Czy walka NBP o konkurencyjność polskiego eksportu naprawdę jest konieczna?

Próby osłabienia złotego przez NBP mogą być pomocne, ale z pewnością nie są niezbędne polskim eksporterom. Z kolei importerom mogą wręcz szkodzić. Dla przedsiębiorców liczą się przede wszystkim: koniunktura na rynkach docelowych oraz możliwie stabilny i przewidywalny kurs walutowy.

Obniżka stóp procentowych jeszcze w pierwszym kwartale 2021 r. to jeden ze scenariuszy rozważanych przez władze monetarne na wypadek pogarszania się sytuacji gospodarczej w Polsce – wynika z niedawnych wypowiedzi prof. Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Bazując na sygnałach płynących ze strony Rady Polityki Pieniężnej, przed najbliższym posiedzeniem (3 lutego) w 2021 r. nie należy spodziewać się wzrostu stóp procentowych. Także cięcia i zejście do poziomu poniżej zera (obecnie główna stopa referencyjna wynosi 0,1 proc.) są mało prawdopodobne. Taki scenariusz możliwy jest jedynie w przypadku znacznego pogorszenia sytuacji gospodarczej.

Nie można natomiast wykluczyć, że Narodowy Bank Polski powtórzy działania z przełomu roku i przeprowadzi kolejne interwencje, mające na celu osłabienie złotego. Wątpię jednak, by mogły one wyraźnie pomóc eksporterom.

Import dotarł do granicy opłacalności. Warto zabezpieczyć kurs w eksporcie

Mniej więcej od połowy grudnia 2020 r. kurs EUR/PLN utrzymuje się w okolicach poziomu 4,50. To oczywiście dobra informacja dla eksporterów – kraje strefy euro odbierają ok. 60 proc. wartości polskiego eksportu. Słabszy złoty sprawia, że ta sama cena płacona przez odbiorców w euro przynosi firmom więcej zysku po przeliczeniu na złote.

Gdy spojrzymy na historyczne dane, to okaże się, że od początku 2019 r. tzw. kurs opłacalności eksportu dla EUR/PLN waha się w przedziale 3,98–4,01. Według wyników badań NBP kurs złotego poniżej tego pułapu spowodowałby, że eksport do strefy euro stałby się dla polskich firm nieopłacalny. Aktualny kurs EUR/PLN (ok. 4,50) jest o kilkanaście procent wyższy od tego progu, dając eksporterom spory bonus do zysków.

Co z tym zrobić? Na miejscu właścicieli firm sprzedających towary do strefy euro rozważyłbym skorzystanie z instrumentów finansowych, które pozwolą zabezpieczyć rozliczenia w oparciu o aktualny kurs EUR/PLN w kolejnych kwartałach.

Nie wierzę bowiem, że NBP jest jeszcze w stanie znacząco osłabić polską walutę. Dlaczego?

  • Po pierwsze: bank centralny porwałby się na walkę z rynkiem. Historia pokazuje, że to operacja skazana na niepowodzenie. Warto w tym kontekście przypomnieć interwencje przeprowadzane przez Szwajcarski Bank Narodowy, który od dawna bezskutecznie próbuje osłabić franka.
  • Po drugie: władze monetarne muszą mieć na uwadze również sytuację importerów (wartość towarów sprowadzanych ze strefy euro to ok. 45 proc. wartości całego importu do Polski). W ich przypadku osłabienie złotego zmniejsza opłacalność biznesu, bo ta sama cena w euro oznacza wyższy koszt wyrażony w złotych. Tymczasem ruch na parze EUR/PLN z przełomu roku wyraźnie przybliżył importerów do granicy opłacalności biznesu. Według wspomnianego już badania NBP od początku 2019 r., w zależności od kwartału, zaczynali oni tracić przy kursie EUR/PLN 4,53–4,62.

Poniżej dla porównania można zobaczyć kształtowanie się kursu EUR/PLN wobec kursów opłacalności od 2015 r.

kurs euro a eksport
Źródło: Dane kwartalne NBP (średnie kursy EUR/PLN) oraz publikacja „Szybki monitoring NBP. Analiza sytuacji przedsiębiorstw”.

Najlepszy dla przedsiębiorcy jest… stabilny kurs złotego

Jeżeli w pierwszej połowie 2021 r. po zaszczepieniu najbardziej narażonych na COVID-19 osób i wycofaniu restrykcji w Europie gospodarka pokaże oznaki ożywienia, to inwestorzy zaczną porzucać waluty określane jako bezpieczne przystanie i lokować kapitał na rynkach wschodzących. A to powinno oznaczać umocnienie złotego i podobnych mu walut regionu.

Czy interwencje NBP będą wówczas skuteczne? Nie sądzę. Co ważniejsze, nie będą także konieczne, bo zarówno dla eksporterów, jak i importerów liczy się przede wszystkim koniunktura na rynkach, z którymi współpracują. Kurs złotego wobec euro, pomijając sytuacje skrajne, ma znaczenie drugorzędne – zwłaszcza gdy przedsiębiorcy zabezpieczają kursy walutowe za pomocą kontraktów terminowych. Waluta powinna być więc przede wszystkim możliwie stabilna, przewidywalna, wsparta bardzo przejrzystą polityką monetarną.

Tylko w ten sposób przedsiębiorcy mogą z wyprzedzeniem planować budżety i szacować wyniki zamówień w eksporcie i imporcie. Mówiąc wprost: ktokolwiek planuje dziś biznes, licząc na przyszłe interwencje banku centralnego, uprawia nic innego jak hazard.

Eksport w czasie pandemii silny jak nigdy

Warto zwrócić uwagę, że nawet bez pomocy ze strony NBP polscy eksporterzy radzą sobie świetnie. Potwierdzają to wyniki uzyskane przez nich w trudnym czasie pandemii, stanowiące dobrą prognozę w kontekście spodziewanego ożywienia gospodarczego w Europie.

Według najnowszych danych NBP listopad 2020 r. był drugim miesiącem z rzędu, w którym wartość eksportu towarów z Polski przekroczyła 100 mld zł. Tym razem sięgnęła ona dokładnie 103,4 mld zł, czyli o 15 proc. więcej wobec listopada 2019 r. To nie „wypadek przy pracy”. Cały ubiegły rok upłynął pod znakiem siły eksporterów – najlepiej świadczy o tym fakt, że w okresie 12 miesięcy (XII 2019–XI 2020) wartość polskiego eksportu przekroczyła 1 bln zł, przewyższając wartość importu o rekordową kwotę w wysokości prawie 51 mld zł (na wysokość samej nadwyżki miała dodatkowo wpływ zmiana kursu EUR/USD).

W kolejnych kwartałach kluczowe dla polskich przedsiębiorców – a tym samym dla siły polskiej gospodarki – będą m.in. tempo szczepień, zniesienie lockdownów i powrót do normalności w Europie. Jeśli pozytywny scenariusz się zrealizuje, to ze zmiennością kursów walutowych poradzą sobie zarówno eksporterzy, jak i importerzy. Bez jakichkolwiek interwencji.

Autor: Jakub Łańcucki, Dyrektor Zarządzający Ebury Polska

Wojna handlowa Chiny-USA się nie skończy

Działania prezydenta Bidena oraz wypowiedzi prezydenta Chin w internetowym Davos pokazują, że konflikt pomiędzy tymi państwami się nie skończy. Skończy się natomiast jego twitterowa odnoga.

Dobre dane z Wysp

Od rana poznaliśmy ważne dane z rynku pracy w Wielkiej Brytanii. W listopadzie średnie wynagrodzenia rosły o 3,6%. W tym samym czasie stopa bezrobocia wzrosła do 5,0%, aczkolwiek analitycy typowali wyższą wartość o 0,1%. Z kolei grudniowa liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła zaledwie 7 tysięcy, co może sugerować, że grudniowe dane w kwestii bezrobocia również będą korzystne. Co nam mówią te dane? Pokazują, że inwestorzy nie bali się zapowiadanych katastrofalnych skutków brexitu od samego początku. Nie może zatem dziwić, że w styczniu po początkowej słabości funt nie tylko odzyskał straty, ale też zyskuje na wartości względem pozostałych walut.

Buy American

Okazuje się, że Biden pomimo bycia stawianym jako przeciwieństwo Trumpa może mieć z nim wiele wspólnych poglądów. Dobrym przykładem jest inicjatywa mająca na celu zwiększenie zakupów amerykańskich produktów przez administrację. Analitycy obawiają się, że nie obędzie się to bez podniesienia niektórych kosztów, skoro trzeba będzie zrezygnować z importowanych towarów. Z drugiej strony próba przestawienia gospodarki na patriotyzm zakupowy nie jest niczym nowym i wiele państw bardzo chciałoby uzyskać taki efekt nie tylko w trakcie kryzysu. Ruch ten jest wyraźnym sygnałem dla Chin, że zmiana prezydenta pewnego kierunku w polityce nie zapewni.

Forum “w Davos”

Tegoroczne Davos odbywa się przez internet, ale się odbywa. Jednym z pierwszych ważnych sygnałów był pomysł prezydenta Chin mający na celu koordynację polityki makroekonomiczej na świecie. Wystąpienie oczywiście nie było bezinteresowne. Odwoływał się bardzo mocno do wolnego handlu, likwidacji barier i zakończenia dyskryminacji. Wspomniał również o wymianie technologii. Są to postulaty, które stawiałyby Chiny w bardzo korzystnej sytuacji. Nieprzypadkowo jednak pominął w swojej wypowiedzi prawa pracowników, czy kwestie ekologii.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Od jednoosobowego startupu do firmy zatrudniającej 5000 ekspertów i zbliżającej się do 1 mld zł przychodów – 15 lat Sii Polska

W styczniu 2021 roku Sii Polska obchodzi 15. urodziny. Wiele się zmieniło, ale firma pozostała wierna swoim podstawowym założeniom: misji, celom i wartościom. – W 2006 roku miałem nadzieję, że Sii Polska stanie się uznaną, dobrze prosperującą firmą, w której ludzie będą czerpać z pracy przyjemność i poczucie dumy. Dziś mogę z radością powiedzieć, że rzeczywistość przerosła wszystkie moje oczekiwania – mówi Grégoire Nitot, CEO i założyciel Sii Polska.

Ten rok jest wyjątkowy dla Sii Polska – w styczniu firma obchodzi 15-lecie działalności. Wiele się zmieniło przez ten czas, ale kluczowe rzeczy pozostały takie same. Od samego początku firma była zorientowana na ludzi, a decyzje były i nadal są podejmowane zgodnie z 14 podstawowymi wartościami, którymi kierują się Power People każdego dnia, aby osiągnąć 5 strategicznych celów: zysk, satysfakcję klientów, zadowolenie pracowników, wygrywanie z konkurencją i zabawę. Od samego początku Sii Polska była nastawiona na rozwój, zarówno pod kątem zatrudnienia jak i przychodów. Z każdym rokiem wskaźniki dynamicznie rosły, a ubiegły rok finansowy firma zakończyła w marcu 2020 z przychodami na poziomie 840 mln zł.

Power People – klucz do sukcesu

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem sukcesu Sii było ustanowienie i realizacja misji firmy: Power People, czyli identyfikowanie i promowanie najlepszych pracowników. Przez lata setki utalentowanych pracowników awansowało na stanowiska kierownicze. Inwestując w rozwój ludzi i stwarzając im możliwości rozwoju, Sii Polska zdobyła tytuł Great Place to Work, którym jest wyróżniana nagradzana od 2015 roku. Wyróżnienie jest przyznawane na podstawie anonimowego badania satysfakcji pracowników i audytu kultury organizacyjnej firmy. W przeciągu ostatniego roku spadł także wskaźnik rotacji pracowników.

– Jestem bardzo dumny, że tak wiele osób, które były z nami na początku, nadal jest częścią Sii. W 2006 roku miałem nadzieję, że Sii Polska stanie się uznaną, dobrze prosperującą firmą, w której ludzie będą czerpać z pracy przyjemność i poczucie dumy. Dziś mogę z radością powiedzieć, że rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Wiele już osiągnęliśmy, ale teraz skupiamy się na przyszłości, zwłaszcza że przed nami kolejne ważne kamienie milowe, jak 1 mld zł przychodów, który powinniśmy osiągnąć w obecnym roku obrotowym kończącym się w marcu 2021 – mówi Grégoire Nitot, założyciel i CEO Sii Polska.

Jedną z rzeczy, która pozostała niezmieniona, jest świetna atmosfera, z której Sii słynie. I staje się ona tylko lepsza wraz z dynamicznym wzrostem zatrudnienia, które osiągnęło poziom 5000 Power People w 14 lokalizacjach w całej Polsce. Kolejne lata przyniosły wiele wspaniałych wspomnień z licznych imprez, takich jak weekendy integracyjne i tematyczne bale karnawałowe.

Zespoły projektowe liczone w setkach

To, co także łączy ludzi w Sii, to projekty w ramach Programu Sponsoringu Pasji i Sii Power Volunteers, na które firma przeznacza obecnie 500 000 zł rocznie. Do tej pory pracownicy Sii pomogli dzieciom z fundacji charytatywnych, odnowili sale szpitalne, opiekowali się zwierzętami w schroniskach, prowadzili lekcje obsługi komputera dla seniorów oraz uczyli programowania. Ponadto w firmie powstało wiele społeczności poświęconych hobby, w których osoby z różnych lokalizacji i działów mogą dzielić się wiedzą techniczną i pasjami. Istnieją grupy zajmujące się programowaniem, testowaniem, żeglarstwem, wspinaczką górską, bieganiem, ogrodnictwem i wiele innych.

Jednak pewne rzeczy uległy zmianie na przestrzeni lat. Sii zaczynało od obsługi małych i średnich firm. Obecnie wiodące marki z różnych sektorów na całym świecie wybierają Sii jako dostawcę usług IT, inżynieryjnych, BPO i doradczych, w tym Mercedes, Puma, Roche, ABB, mBank, Volvo, Ingenico, Reckitt Benckiser, Credit Suisse, 3M, Qiagen i wiele więcej. Obecnie największy zespół realizujący projekty dla największego klienta liczy ponad 500 osób, a kilka innych jest tuż za nim z ponad 400 inżynierami na pokładzie. Na przestrzeni lat Sii Polska nawiązała także szereg prestiżowych partnerstw, między innymi z Microsoft, IBM, Google Cloud, Adobe i SAP.

Historia Sii rozpoczęła się w małym biurze o powierzchni 50m2 przy ulicy Szpitalnej w centrum Warszawy. Od 2006 roku firma zbudowała swoją bazę biurową w największych miastach Polski: Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie, Łodzi, Lublinie, Katowicach, Rzeszowie, Bydgoszczy, Częstochowie, Pile, Białymstoku i Gliwicach. Obecnie biura Sii zajmują łącznie ponad 40 tys. m2 w biurowcach klasy A.

Agencja Moody’s utrzymała rating PGE na poziomie Baa1

Agencja ratingowa Moody’s Investors Service utrzymała długoterminowy rating dla PGE Polskiej Grupy Energetycznej na poziomie Baa1, jednocześnie zachowana została stabilna perspektywa ratingu.

Analitycy Moody’s pozytywnie ocenili nową strategię Grupy PGE, która zakłada, rozwój źródeł odnawialnych i niskoemisyjnych oraz osiągnięcie celu neutralności klimatycznej do 2050 roku.

Zdolność kredytową Grupy PGE wzmacnia jej dominująca rola na polskim rynku energetycznym oraz pozycja lidera w segmentach wytwarzania energii, ciepła sieciowego oraz sprzedaży energii. Istotna jest także przewidywalność zysków, ze względu na fakt że około 50% zysku EBITDA pochodzi z segmentów regulowanych – Dystrybucji i Ciepłownictwa. Atutem PGE jest niski poziom dźwigni finansowej (poziom przepływów z działalności operacyjnej FFO za ostatnie 12 miesięcy do długu netto na koniec III kwartału 2020 r. wynosił 79%).

Opinia kredytowa Moody’s wskazuje, że przyjęta przez nas zmiana strategii w kierunku energii odnawialnej i źródeł niskoemisyjnych była decyzją, która bezpośrednio przekłada się na stabilność finansową i wysoką wiarygodność kredytową Grupy PGE” – powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Według Moody’s znaczącym wyzwaniem dla Grupy PGE będzie zarządzanie złożonym procesem zmiany strategii spółki, kwestia wydzielenia aktywów węglowych oraz realizacja dużych inwestycji w farmy wiatrowe na morzu. Jednak stabilna perspektywa ratingu odzwierciedla założenie, że PGE utrzyma wskaźniki zadłużenia na właściwym poziomie.

Badanie EY: Pandemia zwiększyła zarówno świadomość, jak i chęć dzielenia się danymi osobowymi

Jak wynika z globalnego badania EY „Global Consumer Privacy Survey 2020”, rozwój pandemii COVID-19 to jeden z najistotniejszych czynników, który w ostatnim czasie wpłynął na zwiększenie świadomości dotyczącej prywatności danych osobowych i zakresu ich wykorzystywania. Wskazało na to 43% ankietowanych, którzy za równie ważne w tym zakresie uznali głośne incydenty dotyczące naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych. Jak pokazują wyniki badania, zmiany regulacyjne (na przykład wejście w życie RODO), tylko zdaniem jednej czwartej respondentów zwiększyły świadomość tego, w jaki sposób firmy wykorzystują dane osobowe.

Pandemia z jednej strony zwiększyła świadomość dotyczącą zagadnienia dzielenia się danymi osobowymi, ale również zachęciła do dzielenia się nimi. Dokładnie połowa (50%) ankietowanych konsumentów twierdzi, że rozprzestrzenianie się COVID-19 zwiększyło skłonność do udostępniania swoich danych osobowych, zwłaszcza jeśli mogą one przyczynić do postępu prac badawczych albo służyć dobru społecznemu.

– Ochrona danych osobowych to zagadnienie, które w ostatnich miesiącach zyskało na popularności na całym świecie. Również Polacy zaczęli się nim częściej interesować – głównie za sprawą powstających w czasie pandemii aplikacji, pomagających monitorować kontakty między ludźmi, by wychwytywać potencjalne kanały potencjalnej transmisji wirusa. Co jednak odróżnia nas na tle wyników globalnych to mniejsza chęć dzielenia się informacjami o sobie. Z badań przeprowadzonych przez EY Polska latem wynikało, że tylko około jedna trzecia Polaków byłaby skłonna do udostępnienia swoich danych osobowych, by wesprzeć procesy pozwalające na monitorowanie rozprzestrzeniania się pandemii i śledzenia ognisk zakażeń. Świadomość Polaków dotycząca ochrony danych osobowych regularnie wzrasta, choć podobnie jak na całym świecie głównie dzieje się to wtedy, kiedy konsumenci bezpośrednio zetkną się ze zjawiskiem naruszenia bezpieczeństwa danych. Same przepisy nie są natomiast podstawowym źródłem wiedzy w tym aspekcie – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Associate Partner, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Powiedz ile masz lat, a powiem ci jaki jest twój stosunek do danych osobowych
Jak pokazują badania EY, świadomość dotycząca ochrony i prywatności danych osobowych jest różna w zależności od grupy wiekowej. 34% osób z grupy Baby Boomers (respondenci w wieku 56-75 lat) i 25% osób z Pokolenia X (respondenci w wieku 40-55 lat) uważa, że ani głośne incydenty naruszenia prywatności danych osobowych, ani pandemia, ani nawet zmiany regulacyjne (jak na przykład RODO) nie przyczyniły się do zwiększenia ich świadomości w zakresie wykorzystywania danych osobowych przez organizacje.

W ostatnich miesiącach, jedynie 45% wszystkich ankietowanych poświęciło czas, by dowiedzieć się, w jaki sposób firmy wykorzystują ich dane osobowe i najczęściej byli to przedstawiciele Millennialsów (osoby w wieku 24-39 lat) lub przedstawiciele Pokolenia Z (w wieku 18-23 lata). To oni również znacznie chętniej niż przedstawiciele starszych grup wiekowych decydowali się na przekazanie danych i informacji dotyczących swojego zdrowia, by wspomóc walkę z pandemią i działać tym samym dla dobra społecznego.

Z badania EY wynika także, że altruistyczne udostępnianie danych jest najbardziej powszechne wśród młodszych konsumentów: 26% Millennialsów i 22% przedstawicieli Pokolenia Z twierdzi, że poprawa jakości życia nieznanej osoby jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o udostępnieniu swoich danych. Dla porównania, na taki krok decyduje się tylko 19% przedstawicieli Pokolenia X i 14% z pokolenia Baby Boomers.

Z badania EY wynika również [1], że 50% Millennialsów i 42% przedstawicieli Pokolenia Z to osoby otwarte na przekazanie dużej firmie technologicznej informacji pokazujących, czego poszukują w sieci, w zamian za bardziej spersonalizowane wyniki wyszukiwania i doświadczenia online. Na udostepnienie tego typu danych zdecydowałoby się zaledwie 23% z biorących udział w badaniu przedstawicieli pokolenia Baby Boomers.

Młodsi konsumenci są również bardziej wymagający. W ostatnich miesiącach 38% Millennialsów i 31% przedstawicieli Pokolenia Z zwracało się do organizacji z prośbą o sprawdzenie, jakie dane osobowe posiada i / lub poprosiło o ich usunięcie. Taki krok wykonało zaledwie 9% przedstawicieli pokolenia Baby Boomers.

Kiedy chętnie dzielimy się danymi?

Jak wynika z badania EY, wśród czynników, które sprawiają, ze konsumenci chętniej dzielą się swoimi danymi osobowymi najważniejszy to bezpieczne zbieranie i przechowywanie danych przez firmy, którym zostaną one udostępnione. Ten aspekt jest istotny dla 63% badanych. Kolejne to kontrola nad udostępnianymi danymi przekazywanymi przez firmy (to czynnik ważny dla 57% ankietowanych) oraz zaufanie do organizacji, na które wskazuje nieco ponad połowa badanych (51%). Dla jednej czwartej badanych istotne jest, by za udostępnione dane otrzymać dodatkowe korzyści, jeden na pięciu użytkowników ceni sobie spersonalizowanie towarów i usług na podstawie udostępnionych informacji o sobie.

Rys. Odsetek osób, które uważają poszczególne czynniki za najistotniejsze, decydując o przekazaniu organizacji swoich danych osobowychprzekazanie organizacji swoich danych osobowych– Udostępnienie danych osobowych dla bardziej spersonalizowanych usług i doświadczeń klienckich to krok, na który w Polsce gotowa jest jedna na cztery osoby[2]. Około 24% osób jest z kolei skłonnych przekazać swoje dane osobowe w zamian za wynagrodzenie lub zapewnienie sobie zniżki na zakupy lub lepszą ofertę. Jeśli już decydujemy się na przekazanie danych, najczęściej zależy nam na tym, by były one możliwie jak najbardziej zanonimizowane. Wygoda zakupów w sieci może jednak spowodować, że klienci pójdą o krok dalej i zechcą je jeszcze bardziej usprawnić i na przykład w zamian za przekazanie danych osobowych system będzie automatycznie uzupełniał ich koszyk zakupowy. Na taką otwartość będziemy pewnie jednak musieli jeszcze poczekać – mówi Adam Malarski, Starszy Menedżer EY, Business Consulting, zespół Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

O badaniu
Dane zawarte w „Global Consumer Privacy Survey 2020” są oparte na globalnej ankiecie zleconej przez EY i przeprowadzonej przez Longitude w lipcu i sierpniu 2020 r. wśród 1901 konsumentów (w wieku 18-75 lat) w regionie Azji i Pacyfiku, Europie i na Bliskim Wschodzie, w Indiach i Afryce (EMEIA) oraz obu Amerykach. Pytania dotyczyły podejścia do prywatności i udostępniania danych, oczekiwania co do tego, jak organizacje będą wykorzystywać dane osobowe i jak dostosowuje się prywatność danych w świecie po pandemii.

Nowa rzeczywistość zmienia sektor finansowy

Wskaźnik Customer Experience Excellence w Polsce wzrósł o ponad 3,6 proc. r/r w przypadku banków i operatorów płatności oraz 5,5 proc. r/r w branży ubezpieczeniowej. Pomimo działania w trudnych warunkach związanych z pandemią COVID-19, troska o dbałość relacji z klientami nie zeszła na dalszy plan. Polacy docenili działania marek, które działały w ich interesie w przypadku m.in. problemów z regulowaniem spłat lub dopasowały swoją ofertę do dynamiczniej rosnącej aktywności klientów online. Z badania KPMG w Polsce wynika, że postępująca digitalizacja, pojawienie się nowego typu klienta, konkurencja ze strony fintechów czy rekordowo niskie stopy procentowe będą w znacznym stopniu determinowały na działalność firm z sektora finansowego w Polsce.

W tegorocznej edycji badania konsumenci w Polsce lepiej niż poprzednio ocenili doświadczenia oferowane przez firmy z sektora finansowego. Banki znalazły się na 6. miejscu wśród badanych sektorów. Z kolei firmy z sektora ubezpieczeniowego znalazły się na 7. miejscu (awansując o 1 pozycję r/r). W przypadku banków kluczowe znaczenie dla budowania pozytywnych doświadczeń klientów było działanie w interesie klienta oraz rozumienie jego indywidualnych potrzeb – jak np. problemów z regulowaniem spłat. Klienci cenią sobie również jasną i zrozumiała politykę cenową oraz efektywne procesy obsługowe w kanałach zdalnych, których wykorzystanie wśród klientów utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie. Z kolei firmy ubezpieczeniowe oparły budowę pozytywnych doświadczeńklientów w szczególności nadostosowaniu zakresu oferty produktowej do nowych potrzeb klientów czy umożliwienie rozwiązania większej ilości spraww kanałach zdalnych.

Andrzej Gałkowski, partner w dziale usług doradczych dla sektora finansowego, lider doradców dla sektora bankowego w KPMG w Polsce.
Marcin Popadiuk, Customer & Strategy Lead, Financial Services Management Consulting w KPMG w Polsce.

Łatwe rozliczenie PIT 28

Pomału zbliża się termin rozliczenia PIT 28 za ubiegły rok. Zamiast więc popełniać błąd i zostawiać wszystko na ostatnią chwilę, warto już teraz przygotować się do wypełnienia deklaracji i ułatwić sobie zadanie oraz oszczędzić nerwów.

  1. Czym jest pit 28?
  2. Kto powinien wypełnić pit 28 za rok 2020?
  3. Rozliczenie PIT-28 online: jak to zrobić?
  4. PIT 28 za 2020: do kiedy należy go rozliczyć?

Oprócz przygotowania dokumentów, które będą niezbędne przy rozliczaniu PIT, należy również upewnić się, że to właśnie z tej deklaracji powinno się skorzystać. W przeciwnym razie można popełnić błędy, których wyjaśnienie zajmie wiele czasu.

Czym jest pit 28?

Do rozliczenia rocznego można wykorzystać różne deklaracje, a jedną z nich jest PIT-28. Podobnie jak w przypadku innych pitów, mogą z niego skorzystać tylko określone osoby. Warto o tym pamiętać, ponieważ czasami podatnicy nie zwracają uwagi na rodzaj deklaracji, a później muszą dokonywać korekty. Deklaracja PIT-28 może zostać złożona w sposób tradycyjny lub online. Pierwsze rozwiązanie jest jednak niepraktyczne, dlatego coraz więcej osób upoważnionych do rozliczenia za pomocą PIT 28 wybiera wypełnienie formularza drogą elektroniczną. Oszczędza się dzięki temu czas i jednocześnie zyskuje pewność, że dokument w formie elektronicznej dotrze do odpowiedniego urzędu skarbowego.

Kto powinien wypełnić pit 28 za rok 2020

Wspomniany druk powinni wypełnić podatnicy, którzy korzystają z rozliczeń uwzględniających ryczałt ewidencjonowany. Nie ma przy tym znaczenia, czy wynika on z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej w formie firmy jednoosobowej lub spółki cywilnej. Dodatkowo PIT 28 jest odpowiedni, jeżeli ktoś chce rozliczyć przychody uzyskane z najmu. Dotyczy to również podnajem, dzierżawę i pozostałe umowy z tej kategorii. Z tego powodu PIT-28 jest najczęściej wybierany przez przedsiębiorców. Nie mogą z niego natomiast skorzystać osoby zatrudnione na etacie, które chcą rozliczyć jedynie przychody wynikające z wynagrodzenia. Istotną rzeczą, o której należy pamiętać, jest to, że druk PIT 28 należy rozliczać indywidualnie. Tym samym nie można go rozliczyć wspólnie z małżonkiem.

Rozliczenie PIT-28 online: jak to zrobić?

W Polsce nieustannie zmieniają się ulgi oraz sposoby rozliczania przychodów, dlatego samodzielne rozliczenie PIT na pierwszy rzut oka może wydawać się skomplikowane. Zanim jednak wydasz pieniądze na to, aby zlecić rozliczenie pitu księgowemu, koniecznie sprawdź program pit 28 online. To proste w obsłudze narzędzie pozwala samemu rozliczyć PIT bez potrzeby zapoznawania się ze skomplikowanymi wytycznymi. Aplikacja prowadzi użytkownika za rękę, więc na pewno nie pominie żadnego istotnego pola. Zaletą programu jest to, że można uruchomić go online w oknie przeglądarki internetowej lub pobrać instalator i zainstalować na dysku. Aplikacja jest stale rozwijana, a z każdym rokiem powiększa się ilość osób, które z niej skorzystały. Zdaniem wielu z nich jest to najlepszy sposób na rozliczenie PIT 28, szczególnie jeżeli ktoś nie zajmuje się takimi rzeczami na co dzień.

PIT 28 za 2020: do kiedy należy go rozliczyć?

Niezależnie od tego, czy skorzystasz z narzędzia do pit w wersji instalowanej na dysku, czy wybierzesz wariant online, pamiętaj o ostatecznym terminie złożenia deklaracji. W przypadku PIT-28 za 2020 rok termin złożenia mija ostatniego dnia lutego. Bez względu na to, który druk będziesz wypełniał w tym roku, wypróbuj program do pit online, a wszystkie formalności załatwisz w mniej niż dziesięć minut.

Rynek powierzchni biurowych w Polsce w 2020 roku

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opublikowała dane dotyczące rynku powierzchni biurowych na ośmiu głównych rynkach regionalnych w Polsce (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) za rok 2020. Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a podsumowanie dotyczy zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, liczby i wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec czwartego kwartału 2020 roku łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu rynkach regionalnych wyniosły około 5,79 mln m kw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Krakowie (1 554 900 m kw.), Wrocławiu (1 226 300 m kw.) oraz Trójmieście (888 600 m kw.).
  • W 2020 roku do użytkowania oddano obiekty o łącznej powierzchni 393 300 m kw., z czego najwięcej w Krakowie (ok. 140 700 m kw.), Katowicach (61 300 mkw.) oraz Trójmieście (60 300 m kw.). W czwartym kwartale 2020 roku deweloperzy dostarczyli sześć projektów, wśród największych z nich Face2Face B (26 200 m kw.) wybudowany przez Echo Investment w Katowicach, Hi Piotrkowska (21 000 m kw.) wybudowany przez Master Management Group w Łodzi oraz Unity Tower (15 600 m kw.) dostarczony przez GD&K Group oraz Eurozone Equity w Krakowie.
  • Na koniec czwartego kwartału 2020 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 736 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 12,7% (wzrost o 0,8 p.p. kw./kw. oraz wzrost o 3.1 p.p. w porównaniu do końca 2019 roku). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi – 16,4 %, najniższy w Szczecinie – 6,9%.
  • Całkowity wolumen transakcji najmu zarejestrowanych w 2020 roku wyniósł 582 200 m kw., co jest wartością o 16% mniejszą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast w samym czwartym kwartale 2020 roku wynajęto o 26% mniej powierzchni niż przed rokiem. W całym 2020 roku najwięcej powierzchni zostało wynajęte w Krakowie (156 600 m kw.) i Wrocławiu (128 400 m kw.).
  • W 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 47% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, a ekspansje za 13%. W samym czwartym kwartale 2020 roku największy udział stanowiły nowe transakcje – 57%, natomiast na umowy odnowieniowe oraz ekspansje przypadło odpowiednio 35% i 5%.
  • Wśród największych transakcji zawartych w 2020 roku należy wymienić umowę przednajmu Allegro w budowanym projekcie Nowy Rynek D1 (26 000 m kw.), odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), transakcje przednajmu ING Tech Poland w budynku wieżowym Global Office Park A2 (16 600 mkw.), kolejną transakcję przednajmu firmy Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.) oraz transakcję klienta poufnego w krakowskim Tertium Business Park II (14 500 m kw.).
Kraków Wrocław Trójmiasto Katowice Poznań Łódź Szczecin Lublin
Wielkość zasobów rynku* 1 554 900 1 226 300 888 600 589 700 582 900 578 500 183 400 183 200
Dostępna powierzchnia* 217 500 183 400 84 400 54 000 75 900 94 600 12 600 14 300
Nowa podaż** 140 700 57 200 60 300 61 300 18 300 51 500 3 400 0
Popyt** 156 600 128 400 87 700 65 000 63 200 62 400 9 200 8 800

* Dane na koniec czwartego kwartału 2020

 ** Dane zagregowane dla całego roku 2020

Jaki wpływ Brexit będzie miał na polską branżę spożywczą?

Z początkiem 2021 roku zakończył się okres przejściowy, w którym Wielka Brytania korzystała z przywilejów otwartego rynku i zniesionych ceł, mimo że nie należała do Unii Europejskiej. Zrealizowanie wyjścia Zjednoczonego Królestwa ze wspólnoty może oznaczać straty dla wielu polskich eksporterów, w tym m.in. z branży spożywczej. Każde 10% ewentualnego spadku sprzedaży żywności na rynek brytyjski oznacza w praktyce ok. 300 mln euro rocznie, które trzeba będzie nadrobić na innych rynkach.

Wielka Brytania jest jednym z największych zagranicznych odbiorców polskich artykułów rolno-spożywczych. Dlatego eksporterzy z naszego kraju wyczekiwali informacji o uzgodnieniu umowy o handlu i współpracy pomiędzy Unią Europejską oraz Wielką Brytanią. Zanim to się stało pojawiało się wiele informacji o dodatkowych, często wysokich cłach na różne produkty spożywcze. Choć uzgodniona i obowiązująca od 1 stycznia 2021 r. umowa uspokoiła importerów i eksporterów, to należy pamiętać, że wymiana produktów będzie odbywała się na nieco inny sposób, niż w zeszłym roku.

Brexit wyzwaniem dla polskich producentów mięsa i wędlin

„Przepisy, które weszły w życie 1 stycznia br. minimalizują ryzyko wysokich ceł na niektóre artykuły spożywcze, co znacznie obniżyłoby konkurencyjność polskich produktów na wyspach brytyjskich. Bez tego, szczególnie w przypadku wytwórców produktów mniej przetworzonych, konieczne byłoby poszukiwanie innych rynków zbytu. A to nie byłoby takie proste na przykład w przypadku producentów mięsa i wyrobów mięsnych. Ich sprzedaż wymaga zatwierdzenia przez miejscowe służby sanitarne, co jest procesem długotrwałym i szybkie znalezienie alternatywnych rynków zbytu byłoby ogromnym wyzwaniem – mówi Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy Santander Bank Polska.”

Wielka Brytania jest jednym z najważniejszych nabywców polskich produktów mięsnych. W roku 2019 wartość eksportu mięsa drobiowego na rynek brytyjski stanowiła 14 proc. całego eksportu z Polski. W przypadku kiełbas i wędlin udział Zjednoczonego Królestwa wyniósł 33 proc., a dla pozostałych przetworów mięsnych 35 proc. Niższe, ale nadal znaczące udziały, zanotowano dla nieprzetworzonej wieprzowiny (6 proc.) oraz nieprzetworzonej świeżej wołowiny (5 proc.). Rynek brytyjski jest również ważny dla polskich firm produkujących słodycze, dla branży piekarniczej, mleczarskiej oraz tytoniowej. W 2019 roku na wyspy brytyjskie trafiło 16 proc. polskiego eksportu produktów czekoladowych, 14 proc. eksportu maślanki i jogurtów, 11 proc. eksportu chleba i pieczywa cukierniczego oraz 6 proc. eksportu serów i papierosów.

„Wielka Brytania – pomimo Brexitu – pozostaje krajem o wysokim potencjale dla polskiego sektora rolno-spożywczego. To rynek prawie 67 milionów konsumentów i jedna z największych gospodarek światowych. To również kraj, w którym – według szacunków brytyjskiego urzędu statystycznego – żyje prawie milion Polaków. Tworzy to potencjał do rozwoju sprzedaży zarówno towarów masowych, nieprzetworzonych, ale też produktów wysoko przetworzonych, w tym sprzedawanych pod markami polskich producentów. Warto jednak pamiętać, że od 2021 roku sprzedaż produktów z UE do Wielkiej Brytanii jest eksportem na rynek „krajów trzecich”. To wiąże się z nowymi obowiązkami administracyjnymi, zarówno po stronie polskiego sprzedawcy, jak i brytyjskiego importera. W niedalekiej przyszłości należy spodziewać się także zmian w brytyjskim prawie żywnościowym, np. wymagań jakościowych dla produktów spożywczych czy zawartości etykiet.  Dla przedsiębiorstw oznacza to konieczność ciągłego monitorowania zmian oraz dostosowywania do nich swoich produktów – dodaje Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy Santander Bank Polska

Ponad 2 mld euro nadwyżki w handlu z Wielką Brytanią

Nasz kraj ma znaczącą nadwyżkę w wymianie towarowej artykułami rolno-spożywczymi z Wielką Brytanią. Ostatnie pełne dane za cały rok, pochodzące z 2019 roku, pokazują, że wartość eksportu z Polski na Wyspy osiągnęła 2 807 mln euro, przy brytyjskiej sprzedaży do Polski na poziomie 667 mln euro. Nadwyżka wyniosła więc aż 2 140 mln euro. Ale Polska pozostaje również dla Wielkiej Brytanii ciekawym rynkiem zbytu, można zaobserwować wzrost popytu m.in. na importowane alkohole, słodycze, czy też karmy i pasze dla zwierząt.

„Polska jest dziesiątym najważniejszym rynkiem dla Wielkiej Brytanii pod względem eksportu żywności i napojów.  W III kwartale 2020 roku, spośród 20 największych partnerów handlowych Polska była jedynym krajem z Unii Europejskiej, który zwiększał swoje obroty handlowe z Wielką Brytanią, co wskazuje na rosnący popyt także na brytyjskie towary. Teraz, gdy podpisana została Umowa o handlu i współpracy między UE a Wielką Brytanią, należy spodziewać się silnego rozwoju współpracy i handlu między przedstawicielami poszczególnych branż w obu krajach – mówi Nicola Thomas, Dyrektor Brytyjskiego Stowarzyszenia Eksporterów Żywności i Napojów.

Polscy eksporterzy, którzy chcą rozwijać swój biznes w Wielkiej Brytanii mogą liczyć na wsparcie instytucji finansowych działających zarówno na rynku lokalnym jak i w Zjednoczonym Królestwie.  Zwłaszcza teraz, gdy procedury handlowe na tamtejszym rynku uległy zmianie i wymagają dodatkowego zaangażowania. Takiej pomocy udziela m.in. Santander Bank Polska, który może wspierać eksporterów i importerów korzystając z międzynarodowej współpracy w ramach całej Grupy Santander. Dzięki temu przedsiębiorcy łatwiej otworzą rachunek w Wielkiej Brytanii, załatwią formalności związane z kontem, transferami środków czy uzyskają asystę w formalnościach związanych z pozyskaniem finansowania na działalność zagraniczną. Korzystając z onlinowej platformy tradingowej „Santander Trade Club” polscy eksporterzy mogą też znaleźć wiarygodnych, zweryfikowanych już przez bank partnerów handlowych w Wielkiej Brytanii, a także korzystać z unikalnych raportów i bieżących analiz rynkowych.

Eksperci Santander Bank Polska dzielą się też wiedzą na specjalnych dyżurach dla eksporterów i przedsiębiorców handlujących z Wielką Brytanią, które organizuje Brytyjsko-Polska Izba Handlowa (BPCC). Tematyka poruszana podczas tych sesji jest bardzo szeroka, od kwestii podatkowych, logistycznych, przez cła i niezbędne certyfikaty, aż po przepływ pracowników. Sesja z przedstawicielami Santander Bank Polska odbędzie się dnia 02.02.2021 w godzinach od 13:00-15:00. i będzie poświęcona tematyce finansowania handlu, należności, zobowiązań w kontekście międzynarodowym, a także otwierania rachunków bankowych w UK (podmioty polskie) / w PL (podmioty z UK).

Rejestracja na wydarzenie odbywa się poprzez wysłanie maila na: [email protected]

Dodatkowo, przedsiębiorcy zainteresowani udziałem w bezpłatnym webinarze z ekspertami Santander „BREXIT – wymiana handlowa z UE w nowej rzeczywistości”, który odbędzie się 27 stycznia 2021 r., godz. 10:30 – 12:30,  mogą rejestrować się na wydarzenie na stronie: https://go.pardot.santander.co.uk/eubrexitevent

Ranking kredytów gotówkowych – na jakie parametry kredytu zwrócić uwagę ?

Kredyty gotówkowe cieszą się ogromną popularnością – dzięki nim można zrealizować swoje marzenia. Każdy bank ma w swojej ofercie tego typu kredyt, ale bardzo często oferta ofercie nie jest równa.

Kredyty gotówkowe to bazowe produkty banków dedykowane najczęściej dla klientów indywidualnych. Wyróżnia je to, że co do zasady nie trzeba deklarować we wniosku, na co zostaną przeznaczone środki wypłacone w ramach kredytu. Dowolność wykorzystania tych pieniędzy sprawia, że klienci nie są stawiani w kłopotliwej sytuacji i nie muszą się tłumaczyć z tego, w jaki sposób wydadzą pieniądze, które i tak muszą zwrócić w ratach. Składanie wniosku o kredyt gotówkowy nie jest czynnością skomplikowaną, przy czym trzeba liczyć się z tym, że osoby zainteresowane takim kredytem muszą wykazać się zdolnością kredytową i brakiem negatywnych wpisów w BIK oraz w rejestrach dłużników.

Kredyt na oświadczenie czy na zaświadczenie o zarobkach?

Nowoczesne banki ułatwiają swoim klientom wnioskowanie o kredyt gotówkowy. Rezygnują z procedur, które zabierają mnóstwo czasu. W zasadzie jeśli klient składa wniosek przez internet, to wstępną decyzję kredytową może otrzymać w ciągu kilku minut. Można również wnioskować o kredyt przez telefon (po zostawieniu danych kontaktowych oddzwania konsultant reprezentujący bank). W zależności od polityki banku kredyt gotówkowy na oświadczenie o dochodach można otrzymać nawet i w kwocie 40000 zł. Powyżej tej kwoty można spodziewać się, że bank będzie domagać się wyciągów bankowych lub innych dokumentów potwierdzających wysokość dochodów. Chodzi o to, by można było cieszyć się kredytem w sposób odpowiedzialny – każdy kto decyduje się na kredyt gotówkowy musi mieć świadomość, że każdego miesiąca przez ileś lat ma obowiązek spłaty rat. 

Która oferta kredytu gotówkowego może okazać się najkorzystniejsza?

Banki mogą zmieniać oferty, mogą wprowadzać promocje – dlatego każdemu, kto zastanawia się nad kredytem gotówkowym, przyda się porównywarka kredytów  – bankier.pl/smart. Wyszukiwanie oferty wymaga podania kwoty kredytu i okresu spłaty w miesiącach. Trzeba wiedzieć, że najistotniejsze jest sprawdzenie takich parametrów jak RRSO (im niższe, tym tańszy kredyt), kosztu kredytu, czasu spłaty. Dobrze jest wiedzieć czy można będzie skorzystać z wakacji kredytowych, z przedłużenia terminu spłaty kredytu lub z wcześniejszej spłaty (częściowej lub całkowitej) – i na jakich zasadach. Warto jest również sprawdzić ubezpieczenie kredytu na wypadek utraty pracy czy innych zdarzeń losowych. Najlepszy kredyt gotówkowy to taki, który generuje najniższe koszty i zapewnia elastyczne warunki współpracy z bankiem. 

Co jeśli nie uda się otrzymać kredytu gotówkowego?

Alternatywą dla gotówkowych kredytów bankowych są pożyczki ratalne, dostępne dla każdego przez internet. Sektor pożyczek pozabankowych proponuje dla swoich klientów sporo rozwiązań – każdy może wybrać pożyczkę idealną dla siebie. W wyborze najlepszej oferty pomocny jest ranking pożyczek na raty. Można wnioskować o kwoty porównywalne w bankach, a procedura jest bardzo prosta. W większości przypadków dla instytucji pożyczającej pieniądze wystarczające będzie sprawdzenie baz takich jak BIK czy rejestry dłużników. W niektórych przypadkach pożyczkodawca może poprosić o udokumentowanie źródeł dochodów. Procedura wnioskowania i udzielania pożyczki odbywa się w 100% online. 

Leasing najbardziej istotny, rośnie znaczenie dotacji

Jak wynika z badania Komisji Europejskiej (SAFE 2020), leasing pozostaje najbardziej istotnym źródłem finansowania dla polskich firm z sektora MŚP. Drugim najczęściej wskazywanym instrumentem jest linia kredytowa, a trzecim – dotacje. Wśród najważniejszych problemów z jakimi zmagają się przedsiębiorcy, wymieniane są kwestie kadrowe, regulacyjne i inne problemyw tym problemy związane ze skutkami pandemii COVID-19.

63% polskich przedsiębiorców uznaje leasing za najbardziej istotne źródło finansowania działalności[1]. Na drugim miejscu znalazła się linia kredytowa, która jest ważna dla ponad połowy firm MŚP (55%), podczas gdy na trzecie miejsce (z piątego) awansowały dotacje (49%). Takie wnioski płyną z badania SAFE, zrealizowanego przez Komisję Europejską we wszystkich krajach Unii Europejskiej, w drugiej połowie 2020 roku.finansowanie MSP

Dla europejskich firm z sektora MŚP w 2020r. najbardziej istotnymi źródłami zewnętrznego finansowania były natomiast linie kredytowe (ważne dla 50% firm), kredyty bankowe (istotne dla 48% europejskich MŚP) i leasing (wskazywany przez 45% europejskich firm).

Mimo trudnej sytuacji w gospodarce i mniejszej liczby inwestycji, 63 proc. polskich  przedsiębiorców uznaje leasing za najbardziej istotne źródło finansowania i rozważa skorzystanie z niego w przyszłości. Podobnie myślą przedsiębiorcy prowadzący działalność w Finlandii (63%) i Estonii (62%), przy pozytywnej ocenie tego instrumentu w całej Europie. W krajach UE średnio 45% firm wytypowało leasing jako najbardziej istotne źródło finansowania. Podobną ocenę otrzymały dotacje (44 proc. wskazań). Wzrost znaczenia dotacji w ciągu ostatniego roku nie dziwi, biorąc pod uwagę kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię COVID-19 i rosnące oczekiwania firm w zakresie instrumentów pomocowych. Nas – jako przedstawicieli branży leasingowej – cieszy utrzymujące się zaufanie, jakim przedsiębiorcy obdarzają leasing. Jako branża jesteśmy gotowi na to, aby wspierać firmy w ich kolejnych inwestycjach – podkreśla Paweł Pach, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Najważniejsze problemy MŚP

problemy MSP
Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2020

Dostęp do finansowania od kliku lat nie jest już problemem dla firm z sektora MŚP. W 2020r. na taki problem wskazało tylko 8% polskich firm. Wśród kwestii najbardziej problematycznych były wymieniane: pozyskanie wykwalifikowanej kadry (19 proc. wskazań), kwestie regulacyjne (18 proc.) czy inne problemy (w tym te związane z pandemią COVID-19). W ostatnim badaniu realizowanym przez Komisję Europejską w 2020r. takiej odpowiedzi udzieliło 16% badanych, podczas gdy rok wcześniej zaledwie 9 proc. badanych firm w Polsce.

Do pierwszej trójki problemów wymienianych przez europejskich przedsiębiorców w 2020r. trafiły: pozyskiwanie klientów (21%), pozyskiwanie wykwalifikowanej kadry (19%) i inne problemy, w tym problemy związane z pandemią COVID-19 (18%).

[1] Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2020

Barometr COVID-19: 43 proc. firm w Polsce spodziewa się powrotu koniunktury jeszcze w tym roku

Najnowsza, szósta już edycja Barometru COVID-19, zrealizowana przez EFL pod koniec ubiegłego roku, pokazuje światełko w tunelu i ocieplenie nastrojów. 34,5 proc. mikro, małych i średnich firm ocenia, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy kondycja w ich branży poprawi się – to najwyższy wynik od początku realizacji badania (we wrześniu ub.r. uważało tak tylko 13 proc.). Co więcej, 43 proc. MŚP liczy na powrót koniunktury jeszcze w tym roku, podczas gdy kwartał wcześniej uważało tak 24 proc. zapytanych. Biorąc pod uwagę wielkość biznesów, największy optymizm panuje wśród przedstawicieli firm średnich, a  najmniejszych wśród mikro.

– Szósta już edycja naszego covidowego pomiaru nastrojów w sektorze MŚP pokazuje, że walka z przeciwnikiem nadal trwa, a rozmiar i liczba ciosów rosną. Jednak widać w światełko  w tunelu, gdyż grupa firm, które z większym optymizmem patrzą na najbliższe miesiące, jest większa niż miało to miejsce w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Zasadne jednak wydaje się pytanie, czy lekka poprawa nastrojów to efekt lepszych prognoz na nowy rok – zamykamy to, co było, i zaczynamy od nowa z lepszym nastawieniem. Czy jednak rzeczywiście coraz więcej instytucji stoczyło już jedenaście rund, a do wygranej brakuje im już tylko tej jednej. Mam nadzieję, że ten pozytywny obraz ujrzymy w kolejnym pomiarze na II kwartał – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Optymistycznym krokiem w nowy rok

EFL w badaniu Barometr COVID-19 po raz szósty zapytał przedsiębiorców z sektora MŚP, czy w kontekście kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. W porównaniu z pomiarem na IV kwartał 2020 roku (realizowanym pod koniec września 2020 roku) widoczny jest większy optymizm. 34,5 proc. przedsiębiorców ocenia, że sytuacja się poprawi, 30 proc., że pozostanie bez zmian, a co czwarty zapytany jest zdania, że się pogorszy.

Biorąc pod uwagę wielkość biznesów, największy optymizm panuje wśród przedstawicieli firm średnich. 44 proc. z nich uważa, że sytuacja się poprawi w najbliższym półroczu, a jedynie 8 proc., że się pogorszy. W firmach mikro i małych wielkość grupy optymistów i pesymistów są podobne. ocena jest podobna. Poprawę zwiastuje 31,5 proc. mikro i 32,5 proc. małych przedsiębiorstw, podczas gdy o pogorszeniu mówi odpowiednio 27 proc. i 29 proc. firm.

A kiedy zdaniem przedstawicieli MŚP nastąpi powrót koniunktury w Polsce? W grudniu 2020 roku najwięcej firm oceniło, że stanie się to jeszcze w tym (2021) roku (43 proc.). Jest to niemal dwukrotnie wyższy wynik niż kwartał wcześniej, kiedy uważało tak 24 proc. przedstawicieli MŚP. Co trzeci zapytany spodziewa się powrotu koniunktury w ciągu 2-3 lat (34 proc.), w poprzednim pomiarze tego zdania było aż 53 proc. firm. Ponadto, niemal dwa razy mniej liczna jest grupa podmiotów, które sądzą, że koniunktura nie powróci w najbliższych latach (11 proc., we wrześniu 20 proc.).

Powoli topnieją negatywne opinie

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest nadal oceniany przede wszystkim jako negatywny, choć optymistów jest nieco więcej niż kwartał wcześniej. Nieco ponad połowa (52 proc.) uznaje, że COVID-19 ma niekorzystny wpływ na ich sektor, podczas gdy w pomiarze na IV kwartał taką opinię wyraziło 61 proc. zapytanych. Z badania na badanie rośnie również odsetek tych podmiotów, którzy uważają koronawirus za neutralny biznesowo – obecnie 38 proc., w IV kwartale 2020 – 35 proc., w III kwartale 2020 – 30 proc.

Biorąc pod uwagę wielkość firm, zmian „niekorzystnych” spodziewają się przede wszystkim przedstawiciele najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników. Aż 7 na 10 ocenia ten wpływ jako niekorzystny. W firmach średnich jest zdecydowanie lepiej – tak uważa co czwarty zapytany. I to w firmach średnich jest największy odsetek optymistów (17 proc.), podczas gdy w mikro – tylko 3,5 proc. a małych 10 proc.

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Pierwsza edycja badania Barometr COVID-19 odbyła się w dniach 17 marca-1 kwietnia 2020 roku. Druga edycja została przeprowadzana w dniach 20-30 kwietnia 2020 roku. Trzecia edycja, odbyła się w dniach 18-30 maja 2020 roku. Czwarta edycja została zrealizowana w dniach 22 czerwca – 6 lipca 2020 roku. Piąta edycja odbyła się w dniach 14-28 września 2020 roku. Aktualna edycja została zrealizowana od 2 do 18 grudnia 2020 roku.

Ponad 5 mld euro zainwestowano w Polsce w nieruchomości komercyjne

Wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w 2020 roku wyniosła 5,29 mld euro, podała firma doradcza Savills. Rynek inwestycyjny zdominował sektor magazynowy, który odpowiadał za połowę całkowitego wolumenu i po raz pierwszy w historii okazał się bardziej pożądaną klasą aktywów od nieruchomości biurowych i handlowych.

Ostatni kwartał w roku przyjęło się traktować jako okres, w którym aktywność inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych jest największa. Zgodnie z danymi Savills, w 2020 r. najwyższą wartość transakcji (ok. 1,7 mld euro) odnotowano jednak w pierwszym kwartale, kiedy pandemia koronawirusa nie była jeszcze w Europie tak odczuwalna. W czwartym kwartale zainwestowano 1,26 mld euro, co jest wynikiem znacznie niższym, niż średnia z ostatnich pięciu lat dla tego okresu i dwuipółkrotnie niższym, niż wolumen odnotowany w czwartym kwartale w, rekordowym dla polskiego rynku inwestycyjnego, 2019 roku. Całoroczny wolumen w 2020 r. odnotował spadek o 32% rdr.

„Ograniczenia związane z pandemią wywarły bez wątpienia negatywny wpływ na rynek nieruchomości. W wyniku dużej niepewności i strategii wyczekiwania, jaka dominowała wśród inwestorów, spadki wartości transakcji były nieuniknione. W odróżnieniu od poprzedniego kryzysu finansowego obserwowanego po upadku banku Lehman Brothers, w okres pandemii Polska wkroczyła już jako dużo dojrzalszy rynek. Podobnie jak w 2019 roku, tuż przed pandemią, również wówczas, w rok poprzedzający kryzys finansowy, rynek odnotował rekordową wartość inwestycji w nieruchomości. Spektakularny na tamte czasy wolumen z 2006 roku był jednak niższy, niż ten, którym zakończył się, tak trudny przecież, 2020 rok. Pandemia spowolniła zatem znacząco rynek nieruchomości, ale zdecydowanie go nie zatrzymała” – mówi Tomasz Buras, CEO Savills w Polsce.

Aż 2,61 mld euro zainwestowane w magazyny w 2020 r. to absolutny rekord dla tego sektora (49,4% całorocznego wolumenu, wzrost o 65% rdr.). Na wynik ten w dużej mierze złożyły się transakcje portfelowe, w tym przejęcie aktywów firmy Goodman przez GLP, czy transakcja sprzedaży pięciu obiektów magazynowych (280 000 m kw.), których deweloperem było Panattoni Europe, a nowym właścicielem został inwestor z Azji reprezentowany przez Savills Investment Management. Popytowi na magazyny sprzyjało przyśpieszenie w sektorze e-commerce i wynikająca z niego względna odporność obiektów logistycznych na spowolnienie gospodarcze wywołane pandemią.

„Polska, w wyniku swojej strategicznej lokalizacji w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku, staje się również pierwszym przystankiem dla chińskich inwestorów zainteresowanych wejściem na niemiecki czy brytyjski rynek nieruchomości. Tak silny popyt na tę klasę aktywów może w tym roku doprowadzić do zrównywania się stóp kapitalizacji dla najlepszych obiektów biurowych i magazynowych. Wysoka podaż wywrze z kolei presję na ceny gruntów, które mogą wzrosnąć do niespotykanych dotąd poziomów, a silny popyt na rynku najmu powierzchni magazynowych być może stworzy podwaliny pod wzrosty czynszów w średniej i dłuższej perspektywie” – mówi Tomasz Buras.

Jak podaje Savills, wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze biurowym w 2020 r. wyniosła 1,98 mld euro (37,5% całorocznego wolumenu i spadek o 48% rdr.). W ciągu minionych 12 miesięcy właściciela zmieniły m.in. takie obiekty jak Lixa, T-Mobile Office Park, Wola Center i Prosta Office Tower w Warszawie czy Equal Business Park w Krakowie. Nieruchomości handlowe odpowiadały za ok. 12,5% transakcji (0,66 mld euro). W miejsce galerii handlowych, które borykają się z ograniczeniami związanymi z lockdownem, na radarze inwestorów znalazły się parki handlowe w miastach średniej wielkości i obiekty dedykowane zakupom pierwszej potrzeby, zwłaszcza spożywczym.

„Wbrew obawom i powszechnym odczuciom, których źródła należy upatrywać we wciąż dominującej w wielu firmach pracy zdalnej, rynek nieruchomości biurowych nie ucierpiał tak znacząco, jak mogłoby się wydawać. Na koniec roku w Warszawie odnotowano pustostany na poziomie 9,9%, co oznacza wzrost o 2,1 punktu procentowego w stosunku do 2019 roku, ale wciąż jest to wynik dużo niższy od wakatów, które obserwowano w stolicy w latach 2014-2016, kiedy przez warszawski rynek biurowy przechodziła mocna fala podażowa. Pomimo pandemii wciąż zawierane były transakcje najmu powierzchni biurowych, w tym jedna spektakularna, która okazała się rekordowa dla polskiego rynku. W 2021 r. może to dać inwestorom komfort do powrotu do lokowania kapitału w tym sektorze” – dodaje Tomasz Buras.

W 2020 r. mieliśmy do czynienia ze zwiększoną aktywnością inwestorów w segmencie apartamentów na instytucjonalny wynajem (PRS). Rynek ten w Polsce znajduje się dopiero na początkowym etapie rozwoju, podczas, gdy np. w Niemczech czy krajach nordyckich to właśnie living sector zajmuje czołowe pozycje pod względem zainwestowanego kapitału, deklasując często nawet biura i magazyny. Brak produktu dostępnego na sprzedaż wpływa na strukturę transakcji, które są zawierane na etapie finansowania inwestycji deweloperskich i rozpoczynania budowy. Przykładem takiej umowy jest współpraca pomiędzy Eiffage Immobilier Polska i Heimstaden Bostad, przy której doradzała firma Savills. W ramach niej w Warszawie powstanie 640 mieszkań na wynajem instytucjonalny w ramach dwóch projektów. Według Savills rosnąca niepewność na rynku mieszkaniowym sprawia, że więcej deweloperów decyduje się na sprzedaż wybranych projektów inwestorom instytucjonalnym. Dodatkowo analitycy z Savills zwracają uwagę na to, że pomimo zamkniętych uniwersytetów, zainteresowanie inwestorów prywatnymi akademikami nie słabnie.

„Na rynku wciąż dostępna jest duża ilość kapitału, który inwestorzy chcą ulokować w nieruchomości. Pomimo rozpoczętego programu szczepień przeciwko Covid-19, wobec czasu potrzebnego na objęcie nim znacznej części społeczeństwa i wciąż dużej liczby zachorowań, wskazane jest zachowanie ostrożności odnośnie krótkoterminowych prognoz. Biorąc pod uwagę strukturę inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, w której ponad 90% stanowią zagraniczne podmioty, czynnikiem niesprzyjającym powrotowi do normalności są również utrzymujące się ograniczenia w podróżowaniu. Pierwszych odczuwalnych oznak większego ożywienia będzie się można zapewne spodziewać w drugiej połowie roku. W dłuższej perspektywie nieruchomości zachowają status jednych z najbardziej pożądanych aktywów inwestycyjnych. Polska, dołączając powoli do grona europejskich liderów rynku magazynowego oraz dzięki olbrzymiemu potencjałowi rodzącego się ryku najmu instytucjonalnego mieszkań, z pewnością nadal budzić będzie duże zainteresowanie inwestorów” – podsumowuje Tomasz Buras z Savills.

Risk-off. Powiew niepewności

W poniedziałek na rynek wkradła się nerwowość związana z  terminem wprowadzenia pakietu fiskalnego w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo na sentymencie ciążyły gorsze dane dotyczące niemieckiej gospodarki (Ifo).  Wczoraj na początku sesji traciły wszystkie indeksy z Wall Street. Ostatecznie S&P500 zamknął się nad kreską z wynikiem +0,36 proc a technologiczny NASDAQ urósł + 0,87 proc. Zdecydowanie gorzej poradziła sobie Europa. We Frankfurcie spadki pogłębiły się w godzinach popołudniowych. Kolor czerwony był dominujący. DAX na zamknięciu pokazywał wynik -1,66 proc. W trybie risk-off jest już normą, że zyskuje dolar amerykański. Główna para walutowa odpadła od 1,2180 i zmierza obecnie w kierunku 1,2060.

W ostatnim czasie rynki znajdowały się w lekkim letargu. Ze wszystkich stron mieliśmy napływ optymistycznych informacji. Pakiet fiskalny w USA, trwający proces szczepienia ludności przeciw COVID-19 oraz stosunkowo dobre twarde dane z gospodarek – głównie płynące z sektora przemysłowego. Dodatkowo rynek cały czas ma z tyłu głowy, że ultra-luźna polityka monetarna prowadzona przez banki centralne będzie trwać jeszcze przez dłuższy czas. Tematy te jednak były niewystarczające do tego, by wygenerować kolejny mocniejszy ruch na północ. Wystarczyła jedna gorsza informacja aby wprowadzić lekki popłoch wśród inwestorów. Być może rynek do tej pory podchodził do wszystkiego nazbyt optymistycznie (mam na myśli dostępność szczepionki oraz kontrolę nad pandemią na poziomie globalnym) a wczoraj przyszedł czas na refleksję?

Nie należy zapominać, że program szczepień postępuje znacznie wolniej w wielu krajach, niż wcześniej planowano. Ponadto nie jest pewne w jakim stopniu szczepionki są skuteczne przeciwko nowym (prawdopodobnie bardziej niebezpiecznym) mutacjom wirusa. W tym momencie nie mówi się już o złagodzeniu restrykcji. Coraz częściej kraje przedłużają obostrzenia. Stany Zjednoczone ponownie wprowadzają ograniczenia w podróżowaniu a Izrael całkowicie zamknął swoje granice.

Dodatkowo negatywnym zapalnikiem okazała się wypowiedź lidera Demokratów w Senacie  Chucka Schumera, który stwierdził, że prezydent Biden będzie starał się przeprowadzić proces legislacyjny w drodze rekoncyliacji budżetu. Schumer dodatkowo podkreślił, że wprowadzenie pakietu stymulacyjnego w życie zostanie zapoczątkowane nie wcześniej niż w połowie marca. Sam początek sesji na Wall Street wydawał się być dobry. NASDAQ zdążył wyznaczyć kolejny historyczny szczyt jednak chwilę później nastąpiła dynamiczna wyprzedaż. Ostatecznie amerykańskie indeksy skończyły dzień lekko ponad kreską lub tuż poniżej. Mieszane nastroje mogą się przedłużyć. Z  pozytywnych rzeczy z obszaru polityki należy wymienić akceptację Senatu nominacji Janet Yellen na sekretarza skarbu w administracji Bidena.

Wczoraj poznaliśmy odczyt niemieckiego indeksu Ifo. Wynik wskaźnika ostudził nastroje na rynkach. Był bowiem poniżej rynkowych oczekiwań i wskazał najniższy poziom od czerwca. Publikujący wskaźnik Instytut Badań nad Gospodarką podkreślił, że niemiecka gospodarka początek roku rozpoczyna z ograniczoną pewnością. Stan przemysłu jest pozytywny jednak sektor detaliczny przeżywa trudny okres. Na głównej parze walutowej EUR/USD podczas publikacji pojawiła się większa zmienność. Euro straciło w relacji do „zielonego” w pierwszym momencie ok 30 pkt. Spadki z godziny na godzinę jednak pogłębiały się. Aktualnie kurs odbił od poziomu 1,2100. Z dużym prawdopodobieństwem można oczekiwać w najbliższej przyszłości testu obszaru 1,2055, gdzie wypada dołek z 18 stycznia. Jego przełamanie otworzy notowaniom drogę do kluczowego wsparcia 1,1950 – 1,2000.

Z polskiego podwórka poznaliśmy interesujące dane. Produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła o 11,2 proc. w relacji rok do roku. Oczekiwania były ustawione na poziomie 8,9 proc. r/r a prognoza TMS Brokers oscylowała wokół 11,5 proc.  Miesiąc do miesiąca sektor wypadł gorzej o 4,4 proc. Wg danych GUS przemysł wzrósł w 28 oddziałach spośród 34.  Poprawę produkcji sprzedanej zanotowano m.in. w produkcji komputerów, wyrobów elektronicznych, optycznych oraz urządzeń elektrycznych. Spadki w produkcji objęły m.in. sprzęt transportowy, koks czy produkty rafinacji ropy naftowej. Reakcja złotego była symboliczna. EUR/PLN był handlowany wczoraj w przedziale 4,5438 a 4,53. Aktualnie notowania urosły do poziomu 4,5520. Złoty jest najsłabszy w relacji do wspólnej waluty od początku stycznia.

Łukasz Zembik, Kierownik Departamentu Analiz TMS

Cyfryzacja opanowuje biznes, ale brakuje specjalistów i pieniędzy

Pandemia zatrzymała świat, ale konsumenci szybko przenieśli do Internetu. To tam rozmawiają, kupują, organizują życie, załatwiają formalności. Biznes już wie, że albo będzie online, albo nie będzie go wcale. Podmioty, które już istniały przechodzą transformację cyfrową w przyspieszonym tempie. Ci, którzy dopiero stawiają biznes od razu wchodzą w online. Zapotrzebowanie na specjalistów IT, fachowców od cyberbezpieczeństwa i rozwiązań chmurowych rośnie lawinowo. Tylko skąd ich wziąć skoro stawki za ich pracę też rosną, a na ekspertów czeka się miesiącami. Z oficjalnych szacunków UE wynika, że jeszcze przed pandemią deficyt programistów w całej Unii wynosił 600 tys. Ograniczony dostęp do specjalistów IT to niejedyny problem biznesu, który chce, a wręcz musi iść z duchem czasu. Takich wyzwań jest znacznie więcej.

Z najnowszego raportu “E-commerce i fintechy. System naczyń połączonych” wynika, że już
2/3 Europejczyków korzysta z zakupów w sieci częściej niż przed pandemią. Duża część konsumentów, którzy zaczęli kupować online podczas pandemii, twierdzi, że będzie kontynuować ten zwyczaj także po jej ustaniu. Robienie zakupów spożywczych, odzieżowych, czy aptecznych to nie wszystko. W sieci na coraz większą skalę działają firmy pożyczkowe, leasingowe, ubezpieczeniowe, szkoleniowe, biura podróży, domy kultury, a nawet salony fitness. To w Internecie uczymy się angielskiego, rozmawiamy z lekarzami, oglądamy spektakle i koncerty. Dziwne? Może tak, ale na razie konieczne.

– Transformacja cyfrowa trwa w najlepsze już od jakiegoś czasu, ale pandemia przyspieszyła ten proces. Konsumenci potrzebują szybkich, prostych i sprawdzonych rozwiązań, chcą mieć natychmiastowy kontakt z obsługą, a przede wszystkim zależy im na tym, by dany proces był jak najmniej skomplikowany i zajmował jak najmniejszą ilość czasu. Tym zmianom sprzyja rozwój nowych technologii – mówi Karol Dziasek, Dyrektor Zarządzający Self Learning Solutions. Po latach pracy w branży finansowej zbudował firmę, która pomaga firmom w procesie cyfryzacji, optymalizacji procesów i obniżaniu kosztów. – Z naszych rozwiązań może korzystać każdy biznes: sklep internetowy, firma pożyczkowa, leasingowa, windykacyjna, czy bank. Weźmy na przykład firmę pożyczkową i proces oceny ryzyka klienta, od momentu gdy konsument klika online „weź pożyczkę”, po jego weryfikację w Biurach Informacji Gospodarczej, poprzez wyliczenia dotyczące zdolności kredytowej oraz decyzję związaną z przyznaniem finansowania. Wszystko to może być oparte na siniku, a taka firma pożyczkowa nie potrzebuje pracowników IT i programistów, by zarządzać tym procesem lub wprowadzać w nim jakiekolwiek zmiany. Analityk może to zrobić samodzielnie i nie musi uczyć się programowania i kodów. Przesuwa po prostu bloki, które już tam są. To duża oszczędność czasu i pieniędzy – dodaje Karol Dziasek.

Pracownik IT (nie) potrzebny od zaraz

Pandemia zwiększyła popyt na produkty i usługi IT. Eksperci prognozują, że można oczekiwać dalszego wzrostu wydatków na transformację cyfrową w głównych sektorach gospodarki – handlu, przemyśle i obszarach usługowych. Od lipca do listopada 2020 r. liczba ogłoszeń w serwisie rekrutacyjnym Pracuj.pl powiększyła się w branży IT o 10 proc. w stosunku do 2019 roku. Pracodawcy szukali głównie deweloperów IT, fachowców od cyberbezpieczeństwa i rozwiązań chmurowych. Specjaliści od rozwoju oprogramowanie także nie mogli narzekać na brak ofert. Podobnie jak ci od aplikacji mobilnych i analizy danych. Według danych firmy Devire podczas pandemii średni wzrost wynagrodzeń w branży IT wynosi 5-10 proc. Co ciekawe, aż 43 proc. specjalistów IT jest spokojnych o swoje zatrudnienie i nie szuka aktywnie pracy. Co czwarty ankietowany informatyk otrzymał w czasie lockdownu podwyżkę. Jeszcze przed koronawirusem deficyt programistów w Polsce szacowany jest był 50 tys. a w całej Unii Europejskiej na 600 tys. – tak wynika z danych Komisji Europejskiej. To właśnie dlatego kluczowe są rozwiązania, które umożliwią cyfryzację i optymalizację procesów bez angażowania rzeszy specjalistów IT oraz ponoszenia kosztów z tego tytułu.

W czym może pomóc silnik decyzyjny?

Coraz częściej mówi się, że silniki decyzyjne, czyli zaawansowane rozwiązania informatyczne, które podejmują decyzję na podstawie zdefiniowanych algorytmów będą napędzać biznes. – Warto pamiętać, że silniki decyzyjne są wszechstronne, bo można na nich oprzeć każdy proces, ale są tylko częścią wielkiego projektu pod nazwą „cyfryzacja”. Każda firma powinna dobrać narzędzia cyfryzacji do swoich możliwości i branży. Zresztą cyfryzacja dotyczy nie tylko otoczenia zewnętrznego danej organizacji a więc tego co i w jaki sposób oferuje klientom, ale można ją odnieść również do otoczenia wewnętrznego. Wiele firm musi zacząć digitalizację od wewnątrz – mówi Karol Dziasek, CEO Self Learning Solutions.

Silnik decyzyjny jest potrzebny niemalże każdej firmie, która działa online. Nawet bankom, w których dużą rolę, podczas udzielania kredytów grają analitycy. Silnik decyzyjny może sam realizować proces weryfikowania klienta, pytania o jego historię kredytową w BIK, BIG, czy ERIF, analizowania szeregu danych i wyciągania wniosków. Rola analityków może być w tym wypadku ograniczona. Silnik taki jak SLS Platform potrafi śledzić, weryfikować i uczyć się na decyzjach podejmowanych przez analityków a w konsekwencji sam podjąć najtrafniejszą decyzję. Trochę tak jak w samochodzie autonomicznym, ale tutaj mówimy o autonomicznych procesach finansowych. Oczywiście taki proces można ułożyć pod własne potrzeby, umieścić różne modele, składowe i bloki. Kiedyś takie bloki były zapisywane w formie kodu, a kod był tworzony przez programistę. Każda zmiana takiego kodu wymagała czasu, pracy informatyka, jak również przetestowania i wdrożenia. Dziś można dostać gotowe rozwiązanie i samodzielnie nim zarządzać.

Największą zaletą digitalizacji i samych silników decyzyjnych, które stanowią jedno z narzędzi w tym procesie, jest to, że ich stosowanie pozwala obniżać koszty, skracać procedury i uniezależniać się od błędów ludzkich.

PayU będzie oferować płatności odroczone z Twisto

  • Twisto, fintech oferujący płatności odroczone omnichannel, podpisał umowę z PayU, liderem płatności online w Polsce.
  • Dzięki temu z płatności odroczonych od Twisto będą mogli skorzystać klienci tysięcy sklepów internetowych, udostępniających system płatności PayU w Polsce. 
  • Rozwiązanie będzie dostępne dla e-sklepów w ciągu kilku najbliższych tygodni.  

Twisto, fintech oferujący płatności odroczone, i PayU, lider płatności online w Polsce współpracujący z największymi markami e-commerce w kraju, zawarły umowę o współpracy. Dzięki temu w ciągu kilku najbliższych tygodni płatności odroczone z Twisto, w ramach platformy PayU Płacę Później, staną się dostępne dla klientów tysięcy sklepów internetowych w Polsce, korzystających z systemu PayU. Kupujący zyskają tym samym możliwość darmowego przesunięcia płatności nawet do 45 dni (do 21 dni bez rejestracji, tj.: bez zakładania konta Twisto).

Wdrożenie Twisto do portfela metod płatności oferowanych przez PayU jest wynikiem konsekwentnej realizacji naszej strategii rozwoju portfolia produktów z zakresu consumer finance, oferowanych we współpracy zarówno z partnerami bankowymi, jak i najlepszymi na rynku fintechami. Jest to uzupełnienie naszej oferty dla merchantów oraz naszych wspólnych klientów, czyli kupujących, których w każdym miesiącu jest kilka milionów. Wspólnie z Twisto pracujemy nad tym, aby udostępnić płatności odroczone naszym sklepom partnerskim w ciągu najbliższych tygodni – mówi Martyna Szczepaniak, Head of Consumer Credit w PayU.

Udostępnienie płatności odroczonych od Twisto w bramce płatniczej PayU na polskim rynku to rozszerzenie dotychczasowej współpracy obu firm. Od lutego 2020 r. PayU udostępnia Twisto jako jedną z metod płatności w sklepach internetowych w Czechach.

Kolejny etap współpracy z PayU to bardzo ważny krok w budowaniu przez Twisto pozycji lidera odroczonych płatności w Polsce i regionie CE. Dlatego jesteśmy idealnym rozwiązaniem także dla sklepów, które planują międzynarodową ekspansję. Istotnie powiększamy bazę sklepów partnerskich, stając się numerem jeden pod względem liczby sklepów akceptantów na naszym rynku – mówi Adam Miziołek, country manager Twisto.

Nawiązanie współpracy z PayU to dobra wiadomość również dla sprzedających – uzyskają oni proste narzędzie m.in. do powiększania koszyka zakupowego klienta, który będzie mógł pozwolić sobie na droższe zakupy. Tym samym zmniejszy się liczba osób rezygnujących z finalizacji zamówienia ze względu na ograniczenia finansowe – dodaje Adam Miziołek, z Twisto.

Korzyści dla kupujących

Z badania „Gemius 2020” wynika, że 43 proc. badanych wstrzymuje się przed zakupem online, ponieważ nie ma fizycznego kontaktu z produktem i możliwości obejrzenia go przed uiszczeniem zapłaty. Z kolei częstą przyczyną porzucania koszyków jest brak środków finansowych dostępnych w danym momencie. Płatności odroczone eliminują wspomniane problemy. Z punktu widzenia klienta istotną cechą rozwiązania oferowanego przez Twisto jest również elastyczny i prosty sposób zarządzania terminem spłaty. Kupujący ma możliwość bezpłatnego przesunięcia płatności o 21 dni bez rejestracji, a także łatwego wydłużenia terminu spłaty po zarejestrowaniu (nawet do 45 dni) lub rozłożenia zakupu na raty.

Kupujący, który potrzebuje więcej czasu na zapłatę za zakup, otrzymuje propozycję rejestracji w aplikacji mobilnej Twisto, a co za tym idzie możliwość bezpłatnego przesunięcia płatności na następny miesiąc lub (jeśli kwota transakcji przekracza 200 zł) rozłożenia zakupu na nawet 12 rat przez aplikację – mówi Adam Miziołek, z Twisto.

Korzyści dla sklepów

Udostępnienie możliwości odroczenia płatności to również szereg korzyści dla sklepów. Jedną z nich jest wzrost wartości koszyka zakupowego. Z doświadczenia Twisto wynika, że klienci decydujący się na opcję „kup teraz, zapłać później” realizują zamówienia o wartości 20 proc. wyższej niż przy tradycyjnych metodach zapłaty.

Możliwość przesunięcia płatności wpływa również na zwiększenie wskaźnika konwersji średnio o 12 proc. (wg danych Twisto), ponieważ niezdecydowani konsumenci chętniej dokonują zakupów, jeżeli mogą sprawdzić produkt, zanim za niego zapłacą. Pozytywne doświadczenia w kontekście płatności oraz uproszczony proces zakupowy sprawiają, że wzrasta poziom lojalność kupującego, a to przekłada się na częstsze zamówienia w danym sklepie. Pomimo tego, że klient przesuwa płatność, sklep otrzymuje należność następnego dnia roboczego. Twisto pokrywa 100 proc. wartości zakupu.

– Oznacza to, że produkt może zostać wysłany od razu, a sprzedawca nie musi czekać na opłacenie zamówienia przez kupującego – mówi Adam Miziołek z Twisto.

Obecnie możliwość odroczenia płatności z Twisto oferuje około 4 tys. sprzedawców w Polsce i w Czechach. Dzięki nawiązaniu współpracy z PayU liczba sklepów partnerskich Twisto w Polsce wzrośnie kilkudziesięciokrotnie.

Indeks Cen Detalicznych 2019-2020

  • Indeks Cen Detalicznych: W 2020 roku liderem cenowych spadków była herbata. Za nią były ziemniaki i sól
  • Największy wzrost w sklepach zanotowały jabłka, mleko i pomarańcze
  • W 2020 roku najbardziej potaniały warzywa, nabiał i używki

Jak wynika z raportu, przygotowanego przez Hiper-Com Poland i UCE RESEARCH na podstawie monitoringu ponad 620 tys. cen, w ub.r. w porównaniu do 2019 roku zanotowano wzrosty w 4 z 11 kategorii. Najmocniej podrożały jabłka, tj. powyżej 37%. Za nimi było mleko – przeszło 20%. Dalej znalazły się pomarańcze – blisko 16%. Najbardziej potaniała herbata – aż o 55%. Istotnie zmniejszyły się również ceny ziemniaków – o 38%, a także soli – o ponad 26%. Natomiast największy ogólny skok nastąpił w kategorii Inne produkty, obejmującej m.in. karmy dla zwierząt i pieluchy oraz Owoce. Z kolei liderami spadków były kategorie Warzywa i Nabiał.

Badanie wykazało, że na 11 sprawdzanych kategorii 4 wzrosły, a 7 zaliczyło spadki. Jak wskazuje Krzysztof Zych z UCE RESEARCH, w ub.r. w porównaniu do 2019 roku największy skok odnotowały Inne produkty – o 21,4%. Tu najbardziej widoczna okazała się zmiana w przypadku karmy dla psów – 13,7% i kotów – 10,6%, a najmniej – pieluch dla niemowląt – 0,9%.

– Wzrost na poziomie powyżej 20% można uznać za znaczny. Po głębszej analizie widać, że głównie karmy dla psów i kotów spowodowały tak duży skok. Na początku pandemii one były jednym z wrażliwych towarów, co skutkowało m.in. brakami na półkach. To wpłynęło na późniejszą tendencję konsumentów do robienia zapasów. Dlatego sklepy podnosiły ceny ze względu na podwyższony popyt i obniżoną podaż – mówi Julia Pryzmont z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Kolejne w zestawieniu są Owoce z wynikiem 11,4%, co podkreśla Krzysztof Zych. I dodaje, że w tej kategorii najbardziej poszły w górę jabłka – o 37,3%, pomarańcze – o 15,9%, a także cytryny – o 13,5%. Ale już cena bananów spadła o 6,5% i to był jedyny spadek w tej kategorii. Dalej widzimy Chemię gospodarczą – 4,7%. Tu z kolei największa zmiana nastąpiła w przypadku pasty do zębów – 7,8%, jak również płynu do mycia naczyń – 4,2%. Natomiast na drugim końcu znalazł się papier toaletowy – 2,4%. Więcej trzeba było też zapłacić w przypadku Dodatków spożywczych – 2,5%. Ketchup poszedł w górę o 5,3%, a musztarda spadła o niecały 1%.

– W pierwszej połowie ub.r. mocno podrożały owoce, w tym te najczęściej spożywane, czyli jabłka. W wyniku spadku produkcji, ich podaż była niska na krajowym rynku. Ponadto Polacy w czasie pierwszej fali pandemii rzadziej odwiedzali sklepy, częściej wybierając produkty o dłuższym terminie. Takie zachowanie sprzyjało popytowi na jabłka. W efekcie odnotowano wzrost cen. Jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa, na początku lipca 2020 roku były one droższe w hurcie i to prawie trzykrotnie w relacji rocznej. Podrożały też owoce importowane. Natomiast na koniec roku hurtowe ceny jabłek były zbliżone do notowanych rok wcześniej – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Banku Santander.

Z kolei największe spadki rok do roku były widoczne w kategorii Nabiał oraz Warzywa – po 9,8%. Jak zaznacza Julita Pryzmont, w pierwszej z nich największy skok zanotowało mleko – o 20,8%. Zdrożały też takie produkty, jak śmietana – 8,4%, a także jajka – 6,4%. Ser biały i żółty potaniał – odpowiednio o 2,3% i 1,7%. W drugiej kategorii natomiast widzimy, że ogórki podrożały o 6,6%, papryka o 5,6%, a pomidory o 5%. Natomiast ziemniaki kosztowały o 38% mniej niż wcześniej. Znaczący spadek zaliczyła też cebula – 23,2%, marchewka – 19,5%, a także kapusta – 12,3%.

– W 2020 roku w Polsce wzrosła produkcja warzyw, po spadku w roku poprzednim, co sprzyjało niższym cenom w II półroczu. Wysoka dynamika na minusie w całym roku mogła być jednak związana też z pandemią. Rzadsze wizyty w sklepach spowodowały, że Polacy ograniczyli zakupy produktów o krótkim terminie świeżości. A w przypadku większości warzyw nie jest możliwe dłuższe ich przechowywanie bez utraty jakości. Niższe ceny mogły więc być rodzajem zachęty – stwierdza Grzegorz Rykaczewski.

W dół poszły też używki – o 8,5%, a także produkty tłuszczowe – o 7,9%. W pierwszej kategorii piwo podrożało o 3,2%, natomiast herbata potaniała aż o 55,5%. Nieznacznie spadły też ceny kawy – o 1,6%. W tej drugiej kategorii margaryna podskoczyła o 3,3%, ale już cena masła spadła o 8,7%.

– Pandemia odbiła się również na cenach masła. Ono potaniało podczas pierwszej fali pandemii. Później, wraz z odmrażaniem gospodarki, ceny nieco się odbudowały. Wreszcie pod koniec roku znów nastąpił spadek, po ponownym wprowadzeniu ograniczeń w życiu społecznym i gospodarczym – zaznacza analityk z Banku Santander.

Natomiast ekspert z UCE RESEARCH podkreśla, że średnie spadki zaliczyły też Produkty sypkie – 2,7%. Ceny makaronu podskoczyły o 10%, cukru – o 4,5%, a mąki – o 2,8%, ale sól potaniała o 26,4%. W dół poszło też Mięso – 1%. Za nim uplasowały się Napoje – 0,2%. W pierwszej kategorii wieprzowina podrożała o 2,7%, a wołowina potaniała o 0,2%. Do tego drób nieznacznie podrożał, tj. o 0,7%. W drugiej kategorii widzimy, że za napoje gazowane trzeba było zapłacić o 5,2% więcej niż wcześniej, a za soki warzywne i owocowe – odpowiednio o 13% i 3,8% mniej niż w 2019 roku.

– Wieprzowina i drób to rodzaje mięs, które odpowiadają prawie za całość krajowego spożycia. W grudniu ub.r. cena tuszek kurcząt rzeźnych była niższa przeciętnie o 13% r/r. Półtusze wieprzowe potaniały o 38% w porównaniu z bardzo wysokim poziomem z końca roku 2019. W warunkach silnych spadków cen mięsa w zakładach, obniżka odzwierciedlona w indeksie jest więc niewielka. To może wskazywać, że mięso, prawdopodobnie czasowo, utraciło rolę wabika w akcjach promocyjnych – mówi Grzegorz Rykaczewski.

Zdaniem Julity Pryzmont, sieci handlowe w czasie pandemii były niezmiernie ostrożne w podnoszeniu cen, szczególnie asortymentu sprzedawanego w promocji, który z założenia ma podnieść traffic. Mogłoby to wpłynąć na zmianę postrzegania całej marki w czasie, kiedy wartość koszyka zakupowego znacznie się podniosła. Do tego ekspert dodaje, że polski konsument jest niezwykle wrażliwy na wiele elementów zakupowych. Dlatego ceny nie mogły iść mocno w górę.

Badanie pokazuje średnią wartość cenową 11 kategorii (Pieczywo, Nabiał, Mięso, Owoce, Warzywa, Produkty sypkie, Produkty tłuszczowe, Używki, Napoje, Chemia gospodarcza oraz Inne produkty) w 2019 i 2020 roku. Zawierają one w sumie 46 podkategorii. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 4,6 tys. marek (w tym ponad 620 tys. różnych cen niemal 348 tys. produktów), pochodzących z prawie 181 tys. gazetek handlowych oraz z ponad 354 tys. promocji sklepowych. Analizą objęto największe na rynku formaty, tj. dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash & carry.

Polska rzeczywistość mieszkaniowa na tle Europy – raport

W ostatnich 30 latach wyraźnie poprawił się standard mieszkań i domów w naszym kraju. Jednak czy udało się nam nadrobić dystans do wielu zachodnich krajów pod względem zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych?

Sprawdziliśmy, które statystyki nie przynoszą nam chluby i czy są takie, z których możemy być dumni. Danych porównawczych szukaliśmy przede wszystkim w Urzędzie Statystycznym Unii Europejskiej (Eurostat) oraz w instytucjach wykorzystujących jego najnowsze dane w swoich analizach. Wzięliśmy pod uwagę 10 najczęściej ocenianych wskaźników.

Liczba mieszkań na 1000 ludności

To jeden ze wskaźników, który zdaniem wielu ekspertów najlepiej oddaje stopień zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych w danym kraju. Np. w przyjętym przez rząd w 2016 r. Narodowym Programie Mieszkaniowym zapisano, że jednym z mierników osiągnięcia zapisanych w nim celów jest liczba mieszkań przypadająca na 1000 mieszkańców. Do 2030 r. ten wskaźnik ma osiągnąć poziom 435, czyli tyle, ile wynosiła średnia Unii Europejskiej. Dodajmy, że punktem wyjścia był wskaźnik z 2014 r, który wynosił 363. Natomiast jak wynika z rządowego sprawozdania, w 2019 r. osiągnął on już poziom 386.

Są to szacunki Ministerstwa Rozwoju na podstawie danych GUS, bo Eurostat nie publikuje tego typu statystyk dla całej UE. Można je jednak znaleźć m.in. w raportach firmy doradczej Deloitte. Wykorzystuje ona w tym celu dane dotyczące liczby mieszkańców i liczby mieszkań, które publikują urzędy statystyczne poszczególnych krajów.

Z wynikiem 386 mieszkań wciąż nam daleko nie tylko do tak zamożnych krajów UE, jak Austria, Francja czy Niemcy, ale nawet do krajów z naszego regionu, np. do Węgier czy Czech.

Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że na wynik danego kraju ma wpływ nie tylko liczba budowanych mieszkań, ale też zmiana liczby mieszkańców. Np. w Wielkiej Brytanii trzy lata wcześniej na 1000 mieszkańców przypadały 434 mieszkania. Jednak od tego czasu populacja tego kraju zwiększyła się o ok. 1,7 mln osób. Nowych mieszkań powstało zaś o połowę mniej. W Polsce jest natomiast na odwrót.

Poza tym wskaźnik nie zawsze oddaje rzeczywisty poziom zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Np. największą liczbą mieszkań na 1000 mieszkańców mogą się pochwalić Portugalia, Włochy, Bułgaria i Hiszpania. Są to jednak kraje, w których dużą część zasobów stanowią mieszkania wakacyjne.

Liczba mieszkań na 1000 ludności

Liczba pokoi na osobę

W krajach europejskich występują też ogromne różnice pod względem wielkości, rodzaju i jakości mieszkań. Jednym z mierników stosowanych przez Eurostat jest wskaźnik pokazujący liczbę pokoi przypadających na jednego obywatela danego kraju.

W naszym kraju na każdego mieszkańca przypada 1,1 pokoju, co jest wynikiem najgorszym w całej UE, gdzie średnia to 1,6 pokoju. Podobnie jak u nas jest jeszcze w Rumunii i Chorwacji. Na drugim biegunie są takie kraje jak Malta, Belgia i Irlandia, gdzie na osobę przypadają przeszło dwa pokoje.Liczba pokoi na osobę

Przeludnienie mieszkań

Innym miernikiem sytuacji mieszkaniowej w danym kraju jest wskaźnik pokazujący odsetek populacji żyjącej w przeludnionych mieszkaniach. W myśl stosowanej przez Eurostat metodologii zarówno singiel, jak i bezdzietne małżeństwo powinni mieć do dyspozycji mieszkanie, w którym wydzielono minimum jeden pokój dzienny i sypialnię. Gdy pojawi się dziecko, w mieszkaniu powinny być co najmniej dwa pokoje. Dwójka dzieci w wieku do 12 lat może zajmować jeden pokój, ale gdy przekroczą ten wiek i są różnej płci, każde powinno mieć własny. Podobnie w przypadku osób pełnoletnich.

Eurostat podaje, że aż 17,2% ludności UE mieszkało w przeludnionych mieszkaniach. Niestety, w naszym kraju ten wskaźnik jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 37,6%. Pocieszeniem może być jednak to, że przez ostatnie 10 lat skurczył się o ponad 10 pkt proc. Najgorzej pod względem jest w Rumunii, gdzie według Eurostatu problem przeludnienia dotyka blisko 46%  mieszkańców.Przeludnienie mieszkań

Łazienka w mieszkaniu

Jedną z miar rozwoju cywilizacyjnego jest wyposażenie mieszkań i domów w instalację wodno-kanalizacyjną, w tym w spłukiwaną toaletę. Eurostat podaje, że w 2019 r. prawdopodobnie ok. 2% mieszkańców EU nie miało możliwości korzystania z własnego WC.

Sytuacja w poszczególnych krajach jest dość zróżnicowana. Np. aż 24,2% mieszkańców Rumunii nie ma spłukiwanej toalety do wyłącznego użytku gospodarstwa domowego. Natomiast w wielu bogatych krajach Europy mieszkanie lub dom bez spłukiwanej toalety jest rzadkością.

A u nas? Eurostat ocenia, że spłukiwanej toalety nie ma swoich mieszkaniach i domach 1,7% populacji, co stawia nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc w UE.  I znów, pocieszeniem może być to, że w tej kwestii odnotowaliśmy ogromny postęp w ostatnich 30 latach. U schyłku PRL spłukiwanej toalety nie było w co trzecim mieszkaniu.Łazienka w mieszkaniu

Koszty utrzymania mieszkania

W każdym kraju koszty utrzymania mieszkania lub domu stanowią duże obciążenie budżetu gospodarstw domowych. Według Eurostatu, mieszkańcy UE przeznaczają na ten cel przeciętnie jedną piątą dochodu. Dla porównania w naszym kraju – 18,1%.

Gorzej, gdy tego typu wydatki przekraczają 40% dochodu, który gospodarstwa domowe mają do dyspozycji. Eurostat mówi wtedy o przeciążeniu kosztami mieszkania. W UE wskaźnik ten wynosi 9,4%. Jednak między poszczególnymi krajami UE występują duże różnice. Np. w naszym kraju przeciążonych kosztami mieszkania jest 6% mieszkańców. To zasługa m.in. programów dopłat do mieszkań (dodatki mieszkaniowe, dopłaty do czynszu).

Eurostat zwraca uwagę, że w większości krajów UE nadmierne koszty mieszkaniowe w większym stopniu dotyczą mieszkańców miast. Najwyższe wskaźniki przeciążenia kosztami mieszkań w miastach odnotowano w Grecji (40,7%), Danii (21,1%) i Niemczech (16,2%).Koszty utrzymania mieszkania

Młodzi pod jednym dachem z rodzicami

Z kolei o dostępności mieszkań świadczy m.in. wskaźnik pokazujący odsetek młodych ludzi w wieku od 25 do 34 lat, którzy mieszkają z rodzicami. Według Eurostatu w 2019 r. wahał się on w państwach członkowskich UE od mniej niż 10% w Danii, Finlandii i Szwecji do ponad 50% na Słowacji, Grecji i Chorwacji.

Również w naszym kraju bardzo wysoki jest odsetek gniazdowników, jak nazywani są młodzi dorośli, którzy mimo ukończenia studiów i znalezienia pracy wciąż mieszkają pod jednym dachem z rodzicami. Co gorsza, od 2005 r. odsetek gniazdowników wzrósł z ok. 36 do 45% w 2018 r. Najnowsze statystyki Eurostatu wskazują, że w 2019 r. było to 43,9%, czyli znacznie powyżej średniej UE, która wynosi 30,5%.

O ile np. we Włoszech wysoki poziom gniazdownictwa jest determinowany przez uwarunkowania kulturowe, to u nas problemem jest niepewna sytuacja młodych na rynku pracy oraz wysokie w porównaniu do zarobków ceny zakupu i najmu mieszkań. Młodzi pod jednym dachem z rodzicami

Przeciętne ceny mieszkań

Eurostat nie podaje przeciętnych cen mieszkań w poszczególnych krajach UE. Publikuje je natomiast dla kilkunastu krajów międzynarodowa firma doradcza Deloitte w corocznym raporcie „Property Index. Overview of European Residential Markets”.  Najwyższe ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w 2019 r. Deloitte odnotował w Luksemburgu, Francji i Austrii. W Polsce nowe mieszkania są jednymi z najtańszych.Przeciętne ceny mieszkań

Eurostat podaje natomiast wskaźniki wzrostu cen mieszkań. Niestety, Polska jest jednym z tych krajów, w których w 2020 r. mieszkania podrożały najbardziej.zmiana cen mieszkań 2020

Przeciętne stawki czynszu

Analogicznie wygląda sytuacja z przeciętnymi stawkami czynszu. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, ile średnio płacą najemcy w największych miastach europejskich musi zajrzeć do opracowań takich, jak wspomniany wcześniej raport Deloitte. Wynika z niego, że najem mieszkań jest u nas dość drogi. Ba, w 2019 r. średnie stawki czynszu w przeliczeniu za m kw. były w naszej stolicy wyższe niż np. w Wiedniu czy Berlinie!Przeciętne stawki czynszu

Ile m kw. za przeciętną pensję

Niestety, naszego kraju próżno szukać w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o dostępność mieszkań, czyli relację ich cen do zarobków. Co gorsza, w 2019 r. dostępność nieco się pogorszyła.

Firma Deloitte uwzględniła w tym wskaźniku przeciętne zarobki brutto, bo tylko takich można użyć do celów porównawczych. Oczywiście faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń dochodu brutto może się różnić w poszczególnych krajach.

Deloitte podaje, że w Polsce na zakup 70-metrowego lokalu trzeba było przeznaczyć w 2019 r. aż 7,7 rocznych pensji brutto. Dodajmy, że rok wcześniej było ich 7,5. Możemy więc pozazdrościć Portugalczykom i Belgom, dla których 70-metrowe mieszkanie to równowartość czterech rocznych pensji. W najgorszej sytuacji są Czesi, bo muszą swoją pensję brutto odkładać przez co najmniej 11 lat. W największych miastach ten wskaźnik dostępności mieszkań jest najpewniej wygląda dużo gorzej, bo ceny mieszkań znacznie przewyższają średnie krajowe.Ile m kw za przeciętną pensję

Liczba budowanych mieszkań

Są też jednak statystyki, które stawiają nasze kraj w europejskiej czołówce. Z raportu Deloitte wynika, że możemy być dumni z wyników budownictwa mieszkaniowego. Pod względem liczby mieszkań oddawanych do użytkowania Polskę wyprzedziły w 2019 r. jedynie Francja i Niemcy, a są to kraje znacznie od nas liczniejsze. Co ciekawe, w 2019 r. powstało blisko 21,6 tys. mieszkań na sprzedaż w Warszawie, czyli więcej niż w niejednym kraju UE.

Liczba budowanych mieszkań

Polska jest też na czele rankingu liczby nowych mieszkań w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Wyprzedziliśmy nie tylko Niemcy, ale także m.in. Wielką Brytanię. Lepsze od nas były pod tym względem jedynie Luksemburg, Francja i Norwegia.

liczba nowych mieszkań w przeliczeniu na 1000 mieszkańców

Cieszyć może też drugie miejsce na podium pod względem zaczynanych inwestycji mieszkaniowych. W 2019 r. inwestorzy w Polsce zaczęli budowę 237,3 tys. mieszkań. W tym w tym rankingu wyprzedziła nas tylko Francja. Jednak w przeliczeniu na 1000 mieszkańców lepszy był tylko Luksemburg.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Boom na zakupy w sieci trwa, ale… nie wszyscy na nim skorzystają. Rynek e-commerce urośnie do 5 bln USD jeszcze w tym roku!

Pokochaliśmy zakupy przez internet i wszystko wskazuje na to, że tego rodzącego się w bólach uczucia nie przerwie nawet zakończenie pandemii. Według najnowszego raportu eMarketer tylko w 2021 sprzedaż detaliczna w sieci wzrośnie na całym świecie o 14.3%. W sklepach internetowych zostawimy blisko 5 bln USD! Jednak jak ostrzega ekspert, nie wszyscy skorzystają na tych zmianach. Kto może spać spokojnie, a kto powinien zacząć pakować walizki?

Bartosz Ferenc, współzałożyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie uważa, że pandemia COVID-19 to przełomowy moment dla ecommerce. Patrząc na to, jak rozległe są zmiany w handlu, który od wieków definiuje obraz świata, ciężko się z tym twierdzeniem nie zgodzić. – 2020 był dla ludzkości absolutnie przełomowy, to czas, kiedy „nowa gospodarka” zastąpiła stary system. Wprawdzie impetu i charakteru zmian, które dokonały się w ubiegłym roku, nie sposób porównać do takich momentów w historii, jak powstanie internetu czy wynalezienie penicyliny, lecz bez wątpienia był to okres wyjątkowego przyspieszenia. Po raz pierwszy doceniliśmy nasz cyfrowy dorobek, bez którego doświadczenie pandemii byłoby nieporównywalnie cięższe – twierdzi Ferenc.

Przestrzelone prognozy

Rok 2020, jak żaden inny, pokazał nam, że natura nie cierpi próżni, także ta ekonomiczna. Jak szacują eksperci portalu eMarketer w raporcie „Global Ecommerce Update 2021”, mimo że całkowita światowa sprzedaż detaliczna spadła o 3,0%, to handel w internecie kwitł, zaskakując nawet analityków rynkowych. Jak twierdzą eksperci, odpowiedzialni za zrealizowanie badania, sprzedaż realizowana w modelu e-commerce odnotowała w ciągu minionego roku wzrost o 27.6%, znacznie przekraczając 4 bln USD. To więcej niż przewidywano zarówno przed globalną pandemią, jak i w trakcie jej trwania.

O sile rynkowych zmian i ich nieprzewidywalności najlepiej świadczy fakt, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej, gdzieś w połowie zeszłego roku (czerwiec 2020), eMarketer opublikował prognozę, według której handel elektroniczny miał urosnąć o około 16,5%.

Część sklepów internetowych w minionym roku doświadczyła wielokrotnych wzrostów sprzedaży. Największe odnotowały branże: spożywcza, elektronika, sklepy sportowe, budowlane. Aczkolwiek nie do wszystkich los uśmiechnął się jednakowo. Spadek w segmencie sprzedaży online dotknął takie sektory jak: odzieżowy, motoryzacyjny czy beauty. Szczególnie istotne dla e-handlu jest to, że epidemia przełamała bariery u osób niekorzystających w tym zakresie z internetu, dzięki czemu wzrost sprzedaży okaże się trwały – dodaje współzałożyciel CENTEO.

Pozytywnie, ale realistycznie

Ethan Cramer-Flood, realizujący prognozy dla serwisu eMarketer w Insider Intelligence i autor raportu „Global Ecommerce Update 2021” uważa, że konsumenci zachowają wiele nowo nabytych nawyków – szczególnie tych cyfrowych. Ekspert zastrzega jednocześnie, że imponujący wzrost, jakiego doświadczył rynek e-commerce w minionym roku, nie powtórzy się w 2021.

Jak wynika ze wspomnianego wyżej raportu, globalny rynek e-commerce urośnie w tym roku o 14.3% (wzrost o 611 mld USD). To imponująca wartość, ale nie tak fenomenalna, jak 20.2% w 2019 r. i 27.6% w roku ubiegłym.

Jeszcze w 2018 roku wartość globalnego rynku e-commerce nie przekroczyła 3 bln USD. Szacuje się, że w 2020 roku konsumenci z łatwością pokonali granicę 4 bln USD. Eksperci odpowiedzialni za przygotowanie raportu uważają, że do 2022 roku wartość ta wzrośnie do poziomu 5 bln USD, a do 2024 roku – 6 bln USD! W 2020 roku udział segmentu e-commerce w całej sprzedaży detalicznej wynosił 18%, natomiast w 2024 r. ma on zawłaszczyć blisko 22%.Wykres

Migracja handlu do sieci trwać będzie w najlepsze. Należy jednak pamiętać, że nie każdy sektor e-commerce rozwija się równomiernie. Największymi zwycięzcami cyfrowej transformacji handlu są marketplace. Platformy handlowe z roku na rok będą tylko zyskiwać na znaczeniu, a odbędzie się to kosztem indywidualnych sklepów – twierdzi Bartosz Ferenc, który oprócz CENTEO jest właścicielem zarówno jednej z największych polskich agencji Google Ads – Sembot.com, jak i największego w branży sklepu handlowego Materace dla Ciebie, rocznie generującego 20 mln zł zysku.

Według Ferenca, zarówno Google, jak i Facebook dążą do tego, aby konsumenci sfinalizowali zakupy na ich platformach, co odciśnie piętno na polskim rynku e-commerce. Podobnie zresztą jak pojawienie się na nim Amazona, który na innych rozwiniętych rynkach posiada często ponad 50% udziału w handlu detalicznym. – Sprawna integracja z wieloma platformami i płynna optymalizacja oferty we wszystkich kanałach sprzedaży, stanie się niezwykle ważnym obszarem marketingu sklepów internetowych. Rola silnika e-commerce będzie się coraz bardziej sprowadzać do platformy zarządzania ceną, centrum integracji z wieloma marketplace, obsługą zamówień i komunikacji. Jest to kierunek uderzający w przedsiębiorców, ale raczej nieunikniony. Z technologicznego punktu widzenia wpisuje się to w model headless e-commerce, czyli rozdzielenia miejsca przetwarzania zamówienia od miejsca prezentacji – przewiduje ekspert.

W którym mieście jest najtańsze OC? – ranking styczeń 2021

W ostatnich tygodniach widać wyraźne obniżki średniego kosztu OC dla polskich kierowców. Czy składki spadły również w miastach wojewódzkich? Sprawdzamy w najnowszym rankingu.

Krajowe zmiany cen OC pokazują ogólne spadkowe trendy składek. Dla kierowców bardziej użyteczne są jednak informacje o poziomie cen ubezpieczeń w ich mieście. Właśnie dlatego eksperci porównywarki OC / AC Ubea.pl sprawdzili składki OC we wszystkich miastach wojewódzkich na początku stycznia 2021 r.

W których miastach wojewódzkich jest najtańsze OC? Gdzie ceny OC spadły najbardziej?

Ceny OC policzono dla 3 kierowców

Miejsce zamieszkania ma duży wpływ na cenę OC. Nie jest to jednak jedyny czynnik decydujący o wysokości składki ubezpieczenia. Dlatego też składki OC policzono dla trzech kierowców w różnym wieku i o różnej historii ubezpieczeniowej:

  • Wariant 1 – Młody kierowca

Dwudziestotrzyletni student, pan Tomasz, szuka swojego pierwszego OC w związku z zakupem auta. Nie ma żadnej historii ubezpieczeniowej.

  • Wariant 2 – Kierowca z niedawną szkodą

Pani Aneta ma 32 lata i pracuje w biurze. Do minionego roku miała bardzo dobrą historię ubezpieczeniową. Niestety, w poprzednim roku spowodowała wypadek.

  • Wariant 3 – Kierowca bez szkód

Czterdziestodwuletni nauczyciel, pan Stanisław, ma bardzo dobrą historią ubezpieczeniową. Dzięki temu może się pochwalić maksymalnym poziomem zniżek za OC.

We wszystkich wariantach ceny ubezpieczenia OC policzono dla tego samego auta (Skoda Fabia III Kombi z 2015 r. – 1.2 TSI Style, 90 KM) – zaznacza Andrzej Prajsnar, ekspert Ubea.pl.

Gdzie jest najtańsze OC?

Średni koszt OC dla poszczególnych kierowców w miastach wojewódzkich przedstawia poniższa tabela.

Warto podkreślić, że tabela zawiera średnie składki ubezpieczenia. Decydując się na najtańszą propozycję, kierowcy mogliby sporo zaoszczędzić w porównaniu do tych cen.najtańsze OC – ranking styczeń 2021

Na najtańsze ceny OC mogą liczyć kierowcy z następujących miast:

  1. Rzeszów
  2. Kielce
  3. Katowice

Najdroższe składki zanotowano natomiast w następujących stolicach województw:

  1. Wrocław
  2. Gdańsk
  3. Warszawa

Czy składki OC w miastach spadają?

Po porównaniu cen ze składkami OC zanotowanymi jesienią zeszłego roku (sprawdź barometr z października 2020 r.) okazuje się, że w niemal wszystkich miastach wojewódzkich odnotowano spadek cen. Wyjątkiem są Rzeszów i Zielona Góra.

Szczególnie duże spadki zaobserwowano w miastach, w których OC jest tradycyjnie najdroższe, czyli we Wrocławiu i Gdańsku.

Następny barometr da odpowiedź na pytanie, czy ceny OC ustabilizują się na takim niższym poziomie czy też te spadki są jedynie efektem promocji, które ubezpieczyciele oferują tradycyjnie na przełomie roku – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes Ubea.pl.składki OC w miastach

2020 rok w branży IT – wzrost wynagrodzeń w widełkach ofert pracy o 18% na B2B

Podczas gdy wiele branż walczy o przetrwanie, rynek IT w czasie pandemii kwitnie, a zarobki rosną niezależnie od specjalizacji. Jak wynika z danych No Fluff Jobs polskiego portalu z ofertami pracy dla branży IT w 2020 roku, wzrosty w dolnych widełkach wynagrodzeń w 2020 roku to 13% UoP i 18% B2B. „Na rękę” na kontrakcie B2B specjaliści backendowi mogli liczyć nawet na 18 000 zł, o 1 500 zł więcej niż rok temu,  a analitycy ze specjalizacją Business Intelligence nawet na 21 500 zł.

Na początku pandemii, w drugim kwartale roku, nic nie zapowiadało tak dynamicznego wzrostu. Pracodawcy byli ostrożni i skupili się na obserwowaniu sytuacji ekonomicznej w Europie oraz na dostosowywaniu procesu rekrutacji do możliwości pracy zdalnej. Natomiast w czwartym kwartale firmy wznowiły zamrożone wcześniej projekty, a w związku z wymuszonym przyśpieszeniem cyfryzacji wielu biznesów zapotrzebowanie na usługi informatyczne bardzo wzrosło – i rekrutacje ruszyły.

Najpopularniejsze technologie

Wzrost liczby ofert można było zaobserwować we wszystkich obszarach rynku. Pracodawcy z branży IT poszukiwali zarówno specjalistów ze znajomością języków backendowych, szczególnie tych programujących w językach Python i Java, jak i specjalistów mocnych w językach frontendowych – tu pilnie poszukiwane były osoby z doświadczeniem w programowaniu w Java Script czy Angular i React.

Więcej ofert i większe zarobki

Konieczność zwiększenia wydajności narzędzi do pracy i komunikacji online wpłynęła również na zwiększenie zapotrzebowania na pracę testerów i analityków danych, szczególnie w obszarze Business Intelligence. Zarobki dla testerów sięgały 16 000 zł netto na umowach B2B, o 2000 zł więcej niż w roku 2019. Nie zmieniły się natomiast wynagrodzenia proponowane przy umowach o pracę – maksymalnie 12 000 zł netto. Z kolei seniorzy szukający pracy w obszarze Business Intelligence mogli liczyć na zarobki nawet do 21 500 zł netto na umowie B2B.

W 2020 r. we wszystkich specjalizacjach IT proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. Średnio w całej branży IT najniższe proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. o 18 proc. na kontrakcie B2B – z 11 000 zł do 13 000 zł netto –  i o 13 proc. na umowie o pracę – z 8000 zł do 9500 zł netto. Z kolei najwyższe proponowane zarobki wzrosły średnio o 12,5 proc. na kontrakcie B2B – z 16 000 zł do 18 000 zł netto – i o prawie 8 proc. na umowie o pracę – z 13 000 zł do 14 000 zł netto.

W przypadku specjalistów backendowych maksymalne proponowane płace wzrosły z 16 000 zł netto do 18 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 14 000 zł netto do 15 700 zł netto na umowie o pracę. W przypadku frontendowców wzrosły z 16 000 zł netto do 17 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 13 500 zł netto do 15 000 zł netto na umowie o pracę.

Polscy programiści coraz częściej wybierają pracę dla zagranicznych firm

W minionym roku pracodawcy otworzyli się na pracę zdalną. O ile na początku 2020 r. ofert z możliwością pracy całkowicie zdalnej publikowanych na No Fluff Jobs sięgał około 15 proc. wszystkich ofert, to pod koniec roku było to już 40 proc.

Świat IT przestaje mieć fizyczne granicekomentuje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs Doświadczeni programiści z Polski coraz częściej rozglądają się za pracą w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii w poszukiwaniu ciekawych projektów, świeżych doświadczeń i wyższych zarobków. Z tego samego powodu polskie firmy przyciągają programistów z innych krajów, np. z Ukrainy i Białorusi. To wyzwanie dla pracodawców, którzy często nie są gotowi do przyjęcia do zespołu osób, z którymi komunikacja odbywa się wyłącznie w języku angielskim. Będą jednak musieli je podjąć, ze względu na dysproporcję między zapotrzebowaniem na usługi informatyczne względem liczby dostępnych na rynku specjalistów. Dodatkowo, aby zatrzymać w firmie pracowników, polscy pracodawcy muszą konkurować m.in. w kwestii zarobków z zachodnioeuropejskimi lub amerykańskimi pracodawcami – w Polsce nadal brakuje 50 tys. programistów, a w Unii Europejskiej liczba ta sięga aż 600 tys.

O poziomie wzrostu zapotrzebowania na usługi IT najlepiej świadczy liczba rekrutacji. W ciągu 2020 liczba ofert na portalu No Fluff Jobs wyniosła 26 tysięcy – najwięcej od początku jego istnienia i o 60 proc. więcej niż w roku 2019.

* Uwzględnione w raporcie oferowane wysokości wynagrodzeń to stawki miesięczne brutto na umowie o pracę oraz netto na umowie B2B. Podane w badaniu wartości są medianą – co oznacza, że 50 proc. specjalistów zarabia mniej niż podana kwota, a 50 proc. więcej.

Firma nabyła roboty budowlane, by wykonać kontrakt, ale fiskus bez uzasadnienia stwierdził, że nie zrobiła tego w celach zarobkowych i odmówił jej prawa do odliczenia VAT

Spółka zawarła kontrakt na dużą budowę. W trakcie jego realizacji jeden z jej partnerów, który miał wykonać część robót, upadł. Aby dopełnić kontraktu, spółka nabywała potrzebne usługi w zastępstwie od innych podwykonawców, w tym także w celu naprawy wad i usterek. Chciała odliczyć VAT naliczony na wystawionych przez nich fakturach. W grę wchodziły setki tysięcy złotych, ale fiskus stwierdził, że te nabyte usługi nie mają nic wspólnego z kontraktem, a spółka nie nabyła ich w celach zarobkowych zgodnie z wymogami ustawy o VAT. Na tej podstawie odmówił jej prawa do odliczenia.

Zawiązanie konsorcjum celem przystąpienia do przetargu

Firma budowlana działająca w formie spółki z o.o. w czerwcu 2015 r. zawarła umowę konsorcjum, w którego skład weszło dwóch partnerów, również będących spółkami z o.o. Celem zawiązania konsorcjum było skuteczne przystąpienie do udziału w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego na wykonanie robót budowlanych. Firma została jego liderem i koordynatorem prac wykonywanych przez pozostałych partnerów w ramach realizowanego kontraktu. Do jej kompetencji należało również przyjmowanie i dokonywanie płatności i wszelkich rozliczeń w imieniu swoim oraz partnerów z konsorcjum.

Wzajemna odpowiedzialność członków konsorcjum

Partnerzy wedle swoich specjalizacji i zakresu robót zawierali ze zleceniodawcą/zamawiającym umowy na podwykonawstwo we własnym imieniu, a wszystkie trzy spółki, będąc stronami konsorcjum, wyłączyły przyjęcie odpowiedzialności za ewentualne zobowiązania któregokolwiek z partnerów, mogące powstać na podstawie tych odrębnych umów. W przypadku jednak zaspokojenia roszczenia w zamian za któregokolwiek z partnerów, temu który je zaspokoił, przysługiwało roszczenie regresowe o jego zwrot.

Każdemu z partnerów przysługiwało wynagrodzenie odpowiadające zakresowi wykonanych zgodnie z kontraktem robót, które odebrał zamawiający. Wypłacał je lider, który mógł również domagać się od danego partnera zwrotu kosztów, jakie poniósł, a do których ten partner był zobowiązany. Liderowi przysługiwało również prawo do przejęcia od partnera wykonawstwa robót, z którymi ten się spóźniał, wykonywał je niezgodnie z kontraktem lub wcale. Wówczas partner zobowiązany był do pokrycia kosztów wykonania tych robót przez konsorcjum, w tym przez zatrudnionych przez konsorcjum podwykonawców, oraz wszelkich innych szkód, jakich doznali pozostali partnerzy wskutek niewywiązania się przez niego ze swojej części kontraktu. Lider mógł za to doliczać narzut w wysokości 5% wartości wykonawstwa zastępczego.

 

Zawarcie kontraktu i konieczne nabycie usług celem jego wypełnienia

W lipcu 2015 r. konsorcjum zawarło z zamawiającym umowę na wykonanie robót budowlanych. W ich trakcie jeden z partnerów utracił płynność finansową i nie był w stanie terminowo regulować płatności za dostawy materiałów budowlanych. W maju 2017 r. lider zawarł z nim porozumienie, w ramach którego zobowiązał się do pokrycia tych płatności. Lider zmuszony był również zlecić osobom trzecim wykonanie zastępcze części prac budowlanych za ww. partnera, a także prace naprawcze w celu usunięcia wad i usterek w robotach budowlanych, które ten partner już wykonał.

Całkowita wartość szkody i częściowe odszkodowanie

Pełniąca funkcję lidera spółka wystosowała do ubezpieczyciela żądanie gwarancyjne wypłaty ponad 800 tys. zł w ramach odszkodowania za niewykonanie i/lub nienależyte wykonanie zleconych partnerowi prac. Ubezpieczyciel wypłacił żądaną kwotę, a spółka zaliczyła ją na poczet poniesionych przez siebie kosztów podwykonawstwa zastępczego i usunięcia wad. Podwykonawcy wystawiali na rzecz lidera faktury z odwrotnym obciążeniem VAT, przenosząc obowiązek rozliczenia VAT na lidera.

Spółka ustaliła całkowitą wartość poniesionej w związku z zaistniałą sytuacją szkody na kwotę 2 642 092,29 zł. Składały się na nią koszty nabycia wykonawstwa robót zastępczych w wysokości 2 517 088,82 zł, powiększone o narzut 5% zgodnie z ustaleniami umowy konsorcjum. Pomniejszając ją o kwotę wypłaconych w ramach gwarancji 802 892,88 zł, wystawiła notę obciążeniową na partnera w wysokości 1 822 180,00 zł.

Organ stwierdził, że spółka nie ma prawa do odliczenia VAT

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z zapytaniem, czy ma prawo do odliczenia VAT z faktur dokumentujących nabycie przez nią opisanych wyżej zastępczych robót budowlanych od podmiotów trzecich. W lutym 2018 r. organ odmówił firmie takiego prawa. W lipcu 2018 r. partner ogłosił upadłość. Spółka jako jego wierzyciel zgłosiła swoje pozostałe do uregulowania roszczenie w wysokości 1 822 180,00 zł do syndyka, który wierzytelności tej nie uznał. Kwota ta, jak zaznaczyła spółka, nie obejmuje poniesionych przez nią wydatków na prace naprawcze wad i usterek, bo te zostały pokryte tytułem wypłaconego przez ubezpieczyciela odszkodowania.

Firma, rozliczając wykonane na rzecz zamawiającego prace, wystawiła faktury obejmujące również roboty budowlane wykonane w ramach ww. wykonawstwa zastępczego, na które wystawiła partnerowi notę obciążającą. Nie uwzględniła w nich jednak kosztów usunięcia usterek i wad, bo te zostały pokryte w ramach gwarancji przez ubezpieczyciela. Łączna kwota zafakturowania przez konsorcjum wyniosła 3 300 000,00 zł netto, a więc przekraczała koszt nabycia wykonawstwa zastępczego. Zamawiający inwestor wypłacił spółce tylko 1 300 000,00 zł, wdając się z nią w spór co do pozostałej kwoty.

Ponowny wniosek o wydanie interpretacji

W związku z zaistniałą sytuacją i zmianą stanu faktycznego, zwłaszcza w postaci odmowy uwzględnienia wierzytelności firmy przez syndyka, spółka na nowo wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej, czy jako nabywca usług zastępczych od podwykonawców, przyjmując rolę podatnika VAT, ma prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego.

Spółka stała na stanowisku, że przysługuje jej prawo do obniżenia VAT należnego o VAT naliczony od całej kwoty poniesionych przez nią kosztów nabycia zastępczych robót budowlanych, czyli 2 517 088,82 zł brutto, a więc łącznie z uzyskanym odszkodowaniem gwarancyjnym.

Warunkiem do odliczenia VAT jest związek wydatku z czynnością opodatkowaną

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że spółka, ponosząc koszty zatrudnienia podwykonawców do wykonania prac w zastępstwie partnera, jak i naprawy powstałych z jego winy wad i usterek, nie czyniła tego w celach zarobkowych, lecz celem usunięcia skutków nierzetelnego wykonania świadczenia przez swojego partnera. Zdaniem organu koszt ten nie ma związku z czynnościami opodatkowanymi, a w konsekwencji spółce z tytułu ich nabycia nie przysługuje prawo do odliczenia podatku naliczonego. Jej roszczenie o zwrot tych nakładów miało charakter odszkodowawczy i nie podlega opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. A jak wskazał organ, na mocy art. 86 ust. 1 ustawy o VAT warunkiem koniecznym możliwości odliczenia VAT przez podatnika jest istnienie związku pomiędzy wydatkiem a czynnością opodatkowaną.

Organ nie uzasadnił, z jakich przyczyn uznał, że spółka nie nabyła usług do celów zarobkowych

Dokonana przez organ interpretacja nie utrzymała się w sądzie, który uznał, że organ w sposób lakoniczny uzasadnił swoje przeciwstawne stanowisko do tego, które prezentuje spółka. Sąd stwierdził, że zaprezentowane przez Dyrektora KIS rozumowanie mogłoby być uzasadnione, gdyby spółka faktycznie uzyskała zwrot kosztów lub odszkodowanie za nabyte przez nią roboty budowlane. Zwrócił również uwagę, że organ w ogóle nie odniósł się do faktu, iż firma nie tylko zleciła podwykonawcom wykonanie robót celem usunięcia wad, ale i po to, by wywiązać się ze zobowiązań kontraktowych wobec zamawiającego. Zakupione prace odsprzedała później zamawiającemu i ujęła je na wystawionych mu fakturach. Jak podkreślił sąd, organ podatkowy nie uzasadnił, z jakich powodów uznał, że firma nie działała przy tym w celach zarobkowych. Mając to na uwadze, WSA przychylił się do skargi spółki. Jak orzekł:

„Nie odniósł się organ do podnoszonej okoliczności, że cały zakres prac wykonanych w ramach wykonawstwa zastępczego podlegał odsprzedaży na rzecz Zamawiającego, co dowodzi bezpośredniego związku nabytych usług od podwykonawców zastępczych z przychodami opodatkowanymi Skarżącej” (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z 27 października 2020 r., sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Organu nie obchodzi brak rekompensaty zapłaconego przez spółkę podatku

Opisana sprawa stanowi jaskrawy przykład absurdu. Absurdalnego postępowania, jakiego wobec przedsiębiorcy dopuścił się organ podatkowy, który powinien w istocie stać na straży bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i pewności prawa. Trudno bowiem odnaleźć racjonalną przyczynę, jakiej nie potrafił też wskazać sam organ, dla której firma nabywałaby usługi, po czym poniosła ich koszty w innym celu niż realizacja ciążących na niej zobowiązań wynikających z kontraktu, prowadząca do zachowania źródła przychodu. Ale chyba jeszcze bardziej absurdalne w tej sprawie jest naruszanie przez organ kosztem przedsiębiorcy tak fundamentalnej, podstawowej reguły neutralności podatku VAT.

„Zasadny jest zarzut Skarżącej, co do braku stanowiska organu w odniesieniu do realizacji zasady neutralności VAT w sytuacji, gdy z wniosku wynika, że nie doszło i nie dojdzie do faktycznego zrekompensowania kosztów zapłaconego przez Skarżącą podatku” (sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Autor: Kinga Hanna StachowiakWspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

PPP i energetyka – szansa na obopólne korzyści dla partnerów

Według oficjalnej bazy przedsięwzięć związanych z programem Partnerstwo Publiczno-Prywatne (PPP) prowadzonej przez Ministerstwo Funduszy I Polityki Regionalnej, na 132 zamierzeń inwestycyjnych, tylko 1 związany jest z energetyką. W przypadku podpisanych umów w ramach PPP jest nieco lepiej, bo mamy 3 projekty energetyczne na 151 zawartych umów. Teoretycznie PPP powinno być dla wielu gmin naturalnym wyborem w projektach energetycznych z uwagi na bardzo duże obciążenia finansowe za nimi stojące, w praktyce jednak po obu stronach istnieje wiele obaw i barier, co skutkuje znikomym zainteresowaniem podmiotów publicznych tym sposobem realizacji inwestycji.

W związku z  polityką klimatyczno-energetyczną w UE, która zakłada ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, wiele instalacji ciepłowniczych w Polsce będzie zmuszona w krótkim czasie odejść od węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Wiąże się to z dużymi obciążeniami finansowymi, które będą rozłożone też na kolejne lata. Zdaniem ekspertów, w sytuacji gdy podmioty odpowiedzialne za inwestycje w ciepłownictwie, np. lokalny MPEC, nie będzie dysponował środkami na ich realizację – PPP może być chętniej wykorzystywany niż dziś.

„Głównym źródłem finansowania inwestycji w energetyce od kilku lat są dotacje oparte o środki unijne, których lwia część znajdują się w gestii Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), oraz środki Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Często też, takie inwestycje realizuje się w oparciu o kredyty komercyjne, które mają wpływ na zadłużenie gmin czy podmiotów celowych. PPP ma tą zaletę, że środki inwestowane przez partnera prywatnego, co do zasady nie są ujmowane jako zadłużenie. Niestety praktyka banków często wymusza na partnerze publicznym deklaracje w zakresie spłaty zobowiązania zaciągniętego na potrzeby realizacji przedsięwzięcia, a taka klauzula już musi być ujęta jako zadłużenie podmiotu publicznego, niwelując jedną z zalet PPP” – tłumaczy Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska, z kancelarii DABSKA.LEGAL.

Samorządy mogą też przychylnie patrzeć na program PPP, w przypadku podwyższenia efektywności energetycznej, gdzie wynagrodzenia partnera prywatnego jest powiązane z realnymi oszczędnościami. Przykładowo, w Ząbkach zmodernizowano w 2018 r. oświetlenie uliczne. Koszty modernizacji pokrył podmiot prywatny, który miasto wyłoniło w postępowaniu konkurencyjnym i z którym zawarło umowę na 8 lat, a koszt inwestycji i koszty utrzymania instalacji (tj. ok. 5,5 mln) są spłacane z oszczędności uzyskanych ma kosztach energii w okresie obowiązywania umowy.

Z kolei w miejscowości Ruciane Nida wyłoniono już partnera prywatnego, który otrzymał koncesję na modernizację systemu grzewczego kotłowni. Co istotne, tamtejsze Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej (PEC) pozostało stroną umów z użytkownikami końcowymi, a wartość sprzedanej energii cieplnej jest rozliczana pomiędzy PEC i partnerem prywatnym.

„PPP jako alternatywny sposób przeprowadzenia inwestycji, mógłby być wykorzystywany częściej, ale na przeszkodzie stają obawy samorządowców np. dotyczące utraty kontroli nad majątkiem. Dodatkowo realizacje inwestycji z wykorzystaniem dotacji i finansowania pomostowego, samorządy i spółki celowe realizują z powodzeniem od kilku lat, więc jest to z reguły pierwszy wybór dotyczący finansowania. Praktyków, którzy ze strony samorządów i spółek celowych zetknęli się z PPP jest zdecydowanie mniej, jednak ten sposób finansowania inwestycji może być rozważany w momencie, gdy z różnych względów środki dotacyjne są dla podmiotu publicznego nieosiągalne” – dodaje ekspert.

Największym projektem realizowanym w ramach PPP w Polsce jest budowa instalacji termicznego przekształcania odpadów wraz z odzyskiem energii do zapewnienia dostaw ciepła do miejskiej sieci ciepłowniczej w Olsztynie, o wartości 850 mln zł. Projekt zaliczono co prawda do kategorii gospodarowania odpadami, jednak pokazuje ścieżkę jaką mogą iść inne  podmioty publiczne. Inwestycję realizuje MPEC Olsztyn, a jako partner prywatny występuje spółka Dobra Energia dla Olsztyna Sp. z o.o. powołana przez Meridiam Eastern Europe Investments oraz Urbaser Sau. W projekcie wykorzystano też dotację z NFOŚiG, w wysokości 172 mln zł. Partner prywatny będzie spalarnią zarządzać przez 25 lat, a inwestycja ma przyczynić się do zmniejszenia zużycia węgla do produkcji energii cieplnej z 98% do 36%. Prace budowlane, które już ruszyły, mają się zakończyć za około 2,5 roku.

„Wynagrodzeniem partnera prywatnego przy inwestycjach energetycznych mogą być opłaty za dostarczone ciepło oraz przekształcone termicznie odpady komunalne oraz opłaty za energię elektryczną uzyskane z rynku. Partner prywatny zapewnia też wkład finansowy w projekt. Choć taka duża inwestycja  oznacza wiele ryzyk zarówno u partnera prywatnego jak i po stronie publicznej, to korzyści w postaci realizacji celów klimatycznych i uniknięcie skokowego wzrostu zadłużenia mają istotne znaczenie dla spółek komunalnych, które będą z uwagą obserwować rozwój tego projekty” – podsumowuje  Dobrzyńska-Dąbska.

Software house czy zespół wewnętrzny? Aplikacje dla firm

Prowadzisz firmę? Potrzebujesz kogoś do stworzenia aplikacji? W tym momencie masz przed sobą bardzo ważną decyzję. Jako przedsiębiorca możesz po prostu zatrudnić programistów na etat. Masz już przecież dział marketingu, kadry czy księgowość. Czy warto to zrobić?

Czym jest software house?

Skoro tu jesteś, pewnie chcesz natychmiast dostać rozwiązanie Twojego dylematu. A skoro masz dylemat, to na pewno zdajesz sobie sprawę z istnienia firm typu software house i dobrze wiesz, czym się zajmują. Ale może trafić tu ktoś, kto pierwszy raz słyszy tę nazwę. Dlatego dla porządku trzeba wspomnieć, że software house to nic innego, jak przedsiębiorstwo programistyczne. Kiedy potrzebujesz aplikacji, zawsze trzeba wziąć pod uwagę podjęcie z nim współpracy.

Jakie są wady i zalety zatrudnienia programistów we własnej firmie?

Zacznijmy od wad. Skąd wiesz, że specjalista od programowania jest naprawdę dobry? Zapewne oceniasz to na podstawie jego portfolio. Tylko jak możesz mieć pewność, że technologie, z którymi jest obeznany, sprawdzą się w przypadku Twojej aplikacji? W branży IT panuje silna specjalizacja. Nie ma osób, które znają się na wszystkim.

Możesz oczywiście zatrudnić kogoś do skompletowania własnej ekipy, czyli zdecydować się na dodatkowe koszty. Tak, ekipy, bo dobre oprogramowanie zawsze tworzy wielu ludzi. Powiedz jednak – jak planujesz utrzymać dobry zespół przy sobie? Dobra pensja nie wystarczy. Dla prawdziwych informatycznych zapaleńców liczy się rozwój. Możesz zapewnić im wyzwania w dłuższym przedziale czasowym?

Tu dochodzimy do zalet. A właściwie do jednej zalety. Zatrudniając pracowników na stałe być może będziesz odczuwać większy spokój, jeśli chodzi o zachowanie tajemnicy zawodowej. Korzyść dość wątpliwa i czysto subiektywna, bo przecież z software house także podpisujesz umowę. I możesz zadbać, by doskonale chroniła ona Twoje interesy.

Co da Ci współpraca z software house?

Firma programistyczna dobierze rozwiązania technologiczne do Twojego projektu. Zapyta o Twoje cele biznesowe i zrobi wszystko, by dostarczyć Ci solidnie przemyślane pod tym kątem oprogramowanie. Do prac nad projektem zostanie powołany zespół specjalistów, którzy perfekcyjnie wpisują się w jego specyfikę.

UX i UI designer zadba o wygodną obsługę aplikacji. Jeśli tworzysz program dla swoich klientów, aplikacja będzie prowadzić ich prosto do zakupu. Masz w planach oprogramowanie dla pracowników? Specjalista zaprojektuje funkcjonalności w taki sposób, by mogli wykonywać swoje obowiązki lepiej i szybciej.

Jeśli tylko tego potrzebujesz, Twój program będzie dostosowany na potrzeby każdego systemu. Będzie można z niego korzystać zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych. Będzie to oczywiście wymagać współpracy programistów o różnych specjalnościach. Software house nie będzie mieć z tym żadnego problemu.

O wolność od błędów zadbają profesjonalni testerzy. O jasny podział prac na mniejsze części – projekt menadżer. W tym miejscu warto zaznaczyć, że efektem każdego etapu będzie samodzielnie działający fragment oprogramowania. Możesz zgłosić do niego swoje uwagi, co daje Ci pełną kontrolę nad całością.

Wybór zawsze należy do Ciebie.

Gdy zaczynasz pracować z software house, szybko odkrywasz, jak wiele czasu przy tym oszczędzasz. Przestajesz się denerwować, a zaczynasz skupiać się na przekazaniu wszystkich uwag dotyczących projektu w sposób jak najbardziej precyzyjny. W efekcie powstaje program, który napełnia Cię nie irytacją, a dumą.

Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce w 2020 r. – raport Euler Hermes

Po najgorszym roku w historii niewypłacalności polskich firm przyjdzie kolejny – w 2021 firmy nie dostaną kolejnej tak dużej „szczepionki” z budżetu.

W 2020 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 1293 niewypłacalnościach polskich firm, tj. o 32% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie. Niestety, przedsiębiorcom dłużej przyjdzie działać w warunkach dużego ryzyka finansowego – zagrożenia niewypłacalnością odbiorców. Z prognoz Euler Hermes wynika, iż w 2021 nastąpi kolejny znaczny wzrost liczby niewypłacalności w Polsce o +17%, ale także na rynkach eksportowych (+25%)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Sytuacja na rynku daleka jest od przesilenia – w IV kwartale 2020 r. była najwyższa liczba niewypłacalności w historii, było ich o 20% więcej niż w poprzednim, III kwartale 2020 r.
  • Coraz więcej firm nie czeka na realną pustkę w kasie, podejmując decyzję o restrukturyzacji i ochronie przed wierzycielami z wyprzedzeniem, na podstawie sygnałów rynkowych czy wyłącznie kierowani niekorzystnymi perspektywami.
  • Ryzyko nie jest rozłożone równomiernie – nie tylko branżowo, ale i geograficznie. Najbardziej dotknięte wzrostem liczby niewypłacalności są województwa ze znacznym udziałem usług transportowych i turystycznych z północno-zachodniej Polski a także z woj. świętokrzyskiego – z blisko lub ponad 100% wzrostem liczby niewypłacalności r/r
  • Największy wzrost skali problemów zakończony niewypłacalnością zanotowały firmy działające w sektorach transportu (+70% r/r) oraz usług (+69% r/r)
  • Załamanie łańcuchów dostaw, nieprzewidywalne wahania popytu (m.in. na produkty inwestycyjne czy w motoryzacji) oznaczały duże problemy wielu producentów – liczba ich niewypłacalności wzrosła r/r o 27%
  • Nie ma bezpiecznych branż – przykładem sektor spożywczy, w którym niewypłacalnych było 109 producentów i przetwórców (czyli ponad 1/3 wszystkich niewypłacalności firm produkcyjnych – 319)
  • Budownictwo – IV kwartał czasem odwrócenia trendów: obecnie to rynek zamawiającego, a nie wykonawcy, ponowny wyścig o zlecenia kosztem marży i przyszłości, co widać już w niewypłacalnościach – 44 w IV kw. 2020 vs. tylko 25 w IV kw. 2019 (czyli +76% r/r kwartalnie)
  • Handel – wydaje się, iż hurt rozdaje karty (pw. żywności i towarów konsumenckich), ale na horyzoncie problemy detalu, w którym liczba niewypłacalności wzrosła o 35% r/r

Jak ocenia skutki oraz perspektywy przedsiębiorców Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka:

– Tak złe rezultaty można tłumaczyć na wiele sposobów, wskazując m.in. zaszłości w gromadzeniu rezerw kapitałowych etc., ale najbliższe prawdy jest to najprostsze wytłumaczenie – pandemia i związane z nią ograniczenia oraz utrudnienia, co widać m.in. po niechlubnym rekordzie upadłości w usługach oraz w transporcie (nie tylko towarowym – ten powoli odżywa, ale także w tym pasażerskim). Nigdy w historii nie było tak dużych wzrostów liczby niewypłacalności, rzędu 70% r/r jak w tych sektorach – co pokazuje jak rozległe jest to zjawisko!Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce

Ponadto, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zapewne większość firm mniejszych, rodzinnych znika bez żadnego sygnału o ich problemach, często nie wyrejestrowując działalności (lub robiąc to z dużym opóźnieniem) w związku z paraliżem urzędów. Ten mało eksponowany w statystykach i na co dzień problem (mało kto pisze bowiem o problemach rzeszy drobnych firm, uwagę przyciągają tylko znane marki, np. z branży odzieżowej) rodzi duże ryzyko dla dostawców – zaskakiwanych z dnia na dzień brakiem kontaktu, nie mówiąc o płatnościach za swoje produkty i usługi. Ponadto wielu przedsiębiorców z wyprzedzeniem, często tylko w obawie o swoje perspektywy rozpoczyna postepowanie naprawcze. To oczywiście jak najbardziej słuszne i korzystne dla nich, zwiększające szanse powodzenia restrukturyzacji, ale niestety przenoszące problem jak wirus – na większą liczbę kolejnych firm, swoich dostawców, którzy nie otrzymują swoich należności.

– Na dodatek ryzyko nie ogranicza się tylko do wymienionych branż, tych najbardziej ewidentnie dotkniętych lockdownem, ale jest widoczne m.in. w motoryzacji i szerzej, w całym sektorze produkującym na potrzeby inwestycji i je obsługujący. Kryzys zawsze mocniej dotyka słabszych, a im większy kryzys – tym większy jego skutek. Obecny kryzys to pierwsza recesja w Polsce od 30 lat, więc efekt jest duży i współmierny do okoliczności. – wyjaśnia Tomasz Starus i wskazuje: – Rządowa kroplówka pozwoliła przetrwać pierwszy szok, ale nie wyposaży firm w kapitał na ponowny rozruch, bo ten będą musiały zdobyć same. Ponieważ jak zawsze pożyczkodawcy najchętniej pożyczają firmom w bezpiecznej sytuacji (co wcale nie dziwi), tym które w gruncie rzeczy mogą się bez tego obejść, to cała rzesza pozostałych firm operować będzie chciała przede wszystkim kapitałem w postaci towarów i usług od dostawców. W związku z tym przed większością polskich firm, przed zarządzającymi nimi najtrudniejszy rok i test z zarządzania i przedsiębiorczości w historii – niestety bez możliwości poprawek, drugiego podejścia do egzaminu. Strat w obecnej sytuacji generalnie nie da się odrobić, ratując się m.in. eksportem – na rynkach zagranicznych sytuacja nie jest bowiem lepsza.

Badanie KRD/NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Ponad 1/3 firm wystawia miesięcznie mniej faktur niż przed pandemią. To oznacza mniejsze wpływy w firmowym budżecie, ale też mniejszy obrót w gospodarce. Główne przyczyny zmniejszonej liczby faktur w obiegu to przede wszystkim: słabszy popyt na produkty i usługi, ograniczenia w działalności kontrahentów i problemy finansowe klientów – wynika z badania Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG „Płynność finansowa MŚP w pandemii”.

Gospodarka jest systemem naczyń połączonych. W związku z tym również firmy, które nie zostały zmuszone do zamknięcia lub ograniczenia swojej działalności w pandemii, pośrednio też odczuły jej negatywny wpływ. Przykładowo, zamknięte stoki narciarskie to nie tylko problem właścicieli wyciągów i hoteli, ale także firm produkujących, handlujących i wypożyczających sprzęt do sportów zimowych. Zamknięte hotele i restauracje, to automatycznie zmniejszone zamówienia dla branży FMCG, w tym głównie hurtowni spożywczych i chemicznych itd.

Mniej faktur to mniej pieniędzy na koncie

Pod tym względem pandemia poczyniła luki w obrocie gospodarczym. Według badania „Płynność finansowa MŚP w pandemii”, przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej i firmy faktoringowej NFG, 34,4% przedsiębiorstw wystawia obecnie mniej faktur niż przed pandemią. Na drugim biegunie są firmy, które w pandemii wystawiają miesięcznie więcej faktur niż wcześniej – 26,8%. Z kolei 38,8% przedsiębiorców nie potrafi określić, czy i jak zmieniła się liczba wystawianych przez nich faktur w miesiącu.

Zjawisko utraty kontraktów lub zleceń najbardziej widoczne jest w firmach małych i tych działających w branży budowlanej. Więcej faktur obecnie wystawiają firmy średnie i te działające w branży produkcyjnej.

To właśnie w przemyśle mamy relatywnie najlepszą koniunkturę w pandemii. Indeks PMI w grudniu wzrósł do 51,7 pkt. z 50,8 pkt w listopadzie. Firmy produkcyjne, zwłaszcza te kooperujące z zagranicą, notują wręcz zwyżki zamówień. Gorzej natomiast radzą sobie branże: budowlana, handlowa i usługowa. W tej pierwszej aż 42 proc. firm uskarża się na spadek liczby wystawianych faktur. Tymczasem pamiętajmy, że mniejsza liczba faktur to także mniejsze wpływy do budżetów firm. Z naszych danych wynika, że w pandemii, z obawy przed utratą płynności finansowej, więcej firm budowlanych sięgało po faktoring – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

W poszukiwaniu utraconych faktur

Wśród głównych przyczyn, dla których przedsiębiorcy wystawiają mniej faktur, są przede wszystkim: słabszy popyt na ich produkty i usługi (55,2%), ograniczenia w działalności kontrahentów na skutek obostrzeń (53,5%) i problemy finansowe klientów (44,8%). Przedsiębiorcy wskazują, że sami też działają w ograniczonym zakresie na skutek obostrzeń (35,5%) lub ich kontrahenci/klienci zamknęli działalność (18%).

Wiele firm uskarża się również na brak środków finansowych, trudności z uzyskaniem od dostawców surowców niezbędnych do produkcji bądź świadczenia usług, brak rąk do pracy czy niewystarczającą ilość towaru – to wszystko też wpływa na ograniczenia w wystawianiu faktur.Badanie KRD NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Mniej szans na finansowanie

Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP, w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii. Taką odpowiedź wskazało 13,4% firm (głównie średnich i produkcyjnych). Nieco ponad 1/4 przedsiębiorców wystawia do 10 faktur mniej (głównie mikroprzedsiębiorców z branży budowlanej). Z kolei małe firmy, głównie z branży handlowej, straciły do 30 faktur w miesiącu.

W tym miejscu warto podkreślić, że faktura fakturze nierówna. Bo dla jednej firmy utrata stu kontraktów będzie oznaczać 10-procentową lukę w budżecie, a dla innej utrata już jednej, dwóch faktur może być gwoździem do trumny, gdyż byli to po prostu strategiczni klienci. Taka sytuacja często ma miejsce w mikrofirmach, gdzie jedna niezapłacona faktura może realnie zagrozić płynności finansowej przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Dariusz Szkaradek.

Mało tego – faktura stanowi dla przedsiębiorcy zabezpieczenie w momencie, gdy zechce on pozyskać finansowanie np. w formie faktoringu. Następuje wówczas cesja wierzytelności na zewnętrzną firmę – w tym wypadku faktora, i przedsiębiorca otrzymuje pieniądze z faktury, którą właśnie wystawił. Jeśli faktury nie wystawił – traci szansę na finansowanie, a jak wiadomo faktoring jest jednym najtańszych, najbezpieczniejszych i najskuteczniejszych instrumentów ochrony płynności finansowej.

Badanie „Płynność finansowa MŚP w pandemii” na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG przeprowadzone przez IMAS International w IV kwartale 2020 r. metodą CAWI na grupie 500 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw.

2021 rokiem magazynów, ale i wyzwań dla logistyki e-commerce

Miniony rok był prawdopodobnie najlepszym dla rozwoju sektora magazynowego, a całkowita podaż powierzchni magazynowych – według różnych szacunków – przekroczyła już 20 milionów metrów kwadratowych. To dobry czas dla deweloperów, ale i duże wyzwanie dla branży TSL.

Choć w ubiegłym roku przez wszystkie przypadki odmieniano słowa „pandemia” i „lockdown”, to w nie mniejszym stopniu 2020 rok przyniósł ogromne przyspieszenie tempa rozwoju e-commerce. To właśnie e-handel zdominował dyskurs w branży TSL. Lockdown wymusił na nas pozostanie w domach i zmianę wielu nawyków. Tak, jak z konieczności przeszliśmy na pracę zdalną i opanowaliśmy narzędzia niezbędne do edukacji online, tak błyskawicznie przekonaliśmy się do zakupów przez internet. To oczywiście nie nowość, ale tak dynamicznego wzrostu popytu branża dotychczas nie odnotowała. Tam zaś, gdzie popyt, tam pojawia się konieczność walki o klienta i przyciągnięcia jego uwagi. W obliczu rozwoju e-commerce staliśmy się bardziej wymagający. Zaczęliśmy oczekiwać błyskawicznych dostaw, informacji o dostępności produktów, ale i przestaliśmy mieć opory związane z zamawianiem produktów i odsyłaniem ich dużych partii. Rynek błyskawicznie na to zareagował. Wiele firm nie miało możliwości dotarcia do klienta przez inne kanały, więc musiało odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, jak i dotrzymywać kroku czujnej konkurencji.

Nowe magazyny, czyli impuls

Z danych firmy doradczej Axi Immo wynika, że już w trzecim kwartale 2020 roku udało się przekroczyć granicę 20 milionów metrów kwadratowych powierzchni magazynowych w Polsce, a po stronie popytu odnotowano jeden z najlepszych wyników w historii. Tylko w okresie od lipca do września wynajęto 1,22 mln metrów kwadratowych dostępnych w Polsce powierzchni magazynowych[1]. Wniosek jest prosty – to był kapitalny rok dla magazynów. Spora w tym zasługa zarówno wspomnianego sektora e-commerce, ale także całej branży FMCG, której pandemia w ogóle nie osłabiła i która w ogóle nie odczuła skutków lockdownu. To, co zwraca naszą uwagę, to rozwój SBU, czyli niewielkich podmiejskich inwestycji magazynowych. Dla e-commerce i firm kurierskich, ale i FMCG takie magazyny to dobra wiadomość, bo oznaczają skrócenie łańcuchów dostaw, szybszy i sprawniejszy transport – a w warunkach wysokiej konkurencyjności jest to szczególnie pożądane.

Wyzwania – automatyzacja i logistyka ostatniej mili

Nowe powierzchnie magazynowe to wielka szansa dla TSL, ale nie można zapominać o wyzwaniach i zobowiązaniach branży. Istotnym aspektem skrócenia łańcuchów dostaw jest nie tyle zmniejszenie fizycznego dystansu pomiędzy kolejnymi jego ogniwami, ale usprawnienie wzajemnego przepływu informacji pomiędzy nimi. Ogromna w tym rola nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji, która może wspierać automatyzację magazynu, a tym samym – zwiększyć efektywność procesów, oszczędzić więcej miejsca czy zmniejszyć koszty transportu bliskiego i energii elektrycznej. Doskonałym tego przykładem jest nierozwiązana jeszcze kwestia logistyki ostatniego kilometra. Nowe magazyny w dodatkowych lokalizacjach „bliżej” klienta mogą skrócić dystans i czas dostawy, ale tylko w sytuacji, gdy są wspierane przez analitykę big data i staranne planowanie logistyczne już na etapie wprowadzania produktów „na magazyn”.

Podsumowując – rozwój sektora magazynowego powinien nieść za sobą nie tylko ilość, ale i jakość. Potrzebujemy więcej magazynów, ale takich, które są inteligentne i nowoczesne. To poważne wyzwanie dla branży TSL, zwłaszcza logistyków, którzy powinni dostrzec potencjał nowych technologii i SI.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

[1] AXI IMMO Raport – Polski rynek magazynowy III kw. 2020 r. – AXI IMMO

„Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu” – Północna Izba Gospodarcza nie zgadza się na różnicowanie przedsiębiorców i brak wsparcia dla Pomorza Zachodniego

Turystyka jest mocno dotknięta gospodarczymi konsekwencjami pandemii koronawirusa. Pas nadmorski w sezonie zimowym zapełniał się turystami z Niemiec oraz zwolennikami weekendowego wypoczynku. Obecnie największe kurorty są opustoszałe, a przedsiębiorców martwi brak rezerwacji nawet na miesiące wiosenne.  Niemiecki lockdown również nie ułatwia sytuacji. Wszyscy zgodnie twierdzą, że ludzie obawiają się planować wypoczynku wielkanocnego czy majówkowego, bo nie wiadomo czy pandemia do tego czasu odpuści. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie ponawia apel o wsparcie celowe dla zachodniopomorskiej turystyki. Przy okazji demaskujemy pewną manipulację, którą Rząd tłumaczył, dlaczego gminy górskie zimą powinny otrzymać wsparcie, a nadmorskie już nie. – Turystyka zachodniopomorska to nie jest już tylko słońce, morze i plaża, a tętniący życiem cały rok organizm. Nie możemy mówić, że latem modne jest morze, a zimą góry i tak sezonowo rozdzielane będzie wsparcie. Przecież latem turystów w górach również nie brakuje. Jesteśmy przeciwni różnicowaniu przedsiębiorców. Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Zestawiono cztery województwa przeciwko dwóm i nie doliczono turystów z zagranicy. Pomorze Zachodniopomorskie poszkodowane w wyliczeniach ministerialnych

Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie bardzo aktywnie włączamy się walkę o branżę turystyczną. Przygotowaliśmy co najmniej kilkanaście apeli i pism o wsparcie do przedstawicieli rządu i organów rządowych. Opracowaliśmy wspólnie projekt Tarczy Antykryzysowej dedykowanej branży turystycznej i okołoturystycznej, zawierający cały szereg rozwiązań prawnych, administracyjnych i finansowych.

– W odpowiedzi uzyskanej z Departamentu Turystyki Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, ku naszemu zdumieniu, otrzymaliśmy informację, iż „Wsparcie przewidziane uchwałą oparto o analizę ruchu turystycznego za I kwartał z lat 2018-2020. Na jej podstawie można stwierdzić, że w okresie zimowym krajowy ruch turystyczny koncertuje się w województwach, na terenie których znajdują się gminy górskie (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie). Średnie dane z I kwartału w ostatnich 3 latach pozwalają oszacować wielkość krajowego ruchu turystycznego na terenie tych czterech województw w sumie na poziomie około 3,8 mln, co stanowi około 40% ruchu na terenie całego kraju w tym okresie każdego roku. W tym samym okresie na terenie dwóch województw nadmorskich, tj. Pomorskiego i Zachodniopomorskiego, odnotowywano około 1,4 mln krajowych podróży turystycznych, co stanowiło około 15% ruchu krajowego mieszkańców Polski.” – mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny. Statystyki wyraźnie pokazują, że dysproporcje między turystyką górską i morską wynoszą 36% (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie) do 20% ruchu turystycznego w regionach nadmorskich.

– Powyższa metodologia zawiera jednak istotne wady, które wpływają na ogólny błąd we wskazanych wyliczeniach. A mianowicie zestawiono cztery województwa naprzeciwko dwóm województwom. Po drugie nie uwzględniono turystów zagranicznych, a przecież turyści z Niemiec czy Skandynawii tłumnie odwiedzają nasze kurorty bez względu na porę roku. Naszym zdaniem dokonano manipulacji, która miała uzasadnić nierównomierne wsparcie przedsiębiorców działających w branży turystycznej – dodaje dr Piotr Wolny.

Prezes Hanna Mojsiuk apeluje: „Panie Premierze, zapraszamy nad morze!”

Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk wzięła udział w posiedzeniu komisji  gospodarki, infrastruktury i ochrony środowiska zachodniopomorskiego sejmiku. – Skala strat o których informowali samorządowcy i przedsiębiorcy obecny podczas komisji była ogromna i nie mogła pozostawić nas obojętnymi. To czas na działanie i aktywny lobbing w obronie turystyki.  W związku z powyższym apelujemy wspólnie z samorządowcami, parlamentarzystami i przedsiębiorcami o uruchomienie podobnego programu wsparcia w proporcjonalnym udziale finansowym do prawdziwych danych o ruchu turystycznym. Przedsiębiorcy znad morza to nie tylko hotelarze, ale i gastronomia, rybacy, osoby zajmujące się sprzedażą pamiątek. Małe firmy, które nie mają biznesowych alternatyw, a są regularnymi płatnikami do budżetu. Zdarzają się sytuacje, że po prostu nie mają za co nakarmić swoich rodzin – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Apelujemy do Premiera RP o uwzględnienie pasa nadmorskiego w uruchamianym dla Południa Polski specjalnym programie pomocowym dla samorządów, które utraciły dochody związane z zamrożeniem turystyki, mamy pełną świadomość jak takie wsparcie mogłoby pomóc lokalnym gminom i przedsiębiorcom przetrwać ten trudny czas – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk. – Będziemy głośno upominać się o zachodniopomorską turystykę. Panie Premierze, prosimy żeby przyjechać nad morze, przejść się pustymi alejami spacerowymi, porozmawiać z przedsiębiorcami. Turystyka to nie tylko góry. Wsparcie powinno dotrzeć do wszystkich, którzy są gospodarczymi ofiarami koronawiursa – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Nowe szczyty na rynkach amerykańskich w tle inauguracji nowego prezydenta

Z pewnością najczęściej komentowanym wydarzeniem zarówno dla giełdy, jak i polityki w minionym tygodniu było zaprzysiężenie nowego prezydenta USA, Joe Bidena, które odbyło się w środę 20 stycznia. Tydzień rozpoczął się spokojnie, ponieważ w poniedziałek Amerykanie obchodzili Dzień M. Lutera Kinga i giełdy w USA były zamknięte. Od wtorku jednak rozpoczęły się wzrosty na amerykańskim rynku i we środę indeksy: Nasdaq, S&P 500 oraz Dow Jones poprawiły historyczne rekordy ustanowione kilka tygodni wcześniej. Pozytywne nastroje inwestorów przełożyły się na znaczne wzrosty spółek technologicznych – Netflix po publikacji wyników za Q4 zyskał aż 17%. Zyskiwały także metale szlachetne, cena złota wzrastała, jednak już w piątek została ona poddana korekcie, w wyniku czego tydzień zakończył się umiarkowanym wzrostem +1,49%. Tradycyjnie srebro podążało za złotem, jednak z większą zmiennością i ostatecznie srebro skończyło tydzień wzrostem +2,92%.

W czwartek odbyło się posiedzenie Rady Prezesów EBC. Nie dokonano zmian parametrów polityki pieniężnej w strefie euro, co było zgodne z oczekiwaniami rynku. Oznacza to, że główna stopa procentowa pozostaje na poziomie 0,00%, natomiast depozytowa na poziomie -0,5%. EBC potwierdził również kontynuację programu QE oraz zapowiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, działania stymulacyjne zostaną rozszerzone.
Zarówno giełdy krajów zachodnioeuropejskich, jak i Polska GPW zakończyły tydzień ze stratą. Głównym powodem gorszych nastrojów inwestorów był brak widocznej poprawy w walce z pandemią, a także wprowadzanie kolejnych lockdownów w części krajów, np. Francji oraz przedłużanie tych, które już trwają. W minionym tygodniu WIG stracił niemal 1%, a WIG20 spadł o 1,66%, co obniżyło jeszcze jego wynik od początku roku, który wynosi -1,6%.

W piątek GUS opublikował dane z polskiego rynku pracy, które okazały się dosyć pozytywne, ponieważ przeciętne zatrudnienie spadło jedynie o 1% r/r, a przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6,6% w ujęciu rocznym.

W bieżącym tygodniu najważniejszymi wydarzeniami mającymi wpływ na rynki będą: posiedzenie FED, rozpoczęcie Światowego Forum Ekonomicznego, które zwykle miało miejsce w Davos, a w tym roku odbędzie się online oraz aktualizacja prognoz globalnego PKB przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rezerwa Federalna zbierze się we wtorek na pierwszym posiedzeniu w tym roku, a decyzja w sprawie dalszej polityki monetarnej zapadnie w środę. Również w tym tygodniu możemy spodziewać się publikacji danych dotyczących PKB Polski za 2020. Bez wątpienia będzie to najniższy wskaźnik od ponad 20 lat.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Amnesty International: Bogate kraje kupiły już ponad 80 proc. dostaw szczepionek. Biedne zaszczepią w tym roku tylko 1 na 10 osób

Ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów. Te zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby do końca roku zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie. Tymczasem biedniejsze nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Blisko 70 krajów o niższych i średnich dochodach w tym roku zaszczepi tylko 1 na 10 swoich obywateli – wynika z danych Amnesty International. Organizacja podkreśla, że – zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka – na bogatszych państwach spoczywa odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami, a bez solidarności nie uda się zakończyć globalnej pandemii COVID-19. Według WHO będzie to możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. 

W krajach Europy masowe szczepienia przeciw COVID-19 ruszyły 27 grudnia. W sobotę Wielka Brytania poinformowała, że tylko w ciągu jednej doby zaszczepiono prawie pół miliona obywateli (do tej pory co najmniej jedną dawkę szczepionki przyjęło w sumie ponad 5,8 mln Brytyjczyków). Wśród krajów, które przodują w szczepieniach, jest też Izrael, który do tej pory zaszczepił ok. 25 proc. swojej populacji, a w ubiegłym tygodniu rozpoczął podawanie szczepionki młodzieży w wieku 16–18 lat.

W Polsce z kolei wykonano do tej pory ponad 707,5 tys. szczepień (niecałe 2 proc. populacji), a według rządowych zapowiedzi do końca marca mają one objąć ok. 3,1 mln Polaków. W sobotę pełnomocnik rządu Michał Dworczyk poinformował, że 3,1 mln szczepionek, które mają dotrzeć do Polski z końcem marca, zostały już w pełni rozdysponowane i w tej chwili nie ma już wolnych dawek. Dynamika szczepień w naszym kraju jest niewystarczająca, ale jak uzasadnia rząd ma to związek m.in. z tymczasowym ograniczeniem dostaw szczepionki Pfizera-BioNTechu do państw UE. Firma zapowiedziała, że czasowo ograniczy dostawy do krajów europejskich po to, żeby móc zwiększyć moce produkcyjne i nadrobić je w II kwartale.

– Nawet w Polsce, czyli w kraju członkowskim jednego z najbogatszych bloków gospodarczych na świecie, szczepienia na COVID-19 będą opóźnione ze względu na trudności z wyprodukowaniem odpowiedniej liczby dawek szczepionki. To pokazuje, że kraje najbiedniejsze zapewne będą musiały czekać jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie lat, aby móc zaszczepić swoich obywateli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak wskazuje, według realistycznych prognoz część krajów afrykańskich będzie mogła przeprowadzić szczepienia na masową skalę dopiero w 2023 roku. To oznacza, że jeszcze przez co najmniej kolejne dwa lata będą dotknięte medycznymi, społecznymi i gospodarczymi skutkami obecnej pandemii.

– Jednocześnie one cały czas będą zagrożeniem epidemiologicznym dla innych krajów, dlatego że wirus mutuje. Mówimy nie tylko o mutacji wirusa w Wielkiej Brytanii, ale też o nowych szczepach – prawdopodobnie bardziej zaraźliwych – które pojawiły się w Republice Południowej Afryki, ostatnio w Brazylii. Dlatego wyszczepienie jak największej liczby ludzi na świecie jest konieczne do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne – podkreśla dr Wojciech Wilk.

Według Światowej Organizacji Zdrowia osiągnięcie zbiorowej odporności będzie możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. Jeżeli część państw pozostanie bez dostępu do szczepień, nie uda się zakończyć globalnej pandemii, bo wirus cały czas będzie się rozprzestrzeniać.

– Nie wystarczy, że zaszczepimy ludność Europy, a o wszystkich poza Europą możemy zapomnieć, bo to jest choroba zakaźna. W latach 70. udało się wyeliminować ospę, bo szczepienia objęły cały świat. Podobnie teraz, żeby wyeliminować COVID-19, szczepienia też muszą objąć cały świat – podkreśla prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak podaje Amnesty International, bogate kraje zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie do końca 2021 roku. Przoduje Kanada, która wykupiła taką liczbę dawek, która pozwoliłaby zaszczepić każdego obywatela pięć razy. Z kolei UE zakontraktowała dotąd w sumie blisko 2,4 mld dawek, z czego do Polski w ramach wspólnego mechanizmu zakupowego ma trafić 60 mln.

Według danych międzynarodowej organizacji Oxfam bogate kraje reprezentujące zaledwie ok. 13 proc. światowej populacji kupiły do tej pory 53 proc. wszystkich przyszłych, najbardziej obiecujących szczepionek. Z kolei od listopada ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów.

Tymczasem 67 państw (w tym m.in. Kenia, Birma, Nigeria, Pakistan i Ukraina) o niższych i średnich dochodach pozostaje daleko w tyle. Według Amnesty International w całym przyszłym roku będą one w stanie zaszczepić na COVID-19 tylko 1 na 10 swoich obywateli, o ile przemysł farmaceutyczny i rządy innych państw nie zapewnią im właściwej pomocy.

– Tutaj wyzwania są trzy. Po pierwsze, kwestie wyprodukowania odpowiedniej liczby dawek szczepionki. Po drugie, możliwości zakupu tych szczepionek przez najbiedniejsze kraje świata. One nie są drogie, np. szczepionka Pfizera kosztuje ok. 40 dol., czyli ok. 160 zł za dwie dawki. Ale w przypadku stumilionowej Etiopii przekłada się to już na dość duże koszty. Pamiętajmy, że PKB krajów afrykańskich, czyli wielkość całej ich gospodarki, jest porównywalna do PKB jednego polskiego województwa. Zatem z naszego polskiego punktu widzenia te stosunkowo nieduże koszty związane z zakupem szczepionek dla krajów afrykańskich są niesamowicie wysokie – mówi dr Wojciech Wilk.

Jak podkreśla, trzecim wyzwaniem jest nie tylko sam zakup szczepionek, ale również koszty związane z ich transportem i dystrybucją.

– Ogromne nakłady muszą być wyłożone na proces szczepienia, nie tylko personel medyczny, który musi podać te szczepionki całej populacji, lecz także m.in. na proces transportu. Szczepionka Pfizera musi być przechowywana w -70 stopniach Celsjusza. W przypadku większości krajów afrykańskich jest praktycznie niemożliwe, żeby dostarczyć ją do terenów położonych w głębi lądu – mówi .

Prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej wskazuje, że wiele krajów afrykańskich na skutek przedłużającej się pandemii i lockdownu może wejść w fazę głębokiego kryzysu gospodarczego, co pociągnie za sobą kolejne wojny domowe i kryzysy humanitarne na całym kontynencie.

– Jeżeli zapaść w ruchu turystycznym i handlu międzynarodowym będzie trwała jeszcze rok, to wiele z tych krajów wejdzie w fazę naprawdę głębokiego kryzysu, który może skutkować powstaniem nowych zarzewi wojen domowych. Na przykład w Libanie widzimy, jak kryzys gospodarczy bardzo szybko przekształca się w kryzys polityczny, a na to nakłada się jeszcze pandemia COVID-19 i kryzys uchodźców syryjskich – zaznacza.

Amnesty International wskazuje, że zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka wszystkie kraje mają obowiązek współpracować w odpowiedzi na pandemię, a na bogatszych państwach spoczywa szczególna odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami. Tymczasem w tej chwili część rządów skupia się wyłącznie na zapewnieniu szczepionek własnym obywatelom, gromadząc liczbę dawek pozwalającą na zaszczepienie ich po kilka razy, podczas gdy biedne państwa nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Co istotne, ich obywatele są też w większym stopniu narażeni na zakażenie COVID-19, m.in. z powodu niedoboru wody pitnej, żywności i ograniczonego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej.

– Zaszczepienie ludności najbiedniejszych krajów na świecie jest moralnym obowiązkiem, przede wszystkim władz tych krajów, ale i wszystkich tych, którzy z tych szczepionek skorzystali i są w stanie pomóc finansowo czy z punktu widzenia humanitarnego. Ten proces będzie trwać, ale w naszym własnym interesie jest to, aby szczepionka jak najszybciej dotarła do ludzi najbardziej potrzebujących – szczególnie do uchodźców mieszkających w przepełnionych obozach, gdzie panują bardzo ciężkie warunki życia i inne choroby, nie tylko COVID-19. Na przykład na granicy tureckiej – czyli tysiąc kilometrów od granicy UE – są obozy, gdzie na 1 mkw. przypada ponad 3 tys. osób. Łatwo sobie wyobrazić, jak ogromny będzie koszt ludzki i jak wiele osób może pochłonąć pandemia w obozach dla uchodźców, zanim tam dotrze szczepionka – mówi dr Wojciech Wilk.

Sanepid przeprowadza nawet 1300 kontroli dziennie w otwartych placówkach gastronomicznych. Tymczasem sądy uchylają kary za łamanie obostrzeń

Sądy administracyjne rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki spraw, które dotyczą kar nakładanych przez sanepid za złamanie pandemicznych obostrzeń. Niedługo rozpraw może być jeszcze więcej, ponieważ według Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej obecnie sanepid wykonuje nawet 1300 kontroli dziennie w całym kraju. Jednak w większości przypadków są one rozstrzygane na korzyść obywateli i przedsiębiorców. Sądy uchylają kary i zwracają uwagę m.in. na brak właściwej podstawy prawnej oraz niezgodność rządowych zakazów i nakazów z Konstytucją. Przedsiębiorców, którzy zastanawiają się nad wznowieniem działalności mimo groźby kary z sanepidu, może to zachęcić do masowego łamania lockdownu.

– Dziś możemy już mówić o lawinie wyroków wojewódzkich sądów administracyjnych, które uchylają kary nakładane przez sanepid – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes adwokat Paweł Kopij z Kancelarii Kopij Zubrzycki.

Według Sławomira Grzyba, sekretarza generalnego zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP), obecnie sanepid przeprowadza dziennie nawet 1300 kontroli ponownie otwartych lokali w ramach akcji HASHotwieraMY (za PAP). Za naruszenie zakazów i nakazów, wprowadzonych w związku z pandemią COVID-19, powiatowy inspektor sanitarny może nałożyć karę administracyjną w wysokości nawet 30 tys. zł. Od decyzji sanepidu można jednak odwołać się do wojewódzkiego inspektora sanitarnego. Jeżeli i on podtrzyma decyzję o ukaraniu wówczas można ją zaskarżyć do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Te rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki takich spraw.

Dotychczasowa praktyka pokazuje jednak, że w większości przypadków uchylają kary za łamanie obostrzeń związanych z pandemią.

– Dotychczasowe orzecznictwo wskazuje dwie główne wady decyzji wydawanych przez sanepid. Pierwszą i najważniejszą jest niekonstytucyjność podstawy prawnej dla decyzji o nałożeniu kary – podkreśla adwokat Paweł Kopij. – Jeśli chodzi o ograniczenia w wolności prowadzenia działalności gospodarczej, to najważniejszy jest art. 22 Konstytucji, według którego takie ograniczenia mogą być wprowadzane, jednak jest to dopuszczalne wyłącznie w drodze ustawy. Natomiast w stanie prawnym, który mamy dziś, te ograniczenia są wprowadzone rozporządzeniem. I to jest głównym powodem uchylania tych decyzji przez sądy. Złamane zostały podstawowe reguły, jakie wprowadza Konstytucja.

Już na początku stycznia WSA w Opolu uchylił karę 10 tys. zł nałożoną przez sanepid na fryzjera, który prowadził działalność wbrew rządowym zakazom. Sąd uzasadnił, że tak daleko idące ograniczenie praw i wolności konstytucyjnych może nastąpić jedynie w drodze ustawy i wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a nie w drodze rozporządzenia Rady Ministrów. Ograniczenie działalności gospodarczej było więc niezgodne z Konstytucją. Dlatego opolski WSA (w nieprawomocnym wyroku) umorzył postępowanie przeciw fryzjerowi, uchylił karę i na dodatek zarządził od sanepidu zwrot kosztów procesowych.

Problemem jest nie tylko brak właściwej podstawy prawnej, lecz także procedura nakładania kar przez sanepid. Są one nakładane arbitralnie, bez możliwości obrony i zabrania stanowiska. Co więcej, karę nałożoną przez sanepid trzeba opłacić w ciągu siedmiu dni. Zaskarżenie jej nie wstrzymuje wykonania – więc tak czy inaczej jest ona ściągana z konta bankowego w ciągu tygodnia.

– Łamanie przez sanepid podstawowych zasad Kodeksu postępowania administracyjnego jest drugim, równie istotnym uchybieniem – wskazuje adwokat  z Kancelarii Kopij Zubrzycki. – Chodzi tu przede wszystkim o złamanie zasady czynnego udziału stron w postępowaniu. Wyraża się ona w tym, że strona może powoływać dowody, składać oświadczenia oraz wypowiadać się odnośnie do prowadzonych dowodów. Niezapewnienie jednej ze stron możliwości czynnego udziału w postępowaniu powoduje, że te kary są nakładane arbitralnie, w oderwaniu od okoliczności.

Wyroki uchylające decyzje sanepidu zapadają nie tylko w sprawach dotyczących przedsiębiorców, lecz także obywateli. W połowie stycznia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że rozporządzenie o powszechnym nakazie zasłaniania nosa i ust stoi w sprzeczności z Konstytucją. W efekcie uchylił nałożoną przez sanepid grzywnę 5 tys. zł za brak maseczki. W sumie od 12 do 14 stycznia br. warszawski WSA rozpatrzył ponad 20 spraw dotyczących kar za łamanie obostrzeń. W każdej z nich orzekł na korzyść ukaranego i uchylił decyzję sanepidu, stwierdzając brak właściwej podstawy prawnej.

– Nie można postawić tezy, że sądy będą teraz automatycznie uchylać decyzje sanepidu. Polski system prawny nie opiera się na precedensach, więc nie można tutaj z góry przyjąć automatyzmu. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i indywidualnie oceniana przez niezawisły sąd. Natomiast skala tych naruszeń – jeśli chodzi o Konstytucję i Kodeks postępowania administracyjnego – jest duża, więc możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że takie sprawy będą kończyły się pozytywnie dla skarżących – mówi Paweł Kopij.

Jak wskazuje, dotychczasowe orzeczenia sądów mogą zachęcić innych ukaranych do odwoływania się od decyzji sanepidu, więc takich spraw z pewnością będzie przybywać.

– Jeżeli taka linia orzecznicza już istnieje, to osoby prywatne bądź przedsiębiorcy na pewno skorzystają z tego trybu i będą składać skargi. Dlatego ta lawina wyroków będzie postępowała – mówi adwokat.

Od 18 stycznia wielu przedsiębiorców, w tym m.in. właściciele restauracji, hoteli czy obiektów usługowych, zdecydowało się wznowić działalność, mimo wciąż obowiązujących obostrzeń i rządowych zakazów. Według IGGP otworzyło się nawet 20 tys. lokali w skali całego kraju. Sanepid może ukarać ich karą administracyjną w wysokości do 30 tys. zł.

Polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Część portów czeka upadłość lub będzie musiała się przebranżowić

Pandemia i lockdowny spowodowały, że polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podaje, że w całym 2020 roku liczba wszystkich operacji lotniczych spadła o 58,7 proc. w porównaniu do 2019 roku. Większość lotnisk regionalnych musi walczyć o utrzymanie płynności finansowej, a przed nimi jeszcze co najmniej dwa trudne sezony. Na wsparcie państwa raczej nie powinny liczyć, więc niektóre porty czeka upadłość lub przynajmniej znaczące zmiany w działalności.

– Generalnie kondycja lotnisk jest zła, ponieważ właściwie nie pracują albo pracują w minimalnym zakresie. Niektóre lotniska radzą sobie w tym kryzysie lepiej, inne gorzej. Wynika to z tego, w jakiej kondycji finansowej w niego weszły. Co do zasady duże lotniska miały jakieś zapasy środków finansowych, a lotniska małe miały je minimalne lub w ogóle, co oznacza, że każde z nich musiało podjąć działania restrukturyzacyjne związane ze zwolnieniem części personelu, ze zmianą zakresu czy czasu wykonywania operacji. Tak szyjąc i łatając, żyją z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner BBSG.

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej w raporcie podsumowującym 2020 rok podaje, że liczba wszystkich operacji lotniczych w polskiej przestrzeni publicznej spadła o 58,7 proc., do poziomu 376,9 tys. Liczba operacji na polskich lotniskach wyniosła 193,7 tys., po spadku o 56,4 proc. Największe spadki dotknęły lotniska w Warszawie (-59 proc.), Krakowie (-57 proc.), Wrocławiu (-56 proc.) oraz Modlinie (-56 proc.). Najmniejsze straty odnotowały porty w Zielonej Górze (-12 proc.), Łodzi (-38 proc.) i Olsztynie-Szymanach (-38 proc.).

Z kolei Związek Regionalnych Portów Lotniczych zebrał statystyki ruchu pasażerskiego za trzy kwartały 2020 roku w 13 funkcjonujących w Polsce lotniskach regionalnych. Wynika z nich, że od początku stycznia do końca września 2020 roku z połączeń regularnych i czarterowych skorzystało ok. 8,04 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln pasażerów mniej (-65,6 proc.) r/r. Wiadomo, że statystyki za cały rok będą jeszcze gorsze, bo podsumowania największych portów – w Warszawie, Krakowie, Katowicach czy Gdańsku – mówią o ok. 70-proc. spadkach.

– Do poziomu ruchu z 2019 roku wrócimy w 2025, może nawet w 2026 roku. Lekki wzrost będzie notowany dopiero w 2022, a może w 2023 roku. Lotniska muszą się przygotować, że jeszcze przynajmniej dwa sezony, letni i zimowy, będą bardzo trudne, więc będą musiały zwracać się o pomoc na zewnątrz, czy to do swoich udziałowców, czy do rynków finansowych. W konsekwencji może się okazać, że niektóre z lotnisk albo upadną, albo w znaczący sposób przeformułują swoją działalność – ocenia Sebastian Gościniarek.

Część portów, aby przetrwać, będzie musiała np. znacząco ograniczyć ruch, czyli wstrzymać wszystkie operacje w danych godzinach. Mogą też zdecydować się na to, by przestać być lotniskiem użytku publicznego i nie przyjmować ruchu czarterowego czy regularnych przewoźników, ale stać się lotniskiem general aviation, czyli o charakterze ogólnym. Wszelkie tego typu zmiany oznaczają jednak duże zwolnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Nie są to na pewno łatwe decyzje, ale myślę, że lotniska albo w tej chwili są przymuszone do tego i wykonują takie działania, albo już wkrótce nie będą miały wyjścia i będą musiały je podjąć – prognozuje ekspert ds. lotnictwa BBSG. – Lotniska w Poznaniu i Katowicach ogłosiły, że będą zwalniały pracowników, i weszły w odpowiednie procedury. Podobnie dzieje się na lotnisku w Rzeszowie, przy czym w przypadku tych lotnisk mamy do czynienia ze zwalnianiem dosyć sporej grupy zatrudnionych. W innych portach ten proces również się odbywa, może jeszcze nie na taką skalę, ale nie sądzę, żeby którekolwiek lotnisko ostało się w takim zestawie personelu, w jakim weszło w ten kryzys na początku 2020 roku.

W listopadzie lotniska dostały z budżetu państwa 142,2 mln zł w ramach rekompensaty za czas administracyjnego zamknięcia ruchu pasażerskiego od 15 marca do 30 czerwca. ZRPL podaje, że środki pokryły 30–40 proc. poniesionych w tym okresie strat. Pomoc państwa dla lotnisk regionalnych powinna być większa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że IV kwartał przyniósł dalszy spadek ruchu pasażerskiego, nawet o 90 proc. r/r.

– Znacznie mniej będzie ruchu biznesowego, czyli tego najbardziej wartościowego do tej pory, zarówno dla przewoźników, jak i dla lotnisk. Więcej będzie ruchu prywatnego, czarterów. Struktura ruchu się zmieni i będą musiały się zmienić też podmioty występujące na rynku, czyli zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze – ocenia Sebastian Gościniarek.

Jego zdaniem mimo zmian czekających rynek i okresowego spowolnienia w ruchu lotniczym decyzja o kontynuowaniu budowy Centralnego Portu Lotniczego nie podlega wątpliwości. Pandemia może jedynie opóźnić całą inwestycję, ale nie powinna jej wstrzymać.

Rząd wydłużył termin korzystania ze specustawy lotniskowej do końca 2025 roku. Ma to pozwolić na nowe inwestycje dotyczące infrastruktury lotniczej, w tym także inwestycji towarzyszących budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego.

– Obecna sytuacja rynkowa powinna skłonić decydentów do tego, żeby jeszcze raz przyjrzeć się, jak ten CPK powinien wyglądać – postuluje ekspert BBSG. – Bez wątpienia musimy mieć nowe lotnisko, które zastąpi Lotnisko Chopina, ponieważ w obecnej lokalizacji ono nie ma możliwości rozwoju i w pewnej perspektywie czasowej przestanie wystarczać. Nie może być tak, że dojdziemy do tego momentu i dopiero wtedy zaczniemy się zastanawiać, co robić. To jest dodatkowy argument. Jeśli kwestię budowy CPK wyczyścimy z wszystkich politycznych ozdobników, to okaże się, że jest konieczne wyjście z sytuacji.

Ojcowie poświęcają dzieciom więcej czasu w pandemii. Prawie co trzeci przyznaje, że poprawiło to relacje rodzinne

Ponad 60 proc. ojców w czasie pandemii spędza więcej czasu ze swoimi dziećmi. To przekłada się na poprawę wzajemnych relacji. – Jest to bardzo pozytywny skutek uboczny pandemii koronawirusa. Dzięki temu rośnie rola ojców w wychowywaniu dzieci – mówi dr Dariusz Cupiał z Tato.net. Raport o ojcostwie „Stato’20” pokazał również, że ojcowie, którzy nie mieszkają z dziećmi, odczuwają pogorszenie sytuacji – w czasie pandemii nie mają z nimi kontaktu lub jest on bardzo utrudniony. W Polsce wciąż mało popularne są inicjatywy wspierające mężczyzn w ojcostwie, a dodatkowo nie sprzyjają im regulacje prawne i praktyka sądów. Dlatego eksperci postulują szereg zmian.

– Badania prowadzone podczas drugiej fali pandemii COVID-19 wykazały bardzo wyraźnie, że spora grupa mężczyzn wygrała ojcostwo. Z tego należy się cieszyć, bo skutki tego zjawiska będą odczuwalne przez lata, także wtedy, gdy już zapomnimy o pandemii. Wspólnie spędzony czas w domu – odrabianie lekcji, pomoc w nauce, wspólne posiłki, czytanie na dobranoc, gimnastyka z tatą – spowodował, że było znacznie więcej interakcji między ojcami a dziećmi. Przysłużyły się temu praca i nauka zdalna – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dariusz Cupiał, inicjator projektu Tato.net.

W tegorocznej edycji raportu „Stato’20” w ocenie zmian w postawach ojcowskich w ostatnim roku dominuje stabilizacja, a jeśli jest zmiana, to częściej na lepsze. Wielu badanych przyznało, że rozwinęli się jako ojcowie i lepiej postrzegają się w tej roli. Jednym z najczęściej wskazywanych uzasadnień takiej opinii jest spędzanie większej ilości czasu z dziećmi. Deklaruje to prawie 61 proc. ojców. Największa grupa badanych wskazywała, że poświęca dzieciom całą swoją uwagę przez ponad dwie godziny dziennie. Jeszcze w 2014 roku najpopularniejsze odpowiedzi dotyczyły czasu liczonego w minutach. To przekłada się na mocniejsze więzi i lepsze relacje. Ojcowie chwalili się również tym, że w czasie pandemii wzrosła ich świadomość na temat roli odgrywanej w życiu i wychowaniu dziecka, ale także dowiedzieli się dużo nowych rzeczy na temat swoich pociech.

– Podczas pierwszych analiz w ramach inicjatywy Tato.net 16 lat temu poziom satysfakcji z pełnienia roli ojca u mężczyzn był bardzo niski. Obecnie obserwujemy bardzo duży wzrost satysfakcji z faktu bycia tatą i pełnienia tej roli. Jest to obserwacja, która może wynikać z różnych działań, programów i kampanii promujących rodzinę oraz działalności różnych ruchów, inicjatyw takich jak Tato.net – zaznacza inicjator tego projektu.

Badani ojcowie zostali zapytani m.in. o bariery lub przeszkody napotykane w budowaniu relacji z dziećmi w czasie pandemii. Prawie 50 proc. ankietowanych uznało, że takie bariery nie istnieją, a jedyne wskazania dotyczyły ograniczenia wspólnych aktywności poza domem, wyjść (13,8 proc.) oraz zamknięcia, izolacji od innych (11,1 proc.).

Jak podkreślają autorzy raportu, ze szczegółowej analizy odpowiedzi widać jednak, że w rodzinach, które przed pandemią borykały się z problemami, stała obecność wszystkich członków w domu wydobyła je na wierzch. Odrębną grupą ankietowanych byli ojcowie niemieszkający z dziećmi, którzy wskazywali na całkowity brak kontaktu lub bardzo utrudniony kontakt z dzieckiem w okresie pandemii.

Wzmocnienie roli ojców i rozwój ich kompetencji ma istotne znaczenie profilaktyczne dla zapobiegania problemom ich dzieci. Dlatego tak potrzebne jest wsparcie w ojcostwie w postaci programów czy warsztatów edukacyjnych, wymiany doświadczeń, np. w ramach lokalnych klubów ojcowskich. Takich inicjatyw prowadzonych przez organizacje pozarządowe, szkoły, samorządy czy kościoły jest coraz więcej. Włączają się w to również pracodawcy.

– To jest bardzo budujące, że biznes jest zainteresowany ideą work–life balance, a więc wspieraniem pracownika, który jest ojcem, żeby radził sobie lepiej w godzeniu obowiązków zawodowych i rodzinnych. Firmy wspierają swoich pracowników także w podnoszeniu kompetencji w tym obszarze. Przykładem jest KGHM Polska Miedź, która organizuje zajęcia, nie tylko dla rodziców, ale także dla ojców – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

Przy wszystkich wyzwaniach ojcowie jednak wciąż rzadko korzystają z oferty programów rozwojowych dla rodziców. W ciągu ostatniego roku zrobiło to jedynie 5 proc. badanych. Takie wsparcie jest szczególnie przydatne nie tylko zaraz po urodzeniu dziecka, lecz również w kryzysowych dla niego i dla rodziny momentach, także przy rozwodach i dzieleniu opieki nad dziećmi.

– W Stanach Zjednoczonych ojcowie mają do wyboru albo płacić alimenty, albo iść do więzienia. Zanim pójdą do więzienia, mogą uczestniczyć w specjalnych kursach ojcostwa. Okazuje się, że prowadzone zajęcia powodują, że decyzja ojców o zaangażowaniu się finansowym i czasowym w opiekę nad dzieckiem się zmienia. U nas taka praca instytucji z ojcami jest wciąż pieśnią przyszłości – mówi inicjator Tato.net.

Eksperci podkreślają także konieczność zmian w prawie, które wspierałyby ojców. Jedną z rekomendacji legislacyjnych jest wpisanie wprost ojcostwa do Konstytucji RP. Artykuł 18 podkreśla, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

– Wciąż w naszej konstytucji ojcostwo nie funkcjonuje tak jak macierzyństwo, a przecież to może mieć różne pozytywne konsekwencje, gdyby ustawa zasadnicza również dostrzegła wprost znaczenie ojca w życiu dziecka i naszego społeczeństwa – postuluje dr Dariusz Cupiał.

Nowe uregulowania powinny pojawić się również w obszarze wsparcia ojców wychowujących samotnie dzieci po śmierci ich matek.

W Polsce wciąż istnieje kryzys związany z rozpadem rodziny oraz regulacjami dotyczącymi alimentacji i opieki nad dziećmi. Przepisy prawne nie idą w parze z praktyką i wciąż pozostawiają wiele do życzenia – dodaje inicjator Tato.net.

Eksperci postulują o opracowanie rozwiązań prawnych, urealniających obliczanie alimentów przez sądy, aby rola ojca nie była sprowadzona wyłącznie do dostarczania środków finansowych. Należy również zaostrzyć przepisy i sankcje za utrudnianie ojcu kontaktów z dzieckiem oraz regularnie edukować sędziów na temat trudności w realizowaniu kontaktów z dziećmi, z jakimi borykają się ojcowie na co dzień, a także zwiększyć efektywność przepisów prawnych regulujących te kwestie.

– Na przestrzeni lat takich zmian nie widać. Takie sygnały dostajemy od ojców w kryzysie, którzy korzystają z różnych programów Tato.net, spotkań. Nie otrzymują oni odpowiedniego zrozumienia i wsparcia. Dlatego rekomendujemy, by ten obszar spotkał się z wnikliwszą uwagą instytucji, które są odpowiedzialne za legislację – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

2021 może być rokiem wielkich odkryć kosmicznych. Rozpocznie się m.in. poszukiwanie życia na Marsie i podobnych do Ziemi egzoplanetach

Chociaż pandemia koronawirusa opóźniła niektóre plany naukowe z 2020 roku, 2021 zapowiada się jako rzadko spotykany rok nauki – zapowiada  dyrekcja Misji Naukowych NASA. Na Marsa ruszyły trzy misje, obserwacje rozpocznie nowy Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, w toku są też plany powrotu ludzi na Księżyc. Dodatkowo w ramach nowej misji ma zostać zbadana powierzchnia Merkurego, a misja Solar Orbiter wejdzie w fazę obserwacji.

– Rok 2021 będzie szalenie ciekawy w kwestii badań kosmicznych, a w szczególności Marsa. Po raz pierwszy mamy do czynienia z prawdziwym wyścigiem na Marsa. Amerykanie, Chińczycy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, wszyscy wystrzelili sondy w kierunku Marsa, one się spotkają na orbicie marsjańskiej już niebawem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Co 26 miesięcy Ziemia i Mars znajdują się wyjątkowo blisko siebie, dzięki czemu każdy statek kosmiczny opuszczający Ziemię ma do pokonania mniejszy dystans na Czerwoną Planetę. W 2020 roku na Marsa zostały wystrzelone trzy misje – chińska Tianwen-1, sonda Zjednoczonych Emiratów Arabskich i łazik Perseverance NASA.

Sonda Al-Amal („Nadzieja”) należąca do Zjednoczonych Emiratów Arabskich to pierwsza misja międzyplanetarna w świecie arabskim. Sonda pozostanie na orbicie przez marsjański rok – odpowiednik 687 dni na Ziemi, aby zebrać informacje o atmosferze Marsa. Wylądować na Czerwonej Planecie ma z kolei chińska sonda Tianwen-1 („Poszukiwanie niebiańskiej prawdy”), która zawiera orbiter, rozkładaną kamerę, lądownik i łazik, które mogą wysyłać wiadomości na Ziemię. Łazik Perseverance („Wytrwałość”) NASA będzie zaś szukać dowodów na istnienie życia, badać klimat i geologię Marsa oraz zbierać próbki, które w następnych misjach trafią na Ziemię. Pod łazikiem znajduje się helikopter Ingenuity, pierwsza tego typu maszyna, która będzie latała na obcej planecie.

– Na orbicie marsjańskiej pracują też amerykańskie i europejskie orbitery. Od 2003 roku Mars Express, orbiter Europejskiej Agencji Kosmicznej, a od 2016 roku orbiter ExoMars, na obu są obecne instrumenty, w których budowie uczestniczyło Centrum Badań Kosmicznych – mówi dr hab. Piotr Orleański. – Ten wyścig bardzo przybrał na rozmiarach.

Rok 2021 będzie przełomowy nie tylko pod względem odkryć na Marsie. Amerykański program Artemis, który ma docelowo wysłać na Księżyc pierwszą kobietę i mężczyznę w 2024 roku, jest jeszcze na początku drogi, ale już trwają przygotowania do próbnego lotu bez załogi. Z kolei NASA i jej  Volatiles Investigating Polar Exploration Rover, czyli VIPER, stworzy pierwszą mapę zasobów wodnych Księżyca.

– Europejska Agencja Kosmiczna będzie kontynuować misję Solar Orbiter, która wejdzie w fazę obserwacji, a także misję BepiColombo, czyli misję do Merkurego. Obie lecą już w kierunku swoich punktów docelowych. W 2021 roku będzie również kończona budowa JUICE, czyli satelity, który ma lecieć do księżyców Jowisza, ale też kilka innych poważnych projektów – wymienia ekspert.

Na październik zaplanowano wystrzelenie Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba, który – wedle założeń – ma odpowiedzieć na pytania dotyczące naszego Układu Słonecznego, może wykryć światło z pierwszej generacji galaktyk, które powstały we wczesnym Wszechświecie po Wielkim Wybuchu, i zbada atmosfery pobliskich egzoplanet pod kątem możliwych oznak życia.

– Cały świat czeka na to, żeby ten teleskop zaczął działać. On będzie dużo bardziej zaawansowany niż teleskop Hubble’a czy Herschela, nie tylko technicznie, ale przede wszystkim będzie miał większy zakres spektralny, większą czułość, większą rozdzielczość, będzie to zupełnie nowa klasa teleskopu, który w końcu będzie mógł w jakiś sposób zastąpić Hubble’a na orbicie – przekonuje dr hab. Piotr Orleański.

Jak wskazuje, już ubiegły rok pokazał, że przemysł kosmiczny przechodzi metamorfozę. Zamiast ogromnych misji, do których przygotowania trwały latami, powstają też mniejsze, w tym prywatne misje.

– Wszystkie duże konstelacje satelitarne są sponsorowane przez państwa, np. nasz europejski Copernicus to jest konstelacja budowana za pieniądze państw członkowskich Unii Europejskiej. Galileo, czyli konstelacja nawigacyjna, też jest sponsorowana, tak samo jak GLONASS, Beidou czy GPS – to są przecież misje sponsorowane przez państwa albo agencje kosmiczne. Natomiast taki SpaceX to jest przedsięwzięcie prywatne, które oczywiście weszło w tej chwili w kontakt z amerykańską agencją kosmiczną, ale nadal jest prywatne – zaznacza kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Sekwencjonowanie RNA to przyszłość genetyki. Technologia pozwoliła na opracowanie szczepionki na COVID-19 i może pomóc w wykrywaniu raka piersi czy płuc

Dzięki testom genetycznym już dziś można ocenić ryzyko obciążenia potomstwa ponad 350 dziedzicznymi chorobami. Laboratoria genetyczne są w stanie wykryć nawet najrzadziej występujące mutacje we wszystkich znanych genach człowieka. Zdaniem ekspertów przyszłość genetyki wiąże się z sekwencjonowaniem RNA, które pozwoliło opracować szczepionkę na COVID-19. Technologia ta może być jednak pomocna również we wczesnym wykrywaniu raka piersi, tarczycy czy płuc.

– Badania genetyczne rozwiną się w kierunku odkrywania i walki z chorobami, na które dzisiaj nie ma leków albo są leki, ale jest późna wykrywalność. Na pewno to będą nowotwory oraz wszelkiego rodzaju problemy z sercem. Już dzisiaj widzimy, że technologia, która pozwoliła bardzo szybko opracować szczepionkę w kierunku koronawirusa właśnie przez wyselekcjonowanie RNA, będzie też wykorzystywana do prac genetycznych dotyczących walki z nowotworami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Strzelczyk, prezes zarządu Zdrowegeny.pl.

Badania opublikowane w styczniu przez Clinical Cancer Research wskazują, że sekwencjonowanie RNA jest idealną strategią potwierdzania nietypowych układów RET. Ich fuzje są znanymi czynnikami powodującymi kilka nowotworów, w tym raka tarczycy i płuc. Z kolei naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Kuangsi w Chinach dowiedli,  że długi, niekodujący RNA MALAT1 może być biomarkerem raka piersi, niezależnym od stadium guza, stopnia zaawansowania choroby i stanu węzłów chłonnych. Można go oznaczyć, wykonując test Oncotype DX. Zdaniem ekspertów coraz więcej chorób będzie można zdiagnozować dzięki testom genowym.

– Wkrótce będziemy mogli się zbadać na każdy rodzaj choroby. Już dzisiaj mamy badania, które pozwalają przetestować jednocześnie 14 nowotworów i prawdopodobieństwo zachorowania na nie. Cała nauka będzie szła w tym kierunku, by zacząć się testować i genetycznie sprawdzać, jak bardzo jesteśmy obciążeni, jak nasze organizmy są obciążone. Po to, żeby móc wyselekcjonować te choroby, na które dzisiaj Polacy najczęściej zapadają, z których sobie nie zdają sprawy, że gdzieś mogą je w sobie mieć – twierdzi ekspert.

Dostępne komercyjnie testy genetyczne pozwalają wykrywać choroby takie jak cały katalog nowotworów, w tym m.in. czerniaka, raka żołądka czy raka piersi, ale także celiakię, zakrzepicę, a nawet ryzyko wystąpienia zawału, samoistnego poronienia czy otyłości. Z kolei badanie WES umożliwia analizę wszystkich znanych, czyli około 23 tys. genów, pod kątem nawet najrzadziej występujących mutacji. Taki test jest polecany osobom, u których występują objawy kliniczne, lecz nie udaje się postawić diagnozy. Możliwe jest już ponadto wykonanie testu na nosicielstwo ponad 350 chorób dziedziczonych genetycznie.

– W tej chwili najbardziej obiecujące pod kątem technologii są technologie opierające się na sekwencjonowaniu genów chorób, które występują u człowieka. To wszystkie nowotwory, choroby kardiologiczne, genetyczne czy te dotyczące niepłodności. Wyselekcjonowuje się geny, sprawdza je dokładnie i określa się prawdopodobieństwo ich wystąpienia. W tej chwili w laboratoriach trwają intensywne prace nad tym, żeby móc te choroby leczyć szybciej i szybciej je wykrywać – mówi Jakub Strzelczyk.

Według Allied Market Research do 2027 roku światowy rynek testów genetycznych osiągnie przychody sięgające ponad 21 mld dol. Dla porównania w 2019 roku było to ponad 12,5 mld dol. Zdaniem autorów badania głównymi czynnikami napędzającymi rozwój tego rynku będzie wzrost częstotliwości występowania raka i zaburzeń genetycznych, a także rozwój technologii testowania i większa wiedza z zakresu wdrażania spersonalizowanych terapii.

Podsumowanie kluczowych zmian podatkowych wpływających na działalność branży nieruchomości w Polsce

Nowelizacja ustawy o PIT i ustawy o CIT wprowadziła wiele zmian i nowych obowiązków dotyczących spółek nieruchomościowych. Rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie sprzedającego, ale nabywcę udziałów, czyli inwestora.

Od nowego roku mamy ustawową definicję spółki nieruchomościowej. Zgodnie z tą definicją, spółki nieruchomościowe to podmioty zobowiązane do sporządzania bilansu na podstawie przepisów o rachunkowości, które spełniają następujące zasadnicze warunki:

  • na pierwszy dzień roku podatkowego/obrotowego co najmniej 50% wartości aktywów spółki pochodzi (bezpośrednio lub pośrednio) z nieruchomości położonych w Polsce oraz z praw do takich nieruchomości;
  • wartość nieruchomości takiej spółki przekracza 10 mln zł;
  • 60% przychodów spółki pochodzi z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy, leasingu i innych umów o podobnym charakterze lub z przeniesienia własności nieruchomości lub prawa do nieruchomości oraz z tytułu udziałów w innych spółkach nieruchomościowych (nie stosuje się do nowopowstałego podmiotu).

– Jednocześnie, w przypadku podmiotów rozpoczynających działalność wartość 10 mln zł przyjmuje się wg wartości rynkowej nieruchomości, zaś w przypadku podmiotów kontynuujących działalność, wartość tę ustala się wg wartości bilansowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska-Tomczykowska, Partner Zarządzający w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Najistotniejszą zmianą jest nałożenie na spółki nieruchomościowe funkcji płatnika podatku dochodowego od sprzedaży swoich udziałów/akcji czy innych podobnych praw przez jej wspólnika. Spółka będzie pełniła funkcję płatnika jeżeli:

  • zbywającym udziały w spółce nieruchomościowej jest podmiot zagraniczny, niebędący polskim rezydentem podatkowym, oraz
  • przedmiotem transakcji zbycia są udziały dające co najmniej 5% praw głosu, co najmniej 5% prawa do udziału w zysku (przy spółkach osobowych), albo co najmniej 5% ogólnej liczby tytułów uczestnictwa lub praw o podobnym charakterze.

Wprowadzone zmiany będą miały duży praktyczny wpływ na rozliczenia stron transakcji sprzedaży udziałów w spółkach nieruchomościowych.

– Przede wszystkim wskutek nowelizacji, prawny ciężar właściwego rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie podmiot realizujący dochód (tj. sprzedającego), ale nabywcę udziałów (inwestora) – wyjaśnia Anna Turska-Tomczykowska. – Przejmując spółkę nieruchomościową to inwestor będzie zmagał się z ewentualnymi nieprawidłowościami w zakresie wykonania przez nią obowiązków płatnika przy transakcji.

W przypadku nieposiadania przez spółkę nieruchomościową informacji o kwocie transakcji spółka nieruchomościowa ma obowiązek przyjąć, że transakcja została dokonana po cenie rynkowej. Brak jest jednak przepisów nakazujących podatnikowi przekazanie płatnikowi informacji o możliwych do rozpoznania przez niego kosztach uzyskania przychodów na zbyciu Udziałów. W efekcie, nabywca udziałów w toku due diligence podatkowego spółki nieruchomościowej będzie musiał dokonać analizy podatkowej historii objęcia/nabycia udziałów przez sprzedawcę i samodzielnie zweryfikować poziom możliwych do rozpoznania kosztów podatkowych. Zakres badania podatkowego ulegnie zatem istotnemu rozszerzeniu i to na kwestie podatkowe nie dotyczące bezpośrednio nabywanej spółki.

Nowe przepisy mogą doprowadzić w praktyce do bardzo restrykcyjnego podejścia przy ustalaniu podatku CIT i PIT na sprzedaży udziałów, poprzez przykładowo wyłączenie z rachunku kosztów podatkowych kwot co do których powstaną jakiekolwiek, nawet najmniejsze wątpliwości. W skrajnych przypadkach, może dochodzić do zatrzymania części ceny sprzedaży udziałów i zwolnienia jej dopiero po upływie okresu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

– Strony transakcji nieruchomościowej powinny zacząć regulować w dokumentacji transakcyjnej sposób korekty ceny związanej z rozliczeniami podatku dochodowego sprzedawcy z tytułu transakcji lub rozważyć wprowadzenie stosownych klauzul w zakresie tzw. specific indemnity, na okoliczności nieprawidłowego rozliczenia podatku dochodowego sprzedawcy przez spółkę nieruchomościową jako płatnika – dodaje A.Turska-Tomczykowska, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Duży wzrost PKB i odbicie koniunktury – prognozy na drugą połowę 2021

Prognozy ekonomiczne na 2021 rok są dosyć pozytywne. Według obliczeń ING Banku Śląskiego Polska odrobi w nadchodzącym roku spadek PKB, któremu winna była pandemia koronawirusa. Na polepszenie się sytuacji gospodarczej będziemy jednak musieli poczekać do drugiej połowy roku. Pierwszy i drugi kwartał najpewniej miną nam pod znakiem trzeciej fali zachorowań, utrzymania obostrzeń i powszechnych szczepień. Jednak gdy zaszczepiona zostanie przynajmniej połowa społeczeństwa, a statystyki zakażeń uspokoją się – możemy liczyć na przyrost PKB aż o 4,5% wobec poprzedniego roku. Głównym motorem odbicia gospodarczego będzie eksport i konsumpcja, a szczególnie efekt popytu odroczonego – który już w drugim kwartale 2020 roku okazał się być bardzo mocny. Polska może cieszyć się również dużym wzrostem eksportu – w roku 2021 będzie on tylko nieznacznie mniejszy niż w roku poprzednim. Istotnym elementem poprawy koniunktury będą inwestycje publiczne, a także środki unijne.

– Prognozy na pierwszy kwartał są dosyć ostrożne. Sezonowość zwykłej grypy sugeruje, że kolejna fala pandemii może mieć miejsce właśnie w pierwszych dwóch miesiącach. Rządy wprowadzają więc twarde lock-downy i reagują na nową mutację wirusa – co jest szczególnie widoczne w Wielkiej Brytanii. Jesteśmy więc ostrożni z krótkoterminowymi  prognozami. Jednak od drugiego kwartału gospodarka międzynarodowa i polska powinny radzić sobie dużo lepiej – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Mamy nadzieję, że akcja szczepień przyniesie stopniowe znoszenie ograniczeń epidemicznych i odczuwalne odbicie koniunktury – prawdopodobnie już w drugim kwartale 2021 roku. Obawiamy się trochę o inwestycje prywatne. One wciąż pozostaną słabe, ze względu na dużą niepewność. Struktura PKB będzie więc bardzo mocno skupiona na eksporcie i konsumpcji, a także na inwestycjach publicznych. Efektem ubocznym takiej struktury wzrostu gospodarczego będzie utrzymanie podwyższonej inflacji, która średnio wyniesie ponad 3% w roku 2021. Jednak PKB wzrośnie o 4,5% – wobec spadku o 2,8% w roku 2020. W związku z tym Polska już w tym roku odrobi całość strat spowodowanych przez pandemię – prognozuje Benecki.

Apetyt na ryzyko nie przyniósł umocnienia złotego

Aktywa ryzykowne na całym świecie w znacznej mierze kontynuowały wzrost, z kolei dolar przez większość tygodnia tracił. Pozytywny sentyment do ryzyka nie przyniósł jednak umocnienia złotego.

Zdaje się, że katalizatorem dla zmian na rynku było senackie przesłuchanie Janet Yellen. Była szefowa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która ma objąć stanowisko sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych orędowała za prowadzeniem znacznie bardziej agresywnej, luźnej polityki fiskalnej skupionej na wydatkach. Potwierdziła tym samym nasz pogląd, że środowisko polityczne w USA przesunęło się w stronę nawet większych deficytów fiskalnych na tak długo, jak długo nie dojdzie do żadnego wypadku.

Obecnie jednak wskaźniki wyprzedzające zdają się wskazywać, że ostre lockdowny w Europie obniżają aktywność w tutejszej gospodarce. Odmienna jest sytuacja w USA, gdzie występuje większa swoboda w zakresie restrykcji. Oczekujemy, że posiedzenie Rezerwy Federalnej w tym tygodniu przyniesie potwierdzenie ultragołębiego podejścia banku centralnego do polityki pieniężnej. Czwartkowe dane o wzroście gospodarczym USA w ostatnim kwartale ubiegłego roku powinny potwierdzić z kolei, że gospodarka w Stanach w ostatnim czasie radzi sobie lepiej niż większość europejskich.

PLN

Złoty zakończył miniony tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro, ponownie radząc sobie gorzej niż inne kluczowe waluty regionu. A to wszystko pomimo względnie dobrego sentymentu do ryzyka i pozytywnych wieści z Polski.

W kontekście tych ostatnich warto wspomnieć o coraz niższej liczbie notowanych przypadków koronawirusa. Warto podkreślić, że spadek ten nie idzie w parze ze wzrostem odsetka testów pozytywnych, jest wręcz odwrotnie. Niestety liczba notowanych zgonów związanych z COVID-19 nadal pozostaje bardzo wysoka, w okolicy 300 dziennie.

Zeszłotygodniowe dane makro za grudzień w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus. Szczególnie cieszy wzrost dynamiki płac w przedsiębiorstwach, która wróciła do poziomu sprzed pandemii, i odbicie produkcji budowlano-montażowej. Na początku tego tygodnia z kolei solidnie zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej.

W najbliższych dniach skupimy się przede wszystkim na informacjach z zewnątrz, które będą wpływały na szeroki sentyment, niemniej jednak dużą wagę przywiązujemy też do postępów kraju w walce z pandemią.

EUR

W strefie euro narastają krótkoterminowe trudności gospodarcze, będące konsekwencją zarządzonych ostatnio ostrych lockdownów. Zbiorczy indeks PMI za styczeń pokazał spadek w relacji do poprzedniego miesiąca, oddalając się od granicy, której przekroczenie sugeruje ekspansję gospodarki. Obecnie istnieją autentyczne obawy, że gospodarka wspólnego bloku walutowego może zmierzać w kierunku recesji o podwójnym dnie.

Powolny proces szczepień daje kolejny powód do niepokoju, tym bardziej będziemy podchodzić do tych danych z dużą uwagą. W najbliższym czasie siła euro będzie powstrzymywana przez rozbieżność sytuacji gospodarczej w bloku walutowym i poza nim, jednak wspierana przez otwarcie inflacjonistyczne podejście decydentów fiskalnych i monetarnych w USA. Sądzimy, że ostatnie przedziały, w jakich poruszała się para EUR/USD, zostaną zachowane, jednak w dłuższym terminie powinniśmy obserwować aprecjację euro.

USD

Spodziewamy się, że w środę FOMC będzie trzymał się bardzo gołębiej retoryki z poprzedniego spotkania. Przewodniczący Powell prawdopodobnie ponownie zasugeruje, że Fed będzie tolerował wyższą inflację, jeśli i kiedy taka się pojawi. Tym razem nie poznamy jednak nowych projekcji decydentów dotyczących stóp procentowych i perspektyw gospodarki USA. Dlatego też nie spodziewamy się, że w kontekście posiedzenia na rynku wystąpią silniejsze ruchy.

W tym tygodniu uwaga rynku powinna skupić się na dwóch kluczowych odczytach: danych o PKB USA w IV kwartale ubiegłego roku i grudniowych danych o inflacji PCE. Oczekuje się, że pierwszy z odczytów pokaże niewielki wzrost. Sądzimy, że drugi może zaskoczyć in plus, co może krótkoterminowo zaszkodzić dolarowi.

GBP

Połączenie trwającego lockdownu i brexitowego zamieszania doprowadziło do pogorszenia sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii, co pokazały ostatnie dane makroekonomiczne. Wśród nich chyba najbardziej niepokojącymi były wyraźnie niższe od zeszłomiesięcznych wstępne styczniowe dane PMI. Inwestorzy jednak nadal odnajdują pewne pocieszenie w szybkim tempie szczepień w Wielkiej Brytanii. Szterling w zeszłym tygodniu pozostał dość stabilny w parze z euro i umocnił się w parze z dolarem amerykańskim. Na Wyspach podano już ponad 6,5 miliona dawek szczepionek przeciwko COVID-19, co oznacza, że do tej pory szczepionkę otrzymała mniej więcej co dziesiąta osoba.

Skupiające się na okresie do końca listopada dane z brytyjskiego rynku pracy, które poznamy w tym tygodniu, powinny mieć ograniczony wpływ na rynek. Ostatnie wydarzenia sprawiają bowiem, że tracą one na aktualności. Niemniej biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania jest liderem w zakresie szczepień, funt brytyjski powinien zachowywać się podobnie jak aktywa ryzykowne, reagując na zmiany sentymentu do ryzyka.

CHF

Frank szwajcarski w ostatnich dniach radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven, kończąc zeszły tydzień w parze z euro blisko poziomu, na którym go rozpoczął. Frank pozostaje niezwykle stabilny, lecz dane o pozycjach spekulacyjnych sugerują, że w ostatnich tygodniach nie był tak mocno faworyzowany przez inwestorów jak wcześniej. Wygląda na to, że presja aprecjacyjna na franka zmniejszyła się. Jednak niewielkie wzrosty wartości depozytów na żądanie w SNB w ostatnich dwóch tygodniach oraz to, że waluta radzi sobie lepiej od innych uznawanych za bezpieczne, sugeruje, że presja nie zniknęła w pełni.

W zeszłym tygodniu nadal napływały pozytywne wieści z frontu walki z pandemią. Liczby nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 spadają, jednocześnie widać postęp w kontekście szczepień. Do tej pory około 2% populacji kraju otrzymało pierwszą dawkę szczepionki. Tym samym wskaźnik wyszczepienia wzrósł powyżej średniej unijnej.

Poza wieściami dotyczącymi pandemii w tym tygodniu przyjrzymy się również danym o nastrojach ze Szwajcarii, zwłaszcza odczytowi indeksu wskaźników wyprzedzających KOF, który poznamy w piątek.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Polacy coraz mniej martwią się o zdrowie, coraz więcej o pieniądze

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju spadł w ciągu miesiąca o 5 p.p., a więc najwięcej wśród badanych krajów europejskich i wynosi obecnie 2 proc. Mimo to pogarszają się nastroje polskich konsumentów. Chociaż mniej się boimy o zdrowie własne i bliskich, wyniki najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazują, że coraz bardziej niepokoją nas kwestie finansowe. Prawie dwie trzecie Polaków obawia się o utrzymanie ciągłości spłaty zadłużenia kredytowego, a 68 proc. z niepokojem patrzy na stan swoich oszczędności.

Na przełomie grudnia i stycznia po raz 11 firma doradcza Deloitte zbadała nastroje i obawy polskich konsumentów związane z pandemią koronawirusa. Na świecie badanie „Global State of the Consumer Tracker” zostało przeprowadzone po raz 14. Poza Polską, na pytania Deloitte odpowiedziało po tysiąc osób z 17 krajów – byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Największy w Europie spadek poziomu obaw

Z drugiego na szóste miejsce na świecie spadła Polska w zestawieniu dotyczącym poziomu obaw wywołanych pandemią. Indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł na początku roku 2 proc., a więc o 5 p.p. mniej niż miesiąc temu. Poziom obaw Polskich konsumentów spada więc sukcesywnie od początku listopada, kiedy osiągając swój szczyt, wyniósł aż 34 proc.

Co ciekawe, zdecydowanie ubyło osób w najstarszej z badanych grup wiekowych – a więc 55+ – które deklarują, że zwiększył się ich poziom niepokoju (-3 p.p.). Obecnie jest ich tyle samo co wśród konsumentów w wieku 18-34 lata (40 proc.). Wciąż najbardziej zaniepokojoną grupą wiekową są osoby w wieku pomiędzy 35 a 54 lata (46 proc.).

Polska odnotowała najwyższy spadek indeksu niepokoju spośród krajów europejskich. To prawdziwy rollercoaster nastrojów. Z pewnością wpływ na uspokojenie miało rozpoczęcie szczepień wśród lekarzy i personelu medycznego oraz uruchomienie zapisów na szczepienia dla pozostałych grup, a także spadek liczby zachorowań. Na świecie największą zmianę, jeśli chodzi o poprawę nastrojów, widać w Chinach, gdzie opracowany przez nas indeks niepokoju spadł od początku grudnia aż o 10 p.p. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Z pewnością w najnowszej edycji badania uwagę zwraca bardzo duży wzrost poziomu obaw w Irlandii, bo aż o 15 p.p. Obecnie wynosi on 12 proc., tym samym globalnie kraj ten znalazł się na trzecim miejscu z najwyższym indeksem niepokoju za RPA (17 proc.) i Indiami (28 proc.). Również wysoki wzrost odnotowała Wielka Brytania – +14 p.p. Niezmiennie najlepsze na świecie nastroje są wśród naszych zachodnich sąsiadów, choć w ciągu miesiąca indeks niepokoju Niemców nieco drgnął z -33 proc. na -30 proc.

Spadła przedświąteczna gorączka

Eksperci Deloitte odnotowali nad Wisłą bardzo wysoki odsetek osób, które niepokoją się o zdrowie swoich bliskich. Odpowiedziało tak aż 80 proc. zapytanych, tyle samo co w Chile, Indiach i Meksyku. To też najwyższy wynik w Europie. Od ostatniego badania konsumenci w Polsce wyprzedzili pod tym względem Hiszpanów (78 proc.). Najbardziej na świecie zaniepokojeni o zdrowie rodziny są Chińczycy (86 proc.).

Tylko nieznacznie, bo o 1 p.p. spadła liczba Polaków, którzy są zaniepokojeni własną kondycją fizyczną. Zadeklarowało to 62 proc. zapytanych, a więc znacznie mniej niż w Hiszpanii, gdzie liczba takich odpowiedzi była największa w Europie (77 proc.). Także w tym wypadku najbardziej na świecie niepokoją się Chińczycy (89 proc.), a ich liczba wzrosła od ostatniego badania aż o 5 p.p.

Nie możemy mówić co prawda o szybkim tempie tych zmian, ale fakt, że obawy Polaków o własne zdrowie topnieją, widać na przykładzie zakupów w sklepach stacjonarnych. W grudniu znacznie, bo aż o 10 pp. wzrosła liczba konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas robienia takich sprawunków. Mogło być to spowodowane faktem, że grudzień to czas zakupów produktów spożywczych na świąteczny stół, a tych Polacy nie lubią kupować w Internecie. Teraz, kiedy święta za nami widać nieznaczny spadek liczby osób, które czują się bezpiecznie w sklepach stacjonarnych – z 49 na 48 proc. – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Po wzrostach poczucia bezpieczeństwa podczas typowych aktywności konsumenckich, jakie zauważalne były w wynikach ankiet przeprowadzonych miesiąc temu, w najnowszej edycji badania ten trend wyraźnie zwolnił. O 2 p.p. wzrosła liczba osób, które deklarują, że czują się komfortowo podczas podróży samolotem (28 proc.) i gdyby miały wziąć udział w meczu czy koncercie (22 proc.). Na niezmienionym poziomie (36 proc.) utrzymuje się liczba polskich konsumentów, którzy nie mają obaw przed zatrzymaniem się w hotelu, choć w poprzednim badaniu ich liczba wzrosła aż o 8 p.p.

Co ciekawe minimalnie (-1p.p.) spadło poczucie bezpieczeństwa Polaków w przypadku wizyt w barach czy restauracjach (35 proc.). O 3 p.p. natomiast ubyło od ostatniej fali badania konsumentów, którzy czują się komfortowo, korzystając z indywidulanych usług, czyli np. podczas wizyty u dentysty czy fryzjera (39 proc.).

Widmo utraty pracy nadal straszy

Najnowsza fala badania jest drugą z kolei, która pokazuje malejące obawy Polaków przed powrotem do biur. W ciągu miesiąca liczba osób, dla których jest to powód do obaw spadła o 5 p.p., a od początku listopada to spadek o w sumie 10 p.p., do 25 proc. Coraz mniej niepokoi nas podróżowanie komunikacją miejską, którą wielu z nas wykorzystuje na dotarcie do biur. Od początku grudnia liczba osób, które planują ograniczyć korzystanie z miejskiego transportu spadła z 54 proc. do 47 proc.

Niestety, uspokojenie nastrojów nie dotyczy poczucia bezpieczeństwa związanego z pracą. Od listopada, kiedy utraty zatrudnienia obawiało się rekordowe 54 proc. naszych ankietowanych, ich liczba spadła zaledwie o 1 p.p., do 53 proc. To drugi wynik w Europie za Hiszpanią, gdzie takie obawy ma aż 57 proc. mieszkańców – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Najnowsza fala badania pokazuje, że Polacy mniej martwią się o zdrowie, a więcej o stabilność swojej sytuacji finansowej. Jeszcze dwa miesiące temu troska o zdrowie bliskich i własne były odpowiednio na pierwszym i drugim miejscu wśród powodów niepokoju polskich konsumentów. W styczniu nadal zdrowie wiedzie prym, ale tuż za nim znajdują się stan oszczędności i obawa o możliwość spłaty kredytów. Troska o własne zdrowie jest dopiero na czwartym miejscu.

Od ostatniego badania aż o 4 pp. wzrosła liczba Polaków, dla których powodem do zmartwień jest spłata zadłużenia kredytowego. O 2 p.p. przybyło natomiast wśród naszych ankietowanych osób, które z niepokojem patrzą na stan swoich oszczędności. Może to być także pokłosiem niedawnych wydatków związanych ze świętami. Większość z nas nadwyrężyła swoje portfele, a do tego dochodzi przedłużający się lockdown i utrzymująca się niepewność co do najbliższej przyszłości – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Tylko o 1 p.p. spadła w ciągu miesiąca liczba Polaków, którzy obawiają się o uregulowanie nadchodzących płatności (29 proc.), a o 2 p.p. ubyło konsumentów, którzy odkładają na przyszłość robienie większych zakupów (37 proc.).

Nerwowy początek roku

Aż 46 proc. z nas przyznaje, że kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To najwyższy wynik dla Polski w historii badania i najwyższy w Europie. Za nami są Brytyjczycy. Aż 41 proc. z nich kupuje na zapas, podczas gdy we Francji i Hiszpanii robi tak niespełna jedna czwarta konsumentów. Na świecie najwięcej osób, które kupują na zapas jest w Indiach – 64 proc. Brytyjczycy i Niemcy najczęściej w Europie przyznają się do polowania na okazje (po 48 proc.). Globalnie najwięcej konsumentów, którzy, jeśli trafią na atrakcyjną cenę, są gotowi kupić rzecz, która nie jest im niezbędna, niezmiennie jest w Chinach – 64 proc. Nad Wisłą na okazje poluje 46 proc. zapytanych (-2 p.p.).

– Najnowsze wyniki badania pokazują minimalny odwrót od tzw. trendu convenience. Od października stopniowo przybywało osób gotowych płacić więcej za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu. Od grudnia takich osób ubyło o 2 p.p. – dodaje Michał Tokarski. Znacznie, bo aż o 9 p.p. ubyło konsumentów, którzy decydują się płacić więcej za wygodę, by chronić swoje zdrowie. Ten powód wciąż jest najważniejszy, jednak od listopada osób, które go podają ubyło aż o 16 p.p. Na drugim miejscu jest oszczędność czasu, którą wskazała połowa ankietowanych.

Jak zmienią się ceny mieszkań w 2021 r.? Deweloperzy odpowiadają

Czy zapowiadane dalsze obniżki stóp procentowych i coraz wyższa inflacja może mieć wpływ na ceny mieszkań? Co będzie miało największe znaczenie dla zmiany stawek cenowych na rynku mieszkaniowym? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Potencjalne, kolejne obniżki stóp procentowych bez wątpienia będą wspierać popyt. Niższe stopy procentowe to niższy koszt kredytu, jak również większa zdolność nabywcza klientów. Dodatkowo widzimy sporą aktywność klientów inwestycyjnych chcących ochronić swój kapitał przed rosnącą inflacją. Obecnie średnie oprocentowanie lokat jest znacznie niższe niż 1 proc. przy inflacji, która w ostatnich miesiącach kształtowała się na poziomie około 3 proc. Z uwagi na brak alternatywy, zakup mieszkania wydaje się być najlepszym rozwiązaniem.

Jednocześnie od kilku kwartałów liczba inwestycji wprowadzanych na rynek systematycznie spada. Wynika to m.in. z mniejszej liczby wydawanych pozwoleń na budowę i z ograniczonej ilości gruntów.

W minionym roku ceny mieszkań ustabilizowały się. Patrząc jednak na dane sprzedażowe za IV kw. 2020 roku i problemy z nową ofertą nie można wykluczyć wzrostu cen mieszkań w tym roku. W dużym stopniu będzie to zależeć od rozwoju pandemii.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W mojej opinii, znaleźliśmy się obecnie w sytuacji, gdy wchodzimy w stały cykl charakteryzujący stabilne kraje europejskie, który skutkuje wzrostem cen mieszkań na poziomie 3-4 proc. rocznie. Takiej sytuacji spodziewam się przez kilka najbliższych lat. Choć zmiany w otoczeniu rynkowym mogą oczywiście wpływać na ceny mieszkań.

Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper S.A.

Niskie stopy procentowe przekładają się na realne ujemne oprocentowanie lokat oraz niskie koszty kredytowania zakupu nieruchomości, wspierając popyt. Zakup mieszkania to bezpieczna lokata kapitału, stabilna forma inwestowania oszczędności, co w dobie rosnącej inflacji jest rozsądnym zabezpieczeniem przed spadkiem wartości posiadanych środków. Jednocześnie, z uwagi na coraz mniejszy zasób dostępnych gruntów pod zabudowę mieszkaniową, stale podnoszone wymagania techniczne oraz wydatki na energię i wynagrodzenia koszty realizacji mieszkań wciąż rosną, co naturalnie wymusza podwyżkę ich cen.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Obniżki stóp procentowych mogą wpłynąć na wzrost popytu na mieszkania kupowane w celach inwestycyjnych, gównie z myślą o wynajmie. Stały, stabilny zysk i wzrost wartości lokali skłaniają do zakupu na przykład mikroapartamentów, które są idealne do pracy albo do zamieszkania dla młodej osoby. Z transakcji inwestor może odzyskać 23 proc. VAT. Wśród kupujących mieszkania w tym celu jest coraz większa grupa klientów „gotówkowych”. Wzrost inflacji prawdopodobnie wpłynie na wzrost popytu. Można zatem spodziewać się, że ceny mieszkań będą stopniowo rosły. Na wzrost cen w perspektywie najbliższych miesięcy, mogą mieć także wpływ ograniczenia podażowe. Z uwagi na spadek liczby pozwoleń na budowę wydanych w 2020 roku i coraz bardziej ograniczoną dostępność gruntów, pula mieszkań w ofercie deweloperów maleje. Niemniej, rynek oceniam jako ustabilizowany.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Tak, te czynniki będą miały wpływ. Ceny prawdopodobnie będą nadal rosnąć, ale w mniejszym tempie niż miało to miejsce we wcześniejszych latach. Prognozujemy, że ceny w 2021 roku wzrosną o około 5 proc. Z danych rynkowych wynika, że w roku 2020, mimo trudnego dla wszystkich okresu pandemii, ceny wzrosły w większości miast o kilka procent. Ewentualne obniżenie stóp procentowych powinno utrzymać tę tendencję. Mieszkania będą droższe, ale kredyty hipoteczne tańsze, więc popyt utrzyma się na wysokim poziomie.

Należy pamiętać, że stopy procentowe i tak mają już historycznie niskie wartości, więc trzymanie kapitału na lokatach bankowych jest de facto stratą. Jeśli dołożymy do tego inflację, nie powinien dziwić rekordowy odpływ pieniędzy z banków. Te pieniądze będą musiały zostać gdzieś ulokowane, a naturalnym wyborem są nieruchomości.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Rynek trójmiejski, na którym skupia się Dekpol Deweloper charakteryzuje się systematycznym wzrostem cen mieszkań. Atrakcyjna lokalizacja, rozwinięta komunikacja, a także wspaniałe walory turystyczne naszego regionu, zapewniają duże zainteresowanie ze strony klientów. W efekcie zakładamy, że ceny lokali będą utrzymywać się na podobnym poziomie, a w najlepszych lokalizacjach Trójmiasta nadal będą rosły.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie sadzę by zmiany stóp procentowych, nawet jeśli ostatecznie ulegną dalszemu obniżeniu, znacząco wpłynęły na ceny mieszkań czy kredytów. Możliwości dalszego obniżania kosztu pieniądza nie są już bardzo duże i sądzę że ewentualne zmiany będą niewielkie i spodziewamy się raczej długofalowej stabilizacji w tym zakresie.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu Nickel Development

Niskie stopy procentowe to silny bodziec, wspierający popyt na mieszkania. Dlatego sprzedaż mieszkań nie spada. Nie ma też powodów by prognozować, że w najbliższym czasie zmienią się ceny ofertowe. Sytuacja na rynkach zachodnich pokazuje nam, że choć wzrosty cen nieruchomości są mniejsze niż w 2019 roku to jednak nadal mówimy o tendencji wznoszącej. W Polsce nie odnotowaliśmy ani spadku cen gruntów, ani usług budowlanych, dlatego spadek cen nieruchomości w bieżącym roku jest mało prawdopodobny.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Sądzę, że ceny mieszkań w 2021 roku nie będą spadać. W niektórych lokalizacjach nawet wzrosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Klienci szukają coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami w dobrych lokalizacjach. Oczekują dobrze zaprojektowanych mieszkań, by w razie potrzeby korzystać z nich także w ramach pracy zdalnej. Doceniają też wsparcie w obszarze procedur kredytowych, przyspieszenia i ułatwienia możliwości otrzymania kredytu. Dlatego mamy specjalne umowy z bankami, aby zrealizować te oczekiwania.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Aria Development

Niskie stopy procentowe wspierają popyt na mieszkania, gdyż polepszają zdolność kredytową klientów, którzy korzystają z kredytów hipotecznych. Zwiększają również atrakcyjność inwestycji w mieszkania na wynajem w porównaniu z lokatami bankowymi. Ponadto, stopy procentowe niższe od inflacji zachęcają osoby obawiające się utraty wartości ich oszczędności do relokacji środków na rynek nieruchomości i zakupu mieszkań. Jednakże referencyjna stopa procentowa jest obecnie na bardzo niskim poziomie i niewielka jej obniżka nie będzie miała tak dużego wpływu na rynek, jak zmiany ubiegłoroczne. Liczymy, że klienci, którzy chętnie korzystają z kredytów hipotecznych, będą w dalszym ciągu zainteresowani naszymi projektami.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Ceny mieszkań są wypadkową podaży i popytu. Wszystko wskazuje na to, że podaż nowych mieszkań w 2021 roku znacząco się nie zmieni. Szacujemy natomiast, że nieco wzrośnie poziom zainteresowania.

Oprocentowanie lokat bankowych i poziom inflacji w 2020 roku sprawiły, że trzymanie środków w banku oznaczało utratę ich wartości. Polacy wycofali z lokat blisko 80 mld zł i naturalnie te środki w jakimś stopniu trafiły na rynek pierwotny. Niski poziom oprocentowania kredytów był z kolei zachętą do skorzystania z tego źródła finansowania. Według szacunków, w kwietniu i maju ubiegłego roku ilość udzielanych kredytów hipotecznych spadła odpowiednio o 20 i 28 proc. r/r. natomiast we wrześniu i kolejnych miesiącach pojawiło się już znaczące ożywienie i powrót do ilości umów kredytowych zawieranych w analogicznym okresie 2019 roku.

Przewidywania na 2021 wskazują na utrzymujący się poziom inflacji w granicach 2,6-3 proc., więc utrzymanie obecnego poziomu oprocentowania lub ewentualne dalsze obniżki stóp procentowych przyniosą dalszy wzrost zainteresowania ochroną wartości kapitału poprzez inwestowanie m. in. w nieruchomości.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań mogą mieć nadal tendencję wzrostową, ponieważ istnieje zależność, że im tańsze są kredyty tym droższe mieszkania i odwrotnie. Poza tym, wzrost inflacji spowoduje, że klienci jeszcze chętniej będą inwestować środki w zakup mieszkań. Nieruchomości są jedną z najbezpieczniejszych form lokowania kapitału i skuteczną ochroną przed utrata wartości pieniądza.

Sylwester Śniadecki, prezes Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Naszym zdaniem trudno jest jednoznacznie określić, jak ceny będą kształtowały się w związku z dalszymi obniżkami stóp procentowych. Przewidujemy, że pozostaną na obecnym poziomie lub odnotują nieznaczny wzrost w drugiej połowie bieżącego roku. Wszystko zależy jednak od tego, jak rynek będzie reagował na konsekwencje stagnacji gospodarczej trwającej od marca 2020.

Autor: dompress.pl