Najemcy nie rezygnują z umów przednajmu

Około 30% powierzchni biurowej będącej obecnie w budowie i planowanej do oddania do końca 2023 r. jest już wynajęte. Najemcy, którzy chcieliby w ciągu trzech najbliższych lat wynająć biuro w stolicy, mają do dyspozycji ok. 400 tys. mkw.

Obecnie w Warszawie w budowie z planowanym terminem oddania do końca 2023 r. znajduje się ok. 562 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Niemal 80% tej powierzchni powstaje w strefach centralnych (Centrum oraz Centralny Obszar Biznesu). W strefach pozacentralnych najwięcej buduje się na Mokotowie oraz w strefie Wschód. Wśród największych biurowców powstających obecnie w stolicy znajdują się projekty takie, jak: Forest (71 tys. mkw.), Varso Tower (66 tys. mkw.), Warsaw Unit (59 tys. mkw.), Generation Park Y (45,7 tys. mkw.) czy Skyliner (44,7 tys. mkw.).

Wykres 1. Powierzchnia w budowie w podziale na strefy biurowePowierzchnia w budowie w podziale na strefy biurowe

– Najemcy, którzy nie chcą czekać dwa lata na oddanie inwestycji do użytku, mają do dyspozycji 270 tys. mkw. wolnej powierzchni w 17 budynkach, których budowa planowo powinna zakończyć się już w przyszłym roku. Stanowi to ok. 63% przyszłorocznej podaży biurowej – mówi Anna Maroń, analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Wśród największych transakcji przednajmu w stolicy sfinalizowanych w trzech pierwszych kwartałach tego roku wymienić należy: umowę PZU w Generation Park Y (46,5 tys. mkw.), Allegro oraz JTI w Fabryce Norblina (odpowiednio 16,1 tys. mkw. i 8,5 tys. mkw.), CBRE w Warsaw Unit (4,3 tys. mkw.) czy Orsted Polska w Varso 2 (3,8 tys. mkw.).

– Zdecydowanie największym zainteresowaniem cieszy się Centrum, gdzie na zasadach pre-let wynajęto już 129 tys. mkw., co stanowi 43% całkowitej powierzchni biurowej powstającej w tej strefie. Na drugim miejscu znalazła się strefa Wschód, gdzie umowami przednajmu zabezpieczone jest już niemal 21 tys. mkw. (52%). Na Mokotowie w ramach przednajmu najemcy wynajęli ponad 6 tys. mkw., co stanowi 13% powstającej w tej strefie nowej podaży biurowej. Natomiast, co ciekawe, powierzchnia biurowa powstająca w Centralnym Obszarze Biznesu w Warszawie cieszy się już znacznie mniejszym zainteresowaniem – w ramach umów pre-let jest wynajęte jedynie 5% z powstających 145 tys. mkw. – mówi Anna Maroń.

– Widzimy, że pomimo spadku popytu spowodowanego wybuchem pandemii, firmy w dłuższej perspektywie nie rezygnują z wynajmu biur. Po 10 miesiącach od wybuchu pandemii wiemy, że biura wciąż będą potrzebne, zmieni się natomiast ich funkcja – staną się miejscem pracy kreatywnej i budowania relacji – dodaje Paweł Skałba, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Biurowej w Colliers International.

Mutacja wirusa SARS-cov-2, jedyny polski test różnicujący COVID-19 i grypę identyfikuje nową mutację z Wielkiej Brytanii

Test różnicujący COVID-19 i grypę, MediPAN-COVID+Flu został stworzony przez poznańskich naukowców z Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk (ICHB PAN) we współpracy z firmami Polpharma, Medicofarma i Future Synthesis. Test MediPAN-COVID+Flu był konsultowany z ekspertami z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH) na każdym etapie tworzenia. MediPAN-COVID+Flu jest bardzo szybkim i wiarygodnym narzędziem, pozwalającym na odróżnienie, czy badany pacjent jest zakażony wirusem SARS-CoV-2, czy wirusem grypy i pozwala na wykrywanie obu wirusów niezależnie od ich wariantów. Pomimo pojawiających się mutacji test jest w stanie wykryć wirusa grypy A i B, grypę pandemiczną, ale, co bardzo ważne, także różne warianty genetyczne wirusa SARS-CoV-2, w tym opisany w ostatnich dniach wariant VUI-202012/01 znany jako mutacja angielska. Twórcy MediPAN-COVID+Flu wyprodukowali unikalną platformę do elastycznego projektowania i syntezy składników testu, co pozwala na ich szybkie dopasowywanie do mogących pojawić się w przyszłości kolejnych mutacji wirusów. Elastyczność składników testu i zachowanie jego czułości niezależnie od nowych wariantów wirusów sprawia, że MediPAN-COVID+Flu jest obecnie najlepszym rozwiązaniem do jednoczesnej diagnostyki COVID-19 i grypy na rynku.

MediPAN-COVID+Flu jest zintegrowanym testem genetycznym, który wykrywa dwa wirusowe geny SARS-CoV-2, grypę A i B w jednej reakcji. Utrzymuje wysoką wiarygodność reakcji wykrywających wirusy (>99%) i został tak zaprojektowany, aby omijać miejsca w wirusie, gdzie dochodzi do największej liczby mutacji. Test MediPAN-COVID+Flu jest nakierowany na powiększające się zagrożenie epidemiczne i powstawanie nowych mutacji wirusa SARS-CoV-2 oraz pojawiających się coraz częściej współistniejących infekcji COVID-19 i grypy.

Prototyp testu został stworzony przez naukowców Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk przy aktywnym wsparciu partnerów gospodarczych oraz Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny. Naukowcy NIZP PZH wspierali rozwój testu w zakresie opracowania założeń rozwoju na każdym jego etapie. Polpharma, jako doświadczony partner biznesowy wzmacniała proces naukowy na każdym etapie rozwoju testu, natomiast Medicofarma zapewniła produkcję MediPAN-COVID+Flu, we współpracy z poznańską biotechnologiczną firmą FutureSynthesis, która jest producentem kluczowych komponentów testu.

BioMaxima SA: podjęto uchwały rozpoczynające proces przeniesienia na GPW. Rekordowe wyniki finansowe w historii spółki

Podczas dzisiejszego Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy spółki BioMaxima SA podjęto uchwały rozpoczynające proces przeniesienia notowań akcji spółki z rynku NewConnect na rynek regulowany. Wczoraj spółka podała wstępną informację o rekordowych wynikach finansowych za listopad i za 11 miesięcy 2020 r. BioMaxima jest czołowym polskim producentem diagnostyki laboratoryjnej, m.in. testów do identyfikacji zakażeń SARS-CoV-2.

Głównym punktem obrad dzisiejszego Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy było podjęcie uchwały o rozpoczęciu ubiegania się przez spółkę o wprowadzenie jej akcji do obrotu regulowanego w Europejskim Obszarze Gospodarczym, oraz drugiej, o przejściu od 1 stycznia 2021 roku na Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej (MSSF), które są pierwszym krokiem do przeniesienia notowań akcji emitenta na rynek regulowany. W tym strategicznym kierunku spółka podąża od 2018 roku.

Jednomyślne decyzje zgromadzenia akcjonariuszy, które dzisiaj zapadły, potwierdzają wsparcie akcjonariatu dla kierunku rozwoju zaproponowanego przez zarząd. To dla spółki bardzo istotna sprawa. Notowania na rynku regulowanym dają większe możliwości rozwoju rosnącym spółkom, to zasadnicza jakościowa zmiana. Daje szansę na stabilizację akcjonariatu, a także dużo lepszy dostęp do nowego kapitału. W pierwszym kwartale 2021 roku będziemy finalizować strategię na najbliższe 2-3 lata. W krótkim horyzoncie możemy się rozwijać z posiadanej gotówki i korzystając z instrumentów bankowych. Rozbudowa mocy wytwórczych, wzrost organiczny, to już się dzieje. Chociaż dzisiaj tego nie planujemy, dopuszczamy ewentualną emisję, jeżeli w naszych planach pojawią się projekty, takie jak akwizycje, które umożliwiłyby skokowy wzrost przychodów, ale z drugiej strony wymagałyby większych nakładów finansowych” – powiedział Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA.

Dzień wcześniej, w dniu 21 grudnia 2020 r., zarząd BioMaxima SA podał także wstępną informację o rekordowych w historii spółki miesięcznych wynikach finansowych za listopad, a także za 11 miesięcy 2020 r. Spółka za miesiąc listopad osiągnęła zysk netto na poziomie 1.802 tys. zł., a zysk EBITDA wyniósł 2.415 tys. zł. Rentowność netto ukształtowała się na poziomie 22,35%. Po 11 miesiącach 2020 r. zysk netto wynosi 7.645 tys. zł, EBITDA 11.004 tys. zł.

Zatrudniająca ponad 120 osób BioMaxima SA w latach 2018-2019 realizowała ambitny program inwestycyjny, opiewający na ponad 20 mln zł, w którego rezultacie zbudowano nowy zakład produkcyjny oraz Centrum Badawczo Rozwojowe w Lublinie. W nowym zakładzie skoncentrowano produkcję, przenosząc 4 wydziały z zakładów w Warszawie i Gdańsku. Zwołane walne zgromadzenie miało także w programie uchwały o zmianach w statucie spółki dostosowujących organizację pracy i skład władz spółki do wymagań istniejących na rynku regulowanym, m.in. rozszerzenie składu rady nadzorczej o członków niezależnych oraz powołanie komitetu audytu.

„Power Generation”, czyli potencjał rynkowy osób w wieku 50+

Żyjemy dłużej i dłużej jesteśmy młodzi. Wydłużenie aktywności zawodowej pracowników po 50-tym roku życia należy do priorytetowych działań krajów Unii Europejskiej. Zgodnie z założeniami Strategii Lizbońskiej przyjętej przez kraje UE w 2000 r., jednym z celów Unii Europejskiej jest osiągnięcie wskaźnika zatrudnienia osób w wieku 55-64 lata na poziomie nie niższym niż 50%. Margaret Thatcher została premierem Wielkiej Brytanii mając 54 lata, Ray Kroc założył McDonald’s mając 52 lata, a Anthony Hopkins rozpoczął karierę jako 54-latek. Według raportu UBS / PwC “Billionaires” opublikowanego w listopadzie ub.r., średni wiek wśród 2101 posiadających większość globalnych dóbr miliarderów z 66 krajów z majątkiem o łącznej wartości 8,5 bln USD netto wynosił 66 lat, a nowo mianowanych na stanowiska sędziego w USA – 50 lat.

Pokolenie 50+ rządzi światem

Z danych Eurostatu wynika, że wskaźnik zatrudnienia osób z tego pokolenia w wielu europejskich państwach przekracza 60 proc., np. w Niemczech wynosi 64 proc., a w Szwecji aż 74 proc. Dojrzali pracownicy w porównaniu z młodszymi stanowią cenny kapitał każdej organizacji. Zrozumieli to już nasi europejscy sąsiedzi, m.in. Niemcy i Finowie, wprowadzając kompleksowe programy wsparcia dla osób 50+ oraz inwestując sporo w profilaktykę prozdrowotną dla tej grupy społecznej.

Analiza przeprowadzona przez Korn Ferry, czołową globalną firmę konsultingową z siedzibą w Los Angeles w Kalifornii, działającą w 52 krajach i zatrudniającą 8678 osób na całym świecie wskazuje, że średni wiek (CEO) dyrektora generalnego lub prezesa w różnych branżach to 58 lat, przy czym najstarszy ma średnio 60 lat w usługach finansowych, a najmłodszy 55 lat w sektorze technologicznym. Natomiast średni wiek CMO (dyrektora marketingu) to 52 lata, przy czym najstarszy średni wiek to 54 lata w sektorach nauk przyrodniczych i usług zawodowych, a najmłodszy 50 lat w sektorze konsumenckim. Dla dyrektorów IT odpowiedzialnych za rozwój i wdrożenia technologii informacyjnych (CIO) jest to średnio 51 lat. Obecnie średnia wieku prawników w Stanach Zjednoczonych wynosi 50 lat, zaledwie trzy dekady temu było to 39 lat. W samym USA tylko 4% praktykujących prawników ma mniej niż 30 lat.

NASA przyjmuje, iż optymalny wiek astronautów do misji to 50 lat. Kosmiczna elita to eksperci wyselekcjonowani spośród najlepszych pilotów wojskowych. Muszą być to bowiem osoby zarówno z dużym doświadczeniem, jak i cechujące się dobrą kondycją psychofizyczną. To niezwykłe wyzwanie dla technologii, ale też ludzkiej psychiki i wydolności fizycznej. … ale, jeszcze pokolenie „wcześniej” w 1969 roku, kiedy Neil Alden Armstrong dotknął powierzchni księżyca, ten optymalny wiek wynosił zaledwie 40 lat. Współczesne osiągnięcia medycyny i prewencja, zdrowy styl życia czy work-life balance „odjął” społeczeństwom +/- 10-15 lat. To olbrzymi potencjał, który warto eksplorować.

Potwierdzają to również badania przeprowadzone na Wydziale Nauk o Sporcie i Zdrowiu oraz w Centrum Badawczym Gerontologii na Uniwersytecie w Jyväskylä w Finlandii, z których wysuwa się jasny wniosek – osoby starsze funkcjonują obecnie lepiej niż osoby w tym samym wieku trzy dekady temu. Natomiast, jak zbadała – działająca w około 170 krajach i terytoriach- agencja ONZ ds. Rozwoju,  średni wiek posła na świecie wynosi 53 lata, zaś posłanki to 50 lat. Agencja UNDP zbadała wszystkich 46.552 parlamentarzystów na świecie.

A jak jest w Polsce?

Za granicą już dawno zniknął stereotyp o pokoleniu 50+ jako o ludziach, którzy najlepsze lata zawodowe mają za sobą. Nasi pracodawcy wciąż nie doceniają pełnych sił dojrzałych ludzi. CU / Communication Unlimited i Atena Research & Consulting  zaprezentowały raport dot. sytuacji w naszym kraju pt. „Power Generation. Pieniądze seks i władza – co napędza osoby po 50.” Kupują to, co najlepsze. Oszczędzają, ale posiadają tyle, że nie przeszkadza im to w konsumpcji. Mają także silne poczucie, że sobie na to zasłużyli.

“Pomysł na nasze badanie powstał jako bunt przeciwko stereotypowemu traktowaniu osób 50+. Większość zwłaszcza młodych ludzi myśląc o osobach powyżej 50 roku życia, oczami wyobraźni widzi osoby z siwymi włosami, które zajmują się wnukami, oglądają seriale w telewizji i generalnie nie nadążają za współczesnymi czasami. Kiedy wpiszemy do wyszukiwarki internetowej hasło „pokolenie 50+”, znajdziemy tam zdjęcia nie pięćdziesięciolatków, ale 70-  i 80-latków przedstawionych jako osoby stare, czasem w prześmiewczy sposób np. z nieporadnym wyrazem twarzy przed komputerem. Jedna z firm badawczych opracowała badanie dotyczące pokolenia pięćdziesięciolatków i zilustrowała je rysunkiem dwojga starców poruszających się o laskach. To jest aging w czystej postaci.  Intuicja podpowiadała nam, że pokolenie 50-70 jest zupełnie inne, dlatego postanowiliśmy to sprawdzić i jeśli nasze hipotezy się sprawdzą – odczarować społecznie. Pokolenie milenialsów zostało wielokrotnie przebadane, a prawie w ogóle nie było rzetelnych opracowań dotyczących pokolenia 50+, tak jakby ludzie w tym wieku w ogóle nie istnieli.”- informuje Elżbieta Wojtczak, współwłaścicielka i CEO Communication Unlimited najstarszej niezależnej agencji komunikacji marketingowej w Polsce.

Raport obala liczne stereotypy i pokazuje stan rzeczywisty, np. powszechnie uważa się, że osoby po 50. to w większości osoby tradycyjne, nie do końca otwarte na zmiany i raczej z trudem odnajdujące się we współczesnym świecie. Wbrew powszechnemu przekonaniu stanowią oni zaledwie 9% pokolenia.

“W ostatnich latach pracodawcy mocno skupiali się na zrozumieniu młodszych pokoleń, sprostaniu ich potrzebom i oczekiwaniom w procesie rekrutacyjnym. A zapomnieli o wartościach, które wnosi do firmy Pokolenie 50+. Wokół tej grupy narosło wiele mitów. Osoba po 50-tce postrzegana jest jako mało atrakcyjny kandydat na pracownika. Dojrzali pracownicy oceniani są jako mniej wydajni, słabsi i pozbawieni umiejętności kreatywnych. Zarzuca im się strach przed zmianami, opory przed nowymi technologiami, a także częste przebywanie na zwolnieniach lekarskich. Powtarzana jest też opinia, że w tym wieku już nic się nie chce i myśli się tylko o emeryturze.

A w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.  Jak pokazuje nasze badanie „Power Generation – pieniądze, seks i władza” – ta generacja ma niesłychaną moc, która przejawia się w ich wiedzy, doświadczeniu, chęci do pracy. W 50-latkach widać mocno zakorzeniony etos pracy, są zaangażowani w powierzone obowiązki, sumienni i rzetelni. Praca często jest dla nich pasją. Bardziej niż młodsze pokolenia identyfikują się z firmą, są lojalni wobec pracodawcy często pracując w jednej firmie przez wiele lat. Są dojrzali, odważnie podejmują decyzję. Mają więcej czasu, by skupić na pracy zawodowej, podnoszeniu kwalifikacji i kompetencji. Ale też mają czas, by zostać w pracy po godzinach, bo mają już odchowane dzieci. Swoją wiedzą i doświadczeniem chętnie dzielą się z młodszymi kolegami. Równie chętnie uczą się od młodszych pokoleń. Ta międzypokoleniowa synergia jest szalenie ważna w każdej firmie, czerpanie z tego co najwartościowsze w każdym pokoleniu. Badanie „Power Generation” zaprzecza stereotypom, że pokolenie 50+ marzy już tylko o emeryturze. Nic bardziej mylnego. Aż 37 proc. lubi poszerzać swoje umiejętności i korzysta z różnych kursów i szkoleń, a 26 proc. deklaruje, że rozpoczęło naukę języków obcych. Wbrew obiegowym opiniom dobrze odnajdują się w świecie nowości i technologii.Warto, aby działy HR pamiętały o tym w procesach rekrutacji i wyszły poza stereotypowe myślenie o pokoleniu 50+. By zobaczyły ogromny potencjał jaki cały czas tkwi w tym pokoleniu. Bo pięćdziesięciolatkowie, to dojrzali eksperci, wspaniali doradcy, mentorzy dla młodszych pracowników, którzy stanowią solidny fundament dla każdej firmy.” – wyjaśnia Agnieszka Brytan-Jędrzejowska – założycielka i CEO ATENA Research & Consulting.

W ocenie ekspertów dojrzały wiek, to cenny atrybut

Liczba pracujących osób 50+ systematycznie rośnie, ale wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej, Polska miała najniższy wskaźnik zatrudnienia pięćdziesięciolatków. Z 16 mln aktywnych zawodowo Polaków, przeszło 25 proc. było powyżej 50 roku życia. W ostatniej dekadzie odsetek zatrudnionych 50+ w Polsce podniósł się prawie o połowę (do 47,4 proc.).  Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa wiek (podobnie jak płeć, religia, status rodziny, orientacja seksualną, polityczna, itd.) kandydatów nie może być kryterium, w oparciu o które pracodawcy podejmują decyzję o przyjęciu do pracy. W rzeczywistości jednak pracodawcy preferują młodszych kandydatów uważając, że młodszy pracownik będzie bardziej energiczny, szybciej przystosuje się do nowych warunków pracy, będzie pracował efektywniej za niższe wynagrodzenie niż osoba z kilkudziesięcioletnim stażem pracy. Na szczęście sytuacja w ostatnich latach uległa korzystnej zmianie.

“Zaletą pokolenia 50+ jest przede wszystkim doświadczenie – profesjonalne, ale też i życiowe. Nie do przecenienia są również umiejętność budowania i podtrzymywania relacji, odporność na ponadstandardowe wydarzenia w organizacji, racjonalne reagowanie na stres i efektywne zarządzanie ewentualnym kryzysem. To pokolenie dysponuje szerokim horyzontem analitycznym: doświadczony pracownik widzi konsekwencje danego działania oraz zależność między nim a zaistniałym efektem. Łącząc kropki, dojrzalsi pracownicy dostrzegają szerszy obrazek i strategiczną perspektywę, potrafią też trafnie wyciągać wnioski. O przewadze pokolenia 50+ na rynku pracy stanowi z jednej strony dystans do świata, wynikły z oczywistej perspektywy profesjonalnej i życiowej, ale też i zdrowa lojalność w stosunku do pracodawcy. Ta generacja operuje na rynku pracy mając świadomość nieodległego końca kariery zawodowej, stąd też wynika potrzeba stabilizacji. Dodając do tego obawę o stałość zatrudnienia oraz wzmocnione w ostatniej dekadzie poczucie niedocenienia i marginalizacji, uzyskujemy generację, która na tle innych po prostu daje z siebie więcej. W ostatnim czasie wiele organizacji postawiło na młodych, często opacznie rozumiejąc pojęcie diversity w środowisku pracy. Dodatkowo przesadną wagę przyłożono do kompetencji cyfrowych, przeceniając pokolenie, o którym już teraz mówimy cyfrowi tubylcy. Ta strategia zatrudnienia okazała się „ślepą uliczką”, co bardzo szybko zostało dowiedzione przez tegoroczną pandemię. Brak doświadczenia wśród zespołów spowodował, iż wiele firm tej próby nie przetrwało – między innymi ze względu na wadliwą komunikację zewnętrzną i wewnętrzną. Bardzo często zabrakło tu równowagi pokoleniowej, gdzie w efektywnym i płynnym procesie starsi przekazują wiedzę i doświadczenie młodszym. Ten aspekt często był pominięty, a skutki tego zaniedbania pojawiły się błyskawicznie. W ostatnim czasie obserwowano faktyczne mniejsze zainteresowanie pokoleniem 50+ na rynku pracy, ale ten trend się odwraca i pracodawcy oraz menadżerowie HR coraz częściej stawiają na kandydatów reprezentujących realne doświadczenie. Idąca w tym kierunku porada profesjonalnego rekrutera trafia tym samym na coraz bardziej podatny grunt. Ponadto nie zapominajmy, że bezrobocie w kraju, w niektórych branżach i obszarach, wciąż jest niskie, a w dużych ośrodkach miejskich wręcz nie istnieje, często więc mamy do czynienia z sytuacją poważnego deficytu wykwalifikowanych kadr. W tym kontekście pokolenie 50+ stanowi potencjalny rezerwuar kandydatów, do którego na pewno sięgną działy personalne niejednego przedsiębiorstwa.”- mówi Paweł Wierzbicki, Partner w firmie rekrutacyjnej Page Executive. 

“Dojrzali pracownicy do niedawna często postrzegani byli przez pryzmat powszechnych stereotypów – rzekomych trudności z przyswajaniem wiedzy czy opanowaniem nowych technologii, a także brakiem otwartości na zmiany. Jako powód niskiej aktywności zawodowej dojrzałych osób, często podaje się również obawy firm przed wysokim wskaźnikiem absencji chorobowej. Obserwując liczne procesy rekrutacyjne trudno jednak zgodzić się ze stwierdzeniem, że osoby w wieku 50+ mają trudności w przystosowaniu się do zmian czy opanowaniem rozwiązań technologicznych. Różnorodne badania nie potwierdzają również obaw związanych z rzekomo większą skalą zwolnień lekarskich wystawianych pracownikom w wieku 50+. Rosnący odsetek pracodawców coraz częściej dostrzega zalety zatrudnienia dojrzałych osób. Przede wszystkim są to ludzie bogaci w życiowe doświadczenia, którzy mogą dzielić się swoją wiedzą z młodszym pokoleniem. Posiadają rozwinięte kompetencje miękkie, jak chociażby zdolności komunikacyjne, umiejętność wywierania wpływu czy budowania relacji. Obserwacje rynku pokazują również, że ta grupa zawodowa często charakteryzuje się większą dyspozycyjnością i lojalnością wobec pracodawców. Proces starzenia się społeczeństwa będzie znajdował odzwierciedlenie w aktywności zawodowej dojrzałych osób. Na polskim rynku pojawiają się firmy, które wybiegają wzrokiem w przyszłość, tworząc bardziej zdywersyfikowane środowiska pracy. Coraz częściej dostrzegają też wartość, jaką do organizacji mogą wnieść dojrzali pracownicy – bogate doświadczenie, zdolności interpersonalne i nieco inne podejście do wykonywania obowiązków” – informuje Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

Zmiany demograficzne związane ze starzeniem się społeczeństw, prowadzić będą w najbliższej przyszłości do jeszcze większego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, jeśli nie wzrośnie poziom zatrudnienia osób po pięćdziesiątym roku życia. Szacuje się, że odsetek osób w wieku produkcyjnym w populacji obniży się z 64 proc. w 2007 r. do 50,4 proc. w 2050 r., co przełoży się na znaczący wzrost współczynnika obciążenia demograficznego (z 56 osób w 2011 r. do 98 w 2050 r.) Dla efektywności organizacji ważne jest, aby budować zespoły zróżnicowane wiekowo, dzięki którym w pełni można wykorzystać potencjał młodszych i starszych pracowników.

“To co charakteryzuje pracowników z pokolenia 50+, to niechęć do ryzyka i lojalność, które naturalnie rosną wraz z wiekiem. Starsi pracownicy wykazują większe przywiązanie do firmy, w której są zatrudnieni. Posiadający duże doświadczenie i pewni swoich kompetencji często nie odczuwają potrzeby, aby rywalizować w zawodowych wyścigach z młodszymi współpracownikami. Nie podejmują decyzji o zmianie pracy pod wpływem emocji, a satysfakcję daje im ustabilizowane życie zawodowe. Są to bez wątpienia korzyści, które pracodawca powinien dostrzec. Taki pracownik jest przewidywalny, rzadko popełnia błędy i może stanowić cenny zasób szkoleniowy pracodawcy. Niestety tacy pracownicy często są stereotypowo traktowani, a czasy kiedy 50+ kojarzyło nam się z emeryturą już dawno minęły. Dzisiaj to energiczni ludzie, którzy w większości nie mają już takich zobowiązań prywatnych, jak 30-latek, a to z perspektywy pracodawcy jest cenne. Uważam, że najtrudniejszym momentem dla takiej osoby jest wejście do firmy, otrzymanie oferty zatrudnienia, gdyż na tym etapie często decydują ludzie młodsi. Wielu rekruterów to osoby po 20 roku życia i to w podejściu tej grupy należy doszukiwać się problemów” – mówi Aneta Czernek, Business Unit Manager HRK Financial Markets.

Badania wykazują, że wiek wpływa pozytywnie na ogólny poziom zadowolenia z pracy, zaangażowanie i motywację, a także na aktywność zawodową. Natomiast z wiekiem, wzrasta potrzeba bezpieczeństwa, stabilizacji i przynależności, bardziej istotna od samego zawodu staje się np. atmosfera w pracy, zadowolenie z kolegów, przełożonych.

“Pokolenie 50 – 70 ma wiele cech wspólnych, ale nie jest jednorodne. Badania etnograficzne pozwoliły nam wyróżnić wśród 50 – 70 latków 7 profili psychograficznych. Na szczęście „dziadersi” są w mniejszości. To pokolenie które ma moc, jest pełne energii życiowej żyje coraz młodziej, zdrowiej i zamożniej. Warto pamiętać, że wśród osób po 50-tce jest najwięcej tych, którzy mają najwyższą siłę nabywczą i to nie tylko dlatego, że pracowali całe życie i teraz mają pieniądze. Również  dzieci opuściły już rodzinne gniazdo i dochód gospodarstwa domowego dzieli się na mniej osób. Z naszego badania wynika, że większość osób w wieku 50–70 lat może sobie pozwolić na więcej. Pracują, zakochują się, uprawiają seks, mają marzenia, chcą dalej korzystać z życia, bo czują się młodzi. To pokolenie ma moc! Ponadto warto sobie uświadomić, że  za 20 lat 60% społeczeństwa będzie w wieku 50+ . Mowa więc o grupie z ogromnym potencjałem, który cały czas rośnie w siłę. Pomysł na nasze badanie powstał jako bunt przeciwko stereotypowemu traktowaniu osób 50+. Większość zwłaszcza młodych ludzi myśląc o osobach powyżej 50 roku życia, oczami wyobraźni widzi osoby z siwymi włosami, które zajmują się wnukami, oglądają seriale w telewizji i generalnie nie nadążają za współczesnymi czasami. Kiedy wpiszemy do wyszukiwarki internetowej hasło „pokolenie 50+”, znajdziemy tam zdjęcia nie pięćdziesięciolatków, ale 70-  i 80-latków przedstawionych jako osoby stare, czasem w prześmiewczy sposób np. z nieporadnym wyrazem twarzy przed komputerem. Jedna z firm badawczych opracowała badanie dotyczące pokolenia pięćdziesięciolatków i zilustrowała je rysunkiem dwojga starców poruszających się o laskach. To jest aging w czystej postaci.  Intuicja podpowiadała nam, że pokolenie 50-70 jest zupełnie inne, dlatego postanowiliśmy to sprawdzić i jeśli nasze hipotezy się sprawdzą – odczarować społecznie. Pokolenie milenialsów zostało wielokrotnie przebadane, a prawie w ogóle nie było rzetelnych opracowań dotyczących pokolenia 50+, tak jakby ludzie w tym wieku w ogóle nie istnieli.”- podsumowuje Elżbieta Wojtczak, CEO – Communication Unlimited.

Starość? Jaka starość! Ja dopiero zaczynam żyć!

Na to pytanie odpowiada, także właśnie wydana książka Joanny Pogorzelskiej „Wiecznie młodzi, czyli pokolenie mocy”. Przedstawiciele pokolenia X często biją na głowę pokolenia Y i Z jeśli chodzi o mentalną i fizyczną kondycję, zaangażowanie czy odporność na stres. Również ich wiedza z zakresu technologii jest o wiele większa niż mogłoby się wydawać. Power Generation. Pokolenie mocy. To właśnie oni – polscy pięćdziesięciolatkowie. Silni, energiczni, optymistyczni. Z apetytem na życie i wielkimi planami. Wbrew stereotypom. To ludzie, którzy mają prawdziwy power i udowadniają, że jest ono piękne bez względu na wiek.

Kto za tym stoi?

Communication Unlimited to agencja zintegrowanego marketingu. Oferuje pełny zakres usług: od opracowania strategii marki, poprzez koncepcje kreatywne, ich realizację we wszystkich kanałach komunikacji, po analizę, planowanie i zakup mediów. Od 25 lat współtworzy rynek reklamy w Polsce, pozostając strukturą w pełni polską i niezależną. Założycielem i Prezesem CU jest Paweł Kowalewski, uznany artysta, Profesor Akademii Sztuk Pięknych. Jedyny Polak w strukturach IAA Global (Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy). Elżbieta Wojtczak to współwłaścicielka i CEO tej agencji.

Atena Research & Consulting to agencja badawczo-strategiczna, specjalizująca się w dogłębnej analizie rynku, począwszy od zrozumienia potrzeb i insightów konsumenckich, budowania konceptów produktowych i kierunków pozycjonowania, poprzez opracowanie wytycznych do komunikacji i wdrożenia. Realizuje zarówno komercyjne badania marketingowe, jak i projekty o charakterze społecznym. Doceniana na rynku za ambitne, nietuzinkowe podejście do badań i spojrzenie na zagadnienia społeczne. Pokoleniu 50+ przygląda się od dłuższego czasu widząc jak zmieniają się ich postawy, oczekiwania i podejście do życia na przełomie ostatnich lat. To właśnie zainteresowanie tym pokoleniem, a także wielość projektów badawczych Pokolenia 50+ sprawiły, że agencja wniosła nieocenioną wartość do zrozumienia tej grupy społecznej i zaprezentowania oczekiwań tego pokolenia w raporcie „Power Generation”.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, dyrektor w agencji komunikacji Core PR. Od ponad dwóch dekad związany z mediami, skutecznie działa w obszarze PR i marketingu. Autor wielu autorskich projektów PR, e-marketingu i dedykowanych programów partnerskich. Posiada wieloletnie globalne doświadczenie korporacyjne, ekspert w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu B2B/B2C. Prowadził też szerokie działania z obszaru zarządzania kryzysowego, współpracując z liderami branży gamingowej, finansów, IT, MICE i deweloperskiej. Agencja, którą kieruje z obsłużyła ponad 650 kampanii (w tym globalne).

Czy rynek biurowy zmierza w stronę nadpodaży?

Zmieniająca się struktura popytu na biura oraz rosnąca ilość powierzchni szukającej podnajemców rodzi pytanie, czy aby sektor biurowy w Polsce nie będzie musiał mierzyć się za moment z nadpodażą metrów kwadratowych.

Jak wynika z danych JLL, popyt między pierwszym a trzecim kwartałem na warszawskim rynku biurowym obniżył się o 35% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Z kolei w miastach regionalnych zapotrzebowanie na biura spadło o 11%. Jednocześnie prym wśród podpisywanych w tym roku umów najmu wiodły przedłużenia kontraktów, które między drugim a trzecim kwartałem roku odpowiadały za 45% popytu na największych rynkach biurowych w Polsce (wobec 33% w 2019 roku). Ponadto, po wybuchu pandemii dość szybko zaczęła rosnąć oferta podnajmów, która w listopadzie wynosiła już 240 000 mkw. powierzchni. Czy zatem nad sektorem biurowym w Polsce pojawiło się widmo nadpodaży?

Nadpodaż? Nie tak szybko!

Najemcy zareagowali na rozwijającą się pandemię dość szybko, tymczasowo wstrzymując plany ekspansji czy relokacji. Jednocześnie zaczął rosnąć współczynnik pustostanów. Na rynkach regionalnych był to wzrost o 2,8 p.p. od początku roku, a w Warszawie – o 1,8 p.p. Warto jednak podkreślić, że już w 2019 roku prognozowaliśmy wzrost tego parametru w miastach, gdzie obserwowany był wysoki poziom nowej podaży biurowej. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badan i Doradztwa, JLL

Jak zwracają uwagę eksperci JLL, niepewność wywołana przez COVID-19 miała wpływ nie tylko na decyzję najemców, ale i deweloperów aktywnych na największych rynkach biurowych w Polsce.

Z naszych danych wynika, że aktywność firm deweloperskich wróciła do poziomu podobnego do tego zarejestrowanego w 2014 roku. Aktualnie w budowie pozostaje 1,3 mln mkw., a dla porównania, w analogicznym okresie ubiegłego roku było to o 400 000 mkw. więcej. Zestawiając ze sobą wszystkie te zmienne, możemy powiedzieć, że między 2021 a 2022 rokiem na rynek zostanie dostarczone o 24% mniej powierzchni, niż było to prognozowane na koniec 2019 roku. To z kolei prawdopodobnie przełoży się na stopniową absorpcję dostępnej przestrzeni biurowej i zrównoważy rosnący poziom pustostanów. – Piotr Kamiński, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL

Fundusze reagują na pandemię

Wprowadzony w marcu lockdown bez wątpienia wpłynął także na aktywność funduszy nieruchomościowych inwestujących w polskie biura. Restrykcje związane z podróżowaniem stanowiły dodatkowe utrudnienie w rozpoczynaniu nowych transakcji, co odzwierciedlają liczby.

Do tej pory w Warszawie zamknięto transakcje o wartości 1 mld euro, a na rynkach regionalnych – 600 mln euro. Według naszych prognoz łączny wolumen inwestycyjny na warszawskim rynku w 2020 roku będzie zbliżony do średniej z ostatnich dziesięciu lat i wyniesie ok. 1,16 mld euro. Natomiast w przypadku miast regionalnych w optymistycznym scenariuszu powinien on zamknąć się umowami kupna/sprzedaży na poziomie 920 mln euro. Dla porównania, w ubiegłym roku na biurowym rynku inwestycyjnym w Polsce sfinalizowano transakcje o wartości 3,62 mld euro. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Mimo to, jak zwracają uwagę eksperci, nastroje panujące wśród inwestorów są bardzo dobre.

Zainteresowanie sektorem biurowym w Polsce wśród międzynarodowych funduszy nie słabnie, a aktywność inwestorów powinna ponownie wzrosnąć w 2021 roku. Jesteśmy w końcu największym w tej części Europy rynkiem nieruchomości komercyjnych. Natomiast niższa niż w latach ubiegłych podaż nowego produktu, powinna zmotywować właścicieli biurowców do pewnych przetasowań w ich strategiach biznesowych. Rynek biurowy w Polsce osiągnął już pewną dojrzałość, co oznacza, że w Warszawie i miastach regionalnych funkcjonuje sporo starszych budynków biurowych, wymagających modernizacji, czy weryfikacji tzw. tenant-mix poprzez wprowadzenie tam na przykład operatorów flex. To przełoży się na zwiększenie ich wartości i pomoże w zrównoważeniu jakości produktu dostępnego na polskim rynku biurowym. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Czterodniowy tydzień pracy?

Po wprowadzeniu czterech dni pracy w tygodniu uda się zachować na tym samym poziomie wynagrodzenia pracowników? Jeżeli będzie to decyzja rządu, wówczas powinniśmy pozbyć się złudzeń.

Nad wprowadzeniem czterodniowego tygodnia pracy zastanawia się rząd Hiszpanii. Takie pomysły zgłaszała wcześniej brytyjska Partia Pracy, podobne postulaty przedstawiły związki zawodowe w Niemczech. Argumentacja jest podobna, że będziemy mniej zmęczeni i przez to wzrośnie nasza wydajność, zmniejszy się też liczba zwolnień lekarskich.

– Jeżeli takie pomysły pochodzą od premiera bądź rządu, to jestem sceptyczny, a moja reakcja jest taka, że powinniśmy o tym więcej dyskutować, zanim coś tak głupiego ktoś zaproponuje w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Inna jest natomiast sytuacja, gdy zaproponuje to organizacja, której celem jest wypracowywanie zysku dla akcjonariuszy.

Takie decyzje powinny więc zapadać na poziomie mikroekonomii. W nowoczesnych korporacjach są takie pomysły, aby jeden dzień w tygodniu pracownicy przeznaczali na rozwój osobisty, aby oderwać się od żmudnej, codziennej pracy.

Dobrze funkcjonujące rynek pracy, to taki, na którym obie strony umowy negocjują z sobą warunki pracy. Jeżeli dla obu stron taka reorganizacja byłaby korzystna, to tym bardziej takie zmiany powinny być wprowadzane. I wówczas czterodniowy tydzień pracy nie doprowadzi do obniżenia wynagrodzenia.

Rynek pracy bardzo zmienia rozwój nowych technologii, ale także bardzo go polaryzuje, bo nieliczni pracownicy maja wyjątkowo poszukiwane kompetencje. I to jest obecnie największy problem rynku pracy w ocenie dr P.Kwietnia, ponieważ może doprowadzić do narastania konfliktów społecznych.

Pandemia pokazała, że można wprowadzać wiele zmian w organizacji pracy. Dużo więcej pracujemy zdalnie i ma to swoje plusy. To jednak nie oznacza, że jesteśmy na drodze do wprowadzenia trzydniowego weekendu. W Polsce realizacja takiego pomysłu przez rząd doprowadziłaby do zmian, porównywalnych do tego co stało się w handlu, gdy drastycznie ograniczono pracę w soboty.

– Taki pomysł staje się absurdem, jeżeli pochodzi od polityków – dodaje ekspert XTB. – To może skończyć się jedynie katastrofą.

Odwiedzalność obiektów handlowych w trzecim tygodniu grudnia niższa o 29 proc. r/r

W tym roku klienci  rozłożyli przedświąteczne zakupy w czasie – odwiedzalność utrzymuje się na podobnym poziomie od otwarcia galerii po listopadowym lockdownie.

Średnia odwiedzalność obiektów handlowych w trzecim tygodniu grudnia była niższa o 29 proc. Klienci świadomie i rozważnie planują zakupy. Mimo okresu świątecznego, ich wizyty rozkładają się równomiernie i bezpiecznie w ciągu całego tygodnia.

  • W trzecim tygodniu grudnia (14-20.12) odwiedzalność galerii handlowych była niższa o 29% od tej odnotowanej w analogicznym tygodniu w 2019 r.
  • Działania informacyjne i edukacyjne na temat bezpiecznych zakupów PRCH oraz centrów handlowych przynoszą z efekty. Klienci odpowiedzialnie podeszli do planowania zakupów świątecznych i tzw. footfall w poszczególne dni rozłożył się równomiernie na poziomie ok. 70 proc.
  • Najpopularniejszym dniem była sobota, kiedy odwiedzalność była niższa o 26 proc.
    w porównaniu do analogicznego dnia roku poprzedniego.
  • Klienci chętnie skorzystali także z możliwości zakupów w dodatkowym dniu weekendu –
    w niedzielę handlową odwiedzalność wyniosła 68 proc.

Dane zebrane przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że średni tygodniowy footfall w trzecim tygodniu grudnia jest o 29 proc. niższy w odniesieniu do tego samego okresu ubiegłego roku, podobnie jak tydzień wcześniej (7-13.12). Odwiedzalność w poszczególne dni tygodnia była wyrównana i wyniosła ok. 70 proc., z wyjątkiem soboty, kiedy była niższa o 26 proc.

„Regularnie dostarczamy przedstawicielom rządu dane i raporty świadczące o najwyższych standardach bezpieczeństwa stosowanych w galeriach handlowych oraz odwiedzalności, która jest znacznie niższa niż w ubiegłym roku i nie rośnie mimo zbliżających się Świąt. Świadczy to o odpowiedzialnym podejściu klientów do zakupów i nieodkładaniu ich na ostatnią chwilę. Poprzez szereg działań zapewniających bezpieczeństwo, edukację klientów i egzekwowanie obowiązujących przepisów udowodniliśmy, że możemy działać w czasie pandemii. Jesteśmy zaskoczeni decyzją rządu o trzecim lockdownie, który zarówno dla wynajmujących, jak i najemców może skończyć się trudnymi decyzjami dotyczącymi zmniejszania zatrudnienia oraz niemożności spłaty zobowiązań finansowych. Zwłaszcza, że właściciele galerii handlowych od początku pandemii są pozbawieni pomocy w ramach tarcz finansowych. Apelujemy też o pomoc dla branży – zarówno wynajmujących, jak i najemców” – podsumowuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

Centra handlowe funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym, a ich personel od momentu wejścia do obiektu przypomina klientom o zasadach DDM – Dystans, Dezynfekcja, Maseczka.  Bezpieczeństwo podczas zakupów w dużym stopniu zależy od zachowania kupujących, dlatego Polska Rada Centrów Handlowych aktywnie prowadzi kampanię Bezpieczeństwo – Kupuję To! #KupujęBezpiecznie pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii i przypomina konsumentom o zasadach bezpiecznych zakupów. Również pracownicy centrów handlowych stale zwracają uwagę kupującym, by stosowali się do wytycznych i zasad sanitarnych, reagowali na polecenia i korzystali ze wskazówek dotyczących zachowywania dystansu, dezynfekcji i noszenia maseczek. Galerie i sklepy na bieżąco monitorują liczbę odwiedzających, by dostosować liczbę klientów do obowiązujących obostrzeń.

Motoryzacja dużo straciła na pandemii. Ale elektromobilność rośnie

Rok 2020 był bardzo trudny dla motoryzacji. Rynek motoryzacyjny finiszuje w grudniu z prawie 30%-owym spadkiem. Inaczej jednak ma się sytuacja rynku elektromobilnego. Trudny rok 2020 był dla niego rokiem skoku obrotów o około 80%. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych przewiduje, że tak duży coroczny wzrost będzie przez następne parę lat normą dla rynku elektromobilnego. W tym roku oznacza to, że po polskich drogach porusza się już 20 tysięcy samochodów o napędzie elektrycznym – a połowa z nich to pojazdy całkowicie zeroemisyjne. Dla PSPA to jednak wciąż niewystarczający wynik.

– To jest istotny wzrost, ale oczywiście życzylibyśmy sobie, żeby on był jeszcze większy. Mamy nadzieję, że rok 2021 przyniesie efektywne programy dopłat do pojazdów zeroemisyjnych. Oczekujemy, że pierwsze takie projekty uruchomione w tym roku zostaną wykorzystane jako poligon doświadczalny – a na ich podstawie zostanie stworzony właściwy, odpowiedni, efektywny, mechanizm wspierania elektromobilności – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazurdyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Mamy także nadzieję, że otrzymamy od państwa wsparcie w obszarze infrastruktury. Ten rok dla infrastruktury był szczególnie trudny. Mniej podróżowaliśmy i mniej korzystaliśmy ze stacji ładowania – więc mniej ich powstawało. Potrzebujemy programów wsparcia – żeby infrastruktura była przygotowana na skokowy wzrost samochodów elektrycznych, który – co do tego nie można mieć wątpliwości – na pewno nastąpi. W Europie sytuacja elektromobilności wygląda bardzo obiecująco. Motoryzacja konwencjonalna bardzo straciła, a elektromobilność w wielu przypadkach wzrosła nawet o 100%. W niektórych krajach odpowiadała za ponad 10-20% rejestracji nowych samochodów. Od września zaś utrzymuje się trend, obserwowany po raz pierwszy w historii europejskiej motoryzacji, gdzie samochody zelektryfikowane wyprzedziły samochody z silnikiem diesla – jeśli chodzi o liczbę rejestracji. Mamy nadzieję, że równie szybko uda się dogonić samochody z silnikiem spalinowym i elektromobilność przesunie się na miejsce pierwsze – analizuje Mazur.

ORLEN wyemitował 10 tys. obligacji o łącznej wartości 1 mld zł

PKN ORLEN wyemitował 10 tys. obligacji o łącznej wartości 1 mld zł i marży na poziomie 90 punktów bazowych w skali roku dla pierwszego okresu odsetkowego. Wysokość marży w kolejnych okresach odsetkowych uzależniona będzie od ratingu ESG, nadawanego przez agencję MSCI ESG Research Limited. Emisja spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów – łączna wartość zapisów w procesie budowy księgi popytu wyniosła 2,2 mld zł, ponad 2 razy więcej niż łączna wartość nominalna obligacji. PKN ORLEN uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Nowe obligacje otrzymały rating kredytowy na poziomie BBB- przyznany przez agencję ratingową Fitch Ratings.

– Podejmujemy konkretne działania, które prowadzą do wyznaczonego w naszej strategii celu. Osiągnięcie neutralności emisyjnej do 2050 roku zakładamy poprzez realizację ambitnych planów inwestycyjnych, które umożliwią m.in. ograniczenie emisji CO2 i rozwój odnawialnych źródeł energii. W pełni zamierzamy wykorzystać możliwości, które daje polski rynek kapitałowy, dlatego zaoferowaliśmy obligacje związane ze zrównoważonym rozwojem, które stanowią kolejny ważny krok w stabilnym finansowaniu projektów. Naszym atutem jest mocna pozycja w biznesie, wiarygodność i zaufanie inwestorów, które potwierdza zainteresowanie emisją – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obligacje PKN ORLEN na okaziciela z 5-letnim okresem wykupu spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów. To pierwsza w historii Europy Środkowej przeprowadzona emisja korporacyjnych obligacji powiązana z ratingiem ESG, tj. z oceną zaangażowania emitenta w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu, którego poziom będzie determinować wysokość marży, a tym samym oprocentowania obligacji. Zgromadzone środki umożliwią PKN ORLEN m.in. realizację bieżących projektów inwestycyjnych, wpisujących się w strategię osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 r.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do osiągnięcia neutralności emisyjnej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Budowanie wartości Grupy ORLEN w obszarze ESG odzwierciedla wyższa ocena ratingowa agencji Sustainaltytics w 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG.

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje związane ze zrównoważonym rozwojem i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Polacy będą świętować Boże Narodzenie w mniejszym gronie

Prawie 3/4 badanych (72,2%) zamierza zastosować się do obostrzeń ograniczających liczbę osób przy świątecznym stole, przy czym prawie połowa (43%) wskazuje, że spędzi Wigilię tylko w gronie domowników – wynika z najnowszego badania omnibusowego SW Research.

Zgodnie z rekomendacją rządu, której następstwem jest rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 26 listopada 2020 r., na tegoroczne obchody Świąt Bożego Narodzenia będziemy mogli zaprosić maksymalnie 5 gości spoza danego gospodarstwa domowego.

Wiek badanych istotnie wpływa na gotowość stosowania się do w restrykcji w czasie Wigilii. Im starsza grupa wiekowa, tym wyższy poziom deklaracji w kierunku spędzenia Wigilii wyłącznie z osobami ze wspólnego gospodarstwa domowego.  W przypadku osób powyżej 50 lat wskaźnik ten wyniósł – 48%, dla Polaków w wieku 35-49 lat – 42%, zaś w grupie 25-34 lat – 39%, a do 24 lat – 36%.Wykres1

Zaproszenie do pięciu gości spoza domowników deklaruje 29% badanych, przy czym dużo częściej takie podejście wskazują kobiety (34%), niż mężczyźni (23%). Plany związane ze spędzeniem Wigilii w większym gronie są dużo bardziej popularne wśród młodszych respondentów (do 24 lat – 18% w porównaniu do 7% dla osób powyżej 50 lat). Na tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia 16% Polaków nie wskazuje jednoznacznie swoich planów, co do liczby nakryć przy stole wigilijnym.Wykres2

Z podejściem do liczby gości koreluje liczba planowanych wyjazdów na Święta Bożego Narodzenia. Niespełna 20% Polaków planuje wyjechać poza miejsce zamieszkania. Wyjazdy świąteczne są nieznacznie bardziej popularne wśród mężczyzn (22%), niż wśród kobiet (18%), ale dużą większe zróżnicowane dostrzegalne jest ze względu na wiek badanych. W przypadku osób powyżej 50 lat wskaźnik ten wyniósł zaledwie 10%, wśród 35-49 latków 20%, a poniżej 34 r.ż. było to aż 33%.Wykres3

Wśród wszystkich badanych 18% zmieniło swoje plany bożonarodzeniowe ze względu na rekomendacje Rady Ministrów. Plany uległy zmianie dla 24% osób, które spędzą Wigilię tylko w gronie domowników. Wskaźnik ten jest na podobnym poziomie(23%) dla badanych, którzy zamierzają zaprosić na Wigilię do pięciu gości spoza swojego gospodarstwa domowego.

Wraz z upływem czasu coraz lepiej dostrzegalne są procesy zmian w modelu rodziny w Polsce. Postępująca atomizacja społeczna skutkuje zacieraniem się bardziej odległych więzów i ograniczeniem grona najbliższych do poziomu rodziny nuklearnej. Szczególny czas, jakim jest pandemia koronawirusa oraz idące za nią obostrzenia rządowe jedynie unaocznia nam proces, który odbywa się od lat. Spędzanie Wigilii w mniejszym gronie będzie coraz powszechniejsze, zaś wielopokoleniowe spotkania całych rodów przy świątecznym stole będą stanowić rzadkość – komentuje Adrian Wróblewski, dyrektor działu analiz SW Research.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane metodą wywiadów online (CAWI) w dniach 15-17.12.2020 na reprezentatywnej próbie 1005 dorosłych respondentów pochodzących z panelu badawczego SWPANEL.

Branża gastronomiczna i restauracyjna może do końca grudnia 2020 r. wnioskować o prolongatę terminu zakupu kas online

Podczas rozmów Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z Ministrem Finansów ustalono, że przedsiębiorcy z branży gastronomicznej i restauratorzy którzy jeszcze nie wykonali obowiązku zakupu kas fiskalnych online, mogą do końca roku składać we właściwych Urzędach Skarbowych wnioski o przedłużenie terminu na zakup tych kas. Obecny ustawowy termin na zakup kasy upływa 1 stycznia 2021 roku.

W ustawie o podatku od towarów i usług nałożono na przedsiębiorców z branży gastronomicznej obowiązek zakupienia kas online. Początkowym terminem, określonym w ustawie, był dzień 30 czerwca 2020 roku. W związku z trwającą pandemią koronawirusa, która szczególnie dotknęła branżę gastronomiczną poprzez zamknięcia i ograniczenie działalności do zamówień w dostawie i na wynos, termin na zakup kas online został wydłużony do 1 stycznia 2021 roku.

Ze względu na przedłużającą się bardzo trudną sytuację przedsiębiorców z branży gastronomicznej Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz zauważył podnoszony przez branżę problem i w związku z tym podjął rozmowy z Ministrem Finansów w celu możliwości prolongowania terminu dla przedsiębiorców, mających  trudności z zakupem kasy w terminie określonym w przepisach. Minister Finansów poinformował Rzecznika o możliwości składania przez przedsiębiorców indywidualnych wniosków o odroczenie terminu na zakup kasy online. Zadeklarował rozpatrzenie każdego indywidualnego wniosku ze zrozumieniem argumentacji,  że brak środków na zakup w obecnej sytuacji branży jest uzasadnionym powodem do złożenia wniosku.

Odroczenie terminu możliwe jest na podstawie art. 48 § 1 ustawy Ordynacja podatkowa. Zgodnie z jego brzmieniem organ podatkowy może, na wniosek podatnika, odraczać terminy przewidziane w przepisach prawa podatkowego w przypadkach uzasadnionych ważnym interesem podatnika lub interesem publicznym. Wniosek w tej sprawie przedsiębiorcy powinni skierować do właściwego naczelnika urzędu skarbowego, wskazując w nim horyzont czasowy, w ciągu którego deklarują gotowość zakupu kasy. Odroczenie terminu sprowadza się tym samym do wydłużenia o określony czas możliwości zakupu kasy i może odnosić się tylko do takiego terminu, który jeszcze nie upłynął. Z tego względu niezbędne jest złożenie stosownego wniosku do końca grudnia br.

Decyzja organu podatkowego wydawana w tym zakresie ma charakter uznaniowy i uzależniona jest od analizy indywidualnej sytuacji konkretnego przedsiębiorcy. Zgodnie z art. 139 § 1 i 2 Ordynacji podatkowej termin na załatwienie niniejszej sprawy, wymagającej przeprowadzenia postępowania dowodowego, powinien nastąpić bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca od dnia wszczęcia postępowania.

IBM planuje przejęcie Nordcloud

IBM ogłosił porozumienie w sprawie przejęcia Nordcloud, europejskiego lidera w dziedzinie implementacji chmury, transformacji aplikacji i usług zarządzanych. Dzisiejsze wiadomości jeszcze bardziej zwiększają możliwości IBM w zakresie migracji i transformacji chmury, co stanowi ważny aspekt jej strategii rozwoju platformy chmury hybrydowej.

Misją Nordcloud z siedzibą w Helsinkach w Finlandii i biurami w 10 krajach europejskich jest pomoc firmom w stawaniu się silniejszymi, sprawniejszymi i elastyczniejszymi dzięki chmurze. Od prowadzonych przez firmę Gartner badań Magic Quadrant po ranking Financial Times szybko rozwijających się firm europejskich – Nordcloud jest uznawany za lidera w dziedzinie usług chmury publicznej. Na przestrzeni ostatnich 10 lat ta prywatna firma stała się ogólnoeuropejskim liderem w branży usług transformacji chmury. Jest jednym z nielicznych dostawców potrójnie certyfikowanych w Amazon Web Services, Google Cloud Platform i Microsoft Azure.

„Nasi klienci coraz częściej przyjmują bardziej holistyczne podejście do modernizacji aplikacji, które pozwala im operować w tradycyjnym środowisku informatycznym, chmurze prywatnej i publicznej” – powiedział John Granger, starszy wiceprezes ds. innowacyjności aplikacji chmurowych i dyrektor operacyjny, IBM Global Business Services. „Przejęcie Nordcloud przez IBM dodaje swego rodzaju dogłębną wiedzę specjalistyczną, która będzie stymulować transformacje cyfrowe naszych klientów, a także wspierać dalsze wdrażanie platformy chmury hybrydowej od IBM. Narzędzia, metodologie i talenty w chmurze Nordcloud są silnym sygnałem, że IBM angażuje się w pomyślną podróż naszych klientów do chmury”.

„Podejście firmy IBM do chmury hybrydowej bardzo współgra z naszym podejściem do pomocy klientom w migracji, zarządzaniu i modernizacji w chmurze” – powiedział Fernando Herrera, prezes i założyciel Nordcloud. „Jako doświadczony partner w dzisiejszych ekosystemach chmurowych współpracujemy ze wszystkimi dostawcami chmury publicznej dla dobra naszych klientów w całej Europie. Bardzo cieszy mnie, że mogę przyjąć otwarte podejście firmy IBM do innowacji oraz pomóc jej zwiększyć globalny zasięg”.

Czołowi analitycy branży informatycznej szacują, że do 2024 roku wartość rynku profesjonalnych usług w chmurze przekroczy 200 miliardów dolarów[1]. Otwarte i elastyczne podejście firmy IBM do doradztwa, budowania, przenoszenia i zarządzania hybrydowymi środowiskami klientów daje przedsiębiorstwom swobodę wyboru spośród wielu dostawców, aby jak najlepiej realizować ich potrzeby biznesowe i informatyczne. To ostatnie przejęcie jest najnowszym przykładem tego, jak IBM rozszerza zasięg i dogłębność swojej oferty chmury hybrydowej w celu zarządzania złożonymi integracjami – technologii, ludzi i procesów.

Po zamknięciu transakcji Nordcloud stanie się firmą IBM. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Transakcja podlega zwyczajowym warunkom zamknięcia i ma zostać zamknięta w pierwszym kwartale 2021 roku.

[1] Dane szacunkowe na podstawie prognoz Gartnera i IDC 2024 dla usług zarządzanych w chmurze i usług profesjonalnych.

Ten wyjątkowy czas w roku

Ograniczona płynność doskwiera rynkom w czasie, gdy dominuje chęć ucieczki od ryzyka. Nowa odmiana wirusa straszy inwestorów wyższym tempem rozprzestrzeniania, zmuszając do rewaluacji oczekiwań szybkości odbicia ożywienia. Ale skala wczorajszej przeceny dobrze nie odzwierciedla poziomu obaw.

Nie chcę deprecjonować zagrożenia z tytułu nowej odmiany wirusa – jest bardziej zakaźny, a zatem trudniejszy do opanowania. Ale nie można zapominać, że mutacja wirusa nie występuje w tym aspekcie, który miałby uodpornić wirusa na już rozprowadzane szczepionki. Tak samo nie można zapominać, że mamy 22 grudnia, co oznacza mniejszą płynność na rynkach i porządkowanie pozycji na koniec roku, co przy nasileniu ryzyk prowadzi do ucieczki do ryzyka. Jednocześnie nie gaśnie całkowicie pozytywne nastawienie średnioterminowe, co kusi niektórych inwestorów do szukania w korektach okazji do zajęcia pozycji. Wczorajszy ostry zjazd na wszystkich aktywach ryzykownych (akcje, waluty, surowce) prawie bez żadnej obrony popytu, ale z późniejszym równie silnym odbiciem jest dobrym podsumowaniem panujących nastrojów.

Brexit także nie daje inwestorom spokojnie doczekać świąt. Informacje, że brytyjski parlament ma głosować nad umową handlową dopiero 30 grudnia tylko potęguje niepewność. Co będzie, jak w partii rządzącej dojdzie do rebelii przeciwko warunkom porozumienia? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy gierki polityczne w Westminsterze torpedowały negocjacje brexitu. Świeżym źródłem nadziei jest złagodzenie żądań premiera Johnsona odnośnie dostępu UE do brytyjskich łowisk. Premier Wielkiej Brytanii oferuje teraz redukcję limitów o 1/3, a nie jak wcześniej o 60 proc. Ale UE póki co godzi się tylko na zmniejszenie quoty o 25 proc. i według niektórych źródeł unijnych, nowa oferta dalej nie jest do zaakceptowania. To smutne, że na ostatnią chwilę spór sprowadza się do ułamków w temacie liczby złowionych ryb. I byłoby strasznie nieodpowiedzialne, aby z tego powodu do porozumienia nie doszło. Funt w dalszym ciągu ma szanse na ostatni rajd ulgi (choć pewnie bliżej 30 grudnia), ale po tym terminie relacje UE z Wielką Brytania nie zapowiadają się na bardziej ugodowe. Brexit nie zanosi się za pozytywny scenariusz dla GBP w 2021 r.

EUR/PLN utrzymuje podwyższone poziomy ponad 4,50. Globalna awersja do ryzyka nie omija polskiej waluty, ale złoty jest wrażliwy na przecenę po piątkowej interwencji NBP, który sprzedawał złotego. Dalej nie mamy oficjalnego stanowiska banku centralnego w tej sprawie, ale pojawiają się wypowiedzi członków RPP. Eryk Łon i Rafał Sura popierają interwencję i zwracają uwagę na korzyści osłabienia złotego dla konkurencyjności gospodarki. Nie „kupuję” tego wytłumaczenia. Wątpliwe, aby NBP miał pójść drogą Szwajcarskiego Banku Narodowego i długofalowo powstrzymywać aprecjację złotego. Nie ma ku temu podstaw ani w danych o handlu (eksport radzi sobie dobrze), ani w inflacji (jest podwyższona). Jeśli osłabienie nie będzie trwale, a przy spodziewanej poprawie globalnego apetytu na ryzyko w 2021 r. jest to mało realne, polskie firmy prawie nic nie zyskają. Mało który podmiot zdecyduje się na zabezpieczenie przed ryzykiem umocnienia złotego na cały rok do przodu. Nie ma mowy o żadnym zarządzaniu ryzykiem walutowym, jeśli decyzja o zabezpieczeniu ekspozycji walutowej będzie uzależniona od wyczekiwania, czy NBP jeszcze bardziej osłabi złotego czy nie. Chyba że NBP zależy, aby swoimi działaniami podkopać zaufanie inwestorów do Polski i złotego i tym kanałem zahamować aprecjację waluty. Genialna strategia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przyszłość handlu: co po Covidzie?

  • Pandemia przyspieszyła ewolucję handlu, zwiększyła znaczenie elektronicznego kanału sprzedaży i innowacji w procesie zakupowym, ale wciąż nie wiadomo, które z tych zmian są chwilowe, a które zostaną z nami dłużej niż 6 miesięcy
  • Wśród ważniejszych zmian jest aktywizacja w handlu online nowej grupy wiekowej 65+, która przed pandemią bardzo nieufnie podchodziła do procesów zachodzących w Internecie
  • W tym roku swoją siłę pokazała transformacja cyfrowa, dzięki której część firm dokonała piwotu i przetrwała najgorszą rynkową zawieruchę. To nauka dla przedsiębiorców odwlekających cyfryzację, kolejnym testem mogą być następne pandemie

Tempo, w jakim postępuje w tym roku transformacja cyfrowa biznesów, zwłaszcza handlu, jest bez precedensu. To nie rewolucja, a bardziej przyspieszona ewolucja, bo pojawienie się pandemii stało się katalizatorem zmian rynkowych, które prędzej czy później musiały nastąpić. Co ważne, pod względem biznesowym to zjawisko w podobnym stopniu dotknęło modele B2C jak i B2B i bez wątpienia, podobnie jak pandemia, ma zasięg globalny. Debatujący podczas jednego z paneli konferencji „The Future of Commerce” organizowanej w ramach cyklu SelectChicago FDI 2020 eksperci próbowali nie tylko podsumować to, co już wydarzyło się w handlu za sprawą koronawirusa, ale przede wszystkim nakreślić kierunek, w jakim pójść może branża.

Jak robią to najwięksi

Zmiany obserwowane w ostatnich miesiącach w największej gospodarce świata nie pozostawiają złudzeń, że e-commerce był siłą napędową amerykańskiego handlu i konsumpcji, a w przypadku wielu zapóźnionych technologicznie firm swoistym kołem ratunkowym. O jakiej skali zmian mówimy? Wg danych Adobe Digital Insights w okresie marzec-sierpień 2020 r. Amerykanie wydali na zakupy online aż o 107 mld USD więcej niż prognozowano przed wybuchem pandemii, a obroty generowane przez e-commerce odpowiadały już za 27% całkowitej sprzedaży detalicznej.

W tym czasie odnotowaliśmy aż 130 dni, kiedy dzienne obroty ze sprzedaży internetowej w USA przekroczyły 2 mld USD. Dla porównania w zeszłym rok takie dni, nie licząc okresu świątecznego, były tylko 2. Co więcej, z taką sytuacją mieliśmy w tym roku do czynienia każdego dnia do początku maja do końca czerwca. Natomiast z perspektywy sprzedawców detalicznych to rekordowe wyniki sprzedaży w kanale elektronicznym, która do końca sierpnia wzrosła w ich przypadku średnio o 68% r/r – analizowała Tory Brunker z Adobe.

Inne dane opracowane przez IDC pokazują, że cyfryzacja kanałów sprzedaży bardzo szybko postępuje też w spółkach B2B, a najszybciej zachodzi w takich branżach, jak produkcja, automotive i finanse. Jak podają eksperci, kupowanie w modelu B2B rozwija się i wciąż będzie się rozwijać szybciej niż to w B2C, a firmy z tego segmentu zamierzają czerpać jak najwięcej z boomu na e-commerce – wg badania IDC aż 96% z nich zmieniło swoje modele sprzedażowe w sposób sprzyjający rozwojowi e-handlu.

Jaki handel po Covidzie

Prognozuje się, że e-handel w Polsce urośnie w tym roku między 40 a 100%. Pytanie, jak zachowa się w kolejnym roku i następnych latach. O szansach na podtrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu przesądzi wiele czynników, a wśród nich debatujący wskazali między innymi te trzy. Po pierwsze, handel tradycyjny nie zniknie, zmieni się natomiast rozkład sił między sprzedażą online a offline z rosnącym znaczeniem tej drugiej nogi. Co jeszcze?

Detaliści coraz więcej inwestują w e-handel, bo tam coraz częściej zakupy robią ich klienci. Aż do 14% z 4% przed rokiem wzrósł odsetek osób robiących zakupy tylko online. Jednocześnie w e-commerce coraz wyraźniej zaznacza się obecność pokolenia baby boomers. To dzisiejsi co najmniej 65-latkowie, którzy zmuszeni przez pandemię przetestowali zakupy w Internecie i się do nich przekonali. Ograniczenia, które skutecznie trzymały ich z daleko od e-handlu, dziś się zatarły. Przed pandemią tylko 15% tej grupy wiekowej robiło zakupy online. Dziś kupowali oni w ten sposób prawie równie chętnie co młodzi. Pytanie brzmi, jaki procent z tych ludzi pozostanie z zakupami online po pandemii – powiedział Piotr Wrzalik, Managing Partner w Unity Group, która realizuje projekty transformacji cyfrowej dla firm na całym świecie, pomagając im osiągać pełny potencjał ich biznesu.

Do 2030 r. ludzie po 65 r.ż. będą stanowić ok ¼ populacji Europy. Przed detalistami duża praca, by o tę grupę społeczną odpowiednio zadbać.

Starsi klienci e-commerce wymagają od sprzedawców świeżego spojrzenia i uwzględnienia ich odmiennych potrzeb w procesie zakupowym. To ludzie, którzy inaczej korzystają ze smartfonów, potrzebują większych ekranów i bardzo doceniają możliwość włączenia na stronach internetowych sklepów większych liter. To trud, który warto podjąć, bo to grupa klientów bardziej lojalna niż młodzi – dodał Bartosz Pilch, przedstawiciel SIG Poland.

Z kolei inny ekspert podkreślił, że błędne jest skupianie się na problemie, kto z klientów zostanie, a kto odejdzie z e-commerce. Bardziej na miejscu jest myślenie o rozwijaniu obydwu kanałów sprzedaży.

– Po pandemii klienci, którzy zasmakowali zakupów online najpewniej z nich nie zrezygnują. Ale nie oznacza to, że porzucą na stałe zakupy w sklepach tradycyjnych. Oni po prostu staną się wielokanałowi i będą z powodzeniem realizować swoje potrzeby zakupowe zarówno online, jak i offline. To szczególnie ważne w branży aptecznej, gdzie odbiór leków na receptę niezmiennie odbywa się bezpośrednio w aptekach. Tego procesu pandemia nie mogła zmienić, bo wynika on wprost z regulacji – skomentował Michał Przybysz, E-commerce Director w Aptece Gemini, który uzupełnił, że wielokanałowość sprzedaży oznacza większą wartość zakupów klienta.

O kształcie dalszych zmian na rynku handlu zdecyduje też popularność zakupów w sieci kategorii e-grocery i FMCG. Na dziś szacuje się, że odpowiadają one za 1% całego polskiego e-commerce w porównaniu do 6% w Wlk. Brytanii. Ten segment rynku szybko nadrabia zaległości i przewiduje się, że przyszłym roku może stanowić już 5% całej sprzedaży w Internecie.

Cyfrowa transformacja – czas działania

Paneliści zgodnie stwierdzili, że takich gwałtownych wydarzeń jak pandemia COVID będzie w przyszłości więcej.

– Nie ma już powrotu do stanu sprzed Covid. Musimy poprawiać i rozwijać kanały sprzedaży online i być gotowi na nadejście kolejnego Czarnego Łabędzia. To już nie jest pora na decyzję, lecz to czas na działanie – dodał Piotr Wrzalik.

Ale pomimo zmian, jakich katalizatorem w handlu była w tym roku pandemia, dla wielu przedsiębiorców cyfrowa transformacja biznesu jest obcym hasłem albo jest przez nich lekceważona. W rzeczywistości odpowiednio przeprowadzona może utorować drogę do dużych wzrostów. Trzeba tylko zdawać sobie sprawę ze złożoności tej materii.

Przed erą Covid w dalszym ciągu wiele firm nie doceniało tej ogromnej wartości, jaką niesie transformacja cyfrowa. A w rzeczywistości zmiana dotyczy niemal każdego obszaru ich funkcjonowania, zaczynając od takich podstaw jak księgowość i dział prawny, na długoterminowej strategii rozwoju kończąc. Dlatego osoby za nią odpowiedzialne często czują się jak menadżerowie zarządzający zmianą (change managers) a nie tylko menadżerowie ds. e-commerce. Jednak pojawienie się Covid przyczyniło się do zmiany podejścia przedsiębiorców. Teraz transformacja nadal jest dla nich wyzwaniem, ale znacząco przyspiesza, bo jest olbrzymia potrzeba na zmianę, żeby odpowiedzieć na potrzeby klientów – komentuje Michał Przybysz.

Bartosz Pilch wskazał że każda transformacja cyfrowa powinna zaczynać się i być podporządkowana modelowi biznesowemu danej firmy. Z kolei Bernard Gołko, ekspert ds. Ecommerce, a w przeszłości e-commerce / Digital Director Europe i Członek zarządu Onnibus, podkreśla że w tym procesie technologia jest ważna, ale nie najważniejsza.

Technologia jest w czasie transformacji tylko narzędziem, takim aktywatorem, który umożliwia jej przeprowadzenie. Ale nie znaczy nic, jeśli nie mamy na pokładzie odpowiednich ludzi, którzy właściwie ją zastosują. Tu kluczowe znaczenie ma też rola kierownictwa i tworzonej przez nie kultury organizacyjnej – firmy osiągają z transformacji najlepsze efekty, jeśli panuje klimat sprzyjający testowaniu nowych rozwiązań i popełnianiu błędów. Pracownicy muszą wychodzić poza strefę komfortu, w przeciwnym razie zyski z cyfryzacji firmy mogą być w rzeczywistości poniżej zakładanego planu – uzupełnił Bernard Gołko.

Po listopadzie znaczenie e-commerce dla handlu jeszcze wzrosło. Widać to w nowych danych GUS, ale potwierdza to też analiza wyników największych klientów Unity Group, prowadzących przede wszystkim sprzedaż w kanale tradycyjnym, ale jednocześnie u których e-handel stanowi w tym roku coraz większy udział w obrotach. Historycznie listopad zawsze ważył w ich e-sprzedaży bardzo dużo – zwykle odpowiadał za 9-14 proc. obrotów online wygenerowanych w czasie pierwszych 11 miesięcy roku. Tym razem ten udział wzrósł średnio o 4 pkt. proc. względem stanu z bardzo dobrego dla e-commerce, ale wciąż przed pandemicznego 2019 r., i mieścił się w przedziale 13-19 proc. To zdecydowanie efekt drugiej fali Covid, która zawitała do Polski po wakacjach.

1001 nowoczesnych biur wolnych w Warszawie. Podsumowanie 2020

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, informują, że w Warszawie dostępnych od zaraz jest ponad 500 tys. m2 (1001 modułów) nowoczesnej powierzchni biurowej. W drugim półroczu 2020 w całej Polsce obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia.

W ciągu najbliższego miesiąca zasoby biur dostępnych natychmiast może zasilić kolejne 96,327 m2 biur, w których obecni najemcy nie przedłużają umów najmu.

–  Ponad 500 tys. m2 (1001 modułów) nowoczesnej powierzchni pozostaje dostępnej do wynajmu od zaraz  – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD1

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie. II półrocze

– W drugim półroczu 2020 obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. W okresie ostatnich 6 miesięcy w oddanych obiektach biurowych przybyło 369,000 m2 powierzchni, która nie została zaabsorbowana przez popyt – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Wolna (komercjalizowana) powierzchnia w obiektach w budowie utrzymywała się na podobnym poziomie w przedziale 750 – 800 tys. m2.REDD2

Hossa na kryptowalutach. Co z brexitem?

Jak widać, Brytyjczycy w brexicie mają tylko jedną zasadę – żaden termin nie jest wystarczająco długi, by zrobić coś przed jego końcem. Ku radości spekulantów lubiących dużą zmienność na rynku, trzymają się tej reguły bardzo mocno.

Co z brexitem?

Wygląda na to, że gigantyczna operacja negocjacyjna może się rozbić o dostęp do łowisk. Jest to temat, którego wyraźnie bronią obydwie strony. Jeżeli wydaje nam się, że polsko-węgierskie weto w sprawie budżetu było bardzo silnym środkiem względem tego, co chcieliśmy uzyskać, to szybko zostaliśmy wyprowadzeni z błędu przez Paryż. W obronie dostępu do brytyjskich łowisk Francuzi są skłonni zawetować porozumienie handlowe Wielkiej Brytanii z Unią. Obecnie trwa korekta, gdzie funt odzyskuje wartość po tych informacjach i wynikających z nich stratach.

Złoty wciąż słaby

Złotówka w dalszym ciągu słaba. Polskiej walucie oprócz interwencji nie pomaga klimat wokół pandemii. Nagłe zamykanie lotów związane z pojawieniem się nowej odmiany wirusa w Wielkiej Brytanii i przypadków na Starym Kontynencie spowodowało wczoraj, że klimat na rynkach uległ wyraźnemu pogorszeniu. Przeważnie jest tak, że jak ryzyko rośnie, odbija się to negatywnie na walutach państw rozwijających się, nie inaczej jest obecnie, a euro zadomowiło się już powyżej 4,50 zł.

Hossa na kryptowalutach

Najpopularniejsza kryptowaluta świata, bitcoin, przebiła swoje historyczne maksima i jest najdroższa w historii. Od szczytów z przed trzech lat jest już niemal na poziomie o 10% wyższym. Cały rynek kryptowalut jednak jest w dalszym ciągu znacznie niżej. Żeby osiągnąć poziomy z przełomu lat 2017 i 2018, musiałby jeszcze wzrosnąć niemal 30%.  Powodem jest rosnący udział bitcoina, związany z brakiem silnych konkurentów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wzrost PKB,

16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Conference Board.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Karuzela emocji dla inwestorów: podsumowanie 2020 r. na rynkach akcji

Pandemia COVID-19 wprowadziła spore zamieszanie w świecie inwestycji. Mimo ogromnych emocji i wahań, rynek akcji kończy 2020 rok pozytywnie – czołowe indeksy odrobiły większość strat, a część z nich jest na plusie i to solidnym.  

Mijający rok jest jednym z bardziej emocjonujących w historii rynku kapitałowego. Skala wahań nastrojów w ciągu minionych 12 miesięcy była ogromna. Rynek akcji od rekordowych wzrostów przeszedł przez gigantyczne spadki, by potem znów poddać się fali euforii. Za całe zamieszanie odpowiada wybuch pandemii COVID-19. Choć w grudniu ubiegłego roku zachorowania rozprzestrzeniały się w Chinach, niewielu wyobrażało sobie, z czym przyjdzie się nam zmagać w 2020 r. w skali globalnej i jak sytuacja wpłynie na wszystkie dziedziny życia.

Początek 2020 r. – akcje ustanawiają nowe rekordy

Pierwsze tygodnie 2020 r. to kontynuacja euforii na rynku akcji z 2019 r. Giełdowe indeksy systematycznie ustanawiały nowe rekordy, głównie za sprawą spółek technologicznych. Nie bez znaczenia dla rynków było również porozumienie między USA i Chinami redukujące napięcia w wojnie handlowej. Chociaż w mediach coraz częściej mówiło się o rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19, nie wpływał on jeszcze na ceny akcji. Świat obserwował reakcję władz Chin na zataczającą coraz szersze kręgi epidemię. Sytuacja w Państwie Środka budziła przede wszystkim obawy o zmniejszenie jego aktywności gospodarczej oraz negatywny wpływ na łańcuch dostaw. Na początku roku spadki dotknęły głównie giełdy chińskiej, a parkiety w pozostałych częściach świata niezmiennie świeciły się na zielono.

Luty i marzec – uderzenie w gospodarkę i inwestycje

Na przełomie zimy i wiosny sytuacja na rynkach odwróciła się. Entuzjazm ustąpił miejsca panice, co obrazują gigantyczne spadki na rynkach akcji. Dzienne straty indeksów notowały historyczne rekordy. Wirus rozprzestrzenił się poza Azję, a w pierwsze przypadki zachorowań odnotowano w Europie. W ciągu kilku tygodni epidemia objęła Stary Kontynent, USA i inne kraje. W konsekwencji poszczególne kraje wprowadzały ostre restrykcje, takie jak ograniczenia w kontaktach międzyludzkich oraz w sferze gospodarczej. Obawy o skutki tych działań wywołały popłoch na rynkach. W ciągu kilkunastu dni drastyczne spadki sprowadziły rynki akcji do poziomu sprzed kilku lat – inwestorzy obawiali się kosztów walki z wirusem i nadejścia globalnej recesji.

Powiew wiosny – wsparcie dla gospodarki

By ograniczyć negatywne skutki ekonomiczne pandemii, rządy poszczególnych państw oraz banki centralne podjęły działania mające stymulować gospodarkę. Wdrożono fiskalne pakiety antykryzysowe wspierające przedsiębiorców oraz podjęto działania monetarne. Szczególne wrażenie wywołała seria działań amerykańskiego Fed-u – obniżenie stóp procentowych niemal do zera oraz decyzja o poszerzeniu programu skupu aktywów, właściwie w nielimitowanym zakresie. Aktywne podejście decydentów było pewnym wsparciem dla rynków. Jednak prawdziwą ulgę w postaci wyhamowania spadków na giełdach oraz lekkiego odbicia przyniosła dopiero wiosna. Dzięki spadkowi   liczby zachorowań stopniowo świat wychodził z lockdownu. Optymizm inwestorów pobudzały odczyty makroekonomiczne, które wobec coraz śmielszych oznak ożywienia gospodarczego stopniowo się poprawiały i w wielu przypadkach były lepsze od oczekiwań. Wsparciem były też doniesienia o postępach prac nad szczepionką na COVID-19. Warto zwrócić uwagę, że motorami wzrostów cen akcji oprócz spółek cyklicznych, które korzystają z odbicia aktywności gospodarczej, były przede wszystkim spółki technologiczne, którym pandemia sprzyja.

Stopa zwrotu wybranych indeksów od początku 2020 roku.

Stopa zwrotu wybranych indeksów od początku 2020 roku
Źródło: Nationale-Nederlanden PTE

Wakacyjny optymizm – rynki akcji odrabiają straty

Wzrosty na rynkach akcji nabrały tempa – ceny systematycznie rosły a giełdowe indeksy zaczęły z impetem odrabiać straty poniesione na początku roku. Prym wiodła Wall Street ze spółkami technologicznymi na czele. Indeksy S&P500 i Nasdaq Compsite w wakacje nie tylko odrobiły straty po krachu, lecz ustanowiły nowe historyczne rekordy giełdowych wycen. Pomimo imponujących wzrostów u giełdowych liderów, sytuacja wielu branż pozostała daleka od optymistycznych. Słabiej radziły sobie firmy finansowe (w związku z obniżką stóp procentowych), dóbr luksusowych (ograniczenie wydatków gospodarstw domowych), turystyki, w tym zwłaszcza linie lotnicze, sektora przemysłowego oraz wytwórczego czy energetycznego (ograniczenie popytu w gospodarkach). Dodatkowo, optymizm na Wall Street nie przekładał się „jeden do jednego” na pozostałe giełdy, szczególnie na rynek europejski, w tym polski. Choć odrabiały one straty, to nie było tu mowy o tak rekordowych wzrostach. Wynika to z faktu, że w indeksach amerykańskich spory udział mają spółki technologiczne, których znaczenie w Europie jest raczej symboliczne.

Jesienne ochłodzenie na rynkach – realizacja zysków, druga fala epidemii i wybory w USA

Wrzesień wprowadził lekką korektę cen akcji. Tym razem ucierpiały spółki technologiczne, dotychczasowi ulubieńcy inwestorów. Wskazywano, że spadki to rodzaj odreagowania – po długim trendzie wzrostowym inwestorzy zdecydowali się na realizację zysków i sprzedaż papierów. Pewną rolę odegrała także zapowiedź podziału akcji (tzw. split) Apple’a oraz Tesli, a także działalność banków inwestycyjnych, w tym m.in. japońskiego SoftBanku, które miały nakręcać ostatnie wzrosty, handlując opcjami na największe spółki technologiczne. Kolejne tygodnie przynosiły również coraz gorsze informacje „z frontu pandemii COVID-19”. Liczba zachorowań gwałtownie zaczęła gwałtownie rosnąć – do poziomu nieobserwowanego wiosną. Widmo, a później faktyczne wprowadzanie kolejnego lockdownu, którego skutki mogą być znacznie poważniejsze niż tego z początku 2020 r., wywołało spory niepokój wśród inwestorów. Dodatkowym czynnikiem ryzyka była także kampania w wyborach prezydenckich w USA – obawy budziła ewentualna wygrana Donalda Trumpa lub nieuznanie przez niego ewentualnej wygranej Joe Bidena. Dodatkowym obciążeniem dla indeksów akcji były przedłużające się spory wokół kolejnego pakietu stymulującego amerykańską gospodarkę oraz wyraźnie gorsze wyniki kwartalne Apple i Amazona.

Końcówka 2020 r. – optymizm wrócił na rynki

Mijający rok w pełni zasłużył na miano karuzeli emocji. Kto w październiku myślał, że końcówka roku upłynie pod znakiem pesymizmu czy też marazmu, nie mógł bardziej się mylić. Początek listopada przyniósł finisz wyścigu o fotel prezydencki w USA. Odsunięcie od władzy konfrontacyjnego i nieprzewidywalnego Donalda Trumpa to ulga dla inwestorów. Dodatkowo zespół Joe Bidena pracuje nad działaniami mającymi znacznie wspomóc amerykańską gospodarkę w radzeniu sobie ze skutkami pandemii. Dodatkowym „strzałem optymizmu” była wiadomość o wysokiej skuteczności szczepionek na COVID-19. Jako pierwszy informację na ten temat podał amerykański Pfizer i niemiecki BioNTech, a kolejno także Moderna oraz AstraZeneca współpracująca z Uniwersytetem Oksfordzkim. Mimo szalejącej pandemii, na rynkach zapanowała euforia, a indeksy akcji wystrzeliły w górę. Tym razem trend był szerszy i objął wszystkie globalne parkiety. Dynamicznie rosły zwłaszcza akcje spółek europejskich, które działając w tradycyjnych segmentach gospodarki istotnie mocniej skorzystają na podjęciu szczepień. Mocno skorzystała także polska GPW.

2020 r. kończy się w pozytywnych nastrojach?

Do końca roku pozostało jeszcze kilka dni, lecz wydaje się, że ostateczny bilans 2020 r. nie powinien się już zmienić. Po Wielkiej Brytanii kolejne kraje wdrażają program szczepień i mimo tego, że po chwilowym wyhamowaniu zachorowań, widmo tzw. trzeciej fali staje się coraz bardziej realne, to póki co nie budzi ono panicznego strachu. W grudniu pewnym czynnikiem ryzyka na rynkach europejskich była kwestia unijnego budżetu obejmującego środki na walki ze skutkami pandemii oraz weta Polski i Węgier. Jednak inwestorzy podeszli do tego dość spokojnie, wierząc, że po negocjacyjnych przepychankach dojdzie do porozumienia. Póki co nierozwiązana zostaje kwestia także ewentualnego porozumienia handlowego Wielkiej Brytanii z Unią Europejską (wraz z końcem 2020 r. kończy się okres przejściowy po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa z UE). Daleka od zadowalających pozostaje też sytuacja w realnej gospodarce – w USA wnioski o zasiłek dla bezrobotnych gwałtownie wzrosły, do najwyższego poziomu od trzech miesięcy. Jednak na dany moment rynek dyskontuje długoterminowy zysk z uruchomienia masowych szczepień.

Na ten moment (notowania indeksów z dn. 16.12.2020), mijający rok zamykamy w pozytywnych nastrojach. Większości indeksów akcji udało się odrobić straty poniesione wiosną tego roku, gdy COVID-19 przerodził się w globalną pandemię. Wygranym tego roku jest (póki co) oczywiście sektor technologiczny, głównie amerykański. Indeks Nasdaq zyskał, mimo gigantycznych spadków wiosną, ponad +41 proc. Dla rynków akcji w USA 2020 r. jest suma summarum udany – S&P500 wzrósł o blisko 15 proc. Na Starym Kontynencie aż tak spektakularnie nie jest, ale część indeksów zdołała odrobić straty z lutego i marca. Niemiecki DAX zyskał znacznie ponad +2 proc.

Sytuacja GPW nie jest tak dobra – główny indeks WIG stracił w tym roku -2,29 proc., lecz należy pamiętać, że w dołku 23 marca strata wynosiła ponad -32 proc. Warszawski parkiet cierpi z kilku względów. Po pierwsze Polska postrzegana jest jako rynek wschodzący, a wobec dużej awersji do ryzyka w 2020 r., tego typu kierunki nie cieszyły się popularnością. Dodatkowo obciążeniem dla głównego indeksu są największe polskie spółki z indeksu WIG20 (ich tegoroczna strata to -7,6 proc.), gdzie dominują banki i spółki z sektora finansowego oraz spółki skarbu państwa. Przez większą część roku wsparciem dla WIG20 była spółka gamingowa CD Projekt, jednak po premierze gry Cyberpunk, jej notowania mocno poleciały w dół. Dodatkowo w grudniu cenom akcji ciążyło polskie weto wobec budżetu unijnego, a kolejnym ciosem jest też wprowadzenie narodowej kwarantanny po świętach Bożego Narodzenia. Pozytywów należy dopatrywać się w sektorze małych spółek – indeks sWIG20 zyskał w 2020 r. ponad +28 proc.

Katarzyna Czupa, starszy specjalista ds. programów emerytalnych w Nationale-Nederlanden PTE

Twardy reset, czyli jakie wyzwania staną przed branżą IT w 2021 roku?

Kończący się rok to twardy reset dla całego świata i dla branży IT. Mimo, że cyfryzacja stała się powszechna i większość przedsiębiorstw oraz sektor publiczny oparty jest o wykorzystanie zasobów cyfrowych, to ostatni rok przedefiniował priorytety w tych obszarach. Wchodząc w 2021 rok rysują się wyraźne trendy dla branży IT, która musi odpowiedzieć na nowe wyzwania. Poniżej przestawiamy 6 trendów technologicznych na 2021 rok, które prezentuje Robert Strzelecki – prezes TenderHut – jednej z najszybciej rozwijających się grup IT w Polsce.

  • Cyberbezpieczeństwo

Cyberbezpieczeństwo u progu trzeciej dekady XXI wieku stoi pod nazwą Blockchain. Technologia głównie kojarzona z kryptowalutami, z uwagi na swoje możliwości stanowi doskonałe narzędzie do zabezpieczania danych. Dlaczego właśnie w 2021 roku cyberbezpieczeństwo zyska na znaczeniu? – Ponieważ z dnia na dzień cały świat był zmuszony zacząć korzystać z usług online, na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej. Praca, nauka, zakupy – wszystko to przeniosło się do sieci i znaczna część nowych użytkowników zostanie już tam na stałe.  Kluczowe stało się w tym momencie zachowanie bezpieczeństwa połączeń, danych czy zakupów online. Wzmożony ruch w sieci to także wzmożona aktywność cyberprzestępców, którzy szybko zaadaptowali się do nowych warunków i właśnie dlatego 2021 rok będzie stał pod znakiem bezpieczeństwa cyfrowego.

  • Sieć 5G

5G stało się rzeczywistością, teraz przyszedł czas na ekspansję zasięgu sieci oraz praktyczne wykorzystanie możliwości, jakie niesie za sobą ta technologia, a te mogą dotykać każdej dziedziny naszego życia. Transport, edukacja, medycyna, mieszana rzeczywistość czy rozrywka to tylko niektóre obszary, w których w nadchodzącym roku będziemy obserwowali praktyczne wykorzystanie szerokopasmowej zdalnej transmisji danych. Pierwsze zastosowania zaobserwujemy w przemyśle i transporcie, ale szybko użytkownicy indywidualni także skorzystają z możliwości tego rozwiązania. Jednym z ciekawszych praktycznych zastosowań będzie wykorzystanie sieci 5G do rozwoju technologii Mixed Reality, a to za sprawą minimalnych opóźnień w przesyle danych, na jakie zezwala ta technologia.

  • Mixed Reality

Rozwój rozszerzonej rzeczywistości w postaci urządzeń, które nosimy na sobie (Wearables) a tak naprawdę na głowie, czyli hełmu lub okularów to właśnie technologia mieszanej rzeczywistości. Ma ona także nieco szersze możliwości niż AR (Augmented Reality), ponieważ umożliwia większą interakcję użytkownika z generowanym obrazem. Dlaczego rozwój mieszanej rzeczywistości przyspieszy w nadchodzącym okresie? Przede wszystkim z uwagi na same urządzenia – stały się one lżejsze, wydajniejsze i bardziej mobilne. Każda z większych firm technologicznych pracuje nad swoim rozwiązaniem. HoloLens 2 od Microsoft, używane na razie w biznesie, czy zapowiadane na 2021 rok Apple Glasses dla użytkowników indywidualnych, spowodują rozwój aplikacji i samej technologii. Praktyczne wykorzystanie mieszanej rzeczywistości możemy obserwować już w telemedycynie.

  • Telemedycyna

Pandemia uświadomiła nam jedno – znaczenie wykorzystania nowoczesnych technologii w medycynie i diagnostyce diametralnie rośnie. W najbliższym czasie będziemy obserwowali wzrost popularności urządzeń, które zdalnie będą monitorowały nasze funkcje życiowe i w razie potrzeby alarmowały odpowiednie służby. Wokół takich usług powstanie cały ekosystem teleinformatyczny. Technologia, która także będzie intensywnie rozwijać się w nadchodzących latach to wykorzystanie możliwości Mixed Reality zarówno w diagnostyce medycznej, jak i pracy w laboratoriach. Zestaw w postaci hełmu do mieszanej rzeczywistości może zostać wykorzystany do triage’u medycznego lub wsparcia pracy laborantów wykonujących testy diagnostyczne. Takie rozwiązania już funkcjonują, ale właśnie w 2021 roku wzrośnie ich popularność i poziom wykorzystania w obszarze medycyny.

  • Prop-Tech

Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? Według danych GUS na koniec września 2020 roku zaledwie 5,8% pracowników pracowało w takim systemie. Mimo wzrostu zakażeń w kolejnych miesiącach ilość osób pracujących zdalnie z pewnością nie przekroczyła 10% z pośród wszystkich zatrudnionych. To, czego możemy z pewnością spodziewać się w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Ma to odzwierciedlenie w rynku nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą wspierały ich potrzeby zakresu zarządzania zasobami ludzkimi patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Rozwiązania takie jak Hot Desk czy rotowanie pracowników na stanowiskach pracy z zachowaniem dystansu społecznego, wymagają rozwiązań zarówno dostępnych dla wszystkich (np. poprzez aplikację mobilną) oraz na tyle zaawansowanych, aby były wstanie zarządzać dostępnymi zasobami takimi jak wolne biurka, sale konferencyjne czy miejsca parkingowe. Nowe biurowce będą powstawały i będą coraz bardziej smart, bo tego będzie oczekiwał postpandemiczny rynek.

  • Cyfrowa edukacja

Rynek edukacji wyszedł z pierwszego szoku, w którym głównym celem było zapewnienie minimalnych potrzeb takich jak dostępność rozwiązań do zdalnego prowadzenia zajęć. 2021 rok będzie okresem rozwijania narzędzi wspierających zdalną edukację w znacznie szerszym wymiarze. Na rynek usług edukacyjnych należy spojrzeć nie tylko przez pryzmat powszechnego nauczania. Webinaria, kursy online czy całe programy kształcenia praktycznego wymagają przedefiniowania i zaprzęgnięcia nowoczesnych technologii do procesu edukacji. Coraz większe znaczenie będą miały narzędzia do wsparcia motywacji osób zarówno pracujących, jak i uczących się zdalnie. Zarówno szkoły, uniwersytety, jak i działy HR w poprzednim roku miały okazję na żywo przekonać się o tym, z jakimi wyzwaniami wiąże się kształcenie online. W 2021 roku te zdefiniowane potrzeby przekują się w realne rozwiązania, które będą wdrażane na masową skalę w obszarze edukacji.

Pandemia z jednej strony obnażyła słabości systemu z drugiej pozwoliła na swoistą akcelerację rozwiązań, które bez niej czekałyby na wdrożenie przez kolejne lata. Cyfrowe technologie okazały się niezwykle pomocne we wsparciu prowadzenia biznesu. Zmieniło się także nastawienie zarówno przedsiębiorców, jak i administracji publicznej, co przyspieszyło wprowadzenie zmian w obszarze cyfrowych rozwiązań w wielu obszarach codziennego funkcjonowania rynku pracy.

InFakt z nowym inwestorem – norweską grupą Visma

Norweska grupa Visma została nowym większościowym udziałowcem inFaktu. Dzięki tej transakcji polska spółka dołączy do międzynarodowej grupy, na którą składa się kilkadziesiąt podmiotów dostarczających rozwiązania dla księgowych i przedsiębiorstw.

Grupa Visma działa na rynku usług chmurowych dla księgowych oraz firm z sektora MŚP przede wszystkim w Europie Północnej oraz kilku innych krajach europejskich. Jest obecna także w Polsce. W skład jej portfolio w naszym kraju wchodzą SaldeoSmart, a od grudnia bieżącego roku także inFakt. Wartość grupy wynosi około 10 miliardów euro.

Zakup udziałów w firmie inFakt jest zgodny ze strategią grupy Visma, która polega na tworzeniu i dostarczaniu najlepszych rozwiązań chmurowych do zarządzania małymi i średnimi przedsiębiorstwami. InFakt oferuje rozwiązania jakościowe, niezawodne i łatwe w obsłudze, dokładnie takie, jakich szukaliśmy na polskim rynku – powiedział Jostein Håvaldsrud, dyrektor ds. produktów w grupie Visma.

InFakt jest czołowym dostawcą narzędzi i usług do prowadzenia księgowości online na polskim rynku. Oferuje rozwiązania nie tylko dla przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, ale też dla spółek. Założyciel i prezes inFaktu, Wiktor Sarota, zwraca uwagę na nowe możliwości, jakie otwierają się przed firmą w związku z jej nowym udziałowcem w postaci Vismy. – Zyskujemy dostęp do kompetencji, technologii i doświadczeń firm, które działają w tej samej branży na innych rynkach – mówi. – Nie zmieniają się natomiast nasze cele i priorytety. Jednocześnie sami jesteśmy w stanie wnieść wartość dodaną do grupy – inwestora bardzo zainteresowały nasze rozwiązania dotyczące usług prowadzenia pełnej księgowości dla firm.

InFakt zapowiada, że warunki współpracy z klientami nie zmienią się. Nie zmieni się także zarząd firmy, w którym nadal zasiadać będą jej założyciele – Wiktor Sarota oraz Sebastian Bobrowski. Szczegółowe warunki transakcji nie zostały ujawnione.

Zarządzanie finansami firmy w kryzysie

Prowadzenie własnej firmy wiąże się z koniecznością dopasowania się do sytuacji panującej na rynku. Po okresach prosperity przychodzą również sytuacje kryzysowe. Jak sobie z nimi radzić i utrzymać płynność finansową?

Zarządzanie firmą w kryzysie nie jest łatwym zadaniem. Wynagrodzenia dla pracowników i terminowe regulowanie zobowiązań to podstawowe potrzeby, które należy zaspokajać. Jednak nawet w sytuacji kryzysu na rynku nie można zapominać o inwestycjach, bo tylko dzięki nim łatwiej jest utrzymać tempo rozwoju.

Finansowanie biznesu w kryzysie

Wielu przedsiębiorców w sytuacji spowolnienia na rynku reaguje ograniczeniem wydatków. Zwolnienia pracowników czy wstrzymanie inwestycji to często pierwszy krok do upadłości. W kryzysie twój biznes nie musi zwalniać czy wręcz się cofać. Jeśli kryzys dotyczy całej branży, nie możesz pozwolić, aby po ustabilizowaniu sytuacji na rynku twoja firma straciła na znaczeniu. Przemyślane decyzje finansowe to jedyny sposób na przetrwanie gorszej koniunktury.

Najważniejszym zadaniem przedsiębiorcy w kryzysie jest utrzymanie płynności finansowej. Można to osiągnąć, korzystając z nowoczesnych form finansowania. Zanim sięgniesz po kredyt, warto, abyś sprawdził również inne rozwiązania, np. faktoring.

Czym jest faktoring i kto może z niego skorzystać?

Faktoring polega na przekazaniu faktur z odroczonym terminem płatności instytucji finansowej (faktorowi), która wypłaca należność z faktury od razu po jej przekazaniu na konto przedsiębiorcy. Co więcej, twój kontrahent nie musi wiedzieć, że przekazałeś faktury do instytucji finansowej – to wyróżnik tzw. faktoringu cichego.

Wbrew pozorom faktoring nie jest usługą przeznaczoną wyłącznie dla dużych firm. To właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa najczęściej potrzebują wsparcia finansowego. Szczególnie w opłacaniu bieżących zobowiązań.

Ciekawą ofertą dla mikroprzedsiębiorców jest faktoring od NFG. Częstym problemem dla osób prowadzących małą działalność są odroczone terminy płatności. Z jednej strony współpraca z klientem korporacyjnym jest lukratywna i gwarantuje terminowe opłacanie faktur. Z drugiej jednak tacy klienci nigdy nie płacą gotówką, a w umowach zastrzegają sobie nawet 30-dniowe terminy płatności. W takich sytuacjach faktoring może zapewnić płynność finansową i uchronić przed koniecznością zadłużania się na podstawowe opłaty czy w celu regulowania bieżących zobowiązań (ZUS, US, podatki, pensje, paliwo).

Potraktuj kryzys jako okazję do zmian

Czasem nie da się uniknąć kryzysu, szczególnie gdy jest on spowodowany ogólną sytuacją w kraju lub na świecie. Dzięki takim rozwiązaniom jak faktoring nie musisz martwić się o płynność finansową. Szybkie rozszerzenie oferty o nowe produkty czy usługi jest możliwe tylko w momencie, gdy masz odpowiednie zasoby finansowe lub zaufanego faktora, który na jasnych zasadach pozwoli ci je uwolnić z twoich faktur.

Opakowania kartonowe dla sklepów internetowych – największy wybór w ATK Opakowania

Coraz więcej transakcji jest zawieranych przez Internet. Rynek e-commerce, czyli handlu elektronicznego, ciągle rośnie w siłę. Pojawiają się coraz nowsze marki, rozszerza się katalog dostępnych w Internecie firm. Jeśli poszukujesz opakowań do swojego sklepu Internetowego, sprawdź, co polecamy.

Handel elektroniczny

E-commerce, czyli ogólnie mówiąc handel elektroniczny jest w ostatnich latach kanałem dystrybucji, który dość prężnie i szybko się rozwija. Dynamika zmian jest tak duża, że dla wielu marek stał się z dodatkowego sposobu zbyt usług i produktów głównym sposobem pozyskania klientów. Główne źródła handlu elektronicznego i sprzedaży elektronicznej to szeroko rozumiane sklepy internetowe, aukcje internetowe, platformy promujące zakupy grupowe i oferujące atrakcyjne zniżki, reklamy kontekstowe, programy partnerskie, a także coraz częściej telefoniczne aplikacje oraz social media.

Sprzedaż przy pomocy Internetu rozwija się dzięki dynamicznemu postępowi technologicznemu, a także dzięki dostosowującym się do rzeczywistości internetowej przepisom prawnym. To właśnie wszelkiego rodzaju regulacje pozwalają na obopólne zaufanie na linii sprzedawca-kupujący. Jeśli zauważyłeś rosnący popyt internetowy na własne usługi lub produkty, warto rozwinąć swój e-biznes. E-commerce z pewnością wiąże się z koniecznością nadawania licznych przesyłek – taki sposób odbioru zakupów jest najpopularniejszy oraz pozwala na dotarcie do klientów nie tylko z najbliższych okolic. Chcąc w bezpieczny sposób wysyłać swoje towary, warto wybrać solidne opakowania. Prócz ich jakości warto postawić na to, by były one spersonalizowane, dostosowane do Twojej marki, by były jej znakiem rozpoznawczym. Jak to zrobić?

Opakowania fasonowe i z nadrukiem

Kartony fasonowe charakteryzują się specjalnym wykrojem, który uzyskuje się przy pomocy wykrojnika tnącego. Technologia taka pozwala na otrzymanie gotowego opakowania, bez szycia lub klejenia. Pudełka tego typu są wyposażone w zamknięcia, dlatego niekonieczne jest ich zaklejanie. Kartony fasonowe sprawdzą się doskonale w branży gastronomicznej – znamy je doskonale w postaci pudełek do pizzy! Ale także w branży kosmetycznej czy biżuteryjnej – możliwość wykonania kartonu, który ma niestandardowy rozmiar i np. wiele przegródek pomoże w bezpiecznym transporcie biżuterii, rękodzieła, kosmetyków czy innych drobnych elementów. Kartony fasonowe często bywają wykorzystywane także w przypadku wysyłki odzieży lub obuwia – brak klejenia i wbudowane zamykanie pozwala na eleganckie spakowanie sukienek, koszul, bluzek, butów, a nawet książek!

Detale mają znaczenie! To jakiego dokonasz wyboru w zakresie opakowań swoich towarów, może determinować kolejne zamówienia stałych klientów lub pozyskanie nowych! Dbałość o szczegóły, o właściwe zabezpieczenie produktu przed wysyłką ma ogromne znaczenie. Opakowania kartonowe nie muszą być nudne! Spersonalizuj je, wybierz taką markę, która zaoferuje Ci wykonanie nadruku na opakowaniach, co sprawi, że Twój internetowy biznes będzie prezentował się jeszcze bardziej profesjonalnie. Własny nadruk na opakowaniu jest także wyrazem dbałości o zadowolenie klienta – każdy chce poczuć się bardziej luksusowo i otrzymać zamówienie nie w przypadkowym kartonie, ale takim, który jest swoistą wizytówką firmy, jej nieodłącznym elementem. Pudełko powinno być rozpoznawalne i budować świadomość marki – każdy biznes dąży do tego, by kontrahenci widząc opakowanie, rozpoznawali całą markę.Opakowania kartonowe (2)

Opakowanie potrafi także wiele powiedzieć o polityce marki, jej podejściu na przykład do ekologii. Wybierając opakowania, które można poddać recyklingowi lub zachęcając klientów do ponownego wykorzystania opakowania, można wyrazić swój światopogląd. Dobierając wielofunkcyjną taśmę klejącą z logo lub wizerunkiem marki, na przykład papierową, która również nadaje się do recyklingu, możemy sprawić, że ograniczymy do absolutnego minimum pakowanie przesyłek w zalegający później na wysypiskach plastik. Jednym z wiodących producentów opakowań kartonowych jest https://atk-opakowania.pl/.

W Warszawie powstał pierwszy poza Chinami specjalny salon Xiaomi. Producent rozważa otwarcie kolejnych

Nowy Mi Store w warszawskim centrum handlowym Westfield Arkadia to jedyny taki koncept poza Chinami. To nie tylko sklep, lecz także serwis i miejsce do testowania urządzeń Xiaomi. Klienci mogą skorzystać ze strefy odzwierciedlającej warunki domowe i sprawdzić, jak inteligentne urządzenia do domu funkcjonują jako cały ekosystem. Marka w przyszłym roku zamierza otwierać kolejne sklepy, a także skupić się na rozwoju swoich produktów. – Planujemy dalszy rozwój naszego biznesu dotyczący smartfonów i telewizorów, będziemy także mocno koncentrować się na urządzeniach 5G – zapowiada Marcin Szczepankowski z Xiaomi Polska.

– Mi Store w Arkadii to pierwszy taki concept store w Europie Środkowo-Wschodniej. Powstał on w Warszawie, bo tu jest nasza centrala i biuro, z którego obsługujemy całą Europę Środkowo-Wschodnią – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Szczepankowski, szef działu GTM w Xiaomi Polska.

W centrum handlowym Westfield Arkadia otwarto właśnie nowy salon Xiaomi. Jest to jedyny tego typu koncept stworzony poza Chinami. Wyróżnikiem sklepu jest nie tylko jego powierzchnia (ponad 300 mkw.), ale też duża strefa do testowania rozwiązań ekosystemu marki.

– Pierwsza część salonu jest ułożona dość klasycznie, bo znajdują się w niej smartfony i produkty ekosystemowe na sprzedaż. W drugiej części przygotowaliśmy strefę Mi Smart, w której klienci mają okazję skorzystać z naszych produktów, zobaczyć, jak na co dzień mogą one funkcjonować jako cały ekosystem – wyjaśnia szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Strefa ta została zaprojektowana na kształt mieszkania. Można w niej zobaczyć i sprawdzić działanie inteligentnych rozwiązań w ramach ekosystemu łączącego produkty lifestyle oraz codziennego użytku. Wszystkimi urządzeniami można sterować za pomocą jednej aplikacji lub asystenta głosowego w ramach platformy Mi Home. W ekosystemie Xiaomi w Polsce dostępnych jest ok. 200 urządzeń internetu rzeczy, podczas gdy w Chinach jest ich ok. 2 tys.

– Wyjątkowe jest również to, że otworzyliśmy w sklepie dedykowaną strefę dla serwisu. Wszyscy klienci będą mogli dokonać naprawy bądź jakiejkolwiek konsultacji serwisowej na miejscu – zaznacza ekspert.

Nowy Mi Store zastąpi ten już istniejący w Westfield Arkadia. Jak podkreśla Marcin Szczepankowski, decyzja o uruchomieniu konceptu w Polsce została podjęta mimo trudnej sytuacji w handlu detalicznym, która jest efektem pandemii i kolejnych lockdownów. 17 grudnia rząd poinformował o wprowadzeniu kwarantanny narodowej, co wiąże się m.in. z zamknięciem galerii handlowych (poza sklepami zapewniającymi podstawowe potrzeby). Okres lockdownu potrwa od 28 grudnia do 17 stycznia.

– Okres pandemii jest wyzwaniem dla sprzedaży detalicznej. Podjęliśmy jednak decyzję, żeby kontynuować naszą strategię i pomimo uwarunkowań zewnętrznych w tym czasie otworzyliśmy sześć kolejnych salonów. To 20. salon, który otwieramy w Polsce – mówi szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Jak podaje GUS, sprzedaż detaliczna w cenach stałych w październiku 2020 roku była niższa niż przed rokiem o 2,3 proc. (wobec wzrostu o 4,6 proc. w październiku 2019 roku). Ogółem w okresie styczeń–październik 2020 roku sprzedaż spadła o 3 proc. r/r, przy wzroście o 5,6 proc. w 2019 roku. Spowolnienie widać też w wynikach odwiedzalności galerii handlowych. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że wprawdzie klienci chętnie wrócili do otwartych od 28 listopada obiektów, wciąż jednak jest ich o ok. 30 proc. mniej niż przed rokiem.

– Będziemy otwierali kolejne salony sieci własnej, będziemy także kontynuować nasz biznes z partnerami w kanale otwartym i w kanale operatorskim – wymienia Marcin Szczepankowski. – Na przyszły rok mamy zaplanowane otwarcie kolejnych sklepów. Decyzję o tym, czy będą to takie punkty jak nowy Mi Store w Arkadii, podejmiemy już niedługo.

Xiaomi zadebiutowało w Europie nieco ponad trzy lata temu. Obecnie jest trzecią największą marką smartfonów – nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. W Polsce jest numerem jeden pod względem dostaw. Z tym rynkiem Xiaomi wiąże szczególne nadzieje, zwłaszcza w kontekście planowanego rozwoju sieci 5G.

– Nasze plany na przyszły rok można scharakteryzować na trzy sposoby. Planujemy dalszy rozwój biznesu smartfonowego, a także naszego ekosystemu urządzeń. Będziemy wprowadzali nowe produkty, w tym telewizory, a także będziemy się mocno koncentrować na urządzeniach 5G – zapowiada szef działu GTM w Xiaomi Polska.

UKE w ekspresowym tempie rozstrzygnął przetarg na obsługę prawną aukcji 5G. Wynik budzi wątpliwości

Wielkimi krokami zbliża się komercyjne wdrożenie sieci 5G. Dotąd operatorzy wprowadzali tę technologię w ramach częstotliwości wykorzystywanych już wcześniej, na potrzeby sieci LTE. Jednak cały rynek telekomunikacyjny czeka na ogłoszenie przez Urząd Komunikacji Elektronicznej aukcji na częstotliwości z zakresu 3400–3800 MHz dedykowane dla sieci nowej generacji. Ma to nastąpić w przyszłym roku, ale wcześniej – na początku grudnia – UKE rozpisał przetarg na obsługę prawną w związku z planowaną aukcją. Wątpliwości ekspertów i prawników wzbudziły jednak wyśrubowane kryteria, które mocno zawężyły krąg potencjalnych oferentów, jak i ekspresowe tempo postępowania. Ostatecznie do przetargu przystąpiły tylko dwa podmioty, a urząd wybrał ofertę, która przekroczyła planowany budżet.

Do przetargu na obsługę prawną UKE przy rozpisywaniu aukcji na nowe częstotliwości 5G przystąpiły tylko dwa podmioty: Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy oraz konsorcjum CWW S.Cetera, M.Węgrzyn-Wysocka i Wspólnicy (jako lider) oraz Kancelarii Radcy Prawnego Gaweł Jarosiński. Regulator wybrał tę drugą ofertę. Przy otwarciu kopert została też ujawniona informacja, że na realizację usługi UKE przeznaczył kwotę 422,8 tys. zł brutto. Oferta Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy opiewała na kwotę 305 tys. zł brutto, natomiast oferta konsorcjum – na 479,7 tys. zł brutto, przekraczając budżet planowany na realizację zamówienia o blisko 60 tys. zł.

– Do tej pory nie uzyskaliśmy dostępu do pełnej dokumentacji z tego postępowania. Po próbach telefonicznych, e-mailowych i wielu żądaniach udostępnienia informacji otrzymaliśmy odpowiedź, że oferta jest objęta tajemnicą. Ostatecznie, 17 grudnia odmówiono dostępu z uwagi na to, że nie stosuje się przepisów PZP, więc jako strona postępowania nie mamy rzekomo wglądu w dokumentację. A więc de facto ten wybór pozostaje całkowicie niejasny i tajny – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Mariusz Bidziński, profesor Uniwersytetu SWPS, radca prawny i wspólnik w Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy.

W odwołaniu, które Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy wystosowała do UKE, zwraca uwagę na szereg niezgodności postępowania z przepisami ustawy Prawo zamówień publicznych. Mowa m.in. o błędnym wyborze najkorzystniejszej oferty polegającym na wyborze oferty, która nie mieściła się w kwocie, jaką urząd zamierzał przeznaczyć na sfinansowanie zamówienia, odmowie opublikowania informacji z otwarcia ofert czy odmowie udostępnienia informacji dotyczących czynności wyboru ofert i wyniku postępowania.

– Samo postępowanie od początku budzi istotne wątpliwości z uwagi na bardzo krótki termin jego przeprowadzenia i zgłoszenia ofert czy wyjątkowo wysokie i nieadekwatne wymogi dotyczące ekspertów, wykonawców oraz prawników. Takie wymogi – delikatnie mówiąc – budzą wątpliwości co do adekwatności, celowości i związku wymogów z przedmiotem postępowania – twierdzi dr hab. Mariusz Bidziński. – Wątpliwości budzą także wymogi doświadczenia, w tym np. wykazanie obsługi na kwotę ponad 1 mld zł z jakiegokolwiek obszaru doradztwa. Równie dobrze może to więc dotyczyć telekomunikacji, jak i dróg, farmacji, trawników czy produkcji długopisów.

Wśród wymogów postawionych przez UKE znalazł się m.in. ten, aby w składzie zespołu, który będzie doradzał regulatorowi, znalazł się co najmniej jeden prawnik z doświadczeniem w obsłudze projektów związanych z 5G. Był on niemal niemożliwy do spełnienia o tyle, że w Polsce wdrażanie tej technologii trwa dopiero od kilku miesięcy i jest na bardzo wczesnym etapie. W skład zespołu ma wchodzić także trzech specjalistów posiadających minimum pięcioletnie doświadczenie w zakresie cyberbezpieczeństwa. Tymczasem ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy w Polsce akt regulujący tę kwestię – obowiązuje dopiero od sierpnia 2018 roku, czyli zdecydowanie krócej niż określony wymóg pięciu lat.

Jak podkreśla radca prawny, ogłoszone przez UKE postępowanie nie spełniało też wymogów transparentności i rzetelności.

– Ogłoszenie tak ważnego postępowania w trybie zamówień społecznych wskazuje na pewien brak spójności. Skoro to postępowanie miałoby wyłonić wyjątkowego eksperta, to czemu w tak prostej i niezaskarżalnej – niepodlegającej praktycznie żadnej weryfikacji – procedurze? W tym trybie, zachowując pozory przejrzystości, można w każdej chwili postępowanie unieważnić, nie wybrawszy żadnego oferenta, albo zmodyfikować wymogi co do środków na realizację usługi – tłumaczy.

Jak podkreśla dr hab. Mariusz Bidziński, szczegółowa ocena przetargu przeprowadzonego przez UKE byłaby możliwa dopiero po uzyskaniu dostępu do całej dokumentacji związanej z przebiegiem tego postępowania. Urząd konsekwentnie jednak jej odmawia stronie, która uczestniczyła w przetargu.

– Do dziś – mimo kilkunastu czy kilkudziesięciu prób – nie mamy jakiegokolwiek dostępu do ofert, protokołu z otwarcia oraz oceny ofert. Jesteśmy de facto pozbawieni możliwości weryfikacji wyniku postępowania, jego postępowania czy poprawności oferty konkurencji – wskazuje radca prawny.

UKE zamówił w przetargu 1 tys. godzin konsultacji prawnych, które mają zostać wykorzystane do końca przyszłego roku w związku z planowaną aukcją 5G, jak również zagadnieniami dotyczącymi krajowego cyberbezpieczeństwa.

W odpowiedzi na zapytanie Newserii, Witold Tomaszewski, p.o. rzecznika prasowego UKE, wyjaśnia, że: protokoły postępowania nie zostały utajnione, postępowanie było przeprowadzone na podstawie art. 138o ustawy z dnia 29 stycznia 2019 roku PZP i obowiązuje procedura związana ze stosowaniem tego artykułu, zaś umowa ze zwycięskim konsorcjum została już podpisana 17 grudnia.

Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy twierdzi, że do tej pory nie otrzymała protokołów z postępowania.

W okresie pandemii gwałtownie spadło zainteresowanie pożyczkami. W przyszłym roku rynek ten nadal będzie tracił

Rok 2020 dla branży firm pożyczkowych oznacza gwałtowną zapaść. W okresie od stycznia do listopada udzieliły one o 26,8 proc. mniej pożyczek o wartości niższej o 34,4 proc. – wynika z danych BIK. Przyszły rok może nie przynieść odbicia w sektorze. Trudną sytuację pogłębia nie tylko mniejsze zainteresowanie klientów, lecz także zmiany legislacyjne. Do Sejmu trafił projekt ustawy, który do końca 2021 roku wydłuża okres obowiązywania obniżonego limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego.

– Rok 2020 nie tylko na rynku kredytów bankowych, lecz także na rynku pożyczek pozabankowych jest bardzo trudnym rokiem. Widzimy bardzo wysokie spadki zarówno liczby, jak i wartości udzielanych przez firmy pożyczek – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Z danych BIK wynika, że w listopadzie 2020 roku firmy pożyczkowe współpracujące z nim udzieliły 187,3 tys. pożyczek na łączną kwotę 420 mln zł. Choć w porównaniu z październikiem oznacza to niewielki wzrost (o 0,8 proc.), to w porównaniu z listopadem 2019 roku liczba kredytów spadła o 15,2 proc., a wartościowo spadek przekroczył 25 proc.

– W okresie od stycznia do listopada tego roku łączna liczba udzielonych pożyczek przez firmy pożyczkowe współpracujące z BIK to 1,872 mln sztuk na kwotę 4,3 mld zł. Jeżeli te wartości porównamy z analogicznym okresem sprzed roku, to jest to 25,1 proc. mniej udzielonych pożyczek i na kwotę niższą o 34,4 proc. – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

W 2020 roku dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40,9 proc. liczby udzielonego finansowania (wartościowo 10,7 proc. udziału w sprzedaży). Pożyczki powyżej 5 tys. zł były znacznie mniej popularne (9 proc. ogółu sprzedaży), za to ich wartość odpowiadała za 34 proc. wszystkich udzielonych pożyczek. Niezależnie od przedziałów kwotowych wszystkie pożyczki zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały ujemne dynamiki.

– Najwyższe spadki dotyczą pożyczek wysokokwotowych, czyli powyżej 5 tys. zł. Tu ujemna dynamika wynosi 42,2 proc. liczbowo oraz 43,7 proc. wartościowo. Natomiast najniższe spadki zanotowały pożyczki z najniższego przedziału kwotowego, czyli do 1 tys. zł – w tym przypadku jest to liczbowo 18,9 proc., a wartościowo 15,4 proc. – wylicza główny analityk BIK.

Sprzedaż pożyczek pozabankowych gwałtownie spadła wraz z pierwszą falą pandemii i lockdownem.  O ile na początku tego roku i na przestrzeni 2019 roku średnia wartość udzielanych pożyczek sięgała 600 mln zł miesięcznie, o tyle w kwietniu 2020 roku spadła do poziomu ok. 200 mln zł. Kolejne miesiące przyniosły lekką poprawę, choć do wyników z 2019 roku było jednak wciąż daleko.

– Podstawową przyczyną tak dużych spadków na rynku pożyczkowym jest przede wszystkim sytuacja pandemiczna. Wiąże się ona ze zmniejszeniem popytu ze strony klientów i większą ostrożnością firm pożyczkowych. Wpływ mają także działania regulacyjne związane z ograniczeniem poprzez ustawy covidowe maksymalnej ceny pożyczki, jaką firma pożyczkowa może uzyskać – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski.

Zgodnie z obowiązującymi od 1 kwietnia br. przepisami obniżono roczny limit kosztów pozaodsetkowych (czyli wszystkich opłat, które nie wynikają bezpośrednio z oprocentowania usługi, np. marża czy obowiązkowe ubezpieczenie). Dla kredytów o okresie spłaty 30 dni i dłużej maksymalna wysokość kosztów to 15 proc. całkowitej kwoty pożyczki plus 6 proc. za każdy rok jej trwania, a dla kredytów o okresie spłaty poniżej 30 dni limit kosztów pozaodsetkowych wynosi 5 proc. Niezależnie od długości trwania pożyczki poziom kosztów nie może przekroczyć 45 proc.

Nowe przepisy miały obowiązywać do 8 marca 2021 roku, do Sejmu trafiła już jednak ustawa, która ma ten czas wydłużyć do końca przyszłego roku. Branża firm pożyczkowych apeluje do rządu o powrót do rozmów na temat tej zmiany.

– Ewentualne uchwalenie tych przepisów jeszcze pogłębi tak trudną sytuację rynku pożyczkowego – prognozuje główny analityk BIK.

Do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. Polaków. Teraz gabinety stomatologiczne notują duży napływ pacjentów

Wybuch pandemii spowodował, że wielu stomatologów zdecydowało się zamknąć gabinety w obawie przed zakażeniem. Przyjmowane były tylko naglące przypadki. W efekcie Polacy dużo rzadziej leczyli zęby. Z najnowszego badania CBOS wynika, że do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. ankietowanych. Sytuacja powoli wraca do normy. – Po początkowym spowolnieniu od lipca obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów, bo leczenia stomatologicznego często nie można odkładać – mówi Wioletta Januszczyk z Medicover Stomatologia. Mimo pandemii Medicover Stomatologia nie rezygnuje z planu konsolidacji polskiego rynku dentystycznego. Tylko w tym roku sieć otworzyła pięć nowych centrów stomatologicznych, w tym nowoczesną, połączoną z kawiarnią placówkę w Warszawie.

– Na początku marca, kiedy pandemia dała się nam we znaki, większość gabinetów stomatologicznych zamknęła się z obawy przed zakażeniem. My pozostaliśmy otwarci. Mimo spowolnienia w okresie marzec–kwiecień obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów od lipca aż do teraz. Jest on spowodowany tym, że wizyty stomatologicznej często po prostu nie można przełożyć. To jest coś, co musi być zrobione bez względu na to, czy na świecie panuje pandemia, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przy współpracy z Polskim Towarzystwem Stomatologicznym, 71 proc. lekarzy dentystów zdecydowało się na zawieszenie praktyki klinicznej w kulminacyjnej fazie COVID-19 i rządowego lockdownu. Resort zdrowia zalecał początkowo wstrzymanie się z wizytami poza pilnymi przypadkami. W tej chwili gabinety pozostają otwarte w pełnym reżimie sanitarnym, a planowe wizyty poprzedza wywiad epidemiologiczny.

– Stomatologia jest tą dziedziną, która ma bezpośredni kontakt z wirusem, ale bez względu na to, co dzieje się teraz czy w normalnym sezonie grypowym, jest dobrze przygotowana do bezpiecznej opieki nad pacjentem. Dodatkowe obostrzenia, które zostały wprowadzone, de facto były stosowane w stomatologii już od dawna. Oczywiście zmieniły one pewne zachowania nie tylko naszych lekarzy, ale też części administracyjnej czy samych pacjentów – mówi dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Według czerwcowych danych GUS-u w 2019 roku w ramach NFZ-u udzielono łącznie ponad 34 mln porad stomatologicznych. Mimo tego aż kilka milionów Polaków ani razu w ciągu roku nie było u dentysty, choć 98 proc. z nich ma problemy z zębami. Statystykę pogorszyła jeszcze pandemia koronawirusa. Z sierpniowego badania CBOS wynika bowiem, że w pierwszym półroczu 2020 roku rzadziej niż w roku 2018 badani korzystali z leczenia stomatologicznego (spadek z 53 proc. do 31 proc.).

Polacy, jeśli już chodzą do dentysty, wybierają placówki prywatne, płacąc za usługi stomatologiczne we własnym zakresie lub w ramach dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Według badań CBOS poza systemem NFZ z usług dentysty lub protetyka skorzystało 78 proc. osób, którzy w ostatnim półroczu potrzebowali porady stomatologicznej.

– Pacjenci w Polsce nadal czują niepokój przed wizytą u stomatologa, traktują ją jako coś koniecznego i kosztownego. Naszym celem jest stawianie pacjenta w centrum uwagi. Otwierane placówki mają odpowiadać na jego potrzeby – mówi Wioletta Januszczyk.

Dla Medicover Stomatologia nie był to rok spowolnienia w procesie konsolidacji rynku stomatologicznego. Obecnie pod jedną marką skupia 44 kliniki stomatologiczne i 200 gabinetów dentystycznych w całym kraju. W tym roku powiększyła się o pięć nowych centrów stomatologicznych i 35 gabinetów dentystycznych. Najnowsza placówka, czyli nowo otwarte Centrum Stomatologii przy placu Konstytucji, to 13. klinika Medicover Stomatologia w Warszawie.

– W nowym centrum przy placu Konstytucji chcemy złamać stereotypowe myślenie o stomatologu. Zapraszamy pacjentów do pięknych wnętrz, zaaranżowanych wspólnie z projektantami, którzy otwierają kawiarnię Green Caffè Nero. To koncept kawiarniany, gdzie pacjent ma się poczuć komfortowo, może usiąść, napić się kawy, a nawet popracować i nie myśleć o tym, co się za chwilę wydarzy u stomatologa. Dodatkowo wprowadziliśmy tu autorski program diagnostyczny Complete Smile Check – wskazuje dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

– Pacjent podczas pierwszej wizyty ma wykonywaną kompleksową diagnostykę radiologiczną, dokumentację fotograficzną w postaci zdjęć zewnątrz- i wewnątrzustnych oraz skan zębów i badanie stomatologa, który będzie jego lekarzem prowadzącym. Co ważne, pacjent ma też przydzielonego opiekuna, który będzie koordynować jego plan leczenia, pomagać umawiać wizyty do poszczególnych specjalistów, opiekować się sprawami finansowymi czy wspierać go mentalnie – tłumaczy Marta Siewert-Gutowska, stomatolog i chirurg szczękowo-twarzowy z placówki Medicover Stomatologia przy placu Konstytucji.

Po pełnej diagnostyce stomatolog przygotowuje indywidualny plan leczenia, w którym jest jasno określone, ile będzie ono trwało, jakie procedury będą wykonane i jaka inwestycja jest konieczna. Co więcej, na tej podstawie można też cyfrowo „zaprojektować uśmiech”, dzięki czemu pacjent będzie mógł zobaczyć końcowy efekt leczenia. W ofercie centrum pacjenci znajdą także m.in. usługi z zakresu implantologii i protetyki, ortodoncji, stomatologii dziecięcej, periodontologii, czyli chorób dziąseł, oraz stomatologii zachowawczej.

– Przy każdym nowym otwarciu zastanawiamy się, czego oczekuje nasz pacjent. Chcemy wychodzić ponad te oczekiwania. Wizyta u stomatologa nie powinna być tylko czymś kosztownym i nieprzyjemnym. Takie było nasze założenie, gdy otwieraliśmy naszą klinikę przy placu Konstytucji, zaprojektowaną w koncepcie kawiarnianym, z recepcją i schowaną częścią administracyjną, gdzie pacjenta w drzwiach wita jego dedykowany opiekun – mówi Wioletta Januszczyk.

Połączenie OZE i energii atomowej może być przyszłością polskiej energetyki. Konieczny jest jednak szybki rozwój technologii magazynowania zielonej energii

Odnawialne źródła energii, w tym zwłaszcza fotowoltaika, przeżywają w Polsce boom. To efekt m.in. różnego rodzaju państwowych dotacji, lecz także ogólnoświatowego trendu zapotrzebowania na zieloną energię. Technologie stojące za OZE nie są jednak w pełni rozwinięte, przez co na chwilę obecną nie można całego systemu energetycznego oprzeć na tych innowacyjnych rozwiązaniach. Potrzebne są nakłady inwestycyjne nie tylko w fotowoltaikę czy turbiny wiatrowe, lecz także w magazyny energii. Równocześnie, choć odbiegając od polityki energetycznej UE, która promuje OZE jako główne źródło, Polska rozwija plany energetyki jądrowej. To właśnie synergia źródeł odnawialnych i atomu może być przyszłością polskiej energetyki.

– Potencjalnie jest możliwość, aby całą polską energetykę oprzeć na odnawialnych źródłach energii, natomiast to obecnie stanowi dość duże ryzyko, dlatego że OZE są niestabilne w czasie – funkcjonują wtedy, gdy mamy wiatr czy słońce, a natężenie tych czynników środowiskowych wpływa, jak dużo energii jest produkowanej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego. – Często to nie jest powiązane z momentem, gdy tę energię faktycznie chcemy skonsumować, czyli w godzinach szczytu porannego czy popołudniowego. Dlatego też potrzebne jest zapewnienie pewnej stabilizacji systemu. Obecnie istniejące technologie na to nie pozwalają.

Według analityków Ember, którzy przyjrzeli się krajowym planom dla energii i klimatu, w 2030 roku Polska będzie odpowiadać za emisję 22 proc. gazów cieplarnianych w Unii, co będzie stanowiło drugi najgorszy wynik, zaraz za Niemcami. Na razie oparcie krajowego systemu energetycznego wyłącznie na OZE jest w Polsce niemożliwe, ponieważ nie pozwala na to dostępna technologia. Potrzebne są inwestycje nie tylko w źródła energii odnawialnej, lecz także w magazyny energii.

– Technologie odnawialne są na dość wczesnym etapie rozwoju. Samo wytwarzanie prądu z paneli czy wiatraków jest już dość mocno zaawansowane i w dużej mierze jest rentowne bez żadnych mechanizmów wsparcia. Natomiast to nie wystarcza, dlatego że ten prąd jest produkowany w źródłach nie do końca stabilnych, więc jest potrzeba właściwych magazynów, żeby tę stabilność zapewnić – zwraca uwagę dr hab. Robert Zajdler.

Pierwsze magazyny energii o mocy około 60 MW, zlokalizowane przy elektrowniach fotowoltaicznych, pracują już m.in. w USA, Wielkiej Brytanii czy Australii. Z raportu National Renewable Energy Laboratory wynika, że w przypadku systemu składającego się z farmy fotowoltaicznej i magazynu energii koszt tego drugiego stanowić może nawet 68 proc. całej inwestycji.

– Patrząc na strategie Unii Europejskiej, jak założenia Zielonego Ładu, strategia offshore czy wodorowa, wyraźnie widać, że UE dość mocno postawiła na energetykę odnawialną jako ten model, który zasili Europę prądem. Natomiast jasne jest z tych strategii, że jak na razie nie ma tam miejsca na energetykę atomową – zaznacza ekspert. – Różne strony wskazują na to, że to jest nie do końca właściwe podejście, natomiast pokazuje pewien kierunek rozwoju.

Według ekspertów, aby zapewnić stabilność systemu nawet opartego na OZE, potrzebne jest wsparcie ze strony energetyki opartej na tradycyjnych źródłach, takich jak węgiel kamienny, brunatny czy gaz. Ich spalanie jest jednak niekorzystne dla środowiska. Rozwiązaniem pozwalającym zapewnić stabilność i minimalizację oddziaływania na środowisko mogłoby być wsparcie ze strony energetyki jądrowej.

– To, czy docelowo wystarczy nam energetyka odnawialna, zależy od tego, jak rozwiną się te technologie. Jak na razie wszelkie badania mówią, że jest to możliwe, ale potrzebny jest dość znaczący postęp technologiczny i duże nakłady finansowe. Czy jesteśmy w stanie osiągnąć taką ilość produkcji z tych źródeł i taką ich stabilizację, jaka będzie potrzebna w okresie najbliższych 20, 30, 40 lat, tego nikt nie wie. Dlatego też szuka się pewnej alternatywy – mówi dr hab. Robert Zajdler.

Z „Raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego 2019”, opublikowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju i Heinrich Böll Stiftung, wynika, że w 31 krajach na świecie działa 417 reaktorów jądrowych. Ich łączna nominalna moc netto wynosi 370 GW. Tymczasem w Polsce energetyka jądrowa wciąż nie funkcjonuje. Rządowe plany z 2009 roku zakładały, że w 2020 roku zostanie uruchomiony pierwszy reaktor. Obecna polityka energetyczna Polski do 2040 roku zakłada uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku, a kolejnych pięciu do 2043 roku.

– Energetyki jądrowej nie powinno się traktować jako paliwa przejściowego, dlatego że te technologie też się rozwijają. W tej chwili mamy do czynienia przede wszystkim z dużymi elektrowniami, natomiast na etapie badawczym są małe reaktory, które mogą równie dobrze stabilizować sieć w różnych obszarach, funkcjonować w mniejszej skali i być przez to tańsze, łatwiejsze do zastosowania. Być może docelowo, jeżeli kwestie związane z odpadami, zarządzaniem nimi zostaną rozwiązane, to będzie to też istotna technologia. Jak na razie, patrząc z punktu widzenia Unii Europejskiej, stawiamy na odnawialne źródła energii – wskazuje ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego.

Policyjne organy ścigania z rewolucyjnym systemem identyfikacji odcisków palców. Pozwoli na 100-proc. identyfikację przestępców czy osób poszukiwanych

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się głównym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. Zwiększają potencjał identyfikacji i dają niemal 100 proc. pewności. – Przyszłością biometrii w daktyloskopii będzie łączenie różnych systemów unijnych, tzw. systemów wielkoskalowych,  i stworzenie jednego multisystemu, który pozwoli na podstawie jednego zapytania przeszukać wszystkie bazy – ocenia mł. insp. Edyta Kot, kierująca Zakładem Daktyloskopii w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji.

– Biometria wykorzystywana jest praktycznie w każdych badaniach daktyloskopijnych. Dotyczy to głównie badań w ramach ekspertyz, które między innymi kategorycznie wskazują na sprawcę danego czynu przestępczego. Dodatkowo w daktyloskopii biometria jest szeroko wykorzystywana w systemach przetwarzających dane daktyloskopijne, głównie odciski palców. Policja dysponuje automatycznym systemem identyfikacji daktyloskopijnej, w którym gromadzone są zarówno niezidentyfikowane ślady zabezpieczane na miejscu zdarzenia, jak odbitki linii papilarnych osób, które podlegają rejestracji – tłumaczy agencji Newseria Innowacje mł. insp. Edyta Kot, biegły badań daktyloskopijnych z zakresu identyfikacji daktyloskopijnej, wizualizacji śladów i badania śladów małżowiny usznej, kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej (AFIS) wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się centralnym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. To narzędzie służy do analizowania ogromnych ilości danych zgromadzonych w bazach i zapewnia potencjalne dopasowania odcisków linii papilarnych w ciągu kilku minut.

Dzięki nowej generacji oprogramowania można przetwarzać wiele skomplikowanych danych biometrycznych z dużą dokładnością. Identyfikacja biometryczna opiera się na zasadzie, że każda osoba posiada unikatowe, specyficzne, rozpoznawalne i weryfikowalne dane biometryczne. W przypadku odcisków palców, według sir Francisa Galtona (kuzyna Karola Darwina), prawdopodobieństwo znalezienia dwóch identycznych wynosi jeden na 64 mld, nawet u bliźniaków.

– Biometrię w daktyloskopii można stosować praktycznie do każdego rodzaju przestępstwa i wykorzystywać ją w celach zarówno wykrywczych, jak i identyfikacyjnych. Cele wykrywcze dają możliwość wskazania sprawcy popełnienia przestępstwa na podstawie śladu ujawnionego na miejscu zdarzenia, natomiast cele identyfikacyjne pozwalają ustalić tożsamości osoby bądź zwłok – wskazuje kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

System AFIS wykorzystuje algorytmy wyodrębniania cech przeznaczonych do identyfikacji, tzw. minucji (dla systemu są to złączenia i rozwidlenia linii papilarnych), które odróżniają jeden obraz od drugiego. Istnieją również algorytmy, które potrafią lokalizować punkty inne niż minucje, takie jak np. pory, tatuaże. Połączenie wszystkich algorytmów może okazać się jeszcze skuteczniejsze w wyszukiwaniu dopasowania. 

– Biegły wprowadza obraz linii papilarnych do systemu, następnie system przeszukuje ten obraz z obrazami, które są już w nim zgromadzone. W kolejnym etapie rolą biegłego jest weryfikacja wyniku przeszukań, czyli porównanie na ekranie obrazów śladu oraz odbitki porównawczej wytypowanej przez system i na końcu podjęcie decyzji, czy przeszukiwany ślad jest zgodny z odbitką, która już wcześniej była zarejestrowana w systemie AFIS – tłumaczy ekspertka. – Skuteczność tych badań jest praktycznie stuprocentowa.

System identyfikacji daktyloskopijnej jest wykorzystywany zarówno w przeszukaniach krajowych, jak i międzynarodowych. Polska Policja od 2015 roku prowadzi międzynarodową wymianę danych z państwami członkowskimi Unii Europejskiej w ramach decyzji Prum. W innych krajach oprócz odcisków palców gromadzone są też inne dane biometryczne. Obecnie problemem jest mnożenie systemów, które funkcjonują oddzielnie. Tylko ich scentralizowanie może pozwolić na szybką identyfikację osób czy zwłok lub wykrycie sprawcy przestępstwa.

– Przyszłość biometrii w daktyloskopii może wiązać się z łączeniem systemów i stworzeniem takiego multisystemu, który pozwoli na wysłanie jednego zapytania, przeszukanie wielu baz i w odpowiedzi zwrócenie jednego wyniku zapytania. Obecnie każdy system funkcjonuje odrębnie i aby uzyskać odpowiedź z poszczególnych systemów, trzeba wysłać tyle zapytań, ile ich jest, i oczekiwać na odpowiedzi. W przyszłości wszystkie systemy będą działały w ramach interoperacyjności – prognozuje mł. insp. Edyta Kot.

Zwolnienie pracownika za odmowę zakrywania ust i nosa w firmie

Pracodawco, zwalniasz pracowników z obowiązku zakrywania ust i nosa w firmie? Trzeba liczyć się z odpowiedzialnością!

W ostatnim czasie obowiązek zakrywania ust i nosa w zakładach pracy przeszedł szybką transformację. Aktualnie obowiązujące rozporządzenie w tej sprawie utrzymuje nakaz, ale pozwala pracodawcy zwolnić pracowników z zasłaniania ust i nosa nawet, jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Na początku grudnia ustawodawca zmienił zasady zakrywania ust i nosa w zakładach pracy. Początkowo, zgodnie z § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia z dnia 26 listopada 2020 r. nakaz zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, jeżeli w pomieszczeniu przebywała więcej niż 1 osoba, miał niemal bezwzględny charakter. Zmieniło to rozporządzenie z 1 grudnia 2020 r. , które nadal utrzymuje ten nakaz, ale pozwala pracodawcy postanowić inaczej, to znaczy zwolnić pracowników z tego obowiązku, nawet jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba.

O ile w pewnych wypadkach pozostawienie swobody decyzyjnej pracodawcy w tej sprawie zasługuje na aprobatę, o tyle wydaje się, że w aktualnym brzmieniu § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia ta swoboda jest zbyt szeroka. Pamiętać trzeba, że w zasadzie od początku wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, dotyczył on osób wykonujących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów w czasie jej wykonywania. Ostatnie takie rozwiązanie przewidywało rozporządzenie z 9 października 2020 r. .
W aktualnym stanie prawnym kwestię wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku pracowników prowadzących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów pozostawiono pracodawcy. Pozornie, wydawać by się mogło, że to rozwiązanie dobre. Z drugiej jednak strony, stwarza ono sposobność do rozluźnienia reguł bezpieczeństwa w zakładzie pracy, a za to bezpieczeństwo odpowiada pracodawca.

Odpowiedzialność pracodawcy za bezpieczeństwo w miejscu pracy

Zgodnie z art. 207 Kodeksu pracy pracodawca ponosi odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa i higieny pracy w zakładzie pracy. W praktyce oznacza to, że pracodawca ma stworzyć w zakładzie pracy takie warunki pracy, które są wolne od zagrożeń dla życia i zdrowia pracowników. W wielu wypadkach przepisy precyzują, w jaki sposób pracodawca ma zapewnić bezpieczne warunki pracy. W przypadku epidemii koronawirusa nie ma wielu takich norm. Jedną z nich była ta, która nakazywała zakrywać usta i nos w bezpośrednim kontakcie z osobami spoza zakładu pracy. W wyniku jednak zmiany przepisów doszło do sytuacji, w której takiej normy nie ma. Pracodawca może teraz zwolnić pracowników z tego obowiązku. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Ktoś może powiedzieć, że udowodnienie, iż do zakażenia doszło w pracy może być niemożliwe. To prawda. Jeśli jednak pracownik pracuje w warunkach wymagających bezpośredniego kontaktu z wieloma osobami, ryzyko zakażenia rośnie i pracownik może uprawdopodobnić, że do zakażenia doszło w skutek niezachowania przez pracodawcę bezpiecznych warunków.

W tej sytuacji, pracodawcy powinni być zainteresowani utrzymaniem nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku tych pracowników, którzy prowadzą bezpośrednią obsługę interesantów. Taka decyzja będzie zgoda z obowiązującym aktualnie § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia, gdyż w takim wypadku w pomieszczeniu będzie więcej niż 1 osoba.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci, ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Interwencja NBP i obawy dotyczące pandemii osłabiły złotego

Spokojny handel na polskim złotym obserwowany przez większą część ubiegłego tygodnia zburzył w piątek Narodowy Bank Polski. Dziś złoty doświadcza podwyższonej zmienności, która może zostać z nami również w kolejnych dniach.

Obecnie wkraczamy w tradycyjnie spokojny dla uczestników rynku okres świąteczny. W tym roku w jego trakcie może nam jednak towarzyszyć niezwykła zmienność. Pandemiczne restrykcje po obu stronach Atlantyku stają się coraz ostrzejsze. Negocjacje brexitowe są kontynuowane po tym, jak minął kolejny deadline na osiągnięcie porozumienia. Coraz krótszy czas na zawarcie umowy wywołuje pewną nerwowość na początku tygodnia, podobnie jak informacje dotyczące nowego, bardziej zaraźliwego szczepu koronawirusa, wykrytego m.in. w Anglii.

Z drugiej strony, w ostatnim czasie pojawiły się też pozytywne informacje z punktu widzenia rynkowego ryzyka. W weekend osiągnięto porozumienie ws. pakietu fiskalnego w USA. Z kolei dziś po południu pojawiła się informacja o tym, że Europejska Agencja Leków pozytywnie zaopiniowała nową szczepionkę na koronawirusa opracowaną przez Pfizer/BioNTech. Jej wprowadzenie na europejski rynek ostatecznie potwierdzić ma decyzja Komisji Europejskiej, która ma nadejść jeszcze dziś.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem, do którego doszło pod sam jego koniec. Miało ono bezpośredni związek z działaniami Narodowego Banku Polskiego, który po raz pierwszy od wielu lat zdecydował się na interwencję na rynku walutowym. W ostatnich miesiącach decydenci banku centralnego wielokrotnie odnosili się do kursu walutowego, którego „brak wyraźnego i trwalszego dostosowania” uznawali za czynnik mogący ograniczać tempo ożywienia gospodarki.

W kontekście tej interwencji obecnie mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Jest to nietypowy krok, zwłaszcza biorąc pod uwagę dobrą sytuację krajowego eksportu. W kontekście działań NBP kluczowe będą kolejne dni i tygodnie – z uwagą będziemy obserwować, czy piątkowy ruch był jednorazowy, czy pójdą za nim podobne kroki w przyszłości. Na początku obecnego tygodnia nadal obserwujemy słabość złotego, kurs EUR/PLN przed południem osiągnął najniższy poziom od ok. półtora miesiąca. Nie wiążemy tego jednak z działaniami NBP, osłabienia na podobną skalę doświadczają bowiem pozostałe kluczowe waluty regionu. Znaleźliśmy się w ciekawym punkcie, sądzimy jednak, że dla oczekiwanego przez nas umocnienia złotego większe ryzyko niż działania banku centralnego stanowi pandemia.

EUR

Euro wspierały lepsze grudniowe odczyty PMI dla strefy euro. Wygląda na to, że firmy lepiej dostosowują się do kolejnej rundy lockdownów i restrykcji, niż miało to miejsce za pierwszym razem. Indeks zbiorczy znalazł się w okolicy poziomu 50, sugerując względną stabilizację sytuacji gospodarczej w grudniu. Dane o inflacji w listopadzie nie przyniosły zaskoczenia, pokazując tę samą dynamikę, co wstępne odczyty. Inflacja bazowa pozostała na rekordowo niskim poziomie, nie osiągnęła jednak nowych minimów.

Pozostajemy optymistycznie nastawieni do perspektyw euro w relacji do głównych walut w dłuższym horyzoncie czasowym, jednak sądzimy, że waluta stała się podatna na częściowe osłabienie w perspektywie najbliższych tygodni.

USD

Komunikat prezesa Powella dotyczący postawy Rezerwy Federalnej i jej oceny różnorakich ryzyk dla perspektyw gospodarczych został odczytany przez rynki jako bardzo gołębi. Inwestorzy w znacznej mierze zignorowali bardziej jastrzębie sygnały zawarte w słynnym „dot plocie” który dotyczy faktycznych przewidywań stóp procentowych. Pakiet fiskalny o wartości ok. 900 miliardów dolarów, w kontekście którego po miesiącach negocjacji osiągnięto w weekend porozumienie, był w znacznej mierze zbieżny z oczekiwaniami rynku.

Tymczasem odczyty gospodarcze o wysokiej częstotliwości, takie jak cotygodniowe dane o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA, nadal wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej straciła impet. Jednocześnie pandemiczne statystyki opisujące trzecią falę w USA nie pokazują znaczącej poprawy. O ile skala ostatniego osłabienia dolara mogła być zbyt duża i gwałtowna jak na taki horyzont czasowy, pozostajemy jednak negatywnie nastawieni do perspektyw amerykańskiej waluty w średnim okresie.

 

GBP

Umiarkowana tygodniowa zmiana kursu funta w relacji do głównych walut przykrywa poważną zmienność widoczną w ciągu tygodnia. Wywołały ją zmieniające się nagłówki i oczekiwania dotyczące porozumienia w sprawie Brexitu. Nowy, bardziej zaraźliwy szczep COVID-19, niedawno wykryty w Wielkiej Brytanii i brak porozumienia z UE doprowadziły do wyprzedaży brytyjskiej waluty z lokalnych maksimów, na jakich znalazła się w połowie tygodnia. O ile nadal większość obserwatorów oczekuje zawarcia skromnego porozumienia, o tyle nowe restrykcje, w tym te dotyczące podróżowania między Wielką Brytanią a innymi europejskimi krajami, bezpośrednio uderzają w funta.

Spodziewamy się, że w tym tygodniu uda się zawrzeć skromne porozumienie między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Uważamy jednak, że jest to w znacznej mierze zawarte w cenach. W związku z tym sądzimy, że większy wpływ na funta pod koniec roku będą miały medialne nagłówki dotyczące pandemii.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu osłabił się w relacji do euro i większości walut G10. Liczba nowych przypadków zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 pozostaje wysoka. Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, Szwajcaria ogłosiła zamknięcie restauracji, barów, obiektów sportowych i innych obiektów. Obowiązywać będzie ono od najbliższego wtorku.

W ubiegłym tygodniu uwaga rynku skupiła się przede wszystkim na posiedzeniu Narodowego Banku Szwajcarii (SNB), który zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Tak jak we wrześniu, SNB w komunikacie po posiedzeniu po raz kolejny nazwał franka „wysoko wycenianym”. Mimo, że Departament Skarbu USA niedawno określił Szwajcarię mianem manipulatora walutowego, szwajcarski bank centralny potwierdził, że „pozostaje skłonny do silniejszej interwencji na rynku walutowym”.

Warunkowa prognoza inflacji na lata 2020 i 2021 została zrewidowana nieznacznie w dół. SNB wspomniał też, że spodziewa się spadku PKB o zaledwie ok. 3% w 2020 roku wobec oczekiwanego we wrześniu spadku rzędu ok. 5%. W roku 2021 wzrost ma powrócić i wynieść 2,5–3%. Uważamy, że SNB nie będzie dokonywać znaczących modyfikacji polityki pieniężnej w najbliższej przyszłości. Jesteśmy przekonani, że podwyżki stóp procentowych są bardzo, bardzo odległe.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu jest praktycznie pusty. W środę opublikowany zostanie kwartalny biuletyn SNB, który dopełni ostatnie posiedzenie decyzyjne. Niemniej jego publikacja nie powinna mieć wpływu na kurs. Dla franka w tym tygodniu kluczowe znaczenie będą miały prawdopodobnie wydarzenia zewnętrzne i związane z nimi ewentualne zmiany sentymentu do ryzyka.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Sprzedaż detaliczna spadła o 5,3% r/r i m/m. Nadchodzący lockdown pogłębi spadki w styczniu 2021

Sprzedaż detaliczna w listopadzie br. spadła o 5,3% r/r i m/m – podał GUS. Jest to drugi miesiąc spadków z rzędu – jednoznaczny sygnał skutków pogarszającej się sytuacji epidemicznej oraz nałożonych obostrzeń.

Wszystkie analizowane kategorie odnotowały spadki roczne i miesięczne. Największymi przegranymi w listopadzie są produkty, które nie zaspokajają podstawowych potrzeb, lub w przypadku których model biznesowy silnie promuje zakupy fizyczne. Złożenie tych czynników uzasadnia niebagatelne spadki sprzedaży odzieży i obuwia (-21,9% r/r, -13,1% m/m). W tym kontekście warto przypomnieć, że nowa tarcza branżowa w pierwszej odsłonie wspierała wyłącznie sprzedawców tych pierwszych. Niezależnie od tego, nadchodzący lockdown z pewnością dobije tę branżę: nie poprzedzone ogłoszeniem zamknięcie sklepów w okresie poświątecznym właściwie przekreśla szansę na sprzedaż kolekcji zimowej, co może być szczególnie problematyczne, jeśli firmy zaopatrzyły się w towar.

W praktyce spadki dotknęły również żywność (-2,9% r/r, -5,8% m/m). Tu już wkrótce powinniśmy spodziewać się rozjazdu między opisem sprzedaży w cenach stałych i bieżących – przede wszystkim za sprawą opłaty cukrowej, obejmującej produkty słodzone i energetyzowane. Spadki w kategorii kosmetyki i farmaceutyki (-4,8% r/r, -5,5% m/m) to najpewniej skutek zjawisk: trwalszych zmian w preferencjach (popyt na kosmetyki kolorowe pozostaje bliski zeru), zapasów dóbr pierwszej potrzeby oraz bardzo ograniczonej możliwości dokonywania zakupów impulsowych (reżim sanitarny).

Po wakacyjnym odbiciu i nie najgorszym październiku wygasa potrzeba mobilności, odzwierciedlona w zakupach pojazdów i części (-9,6% r/r, -0,7% m/m) oraz paliw (-14,7% r/r, -10% m/m w cenach stałych). Prawdopodobnie powoli wygasa również efekt dostosowywania związany z adaptacją przestrzeni do pełnienia nowych funkcji – chociaż tu niespodziewany dla sklepów meblarskich lockdown z pewnością zrobił swoje.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

W 2020 r. rynek powierzchni biurowych pomyślnie przeszedł test na zaufanie

Wprowadzenie hybrydowego modelu pracy, upowszechnienie nowoczesnych rozwiązań technologicznych w zakresie cyfryzacji i digitalizacji procesów biznesowych, a także wzrost świadomości w zakresie idei well-being to główne trendy, które kształtowały rynek powierzchni biurowych w Polsce w 2020 roku. Pośrednim skutkiem pandemii Covid-19 okazały się wzrost w całkowitym popycie renegocjacji umów najmu, a także rosnący współczynnik powierzchni dostępnej w ramach podnajmu. Firma AXI IMMO przedstawia wstępną analizę najpopularniejszych trendów na polskim rynku biurowym w ostatnich 12 miesiącach.

Począwszy od kwietnia br. wszystkie firmy musiały niemal równocześnie wziąć udział w globalnym teście pracy zdalnej. I choć na zachodzie model ten jest już dobrze znany i wprowadzany od kilku lat to dla wielu polskich przedsiębiorstw oznaczał wejście w nową erę. Działy kadr na nowo musiały przeanalizować strategię rozwoju firm, w której pierwszy raz w historii stosunek pracy polegał głównie na zaufaniu, a weryfikacja zadań przez menedżerów wyższego szczebla odbywała się wyłącznie podczas spotkań on-line. Nowy model był ważnym testem, który część organizacji zdała, dla części okazało się, że bez biura motywacja i jakość pracy spada.

W kontekście rozwoju rynku powierzchni biurowych dopiero kolejne lata zweryfikują czy wspominając o pandemii Covid-19 będziemy mogli mówić o niej jako o pewnego rodzaju kamieniu milowym, który na trwale zmienił sposób postrzegania biura jako miejsca do pracy. Na dziś wyciąganie daleko idących wniosków wydaje się złudne, ponieważ liczba/fala zmian następuje w bardzo krótkim interwale czasowym. To co dziś określamy jako trend może okazać próbą dostosowania się do ewoluującego rynku, który za 6 miesięcy zostanie zweryfikowany i zapomniany. Niemniej pamiętajmy, że do czasu pandemii, polski rynek powierzchni biurowych w ostatnich 5 latach rozwijał się bardzo dynamicznie, dlatego potraktujmy obecną sytuację jako kolejny etap dojrzałości – mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Nowa sytuacja rynkowa spowodowała, że część najemców rozpoczęła wstępne analizy dotyczące wielkości dotychczas zajmowanej powierzchni biurowej. Efekt ten bardzo dobrze odzwierciedlają wyniki popytu w 2020 r. W świetle danych na koniec III kw. br. zarówno w Warszawie (47,6%), jak i głównych rynkach regionalnych (52%) to renegocjacje były jedną z najczęściej wybieranych opcji wśród najemców. Firmy zazwyczaj przyjmowały dwie strategie, pierwszą, w której zachowywały obecny metraż negocjując z wynajmującymi dodatkowe zwolnienia z płatności czynszu i drugą, w której wystawiały część posiadanej powierzchni w ramach podnajmu. Według szacunków AXI IMMO zarówno w stolicy, jak i na rynkach regionalnych podnajem stanowi ok. 2% całkowitych zasobów danego rynku.

Pomimo zawirowań na rynku powierzchni biurowych obecna sytuacja predysponuje zwłaszcza mniejsze firmy, które dotychczas wynajmowały porównywalnej wielkości biura w prywatnych lokalach lub domach do skorzystania z opcji podnajmu. To bezpieczne rozwiązanie, które pozwoli przetestować jak nasze przedsiębiorstwo mogłaby funkcjonować w towarzystwie innych prestiżowych najemców i czy ten model odpowiada pracownikom – dodaje Martin Lipiński.

Z kolei w przypadku ewentualnej relokacji, najemcy bardziej przychylnie rozważali skorzystanie na czas pandemii z elastycznych ofert najmu na powierzchniach coworkingowych lub biurach serwisowanych mając na uwadze łatwiejsze opcje wyjścia. Niemniej czas pandemii nie wykluczył możliwości podpisywania dużych umów najmu, rekordową transakcją 2020 r. jest przednajem 46 600 mkw. przez PZU w budynku Generation Park Y, z kolei na rynkach regionalnych firma Nokia Siemens Network renegocjowała blisko 30 000 mkw. w ramach dwóch biurowców West Gate i West Link we Wrocławiu.

Trendem, o którym na razie wyłącznie się wspomina w kontekście większych najemców są tzw. biura satelickie. Koncepcja ta pozwala na pracę różnych zespołu czy departamentów w różnych częściach miasta w oparciu o wynajęcie mniejszych powierzchni biurowych na elastycznych zasadach w lokalizacjach z lepszym dojazdem. Spodziewamy się, że pierwsze rozwiązania i case studies w tym modelu przyjdą z jeszcze bardziej dojrzałych rynków jak Londyn czy Paryż – dodaje Martin Lipiński.

Sytuacja wywołana przez pandemię Covid-19 wpłynęła nie tylko na sposób myślenia o biurze, ale także wywołała dyskusję na temat bezpieczeństwa i higieny pracy. Wynajmujący chcąc zapewnić najwyższe standardy sanitarne wprowadzali najnowsze rozwiązania technologiczne w tym bezdotykowych wind, automatycznych systemów parkingowych, skanerów temperatury czy automatycznie otwieranych drzwi. Niemal standardem w wielu organizacjach stały się aplikacje umożliwiające zarezerwowanie biurka w systemie hot-desk czy sali konferencyjnej, a także zamówienie posiłku z kantyny.

Podczas pandemii postanowiono także odejść od popularnej w ostatnich latach koncepcji optymalizacji powierzchni, na rzecz zwiększania liczby mkw. na jednego pracownika. Sytuację tę widzimy już dziś przy próbach aranżacji czy przeprojektowania pięter. Obecnie biuro oprócz ładnego wystroju i wygodnego wyposażenia ma również dbać o nasze zdrowie. Rosnąca świadomość w zakresie well-beingu i dbanie o komfort pracowników wpisuje się w nową kategorię certyfikacji „WELL Building Standard” uzyskiwanej przez deweloperów dla powstających projektów biurowych.

W kontekście podaży w ostatnich 12 miesiącach mogliśmy obserwować rywalizację pomiędzy stolicą, a głównymi rynkami regionalnymi w zakresie całkowitych zasobów powierzchni biurowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że na koniec 2020 roku zasoby te osiągną wielkość blisko 12 mln mkw., a po oddaniu kluczowych inwestycji w 2021 roku przekroczą tę barierę. Najbardziej dominującym rynkiem i liderem pozostanie Warszawa, która przekroczy barierę 6 mln, natomiast wśród rynków regionalnych to Kraków (ok. 1,5 mln mkw.) z Wrocławiem (ok. 1,3 mln mkw.) będą wieźć prym. Nowa podaż znacząco wpłynie na wzrost powierzchni dostępnej od ręki, która na zakończenie III kw. zbliżała się do graniczy 11% całkowitych zasobów, a po Nowym Roku może jeszcze wzrosnąć. Sytuacja wymusi na właścicielach nieruchomości presję na obniżenie stawek czynszowych.

Kurs euro powyżej 4,50 zł

Gwałtowny spadek wartości złotego łączony jest obecnie z interwencją NBP. Niezależnie od przyczyny jesteśmy świadkami już niemal 10 groszowej przeceny w ciągu zaledwie doby notowań.

NBP interweniowało na rynku?

W piątek byliśmy świadkami gwałtownego osłabienia się złotego. Do dzisiejszego poranka złotówka straciła około 8 groszy względem euro. W tym samym czasie nie mieliśmy żadnych istotnych danych makroekonomicznych, które mogłyby uzasadniać ten ruch. Zgodnie z komunikatem PAP doszło do interwencji Narodowego Banku Polskiego na rynku. Bank sprzedawał złotówki, kupując waluty obce. Teoretycznie słabszy złoty sprzyja polskiemu eksportowi, ale z drugiej stronie słabsza waluta to wyższy koszt obsługi zadłużenia w walutach obcych. Na moment pisania tego artykułu euro kosztuje już 4,52 zł.

Porozumienie w USA

Doszło do porozumienia pomiędzy dwoma głównymi partiami w sprawie pakietu pomocowego. Warta 900 mld USD pomoc ma zagwarantować m.in. wypłaty dla obywateli, dopłaty do małych przedsiębiorstw oraz zwiększenie zasiłków dla bezrobotnych. Porozumienie uchodzi za znacznie większy sukces Republikanów niż Demokratów, aczkolwiek sam fakt porozumienia został bardzo dobrze przyjęty na rynku. W rezultacie dolar zaczął wyraźnie odrabiać ostatnie straty. Amerykańska waluta kosztuje dzisiaj 3,73 zł, to 11 groszy powyżej tego gdzie była w piątkowy poranek.

Sprzedaż detaliczna mniej zła

Po listopadowym zamknięciu galerii handlowych analitycy spodziewali się znacznego spadku sprzedaży detalicznej. Opublikowane dane wcale nie były aż takie słabe, aczkolwiek w ciągu roku widać i tak przeszło 5% spadek. Złoty pomimo lepszego odczytu nie szedł w górę po tych danych, gdyż od piątku jest pod bardzo istotną presją.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak start-upy mogą zmienić świąteczne zakupy?

Kolejki, wydatki, ciągły maraton — tak w skrócie można streścić atmosferę przedświątecznych przygotowań. Grudniowy harmonogram komplikuje także nadal szalejący COVID. Zasady gry mogą jednak zmienić uważne start-upy.

Inne Święta? Konsumenci liczą straty

Analitycy z Federacji Konsumentów oraz stołecznej Szkoły Głównej Handlowej są zgodni — tegoroczne Boże Narodzenie będzie nieco inne niż Święta rok temu. Po pierwsze, uszczuplił się budżet na same przygotowania (z 610 zł w roku 2019 do 522 zł w roku 2020). Raport “Nastroje i plany polskich konsumentów w dobie koronawirusa” obejmuje również kwestię środków na prezenty — w tym roku Polacy wydadzą średnio 507 zł. Dla porównania ubiegłoroczne Święta minęły pod znakiem 583 zł przeznaczonych wyłącznie na upominki.

Powyższe deklaracje mają najpewniej związek z kryzysem wywołanym przez pandemię, począwszy od marcowego lockdownu, a skończywszy na zimowych obostrzeniach. Aż 52% Polaków deklaruje pogorszenie sytuacji finansowej w roku 2020. Kto według statystyk najbardziej ucierpiał przed Świętami? Według analityków z SGH i Federacji Konsumentów, najwięcej straciły osoby na niepełnych etatach, rodziny z dziećmi oraz kobiety. Czy w takiej sytuacji start-upy są w stanie zawalczyć o potencjalnych inwestorów, a docelowo — klienta?

Po prezenty do internetu. Wygrają uważni obserwatorzy

Według zespołu Gemius i Izby Gospodarki Elektronicznej, lockdown znacznie przyspieszył zmianę preferencji zakupowych. Jak wynika z raportu “E-commerce w Polsce 2020”, aż 73% użytkowników korzysta z możliwości zakupów w sieci (jest to skok o 11 pkt proc. względem roku 2019). Jeśli startupowcy chcą nieco śmielej wkroczyć na rynek w obliczu COVID-u i Świąt, powinni zwrócić uwagę na 3 szczególne grupy: kobiety, osoby w średnim wieku oraz mieszkańców wsi.

Statystyki mówią same za siebie — panie stanowią 51%  klientów e-commerce i co ważne — zaczynają przygotowania do Bożego Narodzenia o wiele wcześniej niż mężczyźni. Te czynniki są znaczące przede wszystkim dla start-upów zajmujących się dystrybucją bonów podarunkowych, planowaniem zniżek lojalnościowych oraz konkretnymi segmentami produktów. Przykładowo, najwięcej kobiet życzy sobie na Święta perfumy i kosmetyki. Ta kategoria według specjalistów z Deloitte cieszy się największym zaufaniem klientów w sklepach stacjonarnych, a nie w wirtualnych marketplace’ach. Jak połączyć sprzedaż online z fizycznym doświadczeniem zakupów? Może młodzi przedsiębiorcy powinni pomyśleć o perfumeryjnych showroomach?

Małomiasteczkowi szansą start-upów. Dobra luksusowe wciąż poza siecią

Grupą, która ma spory potencjał w kontekście korzystania z nowoczesnych rozwiązań młodych biznesów, są osoby mieszkające w najmniejszych ośrodkach. Statystycznie, 25% konsumentów ze wsi i niewielkich miasteczek deklaruje regularne zakupy online. Często problemem jest jednak dostawa, a konkretnie długi czas oczekiwania. I ten problem mogą rozwiązać krajowe start-upy, które zwrócą uwagę na klientów spoza dużych aglomeracji.

Ciekawą grupą docelową wydają się także osoby w wieku od 35. do 49. roku życia. To oni stanowią 32% klientów e-commerce w roku 2020. Często tacy konsumenci stawiają na dobra luksusowe oraz produkty do domu. W tym wariancie również prym wiodą sklepy stacjonarne, aniżeli e-commerce, jednak liczby mówią same za siebie — ta grupa regularnie kupuje inne produkty online. Jak ich przekonać do transakcji internetowych również w przypadku droższych towarów? Rozwiązaniem mogłyby być specjalistyczne platformy z opiniami ekspertów, a także system rekomendacyjny.

Potencjał e-commerce, a także uważne obserwowanie przyzwyczajeń grup docelowych, mogą być wdzięcznym zastrzykiem energii dla młodych startupowców. Klienci zwłaszcza w okresie przedświątecznym mają sporo dylematów, na które rozwiązania mogą zaserwować innowacyjni przedsiębiorcy. Czy szanse debiutantów ukróci COVID? Niekoniecznie. Właśnie na kryzysie mogą “wypłynąć” pomysłowi nowicjusze.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Bank Pekao zorganizował emisję obligacji dla Warszawy na kwotę 400 mln zł

Bank Pekao S.A. był organizatorem, koordynatorem oraz prowadzącym księgę popytu  przy emisji 8- i 10-letnich obligacji na łączną kwotę 400 mln zł dla miasta stołecznego Warszawa.

Miasto wyemituje obligacje z 8-letnim okresem zapadalności z marżą na poziomie 70 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł) oraz obligacje 10-letnie z marżą 90 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł).

Jest mi bardzo miło, że wzięliśmy udział w kolejnej, dużej emisji obligacji, tym razem samorządowych i byliśmy jej jedynym organizatorem, wybranym w konkurencyjnym procesie. Warto zaznaczyć, że emisja spotkała się z dużym odzewem ze strony inwestorów i uzyskaliśmy dla miasta atrakcyjne warunki finansowania – mówi  Tomasz Styczyński, wiceprezes zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Emisja obligacji Warszawy cieszyła się dużym zainteresowaniem. Książka popytu została pokryta pięciokrotnie dla obydwu serii obligacji. Łączny popyt przekroczył 2 mld zł, a zapisy złożyło ponad 70 podmiotów: TFI, banki, OFE oraz ubezpieczyciele, a także inwestorzy zagraniczni.

Warszawa za pośrednictwem i we współpracy z Biurem Maklerskim Pekao i bankiem wykupiła przedterminowo obligacje miejskie o wartości 147,8 mln zł.

Restrukturyzacja podatkowej grupy kapitałowej a CIT

Na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych z dnia 15 lutego 1992 r. (ustawa o CIT) powołano instytucję podatkowej grupy kapitałowej (PGK). Jej istota z założenia sprowadza się do polepszenia efektywności rozliczeń podatkowych dzięki uwzględnieniu zróżnicowania poszczególnych spółek wchodzących w skład PGK. Definicja ustawowa wskazuje, że na podatkową grupę kapitałową muszą składać się co najmniej dwie spółki kapitałowe z siedzibą na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Co jednak w przypadku, gdy dojdzie do zmian w strukturze grupy? Gdy jeden z jej uczestników przejmie inną spółkę? Czy ma to wpływ na funkcjonowanie PGK? Jakie skutki w kontekście CIT może generować?

Wątpliwości w tym zakresie rozwiał w ostatnim czasie Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, który w interpretacji indywidualnej z dnia 13 października 2020 r. odniósł się do szeregu pytań wnioskodawcy, poruszających tę problematykę.

Stan faktyczny

Stronami postępowania, które złożyły wniosek o interpretację zdarzenia przyszłego, była spółka dominująca oraz spółki zależne składające się na podatkową grupę kapitałową. Wskazana grupa, wypełniwszy przesłanki przewidziane przez art. 1a ust. 2 ustawy o CIT, utworzona została w wyniku zawarcia przez zainteresowane spółki umowy przewidującej istnienie PGK przez pięć lat podatkowych. Ostatni rok podatkowy funkcjonowania grupy upływa z końcem 2020 r. Co istotne dla sprawy, uczestnicy PGK rozważają obecnie restrukturyzację grupy. W wyniku powyższego elementem omawianego zdarzenia przyszłego jest planowana inkorporacja przez spółkę dominującą jednej ze spółek zależnych, a także określonej spółki spoza przedmiotowej PGK, z intencją kontynuacji funkcjonowania dotychczasowej podatkowej grupy kapitałowej.

Zważywszy na niejasności powstałe na gruncie zaistniałego stanu faktycznego, przywołane spółki skierowały do organu pytania dotyczące m.in. kwestii:

  • wpływu przejęcia przez należącą do PGK spółkę dominującą spółki zależnej na status podatkowej grupy kapitałowej jako podatnika CIT oraz możliwości wydłużenia okresu istnienia grupy;
  • wpływu przejęcia przez spółkę dominującą spółki niebędącej uczestnikiem podatkowej grupy kapitałowej na status PGK jako podatnika CIT oraz możliwości wydłużenia czasu funkcjonowania grupy.

Pełna akceptacja stanowiska

Przechodząc do głębszej analizy poszczególnych zagadnień, podkreślić należy, że Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej przychylił się do zaprezentowanego przez wnioskodawcę stanowiska, uznając je za w pełni prawidłowe. Na marginesie warto też nadmienić, że poza przytoczonymi punktami, w treści omawianej interpretacji stwierdzono, że umowa, na gruncie której dochodzi do utworzenia PGK, może być swobodnie przedłużona o kolejne lata podatkowe bez jednoczesnej utraty ciągłości istnienia podatkowej grupy kapitałowej, jak również jej statusu jako podatnika CIT, co z kolei wiąże się także z zachowaniem dotychczasowego NIP PGK.

Wpływ stanu epidemicznego na PGK

Kolejnym obszarem, który okazał się newralgiczny z punktu widzenia funkcjonowania PGK, jest problem uprawnienia grupy do zmniejszenia w następnych latach jej dochodu, z uwzględnieniem straty, która została poniesiona w roku minionym. Zasygnalizowania w tym miejscu wymaga niedawna zmiana przepisów ustawy o CIT, wymuszona negatywnym wpływem pandemii Covid-19 na gospodarkę, któremu uległ także podmiot zainteresowany w niniejszej sprawie. W świetle bowiem nowego art. 38n wymienionego aktu (powołanego tzw. tarczą antykryzysową) jedna z przesłanek zaklasyfikowania PGK za podatnika CIT, wskazująca wymóg osiągnięcia dochodów w wysokości minimum 2% w stosunku do przychodów za każdy rok podatkowy, zostaje uznana za spełnioną także, o ile podatkowa grupa kapitałowa w 2020 r. odczuła ujemne skutki gospodarcze, będące rezultatem panującej epidemii koronawirusa. Pozostając na płaszczyźnie zmian legislacyjnych wywołanych epidemią, nie sposób pominąć art. 38f ustawy o CIT, stosownie do którego podmioty, których sytuacja ucierpiała z powodu zaistniałych warunków, po spełnieniu określonych warunków, mają uprawnienie do obniżenia o wysokość straty dochodu uzyskanego za rok bezpośrednio poprzedzający jej poniesienie (limit takiego jednorazowego obniżenia wynosi 5 mln zł). W wyniku powyższych zmian, zgodnie ze stanowiskiem wyrażonym w poddanej niniejszej analizie interpretacji, podatkowej grupie kapitałowej co do zasady przyznaje się uprawnienie do odliczenia straty poniesionej w 2020 r. na opisanych zasadach również w okresie po przedłużeniu okresu istnienia PGK.

Restrukturyzacja wewnątrz PGK a CIT

Art. 1a ust. 6 ustawy CIT statuuje generalny zakaz pomniejszania czy rozszerzania podatkowej grupy kapitałowej o inne spółki. Wyjątek od tej zasady stanowi możliwość fuzji podmiotów w ramach tej samej PGK, pod warunkiem – rzecz jasna – że nie doprowadzi to do pozostawienia wyłącznie jednej funkcjonującej spółki. Mając na uwadze powyższą regułę, podkreślić należy, że przypadki reorganizacji grupy z udziałem podmiotów spoza jej dotychczasowej struktury wiążą się z utratą statusu podatnika CIT przez tę PGK. Niezależnie jednak od powyższego nie ma wpływu na zachowanie ciągłości istnienia grupy okoliczność, że do połączenia spółek wewnątrz PGK dojdzie wraz z początkiem roku podatkowego, rozpoczynającego okres następujący po przedłużeniu umowy, stanowiącej podstawę funkcjonowania danej podatkowej grupy kapitałowej. Irrelewantne dla statusu grupy pozostaje zatem, gdy jedna ze spółek zawierających umowę dotyczącą przedłużenia PGK przejęta zostaje przez inną spółkę z grupy, tracąc tym samym byt prawny.

Skutki przejęcia spółki spoza PGK… albo ich brak

W opozycji do reorganizacji podatkowej grupy kapitałowej dokonywanej z udziałem podmiotów dotychczas do niej należących stoi przejęcie przez spółkę z grupy podmiotu trzeciego. Należy bowiem zwrócić uwagę, że jakkolwiek przytoczony wyżej art. 1a ust. 6 ustawy o CIT determinuje niedopuszczalność rozszerzania PGK o nowe spółki, to nie odnosi się on do połączenia uczestnika grupy z inną spółką poprzez przejęcie jej majątku. Zważywszy bowiem nie tylko na art. 93 § 2 Ordynacji podatkowej, ale również na ogólne zasady prawa cywilnego i handlowego, spółka przejmująca zasadniczo staje się sukcesorem praw i obowiązków podmiotu przejmowanego, w skład których wchodzą także zobowiązania i uprawnienia powstałe na gruncie prawa podatkowego. W konsekwencji powyższego spółka przejmująca kontynuować będzie działalność podmiotu przejmowanego, który z kolei utraci byt prawny, podlegając wykreśleniu z odpowiedniego rejestru. Zważywszy na tak zarysowany stan faktyczny i prawny, po połączeniu spółek przez przejęcie de facto nie będziemy mieli do czynienia z dołączeniem do PGK nowego podmiotu, a co za tym idzie – nie wpłynie to w jakimkolwiek stopniu na status takiej grupy podatkowej jako podatnika CIT ani na inne, wypływające z tego statusu korzyści podatkowe.

Wiele hałasu o nic?

Podejmując lekturę omawianej indywidualnej interpretacji podatkowej, ciężko oprzeć się wrażeniu, że instytucja podatkowej grupy kapitałowej jest formą dość elastyczną i sprzyjającą zmianom, którym poddawana bywa PGK przez uczestniczące w niej spółki. Jakie są jednak granice prawnych i faktycznych manewrów dokonywanych przy tej konstrukcji, pokażą zapewne kolejne, traktujące o tej materii stanowiska organów podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Największe kryzysy wizerunkowe 2020 roku: Kościół Katolicki – w sferze publicznej, Wirtualna Polska – w biznesie

Największy kryzys wizerunkowy 2020 roku w Polsce to postawa hierarchów Kościoła Katolickiego. Instytucja ta już drugi rok z rzędu znalazła się na pierwszym miejscu rankingu Kryzysometr tworzonego przez specjalistów od komunikacji. W osobnym rankingu kryzysów świata biznesu pierwsze miejsce zajęła Wirtualna Polska w związku ze sprawą tekstów fikcyjnych dziennikarzy i niejasnych powiązań z Ministerstwem Sprawiedliwości. Takie są główne wyniki badania „Kryzysometr 2020/2021” przeprowadzonego przez Alert Media Communications wśród ponad stu dyrektorów komunikacji, menadżerów PR i rzeczników prasowych kluczowych firm rynkowych, instytucji państwowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych.

W badaniu przeprowadzonym w ostatnich dniach listopada wzięło udział 113 respondentów szczebla co najmniej menedżerskiego, dyrektorskiego lub rzeczników prasowych, a więc PR-owcy „pierwszego frontu” w przypadku kryzysów[1].  Agencja Alert Media Communications specjalizująca się w komunikacji antykryzysowej i strategicznym PR zapytała ich o wskazanie największych kryzysów roku z podziałem na sferę publiczną i biznesową.

„Komunikacyjnie największe emocje budzi w nas świat polityczno-społeczny i to tam pojawiają się kryzysy wizerunkowe budzące największe zainteresowanie. Po doświadczeniach z ubiegłego roku – kiedy wydarzenia ze sfery publicznej zupełnie zdominowały ranking, zajmując siedem pierwszych pozycji –  podjęliśmy decyzję o jego przeformułowaniu i stworzeniu dwóch oddzielnych zestawień: polityczno-społecznego i biznesowego. Dzięki temu możemy obserwatorom obu scen, publicznej i rynkowej, zapewnić lepsze rozeznanie w charakterze prawidłowości rządzących aktualnymi kryzysami” – powiedział Adam Łaszyn, Prezes Alert Media Communications.

W sferze publicznej kolejny rok z rzędu respondenci kryzysową palmę pierwszeństwa przyznali Kościołowi Katolickiemu,  w związku z zarzutami wobec hierarchów kościelnych dotyczącymi przede wszystkim tuszowania afer pedofilskich. Znamienne jest to, że odsetek głosów na kryzys tej instytucji wzrósł z 45% w 2019 roku, do aż 64% w 2020, zdecydowanie wyprzedzając inne kryzysy. „Jeśli w roku COVID-u i gigantycznych afer politycznych aż tak rosną i tak wysokie wskazania na Kościół, to oznacza, że kryzys wizerunkowy tej instytucji jest nie tylko trwały, ale i przyspiesza oraz pogłębia się. Wyraźnie brakuje tam wyciągania wniosków” – ocenił Adam Łaszyn.

Na drugim miejscu w rankingu kryzysów publicznych – z 42% wskazań[2] – znalazł się Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej i skutki wyroku likwidującego konsensus społeczny w sprawie przepisów dotyczących aborcji. Na podium trafił jeszcze wicepremier Jacek Sasin w związku z wydaniem 70 milionów złotych na wybory korespondencyjne, które się nie odbyły (37% głosów).

Na czwartym miejscu zestawienia znalazła się radiowa Trójka i katastrofalne zarządzanie konfliktem wokół odejścia czołowych dziennikarzy tej jeszcze niedawno kultowej stacji (29% wskazań). Kolejne miejsca w kategorii „kryzys sfery publicznej” zajęli zaś politycy: Łukasz Szumowski (zarzuty korupcyjne oraz kontrowersje wokół zakupu respiratorów i maseczek – 28 % głosów) oraz Jarosław Kaczyński – i to dwukrotnie: oświadczenie video dotyczące wyroku Trybunału Konstytucyjnego i strajku kobiet (18% wskazań) i wizyta Prezesa PiS na Powązkach w czasie, gdy cmentarze były zamknięte dla wszystkich obywateli (17%).

W rankingu kryzysów świata biznesu, niechlubne pierwsze miejsce zajęła Wirtualna Polska w związku z tekstami fikcyjnych dziennikarzy i zarzutami dotyczącymi powiązań z Ministerstwem Sprawiedliwości (43% głosów). Dwie kolejne pozycje to kryzysy „celebryckie”: Veclaim i  tzw. „afera metkowa” dotycząca fałszowania miejsca produkcji ubrań marki Jessiki Mercedes (38%) oraz Anna Lewandowska – filmik, na którym gwiazda przebrała się w strój imitujący otyłość, a następnie groziła pozwem aktywistce, która zamieściła negatywny komentarz w tej sprawie (31% głosów).

W czołówce rankingu rynkowego znalazł się jeszcze luksusowy sklep Moliera 2 i kontrowersje wokół akcji #DzieńSzpilek (30% wskazań) oraz mBank – wyciek danych klientów i omyłkowa masowa wysyłka testowych powiadomień „push” (26%). Inne wydarzenia notowały poniżej 13% wskazań.

„Tegoroczny ranking kryzysów biznesowych potwierdza, że życie firm nie jest tak medialnym tematem, jak sfera publiczna. W czołówce zestawienia znalazły się albo takie wydarzenia, które w jakiś sposób dotykają polityki, jak np. relacje wp.pl z Ministerstwem Sprawiedliwości, albo „kryzysy celebryckie”, o których jest głośno bardziej ze względu na rozpoznawalność głównych aktorów, niż naturę samego wydarzenia. A przecież ranking przygotowany był przez specjalistów ds. komunikacji – czyli osoby, które kryzysami interesują się w szczególny, bo profesjonalny sposób. To pokazuje, że odbiór przez konsumentów kryzysów wizerunkowych firm, a co za tym idzie, ich przełożenie na biznes nie jest obecnie znaczące wobec przyćmiewających je wizerunkowych katastrof świata społeczno-politycznego” – podsumował Krzysztof Tomczyński, Partner i Account Director w Alert Media Communications.

[1] W badaniu nie brali udziału usługodawcy PR, czyli pracownicy agencji PR. Respondentami byli wyłącznie specjaliści PR tzw. in house, czyli zatrudnieni w korporacjach lub instytucjach.

[2] W odpowiedzi na pytanie można było wskazać do trzech wydarzeń, dlatego wyniki nie sumują się do 100%.

Budownictwo mieszkaniowe odporne na COVID-19. Jak długo?

Ostatnia w 2020 roku informacja GUS, prezentująca dane budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do listopada, wciąż nie komunikuje jakichkolwiek niepokojących sygnałów, które mogłyby zapowiadać osłabienie aktywności budowlanej inwestorów i schyłek inwestycyjnej prosperity rynku pierwotnego. Pytanie, czy tak dobra koniunktura może się utrzymać bez ograniczeń w dobie COVID-19.

Sezonowość rynku budowlanego w odniesieniu do deweloperskiego segmentu mieszkaniowego coraz częściej nie znajduje potwierdzenia w praktyce. Po części to efekt sprzyjających warunków atmosferycznych, czyli ciepłych okresów jesienno-zimowych, po części zaś determinacji deweloperów w dążeniu do utrzymywania produkcji mieszkań na rekordowych poziomach.

W tegorocznym listopadzie deweloperzy rozpoczęli budowę kolejnych nieco ponad 13 tys. lokali. To minimalnie więcej rok do roku, a jednocześnie o 14 proc. więcej niż w poprzednim miesiącu. Natomiast od początku roku ruszyła budowa 118 tys. mieszkań deweloperskich, a więc blisko 10 proc. mniej rdr, co pozwala już dziś oszacować całoroczny wynik przedsiębiorców na ponad 130 tys. Nie trzeba dodawać, że jak na bezprecedensowe warunki globalnej zarazy COVID-19, to rezultat w pełni godny uznania.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego od stycznia do listopada br. rozpoczęto budowę blisko 207 tys. lokali mieszkalnych, co oznacza regres rok do roku rzędu zaledwie 6 proc., będący i tak potwierdzeniem bardzo dobrej koniunktury inwestycyjnej krajowej mieszkaniówki.

Na wysokim, stabilnym poziomie utrzymują się wolumeny mieszkań oddanych do użytkowania, które w przypadku deweloperów są naturalnym następstwem najnowszej historii statystyk mieszkań rozpoczętych. W efekcie miesięczny wynik listopadowy na poziomie 12,8 tys. oddanych lokali deweloperskich dobrze wpisuje się w scenariusz wysokiej stabilizacji.  Z kolei od początku roku wolumen takich mieszkań wyniósł już ponad 127 tys., co oznacza wzrost w stosunku do analogicznego okresu ub. roku o prawie 9 proc.

W ramach wszystkich form budownictwa od początku roku oddano już z górą 196 tys. lokali, czyli o dokładnie 6 proc. więcej rok do roku.

Już od kilku miesięcy elementem comiesięcznych raportów GUS z rynku mieszkaniowego, który budzi największe emocje, są statystyki dotyczące ilości mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym. Liczba pozwoleń w deweloperskich portfelach rośnie jak na drożdżach od początku roku, a średnia miesięczna ich wolumenu utrzymuje się na historycznie rekordowym poziomie.

Tradycyjnie po październikowych „fajerwerkach”, jakie odnotowano w wynikach nowych pozwoleń, listopad przyniósł korektę i wyciszenie nastrojów. Tym samym wolumeny tych decyzji administracyjnych zniżkowały mdm o blisko jedną piątą, wciąż jednak osiągając wyniki na poziomach uznawanych za wysokie. Prawdopodobnie więc śrubowanie tej kategorii danych nie będzie trwało do końca roku, jak się powszechnie uważa za sprawą zmiany przyszłorocznych warunków technicznych.

W sumie listopadowe dane GUS budownictwa mieszkaniowego niczym nie zaskoczyły. W dalszym ciągu sygnalizują utrzymywanie się bardzo dobrej koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym. Można odnieść wrażenie, jakby nic szczególnego się nie działo w otoczeniu mieszkaniówki, a ona sama miała przed sobą świetlaną przyszłość w każdej możliwej perspektywie.

Tymczasem sytuacja nie wygląda jak wiadomo aż tak optymistycznie. Wręcz przeciwnie, docierające na rynek informacje o wciąż bardzo wysokim, jeśli nie wciąż rosnącym zagrożeniu pandemicznym i wynikających stąd kolejnych restrykcjach rządowych, pogłębiających negatywne skutki dla gospodarki, stanowią bardzo poważne zagrożenie dla koniunktury sprzedażowej pierwotnego rynku mieszkaniowego. Mocno utrwalone przekonanie, że będzie on nieprzerwanie „zieloną wyspą” na oceanie gospodarczej destrukcji kraju, może w każdej dosłownie chwili ulec załamaniu, a w ślad za tym także deweloperska kontraktacja.

W dalszym ciągu jednak poważne kapitały w kraju poszukują bezpiecznej przystani, a wciąż „nieskończenie” długa perspektywa minimalnych stóp procentowych może ten stan utrwalać. Co więcej, doniesienia o możliwości wprowadzania ujemnych stóp procentowych w bankach mogą wywołać u posiadaczy większych zasobów finansowych poczucie trudnego do akceptacji zagrożenia, będącego kolejną odmianą wody na młyn branży deweloperskiej.

Jednak jakikolwiek scenariusz rozwoju koniunktury by nie zaistniał, deweloperzy mieszkaniowi będą do niego zapewne bardzo dobrze przygotowani. Po latach boomu sytuacja ekonomiczna branży jest najlepsza w historii, w związku z czym jakiekolwiek obawy o jej perspektywy do czasu przezwyciężenie kryzysu wywołanego zarazą COVID-19 nie mają wiarygodnego uzasadnienia.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W najbliższych miesiącach sytuacja na rynku pracy będzie się pogarszać

Liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie br. wynosiła 6318,9 tys. pracowników. W stosunku do analogicznego miesiąca ubiegłego roku oznacza to spadek o 1,2%. Wynagrodzenia wzrosły zaś o 4,9% w ujęciu rocznym – podał GUS.

Mimo iż dane dotyczą wyłączenie firm zatrudniających powyżej 9 osób, widać, że rynek pracy zaczyna odczuwać w sposób istotny konsekwencje wprowadzanych ograniczeń i skutki pandemii Covid-19. Urzędy pracy sygnalizują więcej niż w roku ubiegłym zgłoszeń zwolnień grupowych.

Tarcze rządowe i te, przygotowywane przez PFR, były nakierowane przede wszystkim na utrzymanie zatrudnienia, stąd też obecne przy wielu instrumentach wymaganie dotyczące braku zwolnień pracowników. Wydaje się, że o ile w perspektywie kilkumiesięcznej zastosowane instrumenty okazały się skuteczne dla utrzymania niskiego poziomu bezrobocia, o tyle długoterminowo firmy mogą nie podołać kosztom związanym z utrzymaniem dotychczasowej liczby zatrudnionych.

Zwolnień można spodziewać się w branżach gastronomicznej, hotelarskiej, turystycznej i targowo – evenetowej, gdyż zarządzane ze względów epidemicznych ograniczenia w istotny sposób zmniejszają lub nawet uniemożliwiają prowadzenie działalności. Przy tego typu biznesach trudno jest mówić o przekwalifikowaniu lub szukaniu alternatywnych sposobów zarobkowania, szczególnie w momencie, kiedy zwyczaje zakupowe konsumentów podlegają silnym zmianom. Obecnie wdrażana tarcza branżowa oferuje instrumenty, które mogą co najwyższej pomóc przetrwać przedsiębiorcom przez kilka miesięcy. Jednak bez powrotu do choćby „nowej normalności” z lata tego roku, musimy się liczyć z upadłościami, a tym samym ze zmniejszeniem liczby pracujących. Ogłoszone dzisiaj decyzje rządu dotyczące kwarantanny narodowej, w tym ograniczenie ruchu m.in. w Sylwestra, oznaczają, że część branż straci możliwość zarobienia minimalnych choćby środków w okresie, który w poprzednich latach generował dla nich wyższe niż w innych miesiącach dochody.

Na tym tle może dziwić wzrost przeciętnego wynagrodzenia. W listopadzie wynosiło ono 5484,07 zł i było wyższe od tego wypłaconego w październiku o 25,19 zł. Wzrost rok do roku (wynoszący 4,9%) można częściowo tłumaczyć podwyżką minimalnego wynagrodzenia, która spowodowała nie tylko wzrost najniższych płac, ale również zwiększyła oczekiwania płacowe pracowników zarabiających nieco poniżej tej kwoty. Jednym z wytłumaczeń tego wzrostu może być zmniejszenie zatrudnienia wśród pracowników najniżej zarabiających lub zwiększenie dodatków do wynagrodzeń w tych firmach, dla których obecna sytuacja stwarza możliwości rozwoju lub pozyskania nowych rynków (e-commerce, transport i logistyka). Porównując jednak opublikowane dane z tymi sprzed pandemii (marzec br.) obserwujemy spadek wysokości wynagrodzenia o 5,14 zł. Oznacza to, że obecne wzrosty wynagrodzenia są raczej odrabianiem redukcji będących efektem wiosennego lockdownu.

Dane listopadowe nie odzwierciedlają w pełni ani skutków ograniczenia działalności wybranych branż na początku tego miesiąca, ani – co oczywiste – efektów narodowej kwarantanny ogłoszonej 17 grudnia. Środki kierowane na wsparcie przedsiębiorstw są coraz bardziej ograniczone. Na pewno nie jest możliwe pokrycie nimi wszystkich strat, jakie ponoszą obecnie przedsiębiorcy, którzy mają coraz mniejsze zasoby własne umożliwiające przetrwanie okresu pandemii.

Według Eurostatu Polska ma jeden z niższych w UE wskaźników nieobsadzonych miejsc pracy (0,5%), co oznacza, że szanse osób tracących zatrudnienie na nowy etat będą relatywnie niewielkie. Musimy się liczyć z tym, że sytuacja na rynku pracy będzie podlegała w najbliższych miesiącach zmianom – spadnie liczba pracujących i wzrośnie bezrobocie, a co za tym idzie zahamowany zostanie wzrost płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Dlaczego NBP kładzie kres sile złotego?

Narodowy Bank Polski interweniował w piątek w celu osłabienia złotego. Kurs EUR/PLN wystrzelił po tym ponad poziom 4,50, a USD/PLN w kierunku 3,70. Dlaczego doszło do interwencji? Oto opinie analityków Cinkciarz.pl.

Kurs euro jest obecnie o ok. 7 groszy wyżej niż w dołku z pierwszej połowy miesiąca. Kurs dolara w ubiegłym tygodniu zbliżał się do 3,60, a obecnie jest tuż poniżej 3,70. Polskie władze monetarne potwierdziły swoją renomę najłagodniej nastawionych w całym regionie.

Przypomnijmy, że wiosną w komunikacji Rady Polityki Pieniężnej pojawiło się zaakcentowanie zaniepokojenia siłą polskiej waluty – chciano bowiem, by słabszy złoty wspomógł wyjście gospodarki z pandemicznego załamania.

Od tego czasu koniunktura w Polsce potwierdziła jednak swoją względną odporność, a prognozy dynamiki PKB na 2021 r. są optymistyczne. Pojawiło się również światełko w tunelu pod postacią szczepionek. Mimo to władze zdecydowały się na interwencję. Dlaczego? Motywy interwencji nie są oficjalnie znane.

– Jednym z powodów, o których się spekuluje, jest chęć podwyższenia wartości rezerw walutowych, przeszacowanie ich wartości i wykreowanie w ten sposób wyższego zysku, by móc hojniej podzielić się z budżetem – tłumaczą analitycy Cinkciarz.pl.

– Biorąc pod uwagę agresywny skup obligacji rządowych, taki krok, mocno podkopujący wiarygodność w oczach międzynarodowych inwestorów, byłby mało racjonalny. Szokujące kroki NBP kładą kres silnemu złotemu, ale nie wykluczamy, że polska waluta wróci do umacniania się w przyszłym roku. Nastawienie władz NBP będzie jednak mocno tłamsić impet tej tendencji, działając jak hamulec ręczny. Nie zmieniamy jednak oficjalnych prognoz walutowych Cinkciarz.pl, które zakładają, że na koniec marca euro kosztować będzie ok. 4,50 zł, a za rok za wspólną walutę płacić będziemy ok. 4,35 zł – wskazują eksperci Cinkciarz.pl.

Biurowe podsumowanie 2020. Rekordowy koniec roku. Historyczne wyniki

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, informują, że czwarty kwartał 2020 roku będzie rekordowy na rynku biurowym. Do poniedziałku 21 grudnia zanotowaliśmy już 1580 nowych umów najmu, co stanowi 42% wszystkich umów zarejestrowanych w 2020 roku.

– Koniec roku jest niezwykle dynamiczny i ostatnie dwa tygodni mogą przynieść jeszcze umowy, które w części zasilą statystyki grudniowe. Do czasu zamknięcia zbierania danych, liderem rankingu jest jednak październik, w którym zarejestrowaliśmy 663 transakcje biurowe. Jest to najwyższy wynik zanotowany w 2020, prawie dwukrotnie wyższy, niż w poprzednim miesiącu – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.REDD1

Czwarty kwartał będzie również rekordowy pod względem wolumenu wynajętej powierzchni. Do dzisiejszego dnia, w ostatnim okresie roku zarejestrowaliśmy transakcje dotyczące ponad 420,000 m2.REDD2

– Przed nami ostatnie dwa tygodnie roku. Na podstawie napływających danych od właścicieli obiektów biurowych możemy jednak już stwierdzić, że czwarty kwartał 2020 będzie rekordowy pod względem zawartych transakcji – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.