktów, zapewnienie niskich cen oraz dostarczanie pozytywnych i godnych zaufania doświadczeń zakupowych”.

Polscy klienci mogą wygodnie robić zakupy z dowolnego miejsca, w dowolnym czasie, z łatwym procesem zwrotów i obsługą klienta w języku polskim za pośrednictwem aplikacji Amazon Shopping oraz poprzez przeglądarki internetowe. Mogą również w prosty sposób przeglądać ciągle zwiększającą się ofertę, czytać opinie klientów, wyświetlać spersonalizowane rekomendacje, tworzyć listy życzeń i śledzić swoje zamówienia. Do wyboru mają płatności za pomocą kart Visa, Mastercard oraz za pośrednictwem usług Przelewy24 i BLIK.

Amazon oferuje szeroką gamę produktów pochodzących zarówno od polskich przedsiębiorstw, jak również od dużych, lubianych producentów. Klienci mogą znaleźć produkty w świetnych cenach, oferowane przez polskie marki, takie jak Zelmer, Gerlach, Trefl, Bambino, Krosno, a także międzynarodowe, między innymi ASUS, Mattel, Hasbro, LEGO i Bosch.

Urządzenia Amazon dostępne w Polsce

Od dzisiaj na stronie Amazon.pl będą dostępne dla polskich klientów międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot. Echo i Echo Dot to głośniki połączone z chmurową usługą Alexa umożliwiającą interakcje za pomocą głosu. Klienci w Polsce mogą korzystać z Alexy w języku angielskim, zyskując teraz głosowy dostęp do Spotify, serwisu wiadomości z RMF FM, lokalnych radiostacji z TuneIn oraz informacji lokalnych, a także do innych popularnych funkcji Alexy, takich jak timery, alarmy, pogoda, inteligentny dom, połączenia Alexa-to-Alexa i wiele innych. Międzynarodowa wersja Echo będzie dostępna od 349,99 zł, a Echo Dot od 199,99 zł i będą one dostępne w wersji Charcoal (kolor czarny). Więcej informacji na stronie amazon.pl/echo and amazon.pl/echodot.

Czytnik książek elektronicznych Kindle Paperwhite jest również od dziś dostępny na Amazon.pl. Kindle Paperwhite jest wodoodporny i posiada przeciwodblaskowy wyświetlacz, na którym można czytać jak na prawdziwym papierze, nawet w pełnym słońcu. Dzięki regulowanemu oświetleniu można korzystać z niego w pomieszczeniach i na zewnątrz, w dzień i w nocy. Wszystkie e-czytniki Kindle są lekkie, przenośne, zapewniają nie godziny, a tygodnie pracy na jednym ładowaniu baterii i mieszczą tysiące książek. Kindle Paperwhite dostępny jest już od 649,99 zł.

Zagrożenia psychospołeczne mają wpływ na efektywność pracy

W 2019 r. co drugi pracownik skarżył się na wpływ stresu na efektywność pracy, a w 2020 r. – co trzeci. Jednocześnie od czasu wybuchu pandemii więcej osób zaczęło doświadczać uczucia niepokoju, lęku (33 proc.), zaburzeń nastroju (31 proc.) oraz zaburzeń lub braku snu (26 proc.) Pandemia koronawirusa, która do Polski dotarła w marcu 2020 roku, naruszyła dotychczasowy model organizacji pracy, a przez to przeorganizowała listę czynników wpływających na jej efektywność oraz nasiliła niektóre towarzyszące jej schorzenia.

W obydwu badaniach Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” w 2019 i 2020 roku zapytano pracowników o czynniki, które mogą wpływać na efektywność pracy. W 2020 roku na pierwszym miejscu znalazły się czynniki związane z trwaniem pandemii, a więc obawa przed zakażeniem oraz konieczność pracy w maseczce lub przyłbicy ochronnej (obydwie odpowiedzi po 38 proc.). Z kolei w badaniu z 2019 r. najczęściej wskazywano na atmosferę w pracy (53 proc.), na którą rok później zwrócił co trzeci ankietowany.

Porównując odpowiedzi udzielone przez pracowników na pytanie o efektywność pracy, można zaobserwować kilka różnic. Przykładowo, na liczbę obowiązków i przepracowanie w 2019 r. uskarżało się 47 proc. pracowników, a rok później już 27 proc. Można się domyślać, że z jednej strony wiele firm miało niestety dużo mniej pracy, co wpłynęło na mniejsze obciążenie pracowników. Pracujący w trybie „home office” nie byli też poddani dodatkowej, bezpośredniej presji, jaką można spotkać w biurze. Wydaje się więc, że praca zdalna pomaga ograniczać stres wywoływany koniecznością pracy pod presją czasu. Nie sposób również nie wspomnieć o stresie, który w 2019 r. uplasował się na drugim miejscu z wynikiem 49 proc., a podczas pandemii wśród czynników, które mają największy wpływ na efektywność pracy, wskazało go 36 proc. pracowników – mówi Elżbieta Rogowska, Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych w PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. –  Można by zatem powiedzieć, że obserwujemy zmiany na lepsze, będące efektem nowej organizacji pracy, jednak zauważmy, że wraz z naturalną w tym czasie obawą przed zakażeniem i koniecznością zasłaniania nosa i ust, stres znalazł się bardzo wysoko wśród czynników mających wpływ na pracownika – dodaje Elżbieta Rogowska.

Podczas pandemii najbardziej stresowali się pracownicy biurowi

Analizując to, ile osób w danych kategoriach wskazało na stres jako czynnik wpływający na efektywność pracy, można zauważyć pewne prawidłowości. Częściej stresują się osoby z wyższym wykształceniem niż z zasadniczym zawodowym (5 p.p. różnicy), osoby mieszkające w miastach pow. 500 tys. niż we wsi (9 p.p. różnicy), oraz osoby pracujące umysłowo, niż fizycznie (14 p.p. różnicy). – Ciekawe różnice obserwujemy porównując odpowiedzi na to samo pytanie wśród osób z różnych branż – mówi Ewa Gawrysiak,  Sales and End User Marketing Manager w TenCate Protective Fabrics, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Czy najczęściej na stres wskazywały osoby z branży opieki zdrowotnej i pomocy społecznej? Otóż nie – w tej grupie było to zaledwie 20,4 proc. Nie byli to też pracownicy branży hotelarstwa, gastronomii, kultury, rozrywki i rekreacji (23,5 proc.), ani  handlu hurtowego i detalicznego (21,1 proc.). Okazuje się, że najczęściej stresują się pracownicy branży edukacji, nauki i technologii (31,8 proc.). Być może wynika to z zupełnie nowych warunków, w jakich pracują zatrudnieni w tych branżach i niepewność co do skuteczności nowego modelu pracy – dodaje Ewa Gawrysiak.

Co trzeci pracownik zaczął odczuwać niepokój lub lęk od czasu wybuchu pandemii

Nadmierny stres, zła atmosfera w pracy czy przepracowanie – te czynniki psychospołeczne wpływają nie tylko na efektywność pracy, ale również skutkują występowaniem schorzeń. W 2019 r. na pierwszym miejscu w zestawieniu tych schorzeń znalazło się ogólne zmęczenie, którego od momentu zatrudnienia w obecnym miejscu pracy zaczął doświadczać co drugi badany. Na kolejnym miejscu znalazł się ból pleców, kręgosłupa (49 proc.) oraz ból głowy (41 proc.). Problemów zaburzeń nastroju czy zaburzeń lub braku snu zaczął doświadczać co trzeci respondent.

W 2020 roku zestawienie schorzeń, których badani zaczęli doświadczać od czasu wybuchu pandemii, przedstawia się zdecydowanie inaczej. W ogóle nie pojawia się w nim ogólne zmęczenie, które rok temu było wskazywane najczęściej. Na pierwszym miejscu w 2020 roku znalazło się uczucie niepokoju, lęku, do którego przyznała się co trzecia osoba. W dalszej kolejności wymieniano takie schorzenia jak zaburzenia nastroju (31 proc.), zaburzenia snu lub jego brak oraz ból głowy (po 26 proc.).

– Schorzenia, które na większą skalę pojawiły się w 2020 roku pokazują, że pandemia stanowi wyzwanie nie tylko z punktu widzenia gospodarczego i biznesowego, ale również zdrowia fizycznego i psychicznego pracowników. W ubiegłorocznym raporcie skupiliśmy się na temacie mobbingu, depresji i stresu w miejscu pracy – i te problemy dalej istnieją w polskich firmach, ale częściowo w nieco innej formie i zmienionym zakresie. W 2020 roku na zdrowie psychiczne wpływały takie czynniki jak brak kontaktów z ludźmi oraz lęk przed chorobą. Widać to w zwiększonym zainteresowaniu poradami u psychologa oraz zgłaszanymi problemami ze zdrowiem psychicznym – mówi Anna Jabłońska, dyrektor zarządzająca CWS Polska, przewodnicząca Koalicji Bezpieczni w Pracy. – W wąskim rozumieniu, ma to wpływ na spadek efektywności pracowników, w szerokim – odbije to piętno na ich zdrowiu w przyszłości. Z pewnością odpowiedź na te problemy powinno być kierunkiem rozwoju bhp w kolejnych latach – dodaje.

Szkoły powinny przygotować się na nauczanie hybrydowe w dłuższej perspektywie

Rozpoczynając naukę zdalną w marcu zeszłego roku myśleliśmy, że jesteśmy do niej całkiem nieźle przygotowani. Według badań przeprowadzonych przed pandemią, aż 97% gospodarstw domowych zaopatrzonych było w komputer, większość z nich miała również dostęp do internetu. Oznaczało to, że zarówno uczniowie, jak i nauczyciele w znaczącej większości mieli możliwość prowadzenia i otrzymywania nauki w systemie zdalnym. Jednak po roku pandemii widzimy, że optymistyczne prognozy na przebieg nauki zdalnej były błędne. Nowe dane dotyczące dostępności sprzętu pokazują, że w wielu domach problemem było pogodzenie ze sobą kilku toków nauki dla kilkorga dzieci. Wielu uczniów nie miało spokojnego miejsca, w którym mogłoby brać udział w lekcji, a praca zdalna rodziców jeszcze bardziej ograniczała dostęp do komputera i internetu. Okazało się również, że nauczycielom brakuje kompetencji potrzebnych do zdalnej nauki. Jedynie 5% nauczycieli określiło swoje przygotowanie do zdalnych zajęć jako bardzo dobre, a 40% czuło, że są przygotowani w stopniu małym lub umiarkowanym. Jakie będą konsekwencje tej sytuacji?

– Ubiegły rok nauki był znacznie mniej efektywny, niż rok nauki w normalnej szkole. Luka edukacyjna, która w ten sposób powstaje, jest znaczna. Widzimy dużą różnicę między tym, czego uczniowie mogli i powinni się nauczyć w ciągu roku, a czego się faktycznie nauczyli. To będzie oddziaływało na warunki i wiedzę tych młodych ludzi jeszcze przez wiele lat – powiedział serwisowi eNewsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Warto też zwrócić uwagę na to, że okres pandemii i nauki z domu był znacznie większym obciążeniem dla rodziców. Nawet 39% z nich poświęcało 4 lub więcej godzin dziennie na pomoc w nauce swoim dzieciom. W związku z tym narasta przekonanie, że podstawa programowa powinna zostać dostosowana do nowej sytuacji. To jest jedna z rekomendacji naszego raportu. Aby skutecznie wprowadzić metodę nauczania hybrydowego, należy dostosować materiał podstawy programowej do możliwości, jakie daje nauczanie zdalne. Pojawia się również konieczność wytworzenia w uczniach nowych kompetencji – szukania wiedzy w internecie, oceniania jej i weryfikacji źródeł. Należy również zmienić fundamenty systemu edukacji, którymi są sposoby oceniania i kontroli tego, co robią uczniowie. Ocenianie uczniów, którzy pracują z domu, wymaga innego systemu. Ważniejsza stanie się samoocena ucznia. Chcemy, żeby był w stanie sam ocenić, na ile opanował materiał. W nauczaniu zdalnym mamy mniejsze możliwości kontroli tego, czy uczeń wykonuje daną pracę samodzielnie. W związku z tym trzeba znowelizować system oceniania i w inny sposób wymagać od uczniów opanowania wiedzy – podkreśla Święcicki.

Wzrost rentowności obligacji powodem do niepokoju

W ostatnim tygodniu miał miejsce dynamiczny wzrost rentowności obligacji amerykańskich (najprościej ujmując, wzrósł koszt obsługi długu publicznego), co w konsekwencji przełożyło się na wzrosty rentowności papierów skarbowych w innych krajach. Rentowności 10-letnich amerykańskich obligacji wzrosły od początku lutego z poziomu 1,07% do 1,41% (najwyżej w lutym były na poziomie 1,61%). Katalizatorem do wyprzedaży długu (wzrostu rentowności) był słaby odzew na aukcję 7-letnich amerykańskich papierów skarbowych. Polskie 10-letnie obligacje skarbowe wzrosły w lutym z poziomu 1,16% do 1,61%, co także jest ogromną zmianą. Wzrost rentowności długu na świecie jest o tyle istotny, że zwiększa koszty obsługi długu zarówno na szczeblu państwowym, jak i w konsekwencji korporacyjnym. Zadłużenie na świecie nieprzerwanie rośnie, a królują w tym Amerykanie. Izba Reprezentantów przyjęła w sobotę nowy pakiet stymulacyjny na kwotę 1,9 bln dolarów.

Amerykańskie indeksy zanotowały spadki w ostatnim tygodniu – Nasdaq 100 osunął się 4,95%, a SP 500 spadł 2,45%. WIG zanurkował 3,93%, co było najgorszym tygodniem od 17 stycznia. Powodem do wyprzedaży akcji były między innymi wzrost rentowności obligacji oraz zapowiedź Yellen wzrostu podatków dla firm w USA. Ostatnie lata hossy zawdzięczamy polityce Donalda Trumpa, który zgodnie z zapowiedziami przedwyborczymi mocno obniżył podatki w USA. Joe Biden wraz z Janet Yellen planują stopniowy wzrost podatków, co z pewnością nie jest dobrą informacją dla amerykańskich akcji. Niemniej jednak nie ma to większego wpływu na spółki w innych krajach.

Wyprzedaż na rynkach dosięgnęła także metale szlachetne – złoto spadło 2,81%, srebro 2,28%, a platyna 6,52%. Srebro charakteryzuje się wciąż siłą relatywną w stosunku do złota. Obecna relacja cen złota do srebra wynosi 65, gdzie jeszcze na początku stycznia wynosiła 72. Patrząc historycznie srebro wciąż jest tanie w stosunku do złota, ponieważ przy ostatnich szczytach hossy stosunek ten wynosił poniżej 40.

W środę odbędzie się posiedzenie RPP, rynek nie oczekuje zmian w polityce monetarnej. Wydarzeniem tygodnia będą piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy. Rynek spodziewa się poprawy w stosunku do wcześniejszego miesiąca.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ile zarabiają pracownicy z branży nieruchomości?

Pomimo pandemii rynek nieruchomości zakończył rok ze wzrostami. Zarówno na rynku nieruchomości mieszkaniowych, jak i komercyjnych – szczególnie w przypadku obiektów magazynowych. Dobrą koniunkturę branży odczuli również pracownicy – blisko połowa z nich otrzymała podwyżkę w 2020 roku – 45%. Czy opłaca się pracować w nieruchomościach? Na jakie zarobki mogą liczyć specjaliści w 2021 roku?

W trakcie ostatnich 12 miesięcy miały miejsce trzy epizody lockdownu, które przełożyły się na masowe ograniczenia w handlu. Z jednej strony stracił sektor dużych nieruchomości handlowych, z drugiej jednak na popularności zyskały mniejsze formaty – takie jak centra typu convenience (do codziennych zakupów) czy parki handlowe. Spowolnienie można było dostrzec również na rynku biurowym ze względu na wprowadzoną pracę zdalną.

Wbrew prognozom i trudnej sytuacji w branży dynamika zatrudnienia nie maleje. Firmy poszukują wykwalifikowanych kandydatów w obszarach chociażby zarządzania nieruchomościami czy utrzymania obiektów komercyjnych. Te stanowiska odgrywają kluczową rolę w kontekście zatrzymania najemców dużych powierzchni komercyjnych – wyjaśnia Wiktoria Bożek, lider zespołu Construction & Property w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

W dobrej sytuacji znaleźli się deweloperzy nieruchomości mieszkaniowych oraz obiektów magazynowych. Jak wynika z najnowszych danych JLL – Polska utrzymała trzecie miejsce wśród najbardziej aktywnych rynków w Europie w tym sektorze. Nasz rynek magazynowy odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdza jego siłę. Warto podkreślić też rosnącą popularność tzw. logistyki miejskiej, która została dodatkowo wzmocniona przez dynamiczny wzrost sprzedaży e-commerce[i].

Wynagrodzenia w górę

Stałe zapotrzenowanie na specjalistów przełożyły się na płacowy optymizm pracowników. W przypadku niektórych specjalizacji oczekiwania płacowe kandydatów w ostatnich miesiącach wzrosły. Potwierdzają to dane zgromadzone w najnowszym raporcie „Przegląd wynagrodzeń Polska 2021”, z którego wynika, że blisko połowa pracowników z branży nieruchomości otrzymała podwyżkę w ostatnich miesiącach. U co trzeciego pracownika pensja pozostała na stabilnym poziomie. Tylko 25% zatrudnionych otrzymało niższe wynagrodzenie. W większości przypadków były to jednak tymczasowe ograniczenia wprowadzane przez firmy w celu optymalizacji kosztów.

Najlepiej płatne specjalizacje nieruchomościach w 2021 roku

Na atrakcyjne płace mogą liczyć specjaliści zatrudnieni w obszarze logistyczno-magazynowym, który jawi się zdecydowanie jako najbardziej stabilny sektor rynku nieruchomości. Deweloperzy najczęściej zgłaszają zapotrzebowanie na ekspertów od zakupu gruntów, zarządzania projektami i zarządzania nieruchomościami.

Dobrym przykładem zachęcającym do rozwoju kariery w nieruchomościach jest stanowisko Property Managera. Tutaj Junior zarobi nawet od 7-10 tys. zł brutto. A z biegiem lat jako Head of Property Management może liczyć na wynagrodzenie na poziomie nawet 30 tys. zł brutto.

Devire prezentuje listę 10. najczęściej poszukiwanych i najlepiej płatnych stanowisk w branży nieruchomości:

  1. Land Acquisition Manager

Wynagrodzenie: 12.000 – 20.000 PLN brutto

  1. Project Manager (ds. przygotowania i realizacji inwestycji)

Wynagrodzenie: 12.000 – 18.000 PLN brutto

  1. Property Manager

Wynagrodzenie: 11.000 – 16.000 PLN brutto

  1. Asset Manager

Wynagrodzenie: 18.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Investment Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Leasing Manager (industrial)

Wynagrodzenie: 15.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Development Director

Wynagrodzenie: 20.000 – 28.000 PLN brutto

  1. Technical Portfolio Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Facility Manager

Wynagrodzenie: 10.000 – 15.000 PLN brutto

  1. Lease Administrator (Specjalista ds. zarządzania umowami najmu)

Wynagrodzenie: 6.000 – 9.000 PLN brutto

[i] https://www.jll.pl/pl/trendy-i-analizy/inwestor/polski-rynek-magazynowy-po-raz-kolejny-na-europejskim-podium

Poziom Bałtyku będzie rósł coraz szybciej i powodował ekstremalne zjawiska. Przerwanie Półwyspu Helskiego albo zalanie starówki w Gdańsku możliwe co kilka lat

Wzrost poziomu Morza Bałtyckiego nie będzie zauważalny gołym okiem, ale spowoduje większą częstotliwość ekstremalnych zjawisk. – W okresach letnich na wybrzeżu Bałtyku możemy się spodziewać coraz silniejszych burz, a jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe, co będzie powodowało zalania najniżej położonych obszarów – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski, naukowiec z UW i PAN. Powodem wzrostu poziomu wód w morzach i oceanach jest globalne ocieplenie klimatu wywołane przede wszystkim nadmierną emisją gazów cieplarnianych.

Jak wynika z komunikatu interdyscyplinarnego zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego PAN, globalny poziom morza – po kilku tysiącach lat względnej stabilizacji – podniósł się od XIX wieku o ponad 20 cm.

Jeszcze niedawno wiadomo było, że średnio poziom morza rośnie o 3 mm rocznie. Taka była średnia długookresowa. Z obserwacji w ostatnich kilku latach wynika, że wzrost poziomu morza wynosi już 5 mm rocznie – wyjaśnia prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Geofizyki w Polskiej Akademii Nauk.

Prognozy naukowców mówią o tym, że w kolejnych latach poziom mórz będzie wzrastać zdecydowanie szybciej. Będzie to spowodowane destabilizacją lądolodu Grenlandii i Antarktydy Zachodniej, co spowoduje, że w najbliższych latach coraz więcej lodu będzie topniało albo przemieszczało się do morza z lądu, przez co poziom morza będzie coraz wyższy. Tempo tego zjawiska będzie zależeć od wielkości przyszłych emisji gazów cieplarnianych, dlatego przygotowywane są różne scenariusze, jednak każdy z nich zakłada przyspieszenie. Przytaczany przez zespół PAN raport IPCC wskazuje, że w 2100 roku tempo średniego światowego poziomu morza osiągnie 15 mm rocznie, a w XXII wieku będzie to kilka centymetrów rocznie.

Nasza emisja gazów cieplarnianych jest odpowiedzialna za zmiany klimatyczne w ponad 100 proc. Dlaczego ponad? Dlatego że wszystkie naturalne zjawiska, takie jak zmiany orbitalne czy aktywności słonecznej, prowadzą w tej chwili do powolnego ochłodzenia klimatu. Natomiast my obserwujemy przyspieszające ocieplenie. To przyspieszenie bierze się stąd, że coraz więcej gazów cieplarnianych emitujemy do atmosfery – wyjaśnia ekspert Uniwersytetu Warszawskiego.

Według ekspertów PAN długoterminowy obserwowany trend wzrostu poziomu morza dla Bałtyku jest podobny do trendu globalnego, co potwierdzają pomiary satelitarne. Również prognozy dla polskiego Wybrzeża nie odbiegają znacząco od globalnych przewidywań.

Na dużej części polskiego Wybrzeża wygląda to w sposób zbliżony do średniej. Natomiast część Wybrzeża obniża się względem średniego poziomu morza – są to Żuławy i część Gdańska, więc tam ten względny wzrost poziomu morza jest jeszcze szybszy – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Dane przytaczane przez raport PAN wskazują, że w rejonie Zatoki Gdańskiej Wybrzeże obniża się o 1 mm rocznie, a w rejonie Żuław – o 2 mm. To powoduje dodatkowe 10–20 cm wzrostu poziomu morza na stulecie. Zjawiska te będą skutkowały zwiększeniem zagrożeń na coraz większych obszarach, w tym tak ważnych dla kraju miejscach jak historyczna część Gdańska, Żuławy czy Półwysep Helski.

My sobie źle wyobrażamy ten wzrost poziomu morza, bo to nie jest równy wzrost, tylko chodzi o zdarzenia ekstremalne, czyli m.in. bardzo silne wezbrania sztormowe i wiatry. Takie zdarzenia, które miały miejsce raz na 100 lat, jak np. bardzo duże wezbrania czy praktycznie przerwanie Helu, za kilkadziesiąt lat będą się zdarzać raz w roku. Czyli wyobraźmy sobie taką sytuację, że raz na kilka lat Długi Targ w Gdańsku będzie pod wodą. To są sytuacje możliwe za życia moich dzieci – mówi dyrektor Instytutu Geofizyki UW.

Chociaż prognozy dotyczące przyszłej zwiększonej sztormowości dla naszego regionu wciąż są obarczone niepewnością, to w perspektywie 30 lat prawdopodobnie wezbrania te będą kilkukrotnie częstsze niż w przeszłości.

Przede wszystkim będą się nasilać zjawiska związane z letnimi burzami, jak zresztą w całej Polsce. Kilka lat temu taka burza powaliła Bory Tucholskie, gdzie były ofiary w ludziach, dotarła także do Wybrzeża i w rejony Elbląga. Jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe. Więc to są dwa zjawiska, z którymi powinniśmy się na Wybrzeżu liczyć – zauważa prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Zespół naukowców działający przy PAN zwraca uwagę, że konieczne są szybkie działania, które dostosują prawodawstwo i infrastrukturę do wyzwań związanych ze wzrostem poziomu Bałtyku. Potrzebne jest opracowanie strategii ochrony Wybrzeża w perspektywie kilkudziesięcioletniej (a nawet stuletniej), opracowanie wymagań dotyczących planowania i projektowania inwestycji infrastrukturalnych oraz wytycznych związanych z gospodarką przestrzenną (w tym wrót powodziowych chroniących polskie miejscowości portowe).

Ponad 250 mln zł na rozwój zielonych innowacji w polskich firmach. Celem m.in. redukcja emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów

„Technologie przyjazne środowisku” oraz „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” – to m.in. na projekty z takich obszarów firmy mogły pozyskać granty w ramach programu realizowanego przy wsparciu Funduszy Norweskich. PARP wyłoniła właśnie 90 najlepszych, które otrzymają dofinansowanie na łączną kwotę 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. Większość z nich dotyczyła właśnie zielonych innowacji. Wyłonione projekty przyczynią się do redukcji emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów w środowisku, a jedna trzecia z nich będzie realizowana we współpracy z norweskimi przedsiębiorstwami, uczelniami i jednostkami badawczymi.

– Polscy przedsiębiorcy coraz częściej przejawiają innowacyjne i ekologiczne podejście do rozwoju biznesu. Widzimy to chociażby w popularności programów  finansowanych z Funduszy Norweskich. W konkursie dotyczącym wdrożenia w firmie technologii przyjaznych środowisku oraz innowacji w obszarze wód wpłynęło do nas prawie 250 wniosków o dotacje. Firmy w coraz większym stopniu skupiają się w działalności na takich zagadnieniach jak redukcja emisji CO2, poprawa efektywności energetycznej czy redukcja odpadów. W przyszłości to będzie nowa jakość w rozwoju biznesu w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czyża, zastępca prezesa PARP, która jest operatorem tych środków.

Fundusze Norweskie oraz EOG (Mechanizm Finansowy Europejskiego Obszaru Gospodarczego) to dwa instrumenty finansowe, które zostały ustanowione przez Norwegię, Islandię i Liechtenstein. To bezzwrotne wsparcie, z którego korzysta kilkanaście państw Europy Środkowej i Południowej oraz kraje bałtyckie, w tym również Polska. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

– Program rozwoju działalności gospodarczej i innowacji w Polsce jest największym programem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Funduszy Norweskich poświęconym MŚP. Udział Funduszy Norweskich wynosi 85 mln euro. Program wspiera ekologiczne innowacje w polskich spółkach, sprawiając, że stają się one bardziej zrównoważone i konkurencyjne – mówi Anders H. Eide, ambasador Królestwa Norwegii w Polsce.

PARP ogłosiła właśnie wyniki konkursu dla dwóch z czterech schematów konkursowych w programie „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje”, prowadzonym wspólnie z agencją Innovation Norway. Jego celem jest poprawa konkurencyjności polskiego sektora małych i średnich firm poprzez wdrażanie innowacyjnych technologii, procesów, produktów i usług.

Wsparcie w programie przewidziano w trzech obszarach tematycznych: „Technologie przyjazne środowisku”, „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” oraz „Technologie poprawiające jakość życia”. Dodatkowo przewidziano osobną pulę środków na realizację projektów w tych obszarach dla firm, których właścicielkami/współwłaścicielkami są kobiety biorące udział w ich procesie decyzyjnym.

W obszarze „Technologie przyjazne środowisku” złożono 219 wniosków, a do dofinansowania wyłoniono ostatecznie 78 projektów. Dotyczą one głównie inwestycji w sektorze produkcji przemysłowej i branży przetwórstwa odpadów oraz działań, które przyczyniają się do podniesienia konkurencyjności firm przy jednoczesnym ograniczeniu ich wpływu na środowisko. Wysokość udzielonego finansowania wyniosła blisko 50 mln euro.

W schemacie konkursowym „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” 12 projektów (spośród blisko 30 zgłoszonych) otrzymało granty na łączną kwotę sięgająca prawie 10 mln euro. Są to głównie inwestycje w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

– W ramach schematu „Technologie przyjazne środowisku” maksymalne dofinansowanie to nawet 1 mln euro oraz nawet 2 mln euro w przypadku innowacji w obszarze wód morskich lub śródlądowych. Pieniądze można przeznaczyć na inwestycje, usługi doradcze, prace rozwojowe – wyjaśnia Marcin Czyża. – Dotacje przyznaliśmy dotychczas 90 firmom, na łączną kwotę prawie 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. A niebawem ogłosimy wyniki dla pozostałych obszarów.

Wszystkie wyłonione projekty mają znacząco przyczynić się do osiągnięcia wyższego poziomu ochrony środowiska. – Szacujemy, że ten program przyczyni się do obniżenia emisji CO2 o ok. 95 tys. ton, do zmniejszenia zapotrzebowania na energię elektryczną o ok. 140 GWh oraz zredukowania ilości odpadów o ponad 140 tys. ton  w uzielenionej działalności gospodarczej dofinansowanych projektów – wylicza zastępca prezesa PARP.

– Jednym z celów tego programu jest również wspieranie dwustronnej współpracy pomiędzy Polską a Norwegią. Dlatego aż 1/3 spośród ogłoszonych 90 projektów rekomendowanych do dofinansowania została zgłoszona we współpracy z norweskimi pionierami w dziedzinie innowacji technologicznych, instytutami badawczymi i uczelniami. W najbliższych latach będą one prowadzić wspólne działania, dzielić się wiedzą i doświadczeniem technicznym oraz budować konkurencyjność polskich firm przy zachowaniu podejścia ekologicznego – mówi ambasador Anders H. Eide.

Projekty wyłonione w programie musiały być innowacyjne, przynajmniej w skali firmy, która składała wniosek o dotację. Jednak PARP, która jest operatorem tych środków, zachęcała też do zgłaszania projektów na wyższym poziomie innowacyjności, np. rozwiązań innowacyjnych w skali całego rynku. Jak wskazuje wiceminister Waldemar Buda, Fundusze Norweskie są jednym z kilku źródeł finansowania takich działań, a po liczbie zgłaszanych wniosków widać, że grupa zainteresowanych nimi przedsiębiorców jest coraz liczniejsza.

– Realizujemy konkursy dla przedsiębiorców z różnych źródeł i one cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem. Niemal zawsze mamy deficyt środków względem wniosków czy też zapotrzebowania, które się pojawia w danym konkursie. Środki norweskie cieszą się podobnym zainteresowaniem jak każde inne, które dotyczą rozwoju przedsiębiorczości, co można wyjaśnić tym, że firmy generalnie poszukują środków zewnętrznych do inwestowania – mówi Waldemar Buda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. – Te środki są ważne i bardzo skrupulatnie i rozsądnie staramy się je wydatkować. Przyczyniają się one do rozwoju gospodarki w segmencie przedsiębiorczości.

Europosłowie interweniują w sprawie upolityczniania rozwoju 5G. Ostrzegają przed poważnymi międzynarodowymi reperkusjami

Geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G, która może mieć ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii – taki jest wydźwięk listu, jaki europosłowie z Włoch i Rumunii wystosowali do unijnych komisarzy. Grupa polityków jest zaniepokojona działaniami m.in. Polski i Szwecji, które planują wykluczenie Huaweia i innych chińskich firm technologicznych z wdrażania sieci 5G. – Chodzi tutaj o interesy samej Unii – podkreśla europoseł Fulvio Martusciello. – Ograniczanie wolnej konkurencji może wywołać poważne międzynarodowe reperkusje.

Grupa europosłów wystosowała 10 lutego br. oficjalny list do unijnej komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager, komisarza ds. rynku wewnętrznego Thierry’ego Bretona oraz wiceszefa Komisji Europejskiej i komisarza ds. handlu Valdisa Dombrovskisa.

– Wykluczenie zagranicznego dostawcy z Unii Europejskiej na podstawie kraju pochodzenia jest dla całego świata złym komunikatem: UE nie jest godnym zaufania partnerem i nie jest bezpiecznym środowiskiem inwestycyjnym – podkreśla w komentarzu przesłanym agencji Newseria Biznes Fulvio Martusciello, włoski europoseł z partii EPP, jeden z autorów listu. – Ten problem dotyka kwestii konkurencyjności, która zasługuje na poważne traktowanie. KE jest odpowiedzialna za monitorowanie sytuacji i podejmowanie wszelkich niezbędnych działań zapewniających przestrzeganie prawa UE. Naszym obowiązkiem jest podkreślenie istoty tych obaw.

Politycy zaniepokojeni działaniami m.in. Polski i Szwecji podkreślają w liście, że geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G.

Jak wskazuje Fulvio Martusciello, UE jest związana wieloma porozumieniami prawnymi i handlowymi, które mogą naruszać przepisy przyjmowane na poziomie państw członkowskich. Te uderzają ponadto w wolną konkurencję i mogą mieć daleko idące konsekwencje gospodarcze dla relacji UE z innymi państwami.

 Dostawcy z rynku UE nie mogą oczekiwać równego traktowania poza Unią Europejską, jeżeli równocześnie dostawcy spoza UE napotykają tutaj pewne ograniczenia wynikające z kraju pochodzenia. Chodzi tutaj o interesy samej Unii. Europa nie poradzi sobie bez zagranicznych inwestycji i rynków eksportowych dla europejskich producentów – wyjaśnia europoseł. – Pod koniec 2020 UE podpisała z Chinami umowę inwestycyjną. Negocjacje trwały przez niemal siedem lat. Równocześnie niektóre państwa UE próbują przeforsować przepisy bezpośrednio wykluczające chińskich dostawców z rynku. Jest to co najmniej dezorientujące i nieuczciwe podejście do relacji międzynarodowych.

W październiku ubiegłego roku Szwecja, jako drugi kraj po Wielkiej Brytanii, wykluczyła chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Tamtejszy organ regulacyjny – Urząd ds. Poczty i Telekomunikacji – ogłosił aukcję na częstotliwości dedykowane nowej technologii, przyjmując kryteria uniemożliwiające operatorom telekomunikacyjnym wykorzystanie sprzętu niektórych producentów. Huawei odwołał się do sądu, jednak w drugiej instancji szwedzki sąd apelacyjny Kammarrätten pozwolił na kontynuowanie aukcji 5G na dotychczasowych zasadach, umożliwiających wykluczenie koncernu.

– Szwecja jest państwem członkowskim i może dokonywać wolnych wyborów, o ile przestrzegają zasad gry. Pogodzenie ochrony swoich przedsiębiorstw i otwierania rynku jest zawsze trudnym wyborem. Trudno powiedzieć, czy przyniesie to szkody, lecz może oznaczać to trudny wybór dla obywateli. Chodzi o zapewnienie obywatelom wyboru, nie jego ograniczanie – podkreśla Fulvio Martusciello.

Wprowadzenie podobnych przepisów, które mogą wykluczyć chińskich producentów z rynku, planuje też polski rząd, który pracuje nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Ta będzie m.in. określać kryteria wyboru dostawców sprzętu i oprogramowania dla 5G. Zgodnie z rządowym projektem nie będą się one opierać wyłącznie na przesłankach technicznych i technologicznych. Jak ocenia europoseł, może to sugerować działanie zgodne z polityką poprzedniej administracji Stanów Zjednoczonych.

– Regulacje dotyczące cyberbezpieczeństwa w pewnych państwach członkowskich wydają się być inspirowane, a być może nawet narzucane, przez administrację USA. Kraje takie jak Polska zostały zachęcone obietnicą większej obecności amerykańskiej armii na swoich terytoriach, ale powinny zauważyć, że władze w USA już się zmieniły. Wszelkie ustalenia poczynione z poprzednią administracją mogą dzisiaj już nie być wiążące – mówi europoseł z EPP.

Jak wskazuje, UE dysponuje merytorycznymi narzędziami do oceny sprzętu i oprogramowania pod kątem cyberbezpieczeństwa. Służy do tego np. mechanizm NESAS, wypracowany przy udziale unijnych organów regulacyjnych, globalnych operatorów, dostawców i partnerów przemysłowych. W Polsce instytucje branżowe i eksperci rynku telekomunikacyjnego już od przeszło pół roku apelują do rządu o uwzględnienie w projekcie bardziej merytorycznych kryteriów, opartych np. na parametrach technicznych i certyfikatach bezpieczeństwa urządzeń, a nie kraju pochodzenia producenta.

– Jedynym czynnikiem, który musimy uwzględniać przy stwierdzaniu, czy dany sprzęt jest bezpieczny, jest techniczna ocena jego zgodności z europejskimi normami. Jedną z takich norm jest NESAS i nie ma powodu, dlaczego nie mogłaby być stosowana we wszystkich państwach członkowskich – komentuje Fulvio Martusciello.

Jak podkreśla, ograniczanie konkurencji wśród dostawców 5G i wykluczenie z unijnego rynku części firm może spowodować opóźnienia we wdrażaniu tej technologii i spowoduje dodatkowe koszty po stronie operatorów, co z kolei przełoży się na ceny usług dla ich klientów.

– Uruchomienie 5G to duży projekt, na który składają się inwestycje i zaangażowanie wielu partnerów i podwykonawców. Projekt na taką skalę sam w sobie może odegrać ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii. Niektóre kraje Europy, np. Niemcy, już uruchomiły sieci 5G na szeroką skalę, a ich firmy, fabryki i start-upy już czerpią z tego korzyści. Mają ogromną przewagę nad innymi krajami, w których wdrożenie technologii 5G jest opóźnione. Bardzo trudno będzie odrobić te straty – mówi europoseł.

Pandemia koronawirusa pogłębiła problemy ukraińskich imigrantek. Wśród nich są trudności ze znalezieniem pracy, brak opieki społecznej czy możliwości nauki języka

Imigrantki z Ukrainy boleśnie odczuły skutki pandemii – wynika z badania Fundacji „Nasz Wybór” przeprowadzonego we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla. Wiele z nich straciło pracę przez zamknięcie gałęzi gospodarek, które chętnie zatrudniają Ukrainki, oraz mniejszy popyt na usługi sprzątania czy opieki nad dziećmi. W efekcie często zostały bez dochodów, dostępu do opieki społecznej i wsparcia rodzin w kraju. Mimo rządowego automatycznego przedłużenia zezwoleń na pobyt wiele osób zmagało się z trudnościami administracyjnymi. Dodatkowymi wyzwaniami są ograniczenie możliwości nauki języka polskiego i trudności związane z trybem zdalnym nauczania ich dzieci.

– Jeszcze przed pandemią jednym z najważniejszych problemów dla cudzoziemców była legalizacja pobytu. To się wiąże z działalnością wojewódzkich urzędów ds. cudzoziemców, które wydają karty pobytu czasowego czy długoterminowego. Niestety sytuacja w tych urzędach była tragiczna jeszcze przed pandemią. W większości spraw, które skontrolował NIK, były naruszenia procedur i terminów wydawania dokumentów. Pandemia jeszcze zaostrzyła tę sytuację – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Myroslava Keryk, prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

W związku z sytuacją epidemiologiczną wszystkie zezwolenia na pobyt zostały przez tarczę antykryzysową przedłużone do 30 dni po ogłoszeniu końca stanu epidemicznego w Polsce. Jak wskazuje raport „Sytuacja ukraińskich migrantek w Polsce w czasie COVID-19” Fundacji „Nasz Wybór” przygotowany we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla, pierwsze tygodnie po ogłoszeniu stanu zagrożenia epidemiologicznego były jednak wyjątkowo trudne.

– Po ogłoszeniu zamknięcia granic okazało się, że dla wielu osób sytuacja zrobiła się niepewna, nie wiedziały, czy będą mogły skorzystać ze służby medycznej, kiedy zachorują na COVID-19, co dalej, jak straciły pracę albo kończą się ich dokumenty legalizacyjne. Pierwszy okres był to czas chaosu, potęgowanego także przez ukraińskie władze, które ogłaszały, że zamykają granice i kasują loty międzynarodowe czy połączenia autobusowe. To spowodowało, że każdego dnia kilka tysięcy osób chciało przekroczyć granicę polsko-ukraińską – mówi Myroslava Keryk.

Początkowo nieokreślony status cudzoziemców, zamknięcie granic, brak informacji i niespodziewane bezrobocie, które pociągnęło za sobą także problemy mieszkaniowe, spowodowały, że około 160 tys. Ukraińców wiosną 2020 roku wyjechało z Polski. Z danych GUS wynika, że w marcu i kwietniu liczba wszystkich cudzoziemców przebywających w kraju zmniejszyła się o 223 tys. (czyli 10 proc. w porównaniu z lutym ub.r.). Dane resortu pracy przytaczane w raporcie wskazują, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmniejszyła się także liczba zezwoleń na pracę wydawanych Ukraińcom (z 217 tys. w I połowie 2019 roku do 198 tys.) oraz liczba oświadczeń o powierzeniu im wykonywania pracy (z 846 tys. do 612 tys.). Chociaż spadki te po części wynikają z automatycznego przedłużenia prawa pobytu cudzoziemców, to miało na nie wpływ również zamykanie wielu biznesów podczas lockdownu.

W kolejnych miesiącach do pracy w Polsce przyjeżdżało coraz więcej osób. Zdecydowana większość Ukraińców przebywa tu na podstawie wiz, ruchu bezwizowego lub jest w trakcie ubiegania się o zezwolenie na pobyt. Osoby bez zezwoleń nie posiadają szeregu praw, np. nie kwalifikują się do pomocy opieki społecznej.

 Dla wielu ludzi była i jest to sytuacja trudna. Pozostają w zawieszeniu, np. złożyli dokumenty przed pandemią lub w jej trakcie, a do dzisiaj mogą nie mieć odpowiedzi, co się dzieje z ich dokumentami. To o tyle istotne, że na przykład 500+ na dziecko czy świadczenie dla samotnej matki są uzależnione od karty pobytu – zauważa prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Dane z ZUS-u na temat cudzoziemców opłacających składki na ubezpieczenie społeczne wskazują, że w czasie kryzysu ponad 40 tys. Ukraińców straciło ubezpieczenie, co może się wiązać z utratą pracy na podstawie umów o pracę lub cywilnoprawnych. Przyczyniło się do tego zamknięcie wielu branż, w których chętnie zatrudniani są cudzoziemcy, m.in. gastronomii, hoteli, handlu czy instytucji kultury. Skala problemu bezrobocia może być jednak znacznie większa, bo w niektórych obszarach, np. usługach sprzątania czy opieki nad dziećmi i osobami starszymi, dominują nieformalne sposoby zatrudnienia.

– Część Ukrainek przez stratę pracy musiała wyjechać na Ukrainę lub szukać nowej pracy, co było bardzo trudne w okresie lockdownu. Jeśli mówimy np. o sektorze opieki lub prac domowych, to też bardzo wielu ludzi bało się wpuszczać kogoś obcego do domu, żeby się nie zarazić. Niestety właśnie te kobiety, które pracowały w opiece czy sprzątały, straciły pracę i zostały bez środków do utrzymania – wskazuje Myroslava Keryk.

Eksperci fundacji podkreślają, że COVID-19 obnażył wady współczesnych stosunków pracy i grozi dalszym pogłębieniem nierówności społecznych.

W związku z pandemią wiele Ukrainek straciło dostęp do służby zdrowia, w dużej mierze ze względu na brak formalnego zatrudnienia i świadomości swoich praw. Ucierpiały ich kontakty społeczne tutaj, a dodatkowo część kobiet straciła kontakt z rodziną w kraju ojczystym. Ograniczone zostały możliwości nauki języka polskiego, a nieznajomość języka stanowi kluczową przeszkodę w wielu aspektach życia ukraińskich migrantek.

– Formalnie Ukrainki mogą skorzystać z różnych ofert pomocy, ale przez barierę językową i brak przygotowanych materiałów w języku ukraińskim myślą, że nie mają wsparcia – mówi prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Problemem dla pracujących w Polsce imigrantek, które rzadko kiedy mogą pracować zdalnie, z domu, było również zamknięcie szkół. Długie godziny pracy rodziców powodują, że dzieci często pozostawiane są same w czasie dni szkolnych, a opieką zajmuje się starsze rodzeństwo. Problemy w nauczaniu zdalnym mogą wynikać także z braku odpowiednich warunków życia i infrastruktury technologicznej. Trzeba też pamiętać o tym, że szkoła jest dla dzieci imigrantów kluczowym aspektem ich integracji z polskim społeczeństwem.

Dzieci, zwłaszcza starsze, od czwartej klasy, uczą się prawie cały rok w domu, nie integrują się, nie uczą języka. Nawet jeżeli już były zintegrowane, znały język, to teraz mają regres i czują się wyizolowane. To powoduje też psychologiczne problemy. Odczuwają je też polskie dzieci, ale migranckie, które jeszcze do tego mają barierę językową, pochodzą z innego kraju, odczuwają to wszystko jeszcze głębiej – zauważa Myroslava Keryk.

Raport wskazuje, że konieczne są zmiany w polskiej polityce migracyjnej. Dotyczy to przede wszystkim usprawnienia systemu wydawania zezwoleń na pobyt i pracę czy uruchomienia aplikacji online i ulepszenia e-systemu do sprawdzania statusu wniosków. Potrzebne są również mechanizmy, które zapewnią większe bezpieczeństwo i pewność pracującym imigrantom, a zwłaszcza kobietom, które często pracują poniżej swoich kwalifikacji, za niskie wynagrodzenie i przy braku opieki społecznej.

– Widzimy naukę na przyszłość, że jest potrzebna spójna polityka państwa odnośnie do integracji cudzoziemców i zwrócenie uwagi na system edukacji, służbę zdrowia, usprawnienie systemu zatrudniania cudzoziemców. Trzeba wypracowywać mechanizmy, żeby jednak cudzoziemcy pracowali na podstawie umów i byli ubezpieczeni – podkreśla prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Elektroniczny obieg dokumentów zabezpieczony blockchainem staje się standardem. Technologia wyprzedza jednak normy prawne

Już prawie połowa spraw obsługiwanych przez administrację publiczną odbywa się poprzez elektroniczny obieg dokumentów. Niebawem elektroniczne dyplomy, zabezpieczone z użyciem blockchainu, otrzymają też osoby kończące studia na Politechnice Świętokrzyskiej. Elektroniczny obieg dokumentów staje się także normą w przypadku firm, które korzystają m.in. z platformy opracowanej przez polski start-up. Bezpieczeństwo danych zawartych w dokumentach zapewnia w niej technologia łańcucha bloków.

– Pandemia sprawiła, że dzisiaj zarządzanie dokumentami w formie cyfrowej stało się normą. To nie jest coś, czym firmy mogą się wyróżnić, natomiast wręcz przeciwnie, jeżeli nie ma możliwości podpisania dokumentów w formie cyfrowej, to znaczy, że firma nie rozwija się w rynkowym tempie. Stało się to czymś normalnym i widzimy, że w najbliższych latach ten rynek będzie jeszcze rósł. Tak jak płatności bezdotykowe stały się dla nas czymś normalnym, tak  wydaje się, że zarządzanie dokumentami właśnie w formie cyfrowej w najbliższych latach będzie czymś must have, obligatoryjnym i rynek się do tego po prostu przyzwyczai – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes DoxyChain.

Elektroniczny system zarządzania dokumentacją jest już od 10 lat wdrażany w administracji publicznej. Wynikające z niego oszczędności przekroczyły już kwotę 46 mln zł. W samym tylko pierwszym półroczu 2020 roku, na 2,3 mln spraw załatwianych przez urzędy objęte EZD PUW, niemal 850 tys. odbywało się elektronicznie. W tym czasie tą drogą zostało wysłanych 1,1 mln dokumentów.

– Rynek zrozumiał, że forma papierowa w porównaniu do formy cyfrowej jest po prostu ułomna, ona jest mniej zabezpieczona, mniej efektywna, jest wolniejsza. Możemy więc mówić już o trendzie. Wcześniej można było mówić o zarządzaniu dokumentami w formie cyfrowej w kontekście rewolucji, natomiast na dzień dzisiejszy, gdy obserwujemy rynek, jest to proces pewnego rodzaju ewolucji – wskazuje Gabriel Dymowski.

Elektroniczny obieg dokumentów chętnie wdrażany jest jednak nie tylko na poziomie administracji państwowej, lecz także w prywatnych firmach, a także uczelniach. Jednym z rozwiązań, z jakich mogą korzystać, jest system DoxyChain. Umożliwia on podpisywanie dokumentów za pomocą podpisu elektronicznego. Jego użytkownicy mogą nie tylko podpisywać dokumenty, ale również tworzyć je online, wysyłać czy śledzić już po wysłaniu. Start-up do zabezpieczania dokumentów używa technologii blockchain. Dzięki niej zagwarantowana jest niezmienność ich kształtu.

– Jeżeli mówimy o technologii blockchain, to zdecydowanie wyprzedza ona ustawodawstwo. Na poziomie Unii Europejskiej są już bardzo ambitne plany, w jaki sposób regulować tę technologię. Powstaje szereg grup roboczych działających przy europejskich instytucjach. Wciąż jeszcze nie ma wiążących ram prawnych, w których należałoby się poruszać – podkreśla prezes DoxyChain.

Umowę z firmą Billon Digital Services podpisała niedawno Politechnika Świętokrzyska. W jej ramach absolwenci uczelni, jako pierwsi w Polsce, otrzymają elektroniczne dyplomy ukończenia studiów. Będą to odporne na fałszerstwa kopie dokumentów, przechowywane w systemie blockchain. Co więcej, studenci  w razie potrzeby będą mogli pobrać dyplom w postaci pliku pdf w kilka sekund i przesłać go np. potencjalnemu pracodawcy.

Już dziś o technologii blockchain mówi się też jako o przyszłości polskiego sektora finansowego. Na jej podstawie powstaje np. system raportowania transakcji zawartych na oszczędnościowych obligacjach skarbowych, tworzony przez PKO Bank Polski, Krajową Izbę Rozliczeniową i Ministerstwo Finansów.

– Technologia blockchain właśnie jest zamiennikiem zaufania. W przyszłości będą powstawały nowe projekty, nowe biznesy właśnie na bazie tej technologii, które dzisiaj nie mają prawa bytu, ponieważ nie jest jeszcze tak szeroko rozumiana i respektowana. Świetnym przykładem jest nowy sposób zarządzania dokumentami, gdzie to zaufanie można zdywersyfikować, zdecentralizować i dostarcza je szereg podmiotów, a nie jedna instytucja – wyjaśnia Gabriel Dymowski.

Według MarketsandMarkets światowy rynek technologii blockchain wzrośnie z 3 mld dol. w 2020 roku do 39,7 mld do roku 2025.

Naukowcy opracowali sposób na podwyższenie wydajności ogniw perowskitowych. Już wkrótce będą realną i tańszą alternatywą dla tradycyjnych paneli

Perowskit w połączeniu z dwutlenkiem cyny może posłużyć do zbudowania ogniw o wydajności zbliżonej do tej, którą zapewniają panele krzemowe. Istotną kwestią w potencjalnym wykorzystaniu tego materiału w fotowoltaice pozostaje aspekt praktyczny. – Ogniwa perowskitowe mogą być znacznie lżejsze w porównaniu z krzemowymi – podkreśla Moungi Bawendi z MIT. Mogą też być znacznie tańsze w wytwarzaniu. Opracowana przez naukowców z MIT nowa technologia może zacząć być wykorzystywana w bieżącej produkcji perowskitowych paneli słonecznych, którą planują m.in. Polacy.

– Pokazujemy, że nawet przy pojedynczej aktywnej warstwie perowskitu możemy osiągnąć wydajność zbliżoną do ogniw krzemowych, a także znaleźć się w zasięgu wydajności ogniw zbudowanych w oparciu o arsenek galu. Przy czym obie te technologie istnieją znacznie dłużej niż perowskity – wskazuje dr Jason Yoo z MIT. – Perowskity, przynajmniej na papierze, mogą być znacznie tańszą alternatywą dla tych technologii.

Perowskity są minerałami, z którymi wiązane są ogromne nadzieje w kontekście rozwoju fotowoltaiki. Ich podstawowa zaleta to możliwość zbudowania na nich bardzo cienkich i lekkich ogniw, które można integrować na przykład z fasadą budynku i pokryciem dachu. Dzięki temu, że jest to materiał o dużej elastyczności, można go wykorzystać do tworzenia innowacyjnych źródeł energii, takich jak markizy, rolety czy żaluzje fotowoltaiczne. Nad wykorzystaniem perowskitów do produkcji ogniw pracowała polska fizyk, OIga Malinkiewicz, założycielka firmy Saule Technologies, która ma zbudować pierwszą na świecie linię produkcyjną ogniw perowskitowych.

Naukowcy z MIT odkryli, że połączenie materiału perowskitowego ze specjalnie obrobioną, przewodzącą warstwą dwutlenku cyny może zwiększyć wydajność ogniwa z 20–22 proc. nawet do 25,2 proc. Choć wydaje się to niewiele, w większej skali może oznaczać ogromne korzyści finansowe.

– Nasze spostrzeżenia opisane w artykule w „Nature” i niektóre z podpowiadanych sztuczek mogą potencjalnie być wdrożone do metod obecnie opracowywanych dla wielkoskalowych ogniw perowskitowych, które są już aktualnie produkowane. Tym samym można zwiększyć ich wydajność – podkreśla Moungi Bawendi, profesor chemii im. Lestera Wolfe’a w Massachusetts Institute of Technology.

Z kolei międzynarodowy zespół badawczy, w skład którego weszli naukowcy z Pakistanu, Chin i Arabii Saudyjskiej, opracował perowskitowe ogniwo słoneczne o dużej stabilności termicznej. Wykorzystano do tego specjalne nanorurki stworzone z dwutlenku cezu i tytanu. Dzięki temu udało się zwiększyć sprawność konwersji energii o ponad 22 proc.

Według analityków z Data Bridge Market Research światowy rynek ogniw perowskitowych osiągnie do 2027 roku wycenę na poziomie niemal 3,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 34 proc. Czynnikiem napędzającym rozwój tego rynku ma być przede wszystkim zwiększone zapotrzebowanie na ogniwa fotowoltaiczne, połączone z oczekiwaniem klientów na elastyczne i lekkie ogniwa. Popyt na rozwiązania z zakresu fotowoltaiki ma być uwarunkowany dążeniami do redukcji zjawiska niskiej emisji i konwersji energetyki na odnawialne źródła energii.

Inflacja straszy rynki finansowe

Dochody gospodarstw domowych będą wyższe niż przed pandemią. To powinno przyspieszyć wzrost cen, które i tak już rosną. Dotyczy to także mieszkań. Czy inflacja wywróci globalne rynki finansowe?

– Nie jest jeszcze tak, że inflacja trzęsie rynkami, ale ten temat zaczyna się pojawiać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Widać to szczególnie na rynku długu w USA, gdzie rentowność 10-letnich obligacji wzrosła ponad dwukrotnie.

Giełdowa hossa przypomina już bańkę spekulacyjną stworzoną poprzez emisję taniego pieniądza przez banki centralne. Gdy ten tani pieniądz zabierzemy wówczas wszystko co stoi za tą hossą pęknie jak bańka mydlana.

Tani pieniądz to zagrożenie wysoką inflacją. Jeszcze w minionym roku inwestorzy się tym nie przejmowali. Teraz to się zmienia, zwłaszcza że na rynek mają trafić „czeki Bidena”, czyli 1,9 bln USD przekazanych gospodarstwom domowym, aby pobudzić gospodarkę znajdującą się pod presją koronawirusa. Efekt będzie taki, że dochody gospodarstw domowych okażą się wyższe niż przed pandemią.

– Ten tani pieniądz z rynku musiałby zabrać Fed, ale sam z nieprzymuszonej woli tego nie zrobi – komentuje ekspert. – Zmusić może go do tego tylko rosnąca inflacja. Już rosną ceny na giełdach towarowych, dotyczy to już nie tylko ropy naftowej, także żywności.

Dla amerykańskiej inflacji bardzo ważną składową są ceny najmu mieszkań. To odróżnia ją od polskiego „koszyka” inflacji. Zainteresowanie rynkiem nieruchomości jest znów bardzo wysokie w USA, a podaż mieszkań jest względnie mała zważywszy na wielkość rynku nieruchomości.

Czy wyższa inflacja wpłynie na kursy walut? – Zwykle uważa się w przypadku rynków rozwiniętych, że wzrost inflacji jest pozytywny dla waluty, ponieważ zakłada się, że bank centralny podniesie stopy procentowe – dodaje P.Kwiecień. – Gdyby więc Fed podniósł stopy procentowe, to dolar stałby się bardziej atrakcyjny.

Czy panele fotowoltaiczne to najtańsza energia w Polsce?

Fotowoltaika dogania farmy wiatrowe pod względem wytwarzanej energii elektrycznej. Jednak jej dynamiki rozwoju nie uda się utrzymać. Dla obu tych form OZE przyszłością powinno stać się wykorzystanie wodoru.

– Najbardziej efektywne technologie OZE to energetyka wiatrowa na lądzie i fotowoltaika – mówi Irena Gajewska, ekspertka Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, wiceprezes fundacji RE-Source Poland Hub. – Jeżeli spojrzymy na koszyk aukcyjny, w którym są obie te technologie, to okazuje się, że fotowoltaika goni wiatr.

Mamy już 6 GW zainstalowanej mocy w energetyce wiatrowej, a po aukcjach z lat 2018-2020 powstają aktualnie nowe instalacje o mocy 3 GW.

Elektrownie słoneczne tylko w minionym roku urosły o 160%, z 1,5 GW do niemal 4 GW. Średnio każdego miesiąca ich moc powiększała się o ponad 8%. Gdyby takie tempo rozwoju utrzymało się także przez kolejnych 12 miesięcy, elektrownie słoneczne przekroczyłyby do końca roku 10 GW. Na kontynuację tak dynamicznego trendu (związanego z rządowym programem Mój Prąd) nie ma jednak szans. Jest niemal pewne, że tempo wzrostu zacznie spadać.

Kilka polskich koncernów zaangażowanych jest w energetykę wiatrową na Morzu Bałtyckim. Morskie turbiny bardzo efektywnie pracują, a na Bałtyku są bardzo warunki do rozwoju tej technologii. W ten sposób możemy wyprodukować dużo czystej, zielonej energii.

– W porównaniu do lądowej energetyki wiatrowej koszty inwestowania na Bałtyku są jednak o wiele wyższe, co przekłada się na koszt megawatogodziny, dłuższy jest też proces inwestycyjny – komentuje I.Gajewska w rozmowie w ramach cyklu Instytutu Jagiellońskiego i BiznesAlert.pl (R)ewolucje energetyczne.

Przyszłością w energetyce prawdopodobnie okaże się także „zielony” wodór, jednak ważne jest, aby wytwarzane był poprzez instalacje OZE, słoneczne i wiatrowe.

Istotna jest tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła ograniczenia lokalizacyjne. Realizowane projekty uzyskały zezwolenia jeszcze przed wejściem w życie takich ograniczeń. Dlatego nie są to inwestycje wykorzystujące najbardziej nowoczesne turbiny wiatrowe, o mocy 3 MW, gdy dostępne są już turbiny o 2-krotnie większej mocy, z których energia byłaby zdecydowania tańsza dla odbiorcy krańcowego.

– Potrzebna jest liberalizacja tejże ustawy, jeżeli chcemy wykorzystywać potencjał polskiego wiatru – dodaje I.Gajewska.

Rozwój zielonej energii przyspieszyłoby powstawanie linii przesyłowych, które istniałyby poza ogólnokrajowym systemem przesyłowym, łącząc farmę fotowoltaiczną bądź wiatrową bezpośrednio z zakładem przemysłowym.

Sescom inwestuje w „zielony” startup do obsługi transakcji na rynku energii

Sescom obejmuje 17,4% udziałów w spółce Bankilo, która jest platformą wspierającą prosumentów, umożliwiającą im zawieranie transakcji między sobą. „Bank kilowatów” stanie się również alternatywnym dostawcą energii dla dowolnych konsumentów energii. Innowacyjny model biznesowy gdańskiego startupu wpisuje się w założenia strategii Sescom, w ramach której spółka zamierza rozwijać alternatywne źródła energii – w tym technologie wodorowe oraz integrować rozproszone środowisko małych producentów odnawialnych źródeł energii w jeden ekosystem.

Sescom z uwagą przygląda się rozwiązaniom jakie oferują innowacyjne startupy, szczególnie w sektorze nowych technologii i energii, które firma potencjalnie może przełożyć zarówno na funkcjonowanie swojej organizacji, ale również na biznesy klientów.

Startupy to firmy mocno skupione na osiągnięciu wyznaczonego celu, poddające w wątpliwość rzeczywistość i poszukujące nieszablonowych rozwiązań. Takie podejście jest wartościowe dla rozwoju biznesu i spójne z naszym. Udostępniając platformę transakcyjną i możliwość ofertowania, spółka Bankilo uzupełni nasze działania na rynku energetycznym, wesprze rozproszone inwestycje w wytwarzanie i magazynowanie energii. – Sławomir Halbryt, Prezes Zarządu Sescom S.A.

Bankilo to startup, założony przez przedsiębiorców i specjalistów, głównie z rynku energetycznego i nieruchomościowego, który szybko rozwija koncepcję wsparcia dla prosumentów. Ambicje założycieli są już jasno określone: w przyszłości chcą być spółką obsługującą prosumentów i konsumentów energii, której wartością̨ będzie atrakcyjny cashflow i udział w bardzo dynamicznie rozwijającym się̨ rynku Transactive Energy.

Elektrolizer do produkcji wodoru i bank kilowatów

Firma Sescom od wielu lat skupia swoje zainteresowanie na technologii wodorowej. Jednym z osiągnięć spółki w tej dziedzinie było zaprojektowanie elektrolizera do produkcji wodoru, który zdaniem ekspertów jest szansą na rozwój i dekarbonizację transportu i energetyki grzewczej. Sescom w swojej autorskiej koncepcji HGaaS zamierza za pomocą elektrolizera pozyskiwać wodór podczas nadwyżek energetycznych z odnawialnych źródeł energii. Rozwijając projekt, spółka w styczniu podpisała list intencyjny z miastem Piła, w ramach którego ma przygotować instalację zapewniającą wodór do rozwoju zero emisyjnego transportu publicznego. Ponadto Sescom stworzy ekosystem, który połączy źródła produkcji wodoru, w którym Spółka Bankilo odegra ważną rolę.

Zgodnie ze strategią Spółki Wise Futurist 2030 Zarząd Sescom podjął decyzję o zainwestowaniu 500 tys. zł. w spółkę Bankilo, która uzupełni nasz program wodorowy poprzez agregację i sprzedaż zielonej energii do produkcji zielonego wodoru w naszych elektrolizerach. – Sławomir Halbryt, Prezes Sescom S.A.

Założyciele Bankilo są przekonani, że model biznesowy startupu idealnie wpisuje się w potrzeby projektów wodorowych Sescom oraz wpłynie na rozwój biznesu partnera.

Jesteśmy przekonani, że przyszła energetyka będzie zbudowana na różnorodnych, rozproszonych i odnawialnych źródłach energii oraz jej magazynowaniu, a transparentny rynek energii będzie dostępny dla wszystkich. Sescom widzi synergię swoich zamierzeń strategicznych z koncepcją Bankilo, na przykład w obszarze podnoszenia udziału zielonej energii w zużyciu w zarządzanych obiektach poprzez odbiór nadwyżek z instalacji prosumenckich, a także w obszarze wykorzystania wodoru w rozproszonym magazynowaniu energii. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Innowacyjność platformy wykorzystującej obiecujący rynek energii

Bankilo to jedyna w Polsce platforma informatyczna oferująca wirtualny przepływ energii z miejsca jej wytworzenia do wskazanego miejsca jej zużycia. Oznacza to, że prosument będzie mógł wytworzoną energię sprzedać innym członkom społeczności, wymienić na energię dostępną w innym czasie lub zużyć na własne potrzeby w innym miejscu niż to, w którym została wytworzona. Takie rozwiązania umożliwia europejska dyrektywa RED 2, która znacznie powiększyła liczbę potencjalnych prosumentów, bo określa, że miejsce produkcji energii nie musi być tożsame z miejscem zużycia – w praktyce każdy konsument może być prosumentem, także ten, który nie ma własnego dachu.

W Polsce fotowoltaika per capita znajduje się̨ obecnie poniżej 1/10 poziomu europejskich liderów, u których inwestycje w OZE nadal rosną. Dlatego analizy wskazują, że liczba prosumentów klasycznych w Polsce może dojść z obecnych 400 tys. do 2-3 mln w 2030 roku. Ponadto spośród mieszkańców budynków wielorodzinnych wyłonią się tzw. prosumenci wirtualni, produkujący energię w innym miejscu niż we własnym domu. Szacujemy, że ich liczba w 2030 roku będzie 7-cyfrowa. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Ekspansja zagraniczna szansą dla polskich przedsiębiorców

  • Badanie OECD, przeprowadzone na 500 przedsiębiorcach pod koniec 2020 roku pokazuje, że polskie firmy bardzo dobrze poradziły sobie na rynkach zewnętrznych, pomimo pandemii.
  • Dane Santander Trade wskazują, że w roku 2020 zainteresowanie rynkami zagranicznymi wzrosło czterokrotnie r/r. Polskie firmy najczęściej szukały partnerów biznesowych w Hiszpanii, Czechach, Grecji, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Ekspansja na rynki zagraniczne jest, zdaniem ekspertów, ogromną szansą dla polskich przedsiębiorców, a ci wykazują duże zainteresowanie możliwościami, jakie za sobą niesie działalność poza granicami kraju[1]. Co ciekawe, pomimo pandemii, polscy eksporterzy patrzą na rok 2021 z optymizmem. Ponad połowa z nich zakłada, że w 2021 roku liczba sprzedawanych zagranicą produktów nie ulegnie zmianie, a 38% przewiduje nawet jej wzrost[2].

Polskie przedsiębiorstwa dysponują dużymi mocami produkcyjnymi, dla niektórych firm dotychczasowe rynki zbytu czy rynek wewnętrzny nie są już wystarczające. Dlatego wiele polskich firm poszukuje możliwości ekspansji zagranicznej, a umiędzynarodowianie biznesu jest jednym z najsilniej widocznych trendów ostatnich lat. – mówi Romana Klysz-Rakowska, dyrektor Biura Handlu Zagranicznego Santander Bank Polska.

Dane Santander Trade wskazują, że rok 2020, ze względu m.in. na potrzebę poszerzania rynków zbytu oraz zerwanie łańcuchów dostaw, przyniósł intensyfikację poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świecie. W minionym roku najczęściej możliwości rozwoju za granicą poszukiwały polskie firmy z branży maszyn i urządzeń, środków ochrony osobistej, meblarskiej, kosmetycznej, środków czystości i produktów higienicznych.

Zainteresowanie polskich przedsiębiorców rynkami zagranicznymi w 2020 r. wzrosło o 400% w porównaniu z rokiem poprzednim. Klienci korzystający z portalu Santander Trade, największe zainteresowanie wykazywali rynkiem hiszpańskim, czeskim, brytyjskim oraz belgijskim. W 2019 r. częściej poszukiwano partnerów biznesowych z krajów ameryki południowej, przeważnie Brazylii i Chile. Należy również zwrócić uwagę, że pandemia spowodowała zakłócenia w łańcuchach dostaw. Na skutek tego udział poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świcie uległ zmianie – w 2019 roku stanowił 31%, zaś w 2020 65% – wskazuje Robert Fedorowicz, ekspert handlu zagranicznego Santander Bank Polska

Dane Santander Trade:

Gdzie polskie firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych? TOP 5 krajów

  • 2019: Grecja, Hiszpania, Wielka Brytania, Brazylia, Chile/Meksyk
  • 2020: Hiszpania, Czechy, Grecja, Wielka Brytania, Belgia

Gdzie zagraniczne firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych:

  • 2019: Hiszpania, Czechy, RPA, Brazylia, Japonia
  • 2020: Korea Pd., Włochy, Hiszpania, Brazylia, Portugalia

[1] https://www.parp.gov.pl/component/content/article/61228:szansa-dla-firm-dotknietych-skutkami-pandemii-jest-ekspansja-zagraniczna-teraz-mozna-wnioskowac-o-unijne-wsparcie-zwiazane-z-dzialalnoscia-eksportowa

[2] https://www.rp.pl/Opinie/301209873-Ostrozny-optymizm-polskich-przedsiebiorcow.html

Zamieszanie na rynku obligacji osłabiło PLN, wsparło za to USD i EUR

Przez rynek walutowy w zeszłym tygodniu przetoczyła się fala wywołana przez silne zmiany na rynku obligacji. W kolejnych dniach czekamy przede wszystkim na dane o inflacji w strefie euro, amerykański raport non-farm payrolls oraz posiedzenie RPP.

Słaba aukcja skarbowych papierów dłużnych w USA przełożyła się na gwałtowny wzrost ich rentowności. Inwestujących w obligacje wyraźnie wystraszyło połączenie sprzyjającej inflacji polityki pieniężnej i ogromnej podaży uderzającej w rynki związanej z ogromnymi deficytami występującymi niemal wszędzie na świecie. Waluty G10 i rynków wschodzących były wyprzedawane, w oczy rzucały się jednak dwa wyjątki: euro i juan chiński. Juan chiński zachowuje się coraz bardziej podobnie do walut safe haven i zaczyna uchodzić za pewny środek przechowywania wartości w czasach zmienności.

W tym tygodniu uwaga wciąż będzie skupiona na rynkach obligacji. Nieuporządkowana wyprzedaż na tych rynkach jest prawdopodobnie największym zagrożeniem dla naszych optymistycznych prognoz makroekonomicznych. Nadal uważamy ją jednak za mało prawdopodobną. Mimo że oczekujemy, że rentowności zakończą rok znacznie wyżej, na tym etapie zakładamy, że wyprzedaż będzie stopniowa i nie będzie mieć znaczącego wpływu ani na aktywa ryzykowne, ani na wzrost gospodarczy.

W dodatku jest to tydzień obfitujący w dane. We wtorek zostaną opublikowane dane o inflacji w strefie euro w lutym i spodziewamy się, że przewyższą oczekiwania. Ponadto dotyczący tego samego miesiąca amerykański raport non-farm payrolls, który wyjdzie w piątek, powinien być spójny z sytuacją na rynku pracy, który kontynuuje proces zwalczania szkód wyrządzonych przez pandemię.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty doświadczył wyraźnego osłabienia. W pierwszej części tygodnia słabość waluty można wyjaśnić pogorszeniem się sytuacji epidemicznej w kraju, gdzie ponownie zaczęto notować więcej nowych zakażeń. Ich 7-dniowa średnia krocząca obecnie zbliżyła się do 10 000. Warto jednak zaznaczyć, że dodatkowe obostrzenia ogłoszone w zeszłym tygodniu nie są znaczne ani nieoczekiwane, co w pewien sposób mogło uspokoić inwestorów. Pod koniec tygodnia złotemu, podobnie jak szerokiemu gronu walut rynków wschodzących, nie sprzyjało z kolei zamieszanie na amerykańskim rynku obligacji, którego konsekwencje przetoczyły się przez globalne rynki finansowe.

W tym tygodniu poznamy dość sporo danych z Polski, jednak swoją istotnością powinny one ustępować informacjom z frontu walki z wirusem. Oprócz tego w środę czeka nas posiedzenie decyzyjne RPP, które zyska na istotności ze względu na to, że przy jego okazji poznamy marcowe projekcje inflacji i PKB Działu Analiz Ekonomicznych NBP.

EUR

W tygodniu, w którym nie było za wielu nowych informacji poza zamętem na rynkach obligacji, euro było zaskakująco odporne. Jest całkiem prawdopodobne, że zostało użyte do finansowania transakcji typu carry trade, w ramach których inwestorzy posiadali krótkie pozycje w euro, kupując waluty nadal oferujące dodatnie stopy procentowe i wycofywali się z nich w obliczu ucieczki od ryzyka. Tego typu wycofywanie się może zapewniać wsparcie wspólnej europejskiej walucie.

W tym tygodniu uwaga skupi się na danych o inflacji. Nadal spodziewamy się, że dynamika cen na świecie będzie zaskakiwać in plus w związku z założeniem, że finanse konsumentów w dobrej kondycji i stłumiony popyt zderzają się z łańcuchami dostaw wciąż cierpiącymi z powodu utrudnień. Wtorkowe dane o inflacji w strefie euro nie powinny być wyjątkiem.

USD

Zeszłotygodniowe drugorzędne wieści ekonomiczne z USA kontynuowały trwający trend pozytywnych zaskoczeń w danych. Szczególnie wyraźnie w oczy rzucały się dobre dane o zamówieniach środków trwałych, będące oznaką, że gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa wykorzystują niezwykle sprzyjające warunki pieniężne i fiskalne. Nie widzimy powodu, aby zmieniać nasze bardzo optymistyczne prognozy dla gospodarki USA, zwłaszcza w obliczu ustępowania ostatniej fali COVID-19 w Ameryce i liczby szczepień przewyższającej tę w większości głównych krajów. Oczy wszystkich zwrócone są teraz ku piątkowemu raportowi non-farm payrolls, który powinien pokazać, że rynek pracy najgorsze ma już za sobą, a obecnie powstają na nim nowe miejsca zatrudnienia i spada bezrobocie.

GBP

Szterling opierał się zamętowi na rynku obligacji lepiej niż inne podobne waluty G10 z wyjątkiem euro i dolara amerykańskiego. Walutę cały czas wspiera to, że Wielka Brytania może pochwalić się najwyższą liczbą szczepień spośród głównych krajów. Co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymało ponad 20 milionów osób na Wyspach (ok. 30% populacji). Rozbudziło to nadzieje, że w Wielkiej Brytanii uda się rozluźnić lockdown szybciej niż w większości podobnych krajów, zwłaszcza tych w Europie. Harmonogram owego rozluźnienia, przedstawiony w poprzedni poniedziałek, jest ostrożny, niemniej dostarczył pewnych konkretów, jakże potrzebnych w takiej sytuacji.

Najważniejszą wiadomością w tym tygodniu będzie ogłoszenie rządowego budżetu w środę. W obecnych warunkach nawet drobne rozluźnienie polityki fiskalnej mogłoby mieć pozytywny wpływ na funta.

CHF

Frank szwajcarskich był w zeszłym tygodniu jedną z walut znajdujących się w centrum uwagi. Ucierpiał na skutek brutalnej wyprzedaży spowodowanej poprawą sentymentu do ryzyka w pierwszej połowie zeszłego tygodnia – jest to nietypowe, biorąc pod uwagę jego zwykłą stabilność. Para EUR/CHF w czwartek niemal osiągnęła poziom 1,11, co jest najwyższym kursem od połowy 2019 r., później jednak oddała część wcześniejszych zysków. To dobra wiadomość dla Szwajcarskiego Banku Narodowego, która może jeszcze bardziej ograniczyć potrzebę jego interwencji na rynku walutowym.

Zeszłotygodniowe dane o nowych zakażeniach koronawirusem nie różniły się znacznie od wcześniejszych. Jest to rozczarowujące, biorąc pod uwagę spadek liczby testów, jak i to, że w poprzednich tygodniach liczba nowych zakażeń systematycznie spadała. 7-dniowa średnia krocząca zgonów z tytułu COVID-19 nadal jednak kierowała się w dół.

Pozytywnie zaskoczyły za to dane ekonomiczne, w szczególności wzrost PKB w czwartym kwartale. Również bardziej aktualne odczyty są dość pozytywne – wyprzedzający indeks KOF odbił się znacznie po spadku w styczniu, co sugeruje prawdopodobną poprawę w sytuacji gospodarczej kraju w pierwszym kwartale.

Ten tydzień będzie szczególnie obfitować w dane ze Szwajcarii, wciąż skupiamy się jednak głównie na wieściach z zewnątrz, ponieważ dla waluty kluczowe okazują się zmiany sentymentu do ryzyka. Niemniej może być warto zwrócić uwagę na środowe dane dotyczące inflacji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Zdrowie psychiczne Polaków – – jak po roku (nie)radzimy sobie z pandemią COVID-19?

Niemal 80% badanych, po blisko roku trwania pandemii, nadal doświadcza ataków paniki, które trudno im opanować, a 7 na 10 ankietowanych odczuwa więcej stresu, niż przed pandemią. Prawie 40% uczestników badania przyznaje, że czuje się psychicznie gorzej, niż wtedy, gdy pandemia dopiero się zaczęła. Na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz po używki – robi to aż 7 na 10 ankietowanych. Mniej dbamy o siebie i czujemy się zmęczeni. W naszym życiu jest więcej irytacji, złości, gniewu, niż spokoju, optymizmu
i nadziei. Dominującymi stanami, które nam towarzyszą są lęk oraz stres.

Jak zmieniały się nasze emocje pod wpływem pandemii od momentu jej wybuchu, aż do teraz? W jakich obszarach jest gorzej, a w jakich lepiej? Na to pytanie odpowiada najnowszy raport Human Power.

Małgorzata Czernecka
Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power

– 2020 rok na zawsze zapisze się w naszej pamięci, jako rok bardzo dużej zmiany oraz ogromnej, kolektywnej mobilizacji. Nie było branży, obszaru biznesowego czy stanowiska pracy, które nie odczułoby zmiany w swoim sposobie działania. Niestety, bycie w zmianie bardzo dużo kosztuje, szczególnie jeśli ta trwa nieprzerwanie przez wiele miesięcy. W 2021 rok weszliśmy bardzo zmęczeni, zarówno na poziomie fizycznym, mentalnym, jak
i emocjonalnym. Wraz z zespołem Human Power postanowiliśmy sprawdzić, jak Polacy radzą sobie z pandemią. Wyniki dają do myślenia –
mówi Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power.

Strach ma wielkie oczy – problemy ze złością i lękiem

Blisko połowa ankietowanych (46,39%) obserwuje, że trudno im zapanować nad sobą, reagują w sposób niepodobny do nich. Częściej niż co druga badana osoba ma problem
z zastosowaniem jakiejkolwiek techniki radzenia sobie z trudnymi emocjami. 68% badanych po roku trwania pandemii uważa, że obecnie odczuwa więcej stresu (na początku pandemii przyznało to 57,6%). Niemal połowa badanych ma problemy z jakością snu (zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy).

Jak można pomóc sobie w przejściu przez ten trudny czas?

Budowanie dobrostanu psychicznego nie może się odbyć bez uwzględnienia aspektu ciała,
w tym snu, ruchu oraz – co może wydawać się zaskakujące – odżywiania. Potwierdzają to najnowsze, światowe badania naukowe z ostatnich lat. Sam ruch jest czynnikiem niezwykle wzmacniającym i rozwijającym nasz układ nerwowy. Trudno znaleźć bardziej efektywny sposób na rozładowywanie napięcia, czy przyspieszanie regeneracji biologicznej niż aktywność fizyczna. W obecnej sytuacji siedzimy zbyt długo i ruszamy się naprawdę mało. Sztywne, napięte i słabo ukrwione ciało wzmacnia intensywność odczuwanych emocji, a co za tym idzie, łatwiej o impulsywne reakcje.
– komentuje Katarzyna Lorkowska, psycholożka, ekspertka ds. zarządzania energią Human Power.

Droga na skróty – sięganie po używki i leki uspokajające

Niepokojące są wyniki dotyczące stosowania środków uspokajających i sięgania po alkohol. Zarówno na początku pandemii, jak i obecnie, bardzo wysokie są odsetki badanych, którzy deklarowali, że posiłkują się nimi, żeby poradzić sobie z lękiem oraz niepokojem. Pod koniec roku 2020 po tego typu metody sięgało minimum 7 na 10 ankietowanych (na początku pandemii 87,4%, obecnie 74%). Co warto zaznaczyć, mimo lockdownu, na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz natomiast chętniej sięgamy po używki. Jednym z niewielu pozytywnych aspektów jest to, że po roku trwania pandemii nieco wzrósł odsetek osób, które zaczęły stosować techniki oddechowe oraz relaksacyjne pozwalające na redukcję napięcia i stresu (wzrost z 23,7% do 29,9%).

Inwestowanie w programy Mental Health, webinary, oferowanie indywidualnych konsultacji z psychologiem, prowadzenie kampanii zwiększających świadomość znaczenia stosowania profilaktyki w higienie zdrowia psychicznego oraz szkolenia dla liderów
w obszarze mental health, to obecnie nie tylko dobra praktyka, a wręcz „must have” świadomych, samouczących się firm, które rozumieją sens bardzo aktualnego angielskiego powiedzenia „prevention is better than cure”, czyli lepiej zapobiegać, niż leczyć.

– podsumowuje Ewa Ambroziak, psycholog kliniczny i zdrowia, ekspertka ds. zdrowia psychicznego Human Power.

Informacja o badaniu

Badanie zostało przeprowadzone za pomocą metody CAWI w dwóch edycjach, tj. na początku pandemii (w II kwartale 2020 roku) i na koniec 2020 r. (IV kw.) Łącznie w badaniu wzięło udział 1389 osób.

Raport można pobrać na stronie: https://humanpower.pl/stresodporni-odpornosc-psychiczna-polskich-organizacji-2020/

Rekordowe zyski Grupy Ailleron

Grupa Ailleron zanotowała w 2020 r. rekordowe wyniki finansowe. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży osiągnęły ponad 156 mln zł (+11 proc. r/r), EBITDA wzrosła o 91 proc. do 23,8 mln zł a zysk operacyjny wzrósł o 278 proc. do 15,5 mln zł. Skonsolidowany zysk netto osiągnął rekordowe 9,4 mln zł, a bez uwzględniania jednorazowego bezgotówkowego odpisu na transakcji sprzedaży udziałów w Hoteliga w 3Q2020 wyniósłby ok. 11 mln zł, czyli ponad 2100 proc. lepiej r/r.

– Rok 2020 zamykamy mocnym akcentem. Był on dla nas bardzo udany, choć trudny i pełen wyzwań, ze względu na pandemię. Lockdown przyśpieszył transformację cyfrową gospodarki i wymusił na wielu biznesach bardzo szybką adaptację do nowych warunków. To stworzyło dodatkowy popyt na nasze usługi i rozwiązania, które bardzo dobrze odpowiadają na obecne potrzeby rynku, gdzie zdalna obsługa klienta stała się normą. Dość szybko udało nam się dostosować do nowej rzeczywistości bez utraty produktywności czy jakości pracy, głownie z uwagi na fakt, że nasz biznes oparty jest na kompetencjach, wiedzy ludzi i jest w dość łatwy sposób możliwy do realizacji zdalnie. Z tego też względu nasze prognozy na ten rok i kolejne lata wyglądają obiecująco. Chcemy się nadal dynamicznie rozwijać, szybciej niż zakładają prognozy dla rynku IT, mówiące o średniorocznym wzroście o ok. 8 proc.  – powiedział Tomasz Król, członek zarządu Ailleron.

Tradycyjnie największy, bo aż 65-proc. udział w sprzedaży, miał w 2020 r. pion Enterprise Services odpowiedzialny głównie za usługi budowy, rozwoju i utrzymania systemów informatycznych dla branży finansowej i medycznej. Wygenerował on przeszło 17 mln zł wyniku operacyjnego. Pion FinTech skupiający m.in. produkty i usługi dla sektora finansowego oraz systemy wspomagające sprzedaż skomplikowanych produktów finansowych i leasingowych odpowiadał za 31 proc. przychodów, a obszar HotelTech za 2 proc.

Na poziome zysku operacyjnego (EBIT) na uwagę zasługuje FinTech, który  w okresie 12 miesięcy 2020 roku zdecydowanie poprawił swój wynik, osiągając w całym roku 2020 wynik dodatni na poziomie ok. 0,13 mln zł, tym samym  odrabiając stratę z zeszłego roku na poziomie 8,59 mln (poprawa r/r o ponad 8,7 mln zł) przy dynamice przychodów wynoszącej 26%.– W obszarze Enterprise Services zamierzamy rozwijać się organicznie jak i poprzez przejęcia.. Interesują nas podmioty, które będą nas uzupełniały pod kątem geograficznym, ewentualnie wzmacniały w sektorach, w których jesteśmy już mocni. W branży outsourcingu IT skala biznesu ma bowiem bardzo duże znaczenie. Wspólnie z Enterprise Investors, który po zamknięciu transakcji stanie się większościowym udziałowcem naszej spółki zależnej Software Mind, mamy możliwość przeznaczenia na akwizycje między 150 a 200 mln zł. Natomiast jeżeli chodzi o rozwój organiczny to zamierzamy kontynuować ekspansję zagraniczną,  na której osiągamy wyższe marże. – dodał Tomasz Król.

Na bazie trendu związanego z transformacją cyfrową pozyskane przez Ailleron środki ze sprzedaży części udziałów w Sotware Mind pozwolą Spółce na rozwój i realizację wdrażanej strategii w obszarze segmentu FinTech, w ramach zarówno obecnie istniejących linii produktowych jak również dzięki akwizycjom poszerzającym obecną ofertę firmy, zwłaszcza w obszarze zdalnych kanałów obsługi klientów.

Sprzedaż eksportowa Grupy Ailleron wzrosła r/r o 16 proc. do blisko 68 mln zł. Jest to konsekwencją rosnącego udziału biznesu Software Services, który jest w 100% biznesem exportowym, a także rosnącego udziału eksportu w takich produktach jak LB (Livebank), RBT (Ringback Tones) czy SOR (Steering of roaming).

– W 2021 roku głównym kierunkiem naszego rozwoju będzie zagranica, chcemy utrzymać trend wzrostu sprzedaży eksportowej. Wdrażamy nasze rozwiązania już w ponad 30 krajach na pięciu kontynentach. W tym roku chcemy mocniej postawić na ekspansję w krajach niemieckojęzycznych takich jak Niemcy, Austria czy Szwajcaria. Rozwijamy też działalność w Stanach Zjednoczonych, realizując bardzo ciekawe kontrakty i chcemy tam nadal zwiększać swój udział. – powiedział Tomasz Król.

Przedsiębiorcy będą deklarować do ZUS więcej wypadków

W ramach nowelizacji ustawy o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych (Dz. U. z 2021 r. poz. 1205 ze zm.) planowane są zmiany dotyczące tzw. wypadków zrównanych. W konsekwencji pracodawca będzie miał obowiązek zgłaszać ich liczbę w informacji ZUS IWA. Projekt nowelizacji jest obecnie na etapie konsultacji.

Zgodnie z art. 3 ust. 2 ustawy z dnia 30 października 2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, „wypadkiem na równi z wypadkiem przy pracy, w zakresie uprawnienia do świadczeń określonych w ustawie, jest wypadek, któremu pracownik uległ:

  • w czasie podróży służbowej w okolicznościach innych niż określone w ust. 1, chyba że wypadek spowodowany został postępowaniem pracownika, które nie pozostaje w związku z wykonywaniem powierzonych mu zadań,
  • podczas szkolenia w zakresie powszechnej samoobrony oraz
  • przy wykonywaniu zadań zleconych przez działające u pracodawcy organizacje związkowe”.

Planowane zmiany zakładają usunięcie z definicji wypadków zrównanych zapisu „w zakresie uprawnienia do świadczeń określonych w ustawie”, co rozwiąże liczne wątpliwości interpretacyjne. W odniesieniu do danych zgłaszanych przez płatników w informacji ZUS IWA oznacza to postawienie znaku równości pomiędzy wypadkiem przy pracy a wypadkiem zrównanym.

Więcej wypadków, wyższa składka wypadkowa

Dotychczas wypadek, któremu pracownik uległ podczas wyjazdu integracyjnego (np. zwichnął nogę) lub w podróży służbowej (np. złamał rękę w hotelu) traktowano na równi z wypadkiem przy pracy jedynie dla potrzeb uzyskania świadczeń z tytułu ubezpieczenia wypadkowego. Po wprowadzeniu planowanych zmian dla pracowników nic w tej kwestii się nie zmieni, natomiast mogą wzrosnąć koszty obowiązkowych ubezpieczeń społecznych po stronie pracodawcy. W praktyce będzie on teraz odpowiadał za skutki wypadków, na które sam nie miał wpływu.

Większa liczba wypadków przy pracy zadeklarowana w informacji ZUS IWA wpłynie na ponoszony przez pracodawcę koszt składki na ubezpieczenie wypadkowe. Wypadkowość stanowi jeden z głównych czynników determinujących wysokość zobowiązań z tego tytułu. Konstrukcja algorytmu do obliczania składki wypadkowej powoduje, że dane zadeklarowane w informacji ZUS IWA za jeden rok kalendarzowy wpływają na wysokość zobowiązań przez kolejne trzy lata składkowe. Obowiązek zgłaszania wypadków zrównanych przełoży się zatem na wzrost kosztów pracy ponoszonych w długiej perspektywie czasowej – komentuje Michał Wawrzynowski, ekspert ds. BHP w Obszarze kosztów pracy w Ayming Polska.

Spokojne zamknięcie tygodnia

Piątek nie zaskoczył inwestorów. Dane z Polski podobnie jak dane z USA potwierdzały obserwowane ostatnio na rynkach tendencje, stąd nie mieliśmy gwałtownych zmian kursów walut.

Polska gospodarka bez niespodzianek

Piątkowe dane na temat wzrostu PKB w Polsce nie były zaskoczeniem. Zgodnie z oczekiwaniami w ciągu roku w spadek wyniósł 2,8%. To dużo mniej niż w szczycie pandemii przewidywali analitycy. Z drugiej strony koszty uzyskania tego wyniku dla budżetu i kilku funduszy, z których rząd wydawał pieniądze, by nie pokazać ich w budżecie, były niespotykane. Po tych danych złotówka zyskiwała, jednak do końca dnia znowu powróciła w okolice 4,52 zł za euro.

Wydatki Amerykanów

W piątek poznaliśmy również dane na temat dochodów i wydatków Amerykanów. Dane te są istotne dla gospodarki, bo spadające zakupy prędzej, czy później przekładają się na problemy gospodarki. Z tego też powodu wzrost wydatków o 2,5% cieszy. Imponujący jest wzrost dochodów, ale 10% jest tutaj nie tyle realnym wzrostem, ile odbiciem po gwałtownych spadkach. Parametr ten tylko nieznacznie przekroczył zresztą oczekiwania analityków.

Kolejne dane zza oceanu

Również w piątek poznaliśmy dane z Uniwersytetu Michigan. Uczelnia ta publikuje bardzo ważny dla gospodarki miesięczny raport, w którym publikuje przede wszystkim swój indeks pokazujący, jakie są perspektywy przed gospodarką, ale również oczekiwania krótko i długoterminowej zmiany cen. Spodziewane jest wyraźne przyspieszenie inflacji, nawet powyżej 3%. Z kolei sam indeks zgodnie z oczekiwaniami po ostatnich słabszych danych wyraźnie spadł w lutym, co sugeruje, że perspektywa powrotu do tzw. normalności się wydłuża. Nie zmienia to faktu, że na fali dobrych danych z dochodów i wydatków Amerykanów dolar zakończył tydzień umocnieniem względem większości walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na odczyty wskaźników PMI dla głównych gospodarek światowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Kompaktowe mieszkania znowu w cenie. Preferowane typy mieszkań IV kw 2020

Kompaktowe mieszkania znowu w cenie. Nabywcy chcą więcej pokoi, ale maleje metraż minimalny jaki w danym typie mieszkania są w stanie zaakceptować.

Nie można sprzedać czegoś czego się nie zaoferowało. Stąd tylko o krok do wniosku, że gdyby liczba mieszkań trzy, cztero czy pięciopokojowych była w ofercie większa, być może większe byłoby nią zainteresowanie ze strony nabywców. Pandemia, która zamknęła Polaków na długie miesiące w domach, przekształcając je w biuro, salę lekcyjną, siłownię czy miejsce spotkań z najbliższymi, przypomniała wielu z nich o tym, że wprawdzie nasze M własne, ale czasem jednak za ciasne. Tymczasem od lat w ofercie deweloperów królują „dwójki”. Okazuje się jednak, że nie bez przyczyny.Preferowane typy mieszkań IV kw 2020

Z opublikowanego właśnie przez JLL raportu „Preferencje nabywców mieszkań – 2020 r.” wynika, że lokale dwupokojowe były najczęściej poszukiwanym typem mieszkań, i to nie tylko w ostatnim roku, a w całym okresie realizowanego od 2017 r. we współpracy z platformą obido.pl badania. Ponad 40% potencjalnych nabywców, których deklaracje przeanalizowali eksperci JLL, było zainteresowanych tego typu lokalem. Jest to o tyle ciekawe, że ok. 60% poszukujących mieszkania w tym serwisie stanowią rodziny z dziećmi oraz pary (na koniec IV kw. 2020 r. odpowiednio 31% i 30% aktywnych kont). Deklaracje dotyczące wyboru największych mieszkań tj. 5-pokojowych i większych, w całej historii badania nie przekroczyły 3%.

Poszukiwane „dwójki”, zgodnie z deklaracjami nabywców, powinny mieć średnio nie mniej niż ok. 36 mkw., przy czym ci, którzy szukają z myślą o późniejszym wynajmowaniu skłonni byli kupić nawet takie, które miały o ponad metr mniej. Poszukujące dwójek pary celowały natomiast raczej w metraże zbliżone do 38 mkw.. Rodziny wprawdzie od dwójek wolały lokale trzypokojowe, ale minimalny dopuszczany przez nie metraż tych mieszkań (53,5 mkw.) też można nazwać kompaktowym.

Czy Polaków stać na większe mieszkania?

Od 2017 r., w każdym z miast wzrosły deklarowane budżety osób poszukujących mieszkania do zakupu i nie może to dziwić, bo stanowi naturalną odpowiedź na rosnące ceny oferowanych przez deweloperów mieszkań. W 2020 r. największy wzrost przeciętnego budżetu przeznaczanego na zakup mieszkania zanotowano w Trójmieście (o 15%). W Warszawie nabywcy byli gotowi wydać o 11% więcej, a w Krakowie o 10%. Najmniejszy wzrost deklarowanej ceny maksymalnej zanotowano we Wrocławiu (o 5%).

Uspokojenie dynamiki wzrostu cen, które nastąpiło za sprawą pandemii sprawiło, że rozdźwięk pomiędzy wartością lokali oferowanych przez deweloperów, a możliwościami finansowymi nabywców na koniec 2020 r. istotnie się zmniejszył, a jedynym miastem, w którym średni budżet zakupu jest niższy niż cena zakupu przeciętnego mieszkania jest Warszawa. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy może być kurcząca się pula mieszkań oferowanych przez deweloperów i istotna przewaga popytu nad podażą w tym mieście, komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Przeciętny budżet rodziny z dziećmi, chcącej na koniec 2020 r. kupić mieszkanie w Warszawie, wynosił 754 500 zł. Przy średniej cenie 1 mkw., która w grudniu wynosiła w stolicy 11 000 zł można było za tę kwotę kupić mieszkanie o metrażu 69 m2. Za średni deklarowany budżet wynoszący 621 500 zł rodziny poszukujące mieszkań w Krakowie mogły kupić już tylko 62 mkw. We Wrocławiu, gdzie za metr trzeba było zapłacić 8800 zł, możliwy do nabycia przez rodzinę metraż wynosił 63 mkw., a w Trójmieście, przy cenach ofertowych na poziomie 9900 zł/mkw., zaledwie 61 mkw.

W tej sytuacji nie dziwi niewielkie zainteresowanie największymi mieszkaniami. Trudno sobie wyobrazić wygodne czteropokojowe mieszkanie o powierzchni 61 czy 63 metrów. Polacy są dziś wprawdzie zamożniejsi niż kilka lat temu, a ceny mieszkań w porównaniu do przeciętnych zarobków stabilne, nie zmienia to jednak faktu, że duża część polskich rodzin wciąż mieszka w warunkach, które wg. Eurostatu można uznać za przeludnione, komentuje Aleksandra Gałabuda, Analityk w Zespole Badań Rynku Mieszkaniowego.

Zmiany nie tylko ze względu na pandemię

Dane opublikowane w raporcie pokazują, że zainteresowanie mieszkaniami o większej liczbie pomieszczeń wprawdzie powoli, ale rośnie, a zjawiska tego nie można wiązać wyłącznie z okolicznościami wywołanymi przez COVID-19.

Wśród czterech miast, dla których prowadzone są analizy, zdecydowanie najwięcej chętnych na duże mieszkania jest w Warszawie. Tam zresztą podobnie jak w Krakowie, zainteresowanie lokalami liczącymi cztery lub więcej pokoi podwoiło się w ciągu ostatnich 4 lat. Udział osób zainteresowanych ich zakupem na koniec 2020 r. wzrósł w porównaniu do I kw. 2017 r. z 9% do 18% w Warszawie i z 7% do 16% w Krakowie.

Patrząc na dane wyłącznie za ostatni rok, liczba osób poszukujących mieszkań składających się z czterech lub większej liczby pokoi wzrosła z 14% na koniec 2019 r. do 16% na koniec 2020 r.

Eksperci JLL podkreślają, że nabywcy, którzy zdecydowali się lub rozważają zakup mieszkania w celu poprawy warunków mieszkaniowych byli w ostatnich miesiącach 2020 r. i będą również w 2021 r. jedną z ważniejszych grup popytowych odpowiedzialnych za sprzedaż na rynku pierwotnym. Powinno to, w połączeniu ze spadkiem udziału w popycie zakupów pod wynajem, zaowocować dalszym zwiększaniem udziału w sprzedaży największych lokali.

Zmiana modelu pracy i nauki oraz widmo nawrotu okresów, w których będziemy spędzali w domach całe tygodnie zmieniły sposób w jaki wiele osób patrzy na własne mieszkania i ich najważniejsze cechy. Potrzeba posiadania dodatkowej autonomicznej przestrzeni do pracy jest tak silna, że nabywcy są w stanie na jej rzecz zwiększyć budżet czy zrezygnować z centralnych lokalizacji, komentuje Aleksandra Gałabuda, ekspertka JLL.

Więcej pokoi, ale na mniejszym metrażu

Potrzeba posiadania dodatkowej przestrzeni znalazła odbicie w dwóch zgoła przeciwstawnych zjawiskach. Zmalała minimalna oczekiwana powierzchnia mieszkań większych, a wzrosła minimalna powierzchnia lokali typu studio.

Zmiany te były widoczne przede wszystkim w deklaracjach rodzin i inwestorów. Te pierwsze częściej niż przed rokiem (wzrost o 3 p.p.) decydowały się na wybór mieszkań czteropokojowych ale minimalny metraż tych mieszkań był średnio o 2 mkw. mniejszy niż na koniec 2019 r. Inwestorzy z kolei przy deklaracjach dotyczących minimalnych metraży mieszkań typu studio i dwójek skłonni byli wybierać mieszkania o ok 1 mkw. większe.

Proces poszukiwania mieszkania trwa średnio 5-6 miesięcy i jest bardzo złożony. Nakładają się na niego preferencje kupujących z ich możliwościami budżetowymi. I choć każdy przypadek jest inny, to przekrojowe przyjrzenie się wielu ścieżkom zakupowym pozwala na odkrycie w nich prawidłowości i lepsze zrozumienie tego procesu, komentuje Marian Bruliński, wiceprezes i dyrektor marketingu obido.

Łódź pierwszym partnerem InPost w pakcie dla polskich miast

InPost zawarł z Miastem Łódź porozumienie w sprawie realizacji konceptu „Green City” w ramach którego InPost zaoferuje pakiet nowoczesnych usług. Ten pakt dla polskich miast pozwoli na znaczne ograniczenie emisji CO2 oraz ruchu samochodów w centrach miast. Jest to także realizacja idei zarządzania miastem opartym na założeniach „Smart City”. Mieszkańcy Łodzi wkrótce będą mieli dostęp m.in. do jeszcze szerszej sieci Paczkomatów® InPost – miasto udostępniło 70 nowych lokalizacji, a także do większego wachlarza usług miejskich – m.in. ładowarek do samochodów elektrycznych przy Paczkomatach®. W ramach porozumienia InPost będzie sukcesywnie zwiększał swoją flotę samochodów elektrycznych w Łodzi, tak aby uzyskać pełną zeroemisyjność uzgodnionym z miastem, gwarantowanym terminie.

„Wszyscy wiemy, jak katastrofalna jest jakość powierza zwłaszcza w dużych miastach. Jego poprawa to wymóg chwili obecnej, a nie odległej przyszłości. Dlatego zaproponowaliśmy miastu Łódź, aby było pierwszym w Polsce partnerem naszego programu ‘Green City’. Ma on znacznie ograniczyć emisję zanieczyszczeń wynikającą z rozwoju e-commerce – przez zmniejszenie emisji CO2 i ruchu samochodów w centrach miast, a także wprowadzenie samochodów elektrycznych w miejsce tych o napędzie spalinowym. Paczkomaty® InPost – jako najbardziej ekologiczna forma dostawy przesyłek, która znacząco, bo aż o 75% ogranicza emisję CO2 w porównaniu do tradycyjnych przesyłek kurierskich – od lat wpisują się w ten program. Teraz idziemy krok dalej – w ramach naszego programu wspomagamy także realizację idei ‘smart city’, czyli mobilnego dostępu do szeregu usług miejskich oraz budowę sieci ładowarek elektrycznych umiejscowionych przy Paczkomatach®. Łódź to pierwsze miasto z naszą nową ofertą, ale co ważne – każde miasto lub gmina w Polsce może przystąpić do naszego zielonego paktu i otrzymać pakiet eko razem z ustalonym terminem wymiany floty samochodów kurierskich obsługujących miasto na samochody elektryczne. Także polskie miasta rozumieją problem związany z zanieczyszczeniami środowiska – zainteresowanie projektem przeszło nasze oczekiwania, więc wkrótce planujemy kolejne wdrożenia. Dotychczas żadna firma kurierska na świecie nie zaproponowała podobnego rozwiązania. Środowisko to nasza wspólna odpowiedzialność – my zaczynamy od siebie” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.

„Łódź jest liderem wśród polskich miast jeżeli chodzi o działania zwiększające komfort życia mieszkańców. Zdecydowaliśmy się na współpracę z InPost-em, jednym z liderów innowacyjności w Polsce, bo chcemy aby łodzianie mogli wygodnie odbierać swoje przesyłki jak najbliżej miejsca zamieszkania – bez konieczności dojeżdżania i stania w kolejkach. Obecnie jest to najbardziej ekologiczna z dostępnych form odbioru, a przy tym gwarantuje zmniejszenie natężenia ruchu w mieście i bezpieczeństwo związane z sytuacją epidemiczną. Stawiamy na niskoemisyjne dostawy do Paczkomatów® zamiast tradycyjnych dostaw kurierskich, bo są one wygodne dla łodzian i korzystne dla miasta. Poza tym, obok innych naszych działań proekologicznych, współpraca z InPost-em na pewno przyczyni się do dalszej poprawy stanu środowiska w Łodzi”powiedziała Hanna Zdanowska, prezydent miasta Łódź.

Kalkulator śladu węglowego wskazuje, że gdyby tradycyjne dostawy kurierem do domu były zastąpione dostawą do Paczkomatu®, redukcja emisji CO2 sięgnęłaby nawet 75%[1]. Dostarczenie paczki do maszyny InPost oznacza co najmniej 0,35 kg mniej emisji CO2 do atmosfery na każdą przesyłkę. Tym samym InPost jest najbardziej neutralnym dla środowiska dostawcą usług logistycznych.

W 2020 roku InPost wdrożył nową, rewolucyjną usługę nadawania przesyłek przez aplikację. Nadaje się je w Paczkomatach® InPost – do innego Paczkomatu® lub na wskazany adres domowy. Na paczce nie trzeba naklejać żadnych etykiet – wystarczy wygenerowany elektronicznie QR kod lub kod nadania w aplikacji. Za paczkę można zapłacić kodem BLIK. Kolejne możliwości płatności pojawią się w aplikacji w 2021 roku: karta płatnicza, szybkie przelewy Dotpay, Apple Pay, Google Pay. Status nadanej paczki można śledzić oczywiście w aplikacji, ale także na stronie inpost.pl w sekcji „Śledzenie paczki” oraz przez chatbota, wpisując 24 cyfrowy numer przesyłki. Dzięki aplikacji, przy jednym Paczkomacie® przesyłki może odbierać kilka osób jednocześnie, bez konieczności stania w kolejce. Aplikację InPost Mobile można pobrać ze sklepów Google Play, App Store i Huawei AppGallery. Aplikacja InPost Mobile ma już 5,7 mln aktywnych użytkowników.

Z InPost można skontaktować się także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.

InPost wprowadził też usługę „Paczka w Weekend” – z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe. Umożliwia ona dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki są dostarczane do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi do soboty do godziny 13:00.

Liczba Paczkomatów® (11.000 urządzeń w Polsce) ponad dwukrotnie przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (4600[2]). Paczkomaty® InPost dostępne są w Polsce także przy sklepach: Dino, Lidl, Kaufland, sieci sklepów Delikatesy Centrum organizowanych przez Grupę Eurocash, a także w Centrach Handlowych Auchan. InPost podpisał również umowę z siecią sklepów Auchan na dostawę Lodówkomatów. Funkcjonalności maszyn lodówkowych InPost pozwalają na bezpieczne przechowanie i odbiór żywności, napojów oraz mrożonek zamówionych przez Internet w Auchan Direct. Według badań Kantar TNS aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost.

Ponadto InPost – odpowiadając na zapotrzebowanie rynku – uruchomił Paczkomaty® InDoor, przeznaczone specjalnie do instalacji wewnątrz budynków. Dzięki Paczkomatom® InDoor właściciele nieruchomości zapewniają swoim mieszkańcom i najemcom najkorzystniejszą i najpopularniejszą opcję odbioru zakupów. Jednocześnie przyciągają okolicznych mieszkańców do danej lokalizacji – co pozwala generować dodatkowe zyski sklepom i punktom usługowym.

Według raportu Gemius[3] Paczkomaty® są najczęściej wybieraną formą dostawy – wyprzedziły kurierów. Taki typ dostawy towaru preferuje aż 61% kupujących w Internecie. Oznacza to wzrost popularności usługi wśród internatów aż o 9 punktów procentowych w porównaniu do wyników raportu za 2019 rok. Po raz pierwszy w historii Paczkomaty® pobiły w popularności dostawy kurierem, które wybiera 55% badanych – jest to pierwszy tego typu wynik na świecie. Ponadto, aż 68% badanych deklaruje, że możliwość odbioru zakupów przez urządzenia InPost motywują ich do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – jest to wzrost o 7 punktów procentowych więcej z roku na rok.

InPost od 2019 roku jest liderem w wynajmie powierzchni magazynowych w Polsce. W 2019 roku firma wynajęła łącznie 107 950 m² – to 4% całkowitego popytu netto w kraju[4]. InPost był także liderem w branży KEP w zakresie powierzchni oddanej do użytku w 2019 r – w sumie 57 863 m² – wyprzedzając tym samym na podium DHL oraz Pocztę Polską. Lokalizacje uruchomione przez InPost w 2019 roku pozycjonują spółkę w Top 3 najbardziej aktywnych podmiotów e-commerce na rynku logistyki magazynowej – InPost ustępuje pod tym względem jedynie Amazon i Zalando, globalnym gigantom e-sprzedaży.

InPost inwestuje także w ekologiczny transport. Firma rozszerzyła swoją flotę samochodów elektrycznych o 40 nowych Nissanów e-NV200 XL Voltia i zapowiada zakup kolejnych. Samochody zapewniają zasięg do 200 km w mieście, 8m³ przestrzeni ładunkowej oraz ładowność 580 kg.

InPost wprowadza systematycznie nowe usługi – w 2020 roku uruchomił specjalistyczne Paczkomaty® Urząd 24, które przekazał na potrzeby urzędów, m.in. w Toruniu, Gorzowie Wielkopolskim, Gdyni, Krakowie, Kaliszu, Słubicach, Dąbrowie Górniczej, Poświętnem, Izabelinie, Nowym Targu, Wolsztynie, Chojnicach, Pruszkowie, Brodnicy, Gorzowie Wielkopolskim, Wołominie, Koszalinie i Lubaniu. Pozwalają one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez potrzeby wchodzenia do budynku i bezpośredniego kontaktu z urzędnikami. Planowane są kolejne instalacje maszyn przy urzędach w całej Polsce – InPost prowadzi rozmowy z kilkudziesięcioma kolejnymi miastami.

InPost wprowadził także usługę logistyczną InPost Fullfilment, dedykowaną klientom biznesowym. Firma udostępnia infrastrukturę oraz know-how i wspiera klientów na każdym etapie procesów magazynowych. InPost jako partner logistyczny oferuje najwyższą jakość usług i automatyzację całego procesu logistycznego w oparciu o własne doświadczenie. Dzięki usłudze InPost Fulfillment przedsiębiorcy e-commerce mogą się skupić na rozwoju własnego biznesu i nie martwić się o kwestie związane z zapleczem magazynowym, pakowaniem towaru i wysyłką.

[1] Źródło: Kalkulator śladu węglowego InPost B2B, dane własne InPost

[2] Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

[3] Gemius dla e-Commerce Polska, E-commerce w Polsce 2020, N=1544, marzec 2020

[4] Źródło: Cresa Polska, Industrial Research Forum (IRF)

Zmieniający się charakter podnajmów

Skala podnajmów rośnie w bardzo szybkim tempie. Praca zdalna przyczyniła się do opustoszenia biur większości firm, co z kolei zachęciło pracodawców do przyjrzenia się strategiom dla ich nieruchomości. Rynek biurowy oczekiwał, że zmiany wywołane pandemią będą raczej krótkoterminowe, ale coraz wyraźniej widać, że wielu pracodawców rozważa wdrożenie rozwiązań ograniczających obecność pracowników w ich biurach długoterminowo.

Rynek podnajmu

Podnajem powierzchni przed pandemią był zjawiskiem marginalnym. Od marca 2020 roku obserwowaliśmy jednak jego szybkie tempo wzrostu, czego bezpośrednią przyczyną było przejście w tryb pracy zdalnej dużej części firm. Na koniec II kw. 2020 roku w Warszawie zidentyfikowano ok. 60.000 m2 powierzchni biurowej oferowanej jako podnajem. Wliczając to do powierzchni niezajętej przez najemców (czyli do ok. 448.000 m2) oznacza, że 9% istniejącej powierzchni biurowej było oferowane na rynku. Na koniec roku 2020 roku, na stołecznym rynku oferta podnajmu obejmowała już ok. 120.000 m2 biur gotowych do wynajęcia od zaraz.

Zmieniające się środowisko pracy

W połowie roku 2020 roku przeprowadziliśmy ankietę, w której udział wzięło 225 firm. Według jej wyników niemal 60% respondentów było przekonanych, że niezbędna będzie w ich przypadku nowa strategia dotycząca miejsca pracy. Połowa ankietowanych wskazała, że potrzebuje więcej miejsca do współpracy, jednocześnie przewidując, że obłożenie biura będzie mniejsze. Z kolei 41% ankietowanych rozważało włączenie powierzchni elastycznych, tj. biur serwisowanych lub coworkingowych do swojej strategii dotyczącej powierzchni biurowej. Wynika to z opinii ich  pracowników, którzy chcieliby po pandemii utrzymać możliwość łączenia pracy zdalnej z pracą w biurze, z uwagi na aspekty społeczne, takie jak współpraca, czy poczucie bycia częścią zespołu.. Analizując preferencje pracowników, model wyłącznie pracy zdalnej nie jest zrównoważonym rozwiązaniem dla długoterminowych celów biznesowych związanych z kulturą firmy, szkoleniami, rozwojem czy innowacjami. W rezultacie wiele firm, nawet jeśli decyduje się na redukcję wynajmowanej powierzchni biurowej, analizuje nowe modele pracy przy założeniu utrzymania powierzchni biurowej, aby zaoferować pracownikom możliwość korzystania z biura. Proces rewizji strategii nieruchomości cały czas trwa, dlatego nie możemy teraz jednoznacznie ocenić ostatecznego rezultatu. Podnajem jest jedynym możliwym rozwiązaniem bez ponoszenia strat finansowych w trakcie trwania umowy najmu, ale może się spodziewać, że za kilka, kilkanaście miesięcy podnajmowane teraz powierzchnie trafią na rynek podnosząc zapewne współczynnik pustostanów.

Struktura podnajmów

W ofercie podnajmu widzimy coraz więcej powierzchni dużych, przekraczających 2-3 tys. m2. Jest to istotna zmiana, ponieważ jeszcze kilka miesięcy temu większość ofert stanowiły powierzchnie mniejsze, nieprzekraczające 500 m2. Coraz więcej firm dochodzi do wniosku, że praca zdalna, bez względu na jej model, umożliwia wprowadzenie cięć finansowych, a jednym z takim sposobów jest podnajem części obecnie zajmowanej powierzchni biurowej. Oprócz zwiększenia wielkości powierzchni udostępnianej w formule podnajmu przez poszczególne firmy, zmieniły się również terminy oferowanych podnajmów, które teraz osiągają nawet 60 miesięcy. Firmy, które decydują się na odstąpienie zajmowanej przez siebie powierzchni na tak długi termin jednoznacznie sygnalizują rynkowi, że to nie jest rozwiązanie krótkoterminowe.

Karol Grejbus, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, Knight Frank

Przyszłość magazynów w jasnych barwach

WARSZAWA, 1 marca 2021 – Wiele branż boleśnie odczuwa skutki, trwającej już blisko rok, pandemii COVID-19. Sektor magazynowo-przemysłowy jako jeden z nielicznych odnotował przez ten czas znaczące wzrosty. Według szacunków Colliers w 2020 r. popyt na powierzchnie magazynowe, w porównaniu do poprzedniego roku i w zależności od rynku lokalnego, wzrósł w Polsce o 20-30%. Nie jest to jednak wyłącznie skutek pandemii. Od wielu lat prognozy zwiastowały silny rozwój tego sektora.

Chętni na ekspansję

W kilku branżach obserwujemy trend zwiększania liczby mkw. już wynajmowanej przestrzeni magazynowej. Jedną z takich branż jest handel. Doświadczenie ostatnich kilku miesięcy sprawiło, że sieci handlowe zauważyły potrzebę robienia większych zapasów niż w ostatnich latach – ilość towaru przechowywanego w magazynach i gotowego do dystrybucji wzrosła blisko dwukrotnie. Intensywnie rozwija się również branża produkcyjna, m.in. automotive. Wiele firm z tego sektora jest obecnie zainteresowanych wynajęciem powierzchni produkcyjnych do dostarczania komponentów do nowej fabryki Tesli pod Berlinem. Trzecią branżą, rozszerzającą portfel wynajmowanej powierzchni magazynowej, jest szeroko pojęta branża budowlana oraz mebli i artykułów wyposażenia domowego. Z powodu wielu ograniczeń w dostępie do usług i rozrywek, Polacy w trakcie pandemii zajęli się remontami swoich mieszkań i drobnymi naprawami w domach, co przyczyniło się do wzrostu popytu na materiały budowlane i artykuły wnętrzarskie.

Potencjał magazynów zauważyli również inwestorzy spoza rynku magazynowego. Obserwujemy wśród nich wzmożone zainteresowanie rozszerzeniem działalności o ten sektor.

Oczywiście, są także branże działające na rynku magazynowym, które odczuły negatywne skutki pandemii. Są to głównie firmy uzależnione od sektora usług, np. zaopatrujące sektor HoReCa. Zauważamy jednak, że nawet ci najemcy, dosyć szybko adaptują się do nowej sytuacji i również inwestują w powierzchnie magazynowe, szukając oszczędności w logistyce. Dodatkowe koszty związane z tworzeniem nowych centrów logistycznych, czy oddziałów, w efekcie przynoszą im oszczędności. Możemy zatem przewidywać, że również te branże wygenerują ostatecznie nowy popyt na powierzchnie magazynowe.

„Nearshoring” i logistyka ostatniej mili

Innym trendem, który w 2021 r. będzie kształtował rynek magazynowy, jest tzw. „nearshoring”. Firmy zorientowały się, że lokalizacja centrów produkcyjnych głównie w rejonach Azji, w sytuacji takiej, jaką mamy obecnie, skutkuje zaburzeniem płynności dostaw. Coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na przeniesienie produkcji bliżej rynku sprzedaży, czyli do Europy.

Intensywny rozwój rynku magazynowego w granicach aglomeracji warszawskiej, w której obecnie powstaje dwukrotnie więcej nowej powierzchni niż jeszcze rok temu, pokazuje, że na znaczeniu zyskuje logistyka tzw. ostatniej mili, czyli magazyny miejskie obsługujące e-commerce. Przewidujemy, że to właśnie ona będzie przez najbliższe lata kształtować rynek powierzchni magazynowych.

Prognozy i wyzwania na 2021 r.

W 2020 r. wynajęto blisko 5,4 miliona mkw. magazynów, co stanowi rekord w historii polskiego rynku magazynowego. Możemy prognozować, że rynek nie zwolni również w 2021 r., biorąc pod uwagę liczbę transakcji przewidzianych na zamknięcie w pierwszej połowie br.

Wyzwanie mogą stanowić natomiast procedury administracyjne – wstrzymana praca urzędów czy kwestie związane z odbiorami powierzchni, mogą wywoływać wątpliwości i niepewność wśród inwestorów, co do ukończenia inwestycji w założonym terminie. Popyt na magazyny jest obecnie bardzo duży, a obiektów udostępniających duże powierzchnie rzędu 20-40 tys. mkw. zaczyna powoli brakować. Może to skutkować tym, że najemcy, którzy będą potrzebowali szybko wynająć dodatkową przestrzeń, będą musieli na nią poczekać. Taka sytuacja zapewni przewagę firmom, które zdążyły się na tę okoliczność wcześniej przygotować. Wyzwaniem na 2021 r. będzie więc dostarczenie na rynek dodatkowej powierzchni magazynowej.

Komentarz Jana Barbasiewicza, partnera w Dziale Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych Colliers

Boom na mniejsze powierzchnie biurowe w prestiżowych lokalizacjach

Od ponad roku obserwujemy wśród mniejszych firm rosnące zainteresowanie najmem powierzchni biurowej w realizowanych przez nas nowych, warszawskich projektach biurowych. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się SKYSAWA zlokalizowana w jednym w najznakomitszych punktów Centralnego Obszaru Biznesu, tuż przy Rondzie ONZ. Otrzymujemy zdecydowanie więcej zapytań od mniejszych klientów, którzy myślą o wynajmie biura w prestiżowej lokalizacji, ale ich zapotrzebowanie na powierzchnię oscyluje w zakresie 200-300 mkw. Liczba tych zapytań stała się dla nas impulsem, by jeszcze raz przyjrzeć się projektowi, który obecnie jest na półmetku realizacji i znaleźć odpowiedź na to zapotrzebowanie.

Wysokie piętro wieżowe dla dwóch najemców

Po wnikliwej analizie możliwych rozwiązań zdecydowaliśmy się przeprojektować najwyższe kondygnacje SKYSAWA, tak by Ci najbardziej wymagający klienci, poszukujący mniejszych, ale prestiżowych przestrzeni znaleźli je właśnie w naszej inwestycji. Wieża SKYSAWA będzie liczyć ponad 155 metrów wysokości, a całkowita powierzchnia piętra na najwyższych kondygnacjach, między 27. a 37. piętrem to ok. 500 mkw. Tak niewielka powierzchnia piętra wieżowego od początku mocno wyróżnia SKYSAWA na tle innych nowopowstających biurowców w Warszawie. Teraz wyróżnimy się jeszcze mocniej, ponieważ dzięki ostatnim zmianom w projekcie, polegającym na zoptymalizowaniu układu części wspólnych na 11 najwyższych piętrach, zyskaliśmy dodatkowe kilkaset metrów kwadratowych powierzchni biurowej. Wprowadzone modyfikacje pozwalają nam lepiej dostosować wielkość biur do potrzeb konkretnych klientów i gdy zajdzie taka potrzeba, swobodnie dzielić najwyższe piętra SKYSAWA na dwóch najemców. Ponadto nowy układ pięter pozwala klientom na aranżację przestrzeni w sposób wykorzystujący potencjał funkcjonalny każdego metra kwadratowego.

Spektrum różnych możliwości

Równocześnie w ofercie powierzchni biurowych SKYSAWA mamy też przestrzenie dla klientów, którzy szukają dużych metraży. Mogą oni wynająć w SKYSAWA piętra o wielkości prawie 3 tys. mkw. GLA. Jest to możliwe dzięki przewidzianej przez inwestora opcji łączenia w poziomie dwóch kondygnacji  SKYSAWA. Dotyczy to pięter od 2 do 4 z osiągalnym metrażem od 2400 m kw. do prawie 3000 m kw., jak również pięter 5-8, które po połączeniu dają powierzchnię ponad 1700 mkw. Natomiast część budynku zaczynająca się od 10 piętra a kończąca się na 15 piętrze to ok. 750 mkw. powierzchni brutto na każdym piętrze. Tak duża różnorodność dostępnych metraży w SKYSAWA, daje nam możliwość sprostania wymaganiom szerokiemu spektrum klientów.

Komentarz Adriana Bojczuka, Dyrektora Zarządzającego Obszarem Najmu i Nieruchomości PHN S.A.

Piotr Soleniec nowym członkiem zarządu Cloud Technologies

Od 1 marca nowym Członkiem Zarządu Cloud Technologies został Piotr Soleniec. To doświadczony dyrektor finansowy, który jest związany ze spółką i grupą kapitałową Cloud Technologies od ponad 4 lat.

Przed dołączeniem do Cloud Technologies, Piotr Soleniec przez blisko 5 lat pracował w funduszu inwestycyjnym ICENTIS Capital, zajmując się akwizycjami oraz nadzorem nad spółkami portfelowymi. Pełnił również rolę doradcy Zarządu w Sygnity, gdzie m.in. zajmował się przygotowaniem długoterminowej strategii rozwoju oraz akwizycjami. Wcześniej przez 6 lat pracował w spółce Central Europe Trust – Polska, gdzie zajmował się procesami M&A, IPO oraz doradztwem strategicznym. Posiada kwalifikacje ACCA.

Dzięki szerokiemu doświadczeniu na styku finansów, biznesu i inwestycji, zyskał ogromne doświadczenie w zarządzaniu finansami dużych organizacji, modelowaniu finansowym i wycenie spółek.

– Jestem dumny, że mam okazję dołączyć do Zarządu tak dynamicznie rozwijającej się organizacji, w której pracuję przez ostatnie 4 lata. Nasz produkt, autorskie technologie i unikatowy model biznesowy pokazują kierunek, w jakim zmierzają globalne firmy z branży big data. Cieszę się że jako Członek Zarządu będę miał możliwość współtworzenia przyszłości tak innowacyjnej grupy kapitałowej, komentuje Piotr Soleniec, Group CFO i nowy Członek Zarządu Cloud Technologies.

Zgodnie ze strategią rozwoju, firma konsekwentnie wzmacnia swój potencjał w kluczowych obszarach, czyli w segmencie zbioru anonimowych danych o internautach i rozwiązań  do monetyzacji tych informacji. Spółka będzie dalej rozbudowywać międzynarodową sieć dystrybucyjną i rozważa selektywne akwizycje w segmencie dystrybucji danych, przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Rozwija też swoją platformę DSP – wykorzystywaną w reklamie online do zakupu powierzchni reklamowej oraz technologię DMP, umożliwiającą gromadzenie i przetwarzanie cyfrowych informacji. Pracuje również nad rozszerzeniem portfolio o nowe produkty, odpowiadające na potrzeby szybko rosnącego rynku reklamy internetowej.

Marcin Klammer nowym prezesem zarządu HB Reavis w Polsce

HB Reavis, międzynarodowa firma specjalizująca się w tworzeniu przestrzeni pracy, powołała Marcina Klammera na stanowisko prezesa zarządu swojego polskiego oddziału.

Marcin Klammer dołączy do HB Reavis w maju tego roku. Jego międzynarodowe doświadczenie w roli lidera firm działających w branży nieruchomości i architektury stanowi cenne wsparcie dla kompetencji HB Reavis i pomoże w realizacji planów rozwoju na polskim rynku.

Marcin Klammer pełnił do tej pory funkcję dyrektora ds. rozwoju w Unibail Rodamco Westfield. Wcześniej był prezesem zarządu BNP Paribas Real Estate w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez wiele lat zarządzał firmą Arcadis oraz był w niej dyrektorem jednego z kluczowych sektorów rynku na całą Europę.

Do zadań Marcina Klammera w nowej roli należeć będzie nadzór nad dokończeniem budowy flagowych inwestycji HB Reavis w Warszawie – wieżowca Varso Tower oraz kampusu biurowego Forest, jak również poszukiwaniem okazji do realizacji nowych projektów. W ramach ścisłego kierownictwa polskiego oddziału, Marcin Klammer będzie współpracował z członkami zarządu: Sebastianem Prociem, odpowiedzialnym za akwizycje i działalność deweloperską, Karolem Wyką, nadzorującym procesy wynajmu oraz Maciejem Olczykiem sprawującym pieczę nad budowlanym ramieniem HB Reavis.

Obecny prezes HB Reavis Poland, Peter Pecnik, pozostaje w strukturach Grupy HB Reavis jako jej dyrektor finansowy i wykonawczy odpowiedzialny m.in. za ogólny nadzór nad obecnością firmy w Polsce. W dotychczasowej roli, przez ponad dwa lata z powodzeniem bezpośrednio nadzorował aktywność deweloperską w Warszawie, procesy dezinwestycyjne (w tym sprzedaż biurowca Postępu 14 za ok. 87 mln euro) oraz rozwój usług dla klientów w ramach strategii workspace-as-a-service. Za jego kadencji zakończyła się realizacja budynków Varso 1 i 2 (ponad połowa powierzchni wielofunkcyjnego kompleksu Varso Place), które zostały oddane do użytku w blisko 100% wynajęte, a konstrukcja Varso Tower osiągnęła docelową wysokość. Zgodnie z planem postępuje też budowa i pozyskiwanie najemców kampusu biurowego Forest, którego pierwsza część będzie gotowa w najbliższych tygodniach.

2020 rekordowym rokiem dla ETF-ów z GPW

  • Coraz większym zainteresowaniem inwestorów cieszą się fundusze ETF
  • W 2020 roku ETF-y notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zanotowały rekordową wartość obrotów
  • Łączny obrót ETF-ami wzrósł o 339,4% rdr do 768,2 mln zł
  • Od lutego 2021 r. na GPW notowany jest ETF na indeks Nasdaq-100 – pierwszy polski fundusz inwestycyjny typu ETF na zagraniczny indeks
  • W dniach 2-4 marca 2021 r. odbędzie się konferencja poświęcona inwestowaniu pasywnemu Warsaw Passive Investment Conference

Inwestowanie pasywne zyskuje coraz większe grono zwolenników na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW). Dla ETF-ów notowanych na warszawskim parkiecie 2020 rok był rokiem rekordowym. Łączna wartość obrotów na tych instrumentach wyniosła w 2020 roku 768,2 mln zł – niemal 3,5 razy więcej niż w 2019 roku. Natomiast liczba zawartych transakcji – 118 tys. – była w minionym roku niewiele mniejsza niż suma transakcji z poprzednich 10 lat.

Od lutego 2021 r. na GPW notowany jest ETF na indeks Nasdaq-100: – Jest to pierwszy polski fundusz inwestycyjny tego typu, który replikuje indeks zagraniczny. Indeks Nasdaq-100 skupia 100 największych amerykańskich spółek z branży technologicznej notowanych na giełdzie Nasdaq w USA. Nowością w tym instrumencie jest wbudowane zabezpieczenie ryzyka kursowego. Oznacza to, że jeżeli kurs złotego do dolara amerykańskiego się zmieni, to nie wpłynie na wartość inwestycji – podkreśla Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Na GPW obecnie notowanych jest osiem ETF-ów, w najbliższym roku GPW spodziewa się poszerzenia oferty tych instrumentów. – Tytuły uczestnictwa funduszy typu ETF notowane są jak akcje – można je kupić i sprzedać na warszawskim parkiecie. Obrót tymi instrumentami wspomagany jest przez animatora rynku. Fundusze ETF precyzyjnie replikują zmiany indeksu, na którym się opierają – dlatego też inwestowanie poprzez fundusze ETF nazywane jest inwestowaniem pasywnym – tłumaczy Izabela Olszewska.

Inwestowaniu pasywnemu poświęcona będzie organizowana już po raz drugi konferencja Warsaw Passive Investment Conference, która potrwa od 2-4 marca 2021 r. W tym roku, ze względu na pandemię koronawirusa, będzie mieć formułę zdalną.  – Podczas paneli dyskusyjnych oraz prezentacji uznanych ekspertów, polskich i zagranicznych, będziemy pokazywać jakie są walory inwestowania pasywnego dla grup inwestorów o różnym poziomie akceptowanego ryzyka – zapowiada Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Powrót nerwowości i cofnięcie w stronę dolara

Spadki rentowności obligacji USA na koniec handlu w piątek stworzyły wrażenie uspokojenia, co pomogło w przywróceniu klasycznego handlu risk-on. W poniedziałek rosną akcje, ryzykowne waluty i ropa naftowa. Ale podłoże pod inwestorami wciąż jest chwiejne.

Za nami szalony tydzień z silnymi ruchami na rynku długu. Inwestorzy są zaniepokojeni, że przyspieszenie globalnego ożywienia prowadzi do wyższej inflacji, co będzie skutkować zaostrzeniem polityki pieniężnej, głównie (ale nie tylko) ze strony Fed. Na łamach tego Komentarza dowodziłem, że wyższe rentowności nie muszą wcale zwiastować rychłego zwrotu w polityce monetarnej, a wzrost oprocentowania może iść w parze z hossą ryzykownych aktywów, o ile zmiany na rynku długu są miarowe. Jednak jeśli tempo będzie skokowe, będzie to wywoływać nerwowość wśród inwestorów, skutkując podwyższoną zmiennością szerszego spektrum aktywów. Dalej oczekuję, że wahania cen obligacji są zjawiskiem przejściowym i wkrótce powrócą warunki przyjazne dla ryzykownych aktywów, nawet jeśli oznacza to wyższe rentowności. Inwestorzy muszą się jednak przyzwyczaić do nowej sytuacji i stać się bardziej obojętni na to, co dzieje się z rentownościami.

W międzyczasie pomocne (lub nie) w stabilizacji nastojów będą wypowiedzi i działania banków centralnych. Do ofensywy przeszedł już Bank Rezerwy Australii, który podwoił planowany na dziś zakup obligacji skarbowych w ramach kontroli krzywej dochodowości. Przed weekendem odważniej o sytuacji na rynku długu wypowiadali się Lane i Schnabel z EBC, sygnalizując „wsparcie”, jeśli rentowności będą szkodzić ożywieniu. Ale wszyscy na rynkach chcą znać stanowisko Fed, gdyż to rynek długu USA jest epicentrum „kryzysu”. W ubiegłym tygodniu członkowie Fed z prezesem Powellem na czele zapewniali, że wzrosty rentowności nie są problemem i świadczą o poprawiającej się kondycji gospodarki. Teraz wygląda na to, że taki przekaz nie wystarcza i Fed będzie musiał zmienić język, by zakotwiczyć oczekiwania dotyczące stóp procentowych. Dziś uwaga skupi się na komentarzach Williamsa, Brainard oraz Bostica, Mester i Kashkariego. W czwartek przemawiać będzie prezes Powell.

Pomimo odbicia ryzykownych walut w nocy, start europejskiej części sesji przenosi powrót nerwowości i cofnięcie w stronę dolara. EUR/USD oddala się do 1,21, a GBP/USD zaprzestał ataku na 1,40. EUR/PLN zaczyna nowy miesiąc ponad 4,51, a złoty zdany jest na wahania nastrojów na rynkach zewnętrznych. Tak długo, jak wątpliwości będą krążyć wokół znaczenia wzrostu rentowności USA i stanowiska Fed, tak długo panować będzie rezerwa względem aktywów rynków wschodzących. Mimo to zmienność na rynku złotego jest dość niska w porównaniu z huśtawką na głównych rynkach, co sugeruje pozytywne postrzeganie waluty. Fundamenty bez wątpienia przemawiają za złotym, o czym dziś rano przypomniał silny wzrost indeksu PMI dla przemysłu (53,4).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dane MS: Sądy coraz rzadziej skazują za niepłacenie alimentów. Spadek jest na poziomie ponad 40%

Do połowy ub.r. sądy pierwszej instancji skazały ponad 13 tys. osób za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. To o niemal 43% mniej niż w analogicznym okresie roku wcześniejszego. Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że skończono z łagodnym traktowaniem osób unikających płacenia alimentów na swoje dzieci. Jednocześnie z danych resortu wynika, że znacznie wzrosła ściągalność tych zobowiązań do państwowego Funduszu Alimentacyjnego. Obawa przed prokuratorem sprawia, że alimenciarze o wiele częściej decydują się regulować tego typu zobowiązania.

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości za okres od stycznia do czerwca ubiegłego roku wynika, że 13 316 osób zostało skazanych w pierwszej instancji sądów powszechnych za uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Natomiast w pierwszej połowie roku wcześniejszego było ich 23 260, a w statystykach za cały 2019 rok widzimy – 47 001. Dla porównania, w 2016 roku skazano 8 499 osób, a rok później – 8 654. Natomiast 3 lata temu liczba ta wyniosła 45 104.

– Ministerstwo przywiązuje wielką wagę do sprawy ściągalności alimentów. Skończyliśmy z łagodnym traktowaniem osób, które unikają płacenia na swoje dzieci. Wprowadziliśmy jasne zasady. Każdego, kto zalega na kwotę równą lub przewyższającą trzymiesięczne zobowiązanie, może spotkać kara od grzywny do roku więzienia. I to przyniosło spore efekty – komentuje Agnieszka Borowska, rzecznik Ministra Sprawiedliwości.

Ponadto z danych wynika, że znacznie wzrosła ściągalność alimentów do państwowego Funduszu Alimentacyjnego. W 2015 roku wynosiła 13%, a w 2019 roku – już  41%. Nowe przepisy dały osobom oczekującym na alimenty również o wiele większe możliwości dochodzenia swoich praw w prokuraturze. W 2016 roku wszczęto 17 tys. spraw o niealimentowanie dzieci. Rok później, a więc już po nowelizacji, było ich ponad 38,5 tys. 2 lata temu – 94,5 tysięcy, a w pierwszej połowie ub.r. – ponad 49 tys.

– W 2015 roku do komorników wpłynęło ponad 59 tys. wniosków o egzekucję alimentów. 2 lata później było ich ponad 48,5 tys., a w 2018 roku – prawie 53,7 tys. Widać zatem, że alimenciarze w obawie przed prokuratorem o wiele częściej decydują się regulować tego typu zobowiązania. Gdy wniosek wpłynie do komornika, skuteczność egzekucji jest lepsza niż dawniej. W porównaniu z 2016 rokiem wzrosła o ok. 10%  – dodaje Agnieszka Borowska.

W opinii resortu, to pokazuje, że prawo w tym zakresie dobrze działa. Dzięki nowym rozwiązaniom wiele dzieci otrzymało należne wsparcie alimentacyjne ze strony swoich rodziców. Kontynuacją tych działań są rozwiązania, które m.in. mają przyspieszyć procedurę przyznawania alimentów. To miałoby się odbywać w ciągu kilkunastu dni w postępowaniu nakazowym alimentacyjnym.

Merit Investments ASI SA z planami przejęcia konkurencyjnej do pyszne.pl platformy marketplace wciagnij.to

Inwestorzy dobrze przyjęli podpisanie listu intencyjnego funduszu z właścicielem firmy Grupa ABS, Adrian Sadowski. W lutym br., spółka Merit Investments ASI SA, którego akcje są notowane na rynku NewConnect, kilkukrotnie zwiększyła swoją kapitalizację w porównaniu do stycznia. Jeszcze miesiąc temu można było kupić jedną akcję funduszu nawet za 56 groszy, gdy po raporcie z 22 lutego trzeba było płacić już nawet 2,40 złotego. Dynamicznemu wzrostowi kursu akcji towarzyszyły najwyższe w historii obecności spółki na NewConnect obroty. Tylko w ostatnim tygodniu lutego ponad 300 tysięcy akcji funduszu zmieniło swojego właściciela, a w ciągu całego miesiąca wolumen handlu akcjami przekroczył poziom 400 tysięcy sztuk akcji.

wciągnij toRaport Merit Investments ASI SA ukazał się jeszcze podczas trwania sesji giełdowej w dniu 22 lutego. Fundusz wraz z Adrianem Sadowskim chce założyć nową firmę w formie spółki akcyjnej, w której zamierzają rozwijać trzy projekty. Pierwszy z nich to platforma do zamawiania jedzenia na wynos i promocji restauracji pod nazwą „wciagnij.to”, która co do zasady będzie konkurowała np. ze znanym wszystkim portalem pyszne.pl. Drugi projekt to wirtualny kelner pod nazwą „Easy QR Menu”. Trzeci projekt spina całość pod kątem kompletnego rozwiązania IT dla gastronomii i pozwala zarządzać restauracją i dostawą zamówienia pod drzwi – pod nazwą „ABS POS”. Te trzy projekty mają zastosowanie głównie w branży gastronomicznej, szczególnie jako platforma e-commerce. Kompleksowe wdrożenie projektów w restauracji pozwala wspierać sprzedaż zdalną restauracji i kompleksowo nią zarządzać, zwiększając sprzedaż zamówionych dań na wynos. Platforma do zamawiania jedzenia na wynos „wciagnij.to” już działa w podstawowej funkcjonalności. Przeszła pozytywnie fazę alfa i wkrótce po zawiązaniu nowej spółki będzie komercjalizowana w największych miastach w Polsce, aby docelowo objąć znaczący obszar kraju swoim zasięgiem. Restauratorzy mogą się już zgłaszać do współpracy. Obecnie nie są pobierane żadne prowizje i opłaty od restauracji, a abonament za kompleksowe oprogramowanie jest już dostępny od ceny 1 zł dziennie. Jest to spore wsparcie pomysłodawców projektu dla sektora gastronomicznego, bardzo mocno przecież dotkniętego skutkami pandemii. Fundusz liczy na to, że nawyki Polaków do zamawiania dań z dostawą do domu czy biura pozostaną normą nawet po ustaniu pandemii. Obecnie to jedyna forma zamawiania ulubionych dań przez konsumenta.

Koncepcja pomysłu jest bardzo prosta. Restaurator, który we współpracy z nową spółką pomysłodawców wdroży kompleksowe rozwiązania, otrzyma do dyspozycji komplementarny, nowoczesny i unikatowy na skalę Polski system IT przeznaczony dla gastronomii. Nowoczesna platforma do wsparcia sprzedaży i zarządzania restauracją „wciagnij.to” to zaledwie cześć całego systemu.

W zakładce dla restauracji, możemy przeczytać, że portal to nie tylko dobrze przygotowana platforma marketplace, ale też w dużym stopniu nowość do zamawiania jedzenia online. Ważną kwestią jest fakt, że restaurator korzystając z wciagnij.to nie będzie płacić wysokich prowizji. Będzie mógł samodzielnie panować nad zasięgami dostaw. Do tego może dowolnie i zdalnie zmieniać swoje menu w każdej chwili zależnie od popytu, czy w trakcie godzin lunchtime. Bez prowizji, bez stresu, bez kłopotu, a całość w ramach komplementarnego pakietu projektów IT, które są w dużej mierze gotowe do komercjalizacji.

List intencyjny zakłada, że negocjacje umowy inwestycyjnej Sadowskiego z funduszem potrwają do końca marca, tak aby Zarząd Merit Investments ASI SA miał czas po zawarciu porozumienia inwestycyjnego na zbadanie projektów opisanych w raporcie do dnia 30 czerwca br. Podpisaniem listu intencyjnego fundusz zapewnił sobie długi czas wyłączności do projektów. Przy realizacji pozytywnego scenariusza jeszcze w lipcu br. fundusz zawiąże wspólną spółkę akcyjną z Adrianem Sadowskim w której będą rozwijać i komercjalizować swoje projekty.

W listopadzie zeszłego roku Merit Investments ASI SA podjął decyzję w sprawie wyboru modelu rozwoju i możliwych sposobów działania ASI w latach 2020 – 2025. Kluczowym dla funduszu jest wdrożony i realizowany handel akcjami już notowanymi na giełdzie, gdzie prym wiodą akcje spółek niedoszacowanych i wzrostowych, dla których projekcja zysku osiąganego przez ASI przy zamknięciu pozycji będzie rokować uzyskaniem ponadprzeciętnej stopy zwrotu w krótkim lub w średnim terminie. Do tego zarządzający funduszem przyznaje się do realizacji transakcji o typowo oportunistycznym charakterze nie tylko na giełdzie. Nie wyklucza też transakcji lewarowanych emisją obligacji i pożyczek w celu nabywania aktywów. Prezes Merit Investments ASI SA chce wykorzystywać możliwości współpracy z innymi inwestorami przy dokonywaniu transakcji. Merit Investments ASI SA w IVQ2018 jako druga spółka na polskiej giełdzie została wpisana na listę alternatywnych spółek inwestycyjnych – ASI. Od tego czasu fundusz osiąga coraz lepsze wyniki. W IIIQ2020 fundusz z 24 pozycji swojego portfela akcji notowanych, aż 23 pozycje zamknął z zyskiem. Raport roczny będzie publikowany 19 marca.

Venture INC wygenerował ponad 8 mln PLN zysku netto w 2020 r.

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, osiągnął w 2020 roku zysk netto w wysokości 8,1 mln PLN i zainwestował w 5 nowych spółek w ubiegłym roku.

Dzięki przemyślanym inwestycjom, w branże z potencjałem, wygenerowaliśmy blisko 8,1 mln PLN zysku netto. Pandemia, która początkowo wydawała się wyzwaniem, spowodowała widoczny wzrost zainteresowania technologiami, a w efekcie wzrost liczby klientów i przychodów spółek, w które zainwestowaliśmy.  Wyniki niejednokrotnie przewyższyły zakładane prognozy – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

W minionym roku w portfelu Venture INC pojawiło się 5 nowych spółek. Fundusz, zdecydował się na wejście w zupełnie nowy obszar inwestycji – gaming, poprzez bezpośrednie inwestycje w Exit Plan Games, Pixel Perfect Dude oraz przez podpisanie umowy inwestycyjnej z Movie Games, w rozwój Pixel Crow. Fundusz zaangażował się również w spółkę z obszaru Software as a Service: Primetric, oraz w rynek Direct to Consumer, poprzez inwestycję w dynamicznie rozwijający się Sundose. Spółka z Lublina, sprzedająca zindywidualizowane suplementy diety, ponad 7 krotnie zwiększyła swoją sprzedaż w 2020 roku i planuje ekspansję zagraniczną w 2021 roku.

W zeszłym roku z sukcesem dokonaliśmy częściowych dezinwestycji m.in: w Infermedica, a TimeCamp, w którym fundusz zwiększył zaangażowanie o kolejne 9%, wypłacił pierwszą w historii dywidendę i spodziewamy się kolejnych dywidend w przyszłości. Łącznie z dezinwestycji wpłynęło do nas prawie 5 mln PLN – dodaje Jakub Sitarz.

W minionym roku Venture INC dokonał również przeglądu portfela i zrestrukturyzował jego część usługową, która nie miała przed sobą perspektywy na ponadprzeciętny wzrost. Takie działanie pozwoli zespołowi skupić się wyłącznie na kluczowych spółkach produktowych, których działania opierają się na skalowalnych rozwiązaniach technologicznych. Fundusz zmienił również siedzibę, wprowadził zmiany organizacyjne, w efekcie których powiększył swój zespół. Co więcej, zainwestowano w narzędzia i rozwiązania, które pozwalają na bardziej efektywne skanowanie rynku w poszukiwaniu nowych projektów z potencjałem.

– Nasze plany rozwoju niezmiennie skierowane są w kierunku inwestycji w perspektywiczne branże. Obszary, na których do tej pory skupialiśmy naszą uwagę, po wybuchu pandemii nabrały jeszcze większego znaczenia i wartości, dlatego chcemy pozostać przy naszej strategii. Dysponujemy kwotą kilkunastu mln złotych, którą zamierzamy ulokować w inwestycje minimum raz na kwartał  – dodaje Jakub Sitarz.

Plany rozwoju spółek portfelowych są równie dynamiczne, m.in. w gamingu – Exit Plan planuje premierę swojej pierwszej gry już w marcu br. Natomiast studio Pixel Perfect Dude konsekwentnie rozwija, pobraną ponad już 10 mln razy grę mobilną #DRIVE, na platformy, takie jak Nintendo Switch, której premiera odbyła się w lutym 2021 br. Z kolei Sundose w 2021 roku kontynuuje ekspansję zagraniczną i prace nad rozwojem produktu. Intelliseq kontynuuje pracę nad platformą IntelliseqFlow oraz rozpoczęcie testów i sprzedaży oprogramowania u potencjalnych odbiorców, a także uruchomienie usług analizy odczytów genomów/transkryptomów w modelu SaaS. Spółka planuje również pierwsze wdrożenie systemu GeneTraps.

Ailleron zrealizuje pionierski kontrakt w Stanach Zjednoczonych w obszarze HotelTech

Czołowy polski dostawca nowoczesnych produktów i usług technologicznych nawiązał współpracę z Charleston Harbor Resort and Marina z Karoliny Południowej. Ailleron wyposaży hotel w system interaktywnej obsługi gości hotelowych iLumio. Historycznie jest to pierwszy kontrakt segmentu HotelTech zawarty na rynku Stanów Zjednoczonych.

Kontrakt dotyczy wdrożenia  aplikacji mobilnej iLumio dostępnej na platformach: iOS i Android, oraz systemu iLumio CMS przeznaczonego dla obsługi hotelowej.

Wysoko oceniamy perspektywy rozwoju w Stanach Zjednoczonych. Podpisany kontrakt to przyczynek do dalszych działań na tamtejszym rynku, który jest jednym z największych na świecie w naszym segmencie. To również dowód, że oferta oraz rozwiązania proponowane przez Ailleron bardzo dobrze wpisują się potrzeby branży, która najbardziej ucierpiała z powodu pandemii i jest obecnie w fazie transformacji.  Oferta Ailleron doskonale odpowiada na najnowsze trendy rynkowe, które są połączeniem rozwiązań interaktywnych oraz zapewniają bezpieczeństwo klientom hoteli.  Nasze wewnętrze analizy wskazują, że najwięcej zapytań dotyczących segmentu HotelTech pochodzi właśnie z USA, następnie z  z obszaru Unii Europejskiej oraz z Bliskiego Wschodu, gdzie mamy wielu klientów. Dlatego też iLumio skupia się z promocją swoich rozwiązań właśnie na tych rynkach.”– wyjaśnia Dawid Ślusarczyk, General Manager BU HotelTech Ailleron.

iLumio to najnowszej generacji system interaktywnej obsługi gości hotelowych. Platforma zapewnia zintegrowaną obsługę wszystkich ekranów prezentujących interaktywne informacje dla gości hotelowych, stały dostęp do multimedialnego centrum rozrywki, aplikacji mobilnej, inteligentne sterowanie urządzeniami w obiektach hotelowych, dokonywanie rezerwacji oraz zwiększa sprzedaż usług dostępnych w ofercie hotelu. iLumio jest wybierane chętnie zarówno przez nowo budowane jak i funkcjonujące na rynku hotele. Rozwiązanie zostało wdrożone między innymi w obiektach takich znanych sieci jak: Hilton, Holiday Inn, Best Western, Puro, VALAMAR, StayCity LUX Collective, Crown and Champa czy Atlantis. System iLumio sprawdza się świetnie w instalacjach obsługujących stadiony sportowe oraz w placówkach medycznych.