Piechociński: Polski Hub transportowy to przyszłość relacji gospodarczych z Azją

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jak na podstawie pana obserwacji zmieniła się Azja na przestrzeni ostatnich 20-30 lat?

Janusz Piechociński: Myślę, że proces zmian, transformacji w Azji sięga znacznie dalej niż 20-30 lat. Azja to obszar niezwykle zróżnicowany, w którym obok siebie żyją różne społeczeństwa z różnymi doświadczeniami historycznymi. Obok państw demokratycznych, największego na świecie państwa demokratycznego jakim są Indie, Japonii, czy Korei Południowej, funkcjonują monarchie, ale też inne systemy polityczne. Azja to są te państwa, które wyrosły z kolonialnego ucisku, czyli po roku 1940, Azja to powstanie Chińskiej Republiki Ludowej, to również wojna koreańska oraz wojna w Wietnamie. To też jest transformacja Japonii, która przegrała II wojnę światową, a mimo to stała się jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie. Podobny scenariusz, czyli wybór nowoczesności w celu zdominowania rynku swoją myślą techniczną, przeszła Korea Południowa i Chiny. Szczególnie dziś widać to na przykładzie Państwa Środka, które zaczynało od kopiowania innych pomysłów, a dziś jest liderem w wielu branżach, w tym energetycznej, wojskowej i technologicznej.

Rozwój Azji to nie tylko pasmo sukcesów, to też szereg spektakularnych recesji i upadków. Przykładem jest wspomniana wcześniej Japonia, która z trzeciej gospodarki świata znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Z państwa przodownika, stała się państwem, które znacznie wyprzedziły choćby takie kraje jak Singapur, Korea czy właśnie Chiny. Japonia boryka się również z potężnymi problemami demograficznymi oraz społecznymi. Japończykom uciekają też rynki zagraniczne, jak np. Volkswagen, który przegonił Toyotę w udziale sprzedaży swoich samochodów na rynek chiński. Poza gospodarką, Azja to obszar ciągłych nierozwiązanych problemów granicznych i sporów terytorialnych, m.in. o morza i oceany, po to aby wydobywać surowce z szelfów, czy np. wieloletnich konfliktów etnicznych takich jak indyjsko-chiński o Nepal czy indyjsko-pakistański o Kaszmir. Mamy również zmiany w arabskich państwach azjatyckich- Iraku, Iranie. Zmiana nastąpiła też w kontekście rewolucji łupkowej, która odcisnęła swoje piętno na państwach-eksporterach ropy, głównie właśnie z Azji.

Jak COVID wpływa na Azję? Kontynent ten uchodzi za jeden z nielicznych, który przeszedł pandemię w miarę łagodnie, mimo iż to tam się ona zrodziła.

Konsekwencje pandemii są tragiczne również dla Azji. Poza Chinami i Bangladeszem wszystkie pozostałe państwa regionu zanotują w tym roku recesję gospodarczą. Z drugiej strony, na tej zmianie gospodarczej może skorzystać Wietnam, który jest największym beneficjentem wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami. To jest dziś całkiem inna gospodarka niż 20-30 lat temu. Kraj ten leczył wtedy rany po konflikcie wojennym, wielkie straty osobowe i zmagał się ze stygmatem socjalizmu. Mimo to w ostatnich latach, rynek ten odnalazł się w mozaice gospodarczej Azji. Jednak nadzieja, że COVID, mimo problemów jakie przyniósł, doprowadzi do powrotu, np. produkcji przemysłowej do Europy, jest myśleniem życzeniowym, czego przykładem jest Bombardier, który posiada 6 fabryk w Chinach, zatrudnia 20 tys. ludzi i bierze udział w projektowaniu pojazdu szynowego mającego jeździć ponad 500 km/h. Inne koncerny światowe mają równie duże projekty. Tego nie zmieni nawet pandemia. Pomimo tego, że rosną pensje pracowników fizycznych w państwach Azji. Chiny, bez względu czy wierzymy w dane na temat zachorowań na COVID czy nie, będą najprawdopodobniej jednym z nielicznych państw, które skończą 2020 rok ze wzrostem gospodarczym. W USA będzie spadek, w UE spadek, w Japonii źle, w Indiach dramat, natomiast w Chinach produkt brutto wyrażony w sile nabywczej osiągnie 17% światowej gospodarki.

Jak na Azję wpłynęły Stany Zjednoczone?

Administracja Obamy miała świadomość rosnącej konkurencji ze strony Chin. W 2010-11 roku chińska gospodarka towarowa stała się numerem jeden. USA wciąż miały przewagę pod względem kapitałowym, jednak w latach 2018-19 pod względem siły nabywczej, gospodarka chińska mocno zbliżyła się do Stanów Zjednoczonych. Szokiem jednak był koniec 2019 roku, kiedy okazało się, że 24% produkcji przemysłowej przypadało wyłącznie na Chiny i przepaść między USA i Chinami stała się wyraźna. Obama chciał budować swoją pozycję poprzez układy i partnerstwa. Chciano stworzyć coś na wzór kordonu sanitarnego oddzielającego państwa demokratyczne, z innym modelem polityczno-biznesowym, od autorytarnych Chin. Otwierano się na Wietnam, Koreę, Australię oraz państwa ASEAN. Wtedy rozpoczęły się dwa partnerstwa – jedno z Europą w ramach TTIP a drugie, transpacyficzne – z Azją. Te umowy miały wytworzyć nowy impuls, pokazując, że lepiej być częścią systemu niż być poza nim. Jednak, projekty te nie dojdą do skutku. Republikanie wygrali wybory i okazało się, że mają inne wyobrażenie o polityce klimatycznej i co więcej zaczęli traktować umowy o wolnym handlu jako coś, co stanowi zagrożenie dla USA. Trump wolał rozmowy bilateralne niż kolektywne organizacje. To było też widać w stosunku do Europy i np. wsparciu dla Trójmorza. Z pozycji amerykańskiej siły można było w opinii Trumpa znacznie więcej osiągnąć, niż wchodząc w partnerstwa wielopodmiotowe. Podobnie jak TTIP, tamto partnerstwo transpacyficzne również upadło. Teraz doszło do kluczowego momentu, w którym powstaje Partnerstwo Transpacyficzne, bez USA, z Chinami razem z Japonią, Koreą, Australią i Nową Zelandią, czyli największymi partnerami USA na Pacyfiku. Kiedy Trump rozpoczął swój twardy kurs wobec partnerów, m.in. Kanady, co było zaskoczeniem, okazało się, że WTO przestała mieć taki wpływ jaki miała wcześniej. Ta ostra retoryka Trumpa spowodowała, że nagle zintensyfikowały się relacje bilateralne pomiędzy np. Indiami i Japonią, Japonią a Chinami i tak dalej. Ci partnerzy USA, zaczęli pokazywać USA, że są alternatywy wobec Stanów Zjednoczonych. To widać również w rywalizacji o państwa ASEAN. W pierwszym kwartale 2020 roku, największym partnerem handlowym Chin stało się 10 państw tej organizacji. Te więzi gospodarcze rosną. Ale Amerykanie są również pragmatyczni. Tak samo w czasie wizyty Donalda Trumpa w Indiach premier Modi podpisał rekordowy kontrakt na dostawy śmigłowców z USA, chociaż wcześniej ten sam premier wprowadził embargo na amerykańskie jabłka. Więc poza propagandowymi starciami, jest miejsce na pragmatykę. Tak samo jest w przypadku Samsunga, który w pierwszym półroczu tego roku osiągnął rekordowy zysk. Dlaczego? Dlatego, że administracja Donalda Trumpa zgodziła się na dostarczanie chipów Samsunga do smartfonów Huawei. Tego samego Huawei, z którym Amerykanie wizerunkowo walczą na wszystkich frontach. To jest zimna praktyka i interes.

W takim razie co z RCEP? Dlaczego to nie Stany, tylko Chiny stały się sygnatariuszem tego paktu?

Bo wygrały inne interesy. Trump nie chciał aby kraje o niższym poziomie rozwoju wysysały kapitał. Teraz gra idzie o nowe technologie. Amerykanie zrozumieli, że przegrywają w klasycznym przemyśle, więc chcą zachować prymat w nowych technologiach. Zwłaszcza, że najwięksi giganci technologiczni świata mają amerykański rodowód. Chiny odpowiadają na to swoimi systemami operacyjnymi, swoimi serwisami społecznościowymi itp. Tak samo dzieje się w sektorze obronnym. Nasz świat wytworzył ogromną dawkę niepewności. Na koniec roku szykują się kolejne zmiany. Biden zapowiada powrót do WHO ido polityki klimatycznej. To bardzo dobrze. Ale nie łudźmy się, że Biden zmieni radykalnie kurs w rywalizacji z Chinami. Tutaj w dalszym ciągu będzie kładł się cień walki mocarstw. Zwłaszcza, że Chiny niebawem gospodarczo wyprzedzą USA. Chiny chcą teraz rozwoju gospodarki wolnorynkowej, bo rozumieją, że to jest przepis na sukces. Zdobywanie nowych rynków, umacnianie swojej pozycji. To myślenie się zmieniło radykalnie, bo Pekin zrozumiał, że w jego obecnym położeniu handel i wolny rynek po prostu mu się opłaca.

Stąd inwestycje w szlaki handlowe jak Jedwabny Szlak?

Tak, to kolejny pragmatyczny ruch. Chiny zwiększają inwestycje w te szlaki. Porty w Europie, Portugalia, szlaki handlowe. W zasadzie tylko w portach niemieckich i polskich nie ma znaczących nakładów chińskich. W II kwartale tego roku Pekin wysyłał tysiąc pociągów ze środkami sanitarnymi do Hiszpanii. To nakręciło chiński eksport i dobre wyniki gospodarcze. Mamy wysokie stawki frachtowe żeglugi morskiej, zapaść w lotnictwie, a jednocześnie zwiększa się udział transportu kolejowego. Ale to nie oznacza, że ten transport ciągnie do Polski. Bo tutaj zaczyna się rywalizacja, np. w połowie sierpnia rząd rosyjski zaczął dopłacać do transportu kontenerów z Chin przez Rosję wysyłanych do Europy z rosyjskich portów. I główny szlak wiedzie przez rosyjskie porty na Bałtyku. Aby być atrakcyjnym dla Chińczyków sami też musimy zainwestować w nasze możliwości przyjmowania towarów.

Jak miałaby wyglądać rola Polski jako państwa stojącego na szlaku handlowym z i do Chin?

Trzeba pamiętać, że ponad 80% wymiany handlowej Polski odbywa się z państwami UE. To co trzeba robić, to przede wszystkim nie stygmatyzować naszych głównych partnerów gospodarczych, z którymi notujemy nadwyżki w handlu, m.in. z Niemcami. Po drugie, w świecie konfrontacji, którego szczyt przechodziliśmy w erze Donalda Trumpa, zwłaszcza kroki takie jak sprzedaż broni do Tajwanu to działanie nieakceptowalne dla Chin. Jeszcze 10 lat temu kierownictwo polityczne Chin nie podjęłoby decyzji o nałożenie sankcji na Australię, co zrobiło niedawno. W ostatniej dekadzie chińskie podejście polityczne zostało wzmocnione siłą gospodarki. To narzędzie, które teraz Chińczycy mogą wykorzystać. Jeżeli chodzi o nas, to relacje Polski z krajami Azji, a w szczególności z Chinami mocno ewoluowały. Ten proces zaczął się w 2015 roku, kiedy odbyła się wizyta prezydenta Dudy w Pekinie. Potem, co nie zdarza się w dyplomacji światowej, po pół roku doszło do rewizyty prezydenta Xi Jinpinga w Warszawie. Obie te wizyty były bardzo udane, przez co niektórzy komentatorzy zaczęli głośno artykułować, że teraz Polska stała się ważnym graczem mogącym balansować w polityce zagranicznej, móc grać między Niemcami, UE, USA i Chinami. Jednak okazało się, że po obietnicach zaangażowania chińskich firm, chiński kapitał w wielkie projekty infrastrukturalne zabrakło konsekwencji i pomysłu ich realizacji. W 2016 i 2017 roku odbywały się wizyty na różnych szczeblach chińskiego biznesu i misji handlowych, po czym okazało się, że deklaracje i rzeczywistość nie spotkały się w jednym punkcie. Potem doszło do ofensywy politycznej Donalda Trumpa, która całkowicie wyhamowała polską inicjatywę w relacjach z Chinami. To też zapewne miało wpływ na amerykańskie poparcie inicjatywy Trójmorza, która w zamyśle USA stała się alternatywą wobec partnerstwa 16+, czyli krajów Europy Środkowej Wschodniej i Chin. My musimy być stabilnym partnerem w NATO, musimy być solidnym partnerem dla UE, ale musimy też potrafić obracać się w światowej dyplomacji. Niestety, takie działanie jak przekształcenie PAIZu w PAIH i odebranie pracownikom misji handlowej statusu dyplomatycznego nie jest dobrym pomysłem.

Często pojawiają się informacje, że jakaś polska firma wysyła produkty mleczne do Chin, czy to mięso czy to rośliny itp. Niestety, takimi produktami, przy całym szacunku dla producentów, Chin nie zdobędziemy. Aby móc konkurować z innymi państwami, musimy coś naszym partnerom w Azji zaproponować. Czy to licencje, czy to zakład montujący, itp. Niestety do tego potrzebne są technologie i myśl techniczna, a to nie jest naszym największym atutem w relacjach handlowych.

Na czym zatem powinniśmy skupić się w relacjach handlowych z Azją?

Pomysłem dla nas jest stworzenie hubu transportowego dla wymiany towarowej. I na tym powinniśmy się skupić. Zwłaszcza, że nasi konkurenci handlowi wydają setki milionów euro na wsparcie swoich rodzimych biznesów w Azji. My takich możliwości nie mamy. Nie mamy też odpowiedniej marki, odpowiedniego brandu jako państwo. To są wyzwania. Dlatego musimy patrzeć na Azję, musimy handlować. Ale tam, gdzie jest potencjał i tam gdzie możemy być silniejsi nisz nasi europejscy konkurenci. I inwestować w możliwości pośredniczenia w tym handlu, bo to może nam dać perspektywy realnych zarobków, zwłaszcza w kontekście naszego położenia geograficznego.

Janusz Piechociński, pełnił funkcję wicepremiera i ministra gospodarki w latach 2012 – 2015. Podczas swojej kadencji uczestniczył w spotkaniach na najwyższym szczeblu z przedstawicielami ponad 120 państw, aktywnie promując polską gospodarkę i jej produkty, a także zachęcając do inwestycji w Polsce. Z wykształcenia ekonomista, posiada wieloletnie doświadczenie z zakresu analiz ekonomicznych oraz wspierania inwestycji. Zorganizował i przewodniczył licznym misjom biznesowym, których celem było zacieśnianie kontaktów gospodarczych między Polską a jej partnerami biznesowymi. Aktualnie pełni funkcję Prezesa Izby Handlowo – Przemysłowej Polska Azja oraz doradza zarządom spółek giełdowych w Polsce.

Spokojne utrzymywanie kursu

Dziś święto w USA, ale dolar nie świętuje, gdyż nie ustaje presja na sprzedaż waluty powiązana z generalnie pozytywnymi nastrojami opartymi o nadzieje na normalizację życia gospodarczego wraz z rozpowszechnieniem szczepionki przeciw COVID-19. Rynki żyją przyszłymi oczekiwaniami, mimo że w ostatnich godzinach nie otrzymaliśmy żadnych nowych informacji. Okręt pozostaje na kursie, ale przy minimalnej pracy silników.

EUR/USD walczy o wybicie ponad 1,19, GBP/USD wciąż nie może zaliczyć 1,34 z przodu (czekamy na wieści ws. brexitu), ale pozytywny rozwój apetytu na ryzyko widać na crossach USD z AUD, CAD i NOK. Po rekordach Dow Jones i S&P500 osiągniętych we wtorek, podobne zapędy mają inwestorzy na niektórych giełdach w Azji. Ropa Brent wymazała już większość z wiosennego załamania. Motyw nadziei na lepsze jutro dominuje, choć wytraca tempo, kiedy nie ma dostarczanego świeżego paliwa. Z drugiej strony nie ma podstaw do odreagowania optymizmu poza przejściową realizacją zysków. Wczoraj Wall Street korygowało się przez świąteczną przerwą; za rogiem czeka koniec miesiąca i wymuszone rozliczenia. Ale poza tym rynki pozostają na obranym kursie bez oznak zbliżających się kłopotów. Niepewność pakietu fiskalnego w USA przestała mieć wpływ. W kwestii sporu budżetowego UE oczekuje się ostatecznego porozumienia. Zmęczenie brexitem przerodziło się w skrajną niewrażliwość na przecieki – wszyscy chcą końca niechlubnej sagi.

Opublikowany wczoraj protokół z listopadowego posiedzenia FOMC nie wniósł wiele do obrazu rynku i postrzegania polityki monetarnej Fed. Wydaje się, jakby posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku miało miejsce bardzo dawno temu. Między terminem posiedzenia (4-5 listopada) a dziś potwierdzono zmianę rezydenta Białego Domu, nastąpiła rewolucja w pracach nad szczepionką przeciw COVID-19 oraz istotnie pogorszyła się sytuacja zdrowotna w USA. W tym kontekście to, co wówczas myśleli decydenci z Fed dziś wydaje się nieaktualne. W minutkach jasno stwierdzono, że członkowie nie widzą prędkiej potrzeby zmian w programie skupu aktywów, a Fed jest zadowolony ze stanu warunków rynkowych. Powtórzono, że pakiet fiskalny byłby lepszym środkiem wspierającym gospodarkę. Fed widzi też potrzebę przedstawienia forward guidance w sprawie procesu redukcji tempa skupu aktywów, jednak nikt na rynku nie liczy, że tzw. „tapering” miałby ruszyć szybko. Fed pozostanie gołębi, a w obecnej sytuacji, kiedy pandemia się nasila, a Kongres zwleka z pakietem fiskalnym, rośnie presja, by zrobić więcej, zanim Fed uzyska większe wsparcie ze strony nowej administracji i przejmującej stery w Departamencie Skarbu Janey Yellen. Jednak skoro rynki nie wykazują zaniepokojenia bieżącą sytuacją zdrowotną w USA, a za to optymistycznie dyskontują poprawę warunków gospodarczych w przyszłości, to Fed ma argumenty za tym, by odłożyć zwiększenie skupu aktywów na przyszły rok. Dla rynku większe luzowanie Fed nie jest warunkiem mocno determinującym przyszłość USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Licznik elektromobilności: sprzedaż samochodów z napędem elektrycznym wzrasta pomimo pandemii COVID-19

Według danych z końca października 2020 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 15 965 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze dziesięć miesięcy 2020 r. przybyło ich 6 969 sztuk – o 108% więcej niż w analogicznym okresie 2019 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PSPA oraz PZPM.

licznik_elektromobilnosci_2020-10_A4Pod koniec października 2020 r. po polskich drogach jeździło 15 965 elektrycznych samochodów osobowych, z których 54% stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 8 662 szt., a pozostałą część hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 7 303 szt. Park elektrycznych pojazdów ciężarowych i dostawczych w analizowanym okresie zwiększył się do 713 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec października osiągnęła liczbę 8 619 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce liczył 383 szt. Przez pierwsze dziesięć miesięcy bieżącego roku flota elektrobusów powiększyła się o 154 zeroemisyjne pojazdy. W porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. oznacza to zmianę aż o 276% r/r.licznik_elektromobilnosci_2020-10_grafika_800x450px

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec października w Polsce funkcjonowały 1 294 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (2 474 punkty). 32% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 68% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W październiku uruchomiono 12 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (29 punktów).

„Rosnące zainteresowanie samochodami elektrycznymi w Polsce odzwierciedla europejski trend. W ciągu ostatnich trzech lat w UE sprzedaż nowych samochodów ładowanych elektrycznie wzrosła o 110%. Podobnie jak w Polsce, również w krajach Unii wolniej rozwija się infrastruktura do ładowania pojazdów. W tym samym czasie liczba punktów ładowania wzrosła zaledwie o 58%, co oznacza że obecnie jest ich niecałe 200 000 sztuk, i że inwestycje w infrastrukturę nie nadążają za rosnącą liczbą pojazdów elektrycznych. W Polsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy rejestracje tylko nowych samochodów elektrycznych zwiększyły się o 150% podczas gdy liczba punktów ładowania o 40%. Wskazuje to wyraźnie na możliwość niedostosowania istniejącej infrastruktury do liczby użytkowników. Potencjalnie wydłużające się kolejki do szybkich ładowarek może stanowić czynnik ograniczający popyt na samochody. Zadanie które mamy przed sobą jest bardzo ambitne, bo do 2030 roku w Europie potrzebne będą co najmniej 3 miliony puntów ładowania. Wniosek jest prosty – należy zrobić wszystko aby nabywcy, którzy będą decydowali się na zakup samochodu elektrycznego mieli komfortowy dostęp do punktów ładowania” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

„Październik był kolejnym miesiącem wzrostów na rynku elektromobilności, zarówno w obszarze pojazdów, jak również ogólnodostępnej infrastruktury. Potencjał rozwoju jest jednak dużo większy niż odnotowywane w kolejnych miesiącach przyrosty. Liczymy, że wraz z uruchomieniem programów wsparcia finansowego nad którymi branża pracuje z NFOŚiGW, jak również wdrożeniem koniecznych zmian w ustawie o elektromobilności, dopiero w nadchodzących miesiącach zeroemisyjny transport będzie mógł się właściwie rozpędzić. Bardzo mocno jako branża liczymy na jak najszybsze wdrożenie efektywnego systemu dopłat, jak również procesowanie projektu nowelizacji ustawy, w której jednak muszą pojawić się gruntowne zmiany, by stanowiła ona stymulator rozwoju dla rynku” – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

W tym roku w Polsce może być blisko dwa razy więcej zachorowań na raka prostaty. Nowoczesne leki refundowane są jednak tylko dla pacjentów z przerzutami

Stowarzyszenie UroConti szacuje, że w tym roku w Polsce można spodziewać się nawet 20 tys. nowych zachorowań na raka prostaty, czyli prawie dwukrotnie więcej niż zwykle. Wpływ na to ma pandemia i spowodowane nią opóźnienia w diagnostyce. Lekarze podkreślają, że choroba wykryta we wczesnym stadium jest całkowicie uleczalna, a dostęp do najnowocześniejszych metod leczenia sukcesywnie się poprawia. Dużym problemem wciąż jest jednak polityka refundacyjna i ograniczenia programu lekowego. W tej chwili nowoczesne leki można zastosować tylko u tych pacjentów, u których rak prostaty dał już przerzuty. – To osłabia naszą walkę z tym nowotworem – podkreślają lekarze.

– W czasie pandemii mamy opóźnioną zgłaszalność pacjentów do leczenia w wielu chorobach nowotworowych, w tym raku prostaty. Obserwujemy, że dziś przychodzi pacjent, który ma bardziej zaawansowaną chorobę – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w warszawskim Szpitalu Wolskim.

Przez lata rak prostaty był w Polsce drugim pod względem częstotliwości występowania – po raku płuca – nowotworem wśród mężczyzn. Ta kolejność się jednak odwróciła, ponieważ liczba zachorowań na raka prostaty wzrosła kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dekad. Rokroczne diagnozuje się ponad 11 tys. nowych przypadków zachorowania na raka prostaty. Według szacunków Stowarzyszenia Uroconti, w tym roku jednak w Polsce można spodziewać się nawet 20 tys. nowych zachorowań.

– Wiele ośrodków o najwyższym stopniu referencyjności, nawet szpitali akademickich, z początkiem ogłoszenia stanu pandemii w Polsce zostało zamienionych w szpitale jednoimienne. To doprowadziło do konieczności funkcjonowania instytucji urologicznych w systemie triażowym, czyli rozstrzygania o najpilniejszych przypadkach – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Piotr Chłosta, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego. – W dziedzinie urologii nie obserwujemy na razie istotnego pogorszenia dostępu do świadczeń. Natomiast obawy pacjentów przed zgłaszaniem się do ośrodków, które równolegle zajmują się leczeniem chorych na COVID-19, mogą wywrzeć niekorzystny wpływ na rozpoznanie i leczenie wielu chorób.

Jak podkreśla, wczesna diagnoza i wykrycie nowotworu prostaty w początkowym stadium, kiedy obejmuje on tylko gruczoł krokowy, daje dużą szansę na całkowite wyleczenie. Co istotne, stwarza też możliwość zastosowania u pacjenta nowoczesnych i mniej inwazyjnych metod leczenia.

– Nie ma najmniejszej wątpliwości, że wirus SARS-CoV-2 może zabić, a rak zabije na pewno, jeżeli nie będziemy chorych szybko diagnozować i odpowiednio leczyć – podkreśla prof. dr hab. n. med. Piotr Chłosta.

Leczenie raka prostaty opiera się głównie na dwóch metodach: radioterapii, która niszczy komórki rakowe, albo chirurgicznym wycięciu nowotworu. W tym drugim przypadku niemal powszechna jest już prostatektomia laparoskopowa, a od niedawna również nowoczesne i mało inwazyjne zabiegi z wykorzystaniem robotów chirurgicznych.

Prezes PTU ocenia, że w Polsce jakość świadczeń i dostęp do najnowocześniejszych metod leczenia systematycznie się poprawia. Obok precyzyjnych zabiegów chirurgicznych, pacjenci w ramach programów lekowych mają też dostęp – choć jeszcze nie w pełni refundowany – do nowoczesnego leczenia hormonalnego.

– Nie jesteśmy pozbawieni najnowocześniejszych metod postępowania z rakiem gruczołu krokowego w różnych stopniach zaawansowania. W wyniku wdrożenia nowych technik – zarówno operacyjnych, diagnostycznych, jak i nowego sposobu leczenia systemowego – jesteśmy w stanie u tych chorych, u których choroba ma charakter zaawansowany i przerzutowy, opóźnić czas do wystąpienia progresji i przerzutów odległych nawet o kilkadziesiąt miesięcy – mówi prof. Piotr Chłosta.

Leki nowej generacji dają bardzo dobre rezultaty w leczeniu nowotworu prostaty. Blokują syntezę androgenów (np. testosteronu) w organizmie pacjenta, dzięki czemu nowotwór się nie rozwija. Takie leki podane jeszcze przed chemioterapią wydłużają życie chorych, nie osłabiają organizmu i nie wywołują długiej listy skutków ubocznych. Młodszym pacjentom w wielu przypadkach umożliwiają powrót do normalnego funkcjonowania.

– W naszym stowarzyszeniu znane są przypadki panów, którzy już praktycznie byli na wózkach, a enzalutamid pozwolił im nie tylko z nich wstać i wrócić do pracy, ale nawet dojeżdżać do tej pracy na rowerze. Zamiast więc obciążać państwo kosztami rent i zwolnień lekarskich, mogą oni korzystać z życia, pracować i wytwarzać PKB – mówi Bogusław Olawski, przewodniczący Sekcji Prostaty Stowarzyszenia UroConti.

– Leczenie raka prostaty polega na usuwaniu androgenów, czyli hormonów męskich, które stanowią pokarm dla nowotworu. Możemy to robić w różny sposób: zaczynając od zmniejszenia stężenia androgenów w organizmie pacjenta, przez kastrację mechaniczną lub chemiczną. W tym przypadku podajemy pacjentowi produkty lecznicze, które powodują, że androgeny są wytwarzane w małej ilości. Ale rak prostaty może zacząć sam dla siebie produkować androgeny. Wprowadzenie leku takiego jak enzalutamid na wczesnym etapie powoduje, że receptory nie mogą przyjąć androgenu, który rak sam wyprodukuje, nie mogą się uaktywnić, przemieścić do jądra komórkowego ani łączyć się z DNA z jądra komórkowego – tłumaczy dr Leszek Borkowski.

Jak podkreśla, trójstopniowe działanie enzalutamidu jest ewidentnym wskazaniem do jego wcześniejszego zastosowania w leczeniu prostaty. W Polsce jednak dużym problemem wciąż pozostają ograniczenia programu lekowego. W tej chwili nowoczesne leki antyandrogenowe – takie jak enzalutamid, apalutamid czy darolutamid – można zastosować tylko u tych pacjentów, u których rak prostaty dał już przerzuty. Pozostali chorzy, nawet z zaawansowaną postacią nowotworu, są skazani na czekanie, aż te się pojawią. Dopiero wtedy można wdrożyć u nich nowoczesne leczenie hormonalne.

– To niedorzeczne. Większość z nas przez lata płaciła składki właśnie po to, by teraz korzystać z osiągnięć nowoczesnej medycyny. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc powinniśmy mieć takie same prawa, jak nasi koledzy z zagranicy. Oni mają dostęp do leczenia na każdym etapie choroby, także tym wczesnym. My musimy czekać, aż nam się pogorszy – wskazuje Bogusław Olawski.

– To powoduje, że słabnie możliwość walki z rakiem, staje się ona o wiele trudniejsza. Sytuacja, w której pacjenci chorujący na raka prostaty muszą czekać, żeby im się pogorszyło, jest zaprzeczeniem aktualnej wiedzy. Jeżeli możemy pobić raka wcześniej, to trzeba to zrobić zanim urośnie w siłę – mówi dr Leszek Borkowski.

Otwarcie sklepów i galerii handlowych pozwoli gospodarce złapać oddech. Gastronomia i turystyka muszą czekać na szczepionkę

Według GUS w październiku sprzedaż detaliczna w cenach stałych spadła o 2,3 proc. w ujęciu rocznym, do czego przyczyniło się głównie pogorszenie nastrojów konsumentów i ograniczanie przez nich wydatków. Konsumpcję tradycyjnie napędzi okres przedświąteczny, na co niewątpliwie wpłynie ponowne otwarcie sektora handlu. Trudno jednak prognozować, czy zanotuje taki wzrost jak zwykle w grudniu. Z przedświątecznej gorączki nie skorzystają w takim stopniu gastronomia i hotele. – Pełne odmrożenie w tych sektorach nastąpi prawdopodobnie pod wpływem szczepionki – ocenia Piotr Arak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

W minioną sobotę rząd przedstawił plan obostrzeń na nadchodzące tygodnie. Zakłada on, że od 28 listopada zostaną ponownie otwarte, przy zachowaniu najwyższych reżimów sanitarnych, galerie handlowe, sklepy meblowe i cały sektor handlu. Pozostałe restrykcje, w tym m.in. zamknięcie hoteli i gastronomii oraz nauka zdalna w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych, zostają jednak na razie utrzymane do 27 grudnia.

– Otwarcie sklepów i galerii jest na pewno oczekiwane przez konsumentów. Ten okres zawsze jest najgorętszy w roku pod względem konsumpcji. Nie oznacza to jednak, że stopa konsumpcji będzie dużo wyższa od ubiegłorocznej. Będziemy też kupować trochę inne produkty ze względu na fakt, że koszyk zakupowy się zmienił. Miejsce w nim znalazły nowe usługi i prezenty związane w jakiś sposób z pandemią, zdrowiem, natomiast w mniejszym stopniu będą związane z podróżami i turystyką – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Według GUS w październiku sprzedaż detaliczna w cenach stałych spadła o 2,3 proc. w ujęciu rocznym, natomiast w ujęciu miesięcznym odnotowano wzrost o 2,1 proc. Największy spadek w porównaniu z analogicznym okresem rok temu odnotowały podmioty sprzedające paliwa stałe, ciekłe i gazowe (o 13,4 proc.). Sprzedaż detaliczna spadła również w segmencie tekstyliów, odzieży i obuwia (o 9,7 proc.), pojazdów samochodowych, motocykli i części (o 8 proc.), prasy, książek (o 3,7 proc.) oraz żywności, napojów i wyrobów tytoniowych (o 2 proc.). Wysokie tempo wzrostu sprzedaży w październiku odnotowały natomiast meble, RTV i AGD (o 11,9 proc. r/r).

Zdaniem ekonomistów do październikowego spadku sprzedaży detalicznej przyczyniły się głównie pogorszenie nastrojów konsumentów i ograniczanie wydatków. Według badania Krajowego Rejestru Długów z połowy listopada wydatki w pandemii ograniczyło aż 61 proc. Polaków. PIE zwraca uwagę, że liczba zapytań do Google sugeruje zdecydowanie niższe niż rok temu zainteresowanie ofertami wyprzedażowymi w Black Friday. W ocenie ekonomistów w listopadowych danych widoczne będą dalsze spadki sprzedaży, zbliżone do poziomów z maja br., głównie ze względu na zamknięcie galerii handlowych w tym miesiącu. Jednak ich ponowne otwarcie od 28 listopada powinno już poprawić wskaźnik konsumpcji indywidualnej w końcówce tego roku, czyli sprzedaż detaliczna też będzie miała wyższy odczyt.

– Czy on będzie pozytywny w stosunku do ubiegłego roku i będziemy mieć wzrost konsumpcji w końcówce grudnia? Trudno to ocenić, bo operujemy na danych kwartalnych. Można się jednak spodziewać, że dzięki temu, że mamy tylko soft lockdown, punktowe obostrzenia dotyczące poruszania się i otwarcie części sklepów w końcówce roku, spadek PKB w IV kwartale będzie niższy, a kondycja polskiej gospodarki będzie dużo lepsza. Czyli nie będziemy mieć recesji na poziomie -8 proc., a raczej -3, -4 proc. Ministerstwo Finansów prognozuje -4,6 proc. Jeżeli konsumpcja będzie realizowana przez obywateli, a wszystko na to wskazuje, ta prognoza będzie zbyt konserwatywna w porównaniu z tym, czego spodziewa się rynek – ocenia Piotr Arak.

W gorszej sytuacji niż handel wciąż znajdują się m.in. gastronomia i turystyka. Z badań PIE wynika, że pandemia COVID-19 wpłynęła na zwyczaje konsumenckie Polaków w jeszcze większym stopniu niż na ich sytuację finansową. W czasie kilkumiesięcznego odmrożenia gospodarki 80 proc. badanych zadeklarowało, że rzadziej niż przed pandemią bierze udział w wydarzeniach kulturalnych i rozrywkowych. Z basenów, siłowni i klubów fitness rzadziej korzystało 70 proc., a z restauracji, pubów i barów – 68 proc. Ponad połowa (58 proc.) Polaków rzadziej robiła też zakupy w supermarketach i galeriach handlowych.

– W przypadku gastronomii grudzień będzie jednak okresem, w którym bardzo wielu konsumentów będzie robić zakupy przez internet albo zamawiać w punktach gastronomicznych żywność, która później znajdzie się na stołach podczas spotkań z najbliższymi. Natomiast trzeba się spodziewać, że spadki w gastronomii i całej branży HoReCa będziemy notowali jeszcze przez najbliższych kilka miesięcy, do czasu, kiedy będziemy mieć szczepionkę na koronawirusa – prognozuje dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak podkreśla, na całym świecie gastronomia i branża HoReCa – podobnie jak lotnictwo – okazały się najbardziej podatne na negatywne skutki COVID-19. W Polsce, jak pokazują przytaczane przez BIK dane Bisnode Polska, jeszcze na początku roku działało około 70 tys. placówek gastronomicznych stałych i sezonowych. W ciągu dziewięciu miesięcy działalność zawiesiło 4,3 tys. podmiotów. Kolejnym sektorem poszkodowanym przez lockdown jest też turystyka. Światowa Organizacja Turystyki szacuje, że liczba podróży turystycznych w tym roku spadnie na świecie o ok. 70 proc.

– Z nieznanych do końca powodów turystyka liczyła, że pandemia koronawirusa skończy się do ferii zimowych. Już wiemy, że się nie skończy. Trudno przez to oczekiwać, że ludzie będą tak samo jak wcześniej podróżować i spędzać czas wolny. Musimy poczekać do momentu, w którym zaszczepimy dużą część społeczeństwa, i dopiero potem będziemy w stanie podróżować, konsumować, pójść do restauracji, tak jak to było kiedyś – mówi Piotr Arak

Pandemia zwiększy innowacyjność województw. Liderem pozostaje Mazowsze, ale pozostałe ośrodki szybko zmniejszają dystans

Mazowsze, Małopolska, Dolny Śląsk i Pomorze – to liderzy innowacyjności regionów w Polsce. Wpływają na to wysokie uprzemysłowienie lokalnych gospodarek i ośrodki akademickie, które razem z firmami prowadzą działalność badawczo-rozwojową. Mniejsze miasta systematycznie zmniejszają jednak dystans do liderów, a postęp technologiczny po kryzysie będzie jeszcze bardziej dynamiczny. – Firmy i gospodarki chcące utrzymać konkurencyjność międzynarodową powinny inwestować w automatyzację – podkreśla Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, współautor raportu „Indeks Millennium 2020  Potencjał innowacyjności regionów”.

– Pandemia wpłynęła na innowacyjność województw, firm i całej gospodarki, ponieważ nastąpiła zmiana nawyków konsumentów i postaw przedsiębiorców, również w obszarze innowacyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski. – Trudno jest ocenić, jaki to był wpływ, ponieważ nie ma dostępnych danych pokazujących działalność innowacyjną w okresie pandemii. Zgodnie z indeksem, który przygotowaliśmy w Banku Millennium, widzimy, że proces innowacyjności ma charakter dynamiczny, a firmy i województwa są bardzo aktywne w tym obszarze. Pandemia powinna przyspieszyć innowacyjność, wydatki na digitalizację i automatyzację, ponieważ ten kierunek pozwala zminimalizować jej skutki.

Piąta edycja „Indeksu Millennium 2020 – Potencjału innowacyjności regionów”, przygotowana na podstawie ostatnich dostępnych danych GUS, pokazuje, że w dalszym ciągu na czele rankingu znajdują się województwa: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie i pomorskie – duże ośrodki gospodarcze i akademickie. W ciągu ostatniego roku zmiany w rankingu były minimalne, najczęściej obejmowały zmianę o jedno miejsce w górę lub w dół. W tegorocznej edycji badania awansowały województwa wielkopolskie, łódzkie, śląskie, świętokrzyskie i opolskie, natomiast spadły trzy województwa, a najsilniej – o trzy lokaty – lubelskie.

„Indeks Millennium” pokazuje trendy w innowacyjności regionów i gospodarki jako całości. Obejmuje zarówno czynniki, które dotyczą nakładów na działalność innowacyjną, czyli potencjał i kapitał ludzki, na co składają się liczba studentów i absolwentów, wydajność, nakłady na badania i rozwój, jak również efekty tych nakładów, czyli wydajność pracy, stopa wartości dodanej i patenty.

– Czynnikiem, który najczęściej odpowiada za zmiany w rankingu, w tym również za awans regionów, jest działalność badawczo-rozwojowa, czyli wydatki na badania i rozwój oraz liczba uzyskanych patentów – wyjaśnia ekspert. – Są to najbardziej dynamiczne zmienne w naszym rankingu, bo większość pozostałych, takich jak aktywność, potencjał akademicki czy wydajność pracy, są to procesy długoterminowe i podlegają mniejszej zmienności w poszczególnych latach.

Jak podkreśla główny ekonomista Banku Millennium, a zarazem jeden z autorów raportu, na poziom i potencjał innowacyjności regionów wpływa również szereg innych czynników nieuwzględnionych w indeksie, takich jak kultura innowacyjności czy też zaufanie i współpraca pomiędzy poszczególnymi podmiotami życia społeczno-gospodarczego.

– Te wątki staramy się uwzględnić w analizie jakościowej, bo nie wszystkie czynniki da się sparametryzować. To są elementy szczególnie ważne w przypadku małych ośrodków gospodarczych i naukowych, w mniejszych regionach, które w ten sposób mogą poprawić efektywność ponoszonych nakładów na innowacyjność – mówi Grzegorz Maliszewski. – W czasach pandemii współpraca i zaufanie poszczególnych podmiotów uczestniczących w procesie innowacyjności, czyli biznesu, akademii, władz centralnych i samorządowych, mogą pobudzić innowacyjność w warunkach kryzysu, kiedy nastroje są słabsze, a sytuacja finansowa firm gorsza.

Na dole rankingu Banku Millennium znajdują się województwa najmniejsze gospodarczo i akademicko – lubuskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie, które są niewielkimi ośrodkami akademickimi i biznesowymi, mało uprzemysłowionymi, i którym w związku z tym jest trudniej wygospodarować duży zasób środków potrzebnych na działalność innowacyjną. Główny ekonomista Banku Millennium zwraca jednak uwagę na fakt, że według tegorocznej edycji badania nastąpiło zmniejszenie dystansu województw do lidera, czyli województwa mazowieckiego. To może wskazywać, że mniejsze ośrodki akademickie są bardziej aktywne innowacyjnie i stopniowo nadrabiają dystans.

– Powinniśmy się spodziewać przyspieszenia innowacyjności. Kryzys wywołany pandemią pokazał, że firmy, które mają rozbudowany obszar digitalizacji i robotyzacji, mogą łagodniej przejść przez kryzys. Dlatego też, pomimo dużej niepewności w gospodarce, firmy i regiony powinny pamiętać o długoterminowych trendach związanych z digitalizacją, automatyzacją i postępem technologicznym – wskazuje.

Trwają prace nad uregulowaniem pracy zdalnej. Propozycje rządu mogą zniechęcić pracodawców zbyt dużą liczbą formalności

Rząd zapowiedział, że kwestie dotyczące pracy zdalnej zostaną wpisane do Kodeksu pracy. Takie rozwiązania popiera 85 proc. pracowników badanych przez Gumtree.pl. Problem w tym, że w dużej mierze przedstawione propozycje opierają się na dotychczasowych uregulowaniach dotyczących telepracy. – Są to zapisy zdecydowanie przeregulowane, wprowadzające dużo formalności, które zniechęcają pracodawców do tego, aby skorzystać z pracy zdalnej – ocenia radca prawny Wojciech Bigaj. Propozycje są teraz konsultowane ze stroną społeczną. Wśród nich znalazły się m.in. potrzebne zapisy dotyczące kosztów pracy zdalnej, czyli określenie, jakie wydatki powinien ponosić pracownik, a jakie pracodawca. 

Zgodnie z Kodeksem pracy telepraca to praca wykonywana regularnie poza zakładem pracy, z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej. Przepisy zawierają wytyczne dotyczące m.in. obowiązków pracodawcy i pracownika, kwestii udostępniania środków pracy oraz warunków świadczenia telepracy. Szczegółowe warunki – zgodnie z kodeksem – powinny być określane w układzie zbiorowym pracy lub regulaminie, a zlecenie telepracy powinno opierać się na zgodzie obu zainteresowanych stron. Praca zdalna – rozumiana jako bardziej elastyczna forma telepracy – do tej pory nie była uregulowana prawnie.

Telepraca jest pewną odmianą pracy zdalnej i być może z tego powodu rząd wpisał do nowego projektu [Kodeksu pracy – red.] bardzo wiele rozwiązań funkcjonujących dotychczas w odniesieniu do telepracy. Nie jest to korzystne, bo wiele tych przepisów było bardzo sformalizowanych, co powodowało, że w praktyce zasięg telepracy nie był znaczny. Pracodawcy bali się uzgadniania regulaminów, zawierania porozumień ze związkami zawodowymi oraz tego, że nie sprostają tak dużym wymogom formalnym – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Bigaj, partner w Kancelarii Baran Książek Bigaj.

Zgodnie z propozycjami przepisów charakter pracy zdalnej będzie miało wykonywanie pracy całkowicie lub częściowo poza siedzibą pracodawcy lub poza stałym miejscem świadczenia pracy określonym w umowie o pracę lub wskazanym przez pracodawcę, w szczególności z wykorzystaniem środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Gumtree.pl, 85 proc. pracowników uważa, że praca zdalna powinna być uregulowana nie tylko w treści umów, ale i w Kodeksie pracy. Wskazują oni, że doprecyzowania wymagają aspekty takie jak sposób rozliczania pracy zdalnej (69 proc.), jej wymiar godzinowy (66 proc.), ustalenie zasad korzystania ze służbowego sprzętu (59 proc.), a także wymóg uregulowania pracy zdalnej w umowie (55 proc.).

– Kodeks pracy jest ustawą o specyficznym charakterze. Zazwyczaj formę kodeksu przyjmują te akty prawne, które w sposób kompleksowy regulują pewne zagadnienia. Natomiast z racji tego, że prawo pracy może być regulowane również w inny sposób, poprzez zwykłe ustawy, nie jest to wymogiem niezbędnym, ale wydaje się uzasadnione – wyjaśnia partner w Kancelarii Baran Książek Bigaj.

Tym bardziej że wiele firm – mimo kilku miesięcy funkcjonowania w nowych warunkach – wciąż nie sformalizowało kwestii pracy zdalnej, nie znalazła ona odzwierciedlenia np. w postaci aneksów do umów. Podczas jesiennej fali badania Gumtree.pl tylko czterech na dziesięciu pracowników umysłowych deklarowało, że możliwość pracy poza biurem jest w ich firmie uregulowana na piśmie, podobny odsetek wskazał na uregulowanie ustne.

To może świadczyć o tym, że pracodawcy czekają na wprowadzenie tych kwestii do Kodeksu pracy. Chociaż możliwość sformalizowania zasad mają od czerwca, kiedy zostały przyjęte przepisy tarczy 4.0.

Dotąd bardzo często pracodawcy na własną rękę w regulaminach pracy wprowadzali rozwiązanie, które polegało na tym, że pracownik np. po powrocie z podróży służbowej w późnych godzinach mógł następnego dnia pracować zdalnie. Nowa ustawa umożliwi złożenie takiego wniosku nie tylko w określonej sytuacji, ale też w razie każdej potrzeby wynikającej ze spraw osobistych. Projekt ustawy nie wskazuje i nie ogranicza przypadków, kiedy praca zdalna mogłaby być wykonywana. Jest to rozwiązanie zdecydowanie lepsze niż ograniczenie pracy zdalnej tylko do regularnego wykonywania telepracy – wyjaśnia radca prawny.

Jak podkreśla, po doświadczeniach z okresu pandemii można przyjąć, że w zasadzie każda praca biurowa, która jest możliwa do świadczenia za pomocą telefonu, komputera itp., powinna być dostępna dla pracowników w formie zdalnej.

W obecnej sytuacji, kiedy nie widać końca pandemii koronawirusa, czy też w przyszłości, jeśli pojawią się inne wirusy, a nawet zwykła grypa, jest to rozwiązanie zdecydowanie pożądane – podkreśla Wojciech Bigaj.

Jego zdaniem proponowane zapisy wprowadzają jednak dużo formalności, co może zniechęcać pracodawców. Praca zdalna wymaga zawarcia porozumień najpierw ze związkami zawodowymi, a później z pracownikiem, czyli znów pojawia się bariera w postaci zbyt wielu regulacji.

Praca zdalna miała być rozwiązaniem, które uelastyczni zatrudnianie pracowników, a tego warunku nowe przepisy nie spełniają. Jednak nowością, o którą apelowali praktycy, są uregulowania dotyczące kosztów ponoszonych przez pracownika w związku ze świadczeniem telepracy, najczęściej we własnym mieszkaniu lub domu. W odniesieniu do telepracy nie było tych regulacji i powstawały wątpliwości, jak ma wyglądać podział kosztów i czy w ogóle pracownikowi należy się ich zwrot. Rozwiązanie, które zostało właśnie zaproponowane, to krok w dobrym kierunku – ocenia partner w Kancelarii Baran Książek Bigaj.

Według nowych rozwiązań pracodawca będzie zobowiązany zapewnić pracownikowi odpowiednie i bezpieczne narzędzia do wykonywania pracy. Strony mogą porozumieć się co do korzystania przez pracownika z własnego sprzętu lub materiałów. W takim przypadku będzie mu przysługiwał ekwiwalent pieniężny, uwzględniający stopień zużycia sprzętu czy materiałów, ich ceny rynkowe czy ilość zużytego materiału.

Przełom w poszukiwaniu śladów życia pozaziemskiego. Nowa kamera umieszczona na teleskopie na Hawajach pozwoli bezpośrednio zobrazować egzoplanety

Do tej pory odkryto ponad 4,3 tys. egzoplanet – takich, które krążą wokół innych gwiazd niż Słońce. Tylko nieliczne z nich można zobaczyć. Od ponad dekady naukowcy próbują bezpośrednio zobrazować egzoplanety, ale atmosfera ziemska stanowi dużą przeszkodę dla naziemnych teleskopów. Teraz zespół naukowców i badaczy z UC Santa Barbara opracował nową kamerę do polowania na egzoplanety. Urządzenie wykorzystuje mikrofalowe detektory kinetycznej indukcyjności i pozwoli bezpośrednio obrazować egzoplanety. Tym samym pomoże w poszukiwaniu śladów życia na innych planetach.

Od czasu pierwszego potwierdzenia istnienia egzoplanety krążącej wokół gwiazdy podobnej do Słońca w 1995 roku i przy zaledwie niewielkiej próbce przebadanej dotychczas galaktyki Drogi Mlecznej odkryto już ponad 4,3 tys. egzoplanet. Erę polowań na planety zapoczątkował Kosmiczny  Teleskop Keplera, który mógł uchwycić niewielkie spadki ilości światła pochodzącego od pojedynczych gwiazd, spowodowane przez planety przecinające się przed nimi (metodą tranzytu). Po wykryciu rozmiar orbity planety można obliczyć na podstawie tego, jak długo musi ona okrążyć gwiazdę, i masy gwiazdy. Kosmiczny Teleskop Hubble’a, dzięki technice spektroskopii tranzytowej, może zbadać skład atmosfer egzoplanet.

Przyszłością jest jednak bezpośrednie obrazowanie, które pozwoli dokładnie wykazać cechy powierzchni egzoplanet. Tak powstał np. film przedstawiający cztery egzoplanety na orbicie wokół gwiazdy HR 8799, stworzony przez astronomów na podstawie zdjęć z Obserwatorium Kecka na Hawajach. Następna generacja teleskopów kosmicznych miałaby wykonywać bezpośrednie zdjęcia egzoplanet przy użyciu nowych technologii: koronografu i cienia gwiazd.

Teraz zespół naukowców i inżynierów, w tym badacze z UC Santa Barbara, opracował nową kamerę do polowania na egzoplanety – MKID Exoplanet Camera (MEC). Umieszczona w Subaru Telescope na wulkanie Mauna Kea na Hawajach to największa na świecie kamera nadprzewodząca pod względem liczby pikseli. W przyszłości może to utorować drogę do bezpośredniego obrazowania planet pozasłonecznych.

– Bardzo skomplikowane adaptacyjne systemy optyczne pozwalają nam odkrywać planety takie jak te z HR 8799, który jest układem z czterema planetami krążącymi wokół masy Jowisza – wskazuje prof. Ben Mazin z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara. – Odkryliśmy, że samo użycie optyki adaptacyjnej pozwoli nam znaleźć część planet, które wciąż świecą ciepłem swojego formowania. One nie są tak powszechne w naszym gwiezdnym sąsiedztwie.

Zaawansowane detektory wykorzystują koronograf, który blokuje część światła z gwiazdy macierzystej. W ten sposób naukowcy mogą lepiej rozróżnić światło odbijające się od samej planety. To istotne zwłaszcza w przypadku obrazowania pobliskich systemów, jednak uzyskanie najlepszej wydajności z takiej konfiguracji wymaga wyjątkowo dobrej optyki adaptacyjnej.

– Obecnie wykorzystywane instrumenty natrafiają na ścianę – twierdzi prof. Ben Mazin. – Mogą blokować światło gwiazdy około milion razy, ale problem polega na tym, że większość planet jest prawie miliard razy słabsza niż ich gwiazda macierzysta.

Skonstruowana przez naukowców kamera MKID wykorzystuje mikrofalowe detektory indukcji kinetycznej (MKID) i umożliwi bezpośrednie zobrazowanie egzoplanet i dysków wokół jasnych gwiazd. Detektor działa z energią 90 milikelwinów i jest pierwszą zainstalowaną na stałe kamerą nadprzewodzącą, która działa w widmie optycznym i bliskiej podczerwieni.

– W obrazowaniu egzoplanet próbujemy uchwycić planety, które są miliony razy słabsze od ich gwiazd macierzystych – wskazuje Sarah Steiger, doktorantka Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, która pracowała nad detektorem MKID. – To mniej więcej tak, jakbyśmy z samolotu próbowali dojrzeć świetlika obok w pełni oświetlonego stadionu piłkarskiego. Robić to z ziemi jest jeszcze trudniej, bo musimy patrzeć przez burzliwą atmosferę Ziemi, która zniekształca obrazy.

Nowa kamera może być przełomem w poszukiwaniu śladów życia na egzoplanetach. Według nowych badań wykorzystujących dane z Kosmicznego Teleskopu  Keplera około połowa gwiazd o podobnej temperaturze do Słońca może mieć skalistą planetę zdolną do utrzymywania wody w stanie ciekłym na jej powierzchni. Kamera MKID rozszerza zakres egzoplanet, które astronomowie mogą bezpośrednio zobrazować.

– Nie będziemy w stanie znaleźć dowodów życia, wykorzystując obecne teleskopy, ponieważ są po prostu trochę za małe – podkreśla Olivier Guyon, prof. nadzw. w Instytucie Nauk Optycznych na Uniwersytecie Arizony oraz naukowiec pracujący nad projektem Subaru Telescope. – Przygotowujemy się jednak do następnego dużego kroku, jakim jest rozmieszczenie kamer obrazujących egzoplanety na większych teleskopach, takich jak Teleskop TMT. Kiedy te teleskopy zaczną działać online, te same technologie, ten sam aparat, te same sztuczki pozwolą nam faktycznie szukać życia pozaziemskiego.

Teleskop Thirty Meter Telescope (TMT) ma rozpocząć swoją pracę w 2027 roku. Powstaje także na Hawajach.

Sztuczna inteligencja napędza rozwój pojazdów. Hulajnogi same odnajdą miejsce ładowania, a samochody dopasują się do upodobań kierowcy

Hulajnogi elektryczne dzięki sztucznej inteligencji nie tylko odnajdą miejsce parkowania, lecz także zoptymalizują proces ładowania baterii. Rozwiązania z zakresu SI coraz mocniej zmieniają też oblicze motoryzacji, zarówno w zakresie autonomii pojazdów, jak również ich dostosowywania się do preferencji użytkowników. Rynek sztucznej inteligencji w branży motoryzacyjnej w najbliższych latach zwiększy swoją wartość aż dwunastokrotnie.

– Sztuczna inteligencja coraz częściej gości na pokładzie mobilnych pojazdów. Niedawno firma Segway wprowadziła w hulajnodze pierwszy system zdalnego naprowadzania, tak aby mogła ona wrócić na swoje miejsce parkowania – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Strągowski, prezes MorAmp.

Elementy sztucznej inteligencji coraz chętniej są wykorzystywane w mikromobilnych pojazdach. Nad inteligentną hulajnogą pracuje m.in. firma MorAmp. Urządzenie będzie można połączyć z aplikacją mobilną, dzięki czemu łatwiej będzie przewidzieć zbliżającą się awarię. Firma dostarcza też inteligentne jednostki komunikacyjne, sterowniki silników i systemy zarządzania bateriami przeznaczone do pojazdów mikromobilnych. Urządzenia te umożliwiają zdalne zarządzanie pojazdami oraz wdrażanie w nich rozwiązań inteligentnych.

– Głównymi składnikami pojazdów elektromobilnych, zwłaszcza tych małych, jest na pewno sterownik silnika oraz sterownik baterii, który dba o nasze bezpieczeństwo przy jej ładowaniu. Coraz częściej na ich pokładzie znajdują się systemy, które dbają o aspekty zarządzania całym pojazdem, czyli finalnym user experience, komunikacją z telefonami komórkowymi, z serwerami typu cloud, które są głównie po to, żeby nam powiedzieć, kiedy dany pojazd może się zepsuć, a kiedy np. pewnego rodzaju akcje dotyczące jego serwisowania są potrzebne – wymienia Marcin Strągowski.

Sztuczna inteligencja pełni coraz większą rolę również w samochodach. Kluczowe znaczenie ma wprawdzie w procesie opracowywania i wdrażania pojazdów autonomicznych, jednak jej rola nie ogranicza się tylko do tego. Już dziś bardzo popularne są systemy poprawiające bezpieczeństwo podróży, jak np. asystent pasa ruchu czy inteligentny tempomat. Rośnie jednak też zainteresowanie wykorzystaniem SI do zwiększania komfortu podróży.

– Coraz częściej będziemy obserwować sztuczną inteligencję, która będzie dopasowywać pojazd do wymagań człowieka, czyli zarządzać całym humanocentryzmem produktu. Każdy z nas ma inne przyzwyczajenia chociażby co do samego stylu jazdy. W samochodach są to też rzeczy związane z klimatyzacją. Systemy sztucznej inteligencji będą wykonywały coraz większą liczbę funkcji, a nie tylko zarządzanie tym, gdzie pojazd powinien pojechać – przewiduje prezes MorAmp.

Hyundai Motor Group i NVIDIA zapowiedziały, że od 2022 roku wszystkie modele aut Hyundai, Kia i Genesis będą standardowo wyposażone w oparty na sztucznej inteligencji system multimedialny NVIDIA DRIVE. Ma się na niego składać system informacyjno-rozrywkowy (IVI) oraz system operacyjny połączonego samochodu (ccOS), który skomunikuje dużą ilość danych generowanych przez pojazd i jego sieć czujników z zewnętrznymi centrami danych. System będzie mógł być w nieograniczony sposób aktualizowany, dzięki czemu będzie dało się go rozbudowywać o nowe funkcje.

– Dodatkowe funkcje, jakie mogą płynąć z posiadania sztucznej inteligencji na pokładzie pojazdu, mogą również cechować się tym, że powinien on umieć też zadbać o samego siebie. Przede wszystkim chodzi tu oczywiście o kwestie zarządzania ładowaniem, dostosowaniem chociażby ładowania do cyklu życia użytkownika. Pojazd musi coraz bardziej brać pod uwagę to, jak my żyjemy, a nie na odwrót. To nie my powinniśmy się dostosowywać do produktu, ale produkt do nas – podkreśla Marcin Strągowski.

Według analityków z Global Market Insights rynek rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji w branży motoryzacyjnej osiągnie do 2026 roku wartość 12 mld dol. W 2019 roku jego wycena sięgała miliarda dolarów. Średnioroczne tempo wzrostu osiągnie 35 proc.

Senat ratuje przedsiębiorców. Spółki komandytowe nie będą objęte podatkiem CIT?

Senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych zarekomendowała usunięcie z ustawy wszystkich przepisów wprowadzających opodatkowanie CIT-em spółek komandytowych.

Przedsiębiorcy wielokrotnie podkreślali, że spółki komandytowe nie służą do unikania płacenia podatku. Są w większości przypadków powoływane przez polskich przedsiębiorców prowadzących opodatkowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nadanie im statusu podatnika CIT oparte jest na błędnych założeniach, co do istoty spółki komandytowej oraz na błędnych wnioskach z przeprowadzonych analiz dotyczących przyczyn rosnącej ich popularności.

Powołanie spółki komandytowej jest zwykle naturalnym etapem rozwoju biznesu w szczególności jego sukcesji na rzecz najbliższych i nie prowadzi do zmniejszenia obciążeń podatkowych w porównaniu do jednoosobowej działalności gospodarczej. Wskazywanie chęci osiągnięcia jakiejkolwiek optymalizacji podatkowej jest więc nieprawdziwe i nieuzasadnione. Stanowi wyraz nadmiernego fiskalizmu realizowanego bez poszanowania zasady przewidywalności prawa i interesów w toku.

Nakładanie dodatkowych obciążeń na firmy tuż przed zakończeniem roku podatkowego, w okresie największego kryzysu gospodarczego od 30 lat, kiedy wiele z nich walczy o przetrwanie i utrzymanie miejsc pracy jest działaniem na szkodę gospodarki i polskich przedsiębiorców.

– Wyłączenie z ustawy przepisów wprowadzających podwójne opodatkowanie spółek komandytowych to dobra decyzja senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Ważne, aby została przyjęta przez całą Izbę. Następnie los 40 tys. polskich firm rodzinnych będzie w rękach posłów, którzy jeżeli odrzucą poprawkę Senatu, nałożą na przedsiębiorców nowy podatek – komentuje Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Jeżeli tak się stanie ustawa naruszy wyrażoną w Konstytucji zasadę demokratycznego państwa prawnego polegającą na ochronie zaufania obywatela do państwa i stanowionego prawa. Trybunał Konstytucyjny powołując się na tę zasadę wielokrotnie wskazywał, że ustawy nakładające na podatników nowe obciążenia i obowiązki powinny być ogłaszane w Dzienniku Ustaw najpóźniej 30 listopada roku poprzedzającego rok, w którym zaczną obowiązywać. Na ten moment nie wiadomo, czy Sejm zdąży w ostatnim dniu terminu rozpatrzyć uchwałę Senatu, a prezydent podpisać ustawę w kilka godzin.

Ponadto zgodnie z orzecznictwem TK zmiany dotyczące podatków rozliczanych w okresach rocznych, a takim jest podatek dochodowy od osób prawnych, nie powinny wchodzić w życie w trakcie roku podatkowego. Natomiast przepisy nakładające podatek CIT na spółki komandytowe miałyby zacząć obowiązywać od 1 maja 2021 r. dla podatników, którzy nie zdążą przygotować się do nowego reżimu opodatkowania z 1 stycznia 2021 r. Jest to celowy zabieg ustawodawcy, który ze względu na zbyt krótkie miesięczne vacatio legis, wymusza na podatnikach „wybór” późniejszego terminu przyjęcia nowych zasad opodatkowania.

Z bezrobociem nie będzie tak źle, ale zagrożone branże mogą zwalniać pracowników

Według dzisiejszych danych GUS stopa bezrobocia w październiku br. pozostała na tym samym poziomie co we wcześniejszych miesiącach i wynosiła 6,1%.

Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy wyniosła 1018,4 tys. osób, co oznacza niewielki spadek w stosunku do września br., kiedy liczba osób bez pracy osiągnęła 1023,7 tys. osób. Wydaje się więc, że sytuacja na rynku pracy była w miarę stabilna, a prognozy dotyczące wzrostu bezrobocia do poziomu dwucyfrowego, czy nawet zakładane przez rząd osiągnięcie 7,4%, są przesadzone.

Powyższe dane obrazują sytuację sprzed blisko miesiąca, kiedy jeszcze obostrzenia, związane z drugą fala pandemii COVID-19, nie ograniczały tak bardzo prowadzenia działalności gospodarczej. Październik był stosunkowo dobrym miesiącem dla gospodarki. Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 1% w porównaniu z ubiegłym rokiem i o 3,7% wobec września br. Z danych Polskiego Forum HR, dotyczących zapotrzebowania na pracę, wynika, że trzeci kwartał tego roku przyniósł wyraźne ożywienie na rynku pracy. Popyt na usługi HR, w szczególności na pracę tymczasową i rekrutację stałą, wzrósł znacznie w porównaniu do wcześniejszego kwartału. To oznacza, że firmy wykorzystały okazję do odrabiania strat z wiosny tego roku, a tym samym utrzymanie (a w niektórych przypadkach nawet zwiększenie) zapotrzebowania na pracę.

Jednocześnie w październiku obserwowaliśmy już pogorszenie nastrojów kupujących w związku z trudną sytuacją epidemiczną i przygotowaniami do zapowiadanego drugiego lockdownu. To spowodowało spadek sprzedaży detalicznej – zmniejszyło się zapotrzebowanie na dobra inne niż pierwszej potrzeby, natomiast tendencja do gromadzenia zapasów żywności i leków była zdecydowanie słabsza niż na wiosnę. Z kolei zakup wielu typów usług – m.in. branży turystycznej, kulturalnej czy gastronomicznej – uniemożliwiły restrykcje administracyjne.

Niewątpliwie spowodowało to ograniczenie zapotrzebowania na pracę świadczoną przez pracowników. Jednocześnie rząd nie przewidział tak dostępnego i powszechnego wsparcia, jak w ustawach uchwalanych w kwietniu tego roku, również ze względu na ograniczenia budżetowe. Testem stabilności rynku pracy będzie więc listopad i kolejne miesiące.

Wprowadzenie możliwości prowadzenia handlu w galeriach handlowych może pomóc utrzymać część miejsc pracy – o ile konsumenci uznają taki model zakupów za bezpieczny. Również zwiększona skłonność do zakupów dokonywanych w związku z nadchodzącymi świętami może pomóc producentom krajowym, szczególnie w branży odzieżowej, obuwniczej czy spożywczej – bardziej kameralne święta nie pomagają jednak tego popytu rozkręcić.

Niemniej jednak nadal mamy takie sektory gospodarki, które nie mogą wrócić do normalnego funkcjonowania lub zastosowane ograniczenia wpływają na możliwości świadczenia usług. Dlatego też zwolnienia w branży targowej, turystycznej, gastronomii czy w firmach, które nie mogą lub nie umieją dostosować się do funkcjonowania w trybie on-line możliwe są w kolejnych miesiącach.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Czy po informacjach o szczepionce są szanse na giełdowy rajd św. Mikołaja?

Rynki panikowały, a teraz są w świetnych nastrojach, zwłaszcza po informacjach o szczepionce przeciw Covid-19. Na koniec listopada światowe giełdy znów są blisko historycznych maksimów. Czy w takiej sytuacji są szanse na grudniowy rajd św. Mikołaja?

Wiadomości o szczepionce przeciw Covid-19, dobre dane z gospodarki USA za listopad i sugestia Trumpa w kwestii „pokojowego” przekazania władzy okazały się dobrym pretekstem do rynkowego optymizmu. Inwestorzy wierzą w szybki powrót do normalności. Indeks Nasdaq100 jest zaledwie 3% poniżej historycznych szczytów. W listopadzie indeksy z krajów południa Europy zyskały już po ok. 30%, podobnie jak notowania ropy naftowej, a przecież niedawno kraje OPEC szukały sposobów na zmniejszenie wydobycia, aby ratować ropę przed tąpnięciem cen.

– Reakcja rynków giełdowych na informacje o szczepionce wydaje się przesadna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Wzrosty indeksów wywołał przede wszystkim napływ kapitału spekulacyjnego, ale inwestorzy instytucjonalni też się do tego przyczynili.

Ten optymizm dotarł także na warszawską giełdę., Dotyczył zwłaszcza największych spółek tworzących indeks WIG20 (w którym największy udział mają CD Projekt i Allegro).

– W tym wzrostowym ruchu na GPW uczestniczył ten sam kapitał zagraniczny, co na zachodnich parkietach. Dla notowań WIG20 jest on kluczowy i w 60 proc. odpowiada za obroty na tym indeksie – wyjaśnia ekspert CMC Markets.

Przy tak potężnej fali optymizmu na rynkach finansowych w listopadzie może zabraknąć przesłanek, które utrzymałyby indeksy giełdowe w rosnącym trendzie przez kolejne tygodnie. Zwłaszcza w grudniu, który dla giełdowych inwestorów był tradycyjnie miesiącem „rajdu św. Mikołaja”, jak nazywa się giełdowe zwyżki notowań na koniec roku. Wtedy to duzi inwestorzy porządkują swoje portfele inwestycyjne lub szukają sposobów na optymalizację podatkową, co pomaga notowaniom akcji.

– Teraz nadzieje na pozytywne efekty rajdu św. Mikołaja będą bardzo zależne od wprowadzania kolejnego, wielkiego pakietu pomocy finansowej dla amerykańskiej gospodarki, od tego jak szybko i kiedy dogadają się w tej sprawie Demokraci i Republikanie – komentuje M. Leściorz. – Jeżeli skutkiem kompromisu będzie mniejsza pomoc finansowa niż początkowo domagali się Demokraci, reakcja inwestorów giełdowych może być sceptyczna i św. Mikołaj zostanie odesłany do domu.

Co trzeci Polak uważa, że nie jest zaradny w finansach

Zaradność finansowa może się przydać, zwłaszcza w czasie pandemii, gdy inflacja rośnie, a gospodarka hamuje. Nieco ponad 30 proc. rodaków twierdzi, że dobrze radzi sobie w sprawach finansowych i może pochwalić się zaradnością.[1] Podobna grupa respondentów (29 proc.) jest przeciwnego zdania – tak wynika z badania przeprowadzonego przez Smartney. Z czym kojarzy się zaradność finansowa? Czy pożyczanie pieniędzy jest przejawem zaradności, czy wręcz przeciwnie? Wreszcie: czy w pandemii, gdy wielu Polaków ma problemy finansowe, umiejętność zarządzania budżetem domowym może się przydać? Niektórzy twierdzą, że z pustego i Salomon nie naleje. Inni potrafią obracać nawet małymi kwotami i jeszcze oszczędzać. Gdzie jest złoty środek?

Aż 83 proc. Polaków uważa, że przejawem zaradności w finansach jest takie zarządzanie domowym budżetem, by wystarczyło na wszystkie potrzeby. W badaniu Smartney rodacy mogli wybrać kilka odpowiedzi jednocześnie. Duża grupa respondentów stwierdziła, że zaradność przejawia się również w oszczędzaniu co miesiąc określonej kwoty pieniędzy. Tak odpowiedziało 57 proc. ankietowanych. Zaradność finansowa jest też utożsamiana z czytaniem umów zawieranych z instytucjami finansowymi (44 proc.). Mowa nie tylko o umowach z bankami, firmami pożyczkowymi, czy leasingodawcami, ale również domami maklerskimi czy ubezpieczycielami. – Jedna czwarta respondentów łączy zaradność finansową z mądrym pożyczaniem. Dla konsumentów mądre pożyczanie oznacza połączenie w jednej ofercie trzech rzeczy: szybkości, dobrej i atrakcyjnej ceny oraz jak najmniejszych formalności – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney.

Pożyczanie przejawem zaradności, czy wręcz przeciwnie?

„Czy według Ciebie pożyczanie jest przejawem niezaradności w życiu” – takie pytanie padło podczas badania opinii przeprowadzonego przez Spotlight Research na zlecenie Smartney. Aż 74 proc. ankietowanych nie zgadza się z tą tezą twierdząc, że pożyczać może każdy, zwłaszcza gdy chce dokonać nowego zakupu lub podratować domowy budżet. – Najważniejsze to pożyczać mądrze i odpowiedzialnie. Sytuacja pandemiczna może powodować, że konieczność wzięcia pożyczki będzie większa, niż zazwyczaj, ale taką decyzję warto dogłębnie przemyśleć. Kredyt to poważne zobowiązanie finansowe na dłuższy czas i trzeba przewidzieć, czy regularne spłacanie rat będzie możliwe. Gdy klient pyta jaką pożyczkę u nas dostanie i na jakich warunkach, przygotowujemy mu – jak każda instytucja finansowa – ofertę. Konsument ma dużo czasu na przemyślenie sprawygdyż oferta pozostaje wiążąca przez kilka kolejnych dni – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney.

Na co patrzy zaradny pożyczkobiorca?

Ponad 54 proc. ankietowanych, przy wyborze pożyczki, patrzy przede wszystkim na atrakcyjną cenę. Co trzeci docenia możliwość konsolidacji zadłużenia, które już posiada. Co piąty twierdzi, że ważna jest możliwość rozłożenia spłaty na dłuższy okres, a co czwarty ceni brak zbędnych formalności.

– Dla konsumentów najważniejsze są przejrzyste zasady. Aż 81 proc. ankietowanych uważa, że wykazuje się zaradnością korzystając z rozwiązań przejrzystych, jasnych, transparentnych. Bez żadnych gwiazdek, ukrytych paragrafów zawartych w umowach. Blisko 70 proc. ankietowanych uważa, że bardzo ważna jest też wiarygodność instytucji finansowej, w której bierze się kredyt – podsumowuje Katarzyna Jóźwik.

[1] Badanie opinii przeprowadzone przez Spotlight Research na zlecenie Smartney w I poł. 2020 roku. Próba = 300.

Zadłużamy się na coraz większe kwoty. Ponad 2/3 pożyczkobiorców ma do spłaty więcej niż jedną pożyczkę

Wzrasta przeciętna wartość udzielanych pożyczek, a prawie 70% klientów instytucji pożyczkowych decyduje się na kolejną pożyczkę, mimo już posiadanych zobowiązań kredytowych.

W I połowie 2020 r. zwiększyła się znacząco wartość udzielanych pożyczek – wskazują wyniki badania „Sektor instytucji pożyczkowych w I półroczu 2020 r.” Związku Przedsiębiorstw Finansowych. W minionym półroczu, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r., odnotowano wzrost o 19,2% przeciętnej wartości udzielonej pożyczki (w ujęciu bezwzględnym o 488 PLN), a w porównaniu z wartością obliczoną dla całego 2019 roku wzrost był na poziomie 12% (bezwzględnie o 324 PLN).

Przeciętna wartość pożyczki udzielonej przez uczestników badania (w PLN)

Przeciętna wartość pożyczki udzielonej przez uczestników badania

Jednocześnie blisko 70% klientów instytucji pożyczkowych decyduje się na kolejna pożyczkę mając już do spłaty inne zobowiązania kredytowe[1]. Wśród klientów, którym udzielono pożyczki w ostatnim kwartale, prawie 1/4 miała w momencie podjęcia nowego zobowiązania co najmniej 3 inne aktywne pożyczki.

– Pożyczki pieniężne wielokrotnie stanowią źródło pokrycia bieżących wydatków dla konsumenta lub niedoboru w budżecie domowym. W czasach kryzysu gospodarczego, kiedy pogarsza się sytuacja indywidualnego konsumenta, może dojść do sytuacji, w których liczba zaciągniętych zobowiązań jest większa, niż zazwyczaj. Najważniejsza jest jednak zdolność do spłaty pożyczek, co jest wypadkową stanu budżetu domowego. Jeśli ten się pogarsza i widoki na spłatę kolejnego zobowiązania są złe, powinniśmy zrezygnować z tej formy finansowania – ocenia Marcin Czugan, Prezes Zarządu ZPF.

Zwiększony popyt na finansowanie nie przekłada się jednak na jego dostępność. Po niekorzystnych dla branży pożyczkowej orzeczeniach sądowych (tzw. małe TSUE) oraz wprowadzeniu przepisów I tarczy antykryzysowej (obniżenie maksymalnych kosztów pozaodsetkowych) wiosną bieżącego roku branża odnotowała wyraźny spadek liczby i wartości udzielanych pożyczek. W I połowie 2020 roku instytucje pożyczkowe uczestniczące w badaniu ZPF udzieliły pożyczek na cele konsumpcyjne o wartości 560,5 mln PLN. Jest to wartość niższa o 25,6% (bezwzględnie o 193,31 mln PLN) od tej odnotowanej w I połowie 2019 r.

[1] Według danych Credit-Check.pl CRIF Poland, stan na październik 2020

Scaleway rzuca wyzwanie uczestnikom HackYeah. Chce uodpornić sektor cyfrowy na zmiany klimatyczne

Uczestnicy największego hackathonu w Europie, HackYeah, staną przed zadaniem stworzenia aplikacji pozwalającej użytkownikom na mierzenie indywidualnego śladu węglowego oraz śladu ekologicznego, dzięki zadaniu zaproponowanemu przez firmę Scaleway.

Scaleway, europejski dostawca rozwiązań chmurowych, chciałby stać się najbardziej wydajną i transparentną firmą sektora cloud na świecie. We wrześniu firma otworzyła centrum danych w Warszawie, dzięki czemu chce lepiej i wydajniej obsługiwać rynek Europy Środkowo-Wschodniej, umacniając swoją pozycję jako głównego europejskiego dostawcy usług w chmurze.

Scaleway zaprojektowało, zbudowało i obsługuje jedną z najbardziej zrównoważonych ekologicznie chmur w Europie i stawia podobne ekologiczne wyzwanie przed uczestnikami HackYeah.

Współpracując z organizatorami wydarzenia, Scaleway po raz kolejny zwraca uwagę na potrzebę ekologicznych rozwiązań dla sektora cyfrowego. Swoją misję realizuje konsekwentnie – m.in. proponując uczestnikom HackYeah swoje zadanie “Zmierz i wpłyń na wielkość swojego ekologicznego i węglowego śladu” (“Measure and influence your ecological and carbon footprint”).

Zielona Chmura

Centra danych zużywają 205 terawatogodzin energii elektrycznej rocznie -według danych z 2018 roku1. Odpowiada to za jeden procent globalnego zużycia energii. Scaleway podkreśla, że wielu dostawców rozwiązań chmurowych dba już o ekologię, ale dążenie do energooszczędności nie wystarczy.

„Dążenie do obniżenia zużycia mierzalnej energii prowadzi do sytuacji, w której pomija się inne aspekty zużycia zasobów w centrach danych. Jest to na przykład zużycie milionów metrów sześciennych wody pitnej w wieżach chłodniczych używanych do chłodzenia serwerów oraz marnotrawstwo 30-40 procent energii trafiającej do centrów danych wyłącznie w celu chłodzenia. Dokonujemy właściwych wyborów zarówno pod względem etycznym, jak i technologicznym – tak, aby korzyści płynące z globalnej cyfryzacji nie zostały zmarnowane przez szkody w środowisku. Chcemy, aby wszystkie nasze działania opierały się na tych założeniach” – mówi Arnaud de Bermingham, założyciel i prezes Scaleway.

Nie inaczej jest w przypadku wyboru partnerstw i działań podejmowanych przez Scaleway na poszczególnych rynkach.

Maraton programowania

„Zdecydowaliśmy się uczestniczyć i wesprzeć HackYeah, ponieważ w Scaleway zależy nam, by zespoły programistów i naszych użytkowników – łączyły się, by wspólnie wypracowywać i wprowadzać innowacje, które mają sens dla wszystkich naszych społeczności na całym świecie. Wschodnioeuropejski ekosystem cloud znajduje się w czołówce europejskiej. Poszukiwane są coraz bardziej wydajne, przystępne cenowo i wielochmurowe rozwiązania, z troską o dostępne zasoby” – dodaje de Bermingham.
Uczestnicy będą mieli 40 godzin na stworzenie aplikacji, która będzie mierzyć oraz ograniczać ślad ekologiczny i węglowy jej użytkowników. Każdy zarejestrowany uczestnik hackathonu może zgłosić się do udziału w tym zadaniu samodzielnie lub w zespole. Partnerów można również znaleźć na kanale Discord wydarzenia. Podczas wydarzenia pod ręką będą też mentorzy – zarówno programiści, jak i specjaliści znający się na określonych tematach.

Tegoroczne HackYeah odbędzie się w dniach 27-29 listopada. W 2018 roku odbywająca się w Warszawie impreza była największym stacjonarnym hackathonem w Europie, w tym roku odbędzie się zdalnie. Uczestnicy mogą liczyć na udział w puli nagród w wysokości ponad 400 000 zł. Oprócz Scaleway zadania przygotowali m.in. Bank Gospodarstwa Krajowego, Ministerstwo Finansów, WWF czy fundacja Rak n’Roll.

Ekologiczny transport wymaga ambitnych regulacji

Dynamiczny rozwój rynku samochodów elektrycznych wymaga bardziej ambitnych regulacji, odpowiadających trendom gospodarczym i legislacyjnym w Europie. W projekcie nowelizacji ustawy o elektromobilności zaadresowano część wyzwań, ale na mapie legislacyjnej polskiego rynku e-mobility wciąż pozostanie sporo białych plam. Nie zabrakło też kontrowersyjnych zapisów.

Dzień po opublikowaniu w Dzienniku Ustaw rozporządzenia ws. E-Taryfy, na stronach Rządowego Centrum Legislacji udostępniono projekt ustawy o zmianie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw. Według branży, projekt nowelizacji w obecnym kształcie nie modyfikuje ram prawnych polskiego rynku elektromobilności na tyle, żeby doprowadzić do dynamicznego wzrostu liczby samochodów elektrycznych na polskich drogach.

Kierunek Europa

W latach 2005-2017 w Polsce doszło do znacznego wzrostu emisji CO2 z sektora transportowego (o 76%), podczas gdy w UE w tym samym okresie emisja spadła o 3%.

– Elektromobilność jest podstawowym instrumentem ograniczającym negatywny wpływ transportu na środowisko. Bez konsekwentnego wspierania tego rynku, wzrost liczby pojazdów zeroemisyjnych pozostanie na niskim poziomie. Na początku listopada br. w Polsce zarejestrowanych było 8,6 tys. pojazdów w pełni elektrycznych, a stacji ładowania funkcjonowało 1,3 tys. Jesteśmy w tyle Europy – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Zgodnie ze strategią „Zielonego Ładu”, Unia Europejska, z trzeciego największego emitenta gazów cieplarnianych na świecie, ma w 2050 r. stać się pierwszym kontynentem neutralnym klimatycznie.

– Osiągnięcie tego celu wymaga podjęcia zdecydowanych działań w sektorze transportu. Dynamiczny rozwój rynku EV może wpłynąć na redukcję przez Polskę emisji w obszarze non-ETS – twierdzi Mazur.

Jak dodaje wiceprezydent The European Association for Electromobility, proponowane regulacje nie idą jednak w tym kierunku. – W tygodniu, w którym rząd Wielkiej Brytanii potwierdził wprowadzenie od 2030 r. zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi, Polska zaproponowała Strefy Czystego Transportu, które są regresywne i wypaczają sens ich tworzenia – stwierdził.

Łatwiej o ładowarkę w bloku

Co jest na plus w projekcie nowelizacji Ustawy o elektromobilności? Z całą pewnością, zmiany stanowiące implementację postulatów „Białej Księgi Elektromobilności”, projektu PSPA, realizowanego od lipca 2019 r. W jego ramach, ponad 150 podmiotów aktywnych w obszarze zrównoważonego transportu, a także administracja rządowa, lokalna, organizacje branżowe i użytkownicy pojazdów elektrycznych, wspólnie wypracowały postulaty, których wdrożenie ma gwarantować rozwój rynku elektromobilności.

– W tym zakresie najważniejsze wydaje się wprowadzenie w nowelizacji przejrzystej procedury instalacji ładowarki w dużych wspólnotach mieszkaniowych, z możliwością odmowy ograniczoną do ściśle określonych przypadków oraz zaliczenie zgody na instalację punktu ładowania o mocy mniejszej lub równej 7,4 kW do czynności zwykłego zarządu – mówi Maciej Mazur.

Po stronie zarządcy pojawi się obowiązek oceny instalacji elektrycznej w obrębie budynku i miejsc postojowych pod względem możliwości podłączenia punktu ładowania.

Joanna Makola, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych
Joanna Makola, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych

– Wniosek o instalację nie będzie mógł być odrzucony bezpodstawnie, a jedynie w ściśle określonych wypadkach. Brak odpowiedzi na wniosek w terminie 60 dni od złożenia będzie równoznaczny z wyrażeniem zgody na instalację punktu ładowania. Jeżeli stanowisko postojowe, do którego prawo do wyłącznego korzystania posiada wnioskodawca, zostało wyposażone w punkt ładowania, operator systemu dystrybucyjnego elektroenergetycznego zainstaluje liczniki zdalnego odczytu – mówi Joanna Makola, Kierownik Projektu „Biała Księga Elektromobilności”.

Szybsza procedura przyłączeniowa

Zmiany w zakresie usprawniania procedur przyłączeniowych ogólnodostępnych stacji ładowania to kolejny postulat „Białej Księgi Elektromobilności” PSPA, w części uwzględniony w projekcie nowelizacji. Dotychczas pierwszeństwo przyłączenia do sieci było zastrzeżone dla instalacji odnawialnych źródeł energii i infrastruktury ładowania drogowego transportu publicznego. Teraz przywilej ten będzie dotyczył również ogólnodostępnych stacji ładowania obejmujących wyłącznie punkty ładowania o dużej mocy. Nowe przepisy zapewniają możliwość zmiany decyzji inwestycyjnej i skorzystania z niższej dostępnej mocy przyłączeniowej, w przypadku niedostępności mocy wnioskowanej. Przedsiębiorstwo energetyczne będzie miało 30 dni na poinformowanie wnioskodawcy o takiej możliwości. Poda maksymalną moc możliwą do dostarczenia we wskazanym miejscu oraz zaproponuje alternatywnie najbliższą możliwą lokalizację o dostępnej mocy wskazanej we wniosku.

– Takie rozwiązanie to element szerszego pakietu rekomendacji przygotowanych przez zespół ekspertów „Białej Księgi Elektromobilności”, w odpowiedzi na problem uciążliwych i długotrwałych procedur przyłączeniowych. Co istotne, na OSD zostanie nałożony obowiązek uwzględnienia budowy ogólnodostępnych stacji ładowania w planach rozwoju sieci dystrybucyjnej – dodaje Joanna Makola.

Potrzebne wsparcie natury finansowej

Do dobrych zmian zawartych w projekcie można zaliczyć zwolnienie z opłat za przejazdy po autostradach płatnych dla autobusów zeroemisyjnych, pojazdów elektrycznych i napędzanych wodorem o masie powyżej 3,5 tony. Projektowane przepisy zwalniają tę samą kategorię pojazdów z obowiązku e-myta.

– W ramach prac nad Białą Księgą zaproponowaliśmy jednak o wiele szersze rozwiązania mające na celu popularyzację EV w Polsce, w tym instrument skarbowy, który umożliwiłby przedsiębiorcom pełne odliczenie podatku VAT od zakup i eksploatacji samochodów elektrycznych. Będziemy dalej o nie zabiegać, bo to faktyczny stymulant rozwoju – mówi Maciej Mazur.

Postulat zniesienia obowiązującego limitu odliczenia 50% VAT na rzecz wprowadzenia możliwości odliczenia 100% VAT, wiąże się ze zmianą przepisów ustawy z dnia 11 marca 2004 o podatku od towarów i usług, poprzez wyłączenie ograniczenia w odliczeniu VAT od wydatków na nabycie i eksploatację samochodów elektrycznych.

Strefy Czystego Transportu regresywne

Na zdecydowanie negatywną ocenę zasługuje pakiet projektowanych przepisów dotyczących tworzenia i funkcjonowania stref czystego transportu. O ile krokiem w dobrym kierunku jest wprowadzenie możliwości ustanowienia strefy przez każdą gminę (znika kryterium liczebności) i likwidacja ograniczenia ich powierzchni do terenu śródmiejskiej zabudowy, o tyle pozostałe zmiany są całkowitym wypaczeniem idei strefy czystego transportu.

– Ustawowe prawo wjazdu do strefy dla pojazdów napędzanych LPG sprawi, że strefa „czystą” będzie tylko z nazwy. Podobnie „progresywność”, tak jak została rozpisana w nowym art. 68i, uzależniającym prawo wjazdu w określonych latach od spełnienia przez pojazd norm emisji EURO – poczynając od EURO 4 w latach 2021-2025 – jest de facto regresywnością, uwstecznieniem działań podejmowanych w Polsce na rzecz redukcji emisji. Jeżeli dodać do tego datę wejścia w życie obowiązku tworzenia stref przez miasta powyżej 100 tys. mieszkańców, wyznaczoną dopiero na 2030 r., czyli za prawie dekadę, wypadamy ze swoimi planami blado na tle Europy – ocenia Joanna Makola.

Więcej kontroli czy większe koszty?

Branża z niepokojem wskazuje na te przepisy nowelizacji, które dotyczą nadawania operatorom ogólnodostępnych stacji ładowania, dostawcom usługi ładowania (a także operatorom stacji tankowania gazu ziemnego i operatorom stacji tankowania wodoru) indywidualnych kodów identyfikacyjnych, zwanych w projekcie „numerami EIPA”.

–  Obowiązek stworzenia repozytorium kodów ID wynika ze zobowiązań Polski w ramach programu PSA IDACS realizowanego przez Komisją Europejską. Projekt przewiduje dwa rodzaje opłat, miesięczną i roczną. Niepokój budzi maksymalna ich wysokość. Szczegółowy wymiar ma zostać dookreślony rozporządzeniem ministra właściwego ds. energii. Niedobrze byłoby, gdyby pozytywne skutki finansowe dla operatorów wynikające z przyjętej E-Taryfy miały być negatywnie równoważone nałożeniem dodatkowych obciążeń – komentuje Maciej Mazur.

Projektowane przepisy przyznają także Urzędowi Dozoru Technicznego możliwość doraźnej kontroli stacji ładowania pojazdów elektrycznych, w sytuacji powzięcia informacji o podejrzeniu wystąpienia zagrożenia dla bezpieczeństwa użytkowników stacji. – Projekt wprowadza możliwość kontroli z inicjatywy UDT, tj. bez uprzedniego wniosku operatora. Mamy nadzieję, że nowe przepisy przysłużą się bezpieczeństwu stacji, ale zarazem nie spowodują nadmiernych obciążeń finansowych dla operatorów z tytułu przeprowadzenia dodatkowych badań technicznych stacji – dodaje Joanna Makola.

Najwyższy czas na wodór

Nowelizacja z jednej strony poszerza obowiązujące regulacje ustawowe dotyczące wodoru, z drugiej – wprowadza szereg nowych przepisów dedykowanych rozwojowi transportu wodorowego w Polsce.

– To dobry początek – ocenia Maciej Mazur. – Przy PSPA funkcjonuje Grupa Robocza ds. Technologii Wodorowych, a jednym z jej długofalowych celów jest kreowanie spójnego i kompleksowego otoczenia prawnego w tym obszarze.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska skierowało projekt ustawy nowelizującej z dnia 10 listopada br. do konsultacji publicznych, które potrwają do 11 grudnia br. Projektowana ustawa transponuje do polskiego prawa postanowienia Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1161 z dnia 20 czerwca 2019 r. zmieniającej dyrektywę 2009/33/WE w sprawie promowania ekologicznie czystych i energooszczędnych pojazdów transportu drogowego. Realizuje też postanowienia Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/944 z dnia 5 czerwca 2019 r. w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej oraz zmieniającą dyrektywę 2012/27/UE ­– w odniesieniu do kwestii związanych z budową stacji ładowania przez OSD. Więcej informacji o „Białej Księdze Elektromobilności” PSPA na stronie: https://pspa.com.pl/prawo/biala-ksiega-elektromobilnosci/.

PKN ORLEN zwiększa pakiet akcji spółki Energa

PKN ORLEN podwyższa udział w kapitale Energi o kolejne 10,91 proc. Oznacza to, że w wyniku wezwania  ogłoszonego we wrześniu br. Koncern stanie się właścicielem akcji gdańskiej spółki, które stanowią ok. 90,92 proc. jej kapitału zakładowego. Transakcja ułatwi skuteczną integrację aktywów Grupy ORLEN i Energa, a tym samym jeszcze lepsze wykorzystanie synergii płynących z ich połączenia, na czym zyskają także akcjonariusze i inwestorzy Grupy ORLEN.

– Działamy zgodnie z planem, konsekwentnie dążąc do wykupu 100 proc. akcji spółki Energa. To inwestycja długoterminowa, o strategicznym dla nas znaczeniu. Mamy pewność, że przyszłość należy do silnych firm o zdywersyfikowanych obszarach działalności. Z determinacją budujemy więc koncern multienergetyczny o mocnych fundamentach, który sprosta wyzwaniom, jakie niosą globalne trendy w energetyce. Integracja polskiego sektora energetyczno-paliwowego jest niezbędna, by zrealizować ambitne cele. Chcemy do 2050 roku osiągnąć neutralność emisyjną, a co za tym idzie objąć pozycję lidera transformacji energetycznej w Europie Środkowej. Nasze działania przyniosą konkretne korzyści całej Grupie ORLEN, jej akcjonariuszom, a także polskiej gospodarce – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Wezwanie na sprzedaż mniejszościowego pakietu akcji Energi rozpoczęło się 9 października br. Ich cena została ustalona na tym samym poziomie, co w przypadku pierwszego wezwania, czyli 8,35 zł za akcję. Jednocześnie PKN ORLEN podjął działania zmierzające do wycofania Energi z Giełdy Papierów Wartościowych. Ma to na celu maksymalne wykorzystanie potencjału Energi w ramach Grupy ORLEN. W październiku br. zgodę na delisting wydało Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Energi.

Rozliczenie transakcji powinno nastąpić do 30 listopada br. W jej wyniku PKN ORLEN zostanie właścicielem akcji Energi stanowiących ok. 90,92 proc. jej kapitału zakładowego oraz ok. 93,28 proc. ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu.  Wcześniej, w kwietniu br. koncern nabył 80 proc. akcji Energi, stanowiących ok. 85 proc. ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu tej spółki. To największa tego typu transakcja na polskim rynku paliwowo-energetycznym. Proces zakupu został zrealizowany w ciągu zaledwie 4 miesięcy. Na sprzedaż po cenie 8,35 zł za akcję zdecydowali się akcjonariusze posiadający łącznie ok. 80 proc. udziału w kapitale spółki, w tym Skarb Państwa z 52 proc. udziałem w spółce, oraz inni akcjonariusze posiadający kolejne 28 proc. udziałów, w tym duża grupa inwestorów instytucjonalnych.

Przejęcie Energi to ważny krok w kierunku tworzenia przez PKN ORLEN koncernu multienergetycznego, który będzie odpowiedzią na megatrendy oraz działania realizowane przez inne, międzynarodowe koncerny z branży paliwowej. Dywersyfikacja źródeł przychodów zwiększa bowiem odporność spółki na wahania rynkowe i zmiany w otoczeniu makroekonomicznym. W ten sposób budowana jest dodatkowa wartość dla klientów i akcjonariuszy.

Grupa Energa posiada łącznie 54 aktywa produkujące energię z odnawialnych źródeł, w tym przede wszystkim elektrownie wodne, lądowe farmy wiatrowe i farmy fotowoltaiczne. OZE stanowią 39 proc. mocy elektrycznych zainstalowanych w elektrowniach Grupy. Aż 47 proc. wyprodukowanego wolumenu energii elektrycznej w pierwszych trzech kwartałach 2020 r. pochodziło z OZE. Dla PKN ORLEN to ciekawy portfel aktywów, który bilansuje posiadane przez spółkę aktywa, na przykład bloki parowo-gazowe w Płocku i Włocławku. Wpisuje się to w plany PKN ORLEN rozwoju aktywów energetycznych w kierunku źródeł nisko- i zeroemisyjnych. Podobnie jak zaangażowanie się w projekt budowy elektrowni Ostrołęka, w której zostanie zastosowana technologia gazowa.

Aktywa Grupy Energa stanowią też istotne wsparcie w zapowiedzianej przez PKN ORLEN strategii osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 r. W ramach dochodzenia do tego celu, do 2030 roku koncern o 20 proc. zredukuje emisje CO2 z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33 proc. CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej.

PKN ORLEN ogłosił wezwanie na 100 proc. akcji Energi 5 grudnia 2019 r. Pierwotnie miało ono potrwać do 9 kwietnia br. W związku z m.in. sytuacją spowodowaną pandemią koronawirusa, 26 marca br. termin przyjmowania zapisów na akcje pomorskiej Grupy został wydłużony do 22 kwietnia 2020 r. Bezwarunkową zgodę Komisji Europejskiej na przeprowadzenie transakcji koncern otrzymał 31 marca br. Cena za jedną akcję Energi w wezwaniu 15 kwietnia br. została podwyższona z 7 do 8,35 zł. Z kolei 18 kwietnia br. podpisane zostało porozumienie ze Skarbem Państwa dotyczące kontynuacji strategicznych inwestycji Grupy Energa i utrzymania polityki zatrudnienia zapewniającej prawidłowe funkcjonowanie jej spółek. Ostatni warunek zawieszający, czyli osiągnięcie progu 66 proc. akcji objętych wezwaniem, został spełniony 20 kwietnia br. Formalnie transakcja sfinalizowana została 30 kwietnia br. nabyciem akcji Grupy stanowiących około 80% jej kapitału zakładowego oraz około 85% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu. Cena wszystkich nabytych akcji wyniosła około 2,77 mld zł i została pokryta przez PKN ORLEN gotówką pochodzącą ze środków własnych. We wrześniu br. PKN ORLEN ogłosił wezwanie na mniejszościowy pakiet spółki Energa, które zakończyło się 20 listopada br. Z kolei jeszcze w październiku br. Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Energi podjęło decyzję o wycofaniu akcji spółki z obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Praktyczne zastosowanie sztucznej inteligencji

AI karmi się danymi. Jeśli chcemy w ciągu pięciu lat wdrażać rozwiązania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, musimy dzisiaj porzucić papier i przejść całkowicie na nośniki cyfrowe. Bez odpowiedniej bazy informacji, AI nie znajdzie zastosowania w biznesie.

AI to bardzo szerokie pojęcie, szczególnie w ujęciu biznesowym. Do tego głębokiego „worka” można wrzucić zarówno systemy CRM wspomagające sprzedaż, wszystkie rozwiązania wearable (opaski na rękę, zegarki i smartwatche), a także np. internet rzeczy (IOT). Dla przykładu branża fitness i firmy takie jak Garmin, Swift, Strava i Under Armour od lat zbierają dane treningowe, które w przyszłości mogą posłużyć jako pożywienie dla systemów AI. Dzięki czemu trening w przyszłości, dieta czy też inne aktywności będą mogły być optymalizowane na podstawie wielu lat doświadczeń zbiorowych oraz dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkownika.

Sęk w tym, że biznes jest dzisiaj daleko w tyle za takimi rozwiązaniami. Niemal każda technologia wdrażana dzisiaj posiada elementy AI, takie jak zaimplementowane rozwiązania samodoskonalenia i samouczenia się na podstawie zebranych, a następnie przetworzonych danych. Nic więc dziwnego, że szczebel zarządczy w firmach myśli przyszłościowo i stara się nadążać za trendami, deklarując przy tym konieczność wdrożenia elementów sztucznej inteligencji w swoich organizacjach. Czas pandemii COVID-19 pokazał, że otwieramy się na technologię dużo bardziej niż kiedykolwiek. Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące, mam wrażenie, że jakakolwiek technologia ułatwiająca zdalne funkcjonowanie przedsiębiorstwa, byłaby dzisiaj na poziomie deklaracji przyjęta z otwartymi rękoma.  Czy jednak jest jakakolwiek szansa by wdrażać nowinki w takiej ilości i na taką skalę, jak w wielu deklaracjach? Otóż nie. W mojej opinii znaczna część środowiska zarządzających firmami na świecie bardzo chce otworzyć się na technologię. Jednak, kiedy wejdziemy do poszczególnych działów firm, widzimy na ścianach opasłe szafy z segregatorami pełnymi danych i dokumentacji. Nie ma nic w tym dziwnego, ale mówienie o wdrożeniu w ciągu kolejnych pięciu lat AI w tych Spółkach jest sporym optymizmem. Jeśli mówimy o zastosowaniu AI np. w sprzedaży, mielibyśmy masowo wdrażane chatboty, automatykę zarządzania cenami i obsługą klienta online, a w rezultacie przeniesienie całego biznesu lub jego znakomitej większości do Internetu. Dzisiaj sprzedaż to dalej call center, fizyczny sprzedawca i papierowa umowa do podpisania. Nawet jeśli dokonujemy większości operacji zdalnie – wciąż nie wykorzystujemy pełni możliwości jakie daje nam AI i technologia. Realnie mamy kanały kontaktu z Klientem osadzone w XIX wieku. Mówienie o rozwiązaniach IT opartych na AI już w 2025 roku to jest oświadczenie pewnej wiary w to, że uda się przeprowadzić tak daleko idącą transformację cyfrową. Warto pochwalić taki poziom optymizmu bowiem pozwala on wierzyć, że coś w polskiej informatyce się zmieni na lepsze w kolejnych latach. Niemniej jednak do odpowiedniego wdrożenia AI potrzebujemy danych, informacji, modelu informatyzacji, którego dzisiaj nie mamy. Jeśli w 2020 roku firmy nie będą tworzyły lub kupowały rozwiązań, które przetransformują dane papierowe i je następnie przetworzą w format elektroniczny – ciężko będzie przejść na szczebel wyżej i przekazać zarządzanie firmami w jakiejkolwiek części do AI. To trochę tak, jakbyśmy zamierzali wdrożyć hi-endowe rozwiązania informatyczne w urzędach miast, które opierają się w dalszym ciągu na „papierze” i dotychczasowych modelach kumulowania danych. Sama wiara niestety nie wystarczy.

Dzisiaj musimy dokonywać potężnej transformacji cyfrowej. Potrzebna jest migracji danych papierowych do wersji cyfrowej na dużą skalę. Bez tego zabiegu będziemy mieli kompletny brak pożywienia dla systemów AI. Sztuczna inteligencja wymaga od nas prawidłowo segregowanych, magazynowanych i archiwizowanych danych. To jest potrzeba podstawowa i baza wyjściowa, aby jakiekolwiek rozwiązania systemowe AI mogły być implementowane w kolejnych latach. Chcąc wdrażać AI w 2025 roku, dzisiaj musimy rozpocząć cyfrową rewolucję – bez tego cały proces legnie w gruzach zanim się na dobre zacznie.

Komentarz Piotra Kaweckiego, Prezesa Zarządu ITBoom Sp. z o.o.

Dobre dane dla kredytobiorców

Frankowicze po wielu trudnych tygodniach wreszcie mogą złapać chociaż lekki oddech spokoju. Cena 4,12 zł za franka to nie jest poziom marzeń, ale to dużo lepiej niż 4,34 prawie miesiąc temu.

Optymizm w Europie

Wczoraj byliśmy świadkami dość ważnego ruchu na parze EURCHF. Euro drożało względem franka, jest to najczęściej spowodowane wzrostem apetytu na ryzyko na rynkach, co korzystnie przekłada się na złotego. W przypadku Polski ma to jeszcze jeden korzystny aspekt. Nawet przy stabilnym złotym względem euro ruch na parze EURCHF powoduje to, że taniejące franki względem euro tanieją również względem złotego, co jest istotną wiadomością dla setek tysięcy kredytobiorców frankowych w Polsce.

Jutro święto w USA

W tym roku Święto Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych przypada 26 listopada. To dzień wolny, co powinno spowodować, że na rynkach będziemy świadkami znacznie mniejszej liczby transakcji pod nieobecność Amerykanów. Warto też zwrócić uwagę, że publikacje makroekonomiczne, które przypadały na czwartek, publikowane są już dzisiaj, stąd znacznie większa liczba informacji w dzisiejszym kalendarzu danych. Ten fakt plus jutrzejsza nieobecność inwestorów amerykańskich może spowodować bardzo aktywną sesję w godzinach pracy USA.

Co z programami pomocy FED-u?

Dotychczasowe zapewnienia o poszerzeniu listy programów pomocowych przez Rezerwę Federalną stanęły pod dużym znakiem zapytania. Obecny sekretarz skarbu pan Steven Mnuchin wykonał kilka działań, które mocno wpływają na sprawę. Z jednej strony cofnął do budżetu środki na określone programy. Z drugiej przesunął środki na rachunek wymagający zgody Kongresu. To z kolei pozwoli zablokować ich wydawanie. O co chodzi w tym całym zamieszaniu? Republikanie oddający władze są znacznie mniej skłonni do transferów środków do gospodarki niż Demokraci. Starają się oni je (póki jeszcze mogą) możliwie ograniczyć. Warto też zwrócić uwagę, że dotowanie banków tanim pieniądzem w postaci skupu aktywów owszem ma szansę pobudzić akcję kredytową, ale w sytuacji, gdy to mała płynność jest problemem jej wstrzymania. Jeżeli problem, jak uważają Republikanie, leży bardziej po stronie strachu inwestorów, wówczas jest to program transferu środków do bankowców.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – rewizja danych o PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,
20:00 – USA – protokół z posiedzenia FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Kolejny pomorski odcinek drogi ekspresowej S6 skierowany do przetargu

GDDKiA przekazala do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej ogłoszenie o przetargu na projekt i budowę drogi ekspresowej S6 między Bobrownikami a Skórowem (jeden z trzech odcinków między Słupskiem a Lęborkiem). W najbliższym czasie stanie się tak też z dwoma następnymi odcinkami.

Kolejny pomorski odcinek drogi ekspresowej S6 skierowany do przetargu
Przedmiotem zamówienia, którego ogłoszenie zostało wysłane do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej, jest zaprojektowanie i budowa dwujezdniowej drogi ekspresowej S6 między węzłami Bobrowniki i Skórowo o długości ok. 13 km. Zadanie obejmuje również realizację dwóch węzłów drogowych (Rzechcino i Skórowo) oraz infrastruktury towarzyszącej drodze ekspresowej.

Do końca listopada br. przekażemy do Dziennika Urzędowego UE kolejne ogłoszenie o przetargu na drogę ekspresową S6. Tym razem będzie to odcinek między Skórowem (bez węzła) a Leśnicami koło Lęborka (z węzłem) o długości ok. 11 km. Do ogłoszenia pozostanie wówczas tylko odcinek S6 od Redzikowa (obwodnicy Słupska) do Bobrowników, co nastąpi – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami – jeszcze w grudniu br.

„Pomimo pandemii i obiektywnych trudności spowodowanych pracą zdalną utrzymujemy dobre tempo przygotowania kolejnych przetargów na trasę S6 – powiedział Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. – Jesteśmy zdeterminowani, by domknąć ten ciąg drogi ekspresowej na Pomorzu. To pozwoli na bezpieczne, komfortowe i szybkie poruszanie się między Gdańskiem a Szczecinem”.

Postępowanie obejmuje kolejny odcinek drogi ekspresowej S6 realizowany po decyzji Rządu o przeznaczeniu dodatkowych środków z budżetu państwa na budowę tej trasy. W III kw. 2021 r. ruszą przetargi na odcinki od Koszalina do obwodnicy Słupska (obecnie kończy się sporządzanie projektów budowlanych i wykonawczych).

W budowie w województwie pomorskim są już trzy odcinki S6 między Bożympolem Wielkim a Gdynią o łącznej długości ok. 42 km. Natomiast w przetargu jest odcinek między Lęborkiem (Leśnicami) a Bożympolem Wielkim, druga jezdnia obwodnicy Słupska oraz duża i niezwykle ważna inwestycja dla Pomorza – S6 Obwodnica Metropolii Trójmiejskiej: odcinek Chwaszczyno – Żukowo (ok. 16,3 km) oraz odcinek Żukowo – Gdańsk Południe (ok. 16 km) wraz z obwodnicą Żukowa (ok. 7 km).

Badanie EY Polska: blisko 42% Polaków planuje skorzystać z wyprzedaży w Black Friday, ale tylko 15% wyda na Święta i wyprzedaże więcej niż przed rokiem

Wyprzedaże w tzw. „czarny piątek” skuszą 41,7% ankietowanych, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym pod koniec października przez EY Polska. W oczekiwaniu na promocje i atrakcyjne ceny, z zakupami do tego czasu wstrzymuje się nieco ponad 60% badanych.

Sytuacja pandemiczna nie ograniczyła apetytów zakupowych Polaków, którzy w tym roku zamierzają skorzystać z corocznych promocji oferowanych w ostatni piątek listopada. Ponad 57% pytanych o tę kwestię w ramach polskiej edycji badania EY Future Consumer Index, chce przeznaczyć na zakupy w tym dniu taką kwotę, jak w poprzednich latach. Mniejsze wydatki planuje 29%, a większe – blisko 14%.

– W tym roku sprzedawcy, których handel w sklepach stacjonarnych został całkowicie wstrzymany, bądź wyhamowany w związku z zamknięciem centrów handlowych, starali się dużo wcześniej skłonić klientów do zakupów, miedzy innymi oferując wydłużenie czasu promocji na weekend, tydzień, a nawet kilka tygodni. Oferty wyprzedażowe z końca listopada to co roku okazja, którą klienci wykorzystują w ramach przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Część konsumentów dzieli jednak listę swoich zakupów na te, które robią w atrakcyjnych cenach przed Świętami oraz te, które zrobią już po nich – korzystając z kolei z noworocznych i poświątecznych wyprzedaży – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner EY, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

Wydatki na zakupy świąteczne i noworoczne wyprzedaże w największej liczbie gospodarstw domowych – 42% wskazań – pozostaną w tym roku na niezmienionym poziomie w stosunku do ubiegłego roku. Jednak niewiele mniej ankietowanych, bo blisko 41% planuje w tym roku wydać na Święta mniej. Na wyższe wydatki świąteczne i noworoczne zdecyduje się natomiast jedynie 15% ankietowanych.

– Mimo że tylko niemal jedna na siedem osób badanych planuje wydać na Święta i okołoświąteczne wyprzedaże więcej niż w ubiegłym roku, trzeba mieć na uwadze, że koniec listopada, grudzień i początek stycznia to miesiące, w których statystycznie, w skali roku Polacy wydają dość dużo. Wciąż więc spodziewać się można, że przełom roku będzie wyróżniał się pod względem wielkości kwot pozostawionych w sklepach, choć ograniczenia w handlu sklepów stacjonarnych z pewnością wpłyną na spadek sprzedaży. Nie wszyscy bowiem przenieśli swoje zakupy do kanału online i mimo że zdobywa on nowych entuzjastów, wciąż centra handlowe są preferowanym miejscem zakupów w wielu kategoriach produktowych. Zapytaliśmy ankietowanych, które artykuły będą kupować w przyszłości online, a po które udadzą się do centrów handlowych, na ulice handlowe, czy lokalne bazarki. Ponad połowa najchętniej wybierze centrum handlowe, by kupić pakowaną żywność czy środki czystości, ok. 40% w centrum handlowym zamierza kupować kosmetyki, odzież i obuwie, a tylko dla elektroniki preferowanym, dominującym kanałem sprzedaży mają być sklepy internetowe – wyjaśnia Robert Krzak, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY Polska

Rys 1. Gdzie Polacy będą przede wszystkim dokonywać zakupów w przyszłości?

Gdzie Polacy będą przede wszystkim dokonywać zakupów w przyszłościW badaniu EY Polska ankietowani zostali zapytani również o to, jak dużo czasu upłynie, zanim poczują się komfortowo na zakupach. I choć badanie przeprowadzone zostało jeszcze przed ograniczeniem handlu w centrach handlowych, 34,4% ankietowanych wskazało, że komfortowe zakupy będą w nich możliwe po miesiącach od zakończenia pandemii. Blisko jedna czwarta respondentów spodziewa się, że nastąpi to w ciągu tygodni, a blisko 22% – dni. Największa liczba ankietowanych najszybciej – bo w ciągu dni od zakończenia pandemii – komfortowo będzie się czuła w sklepie spożywczym.

Jak wyglądają zakupy i koszyki Polaków na co dzień?

Jak wynika z badania EY Polska, niemal połowa ankietowanych (48,7%) robi zakupy rzadziej. 54,2% planuje je z wyprzedzeniem i kupuje więcej jednorazowo, zamiast robić zakupy częstsze, ale mniejsze.

Blisko 30% badanych kupuje tylko podstawowe produkty, a 45% przeznacza mniej pieniędzy na artykuły, które nie są im niezbędne (na przykład odzież, obuwie lub kosmetyki). Jednocześnie prawie jedna czwarta ankietowanych zmienia marki produktu, by obniżyć rachunek.

– Choć zmiany zakupowe są widoczne, nie są one jednak radykalne. Biorąc pod uwagę skalę i czas trwania pandemii można by się spodziewać masowego ograniczania wydatków i zmniejszania koszyka zakupowego. Z takim zjawiskiem nie mamy jednak do czynienia na szeroką skalę. Patrząc na poszczególne kategorie produktowe widać, że najczęściej ograniczamy wydatki na usługi kosmetyczne, artykuły luksusowe, odzież i obuwie, gotowe posiłki z restauracji czy produkty związane z urodą. Z kolei jeśli wydajemy więcej, to najczęściej na artykuły higieny osobistej, świeżą żywność, artykuły gospodarstwa domowego i domowe środki czystości. Jest to w dużej mierze związane z podejmowanymi działaniami zapobiegającymi rozprzestrzenianiu się wirusa, w tym również ze zmianą sposobu pracy, ograniczonej liczby bezpośrednich spotkań i aktywności poza domem – mówi Adam Malarski, Starszy Menedżer EY, Business Consulting, zespół Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

Rys. 2. Zmiana wydatków w poszczególnych grupach zakupowych w porównaniu z okresem przed pandemią

Zmiana wydatków w poszczególnych grupach zakupowych w porównaniu z okresem przed pandemiąZmiana wydatków w poszczególnych grupach zakupowych w porównaniu z okresem przed pandemią 2O Badaniu EY Polska
Druga polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach 21-27 października 2020 roku na grupie 1000 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań zakupowych, nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

Zakupy świąteczne 2020 – na Boże Narodzenie wydamy 30% mniej niż przed rokiem

Boże Narodzenie, ze względu na pandemię, będzie w tym roku miało wyjątkowy charakter. Czy sytuacja epidemiologiczna i gospodarcza wpłynie na zwyczaje zakupowe Polaków? Jak pokazuje 23. edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2020”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, w tym roku na prezenty, żywność, podróże oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy przeznaczyć średnio 1 318 zł, czyli o 29 proc. mniej niż wydaliśmy rok temu. Najbardziej wyczekiwane prezenty to kosmetyki i perfumy, ale oprócz nich podarujemy bliskim upominki, które pozwolą im rozwijać pasje. Prezenty coraz częściej kupujemy w internecie. Dystans pomiędzy sklepami stacjonarnymi a sklepami online w wielu kategoriach produktowych maleje z roku na rok.

Polacy deklarują, że na bożonarodzeniowe prezenty, żywność, podróże oraz spotkania z najbliższymi przeznaczą średnio 1 318 zł. – To mniej o niemal 30 proc. w porównaniu z kwotą, którą deklarujemy, że wydaliśmy w ubiegłym roku. Mieszkańcy innych badanych europejskich krajów przewidują jeszcze głębsze cięcia, sięgające ponad 43 proc. Najwyższy budżet planują przeznaczyć na święta Hiszpanie, chcący wydać równowartość prawie 1 660 zł. Z kolei najmniejsze wydatki na ten cel, spośród badanych przez nas krajów, prognozują Holendrzy. W związku z Bożym Narodzeniem ich portfel stanie się lżejszy o średnio 945 zł – wyjaśnia Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale Konsultingu Deloitte Polska. Nasi zachodni sąsiedzi wydadzą z kolei w przeliczeniu średnio 1575 zł.

W związku z sytuacją epidemiczną, największe cięcia w przypadku Polaków obejmą koszyk związany z podróżami. Na ten cel wydamy średnio jedynie 58 zł, czyli o ponad 70 proc. mniej niż w minionym roku. Z kolei postaramy się nadmiernie nie oszczędzać na prezentach. Ich koszt będzie średnio o 8 proc. niższy niż w ubiegłym roku, a upominki będą stanowiły ponad 50 proc. świątecznego koszyka. Zamierzamy wydać na nie średnio 680 zł. Z kolei żywność i napoje pochłoną 430 zł (spadek o 33 proc.). Przyjemności oraz rozrywka będą nas kosztować średnio 150 zł (spadek o 43 proc.).

Rabaty i promocje pobudzają apetyt na zakupy

Jak pandemia wpłynie na zwyczaje zakupowe Polaków? Niemal trzy czwarte badanych ma zamiar spędzić przedświąteczny czas w domu i unikać miejsc publicznych. Z kolei 67 proc. zredukuje liczbę wizyt w sklepach stacjonarnych, a ponad 60 proc. ograniczy kontakt z innymi ludźmi, w tym spotkania towarzyskie, ale także rodzinne (odpowiednio 63 i 64 proc.). Często wymieniane były również wcześniejsze dokonanie zakupów świątecznych (62 proc.), jak też ograniczenie wydatków na konsumpcję świąteczną (56 proc.).

Ponad połowa respondentów przyznaje, że w tym roku negatywne czynniki będą miały wpływ na zmniejszenie bożonarodzeniowych wydatków. Najpoważniejszym z nich są ograniczenia związane z pandemią, na które wskazuje 62 proc. ankietowanych. Niewiele mniej, bo 60 proc. wskazuje na niestabilność gospodarczą, a 53 proc. na rosnące koszty życia. – Warto zwrócić uwagę, że jedna piąta badanych wymienia jednak czynniki, które mimo wszystko wpłyną na zwiększenie budżetu świątecznego. Dla 25 proc. będą to rabaty i promocje, a dla 21 proc. ich lepsza sytuacja finansowa – dodaje Agnieszka Szapiel.

Święta last czy first minute?

Jakie prezenty spodziewamy się znaleźć pod choinką? – W tym roku są to przede wszystkim kosmetyki i perfumy, jest to także kategoria najbardziej pożądana przez kobiety. Na podium znalazły się również pieniądze, stanowiące kategorię najbardziej oczekiwaną przez mężczyzn, oraz gadżety elektroniczne –  mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Head of Marketing Transformation, Deloitte.

A jakimi prezentami zamierzamy obdarować najbliższych? Przede wszystkim będą to kosmetyki i perfumy, a także upominki związane z hobby, w tym książki. Tuż za nimi znalazły się odzież, obuwie oraz akcesoria. Wśród upominków kupowanych dzieciom i nastolatkom dominują zabawki i prezenty związane z hobby, pieniądze oraz gadżety elektroniczne.

Niemal 30 proc. świątecznego budżetu Polacy zostawią w sklepach pomiędzy 15 a 24 grudnia. – Nieco ponad jedną piątą wydamy w pierwszej połowie grudnia. Łącznie będzie to nieco powyżej 50 proc. Kolejne 16 proc. świątecznego budżetu Polacy planują przeznaczyć na zakupy w czasie Black Friday, co może wynikać z coraz częściej wydłużanych przez detalistów akcji promocyjnych, w ramach Black Friday czy Black Week – dodaje Natalia Załęcka. Respodenci badania wskazali także, że 12 proc. środków przeznaczonych na tegoroczne święta wydało lub wyda jeszcze w listopadzie.

W online po elektronikę, w offline po żywność

Gdzie będziemy kupować prezenty i inne produkty bożonarodzeniowe? Sklepy stacjonarne pozostają preferowanym miejscem sprzedaży dla większości grup produktów, jednak ich przewaga nad kanałami cyfrowymi jest coraz mniejsza. – Wzrost znaczenia zakupów online to tendencja, którą obserwujemy od lat. Mimo, że od 28 listopada sklepy i usługi w galeriach handlowych zostaną otwarte, w czasie tegorocznych świąt, w związku z innymi ograniczeniami wynikającymi z pandemii, możemy spodziewać się dodatkowej akceleracji tego trendu – mówi Bartek Bobczyński, Dyrektor, Deloitte Digital.

W sklepach stacjonarnych kupujemy najczęściej kosmetyki i perfumy, dobra luksusowe, produkty do domu, a także żywność i napoje. W tej ostatniej kategorii różnica jest naprawdę znacząca i wynosi 83 proc. do 17 proc. na korzyść sklepów stacjonarnych. Produkty spożywcze kupujemy zarówno w sklepach wielkopowierzchniowych (40 proc.), jak i lokalnych (38 proc.). Kanały online najczęściej wybieramy w przypadku elektroniki czy zabawek. Co ciekawe, ci, którzy decydują się na zakup odzieży i obuwia oraz akcesoriów sportowych, sklepy online wskazywali równie często, co stacjonarne. Aż 27 proc. zabawek kupowanych jest w hiper- i supermarketach. – Decydując się na kanały online, częściej wybieramy strony typu marketplace – tam najczęściej kupujemy m.in. zabawki, akcesoria sportowe, czy kosmetyki i perfumy. Popularne są także sklepy online znanych marek, które prowadzą również sprzedaż stacjonarną, w których kupujemy elektronikę, ubrania i buty, a także dobra luksusowe – dodaje Bartek Bobczyński.

Informacje o badaniu:
Badanie online przeprowadzono w dniach 29 października – 4 listopada 2020 roku, wśród blisko 5 tys. respondentów w przedziale wiekowym od 18 do 65 lat. Tegoroczna edycja analizuje dane z pięciu krajów europejskich (Niemcy, Włochy, Polska, Hiszpania i Holandia).

GPW zaprezentowała system GRC GPW Tech

  • GRC GPW Tech to nowoczesne narzędzie klasy Governance, Risk & Compliance umożliwiające zarządzanie ryzykiem braku zgodności z obowiązującymi przepisami i wewnętrznymi procedurami, zapewniające stałe monitorowanie wymagań regulacyjnych i prawnych w szczególności dla spółek publicznych
  • Za sprzedaż i rozwój produktu odpowiedzialna będzie spółka z Grupy Kapitałowej GPW (GK GPW) – GPW Tech
  • Nowy system został zaprezentowany przedstawicielom spółek podczas konferencji „Automatyzacja systemów zarządzania zgodnością. Praktyczne przykłady.” organizowanej przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) oraz Fundację GPW

System GRC (Governance, Risk & Compliance) GPW Tech umożliwia skuteczne zarządzanie każdą organizacją. Pozwala w zautomatyzowany sposób zarządzać zgodnością z wymaganiami wewnętrznymi i zewnętrznymi (compliance), a także ryzykiem wynikającym z braku zgodności oraz procesami, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa.

Nowe narzędzie, za którego komercjalizację odpowiedzialna jest spółka GPW Tech jest dostępne w dwóch językach: polskim i angielskim. Umożliwi zarządzanie dokumentami – ich dołączanie oraz linkowanie, a także importowanie i eksportowanie interesujących użytkownika danych. Dzięki GRC GPW Tech firmy będą miały dostęp do globalnych słowników, baz wiedzy, narzędzi do obsługi zgłoszeń oraz uporządkowanego zbioru najważniejszych przepisów obowiązujących emitentów.

System GRC GPW Tech jest pierwszym produktem, którego sprzedaż w I kwartale 2021 r. rozpocznie spółka GPW Tech.

– Rozwój technologiczny GK GPW stanowi jeden z naszych priorytetów ujętych w strategii #GPW2022. Powołanie spółki GPW Tech było kluczowym elementem tego procesu, a jej głównym zadaniem budowa biznesu technologicznego w obszarze działania GPW, bazując na autorskich rozwiązaniach. System GRC GPW Tech jest produktem, którego komercjalizacja wpisuje się w dążenia GPW, aby zacząć zarabiać na eksporcie innowacyjnych rozwiązań oraz jak inne giełdy w Europie i na świecie, ustanowić sprzedaż technologii naszym istotnym źródłem przychodu – podkreśla Dariusz Kułakowski, Członek Zarządu GPW.

– Postępy w dziedzinie technologii zachodzą obecnie bardzo szybko. Zależy nam, aby w tym trendzie uczestniczyć poprzez opracowywanie i wdrażanie nowych rozwiązań. Wypełniając powierzone nam zadania i misję, pracujemy obecnie nad kolejnymi aplikacjami i uruchomieniem ich sprzedaży – mówi Witold Wiliński, Prezes Zarządu GPW Tech.

System GRC GWP Tech zawiera trzy oddzielne, ale współpracujące ze sobą moduły (ułatwiające wzajemną wymianę informacji):

  • Moduł Governance – obsługa listy procesów i obszarów zawierających m.in. opis działań i zasobów, zdefiniowanie celów oraz kluczowe wskaźniki efektywności poszczególnych procesów lub obszarów;
  • Moduł Risk – utrzymujący informacje o zdarzeniach operacyjnych, pozwalający na ocenę ryzyka operacyjnego oraz definiowanie kluczowych wskaźników ryzyka, a także wspieranie zarządzaniem ciągłością działania;
  • Moduł Compliance – utrzymujący biblioteki regulacji zewnętrznych i wewnętrznych, pozwalający na ocenę ryzyka zgodności i określanie mechanizmów kontrolnych oraz posiadający bogaty zestaw raportów.

Prezentacja systemu GRC GPW Tech miała miejsce podczas konferencji on-line „Automatyzacja systemów zarządzania zgodnością. Praktyczne przykłady.”.

Gwałtowny wzrost opłat – odbiór odpadów w Wałczu niemal 5-krotnie droższy niż w Nowym Sączu

Obok drożejącej żywności i energii, opłaty za usługi komunalne coraz dotkliwiej obciążają budżety polskich rodzin. Wystarczy wspomnieć, że średnioroczne koszty odbioru odpadów wzrosły o 84% w stosunku do 2018 roku.

Skokowy wzrost cen jest tematem podnoszonym niemal w każdej debacie publicznej. W październiku inflacja okazała się wyższa niż pierwotnie sądzono – wskazówka GUS zatrzymała się na poziomie 3,1%. W porównaniu do zeszłego roku ceny usług wzrosły o 7,3%. Za towary trzeba było zapłacić 1,5% więcej. Czynnikiem obniżającym odczyt inflacji był widocznie taniejący transport (-4,6%) na co bezpośrednio przełożył się spadek cen paliw.

W całej strukturze wydatków związanych z utrzymaniem gospodarstwa domowego warto przyjrzeć się opłatom za usługi komunalne, których często nie da się obniżyć ograniczając konsumpcję lub korzystając z oferty konkurencji. Przykładem mogą być koszty związane z odbiorem odpadów segregowanych naliczane bezpośrednio za osobę lub dla gospodarstwa domowego. Eksperci rankomat.pl sprawdzili, jak sytuacja w ciągu dwóch ostatnich lat wpływała na obciążenie budżetu 4-osobowej rodziny.

Odbiór odpadów komunalnych – najdrożej w województwie dolnośląskim

Gospodarstwa domowe, które w 2020 roku zdecydowały się na selektywną zbiórkę odpadów ponoszą średnioroczny koszt za ich odbiór w wysokości 904 zł (wyliczony na podstawie średnich z 16 województw). Kluczowa jest tu jednak dynamika cen, które wzrosły o 42% w stosunku do 2019 roku i o 85% w okresie dwóch lat.Średni koszt (w zł) wywozu odpadów komunalnych w 2020 roku dla 1 rodziny_v1b

Najwyższe średnioroczne obciążenia tytułem odbioru segregowanych odpadów komunalnych dotykają mieszkańców województwa dolnośląskiego (1.081,89 zł), śląskiego (1.036,54 zł) i wielkopolskiego (1.035,98 zł). Z kolei w najkorzystniejszej sytuacji znajdują się mieszkańcy województwa lubelskiego (758,89 zł), podlaskiego (740,13 zł) i świętokrzyskiego (664,62 zł). Rzut oka na mapę pozwala zauważyć wyraźny podział, w którym mieszkańcy Polski wschodniej płacą zauważalnie mniej za odbiór odpadów komunalnych.

Podwyżki za odbiór odpadów najbardziej odczuwalne wśród mieszkańców małych i średnich miast

Podniesienie opłat za odbiór odpadów komunalnych w 2020 roku jest wyraźnie odczuwalne dla wszystkich mieszkańców, jednak największą dynamiką wzrostu cen cechują się małe i średnie miasta powiatowe. W stosunku do zeszłego roku najmocniej wzrosły koszty w ośrodkach liczących od 100 do 200 tys. mieszkańców – wzrost o 51%. W ujęciu dwuletnim największą dynamiką cechowały się miasta do 50 tys. mieszkańców – opłaty są wyższe o 89%.koszt wzrostu odpadów

Rodzina z Wałcza zapłaci za odbiór odpadów o 1392 zł więcej niż rodzina z Słubic

Gminy obliczają stawki za odbiór odpadów na podstawie liczby mieszkańców zamieszkujących dany adres, powierzchni nieruchomości, ilości zużytej wody oraz od gospodarstwa domowego. Najczęściej stosowanym sposobem jest miesięczne naliczanie opłat na jedną osobę. Różnice w rocznych kosztach odbioru odpadów występujące pomiędzy poszczególnymi miastami są znaczne.

Poniżej przedstawiamy trzy miasta powiatowe, w których czteroosobowe gospodarstwa domowe za odbiór odpadów zapłacą najmniej. Po drugiej stronie skali znalazły się trzy miasta o najwyższych kosztach.wzrost koszt odpadów

W 2020 roku najtańszym miastem w Polsce pod kątem kosztów związanych z odbiorem odpadów komunalnych są Słubice, gdzie miesięczne opłaty ustalane są dla gospodarstwa domowego i wnoszą 24 zł. Przekłada się to na obciążenie roczne dla całej rodziny w wysokości 288 zł. Z kolei najdroższym miastem jest Wałcz z miesięczną stawką za osobę równą 35 zł. Dla czteroosobowej rodziny oznacza roczny koszt w wysokości 1.680 zł.

Najniższa stawka za odbiór odpadów selektywnych kalkulowana na osobę obowiązuje w Nowym Sączu i wynosi 7,50 zł – to niemal pięciokrotnie mniej niż w Wałczu.

Nie tylko odbiór odpadów – opłaty komunalne mocniej obciążają nas także w innych obszarach

Analizując zmiany opłat za usługi komunalne skupiliśmy się na odbiorze odpadów segregowanych z uwagi na wyróżniającą się dynamikę wzrostów w ostatnich latach. Nie można jednak zapominać, że istnieje szereg innych obszarów, które nie oparły się wzrostom cen i coraz wyraźniej obciążają nasze budżety. Wyróżnić tu można:

  • ceny za dostarczaną wodę i odprowadzane ścieki,
  • ceny za usługi przewozowe w publicznym transporcie zbiorowym,
  • opłaty za parkowanie w strefie płatnego parkowania,
  • stawki podatku od nieruchomości.Wydatki na usługi komunalne 4-osobowej rodziny w latach 2018-2020_v2W 2020 roku przeciętna 4 osobowa rodzina zamieszkująca miasto powiatowe najwięcej pieniędzy przeznaczy na wodę i ścieki (43,21%) zakładając, że każdy domownik w ciągu roku zużywa 33,7 metra sześciennego wody i produkuje tyle samo ścieków. Najmniej domowy budżet obciążą opłaty parkingowe (1,55%), przy założeniu 48 godzin postoju pojazdu w centrum miasta w ciągu całego roku.

    Z analizy wynika jednak, że największym wyzwaniem dla mieszkańców miast powiatowych jest skokowy wzrost kosztów związanych z wywozem odpadów komunalnych. Wysokość opłat w tej kategorii wzrosła o 41,76% w stosunku do 2019 roku i aż o 85,48% w okresie od 2018 roku.

    Średnie ceny OC spadają w całym kraju – liderem spadków województwo lubelskie

    Przyglądając kosztom życia pod kątem obowiązkowych opłat wzięliśmy także pod lupę dynamikę cen polis komunikacyjnych OC. W obszarze tym odnotowaliśmy umiarkowany spadek cen za składkę w podziale na województwa.Średnia cena ubezpieczenia komunikacyjnego OC w latach 2018-2020_v1b

    Na koniec pierwszego półrocza 2020 roku najniższą średnią ceną za polisę OC mogli cieszyć się mieszkańcy województwa podkarpackiego (560 zł). Była ona o 7,89% niższa w stosunku do 2018 roku. Na drugim krańcu skali znalazło się województwo pomorskie ze średnią ceną za polisę OC na poziomie 771 zł. Warto jednak zaznaczyć, że w 2018 roku mieszkaniec województwa pomorskiego płacił składkę w wysokości 843 zł. Różnica w średniej cenie polisy OC pomiędzy najtańszym i najdroższym województwem na koniec I półrocza 2020 roku wynosiła 211 zł.

    W badanym okresie widoczne są niewielkie wahania wysokości przeciętnej składki OC, z tendencją spadkową. W dużej mierze wynika to ze stabilnej sytuacji finansowej towarzystw ubezpieczeniowych. Polityka cenowa powinna zostać utrzymana w najbliższym czasie, chyba że wypłaty odszkodowań z polis komunikacyjnych zaczną dynamicznie rosnąć lub zostaną wprowadzone nowe regulacje, zwiększające koszty likwidacji szkód.

    Źródła:
    https://www.curulis.pl/raport/wydatki-mieszkancow-na-uslugi-komunalne-2020 

    https://www.curulis.pl/raport/wydatki-mieszkancow-na-uslugi-komunalne-2019 

    https://www.curulis.pl/raport/wydatki-mieszkancow-na-uslugi-komunalne-2018

Jakie rekordy przyniesie tegoroczny Black Friday?

Black Friday rozpoczyna najgorętszy w handlu okres w roku – czas  bożonarodzeniowych zakupów. Rok temu w sklepach online Polacy zostawili jedną trzecią świątecznego budżetu[1]. W tym – biorąc pod uwagę kilkukrotnie wyższy ruch w aplikacjach zakupowych – może być jeszcze lepiej. Tak przynajmniej wynika z raportu „M-commerce”, opublikowanego właśnie przez agencję Spicy Mobile. 

Rok 2020 jest już nazywany przełomowym, jeśli chodzi o e-commerce. Okres pandemii spowodował zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do internetu. Jak wynika z najnowszych danych dotyczących rynku e-commerce, już 73% internautów robi zakupy online (o 11 p.p. więcej niż w 2019 r.), co daje liczbę około 20,6 mln osób[2]. Zdaniem analityków, sprzedaż w internecie może być w tym roku nawet dwukrotnie większa i wynieść 100 mld zł.[3] Wzrosty są odnotowywane w niemal wszystkich branżach, również w tych, w których e-commerce nie miał wcześniej znaczącego udziału[4]. Wyniki ostatnich badań konsumenckich wskazują też na kolejny ważny trend – coraz częściej do e-zakupów wykorzystujemy smartfon.

Rafał Karczewski ze Spicy Mobile
Rafał Karczewski ze Spicy Mobile

Kanał „mobile” jest coraz ważniejszy dla platform i sklepów e-commerce – komentuje Rafał Karczewski ze Spicy Mobile. – Marki powinny przyjrzeć się zwłaszcza najmłodszej grupie wiekowej – to jej preferencje i zwyczaje zakupowe wraz ze wzrostem siły nabywczej będą wkrótce kształtować oblicze polskiego handlu internetowego. Już teraz wśród konsumentów w wieku 15-24 lata smartfon jest najchętniej wykorzystywanym urządzeniem do e-zakupów. Co więcej, ci konsumenci – chętniej niż inni – korzystają przy zakupach z aplikacji mobilnych. Jej brak postrzega jako problem aż 39% kupujących z poziomu urządzenia mobilnego w wieku 15-24 lata[5].

Jak wynika z opublikowanego właśnie raportu „M-commerce”, 74% użytkowników urządzeń mobilnych ma na swoim smartfonie zainstalowaną przynajmniej jedną aplikację zakupową. To dane z września br., które pochodzą z pasywnego pomiaru aktywności Polaków na urządzeniach mobilnych z systemem Android. Można je więc nazwać tzw. „danymi twardymi”. W porównaniu do analogicznego okresu w 2019 r. łączny zasięg aplikacji zakupowych wzrósł trzykrotnie. Na popularność całej kategorii rzutują przede wszystkim największe aplikacje zakupowe, do których należą popularne platformy e-commerce, jak Allegro, OLX czy AliExpress, a także aplikacja drogerii Rossmann. Większy niż przed rokiem ruch widać również i w innych kategoriach aplikacji zakupowych, także tych mniej popularnych, jak np. aplikacje sieci spożywczych.

Platformy zakupowe

Jak wynika z danych Spicy Mobile, najbardziej popularną platformą zakupową w Polsce jest  Allegro – we wrześniu 2020 r. korzystał z niej co drugi użytkownik smartfona z systemem operacyjnym Android (49,62%). Na kolejnych miejscach pojawiają się OLX (37,74%) oraz AliExpress (22,96%). Na przestrzeni dwunastu miesięcy (między wrześniem 2019 r. a wrześniem 2020 r.) zasięg aplikacji Allegro wzrósł trzykrotnie, a AliExpress i OLX dwukrotnie.

Moda

Ostatnie miesiące przyniosły wzrost zainteresowania konsumentów aplikacją do sprzedaży odzieży używanej Vinted, z której korzysta aktualnie 12% użytkowników (rok wcześniej był to nieco ponad 1%). Ten wynik plasuje ją na piątym miejscu według zasięgu w rankingu najpopularniejszych aplikacji zakupowych w Polsce. Vinted to nie jedyna aplikacja z branży modowej, po którą Polacy sięgali częściej niż rok temu. Na przykład zasięg aplikacji Zalando wzrósł z 1,23% we wrześniu 2019 r. do 3,88%, a liczba wywołań na pierwszy ekran wzrosła z 1,4 mln do 194,7 mln.

Sieci spożywcze

Na tle gigantów polskiego rynku e-commerce ruch w aplikacjach sieci spożywczych jest niszowy. Najpopularniejszą w tej kategorii jest aplikacja sieci handlowej Carrefour. We wrześniu zasięg aplikacji Mój Carrefour wyniósł 5%, a liczba uruchomień przekroczyła 30,4 mln. Na drugim miejscu – według zasięgu – znajduje się aplikacja Tesco Club Card (3,52%), wywoływana na pierwszy ekran 17,6 mln razy. Warto podkreślić, że aplikacja Moja Biedronka – choć pod względem zasięgu ustępuje innym – jest najczęściej uruchamianą aplikacją sieci spożywczej. We wrześniu 2020 r. wywoływano ją na pierwszy ekran 46,2 mln razy.

Jedzenie na wynos

W tej kategorii można wyróżnić trzech liderów: Pyszne.pl, KFC oraz UberEats. W ostatnim czasie szczególnie wzrosło zainteresowanie aplikacją KFC, która we wrześniu 2020 r. odnotowała rekordowe zainteresowanie i dociera obecnie do ponad 8% użytkowników (we wrześniu 2019 r. jej zasięg wynosił 0,12%). Jest to też aplikacja do zamawiania jedzenia na wynos, w której użytkownicy spędzają najwięcej czasu oraz którą najczęściej wywołują na pierwszy ekran. To wyraźne odwrócenie tendencji z kwietnia br., kiedy to Uber Eats oraz Pyszne.pl cieszyły się znaczną przewagą nad dominującym obecnie konkurentem, tak w liczbie wywołań, jak i w czasie spędzonym w aplikacji.

Drogerie i apteki

Zdecydowanym liderem tej kategorii i jednocześnie 3. najpopularniejszą aplikacją mobilną w Polsce jest aplikacja drogerii Rossmann. We wrześniu 2020 r. jej zasięg wyniósł prawie 24%. Choć pod względem zasięgu aplikacja Rossmann utrzymuje się w ścisłej czołówce, obok aplikacji popularnych platform e-commerce, to jej użytkownicy nie są tak aktywni. W aplikacji Rossmann spędzają średnio pięć razy mniej czasu niż w aplikacji OLX i prawie trzy razy mniej niż w AliExpress[6].

Kupony, rabaty, gazetki promocyjne

To ważny kierunek rozwoju m-commerce. W skali całego roku liderami kategorii są Blix, PAYBACK PL oraz Wish. Ostatnio dołączyła do nich także aplikacja Goodie.  Poza tymi aplikacjami użytkownicy często korzystali z Peppera (zasięg we wrześniu 2020 r. na poziomie 2,71%), spędzając w nim miesięcznie prawie tyle samo czasu, co w dużo bardziej popularnej aplikacji Wish (6,69%). Najczęściej i najdłużej używaną aplikacją jest jednak Blix, który tylko we wrześniu 2020 r. został otworzony przez użytkowników blisko 808 mln razy, co zsumowało się do 4 mln godzin spędzonych w aplikacji.

Inne popularne aplikacje zakupowe

Mówiąc o rynku m-commerce w Polsce, nie można nie wspomnieć o jeszcze dwóch aplikacjach powiązanych ze stacjonarnymi placówkami sklepów o wyrobionych markach: Vitay oraz Empik (odpowiednio 8,06% i 6,94%).Także jeśli chodzi o częstość i długość użytkowania ich popularność zwiększyła się w ostatnim czasie, przy czym Empik odnotował wyraźny wzrost zainteresowania na przełomie lutego oraz marca, a Vitay w sierpniu i we wrześniu.

Tomasz Kąkol ze Spicy Mobile
Tomasz Kąkol ze Spicy Mobile

Musimy pamiętać o tym, że smartfon jest narzędziem wielofunkcyjnym w kontekście zakupów. Nawet jeśli nie finalizujemy zakupu na urządzeniu mobilnym, to przy jego pomocy poszukujemy informacji, porównujemy oferty, szukamy promocji czy też śledzimy stan zamówienia. Aplikacje mobilne mogą być więc wykorzystywane w handlu na wiele sposobów. Z jednej strony mogą umożliwiać dokonywanie zakupów online, z drugiej – wspierać tradycyjną sieć sprzedaży – podkreśla Tomasz Kąkol ze Spicy Mobile.

[1] Deloitte, raport „Zakupy świąteczne 2019”

[2] Raport „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska”, 2020

[3] Prognozy przedstawione przez ministra finansów podczas spotkania „Dialog z biznesem”, 18 czerwca 2020

[4] Santander Bank Polska, „Pandemia motorem wzrostu dla e-commerce. Czy rok 2020 będzie rekordowy dla branży e-commerce w Polsce?”, sierpień 2020

[5]Raport „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska”, 2020

[6] Na podstawie średniego czasu na użytkownika z września 2020 r.

Rośnie zainteresowanie polisami na życie

Pandemia zachwiała poczuciem bezpieczeństwa Polaków. W związku z tym coraz więcej osób skłania się do zakupu ubezpieczenia na życie i zdrowie. Prawie co drugi Polak w ciągu ostatniego półrocza rozważał lub zdecydował się na zakup takiej polisy – wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia[1] na zlecenie firmy ubezpieczeniowej ERGO Hestia. 63% z nas najchętniej kupiłaby ubezpieczenie na życie i zdrowie u agenta ubezpieczeniowego. Często jednak nie wiemy, jakiego typu ochronę mogą zapewnić nam takie polisy.

Pandemia obudziła w nas liczne niepokoje związane ze zdrowiem oraz bezpieczeństwem finansowym. Jak pokazują badania, najczęściej boimy się poważnej choroby (70%) oraz braku pracy (61%). W równym stopniu niepokoje wzbudza u nas możliwość choroby lub utraty najbliższych – rodziców oraz dzieci, a także wypadku. Każdą z tych kategorii wskazało 37% badanych. O dzieci częściej boją się kobiety (44%) niż mężczyźni (30%). Obawy skłaniają nas ku większej ostrożności i podejmowania działań w celu zabezpieczenia finansowego. Aż 66% Polaków deklaruje, że oszczędza w związku z obawą o najbliższą przyszłość. 58% jako formę zabezpieczenia traktuje pracę zarobkową. Równocześnie blisko połowa Polaków (46%) w ciągu ostatniego półrocza rozważało lub zdecydowało się na zakup polisy na życie.

Rosnie zainteresowanie polisami na zycie

W obliczu niepewności wywołanej przez epidemię, coraz więcej osób zastanawia się nad swoją przyszłością oraz zabezpieczeniem bliskich, dostrzegając zalety ubezpieczeń na życie. Równocześnie mamy bardzo niską świadomość tych produktów ubezpieczeniowych. Niewiele osób kojarzy tego typu polisę również z zapewnieniem środków finansowych w przypadku poważnego zachorowania czy następstw wypadków” – komentuje Sylwester Poniewierski, zastępca dyrektora w Departamencie Ubezpieczeń Detalicznych w ERGO Hestii.

Niska świadomość

Choć w ostatnich miesiącach wykazujemy większe zainteresowanie ubezpieczeniami na życie i zdrowie, często nie do końca wiemy, jakiego typu ochronę mogą zapewnić nam tego typu polisy. 64% prawidłowo wskazuje, że ubezpieczenie na życie i zdrowie może zapewnić świadczenie rodzinie w przypadku śmierci osoby objętej ochroną. Jednak już nieco ponad połowa ankietowanych (54%) utożsamia ubezpieczenie na życie i zdrowie z ochroną w sytuacji, gdy ulegnie wypadkowi. Wiedzę o tym, że ubezpieczenie na życie i zdrowie może zapewnić odszkodowanie w przypadku poważnego zachorowania, takiego jak rak, wylew czy udar, posiada nieco połowa ankietowanych (51%). Rzadko wiążemy też tego typu polisy z możliwością otrzymania odszkodowania w przypadku wypadku lub utraty dziecka (31%). 15% ankietowanych nie jest w ogóle w stanie wskazać, co może dać ubezpieczenie na życie i zdrowie.

Po polisę do agenta

Niska świadomość ubezpieczeń życiowych może rzutować na sposób, w jaki zawieramy tego typu umowy. Polacy są w większości tradycjonalistami, jeżeli chodzi o sposób zakupu ubezpieczenia na życie. 63% udałoby się w tym celu do agenta ubezpieczeniowego, choć aż 17% osób w tej grupie zdecydowałoby się na kontakt z agentem przez internet lub telefon. Z kolei 26% ankietowanych deklaruje, że chętnie kupiłoby taką polisę bezpośrednio w firmie ubezpieczeniowej, korzystając ze zdalnych form kontaktu. Jedynie 9% poradziłoby się doradcy w banku. Tylko 2% ankietowanych wskazało inne formy zakupu, do których można zaliczyć np. porównywarki internetowe.

Budżet, który możemy przeznaczyć na zakup ubezpieczenia na życie jest bardzo zróżnicowany. 21% ankietowanych mogłaby przeznaczyć na ten cel do 50 zł rocznie, 31% ankietowanych 50-100 zł, a 20% od 100 do 300 zł. 16% deklaruje, że wydałaby kwotę powyżej 300 zł. 12% chciałoby kupić polisę, ale nie jest w stanie przeznaczyć na nią żadnego budżetu. coraz więcej osób skłania się do zakupu ubezpieczenia na życie i zdrowie

Wyniki badania pokazują też, jakie kwoty zapewniłyby Polakom poczucie minimalnego bezpieczeństwa, gdyby znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. 30% badanych poczułoby się bezpiecznie z kwotą 50 tys. zł na koncie, a 33% badanych z min. 100 tys. zł. Oznacza to, że posiadając oszczędności na poziomie 50-100 tys. zł, aż 63% rodaków czuje się zabezpieczona finansowo. 21% zyskałoby takie przeświadczenie mając 500 tys. zł oszczędności, a 10% 1 mln złotych. 6% deklaruje, że poczucie bezpieczeństwa dałaby im dopiero kwota na poziomie 1 mln zł lub więcej. Jak wybrać ubezpieczenie na życie i zdrowie

Jak wybrać ubezpieczenie na życie i zdrowie?

Kupując ubezpieczenie na życie i zdrowie warto zwrócić uwagę na możliwość objęcia ochroną nie tylko siebie, ale i swoich najbliższych. Istotne kwestie przy wyborze ubezpieczenia to także zakres i suma ubezpieczenia” – komentuje Sylwester Poniewierski. „Wybierając polisę musimy zdecydować, czy celem jest zabezpieczenie naszych najbliższych w sytuacji, gdy nas zabraknie, czy także zapewnienie sobie finansowego wsparcia, jeżeli ulegniemy wypadkowi lub poważnie zachorujemy. Choroby mogą pozbawić nas możliwości zarabiania i wymagać dodatkowych nakładów finansowych niezbędnych do powrotu do zdrowia. Ten drugi element jest szczególnie ważny, kiedy liczy się czas i dodatkowe środki finansowe na leczenie w niepublicznej służbie zdrowia” – radzi ekspert ERGO Hestii ds. ubezpieczeń na życie.

Warunki wypłaty świadczenia

Podstawowym celem ubezpieczenia na życie jest ochrona zdrowia i życia ubezpieczonego. W ramach warunków polisy ubezpieczyciel może zapewniać wypłatę świadczenia w sytuacji śmierci, następstw wypadku (w tym złamań czy poważnego uszkodzenia ciała), jak i poważnych zachorowań.

Ochrona dla siebie i rodziny

Ochroną w ramach ubezpieczenia na życie i zdrowie możemy objąć siebie, ale też osoby bliskie, takie jak małżonek lub partner. Oferowane są też często z rozszerzeniami, takimi jak np. ubezpieczenia zdrowia i życia dzieci. Przed wyborem polisy warto się zastanowić, która z tych kategorii jest dla nas najważniejsza i którą w związku z tym warto wykupić.

Suma ubezpieczenia

Kluczowa przy wyborze ubezpieczenia na życie i zdrowie jest również suma ubezpieczenia, czyli kwota jaką możemy maksymalnie otrzymać od ubezpieczyciela w przypadku szkody. Jej wysokość wpływa również na wysokość składki.

Przed 30-tką

Zawarcie umowy ubezpieczenia na życie i zdrowie wiąże się z oceną naszego stanu zdrowia, więc korzystne jest zawarcie takiej umowy relatywnie wcześnie. Dzięki temu pogorszenie stanu zdrowia ubezpieczonego podczas trwania umowy ubezpieczenia nie ma wpływu na wysokość sumy ubezpieczenia czy składki.

[1]  Badanie zostało zrealizowane metodą CAWI we wrześniu 2020 r., na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków w wieku 18-65 lat

Jak skutecznie przeprowadzić uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne

Na mocy przepisów tarcz antykryzysowych, przedsiębiorcy mający problemy finansowe otrzymali niezwykle użyteczne narzędzie ułatwiające przeprowadzenie procesu restrukturyzacji.

Tym narzędziem jest uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. Może ono być otwarte bez udziału sądu a przedsiębiorca uzyskuje dzięki niemu czasową ochronę przed wierzycielami. Nowe przepisy spotkały się z bardzo pozytywnym przyjęciem, w trzecim kwartale 2020 roku aż 72% otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych odbywało się według nowej procedury.

Co zadłużony przedsiębiorca może zyskać dzięki postępowaniu restrukturyzacyjnemu.

Przede wszystkim, należy podkreślić, że otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego samo w sobie nie stanowi rozwiązania problemów przedsiębiorstwa, a ochrony przed wierzycielami uzyskanej na czas postępowania nie należy mylić z oddłużeniem firmy. Celem postępowania restrukturyzacyjnego jest wypracowanie jak najkorzystniejszego porozumienia z wierzycielami oraz uporządkowanie spraw przed okresem, w którym trzeba będzie rozpocząć regulowanie zobowiązań. Oczekiwania względem wierzycieli należy formułować w sposób ostrożny i racjonalny ponieważ to do nich będzie należeć ostateczna decyzja o przyjęciu układu. Oczekiwania muszą więc być zgodne z realiami rynkowymi oraz możliwe do wykonania przez dłużnika. Należy też pamiętać, że nie wszyscy dłużnicy muszą się zgodzić na układ. W głosowaniu decyduje zwykła większość posiadająca co najmniej 2/3 sumy wierzytelności.

Rozsądną propozycją z pewnością będzie rozłożenie zobowiązań na raty możliwe do spłaty.

Bankructwo dłużnika, szczególnie wtedy, gdy nie posiada on znaczącego majątku, nigdy nie jest opcją korzystną dla wierzycieli. A więc, jeżeli będą oni postępować racjonalnie, powinni pozytywnie zareagować na propozycję ustalenia możliwego do obsługi harmonogramu spłat.  Aby tak się stało, należy zadbać o wiarygodność propozycji zgłaszanej wierzycielom. Jednym z najlepszych sposobów na jej uwiarygodnienie jest doprowadzenie do poprawienia sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Odroczenie spłat na czas postępowania, które w przypadku postępowania uproszczonego trwa do czterech miesięcy, to doskonała okazja na uporządkowanie spraw finansowych. Jeżeli w czasie okresu zawieszenia spłaty zobowiązań dojdzie do odzyskania równowagi biznesowej, będzie to stanowić bardzo pożądany sygnał dla wierzycieli. W postępowaniach zatwierdzonych w III kwartale 2020 roku, średni okres rozłożenia zobowiązań na raty wynosił 56 miesięcy, natomiast najdłuższy okres rozterminowania wynosił 18 lat. W 66% przypadków nastąpiło częściowe umorzenie długu podstawowego natomiast we wszystkich postępowaniach dokonano umorzenia odsetek karnych.

Źródło problemu bardzo rzadko leży wyłącznie w sferze finansowej.

Właściwa restrukturyzacja powinna więc dotyczyć przede wszystkim operacyjnych aspektów działalności. Dlatego oprócz negocjacji z wierzycielami, najważniejsze działania przedsiębiorstwa w okresie restrukturyzacji powinny polegać na skupieniu się na rentownych obszarach działalności oraz poszukiwaniu dodatkowego finansowania.

Porzucenie nierentownych obszarów działalności może być dla przedsiębiorcy bardzo trudne mentalnie, szczególnie wtedy gdy przez wiele lat przyczyniały się one do odnoszenia sukcesu przez firmę. Takie zmiany, jak przeniesienie działalności sprzedażowej do internetu czy automatyzacja procesów administracyjnych mogą się wiązać ze zwolnieniami zasłużonych pracowników lub koniecznością nagłej zmiany procedur i przyzwyczajeń. Może to też wymagać przeszkolenia personelu na każdym szczeblu organizacji.

Znalezienie nowych sposobów finansowania przedsiębiorstwa również może wymagać kreatywności i rezygnacji z dotychczasowych metod działania. Z oczywistych powodów, dla przedsiębiorstwa mającego problem z wypłacalnością, niedostępne może być finansowanie bankowe lub emisja akcji i obligacji. Ciekawą opcją może być natomiast poszukiwanie zewnętrznego inwestora. W czasach zerowych stóp procentowych dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwa mające chwilowe problemy z płynnością mogą być łakomym kąskiem dla szukających nowych możliwości posiadaczy wolnych środków finansowych.

W grę wchodzą różne formy restrukturyzacji, takie jak sprzedaż przedsiębiorstwa, przejęcie udziałów przez inwestora lub fuzja. Uzyskane w ten sposób środki mogą w znaczący sposób ułatwić negocjacje z wierzycielami. Warto wspomnieć o tym, że uchwalona w sierpniu ustawa o pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców jest pierwszym instrumentem umożliwiającym otrzymanie rządowego finansowania przez przedsiębiorstwa znajdujące się w trakcie procesu restrukturyzacji. Na etapie przygotowania strategii pomoc może być udzielona w formie kredytu, natomiast w trakcie właściwego procesu restrukturyzacji będąca operatorem programu Agencja Rozwoju Przemysłu ma do dyspozycji znacznie szerszą paletę instrumentów, na przykład takich jak objęcie akcji, udziałów bądź obligacji restrukturyzowanego przedsiębiorstwa.

Autor: Mariusz Grajda, partner zarządzający, członek zarządu MGW Corporate Consulting Group Sp. z o.o.

Oszczędności rzędu 2 mln zł dzięki automatyzacji procesów

Automatyzacja procesów w firmie może przynieść oszczędności rzędu 2 mln zł [WYNIKI BADANIA]

Czy automatyzacja procesów biznesowych się opłaca? Według wyników najnowszego badania globalnej agencji doradczej Forrester Consulting, dzięki automatyzacji firmy są w stanie przyspieszyć procesy biznesowe o nawet 87%, zaoszczędzić ponad 21 tysięcy godzin pracy i uniknąć kosztów na poziomie blisko 2 mln złotych.

Od lat systematycznie rośnie grono polskich firm, które w swojej strategii rozwoju umieszczają transformację cyfrową na szczycie listy priorytetów. Niebagatelny wpływ na tę tendencję miała w ostatnich miesiącach globalna pandemia koronawirusa, która uzmysłowiła przedsiębiorcom, że wykorzystanie nowoczesnych technologii do digitalizacji i automatyzacji procesów ułatwia komunikację między pracownikami i zwiększa wydajność ich pracy, a w dłuższej perspektywie prowadzi do znaczącego obniżenia kosztów prowadzenia działalności biznesowej.

Automatyzacja procesów oszczędza czas i (duże) pieniądze

Obserwacje te potwierdza nowe badanie The Total Economic Impact™ przeprowadzone przez Forrester Consulting, jedną z wiodących światowych agencji doradczych, na zlecenie krakowskiej spółki WEBCON. Analitycy agencji przeprowadzili badanie w firmie z branży usług finansowych, spółce-córce globalnej korporacji zatrudniającej ponad 300 000 osób na całym świecie. Porównano okres przed i po wdrożeniu w firmie platformy do automatyzowania procesów biznesowych WEBCON BPS, poddając analizie wpływ automatyzacji na codzienne funkcjonowanie firmy i jej wyniki finansowe. Badanie wykazało, że w przeciągu 3 lat:

  • automatyzacja procesów biznesowych spowodowała przyspieszenie ich realizacji aż do 87%,
  • dzięki usprawnieniu procesów i zadań pracownicy zaoszczędzili ponad 21 000 godzin, które mogli przeznaczyć na bardziej kreatywne, wartościowe z perspektywy organizacji, a przy tym stymulujące intelektualnie działania,
  • przełożyło się to na większą wydajność pracowników firmy i znacząco podniosło poziom satysfakcji na poziomie Employee Experience,
  • w przeciągu 3 lat badana organizacja zaoszczędziła 605 230 USD (2 265 473 zł) w wyniku skrócenia czasu obsługi procesów,
  • inwestycja w digitalizację zwróciła się z nawiązką, a ROI wyniósł 113%.

Powyższe wnioski nie dziwią Łukasza Wróbla, CBDO i wiceprezesa firmy WEBCON – polskiego producenta platformy low-code do automatyzacji procesów biznesowych. Zwraca on jednak uwagę na to, że automatyzacja procesów w firmie przynosi dodatkowo szereg korzyści trudno mierzalnych, a jednocześnie kluczowych dla jej rozwoju. Bieżąca sytuacja pokazała wielu firmom, w jak dużym stopniu umiejętność szybkiego dostosowania procesów biznesowych do nowej rzeczywistości jest decydująca dla ich przetrwania na rynku. Chodzi o zdolność rzeczywistej zmiany sposobu działania i przezwyciężenie starych przyzwyczajeń. – przekonuje. I dodaje: Digitalizacja procesów ułatwia zarządom skuteczne podejmowanie i egzekwowanie decyzji. Umożliwia zbieranie danych o tym, jak zmiany wpływają na firmę i na tej podstawie pozwala na bieżące korygowania przyjętego kursu. Odpowiednie narzędzia wspierające procesy umożliwiają zwinną rekonfigurację – bez ryzyka destabilizacji pracy organizacji – i nawet w trudnych warunkach kryzysu można dalej skutecznie zwiększać udział firmy w rynku.

Badanie The Total Economic Impact™, przeprowadzone w czerwcu 2020 roku, opiera się na autorskiej metodyce Forrestera, która ma na celu ułatwienie i usprawnienie procesu podejmowania decyzji technologicznych w firmach. Celem badania zrealizowanego przez analityków agencji było określenie kosztów, korzyści, elastyczności i czynników ryzyka, które mają wpływ na decyzje inwestycyjne w zakresie doboru rozwiązań cyfrowych dla rozwoju i usprawnienia działalności operacyjnej organizacji. Kompletny raport z badania jest dostępny do pobrania bezpłatnie na stronie internetowej:  https://webcon.com/the-total-economic-impact-of-webcon-bps-by-forrester/.

Potrzeba skoordynowanych działań na każdym szczeblu administracji, by zmniejszyć ryzyko suszy w Polsce

Zmiany klimatu wymuszają prowadzenie aktywnej polityki przez poszczególne państwa w obszarze adaptacji do zmian klimatu. Jednym z wyzwań stojących przed polską administracją rządową i samorządową będzie przeciwdziałanie suszy (oraz jej skutkom) w zgodzie z rygorami unijnych i krajowych przepisów dotyczących ochrony środowiska. Kompleksową analizę wyzwań, przed którymi stają polskie władze w tej coraz silnej dającej się we znaki polskiemu konsumentowi materii oferuje najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego pt. „Analiza polityki publicznej w zakresie przeciwdziałania suszy w Polsce”.

Przeciwdziałanie suszy i powodzi nie mogą polegać jedynie na działalności inwestycyjnej lub infrastrukturalnej. Ich nieodłącznym elementem muszą być działania edukacyjne w obszarze zrównywanego korzystania z wody, a także ograniczania ryzyka przeciwpowodziowego. Należy je kierować do mieszkańców danych terenów i użytkowników wód na obszarach poszczególnych zlewni. Przykładowo można korzystać z mechanizmów angażowania lokalnych społeczności wokół szkół, które wykorzystywane są w Anglii – rekomenduje Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu PIE.

Mimo alarmistycznych doniesień medialnych Polska nie jest krajem szczególnie ubogim w wodę. Z zasobami wodnymi na mieszkańca wynoszącymi ok. 1,6 tys. m3 /osobę/rok, plasujemy się poniżej krajów grupy wyszehradzkiej czy też wybranych krajów UE-15. Jednak po usunięciu dopływów cieków spoza granic kraju, nasze zasoby wynoszą 1,4 tys. m3/osobę/rok, czyli dokładnie tyle samo, ile w Niemczech, Czechach lub we Włoszech. W przypadku krajowych zasobów wodnych podstawowym wyzwaniem jest zatem nie ich ilość, ale jakość oraz rozmieszczenie terytorialne. Dostępne dane wskazują, iż na koniec 2018 r. jedynie 9 analizowanych części wód powierzchniowych i zbiorników kwalifikowało się do dobrej oceny ogólnej (na ogół 1472 ocenianych). W przypadku oceny stanu chemicznego – jedynie 151 kwalifikowało się do dobrej oceny (na ogół 1150 ocenianych).

Należy wyraźnie podkreślić, iż rolnictwo jest najbardziej narażonym na skutki suszy sektorem gospodarki. Szacuje się, że w przypadku obszarów rolnych i leśnych aż 13,4 proc. ich powierzchni jest silnie zagrożonych suszą, a 24,5 proc. jest zagrożonych ekstremalnie. Zwiększenie ilości (oraz czasu) retencji wód na gruntach rolnych może dać doskonałe rezultaty z uwagi na efekt skali. Użytki rolne w Polsce obejmują ok. 60 proc. powierzchni kraju, zaś lasy – kolejne 30 proc. Zwiększenie retencji glebowej średnio jedynie o 20 mm pozwoliłoby na retencjonowanie w skali roku ok. 5,7 km3 wody. To blisko 2-krotnie więcej niż wynosi zdolność dotychczas zbudowanych zbiorników retencyjnych (ok. 3,5 km3).

W kontekście zarządzania zasobami wodnymi często pojawia się w dyskusji publicznej temat zwiększenia wykorzystania rzek jako sposobu transportu towarowego na wzór na przykład Niemiec. Autorzy raportu krytykują ten pomysł: Rozwój transportu śródlądowego może nie być optymalnym wyborem w dłuższym okresie, zarówno z punktu widzenia środowiskowego, jak i rachunku ekonomicznego. Poza wysokimi kosztami inwestycyjnymi (nieuwzgledniającymi kosztów bieżących eksploatacji przekształconych do potrzeb frachtu cieków), należy wziąć pod uwagę także dodatkowe koszty wynikające z dalszych zmian klimatu, tj. wzrost częstotliwości występowania stanów ekstremalnych – suszy i powodzi. Tym samym rozwój transportu wodnego (który wymaga ustabilizowania parametrów lustra wody) może stanowić zagrożenie dla możliwości konkurencyjnego wykorzystania cieków (do celów rolniczych lub przemysłowych). Zwłaszcza, iż nadmierna regulacja rzek ma negatywny wpływ na środowisko, a także na koszty ochrony przeciwpowodziowej – zaznacza Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu PIE

Polski software podbija Dolinę Krzemową

  • Unikalny model biznesowy i portfolio złożone tylko z amerykańskich startupów to najważniejsze elementy, na jakie postawił wrocławski MasterBorn.
  • Właściciele spółki, tworząc swoją firmę software’ową, skoncentrowali się nie tyle na pisaniu dla klientów oprogramowania, ile na pomocy startupom w dopracowaniu ich modeli biznesowych oraz wskazywaniu im możliwych dróg docierania do kapitału na rozwój.
  • W samym tylko 2020 roku wspomagane przez nich startupy zdobyły w sumie prawie 16 mln USD finansowania ze źródeł prywatnych.

100% – tak rośnie MasterBorn rok do roku. Według prognoz właścicieli do końca 2021 dobije do 15 mln PLN przychodu, choć jedną ze strategicznych decyzji podjętych przez właścicieli, już na początku działalności, była całkowita rezygnacja z utworzenia działu sprzedaży. Dlaczego? Świadczenie tego typu usług jest dla amerykańskich startupów na tyle wartościowe, że firma sama wybiera klientów, z którymi podejmie współpracę.

Nasz model działania jest dla otoczenia na tyle unikalny i wartościowy, że nie musimy szukać klientów. Ci znajdują nas sami. Ich zaufanie wynika z naszego doświadczenia: budowaliśmy już własne produkty, swoje SaaS’y, pitchowaliśmy inwestorów i pozyskaliśmy pieniądze na różnych rynkach, sprzedaliśmy biznes, robiliśmy exit’y. To na tle innych software house’ów unikatowe kompetencje. Z jednej strony ciężko je skopiować, a z drugiej dzięki nim nasza oferta dobrze się spina i efektywnie działa. Nie znam drugiej firmy piszącej software, z podobną do naszej wartością dodaną dla klienta mówi Radek Paklikowski, COO MasterBorn.

Pisanie dla klientów software’u nadal jest ważną częścią biznesu MasterBorn, choć coraz częściej jest zwieńczeniem współpracy, a nie jej początkiem. Firma dobiera klientów widząc w nich potencjał biznesowy. Równie ważna jest otwartość na uwagi i wskazówki, korekty i zmiany w samym produkcie czy modelu biznesowym.

Nas interesuje nie tyle pisanie oprogramowania, ile realny udział w tworzeniu produktu lub całego biznesu. Coraz częściej zdarza się, że także my chcemy w dany biznes zainwestować dodaje Radek Paklikowski. Tak było np. z TruckMap. Uwierzyliśmy w foundera, bo ma wizję i jest skoncentrowany na tym, co robi. Mieliśmy realny wpływ na tworzenie tego biznesu, napisaliśmy software, a na koniec staliśmy się jego udziałowcami. To jest kierunek, w którym najbardziej chcemy się rozwijać jako MasterBorn dodaje Paklikowski.

W trakcie tylko ostatniego roku w ramach MasterBorn wspólnikom udało się pomóc swoim klientom w pozyskaniu ponad 16 mln USD dofinansowania. To ponad 60 mln PLN. Wszyscy klienci pochodzą z USA i póki co firma nie planuje dywersyfikacji na inne rynki.

Kultura pracy, świadomość biznesowa i możliwości (także finansowe) amerykańskich spółek są zdecydowanie większe. Ponadto jest im łatwiej wejść ze swoim produktem na rynek światowy. Są to biznesy rentowniejsze, mające znacznie większe szanse na sukces, niż lokalne spółki z Polski. Ich siła przebicia jest po prostu nieporównywalnie większa mówi Radek Paklikowski.

Właściciele MasterBorn – Amerykanin Gray Skinner i Polak Radek Paklikowski spotkali się, gdy obaj pracowali dla amerykańskiego Droplr Inc. Skinner, jako CEO, był odpowiedzialny za rozwój spółki i pozyskiwanie na ten cel kapitału. Paklikowski zaś przekonał zarząd Droplr do otworzenia biura w Polsce. Zbudował tu od postaw zespół wysoko wykwalifikowanych programistów oraz przygotował spółkę do sprzedaży. W 2019 zarząd domknął sprzedaż tej budowanej przez 10 lat firmy, za niebagatelną siedmiocyfrową kwotę USD.

MasterBorn ma swój headquarter we Wrocławiu, do tego prowadzi lokalny oddział w Kielcach. Obecnie firma zatrudnia zespół 40 wysoko wyspecjalizowanych deweloperów.

Jak zmiana w Białym Domu wpłynie na Polskę?

Razem ze zmianą prezydenta najprawdopodobniej zmieni się polityka zagraniczna USA. Nowo wybrany Joe Biden zapowiedział, że zmieni strategię Stanów Zjednoczonych, głównie jeżeli chodzi o relacje z Chinami. Będzie to miało wpływ na Polskę i jej rolę w międzynarodowych konstrukcjach politycznych. Plan, byśmy byli wiodącym państwem sojuszniczym dla USA w regionie, może runąć jak domek z kart. Dlatego eksperci wskazują, że powinniśmy pielęgnować swoją pozycję gospodarczą i niezależną politykę, zachowując suwerenność.

– Mając ciągle duży potencjał, powinniśmy bardziej dbać o swoją suwerenną, polityczną pozycję. Negocjować nie z pozycji klienta pomocy socjalnej, tylko z pozycji państwa i społeczeństwa, które ma niezaprzeczalne aktywa – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Dysponujemy bowiem zasobami, których zaczyna brakować zarówno w Unii Europejskiej, jak i na całym świecie. Chodzi o kapitał ludzki, o jego jakość i o możliwości, które drzemią w takim właśnie miejscu jak Polska. Od umiejętności polskich rządzących będzie zależało czy uda nam się zastosować historyczną regułę Imperium Brytyjskiego. Imperium Brytyjskie nie ma bowiem stałych przyjaciół, ma jedynie stałe interesy. To powinna być naczelna reguła naszej polityki zagranicznej – uważa Sadowski.

Raport: Cyfrowe technologie pomagają klimatowi, ale potrzebne są zachęty dla firm i edukacja

Na stworzonej przez Światową Organizację Zdrowia liście 50 miast o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Unii Europejskiej znalazło się aż 36 miast z Polski. Nasz kraj, by spełnić wymagania unijne w osiągnięciu neutralności klimatycznej do 2030 roku, musi zainwestować 240 mld euro, m.in. na nowoczesne rozwiązania technologiczne, które sprzyjają klimatowi i chronią środowisko. Jednak jak wynika z raportu Związku Cyfrowa Polska „Pokolenie Zielonego Ładu. Rola nowych technologii w ochronie klimatu” w Polsce wciąż brakuje świadomości, jak wiele w walce o klimat można osiągnąć korzystając z cyfrowych rozwiązań. Wyzwaniem są też takie regulacje prawne, które będą wspierały firmy w inwestowaniu w nowoczesne technologie.

Opracowanie jest efektem dyskusji ekspertów i przedsiębiorców podczas konferencji zorganizowanej przez Związek Cyfrowa Polska pt. „Cyfryzujemy Polskę – technologia szansą dla klimatu” pod patronatem Ministerstwa Klimatu oraz Ministerstwa Cyfryzacji.

Technologia może pomóc w ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych

Raport pokazuje, w jaki sposób cyfryzacja i nowoczesne technologie mogą pozytywnie wpływać na nasz klimat oraz wspierać ochronę środowiska. To ważne, zwłaszcza że w 2050 r. wszystkie państwa Unii Europejskiej powinny osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. Zdaniem autorów opracowania, Polska, by sprostać tym wymogom musi systemowo podejść do wszystkich dziedzin życia społecznego, w tym zmian zwłaszcza w przemyśle, budownictwie, rolnictwie czy energetyce. Jak wskazują eksperci w raporcie, zwłaszcza polska energetyka potrzebuje wielu zmian.  „Rozwój odnawialnych źródeł energii przyspiesza i coraz mocniej wskazuje kierunki transformacji. Technologie elastyczności to dziś podstawa nowoczesnej energetyki. Dlatego warto umiejętnie sięgać po innowacje technologiczne i cyfryzacyjne nowinki, które pozytywnie mogą wpływać na te procesy. Dużą rolę w upowszechnianiu, ale także i stosowaniu rozwiązań przyszłości w energetyce ma rozwój elektromobilności i systemy z nim związane” – zauważa we wstępie do opracowania minister Klimatu i Środowiska Michał Kurtyka.

Z kolei jak podkreśla prezes Związku Cyfrowa Polska, postępujące zmiany klimatyczne to duże wyzwanie dla całego świata. – Dziś działalność człowieka, jak nigdy wcześniej, determinuje przyszłość klimatyczną ziemi. Niestety, działalność ta, często nie służy środowisku. Doszliśmy do momentu, w którym trzeba przewartościować to, w jaki sposób będziemy dalej funkcjonować. I to w pojęciu bardzo szerokim: od pojedynczych czynności związanych choćby z segregacją domowych śmieci czy oszczędzaniem energii, po funkcjonowanie miast i działalności firm w ujęciu globalnym – niezależnie od sektora gospodarki – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Choć obecna sytuacja pandemiczna zmienia priorytety zarówno w biznesie, jak i w instytucjach państwowych, to jednak transformacja energetyczna i cyfrowa nie powinna znikać z horyzontu wśród najpilniejszych celów. 

Coraz więcej firm i spółek skarbu państwa odpowiedzialnych za środowisko

Z raportu wynika wprost: cyfryzacja sektora energetycznego w Polsce jest jednym z najważniejszych celów dotyczących dekarbonizacji całej gospodarki. Jeśli zestawić ze sobą ambitne cele klimatyczne Unii Europejskiej oraz fakt, że obecnie ponad 80 proc. polskiej energii elektrycznej produkowane jest z węgla, to zmiana jaką czeka branża jest fundamentalna. Część polskich Spółek Skarbu Państwa już dziś inwestuje w innowacyjne narzędzia cyfrowe, oparte np. na rozwiązaniach chmurowych, sztucznej inteligencji czy Internecie Rzeczy.

Autorzy opracowania zauważają również, że wyzwania klimatyczne wymusiły także na firmach, zwłaszcza tych największych, zmianę filozofii działania, wpisując w ich dalszy rozwój równowagę między ochroną środowiska a zyskami finansowymi. Wpływają one na każdy obszar działania firmy – od produkcji, po księgowość, sprzedaż i marketing. Cyfrowa Polska powołuje się na dane, z których wynika, że w 2019 r. liczba firm, które podjęły odpowiedzialne działania na rzecz środowiska wzrosła o 35 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. I tak np. na co dzień najwięksi konkurenci technologiczni, jak np. Google, Microsoft czy HPE, nie ustają we wspólnych wysiłkach na rzecz ochrony środowiska i poprawy klimatu, wdrażając je także we własnych organizacjach.

Związek Cyfrowa Polska przyznaje, że każda firma, która korzysta z cyfrowych narzędzi i tym samym wykorzystuje energię elektryczną do zasilania swoich serwerów lub centrów przetwarzania danych, pozostawia ślad węglowy swojej działalności. Stąd, by to ograniczyć,  popularne stają się migracje „do chmury”, co według szacunków może przynieść w ujęciu globalnym spadek o prawie 6 proc. całkowitej emisji, za którą odpowiedzialna jest branża IT.

Edukacja i zachęty dla firm

Eksperci Cyfrowej Polski stawiają kilka postulatów, których spełnienie jest potrzebne, by w pełni wykorzystać technologie cyfrowe w ochronie klimatu. To przede wszystkim powszechna edukacja konsumentów z tego, jak efektywnie wykorzystywać innowacje technologiczne w codziennym życiu, by to także służyło ochronie klimatu. – Jedną z barier, by upowszechnić trend wykorzystywania cyfrowych technologii wspierających klimat – czy to w prywatnym życiu czy np. w globalnej produkcji – często jest świadomość, że to możliwe. O ile pamiętamy, że kupując pralkę czy zmywarkę, warto wybrać tę o najlepszej efektywności energetycznej, to jeszcze zapominamy, że smart-lodówka to nie tylko gadżet, ale narzędzie, które pozwoli nam lepiej planować zakupy, by unikać marnowania jedzenia – podkreśla Michał Kanownik.

Potrzebne są także nowe regulacje prawne, zwłaszcza takie, które będą wspierały w inwestowanie w nowoczesne technologie. Zdaniem autorów raportu, dobrym impulsem do inwestowania w najnowsze technologie cyfrowe – na poziomie biznesu jak i konsumenta – byłoby uruchomienie systemu zachęt, a także wspieranie rodzimych firm innowacyjnych poprzez korzystanie z ich rozwiązań na poziomie systemowym
i instytucjonalnym.

Polski fintech ZEN startuje z ofertą

Startuje ZEN – fintechowe narzędzie zakupowe zapewniające konsumentom i przedsiębiorcom wyjątkowe korzyści i dodatkową ochronę. Kierowany przez Dawida Rożka polski startup udostępnia swoją ofertę w 32 krajach i ma ambicję stać się znaczącym graczem w Europie.

Polski fintech ZEN ogłosił swój oficjalny debiut na rynku. Oferta ZEN dla konsumentów, oprócz rachunku wielowalutowego z kartą Mastercard, obejmuje m.in. automatyczne przedłużenie o rok gwarancji producenta, atrakcyjny cashback i brak prowizji za przewalutowanie. Przedsiębiorcy korzystają natomiast z braku chargebacków, zaś płatności od klientów spływają do nich natychmiast po zapłacie – to rzadko spotykane rozwiązanie zdecydowanie ułatwia zadbanie o płynność finansową. Oferta ZEN jest dostępna za pośrednictwem aplikacji mobilnej i serwisu transakcyjnego online, w przejrzystym modelu abonamentowym, z bezpłatnym miesięcznym okresem próbnym. Założeniem ZEN jest zapewnienie konsumentom i przedsiębiorcom spokoju ducha w zarządzaniu ich pieniędzmi i transakcjami zakupowymi. Dzięki wyjątkowym korzyściom i kompleksowej ochronie to fintechowe narzędzie doskonale sprawdzi się przy zakupach, nie tylko w e-commerce, nie tylko w Polsce. Firma wprowadza swoją ofertę jednocześnie w 32 krajach Europy[1], zapewniając na początek obsługę w dwóch językach: polskim i angielskim.

Natychmiastowe płatności i ochrona przed reklamacjami dla przedsiębiorców

Oferta ZEN dla klientów biznesowych integruje konto firmowe oraz platformę płatności online, co jest rozwiązaniem wyjątkowym w skali świata. Dzięki połączeniu tych dwóch elementów przedsiębiorcy sprzedający online nie muszą korzystać z będącego branżowym standardem konta technicznego i otrzymują płatności od swoich klientów od razu po zapłacie. Platforma ZEN obsługuje też szeroki wachlarz różnych form płatności online, zapewniając konsumentom wybór i poprawiając konwersję.

Przedsiębiorcy, zarówno ci sprzedający online, jak i offline, mogą korzystać z dodatkowej ochrony dzięki brakowi reklamacji typu chargeback ze strony klientów. Standardowo w przypadku transakcji kartowych konsumenci mogą składać je u wydawcy karty, co może generować koszty po stronie sprzedawcy, ale nie dotyczy to klientów biznesowych ZEN, ponieważ fintech w całości przejmuje na siebie skutki takiej reklamacji.

Oprócz wymienionych korzyści, przedsiębiorcy mogą też korzystać z wszelkich zalet oferty dla konsumentów.

Wyjątkowe korzyści i dodatkowa ochrona dla kupujących

Zarówno kupujący online, jak i offline, mogą korzystać z szeregu benefitów przygotowanych dla nich przez ZEN. Jednym z nich jest ochrona zakupów w ramach pakietu ZEN Care. W razie konieczności złożenia reklamacji u sprzedawcy, ZEN zapewnia kompleksowe wsparcie, przejmując całą procedurę na siebie. Dzięki temu pieniądze użytkownika wrócą na konto w maksymalnie krótkim czasie. Klienci ZEN automatycznie otrzymują też przedłużenie o rok gwarancji producenta na zakupione produkty.

Zakupy z ZEN to również oszczędności. Dzięki ofercie cashback, natychmiastowy zwrot na konto konsumenta nawet do 15% wartości zakupów jest dostępny w ponad 100 sklepach współpracujących z ZEN, takich jak m.in. AliExpress, Booking.com, Allegro, Media Markt czy RTV Euro AGD. Aby z niego skorzystać, należy użyć specjalnie wygenerowanego linku i opłacić zakupy kartą ZEN. Innym źródłem oszczędności są karta Mastercard i wielowalutowe konto ZEN gwarantujące klientom brak prowizji za przewalutowanie, np. podczas zakupów w zagranicznych sklepach internetowych czy przy wypłatach z bankomatów na całym świecie. Dzięki takim korzyściom użytkownikom może szybko zwrócić się koszt miesięcznego abonamentu.

ZEN wyróżnia prosty, jeden z najszybszych na rynku i całkowicie zdalny proces zakładania konta. Po podaniu swoich danych osobowych i korespondencyjnych, należy wybrać jeden z kilku abonamentów, a następnie potwierdzić swoją tożsamość poprzez przesłanie zdjęcia dowodu osobistego oraz twarzy użytkownika.

Abonament do wyboru

Swoje usługi ZEN oferuje w ramach kilku planów abonamentowych. Klientom indywidualnym dedykowane są dwa plany (miesięczny abonament w cenie 0,99 € lub 4,99 €), w skład których wchodzą karty ZEN, konto obsługujące 30 walut oraz pakiet ZEN Care. Klienci biznesowi mogą wybrać jeden z czterech planów (w cenie od 9,99 € do 499,99 € za miesiąc), dopasowany do obrotów firmy czy potrzeby częstych rozliczeń walutowych. Od każdego użytkownika ZEN pobiera miesięczną opłatę abonamentową w modelu subskrypcji, z możliwością rezygnacji w dowolnej chwili. Każdy plan abonamentowy posiada limity, w ramach których ZEN nie pobiera opłat za korzystanie ze wszystkich funkcjonalności serwisu.

ZEN dzięki prostocie i cyfrowym technologiom

ZEN zapewnia doskonałe doświadczenie użytkownika dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii oraz przyjaznemu panelowi. Obejmuje to intuicyjną obsługę maksymalnie uproszczonego serwisu transakcyjnego i wygodną obsługę klienta z wykorzystaniem kanałów elektronicznych. Cyfrowe innowacje dostępne dla klientów ZEN to m.in. płatności Apple Pay i  Google Pay[2], wirtualne karty płatnicze Mastercard czy aplikacja mobilna. Dzięki przejrzystej ofercie oraz minimalistycznemu interfejsowi użytkownika ZEN wprowadza porządek w finansach i pomaga nad nimi zapanować.

„ZEN to akronim ‘zero effort non-bank’, a jednocześnie nawiązanie do stanu, w którym nasz klient może mieć poczucie spokoju, bezpieczeństwa i kontroli nad swoimi pieniędzmi oraz transakcjami zakupowymi. Stworzyliśmy pakiet rozwiązań, który obejmuje niedostępne nigdzie indziej korzyści oraz kompleksową ochronę, a to wszystko z zapewnieniem niskich kosztów i doskonałego doświadczenia użytkownika. Wierzę, że z taką propozycją możemy śmiało konkurować, nie tylko w Polsce, ale też na rynkach europejskich” – mówi Dawid Rożek, założyciel ZEN.

Strategiczna współpraca z Mastercard

Partnerem strategicznym ZEN jest Mastercard. Firma współpracuje z fintechem nie tylko w obszarze płatności, ale także zapewnia kompleksowe wsparcie, obejmujące technologiczny i biznesowy know-how, wsparcie ekspertów w zakresie rozwoju produktu i marketingu, jak również dostęp do partnerów Mastercard w Polsce i za granicą.

„Mastercard jest partnerem pierwszego wyboru dla fintechów na całym świecie. Cieszymy się, że również ZEN nas wybrał, abyśmy wspólnie rozwijali innowacyjny produkt oraz budowali strategię komunikacji i wejścia ZEN na rynek. Wierzę, że oferta ZEN, niosąca ze sobą nową wartość dla klientów, w połączeniu z silną strategią marketingową realizowaną wspólnie z Mastercard, będą źródłem sukcesu marki ZEN i jej użytkowników” – mówi Raja Rajamannar, globalny dyrektor Mastercard ds. marketingu i komunikacji.

„Nasza współpraca z ZEN jest świetnym przykładem holistycznego podejścia Mastercard do fintechów. Jesteśmy z ZEN od samego początku, pomagając rozwijać produkt oraz opracować strategię wejścia na rynek. Ze swojej strony oferujemy technologię, know-how, doświadczenie i globalną skalę działania, zaś ZEN kreatywność i zwinność charakterystyczną dla fintechów. Wierzymy, że taka kompleksowa współpraca między dużymi firmami a start‑upami ma wielki potencjał tworzenia innowacji w obszarze cyfrowych płatności, zarówno dla konsumentów, jak i przedsiębiorców” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

[1] Austria, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Niemcy, Gibraltar, Grecja, Węgry, Islandia, Irlandia, Włochy, Łotwa, Lichtenstein, Luksemburg, Malta, Holandia, Norwegia, Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania, Litwa.

[2] Apple Pay na wszystkich 32 rynkach, Google Pay na start w 11 krajach, w tym w Polsce

Na tegoroczny sezon świąteczny sklepy poprawiają ofertę online i zwiększają przepustowość ruchu w sieci

Nowe badanie przeprowadzone przez Capgemini sugeruje, że przedstawiciele sektora handlowego są „ostrożnie optymistyczni” co do świątecznego sezonu zakupowego, pomimo niepewności co do otwarcia sklepów czy świątecznych trendów i schematów zakupowych. Prawie połowa (46 proc.) sprzedawców detalicznych spodziewa się w tym sezonie wzrostu sprzedaży, a niemal tyle samo kupujących (49 proc.) zamierza w okresie świątecznym robić więcej zakupów niż w poprzednich latach. W tym celu aż 93 proc. sklepów podjęło kroki ku wzmocnieniu swojej oferty online, 50 proc. ulepszyło stronę internetową, a 34 proc. zwiększyło przepustowość ruchu w sieci.

Aby jeszcze bardziej zachęcić klientów w tym wyjątkowym sezonie, 78 proc. sprzedawców detalicznych zamierza oferować większe rabaty zarówno w internecie, jak i w sklepach stacjonarnych, a co trzeci planuje więcej przecen na produkty w sklepach online. Jednak pomimo tych przygotowań, sektor handlowy jest mniej pewny przewidywalności schematów zakupowych konsumentów w tegorocznym okresie świątecznym w porównaniu z rokiem ubiegłym (39 proc. w porównaniu do 55 proc. w 2019). Głównym powodem wywołującym tę niepewność jest zagrożenie pojawiających się nowych obostrzeń lub lockdownu (54 proc.), a prawie co trzeci (30 proc.) przedstawiciel sektora handlowego twierdzi, że dane, na których opierają swoje planowanie, są niedokładne ze względu na globalny kryzys wywołany pandemią.

Jednocześnie tylko 14 proc. konsumentów spodziewa się wydać więcej niż zwykle w Czarny Piątek, a nieco ponad jedna trzecia (35 proc.) sugeruje, że planują wydać mniej. Jako główną przyczynę wskazano mniejszy dochód do dyspozycji.

Badanie ujawniło również następujące trendy:

Konsumenci będą priorytetyzować wydatki, a najwięcej wydadzą młodsze pokolenia

Najwięcej wydającą w okresie świątecznym grupą konsumentów będą młodsze pokolenia. Ponad jedna trzecia (37 proc.) osób w wieku 18-24 lat i 40 proc. osób w wieku 25-34 lat twierdzi, że zaoszczędziło pieniądze od początku pandemii z zamiarem wydania ich w okolicach Czarnego Piątku i świątecznych wyprzedaży. Konsumenci o wyższych dochodach są również bardziej skłonni wydać w tym roku więcej niż w poprzednich latach.

Wśród zaplanowanych na okres świąteczny zakupów, ponad połowę (52 proc.) wciąż stanowią jednak artykuły niezbędne – konsumenci będą priorytetowo traktować dobra podstawowe przed kupowaniem prezentów innym (35 proc.) lub sobie (21 proc.). Produkty luksusowe – które tylko 18 proc. konsumentów planuje kupić
w tym sezonie – również wybierane będą przez młodsze grupy wiekowe (27 proc.) i osoby o wyższych dochodach (34 proc.).

Mniej impulsywnych wydatków – dzisiejszy konsument planuje

Prawie połowa kupujących (49 proc.) spodziewa się, że w tym okresie świątecznym zrobi więcej zakupów online niż w poprzednich latach, co dodatkowo w wybranych regionach wymuszają restrykcje. W skali globalnej preferencja zakupów w sklepach w Czarny Piątek spadnie z 39 proc. 2019 roku do 28 proc. w tym roku.

W przypadku konsumentów, którzy mogą robić zakupy stacjonarnie, 33 proc. pójdzie do sklepów tylko wtedy, gdy będą wiedzieć, co dokładnie zamierzają kupić, a 32 proc. z wyprzedzeniem zapozna się z ofertą danego sklepu online i również zaplanuje swoje zakupy. Liczby te sugerują pośrednio, że w bieżącym roku spadnie także nasilenie dokonywania zakupów impulsywnych.

Sektor handlowy jest przygotowany na zmiany

Pomimo niepewności co do schematów zakupowych konsumentów, większość sprzedawców detalicznych zmieniła strategie, aby uwzględnić obawy konsumentów dotyczące finansów i zdrowia. Prawie dziewięciu na dziesięciu (87 proc.) wprowadziło w tym roku nowe opcje dostawy, ponad połowa oferuje darmową dostawę,
a 46 proc. sklepów wprowadziło opcję odbioru bezdotykowego. Więcej niż dwóch na pięciu (43 proc.) sprzedawców detalicznych oferuje więcej rabatów na cały asortyment lub więcej rabatów jednodniowych i okresowych (42 proc.) w porównaniu z poprzednimi latami. To może okazać się niezwykle istotne, biorąc pod uwagę fakt, że aż 4 na 5 Polaków do zakupów skłania obniżka ceny (za „Polacy i Black Friday 2020”).

Sprzedawcy nie zapominają również o wrażeniach z zakupów w sklepie: 93 proc. detalistów podjęło kroki w celu przyciągnięcia klientów do sklepu, 50 proc. wprowadziło ograniczenie liczby klientów w swoich sklepach, aby zapewnić możliwość zachowania bezpiecznego dystansu, a 43 proc. wprowadziło więcej opcji płatności bezdotykowych. Wysiłki te nie zostały podjęte na próżno, ponieważ nawet w sytuacji minimalizacji obostrzeń, będziemy mieli do czynienia ze zmianą przyzwyczajeń konsumentów w perspektywie długofalowej, a środki ostrożności z pewnością zostaną z nami na dłużej.

Metodologia

Wywiady zostały przeprowadzone online przez Sapio Research, w imieniu Capgemini, w październiku 2020 r. za pomocą zaproszenia e-mail i ankiety online. Badanie zostało przeprowadzone wśród 851 menedżerów handlu detalicznego w 6 regionach: w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Francji, Holandii
i Skandynawii, w firmach zatrudniających co najmniej 250 pracowników. Sondaż konsumencki został przeprowadzony wśród 6588 konsumentów w tych samych 6 regionach.

Sprawy idą w dobrym kierunku

Apetyt na ryzyko ma się dobrze w tym tygodniu, a ostatnim dowodem są nowe rekordy S&P500 i Dow Jones. Przetasowania w pozycjach i układy techniczne mają duży udział w zmianach. Stopniowo maleją też obawy o chaos polityczny w USA po rozpoczęciu procesu przekazania władzy zespołowi Bidena.

Po mocnym, pro-ryzykownym wtorku dziś przychodzi uspokojenie i pora na przegrupowanie. Traderzy w USA szykują się do długiego weekendu (jutro Święto Dziękczynienia), co podnosi ryzyko spieniężania zysków. To też tłumaczy, dlaczego niektóre pary dolarowe – EUR/USD, GBP/USD, AUD/USD – mają problemy z pokonaniem ważnych oporów technicznych. Jakkolwiek presja na sprzedaż USD nie znika, tak przejściowo zaburzenia w płynności w świątecznym tygodniu mogą prowadzić do wystąpienia nieuzasadnionej zmienności.

Na pewno nie będzie brakować impulsów makro – zwykle rozłożone na trzy dni publikacje danych z USA są upakowane w jedno popołudnie. W cotygodniowym raporcie o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych poszukiwana będzie odpowiedź na pytanie, czy rynek pracy odczuwa presję z tytułu rosnącej liczby zakażeń. Zaraportowany silny wzrost produkcji przemysłowej w październiku przemawia za równie mocnym odczytem zamówień na dobra trwałe. Dochody Amerykanów kurczą się przez ograniczenia transferów publicznych, przez co też spadają wydatki – sugeruje to słaba sprzedaż detaliczna w ubiegłym miesiącu. W minutkach FOMC intersujące będą szczegóły dyskusji na temat przyszłości programu skupu aktywów. Od czasu posiedzenia kilku członków wskazywało potrzebę wzmocnienia ekspansji monetarnej, potencjalnie przez skup aktywów. Protokół może wskazać, że część członków uzależnia decyzję o wzmocnieniu QE od pogorszenia w danych makro, co w obecnej sytuacji podnosi prawdopodobieństwo ruchu Fed w grudniu.

Funt pozostaje mocny wraz z oczekiwaniami na brexitowe porozumienie, mimo że o rzeczywistych postępach w negocjacjach niewiele słychać. Szum medialny jest głośny, a ostatnie sugestie sugerują, że nowym „miękkim deadline’m” na zakończenie negocjacji jest 1 grudnia. Wciąż za bazowy scenariusz przyjmuję osiągnięcie porozumienia handlowego. To też sugeruje zachowanie funta, gdyż część z inwestorów nie czeka na ostatnie słowo i przystępuje do kupowania funta. Jakkolwiek przeciąganie negocjacji, kiedy do dnia wejścia w życie nowych warunków współpracy handlowej zostało niewiele ponad miesiąc, wydaje się nieodpowiedzialne od strony biznesu zaangażowanego w ten handel, tak najwyraźniej traktuje się to jako mniejsze zło w porównaniu do zerwania negocjacji, co w tym momencie byłoby już skrajnym błędem polityczno-gospodarczym. Rozpatrując tylko takie dwa scenariusze, wydaje się, że rynek nie wierzy, aby politycy byli tak nierozsądni, aby nie wypracować żadnego porozumienia. Prawdopodobne jest, że im później dojdzie do porozumienia, tym większe są szanse na ustanowienie okresu przejściowego dla wdrożenia nowych warunków, co technicznie odroczy brexit o np. 6 miesięcy.

Po złotym nie widać praktycznie żadnej reakcji na odczyty PMI z Europy i USA, zawirowania na dolarze czy generalną poprawę nastrojów na rynkach zewnętrznych. Pozytywne warunki pomagają pozostawać EUR/PLN blisko dolnej bandy ostatniego zakresu wahań, ale podchodzenie pod 4,46 spotyka się z szybką reakcją popytu. Nie ma obecnie siły zainteresowanej silniejszą alokacją kapitału w tej części świata. Można to tłumaczyć równowagą między pozytywnymi sygnałami z rynków zewnętrznych, a potencjalnym ryzykiem politycznym (spór o budżet UE) i zdrowotnym (pandemia, restrykcje i wpływ na gospodarkę). Nawet jeśli czynniki ryzyka nie pozwalają inwestorom przejść do agresywnego kupowania, to przeważa nastawienie pro-ryzykowne, o czym świadczy brak mocniejszej reakcji walut na poniedziałkowy wyskok USD (tąpnięcie EUR/USD) po silnych odczytach PMI z USA. Sugeruje to, że inwestorzy nie czyhają na pretekst do sprzedaży złotego i innych walut regionu. Potencjalne przełamanie do 4,45 nie jest poza zasięgiem, choć w tym tygodniu może na to zabraknąć czasu. Możliwe, że przed świąteczną przerwą w USA (Święto Dziękczynienia w czwartek) dojdzie do redukcji ryzyka, co przyhamuje ewentualny zapał do umocnienia walut rynków wschodzących.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowości w mObywatelu

Odświeżony wygląd, personalizacja pulpitu i nowe dane. Tak w skrócie można opisać, dostępną od dziś, nową wersję naszej aplikacji mObywatel. Kolejna, wyczekiwana zmiana już 5 grudnia – mPrawo Jazdy.

W Polsce mamy dokładnie 1 651 341 mObywateli – tyle osób korzysta z naszej apki. Jeśli ją dziś zaktualizujecie lub pobierzecie, czeka Was kilka ciekawych i przydatnych zmian.

Nowa odsłona

– Pierwsze uruchomienie aplikacji może być zaskakujące. Użytkownicy zobaczą przede wszystkim nowy pulpit aplikacji – lżejszy i przyjaźniejszy, a przede wszystkim z możliwością personalizacji – mówi Marek Zagórski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Odświeżone ikony można powiększać i pomniejszać, ale i ustawiać ich kolejność. Nie będzie więc problemu z doborem tych dokumentów i usług, z których korzystacie najczęściej.

Ikony mogą być wyświetlane w formie siatki – czyli tradycyjnie oraz w formie listy – podobnie jak w poprzedniej wersji aplikacji.

Kolejną istotną i równie ważną zmianą jest wprowadzenie nowej wersji mPojazdu. Choć pozornie nie odbiega od poprzedniej, to wprowadzone zmiany na pewno ucieszą wszystkich kierowców.

Po pierwsze – logowanie do mPojazdu w nowej wersji odbywa się na podstawie mTożsamości. Żeby pobrać nowe dane samochodu, czy motoru nie trzeba ponownie logować się profilem zaufanym. Całą „robotę zrobi” właśnie mTożsamość.

Po drugie – w mPojeździe dostępne są nowe, istotne dane, o które pytali użytkownicy. To m.in.: rodzaj drugiego paliwa alternatywnego, średnie zużycie paliwa, indywidualny poziom emisji CO2, wartość stanu licznika, jednostka licznika, jednostka stanu licznika, data spisania licznika i podmiot wprowadzający.

Czekając na mPrawo Jazdy…

Po trzecie – na smartfonach z Androidem zaczęliśmy testy nowych powiadomień z mPojazdu. Tu bardzo liczymy na Wasze uwagi i pomysły.

Jeśli model powiadomień się przyjmie, to wprowadzimy go również do innych dokumentów oraz dla użytkowników smartfonów z iOS-em.

– Zmiany w aplikacji dotyczą również mTożsamości. Przygotowujemy się do zupełnie nowej odsłony tego dokumentu – mówi minister Marek Zagórski.

Z tych widocznych to zmiana koloru „belki” nad zdjęciem i danymi właściciela mTożsamości. Z czerwonej zmieniła się na białą. Planujemy, że dokument w zupełnie nowej formie trafi do Was w pierwszym półroczu 2021 r. To bezpieczny termin – będziemy bowiem robić wszystko, by stało się to w pierwszym lub na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 2021 r.

Wśród najistotniejszych zmian można wymienić przede wszystkim rozszerzenie dokumentu o dodatkowe dane.

– Stale pracujemy nad udoskonalaniem i rozwojem mObywatela. Kolejna aktualizacja już 5 grudnia. To wtedy w naszej apce pojawią się mPrawo Jazdy i licznik punktów karnych – przypomina Marek Zagórski, sekretarz stanu w KPRM.

Na przełomie roku do aplikacji powinna trafić również mKDR, czyli mobilna Karta Dużej Rodziny. Nad jej uruchomieniem pracujemy wspólnie z Ministerstwem Rodziny i Polityki Społecznej.

Ostatnie szlify otrzymuje też właśnie Małopolska Karta Aglomeracyjna, czyli pierwszy bilet okresowy, który trafi do mObywatela.

W dalszych planach mamy również uruchomienie pierwszej legitymacji zawodowej. W tym momencie możemy zdradzić tylko tyle, że chodzi o jeden z zawodów medycznych. Szykujemy też nowe, związane z aplikacją, udogodnienia dla krwiodawców. Więcej szczegółów – już niebawem!

Zalety mObywatela

mObywatel to bezpłatna i oficjalna rządowa aplikacja na smartfony. Dzięki niej, w telefonie komórkowym mamy dostęp do wszystkich danych z dowodu osobistego (mTożsamość), dowodu rejestracyjnego i polisy OC (mPojazd), znajdziecie tam także e-recepty, a uczniowie i studencki – mLegitymacje. Mówiąc w skrócie – mObywatel to wirtualny portfel na dokumenty.

Dzięki mObywatelowi:

  • bezpiecznie pobierzesz, przekażesz i okażesz swoje dane (mTożsamość w wielu sytuacjach zastępuje tradycyjny dowód osobisty),
  • zrealizujesz eRecepty bez podawania numeru PESEL,
  • sprawdzisz i okażesz dane swojego samochodu,
  • korzystasz z mLegitymacji szkolnej lub studenckiej.

Więcej informacji o aplikacji na gov.pl/mobywatel.

GUS: W trzecim kwartale br. rynek pracy się ustabilizował. 124 tys. osób biernych zawodowo przez pandemię

Trzeci kwartał br. na rynku pracy to stabilna stopa bezrobocia i rosnąca liczba aktywnych zawodowo – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Zdaniem ekspertów Personnel Service, korzystne wskaźniki to dobry sygnał dla pracowników, ale niewystarczający powód do optymizmu. W okresie lipiec-wrzesień poluzowano obostrzenia związane z epidemią koronawirusa, co przełożyło się na zwiększoną aktywność na rynku pracy. Niepokój pojawił się wraz z zaostrzeniem ograniczeń. Polacy mówią wprost, że najbardziej niepewni są najbliższych sześciu miesięcy – wynika z badania Personnel Service.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w trzecim kwartale br. wyniosła 6,1%. Ten poziom utrzymuje się od czerwca. Co więcej, populacja osób aktywnych zawodowo w trzecim kwartale br. zwiększyła się o 1,4 pp. w porównaniu do poprzedniego kwartału do poziomu 56,9%. To wskazuje na poprawę na rynku pracy w porównaniu do poprzedniej edycji badania. Eksperci Personnel Service wskazują jednak, że kluczowe dla oceny skutków pandemii dla rynku pracy jest przeanalizowanie, jak te wskaźniki zmieniały się rok do roku.

– Drugi kwartał 2020 roku to czas największych obostrzeń w polskiej gospodarce związanych z pandemią koronawirusa. Nic zatem dziwnego, że trzeci kwartał, w którym zrezygnowano z większości ograniczeń, był dla przedsiębiorców czasem na złapanie oddechu. Jeżeli jednak porównamy dane z poprzednim rokiem, ten obraz nie będzie aż tak optymistyczny. Bezrobocie w tym okresie zwiększyło się o 0,3 pp. Można jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, że nie są to spadki, które mogą wskazywać na głęboki kryzys. Tego wielu pracodawców, jak i pracowników obawia się dopiero na koniec roku – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert rynku pracy.

Z badania zleconego przez Personnel Service wynika, że już 34% spośród osób obawiających się zwolnienia jest zdania, że utrata pracy jest najbardziej prawdopodobna jeszcze przed końcem bieżącego roku. Z kolei dla 25% z nich newralgicznym okresem będzie pierwszy kwartał 2021 roku. Zwolnienia w drugim kwartale boi się 6%, a po czerwcu przyszłego roku niepokój spada prawie do zera. Obawy wyraża tylko 3% osób. Patrząc na poszczególne grupy wiekowe, w bieżącym roku najbardziej zagrożone są posady osób 25-34-letnich (48% wskazań w tej grupie), a na początku 2021 roku największa niepewność dotyczy pracowników w średnim wieku 35-44 lata (41%).

Bierni zawodowo przez koronawirusa. Jakie są przyczyny?

W III kwartale liczba osób biernych zawodowo wyniosła ok. 1,3 mln osób. Co ciekawe, aż 124 tys. osób wskazało, że nie szukało pracy z uwagi na pandemię COVID-19. Spośród nich najwięcej, bo 57 tys. (tj. 46%), wskazało na inne przyczyny (w tym osobiste lub rodzinne), 27 tys. podało z kolei jako powód opiekę nad dzieckiem lub inną osobą wymagającą opieki. 21 tys. osób było przekonanych, że w związku z sytuacją związaną z pandemią nie znajdą odpowiedniej pracy.

Te dane nie pozostawiają wątpliwości, że pandemia odcisnęła mocne piętno na rynku pracy. Zwłaszcza, że mówimy o kwartale, w którym poluzowano obostrzenia. Oprócz bierności zawodowej, warto zwrócić uwagę na liczbę osób, które posiadały pracę, ale nie wykonywały jej w badanym tygodniu. Ta grupa w trzecim kwartale 2020 roku wynosiła 1,6 mln osób i wzrosła o prawie 8 tys. w porównaniu rok do roku. Jednak tylko 96 tysięcy osób (5,9%) z 1,6 mln wskazało, że miało to bezpośredni związek z pandemią COVID-19. To niewiele, bo w poprzednim kwartale takich osób było ponad 1,2 mln, czyli ok. 62% wszystkich pracujących – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Przedsiębiorca dostarczał za darmo towar do szkół. Fiskus zgłosił się po podatek

Przedsiębiorca przekazywał za darmo owoce organizacjom pożytku publicznego. W związku z tym, że Rosja wprowadziła w 2014 r. zakaz przywozu niektórych owoców i warzyw z Unii Europejskiej, przedsiębiorca otrzymał od Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa unijne wsparcie. W odpowiedzi na to fiskus zwiększył mu podstawę opodatkowania o kwotę tego wsparcia i odmówił stwierdzenia nadpłaty w podatku od towarów i usług. Przedsiębiorca zaskarżył jego decyzję w sądzie i wygrał.

Art. 43 ust. 1 pkt 16 ustawy o podatku od towarów i usług stanowi, że zwalnia się z tego podatku dostawę towarów w postaci nieodpłatnego przekazania przez podatnika należących do jego przedsiębiorstwa produktów spożywczych, z wyjątkiem określonych w tym przepisie napojów alkoholowych, jeżeli są one przekazywane na rzecz organizacji pożytku publicznego, z przeznaczeniem na cele działalności charytatywnej prowadzonej przez tę organizację.

Nieodpłatna dostawa a zwrot VAT

Firma z branży rolnej trudniąca się m.in. produkcją owoców przekazywała je za darmo organizacjom pożytku publicznego: Krajowej Federacji Edukacji Zawodowej Fizycznej, jednemu zespołowi szkół i dwóm szkołom podstawowym. Z dniem 1 sierpnia 2014 r. Federacja Rosyjska wprowadziła zakaz importu na terytorium swojego kraju owoców i warzyw z Unii Europejskiej. W związku z tym embargiem w sierpniu 2016 r. firma otrzymała wsparcie finansowe od Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Przedsiębiorca, składając w 2019 r. korektę deklaracji podatkowej za ten miesiąc, wystąpił do naczelnika urzędu skarbowego o stwierdzenie nadpłaty w podatku VAT, co w konsekwencji uprawniałoby go do otrzymania zwrotu VAT. W swojej pierwotnej deklaracji ujął bowiem kwotę uzyskanej z Unii pomocy w podstawie opodatkowania.

Organ uznał, że dostawy były odpłatne

Decyzją naczelnika z sierpnia 2019 r., utrzymaną w mocy przez dyrektora izby administracji skarbowej w lutym 2020 r. fiskus odmówił stwierdzenia nadpłaty. Organy uznały, że przedsiębiorca, dostarczając owoce do szkół i innych podmiotów pożytku publicznego, dokonywał odpłatnych dostaw, o które należy powiększyć mu podstawę opodatkowania. Jego wynagrodzeniem za te dostawy była bowiem przekazana za pośrednictwem ARiMR-u i Agencji Rynku Rolnego pomoc finansowa od Unii Europejskiej.

Fiskus doliczył kwotę unijnego wsparcia do podstawy opodatkowania przedsiębiorcy

Dyrektor izby administracji skarbowej przywołał art. 73 Dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej, którego odpowiednikiem w polskiej ustawie o VAT jest art. 29a ust. 1, i w oparciu o niego wskazał, że podstawa opodatkowania podatkiem VAT obejmuje wszystko to, co stanowi zapłatę otrzymaną w zamian za dostawę towarów lub świadczenie usług od nabywcy, usługobiorcy lub osoby trzeciej, włącznie z subwencjami związanymi bezpośrednio z ceną takiej dostawy lub świadczenia.

Fiskus stwierdził, że choć przedsiębiorca nie otrzymał płatności za dokonane dostawy od ich adresatów, to jednak uzyskał unijne wsparcie od osoby trzeciej, o której mowa we wskazanych przepisach o VAT, w wysokości uzależnionej od ilości przekazanego szkołom towaru czy też odległości, jakiej pokonania wymagał transport. Stąd też pomoc z Unii Europejskiej była w rzeczywistości zapłatą za dostawę, pakowanie i sortowanie towaru oraz za jego transport. Przedsiębiorcę nie obejmuje więc zwolnienie z VAT, o którym mowa w art. 43 ust. 1 pkt 16 ustawy o podatku od towarów, bowiem zwolnienie to nie dotyczy dostaw towarów dokonanych za wynagrodzeniem.

Sam fakt unijnej pomocy nie przesądza, że może ona zwiększać podstawę opodatkowania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie rozstrzygnął spór na korzyść przedsiębiorcy, uchylając zaskarżone decyzje organów obu instancji. Sąd przywołał orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C- 184/00 Office de produits wallons ASBF v. Belgia State, w którym Trybunał orzekł, że sam tylko fakt, iż unijna pomoc wpływa na ostateczną cenę świadczenia, nie może być decydujący dla uznania, że powinna ona zwiększać podstawę opodatkowania. Konieczne jest bowiem ustalenie, że pomoc ta jest udzielana w celu sfinansowania konkretnej czynności opodatkowanej.

Dofinansowanie za wycofanie produktów to nie wynagrodzenie za dostawę

Sąd, analizując treść decyzji Dyrektora Oddziału Terenowego Agencji Rynku Rolnego o przyznaniu przedsiębiorcy wsparcia, stwierdził, że wynika z niej, iż operacja wycofania z rynku określonych produktów miała na celu ich bezpłatną dystrybucję. Zatem przedsiębiorca otrzymał pomoc z uwagi na wycofanie swoich produktów w celu takiej właśnie dystrybucji. Dostarczając je uprawnionym jednostkom, nie pobierał od nich za to żadnej zapłaty. Fakt, że wysokość tej pomocy była obliczana na podstawie ilości owoców i odległości transportu, nie stanowi wystarczającej przesłanki do uznania, że udzielana ona była w celu sfinansowania konkretnej czynności opodatkowanej.

„W ocenie Sądu, wbrew twierdzeniom organów podatkowych nie zostało wykazane, że przekazanie towarów jednostkom uprawnionym nastąpiło w zamian za przekazaną kwotę wsparcia, która stanowi wynagrodzenie za te towary. Otrzymanie wsparcia zostało bowiem uwarunkowane wycofaniem owoców w celu bezpłatnej dystrybucji i nieodpłatnym ich przekazaniem podmiotom wskazanym w rejestrze prowadzonym Prezesa Agencji” (wyrok WSA w Warszawie z 8 października 2020 r., sygn. akt VIII SA/Wa 400/20).

Reprezentacja przy zwrocie VAT

Każdy przedsiębiorca, któremu fiskus odmówi zwrotu VAT, powinien się dwa razy zastanowić, zanim z taką odmową się pogodzi. Ten, jak i szereg innych przykładów spraw pokazuje, że gdy w grę wchodzi obniżenie podstawy opodatkowania podatnika lub jej podwyższenie, zwrot VAT lub odmowa stwierdzenia jego nadpłaty, a więc czynności mające namacalny wymiar finansowy, organy na pierwszym miejscu stawiają interes Skarbu Państwa, nie podatnika.

Ale w tej grze o majątek firmy przedsiębiorcy nie są skazani na samotną walkę ze skarbówką. Na rynku usług dostępni są doradcy podatkowi, a nawet całe kancelarie prawne specjalizujące się w sprawnym odzyskiwaniu VAT i reprezentacji przedsiębiorców w sporach z fiskusem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Sondaż: Co drugi Polak uważa, że e-sklepy powinny stosować do wysyłki ekologiczne opakowania

Jak wykazało badanie UCE RESEARCH, 51% konsumentów uważa, że sklepy internetowe powinny wysyłać klientom towary wyłącznie w ekologicznych opakowaniach. 23% nie zgadza się z tym, a 26% osób nie ma zdania w tej kwestii. Według części ekspertów, e-sklepy powinny stosować bardziej ekologiczne rozwiązania niż dotychczas. To finalnie będzie w ich szeroko pojętym interesie. Jednak nie każdy produkt może być dostarczany bez foli czy streczu. Zachętą do pakowania artykułów w materiały przyjazne dla środowiska, oprócz oczekiwań konsumentów, mogłoby być np. obniżenie z tego tytułu podatków i przyznawanie certyfikatów.

Sklepy wysyłkowe powinny dostarczać produkty wyłącznie w ekologicznych opakowaniach. Tak twierdzi 51% badanych. Maciej Tygielski, dyrektor generalny spółki Złote Wyprzedaże, uważa, że e-commerce powinien dążyć do tego, by wysłane paczki były przyjazne dla środowiska. Jednak w praktyce wiele pozostaje do zrobienia w tej kwestii. E-sklepy często wysyłają np. dużo większe opakowania, aniżeli wskazują na to gabaryty towarów. Powinny zmniejszać paczki i lepiej dobierać dostawców, np. poprzez weryfikację procesu produkcji, w tym konkretnie – użytych materiałów. Ale to nie jest takie proste.

– Nie każda kategoria produktów nadaje się do wysyłki bez stosowania foli lub streczu. Tak może być np. z napojami, oświetleniem, szkłem czy elektroniką. Oprócz zabezpieczenia przed stłuczeniem, towary należy uchronić przez wilgocią. Jeśli podczas transportu wystąpi różnica temperatur, folia najlepiej sobie z tym poradzi. Trudno wyobrazić sobie też, że sklep zrobi wysyłkę smartfona wartego 5 tys. zł w ekologicznym opakowaniu, ryzykując np. zawilgoceniem płyty głównej – mówi Tomasz Szacoń z firmy doradczej Retailpoland Consulting.

Według badania, 23% Polaków nie zgadza się z tym, że sklepy wysyłkowe powinny korzystać wyłącznie z ekologicznych opakowań. 26% ankietowanych nie ma na ten temat własnego zdania. Maciej Tygielski przewiduje, że w kolejnych latach jednak będzie rosła świadomość osób obecnie niezainteresowanych sprawami środowiska. Z kolei Tomasz Szacoń dodaje, że ekologiczne paczki wpisują się w trend zero waste i ratowanie planety. Szczególnie młode pokolenie Z, które wchodzi dopiero na rynek, jest w tej kwestii bardzo dobrze wyedukowane.

– Ustawodawca oczywiście może podjąć jakieś kroki, ale nie od razu restrykcyjne, tylko koncyliacyjne, mediacyjne i konsultacyjne. Należy wypracować kompromis, który będzie satysfakcjonujący zarówno dla branży, jak i konsumentów. Oczywiście to byłby proces długotrwały, ale mimo to warto go rozpocząć. Tymczasem sklepy internetowe same powinny uznać, że opakowania ekologiczne są w ich szeroko pojętym interesie – podkreśla ekspert ze Złotych Wyprzedaży.

Jak podsumowuje Tomasz Szacoń, polskie prawo handlowe jest przestarzałe i warto je aktualizować. Słyszymy już o zakazie stosowania styropianu w USA, który pojawił się w stanie Nowy York. To jest dobrym nośnikiem marketingowym. Skutecznym rozwiązaniem byłoby wsparcie i nagradzanie sklepów internetowych stosujących ekologiczne opakowania, np. certyfikatem i niższymi podatkami. Ekspert z Retailpoland Consulting będzie obserwował ten trend z nadzieją, że któregoś dnia folia przestanie być potrzebna branży e-commerce, chociaż to będzie trudne zadanie.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 14-15.11.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH na reprezentatywnej próbie 1 003 dorosłych Polaków.

42% Polaków wyda tyle samo w Black Friday mimo pandemii

Black Friday oraz nadchodzący po nim Cyber Monday to szczególne daty w kalendarzu każdego łowcy promocji. W tym roku przypadają odpowiednio na 27 i 30 listopada. W nowym badaniu PAYBACK Opinion Poll sprawdziliśmy, co kupują Polacy w trakcie tych dni, a także jak dużo wydają na te specjalne zakupy.

Znajomość Black Friday o wiele wyższa niż Cyber Monday

Według najnowszego PAYBACK Opinion Poll, niemal 90% Polaków wie, na czym polega Black Friday, a 60% ankietowanych robiło w tym dniu zakupy, korzystając ze specjalnych promocji. Jeśli chodzi o bieżący rok, co trzeci ankietowany zadeklarował chęć zapolowania na okazje właśnie w trakcie tego dnia, jednak większość respondentów (57%) jeszcze nie wie, czy w tym roku skorzysta z ofert w trakcie Black Friday.

Słabiej prezentuje się świadomość akcji Cyber Monday. Ponad połowa Polaków (53%) nie wie, na czym polega to zakupowe święto, a 61% ankietowanych jeszcze nie robiło w tym dniu specjalnych zakupów. Siedmiu na dziesięciu respondentów nie zdecydowało, czy w tym roku skorzysta z promocji w trakcie Cyber Monday. 18% osób, które znają tę akcję, zamierza jednak wziąć w niej udział.Ilu Polaków planuje zakupy w Black Friday

Pomimo dużej świadomości Black Friday, tylko 46% ankietowanych potrafi wskazać konkretną datę, na którą w tym roku przypada ten dzień. Co ciekawe, wiedza ta jest powszechniejsza wśród kobiet (o 16% więcej w porównaniu do mężczyzn).

Pomimo dużej świadomości Black Friday, tylko 46% ankietowanych potrafi wskazać konkretną datę, na którą w tym roku przypada ten dzień. Co ciekawe, wiedza ta jest powszechniejsza wśród kobiet (o 16% więcej w porównaniu do mężczyzn).

Na co polują łowcy okazji?

Preferencje zakupowe Polaków różnią się w zależności od płci respondentów. Podczas Black Friday Panie kupują przede wszystkim odzież i buty (38% odpowiedzi), kosmetyki i perfumy (17%), a także elektronikę (11%). Uwagę Panów przyciągają zaś kolejno: elektronika (34%), odzież i buty (23%) oraz artykuły RTV i AGD (16%).

A jak wyglądają tegoroczne plany łowców okazji? Co czwarty ankietowany zamierza zapolować na odzież i obuwie, co piąty na elektronikę, a na kosmetyki i perfumy – 13% spośród wszystkich respondentów. W przypadku osób, które mają wiedzę także o Cyber Monday, największym powodzeniem cieszyć się będzie elektronika, którą w tej grupie wskazał co trzeci ankietowany.

W trakcie Black Friday najczęściej staramy się łączyć zakupy stacjonarne i online: z obydwu tych sposobów korzysta 55% osób biorących udział w badaniu. Wyłącznie w internecie kupuje co piąty z respondentów (22%). Jeśli robimy zakupy online, najczęściej korzystamy z laptopa (37%), smartfona (33%) i komputera stacjonarnego (28%). Przy tym to kobiety chętniej do zakupów wykorzystują smartfon: tę opcję wskazało 45% pań i tylko 21% panów.

Prezenty… i nie tylko

Black Friday oraz Cyber Monday to dla osób kupujących w tych dniach doskonała okazja do upolowania prezentów na Mikołajki lub Boże Narodzenie, co deklaruje sześć na dziesięć osób w tej grupie. Co piąty ankietowany wyczekuje na te dni, aby kupić wcześniej upatrzone prezenty w atrakcyjnych cenach. Ponad jedna trzecia respondentów oszczędza z zamiarem zrobienia większych zakupów właśnie w tym czasie.

Dość często jednak dajemy ponieść się emocjom: 54% osób kupuje interesujące ich produkty całkowicie spontanicznie, wtedy gdy tylko zauważą wartą uwagi obniżkę.

Dla wielu Polaków Black Friday to także znakomita okazja do tego, by nieco poszaleć z zakupami. Potwierdzają to kwoty, jakie zamierzamy wydać tego dnia: prawie 50% ankietowanych w tym roku planuje przeznaczyć na piątkowe zakupy kwotę przekraczającą 300 zł. Jest też grupa wciąż niezdecydowanych – co czwarty respondent jeszcze nie ustalił konkretnego budżetu.Ile Polacy zamierzają wydać w Black Friday

Zakupy w cieniu pandemii

Nie można też zapominać, że tegoroczny Black Friday upłynie pod znakiem pandemii COVID-19. Bez wątpienia koronawirus osłabi nieco zakupowy zapał łowców okazji, choć znaczna część Polaków zachowuje optymizm. 42% ankietowanych zadeklarowało, że pandemia nie wpływa na wysokość kwoty, jaką zamierzają wydać podczas tegorocznego Black Friday i przeznaczą na zakupy w tych dniach tyle, co zwykle. 6% osób planuje wydać nawet więcej w porównaniu do poprzednich lat. Obok nich jest jednak grupa 34% osób, które przyznały, iż w obecnej sytuacji na zakupy w tym dniu przeznaczy mniejsze niż zwykle kwoty.Wpływ COVID-19 na wysokość wydanej kwoty

Smart shopping – a co to takiego?

Czy zatem Polacy, z ich wrodzoną tendencją do szukania oszczędności uważają samych siebie za smart shopperów? Najczęściej nie: tylko 13% zapytanych osób określiłoby się w ten sposób, zaś 27% respondentów uważa, że ów termin kompletnie do nich nie pasuje. Z drugiej strony 35% ankietowanych w ogóle nie wie, jak zdefiniować smart shoppera. Co czwarty badany na to pytanie odpowiedział zaś „trudno powiedzieć”.

Mimo powyższych wyników Polacy dość dobrze orientują się w sposobach na oszczędzanie, wykorzystując wiele z nich w trakcie swoich zakupów. Najwięcej ankietowanych (22%) jako swój sposób na sprytne zakupy podaje korzystanie z programów lojalnościowych. Niewiele mniej osób (20%) korzysta z portali lub aplikacji, w których można zbierać kupony rabatowe. 15% respondentów śledzi informacje o promocjach w gazetkach i newsletterach (drukowanych lub online), a 12% korzysta z porównywarek cenowych.

PAYBACK Opinion Poll

To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 26.10-05.11 2020 r. metodą ankiety online na grupie 456 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.