Nowy sposób leczenia stwardnienia guzowatego u najmłodszych pacjentów z dofinansowaniem ABM

Zespół lekarzy z Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych zbada nowy sposób leczenia stwardnienia guzowatego u najmłodszych pacjentów, polegający na profilaktycznym zastosowaniu leku hamującego rozwój guzów niemal zaraz po urodzeniu dziecka oraz występowanie padaczki.

Wprowadzanie nowych leków dla chorych na choroby rzadkie jest utrudnione nie tylko z powodu ograniczonej wiedzy na temat tych schorzeń, ale także ze względu na mniejsze zainteresowanie producentów leków. W konsekwencji pacjenci z rzadkimi schorzeniami, takimi jak stwardnienie guzowate (SG), mają mniejsze szanse na skuteczne leczenie. Szansą dla nich są niekomercyjne badania kliniczne, czyli takie, w których to lekarze podejmują się badań nowych leków, bez udziału firm farmaceutycznych.

Obecnie, jedno na 6 tysięcy dzieci rodzi się ze stwardnieniem guzowatym. W wyniku mutacji w SG dochodzi w wielu narządach do rozwoju guzów, najczęściej powoli rosnących i łagodnych, ale mogących powodować poważne konsekwencje. Guzy rozwijające się w mózgu prowadzą do padaczki, która zazwyczaj rozpoczyna się już u kilkumiesięcznego niemowlęcia i dotyczy niemal wszystkich chorych z SG. Padaczka rozwijająca się w tak wczesnym okresie życia ma niekorzystny wpływ na dojrzewający mózg i wiąże się z wysokim ryzykiem rozwoju niepełnosprawności intelektualnej i zaburzeń autystycznych. Dodatkowym problemem jest częsta lekooporność pacjentów z taką padaczką.

Już podczas rutynowego badania ultrasonograficznego u płodu z SG można zobaczyć guzy w sercu. Umożliwia to wczesną diagnozę choroby i objęcie dziecka specjalistyczną opieką. Dzięki temu opracowano metodę leczenia przeciwpadaczkowego przed napadami u dzieci z SG, co znacząco zmniejszyło ciężkość padaczki i ryzyko niepełnosprawności intelektualnej. Leczenie takie nie ma jednak wpływu na rozwój guzów w stwardnieniu guzowatym. W kolejnych miesiącach i latach u chorych guzy rosną w nerkach, wątrobie, siatkówce oka, czy na skórze.

W wybranym przez Agencję Badań Medycznych badaniu zastosowane będzie nie tylko innowacyjne leczenie, ale także wykonane zostaną badania zmierzające do lepszego poznania mechanizmów rozwoju padaczki i nowotworów. Będzie to możliwe między innymi dzięki zastosowaniu nowatorskich rozwiązań bioinformatycznych, co ma szczególne znaczenie właśnie w badaniach nad chorobami rzadkimi. Dzieci uczestniczące w badaniu będą leczone od pierwszego miesiąca życia do ukończenia drugiego roku życia, czyli do zakończenia okresu najbardziej dynamicznego rozwoju mózgu.

Badanie wykonywane będzie we współpracy z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, Uniwersytetem Harvarda w US oraz analitykami i informatykami z firmy Transition Technologies.

Trump wraca do gry. Nie ma przełomu w negocjacjach ws. brexitu

Szybka rekonwalescencja Trumpa i kontynuacja rozmów dotyczących fiskalnego pakietu ratunkowego dla amerykańskiej gospodarki przywróciły zatracony w końcówce ubiegłego tygodnia entuzjazm inwestorów. Ruch wytracił jednak impet. Uważamy, że rwany, chimeryczny handel zdominuje rynki w najbliższych tygodniach i w związku z tym spodziewamy się schłodzenia optymistycznych nastrojów na dzisiejszej sesji.

Zachorowanie Prezydenta USA na koronawirusa, jego hospitalizacja i niepokojące doniesienia o stanie zdrowia wywołały zamieszanie. Rynki zostały zmuszone do wycenienia sporej dawki politycznej niepewności. Skalę reakcji i odwrotu od ryzykownych inwestycji wzmogło to, że wszystko odgrywało się tuż przed weekendem. Stawki bukmacherskie sugerują, że szanse na reelekcję mocno stopniały. W tej sytuacji szybki powrót do zdrowia i Białego Domu może stać się osią kampanii wyborczej – sposobem na mobilizację wyborców w Stanach, gdzie Republikanie nie są jeszcze na straconej pozycji.

Doniesienia o postępie w negocjacjach dotyczących pakietu fiskalnego wzmocniły rajd ryzykownych walut i aktywów (potężne odbicie surowców energetycznych, silne wzrosty na Wall Street i odwrót od dolara), ale wiele wskazuje, że jest to przedwczesna euforia. Owszem: telefoniczne negocjacje między spiker Pelosi a Sekretarzem Skarbu Mnuchinem trwały godzinę. Owszem: rozmowy będą dziś kontynuowane. Owszem: naciski na Mnuchina by zbliżył się do oczekiwań Demokratów na pewno nie słabną. Wręcz przeciwnie: zepchnięty do defensywy Trump potrzebuje porozumienia jeszcze bardziej niż do tej pory. Tyle tylko, że impas trwa od tygodni, przecież dodatkowe zasiłki dla bezrobotnych wygasły jeszcze w sierpniu. Zakładamy, że strony dojdą po porozumienia, ale Demokraci będą nadal stawiać twarde warunki.

Na starcie tygodnia EUR/USD zbliżył się do 1,18, ale nie naruszył tej bariery. Naszym scenariuszem bazowym jest utrzymywanie się tendencji horyzontalnej. W rezultacie widzimy wysokie prawdopodobieństwo odreagowania wczorajszego wzrostu i cofnięcia się kursu w bardzo istotne okolice 1,1750. Warto zwrócić uwagę na zagrożonego korektą dolara australijskiego. AUD/USD ponownie flirtował z 0,72 i wymazał około połowę spadków z ostatniego miesiąca oraz 2/3 ubiegłotygodniowego załamania. Fiasko wyjścia notowań na wyższe pułapy rodzi ryzyko głębszego cofnięcia. Przy schłodzeniu poniedziałkowej euforii i przejściu inwestorów do trybu wyczekiwania EUR/PLN będzie mieć utrudnione zadanie oderwania się od 4,50 i zejścia na niższe pułapy. Dostają tylko bilet na przejażdżkę kolejką górską. Sobotnie spotkanie premiera Wielkiej Brytanii Johnsona z szefową Komisji Europejskiej von der Leyen nie przyniosło przełomu w negocjacjach. Obie strony podkreślają znaczenie znalezienia porozumienia, ale chyba tak samo wysoko cenią istotność swoich żądań w kwestii m.in. rybołówstwa i pomocy publicznej. Politycy zgodzili się na zintensyfikowanie rozmów z terminem końcowym 15 października. W skrócie, deadline pozostaje, choć na tym etapie można było spodziewać się większego progresu. Sądzę, że jeśli nic nie wniosły weekendowe rozmowy, do samego 15 października może się wiele nie zmienić, choć szumu medialnego nie będzie brakować. Dla funta może oznaczać to trend boczny, ale z szeroką amplitudą wahań.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o ponad 16 mln zł w III kw. 2020

Grupa INC opublikowała wybrane szacunkowe dane finansowe na koniec III kwartału. W tym kwartale Grupa odnotowała istotny wzrost wartości inwestycji kapitałowych oraz zwiększyła pozycję gotówkową, pomimo realizacji 8 nowych inwestycji. Aktualnie Grupa INC posiada 47,0 mln zł w środkach pieniężnych i inwestycjach krótkoterminowych, względem 30,8 mln zł na koniec czerwca br., w tym 9,0 mln zł gotówki (+1,0 mln zł kw/kw). Grupa skutecznie wykorzystuje sprzyjające otoczenie rynkowe i kontynuuje dynamiczny rozwój. Obecnie realizuje kilkanaście umów, a kolejnych 20 ma podpisanych lub na zaawansowanym etapie negocjacji. Większość z nich dotyczy pozyskania kapitału lub wprowadzenia do obrotu spółek w 2021 r.

– Za nami kolejny udany kwartał, który pokazuje słuszność realizowanej strategii rozwoju. To nie tylko kontynuacja trendu związanego z dobrą sytuacją na rynku kapitałowym, ale również widzimy pierwsze efekty przebudowania strategii działania i skokowego rozwoju biznesu. Patrząc na wynik po dziewięciu miesiącach, możemy liczyć na rekordowy rok w historii spółki. Co ważne, skupiamy się na długofalowym budowaniu biznesu. Aktualnie realizujemy kilkanaście projektów, ale już teraz mamy podpisane umowy lub jesteśmy na zaawansowanym etapie negocjacji około 20 projektów na 2021 r. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

Wraz z przyjętą w połowie marca strategią rozwoju, Grupa INC zakłada osiągnięcie pozycji krajowego lidera w kompleksowej obsłudze małych i średnich spółek poszukujących finansowania na rozwój na rynku kapitałowym. Jednym z fundamentów planu rozwoju INC są zdywersyfikowane źródła przychodów z działalności doradczo – transakcyjnej i inwestycyjnej. Grupa planuje również rozszerzyć działalność poza Polską.

– Liczba podpisanych i negocjowanych umów oraz nowych inwestycji pokazuje, że na biznes INC można patrzeć trochę podobnie jak na działalność deweloperską. Nasze nowe umowy to pipeline projektów, które systematycznie i z sukcesem realizujemy – doradzając oraz pomagając pozyskać finansowanie. Często mamy udziały w spółkach, z którymi współpracujemy. Pozyskiwanie nowych klientów przypomina w pewnym sensie budowanie banku ziemi i realizację projektów nieruchomościowych przez deweloperów. Wynik budujemy w oparciu o realizację projektów, jednak podobnie jak na rynku nieruchomości, jeśli jest dobry rynek to zarabiamy więcej. – mówi Paweł Śliwiński.

Na dzień 30 września 2020 r. INC wraz ze spółkami, w których jest 100% akcjonariuszem, tj. Domem Maklerskim INC oraz INC Private Equity ASI, posiadała łącznie: 7,3 mln zł środków pieniężnych (wzrost o 2,1 mln zł w kwartał), 22,3 mln zł inwestycji kapitałowych w spółkach notowanych, niezaliczanych do grupy kapitałowej (+7,5 mln zł kw/kw) oraz 0,2 mln zł inwestycji poza rynkiem publicznym. Łącznie to prawie 30 mln zł i aż o 47% więcej niż na koniec II kwartału br.

Wraz z funduszem Carpathia Capital, Grupa INC dysponowała na koniec kwartału prawie 9 mln zł gotówki oraz papierami wartościowymi na kwotę 38 mln zł. W ostatnich 3 miesiącach Grupa INC zainwestowała też w 8 nowych podmiotów, zarówno typu „growth” charakteryzujących się dużym potencjałem wzrostu z uwagi na ich wysokie zaawansowanie technologiczne (branża gamingowa oraz IT), ale również w projekty „value” reprezentowane przez branże tradycyjne (sektor produkcyjno-handlowy oraz budownictwo).

– Giełda nadal jest w centrum zainteresowania inwestorów, czego dowodem są m.in. rekordowe obroty. Tylko w samym wrześniu inwestorzy wygenerowali 1,3 mld zł obrotów na NewConenct, czyli ponad 7-krotnie więcej niż rok wcześniej. – dodaje Paweł Śliwiński.

Bezpieczeństwo prawne managera – zbiór dobrych praktyk zarządczych

W przededniu spodziewanej drugiej fali pandemii koronawirusa, uwagę opinii publicznej zwrócił projekt tzw. „ustawy o bezkarności urzędniczej”, który wpłynął do sejmu. Projekt ten zawiera kontratyp, wyłączający przestępność czynu wobec osób, które w celu przeciwdziałania COVID-19 naruszyły obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działały w interesie społecznym i  bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione.

Na podobny bonus od prawodawcy nie mogą jednak liczyć managerowie, którzy muszą podejmować pod presją czasu trudne decyzje, obarczone dużym ryzykiem gospodarczym. Legislator nie zdecydował się na ustawowe wyłączenie lub złagodzenie odpowiedzialności karnej managerów, którzy w celu przeciwdziałania ekonomicznym skutkom COVID-19 w swojej organizacji, podejmują decyzje, które mogą być następnie oceniane pod kątem realizacji przez nich znamion przestępstwa z art. 296 k.k. – przestępstwa niegospodarności. Znamię przedmiotowe w/w przestępstwa polega na nadużyciu udzielonych uprawnień lub niedopełnieniu obowiązku. Sprawcą omawianego czynu zabronionego może być osoba, zobowiązana do zajmowania się sprawami majątkowymi lub działalnością gospodarczą osoby fizycznej, prawnej albo jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej – to jest m.in.: członek zarządu, prokurent, pełnomocnik, osoba pełniąca funkcję kierowniczą. Warunkiem odpowiedzialności za przestępstwo niegospodarności jest wystąpienie skutku w postaci wyrządzenia znacznej szkody w majątku zarządzanego podmiotu (co najmniej 200 tysięcy złotych).

Z perspektywy granic odpowiedzialności prawnokarnej managera, istotne znaczenie ma dominująca teza orzecznicza wyrażona w wyroku Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z dnia 29 lutego 2012 r. (sygn. akt: II Aka 28/12): „Podejmując decyzje gospodarcze, przedsiębiorca ma obowiązek ocenić ewentualne ryzyko związane z tymi decyzjami. Stopień przewidywanego ryzyka często ma dla niego decydujące znaczenie przy podjęciu decyzji gospodarczej. Ponosząc odpowiedzialność prawną za podjęte decyzje, przedsiębiorca nie może bagatelizować ryzyka gospodarczego, a przeciwnie powinien być przygotowany na wszelkie niebezpieczeństwa wynikające ze specyfiki obrotu gospodarczego i być w stanie, przed podjęciem każdej decyzji, zlokalizować ewentualne źródła ryzyka

Manager ma więc obowiązek dokonania oceny ryzyka gospodarczego decyzji przed jej podjęciem. Powstaje jednak pytanie: czy w tych ekstraordynaryjnych czasach możliwym jest wszechstronne rozpatrzenie ryzyk przed podjęciem decyzji? Jest to z całą pewnością spore wyzwanie, które stoi przed managerami. W niniejszym artykule skatalogowano istotne zasady pracy managera, dzięki stosowaniu których może on zminimalizować ryzyko poniesienia odpowiedzialności karnej oraz podejmowania nietrafnych decyzji.

Po pierwsze: Deleguj i rozwijaj kompetencje zespołu

Manager, jak każdy człowiek, nie może wiedzieć i robić wszystkiego. Naczelną zasadą w zakresie limitowania odpowiedzialności karnej managerów jest umiejętne delegowanie zadań „w dół”. Manager powinien należycie zarządzać procesem podejmowania decyzji w obszarze, którym zarządza. Fakt, iż ktoś odpowiada za dany dział w organizacji nie oznacza, że musi podpisywać się pod każdą decyzją, tym bardziej, iż merytorycznie nie jest możliwe by był autorem każdej z nich.

Rolą managera jest między innymi dochowanie należytej staranności w wyborze członków swojego zespołu, którzy swoim wykształceniem oraz doświadczeniem będą gwarantować należyte wykonywanie swoich obowiązków. Warto zadbać o stworzenie regulaminu organizacyjnego, z którego będzie wynikał katalog obowiązków i uprawnień poszczególnych managerów oraz pracowników. Dzięki rozsądnemu podziałowi obowiązków i uprawnień w organizacji, proces decyzyjny będzie transparentny i bezpieczny, albowiem odpowiedzialność będzie szła za faktycznym autorem decyzji. Przydatnym narzędziem, którego nadal brakuje w wielu organizacjach (szczególnie tych, które nie posiadają własnej komórki czy działu HR) są opisy stanowisk. Są to dokumenty zawierające nie tylko zakres obowiązków pracownika, ale także opisujące zakres odpowiedzialności każdej osoby z zespołu.

Najczęstszą przyczyną, dla której managerowie nie delegują uprawnień „w dół” jest ich obawa o niską jakość, efektywność bądź wydłużony czas wykonania zadania przez podwładnego (wedle zasady: „Zrobię to szybciej sam, niż komuś wytłumaczę, jak ma to zrobić”). Aby uniknąć sytuacji, w której przeciążony zadaniami i odpowiedzialnością manager zacznie popełniać błędy, należy zadbać o odpowiednie wdrożenie pracowników na stanowiska oraz przede wszystkim rozwijać ich kompetencje, tak, aby mogli w jak największym stopniu odciążyć przełożonego z codziennych obowiązków.

Po drugie: Dokumentuj

Każdy manager powinien zdawać sobie sprawę, że jego decyzje będą oceniane przez różne grupy interesariuszy nawet po kilku latach od ich podjęcia. Manager, który podejmował wówczas decyzje, może już nie pracować w organizacji. Należy być gotowym do obrony swoich racji w ewentualnym postępowaniu karnym zainicjowanym np. przez nowy zarząd.

Świadomość tego, że osoby z zewnątrz (np. w osobie prokuratora lub audytora) po upływie nierzadko długiego czasu od danego zdarzenia gospodarczego będą je badać, powinno skłonić każdego managera do należytej dokumentacji procesu podejmowania danej decyzji. Oznacza to między innymi, iż manager powinien należycie zarządzać procesem konsultowania, opiniowania decyzji. Jeżeli dana decyzja dotyczy kilku obszarów organizacji, co zwykle występuje, należy zadbać o pozyskanie pisemnych, mailowych stanowisk innych jednostek firmy. Przy podejmowaniu istotnych decyzji w organizacji, manager powinien zastanowić się nad zleceniem ekspertyzy zewnętrznej.

Prokurator kiedy otrzyma zawiadomienie o przestępstwie przeczyta w nim o rzekomym skutku w postaci wyrządzenia znacznej szkody majątkowej, za którego ma być odpowiedzialny manager. Oczywiście dowody załączone do takiego zawiadomienia prawdopodobnie będą jednostronne, wskazujące na winę managera. W takiej sytuacji warunkiem podjęcia skutecznej obrony jest uprzednie należyte udokumentowanie danej czynności. Każdy mail, każdy dokument ma znaczenie. Warto o tym pamiętać.

Czy jednak w dobie pandemii koronawirusa można zachować wysokie standardy w zakresie oceny każdej decyzji zarządczej? Nie, dlatego w przypadku konieczności podjęcia szybkiej decyzji, angażującej znaczne środki zarządzanego podmiotu, warto następczo, dla własnego bezpieczeństwa, sporządzić notatkę, w której należy opisać w jakich warunkach podejmowano decyzję, jakie były jej determinanty i wreszcie jakie były ewentualne powody niemożliwości zachowania obowiązujących w organizacji procedur lub zasad.

Po trzecie: Korzystaj z dostępnych narzędzi wspierających zdalne zarządzanie

Pierwsza fala pandemii koronawirusa przekonała część najbardziej zagorzałych przeciwników pracy zdalnej, że prowadzenie przedsiębiorstwa czy instytucji zza ekranu domowego komputera jest możliwe. Oczywiście, powoduje to szereg trudności, także w procesie zarządzania pracą zespołu: w tym kontrolowania jakości wykonywanych zadań, monitorowania rzeczywistej wydajności pracowników itd. Na tę potrzebę odpowiada branża IT, która współcześnie zapewnia szeroki dostęp do prostych i użytecznych narzędzi wspierających managerów w zarządzaniu pracą zdalną. Wspomniane aplikacje najczęściej dostępne zarówno przez komputer, jak i smartfon, pozwalają nie tylko na precyzyjne delegowanie zadań, ale także na bieżące monitorowanie postępów, komunikację zdalną czy raportowanie pracy. Aby właściwie delegować zadania i uprawnienia, szczególnie w przypadku pracy zdalnej, należy zadbać o właściwą organizację pracy, precyzyjną komunikację, w tym właściwy dobór narzędzia do komunikowania się z zespołem. Wysoce niewskazane jest używanie kilku kanałów komunikacji jednocześnie, bez wyraźnego sprecyzowania, do jakich rodzajów komunikacji służy dany kanał. Co istotne dla liderów, wspomniane aplikacje dają także możliwość archiwizowania wyników pracy, dyskusji czy komentarzy, dzięki czemu świetnie sprawdzają się jako narzędzia dokumentowania procesu decyzyjnego, o którym wspomniano powyżej.

Ze sprawowaniem funkcji kierowniczych w organizacji skorelowana jest istotna odpowiedzialność prawna. Stosowanie wyżej przytoczonych zasad w codziennej pracy managerów z całą pewnością wpływanie pozytywnie na ich bezpieczeństwo prawne.

Autorzy:

Dawid Rasiński – adwokat, partner zarządzający w kancelarii Karbowski Rasiński & PartnersDawid Rasiński – adwokat, partner zarządzający w kancelarii Karbowski Rasiński & Partners, specjalista z zakresu compliance oraz prawa karnego gospodarczego;


Bruno Żółtowski – psycholog biznesu specjalizujący się w rozwijaniu kompetencji menedżerskich, wspólnik w SILLEOBruno Żółtowski – psycholog biznesu specjalizujący się w rozwijaniu kompetencji menedżerskich, wspólnik w SILLEO sp. z o.o.

Joe Biden zwiększa przewagę nad Donaldem Trumpem

Najnowsze sondaże wskazują na dynamiczny wzrost przewagi Joe Bidena nad Donaldem Trumpem w wyścigu o fotel prezydenta USA. Według sondażu przeprowadzonego dla „WSJ” i stacji NBC News kandydat demokratów może liczyć na 53% głosów, a ubiegający się o reelekcję urzędujący prezydent USA tylko na 39%. Wspomniane badanie zostało przeprowadzone po wtorkowej debacie między kandydatami na prezydenta, ale przed podaniem do publiczności informacji o zakażeniu się koronawirusem przez Trumpa.

Drugi sondaż został opublikowany w niedzielę przez agencje Reuters. Wynika z niego, że Biden w skali kraju może liczyć na poparcie 51% wyborców, z kolei Donald Trump – 41%. Badanie, wykonane dla Reuters, było przeprowadzone już po przekazaniu opinii publicznej wiadomości o zdiagnozowaniu SARS-CoV-2 u Donalda Trumpa. Sytuacja wskazuje, że prawdopodobieństwo zmiany gospodarza Białego Domu jest bardzo wysokie.

Poza tym według szacunku GUS inflacja CPI w Polsce wzrosła we wrześniu do 3,2% r/r z 2,9% r/r miesiąc wcześniej. Dane okazały się wyższe od oczekiwań analityków. Lokomotywą wzrostu inflacji okazał się komponent bazowy, czyli CPI po wyłączeniu cen żywności i energii.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG w skali tygodnia zyskał na wartości 1,55%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zyskały 1,39%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 wzmocnił się o 0,46%, a mWIG40 o 2,15%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona zarówno na danych i wiadomościach z USA, jak i z Polski. We wtorek (06.10.2020) poznamy bilans handlu zagranicznego USA. W środę (07.10.2020) po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej RP poznamy decyzję w sprawie stóp procentowych. Poza tym będzie opublikowany protokół posiedzenia FOMC. Z kolei w czwartek (08.10.2020) poznamy liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Koronawirus wywołuje u Polaków niepewność. Co trzeci spodziewa się nasilenia pandemii albo obawia o swoje dochody

Dla co trzeciego Polaka największym wyzwaniem jest w tej chwili niepewność dotycząca przyszłych dochodów czy ryzyka utraty pracy, a 28 proc. wskazuje na brak stabilizacji. Z kolei 36 proc. obawia się nasilenia pandemii w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – pokazuje wrześniowe badanie Dentsu Polska. Wynika z niego też, że dwie grupy społeczne, które najdotkliwiej odczuły pandemię, to osoby starsze i kobiety, zdecydowanie gorzej oceniające swoją sytuacje finansową i zawodową. Kolejny raz potwierdza się też, że przez COVID-19 duża część aktywności zakupowej Polaków przeniosła się do e-commerce’u – w tej chwili ten kanał wybiera 49 proc. konsumentów.

– Sytuacja finansowa gospodarstw domowych w trakcie pandemii zdecydowanie się pogorszyła. Na początku jesieni widzimy lekką poprawę sytuacji albo raczej jej stabilizację. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do pandemii, do niepewności, a nasze plany są krótkoterminowe – nie robimy już długoterminowych, wieloletnich planów, staramy się na bieżąco reagować na zmiany – mówi agencji Newseria Biznes Paulina Gadowska, senior research specialist w Dentsu.

Grupa komunikacyjna Dentsu niemal od początku pandemii COVID-19 bada jej wpływ na nastroje, budżet, plany i zwyczaje zakupowe Polaków. Jak wynika z wrześniowej, III tury badania przeprowadzonego na grupie 1 tys. respondentów, 43 proc. z nich jednoznacznie ocenia, że sytuacja finansowa ich gospodarstwa pogorszyła się w odniesieniu do stanu sprzed pandemii. Zmiany w sferze finansowej dotkliwiej odczuwają kobiety, wśród których na pogorszenie swojej sytuacji wskazuje aż 49 proc. (w porównaniu do 37 proc. mężczyzn).

Kobiety nieznacznie gorzej oceniają też swoje perspektywy zawodowe. 40 proc. z nich uważa, że pogorszyły się one w porównaniu z okresem sprzed pandemii (versus 35 proc. mężczyzn). Z kolei w podziale na grupy wiekowe wpływ koronawirusa na swoją sytuację finansową i zawodową dotkliwiej odczuwają „millenialsi” (25–39 lat) oraz „igreki” (40–59 lat). W porównaniu z nimi generacja Z, czyli obecni 18–24-latkowie, oceniają ją nieco lepiej.

36 proc. badanych obawia się nasilenia pandemii w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. W tej grupie przeważają zwłaszcza kobiety (41 proc.) i osoby najstarsze (40 proc.). Może to wynikać z faktu, że obie te grupy społeczne pandemia  dotknęła najsilniej: kobiety ze względu na wzrost obciążeń opiekuńczo-wychowawczych i ograniczeń finansowych, natomiast przedstawiciele starszej grupy w wieku 40–59 lat są najbardziej narażeni na negatywne zdrowotne skutki wirusa.

– Cały czas dominuje dosyć duża niepewność. Ponad połowa badanych nadal nie jest w stanie określić, w którą stronę pójdzie pandemia, czy sytuacja finansowa ich gospodarstwa domowego się poprawi, czy ulegnie pogorszeniu – mówi Paulina Gadowska.

Niemal co trzeci badany wskazuje, że największym wyzwaniem jest w tej chwili niepewność dotycząca przyszłych dochodów czy możliwości utraty pracy, a 28 proc. wskazuje na brak stabilizacji.

We wrześniowym badaniu prawie połowa Polaków (48 proc.) zadeklarowała, że ich wydatki są obecnie na takim samym poziomie jak przed pandemią. Co czwarta osoba je zwiększyła, a 27 proc. badanych stara się je ograniczać.

– Konsumenci nie są jednak bardzo pesymistyczni co do dalszego rozwoju sytuacji. Większość spodziewa się powrotu do poziomu wydatków sprzed pandemii w ciągu najbliższych 24 miesięcy – wskazuje senior research specialist w Dentsu.

Nadal jednak istnieje spora grupa osób (30 proc. ogółu badanych z obniżonymi wydatkami), która pozostaje w niepewności i nie wie, czego może się spodziewać w najbliższym czasie.

Dane z badania Dentsu po raz kolejny potwierdzają też, że w związku z pandemią duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci. We wrześniu prawie połowa konsumentów zadeklarowała, że obecnie częściej wybiera ten kanał zakupowy.

– Liczba internautów kupujących online jest już na poziomie 73 proc. i w tym roku mieliśmy rekordowy wzrost – na poziomie 11 pkt proc. COVID-19 mocno przełożył się na wzrost znaczenia e-commerce’u, ponieważ przełamał nasze bariery. Nie boimy się już płacić online, zamawiamy w sieci także produkty spożywcze – mówi Patrycja Kościołowska, strateg digitalowy w Dentsu. – Jeżeli chodzi o naszych klientów, którzy działają w obszarze digitalu, my również odnotowaliśmy ogromne wzrosty, nawet kilkusetprocentowe, ruchu, zamówień, przychodów, jak również bazy CRM.

W trakcie twardego lockdownu Polacy przekonali się do zakupów online z dostawą do domu, które są alternatywą dla tych tradycyjnych, związanych z kontaktem społecznym. Nadal jednak zwracają uwagę na pewne bariery, które utrudniają im kupowanie w sieci.

– Możemy je podzielić na trzy obszary. Pierwszym jest sam proces zakupowy i tutaj konsumenci oczekują ułatwień: chcą zamawiać bez rejestracji, chcą darmowej i szybkiej dostawy oraz bezpłatnych zwrotów. Drugim kluczowym obszarem jest możliwość komunikacji pomiędzy konsumentem a marką, ponieważ stojąc już przed ostatecznym wyborem w sklepie online, często klienci potrzebują skontaktować się ze sklepem. Tutaj pomocnymi narzędziami mogą być np. call center, czat na stronie czy komunikator w social mediach. Trzecim obszarem, o którym coraz częściej mówią konsumenci w badaniach, jest personalizacja produktów i usług, zarówno pod kątem komunikacji marketingowej, jak i pod kątem treści, które są następnie serwowane na stronie – wskazuje Patrycja Kościołowska.

Jak wynika z wrześniowego badania, polscy konsumenci oczekują od marek i sklepów, z którymi mają styczność, przede wszystkim darmowej dostawy (50 proc.), obniżek cen (51 proc.), szybkiej dostawy (46 proc.), zapewniania dostępności produktów i usług (34 proc.) oraz dbałości o higienę i sterylność (41 proc.).

– Najważniejszym czynnikiem wciąż jest jednak cena. Konsumenci w badaniach mówią wprost, że jeżeli w internecie będzie ona niższa, to będą częściej zamawiać online – mówi strateg digitalowy w Dentsu.

Co ciekawe, w tej chwili już tylko 15 proc. polskich konsumentów oczekuje, że sklepy i marki będą zaangażowane społecznie (np. udzielając pomocy finansowej dla medyków i lekarzy). W porównaniu z pierwszą turą tego badania z marca br. ten odsetek spadł radykalnie z 38 proc.

Planowane regulacje prawne dotyczące rynku telekomunikacyjnego mogą wykluczyć z polskiego rynku niektórych inwestorów. Szczególnie dotyczy to firm z Chin

Polska jest otwarta na inwestycje zagraniczne, ale regulacje prawne, które pojawiły się w ostatnim czasie w obszarze telekomunikacji, zmierzają do wykluczenia niektórych inwestorów z polskiego rynku – ocenia dr hab. Maciej Rogalski, profesor Uczelni Łazarskiego. Mowa o niedawno przygotowanym projekcie zmiany ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który mógłby spowodować dyskryminację podmiotów np. z Chin, jeśli wszedłby w życie w proponowanym kształcie. – Regulacje powinny być stanowione dla wszystkich takie same, a każdy podmiot powinien mieć równe szanse – mówi ekspert.

– Co do zasady Polska jest zainteresowana, aby inwestycje zagraniczne były na jak najwyższym poziomie. Regulacje unijne, a także umowy międzynarodowe zobowiązują do odpowiedniego podejścia w zakresie inwestycji, w znaczeniu równego traktowania wszystkich zainteresowanych podmiotów. Z drugiej strony w ostatnim czasie pojawiły się projekty regulacji, które będą zmierzać do wykluczenia niektórych inwestorów z polskiego rynku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Maciej Rogalski, profesor Uczelni Łazarskiego, radca prawny w kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wyniosła blisko 41,7 mld zł, podczas gdy w 2018 roku było to 57,7 mld zł. Na podstawie analiz przeprowadzonych przez Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej wynika, że na koniec maja w KRS było aktywnych ponad 87,2 tys. spółek z udziałem kapitału zagranicznego. W ubiegłym roku powstało ich blisko 8,9 tys., a do końca maja tego roku – nieco ponad 3 tys.

 Czy dostęp do polskiego rynku jest taki sam dla wszystkich inwestorów? Gdybym otrzymał to pytanie kilkanaście miesięcy temu, nie miałbym wątpliwości, że tak. Jakiś czas temu pojawiły się jednak koncepcje, które przybrały w ostatnich miesiącach formę propozycji regulacji prawnych i które powodują, że nie można już tak powiedzieć. Mam tu na myśli inwestorów z Azji, a konkretnie Chin, a przykładem tych regulacji mogą być te dotyczące rynku telekomunikacyjnego, gdzie przygotowane projekty mogą spowodować wykluczenie takich inwestorów – podkreśla profesor Uczelni Łazarskiego,

Zgodnie z założeniami projekt ustawy o KSC ma zapewnić odpowiedni poziom cyberbezpieczeństwa. To zaś ma być zrealizowane przez przeprowadzenie oceny dostawców sprzętu i oprogramowania na podstawie m.in. stopnia i rodzaju powiązań tego dostawcy z państwem jego pochodzenia, prawodawstwa państwa w zakresie ochrony praw obywatelskich i praw człowieka czy ingerencji państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy.

– Regulacje powinny w równy sposób traktować wszystkich, nie powinny być przygotowywane pod konkretnych inwestorów czy podmioty. Niestety pojawiły się projekty, które mogą stwarzać wrażenie, że są przygotowywane z określonym założeniem, pod określonych dostawców. To nie jest dobre podejście, każdy podmiot powinien mieć równe szanse, a jeżeli je wykorzysta, powinien móc inwestować – przekonuje dr hab. Maciej Rogalski

Zapisy dotyczące przestrzegania praw człowieka w nowelizacji ustawy o KSC mogą wykluczyć chińskie firmy technologiczne, w tym koncern Huawei, jednego z głównych dostawców infrastruktury 5G. Tymczasem według eksperta, dopóki nie ma dowodów na sprzeczne z prawem czy zagrażające bezpieczeństwu postępowanie producentów, ograniczenia dla sprzedaży jego produktów czy wykluczanie go z rynku budzi poważne wątpliwości.

 Na rynku europejskim, także w regulacjach Unii Europejskiej, jest przewidziana możliwość przeprowadzania tzw. certyfikacji, czyli weryfikacji pod względem technicznym dopuszczalności z perspektywy bezpieczeństwa danego sprzętu – przypomina ekspert z Uczelni Łazarskiego. – Nie ma przeszkód, ażeby ten mechanizm był stosowany także w Polsce. Tym bardziej że trudno teraz o produkt, który by pochodził tylko z jednego kraju. Weźmy na przykład samochody czy komputery. Dlatego powinniśmy zmienić podejście i koncentrować się na produkcie, a nie na kraju pochodzenia.

Jak wskazuje, rynek usług cyfrowych jest regulowany przepisami unijnymi i to ich polska legislacja powinna się trzymać.

– Polska jako kraj członkowski Unii Europejskiej musiała zaimplementować szereg dyrektyw, m.in. Europejski kodeks łączności elektronicznej – bardzo duży akt, który wdraża regulacje dotyczące rynku świadczenia usług elektronicznych. Nie ma więc dużego pola do znajdowania rozwiązań odbiegających od tych unijnych. Poprzez implementację wspomnianego kodeksu czy innych aktów prawnych w zakresie przeprowadzania certyfikacji, handlu elektronicznego można stworzyć system prawny, który daje podstawy do działania na nim wszystkich podmiotów: przedsiębiorców telekomunikacyjnych, producentów sprzętu czy dostawcy usług, jeżeli spełniają wymagania określone tymi przepisami – tłumaczy dr Maciej Rogalski.

Wzrasta współczynnik umieralności na raka piersi. Sytuacja jest alarmująca, a Polki wciąż zbyt rzadko wykonują samobadanie

Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród Polek. Co roku taką diagnozę słyszy ponad 18 tys. kobiet, a co trzeci przypadek tego nowotworu kończy się śmiercią. Dzieje się tak, ponieważ często rak piersi wciąż jest wykrywany w zaawansowanym stadium, a Polki nadal zbyt rzadko się badają. Sytuację pogorszyła pandemia, bo przez nią wiele kobiet odwołało lub przesunęło wizyty u specjalisty. Tymczasem diagnoza we wczesnym stadium, kiedy zmiany w piersi są niewielkie, daje prawie 100-procentową szansę na wyleczenie. O tym m.in. ma przypomnieć kobietom – jak i ich partnerom – piąta odsłona kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”.

– W Polsce mamy do czynienia z bardzo niepokojącą sytuacją. Liczba nowych przypadków zachorowań na raka piersi jest coraz większa. Wzrost zachorowań obserwowany jest także w innych krajach europejskich, do których poziomu cywilizacyjnego aspirujemy, natomiast tam stale spadają współczynniki umieralności. Z kolei w Polsce wzrostom współczynników zapadalności na raka piersi towarzyszy również wzrost współczynników umieralności. Mamy ogromny problem w skali całej populacji – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Tadeusz Pieńkowski z Kliniki Onkologii i Hematologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród kobiet. Często nadal wykrywany jest na zbyt późnym etapie. Wynika to m.in. z faktu, że Polki nadal zbyt rzadko wykonują badania diagnostyczne i samobadanie piersi, które pozwala zauważyć pierwsze niepokojące zmiany.

Badania przeprowadzone przez Novartis Oncology i Fundację OnkoCafe – Razem Lepiej w ramach tegorocznej edycji kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” pokazują, że Polacy wiedzą, w jaki sposób diagnozuje się raka piersi – deklaruje tak 85 proc. respondentów (wśród kobiet odsetek wynosi 93 proc.). 20 proc. wciąż jednak nie wie, jak prawidłowo wykonać samobadanie. Zbyt rzadko zgłaszają się na badania specjalistyczne – USG piersi czy mammografię. W tym roku na te niepokojąco niskie statystyki wpłynie również pandemia.

Dostęp do wielu badań i procedur medycznych niezwiązanych z walką z koronawirusem został ograniczony, część placówek w ogóle pozostawała zamknięta. W efekcie drastycznie spadł też dostęp do diagnostyki i badań przesiewowych umożliwiających wykrycie raka piersi. Na to nakłada się również lęk przed wizytą w placówce medycznej. Z powodu pandemii co czwarta respondentka odwołała lub przesunęła termin umówionych badań, a 13 proc. pań w ogóle nie umówiło wizyty.

– W danej jednostce czasu zostało wykonanych mniej badań, niż było wykonywanych normalnie. Co za tym idzie, nastąpi też opóźnienie w rozpoznaniu bliżej nam w tej chwili nieznanej liczby kobiet, które niestety zachorowały – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski.

– Wciąż nie wszystkie kobiety wykonują samobadania. Nie robi tego jedna na pięć kobiet, a co czwarta nie wykonuje także USG piersi – podkreśla Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – Jesteśmy dumni, że dzięki wsparciu Fundacji Philips możemy uczestniczyć w tak ważnej inicjatywie i wspierać dostęp do badania USG, tak istotnego w kontekście profilaktyki raka piersi oraz poprawy rokowań pacjentek, szczególnie w tym trudnym czasie pandemii – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philipsa w Europie Środkowej i Wschodniej.

Diagnoza we wczesnym stadium, kiedy zmiany są niewielkie, daje prawie 100-procentową szansę na wyleczenie. Dlatego też w ramach tegorocznej kampanii, dzięki wsparciu Fundacji Philips, tysiąc Polek w całym kraju będzie mogło skorzystać z bezpłatnego badania USG piersi. To o tyle istotne, że dostęp do świadczeń medycznych wciąż jest różny w poszczególnych regionach kraju. W niektórych miastach na USG piersi czeka się trzy-cztery miesiące, a w przypadku nowotworu piersi jest to zdecydowanie zbyt długi czas.

 Wyniki leczenia w ogromnym stopniu zależą od zaawansowania nowotworu, czyli od wielkości i lokalizacji zmian w momencie podejmowania leczenia. Mammografia umożliwia zdiagnozowanie raka na dwa–trzy lata, zanim jest on możliwy do wykrycia za pomocą badania palpacyjnego. To jest podstawowe narzędzie, dzięki któremu w krajach europejskich kobiety rzadziej umierają z powodu raka piersi. Sama mammografia to jednak za mało, ona musi być powiązana z łatwo dostępnym systemem kompetentnego leczenia, który umożliwia wykorzystanie wszystkich szans, jakie dają współczesne technologie medyczne – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski.

– Jako organizacje pacjenckie musimy pracować nad tym, żeby zmniejszyć w Polsce liczbę przypadków raka piersi wykrywanych w zaawansowanym stadium, co oczywiście przekłada się na przeżywalność pacjentek z tym nowotworem. W Polsce niestety jest ona wciąż niższa niż w sąsiednich krajach Europy – dodaje Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

Aby zwiększyć świadomość Polek w zakresie profilaktyki i konieczności wykonywania badań diagnostycznych już piąty rok z rzędu organizowana jest kampania „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”. Jest ona skierowana również do mężczyzn i ma na celu podkreślenie roli męskiego wsparcia w trakcie choroby oraz zachęcaniu bliskich kobiet do regularnych badań.

– Główne przesłania kampanii to wsparcie kobiet z rakiem piersi i mężczyzn, których kobiety chorują, ale przede wszystkim apel: „Kobiety, badajcie się!”. Chcemy zachęcić społeczeństwo, aby się zainteresowało profilaktyką raka piersi. Jak pokazują nasze badania, odsetek osób świadomych tego, jak i kiedy należy badać piersi, jest nadal zbyt mały – wskazuje Anna Kupiecka.

– Od pięciu lat Novartis jest głównym partnerem tej kampanii. Edukacja pacjenta i leczenie to dwa elementy, które ze sobą współistnieją. Wyedukowany pacjent, który rozumie swoją chorobę i lepiej komunikuje się z lekarzem, jest dla niego partnerem, lepiej poddaje się leczeniu, co w przypadku takich chorób jak zaawansowany rak piersi ma ogromne znaczenie – dodaje Aneta Poznańska, dyrektor ds. komunikacji i relacji zewnętrznych w Novartis.

Kampania „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa” zwraca uwagę na fakt, że kobiety chore na raka piersi potrzebują – obok właściwego leczenia – również wsparcia swoich bliskich i partnerów. A ci są zainteresowani, aby je wspierać.

– Naszą kampanią budujemy świadomość społeczną na temat roli i wagi zaangażowania mężczyzny w życie kobiety w kontekście jej zdrowia. Ma on być silnym wsparciem – mówi Anna Kupiecka. – Dotychczasowe kampanie pokazują nam, że mężczyźni są zainteresowani, chcą być zaangażowani, chcą być mocnym wsparciem w procesie leczenia kobiety. Ogromny procent mężczyzn wchodzących na stronę edukacyjną kampanii jest po 35. roku życia.

– Co roku nowotwory piersi rozpoznaje się u ok. 18 tys. kobiet, a co trzeci przypadek kończy się śmiercią. Działania edukacyjne, a także dostęp do diagnostyki oraz leczenia to podstawa, by zmienić te statystyki. Pamiętajmy też o tym, że my mężczyźni możemy odegrać tu istotną rolę – dodaje Reinier Schlatmann z Philipsa.

Zaangażowanie mężczyzn ma symbolizować także przygotowywany co roku kalendarz „Power of Community” z udziałem sportowców oraz ambasadorów kampanii, m.in. Qczaja, Modnego Taty czy Jakuba Popławskiego. Dochód z jego sprzedaży przeznaczony jest na wsparcie kobiet z zaawansowanym stadium raka piersi i ich bliskich. Kalendarz można kupić na stronie kampanii www.breastfit.onkocafe.pl/kalendarz.

Pandemia może spopularyzować e-learning na polskich uczelniach. Potrzebne są jednak środki i właściwe prawo

Z początkiem października rozpoczął się rok akademicki, a studenci wrócili na zajęcia na uczelniach. Przez pandemię COVID-19 większość z nich będzie jednak wspomagać tradycyjne nauczanie e-learningiem. Platformy i kursy w tej formule są już prawie powszechnie dostępne, ale nie na każdej uczelni. Wiele do życzenia pozostawia np. jakość materiałów dydaktycznych. Jak wskazuje ekspertka z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu, dr Anna Zięty, barierą utrudniającą rozwój e-learningu akademickiego w Polsce jest też brak nakładów finansowych i właściwych rozwiązań prawnych. – Warto zastanowić się nad zmianami w legislacji, żeby uregulować ten proces – podkreśla.

– Praktycznie na każdej uczelni działają różne kursy i platformy e-learningowe, z których studenci mogą korzystać, ale oczywiście w formule blended learningowej, czyli mieszanej. Zazwyczaj e-learning wspomaga proces dydaktyczny i tradycyjne zajęcia – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Zięty, metodyk i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. – E-learning, podobnie jak mikronauczanie, rapid learning czy mobile learning, to przyszłość. Uważam, że po pandemii nie wróci wyłącznie standardowa forma zajęć, do jakiej byliśmy przyzwyczajeni. Technologia bardzo mocno weszła w proces dydaktyczny i będzie się dynamicznie rozwijać.

Wbrew pozorom w Polsce nauczanie zdalne ma długą tradycję, a e-learning jest jego częścią. Jego początki sięgają 2000 roku, a w kolejnych latach szybko się rozwijał na krajowych uczelniach. Pierwsze eksperymenty związane z e-learningiem prowadziły m.in. Polski Uniwersytet Wirtualny, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej czy Politechnika Warszawska. Często były to inicjatywy oddolne, szerzone przez pasjonatów technologii, którzy na uczelniach zaczęli eksperymentować z open source’ową platformą Moodle i za jej pomocą prowadzili kształcenie. Z drugiej strony nauczyciele akademiccy wyjeżdżali do USA czy Wielkiej Brytanii i tam zdobywali doświadczenie od kolegów po fachu, którzy wprowadzili już bardziej zaawansowany e-learning. Tego typu praktyki były podejmowane np. przez PUW czy Wyższą Szkołę Bankową.

Jak zauważa ekspertka WSB w Opolu, w Polsce wciąż istnieje jednak kilka barier, które utrudniają rozwój e-learningu akademickiego.

– Przed e-learningiem stoi szereg wyzwań i problemów. Można je pogrupować na kilka obszarów: problemy związane z mentalnością ludzi, jakością treści multimedialnych, technologiczne, związane z oprogramowaniem, aplikacjami i sprzętem, a także problemy natury bardziej psychologicznej, jak np. te związane z motywacją  wymienia.

Wyzwaniem jest np. zaangażowanie samych studentów w formule e-learningowej. Z badań wynika, że jest to znacznie trudniejsze niż w przypadku tradycyjnego nauczania. Problemem są także same materiały, które trzeba w odpowiedni sposób przygotować i udostępnić.

– Wykładowcom często brakuje kompetencji cyfrowych niezbędnych przy projektowaniu zaawansowanych kursów e-learningowych  mówi dr Anna Zięty. – Czasem na uczelniach nie ma takich działów, które zatrudniają metodyka, grafika i programistę zajmujących się projektowaniem kursów. Sporym problemem są też nakłady finansowe – uczelnie nie mają tak dużych środków jak korporacje i nie mogą sobie pozwolić na stworzenie profesjonalnego środowiska e-learningowego.

Co istotne, w Polsce od strony prawnej nie ma możliwości prowadzenia studiów całkowicie w formule e-learningowej. W przepisach funkcjonuje jedynie rozwiązanie blended learningowe, czyli mieszane łączenie zajęć tradycyjnych ze zdalnymi.

– W kolejnych dokumentach i ustawach były określane proporcje zajęć, które mogą być prowadzone w tej formule, czy to 40, 60, czy 80 proc., w zależności od specyfiki uczelni. Nigdy nie mieliśmy w prawie prawdziwego e-learningu, a kolejne ustawy ograniczały się tylko do procentów i ewentualnie punktów ECTS, bo zajęcia zdalne nie mogą w toku nauczania przekraczać 50 proc. punktów ECTS – wskazuje wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Jak podkreśla, polskie prawodawstwo nigdy nie poruszyło też innych kwestii związanych z e-learningiem, dotyczących np. standardów tworzenia materiałów czy odpowiedzialności za wyniki kształcenia w tej formule. Co więcej, według obecnych przepisów dotyczących kształcenia akademickiego studenci i tak muszą zdawać egzaminy tradycyjnie w siedzibie bądź filii uczelni. To często jest utrudnieniem dla osób, które np. mieszkają za granicą albo borykają się z niepełnosprawnościami.

– Warto byłoby przyjrzeć się tym regulacjom prawnym i zastanowić się nad pewnymi zmianami, aby uregulować proces e-learningowy. Należałoby pomyśleć o szkoleniach kadry akademickiej, zatrudnieniu osób znających się na standardach metodycznych, które pozwalałyby na realizację takich studiów zdalnych. Wreszcie warto popracować nad atrakcyjnymi treściami dydaktycznymi, które zaangażują studentów – dodaje dr Anna Zięty.

Jak zaznacza, uczelnie mogą czerpać przykłady z rynku korporacyjnego, gdzie e-learning jest znacznie lepiej rozwinięty.

– Szkolenia korporacyjne często przypominają pod względem fabuły film bądź gry komputerowe. Mają rozwinięte scenariusze i są one mocno osadzone w technologii, wykorzystują rzeczywistość wirtualną czy chatboty. Tutaj i nakład ludzki, technologiczny czy finansowy znacznie przewyższa możliwości uczelniane, więc warto by było skorzystać z tych dobrych praktyk korporacyjnych i różne rzeczy implementować na uczelniach – postuluje ekspertka.

Wdrożenie autonomicznego transportu publicznego jest nieuniknione. Może przynieść miliardowe oszczędności

Autonomiczne mikrobusy pojawiły się już na ulicach polskich miast. W województwie dolnośląskim nieczynne torowiska kolejowe zostaną przekształcone w trasy dla pojazdów autonomicznych. Jak twierdzą specjaliści, autonomizacja transportu jest procesem nieuniknionym, ale wciąż towarzyszą mu wątpliwości, związane chociażby z bezpieczeństwem i zabezpieczeniem rynku pracy. Tymczasem oszczędności wynikające z autonomizacji transportu mogłyby w Polsce sięgać kwoty kilkudziesięciu miliardów złotych.

– Autonomiczne systemy transportu publicznego pojawiły się już w miastach. Mamy do czynienia z systemami metra, w których czasami wciąż są maszyniści, ale tylko po to, żeby zwiększać subiektywne odczucie bezpieczeństwa u pasażerów. Na lotniskach mamy systemy, które łączą terminale. W przypadku tramwaju w wielu systemach na świecie jesteśmy o mały krok lub w zasadzie na etapie wdrażania. Autobusy, ze względu na to, że też poruszają się konkretnym korytarzem, mogą przejść duże zmiany, może nie na wszystkich liniach i korytarzach, ale to również jest możliwe – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Łukasz Franek, dyrektor Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie.

Specjalne trasy dla autonomicznego transportu planuje wybudować zarząd województwa dolnośląskiego. Mają one powstać po wyasfaltowaniu nieczynnych torowisk kolejowych, na których wznawianie ruchu pociągów nie miałoby sensu ekonomicznego. Pieniądze na inwestycję będą pochodzić z Krajowego Programu Odbudowy. Takie podejście do kwestii inwestycji w transport autonomiczny pozwala na uniknięcie barier wynikających z polskiego prawa. Chodzi o zapis, który umożliwia korzystanie z pojazdów autonomicznych wyłącznie na wydzielonej infrastrukturze, co wyklucza ich ruch po drogach publicznych.

– Autonomizacja w pewnym obszarze transportowym, może jeszcze niezamkniętym, nastąpi. Jak szeroko, to będzie wynikało z odpowiedzi na pytania, które wciąż są otwarte, przede wszystkim pod kątem bezpieczeństwa i efektywności. Celem jest podniesienie bezpieczeństwa i redukcja kosztów, z uwzględnieniem kosztów społecznych. Są przykłady z przeszłości, może nie autonomizacji, ale automatyzacji dystrybucji biletów, gdzie kasy w Londynie, w których siedzieli ludzie i sprzedawali bilety, zamieniono na automaty. Było taniej, jest bardziej efektywnie, ale tysiące ludzi straciło pracę. Trzeba o tym pamiętać, że automatyzacja czy autonomizacja również niesie takie ryzyko – przestrzega Łukasz Franek.

Tymczasem pojazdy autonomiczne są testowane w transporcie publicznym w wielu miastach na świecie. W Phoenix w amerykańskiej Arizonie testowane były autonomiczne taksówki, które obsługiwała spółka zależna od Google. Autonomiczne mikrobusy pojawiły się już w ubiegłym roku na ulicy Karwieńskiej w Gdańsku, gdzie we wrześniu dowoziły pasażerów do tamtejszego ZOO. Z kolei autonomiczne tramwaje od Siemensa testowane były w Poczdamie, a te produkowane przez Newag, Cybid i Medcom – w Krakowie.

– Kraków zawsze stara się być miastem, które myśli o wszystkich nowinkach. Staramy się być w pierwszym rzędzie tych, którzy otwierają nowe drzwi i rozdziały. Obecnie zastanawiamy się nad metrem. Jesteśmy miastem, gdzie w wielu miejscach tramwaj mógłby być autonomiczny. Dzisiaj testujemy już takie rozwiązania. Kupujemy tramwaj, który może przejechać bez trakcji. Są obszary, gdzie spokojnie można by myśleć o autobusowych liniach – zapowiada dyrektor Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie.

Autonomizacja szybciej niż na lądzie postępuje w powietrzu. Jak twierdzą eksperci, autonomizacja w lotnictwie jest dużo łatwiejsza do wdrożenia pod względem bezpieczeństwa niż na lądzie.

– W powietrzu nie ma kolizji poza zderzeniami z ptakami. Na lądzie wygląda to już zupełnie inaczej. Tu jesteśmy na początku wielu otwartych pytań o to, w jaki sposób sterować odpowiedzialnością z punktu widzenia ewentualnych wypadków, w jaki sposób kształtować później przestrzeń. Bo stałoby się niedobrze, gdyby autonomiczne pojazdy odwróciły naturalny bieg przekształcania naszych miast w przestrzeń współdzieloną, inkluzywną, gdzie wszyscy dowolnie się przemieszczają, w obarierkowane korytarze, w których każdy ma swoich kilka metrów kwadratowych – wskazuje Łukasz Franek.

Z raportu sporządzonego przez Polski Instytut Ekonomiczny i Ministerstwo Infrastruktury wynika, że całkowita automatyzacja ruchu mogłaby dać nawet 51 mld zł oszczędności z tytułu uratowanego życia i zdrowia jego uczestników. Automatyzacja transportu ciężarowego może przynieść oszczędności sięgające nawet 4,9 mld zł w wyniku poprawy bezpieczeństwa drogowego. Oszczędności dla branży logistycznej wynikające z niższych kosztów pracy oraz kosztów paliwa mogą wynieść nawet 2,4 mld zł rocznie.

Latające taksówki mogą wyruszyć nawet za pięć lat. Do szerszego wykorzystania dronów w transporcie pasażerów czy chorych niezbędne są jednak odpowiednie regulacje

Agencje bezpieczeństwa lotniczego na całym świecie pracują nad przepisami dotyczącymi latających taksówek. Największe firmy zakładają, że będą gotowe do uruchomienia usługi latających taksówek w ciągu najbliższych 5–10 lat. Aby jednak się pojawiły na szeroką skalę, a drony mogły zdominować transport, potrzebne są odpowiednie przepisy. Już teraz trwają testy do oceny ryzyka lotów dronami. – Konieczne są ramy prawne i system informatyczny, który zarządza lokalizacją dronów – przekonuje Kazimierz Karolczak, przewodniczący Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii.

– Mamy futurystyczną wizję latających dronów w przestrzeni powietrznej naszego miasta – mówi agencji Newseria Innowacje Kazimierz Karolczak. – Ale w naszym bieżącym interesie, w którym podejmujemy działania związane z dronami, jest zapewnienie bezpieczeństwa naszym mieszkańcom po to, by móc w pełni wykorzystać tę technologię.

Agencje bezpieczeństwa lotniczego na całym świecie opracowują przepisy dotyczące latających taksówek. Także największe firmy zapowiadają, że będą gotowe do uruchomienia takich pojazdów w ciągu najbliższych 5–10 lat.

W Europie regulator lotniczy EASA przygotowuje zestaw testów w celu zapewnienia bezpieczeństwa zarówno pojazdów, jak i oprogramowania, które będzie je obsługiwać. EASA chce się też upewnić, że oprogramowanie używane przez taksówki jest zgodne z wymaganym poziomem niezawodności. Z kolei w Wielkiej Brytanii Urząd Lotnictwa Cywilnego stworzył wirtualną przestrzeń, w której latające firmy taksówkarskie mogą testować swoją technologię, a chiński organ nadzoru upoważnił kilka firm do zbadania standardów zdatności do lotu i certyfikacji do końca roku.

– Zastosowania biznesowe będą wymagały użycia dronów, które często będą ważyć kilkadziesiąt–kilkaset kilogramów. Mówiąc o powietrznych taksówkach, można wyobrazić sobie coś w rodzaju autonomicznie latającego quasi-samochodu, który akurat zamiast kół ma śmigła. W tym przypadku musi być stuprocentowa pewność, że to jest bezpieczne – podkreśla przewodniczący Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii.

W Polsce szacuje się, że może latać nawet 250 tys. dronów. W większości to niewielkie i lekkie maszyny, o zastosowaniu komercyjnym. Przyspieszają jednak prace nad większymi dronami. Mogłyby pełnić wiele funkcji – znalazłyby zastosowanie w transporcie, ale też w medycynie, zastąpiłyby karetki, np. latając do wypadków drogowych. Aby było to jednak możliwe, konieczne jest stworzenie odpowiednich ram prawnych, które uregulowałyby ich stosowanie. Istotna jest zwłaszcza kwestia bezpieczeństwa, aby uniknąć kolizji z samolotami.

– Kiedy widzimy samoloty, to cały czas mamy przekonanie, że są bezpieczne. Samolot jest obserwowany przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, ma ścisłe procedury, pilot wie, co robi. I takie same procedury muszą powstać w lotnictwie dronów, operator musi wiedzieć, co robi, ma uprawnienia do kierowania dronem, a system informatyczny, IT czy rozwiązania technologiczne użyte do jego produkcji są przetestowane. I te wszystkie komponenty zapewniają bezpieczeństwo dla wszystkich użytkowników – przekonuje ekspert.

W Wielkiej Brytanii powstaje pilotażowa autostrada dla dronów. Początkowo będzie miała kilka kilometrów długości, a samo rozwiązanie ma być testowane. Zwiększy bezpieczeństwo lotów dronami, pozwoli uniknąć ich kolizji z samolotami. Jeśli się sprawdzi – cały kraj będzie objęty taką podniebną siatką autostrad. Wówczas podobne autostrady mogą powstać w innych krajach europejskich. Podobne rozwiązanie szykuje Polska Agencja Żeglugi Powietrznej.

– W przestrzeni powietrznej w przypadku dronów mówimy o wysokości do 150 metrów. Musi powstać system informatyczny, który zarządza ich lokalizacją i umożliwi ewentualne zmuszenie drona do wylądowania w bezpiecznych warunkach. System musi zapewnić, że drony nie będą na kursie kolizyjnym. To jest szereg rozwiązań technologicznych, ale żeby je technologiczne stworzyć, muszą być opracowane ramy prawne – ocenia Kazimierz Karolczak.

Od nowego roku latanie dronem będzie wymagać znajomości nowych przepisów w całej Unii Europejskiej. Dotyczy to jednak lżejszych pojazdów, w niedalekiej przyszłości podobne przepisy będą dotyczyć dużych maszyn do zastosowania w transporcie czy ratownictwie.

– W interesie społeczeństwa jest zapewnienie, by organy państwa pilnowały bezpieczeństwa, a technologie wykorzystywane przez firmy, start-upy nie naruszały norm społecznych i tych granic bezpieczeństwa, które sobie wyznaczamy – mówi przewodniczący Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii.

Nowa polityka energetyczna Polski. Co z górnictwem?

Pojawił się nowy projekt polityki energetycznej dla Polski do 2040 roku. Nie został jeszcze przyjęty przez rząd, ale wniósł do dyskusji o dekarbonizacji ważne, realistyczne dane. Według nowych założeń udział węgla w polskim miksie energetycznym ma w 2040 roku spaść nawet do 11%. To ogromna różnica – zważywszy, że aktualnie aż 70% prądu pozyskujemy ze spalania węgla. To pokazuje, jak zaawansowana jest w Europie strategia dekarbonizacji. Polska już bierze w niej udział – czy tego chce, czy nie – a w najbliższych dekadach udział zielonych źródeł energii będzie się znacznie powiększał. Jak do tej sytuacji mają się postulaty górników, którzy prowadzą kolejny strajk?

– Dekarbonizacja już trwa, będzie postępować i prawdopodobnie nie ma od niej odwrotu. To jest jasny sygnał do związkowców górniczych, że ich postulaty mogą być niemożliwe do zrealizowania. Na przykład żądanie powrotu do projektu węglowej elektrowni Ostrołęka C, która po przejęciu przez PKN Orlen i Energę zmieniła profil z węglowego na gazowy – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert.pl. – Nowy projekt polityki energetycznej Polski do 2040 roku jest takim głosem otrzeźwienia. Zobaczymy, jak zareaguje na nią aktyw związkowy, a razem z nim aktyw polityczny – i jak to się skończy w świetle rekonstrukcji rządu – analizuje Jakóbik.

Stan zdrowia Trumpa w centrum uwagi rynków

Wieści o pozytywnym teście prezydenta USA na COVID-19 miały umiarkowany wpływ na rynek walutowy, a już z początkiem tego tygodnia nastroje nieco się poprawiły. Co czeka nas w najbliższych dniach?

Chociaż sentyment do ryzyka w poprzednim tygodniu nie był jednoznaczny, to ruchy związane z rebalansowaniem portfeli na koniec kwartału tym razem zaszkodziły amerykańskiej walucie. Piątkowe wieści o tym, że Donald Trump uzyskał pozytywny wynik testu na COVID-19 i został hospitalizowany miały umiarkowany wpływ na rynek walutowy. Na początku handlu w tym tygodniu nastroje rynkowe uległy nieznacznej poprawie za sprawą wieści z niedzieli sugerujących, że Trump może zostać zwolniony ze szpitala już w poniedziałek.

W tym tygodniu rynki minuta po minucie będą śledzić stan zdrowia prezydenta Trumpa. Wobec braku istotniejszych publikacji z kluczowych obszarów walutowych spodziewamy się, że najwięcej uwagi przyniesie publikacja „minutek” z ostatnich posiedzeń Rezerwy Federalnej (środa) i Europejskiego Banku Centralnego (czwartek).  Nastroje na rynkach może wesprzeć potwierdzenie ostatniego wzrostu przewagi Joe Bidena nad Donaldem Trumpem w sondażach, gdyż zmniejszyłoby nieco ryzyko sporu wyborczego.

PLN

Mimo zbliżenia się złotego do psychologicznej granicy 4,60 w parze z euro w miniony wtorek, polska waluta zakończyła tydzień umocnieniem. Jego skalę w ujęciu tygodniowym nieco ograniczyło lekkie pogorszenie globalnego sentymentu w piątek, ale i tak był to imponujący rajd. Spodziewamy się docelowej aprecjacji złotego, jednak nie wykluczamy całkowicie możliwości krótkoterminowego osłabienia tej waluty. Bardzo dużo będzie zależało od globalnego sentymentu do ryzyka, a w kolejnych tygodniach nie zabraknie okazji, które mogą ponownie wywołać jego silne wahania w obydwie strony.

Ostatnie dane z gospodarki i rewizja ratingu Polski dokonana przez agencję S&P nie skupiły na sobie specjalnej uwagi. Istotniejsze obecnie są wieści z frontu walki z pandemią, które niestety nie są pozytywne. Końcówka minionego tygodnia przyniosła kolejny rekord liczby nowych zakażeń w Polsce, a w ostatnim czasie rośnie również dzienna liczba zgonów.

W tym tygodniu czeka nas jednodniowe spotkanie decyzyjne RPP. Jego znaczenie powinno być jednak niewielkie, pomimo ostatniego wzrostu inflacji. Istotniejsze będzie spotkanie w listopadzie, przy okazji którego poznamy nowe oczekiwania Narodowego Banku Polskiego dotyczące perspektyw gospodarczych.

EUR

Kluczowym wydarzeniem minionego tygodnia w strefie euro była kolejna deflacyjna niespodzianka, o której dowiedzieliśmy się przy okazji publikacji raportu o inflacji. Inflacja niespodziewanie spadła do -0,3%. Ponownie spadła również kluczowa miara bazowej dynamiki cen, która nie uwzględnia zmian cen żywności i energii (charakteryzujących się największymi wahaniami). We wrześniu osiągnęła ona poziom 0,2% i była najniższa w historii odczytów.

Publikacja podsumowania dyskusji ze spotkania EBC w tym tygodniu zyskuje na znaczeniu, gdyż prognozy inflacji zdają się coraz bardziej odbiegać od rzeczywistości. O ile nie dojdzie do istotnego wzrostu inflacji w najbliższym czasie, to w dalszej części roku EBC może wysłać rynkom gołębi sygnał.

USD

Zeszłotygodniowa publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy została nieco przyćmiona przez informacje, że Donald Trump i niektórzy bliscy współpracownicy uzyskali pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa, w związku z czym udali się albo do szpitala, albo na izolację. W momencie pisania wygląda na to, że Trump niedługo opuści szpital, jednak wpływ choroby na harmonogram jego kampanii wyborczej stanowi niewiadomą.

Co zaś tyczy się wspomnianego piątkowego raportu z rynku pracy, był on nieco rozczarowujący. We wrześniu zatrudnienie wzrosło mniej niż oczekiwano. Stopa bezrobocia spadła bardziej, co jednak miało spory związek z opuszczaniem przez pracowników rynku pracy, co nie jest szczególnie zdrowym zjawiskiem. W górę zrewidowano jednak dane dotyczące zatrudnienia w poprzednich dwóch miesiącach i ogólny wydźwięk publikacji nadal sugeruje szybką poprawę sytuacji na rynku pracy w USA, która jednak postępuje z bardzo niskiego punku i utraciła część swojego pędu.

GBP

Wygląda na to, że podobnie jak miało to miejsce poprzednio, i tym razem porozumienie ws. Brexitu uda się osiągnąć w ostatnim momencie. Obie strony negocjacji zdają się zbliżać do siebie, jednak poważne przeszkody pozostają. Chodzi zwłaszcza o kwestie limitów połowów i ustanowienie egzekwowalnego mechanizmu rozwiązywania sporów.

Wieści o tym, że poczyniono wystarczające postępy, by wydłużyć negocjacje o miesiąc, są zachęcające i sugerują, że porozumienie może być zawarte na początku listopada. Pozwoliłoby to uniknąć scenariusza braku porozumienia, którego obawiają się rynki.

W tym tygodniu nie czeka nas wiele publikacji makro z Wielkiej Brytanii, w związku z czym handel brytyjską walutą prawdopodobnie zdominują wieści dotyczące negocjacji. Widzimy szanse na dalsze, umiarkowane umocnienie brytyjskiej waluty w parze z dolarem amerykańskim, gdyż prawdopodobieństwo Brexitu „bez umowy” naszym zdaniem spadło.

CHF

Frank szwajcarski zakończył ubiegły tydzień jedynie lekkim umocnieniem w parze z euro. Radził sobie jednak dobrze w porównaniu do pozostałych walut safe haven, które uległy wyprzedaży: USD i JPY.

Dane z gospodarki Szwajcarii, jakie poznaliśmy w poprzednim tygodniu, były mieszane, jednak w ujęciu ogólnym dość rozczarowujące. Podobnie jak w innych krajach europejskich, wygląda na to, że poprawa aktywności gospodarczej utraciła swój pęd. Po początkowym, silnym jej wzroście, prawdopodobnie musimy przyzwyczaić się do bardziej stopniowej poprawy, zwłaszcza biorąc pod uwagę pogorszenie w koronawirusowych statystykach. Niemniej są też pozytywne wieści: najważniejsze krajowe dane sentymentowe, w tym wskaźnik wyprzedzający KOF, przebiły konsensus, pokazując we wrześniu wzrost w relacji do poprzedniego miesiąca do najwyższego poziomu od dekady.

Ten tydzień nie będzie obfitował w publikacje makro ze Szwajcarii. W czwartek poznamy odczyt stopy bezrobocia we wrześniu, który zgodnie z oczekiwaniami ma pokazać stabilizację.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Ustawa o zawodzie farmaceuty, czy o regulacji rynku

We wtorek 6 października Sejmowa Komisja Zdrowia rozpocznie prace nad rządowym projektem ustawy o zawodzie farmaceuty (UoZF). W czasie prac w podkomisji, do projektu trafiły zapisy, które umożliwią Inspekcji Farmaceutycznej arbitralną decyzją urzędniczą zamknąć każdą hurtownię farmaceutyczną, aptekę i punkt apteczny w Polsce. Wzbudziło to protest organizacji pracodawców, które apelują o powrót do pierwotnej, rządowej wersji projektu.

W wyniku prac Podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zawodzie farmaceuty, treść projektu znacznie się zmieniła. Zostały przyjęte poprawki, które stwarzają liczne ryzyka dla podmiotów prowadzących apteki w Polsce, dla samych farmaceutów, a także dla pacjentów. Wynika to m.in. z wprowadzenia mechanizmów dyskrecjonalnego pozbywania się z rynku podmiotów prowadzących obrót lekami oraz z faktycznego przekazania części kontroli nad rynkiem samorządowi aptekarskiemu. Przedmiotowe poprawki zmieniają charakter ustawy, która z regulacji sposobu wykonywania zawodu zmienia się w prawo regulujące rynek apteczny, dające organom Inspekcji Farmaceutycznej narzędzia do zupełnie arbitralnego ingerowania w jego kształt – czytamy w stanowisku podpisanym przez Business Centre Club, Konfederację Lewiatan, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Izbę Gospodarczą Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek oraz Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

Pierwsza z omawianych wyżej poprawek modyfikuje przesłanki fakultatywnego cofania zezwolenia: pierwotnie projekt przewidywał, że zezwolenie można cofnąć, jeśli podmiot prowadzący aptekę uporczywie narusza samodzielność zawodową farmaceuty. Poprawka rezygnuje z przesłanki uporczywości, a więc otwiera możliwość wszczęcia procedury przeciw przedsiębiorcy nawet w przypadku niepotwierdzonego podejrzenia pojedynczego naruszenia.

Cofnięcie zezwolenia to niezwykle radykalny środek – kończy ono na zawsze działalność apteki, hurtowni czy punktu aptecznego. Ich pracownicy tracą pracę, pacjenci muszą znaleźć nowe miejsce zaopatrzenia w leki (z uwagi na ograniczenia w otwieraniu nowych aptek szanse na zastąpienie zamkniętej apteki są minimalne). Dlatego właśnie potrzebny jest wymóg uporczywości: dopiero powtarzające się i udokumentowane naruszenia będą mogły stanowić podstawę do zastosowania tak radykalnej sankcji. Brak tego wymogu może doprowadzić do sytuacji, w której zwykłe nieporozumienie pomiędzy farmaceutą a podmiotem prowadzącym aptekę może stać się powodem cofnięcia zezwolenia. Sporadyczne spory na linii pracodawca-pracownik są czymś normalnym i czasami będą się zdarzać. Niestety przy takim sformułowaniu przepisu będą mogły stać się pretekstem do cofnięcia zezwolenia. Druga poprawka, która uzupełnia tę pierwszą, wprowadza możliwość unieruchomienia apteki, punktu aptecznego lub hurtowni farmaceutycznej na trzy miesiące pod rygorem natychmiastowej wykonalności – zanim ukarany podmiot będzie miał szanse odwołać się do organu II instancji, działalność jego przedsiębiorstwa zostanie wstrzymana.

Cofnięcie zezwolenia wzmocnione możliwością natychmiastowego zamknięcia placówki na podstawie arbitralnej decyzji urzędnika tworzy mieszankę wybuchową. Urzędnik będzie mógł zamknąć każdą aptekę, punkt apteczny czy hurtownię na podstawie błahych, niesprawdzonych przesłanek, a przedsiębiorca nie będzie mógł się od decyzji odwołać. Co warte podkreślenia, unieruchomienie apteki, punktu aptecznego lub hurtowni na trzy miesiące w praktyce oznacza jej zamknięcie na zawsze – koszty prowadzenia tego typu placówek, zestawione z ich rentownością powodują, że unieruchomienie jej na kwartał oznacza bankructwo właściciela.

Obawy organizacji pracodawców wynikają przede wszystkim z nieprecyzyjnego, a przez to dającego dużą sferę do interpretacji, brzmienia proponowanych przepisów. Od lat angażujemy się w nagłaśnianie problemu arbitralnego stosowania prawa przez organy Inspekcji Farmaceutycznej. Główny Inspektor Farmaceutyczny oraz Wojewódzcy Inspektorzy Farmaceutyczni często dowolnie nakładają kary na przedsiębiorców (w tym cofając im zezwolenia), za działania niemające nawet pozorów naruszeń prawa. Do tego zdarza się im ignorować orzecznictwo sądów administracyjnych – w skrajnych wypadkach potrafią wydać decyzję wbrew utrwalonej linii orzeczniczej NSA. Często działają w tym zakresie ramię w ramię z samorządem aptekarskim. Wejście w życie opisanych poprawek byłoby niebezpieczne nawet gdybyśmy mieli do czynienia z ostrożnie działającym i w pełni niezależnym od samorządu aptekarskiego nadzorem farmaceutycznym, pilnującym aby nie przekraczać swoich kompetencji. Również wtedy tak nieprecyzyjne przepisy rodziłyby ryzyko arbitralności i naruszeń Konstytucji Biznesu, która gwarantuje każdemu przedsiębiorcy pewność stosowania prawa oraz równe i bezstronne traktowanie – czytamy w stanowisku organizacji.

W całej sprawie kluczowym wydaje się fakt, że fundamentalne terminy „samodzielność” oraz „niezależność” nie mają definicji ustawowych. Nie mamy wątpliwości, że te kwestie będą przedmiotem specjalnych uchwał samorządu aptekarskiego (vide: uchwała dotycząca franczyzy Krajowego Zjazdu Aptekarzy), które – jak wielokrotnie pokazała praktyka – pod przykrywką ochrony zawodu stanowią narzędzie do walki z konkurencją. Tym samym część przedsiębiorców działających na rynku będzie mogła wykorzystywać swoje uprawnienia do walki z pozostałymi podmiotami (szczególnie, że kierownicy aptek oraz pozostali farmaceuci pozostają pod władztwem swojego samorządu).

W tym kontekście nie bez znaczenia jest także fakt, że Inspektorzy Farmaceutyczni to także farmaceuci, więc wpływ decyzji czy uchwał ich własnej korporacji nie może pozostać bez znaczenia. Pojawiają się zasadne pytania czy uchwały samorządu nie będą wytycznymi dla farmaceutów pełniących funkcje publiczne (podlegających korporacyjnemu sądownictwu dyscyplinarnemu) i czy takie działanie nie oznacza wpływu samorządu zawodowego na urzędników państwowych?

Develia sprzedała 358 lokali w III kw. 2020 roku

Develia sprzedała w III kw. 2020 r. na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych 358 lokali, co oznacza wzrost o 15% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Spółka przekazała 264 lokale, czyli o 151% więcej niż przed rokiem.

Deweloper ma również zawarte 308 umów rezerwacyjnych, które po podjęciu decyzji przez klientów mogą przekształcić się w umowy deweloperskie w najbliższym okresie.

– W trzecim kwartale obserwowaliśmy zdecydowane odbicie dynamiki sprzedaży po słabszym okresie spowodowanym lockdownem w I pół. 2020 r. Klienci coraz chętniej podejmują decyzje zakupowe. Liczymy na dobry IV kwartał, w osiągnięciu satysfakcjonującej sprzedaży powinna pomóc wysoka liczba rezerwacji – 308 lokali oraz plany wprowadzenia do oferty kolejnych inwestycji – mówi Paweł Ruszczak, p.o. prezesa Develii.

Od początku roku Develia sprzedała 781 lokali, wobec 928 w I-III kw. 2019 r. Przekazania w okresie styczeń – wrzesień 2020 r. wyniosły 746 lokali wobec 1778 rok wcześniej. Duża różnica w liczbie przekazywanych mieszkań jest pochodną harmonogramu kończenia inwestycji.

W III kw. 2020 r. najwięcej mieszkań znalazło nabywców w Gdańsku (128) i w Warszawie (96), a było to konsekwencją m.in. wprowadzenia do sprzedaży Baltea Apartments i kolejnego etapu osiedla Mała Praga.

Zmiana daty Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy

Komitet Organizacyjny podjął decyzję o przełożeniu Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy na nowy termin: 20-21 maja 2021 r.

Wydarzenie ponownie odbędzie się w przestrzeniach Centrum Kongresowego ICE Kraków.

Decyzja nasza podyktowana jest pandemią wirusa SARS-CoV-2, wywołującego COVID-19.

Ryzyko ograniczeń w gromadzeniu się nadal występuje, a wskazania instytucji koordynujących działania w zakresie COVID-19 wykluczają organizację EKMP w październiku br.  Mamy nadzieję, iż zmiana daty pozwoli wszystkim uczestnikom na udział w nim bez żadnych obostrzeń i ograniczeń.

Pracownicy z zagranicy w dobie pandemii – wyniki badania

Badanie: pomimo konieczności zmiany miejsca pracy lub branży zatrudnienia, pracownicy zagraniczni nie żałują, że pozostali w Polsce na czas pandemii.Pracownik zagraniczny w dobie pandemii 3

Pracownik zagraniczny w dobie pandemii 2

Pracownik zagraniczny w dobie pandemii

Ponad 92% pracowników zagranicznych, którzy zdecydowali się pozostać w Polsce po wybuchu pandemii, jest zadowolonych z podjętej decyzji. Przeciwnego zdania jest jedynie 1,6% cudzoziemców. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Pracownik zagraniczny w dobie pandemii”, przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

W przypadku migrantów, którzy przyjechali do Polski już w trakcie pandemii, również można spotkać się głównie z pozytywną oceną decyzji o przybyciu do naszego kraju. Według badania, przeszło 89% respondentów nie żałuje swojej decyzji o przyjeździe i podjęciu pracy w Polsce po 14 marca 2020 roku. Żałuje tego jedynie nieco ponad 2% respondentów.

Niemniej jednak, pandemia koronawirusa oraz wprowadzone w Polsce ograniczenia uderzyły także w migrantów zarobkowych. Niemal 40% cudzoziemców, którzy pozostali w naszym kraju po wybuchu pandemii, zostało zmuszonych, by w jej trakcie zmienić zakład pracy, a niemal 1/3 – branżę zatrudnienia.

Ponadto, badanie pokazało, że z automatycznego przedłużenia pozwolenia na legalny pobyt i pracę w Polsce, zaproponowanego przez polski rząd w trakcie pandemii koronawirusa, skorzystało już ponad 42% pracujących cudzoziemców. W przyszłości z tego rozwiązania zamierza skorzystać kolejne 30% pracowników zagranicznych.
„Uzyskane dane pozwalają nam patrzeć w przyszłość z optymizmem. To samo tyczy się wdrożonych w tym roku przez polski rząd działań systemowych, które wraz z zaangażowaniem ze strony polskiego biznesu pozwoliły na zatrzymanie znacznej części migrantów na rynku. Szereg udogodnień wprowadzonych w tym pełnym wyzwań okresie przełożył się także na lepsze nastroje wśród samych pracowników zagranicznych” – komentuje wyniki badania Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Druga edycja badania socjologicznego „Pracownik zagraniczny w dobie pandemii”, została przeprowadzona w sierpniu i wrześniu 2020 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przebadanych zostało 610 pracujących w Polsce cudzoziemców, głównie z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji.

Ukraiński VIPol został laureatem nagrody Top Polish Brands dla najlepszej firmy rekrutacyjnej w Polsce

VIPol jest agencją pracy tymczasowej, którą w 2011 r. założył w Warszawie Wadim Krawczenko. Filie spółki znajdują się również w Kijowie, Mińsku, Kiszyniowie i Berlinie. Z usług VIPol korzysta wiele dużych korporacji, m.in. WARS S.A. i LG Electronics Poland.

Ukraińska firma z siedzibą w Polsce została uznana za najlepszą spośród 8 tys. agencji zarządzających zasobami ludzkimi, specjalizujących się w poszukiwaniu pracowników z Ukrainy dla polskich firm. VIPol ukierunkowany jest na pozyskiwanie dyplomowanych specjalistów z Ukrainy z ponad 30 branż, m.in. inżynieryjno-przemysłowej, telekomunikacyjnej, spożywczej, restauracyjnej czy usługowej. Firma zapewnia fachową rekrutację, szkolenie w ramach certyfikatów UE, własną szkołę językową oraz profesjonalne wsparcie psychologiczne.

„VIPol – +widzimy wszystkich, pomagamy wszystkim+ – to credo, na którym wyrósł czołowy lider rynku” – podkreśla Milena Gołda, organizatorka Gali Top Polish Brands oraz współzałożycielka CEOworld Magazine i redaktor naczelna polskiej edycji magazynu.

VIPol, firma z wieloletnim doświadczeniem w obsłudze klientów biznesowych tworzy nowe standardy pracy agencji rekrutacyjnej. Klientom biznesowym oferuje system CRM oraz usługę call center. Wszyscy pracownicy spółki mają wyższe wykształcenie: 36 dyplomów wyższych uczelni z 4 krajów oraz 5 stopni biznesowych MBA. Gorąca linia 24/7 agencji obsługuje ponad 5 tys. połączeń miesięcznie w czterech językach.

Wadim Krawczenko, prezes zarządu VIPol sp. z o.o.
Wadim Krawczenko, prezes zarządu VIPol sp. z o.o.

„Dostarczymy każdego specjalistę, ale nie podpiszemy każdej umowy. Umowa nie może zawierać zapisów dyskryminujących naszych pracowników. Muszą być zapewnione równe warunki pracy dla wszystkich. My ze swojej strony załatwiamy niezbędne pozwolenia i zapewniamy pracownikom warunki bytowe. Wszystko zgodnie z prawem” – zaznacza Wadim Krawczenko, prezes zarządu VIPol sp. z o.o.

Spółka zatrudnia pracowników u siebie, a następnie leasinguje ich firmom. Dla polskich przedsiębiorstw stanowi to duże ułatwienie. Jest to również znaczące wsparcie dla polskiej gospodarki – w 2019 r. pracownicy sprowadzeni przez ViPol zarobili łącznie ok. 1 mld zł, a podatki oraz składki ZUS od tej kwoty zostały odprowadzone do budżetu państwa.

Zdaniem prezesa zarządu VIPol sp. z o.o. Polska przechodzi kryzysy znacznie lepiej niż inne kraje i aktualnie oferuje najlepsze w Unii Europejskiej warunki do zatrudnienia cudzoziemców z Ukrainy, Białorusi, Rosji czy Mołdawii. Jedynym mankamentem jest – według Krawczenki – długi czas oczekiwania na zezwolenie na pracę, wynoszący obecnie 50 dni.

Wymóg posiadania przez pracowników dyplomów akceptowanych na terenie UE, firma rozwiązuje poprzez organizowanie szkoleń. Wadim Krawczenko podaje przykład spawacza z dyplomem kijowskiego Instytutu Spawalnictwa Elektrycznego im. EO Patona. „Najlepszy instytut na świecie, ale nie ma certyfikatu UE. W tej sytuacji zatrudniamy absolwenta Instytutu na stanowisku pomocnika spawacza i wysyłamy go na szkolenie. A kiedy otrzyma dyplom honorowany na terenie Unii, zmieniamy jego stanowisko pracy na spawacza” – wyjaśnia prezes zarządu spółki.

Polscy pracodawcy oczekują znajomości języka polskiego na odpowiednim poziomie, dlatego ViPol stworzył własną szkołę językową, która zapewnia kursy profilowane pod kątem branży, w jakiej dany pracownik podejmie zatrudnienie. Dotyczy to np. specjalistów z branży farmaceutycznej czy inżynierów. Dzięki temu coraz więcej firm decyduje się na współpracę z VIPol.

„Wszyscy pracownicy posiadają odpowiednie doświadczenie i odpowiednie kwalifikacje” – podkreślają Sławomir i Elżbieta Wiesiak, właściciele spółki Janex.

„VIPol wykazuje się sprawnością i szybkością działania, a także zrozumieniem potrzeb klienta i elastycznością we współpracy” – zaznacza Artur Kowalczyk, prezes zarządu WARS S.A.

„Terminowość i niezawodność to cechy, które w przypadku dostawców usług z obszaru HR uznajemy za kluczowe i niewątpliwie VIPol się nimi charakteryzuje” – stwierdza Andrzej Ciesielski, dyrektor Departamentu HRD & GA w LG Electronics Poland.

„VIPol to pewność, że praca zostanie wykonana na najwyższym poziomie i na czas” – dodaje Milena Wojtczak, kierownik Działu Kadr i Płac HIT Electronics Poland Sp. z o.o.

VIPol stosuje wiele innowacyjnych rozwiązań z zakresu technologii cyfrowej w procesie rekrutacji oraz późniejszego zatrudnienia.

Spółka nie pobiera od pracowników prowizji za znalezienie pracy, opierając dochody firmy wyłącznie na marży, którą płaci firma wynajmująca pracowników od VIPol. Wadim Krawczenko zdecydował o tym już w momencie założenia agencji w Warszawie.

„Moi przyjaciele, partnerzy na Ukrainie, pytali: +Co ty robisz? My wszyscy na tym zarabiamy. Zabierasz nam chleb.+ A ja odpowiadałem, że będę zatrudniał bezpłatnie. I już nie mam tych przyjaciół. Zabrałem im chleb i zabrałem im ludzi, bo poszli do mnie” – wyjaśnił prezes zarządu.

Spółka jest również głównym sponsorem juniorskiego klubu piłki nożnej KS Delta – 600 warszawskich „diabełków”, klubu, gdzie pierwsze kroki w sportowej karierze stawiał m.in. Robert Lewandowski.

VIPol to firma rodzinna. Wadimowi pomaga w pracy „prawa i lewa ręka”, czyli żona Natalia – dyrektor finansowa spółki oraz córka Iryna, odpowiedzialna za wyszukiwanie nowych klientów i przygotowywanie kontraktów.

Ryzyko pogłębienia kryzysu epidemiologicznego osłabia GIP60

Spora przecena akcji mająca miejsce na początku września w wielu miejscach na świecie potwierdziła, że rynki akcji – nie tylko w Polsce – ciągle znajdują się pod presją pogłębienia kryzysu epidemiologicznego. Związane z tym ryzyko obciąża również akcje polskich firm produkcyjnych. We wrześniu Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) spadł do 778,7 punktów, co oznacza miesięczny spadek wartości o 3,68%. 

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc wrzesień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

“Wrześniowa korekta dotknęła niemal wszystkie rynki akcji, zdradzając tym samym ukryte napięcie związane z nieustającą niepewnością względem dalszego rozwoju sytuacji epidemiologicznej. Spadki dotknęły m.in. amerykańskie indeksy S&P500 (we wrześniu -4,5%) i NASDAQ Composite (-5,7%), ale także niemiecki DAX (prawie -2%), francuski CAC40 (ponad 2% spadek), czy azjatyckie Hang Seng (-6,8%) i STI-INDEX (prawie 2% spadek), oraz większość pozostałych.

Warszawskie indeksy giełdowe w przeważającej większości dostosowały się do otoczenia. Indeks szerokiego rynku WIG stracił we wrześniu 4,3%, indeks WIG20 zanotował spadek o 5,5%, a indeks małych spółek SWIG80 stracił 3,4% wartości. W tym samym czasie GIP60 spadł o 30 punktów do poziomu 778,7 i w porównaniu z końcem sierpnia zanotował miesięczny spadek wartości o 3,68%. Kurs GIP60 spadał systematycznie przez większą część miesiąca, a wzrosty powróciły dopiero na kilka ostatnich dni.

W przekroju branżowym najwięcej tracili producenci z branż: motoryzacyjnej, tworzyw sztucznych i przemysłu lekkiego, dla których średni miesięczny spadek przekroczył 7%. Natomiast wśród liderów wzrostów przeważali producenci materiałów budowlanych – aż połowa spółek z TOP10 wrześniowego rankingu GIP60 pochodziła z tej branży. Średni miesięczny zwrot z inwestycji w spółki z tej grupy wyniósł 9,26% i wynika to głównie z upublicznienia dobrych wyników z pierwszej połowy br. Dobrze radzili sobie również producenci mebli (średnio +6,9% m/m) oraz producenci z branży chemicznej (+3,24%).

2020 rok należy do Mercatora

Zwycięstwo wrześniowej klasyfikacji GIP60 po raz kolejny w tym roku przypadło spółce Mercator Medical S.A. za miesięczny wzrost ceny akcji o 36,61%. Jako producent rękawic, materiałów opatrunkowych i odzieży jednorazowej Mercator stał się jednym z największych beneficjentów sytuacji wywołanej pandemią koronawirusa, co oczywiście przełożyło się na imponujący wzrost akcji (prawie 6000% od grudnia 2019 roku).

Drugie miejsce dla producenta materiałów budowlanych spółki Libet S.A. za 30,55% wzrost wartości akcji. Wrocławski producent kostki brukowej i płyt tarasowych to kolejna spółka, dla której 2020 rok przyniósł wiele dobrego. Po długiej restrukturyzacji, której początki sięgają paru lat wstecz, wyniki spółki ustabilizowały się, co wreszcie dostrzegli inwestorzy, których popyt zwiększył wartość rynkową spółki ponad 10-krotnie.

Najniższy stopień podium wrześniowej klasyfikacji GIP60 przypadł spółce Introl S.A. za 26,22% wzrost wartości akcji. Akcje spółki gwałtownie podrożały chwilę po ogłoszeniu wyników spółki za pierwsze półrocze 2020 roku. 6,5 mln zł zysku netto w porównaniu z prawie milionową stratą w analogicznym okresie ubiegłego roku to jedna z tych informacji z raportu okresowego, które wpłynęły na zmianę postrzegania możliwości spółki przez inwestorów. Spośród pozostałych informacji dostępnych w raporcie okresowym spółki, które mają charakter prowzrostowy wyróżnić należy przede wszystkim poprawę przepływów operacyjnych i solidną redukcję zobowiązań.

Quo Vadis kapitale?

Akcje polskich producentów odrabiają straty wywołane pandemią koronawirusa prawie nieprzerwanie od połowy marca. W tym czasie poza okresami intensywnego wzrostu, zdarzały się również solidne spadki (pierwsze sesje maja i czerwca) oraz okresy utrzymującego się przez wiele sesji trendu bocznego, który zwykle doprowadzał do powolnej redukcji cen akcji. Właśnie z tym ostatnim mamy do czynienia mniej więcej od połowy sierpnia, kiedy to indeksowi udało się po raz pierwszy przebić roczne maksimum z początku stycznia. W konsekwencji dotychczasowe tempo odrabiania strat przez GIP60 pozostawia wiele do życzenia i z pewnością nie przypomina litery „V”, gdyż tąpnięcie trwające 3 tygodnie odrabiamy już prawie 7 miesiąc. Nie jest to najszybsze tempo nawet porównaniu z lokalnymi NCINDEX (odrobił straty 3 razy szybciej od GIP60) i SWIG80 (dwa razy szybciej), ale też nie najwolniejsze porównując np. z WIG i WIG20, które obecnie znajdują się mniej więcej w połowie drogi.

Niewielkie odbicie GIP60 z końca września wzbudza nadzieję na dalszą poprawę wyceny rynkowej polskich producentów. Analiza tegorocznego sentymentu inwestorów względem rodzimych producentów pozwala wierzyć, że w przypadku wzrostu kapitalizacji na GPW indeks GIP60 będzie jednym z liderów wzrostu. Żeby jednak tak się stało, strumień kapitałowy wpływający na GPW musi zwiększyć swój nurt, co nie jest takie pewne i niestety w dużej mierze ciągle zależy od sytuacji epidemiologicznej w kraju i za granicą.”

Urząd do Spraw Cudzoziemców organizuje spotkania informacyjne ws. Brexitu

W październiku i listopadzie odbędzie się sześć spotkań informacyjnych dla obywateli Wielkiej Brytanii mieszkających w Polsce. Głównym tematem rozmów będą prawa pobytowe Brytyjczyków po 31 grudnia 2020 r., czyli zakończeniu okresu przejściowego określonego w umowie o wystąpieniu z UE. Wydarzenia organizowane przez Urząd do Spraw Cudzoziemców odbędą się w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Katowicach, Poznaniu i Warszawie.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską o północy 31 stycznia br. na podstawie umowy o wystąpieniu. Dokument ten zawiera przepisy regulujące zasady pobytu obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce ustanawiając m.in. okres przejściowy obowiązujący do 31 grudnia 2020 r. W jego trakcie zasady pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce pozostają bez zmian.

Prawom i zasadom pobytowym obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce po zakończeniu okresu przejściowego poświęcone będą spotkania informacyjne, które odbędą się 19 października w Krakowie, 26 października we Wrocławiu, 5 listopada w Gdańsku, 9 listopada w Katowicach, 17 listopada w Poznaniu oraz 19 listopada w Warszawie. Szczegółowe informacje o wydarzeniach dostępne są na stronie internetowej Urzędu do Spraw Cudzoziemców: www.udsc.gov.pl.

Udział w spotkaniach jest bezpłatny ale konieczna jest rejestracja i okazanie dokumentu tożsamości przy wejściu. Podczas wydarzeń obowiązywać będą zasady reżimu sanitarnego – limit miejsc, obowiązek zakrywania ust i nosa, zachowanie odpowiedniego dystansu.

Obecnie nieco ponad 6,3 tys. obywateli Wielkiej Brytanii posiada zarejestrowany pobyt lub dokument potwierdzający prawo stałego pobytu w Polsce. Najwięcej osób zarejestrowało swój pobyt w województwach: mazowieckim – 2,2 tys. osób, małopolskim – 990 os., dolnośląskim – 570 os., śląskim – 480 os. oraz pomorskim – 470 os.

Grafologia exploitów – nowe narzędzie do walki z cyberprzestępcami

Eksperci firmy Check Point opracowali nowatorską technikę identyfikacji twórców exploitów wykorzystujących luki w oprogramowaniu. W ten sposób zidentyfikowali działania dwójki czołowych autorów exploitów zero day, pracujących dla organizacji cyberprzestępczych z różnych zakątków świata. Czy nowa metoda pozwoli lepiej walczyć z cyberprzestępczością? 

Aby powstało złośliwe oprogramowanie, hakerzy najpierw poszukują luk w legalnym oprogramowaniu. Potem tworzą łatkę lub poprawkę, która jeszcze nie istnieje (tzw. luka typu zero-day). Twórcy exploitów to wyspecjalizowani programiści wyszukujący wspomniane luki w oprogramowaniu oraz piszący odpowiednie kody pozwalające je wykorzystać. Zwykle sprzedają swój kod tym, którzy zaoferują największą kwotę, a następnie wykorzystają je w złośliwym oprogramowaniu rozprowadzanym po całym świecie.

Tymczasem eksperci firmy Check Point odkryli nowatorską metodę identyfikacji i śledzenia twórców exploitów, która może pozwolić na zmniejszenie przepływu nowych i krytycznych exploitów zero-day. Specjaliści znaleźli identyfikatory, które można powiązać z konkretnymi twórcami exploitów, analizując kod i szukając określonych cech w sposobie, w jaki został napisany. To analogiczna praca do zadań grafologa analizującego pismo odręczne lub badacza odcisków palców – wyjaśniają przedstawiciele Check Pointa.

Korzystając ze wspomnianych metod analitycznych, badacze Check Point Research odkryli powiązania między exploitami, które okazały się dziełem jednego z najbardziej aktywnych twórców exploitów dla jądra Windows, zwanego „Volodya” lub „BuggiCorp”. “Volodya” sprzedaje exploity zarówno dla luk zero-day, jak i krytycznych. Firma Check Point Research wykazała, że jego działalność trwa co najmniej od 2015 roku i jest autorem 11 różnych exploitów dla jądra systemu Windows. Niektórzy z jego klientów to twórcy programów typu crimeware, takich jak Dreambot i Magniber, jak również grupy hakerskie Turla i APT28, które najprawdopodobniej są powiązane z Rosją.

Drugi przeanalizowany przez Check Pointa programista i sprzedawca exploitów to „PlayBit”, znany również jako „luxor2008”. Jak do tej pory eksperci z Check Pointa byli w stanie znaleźć 5 różnych exploitów, które zostały opracowane przez PlayBit i sprzedane czołowym grupom przestępczym, takim jak REvil i Maze. Obie grupy są znane z tworzenia osławionego oprogramowania ransomware.

Itay Cohen, badacz złośliwego oprogramowania w Check Point, zauważa, że ten projekt badawczy pozwoli uzyskać rzadkie informacje o tym, jak działa czarny rynek exploitów.

-Gdy znajdujemy lukę w zabezpieczeniach, demonstrujemy jej wagę, zgłaszamy ją do odpowiedniego dostawcy i upewniamy się, że została załatana, aby nie stanowiła zagrożenia. W przypadku osób handlujących exploitami historia jest zupełnie inna. Dla nich znalezienie luki to dopiero początek prac. Muszą swobodnie wykorzystywać ją na jak największej liczbie wersji oprogramowania i platform, aby zarabiać na niej w sposób satysfakcjonujący – wskazuje Itay Cohen.

-Nasze badanie zapewnia wgląd w proces tworzenia exploitów oraz w ich rynek, na którym działają również państwa narodowe. Uważamy, że ta metodologia badawcza może posłużyć do zidentyfikowania kolejnych twórców exploitów. Zalecamy również innym badaczom wypróbowanie naszej techniki i przyjęcie jej jako dodatkowego narzędzia w swoim arsenale – dodaje ekspert Check Pointa.

Spadek bezrobocia w USA. S&P utrzymała rating Polski

Pomimo gwałtownego wzrostu deficytu budżetowego rating Polski nie uległ zmianie. Utrzymana została również stabilna perspektywa, co daje dużo spokoju na przyszłość. Gdyby doszło do obniżki, prawdopodobnie odbiłoby się to negatywnie na kosztach kredytowania się emisją obligacji przez Polskę.

S&P utrzymała rating

W piątek poznaliśmy decyzję agencji ratingowej S&P. Utrzymała ona zarówno rating Polski, jak również jego stabilną perspektywę. Główną siłą naszego kraju jest słabość w radzeniu sobie z kryzysem u innych państw Unii. Spadek PKB w naszym kraju ma być najniższy lub jednym z najniższych w Europie. Agencja zwraca uwagę na wzrost długu publicznego, co ciekawe, pojawia się informacja o jego stabilizacji poniżej 60% PKB i tylko przejściowym wzroście. Patrząc jednak na plan budżetu na 2021 i utrzymanie wzrostu wydatków scenariusz ten wydaje się bardzo optymistyczny. Złoty przyjął ten komunikat bardzo spokojnie.

Spadek bezrobocia w USA

Piątek to kolejne lepsze dane z USA. Bezrobocie – pierwszy raz od początku pandemii w USA i niespodziewanie dużego wystrzału – wyniosło poniżej 8%. Powodem szybkiego spadku jest odtwarzanie miejsc pracy. Szczególnie dobrze widać to w sektorze prywatnym, gdzie przybyło 877 tysięcy miejsc pracy. Co ciekawe, pomimo relatywnie wysokiego bezrobocia nie ucierpiały pensje Amerykanów. Średnia godzinowa płaca rośnie o 4,7%. Warto jednak mieć z tyłu głowy informację, że spora część wzrostu bezrobocia to nisko wykwalifikowani pracownicy, co podnosi średnią płacę pracujących. Dolar zachowywał się stabilnie, utrzymując parytet wymiany dolara i siedemnastu centów za euro.

Indeksy z Europy

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat indeksów PMI z Europy. Są to dane finalne będące uzupełnieniem wstępnych. Łączny indeks dla Strefy Euro wyniósł jednak 48 pkt, czyli aż 0,4 pkt powyżej oczekiwań. Lepiej wypadła również Wielka Brytania. Rosnący optymizm pokazuje, że menedżerowie coraz mniej boją się ponownego lockdownu, a raczej starają się prowadzić biznes w nowych realiach.

Dzisiaj dzień wolny w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Sezon wakacyjny 2020 – wojny o maseczki, pracodawcy ignorujący przepisy i kwarantanna jako powód zwolnienia

– To był najbardziej pracowity sezon od trzech lat – przyznaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska. Od początku czerwca do końca września stowarzyszenie odebrało blisko sto zgłoszeń od pracowników z całej Polski. To więcej niż w latach ubiegłych, ale i tematyka zgłaszanych problemów zdecydowanie się zmieniła. Kilka spraw zostało rozwiązanych bardzo szybko, kilka drogą mediacji. Nie brakowało jednak także przypadków, gdy niezbędne były konsultacje z prawnikami stowarzyszenia.

  • Od początku czerwca do końca września stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom odebrało blisko 100 telefonów, maili i wiadomości w mediach społecznościowych dotyczących skarg pracowników
  • W tym sezonie zdecydowanie więcej tematów dotyczyło sytuacji związanych z pandemią koronawirusa niż np. ze skargami na szefów, którzy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań finansowych względem pracownika
  • Najwięcej kontrowersji budziły… maseczki. Konflikty o nie w ostatnim czasie dominują w wiadomościach do naszego stowarzyszenia. Zdarzyły się także tematy np. prawa pracownika na kwarantannie

Sezon pod znakiem pandemii koronawirusa. Wojny o maseczki, pracodawcy ignorujący przepisy i kwarantanna jako powód zwolnienia

Jak mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska to lato było inne niż wszystkie, bo zdecydowanie częściej pojawiały się wiadomości i telefony dotyczące np. konieczności noszenia maseczek czy spraw związanych z organizacją pracy w czasie pandemii niż np. skargi o nieregularnie wypłacane wynagrodzenia czy konieczność pracy w godzinach nadliczbowych bez odpowiedniego rozliczenia.  – Wojny maseczkowe to zdecydowanie motyw przewodni tegorocznych wakacji. Całe mnóstwo wiadomości i skarg na zachowanie klientów wobec pracowników. Otrzymywaliśmy informacje o regularnych awanturach, groźbach czy nawet nagrywaniu filmów i wrzucaniem ich do Internetu bez zgody ekspedientów czy pracowników punktów handlowych – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Gdy otrzymywaliśmy takie skargi staraliśmy się wytłumaczyć pracownikowi, że to w obowiązku pracodawcy leży zapewnienie im bezpieczeństwa. Często spotykaliśmy się z odpowiedziami, że przedsiębiorcy np. godzą się na brak maseczek w sklepach, by nie utracić klientów. Przepisy porządkowe w kurortach wakacyjnych traktowane były jako formalność, której przestrzeganie nie jest obligatoryjne. Pojawiały się także skargi na pracodawców, którzy nie zaopatrywali pracowników w środki ochrony czy nawet odliczali z wynagrodzenia pracowników koszt przyłbic i maseczek – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

– Interweniowaliśmy razem z naszymi prawnikami w dwóch przypadkach. Raz gdy pracownica została zwolniona, gdy okazało się, że musi iść na kwarantannę. Pracodawca stwierdził, że skoro doszło do takiej sytuacji to jest zwolniona natychmiast. Drugi raz gdy pracodawca w punkcie gastronomicznym stwierdził, że pracownica „wygląda jakby była chora” i zasugerował jej, że ma wrócić do domu. Następnego dnia zwolnił ją z pracy – mówi Małgorzata Marczulewska.

Mniejsza ilość zgłoszeń o braku wypłat, ale pojawiały się przypadki „płacenia w ratach” czy nagłych obniżek stawek godzinowych

Zdarzały się sytuacje gdy stowarzyszenie musiało interweniować w tematach dominujących w minionych sezonach. Wciąż nie brakuje przedsiębiorców, którzy nie traktują pracowników sezonowych uczciwie: – Takich zgłoszeń było kilka, ale mówiąc szczerze, biorąc pod uwagę trudną sytuację gospodarczą myśleliśmy, że będzie więcej. Interweniowaliśmy w przypadku jednej z restauracji w mniejszej miejscowości wakacyjnej, która została zamknięta z dnia na dzień na przełomie lipca i sierpnia, a pracownicy pozostali bez wypłat. Pojawiały się także zgłoszenia od pracowników, którzy np. dostali tylko część wynagrodzenia lub pracodawca prosił, by rozliczyć się „za całe wakacje” na koniec sezonu – mówi Małgorzata Marczulewska. – Ciekawym przypadkiem był także jeden z hoteli, który z dnia na dzień obniżył znacząco stawkę godzinową swoim pracownikom. Zaczynali pracę zarabiając 15 złotych netto za godzinę, a tydzień po podpisaniu umowy została ona zmniejszona do 12 złotych bez żadnego wyjaśnienia. Co ciekawe, pracownicy dowiadywali się o tym dopiero w dniu wypłaty – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. W takich przypadkach nasze stowarzyszenie zawsze oferuje pomoc prawników, mediatorów czy windykatorów z którymi współpracujemy.

Coraz częściej pojawiają się także skargi na relację pracodawca-pracownik w kontekście pracy zdalnej. Ten temat jednak nie ma charaktery typowo sezonowego, stąd rozwiniemy go w kolejnych tygodniach. Zgłoszeń pojawia się tutaj więcej niż w ostatnich miesiącach.

Badanie Mastercard: Polacy bardziej doceniają okolicznych sprzedawców i lokalną społeczność

  • 82% konsumentów w Polsce woli kupować od przedsiębiorców, których zna, a 77% ufa poradom lokalnych sprzedawców
  • Najchętniej odwiedzane przez Polaków miejsca w sąsiedztwie to: szkoły, parki, piekarnie i najbliższe sklepy osiedlowe
  • Polacy doceniają też więzi sąsiedzkie: dziś 64% chętniej mówi sąsiadom „dzień dobry”, 51% odbiera dla nich przesyłki kurierskie, a 16% ma klucze do domu sąsiada

Z badania[1] opublikowanego przez Mastercard wynika, że dziś 80% polskich konsumentów chętniej niż rok temu robi zakupy w swojej najbliższej okolicy.

Polscy przedsiębiorcy mocno odczuli kryzys związany z pandemią Covid-19, co osłabiło ich możliwość wspierania wzrostu gospodarczego w kraju. Biorąc jednak pod uwagę wysoki poziom zaufania do lokalnych sprzedawców, jaki wyłania się z badania Mastercard, sektor MŚP wkrótce może znów się rozwijać, pomagając w ożywieniu lokalnej gospodarki. Mastercard dodatkowo pomaga je przyspieszyć, m.in. za pośrednictwem kampanii edukacyjnej i programu akceleracyjnego wspierających małe firmy w Polsce w cyfrowej transformacji.

Jak pokazują wyniki badania, lokalnych przedsiębiorców wspierają polscy konsumenci, a 47% z nich deklaruje, że powodem ich większych wydatków u sprzedawców z sąsiedztwa jest chęć pomocy miejscowemu biznesowi w wyjściu z kryzysu. Inne często podawane powody to wygoda (55%), zaufanie do porad osób ze swojej społeczności (33%), odnowienie relacji z okolicznymi sprzedawcami (32%) czy lepsza jakość produktów i usług (24%).

Dwie trzecie (66%) polskich ankietowanych przyznaje, że po wybuchu pandemii Covid-19 na nowo odkryło zalety okolicznych sklepów, głównie ze względu na bliższą lokalizację, ważną przy ograniczeniach w przemieszczaniu się (52%), oraz na mniejsze kolejki niż w dużych supermarketach (45%).

82% Polaków przyznaje też, że woli kupować od przedsiębiorców, których zna, a 77%, że ufa poradom lokalnych sprzedawców.

Ponadto od czasu wiosennego zamrożenia gospodarki na znaczeniu zyskały więzi z lokalną społecznością. Dziś 64% Polaków chętniej mówi sąsiadom „dzień dobry”, 51% odbiera od kuriera przesyłki dla sąsiadów, 16% ma zapasowe klucze do domu sąsiada i tyle samo należy do grupy sąsiedzkiej w serwisie społecznościowym WhatsApp.

Z badań wynika również, że szkoły, parki, główne ulice w sąsiedztwie, piekarnie i sklepy osiedlowe to pięć najważniejszych miejsc spajających obecnie społeczność lokalną.

Najchętniej odwiedzane miejsca w okolicy:

1) Szkoła

2)  Park

3) Główna ulica w sąsiedztwie

4) Piekarnia

5) Sklep osiedlowy

6) Poczta

7) Kawiarnia

8) Fryzjer

9) Klub sportowy/siłownia

10) Bar

 

„W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami skokowego wzrostu handlu w e-commerce. Nasze najnowsze badanie pokazuje jednak równoległy trend zakupowy, polegający na zwiększeniu wydatków u sprzedawców z sąsiedztwa. Oba te zjawiska dają szansę na wzmocnienie małej przedsiębiorczości i szybsze wyjście z kryzysu gospodarczego, dlatego obydwa warto wspierać.” – powiedział Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację, Mastercard Europe.Mastercard_Trust_Infographic_Europe

[1] Badanie zrealizowane przez niezależną firmę badawczą OnePoll, na próbie 13 000 osób dorosłych ankietowanych z 16 krajów, w tym w Polsce, we wrześniu 2020 r.

Podczas pandemii 56 proc. firm zrealizowało projekty przygotowujące i wdrażające pracę zdalną

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy pandemia COVID-19 gwałtownie przyspieszyła procesy cyfryzacji w firmach. Większość przedsiębiorstw skupiła się przede wszystkim na umożliwieniu swoim zespołom telepracy i przeniesieniu procesów wewnętrznych do świata on-line. Rzadziej realizowano projekty związane z obsługą klienta i sprzedaży. Dziś podstawowym narzędziem ułatwiającym zdalne prowadzenie biznesu jest podpis elektroniczny, najczęściej, bo aż przez 63 proc. firm wykorzystywany przy okazji rocznych sprawozdań finansowych – wynika z raportu „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”, przygotowanego przez kancelarię prawną Deloitte Legal wspólnie z Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems, którego premiera odbyła się podczas Europejskiego Forum Podpisu Elektronicznego i Usług Zaufania.

Rewolucja cyfrowa w poszczególnych obszarach życia była mocno zaawansowana już przed wybuchem pandemii. W Polsce szczególnie wysokim poziomem w zakresie digitalizacji mógł się pochwalić rynek finansowy. Dodatkowo działania podjęte w zakresie administracji publicznej pozwoliły zwiększyć liczbę obywateli korzystających z profilu zaufanego – publicznego narzędzia e-identyfikacji oraz liczbę dostępnych e-usług publicznych. W całej Europie zwiększała się systematycznie liczba dostawców usług zaufania, funkcjonujących w ramach prawnych zdefiniowanych przez unijne rozporządzenie w sprawie identyfikacji elektronicznej i usług zaufania w odniesieniu do transakcji elektronicznych na rynku wewnętrznym, czyli tzw. eIDAS. Z drugiej strony, choć elektroniczny obieg dokumentów charakteryzował sposób organizacji wewnętrznej znacznej części przedsiębiorstw, nie przekładał się jednak na ich bezpieczną i wiarygodną wymianę między poszczególnymi podmiotami gospodarczymi i nie miał charakteru transgranicznego.

COVID katalizatorem cyfryzacji

W okresie od marca do września 2020 r., kiedy najsilniej dało się odczuć ograniczenia wynikające z pandemii COVID-19, wiele przedsiębiorstw oraz jednostek administracji publicznej zostało zmuszonych do przeprowadzenia przyspieszonych procesów cyfryzacyjnych. Zaistniała sytuacja nie tylko wzmogła istniejący już wcześniej trend przenoszenia komunikacji czy pracy do formuły zdalnej, ale wymusiła digitalizację w obszarze transakcji – oświadczeń woli, identyfikacji czy podpisywania umów.

W tych obszarach już od pewnego czasu mieliśmy do dyspozycji europejskie regulacje jak eIDAS, wprowadzające narzędzia w postaci usług zaufania i elektronicznej identyfikacji. Koronawirus na bieżąco weryfikował, na ile spełniają one swoją funkcję i czy rzeczywiście są wykorzystywane, a na ile firmy czy administracja publiczna stosowały jednak rozwiązania doraźne czy zastępcze. Nowa postcovidowa normalność wymaga, aby wiele z wypracowanych procesów technicznych i prawnych zostało z nami na dłużej, ale to będzie oznaczało konieczność rewizji podejścia biznesu i regulatorów do wykorzystania usług zaufania i eID, aby stały się jeszcze powszechniejsze i bardziej użyteczne – mówi Simina Mut, Partner, CE Legal Leader, Deloitte Legal.

Konieczność prowadzenia biznesu w trudnych warunkach spowodowała, że dalsza i bardziej pogłębiona cyfryzacja wewnętrznych procesów pozwoliła na połączenie celów biznesowych z dbałością o bezpieczeństwo pracowników. Wśród polskich przedsiębiorców najwięcej wprowadzonych zmian miało umożliwić pracę zdalną – tak odpowiedziało 56 proc. respondentów ankiety przeprowadzonej na potrzeby raportu. Drugim najczęstszym obszarem (51 proc.), w ramach którego realizowane były projekty digitalizacyjne były procesy wewnętrzne w firmie, dotyczące obiegu dokumentów i podpisywania umów on-line. Koronawirus przyczynił się do przyspieszenia już realizowanych działań mających na celu digitalizację procesów w organizacji, a także do natychmiastowego uruchomienia nowych inicjatyw, kluczowych dla bieżącego funkcjonowania przedsiębiorstw.

Obserwujemy zwiększone zainteresowanie biznesu digitalizacją, a jej odbiór jest zdecydowanie lepszy, niż przed wybuchem pandemii. Dotyczy to zwłaszcza sektora finansowego – banków i spółek leasingowych, gdzie zdalne zarządzanie i podejmowanie decyzji są obecnie mocno eksplorowane. Również branże, takie jak human resources, które wcześniej nie do końca widziały potrzebę digitalizacji, zastanawiają się teraz jak cyfryzować procesy podpisywania umów, aby zachować zgodność z rygorami kodeksu cywilnego – powiedział Artur Miękina, Dyrektor Sprzedaży Projektów Kluczowych, Asseco Data System

Potrzeba realizowania tzw. spraw back office’owych zdalnie jest również bardzo duża- dodaje.

44 proc. respondentów wskazało, że ich firmy realizowały projekty związane z cyfryzacją szeroko rozumianego obszaru zarządzania kadrami (HR). Z drugiej strony, w pozostałych obszarach wciąż jeszcze firmy nie zdecydowały się na wdrożenie narzędzi cyfrowych, mimo że prawo w dużej mierze daje taką możliwość.

O niewykorzystanej szansie można mówić w przypadku firmy z branży utilities i telco. Spośród czołowych polskich dostawców energii i gazu jedynie dwóch pozwala potencjalnym klientom na zdalne podpisanie umowy. Podobnie wygląda rynek operatorów komórkowych. Jedynie w dwóch przypadkach proces zakupu może się odbyć całkowicie zdalnie, łącznie z podpisaniem umowy, ale trzeba zaznaczyć, że nie są to „standardowe” oferty tylko produkty skierowane do wybranych segmentów rynkowych. Równie niewielu dostawców oferujących dostęp do internetu oraz pakietów telewizyjnych umożliwia elektroniczne zawarcie umowy – mówi Miłosz Brakoniecki, Partner, Obserwatorium.biz.

Podpis elektroniczny

Aktualnie podstawowym narzędziem ułatwiającym zdalne prowadzenie biznesu jest podpis elektroniczny. W Polsce jest aktywnych ponad 600 tys. certyfikatów kwalifikowanych, co jednak cały czas kontrastuje z liczbą wydanych kart płatniczych (43 mln sztuk, czyli zdecydowanie więcej niż jedna karta na jednego dorosłego mieszkańca kraju), które są produktami masowymi. Trzeba jednak zaznaczyć wzrost o ok. 100 tys. certyfikatów (17%) w skali rok do roku. Oznacza to, że rewolucja „paperless” jest jeszcze daleko w tyle za szybko postępującą w naszym kraju rewolucją „cashless”.

Najczęściej (63 proc.) wymienianym dokumentem, do sporządzenia którego wykorzystywany jest podpis elektroniczny jest roczne sprawozdanie finansowe. Po 61 proc. wskazań uzyskały umowy finansowe, takie jak umowy kredytowe, umowy zabezpieczeń, umowy inwestycyjne itp., oraz dokumentacja dotycząca zatrudnienia – w tym umowy o pracę, wewnętrzne dokumenty dotyczące polityki firmy, regulaminy i wnioski pracownicze. Jedynie nieznacznie mniej popularne są pełnomocnictwa (54 proc.) oraz protokoły z posiedzenia zarządu lub pisemne uchwały (51 proc.).

Myślę, że przez ostatnie pół roku wiele organizacji przekonało się, że cyfrowe narzędzia istotnie ułatwiają pracę zdalną i pozwalają zachować ciągłość biznesową firmy. Weźmy na przykład obieg dokumentów w sytuacji, gdy większość pracowników pracuje zdalnie. Odnotowujemy rosnącą popularność digitalizacji tego procesu i zastosowania mobilnego kwalifikowanego podpisu elektronicznego SimplySign. W szczytowym momencie lockdownu zainteresowanie tym narzędziem było 600 proc. wyższe niż rok wcześniej – powiedział Tomasz Litarowicz, Dyrektor Pionu Usług Bezpieczeństwa i Zaufania, Asseco Data Systems

Na uwagę zasługuje fakt, że jak pokazuje nasze badanie, większość respondentów posiadających kwalifikowany podpis elektroniczny, używa go ponad 20 razy miesięcznie, a więc bardzo często. Wydaje się zatem, że jego posiadacze wykorzystują go nie tylko do realizacji obowiązków publicznoprawnych, które można wypełnić wyłącznie elektronicznie, ale dostrzegli potencjał szerszego zastosowania.

Uwarunkowania regulacyjne

Jednym z głównych aspektów prawnych cyfryzacji procesów gospodarczych zawsze była kwestia skutecznego zawierania umów drogą elektroniczną – zdalnie i bez generowania potrzeby przesyłania papierowych dokumentów. Jednakże, żeby takie rozwiązanie cyfrowe miało rzeczywiście powodzenie musi jeszcze gwarantować swoją prawną skuteczność również w wymiarze transgranicznym. Rozporządzenie eIDAS dąży w szczególności do zapewnienia wspólnego, wysokiego standardu kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Celem takiej standaryzacji jest w pierwszej kolejności zapewnienie uznawania prawnej mocy kwalifikowanego podpisu elektronicznego we wszystkich państwach członkowskich pomimo wydania go tylko w jednym państwie członkowskim.

Niestety powszechna transgraniczność usług zaufania istnieje na razie tylko w teorii. W praktyce napotykamy nie tylko na opór psychologiczny przed użyciem „obcych” e-narzędzi do kontraktowania, ale wciąż w dużej mierze mamy do czynienia z barierami prawnymi i praktycznymi. To, że w jednym państwie sporządzenie danego dokumentu w postaci elektronicznej jest prawnie skuteczne nie koniecznie musi oznaczać, że w innym państwie będzie on egzekwowalny. Ciekawym trendem w tym obszarze są natomiast platformy do podpisywania elektronicznych dokumentów integrujące narzędzia do e-podpisów od różnych dostawców. Najbardziej rozpowszechnione z nich, są obecne praktycznie w każdym państwie członkowskim. Być może więc transgraniczność usług zaufania przyjdzie właśnie tą drogą. – mówi Marta Gocał, Managing Associate, Radca prawny, Deloitte Legal. Doświadczenie ostatnich miesięcy pokazuje, że Europa potrzebuje nie tylko transgranicznych, ale jednocześnie interoperacyjnych rozwiązań w zakresie obiegu elektronicznych dokumentów. Rozwiązaniem może tu być eDelivery, które sprawdziło się już na niektórych rynkach, a na innych jest planowane lub już wdrażane.

Popyt na cyfryzację

Zdaniem autorów raportu wzrost popularności zdalnej rejestracji klientów w sektorze komercyjnym oraz profilu zaufanego w administracji publicznej w Polsce wskazuje na ogromny popyt na usługi elektronicznej identyfikacji, który może być uzupełniony innymi cyfrowymi rozwiązaniami komercyjnymi. Sama elektroniczna identyfikacja staje się kluczową usługą, która powinna mieć przejrzyste ramy funkcjonowania prawnego w administracji publicznej i świecie komercyjnym. Jej wdrożenie musi być wygodne i bezpieczne dla klientów końcowych, a także obejmować możliwie największą liczbę procesów online. Jak wynika z raportu, nie tylko e-podpis, ale również elektroniczne doręczenia oraz pieczęci elektroniczne mają potencjał jako narzędzia wychodzące naprzeciw potrzebom firm i konsumentów w zakresie cyfrowej transformacji. Aby je właściwie wdrożyć, niezbędna jest komunikacja i partnerska współpraca sektora komercyjnego i regulatorów na poziomie europejskim i krajowym.

Quercus TFI pozyskało we wrześniu 60 mln zł nowych aktywów pod zarządzeniem

Wartość aktywów pod zarządzaniem Quercus TFI S.A. na koniec września 2020 r. wyniosła 2 604,5 mln zł, wobec 2 566,6 mln zł na koniec sierpnia br. Wrzesień to kolejny miesiąc, gdy aktywa zarządzane przez Quercus TFI S.A. rosną. Od maja br. przyrost aktywów pod zarządzeniem wyniósł 450 mln zł.

„We wrześniu na GPW i rynkach światowych mieliśmy do czynienia z korektą spowodowaną głównie realizacją zysków przez inwestorów, po trwających od połowy marca silnych wzrostach oraz obawami związanymi z nadejściem drugiej fali koronawirusa. Tym bardziej cieszy nas, iż nasze aktywa pod zarządzeniem znowu wzrosły i przekroczyły 2,6 mld zł. To pokazuje, iż Quercus TFI S.A. jest atrakcyjnym partnerem dla inwestorów również w trakcie gorszej koniunktury rynkowej. Saldo nabyć we wrześniu wyniosło +60 mln zł. Nasze dalsze wysiłki są skierowane na kontynuację wzrostu skali biznesu, zarówno dzięki dobrym wynikom inwestycyjnym, jak i napływowi nowego kapitału od klientów.” – powiedział Sebastian Buczek, założyciel i Prezes Zarządu Quercus TFI S.A.

Na wartość aktywów pod zarządzaniem na koniec września 2020 r. składało się 2 107,7 mln zł ulokowanych w 10 subfunduszach QUERCUS Parasolowy SFIO, a także 53,9 mln zł w funduszu QUERCUS Absolute Return FIZ, 49,6 mln zł w funduszu QUERCUS Global Balanced Plus FIZ, 25,4 mln zł w Acer Aggressive FIZ, 126,1 mln zł w QUERCUS Multistrategy FIZ, 15,3 mln zł w Private Equity Multifund FIZ, 87,1 mln zł w Alphaset FIZ oraz 139,4 mln zł aktywów w ramach usługi asset management (bez uwzględnienia środków zainwestowanych w subfundusze / fundusze QUERCUS). Aktywa poszczególnych subfunduszy / funduszy oraz uzyskane stopy zwrotu w 2020 r. przedstawiono w poniższej tabeli.

Subfundusz / fundusz Aktywa netto na k. 2019 r.
(mln zł)
Aktywa netto na k. IX 2020 r.
(mln zł)
Stopa zwrotu

w I-IX 2020 r.

QUERCUS Gold 113,4 149,6 19,55%
QUERCUS Multistrategy FIZ 162,5 126,1 17,15%
QUERCUS short 22,2 65,1 13,17%
QUERCUS Global Growth 14,8 10,5 11,57%
QUERCUS Agresywny 190,9 189,9 6,21%
QUERCUS Obligacji Skarbowych 103,1 272,8 5,27%
QUERCUS Dłużny Krótkoterminowy 106,8 219,7 2,13%
QUERCUS Global Balanced 122,4 123,5 2,03%
QUERCUS Global Balanced Plus FIZ 57,7 49,6 1,67%
QUERCUS Ochrony Kapitału 1 256,4 913,4 1,24%
QUERCUS Stabilny 98,3 71,8 0,69%
Private Equity Multifund FIZ 18,2 15,3 -6,40%
QUERCUS Absolute Return FIZ 72,5 53,9 -15,53%
QUERCUS lev 139,1 91,4 -45,38%

 Komentarz rynkowy

Pomimo korekty we wrześniu, po 9 miesiącach indeksy amerykańskie zyskały na wartości: Nasdaq zyskał 24,5%, a S&P500 4,1%. Niemiecki DAX spadł z kolei o 3,7%.

Na warszawskiej GPW również doszło do korekty. Można ją tłumaczyć obawą przed kolejną falą koronawirusa, realizacją zysków, a także rekordową (10,6 mld zł) ofertą publiczną spółki Allegro, która ma szansę być największą spółką na warszawskiej giełdzie. WIG zwiększył stratę od początku roku do 14,6%. Z blue chips na wyróżnienie zasługują: Dino, CD Projekt i Tauron in plus (stopy zwrotu rzędu +30-60%) oraz banki, CCC i spółki paliwowe in minus (stopy zwrotu -40-60%).

Indeks sWIG80 spadł o 3,4% w skali miesiąca. Od początku roku jest jednak na plusie 18,1%, co należy uznać za wynik bardzo dobry. Z pozytywnie zachowujących się walorów, ze stopami zwrotu rzędu setek procent, warto wyróżnić sektor medyczny oraz spółki technologiczne.

Ceny obligacji skarbowych na świecie ustabilizowały się. Rentowność amerykańskich 10-latek nieznacznie spadła do 0,69%, niemieckich do -0,52%, a polskich do 1,30%. Cały czas poprawiała się koniunktura na rynku obligacji korporacyjnych, którym sprzyjają wyjątkowo niskie stopy procentowe oraz olbrzymia płynność w globalnym systemie finansowym.

W przypadku złota mieliśmy do czynienia z kontynuacją korekty, zapoczątkowanej w sierpniu. Licząc od początku roku, kruszec zyskał jednak blisko 25%, osiągając 1.895 dolarów za uncję. Korekta nie ominęła bohatera lipca – srebra, które poruszało się w rytmie złota, ale z większą dynamiką. Wzrost ceny srebra od początku roku zmniejszył się do 31%. Kurs ropy naftowej nadal zachowywał się relatywnie stabilnie, tym razem delikatnie zniżkując do 40 dolarów za baryłkę. Inne surowce przemysłowe, jak miedź, mają za sobą również lekko korekcyjny miesiąc. Notowania spadły nieznacznie do 303 dolarów za funt (+8% od początku roku).

Złoty tym razem osłabił się istotnie, co (częściowo) można tłumaczyć umocnieniem USD do EUR. Waluty kosztowały: euro 4,53 zł, dolar 3,86 zł i frank 4,20 zł.

„Jakie mamy przewidywania na końcówkę roku? Gdyby nie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych na początku listopada, to stwierdzilibyśmy, że jest jeszcze miejsce na kontynuację korekty (duża skala wcześniejszych wzrostów, II fala pandemii), a następnie pozytywne zamknięcie roku. Wybory jednak mogą wymuszać pewnego rodzaju dodatkowe działania, jak np. wzrost aktywności Fed, których celem miałaby być reelekcja Donalda Trumpa. Tak więc funkcjonowanie rynków może być zaburzone przez najważniejszych decydentów, a pierwsze skrzypce znowu mogą grać bankierzy centralni. Z czynników ryzyka numerem jeden pozostaje koronawirus.” – komentuje Sebastian Buczek, założyciel i Prezes Zarządu Quercus TFI S.A.

Fiskus dokonał wykładni przepisu, który nie istnieje i uznał, że spółka nie może zastosować 0% stawki VAT

Przedsiębiorca dokonywał wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów do zagranicznych kontrahentów. Posiadał potwierdzające te dostawy: dokumenty magazynowe, potwierdzenia zapłaty, faktury i wydruki złożonych zamówień. Ale fiskus interpretując przepis art. 42 ust. 3 ustawy o VAT odmówił mu prawa do zastosowania 0% stawki podatku, bo jego zdaniem z żadnego z tych dokumentów nie wynikało jednoznacznie, że towary zostały dostarczone do miejsca ich przeznaczenia na terytorium państwa członkowskiego innym niż terytorium kraju towaru. Spółka powołała się na art. 42 ust. 11 tej ustawy wskazujący, że istotnym jest by dokumenty po prostu potwierdzały dokonanie wewnątrzwspólnotowej dostawy. Po stronie firmy stanął sąd, przyznając jej rację, i stwierdzając jednocześnie, że: „organ dokonał wykładni przepisu, który nie istnieje” (wyrok WSA w Łodzi z 17 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 178/20).

Zgodnie z regulacją art. 42 ust. 1 pkt 2 ustawy o VAT, wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów podlega opodatkowaniu według stawki 0%, pod warunkiem, że podatnik przed upływem terminu do złożenia deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy, posiada w swojej dokumentacji dowody, że towary będące przedmiotem tej dostawy zostały wywiezione z terytorium kraju i dostarczone do nabywcy na terytorium innego państwa członkowskiego. Ustęp 3 tego artykułu precyzuje, że za dowody te uznaje się dokumenty przewozowe otrzymane od przewoźnika (spedytora) odpowiedzialnego za wywóz towarów z terytorium kraju, z których jednoznacznie wynika, że towary zostały dostarczone do miejsca ich przeznaczenia na terytorium państwa członkowskiego inne niż terytorium kraju towaru – w przypadku gdy przewóz towarów jest zlecany przewoźnikowi (spedytorowi). Dowodem tym jest również specyfikacja poszczególnych sztuk ładunku.

W przypadku jednak, gdy wywozu towaru przy użyciu własnego środka dokonuje sam dostawca lub nabywca, to prócz ww. specyfikacji ładunku, dla możliwości zastosowania 0 % stawki VAT dla WDT, powinni oni posiadać również dokumenty potwierdzające: imię i nazwisko oraz adres siedziby działalności gospodarczej lub miejsca zamieszkania podatnika dokonującego wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów oraz nabywcy tych towarów, adres pod który są przewożone, określenie towarów i ich ilości, potwierdzenie miejsca przyjęcia towarów przez nabywcę, rodzaj oraz numer rejestracyjny środka transportu, którym towary są wywożone, lub numer lotu.

Inne dokumenty potwierdzające WDT

Będący czynnym podatnikiem VAT przedsiębiorca jest producentem tworzyw sztucznych. Sprzedaje je zarówno krajowym, jak i zagranicznym odbiorcom. W 2018 roku handlował swoimi produktami z europejskimi spółkami z różnych państw, z jednej grupy firmy Lidl. Polegała ona na sprzedaży i dostawie tych produktów do magazynu Lidla położonego na terenie Niemiec, skąd dystrybuowane one były do poszczególnych kontrahentów. W związku z tymi transakcjami, przedsiębiorca posiada w swej dokumentacji:

1) zamówienie dotyczące transakcji;

2) kopie faktur wystawianych kontrahentom, zawierające informacje w zakresie warunków dostawy (ang. Delivered Duty Paid – DDP), a treść każdej z faktur zawiera numer dokumentu magazynowego (WZ);

3) dokumenty magazynowe (WZ), które zostały załączone do każdej z faktur, z których wynika przede wszystkim rodzaj oraz ilość dostarczanego klientowi towaru;

4) oryginały faktur wystawianych przez firmy spedycyjne w związku z obsługą spedycyjną towarów wysyłanych do kontrahentów wraz z dokumentami CMR (międzynarodowymi samochodowymi listami przewozowymi), z których wynika, iż towary zostały odebrane przez spedytora (przewoźnika);

5) potwierdzenia zapłaty za opisane powyżej faktury;

6) oryginały faktur wystawianych przez firmy transportowe wraz ze wskazaniem numerów dokumentów magazynowych, datą załadowania towarów z centralnego magazynu grupy Lidl w Niemczech oraz datą dostarczenia towarów bezpośrednio do kontrahenta.

Przedsiębiorca wystąpił do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy udokumentowana w ten sposób wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów, korzystać będzie z 0% stawki opodatkowania VAT. Jego zdaniem odpowiedź brzmi tak, bowiem pozwala na to art. 42 ust. 11 ustawy o VAT, który stwierdza, że w przypadku gdy dokumenty, o których mowa m.in. w art. 42 ust. 3, nie potwierdzają jednoznacznie dostarczenia do nabywcy znajdującego się na terytorium państwa członkowskiego innym niż terytorium kraju towarów, dowodami na to mogą być również inne dokumenty wskazujące, że nastąpiła wewnątrzwspólnotowa dostawa.

Organ odmówił spółce prawa do 0% stawki VAT

W wydanej 11 lutego 2020 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że przedsiębiorca jest w błędzie. Wskazał na istnienie dwóch podstawowych warunków, których spełnienie pozwala na zakwalifikowanie dostawy jako WDT i dzięki temu na objęcie tej dostawy 0% stawką VAT. Pierwszy to aspekt prawny, drugi – faktyczny. Aspekt faktyczny został określony wprost w art. 42 ust. 1 pkt 2 ustawy o VAT, a z posiadanych przez podatnika dokumentów, o których w tym przepisie mowa, musi jednoznacznie wynikać, że towar został faktycznie doręczony nabywcy na teren innego niż Polska państwa UE, a zdaniem organu, w tej sprawie nie wynika to z żadnego z przedłożonych przez spółkę dokumentów.

Organ dokonał interpretacji przepisu, który nie istnieje

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi stanął po stronie spółki. Orzekł, że organ podatkowy dokonał błędnej interpretacji przepisu art. 42 ust. 3 zd. 1 w zw. z ust. 11 ustawy o podatku od towarów i usług. Ustawodawca w regulacji tej zawarł, że dowodami uprawniającymi do zastosowania 0% stawki VAT dla WDT są dokumenty, które łącznie potwierdzają dostarczanie towaru do nabywcy na terytorium innego kraju UE. Z przepisów tych wyraźnie więc wynika, że nie chodzi o to, by każdy jeden z dowodów, o których w nim mowa, potwierdzał to dostarczenie. Uchylając zaskarżoną interpretację dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził:

„…organ dokonał wykładni przepisu, który nie istnieje, gdyż nie istnieje przepis, który nakazuje rozpatrywać czy każdy z osobna dowód potwierdza dostarczenie towaru do odbiorcy, a zaniechał dokonania wykładni przepisu, o który wnosił wnioskodawca” (wyrok WSA w Łodzi z 17 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 178/20).

Nowy wymiar pewności prawa

W prawie podatkowym, ale i w stworzonym dla prowadzących działalność gospodarczą – prawie przedsiębiorców, funkcjonują tak fundamentalne, podlegające najwyższej ochronie zasady, jak reguła pewności prawa, czy rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Opisana wyżej sprawa wnosi dokonywane wobec przedsiębiorców łamanie tych zasad przez organy podatkowe na jeszcze wyższy poziom. Generalnie bowiem organy interpretują na niekorzyść podatników istniejące przepisy. Okazuje się jednak, że interpretują na ich niekorzyść również przepisy, których nie ma. Dobrze, że przedsiębiorcy mogą się przed takimi działaniami bronić, korzystając z pomocy kancelarii prawnych, radców i doradców podatkowych, a w ostateczności odnajdywać ochronę swoich racji w sądzie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

GPW wprowadza nowe instrumenty pochodne

  • Od dziś po raz pierwszy w obrocie dostępne są kontrakty terminowe na akcje spółek BIOMED-LUBLIN S.A., Mercator Medical S.A., X-Trade Brokers S.A.
  • Dla każdej spółki zostały wprowadzone 3 serie kontraktów terminowych, wygasające: w grudniu 2020 r., marcu 2021 r. oraz czerwcu 2021 r.
  • Mnożnik w przypadku BIOMED-LUBLIN S.A. oraz X-Trade Brokers S.A. będzie wynosił 100, zaś dla Mercator Medical S.A. – 10.

GPW rozszerza paletę dostępnych instrumentów pochodnych i wprowadza do obrotu kontrakty terminowe na akcje spółek BIOMED-LUBLIN S.A., Mercator Medical S.A., X-Trade Brokers S.A.

Rozwój segmentu instrumentów pochodnych został ujęty w inicjatywie strategicznej GPW. W związku z obserwowaną w ostatnich miesiącach większą zmiennością rynku oraz rosnącym zainteresowaniem inwestorów akcjami spółek BIOMED-LUBLIN, Mercator Medical oraz X-Trade Brokers zdecydowaliśmy o wprowadzeniu do obrotu kontraktów terminowych na akcje tych spółek. Nowe instrumenty dają możliwość inwestowania z dźwignią finansową oraz wykorzystania strategii zarówno na wzrost jak i na spadek cen akcji. Dodatkowo płynność na nowych instrumentach pochodnych będą wspomagać animatorzy rynku – powiedziała Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Szczegółowe informacje dotyczące nowych kontraktów terminowych opublikowane zostały w Uchwała Nr 706/2020 z dnia 24 września 2020 r.

Pełna oferta notowanych instrumentów pochodnych notowanych na GPW znajduje się na stronie giełdatoproste.pl

Nowe mieszkania w Krakowie kosztują coraz więcej. W ciągu dwóch lat zdrożały o prawie o 1/4

Według danych zebranych przez Emmerson Evaluation w I półroczu 2020 r. na krakowskim rynku pierwotnym ceny mieszkań wzrosły we wszystkich dzielnicach. Najbardziej podrożały nowe lokale na Podgórzu (o 12,7%) a najmniej, bo o 4,6%, w dzielnicy Krowodrza. Średnio za mkw mieszkania od dewelopera w stolicy Małopolski trzeba zapłacić już 9 479 zł. Spadki widać natomiast w ich sprzedaży. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2020 r. jej wolumen zmniejszył się aż o 38,6% w porównaniu do II połowy 2019 r.

Jak wynika z danych zebranych przez firmę Emmerson Evaluation w bazie Evaluer, na krakowskim rynku nieruchomości w I półroczu br. liczba mieszkań w ofercie wzrosła o 13,4%. Na razie nie widać też wpływu pandemii na cenę nowych lokali. Jej średnia wartość wzrosła o 5,3% w porównaniu do II pół. 2019 r. Skale podwyżek na rynku nieruchomości od deweloperów jeszcze lepiej widać w dłuższej perspektywie. W ciągu dwóch lat ceny na krakowskim rynku pierwotnym wzrosły aż o 23%.

Duże zmiany we wszystkich dzielnicach

Najdroższe mieszkania w I połowie 2020 r. znajdowały się tradycyjnie w Śródmieściu, gdzie cena mkw osiągnęła poziom 10 792 zł. Na drugim miejscu znalazła się Krowodrza, gdzie średnia cena mkw wynosiła 9 658 zł. Najniższymi ceny w Krakowie charakteryzowały się dzielnice Nowa Huta i Podgórze, gdzie za mkw mieszkania z rynku pierwotnego płacono średnio 8,5 tys. zł.

Najbardziej, bo o prawie 13% w górę poszybowały ceny na Podgórzu. Kolejne było Śródmieście, gdzie za mkw trzeba było zapłacić o 9,2% więcej niż jeszcze pół roku wcześniej. Z nieco mniejszą zmiennością cen mieliśmy do czynienia na terenie Nowej Huty (o 7,7%) oraz Krowodrzy (o 4,6%). Za to w tej ostatniej dzielnicy odnotowaliśmy największy wzrost oferty nowych mieszkań – podkreśla Tomasz Kaźmierski, Business Development Director w Emmerson Evaluation.

Dzielnica Cena za mkw w I półroczu 2020 r.
Śródmieście 10 792 zł
Krowodrza 9 658 zł
Podgórze 8 555 zł
Nowa Huta 8 522 zł
Źródło: Baza Evaluer  

W porównaniu z innymi największymi miastami w Polsce, Kraków ze średnią ceną za mkw nowego mieszkania wynoszącą 9,5 tys. zł lokuje się w pośrodku stawki. Najdrożej jest w Sopocie, gdzie średnio za mkw trzeba zapłacić 17,2 tys. zł oraz w Warszawie – tu cena wynosi 10,7 tys. za mkw. Na kolejnych miejscach znajdują się Gdańsk (ponad 9,9 tys. zł) i Gdynia (9,7 tys. zł). Tańsze mieszkania niż w stolicy Małopolski znajdziemy we Wrocławiu (ponad 8,4 tys. zł/mkw) i Poznaniu (7,8 tys. zł). Spośród analizowanych przez Emmerson Evaluation miast najtaniej jest w  Katowicach, gdzie cena za mkw wynosi średnio ponad 7,2 tys. zł oraz w Łodzi (6,4 tys. zł).

Perspektywy dla krakowskiego rynku mieszkaniowego

W Krakowie w fazie przygotowań są kolejne projekty deweloperskie, lecz już nie tak liczne jak w okresie najwyższej koniunktury. Według danych GUS w I półroczu 2020 r. wydano pozwolenia na budowę 3 240 mieszkań – to o 37,2% mniej niż w okresie lipiec-grudzień 2019.

Mniejszą sprzedaż nowych mieszkań widać już teraz. W I połowie br. jej wolumen spadł o 38,6% w porównaniu do wyniku notowanego na koniec II półrocza 2019 r. To znaczna zmiana. W kilku poprzednich półroczach odchylenia te nie przekraczały kilku procent. Wpływ na taki stan rzeczy miało pojawienie się pandemii COVID-19, która spowodowała zamrożenie gospodarki w marcu i kwietniu. W okresie tym realizowano głównie wcześniej uzgodnione transakcje sprzedaży. Ponadto spowodowane lockdownem zaostrzenie polityki kredytowej przez banki, które podniosły wymagany poziom wkładu własnego oraz marże przełożyło się na mniejszą liczbę zawieranych transakcji.

Przewidujemy, że krakowscy deweloperzy będą działać podobnie jak w pozostałych miastach w Polsce – przede wszystkim będą stopniowo wyprzedawać obecną ofertę, uruchamiając jednocześnie mniej nowych inwestycji niż w poprzednich latach. Takie działanie ma na celu zrównoważenie popytu i podaży i utrzymanie równowagi na rynku – tłumaczy ekspert Emmerson Evaluation.

Nadal wielką niewiadomą pozostaje rozwój rynku nieruchomości, w tym krakowskiego, w II połowie roku. Duża niepewność, widmo kryzysu gospodarczego nie sprzyjają zakupom na rynku mieszkaniowym. Podobnie jak zaostrzenie polityki kredytowej przez banki. Z drugiej strony, nieruchomości pozostają dobrą inwestycją, szczególnie w obliczu tak niskich dochodów z innych bezpiecznych sposobów lokowania kapitału, np. lokat. – Przyszłość rynku, a co za tym idzie kierunek w którym pójdą ceny, będzie zależeć od tego jak potoczą się losy pandemii i jak sobie z nią poradzimy. Jej skutki będą jednak coraz bardziej odczuwalne, więc spadki cen nowych mieszkań są jak najbardziej możliwe – podsumowuje Tomasz Kaźmierski z Emmerson Evaluation.

Sputnik Software przejmuje DSGS

  • Sputnik Software podpisał umowę przejęcia 40% udziałów DSGS – polskiej spółki IT tworzącej oprogramowanie do zarządzania budżetem w administracji publicznej.
  • Sputnik Software konsekwentnie umacnia swoją pozycję na polskim rynku dostawców IT dla sektora publicznego. Przejęcie spółki i włączenie do oferty jej produktu, Budżet 24, pozwoli na rozbudowę portfolio i kompleksową obsługę jednostek administracyjnych.

Współpraca między Sputnik Software i DSGS trwa od kilku lat. Zakończone sukcesem wspólne projekty okazały się dobrym punktem wyjścia do zacieśnienia relacji biznesowych między spółkami. DSGS funkcjonuje od 2016 r. i tak jak Sputnik Software, dostarcza rozwiązania IT dla sektora publicznego. Decyzja o przejęciu została podyktowana rosnącym zapotrzebowaniem na oprogramowanie do zarządzania budżetami dla sektora publicznego. Opracowany przez DSGS produkt Budżet 24 jest jedynym tego typu narzędziem na rynku umożliwiającym planowanie i zarządzanie budżetem w jednostkach administracji samorządowej i centralnej. Umożliwia cały proces budżetowania w trybie zdalnym od planowania przez uchwalanie, raportowanie, a w przyszłości również udostępnienie budżetu do wglądu obywatelom. Produkty spółek są komplementarne i w połączeniu pozwalają zbudować niezwykle szeroką ofertę.

–  Aby dostarczyć naszym klientom najbardziej kompleksowe rozwiązania nieustannie pracujemy nad własnymi programami, ale staramy się też wyszukiwać produkty z dużym potencjałem, które widzimy na rynku. Sprawdzone narzędzie do budżetowania to jeden z najbardziej pożądanych produktów cyfrowych wśród naszych klientów. Uzupełnienie naszej oferty o Budżet 24 jest odpowiedzią na potrzeby sektora publicznego w obszarze finansowym. Produkt ten może być wykorzystywany przez różne jednostki administracyjne samorządy, ale również administrację centralną. To inwestycja, która pozwoli nam na dalszy rozwój i konkurencyjność względem innych dużych spółek IT działających w tym obszarze – mówi Sławomir Hemerling-Kowalczyk, członek zarządu Sputnik Software.

W marcu tego roku Sputnik Software stworzył  grupę kapitałową z GIAP, dostawcą rozwiązań IT dla administracji publicznej. Dzięki połączeniu, firmy uzupełniły oferty, aby móc startować w największych przetargach samorządowych oraz administracji centralnej w Polsce. Przejęcie 40 proc. udziałów DSGS to kolejne działanie Sputnik Software mające na celu wzmocnienie pozycji rynkowej grupy.

Według uzgodnionego modelu współpracy Sputnik Software  przejmuje organizację sprzedaży i wsparcie techniczne dla klientów, co byłoby największym wyzwaniem dla rozwijającej się DSGS. Przejmująca strona zajmie się integracją produktów we wspólnej ofercie. Jednocześnie przyjmowana spółka uzyska pełną swobodę kreatywną i możliwość skupienia się na rozwoju  produktów.

– Współpracowaliśmy dotychczas przy kilku projektach. Wejście do Grupy Sputnik zintensyfikuje naszą kooperację przy jednoczesnym zachowaniu niezależności podmiotów.  Liczymy na znaczące zwiększenie obrotów i skali realizowanych projektów – zaznacza Prezes DSGS Krzysztof Domański.

Sputnik Software istnieje od 2000 roku. Spółka posiada w ofercie Platformę Nowoczesny Urząd dedykowaną samorządom i pozwalającą na zarządzanie kluczowymi zadaniami urzędu. Sputnik tworzy również dedykowane systemy informatyczne usprawniające procesy
w obszarze finansów publicznych i bezpieczeństwa informatycznego oraz komunikacji elektronicznej.

Raport GfK: Co drugi Polak negatywnie odczuwa zmiany zachodzące w środowisku

wpływ zmian środowiskowych na swoje życie. Wiele osób podejmuje jednak walkę ze złymi nawykami, a do pozytywnych postaw najskuteczniej przekonują je… dzieci. Takie dane płyną z najnowszego raportu „Who cares? Who does?” opracowanego przez GfK.

Najnowsze badanie GfK, przeprowadzone w 19 krajach na całym świecie, w tym m.in. w Polsce, pokazuje, że konsumenci coraz częściej zmieniają swoje zachowania w trosce o ochronę środowiska. Już cztery na dziesięć (42%) gospodarstw domowych w Unii Europejskiej twierdzi, że osobiście dotknęły ich problemy środowiskowe, takie jak zmiany klimatu, nadmierne zużycie plastiku czy marnowanie żywności. W Polsce podobne odczucia miało 48% nabywców, co plasuje nasz kraj na 9. miejscu zestawienia.

Plastik? Nie, dziękuję

Za radykalizacją postaw idą także konkretne zachowania podczas zakupów. W minionym roku więcej niż jedno na trzy gospodarstwa domowe w Europie zaprzestało zakupu usług i/lub produktów ze względu na ich negatywny wpływ na środowisko lub społeczeństwo. W Polsce na takie działania zdecydowało się 31% shopperów, co daje nam 7. miejsce we Wspólnocie (wśród badanych krajów).

– Troskę o środowisko i zrównoważony rozwój doskonale obrazują nasze codzienne zakupy. W sklepach trendy proekologiczne nie straciły na znaczeniu nawet w trudnym okresie pandemii, dlatego żadna marka nie może sobie dziś pozwolić na ich lekceważenie. Okazało się, że konsumenci nie zrezygnowali z walki o zrównoważony rozwój również wtedy, gdy na dobre zniknął on z głównego nurtu debaty publicznej, a absolutnym tematem numerem jeden stało się bezpieczeństwo – zauważa Izabela Jagodzińska, dyrektor ds. zarządzania zaawansowanymi badaniami w dziale Panelu Gospodarstw Domowych.

Mali, ale bardzo wpływowi

Z raportu GfK wynika, że największy wpływ na nasze zachowania zakupowe, w kontekście dbałości o środowisko, mają obecnie młodzi członkowie naszych rodzin. Na kluczową rolę dzieci wskazało aż 45 proc. osób zarządzających gospodarstwami domowymi. Wśród najbardziej wpływowych osób znaleźli się również przyjaciele (42%), małżonkowie (37%) i rodzice (19%). Konsumenci znacznie rzadziej liczyli się zaś ze zdaniem polityków (14%), influencerów (13%) i celebrytów (9 proc.).

Wyniki różniły się jednak znacząco w zależności od kraju. Dla przykładu w Polsce, nieco częściej wskazywali byli przyjaciele (45%), zaś na dzieci wskazało 44% badanych, czyli więcej niż w innych krajach regionu, w tym m.in. Czechach, Słowacji czy Niemczech. Dużo większy wpływ na trendy zakupowe najmłodsi mieli z kolei w Europie Zachodniej – we Francji, Hiszpanii czy Portugalii, a dużo rzadszy – w Stanach Zjednoczonych.

Świat zacznijmy zmieniać od siebie

Dane za rok 2020 pokazują, że kupujący coraz bardziej wierzą, że ich zachowania zakupowe mogą mieć pozytywny wpływ na środowisko. W ich opinii największą rolę w ograniczaniu szkodliwych działań dla środowiska odgrywają dziś jednak producenci, na których wskazało aż 47% badanych. Na drugim miejscu znaleźli się politycy (29%), zaś grupa 20% shopperów wskazała sama na siebie. Najrzadziej za zaniedbania w zakresie zrównoważonego rozwoju badani obwiniali sprzedawców detalicznych (zaledwie 4%).

– Rosnącą świadomość konsumentów w zakresie dbałości o środowisko najlepiej wyrażają liczby. Już 31% gospodarstw domowych w Polsce dba o to, by kupowane przez nie przedmioty nie były owijane w folię, co w dobie pandemii i niezwykle wyśrubowanych standardów bezpieczeństwa należy uznać za niezwykły wynik. Fakt, że wielu kupujących chce eliminować odpady, nawet w tak trudnym czasie, napawa optymizmem – mówi Izabela Jagodzińska.

Producenci i detaliści przed dużym wyzwaniem

Ekspert GfK przypomina, że odsetek kupujących, którzy aktywnie unikają odpadów z tworzyw sztucznych, różni się znacznie w poszczególnych krajach. Niemieccy nabywcy w najwyższym stopniu deklarują unikanie kupowania produktów w opakowaniach z plastiku, wśród Polaków, Hiszpanów czy Brytyjczyków co trzeci shopper tak robi, ale np. wśród czeskich nabywców jedynie 15% deklaruje, że jest to kwestia, która kieruje ich decyzjami zakupowymi.

– W większości państw wzrost proekologicznych postaw jest jednak bardzo wyraźny, co nie umyka uwadze producentów i detalistów. Ci systematycznie dostosowują swoją ofertę do nowych trendów i coraz częściej rezygnują z rozwiązań, które mogłyby mieć szkodliwy wpływ na środowisko. Dziś kupujący są w stanie bez problemu rozpoznać marki zaangażowane w ograniczanie negatywnego wpływu na środowisko i coraz częściej rezygnują z wyboru brandów, kojarzących się np. z nadmierną produkcją plastiku. Przed całym sektorem FMCG stoi więc ogromne wyzwanie, polegające na znalezieniu idealnego balansu pomiędzy przyciągnięciem klientów i dostarczeniem produktów w standardzie zgodnym z aktualnymi normami zrównoważonego rozwoju – podsumowuje Izabela Jagodzińska.

Stan zawieszenia

Rynki z zadowoleniem przyjmują informacje o poprawie zdrowia prezydenta USA, ale wciąż pozostajemy w stanie zwieszenia w kwestii pakietu fiskalnego USA i negocjacji brexitu. W najbliższych dniach polityka może pozostawać w centrum uwagi, przyćmiewając dane makro.

Rynek akcji, walutowy i ropa naftowa otrząsają się z poniedziałkowego skoku awersji do ryzyka z pomocą doniesień, że prezydent Trump jeszcze dziś może być zwolniony ze szpitala. Jednak przekaz nie jest jednolity ze sprzecznymi opiniami lekarzy, gdyż prezydent nie chce pokazać słabości w starciu z wirusem. Niezależnie w jakim tempie będzie postępować kuracja, dla rynków zdaje się mieć to coraz mniejsze znaczenie. Ostatnie sondaże wskazują, że po zeszłotygodniowej debacie przewaga Joe Bidena wzrasta i wynosi już od 8 do 14 pkt proc. Dla inwestorów to sygnał, że maleje ryzyko kwestionowania rezultatu wyborów i jest to powód do powrotu do kupowania ryzykownych aktywów. Tylko że został jeszcze miesiąc do głosowania przy urnach, a to mnóstwo miejsca na nagłe zwroty akcji. Szybkie ozdrowienie Trumpa może stworzyć niebezpieczne przeświadczenie, że koronawirus nie jest tak poważnym zagrożeniem. Dałoby to paliwo republikańskim władzom federalnym do usuwania ograniczeń publicznych zgromadzeń, a dla Trumpa może stać się asem z rękawa, by zawalczyć o wygraną w wyborach. Nie wiem dokładnie jak, ale nie można nie doceniać kreatywności spin doktorów. Podsumowując, na rynkach nie ma jeszcze warunków dla solidnego rajdu ulgi i całkowitego wymazania premii za ryzyko związanej z wyborami. Fale optymizmu mogą być szybko wygaszane dla ochrony zysków.

Rozwagę w apetycie na ryzyko nakazuje też ślimacze tempo prac nad pakietem fiskalnym w USA. Prezydent Trump apelował o zawarcie umowy, a liderzy z Izby Reprezentantów i Senatu sugerują drobne postępy. Ale to wciąż za mało, by wycenić wyższe szanse porozumienia. W zeszłym tygodniu inwestorzy zaczęli handlować na nadziejach i w czwartek po południu skończyło się to nieprzyjemnym rozczarowaniem. Ostateczne porozumienie będzie silnym impulsem do optymizmu, ale na razie pozostaje tylko czekać.

Kupujący funta starają się podtrzymać przekonanie, że brexitowe negocjacje ostatecznie przyniosą umowę handlową, ale w ostatnich dniach zamiast paliwa do wzrostów dostają tylko bilet na przejażdżkę kolejką górską. Sobotnie spotkanie premiera Wielkiej Brytanii Johnsona z szefową Komisji Europejskiej von der Leyen nie przyniosło przełomu w negocjacjach. Obie strony podkreślają znaczenie znalezienia porozumienia, ale chyba tak samo wysoko cenią istotność swoich żądań w kwestii m.in. rybołówstwa i pomocy publicznej. Politycy zgodzili się na zintensyfikowanie rozmów z terminem końcowym 15 października. W skrócie, deadline pozostaje, choć na tym etapie można było spodziewać się większego progresu. Sądzę, że jeśli nic nie wniosły weekendowe rozmowy, do samego 15 października może się wiele nie zmienić, choć szumu medialnego nie będzie brakować. Dla funta może oznaczać to trend boczny, ale z szeroką amplitudą wahań.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy rośnie popularność transportu zeroemisyjnego?

Coraz częściej słyszymy o elektromobilności, a auta hybrydowe lub w pełni elektryczne nie są już nowością na naszych ulicach. Jak pokazują jednak badania, transport nisko- i zeroemisyjny, mimo coraz większej świadomości ludzi, nadal nie jest popularny. W I półroczu 2019 r. udział w sprzedaży samochodów elektrycznych w ogólnym rozrachunku aut osobowych wynosił 0,34%[1]. Mimo obserwowanego z roku na rok wzrostu wynik nadal nie jest imponujący.

  • Za zakup aut elektrycznych w Polsce prawie w całości odpowiedzialni są klienci firmowi – w I półroczu 2019 r. stanowili aż 96,08% ogólnej sprzedaży aut elektrycznych[2].
  • Firmy, których biznes w dużej części opiera się na transporcie, nie mogą zapomnieć o wpływie swoich działań na środowisko.
  • Mimo niewielkiego odsetka aut czysto elektrycznych trzeba również podkreślić regularny ich przyrost – w lipcu 2020 w Polsce zarejestrowano 13 057 samochodów z napędem elektrycznym, co oznacza wzrost o 78% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 r[3].

Nasi kurierzy średnio pokonują dziennie ponad 4100 km. Jako organizacja doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że przemierzanie takich dystansów zobowiązuje nas do zadbania o środowisko tak, aby zminimalizować negatywny wpływ wynikający z jazdy samochodem. Jednym z działań w tym kierunku było wprowadzenie do naszej floty samochodów elektrycznych, co przyczyniło się do ograniczenia emisji spalin o 2,6% w skali miesiąca – mówi Marcin Skrzypczak, Iron Mountain Polska.

Kolejne ułatwienia

Prawo w ostatnim czasie coraz bardziej wspiera przedsiębiorców w zakupie aut elektrycznych, szczególnie że to właśnie oni są odpowiedzialni za przeważającą część sprzedaży tych pojazdów. Pojawia się również coraz więcej stacji ładowania – na koniec lipca funkcjonowało w Polsce 1224 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych[4]. Jak pokazują dane, tej branży nie zaszkodziła nawet pandemia – w maju zainstalowano 42 nowe stacje ładowania, a w lipcu kolejne 30.

Pojazdy elektryczne to nie wszystko

Chcąc maksymalnie ułatwić pracę kurierom oraz zadbać o środowisko nie wystarczy już tylko wyposażyć ich w odpowiedni samochód. Niezwykle istotne jest również zapewnienie narzędzi, które dostarczą kierowcom informacji na temat prowadzenia pojazdu. Dzięki temu będą mogli śledzić swoje zachowania na drodze oraz profilować swój styl jazdy. W sposób bezpośredni przekłada się to na wysokość spalania oraz wynikającą z niego emisję szkodliwych substancji do atmosfery. Jest to także dodatkowa korzyść dla samych klientów – mogą na bieżąco śledzić, gdzie znajduje się ich przesyłka, a dzięki temu odpowiednio zaplanować swój czas pracy – mówi Marcin Skrzypczak, Iron Mountain Polska.

Dbanie o środowisko to obecnie obowiązek nie tylko prywatnych osób, ale także, a w zasadzie szczególnie, dużych firm i przedsiębiorstw, które swoim działaniem mogą zrobić dla naszej planety wiele dobrego. Warto więc zwrócić uwagę, jakie podejście do tego tematu mają organizacje, które każdego dnia wspieramy swoimi decyzjami konsumenckimi.

[1] https://www.samar.pl/__/3/3.a/104111/3.sc/11/Firmy-ratuj%C4%85-sprzeda%C5%BC-aut-elektrycznych-.html?locale=pl_PL

[2] tamże

[3] https://pspa.com.pl/2020/informacja/licznik-elektromobilnosci-ponad-13-tys-samochodow-osobowych-z-napedem-elektrycznym-na-polskich-drogach/

[4] Licznik elektromobilności PSPA

Ukraińcy wracają do Polski. Czy zatrzyma ich druga fala epidemii?

Liczba Ukraińców zarejestrowanych w ZUS na koniec sierpnia wzrosła o ponad 27 tys. w porównaniu z końcem lipca. Według prognoz na przełomie września i października powinna już przekroczyć poziom z lutego, czyli sprzed pandemii. W tej chwili pracy dla obywateli ze wschodu nie brakuje, ale rynek wyczekuje co przyniesie jesienna fala epidemii.

Epidemia koronawirusa spowodowała, że z polskiego rynku pracy zniknęła znaczna część pracowników z Ukrainy. Według raportu OTTO Work Force Central Europe Ukraińcy opuścili Polskę m.in. z powodu utraty pracy (39%) i niewiedzy co przyniosą kolejne dni (36%). Jednocześnie 70% z nich deklarowało, że chce wrócić do Polski najszybciej jak będzie to możliwe. I faktycznie obecnie obserwujemy falę powrotu pracowników ze wschodu do Polski. Liczba cudzoziemców zarejestrowanych w ZUS na koniec sierpnia br. wynosiła 658,2 tys., czyli o 30 tys. więcej niż w lipcu. Najwięcej cudzoziemców zgłoszonych do ZUS-u pochodzi z Ukrainy – 480,9 tys. , na drugim miejscu są Białorusini – 44,1 tys., a na trzecim Gruzini – 10,5 tys. Największy wzrost w stosunku do lipca, bo o 27,2 tys, odnotowano w przypadku obywateli Ukrainy. Prognozy wskazują, że na przełomie września i października w Polsce będzie już tyle samo Ukraińców co przed pandemią.

“W związku z pandemią cudzoziemców, spoza Unii Europejskiej, przekraczających polską granicę nadal obowiązuje kwarantanna. Mimo to obserwujemy, że coraz więcej Ukraińców decyduje się na przejście izolacji i powrót do pracy w Polsce. To pokazuje, że jako społeczeństwo oswoiliśmy się z trwającą pandemią, ale kluczowe są także czynniki ekonomiczne. W tej chwili bezrobocie w Polsce kształtuje się na poziomie 6,1%, podczas gdy na Ukrainie wynosi już 9,9%. Pracodawcy czekają na obywateli Ukrainy z otwartymi ramionami, bo choć bezrobocie w Polsce nieznacznie się zwiększyło, to nadal jest popyt na pracowników ze wschodu. W niektórych branżach jak np. produkcja trudno jest ich w pełni zastąpić pracownikami z Polski. Są także takie branże, które w tym trudnym czasie intensywnie się rozwiają, jak e-commerce, a ich zapotrzebowanie na pracowników dynamicznie wzrasta. Potrzebują przede wszystkich pracowników tymczasowych do magazynów, sortowni czy do pracy w terenie” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Obecnie, kiedy firmy wróciły do normalnego trybu pracy ponownie pojawia się zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych. Trudno jednak teraz ostatecznie przewidzieć jak będzie kształtował się rynek pracy w ciągu najbliższych miesięcy. Według najnowszych prognoz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na koniec roku stopa bezrobocia w Polsce wyniesie między 7,1 a 8% . Przedsiębiorcy zdają sobie jednak sprawę, że najtrudniejsze miesiące jeszcze przed nimi, a jesień może przynieść powrót niektórych ograniczeń w działalności.

 

Eksperci: Możliwe chwilowe przerwy w dostawach do sklepów. Najbardziej zagrożone są produkty świeże

Centra dystrybucji towarów zabezpieczają się przed lawinowym wzrostem zachorowań wśród swoich pracowników. Wiedzą, że nawet jedno zakażenie może poważnie zdezorganizować pracę. Szybkie znalezienie zastępców stanowi nie lada wyzwanie. Pojawia się więc wizja gorzej zaopatrzonych sklepów. Zdaniem ekspertów, zawsze można skrócić łańcuch dostaw, ale to oznacza dodatkowe koszty. Najbardziej newralgiczne są produkty świeże. Wśród ekspertów nie ma też zgody co do tego, czy firmy powinny informować opinię publiczną o zakażonych. Specjaliści dodają, że Polacy nie muszą obawiać się zmniejszenia dostaw towarów do sklepów. Jednak nie można wykluczyć chwilowych przerw, tak jak to było na Zachodzie Europy.

Wirusowe zagrożenie

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania nt. ewentualnych problemów w handlu w okresie jesiennym. Zwraca się uwagę na sytuację w centrach dystrybucji towarów. W tego typu miejscach nawet jedno zakażenie może wyeliminować znaczną część załogi z powodu kwarantanny. Jak podkreśla dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, przed wirusem nie ma zasłony. Prędzej czy później ktoś zachoruje. Dlatego istotne jest, żeby ograniczać zagrożenia i nie dopuścić do lawinowego wzrostu zachorowań. A jednym ze stosowanych rozwiązań jest mierzenie temperatury ciała pracownikom.

– Niezbędny jest ścisły nadzór nad stanem zdrowia pracowników. W przypadku jednostkowej kontroli temperatury ciała, nie wiemy, co się dzieje z daną osobą poza miejscem pracy. Ale powstaje coraz więcej urządzeń, które pozwalają na stałe monitorowanie, a wszelkie odchylenia są od razu przesyłane na smartfony. To może ułatwić funkcjonowanie tego typu zakładów pracy – mówi Piotr Piątek z firmy WARMIE, działającej w obszarze MedTech.

Z kolei Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej, zaznacza, że ten problem występuje szerzej, również w zakładach produkcyjnych. Dlatego przedsiębiorcy kalkulują ryzyko i reorganizują pracę. Przede wszystkim załoga jest dzielona na mniejsze grupy, które nie kontaktują się ze sobą. Gdy dojdzie do zakażenia, liczba osób objętych kwarantanną jest znacznie mniejsza. Łatwiej też takie zespoły zastąpić.

– Profilaktyka stała się jednym z kluczowych zadań kierownictwa centrów dystrybucyjnych. Wszystkie takie miejsca zostały wyposażone w płyny dezynfekcyjne oraz środki ochrony osobistej, w tym maseczki czy rękawiczki. Ponadto zostały przeprowadzone szkolenia pracowników z zakresu bezpieczeństwa pracy w obliczu pandemii. Współpraca tego typu centrów z partnerami biznesowymi tj. dostawcami i odbiorcami w zakresie zachowania reżimu sanitarnego ma chronić interesy wszystkich podmiotów łańcucha dostaw – komentuje dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Zespołu Foresightu Gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Natomiast Maciej Ptaszyński, wiceprezes Polskiej Izby Handlu, podkreśla, że firmy wdrożyły procedury prewencyjne. Obejmują one m.in. kierowanie na kwarantannę osób, które miały kontakt z zakażonym. Zwiększono też liczbę kompleksowych dezynfekcji. Wybrane przedsiębiorstwa wprowadziły nawet testy przesiewowe. Jak dodaje Piotr Piątek, każdy pomysł, która wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa, jest dobry. Ale również sami pracownicy muszą wykazać się dużą odpowiedzialnością, choćby przez wczesne zgłaszanie objawów czy informowanie o zetknięciu z kimś zarażonym.

Sposób na kryzys

– Wyłączenie z pracy dużej liczby doświadczonych pracowników może być sporym wyzwaniem dla niektórych firm czy operatorów logistycznych, zwłaszcza mniejszych. Średni i duzi gracze mają z pewnością większą elastyczność działania, np. poprzez korzystanie z pracowników z innych magazynów czy sklepów, przekierowanie aut do innych obiektów, dostaw bezpośrednich do sklepów – stwierdza Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Stali pracownicy będą wysyłani na kwarantannę, konieczne będzie zdezynfekowanie zakładu i wprowadzenie zastępczej załogi. Według dr. Falińskiego, na taki scenariusz firmy raczej nie mogą sobie pozwolić, bo nie mają rezerwowych ekip. Po pierwsze, do tego potrzeba dużo ludzi. Po drugie, oni muszą mieć specyficzne kompetencje do tej, a nie innej firmy. Po trzecie, ci ludzie muszą być zgrani. Zdaniem eksperta, na poziomie sklepu bardzo ważne jest, żeby mieć nie tylko alternatywne kanały odbioru dostawy. Musi być uruchomiony multichannelowy system utrzymania sprzedaży.

– Zawsze można skrócić łańcuch dostaw. W awaryjnym przypadku towar dotrze bezpośrednio od producenta, ale to podnosi koszty i trzeba kupić jego większe ilości. Hipermarkety mogą zdecydować się na ten ruch i mieć większe zapasy produktowe, bo mają odpowiednią infrastrukturę. Ale im mniejsze sklepy, tym większy problem może być z ich zaopatrzeniem – dodaje Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei dr Kłosiewicz-Górecka zwraca uwagę na istniejące rozdrobnienie podmiotowe w hurtowym obrocie artykułami konsumpcyjnymi. Ono, w przypadku ewentualnego zmasowanego ataku koronawirusa w centrach dystrybucji, może paradoksalnie okazać się korzystne. Stwarza bowiem, przede wszystkim dla małych niezależnych firm detalicznych, alternatywne źródła zakupu towarów. W przypadku centrów dystrybucji dywersyfikację źródeł zakupu daje tworzenie małych magazynów blisko miast. W takim miejscu mogą być realizowane e-zamówienia konsumentów.

– Bardzo trudno przewidzieć, czego w sklepach może ewentualnie zabraknąć w kryzysowej sytuacji. Najbardziej newralgiczne są produkty świeże, szybko rotujące, dostawy odbywają się często. Może to być problem dla centrów dystrybucyjnych, ale przy produkcji już nie. W przemyśle spożywczym mamy często bardzo rozdrobnioną strukturę. Jeżeli zamkniemy jeden, drugi czy trzeci podmiot mleczarski lub produkujący wędliny, to są jeszcze dziesiątki innych tego typu na rynku. One mogą tę lukę częściowo wypełnić – stwierdza ekspert Komisji Europejskiej.

Powody do obaw

Rodzi się pytanie, czy sieci handlowe powinny informować klientów o zarażeniach w swoich centrach dystrybucji. Zdaniem Piotra Piątka, w pierwszej kolejności należy przekazać wiadomość pracownikom i ich rodzinom. Jeśli zakażenia nie wpływają bezpośrednio na klientów, taka informacja wydaje się zbędna. Może też prowadzić do niepotrzebnej paniki, a w konsekwencji do problemów wizerunkowych. Z kolei jak zaznacza prezes POHiD-u, konsument nie jest bezpośrednim klientem centrum dystrybucji. Dlatego informacja o zakażeniu w takim miejscu nie niesie dla niego wartości dodanej, a może jedynie wywołać niepotrzebny stres. Dużo ważniejsza jest szybka identyfikacja wśród pracowników osób, które miały bliski kontakt z potencjalnie zarażonym.

– Opinia publiczna powinna być informowana o zakażeniach w centrach dystrybucji, których skutkiem może być zakłócenie harmonijnych dostaw towarów do punktów sprzedaży. Chodzi o rzeczową informację. Celem tego powinno być uprzedzenie ewentualnego pojawienia się zakłóceń w dostawach i poinformowanie społeczeństwa o podjętych działaniach. Przekaz powinien eksponować, że jest to sytuacja przejściowa, dotycząca lokalnej społeczności i nie grozi brakiem towarów w szerszym zakresie – stwierdza dr Kłosiewicz-Górecka.

Natomiast Andrzej Wojciechowicz podkreśla, że transparentność biznesu jest pożądana. Takie informacje nie muszą, ale mogą być przekazywane. Wszystko zależy od społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw. Zdaniem eksperta, trzeba się liczyć z tym, że przy ekstremalnie dużej liczbie zakażeń będą chwilowe przerwy w dostawach. Takie zdarzenia miały miejsce w Hiszpanii, we Włoszech i Francji. Jednak to nie powinno mieć znaczącego wpływu na podaż produktową.

– Polacy nie powinni obawiać się zmniejszenia dostaw towarów do sklepów na jesieni. Ciągłość zaopatrzenia pozostanie nieprzerwana. 90% produktów spożywczych sprzedawanych w sieciach handlowych należących do POHiD-u pochodzi od polskich dostawców. Zakładamy, że wytwórcy utrzymają produkcję na dotychczasowym poziomie. Ponadto firmy członkowskie posiadają odpowiednie zaplecza magazynowe i nowoczesne centra dystrybucji. Są też w pełni przygotowane na sytuacje krytyczne, w tym nawet na najbardziej negatywne scenariusze – informuje prezes Juszkiewicz.

Z informacji, które docierają do PIH-u wynika, że jej członkowie są dobrze przygotowani na jesień. Obecnie nie ma ryzyka naruszenia łańcuchów dostaw, co podkreśla Maciej Ptaszyński. I dodaje, że opracowano różne scenariusze. One pozwolą na dostosowanie funkcjonowania centrów dystrybucyjnych do nowych okoliczności, jeżeli np. liczba zakażeń w kraju drastycznie wzrośnie. Z kolei ekspert z WARMIE nie wyobraża sobie trwałych przerw w zaopatrzeniu sklepów. Mogą wystąpić pojedyncze przypadki czasowego ograniczenia niektórych artykułów. Jednak nie sądzi, żeby to miało charakter stały.

– Wybuch, który obejmie w krótkim czasie większość czy wszystkich dostawców, jest bardzo mało prawdopodobny. Ale atak ze strony wirusa może rzeczywiście narobić kłopotów, bo zniszczy wszystkie powiązania funkcjonalne na poziomie transferu, składu czy zarządzania tymi towarami – podsumowuje dr Faliński.

Jak pandemia koronawirusa zmieni branżę modową?

Jedną z branż, która szczególnie ucierpiała podczas pandemii, jest branża modowa. Nagłe zamknięcie sklepów sprawiło, że sprzedaż odzieży, tekstyliów i obuwia spadła. W kwietniu była mniejsza aż o 64% w porównaniu do tego miesiąca z poprzedniego roku. Na szczęście w kolejnych miesiącach spadki się zmniejszały – by w lipcu i sierpniu zniknąć prawie całkowicie. Jednak branża modowa pod wpływem pandemii najpewniej bardzo się zmieni. Po pierwsze – podczas lockdownu zwiększyła się sprzedaż przez internet. Wartość ubrań kupowanych przez strony i sklepy internetowe wyniosła aż 60% całości sprzedanej w tych miesiącach odzieży. Po zakończeniu lockdownu liczby te zmalały i teraz utarg z kanału e-commerce wynosi około 15% ogólnej sprzedaży. Jest jednak duża szansa, że kupowanie ubrań i obuwia przez internet zostanie z nami na dłużej, w większej skali niż przed pandemią. PIE zauważa, że zmianie ulegają również inne zachowania klientów.

– Lockdown nauczył nas innego podejścia do kupowania wyrobów branży modowej. Nie jesteśmy już tak bardzo nastawieni na konsumpcyjny styl życia – kupujemy mniej odzieży i obuwia, niż przed pandemią. Dlatego raptowny wzrost sprzedaży odzieży i obuwia raczej już nie nastąpi – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – To zmieni nieco wygląd polskiego rynku modowego. Wyroby odzieżowe i obuwnicze będą  lepszej jakości i polskiej produkcji. Branża odzieżowa i modowa skoncentruje się na wyrobach dobrej jakości – z nieco wyższą ceną, produkowanych lokalnie. To dobra wiadomość dla ekologów. Wyroby odzieżowe i obuwnicze w trakcie produkcji mocno zanieczyszczają środowisko naturalne. Ich produkcja zużywa dużo wody i energii. Skręt branży modowej w kierunku mniej masowej produkcji będzie mieć korzyści ekologiczne – dodaje Dębkowska.

Maleją zaległości wobec firm ubezpieczeniowych

Ubezpieczyciele mają do odzyskania prawie 225 mln zł. Długi klientów są ogromne, ale i tak w tym roku stopniały. Polacy z obawy przed Covid-19 i problemami z dostępem do służby zdrowia przypomnieli sobie o dodatkowych ubezpieczeniach i o samych ubezpieczycielach. Najwyraźniej zaczęli też przykładać większą wagę do terminowego opłacania wszelkiego rodzaju składek, choć oczywiście nie wszyscy. Co 12. osoba przyznaje, że woli nie zapłacić za polisę niż stracić płynność finansową – wynika z badania dla BIG InfoMonitor. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor z powodu zaległości wobec firm ubezpieczeniowych znajduje się ponad 96 tys. podmiotów, średnio winni są 2342 zł.

Bieżący rok nie jest łatwy dla towarzystw ubezpieczeniowych, którym w czasach koronakryzysu Polacy są winni prawie 225 mln zł. Taka właśnie kwota zaległości należącą do ponad 96 tys. podmiotów widniała w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor na koniec lipca. Suma jak i liczba dłużników są spore, choć nie wszystkie firmy ubezpieczeniowe wpisują niepłacących do rejestrów BIG. Byłaby też wyższa, gdyby nie poprawa odnotowana na początku roku i przyhamowanie wzrostu liczby dłużników w trakcie pandemii. Z pomocą mógł przyjść wirus, który przewartościował myślenie ludzi o różnego rodzaju ubezpieczeniach. Polacy chętniej sięgnęli po polisy zapewniające pomoc w razie choroby albo pobytu w szpitalu, ale też utraty pracy lub innego źródła dochodów.

Dłużnik-rekordzista ma prawie 1 mln zł długu

Zaległości zgłaszane do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor związane są głównie z ubezpieczeniami komunikacyjnymi. Niemniej jednak i te w czasach koronakryzysu stały się bardziej potrzebne, bo bezpieczniejsze od przemieszczania się komunikacją miejską stało się podróżowanie własnym autem, a bez nieopłaconej składki jest to ryzykowne.

– Wpisani do Rejestru BIG InfoMonitor mają głównie niezapłacone raty składek od obowiązkowych polis OC. Ich płatność może być rozłożona na raty i niestety zdarza się klientom, że po opłaceniu pierwszej nie regulują już kolejnych. Jeśli przypomnienia i negocjacje z dłużnikiem nie dają efektu, ubezpieczyciel wpisuje go do Rejestru BIG, dochodząc w ten sposób swoich należności – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Z naszych danych wynika, że nawet 37 proc. zobowiązań dłużników sektora ubezpieczeń, zostaje spłaconych w ciągu pierwszych trzech miesięcy od zgłoszenia ich do BIG InfoMonitor. Niepłacących mobilizuje fakt, że na informacje o ich długach trafiają banki, firmy pożyczkowe, telekomunikacyjne, leasingowe. Osoba czy firma, która zalega swojemu ubezpieczycielowi, nie dostanie kredytu, oferty na leasing, faktoring czy franczyzę, może też utracić kontrakt z dostawcą. Konsekwencje te potrafią zdopingować do zmiany zdania w sprawie płatności – dodaje.

liczba dłużników ubezpieczeniowych

kwota zaległości względem ubezpieczycieli
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Kłopotów można sobie też narobić zapominając o powiadomieniu ubezpieczyciela o sprzedaży samochodu. Towarzystwo ubezpieczeniowe przekonane, że pojazd nadal jest w tych samych rękach automatycznie przedłuża polisę na kolejny rok. Były właściciel pojazdu z oczywistych względów nie płaci, ale ubezpieczyciel, który kontynuował ochronę dochodzi płatności. Dlatego ważne jest, aby tuż po transakcji dopełnić wszystkich formalności. Dodatkowo, spore finansowe problemy, zdarzają się w sytuacji kierowania bez uprawnień, pod wpływem narkotyków lub alkoholu, używania samochodu do popełnienia przestępstwa, a także w momencie ucieczki z miejsca wypadku. Wówczas wyłącza się działanie ubezpieczenia i nawet jeśli towarzystwo wypłaci poszkodowanym pieniądze, to domaga się ich zwrotu od osoby, która złamała warunki umowy ubezpieczeniowej. A szkody wynikające ze zdarzeń drogowych potrafią osiągać setki tysięcy złotych. Zapewne w ten sposób powstały zaległości ubezpieczeniowych rekordzistów np. prowadzący działalność gospodarczą mieszkaniec woj. lubelskiego ma do zwrotu firmie ubezpieczeniowej ponad 913 tys. zł, drugi w zestawieniu, trzydziestolatek z Gdańska, winien jest ponad 529 tys. zł.

Polacy dokupili ubezpieczeń zdrowotnych

Pomimo kryzysu ubezpieczenia zdrowotne zyskały na znaczeniu. Wg danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, w I półroczu 2020 r. Polacy przeznaczyli prawie pół miliarda złotych na ubezpieczenia zdrowotne. Takie polisy ma już ponad 3 mln Polaków, o 13,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele szybko dopasowali ofertę do potrzeb klientów, wykorzystując w tym celu m.in. telemedycynę. Zainteresowanie polisami wzrosło, zwłaszcza w początkowym okresie lockdownu. Trend ten zaobserwowano zarówno w ubezpieczeniach indywidualnych, jak i grupowych. Podczas pandemii wzrosło znaczenie polisy zdrowotnej również jako benefitu pracowniczego. Wielu pracodawców zdecydowało się na jej zakup dla pracowników. Ponadto osoby, które posiadały już jakieś ubezpieczenie, zaczęły szukać większej ochrony. Stąd według ekspertów z branży ubezpieczeniowej w drugim półroczu sprzedaż polis zdrowotnych może być jeszcze wyższa. Dla respondentów w dobie pandemii najbardziej cenionymi wartościami stały się zdrowie, rodzina, bezpieczeństwo i stabilizacja, wynika z badania przeprowadzonego dla firmy AXA. W ankiecie Polacy deklarują, że z obawy przed koronawirusem chcą rozszerzyć zakres swoich ubezpieczeń, przede wszystkim o zabezpieczenie finansowe na wypadek choroby oraz utraty pracy. Wyższej ochrony szukają głównie osoby, które posiadają już jakieś ubezpieczenie.

Z drugiej jednak strony zdecydowanej większości, bo aż 76 proc. badanych, obecna sytuacja nie skłania do myślenia o zakupie ubezpieczenia na życia. Powód? Finanse. Badani wskazali, że nie mają wystarczających wolnych środków na zakup ubezpieczeń albo zwyczajnie nie chcą podejmować takiego zobowiązania finansowego. Pandemia bowiem z jednej strony skłania do zainteresowania ofertami ubezpieczeniowymi, ale z drugiej podsyca lęk o finanse i zniechęca do długoterminowych inwestycji.

Ale co 12. osoba przyznaje się, że zdarzyło jej się nie zapłacić za polisę

Część społeczeństwa już zresztą wpadła w kłopoty finansowe. Z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że właśnie w związku z pandemią koronawirusa, 27 proc. osób, by całkowicie nie stracić płynności finansowej, zdarzyło się opóźniać regulowanie różnego rodzaju rachunków. Wśród nich, na piątym miejscu na liście najczęściej opóźnianych płatności, znalazły się również składki ubezpieczeniowe, które dla 8 proc. ankietowanych z powodu pojawiających się kłopotów finansowych zaczęły być bardziej uciążliwe niż dotychczas. Najczęściej na odłożenie płatności ubezpieczeniowych decydowali się 25 – 34 latkowie, 10 proc. Wskazań wyższych niż ogół udzielili też panowie (10 proc. vs 6 proc, kobiet), którzy zresztą stanowią przeważającą część dłużników ubezpieczeniowych wpisanych do rejestru BIG InfoMonitor, bo aż 75 proc. – Takie odpowiedzi respondentów oraz trzykrotnie wyższy przyrost zaległości konsumentów w bazach BIK i BIG InfoMonitor w II kwartale tego roku w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. pokazują, że zahamowanie wzrostu nieopłaconych polis ubezpieczeniowych w czasie pandemii jest naprawdę niezłym wynikiem – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Mazowsze i Wielkopolska na czele

Największe długi wobec ubezpieczycieli mają mieszkańcy Mazowsza, Wielkopolski i Górnego Śląska. Ponad 49,5 mln zł zaległości przypada na Mazowsze, gdzie mieszka też najwięcej dłużników – 17 114. Na drugim miejscu znajduje się Wielkopolska – ponad 25,4 mln zł zaległości i ponad 10,1 tys. dłużników, na trzeciej pozycji jest Śląsk z długami przekraczającymi 25 mln zł należącymi do 12 187 osób.

Największe długi wobec ubezpieczycieli
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

* Badanie zostało przeprowadzone metodą Omnibus-CAWI, w terminie 20-25 maja 2020, na próbie reprezentatywnej 1005 Polaków w wieku 28-70 lat.
** Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020

1 października 2020 roku weszła w życie nowa stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych

1 października 2020 roku weszła w życie pozytywna stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych o wartości 0,55zł / ml czyli aż 550zł za litr. Konieczność wprowadzenie akcyzy często argumentowana była tym, że płyny do papierosów elektronicznych zawierają nikotynę, ale finalnie akcyza swoim zakresem obejmuje nawet płyny bez nikotyny. Akcyza stawką nie rozgranicza płynów z nikotyną i bez.
Drastyczne podniesienie ceny to dobre wieści dla czarnego rynku, czego przykładem może być rynek włoski.

„Wielokrotnie apelowaliśmy i dawaliśmy za przykład rynek włoski, gdzie dokładnie taka sama polityka akcyzowa spowodowała, że nawet 70% legalnie działających firm zbankrutowało, a pracę straciło ponad 2 tys. osób. Duża część wapujących przeszła do szarej strefy, a kolejna wróciła do tradycyjnych papierosów. Czy taki jest cel wprowadzenia w Polsce akcyzy na mniej szkodliwą alternatywę dla tradycyjnych papierosów? Taka drakońska podwyżka podatku akcyzowego doprowadzi do tragicznej sytuacji dla polskich konsumentów, pracowników i przedsiębiorstw” – mówi Piotr Zieliński, prezes Vaping Association Polska.

Stowarzyszenie przyznaje, że argumenty znalazły zrozumienie w Ministerstwie Finansów. Niestety dyskusja znalazła się w ogniu walki koncernów tytoniowych, które usilnie walczą o przejęcie rynku papierosów elektronicznych i silnie lobbowały za wysoką stawką podatku akcyzowego, która jest w ich interesie. Dla globalnych koncernów, które dorobiły się fortun na tytoniu i mają duże zaplecze finansowe jest to zwycięstwo, ponieważ pozbędą się polskiej konkurencji. W perspektywie wieloletniej to właśnie wprowadzenie wysokiej wartości akcyzy jest początkiem zagrabienia rynku papierosów elektronicznych i jego monopolizacji.

„Włoski rząd, na podstawie swoich negatywnych doświadczeń z wysoką wartością akcyzy na płyny do papierosów elektronicznych zdecydowanie obniżył stawkę, ustanawiając dwie wartości. Pierwsza dla płynów z nikotyną, a druga na płyny beznikotynowe. Czy mając takie doświadczenia nie możemy w Polsce pominąć etapu dramatów ludzkich związanych z zamykaniem małych i średnich polskich przedsiębiorstw, utraty pracy, wypowiadaniem kredytów przez banki i przegrywaniem z szarą strefą oraz koncernami tytoniowymi z powodu wprowadzenia horrendalnej stawki akcyzy?” – pyta Przemysław Jaskóła, rzecznik Vaping Association Polska.
Stowarzyszenie podkreśla, że dla użytkowników e-papierosów szczególnie niebezpieczny jest czarny rynek i produkty nielegalne, które nie podlegają badaniom i kontroli państwowej.

Warto pamiętać, że do wartości akcyzy 550zł / litr należy doliczyć jeszcze podatek VAT co przekłada się realnym wzrostem kosztów do poziomu 676,5zł / litr. Zakładając, że ktoś zdecyduje się na zakup płynu do papierosów elektronicznych z legalnych źródeł to właśnie o taką kwotę więcej będzie musiał zapłacić. Przykładowo, tzw. baza o pojemności 100ml kosztująca dzisiaj 8zł wzrośnie do prawie 76zł (wzrost o 846%), tzw. premix 50ml kosztujący 19,9zł wzrośnie do prawie 54zł, a liquid 10ml kosztujący 6zł, wzrośnie do prawie 13zł.

„Komponenty do garażowej produkcji płynu do papierosów elektronicznych są łatwo dostępne. Należy pamiętać, że bez odpowiedniej wiedzy może dojść do tragicznych w skutkach zdarzeń zdrowotnych. Zastanawia nas, kto weźmie odpowiedzialność za zatrucia takimi produktami?” – pyta Przemysław Jaskóła z VAP.

Sama stawka akcyzy nie jest jedynym problem dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw. Kontrowersyjna jest również sytuacja, w której na rynku będą produkty z banderolą oraz bez (jak w modelu włoskim). Problematyczne są również niedoprecyzowane przepisy w zakresie m.in. ubytków, składów podatkowych oraz zabezpieczeń.
Stowarzyszenie VAP uważa, że jeszcze nie jest za późno na uratowanie tysięcy miejsc pracy, wartościowych małych i średnich polskich przedsiębiorstw oraz lat poświęconych na budowanie wizerunku firm znad Wisły i ich produktów na rynku europejskim.

Szukasz pracy? Lepiej uważaj gdzie wysyłasz swoje CV

Praca zdalna? Wynagrodzenie 2000 zł netto za kilka godzin pracy? Wypełnianie ankiet online? Osoby poszukujące pracy trafiają na takie ogłoszenia kilka razy dziennie. Uważaj, gdzie wysyłasz swoje CV.

Globalna pandemia koronawirusa sprawiła, że wiele osób straciło pracę. Doprowadziło to do pojawiania się ogłoszeń od oszustów, którzy rzekomo oferują prostą i bardzo dobrze płatną pracę, najczęściej zdalną. Niestety, odpowiadając na takie ogłoszenia, można stracić pieniądze, dane osobowe, a nawet zostać zamieszanym w przestępstwo!

Testowanie produktów finansowych

Marta natrafiła na Facebooku na interesujące ogłoszenie, dotyczące pracy zdalnej. Miała ona polegać na testowaniu produktów finansowych. Wystarczyło zgłosić się do rzekomego pracodawcy i założyć konto bankowe w jednym z wymienionych banków.

Jestem w trakcie szukania pracy. Natrafiłam na ciekawe ogłoszenie, jednak czułam, że coś jest nie tak. Oferta brzmiała zbyt pięknie, żeby być prawdziwą – tłumaczy Marta.

Na całe szczęście Marta wolała być ostrożna i nie zgłosiła się do tej firmy. To bardzo popularne oszustwo polegające na odbieraniu przelewów na swoje konto, wypłacaniu pieniędzy z bankomatu i przesyłaniu ich dalej. Z każdego przelewu zostaje na koncie “pracownika” prowizja, rzędu 5-10%. Oficjalnie jest to testowanie przelewów różnego typu i jak szybko idą one z różnych kont bankowych na inne konta, nieoficjalnie – możliwe przelewanie pieniędzy z oszustw i zostanie słupem bankowym.

Zachowaj zdrowy rozsądek

Ogromne wynagrodzenie i mała liczba godzin pracy kuszą najbardziej. Jeśli coś brzmi zbyt dobrze, by mogło być prawdziwe, najprawdopodobniej prawdziwe nie jest. Szukając pracy, należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy, przede wszystkim: stawki, administratora danych, czy wymagany jest wkład własny – tłumaczy koordynator zespołu ds. cyberbezpieczeństwa Weronika Bartczak.

Pamiętaj, aby zawsze sprawdzać firmę w internecie, np. w KRS. Jeżeli potencjalny pracodawca chce od Ciebie skanu dowodu osobistego, możesz mieć pewność, że jest to oszustwo. Podejrzane oferty najczęściej rozsyłane są za pomocą grup w mediach społecznościowych. Dokładnie przeanalizuj ofertę pod względem wynagrodzenia czy liczby godzin. Jeżeli nie jesteś pewien, czy dane ogłoszenie jest prawdziwe, po prostu pomiń je i szukaj dalej.

700 tys. Polaków ma migotanie przedsionków. To tykająca bomba grożąca udarem mózgu i niepełnosprawnością

Według szacunków Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego migotanie przedsionków, którego objawami są m.in. szybka i nieregularna praca serca, ma 700 tys. Polaków. Schorzenie to – nierozpoznane albo nieleczone – aż pięciokrotnie zwiększa ryzyko udaru niedokrwiennego mózgu. Co więcej, udary wywołane migotaniem przedsionków mają cięższy przebieg i prowadzą do ciężkiej niepełnosprawności, a połowa pacjentów z takim rozpoznaniem umiera w ciągu roku. O ryzyku, jakie wiąże się z migotaniem przedsionków, i konieczności badań kontrolnych ma Polakom przypomnieć utwór i klip nagrany przez zespół Pectus w ramach ogólnopolskiej kampanii Stop Udarom. 

– Migotanie przedsionków jest jednym z najczęstszych zaburzeń rytmu serca. Dotyczy ponad pół miliona Polaków, ale szacujemy. że ta liczba może sięgać nawet 700 tys. – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Przemysław Mitkowski, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i kierownik Pracowni Elektroterapii Serca i Kliniki Kardiologii Katedry Kardiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Szybkie i nieregularne bicie serca, dyskomfort lub ból w klatce piersiowej, kołatanie serca, nadmierne pocenie się, duszności, uczucie zmęczenia i osłabienie wydolności fizycznej, zawroty głowy, a nawet omdlenia – te symptomy mogą świadczyć o migotaniu przedsionków. Dlatego też ich pojawienie się trzeba jak najszybciej skonsultować z lekarzem. Tym bardziej że objawy te można powiązać z różnymi innymi dolegliwościami.

– U części chorych objawy są całkowicie niezauważalne, ale spora grupa, szczególnie przy pierwszym napadzie, skarży się na szybkie, nierówne bicie serca. Jednym z objawów migotania przedsionków, opisywanych w podręcznikach medycyny, jest też niemiarowość zupełna, czyli brak uporządkowania rytmu. To oznacza, że przerwy pomiędzy kolejnymi skurczami serca są całkowicie nieregularne, a rytm bardzo szybki – precyzuje prof. Przemysław Mitkowski.

Szybkie zdiagnozowanie migotania przedsionków jest ważne zwłaszcza w przypadku pacjentów wysokiego ryzyka – osób, które ukończyły 65 lat bądź mają inne schorzenia układu sercowo-naczyniowego, jak np. nadciśnienie tętnicze, niewydolność serca, cukrzyca albo przebyty wcześniej udar mózgu. Na wysokie ryzyko narażeni są też chorzy na miażdżycę naczyń mózgowych, naczyń wieńcowych w sercu albo tętnic kończyn dolnych.

– W tym roku ukazały się zalecenia Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, które wskazują na konieczność monitorowania tej arytmii szczególnie w grupach wysokiego ryzyka – mówi prezes elekt Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. – Mamy różne metody monitorowania, począwszy od najprostszych, czyli badania pulsu. Każdy z nas może się tego szybko nauczyć i sprawdzać, czy tętno jest wyczuwalne, miarowe i jaka jest częstotliwość rytmu. Kolejne narzędzia, które przybliżają do rozpoznania choroby, to aparaty do mierzenia ciśnienia. Nawet te ze średniej półki już informują nas, że rytm jest niemiarowy. Nie stanowi to podstawy rozpoznania migotania przedsionków, jednak wskazuje, że należy się udać po poradę do lekarza i wykonać dalsze badania.

Podstawą do rozpoznania migotania przedsionków jest badanie elektrokardiograficzne. Arytmia, szczególnie w początkowej fazie choroby, może jednak trwać krótko, nawet kilkadziesiąt sekund do kilkunastu minut. Chory może w tym czasie nie zdążyć zgłosić się z objawami do lekarza.

– W takiej sytuacji możemy wykonać badanie holterowskie. To jest 24-godzinne badanie EKG, ale u części chorych również i ono nie jest w stanie wykryć arytmii. Stąd mamy różne metody monitorowania długookresowego, zwykle są to różnego rodzaju rejestratory zdarzeń. Część z tych narzędzi jest powszechnie dostępna, np. bransoletki czy zegarki, które potrafią monitorować rytm serca – wskazuje prof. Przemysław Mitkowski.

Jak podkreśla, najgorszym powikłaniem migotania przedsionków jest udar mózgu, ale wielu chorych nawet nie wie o bezpośredniej zależności między nimi. Tymczasem szybka i nieregularna praca przedsionków zmniejsza wydajność pompowania krwi do komór w sercu. Ze względu na zastój krwi mogą tworzyć się skrzepliny. Kiedy wydostaną się z przedsionka serca i zaczną przemieszczać wraz z prądem krwi, mogą zatkać naczynia krwionośne w mózgu, prowadząc do udaru niedokrwiennego (właśnie w ten sposób dochodzi do 15–20 proc. wszystkich przypadków).

Migotanie przedsionków zwiększa ryzyko udaru aż pięciokrotnie, a udary nim wywołane mają cięższy przebieg i prowadzą do ciężkiej niepełnosprawności. Połowa pacjentów umiera w ciągu roku od jego wystąpienia.

– Udar mózgu to najgroźniejsze powikłanie arytmii. Występuje zwłaszcza u osób, które mają dodatkowe schorzenia i czynniki ryzyka. Nieleczone migotanie przedsionków, czyli brak profilaktyki w postaci ciągłego stosowania leków przeciwkrzepliwych, u co 12. pacjenta może w ciągu roku doprowadzić do udaru – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Podkreśla, że obchodzony niedawno Światowy Dzień Serca jest najlepszą okazją, aby przypomnieć Polakom o profilaktyce i badaniach oraz zwrócić uwagę na fakt, że choroby serca mogą prowadzić do poważnych i groźnych dla życia powikłań.

– Najważniejsze w medycynie jest zapobieganie tym chorobom. Na to, jak będziemy się czuli i jak będziemy funkcjonować w wieku 50 czy 70 lat, pracujemy już we wczesnej młodości. Chodzi o prawidłowe odżywianie się, wykonywanie okresowo podstawowych badań takich jak morfologia, stężenie cukru i cholesterolu we krwi czy badanie ciśnienia tętniczego. Im wcześniej będziemy interweniować, w tym mniejszym stopniu umożliwimy rozwój choroby układu sercowo-naczyniowego – podkreśla prof. Przemysław Mitkowski.

By zwrócić uwagę Polaków na najczęstszą arytmię serca i jedną z głównych przyczyn udaru mózgu, grupa Pectus przygotowała wyjątkowy utwór pt. „Migotanie, kołatanie”. Premiera teledysku odbyła się 29 września z okazji obchodów Światowego Dnia Serca 2020. Projekt realizowany jest w ramach ogólnopolskiej kampanii społecznej Stop Udarom, pod honorowym patronatem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

– Piosenka zespołu Pectus jest pewną wizją artystyczną problemu. Nie chodzi tutaj o szczegółowe ujęcie, ale o zwrócenie uwagi na problem migotania przedsionków i powiązanie go z możliwością wystąpienia udaru mózgu – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. – Ten przekaz, szczególnie od osób powszechnie znanych, jest bardzo ważny. Chodzi o to, aby zwrócić uwagę, że skutki nierozwiązywania tego problemu, zaniechania konsultacji lekarskiej czy niestosowania się do zaleceń lekarskich mogą powodować poważne powikłania.