Patrząc na polskie finanse publiczne, nie można ograniczać się tylko do budżetu państwa. Trzeba brać pod uwagę całość, także to, co ukrywał poprzedni rząd w Banku Gospodarstwa Krajowego czy Polskim Funduszu Rozwoju. Jeśli zdejmiemy tę „kosmetykę”, widać wyraźnie, że od co najmniej sześciu lat, a zwłaszcza od pandemii, mamy systematyczny marsz w stronę coraz większych deficytów i rosnącego zadłużenia. Na dziś nie grozi nam klasyczny kryzys zadłużeniowy w perspektywie najbliższej dekady. Ale równocześnie poruszamy się po coraz węższej krawędzi.
– Politycy dokładali kolejne wydatki. Część nieuniknionych, jak wzrost nakładów na obronność, część potrzebnych, choć źle adresowanych, jak gwałtowny wzrost finansowania ochrony zdrowia przy niesprawnym systemie, a część po prostu czysto politycznych, jak 13. i 14. emerytura, w całości na kredyt – powiedział serwisowi eNewsroom.pl profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Do tego dochodzą nowe obietnice obecnej ekipy, podwyżki w budżetówce, w oświacie, kolejne transfery. Wspólny mianownik? Każdy coś dorzuca, nikt nie mówi, jak to sfinansować. Prezydent deklaruje, że nie zgodzi się na podwyżki podatków, ale nie towarzyszy temu zdanie: „tu i tu trzeba by ciąć wydatki”. Żaden poważny polityk, od rządu po opozycję, nie ma odwagi wskazać, z czego należy zrezygnować. W efekcie żyjemy w rzeczywistości, w której nowe wydatki są ogłaszane niemal co roku, a źródłem ich finansowania jest rosnący dług. To model, który na krótką metę działa, bo nie boli od razu. Jednak w pewnym momencie musi doprowadzić do kłopotów. Wyższych kosztów obsługi długu, ograniczenia pola manewru budżetu i konieczności gwałtownych korekt, jeśli ktoś wreszcie nie naciśnie hamulca – ostrzegł Witold Orłowski.




